background image

 
 
 
 

KAPITAN STEVENSON 

POPEŁNIA SAMOBÓJSTWO 

I INNE OPOWIADANIA 

 

ZŁOTA PODKOWA 27 

 

 

 

 

 
 

WYDAWNICTWO „ŚLASK” KATOWICE 1958

 

background image

 
 

WŁADYSŁAW KISIELEWSKI 

 

KAPITAN STEVENSON POPEŁNIA SAMOBÓJSTWO 

 
GEORGE Stevenson odłożył pióro i odetchnął z ulgą. Nareszcie zdobył się na napisanie 

podania o zwolnienie. 

— Po co właściwie wdałem się w tę całą awanturę? — myślał. 
Istotnie  kapitan  G.  M.  Stevenson  całkiem  przypadkowo  znalazł  się  w  ochotniczych 

oddziałach Franco. 

—  George,  mówiono  mi,  że  poszukujesz  śmierci  —  odezwał  się  do  niego  w  klubie 

jeden  z  partnerów  bridżowych.  —  Dam  ci  świetną  okazję,  jest  tu  obecnie  przedstawiciel 
generała Franco, który werbuje ochotników, zwłaszcza w twoim typie. Jeżeli masz ochotę, to 
mogę cię z nim poznać. 

W  niespełna  tydzień  potem  Stevenson  był  w  drodze  do  wałczącej  Hiszpanii.  Równie 

dobrze  mógł  być  w  drodze  do  Indii,  Kongo  czy  Afganistanu...  Ale  te  wszystkie  podróże  nie 
wypełniłyby pustki, jaka powstała w nim od chwili, w której otrzymał list od Innez, kobiety, 
którą  kochał  i  której  nie  potrafił  zrozumieć.  Bo  przecież  dał  jej  wszystko,  czego  mogła  pra-
gnąć  kobieta  z  jej  sfery.  Majątek,  nazwisko,  pozycję  towarzyską  oraz  uczucie,  o  jakie  sam 
siebie nigdy nie posądzał. A jednak... 

I  tu  przed  jego  bólem  zamglonymi  oczyma  zjawił  się  ten  ostatni  list.  Innez,  będący 

kresem  tak  krótkiego  szczęścia.  Zgodnie  z  życzeniem  jej  adwokata  zgodził  się  na  rozwód. 
Chciał nawet oddać cały swój majątek, ale ofertę jego odrzucono. 

Wojna,  w  której  wziął  udział  zupełnie  przypadkowo,  zawiodła  jego  oczekiwania.  Nie 

znalazł  w  niej  ani  patosu  bohaterstwa  i  nie  znalazł  śmierci.  I  miał  już  dosyć  tych  chaoty-
cznych  zmagań,  w  których  krwiożerczość  żołnierzy  starała  się  prześcignąć  okrucieństwa 
Kabylów. 

Ociężale podniósł się z krzesła, wychylił szklankę wina i włożywszy do koperty poda-

nie o zwolnienie, zaadresował ją do dowództwa jednostki lotniczej. 

Zadzwonił telefon. Stevenson niechętnie podszedł do aparatu. 
— Tak. Słyszę i rozumiem! O co chodzi? 
Ktoś,  zawieszony  przy  drugim  końcu  drutu,  mówił  dość  długo.  Wreszcie  Stevenson 

przerwał rozmowę, oświadczając krótko: 

— Wszystko zrozumiałem i wykonam. 
Odłożył słuchawkę i przywołał dyżurnego sierżanta. 
—  Zarządzam  ostre  pogotowie.  Proszę  wzmocnić  posterunki.  Żaden  samolot  nie  ma 

prawa wystartować bez mego zezwolenia i nikomu nie wolno opuścić lotniska. 

Sierżant zasalutował i wybiegł wypełnić polecenie. Stevenson podszedł do wieszaka. 
— Na zakończenie robią ze mnie oficera wywiadu. Najwyższy czas już z tym skończyć! 

— mruknął sam do siebie. 

— Łącznik ze sztabu! — zameldował podoficer służbowy. 
— Niech wejdzie. 
W drzwiach stanął okryty kurzem motocyklista z jakimś młodym człowiekiem w cywi-

lnym ubraniu. 

— Czy komendant lotniska? — zapytał nieznajomy. 
— Komendant nieobecny, ja jestem jego zastępcą — odpowiedział Stevenson. 
— Proszę. Oto moje dokumenty. A to rozkaz dowództwa. 
—  Przejrzę  to  wszystko  po  drodze,  bo  teraz  muszę  przyjąć  jakiś  pasażerski  samolot, 

który ma tu lądować. 

background image

—  Właśnie  w  tej  sprawie  przyjechałem  —  rzekł  agent.  —  W  samolocie  tym,  lecącym 

do  Lizbony,  znajduje  się  niebezpieczna  emisariuszka  „czerwonych”.  Ma  ważne  dokumenty, 
które  chce  przewieźć  za  granicę.  Tu  jest  właśnie  polecenie  zatrzymania  jej  pod  pretekstem 
braku właściwych dokumentów czy też z innego powodu. 

— Po co te tricki? Nie lepiej po prostu aresztować? 
— Niestety, nie można. To obywatelka brytyjska. 
Stevenson skrzywił się z niesmakiem. 
— Najdalej za godzinę przybędzie tu osobiście szef wywiadu, pułkownik Ibuturi, i on to 

załatwi. Na razie chodzi tylko o to, aby ją zatrzymać. 

— Hm — mruknął Stevenson. — A jak ona się nazywa? 
— Elizabeth  Lytham. Podróżuje z dzieckiem dla odwrócenia podejrzeń  — uśmiechnął 

się agent. — Dla zidentyfikowania przywiozłem jej fotografię. 

— A cóż wy to tak załatwiacie dosłownie w ostatniej chwili? 
— Dowiedzieliśmy się zbyt późno i wszystko, co można było zrobić, to drogą radiową 

spowodować lądowanie samolotu tutaj, na tym ostatnim przed granicą portugalską lotnisku. 

— Obca maszyna podchodzi do lądowania — zameldował podoficer. 
— Jedziemy! 
Wskoczyli  do  samochodu  i  podjechali  do  punktu  startowego,  gdzie  stał  samolot  pasa-

żerski z wyłączonymi silnikami. 

—  Możemy  zaczynać  —  rzeki  Stevenson  podchodząc  do  stolika  startowego.  — 

Sierżancie! Poprosić wszystkich o wyjście z maszyny. Odbędzie się kontrola dokumentów. 

Pasażerowie, składający się z ludzi różnych narodowości, zaczęli głośno wyrażać swoje 

niezadowolenie,  ale  zobaczywszy  uzbrojonych  żandarmów  przestali  protestować  i  zaczęli 
schodzić na ziemię po schodkach dostawionych do drzwiczek kabiny. 

Stevenson  przelotnie  spojrzał  na  podróżnych,  i  wziąwszy  z  rąk  sierżanta  wszystkie 

dokumenty,  zaczął  je  przeglądać;  dokumenty  oddawał  agentowi,  który  z  kolei  zwracał  je 
podróżnym. 

Na stole pozostał tylko jeden dokument: mrs. Elizabeth Lytham. 
Stevenson  przerzucał  kartki  dokumentu  wpatrując  się  w  fotografię  kobiety.  Wreszcie 

odezwał się: 

— Mrs. Elizabeth Lytham z córeczką? To pani dokument? 
Innez odczuła gwałtowne bicie serca. Lotnisko, ludzie, budynki — wszystko to zawiro-

wało nagle przed nią. Była bliska omdlenia, zdołała się jednak opanować i spokojnie potwier-
dziła skinieniem głowy. 

— Nie widzę żadnego podobieństwa — rzekł Stevenson do agenta podsuwającego mu 

przed oczy przywiezioną ze sztabu fotografię. 

—  Mamusiu,  chodźmy,  bo  samolot  odleci!  —  wołała  dziewczynka  szarpiąc  jasny 

płaszcz kobiety.  

— Papiery tej pani w porządku — oświadczył, podając sierżantowi dokument. 
— Ależ kapitanie — zaoponował agent — pułkownik wie doskonale... 
—  Wszystko  w  porządku!  —  przerwał  Stevenson  stanowczo  i  rzucił  spokojnie:  — 

Pilot! Zapuszczać silniki i natychmiast startować. 

Kobieta  spojrzała  w  oczy  Stevensona  i  chwyciwszy  dziewczynkę  za  rękę  weszła  do 

wnętrza samolotu. 

Zajęczały silniki. Samolot zakołysał się, ruszył z miejsca, potem zakręcił tocząc się na 

pas startowy. 

Kobieta przylgnęła twarzą do chłodnej szyby kabiny wpatrując się w smukłą sylwetkę 

Stevensona stojącego nieruchomo przy stoliku startowym. 

Padł sygnał startu. Samolot nabierał szybkości, wzniósł się w górę i po wyjściu z wirażu 

przyjął kurs w kierunku granicy portugalskiej. 

background image

Stevenson  spojrzał  na  zegarek  i  odwrócił  twarz  w  stronę,  w  którą  odleciał  samolot. 

Potem  rozejrzał  się  i  sięgnął  po  rewolwer  ruchem  tak  spokojnym,  jak  gdyby  wyjmował  z 
kieszeni paczkę papierosów.  
 

* * * 

 

— Przeszukać kieszenie! — rozkazał pułkownik Ibuturi, wskazując na przykryte kocem 

zwłoki Stevensona. 

Adiutant pochylił się nad noszami i po chwili podał pułkownikowi książeczkę czekową, 

papierośnicę,  notes  i  portfel.  Z  portfelu  wyjął  niewielką  fotografię.  Pułkownik  schylił  się  i 
spojrzawszy  przelotnie  na  podobiznę  wyjątkowo  pięknej  kobiety,  z  podobnym  do  niej  dzie-
ckiem, odwrócił ją i przeczytał: 

„Na pamiątkę od żony i córeczki — Innez i Margeritta”. 
Były  to  twarze  z  podobnej  fotografii,  którą  wręczył  kapitanowi  agent  wywiadu  pułko-

wnika Ibuturi. 
 
 
 
 

IRENEO IRESCATI 

 

BAJECZKI I ZBRODNIA 

 

ZADZWONIŁ  telefon.  Mężczyzna  leżący  na  łóżku  westchnął  i  wyciągnął  rękę  spod 

kołdry. Grubymi palcami dotknął guziczka lampy stojącej przy łóżku. Czarna słuchawka zna-
lazła się przy uchu mężczyzny. 

— Halo, tu Barco z Głównej Komendy, czy mówię z doktorem Garmani? 
— Tak, przy telefonie — odpowiedział mężczyzna leżący w łóżku. 
— Doktorze, mamy dziwny przypadek, przed chwilą znaleziono mężczyznę z objawami 

zatrucia. Przyślę po pana wóz. Za ile pan będzie gotów? 

— Za dziesięć minut. 
— W porządku, do zobaczenia. 
— Do zobaczenia. 
Mężczyzna  wyskoczył  z  łóżka.  Był  wysoki  i  atletycznie  zbudowany.  Chlupot  wody  w 

łazience. Koszula, krawat, ubranie i pantofle. Doktor był ubrany. 

— Do zobaczenia — powiedział. 
Nie  spałem  już  od  dziesięciu  minut.  Zbudził  mnie  dzwonek  telefonu.  Doktor  wczoraj 

wieczorem  zaprosił  mnie  na  kieliszek  wina,  tak,  że  moje  odwiedziny  przeciągnęły  się  do 
północy. 

— Kiedy przyjdziesz? — spytałem? 
Luigi Garmani był już przy drzwiach. 
— Nie wiem co to za sprawa. Sądzę, że powinno to się skończyć za parę godzin. Gdy 

się obudzisz, znajdziesz w lodówce różne rzeczy, z których przyrządzisz sobie śniadanie. 

Obudziłem  się  po  kilku  godzinach.  Spojrzałem  na  zegarek  —  była  dziewiąta.  Luigia 

jeszcze  nie  było.  Wziąłem  kąpiel,  a  potem  zjadłem  śniadanie.  Nie  miałem  nic  do  roboty. 
Otworzyłem  okno  i  przez  chwilę  stałem  przy  nim  patrząc  na  niebieskie,  drgające  powietrze 
ponad  dachami  o  soczystych  kolorach.  Zawsze  zachwycały  mnie  letnie  poranki  z  barwnymi 
plamami  ubrań,  z  głośnymi  nawoływaniami  domokrążców  i  autami  rzucającymi  dziwaczne 
cienie,  podobne  do  skaczących  zajęcy.  Myślałem  o  bajce,  którą  napiszę  w  najbliższych 
dniach,  jej  akcja  będzie  się  rozgrywać  w  letni  poranek,  powstanie  na  pewno  dobra  bajka. 

background image

Wydawca  zatrze  pulchne  rączki  i  powie:  „Jest  pan  najlepszym  bajkopisarzem  w  całej  Italii, 
panie Aranto”! 

Stałem przy oknie i myślałem, że to wcale nie jest źle być bajkopisarzem i nie zmuszać 

się do codziennego, wczesnego wstawania i pracowania osiem godzin dziennie. Moje rozmy-
ślania przerwał stuk otwieranych drzwi. Odwróciłem się. 

— Długo czekałem na ciebie. 
— Nie moja wina — odpowiedział doktor — mieliśmy szczególnie dziwny przypadek. 

Mężczyzna, którego policja znalazła na ulicy, był pod działaniem nieznanej mi trucizny. Żył 
jeszcze.  Niestety,  nie  udało  mi  się  go  uratować.  Pół  godziny  temu  umarł.  Ostatecznie  znam 
się coś niecoś na truciznach i dlatego denerwuje mnie, że nie mogłem określić tego smakoły-
ku... Zobaczymy, co wykaże sekcja. 

Z doktorem Garmanim nie widziałem się przez trzy dni. Pisałem w tym czasie bajkę o 

czarnoksiężniku,  który  chciał  schwytać  małego  chłopca  i  zjeść  go  na  śniadanie.  Bajka  koń-
czyła się jednak szczęśliwie, gdyż chłopczyk, dzięki pomocy promyków słonecznych, uciekł 
czarnoksiężnikowi,  ten  zaś  poniósł  zasłużoną  karę,  zjadły  go  myszy.  Wydawca  był  zachwy-
cony i jeszcze w mojej obecności zatelefonował do znanego rysownika, by szybko zilustrował 
bajeczkę.  Z  gabinetu  wydawcy  wyszedłem  z  czekiem  na  sto  tysięcy  lirów.  Kupiłem  gazetę. 
Czerwone litery głosiły: 
 

SŁYNNY ZNAWCA TRUCIZN 

DOKTOR LUIGI GARMANI 

OFIARĄ SWEGO ZAWODU 

 

(Informacja  własna).  Wczoraj  w  godzinach  wieczornych  policjant  nr  0756,  Fretoni 

Alberto,  znalazł  leżącego  w  zaułku  Krzywych  Lamp  doktora  medycyny  Luigia  Garmani.  Po 
przywołaniu pomocy, policjant wraz z kolegami przeniósł nieprzytomnego lekarza do taksów-
ki.  Przewieziono  go  do  szpitala  
św.  Ireneusza.  Mimo  że  nad  chorym  czuwało  kilku  najwybi-
tniejszych  lekarzy  rzymskich,  słynny  znawca  trucizn  zmarł.  Sekcja  wykazała  w  organizmie 
obecno
ść  nieznanego  współczesnej  medycynie  alkaloidu.  Policja  jest  poruszona,  największe 
sławy detektywistyczne postanowiły rozwi
ązać zagadkę śmierci lekarza. Nasze pismo wie do-
brze, co my
śleć o śmierci wybitnego znawcy trucizn. Przypuszczalnie, dzięki jego badaniom, 
została  odkryta  niejedna  szajka  trucicielska  czy  te
ż  indywidualni  przestępcy.  Jeden  z  tych 
zbrodniarzy  mógł  wstrzykn
ąć  w  ciało  doktora  tajemniczą  truciznę.  Możliwe,  że  był  to  kre-
wniak lub przyjaciel zbrodniarza, którego dzi
ęki  badaniom doktora Garmaniego skazano na 
długoterminowe wi
ęzienie. Reasumując: śmierć lekarza nie jest samobójstwem, lecz morder-
stwem. Prawdopodobnie morderca jest m
ścicielem!  
 

Przeczytałem  —  i  nie  mogłem  uwierzyć  w  prawdziwość  informacji.  Przekonały  mnie 

dopiero inne dzienniki i odwiedziny w Głównej Komendzie Policji. 

Pogrzeb odbył się na cmentarzu Najświętszej Marii Panny. Było obecnych kilku przyja-

ciół i stary, głuchawy ksiądz. Po pogrzebie udałem się jeszcze raz do Komendy Głównej. 

—  Zapomniałem  panu  powiedzieć  —  zwróciłem  się  do  człowieka,  który  prowadził 

sprawę doktora — że Luigi cztery dni temu był wezwany telefonicznie. Przypadkowo spałem 
wtedy  u  niego.  Telefon  zadzwonił  w  nocy,  dzwonił  jakiś  Barco  z  Komendy  Głównej.  Po 
powrocie  Luigi  opowiadał  o  dziwnym  przypadku  otrucia.  O  tym,  czy  sprawa  się  posuwa 
naprzód,  miał  zawiadomić  mnie  telefonicznie.  Sądzę,  że  mówię  to  wszystko  niepotrzebnie, 
gdyż  pan  jest  na  pewno  lepiej  niż  ja  poinformowany.  Przyszedłem  i  opowiedziałem  o  tym 
jedynie dla uspokojenia własnego sumienia. 

— Bardzo dobrze pan zrobił. Kiedy spał pan u doktora? 
— Z soboty na niedzielę. 

background image

— O której zadzwonił telefon? 
— Około godziny czwartej rano. 
— Skąd pan wie, że dzwonił Barco z Komendy? 
— Tapczan, na którym spałem, jest umieszczony blisko stolika z telefonem i obok łóżka 

Luigia.  Głos  mężczyzny  w  słuchawce  był  silny  i  jednocześnie  wyraźny.  Dlatego  zapamięta-
łem nazwisko. 

— Cieszę się z tej informacji — rzekł urzędnik — to nam się przyda. 
— Teraz chciałbym zadać pytanie — odezwałem się po chwili — co się stało ze zwło-

kami otrutego człowieka, który konał w obecności doktora Garmaniego? Człowieka, którego 
otrucie miało te same objawy, tzn. szare i różowe plamy na całym ciele. 

—  Nie  wiem,  nie  słyszeliśmy  o  takim  wypadku.  Tego  dnia  Komenda  nie  wzywała 

doktora. Skąd pan wie, jakie objawy wywołuje tajemnicza trucizna? 

— Z prasy. 
—  Cholera!  —  zaklął  urzędnik  —  o  wszystkim  muszą  się  dowiedzieć!  Czy  ma  pan 

może jedną z tych gazet? 

Podałem gazetę. Przeczytał artykuł o śmierci Luigia. 
— Co za cudaczne hipotezy — westchnął. 
— Zostawiam gazetę. Jeżeliby się przydarzyło coś ciekawego, byłbym panu wielce zo-

bowiązany, gdyby zawiadomił mnie pan o tym. Muszę przyznać, że kierują mną dwa uczucia: 
jedno, to chęć zobaczenia mordercy Luigia na ławie oskarżonych, po drugie interesuję się od 
niedawna kryminalistyką. 

— Czy jest pan autorem powieści kryminalnych? — spytał. 
—  Na  razie  jeszcze  nie  —  odparłem  z  uśmiechem  —  dotychczas  pisałem  bajki  dla 

dzieci. Obecnie mam zamiar zająć się powieściami kryminalnymi. 

— Aaaa, rozumiem, rozumiem... — powiedział dość niepewnie urzędnik policji. 
Przez kilka dni myślałem o przyszłej powieści kryminalnej, mimo to zdążyłem napisać 

dwie nowe bajki. Moje konto w banku powiększyło się. Dostałem do korekty pięknie ilustro-
wane arkusze bajki o złym czarnoksiężniku i dobrym chłopczyku. Mój wydawca wiedział co 
robi, dodając piękne ilustracje i drukując tekst na kredowym papierze. Każde dziecko, stając 
przed księgarnią, będzie mówiło do matki: 

„Mamusiu, kup mi bajeczki Aranta”. 
Dwukrotnie  telefonowałem  do  urzędnika  w  Głównej  Komendzie,  który  zajmował  się 

sprawą Luigia. I dwukrotnie doznałem rozczarowania. Urzędnik nic nie wiedział. 

Śmierć mego przyjaciela przygnębiła mnie, lecz nie lubię, gdy ludzie widzą smutek na 

mojej twarzy. Dlatego nie zachowywałem się jak stara kobieta na pogrzebie. Wytłumaczyłem 
sobie już dość dawno, że każdego z nas czeka ten sam los. Byłem jedynie ciekawy, czy mój 
przyjaciel,  doktor  medycyny  Luigi  Garmani  zostanie  pomszczony.  Dwa  tygodnie  minęło  od 
śmierci przyjaciela. Myślałem o tym idąc do domu w letni wieczór; było dosyć późno, godzi-
na  dwudziesta  trzecia.  Wszedłem  do  bramy  domu,  w  którym  mieszkam,  i  nacisnąłem  guzik 
kontaktu elektrycznego. Automat oświecający klatkę schodową nie działał. Zakląłem głośno i 
wyciągnąłem z kieszeni zapalniczkę. Oświecając  sobie drogę, zacząłem wstępować na scho-
dy.  Na  półpiętrze  zapalniczka  zgasła.  Prawdopodobnie  wyczerpała  się  benzyna.  Schowałem 
zapalniczkę  i  niby  ślepiec  ruszyłem  przed  siebie,  trzymając  się  jedną  ręką  poręczy,  a  drugą 
obmacując  ściany.  Szczęśliwie  dotarłem  do  drzwi.  Stojąc  przed  nimi  i  szukając  klucza  w 
kieszeni pomyślałem, że prześladuje mnie pech. 

Jakaś bryła runęła na mnie w chwili, kiedy wkładałem klucz do zamka.  Instynktownie 

uchyliłem  się  i  to  mnie  uratowało.  Na  lewym  ramieniu  poczułem  dotyk  metalowego  przed-
miotu i usłyszałem zduszony oddech napastnika; lewe ramię piekło mnie i swędziało. Nigdy 
nie przypuszczałem, że przy uderzeniu nożem występuje również swędzenie. 

Prawym  ramieniem  odepchnąłem  napastnika  i  w  następnej  sekundzie  moja  pięść  wraz 

background image

ze znajdującym się w niej kluczem uderzyła w ciemną plamę tkwiącą na szerokich ramionach 
agresywnego osobnika. Usłyszałem jęk, a wraz z nim dźwięk padającego noża. 

Zadałem jeszcze jeden cios. Powtórny jęk. Moja waga nie jest niestety wagą staruszka-

bajkopisarza.  Ważę  osiemdziesiąt  kilogramów.  Po  powtórnym  uderzeniu  —  odskoczyłem. 
Wykorzystał to napastnik, przemknął się obok mego ramienia i zbiegł po schodach. Usłysza-
łem jego kroki w korytarzu wiodącym do bramy. Uspokojony otworzyłem drzwi i przekręci-
łem  kontakt.  Zmrużyłem  oczy,  fale  światła  zalały  przedpokój  i  miejsce  niedawnej  walki.  W 
kącie tego prostokąta leżał nóż. Podniosłem go. Wtedy dopiero starannie zamknąłem za sobą 
drzwi. 

Zdjąłem  marynarkę  z  przeciętym  rękawem  i  wymyłem  ranę  w  czystej  wodzie.  Potem 

nałożyłem  na  nią  gazę  przepojoną  jodyną,  którą  z  kolei  przylepiłem  do  ciała  plastrem.  Cale 
ramię obandażowałem. 

Dopiero  wtedy  przystąpiłem  do  oglądania  noża;  był  to  zwykły  nóż  sprężynowy.  Przy 

oglądaniu noża zauważyłem, że mam startą skórę z kostek prawej dłoni. Zatelefonowałem do 
znajomego urzędnika policji. Ale dyżurny z Komendy Głównej oznajmił mi, że poszukiwane-
go  przeze  mnie  człowieka  nie  ma  w  biurze  i  zjawi  się  on  dopiero  nazajutrz  w  godzinach 
rannych. Podziękowałem i odłożyłem słuchawkę. 

Nóż owinąłem w chusteczkę. Miałem nadzieję, że są na nim odciski palców napastnika. 

Po  dokonaniu  tych  wszystkich  czynności  udałem  się  na  spoczynek.  Nie  zasnąłem  jednak 
szybko,  na  początku  myślałem  o  napadzie,  a  potem  moje  myśli  przeniosły  się  na  powieść 
kryminalną, jaką miałem zamiar napisać. Kiedy byłem już przy scenie zemdlenia lady Mary, 
na  widok  trupa  jej  męża,  lorda  Carringtona,  zasnąłem.  Bardzo  możliwe,  że  śniło  mi  się,  jak 
dzielna  lady  Mary  własnoręcznie  chwyta  mordercę,  a  ten  błaga  o  litość  w  słowach  nader 
wyszukanych. 

Po  przebudzeniu  się  szybko  poczyniłem  niezbędne  zabiegi  toaletowe  i  pognałem  do 

znajomego  urzędnika  policji.  Położyłem  na  jego  biurku  nóż  owinięty  w  chustkę  do  nosa  i 
opowiedziałem historię napadu. 

— To może mieć dla nas wielkie znaczenie i wcale bym się nie zdziwił, gdyby napad na 

pana miał jakiś związek ze śmiercią doktora Garmani — powiedział. 

W pewnej chwili urzędnik uderzył się w czoło i krzyknął: 
— Boże, jaki ze mnie idiota! 
Pożegnaliśmy się. On zaaferowany, a ja zdziwiony. Gdyby się wyjaśniła zagadka śmier-

ci  Luigia  lub  gdyby  schwytano  człowieka,  który  chciał  mnie  pokrajać  niby  szarlotkę,  urzę-
dnik, w myśl naszej umowy, miał mnie o tym zawiadomić bezzwłocznie. 

Przez  kilka  dni  byłem  jeszcze  w  Rzymie.  Świadomości  z  Komendy  Policji  nie  było. 

Wobec  tego  wyjechałem  na  wakacje.  Pobyt  nad  Adriatykiem  był  nadzwyczaj  miły.  W  chło-
dnym pokoju, z widokiem na morze, zacząłem pisać powieść kryminalną. Najbardziej efekto-
wny był rozdział szósty, w którym lady Mary, w upiornym świetle księżyca przysięga zemstę 
zbrodniarzowi, który pozbawił jej męża przyjemności oddychania i grania w golfa. Małe dzia-
teczki,  czepiając  się  wytwornej  spódnicy  lady,  pochlipywały:  „zrób  tak mamusiu,  zrób tak”. 
„Nie zawiodę zaufania  moich dzieci” — zawołała lady i poszła na herbatkę do przyjaciółki, 
by  zastanowić  się  nad  skutecznym  sposobem  schwytania  zbrodniarza.  Bowiem  lady  Mary 
intensywnie  myślała,  gdy  piła  herbatę.  Rozdział  siódmy  był  bardziej  dramatyczny,  lecz 
zupełnie pozbawiony liryzmu. Otóż specjalnie hodowany przez nieznanego zbrodniarza pudel 
chciał  przegryźć  gardło  lady  Mary.  Lecz  pod  ręką  był  srebrny  widelczyk  do  ciastek  i  jego 
ostrze utkwiło w trzewiach szatańskiego pudla. 

W rozdziale dziewiątym mieścił się punkt kulminacyjny akcji. Lady Mary miała widze-

nie. Zjawił się w jej pokoju duch męża-nieboszczyka i wypowiedział słowa: „Świat jest pię-
kny”. 

Lady  Mary  przetłumaczyła  sobie  metodą  dedukcji  tę  maksymę  i  zaczęła  szukać  zbro-

background image

dniarza  wśród  geografów.  Rozdział  dziesiąty  to  rozdział  pomyłek.  Lady  wyrwała  połowę 
włosów z brody sędziwego i niewinnego geografa, za co została skazana przez sąd na zapła-
cenie grzywny. 

W rozdziale jedenastym zbrodniarz nasyła na dzielną kobietę pół-tygrysa a pół-szczura. 

Ohydnemu zwierzakowi nie udaje się jednak zagryźć lady, gdyż obronił ją dziarski policjant, 
kładąc trupem potwora przy pomocy gumowej pałki. 

Lady  Mary  w  rozdziale  dwunastym  rozpoznaje  mordercę  w  handlarzu,  który  chciał 

kupić  od  niej  mapę  obu  półkul.  Jeszcze  raz  sprawdziła  się  maksyma,  że  zbrodniarz  krąży 
wokół  miejsca  przestępstwa.  Na  samym  końcu  powieści  lady  Mary  wita  swego  męża,  który 
był tylko ranny. Przywróciły go do życia małe robaczki łażące po trumnie i od czasu do czasu 
łaskoczące lorda w pięty. Mimo cudownego ocalenia lorda zbrodniarz zostaje stracony. 

Z maszynopisem wróciłem do Rzymu. Niestety, mój wydawca oświadczył, że nie może 

wydać tej powieści kryminalnej z przyczyn od niego niezależnych. Poradził mi, bym napisał 
nową bajkę. 

— Dzieci Italii czekają na pana utwory, mistrzu — oświadczył wydawca. 
Cóż  miałem  robić?  Zabrałem  się  do  pisania  bajki.  Powieść  leżała  w  szufladzie.  Gdy 

byłem zajęty bajką, zadzwonił do mnie urzędnik policji: 

— Mam panu coś do opowiedzenia. Może pan się u mnie zjawi?  
— Bardzo chętnie — krzyknąłem w tubkę telefonu. 
Po chwili taksówka zatrzymała się przed gmachem Komendy Policji. Rzuciłem szofero-

wi banknot i nie słuchając jego podziękowań wbiegłem do budynku. 

Usiadłem naprzeciw urzędnika. Obaj zapaliliśmy papierosy. Zaczął: 
—  Dzięki  pana  informacji  rozwiązaliśmy  zagadkę  śmierci  doktora  Garmani.  Musi  pan 

wiedzieć,  że  Barco  już  od  roku  u  nas  nie  pracuje.  Został  wyrzucony  za  nadużycia  natury 
finansowej. Zastanowiła mnie wiadomość, że Barco telefonował w nocy do doktora Garmani. 

—  Nasunęło  się  pierwsze  pytanie  —  ciągnął  urzędnik  —  w  jakim  celu  wzywał  Barco 

doktora? Drugie: Co łączyło tych ludzi? Trzecie: Dlaczego doktor opowiadał panu o człowie-
ku otrutym tajemniczą trucizną? Czwarte: Co robi Barco? Staraliśmy się odpowiedzieć na te 
pytania. Nasi ludzie zaczęli śledzić Barco. Stwierdzono, że otworzył on gabinet psychoanali-
tyczny.  Z  dokumentów,  jakie  u  nas  pozostały,  dowiedzieliśmy  się,  że  Barco  jest  lekarzem. 
Jego przychodnia cieszyła się dość dużym powodzeniem. Ustaliliśmy, że Barco zajmował się 
sprzedażą  narkotyków.  Był  poważnym  odbiorcą  heroiny  i  kokainy.  Doktor  Garmani  współ-
pracował z nim. Oprócz tego, że był specjalistą od trucizn, biorącym pensję z policji, dostar-
czał narkotyków zamożnym ludziom. Oto odpowiedź na pierwsze dwa pytania. 

— Na pytanie trzecie odpowiedzi dostarczył nam Barco. Po przybyciu do jego mieszka-

nia,  doktor  Garmani  pomógł  w  ratowaniu  kobiety,  która  zatruła  się  jednym  ze  związków  o-
pium. Ta kobieta była kochanką naszego byłego współpracownika, pana Barco. A on bardziej 
niż  ognia  bał  się  skandalu.  Odratowali  tę  kobietę.  Potem  doktor  Garmani  zwierzył  się,  że 
prawdopodobnie pan słyszał telefoniczną rozmowę. Barco poradził mu, by opowiedział panu 
bajeczkę  o  dziwnym  przypadku  otrucia.  Sprawę  ułatwił  fakt,  że  Barco  w  rozmowie  używał 
nomenklatury  policyjnej,  prawdopodobnie  czynił  tak  dla  zmylenia  lub  zadrwienia  z  ludzi 
usiłujących podsłuchać jego szlachetne monologi. 

— Pytanie czwarte: — Co robi Barco po śmierci doktora Garmani? Jest zaniepokojony i 

to  do  tego  stopnia,  że  czasowo  zwija  swój  handelek.  Z  jego  zachowania  płyną  dla  nas  dwa 
wnioski:  Albo  jest  niewinny,  albo  boi  się  odpowiedzialności  i  nie  chce  ściągać  na  siebie 
najmniejszych podejrzeń. 

—  Na  wszelki  wypadek  aresztujemy  go  i  przeprowadzamy  szereg  przesłuchań.  Barco 

przyznaje się do handlu narkotykami, lecz stanowczo zaprzecza, jakoby on miał być mordercą 
doktora Garmani. 

— Kłamie — odezwałem się z przekonaniem. 

background image

—  Być  może.  Idziemy  jednak  w  innym  kierunku.  Badamy  życie  doktora  Garmani. 

Ustalamy listę jego przyjaciół. Oprócz pana jest jeszcze kilka osób. Dowiadujemy się, że ten 
zatwardziały  stary  kawaler  żył  przez  pewien  czas  z  piękną  kobietą.  To  była  pańska  żona, 
która uciekła od pana w drugim roku małżeństwa i zamieszkała z doktorem. 

— Zgadza się — powiedziałem cicho. 
— Ta kobieta umiera. Rak mózgu, historia nie do wyleczenia. Jej śmierć zbliża pana z 

doktorem Garmanim, obaj wspominacie zmarłą, powoli stajecie się przyjaciółmi. Doktor wie-
rzy panu, zwierza się ze swoich kłopotów. Wie pan bardzo dobrze o jego współpracy z panem 
Barco. 

Moja prawa ręka poruszyła się nieznacznie. 
—  Niech  pan  siedzi  spokojnie  —  powiedział  urzędnik  policji  i  w  jego  ręku  zjawił  się 

rewolwer. — Halo! Chodźcie tutaj! — krzyknął w stronę drzwi. 

Weszło dwóch wysokich drabów. Zanim się spostrzegłem, miałem na rękach kajdanki. 
—  Mimo  wszystko  dokończymy  naszej  rozmowy  —  powiedział  siedzący  naprzeciw 

mnie szpicel. — Wiedział pan bardzo dobrze o handlu narkotykami i niejednokrotnie musiał 
się pan zastanawiać, czy nie wsypać doktora Garmani. Zemsta jednak wydawała się panu za 
mała,  bo  faktem  jest,  że  nienawidził  pan  doktora,  nienawidził  go  pan  za  uwiedzenie  żony. 
Nienawiść pana jest i była patologiczna! 

—  Korzystając  z  okazji,  że  można  zrzucić  winę  na  Barca,  otruł  pan  doktora  Garmani. 

Przypuszczalnie odbyło się to w prosty sposób. Skłamał pan, doktor wcale nie powiedział, że 
wraca  z  Komendy  Głównej,  gdzie  starał  się  uratować  zatrutego  człowieka.  Opowiedział  na 
pewno  o  prawdziwym  celu  swojej  wizyty.  Doktor  musiał  panu  powiedzieć,  że  Barco  prosił, 
by wymyśleć dla pana bajeczkę o otrutym człowieku, bowiem Barco nie wiedział, że jest pan 
poinformowany o ich interesie. Doktor ze swojej strony nie zdradził mu, że dzięki swej gada-
tliwości  opowiedział  panu  o  wszystkim.  Korzystając  z  tego,  że  Barco  nie  zna  całej  sprawy, 
postanowił pan zgładzić Garmaniego. 

— Błąd doktora polegał na tym, że opowiedział Barcowi o pana bytności i o ewentua-

lnym podsłuchaniu rozmowy telefonicznej. Niepotrzebnie chciał nastraszyć Barca. To go zgu-
biło.  

— Był pan co kilka dni zapraszany do doktora na obiady. W trzy dni po nocy spędzonej 

u doktora przyszedł pan do niego, ale na kilka godzin przed obiadem, w porze, w jakiej doktor 
jadł  przeważnie  drugie  śniadanie.  Wiedział  pan,  co  zresztą  wiedziała  większość  znajomych 
doktora,  że  ten  na  drugie  śniadanie  je  jajecznicę.  Poza  tym  wiedział  pan,  że  na  półce  stoi 
sporo trucizn. Doktor był kolekcjonerem trucizn. Jedna z nich, przywieziona przez doktora z 
Indii, miała smak jajecznicy, a zapachu nie posiadała. O tych właściwościach wiedział pan z 
opowiadań  doktora.  Nie  wiem,  pod  jakim  pretekstem  wysłał  pan  Garmaniego  do  drugiego 
pokoju.  Chwila  wystarczała,  by  wlał  pan  kilka  kropel  do  jajecznicy  doktora.  Odstawił  pan 
flakonik. Doktor wrócił, spożyliście drugie śniadanie. Trucizna działała po trzech godzinach. 
Po  śniadaniu  wyszedł  pan  z  mieszkania  Garmaniego.  Śmierć  zaskoczyła  doktora  na  ulicach 
Rzymu.  Napracowałem  się  długo  nad  sprawą,  w  końcu  zebrałem  dowody.  Bardzo  nie  lubię 
procesów poszlakowych. 

— Napadu na pana nie było — dodał urzędnik policji. — Jest to wymysł, dzięki, które-

mu  starał  się  pan  pogrążyć  Barca.  Moi  ludzie  obeszli  wszystkie  sklepy  i  dowiedzieli  się,  że 
pan nabył nóż. Sprzedawczyni zapamiętała pana dzięki siwemu pasmu włosów. Nie każdy ma 
siwe pasmo włosów, wąskie na centymetr, biegnące od czoła aż do karku. Zwrócił się pan do 
nas  dlatego  z  informacjami  o  rozmowie  telefonicznej,  gdyż  bał  się  pan.  Chciałeś,  figlarzu, 
oddalić od siebie wszelkie podejrzenia. A to był błąd. 

Nic nie odpowiedziałem. 
— Wyprowadźcie go — zwrócił się urzędnik do dwóch drabów stojących za mną. 

 

background image

 

JOHANN KARL AUGUST MUSÄUS 

 

POSZUKIWACZ SKARBÓW 

 

We  wtorek  po  św.  Bartłomieju  tego  roku,  kiedy  to  cesarz  Wacław  zbiegł  z  więzienia 

praskiego wraz z piękną dziewką łaziebną (r. 1393), cech owczarzy w Rotenburgu we Fran-
konii urządził, zgodnie z dawnym zwyczajem, doroczny obchód; po wysłuchaniu mszy św. w 
kościele św. Wolfganga  przed bramą miejską, uczestnicy udali się do  gospody „Pod Złotym 
Jagnięciem”, spędzili cały dzień na jedzeniu i piciu i przy dźwiękach fletu i szałamajki pląsali 
na rynku aż do zachodu słońca. Następnie młodzież wyszła z miasta, starzy zamożni pasterze 
natomiast zasiedli nad dzbanem i gdy wino rozwiązało języki, rozgadali się na dobre, gawę-
dząc o różnych sprawach. Jedni wygłaszali nader trafne przepowiednie na temat pogody. Inni 
opowiadali o przygodach przeżytych za młodu, o tym, jak to wespół z wiernym psem odpę-
dzili wilka od stada, jak płoszyli potężnymi zaklęciami jego groźnego pobratymca, straszliwe-
go wilkołaka, lub jak mamiły i przerażały ich nocną porą w pustkowiach i lasach czarownice i 
upiory,  słowem  —  zdawali  sprawę  z  cudów  zasłyszanych,  widzianych  i  doświadczonych. 
Opowieści  te  budziły  nieraz  taką  grozę,  że  słuchaczom  cierpła  skóra  i  włosy  stawały  dęba. 
Sławetne pospólstwo miejskie po skończonej robocie brało chętnie udział w wiejskim święcie 
owczarzy,  toteż  wielu  cechowników  i  rzemieślników  siedziało  w  izbie  szynkowej  gospody 
„Pod  Złotym  Jagnięciem”  i  przy  kusztyczku  wina  przysłuchiwało  się  gawędom,  wtrącając 
niekiedy swoje trzy grosze. 

Tego wieczora siwowłosy Marcin, krzepki osiemdziesięcioletni staruch, który wydał na 

świat ze swych lędźwi — niczym pobożny patriarcha Jakub — całe pokolenie owczarzy, był 
szczególnie wesoły i rozmowny. Gdy gości w gospodzie zaczęło już ubywać, kazał on nalać 
sobie  jeszcze  jeden  kubek  wina  jako  strzemienne;  sprawiało  mu  widoczną  przyjemność,  że 
hałas się zmniejszył i można teraz dojść do głosu. 

—  Konfratrzy  —  rzekł  —  mówiliście  wiele  o  swoich  przygodach,  niekiedy  dosyć 

dziwnych i osobliwych; wydaje mi się wszak, że wino miało tu czasem coś do powiedzenia. 
Wiem o jednej rzeczy, która przydarzyła się mnie za młodu, a wydałaby się cudowniejsza niż 
wszystkie wasze opowieści, mimo że powiedziałbym wam szczerą prawdę; już późno jednak i 
nie zdążyłbym skończyć gadki. 

Gdy  czcigodny  starzec  zabrał  głos,  wszyscy  umilkli.  a  w  izbie  zapanowała  taka  cisza, 

jak gdyby sam biskup odprawiał cichą mszę; gdy mówca skończył, zrobiło się zaraz gwarno, 
sąsiedzi  i  przyjaciele  zaczęli  zgodnie  namawiać,  by  na  zakończenie  wieczoru  opowiedział 
swą przygodę.  Nawet kilku mieszczan, którzy już zabierali się do wyjścia, powiesiło znowu 
swe płaszcze i czapki i prosiło o cudowną historię na pożegnanie. 

Dziadek Marcin uległ namowom i prawił jak następuje: 
Początkowo powodziło mi się całkiem kiepsko. Jako zupełny sierota musiałem żebrać o 

kawałek chleba, nie miałem dachu nad głową i chodziłem z torbą od wsi do wsi. Gdy podro-
słem, nabrałem sił i zuchowatości, zgodziłem się za pachołka do pewnego owczarza w górach 
Harcu i służyłem mu przy owcach przez trzy lata. W początku jesieni trzeciego roku zabrakło 
przy  spędzie  do  zagrody  dziesięciu  sztuk  i  starszy  parobek  wysłał  mnie  na  szukanie  ich  w 
lesie. Pies zmylił ślad, błąkałem się po zaroślach, noc zapadła, a że nie znałem okolicy i nie 
mogłem  znaleźć  drogi  do  domu,  postanowiłem  przenocować  pod  drzewem.  O  północy  pies 
zaniepokoił się, zaczął wyć, podkulił ogon i przytulił się do mnie; zrobiło mi się nieswojo i po 
rozejrzeniu się dokoła zobaczyłem przy jasnym świetle księżyca, że stoi przede mną postać i 
człowieka porośniętego na całym ciele kosmatym włosem. 

Miał  on  brodę  długą  aż  do  pępka,  wieniec  na  głowie  i  przepaskę  z  dębowych  liści  na 

biodrach, w prawej zaś ręce dzierżył wyrwaną z ziemi jodłę. Zadrżałem jak osika i dusza ze 

background image

strachu uciekła mi w pięty. Poczwara dała mi znak ręką, abym szedł za nią, ale nie ruszyłem 
się z miejsca; wówczas usłyszałem ochrypły, skrzeczący glos, który przemówił w te słowa: 

—  Tchórzu,  nabierz  odwagi,  jestem  strażnikiem  skarbów  Harcu.  Chodź  ze  mną;  jeżeli 

zechcesz, zdobędziesz bogactwo. 

Chociaż ze strachu oblał mnie zimny pot, ostatecznie nabrałem otuchy, uczyniłem znak 

krzyża i rzekłem: 

— Idź precz, szatanie, nie trzeba mi twojego skarbu! 
Duch zarechotał i wrzasnął: 
— Dudku jeden, gardzisz swoim szczęściem! Pozostaniesz całe życie dziadem! 
Odsunął się ode mnie, jakby chciał odejść, ale wnet powrócił i rzekł: 
— Opamiętaj się, błaźnie, napełnię ci torbę i kabzę. 
— Napisane, że nie będziesz ulegał pokusie — odparłem — uciekaj ode mnie, poczwa-

ro, nie mam nic do czynienia z tobą! 

Ponieważ duch widział, że nie daję mu posłuchu, przestał nalegać i powiedział tylko: 
— Będziesz tego żałował! 
Potem spojrzał żałośnie na mnie i po chwili namysłu ciągnął dalej: 
—  Uważaj,  co  ci  powiem,  i  weź  to  do  serca,  abyś  mógł  skorzystać  z  moich  rad,  gdy 

zmądrzejesz.  Olbrzymi  skarb  w  złocie  i  drogich  kamieniach  ukryto  głęboko  pod  ziemią  na 
górze Brocken; złożono go o zmierzchu i dlatego można go zabrać zarówno w biały dzień, jak 
i  o  północy.  Strzegłem  go  przez  siedemset  lat,  ale  od  dzisiaj  stał  się  on  znowu  dobrem  po-
spólnym, które może zabrać każdy, kto je znajdzie, mój termin się skończył. Chciałem wydać 
go w twe ręce, ponieważ wpadłeś mi w oko, gdy pasłeś stado na górze Brocken. 

Duch pouczył mnie jeszcze o miejscu, gdzie można znaleźć skarb, i o sposobie, w jaki 

mogłem go zdobyć; wszystkie jego słowa pamiętam, jakby to było dzisiaj. 

—  Idź na Andrzejową Górę — rzekł — i zapytaj się tam o Czarną Dolinę Królewską, 

obecnie  zwaną  Małą  Doliną  Porannego  Posiłku.  Gdy  dojdziesz  do  strumyczka,  który  zwą 
Duder, Oder czy też Eder, idź wzdłuż niego pod prąd aż do mostu kamiennego przy tartaku. 
Nie przechodź przez most, lecz posuwaj się w górę po prawej stronie strumyczka, dopóki nie 
napotkasz wysokiej skały. Na strzał z łuku stamtąd zobaczysz zapadły dół, podobny do mogi-
ły. Gdy dojdziesz do niej, zabierz się do kopania; będziesz miał niełatwą robotę, ale przeko-
nasz  się,  że  ziemię  nasypano  tam  umyślnie.  Gdy  ujrzysz  po  obu  stronach  kamienie,  pracuj 
dalej,  wkrótce  znajdziesz  wmurowaną  czworokątną  płytę,  na  łokieć  wysoką  i  szeroką,  która 
wystaje z muru; znaczy to, że jesteś przy wejściu do schowka. 

—  W  otwór  ten  musisz  wpełznąć  na  brzuchu  trzymając  w  zębach  lampę  górniczą,  bo 

ręce mają być wolne, żebyś się nie uderzył nosem o kamień; pochyłość jest bardzo stroma i 
wysypana  ostrymi  kamykami.  Zresztą,  jeżeli  nawet  pokrwawisz  sobie  kolana,  nie  zważaj  na 
to, gdyż jesteś na dobrej drodze. Nie spoczywaj, dopóki nie dojdziesz do szerokich schodów 
kamiennych, którymi wygodnie zejdziesz w głąb po siedemdziesięciu dwóch stopniach i znaj-
dziesz się w obszernej hali, mającej troje drzwi w głębi. Dwoje z nich stoją otworem, trzecie 
zaś  są  mocno  opatrzone  żelaznym  zamkiem  i  zasuwą.  Nie  idź  w  prawe  drzwi,  żebyś  nie 
naruszył  spokoju  kości  dawnego  pana  skarbu.  Nie  idź  również  w  lewo,  tam  jest  komora 
gadów, w której gnieżdżą się żmije i węże. 

—  Otwórz  natomiast  zamknięte  drzwi  za  pomocą  ogólnie  znanego  korzenia  rozryw-

ziela,  który  musisz  mieć  przy  sobie,  gdyż  w  przeciwnym  razie  cała  twoja  praca  pójdzie  na 
marne  i  nic  nie  wskórasz  narzędziami  czy  łomem.  W  jaki  sposób  masz  zdobyć  ten  korzeń, 
zapytaj się doświadczonego myśliwego; jest to pospolita sztuczka łowiecka i taki korzeń nie 
trudno dostać. Nie lękaj się, gdy drzwi otworzą się z trzaskiem i łomotem niczym huk pioru-
nowej broni; nie spotka cię nic złego, gdyż będzie to siła korzenia. Zasłoń tylko lampę, żeby 
nie  zgasła,  a  będzie  ci  się  zdawało,  że  oślepi  cię  wspaniały  blask  bijący  od  złota  i  drogich 
kamieni na ścianach i słupach sklepionego lochu. Nie waż się sięgać po nie, gdyż byłoby to 

background image

świętokradztwem. 

—  Pośrodku  piwnicy  stoi  skrzynia  miedziana,  niczym  ołtarz  w  kościele,  wewnątrz  jej 

znajdziesz dość złota i srebra, bierz, ile dusza zapragnie. Jeżeli będziesz miał tyle ile zdołasz 
udźwignąć,  wystarczy  ci  na  całe  życie;  możesz  również  wrócić  tam  po  trzykroć;  dopiero  za 
czwartym  razem  nic  nie  wskórasz,  a  przy  tym  możesz  być  ciężko  ukarany  za  chciwość,  bo 
pośliźniesz  się  na  kamiennych  schodach  i  złamiesz  nogę.  Nie  zaniedbaj  za  każdym  razem 
zasypać ziemią dół, który otworzy ci dostęp do skarbca króla Bruktoryksa. 

Gdy  duch  to  powiedział,  pies  nastawił  uszu  i  zaczął  szczekać;  posłyszałem  trzaskanie 

biczów furmańskich i skrzypienie kół z oddali, a gdym się rozejrzał, widmo już znikło. 

Na  tym  siwobrody  świadek  rzeczy  cudownych  zakończył  swą  relację,  która  sprawiła 

różnorakie wrażenie.  Niektórzy słuchacze kpili z niej, mówiąc: „Ojczulku, przyśniło ci się”! 
Drudzy uznali sprawę za całkiem wiarygodną; inni, przez ostrożność, stroili mądre miny i nie 
wypowiadali swego zdania. Gospodarz „Pod Złotym Jagnięciem”, wielki frant, sądził, że trze-
ba  dowiedzieć  się,  jaki  obrót  wzięła  sprawa,  mianowicie,  czy  stary  odbył  podziemną  piel-
grzymkę i czy wrócił z pełną kabzą, czy też nie. 

Dolawszy  mu  ze  świeżej  butelki  gwoli  podtrzymania  skłonności  do  zwierzeń,  karcz-

marz zapytał poufale: 

— Ojcze Marcinie, powiedz, czy byłeś w środku góry i czy znalazłeś, co obiecał duch, 

czy też okazał się łgarzem? 

—  Bynajmniej  —  odparł  czcigodny  starzec  —  nie  mogę  duchowi  zarzucić  kłamstwa, 

gdyż nie uczyniłem nic,  by znaleźć mogiłę lub ją rozkopać. A dlaczego nie? Z dwóch przy-
czyn, najpierw dlatego, że zbyt kocham mój kark, by go nadstawiać dla pokusy diabelskiej. a 
następnie  dlatego,  że  nikt  nie  umiał  mi  powiedzieć,  w  jaki  sposób  można  dostać  korzeń 
rozryw-ziela, gdzie on rośnie, w jakim dniu i o jakiej godzinie należy go wykopać, mimo że 
pytałem o to niejednego tęgiego myśliwego. 

Gospodarz  „Pod  Złotym  Jagnięciem”  nie  osiągnął  tedy  zamierzonego  celu.  Wówczas 

zabrał głos sąsiad Błażej, leciwy pasterz, mówiąc: 

—  Wielka  szkoda,  ojcze  Marcinie,  że  twoja  tajemnica  zestarzała  się  wraz  z  tobą. 

Gdybyś  wyznał  ją  przed  czterdziestu  laty,  wierzaj  mi,  nie  zabrakłoby  ci  korzenia  rozryw-
ziela. I chociaż nigdy już nie wdrapiesz się na górę Brocken, powiem ci dla krotochwili, jak 
można  go  dostać.  Najłatwiej  robi  się  to  przy  pomocy  czarnego  dzięcioła.  A  więc  gdy  na 
wiosnę  założy  on  w  dziupli  gniazdo  i  po  wysiedzeniu  jajek  wyleci  szukać  pożywienia,  wbij 
twardy klin w dziuplę. Schowaj się wówczas za drzewo i czekaj, aż ptak wróci. Gdy zobaczy 
zatkane  gniazdo,  najpierw  polata  z  żałosnym  krzykiem  dookoła  drzewa,  następnie  skieruje 
nagle  swój  lot  na  zachód.  Gdy  się  to  stanie,  wystaraj  się  o  szkarłatny  płaszcz  lub  z  braku 
takiego  kup  u  kramarza  cztery  łokcie  czerwonego  sukna,  ukryj  je  pod  szatą  i  czekaj  pod 
drzewem dzień albo nawet dwa, póki dzięcioł znowu nie nadleci z korzeniem rozryw-ziela w 
dziobie. Za dotknięciem korzenia zatyczka gwałtownie wypadnie z dziury jak korek z musu-
jącej  flaszy.  A  wówczas  żwawo  rozłóż  pod  drzewem  czerwony  płaszcz  albo  sukno,  by  ptak 
pomyślał, że to ogień, i ze strachu upuścił korzeń. Niektórzy rozpalają pod drzewem prawdzi-
we małe ognisko, które nie daje wiele dymu, i rzucają na nie kwiat spikanardy. Ale to nie jest 
pewny  sposób,  bo  o  ile  płomień  nie  buchnie  od  razu,  ptak  odleci  unosząc  korzeń.  Gdy  już 
posiądziesz korzeń, pamiętaj codziennie przywiązywać do niego kawałek ciernistego szakła-
ku, bo gdy bez tego wypuścisz z ręki korzeń, stracisz go bezpowrotnie. 

Na temat tej procedury  przelewano z pustego w  próżne jeszcze przez jakiś czas i było 

już dobrze po północy, nim goście się rozeszli. 

Z  dala  od  towarzystwa,  za  piecem,  obok  psa  i  kota,  usadowił  się  był  w  wyścielanym 

skórą  krześle  gospodarza  pewien  gość,  który  zachowywał  przez  cały  wieczór  tak  głębokie 
milczenie, jak gdyby przygotowywał się wstąpić do klasztoru kartuzów. Aczkolwiek zazwy-
czaj  nader  mało  skłonny  do  kontemplacji,  tym  razem  zamknął  się  w  sobie  i  pogrążył  w 

background image

rozmyślaniach,  do  czego  zresztą  miał  niejeden  powód.  Niegdyś  garkuchmistrz  i  winiarz  z 
ramienia  roztropnego  magistratu  i  gminy  miejskiej,  następnie  dozorca  studzień  i  wreszcie 
osoba  bez  urzędu,  włóczykij  i  głodomór,  mistrz  Piotr  Bloch  —  w  ostatnim  dziesięcioleciu 
zstępował coraz niżej po stopniach wielkiej drabiny szczęścia i zaszczytów. 

Świadczyła  o  tym  aż  nadto  dobitnie  degradacja  winiarza  na  dozorcę  studzien,  co  nie 

ustępuje prawie dystansowi, jaki dzieli cesarza od dziada kościelnego. Za dobrych czasów był 
to człowiek jowialny, urodzony żartowniś, w czasie zamówionych u niego bankietów zdolny 
ucieszyć w równej mierze żołądek i ducha gości. 

W  sztuce  kulinarnej  trudno  było  go  wyprzedzić.  Umiał  wspaniale  przyrządzać  głuszca 

w słodkim wywarze korzennym, galarety rybne, przepyszne torty i ciasta różnego rodzaju, a 
nawet świńskim łbom pozłacał uszy. 

O  towarzyszkę  życia  postarał  się  wcześnie,  ale  na  nieszczęście  wybór  jego  padł  na 

dziewczynę  osławioną  w  całym  mieście  z  powodu  złego  języka,  kąśliwego  jak  u  żmii.  Nie 
patrząc, kto nawinął się pod rękę, przyjaciel czy  wróg, umiała ona przypiąć łatkę każdemu i 
nie  oszczędzała  nawet  świętych  niebieskich.  Z  tej  przyczyny  Ilza  Volbrechtówna  była 
przedmiotem powszechnej nienawiści, a młodzi ludzie omijali ją z daleka, gdyż każdego ura-
czyła jakimś przezwiskiem. Dojrzała przeto nadmiernie, niczym owoc głogu, którego się nie 
zrywa w obawie przed kolcami. 

W końcu mistrz Piotr, któremu zachwalano jej obrotność i gospodarność, dał się nakło-

nić  do  konkurów.  Niezgoda  jednak  objęła  przewodnictwo  nad  uroczystościami  weselnymi, 
ledwie nowozaślubiona para odeszła od ołtarza. Winiarz miejski bowiem podpił sobie z wie-
lkiej radości, co zresztą przydarzało się mu i w dzień roboczy, i zatoczył się w ramiona oblu-
bienicy. Państwo młodzi wzięli się za łby i kalendarz małżeński zwiastował obojgu burzliwą 
pogodę, nawałnicę z ulewnymi deszczami, niewiele dni słonecznych i zimne noce. 

Przepowiednia ta sprawdziła się dokładnie z wyjątkiem ostatniego punktu, gdyż błogo-

sławieństwo  boże,  które  otoczyło  tę  niezgodną  miłość,  kazało  domyślać  się  pogody  sprzyja-
jącej urodzajowi i nocy  upalnych. Mimo to mistrz Piotr przez długi czas nie usłyszał lubego 
gaworzenia;  potomstwo  jego  składało  się  z  samych  zdechlaków,  którzy  trochę  pokrzycza-
wszy,  ginęli  w  konwulsjach  niczym  młode  koźlęta  podczas  srogiej  zimy.  Złość  kłótliwej 
niewiasty zatruwała odżywcze soki balsamicznego mleka macierzyńskiego i zamieniała je w 
gryzącą cykutę, zabójczą dla niemowlęcia. 

Aczkolwiek mistrz Piotr nie miał wielkiego majątku, który mógłby pozostawić w spad-

ku  po  sobie,  mimo  to  często  żalił  się  przed  sąsiadami  na  zły  los.  Pewna  mądra  niewiasta 
odkryła mu jednak przyczynę śmiertelności rodzinnej. Toteż gdy z kolei urodził mu się syn, 
powierzył go opiece tryskającej zdrowiem mamki. Chłopak wyrósł i nabrał sił, z czego ojciec 
miał  wielką  radość  i  uciechę.  Podjął  się  wychowywać  sam  lubą  kruszynkę.  Z  chwilą  gdy 
dziecko wdziało spodenki, prowadził je do kuchni zamiast do szkoły, nie odmawiał żadnego 
smakołyku  i  wychował  na  małego  żarłoka.  W  rezultacie  luba  kruszynka  zmarła  w  siódmym 
roku życia z przejedzenia i z wszystkich dzieci pozostała tylko córka tak mocnej konstrukcji, 
że nie zdołały jej zniszczyć ani trujące mleko matczyne, ani tucząca miłość ojcowska. Trakto-
wana  surowo  przez  matkę,  a  rozpieszczana  przez  ojca,  urosła  ostatecznie  na  dużą  i  piękną 
dziewczynę. 

Ale  fortuna  rodziny  wyraźnie  się  odmieniła.  Mistrz  Piotr  zaniedbał  za  młodu  rachun-

ków, poznając gruntownie ze wszystkich działań tylko odejmowanie; dodawanie i mnożenie 
nie szły mu, z dzieleniem zaś nie umiał dać sobie rady przez całe życie. Kosztowało go zbyt 
wiele trudu zrównoważenie w swej gospodarce dochodu i rozchodu; gdy miał pieniądze, zao-
patrywał obficie kuchnię i piwnicę, udzielał kredytu stołującym się u niego pieczeniarzom — 
ile  tylko  zapragnęli,  żywił  darmo  wesołków  prawiących  ucieszne  facecje  i  napełniał  żołądki 
wszystkich głodomorów, którzy umieli wzbudzić jego litość. 

Gdy  kasa  się  wyczerpała,  zaczął  pożyczać  od  lichwiarzy  na  wysoki  procent,  kłótliwej 

background image

zaś  połowicy  wmawiał,  że  są  to  ściągnięte  należności.  Zasada  jego,  dobrze  się  godząca  z 
wygodnictwem,  głosiła:  w  końcu  wszystko  jakoś  się  ułoży.  I  rzeczywiście  tak  się  złożyło  w 
końcu,  że  mistrz  Piotr  ogłosił  upadłość  i  musiał  zwinąć  szyld,  ku  wielkiemu  ubolewaniu 
wszystkich  smakoszów  rodzinnego  miasta.  Ponieważ  jednak  talentami  kucharskimi  zdobył 
sobie  wielu  kompanów,  roztropny  magistrat  nadał  mu  skromny  urząd  dozorcy  studzien; 
panowie  radni  bali  się  niesławy,  którą  okryć  ich  mogła  nowina,  że  w  cesarskim  mieście 
Rotenburgu zmarł z głodu garkuchmistrz! 

Lecz i na tym małym urzędzie eks-kucharzowi nie dopisało szczęście. Rozeszła się gad-

ka, że Żydzi zatruli studnię; w czasie wynikłego stąd rozruchu Żydów częściowo pozabijano, 
częściowo  wypędzono  z  miasta  i  zrabowano  ich  mienie,  o  co  właśnie  chodziło  hultajom, 
którzy rozpuścili pogłoskę. Przy tej sposobności mistrz Piotr utracił urząd bez własnej winy, 
posądzony  o  niedostatecznie  troskliwe  czuwanie  nad  zbiornikami  wody.  Teraz  nie  wiedział, 
co począć z sobą, gdyż nie chciał pójść do ciężkiej pracy, wstydził się zaś żebrać. 

W  owych  niezepsutych  czasach,  kiedy  dzielna  gospodyni  nie  bała  się  własnoręcznie 

stawiać garnki na ogień i zaopatrywać kuchnię, panowie nie potrzebowali kucharzy, kuchnia 
galijska bowiem nie zdołała jeszcze rozpieścić niemieckiego podniebienia. W tych ponurych 
okolicznościach mistrz Piotr musiał żyć na łasce  żony, która utrzymywała się ze skromnego 
handlu mąką. 

W zamian za wikt pełnił dla niej funkcję osła, gdyż to zwierzę domowe musiałaby sobie 

sprawić z uwagi na swoje zajęcia, gdyby nie miała takiego pomocnika. Obładowywała plecy 
leniwego małżonka ciężkimi worami zboża, które z sapaniem zanosił do młyna, i odmierzała 
mu za to dość skąpo strawę, a nawet okładała pięściami, gdy nie wykonał wyznaczonej normy 
dziennej. 

To wszystko rozrzewniało tkliwą duszę cnotliwej córki i kosztowało ją wiele ukrytych 

łez. Była ona oczkiem w głowie ojca, który rozpieszczał ją od dzieciństwa, ona zaś odpłacała 
się dziecięcym przywiązaniem i to wynagradzało zacnego rodzica za wszystkie klęski domo-
we. Słodka Lucyna obrała igłę za źródło zarobku, osiągając wielką biegłość w szyciu, szcze-
gólnie  zaś  w  haftowaniu;  wszystko,  co  ujrzały  jej  oczy,  umiały  odtworzyć  ręce.  Haftowała 
ornaty, obrusy na ołtarze i wspaniałe kolorowe serwety, które były wówczas w użyciu, umiała 
utkać z wełny i jedwabiu historie biblijne Starego Testamentu poczynając od stworzenia świa-
ta aż do cnotliwej Zuzanny. 

Aczkolwiek z zarobków swych musiała natychmiast składać rachunek surowej matce i 

przyczyniała  się  chętnie  do  wspólnych  wydatków  domowych,  jednakże  udawało  się  jej  nie-
kiedy ukryć trojaka, który potajemnie podsuwała ojcu, by mógł pójść do winiarni i dogodzić 
sobie. Przed świętem owczarzy zaoszczędziła podwójny datek i wcisnęła go z cichą radością 
w dłoń dręczonego pragnieniem rodzica, gdy ten wieczorem powrócił był z młyna i zrzucił z 
ramion pełny worek mąki. 

Mistrz  Piotr  odpłacił  kochanej  dziewczynie  najwdzięczniejszą  miną,  na  jaką  go  było 

stać w tej chwili. Smok domowy bowiem, jak zwykł był nazywać swą gderliwą połowicę za 
jej plecami, obarczył go taką noszą, że bez mała upadał pod jej ciężarem. Dobroć kochającej 
Lucyny  wzruszyła  go  tym  razem  do  głębi  duszy,  rozczulając  aż  do  łez.  Nosił  się  bowiem  z 
planem,  który  powinien  był  ostatecznie  dojrzeć  tego  wieczora,  ale  za  to,  zdaniem  jego,  nie 
należał się żaden napiwek od cnotliwej córki.  

Zatopiony w myślach podążył w dół ulicy do gospody „Pod Złotym Jagnięciem”, prze-

cisnął się przez tłum biesiadników, zamówił miarkę wina i — nie szukając kompanii — usa-
dowił  się  za  piecem  w  wyścielanym  skórą  krześle  gospodarza,  które  —  acz  wygodne,  było 
wolne  z  powodu  ustawienia  go  w  miejscu  odludnym.  Tutaj,  gdy  wino  nieco  uspokoiło 
roztrzęsione nerwy i podniosło go na duchu, zaczął rozważać propozycję, jaką uczyniono mu 
odnośnie do pięknej Lucyny. 

Pewien  młody  geniusz,  malarz  z  zawodu,  osiedlił  się  w  Rotenburgu,  by  uprawiać  tu 

background image

sztukę.  Głównym  przedmiotem  jego  studiów  był  doskonały  ideał  piękności  niewieściej. 
Gdziekolwiek  tylko  ujrzał  zgrabną  dziewczynę,  w  oknie,  na  ulicy  czy  też  w  kościele,  zaraz 
wyciągał kawałek pergaminu i robił ołówkiem szkic, następnie przetwarzał go na obraz olejny 
i  sprzedawał  do  klasztoru  jako  świętą  Weronikę  lub  Madonnę,  znajdując  dobry  zbyt  szcze-
gólnie u młodych mnichów, którzy odprawiali modły przed tymi obrazami. 

Gdy podczas procesji w święto Bożego Ciała wpadła mu w oko piękna Lucyna, chwycił 

się żwawo za czerwony ołówek, by utrwalić cudną twarzyczkę. Jednakże nie było to codzien-
ne zjawisko dające się odrysować tak łatwo jak cień na murze. Rysy pięknej dziewczyny były 
tak  harmonijne,  cała  zaś  postać  tak  wdzięcznie  zaokrąglona,  że  kopia  bynajmniej  nie  odpo-
wiadała oryginałowi. Im bardziej starał się artysta wyczarować pędzlem i przy pomocy wyo-
braźni lubą miniaturkę na podstawie pierwszego szkicu, tym mniej mu się to udawało. 

Wkrótce  potem  pewien  bogaty  hrabia  zamówił  dla  upiększenia  nowego  zamku  wiele 

obrazów, sam podając pomysły do nich. Główne dzieło miało przedstawiać narodziny Wenus, 
wychodzącej jako arcydzieło natury z łona morza i podziwianej przez bogów i potwory mor-
skie. Do tej kompozycji malarz nie znał doskonalszego wzoru bogini miłości, jak piękna cór-
ka  byłego  garkuchmistrza  Piotra  Blocha;  pytanie  jednak,  czy  cnotliwa  dziewczyna  zechcia-
łaby  okazać  oczom  artysty  całość  swych  wdzięków  celem  wymalowania  z  natury  postaci 
bogini. 

Umyśliwszy wziąć byka za rogi, malarz zwrócił się pod jakimś pretekstem wprost do jej 

ojca, dawał mu farby do rozcierania i wynagradzał sowicie za ten trud. Po nawiązaniu w ten 
sposób znajomości zaprowadził go pewnego dnia do winiarni, dolewał dzielnie, a gdy zoba-
czył, że gość jest w dobrym humorze, wystąpił ze swoją prośbą, dodając obietnicę poczesne-
go  upominku  w  razie  zgody.  Ale  mistrz  Piotr  wziął  mu  to  za  złe,  rozsierdził  się  z  powodu 
nieprzystojnej  propozycji  i  podejrzewając  nieuczciwe  zamiary  wobec  honoru  i  cnoty  ładnej 
Lucyny, rzekł nasrożony: 

— Jak Waszmość to rozumie? Krotochwila to czy serio? — Czy On myśli, że sprzedam 

Mu  córkę  gołą  jak  oskubana  kura?  Czyniłem  tak  niegdyś  z  kurami  jako  garkuchmistrz,  ale 
jeżeli chodzi o córkę, nie przystoi to żadnemu zacnemu obywatelowi miasta cesarskiego. 

Genialny artysta użył całej swej wymowy, by wpoić w przyjaciela garkuchmistrza nale-

żyte rozumienie rzeczy. Przytoczył przykład wolnego miasta cesarskiego Krotonu, w Wielkiej 
Grecji,  gdzie  niegdyś  sławetne  mieszczaństwo  starało  się  na  wyścigi  o  postawienie  najpię-
kniejszych  dziewic  miejskich  przed  sztalugami,  jego  kolegi,  malarza  Zeuxisa,  i  to  jak  ich 
stworzyła  natura,  bez  szkody  dla  dziewiczego  honoru  i  sławy.  A  raczej  pięć  wybranych 
piękności, z których mistrz wystudiował ideał bogini miłości, wyszło pod każdym względem 
szczęśliwie za mąż, ponadto zaś chwałę ich opiewali wielce poeci. 

Ale mistrz Piotr ani słyszeć o tym nie chciał. 
— Przyjacielu — rzekł wreszcie malarz — widzę, że nie dojdziemy do zgody. Czyń jak 

chcesz.  Zresztą  gdybyś  rozumiał  swoją  korzyść  —  jak  przystoi  dobremu  kucharzowi  —  nie 
odrzuciłbyś tych dwudziestu czerwonych złotych gotówką i nie odmówiłbyś urządzenia za nie 
sztukom pięknym uczty dla oczu. 

Widok złota złagodził surowość cnoty cesarsko-miejskiej do takiego stopnia, że stała się 

ona  uległa  i  giętka  jak  zamsz.  Suma  ta  bowiem  była  zbyt  silną  przynętą,  zważywszy  biedę, 
jaką klepał mistrz Piotr. Pomyślał on, jak może dogodzić sobie za jednego czerwonego złote-
go,  i  możność  dwudziestokrotnego  powtórzenia  tych  rozkoszy  przeważyła  wszystkie 
skrupuły. Obiecał rozważyć sprawę i pomyśleć o sposobie podsunięcia Lucyny artyście, który 
już  sam  powinien  postarać  się  o  nakłonienie  jej  do  ukazania  ukrytych  wdzięków.  Przyznał 
bowiem  otwarcie,  że  sam  nie  zdoła  namówić  jej  do  tak  nieskromnej  uprzejmości.  Młody 
światowiec uśmiał się z tych małomiasteczkowych skrupułów i wziął na siebie załatwienie tej 
sprawy. 

—  Czy  myślisz,  ojcze  Piotrze,  że  dla  mnie  będzie  trudne  wyłuskanie  dzieweczki  z  jej 

background image

skorupy?  Czy  nie  słyszałeś  o  sporze  słońca  z  huraganem  o  płaszcz  wędrowcy?  Czego  burza 
nie zdołała dokonać potężnym podmuchem, zdziałało słońce łagodnymi promieniami. Oczy-
wiście, ty nie namówisz pięknej  Lucyny do zdjęcia szat, gdyż byłbyś podobny do huraganu, 
ale ja będę dla niej promieniem słonecznym. 

Umowa  z  malarzem  była  właściwie  ubita,  chodziło  tylko  o  dostawę,  i  tu  mistrz  Piotr 

natrafił na jeden szkopuł. Wysiadywał godzinami w krześle gospodarza „Pod Złotym Jagnię-
ciem”,  nie  umiejąc  obmyśleć,  jak  ma  wykraść  dziewczynę  sprzed  oczu  matki  i  dostarczyć 
przystojnie  swemu  klientowi.  Czoło  jego  pokrywało  się  zimnym  potem  na  myśl,  jaka  to 
nawałnica wybuchnie na widnokręgu małżeńskim i runie na niego, gdy jędza Ilza dowie się o 
zdradzie stanu, popełnionej przez ojca wobec rodzonej córki. 

Każda  kropla  wina  nabierała  posmaku  żółci  i  piołunu,  gdy  rozważał,  że  ten  krzepiący 

napój, opłacony z drobnych oszczędności córki, ma dać natchnienie do podstępu, który wysta-
wi na ciężką próbę skromność i wstydliwość dziewczyny. Nie było też rzeczą chwalebną, by 
rodzic ciągnął niegodziwy zysk z własnego dziecka. 

Chciwość  i  staroniemiecka  rzetelność  toczyły  ze  sobą  ciężką  walkę  i  wynik  jej  był 

jeszcze  niepewny  w  chwili,  gdy  dziadek  Marcin  zaczął  opowiadać  o  swojej  przygodzie.  To 
osobliwe zdarzenie wzbudziło ciekawość siedzącego za piecem samotnika; nastawił on uszu, 
by  wysłuchać  dokładnie  opowieści.  Żadne  słowo  nie  uszło  jego  uwagi  i  im  dalej  rozwijał 
Marcin swoją opowieść, tym ciekawsza stawała się ona dla ukrytego słuchacza. Początkowo 
słuchał  z  samej  tylko  ciekawości,  gdy  jednak  sąsiad  Błażej  rozwiódł  się  nad  sposobem 
wydarcia cudownego korzenia czarnemu dzięciołowi, cała fantazja mistrza Piotra rozpaliła się 
nagle.  I  gdyby  dwadzieścia  czerwonych  złotych  legło  w  tej  chwili  u  jego  stóp,  zapewne  nie 
raczyłby po nie sięgnąć.  Złota żyła  w Harcu i opary winne wzbudziły taki zapał, że zadecy-
dował szukać bezzwłocznie szczęścia na górze Brocken. 

Żądza pieniędzy i chciwość, źródła wszystkiego złego, nie należały właściwie do jego 

wad; żyjąc w dobrobycie, nie żałował pieniędzy i przez to właśnie nie umiał znosić beztrosko 
biedy. Jeżeli więc marzył o złotych górach, to jedynie dlatego, że pragnął pozbyć się narzuco-
nej  mu  funkcji  osła,  nie  dźwigać  więcej  worków  do  młyna  i  bogato  wyposażyć  ukochaną 
córkę.  Wprawdzie  niedawno  gotów  był  przefrymarczyć  ją,  ale  to  tylko  diabeł  wodził  go  na 
pokuszenie. Nim więc wstał z krzesła, plan podróży do Harcu był już obmyślony w szczegó-
łach i termin wyprawy wyznaczony na najbliższą niedzielę. 

Mistrz  Piotr  udał  się  do  domu  w  tak  pogodnym  nastroju,  jak  gdyby  zdobył  był  „Pod 

Złotym Jagnięciem” złote runo z Kolchidy, ale podczas drogi powrotnej błogostan ten zakłó-
ciła  przykra  myśl,  że  jeszcze  nie  posiada  korzenia  rozryw-ziela.  Uświadomił  sobie  zarazem, 
że na św. Idziego wychodzi na rykowisko jeleń, dzięcioł natomiast nie karmi już piskląt. I stał 
się tak ponury jak dom weselny w chwili, gdy gaszą światła i kończy się uczta. 

Ogarnięty melancholią, zakradł się do komory i rzucił się na twarde posłanie ze słomy, 

nie  mógł  jednak  znaleźć  ukojenia.  Jakiś  głos  wewnętrzny  podszepnął  przysłowie,  że  co  się 
odwlecze, to nie uciecze. Szybko zapalił światło, zaostrzył pióro i przeniósł wiernie na papier 
całą procedurę szukania  skarbu, by żaden jej szczegół nie ulotnił się z pamięci. A ponieważ 
wszystko  dało  się  opisać  potoczyście  i  było  na  papierze  tak,  jakby  miał  to  przed  oczyma, 
frasunek ustąpił miejsca  słodkiej nadziei; pocieszał się myślą, że aczkolwiek będzie spełniał 
rolę osła jeszcze przez jedną zimę, to jednak nie zakończy pielgrzymki ziemskiej na smutnej 
ścieżce młyńskiej. 

Dzień wygnał ciemną noc, czujna gospodyni już się obudziła i zanuciła piskliwie zwy-

kłą  pieśń  poranną,.  Śliczne  paluszki  pracowitej  Lucyny  nawlekały  jedwabną  nić,  a  jeszcze 
pilny  koncypista  nie  odłożył  pióra.  Popędliwa  niewiasta  otworzyła  nagle  drzwi  komory  i 
ujrzała ukochanego małżonka pogrążonego w pracy. 

— Ty pijanico! — było to jej powitanie na dzień dobry — znowu żeś przesiedział całą 

noc  przy  kuflu  i  strwonił  grosze,  które  kradniesz  mi  z  gospodarstwa!  Do  przytułku  z  tobą, 

background image

opoju! 

Mistrz  Piotr,  który  był  od  dawna  zwyczajny  tych  serdecznych  pozdrowień,  nie  dał  się 

wyprowadzić z równowagi i czekał aż nawałnica przeminie, potem zaś rzekł ze spokojem: 

—  Luba  ma,  nie  gniewaj  się,  zamyślam  dokonać  dzieła,  które  oby  było  pożyteczne  i 

korzystne. 

— Ty włóczykiju! — lżyła — ty i dzieło! Naprawdę wyglądasz na to! 
— Niewiasto, daj skończyć — odparł — robię testament, aby dom mój był urządzony, 

gdy przyjdzie godzina, nie wiadomo jak i kiedy. 

Słowa te, całkiem niespodziewane, ugodziły Lucynę w samo serce, niebieskie jej oczy, 

wesołe  zazwyczaj  jak  poranek,  zalały  się  łzami.  Zaczęła  głośno  lamentować.  Pomyślała,  że 
dobrego ojca trapi złe przeczucie zwiastujące zwykły zgon, i przypomniała sobie, że ubiegłej 
nocy śniła się jej nowa mogiła, nadto nie było w zwyczaju ojca rozmyślać o czterech rzeczach 
ostatecznych, śmierci i pogrzebie, zmartwychwstaniu i sądzie boskim, gdy poprzedniego dnia 
piło  się  wino.  Matka  Ilza  natomiast  nie  zważała  na  żadne  przeczucia  i  twarde  jej  serce  nie 
dało się skruszyć myślą o utracie wiernego małżonka, chociaż mistrz Piotr pewnie chciał ten 
skutek osiągnąć wzmianką o testamencie. 

— Ty żarłoku — rzekła — strwoniłeś majątek, a teraz chcesz robić testament? Co masz 

do pozostawienia w spadku? 

On: — Ciało i duszę, żonę i dziecko. 
Ona: — Hej, o tym muszę wiedzieć! Kogo ustanowiłeś spadkobiercą? 
On: — Niebo i ziemię, klasztor Marii Panny i piekło, każdemu z nich zapisano legat. 
Ona: — A jaki? 
On: — Ciało ziemi, dusza niebu, żona piekłu, dziecko moje zaś klasztorowi. 
Miast  odpowiedzi,  rozwścieczona  niewiasta  skoczyła  mu  do  gardła  niczym  dziki  kot, 

potargała szczeremu testatorowi kędzierzawą brodę i omal nie wydrapała oczu, na szczęście 
jednak  spełnieniu  tego  zacnego  zamiaru  przeszkodził  potężny  cios  pięścią  w  jej  kościste 
oblicze,  kładąc  od  razu  kres  zwadzie  małżeńskiej.  Zgodnie  ze  zwyczajem  już  nie  naruszano 
miru  domowego  i  za  pośrednictwem  słodkiej  Lucyny  doszło  rychło  do  ugody.  Mistrz  Piotr 
przemierzał nadal zwykłą drogę do młyna i wszystko szło dawnym trybem. 

Pięćdziesięciokrotnie już oglądał powrót bocianów i jaskółek, nie zwracając na to uwagi 

i nader często podawał swym gościom w Wielki Czwartek jarzynę z rzeżuchy i ośmiu innych 
ziół,  sam  jej  nie  próbując.  Ale  nie  zamieniłby  na  gęś  w  dniu  świętego  Marcina  skąpo  okra-
szonej  nowalii,  jaką  najbliższej  wiosny  uraczyła  go  po  raz  pierwszy  oszczędna  gospodyni: 
zobaczywszy  zaś  pierwszą  jaskółkę  uczcił  jej  szczęśliwy  powrót  miarką  wina  „Pod  Złotym 
Jagnięciem”. Poza tym gromadził skrzętnie tajemną rentę z pracowitych rąk córki, by opłacać 
z tego źródła wywiadowców, którzy mieli wytropić gniazdo czarnego dzięcioła. 

Zwerbowawszy  kilku  uliczników,  wysłał  ich  do  lasu  i  na  pola.  Psotni  chłopcy  jednak 

stroili z niego żarty i wystrychiwali na dudka, gdy bowiem uszedł szmat drogi, znajdował na 
wskazanym  miejscu  jedynie  wronie  gniazdo  lub  przychówek  wiewiórki  w  dziupli.  Gdy  zaś 
wpadał w gniew, śmiali się mu w oczy i zmykali. 

Na  szczęście  jeden  z  tych  szpiegów,  chłopak  rzetelny,  zwęszył  pewnego  razu  na  łące 

nadrzecznej czarnego dzięcioła gnieżdżącego się w uschłej olsze, przybiegł co tchu i doniósł 
o swoim odkryciu. Niedoświadczony przyrodnik wyruszył pośpiesznie w celu zbadania spra-
wy. 

Wywiadowca  zaprowadził  go  do  drzewa,  gdzie  ujrzał  latającego  tam  i  z  powrotem 

ptaka;  wyglądało  na  to, że  ma  on tu  swoje  gniazdo.  Ponieważ  jednak  dzięcioł  nie  należy  do 
ptactwa,  na  które  położyła  swą  rękę  dynastia  kucharzy,  ani  też  nie  jest  tak  towarzyski  jak 
wróbel  i  jaskółka,  tudzież  nie  występuje  tak  nagminnie  jak  wrona  i  jej  przyjaciółka  kawka, 
mistrz  Piotr  powątpiewał  jeszcze,  czy  jego  zaufany  miał  rację,  gdyż  jemu  samemu  czarny 
dzięcioł  był  równie  obcy  jak  ptak  Feniks.  Na  szczęście  przechodził  tamtędy  myśliwy,  który 

background image

wyjaśnił wątpliwości i wydał orzeczenie zgodne z intencją pytającego. 

Mistrz  Piotr  ucieszył  się  wielce,  codziennie  odbywał  regularny  spacer  do  drzewa  i 

studiował swój rzekomy testament tak pilnie jak książkę do nabożeństwa. Gdy wydało mu się, 
że nadeszła odpowiednia pora, zaczął starać się o czerwony płaszcz. W całym mieście znajdo-
wał się tylko jedyny okaz tego okrycia i ten należał do garderoby człowieka, którego niechę-
tnie  prosi  się  o  przysługę;  posiadaczem  jego  bowiem  był  mistrz  Hammerling,  kat  miejski. 
Trzeba  było  dużo  samozaparcia,  by  zacny  mieszczanin  cesarski  zdecydował  się  postawić  na 
kartę  swe  dobre  imię,  narażając  się  w  razie  ujawnienia  sprawy  na  to,  że żaden  z  kompanów 
„Pod Złotym Jagnięciem” nie zechce go znać. 

Właściciel czerwonego płaszcza czuł się do pewnego stopnia zaszczycony tym, że mąż 

nieposzlakowany pragnie skorzystać z jego urzędowego stroju i spełnił nader chętnie prośbę. 
Zaopatrzywszy  się  w  tak  niezbędną  rzecz,  poszukiwacz  cudownego  korzenia  zaczął  działać 
zgodnie z instrukcją. 

Po zatkaniu gniazda wszystko poszło tak, jak mówił sąsiad Błażej. Gdy dzięcioł nadle-

ciał  z  korzeniem  w  dziobie,  mistrz  Piotr  żwawo  wyskoczył  zza  drzewa  i  wykonał  swój 
manewr tak dokładnie i sprawnie, że na widok ogniście czerwonego płaszcza ptak ze strachu 
upuścił  korzeń  wraz  z  dodatkiem,  który  mógł  łacno  pozbawić  naszego  poczciwca  światła 
oczu, jak niegdyś patriarchę Tobiasza. 

Sztuczka łowiecka powiodła się szczęśliwie i korzeń magiczny, klucz główny do wszy-

stkich  zamkniętych  drzwi,  był  zdobyty,  co  wprawiło  posiadacza  w  nieopisany  zachwyt.  Nie 
zapomniawszy  owinąć  zdobycz  w  całą  wiązkę  ciernistego  szakłaku,  udał  się  do  domu  tak 
ucieszony, jak gdyby już posiadał skarb. 

Pobyt jego w rodzinnym mieście oczywiście nie potrwał długo; wszystkie myśli skupił 

on na górze Brocken i czynił pośpiesznie przygotowania do cichego zwinięcia obozu. Utensy-
lia podróżne były nader skromne i ograniczały się do tęgiego kostura i grubego worka, naby-
tego  pod  jakimś  pretekstem  z  oszczędności  uczynnej  Lucyny.  Złożyło  się  szczęśliwie,  że  w 
dniu  wyznaczonym  na  wędrówkę  matka  z  córką  udały  się  do  Urszulanek,  gdzie  miały  się 
odbyć obłóczyny zakonnicy. 

Ojciec Piotr, któremu zlecono czuwanie nad domem podczas nieobecności mieszkanek, 

wykorzystał tę sposobność w celu dezercji z posterunku. W chwili gdy żegnał się z penatami 
domowymi,  wpadło  mu  na  myśl,  że  zdałoby  się  wypróbować  korzeń,  aby  na  własne  oczy 
przekonać się o jego zachwalanej mocy. Matka Ilza miała szafkę wmurowaną w ścianę komo-
ry,  gdzie  zwyczajem  dobrych  gospodyń  przechowywała  dobrze  zamknięte  oszczędności  na 
czarną godzinę, wraz z wiązaniem chrzestnym swej jedynej dziedziczki, klucz zaś nosiła stale 
ze sobą niczym amulet. 

W domowym kolegium finansowym ojciec Piotr nie miał głosu, wskutek czego ta taje-

mnica  domowa  była  mu  nieznana  i  przeczuwał  jedynie  istnienie  ukrytego  skarbu,  ponieważ 
na  widok  szafy  serce  mu  drgało  niczym  różdżka  czarodziejska,  co  uznał za  nieomylny  znak 
bliskości  pieniędzy  lub  innych  rzeczy  wartościowych.  Wypadło  zrobić  doświadczenie,  czy 
przeczucie jest uzasadnione. Wyciągnął tedy ostrożnie korzeń i dotknął nim drzwi szafy. 

Ku  jego  zdumieniu  wszystkie  zamki  puściły,  drzwi  trzasnęły  i  rozwarły  się  z  hukiem, 

ukazując  w  całym  blasku  mamonę  oszczędnej  gospodyni  wraz  z  wiązaniem  chrzestnym 
zacnej Lucyny. 

Mistrz Piotr nie wiedział, z czego ma się więcej cieszyć, czy z mocy magicznego korze-

nia,  czy  też  ze  znalezionej  gotówki,  i  osłupiał  z  wrażenia.  Przypomniawszy  sobie  wreszcie 
swój  zawód  poszukiwacza  skarbów  oraz  zamierzoną  wędrówkę,  postanowił  przywłaszczyć 
zdobycz jako fetysz na szczęście. Wypróżniwszy do czysta szafę zamknął starannie wszystkie 
zamki i po troskliwym zabezpieczeniu drzwi domu wyruszył w pogodnym nastroju w drogę. 

Pobożne kobieciny, które z wielkim nabożeństwem oglądały pompę klasztorną, zdziwi-

ły się mocno, znalazłszy dom zamknięty i nie widząc strażnika na posterunku. Mimo dzwo-

background image

nienia, pukania i wołania: — „Ojcze Piotrze, otwórz!” — nic nie było słychać wewnątrz poza 
miauczeniem kota. W braku czarodziejskiego korzenia przywołano ślusarza z pękiem wytry-
chów. W międzyczasie matka Ilza obmyśliła zawiesiste kazanie, zamierzając palnąć je lenio-
wi,  który  zdaniem  jej  po  prostu  zaspał.  Przeszukano  cały  dom  od  strychu  do  piwnicy,  ale 
nigdzie nie znaleziono śpiocha. 

„Kto  wie,  w  jakiej  winiarni  potwór  żłopie  od  samego  rana”  —  pomyślała  Ilza.  Nagle 

ogarnęło ją przerażenie i co prędzej sięgnęła do  kieszeni po pęk kluczy,  gdyż wpadło jej do 
głowy,  że  nie  zabrała  swego  amuletu,  a  dręczony  pragnieniem  małżonek  porwał  skarb.  Ale 
pęk kluczy wisiał na swoim miejscu, szafa zaś była cała i nienaruszona, tak że Ilza nie domy-
śliła się niczego. 

Nastało  południe,  później  wieczór  i  wreszcie  północ,  a  ojciec  Piotr  nie  pokazał  się. 

Teraz  sprawa  stała  się  niepokojąca  i  matka  z  córką  zaczęły  poważnie  zastanawiać  się  nad 
przyczyną  i  celem  tego  dziwnego  zniknięcia.  Nasuwały  się  różne  przypuszczenia.  Ponieważ 
grozę budząca północ łatwiej się kojarzy z myślami smutnymi i melancholijnymi niż z pogo-
dnymi i radosnymi, wyrzuty sumienia zaczęły  Ilzę palić jak ogień i wywoływać najczarniej-
sze obrazy. 

— Ach! — zawołała załamując ręce — niech Bóg w niebie będzie litościwy!  Lucyno, 

przeczuwam, że ojciec zrobił sobie coś złego! 

Stroskane dziewczę, które jednocześnie wpadło na tę samą straszliwą myśl, zadrżało ze 

zgrozy, krzyknęło głośno i padło bez zmysłów. Rezolutna pani domu nie omieszkała zresztą 
przywrócić  ją  do  czucia  przy  pomocy  zapalonej  siarki.  Przyszedłszy  do  siebie,  dziewczyna 
biadała nad domniemanym nieszczęściem, szlochała i jęczała aż do rana. 

Jeszcze  raz  przeszukano  wszystkie  kąty  domu,  obejrzano  każdy  gwóźdź  w  ścianie  i 

każdą belkę. Na szczęście nigdzie nie znaleziono mistrza Piotra, z czego wywnioskowano, że 
przynajmniej ani nie powiesił się, ani też nie poderżnął sobie gardła. 

Wysłano  następnie  ludzi  z  drągami  w  celu  przeszukania  wszystkich  głębin  wzdłuż 

rzeki, ale i ten trud był daremny. Matka Ilza, mając charakter zmienny, pogodziła się łatwo z 
utratą  małżonka  i  była  zadowolona,  że  zniknął  bez  śladu,  zaoszczędzając  jej  wstydu,  jaki 
wyrządziłby  pogrzeb  samobójcy.  Postanowiła  teraz  obsadzić  wakujące  po  nim  miejsce  w 
gospodarstwie mocnym osłem; znalazła dobry okaz, zgodziła się z właścicielem co do ceny i 
zaprosiła go do siebie po odbiór należności za następcę drogiego małżonka. 

Pierwszą jej troską po wstaniu z łóżka było przygotowanie pieniędzy i w tym celu otwo-

rzyła  ścienną  szafę.  Ach,  co  odczuła,  znalazłszy  wszystkie  półki  pustce!  Przez  kilka  chwil 
stała  ogłuszona,  rychło  jednak  rozjaśniło  się  jej  w  głowie  i  ogarnęła  ją  taka  wściekłość  na 
zbiegłego złodzieja, że ze złości stłukła o własną głowę naczynie nocne, kalecząc się skorupa-
mi. 

Tak głośno miotała przekleństwa, że piękna Lucyna nadbiegła przerażona, by zobaczyć, 

co za nieszczęście się stało. Gdy matka zawiadomiła ją o dokonanym odkryciu, nie ukrywając 
zniknięcia  wiązania  chrzestnego,  zacna  córka  raczej  ucieszyła  się  niż  zasmuciła;  przekonała 
się bowiem, że kochany ojciec nie zrobił sobie nic złego, lecz poszedł w świat szukać szczę-
ścia. 

W miesiąc po tej katastrofie ktoś zadzwonił do drzwi i matka  Ilza wyszła, mniemając, 

że  chodzi  o  kupno  mąki.  Wszedł  okazały  młodzieniec  o  godnym  wyglądzie,  ubrany  jak 
szlachcic, skłonił się lizie z uszanowaniem, wyraził dwornie radość z tego, że miewa się ona 
dobrze,  wreszcie  zapytał  o  piękną  Lucynę,  zachowując  się  jak  dobry  znajomy,  mimo  że 
niewiasta nie mogła żadną miarą sobie przypomnieć, czy widziała go kiedykolwiek na oczy. 

Pytanie  o  córkę  pouczyło  matkę,  że  odwiedziny  właściwie  jej  nie  dotyczą,  mimo  to 

zaprosiła  nieznajomego  do  izby,  podsunęła  mu  stołek  i  zapytała  w  czym  rzecz.  Przybysz 
zrobił  nieco  tajemniczą  minę  i  wyraził  życzenie  rozmowy  ze  znakomitą  hafciarką,  o  której 
tyle opowiadają, gdyż ma dla niej obstalunek. 

background image

Ilza  przywołała  córkę,  która  na  widok  obcego  zaczerwieniła  się  i  spuściła  oczy  w 

zawstydzeniu. Przybysz dotknął poufale jej ręki, którą zaraz cofnęła, spojrzał czule, co zmie-
szało ją jeszcze bardziej, i chciał przemówić, lecz ona nie chcąc widocznie słuchać, pierwsza 
przerwała milczenie tymi słowy: 

—  Ach,  Frydlinie,  skąd  przychodzisz  tutaj?  Myślałam,  że  jesteś  o  sto  mil  ode  mnie. 

Znasz moje postanowienie, a jednak chcesz dręczyć mnie na nowo. 

— Nie, lube dziewczę — odrzekł — przychodzę, by zapewnić nam szczęście. Los mój 

odmienił się. Już nie jestem biedakiem jak dawniej; zmarł bogaty krewniak, odziedziczyłem 
po nim majątek i mam dość pieniędzy, by pokazać się twej matce bez obawy. Wiem, że ciebie 
kocham i mam nadzieję, że ty mnie kochasz również. Pierwsze polega na prawdzie i dlatego 
staram się o ciebie; jeżeli drugie jest prawdą, poślubisz mnie. 

Niebieskie  oczy  pięknej  Lucyny  rozpogodziły  się  podczas  tej  mowy  i  przy  ostatnich 

słowach jej usteczka uśmiechnęły się łagodnie; spojrzała ukradkiem, by zbadać usposobienie 
matki, która wydawała się zatopiona w osobliwych rozmyślaniach. Dla Ilzy było niepojęte, w 
jaki sposób skromna dziewczyna mogła się wdać w miłostki bez jej wiedzy. Nie wychodziła 
nigdy bez towarzystwa matki, w domu zaś nie ukazywała się żadna postać męska poza ojcem. 

Matka Ilza mogłaby przysiąc, że zwodzicielowi byłoby trudniej zakraść się do serca jej 

córki, niż wielbłądowi przejść przez ucho igielne. Wszelako nie ulegało wątpliwości, że prze-
biegły  Frydlin  zdołał  zmylić  czujność  matki  i  zaszczepić  miłość  w  niewinnym  sercu  dziew-
częcym. Z doświadczenia tego płynęła nauka, że serce pięknej córki pod dozorem matki jest 
równie  mało  zabezpieczone  przed  kradzieżą,  jak  i  zaoszczędzony  grosz  pod  siedmioma 
zamkami. 

Zanim doszła do końca swych rozmyślań na temat tajnej intrygi, dzielny zalotnik wyka-

zał zacność swych zamiarów w bardzo przekonywający sposób, wykładając na stół stos zło-
tych monet. Na tle blatu z czarnego łupku rzuciły one taki blask w oczy matki, że nie omie-
szkała  przymknąć  oczu  na  ukrytą  miłostkę,  o  której  zresztą  wiedziała,  że  nie  przekroczyła 
granic skromności i dobrych obyczajów. Delikatna Lucyna bała się potężnych egzorcyzmów 
srogiej pani, które mogłyby wypłoszyć ukochanego; w gruncie rzeczy kochała go serdecznie i 
żarliwie, gdyż była to jej pierwsza miłość. 

Obawy  jednak  były  płonne;  gwałtowna  niewiasta  stała  się  potulna  jak  baranek,  gdyż 

wyznawała zdrową zasadę, że nie trzeba drożyć się z dojrzałymi córkami, ponadto pierwszy 
kupiec jest zazwyczaj najlepszy. Toteż od dawna trzymała w pogotowiu swe matczyne błogo-
sławieństwo na wypadek zjawienia się bogatego zalotnika. 

Po wyliczeniu pieniędzy Frydlin oświadczył się jak najformalniej, uzyskując całkowitą 

zgodę. Narzeczony zgarnął połowę monet do kapelusza i wysypał je do fartuszka narzeczonej 
jako pieniądz godowy; resztę zostawił matce na pokrycie kosztów wesela. Potem prosił lubą o 
tajną audiencję, na którą mu pozwolono. 

Po upływie  godziny wdzięczna  Lucyna ukazała się z najweselszą miną i wynagrodziła 

pierwszym  nieśmiałym  pocałunkiem  szczerego  Frydlina,  za  wyjaśnienie  jej  niektórych 
wątpliwości, jakie mogły powstać odnośnie zmiany jego sytuacji życiowej. 

Ruchliwa  matka  zabezpieczyła  swe  bogactwo,  starannie  posprzątała  i  zamiotła  cały 

dom,  zaopatrzyła  należycie  kuchnię  i  piwnicę  i  przygotowała  w  próżnej  komorze  wspaniale 
posłanie dla narzeczonego. 

Matkę trapiła ciekawość, jaki jest stan i pochodzenie narzeczonego, jak doszło do pier-

wszej znajomości, jak rozpoczęła się tajemnicza gra miłosna i jaki podstęp oszukał jej arguso-
we oczy. Dyskretną Lucynę czekał o północy surowy egzamin. Jednak gdy Ilza przystąpiła do 
przesłuchania,  usteczka  wdzięcznej  dziewczyny  zaczęły  ziewać,  przetarła  ona  oczy  i  powie-
działa zmorzona snem: 

— Kochana matko, później dowiecie się  wszystkiego po kolei, teraz dajcie mi spokój, 

aby nazajutrz nie zbladły moje policzki, gdy kawaler obejrzy swój nabytek za dnia. 

background image

Ciekawość kobieca musiała zadowolić się tym wybiegiem. Od tej pory zrobiło się wie-

lkie  zamieszanie  w  domu,  czyniono  gorliwie  przygotowania  do  ślubu.  Wieść  o  małżeństwie 
Lucyny obiegła miasto błyskawicznie i stała się sensacją. Gdziekolwiek tylko ukazał się zalo-
tnik,  wszyscy  biegli  do  okien,  zatrzymywali  się  na  rogu  ulic,  gapili  się  na  niego  i  omawiali 
sprawę narzeczeństwa. Jedni życzyli szczęścia dziewczynine, drudzy zazdrościli jej i, aczkol-
wiek  Frydlin  był  pięknym  mężczyzną,  jakiego  trudno  było  znaleźć  w  całym  Rotenburgu, 
ponadto  ubierał  się  i  nosił  z  pańska,  mimo  to  zazdrość  dziewcząt  miejskich  umiała  znaleźć 
coś do przygany. 

Niektórzy  mieszkańcy  nazywali  go  pyszałkiem,  inni  —  wietrznikiem,  pocieszając  się, 

że radość nie potrwa długo, gdyż jest to ptak przelotny, który przychodzi, by założyć gniazdo, 
a  potem  odlatuje.  Wszelako  zawistni  sąsiedzi  musieli  przyznać,  że  ptak  przelotnym  wielce 
dba o gniazdo. Pewnego dnia zajechał przed dom woźnica z Norymbergi z ciężko załadowa-
nym  wozem  i  zaczął  wtaczać  skrzynie  i  pudła.  Po  odbiciu  ich  matka  Ilza  wpadła  w  podziw 
nad zamożnością przyszłego zięcia. 

Wyznaczono dzień ślubu i zaproszono pół miasta: wesele miało się odbyć w gospodzie 

„Pod Złotym Jagnięciem”, gdyż dom mieszkalny nie pomieściłby wszystkich gości. Wkłada-
jąc wieniec narzeczona powiedziała do matki: 

—  Jak  błogie  uczucie  wzbudziłby  we  mnie  ten  wieniec  w  dniu  ślubu,  gdyby  ojciec 

prowadził mnie do kościoła! Oby powrócił wreszcie! Mamy wszystkiego pod dostatkiem, on 
zaś pewno przymiera głodem. 

Myśl  ta  tak  jej  ciążyła  na  sercu,  że  zaczęła  płakać  i  lamentować.  Wówczas  matka 

rzekła: 

—  I  ja  byłabym  zadowolona,  gdyby  wrócił;  niech  zięć  zatuczy  go  na  śmierć!  Wydaje 

się ciągle, że w domu czegoś brak od czasu, gdy nie ma ojca. 

Powiedziała prawdę. W istocie bowiem brakło w jej krzesiwie krzemienia do roznieca-

nia płomienia niezgody. 

Od  czasu  jego  emigracji  panował  w  domu  ku  strapieniu  Ilzy  niezamącony  spokój,  jej 

zaś woreczek żółciowy wymagał od czasu do czasu wypróżnienia. 

I co się stało? W wilię wesela, wieczorem, jakiś człowiek wtoczył taczki w bramę miej-

ską, opłacił cło od beczki gwoździ po okazaniu ich oglądaczowi, zajechał ze swym ładunkiem 
wprost  przed  dom  weselny  i  zapukał  do  drzwi.  Narzeczona  uchyliła  okno  i  zobaczyła  ojca 
Piotra. W domu powstała wielka radość, ucieszona Lucyna skoczyła na spotkanie i rzuciła się 
ojcu na szyję, matka Ilza zaś podała mu rękę i rozgrzeszyła z popełnionej kradzieży słowami: 
„Popraw się, szelmo”!  

Wreszcie powitał go Frydlin i matka z córką zaczęły na wyścigi wychwalać narzeczone-

go, gdyż ojciec spojrzał nań ostro i wydawał się żywić pewne wątpliwości. Wszelako dowie-
dziawszy  się  szczegółów  wyraził  swe  zadowolenie  i  od  tej  chwili  traktował  go  tak  poufale, 
jak gdyby od dawna znał przyszłego zięcia. Dawszy nieco przekąsić odzyskanemu małżonko-
wi, matka Ilza zapragnęła dowiedzieć się o jego przygodach i zaczęła rozpytywać się pilnie, 
jak mu się powodziło na obczyźnie. 

—  Niech  Bóg  błogosławi  moje  miasto  rodzinne  —  rzekł  —  wędrowałem  po  świecie, 

próbowałem  różnych  zajęć,  ostatnio  handlowałem  żelazem,  ale  więcej  straciłem  niż  zarobi-
łem. Całe moje bogactwo składa się z tej oto beczki gwoździ, które myślę podarować narze-
czonym do gospodarstwa. 

Matka  Ilza  odzyskała  swój  krzemień  i  jej  swada  rzucała  na  nowo  iskry  wyrzutów  i 

obelg,  od  których  słuchaczom  puchły  uszy,  aż  sprawę  załagodził  Frydlin,  obiecując  żywić  i 
zacnie traktować teścia. 

Życzeniu zacnej Lucyny stało się zadość, gdyż nazajutrz poprowadził ją do kościoła oj-

ciec, wystrojony jak członek magistratu. Wesele szczęśliwej pary odbyło się z wielką pompą. 
Wkrótce potem młodzi założyli własne gospodarstwo, Frydlin uzyskał prawo miejskie, wpro-

background image

wadził się do nowego domu w rynku, obok apteki, dokupił winnicę i ogród, jak również rolę z 
łąkami  i  sadzawkami  i  trudnił  się  zajęciami  miejskimi  jako  człowiek  zamożny.  Ojciec  Piotr 
oddał  się  próżniactwu,  żyjąc,  jak  sądziło  całe  miasto,  na  łasce  bogatego  zięcia,  i  nikt  nie 
domyślił się, że właściwym rogiem obfitości była jego beczułka z gwoździami. 

Odbył  on  szczęśliwie  tajną  pielgrzymkę  na  górę  Brocken,  wprawdzie  nie  tak  szybko, 

jak  to  czyni  w  noc  Walpurgii  chwalebny  cech  czarownic,  zażywający  miotły  jako  środka 
lokomocji, ale za to bardziej spokojnie i wygodnie. Zawijał do każdej gospody położonej mię-
dzy  Fichtelbergiem  a  górą  Brocken,  dokonując  wszędzie  oględzin  piwnicy,  a  przeto  na  tej 
wycieczce więcej czasu spędził raczej pod ziemią niż nad ziemią i wytrzeźwiał całkowicie nie 
wcześniej, aż zobaczył w oddali góry Harcu. Przewidując niejedną trudność, której pokonanie 
będzie wymagało pełni sił duchowych, nakazał sobie teraz ścisłą wstrzemięźliwość w jedze-
niu i piciu. 

Dopóki nie dotarł do góry Brocken, korzystał z własnego nosa jako kompasu, stosując 

się  ściśle  do  jego  wskazówek;  teraz  jednak  znalazł  się  w  okolicy,  gdzie  przyrząd  ten  nie 
nadawał  już  kierunku.  Przemierzył  górę  wzdłuż i  wszerz,  nikt  wszak  nie  umiał  wskazać  mu 
Doliny Porannego Posiłku. Jednakże natrafił przypadkowo na właściwy ślad, znalazł Andrze-
jową Górę, wywęszył rzeczkę, zwaną Eder, i odkrył wreszcie mogiłę. 

Dotarł  rzeczywiście  do  środka  góry  i  gdy  spełnił  swoje  zadanie,  znalazł  skarb,  napeł-

niając  worek  taką  ilością  pieniędzy,  jaką  zdołał  unieść.  Aczkolwiek  złoty  ciężar  niesiony  na 
światło dzienne przygniatał jego plecy więcej niż kiedykolwiek wór mąki, jednakże droga w 
górę,  po  siedemdziesięciu  dwóch  stopniach,  nie  była  tak  przykra  i  uciążliwa  jak  ścieżka  do 
młyna. 

Gdy ujrzał znowu światło dzienne, czuł się jak rozbitek, który po długiej walce z groźbą 

śmierci wśród fal czuje wreszcie twardy grunt pod nogami i radośnie wdrapuje się na brzeg. 
Mimo  obietnicy  całkowitego  bezpieczeństwa  podczas  wyprawy  podziemnej,  nie  dowierzał 
całkowicie  Duchowi  Gór,  bał  się,  że  budzący  grozę  strażnik  skarbu  ukaże  się  w  postaci 
dzikiego męża, który napędzi mu śmiertelnego strachu lub zgoła odbierze łup. Skóra cierpła i 
włosy stawały dęba, gdy zstępował w dół po kamiennych schodach. 

Tak mało zwrócił uwagi na sklepiony schron, że później nie umiał przypomnieć sobie, 

czy ściany i filary rzeczywiście błyszczały od złota i drogich kamieni. Wszystkie jego myśli 
były  skierowane  na  miedzianą  skrzynię,  z  której  nabrał  pełen  ładunek  tak  szybko,  jak  tylko 
mógł.  Wszystko  zresztą  szło  pomyślnie,  żaden  duch  nie  dał  się  słyszeć  ani  widzieć,  i  tylko 
żelazne drzwi zatrzasnęły się gwałtownie, gdy wyszedł ze schronu. 

Bojaźliwy poszukiwacz w pośpiechu zapomniał zabrać wspaniały korzeń, który odłożył 

na  bok  zabierając  się  do  zgarniania  złota.  To  uniemożliwiło  mu  zorganizowanie  drugiego 
transportu,  skromny  człek  jednak  nie  wziął  tego  zbytnio  do  serca,  gdyż  miał  tyle  szczerego 
złota, ile zdołał udźwignąć, wiemy zaś, że umiał on nosić ciężary. 

Gdy — stosownie do instrukcji dziadka Marcina — zasypał ponownie ziemią rzekomą 

mogiłę,  zaczął  rozważać,  jak  ma  zabezpieczyć  zdobyty  skarb  i  korzystać  do  woli  z  niego  w 
rodzinnym  mieście,  bez  wzbudzenia  podziwu  i  gadaniny.  Bardzo  mu  zależało,  by  swarliwa 
małżonka  nie  zwęszyła  spadku  po  dawnym  królu  Harcu;  obawiał  się  bowiem,  że  będzie  tak 
długo  dręczyła  go  na  torturach  małżeńskich,  aż  wysupła  jej  całe  swe  mienie.  Zamierzał 
pozwolić na korzystanie z bogactwa, ale nie wolno jej było wyszperać jego źródła.  

Nad  tym  zagadnieniem  mistrz  Piotr  na  próżno  łamał  głowę.  Mamonę  swoją,  dobrze 

obwiązaną, zaniósł do pierwszej napotkanej wsi, kupił tam sobie u kołodzieja taczki, bedna-
rzowi zaś kazał zrobić beczkę z podwójnym dnem. po czym zaniósł ją do najbliższej kuźnicy 
i napełnił z dołu i z góry gwoździami, ukrywając skarb bardzo pomysłowo w środku. Z tym 
ładunkiem wyruszył w drogę powrotną, a ponieważ nie było mu spieszno, zatrzymywał się w 
każdej karczmie, rozkazując podać co gospodarz ma najlepszego. 

Gdy zbliżał się do miasteczka Ellrich, stowarzyszył się z nim pewien godnie wygląda-

background image

jący młodzian, o wielce zafrasowanym obliczu. Ojciec Piotr, któremu było lekko i dobrze na 
sercu i który był z natury rozmowny, zagadnął do niego: 

— Dokąd to, junaku? 
Zapytany odpowiedział posępnie: 
— W świat daleki, dobry ojcze, lub ze świata, dokąd mnie nogi poniosą. 
— Dlaczego ze świata — rzekł mistrz Piotr — co świat zrobił ci złego? 
Wędrowiec: — Nic mi nie zrobił złego, ja jemu też nie, wszelako nie zależy mi już na 

nim. 

Jowialny taczkarz, który, gdy mu było dobrze,: chciał widzieć wszystkich dookoła sie-

bie wesołymi i  zadowolonymi,  starał  się  dodać  otuchy  strapionemu;  ponieważ  zaś  cała  jego 
wymowa nic nie wskórała, mniemał, że zły humor ma zapewne siedzibę w przewodzie pokar-
mowym, poniżej przepony brzusznej. Zaprosił go przeto do gospody na wieczerzę, obiecując 
pokryć wszystkie koszty, markotny zaś towarzysz nie odmówił. Tego samego wieczora odby-
ła się wesoła uczta, podczas której było dużo żartów i krotochwili. Mistrz Piotr był w swoim 
żywiole i tak dobrej myśli, że kazał nalewać całemu towarzystwu na swój koszt. Jeden tylko 
mruk  nie  brał  udziału  w  powszechnej  zabawie,  siedział  w  kącie,  patrzył  w  ziemię,  jadł  nie-
wiele i rzadko podnosił puchar do ust. 

Przekonawszy  się,  że  w  ten  sposób  nie  poradzi  sobie  ze  śledziennikiem,  mistrz  Piotr 

domyślił się, że smutek musiał zakorzenić się głęboko w sercu i, kazawszy zrobić w komorze 
dobre posłanie ze słomy, postanowił nazajutrz wybadać gościa; przeczuwał bowiem osobliwą 
przygodę  i  pragnął  dowiedzieć  się  szczegółów.  Piękny  poranek  letni  zwabił  go  do  altany 
ogrodowej, kazał przynieść tam śniadanie i skoro tylko dziwak się obudził, wywołał go, posa-
dził obok siebie i rzekł: 

— Weselej, chłopcze! Pozbądź się smutku i bądź dobrej myśli. Patrz, po ciemnej nocy 

nastąpił jasny dzień. Powiedz, co cię martwi i dręczy? 

—  Co  to  pomoże,  dobry  ojcze  —  odpowiedział  smutno  młodzian  —  jeżeli  otworzę 

przed tobą serce? Nie masz przecież ani rady, ani pociechy dla mnie. 

—  Kto  wie  —  odparł  mistrz  Piotr  —  czy  nie  będę  mógł  ci  pomóc.  Czy  nie  śpiewa 

gmina chrześcijańska: ..Często pociecha przychodzi stamtąd, skąd jej nikt się nie spodziewa?” 

Wreszcie rycerz smutnego oblicza poddał się dobrotliwym naleganiom. 
— Przyczyną mojego smutku — rzekł — nie jest żadne łotrostwo, które trapiłoby mnie 

wyrzutami sumienia, lecz nieszczęsna gwiazda cnotliwej miłości, i dlatego nie umiałem zwie-
rzyć się z moich kłopotów. Jestem kusznikiem hrabiego Oettingena z Frankonii i jego służką 
dziedzicznym. Traktował mnie jak swoje dziecko; wychowałem się u niego i ludzie przebąki-
wali, że jestem jego synem. W półpościu pewien malarz przyniósł różne obrazy, które hrabia 
zamówił w celu przyozdobienia nowego zamku.  Wśród tych malowideł znajdował się  wize-
runek cudownie pięknej dzieweczki. 

— Wizerunek ten on nazwał boginią i mistrz stwierdził, że uchwycił ukradkiem postać 

wdzięcznej  dziewki,  która  pięknością  swą  o  wiele  przewyższała  podobiznę,  ale  była  zbyt 
wstydliwa, by pozować. Nie mogłem nasycić się widokiem obrazu, biegałem dziesięć razy na 
dzień do sali, gdzie był wystawiony, gapiłem się na niego godzinami i im dłużej spoglądałem, 
tym więcej rozpalało się moje serce, tak że nie mogłem znaleźć ani spokoju, ani wytchnienia. 

—  Pewnego  dnia  —  ciągnął  smutny  młodzian  —-  odwołałem  malarza  na  stronę  i  za-

klinałem, by  powiedział, gdzie znaleźć  godną dziewkę, której wizerunek  skopiował; obiecy-
wałem mu też sutą nagrodę, jeżeli zechce być ze mną otwarty. Mistrz spostrzegł, co w trawie 
piszczy, uśmiał się z mej zachcianki i objawił mi szczerze, co pragnąłem wiedzieć. 

—  Piękna  dziewka  —  powiedział  —  mieszka  w  mieście  Rotenburgu  nad  Tauberem  i 

jest  córką  starego  garkuchmistrza;  możesz  próbować  u  niej  szczęścia,  jednakże  jest  ona 
dumna i uparta. 

—  Natychmiast  prosiłem  hrabiego  o  zwolnienie,  on  jednak  odmówił  nie  chcąc  mnie 

background image

puścić.  Uciekłem  przeto  w  nocy  i  udałem  się  do  Rotenburga,  gdzie  wkrótce  wyśledziłem 
dzieweczkę. Ale nadaremnie się trudziłem, by zobaczyć ją lub dotrzeć do niej; żyje ona pod 
dozorem rysiookiej matki, smoka-baby, która nie pozwala jej wyjść za drzwi lub spojrzeć w 
okno, zamyka dom niczym klasztor żeński i zabrania wstępu każdej osobie płci odmiennej. 

— To wielce mnie niepokoiło i dręczyło, jednakże zdobyłem się na podstęp: włożyłem 

szaty  niewieście,  okryłem  twarz  kapturem  i  zadzwoniłem.  Gdy  otworzono  mi,  ujrzałem 
wdzięczną  dziewkę.  Jej  widok  zachwycił  mnie  do  tego  stopnia,  że  o  mało  nie  zapomniałem 
się; wszelako zapanowałem nad sobą i zamówiłem u niej kobierzec z ozdobami, gdyż jest ona 
wspaniałą  hafciarką,  najlepszą  w  całym  kraju.  Codziennie  przychodziłem  pod  pretekstem 
patrzenia,  czy  robota  posuwa  się,  i  całymi  godzinami  zażywałem  rozkoszy  oglądania  mej 
lubej i przyjaznej pogawędki. 

— Wnet dostrzegłem, że spodobałem się dzieweczce, gdyż postępowałem zacnie i skro-

mnie, jak przystoi poważnej matronie. Ale pewnego dnia, gdy matka załatwiała sprawy poza 
domem, a ja siedziałem sam na sam z cudną dziewką, namiętna miłość zmusiła mnie do uja-
wnienia tajemnicy. W wielkim strachu zerwała się od krosienek i chciała uciekać. Błaganiami 
odwiodłem ją od zamiaru zrobienia alarmu i przysięgłem na ciało i duszę, że przyszedłem w 
uczciwych zamiarach, by cnotliwie i zacnie starać się o jej względy. 

— Uwierzyła wreszcie moim słowom, a gdy uspokoiła się, opowiedziałem, jak się stało, 

że  zapłonąłem  do  niej  miłością.  Skarciła  wdzięcznymi  słowami  moją  lekkomyślność,  która 
sprawiła,  że  dla  miłości  opuściłem  swego  chlebodawcę  hrabiego  i  zapytała,  w  jaki  sposób 
zamierzam  wyżywić  żonę?  Zapomniałem  języka  w  gębie  i  nie  umiałem  znaleźć  odpowiedzi 
na to podchwytliwe pytanie. Aczkolwiek mam zdrowe ramiona, nie ważyłem się powiedzieć 
otwarcie, że one mnie wyżywią dla jej miłości, gdyż myślałem, że tak zacna dziewka jest za 
dobra dla wyrobnika. Wówczas spojrzała na mnie z litością i powiedziała: 

—  Frydlinie,  musimy  się  rozstać,  nie  zobaczysz  mnie  nigdy,  ukryty  pod  tą  zwodniczą 

postacią. Drzwi te będą wiecznie dla ciebie zamknięte. Moja cnota nieposzlakowana, ale serce 
słabe.  Pouczyłeś  mnie,  jak  łatwo  pokusa  umie  znaleźć  drogę  przez  zamknięte  drzwi.  Ojciec 
przeznaczył  mnie  klasztorowi  i  pójdę  za  tym  powołaniem;  igła  powinna  zdobyć  dla  mnie 
wiano zakonne. Oddal się o sto mil. aby żadne podejrzenie nie ściągnęło na mnie niesławy. 

— Nalegała, bym ją porzucił. Musiałem usłuchać i rozstać się z nią. Ach, ile było w tym 

goryczy! Zakradłem się smutny do gospody, walczyłem z frasunkiem i rozpaczą, nie miałem 
chwili  spokoju,  płakałem  i  biadałem  przez  dzień  i  noc.  Stokrotnie  przebiegałem  ulicę,  przy 
której mieszkała, a gdy w kościele dzwoniono na mszę, biegłem na czaty, by na pociechę zo-
baczyć ją jeszcze raz. Na próżno! Ukryła się przed moimi oczyma jak tajemnica. Trzykrotnie 
opuszczałem miasto, by pójść w szeroki świat, ale nie mogłem ruszyć dalej, gdyż byłem jak 
zaklęty. 

—  Pewnego  poranka  próbowałem  jeszcze  raz,  przebrany  za  niewiastę,  zakraść  się  do 

domu, by na zawsze ją pożegnać. Zadzwoniłem, czując wielki ucisk w sercu. Matka podeszła, 
ale zobaczywszy mnie, żwawo zamknęła okno, po czym łajała i lżyła od wewnątrz: 

— Ty czarownico! Ty handlarko starzyzną! Nie puszczę cię za próg! Złe płacisz! 
— Zrozumiałem wtedy,  jakimi pozorami osłoniła mądra  Lucyna moją tajemnicę przed 

matką, która nie  wyrzekłaby się dobrego obstalunku. Straciłem wszelką nadzieję zobaczenia 
kiedykolwiek wspaniałej dziewczyny, opuściłem miasto i wałęsałem się po kraju jak parobek 
bezpański, dopóki smutek całkiem nie zeżre serca. 

Mistrz  Piotr  wysłuchał  wielce  uważnie  szczerej  opowieści  i  ucieszył  się  w  duchu  ze 

szczęśliwego  przypadku,  który  nadarzył  mu  wędrowca  tak  dobrze  poinformowanego  o  taje-
mnych dziejach domu w czasie jego nieobecności. Gdy Frydlin skończył swoje sprawozdanie, 
mistrz Piotr rzekł: 

— Historia twoja jest osobliwa, ale jedno nie jest jeszcze dla mnie jasne, wspomniałeś 

bowiem o ojcu twej lubej. Czemu nie zwierzyłeś  się jemu? Chyba nic odmówiłby tak dziel-

background image

nemu junakowi, na jakiego wyglądasz. 

—  Ach  —  odparł  Frydlin  —  ojciec  jest  kpem,  opojem,  włóczykijem,  który  opuścił 

złośliwie żonę i dziecko, i nikt nie wie, gdzie się podziewa. Mrukliwa matka żaliła się często 
na  niego  i  ostro  łajała  miłą  dziewczynę  za  trzymanie  z  ojcem,  mimo  że  przywłaszczył  jej 
wiązanie chrzestne, za co wydarłbym łotrowi brodę, gdyby wpadł w moje ręce! 

Ojciec  Piotr  nastawił  uszu  słysząc  takie  pochwały  i  zdziwił  się,  że  junak  tak  dobrze 

orientuje się w jego sprawach domowych. Zamiarem jego nie czuł się dotknięty, przeciwnie, 
uważał, że Frydlin znakomicie odpowiada jego planom, może bowiem zrobić go depozytariu-
szem swoich bogactw i przez to uniknąć rozgłosu przy korzystaniu z nich, jak również ukryć 
zdobycz przed chciwą małżonką. 

— Kompanie — powiedział — pokaż mi dłoń, znam się nieco na wróżbiarstwie i chcę 

zobaczyć, co ci obiecuje twoja szczęśliwa gwiazda. 

—  Co  może  obiecywać  —  odparł  pielgrzymujący  kochanek  —  chyba  nic,  prócz  nie-

szczęścia. 

Rzekomy chiromanta nie dał się jednak tym zbyć i Frydlin, nie chcąc urazić przychylne-

go mu kompana, musiał wyciągnąć dłoń. 

Mistrz  Piotr  przybrał  zafrasowaną  minę,  oglądał  dokładnie  wszystkie  linie,  potrząsał 

niekiedy ze zdziwieniem głową i po dość długim zabawianiu się w ten sposób, oświadczył: 

— Przyjacielu, kto ma szczęście, poślubia ukochaną! Jutro, gdy słońce wzejdzie, wstań 

i idź do Rotenburga! Twoja luba jest ci wierna, przychylna i przyjmie cię dobrze. Czeka cie-
bie bogate dziedzictwo po starym krewniaku, którego znasz, i rychło będziesz miał wszystkie-
go w bród. 

—  Kompanie  —  powiedział  z  niechęcią  Frydlin  —  nie  przystoi  szydzić  z  nieszczęśli-

wego. 

Po czym wstał i chciał odejść, jednakże mistrz Piotr złapał go za połę, mówiąc: 
—  Zostań,  mruku,  nie  stroję  żartów  i  jestem  gotów  udowodnić  prawdziwość  mego 

proroctwa. Jestem człekiem zamożnym i chcę ci odliczyć gotówką na poczet dziedzictwa tyle, 
ile zapragniesz. Chodź ze mną do komory, bym mógł dać dowody prawdziwości i mych słów. 

Junak zrobił wielkie oczy, gdy usłyszał przyjaciela-handlarza żelazem tak mówiącego, i 

jego  pobladłe  policzki  zaróżowiły  się  z  radości  i  zdziwienia.  Nie  wiedząc  czy  jest  na  jawie, 
czy  śni,  podążył  za  zagadkowym  mężem,  który  po  zamknięciu  drzwi  odszpuntował  swoją 
beczkę. 

Mistrz Piotr opowiedział wszystko wiernemu kochankowi pięknej Lucyny, powierzając 

mu tajemnicę skarbu i swój plan, w myśl którego Frydlin, jako zięć, miał odegrać rolę boga-
cza, teść zaś korzystałby skrycie ze wspaniałego łupu. Nazajutrz obydwaj towarzysze opuścili 
w najlepszym nastroju Ellrich i podążyli żwawo do Norymbergi. Tam Frydlin wystroił się jak 
godny zalotnik, ojciec Piotr wypłacił zaliczkę na posag i umówił się z nim, że o ile zaloty bę-
dą pomyślne, da znać przez tajnego gońca, żeby można było wysłać woźnicę z odpowiednim 
sprzętem domowym, celem wzbudzenia podziwu w Rotenburgu. 

Gdy  przyszły  teść  rozstawał  się  z  przyszłym  zięciem,  pierwszy  dał  drugiemu  następu-

jące napomnienie: 

—  Trzymaj  język  za  zębami,  dochowaj  naszej  tajemnicy  i  nie  zwierzaj  się  nikomu  z 

wyjątkiem dyskretnej Lucyny, gdy już zostanie twoją narzeczoną.  

Mistrz  Piotr  korzystał  do  bardzo  późnego  wieku  z  pokaźnej  renty,  jaką  mu  przyniosła 

podróż do Harcu. Z kolei Frydlin uchodził za bogacza i żył szczęśliwy i zadowolony wraz z 
piękną Lucyną, swoją cnotliwą małżonką. A ponieważ bogaczowi łatwo o zaszczyty, wystarał 
się o godność rajcy miejskiego, następnie zaś dostał się na najwyższy szczebel szczęśliwości 
cesarsko-miejskiej, pozyskując urząd głównego burmistrza. 

Do niego odnosi się przysłowie, krążące do dnia dzisiejszego w Rotenburgu: „Gdy chcą 

tam przedstawić czyjeś bogactwo, mówią, że jest on tak bogaty, jak ongiś zięć garkuchmistrza 

background image

Piotra Blocha”. 
 

Z niemieckiego tłumaczył Władysław Dziewulski 

 
 

JOHANN  KARL  AUGUST  MUSÄUS  (1735—1787),  jeden  z  czołowych  pisarzy  Oświecenia 

niemieckiego.  Z  wykształcenia  teolog,  jednakże  nie  otrzymał  stanowiska  pastora,  gdyż  naraził  się 
swym przyszłym parafianom wziąwszy udział w zabawie tanecznej. Od 1770 roku aż do śmierci był 
nauczycielem  gimnazjum  w  Weimarze.  Spośród  dzieł  Musäusa  najwięcej  rozgłosu  zjednały  mu 
„Niemieckie  bajki  ludowe”  (Volksmarchen  der  Deutschen,  Gotha,  1782—1786;  5  tomów).  W 
niektórych  z  tych  utworów  autor  dał  wyraz  sympatiom  prosłowiańskim.  Czytelnikowi  polskiemu 
Musäus jest  zupełnie  nieznany.  Bajkę  „Poszukiwacz  skarbów”  przełożyliśmy,  opuszczając  aluzje  do 
współczesnych wydarzeń politycznych i ówczesnego życia literackiego, jako niezrozumiałe dla czyte-
lnika: skrócono też dłużyzny i zawiłości stylistyczne. 

 
 
 
 

WIACZESŁAW SZYSZKOW 

 

BURZA 

 

GDY  zmrok  zapadł,  zwiadowca  sierżant  Pantiuchin  był  już  na  miejscu.  Ulokował  się 

wśród  ogołoconych  krzewów  nad  brzegiem  niewielkiej  rzeki  mającej  jakie  sto  pięćdziesiąt 
metrów szerokości. Ubrany był jak się patrzy. Miał na sobie przyzwoity półkożuszek, długie 
berlacze syberyjskie, rękawice z psiego futra,  a z wierzchu biały kitel ochronny. Rękawice i 
kamizelka  z  popielicowych  łapek  to  podarunek  ze  stron  rodzinnych,  z  kochanej,  dalekiej 
Syberii. 

Sybirak  ma  bystre  oko.  Poprzez  padający  śnieg  i  zmierzch  wieczorny  Pantiuchin  do-

strzegł wszystko, co trzeba; przeciwległy brzeg jest dość wysoki. Chyba przeszło dwadzieścia 
metrów. Nad brzegiem — szopa, łaźnie, spichrze. A dalej duża wieś zajęta przez wroga. Dwaj 
wartownicy niemieccy: jeden siedzi na belce, drugi w pewnej odległości od niego chodzi tam 
i z powrotem z karabinem na ramieniu. Pantiuchin przygląda się im przez lornetkę. Przemó-
wił w nim nagle instynkt myśliwego. Podciągnął ostrożnie karabin i z przyjemnością wycelo-
wał do obu Niemców. Ale... strzelać nie wolno. 

Akurat  naprzeciw  Pantiuchina,  za  rzeką,  widnieje  murowana  cerkiew.  Kopuła  uszko-

dzona jest przez pocisk, szyby wybite. Cerkiew stoi nad brzegiem urwiska. Urwisko jest stro-
me, prawie prostopadłe i — co za licho — oblodzone. Widocznie Niemcy polewali je obficie 
wodą  i  przekształcili  całe  urwisko  mające  prawie  sześćdziesiąt  metrów  wysokości  w  skałę 
lodową. Dlatego też podwójny rząd zasieków z drutu kolczastego, biegnący na górze wzdłuż 
brzegu, kończył się tam, dochodząc z lewej strony do dzwonnicy, a z prawej do kamiennego 
ogrodzenia  cerkwi.  Niemcy  nie  strzegli  nawet  odcinka  nad  oblodzonym  urwiskiem,  uważali 
to miejsce za niedostępne. 

— Tu się przeliczyli — powiedział sobie w duchu Pantiuchin. — Dla was to niezdobyta 

twierdza, a dla nas bagatela... Tu się wdrapiemy! Paznokcie sobie połamiemy, zęby powybija-
my, ale wejdziemy, zdobędziemy cerkiew... 

Ale  o  co  by  zaczepić  pętlę?  Wśród  krzyżów  nadgrobnych  obok  cerkwi  czernieje  duży 

kamienny  nagrobek.  Nie,  nie  wytrzyma,  przewróci  się  chyba.  A  oto  sterczy  niewysoki  pień 
obalonej przez pocisk brzozy. Akurat naprzeciw dzwonnicy. Miejsce łatwe do zapamiętania. 
Tu właśnie, na brzozę, Pantiuchin zarzuci w nocy pętlę. 

Po  powrocie  do  swojej  jednostki  Pantiuchin  zdał  dokładnie  sprawozdanie  z  wyników 

background image

zwiadu. 

— Zgadzam się — rzekł dowódca — ale uważaj, trudno będzie się wspinać po oblodzo-

nej ścianie. 

— Co tu gadać, trudno, towarzyszu dowódco — odparł Pantiuchin. — Ale przecież my, 

Sybiracy,  damy  sobie  z  tym  radę  lepiej  niż  ktokolwiek  inny.  Jesteśmy  do  tego  przyzwycza-
jeni. Ja na przykład sam pochodzę z Ałtaju, cała nasza wieś poluje na wiewiórki. Zimą bywa 
nieraz, że musimy się wspinać po oblodzonych skałach. 

— No, dobrze — przerwał mu dowódca — słuchaj więc, abyś wszystko zrozumiał. W 

tych dniach na naszym froncie rozpoczyna się ofensywa. Żeby zabezpieczyć prawe skrzydło, 
musimy przede wszystkim zdobyć tę wieś. Sam wiesz, że nasza jednostka jest niewielka. Sił 
mamy trochę za mało... Ale pogoda niby nam sprzyja. Barometr wciąż spada, należy się spo-
dziewać zamieci... I rozumiesz, Pantiuchin, musimy z tego skorzystać. No, dobra... Zajmiesz 
ze swoim oddziałem cerkiew. A co będziesz robił dalej? Zastanówmy się. 

— Możecie na nas polegać, towarzyszu dowódco — odparł Pantiuchin. Był to wysoki, 

barczysty  chłopak  o  szczerej,  dobrodusznej  twarzy,  okolonej  płowymi  włosami.  —  Trudno 
wszystko z góry przewidzieć, towarzyszu dowódco. Podczas akcji się zobaczy. 

Sierżant Pantiuchin był człowiekiem wypróbowanym, posiadał doświadczenie bojowe i 

cieszył  się  zaufaniem.  Po  otrzymaniu  szeregu  praktycznych  wskazówek,  Pantiuchin  udał  się 
do kuźni i wykuł własnoręcznie dwa duże ostre haki, podobne do orlich szponów. 

I oto dwudziestu młodych Sybiraków pod dowództwem sierżanta Pantiuchina ruszyło w 

drogę. Od wsi dzieliło ich jakie pięć kilometrów, ale to żadna odległość. Przed północą dotrą 
do celu. Gorzej, że dmie silny wiatr i zaczął sypać gęsty śnieg — tylko patrzeć, a rozpęta się 
zamieć jak w Syberii. 

— Że będzie zamieć, to wcale nieźle — powiedział, idący obok Pantiuchina najmłodszy 

członek  oddziału,  czarnooki  Kolka  Smiekałow.  —  Przynajmniej  nikt  nas  nie  zauważy, 
dojdziemy najspokojniej w świecie. 

—  Owszem,  dojdziemy  —  odparł  Pantiuchin  —  ale  pomyśl  o  tym,  jak  zarzucimy 

pętlę... 

— Zarzucimy — rzekł Smiekałow nie tracąc animuszu — grunt to dojść! 
— Nie, Kola, kiepsko jeszcze kapujesz. Czy nie widzisz, jak wiatr pędzi śnieg? 
Gdzieś  daleko  rozległ  się  ledwo  dosłyszalny  strzał  armatni.  A  oto  rzeka  i  wieś.  Śnieg 

padał coraz gęstszy. Wiatr się wzmagał. Zamieć rozszalała się na dobre. 

Nad  niskimi  chmurami  błąkał  się  księżyc.  Nie  było  go  co  prawda  widać,  ale  mimo  to 

dawał  jakie  takie  światło.  Dlatego  poprzez  wirujące  płatki  śniegu  można  było  rozróżnić 
ciemne  kontury  dzwonnicy,  a  zatem  można  też  było  dokładnie  określić,  gdzie  sterczy  pień 
obalonej brzozy. 

Rozstawiwszy warty Pantiuchin przyprowadził żołnierzy do oblodzonego urwiska, zdjął 

kitel, zwinął arkan i rzucił pętlę w górę, w kierunku brzozy. Ale wiatr podchwycił ją jak paję-
czynę i zrzucił na ziemię. Sierżant podniósł arkan, zwinął go po raz drugi i znowu zarzucił na 
górę. Ale również tym razem wiatr nie pozwolił pętli wlecieć na urwisko. Pantiuchin, wście-
kły na niepogodę, przywiązał do pętli kamień. No, teraz już arkan doleci... Ale nic podobne-
go.  Wiatr  kpił  sobie  z  przywiązanego  do  pętli  kamienia,  ze  zmartwionego  sierżanta,  zdawał 
się być sprzymierzeńcem Niemców. Sierżant jeszcze kilka razy bez skutku próbował zarzucić 
pętlę i zmęczony spojrzał ze złością na stojącego obok, niskiego Smiekałowa. 

—  Daj-no  mnie  —  powiedział  Smiekałow  i  też  trzy  razy  z  rzędu  próbował  zarzucić 

pętlę. 

Wiatr  huczał  między  brzegami  jak  w  kominie.  Kręcił  się,  wirował,  wzbijając  tumany 

sypkiego śniegu. Milkł na chwilę, to znów walił i szarpał jak nieujarzmiony zwierz, który się 
urwał z łańcucha. Drzewa na górze obok cerkwi chwiały się i huczały. Dokoła szum, chaos, 
biała,  lepka  mgła;  zaczęła  się  prawdziwa  burza  śnieżna,  zwana  w  Syberii  buranem.  Biada 

background image

temu, kogo buran zaskoczy w szczerym polu! 

Przez szum, wycie i trzask dolatywały z prawej i lewej strony krzykliwe, przytłumione 

głosy. To Niemcy sprawdzali warty nocne. 

Nie  było  czasu  na  rozmyślanie.  Trzeba  działać  —  i  w  inny  sposób  zdobyć  tę  niedo-

stępną  lodową  ścianę.  Pantiuchin,  na  wysokości  półtora  metra  od  ziemi,  wyrąbał  w  lodzie 
stopień,  stanął  na  nim  i  zaczął  rąbać  wyżej.  Przy  pomocy  ostrego  haka,  tego  orlego  szponu, 
zahaczył o lodową stromiznę ponad swoją głową i wyrąbawszy trzeci stopień wspiął się nań. 
A kiedy z olbrzymim trudem dotarł do połowy wysokości, mocny poryw wiatru zrzucił go w 
dół jak robaka. Wstał. Z wściekłości nie mógł tchu złapać. 

— Widziałem już takie burze... Ale nic, nie poddam ci się — mruczał zaciskając zęby. 
Pantiuchin  zrzucił  półkożuszek  i  berlacze,  pozostał  w  futrzanej  kamizelce,  w  grubych 

wełnianych skarpetach i znowu rzucił się do walki. Obok niego, również uzbrojony w moty-
kę, wspinał się na oblodzone urwisko mały i zwinny Smiekałow. 

Pantiuchin  nie  zdążył  dojść  do  trzeciego  stopnia  i  zacząć  rąbać  czwarty,  gdy  wiatr  z 

taką samą mocą cisnął go w dół. Od razu po nim spadł również Smiekałow. 

— No co, pomaga nam burza? — z gniewnym uśmiechem rzekł Pantiuchin. 
—  Psiakrew,  cholera!...  —  mamrotał  stropiony  Smiekałow  trąc  kolano,  w  które  się 

uderzył. — Uważaj, chłopie, zmarzniesz... Po co się rozebrałeś? 

— Tak jest wygodniej — odparł Pantiuchin.  
Podnieceni  walką,  z  nową  energią  zaczęli  szturmować  lodową  twierdzę.  Huraganowy 

wiatr  znowu  zrzucił  Smiekałowa  do  głębokiej  zaspy.  A  Pantiuchin  wpił  się  po  prostu  w 
lodową ścianę i wytrwał. Na wpół rozebrany stał mocno na stopniu trzymając się prawą ręką 
haka wbitego do bryły lodowej nieco wyżej głowy, a lewą uczepił się kurczowo sterczącej z 
urwiska, oblodzonej belki. Ostrożnie, żeby nie stracić równowagi, podniósł głowę i drżąc cały 
od ciosów burzy przekonał się, że do szczytu pozostało najwyżej cztery metry. Jeszcze trochę 
wysiłku i twierdza zostanie zdobyta. 

Tymczasem żołnierze na dole zaczęli się ruszać, biegać, zbierać grupami. Wydostawszy 

się  z  zaspy,  Smiekałow  zobaczył,  że  rzucona  przez  kogoś  na  chybił  trafił  pętla  zahaczyła  o 
coś  na  górze.  Smiekałow,  uszczęśliwiony,  nie  pomny  na  nic,  krzyknął  głośno  „hura”,  ale 
zatkano mu natychmiast rękawicą usta. Ochłonąwszy powiedział: 

— Ja ważę najmniej. Ja pójdę. 
I oto niezwykle zręcznie zaczął się szybko wspinać na górę. 
Pantiuchin widząc to przez białą mgłę buranu przyczaił się, chciał zobaczyć, co będzie 

dalej. Wtem arkan Smiekałowa zaczął słabnąć i  w połowie drogi, ku ogólnemu przerażeniu, 
Smiekałow  zaczął  się  toczyć  w  dół.  Za  nim  toczył  się  duży  drewniany  krzyż,  wyrwany  z 
czyjejś mogiły. 

— Do licha! —rozległo się wśród zwiadowców. 
Pantiuchin zaklął soczyście i korzystając z chwili, gdy wiatr ucichł, zaczął wyrąbywać 

przedostatni  stopień.  W  duszy  jego  zmagały  się  nadzieja  szybkiego  końca  i  czarny  strach 
przed  niepowodzeniem.  Wiatr  smagał  go,  ale  Pantiuchin  nie  dostrzegał  tego.  Wspiął  się 
pomyślnie na jeszcze jeden stopień i teraz poczuł wyraźnie, że lada chwila zwycięży wreszcie 
burzę. Musiał się zdobyć na jeszcze jeden, ostatni wysiłek. Och, ten przeklęty wiatr! 

 „Trzymaj  się!”  —  rozkazał  sobie  w  duchu  Pantiuchin  i  przylgnął  całym  ciałem  do 

lodowej skorupy. Wściekły poryw wiatru, kręcąc wiry śnieżne, uderzył go i z wyciem popę-
dził  dalej.  Doświadczone  oko  żołnierza  dostrzegło  zwisający  nad  głową  korzeń  drzewa.  Oto 
ratunek!  Szybko  i  ostrożnie,  obawiając  się  każdego  niezręcznego  ruchu,  Pantiuchin  wyrąbał 
ostatni  stopień,  z  trudem  stanął  na  nim  zdrętwiałymi  z  zimna  nogami,  chwycił  za  korzeń  i 
wytężając siły wyciągnął żelazny hak w stronę niewielkiego pnia nad głową, by zahaczyć oń i 
wspiąć  się  na  szczyt.  Ale  w  tej  chwili  wiatr  powiał  z  taką  siłą,  że  wszystko  j  w  ziemi  i  w 
niebie zahuczało, zmarznięty sęk, którego się trzymał Pantiuchin, pękł jak szczapa, nogi ześli-

background image

znęły się ze stopnia i Pantiuchin poleciał gwałtownie w dół. 

Spadł do zaspy twarzą w śnieg i omal nie zapłakał i z wściekłości i rozpaczy. Ale trwało 

to tylko kilka chwil. Podbiegli doń koledzy. Pantiuchin wstał rześki i nieugięty. W oczach je-
go malowało się znowu zdecydowanie. Podano mu berlacze i półkożuszek. Ubrał się i zaczął 
biegać tam i z powrotem, żeby się rozgrzać. Teraz dopiero poczuł, jak bardzo zmarzł. Każdy 
żołnierz myślał o tym samym: czy rzeczywiście nie zdołają wykonać zadania? Tylko Pantiu-
chin  był  święcie  przekonany,  że  cały  jego  oddział  znajdzie  się  niebawem  w  cerkwi.  Zebrał 
żołnierzy i powiedział: 

— Kiedy się wspinałem w górę, zauważyłem na prawo niewielki taras na zboczu, mniej 

więcej w połowie drogi do szczytu. Zaraz się tam dostaniemy. 

Pantiuchin zaprowadził żołnierzy na wyznaczone miejsce i czterech najwyższych posta-

wił  przy  samej  ścianie.  Trzej  następni  stanęli  im  na  ramionach,  dwaj  na  ramionach  owych 
trzech, później wdrapał się jeszcze jeden i wreszcie sypiąc żartami zaczął się wspinać po tym 
żywym murze szczupły i zwinny Smiekałow. Gdy z narażeniem życia wspiął się na ramiona 
żołnierza stojącego najwyżej, stwierdził, że rzeczywiście na poziomie jego piersi znajduje się 
niewielki taras. Był to uskok kamiennej skały pokryty grubą warstwą lodu. Upragnione słowo 
„taras” pobiegło w dół przekazywane z ust do ust. 

Smiekałow wyrąbał szybko lód i wszedł na taras. Trzymając się za arkan wspięli się na 

górę jeszcze czterej żołnierze, wśród których był także Pantiuchin. 

Zamieć  zaczęła  cichnąć,  ale  wiatr  wył  nadal.  Szara  zasłona  śnieżna  wirowała  dokoła 

zgrzanych  z  wysiłku  żołnierzy.  Do  szczytu  pozostało  znacznie  mniej  niż  połowa  drogi. 
Znowu zastosowano tę samą metodę co na dole. Tylko ostrożniej, żeby nie spaść: trzej, dwa, 
jeden i wreszcie ostatni — Smiekałow. 

— „Hura!” — serce zabiło mu mocno. Wyciągnął naprzód hak na długiej żerdzi, zaha-

czył o coś i podciągnąwszy się zręcznie wskoczył na górę. Znalazłszy się tam zaczął z radości 
tańczyć i kręcić się jak ałtajski szaman. 

Wkrótce na górze byli już wszyscy. Mieli z sobą dwa erkaemy, automaty, zapas grana-

tów i nabojów. Zbadali uważnie cmentarz koło cerkwi. Pantiuchin liczył żołnierzy. — Osiem-
nastu... Ja jestem dziewiętnasty! A gdzie się podział Borodatych Iwan? 

Znowu  gdzieś  bardzo  daleko  ledwo  dosłyszalnie  ziewnęło  działo.  Wiatr  ustał  prawie, 

ale  śnieg  sypał  nadal  obficie.  Z  mglistego  zmroku  wynurzył  się  nagle  Iwan  Borodatych. 
Niski, lecz barczysty wlókł na plecach wysokiego Niemca. Iwan Borodatych zrzucił Niemca 
na ziemię, wyprostował się i powiedział: 

— Och, zmachałem się... Psubrat, koło samej cerkwi zasnął na warcie.  
Żołnierze wleźli do cerkwi przez okno. Łącznicy zainstalowali telefon. Pracowali posłu-

gując  się  latarką  ręczną.  Pantiuchin  zaczął  badać  jeńca,  uprzedziwszy  go,  że  o  świcie  wieś 
zajmą Rosjanie i jeżeli się okaże, że jego informacje są fałszywe, zostanie zabity. Niebawem 
Pantiuchin wołał już przez telefon.. 

— Halo, Niezapominajka! Niezapominajka! Mówi Niezapominajka... 
Przekazał dowódcy jednostki zdobyte informacje. Pod koniec rozmowy dowódca zako-

munikował: „Za godzinę ruszamy do ataku”. 

Pantiuchin zebrał żołnierzy i powiedział: 
— Słuchajcie, przyjaciele... Za półtorej godziny nasza jednostka będzie tutaj na miejscu. 

Niemców jest pięciuset, mają trzy czołgi i dwa działa małego kalibru. A więc sami rozumie-
cie,  towarzysze,  że  każdy  z  nas,  zwiadowców,  musi  wystarczyć  za  dziesięciu.  Pamiętajcie, 
nieprzyjaciel  jest  silny...  a  teraz  wnieście  erkaemy  na  dzwonnicę.  Strzelcy  wyborowi,  zaj-
mujcie wygodne stanowiska. 

Jeszcze  przed  świtem  kolo  wsi  zagrzmiały  działa  i  moździerze  rosyjskiej  jednostki 

wojskowej, która zbliżała się pod osłoną rosyjskiego śniegu. Pierwsze pociski trafiły w dom, 
w którym mieścił się sztab. Dom stanął w płomieniach. Zapaliły się słomiane strzechy jeszcze 

background image

w  trzech  miejscach.  Wśród  hitlerowców,  którzy  nie  spodziewali  się  ataku,  wszczęła  się  nie-
słychana panika. Wyskakiwali z domów jak szaleni, ubierając się w biegu i oślepieni pożarem 
rzucali się w różne strony. Bitwa była krótka. Niewielu tylko Niemców zdołało uciec. Wśród 
licznych  jeńców  znajdował  się  szef  sztabu,  baron  Muffel.  Oddział  Pantiuchina,  który  pokrył 
trupami faszystów całą prowadzącą do cerkwi ulicę, nie poniósł żadnych strat. 
 
Z rosyjskiego tłumaczyła B. Goldbergowa 
 
 
 
 

O. HENRY 

 

URATOWANY HONOR 

 

POŁOWĘ tej historii możecie przeczytać w archiwum urzędu śledczego w New Yorku, 

drugą zaś w księdze kasowej jednego z najszanowniejszych naszych dzienników. 

Pewnego  popołudnia  —  a  było  to  mniej  więcej  w  dwa  tygodnie  po  zamordowaniu 

milionera  Rufusa  Narcrossa  —  morderca,  ledwo  ukazawszy  się  na  Broadwayu,  wpadł  w 
objęcia inspektora policji Bernarda Woodsa. 

— Kogo ja widzę, to ty, Johny Kernan? — zawołał detektyw z radosnym zdziwieniem. 
—  Ja,  we  własnej  osobie  —  odrzekł  serdecznie  Kernan.  —  A  ty,  bracie,  toć  jesteś 

koleżka  Bernard  Woods  z  naszego  kochanego  miasteczka  San  Antonio!  To  ci  trafunek!  Co 
robisz w New Yorku? Szukasz frajerów z Far Westu? 

— Jestem w New Yorku od pięciu lat — rzekł Woods — pracuję w urzędzie śledczym. 
— Cieszę się, bracie! — zawołał Kernan klepiąc go przyjaźnie po ramieniu. 
—  Zajdźmy  do  Müllera  —  zaproponował  inspektor.  —  Usiądziemy  w  cichym  kąciku. 

Mam ci wiele do powiedzenia. 
 

* * * 

 

Nie  było  jeszcze  czwartej;  biura  i  sklepy  nie  wysypały  jeszcze  na  trotuary  wielotysię-

cznej rzeszy pracowników. Nie trudno było o cichy kącik u Müllera. Kernan, świetnie ubrany, 
z  bezwstydną  zimną  krwią,  która  go  nigdy  dotąd  w  krytycznych  momentach  nie  zawiodła, 
zajął  miejsce  na  wprost  mizernego  i  źle  ubranego  detektywa,  który  skubał  nerwowo  kilka 
włosów pod nosem i świdrował sąsiada małymi, czujnymi oczyma. 

— W jakiej branży teraz pracujesz? — zapytał Woods. — O ile mnie pamięć nie myli, 

wyjechałeś z San Antonio rok przede mną. 

—  Ja,  bracie?  Lokuję  akcje  miedzi.  Za  kilka  dni  otwieram  kantor...  A  więc  mój  stary, 

zacny koleżka Bernard pracuje w urzędzie śledczym? Przypominam sobie zresztą, że cię już 
wtedy nęciła ta robota, kiedyśmy się rozstawali... 

— No, tak, zanim zacząłem pracować, byłem półtora roku z wami w bandzie. Ale nie 

po  to  cię  przyprowadziłem  do  Müllera,  aby  o  tym  mówić.  Od  razu  chcę  ci  powiedzieć,  że 
miałem  cię  na  oku  począwszy  od  zeszłorocznej  juchcianki  w  „Grand  Hotelu”  w  Saratodze. 
Ale,  widzisz,  mokra  robota,  o  ile  mi  wiadomo,  to  u  ciebie  pierwszyzna!...  Po  raz  pierwszy 
zrobiłeś użytek ze spluwy... Powiedz mi, John, po co ci było tak się wkopywać? Po jakie licho 
zabiłeś tego Narcrossa? 

Kernan  z  całym  spokojem  przyglądał  się  skórce  cytrynowej  zdobiącej  cocktail.  Nagle 

podniósł na detektywa oczy, w których zadrgał wesoły chochlik. 

—  Jakżeś  ty  to  odkrył,  bracie  drogi,  Bernardzie?  —  zapytał.  —  Zdawało  mi  się,  że 

background image

robota była tak gładko wykonana, że nikt... 

Woods położył na stoliku ołówek w srebrnej oprawce z małymi breloczkami. 
— Podarowałem ci ten ołówek na Boże Narodzenie, pamiętasz, ostatniego roku w San 

Antonio?  Mam  jeszcze  brzytwę,  którą  w  zamian  dostałem  od  ciebie.  Więc  widzisz,  bracie, 
znalazłem  przypadkowo  ten  ołówek  na  dywanie  w  sypialni  Narcrossa.  A  teraz  muszę  cię 
uprzedzić,  że  wszystko,  co  teraz  powiesz,  będzie  powtórzone  władzy.  Bardzo  mi  cię  żal, 
Johny, ale tym razem nie wykręcisz się sianem... Nasza przyjaźń to jedna rzecz, a to inna; za 
zabójstwo  milionera  nikt  cię  po  główce  nie  pogładzi;  zasiądziesz,  bracie,  w  fotelu  elektry-
cznym... 

Kernan roześmiał się: 
— Nie martw się o mnie, mój drogi! Szczęście nigdy mnie dotąd nie zawiodło. Ale kto 

by pomyślał, że to stary koleżka Bernard będzie mnie tropił... 

Nagle  ręka  jego  skryła  się  pod  marynarką.  Ale  już  rewolwer  Woodsa,  szybki  jak 

błyskawica, dotknął lufą jego czoła. 

—  Nie  rób  głupstw,  bracie  —  rzekł  Kernan  ani  drgnąwszy.  —  Po  prostu  chciałem  cię 

wypróbować...  Teraz  już  wiem...  Jak  to  powiadają:  trzeba  siedmiu  krawców,  aby  zrobić 
jednego  dżentelmena,  ale  jeden  krawiec  wystarczy,  aby  dżentelmen  przestał  być  dżente-
lmenem.  Popatrz,  dziurawa  kieszeń.  Schowaj  swoją  spluwę,  Bernardzie,  i  wysłuchaj  mnie. 
Ołówek wsunąłem do kieszeni przed wejściem do starego, żeby przypadkiem go nie zgubić... 
A  ot,  widzisz,  to  mi  się  na  nic  nie  zdało...  —  Narcross  wyciągnął  pistolecik,  malutki  jak 
zabawka. — Nie było rady — musiałem go zakatrupić. Leżał w łóżku ze swoją połowicą. Ona 
nie zrobiła wielkiego harmideru nawet wtedy, kiedy wypróżniałem szkatułkę z klejnotów. Ale 
gdy zacząłem ściągać jej z palca pierścionek, baba w ryk, błaga, aby nie ruszać pierścionka z 
granacikiem  wartości  pięciu  dolarów.  Prezencik  od  kochanka  z  pewnością!  Fujara  Narcross 
dawał  forsę.  Kto  inny  miłość...  Krótko  i  węzłowato,  fura  brylantów:  sześć  pierścionków, 
broszki, dwa zegarki i tak dalej. Sprawuneczek na piętnaście tysięcy. 

— Ostrzegłem cię, abyś mi nic nie opowiadał — powtórzył detektyw. 
—  E!  co  tam!  —  odrzekł  Kernan.  —  Cały  bagaż  mam  w  walizie  w  hotelu.  A  teraz 

powiem  ci,  dlaczego  tyle  gadam.  Bo,  uważasz,  mam  do  czynienia  z  człowiekiem,  którego 
znam jak zły szeląg. Jesteś mi winien, Bernardzie, tysiąc dolarów; wiem, że póki nie zwrócisz 
mi długu, mogę być całkiem spokojny. Nic mi złego nie zrobisz. 

—  Pamiętam  o  tym  długu.  Dałeś  mi  wtedy  dwadzieścia  pięćdziesiątek,  nie  żądając 

nawet  rewersu.  Byłem  w  potrzebie.  Kiedy  wróciłem  do  domu,  komornik  wynosił  już  meble 
na trotuar. 

— I dlatego ty, Bernard Woods, człowiek honoru, o ile są tacy na świecie, nie zrobisz 

żadnej  krzywdy  swemu  wierzycielowi.  Bo  żeby  nie  zginąć,  muszę  się  znać  na  ludziach  ró-
wnie dobrze jak na zamkach i kasach. Słowem, siedź spokojnie i pozwól mi zawołać kelnera. 
Od kilku lat męczy mnie straszne pragnienie, którego nie potrafię zaspokoić. Jeżeli mnie kie-
dy przyskrzynią, to chyba raczej z winy sznapsa niż dzięki policji. Tymczasem jestem jeszcze 
dość ostrożny, bezpośrednio przed robotą za nic nie wypiję.  Zresztą to nieważne, cieszę się, 
brachu, że będę mógł wypić zdrowie starego, morowego Bernarda. Czego się napijesz? 

Kelner przyniósł syfon i butelki. Gdy się wycofał. Woods, wodząc ołówkiem po blacie, 

odezwał się smutnym głosem: 

— Masz rację, John. Nie mogę ci nic zrobić. Gdybym ci nie był dłużny, nic na świecie 

nie  mogłoby  mnie  powstrzymać...  Ciężka  to  dla  mnie  chwila,.  John...  Moja  kariera...  Wszy-
stko... 

— Rozumiem — zauważył Kernan z triumfującym akcentem w głosie. — Znam przecie 

Bernarda Woodsa... A teraz, twoje zdrowie... 

Woods drgnął. Po czym, mówiąc jakby do siebie, rzekł półgłosem: 
— Tak, gdybym ci zwrócił ten dług, gdyby nie było między nami tego długu, wszystkie 

background image

skarby  banków  nowojorskich  nie  zdołałyby  mnie  powstrzymać  od  spełnienia  obowiązku: 
aresztowałbym cię bez najmniejszego wahania. 

— Rozumiem, rozumiem — potwierdził Kernan — i właśnie dlatego jestem tak spokoj-

ny... 

— Są ludzie — podjął detektyw — którzy gardzą mną z powodu mojego fachu. Ale ja, 

uważasz, jestem dumny  z tej kariery. I naraz — jestem w potrzasku! Detektyw musi ustąpić 
miejsca  dłużnikowi...  Nie  mam  wyboru:  jako  człowiek,  jako  dłużnik  muszę  cię  wypuścić. 
Kariera moja złamana. Spróbuję poszukać innego zajęcia; może w porcie... Nieprędko odzy-
skasz swoje tysiąc dolarów, mój drogi przyjacielu. 

—  O,  nie  szkodzi,  mogę  poczekać  —  odrzekł  Kernan  ze  śmiechem.  —  Chętnie  się 

skwituję z tobą. Przypuszczam zresztą, że odmówisz. Ale muszę ci powiedzieć, że od czasu 
jak  dałem  ci  tę  pożyczkę,  szczęście  zaczęło  mi  dopisywać.  Dosyć  o  tym,  kropka.  Jutro  rano 
jadę  na  Zachód  pierwszym  pośpiesznym  pociągiem.  Znam  takie  miejsce,  gdzie  łatwo  mi 
będzie spławić biżuterię. Wychyl kieliszek, Bernardzie, i nie zagryzaj się nadaremnie. Wiesz 
co,  urządzimy  sobie  zabawę;  niech  tymczasem  policja  tropi  mordercę  milionera  Narcrossa. 
Czuję dzisiaj diabelne pragnienie, ale nie boję się go ugasić pod eskortą zacnego przyjaciela 
Bernarda... 

Kolejki  szły  jedna  po  drugiej,  i  oto  Kernan,  lekceważąc  niebezpieczeństwo,  zaczął  się 

zwierzać przyjacielowi z bezwstydnym cynizmem, jaki podniecał w nim trunek. Opowiedział 
ze  wszystkimi  szczegółami  całą  serię  rabunków,  nie  odkupionych  karą;  wyspowiadał  się  z 
kombinacji  złodziejskich,  z  wypraw  i  kradzieży,  aż  pomału  w  zaciętym  i  ponurym  sercu 
detektywa  obudziła  się  straszliwa  odraza  do  zatwardziałego  bandyty,  który  był  mu  niegdyś 
przyjacielem.  

—  Nie,  nie  mogę  ci  nic  zrobić,  tak,  to  nie  ulega  wątpliwości  —  odezwał  się  wreszcie 

Woods, gdy urwał się potok obmierzłych przechwałek. — Ale lepiej będzie dla ciebie, jeżeli 
znikniesz  na  jakiś  czas.  Gazety  mają  zająć  się  poważnie  sprawą  Narcrossa.  I  tak  się  już  od 
dawna skarżą, że policja drzemie, a statystyka przestępstw rośnie z tygodnia na tydzień. 

Wzmianka o gazetach wprawiła Kernana w istną wściekłość. 
— Mam je gdzieś, twoje gazety! — krzyknął. — Jakby kto nie wiedział, że połowa ich 

szmacianych bajeczek to płatne reklamy, a reszta to zwyczajny szantaż. Czy zresztą jest jaki 
pożytek z tej całej pisaniny? Wiadoma rzecz, że policji często się noga powinie, ale powiedz 
mi, czego dokazały te brudne szmaty? Wysyłają na miejsce zbrodni szczury reporterskie i w 
rezultacie  zdobywają  fotografię  kelnerki  z  pobliskiej  knajpy,  w  której  reporterzy  siedzieli 
przez cały czas i pili cocktail. Podają wywiad z narzeczoną faceta z czwartaka, który „słyszał 
jakieś odgłosy”. Nie bój się, Bernardzie, nie takie to zuchy, aby wytropić „rycerza majchra i 
spluwy”, jak się wyrażają w swoich kronikach! 

— No, nie przesadzaj — zaprzeczył Woods spokojnie. — Są gazety, które znakomicie 

ułatwiają pracę policji. Na przykład „Gwiazda Poranna”. Odgrzała już niejeden ślad, któremu 
policja pozwoliła za wcześnie ostygnąć. 

—  „Gwiazda  Poranna”  —  warknął  Kernan  podnosząc  się  uroczyście.  —  Poczekaj, 

pokażę ci, czego jest warta ta twoja gwiazda... 
 

* * * 

 

O trzy kroki od stolika była kabina telefoniczna. Kernan wszedł do niej i nie domykając 

drzwi, usiadł przy aparacie. 

—  Czy  to  redakcja  „Gwiazdy  Porannej”?  Proszę  mnie  połączyć  z  naczelnym  redakto-

rem... Kto mówi?... Proszę powiedzieć, że mówi zabójca milionera Narcrossa... Ach, to pan, 
panie  redaktorze.  Tak  jest,  to  ja,  zabójca  Narcrossa...  Chwileczka,  niech  pan  jeszcze  nie  od-
rzuca słuchawki... Nie, nie należę do tych narwańców, którzy oskarżają się o nie popełnione 

background image

zbrodnie... Bo i co za ryzyko... Właśnie mówimy o tym z jednym detektywem, moim dawnym 
przyjacielem...  Jutro  będzie  piętnaście  dni,  jak  zastrzeliłem  tego  dziada,  o  pół  do  trzeciej  w 
nocy...  Chciałby  pan  ze  mną  trynknąć?  E,  panie  hrabio,  nie  rób  z  siebie  frajera...  Czy 
naprawdę  nie  potrafisz  pan  odróżnić  poważnego  interesanta,  który  może  się  przysłużyć  i 
redakcji, i ojczyźnie, od fetniaka, intrygującego ludzi przez telefon? Mój adres? To za wiele, 
jak  na  pierwszy  raz...  Po  co  telefonuję?  Bo  powiadają  mi,  że  pan  jesteś  specjalistą  od  taje-
mniczych zbrodni... Poczekaj pan, poczekaj, to nie wszystko... Chcę panu oświadczyć, że ta 
wasza  idiotyczna,  zafajdana  szmata  nigdy  nie  wytropi  prawdziwego  zbrodniarza.  Co  pan 
mówi?... Nie, panie redaktorze, to nie konkurent pański... To ja, to ja, słyszysz pan, człowiek, 
który  zabił  Narcrossa.  Całą  biżuterię  mam  u  siebie  w  hotelu,  w  walizie.  Jutro  może  pan  na-
pisać: „Adres hotelu jest chwilowo jeszcze nieznany” — to wasz ulubiony zwrot, może nie? 

Bawi  pana,  że  znakomity  zbrodniarz  dzwoni  do  pana.  aby  powiedzieć,  że  ta  pańska 

gazeta, „najpotężniejszy organ ładu i sprawiedliwości”, jak to powtarzają wasi idiotyczni czy-
telnicy,  to  nędzny,  łajdacki  świstek...  Słyszę,  że  się  pan  śmieje...  Ale  wie  pan  sam,  że  mam 
rację...  Poznaję  po  głosie...  Teraz  niech  mnie  pan  wysłucha;  podam  redaktorowi  szczegół, 
który  pana  olśni...  Wasi  zachwycający  reporterzy  nie  mają  pojęcia,  że  oderwałem  guzik  od 
nocnej  koszuli  mamy  Narcross...  Zachowałem  ten  guzik...  Jak  to  się  stało?  Po  prostu  prze-
szkadzała mi ściągnąć z palca pierścionek z granatem, który brałem za rubin, więc... Uważaj, 
bratku, to nie zabawa. 

I zwracając się do Woodsa: 
—  Połączył  się  z  centralą  przez  inny  aparat  i  zapytał,  z  jakim  numerem  rozmawia. 

Powiem mu jeszcze dwa słówka, a potem w nogi. 

—  Halo!  Tak,  to  jeszcze  ja.  Może  pan  redaktor  myśli,  że  chcę  zwiać  z  obawy  przed 

pańskim brudnym świstkiem, który utrzymuje się z szantażu i korupcji? Będzie mnie pan miał 
przed upływem czterdziestu ośmiu godzin? Tere fere! Nie, przyjacielu, patrzysz za wysoko... 
Zajmuj się rozwodami w high lifie i zagubionymi suczkami; drukuj wszystkie obrzydliwości, 
które was żywią, ale mnie, bratku, mieć, nie, nie łudź się! Nie dla psa kiełbasa. Mam ochotę 
przyjść  do  waszej  meliny  i  uścisnąć  ci  rękę.  Gdzież  mógłbym  być  bezpieczniejszy  niż  w 
waszej oślej świątyni? 

— Wścieka się jak kotka, która wypuściła z łap myszkę — rzekł Kernan, odchodząc od 

telefonu.  —  A  teraz,  przyjacielu  Bernardzie,  rozpocznie  się  prawdziwa  zabawa.  Potrwa  bez 
przerwy aż do rana, a potem w drogę, w drogę, przyjacielu. 

Zjedli  razem  obiad  w  restauracji  na  Broadwayu.  Kernan  w  doskonałym  humorze,  w 

najwyższym stopniu zadowolony z siebie, szastał pieniędzmi bez zastanowienia. Po obiedzie 
spędzili  kilka  godzin  w  kinie  na  sensacyjnym  obrazie.  Kolacja  z  szampanem  była  godnym 
zakończeniem libacji. 

Koło  wpół  do  czwartej  obaj  przyjaciele  znaleźli  się  w  nocnej  restauracji  w  dzielnicy, 

gdzie co krok była redakcja. Morderca nie przerywał swego monologu. Woods zaś, myśląc o 
zwichniętej karierze, wpadał w coraz większe przygnębienie. Lecz naraz myśl jakaś strzeliła 
mu do głowy. 

—  Gdybyż  to  było  możliwe!  —  szepnął  do  siebie  z  otuchą.  —  Och!  Gdyby  to  było 

możliwe! 

Ulica rozbrzmiewała już pierwszymi odgłosami dnia. Zrazu były to krzyki rozdzierające 

ciszę  nocną;  potem  zgiełk  tramwajów,  turkot  wózków  mleczarzy,  ogrodników,  przeraźliwe 
wrzaski sprzedawców gazet... Troski, zmartwienia i trudy świata, który budził się do codzien-
nych prac... 

Woods rzucił pięć centów zaspanemu gazeciarzowi. 
— „Gwiazdę Poranną”! 
Rozwinął  wilgotny,  jeszcze  pachnący  farbą  drukarską  arkusz,  obejrzał  spokojnie  pier-

wszą kolumnę, po czym błyskawicznie wyrwał kartkę z notesu i zaczął szybko gryzmolić. 

background image

— Co takiego? — zapytał Kernan, zataczając się ze znużenia. 
I powoli sylabizował zdanie, które Woods w jego oczach pisał ołówkiem: 

 

Do administracji „Gwiazdy Porannej". 

 

Proszę wypłacić Johnowi Kernan tysiąc dolarów, jako nagrodę przyrzeczoną za ujęcie 

mordercy Narcrossa. 

Bernard Woods  

  
W tejże chwili detektyw nałożył kajdanki na ręce zbrodniarza. 
— A teraz — rzekł — ponieważ jesteśmy skwitowani, Johnie Kernan, pójdziesz ze mną 

do komisariatu. 
 

Z angielskiego tłumaczył Aleksander Wat 

 
 
 
 

JOHN GALSWORTHY 

 

PIORUN 

 

BYŁO to przed wojną, a stosunki tak się układały, że przywiązywano jeszcze wagę do 

tragedii i komedii życia codziennego. 

Mego  przyjaciela,  Franka  Weymoutha,  nie  widziałem  kilka  lat,  aż  wreszcie  spotkałem 

go,  wraz  z  żoną,  na  Boże  Narodzenie  w  wielkim  hotelu  w  Heliopolis.  Był  zawsze  wesołym 
kompanem, skorym do wypitki, a jako wychowawcy w średniej szkole nie można mu było nic 
zarzucić. Jego żona, którą widziałem przedtem dwa razy, nieco mnie zaskoczyła. Pamiętałem 
ją  jako  spokojną,  nieco  chmurną  niewielką  osóbkę  z  pytającym  spojrzeniem.  Ale  teraz 
swawolna,  kapryśna  i  przedsiębiorcza  przypominała  kotka.  Była  to  niewątpliwie  reakcja  na 
narzuconą  powagę  szkoły,  gdzie  pracowała  jako  wychowawczyni  czterdziestu  chłopców  i 
gdzie żyła jak pod szklanym kloszem, zawsze pomna na stosowną etykietę. 

W  naszym  egipskim  hotelu  z  jego  cichymi,  mądrymi  arabskimi  służącymi,  z  wielkim 

hallem,  palmiarnią,  zagranicznymi  gośćmi,  placem  golfowym,  po  którym  biegali  mali, 
ciemnoskórzy arabscy caddies * z pobliską pustynią — Jessie Weymouth stroiła figle, strze-
lała  swymi  wielkimi,  ciemnymi  oczami,  drapała  nas  i  głaskała  małymi  łapkami.  Życie 
uśmiechnęło jej się nagle i chwytała je w wesołej gonitwie. Porywała nas wszystkich za sobą. 
Weymouth  tolerował  jej  ekstrawagancje  z  godnym  podziwu  uśmiechem.  Prawdopodobnie 
wiedział, że jest mu oddana, że jej kocie maniery nie są dokuczliwe. Miał za sobą pracowity 
rok  szkolny.  Zaniedbał  się  trochę,  był  fizycznie  i  duchowo  wyczerpany.  Rozkoszowanie  się 
słońcem i bezczynnością wydawało się być jego jedyną troską. 

Nie wiem, kto pierwszy poddał myśl wycieczki na pustynię, ale Jessie Weymouth pod-

chwyciła  ten  plan  z  entuzjazmem.  Weymouthowie  nie  byli  bogaci,  a  wycieczka  na  pustynię 
kosztuje  masę  pieniędzy.  Oni,  ja  i  małżeństwo  Breconbridge  chcieliśmy  jechać  razem;  ale 
nagle  Breconbridge'owie  zostali  z  powodu  choroby  córki  odwołani  do  domu.  Jessie  Wey-
mouth  nie  posiadała  się  z  żalu.  —  Odbiorę  sobie  życie,  jeżeli  nie  pojedziemy  —  wołała. 
Musimy koniecznie kogoś złapać.  

Złapaliśmy austriacką parę małżeńską z naszego hotelu — Radolinów, z którymi spoty- 

 

* Caddies — służący, którzy towarzyszą graczom w golfa, noszą kije golfowe itp. (Przyp. tłum.). 

background image

kaliśmy  się  czasem  po  obiedzie.  On  był  hrabią,  pracował  zaś  w  banku  w  Konstantynopolu; 
ona była — zdaje się — córką wiedeńskiego malarza. Interesowali mnie, gdyż byli zupełnie 
inni niż Weymouthowie. On wykorzystywał wakacje tańcząc ze wszystkich sił, grając w golfa 
i  jeżdżąc  konno;  wydawało  się  natomiast,  że  ona  jest  zupełnie  obojętna  i  że  tylko  jej  żądny 
użycia małżonek pociąga ją za sobą. Widywałem ją krążącą po wspaniałym hallu i wpatrzoną 
w pustkę. Nie byłem pewny, czy jest piękna. Miała cudowną figurę, a także oczy — zielone i 
zimne  pod  ciemnymi  rzęsami.  Ale  mina  znudzonej  obojętności  zdawała  się  oszpecać  jej 
twarz. Zastanawiałem się nawet, czy nie zepsuje nam wycieczki. Jednakże Jessie Weymouth 
nie dawała za wygraną.  Radolin zaś — co do tego nie mieliśmy  wątpliwości — był dobrym 
kompanem. 

Wyruszyliśmy  więc  w  Nowy  Rok  —  podobnie  jak  wszyscy  wyjeżdżający  na  pustynię 

— z „Mena House”. Mieliśmy w perspektywie tylko czternaście dni, bo Weymouthowie mu-
sieli być dwudziestego z powrotem w Anglii. 

Nasz  tłumacz  był  wesołym  hultajem,  a  jeżeli  chodzi  o  rasę  —  algerskim  Beduinem. 

Prócz niego mieliśmy dwunastu Arabów, greckiego kucharza, siedem wielbłądów, cztery osły 
i  pięć  namiotów.  Pojechaliśmy  zwykłą  trasą  do  Fajum.  Przypominam  sobie  dokładnie  nasz 
odjazd. Na czele Jessie Weymouth na srebrzystoszarym ośle i nasz hultaj na swym ulubionym 
wielbłądzie;  potem  Radolin,  Weymouth  i  ja  na  trzech  pozostałych  osłach  i  wreszcie  Helena 
Radolin, pogrążona w myślach, kołysząc się na wysokim siedzeniu — na grzbiecie wielbłąda. 
Juczne wielbłądy szły przed nami. 

Cały dzień kłusowaliśmy naprzód z biegiem rzeki, aż do Samary, gdzie w należytej od-

ległości od tej niemiło pachnącej wsi  rozbiliśmy  obóz. Zamieszkałem w środkowym namio-
cie, mając po prawej ręce Weymouthów, po lewej zaś Radolinów. Nasz wesoły tłumacz znał 
się na rzeczy, toteż posiłek przyrządzony przez niego, Jessie Weymouth i Radolina — stał się 
biesiadą.  Jednakże  te  pierwsze  trzy  dni  na  granicy  cywilizacji  przyniosły  rozczarowanie. 
Dopiero czwartego dnia, gdy byliśmy już daleko na samotnych piaskach, pustynne powietrze 
zaczęło nam uderzać do głowy. Tej nocy obozowaliśmy wśród nagich wzgórz pod cudownym 
gwiaździstym  niebem,  zimnym  i  czystym  jak  kryształ.  Nasz  hultaj  przeszedł  samego  siebie 
przy  obiedzie;  Jessie  Weymouth  i  Radolin  błaznowali,  Weymouth  był  wesoły  jak  zwykle. 
Tylko Helena Radolin zachowała swój chłód, który nie był obrażający, sprawiał jednak takie 
wrażenie, jakby nie umiała się już cieszyć. 

Tej  nocy  zdałem  sobie  sprawę,  że  ona  jest  rzeczywiście  piękną  kobietą.  Całodzienna 

jazda  w  słońcu  zabarwiła  jej  policzki  i  wygnała  z  oczu  wyraz  znużenia;  przynajmniej  dwa 
razy tego wieczora dojrzałem zwrócone na nią oczy Weymoutha, jak gdyby i on dokonał tego 
samego odkrycia. 

Żarty, jakie stroili Jessie Weymouth i Radolin, dosięgły szczytu przy kolacji, aż wresz-

cie oboje wybiegli w ciemność, na szczyt sąsiedniego pagórka. 

Gdy  siedziałem  u  wejścia  do  mego  namiotu  i  liczyłem  gwiazdy,  nasz  tłumacz  dotrzy-

mywał  mi  towarzystwa.  Chłopak  był  kiedyś  w  Anglii  i  znał  europejską  swobodę  i  obyczaje 
naszych kobiet. 

— To wesoła osóbka, ta pani Weymouth — powiedział do mnie. — Pan Weymouth jest 

bardzo spokojny. Wydaje mi się, że ma już dość jej flirtu, ale nigdy nic nie mówi; diabelnie 
delikatny człek! Hrabia to wesoły chłop, ale hrabina — ach! Jak bryła lodu!... Jutro w Fajum 
dostaniemy świeżych owoców. 

Odszedł  do  swoich  ludzi,  którzy  w  odległości  około  dwustu  kroków  obozowali  przy 

wielbłądach. 

Była  cudowna  cisza.  Światło  gwiazd  i  półksiężyca  oblewało  piaski;  zupełny  spokój,  a 

przy tym rozkoszny chłód — pustynia ukazywała się z najlepszej strony. Nic nie pobudza tak 
krwi, a równocześnie nie chłodzi gorączki. Bezgłośna, niewzruszona trwała noc... 

— Czy to nie cudowne? Dobranoc! 

background image

Helena  Radolin  przeszła  w  futrze  koło  mnie.  Zniknęła  w  namiocie.  Siedziałem  dalej, 

paląc;  wkrótce  potem  zobaczyłem  Weymoutha  wychodzącego  z  namiotu,  który  służył  za 
jadalnię. Głowę odchylił w tył i oddychał ciężko. W świetle latarni zawieszonej u wejścia do 
namiotu wyglądał tak, jak gdyby doznał olśnienia. Potem i on wszedł do swego namiotu. 

Po  kilkunastu  minutach  powróciła  para  narwańców.  Pani  Weymouth  pierwsza,  bardzo 

cicha, z zagniewaną twarzą, jak  gdyby straciła nieco we własnych oczach. Poszli do swoich 
namiotów  i  przez  chwilę  słyszałem  głosy  z  lewej  i  prawej  strony,  aż  wreszcie  mglista 
poświata i cisza otuliły wszystko. 

Następnego dnia, syt jazdy, szedłem pieszo z Arabami i niewiele widziałem mych towa-

rzyszy. Weymouth i hrabina jechali, zdaje się, na wielbłądach, Radolin i pani Weymouth — 
na  osłach.  Około  piątej dotarliśmy  do  oazy  Fajum.  Rozbiliśmy  namioty  na  niewielkiej  prze-
strzeni,  toteż  było  rzeczą  nieuniknioną  słyszeć  co  najmniej  ton  rozmów  prowadzonych  w 
sąsiednich namiotach. Jessie Weymouth zdawała się uskarżać na to, iż Frank nie rozmawiał z 
nią cały dzień. 

—  Byłeś  panie  niezadowolony  —  powiedziała  —  że  wczoraj  wieczór  uciekłam  z 

hrabiątkiem? 

A Weymouth odpowiedział z humorem: 
— O, wcale nie, cóż miałbym przeciwko temu? 
Zapadło milczenie, a ja miałem wrażenie, że Jessie Weymouth doznała rozczarowania. 

Może tylko we wspomnieniu wydaje mi się, że tego  wieczora owładnęło  mną uczucie trwo-
żnego  oczekiwania.  Tym  razem  kolacja  bynajmniej  nie  przypominała  biesiady.  Mała  pani 
Weymouth  była  zuchwała  i  zarazem  skruszona,  Weymouth  i  hrabina  zachowywali  się  po-
wściągliwie, Radolin zaś — sztucznie. Nasz hultaj i ja musieliśmy podtrzymywać rozmowę. 
Chłopak przyglądał się bacznie wszystkiemu, choć czasem wysnuwał fałszywe wnioski. 

— Pani Weymouth... ta ma coś na wątrobie — powiedział do mnie. — Jutro przywołam 

ich do porządku. Sprowadzę tancerkę z Sennoures. Ha! ha! ta się zna na rzeczy! Ta pogodzi 
małżonków! Jutro kupimy też świeżych jaj. 

Tego wieczora panowało najgłębsze milczenie w namiotach po prawej i lewej stronie. 
Po całodziennej podróży przez plantacje Fajum dotarliśmy do obozowiska w Sennoures, 

w  palmowym  gaju.  Był  to  uroczy  zakątek,  ale  brakowało  tu  czystego,  zimnego  tchnienia 
pustynnej nocy. 

Tancerka rzeczywiście znała się na rzeczy. Cóż za kobieta! Gibka, zręczna czarownica, 

dzwoniąca  łańcuchami  z  pereł.  Podniecenie  Arabów,  nieruchome,  przerażone  oczy  Jessie 
Weymouth (która w rzeczy samej była skończonym małym filistrem), śmiech naszego hultaja, 
wyniosła  postawa  Heleny  Radolin,  która  nawet  tę  córę  Egiptu  umiała  trzymać  na  wodzy  — 
oto co mnie interesowało podczas przedstawienia. 

Pod  koniec  tańca  próbowała  Egipcjanka  podrażnić  Weymoutha,  ale  wywołała  tylko 

uśmiech na jego ustach i była wściekła. Pochyliła się ku naszemu hultajowi, wzrokiem wska-
zała mu hrabinę i mruknęła coś złośliwego. Nasz hultaj poklepał ją ze śmiechem po ramieniu, 
a my podnieśliśmy się z miejsc. W ciągu dziesięciu minut nasz obóz opustoszał — tancerka, 
Arabowie, wszyscy poszli do wioski. Wyszedłem z namiotu i stojąc w ciemności pod palma-
mi, słuchałem szmeru ich liści. 

We  wspólnym  namiocie  Radolin  grał  na  gitarze;  brzmiało  to  uspokajająco  po  muzyce 

Arabów. Nagle zobaczyłem wychodzącego Weymoutha. Zatrzymał się pod latarnią u wejścia 
i obejrzał się; widziałem jego twarz jasno oświetloną, ale myślę, że dla tej, która była w głębi 
namiotu, pozostała ona w cieniu. 

Nigdy nie zapomnę wyrazu tej twarzy — wyrazu żarliwego uwielbienia! 
„Cóż  to  znaczy?”  —  pomyślałem.  W  tej  chwili  Helena  Radolin  wyszła  również. 

Przeszła cicho obok niego; nie uczynił żadnego gestu, by do niej przemówić czy podążyć za 
nią,  ale  ona  zobaczyła  jego  twarz  —  tak,  zobaczyła;  potem  zniknęła  w  swoim  namiocie.  A 

background image

Weymouth stał jak wrośnięty w ziemię, jak rażony piorunem, podczas gdy poza nim brzmiały 
nieprzerwanie  dźwięki  gitary,  a  wokół  nas  szeleściły  liście  palmowe  wśród  burzliwego 
powiewu wiatru. 

Wydaje  mi  się,  że  obecnie  jest  rzeczą  zwykłą  wyśmiewać  się  z  czegoś  podobnego,  z 

takiego wybuchu nieodpowiedzialnego uczucia; uważa się to za staromodne, dziwaczne albo 
zgoła  powieściowe.  Równouprawnienie  płci,  pęd  kobiet  do  pracy  umysłowej  i  męskich 
manier odebrały Wenus właściwą jej rangę. Mimo to myślę, że to, co się przytrafiło mojemu 
przyjacielowi Weymouthowi, może się również przytrafić wszystkim młodym mężczyznom, 
którzy tak o tym mówią, jak gdyby miłość pozbawiona była gorączki i instynktu posiadania, 
jak  gdyby  mężczyzna,  który  zapłonie  miłością  do  kobiety,  potrafił  ją  z  łatwością  dzielić  z 
innym  lub  oddać  mu  ją.  Są  oczywiście  mężczyźni,  którzy  nie  mają  w  żyłach  krwi,  ale  na 
nieszczęście  mój  przyjaciel  Weymouth  nie  należał  do  nich  —  nie  na  darmo  błyszczały  jego 
włosy i policzki jak od słońca czy wina, nie na darmo były jego oczy tak ciemnoniebieskie. 

Ostatnie dni naszej wycieczki na pustynię upłynęły tak, że jego uwielbienie zwiększyło 

się  jeszcze  bardziej.  Mała  Jessie  Weymouth  przyczyniła  się  do  tego  w  znacznym  stopniu. 
Jedynie ona była ślepa na to, co się działo. Przytępiło ją nieco życie, jakie ona i jej mąż pro-
wadzili w ciągu roku szkolnego, życie upływające na sumiennym wypełnieniu obowiązków, 
jak również wyczerpanie Weymoutha podczas wakacji. Nie wyobrażała  go sobie inaczej jak 
tylko jako człowieka trzeźwego. A tymczasem on był pijany. Sprawa stała się tak oczywista, 
że przykro było patrzeć na jej ślepotę. 

Dopiero następnego dnia, o zachodzie słońca, gdy już Fajum zostało poza nami i obozo-

waliśmy  na  skraju  pustyni  —  zdała  sobie  sprawę  ze  swego  nieszczęścia.  Tamtych  dwoje 
siedziało  na  składanych  krzesełkach  polowych,  jedno  przy  drugim,  i  spoglądało  na  zachód 
słońca.  Nasi  Arabowie  byli  strapieni,  bo  musieli  się  wyrzec  uciech  Fajum,  podarowano  im 
więc  barana  —  i  teraz  hałaśliwie  przyrządzali  jego  mięso.  Nasz  hultaj  i  Radolin  byli  nieo-
becni.  Ja  szkicowałem.  Jessie  Weymouth  leżała  w  swoim  namiocie.  Tamci  byli  sami  — 
patrzyli na siebie, ich ręce dotykały się może. Światło ponad nagimi wzgórzami miało jakieś 
osobliwe  fioletowe  zabarwienie;  czy  dostrzegali  to,  o  czym  rozmawiali  —  nie  wiem.  Wtem 
Jessie Weymouth  wyszła  z  namiotu,  przeciągnęła  się,  ziewnęła  i zaczęła  skradać  się  ku  nim 
swoim zwyczajem, jak kot, aby ich przestraszyć.  Nie widzieli jej i nie słyszeli. O trzy kroki 
od  nich  zatrzymała  się;  otwarła  usta,  a  jej  spojrzenie  znieruchomiało  pod  wpływem  zdu-
mienia. Nagle zakryła oczy ręką, odwróciła się i poszła chyłkiem do namiotu. 

Po pięciu minutach zjawiła się znowu z różowymi plamami na policzkach. Widziałem, 

jak  do  nich  podbiegła,  widziałem  wysiłki,  jakie  czyniła,  aby  się  wydać  wesołą,  widziałem 
również,  że  dla  tych  dwojga  po  prostu  nie  istniała.  Nikt  z  nas  nie  istniał  dla  nich.  Żyli  w 
innym świecie, my zaś byliśmy tylko cieniami w tym świecie, który stał się dla nich nierea-
lny.  Różowe  kwiecie  lauru  pachnie  słodko  i  oszałamiająco  i  działa  jak  lekka  trucizna;  jeżeli 
ktoś  wącha  je  zbyt  mocno,  wówczas  ogarnia  go  jakieś  gorączkowe  upojenie.  Tych  dwoje 
powąchało tego kwiecia! 

Ściany  mają  specjalną  wartość  dla  istot  cywilizowanych.  W  moim  cienkim  namiocie, 

między  cienkimi  namiotami  obu  par,  wydawało  mi  się,  że  posłyszę  ciche  wyrzuty,  przytłu-
mione  westchnienia.  Ale  tych  dwoje  ludzi,  tak  nagle  porażonych  miłością,  milczało  —  i  to 
milczenie było przytłaczające. Dosłownie nie śmiałem rozmawiać z Weymouthem, mimo że 
mieszkaliśmy  tak  blisko.  Jakby  pod  wpływem  czarów  stracił  ten  angielski  nauczyciel  zdo-
lność widzenia siebie samego takim, jakim był  w oczach innych. Nie znaczy to, że stosunki 
wzajemne  tych  dwojga  „rozwinęły  się”  —  nie  było  to  wcale  takiego  proste.  Ale  wydawało 
się, że nic już nie istnieje dla nich na świecie poza nimi samymi. 

Nawet  nasz  hultaj  był  skonsternowany.  —  Gdy  moja  żona  zawini,  biję  ją  —  wyjaśnił 

mi;  —  gdy  ja  jestem  winny,  ona  drapie  mnie  po  twarzy.  —  Ale  rzecz  miała  się  tak,  że 
namioty  nie  posiadały  mocnych  ścian;  Heleny  Radolin  nie  można  było  bić  ani  Weymoutha 

background image

drapać po twarzy — diabelska historia! 

Wszystko  jednak  ma  swój  koniec  i  nigdy  lżej  nie  oddychałem,  jak  wówczas,  gdy  po-

wrót do hotelu uwolnił nas od tego przerażająco bliskiego współżycia. 

Jedliśmy przy osobnych stolikach, tak jakbyśmy się umówili. Po posiłku powiedziałem 

do Weymoutha: 

— Niech pan pójdzie ze mną, obejrzymy sfinksa przy świetle księżyca. 
Szedł pogrążony w marzeniach. W milczeniu dotarliśmy do sfinksa i usiedliśmy naprze-

ciwko niego na piasku. W końcu odezwałem się: 

— Co pan teraz zrobi, drogi przyjacielu? 
— Nie mogę od niej odejść. — Mówił to tak, jak gdybyśmy o tym już kilkanaście razy 

rozmawiali. 

— Ale przecież pan musi dwudziestego być w Anglii. 
— Wiem. 
— Drogi przyjacielu, pan się doprowadzi do ruiny. A Jessie? 
— Niech robi, co chce. 
— Frank, czy pan oszalał? 
— Może. Nie mogę się z nią rozstać. To wszystko. 
— A ona? 
— Nie wiem. Wiem tylko, że muszę być tam, gdzie ona jest. 
Siedziałem  i  patrzyłem  na  niezdarny  cień  zagmatwanego  profilu  sfinksa,  cień,  który 

światło księżyca rzucało na piasek. Dziwny, zaczarowany sen o miłości dobiegł końca! Teraz 
musiało coś nastąpić — może coś strasznego! 

Wyjąkałem: 
— Na Boga, stary przyjacielu, niechże pan pomyśli o żonie, o pracy, o sobie — niechże 

pan będzie rozsądny! Nic panu z tego nie przyjdzie, zupełnie nic! 

— Możliwe. Ale to wszystko nie ma nic wspólnego z rozsądkiem. 
Taka uwaga brzmiała fantastycznie w ustach angielskiego nauczyciela. Naraz zerwał się 

jakby pod wpływem ukłucia. Zrozumiał nagle znaczenie, jakie mają ściany. Jego twarz przy-
brała  wyraz  udręki.  Ukochana  przez  niego  kobieta  za  murami,  razem  z  mężczyzną,  którego 
poślubiła! Za nami pustynia, setki mil czystego piasku pustynnego, a wśród tego ogromu my 
— mali ludzie, łagodni i uduchowieni ł Przed nami zaś ciasne mury, a wśród nich mali ludzie, 
podlegli  dzikim  impulsom,  znowu  ciało  i  krew!  Dziwne!  Nie  wiem,  czy  dostrzegł  tę  ironię; 
opuścił mnie i pobiegł z powrotem do hotelu. 

Pozostałem  jeszcze  chwilę  przy  „zagadce  wszystkich  czasów”,  która  wydawała  mi  się 

tak prosta w porównaniu z zagadką obecnej chwili. Potem podążyłem za nim. Czyż w końcu 
to zagadnienie nie sprowadzi się do spraw pieniężnych? Przecież ci ludzie muszą żyć — nie 
mogą tak beztrosko ignorować rzeczywistości. Helena Radolin nie posiadała pieniędzy. Wey-
mouth  miał  swą  nauczycielską  posadę  i  niewielką  zaoszczędzoną  sumę;  ojciec  Jessie  był 
emerytowanym pułkownikiem, Radolin — współwłaścicielem banku. 

Noc  spędzona  wśród  ścian  dokonała  swego.  Radolin  odjechał  następnego  dnia  z  żoną 

do Heliopolis. Weymouthowie pozostali w „Mena House”. Za trzy dni mieli wsiąść na okręt. 

Pamiętam  dobrze,  co  wówczas  myślałem:  „No,  nie  należy  się  niepotrzebnie  denerwo-

wać.  To  była  fata  morgana,  ale  ona  zniknie.  Piorun  nie  razi  ludzi!”  Jednakże  w  przypływie 
niepohamowanej ciekawości pojechałem do Heliopolis. 

Po  drodze,  w  tramwaju,  doznałem  małego  rozczarowania.  Helena  Radolin  była  katoli-

czką,  a  Frank  Weymouth  angielskim  dżentelmenem.  Te  dwa  fakty  zdawały  się  przesądzać 
sprawę, której zakończenia pragnąłem. Ale ludzie mają tajemne upodobania do wszystkiego, 
co romantyczne albo raczej — dramatyczne. 

Radolinowie odjechali tego ranka do Konstantynopola. Siedziałem w orientalnym hallu, 

gdzie się to wszystko zaczęło, i ze smakiem popijałem turecką kawę. W wyobraźni widziałem 

background image

mego przyjaciela Weymoutha, zmęczonego i zamyślonego; jego małą żonę, obcesową i nie-
spokojną;  światowca  Radolina;  Helenę  Radolin,  milczącą,  z  lekka  zaczerwienionymi  powie-
kami  zielonych  oczu,  jak  gdyby  od  płaczu.  Przesuwali  się  biało  ubrani  Berberowie;  greccy 
panowie ugaszczali swe podejrzane damy; Niemcy rozmawiali szorstkimi, hałaśliwymi, gard-
łowymi  głosami,  a  orkiestra  grała  ostatnie  tango.  Nic  się  nie  zmieniło  prócz  postaci  mojej 
wizji. I nagle zjawił się Weymouth we własnej osobie — stał jak zagubiony w miejscu, gdzie 
przedsionek łączył się z hallem. Po jego twarzy można było poznać, że wie o odjeździe Rado-
linów. Chciałem do niego przystąpić, ale już wyszedł. Przykro mi teraz, że nie poszedłem za 
nim. 

Kiedy tego wieczora w „Mena House” miałem się udać na spoczynek, Jessie Weymouth 

zapukała do moich drzwi. 

— Czy widział pan Franka? 
Powiedziałem jej, gdzie go widziałem po południu. 
— Ta osoba! — krzyknęła. — On nie wrócił. 
Zapewniłem ją, że Radolinowie już wyjechali. 
Wpatrywała się we mnie i zaczęła płakać. Płakała, a ja nie usiłowałem zapobiec temu. 

Była nie tylko nieszczęśliwa i zrozpaczona, ale również zła i rozgoryczona. „Jeżeli jest zła — 
pomyślałem — zdoła to przezwyciężyć. Śmiertelny cios nie powoduje złości.” 

W  końcu  wypłakała  swoje  nieszczęście,  ale  nie  swój  gniew  i  przerażenie.  Cóż  miała 

robić? Próbowałem w nią wmówić, że następnego dnia wieczorem  Frank będzie w porę  go-
tów do odjazdu. Prawdopodobnie chce uporać się z tą sprawą. Ona powinna patrzeć na to jak 
na gorączkę, jak na chorobę... Roześmiała się dziko, szyderczo i wyszła. 

Weymouth  nie  wrócił,  ale  rano  otrzymałem  od  niego  list  zawierający  czek  na  trzysta 

funtów,  krótką  wiadomość  dla  żony  i  zapieczętowaną  kopertę,  zaadresowaną  do  dyrektora 
jego szkoły. 

List do mnie brzmiał następująco:  

 

Drogi Przyjacielu! 

 

Przyznaję,  że  postępuję  jak  łajdak,  ale  dla  mnie  istnieje  tylko  ta  droga  albo  wieczne 

zapomnienie, a więc skandal nie jest taki wielki. Dla mojego przełożonego wymyśliłem wyja-
śnienie;  proszę,  niech  pan  wyśle  mu  pocztą  list mój.  Ten  czek  —  to  wszystko,  co  posiadam, 
prócz  dwudziestu  funtów.  Niech  pan  podejmie  pieni
ądze  i  odda  je  mojej żonie;  ze  sprzedaż
naszego domu otrzyma jakie
ś pięćset funtów. Zamieszka pewnie ze swoim ojcem i może zapo-
mni o mnie. Niech pan b
ędzie tak dobry i odprowadzi ją na statek. Nie przypuszczam, abym 
kiedykolwiek powrócił do Anglii. Przyszło
ść jest ciemna, ale tam, gdzie  o n a  jest, muszę być 
i ja. My
ślęże będzie można pisać do mnie na adres: Konstantynopol, Poste restante. Żegnaj, 
Przyjacielu! Bóg z Tob
ą

Twój wierny  
      J. W. 

 

Odprowadziłem Jessie Weymouth na pokład statku — zaiste, niełatwe to było zadanie. 
W  tydzień  później  pojechałem  i  ja  do  Konstantynopola,  po  pierwsze,  że  obiecałem  to 

pani  Weymouth,  po  drugie  —  bo  nie  mogłem  znieść  myśli,  że  mój  przyjaciel,  opętany 
namiętnością, pozostał niemal bez pieniędzy i bez pracy. 
 

* * * 

 

Radolinowie  mieszkali  w  starym  domu  na  przeciwległym  brzegu,  prawie  naprzeciwko 

Rumeli Hissar. Nie zawiadomiwszy ich przedtem, odszukałem ich i zastałem Helenę Radolin 

background image

samą. W pokoju spowitym w tureckie materie, w półcieniu, wyglądała zupełnie inaczej niż na 
pustyni.  Miała  znowu  ten  swój  blady  spokój,  lecz  twarz  jej  przybrała  jakiś  zdecydowany 
wyraz,  którego  przy  naszym  pierwszym  spotkaniu  nie  widziałem  u  niej.  Mówiła  zupełnie 
otwarcie: 

— Kocham go, ale to jest szaleństwo. Próbowałam go nakłonić, aby odjechał, ale on nie 

chce. Jak pan wie, jestem katoliczką; religia znaczy dla mnie bardzo wiele. Nie mogę z nim 
odejść.  Niech  pan  zabierze  go  ze  sobą  do  Anglii;  nie  mogę  patrzeć  na  to,  jak  marnuje  się  z 
powodu mnie. 

Wyznaję, że patrzyłem na nią z powątpiewaniem, zastanawiając się, czy to rzeczywiście 

sprawa religii, czy też pieniędzy. 

— O! — powiedziała — pan mnie nie rozumie; pan sądzi, że obawiam się biedy z nim. 

Nie, obawiam się, że zaprzepaszczę moje i jego zbawienie. 

Sposób, w jaki to powiedziała, zrobił na mnie głębokie wrażenie. Zapytałem, czy on ją 

odwiedza. 

—  Tak,  odwiedza  mnie.  Muszę  pozwolić  mu  przychodzić.  Nie  mogę  patrzeć  na  jego 

nieszczęśliwą twarz, gdy powiem: nie. 

Dała mi jego adres. 
Mieszkał  w  pokoju  na  poddaszu,  w  małym  greckim  hotelu  tuż  nad  Galatą;  budynek 

groził  zawaleniem,  ale  wybrał  go  dlatego,  że  był  tani.  Zobaczywszy  mnie.  nie  wydawał  się 
zaskoczony. Ja natomiast cofnąłem się przerażony. Jego twarz, pełna zmarszczek i bruzd, no-
siła piętno goryczy i pustki; jego oczy pociemniały i wydawały się niemal czarne. Do takiego 
stanu mogłaby go doprowadzić w równej mierze długa, ciężka choroba. 

—  Łatwiej  zniósłbym  to,  gdyby  mnie  nie  kochała  —  odezwał  się.  —  Ale  ona  mnie 

kocha.  Toteż  póki  ją  mogę  widzieć,  wytrwam.  I  ona  przyjdzie  —  w  końcu  musi  przyjść  do 
mnie. 

Powtórzyłem, co mi powiedziała. Mówiłem o jego żonie, o Anglii, ale żadne wspomnie-

nia, żadne argumenty nie docierały do niego. 

Pozostałem w Konstantynopolu miesiąc i spotykałem go niemal co dzień. Nie osiągną-

łem  nic.  Pod  koniec  miesiąca  trudno  w  nim  było  poznać  tego  Franka  Weymoutha,  który  w 
dzień  Nowego  Roku  wyruszał  z  nami  z  „Mena  House”.  Zupełnie  inny  człowiek!  Przez  pe-
wnego znajomego z brytyjskiej ambasady wystarałem mu się o skromną posadę nauczyciela 
— nędzny zawód, wystarczyło mu zaledwie na utrzymanie. I kiedy tak dzień za dniem obser-
wowałem mojego przyjaciela, zacząłem nienawidzić tej kobiety. Wiedziałem jednak, że tylko 
religia każe jej się bronić przed tą namiętnością. Widziała swą zgubioną duszę i jego duszę — 
uwiązaną  oddzielnie  na  łańcuchach  i  krążące  po  czyśćcu  jak  dusze  Paola  i  Franceski  na 
obrazie  Wattsa.  Jakkolwiek  się  to  nazwie  —  zabobonem  czy  inaczej  —  jej  skrupuły  były 
zupełnie szczere i z pewnego punktu widzenia trzeba je było szanować. 

Jeśli  chodzi  o  Radolina,  przyjmował  to  wszystko  tak,  jak  gdyby  się  nic  nie  stało  — 

gładko i po światowemu, tylko na jego twarzy,  wokół oczu i ust, pojawił się jakiś surowszy 
rys. 

Rano,  przed  wyjazdem,  jeszcze  raz  wchodziłem  po  niemiło  pachnących  schodach  do 

pokoju mego przyjaciela. Stał przy oknie i spoglądał w dół, poprzez most — ten smutny most 
Galaty,  gdzie  ślepi  i  kulawi  wystawiają  na  widok  publiczny  swe  kalectwo,  aby  zdobyć  pie-
niądze. Staliśmy obok siebie. 

— Frank — powiedziałem — tak dalej być nie może! Czy spogląda pan kiedy w lustro?  
Nie ma nic bardziej gorzkiego jak uśmiech, który kiedyś był słoneczny. 
— Póki ją mogę odwiedzać, wytrwam. 
— Nie chce pan przecież utwierdzić tej kobiety w mniemaniu, że gubi własną duszę i że 

to będzie jej winą, gdy i pan zgubi swoją. O tym jest głęboko przeświadczona. 

— Wiem. Nie proszę jej już o nic. Dopóki mogę ją odwiedzać... więcej nie chcę. 

background image

To był wyraźny obłęd. 
Tego popołudnia wynająłem łódź i pojechałem do Radolinów. Był kwiecień, pierwszy 

prawdziwy dzień wiosny, ciepły i pachnący. Drzewa na Rumeli Hissar obsypane były purpu-
rowymi pąkami, a na wodzie ukazywały się w słońcu opalizujące plamy. I to dziwne miasto 
meczetów i minaretów, wschodniego handlu i orientalnej żebraniny odżyło wspaniale w pro-
mieniach wiosennego słońca. Skierowałem łódź ku przystani Radolinów i wysiadłem. Wsze-
dłem po schodach, zielonych od wody morskiej, i wstąpiłem do małego ogródka. Nigdy do-
tychczas nie przychodziłem tą drogą, toteż aby przyzwoitości i  grzeczności stało się zadość, 
zatrzymałem  się  chwilę,  wypatrując  drzwi  wśród  mimoz i  tropikalnych  roślin  o  dużych  bły-
szczących liściach. Po lewej stronie była krata, aby jednak do niej dotrzeć, musiałem przejść 
obok dużych parterowych okien, z których spoglądałem nieraz poprzez wodę ku Rumeli His-
sar. Szedłem bezszelestnie po marmurowych płytach, ale widok, który dojrzałem przez okno, 
powstrzymał mnie. 

Helena Radolin siedziała w milczeniu na niskim krześle, zwrócona do mnie profilem, ze 

złożonymi  rękami  i  oczyma  utkwionymi  w  kamiennych  płytach  podłogi,  na  które  padał 
promień słoneczny. W zagłębieniu fortepianu, wsparty na nim łokciami, stał Weymouth, na-
chylony, również milczący, i patrzył na nią. To było wszystko. Ale wrażenie, jakie to na mnie 
sprawiło,  wrażenie  tego  zamarłego  życia,  tej  skamieniałej  lawy  —  było  straszne.  Wyślizną-
łem się stamtąd, zszedłem po schodach do łodzi i wypłynąłem na opalizującą wodę. 

Nie  mam  już  nic  do  powiedzenia  w  tej  sprawie.  Wkrótce  zaskoczyła  nas  wszystkich 

wojna. Dochodziły mnie różne wieści, ale nie wiem nic pewnego. Wydawało mi się jednak, 
że warto opisać historię tego człowieka rażonego piorunem — teraz, gdy ludzie drwią sobie z 
takich rzeczy. 
 

Z angielskiego tłumaczyła Maria Krajewska 

 
 
 
 
 
 
 

SPIS TREŚCI 

 
 

Kapitan Stevenson popełnia samobójstwo   (Władysław Kisielewski)  

02 

Bajeczki i zbrodnia   (Ireneo Irescati) 

 

 

 

 

04 

Poszukiwacz skarbów   (Johann Karl August Musäus) 

 

 

10 

Burza   (Wiaczesław Szyszkow) 

 

 

 

 

 

26 

Uratowany honor   (O. Henry) 

 

 

 

 

 

30 

Piorun   (John Galsworthy)   

 

 

 

 

 

34