background image

 
 
 
 

TRZY DNI ŚLEDZTWA 

I INNE OPOWIADANIA 

 

ZŁOTA PODKOWA 38 

 

 

 

 

 
 

WYDAWNICTWO „ŚLĄSK” KATOWICE  1959

 

background image

 
 

MATTEO SARTO 

 

TRZY DNI ŚLEDZTWA 

 

Kiedy  przejeżdżałem  przez  Płac  Hiszpański,  zauważyłem  tłumek  ludzi  zebrany  przed 

budynkiem,  w  którym  mieściła  się  Galleria  dell'Attico.  Zatrzymałem  wóz  i  przez  otwartą 
szybę  zapytałem  jakiegoś  mężczyznę  o  powód  zbiegowiska.  Zapytany  odparł,  iż  znaleziono 
jakiś kuferek, którego nikt nie chce otwierać, gdyż ludzie pamiętają niedawny wypadek znale-
zienia  w  kuferku  zmasakrowanych  ludzkich  zwłok  i  teraz  wszyscy  czekają  na  policjanta. 
Podziękowałem memu informatorowi, wysiadłem z wozu i zbliżyłem się do grupy żywo roz-
mawiających  ludzi.  Pośrodku  koła,  jakie  utworzyli,  leżał  mały  kufer.  Z  rozmów  prowadzo-
nych  wokół  mnie  dowiedziałem  się,  że  nikt  z  obecnych  nie  wie,  w  jaki  sposób  znalazł  się 
kufer na środku chodnika. 

Nagle  ludzie  umilkli  i  przez  tłum  przepchnął  się  policjant.  Obok  policjanta  szedł,  a 

właściwie włóki się chudy staruszek, uczepiony  łokcia „pana władzy”. Twarz staruszka była 
zarumieniona, a jej dolna część zwana niekiedy szczęką, poruszała się z przerażającą szybko-
ścią.  Policjant  stanął  nad  kuferkiem  i  nie  zajętą  ręką  uwolnił  się  od  gadatliwego  staruszka, 
mówiąc:  „Dziękuję,  już wszystko  wiem”,  zmarszczył  czoło  i  powiódł  wzrokiem  po  zwróco-
nych  w  jego  kierunku  twarzach.  Muszę  przyznać,  że  w  owym  momencie  twarz  policjanta 
bynajmniej nie wyrażała mądrości ani inteligencji. 

— Po co tu stoicie? — zwrócił się do tłumu. 
Zamiast odpowiedzi ktoś krzyknął: 
— Otwórz pan lepiej ten kuferek, a nie wymądrzaj się! 
Policjant  groźnie  chrząknął,  poprawił  pas  i  pochylił  się  nad  kuferkiem;  podniesione 

wieko udostępniło tajemnicę kufra. Jakaś kobieta histerycznie krzyknęła. Mężczyźni milczeli. 
Cisza,  jaka  nastąpiła  po  okrzyku  kobiety,  przerwana  została  chlipaniem  staruszka.  Śmiech 
policjanta był niespodzianką dla wszystkich stojących wokół ludzi. 

— To nie jest ludzkie ciało — mówił, śmiejąc się — przecież to masa polana czerwo-

nym lakierem. 

Głosy zabrzmiały z podwójną siłą. 
— Głupie żarty! 
—  Gdybym  ja  takiego  dostał  w  swoje  ręce!  Żartowniś!  Nauczyłbym  go  szanować 

ludzkie nerwy i czas. 

Wycofałem  się.  Wsiadając  do  auta  jeszcze  raz  popatrzyłem  na  wrzeszczących  ludzi. 

Jako prawdziwi Rzymianie musieli dać upust zawiedzionym nadziejom na znalezienie trupa i 
jako prawdziwi Rzymianie musieli dać temu wyraz w okrzykach. 

Podczas obiadu w restauracji Fossa opowiedziałem siedzącym przy stoliku znajomym o 

scenie, której byłem świadkiem. Skwitowali to uśmiechami i powiedzeniami w rodzaju: „Ma 
facet poczucie humoru i czas, więc niech się zabawia”. 

Wypadki,  jakie  nastąpiły  w  ciągu  następnych  dni,  kazały  zapomnieć  mi  o  makabry-

cznym żarcie. W tej chwili, przy stawianiu kropki na zakończenie zdania, zdałem sobie spra-
wę, iż zdanie to jest nieścisłe. Przestałem myśleć o tym incydencie jako o makabrycznym ża-
rcie, a powziąłem pewność, że było to mądre posunięcie. Podczas gdy ludzie zaczęli się zbie-
rać  wokół  kuferka,  Galleria  dell'Attico  została  okradziona.  Przestępca  korzystając  z  tego,  iż 
portierzy i ludzie pilnujący obrazów wyszli, by być świadkami otwarcia kuferka, ukradł obraz 
wartości ośmiu milionów lirów. Obrazy wiszące wówczas  w Gallerii dell'Attico były  wypo-
życzone  przez  jedno  z  amerykańskich  muzeów.  Wystawa  nosiła  tytuł:  Krajobraz  w  sztuce 
nowoczesnej; ukradzione płótno było dziełem Cezanne'a. Portierzy po powrocie do budynku 

background image

nie zauważyli kradzieży. Nastąpiło to godzinę później. Zaalarmowali urzędników, a ci z kolei 
— policję. 

Na  drugi  dzień  po  kradzieży  zjawił  się  w  moim  biurze  starannie  ubrany  starszy  pan  i 

upewniwszy się. że Matteo Sarto, detektyw prywatny, to jestem ja we własnej osobie, usiadł 
na brzeżku krzesła z miną osoby skromnej i dobrze wychowanej. Na moje pytanie, czym mo-
gę mu służyć, oświadczył, że jest uprawniony do poproszenia mnie o pomoc w odnalezieniu 
obrazu  skradzionego  w  dniu  wczorajszym.  Wszystko  to  zostało  wypowiedziane  kwiecistym 
stylem i z dramatyczną modulacją głosu. 

Zapytałem: 
— Ile? 
— Pan zapewne myśli o honorarium? — niewinnie zapytał starszy pan. 
— Trafnie się pan domyślił. 
— Sto pięćdziesiąt tysięcy lirów — odparł ten uprzejmy człowiek i twarz jego skrzywi-

ła się jak przy piciu kwasu siarkowego. 

— Mało! — odpowiedziałem, wpatrując się w guzik jego marynarki. 
— Dwieście. 
— Zgoda. 
— O Boże! — krzyknął starszy pan. — Zapomniałem o jednym! 
— O czym? — spytałem bez cienia zainteresowania, patrząc na zegarek. 
— Jeżeli policja znajdzie obraz szybciej, wówczas dostanie pan tylko dwadzieścia tysię-

cy. 

— Wybaczy pan, ale bardzo się spieszę. Może przyjdzie pan innym razem. 
— Czterdzieści. 
—  Pozwoli  pan,  że  spiszę  warunki  na  pięknym  papierze.  Czy  ma  pan  ze  sobą  jakąś 

pieczątkę? 

— Mam. 
Po  pięciu  minutach  umowa  w  trzech  egzemplarzach  została  podpisana  i  do  mojej 

kieszeni powędrował czek opiewający na sumę czterdziestu tysięcy lirów, tytułem zaliczki. 

— Czy ma pan jakieś podejrzenia? 
— Nie mam żadnych! — z świętym przekonaniem odpowiedział starszy pan. 
— W takim razie pożegnam pana, obiecując, że zrobię wszystko, by obraz został odna-

leziony. 

Ta  czcza  formułka  wyzwoliła  u  starszego  pana  potok  elokwencji,  uśmiechów  i  wzdy-

chań. Przez kilkanaście minut stałem z uśmiechem przylepionym do warg naprzeciw starsze-
go  pana  i  wysłuchiwałem  jego  barokowej  przemowy.  W  końcu,  zniecierpliwiony  spytałem 
go, czy cierpi na astmę. Starszy pan zamilkł, wzniósł oczy w górę i bardzo szybko się poże-
gnał.  Po  jego  wyjściu  podniosłem  słuchawkę  telefonu  i  nakręciłem  numer  jednego  z  moich 
licznych  znajomych.  Gdy  z  drugiej  strony  przewodu  zabrzmiał  głos  mojego  znajomego, 
oświadczyłem, iż o godzinie siódmej wieczorem będę na niego czekać w małej kawiarence na 
Piazzale del Pinzie. Znajomy odpowiedział: „będę” — więc odłożyłem słuchawkę. 

Zapaliłem papierosa i przez kilkanaście minut siedziałem w zamyśleniu. Efektem mojej 

zadumy był telefon, tym razem do znajomego oficera policji. 

Umówiłem się z nim na obiad o godzinie pierwszej w restauracji znajdującej się nieda-

leko mego biura. Czas, jaki mnie dzielił od spotkania, wypełniłem rozwiązywaniem zadania 
szachowego. 

Z oficerem policji spotkałem się w drzwiach restauracji. Podczas obiadu nie wspomina-

łem o interesującej mnie sprawie. Dopiero przy kawie odezwałem się: 

— Czytałeś wczoraj w popołudniówkach o kradzieży obrazu? 
— Czytałem. Mój kolega dostał tę sprawę. 
Skinąłem ze zrozumieniem, acz obojętnie głową. 

background image

— Dobry numer, co? — ciągnął dalej mój znajomy. 
—  Owszem,  dosyć  pomysłowy.  Jestem  ciekawy,  co  się  stało  z  tym  manekinem  i 

kuferkiem. 

—  Posterunkowy  to  zabrał.  Franco,  ten  co  prowadzi  sprawę,  nie  znalazł  na  manekinie 

ani na kuferku żadnych odcisków, nie licząc odcisków posterunkowego. 

— Czyli musi zagrywać w „ciemno” — powiedziałem z miną idioty. 
— Niestety, musi — przyznał z rezygnacją oficer słynnej policji rzymskiej. 
Po wymienieniu mnóstwa uwag o złej grze Juventus, pogodzie i znajomych kobietach, 

oświadczyłem, że chętnie bym oglądnął kadłub i kuferek. 

— Jeżeli to cię interesuje, to możemy pojechać i oglądnąć — odpowiedział niewyraźnie 

mój rozmówca, z widoczną przyjemnością przeżuwając ser. 

Godzinę potem stałem nad manekinem i przyglądałem mu się z wielce skupioną miną. 

Coś mi się zdaje, że dla postronnych obserwatorów mina moja musiała być odpowiednikiem 
wyrazu  twarzy  Papuasa  patrzącego  na  maszynę  do  szycia.  Ma  się  rozumieć,  że  to  są  tylko 
moje przypuszczenia.  

— Czy mogę to sfotografować? —spytałem grzecznie stojącego obok mnie znajomka. 
— Fotografuj — wzruszył obojętnie ramionami. 
Kiedy  żegnaliśmy  się,  oświadczyłem,  iż  mam  przyjemność  zaprosić  mojego  drogiego 

przyjaciela  za  siedem  dni  na  dobry  obiad.  Drogi  przyjaciel  z  rozczuleniem  skinął  głową  na 
znak zgody. Nie przysiągłbym, że przez moment w jego oczach widziałem odbicie wielu tale-
rzy i półmisków zastawionych jadłem. 

Po pożegnaniu uprzejmego oficera przyszło mi na myśl, że warto by wstąpić do pewnej 

znajomej pani. Dzięki temu pomysłowi czas dzielący mnie od następnego spotkania przeleciał 
bardzo szybko. 

Mała  kawiarenka  na  Piazzale  del  Pinzie  była  przepełniona.  Większość  gości  stanowili 

aktorzy  z  pobliskiego  teatru  kukiełek,  raczący  się  kawą  przed  rozpoczęciem  przedstawienia. 
Mój  znajomy  siedział  w  kąciku  pogrążony  w  lekturze  tygodnika  „Uva  secca”.  Gdy  mnie 
zobaczył, natychmiast zaczął mówić o malarstwie współczesnym i o swoim ostatnim obrazie, 
potrząsając  zwiniętym  w  rulon  tygodnikiem,  jakby  to  był  miecz  z  okresu  wypraw  krzyżo-
wych. 

Obok naszego stolika siedziała dziewczyna w typie Antonelli Lualdi; gwałtowny mono-

log mojego znajomego widocznie ją zainteresował, gdyż przypatrywała się nam z uśmiechem. 
Zrobiłem do niej „oko”; dziewczyna odwróciła  głowę nie przestając się uśmiechać; kilkana-
ście  sekund  później  znajomy  przestał  opowiadać  o  swoim  obrazie,  spojrzał  na  dziewczynę, 
przejechał językiem po wargach i powiedział: „Co nowego?”. 

Pochyliłem  się  nad  stolikiem  i  zacząłem  go  wypytywać  o  malarzy  i  rzeźbiarzy  rzym-

skich.  Mój  znajomy  był  dobrze  poinformowany,  każde  pytanie  wyzwalało  u  niego  przynaj-
mniej pięciominutową tyradę, w której porównywał się z każdym gorszym czy lepszym pla-
stykiem. Ma się rozumieć, że z tych porównań wychodził zwycięsko. Wśród nieważnych dla 
mnie zdań trafiały się co pewien czas ważniejsze wiadomości, które stenografowałem w note-
sie.  Prawdopodobnie  był  to  przypadek,  że  moje  zainteresowanie  dla  wiadomości  szeptanych 
mi  na  ucho  przez  malarza  uleciało  w  chwili,  w  której  dziewczyna  siedząca  przy  sąsiednim 
stoliku podniosła się, by wyjść. 

— Rodzynek — szepnąłem. 
Wyszedłem za dziewczyną. Muszę przyznać, że dość zręcznie nawiązałem z nią znajo-

mość. Zaprosiłem ją na przejażdżkę samochodem. Dowiedziałem się, że jest studentką litera-
tury  włoskiej  i  na  imię  ma  Rita.  Potem  przedstawiłem  się  jej,  z  czego  wynikła  rozmowa  o 
przeprowadzonych przeze mnie sprawach kryminalnych; dziewczyna czytała te opisy w kilku 
czasopismach.  W  chwili  gdy  rozmawialiśmy  o  ostatniej  książce  Carla  Levi,  auto  z  minima-
lnym udziałem mojej woli zatrzymało się przed nocnym barem. Wysiedliśmy. 

background image

Nazajutrz rano obudziłem się dzięki łagodnemu tarmoszeniu za włosy. Mówiąc prawdę, 

nie było to nieprzyjemne. 

— Mówiłeś wczoraj, że  musisz się rano obudzić! Masz załatwić ważną sprawę, wstań 

już, śpiochu! 

Przeciągnąłem się, pocałowałem Ritę w szyję i wyskoczyłem z łóżka. Zauważyłem, że 

Rita była po kąpieli, jej  makijaż był zrobiony starannie, a uśmiech nic nie stracił z wczoraj-
szego  uroku.  W  czasie  mojej  kąpieli  Rita  zdążyła  zrobić  śniadanie,  posprzątać  dwa  pokoje, 
przeczytać  poranną  gazetę  i  spytać  mnie,  czy  usiądę  do  śniadania.  Nie  będę  kłamcą,  jeżeli 
powiem, że ta gospodarska sprawność Rity nieco mnie zaniepokoiła. 

Wyszliśmy  z  mieszkania  o  godzinie  dziesiątej.  Rita  nie  chciała,  bym  ją  podwiózł  pod 

dom. Umówiliśmy się na wieczór w kawiarence na Piazzale del Pinzie. Pojechałem do mego 
biura, gdzie wywołałem wczorajsze zdjęcie manekina podrzuconego wraz z kuferkiem. O go-
dzinie pierwszej minut dwadzieścia zatrzymałem wóz przed wejściem do teatrzyku kukiełek. 

Rozmowa  przeprowadzona  ze  scenografem  i  kierownikiem  lalkarni  w  jednej  osobie 

pozwoliła mi ograniczyć śledztwo do stosunkowo małej liczby osób. Otóż scenograf, patrząc 
na zdjęcie, stwierdził, iż manekin musiał wyjść spod ręki fachowca. Na moją prośbę podał mi 
adresy  kilku  pracowni  produkujących  podobne  rzeczy.  Po  zapisaniu  adresów  grzecznie  po-
dziękowałem za udzielone informacje i oświadczyłem, że władze podejrzewają, iż to właśnie 
z pracowni teatrzyku wyszedł ów manekin. Scenograf zmieszał się, oblał rumieńcem (według 
mnie świadczyło to na jego korzyść), po czym począł zaklinać się na wszystkie świętości, że 
nic o tym nie wie. 

— Ilu ludzi zatrudnia pracownia lalkarska? — spytałem. 
— Dziesięciu. 
— Chciałbym ich przesłuchać. 
— Nigdy nie przypuszczałem, że pan jest z policji. 
— Cieszy mnie to — odpowiedziałem, rad, że scenograf nie żąda wylegitymowania się. 
Niestety, facet chyba umiał czytać w cudzych myślach. 
— Czy mógłby mi pan pokazać jakąś legitymację? — zapytał. 
— Owszem. 
Pokazałem mu moją licencję. 
— Hmm... — mruknął — prywatny detektyw, na to też pan nie wygląda. 
— Bardzo mi smutno — odparłem lirycznie, chowając do kieszeni licencję. 
— Proszę iść za mną — rzucił scenograf, kierując się ku drzwiom. 
Poszedłem posłusznie. Kiedy weszliśmy do pracowni lalkarskiej, ogłuszył nas stuk mło-

tków, śpiewy, gwizdy i awantura prowadzona przez dwie grube kobiety. 

—  Proszę  o  ciszę!  —  krzyknął  scenograf.  —  Ten  pan  —  w  tym  miejscu  wskazał  na 

mnie — chciałby z państwem zamienić kilka słów. 

— Kto z państwa wykonywał w ostatnich tygodniach manekin z masy papierowej? 
Nie było odpowiedzi. Popatrzyłem na twarze tych ludzi. Objawiały się na nich najprze-

różniejsze uczucia. Lecz cóż z tego? 

—  Potrzebne  panu  części  zapasowe?  —  krzyknął,  nie  patrząc  na  mnie,  młodzieniec 

ubrany w granatowy fartuch. 

— Pan coś mówił? — zwróciłem się w jego kierunku. 
Nie odwzajemnił mi spojrzenia. Spuścił głowę i powiedział: „Przepraszam”. 
— No więc... 
— Ja nic takiego nie robiłem — odezwał się młodzieniec. 
— A pan? — spytałem nagle małego człowieczka z czarnym wąsikiem. 
— Ja nie, ja naa-prawdę nnniiie, jaa tty-tyylllkooo przyle-przylepiam włoos-włoski do 

głóóó-weeek lalecz-laleczkom — odpowiedział jąkając się. 

—  A  co  panie  powiedzą?  —  spojrzałem  w  kierunku  dwóch  grubych  kobiet,  którym 

background image

moje wejście przerwało kłótnię. 

— My nic nie wiemy — odrzekły chórem. 
— Naprawdę? 
— Niech mnie Bóg ukarze, jeżeli coś wiem o jakimś manekinie! — wykrzyknęła jedna 

z nich. 

— Niech padnę tutaj trupem, jeżeli miałam robić coś takiego, nie  robię żadnych robót 

poza pracownią! — uzupełniła druga. 

— Troszeczkę ciszej, dobrze? — rzuciłem w przestrzeń. 
Scenograf spojrzał na mnie z uznaniem. Widocznie miał poważne kłopoty z uciszaniem 

tych pań. Po mojej uwadze obie zażywne niewiasty poczerwieniały gwałtownie z hamowane-
go oburzenia. 

W podobny sposób pytałem resztę pracowników. Kiedy otrzymałem ostatnią, przeczącą 

odpowiedź, skinąłem na scenografa i wyszedłem na korytarz. 

— Jakie idą ostatnio przedstawienia? — zagadnąłem go. 
Scenograf wyliczył mi kilka tytułów. 
— Czy mógłbym zobaczyć lalki do tych przedstawień? 
Kierownik  lalkami  wykonał  ruch  ramieniem,  wskazując  mi  drogę.  Zatrzymaliśmy  się 

przed obdrapanymi drzwiami. 

— Tutaj — rzekł krótko i pchnął drzwi. 
Przez  kilka  minut  oglądałem  lalki.  Kiedy  wyszliśmy,  odezwałem  się  nie  patrząc  na 

scenografa: 

— Przykro mi, ale muszę panu powiedzieć, że kilka osób z pana pracowni skłamało. 
— Na jakiej podstawie pan tak twierdzi? 
—  Jak  pan  sobie  zapewne  przypomina,  pytałem  się,  czy  ktoś  z  obecnych  w  pracowni 

wykonywał manekin z masy papierowej. Nie dałem żadnych objaśnień. Wszyscy zaprzeczyli. 
Dwie  osoby  dodały,  że  poza  pracownią  nie  wykonują  żadnych  innych  robót.  Tymczasem 
przekonałem  się,  że  duża  liczba  lalek  została  wykonana  z  masy  papierowej.  Określenie 
„manekin z masy papierowej” można zastosować do większości lalek. A więc? 

— To przekonywające, co pan mówi. Tak... Ale dlaczegoby kłamali? 
—  Załóżmy,  że  większość  pańskich  pracowników  czyta  popołudniówki.  Przedwczoraj 

we wszystkich popołudniówkach był opis znalezienia tułowia zrobionego z masy papierowej i 
pochlapanego czerwonym lakierem mającym imitować krew. 

— Ach! rzeczywiście — uderzył się dłonią w czoło. 
— Co by pan zrobił na moim miejscu? — zapytałem, bawiąc się ołówkiem. 
— Nie wiem... Doprawdy nie wiem — bąknął zażenowany rozmówca. 
— Czy ma pan tu jakiś gabinet albo pokój, w którym przyjmuje pan interesantów? 
— Mam. 
—  Czy  wie  pan,  że  ktoś  posłużył  się  manekinem  w  celu  odwrócenia  uwagi  dozorców 

pilnujących wystawy? 

— Wiem. Czytałem o tym. 
— Proszę mi w takim razie towarzyszyć w drodze do pracowni. Chciałbym zamienić z 

pańskimi ludźmi jeszcze kilka słów. 

— W porządku. 
W  pracowni  po  naszym  wejściu  zapanowała  cisza.  Dla  powiększenia  efektu  głos  mój 

był łagodny. 

—  Czy  mógłbym  prosić  obie  panie  —  wskazałem  na  dwie  grube,  skore  do  kłótni  nie-

wiasty — by udały się ze mną na krótką rozmowę? 

— Czego pan od nas chce? — spytała jedna z nich, posiadaczka potężnego pieprzyka w 

okolicy nosa. 

— Za chwilę się panie przekonają — odparłem z galanterią. 

background image

Wytarły ręce o fartuchy, popatrzyły na siebie i wstały z miejsc.  
Scenograf zaprowadził nas do nieprzytulnego pokoju. Wskazał kobietom i mnie krzesła, 

po czym patrząc w okno spytał: 

— Czy mam wyjść? 
— Nie. Proszę zostać. 
—  Słuchamy  pana  —  z  godnością  powiedziała  jedna  z  kobiet;  druga  kiwnęła  głową, 

prawdopodobnie na znak, że akceptuje słowa współtowarzyszki. 

— Czy panie łączy jakieś pokrewieństwo? 
— Jesteśmy siostrami — odpowiedziały jednocześnie. 
— To nam ułatwia sprawę — rzekłem z uśmiechem. 
Usta kobiet wykrzywił grymas. 
— Co znaczą te pytania? — obruszyła się niewiasta z pieprzykiem. 
— Chcę panie przesłuchać. 
— Ten pan jest prywatnym detektywem — dodał scenograf. 
— Skąd panie wiedziały, o jaki manekin mi chodzi? 
— Normalny, krawiecki — powiedziała jedna z kobiet. 
— Bardzo możliwe, nie przeczę. 
— To po co nas pan tu wzywał? 
— Aby się dowiedzieć, kiedy panie zrobiły z masy papierowej przedmiot, będący imita-

cją tułowia ludzkiego. 

— My nic takiego nie robiłyśmy. 
— Czy panie lubią czytać gazety? 
— Dlaczego się pan o to pyta? 
— Czy panie lubią czytać gazety? — ponowiłem pytanie. 
Siostry kiwnęły głowami. 
— Czy popołudniówki? Może „Freccia”? To dosyć dobry dziennik. 
— Nie. Czytamy „Ago”. 
— Ja też czytam. Dobra gazeta. Dlaczego jedna z pań powiedziała, że prac w domu nie 

wykonuje, gdy ja nic nie wspominałem o pracach poza pracownią? 

Nie było odpowiedzi. 
—  To  może  w  takim  razie  —  ciągnąłem  dalej  —  powiedzą  mi  panie,  czy  bardzo  się 

przestraszyły,  gdy  w  „Ago”  przeczytały,  że  manekin  wykonany  przez  jedną  z  pań  lub  przez 
obie posłużył pewnym ludziom jako pomoc przy kradzieży obrazu. 

— Naturalnie, że... 
— Słucham panią. 
—  Naturalnie,  że  nie  przestraszyłyśmy  się,  bo  nie  robiłyśmy  tego  manekina,  przecież 

tamten był polany czerwoną farbą, a my nie potrafimy malować. 

—  Tamten...  Wszystko  w  porządku.  Jeżeli  panie  nie  powiedzą  dla  kogo  robiły  ten 

tułów, będę zmuszony prosić policję o zaaresztowanie obu pań. 

— Och, ty idiotko! — wykrzyknęła siostrze do ucha ta z pieprzykiem. 
— Czego chcesz ode mnie? — płaczliwie zawołała nazwana idiotką. 
— Niczego, ty kretynko! 
— Sama jesteś kretynka! 
— Proszę się uspokoić — powiedziałem oficjalnie. 
— Kretynka! — jeszcze raz wrzasnęła właścicielka pieprzyka. 
— Proszę się uspokoić — powtórzyłem dobitnie. — Kłócić się będą panie potem. Dla 

kogo robiony był manekin? 

— Nie wiemy, jak ten mężczyzna się nazywa. 
— A skąd wiedział, gdzie panie mieszkają lub gdzie może panie spotkać? 
— Powiedz wszystko, po co mamy się do tego mieszać — odezwała się kobieta, która 

background image

nie miała na nosie czarnego wzgórka wielkości guzika od koszuli. 

— Sama powiedz, nigdy nie byłam szpiclem! 
— Żebyś wiedziała, że powiem. 
— Mów. Ale pożałujesz tego. 
— To pożałuję. Myślisz, że jak nie będziesz mówić, to on się z tobą ożeni, co?! Żebyś 

nawet nie mówiła do końca życia, to i tak ci to nic nie pomoże. 

— A co, może ciebie będzie chciał? 
— Nie twoja sprawa. Ja mam swój honor! Na nikogo nie lecę. 
— Bo nikt cię nie chce! 
— Ciebie chcą. Piękność z pieprzem! To Bóg cię tak naznaczył. Nawet wypalić go nie 

można, diabelski znak. 

— Masz za to! — właścicielka pieprzyka uderzyła swą siostrę z rozmachem w twarz. 
— O Boże! — załkała uderzona — ty świnio, za co, pytam się za co?! 
— Wiesz za co. 
— No to masz — z plaskiem zwróciła siostrze policzek. 
— Czekaj, ty mnie jeszcze popamiętasz! 
—  Niech  pan  wie  wszystko,  ona  się  kocha  w  barmanie  z  naprzeciwka.  To  on  kazał 

zrobić ten kadłub i powiedział, żeby o tym nikomu nie mówić. 

— Przy jakiej ulicy panie mieszkają — spytałem uprzejmie. 
— Via Giustiniani 76, a on pracuje pod 83-cim, to jest naprzeciwko. 
— W porządku. Są panie wolne. Tylko jeszcze jedna rzecz: nazwisko barmana? 
— Pietro Termi. 
— Dziękuję. Przepraszam za kłopot. 
Kobiety  wyszły.  Na  korytarzu  zaczęły  się  kłócić.  Głosy  stawały  się  słabsze;  kiedy  w 

końcu  umilkły,  scenograf  powiedział:  „Będą  się  dalej  kłócić  w  pracowni”.  Widziałem,  że 
chce coś powiedzieć. Postanowiłem mu to ułatwić. 

— Czy ma pan coś do powiedzenia? — spytałem. 
— Tak... Właściwie nie wiem, czy to wypada. 
— Proszę mówić śmiało. 
—  W  jaki  sposób  —  wolno  rozpoczął  scenograf  —  wpadł  pan  na  pomysł,  żeby  tutaj 

przyjść? 

— Teatr jest dość sławny. To pierwszy punkt. Punkt drugi, to moje przesądy. Uważam, 

że należy rozpoczynać jakąś rzecz w miejscu, gdzie kiedyś nastąpił szczęśliwy przypadek. Po 
pana minie widzę, że na razie pan nic nie rozumie. Postaram się to panu wytłumaczyć. Wczo-
raj  w  kawiarence,  tuż  obok  tego  teatru,  zdarzył  mi  się  miły  przypadek.  Postanowiłem,  że 
pracę  rozpocznę  dzisiaj  od  Piazzale  del  Pinzie.  To  punkt  drugi.  Punktem  trzecim  jest  moje 
szczęście.  Nie  przypuszczałem,  że  właśnie  w  tym  teatrzyku  spotkam  wykonawcę  manekina. 
Miałem w planie obchód wszystkich podobnych instytucji. Musiałbym na to zużyć masę cza-
su. Na szczęście trafiłem od razu. 

— Bardzo dziękuję — odparł z uśmiechem zakłopotania scenograf — ale mam jeszcze 

jedno  pytanie:  Dlaczego  pan  powiedział,  że  władze  podejrzewają,  iż  to  właśnie  z  pracowni 
naszego teatrzyku wyszedł ten manekin? 

— To zagrywka w „ciemno”. W każdej pracowni czy w teatrzyku mówiłbym to samo. 
— Teraz rozumiem. Przepraszam, że pytałem. 
— Miał pan prawo pytać. 
—  Zapraszam  pana  na  nasze  nowe  przedstawienie.  Jest  wprawdzie  dla  dzieci,  ale 

zazwyczaj na takich przedstawieniach świetnie się bawią dorośli. 

— Bardzo dziękuję. Przy okazji skorzystam. 
— Sądzę, że nasze pracowniczki nie będą mieć żadnych kłopotów. 
—  Raczej  nie.  Nie  mówię  tego  na  pewno,  wszystko  jednak  wskazuje,  że  nic  nie  wie-

background image

działy o planach związanych z manekinem, który zrobiły. 

Kierownik  lalkarni  odprowadził  mnie  do  wyjścia  wyrażając  nadzieję,  iż  w  niedługim 

czasie zobaczymy się na przedstawieniu. 

Wsiadłem  do  wozu  i  po  półgodzinnej  jeździe  zatrzymałem  się  na  via  Giustiniani

zaparkowałem auto, po czym udałem się do baru, który mieścił się w kamienicy oznaczonej 
numerem 83. 

Wiedząc  z  doświadczenia,  że  w  takich  wypadkach  nie  należy  się  spieszyć,  usiadłem 

niedaleko  lady,  za  którą  kręcił  się  silnie  zbudowany  mężczyzna  o  czerwonej,  szerokiej  twa-
rzy.  W  barze  znajdowało  się  około  trzydziestu  osób;  większość  z  nich  przybyła  tu  na  krótki 
czas,  by  zjeść  skromny  obiad.  Można  się  było  tego  domyśleć  po  ich  wyglądzie,  albowiem 
urzędnicy przez sposób zachowania i ubierania są łatwo rozpoznawalni. Oprócz tej grupy za-
jętej  jedzeniem,  zauważyłem  kilku  prawdopodobnie  stałych  bywalców  baru,  którzy  zwracali 
się do barmana i kelnerów jak do starych znajomych. Trzech z nich, siedzących przy jednym 
stoliku,  wydało  mi  się  na  wypadek  awantury  dosyć  niebezpiecznymi.  Było  to  dwóch  męż-
czyzn  mających,  na  oko,  po  trzydzieści  lat  i  wysoki,  chudy  młodzieniec  o  twarzy  pokrytej 
krostami, 

W  pewnej  chwili  ludzie  wyglądający  na  urzędników  podnieśli  się  z  krzeseł;  jakiś 

mężczyzna z łysiną błyszczącą jak kula bilardowa zawołał przenikliwym, cienkim głosikiem: 
„A teraz, panowie, idziemy na zwiedzanie muzeum, proszę się spieszyć, mamy bardzo mało 
czasu”. Rozległ się szurgot wielu butów i po kilku minutach wycieczka opuściła bar. 

Kiedy ostatni wycieczkowicz wyszedł, pomyślałem nie bez pewnej irytacji o zawodnej 

metodzie  dedukcji,  dzięki  której  wziąłem  wycieczkę  za  grupę  urzędników  korzystających  z 
przerwy obiadowej. 

Podniosłem się z krzesła z pogodną twarzą i zbliżyłem się do lady. 
— Co ma być? — spytał barman. 
— Szklanka wermutu. 
Przy nalewaniu wina do szklanki zauważyłem, iż barman pomimo potężnego ciała poru-

sza się lekko i zwinnie. 

— Pietro, zagrasz? — zawołał jakiś męski głos. 
Wykonałem półobrót i zobaczyłem karty w ręku krostowatego młodzieńca. 
— Nie gram — stanowczo odpowiedział mężczyzna zza lady. 
— Jak chcesz, mnie wszystko jedno — przesadnie głośno krzyknął młodzieniec i obró-

cił się twarzą do swoich towarzyszy. 

— A może ja bym z nimi zagrał? — zwróciłem się do barmana. 
Ten popatrzył na mnie taksującym spojrzeniem i przenosząc wzrok na kieliszek, który 

właśnie trzymał w ręku, powiedział: 

— Jak pan chce. Nic mnie to nie obchodzi. 
— Z tego, co pan mówi, domyślam się, że to są cwaniacy — kontynuowałem rozmowę. 
—  Cwaniacy  czy  nie  cwaniacy,  nic  mnie  to  nie  obchodzi,  ja  z  nimi  grał  nie  będę  — 

odparł szybko, prawie nie robiąc przerw między zdaniami. 

— Musieli pana ograć — ciągnąłem nie zrażony mętnością odpowiedzi. 
— Lubi pan być ciekawy, co? 
— Chcę coś wiedzieć o ludziach, z którymi będę grał — odpowiedziałem spokojnie. 
— Specjalista? — szeptem zapytał barman. 
— Można to i tak nazwać — rzekłem z uśmieszkiem. 
— Napije się pan jeszcze wermutu? 
— Jeżeli mam grać, to więcej pił nie będę. 
— Potrafi ich pan zrobić? — spytał, przybliżając swoją twarz do mojej. 
Poczułem jego oddech przesycony alkoholem. 
— Wszystko jest do zrobienia na tym świecie — powiedziałem sentencjonalnie. 

background image

—  Wygrali  ode  mnie  masę  forsy.  Czekałem  na  taką  okazję.  Jeżeli  zechce  pan  zagrać, 

dam pół forsy na grę. Potem pan zwróci tylko wkład. Zgoda? 

Pomyślałem,  że  wszystko  układa  się  pomyślnie  i  że  szczęście  do  przypadków  jeszcze 

mnie nie opuściło. 

— Czy będziemy tutaj grali? 
— Można tutaj. 
Po  tych  słowach  zapanowało  milczenie.  Zastanawiałem  się,  którą  możliwość  wybrać. 

Pierwszą, to znaczy zagrać w karty oszukując tych cwaniaków i przez to samo zyskać zaufa-
nie  barmana,  czy  też,  co  było  drugą  możliwością,  zacząć  wypytywać  się  barmana  o  sprawę 
manekina.  Co  przed  chwilą  wydawało  mi  się  szczęśliwym  zbiegiem  okoliczności,  to  jest 
możność zaskarbienia sobie zaufania barmana, w owym momencie zastanowienia nie wydało 
mi  się  wcale  mądrym  pomysłem.  Skazywałem  się  na  przejście  o  wiele  dłuższej  drogi  i,  co 
gorsze, nie miałem wcale pewności, czy ta droga zaprowadzi mnie do celu. 

— Czy jest tu jakiś pokoik, gdzie moglibyśmy porozmawiać przed grą? 
— Jest. 
— Enrico! — zawołał głośno. 
Z drzwi prowadzących do kuchni wybiegł młody chłopak. 
— Zastąpisz mnie przez chwilę.  
— Tak, szefie — odpowiedział chłopak i wszedł za ladę. 
— Idziemy — kiwnął ręką barman.  
Weszliśmy  w  drzwi  zasłonięte  kotarą.  Droga  nasza  wiodła  przez  ciemny  korytarzyk. 

Korzystając  z  ciemności,  wsunąłem  rękę  pod  marynarkę  i  odbezpieczyłem  pistolet.  Barman 
nagle  stanął,  usłyszałem  jakiś  metaliczny  dźwięk.  Dopiero  po  chwili  zorientowałem  się,  że 
dźwięk wydają klucze. Stojący przede mną mężczyzna długo wśród nich przebierał, w końcu 
znalazł  poszukiwany  kluczyk  i  otworzył  nim  drzwi.  Oślepiło  mnie  światło  silnej  żarówki. 
Przetarłem oczy i wszedłem do pokoiku przymykając za sobą drzwi. 

— Nie jest pan oszczędny, jeżeli pali pan żarówkę w pustym pokoju. 
— Tu, jak pan widzi, nie ma okien, wprawdzie mógłbym otworzyć drzwi do sąsiednie-

go  pokoiku,  bo  tam  są  okna,  ale  w  pokoju  i  tak  byłoby  ciemno.  A  ja  nie  lubię  wchodzić  do 
ciemnego pokoju. Ten strach przed ciemnym pokojem pozostał mi jeszcze z dzieciństwa. 

— Pan tutaj mieszka? 
— Tak. Ale przejdźmy do rzeczy. Co pan chciał powiedzieć? 
— Nic szczególnego, panie Termi. 
— Skąd pan wie, jak się nazywam? — spytał patrząc mi w oczy. 
— To nieważne. Mam do pana interes, a pan ma go do mnie, więc wszystkie inne spra-

wy powinniśmy zostawić na później. 

Zauważyłem,  że  barman  zmrużył  oczy.  Widocznie  przeczuwał  niebezpieczeństwo.  W 

pewnym  sensie  było  mi  to  na  rękę.  Najspokojniejszy  nawet  człowiek,  od  chwili  kiedy  prze-
czuje  niebezpieczeństwo,  zaczyna  działać  z  „gorączką  niebezpieczeństwa”,  polegającą  na 
chęci  uprzedzenia  owego  niebezpieczeństwa.  Reakcje  takiego  człowieka  stają  się  gwałto-
wniejsze,  bardziej  krańcowe,  a  przez  to  samo  wiele  mówiące  dla  kogoś,  kto  prowadzi  śle-
dztwo. 

— Słucham. Czego pan chce? 
— Chciałem panu powiedzieć, jak się pan ma zachowywać podczas mojej gry. 
— No... proszę mówić — twarz barmana przybrała swój dawny wygląd. 
—  Po  pierwsze,  musi  pan  powiedzieć,  dlaczego  zamówił  pan  u  dwóch  miłych  kobiet 

manekin z masy papierowej, wyobrażający kadłub ludzki. 

Zdanie to wypowiedziałem wolno, patrząc przez cały czas na twarz barmana. Fotografia 

tej twarzy zrobiona w momencie, gdy pan Termi usłyszał moje pytanie, mogłaby być znako-
mitą karykaturą byka szykującego się do walki. 

background image

— Nic nie rozumiem — powiedział Termi, usiłując przybrać obojętną minę. 
Pomyślałem, iż natura była bardziej hojna w obdzieleniu barmana zaletami fizycznymi 

niż umysłowymi. Nawet dziecko poznałoby, że barman kłamie. 

— Czy chce pan kilka lat swego życia spędzić w budynku, którego okna są okratowa-

ne? — spytałem. 

Kiedy skończyłem to barokowe zdanie, przypomniał mi się starszy pan, przedstawiciel 

galerii i jego kwieciste monologi. Uśmiechnąłem się. 

— Z czego się pan śmieje? — warknął Pietro Termi. 
— Czy może pan odpowiedzieć na moje pytanie? — rzuciłem, nie zwracając uwagi na 

warknięcie barmana. 

— To pan może siedzieć. Napastuje pan ludzi w ich mieszkaniach. To jest karalne!  
— Niech się pan nie kłopocze o moje losy — pospieszyłem go uspokoić — dam sobie 

sam radę. 

Barman przygryzł dolną wargę. 
— Niech pan mówi — powiedziałem ostro. 
— Nie mam nic do powiedzenia. 
Mięśnie  na  twarzy  pana  Termi  stężały.  Widoczne  były  bruzdy  biegnące  wzdłuż  poli-

czków, kończące się w okolicach szczęki. 

—  Dwie  miłe  panie,  pracowniczki  teatrzyku  kukiełkowego  na  Piazzale  del  Pinzie 

zeznały,  iż  zrobiły  na  pana  zamówienie  kadłub  z  masy  papierowej.  Wie  pan  równie  dobrze 
jak ja, że kadłub ów posłużył jako przynęta dla ciekawskich portierów. Efektem podrzucenia 
kadłuba była kradzież obrazu. 

— Nic o tym nie wiem — z uporem powtórzył Termi. 
— Na czyje zlecenie zamówił pan manekin? 
— Nie wiem o żadnym manekinie! 
— Niech pan nie będzie idiotą — odezwałem się łagodnie. — Jeżeli pan chce, aby na-

stąpiła konfrontacja z tym paniami, to bardzo proszę. Chciałem tylko pana ostrzec, że odbę-
dzie się ona w miejscu, gdzie urzędują policjanci. Potem nie jest rzeczą łatwą wyjść z takiego 
budynku. 

— Dobrze, powiem wszystko — rzekł matowym głosem. 
Przypatrzyłem  mu  się  uważnie.  Twarz  barmana  zaprzeczała  wypowiedzianym  przed 

chwilą słowom. 

— Słucham? 
Ciężkie  ciało  barmana  przeleciało  nad  krzesłem  na  podobieństwo  gumowej  piłki.  Ten 

mężczyzna był świetnie wygimnastykowany. Jego ręka była już przy kontakcie. Wtedy rzuci-
łem flakonem. Termi krzyknął i dłoń jego odleciała od kontaktu. Zrobiłem dwa szybkie kroki. 
W mojej dłoni pojawił się pistolet. 

—  Chciałem  ci  powiedzieć,  że  gaszenie  światła  w  tym  wypadku  było  niewłaściwe. 

Mów! 

Barman ciężko dyszał. Po jego dłoni spływała strużka krwi. Skorupy flakonu leżały na 

podłodze. 

— Mów! — powtórzyłem. 
— Nie mam nic do powiedzenia. Nie rozmawiam z facetami, którzy trzymają mi splu-

wę pod nosem. 

— Chowam tę zabawkę. Teraz już nie masz żadnych przeszkód. Możesz mówić. 
Barman  popatrzył  najpierw  na  swoją  skrwawioną  dłoń,  a  później  przeniósł  wzrok  na 

moją twarz. Domyśliłem się, że przygotowuje jakąś rozróbę. Pomyślałem, że jeżeli nawet ma 
broń, to ja i tak zdążę wcześniej wyjąć pistolet. 

— Czekam. Moja cierpliwość niedługo się skończy. 
— Dobrze, będę mówił. 

background image

Jego prawa dłoń zwinięta w pięść zatoczyła krótki łuk. Zdążyłem odchylić nieco głowę. 

Poczułem  piekący  ból  w  uchu.  Drugi  unik  był  instynktowny.  Pięść  barmana  dosięgła  mego 
obojczyka. Odskoczyłem. Termi opuścił lewą rękę, a prawą odgiął do tyłu. Wykorzystałem to 
i  piękny  prawy  sierpowy  wylądował  na  jego  szczęce.  Poprawiłem  lewym  prostym.  Pięści 
barmana przeleciały koło mojej twarzy. Obaj odskoczyliśmy. Barman niespodziewanie rzucił 
się  w  moim  kierunku  z  wysuniętą  naprzód  nogą.  Chwyciłem  ją  i  pociągnąłem.  Termi  prze-
wrócił się. Zerwał się błyskawicznie, ale wtedy dosięgnął go mój cios wymierzony w nasadę 
nosa. Z jękiem upadł na podłogę. 

Zauważyłem  w  rogu  pokoju  kran.  Podszedłem  do  niego  i  zwilżyłem  chusteczkę.  Po 

skropieniu wodą barman odzyskał przytomność. 

— Pojedziemy chyba na policję — powiedziałem obojętnie. 
Termi z widocznym wysiłkiem obrócił głowę w moim kierunku. Jego twarz wykrzywiał 

grymas. Podniósł się ze stęknięciem i usiadł na krześle. 

—  Zostawiam  ci  trzy  minuty  czasu.  Namyśl  się,  czy  będziesz  mówił.  Jeżeli  powiesz, 

zostaniesz  tutaj  i  nikt  nie  będzie  wiedział,  kto  był  moim  informatorem.  Przekonałem  się,  że 
nie jesteś tchórzem — przy mówieniu tych słów mój głos stał się cieplejszy — dlatego to nie 
będzie sypanie. Jesteś zmuszony do mówienia; grozi ci więzienie i mówiąc prawdę, nie wiem, 
czy nie znajdzie się jakiś nerwowy policjant, który uprzyjemni ci życie biciem. Pamiętaj, że 
nic  mu  nie  będziesz  mógł  zrobić.  Wiesz,  że  najbardziej  poniżająca  jest  niemożność  oddania 
ciosu. Od tej chwili czekam trzy minuty. 

Stałem  naprzeciw  siedzącego  mężczyzny  i  patrzyłem  obojętnym  wzrokiem  na  jego 

twarz,  zastanawiając  się,  czy  moja  przemowa  odniesie  skutek,  czy  odwoływanie  się  do 
„męskich  spraw”  coś  pomoże.  Podczas  tego  milczenia  powziąłem  pewność,  iż  barman  na 
pewno nie jest ważną figurą w tej grze, lecz wyłącznie ogniwem, bez poznania którego dalsze 
śledztwo byłoby niemożliwe. 

— Minęły trzy minuty — odezwałem się spoglądając na zegarek. 
— Muszę się jeszcze chwilę zastanowić. 
— To jest niemożliwe. Odpowiadaj. 
— Kazano mi zamówić kadłub... 
— Kto? 
—  Przyszli  raz  na  wino  dwaj  faceci.  Popiłem  z  nimi,  na  drugi  dzień  przyszli  znowu, 

widocznie im się moja knajpa podobała. Pewnego dnia, gdy byłem trochę zalany, powiedzia-
łem im, że mam kłopoty z dwiema starymi babami, które chcą się ze mną żenić. Są szpetne, 
co? 

Pominąłem to zapytanie milczeniem. 
— I tak się im skarżyłem — ciągnął dalej Termi wpatrzony w jakiś punkt na ścianie — 

i powiedziałem, że obie baby ani nie są ładne, ani nie mają pieniędzy. Powiedziałem wtedy, 
że po co mam się żenić z babą co jest szpetna, nie ma forsy a tylko pracuje w jakimś teatrzyku 
kukiełek.  Oni  powiedzieli,  że  mam  rację  i  że  byłbym  największym  osłem,  gdybym  się  z 
którąś z nich ożenił. Potem piliśmy aż do wieczora i gadaliśmy o innych rzeczach. 

Właściciel  knajpy  zrobił  przerwę,  oblizał  językiem  wargi  i  ostrożnie  macając  swoją 

twarz zauważył: 

— Ale dostałem, niech to szlag trafi. 
— Słucham dalej — oświadczyłem zimno. 
— Czy ma pan papierosa? 
Podałem  mu  papierosy  i  zapalniczkę.  Wyjął  jednego  z  paczki,  zapalił.  Zaciągnął  się  z 

przyjemnością. Przez chwilę twarz jego miała błogi wyraz, zmącony nagle grymasem bólu. 

— Nie można się nawet skrzywić, wszystko mnie boli. A dlaczego pan nie pali? 
— Później zapalę. Proszę mówić. 
Termi wręczył mi z powrotem papierosy i zapalniczkę, potem przeniósł wzrok na trzy-

background image

many  przez  siebie  papieros.  Byłem  nieomal  pewien,  że  zastanawia  się,  czy  papierosy  nie  są 
czymś zatrute. Wśród ludzi jego pokroju bardzo często krążą legendy na temat zatrutych pa-
pierosów. Gdyby był inteligentniejszy, domyśliłby się, że nie mam żadnego celu, by go usy-
piać czy truć przed złożeniem zeznań. Jakby na potwierdzenie moich myśli, Termi zapytał: 

— Dlaczego pan nie pali? Czy to przypadkowo nie są „perfumowane” papierosy? 
Słowo „perfumowane” wypowiedział z naciskiem i ze znaczącym chrząknięciem. 
— Nie chcesz, to nie pal. Nikt cię nie zmusza. I dość tego gadania. Masz mówić. 
— To chyba go nie wyrzucę — rzekł rozciągając samogłoski i patrząc na papierosa; po 

czym podniósł go zdecydowanym ruchem do ust i zaciągnął się. 

Uśmiech  rozszerzył  mi  wargi.  Wiedziałem,  że tak  będzie.  Przez  danie  barmanowi  wy-

boru: „pal albo nie pal”, podrażniłem „męską” dumę. Żeby okazać się facetem odważnym — 
był nim zresztą — zaciągnął się papierosem. W ten sposób, gdyby papieros był zatruty, osiąg-
nąłbym  łatwo  mój  cel;  myśli  te  wywołały  na  mojej  twarzy  uśmiech.  W  chwili  kiedy  się 
uśmiechnąłem, na twarzy  restauratora i barmana w jednej osobie zjawił  się wyraz podejrzli-
wości. Jego reakcje psychiczne były tak łatwe do odgadnięcia, że zastanowiłem się, czy taki 
człowiek będzie miał jakieś wiadomości, które okażą się przydatne w dalszym śledztwie. Nie 
jest wykluczone, iż jacyś faceci posłużyli się nim jako narzędziem i Termi nic o owych face-
tach nie wie. Najbliższe chwile miały przynieść rozwiązanie. 

— Słucham. 
— I raz przyszedł jeden z nich i powiedział, żebym zamówił taki manekin, dał mi nawet 

rysunek,  jak  ten  manekin  ma  wyglądać,  i  powiedział,  że  już  więcej  nie  przyjdzie  i  żebym 
odniósł to świństwo do jednego domu i żebym nic nikomu o tym nie mówił. 

— Ile za to dostałeś? 
— Cztery tysiące lirów. 
— Tanio. 
— Cóż robić. Robiłem to dla przyjaciół. Wszystkie pieniądze dałem tym babom. 
— Pod jaki adres miałeś odnieść manekin? 
— Nie przypominam sobie... 
— Chcesz, abym ci przypomniał? 
— Zaraz... gdzie to było? Nie mogę sobie przypomnieć. 
— Jeżeli jeszcze raz powiesz coś takiego, to wtedy... 
— Już wiem! Już wiem. 
— Mów. 
— Via Rosa 32. To jest na drugim piętrze. 
— Co jest i kto? 
—  Oni  się  nazywają...  tak  mi  mówili...  zaraz...  aha!  już  wiem.  Oni  się  nazywają,  to 

znaczy jeden się tak nazywa: Martoni. 

Zapisałem te dane w notesie. 
— Czy oni jeszcze tutaj przychodzą? 
— Nie. 
— Czy byli wtedy w mieszkaniu, gdy przyniosłeś kadłub? 
— Byli. Wypiliśmy nawet cztery butelki wina. 
—  Dlaczego  nie  chciałeś  powiedzieć  tego  od  razu?  —  spytałem,  z  góry  wiedząc,  jaką 

otrzymam odpowiedź. 

—  Powiedziałem  im,  że  nikomu  o  tym  nie  szepnę.  Później  przeczytałem  o  całej 

grandzie w gazetach i zobaczyłem ten manekin,  więc powiedziałem do siebie: „Pietro, masz 
trzymać język za zębami”. 

—  Idziemy.  Jeżeli  piśniesz  komuś  słówko  o  naszej  rozmowie,  to  później  możesz  tego 

żałować. Co do siebie, mogę cię zapewnić, że będę dyskretny. Kapujesz? 

— Tak — mruknął Termi pocierając delikatnie opuchnięty nos. 

background image

— I jeszcze jedno: Czy ci panowie mają telefon? 
— Nie wiem. 
  Po wyrazie twarzy mego rozmówcy poznałem, iż nie kłamie. Kiedy wychodziliśmy z 

pokoju,  Termi  usłużnie  zapalił  zapalniczkę,  by  oświetlić  mi  drogę  w  ciemnym  korytarzyku. 
Idąc za nim pomyślałem, że właściwie czuję do niego sympatię, ale nigdy bym go nie zaanga-
żował jako swojego pomocnika. 

Pożegnaliśmy się przy barze. Chłopiec, który zastępował barmana za ladą, zrobił dosyć 

głupią minę na widok opuchniętej twarzy swojego szefa. 

— Zmykaj, Enrico — zwrócił się do niego restaurator. 
Chłopiec wzruszył ramionami i pobiegł do kuchni, i zapewne po to, by jak najszybciej 

podzielić się nowiną o zapuchniętej twarzy barmana. 

— Proszę nie mieć do mnie pretensji, panie Termi — powiedziałem żegnając się — pan 

sam rozpoczął awanturę. Przy okazji wpadnę kiedyś do pana na wino. 

To przejście na pan mile zaskoczyło barmana. Poznałem po jego twarzy, że chce powie-

dzieć coś miłego. I nie omyliłem się. Barman nachylił się i cicho powiedział: 

— Pan nic a nic nie wygląda na glinę. Niechby więcej było takich policjantów. Proszę 

kiedyś do mnie wpaść. 

Uścisnęliśmy  sobie  dłonie.  Kiedy  byłem  już  przy  drzwiach,  usłyszałem  za  sobą  męski 

głos. To krostowaty młodzieniec zachęcał barmana do gry w karty. 

Zapłaciłem  za  parking,  po  czym  usiadłem  w  wozie  zastanawiając  się  nad  dalszymi 

etapami śledztwa. Kiedy ułożyłem sobie plan, nacisnąłem starter. Wóz ruszył i przez następne 
piętnaście  minut  jechałem  ulicami  Rzymu,  by  zatrzymać  się  przed  wejściem  do  dobrej 
restauracji, w której zjadłem nieco spóźniony obiad. 

O  godzinie  szesnastej  minut  dwadzieścia  zjawiłem  się  na  drugim  piętrze  kamienicy 

stojącej  przy  via  Rosa  32  i  zapukałem  do  ciemno  politurowanych  drzwi.  Po  chwili  pukania 
zauważyłem dopiero czerwony guziczek dzwonka wystający z futryny. Nacisnąłem go i drzwi 
po  kilkunastu  sekundach  otworzyła  korpulentna  niewiasta,  której  twarz  ozdobiona  była 
czarnym wąsikiem. 

—  Proszę  wejść  —  odezwała  się  rozkazującym  tonem  i  jakby  dla  dodania  powagi 

swoim słowom zatoczyła półkole swoim potężnym ramieniem. 

Zostałem  wprowadzony  do  saloniku  urządzonego  według  mody  panującej  przed  pięć-

dziesięciu laty. Tym samym rozkazującym ruchem kobieta wskazała mi krzesełko. Usiadłem 
na nim nie domyślając się, że zwykły drewniany przedmiot może kryć tyle zasadzek. Kiedy 
oparłem  się  o  poręcz,  w  moje  plecy  weszły  jakieś  kanciaste  przedmioty.  Nie  jestem  pewien 
czy nie wydawało mi się, iż zostałem przez jakiś ostry przedmiot przebity na wylot. Krzesło 
na poręczach miało małe rzeźby przedstawiające dokładnie kwiat róży. Bardzo lubię te kwia-
ty, pod warunkiem, że nie są one zrobione z drzewa i przez to samo nie mają płatków ostrych 
jak noże oraz że nie wchodzą one pod łopatki. Moje plecy odskoczyły od poręczy. Usiadłem 
wyprostowany niczym mumia faraona, chrząknąłem, chciałem przemówić. Nic z tego jednak 
nie wyszło. Kobieta w trosce o moje zdrowie wyrzekła to pełne samarytanizmu zdanie: 

—  Ależ  proszę  usiąść  wygodnie,  proszę  się  nie  krępować.  Przyszedł  pan  przecież 

załatwiać interes, a nie składać wizytę starej ciotce, po której spodziewa się pan odziedziczyć 
spadek. 

Myślę, iż po usłyszeniu tych słów mina moja nie musiała być najmądrzejsza. Dlaczego 

ta miła pani w szlafroku w bardzo kolorowe kwiaty zachęca mnie do wbijania sobie w plecy 
drewnianych płatków róży i w dodatku mówi jeszcze o jakimś interesie? 

— Nie chce mnie pan posłuchać, ach! Jak ja strasznie lubię dobrze wychowanych ludzi, 

którzy  potrafią  siedzieć  prosto  i  patrzeć  w  oczy  damom  —  powiedziała dama,  widząc,  że  w 
dalszym ciągu zachowuję faraońską postawę. 

— Może pomówimy o interesie — zaproponowałem. 

background image

— Ma się rozumieć, że pomówimy... Ma się rozumieć. Na ile godzin czy dni potrzebne 

panu? 

— Co? 
— Jak to co? Mieszkanie! — popatrzyła na mnie nieufnie 
— Na jeden dzień. 
— Kto pana do mnie skierował? 
— Martoni. 
— Bardzo miły mężczyzna, naprawdę bardzo miły. Co się z nim teraz dzieje? 
— Dziękuję w jego imieniu. Chyba jest wszystko w porządku. 
— Dosyć długo go nie widziałam. 
— A kiedy on tu był po raz ostatni? 
— Dawno... Przed tygodniem. 
— Nie przyszedłem tutaj wynajmować mieszkania. Prowadzę śledztwo w pewnej spra-

wie. Proszę o adres pana Martoniego. 

— Boże! Pan jest z policji, ja zawsze żyję w zgodzie z policją. Ma się rozumieć, że po-

dam panu adres, nigdy nie miałam żadnych przykrości ze strony policji. Tak! Odkąd żyję na 
świecie, nie miałam żadnych przykrości ze strony policji, żeby pan wiedział, że nie miałam! 
On mieszka na via Maggio... zaraz, nie pamiętam który numer, muszę zajrzeć do notesu. 

Wyjęła z szufladki stołu notesik, chwilę go kartkowała, a potem podała mi go, mówiąc: 
— Proszę, tu jest jego adres. 
Drobne,  okrągłe  litery  układały  się  w  napis:  „Martoni,  bardzo  miły,  mieszka  przy  via 

Maggio 85 m. 8”. Przepisałem adres do swego notesu i pożegnałem rozmowną panią mówiąc 
jej, iż ma duży dar konwersacji. Dama się uśmiechnęła pokazując garnitur sztucznych zębów i 
w dowód wdzięczności odprowadziła mnie do drzwi. 

Po  półgodzinnej  jeździe  przez  Rzym  zatrzymałem  wóz  przed  domem,  w  którym  pra-

wdopodobnie miał mieszkać Martoni. Zadzwoniłem domieszkania numer osiem. Otworzył mi 
drzwi mężczyzna z kilkudniowym zarostem na twarzy i na moje zapytanie o pana Martoniego 
oświadczył, iż ten wyprowadził się przed czterema dniami, i że pytało już o niego kilku ludzi, 
i  że  on  ma  dość  tych  wszystkich  wizyt,  i  jeżeli  przyjdzie  jeszcze  ktoś  z  zapytaniem,  co  się 
dzieje  z  Martonim,  to  on  tego  kogoś  zrzuci  ze  schodów.  Na  to  ja  grzecznie,  lecz  stanowczo 
wsadziłem but między drzwi i oznajmiłem, iż byłoby pożądane, aby odbyła się między nami 
mała  konferencyjka.  Gość  zniewolony  moim  łagodnym  głosem  spytał,  czy  mam  ochotę  do-
stać w mordę. 

W odpowiedzi krótkiej, lecz dosadnej, wyraziłem nadzieję, że to by mu się nie opłaciło 

z kilku względów. Po czym tonem wyjaśnienia dodałem, iż tyle razy przez nas wspomniany 
pan  Martoni  jest  podejrzany  o  popełnienie  pewnego  przestępstwa.  —  Wobec  czego  pańskie 
zachowanie kwalifikuje się jako pomaganie przestępcy. Na to zarośnięty facet odpowiedział, 
że nie podejrzewał poprzedniego lokatora o żyłkę przestępczą i wobec takiego stanu rzeczy 
on, Carlo Nestra, prosi mnie do swego mieszkania, przypuszczając, iż ja zapomnę o przykrym 
incydencie. 

Usiedliśmy w wygodnych fotelach i pan Nestra zaczął: 
— Widziałem pana Martoniego przy przeprowadzce. Właściwie nie była to przeprowa-

dzka.  Wyniósł  dwie  walizy  i  nic  więcej.  Jest  to  brunet  średniego  wzrostu,  ale  jak  pan  wie, 
brunetów  we  Włoszech  jest  dość  duża  Nic  więcej  nie  mogę  panu  powiedzieć.  —  W  tym 
miejscu pan Nestra zrobił przerwę, zmarszczył czoło i ciągnął dalej: 

—  Chociaż  mam  pewną  myśl,  która  powinna  pana  zainteresować.  Wczoraj  była  tu 

pewna dziewczyna. Zrobiła mi awanturę, jakbym ja był temu winien, że poprzedni lokator nie 
zostawił jej żadnej wiadomości. Dziewczyna zostawiła mi numer swego telefonu na wypadek 
jakiejś  wiadomości  o  panu  Martonim.  Mam  go  tutaj  i  jeżeli  pan  chce,  mogę  go  panu  dać. 
Dziewczynka jest całkiem miła. 

background image

— Dziękuję panu za pomoc, chętnie z niej skorzystam — odparłem — miałbym tylko 

jeszcze maleńką prośbę. Czy mógłby mi pan okazać swoje dokumenty? 

— Pan podejrzewa, iż to zapewne ja nazywam się Martoni? Ha, ha, to zabawne! Proszę, 

oto moje papiery. 

— Dziękuje i przepraszam — powiedziałem po przejrzeniu dokumentów. 
— Proszę, to jest ten numer. Może pan do niej zadzwonić — mój rozmówca wręczył mi 

skrawek papieru. 

— Czy mógłby pan do niej zadzwonić i zaprosić ją na małą pogawędkę? 
— To może być dosyć zabawne. Już dzwonię. 
Nestra  wyszedł  do  przedpokoju  zostawiając  drzwi  otwarte,  tak  bym  mógł  słyszeć  całą 

rozmowę. Po chwili usłyszałem jego głos. 

—  Mam  dla  pani  pewną  wiadomość.  Proszę  natychmiast  przyjeżdżać!  Co?  Nie,  przez 

telefon nie mogę. Za ile? Pół godziny. W porządku. 

Przez  pół  godziny  rozmawialiśmy  o  muzyce  dodekafonicznej.  Carlo  Nestra  w  toku 

rozmowy zdążył powiedzieć, iż jest kompozytorem jazzowym, który coraz częściej odczuwa 
ciągotki do komponowania muzyki poważnej. 

— Właściwie to nie można mówić o jakiejś przepaści dzielącej jazz od muzyki powa-

żnej. Dzisiaj następuje wymiana; wiele elementów muzyki poważnej przyjmuje jazz i odwro-
tnie — mówił kompozytor trąc dużą, silną ręką nieogoloną brodę. 

Byliśmy  akurat  w  trakcie  dyskusji  o  „Symfonii  Kwiatów”,  gdy  u  drzwi  rozległ  się 

dzwonek. Nestra poszedł otworzyć. Wszedł do pokoju z młodą dziewczyną ubraną w obcisłe 
czarne  spodnie  i  zamszową  kurteczkę.  Popatrzyła  na  mnie  zdziwiona,  lecz  opanowując  się 
podeszła  z  wyciągniętą  dłonią.  Przedstawiliśmy  się  sobie,  a  właściwie  bąknęliśmy  jakieś 
samogłoski, zrozumiałe jedynie dla wypowiadającego je. 

— Słucham pana — powiedziała dziewczyna siadając w fotelu i zapalając papierosa. 
— Widzi pani — rozpoczął Nestra zacierając dłonie — ten pan, który tu siedzi, mógłby 

coś pani powiedzieć, pod warunkiem, iż najpierw pani udzieli mu kilku informacji. 

—  Co  ja  jeszcze  mogę  o  tym  łajdaku  powiedzieć  —  wybuchnęła  dziewczyna  — 

najpierw  dawał  mi  swoje  zdjęcia  z  czułymi  podpisami,  a  potem  zniknął  zostawiając  mnie 
razem z przeklętą mamusią, która co wieczór pyta się, kiedy ten bałwan się ze mną ożeni. 

— Mam dla pani propozycję — odezwałem się — pani da mi zdjęcie Martoniego, a ja 

postaram się go znaleźć w przeciągu kilku dni. 

— Prywatny detektyw? 
—  Zgadła  pani.  Ma  się  rozumieć,  że  nic  od  pani  za  to  nie  wezmę.  Robię  to  dla  mego 

przyjaciela — tu wskazałem na kompozytora — który opowiadał mi o pani kłopotach i szcze-
rze pani współczuł. 

— Niepotrzebne mi współczucie. Jestem tylko zła. Zgadzam się na to. Jestem tu na sku-

terze, mogę pana podwieźć pod swój dom i dam jedno ze zdjęć. Nie jestem wcale zmartwio-
na, jestem tylko zła — powtórzyła — i nagle jej usta skrzywiły się, a w oczach pojawiły się 
łzy. 

— Wszystko będzie dobrze — rzekł kompozytor podchodząc do fortepianu. 
Po  chwili  oboje  słuchaliśmy  songu  śpiewanego  i  granego  przez  muzyka.  Dziewczyna 

wytarła chusteczką oczy i spytała: 

— Jedzie pan? 
— Pojadę, ale autem. Czeka na dole. 
— Tylko niech mnie pan nie zgubi z oczu. Do widzenia panu, panie Carlo, może kiedyś 

do pana wpadnę. 

— Do widzenia! Bardzo się będę cieszył. 
— Do widzenia, panie Nestra — powiedziałem przy drzwiach. 
Kompozytor  pokiwał  mi  ręką  i  uśmiechnął  się  przyjaźnie.  I  potem,  nie  wiem  na  czyją 

background image

cześć, zagrał i zaśpiewał nowy song. 

Dziewczyna ubrała kask i wsiadła na skuter. Jechałem za nią i muszę przyznać, że jazda 

jej  była  wspaniała.  To  się  rzadko  zdarza  u  kobiet.  W  pewnej  chwili  zatrzymała  się  przed 
nowoczesną  kamienicą,  poczekała  aż  się  zbliżę  i  krzyknęła:  „Proszę  chwilę  poczekać”.  Po 
kilku minutach wybiegła z bramy trzymając w ręku zdjęcie. 

—  Niech  pan  zapisze  mój  adres  i  numer  telefonu.  Jeżeli  się  pan  czegoś  dowie,  proszę 

zatelefonować. Powodzenia. Jak się pan nazywa? 

— To nieważne — odpowiedziałem ruszając. 
Był  już  czas  na  spotkanie  z  Ritą.  W  drodze  myślałem  nad  dalszym  postępowaniem. 

Przypuszczałem, iż facet zatrze ślady. Przez to, że otrzymałem zdjęcie, moje szanse wzrosły. 
Natrafiłem  na  pierwszy  błąd  faceta.  Pamiętając  o  maksymie,  iż  jeden  błąd  musi  wywołać 
inne,  jechałem  na  spotkanie  raczej  w  dobrym  humorze.  Mówiąc  prawdę,  cieszyłem  się  z  tej 
randki jak sztubak. 

Kawiarenka na Piazzale del Pinzie była tak samo jak w dniu wczorajszym przepełniona. 

Spojrzałem na zegarek. Przyjechałem o dziewięć minut za wcześnie. Zamówiłem mały scotch 
i  zacząłem  się  jeszcze  raz  zastanawiać  nad  dotychczasowym  śledztwem.  Zdjęcie,  które  spo-
czywało  w  wewnętrznej  kieszeni  mojej  marynarki,  przedstawiało  dla  mnie  dużą  wartość; 
wraz ze zniknięciem nieznanego mi bliżej Martoniego stawało się jedynym efektem śledztwa 
i  ogniwem  zastępującym  jakiegoś  człowieka,  który  mógłby  mi  udzielić  wiadomości  o  pra-
wdopodobnym przestępcy. Postanowiłem zadzwonić do znajomego oficera policji, następnie 
spotkać  się  z  nim,  aby  wspólnie  sprawdzić,  czy  człowiek  noszący  nazwisko  Martoni  zareje-
strowany  jest  w  zdjęciotece  przestępców.  Wypiłem  scotch  i  kiedy  odstawiłem  kieliszek, 
zobaczyłem wchodzącą Ritę. 

— Miałam przykrości w domu — poskarżyła się po przywitaniu. 
Pogładziłem ją po ręce. 
— Rodzice... Wiesz sam, jak bywa. Muszę wypić coś silniejszego. 
— Dwa razy scotch — zawołałem do przechodzącego kelnera. 
— Czy ciągle jeszcze będziesz miała przykrości? Czy nie można temu jakoś zaradzić? 
—  Już się  ubezpieczyłam.  Powiedziałam, że  wyjeżdżam  na  trzy  dni  do  koleżanki.  Nie 

gniewasz się? 

— Za co? 
— Za to — odpowiedziała składając usta w ryjek — że będę przez trzy dni ci przeszka-

dzać. 

Roześmialiśmy się. 
— Dużo dzisiaj pracowałeś? — spytała tonem  b a r d z o  dorosłej osoby. 
— Strasznie dużo — odrzekłem płaczliwie. 
— Kolację jadłeś? — indagowała naśladując głos matki wypytującej syna. 
— Jeszcze nie. mamusiu. 
— Niedługo będziesz jadł. 
Kelner przyniósł dwa kieliszki napełnione żółtawym płynem. 
— Co dzisiaj robiłeś? 
— Prowadziłem pewną sprawę. 
— Jaką? 
— Tajemnica. Nie mogę powiedzieć ani słóweczka. 
— Jak chcesz. Wcale nie jestem ciekawa. 
Długo jeszcze rozmawialiśmy w ten sposób. Naśladowaliśmy dzieci i dorosłych, zwie-

rzęta i ptaki, a chwilami nie mówiliśmy nic, tylko patrzyliśmy na siebie i wówczas uśmiech 
rozciągał nasze wargi. 

Następnego dnia o godzinie jedenastej wyszedłem z mieszkania, udałem się do garażu i 

wyprowadziłem  wóz.  Po  uzupełnieniu  zapasu  benzyny  pojechałem  do  znajomego  oficera 

background image

policji. Przeglądanie zdjęcioteki zaczęliśmy o godzinie dwunastej i, mimo że trwało ono przez 
dwie godziny, nie znaleźliśmy fotografii Martoniego. 

Obiad  zjadłem  w  domu.  Posiłek  smakował  mi  tak  bardzo,  że  przy  deserze  zacząłem 

przypominać sobie ceremonie ślubne wszystkich moich żonatych przyjaciół. 

O  godzinie  piątej  znalazłem  się  w  moim  biurze,  gdzie  zrobiłem  kilka  odbitek  zdjęcia 

Martoniego. 

Do  domu  zatelefonowałem  około  godziny  szóstej.  Usłyszałem  głos  Rity  i  czułem  się 

szczęśliwy. Po wyschnięciu odbitek zatelefonowałem do jednego z moich współpracowników 
i umówiłem się z nim na godzinę ósmą w cocktail-barze na Piazza della Stazione.  

Andrea,  mój  współpracownik,  znał  twarze  prawie  wszystkich  przestępców  w  Rzymie. 

Chciałem mu pokazać fotografię Martoniego, spodziewając się, iż może będzie coś wiedział o 
tym osobniku. 

Kiedy wszedłem do baru, zobaczyłem mego przyjaciela siedzącego na stołku barowym. 

Na kontuarze baru stały przed nim trzy wypróżnione kieliszki. Po zamówieniu szklanki soku 
pomarańczowego opowiedziałem mu o całej sprawie. 

— Pokaż to zdjęcie — poprosił po wypiciu czwartego kieliszka. 
Wyciągnąłem z kieszeni jedną z odbitek. 
— Jasne, że go znam! — i zwracając się do barmana: — Jeszcze raz to samo. 
— Co o nim wiesz? 
— A jak mi zabraknie forsy, to postawisz nowy kieliszek? 
— Nie zadawaj idiotycznych pytań. 
— To płotka. Nie ma na swoim koncie żadnej poważniejszej roboty. Według mnie do 

żadnej  większej  rozróby  się  nie  nadaje.  Jakieś  malutkie  szantażyki  na  starszych  paniach, 
sprzedaże szkiełek wieśniakom jako brylancików  — to tak; ale nic poważniejszego, za to  ci 
ręczę... Tak, to nie jest facet do dużej roboty. 

— Czy wiesz, gdzie on się obraca? 
— W tej chwili jest godzina ósma piętnaście. Prawdopodobnie będzie u taty Byka... to 

taka knajpa. 

— Pojedziesz ze mną? 
— Jasne. Muszę być twoim przewodnikiem. 
Uregulowaliśmy rachunek i wyszliśmy z baru na plac tonący w szaroniebieskim powie-

trzu rzymskiego wieczoru. 

Po piętnastominutowej, wolnej z powodu mnóstwa pojazdów jeździe, stanęliśmy przed 

knajpką,  której  wejście  oświetlone  było  czerwonym  neonem  przedstawiającym  rozszalałego 
byka.  

W knajpce panował hałas. Grupa mężczyzn stłoczona wokół telewizora oglądała mecz 

bokserski  i  głośno  komentowała  każdą  walkę.  Również  goście  siedzący  przy  stolikach  nie 
milczeli ani nie mówili szeptem. 

— Jest. Siedzi tam, w kącie, z chudym rudzielcem — szepnął Andrea. 
— Zawołaj go. 
— Dobrze. Ale musimy go gdzieś wyciągnąć. 
— Czy to konieczne? 
— Nie. Tylko tutaj jest trochę za dużo ludzi. 
— Najpierw go przyprowadź. Potem zobaczymy... 
Po chwili, do stolika przy  którym usiadłem, zbliżył się Andrea trzymając  pod rękę tak 

dobrze znanego mi ze zdjęć pana Martoniego. 

— Poznajcie się — rzekł mój współpracownik. 
Z miłym uśmiechem wymieniłem jakieś wymyślone nazwisko. 
— Siadamy — zadecydował Andrea. — Czego się napijecie? 
— Ja kawy. 

background image

— Ja też. 
— W porządku. Halo, kelner, trzy kawy. A teraz, czy pamiętasz Giovanni, że jesteś mi 

coś winien? 

— Pamiętam — odparł Martoni — czego znowu chcesz? 
— Drobnostka. Nic ważnego.  Będziesz odpowiadał na pytania mego przyjaciela. Albo 

zadzwonię do instytucji, która trudni się wykrywaniem brzydkich sprawek. 

— Po co tyle mówisz. Nie widzisz, ile jest ludzi w tej budzie? O co chodzi? 
— Zna pan niejakiego Termi? 
— Znam. Stary cwaniak. 
— Czy przychodził pan do jego knajpy z jakimś towarzyszem? 
— Nie. 
— Czy pan coś studiował? 
— Studiowałem, ale nie skończyłem... historię sztuki — dodał po małej przerwie. 
—  Czy  dawał  pan  Termiemu  jakieś  polecenia?  Na  przykład  jakiś  zakup  albo  coś 

podobnego. 

— Nie. 
— Panowie zapalą? — spytał mój współpracownik częstując nas papierosami. 
Wzięliśmy papierosy. 
— Słuchaj, Andrea, czy jeszcze długo będę musiał tak odpowiadać? 
— Dopóki się memu przyjacielowi nie znudzi. 
Martoni popatrzył na nas mrużąc oczy, lecz nic nie powiedział. 
— Jeżelibym zaryzykował przypuszczenie, iż pan kazał udać się barmanowi do dwóch 

kobiet w celu zamówienia manekina z masy papierowej, to pan by zaprzeczył czy nie? 

— Zaprzeczyłbym — odparł Martoni. 
—  A  dlaczego  zmienił  pan  mieszkanie?  —  spytałem  obojętnie  strzepując  popiół  z 

papierosa. 

— Nie podobało mi się. 
— Czy pańscy znajomi twierdzą, iż jest pan dużym cwaniakiem? 
— Co pan chce przez to powiedzieć? 
— Dlaczego zmienił pan mieszkanie? — spytałem powtórnie. 
—  Była  jedna  sikorka,  która  chciała  wychodzić  za  mąż.  Za  często  mnie  odwiedzała. 

Znudziło mi się to, więc nawiałem. 

— Przy jakiej ulicy mieszka ta pani? 
Martoni wymienił ulicę, przy której mieszkała ofiarodawczyni zdjęcia. 
— Więc twierdzi pan stanowczo, że nic pan nie wie o żadnej kukle?  
— Nic nie wiem. 
— Czym w takim razie wytłumaczy pan fakt, iż Termi powiedział mi, że na pana zlece-

nie zamówił u dwóch kobiet manekin z masy papierowej? Wie pan z dzienników popołudnio-
wych, że ów manekin posłużył jako przynęta przy kradzieży obrazu Cezanne'a. 

— Termi nie mógł czegoś podobnego powiedzieć — zawołał z oburzeniem Martoni. 
— Służę panom. Trzy kawy? — powiedział mi nad uchem kelner 
— Tak, dziękujemy. 
— Sądzę, że najlepiej będzie pojechać do knajpy i pogadać z Termim. 
— Proszę bardzo — odparł Martoni parząc sobie usta kawą. 
— Nie spiesz się — z naganą w głosie pouczył go Andrea — możesz na tym przegrać. 
—  Wiem,  co  mówię.  Termi  to  stary  cwaniak.  Jeżeli  mu  to  do  czegoś  potrzebne,  to 

potrafi nakłamać na własnego brata. Lepiej by było, żeby został w teatrze. 

— W jakim teatrze? — zapytałem szybko. 
— Był kiedyś aktorem. Potem zrobił jakieś świństwo i wyleciał. 
— Termi aktorem? — spytałem, a w słowach tych zabrzmiało niedowierzanie. 

background image

— Dlaczego to pana tak dziwi? 
— Wcale mnie nie dziwi. Kończymy kawę i jedziemy. Andrea, popraw portfel. 
Słowa:  „Andrea,  popraw  portfel”  były  między  nami  sygnałem,  iż  należy  się  przygoto-

wać do jakiejś rozróby bądź to przez zwiększenie uwagi, bądź też przez wyciągnięcie broni. 

— Zrobi się, szefie — odpowiedział — i na dowód dobrego humoru pogłaskał filiżankę 

z kawą. 

— Ale co za świnia z niego — mruczał Martoni dopijając kawę. 
— Idziemy, panowie — zadecydowałem. — Kelner, płacić. 
Po kilkunastu minutach jazdy zatrzymaliśmy się przy via Giustiniani. Pierwszy wysiadł 

z wozu Andrea, potem Martoni, a na końcu ja. 

— Nie ma go — stwierdził Martoni po wejściu do baru. 
Za kontuarem stał chłopiec. Zbliżyłem się do niego i spytałem: 
— Gdzie szef? 
— W mieszkaniu. 
Kiwnąłem głową w kierunku moich towarzyszy i pchnąłem drzwi prowadzące do mie-

szkania.  W  milczeniu  przeszliśmy  ciemny  korytarzyk.  Nim  zdążyłem  zapukać,  drzwi  otwo-
rzyły się same. Na progu stanął Termi. 

— A, to pan. Proszę wejść. 
Weszliśmy w trójkę i stanęliśmy przed Termim. 
— Co pan mówił? — gniewnie zaczął Martoni. 
Uciszyłem go ruchem ręki. 
— Kłamał pan, panie Termi. Obecny tu pan Martoni nigdy z panem o żadnym maneki-

nie nie rozmawiał. 

— To on kłamie. Jest złodziejem i szantażystą. Jemu nie można wierzyć — z zupełnie 

spokojną miną odpowiedział restaurator. 

Po usłyszeniu spokojnej odpowiedzi Termiego nabrałem pewności, iż barman, jak to się 

wyraził Martoni, jest wielkim cwaniakiem. Poczułem nawet złość na siebie, że dałem się tak 
zwieść  podczas  poprzedniej  wizyty.  Świetnie  grane  scenki  brałem  za  naturalne  reakcje  nie-
zbyt rozgarniętego faceta. Wraz ze złością poczułem coś w rodzaju podziwu dla umiejętności 
aktorskich  restauratora,  jego  wyczucia  psychiki  i  umiejętności  wcielenia  się  w  graną  przez 
siebie postać. 

— Czy mam cię tutaj zatłuc? — krzyczał rozwścieczony Martoni. — Myślisz, że uda ci 

się mnie wrobić? Jak śmiesz? Ty świnio! 

— Niech się pan uspokoi — powiedziałem sucho — krzyk tu nic nie pomoże. 
— Więc powtarza pan — zwróciłem się do Termiego — że pan Martoni prosił pana o 

zamówienie manekina? 

— Tak — zabrzmiało jak wystrzał. 
— Wspominał pan, że z panem Martonim był jeszcze jakiś mężczyzna. Kto to był? 
— Nie wiem. Prawdopodobnie jakiś kolega Martoniego. 
Termi  zachowywał  się  jak  najlepszy  gracz.  Odpowiadał  spokojnie,  rzeczowo,  na  jego 

twarzy nie było widać zdenerwowania. 

— Czy odnosił pan manekin do mieszkania pana Martoniego? 
— Tak. Mówiłem panu o tym. 
— Czy to było jego prywatne mieszkanie? 
— Nie wiem. Kazał, a właściwie prosił mnie, bym mu odniósł ten kadłub. 
— Czy on sam otworzył panu drzwi? 
— Tak. W mieszkaniu był jeden z jego kolegów. Ten, o którym wspominałem. 
— Kłamstwo! — ryknął Martoni. 
— Czy był pan kiedyś aktorem? 
— Owszem, byłem. Ale co to ma do rzeczy? 

background image

—  Ma  dość  dużo.  Jeżeli  nazywa  pan  pana  Martoniego  złodziejem  i  szantażystą,  to 

dlaczego pan mu pomagał? 

—  Dostarczenie  manekina  z  masy  papierowej  nie  jest  karalne.  Znam  prawo  swego 

kraju. 

— Czy zna pan jakiegoś artystę malarza? — spytałem prawie wesoło. 
— Bardzo możliwe, że znam. W tej chwili sobie nie przypominam. 
— Czy ma pan jakieś przypuszczenia, do czego mógł posłużyć manekin panu Martonie-

mu? 

— Nie miałem i nie mam. 
— Dlaczego pan wierzy tej świni? — zwrócił się do mnie Martoni. 
— Uspokój się, szef wie co robi — powiedział do niego Andrea, wyciągając z kieszeni 

płaską flaszkę z koniakiem — lepiej się napij. 

— Czy używał pan mieszkania przy via Rosa 32? — zapytałem Martoniego pijącego w 

tej chwili koniak. 

—  Tak,  używałem  —  odpowiedział  po  przełknięciu  łyku  koniaku  —  wie  pan,  czasem 

się  nie  chce,  by  ktoś  znał  prawdziwy  adres,  więc  korzysta  się  wtedy  z  wypożyczanych  mie-
szkań. 

Po usłyszeniu tych słów Termi się uśmiechnął. 
— Czy to potwierdza moje zeznania? — zapytał. 
— Niestety, nie. Bardzo mi przykro — odpowiedziałem łagodnie, lecz stanowczo. 
— Jest pan uparty — odparł Termi wzruszając ramionami. 
— Nie. Po prostu odpowiedź pana Martoniego nie świadczy o pańskiej prawdomówno-

ści. Teraz mam do pana małą prośbę. Będzie pan stał nieruchomo,  a ja  przeprowadzę małą 
rewizję. 

— Ma pan upoważnienie? 
— Nie. Muszę przeprowadzić rewizję bez upoważnienia. 
— Nie pozwalam! — krzyknął Termi. 
— Przykro mi, ale wobec tych kłamstw jestem zmuszony przeszukać to miłe mieszka-

nko. 

— Zawołam ludzi! Tu jest mój dom! 
— Andrea, wytłumacz temu panu...  
Mój  współpracownik  spokojnym  gestem  odebrał  butelkę  Martoniemu,  schował  ją  do 

kieszeni i w jego ręce pojawił się pistolet. 

— Schowam tę zabawkę, ale niech pan nie robi głupstw. Nie sądzi pan chyba, że pań-

skie pięści są silniejsze od naszych — zwrócił się do restauratora. 

Ten nic nie odpowiedział. 
Rozpocząłem przeszukiwanie mieszkania. W szafie nic nie znalazłem. Poszukiwania w 

biurku  dały  też  dość  mierne  rezultaty.  Zatrzymałem  jedynie  kalendarz  terminowy,  którego 
kartki  pokryte  były  zapiskami.  Komoda  zawierała  same  rupiecie  —  jak  stare  lalki,  gazety, 
opakowania  z  zagranicznych  papierosów,  kolorowe  ołówki,  zdjęcia  z  dzieciństwa  oraz  inne 
podobne przedmioty. Otworzyłem następnie drzwi szafki wmontowanej w ścianę. Górne pół-
ki szafy były puste, jedynie na dolnej spoczywała metalowa kaseta. 

Spróbowałem ją otworzyć, niestety, była zamknięta. 
— Poproszę o kluczyk — zwróciłem się do restauratora. 
— Nie mam. 
— Trudno — powiedziałem ze smutkiem wyprostowując się. 
Nagle  przyskoczyłem  do  Termiego,  uchwyciłem  go  za  prawą  rękę  sposobem  znanym 

mi z walki japońskiej i restaurator znalazł się na podłodze, nie mogąc wykonać najmniejszego 
ruchu rękoma. Prawe ramię było trzymane przeze mnie, a lewe zostało przygniecione ciałem 
restauratora  podczas  upadku.  Nie  mógł  go  wyciągnąć,  gdyż  przytrzymując  prawą  rękę  Ter-

background image

miego,  przytrzymywałem  jednocześnie  całe  ciało.  Najmniejszy  ruch  przyprawiłby  go  o  ból, 
silniejszy  zaś  o  złamanie  ręki.  Wolną  lewą  ręką  obmacałem  kieszenie  barmana.  W  jednej  z 
nich wyczułem jakiś duży przedmiot. Wsadziłem do kieszeni dłoń i wyciągnąłem pęk kluczy. 
Gwałtownie puściłem ramię byłego aktora i podszedłem do otwartej szafy, na dnie której spo-
czywała  kaseta.  Przeglądając  klucze  zauważyłem,  że  Andrea  zrobił  dwa  kroki  i  stanął  przed 
Termim  w  odległości  około  metra.  Uśmiechnąłem  się,  gdyż  ubawiła  mnie  ta  przezorność. 
Muszę  dodać,  iż  twarz Martoniego  rozjaśnił  błogi  uśmiech  satysfakcji.  Spojrzałem  na  otwór 
zamka  w  kasecie  i  wybrałem  klucz  przypominający  swym  kształtem  szkielet  jaszczurki. 
Nadawał się. Na samym wierzchu leżała książeczka czekowa. Odłożyłem ją na bok. Przerzu-
ciłem szybko papiery i banknoty zalegające kasetę i zainteresowałem się dopiero rachunkiem 
na  milion  lirów.  Rachunek  został  wystawiony  przez  człowieka  nazywającego  się  Domenico 
Contini. Wyjąłem zrealizowany rachunek z kasety, natomiast książeczkę czekową i pieniądze 
wsadziłem  na  powrót  do  wnętrza.  Przekręciłem  klucz  w  zamku  i  uśmiechająca  się  oddałem 
pęk kluczy właścicielowi. 

— Domenico Contini, o ile mnie pamięć nie myli, jest właścicielem antykwariatu. Czy 

mógłby mi pan powiedzieć, za co wypłacił panu milion lirów? 

Na próżno czekałem. Odpowiedzi nie było. 
—  Milion  lirów  to  jest  około  tysiąc  pięćset  dolarów.  Takiej  sumy  nie  daje  się  za  głu-

pstwa. A więc? 

I tym razem nie było odpowiedzi. 
— Milczenie to też metoda, szefie — odezwał się Andrea. 
— Ma się rozumieć. Tylko że nie najmądrzejsza. 
— Zaskarżę pana do sądu — warknął Termi. 
— Dobrze, cwaniak, skarż — wyręczył mnie w odpowiedzi mój współpracownik. 
—  Andrea,  przypilnujesz  pana  Termi,  a  ja  na  chwilę  wyjdę.  Nie  powinno  to  trwać 

długo. Za godzinę prawdopodobnie będę z powrotem. 

— Dobrze, szefie. 
— Idziemy, panie Martoni. 
Przeszliśmy przez ciemny korytarzyk i po otworzeniu drzwi zostaliśmy na chwilę ośle-

pieni jasnym światłem. 

— Zatelefonuję — poinformowałem Martoniego. 
Podszedłem do telefonu i zacząłem wertować książkę telefoniczną. Pod „C” znalazłem 

poszukiwane  nazwisko.  „Contini  Domenico,  antykwariusz  via  del  Borgo  48”.  Zapisałem 
domowy adres antykwariusza. Wiedziałem o tym, gdyż niejednokrotnie przechodziłem obok 
antykwariatu  przy  via  Palestro.  Odwiedziny  w  sklepie  nie  dałyby  rezultatu  ze  względu  na 
spóźnioną porę. 

— Idziemy — rzuciłem w stronę Martoniego. 
— Miał pan przecież telefonować. 
— Zrezygnowałem. 
Wsiedliśmy do auta. Skierowałem wóz w ulicę  wiodącą na  via del Borgo. Po kilkuna-

stominutowej jeździe zatrzymałem samochód przed bramą oznaczoną numerem 48. 

Na pierwszym piętrze spostrzegłem metalową płytkę z wytrawionym napisem: Domeni-

co Contini. Zadzwoniłem. Otworzył nam starszy pan o siwej fryzurze, ubrany w czarny szla-
frok z purpurowymi wypustkami. 

— Czy pan Domenico Contini? — spytałem. 
— Tak. Czym mogę panom służyć? 
— Przychodzimy w imieniu pana Termi. 
— Proszę wejść. 
Antykwariusz wprowadził nas do pokoju umeblowanego w stylu Drugiego Cesarstwa i 

zaprosił do zajęcia miejsc. 

background image

— Słucham panów. 
— Przyszliśmy po obraz dostarczony panu przez Termiego. 
Po  wypowiedzeniu  tych  słów  zdałem  sobie  sprawę,  iż  moje  zagranie  jest  nadzwyczaj 

ryzykowne.  

— Czy panowie się czegoś napiją? — spytał Contini nerwowo gładząc podbródek. 
— Dziękujemy. Nie — odpowiedziałem. 
— Czy panowie są przyjaciółmi pana Termiego? 
— Można to i tak nazwać. 
— Skąd się panowie dowiedzieli o tym obrazie? 
— Od Termiego. 
Antykwariusz ze zdziwieniem podniósł brwi. 
— Niech pana to nie dziwi. Był to rezultat śledztwa. 
Domenico Contini zbladł. 
— Czy obraz pochodził z nielegalnego źródła? — zapytał. 
Wiedziałem, że zagranie się udało. 
—  Proszę  nie  udawać  naiwnego.  Wie  pan  bardzo  dobrze,  że  taki  obraz  nie  kosztuje 

milion lirów, lecz o wiele więcej. I skąd nagle się znalazł w rękach Termiego? Powinno pana 
zainteresować tajemnicze zniknięcie tego właśnie obrazu z galerii. Chyba, że nie czytuje pan 
gazet... 

— Czy mam iść z panami? 
— Nie, to zbyteczne. Przyszliśmy po obraz. 
— Czy panowie nie wiedzą, iż zapłaciłem za ten obraz milion lirów? 
— Wiemy, wspominałem przed chwilą nawet o tym. 
— Kto mi zwróci pieniądze? 
— Termi. 
— Jest pan tego pewny? 
—  Jestem  pewny.  Jeżeli  będzie  się  wzdragał  przed  oddaniem,  pomoże  mu  wówczas 

policja. 

Antykwariusz skrzywił się. 
— Kim panowie są? 
— Prowadzę śledztwo poruczone mi przez galerię. 
— Czy jest pan policjantem? 
— Nie. Jestem detektywem prywatnym.  
— Ile galeria panu piąci? 
— Dwieście tysięcy za odnalezienie obrazu. 
— Dam pół miliona — rzekł antykwariusz oglądając paznokcie. 
— Nie przyjmuję oferty. 
— Jak pan chce... A więc ile? 
— Nic. Nie zapominam o tym, że klient mi zaufał. 
— Niech pan nie będzie dzieckiem. 
— Nie jestem. Poproszę o wydanie obrazu. 
— A jeżelibym oświadczył, iż nie posiadam obrazu? 
— Przeciw panu byłyby zeznania Termiego. 
— Czy sprawa będzie utrzymana w dyskrecji? 
— Nie wiem. Prawdopodobnie nie. 
— W takim razie... 
— Musi pan bezwarunkowo oddać obraz — przerwałem mu — nie jest wykluczone, iż 

sprawa zostanie zatajona. Zastrzegam, iż nie jest to pewne. 

— Proszę chwilę poczekać, przejdę do następnego pokoju. 
— Dobrze. 

background image

Contini wyszedł i nie było go przez kilka minut. Wrócił z obrazem Cezanne'a. 
— Proszę mi dać pokwitowanie i pokazać legitymację. 
Wyjąłem swoją licencję i wieczne pióro. Antykwariusz po oglądnięciu licencji oddał mi 

ją wraz z kartką papieru. 

— Proszę napisać pokwitowanie. 
Po kilku minutach, byłem gotów. Na papierze, który przedarłem na dwie części, zostały 

wypisane dwa identyczne teksty. Wraz z antykwariuszem na obydwu pokwitowaniach złoży-
liśmy swoje podpisy. 

— Jeżeli są możliwości zatuszowania tej sprawy, prosiłbym o poinformowanie mnie — 

powiedział antykwariusz wstając z krzesła.  

W tej chwili rozległ się dzwonek. 
— Przepraszam na chwilę, ktoś do mnie przyszedł. Proszę łaskawie poczekać. 
Skinęliśmy głowami. Antykwariusz wyszedł. Nie było go około minuty. 
— Ręce do góry! — rozległ się za mną głos. 
Podniosłem  ręce  do  góry  i  obejrzałem  się.  Przy  drzwiach  stał  nieznany  mi  mężczyzna 

trzymając w dłoni pistolet. Obok niego stał Contini i uśmiechał się lekko kącikami ust. 

— Niech pan nie postępuje niemądrze. Sprawa jest za błaha, by używać takich środków. 

Może pan mieć grube nieprzyjemności. 

— Dla mnie wcale nie jest błaha. To może uśmiercić moją firmę. Rozumie pan? 
— Rozumiem. Dlatego zatelefonował pan po obrońcę. 
— Tak. Dlatego właśnie zatelefonowałem. 
— Ta pukawka ma tłumik — chrypliwym głosem- powiedział mężczyzna z pistoletem. 
— I co z tego? — zapytał Martoni. 
Popatrzyłem na niego ze zdziwieniem. Zabrałem go ze sobą, nie będąc pewien, czy nie 

jest on przyjacielem Termiego. Teraz stał z podniesionymi w górę ramionami i zdobył się na 
odwagę, mimo iż sprawa w tej chwili nie dotyczyła go bezpośrednio. 

— Nie bądź taki cwaniak. Dobrze ci radzę — odpowiedział nieznajomy. 
— Czego pan chce dokonać w ten sposób? — zwróciłem się do antykwariusza — czy 

chce  pan  nas  tu  zatrzymać,  czy  nastraszyć?  Powtarzam,  pańskie  postępowanie  jest  nierozsą-
dne. 

— Napisze mi pan oświadczenie, iż był pan jednym z facetów sprzedających mi obraz. 
— Spuszczam ręce — powiedziałem do antykwariusza i stojącego obok niego mężczy-

zny. 

Po wypowiedzeniu tych słów natychmiast to uczyniłem. Tak samo postąpił Martoni. 
— Ręce do góry! — wrzasnął gość trzymający pistolet. 
Martoni  spojrzał  na  niego,  odwrócił  wzrok  i  nieznacznie  postąpił  jeden  krok.  Kiedy 

tylko zauważyłem ten manewr, zacząłem mówić głośno i szybko. 

—  Jakie  mam  napisać  oświadczenie?  Niech  mi  pan  wytłumaczy,  na  czym  ma  polegać 

jego sens. Nie rozumiem tego. Co panu przyjdzie z zapisanego kawałka papieru? Przecież to 
idiotyzm. 

— Ręce do góry! — powtórnie krzyknął obrońca antykwariusza. 
Martoni przesunął lewą stopę o kilkanaście centymetrów. 
— Po co ta zabawa? Pański antykwariat i tak nie cieszy się najlepszą opinią. Niech pan 

powie  swojemu  przyjacielowi,  iż  należy  schować  tę  zabawkę.  —  Z  ust  moich  wyskakiwały 
zdania z szybkością strzałów karabinu maszynowego. 

— Napisze pan to oświadczenie. Proszę teraz odnieść ręce do góry! 
—  Nie  podniosę.  Ale  bardzo  pana  proszę,  aby  poprosił  pan  swojego  przyjaciela  o 

schowanie broni. Pistolet może nieraz sam wypalić — paplałem uśmiechając się głupkowato. 

—  Niech  pan  im  powie,  że  mają  podnieść  ręce  do  góry.  Ze  mną  nie  ma  żartów!  — 

zwrócił się nieznajomy do antykwariusza. 

background image

Martoni przysunął prawą stopę do lewej. 
—  Dlaczego  pana  przyjaciel  jest  taki  nerwowy?  Przecież  to  nietakt  rozkazywać 

gościom, by trzymali ramiona w górze. Wie pan chyba, że to strasznie niewygodna pozycja. 
Powinien  się  pan  okazać  człowiekiem  kulturalnym.  Szybciej  podpiszę  oświadczenie  mając 
pewność,  iż  zadaję  się  z  człowiekiem  dobrze  wychowanym  —  szczebiotałem  patrząc  anty-
kwariuszowi w oczy. 

Stopy Martoniego przesunęły się o następnych kilkanaście centymetrów. 
— Czy jest pan gotów podpisać oświadczenie? — spytał oficjalnie Contini. 
— Ma się rozumieć, ale najpierw muszę się zapoznać z jego treścią — odpowiedziałem 

zerkając dyskretnie na obuwie Martoniego. 

Stopy posuwały się wolno. W pewnej chwili znikły z pola mego widzenia. Usłyszałem 

trzask,  a  potem  hałas,  jaki  wydaje  metalowy  przedmiot  w  zetknięciu  się  z  podłogą.  Potem 
rozległo  się  głuche  uderzenie,  po  którym  nastąpił  odgłos  upadającego  ciała.  W  polu  mego 
widzenia  zjawiła  się  głowa  mężczyzny,  który  niedawno  jeszcze  trzymał  w  ręku  pistolet. 
Obecnie głowa znajdowała się na podłodze, z nosa mężczyzny ciekła krew. Muszę przyznać, 
że dość szybko w mojej ręce pojawiła się pukawka. 

— Ręce do góry! panie Contini — powiedziałem wesoło. 
Antykwariusz podniósł do góry ramiona. Podszedłem do niego i obmacałem jego szla-

frok. Nie wyczułem broni. 

— Może pan opuścić.. Teraz pan zapłaci za tę drakę trzysta tysięcy lirów. 
— Jak to... 
— Czterysta tysięcy! Jeszcze jedno zbędne zdanie, a dopłaci pan następne sto tysięcy. 
— Pieniądze mam w następnym pokoju. 
—  Proszę  się  udać  z  panem  po  pieniądze  —  zwróciłem  się  do  Martoniego  —  ja  nato-

miast przypilnuję tego ptaszka. 

Po  kilku  minutach  mężczyźni  wrócili.  Antykwariusz  trzymał  w  ręce  plik  banknotów. 

Wręczył mi je. Przeliczyłem je i dwieście tysięcy wręczyłem Martoniemu. Ten uśmiechnął się 
i okrągłym gestem umieścił banknoty w kieszeni. 

—  Pana  obrońca  powinien  niedługo  odzyskać  przytomność.  Proszę  go  od  nas  pozdro-

wić — pożegnałem kurtuazyjnie antykwariusza. 

W  aucie,  podczas  jazdy  w  kierunku  baru  Termiego,  zakomunikowałem  Martoniemu 

warunki,  na  jakich  mógłby  zostać  moim  pomocnikiem.  Martoni  zgodził  się  na  wszystkie 
warunki i tym samym przybył mi jeszcze jeden pomocnik. 

— Tylko niech szef nie zgubi tego obrazu — przestrzegł mnie nowy pomocnik. 
— Nie ma obawy — uspokoiłem go — jutro odnoszę go do galerii. 
— Jesteście w końcu — przywitał nas Andrea — dosyć tu było nudno. 
—  Mamy  obraz,  panie  Termi,  niech  pan  wypłaca  swemu  dozorcy  dwieście  tysięcy 

lirów. Tylko szybko. I niech się pan nie trudzi opowiadaniem szczegółów kradzieży. To była 
dosyć partacka robota. 

Termi bez szemrania zastosował się do moich wskazówek. Po wypłaceniu przez barma-

na pieniędzy mojemu współpracownikowi, spytałem: 

—  Jedno  mnie  ciekawi,  panie  Termi.  Dlaczego  pan  wymienił  nazwisko  Martoniego. 

Mógł pan przecież wymienić jakieś fikcyjne i wtedy śledztwo stanęłoby na martwym punkcie. 

— Byłem za bardzo zaskoczony. Nie spodziewałem się, że sprawa wyjdzie na wierzch. 

Przez zaskoczenie powiedziałem pierwsze nazwisko, które podała mi pamięć. Potem dorobi-
łem  do  niego  historyjkę.  Pan  uwierzył  i  to  był  mój  błąd.  Za  sugestywnie  to  opowiedziałem. 
Pan  uwierzył,  że  Martoni  sprzątnął  ten  obraz.  Ale  pan  go  delikatnie  trzyma  w  rękach  — 
powiedział z lekkim uśmiechem — mówię naturalnie o obrazie — dodał po chwili przerwy. 

— Nie chcę go zgubić — odpowiedziałem składając usta w ryjek, jak to robiła Rita. 
Restaurator i były aktor w jednej osobie popatrzył na mnie ze zdziwieniem. 

background image

 

* * * 

 

Następnego  dnia  odniosłem  obraz  do  galerii.  Odmówiłem  wszelkich  wyjaśnień  co  do 

sposobów, w jaki go zdobyłem. Otrzymałem należną mi sumę. 

Wspomnienie historii, którą tu opisałem, wywołuje u mnie uśmiech zadowolenia nie ze 

względu na rozwiązanie zagadki, lecz z powodu ścisłego związku jej z Ritą. Gdyby nie było 
sprawy ukradzionego obrazu, nie posiadałbym obecnie żony o imieniu Rita, nie czułbym się 
tak zadowolony przebywając w domu i ominęłoby mnie tysiąc innych radości, których spraw-
czynią jest moja żona. 
 

Tłumaczył Ireneusz Iredyński  

 
 
 
 

OSCAR WILDING 

 

TAJEMNICA LUCYNKI 

 

Już od pięciu tygodni w cichym miasteczku powiatowym A. panowało ogólne podnie-

cenie. Od czasu, kiedy to rankiem trzynastego lutego znaleziono pannę Lucynkę zamordowa-
ną w jej własnym pokoju, tematem rozmów  całego miasteczka było pytanie: Kto? Dlaczego 
zabił?  Śmierć  Lucynki  —  tak  nazywano  piękną  bufetową  hotelu  „Pod  Niedźwiedziem”  — 
była przez pięć tygodni tajemnicą. 

Jak  zwykle  w  małych  miasteczkach  znaleźli  się  złośliwi  plotkarze,  a  raczej  plotkarki, 

które  posądzały  Lucynkę  —  jej  nazwiska  nie  znano  —  o  zbyt  swobodny  tryb  życia.  Krzy-
wdzące domysły były jednak bezpodstawne, nikt nie mógł podać jednego chociażby faktu po-
twierdzającego te złośliwe plotki  Żaden z młodych ludzi, którzy natychmiast z pojawieniem 
się  Lucynki  rozpoczęli  uporczywą  rywalizację  o  jej  względy,  nie  mógł  pochwalić  się  nawet 
cieniem sukcesu. Wobec tego miasteczko wytłumaczyło sobie rezerwę  Lucynki tym, że pię-
kna bufetowa ma zamiar zostać właścicielką hotelu „Pod Niedźwiedziem”. 

Takie  domysły  nie  były  pozbawione  realnych  podstaw.  Właściciel  hotelu  owdowiał 

przecież przed kilku miesiącami. Nie było więc wykluczone, że po upływie żałoby  Lucynka 
zostanie właścicielką hotelu. „Pod Niedźwiedziem” potrzebna była kobieca ręka, a wyjątkowa 
piękność  panny  Lucynki,  jej  przytomność  umysłu,  bystrość  odpowiedzi  nacechowanych 
pogodnym dowcipem szybko wysunęły ją w hotelu na pierwszy plan. 

Do czasu pojawienia się Lucynki „Pod Niedźwiedziem” nikt nie pamiętał tak wesołego 

i beztroskiego nastroju, tak miłych i gwarnych wieczorów. Nie martwiło to specjalnie gospo-
darza hotelu, że damy z miasteczka niezbyt chętnie przebywały w jego restauracji. Kobiety i 
tak nie spożywały zbyt dużo w lokalach. Stopniowo wszystko jakoś się ułożyło. Panna Lucy-
nka była osobą, która — na przekór wszystkim złośliwym plotkom świętoszków — potrafiła 
wyrobić sobie należne jej stanowisko. 

Naraz wszystko to się urwało. Nieznany sprawca wystrzałem z rewolweru zamordował 

Lucynkę  w  jej  własnym  pokoju.  Z  pewnych  zupełnie  zrozumiałych  względów  właściciel 
hotelu nie życzył sobie, by  Lucynka korzystała z pokoju służbowego. Wynajął więc dla niej 
osobny pokoik w sąsiednim domu, należącym do matki jego zmarłej żony. Gospodyni Lucy-
nki była zupełnie głucha. Nikogo też nie dziwił fakt, że nie słyszała wcale strzału i nie mogła 
nic konkretnego powiedzieć o towarzyszących mu okolicznościach. 

Od  pięciu  tygodni  policja  i  prokuratura  miały  ręce  pełne  roboty.  Mimo  olbrzymich 

background image

wysiłków nie udało się  natrafić na jakikolwiek ślad, który by mógł naprowadzić na sprawcę 
zabójstwa.  Morderca  nie  pozostawił  po  sobie  najmniejszego  śladu.  Nie  znaleziono  żadnych 
odcisków  palców,  jakichś  chusteczek  do  nosa,  karteczek,  guzików  od  ubrania  lub  innych 
przedmiotów, które by pozwoliły ustalić płeć mordercy, skąd pochodził ani — kim był. 

Snuto więc najbardziej nieprawdopodobne domysły. Gdy policja przesłuchała już wszy-

stkich stałych bywalców hotelu „Pod Niedźwiedziem” i skoro nawet przesłuchano osobistości 
z  towarzystwa,  urzędników  starostwa,  właściciela  sąsiednich  dóbr  —  wszyscy  doszli  ostate-
cznie do wniosku, że zabójcą nie mógł być mężczyzna i że raczej należałoby sprawcy szukać 
wśród kobiet. Motywem zabójstwa mogła być zazdrość lub chęć usunięcia rywalki. 

Ale i te domysły trafiały w próżnię. Przypuszczano wreszcie, że zabójcą  nie mógł być 

stały  mieszkaniec  A.,  lecz  że  przyjechał  on  z  miejsca  poprzedniego  pobytu  panny  Lucynki, 
gdzie  niewątpliwie,  podobnie  jak  tutaj,  poczyniła  duże  spustoszenia  w  sercach  męskich.  Ta 
hipoteza również nie znalazła podstawy w wynikach śledztwa. 

Bezradny  prokurator  wszedł  w  kontakt  z  dyrekcją  policji  w  Berlinie,  skąd  przysłano 

najzdolniejszego  wówczas  detektywa  stolicy.  Był  nim  pan  von  Schwanvlies.  Osoba  jego 
swego czasu zyskała znaczny rozgłos w arystokratycznych i wojskowych kołach Berlina. 

Von Schwanvlies, jako zdolny i dobrze zapowiadający się oficer kawalerii, nagle prosi 

o dymisję i z zamiłowania przechodzi do służby  śledczej w policji. W pracy tej okazał dużą 
wiedzę i wielkie zdolności, dzięki czemu osiągnął poważne sukcesy. W dotychczasowej swej 
karierze jako oficer śledczy rozwiązał z zadziwiającą bystrością najbardziej powikłane i taje-
mnicze wypadki. Lecz w sprawie panny Lucynki nie miał widocznie szczęścia i był bezradny. 

Całe  miasteczko  czekało  na  wyniki  jego  pracy.  W  końcu,  z  pewnego  rodzaju  satysfa-

kcją,  pocieszano  się  jedynie  myślą,  że  specjaliści  z  Berlina  nie  są  bynajmniej  lepsi  od  miej-
scowych  fachowców.  Mała  to  była  jednak  pociecha.  Pan  von  Schwanvlies  wychodził  ze 
siebie, by tylko zbadać tajemnicę pokoju panny Lucynki. Czuł na sobie ciekawe z początku i 
wyczekujące,  a  w  końcu  ironiczne  spojrzenia  mieszkańców  miasteczka.  Mimo  ogromnego 
wysiłku i wykazania dużego doświadczenia, po czterech tygodniach pracy postanowił zanie-
chać dalszych bezcelowych dochodzeń i z niczym wrócić do Berlina. 

W  przeddzień  wyjazdu,  zupełnie  zrezygnowany,  w  ponurym  nastroju  siedział  w  sali 

restauracyjnej  hotelu  „Pod  Niedźwiedziem”  nad  szklanką  pilznera.  Lokal  ten  obecnie  w 
niczym nie przypominał dawnych dobrych czasów, kiedy to za bufetem królowała panna Lu-
cynka, a wesołe towarzystwo bawiło się zwykle do późnych godzin wieczornych. Teraz tylko 
kilku starych bywalców grało w skata, przy dwóch stolikach „odchodziły” szachy. Pozostałe 
stoliki były prawie niezajęte. 

Detektyw rozglądał się z roztargnieniem po obecnych, gdy do sali wszedł szybko młody 

przystojny blondyn. Panu von Schwanvlies zdawało się, że kiedyś twarz tę już widział. Młody 
mężczyzna spostrzegł siedzącego, stanął przed nim zdumiony i wyciągając rękę, zawołał: 

— Ach to ty, Schwanvlies! Dawno cię nie widziałem. 
— Dzień dobry, kochany Bodenegg. Szczerze się cieszę z tego spotkania. Ale co ty tu 

robisz? 

— To ja powinienem zadać ci takie pytanie, bracie — odparł von Bodenegg — przecież 

przed rokiem przeniesiono mnie tu służbowo. 

— Co też ty mówisz! Jak to się jednak stało, żeśmy się dotychczas nie spotkali? 
— Byłem na urlopie, kochany Schwanvlies — wyjaśnił von Bodenegg. — Pozwolisz? 
To  mówiąc  młody  człowiek  zawiesił  kapelusz  i  płaszcz  na  najbliższym  wieszaku,  po 

czym przysiadł się do swego dawnego kolegi pułkowego. 

—  Jedno  duże,  panie  starszy!  No  tak,  Schwanvlies,  cóż  to  chciałem  powiedzieć.  Hm! 

dostałem  cztery  tygodnie  urlopu.  Ostatnio  miałem  dużo  roboty,  bracie!  Byłem  mocno  prze-
pracowany. 

—  Musiałeś  bezpośrednio  przed  moim  przyjazdem  rozpocząć  urlop  —  podtrzymał 

background image

rozmowę  von  Schwanvlies  —  gdyż  dziś  właśnie  upływają  cztery  tygodnie,  od  chwili  kiedy 
przyjechałem do tej zakazanej dziury. 

— Cóż ci się tu właściwie tak strasznie nie podoba? — uśmiechnął się von Bodenegg. 

—  Ja  urządziłem  się  tu  zupełnie  znośnie.  Lecz  powiedz-no,  co  cię  u  nas  wbrew  twej  woli 
zatrzymuje? Prócz tego widzę, że jesteś po cywilnemu. Wybacz, że cię o to zapytam. A więc 
już nie jesteś... 

— Nie — przerwał z uśmiechem von Schwanvlies — dobrowolnie poprosiłem o dymi-

sję i dla własnej satysfakcji, rzekomo posiadając talent, zostałem detektywem. Tak i to w do-
datku posiadając tylko rzekomy talent. Ale tutaj paskudnie się zbłaźniłem. Od czterech tygo-
dni szukam mordercy panny Lucynki i nie mogę go ani rusz znaleźć. Całe miasto śmieje mi 
się w oczy, że osławiony specjalista, sprowadzony z Berlina, mimo całego swego sprytu nie 
potrafi  rozwikłać  tego  wypadku.  Ale  dajmy  temu  spokój,  dobrze?  Cieszę  się,  że  cię  spotka-
łem, dość się już denerwowałem. Chciałbym się  oderwać od tej przykrej  sprawy i porozma-
wiać z tobą o naszych wesołych dawnych czasach, wspólnie przeżytych. A może masz ochotę 
na partyjkę bilardu? Dobrze się składa, że w hotelu mają dwa doskonałe stoły bilardowe... Ty 
pewnie co wieczór urzędujesz tu przy bilardzie? 

—  No,  raczej  tak  —  odpowiedział  von  Bodenegg.  —  Są  to  jedyne  dwa  bilardy,  jakie 

posiadamy w mieście. Dzisiaj wprawdzie dopiero co wróciłem z dłuższej podróży i czuję się 
trochę znużony, lecz żeby ci zrobić przyjemność, chętnie zagram. 

— W takim razie chodźmy. Jestem w takim nastroju, że partyjka bilardu doskonale mi 

zrobi. Jest to gra, która  odwraca uwagę od innych spraw i przez jakiś czas całkowicie  abso-
rbuje i uspokaja. 

Obaj  przeszli  do  położonej  obok  eleganckiej  sali  bilardowej,  wyłożonej  wokół  ciemną 

dębową boazerią. Panu von Bodenegg podano jego własny kij bilardowy. Gra się rozpoczęła. 
Rozmawiali o obojętnych sprawach, od czasu do czasu słychać było stuk zderzających się kul. 

— Cóż to się dzieje z moją kredą — odezwał się w pewnej chwili pan von Bodenegg. 

— Znowu jest w niej kamyczek! — i wyjąwszy z kieszeni mały scyzoryk uparcie dłubał nim 
w kredzie. 

—  Ach,  ty  masz  swoją  własną  kredę?  Dopiero  teraz  spostrzegłem  —  odezwał  się  von 

Schwanvlies — i nagle, przerywając grę, dodał: 

— Niebieska kreda — jak widzę. 
— Tak — odezwał się von Bodenegg, manipulując nadal scyzorykiem w kredzie. — Tu 

w  hotelu  nie  potrafili  zdobyć  się  na  to,  by  postarać  się  o  niebieską  kredę,  mają  tylko  białą. 
Może to jakiś przesąd, ale ja osobiście uważam, że niebieska kreda jest zdecydowanie lepsza. 
Czy teraz na mnie kolej? 

— Tak. Twoja kula jest tam, na środku stołu. 
Panu  von  Schwanvliesowi  gra  zupełnie  nie  szła.  Karambole  zupełnie  nie  wychodziły, 

tracił kulę za kulą. W końcu zadecydował: 

— Muszę zapalić cygaro! Może wtedy gra pójdzie lepiej. Pożycz mi swego scyzoryka, 

tu nigdzie nie mają ucinacza do cygar. 

—  Proszę!  Von  Bodenegg  wyjął  swój  scyzoryk  z  kieszeni  i  podał  przyjacielowi.  Ten 

odwrócił się do niego tyłem, by obciąć cygaro. Zanim jednak to zrobił, wytarł starannie chu-
steczką do nosa niebieskie od kredy bilardowej ostrze noża. 

Jednak  nawet  cygaro  nie  potrafiło  von  Schwanvliesa  uwolnić  od  złej  passy  i  tracił 

uderzenie za uderzeniem. 

— Rzeczywiście jesteś, bracie, nie w formie — zauważył von Bodenegg. 
—  Ta  historia  jednak  wyprowadziła  mnie  z  równowagi  —  odpowiedział  von  Schwan-

vlies. — Dotychczas jako detektyw nie zawiodłem. Jest to pierwszy wypadek, do którego nie 
dorosłem.  To  może  mi  bardzo  zaszkodzić  u  moich  przełożonych.  A  poza  tym  co  ty,  jako 
tutejszy,  myślisz  o  całej  tej  historii  z  panną  Lucynką?  Może  byśmy  wrócili  na  dużą  salę, 

background image

wypili po kufelku i pogwarzyli o tym wypadku? 

— Z przyjemnością, ale chyba jutro, bracie — odparł von Bodenegg. — Dzisiaj muszę 

cię już pożegnać, gdyż jak ci poprzednio wspomniałem, jestem trochę zmęczony podróżą. 

Tego wieczora von Schwanvlies długo jeszcze siedział w swoim pokoju i nie kładł się 

spać. Z małego pudełeczka, znalezionego w pokoju zamordowanej, w którym przechowywał 
drobiazgi, wyjął chusteczkę do nosa i rozpostarł ją ostrożnie na stole. Tak! Nie mylił się. Na 
chusteczce widać było nieznaczną plamkę, która pod szkłem powiększającym wyglądała tak, 
jak gdyby ktoś trzymając chusteczkę w ręce między dużym i wskazującym palcem czyścił nią 
jakiś  wąski  przedmiot,  na  przykład  ostrze  scyzoryka.  Poprzednio  na  to  nie  zwracał  uwagi  i 
dopiero gdy  w rękach von Bodenegga ujrzał niebieską kredę do kijów bilardowych, przypo-
mniał sobie ten właśnie ślad na chusteczce do nosa. Rozłożył więc obok chusteczka Lucynki 
własną chusteczkę do nosa, o którą wytarł scyzoryk von Bodenegga. Kolor obydwu plam i ich 
wielkość były identyczne. 

Von  Schwanvlies  jako  detektyw  był  również  specjalistą  chemikiem.  Rozpoczął  więc 

dokładne badania śladów na obydwu chusteczkach i przesiedział nad tym do północy. W koń-
cu nabrał bezwzględnej pewności, że obydwie plamy pochodzą z tej samej niebieskiej kredy 
do bilardu. 

Po  zakończeniu  tych  badań  nadal  nie  mógł  zasnąć.  Długo  jeszcze  walczył  z  myślami, 

zanim zdecydował się jak postąpić. Za oknami już szarzało, gdy powziął ostateczną decyzję w 
tej sprawie. Wówczas dopiero mógł usnąć. 

Przez cały następny dzień von Schwanvlies nie opuszczał swego pokoju w hotelu. Nie 

chciał się spotkać w restauracji hotelowej z przyjacielem. Na próżno ten ostatni czekał na nie-
go do późnych godzin wieczornych. 

Gdy  von  Bodenegg  około  godziny  dziesiątej  wieczorem  wrócił  do  swego  mieszkania, 

które  wynajmował  od  wdowy  po  emerytowanym  naczelniku  poczty,  rozległo  się  pukanie. 
Widocznie  jeszcze  przed  zamknięciem  bramy  ktoś  wszedł  do  domu.  Jego  gospodyni  dawno 
już spała. Sam von Bodenegg otworzył więc drzwi. Przed nim, w ubraniu robotnika, stał obcy 
mężczyzna z potężną brodą. 

— Czego chcecie? — zapytał gospodarz. 
— Wpuść mnie tylko do środka, bracie — odparł nieznajomy. 
Był to dobrze von Bodeneggowi znany głos von Schwanvliesa. 
Przybyły wszedł do środka, a gospodarz, trochę j zdziwiony i zaniepokojony, cofnął się 

aż do stołu. 

—  Jutro  wyjeżdżam  —  zaczął  von  Schwanvlies  —  przyszedłem  więc  się  z  tobą  poże-

gnać. Wyobraź sobie, że przecież w końcu znalazłem mordercę Lucynki.  

— No! Co też ty mówisz -— zawołał von Bodenegg. — Ach! Gratuluję ci sukcesu. 
—  Dziękuję  —  odparł  spokojnie  von  Schwanvlies  —  znalazłem  go  na  minutę  przed 

dwunastą,  lecz  nie  jestem  jeszcze  pewny,  czy  mam  go  aresztować  dziś  wieczór,  czy  też 
odczekać do jutra rana. 

Von Bodenegg ciężko usiadł na krześle. Przybyły stał nad nim, a jego przenikliwe spoj-

rzenie  spoczęło  na  przyjacielu.  Oczy  siedzącego  zaszły  mgłą  i  przygasły.  Nagle  opuścił  go 
spokój i pewność siebie; pot wystąpił na czoło i począł powoli spływać po twarzy. 

—  Pomyśl  tylko,  jaki  dziwny  zbieg  okoliczności,  ale  stare  przysłowie  nie  kłamie: 

„Zdrajca nie śpi” — nawet gdy jest nim kawałek niebieskiej kredy bilardowej. 

Von Bodenegg drżąc na całym ciele gwałtownie się poderwał. Detektyw zmusił go, by 

usiadł na krześle. Stojąc nad nim spokojnie położył ręce na jego ramionach. 

— Przy zabitej znaleziono chusteczkę do nosa z małą plamką. Nikt na to dotychczas nie 

zwrócił  uwagi.  Gdy  wczoraj  zobaczyłem  w  twoich  rękach  niebieską  kredę  do  bilardu, 
zorientowałem się natychmiast, skąd pochodzi ślad na znalezionej przy zmarłej chusteczce do 
nosa.  W  hotelu  „Pod  Niedźwiedziem”  używają  do  bilardu  tylko  białej  kredy.  Dlatego  nie 

background image

mogłem wcześniej zagadki tej rozwiązać. A teraz powiedz mi, dlaczego to zrobiłeś? 

—  Ach,  po  cóż  to  wszystko  —  szepnął  zgaszonym  głosem  von  Bodenegg  —  miłość, 

zazdrość,  szał,  zwątpienie.  Myśl  o  tym  co  chcesz.  Zabójstwo  jest  dla  was,  z  policji,  tylko 
zabójstwem. 

— A skąd ten ślad na chusteczce zmarłej? 
— Wiesz, że nawet nie wiem, to wygląda dość dziwnie. Poczekaj, już sobie przypomi-

nam,  tak.  Rozmawiałem  z  nią  zupełnie  swobodnie  i  po  przyjacielsku.  W  czasie  pogawędki 
wzięła  pomarańczę  ze  stołu  pytając,  czy  nie  mam  scyzoryka,  gdyż  inaczej  musiałaby  iść  do 
kuchni po nóż. 

— A ty miałeś przy sobie nabity rewolwer, więc poszedłeś do niej, by ją zabić. 
Von  Bodenegg  uczynił  rękoma  ruch,  jak  gdyby  chciał  się  przed  czymś  zasłonić  lub 

odepchnąć jakiś koszmar. 

—  Zostaw  mnie...  Ja  chciałem...  zresztą  o  tym  powiem  sędziemu  śledczemu...  teraz 

kończ  sprawę  szybko.  Zawołaj  swoich  policjantów,  ażeby  mnie  aresztowali.  Zapewne  przy-
prowadziłeś ich ze sobą. 

— Nikogo nie brałem ze sobą — odparł detektyw. — Powiem coś więcej, nikomu nie 

meldowałem  o  wynikach  moich  ostatnich  dochodzeń.  Nie  mam  też  zamiaru  składać  o  nich 
nikomu  raportu  —  wtrącił  podkreślając  dobitnie  każde  słowo.  —  To  znaczy  —  dodał  po 
chwili  —  nie  złożę  raportu  do  jutra  rana.  Dlatego  też  zjawiłem  się  tutaj  w  przebraniu,  nikt 
poza tobą nie będzie wiedział, że tu w ogóle byłem.  

Słaby uśmiech zawitał na pobladłych ustach von Bodenegga. 
— Dziękuję ci — szepnął cicho i wyciągnął rękę i do przyjaciela. 
W chwili gdy ręce obydwu przyjaciół spotkały się ze sobą, długie i wyjątkowo przejmu-

jące spojrzenie von Schwanvliesa spoczęło na gospodarzu. 

— Zdajesz sobie sprawę, że ucieczka jest niemożliwa. 
— Wiem o tym — brzmiała odpowiedź — i dlatego jeszcze raz ci dziękuję. 
Na  drugi  dzień  rano  von  Schwanvlies  oświadczył  prokuratorowi,  że  nie  był  w  stanie 

niczego  dowieść  w  sprawie  śmierci  panny  Lucynki  i  dlatego  też  zaprzestaje  śledztwa,  gdyż 
sprawa jest beznadziejna.  

Obywatele  miasteczka  A.  szybko  zapomnieli  o    śmierci  Lucynki,  gdyż  właśnie  opinię 

publiczną  zelektryzowała  nowa  wiadomość.  Rankiem  znaleziono  zwłoki  von  Bodenegga  w 
jego  własnym  pokoju.  Pozbawił  się  życia  wystrzałem  z  rewolweru.  Nikt  nie  znał  powodów 
tego kroku. 
 

Tłumaczył Mieczysław Bielski 

 
 
 
 

JAMES HOGG 

 

MARY BURNET 

 

Wypadki,  o  których  opowiem,  zdarzyły  się  w  domu  pasterza  owiec,  leżącym  w  odle-

głości  około  stu  mil  od  jeziora  Św.  Maria.  Ponieważ  w  pobliżu  żyją  jeszcze  potomkowie 
jednej  z  rodzin,  o  których  będzie  mowa,  uważam  za  stosowne  zmienić  nazwiska  bohaterów 
opowiadania. 

John  Allanson,  syn  farmera  w  Inverlawn,  był  przystojnym,  lekkomyślnym  i  wesołym 

młodzieńcem. Kochliwy i żądny przygód, należał do tych ludzi, o których trudno powiedzieć, 
że baliby się spotkać oko w oko z kobietą, wrogiem lub diabłem. Wśród wielu różnych miło-

background image

stek starał się również o względy Mary Burnet z Kirkstyle, najpiękniejszej i najniewinniejszej 
dziewczyny, jaka kiedykolwiek żyła w tej zapadłej głuszy. Dziewczyna kochała  go, ale bała 
się go równocześnie. Dlatego też spotykając się z nim chętnie w licznym gronie rówieśników 
unikała  spotkań  we  dwoje,  chociaż  wiele  razy  o  to  zabiegał.  Pewnego  dnia,  korzystając  z 
okazji,  że  byli  razem  na  nabożeństwie,  chłopiec  prosił  dziewczynę  o  spotkanie.  Błagał  tak 
gorąco,  składał  tyle  miłosnych  przysiąg,  że  w  końcu  przekonał  umiłowaną;  powiedziała,  iż 
może przyjdzie. 

Na miejsce spotkania wybrali maleńką zieloną polankę tuż nad jeziorem, dobrze znaną 

rybakom  i  autorowi  tej  starej  opowieści.  Mieli  się  zaś  spotkać  o  godzinie,  w  której  Orion 
rzuca  swój  pierwszy  złoty  błysk  wschodząc  zza  najwyższego  wzgórza.  Allanson  przyszedł 
wcześniej i patrzył na niego z taką niecierpliwością, że najmniejszą gwiazdkę rodzącą się na 
południowym wschodzie brał za upragniony znak Oriona. Wreszcie zabłysnął on w całej swej 
piękności.  Chłopiec  czując  każde  uderzenie  serca  wlepił  oczy  w  ścieżkę  wijącą  się  między 
wrzosami, na której miała się ukazać Mary Burnet. Ale chociaż Orion wzniósł się nad szczyt 
wzgórza na pięć swoich wielkości, dziewczyna nie przychodziła. 

Młody Allanson czuł całą gorycz zawodu i wówczas — jak mówi opowieść — powstała 

w jego sercu zdradziecka myśl — zapragnął, by złe moce przywlekły doń dziewczynę wbrew 
jej woli. Trzykrotnie powtórzył to zaklęcie kładąc w nie całą moc i ból zawiedzionej miłości. 
Wtem  spojrzał  na  stok wzgórza  i  zobaczył  Mary  Burnet  biegnącą  w  szalonym  pośpiechu  na 
umówione  miejsce  spotkania.  Chłopca  ogarnęła  głęboka  radość  i,  jak  później  wielokrotnie 
przysięgał, wpadł w stan tak wielkiego podniecenia, że nic nie zapamiętał z pierwszych chwil 
spotkania poza tym, że Mary nie powiedziała słowa ani dobrego, ani złego. W pewnej chwili 
poczęła drżeć i szlochać. Nie pomogły jego uspokajania. Dziewczyna krzyknąwszy przeraźli-
wym głosem zerwała się i rzuciła się do ucieczki. 

Tę  część  jeziora,  jak  już  mówiłem,  otaczają  urwiste,  niedostępne  skały.  W  czasie 

wielkich  posuszy  woda  opadając  odsłania  ich  podnóża  i  cofając  się  na  jard  zostawia  wolną 
przestrzeń, zasypaną kamieniami i odłamkami zwietrzałych skał. Przez tak powstały wąski i 
dziki brzeg z trudem mogą przejść rybacy — i to tylko przy jasnym świetle dnia. Tam pobie-
gła z szybkością sarny Mary, chociaż dookoła leżała głęboka ciemność. Allanson biegł za nią 
krzycząc z całych sił: 

—  Mary!  Mary!  Stój...  stój,  najdroższa,  i  nie  uciekaj  ode  mnie.  Odprowadzę  cię  do 

domu lub dokądkolwiek zechcesz. Stój! 

Lecz Mary nie zatrzymała się. Pędziła dalej, aż dobiegła do miejsca, gdzie jedna ze skał 

zagradza  ścieżkę  i  nie  ma  wokół  niej  obejścia.  Widząc,  że  tutaj  chłopiec  może  ją  dogonić, 
krzyknęła ponownie i wskoczyła do jeziora. Plusk wody zabrzmiał kochankowi w uszach jak 
jęk  dzwonu  pogrzebowego.  Opanowała  go  w  miejsce  namiętności  —  groza.  Dojrzał  dzie-
wczynę  płynącą  w  kierunku  najgłębszej  części  jeziora.  Po  chwili  zaczęła  tonąć  i  znikła  pod 
zwierciadłem  wody  nie  wydawszy  krzyku.  Lecz  nim  się  to  stało,  Allanson,  zrzuciwszy 
odzież, wskoczył do jeziora. Płynął ku temu miejscu, gdzie w mroku zniknął mu z oczu obraz 
dziewczyny. Nie dojrzał jednak i nie znalazł niczego. Nie było śladów spienionej wody. Nie 
słyszał oddechu płynącej. Nic nie wskazywało miejsca, w którym przepadła jego ukochana. 

Pod brzemieniem tego przerażającego wypadku chłopiec doszedł do przekonania, że nie 

potrafi żyć bez niej. Postanowił więc nurkować aż do dna jeziora i albo ją odnaleźć i wydo-
być, albo umrzeć w jej ramionach. Przez mózg przebiegła mu smutna myśl, że znaleźliby ich 
razem na brzegu jeziora. Ale nie odszukał dziewczyny. Bez tchu i z rozpaczą w sercu wrócił 
na brzeg, przeszukał go dokładnie, aż wreszcie ociekając wodą i na wpół nagi pobiegł do do-
mu jej ojca z nieszczęsną nowiną. Rodzina starego pasterza udała się już na spoczynek. Myśl, 
że  trzeba  ich  budzić,  by  wysłuchali  tragicznej  wieści,  napawała  chłopca  lękiem.  Musiał  ich 
jednak  obudzić.  Podszedł  więc  do  małego  okienka,  przy  którym  stało  łóżko  gospodarza,  i 
zawołał zgnębionym głosem:  

background image

— Andrew! Andrew Burnet! Nie śpicie? 
— Prawdę mówiąc, albo śpię, albo zasypiam. Cóż to za gwałt zmusza cię do wrzasków 

po nocy? Andrew Burnet, Andrew Burnet... 

— Nie śpicie? 
—  Żono,  czy  ja  śpię?  Jeżeli  nie  śpię,  powiedz  to  temu  włóczędze.  Może  uwierzy,  bo 

mnie widać nie ufa. 

—  Nie  żartujcie  dzisiaj,  Andrew.  Przyniosłem  wam  bowiem  najbardziej  nieszczęsną, 

najbardziej posępną wiadomość, z jaką można stanąć u progu zacnych ludzi. 

— Chyba u okna — zawołał gospodarz i wygrzebawszy się z łóżka podszedł do drzwi. 

—  Niech  Bóg  nas  weźmie  w  opiekę.  Wchodź  do  domu,  człowieku,  kimkolwiek  jesteś. 
Wchodź i mów prawdę w oczy, łatwiej będziemy mogli ją rozpoznać. Jeżeli to, co przynosisz, 
jest  podobne  do  twego  głosu,  to  nie  niesiesz  nic  dobrego.  Czyżby  rozbójnicy  zabrali  nasze 
dobro? 

— Gorzej, niestety. Tysiąckroć gorzej. Wasza córka... ukochana, droga i jedyna córka... 

Mary... 

— Co się stało z Mary? — krzyknął ojciec. 
— Co się stało z Mary? — zawołała drżąc z trwogi matka i trzęsącymi się rękami zapa-

liła świece. 

Widok na wpół nagiego i ociekającego wodą sąsiada, w którego oczach malował się lęk 

i groza, zmroził im serca. Milczeli. Słowa zamarły im w krtani. 

Ciszę przerwał chłopiec. 
—  Mary  nie  żyje!  Wasz  i  mój  skarb  zginął.  Leży  na  dnie  wodnego  grobu.  Ja  jestem 

tym, który ją zamordował. 

—  Oszalałeś,  Johnie  Allanson  —  przerwał  mu  gwałtownie  starzec.  —  Bredzisz  jak 

obłąkany.  Nawet  taki  niecnota  jak  ty  nie  miałby  serca,  by  zabić  moje  drogie  dziecko.  Zmy-
ślasz. Bogu dzięki... zmyślasz. Widzę to po twych oczach i po zachowaniu. Wielkie nieba... 
lepiej, że jesteś obłąkany. Lecz ty się opamiętasz... Co ja mówię, co ja mówię? — powtarzał 
Burnet usiłując opanować się. — Żono, my wszyscy stracimy za chwilę zmysły. Prowadź nas 
do łoża córki. 

Z sercem ściśniętym trwogą szła stara Jean Linton do izby córki. Tuż za nią postępowali 

obaj  mężczyźni.  Niewielki  pokój  Mary  mieścił  się  w  najdalszym  końcu  długiego,  wąskiego 
budynku. Kiedy tam weszli, pierwsze ich spojrzenie padło na niewyraźny zarys postaci leżą-
cej  na  łóżku.  Prześcieradło  okrywało  jej  głowę.  Na  pokrywie  małej  komody,  stojącej  obok 
łóżka, leżała odzież Mary, jak zawsze schludnie ułożona. Na ten widok nadzieja zabłysła na 
twarzach  rodziców.  Lecz  w  sercu  Allansona  rozpacz  zwiększyła  się  jeszcze.  Ojciec  zawołał 
imię  córki.  Nie  odpowiedziała.  Słychać  było  tylko  cichy  szloch.  Ktoś  płakał.  Wówczas  sta-
rzec zdecydowanym ruchem zerwał zasłonę z jej twarzy. 

Trudno uwierzyć — na łożu spoczywała Mary Burnet tonąca we łzach. Widok trzech na 

wpół  nagich  i  trupio  bladych  osób  nie  wywarł  na  niej  żadnego  wrażenia.  Allanson  ciężko 
oddychając  patrzył  i  nie  wierzył  własnym  oczom.  Dotknął  jej  sukni,  potem  przerzucił  całą 
leżącą  odzież,  lecz  wszystko  było  suche,  całe  i  czyste,  bez  najmniejszego  śladu,  który  by 
potwierdzał fakt utonięcia Mary w jeziorze. 

Allanson  był  złamany  tajemniczym  przeżyciem;  czuł  się  jak  człowiek,  który  dotknął 

nieznanych  spraw,  przekraczających  możliwość  ludzkiego  zrozumienia.  Jednakowoż 
pewność, że Mary, aczkolwiek pogrążona w rozpaczy, znajduje się wśród żyjących, napełniła 
go mimo wszystko radością. Ukląkł więc przy łóżku i prosił o pozwolenie ucałowania jej ręki. 

Dziewczyna odtrąciła go ze wzgardą, mówiąc dobitnie: 
— Jesteś złym człowiekiem, Johnie Allanson. Proszę cię, zejdź z moich oczu. Cierpie-

nia,  które  przeżyłam  tej  nocy,  były  ponad  siły  człowieka.  A  spadły  one  na  mnie  za  twoją 
przyczyną. Zaklinam cię w imię Jedynego, przeciwko któremu zgrzeszyłeś, odejdź. 

background image

Zupełnie przybity, miotany sprzecznymi uczuciami i zaskoczony zjawiskami, które nie 

mieściły  się  w  normalnym  porządku  tego  świata,  Allanson  stał  bez  ruchu,  z  opuszczonymi 
rękami, jak martwy posąg, z twarzą podobną do twarzy umarłych. Starzy wyprowadzili go z 
pokoju  córki  i  rozniecili  ogień,  by  go  osuszyć  Pełni  nieodpartej  ciekawości,  zadawali  mu 
różne pytania, ale nie usłyszeli nic prócz bezładnych okrzyków: „Boże w niebiosach, co to ma 
znaczyć?” lub: „To wszystko ręka złego, jestem w jego mocy”. 

Widząc, że chłopiec niewiele im powie, zaczęli  sami snuć przypuszczenia. Jean twier-

dziła,  że  żyjąca  w  jeziorze  syrena,  przyjąwszy  postać  Mary,  wypłynęła  usiłując  chłopaka 
zwabić  i  zniszczyć.  Andrew  Burnet  podniósł  rękę  na  wysokość  czoła  i  gestykulując  żywo 
zaczął mówić tonem człowieka przekonanego o swej wyższości w takich sprawach: 

—  Dobra  żono!  To,  co  powiedziałaś,  nie  świadczy  o  tym,  żebyś  znała  się  na  tych 

rzeczach.  Inne  siły  tu  działały,  a  nie  syreny,  które  o  niczym  nie  myślą,  jak  tylko  o  psotach. 
Syreny  nie  są  duchami,  ale  zwyczajnymi  stworzeniami,  złośliwymi  z  natury.  Czyż  takie 
kreatury  z  rybimi  ogonami  mogłyby  mieć  wpływ  na  nasze  dziecko  i  uczynić  je  szczęśliwe 
albo  nieszczęśliwe?  Albo  czy  potrafiłyby  wykraść  jej  rzeczy?  Nie,  nie,  Jean  Linton.  Nie  w 
tym rzecz. To coś, z czym miał do czynienia biedny John, to był duch. Zły czy dobry, trudno 
powiedzieć.  

Rozważania gospodarza przerwał atak drgawek, których dostał chłopak. Były tak silne, 

że strach było patrzeć, a gwałtowność ich zdawała się zagrażać jego życiu. Jean pobiegła po 
leczniczy kordiał, przy czym mówiła do siebie: — Wielki z niego grzesznik, ale toć przecież 
młodzik,  jeśli  wyżyje,  może  się  poprawi.  —  Wiedziona  ludzkim  współczuciem,  zmusiła  go 
do  przełknięcia  dwóch  pełnych  łyżek  kordiału.  Potem  Andrew  uzbroiwszy  się  w  tęgą  laskę 
zabrał i odprowadził swego drżącego i niesamowitego gościa do jego domu, nie szczędząc mu 
na pożegnanie życzliwych porad. 

— Ja ci powiem, co z tobą jest, Johnie Allanson. Byłeś bliski zatracenia i albo unikniesz 

zguby, albo postradasz rozum. Posłuchaj rady starego człowieka i nigdy już nie łaź po nocy i 
nie próbuj mamić córek uczciwych ludzi, inaczej może cię spotkać coś jeszcze gorszego. 

Następnego  ranka  Mary  ubrała  się  piękniej  niż zazwyczaj,  ale  na  jej  urodziwej  twarzy 

wyryty był głęboki smutek. Od czasu do czasu łzy napływały jej do oczu. Nie mówiła jednak 
nic.  Nie  śmiała  się  ani  nie  narzekała,  co  zauważyła  matka,  obserwując  córkę  z  troskliwym 
współczuciem.  Około  godziny  dziewiątej  rano  Mary  zabrawszy  grabie  poszła  na  łąkę  ojca, 
leżącą po wschodniej stronie jeziora, by grabić siano. Ojciec i brat mieli się przyłączyć do niej 
po powrocie z owczego pastwiska. Kiedy stary Andrew wstąpił po drodze do domu, zaraz, jak 
to było do przewidzenia, rozpoczął rozmowę z żoną na temat wypadków, które miały miejsce 
ostatniej nocy. W trakcie pogawędki zadał jej pytanie: 

—  Niech  Bóg  zachowa  nas  w  swej  opiece,  lecz  czy  nie  wydaje  ci  się,  że  słowa,  które 

wypowiedziało nasze dziecko do młodego Johna Allansona, były jednak nadnaturalne? 

— Nie, mężu. Mówiło, jak przystoi pobożnej dziewczynie. 
—  Nie  jestem  tego  pewien,  Jean  Linton.  Moja  dobra  kobieto,  Jean  Linton,  nie  jestem 

tego  pewien.  Jej  słowa  napełniły  moje  serce  rozterką.  Gdybyśmy  nawet  chcieli  zapłacić 
naszym życiem, to i tak nie dowiemy się, czy to było za sprawą nieba, czy piekła. 

— Och. Andrew, jak możesz tak mówić? Jak możesz wątpić, że nie stało się to z woli 

nieba? 

— A czy ona sama nie mogła tego wyraźnie powiedzieć? Wtedy wszystko byłoby jasne. 

Zamiast mówić po prostu, czy musiała używać takich słów, jak: „Zaklinam cię w imię Jedy-
nego,  przeciwko  któremu  zgrzeszyłeś,  odejdź”.  Przyznaję,  że  przeraża  mnie  myśl  o  jej  sło-
wach, Jean. Czy nie powiedziała o cierpieniach ponad siły człowiecze? Czy nie chciała w ten 
sposób  zaznaczyć,  że  jest  kimś  więcej  niż  śmiertelną  istotą?  Jean  Linton!  Jean  Linton,  co 
powiesz wówczas, gdy okaże się, że nasza córka rzeczywiście utonęła, a tylko duch jej wrócił 
do domu na tę noc i dzisiejszy dzień? 

background image

— Pohamuj swój język, Andrew. Nie łam mego serca. Wierzymy w niebiosa i nigdy ich 

łaska nie opuszczała nas. Nigdy też złe siły nie nawiedziły domu naszego. 

—  Niechaj  będzie  i  tak, Jean.  Zapomnijmy  o  złych  przywidzeniach,  a  zaufajmy  dobru 

— zakończył  Andrew i  poszedł wraz z synem Aleksandrem na łąkę, by  pomagać ukochanej 
Mary. 

Kiedy Burnet minął zakręt i dojrzał łąkę, odezwał się do syna: 
— Chyba John Allanson łowi ryby na jeziorze, skoro Mary tak mało zrobiła? 
—  Zależy  jej  na  nim  jak  na  wczorajszym  deszczu  —  odpowiedział  Aleksander,  — 

Jeszcze dużo wody upłynie, nim ją ktoś zaciągnie pod kościelne wrota. 

Stary Burnet westchnął ciężko i głęboko, spod samego serca, i nic już nie mówiąc udał 

się  na  łąkę.  Upłynęło  trzy  godziny  od  czasu,  kiedy  Mary  wyszła  z  domu.  Zwykle  układała 
dwanaście  wiązek  na  godzinę,  tymczasem  dzisiaj  było  gotowych  tylko  siedem,  przy  czym 
ostatnia nie była zakończona. Leżały na niej grabie Mary; na rękojeści były nacięte litery M i 
B. Ale dziewczyny nie było. Aleksander sądząc,  że schowała się dla żartów, biegał wykrzy-
kując  żartobliwe  wyzwiska  od  jednej  kopy  siana  do  drugiej,  ale  chociaż  rozrzucił  je  wszy-
stkie, nie pomijając grubszych pokosów, siostry nie znalazł. Ponieważ sypiał stale w oborze, 
nic  nie  wiedział  o  wypadkach,  które  zaszły  ostatniej  nocy,  a  tak  rodzice  jak  i  Allanson  nie 
chcieli go wtajemniczać w te sprawy, nie mógł więc teraz pojąć gwałtownego niepokoju ojca. 

Kiedy rozpoczęli pracę, stary Andrew niewiele robił, raczej rozglądał się po ścieżkach, 

lecz  nigdzie  nie  zobaczył  wracającej  Mary.  W  końcu  nałożył  kubrak  i  ruszył  do  domu,  by 
podzielić  się  swą  troską  z  żoną.  Nim  poszedł,  nakazał  synowi  popytać  się  we  wszystkich 
chatach i szałasach, czy ktoś nie widział gdzieś Mary. 

Gdy Andrew wszedł do domu i powiedział żonie, że Mary przepadła, boleść matki nie 

miała  granic.  Siedząc  obok  siebie  oboje  gorzko  płakali,  wciąż  powtarzając,  że  to  zrządzenie 
Opatrzności jest zbyt okrutne i zbyt niepojęte, by je mogli zrozumieć. Jean prosiła męża, by 
ukląkł natychmiast i błagał gorąco Boga o zwrócenie im córki. Andrew odmówił, tłumacząc 
jej, że nie może stanąć u stóp Najwyższego z duszą przepełnioną nienawiścią do Johna Allan-
sona. 

— Jeżeli ten rozpustnik odmówi prośbom skrzywdzonych rodziców — dodał — poczu-

je, jak ciężkie jest ramię zhańbionego ojca. 

Potem  udał  się  wprost  do  Inverlawn,  aczkolwiek  nie  przypuszczał,  że  spotka  młodego 

Allansona w domu. Kiedy znalazł się na miejscu, zastał ku swemu zdziwieniu chłopca leżą-
cego  w  ciężkiej  gorączce  i  nieustannie  majaczącego  o  czarach,  duchach  i  Mary.  Szaleństwo 
Johna  dochodziło  do  takiego  natężenia,  że  skoro  Andrew  przekroczył  próg  chaty,  trzech 
mężczyzn nie mogło utrzymać młodzieńca na łożu. Jego rodzice mówili, iż syn ich albo został 
zaczarowany, albo nawiedzony przez złego ducha. Cała rodzina Allansonów była w wielkiej 
rozpaczy. Poczciwy, stary pasterz, zobaczywszy ich zmartwienie, ukrył swoje nieszczęście w 
sercu i wrócił niepocieszony do domu, by w gronie najbliższych spędzić noc pełną posępnego 
smutku. 

Wrócił  także  Aleksander  z  poszukiwań,  które  nie  dały  wyniku.  Nikt  nie  widział  jego 

siostry  z  wyjątkiem  pewnej  starej  kobiety  o  słabowitym  umyśle,  która  twierdziła,  że  Mary 
przejechała  obok  niej  w  powozie  razem  z  młodym  Johnem  Allansonem w  kierunku  Birkhill 
Path. Chłopiec zapytał ją, jak wyglądał ten powóz, gdyż nigdy w tych stronach nie widywano 
powozów.  Odpowiedziała  mu,  że  gościńcem  nieraz  jadą  powozy,  lecz  tylko  w  jedną  stronę, 
gdyż nigdy nie wracają. Słowa te przypomniały brednie chorej wyobraźni i trudno było brać 
je pod uwagę. Kiedy jednak nie znaleziono żadnych śladów Mary, stary  Andrew poszedł do 
staruszki,  by  wypytać  ją  ponownie.  Był  to  stracony  trud.  Stara  odpowiadała  tak  zawile,  że 
trudno ją było zrozumieć. 

Piękna Mary Burnet przepadła. Wyszła z rodzinnego domu w środę o godzinie dziewią-

tej rano dnia 17 września, ubrana w białą bluzkę i zielony czepek. Tak widziano ją ostatni raz. 

background image

Jej zachowanie się owego ranka wskazywało na to, że nim opuściła dom, gnębiły ją jakieś złe 
przeczucia. 

Mary z Kirkstyle zaginęła. Fakt ten i związane z nim tajemnicze okoliczności stały się 

sensacją  całej  okolicy.  Powtarzano  sobie  długą  balladę,  która  opiewała  tę  tragedię.  Podobno 
skomponował  ją  kapelan  kościoła  znad  jeziora  Św.  Maria.  Mówiono  mi  o  niej,  lecz  nie  sły-
szałem jej ani śpiewanej, ani recytowanej. Tylko refren doszedł do moich uszu: 
 

I Mary Burnet, cudna dziewczyna,  
Przepadła w falach jeziora. 

 

Żyjącemu  bohaterowi  tego  wstrząsającego  dramatu  nie  oszczędzono  żadnej  formy 

obmowy i potępienia. Jeżeli nawet zasłużył na nie w pewnym stopniu, to spowodowało ono 
bez wątpienia pogorszenie jego stanu zdrowia. Wszyscy, którzy sprawę znali, zgadzali się, że 
prawdziwa Mary  Burnet utonęła w jeziorze, natomiast ta, którą widziano w łóżku leżącą we 
łzach  i  cierpiącą,  ta,  która  zniknęła  następnego  dnia,  była  zaczarowanym  złym  duchem. 
Wskazywały na to chociażby takie fakty, że na skutek tajemnych praw nie zamieniła z nikim 
z rodziny ani jednego słowa i nie brała udziału w żadnym posiłku. 

Ojciec i matka nie wiedzieli, co o tym myśleć i żyli jakby w ciężkim śnie. Wszystko, co 

należało  kiedyś  do  Mary,  przechowywali  jak  najświętsze  relikwie,  nad  którymi  stara  matka 
niejedną uroniła łzę. Każda część odzieży przypominała im ukochaną dziewczynę. 

Andrew mawiał często: 
— Utrata drogiego i dorosłego dziecka jest ciężkim doświadczeniem, ale utrata w takich 

warunkach jest ciosem, który ciężko znieść prostemu człowiekowi. 

Wiele  smutnych  dni  spędził  stary  Andrew  nad  brzegami  jeziora,  szukając  gorliwie 

jakiegoś  skrawka  ubrania  należącego  do  Mary;  a  chociaż  drżał  na  samą  myśl,  że  może  coś 
znaleźć, wciąż szukał. Zgromadził sporo kosteczek należących do młodych jagniąt lub innych 
ssaków,  a  może  i  ryb,  w  nadziei,  że  złoży  z  nich  część  dłoni  lub  stopy  zaginionej  córki. 
Chował je pieczołowicie w małym woreczku, by przy okazji pokazać lekarzom. 

Młody  Allanson  powrócił  wreszcie  do  zdrowia.  Słabość  znikła  nagle  po  wielu  dniach 

gorączki, groźnych ataków obłędu i szaleństwa. I jego choroba, i niespodziewane wyzdrowie-
nie nie mieściły się w ludzkiej wyobraźni. O Mary Burnet zapomniał. Stał się większym grze-
sznikiem niż był dawniej. Nie było uczynku, którego by nie popełnił, jeżeli sądził, że pomoże 
mu w osiągnięciu bezecnych celów. Niechętnie patrzyli na niego okoliczni pasterze i rolnicy. 
Zanoszono  po  cichu  modły  o  ochronę  przed  jego  postępkami,  jak  gdyby  był  uosobieniem 
szatana lub szatanem samym. Nie wróżono mu nic dobrego. 

W rok po zaginięciu Mary Burnet, w połowie października, w pewien piątkowy, pogo-

dny  poranek,  kiedy  to  dzień  jest  coraz  krótszy  a  noc  ciemniejsza  i  dłuższa,  John  Allanson  z 
Inverlawn — jak zapisano w kronikach — udał się na wielki jarmark do miejscowości zwanej 
Moffat w Annandale, aby zgodzić służącą. Charakter jego bowiem był tak powszechnie zna-
ny, iż żadna młoda kobieta z najbliższej okolicy me chciała służyć w domu jego ojca. Dlatego 
udał  się  na  jarmark  aż  do  odległego  Moffat,  by  tam  zgodzić  najładniejszą  dziewczynę  ze 
wszystkich,  które  spotka,  i  uwieść  ją,  nim  jeszcze  dotrą  do  domu.  Nie  jest  to  domniemane 
oskarżenie, gdyż w plan swój wtajemniczył Dawida Welcha z Cariferan, który pojechał z nim 
na  jarmark  i,  jak  się  okazało,  długo  się  na  ten  temat  rozwodził,  a  nawet  chełpił.  Lecz  dzie-
wczęta z Annandale miały opiekuna, o którym ani oni, ani one nic nie wiedziały. 

Allanson  długo  rozglądał  się  po  targowisku,  aż  w  końcu  wzrok  jego  zatrzymał  się  na 

dziewczynie,  której  —  co  nie  trudno  było  zauważyć  —  żadna  z  obecnych  nie  dorównywała 
wdziękiem  i  urodą.  Dziewczyna  ubrana  była  w  zieloną  suknię  i  przypominała  świeżo 
rozkwitłą różę. Pan Welch milcząc obserwował Johna. Ten odciągnął na bok dziewczynę. 

— Jesteś wolna, piękna panienko? 

background image

— Tak, panie. 
— Zgodziłabyś się do mnie? 
— Mimo wszystko — tak. Lecz jeżeli pójdę do ciebie, to tylko na długo. 
— Słusznie. Im dłużej, tym lepiej. Jakie są twoje warunki? 
—  Żądam  przede  wszystkim  zapłaty  sercem,  a  obsługiwać  w  Inverlawn  mogę  tylko 

jedną osobę. 

— Zgoda. Tą osobą będę ja. Lecz powiedz, co wiesz o Inverlawn? 
— Wiem dużo. 
—  Czekaj,  na  Boga.  Znam  twoją  twarz  tak  dobrze,  jak  i  moją.  a  może  nawet  lepiej. 

Mów, proszę cię, jak się nazywasz. 

—  Cicho,  cicho  —  szepnęła  tajemniczo  dziewczyna,  podnosząc  ostrzegawczo  rękę  do 

góry. — Cicho, lepiej nie mówić tutaj o mym nazwisku. 

— Zdumiewasz mnie — odrzekł Aliansom. — Co znaczą twoje słowa? Zaklinam cię na 

wszystko, powiedz, jak się zwiesz? 

—  Mary  Burnet  —  westchnęła  cicho  i  przesłoniła  jednocześnie  twarz  zielonym  welo-

nem. 

Gdyby  młody  Allanson  zobaczył  przed  sobą  śmierć,  nie  byłby  bardziej  zdumiony  i 

przerażony. Zbladł jak trup, opadła mu dolna szczęka, i tak osłupiał, jak człowiek nieprzyto-
mny. 

Welch. który przez cały czas nie spuszczał z niego wzroku, dostrzegł ten stan, podszedł 

bliżej i zawołał: 

— Allanson, panie Allanson, co u diabla dzieje się z panem? Czyżby zaczarowała cię ta 

dziewczyna i zamieniła w posąg? 

Allanson  usiłował  przemówić,  lecz  nie  mógł  wydać  głosu,  z  jego  gardła  wydobył  się 

niezrozumiały  skowyt.  Welch  widząc,  że  przyjaciel  jest  bliski  omdlenia,  zaprowadził  go  do 
gospody,  gdzie  John  przyszedł  wprawdzie  do  siebie,  lecz  nie  udzielił  mu,  a  może  nie  chciał 
udzielić  żadnych  informacji.  Wówczas  Dawid  Welch  postanowił  zobaczyć  jeszcze  raz  dzie-
wczynę w zielonym stroju. W tym celu wmusił w Allansona sporą dawkę trunku, a następnie 
zaczął  go  namawiać  do  ponowienia  próby  porozumienia  się  z  dziewczyną.  Poszli  więc  na 
targowisko, by ją znaleźć. Chociaż przeszukali wszystkie ulice i place, dziewczyny w zielonej 
sukni nie spotkali. Przepadła. Zniknęła w tłumie wówczas, kiedy zdradziła swoje nazwisko, a 
Welch,  chociaż  nie  spuszczał  z  niej  oczu,  nie  potrafił  określić  nawet  kierunku,  w  którym 
odeszła. 

Allanson,  który  robił  wrażenie  człowieka  przerażonego  i  osłupiałego,  widząc,  że 

nieznajomej nie ma nigdzie, poczuł się raźniej i ponownie zainteresował się targiem. Wkrótce 
spotkał jeszcze ładniejszą kobietę od poprzedniej. W białej jak śnieg sukni, obszytej zielony-
mi wstążkami, wyglądała jak zjawisko. Gdy pokazał ją Dawidowi Welchowi, ten orzekł, że w 
całym swoim życiu nie widział tak ładnej dziewczyny. Allanson postanowił zaangażować ją 
za wszelką cenę. Odwołał ją na bok i zapytał, jak to było w zwyczaju: 

— Czy jesteś wolna, urocza dziewczyno? 
— Tak. panie. 
— Zgodziłabyś się do mnie? 
— Myślę, że tak.  
—  Na  jakich  warunkach?  Chodź  i  śmiało  powiedz,  gdyż  nie  mam  zamiaru  żartować  i 

stawiam sprawę poważnie. 

—  Żądam  zapłaty  jedynie  w  naturze.  Nie  zgodzę  się  na  inne  warunki.  Ale  wpierw 

powiedz mi, jak się mają ludzie w Inverlawn? 

Allanson wstrzymał oddech, a dreszcz wstrząsnął jego ciałem. Z trudem wyjąkał: 
— Dziękuję, wszyscy mają się dobrze. 
—  A  twoi  starzy  sąsiedzi?  —  ciągnęła  dalej  dziewczyna.  —  Żyją  jeszcze?  Jak  im  się 

background image

wiedzie? 

— Tak... tak... dobrze im jest — stękał Allanson. — Pragnąłbym jednak wiedzieć, kto i 

dlaczego tak wypytuje się o nich. 

—  Dlaczego?  —  odrzekła  oburzona  dziewczyna.  —  Czyżbyś  tak  szybko  zapomniał  o 

Mary Burnet z Kirkstyle? 

Allanson  zachwiał  się,  jakby  trafiony  kulą  w  samo  serce.  Piękne  zjawisko  znikło  w 

tłumie, zostawiając zdumionego i zaskoczonego wielbiciela, który stał jak kamienny posąg i 
zapewne  byłby  upadł,  gdyby  nie  pomoc  czujnego  przyjaciela,  pana  Dawida  Welcha.  Trzy-
krotnie  tego  dnia  próbował  nająć  dziewczynę  i  po  trzykroć  otrzymał  taką  samą  odpowiedź i 
usłyszał takie samo nazwisko. 

Kiedy  po  raz  pierwszy  słuchałem  tej  opowieści,  mówiono  mi,  że  młody  Allanson 

siedmiokrotnie próbował zgodzić służącą i siedem razy usłyszał imię Mary. Myślę, że jest w 
tym  trochę  przesady.  Nie  wierzę,  by  zdążył  podjąć  siedem  prób,  chociażby  dlatego,  że  po 
każdej z nich musiał się  otrząsnąć z rzuconych nań czarów. A leczył się  tylko trunkiem i to 
bardzo  silnym,  gdyż  słaby  nie  pomagał.  Właśnie  gdy  pokrzepiwszy  się  wyszedł  z  gospody, 
zjawiła  się  na  targowicy  wyjątkowa  piękność,  która  zwróciła  uwagę  wszystkich  obecnych. 
Była  nią  wytworna  dama,  jadąca  w  błyszczącym  powozie  z  dwoma  lokajami  na  przedzie 
powozu i z dwoma z tyłu, odzianymi w zielone liberie, suto ozdobione złotem. Nigdy jeszcze 
na  targu  w  Moffat  nie  widziano  tak  wspaniałej  osoby,  która  swym  blaskiem  przypominała 
meteor.  Wśród  tłumu  rozeszła  się  wieść,  że  jest  to  pani  Elżbieta  Douglas,  najstarsza  córka 
Earla of Morton, który rezydował chwilowo w Auchincastle, leżącym niedaleko Moffat. Lady 
Douglas uchodziła w owe czasy za najpiękniejszą kobietę całej Szkocji. 

Wszyscy wierzyli, że widzą córkę Earla of Morton. Kiedy zajechała do gospody John-

stona, wyszedł naprzeciwko niej nieznany dżentelmen w zielonym stroju i zdjąwszy kapelusz 
pomógł  jej  wysiąść  z  powozu.  Olbrzymi  tłum  gapił  się  na  damę,  lecz  nikt  nie  był  tak  poru-
szony  jak  Allanson.  Stał  nieruchomy,  w  niewypowiedzianym  zdumieniu,  gdyż  nigdy  nie 
przypuszczał, by mogło istnieć na ziemi, w raju, a nawet w marzeniach tego rodzaju zjawisko. 
Nie  trudno  więc  zrozumieć  zdumienie  tłumu  i  Allansona,  kiedy  ta  cudownie  piękna  osoba 
wezwała  skinieniem  ręki  Allansona.  Nie  wierzył  własnym  oczom  Dama  wezwała  go  pono-
wnie. Uśmiech pełen czaru zaigrał na jej wargach. Allanson zerwał kapelusz i pośpieszył do 
nieznajomej. Bez śladu wahania przyjęła jego ramię i razem przekroczyli próg gospody. 

Dopiero  teraz  doszło  do  świadomości  Johna,  że  został  specjalnie  wyróżniony  przez 

najpiękniejszą  kobietę  Szkocji,  lady  Elżbietę  Douglas.  Tak  zrozumieli  ten  wypadek  i  inni, 
zastanawiali  się  jednak,  kim  był  ten  młody  farmer,  skoro  zabiegała  o  jego  względy  taka 
wielka  pani.  Zaznaczyć  tutaj  należy,  że  dzięki  dyskrecji  pana  Welcha  nikt  na  targu  nie  znał 
nazwiska Allansona. 

Pierwszą  rzeczą,  którą  uczyniła  piękna  dama,  było  zapytanie  skierowane  do  Johna  na 

temat jego zdrowia. Allanson podziękował jej, odpowiadając z całą uprzejmością i grzeczno-
ścią, w której był mistrzem. Już po jej spojrzeniach zorientował się, że dama jest w nim na 
zabój zakochana. Było mu tak lekko na sercu, że omal nie wzbił się w powietrze. Następnie 
piękna pani zainteresowała się zdrowiem jego rodziców. 

—  Wpadłaś,  biedna  dziewczyno  —  pomyślał  Allanson,  ale  jednocześnie  doszedł  do 

przekonania, że miłości tego rodzaju damy nie należy odrzucać. Podziękował więc wyszuka-
nie za jej troskliwość i zaczął pytać o zdrowie jej rodziny. Potok jego wymowy przerwała mu 
pytaniem, czy ją poznaje. 

—  Oczywiście  —  odpowiedział  John,  który  rzeczywiście  pamiętał  jej  twarz,  nie  mógł 

sobie jednak przypomnieć,  gdzie i w jakich okolicznościach widział ją ostatni raz. Wreszcie 
urocza rozmówczyni zapytała go o los i powodzenie starych Burnetów. 

Serce  Allansona  zamieniło  się  w  bryłę  lodu.  Opadł  na  krzesło  niezdolny  się  poruszyć. 

Dopiero dzięki jej tkliwym słowom wróciła mu przytomność i odwaga. 

background image

— Co? — zawołał — więc to ciągle ty? To ty bawiłaś się cały dzień ze mną, płatając mi 

figle, które mogły mnie doprowadzić do obłędu? 

— Nie tak to łatwo uporać się z miłością, drogi Johnie. Domyślasz się chyba, że zdoby-

łam w życiu fortunę i powodzenie, lecz mimo to moja miłość do ciebie nie wygasła. Wybacz, 
że chwyciłam się takich sposobów, chciałam jednak wypróbować twoje uczucie i przekonać 
się, jakie wrażenie zrobi na tobie widok mojej osoby. 

— Dałem chyba dowód wierności, jeżeli w każdej osobie widziałem tylko ciebie — od-

powiedział John. — Skoro spotkaliśmy się ponownie, niełatwo się rozstaniemy. Resztę mego 
życia poświęcę tobie. Powiedz mi, gdzie obecnie mieszkasz. 

— Niedaleko stąd. Byłabym prawdziwie szczęśliwa, gdybym mogła jeszcze dziś zoba-

czyć cię w moim domu, lecz niestety, mój mąż jest nieobecny, wyjechał w dalekie kraje. 

— To nie jest żadna przeszkoda — krzyknął ochoczo Allanson. 
Po  wielu  pozornych  wzdraganiach  zgodziła  się  wreszcie  na  spotkanie  proponując,  że 

zostawi jednego służącego na przewodnika. John odmówił uważając, że nikt nie powinien być 
świadkiem ani jego przybycia do niej, ani też odejścia. Wreszcie ustąpiła. Dokładnie opisała 
miejsce i drogę do swego domu, tak, by mógł trafić bez żadnych kłopotów. Następnie zajęła 
miejsce w powozie i odjechała. 

Allanson  był  pełen  radości.  Skrzydła  szczęścia  urosły  mu  u  ramion.  Odszukał  swego 

przyjaciela, Dawida Welcha, i podzielił się z nim wesołymi nowinami, nie mówiąc mu tylko, 
kim  jest  owa  dama,  tak  że  Dawid  był  przekonany,  że  John  rozmawiał  z  Elżbietą  Douglas. 
Welch  uparł  się,  że  będzie  towarzyszył  Allansonowi,  i  nie  odstąpił  go,  póki  nie  doszli  do 
miejsca, skąd był widoczny potężny zamek. Mimo sprzeciwów Johna czekał do chwili, kiedy 
ten  otworzył  bramę  i  zniknął  na  podwórzu  wspaniałej  budowli,  której  okna  świeciły  tak 
licznie jak gwiazdy na niebie. 

Młody  Allanson  przyrzekł  swoim  rodzicom,  że  powróci  z  jarmarku  zaraz  następnego 

dnia, tak, by mógł zdążyć na ranny posiłek. Nie przybył jednak ani tego, ani następnego dnia. 
Kiedy nie wrócił i na trzeci dzień, stary ojciec osiodłał konia i udał się do Moffat, by odszu-
kać syna. Po drodze wstąpił do Cariferan, gdzie chciał wypytać o Johna pana Welcha. Ten był 
zaskoczony  wiadomością,  że  jego  młodego  przyjaciela  nie  ma  jeszcze  w  domu.  Uspokajał 
jednak starego Allansona zapewnieniami, że John czuł się doskonale. Odradzał nawet dalszą 
podróż. W pewnej jednak chwili powiedział staremu o miłosnej przygodzie jego syna z córką 
Earla  of  Morton.  Wyjawił  również,  że  John  udał  się  na  schadzkę  do  zamku  i  że  on,  Dawid 
Welch,  towarzyszył  mu  do  bram  pałacu.  Widział,  jak  młody  Allanson  wszedł  do  środka,  i 
przypuszcza, że musiał tam być dobrze przyjęty, skoro tak długo nie wraca. 

Dawid  Welch  widząc,  że  opowiedziane  nowiny  przeraziły  starego,  zmienił  zdanie  i 

postanowił towarzyszyć mu w dalszej podróży jako ten, który ostatni widział jego syna, i to w 
chwili,  kiedy  ten  przekraczał  progi  zamku  W  Moffat  zastali  przed  gospodą  konia  Johna, 
uwiązanego w tym samym miejscu, gdzie zostawił go John wieczorem, po powrocie z targu. 
Karczmarz nie dodał nic nowego. Ostatni raz widział Johna w towarzystwie lady Douglas. 

Starzec  ruszył  do  Auchincastle,  zabierając  ze  sobą  Welcha.  Nim  dojechali  do  zamku, 

Dawid przysięgał, że jadą źle, że nie znajdą tam Johna, bo zamek, do którego udał się John, 
znajduje  się  w  innej  okolicy.  Mimo  tych  uwag  pojechali  dalej.  Kiedy  dotarli  do  zamku  i 
zostali przyjęci przez Earla of Morton, ten wysłuchał opowieści starca, chociaż uważał ją za 
wymysł  chorego  mózgu.  Posłał  po  córkę  i  zażądał  od  niej  usprawiedliwienia  się  ze  sprawy 
schadzki, jak i z faktu ściągnięcia Johna do zamku, gdzie widoczniej jest schowany. 

Córka  wysłuchała  w  zdumieniu  słów  ojca,  lecz widząc  utkwiony  w  siebie  pełen  troski 

wzrok  nieznanego  starca,  zrozumiała,  że  jest  świadkiem  tragicznej  pomyłki  i  chcąc  pomóc, 
zażądała  bliższych  wyjaśnień.  Nie  były  potrzebne,  gdyż  pan  Welch  oświadczył  staremu 
Allansonowi,  że  lady  Elżbieta  nie  jest  tą  damą,  z  którą  syn  umówił  się  na  schadzkę.  Tamtą 
pamiętał  tak  dobrze,  że  poznałby  ją  wśród  tysiąca  innych.  I  nie  do  tego  zamku  odprowadził 

background image

Johna, i wszystko tu jest inne niż było tam, gdzie się rozstali. 

—  Chodźcie  za  mną.  Jestem  tutaj  wprawdzie  obcy  lecz  zaprowadzę  was  na  właściwe 

miejsce. 

Wsiedli  na  konie  i  pojechali  drogą,  którą  z  Moffat  wybrał  Welch.  Po  ujechaniu  kilku 

mil, na skrzyżowaniu, skąd pod ostrym kątem prowadził wąski gościniec, Dawid krzyknął: 

— Teraz wiem, że jedziemy dobrze. W tym miejscu zatrzymaliśmy się i John kazał mi 

zawracać. Odmówiłem mu i odprowadziłem go do tego wysokiego drzewa. Jest tam ścieżka, 
na której stałem, kiedy on doszedł do okazałej bramy. Zaraz zobaczymy zamek. 

Kiedy  minęli  to  drzewo  i  weszli  na  ścieżkę,  Welch  zaniemówił  —  nie  było  tam  ani 

pałacu,  ani bramy. Natomiast tuż u ich stóp leżała  głęboka przepaść, w której kipiało bagno 
wyrzucając ze swego dna strumień czarnej, syczącej wody. 

— Cóż to znaczy? — zawołał stary Allanson. — Przecież tutaj nie ma żadnego zamku i 

nie widać śladu ludzkich siedzib. 

Welch  długo  nie  mówił.  Stał  i  patrzył  skamieniały  na  ten  odrażający  i  pełen  grozy 

widok. 

— Tylko ten, który stworzył duszę człowieczą i wszelkie życie na ziemi i w niebiesiech, 

może rzec, co się stało. Zaszliśmy w krainę czarów, jesteśmy w mocy sił niepojętych dla czło-
wieka. Tutaj, w tym miejscu, rozstałem się z waszym synem. Tam,  gdzie obecnie jest brzeg 
przepaści,  widziałem  go  wchodzącego  na  podwórzec.  To  wszystko  przechodzi  ludzkie  poję-
cie. 

Podeszli nad sam brzeg rozpadliny. Dawid Welch zaprowadził starca w miejsce, gdzie 

widział  otwierającą  się  bramę.  Znaleźli  tam  tylko  ślady  stóp.  Zeszli  niżej  i  daleko,  głębiej, 
dostrzegli rozdarte zwłoki młodego Allansona. 

W taki tajemniczy sposób zginął dziki i niepohamowany w swych zapędach grzesznik, 

Allanson młodszy. 

Wśród licznych legend i bajek opowiadających o tym strasznym wypadku brak wiado-

mości o losie Mary  Burnet. Jej rzekome ukazanie się na targu  w Moffat było raczej wytwo-
rem fantazji. Istnieje tylko jedna stara opowieść, która przeniosła w nasze czasy dalszą histo-
rię Mary Burnet, jeszcze bardziej tajemniczą niż to, coście słyszeli. 

Rocznicę dnia, w którym zaginęła Mary, obchodzili jej sędziwi rodzice jako dni żałoby 

—  dni  smutku,  postu  i  rozpamiętywań.  Przyszło  i  przeszło  siedem  lat.  Zbliżała  się  siódma 
rocznica. W wilię tego dnia wieczorem stary Andrew, idąc wzdłuż kamiennego brzegu jeziora 
i  szukając  jak  zwykle  śladów  swej  zaginionej  córki,  napotkał  starego  człowieka,  który  jak 
gdyby czekał na niego. Mały, o pomarszczonej twarzy, nie bardzo podobnej do ludzkiej, za-
chowywał się i mówił jak normalny człowiek. Pozdrowił Burneta uprzejmie i zapytał, czego 
nad wodą szuka. Starzec odpowiedział, że szuka tego, czego pewnie nigdy nie znajdzie. 

—  Jak  brzmi  twe  nazwisko,  zacny  pasterzu?  —  rzekł  obcy  nie  zważając  na  niechętną 

odpowiedź Burneta. — Wydaje mi się, że wiem coś niecoś o tobie i że prawdopodobnie dla 
ciebie niosę wiadomość. 

— Niestety, moje imię już dla nikogo nic nie znaczy. Dlaczego ty miałbyś mnie szukać? 
— Czy to ty miałeś kiedyś piękną córkę imieniem Mary? 
—  Jest  to  pytanie,  które  krwawi  mi  serce,  człowieku.  Lecz  jeżeli  szukasz  prawdy,  to 

wiedz, miałem ongiś ukochaną córkę tego imienia. 

— Cóż się z nią stało? 
Andrew pokiwał głową, odwrócił się i odszedł od obcego z sercem wypełnionym żalem 

i niepokojem. Idąc samym brzegiem jeziora patrzył uważnie na każdy biały kamień, na każdy 
okruch skalny. Z jego postawy, ruchów i oczu biła głęboka rezygnacja. Nieznajomy szedł za 
nim krok w krok. 

— Starcze, widzę, że żyjesz przygnieciony ciężarem wielkiego smutku. Nie godzi się to 

ani z rozumem, ani z wiarą. 

background image

—  Nie  będę  się  usprawiedliwiał  —  rzekł  Burnet  patrząc  podejrzliwie  na  karła.  —  Są 

sprawy,  na  które  nie  pomoże  rozum,  w  których  nie  ulży  wiara.  A  zresztą  miłość  ojca  do 
dziecka usprawiedliwia i grzechy. 

— Czy nie powiesz mi, co stało się z twoją córką? 
— Zapytaj niebiosa o jej duszę, a grób o jej ciało. Zapytaj tego, w którego ręce złoży-

łem jej los od dziecka. Tylko on jeden wie, co się z nią stało. Ja nie wiem nic. 

— Jak dawno ją straciłeś? 
— Jutro upłynie siedem lat. 
— Widać, że dobrze zapamiętałeś datę. Obchodzisz ją zapewne w żałobie? 
— Tak. W żałobie również zejdę do grobu. Była jedyną moją córką i największą miło-

ścią.  Cóż  ty  możesz  wiedzieć  o  moim  dziecku?  Gdybyś  ją  znał,  wiedziałbyś,  że  nie  była 
podobna do innych dziewcząt. Była pełna wdzięku i niewinności. Była jak kwiat wśród nas, 
prostych ludzi. 

— Czy chciałbyś ją zobaczyć? 
Burnet zatrzymał się gwałtownie i stanął twarzą w twarz z nieznajomym.  
— Zobaczyć ją? — krzyknął. — Czy ja chciałbym ją widzieć? O to pytasz? 
— Tak, A znasz ten przedmiot? Poznajesz go? 
Andrew spojrzał na mały przedmiot leżący na dłoni karła i wybuchnął płaczem. Nie był 

to jednak płacz rozpaczy, był to płacz radości. Pochwyciwszy ów przedmiot w ręce, całował 
go i krzyczał urywanymi zdaniami: 

— Tak... tak... starcze... poznaję go. To jest złota moneta z trzema otworami. Darowa-

łem  ją  Mary  na  jej  osiemnaste  urodziny,  razem  z  piękną  suknią.  Powiedziała  wówczas,  ta 
mała  droga  dziewczyna,  że  zachowa  ją  na  wieki  jako  pamiątkę  po  ojcu.  Boże  drogi!  Mów, 
człowieku, gdzie ona jest. Wśród żywych czy wśród umarłych? 

—  Żyje  i  cieszy  się  zdrowiem  —  powiedział  obcy.  —  Jest  szczęśliwsza,  piękniejsza  i 

radośniejsza  niż  była  między  wami.  Jeżeli tak  bardzo  pragniesz  ją  widzieć,  to  możesz zoba-
czyć ją jutro wieczorem w Moffat. Tamtędy będzie przejeżdżać. Ponieważ niewiele ma czasu, 
wysłała mnie z tym znakiem do ciebie i z wiadomością, że możesz się spotkać z nią i ucało-
wać ostatni raz przed twą śmiercią. 

— Więc zobaczę Mary w Moffat! Pójdź ze mną, stary człowieku, którego niech wyna-

grodzą niebiosa. Chodź do mnie, niech cię ugoszczę tak, jak to potrafi stary pasterz. Chodź i 
nie zwlekaj. Później pójdziemy pieszo do Moffat razem z moją staruszką żoną. Chodź, błogo-
sławiony gościu. 

—  Nie  wolno  mi  zatrzymywać  się  nigdzie  ani  też  korzystać  z  twej  gościny,  pasterzu. 

Nie potrzeba dodawać do mej nagrody waszych podziękowań i traktamentu. Muszę spieszyć 
do tej, która mnie wysłała. Nie mam czasu, by jeść twój chleb i pić twe trunki. Spiesz się i ty. 
Czas upływa, bacz, byś go nie stracił. 

— O jakiej porze będzie Mary w Moffat? — zapytał stary  Burnet zrzucając na ziemię 

pled, by szybciej mógł dobiec do domu. 

—  Dokładnie  wówczas,  kiedy  cień  Holy  Cross  padnie  wprost  na  wschód  —  zawołał 

karzeł i ruszył w swoją drogę. 

Kiedy  stara  Jean  Linton  zobaczyła  męża  biegnącego  bez  pledu  i  z  szeroko  rozpiętą 

koszulą, była przekonana że stracił zmysły. Wybiegła więc zatrwożona do furtki z lamentem. 

— Boże, miej nas w opiece. Czyś ty oszalał, Burnet? Co się stało? 
— Otwieraj bramę, żono. Nie rozum straciłem, ale czas mogę stracić. 
— Widzę to, widzę. Stań jednak i powiedz, gdzie tak spieszysz? Nie wiem jednak, czyś 

rozumu nie postradał. 

— Nie, nie, Jean Linton. Ale muszę jak najszybciej udać się do Moffat. 
—  Na  miłość  boską,  biedaku,  jakżesz  ty  pójdziesz  do  Moffat?  Czego  ty  tam  chcesz 

szukać? Zapomniałeś, że jutro mamy żałobę? 

background image

—  Otwieraj  bramę,  staruszko,  i  nie  wspominaj  mi  o  smutnej  rocznicy.  Będziemy  ją 

obchodzić jutro w Moffat. Ty pójdziesz także. I co ty na to? 

— Burnet, Andrew Burnet, opamiętaj się. 
— Przestań się gapić. Pospiesz się i dawaj mi odświętną odzież, Jean Linton. Kobieto, 

czy słyszysz? Rusz się i wdziewaj odświętne szaty. Jedwabny szal. Spiesz się, bo nie zdążysz 
na jutro. Nie patrz tak na mnie. Nie lękaj się. Jutro w Moffat spotkamy Mary, 

— Och, Andrew, jak możesz igrać z moim starym, słabym sercem? 
— Boże, wybacz jej. Czy kiedykolwiek igrałem z twymi uczuciami? — krzyknął Bur-

net ze łzami w oczach. — To, co mówię, jest szczerą prawdą. Nasza najdroższa córka spotka 
się z nami jutro w Moffat. Będziemy mogli ją zobaczyć, uścisnąć i pobłogosławić ostatni raz 
przed śmiercią.  

Obfite łzy popłynęły z oczu matki i spływając po zmarszczonych policzkach spadały na 

ziemię. Uklękła i podniosła ramiona ku niebu. Potem zerwała się i poczęła nieprzytomnie biec 
w  kierunku  Moffat.  Dopiero  mąż  ją  powstrzymał  i  odprowadził  do  domu,  by  mogli  jak  naj-
szybciej przygotować się do drogi. 

Kirkstyle, leżące w odległości dwadzieścia mil od Moffat, opuścili we wtorek wieczo-

rem 16 września. Noc spędzili w miejscowości Turnbery Shiel, a do Moffat przybyli w połu-
dnie. Reszta dnia była dla staruszków najcięższa. Chodził bez celu od jednej drogi do drugiej 
dumając,  którą  z  nich  przyjedzie  Mary.  Byli  i  na  tych,  które  wiodą  z  południa,  i  na  tych 
idących z północy, ciągle bacząc na cień Holy Cross. Kiedy ten padł na  wschód, zatrzymali 
się na głównym placu i rozglądali się na wszystkie strony. 

Po długiej chwili na drodze wiodącej z Dumfries, w odległości pół mili od miasta, zoba-

czyli żebraczkę idącą z dwojgiem tulących się do niej dzieci; daleko za nią szedł stary żebrak. 
Staruszkowie skierowali oczy na idących. Burnetowi wydawało się, że w żebraku rozpoznaje 
karła.  Zapatrzyli  się  tak  na  ubogich,  że  nie  zauważyli  mijającego  ich  powozu.  Tylko  stary 
Andrew,  słysząc  stuk  kół  i  tętent  końskich  kopyt,  mruknął  do  siebie:  „marność  nad  marno-
ściami“ — i dalej patrzył z Jean Linton na zbliżających się nędzarzy. 

— Czyż ona nie przypomina mej drogiej żony? — myślał Burnet. — Wszystko jedno, 

niech  będzie  jak  najbardziej  uboga,  zawsze  znajdzie  się  miejsce  i  dla  niej,  i  dla  nich  przy 
moim ognisku. 

Kiedy  tak  rozważał  z  sercem  przepełnionym  litością,  ktoś  objął  mu  kolana.  Spojrzał 

zaskoczony  na  dół  i  zobaczył  Mary,  która  w  pięknym  stroju  klęczała  u  jego  stóp.  Andrew 
krzyknął  i  porwał  w  ramiona  córkę.  Jean  Linton  wyciągnęła  ręce,  lecz  nie  miała  odwagi 
dotknąć  tak  strojnej  córki.  Dopiero  kiedy  ta  odwróciła  się  do  niej,  matka  przycisnęła  ją  do 
piersi  Była  to  scena  pełna  wzruszenia.  Znaleźli  więc  ukochaną  Mary,  tak  dawno  zaginioną. 
Obejmowali ją i całowali. Byli szczęśliwi jak nikt z żyjących. A później zabrała ich Mary do 
hotelu,  gdzie  poznali  jej  dwóch  synów.  Spędzili  cały  wieczór  razem.  Mary  obdarowała  ich 
pięknymi  prezentami  i  opuściła  o  północy,  kiedy  zapadli  w  głęboki  i  szczęśliwy  sen.  Wów-
czas  wsiadła  do  powozu  i  odjechała.  Czy  ktokolwiek  widział  ją  później  w  Szkocji  —  nie 
wiem. Rodzice jej spędzili resztę swego żywota w szczęściu, ciesząc się jej powodzeniem. 
 

Tłumaczył Romuald Pitera  

 
 

 
 
 
 
 
 

background image

 

SPIS TREŚCI 

 
 
 

Trzy dni śledztwa   (Matteo Sarto)       

 

 

 

 

02 

 

Tajemnica Lucynki   (Oscar Wilding) 

 

 

 

 

26 

 

Mary Burnet   (James Hogg)   

 

 

 

 

 

30