background image

 
 
 
 

JANUSZ MAKARCZYK 

 
 
 

ORCHIDEA 

O TAKIM, CO BYŁ PRZEMYTNIKIEM 

 

ZŁOTA PODKOWA 15 

 

 

 

 
 

WYDAWNICTWO „ŚLASK” KATOWICE 1958

 

background image

 
 

ORCHIDEA 

 
PANI  Nippold  miała  zupełnie  specjalną  pozycję  w  życiu  towarzyskim  Libanu.  Przez 

swego męża, Bóg wie w jaki sposób zabłąkanego na Bliskim Wschodzie z Luksemburga, była 
w  dobrych  stosunkach  z Francuzami  i  Belgami  i  —  o  ile  to  jest  możliwe —  z  Anglikami,  a 
przez swą własną rodzinę tkwiła mocno w burzliwym życiu politycznym Libanu. 

Był rok 1946, niepodległość Libanu była bardzo świeżego stempla, namiętności burzyły 

się i fermentowały. 

Pani Nippold była z domu Frandjij. Jest to potężna rodzina w górach Dżibel Quornet es-

Saudah. Nieraz w miasteczkach Zgharta dochodzi do krwawych rozrachunków pomiędzy ro-
dami Frandjij i Dwaihy, o których niejednego można by się dowiedzieć w opactwach położo-
nych na drodze do Tripoli — gdyby te opactwa były mniej... dyskretne. 

Pani  Nippold  pasjonowała  się  jedynie  walkami  rodowymi  w  górach.  W  innych  spra-

wach okazywała duże opanowanie. Poczucie humoru opuszczało ją tylko wtedy, gdy mówio-
no o rodzinie Dwaihy. Inna sprawa, że strzelanie do księdza w czasie celebrowania nabożeń-
stwa może rzeczywiście zirytować. Młody kuzyn pani Nippold odprawiał mszę we wsi Mizia-
rah i został postrzelony przez konkurencyjny ród. To mogło każdego, nawet najspokojniejsze-
go człowieka wyprowadzić z równowagi. 

— Tego się nie robi — powiedziała pani Nippold i doprawdy trudno było nie przyznać 

jej racji. 

Co prawda ród Dwaihy mógłby też to i owo powiedzieć o krewniakach pani Nippold. 
Do mnie powiedział jeden z rodu Dwaihy: 
— Cóż to? Czy Frandjij nigdy nie strzelali? 
— Zapewne. O ile jednak wiem, nie strzelali do księdza w kościele. 
— Bo żaden z nas nie jest księdzem. 
Co tu gadać: argument przekonał mnie, był logiczny. 
Mówiąc, że pani Nippold była dobrze z szeregiem ludzi, nie wymieniłem Amerykanów. 

Było ich bardzo niewielu wtedy w Libanie, a poza tym w roku 1946 handlowano z Ameryka-
nami, pożyczano od nich pieniądze. ale żeby być z nimi dobrze lub bywać u nich? To jakoś 
nikomu nie przychodziło do głowy. 

Pamiętam,  że  właśnie  panią  Nippold  poczęstował  młody  Artur  J.  Handley  z  Chicago 

gumą do żucia i skończył się towarzysko tego samego dnia. Na drugi dzień miało być przyję-
cie  u  państwa  Izzedine.  a  ponieważ  Handley  był  uprzednio  zaproszony,  odwołano  przyjęcie 
pod pretekstem choroby pani domu. 

Naprawdę nie można osób typu pani Nippold częstować gumą do żucia i mówić do niej 

— gdy wchodziła do pokoju — siedząc w niedbałej pozie w fotelu. 

Przyznaję, że bardzo lubiłem panią Nippold. Była bystra i dawała trafne i krótkie odpo-

wiedzi, gdy dyskutowano na jakiś temat. 

Pamiętam, mówiliśmy kiedyś — było to chyba nawet nie w Bejrucie, a w Kairze przed-

wiośniem  roku  1946  —  o  jakimś  młodym  pisarzu,  który  używał  dość  mocnych  określeń  i 
dosadnych słów. Jedni atakowali, inni bronili, a pani Nippold powiedziała: 

— Ten młody człowiek robi na mnie wrażenie, że już wie o istnieniu nieprzyzwoitych 

wyrazów, ale jeszcze nie wie, że takie wyrazy należy w druku kropkować. 

O młodym autorze przestano mówić. 

 

Janusz  Makarczyk  pracował  wiele  lat  w  dyplomacji  —  w  różnych  krajach.  między  innymi  na  Bliskim 

Wschodzie, toteż w jego książkach dominuje element egzotyki. Po wojnie ukazały się nakładem Wydawnictwa 
„Śląsk” dwie książki Makarczyka: wznowione wydanie przedwojennej młodzieżowej książki pt. „Przez morza i 
dżungle” oraz nowa pozycja: „Róże z piasku”. (Przyp. red.)  

background image

Po miesiącu byłem znów w Bejrucie. Jak zawsze, patrzyłem na miasto z portu. Jest to 

niezapomniany widok. Poeci arabscy mówią, że przypomina on najpiękniejszą sułtankę, opie-
rającą się łokciem o zielony poduszkę i marzącą w obliczu fal. Może tak zupełnie dokładnie 
nie widziałem sułtanki, poduszki na pewno nie widziałem, ale widok jest naprawdę niezapo-
mniany.  Miasto  wznosi  się  amfiteatralnie  i  wszędzie  —  na  różnych  wysokościach  —  widać 
ogrody; domy na dole są białe, a w górze widać pasmo śniegu na Saninie i Keneise. 

Gdy  w  dole  kwitną  pomarańcze,  a  róże  wciskają  się  wszędzie,  gdy  jest  wiosna  —  nie 

ma piękniejszego widoku na świecie. 

Lubiłem chodzić po porcie i myślałem wtedy zawsze, że oto jestem w fenickim Berycie, 

mieście  znanym  już  w  XV  wieku  przed  naszą  erą.  Po  takich  rozmyślaniach  szedłem  do 
małego bistro na placu Armat na kieliszek cypryjskiego wina. 

Znałem  się  wtedy  na  winie.  Umiałem  nawet  odróżniać,  nie  patrząc  na  etykiety,  szereg 

gatunków.  Dziś  niestety  odróżniam  raczej  w  ten  sam  sposób  w  Krynicy  Zubera  z  Janem  od 
Zubera ze Słotwinką. I to, i to jest mocno niesmaczne, ale podobno, w moim wypadku, zdro-
wsze  od  wina.  Tak  twierdzi  doktor  Lax  z  Krynicy  i  niech  mu  tam  dobry  Stwórca  tego  nie 
pamięta w dolinie Jozefata na sądzie ostatecznym.  

Ale w roku 1946 nie pijałem jeszcze leczniczych wód, byłem zupełnie zdrów, a z leka-

rzami miałem do czynienia tylko wtedy, gdy chirurdzy łatali mój nieco pokrajany i postrzela-
ny organizm. 

Nie wiem, dlaczego zgadało się o chirurgu z niejakim Arnoldem na przyjęciu u państwa 

Nippold.  O  naszej  rozmowie  mówiono  nazajutrz,  że  był  to  pierwszy  wypadek  od  kilku 
miesięcy, iż Arnold w ogóle z kimś rozmawiał. 

Na placu Armat spotkałem panią Nippold, która mnie zapytała: 
— Jak pan tego dokonał? 
—  Po  prostu  zacząłem  z  nim  mówić.  Jak  on  się  miał  odzywać,  gdy  nikt  się  do  niego 

nigdy nie zbliżał? 

— Nie wiem, ale to jest zupełnie nadzwyczajne. Jak go pan w ogóle zauważył? 
— Ma bardzo czerwone żyłki na skroniach. 
Pani Nippold przystanęła: 
—  Dobrze,  że  mi  pan  na  to  zwrócił  uwagę,  ja  dotychczas  myślałam,  że  Arnold  jest 

strasznym człowiekiem, że nie ma nawet znaków szczególnych. 

Jest bezspornym faktem, że Arnold nie cieszył się sympatią. 
— Pani go również nie lubi? 
— Dlaczego mówi pan „również”? 
— Bo zdaje mi się, że nie jest tu lubiany. 
Nie umiałbym powiedzieć, dlaczego nie lubiano Arnolda. Gdy o nim mówiono, robiono 

domyślne miny, ale niczego nie można się było dowiedzieć. 

Gdy  pytałem,  dawano  mi  niejasne  odpowiedzi.  Nic  skonkretyzowanego,  ale  takie: 

„no”... albo: „Arnold — bo ja wiem...”, albo po prostu wiele mówiący gest ręką, który — jeśli 
chodzi o wydawanie opinii o człowieku — jest gorszy od konkretnie podanych faktów. Pani 
Drowtd, żona lekarza, powiedziała o nim zwyczajnie: „Ach, to jest nienormalny człowiek”, a 
jedynie  wicedyrektor  cła  Smith  mówił  o  nim  szczerzej,  i  co  ważniejsze,  chciał  w  ogóle  na 
temat Arnolda rozmawiać. 

Gdy go zapytałem, odpowiedział: 
— Człowiek z trudnością wytrzymuje tyle przyzwoitości u drugiego człowieka. 
— Jest pan pierwszym, który wystawia dobre świadectwo Arnoldowi. 
— Robię to tym chętniej, że jest to moje zdanie, którego w tym wypadku absolutnie nie 

podzielam — śmiał się z tego paradoksu, a potem dodał: — Arnold jest... 

Znowu ten przykry, nic nie znaczący gest dłonią. 
I Smith nie chciał mówić. Sprowadził rozmowę na papierosy. Zapalił, zastrzegł się, że 

background image

to  na  pewno  ostatni  dzisiejszego  dnia,  bo  lekarz,  pan  Drowtd,  zaleca  mu  w  ogóle  rzucenie 
papierosów. I wtedy zaczęliśmy jednak mówić. Dowiedziałem się trochę o Arnoldzie. 

— Był, proszę pana, żonaty. Owdowiał. 
Znów o papierosach. 
Zgodziłem  się,  że  palenie  jest  bardzo  szkodliwe  i  to  nie  tyle  dla  płuc,  co  dla  serca  i 

żołądka, zwłaszcza żołądka. A potem zapytałem: 

— Ten Arnold jest młody. Czy ma zamiar pozostać wdowcem? 
— Jest to człowiek, który umie wyciągać konsekwencje z przykrych doświadczeń. 
Spojrzał  na  mnie  jakby  chcąc  zbadać,  jakie  ten  zły  dowcip  robi  na  mnie  wrażenie,  i 

mówił dalej: 

— Arnold jest rozsądny. Wie, że należałoby poszukać sobie żony w wieku... no, nie za 

bardzo  dzierlatkowatym,  a  równocześnie  wie,  że...  Jakby  to  powiedzieć,  stare  książki,  stare 
wino... Jeżeli chodzi o kobiety, to nie ukrywajmy, że wszyscy  raczej wolimy nieco młodsze 
roczniki.  Zgodzi  się  pan,  że  tokaj  z  roku  1901  jest  znakomity;  to  był  bardzo  słoneczny  rok. 
Kobiety z tego rocznika... 

Znów  rozmowa  zwróciła  się  na  inny  temat.  Chciałem  już  dać  spokój  indagacji,  wtedy 

powiedział: 

— Zresztą, o ile to pana interesuje, Arnold miał kogoś, kogo by można, pod pewnymi 

warunkami, nazwać kandydatką na narzeczoną. 

— I zerwali? 
— Nawet nie było tak bardzo co zrywać. Widzi pan, Arnold nie umie żyć bez kobiety. 

Są tacy mężczyźni, ale... 

Zawahał się. 
—  Prawdą  jest,  że  poza  mną  mało  kto  go  tu  znosi  Ja  go  znoszę  —  jeżeli  mam  być 

zupełnie szczery — trochę przez przekorę. Rozumie pan... skoro go nikt nie znosi... 

— Czy on jest Francuzem? 
—  Z  tym  akcentem?  Nie,  panie.  On  chyba  pochodzi  z  Anglii,  a  może  z  Hanoweru, 

oczywiście  sądząc  po  wymowie,  ale  nie  wiem.  Jest  to  też  niezupełnie  normalne;  ostatecznie 
zazwyczaj znamy narodowość naszych znajomych. Więcej panu powiem, ta też... 

Przerwałem: 
— O kim pan mówi? 
— Mówię o tej kandydatce na narzeczoną. Otóż ona, proszę sobie wyobrazić, że — ona 

też nie wiedziała, jakiej narodowości jest Arnold. Przyzna pan. że to dla ewentualnej żony nie 
może  być  obojętne.  Nie  żyjemy  jeszcze  w  czasach,  w  których  by  to  było  tak  zupełnie  błahą 
sprawą.  Tymczasem  o  Arnoldzie  nie  wie  się  nic.  Przypadkowo  wiem,  że  przez  jakiś  czas 
mieszkał w Bombaju, a przedtem w Turcji. 

— A dlaczego oni zerwali? 
— Powtórzyła się oczywiście w innych proporcjach historia Lohengrina. 
— Co? 
—  A  tak,  ciekawość  kobieca  spowodowała  jego  wycofanie  się.  Ona  za  bardzo  była 

ciekawa Orchidei. 

— Orchidei? Cóż za dziwne imię. 
— To było właśnie imię pierwszej żony Arnolda. On nie lubi, gdy się o niej mówi, i nie 

znosi pytań. Wszelkich pytań... 

— Wolno mu, ale trudno się jej dziwić, nie sądzi pan? — powiedziałem. — Kobieta, co 

jak co, ale musi wiedzieć, i to ile się da, o swoich poprzedniczkach. 

—  Tak  czy  inaczej  na  kandydatkę  na  narzeczoną  była  zbyt  ciekawa.  Gorzej  —  była 

domyślna.  Zbytnia  domyślność  żony  w  stosunku  do  męża  jest  dowodem  braku  taktu,  ale 
zbytnia  domyślność  kandydatki  na  narzeczoną  jest  rzeczą  niewybaczalną.  Tak  przynajmniej 
utrzymuje Arnold. 

background image

— Dziwne nosiła imię. 
— Co pan dziwnego widzi w imieniu Zofia? 
— Pan mówił przecież o Orchidei. 
—  Ach,  tak.  Zofia  to  ta  kandydatka...  tamta  była  Orchidea.  Co  to  była  za  kobieta... 

Interesuje to pana? 

— Tak. Sam zresztą nie wiem, dlaczego. 
— Ludzie w ogóle interesują się dziwnymi rzeczami. Właściwie, co to pana obchodzi? 

Wyjedzie pan za dwa trzy dni i może nigdy nie wróci pan do Libanu. 

— Do Libanu wraca się podobno zawsze. 
—  At!  Ja  co  innego,  kiedyś  przygnała  mnie  tu  tęsknota  za  przygodą,  ale  wtedy  byłem 

młody. Też... żeby tu wracać... 

Oczywiście, że kłamał. 
Mówiły o tym jego oczy wpatrzone miłośnie — bo trudno użyć innego słowa — w góry 

Libanu,  a  potem  zwrócone  na  jasny  granat  morza.  Bardzo  wysoko  srebrzył  się  śnieg,  trochę 
niżej rosły sosny, potem palmy i  róże; na dole były  całe lasy pomarańcz i cytryn, a poprzez 
wąski  pas  piaszczystej  plaży  cały  ten  świat  pomylonych  kolorów  sąsiadował  o  miedzę  z 
delikatną  koronkową  rzeźbą  chwili  —  z  nalotem  piany  na  miarowych  falach,  uderzających 
niemal bezszmernie o złoto piasku. Złoto, w którym ktoś pogubił małe diamenty. 

Za  masywem  Libanu  jest  Balbek.  Za  Damaszkiem  w  Syrii  leży  Palmyra.  To  nie  jest 

kraj, w którym mieszka się jedynie z braku pieniędzy — to jest kraj, który można pokochać 
tak, jak pokochali go niektórzy rycerze z wypraw krzyżowych, którzy tu zostali. 

Ileż to ludzi zostało w Libanie! Kraj ten urzeka. Iluż ludzi tu wraca! 
Francuzi też twierdzili, że „wracają” w roku 1918, ale wtedy na tych powracających do 

Damaszku Francuzów napadł emir Feisal, który tak samo wracał... do dawnej stolicy Omaja-
dów, do Damaszku. 

Generał Gourand restaurował władzę Francuzów, ale posłowie arabscy w Syrii, w tym 

samym roku 1920, obwołali Feisala swoim królem. 

Wtedy  doszło  do  starcia.  Francuzów  prowadził  generał  Goylset.  Feisal  musiał  się 

cofnąć.  Na  skutek  szeregu  intryg  otrzymał  koronę  w  Bagdadzie,  a  Francuzi  ustanowili  swą 
administrację w Syrii i Libanie. 

Z tą to właśnie administracją przybył między innymi i René Smith. Od początku było w 

nim  dwóch  ludzi:  jako  Francuz  był  dumny  z  francuskich  sukcesów  i  był  smutny  jako 
Alzatczyk,  że  niektórzy  Arabowie  mówią  źle  o  administracji  francuskiej.  Co  tu  ukrywać  — 
nazywano Francuzów w Libanie i Syrii „okupantami”. 

René  Smith  pokochał  Liban.  Stał  się  on  do  tego  stopnia  Libańczykiem,  że  został  na 

swym stanowisku i po roku 1945. 

Chrystus, jak wiadomo, miał nieporozumienie z celnikiem i celnicy nie mają u chrześci-

jan  dobrej  prasy  do  dzisiejszego  dnia.  Smith  był  wyjątkiem.  Był  lubiany  w  Bejrucie  i  przez 
chrześcijan i przez muzułmanów. 

Na drugi dzień po rozmowie z tym specjalistą od clenia ludzkiego majątku zatelefono-

wała  do  mnie  do  hotelu  pani  Nippold.  Powiedziawszy  mi  „dzień  dobry”  nie  pozwoliła  mi 
nawet na wyrażenie mojej opinii o pogodzie i od razu rzuciła w słuchawkę: 

— Był pan w szpitalu? 
— Ja? Co się stało? 
— A prawda, pan nie wie. Pan może nie wiedzieć. Arnold jest ciężko chory. Znaliście 

się, chyba wpadnie pan do niego? 

— Oczywiście, to znaczy postaram się być. 
Po  prawdzie  znaliśmy  się  mało.  Raz  rozmawialiśmy  na  przyjęciu  u  pani  Nippold.  Nie 

było  powodu,  żebym  go  odwiedzał  w  szpitalu.  Na  wszelki  wypadek  zatelefonowałem  do 
Smitha; on był wyrocznią w takich sprawach. 

background image

— Wie pan, pani Nippold uważa, że powinienem być u Arnolda. Co mu jest? 
— Bo ja wiem... ostatecznie Orchidea pochodziła z pana stron, a on jest chory. 
— Ona była Polką? 
—  Nie...  ja  sądzę...  chociaż,  bo ja  wiem,  w  każdym  razie  —  tak,  ze  wschodniej  Euro-

py... tak, na pewno pochodziła ze wschodniej Europy, a może była nawet Polką. 

To się nazywa dokładna informacja. 
Pomyślałem, że wiele kobiet pochodzi ze wschodniej Europy, co nie nakładało na mnie 

—  przynajmniej  dotychczas  —  obowiązku  odwiedzania  wdowców  po  nich,  ale  mimo  to 
umówiłem się ze Smithem, że razem wpadniemy do szpitala. 

— Więc czy Orchidea była Polką? 
—  Jej  matka  pochodziła...  —  Smith  zastanowił  się  —  tak  zupełnie  dokładnie  nie 

wiem... 

—  Przypomina  mi  pan  pewną  właścicielkę  pensjonatu  z  Chamonix.  Powiedziała  ona: 

„Pani  jest  Polką?  To  się  świetnie  składa.  Bawi  tu  pewna  Portugalka,  a  ponieważ  te  kraje 
graniczą, panie się zapewne znają”. 

Smith ni z tego ni z owego zaczął mnie przepraszać. Wreszcie okazało się, że Orchidea 

pochodziła z Finlandii. 

— W każdym razie sąsiadka pana — przez Bałtyk. 
Z  placu  Armat  przeszliśmy  uliczką  kolo  katedry  Maronitów  do  budynku,  na  którym 

wisiała tablica z napisem „Hópital des Lazaristes”. 

Pojęcia nie miałem, o czym rozmawiać z chorym Arnoldem, i z ulgą dowiedziałem się, 

że lekarz zabronił go odwiedzać. Zostawiliśmy  więc nasze bilety wizytowe i nie ukrywając 
zadowolenia opuściliśmy szpital. 

Nigdzie szpital nie robi miłego wrażenia, ale w krajach o gorącym klimacie jest jeszcze 

bardziej przykry niż  gdzie indziej. Może to kontrast z bujnym życiem przyrody, może to po 
prostu  zbyt  nagrzane  powietrze  —  nie  wiem.  Raz  sam  chorowałem  na  paratyfus  w  Kairze  i 
pamiętam,  że  stojący  przy  łóżku  słup  rozgrzanego  powietrza  i  słońce  wchodzące  do  pokoju 
mimo zasłon na oknach — męczyły mnie okropnie. 

Tak czy inaczej szybko szliśmy ze szpitala w stronę morza. 
— Widziałem Zofię — powiedział Smith. 
— Kogo? — zapytałem. 
—  Mówiłem  panu  —  to  ta  osoba,  z  którą  Arnold  był  prawie  zaręczony.  Mówi  się,  że 

panna  to  jest  określenie  stanu  cywilnego.  W  wypadku  tej  Zofii  jest  to  określenie  zupełne, 
archaiczne. Do tego ona histeryzuje z powodu choroby Arnolda. 

— Jeżeli histeryzuje, to pan ma rację określając jej panieństwo jako archaiczne. 
— Takie panieństwo powinno się leczyć. 
— Chce pan to szczepić jak ospę? 
— Nie znam się na tym. Od bardzo dawna nie mam nic wspólnego z pannami. Tak mi 

się życie ułożyło, że nigdy nie miałem z nimi nic wspólnego. 

Szliśmy chwilę milcząc. 
— I co ta Zofia? 
— Mówiłem panu. 
— Ale co ostatecznie jest z tym Arnoldem? 
— Choruje. 
— Co mu jest? 
— Nie wiem. 
Szliśmy chwilę milcząc. Wreszcie zapytałem: 
— Orchidea — to chyba nie było prawdziwe imię? 
—  Oczywiście  musiała  mieć  jakieś  imię  chrzestne,  ale  wszyscy  nazywali  ją  Orchideą. 

—  Potem  Smith  zaczął  cicho  mówić.  —  Orchidea  rosła  w  Konstantynopolu;  wojny  lat 

background image

1914—1918 nie pamiętała zupełnie. W roku 1932 skończyła lat osiemnaście i wtedy poznała 
Arnolda. Arnold miał dość duże mieszkanie, a na widocznym miejscu w  przedpokoju, zaraz 
naprzeciw drzwi wejściowych, kazał wymalować po francusku: „Raj to świat idealny. Trzeba 
przezwyciężyć w sobie pokusy świata widzialnego. Do tego dochodzi się przez pracę i walkę, 
a  nie,  jak  naucza  św.  Augustyn,  przez  łaskę”.  W  sypialnym  była  wypisana  druga  sentencja: 
„Pogląd, że Bóg zrobi wszystko za ludzi, to doktryna starego Filona Judejczyka. Grecy wie-
dzieli, że ludzie muszą zdobywać świat walką”. 

Smith przystanął: 
— Czy pan wyobraża sobie człowieka, który nad własną wanną każe wypisać na ścianie 

czerwoną farbą: „I czymże jest życie”? Niech pan sam powie — jak tu się w ogóle kąpać w 
tych warunkach? 

— Rzeczywiście. 
Szliśmy dalej. 
—  Nad  łóżkiem  wymalował  na  fioletowo  duży  znak  zapytania.  Uważam  to  za  szczyt 

frywolności — a pan? 

— No, jeszcze ten znak zapytania, ale te sentencje... 
Usiedliśmy przy stoliku w kawiarence, która wyrosła nam na drodze. 
— Tak pan mówi? — Smith uśmiechnął się niepewnie — przyjaciele uprzedzili mnie, 

że  Polacy  nie  są...  jakby  to  określić...  no,  pruderyjni  nie  są.  Ja  potępiam  znak  zapytania  w 
sypialni.  Każda  rzecz  na  swoim  miejscu.  Znak  zapytania  nie  ma  nic  do  roboty  nad  łóżkiem 
kawalera, bo wtedy Arnold był przecież kawalerem. 

Pomyślałem, że znak zapytania nad łóżkiem żonatego jest jeszcze bardziej frywolny, ale 

nic nie powiedziałem. 

Wypił łyk kawy. 
— Niech pan mówi, co chce, a ja myślę, że to wcale nie łatwo żyć z człowiekiem, który 

takie rzeczy po ścianach wypisuje. Gdy w roku 1938 Arnoldowie wyjechali z Konstantynopo-
la, mieszkanie po nich wziął syn mego przyjaciela. On to przed zamalowaniem tych sentencji 
przepisał ich treść i stąd ja wiem o tym. Tak czy inaczej Orchidea miała, gdy tu przyjechała, 
lat  dwadzieścia  pięć.  Była  rzeczywiście  tak  piękna,  że  wszyscy,  ilu  nas  było,  dostaliśmy  na 
tym punkcie bzika, zwłaszcza że była dowcipna, gościnna i wyjątkowo inteligentna. W domu 
oczywiście  królowała  ona,  On  to  był  jakiś  małoważny  dodatek.  Wiedzieliśmy  o  nim,  że  był 
trochę  stuknięty,  że  w  1939  na  wiosnę  pojechał  sam  do  Hiszpanii  i  wrócił  zrozpaczony; 
szukał w Hiszpanii Alcazaru i Cyda — martwił się, że... tego tam nie znalazł, 

Gdy się sprowadzili do Bejrutu, ona nie pozwalała mu malować po ścianach. Widocznie 

przestała  być  uległa  i  zrozumiała,  jakie  wady  ma  jej  mężczyzna.  To  przejście  bywa  czasem 
dla kobiety krytyczne. Orchidea miała jednak poczucie humoru. 

Zapytałem: 
— W jaki sposób Arnold zarobkował? 
— A wie pan, to trudne pytanie. 
— Z czego żył? 
— Nie wiem. Pisał. 
— Wydawał książki? 
— Nie, nie wydawał. 
— A co robił w czasie wojny? 
— Właśnie o to chodzi. Ta cała historia dotyczy bardziej Orchidei niż Arnolda. 
— Nic nie rozumiem. 
— Ja tyle lat na nich patrzyłem i nie rozumiałem, a pan chce od razu zrozumieć? Czy to 

takie  proste  zrozumieć  innych  ludzi?  Okazało  się,  że  Arnold  do  roku  1939  był  uważany  za 
powieściopisarza. Co prawda nikt nigdy nie czytał jego książek i tylko te napisy na ścianach 
były świadectwem jego uzdolnień, ale ponieważ nie pożyczał pieniędzy i ponieważ Arnoldo-

background image

wie  dawali  niezłe  obiady,  nikomu  to  nic  nie  przeszkadzało,  że  on  w  rubryce  „zawód”  pisał: 
„literat”. Inna sprawa, że ona była zawsze jakby trochę smutna, i jeszcze inna sprawa — gdy 
umarła w roku 1945, nikt nie znał przyczyny jej śmierci. 

— Gdzie ona umarła? 
— W Aleppo... zdaje się... w każdym razie nie w Bejrucie. 
Smith zamyślił się. 
—  Kręcił  się  koło  niej  wtedy  pułkownik  Nicolson.  Musiał  on  imponować  Orchidei, 

wpłynąć na jej wyobraźnię. Widywano ich często razem. Nicolson był oficerem wywiadu — 
to było pewne. 

— Jakiego? 
— Amerykańskiego. 
Z tego, co mówił Smith, wynikało, że Nicolson był interesującym mężczyzną, a Arnold 

zajął  się  wtedy  bibanomancją.  Cóż  ta  inteligentna  kobieta  mogła  mieć  wspólnego  z  wróże-
niem z dymu? Co to za pomysł... 

Arnold zabawiał wróżbami Nicolsona i starego rosyjskiego emigranta Bulgakowa, który 

miał tak nienaganne maniery, że udawał zainteresowanie dla eksperymentów z dymem. 

Szeptano sobie, że Bulgakow ma coś wspólnego z angielską tajną służbą. O Nicolsonie 

było wiadomo, że jest oficerem wywiadu. Ani on o tym nigdy nie mówił ani przy nim oczy-
wiście nie poruszano tego tematu. 

Smith przypomniał mi, na jakie przykrości byli narażeni Anglicy w latach 1914—1918 

z powodu dawania na Bliskim Wschodzie obietnic, których potem nie mogli dotrzymać. Tym 
razem  byli  ostrożniejsi.  Podobno  dobre  rady  dawał  im  Bulgakow  i  podobno  gdzieś  w  Syrii 
mieszkał  szef  angielskiej  tajnej  służby,  człowiek,  którego  nikt  nie  znał  i  nikt  nie  widywał. 
Mówiono o nim: pan X.Z. To wszystko. 

I  znów  podobno,  bo  trudno  coś  wiedzieć  na  pewno,  tym  panem  interesował  się  zwła-

szcza  Nicolson,  który  jakoby  też  go  na  oczy  nie  widział  i  niczego  istotnego  o  nim  nie  wie-
dział. 

Gotowało  się  wtedy  w  Libanie.  Anglicy  postawili  na  Riadbeya  as-Salh,  tego  samego, 

który  w  roku  1936  był  wodzem  w  czasie  zamieszek  antychrześcijańskich.  Był  on  znanym 
przeciwnikiem  Francuzów.  Podobno  pośrednikiem  pomiędzy  Anglikami  a  tym  fanatycznym 
Libańczykiem-muzułmaninem był Bulgakow, ale Smith tego na pewno nie twierdził. 

Francuzi odpowiedzieli zaaresztowaniem prezydenta Libanu i jego całego rządu. Angli-

cy  wymusili  na  Francuzach  zwolnienie  aresztowanych,  a  wynik  tego  był  taki,  że  wpływy 
francuskie w Libanie i w Syrii należało uważać za przekreślone. 

Można sobie wyobrazić dom Arnoldów w tych czasach. On — wróżący  z dymu, jakiś 

nieobecny  i  nie  orientujący  się  w  tym,  co  się  działo,  on  —  opowiadający  o  dziełach,  które 
napisze,  on  —  mówiący  o  tym,  czy  Druzowie  pochodzą  od  rycerzy  krzyżowych,  czy  też 
hipoteza ta jest błędna... I ona — podobno prześliczna, najczęściej milcząca i patrząca głębo-
kimi oczyma, a obok niej Nicolson i Bulgakow — zaangażowani tak mocno w toczących się 
wypadkach, czujni, obserwujący się wzajemnie i — jak się wydaje — zadurzeni w Orchidei. 

— Kobieta — mówił Smith — może w głębi serca woleć, aby jej mąż nie narażał się w 

czasie wojny, ale pomiędzy „nie narażał się” a tym stanem zupełnej niewiedzy, w jakim tkwił 
Arnold, była jednak przepaść. Ona była inteligentna i on musiał ją denerwować i nudzić. 

A ci dwaj pozostali mężczyźni grali swą trudną grę. Podobno — tak twierdził Smith — 

Nicolson wiedział, że właśnie Bulgakow zna pana X. Z. 

— Dlaczego ten X. Z. tak się ukrywał? — zapytałem. 
Smith  był  zdania,  że  Anglicy  woleli  eksponować  mniejsze  płotki,  a  mózg  swej  roboty 

na  Bliskim  Wschodzie  chcieli  ukryć.  Wiedzieli  przecież,  że  nie  tylko  są  niepopularni  wśród 
Arabów, ale że Stany Zjednoczone szykują im na całym Bliskim Wschodzie taki sam los, jaki 
oni zgotowali Francuzom w Syrii. 

background image

Kiedy rozmawiałem ze Smithem, był już maj 1946 roku. Wtedy nie było w Libanie ani 

Nicolsona, ani Bulgakowa. Orchidea nie żyła. Może dlatego Smith mógł mówić na ten temat. 

Wyjechałem na drugi dzień do Kairu i została mi oszczędzona wizyta w szpitalu. Cała 

sprawa  wydała  mi  się  po  kilku  dniach  mało  ciekawa.  No,  cóż...  Bulgakow  i  Nicolson  byli 
agentami, i to nie pierwszej jakości, Arnold był durniem, a Orchidea... bo ja wiem... była tro-
chę zwariowana, to chyba jest pewne. Przyznaję, że zapomniałem o całej sprawie, gdy pewne-
go dnia przeczytałem w  gazecie, że Arnold ma proces z właścicielem domu, w którym mie-
szka w Bejrucie. Smith i pani Nippold byli w błędzie: ten człowiek miał duże poczucie humo-
ru, bo wpadł na pomysł wystukiwania alfabetem Morse'a w rury centralnego ogrzewania stra-
szliwych obelg pod adresem właściciela kamienicy. Właściciel domu, były marynarz, alfabet 
Morse'a znał i zaskarżył Arnolda do sądu, który stanął zupełnie bezradny wobec tego wypad-
ku bez precedensu. Jak dotąd nikt nikomu nie urągał od ostatnich słów za pomocą kaloryfera. 
Sprawa  w  ogóle  była  zagmatwana.  Okazało  się,  że  Arnold  będąc  sam  oryginałem,  wynajął 
mieszkanie w domu oryginała. W Libanie tylko niewiele domów miało centralne ogrzewanie, 
a  uruchamiano  je  w  wypadkach  zgoła  wyjątkowych.  Arnold  jakoby  mówił,  że  „niech  te  tak 
bardzo tu niepotrzebne rury do czegoś służą”. I walił alfabetem Morse'a jedno obelżywe sło-
wo za drugim. Gospodarza szał ogarniał. 

Tego dnia, gdy prasa podała o tym wypadku, jadłem obiad u mego przyjaciela Ahmeda 

el-Magaghi. Miał on dom za Cytadelą na stoku góry. Trzeba było przejechać przez cały Kair, 
żeby się tam dostać z Zamaleku, gdzie większość dyplomatów mieszkała. Dom Ahmeda miał 
dla  mnie  zawsze  dużo  uroku.  Widać  było  klasztor  derwiszów,  gdzie  rządził  czarujący  baba, 
przejeżdżało się przez ulice mając po lewej ręce meczet Rifaiyeh, a po prawej meczet sułtana 
Hasana, przecinało się plac Rumeleh i wreszcie wjeżdżało się w górzysty teren, wyglądający 
za dnia normalnie, a nocą tajemniczo. Zwłaszcza w czasie pełni. 

Pewnie mi się tak tylko wydawało, ale miałem wrażenie, ilekroć jechałem do domu el-

Magaghi, że pachnie dookoła z lekka palonym drzewem sandałowym. 

Dom mego przyjaciela był obszerny, pokoje były nawet jak na Kair wyjątkowo wyso-

kie, a meble inkrustowane srebrem. 

Gdy przyjechałem, pani Adda, żona znanego adwokata, opowiadała o wyczytanej spra-

wie „obrazy przez kaloryfer”, a jej mąż, mecenas Adda, mówił na ten temat z punktu widze-
nia prawnego. Gdy powiedziałem, że znam Arnolda, pani Adda była tym zachwycona. 

Ahmed był kawalerem. Gdyśmy siadali do stołu, uprosił jakąś panią, której nie znałem 

dotychczas,  aby  zechciała  pełnić  obowiązki  pani  domu.  Usiadła  ona  naprzeciw  gospodarza. 
Mnie wypadło miejsce po jej prawej ręce. 

Siedząc przy stole mówiliśmy ciągle jeszcze o tej sprawie. 
Ahmed zwracając się do mnie powiedział: 
—  Człowiek,  który  w  ten  sposób  umie  wymyślać  bliźniemu,  ma  fantazję  i  poczucie 

humoru, prawda? 

— Gdy go poznałem, nie zauważyłem nawet oznak fantazji. Jest to, o ile wiem, smutny, 

biedny diabeł, któremu się w dodatku wydaje, że jest pisarzem. Nic nie wydał, nic nie zrobił i 
po raz pierwszy prasa zajęła się nim teraz, wskutek tej awantury z właścicielem domu. 

— Żonaty? — zapytała pani Adda. 
—  Wydaje  mi  się,  że  żadna  kobieta  by  z  nim  nie  wytrzymała.  Jego  żona  dała  tego 

najlepszy dowód, bo umarła. 

—  Jest  to  taki  sam  sposób  odejścia  od  męża,  jak  każdy  inny  —  powiedziała  jedna  z 

obecnych pań. 

Moja sąsiadka zapytała: 
— Widywał pan żonę Arnolda? 
— Nie — odpowiedziałem. — Mówił mi o niej dużo wicedyrektor cła pan Smith. 
— Stary René? — zawołała moja sąsiadka. 

background image

— Pani go zna? 
— Znam. 
— To prawdopodobnie zna pani także i panią Nippold? 
—  Skoro  się  mówi  o  René,  myśli  się  o  pani  Nippold,  to  budujące:  przecież  ta  sprawa 

trwa trzydzieści lat. 

— Nie wiedziałem, że oni... 
— Jak to? Był pan w Libanie i nie wie pan o historii Smitha i pani Nippold? A po cóż 

on by został w Bejrucie, gdy odchodziły władze francuskie? 

Uśmiechnęła się. 
— Szczerze się przyznaję — myślałem, że on lubi Liban — powiedziałem. 
To, co powiedziałem, wywołało wesołość całego towarzystwa. 
— Zawsze lubił Libanki, bo ona jest niewątpliwie Libanką. 
— Pani ją dobrze zna? 
— Znam. 
Ahmed zapewnił mnie,  że pani Polotier zna bardzo wiele osób w  Libanie. Dowiedzia-

łem się więc nazwiska mojej sąsiadki, które mi zupełnie nic nie powiedziało. 

Gdy piliśmy na tarasie czarną kawę, pani Polotier zapytała mnie o kilka osób z Bejrutu. 

Do dziś nie umiem sobie wytłumaczyć, dlaczego zapytałem: 

— Pani zna tyle osób z Bejrutu, a czy znała pani w czasie wojny Nicolsona i Bulgako-

wa? 

Popatrzyła na mnie bardzo długo i odeszła nie dając mi odpowiedzi. 
Przyznaję, że niepotrzebnie zadałem to pytanie, ale nie było mimo to powodu odchodzić 

w ten sposób bez słowa. Można było powiedzieć, że się tych panów nie znało. Gdy żegnałem 
się z gospodarzem, pani Polotier podeszła do mnie. 

— Proszę mnie odwieźć do miasta. Mieszkam u Sheferdsa. 
Powiedziała  to  tonem  nie  znoszącym  sprzeciwu.  Wsiedliśmy  do  samochodu.  Ona  nie 

czekając, aż wór ruszy, powiedziała: 

— Więc pan wie? Zabawne, że pan wie... 
Naprawdę wtedy nic nie wiedziałem. 
— Liczę na pana dyskrecję. Arnold tak bardzo prosił, żebym umarła. 
Jeżeli można zgłupieć doszczętnie, to ja wtedy doszczętnie zgłupiałem. Cud prawdziwy, 

że  nie  wjechałem  na  latarnię.  Nie  —  tego  się  nie  spodziewałem  przyjmując  zaproszenie  na 
dzisiejszy wieczór. 

Zacząłem coś mamrotać na temat dyskrecji, gdy ona przerwała mi. 
—  Pan  znał  Arnolda.  Doprawdy,  nie  było  można  z  nim  żyć.  To  dobry  chłopak,  dobry 

dla  swojej  żony,  bez  żółci,  bez  wad,  ale  to  wróżenie  z  dymu,  to  filozofowanie  bez  sensu,  te 
nigdy nie napisane książki... 

— Ale... 
— Co ale? To takie proste. Arnold jest niesłychanie ambitny. On nigdy nie pozwoliłby, 

aby  kobieta  odeszła  od  niego.  Poddałam  więc  inne  rozwiązanie:  umrę.  To  niesłychanie  go 
podnieciło. To było niezwykłe. Wyjechaliśmy do Aleppo. Potem tu przyjechałam...  Za kilka 
dni wyjeżdżam do Europy. Ale że też pan się domyślił... 

Wytworzyła  się  doprawdy  głupia  sytuacja:  przecież  ja  się  niczego  nie  domyśliłem. 

Jeszcze  w  tej  chwili  trudno  mi  było  uwierzyć,  że  to  ona.  Do  głowy  mi  nie  przyszło,  że 
Orchidea żyje, że siedzę przy niej. 

Znalazłem wyjście trochę przykre, bo banalne, i powiedziałem: 
— Panią nazywano w Libanie Orchideą; gdy panią zobaczyłem... 
Roześmiała się. Nie, nie była kobietą, którą się bierze na banalne komplementy. 
Samochód stał od dobrej chwili przed hotelem i policjant zajrzał do wnętrza. 
—  Pojedziemy  do  sfinksa  —  powiedziała.  Nie  zaproponowała;  po  prostu  stwierdziła 

background image

fakt. 

Samochód ruszył. 
— Pani jest zagadkowa... 
Przerwała mi. 
— I sfinks tak samo. Rozmawiamy jak z rozmówek Olendorfa. Czy pan tak musi? 
Minęliśmy  oba  mosty  i  wyjechaliśmy  na  szosę  prowadzącą  do  piramid.  Po  prawej 

stronie były ogrody i małe domki, w których bogaci mieszkańcy Kairu wypoczywają w czasie 
upałów. Przejeżdżaliśmy właśnie koło ogrodu Shabatai'ów, moich przyjaciół. 

—  Niech  pan  popatrzy  —  polanka  zalana  światłem  księżyca...  i  te  dwa  leżaki  jak  dla 

nas. 

Zaczęliśmy mówić o właścicielach ogrodu. 
— Znam Shabatai'ów i szkoda, że jest tak późno, bo... 
Przerwała mi. 
— Poznałam panią Shabatai u Gouldów, wie pan — tych, którzy mieszkają w Gezireh. 

Czy pan ich zna? 

—  Znam,  ale  nie  bywam  u  nich.  O  nim  tyle  wiem,  że  ma  on  coś  wspólnego  z  tajną 

służbą angielską. 

Drgnęła. 
— Czy wszyscy muszą mieć coś wspólnego z jakąś tajną służbą? 
— Sądzę, że nie wszyscy, ale dość wiele osób, zwłaszcza tu na Wschodzie. 
— To jest ohydne. Po prostu ohydne.  
— Z całą pewnością — powiedziałem. 
Popatrzyła na mnie niezbyt ufnie. 
— Pan jako dyplomata... 
Przerwałem: 
— Jako dyplomata mogę panią zapewnić, że nie znoszę tajnej służby, przede wszystkim 

dlatego, że jest kosztowna i mało celowa. Cóż ona wreszcie może dać? Rozlokowanie wojsk? 
To w razie wojny da pierwszy nalot lotniczy. Sytuacje  w obcym państwie zna każdy  dyplo-
mata nie uciekając się do metod wywiadu, ale wywiad utrudnia pracę dyplomatów. Wywiad 
we wszystkich państwach staje się jakimś niezależnym mocarstwem i wywiera taką presję na 
dyplomatów, że wielu moich kolegów, i to niezależnie od narodowości, pożegnało się już ze 
służbą. 

Teraz słuchała bardzo uważnie. 
Koło  hotelu  wjechałem  ostro  pod  górę  i  zatrzymałem  auto  przy  pierwszej  piramidzie. 

Wysiedliśmy i szliśmy wolno mając ciemny masyw piramidy po prawej ręce; potem skręcili-
śmy w lewo i zaczęliśmy schodzić ku sfinksowi. 

Była pełnia. 
Jasno  było  tą  srebrnoseledynową  jasnością  księżycowych  nocy  na  pustyni.  Od  strony 

pałacyku króla podszedł do nas policjant i nie zaczepiając nas cofnął się. Jakiś cień, daleko od 
nas, przeciął nam drogę, poza tym pusto było i bardzo cicho. 

Usiedliśmy na głazach przed sfinksem. 
— Oto jest dekoracja, która służyła Kleopatrze i Cesarzowi — powiedziała. 
— Jest to też dekoracja — dodałem — na której tle fotografują się wszystkie wycieczki 

prowadzone przez znudzonych agentów Wagons Lits-Cook. 

Roześmiała się. 
— Teraz posłuży nam. 
— Sfinks i nas wytrzyma, łaskawa pani. 
— Pan jest bardzo miły, że nie pyta mnie o nic. 
— Chcę być tak samo uczciwy: to pani się wygadała, ja naprawdę nie wiedziałem, kim 

pani jest. 

background image

— Chociaż przypominam orchideę? 
— O ile się nie mylę, pachnie pani heliotropem. 
— To dla niepoznaki. Więc to ja się wygadałam... 
Siedzieliśmy chwilę twarzami do sfinksa; nagle wskazała ręką w lewo. 
— Tam gdzieś powinien być Heluan? 
— I z całą pewnością jest. 
Bez przejścia, po prostu powiedziała: 
— Czy pan zna moją historię? 
— Tyle, ile opowiadał mi Smith. 
— Ach, tak... 
Urwała.  Zamyśliła  się  i  nagle  bardzo  krytycznie  mi  się  przyjrzała.  Zupełnie  tak,  jakby 

oceniała, czy warto mi o sobie mówić. 

Nie chciałem o nic pytać. Wyglądała na kobietę, która i tak powie tyle, ile chce powie-

dzieć. 

Zaczęła mówić: 
— Zanim wyszłam za mąż za Arnolda, mieszkałam w Turcji. Przy mnie  Kemal-Pasza 

kazał zdjąć Turczynkom czarczafy. Od dziecka byłam przekonana, że mężczyzna jest jednak 
czymś  więcej  niż  kobieta.  Po  ślubie  wyjechaliśmy  do  Bombaju.  Mąż  chciał  tam  coś  studio-
wać.  Wynajęliśmy  mały  domek  w  dzielnicy  willowej.  W  hallu  był  napis,  kazałam  go  sobie 
przetłumaczyć. Oto treść: „Natura płci żeńskiej dąży do zepsucia mężczyzny. Dlatego mędrcy 
nigdy nie ulegali pokuszeniom niewiast”. 

— W tym zrozumieniu nigdy nie byłem mędrcem — powiedziałem. 
Nie usłyszała albo nie chciała usłyszeć. 
—  Mędrzec  Bhrig  przemawia  w  księdze  praw.  Jest  to  księga  Manu.  Wie  pan,  co  tam 

powiedziano o kobietach? 

— Nie, dokładnie nie wiem. 
—  Gdy  kobieta  jest  dzieckiem,  podlega  ojcu,  po  zamążpójściu  —  mężowi.  Gdy  mąż 

umrze, kobieta podlega synom, gdy nie ma synów — krewnym męża, a gdyby i tych nie było 
— swemu panu. Kobieta nigdy nie może być panią swej woli nawet w swym własnym domu, 
a nie powinna być nawet panią swych myśli. 

— Pani to umie na pamięć? 
Nie odpowiedziała, po chwili mówiła dalej. 
—  Niechaj  kobieta  nigdy  męża  czy  też  synów  nie  opuszcza,  bo  się  narazi  na  pogardę. 

Nie wolno odchodzić od męża... 

Roześmiała się nerwowo. 
— Słyszał pan — na pogardę... i... nie wolno. 
— Trochę to jednak przestarzałe prawo, nie sądzi pan? 
— Kobieta powinna być oszczędna, zawsze w dobrym humorze, a swego męża winna 

czcić jak Boga. 

— Prawa te pisali mężczyźni i, jak pani widzi, obwarowali się zupełnie nieźle. 
Wstała i ja wstałem. Poszliśmy przed siebie w pustynię. 
— Dokąd idziemy? 
— W stronę Heluanu. 
— Nie dojdziemy; trzeba by się przeprawić przez Nil. 
— Wszystko jedno. 
Szliśmy. 
Nagle ona przystanęła i powiedziała głośno: 
—  Trzeba  stale  czuwać  nad  złymi  skłonnościami  kobiet.  Nawet  pozamykane,  nawet 

strzeżone,  nie  są  kobiety  nigdy  bezpieczne,  a  to  z  powodu  swej  niestałości,  namiętności  i 
braku  uczucia,  które  jest  u  nich  stanem  naturalnym.  Kobieta  kocha  tylko  własne  stroje  i  dla 

background image

stroju potrafi splugawić łoże męża. 

Roześmiała się. 
— I ostatecznie ja tak samo opuściłam męża... 
Wzięła mnie za rękę i wróciliśmy przed sfinksa. 
—  Mimo  całego  respektu  dla  pani  męża,  nie  rozumiem...  tego  wróżenia  z  dymu...  a 

poza tym... pani nic nie splugawiła... 

— No, to co? Cóż to może przeszkadzać, gdy mąż ma dostateczny majątek, że zajmuje 

się wróżbiarstwem? 

— Bo ja wiem... wydaje mi się, że trzeba coś robić, że nie ma majątku, który by uspra-

wiedliwiał integralne lenistwo. 

Przerwała mi. 
— Nie zgadzam się. Niech pan pomyśli, że zarówno Nicolson jak i Bulgakow właśnie 

„coś” robili. Proszę się nie gniewać, ale mężczyzna jest zbyt ograniczony, aby mógł coś robić; 
naraża się, że się tak wplącze... 

—  No,  wie  pani,  pomiędzy  wróżeniem  z  dymu  a  tym,  co  ci  dwaj  panowie  robili,  jest 

chyba jeszcze miejsce na tysiąc innych rzeczy. 

Nie odpowiedziała. 
— Mówiła mi pani o Indiach. Oczywiście los kobiety hinduskiej jest znany, a mimo to 

w  poezji  sanskryckiej  poeta  Kalidasa  kreśli  taki  obraz,  gdy  rozdzielony  z  żoną  małżonek 
zatrzymuje obłok i błaga o zaniesienie poselstwa: 
 

Płyń do mojej pani  
Pły
ń obłoku chybki  
Ona kibi
ć ma łani  
Ona cuda czyni  
Do niej w stawie si
ę złote  
U
śmiechają rybki  
Do niej kwitn
ące drzewa  
Szepc
ą: — Tyś bogini. 

 

— Pan to znowu umie na pamięć? 
—  Nie,  tylko  te  kilka  słów,  ale  sądzę,  że  mówiąc  o  kobiecie  nie  należy  nigdy,  jak  to 

pani  zrobiła,  cytować  mnichów,  którzy  tworzyli  prawa  —  czasem  trzeba  raczej  zaufać 
poetom, nawet gdy się niezbyt dokładnie pamięta wiersz. 

Uśmiechnęła się. Była bardzo piękna w świetle księżyca. 
— To wszystko nie było ani takie łatwe, ani takie proste. 
Usiadła na wydmie stwardniałego piasku. 
Nie powiedziałem nic. Czekałem. Po chwili mówiła dalej: 
—  Mąż  mój  był  miłym  chłopcem,  ale  był  niestety,  jak  mi  się  zdawało,  nienormalny. 

Sądziłam  początkowo,  że  tak  zachowuje  się  każdy  człowiek  piszący,  potem  zobaczyłam,  że 
on  nic  nie  pisze.  Pytałam  lekarzy.  Nie  umieli  nic  poradzić.  Studiował  i  zapominał  o  przed-
miocie studiów; na przykład nie wiem do dziś, dlaczego z Bombaju wyjechaliśmy do Bejrutu. 
Potem  przyszło  to  wróżenie  z  dymu,  to  zapisywanie  jakichś  słów,  które  on  widział  w  tym 
dymie — to było okropne. Proszę mi wierzyć! 

Wyobraziłem sobie ją — tak, to musiało być bardzo przykre. 
Mówiła zapominając o mnie. Może raz jeszcze przeżywała całą sprawę? On — Arnold 

wędził się w dymie, mało wychodził, przyjmował jakichś magów. Była wojna. Wojna, której 
Arnold nie widział. Nawet gazet nie czytywał. Nic go nie obchodziło. A ona poznała właśnie 
wtedy Nicolsona. 

Nicolson był bardzo męski. Był typem „męskiego mężczyzny” z ekranu. 

background image

— Podobał się pani? — zapytałem. 
Nie zirytowało jej moje pytanie. 
—  Podobał  mi  się.  I  poznałam  też  wtedy  Bulgakowa.  Przez  dłuższy  czas  nie  wiedzia-

łam,  co  oni  robią.  Gdy  się  dowiedziałam  —  przyznaję,  że  mi  to  nawet  trochę  imponowało. 
Znajomi mówili o nich: „asy wywiadu”, była wojna... ale potem... 

Szukała słowa. 
— Straszna jest niemądra ambicja. Wiedziałam, że jest jakiś pan o kryptonimie „pan X. 

Z.”.  Wiedziałam,  że  to  jest  ten  największy  as.  Chciałam  go  koniecznie  poznać.  Nicolson 
przyznał  mi  się,  że  go  nie  zna.  Przyznał  mi  się,  że  „obstawia  go”.  Zaproponował,  żebyśmy 
szukali razem. 

— Zgodziła się pani? 
Nie odpowiedziała. 
— Bulgakow ostrzegł mnie, że to jest niebezpieczna gra. 
— To panią naturalnie podnieciło? 
— Tak, to mnie podnieciło. Ten Bulgakow... 
Przerwałem: 
— On wiedział, gdzie szukać tego tajemniczego pana? 
— Tak. Bulgakow wiedział. 
— I... 
Roześmiała się. 
— Idziemy — powiedziała to jakoś sucho i szybko poszliśmy do samochodu. 
— Pan pozwoli, że ja poprowadzę wóz? 
Cóż miałem powiedzieć? Usiadłem przy niej i ruszyliśmy dość szybko. Zamiast wykrę-

cić na prawo do miasta, wykręciliśmy na lewo do hotelu Mena. 

— O ile się orientuję, jedziemy w górę Nilu — powiedziałem — znam drogę tylko do 

el-Aiyat. 

— Można tędy dojechać i do Faiyum — odpowiedziała i dodała gazu. 
Szarzało na dworze. Jest to niebezpieczna dla każdej kobiety pora, gdy księżyc przestaje 

czarować, a nad światem panuje szarość przedednia. Ale ona była piękna nawet w tym świe-
tle. Usta zacisnęła mocno. Ponieważ nic nie mówiła, i ja wcisnąłem się w siedzenie czekając, 
jak  się  ta  wariacka  jazda  skończy.  Strzałka  rezerwuaru  benzyny  była  popsuta  i  pojęcia  nie 
miałem, ile mamy paliwa. 

Wykręciliśmy  dość  nagle  i  po  przejechaniu  może  piętnastu  kilometrów  zatrzymaliśmy 

się w Memfis. 

— Zapomniał pan o istnieniu dawnej stolicy Egiptu. Podobno było tu kiedyś siedemset 

tysięcy mieszkańców. Teraz będę rada, jeżeli dostaniemy benzyny, bo — nie mamy, dlatego 
właśnie zatrzymałam się. 

Staliśmy  niedaleko  od  leżącego  posągu  Ramzesa  II,  który  mnie  zawsze  fascynował. 

Wyszedłem z samochodu. Jakże głupio musiało to wszystko wyglądać: unieruchomiony wóz, 
ona  w  długiej  wieczorowej  sukni,  ja  w  białym  smokingu  na  ulicy  osady  liczącej  teraz  coś 
blisko trzy tysiące ludzi. Była trzecia nad ranem. Gdzie tu szukać benzyny? 

— Jeść mi się chce — powiedziała. 
— Jeść i benzyny... tu... 
— Czy pan jest na mnie zły? 
— Nie. Nie jestem. 
— Za dwie godziny zacznie się upał. 
— A tak — odpowiedziałem — przecież to początek czerwca. 
— Zostaje pan na lato w Kairze? — zapytała wpadając w ton persiflage'u. 
— Nie. Jadę do Europy. Jestem odwołany do centrali. 
— Pan? Pan wraca do Warszawy? 

background image

— Dziwi to panią? 
Nie odpowiedziała. 
— Może się jeszcze spotkamy w życiu. Ja będę w sierpniu w Paryżu. 
— Ja będę w sierpniu, jak sądzę, już w Warszawie. 
Jakieś dzieciaki — jeden, potem drugi i trzeci — stanęły przed naszym autem gapiąc się 

bezmyślnie. 

Po kwadransie nadszedł ktoś, kto za drobną opłatą pomógł nam w kupnie benzyny. 
— Gdyby wszystkie trudności ustępowały tak łatwo — powiedziała. 
— Ale śniadania nie dostaliśmy w Memfis. 
—  Rzeczywiście.  Gdy  w  Memfis  faraonowie  władali  do  pierwszej  katarakty,  musieli 

jadać właśnie gdzieś tu... 

— Rzekłaś pani, na boga Ptah... 
— Nie pomoże wzywanie imienia bożego. Mamy benzynę i... 
— Śniadanie możemy zjeść w Menie. 
— Nie. Wracamy do Kairu. 
Do Kairu dojechaliśmy kilka minut po szóstej. 
W powrotnej drodze ja prowadziłem. 
— Niech pan się nie zatrzymuje po drodze. Dobrze? 
Dojechaliśmy do hotelu. 
Gdy wysiadła z samochodu, powiedziała: 
— Nie sądzę, żebyśmy się w życiu spotkali. Powiem panu prawdę. Muszę powiedzieć. 

To mnie po prostu dziś — dławi. Ja nie uciekam do Europy przed Bulgakowem i Nicolsonem, 
cóż  oni  mnie  wreszcie  obchodzą? Ja  uciekam  od  mego  męża,  bo,  widzi  pan,  okazało  się,  że 
tym tajemniczym panem X.Z. był przez cały czas mój zagubiony w dymach, z których wró-
żył, śmieszny powieściopisarz Arnold. 

— Bulgakow pani powiedział? 
— Zapłacił za to życiem. Pomiędzy tymi ludźmi tak się płaci. 
Roześmiała się złym śmiechem. 
— Wie pan, gdybym mogła... 
Nagle wyprostowała się i powiedziała może nawet zbyt głośno: 
— Takie mnie wzięło obrzydzenie do tych ludzi... Nie kochałam na pewno Bulgakowa, 

ale  zabić  za  to,  że  powiedział  do  żony,  kim  jest  jej  mąż...  Być  mężem  i  tak  kłamać  żonie... 
gdybym mogła... 

Zacisnęła pięść. 
— Tak kłamał... nie umiał mi powiedzieć nazwiska jakiegoś angielskiego marszałka — 

to go nie obchodziło — to nie obchodziło człowieka, który stał na czele wywiadu... Wytrzy-
mywał  moje  wymówki,  że  jest  mało  aktywny,  grał  komedię  i  oszukiwał  nawet  napisami  w 
łazience. Udawał durnia wobec ludzi, ale i wobec mnie. Czym byłam dla niego? Mógł iść do 
zwyczajnej prostytutki z tym samym skutkiem, obdarzał mnie zupełnie takim samym zaufa-
niem. 

Oddychała szybko, wreszcie powiedziała: 
— Niepotrzebnie panu o tym powiedziałam, w ogóle moje nerwy... 
Nie dokończyła zdania i szybko wbiegła na taras hotelu. 
Chciałem biec za nią, ale nie mogłem. Trudno przecież gonić kobietę o szóstej rano po 

hotelowych  korytarzach.  Czekałem.  Może  jeszcze  wyjdzie.  Naprawdę  chciałem  wejść  do 
hotelu, ale na moim wozie litery C. D. nakazały mi, abym odjechał. Wyraźnie nie wypadało. 

Odjechałem. 
Zatelefonowałem o dziesiątej rano. Powiedziano mi. że „pani opuściła hotel”. 
Wyjechała. 
Dowiedziałem  się,  że  w  godzinę  po  naszym  rozstaniu  się  odleciała  samolotem  do 

background image

Rzymu.  Wtedy  było  bardzo  trudno  o  przeloty;  na  bilet  Kair  —  Rzym  czy  Kair  —  Paryż 
czekano  po  kilka  tygodni.  Nawet  dyplomaci  mieli  pewne  trudności,  a  ona  ani  słowem  nie 
zdradziła się w Memfis, że się spieszy. Staliśmy przecież bez benzyny. 

Wracałem  do  Warszawy,  a  w  czerwcu  roku  1947  byłem  w  Paryżu.  Wybrałem  się  do 

Palais  Royal  z  jednym  ze  znajomych.  Jak  zwykle  w  tym  teatrze,  grano  jakąś  beznadziejnie 
głupią farsę. 

Gdy  wchodziliśmy  na  ulicę  Montpensier,  spotkałem  panią  Nippold  i  pana  Smith. 

Umówiliśmy się na dzień następny. Dowiedziałem się, że rok temu umarł pan Nippold i teraz 
ona  i  René  Smith  są  w  podróży  poślubnej.  Mieszkali  w  niedużym  hotelu  na  ulicy  Louis  le 
Grand. 

W czerwcu 1947 roku sprawa jedzenia nie była zupełnie prosta. Papierosy kupowało się 

u pań odpowiedzialnych za porządek w W.C. 

Pani  Nippold  —  to  znaczy,  przepraszam,  pani  René  Smith  —  zaproponowała  nam 

niedużą  restaurację  na  ulicy  Choiseul,  koło  banku  Crédit  Lyonnais.  Poszliśmy  pieszo.  Ona 
dość  dużo  mówiła.  Smith  był  trochę  denerwujący.  Naprawdę,  nie  wypadało  mówić  do  pani 
Nippold:  „moja  maleńka  żoneczko”.  Waga  jej  na  to  nie  pozwalała,  bo  wahała  się  pomiędzy 
siedemdziesięcioma a osiemdziesięcioma kilo przy wyjątkowo niskim wzroście. Słowa: „mój 
pasikonik” tak samo nie pasowały do osoby, która musiała się urodzić na początku XX wieku. 

Ile razy chciałem się dowiedzieć czegoś, on mówił o jej przygodzie na statku czy o jej 

przestrachu  w  samolocie.  To  było  koszmarne,  ponieważ  obie  te  sprawy  sprowadzały  się  do 
morskiej choroby. Musiała zauważyć, że mnie to nuży, bo powiedziała bardzo po prostu : 

— René tyle lat nie mógł się mną publicznie zachwycać... 
Poczułem dla niej sympatię. Mało tego: usprawiedliwiałem Smitha.  
Po chwili, gdyśmy szukali tematu (zwykle szuka się tematu pomiędzy deserem i czarną 

kawą z ludźmi, których się dawno nie widziało), zapytałem o Arnolda. Nie pamiętam już dziś, 
jak to wyszło, ale oni i ja daliśmy sobie do zrozumienia, że nie wierzymy w śmierć Orchidei 
w Aleppo. 

Po dobrej chwili dopiero Smith zapytał: 
— Ale skąd pan, właśnie pan, który nie mieszkał stale w Libanie, zna prawdę o Orchi-

dei? 

— Bo spotkałem ją w Kairze. Cóż z nią się dzieje? To była bardzo miła pani. 
— Nie żyje. 
— Ona? — zawołałem. 
— Tak. To pan nie wie? Była wiadomość w prasie. Tydzień temu jakiś Arab-niemowa 

zadusił ją w Paryżu, gdy wchodziła wieczorem do swego hotelu. 

— Nie żyje? — zawołałem nie wierząc własnym uszom. 
— Nie żyje — powtórzył Smith. 
Przyznaję, że wiadomość ta była dla mnie wstrząsająca. 
Umilkłem.  Chwilę  ciszy  Smith  wykorzystał,  by  znów  używać  słów  „motylek”  i  „pasi-

konik” w stosunku do swej grubej żony. Przerwałem: 

— Co z Arnoldem? 
— Arnold wyjechał pół roku temu — powiedział Smith — nikt nie wie, dokąd. Zresztą 

on nie był ciekawy, ale ona... 

Nic  nie  powiedziałem  Smithom.  Zresztą  oni  byli  tak  bardzo  zajęci  sobą,  że  może  by  i 

nie zrozumieli. Po co było im mówić? Pomyślałem, że ona — Orchidea — była nieostrożna. 
Nie  mnie  jednemu  musiała  mówić  prawdę  o  Arnoldzie.  Ja,  dopóki  ona  żyła  —  milczałem. 
Inni musieli być mniej dyskretni, a może zwierzając się natrafiła na agenta swego męża. 

Może  on  w  obawie  dekonspiracji  musiał  wydać  na  nią  wyrok  śmierci?  Kto  to  wie  — 

ludzie tego fachu są nieraz w bardzo trudnej sytuacji. 

Tak... 

background image

Musiała  powiedzieć  komuś  niedyskretnemu.  Gdyby  milczała,  żyłaby  do  dziś.  A  prze-

cież  mówiąc  o  Bulgakowie  powiedziała  mi,  że  za  niedyskrecję  zapłacił  życiem,  bo  „tak  się 
pomiędzy tymi ludźmi płaci”. Wiedziała więc... A jednak... 

Co jej kazało mówić na ten temat? Jaki mus wewnętrzny? Myślę, że kochała Arnolda i 

nie mogła przeboleć, że on nie miał do niej zaufania!  
 
 
 
 

O TAKIM, CO BYŁ PRZEMYTNIKIEM 

 

PRZYCZYNA może być taka czy inna, ważny jest jedynie skutek. Przyczyna, dla której 

znalazłem się jesienią w Zakopanem, jest wręcz banalna. Moja żona i przybrana córka posta-
nowiły  odmalować  mieszkanie.  Odbyły  ze  sobą  naradę  i  zgodnie  doszły  do  wniosku,  że  w 
tym wypadku jestem jednostką technicznie zbędną; tylko bym zawadzał. 

Nie sądzę. 
Wiem,  że  nikt  tak  jak  ja  nie  wbija  na  przykład  gwoździ.  Co  prawda,  ostatnio  dość 

trudno o nie w sklepach — ale to przejściowe. 

Tak czy inaczej, przydałbym się, ale to... było moje zdanie. 
Moja  Maja  i  Nella  nie  bardzo  nawet  ze  mną  dyskutowały.  Po  prostu  wyszły  i  gdy 

wróciły,  okazało  się,  że  kupiły  mi  bilet  na  autobus.  Anim  się  opatrzył,  jak  się  znalazłem  w 
Zakopanem. 

Pogoda  okropna:  leje.  Okropnie  leje.  Nie  widać  gór  Moja  sąsiadka  zza  okna  —  jarzę-

bina — wygląda zbyt pretensjonalnie, ubrana prowokacyjnie — czerwono, w tej chlapie i na 
tym wietrze. 

Można  się  urwać  w  smutnym  pokoju,  w  którym  nie  ma  nawet  wygodnego  fotela. 

Chciałem coś robić,  ale  jak pisać bez papieru? A znowu jak wyjść po papier w taki deszcz? 
Wyszedłem  —  siąpiło  już  tylko,  ale  było  za  późno:  sklep  był  zamknięty.  Wypiłem  kawę  w 
„Europie”, nie zauważyłem ani jednej ładnej kobiety i smutny — wróciłem dorożką. Błoto. 

Westchnąłem i poszedłem spać. Jutro kupię papier. Ale „jutro” było słońce. Co za słoń-

ce!... 

Góry  delikatnie  przyprószone  śniegiem,  powietrze  rześkie,  jarzębina  za  oknem  tak 

wesoło,  tak  czerwono,  tak  kokieteryjnie  wyśliczniała  się  do  mnie.  Jak  tu  siedzieć  w  pokoju 
przy złym, chybotliwym stoliku, z którego zwisa łokieć? 

Poszedłem  do  Kuźnic.  Gdy  się  już  jest  w  Kuźnicach,  to...  trzeba  „wstąpić”  do  Jawo-

rzynki; tak też zrobiłem; tam jest naprawdę ślicznie i byłem sam Zszedłem pieszo do ronda. 
Tu nadjechał autobus. Zjechałem. Znów filiżanka kawy w „Europie”. Co to znaczy słońce!... 
Zauważyłem dwie czy trzy przystojne panie. Nie piękności... wiadomo, to nie sezon, ale jak 
na koniec października... 

Wróciłem do naszego domu i zjadłem obiad. Był smaczny. Teraz będę pracował, ale w 

pokoju jest niewygodne krzesło i wygodne łóżko. Położyłem się. Tylko na małą chwileczkę... 
Po takim spacerze... 

Jestem już statecznym panem w wieku, który nie jest wprawdzie czcigodny, ale, jeżeli 

tak można powiedzieć — przejściowy. Stateczność powinna objawiać się w wyrzeczeniu się 
morza  i  spraw  jego.  Diabła  tam!  Ile  razy  zostanę  sam,  bez  opieki  kobiecej,  tyle  razy  myślę 
sobie — jakby to było, gdybym tak znów stanął na mostku, „skąd padają rozkazy”. 

Morze  fascynowało  mnie  od  dziecka  i  fascynuje  tak  samo  i  dziś.  Myślę,  że  jeden 

uczciwy rejs na żaglowcu oddałby mi młodość. 

Położyłem się na łóżku i na małą chwileczkę zamknąłem oczy. 
I wtedy... 

background image

Wtedy  przypomniałem  sobie  rok...  był  to  chyba  rok  1930.  Stałem  z  moim  dobrym 

znajomym,  pierwszym  oficerem  „Mewy”,  na  pokładzie  tego  trampa.  Było  to  w  Gdyni.  Po 
trapie dość cicho stąpając wszedł Klapuś. 

Był to młody marynarz; przywitałem się z nim serdecznie. 
— Dobrze, że pan tu jest. Pan jako autor książek wstawi się za mną u pana kapitana. 
— A co się stało, Klapuś? — zapytałem. 
Ale pierwszy oficer „Mewy” znał marynarzy — nie potrzebował pytać. 
— Co to, Klapuś, chcesz wracać na nasz statek? 
— Faktycznie i gorąco, panie kapitanie. 
— Źle ci na pasażerskim? 
— Źle nie jest, ale na „Mewie” lepiej. 
— Ale ja miejsca nie mam. 
— To może za drugim razem, panie kapitanie, bo przykro powiedzieć... 
— Co ci przykro? 
— Może, panie kapitanie, ktoś by się ze mną zamienił? Tam faktycznie jedzenie lepsze, 

ale... 

— No, gadaj, co ci jest? 
— Powiem, panie kapitanie, przez te pasażerki nie mogę już faktycznie. 
— Co? 
— A tak, panie kapitanie. To, że pasażerowie chorują i pokład ciągle myć trzeba, to to 

nic  takiego,  pan  kapitan  mnie  zna.  Robotny  jestem.  To,  że  pasażerowie  ciągle  o  coś  pytają, 
niech tam, gadać lubię. 

— Wiem o tym. 
— Ale ja przez czułe serce nie mogę wytrzymać, panie kapitanie. 
— Zakochałeś się? 
Klapuś uśmiechnął się gorzko. 
— Nie, panie kapitanie, ale ja po pasażerkach to faktycznie nawet w portach nie mogę 

spojrzeć na kobiety. 

— Słuchaj no, Klapuś, coś ty zrobił? Nie wiesz, że pasażerka powierzona opiece mary-

narza to święta rzecz? 

— Wiem, panie kapitanie, i niech mnie ręka Boża skarze, jeżeli ja... 
— No, to co ci jest? 
— Mnie jest trudno mówić tak ogólnie, to ja powiem, cośmy mieli na ostatni rejs. 
— Gadaj! 
— Była fala. Taka sobie, ale dla pasażerów dostateczna; to była tam taka jedna, bardzo 

blond była... 

— Platynowa? 
— Może miała sztuczne, ale w każdym razie włosy jak siano; miała synka, Piotruś się 

nazywał. Ona, panie kapitanie, chorowała i inni też, a jak się morze uspokoiło, to ona zaczyna 
tego  Piotrusia  szukać,  bo  w  czasie  choroby  z  mdlenia  nieprzytomna  była.  Krzyczy  na  tego 
Piotrusia,  a  jego  nie  ma.  To  faktycznie,  panie  kapitanie,  serce  się  krajało,  bo  wiadomo  — 
matka, a dzieciak może się utopił. Wszyscy szukalim, ja to już i do wentylatorów zaglądałem, 
a bachora nie ma. A ta blondynka tak płacze, że faktycznie serce się ściska, i na kolana przed 
kapitanem, żeby zawracał okrętem i dzieciaka po morzu szukał. Tłumacz babie, że głupia, w 
takiej chwili, to inne baby też za nią; nic, tylko myślę — bunt będzie na okręcie, i kiedy już 
nie wiadomo było, co robić, to się ten Piotruś znalazł. 

— Gdzie był? 
— Pod łóżko wlazł w pustej kabinie i tam jucha siedział. 
— A dlaczego nie wyszedł, jak wołali? 
—  A  bo  powiada,  że  nikt  mu  „a  kuku”  nie  powiedział,  to  on  się  tak  w  ciuciubabkę, 

background image

cholera, bawił. 

— No i co z tego? 
—  Że  na  frachtowcu  takich  rzeczy  nie  ma,  a  mnie  aż  zemdliło  ze  wzruszenia,  bo  ja, 

panie kapitanie, sercowy jestem i babskiego płaczu nie znoszący. 

— I co jeszcze? 
— Mieliśmy jeszcze i burze, była faktycznie niczego, nawet przez to spóźnienie było o 

dwa dni, to co się wtedy działo, to i powiedzieć trudno, panie kapitanie. 

— No co? 
—  Bo  w  drugiej  klasie  tak  jakoś  się  złożyło,  że  tylko  dziesięć  pań  my  wieźlim  i  ani 

jednego mężczyzny. To zwyczajnie, jak w czasie burzy, wejścia na pokład się zamknęło i na 
górze  tylko  byli  panowie  oficerowie  i  my.  Nagle  słyszę  ja  walenie  do  drzwi  u  nadbudówki 
drugiej  klasy.  Myślę  —  wydaje  mi  się,  bo  hałas  był  faktycznie  duży.  Ale  nie,  wali  ktoś  do 
drzwi.  To  melduje  trzeciemu  oficerowi,  że  tam  coś  się  musiało  w  drugiej  klasie  stać,  może 
doktor  potrzebny  —  wiem  ja.  Niby  doktor,  panie  kapitanie,  zwyczajnie  jak  w  czasie  burzy, 
sam faktycznie doktora potrzebował, ale w każdym razie. 

— No i co? 
—  Weszlim  z  trzecim  oficerem,  a  tu  wszystkie  panie  pasażerki  koło  drzwi  na  pokład 

stoją, ubrane jak popadło, bo noc była, i tak krzyczą, że nic nie można wyrozumieć. Nareszcie 
zrozumielim,  bo  jedna  inne  uciszyła  i  krzyczy  takie  słowa:  „My  tu  same  kobiety  i  chcemy 
mężczyzny, bo może być wypadek”. To ja myślę, co im ten mężczyzna faktycznie pomoże, a 
inne  to  chorują,  to  krzyczą  i  pana  trzeciego  oficera  nie  chcą  puszczać;  to  on  mówi,  że  zara 
wróci, tylko kapitanowi powie, a mnie kazał zostać. 

— I co dalej? 
— Jak wrócił, tak powiada, że im tu stewarda przyśle, a one znowu w krzyk, że lokaj to 

tu  na  nic,  że  one  się  boją  i  chcą,  żeby  z  niemi  marynarz  był,  i  trzeci  oficer  mnie  z  niemi 
zostawił. To, panie kapitanie, myślałem, że to już faktycznie moja ostatnia godzina. To jedna 
się głośno do świętej Teresy modliła, a druga na nią, że trzeba do świętego Krzysztofa, bo to 
patron od podróżnych, a sześć to tak chorowało, że myślałem, że zemrą, jedna znów to aż sina 
była  i  nic  tylko  krzyczy,  że  chce  na  ląd  wysiadać,  a  mnie  trzymały,  a  puścić  nie  chciały,  a 
pytają,  kiedy  się  to  skończy;  a  bo  ja  prorok  panie  kapitanie?  Mówię,  że  zara  wrócę,  na 
barometr spojrzę, to im powiem, kiedy się skończy, bo wywiać chciałem; ale mnie do rana nie 
puściły,  bo  powiadały,  że  z  mężczyzną  bezpieczniej.  Panie  kapitanie,  jak  ja  pomyślę,  że 
jeszcze kiedy w życiu taką noc mieć mogę, to faktycznie wole już po podwórkach śpiewać jak 
bezrobotny, a na takim pasażerskim statku nie pływać. 

Pierwszy oficer zamyślił się. 
— A no, przyjdź jutro, Klapuś, zobaczę, czy się co da dla ciebie zrobić. 
— Dziękuję, panie kapitanie, za zrozumienie sytuacji, bo to jest faktycznie... 
— Przykro. 
— Wole już gorsze jedzenie, tylko żeby bab na okręcie nie było; port jest od tego, a nie 

statek. 

Oczywiście, że się wstawiłem. Klapuś dostał się na „Mewę”. 
Tak się złożyło, że „Mewa” poszła do Aleksandrii i wróciła bez Klapusia. Gdy byłem w 

Gdyni, wysłuchałem z powodu mego protegowanego kilku przykrych słów, a on sam zjawił 
się coś po roku. Jakim sposobem przebłagał kapitana „Mewy” — nie wiem; wiem, że znów 
się na tego trampa zamustrował. Gdy byłem w Gdyni, Klapuś kilku kolegów na piwo zaprosił. 
I  ja  byłem  obecny.  Mój  Boże,  historia,  którą  nam  opowiedział,  szokowała  nas  —  wtedy  co 
prawda  —  a  dziś...  dziś  wydaje  mi  się  opowiadaniem  dla  grzecznych  dzieci.  Ale  wtedy  nie 
było jeszcze tylu chuliganów. 

Klapuś  miał  na  imię  Felek.  O  Felusiu  można  było  wszystko  powiedzieć,  tylko  nie  to, 

żeby kłamał, bo Feluś Klapuś nie kłamał. 

background image

—  To,  chłopcy  —  zaczął  Feluś  swą  przemowę  —  pojechali  my  najpierw  do  takiego 

portu,  co  się  nazywa  Burgas.  Ja  tam  Londyn  uważam,  Kopenhaga  też  miasto  landszaftowe, 
Hull — nie można powiedzieć, ale ten Burgas bardzo nieważny. 

Splunął. 
— Szliśmy, jak zawsze, do Atlantyku, potem Gibraltar, niczego, a potem to morze, co 

się  nazywa  Śródziemne,  też  ujdzie,  ale  jak,  bracie,  tylko  miniesz  Kretę  po  prawej  burcie  i 
wmeldujesz się na to ichne Egejskie morze, to nic, tylko czyste kpiny. Powiadam wam, zupeł-
nie,  jakby  kto  maku  w  gębę  nabrał  i  plunął  na  mapę;  nic,  bracie,  tylko  wysepki  a  wysepki. 
Jakaś tam Eubea, Andros, Tenos, Syra, Paros, Maxoe, to tak ci w rzędzie jedna za drugą i nic, 
tylko drogę zagradzają. 

Odetchnął i znów mówił: 
—  A  jak  je  miniesz,  to  znów  jakaś  Chios,  a  Ipsara,  a  Lesbos,  a  Limnos,  a  Imroz,  a 

cholera je tam wszystkie spamięta! A jak to całe tałatajstwo powymijasz, to tak skończysz, że 
w  Dardanele  wliziesz  i  tera  to  ja  już  wiem,  dlaczego,  jak  komu  chcę  ubliżyć,  to  mu  „ośle 
dardanelski” mówię. 

Piwa się napił i dalej mówił: 
— Ale to nic. Przeszliśmy te Dardanele i meldujem się na morze Marmara, choroba, to 

ci  całe  morze  jak  staw  w  Saskim  Ogrodzie.  Myślę  sobie,  to  potom  ja,  warszawiak  z  krwi 
można  powiedzieć  i  kości,  marynarzem  został,  żeby  po  sadzawce  pływać?  Jak  Boga  mego, 
gdybym był krzynke wypił, to bym do kapitana poszedł i mu powiedział, co o tem myślę, ale 
gorąco było, a ja w gębie nic tylko wodę, to mi się i nie chciało; co się tam będę narywał? 

— No pewno — przytwierdzili mu. 
— To znowu na tej Marmarze też wysepki, historyczne — powiada nam drugi oficer — 

a  ja,  z  czego  to  one,  pytam,  takie  historyczne?  To  on,  niby  uczony  taki,  ten  drugi  oficer, 
powiada, że one przez to takie historyczne, że się wszystkie kłócą, gdzie się Homer urodził, a 
na to pierwszy oficer powiada, że te wyspy się wcale nie kłócą, tylko te na Egejskim o to niby 
urodzenie; to już nic nie powiedziałem, ale myślę sobie, że pies mordę tej historii lizał, jak już 
większych kłopotów nie  ma, bo ten cały Homer to, jak mówił potem praktykant, był ślepy i 
do tego w ogóle nie wiadomo, czy żył, czy też był niby legendarny, co znaczy, że wszystko 
bujda  chrzanowa.  Z  tą  historią  to  w  ogóle  szopa,  bo  jak  my  Lesbos  mijali,  to  ten  cholera 
praktykant takie rzeczy opowiadał, że aż ja, cwaniak warszawski, nic tylkom spluwał, ale coś 
to  tam  musiało  być,  bo  na  mapie  Lesbos  w  nawiasie  stoi,  a  wyspę  ze  wstydu  na  Mytilini 
przezwali, żeby tamte wspomnienia jakoś zabajtlować. 

Feluś zamyślił się, machnął ręką i powiedział: 
—  W  ogóle  można  powiedzieć,  że  te  Greki  dranie.  Nie  tylko  najbrudniejsze  okręty 

mają, że jak taki jedzie, to fetor przy nim karmelek, ale do tego jeszcze taką mają niby mitolo-
gię, to taka dawniejsza religia, że nic tylko po parkanach albo i gdzie indziej malować. Co te 
niby greckie bogi wyrabiali, to wstyd powiedzieć. Rajcowali się a zdradzali, a jeden drugiemu 
żonę referował, a dziewice w ziemi gwałcili, i to za kozła się przebierając, bo mało już grand 
mieli  w  ichnym  niebie,  co  się  Olimp  nazywa.  Świnie,  można  powiedzieć,  nie  bogi.  Taka 
Venus; z piany się urodziła, a takie przez nią zamieszanie było, a i jakieś trzy boginie były, to 
one znowu się na jednego faceta zawzięły, któren z niemi kombinować nie chciał, to go przez 
złość do jednej Heleny posłały i przez to taki port, Troję, Greki na nic zniszczyli, z kranami i 
domkami z ziemią zrównali. Takie dranie chytre byli, że do konia włazili, a którędy, to lepiej 
się nie pytać, byle tylko ten port zniszczyć i bezrobocie marynarskie powiększyć. A w ogóle 
ładne tam porządki: kupcy to jednego boga ze złodziejami mają. 

— A to dopiero — przerwał ktoś ze słuchaczy. 
—  Ale  nie  będę  już  wam  o  tych  Grekach  gadał,  dość,  że  my  przez  tę  marmarską 

sadzawkę  przejechali,  i  może  myślicie,  żeśmy  na  jakie  ludzkie  morze  wypłynęli?  Już.  Do 
Bosforuśmy zajechali. To tak się nazywa, jak ta  piekarnia na Marszałkowskiej, co ją ma ten 

background image

Turek, i tam jest właśnie dawna Turków stolica i tera to stolice przenieśli, bo im niewygodnie 
było czy co. Ta dawna to się Konstantynopol nazywa, czyli Konspel, i tam podobnież każdy 
Turek po kilka żon miał i żeby wszystko w porządku było, to je eunuchy pilnowały. Ale przez 
ten  kryzys  to  i  Turki  zbiednieli  i  teraz  to  już  każdy  ma  tylko  jedną  żonę,  co  im  taniej  wy-
chodzi, a co się z resztą tych żon porobiło, to tego już nie wiem. Ale miasto niczego, bardzo 
tam  psów  i  kotów  dużo  i  są  tam  takie  kościoły,  co  je  nazywają  meczety,  gdzie  się  w  piątek 
modlą. 

Piwa się znów napił i dalej mówił: 
—  Tośmy  z  tego  Konspla  wreszcie  na  uczciwe  morze  trafili,  ale  też  jakieś  takie  ture-

ckie,  bo  fali  nie  widzisz,  a  statek  tańczy,  to  ono,  znakiem  tego,  Czarne  się  nazywa.  Szliśmy 
blisko brzegu. Tam znowu Bułgary mieszkają i dranie są, bo latarni mało wystawili i my do 
takiego portu trafili, co się Burgas nazywa, Żeby tam dopłynąć, to się do zatoki wchodzi. Na 
brzegu to ci, bracie, takie wiatraki są, co szprychy nie z klepek, ale z płótna mają, i w ogóle 
ładny  widok.  Jakżeśmy  się  przycumowali,  toś  mógł  regularny  szmugiel  zaprowadzić,  zanim 
ichny  celnik  przyszedł.  Ciekawy  byłem  tego  miasta,  com  do  niego  całom  prawie  Europę 
opłynął. Jak ze statku nas puścili, idę: placyk, zabłocona ulica, jak to w porcie, idę do miasta, 
żeby się do centrum dostać, niby do ichnego Piccadilly, idę, idę i na plac trafiam, a tam jakiś 
drań w fezie na ośle jedzie. Chłop duży, osioł mały, chłop nogami od ziemi się odbija i okaza-
ło się, że ja już minąłem centrum; to wracam tą uliczką, patrzę — parę knajp i kino. Co jest za 
sprawiedliwość,  myślę  sobie,  wracam  do  portu,  żeby  niby  od  pieca  zacząć,  w  porcie  nasz 
statek i jeszcze jeden mały pętak, i noc murowana o ósmej wieczór. Znów wracam do miasta i 
guzik jest. To jak sześć lat marynarzem jestem, to pierwszy raz z kolegami w porcie do kina 
poszedłem, bo co było robić? Z tego kina jakoś my z jednym do szynku trafili. Ważny szynk, 
jak kojec, i ani jednej dziewczyny, tylko jakieś draby rakiję, tak się ich wódka nazywa, piją i 
na cymbałach a skrzypcach grają, i sami, niby solo, tańczą. Jak my na to zmartwienie wypili, 
to ja mówię do Antosia: „słuchaj, Antoś, źle jest”, a Antoś powiada: „murowana cholera”, a ja 
powiadam:  „smutno”,  a  on  powiada:  „bardzo”,  a  potem  powiada  brzydkie  słowo  i  znów  na 
błoto wychodzim i chcemy się dostać, gdzie tu wesoło, ale oni strasznie trudno gadają, aże się 
jeden  znalazł,  co  nam  lokal  odpowiedzialniejszy  pokazał.  Był  lokal,  zła  krew  na  niego;  sie-
dlim z Antosiem, a niedaleko taka jedna ruda od tańczenia, tak na oko z pięćdziesiątkę lekko 
miała,  ale  za  to  wagę,  można  powiedzieć,  regularną.  To  się  potem  jeszcze  trochę  publiki 
zlazło i koleżanka tej grubej, jeszcze krzynę grubsza, obie się do nas przywaliły, żeby z niemi 
pić.  A  ja  myślę,  co  jest,  czy  to  ja  pies,  żeby  stare  gnaty  po  kątach  włóczyć?  Więc  pytam,  a 
Antoś tłumaczy na niemiecki, czy tu gdzie ichnych córeczek nie ma, to się trochę obraziły, a 
nam na płakanie było, bo to już nie port, a nieszczęście. 

— Faktycznie przykro — przerwał ktoś. 
—  Więc  siedzim  tak,  aż  tu  nagle  Antoś  mnie  w  bok  kuksa,  patrzę  ja  i  dusza  mi  się 

uradowała,  bo  weszły,  można  powiedzieć,  odpowiednie  dwie  panienki.  To  my  z  Antosiem 
kombinujem,  jakby  się  od  tych  grubych  odwalić,  a  jak  tak  kombinujem,  to  ci  wchodzą  — 
nasz drugi oficer z praktykantem pokładowym. Do dziewczynek się od razu przysiedli, a nas, 
sieroty, ze staremi małpami zostawili na wstyd i zmartwienie. 

— Ale tyś się przecie nie w Burgas zgubił? 
—  Pewno  że  nie,  miałem  się  gdzie  gubić.  Tylko  wam  mówię,  jakim  był  biedny  i  jak 

znowu  przez  wszystkie  Dardanele  nareszcie  my  do  Aleksandrii  przyszli,  to  dusza  mi  się 
uradowała, bo to miasto jak potrzeba i awantura tam wyszła czysta, monopolowa. 

— Nibyś się schlał? 
— A no niby; i z tego właśnie galimatias wyszedł, żem krzynę wypił. 
— A gdzieżeś się tak upił? 
— Gdzie? No, pewno, że nie u mego stryja na chrzcinach cioci, tylko jak się patrzy, w 

knajpie.  Rano  budzę  sie,  patrzę  na  zegarek,  a  to  nie  rano,  tylko  trzecia  po  południu,  więc 

background image

kłusem  do  portu.  Staliśmy  niedaleko  Arsenał  Basenu,  patrzę  —  „Mewy”  nie  ma;  lece  do 
kapitanatu,  statek  odszedł  o  drugiej.  Zostałem,  można  powiedzieć,  jak  ta  sierota  porzucona 
przez matkę i ojca; i nic, tylko się topić, bo forsę regularnie przepiłem, a we łbie taki łomot, 
jakby moja mama w maglu ze znajomemi gadała, bo mama magiel ma na Krochmalnej. Więc 
myślę, myślę i do polskiego pana konsulata; to go nie ma. Jest poseł, ale w Kairze, to niby jak 
tam jechać bez forsy? A zresztą ten Kair to nie port, to już sam nie wiem, na jaką cholerę tam 
tego posła trzymają, przecie mnie tam na okręt nie wsadzi? Zacząłem jakiegoś pudła z Polski 
szukać, właśnie znalazłem, ale guzik. Nareszcie na Tsalah jakiś kalosz zobaczyłem, gdzie na 
dniówkę  burty  malowałem,  potem  trzy  dni  nic  nie  jadłem  i  znowu  mnie  w  Quais  Neuis  na 
dniówkę  wzieni;  na  moje  szczęście  jakiś  pętak  kulasa  złamał  i  mnie  zamustrowali  na  jego 
miejsce. Jakem się wtedy do pantry dostał, to aż wszyscy się zlecieli patrzeć, jakem żarł. 

— A gdzieście poszli? 
— Do Indyj, do takiego portu, co tak się nazywa, że przy przyzwoitej dziewczynie ani 

rusz powiedzieć. 

— A jak? 
—  A  Madras.  Jakżeśmy  szli  po Czerwonem  Morzu,  to  ci  takie  morze,  że  piaskiem  po 

pokładzie rzucało. 

— Et. 
—  O,  będzie  się  mądrzył. Jak  mówię,  to  było,  bo  te  morze jest  wąskie, a  po  obu  stro-

nach pustynie, ale to nic, tylko gorąc straszny był. Ale rejs jak rejs, i jakoś my do tego Madras 
przyjechali.  Jakżeśmy  się  zacumowali,  to  ja  od  razu  zaczął  statku  do  Europy  szukać;  statki 
były, ale jak się dostać bez znajomości nijakich, a konsulstwa naszego tam nie ma. Wróciłem 
na statek, a chłopak kapitański powiada, że jutro  idziemy przez cieśninę  malajską do Singa-
pur, a stamtąd na Filipiny i w końcu do, psiakrew, Makau. 

— Gdzie? 
—  A  ja  wiedziałem,  gdzie  to?  Tera  to  wiem,  przy  ujściu  rzeki  Perłowej,  niedaleko 

Hongkongu. Ale wtedy mortus, bracie. Myślę sobie taki koniec, z Madrasu do Makau pojadę, 
jedna nazwa od drugiej  gorsza,  a ja, sierota, przez pijaństwo na zatracenie jadę, bo niech  co 
kapitanowi na nos siądzie i niech mnie w tym Makau wyleje, to chyba łapami ziemię kopać, 
na durch tunel robić i tak do Gdyni wracać. 

— Ale cię nie wyleli? 
— Nie. Ale zacząłem kapować, że ten mój statek to nie taki znów porządny, a zmiarko-

wałem, jak my cichcem bambus brali, i też się okazało, że ten bambus nie taki znów bambu-
sowaty,  jak  wygląda,  ale  napełniony,  i  że  będziemy  opium  szmuglowali.  Chodzę  po  tym 
Madrasie, a tam, na lewo od portu, jest taka esplanada, co do fortu St. George prowadzi. Pusto 
było, to chodzę i myślę, że nic mi już więcej nie było trzeba, tylko żeby szmuglerem zostać, 
jak ze słoniną ze wsi za okupacji. Ale co miałem robić? Hindusa udawać? Na statek wróciłem 
i poszliśmy w morze. 

— I co dalej? 
—  Tyli  czas  na  tym  statku  byłem  i  nie  wiem,  jakiej  był  narodowości.  Banderę  mieli, 

przykro  powiedzieć,  syjamską,  marynarze  gadali  wszystkimi  językami,  jakie  są,  a  na  gębie 
każdy był innego koloru. Kapitan chyba był Hiszpan, kuk był chyba Niemiec i gotował akura-
tnie, a pomocnik znów był Chińczyk. Pierwszy oficer z Oslo, a drugi Grek, a trzeciego to w 
ogóle nie było. 

Feluś westchnął: 
— Poszliśmy przez Ocean Indyjski do tego Singapur, ale tylko my tam bunkier wzieni, 

nikt  nawet  na  ląd  nie  zeszedł  i  przez  Południowo-Chińskie  na  Filipiny.  Wyspa  się  Luzon 
nazywa, a w zatoce port, Manila. 

— Ładne miasto? 
—  Nie  można  powiedzieć.  Jest  tam  dancing,  nazywa  się  „Santa  Anna”,  taki  duży,  że 

background image

tysiąc  ludzi  może  w  nim  tańczyć,  i  wulkany  są,  i  gorąco,  a  wilgotność  taka,  jakbyś  w  parze 
siedział. Zieloność wszędzie, na świecie chyba piękniejszej nie ma, i cyklony tam są, i febra 
panuje,  bardzo  ładne  miasto,  ale  krótko  my  tam  stali,  bośmy  poszli  do  tego  Makau.  Mówię 
wam,  czem  bliżej,  tem  stary  niespokojniejszy,  a  kuk  tylko  klnie  i  taki  zły,  że  do  pantry  ani 
wleźć.  Koło  wyspy  my  stanęli,  nazywa  się  Lingtong,  to  tam  już  kapitan  tak  na  kitajców 
wydziwiał, że nie wszystko można było zrozumieć. Staliśmy na kotwicach, stali i nocą znów 
podsunęli się bliżej tego Makau; i znów czekamy. 

— Na co? 
—  Na  dżonki  kitajców.  Bo  co  ty,  trąbo,  myślisz,  że  opium  to  się  kranami  w  portach 

wyładowuje?  Nareszcie,  słyszę,  z  prawej  burty  pierwszy  oficer  krzyczy:  „czajnas”  i  przyje-
chali ci czajnasi, czyli... 

— Chińczyki. 
— Co głowę bajtlować, akuratne kitajce, żółte jak po żółtaczce, i jak w salonie wszyscy 

zaczęli krzyczeć, to zmiarkowałem, że płacą i że będzie jak trza. Zapłacić to zapłacili, ale jak 
do dżonek siedli, to kapitan dał pełną pare i nie tylko my byli szmuglerzy, ale jeszcze i gran-
dziarze my byli, bo towar świsnęlim i drugi raz go koło Hongkongu sprzedalim i wyładowali. 
W tym Makau nie byłem. 

— A jakżeś ty, Feluś, do Gdyni wrócił? 
— Zara, zara. Kawałek drogi to był. Z tego Hongkongu świat drogi na południe poszli-

śmy, równik przeszliśmy i na Jawieśmy byli i na taką wysepkę Bali trafili, gdzie baby chodzą 
w białych płachtach do pasa, a od pasa w górę są gołe. 

— To wesołe. 
— Ale mnie nie było wesoło. Siedze sobie na brzegu i myślę, kiedy który z tych tubyl-

ców  sobie  przypomni,  że  dziadzio  jego  małpa  był,  i  na  drzewo  wskoczy,  a  nagle  patrzę  i 
oczom  nie  wierze,  bo  kto  idzie  brzegiem  —  ten  opasły  Holender,  co  my  go  w  Gdańsku  u 
Sterna spili. 

— Ten?  
—  To  ja  do  niego,  mówię  o  swoim  nieszczęściu,  że  to  jakem  się  raz  w  Aleksandrii 

urżnął, tak tyli czas sie już z przemytnikami opium tłukę i Bóg zrządził, że teraz ryż będziemy 
wieźli,  ale  możemy  i  żywy  towar  wozić  do  Tien-Tsinu,  wiadomo  co  na  takim  pudle.  I 
powiadam  mu,  żeby  on  ze  swoim  kapitanem  pogadał,  to  darmo  się  zamustruję,  byle  do 
Amsterdamu  dojechać.  I  dobry  ten  opasły  był,  bo  na  drugi  dzień  mi  powiada,  że  mnie  ich 
statek zabierze. Idę więc ja do mojego kapitana, a on w ryk i z pięściami na mnie, że na Bali 
marynarza nie dostanie, ale jakem mu zaczął tłumaczyć, trochę mi mój Holender pomógł, bo 
coś tam przykrego o opium powiedział, tak się dostałem na holenderski statek, gdzie pluskiew 
nie ma, i do Amsterdamum zajechał, a stamtąd to już mnie konsulat odesłał i jestem. 

— A masz te wszystkie rejsy w książeczce? 
— Mam i teraz to kontent jestem, że świat poznałem. Ale jakem się dziś rano dostał na 

nasz statek, tom był jeszcze bardziej kontent, bo wolę bekony wozić niż opium szmuglować, a 
poza tym to przez tyli czas mogła mi narzeczona szpasa zrobić. 

— A nie zrobiła? 
—  I,  nic  takiego.  Jednemu  musiałem  zęby  wybić  bo  się  dziewczyny  czepiał,  a  ja  nie 

lubie, jak mi sie byle kto do dziewczyny wtrąca. Bo żem się w Aleksandrii upił, to jeszcze nie 
dowód, żebym miał nowej narzeczonej w Gdyni szukać. 

Pewnie, że nie dowód. 
Jedno  jest  pewne:  Klapuś  był  trochę  „rozrabiacz”  i  pies  na  dziewczyny.  Co  prawda  to 

prawda. 

— Trafisz ty na swoją — powiedziałem mu kiedyś. 
— Ja? Mnie tam żadna nie „obłatwi”, panie kapitanie. 
Naprawdę nie mam tytułu kapitana ani wielkiej, ani nawet małej żeglugi, ale gdy zaczą-

background image

łem trochę łysieć, Klapuś uważał, że mi z tym tytułem będzie do twarzy. 

No i „obłatwiła” jedna mojego Klapusia. 
Opowiadał mi o tym Gidziński, marynarz dobry. Musiało to tak wyglądać: 
Płynęli z Brazylii do Gdyni i wtedy na Klapusia przyszła godzina zwierzeń. Zaczęło się 

od tego, że Klapuś powiedział: 

— Cholera. 
I westchnął. 
Gidziński popatrzył, powiedział: — Faktycznie. — I czekał. 
Wtedy Klapuś zaczął: 
— Wolałbym się z kimś dobrze pobić. Wiadomo, uczciwa rzecz. Albo ja spuchnę, albo 

on, ale z babą... 

— Wiadomo. 
— Poznałem jedną siedem miesięcy temu... 
— No i co? 
— Pamiętasz, siedem miesięcy temu po raz pierwszy przypłynęliśmy do Paranagua. To 

dopiero  wieczorem  ostatniego  dnia  ją  poznałem,  a  rano  odpłynęliśmy  i  dopiero  po  trzech 
miesiącach znów ją zobaczyłem. 

— Toś już miał pięć dni czasu. 
— Miałem. Te całe pięć dni z nią łaziłem i w kinie z nią byłem, i tańczyłem z nią, a ona 

cały czas się śmiała i wiesz, tak coś śmiesznie, bo nic o pieniądzach nie gadała ani o prezen-
tach, a jak jej kupiłem bransoletkę i zełgałem, że to niby z Polski, tak się strasznie ucieszyła i 
zaraz kupiła mi szalik... 

— Nie gadaj! 
— A ty gębę stul, jak mówię, że kupiła, to kupiła i jeszcze ten sweter mi zrobiła, co go 

w niedzielę noszę na północy, i do portu odprowadziła. 

— Też, ważny port, trupiarnia. 
— Port to on nie jest ważny, mam go w nosie, ale mówię, że odprowadziła. I ty wiesz, 

ona  jest  uczona  i  taka  dobra,  wiesz,  taka,  co  w  szkole  była  i,  można  powiedzieć,  elegancka 
jest, taka prawdziwa panienka, a do tego sierota i w sklepie pracuje. 

— No, to dobrze jest, o co ci chodzi? 
— O to właśnie, że nijak z nią nie można, bo ci, cholera, wierzy i nie boi się. Za mia-

stem, w lesie, z nią byłem. Sami byliśmy i na trawieśmy leżeli, a co ja się do niej przysunę, to 
ona  mnie  po  gębie  pogłaszcze  i  tak  jakoś  popatrzy,  że  ty  potem  jak  w  obrazek  i  nijakiej 
śmiałości nie masz. 

— Gadanie. 
— Idź no, bo ci powiem, cham jakiś, psiakrew! 
— No, nie gadaj. 
—  To  ci  powiem,  że  tak  właśnie  z  nią  jest,  gada  uczenie  i  nie  wydziwia,  i  książki 

czyta... 

— A jak tyś z nią gadał, bo ty po portugalsku nie bardzo? 
— Po polsku. Ona się w Paranagua urodziła, ale Polka jest, tylko że jeszcze jej dziadko-

wie  do  Brazylii  przyjechali.  Jadzia  ma  na  imię.  Ostatniego  dnia  mówię  do  niej,  że  niby  już 
statek  idzie  z  powrotem  i  że  dopiero  za  trzy  miesiące  znów  się  zobaczymy,  a  ona  za  łapę 
bierze  i  głaszcze,  i  powiada,  że  jej  będzie  smutno,  więc  ja  do  niej,  że  źle  tak  odjeżdżać  bez 
pocałowania, a ona na palce się wspina i sama mnie pocałowała; to ja ją zaczął całować tak 
wiesz, fest, a ona nic, tylko serce jej wali i łzy ma w oczach, i „wróć” powiada, i „najdroższy” 
powiada,  i  „kochany”  powiada,  i  „będę  tęskniła”  mówi,  i  do  chrzanu  taka  miłość,  bo  tyle  z 
tego wyszło, że mi swoją fotografię dała. 

— No, a teraz? 
— Znów pięć dni z nią byłem i teraz to już sam nie wiem, co jest. Przyszła do mnie na 

background image

statek jak po swego i śmiała się, i cieszyła się, i znów sweter przez ten czas zrobiła, i nic. Jak 
żyję, tyle się z dziewczyną, można powiedzieć bez wyniku, nie wycałowałem. 

— Jabym sobie poradził. 
—  A,  spróbować  możesz,  tylko  od  razu  sobie  szyj  worek  na  gnaty,  bobym  ci  pięścią 

głowę w lewe biodro wcisnął. 

— Nie wydziwiaj, ja tylko tak. 
— Tak, to i ja tak. Ale, jak powiadam, nic i nic. I nie to, żeby się tak znowu opierała, a 

chuchro takie, że palcem byś zabił, ale jak spojrzy, tak ani rusz. 

— No i co? 
— Przedostatniego dnia  sobie myślę, że takie amory to dobre dla papugi  w klatce, ale 

nie  dla  mnie.  Niedziela  była,  zeszedłem  ze  statku  raniutko  i  do  niej  walę.  Mieszka  u  jakiejś 
starej  jędzy,  co  mnie  znała,  to  i  puściła.  Wchodzę  do  pokoju  mojej  małej,  patrzę  —  śpi.  Na 
stole  przy  łóżku  moja  fotografia,  a  ona  śpi  z  niedźwiadkiem.  Do  niedźwiadka  się  przytuliła, 
na boku leży i rączkami zabawkę z pluszu trzyma, a mówię ci, oddycha równo, głęboko, ani 
chrapnie, ani stęknie, tylko cichutko śpi i uśmiecha się przez sen. To, mówię ci, jak głupi tak 
stanąłem  i  patrzę,  i tak mi  się  jakoś  zrobiło,  że nie  wiedziałem,  czy  ją  budzić  czy  wiać.  Ale 
ona się obudziła i patrzy na mnie, uśmiecha się i mówi, że niby ja jej się śniłem, to, uważasz, 
sam nie wiedziałem, co jest, czy kpi ze mnie, czy co jest, bo ani się przestraszyła, ani wymy-
ślała, tylko kazała mi, cholera, tego niedźwiadka z pluszu pocałować i potem mnie za drzwi, 
ale bardzo grzecznie, wyprosiła, ubrała się i poszliśmy razem do kościoła. 

— Gdzie? 
—  No,  mówię  przecie,  do  kościoła.  Usiedliśmy  na  ławce,  a  ona  nachyla  się  do  mnie  i 

mówi, że mnie kocha. Zgłupiałem, jakbym ślepego celnika zobaczył, a ona powiada, że ja to 
niby  jestem  jej  jedyny  człowiek,  to  jakżeśmy  wyszli  z  kościoła,  tak  sobie  myślę,  że  tu  już 
innej rady niema, i powiadam do niej, żeby się nie śmiała, ale ja się z nią ożenię. 

— Co zrobisz? 
— A niby co jest — nie mogę? A ona łzy ma w oczach i powiada, że to ze szczęścia. 
— Dużoś przedtem wypił? 
—  Głupiś,  com  miał  pić?  Do  kościoła  przecież  schlany  bym  nie  poszedł.  No  i  tak  jak 

wrócimy do Paranagua, to się, bracie, musowo będę żenił. 

— To ty na ląd pójdziesz? 
— Po co? Żeby mi się baba sprzykrzyła? Może pójdę na ichne statki, niby brazylijskie, 

co do Santos i Rio de Janeiro pływają, nie wiem. Ale na zapowiedzi już dałem. 

— I co, zadowolonyś? 
— Bo ja wiem? Może tak, bez ślubu, tobym i wolał, ale, uważasz, ten niedźwiadek i tak 

w ogóle, taka jakaś ona cała, że gdyby była jak inne, tobym nie chciał. Niech już będzie ślub. 

— A nie rozmyślisz się? 
— Też? Na zapowiedzi dałem, to będę pieniądze rybom do wody wrzucał, no nie? 
— No. pewno. 
Nie  został  w  Paranagua.  Spotkałem  go  po  dwóch  latach  w  Gdyni.  Szedł  poważny, 

trochę groźnie patrzył dokoła, a obok szła... Przedstawił ją: 

— Moja żona. 
Jadzia przystanęła, Klapuś przystanął, a ja długo i głośno zachwycałem się zawartością 

wózka. 

W wózku była parka. 
— To jest Januszek, a to Anusia — powiedział Klapuś i glos mu zmiękł. 
— Ten Januszek będzie marynarzem? — zapytałem. 
— Będzie, kapitanie, na pana cześć, a Anusia... 
Siąknął nosem.  
  

background image

  
— Już ja ją upilnuję, żeby z chłopakami nie latała. 
— Nie będzie — powiedziała pani Jadzia. 
— Niechby spróbowała... 
Splunął na dość dużą odległość. 
—  Jutro  wypływam  do  Finlandii,  tak,  na  to  mi  zeszło,  że  na  „Roburach”  pływam,  ale 

wolę być bliżej domu... Gdy się ma córkę. 

Roześmialiśmy  się  z  panią  Jadwigą.  Córka,  która  go  tak  niepokoiła,  miała  siedem 

miesięcy... 

Ale cóż... znał dziewczyny... 

 
 
 
 
 
 
 
 
 

SPIS TREŚCI 

 
 

Orchidea 

 

 

 

 

 

 

 

 

02 

O takim, co był przemytnikiem 

 

 

 

 

 

17