background image

 
 
 
 

TEODORA BANASIOWA 

 
 
 

TOWARZYSZ ŚMIERCI 

I INNE OPOWIADANIA 

 

ZŁOTA PODKOWA 19 

 

 

 

 

 
 

WYDAWNICTWO „ŚLASK” KATOWICE 1958

 

background image

 
 

TOWARZYSZ 

ŚMIERCI 

 
NIE  jestem  lekkomyślny  ani  nie  brak  mi  wyobraźni,  a  jednak  —  nie  boję  się.  Więcej 

podnieca mnie niezwykłość sytuacji niż przeraża jej beznadziejność. 

Obawiam się, że taki stan mojej psychiki jest chwilowy, że być może niebawem ogarnie 

mnie przerażenie i rozpacz — i dlatego chcę jak najszybciej zapisać tę moją najdziwniejszą, 
nieprawdopodobną i... chyba ostatnią przygodę. 

Najzabawniejsze jest to, że wciągnął mnie w nią człowiek, który był dla mnie uosobie-

niem braku romantyzmu i drobnomieszczańskiej przeciętności, okazem tępym, przyziemnym 
i zupełnie nieciekawym. 

Jakaś odrobina taniutkiego romantyzmu zaplątała się w jego pieluszki; pozostało mu po 

niej imię — Waldemar. Matka jego znała na pewno dzieje nieszczęśliwej Stefanii i pierworo-
dnemu synowi nadała imię jej arystokratycznego wielbiciela. Rodzeństwo Waldemara otrzy-
mało już imiona proste, codzienne, praktyczne. 

Z Waldemarem poznaliśmy się w przedszkolu, które w owych czasach zwano ochronką. 

Nie zwracałem na niego uwagi ani wtedy, ani potem. Nie pamiętam nawet, abyśmy się kiedyś 
uczciwie wytarmosili. Myślę, że już wtedy patrzyłem na niego z odrobiną litościwej pogardy, 
jak na osobistość trochę dziwaczną, ale bynajmniej nie zabawną. 

Przeżyliśmy obok siebie szkołę powszechną i gimnazjum, a jakoś nie mogę wyłowić z 

pamięci ani jednej chwili, w której obudziłby we mnie zainteresowanie bodaj na moment. Nie 
był dobrym uczniem, ale chyba nigdy nie oberwał dwójki, która się nawet mnie — prymuso-
wi — zdarzała. Ot, średniaczek, pewniaczek! — jak mawiają „rutynowani” nauczyciele. 

Chociaż?... Tak, raz — tuż przed maturą — był Waldemar przedmiotem naszego zainte-

resowania, przyczyną wybuchu gromkiego, chóralnego młodzieńczego śmiechu. Było to wte-
dy,  gdy  polonista  pytał  o  nasze  plany  życiowe.  Waldemar  oświadczył  wówczas,  że  zostanie 
urzędnikiem  państwowym,  gdyż  to  daje  ustaloną  pozycję  i  gwarancję  emerytury.  Pamiętam, 
że  w  momencie  ciszy,  która  zawisła  nad  klasą  po  tym  oświadczeniu,  szukaliśmy  w  twarzy 
Waldemara  uśmiechu  dowodzącego,  że  żartuje,  Ale  nie!  —  mówił  najzupełniej  serio;  i  to 
właśnie  wyrwało  z  naszych  młodych  gardeł  huragan  śmiechu.  Emerytura!  W  osiemnastym 
roku życia! 

Potem  wyjechałem  na  studia  i  na  długo  straciłem  go  z  oczu.  Dopiero  w  trzydziestym 

dziewiątym roku, gdy jako inżynier prowadziłem budowę obiektów portowych w Gdyni, spo-
tkałem Waldemara i wiedząc, że wegetuje na marnej urzędniczej posadce, powodowany licho 
wie czym, zaproponowałem mu pracę znacznie ciekawszą i nieporównanie korzystniejszą. 

— Ja przecież mam posadę! — wykrzyknął i popatrzył na mnie z takim zdumieniem, na 

jakie pozwalała jego pozbawiona wyrazu twarz. 

—  Mógłbyś  się  wreszcie  ożenić,  założyć  rodzinę  —  przekonywałem  zawiedziony,  bo 

mimo  wszystko  spodziewałem  się,  że  moja  propozycja  spotka  się,  jeśli  nie  z  wybuchem,  to 
bodaj z odrobiną wdzięczności. 

— Ożenić? 
Wydało  mi  się,  że  do  jego  zdziwienia  dołączył  się  odcień  niesmaku.  Dzisiaj  wiem,  że 

było to uczucie nienawiści, ale skąd mogłem o tym wówczas wiedzieć? 

— Zarobisz przecież co najmniej trzy razy tyle! — wykrzyknąłem. 
— Ja mam już zaliczone czternaście lat do emerytury — uciął i pożegnał mnie szybko. 
Od tego czasu mało słyszałem o nim. Nie wiem. jak spędził okupację, ale jestem pewny, 

że nie angażował się w prace Polski podziemnej. Po wojnie usłyszałem jego nazwisko w radio 
w związku z jakimś brazylijskim spadkiem. Istotnie, jeden z jego braci wyjechał w młodości 
do Brazylii. Reszta rodzeństwa wykruszyła się jak tryby starej maszyny — jeszcze, zdaje mi 

background image

się, w okresie jego dziecięctwa. I oto nagle człowiek, który już dawno stał się dla mnie odle-
głym  cieniem,  wkroczył  w  moje  życie  tak  zdecydowanie  i  zaskakująco,  jak  nigdy  w  czasie 
naszej blisko pięćdziesięcioletniej znajomości. 

Wczoraj  otrzymałem  z  poczty  maleńką  paczuszkę.  Po  rozwinięciu  znalazłem  w  niej 

eleganckie  safianowe  etui  na  klejnoty.  Wewnątrz  etui,  na  ciemnoczerwonym  welurze,  leżał 
patentowy klucz, a pod nim drobno zapisana kartka. Zacząłem od podpisu: „Waldemar”. 

Waldemar?...  Przez  chwilę  nie  mogłem  sobie  skojarzyć  tego  imienia  z  żadnym  znajo-

mym;  dopiero  po  chwili  wygrzebałem  go  z  pamięci.  Jednym  tchem  przeczytałem  kartkę  i 
zaśmiałem  się  na  myśl,  że  oto  najmniej  dla  mnie  ciekawy  człowiek  zaintrygował  mnie,  jak 
nikt dotąd. A przecież moje życie nie było bynajmniej ubogie w przygody. 

„Stachu — czytałem. — Przyjedź natychmiast do mnie. Zobaczysz coś niezwykłego. O 

ile  dobrze  pamiętam,  lubisz  rzeczy  niezwykłe.  Gdybym  dla  jakiejś  ważnej  przyczyny  nie 
mógł  ci  sam  otworzyć,  po  pięciu  minutach  czekania  pod  drzwiami  otwórz  mieszkanie  załą-
czonym  kluczem  i  wejdź.  Co  masz  robić  dalej  —  dowiesz  się  z  koperty  leżącej  w  prawej 
dolnej szufladzie biurka. Do widzenia! — Waldemar”. — Tu następował adres. 

Żona była z dziećmi na spacerze; zostawiłem im wiadomość o sobie, kartkę Waldemara, 

wsiadłem  do  swego  „Fiacika”  i  pojechałem.  Daleko  poza  miastem,  pośród  sosen  otwockich 
lasków, odnalazłem wskazany adres. Była to bardzo elegancka willa. Stanąłem pod drzwiami, 
zadzwoniłem  dwa  razy  i  patrzyłem  na  powoli  posuwające  się  wskazówki  zegarka.  Już  po 
upływie  pierwszej  minuty  poczułem,  jak  fala  nieprzyjemnego  dreszczu  wypływa  gdzieś  ze 
środka moich pleców. przenika mnie niemiłe zimno, a instynkt samozachowawczy nakazuje 
mi natychmiastowy powrót do domu... Czemuż go nie posłuchałem?! 

Po  pięciu  minutach  otworzyłem  drzwi.  W  lustrze  w  przedpokoju  zobaczyłem  swoją 

zaniepokojoną, pobladłą twarz i to w jakiś sposób pozwoliło mi otrząsnąć się z lęku. Zresztą 
—  nie  tylko  to...  Miałem  przed  sobą  wnętrze,  jakie  widuje  się  tylko  w  niektórych  filmach 
zachodnich. Może też one były wzorem dla Waldemara, który przecież, o ile wiem. nie miał 
innej okazji zetknięcia się z komfortem i luksusem. 

„A więc — pomyślałem — prawdziwa była wieść o spadku. Musiał to być nie byle jaki 

spadek”. 

Rozsunięta  ściana  hallu  ukazywała  wnętrze  wytwornego  gabinetu.  Poszedłem  tam.  Od 

razu  spostrzegłem  na  lśniącej  płycie  biurka  dużą  kartę,  a  na  niej  słowa:  „Najpierw  obejrzyj 
mieszkanie, a potem weź kopertę z biurka”. 

Było to jak najbardziej zgodne z moim życzeniem. Jako architekta zainteresował mnie 

ogromnie  ten  model  luksusowego  budownictwa,  przeniesiony  w  podwarszawskie  okolice. 
Zachwycałem  się  trwałością  materiałów,  wytworną  prostotą  wnętrza,  precyzją  wykonania  i 
celowością każdego szczegółu. 

Zwolniłem  kroku,  gdy  wszedłem  na  szerokie  schody  hallu.  Obawiałem  się,  że  tam,  na 

górze, w jakiejś sypialni znajdę może ciało Waldemara. Stanąłem na ostatnim stopniu i rozej-
rzałem się. Na galeryjce, która od schodów biegła w dwie strony, wychodziło kilkoro drzwi. 
Na drzwiach, jak bilety wizytowe, widniały metalowe tabliczki. 

„Czyżby nie mieszkał sam?” — pomyślałem, ale już moje oczy dalekowidza wyłowiły 

z  najbliższej  tabliczki  słowo:  Środa.  Każde  drzwi  nosiły  nazwę  jednego  z  dni  tygodnia. 
Zacząłem  od  „Poniedziałku”  i  po  kolei  przechodziłem  przez  wszystkie  sypialnie,  coraz 
bardziej zdumiony pomysłowością człowieka, który był dla mnie uosobieniem braku fantazji. 
Oglądałem  więc  w  „Poniedziałku”  dywany,  sofy  i  poduszki  przypominające  wnętrza  sułtań-
skich  haremów;  we  „Wtorku”  —  maty  i  barwne  jedwabie  dalekiej  Japonii;  w  „Środzie”  — 
eskimoskie igloo, wyłożone skórami białych niedźwiedzi; w „Czwartku” — biało-złotą sypia-
lnię  empirową;  „Piątek”  do  złudzenia  przypominał  celę  średniowiecznego  mnicha,  „Sobota” 
była  typową  sypialnią  mieszczańską  z  fin  de  siecle'u,  „Niedziela”,  lśniąca  od  metalu  i  two-
rzyw sztucznych — ideałem nowoczesnego wnętrza. 

background image

W  miarę  zwiedzania  tych  sypialni  zmniejszał  się  mój  zachwyt.  Te  superluksusowe 

sypialnie,  aczkolwiek  projektowane  przez  niewątpliwie  zdolnego  architekta  wnętrz,  wydały 
mi się w końcu pomysłem samolubnego kabotyna. 

Zszedłem  z  powrotem  do  gabinetu  i  zgodnie  z  zawartą  w  liście  wskazówką  sięgnąłem 

do  dolnej  prawej  szuflady  biurka.  Nie  była  zamknięta  na  klucz,  ale  stawiała  lekki  opór,  jak 
zamykane  na  sprężynę  drzwi.  Pociągnąłem  mocniej.  Szuflada  z  impetem  wyskoczyła  do 
przodu. Była pusta. Nie zdążyło mnie to nawet zadziwić, gdyż część podłogi przed biurkiem 
zapadła się, a ja wpadłem pod podłogę. 

Błyskawicznie stanąłem na nogi, ale już otwór nade mną zniknął, a sufit pomieszczenia, 

w  którym  się  znalazłem,  stanowiła  jednolita  metalowa  płyta.  Podziemna  izba  była  (i  jest  w 
dalszym ciągu) oświetlona jarzeniowym światłem i niemal pusta. W prawym jej rogu dostrze-
głem  wielkie,  obwieszone  kotarami  łoże.  Poszedłem  ku  niemu.  Zauważyłem  przy  tym,  że 
podłoga zrobiona jest z grubej metalowej blachy. 

Przy  kotarach  zawahałem  się.  Przeżyłem  wtedy  to,  co  psychologowie  i  psychiatrzy 

nazywają  rozdwojeniem  jaźni.  Jedno  „ja”  uparcie  pchało  mnie  do  rozchylenia  kotar,  drugie 
powstrzymywało mnie, odwlekało chwilę, która — już w to nie wątpiłem — pogłębi jeszcze 
niesamowitość sytuacji. 

Rozstrzygnął głos zza kotary. Dobiegły mnie stamtąd nieartykułowane dźwięki, przypo-

minające bulgotanie wody w gardle, miauczenie chorego kota i zawodzenie puszczyka. 

Szarpnąłem kotarę. 
Na  łożu  leżał  Waldemar.  Poznałem  go  nie  wiem  po  czym  —  może  tylko  dlatego,  że 

spodziewałem się tego spotkania. 

—  O,  jakże  się  cieszę,  żeś  przyszedł!  —  wychrapał,  a  jego  obrzękłą  twarz  wykrzywił 

złowieszczy,  upiorny  grymas.  Potem  ten  grymas  się  zmienił,  a  drgawki  całego  ciała  i  owe 
dziwaczne odgłosy kazały mi się domyślić, że to ma być śmiech. 

Zaśmiałem się i ja. Odezwała się moja wrodzona przekora. Ponieważ ten nędzny kabo-

tyn robi wszystko, aby wprawić mnie w przerażenie, postanowiłem za żadną cenę nie dać się 
wyprowadzić  z  równowagi.  Mój  śmiech  wywarł  piorunujące  wrażenie.  Waldemar  zamilkł. 
Najpierw  obejrzał  mnie  szparkami  podpuchniętych  oczu  (może  miał  nadzieję,  że  zwariowa-
łem z przerażenia?), ale widząc, że patrzę przytomnie, syknął: 

— Nie masz się czego śmiać, idioto! 
—  A  dlaczego,  idioto?  —  odpowiedziałem  swobodnie,  a  w  ton  odpowiedzi  włożyłem 

taką czułość, jakbym zamiast „idioto” mówił: „najmilszy przyjacielu”. 

Milczał znów. Pasł oczy moim widokiem. 
— Jesteś! Przyszedłeś! Mam cię tutaj! — szeptał upojony. 
Przysiadłem na brzegu łoża, które było jedynym sprzętem w tej metalowej klatce. 
— Co ci jest? — zapytałem spokojnie. 
— Umieram, jak widzisz — odpowiedział. 
— Czego chciałeś ode mnie? 
— Bagatelki — żebyś mi towarzyszył. 
— Nie rozumiem. Dlaczego nie leżysz na górze? Dlaczego nie ma przy tobie lekarza? 
— Lekarz mi niepotrzebny. Nie ma dla mnie lekarza, nawet za moje miliony. 
— Ale jakaś służba?... 
—  Mam  służbę,  wierną  i  niezawodną  —  wskazał  rząd  guzików  na  ścianie  w  zasięgu 

ręki.  —  Maszyny!  Wierne!  Niewymagające!  Nie  okradną  mnie...  Nawet  gdy  zamknę  oczy, 
nie dadzą się zbałamucić byle komu... Nic mi nie trzeba — wysapał po chwili — nic... tylko 
towarzysza śmierci. I to właśnie uzyskałem. 

— O? — pytałem dalej tonem lekkiej towarzyskiej rozmowy. — Jak sobie to wyobra-

żasz?... Ja... bo... widzisz... czuję się zupełnie zdrowy i wcale nie pilno mi do Bozi. 

—  Jak  to  sobie  wyobrażam?  Cudownie!  Wspaniale!  Dwa  lata  obmyślałem  wszystkie 

background image

szczegóły!  Żaden  kochanek  tak  troskliwie  nie  przygotowywał  się  na  przyjęcie  miłej  swego 
serca, jak ja na to spotkanie. 

— O?... Zaszczyt ponad zasługę — rzuciłem tym samym tonem. 
—  Nie!  —  zaśmiał  się  zjadliwie.  —  Zasługi  były.  Dosyć  ich,  aby  wyrok  był  sprawie-

dliwy. Zresztą... ten list wyjaśni ci wszystko. Ja tylko chcę... opowiedzieć ci, jak to będzie. 

— Co? 
— Nasza śmierć. 
— Mówiłem ci już, że mi nie pilno. 
— Żartuj, jeśli możesz. Wkrótce przestaniesz. 
— Czy za odziedziczone miliony kupiłeś i zdolność jasnowidztwa? 
— Stąd nie ma wyjścia! Rozumiesz? — krzyknął. 
— Jeżeli jest wejście... — zacząłem, ale przerwał niecierpliwie. 
—  Milcz!  Ja  wiem  najlepiej!  Zginiesz!  Masz  przed  sobą  dziewięć  dni  życia.  —  Znów 

zaniósł się bełkotliwym piskiem i śledził grę mojej twarzy. 

Sięgnąłem  po  rzucony  mi  list.  Zacząłem  czytać.  Napisał  go  w  obawie,  że  śmierć  nie 

pozwoli  mu  doczekać  spotkania  ze  mną.  Czego  tam  nie  było!  Szczegółowa  historia  naszej 
znajomości,  niemal  od  przedszkola.  Jakieś  drobne  zdarzenia,  których  w  żaden  sposób  nie 
mogłem wygrzebać z pamięci. Cały list ociekał zawiścią tak okropną, że aż zabawną. Każdy 
dobry  stopień  w  szkole,  a  później  każde  pomyślne  zdarzenie  w  moim  życiu  dojrzałym  było 
dla  niego  kamieniem  obrazy,  przedmiotem  jego  obłąkanej  zazdrości.  Tak,  obłąkanej!  Nie 
ulegało wątpliwości, że mam do czynienia z wariatem, ogarniętym bez reszty obłędną niena-
wiścią, tym niebezpieczniejszym, że ślepy los włożył w jego ręce ogromną siłę, jaką stanowi 
pieniądz. To, że ja stałem się przedmiotem tej nienawiści, było tylko przypadkiem. W mojej 
osobie nienawidził wszystkich ludzi. 

Poczułem niepokój i, aby go ukryć przed Waldemarem, zaśmiałem się: 
—  Czy  dwa  lata  Oświęcimia  uważasz  także  za  szczęście,  które  wydarłem  tobie?  — 

zapytałem drwiąco. 

— Ty się śmiejesz? — poderwał się połową ciała w moją stronę. 
— Tak. Szczerze ci powiem, że ta spowiedź jest dla mnie tylko żałośnie śmieszna. 
— Śmieszna?! — zawył. 
— Tak. Nie byłem od ciebie ani zdolniejszy, ani przystojniejszy, mój start życiowy ani 

pozycja  społeczna  moich  rodziców  nie  były  korzystniejsze  od  twoich.  Była  między  nami 
jedynie różnica usposobień. W szkole wyróżniałem się, bo — mimo sowizdrzalskiego tempe-
ramentu  —  kochałem  naukę,  płonąłem  ciekawością  i  żądzą  poznania,  podczas  gdy  ty  już 
wtedy — teraz to widzę — poddawałeś się obłędnej zazdrości... Zosia pokochała mnie dla tej 
prostej przyczyny, że i ja ją kochałem. Studia przeszedłem bardzo trudną drogą... a tyś w tym 
czasie marzył o emeryturze. 

Słowo „emerytura” podziałało na niego jak pejcz. 
—  Dość!  —  wrzasnął  z  siłą,  jakiej  nie  spodziewałem  się  w  tym  obrzękłym  tworze 

ludzkim. — Nie ja ciebie, ale ty mnie masz słuchać! Siadaj! 

—  Nie  chcę  —  odpowiedziałem  i  w  milczeniu  począłem  obchodzić  i  badać  salkę. 

Czułem jego oczy na sobie... Mimo skrupulatnych poszukiwań nie znalazłem ani na ścianach, 
ani na suficie nic, co by mi dało nadzieję wyjścia z tej metalowej celi. Wszystkie dźwignie i 
guziki znajdowały się tam — nad łożem, w zasięgu ręki Waldemara. Postanowiłem je zbadać 
—  nawet  wbrew  jego  woli.  Sięgnąłem  ręką  w  stronę  urządzeń,  a  wtedy  Waldemar  uczynił 
gwałtowny ruch ręką, poczułem silne uderzenie z dołu w ramię i coś rzuciło mnie na podłogę. 

Gdy  się  podniosłem,  zauważyłem,  że  łoże  rozdziela  na  pół  przeźroczysta  tafla;  druga 

zamykała  łoże  od  strony  nóg.  Bez  namysłu  zerwałem  but  z  nogi  i  z  całej  siły  uderzyłem  w 
szybę. 

Odpowiedział mi złośliwy chichot Waldemara. 

background image

— Musiałbyś mieć młot pneumatyczny! Nie jestem aż tak głupi, aby nie zabezpieczyć 

siebie i swego ciała przed twoimi wybrykami. Mówiłem ci, że przewidziałem wszystko. Będę 
sobie tu leżał żywy czy umarły, a ty obok mnie będziesz się zwijał z przerażenia! 

— Nic mnie nie zmusi, abym się położył koło ciebie — odpowiedziałem odzyskawszy 

znowu spokój. 

— Tak? — zasyczał. — Jesteś tego pewny? 
— Jeśli tak szczegółowo pamiętasz moje życie — odpowiedziałem — to nie mogło ujść 

twojej uwagi, że ogromnie brzydziłem się wszelkim cuchnącym plugastwem. 

— Pamiętałem. Przekonasz się o tym wkrótce. Masz nadzieję wytrzymać dziewięć dni 

w pozycji stojącej? 

Nie odpowiedziałem. Lekceważąco wzruszyłem ramionami i począłem badać część łoża 

przed  taflą.  Drgnąłem,  gdy  ujrzałem  dwa  guziki  na  jednym  ze  słupów  łóżka.  Nacisnąłem  i 
odskoczyłem, bo z klapki, która się nagle otwarła nad łożem, wyskoczyła  metalowa puszka. 
Jednocześnie odezwał się zjadliwy głos zza tafli: 

— Tak. tak. Czas na kolację. Nie sądzisz chyba, że skazałem cię na głodową śmierć? To 

byłoby  może  zabawne,  ale  słyszałem,  że  człowiek  głodny  szybko  tępieje  i  nie  cierpi,  a  ty 
przecież musisz cierpieć. 

Milczał chwilę, a nie doczekawszy się pożądanej reakcji z mojej strony, ciągnął dalej: 
— Drugi guzik otworzy kran z wodą do picia i mycia. Pod łóżkiem stoją dwa naczynia, 

jedno do mycia, drugie do picia. Może ich kształt wywoła u ciebie jakieś przykre skojarzenia 
— widzisz, że pamiętałem o twoim chorobliwym wstręcie do rzeczy cuchnących — ale mnie 
to  nie  przeszkadza.  Naczynie  jest  czyste,  podobnie  jak  woda.  Zastanawiałem  się  nawet,  czy 
nie ugościć cię czymś mocniejszym; mam tutaj (wskazał guziki) bogaty wybór; ale doszedłem 
do wniosku, że na trzeźwo będziesz więcej cierpiał. 

Zamilkł  znów.  Obserwował  z  zadowoleniem  moje  ruchy.  Zasyczał  z  wściekłości,  gdy 

wysypałem na rozłożoną na podłodze marynarkę zawartość puszki i nalałem do niej wody. 

— Nie pomyślałem o tym. — Zaklął ohydnie. 
—    Nie  pomyślałeś  także  o  mojej  woli  życia  i  o  moim  szczęściu,  które  dopomoże  mi 

wyrwać się stąd — powiedziałem spokojnie. Potem z apetytem spożyłem kolację i ziewnąłem 
beztrosko. 

— Spaciuńkać? — zaseplenił naśladując głos dziecka. — Połóż się. Gdy uśniesz, będę 

mógł przyhołubić cię. Pogłaskać po buzi. 

Wzdrygnąłem  się,  jakbym  już  poczuł  na  twarzy  dotknięcie  jego  plugawej  łapy,  i 

począłem szarpać kotary łoża. Przyglądał mi się  w nadziei, że szaleję  w  wybuchu rozpaczy, 
ale gdy zobaczył, że z kotar ułożyłem sobie legowisko na podłodze, warknął i położył rękę na 
jednym z guzików. Salka napełniła się swędem, a z ułożonych kotar wypełzły strzępy brudne-
go dymu. Jednocześnie poczułem, że gorąco pali moje podeszwy. Zrozumiałem, co się stało, i 
wskoczyłem na łoże. 

Zaśmiał się tryumfująco i włączył wentylator. 
—  Mogę  również  zamienić  komnatę  w  lodownię  —  pochwalił  się.  —  Prawdziwe 

piekło. Raz upał, raz mróz. Na przemian. W ostatnim dniu doznasz podobnych wrażeń. 

— Kto ci to wszystko urządzał? — zapytałem rzeczowo. 
—  Wyobraź  sobie,  że  kupiłem  to  niemal  w  takim  stanie!  Tylko  coś  niecoś  kazałem 

udoskonalić. Willę zbudował przezorny inżynier. Żyd. Przeżył w niej z rodziną całą okupację. 
Jedynie  radio  kontaktowało  go  ze  światem.  Na  górze  mieszkali  gestapowcy.  Słyszał  ich  co 
dzień, oglądał pod drzwiami. Jego młodsza córka zwariowała. Byli bezradni, gdy elektrownia 
wyłączała prąd. 

— Dlaczego? — podchwyciłem. 
Stropił  się  przez  chwilę,  jakby  się  stało  coś  bardzo  ważnego,  ale  po  chwili  powiedział 

spokojnie: 

background image

— Bo im było ciemno. Po wojnie nie mogli patrzeć na ten dom. Kupiłem go niedrogo. 
— A oni? — zapytałem. Jakaś daleka nadzieja musiała zadźwięczeć w moim głosie, bo 

zaśmiał się po swojemu. 

—  Myślisz,  że  przyjdą  i  przypadkiem  zajrzą  do  swego  schowka?  Nie!  Nie  ciesz  się! 

Zaraz  potem  wyjechali  do  Izraela...  Ale  góra  jest  wyłącznie  moim  dziełem.  Kazałem  ją  po 
swojemu przebudować i wyposażyć. 

— Znać to — powiedziałem zagadkowo. Nie chciałem go drażnić w nadziei, że wygada 

się  z  czymś,  co  da  mi  jakąkolwiek  szansę  ratunku.  Milczał  jednak,  a  ja  położyłem  się  — 
plecami odwrócony do niego. Nie mogłem usnąć. Nie tyle przerażała mnie moja beznadziejna 
sytuacja, ile myśl, że on rzeczywiście może w nocy opuścić taflę i dotykać mojej twarzy. W 
pewnej chwili przypomniałem sobie coś i zsunąłem się pod łoże. 

Mylnie zrozumiał mój ruch. 
— Wylot kanału jest pod tą kratką w rogu. Wybacz taki brak komfortu — informował 

mnie z wyszukaną uprzejmością. — Naczynia pod łóżkiem mają służyć do innego celu. 

—  Tak  —  powiedziałem.  W  głosie  moim  wyczuł  satysfakcję,  której  nie  rozumiał. 

Zaniepokoił się. A ja — po prostu stwierdziłem, że przeźroczysta tafla nie sięga podłogi, że 
między  jej  brzegiem  a  szparą,  w  którą  opada,  jest  szczelina  szerokości  około  dwudziestu 
centymetrów. Szybkim ruchem wsunąłem w tę szczelinę oba naczynia. Teraz nie opadnie. 

Wysunąłem się spod łóżka. 
— Coś tam robił? — zapytał podejrzliwie. 
— Zabezpieczyłem taflę przed opadnięciem... Tymi naczyniami — dorzuciłem widząc, 

że nie rozumie. 

Nie  mogłem  sobie  odmówić  satysfakcji  poinformowania  go  o  tym,  a  równocześnie 

chciałem z jego reakcji wyczytać, czy zabezpieczenie moje było skuteczne. 

—  Tego  nie  przewidziałem!  —  syczał  wściekły.  —  Ale  to  ci  nic  nie  pomoże!  — 

krzyknął ujrzawszy mój uśmiech. — Nie nadrabiaj miną! Nie dzisiaj, to jutro załamiesz się i 
będziesz wył z rozpaczy. 

—  Wiem,  „że  rozpaczać  jest  to  zło  przydawać  do  zła”  —  zacytowałem  mu  fragment 

mickiewiczowskiej bajki. Potem położyłem się i usnąłem. 

Obudził  mnie  zimny  prysznic.  Zerwałem  się.  Kranik  po  mojej  stronie  był  otwarty  i 

pryskał  z  niego  strumień  zimnej  wody  prosto  na  moją  głowę.  Otrząsnąłem  się  jak  zmokły 
psiak. Twarz Waldemara była niemal przylepiona do tafli. 

— Nie wyobrażaj sobie — krzyczał — że mam cię tutaj po to, aby patrzeć, jak się wyle-

gujesz i śmiejesz przez sen. 

Spojrzałem  na  zegarek.  Spałem  zaledwie  trzy  godziny.  Przełożyłem  poduszkę  w  drugi 

koniec łoża, zwinąłem się w kłębek i chrapnąłem na nowo. Niemal natychmiast obudził mnie 
ogłuszający  ryk.  Magnetofon!  —  uprzytomniłem  sobie.  —  Rycz!  —  rzuciłem  w  stronę 
Waldemara. — Umiem spać nawet przy ryku „Katiuszy”, a nerwy mam mocniejsze niż twoje. 
— Okręciłem głowę koszulą i spałem dalej.  

Widocznie  dał  za  wygraną,  bo  obudziłem  się  dopiero  po  ośmiu  godzinach,  rześki  i 

wypoczęty. Trzeba przyznać, że pomieszczenie miało wspaniałą klimatyzację. Sięgnąłem do 
guzika, a potem zjadłem zawartość kolejnej puszki. Zapisałem w notesie datę dzisiejszą — i 
wtedy  wpadłem  na  myśl,  aby  zabijać  czas  zapisywaniem  wszystkiego,  co  się  stało  i  jeszcze 
stanie.  Miałem  przy  tym  nadzieję,  że  uda  mi  się  zapisane  kartki,  jeśli  nie  przesłać  na  wolny 
świat, to przynajmniej zostawić jako ślad po sobie i wyjaśnienie tego, co się stało. 

Przy  uprzątaniu  resztek  po  wczorajszej  kolacji  i  dzisiejszym  śniadaniu  stwierdziłem  z 

radością, że małe buteleczki po skondensowanym mleku łatwo przechodzą przez otwory kraty 
kanału.  Postanowiłem  to  wykorzystać.  Buteleczki  były  z  bardzo  lekkiego  tworzywa  i  woda 
mogła je zanieść Bóg wie dokąd. 

Musiałem działać bardzo dyskretnie, trzeba było jednak wziąć z automatu kilka puszek, 

background image

aby uzyskać buteleczki. Waldemar podejrzliwie wodził za mną wzrokiem. 

— Porcje są odliczone — ostrzegł mnie, gdy wyciągałem piątą z kolei puszkę. 
—  Mam  ochotę  tylko  na  mleko  skondensowane  —  odpowiedziałem  i  dalej  robiłem 

swoje. 

Opisałem  telegraficznym  stylem  swoją  historię,  podałem  adresy.  Prosiłem  znalazcę  o 

pomoc.  Potem  włożyłem  karteczki  do  butelek,  a  butelki  wrzuciłem  do  kanału.  Teraz  rozpo-
cząłem żmudną pracę przy zalewaniu kanału wodą. Nosiłem wodę małymi puszkami długo i 
wytrwale.  Denerwowało  to  Waldemara,  zwłaszcza  że  nie  mógł  zrozumieć  pobudek  mego 
działania. 

— Przestań, bo ci wyłączę wodę! — zagroził na koniec. 
— Ten kanał cuchnie. Nie czujesz? — zapytałem. 
— Trzeba było powiedzieć — mruknął i nacisnął jakiś guzik. W kanale zakotłowały się 

silne strumienie wody; płynęły przez piętnaście minut. 

Dokąd płynie ten kanał? — zapytałem po dłuższym milczeniu. Pytaniu temu chciałem 

nadać  zupełnie  niewinne  brzmienie,  ale  widocznie  nie  udało  mi  się  to,  bo  patrzył  na  mnie 
przez chwilę badawczo, i potem błysk domysłu przeleciał mu po twarzy.  Ryknął i poderwał 
się. 

— Ach, przeklęty! — wył niemal. 
Po  jego  reakcji  poznałem,  że  moje  kombinacje  nie  są  pozbawione  szans.  Długo  pienił 

się w bezsilnej wściekłości. Przez godzinę dawał mi lekcję poglądową piekła, czyniąc w salce 
na przemian piekielne gorąco, to znów przejmujące zimno. 

Usiadłem  po  turecku  na  łożu  i  rozpocząłem  niniejsze  sprawozdanie.  Zajęło  mi  to  nad-

spodziewanie dużo czasu. Przerwałem na chwilę, zjadłem coś niecoś i zabierałem się do dal-
szego pisania,  gdy  w salce rozległ się przeraźliwy  głos dzwonka. Spojrzałem na Waldemara 
myśląc, że to nowy jego kawał, ale zauważyłem, że z niepokojem wpatruje się w mały ekra-
nik  w  nogach  łoża.  Poszedłem  za  jego  wzrokiem  i  zdębiałem,  a  za  gardło  chwyciło  mnie 
niewypowiedziane  wzruszenie.  Na  ekranie  zobaczyłem...  Zosię!  Huragan  nadziei  przeleciał 
przez moje serce — i zrobił większe spustoszenie niż poprzednie groźby Waldemara. 

Zosia! — szeptałem, a łzy obficie płynęły po mojej twarzy... Może któraś z kartek...? 
— Żywych nas nie dostaną — zazgrzytał Waldemar. 
Dzwonek dzwonił co parę sekund. Moje serce łomotało jak szalone. 
— Trzeba otworzyć — usłyszałem męski głos i na ekranie przed moją żonę wysunął się 

oficer  milicji.  Manewrował  przez  dłuższy  czas  przy  drzwiach,  wreszcie  je  otworzył.  Potem 
Zosia i oficer zniknęli z ekranu, a ich miejsce zajął młodziutki milicjant. 

Głos Zosi i oficera, nawet ich kroki słychać było nieustannie. Chodzili po całym domu i 

to  wyraźnie  uspokoiło  Waldemara.  W  pewnej  chwili  Zosia  krzyknęła  rozpaczliwie,  a  mili-
cjant, widoczny na ekranie, wydobył i odbezpieczył rewolwer. 

— Za domem stoi jego auto! On stąd nie wyszedł! Musi być tutaj! 
Długo słyszałem ich głosy. W pewnym momencie zacząłem wrzeszczeć. Głos mam mo-

cny, donośny, ale po twarzy Waldemara poznałem, że wysiłki moje są daremne. Po pierwszej 
chwili niepokoju, jaką przeżył na myśl, że to moje kartki sprowadziły niespodziewaną wizytę, 
ochłonął. Patrzył na mnie tryumfalnie i piał z uciechy. Zaniepokoił się, gdy zaczęli mówić o 
otwartej szufladzie. Oficer chciał ją zamknąć, ale powstrzymała go moja żona. 

— Może to jakiś znak — powiedziała zgnębiona. 
Stukali  w  ściany,  wymierzali  długości  ścian  wewnętrznych  i  zewnętrznych.  O  zmroku 

odeszli. Milicjanci obiecali Zosi, że następnego dnia przyjadą z psem. 

— Jutro? — wyszeptała zrozpaczona. 
—  W  hallu  każdy  pies  straci  węch!...  Nie  bardzo  się  zestarzała  ta  twoja  Zosieńka  — 

drwił Waldemar, gdy odeszli. 

Z trudem ukrywając ogarniające mnie uczucia, położyłem się spać. 

background image

— Zapomniałeś o kolacji! — przypomniał słodziutko. 
—  A,  rzeczywiście!  —  odpowiedziałem  swobodnie.  Zjadłem  dużą  porcję  jakiejś  kon-

serwy i usnąłem. 

Obudził mnie w nocy rykiem magnetofonu. 
— Ze mną już koniec — chrypiał z trudem. — Teraz będę spokojnie czekał na ciebie. 

Jeszcze  sześć  dni  i  wszystko  spłonie...  Przez  całą  dobę  przed  ostatnią  chwilą...  będziesz  co 
pięć minut słyszał mój głos. Mój żywy głos!... A ja tu... obok ciebie... w rozkładzie, a tam mój 
głos... zapowiadający ci zgubę, zbliżającą się z minuty na minutę... 

Mówił z coraz większym trudem. Choroba — zdaje się uremia — gasiła w nim ostatnie 

iskry życia. Były to iskry  nienawiści. Ostatnie tchnienie wypisywało na stygnącej twarzy jej 
złowieszcze piętno. 

Zbliżyłem ku niemu twarz przed taflę i krzyczałem:  
— Nie! Właśnie, że nie zginę! Jeszcze jestem żywy i pozostanę długo! Czy słyszysz? 
— Głupcze!— mamrotał niewyraźnie. — Sześć dni. 
Coś go jednak w moim  krzyku zaniepokoiło, bo  w końcu na jego martwej już twarzy, 

obok tamtego odrażającego grymasu tryumfu, przyczaiło się zwątpienie. 

Śmierć  jego  przyjąłem  z  ulgą,  a  teraz  wiem,  że  wolałbym,  żeby  jeszcze  żył.  Szydził, 

drwił, ale to właśnie mobilizowało moją odwagę... i moją przekorę; no... i nie cuchnął! 

Teraz  siedzę  odrętwiały.  Nie  chce  mi  się  pisać  i  nie  mam  na  czym.  Zapisałem  cały 

notes, wrzuciłem go w puszce do kanału, zalałem wodą; może popłynie do rzeczki. 

Zapisuję wszystkie strzępki papieru, jakie znajduję w kieszeniach, nawet fotografie. 
Wczoraj znów była Zosia z milicją. Płakała! Tak strasznie płakała. Nie płacz, kochana. 

Masz dzieci... i tyle pięknych wspomnień. Widzę cię... ciągle. Żegnam. 
 

Płakałem  dzisiaj!  Ten  piekielnik  śmiał  się!  Nie  —  to  szczęka  mu  opadła!  I  oczy  ma 

otwarte! 

Nie mogę jeść. Nie mogę spać! Cuchnie! 
To już jutro! Nie pamiętam, co robiłem przez te dni... Dopiero ten głos!... Co pięć minut 

z piekielnym chichotem zapowiada moją zgubę. 

Przed  chwilą  zapowiedział:  „Zginiesz  za  trzy  godziny  i  czterdzieści  pięć  minut!”...  I 

chichot! 

Czas  pędzi!  Już  tylko  piętnaście  minut!  Ostatnią  puszkę  z  zapiskami  wrzucam  pod 

kratę. Zwyciężył łajdak! Śmieje się! Och! Żegnajcie! 
 

* * * 

 

Żywy i wolny zapisuję te słowa. 
Ratunek  przyszedł  w  momencie,  gdy  głos  Waldemara  zapowiedział  mi  jeszcze  pięć 

minut życia. „Za pięć minut zginiesz! — krzyczał. — Włączą się wszystkie spirale, do czer-
woności rozpali się płyta pod nogami. Spłoniesz! Żywcem! A potem — iskra przeleci przez 
wszystkie ładunki dynamitu! Wybuch usypie nad nami nasz...” 

Tu  głos  umilkł.  Światło  zgasło.  Ogarnęła  mnie  absolutna  ciemność.  Myślałem,  że  to 

początek końca, a to było wybawienie!... W suficie pojawiła się szpara! Ciężka klapa opadała 
powoli. Skoczyłem w tę stronę i jak kot wdrapałem się po niej do gabinetu. Rzuciłem się do 
drzwi i w mgnieniu oka znalazłem się na zewnątrz. Nie myślałem, nie analizowałem sytuacji, 
nie  starałem  się  nic  zrozumieć,  pędziłem  przed  siebie...  aby  dalej!  jak  najdalej  od  tego 
strasznego, zapowietrzonego miejsca. 

Zatrzymałem  się  dopiero  na  ludnej  podmiejskiej  drodze.  Wygląd  mój  budził  sensację. 

Skryłem się więc do pierwszej z brzegu spółdzielni i zatelefonowałem do syna. Bałem się, że 
radość zaszkodzi Zosi. Jednak właśnie ona odebrała telefon... i poznała mnie po głosie. Za pół 

background image

godziny trzymałem ją w ramionach. 

Przybyła z dziećmi i milicją. Opowiedziałem wszystko,  gdy jechaliśmy z powrotem w 

stronę willi, zatrzymały nas odgłosy detonacji.  

— To tam! — zawołał mój syn. 
Odczekaliśmy... i po kilku minutach podjechaliśmy pod willę. Już dogorywała. Patrzyli-

śmy z odległości na kupę żarzących się gruzów. 
 

* * * 

 

Często wracaliśmy w rozmowach do tej nie wyjaśnionej zagadki. Co to było? Dlaczego 

sprawdziło  się  wszystko,  co  powiedział  Waldemar,  z  wyjątkiem  tego  tylko,  że  nie  zostałem 
tam. 

Dopiero  dzisiaj,  po  upływie  kilku  miesięcy...  zrozumieliśmy  —  i  to  jednocześnie! 

Wszyscy na raz! 

Siedzieliśmy przy telewizorze, gdy nagle zgasło  światło. Umilkł głos aktorów, zniknął 

obraz z ekranu, zapadła ciemność... 

I wtedy wykrzyknęliśmy razem:  
— Już wiem! Elektrownia! 
Zrozumiałem. co miał na myśli Waldemar mówiąc, że ukrywający się tam Żydzi byli w 

niebezpieczeństwie,  gdy  gasło  światło.  Wtedy  przestawał  działać  potężny  elektromagnes 
trzymający płytę w pozycji poziomej. Wystarczył przypadkowy ruch szufladą, aby kryjówka 
ukazała się oczom gestapowców. 

— Jak to dobrze, że nie pozwoliłaś zamknąć szuflady — powiedziałem do Zosi. 
— Dlaczego? — nie zrozumiała.  
— Bo tam była sprężyna przytrzymująca płytę, wie mamusia? — wyjaśnił mój Wacek. 

— No, niech mamusia nie płacze. Tatuś ma takie szczęście. że będzie żył sto lat — uspokajał 
matkę z szorstką chłopięcą serdecznością. 
 
 
 
 

ZWI

ĄZEK NIEŚMIERTELNYCH 

 

DOCHODZIŁA  północ.  Odeszli  już  dalecy  krewni,  znajomi  i  ciekawscy.  Opustoszała 

największa,  luksusowa  kaplica  najelegantszego  przedsiębiorstwa  pogrzebowego  „Brama  do 
Krainy Snów”. Umilkł głęboki głos organów i chór śpiewający psalmy. 

Smithson  został  sam.  Od  sztucznie  chłodzonego  łoża-katafalku,  na  którym  we  wdzię-

cznej pozie ułożono Elizę, powiało przykrym chłodem. Zapach kwiatów i prawdziwych wo-
skowych świec stawał się nie do zniesienia... Głowa była ciężka od pustki. „Co za paradoks!” 
— pomyślał... Nogi drętwiały od zimna i bezruchu. A jednak... nie chciało mu się odchodzić 
stąd. 

Już  dwa  razy  jego  lekarz,  dr  Corbin,  wchodził  z  upomnieniem,  aby  pamiętał  o  swoim 

reumatyzmie.  Kilkakrotnie  lokaj  Karol  stawał  w  pobliżu,  zgięty  w  znak  zapytania,  a  nawet 
potulna pani Whille ośmieliła się przypomnieć mu, że dawno już minęła pora jego wieczorne-
go posiłku. 

„Posiłek! — zadrwił w duchu. — Odrobina mleka, sucharek, jedno żółtko i kilka łyków 

soku owocowego”. Wszystko, co jeszcze znosił jego stary, schorowany żołądek. Zabiegi pła-
tnych „opiekunów”, mocno znudzonych i zniecierpliwionych, nie odnosiły już skutku. 

Smithson nie chciał odejść od „łoża” Elizy. Patrzył w jej twarz, której dopiero śmierć i 

zręczne  palce  kosmetyków  przedsiębiorstwa  wróciły  to,  o  co  zabiegała  od  trzydziestu  lat  — 

background image

gładkość młodości. 

Czy  ją  kochał?  Nie.  Uciekał  przecież  często  od  jej  swarliwego  głosu,  politowaniem  i 

zgrozą kwitował efekty jej kosztownej walki ze starością, denerwowała go jej siedemdziesię-
cioletnia niedojrzałość, raził brak godności i umiaru. 

Skąd, wobec tego, ta nieznośna świadomość, że nie będzie umiał żyć bez niej, że jutro 

przed południem w krematorium spłonie duża część jego „ja”? Co będzie warta ta reszta? Co 
robić  ze  starym  ciałem  i  jeszcze  starszym  duchem,  który  już  nie  umie  cieszyć  się  życiem, 
któremu niedostępne są rozkosze miłości, podniebienia, zmysłów, który dawno wziął rozbrat 
z ciekawością, najpotężniejszym motorem wszelkich poczynań ludzkich? 

—  Pięćdziesiąt  lat  życia  poświęciłem  na  gromadzenie  milionów  —  i  co?  Gdybym  za 

każdy z posiadanych milionów mógł kupić bodaj dzień pełnego życia... miałbym ich jeszcze 
siedemset  trzydzieści  dwa!  —  policzył.  —  Ale  nie!  Nie  kupię  ani  godziny!  Mogę  tylko 
przedłużyć tę swoją marną wegetację. 

— To nie jest takie pewne!  
Smithson siedział chwilę nieruchomo, zasłuchany. 
— Kto to powiedział? Czyżbym ja sam? 
— Nie. To ja — odezwał się głos tuż za nim.  
Obejrzał się gwałtownie i podniósł z fotela. 
— Kto pan jest? Kto pana tu wpuścił? 
— Jestem... pańskim szczęściem, imię nieważne. Później przekona się pan, jak bardzo 

nieważne. 

— Czego pan chce? 
— Tymczasem chcę, aby pan odprawił lokaja. Idzie tu. 
W  drzwiach  kaplicy  rzeczywiście  pojawił  się  za  chwilę  Karol.  Smithson  odprawił  go 

gniewnym ruchem ręki i patrzył na Nieznajomego. 

— Kim pan jest? — powtórzył z naciskiem. 
— Mówiłem już. 
— Czego pan ode mnie chce?! 
— To pan pożąda czegoś, co ja mogę panu dać. 
— Niczego nie pożądam. — Smithson ciężko opadł na fotel. — Niczego. Dałbym wiele 

za zdolność pożądania czegokolwiek. Jeszcze kilka lat temu, na początku mojej obecnej diety, 
pożądałem... nie, to za dużo powiedziane, miałem ochotę na kawał befsztyka... Teraz na nic 
nie mam ochoty. 

— To nie jest takie pewne! 
— Aż nadto pewne. O, widzi pan, tu leży moja żona... 
— Wiem. 
— Będzie mi jej brak. Dawała mi najmilszy chleb starości — wspomnienia. Będzie mi 

bez niej źle, a jednak nie umiałbym pragnąć, aby ożyła. 

—  To  inna  sprawa.  Ja  mam  dla  pana  skarb,  którego  pan  nie  pragnie,  bo  nie  wierzy  w 

możliwość uzyskania go. 

— Dość tego intrygowania! Co za skarb? Proszę mówić! 
— Nieśmiertelność! 
— Brednie! I co warta nieśmiertelność bez młodości? 
— I młodość! 
Smithson  spojrzał  w  pomarszczone  oblicze  stojącego  przed  nim  starego  człowieka  i 

zaśmiał się gorzko. 

— Lekarzu, lecz się sam. 
— Właśnie rozpocznę kurację. Dam panu przy tym lekcję poglądową. 
— Kurację odmładzającą? — parsknął ironicznie Smithson. 
— To wszystko, co mogę powiedzieć panu dzisiaj, nie żądając od pana przysięgi... Jeśli 

background image

obudzi  się  w  panu  pragnienie  posiadania  wymienionych  skarbów,  proszę  wywiesić  w  oknie 
biblioteki w pańskim pałacu ten skrawek tkaniny. Do widzenia. 

Smithson obejrzał się, ale Nieznajomego już nie było. Zniknął. 
— Zatrzymaj tego człowieka! — krzyknął do stojącego w drzwiach Karola. 
—  Którego?  —  Karol  rozglądał  się  niepewnie.  —  Może  doktora  Corbina?  Prosił 

właśnie... 

— Daj mi spokój z doktorem! Nie widziałeś tego, który wyszedł stąd przed chwilą?! 
—  Nie,  proszę  pana.  Stąd  nikt  nie  wyszedł.  —  Karol  podszedł  bliżej,  schylił  się  po 

skrawek czerwonego sukna, „zaśmiecającego” posadzkę, podniósł, zmiął i chciał wyrzucić. 

— Zostaw to! — krzyknął Smithson.  
Lokaj posłusznie ułożył  szmatkę na posadzce w  poprzednim położeniu. Stary milioner 

uniósł się gniewem. 

—  Podnieś  natychmiast!  Podaj  mi!  —  krzyknął.  Schował  szmatkę  do  kieszeni  i  nie 

obejrzawszy się na Elizę szybko podreptał do auta, czekającego przed  gmachem „Bramy do 
Krainy Snów”. 
 

* * * 

 

Nazajutrz  rano,  natychmiast  po  przebudzeniu,  sięgnął  ręką  pod  poduszkę.  Szmatka 

leżała tam, gdzie ją umieścił w nocy. Wstał, narzucił szlafrok i chciał zejść do biblioteki, gdy 
przypomniał sobie, że za dwie godziny będą palić Elizę. Trzeba być  t a m  i wziąć udział w 
dalszych obrzędach. 

Zasapał  gniewnie.  Odbiegł  już  o  sto  mil  od  Elizy  i  jej  ostatnich  ziemskich  spraw.  Był 

podniecony i bardzo rozdrażniony. Zadzwonił na Karola, który natychmiast zjawił się ze śnia-
daniem. Za nim wsunął się sekretarz. 

—  Co  tam?  —  Smithson  niezadowolony  spojrzał  na  teczkę  sekretarza.  Od  czasu,  jak 

przestał „robić” dolary i pozostawił im w bankach prawo mnożenia się, nie otrzymywał pra-
wie żadnych listów, a gazet nie czytywał od czasu, gdy zobojętniały mu kursy giełdowe. 

— Depesze, listy kondolencyjne i wycinki z gazet — wyjaśnił skwapliwie sekretarz. 
— Co za wycinki? 
— Z „Życia towarzyskiego”. 
— At! — Smithson lekceważąco machnął ręką, wziął jednak do ręki teczkę i grzebał w 

wycinkach.: Donosiły o śmierci Elizy i o jego wielkim „bólu”, który nie pozwolił mu oderwać 
się  od  katafalku.  Jakaś  sentymentalna  dziennikarka  zrobiła  z  tego  trzystuwierszowy  ckliwy 
reportaż. 

— Idioci! — mruknął i odrzucił teczkę. 

 

* * * 

 

Po czterech godzinach, niecierpliwy i znudzony, mnąc nieustannie w kieszeni czerwoną 

szmatkę,  doczekał  wreszcie  końca  ceremoniału  pogrzebowego.  Odetchnął  z  ulgą,  gdy  było 
już po wszystkim. Wrócił do domu i natychmiast podreptał do biblioteki. Podszedł do okna, 
przyłożył do szyby czerwoną łatkę i począł obserwować aleję za parkanem. Był ciekawy, kto 
czeka na sygnał, aby przekazać go dalej. 

— Wobec tego... możemy przystąpić do sprawy — usłyszał za sobą głos Nieznajomego. 
Odwrócił się gwałtownie. Przybysz siedział na jego ulubionym fotelu przed kominkiem. 
— Kto pana tu wpuścił?! 
— Pan mnie wezwał. To wystarczy. 
Smithson opadł na najbliższy fotel. Dyszał ciężko i ocierał zimny pot, który nagle oblał 

całe jego ciało. Nieznajomy skoczył mu z pomocą. 

background image

— Przepraszam. Zastosowałem za mocny chwyt. Już teraz obiecuję zachowywać się jak 

normalny człowiek. W przeciwnym razie — zamiast w nieśmiertelność ziemską — gotów pan 
wyruszyć na tamten świat przez „Bramę do Krainy Snów”. Czy podać panu coś do picia? 

— Nie trzeba... Już dobrze. 
— Czy gotów pan złożyć przysięgę? 
— Na co? 
— Na milczenie. 
— Nie jestem gadatliwy.  
— Wiem. 
— Skąd? 
Nieznajomy uśmiechnął się. 
— Zanim kogoś zaprosimy do naszego Związku, musimy go dokładnie poznać, a sposo-

bów przenikania do ludzkich domów posiadamy dosyć dużo. Daje nam to możność dokładne-
go poznania ludzi. 

— Ja sam nie znam siebie.  
— Wierzę. 
— Dlaczego nie przyszedł pan dziesięć lat wcześniej? 
— Członkowie naszego Związku muszą być zupełnie, absolutnie samotni. 
— Rozumiem. Przeszkadzała wam Eliza.  
— Więc? Złoży pan przysięgę?  
—  Ale  tylko  na  milczenie.  Przysięgam,  że  nikt  nie  usłyszy  ode  mnie  słowa  na  temat 

naszych spraw.  

— Dobrze. Wystarczy.  
Smithson był nieco zawiedziony. Spodziewał się  jakiejś tajemniczej scenerii, towarzy-

szącej składaniu przysięgi; a tu już było po wszystkim. Siedział teraz naprzeciw Nieznajome-
go i jak sztubak odpowiadał grzecznie na wszystkie pytania.  

— Ile pan ma dolarów? 
— Czystej gotówki? Czy w ogóle majątku? 
— W bankach? 
— Sześćset milionów. 
— Aha! Co się stało z pańskim synem? 
— Nie żyje. Zginął siedem lat temu. Nie wrócił z wyprawy nad Amazonkę. 
— Czy był podobny do pana? 
— Tak. Dosyć podobny. 
— Miałby teraz dwadzieścia osiem lat? 
— Tak. 
— Zrobił pan testament? 
— Nie. 
— To źle. 
— Bliskich krewnych nie mam. I tak wszystko zabierze państwo. 
— Musi pan natychmiast sporządzić testament. Nieruchomości, udziały i trzysta milio-

nów w papierach i gotówce zapisze pan synowi. 

— Jakże...? Synowi...? 
— Wiem. Wszystko ma czekać na niego przez rok. Pozostałe trzysta milionów wycofa 

pan z banków. 

— Może być krach. 
—  Nie  będzie.  Nie  trzeba  brać  złota,  tylko  akcje  i  papiery  państwowe,  zgodnie  z  tym 

spisem. — Podał Smithsonowi małą kartkę. — Za dwadzieścia dni wręczy mi je pan. 

— Za co?! 
— Słuszne pytanie. Najpierw towar, potem gotówka. Tak? Za te trzysta milionów kupi 

background image

pan sobie wstęp do Związku Nieśmiertelnych. 

— Ma pan na myśli jakąś sektę? Nie pilno mi do nieśmiertelności w niebie. 
— Taką może pan mieć za darmo. Proszę teraz słuchać i nie przerywać. Nasz Związek 

powstał przed stu laty. Wynalazłem wówczas eliksir młodości. 

— Zaraz. Czy to znaczy, że pan ma teraz...? 
—  Sto  siedemdziesiąt  lat.  Wówczas  miałem  siedemdziesiąt.  Na  badania  poświęciłem 

cały  olbrzymi  majątek.  Odmłodzony  o  pięćdziesiąt  lat,  nie  miałem  za  co  żyć.  Zrozumiałem 
wtedy,  że  trzeba  było  dokonać  przemiany  na  czyichś  oczach,  aby  zyskać  zaufanie.  Po  kilku 
latach znalazłem bogatego człowieka, który mi zaufał. Odwdzięczyłem mu się za to po króle-
wsku.  Żyje  do  dzisiaj.  Teraz  jest  nas  już  dziewięćdziesięciu.  Sami  mężczyźni.  Stanowimy 
Związek Nieśmiertelnych. Nie wolno nam mieć potomstwa. 

— Dlaczego?! 
—  Każdy  wtedy  żądałby  nieśmiertelności  dla  swoich  najbliższych.  Co  za  zakłócenie 

równowagi w przyrodzie! Rozumie pan?! 

— Tak. 
— Poza tym żyjemy pełnią życia. Gdy kończą się nasze zasoby, wprowadzamy nowego 

członka.  Musi  być  bardzo  bogaty,  abyśmy  mogli  to  robić  jak  najrzadziej.  Pańskie  trzysta 
milionów to zaledwie po kilka milionów na głowę. 

— Jest pan bardzo wymowny, ale ja nie wierzę i na ślepo nie dam ani dolara. 
— Spodziewałem się tego. 
— To przecież jest zupełnie nieprawdopodobne! 
— Nie przeczę. — Nieznajomy wstał. 
— Ja... jakto? — przestraszył się starzec. — Pan odchodzi? 
—  Wrócę  tu  za  trzy  tygodnie.  Wtedy  mi  pan  uwierzy...  i  przystąpimy  do  sprawy  kon-

kretnej. Tymczasem zostawiam panu tę buteleczkę. Co dzień rano weźmie pan jedną kroplę, 
nie  więcej.  Każda  kropla  odejmie  panu  pół  roku.  Jest  ich  tu  dwadzieścia.  Tylko  ostrzegam 
przed  większymi  dawkami.  Energiczną  kurację  —  raz  dziennie  —  można  prowadzić  tylko 
pod nadzorem. Inaczej... może nastąpić śmierć. Przyjdę za trzy tygodnie, może pan mnie nie 
pozna, oto moje szczególne znaki — odwinął rękaw i pokazał brązową „myszkę” na przedra-
mieniu oraz sztywny mały palec u lewej ręki. 

Smithson  ledwie  rzucił  okiem  w  jego  stronę.  Całą  uwagę  pochłaniała  maleńka  butele-

czka, stojąca przed nim. Chwycił ją kurczowo i wpatrywał się chciwie w rubinowy, fluoryzu-
jący z lekka płyn. 

— A...? — chciał jeszcze o coś zapytać, obejrzał się na Nieznajomego i znów zdrętwiał. 

W  bibliotece  nie  było  nikogo.  Mała  buteleczka,  tak  jak  wczoraj  czerwony  skrawek  sukna, 
była jedynym śladem obecności Nieznajomego. 
 

* * * 

 

Pierwszą kroplę połknął Smithson dopiero nazajutrz rano. Stwierdził zawiedziony, że z 

jego  organizmem  nic  się  nie  dzieje.  Nogi  były  nadal  sztywne,  głowa  chwiała  się,  apetyt  nie 
dopisywał, a całe ciało skrzypiało nadal jak nie naoliwione. 

Dziesiątego dnia poczuł, że jednak dzieje się z nim coś dobrego. Zaczęło się od powrotu 

upodobania do krwistych befsztyków i „Szkockiej”. Nie wytrzymał, wydał odpowiednie pole-
cenia  pani  Whille  i  ku  oburzeniu  doktora  Corbina  zjadł  duży  befsztyk  i  popił  czystą  whisky 
— bez sody. Z radością stwierdził, że jego żołądek stanął na wysokości zadania, a przez cały 
organizm  płynie  jakaś  ożywcza  fala.  Rześki  i  wesoły  pojechał  porządkować  swoje  sprawy 
zgodnie ze wskazówkami Nieznajomego. 

Po kilkunastu dniach nawet Karol zauważył w nim wielką zmianę. 
— Wygląda pan tak, jakby ubyło panu dwadzieścia lat — powiedział. 

background image

„Pochlebca  —  pomyślał  Smithson  —  ale  że  dziesięć  spadło  mi  z  grzbietu...  to  czuję 

sam”. 

—  Włosy  zgęstniały,  siwych  ubyło.  Przytył  pan,  wyprostował  się  —  ciągnął  dalej 

Karol. 

Doktor Corbin wodził za nim wzrokiem z daleka, otwierał szeroko oczy, gdy jego chle-

bodawca szybkim, energicznym krokiem kilka razy dziennie schodził do biblioteki. Smithson 
od  kilku  dni  zaglądał  do  niej  w  nadziei,  że  Nieznajomy  przyspieszy  swe  przybycie.  Czuł 
nieodpartą potrzebę upewnienia się, że to nie złudzenie, że rzeczywiście rozpoczął się w nim 
proces odmłodzenia. 

Ale Nieznajomy przybył dopiero zgodnie z zapowiedzią dwudziestego pierwszego dnia. 

Smithson poczuł jego obecność, jeszcze zanim go zobaczył. Był przecież uprzedzony, a mimo 
to zdębiał ujrzawszy — zamiast starca — pełnego życia i sił czterdziestoletniego człowieka. 

Ale  nieznajomy  wstał  z  fotela,  podszedł  ku  niemu,  wesoło  obrócił  się  na  palcach,  a 

potem odwinął rękaw. 

— Ten sam? — zapytał dźwięcznym głosem. 
— Tak, ale... ile pan ma dzisiaj lat? 
— Dzisiaj niewiele ponad czterdzieści. 
— Nieprawdopodobne! A zęby?! Odrosły? Nie musi pan nosić szczęki? 
— Jak widzisz. Nienajlepsze, łatane, ale już własne. 
— A umysł?! Czy umie pan to wszystko, co przedtem? Czy pamięta pan wszystko? 
—  Oczywiście!  Zmienia  się  tylko  ciało,  a  z  nim temperament  i  upodobania...  pragnie-

nia. Pamięć pozostaje nie zmieniona. 

Smithson  był  rozgorączkowany,  chciał  mówić  o  sobie,  zwierzać  się,  ale  nieznajomy 

przerwał mu niecierpliwie: 

—  Dzisiaj mam  mało  czasu.  Kuracji  nie  wolno  przerywać.  Muszę  zaraz  wracać.  Poje-

dziesz ze mną i ty również... Czy przygotowałeś... trzysta milionów? 

— Tymczasem tylko milion. 
— Co?! Targi? Ty śmiesz...?! 
— Nie. Niech pan siada... 
—  Nie  mów  mi  „pan”.  Jesteś  już  wtajemniczony.  Dlaczego  me  postąpiłeś  zgodnie  z 

zaleceniem? 

— Ja... ja już zaczynam wierzyć... 
— Zaczynasz? Osobliwy okaz nieufności? Jeszcze chwila, a zacznę żałować. 
— Nie, nie żałuj! Już teraz na pewno...! Chciałem się jeszcze bardziej przekonać. 
—  Mówiłem  ci,  że  dzisiaj  nie  mam  czasu.  Przyjdę  dopiero  za  trzy  tygodnie.  Jeśli  do 

tego czasu nie przygotujesz wszystkiego... — w głosie Nieznajomego zabrzmiała groźba. — 
Teraz dawaj szybko ten milion. 

Smithson skwapliwie wyciągnął z kasy gruby pakiet i podał Nieznajomemu; ten rozwi-

nął papier, szybko przerzucił zawartość i rozchmurzył się nieco. 

— No, dobrze. Do widzenia... za trzy tygodnie. 
— A...? 
— Co? 
— Nic mi nie dasz dzisiaj? Tamto już się skończyło. 
—  Nie  mam  nic  dla  ciebie.  Miałem  cię  zabrać  do  nas  na  kurację.  Zresztą...  masz.  — 

Postawił na stoliku przed Smithsonem małą buteleczkę. 

— Ile mi teraz ubędzie lat? 
— Ani jednego! Ale też nie przybędzie. Pij co dzień po kropli. 
Smithson podszedł do stolika. Schwycił buteleczkę i schował do kieszeni. 
— Nie mógłbyś przyjść wcześniej? — zapytał, ale już nie usłyszał odpowiedzi. Niezna-

jomego nie było. A więc zdolność przenikania przez ściany miał nie tylko on, ale i trzymane 

background image

przez niego przedmioty, na przykład pakiet z milionem. 

„Jakże  dłużyć  mi  się  będą  teraz  te  trzy  tygodnie!”  —  myślał  Smithson. Żałował  ogro-

mnie, że nie wypełnił wszystkich poleceń Nieznajomego. „Powinien mnie jednak zrozumieć 
—  myślał  dalej.  —  Sprawa  jest  taka,  że,  mimo  wszystko,  mam  prawo  do  nieufności...  A 
może...?  —  nadzieja  podsunęła  mu  radosną  myśl  —  jeżeli  przygotuję  wszystko  i  wywieszę 
szmatkę to przerwie na chwilę kurację i przyjdzie?”  

Nadzieja  ożywiła  go.  Znów  energicznie  rzucił  się  w  wir  interesów.  Zaniepokoiły  się 

rekiny giełdowe, zaroiło się dokoła niego od maklerów i dziennikarzy, a on spokojnie kupo-
wał  najmocniejsze  akcje  i  papiery  państwowe.  —  Nie  gra,  lokuje  —  odetchnęli  giełdziarze. 
Po kilku dniach zgromadził żądany kapitał, przykleił szmatkę do szyby i godzinami wysiady-
wał w bibliotece, 

Dzień  wlókł  się  za  dniem,  a  nikt  się  nie  zjawiał.  Smithson  poddawał  się  na  przemian 

uczuciu  rozpaczy,  to  znów  nadziei.  Strwożony  patrzył  na  kurczące  się  w  buteleczce  resztki 
płynu... Co będzie, gdy go zabraknie? 

Najcięższy był dwudziesty pierwszy dzień. Gdy się skończył o północy, a Nieznajomy 

nie przyszedł, Smithson z trudem, przy pomocy lekarza i  Karola, zawlókł się do sypialni na 
górę. 

A jednak wcześnie rano był znów w bibliotece. Smithsona ogarnęła szalona radość, gdy 

ujrzał Nieznajomego w fotelu przed kominkiem. Nie wtajemniczonemu   trudno  byłoby  roz-
poznać go w tym dwudziestoletnim wesołym chłopcu, ale Smithson nie miał wątpliwości. Ta 
sama  twarz,  te  same  oczy,  usta,  kształt  głowy,  ten  sam  przyśpiew  w  głosie,  te  same  znaki 
szczególne. 

Młodzieniec podniósł się z fotela i śmiał się beztrosko 
— Nie rób takiej głupiej miny, staruszku. Dziwisz się? Ja trzeci raz robię ten figiel i za 

każdym razem nie mogę wyjść ze zdumienia. Nie mogę oderwać się od zwierciadła. 

— Fantastyczne! — sapał Smithson. — I ja także będę mógł...? 
—  Ty  możesz  wrócić  najdalej  do  dwudziestu  ośmiu  lat,  twój  syn  miałby  tyle.  To  ci 

ułatwi  objęcie  majątku;  w  przeciwnym  razie  musiałbyś  wszystko  zamienić  na  gotówkę  i 
manewrować  tak,  aby...  O,  to  bardzo  skomplikowane  zabiegi.  I  zawsze  ryzyko...  Czy  teraz 
jesteś nareszcie gotów? 

—  Tak.  Mam  wszystko.  Teraz  wierzę  ci  ślepo.  Wierzę!  —  Otworzył  kasę  i  począł 

wyrzucać  z  niej  pliki  papierów  wartościowych  i  biletów  tysiącdolarowych.  Nieznajomy,  nie 
przeglądając ich dokładnie, pakował wszystko do dużej walizy, która nagle pojawiła się koło 
biurka. 

— Dwieście dziewięćdziesiąt milionów... to jednak ciężki kapitał — zażartował zamy-

kając walizę. 

— Na ile lat życia wystarczy dla całego Związku? 
— Może na dziesięć. 
— Tylko?... A potem? 
— Potem dasz nam resztę. 
— Albo spróbujemy obracać tym i nagromadzić... 
— Myślisz kategoriami ludzi starych i... śmiertelnych — zaśmiał się młodzieniec. 
— A czy teraz naprawdę nie grozi nam śmierć? 
— Ze starości... nie. Jesteśmy także odporni na wiele chorób. 
— A inne? 
— Innych też możemy się ustrzec przy pomocy nowoczesnej medycyny. Mamy zawsze 

środki na to. 

— A jednak...? Czy zdarzyło się, żeby który z nieśmiertelnych umarł? 
Niestety  —  westchnął  młodzieniec.  —  W  ubiegłym  roku  straciliśmy  miłego  druha  w 

katastrofie lotniczej. 

background image

— Nigdy nie będę latał samolotem — postanowił Smithson. 
— Jest to dopiero drugi wypadek na przestrzeni stu lat... No, to zbieraj się. Jedziemy. 
— Dokąd? 
— Zobaczysz. Uprzedź służbę, że jedziesz naprzeciw syna, który się odnalazł. 
— Nie uwierzą. Nie dostałem żadnego listu. 
— Pokażę się im, a ty powiesz, że to ja przywiozłem ci wiadomości o nim. Potem „syn” 

przyjdzie tu z listem od ciebie i obejmie wszystko w posiadanie. 

— Dobrze. Kończmy jedno... i zaczynajmy drugie życie! 
— A może się pan jeszcze zastanowi? — dobiegły go nagle słowa z kąta biblioteki. 
Młodzieniec  zbladł,  zakręcił  się  na  pięcie  i  rzucił  ku  drzwiom,  ale  te  otworzyły  się  i 

stanęło w nich dwóch policjantów, trzymających skutego, zzieleniałego, trzęsącego się Karo-
la. Zaraz też i na rękach Nieznajomego zabrzęczał misterny łańcuszek. 

— Co panowie robicie?! — krzyknął Smithson. — Proszę nas zostawić! 
—  Powolutku!  —  powiedział  ten  sam  dobroduszny  bas  z  kąta  biblioteki...  i  spod 

dywanu począł gramolić się okrągły, sapiący kształt ludzki... w mundurze sierżanta policji. — 
Mnie nie tak łatwo, jak im, pojawiać się tędy i znikać. Przejście z piwnicy było obliczone na 
nieco szczuplejsze sylwetki... No, chodźcie! — zawołał, gdy już powstał na nogi. 

Z  otworu  pod  dywanem  wyszedł  drugi  Nieznajomy,  za  nim  pierwszy,  a  na  końcu  — 

dwu policjantów. 

— Co to ma znaczyć — bełkotał Smithson.  
—  Związek  Nieśmiertelnych!  —  zaśmiał  się  sierżant.  —  Jest  ich  tymczasem  tylko 

trzech.  

Ustawił trzech Nieznajomych obok sobie i przedstawił Smithsonowi: 
—  Zacna  rodzinka  Wholeswine'ów:  dziadzio,  synek  i  wnuk...  oraz  wujcio  —  dołączył 

Karola do szeregu. — Ile już wyłudzili? — zapytał rzeczowo. 

— Milion — wyjąkał starzec — a to — wskazał na walizę — reszta. 
Sierżant pogrzebał w walizie i zagwizdał. 
— Wysoko pan ceni nieśmiertelność. Ale nawet za to jej pan nie kupi. 
— A jednak — wymamrotał Smithson — ubyło m dziesięć lat. 
— Potęga sugestii i... narkotyk — wyjaśnił sierżant. — Nieprawdaż? — zwrócił się do 

Wholeswine'ów. 

Mruknęli coś niechętnie i ponuro. 
— Jak panowie do tego doszli? — zapytał Smithson. 
— Dzielnicowy odkrył podkop w piwnicy. Chłopak miał głowę na karku i dalej poszło-

by wszystko gładko, gdybym ja nie był wszedł przez tę diabelską dziurę... Resztę pan pozna 
w  sądzie  —  dokończył  sierżant;  skinął  na  policjantów,  aby  wyprowadzili  oszustów,  i  sam 
wyszedł za nimi. 

Smithson  usiadł  na  walizie  z  milionami,  zapatrzył  się  w  otwór  wycięty  misternie  w 

podłodze... i zapłakał ciężkimi, starczymi łzami. 
 
 
 
 

DZIEWCZYNO — NIE ZNIKAJ! 

 

PO powrocie z kilkudniowego pobytu w Warszawie druh Henryk Kowalski, komendant 

obozu  instruktorów  harcerskich,  z  zainteresowaniem  przeglądał  książkę  meldunków  warty 
obozowej. 

W  Warszawie  nadspodziewanie  pomyślnie  załatwił  obozowe  sprawy,  w  obozie  zastał 

po  powrocie  idealny  porządek,  nad  głową  miał  płótno  namiotu,  przez  szparę  w  „drzwiach” 

background image

wpadała  smuga  promieni  słonecznych,  a  dokoła  szumiał  wspaniały,  stary,  niemal  dziewiczy 
las.  To  wszystko,  pomnożone  przez  dwudziestosześcioletnią  radość  życia,  sprawiało,  że 
uśmiech nie schodził z ust komendanta. 

Zatrzymał  się  dłużej  nad  jedną  z  kart  książki  warty;  przeczytał  ubawiony,  że  Jacek  w 

czasie nocnej warty zobaczył z daleka młodą, śliczną dziewczynę. 

— Co głodnemu na myśli?... — szepnął do siebie i zaśmiał się głośno. Po chwili jednak 

uśmiech  zniknął  z  jego  twarzy,  brwi  podniosły  się  ze  zdumienia,  a  potem  zbiegły  ku  sobie 
zmarszczką  niezadowolenia.  Szybko  przerzucił  resztę  zapisanych  kart,  a  potem  przywołał 
przybocznego. 

— Czytałeś książkę warty? 
— Oczywiście. Co dzień czytam. 
— Co to za brednie wypisują tutaj wartownicy? 
— Oni... twierdzą, że to prawda. A ja... nie mogę im zadać kłamu. 
— Dziewczyna? Tutaj!... No, gdyby w dzień... Mogłaby się jakoś zapędzić za jagodami. 

Chociaż  to  też  nieprawdopodobne!  Sama?!  Pominąwszy  fakt,  że  do  najbliższej  wsi  jest 
szesnaście  kilometrów  —  to  i  tak  niemożliwe.  W  lesie  są  dziki!  My  nie  chodzimy  w  poje-
dynkę. A dziewczyna? Sama? I na dodatek... w nocy?! 

— I to każdej nocy! — dodał przyboczny. 
— A może do gajówki przyjechali jacyś letnicy? 
— Sprawdzałem. Nie. 
— Pytałeś gajowego? 
— Tak. 
— I co? 
— Czy od niego można się czegoś dowiedzieć? Milczy. A jak spojrzy spode łba, to aż 

nieprzyjemnie się robi. Sam wiesz. 

— A jego żona? 
— Zaczęła garnkami trzaskać po płycie kuchennej i .początkowo też nic nie mówiła, a 

potem bredziła coś o Południcy leśnej, która niesie śmierć każdemu, kto ją zobaczy. Odnio-
słem jednak wrażenie, że jest czymś bardzo zaniepokojona. 

— Dziwne. 
—  To  jeszcze  nic.  Druhowie  nie  napisali  wszystkiego.  Jakoś...  głupio  było;  gdyby 

ktoś... z gości przeczytał... 

— Mów wszystko... i jasno. 
— Dziewczyna nie chodzi, lecz unosi się... nad ziemią. 
— Brednie! 
— A jednak!... Jest cudna! Nie widziałeś jeszcze takiej twarzy! Nawet na filmie! Kto ją 

raz zobaczy... 

— Tylko bez takich...! Do rzeczy! 
— Przekonasz się sam. Każdy chce teraz wartować około dwunastej w nocy. 
— Nieprawdopodobne! Czy nikt nie próbował zagadać do niej? 
— Próbowałem. 
— Ty?! 
—  Tak.  Sam  trzymałem  wartę.  Chodziłem  po  północnej  stronie.  Zobaczyłem  ją  z 

daleka. Zbierała jagody. Część do dzbanka, a cześć zjadała z wielkim apetytem... powiedział-
bym nawet... zachłannie. 

— I co? 
— Wtedy odezwałem się do niej łagodnie, aby jej nie spłoszyć. Krzyknęła przestraszo-

na i... zniknęła 

— Uciekła? 
— Nie. Zniknęła! Popłynęła kilka metrów nad ziemią i zapadła się pod nią. 

background image

— Trzeba było zapamiętać, a jeszcze lepiej zaznaczyć miejsce i przebadać za dnia. 
— Zrobiłem tak. 
— Z jakim skutkiem? 
— Nic. Żadnego śladu. Chociaż... 
— Znalazłeś coś? 
— Kilka rozsypanych jagód i... — Tu przyboczny zaczerwienił się jak podlotek, sięgnął 

do kieszeni na piersi, wyjął notes i otworzył. Pośród białych kartek ujrzał Henryk kilka zwi-
niętych  kruczoczarnych  włosów.  Ich  długość  i  miękkość  wyraźnie  określały  płeć  i  przypu-
szczalny wiek właścicielki. 

— Czy to możliwe? — szepnął. 
— Znalazłem je na jałowcu, pod którym zbierała jagody. 
— Czy są jeszcze jakie szczegóły? 
— Jacek widział ją pierwszy... 
— To wiem. Czytałem meldunek. 
— On był wstrząśnięty. A to plastyk... malarz... 
— Raczej — karykaturzysta. — Henryk przypomniał sobie swój złośliwie potraktowa-

ny „portret” w obozowej gazetce. 

— W tym wypadku nie był karykaturzystą. Narysował z pamięci. 
— Jakąś znajomą. 
— Nie. Ją! Kto ją widział, poznaje natychmiast. 
— Chodźmy do Jacka! 
Pobiegli  przez  rozległą  polanę  do  namiotu  Jacka.  Za  chwilę  Henryk  trzymał  w  ręku 

nieduży kartonik. Z gęstwy czarnych zwojów wyłaniała się blada, niemal przeźroczysta twarz 
młodej  dziewczyny.  Smutek  i  cierpienie  starły  z  niej  uśmiech  i  wszelki cień  radości,  ale  nie 
starły uroczej młodości. Wielkie czarne oczy płonęły jakąś rozpaczliwą i zachłanną ciekawo-
ścią.  Henryk  długo  patrzył.  Był  oczarowany.  Oto  dziewczyna  z  jego  snów,  z  jego  młodych 
marzeń  o  miłości.  Od  kilku  lat  zaglądał  w  twarze  poznawanych  dziewcząt  w  poszukiwaniu 
takiej właśnie — aż znalazł ją tu. Żyje w głębi starego ogromnego boru — jako widmo leśne. 
Poczuł, jak mu się spod serca wyrywa głębokie westchnienie. Jeszcze chwila, a wyrwie się na 
świat — namiętne i stęsknione. Powstrzymał je w porę i pokrywając drwiną ogarniające go 
wzruszenie zapytał Jacka: 

— I widziałeś ją tak dokładnie? W lesie? W nocy? 
— Narysowałem to,  co  zapamiętałem w  ciągu kilkunastu sekund. Księżyc oświetlał ją 

dobrze.  Stała  z  twarzą  podniesioną  do  góry,  jakby  zasłuchana  w  szum  lasu.  Leżałem  pod 
krzakiem,  ukryty  wśród  liści,  w  cieniu...  a  jednak,  gdy  tylko  obróciła  twarz  w  moją  stronę, 
dojrzała mnie natychmiast. Teraz myślę, że ona... że źrenice jej... tak jak u kota... że widzi w 
nocy. Może żyje w ciemności? 

— Więc wierzysz w realne istnienie tej dziewczyny? — zapytał Henryk. 
— Kto ją widział, poznaje natychmiast... w tym portrecie. 

 

* * * 

 

Z  obozu  do  gajówki  było  około  pół  kilometra  drogi,  a  raczej  leśnej  ścieżki,  przetartej 

dopiero  przez  harcerzy.  Henryk  szedł  ścieżką  głęboko  zamyślony.  Od  trzech  dni  myśl  jego 
nieustannie krążyła dokoła dziwnej zagadki. Trzy noce spędził na podchodach, trzy razy wi-
dział z daleka tajemniczą dziewczynę, która odpływała i znikała przy najmniejszym podejrza-
nym  szeleście.  Próbował  wołać,  zagadywać,  ale  dziewczyna  nie  słuchała,  uciekała  w  pani-
cznym przerażeniu i przepadała w gęstwinie. 

W  dzień  całymi  drużynami  skrupulatnie  przeszukali  las  w  zasięgu  kilkudziesięciu 

metrów.  Bez  skutku.  Po  dziewczynie  nie  pozostał  nawet  taki  ślad,  jaki  się  udało  znaleźć 

background image

przybocznemu.  Dzisiaj,  po  porannej  naradzie.  postanowili  działać  systematycznie,  a  więc 
przede wszystkim obserwować gajówkę i wybadać zręcznie gajowych. 

To ostatnie zadanie wziął na siebie Henryk i właśnie teraz dochodził do gajówki. 
W czasie wielu obozów leśnych, w których brał udział, widział różne gajówki. Były one 

najczęściej nabiałową bazą obozów, tak jak obóz był dla rodzin gajowych miłą dystrakcją w 
ich  ubogim  w  przeżycia  leśnym  bytowaniu.  Wszędzie  i  zawsze  witano  ich  z  radością,  a  że-
gnano z żalem. Tutaj nie! Tutaj nieprzejednaną postawę gajowego przełamało dopiero wyra-
źne  zezwolenie  nadleśnictwa  na  założenie  obozu  i  polecenie  udzielania  wszelkiej  możliwej 
pomocy harcerzom. 

Słowo „pomoc” okazało się fikcją. Poza ponurymi, niechętnymi spojrzeniami, gajówka 

nie miała nic dla harcerzy, nawet nabiału, po który musieli jeździć raz na tydzień na targ do 
miasteczka. Henryk przypomniał sobie zabawne spotkanie z żoną gajowego, która piekła się 
w upale i kurzu placu targowego nad osełkami masła i koszykami jaj. Kupili wtedy wszystko 
od nadrabiającej miną gajowej, a mimo to w dalszym ciągu nie mogli nic dostać w gajówce. 

„Jeśli  mają  coś  do  ukrycia,  postępują  bardzo  głupio  —  myślał  Henryk  stojąc  przed 

drzwiami gajówki. — Takie postępowanie zaintrygowałoby każdego”. 

Już  podniósł  rękę,  aby  zapukać,  gdy  nagle  gdzieś  w  pobliżu  usłyszał  stłumiony,  jakby 

dobiegający zza ściany głos: 

— Nie mogę! To nie moje!! 
Henryk prześliznął się wzdłuż ściany w stronę uchylonego okna. Chciał zobaczyć twarz 

człowieka, którego matowy, zgnębiony głos powtarzał coraz ciszej: 

— Nie moje! Wszystko, co miałem, oddałem! Tego nie mogę! Po co to panu! Och! Czy 

ta przeklęta wojna nie skończy się nigdy?! 

W  tej  chwili  obudził  się  pies,  ukrywający  się  przed  upałem  w  cieniu  obory  i  podniósł 

zgiełk; przyłączyło się do niego basowe ujadanie z sieni. Henryk odskoczył od okna. Niemal 
natychmiast w drzwiach gajówki stanął gajowy. 

— Kto tu?! — krzyknął groźnie. 
— Dzień dobry, panie gajowy. Czy jest żona? 
Gajowy nie odpowiedział na pozdrowienie. Podejrzliwie oglądał przybysza. 
— Jest. Bo co? — mruknął wreszcie niechętnie. 
— Mam do pańskiej żony małą prośbę. — Henryk z udaną swobodą zręcznie przesunął 

się obok gajowego i wszedł w drzwi, które — jak mu się wydawało — muszą prowadzić do 
tego pokoju, skąd słyszał głos nieznajomego człowieka. W pokoju jednak nie było nikogo. 

—  Kobieta  w  kuchni!  Gdzie  pan  idzie?  —  wołał  za  nim  gajowy;  sam  stał  w  sieni  nie 

zdradzając ochoty wejścia do pokoju. 

Henryk udawał, że nie rozumie jego intencji przepędzenia go do kuchni; usiadł w fotelu 

i rozejrzał się dokoła. 

— Ładnie mieszkacie — powiedział szczerze zdziwiony. Wnętrze gajówki (widział trzy 

pokoje w amfiladzie) przypominało mieszkanie zamożnej kulturalnej rodziny inteligenckiej, z 
fortepianem, obrazami, dywanami i obszerną, pełną książek szafą biblioteczną. 

—  Tyle  książek!  —  krzyknął  po  chwili  i  udając  w  dalszym  ciągu  nieobytego,  wścib-

skiego prostaka wbiegł do pokoju z książkami. 

Gajowy krzyknął coś groźnie. 
—  Boi  się  pan,  że  nabrudzę?  —  powiedział  naiwnie  Henryk.  —  Nie.  W  lesie  sucho. 

Mam czyste buty. 

Zjawiła się żona gajowego. 
— Ślicznie mieszkacie — powtórzył Henryk. 
Kobieta z trudem ukryła zadowolenie; mieszkanie było wyraźnie jej dumą. 
— A, kupiło się to i owo. Pomalutku się dorabiamy. Tu, w lesie, na nic się nie wyda, to 

i... 

background image

—  Pan  ma  do  ciebie  interes.  Pytaj,  o  co  chodzi  —  przerwał  jej  gajowy  i  oczyma 

wskazał gdzieś za siebie, jakby w stronę biblioteki. 

— Interes nie zając, nie ucieknie — zaśmiał się Henryk z głupia frant. — O, jakie ładne 

książki! Takie grube! Złocone! — sięgnął po jedną z nich. 

—  Niech  pan  to  zostawi!  —  krzyknął  gajowy,  a  po  chwili,  zreflektowawszy  się  pod 

niewinnym spojrzeniem zdziwionego gościa, dodał: 

— Kobieta musi iść do roboty. Niech pan mówi, co i jak. Nie ma czasu na pogaduszki. 
Henryk nie wypuszczał z rąk wziętej książki i niby bezmyślnie i odruchowo przerzuca-

jąc kartki mówił: 

— Mamy w obozie chorego kolegę. Przeziębiony. Nie można go trzymać w namiocie. 

Czy nie dałoby się umieścić go na kilka dni u państwa? 

— Nie! — warknął gajowy. 
— Może jakiś kącik? Byle pod dachem. Zapłacimy. On jest bardzo wątły, urodził się w 

czasie wojny. 

— Nie ma o czym gadać! — uciął gajowy, a żona jego dodała: 
— Syn przyjedzie z żoną i dziećmi na letnisko, trzeba będzie... 
— Nie musisz się tłumaczyć! — przerwał  gajowy  i niedwuznacznym  gestem wyprosił 

Henryka z mieszkania. 

Nie było rady. Trzeba było wracać z niczym do obozu. 
Czy  z  niczym?  Henryk  wracając  leśną  ścieżką  porządkował  spostrzeżenia.  Przerażały 

go  własne  przypuszczenia.  Im  bliżej  był  obozu,  tym  bardziej  przyspieszał  kroku.  Nie  odpo-
wiedział na pytające spojrzenia druhów; przywołał Jacka, wzięli rowery i popędzili do miaste-
czka. 

Wracali  wieczorem  z  ciężkim  sercem,  wstrząśnięci  prawdą,  która  im  się  wyłaniała  z 

poznanych  faktów.  Długo  radzili  w  namiocie  komendy.  Owocem  tej  narady  był  list,  który 
Henryk zaniósł następnej nocy do lasu i zawiesił na krzaku jałowca w miejscu, gdzie najczę-
ściej widywano dziewczynę. Na kopercie widniał duży napis: Dla Fioli. 

Położył się opodal, pod krzakiem leszczyny, owinął w pelerynę i czekał. Fosforyzowane 

wskazówki  posuwały  się  powoli,  mijała  godzina  za  godziną,  a  dziewczyna  nie  zjawiała  się. 
Wydawało mu się, że się już nie doczeka. 

Zobaczył  ją  dopiero  około  drugiej  w  nocy.  Posuwała  się  powoli,  kryjąc  się  w  cieniu  i 

rozglądając trwożliwie dokoła. Szybko nazrywała jagód do koszyczka. Zanosiło się na to, że 
nie pójdzie dalej i nie zobaczy listu. Henryk patrzył zmartwiony i bezradny. Wiedział, że nie 
może  się  nawet  poruszyć;  każdy  szelest  spłoszy  ją  nieodwołalnie...  A  jednak  zobaczyła  list. 
Odetchnął z ulgą. Patrzyła długo w tamtą stronę, nie ruszając się z miejsca; wreszcie bardzo 
powoli poczęła się skradać w stronę listu. 

Henryk odkrył przy tym tajemnicę jej unoszenia się nad ziemią. Miała na nogach rodzaj 

dziwacznych  koturnów,  wspartych  na  kilkunastu  długich  gwoździach.  Takie  „obuwie”  nie 
zostawiało żadnych śladów na leśnym runie i mchu. Przystanęła przy krzaku z listem. Bała się 
wziąć  go  do  ręki,  badała  uważnie  krzak,  jakby  w  obawie  zasadzki.  W  pewnym  momencie 
krzyknęła  głośno  i  schwyciła  list.  Widocznie  przeczytała  na  nim  swoje  imię.  Nie  czytając, 
schowała list na piersi, szybko odpłynęła i zniknęła w gęstwinie. 

Henryk podniósł się i świecąc latarką bateryjną poszedł w stronę, gdzie zniknęła. Krążył 

chwilę  po  lesie,  gdy  nagle  usłyszał  za  sobą  szelest.  Obejrzał  się.  O  kilka  kroków  od  niego 
stała tajemnicza dziewczyna. 

— Proszę się nie zbliżać! — krzyknęła, gdy ruszył w jej stronę. — Jaki pan może dać 

dowód, że to wszystko prawda, że już naprawdę po wojnie? 

—  Dowód?  Ależ...  Jakież  dowody  są  wam  potrzebne?  Zresztą...  —  sięgnął  ręką  do 

kieszeni na piersi po legitymację. 

To ją spłoszyło. Odbiegła. Długo musiał ją przywoływać łagodnym szeptem, aż zbliżyła 

background image

się znowu. 

— Rzucam pani moją legitymację. 
Podniosła rzucony kartonik i długo oglądała. 
— Czy pan jest naprawdę taki... śliczny? 
Zmieszał  się;  był  zaskoczony  niespodziewanym  pytaniem,  chciał  pobiec  do  niej,  ale 

znów powstrzymała go gestem obronnym. Długo jeszcze wpatrywała się w kartonik. 

—  Henryk...  —  szepnęła,  jakby  ucząc  się  na  pamięć.  —  Papier  można  sfałszować  — 

rzekła  wreszcie  niezbyt  pewnie.  —  Ja  bym  chciała...  nie  dla  mnie...  jakiegoś  innego  jeszcze 
dowodu, 

—  Czy  pani  myśli,  że  Niemcy  uciekaliby  się  do  takich  wybiegów,  gdyby  wiedzieli  o 

waszym istnieniu? 

Westchnęła. Nie odpowiedziała. Powoli zbliżyła  się do niego. Długo patrzyli na siebie 

bez słowa. Stali w brzasku rozkwitającej jutrzenki jak dwa urocze leśne duchy. Jej oczy szkli-
ły się łzami. On z wielkim trudem powstrzymywał chęć utulenia jej w swoich ramionach; bał 
się ją spłoszyć. 

Gdy uśmiechnął się serdecznie, spojrzała przestraszona i cofnęła się. 
— Co się stało z pana twarzą?! — krzyknęła. 
Nie zrozumiał, o czym mówi. 
—  Miał  pan  przez  chwilę...  coś  takiego  na  twarzy...  taki  miły  wyraz.  Takie...  ciepło. 

Czy to może... był uśmiech? 

— Tak! — nareszcie zrozumiał. — Uśmiech. 
— Uśmiech... Czytałam to słowo. W jednej książce... przeczytałam: „Jej twarz zajaśnia-

ła uśmiechem”. Byłam ciekawa, co to. Czy to trudno nauczyć się uśmiechu? 

— Nie! Nie trudno! Nauczę panią! Nauczę cię, Fiolu! Zrobię wszystko, żeby teraz cale 

twoje życie było jednym uśmiechem! — Zamilkł zawstydzony swoim wybuchem; bał się, że 
go nie zrozumie, że zdziwi się, ale słuchała zachwycona i oczarowana. Nie było w niej cienia 
pozy.  Uświadomił  sobie,  że  jest  przecież  pierwszym  mężczyzną,  który  okazał  jej  uczucie, 
może w ogóle pierwszym ujrzanym młodym człowiekiem. 

„Tylko ode mnie zależy, czy potrafię wzbudzić uczucie w jej sercu” — myślał śledząc z 

zachwytem grę wrażeń na jej prześlicznej twarzy. 

— Czy teraz mnie pocałujesz? — zapytała naiwnie. 
Nie  odpowiedział.  Wziął  ją  w  ramiona.  Przytulił  serdecznie,  jak  ukochane  przemiłe 

dziecko, którym była mimo rozkwitłej kobiecej krasy. 

— Jak mocno bije ci serce — powiedziała. 
—  To  z  radości,  że  jesteś  prawdziwą,  żywą  dziewczyną!  A  nie  widmem  leśnym...  Bo 

musiałbym... kochać widmo. 

—  Och!  —  krzyknęła  nagle.  —  Zapomniałam  u  nich.  Zapomnieliśmy!  A  oni  tak 

czekają na dowód. Ja ci wierzę, ale oni!... 

— Już wiem! — powiedział po chwili namysłu. — Przyniosę ci radio. Naszą obozową 

„Szarotkę”. Zapoznam cię z obsługą. Poczekaj. 

Pobiegł pędem do obozu. Wkrótce był z powrotem. Europejskie stacje jeszcze milczały. 

Strzałka  wyławiała  z  eteru  jedynie  trzaski  i  zgrzyty,  wreszcie  odezwała  się  jakaś  rozgłośnia 
angielska. 

Fiola słuchała chwilę. 
— Co to za Niemcy wschodnie i zachodnie? — zapytała. 
— Rozumiesz po angielsku? — zapytał. 
— Uczymy się wielu rzeczy. Czasu nie brakowało... Czy mogę im to zanieść? 
— Naturalnie! 
Chwyciła „Szarotkę”, a drugą rękę wyciągnęła do Henryka. 
— Chodź ze mną. 

background image

Pobiegli razem  w las.  Dostrzegł otwór pod jałowcem dopiero w  chwili,  gdy znikała  w 

nim. 

— Poczekaj na mnie tutaj — szepnęła. — Oni mogliby się przestraszyć. 
Jałowiec  opadł  za  nią,  wraz  z  kawałem  darni  obracającej  korzenie.  Henryk  okręcił  się 

peleryną i czekał. 

Nie czekał długo. Jałowiec z darnią podniósł się i spod ziemi wypełzło siedem ludzkich 

cieni. Wkrótce potem obozowa warta patrzyła zdumiona, jak komendant wkracza do obozu na 
czele  dziwnego  pochodu.  Obok  komendanta  szła  piękna  dziewczyna;  prowadzili  pod  rękę 
słaniającą się staruszkę. Za nimi siwowłosy wychudły starzec ciągnął dwoje dzieci w nieokre-
ślonym wieku, które wlokły się z trudem. Koszmarny korowód zamykał wysoki, potwornie 
wychudły  mężczyzna,  niosący  w  ramionach  długiego,  może  szesnastoletniego  chłopca  z 
nogami zniekształconymi krzywicą. 

Cichy  jęk,  który  wyrywał  się  z  piersi  idących,  przeleciał  iskrą  po  całym  obozie.  Z 

namiotów i szałasów wybiegł kto żyw, mimo że daleko jeszcze było do porannej pobudki. 

— Ona... — szeptano dokoła. 
Ktoś ożywił tlące się na polanie ognisko. Przybysze posunęli się ku niemu jak zaczaro-

wani. 

— Ogień — mówili z zachwytem. 
Usadzono ich na wyniesionych z namiotów pneumatycznych materacach, pojono gorącą 

czarną kawą. Poddawali się tej serdecznej troskliwości z biernym zachwytem. 

Jedynie starzec przecierał nieustannie oczy i szeptał: 
— Sen? Czy obłęd? Dwanaście lat po wojnie! Co za potworność!! 
Henryk  poznał  natychmiast  ten  głos;  słyszał  go  pod  oknem  gajówki.  Przysunął  się  do 

starca. 

— Nie sen, doktorze Inlender — szepnął. 
— Skąd pan wie...? Jak doszliście do tego? 
—  Opowiem,  czego  my  się  dowiedzieliśmy,  a  pan  potem  dopowie  nam  resztę,  której 

jeszcze nie znamy. 

Wszystkie oczy zawisły na ustach Henryka. 
— Jesteście panowie obaj z bratem znanymi i bardzo cenionymi lekarzami... 
— Byliśmy — poprawił starzec gorzko. 
— Jesteście — powtórzył Henryk. — Pamiętają was ludzie w miasteczku i wspominają 

serdecznie. Rozmawialiśmy z nimi. Niejeden zawdzięcza wam życie. 

— Gajowy także zawdzięczał — załkała nagle staruszka. 
—  Ach,  tak?  —  uprzytomnił  sobie  Henryk.  —  Zastanawiałem  się,  jak  się  to  zaczęło. 

Więc inicjatywa wyszła od niego? 

—  Tak.  I...  mam  wrażenie,  że  na  początku  nie  miał  złych  intencji  —  odpowiedział 

młodszy brat. — Urządził nam dobrą kryjówkę nie szczędząc trudu. Przez pierwsze dwa lata 
mieszkaliśmy wygodnie w gajówce pod ochroną kilku czujnych psów. Na ich alarm schodzi-
liśmy  do  kryjówki,  pod  dom.  Kryjówka  miała  wiele  komór  i  rozgałęzień.  Z  czasem  psie 
alarmy  stawały  się  coraz  częstsze,  wreszcie  gajowy  kazał  nam  stale  przebywać  pod  ziemią, 
wychodzić na powierzchnię tylko nocą... i to nie zawsze. Przynosił nam coraz bardziej prze-
rażające wieści. Hitler podbił cały Związek Radziecki, całą Azję i Afrykę, teraz toczy wojnę z 
Ameryką. 

— Przecież Hitler zabił się przeszło dwanaście lat temu! — krzyknął któryś z harcerzy. 
—  Tak?  —  starzec  nie  zdziwił  się  bardzo.  —  Będziemy  musieli  uczyć  się  na  nowo 

historii współczesnej. 

— I to wszystko gajowy zmyślał? Co za łajdacka perfidia! — zawołał Jacek. 
—  Chciwość  jest  matką  zbrodni  —  szepnął  starzec.  —  Teraz  widzę,  że  my  sami  też 

jesteśmy  winni.  My  obudziliśmy  w  nich  zachłanność.  Sami  wypisaliśmy  wyrok  na  siebie. 

background image

Jeszcze przed zamknięciem getta wydaliśmy im całe urządzenie domu, pouczając o wartości 
niektórych rzeczy, szczególnie obrazów. Fikcyjnie, aby uchronić ją przed Niemcami, zapisa-
liśmy gajowemu naszą willę i kawał ziemi. 

— Tak! To właśnie u notariusza nasze podejrzenia zamieniły się w pewność — wtrącił 

Henryk. 

—  Swoje  utrzymanie  opłaciliśmy  wszystkimi  kosztownościami,  a  było  ich  niemało. 

Kilka oszczędnych, pracowitych pokoleń gromadziło je. Można by za nie utrzymać kompanię 
wojska, a nie wystarczyło dla takiej gromadki. 

— Nie wystarczyło? — krzyknęli harcerze. 
— Od pewnego czasu dostawaliśmy już tylko trochę czarnego chleba i jałowe ziemnia-

ki. 

— Potwór — szepnęli słuchający. 
—  Były  dni,  szczególnie  ostatnie,  gdyśmy  musieli  zadowolić  się  uzbieranymi  przez 

Fiolę  jagodami.  I  o  to  miał  wielką  pretensję.  Zabronił  jej  pokazywać  się  w  lesie,  nawet  w 
nocy...  Niemcy  rzekomo  krążyli  w  pobliżu,  zabierali  wszystką  żywność.  W  gajówce  „pano-
wał głód”. 

— I wy wierzyliście wszystkiemu?! 
— Nie! — wykrzyknęli niemal jednocześnie. — Słyszeliśmy przecież ryk krów, chrzą-

kanie świń i inne odgłosy zasobnego gospodarstwa — ciągnął dalej starzec. — Ale wierzyli-
śmy, że wojna wciąż trwa.  I  chcieliśmy ją przeżyć. Chociaż... ja straciłem już nadzieję. Od 
kilku  lat...  straciłem.  Żona  jakimś  kobiecym  instynktem  zrozumiała  to  pierwsza...  Nie,  nie 
szukajcie jej wzrokiem między nami. Ta staruszka — to żona młodszego brata. Oboje nie do-
biegli jeszcze pięćdziesiątki... Nie dziwcie się. Ja ją zaledwie przekroczyłem... To przeświad-
czenie, że sytuacja jest beznadziejna, doprowadziło żonę do obłędu i śmierci. 

— Mamusia umarła dwa lata temu — szepnęła Fioła Henrykowi. 
Ojciec jej umilkł. Zapatrzył się w ogień, jakby w nim szukał cienia tej, która nie docze-

kała wyzwolenia. 

— Ale wobec tego... dlaczego...? — zaczął Jacek, ale nie umiał dokończyć strasznego 

pytania; umilkł zakłopotany. 

— Dlaczego, mimo wszystko, nie pozbył się nas? — dokończył za niego starszy doktor. 

— Na pewno nie kierował się obawą przed zbrodnią. Miał powód. Bardzo ważny powód. 

—  Domyślam  się  —  powiedział  Henryk.  —  Jesteście  jeszcze  w  posiadaniu  jakiejś 

rzeczy, której on pożąda. Tego właśnie domagał się od pana przedwczoraj, gdy słyszałem... 

— Słyszał pan? 
— Tak. Mówił pan: „Nie mogę! To nie moje”.  Od tego momentu zacząłem rozwiązy-

wać  zagadkę  „tajemniczej  dziewczyny”.  Wdarłem  się  do  mieszkania.  W  pobliżu  biblioteki 
wyczułem czyjąś obecność. 

— Byłem pod biblioteką... 
— Tak przypuszczałem.  Gajowy był bardzo niespokojny. Chciałem jakoś dać znać, że 

wojna się dawno skończyła. Mówiłem o koledze, który... 

—  „Urodził  się  w  czasie  wojny”?  To  mi  wtedy  nic  nie  powiedziało.  Brałem  was  za... 

Proszę mówić dalej. 

—  Nazwisko  na  wyjętej  z  biblioteki  książce  powiedziało  mi  wiele. Resztę  poznaliśmy 

w miasteczku z rozmów z ludźmi. 

— Resztę dopiero poznamy — poprawili go słuchający. 
— Dziwicie się, że gajowy już dawno nie skończył z nami? — ciągnął ojciec Fioli. — 

Nie  wiem  skąd,  dowiedział  się,  że  w  naszych  rękach  pozostał  skarb  ostatniej  gminy  żydo-
wskiej. W lutym czterdziestego trzeciego roku komendant żandarmerii miasteczka zażądał od 
gminy dziesięć milionów dolarów okupu w zamian za gwarancję przeżycia wojny. W getcie 
było  już  wtedy  wielu  cudzoziemskich  Żydów.  Przynosili  nam  swoje  klejnoty  potomkowie 

background image

starych rodów kupieckich z Belgii, Danii, Holandii, Niemiec. Nieśli wszyscy inni resztki złota 
i  kosztowności,  ostatnie  obrączki,  złote  zęby.  Przewrotny  żandarm  przedstawił  nam  pismo 
Himmlera  uznające  legalność  prowadzonej  transakcji:  złoto  za  życie.  Nie  uzgodnił  jednak 
swoich machinacji z SS-manami. Zanim zdążyliśmy wręczyć mu okup, rozpoczęła się likwi-
dacja  getta. Skarb pozostał w naszych rękach, zdołaliśmy  go przemycić do lasu. Tu zakopa-
liśmy wszystko... Skąd gajowy wie o tym? Nie mam pojęcia. Od kilku lat groźbą, szantażem, 
głodem stara się wyłudzić go od nas. 

— Na szczęście — bez skutku! — odetchnęli harcerze. 
— Do wczoraj — szepnął ojciec Fioli. 
— Jak to?! Wydaliście mu skarb?! 
— To ja! — młodszy doktor podniósł głowę. — Trzymał mnie wczoraj cztery godziny 

w  komorze  pod  biblioteką.  Obiecywał  dostatek  żywności!  Opiekę.  Nie  mogłem  patrzeć,  jak 
dzieci umierają z głodu. Pomyślałem: albo... albo! Albo dotrzyma słowa i nie będziemy tacy 
wiecznie głodni, albo nie dotrzyma — i też skończy się nasza męka. Brat nie chciał, ale mnie 
było już wszystko jedno. Nie wierzyłem, że żyją właściciele tych skarbów... i tak nie byłoby 
komu zwrócić — dokończył i znów zapadł w milczenie. 

— Więc osiągnął jeszcze i to? — wykrzyknął ktoś. 
—  Nie.  Myślałem  tak,  ale...  nie!  —  powiedział  ojciec  Fioli.  —  Musi  czekać  na  wasz 

odjazd. 

— Boi się, że mu przeszkodzimy? 
— Nie. Ale skarb jest przypadkiem zakopany właśnie tu, na terenie waszego obozu. 
Henryk  poderwał  się.  Dopiero  teraz  zdał  sobie  sprawę,  jakiemu  rozluźnieniu  uległa 

obozowa dyscyplina. Wszyscy, nawet warta, skupili się dokoła przybyłych. Słońce już wyszło 
sponad wierzchołków drzew, a obóz nie rozpoczął swego normalnego życia. 

—  Warta  na  miejsca!  Stefan  i  Jurek  na  rowery  i  po  milicję!  Sprowadźcie  również 

karetkę pogotowia! Staszek i Wacek urządzą namiot komendy dla kobiet i dzieci. Mężczyzn 
damy... urwał, bo gdzieś niedaleko rozległ się huk detonacji, za nim drugi, trzeci, czwarty. 

Co to? — wszyscy patrzyli w stronę, skąd dochodził huk. 
Doktor  Inlender  podniósł  się  również  i  długo  patrzył  w  tamtą  stronę.  —  Granaty  — 

powiedział  wreszcie.  —  Śmierć  przeszła  przez  wszystkie  podziemne  komory.  Zatarł  nasze 
ślady. 

Młodszy doktor jęknął. Ręce zwinięte w pięści przyłożył do skroni. Siwa kobieta tuliła 

do serca przerażone dzieci, a Fiola przypadła do piersi Henryka.  
 

* * * 

 

Po dwóch godzinach auta milicji i pogotowia, obwieszone harcerzami, podjechały pod 

gajówkę. Drzwi gajówki otworzyły się... i harcerze stanęli zdumieni. Wybiegł z nich gajowy, 
ale jakże zmieniony! Wesoły, przymilnie uśmiechnięty, gościnnie zapraszał na kwaśne mleko. 

„Więc  nie  wyrzuty  sumienia,  lecz  strach  przed  wyzwoleniem  się  nieszczęśliwych 

więźniów  był  dotąd  przyczyną  jego  ponurego  usposobienia”  —  pomyślał  Henryk  przejęty 
zgrozą. 

— To raczej my was chcemy zaprosić... do nas — odpowiedział oficer milicji na natrę-

tne zaproszenia.  

Gajowy uśmiechał się niepewnie. Nie rozumiał jeszcze. Jego żona krzyknęła pierwsza. 

Poszedł  za  jej  wzrokiem  i  w  otwartym  oknie  sanitarki  dostrzegł  blade  twarze  ludzi,  których 
przecież dzisiaj rano pogrzebał. Zaklął plugawie i rzucił się do ucieczki. Harcerze byli szybsi. 
Po  minucie  zbrodniarz  szamotał  się  w  aucie  skuty  żelazem  ze  swą  godną  wspólniczką,  a 
wkrótce potem patrzył z bezsilną wściekłością, jak harcerskie saperki wykopują spod korzeni 
starego dębu obiekt jego tyloletnich pożądań — skarb gminy żydowskiej. 

background image

— Gdyby tak można było wykopać z ziemi i odzyskać utracone trzynaście lat życia... i 

Różę — szeptał ojciec Fioli. 

— Zdrowie... — dodała jego siwa bratowa. 
— ...i uśmiech — dokończyła szeptem Fiola. Szept ten był przeznaczony tylko dla tego, 

który przyrzekł nauczyć ją uśmiechu.  
 
 
 
 

SIÓDMY ZMYSŁ DOKTORA MILLA 

 

WSZYSTKO  wskazywało  na  to,  że  bankiet  był  udany  i  że  właśnie  dobiega  końca. 

Rozliczne, odmienne w tonacji i rytmie odgłosy: wesołej rozmowy, lekkiej muzyki, krzątani-
ny  kelnerów,  szczęku  nakryć  stołowych  —  teraz  jakby  zsynchronizowały  się,  zdyskretniały, 
zlały  w  jeden  melodyjny,  z  lekka  melancholijny  utwór.  Tylko  nieutrudzony  Borton  wstał, 
odsunął z hałasem krzesło i podniósł w górę kielich. Zamigotała tęcza w krysztale. 

— Ladies and gentlemen! — zaczął. 
— Oh, ten stary nudziarz znów będzie przemawiał! — jęknął ktoś półgłosem. 
Obecni zaczęli się nawzajem uciszać. 
—  Nie  będę  nudził  państwa  długim  toastem...  eee...  Moi  przedmówcy...  eee...  godnie 

uczcili w swych toastach... eee... ponowny  wybór na sędziego naszego... eee...  czcigodnego, 
eee... przezacnego... 

— Znudzonego twoim ględzeniem... — szepnął Simeon. 
Rozległy  się  dyskretne,  złośliwe  chichoty,  ale  Borton  nie  słyszał,  był  w  transie,  a  gdy 

Borton  wpadał  w  trans,  potrafił  mówić...  czternaście  godzin!  To  jego  wysuwała  zawsze 
opozycja, gdy trzeba było stosować obstrukcję przeciw jakiejś niewygodnej ustawie. 

Niektórzy goście, a między nimi sędzia White, przypomnieli to sobie i poczuli bolesną 

omdlałość w zasiedziałych już i tak kolanach. 

— ...sprawiedliwego i gościnnego... — ciągnął Borton. 
—  Nie  przesadzajmy!  Bankiet  jest  na  koszt  firm  gastronomicznych  naszego  miasta  — 

sprostował Zohn półgłosem. 

— ...gospodarza! Dlatego... eee... gdy nasz bankiet dobiega końca, niech mi będzie wo-

lno wznieść jeszcze jeden... może już dzisiaj ostatni toast ku czci naszego drogiego sędziego 
White'a! Niech nam żyje i sędziuje... sto lat! A... 

Tu jednak goście, skorzystawszy ze sposobności, przerwali Bortonowi, poderwali się z 

kielichami w dłoniach i zagłuszyli go swoimi okrzykami: 

— Sto lat! Niech żyje! Niech żyje! 
W ogólnym zamieszaniu ktoś popchnął Bortona, ktoś go pociągnął, tak że — ku uldze 

obecnych — upadł na krzesło. 

Wszystko więc wskazywało na to. że już nic nie zamąci pogodnego biegu bankietu i za 

kilka minut zadowoleni goście, pożegnani przez równie zadowolonego gospodarza, powrócą 
do  swoich  domów...  Ale  —  nie!  Przekorny  los  przygotowywał  im  niespodziankę!  Niespo-
dzianka szybkimi krokami zbliżała się do drzwi Klubu Przyjaciół Sprawiedliwości. 

Był  to  człowiek  potwornie  zmęczony  i  nieludzko  wynędzniały.  Brudna,  postrzępiona 

odzież, kołtuniasty wielotygodniowy zarost, niespokojne oczy szczutego zwierzęcia były legi-
tymacją  uprawniającą  każdego  stróża  sprawiedliwości  do  zainteresowania  się  tym  wyrzu-
tkiem społeczeństwa. 

Nic więc dziwnego, że portier poderwał się na jego widok i warknął groźnie: 
— A czego tu? Spływać! Ale już! 
— Cripps! Czy pan mnie nie poznaje? 

background image

— Nie mam znajomości między włóczęgami! No! Zjeżdżaj! 
— Zawsze przypuszczałem, że jest pan poczciwym brysiem... i... 
— Cooo!? — Potężnym brzuchem popychał portier przybysza w stronę wyjścia, ale ten, 

mimo  krańcowego  wyczerpania,  wywinął  mu  się  nad  podziw  zręcznie  i  powiedział  nie  bez 
pewnej wyniosłości: 

—  Jestem  doktor  Mill.  Członek  tego  klubu.  Muszę  natychmiast  widzieć  się  z  sędzią 

White'em. 

Te słowa, jak również ich ton tak ubawiły poczciwego portiera, że wybuchnął głośnym 

śmiechem: po chwili jednak śmiech jego przeszedł w zdumione skomlenie; wpatrzył się uwa-
żnie w twarz mniemanego włóczęgi. 

—  Widzę,  że  mnie  poznajecie  —  przybysz  odetchnął  z  ulgą,  ale  Cripps  najeżył  się 

znowu. 

— Nie! To niemożliwe! Korzystasz z pewnego podobieństwa... Ale nie! Absolutnie nie! 
— Pamiętacie. Cripps, za co dostaliście ode mnie pięćdziesiąt dolarów napiwku? Usłu-

ga była dyskretna. O tym wiecie tylko wy i ja. 

—  Tak,  tak!  Nie  powiedziałem  nawet  żonie!  Tak!  Doktorze  Mill!  Zaraz!  —  Cripps 

zakręcił się wkoło jak zakłopotany brytan. — Tu łazienka... przybory do golenia... Przyniosę 
jakąś bieliznę... frak... 

— Nie mam czasu! Są na moim tropie! Łazienka na potem. Za chwilę mogą tu być! 
— Co pan zrobił, doktorze Mill? — życzliwość zniknęła z głosu portiera. 
— Dość tych pytań! Idą! — krzyknął Mill i rzucił się w stronę sali bankietowej. 
— Stój pan! — warknął Cripps i chwycił go za rękaw. 
— Precz z rękami! — szarpnął się ścigany i odepchniętemu Crippsowi pozostał w ręku 

tylko strzęp brudnego, zetlałego łachmana; nagła cisza, która spadła na salę bankietową, była 
najlepszym dowodem, że intruz już tam dotarł, a portier, być może, zapłaci za to utratą intra-
tnej posady. 

A  tymczasem  w  sali  bankietowej,  po  momencie  osłupiałej  ciszy,  wybuchł  teraz  zgiełk 

przerażonych głosów: 

— Kto to?! Gangsterzy! 
— Kto go tu wpuścił?! 
— Boję się! — wrzeszczała histerycznie pani Simeon. 
— Precz z tym włóczęgą! 
— Zawracaj i zmiataj! Ale już! — Wysoki kelner zatrzymał Milla na środku sali, ale ten 

odepchnął go z niespodziewaną siłą, tak że taca ze szkłem brzęknęła o posadzkę. 

Za chwilę kilkanaście silnych męskich ramion trzymało Milla. 
— Za drzwi go! — komenderował Borton. 
— Jerzy! To ktoś do ciebie! — zawołała pani White. 
White podniósł się i podszedł do grupy szamocących się z przybyszem mężczyzn. 
— Puśćcie go, panowie. Co może nam zrobić ten nieuzbrojony człowiek? Nas jest tylu, 

a on jeden. Zbliżcie się. Czego sobie życzycie? 

Mill stał i z trudem chwytał oddech otwartymi ustami; po chwili wyszeptał: 
— Jak się masz, Jerzy. 
Zdziwione, napięte milczenie zapanowało na sali. 
— Tom?! — White z natężeniem wpatrywał się w przybysza. — Ty?! Tutaj?! W takim 

stanie?! Co się z tobą dzieje?! 

— Muszę z tobą pomówić! Zaraz! 
— Może pojedziesz do nas i przebierzesz się? 
— Nie! — krzyknął Mili. — Muszę mówić z tobą zaraz... Chociaż... dlaczego nie wiem, 

jakim jesteś zwierzęciem...? To dziwne — zakończył ciszej, a w głosie jego zabrzmiał zawód 
graniczący z rozpaczą. 

background image

—  Co  ty  mówisz?  Nie  rozumiem  cię...  Proszę  państwa,  mój  kolega  uniwersytecki, 

doktor Tomasz Mill... 

—  Mill?!  —  przerwał  mu  Borton.  —  Ja  znam  tę  sprawę!  To  wariat!  Rok  temu  został 

zamknięty w zakładzie psychiatrycznym! To on chciał zamordować żonę i głównego depen-
denta! 

W tej chwili na salę wbiegło trzech policjantów. 
— Proszę o spokój! — zawołał sierżant. — Nic państwu nie  grozi!  Zaraz go uspokoi-

my!  Johnson!  Zabiegnijcie  mu  od  okna!  —  Sprawnie  obezwładnił  Milla.  —  No,  mamy  cię 
nareszcie. 

— Jerzy! — jęknął schwytany, a jego spojrzenie wstrząsnęło White'em. 
— Zostawcie go! — rozkazał policjantom 
— Oh. ty rżysz! — ucieszył się Mili. — Przeczuwałem, że jesteś koniem. Nie omyliłem 

się. 

Sierżant, który jeden z niewielu usłyszał te słowa, zawołał tryumfująco: 
— Sam pan widzi, panie sędzio, że to wariat! Mamy rozkaz schwytać go i dostarczyć z 

powrotem do zakładu. 

—  A  kto  zarządza  jego  firmą?  —  zapytał  Simeon  i  zaśmiał  się  swoim  dziwnym, 

irytującym chichotem. 

—  Kiedyś  mówiłem  ci,  że  Simeon  to  hiena  —  powiedział  Mill  do  White'a  —  i  teraz 

widzę, że nie myliłem się. 

— Tom, zamilknij — poprosił White. 
—  Zapewniam  cię,  że  nie  jestem  wariatem;  gdy  ci  wszystko  opowiem,  zrozumiesz 

mnie. Każ tylko odejść temu indorowi i jego psom gończym. 

— Obrażasz policję — skarcił go sędzia. 
— Nie. Tak ich widzę... i słyszę. 
— Czy słyszysz inaczej niż my? 
—  Tak.  I  to  jest  właśnie  cała  moja  tajemnica  i...  wina,  ale  przy  tej  niemiłej  menażerii 

nic więcej nie mogę ci powiedzieć. 

—  Menażerii?  —  zaszumiało  wśród  zebranych.  —  O  kim  on  mówi?!  To  naprawdę 

wariat! 

— Oh, Tom! Nie utrudniaj swojej i tak niełatwej sytuacji. 
— Czy już możemy go zabrać? — niecierpliwił się sierżant. — Mamy rozkaz... 
— Tu obowiązuje was przede wszystkim rozkaz sędziego — przypomniała pani White, 

przyglądająca się dotąd z milczącym współczuciem nędzarzowi. Rozpoznawała w nim powoli 
świetnego, obiecującego studenta, z którym Jerzy poznał ją przed kilku laty. 

— O jakie przestępstwo jest oskarżony doktor Mill? — zapytał rzeczowo White. 
— Jaki on tam doktor? Zwykły wariat, panie sędzio — odpowiedział sierżant. 
— Kto to orzekł? 
— Lekarze. 
— Zapłaceni przez sukę i kujota — wtrącił Mill. 
— Cicho, Tom — poprosił White cierpliwie i znów zwrócił się do sierżanta. — Czy jest 

groźny dla otoczenia? 

— Jeszcze jak! — wykrzyknęli zgodnie trzej policjanci. ale sędzia był dokładny. 
— Na przykład? 
—  No...  —  tu  policjanci  poczęli  bąkać  zakłopotani.  —  Uciekał...  Nie  mogliśmy  go 

złapać... Trzy tygodnie wymykał się nam. 

— Trzy tygodnie! — jęknęła Helena White. 
— Trzy tygodnie! — powtórzył jej mąż. — I co? Czy w tym czasie napadł kogo? Pobił? 

Okradł? 

— No... to nie... ale... 

background image

— A nas jak nastraszył! Sam wygląd! Uderzył kelnera! Portiera! 
Goście podzielili się na dwa obozy, z których pierwszy był wrogi, krzykliwy i liczny; w 

drugim, skupionym koło Heleny White, współczującym i nielicznym, odzywano się ciszej: 

—  Trzy  tygodnie!  Nieszczęśliwy  człowiek!  Zaszczuty!  Gdyby  nawet  w  takich  warun-

kach uczynił co złego, nie on byłby winien! 

—  Obraża  wszystkich!  Nas!  Lekarzy!  Nawet  tutaj...  Pana  bankiera  Simeona  nazwał 

hieną,  pana  sędziego  —  koniem,  portiera  —  brysiem,  mnie  —  indorem,  a  wszystkich  —  za 
przeproszeniem,  menażerią!  —  Sierżant  odzyskał  pewność  siebie  i  zdecydowanym  ruchem 
sięgnął po ramię Milla, ale sędzia odsunął go. 

— W takim stanie, po takich trzech tygodniach można bezkarnie mówić wiele słów nie-

odpowiedzialnych. Nie dostrzegam zresztą w tym, co mówi doktor Mill, cech zniesławienia. 
Sierżancie,  możecie  odejść.  Biorę  ściganego  pod  moją  opiekę.  Zarządzę  badania  lekarskie  i 
jeśli zajdzie potrzeba, sam go odwiozę do zakładu. 

Przeprosił  gości,  których  zostawił  trosce  żony,  i  wziąwszy  pod  ramię  nieszczęsnego 

oberwańca przeszedł z nim do zacisznej palarni klubowej. Tutaj gość, pokrzepiony posiłkiem 
i kilkoma łykami whisky, opowiedział swoją dziwną historię. 

— Jestem najzupełniej normalny... nie! nie normalny, jeśli za normalne uważa się to, co 

przeciętne... Ale jestem zupełnie zdrowym człowiekiem! Nie psychopatą! 

— Oryginałem byłeś zawsze — przyznał White. 
— Właśnie! A pamiętasz, jaka była moja idée fixe? 
—  Psychologia,  prawda?...  To  zresztą  w  naszym  zawodzie  nauka  pierwszej  wagi.  Jak 

można być sędzią czy adwokatem bez znajomości ludzkiej psychiki? Ja sam cierpnę nieraz na 
myśl, że niewinny może mi się wydać winnym i odwrotnie. 

—  Tak!  I  ja  dlatego  chciałem  poznać  człowieka!  Zerwać  z  niego  maskę  i  zasłonę! 

Odkryć nagą prawdę o nim! Kim jest! Jaki jest! Czego można się po nim spodziewać !  . 

— Spokojniej, Tom — poprosił sędzia łagodnie. 
— Takich szańców nie zdobywa się spokojem. 
— ... i...? 
— I udało mi się! Czy możesz pojąć?! Nie ma dla mnie tajemnicy w żadnym człowie-

ku! O każdym ci powiem, kim jest, jaki jest i do czego jest zdolny. 

— To czasem trudno powiedzieć nawet o sobie. 
— Tak... — Mill westchnął ciężko, zgasło jego ożywienie. 
— Co ci jest, Tom? 
— Dotknąłeś bolesnego miejsca... Właśnie to! O każdym! O wszystkich! A o sobie — 

nie! Staję przed lustrem! Wpatruję się! Krzyczę! Może głos...? I nic! Żadnego znaku! Zawsze 
ta sama maska! Maska człowieka! Dlaczego?! 

—  Nie  krzycz,  Tom.  Opowiadaj  systematycznie.  Przecież  ja  ciągle  jeszcze  niewiele 

rozumiem. 

—  Pewnego  dnia,  gdy  siedziałem  zrozpaczony,  odrzuciwszy  precz  dzieła  najsławniej-

szych  psychologów  świata,  zrozumiałem,  że  prawda  jest  blisko,  że  wystarczyłoby  tylko 
odkryć zwierzę, które siedzi w każdym człowieku! 

— Ależ?! — żachnął się White. — Przecież taka antropomorfizacja zwierząt jest bardzo 

naiwna,  podoba  nam  się,  bawi  nas  w  bajce,  w  poezji,  w  gaworzeniu  dziecka,  ale...  wybacz, 
dorosły człowiek nie może brać tego na serio. 

— A jednak... Może byłem wtedy poetą, może naiwnym dzieckiem, ale uwierzyłem na-

gle, że takie napięcie woli, takie potężne pragnienie, jakie wyzwoliłem w sobie, może sprawić 
wszystko! Nawet cud! 

— Nawet? 
— Nie. Nie potrząsaj grzywą. Nie parskaj! Wiem, pomyślałeś, że właśnie wtedy popa-

dłem w obłęd. 

background image

— Nie każda mania musi być zaraz obłędem. 
— Mania... — Mill uśmiechnął się gorzko. 
—  Zrozum...  przecież  takie  uczłowieczenie  zwierząt  czy  bestializacja  ludzi  —  to  w 

gruncie rzeczy tylko sprawa umowna. 

— Mylisz się. 
— To nasz ludzki wymysł, że pies jest wierny, świnia plugawa, lis chytry, gęś głupia, a 

kot przewrotny. To bogata wyobraźnia pisarzy... Kiplinga... i ... 

— Nie! To doświadczenie wielu ludzkich pokoleń. Tysiące lat obserwacji złożyły się na 

tę opinię. Oczywiście, nie można upraszczać, pies psu nierówny ani szkapa rumakowi, ale dla 
mnie i te różnice nie są trudne do rozszyfrowania. 

— Niemożliwe! 
—  I wtedy... w tamtej chwili... weszła do mego gabinetu pokojówka z kawą dla mnie. 

Nasza młoda Klara. Postawiła kawę i beknęła nieśmiało. 

— Co? 
— Beknęła. Spojrzałem na nią i... Tak. To było cielątko! Bezradne, głupiutkie, nieśmia-

łe, a przy tym ciekawe. 

— Zamieniła się w cielę? 
— Ależ nie! Stała koło stolika — ta sama co zawsze, niebrzydka, zgrabna dziewczyna, 

a jednocześnie dostrzegałem w niej wszystkie cechy cielęcia. 

— To zabawne! 
— Widzisz. Rżysz. Ja też wtedy zaśmiałem się ku jej wielkiemu przerażeniu. Od tego 

czasu chodziłem wśród ludzi pewny siebie i szczęśliwy. Spełniło się marzenie mojego życia! 
Żaden człowiek nie był dla mnie zagadką. 

— Wszystko to ma wiele pozorów prawdy, ale... wobec tego... dlaczego cię...? 
— Dlaczego mnie zamknęli? 
— Może zbyt jawnie głosiłeś swoją prawdę o ludziach? 
—  Tak.  To  również  obróciło  się  przeciw  mnie,  ale  po  Stanach  chodzi  wielu  jeszcze 

dziwniejszych oryginałów i nikomu nie przyjdzie do głowy zamykać ich. 

— Właśnie, więc tym bardziej dziwne... 
— Inicjatywa wyszła od kobiety, która była moją żoną. Znałeś ją przecież? 
— Aż nazbyt dobrze! 
— A! Prawda! To ty mi tak gorąco odradzałeś to małżeństwo. 
— Coś mnie od niej odpychało. 
— A jednak przeraziłbyś się, gdybyś ją ujrzał — tak jak ja! Bez maski! Suka! Plugawa 

suka! 

— Tom! — White nie ukrywał oburzenia. 
— Wzdrygnąłeś się? Jak można tak mówić o kobiecie? A jednak nie przesadzam. Gdy 

wróciła z podróży po Europie i stanęła przede mną, nie mogłem powstrzymać okrzyku obrzy-
dzenia!  Chciała  mnie  pocałować!  Och!  Nie!  Nie  mogłem  się  zmusić!  Nie  mogłem  udawać! 
Nie! Nie mogłem stłumić odrazy! A przy niej ten kujot! Tchórzliwy i podstępny... ale drapie-
żny! 

— Kto? 
— Mój dependent. Moja prawa ręka w firmie.  
— Ojciec już ci przekazał firmę? 
—  Ojciec  umarł.  To  ona,  Elżbieta,  naraiła  mi  na  dependenta  swego  kuzyna.  „Zdolny 

prawnik”  —  zachwalała  go.  Tak.  Okazał  się  zdolny  do  wszystkiego!  I  wtedy...  zrozumieli 
natychmiast,  żem  ich  przejrzał.  Czytałem  przerażenie  w  ich  oczach.  Postanowili  działać. 
Uprzedzić, uderzyć, zanim ja powezmę jakąś decyzję. I to im się udało. 

— A lekarze? Uwierzyli? Przecież musieli cię badać! 
— Są i wśród lekarzy osły, a nawet hieny i krokodyle. Swój swego zawsze znajdzie. I 

background image

oni  znaleźli...  Pewnej  nocy  podniosła  krzyk;  chciałem  ją,  jak  zeznała,  zamordować  w  ataku 
szału. Ja! Ja, który drżałem ze wstrętu, gdy ujrzałem ją z daleka! Ja, który nie dotknąłbym jej 
za skarby świata! 

— I to wystarczyło? Jedno zeznanie? 
— Dependent zeznał, że i na niego kilka razy rzuciłem się w biurze. Klara wspomniała 

moje  bezsensowne,  jak  jej  się  zdawało,  śmiechy;  kogoś  zraniłem  wtedy  w  nocy,  gdy  mnie 
zabierali; broniłem się, gdy mi nakładali... kaftan. 

— I ja bym się bronił. 
— Zelżyłem bestie, które dobrali sobie do komisji lekarskiej. 
— Dlaczego nie umiesz milczeć? 
— Nauczę się. 
— A... tam? 
— Był to straszny zakład. Trzeba było mieć ogromnie zdrową psychikę, aby nie zwario-

wać naprawdę. Tego rodzaju zakłady są — podejrzewam — obliczone na to. Za wielu ludźmi 
o zdrowych zmysłach, ale słabych nerwach, ich bramy zamykają się na zawsze. 

— Potworne! I nie spotkałeś tam nikogo, kto by cię wysłuchał? Zrozumiał? 
—  Tak!  —  Twarz  Milla  rozjaśniła  się  ciepłem  uśmiechu.  —  Spotkałem Rosomaka,  to 

bardzo mądre i sprawiedliwe zwierzę. 

— Lekarz? 
— Pielęgniarz. Zaryzykował wiele, ale pomógł mi wydostać się. Zrobię wszystko, aby 

nie żałował. 

— Więc trzy tygodnie tułałeś się po Stanach? 
— Trzy tygodnie? Gdybyś powiedział — trzy lata, też bym się nie zdziwił. 
— Wierzę. Czy uciekałeś z myślą o przedostaniu się do mnie? 
—  Nie.  Najbliżej  zakładu  mieszkał  Edward  Stacy.  Pamiętasz  go?  Pomagaliśmy  mu  w 

nauce. Myślałem — bogaty, poczciwy, pomoże. 

— I co Edward? 
— Edward to osioł! 
— Odmówił ci pomocy?! 
— Wcale go o nią nie prosiłem. Spojrzałem na jego oślą mordę i minąłem go bez słowa. 
— A jeśliś się omylił? 
—  Nie.  Tak  samo  minąłem  Henryka  Marly  i  Tomy'ego  Bocka,  i  jeszcze  kilku  innych. 

Zbliżałem się tylko do szlachetniejszych zwierząt. I tylko dlatego — policja nie mogła mnie 
tak długo schwytać. Gdy byłem bliski obłędu z wycieńczenia i rozpaczy, pomyślałem o tobie. 
Przeczuwałem, że jesteś koniem — i nie omyliłem się. 

—  Ach,  to  stąd  twoje  uwagi  o  grzywie  i  rżeniu?  Jeśli  wierzyć  Swiftowi,  mogę  być 

dumny z twojej opinii. 

—  Swift  miał  rację!  Jerzy!  W  tej  okropnej  ucieczce  ani  razu  nie  zawiodłem  się  na 

koniu, nawet wtedy, gdy była to tylko nędzna, zamorzona szkapa. 

W  tej  chwili  usłyszeli  szelest  kotary  w  drzwiach  palarni.  Na  progu  stanęła  Helena 

White. 

— Czy nie przeszkadzam? 
— Nie. Goście już odeszli? — White uśmiechnął się do niej z tą tkliwą serdecznością, 

po  której  można  poznać  szczęśliwe  małżeństwo,  a  potem  gwałtownie  zwrócił  się  do  Milla  i 
poprosił szeptem: 

— Tom, nie mów mi nic o Helenie. Proszę cię. 
—  Kochasz  ją  i  boisz  się  prawdy?  —  odpowiedział  tak samo  Mill,  a  głośno  dodał: — 

Nie bój się, Jerzy. Twoja żona to orlica na wysokiej skale, nie dosięgnie jej brud życia. 

White odetchnął z ulgą, a Helena zaśmiała się prześlicznie. 
—  O,  jaki  miły  komplement!  Trochę  staroświecki,  ale  bardzo  oryginalny.  Takie 

background image

porównanie jest mi szczególnie miłe, bo pochodzę z rodziny, której herbem w Starym Kraju 
jest właśnie orzeł. 

—  To  nie  tylko  komplement.  Helenko!  —  zaprzeczył  żywo  White  i  w  tej  chwili  Mill 

zrozumiał,  że  dopiero  ocena  ukochanej  żony  Jerzego  przeważyła  szalę  jego  nieufności,  że 
dzięki  temu  zyskał  w  nim  tarczę,  bez  której  nie  mógłby  żyć  spokojnie  wśród  „normalnych” 
ludzi. 

Od tej pory Mill zamieszkał pod gościnnym dachem sędziego White'a. Od razu odkrył 

w  pokojówce  srokę-złodziejkę,  i  rzeczywiście  u  niej  znalazły  się  wszystkie  zaginione  bez 
wieści błyskotki. W ogrodniku rozpoznał wiernego psa-bernardyna, a w kucharce — poczci-
wą krowę. 

White'owie początkowo bawili się „siódmym zmysłem” Milla, ale przekonali się wkró-

tce, jak bardzo cennym darem jest ta niespotykana zdolność przenikania ludzi na wylot. Gdy 
tylko  zdrowie  okrasiło  rumieńcem  twarz  Milla,  asystował  on  White'owi  przy  śledztwie  we 
wszystkich  trudniejszych  sprawach.  Przysłuchiwał  się  z  boku  zeznaniom  oskarżonych  i 
świadków, a potem określał ich bezbłędnie, co pozwalało sędziemu wydawać wyrok absolu-
tnie sprawiedliwy. 

— Na przykład: 
Oskarżona:  Ja,  panie  sędzio,  prosiłam  tylko,  żeby  ta  pani  zaopiekowała  się  moim 

dzieckiem, ale — sprzedawać dziecko! Nigdy! 

Sędzia: A pieniądze — za co pani wzięła? 
Oskarżona: Ta pani mi pożyczyła, bo nie miałam z czego żyć. 
Mill: Kukułka! Kuka co drugie słowo! 
Sprawa  z  handlarzami  narkotyków  przekonałaby  najzaciętszych  sceptyków.  Wszystkie 

tropy prowadziły do wielkiej restauracji przy Johnavenue, ale najprecyzyjniejsze akcje, zmie-
rzające  do  wykrvcia  sprytnej  szajki  zawodziły  całkowicie.  Wtedy  Mill  ofiarował  sędziemu 
swoją pomoc. 

Pewnego  dnia  usadowili  się  w  jednej  z  lóż  nad  parkietem  eleganckiego  lokalu  rozry-

wkowego i obserwowali publiczność. Po chwili Mill powiedział: 

— Przy tamtym stoliku... nie, nie tu... tam, przy filarze, w pobliżu orkiestry siedzi lis z 

tygrysem,  obsługuje  ich  kelner  —  hiena...  O,  patrz!  Teraz  z  brudnymi  naczyniami  zabiera 
zmięte serwetki i papierzyska. Zawołaj policjanta, niech mu zabierze tacę z całą zawartością. 
Tam  coś  jest!  Drugi  tygrys  wraca  z  parkietu  z  małpą.  Przekazał  jej  coś.  Zabierzcie  jej  pele-
rynkę  z  lisów.  Tam  też  coś  jest...  Zapewniam  cię,  że  oni  mają  tu  jakieś  ciemne  sprawki. 
Reszta to nieszkodliwe zwierzaki, chociaż nie brak tu odbiorców. O! Uważaj! Ten osioł spod 
okna  nie  wytrzymał!  Biegnie  za  kelnerem.  Każ  zatrzymać  i  jego.  Jest  tak  głupi,  że  wygada 
wszystko, co wie, sam nie będzie wiedział, kiedy. 

Nieuchwytna  dotąd  szajka  handlarzy  niebezpiecznymi  narkotykami  znalazła  się  pod 

kluczem. 

Innym  razem  do  sędziego  przyszła  dama  w  ciężkiej  żałobie.  Nosiła  ją  po  ukochanym 

bracie. Łamiącym się z bólu głosem opowiadała: 

— Mój brat był zupełnie zdrowy! On nie mógł umrzeć tak nagle! Kto mu dał truciznę? 

Szukajcie winnych, panie sędzio! 

— Lekarz stwierdził udar serca — oponował sędzia coraz słabiej, bo w słowach kobiety 

krył się jednak cień prawdopodobieństwa. 

— Ja nikogo nie podejrzewam, ale brat miał bardzo wysoką polisę ubezpieczeniową. A 

jego żona...! Nie! Nie! Ja nic nie powiedziałam! Kto byłby zdolny do takiej okropności?! To 
ból mówi przez moje usta! Wielki ból! 

Sędzia był już skłonny zarządzić ekshumację i proces, ale Mill, spojrzawszy na nieutu-

loną w żalu siostrę, orzekł kategorycznie: 

—  Żmija!  Liczy  widocznie  na  to,  że  proces  zaszczuje  na  śmierć  wdowę  po  bracie,  a 

background image

polisa jej przypadnie w udziale. 

Jedna  ze  spraw  zahaczyła  mocno  o  życie  doktora  Milla.  Wszystko  w  tej  sprawie 

wydawało  się  jasne.  Z  szuflady  toalety  zginęła  cenna  bransoleta,  właścicielka  bez  wahania 
wskazała na młodą nauczycielkę muzyki, która w czasie lekcji bez powodu weszła do sypia-
lni. Brak bransolety stwierdzono tuż po lekcji, popędzono za nauczycielką i znaleziono bran-
soletę  w  futrzanym  kołnierzu  jej  płaszcza.  Wina  nauczycielki  była  tak  oczywista,  że  White 
nawet nie poprosił Milla o pomoc. Tom znalazł się przypadkiem przed sądem, gdy wprowa-
dzono winowajczynię... i stanął oniemiały z zachwytu. 

— Słowik! Czemu tak smutno śpiewa? Dokąd prowadzicie tę panią? 
— Do więzienia — odpowiedzieli służbiście policjanci. Wiedzieli o szczególnej zażyło-

ści pytającego z sędzią. 

—  Ależ...!  Wróćmy!  To  jakaś  omyłka!  Ta  pani  jest  niewinna!  Nigdy  nie  mogłaby 

uczynić nic złego. 

Sprawę zbadano ponownie i okazało się, że to chlebodawczyni Słowika, w której Mill 

rozpoznał  starą  wydrę,  w  ten  perfidny  sposób  chciała  uchronić  swego  syna  przed  zamierzo-
nym małżeństwem z biedną nauczycielką. 

Wydrę  ukarano,  a  wdzięczność,  która  zakwitła  w  sercu  Słowika,  rozwinęła  się  pod 

wpływem troskliwej pielęgnacji Milla w gorącą miłość. 

W  takim  stanie  rzeczy  White  postanowił,  że  nadszedł  czas,  aby  uregulować  sprawę 

poczytalności Milla, uzyskać dla niego rozwód i powrót do majątku. Po roku pobytu Milla w 
tym  okręgu  mógł  dysponować  dowolną  liczbą  świadków,  którzy  by  zeznawali  na  korzyść 
rzekomego wariata. 

W  dniu  rozprawy  rozwodowej,  na  której  biegli  mieli  ostatecznie  wydać  opinię  o  jego 

poczytalności, Mill chodził niespokojnie po werandzie domu White'ów. Biegły za nim życzli-
we spojrzenia Heleny i zakochane, pełne oddania oczy Słowika. 

— No, Tom, usiądź, napijemy się herbaty — zaproponowała Helena. 
— Trudno mi usiedzieć na miejscu — odpowiedział z westchnieniem i dalej niespokoj-

nie krążył dokoła siedzących w fotelach kobiet. 

—  Nie  masz  powodu  do  niepokoju  —  tłumaczyła  cierpliwie  Helena.  —  Sam  dobrałeś 

komplet lekarzy-ekspertów. Siadaj. Nie strasz Słowika — dodała w nadziei, że to natychmiast 
zreflektuje Milla. 

I rzeczywiście — spojrzał na młodą dziewczynę i uśmiechnął się. 
— Nie śpiewaj tak smutno, Słowiczku. Sprawa jest absolutnie wygrana, boję się tylko o 

jednomyślność  biegłych  lekarzy.  Chciałbym,  żeby  i  Hipopotam  opowiedział  się  jasno  po 
mojej stronie, a on ma wrodzoną niechęć do jasnych decyzji. 

— Po co go wybraliście? — szepnęła Słowiczka. 
—  Lekarzy  przysięgłych  nie  ma  znów  tak  wielu  —  wyjaśniła  jej  Helena  —  a  Ettikey 

jest bezwzględnie uczciwy. 

— Ale... w pewnym momencie nazwałem go hipopotamem. 
— Zrozumiał to na pewno jako żart. 
W  tej  chwili  skrzyp  ogrodowej  furtki  obwieścił  im  przybycie  Jerzego.  Jego  twarz 

promieniała. 

— Zwycięstwo! — krzyknęła Helena, a Słowiczka zaszlochała z radości. 
— Zwycięstwo? — powtórzył Mili. — Całkowite? A Hipopotam? Czy decyzja lekarzy 

była jednomyślna? 

—  Tak.  A  doktór  Ettikey...  —  tu  White  zaśmiał  się  wesoło.  Z  nim  była  zabawna 

historia. Zanosiło się na to, że będzie bruździł. To ciężki umysł. Gdyby nie twoja była żona... 

— Ona?! — Wykrzyknął Mill z odrazą. 
— Chciała go przekupić. 
— Ettikey'a?! — parsknęli śmiechem wszyscy, nawet Słowik. 

background image

— Masz więc wolność, rozwód i firmę z powrotem. 
— Firmę sprzedam. 
—  Zrobisz,  jak  zechcesz,  ale  z  twoim  „siódmym  zmysłem”  mógłbyś  jako  adwokat 

zdziałać bardzo wiele. 

—  Adwokat  —  to  nie  sędzia.  Zostanę  przy  tobie  Mój  siódmy  zmysł  jest  jednocześnie 

moim kalectwem. Nie umiem żyć bez oparcia i bez tarczy. Musisz mi być jednym i drugim. 

— Jeżeli tylko chcesz! Świadomość, że wszystkie moje werdykty są sprawiedliwe, jest 

dla  mnie  największym  szczęściem.  Zawdzięczam  je  tobie...  Ale  ty?  Czy  ukryty  w  moim 
cieniu będziesz szczęśliwy? 

—  A  czy  może  być  większe  szczęście  niż  to,  które  mi  dał  mój  „siódmy  zmysł”?  — 

zapytał doktor Mill. 
 
 
 
 
 
 
 
 

SPIS TRE

ŚCI 

 
 
 

Towarzysz śmierci 

 

 

 

 

 

 

 

02 

 

Związek nieśmiertelnych 

 

 

 

 

 

 

10 

 

Dziewczyno — nie znikaj!   

 

 

 

 

 

17 

 

Siódmy zmysł doktora Milla  

 

 

 

 

 

26