background image

 
 
 

BIAŁY JACHT 

I INNE OPOWIADANIA 

 

ZŁOTA PODKOWA 34 

 

           

 

 

 
 

WYDAWNICTWO „ŚLASK” KATOWICE 1959

 

background image

 
 

ANTONI MARCZYŃSKI 

 

BIAŁY JACHT 

(Nowela egzotyczna) 

 
PIERWSZY  raz  widziałem  ten  zgrabny  stateczek  koło  Colombo  na  Cejlonie,  w  czasie 

wyścigu jachtów żaglowych. Było to zdarzenie głośne w swoim czasie i wiele z was słyszało 
o nim zapewne. Dla przypomnienia streszczę je pokrótce. 

Na czoło ścigłej flotylli wysunął się od razu „Giri”, prześliczny jacht należący do syna 

maharadży z Jammu, który osobiście go prowadził. Jeszcze tylko pół mili morskiej brakowało 
do mety, kiedy, tuż obok niego pojawił się groźny współzawodnik. 

— To „Swallow”. Hip! Hip! Hurra! — wiwatowali Anglicy, zebrani licznie na brzegu, 

lecz ci, którzy posiadali lornety, zaprzeczyli. 

— „Swallow” płynie spory kawał za „Giri”. 
— Więc „Quail”? 
— Także nie. Ten jacht nie posiada ciemnego szlaku. 
— Czekajcie — rzekł ktoś inny. — Za chwilę będę mógł odczytać jego nazwę. 
Śnieżnobiały jacht zbliżał się szybko do mety. Tymczasem właściciel najlepszych szkieł 

sylabizował litery napisu: 

— S...i...r...e...n.  
— Jak? „Siren”? Czyj to statek? 
Zaszeleściły  w  rozgorączkowanych  dłoniach  kartki  programów.  Nie!  Jachtu  takiej  na-

zwy tam nie było. Ktoś wpadł na pomysł, który stał się momentalnie zgodną opinią większo-
ści widzów. 

— Zgłosił się za późno i stanął do zawodów poza konkursem. 
Wszystkie  spojrzenia  przylgnęły  do  smukłego  kadłuba  zwycięzcy,  który  zbliżał  się 

właśnie  do  prawego  skrzydła  olbrzymiej  trybuny;  niezwykłe  podniecenie  zapanowało  nagle 
wśród zebranych. 

— Kobieta przy sterze! Wiatr zerwał jej czapkę. 
— Patrz, John. „Giri” ją dogania. 
— „Swallow” także. 
— „Swallow”! „Swallow”! Hip! Hip! Hurra! 
— Czy ona umyślnie zwalnia? Co za nonsens! 
Wśród niesłychanego rozgorączkowania zebranych trzy jachty minęły metę w jednakim 

pędzie. Najpierw „Siren”, a po obu bokach i o dwie długości w tyle „Giri” oraz „Swallow”. 
Sprzeczano  się  zawzięcie,  który  z  tych  dwóch  otrzyma  pierwszą  nagrodę  wobec  tego,  że 
„Siren” stawała poza konkursem. Jury także nie miało ustalonego zdania. 

Tymczasem zaszła rzecz bardzo dziwna. Biały jacht zamiast zatoczyć łuk i zawrócić ku 

trybunie, mknął dalej na pełne morze. Dwaj współzawodnicy zawahali się na moment, potem 
ruszyli za nim i rozpoczął się nadprogramowy wyścig. Pół godziny później trzy białe plamki 
zatarły się w oddali, znikły z oczu zaciekawionym widzom. Gwałtowne opadanie barometru 
skłoniło organizatorów sportowej imprezy do  wysłania małego parowca  w ślady zapalonych 
sportsmanów.  Parostatek  powrócił  o  zmroku,  uciekając  przed  burzą,  jaka  rozszalała  na  nie-
spokojnym  Oceanie  Indyjskim,  lecz  jachty  „Giri”  i  „Swallow”  nie  wróciły  nigdy.  Przepadły 
bez śladu, jak przepadł nieoficjalny zwycięzca w wyścigu — „Siren”... 

Ludzie  zapominają  szybko.  Po  roku  nikt  już  nie  wspominał  bohaterów  tragicznej 

przygody, chyba stary maharadża z Jammu, niepocieszony po stracie jedynaka, chyba piękna 
Lucy, lady Darlington, która po zaginięciu męża, sternika nieszczęsnej „Swallow”, także się 

background image

jeszcze nie pocieszyła... 

Nic tedy dziwnego, że ja, nie związany węzłami pokrewieństwa ani nawet znajomości z 

żadną z ofiar tego wydarzenia, zapomniałem również. 

Ale  kiedy  z  pokładu  „Grotiusa”  ujrzałem  niespodzianie  mijający  nas  jacht  z  napisem 

„Siren”,  kiedy  dostrzegłem  zgrabną  sylwetkę  niewieścią  przy  kole  sterowym,  zakrzyknąłem 
tak głośno, że wielu współpasażerów obrzuciło mnie wzrokiem pełnym zdziwienia... Stanęły 
mi przed oczyma zapomniane dawno zawody w Colombo, odżyło wspomnienie tajemniczego 
statku,  który  zjawił  się  nie  wiedzieć  skąd  ani  kiedy  i  dwóch  rywali  przed  burzą  na  pełne 
morze wywabił. 

Miałem teraz przed sobą sprawcę nieszczęścia. Szeleszcząc białymi żaglami, prując fale 

wyorane  potężnym  dziobem  „Grotiusa”,  wchodził  do  Tandjong-Priok,  ruchliwego  portu 
Batawii, która dziś zwie się Dżakarta, i błyszczał triumfalnie w blaskach oślepiającego słońca 
złotem swych pięciu liter składających się na złowieszcze imię: SIREN... 

—  Piękny  statek  —  warknął  Mr.  Abraham  Camel,  właściciel  olbrzymich  pono  zakła-

dów  przemysłowych  w  Chicago,  który  odbywał  właśnie  przedostatni  etap  swej  przejażdżki 
dokoła globu. — Kupiłbym go dla córki. 

Nasz  „Grotius”,  ciągnięty  na  linie  przez  zasmolony  holownik,  pozostał  rychło  w  tyle. 

Las  masztów,  gęstwina  okrętów  handlowych  z  całego  świata  i  mur  brzydkich  budynków 
portowych  przysłoniły  nam  niebawem  śnieżny  jacht.  Spotkanie  z  nim  ostrzyło  moją  cieka-
wość do tego stopnia, że znalazłszy sobie miłe mieszkanko w Weltewreden, dzielnicy położo-
nej  dość  wysoko  ponad  malaryczną  starą  Batawią,  jeszcze  tego  samego  dnia  powróciłem 
kolejką do Tandjong-Priok, na później odkładając zwiedzenie miasta. 

Szczęście  nie  dopisało  mi  jednak.  Mimo  usilnych  poszukiwań  „Siren”  nie  znalazłem 

nigdzie i żaden z wszechwiedzących włóczęgów portowych nie umiał udzielić mi pożądanych 
informacji. Dopiero w powrotnej drodze do Batawii przyszło mi na myśl, że należało przede 
wszystkim zajrzeć do rejestru statków. które zawinęły tego dnia do portu. 

Nazajutrz rano zrobił mi Mr. Camel ponętną propozycję. 
—  Halo,  panie  Polaku.  Czy  pański  nos  filię  założył,  czy  pana  moskity  tak  pocięły  — 

zaczął z rubaszną poufałością. — Mnie także dały się we znaki... Ale nie z tym przychodzę. 
Krakatau  dymi!  Ano,  może  sobie  pozwolić.  Paliwo  ma  gratis.  Ulęgając  namowom  kilku 
rodaków  wynająłem  mały  parowiec  i  zabieram  całą  pakę  na  kilkudniową  wycieczkę.  Pan 
pożegluje  ze  mną  oczywiście,  co?  O  czym  ja  bym  gadał  z  geologami,  czy  jak  się  tam  tych 
zbieraczy pumeksu nazywa... Więc popłyniemy, hę?... 

Przyjąłem zaproszenie. Nie tu miejsce rozpisywać się nad niezapomnianymi wrażenia-

mi, jakie wywarł na mnie widok straszliwego wulkanu, skoro tematem opowiadania ma być 
żaglowiec „Siren” i jego niesamowita właścicielka! 

W  powrotnej  drodze  zawadziliśmy  o  Bantam,  dawną  stolicę  szmaragdowej  Jawy,  dziś 

zapomnianą  mieścinę.  W  ośmiu,  nie  licząc  majtków,  wsiedliśmy  do  szalupy  i  płynęliśmy 
wzdłuż  brzegu  porośniętego  aż  po  linię  wody  najbujniejszą  w  świecie  roślinnością,  tzw. 
mangrove. W milczeniu podziwiałem niezrównane piękno podzwrotnikowej przyrody, ziryto-
wany trochę bezmyślnym gadulstwem chicagoskiego przemysłowca. I kiedy całkiem nieocze-
kiwanie  posłyszałem  echo  jakiegoś  śpiewu,  szarpnąłem  lekko  dowcipkującego  jankesa  za 
rękaw. 

—  Przymknij  pan  buzię,  jeśli  łaska  —  rzekłem,  czyniąc  minę  możliwie  uprzejmą.  — 

Ktoś śpiewa. Może jaka Jawajka... Warto posłuchać. 

Mr.  Camel  zamilkł  nie  tyle  z  ciekawości,  ile  zaskoczony  moją  bezceremonialnością,  a 

że inni towarzysze wycieczki nie odznaczali się gadulstwem, zapanowała od razu cisza, mą-
cona  tylko  jednostajnymi  pluśnięciami  sześciu  wioseł.  Zbliżaliśmy  się  do  małego  półwyspu 
okrytego puszystym kobiercem zieleni, ozdobionego na samym cyplu bukietem rosłych palm. 
Zbliżaliśmy się zarazem do źródła głosu, do ukrytej na razie przed naszym wzrokiem śpiewa-

background image

czki, gdyż przeczysty sopran, wibrujący całymi gamami kuszących obietnic i tkliwości, pożą-
dania i tęsknoty mógł tylko do kobiety należeć, do kobiety, która łaknęła miłości... 

— Słyszałem Sembrich w Metropolitan Opera House, ale... — zaczął znów Mr. Camel, 

lecz  umilkł  oczarowany  koloraturową  kaskadą  tonów,  których  nowa,  silniejsza  jeszcze  fala 
przepłynęła  poprzez  drgające  powietrze.  Bez  niczyjego  rozkazu  przestali  marynarze  wiosło-
wać i zasłuchali się na równi z nami. Nawet marynarze! 

— Jazda, chłopcy, w tamtą stronę — wybełkotał Amerykanin. 
— Słuchajmy raczej — prosiłem. — Ona może spłoszyć się naszym widokiem. Śpiewa 

w tym ustroniu, gdyż nie pragnie słuchaczy. 

— Jazda — powiedziałem — do trzystu diabłów! 
Mr. Camel wyrwał z zaciśniętych warg cygaro i z pasją cisnął je w wodę. Zaklekotały 

wiosła o śruby dulek i wżarły się piórami w spokojną toń morza zrywając z miejsca szalupę. 

Głos zamarł mi w krtani, kiedy łódź wychyliła się spoza szmaragdowej bariery mangro-

ve.  Przed  nami  leżała  mała  zatoczka,  a  pośrodku  jej  tkwił  znajomy  jacht,  z  opuszczonymi 
żaglami, z dziobem zwróconym ku pełnemu morzu. Na pokładzie stała kobieta tyłem do nas 
zwrócona  i  śpiewała.  Trzymając  się  oburącz  jakiejś  liny,  z  korpusem  naprzód  podanym,  z 
rozwianym  włosem  —  wyglądała  tak,  jak  gdyby  miała  lada  chwila  wzlecieć  w  powietrze, 
jakby tylko ręce w tył wyprężone więziły ją na statku. 

Spostrzegła  nas  bardzo  późno;  prawie  przybijaliśmy  do  jachtu.  Przechyliła  się  przez 

burtę. Mogliśmy teraz podziwiać smukłą sylwetkę, obciśniętą w kostium sportowy i jej złote 
włosy spływające szeroką wstęgą na lewe ramię i piersi. 

— Zaraz się poznamy — odburknął Mr. Camel w odpowiedzi na moją uwagę, że nasza 

obcesowość  jest  co  najmniej  nietaktem.  Skłoniwszy  się  grzecznie  spytał,  czy  wolno  nam 
przybić do boku „Siren”. — Zbłądziliśmy trochę. — Tymi słowy rozpoczął litanię naiwnych 
łgarstw, które następowały po sobie w oszałamiającym tempie. 

— Bardzo proszę — zabrzmiał głosik najsłodszy, jaki kiedykolwiek słyszałem. — Mój 

steward zaprowadzi panów do kajut. Ja przebiorę się tymczasem. 

— A co?! — parsknął mi w twarz donżuan chicagoski. 
Sądząc  z  zewnętrznego  wyglądu  jachtu  nie  byłbym  nigdy  przypuszczał,  że  jest  taki 

pojemny. Choć było nas ośmiu, poruszaliśmy się całkiem swobodnie w kajutach, których było 
trzy w środku statku: jadalnia, salonik oraz biblioteka, w której utknąłem dzięki zamiłowaniu 
do książek. Okiem znawcy dostrzegłem z daleka białe kruki, jakimi niewielu zbieraczy może 
się poszczycić. 

Czy  to  był  przypadek,  intuicja,  czy  przeznaczenie  —  nie  wiem.  Nie  wiem  dlaczego  z 

tylu  książek  wybrałem  tę  starą  Biblię  oprawną  w  skórę.  Mam  wrażenie,  że  nie  byłbym  w 
stanie wybrać innej książki, że działałem pod nieodpartym przymusem wewnętrznym... 

—  Osiemnaste  stulecie  —  oceniłem  trafnie  i  otworzyłem  na  chybił  trafił,  gdzieś  w 

środku  mniej  więcej...  Przetarłem  zdumione  oczy.  Na  szczycie  stronicy,  ponad  tekstem 
widniały trzy wiersze wypisane atramentowym ołówkiem: 
 

...i  teraz  wiem,  że  zginę,  a  na  mnie  skończy  się  ród  Darlingtonów.  Żegnaj,  Najdroższa 

Lucy! Do śmierci pozostał Ci wierny twój małżonek 

Reginald 

 

Przeczytałem  to  kilka  razy,  wciąż  jeszcze  oczom  nie  wierząc,  uprzytomniłem  sobie 

wreszcie,  że  słowa  te  muszą  być  zakończeniem  jakiegoś  wyznania,  testamentu  czy  listu,  że 
właściwy wątek treści zdradzą mi poprzednie stronice. Drżącą ręką obróciłem kartę... 

— Ładny okaz, prawda? — zabrzmiał znajomy głosik gdzieś blisko. 
Podniosłem  głowę.  Po  drugiej  stronie  stolika  stała  urocza  syrena,  której  śpiew  zwabił 

nas tutaj. Jej podłużne, zielone oczy patrzały na mnie z takim wyrazem, jakim kot patrzy na 

background image

daremne  wysiłki  wróbla,  któremu  przegryzł  mięśnie  skrzydełka.  Jej  zielone  oczy  pieściły 
mnie zarazem ciepłym deszczem obiecujących spojrzeń. 

— Pani... — bąknąłem zmieszany jak żak. 
Zaborczym ruchem położyła na Biblii swe długie alabastrowe palce, zakończone różo-

wymi paznokietkami. 

—  Odłożymy  lekturę  na  później  —  przemówiła,  a  głos  jej  był  śpiewem  słowika.  — 

Zbłąkanym żeglarzom należy się skromny posiłek. 

„Skromny posiłek”! To była lukullusowa uczta ten lunch na jachcie „Siren”. Usługiwali 

nam Hindusi poruszający się jak nakręcone automaty. Żaden nie przemówił ani słowa. Wina 
podano ciężkie. Wyposzczony przez prohibicję Mr. Camel zalał sobie pałę najwcześniej. 

—  Dokąd?  —  spytała  urocza  gospodyni,  kiedy  porwał  flaszkę  i  chwiejnym  krokiem 

ruszył ku drzwiom kajuty. 

— Chcę to zanieść naszym chłopcom. 
— Proszę siedzieć grzecznie. Pamiętałam o pańskich wioślarzach. 
Pamiętała  rzeczywiście.  Świadczyły  o  tym  sprośne  okrzyki,  wrzawa  i  niewybredna 

piosenka, którą zaintonował nagle chór zachrypłych głosów za oknami kajuty. 

— Nie dowiozą nas do Bantam — zaniepokoił się najstarszy z naszego grona, Mr. Pirn, 

geolog z Batawii. 

— Ja was zawiozę — odparła z uśmiechem. 
Drgnąłem  nerwowo.  Ten  uśmiech  miał  w  sobie  coś  niesamowitego.  Stanęły  mi  przed 

oczyma trzy wiersze wypisane energiczną męską ręką na pożółkłej karcie Biblii. 

Głośny rechot pijanego jankesa odwrócił moją uwagę od świeżych wspomnień.  
—  Pięknie  dziękuję  za  grzeczność,  ale  dam  sobie  radę  bez  pani  i  bez  tych  zalanych 

majtków.  Dałem  polecenie  kapitanowi  parowca,  aby  płynął  wzdłuż  brzegu,  jeśli  w  ciągu 
trzech  godzin  nie  wrócimy  do  Bantam.  Ma  to  być  znak,  że  postanowiliśmy  zatrzymać  się 
gdzieś... Tak się już umówiłem — zaśmiał się. — A zatem... 

— Statek — zameldował Hindus, stając w progu jak zjawa. 
— Mumia przemówiła — parsknął Mr. Camel, dławiąc się od śmiechu. 
Mimo pewnego zamroczenia umysłu pamiętałem, by obserwować stale piękną sąsiadkę, 

i nie uszło mej uwagi, że przygryzła nagle dolną wargę do krwi, że złowrogi blask zamigotał 
w jej zwężonych oczach... 

Żegnaliśmy się nazbyt długo, jak na tak świeżą znajomość. Traf zrządził, iż na samym 

końcu pozostaliśmy my dwaj, to jest Camel i ja... 

— Proszę mnie odwiedzić dziś wieczór w Tandjong-Priok. 
— Pani wraca także? To razem popłyniemy. 
— Nie, Mr. Camel. Mam tu jeszcze coś do załatwienia. 
— Przyjmuję zaproszenie, oczywiście. O której godzinie mam się stawić? 
— O dziesiątej. 
—  Zrobione.  Żegnaj  mi,  piękna  nimfo  —  paplał  rozgadany  przemysłowiec.  —  Do 

widzenia! 

— Do widzenia! — powtórzyła z naciskiem. Mnie przytrzymała za rękę:  — Przyjdzie 

pan? 

— Owszem — odparłem machinalnie. 
Uczułem  ból.  Ostre,  drapieżne  paznokcie  wpiły  mi  się  w  ciało.  Nie!  To  nie  ten  ból 

odczuwałem.  Bolały  mnie  oczy  zmiażdżone  siłą  jej  wzroku,  który  wdzierał  się  do  mózgu 
paraliżując myśli i wolę. Więc głowa mnie bolała, nie oczy, nie ręka... 

— Przyjdziesz na pewno? 
Nawet nie zauważyłem, że mówiła mi na „ty”. 
— Przyjdź pół godziny wcześniej niż ten chicagoski wołobój. 
Jak  zahipnotyzowany  cofałem  się  ku  drzwiom.  Na  progu  dobiegło  mnie  jeszcze  jedno 

background image

słowo, jedno obiecujące spojrzenie. 

— Nie pożałujesz... 
Zdumiała  się  załoga  naszego  statku,  a  Mr.  Camel  cygaro  z  mięsistych  warg  wypuścił, 

kiedy przy wjeździe do Tandjong-Priok ujrzeliśmy „Siren” zakotwiczoną przy molo; Hindusi 
majstrowali coś przy takielunku, inni szorowali pokład z należytą flegmą. 

— Jak to? — wrzasnął jankes. — Wyruszywszy znacznie później prześcignęła parowy 

statek?  I  którędy  przesmyknęła  się,  u  licha?  Przecież  płynęliśmy  blisko  brzegu  i  cały  czas 
byłem na pokładzie! 

—  Może  Jawę  okrążyła  w  międzyczasie  —  mruknął  zabobonny  sternik  i  splunął  trzy-

krotnie w stronę dziwnego żaglowca. 

Do  godziny  siódmej  wieczorem  byłem  zdecydowany,  że  pójdę,  że  uprzedzę  „woło-

bója”,  ale  potem  przyszły  refleksje.  Znowu  przypomniałem  sobie  zawody  w  Colombo,  tak 
tragicznie zakończone i urywek nie przeczytanego listu lorda Darlington... 

—  Idź!...  Poznasz jego  tajemnicę  —  szeptał  głos  jakiś  i  zamajaczyła  mi nagle  twarzy-

czka pięknej Greczynki  (w czasie rozmowy dowiedzieliśmy się, że na imię jej Mirtokle i że 
ojczyzną  jej  jest  Hellada).  Wiec  zamajaczył  mi  jej  delikatny  profil,  prosty  nosek,  oczy 
wielkie,  zielone,  złote  włosy  upięte  w  duży  węzeł  nisko  nad  śnieżnobiałym  karczkiem,  jej 
usta  purpurowe,  w  których  błyskały  raz  po  raz  drapieżne,  równe  ząbki.  Złudzenie  było  tak 
silne,  że  czułem  na  ręce  dotknięcie  jej  dłoni  aksamitnej,  że  wchłaniałem  w  siebie  woń  jej 
włosów i odurzający zapach perfum, którymi była nasycona jej suknia, do tuniki podobna... I 
znów te oczy... 

Muszę  iść,  przyrzekłem  —  monologowałem,  ubierając  się  szybko  w  biały  smoking  i 

czarne spodnie, co w tropikach stanowi strój wieczorowy. 

— Zginiesz jak tamten — ostrzegał inny głos szeptem. 
Walczyłem  z  sobą  długo.  Dochodziło  pół  do  dziesiątej,  kiedy  poleciłem  przywołać 

taksówkę i kazałem się zawieźć do komendy policji. 

Wyczekałem  się  trochę,  zanim  stanąłem  przed  nalanym  obliczem  urzędnika  policji 

batawskiej.  Zaznaczywszy  na  wstępie,  że  sprawa  jest  niezmiernie  delikatna  i  wymagająca 
absolutnej  dyskrecji,  że  ostatecznie  nie  posiadam  żadnych  konkretnych  dowodów  winy 
Mirtokle...  Mirtokle...  ach,  nie  znałem  nawet  jej  nazwiska...  opowiedziałem  przebieg  całego 
zajścia, nie zapominając o zawodach w Colombo. 

—  Colombo...  Lord  Darlington...  —  mruczał  powolny  Holender,  grzebiąc  uparcie  w 

zakamarkach pamięci. — Było coś takiego... Czytałem... Hum... To byłby bardzo interesujący 
wypadek. 

Po  półgodzinnej  konferencji  powróciłem  do  hotelu.  Stosownie  do  naszego  porozumie-

nia miałem grać swą rolę do końca, a resztę pozostawić policji. 

— Mr. Camel pytał o pana — przywitał mnie portier w hallu. — Irytował się mocno, w 

końcu sam odjechał naszym samochodem. 

— Dawno temu? 
— Punktualnie o pół do dziesiątej, czyli przed siedmioma minutami. 
— Do Tandjong-Priot? 
— Tak jest. 
W porcie nie zastałem już jachtu. W tym samym miejscu, gdzie po południu stał na ko-

twicy, sterczał teraz olbrzymi kadłub holenderskiego okrętu transoceanicznego, „Rembrandt”. 

— Nie ma ich, panie inspektorze — rzekłem, poznawszy natychmiast urzędnika policji, 

który w towarzystwie kilku wywiadowców wyłonił się spoza budynku celnego. 

— Nie wyfruną w powietrze. W pięć minut po pańskich odwiedzinach zamknąłem port 

telefonicznie. 

— To była godzina? 
— Dziewiąta piętnaście... pamiętam dokładnie... 

background image

A  jednak  „Siren”  musiała  chyba  wyfrunąć,  gdyż  najdokładniejsze  poszukiwania  nie 

dały wyniku. Co gorsza, wzięto mnie za obłąkanego, kiedy okazało się, że „Rembrandt” stoi 
w tym samym miejscu od czterech dni, Wobec czego żaden inny statek nie mógł być zakotwi-
czony  w  tym  czasie  na  jego  stanowisku,  że  dalej  w  rejestrze  statków,  jakie  port  batawski  w 
ostatnim miesiącu odwiedziły, jacht „Siren” w ogóle nie figuruje, że nikt takiego jachtu nigdy 
tu nie widział ani o nim nie słyszał. 

Uratowały  mnie  od  nieprzyjemności  zgodne  zeznania  sześciu  geologów  i  załogi  paro-

wca, którym zrobiliśmy wycieczkę do Krakatau. 

Niemniej  jednak  chicagoski  wołobój,  Mr.  Abraham  Camel,  przepadł  bez  śladu,  jak 

kamień rzucony w głębiny oceanu i roczne wysiłki najzdolniejszych detektywów nie wyświe-
tliły tej zagadki... 

Może  przeniknie  ją  kiedy  ktoś  z  was,  skoro  spotka  biały  jacht  „Siren”  i  nie  odrzuci 

zaproszenia pięknej kusicielki, jak ja to uczyniłem. 

Może... Ale lepiej nie próbujcie. 

 
 
 
 

JAN JERZY GROŃSKI 

 

ATOMOWA ŚMIERĆ ATLANTYDY 

 

 

WPRAWDZIE wyprawa w Himalaje, na szczyt Dhaulagiri w 1946 roku nie zakończyła 

się  sukcesem,  lecz  jej  ostateczny  efekt  był  bardziej  sensacyjny  niż  ewentualne  zdobycie 
szczytu. 

Oto fragment relacji kierownika himalajskiej wyprawy, dra Camare'a: 
„...28  maja.  Z  bazy  na  lodowcu  Maysugi  wyruszyliśmy  do  ostatniego  etapu  naszej 

wspinaczki. Po ośmiu godzinach pokonywania ściany osiągnęliśmy taras, do którego zdołała 
tylko  dotrzeć  wyprawa  szwajcarska  w  1938  r.  Po  pierwszej  próbie  dalszej  wspinaczki  Reed 
osuwa się i łamie rękę. Zakładamy mu tymczasowy opatrunek. Reed prosi, byśmy go tu zosta-
wili. 

Wyruszamy w dalszą drogę. Od tego miejsca jesteśmy jedynymi ludźmi, którzy dotyka-

li tych skał. Po dotarciu do następnego tarasu przekonaliśmy się, ze ściana, którą w tej chwili 
mamy  do  pokonania,  a  która,  kiedy  oglądaliśmy  ją  przez  lornetkę  z  lodowca,  wydawała  się 
możliwa  do  przebycia,  wyglądała  jak  zewnętrzna  płaszczyzna  szklanki.  To  pokrzyżowało 
plany.  Postanowiliśmy  obejść  ścianę  po  gwałtownie  zwężającym  się  tarasie  i  próbować  ją 
zdobyć od północnej strony, co zajęło nam dodatkowo ponad pięć godzin. 

Po  sforsowaniu  ściany,  szczyt  rysował  się  wyraźnie  na  tle  nieba  i  wydawało  się,  że 

wystarczy wyciągnąć rękę, aby go dotknąć. 

Błyskawicznie  dokonaliśmy  obliczeń.  Do  zdobycia  szczytu  potrzebowaliśmy  jeszcze 

trzy  godziny. Zmrok zapadał szybko. Do całkowitej ciemności brakowała najwyżej  godzina. 
Sprawdziliśmy ilość tlenu w zbiornikach. Spojrzeliśmy na siebie. Zrozumieliśmy, że Dhaula-
giri odparł atak ludzi jeszcze i tym razem. 

Aby oszczędzić tlenu, który potrzebny był na drogę powrotną, szybko ułożyliśmy się w 

śpiworach, starając się zasnąć. Obudziliśmy się skostniali od zimna. Mały taras nie pozwalał 
na zrobienie kilku kroków dla rozgrzewki. Przywarci do siebie czekaliśmy aż się dostatecznie 
rozwidni. 

Bob,  wychylając  się  poza  krawędź  tarasu,  żeby  wyszukać  miejsce  dla  wbicia  haka, 

background image

zawołał: 

— Patrz, patrz, co to może być?! 
Zająłem jego miejsce i przytrzymywany, głęboko wychyliłem się. Trzy metry pod nami, 

na skalnym występie zwisały jakieś białe strzępy. Do drzewca flagi, którą mieliśmy zatknąć 
na  szczycie  Dhaulagiri,  przymocowaliśmy  hak  i  w  ten  sposób  udało  się  zdjąć  zauważony 
przedmiot. Nie było czasu na oglądanie. Zaczęliśmy schodzić na taras, na którym pozostawi-
liśmy poprzedniego dnia rannego Reeda...” 

Tajemniczym  przedmiotem,  odnalezionym  przez  wyprawę  dra  Camare'a,  okazał  się 

balon meteorologiczny używany powszechnie do mierzenia siły wiatru. 

Z początku nie uświadamiano sobie ważności odkrycia. 
Dopiero  ogłoszenie  przez  prasę  ocalałych  fragmentów  treści  notatki,  napisanej  na 

powłoce balonu, wywołało prawdziwą burzę w świecie naukowym. 
 

  „…IDUJĘ SIĘ ...EJ WIĘCEJ ...8 ...I ...DY WIE …UDNIE OD STARO ...TN …KLA 

...2 … … … ADEM… … — ... BRL ...CY ZGINĘLI A I JA ... NIE … … …TOWA  …IN… 
…7”. 
 

Przez kilka miesięcy gazety całego świata pełne były domysłów na temat pochodzenia 

balonu i autorstwa notatki. Wreszcie sprawa ucichła, nierozwiązana. 

Dopiero drobna informacja zamieszczona w początkach 1952 roku na łamach kwartalni-

ka Archeologia świata nieoczekiwanie przypomniała tajemnicę sprzed .sześciu lat. Informacja 
dotyczyła nowej wyprawy  archeologicznej, którą  podjął  Instytut  Naukowy C.C.B.M. w  głąb 
Afryki  pod  kierownictwem  znanego  etnografa  i  archeologa  —  prof.  dra  A.  W.  Dherniera. 
Końcowy  ustęp  informacji  zawierał  wiadomość,  że  w  wyniku  rozwiązania  tajemnicy  napisu 
na  balonie  meteorologicznym  znalezionym  w  Himalajach,  wyprawa  ta,  zdaniem  uczonych, 
powinna dać odpowiedź na nurtujące ludzkość od setek lat pytanie. 

Dla przeciętnego czytelnika treść informacji była równie tajemnicza jak treść napisu na 

balonie... 

Jednak  nie  tylko  przeciętny  człowiek,  ale  i  większość  uczonych,  z  wyjątkiem  najbliż-

szego  otoczenia  prof.  A.  W.  Dherniera  nie  umiała  znaleźć  powiązania  między  planowaną 
wyprawą a napisem na balonie... 
 
 
 

II 

 

W 1946 roku jedynym  człowiekiem, który natrafił na właściwy trop, był  właśnie prof. 

Dhernier, chociaż publicznie nie zabierał on w tej sprawie głosu. Zdając sobie sprawę z wagi 
dokonanego odkrycia, ze względów czysto ambicjonalnych nie chciał się dzielić zdobytą taje-
mnicą z innymi uczonymi przed jej ostatecznym. rozwiązaniem. 

Prof. Dhernier był wychowankiem zaginionego w bliżej nieznanych okolicznościach w 

1937 roku kierownika katedry archeologii w Sorbonie — prof. dra J. Heinesa. 

W  1937  roku  prof.  Heines  zorganizował  zakonspirowaną  wyprawę  w  głąb  Afryki.  Po 

roku  oficjalny  komunikat  Instytutu  Naukowego  C.C.B.M.  stwierdził,  że  mimo  usilnej  akcji 
ratowniczej nie udało się natrafić na ślad zaginionej ekipy prof. Heinesa. 

Prof. Dhernier bezpośrednio przed tą tragiczną wyprawą był asystentem prof. Heinesa. 

Nie został jednak przez niego wtajemniczony w jej cel. Z zasłyszanych rozmów między pro-
fesorem a uczestnikami wyprawy domyślał się, że wiązano z nią nadzieję na rozszyfrowanie 
jednej z wielkich zagadek antycznego świata. Dhernier przeczuwał wielkość zamierzeń swego 
profesora i bardzo przeżywał pominięcie go w wyprawie. 

background image

Gdy treść napisu na balonie dotarła do rąk Dherniera, zwrócił on uwagę na datę i litery, 

które najprawdopodobniej należały do nazwiska autora notatki. Zrodziło się w nim przekona-
nie, że autorem był prof. Heines. 

Jednak było to tylko przekonanie — brakowało dowodów. 
Aby je zdobyć, Dhernier rozpoczyna działać, zachowując taką samą tajemniczość jak i 

jego  poprzednik.  Pierwsze  kroki  kieruje  do  spadkobiercy  zaginionego.  Spodziewa  się  bo-
wiem,  że  wśród  zachowanych  po  profesorze  osobistych  notatek  i  książek  znajdzie  przynaj-
mniej najmniejszą wskazówkę. 

Rodzina Heinesa, bezpośredni spadkobiercy, nie potrafiła mu udzielić informacji. Willa, 

w  której  mieszkał  i  pracował  profesor,  została  sprzedana  z  całym  umeblowaniem  jeszcze 
przed  wojną.  Rodzina  podzieliła  się  pieniędzmi,  nie  troszcząc  się  o  pamiątki  po  profesorze. 
Nie  był  lubiany.  Wskazano  jednak  Dhernierowi  adres  osobistej  sekretarki  Heinesa,  która 
podobno pieczołowicie zabezpieczyła po zaginionym co się dało. 

Staruszka  przyjęła  Dherniera  bez  entuzjazmu  i  dopiero  wprowadzenie  nastroju  wspo-

mnień  o  Heinesie  usposobiło  ją  przyjaźnie.  Zgodziła  się,  by  Dhernier  przejrzał  przechowy-
wane przez nią pamiątki. A nawet zgodziła się — gdy jej zaproponował — na wypożyczenie 
interesujących go notatek, książek pełnych podkreśleń i uwag na marginesach. 

Stopniowe zapoznawanie notatek rozczarowywało Dherniera. Zawierały one brudnopi-

sy  opublikowanych  już  prac  Heinesa  i  kilkanaście  fotokopii  tablic  z  Wyspy  Wielkanocnej, 
pokrytych znakami przypominającymi hieroglify. 

Kiedy zjawił się znów u staruszki, odnosząc wypożyczone pamiątki, ta zaprosiła go na 

herbatę. Dhernier zwierzył się z bezowocności swoich poszukiwań. Zaczął wypytywać, czym 
był Heines najbardziej zajęty bezpośrednio przed wyprawą. 

— Jak to czym? Cały świat zjeździł. Grzebał się we wszystkich muzeach. 
— A nie wie pani, czego szukał profesor? 
— Wie pan, dokładnie sobie nie przypominam. Ale zaraz, przechowuję przecież termi-

narz, w którym profesor notował kolejne etapy swojej wędrówki. 

Dhernier  przerzucał  kartki  terminarza.  Pod  datami  znajdował:  Leningrad,  Tokio, 

Niolejk, Columbia, Los Angeles...  

— Zaraz, zaraz — szeptał Dhernier — Niolejk? Tokio? Leningrad? 
I w tym momencie przypomniał sobie o fotokopiach tablic. 
—  A  może  te  wyjazdy  miały  jakiś  związek  z  tablicami  z  Wyspy  Wielkanocnej?  — 

zapytał. 

— Z tablicami? Rzeczywiście, przywoził je z każdej wyprawy. Przysyłali mu. Odwie-

dzał go nawet w sprawie tablic ten badacz z Niolejk, który zajmował się ich odczytaniem... 

—  Przepraszam  —  Dhernier  wstał  od  stołu  i  zaczął  przeglądać  leżące  na  biurku  foto-

kopie. 

Zdjęcia wiernie odtwarzały powierzchnie drewnianych tabliczek, pokryte pasami drob-

nych znaków. 

— Proszę pani — zwrócił się do staruszki — czyi pani wie, co kryją w sobie te tablice? 

Z nich najprawdopodobniej można odczytać zagadkę wyprawy prof. Heinesa. Jak wiem, już 
kilku  ludzi  strawiło  bezowocnie  życie  na  odczytywaniu  tych  tablic.  Będę  próbował.  Nie 
wiem, czy się uda. 

Przez  dwa  lata  Dhernier  próbował  je  odczytać.  Bez,  rezultatu.  Jeszcze  raz  wraca  do 

przetrząsania  reszty,  archiwum  Heinesa.  Tydzień  wystarcza,  żeby  odnalazł  to,  nad  czym 
ślęczał  tyle  czasu.  Przeglądając  skrupulatnie  notes  profesora  zatrzymuje  się  na  pominiętych  
uprzednio  stronach,  zawierających  przecież  wielowariantowe  objaśnienia  znaczeń  rysunko-
wych znaków. 

Były to poszczególne znaki z tablic. Rozpisuje tekst na fiszkach, podstawia znaczenia i 

ze zdumieniem odczytuje tekst dialogu Platona pt. Critias, czyli Atlantyda. W miarę odczyty-

background image

wania jego zdumienie wzrasta — znany mu dialog posiada ciąg dalszy, o którego istnieniu nic 
nie wiedział. 

Odkryta  część  dialogu  nie  zawierała  żadnych  rewelacyjnych  faktów.  Było  to  raczej 

rozwinięcie  myśli  zawartych  w  znanej  wersji.  Charakterystyczne  jednak  było,  że  niektóre 
fragmenty w tej części dialogu uzupełnił Platon odsyłaczami do źródeł, z których informację  
czerpano. Wymieniane przez Platona nazwiska i tytuły dzieł były Dhernierowi zupełnie nie-
znane. 

Tekst został odczytany. Spodziewanej odpowiedzi Dhernier nie uzyskał. 
Przypomina  sobie  jednak,  że  przecież  w  notesie  Heinesa  napotkał  na  indeks  źródeł 

notowanych przez Platona. Przegląda indeks. Każda pozycja opatrzona była skrótami składa-
jącymi się z trzech znaków i cyfr, np. V.M.D. — 17. 

Dhernier  uparcie  dąży  do  rozszyfrowania  skrótów.  I  znów  pomaga  mu  przypadek. 

Któregoś dnia szukając słownika we własnej bibliotece, skamieniał — Milon z Denisu! M.D.! 

Trudno  mu  było  uwierzyć,  że  to  jest  klucz  do  zagadki.  Książkę  Milona  z  Denisu  pt. 

Księga Machin traktował zawsze jako prekursorską próbę literatury utopijnej. Dhernier przy-
pomina  sobie,  że  książkę  tę  widział  również  w  archiwum  profesora.  Rozgorączkowany 
popędził tam. Tak! Niektóre paginacje stron w egzemplarzu Heinesa były zakreślone i odpo-
wiadały  cyfrom  wchodzącym  w  skład  skrótów,  naniesionych  na  indeks.  Na  zaznaczonych 
stronach Księgi Machin podane były te same źródła, na które powołuje się Platon. 

Obecnie  nie  było  już  wątpliwości,  że  dzieło  Milona  z  Denisu  należy  traktować  jako 

poważne  źródło  naukowe.  Ustalenie  tej  prawdy  rozprostowało  ścieżki  poszukiwań.  Dotąd 
bowiem  mniemano,  iż  źródła,  na  które  powoływał  się  Platon,  zginęły  ostatecznie  wraz  ze 
zniszczeniem Kartaginy i Biblioteki Aleksandryjskiej. 

Tymczasem Milon z Denisu w Księdze Machin podaje: 
„Moja  Tedegga  będzie  pierwszą  stolicą  wszelkiej  mądrości,  ojcowie  umieszczają  ją  w 

odległości dwudziestu dni drogi na południe od Tarukla, zaś w odległości dni trzydziestu od 
El-Kebri. Z niej właśnie podążam. Tedeggę muszę odnaleźć pośród ruin, ona będzie pierwszą 
stolicą wszelkiej mądrości”. 

W dalszym ciągu Księgi Machin następuje bogaty opis jakiegoś alegorycznego państwa. 

Analiza opisu pozwalała stwierdzić, że wizja Milona z Denisu oparta była na trzech źródłach. 
Pierwszym był współczesny mu świat, który znał z wielu podróży; drugim — historia staro-
żytnego Egiptu; trzecim zaś dzieje jakiegoś nieznanego państwa. I właśnie trzecie źródło spo-
wodowało  błąd  wielu  uczonych,  a  wśród  nich  i  Dherniera,  którzy  uważali  utwór  Milona  za 
wykwit fantazji. 

Jednak obecnie Dhernier inaczej spojrzał na te sprawy. 
Co w tym wszystkim zastanawiało? Otóż opisy traktowane jako fantazja pokrywały się 

z tym, co Platon w nieznanej części dialogu pisał o Atlantydzie! 

W tym kontekście Dhernier zaryzykował przyjęcie hipotezy, że Milon z Denisu opisu-

jąc nieznane państwo musiał opierać się na tych samych źródłach co Platon. Konsekwentnie 
wynikało z tego, że materiały te przetrwały aż do czasów Milona. Jeśli tak, to gdzie? Przecież 
odpowiedź  dawał  sam  Milon.  Tedegga!  Dherniera  utwierdził  w  tym  szkic,  nakreślony  ręką 
prof. Heinesa na marginesie strony, zawierający opis trasy do Tedeggi. Szkic sporządzony był 
ściśle według wskazówek Milona z Denisu. W biografii Milona z Denisu, który żył w IX w., 
było wiadome, iż odbył on kilka odkrywczych podróży po Afryce i podobno miał natrafić na 
ślad jakiegoś dawnego traktu handlowego na wysokości 25 równoleżnika.1 I nagle wszystko 
stało się oczywiste. 

Dhernier mógł teraz uzupełnić tekst z powłoki balonu: 
„Znajduję się mniej więcej o osiem dni jazdy wielbłądem na południe od starożytnego 

Terukla i o dwanaście dni jazdy wielbłądem od El-Kebri. Wszyscy zginęli, a i ja najprawdo-
podobniej nie zdołam się uratować. Heines. 1937”. 

background image

A  więc  profesor  musiał  wysłać  balon  z  legendarnego  miasta  Tedegga!  Ono  kryje 

tajemnice starożytnego świata! 

Do 1952 roku profesor A. W. Dhernier przygotowywał wyprawę. Notatka zamieszczo-

na w kwartalniku Archeologia świata była dowodem pomyślnego zakończenia przygotowań. 
Dhernier  zamieścił  notatkę,  ponieważ  miał  pewność,  że  posiada  klucz  do  rozszyfrowania 
zagadki wieków. 
 
 
 

III 

 

Jechali przez pustynię. Najokropniejsze były noce. Ogromny żółty księżyc dobywał się 

z gęstwy kurzu. Kurz powoli rozpełzał i kłębił się w duszących tumanach. 

Poruszali odruchowo szczękami, jakby chcieli rozgryźć ów kurz przenikający do gardła 

niby  żar.  Ludzi  ogarniał  jakiś  półsen.  Cuciło  ich  nagłe  pragnienie  i  chłód.  Wtedy  wszystkie 
objawy zmęczenia wracały ze zdwojoną siłą. Największym marzeniem był odpoczynek. 

Krajobraz  z  pustynnego  staje  się  coraz  bardziej  górzysty.  El-Kebri,  które  wyprawa 

Dherniera minęła uprzedniego dnia, wywarło na uczestnikach silne wrażenie.  

„Rozbite wieże, rozwalone warownie, wyłamane kopuły, strzaskane... Ta masa, straszna 

swoimi  wgłębieniami  i  wypryskami  wyobrażała  wszystko  to,  co  było  najokropniejsze  i 
najbardziej tragiczne. Wiatr falami pustynnego piasku tak oszlifował wystające jeszcze kikuty 
domów  i  świątyń,  że  stały  się  okrągłe  i  gładkie.  Zmęczona  ręka  nie  znajdowała  na  nich 
oparcia. Tysiąc lat wiatru, który przeszedł przed frontem kamieni. Wielkość życia rozdrobniła 
się w ziarenka piasku” — czytamy w dzienniku uczestników. I dalej: 

„Labirynt  z  ruin  i  piasku  na  nie  kończącej  się  przestrzeni...  Przez  ogarniającą  mnie 

senność  patrzyłem  na  roztopioną  słońcem  pustynię.  Wydawało  się,  że  przed  moimi  oczyma 
przesuwają się srebrzyste gaje, pola pomarańczowe i cytrynowe, a kule owoców, żółte i czer-
wone,  połyskują  niby  tysiące  małych  słońc,  fosforyzując  własnym,  wewnętrznym  światłem, 
że rzeki snują się ospale po zboczach odległych wzgórz...” 

Wyprawa mijała brzegi jakiejś sekbhy. Wysoko załadowane ciągniki przesuwały swoje 

ciemnoniebieskie cienie. Na przedzie w małym łaziku jechał Dhernier. 

Piątego  dnia  kolumna  musiała  się  zatrzymać.  Teren,  podnoszący  się  dotąd  powoli, 

gwałtownie przeszedł w stromiznę przerywaną skalistymi wąwozami. Dalsza droga dla cięż-
kich ciągników stała się niedostępna. Na horyzoncie wyraźnie rysował się masyw olbrzymiej 
skały. 

Dhernier zadecydował rozbić obóz. 
Drugiego  dnia  o  świcie  w  dalszą  drogę  wyruszyła  tylko  część  ekipy  na  silnych  i 

zręcznych łazikach. U wylotu wąwozu pozostało osiem ciągników wraz z większością ludzi. 
Tutaj zainstalowano bazę, z której sprzęt i ludzi dowozić miano w przyszłości do Tedeggi. 

Trzeciego  dnia  od  momentu  przymusowego  podzielenia  ekipy  łaziki  dotarły  na  szczyt 

wzniesienia.  Przed  nimi  rozpościerało  się  przedziwne  rumowisko  skał  i  murów.  Prof. 
Dhernier zdradzał duże podniecenie. Stąd, z tajemniczego  grobowca wiedzy, przesłał światu 
ostatnią wieść prof. Heines. 

Przedsięwziąwszy wszelkie środki bezpieczeństwa, przystąpiono do akcji. Wielodniowe 

poszukiwania  nie  dały  żadnych  rezultatów.  Któregoś  dnia  prof.  Dhernier  zwrócił  uwagę  na 
granitową skałę, która zamykała miasto od zachodniej strony. Ściana ta przecięta była szcze-
liną, tworzącą rodzaj korytarza, w którym mogło przejść obok siebie trzech mężczyzn. 

Dhernier skompletował ośmioosobową ekipę i na jej czele udał się w głąb szczeliny. 

 
 

background image

 

IV 

 

Już dwa dni szli pośród labiryntu olbrzymich,  czarnych skał, nie słysząc  nic prócz od-

głosu własnych kruków.  Korytarz nagle zwęził się, by po kilkudziesięciu metrach raptownie 
rozszerzyć się i szerokim lukiem skręcić w lewo. 

Jeden z młodych archeologów zauważył, że ściany skały noszą ślady obróbki dokonanej 

ludzką ręką. 

Zwalisko  skał  zatarasowało  dalszą  drogę.  Dhernier  był  pewien,  że  znalazł  się  u  upra-

gnionego  celu.  Kamienie  tarasujące  drogę  miały  powierzchnię  błyszczącą,  nieutlenioną. 
Katastrofa musiała nastąpić nie więcej jak kilkanaście lat temu. 

Usuwanie  przeszkody  trwało  niespodziewanie  krótko. Już  następnego  dnia  w  południe 

odsłoniło się przed nim wąskie i niskie przejście, prowadzące w głąb skalnej ściany. 

Znaleźli  się  w  dużej,  okrągłej  sali  o  średnicy  około  50  stóp  i  takiej  samej  wysokości. 

Podłoga, wklęsłe, ściany i sufit zrobione były z żyłkowatego jak porfir marmuru. 

Ciemnym  korytarzykiem  weszli  do  następnej  sali.  Tu  pod  ścianami  znajdowały  się 

wykute wnęki, z których każda mieściła w sobie coś w rodzaju szerokiej, kamiennej skrzyni. 
Skrzynie  te  były  zamknięte  płytami  z  marmuru.  Niektóre  płyty  były  odwalone.  Z  wnętrza 
skrzyń  wyglądały  grzbiety  ksiąg  i  rulony  papirusów.  Jedyne  światło  docierało  do  tej  sali  z 
wybitego w górze otworu, do którego prowadziły schodki. 

Dhernier z docentem Busimenem udali się po schodkach w kierunku otworu ziejącego 

światłem.  Kończyły  się  one  małym  tarasem  skalnym,  zawieszonym  nad  przepaścią.  Tutaj 
znaleźli szkielet profesora Heinesa. 

Busimen zwrócił uwagę, że do występu skalnego na tarasie przymocowane były resztki 

zbutwiałej liny, której koniec zwisał nad przepaścią. Widocznie towarzysze profesora podjęli 
ryzykowną próbę zejścia na dół, sądząc, że w ten sposób uda im się znaleźć wyjście z pułapki. 
Jednak to przedsięwzięcie musiało się skończyć tragicznie. 

Dhernier  polecił,  by  opróżniono  z  ksiąg  jedną  z  kamiennych  skrzyń  i  w  niej  złożono 

szczątki profesora Heinesa.  

Przystąpiono do pakowania księgozbiorów. Pod jedną z płyt znaleziono dziennik Heine-

sa.  Zawierał  on  opis  pracy,  domysły  na  temat  przyczyn  katastrofy,  która  odcięła  ekspedycję 
od  świata,  próby  skatalogowania  znajdujących  się  w  salach  zbiorów  oraz  przypuszczenia 
profesora na temat ich pochodzenia i sposobu, w jaki tu dotarły. Heines  nie umiał wytłuma-
czyć  przyczyny  obsunięcia  się  skały.  Przypuszczał,  że  była  to  celowo  przed  wiekami  zasta-
wiona pułapka na tych, którzy by chcieli wtargnąć do biblioteki. 

Z notatek wynikało, że Heines miał pewność, iż księgozbiory te stanowią część dawnej 

Biblioteki  Kartagińskiej  i  zostały  najprawdopodobniej  przeniesione  tu  przez  uciekinierów, 
którzy musieli wiedzieć — ze starych rękopisów — o istnieniu Tedeggi... 
 
 
 

 

Księgozbiór tedeggański w całości został przewieziony do Europy. 
Rozpoczęło  się  żmudne  odczytywanie  tekstów.  Całością  prac  kierował  profesor  Dher-

nier. Wyniki badań przeszły najśmielsze oczekiwania uczonego. Ustalono, że większość prac 
jest  pochodzenia  staroegipskiego  i  zawiera  bogaty  materiał  historyczny  oraz  zbiory  modlitw 
medyczno-magicznych i legend. 

Idąc  za  wskazówkami  Heinesa,  Dhernier  dużo  uwagi  poświęcił  przede  wszystkim 

jednemu  z  papirusów.  Był  to  bodajże  najstarszy  egzemplarz.  Odczytanie  nastręczyło  wiele 

background image

trudności,  gdyż  pisany  był  hieroglifami  z  epoki  pierwszej  dynastii,  kiedy  system  znaków 
dopiero się ustalał i napotykano bez przerwy na coraz to nowe nieznane odmiany i nieoczeki-
wane ligatury. Powoli z odczytywanego tekstu wyłaniała się historia i dzieje zagłady jakiegoś 
państwa. 

Dhernier  doszedł  do  wniosku,  że  właśnie  z  tego  tekstu  korzystali  Platon  przy  pisaniu 

Critiasa i Milon przy pisaniu Księgi Machin

Z  treści  zapisu  wynikało,  że  Egipt  był  lennikiem  jakiegoś  tajemniczego  mocarstwa, 

znajdującego się za morzem. Papirus głosił: 

„Stał  się  głód  w  ziemi  naszej  i  zstąpili  na  ląd  z  brzucha  ryby  brodaci  przybysze  w 

długim, czarnym odzieniu. Wszyscy mieli wronie twarze, to znaczy podłużne twarze z orlimi 
nosami.  W  Delcie  Nilu,  w  Delcie  Tygrysu  i  Eufratu  uczyli  naród,  budowali  świątynie,  pira-
midy, przeprowadzali kanały nawadniające i uczyli sprowadzania deszczu na wyschłe pola. I 
głód odwrócił swoje oblicze od ziemi naszej...” 

Od  tego  czasu  rozpoczyna  się  okres  panowania  nieznanych  przybyszów  w  Egipcie. 

Wraz  z  rozkwitem  państwa  egipskiego  wzrastały  żądania  tajemniczych  władców.  Bogactwa 
wywozili oni nieznanymi okrętami, które poruszały się po morzu bez żagli. 

O  ile  wiadomo,  że  okręty  tajemniczych  przybyszów  bez  trudu  dobijały  do  Egiptu,  to 

nigdzie nie ma wzmianki o tym, aby jakiemukolwiek żeglarzowi egipskiemu udało się dotrzeć 
do tajemniczej ziemi. Przybyszów otaczano czcią przysługującą bogom i sądzono, że pocho-
dzą  z  jakiejś  świętej  krainy.  Jedynie  faraon  Job,  na  którego  nałożono  szczególnie  wielkie 
kontrybucje,  zbuntował  się  i  powstał  przeciw  tajemniczym  władcom.  Garstka  przybyszów 
zniszczyła całkowicie wielką armię Joba. Od tego czasu nie zanotowano żadnych prób buntu. 

Poddaństwo Egiptu zakończyło się nagle i w tajemniczych okolicznościach. Stało się to 

w  tym  samym  czasie,  kiedy  straszliwy  kataklizm  nawiedził  ziemię.  Papirus  notuje  różne 
relacje o tym kataklizmie: 

„Niebo  połączyło  się  z  ziemią.  W  ciągu  jednego  dnia  wszystko  zginęło.  Dzień  ten 

wytępił  wszystko  co  żyje,  nawet  góra  zanurzyła  się  w  wodzie  i  woda  stała  nieruchomo  w 
ciągu  52  wiosen...  Ziemia  pociemniała  i  zaczął  padać  ponury  deszcz  —  deszcz  w  dzień  i 
deszcz  w  nocy...  I  rozległ  się  szum  ognia  nad  głowami...  Wówczas  ludzie  rozpychając  się 
nawzajem,  w  rozpaczy  rzucili  się  do  ucieczki.  Włazili  na  dachy  domów  i  domy  waląc  się 
zrzucały ich na ziemię, wspinali się na drzewa i drzewa strząsały ich z siebie, chcieli wejść do 
jaskiń i jaskinie zamykały się przed nimi… morze wystąpiło z brzegów i cała rozległa równi-
na ciągnąca się bez kresu pokryta została wodą i utopiona. Jedynie góry nie zostały zatopione 
i stały się wyspami... Kraj siedmiu wzgórz, ziemia Att była skazana na zagładę. Po dwukro-
tnych  silnych  wstrząsach  znikła  nagle  w  ciągu  nocy.  Ziemia  nieustannie  trzęsła  się  wskutek 
sił podziemnych, które podnosiły ją i upuszczały w wielu miejscach tak, że zapadała się. Kraj 
oddzielił  się  jeden  od  drugiego,  a  następnie,  nie  będąc  w  stanie  oprzeć  się  tym  straszliwym 
wstrząsom,  zapadł  się,  pociągając  za  sobą  64  miliony  mieszkańców...  Potopowi  i  pożarowi 
towarzyszyło  niezwykłe  zaciemnienie  słońca.  W  ciągu  pięciu  dni  z  rzędu  nie  było  w  ogóle 
światła i ciepły kraj, obfitujący  we wspaniałe owoce i jaskrawe ptaki, stał się w ciągu tych 
pięciu dni pustynią...” 
 

* * * 

 

Według  rękopisu  z  kataklizmem  wiąże  się  jedno  bardzo  znamienne  wydarzenie,  które 

miało spowodować szybką odbudowę Egiptu i jego późniejszy wspaniały rozkwit. 

„Kiedy słońce wróciło na niebo, pozostali przy życiu mieszkańcy Sais w gruzach swoje-

go miasta znaleźli cielsko wielkiego, twardego ptaka. Leżał martwy, z obłamanymi skrzydła-
mi. Bojaźliwie zbliżyli się do niego. Przekonali się, że ptak żył. Z jego głowy dobiegał głos, 
który w słowach, jakimi posługiwali się Władcy, ludzie o wronich twarzach, wzywał pomocy. 

background image

Saisanie przełamali lęk i, jak nakazywał im  głos, otworzyli drzwi na nosie ptaka.  Z wnętrza 
wyszedł brodaty mężczyzna w długim, czarnym odzieniu”.  

Ludzie  przerażeni  kataklizmem  do  ostatnich  granic  przyjęli  starca,  tak  jakby  bóstwo 

zstąpiło na ziemię Stał się ich kapłanem, nauczycielem i prawodawcą, Rozproszonych zorga-
nizował  w  społeczeństwo.  Dał  im  kalendarz,  prawa  i  wprowadził  kult  słońca.  Ożywił  ruiny. 
Wśród pustyni nauczył zakładać sady i uprawiać pola. Przebywał wśród Egipcjan i mówił, że 
chce zmienić kraj na wzór tego, z którego przybył. 

Papirusy zawierają wiele z opowieści Tota — tak bowiem kazał się nazywać. Kronikarz 

notuje o krainie Tota, która miała być bogatą i żyzną. 

„Jej  pola  i  ogrody  dawały  obfite  plony.  Żniwa  odbywały  się  tam  dwa  razy  do  roku. 

Rzeki obfitowały w ryby, a lasy w zwierzynę. Ludność wydobywała z ziemi wszystko to, co 
było „twarde i topliwe”. Kraina słynęła z bogatej roślinności. Miasta miały  ruchome domy i 
ulice. Mieszkańcy posługiwali się mówiącymi maszynami. Potrafili noc zamieniać na dzień. 
Krainą rządziło dwunastu kapłanów. Poddani znali jednak tylko jednego imieniem Ata, wład-
cę  pól,  lasów,  wojska,  zastępów  urzędników  i  tedeggów,  którzy  pływali  za  morza  do  barba-
rzyńców, mówiąc tam o istnieniu Krainy Bogów i głosząc, iż wszystkie ludy powinny stać się 
jej lennikami”. 

Przy  lekturze  papirusu  uderza  duża  nieporadność  kronikarza.  Nie  mógł  on  widocznie 

zrozumieć  wszystkiego,  o  czym  mówił  Tot.  Nie  potrafił  znaleźć  odpowiednich  słów  i  okre-
śleń  dla  wiernego  oddania  treści  opowiadań.  Z  tych  względów  fragmenty  relacji  dotyczące 
sposobu, w jaki Tot przyleciał do Egiptu w „ptaku”, są zupełnie nieczytelne. 

Zakończenie  papirusu  zawiera  opis  wielkiej  żałoby,  w  jakiej  pogrążył  się  kraj  przez 

okres trzech odmian księżyca po śmierci Tota.  Ludzie wychodzili z miast na pustynię, którą 
poili krwią zwierząt ofiarnych. 

Przez cale dni nie przyjmowali pokarmu i wody leżąc na rozpalonym piasku. 
Zabalsamowane  ciało  Tota  złożono  zgodnie  z  jego  wolą  obok  szczątków  ptaka,  w 

którym przyleciał do Egiptu, w świątyni piramidzie. 
 
 
 

VI 

 

Dhernier coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że zarówno spisana relacja Tota, 

jak i poprzednio zapiski egipskich kronikarzy dotyczą historii legendarnej Atlantydy. 

Przekraczało to jego najśmielsze oczekiwania z okresu, kiedy postanowił pójść śladami 

prof.  Heinesa.  Dhernier  wraz  z  zespołem  współpracowników  przygotował  obszerną  pracę 
naukową o historycznych źródłach istnienia Atlantydy. Została ona przyjęta dość sceptycznie 
przez  świat  nauki.  Główne  zarzuty  dotyczyły  przede  wszystkim  tych  partii,  w  których  była 
mowa o cywilizacji i stopniu rozwoju techniki w Atlantydzie. Twierdzono, że Dhernier dał się 
złapać  na  lep  fantazji  podekscytowanego  wydarzeniami  egipskiego  kronikarza,  który  pisał  o 
okrętach bez żagli i latającym ptaku. Twierdzono, że kataklizm stworzył wystarczająco poda-
tny grunt do powstania najprzedziwniejszych legend. 

Rzeczywiście,  był  to  najsłabszy  punkt  jego  pracy.  Rozproszyć  wątpliwości  mogło 

jedynie  ewentualne  odnalezienie  grobowca  Tota,  o  którego  istnieniu  wspominają  papirusy. 
Nigdzie  jednak,  nawet  w  przybliżeniu,  nie  zostało  podane  miejsce,  w  którym  grobowiec  ten 
powinien się znajdować. 

Dhernier  na  razie  nie  zrażał  się.  Czekał  na  zakończenie  badań  prowadzonych  przez 

kilka podległych mu grup specjalistycznych, pracujących nad pozostałymi materiałami przy-
wiezionymi z Tedeggi. 

Przewidywania jego spełniły się. Busimen, który pracował nad Księgami Jukatańskimi, 

background image

natrafił na opis ziemi egipskiej podróżnika — Nithana z Jukaty. Ten w relacji o napotykanych 
w Egipcie cudach architektonicznych wymienia również grobowiec Tota, o którym pisze, że 
był  założycielem  i  pierwszym  kapłanem  Słońca  starożytnego  Egiptu.  Nithan  umiejscawia 
grobowiec Tota w okolicy miasta Sais. 

To  odkrycie  zadecydowało.  Dhernier  postanowił  podjąć  nową  wyprawę.  Tym  razem 

przy pełnym poparciu Instytutu Archeologii C.C.B.M. udało mu się skompletować zespół do-
skonałych fachowców. Wśród członków wyprawy nie brakowało sceptyków, których jednak, 
mimo wątpliwości, zafascynowały dotychczasowe odkrycia Dherniera. 
 
 
 

VII 

 

Do  Sais,  dzięki  dobremu  przygotowaniu,  udało  się  dotrzeć  bardzo  szybko.  Niedaleko 

miasta, w środku równiny, wznosiły się dwie piramidy poświęcone Księżycowi i Słońcu. 

Wokoło  piramid  piętrzyły  się  stosy  ruin.  Były  to  ruiny  dawnych  świątyń,  w  których 

kapłani  czcili  ciała  niebieskie,  świecące  w  dnie  i  w  nocy.  Posługując  się  akustycznymi  son-
dami badano metr po metrze rumowisko i otaczającą je pustynię. W odległości około półtorej 
mili  na  wschód  od  piramidy  Księżyca  sondy  wykazały,  że  pod  grubą  warstwą  naniesionego 
przez wieki piasku znajduje się duża budowla. Do jej odkopania przystąpiono z przedsięwzię-
ciem  wszelkich  środków  ostrożności.  Łatwo  byto  o  uszkodzenie  wykopaliska.  Pracę  prowa-
dzono ręcznie.  

Po trzech tygodniach wychylił się płaski, ścięły szczyt. Natychmiast zrobiono zastrzyk z 

cementu, aby zapobiec usuwaniu się kamieni. Upłynęło dalsze cztery miesiące, w ciągu któ-
rych,  bez  mała  centymetr  po  centymetrze,  zbliżano  się  do  fundamentów.  Wreszcie  14  kwie-
tnia 1957 r. odrzucono ostatnią łopatę piasku. 

Przed  oczami  uczonych  stała  budowla  przypominająca  zarysem  piramidę.  Wejście  do 

niej  znajdowało  się  od  strony  piramidy  Słońca.  Po  odwaleniu  zamykających  głazów  ludzie 
znaleźli się w korytarzu o wysokości dwu metrów. Prowadził on do kwadratowej niszy. Na jej 
środku ujrzeli sarkofag z lśniącego drzewa, pokryty malowidłami i hieroglifami. Jego dolna 
część była zamknięta i tworzyła prawidłową, kwadratową podstawę. 

Pracowano  w  zupełnym  milczeniu.  Zachodziła  bowiem  obawa,  że  dźwięk  głosu  może 

wywołać  tu,  podobnie  jak  w  górach,  lawinę  i  zawalenie  się  całej  budowli  lub  zniszczenie 
jakiegoś fragmentu, z których każdy posiadał — co nie budziło najmniejszej wątpliwości — 
nieocenioną wartość historyczną. 

Po  otwarciu  sarkofagu  ukazała  się  postać  ludzka,  przypominająca  posąg  z  jasnego 

brązu.  Uwagę  wszystkich  zwrócił  sposób  balsamowania  ciała.  Niczym  nie  przypominał  on 
praktykowanego  w  późniejszym  okresie  przez  Egipcjan.  Zastosowano  raczej  metodę,  którą 
opisuje  Variot  w  swoim  dziele  pt.  Antropologia  galwaniczna.  Naskórek  pokrywała  cienka 
warstwa  srebra,  ta  z  kolei  pokryta  była  drugą  warstwą  siarczanu  miedzi.  Tak  więc  był  to 
raczej posąg, a nie mumia. W sarkofagu znajdowały się także srebrne i złote posążki, figurki 
ryb i ptaków, metalowe talerze, bransolety itd. 

Podczas kiedy uczeni, zaszokowani odkryciem, przeglądali sarkofag i znajdujące się w 

nim przedmioty, Dhernier gorączkowo przeszukiwał zakątki niszy, oglądał malowidła, studio-
wał hieroglify. Zdawał sobie sprawę, że nie znaleziono dotychczas tego, co by w jakikolwiek 
sposób mogło przyczynić się do wyjaśnienia najważniejszej sprawy. 

Obsłuchiwanie  ścian  i  podłogi  aparatami  Linera  nie  dało  rezultatu.  Mur  wszędzie  był 

zwarty  i  nie  wyczuwało  się  pustki.  Dherniera  spalała  niecierpliwość.  Aby  się  opanować, 
wyszedł na zewnątrz. Usiadł w stojącym w pobliżu łaziku. 

— Ale sukces, panie profesorze — odezwał się szofer. 

background image

— Tak, oczywiście — odparł z roztargnieniem profesor. 
—  Dzisiaj  nikomu  chybaby  się  nie  chciało  stawiać  tak  wielkiej  budowli  —  podjął 

szofer. — A grób umieścili w samym kącie, w maleńkiej dziurze. 

— Co? — Dhernier ocknął się. 
— Ano mówię, że to próżna robota. Tu przecież można zmieścić boisko do golfa... 
Dhernier  nie  słuchał  już  dalszych  słów  szofera.  Z  napięciem  patrzył  na  piramidę. 

Rzeczywiście wejście do niszy nie znajdowało się pośrodku, a w lewym boku. 

Wyskoczył z auta i pobiegł do piramidy. Na progu natknął się na jednego z asystentów. 
— Szukałem pana profesora. Niech pan spojrzy co się dzieje z busolą?! 
Dhernier bez słowa wyrwał mu ją z rąk. 
Niemożliwe! Strzałka busoli, mimo manewrowania, uparcie odchylała się na wschód, w 

kierunku ściany, na której wyrzeźbiona była głowa ptaka-fregaty. 

— Panowie! — krzyknął Dhernier nie panując nad sobą. 
Wszyscy spojrzeli na niego zaskoczeni. 
— Panowie! Panowie... — szeptał wskazując na busolę. 
Zrozumieli. 

 

* * * 

 

Całą  niszę  zabudowano  wewnątrz  rusztowaniem  z  drzewa,  podpierając  stemplami 

sklepienie i boczne ściany z wyjątkiem wschodniej. Wykruszając powoli spoidło, jakim były 
złączone poszczególne kamienie, zrobiono wąski otwór. Po wyjęciu jednego z kamieni natra-
fiono na próżnię. Szybko poszerzono otwór. 

Uczeni przeciskali się jeden za drugim. Dhernier, który wszedł pierwszy, krzyknął: 
— Podajcie reflektory! 
Trysnął strumień światła. 
Ludzie patrzyli skamieniali. W ciszy rozległ się nerwowy szept... 
— Rakieta... 

 

* * * 

 

Sais i tereny położone między piramidami — Słońca i Księżyca — zamieniły się w je-

dno wielkie kretowisko. Setki robotników pod kierownictwem naukowców przetrząsały każdą 
grudkę  ziemi.  Wokół  tych  terenów  wyrosło  całe  miasto,  zbudowane  z  białych  plastikowych 
domków. Zarządzający tym miasteczkiem naukowców, Arim Korren, w przypływie dobrego 
humoru  kazał  poustawiać  tablice,  które  wyznaczały  granice  dzielnic.  Dla  każdej  z  dzielnic, 
zamieszkałej  przez  poszczególne  grupy  specjalistów,  wymyślił  niepozbawione  dowcipu  i 
złośliwości zarazem odpowiednie nazwy. Dzielnicę, w której mieszkał prof. Dhernier nazwał 
— „Atlantydka”, a inne: „Garkotłuków”, „Kretów” — itp. 

Był plac w tym miasteczku. Stał na nim olbrzymi hangar. Znajdowała się w nim rakieta 

przeniesiona  z  piramidy  Tota.  Dwa  razy  w  miesiącu  zbierali  się  w  hangarze  mieszkańcy 
miasteczka,  by  wysłuchać  sprawozdań  z  postępu  prac  poszczególnych  grup  badawczych. 
Spotkania te, mimo naukowego charakteru, miały stać się z czasem nieodłączną cząstką życia 
miasteczka.  Zbierano  się  tu  nawet  w  celach  towarzyskich,  czemu  sprzyjała  sama  atmosfera 
spotkań. Kierownicy poszczególnych grup referujący przebieg prac robili to w sposób bezpo-
średni, wprowadzając często elementy gawęd. 

Prace naukowe oparte na zbieranych materiałach miały dopiero powstać po zakończeniu 

badań. Materiał ów był tak rewelacyjny, że nawet najbardziej trzeźwi i rygorystyczni nauko-
wcy  zmuszeni  byli  do  przyjęcia  postawy  samoobronnej.  Polegała  ona  na  traktowaniu  wszy-
stkiego, na co tutaj napotykali, z beztroską laików. Był to zresztą jedyny sposób na utrzyma-

background image

nie w ryzach nerwów. Sam moment odkrycia rakiety w  grobowcu Tota  stał się wystarczają-
cym dowodem w tej mierze. 
 
 
 

VIII 

 

Horyzont  szarzał.  Piasek  jakby  zaskoczony  pierwszymi  falami  chłodu  —  zastygł. 

Uliczki  miasteczka  zaroiły  się.  Wszyscy  kierowali  swoje  kroki  do  hangaru.  Dzisiejszy  wie-
czór zapowiadał się atrakcyjnie. 

W  mijających  grupkach  rozmawiano,  snuto  przypuszczenia.  Jedni  traktowali  to  z  nie-

zwykłą powagą. Ale można było spotkać także i takich, którzy emocjonowali się tym wieczo-
rem jak dobrze zapowiadającym się meczem bokserskim. Zawierano nawet zakłady. Typowa-
no możliwości na zasadzie totalizatora i sportowego. 

W  hangarze,  za  stołem  stojącym  u  stóp  rakiety,  zasiadł  w  otoczeniu  kilku  uczonych 

prof. Dhernier. Kiedy wnętrze hangaru zapełniło się i ucichły ostatnie słowa, profesor wstał i 
wskazując na wysokiego,, szczupłego mężczyznę powiedział: 

— Oto profesor Carpone, specjalista od rakiet i podróży kosmicznych. Proszę bardzo. 
— Pragnąłbym przedstawić — rozpoczął Carpone — wyniki badań mojego zespołu. Jak 

państwo wiedzą, skoncentrowaliśmy głównie swoje zainteresowania na rakiecie Tota. Wyniki 
są  rewelacyjne.  ale  jeszcze  niepełne.  Mam  nadzieję,  że  w  najbliższej  przyszłości  będziemy 
mogli  powiedzieć  znacznie  więcej.  Sam  kadłub  rakiety,  pokryty  nieznanym  nam  stopem 
metalu,  jak  na  swój  wiek  zachował  się  doskonale.  Zdołaliśmy  ustalić  wiek  rakiety,  bagatela 
—  10...  do  11  tysięcy  lat!  Ten  czas  okazał  się  wystarczający,  aby  cała  znajdująca  się  we-
wnątrz aparatura znalazła się w trudnym do zidentyfikowania stanie. W niezrozumiały jednak 
sposób ocalała z kataklizmu i obroniła się przed niszczycielskim działaniem wieków zainsta-
lowana w rakiecie ultrakamera fotograficzna wraz z filmem utrwalonym na płytach o zagad-
kowej konsystencji. Prawdopodobnie zawdzięczamy to przezornemu Totowi, który kamerę i 
film specjalnie zabezpieczył. 

— Nie natrafiliśmy na ślady, które by mogły nas naprowadzić na przyczynę skłaniającą 

Tota  do  wystartowania  w  rakiecie  z  Atlantydy.  Być  może  Tot  uciekał.  Zdjęcia  zanotowały 
olbrzymią detonację, w wyniku której od ziemi — w ślad za Totem — oderwała się ogromna 
pięciostopniowa  rakieta.  Zdjęcia  wskazują,  że  zbliżała  się  ona  z  nieprawdopodobną  szybko-
ścią  do  rakiety  Tota.  Jednak  po  kilkunastu  klatkach  rakieta  ta  wybucha  i  rozrywa  się  w 
powietrzu.  Następne  zdjęcia  utrwaliły  kilka  kolejnych  wybuchów  na  ziemi  o  ogromnej  sile. 
W tej samej chwili uszkodzona na skutek uderzenia fali powietrznej kamera przestała działać, 
a sama rakieta wytrącona z żyra lotu — szczęśliwie, na trudnej do wytłumaczenia zasadzie — 
wylądowała w Egipcie. 

—  Tymczasem  Atlantyda  przestała  istnieć.  Termojądrowa  reakcja  łańcuchowa  —  350 

milionów  stopni  Celsjusza  —  zrobiła  swoje.  Dlaczego  Tot  uciekał?  Dlaczego  wszczęto  za 
nim  pogoń?...  Wybaczcie,  to  nie  mój  resort.  A  mówiąc  szczerze,  nie  wiem.  Moje  osobiste 
przypuszczenia opieram na ludzkich, współczesnych nam doświadczeniach. 

—  Jeśli  zaryzykowano  pościg  rakietami,  to  musiała  to  być  sprawa  państwowej  wagi 

albo ta najbardziej intymna — taki ludzki drobiażdżek... Sądzę jednak, że na ten temat jeszcze 
nieraz  będą  zabierali  głos  specjaliści.  Teraz  przedstawię  państwu  dane  techniczne  rakiety 
Tota, podam wyniki analiz surowca, z którego została zbudowana, oraz przedstawię schema-
tycznie zasady działania mechanizmów poruszających i urządzeń sterujących... 
 
 
 

background image

 

IX 

 

— Szach i... mat! 
— Tym razem udało się panu — powiedział Dhernier. 
— No to proszę bardzo, gramy rewanż — roześmiał się Carpone. 
Dhernier ustawiając pionki na szachownicy odezwał się pół żartem, pół serio: 
—  Gdybym  wiedział,  że  wszystko  to  tak  się  skończy,  wolałbym  rozwiązywać  zadania 

szachowe.  Przynajmniej  dziś  by  pan  ze  mną  nie  wygrał...  Ja,  archeolog,  specjalista  od 
potłuczonych dzbanków, włażę w atomową awanturę! 

— Usprawiedliwia pana, że jest to awantura starożytna... Zupełnie starożytna.  
—  Zastanawiam  się  —  rzekł  poważniejąc  Dhernier  —  czy  my,  współcześni,  możemy 

skorzystać z tej, zdać by się mogło, fantastycznej historii. Czy nasza nauka... 

— Gdyby pan nam odkrył te rewelacje cztery, pięć lat temu, byłyby sensacją nie tylko 

historii świata antycznego, ale i dla naszych badań. Dzisiaj wiemy już więcej. 

— Chce pan przez to powiedzieć, że nie stać nas nawet na... Tota? 

 

* * * 

 

Na drugi dzień, nim jeszcze słońce stanęło nad pustynią, ekipy badaczy znów wyszły do 

pracy.  
 
 
 
 

ANDRZEJ ZAN 

 

KTO I DLACZEGO? 

 

 

—  WIESZ,  Jerzy  —  przerwałem  chwilę  milczenia  —  podziwiam  ciebie.  Często  nie 

wiem już, co o tym wszystkim myśleć: czy to tylko jakiś szczęśliwy zbieg okoliczności, czy 
też  naprawdę  stałeś  się  aż  tak  doskonałym  detektywem,  że  nie  ma  już  dla  ciebie  żadnych 
tajemnic. Przecież ta ostatnia seria morderstw, szantaży, włamań, to były wypadki naprawdę 
skomplikowane, a mimo to wspaniale rozszyfrowałeś i...  

—  Ach,  mój  drogi  —  Jerzy  nie  pozwolił  mi  dokończyć  —  sam  wiesz,  jak  bardzo 

przydała mi się twoja pomoc. To raczej ja powinienem z podziwem patrzeć na ciebie. 

Te ostatnie słowa zmieszały mnie. Wiedziałem, że mimo młodego wieku moja praktyka 

kryminalistyczna była dość duża, ale jednak nie taka, jaką miał Jerzy. Dlatego też każde jego 
zdanie  na  temat  moich zdolności  i  doświadczenia  sprawiało  mi  raczej  przykrość  a  nie  zado-
wolenie. 

Jerzy uśmiechnął się serdecznie. 
— Głowa do góry, Stef. Zobaczysz, że tobie też się przytrafi taka złota seria. 
Nie mogłem się z tym zgodzić. Jerzy zbyt lekko traktował swój niezwykły talent. Tam, 

gdzie ja musiałem na długo angażować cały zasób wiadomości, by odkryć niewiele znaczący 
szczegół, on w błyskawicznym tempie rozwiązywał całą zagadkę. Chciałem mu właśnie coś 
na  ten  temat  odpowiedzieć,  ale  przeszkodził  mi  przytłumiony  sygnał  telefonu  dochodzący  z 
sąsiedniego pokoju. Jerzy spojrzał na zegarek. 

—  Już  wpół  do  jedenastej  —  zdziwił  się.  —  Ciekaw  jestem,  co  też  mogą  chcieć  ode 

background image

mnie o tak późnej porze? Jak myślisz? 

— Gotów jestem założyć się, że to dzwoni oficer dyżurny. Zresztą, zamiast bawić się w 

zgadywankę, podnieś po prostu słuchawkę. 

Jerzy znikł już za drzwiami pokoju, skąd doszły mnie strzępki urywanej rozmowy. Nie 

rozumiałem  wszystkich  słów,  ale  po  sposobie  zadawania  przez  Jerzego  pytań,  po  jakimś 
dziwnym akcencie jego głosu, wnioskowałem, że moje przypuszczenie było trafne. Toteż gdy 
Jerzy wrócił, spytałem: 

— No cóż, oficer dyżurny, prawda? Dokąd jedziemy? 
— Masz rację. Zaraz przyjedzie samochód. Chcesz ze mną jechać? 
— Oczywiście! A czy mógłbyś mi powiedzieć, co się stało? 
— Opowiem ci podczas jazdy. Teraz trzeba się przygotować. 
Gdy po kilku minutach siedzieliśmy wygodnie w milicyjnej „Warszawie”, Jerzy zaspo-

koił moją ciekawość. 

— Zamordowano doktora Krzyżowskiego, tego znanego chirurga z ulicy Wyspiańskie-

go.  Przed  kwadransem  telefonowała  na  posterunek  jego  żona.  Poleciłem,  żeby  tam  natych-
miast pojechał Kubiak i zabezpieczył mieszkanie. To wszystko. 

„Warszawa”  skręciła  gwałtownie  w  jedną,  potem  w  drugą  przecznicę  i  zatrzymała  się 

przed ciemnym skąpo oświetlonym budynkiem, oddzielonym od bez pośredniego sąsiedztwa 
ulicy  wąskim  pasem  trawnika  i  metalowym  ogrodzeniem.  Wyszliśmy  z  samochodu.  Lubicz 
przeskoczył  zręcznie  przez  dużą  deszczową  kałużę  i  stanął  przed  uchyloną  furtką.  Przez 
chwilę  przyglądał  się  willi.  Na  frontową  ścianę  padał  słaby  blask  światła  pobliskiej  latarni, 
układając  się  na  niej  nieregularnymi  plamami.  Tylko  w  dwóch  oknach  było  jasno,  reszta 
tonęła w mroku i ciszy. 

— Niezbyt miłe wrażenie — uśmiechnął się Jerzy — oprawa doskonale dopasowana do 

zbrodni. Ciemna deszczowa noc, ponury dom i trup. Makabryczne, co? 

Drzwi  wejściowe  były  otwarte.  Namacałem  ręką  kontakt  i  przekręciłem.  Byliśmy  w 

niewielkim  hallu,  w  którym  poza  szerokimi  drewnianymi  schodami  i  drugimi  drzwiami  nie 
było nic więcej.  Lubicz  spojrzał na nie i ostrożnie nacisnął klamkę. Były  zamknięte. Poszli-
śmy schodami w górę.  Na pierwszym piętrze zatrzymaliśmy się na widok niklowanej tabli-
czki  z  nazwiskiem  doktora  Krzyżowskiego.  W  mieszkaniu  już  na  nas  widocznie  czekano, 
gdyż  na  odgłos  kroków  drzwi  się  otworzyły  i  stanął  w  nich  sierżant  Kubiak.  Przywitaliśmy 
się. 

—  Jak  wygląda  ta  cała  historia?  —  spytał  Jerzy,  gdy  zdejmowaliśmy  w  przedpokoju 

płaszcze. 

—  Niezbyt  wesoło  —  odparł  zapytany  —  zabito  go  tak  niespodziewanie,  że  prawdo-

podobnie nie zdążył nawet krzyknąć. 

— Jest jeszcze ktoś w mieszkaniu? 
— Tak. Jego żona. Zamknęła się w kuchni, płacze i nikogo nie chce wpuścić. 
— A lekarz? 
— Powinien zaraz przyjechać. 
— Gdzie to się stało? 
Kubiak wskazał pokój. 
— W gabinecie. 
Weszliśmy. Pokój urządzony był ze smakiem. W rogu stało piękne, rzeźbione biurko, w 

drugim niski stoliczek w otoczeniu klubowych, krytych skórą foteli. Dwie duże szafy biblio-
teczne, których półki uginały się pod ciężarem oprawnych w ciemne płótno książek, drzewo-
ryty na ścianach i duży dywan na środku pokoju. Krzyżowski leżał na boku, obok biurka. Nie 
było  widać  jego  twarzy,  gdyż  zwrócona  była  w  stronę  okna  i  na  wpół  skryta  w  puszystym 
dywanie.  Lubicz  już  klęczał  przy  nim  i  przeprowadzał  drobiazgowe  oględziny.  Wreszcie 
wstał  i  gładząc  się  w  zamyśleniu  po  włosach,  zaczął  błądzić  wzrokiem  po  pokoju. Wiedzia-

background image

łem, że nie powinienem mu teraz przeszkadzać, jednak ciekawość zwyciężyła. 

— Czym został zabity? — spytałem. 
Jerzy machnął niecierpliwie ręką i wolnym krokiem podszedł do ściany. Drzwi prowa-

dzące  z  sypialni  do  gabinetu  otwierały  się  w  naszą  stronę,  za  nim  na  wpół  zasłonięta  stała 
mała,  orzechowa  szafka.  Lubicz  z  zainteresowaniem  przyglądał  się  dużemu  metalowemu 
przyciskowi do papierów, który leżał na tej szafce. Spojrzał na mnie i powiedział: 

— Oto masz narzędzie zbrodni. 
Podczas gdy oglądałem przycisk nie dotykając go, Lubicz skrupulatnie badał każdy kąt 

pokoju. Szczególnie dużo uwagi poświęcił biurku i w pewnej chwili spytał się, czy nie mam 
przy  sobie  szkła  powiększającego.  Zawsze  nosiłem  je  z  sobą,  toteż  z  radością  mu  podałem, 
ciesząc się, że choć w ten sposób mogę mu się przysłużyć. Jerzy dość długo badał powierz-
chnię biurka i bogato rzeźbione ornamenty. Później usiadł w fotelu i zamyślił się. 

Ponieważ  sierżant  Kubiak  gdzieś  się  zawieruszył,  a  lekarz  jeszcze  nie  przyjechał, 

zainteresowałem się papierami leżącymi na biurku. Sporo kart pocztowych od różnych osób, 
których imiona i nazwiska nic mi nie mówiły, zawiadomienia o odczytach i zjazdach, jakieś 
zaproszenia... Już chciałem odejść, zniechęcony, gdy zauważyłem wystający spod podstawki 
do kałamarza wąziutki skrawek papieru. Wziąłem go do ręki. Był to skrawek gazety z wypi-
sanymi  kilkoma  cyframi  i  dwoma  literami.  Liczba  1910,  później  litery  „NT”  i  znów  liczba 
2030. Spojrzałem na Jerzego. Siedział w fotelu z przymkniętymi oczyma. 

Nie należało mu przeszkadzać, zresztą w tej chwili Lubicz na pewno by nawet nie zare-

agował.  Schowałem  przeto  karteczkę  do  kieszeni,  obiecując  sobie,  że  pokażę  mu  ją  później. 
Na lekki szelest odwróciłem się w stronę jednej z bibliotek i nagle zamarłem z przerażenia. 

Koło biblioteki stała kobieta! 
Zaprzątnięty  swoimi  myślami  nie  wyobrażałem  sobie,  że  ktoś  jeszcze  może  być  prócz 

nas  w  pokoju.  Mimo  całej  grozy  sytuacji  musiałem  mieć  wygląd  dość  zabawny,  gdyż  w 
oczach jej dojrzałem przez ułamek sekundy iskierkę drwiny. 

Poza mną rozległ się głos: 
— Pani pozwoli, że się przedstawię. Jerzy Lubicz, a to porucznik Stefan Borecki. 
—  Panowie  w  sprawie  tego...  —  głos  jej  załamał  się  na  sekundę  —  tego  smutnego 

wypadku? 

— Tak. Proszę, tu legitymacja... Czy pozwoli pani, że jej zadam kilka pytań? 
Kobieta usiadła w fotelu, który przed chwilą zajmował Lubicz. 
— Jestem strasznie... — nie dokończyła. W jej oczach ukazały się łzy. 
— Kiedy stwierdziła pani ten... wypadek? 
— Zaraz po powrocie do domu. Zdejmowałam palto i przez otwarte drzwi zobaczyłam, 

że Janek, to znaczy mąż, leży na dywanie. 

—  Długo  była  pani  poza  domem?  Przepraszam  za  niedyskrecję,  ale  muszę  wiedzieć, 

gdzie spędziła pani ten czas. 

Krzyżowska uśmiechnęła się smutnie. 
—  Nie  mam  nic  do  ukrywania.  W  każdy  piątek  chodzę  na  koncert  do  Filharmonii. 

Wyszłam wpół do siódmej, wróciłam kilka minut po dziesiątej. 

— Czy w chwili pani wyjścia na koncert był jeszcze ktoś, poza mężem, w mieszkaniu? 
— Tak, syn. I zdaje się, że jeszcze była Krystyna. 
— Kto to jest? 
— Zajmuje się kuchnią i domem. Pomoc domowa. 
— A syn? 
—  Miał  wieczorem  koło  ósmej  wyjechać  służbowo.  Delegacja.  Powinien  wrócić  jutro 

wieczorem, ewentualnie w niedzielę rano. 

Siedziałem trochę z boku, tak że widziałem profil pani domu. Podziwiałem ją. Opano-

wała się zupełnie, jej odpowiedzi były krótkie, treściwe, rzeczowe. Była bardzo ładna. Wyglą-

background image

dała  najwyżej  na  trzydzieści  pięć  lat,  a  ponieważ  z  rozmowy  wynikło,  że  ma  już  dorosłego 
syna, musiała dbać o swoją powierzchowność. Siedziała teraz na brzegu fotela, z odrzucony-
mi do tyłu ciemnymi, bujnymi włosami. Dłońmi o wysmukłych palcach objęła kolano i gdyby 
nie  wielka  bladość  jej  twarzy,  nikt  nie  mógłby  przypuszczać,  że  spotkało  ją  tak  wielkie 
nieszczęście. Zapytałem: 

— Czy mąż pani oczekiwał kogoś dziś wieczorem? 
Zbladła i gwałtownie odwróciła się w moją stronę. 
Spojrzałem jej w twarz. Rozszerzone, przerażone oczy zatrzymały się na mojej osobie i 

zobaczyłem jak stopniowo wygasa w nich zdumienie i lęk. 

— Och, przepraszam, ale pan ma głos taki podobny do mojego syna — wyszeptała. 
Uśmiechnąłem się. 
—  Przepraszam,  że  tak  panią  przestraszyłem.  Czy  mąż  pani  oczekiwał  kogoś  dziś 

wieczorem? 

—  Chyba  nie  —  odpowiedziała  po  chwili  —  zresztą  ciężko  mi  odpowiedzieć  na  to 

pytanie, gdyż mąż nigdy nie zwierzał się nikomu. Zresztą jego praca ani klienci... wcale mnie 
to nie interesowało. 

—  Jak  pani  sądzi,  czy  w  dniu  dzisiejszym  mąż  pani  mógł  mieć  przy  sobie  coś,  co  by 

sprowokowało tę tragedię? Może jakieś pieniądze? Czy sprawdzała pani? Może coś zginęło? 

— Sprawy finansowe nie interesowały mnie wcale. Wiem, że mąż zarabiał dużo pienię-

dzy,  ale  co  robił  z  nimi,  gdzie  je  trzymał,  tego  nie  wiem.  Co  miesiąc  dostawałam  od  niego 
cztery tysiące na dom, dwa na własne wydatki, reszta nic mnie nie obchodziła. Biżuterii nie 
miał, gdyż jej nie lubił. Janek był zresztą tak skryty, że nie wiem, co miał, czego nie miał, ile 
wydawał i na co. 

— A czy pani nie wie, skąd wzięła się ta fotografia? 
Lubicz wyciągnął z kieszeni zgnieciony prostokąt papieru i delikatnie wyprostował  go 

przed oczyma pani Krzyżowskiej. Spojrzałem również, zastanawiając się, gdzie Jerzy znalazł 
tę odbitkę. Była to zgnieciona fotografia ładnej, jednopiętrowej willi. 

—  Nie,  nie  wiem,  pierwszy  raz  widzę  ten  dom.  Jestem  nawet  zdziwiona,  gdyż  Janek 

nigdy nie interesował się budownictwem i architekturą. 

— A ta rękawiczka? 
Patrzyłem  na  leżącą  teraz  na  kolanach  pani  Krzyżowskiej  zupełnie  nową  rękawiczkę 

skórzaną. Potrząsnęła przecząco głową. 

— Nie, widzę ją po raz pierwszy. Zarówno mąż, jak i syn nosili inne, ciemniejsze. 
— Hm, to ciekawe. A czy nikt ze znajomych nie ma podobnych? 
—  Rzadko  ktoś  do  nas  przychodzi.  Nawet  pacjentów  mąż  od  kilku  miesięcy  przyj-

mował wyłącznie w klinice. Nie wiem, skąd się mogła wziąć. 

Zapadła chwila milczenia. Lubicz spojrzał na zegarek. 
— Nie będziemy pani dłużej męczyli. Proszę odpocząć. Czy nie będzie  nieprzyjemnie 

nocować w tym mieszkaniu? 

— O tak, ja tu nie mogę zostać sama. Prześpię się u znajomych. 
— Dobrze. Podwieziemy panią samochodem. 
Podczas  gdy  pomagałem  pani  Krzyżowskiej  włożyć  płaszcz,  Lubicz  wydawał  ostatnie 

polecenia Kubiakowi. Zeszliśmy na dół. 

—  Dobrze,  że  mamy  samochód,  bo  znów  deszcz  pada.  Dokąd  panią  podwieźć?  — 

spytał Lubicz. 

— Ach nie, dziękuję bardzo, ja sama pójdę. To kilka kroków. 
— Nie, o tym nie ma mowy. Nie zostawimy pani na ulicy o północy i do tego jeszcze w 

takim deszczu! Proszę bardzo — Jerzy otworzył drzwi samochodu. 

Pani Krzyżowska wsiadła, choć wydawało mi się, że uczyniła to niechętnie. 
— Dokąd mamy panią podwieźć? 

background image

— Pan będzie łaskaw na... na Różaną. 
Po  kilku  minutach  samochód  zatrzymał  się  przed  wskazanym  domem.  Dopiero  po 

dłuższym  dzwonieniu  otworzył  nam  zaspany  dozorca.  Ledwie  zamknęła  się  za  nią  brama  i 
ucichły kroki, Lubicz gwałt wciągnął mnie do „Warszawy”. 

— Z powrotem! Pełny gaz! — rzucił kierowcy. 
Reakcja Jerzego była tak szybka i niespodziewana, że spojrzałem na niego zdziwiony. 
— Ty myślisz, że ona coś... — zacząłem. 
— Tak, ukrywa i to dużo rzeczy! — przerw Lubicz — dlatego musimy się spieszyć! 
Prawie biegiem wpadliśmy do mieszkania Krzyżowskich. Jerzy rzucił się do telefonu i 

nakręcił szybko numer Komendy. 

—  Tu  kapitan  Lubicz.  Proszę  wewnętrzny  96!  ...96?  Tak?  Tu  Lubicz.  Proszę  notować 

wszystkie  rozmowy  telefoniczne,  prowadzone  z  Różanej  numer  piętnaście...  Tak,  bardzo 
ważne! Od zaraz. Dziękuję 

Powiesił słuchawkę i odetchnął głęboko. 
—  Wcale  bym  się  nie  zdziwił,  gdyby  pani  Krzyżowskiej  już  nie  było  na  Różanej. 

Trzeba było zostawić kogoś przed domem. Zrobiłem błąd i ślad może urwać! 

— Jerzy, czy ty naprawdę myślisz, że to ona? — spytałem z niedowierzaniem. 
— Chwilowo nic nie myślę, tylko zbieram fakty. Krzyżowska nie chciała iść na Różaną. 

Dopiero gdy ją prawie zmusiliśmy do jazdy samochodem, wymieniła tę ulicę. No, ale szkoda 
czasu na przypuszczenia. Trzeba dokładnie obejrzeć mieszkanie! 

Nie  weszliśmy  już  do  gabinetu,  gdyż  tam  urzędowali  lekarz  i  fotograf.  Jerzy  zajął  się 

przedpokojem, ja wszedłem do przylegającej do  gabinetu sypialni. Nie zdążyłem się jeszcze 
dokładnie rozejrzeć, gdy Jerzy przywołał mnie. 

— Popatrz tutaj — powiedział. — Co o tym myślisz? 
Ukląkłem  obok  niego,  na  podłodze.  Przy  drzwiach  do  łazienki  widniała  na  jasnej 

posadzce ciemna plama wyschłego biota. 

—  Hm,  ciekawe!  —  mruknąłem,  nie  wiedząc  co  powiedzieć  —  postawił  tu  ktoś 

widocznie buty albo... parasol. 

Jerzy  przyglądał  się  plamie  z  dziwnym  wyrazem  twarzy.  Słyszałem,  jak  cichutko 

powtarzał: 

— Buty... buty... 
Nagle podniósł głowę i spytał: 
— Kiedy zaczął padać deszcz? Nie pamiętasz? 
— Zdaje się, że dopiero wieczorem — odpowiedziałem — mniej więcej koło godziny 

dziewiątej. 

—  Trzeba  będzie  sprawdzić.  Od  tego  może  wiele  zależeć.  No  cóż,  tu  nic  więcej  nie 

znajdziemy. Chodźmy dalej. 

W kuchni, sypialni i w trzecim pokoju, należącym prawdopodobnie do syna, zastaliśmy 

wzorowy porządek. Panował on zresztą i w pokoju pani Krzyżowskiej. Węszyliśmy tam przez 
chwilę, jak dwa wyżły polujące na zwierzynę i już chcieliśmy wrócić do gabinetu, gdy uwagę 
moją zwróciła biała plama w doniczce z paprocią. Podszedłem bliżej. Okazało się, że był to 
po prostu bilet do Filharmonii. 

Podałem go Jerzemu. 
— Widzisz, była jednak na koncercie! 
Jerzy obejrzał uważnie skrawek papieru i schował go do notesu. 
—  Tak,  widocznie  niesłusznie  ją  podejrzewałem.  Trzeba  będzie  jednak  sprawdzić.  A 

teraz najwyższy czas, by wrócić do domu i trochę się przespać. Już jest druga. Może przeno-
cujesz u mnie? 

Chętnie  przyjąłem  zaproszenie  i  kiedy  znów  znaleźliśmy  się  w  mieszkaniu  Jerzego, 

przypomniałem sobie tajemniczy skrawek gazety, który znalazłem na biurku Krzyżowskiego. 

background image

Pokazałem go Lubiczowi. 
—  Więc  nowa  zagadka  —  powiedział.  —  Sądzę,  że  ta  jednak  będzie  najłatwiejsza  do 

rozwiązania. Domyślasz się, co znaczą te cyfry i litery? 

— Litery „NT” to prawdopodobnie czyjeś inicjały — zacząłem niepewnie — te ostatnie 

cyfry to chyba... godzina 20 minut 30. Ale co znaczy 1910, tego nie wiem. 

— Jeżeli odszyfrowałeś dalsze znaki, to pierwsza cyfra... 
— To będzie... to będzie, no tak! Data po prostu 19 października — wykrzyknąłem. 
— Tak. Dnia 19 października o godz. 20 min. 30 doktor Krzyżowski miał się spotkać z 

panem  lub  panią  „NT”.  A  ponieważ  dzień  19  października  jest  dzisiaj,  a  właściwie  był 
wczoraj, więc... 

—  Więc  spotkanie  odbyło  się  i  zakończyło  niezbyt  przyjemnie  dla  doktora  —  dokoń-

czyłem. 
 
 
 

II 

 

Gdy obudziłem się około godziny dziesiątej, na krześle koło tapczanu leżała karteczka: 
„Przyjdź do Krzyżowskich o piątej. Jerzy”. 
Byłem  zły  na  siebie,  że  tak  długo  spałem.  Wiedziałem,  że  wiele  straciłem,  gdyż  Jerzy 

prowadził teraz śledztwo i mógł odkryć sporo interesujących szczegółów. Szybko jednak za-
pomniałem o tym, gdyż miałem jeszcze kilka spraw do załatwienia. Po śniadaniu pojechałem 
do  Komendy,  skąd  wyszedłem  dopiero  po  czwartej.  Ponieważ  nie  było  już  czasu  na  solidny 
obiad,  zaspokoiłem  głód  w  pobliskim  barze  mlecznym  i  punktualnie  o  piątej  zapukałem  do 
mieszkania dra Krzyżowskiego. 

Otworzył mi Jerzy. Od razu spostrzegłem, że mu się nie powiodło. Usiedliśmy w gabi-

necie, skąd zabrano już zwłoki. 

— Znalazłeś coś nowego? 
Jerzy  nie  od  razu  odpowiedział.  Przez  chwilę  jeszcze  w  zamyśleniu  obserwował  miej-

sce, na którym wczoraj leżał Krzyżowski. 

—  Wyobraź  sobie,  że  całość  zaczyna  się  coraz  bardziej  gmatwać.  Zasadniczo  ślady 

prowadzą w trzech kierunkach, do trzech różnych osób, i każdy trop wydaje się być prawdzi-
wy. Ale są znowu drobne fakty, które przeczą wszystkiemu. Naprawdę, takiej zawiłej sprawy 
dawno już nie miałem! 

— Przesłuchiwałeś Krystynę? 
— Tak, przesłuchiwałem — ze złością mruknął Jerzy, a potem dodał — już ją kazałem 

zamknąć! 

Zerwałem się z fotela. 
— Więc masz już dowody? 
—  Ba,  dowody!  Mam  za  dużo  dowodów  i  to  mnie  gubi.  Bo  posłuchaj  tylko:  wszyscy 

twierdzą, że Krzyżowski miał bardzo dużo pieniędzy, nikt jednak dokładnie nie wie, ile zara-
biał,  ile  ewentualnie  odkładał  i  gdzie.  Nikt  większej  sumy  u  niego  nie  widział.  Dawał  żonie 
miesięcznie sześć tysięcy. Z tego co dowiedziałem się, sądzę, że musiał zarabiać co najmniej 
dwa  razy  tyle.  W  żadnym  banku  ani  w  PKO  nie  miał  konta.  Czyli  wniosek,  że  pieniądze 
powinny być w domu. Tu ich też nie ma; albo zabrał je morderca, albo są dobrze schowane. 

— Sądzę — przerwałem Jerzemu — że wniosek jest jeden: morderca zabrał pieniądze! 

To był główny motyw zbrodni. Nie wierzę w tajemnicze schowki. Zresztą gdyby były gdzieś 
schowane, to morderca szukając ich poprzewracałby tu wszystko do góry nogami. Ponieważ 
jednak w całym mieszkaniu panował idealny porządek, pieniądze musiały leżeć na tak wido-
cznym miejscu, że morderca od razu je zobaczył. Chyba że... 

background image

—  Chyba,  że  motywem  zbrodni  nie  były  pieniądze  —  dokończył  za  mnie  Jerzy  —  to 

chciałeś powiedzieć? 

—  Tak,  masz  rację.  Ale  w  takim  wypadku  twoja  teza,  że  pieniądze  znajdują  się  w 

jakiejś skrytce, byłaby prawdziwa! 

— Sądzę, że tak. 
— Czy masz jakieś dowody? 
—  Wszystko  wskazuje,  że  tak  właśnie  musiało  być.  Krzyżowska  wychodzi  z  domu  o 

wpół do siódmej. Potwierdziła to Krystyna, która została w mieszkaniu razem z Krzyżowskim 
i jego synem. Krystyna zeznała, że syn, Paweł Krzyżowski, wyszedł w kilkanaście minut po 
swojej  matce,  a  więc  za  piętnaście  siódma.  Krystyna  twierdzi  dalej,  że  ponieważ  miała  je-
szcze sporo pracy, została do ósmej. Według opinii lekarza, doktor został zamordowany koło 
godziny dziewiątej, a śmierć nastąpiła na skutek silnego uderzenia w głowę, w okolicy skroni. 
A więc albo naprawdę Krystyny nie było w tragicznym momencie, albo ona właśnie zamor-
dowała Krzyżowskiego. 

—  No,  dobrze,  wszystko  to  pięknie  wygląda,  ale  nawet  gdyby  Krystyna  była  morder-

czynią, to jakie powody mogły ją skłonić do tego czynu? 

Jerzy zapalił papierosa i obserwował niebieskawą smużkę dymu. 
—  Widzisz,  Stef  —  zaczął  —  nie  mówiłem  ci  jeszcze,  że  Krystyna  jest  niezwykle 

piękną kobietą. Kiedy weszła do pokoju, zapomniałem języka w gębie. Zachowywała się jak 
wielka dama, czułem się przy niej jak sztubak przed profesorem. 

— Dlaczego kazałeś ją aresztować?  
—  Wiadomość  o  śmierci  doktora  nie  zrobiła  na  niej  żadnego  wrażenia.  Jedno  słowo: 

„Naprawdę?” — to była cała jej reakcja. Na pytania odpowiadała krótko, rzeczowo, podobnie 
jak wczoraj Krzyżowska. Kiedy przyzwyczaiłem się do jej urody i zacząłem się jej dokładniej 
przyglądać, zgadnij, co zobaczyłem? 

— Nie mam pojęcia. 
— Miała piękne ręce, o długich wypielęgnowanych palcach. Wyobraź sobie, że były na 

nich  całkiem  wyraźne  ślady  podrapania.  Ale  to  jeszcze  nie  wszystko.  Gdy  uchylił  się  jej 
trochę kołnierzyk sukni, zobaczyłem też ślady zadrapań. Spytałem ją prosto z mostu, skąd się 
wzięły  u  niej  te  znaki.  Nie  odpowiedziała.  Prosiłem  ją,  groziłem,  tłumaczyłem,  że  jeżeli  nie 
powie prawdy, może mieć wiele przykrości. Uważnie słuchała i nic poza tym. Nie powiedzia-
ła ani jednego słowa. Była dumna, wyniosła nawet wtedy, gdy kazałem ją zatrzymać. Szkoda 
mi jej, ale pomyśl sam: ostatnia widziała zamordowanego. I te fatalne ślady na szyi i rękach. 

— Więc ty myślisz, że on... 
— Tak, uważam, że Krzyżowski podkochiwał się w niej i chciał wykorzystać moment, 

kiedy  byli  sami  w  mieszkaniu.  Ona  broniła  się,  wreszcie  pod  rękę  wpadł  jej  ten  przycisk, 
uderzyła — i cała historia. 

— To możliwe... Mówiłeś jednak, że znalazłeś jeszcze jakieś poszlaki. Czy one obcią-

żają inne osoby? 

—  Tak.  Odpowiem  ci  krótko:  pani  Krzyżowska  nie  była  wczoraj  na  koncercie  w 

Filharmonii! 

Osłupiałem. 
— Dokąd więc poszła? A bilet? Przecież miał wczorajszą datę? 
— Bilet kupiła, oddarła połowę, tak jak to czynią bileterzy i podrzuciła w swoim pokoju 

na widocznym miejscu, aby nas upewnić, że istotnie poszła na koncert. Udałem się do Filhar-
monii z tym biletem i rozmawiałem z całym personelem. Wszyscy twierdzą, że właśnie w tej 
loży krzesło z tym samym numerem co bilet było puste, tak że w czasie przerwy jakiś pan tam 
się przesiadł. 

—  To  znaczy,  że  Krzyżowska  mogła  wrócić  do  mieszkania  i  może  sama  popełniła 

zbrodnię... A ślady błota? 

background image

— Ona właśnie mogła je zostawić. Stwierdziłem, że deszcz zaczął padać wczoraj około 

godziny  ósmej  czterdzieści  pięć.  Co  ona  mogła  robić  od  wpół  do  siódmej  do,  powiedzmy, 
ósmej czterdzieści pięć. Otóż rozwiązałem to. Czy pamiętasz, jak wczoraj prosiłem Komendę, 
by notowała wszystkie rozmowy telefoniczne prowadzone z domu przy ulicy Różanej? 

— Pamiętam. Ona stamtąd dzwoniła? 
—  Tak,  podano  mi  numery,  a  właściwie  jeden  numer,  pod  który  dzwoniono  dziś  rano 

pięć razy z mieszkania doktora Raźmińskiego z ulicy Różanej. Niestety, połączenia nie było, 
nikt  nie  podnosił  słuchawki.  Aparat  telefoniczny,  który  ma  ten  numer,  znajduje  się  w  mie-
szkaniu  niejakiego  Romana  Zięby,  wdowca  w  wieku  lat  czterdziestu,  o  nieustalonym  zawo-
dzie, który mieszka na ulicy Wyspiańskiego, o kilka domów dalej! 

—  Teraz  rozumiem  —  zawołałem  —  dlaczego  Krzyżowska  powiedziała,  że  będzie 

nocować u znajomych, którzy niedaleko mieszkają, a z chwilą gdy musiała jechać samocho-
dem  nie  chcąc  się  zdradzić  przed  nami,  podała  inny  adres.  No  tak,  wszystko  jest  jasne.  Ona 
jest morderczynią! 

— Spokojnie, spokojnie — uśmiechnął się Jerzy. — Krystyna? Może pani Krzyżowska 

mając, jak sama twierdziła, skrytego, zajętego tylko swoimi sprawami męża, po prostu znala-
zła kogoś, kto o nią  więcej dbał i prowadziła podwójne życie? Żeby ukryć to przed mężem, 
oficjalnie  chodziła  do  kina,  teatru  i  na  koncerty.  I  wczoraj  zamiast,  jak  ty  twierdzisz,  mor-
dować swego męża, spędziła czas o wiele przyjemniej w objęciach kochanka. I cóż ty na to? 

Nie odpowiedziałem, gdyż rozumowanie Jerzego było logiczne. Lubicz po chwili podjął 

przerwany wątek. 

— Najgorsze jest to, że mordercą mogła być jeszcze trzecia osoba. I wszystko przema-

wia  właśnie  za  tym.  Nie  dziw  się  tak,  Stef,  muszę  zbadać  wszystkie  możliwości...  Krzyżo-
wskiego  mogły  zamordować  dwie  kobiety,  które  już  poznaliśmy.  Ale  mógł  go  zamordować 
mężczyzna, którego jeszcze nie znany. Wczoraj wieczorem musiał być! 

— Racja, przecież znalazłeś w przedpokoju męską rękawiczkę! 
—  Otóż  to.  Niestety,  znowu  mały  znak  zapytania.  Znaleziona  rękawiczka  jest  nowa, 

rozumiesz, całkowicie nowa! Najwyżej ktoś miał ją tylko raz na ręku. Nie przewidujesz chyba 
takiego zbiegu okoliczności, żeby mężczyzna, który tu przyszedł, miał właśnie nowiusieńkie 
rękawiczki  i  po  popełnieniu  zbrodni  jedną  łaskawie  zostawił,  żebyśmy  mogli  ją  sobie  obej-
rzeć. 

— Wobec tego... — zacząłem niezdecydowanie. 
— Wobec tego — Jerzy nie pozwolił mi dokończyć — rękawiczkę kupiono i specjalnie 

podrzucono, żeby całą uwagę skierować w stronę jakiegoś tajemniczego nieznajomego, który 
w rzeczywistości nie istnieje! 

Nagle przypomniałem sobie oddarty strzęp gazety. 
— A te cyfry i inicjały — spytałem — napisane na gazecie? 
—  Ba,  cyfry  —  mruknął  Jerzy  —  mogła  to  napisać  ta  sama  osoba,  która  podrzuciła 

rękawiczkę. Zresztą napisane jest tak niewyraźnie, że żaden specjalista chyba nie pozna, czyj 
to charakter pisma. 

—  W  takim  razie  znów  obciążasz  Krzyżowską.  Jeżeli  wszystko  odbyło  się  tak,  jak 

przed chwilą powiedziałeś, to znaczy, że morderstwo obmyślone zostało z całą premedytacją, 
na  zimno.  Krystyna  nie  wchodzi  w  rachubę.  Jeżeli  ona  zabiła,  to  działała  impulsywnie,  w 
obronie własnej czci. A Krzyżowska mogła wszystko przeprowadzić systematycznie, W myśl 
planu. 

— Mogło tak być. Cóż jednak znaczy ta pognieciona fotografia jakiejś willi? 
— Niestety, znowu przeszkoda chwilowo nie do pokonania. 
— Co Krystyna mówiła o stosunkach rodzinnych? — zapytałem. 
—  Tak,  starałem  się  ją  delikatnie  wybadać,  ale  to  nic  ciekawego.  Życie  podobno 

płynęło  tu  dość  monotonnie.  Przeważnie  nikogo  nie  było  w  domu.  Doktor  był  fanatykiem 

background image

pracy i nauki, zresztą jego nazwisko cieszyło się wielkim uznaniem w świecie lekarskim. Syn 
wracał wieczorem, mówił „dobry wieczór”, jadł kolację i albo czytał książkę, albo coś pisał. 
Pani  często  chodziła  do  kina,  do  teatru.  Przynajmniej  tak  mówiła  Krystyna.  Znajomi  nie 
przychodzili od wielu miesięcy. Ostatnio odwiedził ich na wiosnę ktoś z dalszej rodziny. To 
wszystko. 

—  No  dobrze,  ale  jaki  jest  twój  dalszy  plan  działania?  Sam  rozumiesz,  że  zebrane 

dotychczas dowody nie wystarczają. 

—  Tak,  wiem  o  tym.  Za  kilkanaście  minut  wróci  Krzyżowska.  Porozmawiam  z  nią  i 

będę starał się ją zaskoczyć. Wieczorem powinien przyjechać jej syn. Może od niego dowie-
my  się  czegoś,  co  rzuci  jakieś  światło  na  całą  sprawę.  Jutrzejszy  dzień  wykorzystam  na 
znalezienie tego nieznanego „NT” — wierzę, że on jednak istnieje. W przeciwnym wypadku 
jedna z tych ładnych i miłych kobiet będzie miała mnóstwo przykrości. Jeżeli zaś... 

Szczęk  otwieranych  drzwi.  Ktoś  wszedł  do  przedpokoju.  Zobaczyłem,  jak  mięśnie  na 

twarzy  Jerzego  napięły  się.  Dopiero  na  widok  wchodzącej  do  gabinetu  pani  Krzyżowskiej 
ochłonął  i  wstając  uśmiechnął  się  i  złożył  ukłon.  Skłoniłem  się  również.  Pani  Wanda  odpo-
wiedziała nam smutnym uśmiechem. Musiała źle spać tej nocy, gdyż oczy jej były podkrążo-
ne,  a  na  twarzy  malowało  się  zmęczenie.  Mimo  to  była  opanowana,  spokojna,  nawet  zbyt 
spokojna.  W  obcisłej  ciemnej  sukni  wyglądała  jeszcze  młodziej  i  szczupłej  niż  wczoraj 
wieczorem.  Dyskretnie  zaznaczone  szminką  usta  dodawały  uroku  jej  bladej  twarzy.  Jerzy 
spostrzegł widocznie, że po prostu nieprzyzwoicie wpatruje się w tę piękną kobietę. 

— Czy dziś mogłaby pani złożyć jeszcze inne, dodatkowe zeznania? 
—  Chętnie  podzielę  się  z  panem  wszystkim  co  wiem  i  będę  bardzo  rada,  jeżeli  moje 

skromne wyjaśnienia pomogą panom do wykrycia mordercy. 

— Kpi sobie z nas — pomyślałem. 
Lubicz  też  musiał  dosłyszeć  ironię  w  jej  sposobie  mówienia,  gdyż  przygryzł  wargi  i 

oschłym, ostrym tonem spytał: 

— Czy łączyło coś pani męża z Krystyną? 
Pani Wanda przyjęła to pytanie ze spokojem. 
— Z Krystyną? Nie, to chyba pomyłka — wzruszyła ramionami. — Owszem, Krystyna 

jest miła, ładna dziewczyna, ale Janek nie interesował się kobietami. Zresztą ona była zawsze 
taka skromna i niewinna. że traktowaliśmy ją raczej jak córkę... 

—  Mam  podstawy,  żeby  twierdzić,  że  mąż  pani  patrzył  na  Krystynę  nie  jak  na  córkę, 

ale jak na kobietę! Dlatego też zadałem pani takie pytanie. 

—  Nie  myślę,  żeby  to  było  możliwe.  Po  tym  wszystkim,  co  dla  Krystyny  zrobiliśmy, 

nie ośmieliłaby się nadużywać mojej dobroci. Na tyle ją znam. 

—  Toteż  wcale  nie  twierdzę,  że  Krystyna  była  kochanką  doktora.  Jednak  sądzę,  że  on 

wielokrotnie dawał jej do zrozumienia, i to nawet „namacalnie”, że chętnie by ją widział w tej 
roli. 

Reakcja  pani  Krzyżowskiej  była  zastanawiająca.  Żadnego  oburzenia,  żadnego  płaczu, 

po prostu nic. 

— Hm, może i pan ma rację. Przykro mi tylko, że tak się zawiodłam na Krystynie. 
—  A  jak  pani  sądzi,  czy  Krystyna  mogła  popełnić  jakąś...  powiedzmy...  jakąś  rzecz, 

niezgodną z prawem i sumieniem porządnego człowieka? 

— O nie, na pewno nie. Ona ma dobry charakter. 
— Czy uwierzy pani w to, jeśli powiem, że Krystyna zabiła pani męża? 
— Aaa! — krzyknęła pani Krzyżowska, zrywając się z fotela — Krystyna? Janka? Za 

co? Co on jej zrobił?! Nie, to niemożliwe! 

— Nie chcę obrażać pamięci pani męża, musiał się on jednak zachowywać tak... jakby 

to powiedzieć... agresywnie, że Krystyna broniąc się przed nim uderzyła go przyciskiem. 

Pani Wanda chwilę stała bez ruchu. Na jej twarzy tylko na ułamek sekundy pojawiło się 

background image

zaskoczenie i niedowierzanie. 

Zerknąłem  na  Jerzego.  Był  wściekły.  Rozumiałem  go  doskonale.  Miał  bardzo  dobry, 

prawy  charakter,  czułe  serce  i  nie  mógł  pogodzić  się  z  myślą,  że  istnieją  na  świecie  ludzie, 
którzy  tracąc  nagle  kogoś  najbliższego,  kogoś,  z  kim  przeżyli  wiele  szczęśliwych  dni,  tak 
obojętnie,  spokojnie,  na  zimno  mogą  się  z  tym  pogodzić.  I  o  ile  jeszcze  wczoraj  wieczorem 
był  zachwycony  panią  Krzyżowską,  jej  urodą  i  opanowaniem  —  teraz  minęło  to  wszystko 
bezpowrotnie. Wiedziałem, że Jerzy nienawidzi jej w tej chwili i że w dalszym ciągu śledztwa 
będzie dla niej bezlitosny i nie pozwoli sobie na żadne odstępstwo od linii wytyczonej przez 
prawo. 

Cisza,  która  zapanowała,  była  ciszą  przed  burzą.  Atmosferę  pełną  napięcia  wyczuła 

widocznie  i  pani  Krzyżowska,  gdyż  poruszyła  się  niespokojnie  i  spojrzała  na  nas,  chcąc  coś 
powiedzieć. Lubicz ją ubiegł. Podszedł do niej wolnym krokiem. 

— Od kiedy jest pani kochanką Romana Zięby? 
Krzyżowską zbladła. 
—  Romka?!  —  wyszeptała.  Zorientowała  się  jednak  momentalnie,  że  zdradziła  się  i 

chcąc widocznie ratować sytuację, wybuchnęła: 

— Jak pan śmie! Wypraszam sobie! 
Była dobrą aktorką. Rola obrażonej, zagniewanej kobiety wypadła doskonale. 
Po  co  ona  to  wszystko  robi?  —  przemknęło  mi  przez  myśl  —  czyżby  Lubicz  był  na 

właściwym tropie? Czy to możliwe, że ona sama zabiła swojego męża?! 

Lubicz oczekiwał widocznie, że Krzyżowska właśnie tak zareaguje a nie inaczej, gdyż 

nie zwracając wcale uwagi na jej teatralną pozę, tym samym tonem głosu pytał dalej: 

—  Czy  może  mi  pani  na  to  pytanie  odpowiedzieć?  Nie  mam  wcale  zamiaru  pani 

obrażać, muszę jednak wiedzieć wszystko i w tym mi pani musi dopomóc! 

Wanda wyczuła widocznie, że Lubicz wie o niej dość dużo. Opuściła głowę, a policzki 

jej pokryły się rumieńcem. Nie odpowiedziała jednak. 

— Jeżeli nie usłyszę od pani całej prawdy — ciągnął bezlitośnie Lubicz — będę musiał 

zastosować  inne  środki,  bardziej  przykre.  Będę  musiał  panią  aresztować  pod  zarzutem  mor-
derstwa! 

Ostatnie zdanie, specjalnie zaakcentowane, musiało zrobić na niej duże wrażenie, gdyż 

przyciskając ręce do piersi, jak człowiek, któremu brakuje tchu, wyszeptała : 

— Nie, to niemożliwe! Ja tego nie zrobiłam. To nieprawda... 
— Ale wie pani, kto to zrobił i dlaczego? Prawda? 
— Nie, nie wiem, nie wiem! Możliwe, że moje zachowanie jest podejrzane, ale to nie ja 

zabiłam Janka. Przysięgam! 

O  ile  do  tej  pory  widziałem  w  niej  dobrze  grającą  aktorkę,  to  chyba  teraz  mówiła 

prawdę. Ciekaw byłem tylko, w jaki sposób wytłumaczy swoją nieobecność na koncercie. 

— Rozumiem, że nie łatwo jest pani odpowiadać na pytania, które poruszają tak delika-

tne  sprawy  —  w  głosie  Jerzego  można  było  odczuć  pewną  ironię  —  ale  my,  kryminolodzy, 
jesteśmy  jak  lekarze;  celem  naszym  jest  poznanie  prawdy,  rozumie  pani,  nagiej  prawdy  i 
dlatego  właśnie  musimy  poznać  najskrytsze  myśli  i  czasami  wywlekać  drażliwe  sprawy...  I 
dlatego  chcę,  aby  mi  pani  odpowiedziała  na  moje  pierwsze  pytanie  oraz  na  wiele  innych. 
Słucham! 

Pani  Krzyżowska  wiedziała,  że  przegrywa  ten  pojedynek.  Chwilę  jeszcze  milczała, 

później podniosła głowę i cicho powiedziała: 

—  Nie  zabiłam  Janka...  Odpowiem  na  wszystkie  pańskie  pytania,  tylko...  —  urwała  i 

spojrzała na mnie. 

Zrozumiałem.  Wstydziła  się  i  nie  chciała,  by  jakiś  świadek  asystował  przy  tej  rozmo-

wie. Nie zdawała sobie sprawy, że i tak będzie musiała podpisać później swoje zeznania. Aby 
jej  jednak  nie  peszyć,  wstałem  i  skierowałem  się  w  stronę  drzwi  sypialni.  Byłem  jednak 

background image

ciekaw  tego,  co  powie  pani  Krzyżowska.  Wykorzystując  to,  że  siedziała  tyłem  do  drzwi, 
szczęknąłem  nimi  głośno,  nie  zamykając  ich  jednak  i  zostawiając  wąską  szparę.  Stanąłem 
przy futrynie. 

W pokoju dość długo panowała niczym nie zmącona cisza. Wreszcie usłyszałem przy-

tłumiony głos Krzyżowskiej. 

—  Nigdy  nie  kochałam  Janka.  Gdy  wychodziłam  za  niego,  miałam  osiemnaście  lat  i 

sądziłam, że uczucie, które we mnie wzbudził, jest miłością. Niestety, pomyliłam się. Zresztą 
i on mało czasu mi poświęcał, gdyż bardziej zajęty był pracą zawodową niż żoną i domem... 
Dlatego  też  gdy  spotkałam  mężczyznę,  który  zaczął  okazywać  mi  zainteresowanie  i  otaczał 
mnie troskliwością i serdecznością, pokochałam go. 

— To był właśnie pan Roman Zięba, tak? — doszło mnie pytanie Lubicza. 
— Tak, to on. 
— Od jak dawna pani go zna? 
— Trzy lata. 
— A przedtem? 
Znów w pokoju zapanowała cisza. Wreszcie rozległ się ostry, podniesiony glos kobiecy: 
— To nie należy do sprawy! Nie jest pan zbyt delikatnym mężczyzną. 
—  Przepraszam.  Wracając  do  tematu,  koncerty  i  przedstawienia  teatralne  były  tylko 

fikcją, prawda? 

— Tak. 
— Spędzała pani ten czas z panem Ziębą? 
— Tak. 
— Czy w dniu wczorajszym było to samo? 
— Tak. 
— Czy mąż pani o tym wiedział? 
— W ostatnim czasie prawdopodobnie zaczął się czegoś domyślać. 
— I nic nie mówił? 
— Nie mógł. Była przecież Krystyna... 
Znów  zapanowała  chwila  ciszy.  Ostatnie  zdanie  wprawiło  mnie  w  zdumienie.  A  więc 

pani domu zdradzała męża i żeby zabezpieczyć się przed ewentualnymi awanturami i wyrzu-
tami  z  jego  strony,  podsunęła  mu  młodą  i  piękną  pokojówkę  wiedząc,  że  wcześniej  czy 
później zwróci na nią uwagę. 

W pokoju ktoś się poruszył i zaraz potem usłyszałem głos Jerzego. 
— Rozumiem. Bardzo dowcipnie to pani urządziła. Dlaczego jednak nie starała się pani 

o rozwód? 

Nie otrzymał widocznie odpowiedzi, gdyż znów dobiegł mnie jego głos. 
— A Krystyna? Co o niej może pani powiedzieć? 
— Krystyna jest córką mojej zmarłej przyjaciółki. Gdy po śmierci matki znalazła się w 

ciężkiej sytuacji, chciałam jej pomóc materialnie. Ona jednak była zbyt dumna — aby przyj-
mować od kogoś pomoc, nic w zamian nie dając. Gdy odrzuciła moją propozycję, podsunę-
łam jej myśl, że mogłaby  mi pomagać  w prowadzeniu domu. Zgodziła się na tę propozycję. 
Nie ma zresztą zbyt dużo pracy, gdyż stołujemy się na mieście. 

— A co porabia pani syn? O ile pamiętam, ma na imię Paweł? 
—  Tak,  Paweł.  Zdał  maturę  w  ubiegłym  roku,  a  ponieważ  nie  dostał  się  na  wyższą 

uczelnię, zaczął chwilowo pracować. Wczoraj  wyjechał służbowo i wróci  dzisiaj wieczorem 
albo jutro rano. 

— Jaki był wzajemny stosunek Pawła i ojca? 
—  Sądzę,  że  Janek  kochał  Pawła,  ale  niezbyt  często  okazywał  swoje  uczucia.  Nie 

pamiętam, aby były kiedyś między nimi jakieś zgrzyty. 

— A czy Paweł nie odczuwał braku pieniędzy? 

background image

—  O,  sądzę,  że  nie.  On  nie  pali,  nie  pije  i  zarabia  około  półtora  tysiąca  złotych 

miesięcznie. Dostaje jeszcze ode mnie na obiady. 

— Jak pani sądzi, czy śmierć ojca będzie dla Pawła ciężkim ciosem? 
— O, tak, na pewno! Paweł jest do nas bardzo przywiązany. 
— To chyba byłoby wszystko. Może pani ma jakieś pytanie? 
Pani  Krzyżowska  widocznie  zastanawiała  się,  gdyż  dopiero  po  chwili  usłyszałem  jej 

głos. 

— W jaki sposób dowiedział się pan o istnieniu Romana, przepraszam, pana Zięby? Nie 

kazał chyba pan mnie śledzić, zresztą nie byłam dzisiaj u niego. 

Rozległ się śmiech Jerzego. 
—  Pani  wybaczy,  ale  nie  mogę  odpowiedzieć  na  to  pytanie.  My,  detektywi,  mamy 

swoje  metody  do  wykrywania  spraw,  które  wydają  się  nie  do  wykrycia.  Jeżeli  to  wszystko, 
bardzo  pani  dziękuję.  Będziemy  musieli  jeszcze  przez  kilka  dni  przebywać  w  tym  mieszka-
niu, dla dobra sprawy... 

Odskoczyłem od drzwi. Gdy pani Krzyżowska przechodziła przez sypialnię, stałem już 

przy oknie z obojętnym wyrazem twarzy. 

Jerzy przywołał mnie do gabinetu. 
— No cóż, wiesz  chyba  wszystko — powiedział  cicho. — Swoją drogą,  nie sądziłem, 

że jesteś taki ciekawy. 

—  To  wcale  nie  ciekawość  —  sprostowałem  —  to  po  prostu  konieczność  zawodowa. 

Zresztą sam mnie tego uczyłeś.  
 
 
 

III 

 

Kiedy  znaleźliśmy  się  w  gabinecie  znowu  sami,  dochodziła  już  godzina  ósma. 

Usiedliśmy w fotelach i każdy z nas zastanawiał się nad tym, co niedawno usłyszał. Ponieważ 
wiedziałem, że na rozmowę z Jerzym przez co najmniej pół godziny nie można liczyć, gdyż 
pogrążył się w zadumie, począłem sam zestawiać fakty i snuć domysły. Mimo że cień oskar-
żenia padał na Wandę i  Krystynę, nie chciało mi się wierzyć, aby to mogła zrobić kobieta. 
Byłem przekonany, że tajemnicze litery „NT”, znalezione przeze mnie na skrawku gazety, są 
kluczem do rozwiązania zagadki. 

Sygnał telefonu dochodzący z przedpokoju przerwał mi dalsze rozmyślania. Spojrzałem 

na  Jerzego.  Widocznie  nie  dosłyszał  dzwonka,  gdyż  siedział  dalej  w  niezmienionej  pozycji. 
Wobec tego przeszedłem do przedpokoju i podniosłem słuchawkę. 

— Halo! 
—  Czy  to  ty,  Pawełku?  —  usłyszałem  miły,  dziewczęcy  głosik  i  zanim  zdążyłem 

zaprotestować, mówiono dalej: — Ach, jak się cieszę, że już przyjechałeś! No i cóż, spóźniłeś 
się wczoraj czy nie? 

— Przepraszam bardzo — przerwałem — to pomyłka. Pan Paweł jeszcze nie wrócił. 
—  Aaa!  —  w  słuchawce  zabrzmiała  wyraźna  nutka  rozczarowania.  —  To  zadzwonię 

jutro. Przepraszam. 

Zanim  zdążyłem  zapytać  kto  dzwoni  i  o  co  chodzi,  dziewczyna  położyła  słuchawkę. 

Wzruszyłem ramionami i wróciłem do gabinetu. 

— Kto dzwonił? — mruknął Jerzy. 
—  Sądzę,  że  to  było  jakieś  ładne,  miłe  dziewczę  —  odpowiedziałem.  —  Głos  mój  ją 

zmylił i sądząc, że rozmawia z Pawiem, pytała — czy wczoraj się spóźniłem. 

— Gdzie się spóźniłeś? 
—  Nic  więcej  nie  powiedziała,  gdyż  sprostowałem  pomyłkę,  a  wtedy  ona  zaraz 

background image

odłożyła słuchawkę. 

Jerzy spojrzał na mnie. 
—  Nie  popełniłbyś  żadnego  ciężkiego  grzechu  —  zawyrokował  —  gdybyś  jeszcze 

przez kilka minut udawał Pawła. Może dowiedzielibyśmy się czegoś, co by nas mogło zainte-
resować. Prawda? 

— Masz rację, postąpiłem niezbyt mądrze. 
—  Nic  się  nie  stało.  Ale  chyba  nie  ma  sensu  dłużej  czekać? Jak  uważasz,  może  lepiej 

będzie, gdy jutro tu wrócimy i porozmawiamy z młodym Krzyżowskim? 

— Doskonale. Chodźmy do domu. 

 

* * * 

 

Lubiłem niedzielne przedpołudnia. Odtrącałem wtedy wszystkie troski minionego tygo-

dnia i starałem się żyć inaczej, niczym spokojny i stateczny obywatel. Porządkowałem biblio-
tekę i fotografie i pisałem pamiętnik. Opisywałem w nim szczegółowo wszystkie pasjonujące 
mnie zagadki z dziedziny przestępczości, z którymi zetknęliśmy się z Jerzym i które bądź to 
on sam, bądź wspólnie rozwikłaliśmy. 

Niestety,  ta  niedziela  była  inna  niż  wszystkie  dotychczasowe.  Ledwie  zdążyłem  zjeść 

skromne śniadanie, gdy zatelefonował Jerzy. 

— Czy o jedenastej będziesz miał czas? — zapytał. 
— Oczywiście. 
— Doskonale. Wpadnij więc do mnie o wpół do jedenastej. Mam ciekawą wiadomość. 

Dobrze? 

— Tak. 

 

* * * 

 

Punktualnie o dziesiątej minut trzydzieści przekroczyłem próg mieszkania Jerzego. 
—  Nie  spałeś  chyba  wcale  tej  nocy?  —  zdziwiłem  się,  widząc  jego  bladą  twarz  i 

podkrążone oczy. 

— Masz rację. Ale za to odkryłem coś, co warte jest dużo więcej niż kilka godzin snu. 

Odwiedzimy dzisiaj kogoś. 

— Czy to ma coś wspólnego z zabiciem Krzyżowskiego? 
— Tak. Sądzę, że dziś znajdziemy brakujące ogniwo. 
— Dokąd idziemy? Do kogo? 
—  Bardzo  proszę,  nie  pytaj  mnie  teraz  o  nic.  Może  się  mylę  i  dlatego  nie  chciałbym 

ciebie sugerować. Jeżeli mam rację, później wszystko szczegółowo wyjaśnię. Dobrze? 

Po  kilkunastu  minutach  zatrzymaliśmy  się  przed  okazałą,  kilkupiętrową  kamienicą. 

Weszliśmy  na  drugie  piętro  i  Jerzy  wskazał  ręką  na  metalową  tabliczkę,  widniejącą  na 
drzwiach z prawej strony. 

— Jesteśmy na miejscu — powiedział naciskając dzwonek. 
Wyryte  na  tabliczce  imię  i  nazwisko  ,,Tadeusz  Nachowski”  nic  mi  nie  mówiło.  Gdy 

drzwi się otworzyły, znaleźliśmy się w obszernym przedpokoju, witani wylewnie przez męż-
czyznę w okularach, będącego — sądząc z wyglądu — już grubo po czterdziestce. 

Wygląda  na  prywatnego  kupca,  który  chce  zrobić  jakiś  dobry  interes!  —  pomyślałem, 

obserwując  gospodarza,  który  usadowił  nas  w  gabinecie  w  miękkich  fotelach,  poczęstował 
dobrymi, zagranicznymi papierosami i zapewnił nas, że jest mu bardzo miło i bardzo przyje-
mnie. 

Czułem się niezbyt pewnie nie wiedząc o co w tej całej sprawie chodzi, tym bardziej, że 

ów przyjemny pan okazał się gadułą i nie dopuszczał nas wcale do głosu. 

background image

Jerzy przeprosił go, że tak późno wczoraj telefonował i że dzisiaj, w niedzielę, ośmiela 

się go niepokoić. 

—  Ach,  drobnostka,  nic  nie  szkodzi  —  zaprotestował  rozmowny  gospodarz  —  będzie 

mi przyjemnie, jeżeli uda mi się panom pomóc. 

Ponieważ  w  dalszym  ciągu  nie  wiedziałem  o  co  chodzi,  posłałem  w  odpowiedzi  miły 

uśmiech. 

—  Telefonowałem  do  pana  już  w  piątek  wieczorem,  po  ósmej  —  ciągnął  tymczasem 

Jerzy — ale niestety, powiedziano mi, że wyszedł pan w jakiejś pilnej sprawie. Dlatego dzwo-
niłem wczoraj wieczorem. 

— Tak, zgadza się — przez twarz naszego gospodarza przemknął cień niezadowolenia 

— nie było mnie w piątek wieczorem.  Załatwiałem pewną sprawę. Ale za to — uśmiechnął 
się promiennie — jestem dzisiaj do dyspozycji. 

—  Chodzi  mi  —  Jerzy  odwzajemnił  się  uśmiechem  —  o  jakąś  ładną,  przytulną  willę. 

Czy mógłby pan czymś takim służyć? 

—  Naturalnie,  naturalnie!  Zaraz  panom  coś  pokażę.  A  może  w  międzyczasie  papiero-

ska?  Ależ  proszę  bardzo,  naprawdę  są  dobre,  to  belgijskie,  wspaniały  tytoń.  Gdzież  to  się 
zapodział  mój  notes?  Aha,  jest.  Hm,  tak...  przytulna  willa.  Kramarska,  Nawrot,  Krakowska, 
nie, to raczej nie, zbyt obszerne. Mam! Numer 49, chwileczkę, chwileczkę. 

Przyglądaliśmy się tymczasem, jak gospodarz wyciągnął z szuflady biurka gruby album 

i przewrócił w nim kilkanaście stron. 

— Tak sądzę, że to będzie panom odpowiadało. 
Podał nam fotografię ładnej, piętrowej willi, otoczonej ogródkiem. Jerzy patrzył na nią 

przez chwilę. 

—  Tak,  bardzo  ładna  chałupka.  Ale  wie  pan,  nie  w  moim  guście.  Może  ma  pan  coś 

innego? 

—  Zasadniczo  mogę  panom  pokazać  jeszcze  jeden  bardzo  przyjemny  domek,  tylko 

sprawa z nim o tyle się komplikuje, że mam już poważnego reflektanta... 

— To nic, to nic, przecież pan rozumie, że tu chodzi o interes — przerwał mu Jerzy — 

nawet najpoważniejszy reflektant może w ostatniej chwili się rozmyślić, prawda? A nam się 
śpieszy i z miejsca dobijamy targu. 

—  No  dobrze,  dobrze,  będę  tylko  musiał  poszukać  drugiej  odbitki,  bo  jedna  mi  się 

gdzieś zapodziała. To ten domek, nie to, nie to. Jest, proszę bardzo! 

Patrzyłem  na  fotografię  i  czułem,  jak  krew  ucieka  mi  z  twarzy.  Przed  nami  leżała 

identyczna odbitka, taka sama jak ta, którą Lubicz pokazał pani Krzyżowskiej. 

W  pokoju  zapanowało  milczenie.  Spoglądałem  na  fotografię  nic  nie  rozumiejąc.  Jerzy 

wziął ją ostrożnie w palce, jakby bał się, że ją zniszczy. 

— Tak — powiedział — to mi się podoba. 
Pośrednik  był  wyraźnie  niezdecydowany.  Tarł  przez  chwilę  w  zakłopotaniu  czoło,  nie 

wiedząc co począć. 

— No cóż? — zagadnął go Jerzy — sprzeda ją pan? Widzi pan, nawet nie pytam o ilość 

pokoi, o ich rozkład, o ulicę ani o cenę. Może, jeżeli chce pan być w porządku, skomunikuje 
się pan w jakiś sposób z tym pierwszym reflektantem? Może on zrezygnuje? 

Podczas  gdy  uprzejmy  gospodarz  wyszedł  do  innego  pokoju,  skąd  miał  telefonować, 

Jerzy z uśmiechem spojrzał na mnie. 

— Czy teraz już wszystko rozumiesz?  
Przyznałem  się  ze  wstydem,  że  jeszcze  nie  wiem  o  co  chodzi.  Czy  Krzyżowski  chciał 

kupić dom i został zabity w czasie sprzeczki o cenę? To było możliwe. Nie mogłem się dłużej 
zastanawiać, gdyż wrócił do pokoju pan Nachowski. Zdziwiłem się. Był dziwnie zmieniony, 
ba, nawet przerażony. 

— Uzyskał pan zgodę od tamtego? — spytał Jerzy patrząc mu badawczo w twarz. 

background image

—  Nie  wiem,  co  mam  o  tym  myśleć  —  zaczął  mówić  coraz  bardziej  zmieszany  — 

wyobraźcie sobie panowie... Powiedziano mi, że mój klient nie żyje. Po prostu nie żyje. 

Wtedy  zrozumiałem.  Ta  zmięta  fotografia  w  mieszkaniu  doktora  Krzyżowskiego, 

gazeta z tajemniczymi cyframi i literami, „NT” stojący przed nami człowiek? Tak! Przed sobą 
miałem nieznanego „NT”, czyli po prostu Nachowskiego Tadeusza! 

—  Dlaczego  się  pan  martwi  —  zawołał  Jerzy.  —  Czy  pan  sądzi,  że  będziemy  żyli 

wiecznie?  Trudno,  każdego  wcześniej  czy  później  taki  sam  koniec  czeka...  Więc  już  nic  nie 
stoi na przeszkodzie, byśmy kupili tę willę, prawda? 

Nachowski zwolna przychodził do siebie. 
—  Ma  pan  rację  —  przyznał  —  niepotrzebnie  tak  się  zmartwiłem.  Ale  pomyśl  pan, 

jeszcze w piątek. przedwczoraj z nim rozmawiałem, a tu nagle, fiuuut... i na tamtym świecie! 
No, no, no! 

— A kto to taki? 
— Dobry chirurg, ba mało... wspaniały! Mógł jeszcze śmiało pożyć ze dwadzieścia lat. 

Ale  cóż,  był  trochę  wybuchowy  i  widocznie  serduszko  nie  wytrzymało.  Prawdę  mówiąc, 
szkoda go. 

— No tak. szkoda. Wracając jednak do kupna tej willi, dojdziemy do porozumienia czy 

nie? Chyba już nie ma pan teraz żadnych skrupułów? Prawda? 

—  Tak,  możemy  dobić  targu.  Sądzę  jednak,  że  chcielibyście  panowie  najpierw  ją 

obejrzeć? 

—  Z  wielką  przyjemnością.  A  ponieważ  jest  to  dla  nas  dość  pilna  sprawa,  chętnie 

byśmy to mogli zrobić jeszcze dzisiaj. Dysponuje pan czasem? 

—  Tak.  Zdaje  się,  że  najlepiej  będzie,  jeżeli  pojedziemy  tam  zaraz,  jeszcze  przed 

obiadem. To nie jest daleko i uważam, że za godzinkę załatwimy wszystko. 

— Doskonale. 
Wstaliśmy  i  z  zadowolonymi  minami  udaliśmy  się  do  przedpokoju.  Jerzy  poradził 

Nachowskiemu,  by  wziął  rękawiczki,  ponieważ  jest  stosunkowo  chłodno.  Okazało  się,  że 
pośrednik  zgubił  w  ostatnich  dniach  jedną  z  niedawno  kupionych  rękawiczek  i  nie  zdążył 
jeszcze zaopatrzyć się w nowe. Słysząc to, nie zdziwiłem się wcale, gdy Jerzy rzucił kierowcy 
taksówki: 

— Komenda Miejska! 
Za to pan Nachowski robił wrażenie bardzo zdziwionego. 

 
 
 

IV 

 

— Wykrycie tego tajemniczego „NT” nie było wcale trudne — tłumaczył mi Jerzy, gdy 

następnego dnia jedliśmy razem obiad. — Zebrałem tylko wszystkie fakty w logiczną całość. 
Jako pewnik przyjąłem to, że doktor Krzyżowski dysponował dość poważną gotówką. Jedno-
cześnie  znajdujemy  w  jego  gabinecie  pomiętą  fotografię  ładnej  willi.  Nasuwa  się  od  razu 
pewne  przypuszczenie:  zamordowany  zapewne  chciał  po  prostu  kupić  jakaś  nieruchomość. 
Jeżeli  tak,  to  od  kogo?  Na  biurku  doktora  leży  gazeta,  na  marginesie  której  jest  tajemniczy 
dopisek: kilka cyfr i dwie litery. Ustaliliśmy już wcześniej, że prawdopodobnie doktor w dniu 
19  października  o  godzinie  20,30  miał  się  spotkać  z  kimś,  kogo  oznaczył  inicjałami  „NT”. 
Wyglądało  to  tak,  jak  gdyby  doktor  rozmawiał  telefonicznie  z  osobnikiem  „NT”  i  po 
umówieniu  się  z  nim,  na  pierwszym  lepszym  skrawku  papieru,  który  wpadł  mu  w  ręce, 
zanotował czas spotkania. 

—  W  mieszkaniu  państwa  Krzyżowskich,  jak  sam  zresztą  widziałeś,  panował  idealny 

porządek.  Tymczasem  w  gabinecie  leżała  na  podłodze  ta  pognieciona  fotografia.  Gdyby 

background image

leżała, powiedzmy, od rana, to Krystyna sprzątając mieszkanie zabrałaby ją z pewnością. Tak 
się  jednak  nie  stało,  a  więc  chyba  fotografię  zniszczono  później,  prawdopodobnie  w  czasie 
targowania  się  o  cenę.  Rozmowa  ta  musiała  się  skończyć  jakąś  kłótnią,  o  czym  świadczy 
wspomniana  już  fotografia  oraz  zapomniana  rękawiczka.  Jeżeli  ktoś  opuszcza  czyjeś 
mieszkanie w normalnym nastroju, to jest rzeczą wątpliwą, aby mógł nie zauważyć, że brak 
mu  rękawiczki.  Jeżeli  jednak  ten  ktoś  wychodzi  zły,  zagniewany  (możliwe  nawet,  że  dalszy 
ciąg kłótni był prowadzony w przedpokoju) — wtedy łatwo o czymś zapomnieć. Prawda? 

— Oczywiście. To jest zupełnie zrozumiałe — odpowiedziałem, odsuwając opróżniony 

talerz. — Jak jednak wykryłeś, że „NT” to jest właśnie Nachowski?  

— Z chwilą, gdy uprzytomniłem sobie, że doktor umówił się z jakimś ,,NT” na piątko-

wy wieczór, prawdopodobnie w celu kupna willi, wziąłem po prostu z Komendy prowadzony 
na bieżąco wykaz wszystkich osób, trudniących się pośrednictwem w handlu nieruchomości i 
już po kilku minutach znalazłem jedyne zresztą odpowiadające mi imię i nazwisko Tadeusza 
Nachowskiego.  Ponieważ  z  adnotacji  w  wykazie  dowiedziałem  się,  że  jest  to  jeden  z 
najsolidniejszych  pośredników,  byłem  pewien,  że  odkryłem  wszystko.  Doktor  Krzyżowski 
nie prowadziłby pertraktacji z byle kim. To wszystko. 

—  Nie  wiem,  co  o  nim  myślisz,  ale  mnie  się  wydaje,  że  Nachowski  przez  cały  czas 

zachowywał się naturalnie. 

— I dlatego znowu utknąłem na martwym punkcie. Sam zresztą widzisz, że ślady pro-

wadzą  w  kierunku  trzech  zupełnie  różnych  osób.  Pierwsza  Krystyna.  Krzyżowski  wyraźnie 
się  do  niej  zalecał,  zgodnie  zresztą  z  intencją  jego  żony.  Świeże  ślady  zadrapań  świadczą 
wyraźnie o tym i nasuwają przypuszczenie, że Krystyna, broniąc się przed doktorem, mogła 
uciec  się  do  jedynej  broni,  która  wpadła  jej  w  rękę,  to  znaczy  do  ciężkiego,  metalowego 
przycisku. 

— Sądzisz, że kobieta mogłaby zadać tak silny cios? 
—  Oględziny  lekarskie  wykazały,  że  Krzyżowskiemu  zadano  dwa  uderzenia  w  skroń. 

Uważam, że Krystyna doprowadzona do rozpaczy myślą, że lada chwila zostanie zwyciężona, 
mogła uderzyć tak silnie. 

— Krystyna jednak do niczego się nie przyznaje, prawda? 
— Tak. Jej zeznania są krótkie: — „Nie zabiłam doktora”. —  I to wszystko. Rozumie 

się,  że  w  takiej  sytuacji  musiałem  zastosować  areszt  tymczasowy.  A  sprawa  pani  Krzyżo-
wskiej?  Dzisiaj  rano  rozmawiałem  z  jej  synem  Pawłem,  który  wrócił  wczoraj  z  podróży 
służbowej. Jest to miły, spokojny, opanowany chłopak, od którego dowiedziałem się mnóstwa 
ważnych  szczegółów.  Atmosfera  w  domu,  według  jego  słów,  nie  była  wcale  taka  spokojna, 
jak  zeznawały  jego  matka  i  Krystyna.  Wybuchały  częste  awantury  między  rodzicami  i  to 
gwałtowne.  Powodem  ich  było  przede  wszystkim  to,  że  pani  Krzyżowska  chciała  otrzymać 
rozwód, a doktor oświadczył, że się na to nigdy nie zgodzi. 

—  Fiuuu!...  —  gwizdnąłem  —  w  takim  świetle  cała  historia  zaczyna  zupełnie  inaczej 

wyglądać! 

— Otóż to. Pani Krzyżowska ma kochanka, chce przeprowadzić rozwód, ale jednocze-

śnie widzi, że mąż jej nigdy się na to nie zgodzi. W takiej sytuacji, przy jej charakterze, mogła 
wyreżyserować całą historię. Mogła przecież dowiedzieć się, że doktor ma umówione spotka-
nie  z  jakimś  panem,  kupiła  bilet  na  koncert,  wróciła  do  domu  i  zabiła  męża,  wiedząc,  że 
podejrzenia  powinny  spaść  na  tego  nieznajomego.  Następnie  spokojnie  wyszła  z  domu  i 
wróciła dopiero o tej godzinie, o której się wraca z koncertu. 

—  No  dobrze.  Ale  co  może  znaczyć  plamka  błota  z  charakterystycznym,  odciśniętym 

śladem? 

—  Ustaliłem,  że  deszcz  zaczął  padać  około  godziny  ósmej  minut  czterdzieści,  a  więc 

już  po  przyjściu  Tadeusza  Nachowskiego  do  doktora.  Gdy  pani  Krzyżowska  wracała  do 
mieszkania,  deszcz  musiał  już  padać.  Kiedy  weszła  do  mieszkania,  usłyszała  kłótnię  w 

background image

gabinecie męża. Stanęła za drzwiami łazienki, będąc w ten sposób niewidoczna i przeczekała 
tam aż do chwili wyjścia Nachowskiego. W tym czasie od obcasa odpadł ten kawałek błota. 

—  Czy  jesteś  pewien,  że  ten  charakterystyczny  ślad  na  plamie  błota  pochodzi  z  jej 

pantofli? 

— Nie, niestety. Sprawdziłem wszystkie pary jej butów i żaden nie ma w tym miejscu 

tego wystającego gwoździka. 

—  W  takim  razie  pani  Krzyżowska  nie  mogła  schować  się  za  tymi  drzwiami  —  i 

wygląda na to, że nie brała udziału w morderstwie. Prawda? 

—  Tu  jest  właśnie  słaby  punkt.  Nieszczęsne  błoto  niestety  nie  pasuje  do  całości.  Bo 

nawet, gdy przyjmiemy, że obie kobiety z morderstwem nie mają nic wspólnego i że jest ono 
dziełem Nachowskiego, to rozumiesz, że ta plama znów nie ma sensu. Nachowski zeznaje, że 
przyszedł do doktora punktualnie o wpół do dziewiątej. Rozmowa toczyła się na temat willi i 
w  chwili  ustalania  ceny  zaczęła  się  kłótnia.  Nachowski  zażądał  podobno  dwustu  tysięcy, 
podczas  gdy  Krzyżowski  dawał  tylko  sto  pięćdziesiąt.  Nachowski  twierdzi  dalej,  że  doktor 
obraził go używając kilku wulgarnych wyrazów, a więc pośrednik zdenerwowany do najwyż-
szego stopnia wybiegł z mieszkania gubiąc rękawiczkę. Stało się to kilka minut po dziewiątej. 
Do morderstwa oczywiście nie przyznaje się. W każdym razie jest to człowiek, który, jak się 
wydaje, ostatni rozmawiał z doktorem tego krytycznego dnia. Ciężko mu będzie obronić się 
przed zarzutem morderstwa. 

— A co z pieniędzmi? Czy doktor miał je w mieszkaniu? 
— Nachowski mówi, że Krzyżowski miał je na biurku, w żółtej ceratowej teczce. Pod 

koniec kłótni wrzucił teczkę do szuflady biurka. 

— A czy przeprowadziłeś rewizję u Nachowskiego? 
— Tak, wczoraj wieczorem. Nic obciążającego nie znalazłem. 
Po  wyjściu  z  restauracji  skierowaliśmy  się  do  pobliskiego  parku  i  po  kilku  minutach 

wolno  kroczyliśmy  wąskimi  alejkami,  brodząc  wśród  opadłych  liści.  Nagle  zaświtała  mi 
pewna myśl.  

—  Wiesz  co,  Jerzy  —  powiedziałem  —  listę  osób  podejrzanych  o  morderstwo  można 

będzie chyba ograniczyć do dwóch. Krystyna wyszła przed przyjściem Nachowskiego. Ponie-
waż po upływie pół godziny Krzyżowski jeszcze żył, przeto Krystyna zostaje automatycznie 
wyeliminowana. Ona nie mogła zabić doktora, bo po jej wyjściu on jeszcze żył. 

— Oczywiście! Do takiego samego wniosku doszedłem — uśmiechnął się Jerzy — ale 

Nachowski twierdzi, że choć drzwi otwierał mu doktor, jednak odniósł wrażenie, że w kuchni 
na pewno ktoś był. Paliło się tam światło. 

— Czyli Nachowski podsuwa myśl, że w mieszkaniu prócz niego i doktora była jeszcze 

osoba trzecia i cały dramat rozegrał się dopiero po wyjściu pośrednika, tak? 

—  Można  tak  przypuszczać.  Krystyna  mogła  zostać  dłużej  w  mieszkaniu,  a  doktor 

zaczął się do niej umizgiwać dopiero po wyjściu Nachowskiego. W związku z tym Krystyna 
musi pozostać w kręgu podejrzanych. 

Rozmowa urwała się. Szliśmy obok siebie w milczeniu. 
— Wiesz, kto idzie w naszą stronę? — zagadnął Jerzy. 
Podniosłem głowę. Na końcu alejki zarysowała się postać smukłego, młodego mężczy-

zny; szedł wolnym krokiem w naszym kierunku. 

—  To  jest  właśnie  młody  Krzyżowski.  Dobrze,  że  go  spotykamy,  chciałem  zadać  mu 

jeszcze kilka pytań — wyjaśnił Jerzy. 

Młody człowiek zbliżył się do nas, ukłonił się Jerzemu. 
Przywitaliśmy się. 
— Jeżeli ma pan chwilę czasu — zaproponował Jerzy — to usiądźmy na tej ławeczce. 

Chciałbym zapytać o kilka szczegółów. 

— Chętnie — odpowiedział Paweł Krzyżowski — prosiłbym jednak bardzo, aby to nie 

background image

trwało długo, gdyż umówiłem się... 

— Rozumiem, rozumiem —» uśmiechnął się Jerzy — to tylko kilka minut. 
Usiedliśmy. 
— Czy pan widział kiedyś u swojego ojca jakąś większą sumę pieniędzy i czy pan wie, 

gdzie ojciec schował pieniądze? — padło pierwsze pytanie. 

—  Niestety  —  odpowiedział  Paweł  —  ojciec  był  bardzo  skryty  i  nie  przypominam 

sobie,  abym  u  niego  widział  więcej  pieniędzy  niż  cztery,  pięć  tysięcy  złotych.  Jeżeli  miał 
grubszą gotówkę, to chyba trzymał w jakimś banku, ale nie w domu. 

— Jak się zachowywał pański ojciec w stosunku do Krystyny? 
Paweł spuścił głowę. 
— Krystyna podobała się ojcu. 
— Czy doktor miał jakichś osobistych wrogów? 
— Sądzę, że tak. W ostatnich latach bardzo się zmienił, był opryskliwy, czasami gburo-

waty. Z lada powodu wszczynał awantury. Takim postępowaniem wiele osób zraził do siebie. 

—  Czy  matka  pańska  często  chodziła  do  teatru  lub  na  koncerty?  Chodziła  sama  czy  z 

ojcem? 

— Matka była wielbicielką teatru i wielką melomanką. O ile pamiętam, zawsze chodzi-

ła sama. 

—  Tak,  to  się  zgadza.  Ja  jednak  myślę  —  Lubicz  końcem  buta  rysował  na  miękkiej 

ziemi  jakieś  wzory  —  że  pieniądze  są  w  mieszkaniu.  Jutro  rano  będę  musiał  przeprowadzić 
jeszcze jedną bardzo dokładną rewizję. Ten  gabinet ma jednak jakąś tajemnicę... Może jutro 
nam się poszczęści. 

Po kilku minutach milczenia młody Krzyżowski przeprosił nas i odszedł. 
— Do diabła! — mruknął Jerzy — zdaje się, że wszystko jest jasne, a tu nic się nie chce 

trzymać całości. 

— A może — wtrąciłem — w grę wchodzi jeszcze inna osoba, o której na razie nic nie 

wiemy? Może mamy do czynienia z normalnym włamaniem, które przypadkowo zakończyło 
się morderstwem? 

— Jaki ja jestem głupi, jaki głupi — wymamrotał Jerzy. — Przecież to takie proste! 
— Jurek, o czym ty mówisz? 
—  Stef,  czy  ty  tego  nie  rozumiesz?  Błądzimy  jak  w  labiryncie,  a  to  przecież  takie 

proste! 

— Nie rozumiem. 
—  To  nie.  Dziś  już  wszystko  się  wyjaśni.  Chodźmy  teraz  szybko,  bo  może  być  za 

późno.  

Wybiegliśmy z parku i pierwszą taksówką pojechaliśmy do Krzyżowskich. 
Jerzy zadzwonił do mieszkania. Widziałem z jakim napięciem patrzył, kto będzie otwie-

rał drzwi. Gdy ukazała się twarz Kubiaka, uśmiechnął się i cicho spytał: 

— Czy jest jeszcze ktoś w mieszkaniu? 
— Nie, nikogo nie ma, kapitanie — odpowiedział Kubiak — pani Krzyżowska wyszła 

przed dwoma godzinami, a jej syn jeszcze nie wrócił. 

— To dobrze, bardzo dobrze! 
Wpadł do gabinetu, my za nim. Rozejrzał się wkoło i wzrok jego spoczął na większej z 

dwóch stojących tu szaf bibliotecznych. 

— Tak, ta będzie dobra — zadecydował i otworzył środkową część szafy. — Doskona-

le, że ma te zasłony w środku! A teraz precz z tymi półkami i książkami, ale tak je schowaj-
cie, żeby trudno było je znaleźć. 

Nie  pytaliśmy  więcej  o  nic,  tylko  wzięliśmy  się  do  roboty.  Szafa  była  ogromna,  a  w 

samej  środkowej  części  było  sześć  wyjmowanych  pólek,  zastawionych  książkami.  Nie  było 
rzeczą prostą ulokować ten cały kram tak, żeby nie zwracał niczyjej uwagi. Jednak po godzi-

background image

nie uporaliśmy się z tym. 

Lubicz spojrzał z zadowoleniem na opróżnione wnętrze biblioteki, wskoczył z łatwością 

do środka, zamknął za sobą oszklone drzwi i zaciągnął zasłonkę. Gdyby ktoś teraz wszedł do 
pokoju, nie przypuszczałby, że za szklaną ścianą i kawałkiem ciemnego materiału jest ukryty 
człowiek. Jerzy wyszedł z szafy. 

—  Doskonale!  —  zawyrokował  —  jest  tam  jeszcze  miejsce  na  dwóch  mężczyzn. 

Zostaniesz, Stef, ze mną. A wy, sierżancie, pójdziecie do Komendy i będziecie czekali na mój 
telefon. Sądzę, że do rana wszystko się wyjaśni. 

Kubiak wyszedł. Zgasiliśmy światła w całym mieszkaniu i usiedliśmy w gabinecie, cze-

kając  na  otwarcie  drzwi  wejściowych.  Siedzieliśmy  w  milczeniu  może  godzinę,  może  dwie. 
Wreszcie  usłyszeliśmy  niecierpliwie  oczekiwany  dźwięk  otwieranego  zamka.  Ukryliśmy  się 
w  bibliotece.  Słyszeliśmy  przytłumione  skrzypnięcie  drzwi,  potem  czyjeś  kroki.  Wreszcie 
przez zasłonę zobaczyliśmy smugę światła, która wdarła się do biblioteki przez na wpół przy-
mknięte drzwi prowadzące do sypialni. 

— Wróciła chyba Krzyżowska — szepnął Jerzy. 
Ścisnąłem mu rękę na znak, że rozumiem, a w duszy kląłem na czym świat stoi, gdyż w 

szafie, mimo że było w niej sporo miejsca, zaczynało się robić duszno. 

Tło za zasłoną gwałtownie pojaśniało. Ktoś zapalił światło w gabinecie. Przez zostawio-

ne  umyślnie  wąskie  szparki  zobaczyliśmy  panią  Krzyżowską.  Rozejrzała  się  po  pokoju, 
zdziwiona widocznie, że nigdzie nie widać sierżanta Kubiaka. Wyszła na chwilę, może po to, 
by sprawdzić w innych pomieszczeniach, czy pozostała sama w mieszkaniu. Jej nieobecność 
w  gabinecie  trwała  około  dziesięciu  minut.  Po  powrocie  zatrzymała  się  na  środku  pokoju  i 
dość długo badała wzrokiem wszystkie jego kąty. 

— Co ona robi? — szepnąłem. 
Wzruszenie  ramion  było  całą  odpowiedzią.  Pani  Krzyżowska  podeszła  tymczasem  do 

biurka i otworzyła szufladę. Widzieliśmy, jak szybkimi ruchami przerzuca papiery. To samo 
zrobiła z drugą i trzecią, szufladą. 

Jerzy zbliżył usta do mojego ucha. 
— Szuka pieniędzy — powiedział. — Boję się, że zacznie przetrząsać bibliotekę... 
Nic nie odpowiedziałem. Byłem zlany potem, gdyż w szafie zrobiło się duszno. Gdyby 

przed czasem skończyła się nasza przygoda, byłbym bardzo zadowolony. 

Krzyżowska  nic  nie  znalazła  w  biurku.  Następny  obiekt,  którym  się  zainteresowała, 

była  sąsiednia  szafa.  Ponieważ  stała  tuż  koło  naszej,  przy  tej  samej  ścianie,  straciliśmy 
możność prowadzenia dalszych obserwacji. 

Dopisało  nam  szczęście  nim  podeszła  do  naszej  szafy.  W  pewnej  chwili  usłyszeliśmy 

głośny odgłos zamykanych drzwi. Przyłożyłem oko do szpary i zobaczyłem, że pani Krzyżo-
wska szybko usiadła w fotelu i sięgnęła po jakąś książkę. Coś ją spłoszyło. 

Po chwili do gabinetu wszedł Paweł Krzyżowski. 
—  Dobry  wieczór,  mamo  —  powiedział.  —  Co?  Czyżby  nasi  kochani  opiekunowie 

wreszcie raczyli nas opuścić? 

— Tak. Sama się zdziwiłam, kiedy zastałam mieszkanie puste. 
—  No,  najwyższy  czas.  Nie  wiem,  mamo,  jak  się  czułaś  w  ich  obecności,  ale  mnie 

trochę działali na nerwy. 

Paweł  usiadł  w  drugim  fotelu.  Rozmowa  toczyła  się  na  temat  pogrzebu,  który  miał 

odbyć się nazajutrz. Po chwili Krzyżowski spojrzał na zegarek i ziewnął. 

—  Już  dochodzi  jedenasta.  Jestem  tak  zmęczony,  że  idę  spać.  I  tobie,  mamo,  radzę 

zrobić to samo. Dobranoc. 

Ucałował  panią  Krzyżowską  w  czoło,  jeszcze  raz  ziewnął  i  wyszedł.  Pani  Wanda 

siedziała  przez  chwilę  nieruchomo,  następnie...  Ciarki  przeszły  mi  po  plecach!  Spojrzała  na 
naszą bibliotekę i wolno wstała z fotela. 

background image

Jerzy ścisnął mnie za rękę. 
—  Kompromitacja!  —  wyszeptał  —  i  czułem,  jak  cofa  się  w  głąb  szafy.  Staliśmy  tak 

dość  długo,  wciśnięci  w  tylną  ścianę  i  patrzyliśmy  na  jaśniejące  przed  nami  prostokąciki 
szybek biblioteki, czekając, kiedy się otworzą drzwi... 

Czas  mijał.  Spojrzałem  przez  szparę  i  zdążyłem  tylko  zobaczyć,  jak  pani  Krzyżowska 

opuszczając  pokój  przekręcała  kontakt.  Zapanowała  ciemność.  Obok  usłyszałem  ciche 
westchnienie ulgi. 

Przez pół godziny panował jeszcze hałas w mieszkaniu. Dochodziły nas kolejne dźwięki 

radia, szczęk talerzy, plusk wody w łazience. Wreszcie zapanowała cisza. 

Jerzy  ostrożnie  uchylił  drzwi  biblioteki,  by  wpuścić  trochę  świeżego  powietrza  i  do 

połowy  odsunął  zasłonki.  Dzięki  temu  mogliśmy  lepiej  obserwować  tonący  w  półmroku 
pokój. Przed nami, na tle okna, rysowała się bryła biurka, na którego powierzchni załamywały 
się  odblaski  ulicznej  latarni.  Mimo  świadomości  zupełnego  bezpieczeństwa  czułem  się  nie-
zbyt dobrze. Od tego spowitego półmrokiem pokoju wiało czymś niesamowitym.  

Pod wpływem tej atmosfery zacząłem odtwarzać w wyobraźni scenę morderstwa dokto-

ra.  Widziałem  go  wyraźnie,  jak  stoi  koło  biurka,  zamyślony,  z  opuszczoną  głową...  Nagle 
pojawia  się  koło  niego  jakaś  postać,  której  kontury  są  ledwo  dostrzegalne.  Podnosi  ramię  i 
uderza doktora dwakroć w głowę. Doktor pada. Postać pochyla się nad nim i wreszcie wolno, 
wolniutko przesuwa się w stronę biurka. 

Uczułem  mocne  ściśnięcie  ręki.  Chciałem  zapytać  Jerzego  o  co  chodzi,  ale  nagle  do-

strzegłem  na  tle  okna  niewyraźny  kształt...  Złudzenie,  że  to  senne  marzenie,  a  nie  rzeczy-
wistość, szybko pierzchło, gdyż ręka Jerzego coraz silniej ściskała moją, a tajemnicza postać 
ostrożnie, coraz niżej pochylała się nad biurkiem. 

Minęło kilkanaście sekund, gdy od strony biurka dobiegł nas cichy trzask. Drzwi szafy 

centymetr  po  centymetrze  zaczęły  się  otwierać.  Przy  samej  szafie  leżał  na  podłodze  dywan, 
liczyłem więc, że Jerzemu uda się wyjść niepostrzeżenie. Niestety! Jakaś deseczka w biblio-
tece  zaskrzypiała  przeraźliwie.  Zamarliśmy  w  bezruchu.  Tajemnicza  postać  dosłyszała  ten 
hałas również i wyprostowała się nagle. 

Gdy wyskakiwaliśmy z biblioteki, słyszałem szczęk odbezpieczanego pistoletu Jerzego. 

Dwa  susy  i  kontakt...  Jest!  Światło  zalało  gabinet.  Patrzyłem  ze  zdumieniem  na  odchylony 
blat biurka i na leżącą w otworzonej w ten sposób skrytce żółtą, wypchaną teczkę. Patrzyłem 
na  wykrzywioną  przerażeniem  twarz  stojącej  przy  biurku  postaci,  na  wznoszące  się  do  góry 
ręce. 
 
 
 

 

— Widzisz, Stef — zaczął Jerzy — często spotykałem się z wypadkiem, gdzie mister-

nie splecioną siatkę podejrzeń i dowodów niszczył jeden nic nie znaczący  — zdawałoby się 
—  szczegół.  Kiedy  teraz  odtwarzam  sobie  całą  historię,  wiem,  że  mordercę  znaleźliśmy 
dzięki przypadkowi… 

— Jak to rozumiesz? 
— Czy pamiętasz, jak siedzieliśmy w parku na ławce i rozmawialiśmy z Pawłem? Czy 

pamiętasz,  jak  się  potem  zachowywałem?  Otóż  gdy  Paweł  odchodził,  zobaczyłem  na  ziemi 
odciśnięty ślad, taki sam, jaki odbił się na tej grudce błota w przedpokoju. I wtedy zrozumia-
łem wszystko. Zgodzisz się ze mną, że to był tylko szczęśliwy przypadek. 

— No, możliwe... ale... 
—  Czy  pamiętasz,  jak  przestraszyła  się  pani  Krzyżowska,  kiedy  usłyszała  twój  głos? 

Jest on tak podobny do głosu jej syna, że w pierwszej chwili nie mogła go odróżnić. 

background image

— I cóż z tego? 
—  Odbierałeś  telefon  w  sobotę  wieczorem,  po  mojej  rozmowie  z  panią  Krzyżowską, 

prawda? Czy przypominasz sobie dokładnie przeprowadzoną wtedy rozmowę? 

—  Raczej  tak.  Jakaś  pani  myśląc,  że  rozmawia  z  Pawłem  ucieszyła  się,  że  wróciłem  i 

pytała, czy się wczoraj spóźniłem. Ale gdzie, co, jak — tego nie wiem. I to chyba wszystko. 
Czy ten drobiazg dopomógł ci do rozwiązania zagadki?  

— Tak. Ale bezpośrednio po rozmowie nie wyciągnąłem właściwych wniosków i zro-

zumiałem ten błąd dopiero w parku. Bo pomyśl tylko: jakieś dziewczę sądząc, że rozmawia z 
Pawłem,  pyta  się,  czy  się  wczoraj  spóźnił.  Wczoraj,  to  znaczy  w  dniu  morderstwa,  rozu-
miesz?  Paweł  miał  jechać  pociągiem  o  dwudziestej  minut  czterdzieści  pięć,  ale  zbyt  dużo 
czasu stracił wspólnie z tą dziewczyną; zdaje się, że nazywa się Maria; pobiegł na dworzec, 
ale pociąg uciekł mu sprzed nosa. Cóż miał robić? Wrócił do domu. padał wtedy deszcz. Gdy 
otworzył  drzwi,  a  było  to  gdzieś  około  dziewiątej  pięć,  usłyszał  odgłosy  kłótni  w  gabinecie 
ojca, Krzyżowski i Nachowski byli tak zacietrzewieni, że nie dotarł do nich dźwięk otwiera-
nych  drzwi.  I  co  teraz?  Paweł  widzi  na  biurku  teczkę  wypchaną  pieniędzmi.  Słyszy  kłótnię. 
Chowa  się  za  drzwi  od  łazienki.  Dlaczego  to  zrobił,  czy  już  miał  jakiś  plan,  powiedzmy  — 
samej kradzieży, czy zrobił to po prostu odruchowo? — tego nie umiał wyjaśnić. Gdy Nacho-
wski  wybiegł,  Paweł  zobaczył,  że  ojciec  chowa  teczkę  do  skrytki  w  biurku,  którą  dokładnie 
obejrzałeś.  Wtedy  zdecydował  się.  Kiedy  ojciec  zgasił  światło  i  znikł  w  sąsiednim  pokoju, 
Paweł  ostrożnie  wszedł  do  gabinetu  i  zaczął  manipulować  przy  biurku.  I  wtedy  właśnie 
wszedł ojciec. Zobaczył, że przy biurku stoi jakiś mężczyzna. Rzucił się na niego i złapał go 
za  szyję.  Paweł  odruchowo  chwycił  metalowy  przycisk  i  uderzył.  To  był  ten  fatalny  cios 
zadany z dużą siłą, podwojoną przez strach i wstyd. 

—  Paweł  mówi  —  ciągnął  Jerzy  —  że  wtedy  dopiero  zrozumiał,  iż  podniósł  rękę  na 

ojca.  Zapalił  światło.  Niestety,  było  już  po  wszystkim.  Do  jego  rozpaczy  doszło  jeszcze 
przerażenie,  gdy  uświadomił  sobie,  jaka  kara  go  czeka.  Zniszczona  kariera,  złamane  życie, 
kompromitacja, więzienie... Dlatego szukając ratunku, pomyślał, że przecież brak świadków i 
że on ma doskonałe alibi — podróż służbową. I nikt nie może mu udowodnić, że to właśnie 
on  popełnił  zbrodnię.  Wyszedł  i  odjechał  następnym  pociągiem  o  dwudziestej  drugiej  dwa-
dzieścia, a w drodze miał dość czasu, by ochłonąć i rozważyć wszystko na zimno. 

—  Dlaczego  Paweł  nie  zabrał  pieniędzy  od  razu.  tylko  przyszedł  po  nie  wieczorem?  I 

skąd wiedziałeś, że tak się stanie? 

Pieniędzy  nie  mógł  początkowo  ruszać,  gdyż  w  wypadku  rewizji,  z  którą  musiał  się 

liczyć, byłby to dowód dostatecznie obciążający. W parku, w rozmowie z nim, powiedziałem, 
że następnego dnia przeprowadzę szczegółową rewizję. Wtedy zrozumiał, że jeżeli nie zdąży 
do  rana  schować  pieniędzy,  to  je  straci.  W  dzień  nie  próbował  ich  wyjmować,  gdyż  w 
mieszkaniu był Kubiak oraz pani Krzyżowska. Jedyną i ostatnią możliwość stwarzała noc. 

—  I  gdyby  nie  ten  fatalny  dla  niego  telefon  oraz  przypadek  w  parku,  nie  znalazłbyś 

mordercy. 

—  Być  może,  że  niewinne  osoby  musiałyby  odpowiadać  za  cudzą  zbrodnię.  Żal  mi 

Pawła,  ale  cieszę  się,  że  Wanda  Krzyżowska  i  Krystyna  są  uniewinnione.  A  po  zaintereso-
waniu,  które  szczególnie  tej  drugiej  okazywałeś,  sądzę,  że  jesteś  tego  samego  zdania  nieza-
leżnie od spraw służbowych... 

Jerzy  nie  odpowiedział.  Siedział  w  swojej  ulubionej  pozycji,  z  zamkniętymi  oczyma  i 

tylko uśmiechnął się zagadkowo.  
 
 
 
 
 

background image

 

WŁADYSŁAW KISIELEWSKI 

 

ULICA 

 

STAŁ oparty o ścianę i patrzył na promień słońca wkradający się do celi, przez szparę 

w drewnianej zasłonie okna. Już drugi rok mijał od dnia uwięzienia. Za co właściwie — sam 
dobrze  nie  wiedział.  Bo  przecież  nikogo  nie  zabił  ani  nie  obrabował.  Czyż  więc  aż  tak 
wielkim  przestępstwem było  iść  ze  strajkującymi  pod  siedzibę  rządu? Chciał  tylko  żyć  i  nic 
więcej. 

Był młody i silny i bardziej dotkliwie niż inni odczuwał zamknięcie w ciasnych murach. 

Dusił  się  w  nich  i  tęsknił  za  wolnością.  Tęsknił  za  nią  tak  silnie,  jak  tęskni  za  lotem  orzeł, 
któremu podcięto skrzydła. Bywały tygodnie, w ciągu których siedział nieruchomy jak posąg, 
zobojętniały na wszystko. Lecz bywały i takie, w których dostawał dzikich ataków furii, tłukł 
głową o ściany i wył. 

Lekarz więzienny uznał go za symulanta. 
I tak minęły dwa lata. 
Pewnego dnia został przeniesiony do zbiorowej celi. Siedziało już tam siedmiu niezna-

nych  mu  więźniów.  Wieczorem,  gdy  wszyscy  udali  się  na  spoczynek,  do  celi  weszło  kilku 
strażników z karabinierami. 

— To ci? 
— Tak! 
— Zabierać się!  
Wyprowadzono ich na dziedziniec i wepchnięto do karetki więziennej. Po chwili samo-

chód ruszył. Vayq przylgnął ustami do kraty okienka i z rozkoszą wchłaniał w płuca chłodne, 
nocne powietrze. Jechali długo. Dokąd — tego nikt z więźniów nie wiedział. Wreszcie samo-
chód stanął. 

— Wysiadać! — krzyknął karabinier otwierając drzwiczki. 
Każdemu  z  więźniów,  który  stanął  na  stopniach  karetki,  zakładano  kajdanki,  a  potem 

uprowadzano w ciemności rozpraszane jedynie słabą smugą postojowego światła samochodu. 
Podchodząc  do  drzwiczek  Vayq  spojrzał  przed  siebie.  Na  tle  ciemnego  nieba  dojrzał  wierz-
chołki drzew, a do uszu jego dobiegł jękliwy szum lasu. Przez głowę więźnia przemknęły się 
desperackie myśli. 

— Prędzej! — krzyknął karabinier. 
Vayq  stanął  na  stopniu  wyciągając  przed  siebie  zaciśnięte  dłonie,  a  gdy  karabinier 

pochylił  się  ku  niemu,  silnym  pchnięciem  w  piersi  obalił  go  na  ziemię.  Zanim  stojący  obok 
strażnik zdążył się odwrócić, Vayq przesadził rów i zniknął w gąszczu. Zabrzmiały przekleń-
stwa, padło kilka strzałów. 

Vayq pędził jak szalony. Wpadał w ciemnościach na drzewa, przewracał się na nierów-

nościach gruntu, wstawał i biegł dalej. 

Wreszcie ucichł odgłos pogoni. Zbieg nasłuchiwał chwilę, a potem zwalił się na ziemię 

oddychając ciężko. Gdy nieco wypoczął, podniósł się i poszedł dalej. O świcie dotarł do skra-
ju lasu. Wyjrzał ostrożnie z zarośli. Poza rozciągającym się przed nim wielkim, pustym polem 
widać było budynki. Wycofał się w głąb lasu i ukrył w zaroślach. O zmierzchu ruszył dalej. 

Po trzech dniach błądzenia, półprzytomny z głodu i zmęczenia, dowlókł się późną nocą 

do  pierwszych  domów  swego  rodzinnego  miasta  i  zapukał  w  okna  mieszkania  jednego  z 
kolegów. 

— Szukają cię wszędzie! — usłyszał na powitanie. — Na razie musisz się tu ukryć, a 

później pomyślimy o jakimś bezpieczniejszym schronieniu. 

—  To  na  dziś  i  na  jutro,  ale  co  będzie  dalej?  Bo  do  więzienia  nie  wrócę.  Wolę  raczej 

background image

zginąć. 

—  Nie  martw  się.  Ucieczką  swoją  uratowałeś  życie  siedmiu  naszych  towarzyszy. 

Dlatego wyprawimy cię stąd. Chcesz jechać do Hiszpanii? 

— Czy ja wiem? — odrzekł Vayq ponuro. — A może ja, po tym pobycie w więzieniu, 

już jestem do niczego? 

Kolega zaśmiał się i przyjacielsko klepnął go po ramieniu. 
Następnego dnia, wieczorem, Vayq przebrał się w ubranie kolegi i opuścił mieszkanie. 

Przygodną  ciężarówką  pojechał  do  śródmieścia.  Tam,  w  umówionym  sklepiku  otrzymał 
kartkę z adresem. Przeczytał ją i zniszczył, a potem ruszył dalej mijając grupy przechodniów, 
przystających przed jasno oświetlonymi wystawami sklepów. 

Nagle drgnął, czując, że ktoś uporczywie wpatruje się w niego. Przystanął przed szybą 

wystawową i spojrzał za siebie. Parę kroków za nim szedł jakiś podejrzany osobnik w cywil-
nym ubraniu. 

„Agent”!  —  przemknęło  przez  głowę  Vayqa  i  na  moment  stracił  panowanie  nad  sobą. 

Otrząsnął się po chwili i ruszył dalej. Szedł spokojnym krokiem i nagle, chcąc zgubić śledzą-
cego go człowieka, skręcił w boczną ulicę. 

Przebiegając przez jezdnię dostrzegł, że śledzący go agent podbiega do przechodzącego 

ulicą  policjanta.  Widząc  to  wbiegł  do  pierwszej  z  brzegu  bramy.  Powietrzem  zatargały 
przeraźliwe gwizdki. 

Uciekinier przebiegł przez podwórze, przesadził parkan i znalazł się w jakiejś nieznanej 

mu uliczce. Rozejrzał się i mimo woli zatrzymał wzrok na świeżo naklejonym plakacie. Był 
to list gończy z jego fotografią. 

Oddalił  się  szybko  z  tego  miejsca,  lecz  zanim  dotarł  do  skrzyżowania  ulic,  dostrzegł 

silny  patrol  idący  w  jego  stronę.  Cofnął  się  i  wszedł  w  słabo  oświetlony  zaułek,  po  którym 
snuły się jak cienie dziewczęta uliczne. 

—  A  może  zaczepić  którą  i  przemknąć  się  przez  obławę  udając  zakochaną  parkę?  — 

pomyślał. 

Po chwili podszedł do szczupłej, na uboczu stojącej dziewczyny. Słysząc za sobą szelest 

kroków dziewczyna obejrzała się. Migotliwy blask latarni oświetlił jej twarz i Vayq zadrżał. 

Przed  nim  stała  Reri.  Jego  pierwsza  miłość,  jedyna  dziewczyna,  którą  kochał.  Reri,  o 

której nic nie wiedział od chwili aresztowania i o której myślał w długie, bezsenne noce. 

— Reri! Ty jesteś Reri? — wyszeptał po chwili, nie wierząc własnym oczom. 
—  Vayq!  Żyjesz?!  —  zdumiała  się  dziewczyna  i  chwyciwszy  jego  dłonie  zaczęła  je 

całować. 

A  Vayq  stał  oniemiały  z  bólu,  nie  wiedząc  co  powiedzieć.  Wreszcie  wykrztusił  z 

trudem: 

— Nie trzeba, Reri... Nie trzeba. Rozumiem, wszystko rozumiem. Biedna moja Reri! 
Nawet nie słyszał jej rozpaczliwych wyjaśnień. 
—  Przebacz  mi,  Vayq!...  Ja  musiałam.  Gdy  ciebie  uwięziono,  wezwał  mnie  do  siebie 

dyrektor fabryki... A potem... 

Reszta słów zaginęła w przejmującym szlochu. 
Zresztą słowa były zbyteczne. Osunął się na latarnię, a przed zamglonymi bólem oczy-

ma przesunęła się jak filmowa taśma wizja dalekich wspomnień. Ujrzał w nich ją i siebie, ich 
pierwsze spotkanie, spacery pod fabryką... 

Zagubił  się  w  wspomnieniach,  a  gdy  oprzytomniał,  ból  ustąpił  miejsca  napływowi 

rozpaczliwej wściekłości. Zacisnął dłoń na chłodnej kolbie rewolweru i wyszarpnąwszy go z 
kieszeni odwrócił się w stronę stojącego na skrzyżowaniu policjanta. 

— Opamiętaj się! 
Odwrócił się i spojrzawszy w jej oczy szepnął: 
—  Reri!  My  tutaj,  na  tym  świecie,  nie  znajdziemy  szczęścia.  I  lepiej  będzie,  jeżeli 

background image

zginiemy oboje! 

Cofnęła się wybuchając płaczem. 
— Ja nie mogę! Bo widzisz, Vayq, ja mam dziecko, które poza mną nie ma nikogo na 

świecie... 

Dłoń Vayqa kurczowo ściskająca kolbę rewolweru opadła bezwładnie. 
— My oboje jesteśmy — mówiła — jesteśmy skazani na życie... Żegnaj, Vayq, modląc 

się będę myślała o tobie! 

— Żegnaj — powtórzył. 
I w tej właśnie chwili zrozumieli całą głębię najstraszliwszego słowa w ludzkiej mowie. 

Krótkiego słowa — „nigdy”. 

Bowiem nigdy już nie mieli się spotkać. 

 

* * * 

 

Smukła sylwetka Reri zniknęła w mroku ulicy. 
Vayq chciał zawołać: — Nie odchodź, zostań, Reri! — stłumił ten okrzyk rozumiejąc, 

że przecież jego wołanie nic już zmienić nie może. 

— Skończone, wszystko skończone — szepnął.  
Żołnierze, którzy go otoczyli, stanęli zdziwieni widokiem dorosłego mężczyzny, który 

płakał jak dziecko. 

— Ale się spiło bydlę — mruknął dowódca patrolu. 
Poszli dalej. 
Vayq został sam i stał jeszcze długo na pustej, mrocznej ulicy. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 

SPIS TREŚCI 

 
 
 

Biały jacht   (Antoni Marczyński) 

 

 

 

 

 

02 

 

Atomowa śmierć Atlantydy   (Jan Jerzy Groński)   

 

 

07 

 

Kto i dlaczego?   (Andrzej Zan) 

 

 

 

 

 

18 

 

Ulica   (Władysław Kisielewski) 

 

 

 

 

 

39