background image

 
 
 
 

TAJEMNICA 

BRUCE-PARTINGTON 

I INNE OPOWIADANIA 

 

ZŁOTA PODKOWA 32 

 

      

 

 

 
 

WYDAWNICTWO „ŚLASK” KATOWICE 1959

 

background image

 
 

ARTUR CONAN DOYLE 

 

TAJEMNICA BRUCE-PARTINGTON 

 

W TRZECIM tygodniu listopada roku 1895 na Londyn spadła gęsta, żółta mgła. Od po-

niedziałku do czwartku z naszych okien Baker Street nie można było dojrzeć nawet zarysów 
domów, które wznosiły się naprzeciwko. Pierwszego dnia Holmes opracowywał bibliografię 
posiadanych  dzieł  naukowych,  natomiast  drugiego  i  trzeciego  poświęcił  się  całkowicie  zaję-
ciu,  które  ostatnio  stało  się  jego  konikiem,  a  mianowicie  muzyce  średniowiecza.  Lecz  już 
czwartego dnia, kiedyśmy wstali od śniadania i zobaczyli jak tłusta, ciężka i brunatna zawiesi-
na  rozlewa  się  na  szybach  i  kondensuje  w  oleiste  krople  —  mój  towarzysz,  mający  żywą  i 
niecierpliwą  naturę,  nie  mógł  dłużej  znieść  bezbarwnej  codzienności.  Tłumiąc  pulsującą  w 
nim energię przemierzał niespokojnie gabinet, ogryzając przy tym paznokcie, potrącając me-
ble i zżymając się na bezczynność. 

— Nie ma czegoś ciekawego w gazetach, Watsonie? — zapytał. 
Wiedziałem, że dla Holmesa coś ciekawego, to informacja kryminalna. Były wiadomo-

ści o rewolucji, o groźbie wojny, o bliskiej zmianie rządu; wszystkie te informacje nie leżały 
jednak w kręgu zainteresowań mojego przyjaciela. A to, o czym pisano na tematy kryminalne 
było jałowe i pospolite. Holmes westchnął i znowu podjął swoją wędrówkę po pokoju. 

— Londyński przestępca to rzeczywiście nudny facet — powiedział zaczepnym tonem 

myśliwego, któremu nie podszedł zwierz. — Popatrz przez okno, Watsonie. Widzisz jak wy-
łaniają się nagle postacie, zamajaczą i rozpływają się w tumanie mgły? W taki dzień złodziej 
lub  morderca  mógłby  krążyć  po  Londynie  niczym  tygrys  w  dżungli.  Nikt  by  go  nie  spo-
strzegł. Chyba tylko ofiara na sekundę przed skokiem. 

— Było kilka drobnych kradzieży — powiedziałem. 
Holmes chrząknął pogardliwie. 
—  Ta  wielka  i  zamglona  scena  warta  jest  lepszych  występów  —  powiedział.  —  A 

jednak mają szczęście mieszkańcy, że to nie ja jestem przestępcą. 

— Rzeczywiście — powiedział serdecznie. — Gdybym był Brooksem albo Woodhou-

sem  lub  też  jednym  z  tych  pięćdziesięciu  ludzi,  którzy  mają  swoje  powody,  aby  pozbawić 
mnie  życia,  to  jak  sądzisz,  długo  bym  pociągnął?  Jakieś  nagłe  wezwanie,  zasadzka  i  byłoby 
po  wszystkim.  Całe  szczęście,  że  w  krajach  łacińskich,  gdzie  morderstwa  są  na  porządku 
dziennym,  nie  ma  mglistych  dni.  Ale  na  Jowisza!  Nareszcie  coś,  co  przerwie  tę  śmiertelną 
monotonię. 

Była to służąca z telegramem. Holmes rozdarł depeszę i wybuchnął śmiechem. 
— No, no! Co za historia! — roześmiał się. — Zapowiedział się mój brat, Mycroft. 
— Dlaczegożby nie? — zapytałem. 
—  Dlaczego?  To  tak  jakbyś  spotkał  tramwaj  na  wiejskiej  miedzy.  Mycroft  chodzi 

utartymi drogami: mieszkanie na Pall Mail, Club Diogenes i biura w Whitehall. To jest jego 
szlak. Był u mnie tylko jeden raz. Ciekawe, co też wysadziło go z toru? 

— Nic nie pisze? 
Holmes podał mi depeszę Mycrofta. 
„Muszę  się  z  tobą  widzieć  w  sprawie  Cadogana  West.  Przybędę  niezwłocznie. 

Mycroft.” 

— Cadogan West? — Słyszałem już to nazwisko. 
—  Nazwisko  nic  mi  nie mówi.  Ale  ten  Mycroft!  Prędzej  planeta  wypadłaby  z  własnej 

orbity. Wiesz, kim jest Mycroft? 

Coś tam pamiętałem niejasno z okresu sprawy greckiego tłumacza. 

background image

— Mówiłeś, że kierował jakąś małą instytucją rządową. 
Holmes zaśmiał się. 
— W tamtym czasie nie znałem cię jeszcze tak dobrze, a człowiek musi być dyskretny, 

gdy  mówi  o  ważnych  sprawach  państwowych.  Masz  rację,  sądząc,  że  Mycroft  pracuje  dla 
brytyjskiego rządu. W pewnym sensie miałbyś również rację twierdząc, że niekiedy Mycroft 
sam jest rządem brytyjskim. 

— Ależ, mój drogi Holmesie! 
— Wiedziałem, że cię zadziwię. Mycroft pobiera czterysta pięćdziesiąt funtów rocznie, 

jest niższym urzędnikiem. Nie ma ambicji, nigdy nie dojdzie do zaszczytów ni tytułów, a jest 
jednak najbardziej niezastąpionym w naszym kraju człowiekiem. 

— Ale w jaki sposób?  
— Po prostu. Ma wyjątkową pozycję. Sam i dla siebie stworzył to stanowisko. Czegoś 

podobnego nie było i nie będzie. Spośród wszystkich ludzi on jeden cieszy się jasnym i naj-
bardziej  uporządkowanym  umysłem,  umysłem  posiadającym  ogromną  umiejętność  groma-
dzenia  faktów.  Te  same  umiejętności,  które  ja  obróciłem  na  wykrywanie  przestępstw,  on 
spożytkował  w  specjalnym  kierunku.  Otóż  jemu przekazuje  się  wnioski  każdego  rządowego 
departamentu, on jest centralą zbiorczą i centralą rozdzielczą, która sumuje i bilansuje. Wpra-
wdzie  wszyscy  inni  w  departamentach  są  specjalistami  w  swoim  fachu,  ale  specjalnością 
Mycrofta jest wszechwiedza. Załóżmy, że któryś z ministrów opracowuje jakieś zagadnienie, 
do którego potrzebuje informacji o marynarce, Indiach, Kanadzie i problemach walutowych. 
Oczywiście  mógłby  z  odnośnych  departamentów  otrzymać  opinie  o  poszczególnych  tema-
tach,  lecz  tylko  Mycroft  potrafi  wszystkie  informacje  zebrać  razem  i  od  ręki  wskazać  na 
współzależność różnych czynników w danej sprawie. Zaczęto więc używać go niby podręcz-
ny  omnibus,  aż  wreszcie  stał  się  człowiekiem  nieodzownym.  W  wielkim  mózgu  Mycrofta 
wszystko  jest  skatalogowane  i  wystarczy  sekunda,  by  wydobyć  z  odpowiedniej  szufladki 
odpowiednią informację. Niejeden raz słowo Mycrofta decydowało w sprawach polityki pań-
stwa.  On  tym  żyje  i  nie  myśli  o  niczym  innym.  Odprężenie  i  pewną  gimnastykę  dla  umysłu 
znajduje  tylko  wtedy,  gdy  się  do  niego  zwracam  o  poradę  w  swoich  małych  problemikach. 
Dziś  Jowisz  zejdzie  na  ziemię,  lecz  cóż  to  może  znaczyć?  Kim  jest  Cadogan  West  i  co  ma 
wspólnego z Mycroftem? 

—  Mam!  —  krzyknąłem  i  porwałem  leżący  na  sofie  stos  gazet.  —  Mam  go  tutaj!  Na 

pewno go mam! To jest ten młody człowiek, którego zwłoki znaleziono w metro we wtorek 
rano. 

Holmes zatrzymał fajkę w połowie drogi do warg. 
— A to musi być coś poważnego, Watsonie. Śmierć powodująca, że mój brat zmienia 

swoje zwyczaje, nie jest zwyczajną śmiercią. Co ma z tym wspólnego? O ile sobie przypomi-
nam,  była  to  historia  bez  znaczenia.  Najprawdopodobniej  ów  młody  człowiek  wypadł  z  po-
ciągu i zabił się. Nie okradziono go, więc nie było żadnych poszlak, aby podejrzewać napad. 
Jak sądzisz? 

— W czasie śledztwa — powiedziałem — ujawniono wiele nowych faktów i przygląda-

jąc się sprawie bliżej powiedziałbym, iż jest raczej dziwna. 

— Sądząc po reakcji mojego brata powiedziałbym, że sprawa jest nawet nadzwyczajna. 

— Holmes wtulił się w fotel. — Przedstaw mi szczegóły, Watsonie. 

— Nazywał się Artur Cadogan West. Lat dwadzieścia siedem, kawaler, był urzędnikiem 

Arsenału w Woolwich. 

— Posada rządowa. Teraz rozumiem związek z moim bratem Mycroftem. 
—  Opuścił  Woolwich  w  poniedziałek  w  nocy.  Ostatnią  osobą,  która  go  widziała,  była 

jego  narzeczona,  miss  Violet  Westbury.  Około  7.30  wieczorem  zostawił  ją  nagle  we  mgle. 
Nie  kłócili  się,  a  ona  nie  może  podać  żadnych  motywów  usprawiedliwiających  postępek 
Cadogana. Robotnik nazwiskiem Mason znalazł zwłoki w metro, niedaleko stacji Aldgate. 

background image

— Kiedy? 
—  Ciało  znaleziono  we  wtorek  o  szóstej  rano.  Leżało  daleko  od  nawierzchni  toru,  po 

lewej  stronie  idąc  na  wschód,  nieopodal  stacji,  gdzie  tory  wybiegają  z  tunelu.  Głowa  była 
zmiażdżona,  co  mogło  nastąpić  tylko  na  skutek  wypadnięcia  z  wagonu.  Tylko  w  ten  sposób 
można  wytłumaczyć  odkrycie  ciała  na  torze.  Gdyby  ktoś,  powiedzmy,  przyniósł  je  z  pobli-
skiej ulicy, musiałby przejść przez barierkę, przy której stale dyżuruje konduktor. Ten punkt 
jest absolutnie pewny. 

—  Bardzo  dobrze.  Sprawa  jest  dosyć  jasna.  Ten  człowiek  żywy  lub  martwy  albo  wy-

padł sam, albo został z pociągu wyrzucony. To jest dla mnie jasne. Mów dalej... 

—  Po  torach,  gdzie  znaleziono  ciało,  biegną  pociągi  ze  wschodu  w  kierunku  zacho-

dnim.  Niektóre  obsługują  city,  pozostałe  idą  z  Willesden  i  z  innych  dzielnic  podmiejskich. 
Niewątpliwie ów młody człowiek jechał późną nocą w zachodnim kierunku. Gdzie wsiadł do 
pociągu, tego, niestety, stwierdzić nie można. 

— Mógłby o tym powiedzieć bilet. 
— W kieszeniach nie znaleziono biletu. 
—  Nie  było  biletu?  Mój  Boże,  Watsonie,  to  rzeczywiście  zastanawiające.  Z  własnego 

doświadczenia wiem, że do miejskiej kolei nie można wsiąść bez okazania biletu. Zakładam 
więc,  że  ów  młody  człowiek  miał  jednak  bilet.  Czyżby  więc  bilet  zabrano,  aby  zatrzeć  ślad 
stacji,  na  której  wsiadł  do  pociągu?  To  jest  możliwe.  Albo  zgubił  bilet  w  wagonie.  To  jest 
również możliwe. Ale to mnie szczególnie zastanawia. Bo o ile dobrze rozumiem, to nie było 
żadnych śladów napadu. 

—  Wyraźnie  nie.  Oto  lista  przedmiotów  znalezionych  przy  zwłokach.  W  portmonetce 

znajdowało  się  dwa  funty  piętnaście.  Miał  również  książeczkę  czekową  oddziału  banku  w 
Woolwich — Capital and Counties Bank. Właśnie na podstawie książki czekowej stwierdzo-
no  tożsamość  zwłok.  Były  również  dwa  bilety  na  wieczorne  przedstawienie  w  krytycznym 
dniu, na parter w Woolwich Theatre. Obok tego malutki pakiet dokumentów technicznych. 

Holmes wydał okrzyk zadowolenia. 
— No, nareszcie mamy co trzeba, Watsonie! Rząd brytyjski — Woolwich. Arsenał — 

dokumenty techniczne — mój brat Mycroft i łańcuch się zamyka. Ale, ale... Jeśli się nie mylę, 
oto i on we własnej osobie... 

Po chwili wprowadzono wysokiego i postawnego Mycrofta Holmesa. Grubociosany, o 

masywnej figurze sprawiał wrażenie jakiegoś bezwładu fizycznego, ale na tym niezgrabnym 
ciele osadzona była pełna wyrazu głowa; władcze czoło, żywe stalowoczarne oczy, stanowcze 
usta;  twarz  tego  człowieka  miała  tak  subtelne  rysy,  iż  zapominało  się  o  zwalistości  ciała,  a 
spostrzegało się jedynie nadzwyczajną inteligencję. 

Tuż  za  nim  dreptał  nasz  stary  przyjaciel  ze  Scotland  Yard  —  Lestrade  —  szczupły  i 

oschły.  Surowość  na  obydwu  twarzach  zwiastowała  sprawę  poważną.  Detektyw  bez  słowa 
podał rękę. Mycroft Holmes wygrzebał się z płaszcza i ciężko opadł na fotel. 

— Niezwykle denerwująca historia, Sherlock — powiedział. — Bardzo nie lubię zmie-

niać moich zwyczajów, ale władze nie przyjęły moich zastrzeżeń. W sytuacji, jaka wytworzy-
ła  się  obecnie  w  Syjamie,  opuszczanie  biura  jest  mi  bardzo  nie  na  rękę.  Ale  sprawa  jest 
tragiczna. Nigdy nie widziałem premiera tak wyprowadzonego z równowagi. A w Admiralicji 
huczy niczym w wywróconym ulu! Czy przeczytałeś wszystko na ten temat? 

— Właśnie skończyliśmy. Co to za dokumenty techniczne? 
—  To  jest  gwóźdź  wszystkiego.  Na  szczęście  nic  nie  wyszło  na  jaw.  Prasa  szalałaby, 

gdyby się tak stało. Dokumenty, które ten nieszczęsny młodzieniec miał w kieszeni, dotyczy-
ły łodzi podwodnej Bruce-Partingtona. 

Ton Mycrofta Holmesa podkreślał wagę problemu. Sherlock i ja siedzieliśmy wyczeku-

jąco. 

— Zapewne słyszałeś o tych planach? Myślę, że słyszeli o nich wszyscy. 

background image

— Znam je tylko z nazwy. 
—  Nie  wolno  nie  doceniać  wagi  tych  dokumentów.  Stanowiły  one  jedną  z  najbardziej 

pilnie  strzeżonych  tajemnic  państwa.  Możesz  mi  wierzyć,  że  w  zasięgu  operowania  łodzi 
podwodnych typu Bruce-Partington jakiekolwiek działania bojowe na morzu są wykluczone. 
Przed dwoma laty trzeba było przemycić przez komisje parlamentu bardzo dużą sumę pienię-
dzy,  aby  po  cichu  zakupić  patent  tego  wynalazku.  Czyniono  wszelkie  wysiłki,  by  sprawę 
utrzymać w tajemnicy. Nader skomplikowana dokumentacja składa się z trzydziestu oddziel-
nych patentów, a każdy z nich jest niezbędny dla całości budowy. Przechowuje się ją w spec-
jalnie skonstruowanej kasie pancernej, umieszczonej w tajnym biurze arsenału. Drzwi i okna 
zostały zabezpieczone przed włamaniem. W żadnym wypadku nie wolno było wynosić doku-
mentów  z  biura.  Nawet  sam  główny  konstruktor  Floty,  gdyby  zechciał  je  przestudiować, 
musiałby  się  udać  do  biura  w  Woolwich.  A  tymczasem  znajdujemy  je  w  kieszeni zmarłego, 
młodszego urzędnika Arsenału i to w samym sercu Londynu! Z urzędowego punktu widzenia 
to jest po prostu straszne. 

— Odzyskaliście te dokumenty? 
—  Niestety,  Sherlock,  nie!  W  tym  szkopuł,  że  nie  odzyskaliśmy.  Z  Woolwich  zginęło 

dziesięć rysunków, w kieszeni Cadogana Westa znaleziono tylko siedem. Najważniejsze trzy 
przepadły, zniknęły, skradziono je. Sherlock, musisz rzucić wszystko!  Zostaw te łamigłówki 
dla policji śledczej. Masz do rozwiązania problem o charakterze międzynarodowym, problem 
życia i śmierci. Dlaczego Cadogan West zabrał dokumenty? Gdzie są brakujące? W jaki spo-
sób zginął? Dlaczego ciało Cadogana znalazło się na torach? I jak można naprawić zło? Jeśli 
znajdziesz odpowiedź na wszystkie te pytania, to oddasz naszemu krajowi wielką przysługę. 

— Dlaczego sam tego nie chcesz rozwiązać, Mycroft? Widzisz tak samo dobrze jak i ja. 
—  Możliwe,  Sherlock,  ale  zadanie  polega  na  zbieraniu  detali.  Przynieś  mi  wszystkie 

detale,  a  ja  nie  ruszając  się  z  fotela  złożę  je  i  opracuję  ekspertyzę.  Ganiać  tu  i  tam,  brać  w 
krzyżowy ogień strażników kolejowych, pokładać się na torach z lupą w oku — wybacz — to 
nie mój metier. Jesteś jedynym człowiekiem zdolnym wyjaśnić tę sprawę. Jeśli masz ochotę 
ujrzeć swoje nazwisko na liście odznaczonych... 

Mój przyjaciel uśmiechnął się i potrząsnął głową. 
— Ja grywam dla samej gry, Mycroft — odparł. — W tym problemie dostrzegam kilka 

interesujących elementów i dlatego zajmę się nim. Poproszę tylko o trochę szczegółów... 

— Spisałem na tej kartce najważniejsze fakty wraz z kilkoma adresami, które mogą ci 

się  przydać.  Rzeczywisty  nadzór  nad  dokumentami  sprawował  Sir  Walter  James,  znany 
ekspert  rządowy,  którego  tytuły  i  odznaczenia  —  jak  ci  wiadomo  —  zajmują  w  leksykonie 
dwie linijki. Osiwiał w służbie, dżentelmen, pożądany gość w najbardziej ekskluzywnych do-
mach, a do tego człowiek, którego patriotyzm jest poza wszelkim podejrzeniem. Jest jednym 
z dwóch posiadaczy klucza do kasy pancernej. Mogę dodać, że w poniedziałek w godzinach 
służbowych dokumenty na pewno znajdowały się w biurze. Sir James wyjechał o trzeciej do 
Londynu  zabierając  z  sobą  klucz.  Przez  cały  wieczór  bawił  w  domu  admirała  Sinclaira  na 
Barclay Square, a więc w godzinach, kiedy miał miejsce wypadek. 

— Czy ten fakt sprawdzono? 
—  Tak.  Brat  Sir  Jamesa  —  pułkownik  Valentine  Walter  zeznał,  iż  Sir  James  opuścił 

Woolwich,  a  admirał  Sinclair,  że  był  w  Londynie;  wobec  powyższego  Sir  James  wypada  z 
kręgu podejrzanych. 

— Kto miał drugi klucz? 
—  Starszy  urzędnik  i  kreślarz,  pan  Sidney  Johnson.  Jest  to  człowiek  lat  czterdziestu, 

żonaty,  z  pięciorgiem  dzieci.  Milczący  i  mrukliwy,  ale  ogólnie  rzecz  biorąc,  jeśli  chodzi  o 
służbę państwową, posiada świetną legitymację.  Wprawdzie wśród kolegów jest niepopular-
ny,  ale  jako  pracownik  —  dobry.  Według  jego  własnej  relacji,  potwierdzonej  jedynie  przez 
żonę, poniedziałkowy wieczór spędził po godzinach pracy w domu, zaś klucz od kasy pancer-

background image

nej cały czas miał na dewizce od zegarka, z którym się nie rozstaje. 

— Opowiedz nam o Cadoganie West. 
—  W  Arsenale  pracował  dziesięć  lat.  Ma  reputację  człowieka  popędliwego,  o  gorącej 

głowie,  ale  jest  prostolinijny  i  uczciwy.  Nie  mamy  wobec  niego  żadnych  zastrzeżeń.  Po 
Sidney  Johnsonie  był  drugim  człowiekiem  w  biurze.  Z  racji  pełnionych  obowiązków  miał 
codzienną styczność z planami. Nikt więcej. 

— Kto chował tego wieczoru plany? 
— Starszy referent, Sidney Johnson. 
— Dobrze. Wiemy, kto wziął plany. Znaleziono je faktycznie przy młodszym referencie 

Cadoganie West. To mi się wydaje bezsporne. 

—  Rzeczywiście,  Sherlock,  ale  wiele  spraw  pozostaje  niewyjaśnionych.  Po  pierwsze: 

dlaczego Cadogan je zabrał? 

— Przypuszczam, że miały dużą wartość. 
— Mógłby za nie z łatwością dostać kilkadziesiąt tysięcy funtów. 
— Czy możesz podać jakiś inny motyw poza tym, że Cadogan zabrał plany do Londy-

nu, aby je sprzedać? 

— Nie. Nie mogę. 
— Wobec powyższego musimy przyjąć to jako hipotezę. Młody West zabrał dokumen-

ty. Aby to zrobić, musiał mieć podrobiony klucz... 

—  Nawet  kilka  podrobionych  kluczy.  Najpierw  musiał  otworzyć  drzwi  do  budynku 

biura, a następnie drzwi wiodące do pokoju. 

—  Miał  wobec  tego  kilka  podrobionych  kluczy.  Zabrał  dokumenty  do  Londynu,  aby 

sprzedać  sekret.  Nie  wątpię,  iż  miał  zamiar  zwrócić  dokumenty  następnego  dnia,  wcześnie 
rano,  nim  spostrzegą  brak  papierów.  Przybywszy  ze  zdradziecką  misją  do  Londynu  znalazł 
śmierć. 

— Ale w jaki sposób? 
— Przypuśćmy, że kiedy wracał już do Woolwich zabito go i wyrzucono z przedziału. 
—  Przecież  Aldgate,  gdzie  znaleziono  zwłoki,  leży  dość  daleko  od  stacji  London 

Bridge, gdzie trzeba się przesiąść do Woolwich. 

—  Wiele  przyczyn  mogło  na  to  wpłynąć,  że  Cadogan  przejechał  London  Bridge.  Na 

przykład  ktoś  jechał  z  nim  w  przedziale  i  obaj  prowadzili  absorbującą  rozmowę.  W  wyniku 
sprzeczki doszło do gwałtownej sceny, w czasie której Cadogan stracił życie. 

Możliwe również, że chcąc opuścić przedział, Cadogan wypadł na tory i poniósł śmierć. 

Ten drugi zamknął drzwi. Była gęsta mgła i nic nie było widać. 

— Na podstawie tego, co w tej chwili wiemy, lepiej wytłumaczyć nie można. Zastanów 

się  jednak,  Sherlock,  ilu  jeszcze  czynników  nie  bierzesz  pod  uwagę.  Otóż  jako  kontrargu-
ment:  młody  Cadogan  zdecydował  się  zawieźć  dokumenty  do  Londynu.  Umawiając  się  z 
agentem  obcego  wywiadu  nie  umawiałby  się  przecież  z  nikim  więcej  i  w  innym  miejscu. 
Tymczasem Cadogan kupuje dwa bilety do teatru, towarzyszy narzeczonej i w połowie drogi 
nagle znika. 

— Wybieg — powiedział Lestrade, przysłuchujący się niecierpliwie rozmowie. 
— Ale wybieg dosyć osobliwy. Oto moje zastrzeżenie numer jeden. Numer dwa: załóż-

my, że przyjechał do  Londynu i spotyka się z  agentem. Papiery musi zwrócić skoro świt, w 
przeciwnym razie odkryją, że ich brak. Wziął dziesięć. Lecz w kieszeni znaleziono tylko sie-
dem. Co się stało z trzema dokumentami? Na pewno nie oddał ich z własnej nieprzymuszonej 
woli. Poza tym, gdzie jest nagroda za zdradę? W kieszeni Cadogana można się było spodzie-
wać pokaźnej sumy. 

— Ja nie mam żadnych wątpliwości, dla mnie sprawa jest jasna — powiedział Lestrade. 

— Cadogan wziął papiery, aby je sprzedać. Spotyka się z agentem. Nie mogą porozumieć się 
co  do  ceny.  Cadogan  udaje  się  do  domu,  ale  agent  idzie  za  nim.  W  pociągu  agent  morduje 

background image

Cadogana,  zabiera  najważniejsze  dokumenty,  a  zwłoki  wyrzuca  z  przedziału.  To  jest  odpo-
wiedź na wszystkie pytania. 

— To dlaczego nie miał biletu? 
— Bilet mógłby wskazać stację kolejową najbliższą domu agenta. Dlatego więc bilet z 

kieszeni zabitego zniknął. 

— Dobrze, Lestrade, bardzo dobrze — powiedział Holmes. — Twoja teoria trzyma się 

kupy, ale jeśli odpowiada prawdzie — to sprawa jest zakończona. Z jednej strony — zdrajca 
nie  żyje.  Z  drugiej  zaś  —  plany  łodzi  podwodnej  Bruce-Partingtona  i  tak  są  już  na  konty-
nencie. Co my tu mamy do roboty? 

— Działać, Sherlock, działać! — zawołał Mycroft, zrywając się na nogi.  — Zdecydo-

wanie protestuję przeciwko takiemu wyjaśnieniu sprawy! Użyj wszystkich środków. Obejrzyj 
miejsce zbrodni. Zobacz się z zainteresowanymi ludźmi. Zajrzyj pod podszewkę. W tej chwili 
masz jedyną szansę przysłużenia się swojej ojczyźnie! 

— Tak. Tak — powiedział Holmes wzruszając ramionami. — Idziemy, Watsonie. A ty, 

Lestrade, mógłbyś nam ofiarować godzinę lub dwie? Zaczniemy śledztwo od wizyty na Alga-
te  Station.  Do  widzenia,  Mycroft.  Przyślę  ci  przed  wieczorem  raport,  ale  ostrzegam  z  góry: 
wiele się nie spodziewaj. 

W  godzinę  później  Holmes,  ja  i  Lestrade  staliśmy  w  tym  miejscu,  gdzie  tory  metro 

wybiegają z tunelu: tuż przed Aldgate Station. Kierownictwo kolei podziemnej reprezentował 
z kurtuazją starszy pan o zażywnej twarzy. 

—  Tutaj  leżało  ciało  tego  młodego  człowieka  —  powiedział  wskazując  miejsce  jakieś 

trzy stopy od nawierzchni. — Ciało nie mogło spaść z góry, bo jak widzicie, wzdłuż torów idą 
szczytowe ściany domów, bez okien. Dlatego też ciało mogło pochodzić tylko z pociągu, zaś 
pociąg — o ile można stwierdzić — musiał przejść w poniedziałek około północy. 

— Czy szukano w wagonach jakichś śladów walki? 
— Nie ma śladów walki, nie znaleziono również biletu. 
— Czy nie zawiadomiono o tym, że któreś drzwi wagonu były otwarte? 
— Nie było takiego raportu. 
—  Dziś  rano  otrzymaliśmy  nowe  dowody  —  powiedział  Lestrade.  —  Pasażer  przeje-

żdżający przez Aldgate w poniedziałek wieczór oświadczył, iż nim pociąg dojechał do stacji, 
słyszał  stuk,  jak  gdyby  ktoś  wypadł  z  pociągu.  Niczego  nie  widział,  ponieważ  była  gęsta 
mgła. Nie zawiadomił o tym jednak od razu. Ale, cóż to się dzieje z panem Holmesem? 

Mój  przyjaciel  stał  z  wyrazem  napięcia  na  twarzy  i  patrzył  na  nawierzchnię  torów 

wybiegających  łukiem  z  tunelu.  Aldgate  jest  stacją  węzłową  pokrytą  siecią  rozjazdów.  Łap-
czywe  i  zaciekawione  spojrzenie  Holmesa  skierowane  było  właśnie  na  krzyżownice  torów; 
dobrze znałem to charakterystyczne ściągnięcie warg, napięte nozdrza i zmarszczone krzacza-
ste brwi. 

— Rozjazdy, rozjazdy... — szepnął Holmes. 
— Więc co? Co pan ma na myśli? 
— Myślę, że na tej linii nie ma wielkiej ilości rozjazdów? 
— Nie, niewiele. 
— I ten zakręt... Rozjazdy i zakręt... Na Jowisza, gdyby tylko tak było...! 
— Co takiego, panie Holmes? Czy znalazł pan punkt zaczepienia? 
—  Nie.  Nasunęła  mi  się  tylko  pewna  myśl.  Wskazówka,  nic  więcej.  Ale  sprawa  przy-

biera coraz bardziej interesujący obrót. Nadzwyczajne, nadzwyczajne... A jednak dlaczegoby 
tak nie mogło być? Na torze nie widzę śladów krwi... 

— Prawie ich nie było. 
— Jednak rana była spora? 
— Tak, zmiażdżona kość. Nie stwierdzono jednak dużych obrażeń zewnętrznych. 
— Należało oczekiwać sporego krwawienia. Czy mógłbym obejrzeć pociąg, w którym 

background image

jechał ów pasażer słyszący we mgle łomot upadającego ciała? 

— Obawiam się, że nie, panie Holmes. Zestaw wagonów został już zmieniony. 
—  Zapewniam  pana,  panie  Holmes,  iż  każdy  wagon  był  pieczołowicie  zbadany.  Sam 

tego dopilnowałem. 

Największą  słabością  mojego  przyjaciela  była  niecierpliwość  wobec  inteligencji  mniej 

bystrej niż jego własna. 

—  Być  może  —  powiedział  odwracając  się.  —  Zresztą  nie  chodziło  mi  o  zbadanie 

wagonów.  To  byłoby  wszystko,  Watsonie.  Nie  będziemy  pana  dalej  trudzić,  panie  Lestrade. 
Myślę, że śledztwo zaprowadzi nas teraz do Woolwich. 

Na stacji London Bridge Holmes napisał depeszę do brata, którą mi wręczył do nadania. 

Brzmiała następująco:  

„Widzę w ciemności promyk światła, ale może zgasnąć. Tymczasem przyślij mi gońca i 

niech czeka na mój powrót na Baker Street. Przyślij mi również listę z adresami wszystkich 
szpiegów obcych wywiadów oraz międzynarodowych agentów, o których wiadomo, że są w 
Anglii. Sherlock”. 

To powinno nam pomóc — powiedział, gdyśmy zajęli miejsca w pociągu do Woolwich. 

—  Mamy  dług  wdzięczności  wobec  Mycrofta,  iż  wprowadził  nas  w  całkiem  interesującą 
sprawę. 

Ożywiona twarz Holmesa nadal wyrażała stan wyjątkowego napięcia i zdradzała mi, że 

mój przyjaciel odkrył nowe i obiecujące przesłanki, które skierowały jego myśli na inne tory. 
Przyjrzyjcie się myśliwskiemu wyżłowi, biegającemu po psiarni z opadłymi uszami, a potem 
porównajcie go, gdy zwietrzy trop: napięte mięśnie i błyszczące oczy. Oto zmiana, jaka zaszła 
w  moim  przyjacielu.  Jeszcze  przed  kilkoma  godzinami  w  popielatym  szlafroku,  pełen  rezy-
gnacji obijał się niby zwierz po klatce. Teraz był zupełnie innym człowiekiem. 

— Znakomite fakty! — powiedział Holmes. — Co za tępak ze mnie, że od razu tego nie 

spostrzegłem! 

— A ja niczego dotąd nie widzę. 
— Oczywiście, ja też nie widzę wyraźnego ani ostatecznego rozwiązania. Mam jednak 

pewną  myśl,  która  może  nas  daleko  zaprowadzić.  Ten  człowiek  spotkał  śmierć  w  zupełnie 
innym miejscu, a jego ciało przebywało na dachu wagonu. 

— Na dachu wagonu?! 
—  Dziwne,  prawda?  Weź  tylko  pod  uwagę  fakty:  czy  to  tylko  zbieg  okoliczności,  że 

ciało znaleziono właśnie w tym miejscu, gdzie pociąg kołysze się na łuku rozjazdów? Czy to 
nie jest akurat ten punkt, w którym możemy się spodziewać, że znajdujący się na dachu roz-
kołysanego  pociągu  przedmiot  tu  właśnie  spadnie?  Na  przedmioty  znajdujące  się  wewnątrz 
pociągu wstrząs na rozjazdach nie miałby żadnego wpływu. Więc ciało albo spadło z dachu, 
albo  jest  to  tylko  zbieg  okoliczności.  Jednakże  weź  pod  uwagę  zagadnienie  śladów  krwi. 
Oczywiście, nie mogło być śladów krwi na torach, skoro ciało krwawiło gdzie indziej. Każdy 
z tych faktów daje wiele do myślenia. Kumulując je nabierają wagi. 

— Dochodzi jeszcze sprawa biletu — zawołałem. 
— Oczywiście. Nie potrafiliśmy wyjaśnić braku biletu. A w ten sposób można to wytłu-

maczyć. Wszystko się zazębia. 

—  Przyjąwszy,  że  jest  tak  a  nie  inaczej  pozostajemy  jeszcze  daleko  od  wyjaśnienia 

tajemnicy śmierci Cadogana Westa. Powiedziałbym nawet, że tajemnica staje się głębsza. 

— Możliwe — powiedział Holmes — bardzo możliwe. 
Mój  przyjaciel  zapadł  w  milczącą  zadumę  trwającą  dopóty,  dopóki  leniwy  pociąg  nie 

wtoczył się na stację w  Woolwich. Tu Holmes wezwał pojazd, po czym z kieszeni wydobył 
kartkę Mycrofta. 

— Mamy sporą listę odwiedzin na dzisiejsze popołudnie — powiedział. — Wydaje mi 

się, że w pierwszym rzędzie powinniśmy złożyć wizytę Sir James Walterowi. 

background image

Sławny dygnitarz zajmował wspaniałą willę otoczoną trawnikami ciągnącymi się aż do 

samych  brzegów  Tamizy.  Gdy  podeszliśmy  do  willi,  przez  wibrującą  mgłę  przedarł  się 
wodnisty, cienki promyk słońca. Drzwi otworzył lokaj. 

— Panowie do Sir Jamesa? — zapytał z powagą. — Sir James zmarł dziś rano. 
— Boże! — zawołał zdumiony Holmes — jak to się stało? 
— Może panowie raczą wejść i zobaczą się z bratem Sir Jamesa, panem pułkownikiem 

Valentine? 

— Tak. Uważam, że to jest nawet bardzo wskazane. 
Wprowadzono nas do mrocznego salonu, a w chwilę później zjawił się bardzo wysoki i 

przystojny mężczyzna, około pięćdziesiątki, z jasną brodą: młodszy brat zmarłego naukowca. 
Dzikie spojrzenie, zmierzwione włosy i płonące policzki pułkownika Valentine świadczyły o 
nagłości  ciosu,  jaki  spadł  na  domostwo.  O  wypadku  mówił  prawie  niezrozumiale  i  chaoty-
cznie. 

—  Przyczyną  śmierci  był  ten  straszny  skandal  —  powiedział.  —  Mój  brat,  Sir  James, 

był niezwykle honorowym człowiekiem i nie mógł przeżyć tej afery. Złamała mu serce. Tak 
dumny był zawsze ze sprawności swego departamentu, że ten cios go zdruzgotał. 

Mieliśmy  nadzieję,  że  Sir  James  da  nam  jakieś  wskazówki  pozwalające  wyświetlić  tę 

sprawę. 

— Zapewniam panów, że dla niego to wszystko było taką samą zagadką jak dla panów i 

dla  nas  wszystkich.  Co  wiedział  —  przekazał  policji.  Oczywiście  nie  miał  wątpliwości,  że 
winny  był  Cadogan  West.  Reszta  była  dlań  wielką  niewiadomą  i  nie  mieściła  się  w  jego 
pojęciach. 

— Czy pan mógłby rzucić jakiś nowy snop światła na sprawę? 
— Nie wiem nic więcej niż to, co czytałem i słyszałem. Nie chciałbym okazać się nie-

grzeczny,  ale  rozumie  pan,  panie  Holmes,  jesteśmy  wstrząśnięci  i  chciałbym  pana  prosić, 
abyśmy mogli szybko skończyć naszą rozmowę. 

— Rzeczywiście, wydarzenia przyjęły niespodziewany obrót — powiedział mój przyja-

ciel,  gdy  wróciliśmy  do  powozu.  —  Ciekawe  tylko,  czy  umarł  śmiercią  naturalną,  czy  też 
biedak  popełnił  samobójstwo.  A  jeśli  to  drugie?  Wyrzuty  sumienia  wobec  źle  spełnianych 
obowiązków?  Rozstrzygnięcie  tej  kwestii  musimy  zostawić  przyszłości.  Teraz  zajmiemy  się 
Cadoganem West. 

Mały,  ale  dobrze  utrzymany  domek  na  przedmieściach  Woolwich  zajmowała  osamo-

tniona matka. Starsza pani była tak ogłuszona rozpaczą, iż w niczym nie mogła nam pomóc. 
Wraz z nią zastaliśmy młodą niewiastę o pobladłej twarzy. Przedstawiła nam się jako panna 
Violet Westbury, narzeczona zabitego. Była ostatnią osobą, która widziała żywego Cadogana 
w ów fatalny wieczór. 

— Nic nie rozumiem, panie Holmes — powiedziała. — Od momentu kiedy dowiedzia-

łam się o wypadku, nie zmrużyłam oka; dzień i noc myślę, myślę, myślę i nie wiem, gdzie jest 
prawda. Nie było bardziej patriotycznego, prostolinijnego i rycerskiego człowieka na świecie 
niż Artur. Prędzej dałby  sobie ręki uciąć niż zdradzić powierzoną mu tajemnicę państwową. 
Dla tych, którzy go znali, to wszystko jest absurdalne, niemożliwe i niedorzeczne... 

— A fakty, panno Westbury? 
— Tak, tak... Przyznaję, ale nie potrafię ich wytłumaczyć. 
— Czy Artur Cadogan West potrzebował pieniędzy? 
— Nie. Pensję miał dużą i był nie wymagający. Zaoszczędził nawet paręset funtów, bo 

na Nowy Rok mieliśmy się pobrać. 

—  Nie  spostrzegła  pani  jakichś  oznak  niepokoju? Panno  Westbury,  prosimy,  aby  pani 

była z nami zupełnie szczera. 

Spostrzegawcze  oko  mojego  przyjaciela  zanotowało  jakąś  zmianę  w  zachowaniu  roz-

mówczyni. Zarumieniła się i zawahała. 

background image

— Tak. Czułam, że go coś dręczy — powiedziała wreszcie. 
— Dawno? 
— Jakiś tydzień temu. Był przygnębiony i zmartwiony. Raz przycisnęłam go do muru i 

przyznał,  że  jest  coś  co  dotyczy  jego  służbowych  spraw.  „Zbyt  poważne,  aby  zwierzyć  się 
nawet tobie” — powiedział i już niczego więcej z niego nie wydobyłam. 

Holmes spoważniał. 
— Proszę mówić dalej.  Niech pani mówi dalej,  choćby to miało świadczyć  przeciwko 

niemu. Nie wiadomo dokąd to nas zaprowadzi. 

—  Niestety,  nie  mam  już  nic  więcej  do  powiedzenia.  Raz  czy  dwa  spostrzegłam,  że 

Artur  jest  gotów  coś  wyznać.  Pewnego  wieczoru  mówił  o znaczeniu  tej  tajemnicy  i  przypo-
minam sobie, że powiedział, iż szpiedzy zapłaciliby bardzo dużo, aby ją posiąść. 

Twarz mojego przyjaciela spoważniała jeszcze bardziej. 
— Czy jeszcze coś? 
— Powiedział, że zaniedbaliśmy pewne sprawy i że zdrajcy byłoby nader łatwo zdobyć 

plany. 

— Dawno poczynił te uwagi? 
— Nie tak dawno... 
— Teraz, panno Westbury, może opowie nam pani, jak to było w ten ostatni wieczór. 
— Mieliśmy iść do teatru. Była gęsta mgła, więc nie można było jechać żadnym pojaz-

dem.  Poszliśmy  więc  pieszo,  a  droga  wypadła  nam  akurat  koło  biura  Artura.  Nagle  Artur 
zniknął mi we mgle. 

— Bez jednego słowa? 
— Coś tam krzyknął, ale nie zrozumiałam. Czekałam, ale on nie wrócił. Wtedy zabra-

łam  się  do  domu.  Następnego  dnia,  zaraz  po  otwarciu  biura  przyszli  pytać  o  Artura.  Około 
dwunastej  w  południe  usłyszeliśmy  tę  straszną  wiadomość.  Ach,  panie  Holmes.  Gdyby  pan 
mógł uratować jego honor. To tyle dla niego znaczyło! 

Holmes smutnie potrząsnął głową.  
— Chodźmy, Watsonie — powiedział — nie tędy droga. Następna stacja — biuro, skąd 

zabrano dokumenty. 

— Od początku widziałem sprawę Cadogana West na czarno, ale po naszych badaniach 

widzę ją jeszcze czarniejszą — oświadczył, kiedy ruszyliśmy. — Motywem przestępstwa jest 
jego  ślub.  Oczywiście  potrzebował  pieniędzy.  Zamysł  powstał  dawniej,  skoro  o  tym  mówił. 
Wspominając dziewczynie o planach uczynił ją nieomal współwinną zdrady. To wszystko jest 
straszne. 

—  Ależ,  Holmes.  Nie  jest  tu  bez  znaczenia  charakter  chłopca.  A  poza  tym,  dlaczego 

miałby zostawić dziewczynę na ulicy i pobiec, aby popełnić przestępstwo? 

—  Oczywiście,  przyznaję,  że  istnieją  zastrzeżenia.  Muszą  one  jednak  być  tak  mocne, 

aby obalić groźne zarzuty. 

Mr.  Sidney  Johnson  spotkał  nas  w  biurze  i  przyjął  z  szacunkiem,  z  jakim  zazwyczaj 

witano wizytówkę mojego przyjaciela.  Był to człowiek w średnim wieku, suchy, szorstki, w 
okularach, miał zapadłe policzki i pod wpływem nerwowego napięcia rozlatane ręce 

— Bardzo źle, bardzo źle, panie Holmes. Słyszał pan o śmierci szefa? 
— Wracamy właśnie z jego domu. 
—  Biuro  jest  zdezorganizowane.  Szef  nie  żyje,  Cadogan  West  nie  żyje,  papiery  skra-

dziono.  I  pomyśleć,  że  kiedyśmy  zamykali  drzwi  w  poniedziałek  wieczorem,  byliśmy  takim 
samym urzędem państwowym jak i inne. Boże, aż strach pomyśleć, że West zrobił taką rzecz. 

— Czy pan jest przekonany o jego winie? 
— Nie widzę innego wytłumaczenia. A jednak wierzyłbym mu tak jak sobie samemu. 
— O której godzinie zamknięto biuro w poniedziałek?  
— O piątej. 

background image

— Pan zamykał biuro? 
— Zawsze wychodzę ostatni. 
— Gdzie były wtedy plany? 
— W kasie. Sam je tam położyłem. 
— Czy tego budynku pilnuje strażnik? 
—  Tak.  Ale  pilnuje  również  innych  biur  Arsenału.  Jest  to  stary  żołnierz,  człowiek 

godny zaufania. Niczego nie zauważył. Co prawda, była bardzo gęsta mgła. 

— Powiedzmy, że Cadogan West chciałby wejść do gmachu po godzinach służbowych; 

aby się dostać do dokumentów, musiałby mieć trzy klucze, prawda? 

— Tak. Klucz do drzwi zewnętrznych, klucz do biura i klucz do kasy. 
— Klucze ma Sir James Walter i pan? 
— Ja nie mam kluczy do drzwi, tylko do kasy. 
— Czy Sir James był bardzo pedantyczny? 
— Tak, wydaje mi się, że był. Wiem, że jeśli chodzi o te trzy klucze, to trzymał je na 

jednym kółku. Często je widziałem. 

— A kółko z kluczami zawsze zabierał do Londynu, prawda? 
— Tak mówił. 
— A swojego klucza nigdy pan w biurze nie zostawiał? 
— Nigdy. 
— Wobec powyższego, jeśli winowajcą jest West, to musiał mieć duplikat kluczy. Przy 

zwłokach  jednak  kluczy  nie  znaleziono.  Jeszcze  jedna  sprawa:  gdyby  urzędnik  z  tego  biura 
chciał plany sprzedać, czy nie prościej by mu było zrobić kopie niż zabierać oryginały? 

— Trzeba mieć sporo wiedzy technicznej, aby sporządzić czytelne kopie. 
— Przypuszczam, że Sir James, pan i West taką wiedzę posiadaliście? 
—  Oczywiście,  że  tak,  ale  proszę  pana,  panie  Holmes,  aby  mnie  w  te  sprawy  nie 

mieszano. Po co mamy spekulować, skoro oryginały planów znaleziono przy Cadoganie? 

—  Widzi  pan,  to  trochę  dziwne,  że  West  ryzykował  kradzież,  skoro  z  równym  powo-

dzeniem mógł spokojnie sporządzić kopie. 

— Przyznaję, że dziwne, ale jednak to zrobił. 
— Każda rozmowa w tej sprawie ujawnia coś niejasnego. Dobrze. Teraz pójdźmy dalej. 

Brakuje trzech dokumentów. O ile wiem, są to najważniejsze części planu łodzi podwodnej. 

— Tak jest. 
— Czy chce pan przez to powiedzieć, że ten, kto ma te trzy dokumenty, a nie posiada 

pozostałych siedmiu, mógłby zbudować łódź podwodną typu Bruce-Partingtona? 

—  W tym  sensie  złożyłem  raport  w  Admiralicji. Dzisiaj  jednak  ponownie  przejrzałem 

rysunki i nie jestem tego pewien. Na jednym z rysunków, który został zwrócony, znajdują się 
podwójne tłoki z automatycznymi zaworami. Tak długo, dopóki obcy nie dokonają tego wy-
nalazku,  nie  będą  mogli  zbudować  okrętu  podwodnego.  Oczywiście,  mogą  szybko  pokonać 
trudności. 

— Ale najważniejsze są te trzy brakujące rysunki? 
— Niewątpliwie. 
— Obecnie, rzecz jasna za pańską zgodą, chciałbym przejść się po terenie. Nie mam w 

tej chwili do pana innych spraw. 

Holmes  obejrzał  zamek  kasy,  drzwi  wiodące  do  pokoju  i  w  końcu  żelazne  żaluzje  w 

oknach.  Jego  zainteresowanie  wzmogło  się  dopiero  wtedy,  kiedyśmy  znaleźli  się  przed 
domem  na  trawniku.  Pod  oknem  rósł  krzew  wawrzynu.  Kilka  gałązek  nosiło  ślady  złamań. 
Holmes  obejrzał  je  przez  lupę,  po  czym  spojrzał  na  niewyraźne  ślady  na  ziemi.  Wreszcie 
poprosił  starszego  referenta,  aby  zamknął  żaluzje  i  pokazał  mi,  że  żaluzje  nie  przylegają  do 
siebie, nie są szczelne, tak że ktoś stojący na podwórku mógłby obserwować co się dzieje w 
pokoju. 

background image

—  Te  trzy  dni  spóźnienia  zatarły  jednak  ślady.  Mogą  coś  znaczyć  albo  i  nic.  Tak, 

Watsonie,  wydaje  mi  się,  że  Woolwich  w  niczym  nam  już  więcej  nie  pomoże.  Zebraliśmy 
tutaj mały plon. Zobaczmy, czy nie uda nam się zebrać więcej w Londynie. 

A  jednak  do  naszych  zbiorów  dorzuciliśmy  jeszcze  jeden  snopek.  Kasjer  ze  stacji  w 

Woolwich,  znający  Cadogana  West  z  widzenia,  z  całą  pewnością  twierdził,  iż  widział  go  w 
ten krytyczny poniedziałek. Według informacji kasjera, Cadogan odjechał o 8.15 londyńskim 
pociągiem do London Bridge. Był sam i wykupił jeden bilet trzeciej klasy. Kasjera uderzyło 
zdenerwowanie  i  niepokój  Cadogana.  Był  tak  roztrzęsiony,  mówił  kasjer,  iż  nie  potrafił 
zebrać reszty, i on, kasjer, musiał mu pomóc. Badając rozkład jazdy doszliśmy do wniosku, iż 
pociąg o 8.15 był jedynym, jaki mógł złapać Cadogan West opuściwszy o 7.30 swoją narze-
czoną. 

—  Odtwórzmy  bieg  wypadków,  Watsonie  —  powiedział  Holmes  po  półgodzinnym 

milczeniu. — Nie przypominam sobie, abyśmy w naszych wspólnych dochodzeniach spotkali 
się z tak trudną sprawą. Każdy krok naprzód przysparza nam nowe przeszkody do pokonania. 
A jednak zrobiliśmy już znaczny potęp. 

—Wynik  naszych  rozmów  w  Woolwich  jeszcze  bardziej  obciążył  Cadogana  West. 

Ślady pod oknem mogłyby się przyczynić do polepszenia opinii o Cadoganie. Bo załóżmy: do 
Cadogana zgłosił się agent obcego wywiadu. Zgodnie z umową Cadoganowi nie wolno było 
pisnąć  słowa,  lecz  świadomość  dokonanej  zdrady  doprowadziła  go  do  takich  myśli,  jakie 
przekazał  narzeczonej.  Bardzo  dobrze.  Idźmy  dalej:  udając  się  z  narzeczoną  do  teatru  spo-
strzega  we  mgle  tego  samego  agenta,  który  zmierza  w  kierunku  urzędu.  Cadogan  był  pory-
wczy  i  szybki  w  decyzjach.  Poczucie  obowiązku  okazało  się  silniejsze.  Poszedł  za  człowie-
kiem, zbliżył się do okna i zobaczył jak tamten rabuje dokumenty. Rusza więc w trop za zło-
dziejem. W ten sposób usuwamy zastrzeżenie, iż nie zabierano by oryginałów, skoro można 
sporządzić kopie. Obcy musiał wziąć oryginały. Do tego miejsca wszystko się zgadza. 

— Co dalej? 
—  Po  tym  niestety  są  niejasności.  Można  sobie  wyobrazić,  iż  pierwszym  działaniem 

młodego  Cadogana  West  powinno  być  wszczęcie  alarmu  i  schwytanie  nędznika.  Dlaczego 
tego nie zrobił? A może dokumenty zabrał jego osobisty przełożony? Taka sytuacja tłumaczy-
łaby zachowanie Cadogana. Albo też szef Cadogana umknął, zaś West ruszył natychmiast do 
Londynu, aby go zaskoczyć w mieszkaniu? Oczywiście, zakładając, że West wiedział, gdzie 
szef mieszka. Musiało go to wszystko dotknąć do żywego, skoro zostawił we mgle dziewczy-
nę  nie  próbując  się  z  nią  nawet  skomunikować.  Tu  urywa  się  nasz  trop  i  powstaje  duża 
przepaść pomiędzy dwoma hipotezami a zwłokami Cadogana leżącymi na dachu miejskiego 
pociągu  z  siedmioma  dokumentami  w  kieszeni.  Instynkt  jednak  podpowiada  mi,  że  teraz 
trzeba zacząć z drugiego końca. Jeśli Mycroft przygotował nam listę z adresami — być może 
zdołamy wyłuskać szpiega i ruszyć dwoma tropami zamiast jednym. 

I rzeczywiście, na Baker Street oczekiwał nas krótki list, dostarczony przez specjalnego 

urzędnika.  

Holmes zerknął na pismo i wręczył je mnie. 
„Jest tu wiele śmiecia, a niewielu takich, którzy  zajmują się grubszymi sprawami. Pod 

uwagę można wziąć jedynie następujące osoby: Adolf Meyer, 13 Great George Street, West-
minster; Louis La Rothiere, Campden Mansions, Notting Hill; Hugo Oberstein, 13 Caulfield 
Gardens  Kensington.  Ten  ostatni  —  jak  nam  wiadomo  —  był  w  poniedziałek  w  mieście,  a 
obecnie zanotowano, iż opuścił Londyn. Cieszę się, iż ujrzałeś promyk. Gabinet z dużym nie-
pokojem oczekuje twojego ostatecznego  raportu. Z najwyższej siedziby nadeszły listy pona-
glające. Cała siła Państwa, jeśli będziesz potrzebował, stoi za tobą. Mycroft.” 

— Obawiam się — uśmiechnął się Holmes — że „ni szlachecki stan, ani sam król pan, 

w tej sprawie nic nie pomogą nam”. Holmes rozpostarł dużą mapę Londynu i pochylił się nad 
nią.  —  Tak,  tak,  nareszcie  sprawy  przyjmują  dobry  obrót  —  powiedział  z  satysfakcją.  — 

background image

Wierzę głęboko, Watsonie, że powiedzie się nam mimo wszystko — klepnął mnie w plecy z 
nagłym  wybuchem  śmiechu.  —  Teraz  wychodzę.  Na  zwiady.  Ale  bez  mojego  biografa  i 
wiernego  towarzysza  nie  podejmę  niczego  poważnego.  Zastań  tu,  a  z  pewnością  zobaczysz 
mnie  za  godzinę  lub  dwie.  Jeśli  czas  będzie  ci  się  dłużył,  weź  pióro,  papier  i  zaczynaj  opo-
wieść o tym jak uratowaliśmy królestwo. 

Pogoda Holmesa udzieliła się i mnie. Wiedziałem, że bez istotnych powodów do rado-

ści  nie  odstąpiłby  nigdy  od  surowego  sposobu  bycia.  Jednak  pełen  niepokoju  czekałem  na 
powrót  Holmesa  przez  ten  długi  listopadowy  wieczór.  Wreszcie,  tuż  przed  dziewiątą,  zjawił 
się goniec z pismem: 

„Spożywam  obiad  w  restauracji  Goldoniego,  Gloucester  Road,  Kensington.  Przybądź 

natychmiast. Przynieś latarkę, łom, dłuto i pistolet. S. H.” 

Nie ma co, piękne wyposażenie dla szanującego  się obywatela kroczącego ciemnymi i 

zamglonymi ulicami! Ułożyłem wszystko w kieszeniach płaszcza i pojechałem pod wskazany 
adres. 

Mój przyjaciel siedział przy stoliku, obok wejścia do barwnej, włoskiej restauracji. 
—  Jadłeś  coś?  Napij  się  ze  mną  kawy  i  curacao.  Spróbuj  cygaro  wyrobu  gospodarza. 

Nie jest tak trujące jak się można spodziewać. Narzędzia masz? 

— Są w płaszczu. 
— Świetnie. Pozwól, iż krótko opowiem ci, czego dokonałem, oraz dam wskazówki, co 

trzeba  robić  dalej.  Rozumiesz  już  chyba,  że  ciało  młodego  człowieka  zostało  położone  na 
dachu  wagonu.  Zrozumiałem  to  w  momencie,  gdy  ustaliłem,  iż  ciało  spadło  z  dachu,  a  nie 
wypadło z wagonu. 

— A może zostało zrzucone z mostu? 
— To wykluczone. Jeśli dobrze obejrzysz dachy wagonów, zobaczysz, że są lekko wy-

pukłe i że nie mają balustradki. Wobec powyższego możemy z pewnością twierdzić, iż młody 
Cadogan West został na dachu położony. 

— Ale w jaki sposób? 
— Na to musieliśmy odpowiedzieć. Jest tylko jeden możliwy sposób. Jak ci wiadomo, 

kolejka  podziemna  w  kilku  punktach  na  West  End  przebiega  odkrytą  przestrzenią.  Przypo-
mniało mi się, że kiedy jechałem kolejką, nad głową widziałem okna domów. Teraz załóżmy, 
że pociąg zatrzymuje się pod takimi oknami. Czy byłoby trudno ułożyć ciało na dachu? 

— Wielce nieprawdopodobne. 
—  Musimy  przyjąć  stary  aksjomat:  skoro  wszystkie  inne  możliwości  zawodzą,  cokol-

wiek pozostaje, wszystko jedno jak bardzo nieprawdopodobne, musi być prawdziwe. W tym 
wypadku  zawiodły  wszystkie  inne  możliwości.  Kiedy  doszedłem  do  tego,  że  główny  agent 
wywiadu, który właśnie opuścił Londyn, mieszka w jednym z domów graniczących z metrem, 
byłem tak zadowolony, iż nawet ciebie zdumiała moja nagła beztroska. 

— Ach, to było to? 
— Tak. Właśnie o to chodziło. Moim celem stał się Mr. Oberstein z Caulfield Gardens 

13.  Dochodzenie  rozpocząłem  od  stacji  Gloucester  Road,  skąd  usłużny  urzędnik  kolejowy 
przeszedł się ze mną wzdłuż torów. Dzięki przechadzce stwierdziłem, że okna w szczytowych 
ścianach domów Caulfield Gardens wychodzą na tory, z którymi krzyżuje się linia kolei nor-
malnej. Wobec powyższego pociągi metra zatrzymują się często na kilka minut właśnie pod 
oknami domów, aby przepuścić pociąg dalekobieżny. 

— Znakomicie, Holmes! Mamy sprawę w ręku. 
— Jeszcze nie, jeszcze nie, Watsonie. Posunęliśmy się wprawdzie naprzód, ale cel jest 

jeszcze daleko. Obejrzawszy tyły Caulfield Gardens zwiedziłem domy od frontu i stwierdzi-
łem,  że  ptaszek  rzeczywiście  wyfrunął.  Jest  to  dość  spory  dom  i  o  ile  mogłem  się  zoriento-
wać, pokoje na górnych piętrach stoją puste. Oberstein mieszkał wraz ze służącym, który był 
prawdopodobnie zaufanym współpracownikiem. Musimy jednak pamiętać, że Oberstein wy-

background image

jechał  na  kontynent  bynajmniej  nie  z  zamiarem  ucieczki,  lecz  celem  przekazania  zdobyczy; 
nie miał powodu bać się nakazu aresztowania, a myśl o tym, iż ktoś nieproszony odwiedzi go 
pod nieobecność gospodarza nie przyszła mu nawet do głowy. A to jest dokładnie to, co ma-
my zamiar zrobić. 

— Czy nie lepiej uzyskać legalny nakaz rewizji? 
— Na takich dowodach? 
— A co właściwie mamy zamiar uzyskać? 
— Czy wiesz, jakie ciekawe rzeczy możemy znaleźć w korespondencji Obersteina? 
— To mi się nie podoba, Holmes. 
—  Mój  drogi,  ty  będziesz  czuwał  na  ulicy.  Przestępstwem  zajmę  się  ja.  Nie  bądźmy 

drobiazgowi. Pomyśl o piśmie Mycrofta, o Admiralicji, o gabinecie, o tej wysoko postawionej 
osobie czekającej na wiadomość. Jesteśmy zobowiązani, żeby tak postąpić. 

Podniosłem się w odpowiedzi. 
— Masz rację, Holmes. Jesteśmy zobowiązani. 
Holmes poderwał się i uścisnął mi dłoń. 
—  Wiedziałem,  że  w  ostateczności  nie  wycofasz  się  —  powiedział.  Przez  moment 

ujrzałem  w  jego  oczach  coś,  co  było  bliskie  czułości.  W  sekundę  później  był  jak  zwykle 
władczy i rzeczowy. 

— Mamy przed sobą co najmniej pół mili drogi, ale nie ma się co spieszyć. Przejdźmy 

się  —  powiedział.  —  Błagam  cię,  tylko  nie  upuść  instrumentów.  Gdyby  cię  aresztowano, 
wytworzyłaby się nader skomplikowana sytuacja. 

Caulfield  Gardens  składa  się  z  nieciekawych  domów  o  fasadach  wypełnionych  kolu-

mnami  i  portykami,  znakomitych  produktów  z  pierwszej  połowy  epoki  wiktoriańskiej  na 
londyńskim  West  End.  W  najbliższym  domu  musiała  odbywać  się  jakaś  zabawa  dziecięca, 
bowiem słychać było gwar młodych głosów, a wśród nocy pobrzękiwało pianino. Na ulicach 
wciąż  wisiała  mgła  i  okrywała  nas  przyjaznym  płaszczem.  Holmes  zapalił  „ślepą  lampę”  i 
oświetlił masywne drzwi. 

— Twardy orzech — powiedział. — Nie tylko zamknięte na klucz, ale i zaryglowane. 

Łatwiej pójdzie nam przez piwnicę. Gdyby się zjawił jakiś gorliwy policjant, można się skryć 
w bramie. Podaj mi rękę, Watsonie. Potem pomogę tobie. 

W  sekundę  później  byliśmy  we  wnęce  piwnicznej.  Zaledwie  zniknęliśmy  w  cieniu, 

usłyszeliśmy  we  mgle,  tuż  nad  nami,  kroki  policjanta.  Kiedy  miękkie  stąpanie  ucichło, 
Holmes zabrał się do roboty przy zewnętrznych  drzwiach. Widziałem jak kucnął i wyprężył 
się,  aż  w  pewnej  chwili  drzwi  odskoczyły  z  wielkim  trzaskiem.  Wskoczyliśmy  w  ciemny 
korytarz  zamykając  drzwi  za  sobą.  Holmes  prowadził  mnie  po  krętych,  nagich  stopniach. 
Mała plama żółtego światła legła na niskim oknie. 

—  To  tu,  Watsonie,  chyba  to  okno  —  powiedział  i  otworzył  je.  Potem  dał  się  słyszeć 

niski  i  przenikliwy  szum,  który  powoli  rósł,  aż  przeszedł  w  głośny  grzmot  przelatującego  w 
ciemnościach  pociągu.  Holmes  przesunął  lampę  wzdłuż  parapetu.  Leżała  tu  gruba  warstwa 
sadzy  z  przechodzących  lokomotyw,  lecz  czarna  powierzchnia  była  miejscami  zamazana  i 
wytarta. 

— Można dojrzeć, gdzie położyli ciało. Hola! Watsonie, a cóż to takiego? Bez wątpie-

nia — oto ślad krwi! — pokazał nikłą plamę na framudze okna. — Krew jest także na płycie 
stopnia, popatrz. A zatem obraz jest pełny. Poczekamy aż przystanie tu pociąg. 

Nie czekaliśmy długo. Następny pociąg wypadł z łoskotem z tunelu, zwolnił i z piskiem 

hamulców  zatrzymał  się  tuż  pod  nami.  Od  parapetu  okna  do  dachu  wagonu  nie  było  nawet 
czterech stóp. Holmes cicho zamknął okno. 

— Dotąd jesteśmy rozgrzeszeni — powiedział. — Co o tym sądzisz, Watsonie? 
— Genialne! Nigdy nie udało ci się tak szybko wpaść na trop. 
—Nie  zgadzam  się  z  tobą.  Od  momentu  wykoncypowania,  że  ciało  znajdowało  się  na 

background image

dachu, co nie było rzeczą zawiłą, wszystko pozostałe jest tylko następstwem tamtego. Gdyby 
w tej aferze nie  chodziło o tak poważne sprawy,  do tego miejsca  rzecz byłaby prosta. Przed 
nami jednak są jeszcze duże trudności. Możliwe, że znajdziemy tu coś, co będzie nam pomo-
cne. 

Kuchennymi schodami dostaliśmy się na górę, do pokojów na pierwszym piętrze. Pier-

wszy pokój, surowo umeblowana jadalnia, nie zawierał niczego ciekawego. Drugi, sypialnia, 
też nic. Ostatni pokój wydał się nam bardziej obiecujący i mój przyjaciel zabrał się do syste-
matycznej rewizji. Zawalona książkami i gazetami komnata najwidoczniej służyła za gabinet. 
Holmes szybko, ale metodycznie przerzucał zawartość szuflad i szaf. Twarz Holmesa wyraża-
ła dezaprobatę. Następna godzina również nie przyniosła spodziewanych rezultatów. 

— Chytry lis, zatarł ślady  — powiedział Holmes. — Nie zostawił nic takiego,  co mo-

głoby  go  zdemaskować.  Kompromitująca  korespondencja  najwidoczniej  uległa  zniszczeniu 
albo została usunięta. Tu jednak leży nasza ostatnia szansa. 

Na biurku stała mała blaszana skarbonka. Holmes dłutkiem podważył zamek. Wewnątrz 

spoczywało kilka zwitków papieru pokrytych zestawieniami i cyframi, lecz bez słowa wyja-
śnienia czego dotyczą. Jedynie powtarzające się określenia: „ciśnienie wody” i „ciśnienie na 
cal kwadratowy” mogłyby wskazywać na jakiś związek cyfr z łodzią podwodną. Holmes nie-
cierpliwie  odrzucił  zwitki  na  bok.  Pozostała  jeszcze  koperta  zawierająca  wycinki  gazetowe. 
Holmes wytrząsnął wycinki na stół i po jego łapczywym spojrzeniu zrozumiałem, iż nadzieje 
nabrały rumieńców. 

— Cóż to takiego, Watsonie? No? Co to takiego? Inseraty z działu ogłoszeń. Sądząc z 

gatunku papieru i rodzaju czcionki powiedziałbym, że wycinki pochodzą z Daily Telegraph, z 
rubryki „Różne”. Prawa szpalta od góry. Nie ma daty, ale można je ułożyć. Ten wycinek musi 
być pierwszy:  

„Wiadomości  oczekiwałem  wcześniej.  Warunki  przyjęto.  Napisz,  szerzej  na  adres 

wskazany w karcie. PIERROT”. 

— Następnie mamy: 
„Zbyt  skomplikowane,  aby  opisać.  Muszę  mieć  pełny  raport.  Rzecz  czeka  na  ciebie, 

wystarczy dostarczyć materiał PIERROT”. 

— I dalszy: 
„Sprawa  pili.  Muszę  wycofać  ofertę,  jeśli  umowa  nie  będzie  zrealizowana.  Termin 

spotkania wyznacz listownie. Potwierdzę ogłoszeniem. PIERROT”. 

— I ostatni: 
„Poniedziałek wieczór po dziewiątej. Pukać dwa razy. Tylko my. Nie bądź podejrzliwy. 

Wypłata gotówką po dostarczeniu materiału. PIERROT”. 

—  A  więc,  Watsonie,  mamy  pełny  obraz  sprawy.  Gdybyśmy  tylko  znali  odbiorcę!  — 

Holmes zamyślił i zastukał palcami po stole. Wreszcie zerwał się na równe nogi. 

— A jednak! Możliwe, że to wcale nie będzie takie trudne. Tutaj nie ma nic więcej do 

roboty, Watsonie. Sądzę, że teraz możemy pojechać do redakcji Daily Telegraph i pomyślnie 
zakończyć dzień pracy.  
 

* * * 

 
Następnego  dnia,  po  śniadaniu,  na  umówione  spotkanie  przyszli  Mycroft,  Holmes  i 

Lestrade. Sherlock Holmes opowiedział im o naszych wczorajszych poczynaniach.  Funkcjo-
nariusz policji, gdy usłyszał o dokonanym włamaniu, pokiwał tylko głową. 

—Niestety nam tego robić nie wolno — powiedział Lestrade. — Nic dziwnego, że ma 

pan  takie  świetne  wyniki.  Ale  pewnego  dnia  posunie  się  pan  troszeczkę  za  daleko  i  wraz  z 
pańskim przyjacielem będziecie mieć kłopoty. 

— Dla Anglii, domu ojczystego i sztuki, co, Watsonie? Męczennicy za sprawę narodu. 

background image

A co ty o tym myślisz, Mycroft? 

— Świetnie, znakomicie, Sherlock! Do czego to jednak prowadzi? 
Holmes wziął ze stołu Daily Telegraph. 
— Widziałeś w dzisiejszym numerze ogłoszenie PIERROTA? 
— Co, jeszcze jedno? 
— Tak, czytaj: 
„Dziś w nocy. Ta sama godzina. To samo miejsce. Pukać dwa razy. Wyjątkowo ważne. 

Zagrożony. PIERROT”. 

— Święty Jerzy! — zawołał Lestrade. — Jeśli odpowie, to go mamy. 
—  Tak  też  sobie  pomyślałem,  dając  to  ogłoszenie.  Gdybyście  panowie  okazali  mi 

uprzejmość  i  pofatygowali  się  około  ósmej  wieczorem  na  Caulfield  Gardens,  możliwe,  iż 
zbliżymy się do rozwiązania zagadki.  
 

* * * 

 
Jedną  z  najwspanialszych  cech  charakteru  Sherlocka  Holmesa  była  umiejętność  prze-

chodzenia od zajęć ważkich do drugorzędnych. Czynił tak zawsze, gdy dochodził do wniosku, 
iż nie może dalej efektywnie pracować. Pamiętam, że tego dnia Holmes pogrążył się w pracy 
nad monografią o menuetach polyfonicznych Lassusa. Ponieważ ja nie miałem takich umieję-
tności przestawiania się, w rezultacie dzień wlókł się w nieskończoność. Sprawa państwowej 
wagi,  wyczekiwanie  najwyższych  czynników,  wreszcie  charakter  imprezy,  którą  mieliśmy 
przedsięwziąć — to wszystko działało mi na nerwy. Odetchnąłem z ulgą, gdy po lekkiej kola-
cji ruszyliśmy na wyprawę. Zgodnie z umową, przed stacją Gloucester Road spotkaliśmy się z 
Mycroftem i Lestrade. Wprawdzie drzwi do piwnicy w domu Obersteina stały jeszcze otwo-
rem,  musiałem  jednak  otworzyć  drzwi  frontowe,  bowiem  Mycroft  kategorycznie  i  z  oburze-
niem odmówił przełażenia przez żelazną kratę piwnicznego włazu. O dziewiątej siedzieliśmy 
już w gabinecie i cierpliwie oczekiwaliśmy naszego człowieka. 

Minęła godzina, potem druga. Wybicie godziny jedenastej na kościelnej wieży wydało 

nam się żałobną pieśnią naszych nadziei. Mycroft z Lestradem wiercili się niecierpliwie i co 
pół  minuty  spoglądali  na  zegarki.  Holmes  siedział  cicho  i  spokojnie,  z  wpółprzymkniętymi 
powiekami, ale każdy jego zmysł czyhał w napięciu. Nagle podniósł głowę do góry.  

— Idzie — powiedział. 
Ledwie uchwytne skradanie się za drzwiami. Teraz powtórzyło się. Potem usłyszeliśmy 

szuranie, a następnie dwa stuknięcia kołatką w drzwi. Holmes wstał dając nam znak, byśmy 
pozostali na miejscach. Lampa gazowa była jedynym jasnym punktem w hallu Holmes otwo-
rzył  drzwi  i  gdy  ciemna  postać  prześliznęła  się  obok  niego,  zamknął  i  zaryglował  drzwi  do 
mieszkania. 

—  Tędy  —  usłyszeliśmy  głos  Holmesa,  a  w  chwilę  potem  ujrzeliśmy  postać  mężczy-

zny. Holmes szedł tuż za nim i kiedy mężczyzna z okrzykiem zaskoczenia i lęku odwrócił się, 
Holmes chwycił go za kołnierz i wepchnął do pokoju. Nim nasz jeniec odzyskał równowagę, 
Holmes  zamknął  drzwi  do  pokoju  i  oparł  się  o  nie  plecami.  Mężczyzna  spojrzał  ze  złością, 
zatrząsł się i runął bez zmysłów na ziemię. Kapelusz z szerokim rondem spadł mu z głowy. 
Szal okrywający twarz zsunął się i ujrzeliśmy długą jasną brodę i miękkie, ale przystojne rysy 
pułkownika Valentina Waltera. 

Holmes aż gwizdnął ze zdumienia. 
—  Tym  razem,  Watsonie,  możesz  mnie  nazw  osłem  —  powiedział.  —  Nie  na  tego 

ptaszka polowałem. 

— Kto to taki? — zapytał z zainteresowaniem Mycroft. 
—  Młodszy  brat  zmarłego  szefa  departamentu  floty  podwodnej  Sir  Jamesa  Waltera. 

Tak,  tak,  teraz  widzę  cały  pasjans.  Wraca  do  przytomności.  Sądzę,  iż  najlepiej  będzie,  jeśli 

background image

przesłucham go osobiście. 

Zanieśliśmy  bezwładne  ciało  na  sofę.  Po  czym  nasz  więzień  usiadł,  rozejrzał  się  z 

przerażeniem na twarzy i otarł czoło ręką jak ktoś, kto nie wierzy swoim zmysłom. 

— Co to ma znaczyć? — zapytał. — Przyszedłem aby odwiedzić pana Obersteina. 
—  Wszystko  jest  najzupełniej  jasne,  pułkowniku  Walter  —  powiedział  Holmes.  — 

Przechodzi  wszelkie  moje  pojęcie,  jak  angielski  dżentelmen  mógł  tak  postąpić.  Cała  pańska 
korespondencja  z  Obersteinem  jest  w  naszym  posiadaniu  i  wiemy,  jakie  stosunki  łączyły 
panów. Znane są nam również okoliczności związane ze śmiercią młodego Cadogana Westa. 
Jeśli chce pan w naszych oczach zyskać odrobinę uznania radziłbym okazać skruchę i przy-
znać się do winy, ponieważ pozostało kilka niewyjaśnionych szczegółów o których możemy 
się dowiedzieć tylko z pana ust, 

Osobnik jęknął i ukrył twarz w dłoniach. Czekaliśmy, ale on milczał. 
—  Zapewniam  pana  —  powiedział  Holmes  —  najistotniejsze  elementy  afery  są  nam 

dobrze znane. Wiemy, że potrzebował pan pieniędzy; że wziął pan odcisk kluczy, które były 
w posiadaniu pańskiego brata, że nawiązał pan kontakt listowny z Obersteinem, który odpo-
wiadał na pana listy w formie ogłoszeń na łamach Daily Telegraph. Wiemy, że w poniedzia-
łek w nocy, w czasie mgły, był pan w urzędzie. Widział pana i śledził Cadogan West, który 
prawdopodobnie  miał  już  wcześniej  swoje  powody,  aby  pana  podejrzewać.  Zaobserwował 
pańską kradzież, ale nie wszczął alarmu, ponieważ mógł przypuszczać, iż zabiera pan doku-
menty  dla  brata  w  Londynie.  Jako  dobry  obywatel  porzucił  swoje  osobiste  sprawy  i  krok  w 
krok szedł za panem we mgle aż dotarł do tego domu. Tu usiłował interweniować i wtedy to 
się stało, pułkowniku Walter, że do zdrady dodał pan jeszcze potworniejsze przestępstwo — 
mord! 

— Ja tego nie zrobiłem! Ja go nie zabiłem!  Klnę się przed Bogiem, że tego nie zrobi-

łem! — zawołał zgnębiony więzień. 

—  Proszę  nam  powiedzieć:  jak  zginął  Cadogan  West  nim  położył  go  pan  na  dachu 

kolejowego wagonu? 

—  Będę  mówił.  Przyrzekam,  że  będę  mówił.  Wszystko  inne  zrobiłem,  przyznaję  się. 

Było  tak,  jak  pan  powiedział.  Musiałem  spłacić  dług  zaciągnięty  na  spekulacje  giełdowe. 
Strasznie  potrzebowałem  pieniędzy.  Oberstein  zaproponował  mi  pięć  tysięcy  funtów.  Zrobi-
łem to, aby  ratować się  od ruiny. Ale jeśli chodzi o morderstwo, to jestem tak niewinny jak 
pan. 

— Wobec tego, jak to się stało? 
— West podejrzewał mnie od dawna i śledził mnie tak jak pan to opisał. Nie zauważy-

łem tego do momentu przyjścia pod dom Obersteina. Była gęsta mgła na trzy jardy nie było 
nic  widać.  Zapukałem  trzykrotnie  i  drzwi  otworzył  Oberstein.  Wtedy  podbiegł  ów  młody 
człowiek  i  zażądał  wyjaśnienia,  co  mamy  zamiar  uczynić  z  dokumentami.  Oberstein  miał 
krótką  pałkę  gumową,  nosił  ją  zawsze  przy  sobie.  Kiedy  West  wdarł  się  za  nami  do  domu, 
Oberstein uderzył go po głowie. Uderzenie było śmiertelne. Zmarł po pięciu minutach. Leżał 
w hallu. Nie wiedzieliśmy co z nim zrobić. Wówczas Oberstein wpadł na pomysł z pociąga-
mi,  które  zatrzymywały  się  pod  oknami  domu.  Najpierw  jednak  przejrzał  dokumenty,  które 
mu przyniosłem. Powiedział, że trzy z nich są mu potrzebne i że musi je zatrzymać. — „Nie 
może  ich  pan zatrzymać  —  powiedziałem.  — Jeśli  ich  nie zwrócę,  w  Woolwich  wybuchnie 
straszliwa awantura”. — „Muszę je zatrzymać — oświadczył — są tak skomplikowane, iż jest 
niemożliwością, abym w tak krótkim czasie sporządził kopie”. 

—  „Wobec  tego  muszą  być  zwrócone  dziś  wieczorem  wszystkie”  —  powiedziałem. 

Oberstein  chwilę  się  zastanowił,  a  potem  oświadczył,  iż  znalazł  wyjście.  —  ,,Trzy  zatrzy-
mam, pozostałe wpakujemy w kieszeń tego młodzieńca. Skoro tylko znajdą ciało całą sprawę 
przypiszą  jemu”.  Nie  widziałem  innego  lepszego  wyjścia  i  postąpiliśmy  wedle  propozycji 
Obersteina.  Czatowaliśmy  przy  oknie  pół  godziny  aż  zatrzymał  się  pociąg.  Mgła  była  tak 

background image

gęsta, iż nie było widać na krok. Nie mieliśmy więc żadnych przeszkód w opuszczeniu ciała 
Westa na pociąg. Jeśli chodzi o mnie, to byłoby wszystko. 

— A pański brat? 
— Milczał, chociaż raz przyłapał mnie ze swoimi kluczami i przypuszczam, iż również 

mnie podejrzewał. Wyczytałem to z jego oczu. Jak pan wie, wypadek go całkowicie załamał. 

W pokoju zapanowało milczenie. Przerwał je dopiero Mycroft. 
—  Czy  nie  widzi  pan  dróg  częściowej  naprawy?  Ulżyłby  pan  swojemu  sumieniu  i 

możliwe, iż zmniejszyłby pan sobie karę. 

— Cóż ja mogę naprawić? 
— Gdzie jest Oberstein z dokumentami? 
— Nie wiem. 
— Czy nie podał panu adresu? 
— Powiedział, że listy należy adresować na Hotel de Louvre w Paryżu. 
—  Wobec  tego  w  pańskiej  mocy  leży  możliwość  naprawy  —  powiedział  Sherlock 

Holmes.  

—  Zrobię  wszystko,  co  mogę.  Nie  żywię  do  niego  sentymentu.  Był  przyczyną  mojej 

ruiny i upadku. 

— Tu jest papier i pióro. Proszę siadać przy biurku i pisać, co panu podyktuję. Proszę 

zaadresować kopertę na znany adres. Dobrze. A teraz list:  

„Szanowny Panie. 
W związku z naszą transakcją, niewątpliwie zauważył pan brak bardzo istotnego detalu. 

Otóż  posiadam  kopię  konieczną  do  kompletu.  Zdobycie  rysunku  sprawiło  mi  dodatkowy 
kłopot i wobec tego czuję się zmuszony prosić pana o przesłanie dodatkowo pięciuset funtów. 
Nie chciałbym tego zawierzyć poczcie; przyjmę tylko złoto lub banknoty. Wybrałbym się do 
pana za granicę, lecz w obecnym momencie mój wyjazd z kraju zwróciłby uwagę. W związku 
z  powyższym  oczekuję  pana  w  palarni  Hotelu  Charing  Cross,  w  sobotę  w  południe.  Proszę 
pamiętać, iż przyjmę tylko banknoty brytyjskie lub złoto”. 

— Dobrze. Byłbym wielce zdziwiony, gdyby to nie przyciągnęło naszego osobnika. 
I przyjechał. 
To, że Oberstein, usiłując osiągnąć cel swego życia, zjawił się w zastawionej nań pułap-

ce, a następnie został pochłonięty na piętnaście lat przez brytyjskie więzienie — przeszło już 
do historii, do tych sekretnych dziejów narodu, które są bardziej tajemnicze i interesujące niż 
te, które notują oficjalne kroniki. W walizach Obersteina znaleziono plany Bruce-Partington, 
które zamierzał zlicytować w sferach morskich Europy.  

Pułkownik Walter zmarł w więzieniu, w dwa lata po wyroku. Holmes natomiast wrócił 

do chorałów polyfonicznych  Lassusa.  Fachowcy  orzekli, iż holmesowska monografia chora-
łów stanowi ostatnie słowo w dziedzinie muzykologii. W parę tygodni później dowiedziałem 
się przypadkowo, iż mój przyjaciel spędził dzień w pałacu królewskim w Windsor, skąd po-
wrócił z piękną szmaragdową spinką do krawatu. Kiedy go zapytałem, czy kupił ją, odparł, iż 
spinka stanowi prezent od pewnej wysokiej a łaskawej damy, dla której miał zaszczyt spełnić 
pewne polecenie. Nie dodał ani słowa więcej; jestem jednak pewny, iż mógłbym powiedzieć 
jak  brzmi  świetne  nazwisko  owej  damy.  Nie  wątpię,  iż  ta  spinka  na  zawsze  związała  się  w 
pamięci Holmesa z tajemnicą planów Bruce-Partingtona. 
 

Tłumaczyła Krystyna Cękalska  

 
 
 
 
 

background image

 

ALEKSANDER OLSZAKOWSKI 

 

ĘKITNY EKSPRES 

 

MALOWNICZO  położony  peron  dworca  kolejowego  Henday,  w  południowej  Francji, 

przepełniony był tłumem wzburzonych ludzi. Słychać było płacz, przekleństwa i złorzeczenia. 
Gwar  głosów  ludzkich  przerywały  co  chwila  dzwonki  alarmowe,  gwizdki  i  ciężkie  sapanie 
lokomotyw poruszających się dostojnie i leniwie na bocznych torach. Główny tor był wolny i 
lśnił szynami w jaskrawym słońcu. W oddali majaczyły potężne masywy górskie Pirenejów. 
W przeciwnym kierunku tor  ginął na zakręcie  wśród pól i lasów. Przed dworcem na małym 
placyku  stały  zbite  w  jedną  lśniącą  masę  samochody  i  autobusy,  motocykle  i  rowery.  Nikt 
jednak nie pilnował maszyn. Wszyscy znajdowali się na peronie.  

Przez skłębiony tłum ludzi przedzierał się z trudem dyżurny ruchu, wołając: 
— Panie naczelniku! Panie naczelniku!  
— Jestem! odkrzyknął ktoś w oddali i naczelnik stacji wyłonił się z tłumu. 
—  Telefonują  z  Paryża,  że  wystartowały  stamtąd  cztery  samoloty  z  ministrem  kolei  i 

delegatami rodzin, których członkowie jadą „Błękitnym ekspresem”. Za kwadrans mają być u 
nas na lotnisku. 

— Proszę natychmiast wysłać na lotnisko samochody i autobusy! 
—  Tak  jest,  panie  naczelniku!  —  krzyknął  dyżurny  salutując,  po  czym  pobiegł  ku 

wyjściu. Tłum rozstąpił się przed nim i na chwilę zapanowało milczenie. 

— Cóż pomoże minister kolei? — odezwał się ktoś z tłumu. 
— Nie wiem — naczelnik stacji wzruszył ramionami. — Może powstał jakiś nowy plan 

ratowania „Błękitnego ekspresu”? 

—  Jedyny  ratunek  polega  na  tym,  żeby  mu  zabrakło  paliwa.  Wówczas  stanie  —  rzekł 

ktoś inny. 

— Mieliśmy meldunki, że szybkość spada. Obecni wynosi 100 km na godzinę. 
— Słaba pociecha. Z taką szybkością i pod takim ciężarem most w górach runie w prze-

paść. 

—  Zostały  już  wydane  dyspozycje  wzmocnienia  mostu.  Czterystu  ludzi  pracuje  przy 

nim, ale... — naczelnik umilkł patrząc z zasępioną twarzą na tłum obstępujący go dokoła, po 
czym opuścił wzrok ku ziemi. — Szczerze mówiąc, nie mamy pewności, czy most wytrzyma. 
Dotychczas dozwolona szybkość na moście nie przekraczała 20 km na godzinę. 

Rozległy się okrzyki rozpaczy. 
—  Na  miłość  boską!  Ratujcie!  Tam  jest  moja  córka!  Ma  szesnaście  lat!  —  krzyczała 

jakaś siwa kobieta. 

— Zatrzymajcie ekspres! Tam są moje dzieci! — Wołała inna z płaczem. 
—  Uspokójcie  się!  —  usiłował  przekrzyczeć  tłum  naczelnik  stacji.  —  Robimy  wszy-

stko, aby ekspres zatrzymać. 

Nagle podbiegł dyżurny ruchu. 
— Panie naczelniku! 
Tłum uciszył się. 
—  Nadeszły  meldunki,  że  „Błękitny  ekspres”  przejechał  stację  Merney.  Trzy  osoby 

usiłowały wyskoczyć... 

— I...? 
— Poniosły śmierć... — cicho dokończył dyżurny. 
Tylko  najbliżej  stojący  w  tłumie  słyszeli  tę  wiadomość.  Zanim  jednak  zdążyli  powtó-

rzyć ją innym, na peronie zjawiło się dwóch policjantów w pelerynkach. 

— Panie naczelniku! — wołali — nadjechały auta z lotniska! 

background image

Naczelnik  stacji  ruszył  ku  wyjściu,  ale  w  tym  momencie  wbiegł  na  peron  wytwornie 

ubrany mężczyzna, którego otaczała grupa ludzi. Był to minister kolei. Przybyli wtopili się w 
tłum  zajmujący  cały  peron  dworca.  Minister  kiwnięciem  głowy  powitał  salutującego  nacze-
lnika i rzucił krótkie pytanie: 

—Tor wolny? 
— Wolny, panie ministrze.  
— W jakiej odległości znajduje się most?  
— Dwanaście kilometrów od nas.  
Minister zwrócił się do towarzyszącego mu jakiegoś mężczyzny z teczką w ręku. 
— I cóż pan na to, panie inżynierze?  
— Odległość stanowczo za mała, panie ministrze — odparł zapytany po chwili namy-

słu.  

— A więc? 
— Gdyby „Błękitny ekspres” miał mniejszą szybkość, wtedy oliwa rozlana po szynach 

z pewnością zatrzymałaby koła. 

Minister rozejrzał się bezradnie. 
— Panie inżynierze! Każda minuta decyduje o szansach uratowania pasażerów ekspre-

su. Należy wszystko zrobić bez względu na przewidywany rezultat. 

— Moim obowiązkiem jest uprzedzić, że to nie zapobiegnie katastrofie na moście. 
— Przeklęty most! Znikąd ratunku! 
Słowa ministra podchwycił tłum. Zewsząd odezwały się okrzyki: 
— Panie ministrze! 
— Ratunku! 
— Tam nasze dzieci! 
— Matki! 
— Żony! 
Dyżurny ruchu wpadł w tłum wołając: 
— Panie naczelniku! Nadeszły nowe meldunki!  
Naczelnik podniósł rękę do góry. 
— Cisza! Proszę państwa o spokój! 
Tłum zamarł w oczekiwaniu. Dyżurny ruchu meldował : 
— Telefonują, że „Błękitny ekspres” minął stacji Riosson. Podróżni wyrzucili na peron 

kilkanaście walizek z garderobą i kosztownościami oraz paczkę listów. 

Tłum wybuchnął wrzawą: 
— To do nas listy! 
— Ostatnie! 
— Podać adresatów! 
— Odczytać! 
— Jeanette! Jeanette! 
— Mamo! mamusiu! 
Minister podniesionym głosem usiłował przekrzyczeć tłum. 
— Proszę państwa! Chwilę spokoju! Jeżeli chcecie aby odczytane były listy, zachowaj-

cie  ciszę.  Panie  naczelniku!  Proszę  zażądać,  aby  telefonicznie  podano  natychmiast  treść  li-
stów! 

Tłum  uciszył  się.  Naczelnik  zniknął  w  drzwiach  dyżurki  stacyjnej.  Jakaś  kobieta  za-

chwiała się i osunęli na ziemię. Dwóch obok stojących mężczyzn chwyciło ją na ręce i wynio-
sło z tłumu. 

Tymczasem w drzwiach dyżurki stanął telefonista ze słuchawkami na uszach i mikrofo-

nem w ręku.  

Zapanowała cisza, słychać było tylko słabe sapanie lokomotyw i oddalone gwizdki. 

background image

Telefonista przymknął oczy i zaczął powtarzać wyraźnym głosem: 
„Madame Pauline Vautein. Najdroższa mamo! Wiemy od godziny, co nam grozi. Wszy-

scy  naokoło  mnie  płaczą.  Ja  nie,  bo  tatuś  jest  przecież  inżynierem  na  kolei  i  na  pewno  coś 
obmyśli. A gdyby... coś nie udało się, to... pamiętaj, że cię bardzo kocham! Twoja Jeanette.” 

„Madame  Sophie  Jardin.  Maleństwo  moje!  Będę  próbował  w  ostatniej  chwili  wysko-

czyć. Może się uda. W pociągu zrobiło się piekło. Jakiś oficer popełnił w moich oczach samo-
bójstwo.  Nie  wytrzymał  nerwowo.  Wszyscy  wiemy  o  moście,  który  się  zawali,  kiedy  nań 
wjedziemy.  To  ludzi  załamuje.  Ja  będę  walczył  do  ostatka.  Jak  wtedy  —  pamiętasz?  —  w 
obozie u Niemców. Bądź zdrowa i mężna. Twój mąż Paweł”. 

Coś  jakby  jęk  lub  westchnienie  przeleciało  przez  tłum  i  zamarło.  W  megafonach 

stacyjnych nastała cisza, którą przerwał znowu głos telefonisty: 

„Monsieur I,ouvet. Paris. Drogi Mój! Wyrzucam walizkę i kosztowności. Może uczciwe 

ręce doręczą ci ten list i rzeczy. Mnie się już nie przydadzą. Jest ciężko w tym zamęcie i stra-
chu.  Chciałabym,  abyś  był  przy  mnie,  ale  wolę,  abyś  żył.  Nie  boję  się  umrzeć,  ale  boję  się 
chwili, kiedy będziemy razem z pociągiem lecieć w przepaść. Most runie na pewno. Tak mó-
wią wszyscy. Konduktor naszego wagonu zamknął się w toalecie i śpiewa. Podobno zwario-
wał ze strachu. Ale ja się nie boję... tylko mi tak żal życia i ciebie. Kocham cię nade wszy-
stko. Twoja Małgorzata”. 

Głos telefonisty dziwnie zachrypł. Coraz bardziej zamazywały się słowa. 
„Monsieur  Guillet.  Henday.  Tatusiu  kochany!  Będziemy  przejeżdżać  koło  ciebie  i 

pociąg się nie zatrzyma, tylko pojedzie dalej na most i tam ma być katastrofa. Tatusiu! Ratuj 
nas! Ratuj nas!” 

Megafony  ustokrotniły  nagły  płacz  telefonisty,  który  mu  przeszkodził  w  dalszym 

odczytywaniu listów. W tłumie rozległy się okrzyki i jęki. Płacz stał się powszechny. 

Rozpychając ludzi wpadł na peron dyżurny ruchu wołając: 
— Panie naczelniku! Telefonują, że „Błękitny ekspres” minął stację Pireau. Wyrzucono 

znów kilka walizek! 

— Stację Pireau? To znaczy, że za pół godziny tu będzie! 
Jakiś gruby, starszy jegomość zaczął wykrzykiwać: 
— Milion franków nagrody dam temu, kto zatrzyma pociąg! 
Młoda dziewczyna w chusteczce na głowie wyszła z tłumu wołając: 
— Chodźmy na most! Pomożemy robotnikom! 
Na te słowa wysoki młodzieniec w berecie ruszył naprzód z okrzykiem: 
— Chodźmy! Własnymi rękoma przytrzymamy filary! 
Tłum runął za młodą parą, aczkolwiek każdy zdawał sobie sprawę, że ten sposób ratun-

ku  był  prawie  beznadziejny.  Siły  ludzkie  nie  wystarczały,  aby  podeprzeć  wątłe,  drewniane 
filary pod mostem, przez który z największą ostrożnością przejeżdżały pociągi. Błyskawiczna 
szybkość  ekspresu,  który  z  nieznanej  nikomu  przyczyny  nie  zatrzymał  się  na  żadnej  stacji, 
uniemożliwiała wszelki ratunek. Tłum jednak, którego większość stanowili członkowie rodzin 
pasażerów ekspresu, poszedł za głosem rozpaczy. Szeroka ludzka fala zalała tor zmierzając w 
kierunku mostu. 

Wtem powstało zamieszanie. Jakiś olbrzymi, siwy robotnik przedzierał się przez tłum i 

wołał grzmiącym głosem: 

— Stójcie! Zatrzymajcie się! Gdzie jest naczelnik? 
W oczekiwaniu na jakąś nową wiadomość o „Błękitnym ekspresie” tłum stanął i uciszył 

się.  Wszystkie  spojrzenia  zawisły  na  ustach  robotnika,  który  zbliżywszy  się  do  naczelnika 
rzekł dobitnym głosem:  

— Ja zatrzymam pociąg. 
Jęk przeleciał przez tłum i zamarł w śmiertelnej ciszy. Stojący obok naczelnika minister 

zawołał:  

background image

— Kto pan jest?  
Robotnik  spojrzał  na  dygnitarza  obojętnym  wzrokiem  i  milczał.  Wówczas  naczelnik 

stacji pośpieszył z objaśnieniem: 

— To jest Paweł Grenier, maszynista, panie ministrze. 
—  Jak?  Paweł  Grenier?  Maszynista?  I  co  pan  chce  zrobić?  —  zwrócił  się  minister  do 

przybysza. 

Grenier milczał w dalszym ciągu. Naczelnik sądząc,  że  obecność  ministra  onieśmiela-

maszynistę, zachęcił go: 

— Mówcie, Grenier. To jest pan minister kolei. W tej chwili on tu decyduje. 
Robotnik,  na  którym  oświadczenie  naczelnika  nie  zrobiło  żadnego  wrażenia,  kiwnął 

dobrodusznie głową, mówiąc: 

— Dobrze. Proszę o wydanie „Gwiazdy Wschodu”. 
— Co? „Gwiazdy Wschodu”? Nie rozumiem! — zawołał oszołomiony minister. 
Naczelnik znowu pośpieszył z objaśnieniem: 
— To jest lokomotywa, która stoi u nas w depôt, panie ministrze. Jak wykazały próby 

jazdy, jest najszybsza na świecie. 

—  Najszybsza?  Dlaczego  stoi  w  depôt?  Uszkodzona?  —  pytał  minister  coraz  bardziej 

zdumiony i zaskoczony. 

Naczelnik stacji uśmiechnął się lekko. 
— Jest w doskonałym stanie, panie ministrze. 
— Panie Grenier! Co pan chce zrobić z „Gwiazdą Wschodu”? 
— Chcę uratować ludzi z „Błękitnego ekspresu”. 
— W jaki sposób? 
Grenier odpowiedział powoli: 
— Od mostu Pireau do mostu w górach idą dwa równoległe tory. Jednym z nich jedzie 

„Błękitny ekspres”. Drugim ja pojadę! 

— Naprzeciw? I co dalej? 
—  Naprzeciw,  a  potem  z  powrotem.  Razem  z  ekspresem.  Dorównam  mu  w  biegu.  A 

gdy nasze parowozy będą obok siebie, przeskoczę na ekspres i zatrzymam pociąg. 

Minister zwrócił się do naczelnego inżyniera. 
— Czy ten człowiek ma szanse? 
— Ma, panie ministrze, ale... zdaje się, że zanim się w kotle rozpali, „Błękitny ekspres” 

tu będzie! 

Grenier odparł spokojnie: 
— Lokomotywa jest na chodzie. 
— Przetaczano nią wagony — dodał naczelnik stacji — każdej chwili może wyruszyć. 
Minister odrzucił w tył głowę i uroczystym krokiem podszedł do maszynisty. 
— Panie Grenier! Trzech ludzi zginęło przy próbach zahamowania pociągu! 
— Wiem o tym — brzmiała odpowiedź. 
— Nie obawia się pan? 
— Gwiżdżę na to! 
Ruszył wielkimi krokami w kierunku torów kolejowych. 
Sapanie parowozu stawało się coraz bliższe i co: głośniejsze. Po chwili wzdłuż peronu 

przesunęła  się  ogromna  lokomotywa  z  czerwonym  napisem  na  ścianie  kotła:  „Gwiazda 
Wschodu”. Na tendrze telefonista gorączkowo ładował łopatą węgiel do paleniska. W okien-
ku maszynisty widniała skupiona twarz Greniera. Ruchy masywnych tłoków na kołach stawa-
ły się coraz szybsze i „Gwiazda Wschodu” zniknęła na zakręcie wśród lasów. 

Minister zwrócił się do naczelnego inżyniera:  
— Jak pan sądzi? Uda mu się?  
—  Skok  z  lokomotywy  na  lokomotywę  może  udać  się  przy  osiągnięciu  jednakowej 

background image

szybkości — odparł po chwili namysłu inżynier. — Uważam jednak, panie ministrze, że dy-
sponujemy zbyt małą ilością czasu i zbyt małą odległością. Chociaż.... „Gwiazda Wschodu” 
jest istotnie potężną maszyną. Kto wie? Byleby Grenier nie rozbił się w czasie skoku. 

— Hm, taak... — bąknął minister, po czym zwrócił się do naczelnika. — Kim on jest, 

panie naczelniku?  

— Grenier? Ma za sobą 28 lat nienagannej służby na parowozach. 
Wtem na peron wpadł zadyszany dyżurny ruchu wołając drżącym głosem: 
— Panie naczelniku! „Błękitny ekspres” zbliża się!  
Wśród tłumu rozległy się głosy służby kolejowej:  
— Odsunąć się od toru! Tor wolny! Tor wolny! 
Tłum  cofnął  się  i  zamarł  w  oczekiwaniu.  W  oddali  słychać  było  łoskot  pędzącego 

pociągu. Z każdą sekundą łoskot wzmagał się i potężniał. Szyby na dworcu zaczęły dzwonić. 
Jak burza wpadł na peron „Błękitny ekspres”. Stuk wagonowych kół pędzących w oszalałym 
tempie  wypełnił  grzmotem  cały  budynek  i  porywisty  prąd  powietrza  uderzył  w  twarze 
najbliżej  stojących.  W  ciągu  sekundy  „Błękitny  ekspres”  zniknął  z  oczu.  Nastała  martwa 
cisza, którą przerwał czyjś zdławiony okrzyk: 

— Grenier! Tam, na zakręcie!  
Tłum zafalował i znowu zamarł w oczekiwaniu. Naczelnik stacji wybiegł na krawężnik 

peronu, wyprężył się i zasalutował. Za jego przykładem mężczyźni obnażyli głowy. Budynek 
zadrżał od grzmotu kół lokomotywy, mignął czerwony napis, buchnęło gorącą falą powietrze 
i „Gwiazda Wschodu” przemknęła lotem błyskawicy. 

Minister rozejrzał się bezradnie i usiadł na jakimś kuferku obcierając chusteczką spoco-

ne  nagle  czoło.  Naczelny  inżynier  usiłował  drżącymi  rękoma  zapalić  papierosa.  Salutujący 
naczelnik stacji wyprężył się jeszcze bardziej. 

Ciszę przerwał dobiegający z daleka potężny łoskot. 
Most runął. 
Niezmąconą  ciszę  przerwało  oddalone  sapanie  parowozu.  Wkrótce  zagłuszył  je  stuk 

wielu kół wagonowych i z roześmianego słońcem masywu gór wyłonił się powoli „Błękitny 
ekspres”. 

— Jeanette! Jeanette! 
— Luizo! 
— Dzieci moje! 
— Kochanie! Gdzie jesteś? 
— Mamo! Mamusiu! Mamo! 
Zgrzytnęły  hamulce.  Pasażerowie  zaczęli  wysiadać  porywani  setkami  ramion  uszczę-

śliwionego tłumu. 

Do  siedzącego  na  kuferku  ministra  przedarł  się  przez  tłum  naczelnik  stacji  prowadząc 

pod rękę Greniera, który uśmiechał się łagodnie i jakby w zakłopotaniu. Naczelnik miał twarz 
mokrą od łez i rzekł wzruszonym, łamiącym się głosem: 

— Panie ministrze! 
Minister podniósł się z godnością. 
— Panie Grenier! Wysokie odznaczenie, jakie nada rząd za twój bohaterski czyn... 
Widząc zaś skrwawione ręce robotnika, zamilkł na chwilę stropiony, po czym wykrzy-

knął:  

— Pan jest ranny? 
—  Głupstwo!  —  odparł  dobrodusznie  Grenier  —  zdarłem  sobie  skórę  z  obu  rąk,  przy 

skoku. 

— Dlaczego „Błękitny  ekspres” nie zatrzymał się nigdzie? Co się stało z maszynistą i 

palaczem? 

—  Pokrajali  się  nożami.  Leżą  nieprzytomni  z  upływu  krwi.  Dla  porachunków  osobi-

background image

stych mogli rozbić cały pociąg. 

Z tłumu wybiegło dwoje dzieci rzucając się w objęcia Greniera. 
Minister ocknął się ze zdumienia i rzekł: 
— Panie Grenier! Pozwoli pan, że order... 
Olbrzym przerwał mu łagodnie.  
— Nie trzeba...  
— Więc jakiej chce pan nagrody?! — wykrzyknął minister. 
—  Nagrody?  —  Grenier  podniósł  nań  oczy  błyszczące  radością.  —  Ja  jestem  już 

nagrodzony. 

To mówiąc przygarnął do swej szerokiej piersi dwoje tulących się dzieci.  

 
 
 
 

BOGDAN LEKSZYCKI 

 

SZKARŁATNA IGLICA 

 

CHELSEA,  londyńska  dzielnica  na  lewym  brzeg  Tamizy,  tonęła  w  gęstej,  żółtawej 

mgle. Już w promieniu wyciągniętego ramienia napotykały oczy jakby nieprzenikniony mur, 
poza którym nie było widać nic. Ustał wszelki ruch kołowy, a nieliczni przechodnie wlekli się 
noga za nogą przesuwając ręce — jak ślepcy — po murach mijanych kamienic. 

Państwo Crafford, oboje w nieszczególnych humorach z uwagi na brak licznych zazwy-

czaj o tej porze dnia klientów, oglądali w swym zasobnym sklepie korzennym ogromny obraz 
przyniesiony  na  sprzedaż  przez  maleńkiego,  zbiedzonego  staruszka.  Zastanawiali  się,  jakim 
cudem ten stary, wycieńczony człowiek zdołał przytaskać w czasie podobnie nieprzeniknionej 
mgły taki ciężar i dlaczego przydźwigał go akurat właśnie tu? 

—  Przydałby  się  do  naszego  salonu,  nad  otomanę  —  szepnęła  mrs  Crafford.  —  Co  o 

tym sądzisz Oliverze? 

— Ba! — wieloznacząco odrzekł kupiec i skrzywił się z wyraźną dezaprobatą. 
— Ma piękne, złocone ramy, jakby umyślnie dostosowane do naszego umeblowania. 
— I jest bardzo ponury, o wiele za ponury, powiedziałbym. 
— Cóż z tego? Za to niezmiernie oryginalny! Nigdy jeszcze nie widziałam malowidła, 

które wywierałoby na mnie tak silne wrażenie. 

—  Hm!  Ty  się  chyba  lepiej  znasz  na  tym,  Kate.  Co  do  mnie...  Cóż,  jestem  przecież 

zupełnym  profanem,  jeśli  chodzi  o  sztukę  i  nie  mam,  jak  wiesz,  żadnych  ambicji  w  tym 
kierunku. 

Poczerniałe  ze  starości  malowidło  nie  było  opatrzone  podpisem  swego  twórcy,  ale  na 

pewno  nie  należał  on  do  bezimiennej  rzeszy  tuzinkowych  malarzy,  sprzedających  swoje 
obrazy w cenie od szylinga do półtora gwinei za sztukę, zależnie od stopnia zainteresowania 
kupującego. 

Z  płótna  wiała  niepojęta  groza,  choć  treść  obrazu  na  pozór  tego  nie  usprawiedliwiała. 

Był  to  pejzaż  marynistyczny:  wzburzone  morze,  oblegające  samotną  skałę,  wynurzającą  z 
głębin swe brunatne, poszarpane i spękane cielsko. Ciężkie, ołowiane niebo zwisało tuż nad 
ostrą iglicą skały i zdawało się sprzymierzać przeciw niej z rozszalałymi falami. Wysoko, w 
chmurach,  złocił  się  wężyk  piorunu,  którego  grot  wymierzony  był  w  iglicę.  Wszystkie 
żywioły  sprzysięgły  się  przeciw  samotnej  grudce  skruszałego  kamienia,  aby  roznieść  ją  w 
kawały, rozbić w proch i pogrążyć w odmętach. 

— Co oznacza ten obraz? — zapytała mrs. Crafford. 
— Kiedyś, przed wielu laty, na wystawie w Southwark zatytułowany był: P r z e z n a-   

background image

c z e n i e — odrzekł staruszek bezbarwnym głosem. — Może dlatego... Zawahał się, gorliwie 
wycierając przybrudzoną chusteczką załzawione oczy. 

— Mów pan śmiało — zachęcał kupiec. 
— Może dlatego, mister, że obraz ten posiada pewną niezwykłą właściwość. Oto skała 

zmienia  barwę  z  brunatnej  na  szkarłatną,  gdy  w  rodzinie  posiadacza  malowidła  ma  zdarzyć 
się jakieś nieszczęście. Ściślej: gdy w rodzinie ma ktoś umrzeć. Obraz przepowiada śmierć z 
tak bezwzględną trafnością, jakby rzeczywiście symbolizował nieubłagane przeznaczenie... 

—  Co  za  głupstwa!  —  oburzyła  się  mrs.  Crafford  wzruszając  pełnymi  ramionami.  — 

Czy pan chodzi do kościoła? 

— Chodzę, mistress — szepnął zmieszany staruszek. — Co prawda niezbyt regularnie, 

ale... 

— To właśnie jest powodem, że wierzy pan w takie brednie. Gdyby pan częściej, przy-

najmniej  w  każdą  niedzielę  uczęszczał  do  kościoła  i  uważnie  słuchał  kazań  naszego  niezró-
wnanego  mr  Thetwaya,  na  pewno  dusza  pańska  dostąpiłaby  łaski  poznania  odwiecznych 
prawd. 

— Ciekawym, czy i panu przepowiedział obraz nieszczęście? — zapytał mr. Crafford z 

dobrotliwą ironią, kryjąc uśmiech pod krótko przystrzyżonym wąsem. 

— Niestety, przepowiedział. I dlatego wierzę w niepojętą moc tego malowidła. Dlatego 

właśnie, nie z innego powodu. 

— Cóż panu przepowiedział, jeśli wolno zapytać? 
—  Na  parę  godzin  przed  tragiczną  śmiercią  mojej  żony,  mister,  skała  przybrała  tak 

jaskrawo szkarłatną barwę, że zdawała się płonąć. I proszę mi wierzyć, że od tej pory straci-
łem na zawsze połowę własnej duszy... 

Ból dźwięczący w głosie staruszka wzruszył mrs Crafford. Zamrugała szybko powieka-

mi, których rzęsy musiały kiedyś zwracać powszechną uwagę londyńskich młodzieńców swą 
niezwykłą długością. 

— Na pewno był to tylko zbieg okoliczności, nic więcej — rzekła łagodnie. — Sądzę, 

że nie zdarzyły się panu inne nieszczęścia, które potwierdziłyby pańskie mniemanie o niepo-
kojącej właściwości obrazu. 

—  Nie,  nie  zdarzyło  się,  mistress.  Eve  była  jedyną  istotą,  jaką  posiadałem  na  tym 

przesmutnym świecie. 

— I teraz pragnie pan sprzedać obraz, który tak trafnie przepowiedział panu jej śmierć... 
— Jestem już stary i niewiele pozostaje mi życia. Nie chciałbym, ażeby po mojej śmier-

ci  malowidło  wydarte  zostało  z  ram  i  uległo  zniszczeniu.  A  łatwo  mogłoby  się  to  zdarzyć, 
gdyby dostało się w niewłaściwe ręce. 

— Na ileż pan ocenia swoją własność? — zapytała mrs. Crafford, której próżność, wła-

ściwa większości ludzi, mile połechtana została słowami staruszka, choć szczególna intona-
cja, z jaką były one wypowiedziane skłaniała raczej do zastanowienia. 

— Pięć funtów, mistress. Tyle właśnie...  
—  Sądzę,  że  możemy  zapłacić  tę  sumę,  Oliverze,  jak  myślisz?  Co  ,,tyle  właśnie”?  — 

zwróciła się do staruszka. 

— Jeżeli pragniesz koniecznie nabyć ten obraz, Kate... 
—  Ucieszy  się  nim  nasz  drogi  Jack,  zobaczysz!  Wiesz,  jak  on  lubi  widoki  morza, 

szczególnie wzburzonego. 

— Tyle właśnie będzie kosztował mój skromny pogrzeb, mistress. 
—  P  a  ń  s  k  i    pogrzeb?  Ale  pan...  pan  jest  chyba...  z  trudem  powstrzymała  się  od 

nakreślenia na czole kółka. Biedny staruszek! Chyba trochę zbzikował po stracie swojej Eve... 

Posępne  płótno,  symbolizujące  przeznaczenie,  zawisło  tegoż  wieczora  w  salonie  pań-

stwa  Crafford,  doskonale  harmonizując  swymi  złoconymi  ramami  z  umeblowaniem  tego 
zbytkownie, choć może niezbyt gustownie urządzonego pokoju. 

background image

* * * 

 
W  pół  roku  później  —  było  to  skwarne  lato  —  kupiec  ze  swą  małżonką  w  radosnym 

nastroju spożywali lunch. Mieli poważne powody do zadowolenia: nie tylko obroty tego dnia 
w  sklepie  były  niebywale  wysokie,  ale  ponadto  udało  się  im  niezwykle  korzystnie  nabyć 
znaczną partię towarów kolonialnych. Zysk sto na sto! Takie okazje nie zdarzają się co dzień. 

Mr. Crafford ocierał właśnie usta serwetką, gdy nagle z przyległego salonu dobiegł ich 

uszu cichy syk, przypominający prychnięcie rozdrażnionego kota. 

— Skąd tu wzięło się jakieś obrzydłe kocisko? — zawołała mrs. Crafford wybiegając z 

pokoju. 

—  Co  tam,  Kate?  —  zapytał  kupiec  tłumiąc  śmiech,  wiedział  bowiem,  że  małżonka 

czuje nieuzasadnione uprzedzenie do kotów, którego on wcale nie podzielał. Przeciwnie, lubił 
te puszyste, przyjemnie mruczące stworzenia, choć zresztą nigdy nie próbował nakłonić żony, 
aby zgodziła się przyjąć do domu jedno z nich. 

— Chodź, zobacz sam... 
Już od progu spostrzegł, że samotna iglica na obrazie płonie intensywnym szkarłatem. 

Zdawała się żarzyć jak kawał rozpalonego metalu i rozświecać całą powierzchnię malowidła, 
które przybrało rdzawe zabarwienie jak niebo przed gwałtowną burzą gradów 

—  To  jakaś  chemiczna  sztuczka...  —  rzekła  z  przekonaniem  mrs.  Crafford.  —  Nic 

innego. 

— Chyba nie spotka nas nieszczęście, Kate? — zażartował mąż odpinając nieznacznie 

ostatni guzik kamizelki, uciskającej go dotkliwie. 

—  Ach,  nie  myślę  nawet  o  tym!  Ciekawi  mnie  jednak,  na  czym  naprawdę  polega  ta 

nagła zmiana zabarwienia i to dziwaczne syczenie. Bo że to tylko sztuczka, nie mam żadnych 
wątpliwości. 

Iglica tymczasem przygasała i po chwili przybrała zwykły kolor. Małżonkowie powró-

cili  do  swych  codziennych  zajęć  i  zapomnieli  o  obrazie,  ruch  bowiem  w  sklepie  bardziej 
jeszcze wzrósł po przerwie południowej. 

Wieczorem w domu kupca zapanowała żałoba: nadeszła depesza z kancelarii pułkowej, 

że  jedyny  ich  syn,  ukochany  Jack,  przypadkowo  zginął  na  manewrach  wskutek  przedwcze-
snego wybuchu granatu zaczepnego. 

— Starzec mówił prawdę... — szlochał złamany cierpieniem ojciec. — A tak beztrosko 

żartowaliśmy z jego słów... 

— Obraz?... Och, nie, nie, Oliverze! Nie mów tak. Nam, chrześcijanom, nie wolno wie-

rzyć  w  takie  rzeczy.  Przypomnij  sobie  nauki  wielebnego  Thetwaya.  Cóż  obraz?  To  tylko 
zbieg  okoliczności,  nic  więcej.  Kochany,  najdroższy  Jacku,  dlaczego  odszedłeś  od  swoich 
starych rodziców? Czyż nie lepiej byłoby, aby raczej twoja biedna matka, nikomu niepotrze-
bna... 

Reszta słów mrs. Crafford utonęła w rozpaczliwym łkaniu. 

 

* * * 

 
Mijały dnie, tygodnie, miesiące. Życie w starej kamieniczce na Chelsea znowu płynęło 

zwykłym, utartym torem. Mr. Crafford przesiadywał w sklepie, jego żona częściej krzątała się 
po domu, w handlu bowiem panował zastój. 

Późną  wietrzną  i  dżdżystą  jesienią  przebudził  małżonków  wśród  nocy  ten  sam  cichy 

syk, który usłyszeli niegdyś w czasie lunchu. Mrs. Crafford spostrzegła z zaniepokojeniem, że 
iglica  wyobrażona  na  starym  malowidle  plonie  w  ciemności  pokoju  jak  szkarłatny  neon, 
rzucając złowróżbne refleksy na meble i tapety. 

Małżonkowie bezsennie oczekiwali świtu, wzajemnie kryjąc przed sobą trwogę, która w 

background image

nich  nurtowała.  Mimo  woli  przypominali  sobie  tragiczną  wieść  otrzymaną  po  pierwszym 
rozbłyśnięciu iglicy. 

I  oto  o  szarym,  zamglonym  brzasku  posłaniec  doręczył  im  depeszę,  zawiadamiającą  o 

zgonie  matki  Mr.  Crafforda,  którą  oboje  niezmiernie  kochali  za  jej  niezmąconą  pogodę  i 
dobroć. Staruszka odwzajemniała ich uczucia, nie robiąc żadnej różnicy między swym synem 
a jego żoną, jak to często się zdarza innym matkom. Mieszkała w maleńkiej farmie w jednej z 
podlondyńskich wsi, nie chcąc opuszczać domu, w którym długie lata szczęśliwie spędziła z 
mężem i w którym wychowała swoich dwu synów. Wraz starą  Brygidą, która wypiastowała 
obu jej chłopców, hodowały rasowy drób i uprawiały niewielki warzywnik. I oto odeszła. 

Od  tego  czasu  małżonkowie  z  trwogą  spoglądali  na  złowróżbny  obraz.  Mrs.  Crafford, 

której  wrażliwe  sumienie  —  pod  wpływem  krasomówczych  kazań  pastora,  mr.  Thetwaya 
wyrzucało  poddawanie  się  przesądom,  codziennie  przy  sprzątaniu  skrupulatnie  oglądała  ze 
wszystkich stron malowidło, daremnie usiłując poznać jego tajemnicę. 
 

* * * 

 

Któregoś  wieczora  rozległ  się  dzwonek  u  drzwi  wejściowych.  Pora  była  już  późna, 

małżonkowie więc, zamierzający właśnie udać się na spoczynek, spojrzeli na siebie ze zdzi-
wieniem.  Któż  by  to  mógł  być?  Może  posłaniec  z  depeszą...  Czyż  znowu  jakaś  tragiczna 
wiadomość? Ale chyba nie, bo skalna iglica... 

Mr.  Crafford  zajrzał  z  pewnym  wahaniem  do  salonu,  a  upewniwszy  się  z  niezmierną 

ulgą, że obraz nie zmienił barwy, pospieszył, aby otworzyć spóźnionemu gościowi.  

Na korytarzu stał jakiś mężczyzna w szarym prochowcu. Twarz jego wydała się kupco-

wi  dziwnie  znajoma,  nie  mógł  sobie  jednak  przypomnieć,  gdzie  i  kiedy  ją  widział.  Otwierał 
już usta, aby rzucić pytanie: Czym mogę panu służyć, mister?” gdy smutny uśmiech, wypły-
wający na zwiędłe wargi przybysza, uświadomił mu, kim jest nieznajomy. 

—  Jimmy,  to  ty?!  —  wykrzyknął.  —  Och,  Boże,  jak  bardzo  się  zmieniłeś!  Chodźże, 

chodźże. Ty chyba musisz być poważnie chory... 

Jim Crafford, jedyny brat kupca, rzeczywiście był chory. Ucałował drżące ręce bratowej 

i z głębokim smutkiem spojrzawszy w jej pociemniałe oczy dowlókł się do fotela i bezsilnie 
opadł na siedzenie. 

—  Przyjechałem  pożegnać  się  z  wami,  kochani...—  rzekł  z  wysiłkiem.  Głos  jego, 

dawniej dźwięczny i zdradzający niewyczerpane siły życiowe, był cichy i bezbarwny. — Już 
nigdy więcej nie zobaczymy się... 

— Nie mów tak, Jimmy, na Boga! — zawołała mrs. Crafford. — Nie wolno ci tak mó-

wić, słyszysz? — W głosie jej dźwięczała taka rozpacz, że mąż spojrzał na nią zaskoczony. 

„Więc jednak kocha go nadal” — pomyślał. — „Kochała go zawsze, cały czas, pozosta-

ła wierna swojej miłości przez tyle długich lat...” Serce ścisnęło mu się z żalu, że to nie on, 
Oliver, posiada jej uczucia, że nie posiadał ich właściwie nigdy... 

Wiedział,  że  jego  żona  jako  młoda  dziewczyna  gorąco  kochała  Jima.  Nigdy  się  z  tym 

nie  kryła.  On  jednak  zawsze  był  wobec  niej  uprzejmy,  obojętny:  kobiety  nie  odgrywały 
żadnej roli w jego życiu, które bez reszty poświęcił nauce. Jima pasjonowała jedynie fizyka, a 
szczególnie najmłodsza jej i najbardziej obiecująca latorośl — atomistyka. Po ukończeniu stu-
diów,  które  pochłonęły  całą  część  jego  schedy  po  ojcu,  Jim  wyjechał  do  jakiejś  małej  miej-
scowości w pobliżu Birmingham, gdzie otrzymał korzystną posadę przy budowie cyklotronu i 
tam już pozostał, niestrudzenie pogłębiając dalej swoją wiedzę. Do Londynu nie przyjeżdżał 
nigdy; nie był nawet na pogrzebie matki, choć kochał ją bardzo. Listy od niego przychodziły 
niezmiernie rzadko i odznaczały się niezmienną lakonicznością. I teraz zjawił się niespodzia-
nie — szary, wychudły, wyniszczony i niewątpliwie poważnie chory... 

— Co ci właściwie jest, Jimmy? — zapytał kładąc rękę na ramieniu brata. 

background image

—  Tak  zwana  choroba  popromieniowa  —  odrzekł  bezdźwięcznie  fizyk.  —  To  skutki 

działania  promieni  gamma.  Zbyt  wielką  ilość  rentgenów  wchłonęło  moje  ciało,  abym  mógł 
dłużej  pożyć  niż  kilka  miesięcy.  Wypadły  mi  już  niemal  wszystkie  zęby  —  otwarł  usta 
demonstrując  bezzębne,  sinawe  szczęki.  —  Poza  tym  —  złośliwa  anemia.  Pakują  we  mnie 
olbrzymie  dawki  witamin  i  antybiotyków,  przetaczają  krew,  ale  doskonale  zdaję  sobie  spra-
wę, że wszystko to na nic. 

Mrs.  Crafford  przypadła  z  jękiem  do  jego  stóp.  Już  nie  dbała  o  utrzymanie  pozorów, 

było  jej  wszystko  jedno,  co  pomyśli  o  tym  mąż.  Nie  jest  zresztą  chyba  tak  ograniczonym 
głupcem,  aby  nie  domyślał  się,  że  tylko  dla  jego  łudzącego  podobieństwa  do  brata  zgodziła 
się wyjść za niego za mąż. 

— Ty nie umrzesz, Jimmy! — Będziesz żył! Musisz żyć! 
Fizyk potrząsnął głową i położył wychudłą dłoń na puszystych włosach bratowej, które 

nic jeszcze nie straciły ze swego dawnego uroku. 

—  Przebacz.  Kate,  i  ty,  Oliverze...  Przebaczcie  oboje,  że  w  tak  egoistyczny  sposób 

zakłócam  wasze  spokojne  i  zrównoważone  życie,  ale  to  pierwszy  i  ostatni  raz.  Musiałem 
pożegnać się z wami przed wyruszeniem w drogę, z której już nie ma powrotu, której kresem 
jest  tylko  nicość  i  mrok.  Raz  jeszcze  proszę  cię  o  przebaczenie,  mój  bracie,  ale  muszę  to 
wypowiedzieć. Widzisz, ja wiedziałem, że Kate mnie kocha i wiem, że miłość jej do mnie nie 
wygasła i dziś. Gdy zrozumiałem, że nie ma już dla mnie ratunku, poczułem głęboki żal, że to 
nie ja jestem mężem Kate, że może moje życie byłoby pełniejsze, gdyby... Cóż, każdy czło-
wiek  wybiera  sobie  swój  los,  ale  jakikolwiek  nie  wybrałby  —  zawsze  u  kresu  życia  będzie 
miał wątpliwości, czy wybrał trafnie... 

Urwał dla zaczerpnięcia głębszego haustu powietrza. 
Mrs.  Crafford  klęczała  nieruchomo  u  jego  nóg  tuląc  w  dłoniach  zapłakaną  twarz.  Jej 

mąż chodził po pokoju tam i z powrotem, z boleśnie ściągniętymi brwiami. Doznawał bardzo 
skomplikowanych uczuć, w których nie umiał się zorientować.  

— Nie, Jimmy, nie mam żalu do ciebie ani do Kate — rzekł wreszcie przystając przed 

bratem. — Jestem tylko zwykłym kupcem o niewielkim wykształceniu, ale wiem przecież, że 
są uczucia silniejsze od człowieka, uczucia, które mogą przesłonić cały świat. Pozostaje tylko 
kwestią, czy takie uczucia czynią człowieka szczęśliwym,  czy też napełniają  go  goryczą, bo 
przecież wszystko co ludzkie zawsze jest niedoskonałe i niepełne. Zawsze! 

Mrs.  Crafford  opuściła  ręce  i  spojrzała  w  twarz  męża  wyrażającą  głęboką  rozterkę. 

Takiego Olivera dotychczas nie znała. Czy to ten sam jej małżonek, dla którego zdawało się 
nic  nie  istnieć  poza  handlem  i  wygodami  domowego  ogniska?  Więc  i  on  myślał,  może  nie 
tymi kategoriami co Jimmy, ale jednak myślał...  

A  fizyk  powstał  nagle  z  fotela  i  wymijając  wciąż  jeszcze  klęczącą  bratową  wszedł  do 

salonu.  Przez  otwarte  drzwi  pokoju,  w  którym  mr.  Crafford  zapomniał  zgasić  światło,  do-
strzegł obraz i teraz stał przed nim głęboko zadumany. 

— Szczególne malowidło — rzekł wreszcie. — Cóż za napięcie grozy! Ten malarz był 

geniuszem... 

Usłyszawszy o osobliwej własności starego płótna, potrząsnął głową. 
— Nie sądzę, ażeby miało to coś wspólnego z chemią, Kate. Raczej z fizyką, z elektro-

encefalografią.  Istnieją  wprawdzie substancje chemiczne zmieniające swoje zabarwienie pod 
wpływem zmian w nasileniu światła, ciepła czy stopnia wilgotności powietrza, ale tu przecież 
czynniki te nie wchodzą w rachubę. Nie, przypuszczam, że chodzi tu o coś nierównie bardziej 
interesującego — o siłę myśli ludzkiej, szczególnie intensywnej w chwili konania, chociażby 
nawet  człowiek  umierał  bez  przytomności.  Gdzież  kierują  się  ostatnie  myśli  konającego? 
Myślę, że do ludzi najbardziej kochanych, których nie zobaczy się już nigdy więcej... 

— Ale cóż, na litość Boga, ma z tym wspólnego iglica? 
— Może jest odbiornikiem fał myślowych? Kto to wie... W elektroencefalografii zaczy-

background image

namy dopiero raczkować. 
 

* * * 

 
I raz jeszcze w domu państwa Crafford rozbłysła upiorna iglica. .Stało się to w kilkana-

ście  miesięcy  po  śmierci  matki  mr.  Crafford,  tuż  przed  powrotem  małżonków  z  wizyty  u 
sąsiadów, wesołych i gościnnych państwa Thomasów. 

Na  widok  przygasającego  już  szkarłatnego  blasku,  mrs.  Crafford  krzyknęła  rozpaczli-

wie: 

— Jimmy nie żyje! 
Wieczorem wiedzieli już na pewno, że  fizyk umarł. Depesza dyrekcji cyklotronu spod 

Birmingham nie pozostawiała żadnych wątpliwości. 
 

* * * 

 
—  A  więc  jesteśmy  już  sami,  zupełnie  sami,  Oliverze...  —  szepnęła  żałośnie  mrs. 

Crafford,  stając  w  drzwiach  salonu.  Postarzała  jej  twarz  mogła  budzić  najgłębsze  współczu-
cie.  —  Straciliśmy  wszystkich,  których  kochaliśmy  i  obraz  nie  przepowie  już  nam  żadnego 
nieszczęścia...  Powiedz  mi,  dlaczego  mr.  Thetway  zaprzecza  tak  oczywistym  faktom?  Tak 
bardzo, tak głęboko zawsze wierzyłam w nieomylną prawdę jego nauk i oto teraz... 

— Nie wiem, Kate, dlaczego pastor jest niepoprawnym ignorantem, to wszakże wiem, 

że nie ścierpię tego obrazu w naszym domu ani dnia dłużej — rzekł stanowczo kupiec. 

— Ależ dlaczego, Oliverze? — zdumiała się kobieta. — Przecież... 
— Pomyśl, że jest nas jeszcze dwoje. Czy chciałabyś, aby pewnego dnia znowu zapło-

nęła  ta  straszliwa  iglica  zwiastując  ci  moją  śmierć?  Czyż  nie  oczekiwałabyś  z  niepokojem 
tego momentu? Przecież już tylko ja ci pozostałem, Kate — podkreślił z pewną  goryczą. — 
Nie  potrafiłbym  znieść  myśli,  że  w  każdej  chwili  to  upiorne  malowidło  może  rozbłysnąć 
szkarłatem i... Nie, nie! Po stokroć wolę nic nie wiedzieć! Nie mógłbym spać spokojnie, nie 
mógłbym przełknąć łyżki strawy, lękałbym się zajrzeć do salonu, gdy powracam wieczorem 
ze sklepu. Nie chcę dłużej widzieć tego obrazu! 

— Masz słuszność, Oliverze... Co z nim zrobimy? 
— Sprzedam obraz mr. Smithowi, dam mu go darmo wreszcie, jeżeli nie zechce kupić. 
— Sprzedaj... Może tak będzie lepiej. 
Spojrzała na męża i w sercu jej obudziło się jakieś cieplejsze uczucie dla tego dobrego i 

— mimo wszystko — kochającego ją człowieka. 
 

* * * 

 
Nazajutrz  obraz  zawisł  wśród  innych  malowideł  w  mrocznej  antykwami  mr.  Smitha. 

Niedługo  czekał  na  nabywcę:  w  kilka  dni  później  kupił  go  za  wysoką  kwotę  jakiś  nieznany 
antykwariuszowi cudzoziemiec, wyglądający na zeuropeizowanego Hindusa. 

— Choć może był to Indonezyjczyk albo Burmańczyk? Kto by tam rozpoznał tych bru-

natnych diabłów! — mówił wzruszając chudymi ramionami mr. Smith. — Jedno mnie tylko 
trochę  zastanowiło.  Ten  brunatniak  stał  przed  obrazem  i  wpatrywał  się  w  niego  jak  sroka  w 
kość, coś tam mrucząc po ichniemu. Co otwarł oczy — skała na obrazie zaczynała czerwono 
świecić,  co  przymknął  powieki  —  skała  gasła.  Jakiś  magik,  fakir  czy  co?  Oni  takie  rzeczy 
podobno potrafią. Nic mnie to zresztą nie obchodzi, ale warto było popatrzeć. 

I z błogim uśmiechom zadowolenia wciągnął w olbrzymi nos porcję tabaki.  

 
 

background image

 

KONRAD DOBERSCHUTZ 

 

ESPERANTA 

NOWELA FANTASTYCZNA 

 

PRZEWODY krzyżowały się w różnych kierunkach, tworząc nad białą plamą łoża mi-

sterną sieć. Rozwarta paszcza reaktora rzucała ultrafioletowe światło na nagą postać. Olbrzy-
mie  kondensatory,  stojące  w  rogu  sali,  pracowały  bez  przerwy  sygnalizując  wzrost  energii. 
Doktor Rosario spojrzał powtórnie na skalę. Za przejrzystą cykloidową ścianą komory stała w 
bezruchu grupa lekarzy. Strzałka sygnalizatora drgała bez przerwy, nie przekraczając jednak 
jałowego  pola  „0”.  Wzrok  lekarza  ześliznął  się  powoli  po  żółtym  przewodzie,  aż  wstrzymał 
się  na  piersi  leżącego  mężczyzny.  Między  drugim  a  trzecim żebrem,  gdzieś  w  okolicy  serca 
przewód się kończył. Różowe pasma leukoplastru zalepiały szczelnie otwór, przez który prze-
pływały nieustannie strumienie energii. 

Impulsator krwi nie pracował już, czerwony wskaźnik stał nieruchomo na linii „4,2” nie 

przepuszczając więcej życiodajnego płynu. 

Już  od  kilku  godzin  skóra  leżącego  zaczęła  lekko  różowieć.  Wolno,  bardzo  wolno 

znikały szare plamy na udach i piersi. Równocześnie na prawej łydce i wzdłuż szyi wystąpiły 
obrzmienia.  Doktor  Rosario  włączył  eliminator  natężenia,  ściągając  przy  tym  z  czoła  mega-
ton. Przesuwając ręką wzdłuż obrzmienia łydki mówił coś powoli i dobitnie. Mała, czarna 

Tarcza magnetonu wchłaniała najdrobniejszy dźwięk.  

 

* * * 

 
Sala  telewizyjna  na  dwudziestym  trzecim  piętrze  Akademii  Zdrowia  zapełniona  była 

tego  dnia  do  ostatniego  miejsca.  Pierwsze  rzędy  zajęli  najwybitniejsi  chirurdzy  Esperanty, 
wśród  których  odznaczał  się  długą  zwichrzoną  brodą  doktor  Ontario.  Wszyscy  w  napięciu 
patrzyli w płótno telewizora. Ręka Rosario wskazywał właśnie obrzmienie łydki. Eliminator 
pracował. Powoli obrzmienie ustępowało. Z ekranu płynął spokojny, opanowany głos lekarza. 
Teraz  należało  włączyć  neur-atom,  czyli  atomowy  kondensator  wstrząsów  —  i  długoletnie 
badania Akademii wokół teorii Rosario będą sprawdzone w praktyce. 

Chirurg sprawdził jeszcze raz działanie neur-atomu. W cykloidowym cylindrze przebie-

gły  wzdłuż  błękitne  iskry.  Tak,  teraz  można.  Czuł,  że  to,  co  teraz  zapowie  przez  megaton, 
może  go  pogrążyć  w  rozpaczy.  Siły  nagle  zaczęły  go  opuszczać.  Tyle  lat  obrony  własnej 
teorii i naraz, kiedy jest  o krok od ujawnienia tajemnicy śmierci, kiedy  wystarczy tylko wy-
ciągnąć rękę — znużenie przytłacza go i ciąży u nóg i rąk. 

Wszystko to trwa sekundę. Czarny hebel opada. Iskry krzyżują się nad leżącym ciałem, 

które jednak pozostaje nieruchome. Jeszcze raz do góry — i nagle w dół. Zdaje się, że w tym 
ruchu lekarz zamknął całą nadzieję. Czy Ontario go zrozumie? 

Nagle  ciało  drgnęło.  Pod  zaróżowionym  naskórkiem  zaczyna  pulsować  krew.  Znowu 

hebel do góry i raptem w dół. Syk iskier, trzask rozładowanej elektryczności i naraz... tak, tak, 
to nie złudzenie. Pierś leżącego niedostrzegalnie unosi się i opada... 

Iskry nikną. Lekarz przypada do nagiej piersi. W stetoskopie odzywa się teraz dalekie, 

lecz regularne bicie serca. 
 

* * * 

 
W monotonny szmer deszczu wdziera się głucho dudnienie. Jaskrawe błyski rozdzierają 

co  chwilę  ciemną  jak  atrament  noc.  Dudnienie  na  moment  niknie  i  równocześnie  wysoki 

background image

metaliczny  dźwięk  rozsadza  ciemności.  Wreszcie  wszystko  cichnie.  Pozostaje  tylko  szmer 
spływającego  po  ścianie  deszczu.  Ale  i  ten  rozpływa  się  powoli  w  lepkiej  przestrzeni. 
Ciemność  ustępuje  szarym  plamom,  które  wirują  z  zawrotny  szybkością.  Plamy  nabierają 
kolorów.  Od  ciemnego  fioletu  poprzez  niebieskie,  zielone,  pomarańczowe.  Krążą  już  z 
mniejszą szybkością, aż raptem giną w powietrzu. Znowu ten plusk deszczu, a równocześnie 
ucisk w okolicy serca. Ciężkie powieki otwierają się wolno. 

Człowiek  unosi  głowę.  Plusk  dochodzi  gdzieś z  tyłu.  Głowa  obraca  się  wolno,  ciężka, 

senna, lecz w tej chwili wzrok dostrzega białe postacie. Lekarze stoją nieruchomo jak rzeźbio-
ne figury. Człowiek siada na łóżku, rozgląda się zdziwiony po otaczających go twarzach jak 
obudzony z głębokiego snu. Co tak szumi w głowie? Czemu oni tak badawczo patrzą? 

Jeden z lekarzy, ten z rozwichrzoną brodą, podchodzi do niego. Co to wszystko ma zna-

czyć i gdzie on się w ogóle znajduje? Czyżby wypadek? Jakim językiem mówi do niego ten 
dziwny człowiek... Ni to hiszpański, ni to... zaraz, zaraz, przecież to Esperanto, tak, tak, ale co 
to wszystko ma znaczyć? Ach, jaki straszny ból. Lekarz pochyla się nad nim. Wargi mu drżą. 

— Witaj nam obywatelu z tamtego wieku.  
— Z tamtego wieku? Z tamtego wieku? — Człowiek stara się zebrać myśli. Co za okro-

pny  ból  w  czaszce.  Ręka  opada.  Dziwna  ręka.  Niby  jego,  a  nie  jego.  Jakby  zamiast  ramion 
wkręconą  miał  protezę.  Co  znaczą  te  nacięcia  na  przegubach?  Jeszcze  raz  wzrok  zatacza 
półkole.  Dziwny  pokój.  Cały  ze  szkła.  Dziwne  obrazy.  Dziwni  ci  ludzie.  Czemu  stoją  tak 
nieruchomo?  Zaraz,  zaraz,  gdzie  już  tak  na  niego  patrzono?  Aha,  wtedy  też  leżał...  Tak, 
właśnie w tej pozycji... Ale co to wtedy było... 

Nagle człowiek zrywa się jak oszalały, aż ból pęcznieje w czaszce.  
— Ja umarłem! — krzyczy — ja umar... 
Krzyk  zamiera.  Człowiek  opada  bezsilnie.  Lekarze  pochylają  się  nad  nim.  Doktor 

Rosario przykłada ucho do piersi. 
 

* * * 

 
Tański  czekał  zniecierpliwiony.  Ontario  już  od  godziny  powinien  znajdować  się  u 

niego. Czyżby go znowu zatrzymali w Akademii? Podszedł do telemagnetonu, nastawił tarczę 
na falę 248,3. Na płótnie ukazała się twarz lekarza. Z mikrogłośnika popłynął śpiewny akcent 
Esperanty. 

— Przepraszam, Richard, ale jestem jeszcze zajęty.  Za  godzinę będę  wolny. Chciałem 

właśnie dać ci znać, żebyś czekał na mnie. 

— Wiesz, lepiej spotkamy się nad Urwistą. 
— Dobrze, niech będzie nad Urwistą, za godzinę. Zwiedzimy Słoneczną Stację... 
Płótno zgasło. Tański zapalił papierosa. Poprzez szerokie balkonowe drzwi wyszedł na 

zalany słońcem taras. Nisko, u podnóża tej góry-willi huczało morze. Skłębione bałwany biły 
wściekle  o  skały.  Gdzieś  już  widział  podobny  obraz.  Aha,  to  było  na  Rozewiu,  jeszcze 
wówczas, kiedy żył tym „pierwszym życiem” na Wielkim Lądzie. 

Skrzywił się. Teraz żyje po raz drugi. Wówczas  umarł. Kiedy to było? Przeszło 60 lat 

temu... To był 1956 rok. 

Pamięta pochylone głowy kolegów-marynarzy, chyboczącą się kajutę. Płynęli wówczas 

wokół Afryki. A potem to już zwykła ceremonia. Owinięto go z pewnością w żaglowe płótno 
i z życia jego pozostała tylko zwięzła notatka pierwszego oficera, że na którymś tam stopniu 
szerokości  geograficznej  pożegnano  na  zawsze  bosmana  Ryszarda  Tańskiego.  Tak  zwykle 
było. 

Wyrzucono  go  prawdopodobnie  gdzieś  między  40  a  50  stopniem  szerokości,  a  więc 

wyspa ta musi się znajdować gdzieś na tej wysokości. Rosario mówił, że fale wyrzuciły go na 
brzeg  Esperanty.  Od  tego  czasu  przeszedł  w  „ręce”  lekarza.  Przez  60  lat  wstrzykiwano  mu 

background image

nitrocurol,  cudowny  środek  doktora  Ontario.  Dzięki  niemu,  choć  martwy,  zachował  niezni-
szczony organizm. A potem to już tylko te pochylone postacie lekarzy. Dziwne — tutaj czas 
jakby  zatrzymał  się  w  miejscu.  Jest  tu  dopiero  pół  roku,  to  znaczy  żyje  dopiero  od  sześciu 
miesięcy, a wydaje się, jakby cały wiek tutaj przeżył. Czyż znowu ciągnąć go będą na konsul-
tacje? Jest jeszcze ciągle osłabiony. 

Dziwne,  że  ukrywają  przed  nim,  gdzie  się  znajduje.  Czy  mają  kontakty  z  Wielkim 

Lądem? Ze słów Picario wynikało, że nie. Ontario zwierzył mu się nawet wczoraj: „zapomnij 
o Wielkim Lądzie. Stąd jeszcze nikomu nie udało się wydostać. Zresztą nikt tego jeszcze nie 
próbował”. 

Tański poddał twarz działaniu słońca. Czy oni znowu wywołają deszcz? Przydałby się. 

Właściwie  jest  tu  całkiem  przyjemnie.  I  jaki  wzorowy  porządek.  Żeby  nie  tęsknota  za 
Rozewiem, za bielejącymi w słońcu wydmami, wśród których spędził dzieciństwo... Ciekawe, 
czy stoi jeszcze chata Franka Kubały. Sześćdziesiąt lat. Ileż tam musiało zajść zmian? Może 
Rozewie  jest  dziś  wielkim  miastem?  Ciężko  było  się  przyznać,  ale  tęsknota  za  Wielkim 
Lądem była tak silna od pierwszych chwil jego „drugiego życia”, że odtąd żył tylko nadzieją 
powrotu. Ani Ontario, ani Rosario nie potrafili wyzwolić go z tej nostalgii. 

Ciekawe, czy tamci z Wielkiego Lądu wiedzą o wyspie. O ich dziwnych mieszkańcach, 

których każde imię kończy się melodyjnym: „rio”. 

I znowu jak w ciągu tych sześciu miesięcy spojrzały na niego oczy, w których przeglą-

dać się zdawał szmaragd Bałtyku spod Rozewia. Annario. Czuł przyspieszone bicie serca. Co 
Rosario myślał, przedstawiając go córce? Przedstawił go: oto „człowiek wyrwany śmierci”. 

„Człowiek wyrwany śmierci” czyż nie trafniej by było: „człowiek przywrócony życiu”? 

Znowu te oczy oszałamiające, śpiewny akcent, który tak głęboko zapadł mu w serce. Czy to 
wszystko ma sens? 

Rosario był zdolnym lekarzem, ale kiepskim psychologiem — i nie wiedział, że oboje 

polubili się, kiedy jeszcze leżał w szpitalu Cichej Przystani. Annario — imię za którym kryło 
się  tyle  przyjacielskiego  uczucia  i  serdeczności.  To  właśnie  ona  podsycała  w  nim  nadzieję 
powrotu.  Bał  się  o  tym  powiedzieć  Rosario.  Lekarz  tyle  serca  mu  okazał,  że  byłoby 
niewdzięcznością  wspomnieć  o  opuszczeniu  wyspy.  Wielka  Rada  nie  zgodziłaby  się  na  to. 
Zresztą jego życie nie należało właściwie do niego, lecz do Rosario, do Wielkiej Rady... 

Spojrzał na zegarek. Już czas pojechać nad Urwistą. 

 

* * * 

 

Nad Urwistą czekał już z niecierpliwością Ontario. 
— Dzisiaj zwiedzimy Słoneczną Stację, powiedział. — Zobaczysz sztuczne słońce. Już 

wiesz, że nie jesteśmy zdani na kaprysy pogody. Sami ją regulujemy. 

Szli w górę szeroką szosą, wzdłuż której przemykały bezszelestnie dziwaczne pojazdy, 

podobne  do  .samochodów  z  Wielkiego  Lądu.  Jakaś  grupa  młodych  Esperian  przejechała, 
śpiewając wesołą piosenkę. Ontario wziął go pod rękę.  

— To już nowe pokolenie — wyjaśnił, wskazując przejeżdżających. 
Tański czas jakiś milczał, lecz wreszcie ciekawość zwyciężyła. 
— Słuchaj, Ontario — przystanął — jestem już tutaj pół roku, i jeszcze wciąż nic o was 

nie  wiem.  Skąd  wzięliście  się  na  tej  dziwacznej  wyspie?  Czy  rzeczywiście  nikt  z  was  nie 
myśli o jej opuszczeniu? 

Lekarz uśmiechnął się zagadkowo, Tański ciągnął dalej. Ruszyli właśnie pod górę. 
— Czy przedstawiłeś moją prośbę Wielkiej Radzie? A może chcecie mnie tu więzić do 

końca życia? 

W  połowie  drogi  między  Bramą  Starego  Świata  a  Przedsionkiem  Meduzy  skręcili  w 

prawo i już pięli się wygodnymi, acz stromymi stopniami. Wreszcie występ skalny skończył 

background image

się  i  przed  Tańskim  wyrosła  nagle  potężna  stożkowata  baszta,  na  której  szerokim  szczycie 
zawisło, jak potworny dysk — olbrzymie lśniące koło. U podnóża stała  grupa wartowników 
uzbrojonych w broń podobną do rewolwerów o długiej lufie. 

Widząc Ontario pozdrowili go. 
Lekarz oparł rękę na ramieniu Tańskiego. 
— Richard, musisz zapomnieć o powrocie na Wielki Ląd. Wielka Rada nie zgadza się. 

Widzisz, o nas nikt nie wie na Wielkim Lądzie. Nawet nie wiedzą o istnieniu naszej wyspy. 
My tu żyjemy sami dla siebie, spokojni, z dala od waszego świata. Skądżeśmy się wzięli? 

—  Jesteśmy  produktem  uczonych  —  zaśmiał  się.  —  Tak,  kilkadziesiąt  lat  temu  trzy 

potężne  mocarstwa  Wielkiego  Lądu  wypędziły  ze  swych  granic  kilku  uczonych  fizyków  i 
chemików.  Naukowcy,  w  tajemnicy  przed  rządami  swych  państw,  pracowali  wspólnie  nad 
wykorzystaniem energii jądrowej dla celów wojennych. Wykrycie spisku wywołało na całym 
Wielkim  Lądzie niebywałą sensację i oburzenie. Mocarstwa przepędziły  naukowców, którzy 
po  długiej  tułaczce  odkryli  tę  oto  wyspę  i  nazwali  ją  Esperanta.  Ostatni  uczony  Belario 
(prawdziwych  nazwisk  niestety  nie  dowiedzieliśmy  się)  umarł  trzy  lata  temu.  Ale  dzieła  ich 
przetrwały.  To  oni  stworzyli  nam  Słoneczną  Stację,  Stację  Fal  Radioaktywnych,  to  oni  dali 
początek takim sławom jak: Rosario, Picario, Suenario... 

— Kiedy uczeni tu przybyli, wyspa podobno liczyła 800 tubylców, ludzi spokojnych, o 

śpiewnym akcencie. Obecnie Esperanta liczy sześć tysięcy mieszkańców. Tubylcy rządzą się 
sami,  zostawiliśmy  im  całkowitą  swobodę.  Całą  politykę  my  prowadzimy.  Oni  pracują  na 
roli, zajmują się rzemiosłem, uczą się, łowią ryby w obrębie czterech kilometrów od lądu — a 
my  dbamy  o  resztę,  by  kultura  Wielkiego  Lądu  nie  zniszczyła  naszej  kultury  i  nie  zamąciła 
spokoju Esperanty. To jest nasz testament. 

Tański uśmiechnął się pobłażliwie. 
—  Słuchaj,  ale  to  są  mrzonki,  żebyście  mogli  przetrwać  nie  zauważeni.  Przecież  ktoś 

wreszcie natrafi na was, jeśli w ogóle nie wiedzą już o waszym istnieniu. Sam twierdziłeś, że 
wyspa ma ponad 10 tysięcy kilometrów kwadratowych. Wreszcie jakiś statek odkryje ją. 

—  Nie,  nie  odkryją  nas,  a  jeśli  odkryją,  tym  gorzej  dla  nich.  Widzisz,  słusznie  powie-

działoś, że nic o nas nie wiesz. Jeszcze nie znasz całego misternego mechanizmu tej wyspy. 
Kiedy odbędziesz kwarantannę... 

— Jak długo? — przerwał Tański. 
— Cztery lata. Po czterech latach będziesz wiedział znacznie więcej. Kto  wie, czy  nie 

zasiądziesz sam w Wielkiej Radzie. 

Stali już dłuższą chwilę na skalnym występie, pod nimi szalało rozhukane morze. 
Ontario wskazał palcem na wysunięty cypel, wijący się półkolisto niby obronne ramię. 
—  Widzisz,  to  jest  Przystań  Śmierci.  Przypatrz  się  dobrze,  a  dojrzysz  kilka  statków, 

stoją nieruchomo przy lewym brzegu. 

Tański zauważył je już w drodze na Słoneczną Przystań. 
—  Ten  pierwszy,  z  tamtej  strony,  to  Szwed.  Zawitał  do  nas  rok  temu  —  zaśmiał  się 

gorzko — przyholowaliśmy go do Przystani Śmierci. Tamte dwa... 

— A załoga? — przerwał Tański. 
Ontario wzruszył ramionami.  
— Cóż, załoga już nie żyła. Przez statek przeszła śmierć. Od tego dnia nikt z Esperian 

nie był jeszcze na nim. 

— Toście ich po prostu zlikwidowali! 
—  Sami  się  zlikwidowali.  Widzisz,  wyspa  nasza  otoczona  jest  niewidzialnym  polem 

radioaktywnym, szerokości pół kilometra i nikt nie może żywy przedostać się do nas ani też 
stąd  wydostać  na  zewnątrz.  U  podnóża  Wysokiej  Skały  mieści  się  Stacja  Fal  Radioakty-
wnych. 

—  No  dobrze,  ale  pole  to  może  się  przecież  przesunąć  na  skutek  działań  atmosfery-

background image

cznych? 

—  Otóż  to.  Pole  utrzymuje  w  miejscu  nasze  sztuczne  słońce.  A  my  sami  regulujemy 

także pogodę. Chodź, zobaczysz... 

Zbliżyli się do stóp szerokiej baszty. Stała tu grupa uzbrojonych wartowników. Wąska 

winda zawiozła ich na sam szczyt stacji. Tu czekał na nich jakiś człowiek. Lekarz zamienił z 
nim kilka słów i za chwilę wpuszczono ich do olbrzymiej sali. Przez jej środek przechodziła 
wąska luneta. Tamten człowiek podszedł do niej, zaczął manipulować i naraz cała sala zaczę-
ła  się  obracać  ruchem  rotacyjnym.  Nad  olbrzymimi  kondensatorami  zapaliły  się  czerwone 
światełka. 

— Widzisz, jeśli nie ma słonecznej pogody — wypożyczamy ją z naszych kondensato-

rów,  w  których  w  ciągu  upałów  magazynujemy  nadmiar  cieplnej  energii.  W  ten  sposób 
regulujemy  pogodę.  Czy  nie  zauważyłeś,  że  u  nas  pogoda  jest  raczej  wyrównana?  Nie  ma 
nadmiernych upałów, ale też przez cały rok nie ma zimy. Pracujemy właśnie nad wyelimino-
waniem  nocy  nad  Esperantą,  ale  to  jeszcze  żmudna  praca.  Widziałeś  nasze  pojazdy?  To  są 
heliosauty,  porusza  je  energia  słoneczna.  Ze  Stacji  Słonecznej  część  energii  przekazujemy 
stacjom przydrożnym, skąd heliosauty pobierają już energię bezpośrednio. Energia tej Stacji 
potrzebna nam jest także dla celów obronnych. W tej soczewce możemy skoncentrować dwa 
miliardy  volt.  Rozumiesz  co  to  znaczy?  Część  tej  energii  pozwala  nam  na  utrzymanie  w 
określonym  miejscu  fal  radioaktywnych,  wytwarzanych  przez  Stację  u  podnóża  Wysokiej 
Skały.  O,  widzisz,  tym  przyrządem  regulujemy  utrzymanie  fal.  Tu,  na  strefometrze  masz 
dokładną wysokość i szerokość pola oraz odległość od brzegu. Wystarczy przesunąć hebel tej 
rączki, a pole zmieni kierunek, ale tylko w obrębie morza, bo ten tu oto przyrząd zabezpiecza 
przed przesunięciem fal na wyspę. 

— Kiedy potrzebny jest deszcz — ciągnął dalej lekarz — potrafimy go wywołać. W tej 

komorze  wytwarza  się  burze  przez  sztuczne  rozładowanie  elektryczności...  Richard,  sądzę, 
żeś się pożegnał z myślą opuszczenia nas, co? 

Tański drgnął. 
— Nic mnie nie ciągnie do Wielkiego Lądu — skłamał szybko. 
—  To  pięknie,  to  pięknie  —  lekarz  poklepał  go  po  plecach.  —  Widzisz,  oni  ciebie 

jeszcze  potrzebują.  Teoria  Rosario  wywołała  zwrotny  punkt  w  dziejach  Esperanty.  Obecnie 
cała  Akademia  pracuje  nad  powszechnym  stosowaniem  regeneracji.  Ty  stałeś  się  jakby  pio-
nierem nowego życia... 

Szli  szeroką  szosą  do  miasta,  mijały  ich  grupy  Esperian.  Wszyscy  mieli  na  sobie 

barwne,  tęczowe  stroje.  Tański  szedł  jak  lunatyk.  Słoneczna  Stacja  obsługiwana  była  przez 
jednego  człowieka.  Tutaj  byłoby  łatwiej  się  dostać  niż  do  Wielkiej  Skały.  Zrodziła  się 
błyskawiczna decyzja: ucieknie. Ucieknie za wszelką cenę. Pomówi z Annario. Ona musi mu 
pomóc. 

Tego wieczora wstąpił do Rosario. Annario powitała go w ogrodzie. Chwila była korzy-

stna. Tański zwyczajem tubylców ujął jej oba ramiona. 

— Annario, muszę z tobą pomówić. 
Dziewczyna zauważyła jego drżenie. 
— Richard, co z tobą... 
Uśmiechnął  się  boleśnie.  Poszli  w  głąb  ogrodu,  gdzie  na  tle  ciemnych,  półkolistych 

krzewów  tryskały  fontanny.  Tański  usiadł.  Annario  przysunęła  się  do  niego  i  łowiła  każde 
słowo. 
 

* * * 

 
Tański  posuwał  się  zboczem.  Księżyc  oświetlał  teraz  wschodnią  stronę  wzgórza.  Nie 

było  obawy,  aby  go  ujrzano.  Liczył,  że  Annario  powinna  za  godzinę  wejść  do  baszty.  Czy 

background image

przepuszczą ją? Od tego zawisło jego życie. 

Na lewo rozciągało się długie ramię Przystani Śmierci, a więc tutaj gdzieś, tak... Tuż u 

brzegu  kołysała  się  smukła  łódź.  Serce  zabiło  przyspieszonym  tętnem.  Czyżby  to  wszystko 
miało się tak szczęśliwie zakończyć? 

Zanurzył wiosła. Gdzieś od strony miasta jakiś tubylec zaśmiał się beztrosko i śpiewnie. 

To  obudziło  w  nim  czujność.  Łódź  bezszelestnie  odbiła  od  brzegu.  A  może  jednak  wrócić? 
Pozostać na Esperancie? Co mu tu brakuje? Annario... 

Na  jej  wspomnienie  ogarnął  go  smutek.  Dzielna,  wspaniała  dziewczyna.  Żeby  tylko 

wpuszczono  ją  do  baszty.  Ale  to  jeszcze  nie  wszystko.  Trzeba  dojść  do  strefometru.  Czy 
dobrze jej wyjaśnił działanie? Co będzie, jeśli się pomyli? 

Wypływał  już  z  zatoki.  Fale  biły  teraz  gwałtowniej;  czarny  półkolisty  masyw  brzegu 

oddalał  się  coraz  bardziej.  Spojrzał  na  zegarek.  Za  dwadzieścia  minut  Annario  wejdzie  do 
baszty.  Zanim  przemierzy  kilkadziesiąt  stopni,  zanim  odwróci  uwagę  kierownika  Stacji  — 
może upłynąć dalsze dziesięć minut, a więc dokładnie za pół godziny powinien znajdować się 
na  linii  fal  radioaktywnych.  Annario  zrobi  wszystko,  by  skierować  fale  na  wschodni  brzeg 
morza... 

To  wszystko  jest  jednak  bezsensowne.  Przed  kim  właściwie  uciekał?  Fale  biją  coraz 

wścieklej.  Łódź  tańczy  po  grzywiastych  łbach,  które  rzucają  nią  jak  piłką.  Ale  marynarskie 
dłonie zaciskają się twardo na wiosłach. 

— A jeśli Annario... Nie — stara się odepchnąć podejrzenie — Annario nie zdradzi... 
Jeszcze  osiem  minut  i  dziewczyna  znajdzie  się  w  baszcie.  A  jeśli  wartownicy  jej  nie 

przepuszczą? Przepuszczą, przepuszczą — uspokaja siebie. 

Jeszcze  sześć  minut,  jeszcze  cztery...  Kiedyż  wreszcie  zrówna  się  z  lewym  zboczem 

wyspy na tej wysokości, gdzie działają fale radioaktywne? 

Jeszcze dwie minuty, jeszcze jedna... 
Już, już, ma teraz Esperantę w całej okazałości przed sobą. Gdzieś tu, w pobliżu czyha 

śmierć. W tej chwili Annario rozmawia ze strażnikami. Strażnik robi zdziwiony wyraz twa-
rzy, mierzy ją znudzonym wzrokiem, po czym kiwa ręką. Annario wchodzi na stopnie. A jeśli 
wyda mu się coś podejrzane? Podejdzie do magnetofonu... 

A więc to wszystko ma trwać dziesięć minut. Ciekawe, czy Annario zapali światło. Nie 

powinna. 

Czemu trwa tak długo! Już, już! Nie, lepiej zaczekać chwilę, a nuż jeszcze się nie udało. 
Z daleka na moment bije silny strumień światła. Tański rzuca się w łodzi jak oszalały. 

Wargi poruszają się bezdźwięcznie. Chwyta wiosła. Żegnaj, Annario. 
 

* * * 

 
Pierwszy  oficer  motoroatomowca  „Lewiatan”  przykłada  ponownie  szkła  do  oczu. 

Rzeczywiście na fali kołysze się wątła łódź. Jakiś człowiek pochyla się do przodu i do tyłu. 

Pierwszy oficer oddaje szkła kapitanowi. 
— Tak jest, panie kapitanie. Zaraz dam rozkaz spuszczenia szalupy. 
Za  chwilę  sześciu  marynarzy  pruje  fale  w  kierunku  samotnego  żeglarza.  Rozbitek  jest 

półprzytomny  i  marynarze  przenoszą  go  do  szalupy.  Nie  upływa  dwadzieścia  minut,  i  na 
okręcie ukazuje się twarz rozbitka. Podtrzymuje go dwóch drągali.  

Z  rozbitka  nie  można  nic  wydobyć.  Ma  gorączkę  i  powtarza  w  kółko  niezrozumiałe 

słowo: Esperanta... Annario... Ontario... Gdynia... 

Kapitan  zorientował  się  —  i  decyduje  w  obcym  języku:  wysadzimy  go  po  drodze  w 

Polsce,  w  Gdyni.  Na  dźwięk  wyrazu  „Polska”  rozbitek  podrywa  się  —  Gdynia...  Rozewie... 
Polska — powtarza. Oficerowie wychodzą wzruszając ramionami.  
 

background image

 
 
 

SPIS TRE

ŚCI 

 
 
 

Tajemnica Bruce-Partington   (Artur Conan Doyle)  

 

 

02 

 

Błękitny ekspres   (Aleksander Olszakowski) 

 

 

 

19 

 

Szkarłatna iglica   (Bogdan Lekszycki) 

 

 

 

 

24 

 

Esperanta   (Konrad Doberschütz)   

 

 

 

 

30