background image

 
 
 
 

SARRASINE 

I INNE OPOWIADANIA 

 

ZŁOTA PODKOWA 49 

 

          

 

 

 
 

WYDAWNICTWO „ŚLASK” KATOWICE 1960

 

background image

 
 

HONORÉ BALZAC 

 

SARRASINE 

 

BYŁEM pogrążony w  głębokiej zadumie, jaka ogarnia każdego, nawet płochego czło-

wieka, pośród najhuczniejszej zabawy. Północ wybiła na wieży Elysée-Bourbon. Siedząc we 
framudze okna, ukryty za fałdami jedwabnej portiery, mogłem do woli przyglądać się ogrodo-
wi  pałacu,  w  którym  spędzałem  wieczór.  Drzewa,  na  wpół  pokryte  śniegiem,  odcinały  się 
słabo  na  szarym  tle  chmurnego  nieba,  zaledwie  pobielonego  księżycem.  Oglądane  na  tle  tej 
widmowej  atmosfery,  podobne  były  nieco  do  owych  upiorów  na  wpół  zawiniętych  w  swoje 
całuny; był to niby olbrzymi obraz słynnego  T a ń c a  s z k i e l e t ó w. Następnie, obracając 
się w inną stronę, mogłem podziwiać taniec żywych! — wspaniały salon o ścianach złotych i 
srebrnych,  o  błyszczących  świecznikach  jarzących  się  od  świec.  Tam  kłębiły  się,  poruszały 
najpiękniejsze kobiety Paryża, najbogatsze, najświetniej utytułowane, olśniewające, imponu-
jące, migocące diamentami, z kwiatami na głowie, na piersi, we włosach, usianymi na sukni 
lub w girlandach u ich stóp. Lekki dreszcz rozkoszy, lubieżne ruchy, od których drżały koron-
ki, muśliny dokoła ich delikatnych bioder. Parę zbyt żywych spojrzeń przebijało tu i tam, ćmi-
ło światła, ogień diamentów i podsycało jeszcze nazbyt płomienne serca. Widziało się skinie-
nia  głowy  znaczące  dla  kochanków,  a  złowrogie  dla  mężów.  Podniesione  głosy  graczy  przy 
każdym  nieprzewidzianym  obrocie,  dźwięk  złota  mieszały  się  z  muzyką,  ze  szmerem  roz-
mów, aby do reszty oszołomić ten tłum, upojony wszystkim, co może być kuszącego na świe-
cie.  Opary  perfum  i  atmosfera  powszechnego  szału  drażniły  jeszcze  rozigrane  wyobraźnie. 
Tak  więc  po  prawej  ręce  miałem  posępny  i  milczący  obraz  śmierci;  po  lewej,  salonowe  ba-
chanalie życia. Tu, natura zimna, martwa, w żałobie; tam ludzie w pełni radości. Ja, na grani-
cy  tych  obrazów  tak  różnych,  które  tysiąc  razy  powtarzając  się  na  rozmaite  sposoby  czynią 
Paryż  miastem  najzabawniejszym  i  najfilozoficzniejszym  w  świecie,  przyrządzałem  sobie 
moralną  sałatkę,  na  wpół  ucieszną,  na  wpół  posępną.  Jedną  nogą  wybijałem  takt,  drugą  — 
zdawało mi się — tkwiłem w trumnie. Noga moja w istocie skostniała od zimnego podmuchu 
koło okna. Rzecz dość częsta na balu; pół ciała marznie, gdy druga połowa odczuwa wilgotne 
ciało salonu. 

— Wszak to niedawno, jak pan de Lanty posiada ten pałac? 
—  Owszem.  Będzie  już  blisko  dziesięć  lat,  jak  marszałek  de  Carigliano  mu  go  sprze-

dał... 

— A! 
— Ci ludzie muszą posiadać olbrzymi majątek? 
— Oczywiście że tak. 
— Co za bal! Bezczelny zbytek! 
— Czy pan myśli, że są tak bogaci jak Nucingen albo Gondreville? 
— Ależ... czy pan tego nie wie? 
Wychyliłem głowę i poznałem rozmawiających; byli z tej plejady ciekawych, którzy w 

Paryżu zajmują się ustawicznie owymi: Czemu? Jak? Kto to? Co się to stało? Co ona zrobiła? 
Zniżyli głos i oddalili się, aby rozmawiać swobodniej na samotnej kanapce. Nigdy plotkarze i 
ciekawscy nie mieli bogatszej kopalni. Nikt nie wiedział, z jakich stron pochodzi rodzina de 
Lanty, ani z jakiego handlu, z jakiej grabieży, z jakiego rozboju lub jakiego spadku pochodzi 
majątek  szacowany  na  wiele  milionów.  Wszyscy  członkowie  tej  rodziny  mówili  po  włosku, 
po francusku, po hiszpańsku, po angielsku i po niemiecku na tyle dobrze, aby pozwolić przy-
puszczać, że musieli długo przebywać w tych rozmaitych krajach. Cyganie? Przemytnicy? 

— Gdyby i diabły, powiadali młodzi wyjadacze, przyjmują cudownie. 

background image

—  Choćby  hrabia  de  Lanty  ograbił  jakiegoś  pohańca,  ożeniłbym  się  z  jego  córką!  — 

wykrzyknął jakiś filozof. 

Któż by się nie ożenił z Marianiną, dziewczyną szesnastoletnią, której piękność wciela-

ła bajeczne sny wschodnich poematów? Jak córka sułtana w bajce o  C z a r o d z i e j s k i e j 
l a m p i e, tak ona powinna by nosić zasłonę. Przy śpiewie jej bladły półtalenty  wszystkich 
Malibran, Sontag, Fodor, u których jedna dominująca zaleta zawsze niweczyła perfekcję cało-
ści, gdy Marianina umiała łączyć w równym stopniu czystość dźwięku, wrażliwość, trafność 
gestu i akcentu, duszę i wiedzę, dokładność i uczucie. Dziewczyna ta była ideałem owej taje-
mnej poezji, wspólnego węzła wszystkich sztuk: poezji, uchodzącej zawsze przed tymi, któ-
rzy jej szukają. Słodka i skromna, wykształcona i dowcipna, jeżeli przy kim mogła gasnąć, to 
chyba przy matce. 

Czy spotkaliście kiedy owe kobiety, których triumfalna piękność urąga zębowi czasu i 

które  w  trzydziestym  szóstym  roku  wydają  się  pożądańsze  niż  mogły  być  piętnaście  lat 
wprzódy? Twarz ich jest niby namiętna dusza, iskrzy się; każdy jej rys lśni inteligencją; każda 
pora  posiada  swoisty  blask,  zwłaszcza  w  świetle.  Ich  uroczne  oczy  wabią,  odtrącają,  mówią 
lub  milczą;  chód  ich  jest  niewinnie  wyrafinowany,  głos  ich  rozwija  melodyjne  bogactwa 
najzalotniej słodkich i tkliwych tonów. Pochwała ich, wsparta na porównaniach, głaszcze naj-
drażliwszą próżność. Drgnienie ich brwi, najlżejszy błysk oka, ściągnięcie ust budzą grozę w 
tych,  którzy  w  takiej  kobiecie  złożyli  swoje  życie  i  szczęście.  Niedoświadczona  w  miłości, 
wrażliwa na słowa, młoda dziewczyna może dać się uwieść, ale — dla tego rodzaju kobiet — 
mężczyzna musi umieć, jak pan de Jaucourt, nie krzyczeć, kiedy schowanemu w alkowie po-
kojówka  zmiażdży  dwa  palce  drzwiami.  Kochać  te  przemożne  syreny,  czyż  nie  znaczy  sta-
wiać na kartę swoje życie? I oto może czemu kochamy je tak namiętnie! Taka była hrabina de 
Lanty. 

Filippo, brat Marianiny, miał — jak siostra — cudowną urodę po matce. Aby wszystko 

zawrzeć w jednym słowie, młody ten człowiek był żywym obrazem Antinousa, przy delika-
tniejszych formach. Ale jak te szczupłe i delikatne proporcje cudownie godzą się z młodością, 
kiedy oliwkowa cera, energiczne brwi i płomień aksamitnego oka wróżą męskie namiętności i 
górne  myśli!  Jeżeli  Filippo  żył  w  sercu  wszystkich  młodych  panien  jako  mężczyzna,  żył 
znowuż w pamięci wszystkich matek jako najlepsza partia we Francji. 

Uroda,  majątek,  inteligencja,  wdzięk  tych  dwojga  dzieci  pochodziły  wyłącznie  od 

matki.  Hrabia  de  Lanty  był  mały,  brzydki  i  wątły,  posępny  jak  Hiszpan,  nudny  jak  bankier. 
Uchodził zresztą za głębokiego polityka, może dlatego, że się śmiał rzadko i że zawsze cyto-
wał Metternicha albo Wellingtona. 

Ta tajemnicza rodzina miała cały urok poematu lorda Byrona, którego zawiłości tłuma-

czyła  każda  osoba  wielkiego  świata  odmiennie;  hymn  ciemny  i  wzniosły  w  każdej  strofie. 
Dyskrecja, jaką oboje państwo de Lanty zachowywali co do swego pochodzenia, co do swej 
przeszłej egzystencji i swoich stosunków w czterech częściach świata, niedługo była w Pary-
żu przedmiotem zdziwienia. Nigdzie może nie urzeczywistnia się lepiej aksjomat Wespazja-
na. Tutaj nawet dukaty splamione krwią i błotem nie zdradzają nic, a wcielają wszystko. Byle 
wielki świat znał cyfrę twego majątku, umieści cię między sumami, które ci są równe; nikt nie 
żąda pokazania twoich pergaminów, ponieważ każdy wie, jak mało one kosztują. W mieście, 
w  którym  problemy  społeczne  rozwiązują  się  za  pomocą  zrównań  algebraicznych,  awantur-
nicy mają wszelkie szanse. Gdyby nawet ta rodzina pochodziła z Cyganów, była tak bogata, 
tak  urocza,  że  wielki  świat  mógł  doskonale  przebaczyć  jej  drobne  sekrety.  Ale  —  na 
nieszczęście  —  zagadkowa  historia  rodu  Lanty  stanowiła  ustawiczny  przedmiot  ciekawości, 
dość podobny do romansów Anny Radcliffe. 

Obserwatorzy — owi ludzie, którym zależy na wiadomości, w jakim magazynie kupuje-

cie świeczniki lub którzy was pytają o cenę komornego, kiedy się im podoba wasz apartament 
—  uważali,  od  czasu  do  czasu,  wśród  zabaw,  koncertów,  balów,  rautów  wydawanych  przez 

background image

hrabinę obecność dziwnej postaci. Był to mężczyzna. Pierwszy raz kiedy się pojawił w pała-
cu, było to podczas koncertu; rzekłbyś, że go ściągnął do salonu czarodziejski głos Marianiny.  

— Od jakiejś chwili zimno mi jest — rzekła do sąsiadki dama siedząca blisko drzwi. 
Nieznajomy, który stał obok tej kobiety, odszedł. 
—  To  szczególne!  Gorąco  mi  —  rzekła  ta  kobieta  po  odejściu  nieznajomego.  — 

Weźmiesz to może za szaleństwo, ale nie mogę się pozbyć myśli, że to mój sąsiad, ten czarno 
ubrany pan, który właśnie odszedł, był przyczyną tego zimna. 

Niebawem  przesada  zwyczajna  ludziom  z  wielkiego  świata  zrodziła  i  nagromadziła 

najpocieszniejsze  pomysły,  najdziwaczniejsze  określenia,  najdziksze  bajki  na  temat  tajemni-
czej  osobistości.  Nie  będąc  —  w  ścisłym  znaczeniu  —  wampirem,  gulem,  humunkulusem, 
rodzajem Fausta albo leśnego Puka, miał on, zdaniem ludzi zamiłowanych w fantastyczności, 
coś ze wszystkich tych uczłowieczonych postaci. Zdarzał się tu i ówdzie jakiś Niemiec, który 
brał za rzeczywistość te sprytne żarciki paryskiej plotki. Obcy był po prostu starcem. Wielu z 
tych  młodych  ludzi,  nawykłych  rozstrzygać  co  rano  przyszłość  Europy  w  paru  dowcipnych 
powiedzeniach,  chciało  widzieć  w  nieznajomym  wielkiego  zbrodniarza,  posiadacza  olbrzy-
mich  skarbów.  Romansopisarze  opowiadali  życie  tego  starca  i  podawali  doprawdy  ciekawe 
szczegóły okropności popełnionych przez niego w czasach, gdy był w służbie księcia Mysory. 
Bankierzy, ludzie bardziej pozytywni, komponowali swoją bajkę: — Ba! — powiadali wzru-
szając litościwym ruchem szerokimi ramionami — ten mały staruszek to  g ł o w a  g e n u-    
e ń s k a! 

—  Proszę  pana,  jeśli  to  nie  jest  niedyskrecją,  czy  mógłby  mi  pan  wytłumaczyć,  co  to 

pan rozumie pod  g ł o w ą  g e n u e ń s k ą? 

—  To  człowiek,  na  którego  życiu  zahipotekowane  są  olbrzymie  kapitały  i  od  którego 

zdrowia zależą z pewnością dochody tej rodziny. 

Przypominam sobie, że słyszałem u pani d'Espard magnetyzera, dowodzącego za pomo-

cą bardzo osobliwych historycznych argumentów, że ten starzec włożony za szkło, to słynny 
Balsamo,  zwany  Cagliostrem.  Wedle  tego  nowoczesnego  alchemika,  awanturnik  sycylijski 
uniknął śmierci i zabawiał się robieniem złota dla swoich wnuków. Wreszcie poseł de Ferette 
twierdził,  że  poznaje  w  tej  szczególnej  osobistości  hrabiego  de  Saint-Germain.  Głupstwa  te, 
mówione  dowcipnym  tonem,  z  drwiącą  miną,  tak  znamienną  w  naszej  epoce  dla  społeczeń-
stwa  niedowiarków,  podtrzymywały  mglistą  legendę  rodziny  de  Lanty.  Szczególnym  zbie-
giem  okoliczności  członkowie  tej  rodziny  sami  usprawiedliwiali  domysły  świata,  odnosząc 
się  w  dość  tajemniczy  sposób  do  tego  starca,  którego  życie  umykało  się  niejako  wszelkim 
dociekaniom. 

Ilekroć człowiek ten przekraczał próg apartamentu, który widocznie zajmował w pałacu 

Lanty,  jego  obecność  sprawiała  zawsze  wielkie  wrażenie  w  rodzinie.  Rzekłbyś,  wydarzenie 
wielkiej  doniosłości.  Filippo,  Marianina,  pani  de  Lanty  i  stary  służący  mieli  wyłączny  przy-
wilej pomagać nieznajomemu iść, wstawać, siadać. Każdy czuwał nad jego najlżejszym poru-
szeniem. Zdawałoby się, że to jakaś zaczarowana osoba, od której zależy szczęście, życie lub 
mienie  wszystkich.  Czy  to  była  obawa,  czy  przywiązanie?  Ciekawscy  nie  mogli  stworzyć 
żadnej  hipotezy,  która  by  im  pomogła  do  rozwiązania  tej  zagadki.  Ukryty  całe  miesiące  w 
głębi nieznanego sanktuarium, ten  g e n i u s  l o c i  wyłaniał się nagle jak gdyby ukradkiem, 
nieoczekiwany, i zjawiał się w salonach jak owe  bajeczne wróżki, które schodziły ze swych 
latających  smoków,  aby  mącić  uroczystość,  na  którą  ich  nie  zaproszono.  Jedynie  najwytra-
wniejsi  obserwatorzy  mogli  odgadnąć  niepokój  gospodarzy  domu,  którzy  umieli  skrywać 
swoje  uczucia  z  osobliwą  zręcznością.  Ale  czasami  biorąc  udział  w  jakimś  kadrylu,  zbyt 
szczera Marianina rzucała wystraszone spojrzenie na starca, którego wciąż śledziła wzrokiem. 
To  znów  Filippo  pomykał,  ślizgając  się  przez  tłum,  aby  go  dopaść  i  stał  przy  nim  tkliwy  i 
baczny,  jak  gdyby  zetknięcie  z  ludźmi  lub  najmniejszy  powiew  miały  złamać  tę  dziwną 
postać.  Hrabina  starała  się  zbliżyć  do  starca,  tak  aby  nie  znać  było  jej  intencji;  po  czym 

background image

obejściem  i  fizjonomią  wyrażając  tyleż  pokory  co  tkliwości,  tyleż  uległości  co  despotyzmu, 
mówiła  parę  słów,  którym  starzec  prawie  zawsze  był  posłuszny:  znikał,  wyprowadzony,  lub 
—  aby  rzec  lepiej  —  wyniesiony  przez  nią.  Jeżeli  pani  de  Lanty  nie  było  w  pobliżu,  hrabia 
używał tysiąca sztuczek, aby się do niego zbliżyć; robiło to wrażenie, że z trudnością zyskuje 
posłuch, traktował go jak zepsute dziecko, którego kaprysom matka uległa w obawie dąsów. 
Kiedy ktoś niedyskretny pozwolił sobie zagadnąć niebacznie hrabiego de Lanty, zimny ten i 
sztywny  człowiek  zawsze  udawał,  że  nie  rozumie.  Toteż  po  wielu  usiłowaniach  obróconych 
w  niwecz  odpornością  całej  rodziny,  nikt  nie  próbował  już  dochodzić  tak  dobrze  strzeżonej 
tajemnicy. Szpiegowie z wielkiego świata, ciekawscy i spryciarze, znużeni, doszli w końcu do 
tego, że przestali się zajmować tą zagadką. 

Ale  w  tej  chwili  znajdował  się  może  w  tych  lśniących  salonach  jakiś  filozof,  który 

spożywając  lody,  sorbet  lub  stawiając  na  konsoli  szklankę  po  wypitym  ponczu,  powiadał 
sobie:  „Nie  zdziwiłbym  się,  gdyby  się  okazało,  że  ci  ludzie  to  hultaje.  Ten  stary,  który  się 
kryje i pokazuje się jedynie na nowiu, wygląda mi tui opryszka....” 

— Albo na bankruta... 
—  To  mniej  więcej  jedno.  Zabić  majątek  człowieka,  to  niekiedy  gorzej  niż  zabić  jego 

samego. 

— Panie, ja postawiłem dwadzieścia ludwików, należy mi się czterdzieści. 
— Na honor, zostało tylko trzydzieści na stole... 
— Ot, widzi pan, jakie tu mieszane towarzystwo. Nie można tu grać. 
— To prawda. Ale to już będzie niedługo pół roku, jak nie widzieliśmy Ducha. Czy pan 

myśli, że to żywa istota? 

— He he! O tyle, o ile... 
Te  ostatnie  słowa  wymienili  dokoła  mnie  nieznajomi,  którzy  odeszli  w  chwili,  gdy  w 

ostatniej myśli streszczałem moje refleksje koloru białego i czarnego, koloru życia i śmierci. 
Moja szalona wyobraźnia, zarówno jak moje oczy, spoglądały kolejno i na zabawę dochodzą-
cą szczytu, i na posępny obraz ogrodu. Nie wiem jak długo dumałem nad tymi dwiema stro-
nami ludzkiego medalu, gdy nagle obudził mnie zdławiony śmiech młodej kobiety. Stanąłem 
w zdumieniu na widok, który nastręczył się moim oczom. Przez jeden z najrzadszych kapry-
sów  natury,  półżałobna  myśl,  którą  toczyłem  w  mózgu,  wyszła  zeń,  znajdowała  się  przede 
mną ucieleśniona, żywa, wytrysła jak Minerwa z głowy Jowisza, wielka i silna, miała równo-
cześnie  sto  lat  i  dwadzieścia  dwa  lat,  była  żywa  i  umarła.  Wyrwawszy  się  ze  swego  pokoju 
jak wariat ze swej celi, starowina wśliznął się zręcznie za szpaler gości słuchających łakomie 
głosu Marianiny, która kończyła kawatynę z  T  a n k r e d a.  Zdawało się, że wyszedł spod 
ziemi,  poruszany  jakimś  teatralnym  mechanizmem.  Nieruchomy  i  posępny,  stał  chwilę  pa-
trząc  na  tę  zabawę,  której  szmer  doszedł  może  jego  uszu.  Uwaga  jego,  niemal  somnambuli-
czna,  była  tak  skupiona  na  rzeczach,  iż  znajdował  się  pośród  świata  nie  widząc  świata. 
Wyrósł  bez  ceremonii  obok  jednej  z  najbardziej  czarujących  kobiet  w  Paryżu,  młodej  i 
wykwintnej tancerki, o delikatnych kształtach, z twarzą tak świeżą jak twarz dziecka, białą i 
różową,  tak  delikatną,  tak  przejrzystą,  że  spojrzenie  mężczyzny  powinno  by  ją  przebić,  jak 
promienie  słońca  przenikają  czysty  lód.  Stali  przede  mną,  tuż  przy  sobie,  tak  ściśnięci,  że 
nieznajomy ocierał się i o suknię z gazy, i o girlandy kwiatów, i o lekko sfalowane włosy, i o 
bujającą szarfę. 

Przyprowadziłem tę młodą kobietę na bal do pani de Lanty. Ponieważ była pierwszy raz 

w tym domu, darowałem jej ten zdławiony śmiech; ale dałem jej żywo jakiś znak, który zmie-
szał ją i natchnął szacunkiem dla sąsiada. Siadła koło mnie. Starzec nie chciał już opuścić tej 
rozkosznej  istoty,  do  której  przyczepił  się  z  owym  niemym  i  niewytłumaczonym  na  pozór 
uporem, do jakiego zdolni są ludzie bardzo starzy, podobni w tym do dzieci. Aby usiąść koło 
młodej  damy,  musiał  wziąć  fotel.  W  najmniejszym  jego  ruchu  była  owa  zimna  ociężałość, 
owo  tępe  niezdecydowanie,  cechujące  ruchy  paralityka.  Usiadł  wolno,  ostrożnie,  mamrocąc 

background image

jakieś  niezrozumiałe  słowa.  Jego  starczy  głos  podobny  był  do  szelestu,  jaki  wydaje  kamień 
wpadając w studnię. Młoda kobieta uścisnęła żywo moją rękę, jak gdyby się czuła nad brze-
giem przepaści, i zadrżała, kiedy ten  człowiek, na którego patrzała, obrócił na nią parę oczu 
bez ciepła, parę oczu, którą można było porównać jedynie z matową perłową masą. 

— Boję się, rzekła nachylając się do mnie. 
— Może pani mówić — odparłem. — On bardzo źle słyszy. 
— Więc pan go zna? 
— Tak. 
Odważyła się wówczas na tyle, aby przyjrzeć się chwilę tej postaci bez nazwy w języku 

ludzkim,  formie  bez  materii,  istocie  bez  życia  lub  życiu  bez  ruchu.  Była  pod  czarem  owej 
trwożliwej ciekawości, która popycha kobiety do stwarzania sobie niebezpiecznych wzruszeń, 
oglądania tygrysów na łańcuchu, przyglądania się wężom boa, w przerażeniu, że dzieli je od 
niego  jedynie  cienka  bariera.  Mimo  że  staruszek  miał  grzbiet  zgięty  jak  grzbiet  wyrobnika, 
znać było, że jest normalnego wzrostu. Jego nadzwyczajna  chudość, delikatność jego  człon-
ków świadczyły, że zawsze musiał być smukły. Miał czarne jedwabne spodnie, które wisiały 
na  jego  wychudłych  udach  niby  opadły  żagiel.  Anatom  rozpoznałby  z  pewnością  znamiona 
straszliwego wychudzenia patrząc na cienkie nóżki podtrzymujące to dziwne ciało. Rzekłbyś, 
dwie  kości  złożone  na  krzyż  na  grobie.  Serce  ściskało  się  uczuciem  głębokiego  wstrętu  do 
człowieka, kiedy się oglądało schyłkowe znamiona tej machiny ludzkiej. 

Nieznajomy  miał  białą  kamizelkę,  staromodnie  haftowaną  złotem;  bielizna  była  śnież-

nej białości. Żabot z angielskiej koronki nieco zrudziałej, ale której bogactwa pozazdrościłaby 
królowa,  układał  się  w  żółtawych  fałdach  na  jego  piersi;  ale  na  nim  koronka  ta  zdawała  się 
raczej łachem niż strojem. W żabocie tym diament bez ceny błyszczał niby słońce. Ten anty-
czny  zabytek,  skarb  bogaty  i  bez  smaku,  tym  lepiej  uwydatniał  twarz  dziwnej  istoty.  Rama 
godna  portretu.  Czarna  twarz  była  koścista  i  zapadła.  Broda  była  zapadła,  skronie  zapadłe; 
oczy  gubiły  się  w  żółtych  oczodołach.  Szczęki,  wystające  wskutek  tej  nieopisanej  chudości, 
znaczyły się wklęsłymi jamami na obu policzkach. Nierówności te, mniej lub więcej uwyda-
tnione grą światła, tworzyły dziwne cienie i refleksy, które do reszty odejmowały owej twarzy 
cechy  ludzkie.  Przy  tym  wiek  tak  silnię  przykleił  do  kości  żółtą  i  cienką  skórę  twarzy,  że 
rysowała  się  ona  wszędzie  mnóstwem  zmarszczek  albo  okrężnych  jak  kręgi  wody  zmąconej 
rzuconym przez dziecko kamieniem, albo gwiaździstych jak pęknięcie szyby, ale zawsze głę-
bokich  i  tak  gęstych  jak  kartki  w  książce.  Bywają  starcy,  którzy  przedstawiają  wstrętniejszy 
widok;  ale  co  najbardziej  upodobniało  do  sztucznego  tworu  tego  zjawiającego  się  w  salonie 
upiora,  to  róż  i  blansz,  od  których  błyszczał.  Brwi  jego  maski  nabierały  w  świetle  lamp 
połysku, zdradzającego wybornie wykonaną malaturę. Szczęściem dla oczu osmuconych tylo-
ma  ruinami,  trupia  jego  czaszka  kryła  się  pod  blond  peruką,  której  niezliczone  pukle  świad-
czyły  o  niezwykłej  pretensji.  Zresztą  kobieca  kokieteria  tej  fantastycznej  osobistości  dość 
wymownie  znaczyła  się  zwisającymi  z  uszu  złotymi  kolczykami,  pierścionkami,  których 
cudowne  kamienie  błyszczały  na  kościstych  palcach,  i  łańcuszkiem  od  zegarka  migocącego 
jak  ogniwa  kolii  na  szyi  kobiety.  Wreszcie  to  coś  w  rodzaju  bożka  japońskiego  miało  na 
sinawych wargach wiecznie zastygły śmiech, nieubłagany i drwiący niby śmiech trupiej gło-
wy. Milczący, nieruchomy jak posąg, wydzielał piżmowy zapach starych sukien, które spad-
kobiercy  jakiejś  księżnej  wyciągają  z  szuflady  przy  sporządzaniu  inwentarza.  Kiedy  starzec 
obracał oczy na zebranych, zdawało się, że ruchy tych gałek niezdolnych odbijać blask speł-
niają się mocą niedostrzegalnej mechaniki; kiedy zaś oczy zatrzymywały  się, ten, kto na nie 
patrzał,  wątpił  w  końcu,  czy  się  poruszyły.  Widzieć  koło  tych  szczątków  ludzkich  młodą 
kobietę,  której  szyja,  ramiona  i  biust  były  nagie  i  białe,  której  pełne  i  kwitnące  pięknością 
kształty, której włosy wyrastające z alabastrowego  czoła przyzywały miłość, której oczy nie 
chłonęły, ale rozlewały światło, której faliste pukle i wonny oddech zdawały się zbyt ciężkie, 
zbyt twarde, zbyt mocne dla tego cienia, dla tego człowieka obróconego w proch, och, tak! to 

background image

było życie i śmierć, moja myśl, kaprys wyobraźni, chimera do polowy wstrętna, powyżej zaś 
cudownie kobieca. 

—  Istnieją  wszakże  takie  małżeństwa  i  kojarzą  się  dość  często  w  tym  świecie  — 

rzekłem sobie, 

— Czuć go cmentarzem — wykrzyknęła młoda kobieta przerażona, przyciskając się do 

mnie, jak gdyby dla zapewnienia sobie mojej opieki, a bezładne jej ruchy świadczyły, że bar-
dzo się boi. — To straszna wizja — dodała. — Niepodobna mi tu zostać dłużej. Jeśli jeszcze 
będę nań patrzała, uwierzę, że to sama śmierć przyszła po mnie. Ale czy on żyje? 

Dotknęła  ręką  tej  zjawy  z  ową  śmiałością,  jaką  kobiety  czerpią  w  żywości  swoich 

pragnień; ale zimny pot uperlił jej pory, skoro tylko bowiem dotknęła starca, usłyszała krzyk 
podobny  do  zgrzytu  grzechotki.  Ten  ostry  głos  —  o  ile  to  był  głos  —  wydarł  się  z  gardła 
niemal wyschłego. Następnie po tym krzyku nastąpił żywy kaszelek dziecinny, konwulsyjny i 
szczególnie donośny. Na ten głos Marianina, Filippo i pani de Lanty spojrzeli na nas, a spoj-
rzenia ich były niby błyskawice. Młoda kobieta byłaby chciała znaleźć się na dnie Sekwany. 
Ujęła moje  ramię i pociągnęła mnie do buduaru.  Mężczyźni, kobiety,  wszyscy  uczynili nam 
miejsce.  Minąwszy  apartamenty  recepcyjne,  weszliśmy  do  małego  półkolistego  gabinetu. 
Towarzyszka moja rzuciła się na sofę, drżąc z przerażenia, nie wiedząc gdzie się znajduje. 

— Pani — rzekłem — pani oszalała. 
—  Ależ  —  odparła  po  chwili  milczenia,  przez  którą  podziwiałem  ją  —  czy  to  moja 

wina? Czemu pani de Lanty pozwala błądzić upiorom po swoim pałacu? 

—  Ech  —  odparłem  —  powtarza,  pani  koncepty  głupców.  Bierze  pani  starowinę  za 

widmo. 

— Cicho pan bądź — odparła z ową stanowczością i drwiącą minką, którą kobiety tak 

dobrze umieją przybierać, kiedy chcą mieć słuszność. — Co za śliczny buduarek! — wykrzy-
knęła,  spoglądając  dokoła.  —  Błękitny  atłas  cudownie  zawsze  wygląda  na  obiciu.  Jakie  to 
świeże!  Och!  cudny  obraz  —  dodała,  podnosząc  się  i  stając  przed  wspaniale  oprawnym 
płótnem. 

Staliśmy  jakiś  czas  w  kontemplacji  tego  cudu,  który  zdawał  się  dziełem  jakiegoś  nad-

przyrodzonego  pędzla.  Obraz  przedstawiał  Adonisa  wyciągniętego  na  lwiej  skórze.  Lampa 
zawieszona  w  środku  buduaru  w  alabastrowej  ampli  oświetlała  w  tej  chwili  to  płótno  łago-
dnym blaskiem, który pozwolił nam ogarnąć wszystkie piękności obrazu. 

—  Czyż  istnieje  istota  tak  doskonała?  —  spytała,  oceniwszy  nie  bez  lubego  uśmiechu 

zadowolenia rozkoszny widok linii, pozę, kolor włosów, słowem — wszystko. 

—  Za  piękny  jest  na  mężczyznę  —  dodała  po  egzaminie  podobnym  temu,  jakiemu 

poddałaby rywalkę. 

Och! jak odczułem wówczas ukłucia owej zazdrości, o której istnieniu pewien poeta na 

próżno  chciał  mnie  przekonać!  Zazdrości  o  ryciny,  o  obrazy,  o  posągi,  na  których  artyści 
przesadzają piękność ludzką pod wpływem zasady, która im każe wszystko idealizować. 

— To portret — odparłem. — Stworzył go talent Vienna. Ale ten wielki malarz nigdy 

nie widział oryginału i podziw pani będzie może mniej żywy, kiedy się pani dowie, że ten akt 
namalowano z posągu kobiety. 

— Ale kto to jest? 
Zawahałem się. 
— Chcę wiedzieć — rzekła żywo. 
—  Sądzę  —  rzekłem  —  że  ten  Adonis  przedstawia...  pewnego...  krewnego  pani  de 

Lanty. 

Patrzałem  z  bólem,  jak  ona  tonie  w  kontemplacji  tej  twarzy.  Siadła  w  milczeniu,  ja 

siadłem koło niej i wziąłem ją za rękę: nie zauważyła tego! Zapomniany dla portretu! 

W tej chwili lekki szmer kroków i szelest sukni kobiecej rozległy się w ciszy. 
Ujrzeliśmy  młodą  Marianinę,  jeszcze  strojniejszą  swoim  wyrazem  niewinności  niż 

background image

wdziękiem  i  świeżością  toalety.  Szła  wolno  i  prowadziła  z  macierzyńskim  staraniem,  z  tro-
skliwością córki wystrojonego upiora, który nas wypłoszył z salonu. Prowadziła go, patrząc z 
odcieniem niepokoju, jak wolno stawia swoje wątłe nogi. Oboje dotarli z pewnym mozołem 
do drzwi ukrytych w obiciu. Marianina zapukała do nich lekko. Natychmiast zjawił się, jakby 
czarami,  wysoki,  chudy  człowiek,  rodzaj  domowego  ducha.  Nim  powierzyła  starca  temu 
tajemniczemu  stróżowi,  dziewczyna  ucałowała  z  szacunkiem  chodzącego  trupa,  i  czysty  jej 
pocałunek nie był wolny od owej wdzięcznej przymilności, której tajemnicę posiadło niewiele 
wybranych kobiet, 

— A d d i o,  a d d i o! — mówiła najczarowniejszym akcentem swego młodego głosu. 
Dodała nawet do ostatniej sylaby tryl cudownie wykonany, ale z cicha, jak gdyby chcąc 

dać  poetyczny  wyraz  tkliwości  swego  serca.  Starzec,  rażony  nagle  jakimś  wspomnieniem, 
pozostał na progu tego tajemnego schronienia. Usłyszeliśmy wówczas, dzięki głębokiej ciszy, 
ciężkie  westchnienie,  które  wyszło  z  jego  piersi.  Ściągnął  najpiękniejszy  z  pierścionków, 
które tkwiły na palcach jego szkieletu, i złożył go na łonie Marianiny. Młoda wariatka zaczęła 
się  śmiać,  wsunęła  pierścień  przez  rękawiczkę  na  palec  i  pobiegła  żywo  do  salonu,  gdzie 
rozległy się w tej chwili dźwięki kontredansa. Spostrzegła nas. 

— A, państwo byli tutaj? — rzekła rumieniąc się. 
Przyjrzawszy się nam pytająco, pobiegła do swego tancerza z kipiącą beztroską młodo-

ści. 

—  Co  to  ma  znaczyć?  —  spytała  moja  młoda  towarzyszka.  —  Czy  to  jej  mąż?  Mam 

uczucie, że śnię. Gdzie ja jestem? 

— Pani! — odparłem, ty, tak egzaltowana, która rozumiejąc tak dobrze niedostrzegalne 

drgnienia wzruszeń, umiesz hodować w sercu mężczyzny najdelikatniejsze uczucia nie kala-
jąc  ich,  nie  łamiąc  ich  od  pierwszej  chwili;  pani,  która  masz  litość  dla  cierpień  miłosnych  i 
która z dowcipem paryżanki łączysz namiętną duszę godną Włoch lub Hiszpanii... 

Zrozumiała, że słowa moje nabrzmiałe są gorzką ironią, za czym, niby to nie słuchając, 

przerwała mi: „Och! pan mnie dociąga do swego gustu. Szczególna tyrania! Chce pan, abym 
nie była sobą”. 

— Och! ja nic nie chcę — wykrzyknąłem przerażony jej groźną postawą. — Czy przy-

najmniej prawdą jest, że pani lubi słuchać opowieści o silnych namiętnościach zrodzonych w 
sercach naszych przez owe czarodziejki Południa? 

— Owszem. A więc? 
— A więc przyjdę jutro wieczór około dziewiątej do pani i zdradzę pani tę tajemnicę. 
— Nie, odparła z dąsem — chcę natychmiast. 
— Nie dała mi pani jeszcze prawa usłuchania jej, kiedy pani mówi: „Ja chcę”. 
W tej chwili — rzekła z rozpaczliwą kokieterią — mam najgorętszą ochotę poznania tej 

tajemnicy. Jutro może nie będę pana słuchała... 

Uśmiechnęła się i rozstaliśmy się; ona wciąż równie wyniosła, równie szorstka, ja wciąż 

równie  śmieszny  w  tej  chwili,  co  zawsze.  Miała  ten  tupet,  że  puściła  się  walca  z  młodym 
adiutantem, a ja zostałem w miejscu, kolejno zagniewany, nadąsany, oczarowany, zakochany, 
zazdrosny. 

— Do jutra — rzekła, opuszczając bal, do jutra około drugiej. 
Nie pójdę, pomyślałem, i rzucam cię. Jesteś kapryśna, niesforna, tysiąc razy może bar-

dziej niż... moja wyobraźnia. 

Nazajutrz siedzieliśmy przy dobrym ogniu, w wytwornym saloniku, ona na kozetce, ja 

na poduszkach prawie u jej nóg. Ulica była cicha. Lampa rzucała łagodne blaski. Był to jeden 
z  owych  rozkosznych  wieczorów,  jedna  z  owych  chwil,  których  nie  zapomina  się  nigdy, 
godzin  spędzonych  w  ciszy  i  pragnieniu,  których  urok  jest  później  wciąż przedmiotem  żalu, 
nawet kiedy jesteśmy bardziej szczęśliwi. Kto zdoła zatrzeć żywy obraz pierwszych zabiegów 
miłości? 

background image

— No — rzekła — słucham. 
— Ale bo — rzekłem — ja nie śmiem zacząć. Historia mieści ustępy nieco drażliwe dla 

opowiadającego. Jeśli się zapalę zbytnio, zamknie mi pani usta. 

— Niech pan mówi. 
— Jestem posłuszny.  
—  Ernest  Jan  Sarrasine  był  jedynym  synem  prokuratora  we  Franche-Comte  —  podją-

łem  po  pauzie.  —  Ojciec  jego  zarobił  dość  uczciwie  sześć  do  ośmiu  tysięcy  franków  renty, 
majątek, który niegdyś na prowincji uchodził w jego zawodzie za olbrzymi. Stary Sarrasine, 
mając  tylko  jedno  dziecko,  nie  zaniedbał  niczego  dla  jego  wychowania,  myślał  zrobić  zeń 
sędziego i żył dosyć długo,  aby ujrzeć na stare lata, jak wnuk Mateusza  Sarrasine,  rolnika z 
Saint-Die,  zasiada  na  fotelu  z  liliami  i  drzemie  na  rozprawach  ku  chwale  Trybunału.  Ale 
niebo  nie  użyczyło  prokuratorowi  tego  szczęścia.  Młody  Sarrasine,  powierzony  zawczasu 
jezuitom,  okazał  się  naturą  niezwykle  burzliwą.  Dzieckiem  zdradzał  temperament  artysty. 
Uczył  się  tylko  wtedy,  kiedy  miał  ochotę,  buntował  się  często  i  trwał  niekiedy  godziny  całe 
zatopiony w mglistych dumaniach, zajęty to patrzeniem na zabawy kolegów, to uzmysłowie-
niem sobie bohaterów Homera. Kiedy jemu samemu przyszła chętka do zabawy, rzucał się w 
nią  bez  opamiętania.  W  razie  bójki  między  nim  a  jakimś  kolegą,  rzadko  kończyło  się  bez 
rozlewu krwi. Jeżeli był  słabszy,  gryzł. Na przemian apatyczny i żywy, tępy lub nadmiernie 
inteligentny,  dziwny  jego  charakter  budził  lęk  zarówno  wśród  nauczycieli,  jak  wśród  kole-
gów. Zamiast uczyć się gramatyki greckiej, rysował wielebnego ojca, który objaśniał ustęp z 
Tucydydesa; szkicował nauczyciela matematyki, prefekta, służących, korektora i zasmarowy-
wał  ściany  swymi  bazgrotami.  Zamiast  śpiewać  na  chwałę  Pana  w  kościele,  bawił  się  w 
czasie  mszy  rzeźbieniem  ławki:  to  znów  skoro  gdzie  skradł  kawałek  drzewa,  rzeźbił  figurę 
jakiejś świętej. Jeśli mu brakło drzewa, kamienia lub ołówka, ucieleśniał swoje myśli za po-
mocą ośrodka chleba. Czy to kopiował figury z obrazów, które stroiły chór, czy improwizo-
wał je, zostawiał zawsze na każdym miejscu zabawne szkice, których wyuzdanie przywodziło 
do  rozpaczy  młodych  ojców;  złośliwi  zaś  twierdzili,  że  starzy  jezuici  uśmiechali  się.  W 
końcu,  jeżeli  mamy  wierzyć  kronice  szkolnej,  wypędzono  go  za  to,  iż  czekając  swojej  kolei 
przy konfesjonale w Wielki Piątek wyrzeźbił wielkie polano w kształt Chrystusa. Bezbożność 
tego posążka była zbyt  wyraźna, aby mogła nie  ściągnąć kary na artystę.  I miał to zuchwal-
stwo, iż umieścił tę dość cyniczną postać na tabernaculum.  

Sarrasine  schronił  się  do  Paryża  przed  groźbą  ojcowskiego  przekleństwa.  Obdarzony 

silną wolą, która nie zna przeszkód, poszedł za nakazem swego talentu i wstąpił do pracowni 
Bouchardona. Pracował cały dzień, wieczorem zaś żebrał na życie. Bouchardon, zachwycony 
postępami  i  inteligencją  młodego  artysty,  odgadł  rychło  nędzę,  w  jakiej  znajdował  się  jego 
uczeń;  wspomógł  go,  przywiązał  się  doń,  traktował  go  jak  swoje  dziecko.  Następnie,  skoro 
geniusz Sarrasine'a objawił się jednym z owych dzieł, w których przyszły talent zmaga się z 
nazbyt  jawną  młodością,  szlachetny  Bouchardon  próbował  wrócić  chłopcu  łaski  starego 
prokuratora.  Wobec  powagi  sławnego  artysty  gniew  ojcowski  ostygł.  Całe  Besançon  było 
dumne, iż wydało przyszłą wielkość. W pierwszym upojeniu, w jakim pogrążyła go pogłaska-
na  próżność,  skąpy  kauzyperda  dostarczył  synowi  środków  na  to,  aby  się  mógł  pokazać  w 
świecie. Mozolne studia, jakich wymaga rzeźba,  poskromiły na długo porywczy charakter i 
dziką  naturę  Sarrasine'a.  Bouchardon,  przewidując  siłę,  z  jaką  namiętność  buchnie  w  tej 
młodej  duszy,  z  równie  może  tęgiego  kruszcu  jak  dusza  Michała  Anioła,  dławił  jej  energię 
ustawiczną  pracą.  Zdołał  utrzymać  w  pewnych  granicach  szalony  temperament  Sarrasine'a 
zabraniając  mu  pracować,  podsuwając  mu  rozrywki  wówczas,  gdy  widział,  że  go  ogarnia 
furia jakiegoś pomysłu lub też powierzają mu doniosłe prace w chwili, gdy chłopak gotów był 
rzucić  się  w  rozpustę.  Ale  wobec  tej  gorącej  duszy  łagodność  była  zawsze  najpotężniejszą 
bronią, jeżeli mistrz zyskał wielki wpływ na swego ucznia, to jedynie tym, iż podsycał jego 
wdzięczność  swą  macierzyńską  iście  dobrocią.  Mając  dwadzieścia  dwa  lata,  Sarrasine  z 

background image

konieczności wydostał się spod zbawiennego wpływu, jaki Bouchardon miał na jego obycza-
je. Diderot ogłosił arcydziełem posąg stworzony przez ucznia Bouchardon. Nie bez głębokie-
go bólu nadworny rzeźbiarz królewski pożegnał odjeżdżającego do Włoch młodzieńca, które-
go  z  zasady  utrzymywał  w  głębokiej  nieświadomości  spraw  życiowych.  Od  pół  roku 
Sarrasine  jadał  u  Bouchardona.  Fanatyk  swojej  sztuki  —  jak  później  Canova  —  wstawał  o 
świcie, szedł do pracowni, aby ją opuścić o zmierzchu: żył tylko ze swą muzą. Jeżeli szedł do 
Komedii Francuskiej, to zaciągnięty tam przez swego mistrza. Czuł się tak zakłopotany u pani 
Geoffrin  i  w  wielkim  świecie,  w  który  Bouchardon  chciał  go  wprowadzić,  że  wolał  żyć 
samotnie odtrącając uciechy tej rozwiązłej epoki. Nie miał innej kochanki prócz rzeźby oraz 
Klotyldy, jednej ze sław Opery. A i ta miłostka nie trwała długo.  

Sarrasine  był  dość  brzydki,  zawsze  licho  odziany  i  z  natury  tak  nieokiełzany,  tak 

nieobliczalny,  że  znamienita  nimfa  lękając  się  jakiej  katastrofy  wróciła  rzeźbiarza  sztuce. 
Zofia  Arnould  zrobiła  jakiś  koncept  na  ten  temat.  Zdziwiła  się  (mówiono),  że  jej  koleżanka 
mogła odnieść zwycięstwo nad posągami. 

Sarrasine  wyjechał  do  Włoch  w  r.  1758.  W  czasie  podróży  gorąca  jego  wyobraźnia 

rozpłomieniła się jeszcze pod niebem z mosiądzu i na widok wspaniałych pomników, jakimi 
usiana jest ta ojczyzna Sztuki. Podziwiał posągi, freski, obrazy i, ożywiony szlachetną emula-
cją,  przybył  do  Rzymu,  party  żądzą  wpisania  swego  nazwiska  między  imionami  Michała 
Anioła  i  pana  Bouchardon.  Toteż  przez  pierwsze  dni  dzieli  swój  czas  między  pracownię  a 
oglądanie  dzieł  sztuki,  od  których  roi  się  w  Rzymie.  Już  dwa  tygodnie  spędził  w  ekstazie, 
która  ogarnia  wszystkie  młode  wyobraźnie  na  widok  królowej  ruin,  kiedy  jednego  dnia 
wszedł do teatru Argentina, przed którym cisnął się wielki tłum. Spytał o powód tego ścisku. 
Odpowiedziano mu dwoma imionami: „Zambinella! Jomelli!” 

Wchodzi i siada na parterze, ściśnięty między dwóch  a b b a t i  pokaźnej tuszy, ale na 

szczęście dość blisko sceny. Kurtyna się podnosi. Pierwszy raz w życiu  usłyszał tę muzykę, 
której  Jan  Jakub  Rousseau  tak  wymownie  sławił  mu  rozkosze  w  czasie  kolacji  u  barona 
d'Holbach.  Duszę  młodego  rzeźbiarza  oczarował,  rzec  można,  cudowny  śpiew  Jomelliego. 
Zmysłowa oryginalność tych włoskich głosów, misternie splecionych z sobą, pogrążyła go w 
rozkosznym  zachwyceniu.  Siedział  niemy,  bez  ruchu,  nie  czując  nawet  jak  go  gniotą  dwaj 
księżule.  Dusza  jego  przeszła  w  uszy  i  w  oczy.  Miał  uczucie,  że  słucha  wszystkimi  porami. 
Naraz  oklaski,  od  których  omal  nie  zawaliła  się  sala,  powitały  zjawienie  się  primadonny. 
Wysunęła się zalotnie na przód sceny i skłoniła się publiczności z nieskończonym wdziękiem. 
Światła, entuzjazm tłumu, iluzja sceny, urok toalety, która w epoce owej była dość wyzywa-
jąca,  spotęgowały  powab  tej  kobiety.  Sarrasine  wydawał  okrzyki  rozkoszy.  Podziwiał  oto 
idealną piękność, której do tej chwili wciąż szukał w naturze, żądając od modelki, często plu-
gawej, doskonałej linii nóg, od innej zarysów piersi, od innej białych ramion, biorąc wreszcie 
szyję  jakiejś  młodej  dziewczyny,  ręce  jakiejś  kobiety,  gładkie  kolano  jakiegoś  dziecka,  nie 
znajdując nigdy  pod zimnym niebem Paryża upajających tworów starożytnej Grecji.  Zambi-
nella  ukazała  mu  najdelikatniejsze  zespolenie  owych  tak  gorąco  upragnionych  rozkosznych 
proporcji  niewieścich,  których  rzeźbiarz  jest  równocześnie  najsurowszym  i  najnamiętniej-
szym sędzią. Wymowne usta, miłosne oczy, cera olśniewającej białości. Do tych szczegółów, 
które byłyby oczarowały malarza, dodajcie wszystkie cudy Wener oddane pobożnym dłutem 
Greków.  Artysta  w  zapamiętaniu  podziwiał  niezrównany  wdzięk,  z  jakim  ramiona  spływały 
się  z  szyją,  cudowną  krągłość  szyi,  harmonijne  linie  brwi,  nosa,  doskonały  owal  twarzy, 
czystość jej konturów, urok gęstych rzęs wieńczących szerokie i zmysłowe powieki. 

To  było  więcej  niż  kobieta,  to  było  arcydzieło.  Była  w  tym  nieoczekiwanym  tworze 

miłość  zdolna,  oczarować  wszystkich  mężczyzn  oraz  piękności  godne  entuzjazmu  krytyka. 
Sarrasine  pożerał  oczyma  posąg  Pigmaliona,  który  dla  niego  zstąpił  z  piedestału.  Kiedy 
Zambinella  zaczęła  śpiewać,  to  był  szał.  Artystę  przebiegał  mróz,  następnie  czuł  żar,  który 
zapłonął nagle w głębiach jego najtajniejszej istoty, tego, co dla braku wyrażenia nazywamy 

background image

sercem!  Nie  klaskał,  nie  rzekł  nic,  ale  doznawał  uczucia  szaleństwa,  istnego  opętania,  które 
zagarnia  nas  jedynie  w  owym  wieku,  w  którym  żądza  ma  coś  straszliwego,  piekielnego. 
Sarrasine chciał rzucić się na scenę i chwycić tę kobietę. Siła jego, ustokrotniona jakąś depre-
sją  moralną  niepodobną  do  wytłumaczenia,  gdyż  te  objawy  zachodzą  w  sferze  niedostępnej 
dla  ludzkiej  obserwacji,  gotowa  była  trysnąć  z  bolesną  gwałtownością.  Widząc  go,  powie-
działoby się, że to człowiek zimny i tępy. Sława, wiedza, przyszłość, istnienie, laury — wszy-
stko runęło. Być kochanym przez nią albo umrzeć, oto wyrok, jaki Sarrasine wydal na samego 
siebie.  Był  tak  zupełnie  pijany,  że  nie  widział  sali,  publiczności,  aktorów,  nie  słyszał  już 
muzyki. Więcej jeszcze, nie istniała już odległość między nim a Zambinellą, posiadał ją, oczy 
jego,  wlepione  w  śpiewaczkę,  piły  ją.  Diaboliczna  niemal  siła  pozwalała  mu  czuć  tchnienie 
tego  głosu,  wdychać  wonny  puder,  którym  te  włosy  były  napojone,  widzieć  płaszczyzny  tej 
twarzy, liczyć błękitne żyłki barwiące tę atłasową skórę. Wreszcie ten głos, zwinny, świeży, o 
srebrnym brzmieniu, gibki jak nitka, którą najlżejszy powiew kształtuje, którą zwija i rozwija, 
pędzi  i  unosi,  głos  ten  przejmował  tak  żywo  jego  duszę,  że  artysta  raz  po  raz  wydawał  owe 
mimowolne  krzyki,  wyrwane  konwulsyjną  rozkoszą,  zbyt  rzadko  daną  ludzkim  namiętno-
ściom. W końcu musiał wyjść z teatru. Drżące nogi zaledwie mogły go unieść. Był złamany, 
słaby, jak człowiek nerwowy, którego wypruł jakiś atak straszliwego gniewu. Miał tyle przy-
jemności  lub  może  tyle  wycierpiał,  że  życie  jego  spłynęło  jak  woda  z  naczynia,  które  ktoś 
wywrócił. Czuł w sobie pustkę, unicestwienie podobne do owej niemocy, która tak doprowa-
dza do rozpaczy ludzi wychodzących z ciężkiej choroby. Ogarnięty niewytłumaczonym smu-
tkiem, przysiadł na schodach jakiegoś kościoła. Tam, grzbietem wsparty o kolumnę, pogrążył 
się w zadumie mglistej niby sen. Namiętność spiorunowała go. Wróciwszy do domu wpadł w 
paroksyzm  energii,  która  zdradza  obecność  nowego  elementu  w  naszym  istnieniu.  Szarpany 
ową pierwszą gorączką miłości, która tyleż ma z rozkoszy co z bólu, pragnął oszukać swoją 
niecierpliwość i swoje szaleństwo rysując Zambinellę z pamięci. Była to niejako zmaterializo-
wana medytacja. Na jednej ćwiartce papieru widniała Zambinella, zimna i spokojna na pozór, 
w postawie ulubionej Rafaelowi, Giorgione i wszystkim wielkim malarzom. Na drugiej obra-
cała  głowę  subtelnie,  kończąc  tryl  i  zdając  się  słuchać  samej  siebie.  Sarrasine  naszkicował 
swą  ukochaną  we  wszystkich  pozach;  bez  zasłony,  siedzącą,  stojącą,  leżącą,  niewinną  albo 
lubieżną,  urzeczywistniając  dzięki  obłędowi  swego  ołówka  wszystkie  bezładne  myśli,  jakie 
nawiedzają naszą wyobraźnię, kiedy silnie myślimy o kochance. Ale jego oszalała myśl szła 
dalej niż rysunek. Widział Zambinellę, mówił do niej, błagał ją, wyżywał z nią tysiąc lat życia 
i  szczęścia,  przymierzając  ją  we  wszystkich  możliwych  sytuacjach,  próbując  z  nią  niejako 
przyszłości. 

Nazajutrz posłał lokaja, aby wynająć na cały sezon lożę tuż przy scenie. Następnie, jak 

wszyscy młodzi ludzie obdarzeni bujną wyobraźnią, przecenił trudność swego przedsięwzię-
cia  i  dał  swej  namiętności  jako  pierwszy  pokarm  —  szczęście  podziwiania  kochanki  bez 
przeszkód.  Ten  złoty  wiek  miłości,  w  którym  rozkoszujemy  się  własnym  uczuciem  i  w 
którym  czujemy  się  niemal  szczęśliwi  sami  przez  się,  niedługo  miał  trwać  u  Sarrasine'a. 
Jednakże wypadki zaskoczyły go w chwili, gdy był jeszcze pod urokiem tej wiośnianej halu-
cynacji, równie naiwnej jak rozkosznej. Przez tydzień przeżył całe życie, rano zajęty ugniata-
niem  gliny,  w  której  starał  się  skopiować  Zambinellę  mimo  zasłon,  spódnic,  sznurówek  i 
wstążek, które mu ją przesłaniały. Wieczór, wcześnie w swojej loży, sam leżąc na sofie, stwa-
rzał  sobie,  podobny  Turkowi  pijanemu  opium,  szczęście  tak  płodne,  tak  bujne,  jak  sam 
pragnął.  Oswoił  się  stopniowo  z  nazbyt  żywym  wzruszeniem,  o  jakie  go  przyprawiał  śpiew 
ukochanej;  następnie  oswoił  swoje  oczy  z  jej  widokiem;  w  końcu  mógł  patrzeć  na  nią  bez 
obawy głuchej wściekłości, jaka nim wstrząsała pierwszego dnia. Namiętność jego uspokaja-
jąc się stała się głębsza. Poza tym ten dziki rzeźbiarz-odludek nie znosił, aby koledzy mącili 
jego samotność zaludnioną obrazami, strojną rojeniem nadziei i szczęścia. Kochał z całą siłą i 
tak  naiwnie,  że  stał  się  pastwą  wszystkich  niewinnych  skrupułów,  jakie  nas  oblegają,  kiedy 

background image

kochamy  po  raz  pierwszy.  Kiedy  sobie  uświadamiał,  że  niebawem  trzeba  będzie  działać, 
krzątać się, dowiadywać gdzie mieszka Zambinella, czy ma matkę, wuja, opiekuna, rodzinę, 
kiedy myślał wreszcie o sposobach zobaczenia jej, mówienia z nią, czuł, że serce wzdyma mu 
się  tak  silnie  od  tak  śmiałych  myśli,  że  odkładał  te  zabiegi  na  jutro,  szczęśliwy  przez  swe 
cierpienia fizyczne tyleż co przez swoje rozkosze duchowe. 

— Ależ — przerwała mi pani de Rochefide — nie widzę jeszcze ani Marianiny, ani jej 

staruszka. 

— Widzi go pani ciągle! — wykrzyknąłem zniecierpliwiony jak autor, któremu zepsują 

efekt.  —  Od  kilku  dni  —  podjąłem  po  pauzie  —  Sarrasine  tak  pilnie  wysiadywał  w  swojej 
loży  a  oczy  jego  wyrażały  tyle  miłości,  że  jego  szał  dla  śpiewu  Zambinelli  byłby  plotką  dla 
całego  Paryża,  gdyby  rzeczy  się  działy  w  tym  mieście;  ale  we  Włoszech,  proszę  pani,  w 
teatrze, każdy przeżywa własne wrażenia, własne namiętności z pasją, która wyklucza szpie-
gostwo lornetek. Bądź co bądź zacietrzewienie rzeźbiarza nie mogło długo ujść oczom śpie-
waków  i  śpiewaczek.  Pewnego  wieczora  Francuz  spostrzegł,  że  się  z  niego  śmiano  w  kuli-
sach. Trudno zgadnąć, do jakiej by się posunął ostateczności, gdyby Zambinella nie weszła w 
tej  chwili  na  scenę.  Rzuciła  na  Sarrasine'a  owo  wymowne  spojrzenie,  które  często  mówi 
więcej niżby kobieta chciała. To spojrzenie było całym objawieniem. Kocha go! 

Jeżeli  to  jest  tylko  kaprys,  myślał,  już  oskarżając  swą  kochankę  o  zbyt  gorące  serce, 

jeszcze  ona  nie  wie,  pod  jaką  moc  popadnie.  Jej kaprys  będzie  trwał,  mam  nadzieję,  tyle  co 
moje życie. 

W  tej  chwili  trzy  lekkie  pukania  do  loży  obudziły  uwagę  artysty.  Otworzył.  Stara 

kobieta weszła tajemniczo. 

—Młodzieńcze — rzekła — jeżeli chcesz być szczęśliwy, bądź roztropny, zawiń się w 

płaszcz,  spuść  na  oczy  wielki  kapelusz,  następnie  około  dziesiątej  wieczór  bądź  na  ulicy 
Corso, przed pałacem Hiszpańskim. 

— Będę — rzekł, wkładając dwa ludwiki w pomarszczoną dłoń starej. 
Wymknął się z loży, dawszy porozumiewawczy znak Zambinelli, która spuściła trwoż-

liwie  rozkoszne  powieki,  jak  kobieta  szczęśliwa,  że  ją  nareszcie  zrozumiano.  Następnie 
pobiegł  do  domu,  aby  wyszukaną  toaletą  podnieść  swe  szanse.  Kiedy  wychodził  z  teatru, 
nieznajomy jakiś zatrzymał go. 

— Uważaj, panie Francuzie — szepnął. — To gra o życie. Kardynał Cicognara jest jej 

protektorem, a on nie zna żartów. 

Gdyby  czart  pomieścił  między  Sarrasine'em  a  Zambinellą  otchłań  piekła,  w  tej  chwili 

rzeźbiarz  byłby  ją  przebył  jednym  susem.  Podobna  rumakom  bogów  w  eposie  Homera, 
miłość jego przebyła w mgnieniu oka olbrzymie przestrzenie. 

— Gdyby śmierć miała mnie czekać na progu, szedłbym jeszcze prędzej — odparł. 
— P o v er i n o! — wykrzyknął nieznajomy, znikając. 
Mówić  o  niebezpieczeństwie  zakochanemu,  czyż  to  nie  znaczy  sprzedawać  mu  roz-

kosz? Nigdy lokaj Sarrasine'a nie widział, aby pan jego tak się stroił. Najpiękniejszą szpadę, 
dar Bouchardona, szarfę, którą mu dała Klotylda, surdut naszywany w blaszki, kamizelkę ze 
srebrnej lamy, złotą tabakierkę, kosztowne zegarki, wszystko wydobył z kufrów; wystroił się 
jak młoda dziewczyna, która spodziewa się spotkać na przechadzce swego pierwszego zalo-
tnika.  O  oznaczonej  godzinie,  pijany  miłością,  kipiący  nadzieją,  Sarrasine,  z  twarzą  zakrytą 
płaszczem, pobiegł na miejsce wyznaczone przez starą. D u e n n a  czekała. 

— Spóźnił się pan — rzekła. — Pójdź. 
Poprowadziła Francuza  małymi uliczkami i zatrzymała się przed dość pokaźnym pała-

cykiem. Zapukała. Brama otwarła się. Powiodła Sarrasine'a przez labirynt schodów, korytarzy 
i pokoi oświeconych miłym blaskiem księżyca; niebawem przybyła do drzwi, z których przez 
szpary  przenikało  żywe  światło  i  skąd  dochodziły  radosne  śmiechy  i  głosy.  Naraz  Sarrasine 
stanął  olśniony.  Na  jedno  słowo  starej  wpuszczono  go  do  tego  tajemniczego  mieszkania. 

background image

Ujrzał się w salonie wspaniale oświetlonym, bogato umeblowanym; na środku znajdował się 
stół zastawiony obficie, dźwigający przenajświętsze butelki, apetyczne flakony, migocące na 
kształt  rubinów  i  diamentów.  Poznał  śpiewaków  i  śpiewaczki  z  teatru,  w  towarzystwie  uro-
czych kobiet, widocznie gotowych rozpocząć ucztę, z którą czekano tylko na niego. Sarrasine 
powściągnął  uczucie  zawodu,  nadrabiając  miną.  Spodziewał  się  słabo  oświetlonego  pokoju 
kochanki, ona sama koło kominka, zazdrośnik o dwa kroki, śmierć i miłość, zwierzenia wy-
mieniane szeptem, z serca do serca, pocałunki igrające z niebezpieczeństwem, twarze tak bli-
skie, że włosy Zambinelli pieściłyby czoło jego brzemienne pragnieniem, płonące szczęściem. 

— Niech żyje szaleństwo! — krzyknął. — S i g n o r i  e  b e l l e  d o n n e, pozwolicie 

mi później wziąć rewanż i okazać moją wdzięczność za sposób, w jaki przyjmujecie biednego 
rzeźbiarza. 

Przyjąwszy dość serdeczne słowa powitania od większości obecnych osób, które znał z 

widzenia, starał się zbliżyć do berżerki na której spoczywała Zambinella, niedbale wyciągnię-
ta. Och, jakże mu biło serce, kiedy spostrzegł maleńką nóżkę obutą w owe pantofelki, które, 
niech mi to pani pozwoli powiedzieć, dawały niegdyś nóżce kobiecej wyraz tak zalotny, tak 
rozkoszny, że nie wiem jak mężczyźni mogli mu się oprzeć. Białe pończochy, doskonale ob-
cisłe, z zielonymi strzałkami, krótkie spódniczki, spiczaste pantofelki na wysokich obcasach z 
czasu Ludwika XV przyczyniły się może trochę do zepsucia Europy i kleru. 

— Trochę! — rzekła margrabina. Więc pan nic nie czytał? 
— Zambinella — odparłem z uśmiechem — bezwstydnie założyła nogę na nogę i koły-

sała  dla  zabawy  tą,  która  była  na  wierzchu.  Ta  poza  księżniczki  doskonale  godziła  się  z  jej 
urodą kapryśną i, można rzec, obiecująco miękką. Przebrała się po teatrze; staniczek dobrze 
rysował  jej  smukłą  kibić,  którą  uwydatniały  jeszcze  robrony  i  atłasowa  suknia  haftowana  w 
błękitne  kwiaty.  Pierś,  której  skarby  kryła  przez  zbytek  kokieterii  koronka,  lśniła  białością. 
Uczesana była mniej więcej tak, jak się czesała pani du Barry; twarz jej zdawała się jeszcze 
drobniejsza, a puder podnosił jej cerę. Widzieć ją tak, znaczyło ją ubóstwiać. Uśmiechnęła się 
wdzięcznie do rzeźbiarza. Sarrasine, jakkolwiek nierad, że nie może z nią mówić bez świad-
ków, usiadł grzecznie i zaczął rozmowę o muzyce chwaląc jej wspaniały talent; ale głos jego 
drżał miłością, obawą i nadzieją. 

—  Czego  się  pan  obawia?  —  rzekł  Vitagliani,  najsłynniejszy  śpiewak  z  trupy.  — 

Wierzaj, nie potrzebujesz się tu lękać żadnego rywala. 

Tenor uśmiechnął się milcząco. Uśmiech ten powtórzył się na wargach wszystkich go-

ści, na których twarzach odbijała się jakaś ukryta złośliwość, niedostrzegalna dla zakochane-
go. Niedyskrecja ta była dla Sarrasine'a niby cios sztyletu w piersi. Może, że obdarzony siłą 
charakteru, tak iż nic w świecie nie mogło wpłynąć na jego miłość, nie pomyślał jeszcze, że 
Zambinella jest niemal kurtyzaną i że nie może zaznać równocześnie czystych rozkoszy, które 
czynią miłość młodej dziewczyny czymś tak słodkim, i płomiennych uniesień, którymi aktor-
ka  każe  kupować  skarby  swojej  namiętności.  Zrozumiał  to  i  pogodził  się  z  losem.  Podano 
wieczerzę. Sarrasine i  Zambinella siedli bez ceremonii przy stole. Do połowy kolacji artyści 
zachowali pewną miarę i rzeźbiarz mógł rozmawiać ze śpiewaczką. Wydała mu się dowcipna, 
subtelna, ale była bezgranicznie ciemna; zdała mu się też słaba i zabobonna. Delikatność jej 
organów przebijała w jej umysłowości. Kiedy Vitagliani otworzył pierwszą butelkę szampa-
na, Sarrasine wyczytał w oczach sąsiadki dość żywy lęk słabego wystrzału korka. Mimowo-
lne  drżenie  kobiecych  nerwów  wziął  zakochany  artysta  za  oznakę  nadzwyczajnej  wrażliwo-
ści.  Słabość  ta  oczarowała  Francuza.  Miłość  mężczyzny  kryje  tyle  opiekuńczości.  —  Moja 
siła będzie dla ciebie tarczą! Czyż to zdanie nie jest treścią wszystkich oświadczy miłosnych? 

Sarrasine, zbyt namiętny, aby prawić komplementy pięknej Włoszce, był, jak wszyscy 

kochankowie, na przemian poważny, roześmiany albo skupiony. Mimo iż zdawał się słuchać 
obecnych,  nie  słyszał  ani  słowa;  cały  oddawał  się  rozkoszy  jej  bliskości,  dotknięcia  jej  ręki, 
obsługiwania  jej.  Pławił  się  w  tajemnej  rozkoszy.  Mimo  wymowy  paru  spojrzeń,  zdziwiony 

background image

był wstrzemięźliwością Zambinelli. Prawda, że pierwsza przycisnęła jego nogę i drażniła go z 
filuternością kobiety wolnej i zakochanej, ale naraz słysząc jak Sarrasine opowiada jakiś fakt 
świadczący o gwałtowności jego charakteru, przeobraziła się w skromną dzieweczkę. Kiedy 
kolacja  zmieniła  się  w  orgię,  goście,  natchnieni  winem,  zaczęli  śpiewać.  Następowały  po 
sobie  cudowne  duety,  kalabryjskie  piosenki,  hiszpańskie    s  e  g  u  i  d  i  l  l  e,  neapolitańskie        
k  a  n  z  o  n  e  t  t  y.  Pijaństwo  było  we  wszystkich  oczach,  w  muzyce,  w  sercach  i  głosach. 
Buchnęła  nagle  upajająca  żywość,  serdeczne  wylanie,  włoska  dobroduszność,  zupełnie 
niezrozumiała  tym,  którzy  znają  jedynie  przyjęcia  paryskie,  rauty  londyńskie  i  wiedeńskie 
wieczorynki.  Żarty  i  czułe  słówka  krzyżowały  się  niby  kule  w  bitwie,  poprzez  śmiechy, 
klątwy, bluźnierstwa, wezwania Najświętszej Panny lub bambino. Ktoś położył się na sofie i 
zasnął.  Młoda  dziewczyna  słuchała  oświadczyn,  nie  widząc,  że  leje  wino  na  obrus.  Pośród 
tego  zamętu  Zambinella,  jak  gdyby  zdjęta  grozą,  milczała  zamyślona.  Nie  chciała  pić,  jadła 
może nieco za wiele; ale łakomstwo jest, powiadają, wdziękiem kobiety. Podziwiając wstydli-
wość kochanki, Sarrasine zastanawiał się poważnie nad przyszłością. 

Chce z pewnością, aby się z nią ożenić, rzekł sobie w duchu. 
Za czym oddał się rozkoszom tego związku. Całe życie nie wydawało mu się dość dłu-

gie, aby  wyczerpać źródło szczęścia, jakie znajdował w duszy. Vitagliani, jego sąsiad, dole-
wał mu  gęsto, tak że koło trzeciej z rana nie będąc zupełnie pijany, Sarrasine uczuł się bez-
bronny wobec swego szału. W chwili uniesienia porwał tę kobietę i uniósł ją do buduaru, ku 
którego drzwiom niejeden raz obrócił już oczy. Włoszka była zbrojna w sztylet. 

—  Jeżeli  się  zbliżysz,  rzekła  —  będę  musiała  utopić  ci  tę  broń  w  sercu.  Pogardzałbyś 

mną.  Zbyt  wiele  powzięłam  szacunku  dla  ciebie,  aby  się  oddać  w  ten  sposób.  Nie  chcę  stać 
się niegodna uczucia, jakim mnie darzysz. 

— A!  a! — rzekł Sarrasine — zły to sposób  gaszenia miłości tym, że się ją podnieca. 

Czy  jesteś  już  tak  zepsuta,  stara  sercem,  że  postępujesz  jak  młoda  kurtyzana,  zaostrzająca 
wzruszenia, którymi handluje? 

— Ależ dziś piątek — odparła przerażona gwałtownością Francuza. 
Sarrasine, który nie był dewotem, zaczął się śmiać. Zambinella skoczyła jak młoda kóz-

ka i rzuciła się do jadalni. Kiedy Sarrasine pojawił się goniąc za nią, przywitał go piekielny 
śmiech.  Ujrzał  Zambinellę  zemdloną  na  sofie.  Była  blada  i  jakby  wyczerpana  wysiłkiem, 
który uczyniła. Mimo że Sarrasine niewiele umiał po włosku, zrozumiał jak mówiła po cichu 
do Vitaglianiego:  

— Ależ on mnie zabije! 
Dziwna ta scena zmieszała rzeźbiarza. Ochłonął. Stał zrazu nieruchomy,  następnie od-

zyskał mowę, siadł koło ukochanej i zapewnił ją o swym szacunku. Znalazł siłę, aby pchnąć 
swą namiętność na inne tory, oświadczając się tej kobiecie w sposób najbardziej egzaltowany. 
Dla odmalowania swej miłości rozwinął skarby owej czarodziejskiej wymowy, której kobiety 
rzadko  odmawiają  wiary.  W  chwili  gdy  pierwszy  brzask  zaskoczył  biesiadników,  któraś  z 
kobiet  poddała,  aby  pojechać  do  Frascati.  Wszyscy  przyjęli  żywym  oklaskiem  myśl,  aby 
spędzi  dzień  w  villa  Ludovisi.  Vitagliani  poszedł  wynająć  powozy.  Sarrasine  miał  to  szczę-
ście, że jechał z Zambinellą w faetonie. Skoro raz wydostali się z Rzymu, wesołość, zdławio-
na na chwilę walką, jaką każdy toczył ze snem, obudziła się nagle. Mężczyźni kobiety, wszy-
scy byli zwyczajni owego szalonego życia, owych nie kończących się uciech, owej bujności 
artystów czyniących z życia ustawiczne święto, wybuch śmiechu, bez myśli o jutrze. Jedynie 
towarzyszka rzeźbiarza wydawała się przygnębiona. 

— Czy chora jesteś? — spytał ją Sarrasine. — Czy wolałabyś wrócić do domu? 
— Nie jestem dość silna, aby znosić te wybryki, odparła. Muszę się bardzo oszczędzać, 

ale  przy  panu  czuję  się  tak  dobrze  Bez  pana  nie  byłabym  została  na  tej  wieczerzy;  po 
nieprzespanej nocy tracę całą świeżość. 

— Jesteś taka delikatna — odparł Sarrasine patrząc na drobne rysy uroczej istoty. 

background image

— Hulanki niszczą mi głos. 
—  Teraz,  kiedy  jesteśmy  sami  —  wykrzyknął  artysta  —  i  kiedy  nie  potrzebujesz  się 

lękać wybuchów mojej namiętności, powiedz mi, że mnie kochasz. 

—  Czemu  —  rzekła  — na  co?  Podobałam  się  panu.  Ale  pan  jest  Francuz  i  to  uczucie 

przejdzie panu. Och, pan by mnie nie kochał tak, jak ja bym chciała być kochaną! 

— Jak? 
— Bez tego, do czego zmierza pospolita miłość, niewinnie. Brzydzę się mężczyznami, 

bardziej jeszcze niż nienawidzę kobiet. Świat jest dla mnie pustynią. Jestem przeklętą istotą, 
skazaną na to, aby rozumieć szczęście, aby je czuć, aby go pragnąć, i jak tyle innych zmuszo-
na  patrzeć  jak  ono  wciąż  ucieka  ode  mnie.  Niech  pan  pamięta,  że  ja  pana  nie  oszukałam. 
Zabraniam ci kochać mnie. Mogę być dla ciebie oddanym przyjacielem, bo podziwiam twoją 
siłę  i  twój  charakter.  Potrzebuję  brata,  opiekuna.  Bądź  tym  wszystkim  dla  mnie,  ale  niczym 
więcej. 

—  Nic  kochać  cię!  —  wykrzyknął  Sarrasine,  ależ,  drogi  aniele,  jesteś  moim  życiem, 

moim szczęściem! 

— Gdybym powiedziała jedno słowo, odepchnąłbyś mnie ze wstrętem. 
—  Kokietko:  nic  mnie  nie  zdoła  przerazić.  Powiedz  mi,  że  dla  ciebie  zgubię  mą 

przyszłość, że za dwa miesiące umrę, że pójdę do piekła za to, że cię raz pocałowałem! 

Uściskał  ją,  mimo  wysiłków,  jakie  czyniła  Zambinella,  aby  uniknąć  tego  namiętnego 

pocałunku. 

— Powiedz mi, że jesteś czartem, że chcesz mego majątku, mego nazwiska, całej mojej 

sławy! Czy chcesz, abym przestał być rzeźbiarzem? Mów! 

— A gdybym ja nie była kobietą? — spytała nieśmiało Zambinella srebrnym i słodkim 

głosem. 

—  Dobry  żart!  —  wykrzyknął  Sarrasine.  —  Myślisz,  że  można  oszukać  oko  artysty? 

Czyż  od  dziesięciu  dni  nie  pożeram,  nie  zgłębiam,  nie  podziwiam  twoich  uroków?  Tylko 
kobieta może mieć to krągłe i miękkie ramię, te delikatne linie. Och, ty chcesz pochlebstw! 

Uśmiechnęła się smutno i szepnęła: „Nieszczęsna piękność!” Podniosła oczy do nieba. 

W tej chwili w spojrzeniu jej odbijał się wstręt tak silny, tak żywy, że Sarrasine zadrżał. 

—  Panie  Francuzie  —  dodała  —  niech  pan  zapomni  na  zawsze  tę  chwilę  szaleństwa. 

Szanuję pana, ale co się tyczy miłości, nie żądaj jej ode mnie; to uczucie nie istnieje w moim 
sercu. Ja nie mam serca! — wykrzyknęła, płacząc. — Teatr, w którym mnie pan  widział, te 
oklaski, ta muzyka, ta sława, na jaką mnie skazano, to moje życie; nie mam innego. Za kilka 
godzin będzie pan na mnie patrzał innymi oczami, kobieta, którą kochasz, umrze. 

Rzeźbiarz nie odpowiedział. Głucha wściekłość orała mu serce. Potrafił tylko patrzeć na 

tę niezwykłą kobietę oczyma, które paliły płomieniem. Ten wątły głos, ta poza, wzięcie, gesty 
Zambinelli nacechowane smutkiem, melancholią i zniechęceniem wydobywały w jego duszy 
wszystkie skarby miłości. Każde słowo było ostrogą. W tej chwili przybyli do Frascati. Kiedy 
artysta podał rękę swojej pani, aby jej pomóc wysiąść, uczuł, że cała drży. 

—Co tobie? Zabiłabyś mnie — wykrzyknął, widząc że blednie, gdybyś czuła najlżejszy 

ból, którego ja byłbym nawet niewinną przyczyną. 

— Wąż! — rzekła, pokazując małego wężyka, który pomykał wzdłuż rowu. — Boję się 

tych wstrętnych gadów. 

Sarrasine zgniótł nogą głowę węża. 
—  Jaki  pan  odważny!  —  rzekła  Zambinella,  patrząc  z  widocznym  przerażeniem  na 

martwego płaza. 

—  No  i  co  —  rzekł  artysta  z  uśmiechem,  czy  ośmielisz  się  twierdzić,  że  nie  jesteś 

kobietą? 

Połączyli  się  z  towarzystwem  i  przechadzali  się  po  lasach  willi  Ludovisi,  należącej 

wówczas  do  kardynała  Cigognara.  Ranek  ten  upłynął  zbyt  szybko  dla  zakochanego  rzeźbia-

background image

rza,  ale  wypełniło  go  mnóstwo  wydarzeń,  które  mu  odsłoniły  kokieterię,  słabość,  czułostko-
wość tej miękkiej i wątłej duszy.  Była to kobieta z nagłymi napadami lęku, nieumotywowa-
nymi kaprysami, wybuchami przestrachu i odwagi, z kobiecą brawurą i uroczą delikatnością 
uczuć.  W  pewnej  chwili  zapuszczając  się  w  pole,  gromadka  wesołych  śpiewaków  ujrzała  z 
daleka  paru  ludzi  uzbrojonych  od  stóp  do  głów  i  bynajmniej  nie  budzących  zaufania.  Na  to 
słowo: „To zbójcy” — każdy przyśpieszył kroku, aby się schronić w willi kardynała. W tym 
krytycznym momencie Sarrasine spostrzegł po bladości Zambinelli, że nie ma siły iść; wziął 
ją w ramiona i niósł jakiś czas biegnąc. 

Kiedy się znalazł w pobliskiej winnicy, postawił swoją panią na ziemi. 
— Wytłumacz mi — rzekł — w jaki sposób ta bezmierna słabość, która u każdej innej 

kobiety byłaby  wstrętna, raziłaby mnie i której najmniejszy objaw wystarczyłby niemal, aby 
zgasić moją miłość, w tobie podoba mi się, czaruje mnie? Och, jak ja cię kocham — dodał. — 
Wszystkie twoje wady, twoje lęki, twoje miłostki dodają ci jeszcze wdzięku. Czuję, że niena-
widziłbym  kobiety  silnej,  jakiejś  Safony,  odważnej,  pełnej  energii,  namiętności.  O  słodka  i 
wątła istoto, jak mogłabyś być inna? 

Ten  głos  anioła,  ten  głos  tak  delikatny  byłby  nonsensem,  gdyby  wychodził  z  innego 

ciała niż twoje. 

— Nie mogę — rzekła — dać panu żadnej nadziei. Niech pan nie mówi do mnie w ten 

sposób, żartowano by z pana. Niepodobna mi zabronić panu wstępu do teatru, ale jeśli mnie 
kochasz lub jeśli jesteś rozsądny, nie przyjdziesz więcej. Niech pan mnie posłucha — rzekła 
poważnym głosem. 

— Och, milcz — rzekł artysta upojony. — Przeszkody podsycają miłość w moim sercu. 
Zambinella  stała  bez  ruchu,  skromna  i  pełna  wdzięku,  ale  umilkła,  jak  gdyby  rażona 

jakąś złowróżbną myślą. Kiedy trzeba było wracać do Rzymu, wsiadła do berlinki na cztery 
osoby, rozkazując z nieubłaganą minką rzeźbiarzowi, aby sam wrócił faetonem. Przez drogę 
Sarrasine postanowił wykraść Zambinellę. Cały dzień spędził na snuciu planów, jeden szaleń-
szy  niż  drugi.  O  zmierzchu,  w  chwili  gdy  wychodził,  aby  spytać  kogo,  gdzie  się  znajduje 
willa jego ukochanej, spotkał w progu jednego z kolegów. 

—  Mój  drogi  —  rzekł  mu  ów  —  nasz  ambasador  prosi  cię  do  siebie  na  dziś  wieczór. 

Daje wspaniały koncert: kiedy usłyszysz, że będzie Zambinella... 

— Zambinella! — wykrzyknął Sarrasine nieprzytomny na dźwięk tego imienia — ależ 

ja szaleję za nią! 

— Jak wszyscy — odparł kolega. 
— Słuchaj, jeżeli jesteście mymi przyjaciółmi, ty, Vien, Lauterburg i Allegrain, użycz-

cie mi pomocy w zamachu, jaki chcę uczynić po zabawie. 

— Nie chodzi o zabicie jakiegoś kardynała ani o... 
—  Nie,  nie  —  rzekł  Sarrasine  —  nie  żądam  od  was  nic,  czego  uczciwi  ludzie  nie 

mogliby zrobić. 

W parę sekund rzeźbiarz przygotował wszystko, aby zapewnić sukces swemu przedsię-

wzięciu. Przybył jeden z ostatnich do ambasadora, ale przybył w podróżnej karecie zaprzężo-
nej w tęgie konie, a powożonej przez jednego z najśmielszych vetturinów w Rzymie. 

Pałac  ambasadora  pełen  był  ludzi;  nie  bez  trudu  rzeźbiarz,  nieznany  nikomu  z  obec-

nych, zdołał dotrzeć do salonu w chwili gdy Zambinella śpiewała. 

— To z pewnością przez wzgląd na kardynałów, biskupów i opatów, którzy są tutaj — 

spytał Sarrasine — ona przebrana jest za mężczyznę, ma siatkę na głowie, włosy w puklach i 
szpadę przy boku? 

— Ona? Jaka ona? — odparł stary pan, do którego zwrócił się Sarrasine. 
— Zambinella. 
—  Jaka  Zambinella?  — odparł  rzymski  książę. —  Czy  pan  żartuje?  Skąd  pan  przyby-

wasz?  Czy  kiedy  występowała  kobieta  w  teatrze  w  Rzymie?  I  czy  pan  nie  wie,  jakiego 

background image

rodzaju istoty grają role kobiece w państwie papieskim? To ja, drogi panie dałem Zambinelli 
jego głos. Zapłaciłem wszystko temu ladaco nawet nauczyciela śpiewu. I wiesz pan, tak mało 
się poczuwa do wdzięczności za usługę, jaką mu oddałem, że nie chce przestąpić mego progu. 
A przecież jeżeli zrobi majątek, mnie będzie go zawdzięczał.  

Książę Chigi mógł mówić długo. Sarrasine nie słuchał go Okropna prawda wdarła się w 

jego duszę. Był jak gdyby rażony gromem. Stał nieruchomo, z oczyma wlepionymi w rzeko-
mego  śpiewaka.  Jego  płomienne  spojrzenie  musiało  magnetycznie  podziałać  na  Zambinellę, 
bo  m u s i c o  obrócił nagle oczy na Sarrasine'a: w tejże chwili jego niebiański głos zmącił 
się. Zadrżał. Mimowolny szmer wyrwał się z ust zebranych. To go zmieszało do reszty; usiadł 
i przerwał arię. Kardynał Cicognara, który śledził spod oka kierunek, w jakim pobiegło spoj-
rzenie jego protegowanego, spostrzegł wówczas Francuza, pochylił się do jednego ze swych 
duchownych  adiutantów  i  widocznie  spytał  o  nazwisko  rzeźbiarza.  Uzyskawszy  odpowiedź, 
przyjrzał  się  bardzo  uważnie  artyście  i  dał  rozkaz  księdzu,  który  znikł  szybko.  Tymczasem 
Zambinella, przyszedłszy do siebie, zaczął na nowo arię, którą przerwał tak nagle; ale wyko-
nał ją licho i mimo nalegań wzbraniał się zaśpiewać cokolwiek innego. Pierwszy to raz obja-
wił  ową  kapryśną  tyranię,  która  później  uczyniła  go  niemniej  sławnym  niż  talent  i  olbrzymi 
majątek — owoc — jak powiadano — zarówno jego głosu, jak urody. 

— To kobieta — rzekł głośno Sarrasine, jak gdyby był sam. — Musi się pod tym kryć 

jakaś piekielna tajemnica. Kardynał Cicognara oszukuje papieża i cały Rzym! 

Natychmiast  rzeźbiarz  wyszedł  z  salonu,  zebrał  przyjaciół  i  posadził  ich  na  czatach  w 

dziedzińcu pałacowym. Kiedy Zambinella zyskał pewność, że Sarrasine odszedł, zdawało się, 
że  odzyskał  nieco  spokoju.  Około  północy  obszedłszy  salony  jak  człowiek,  który  szuka 
wroga,  m u s i c o  opuścił zebranie. W chwili gdy przekraczał próg pałacu, pochwycili go 
zręcznie  Jacyś  ludzie,  którzy  mu  zakneblowali  usta  chustką  i  przenieśli  go  do  powozu 
wynajętego  przez  Sarrasine'a.  Zambinella  wtulił  się  w  kąt  nie  śmiejąc  się  poruszyć.  Widział 
przed  sobą  straszliwą  twarz  artysty,  który  zachowywał  śmiertelne  milczenie.  Droga  była 
krótka.  Zambinella,  wyniesiony  przez  Sarrasine'a,  znalazł  się  niebawem  w  ponurej  i  nagiej 
pracowni.  Śpiewak,  na  wpół  martwy,  siedział  na  krześle,  nie  śmiejąc  spojrzeć  na  posąg 
kobiety, w którym poznał swoje rysy. Nie wyrzekł słowa, ale zęby jego szczękały. Sarrasine 
przechadzał się wielkimi krokami. Naraz zatrzymał się przed Zambinellą. 

—  Powiedz  mi  prawdę  —  rzekł  głuchym  i  zmienionym  głosem.  —  Jesteś  kobietą? 

Kardynał Cicognara... 

Zambinella padł na kolana i odpowiedział jedynie spuszczeniem głowy. 
— Ha! Jesteś kobietą! — wykrzyknął artysta w szale — bo nawet... 
Nie dokończył. 
— Nie — podjął — nie byłby na tyle nikczemny... 
— Och, nie zabijaj mnie — wykrzyknął Zambinella, zalewając się łzami. — Zgodziłem 

się zwodzić pana jedynie na prośby moich kolegów, którzy chcieli się pośmiać. 

—  Pośmiać!  —  odparł  rzeźbiarz  głosem,  który  miał  coś  piekielnego.  —  Pośmiać, 

pośmiać! Tyś się ważył igrać z uczuciem mężczyzny, ty? 

— Och, łaski! — odparł Zambinella. 
— Powinien bym cię zgładzić — wykrzyknął Sarrasine — wydobywając szpadę gwał-

townym ruchem. — Ale — podjął z zimną wzgardą — drążąc twe wnętrzności sztyletem, czy 
znalazłbym  tam  uczucie,  które  bym  mógł  ugasić,  zemstę,  którą  bym  mógł  nasycić?  Jesteś 
niczym. Gdybyś był mężczyzną czy kobietą, zabiłbym cię! Ale... 

Sarrasine  uczynił  gest  wzgardy;  odwracając  głowę,  musiał  spojrzeć  na  posąg.  I  to  jest 

złudzenie!  —  wykrzyknął.  Po  czym  odwracając  się  ku  Zambinelli:  „Serce  kobiety  było  dla 
mnie schronieniem, ojczyzną. Czy masz siostry, które byłyby do ciebie podobne? Nie. A więc 
umieraj — wykrzyknął. — Ale nie, będziesz żył. Zostawić ci życie, czyż to nie znaczy skazać 
cię  na  coś  gorszego  niż  śmierć?  Nie  mojej  krwi  ani  mego  istnienia  żałuję,  ale  przyszłości  i 

background image

szczęścia  mego  serca.  Twoja  wątła  ręka  zwaliła  moje  szczęście.  Jaką  nadzieję  mogę  ci 
wydrzeć za wszystkie nadzieje, któreś ty pokalał? Ściągnąłeś mnie aż do siebie. Kochać, być 
kochanym! — to są odtąd słowa pozbawione sensu dla mnie, tak jak dla ciebie. Bez ustanku 
będę  myślał  o  tej  kobiecie  urojonej,  widząc  kobietę  rzeczywistą.  —  Wskazał  posąg  gestem 
rozpaczy.  —  Zawsze  będę  miał  w  pamięci  niebiańską  harpię,  która  będzie  zatapiać  swoje 
szpony  we  wszystkie  moje  męskie  uczucia  i  która  naznaczy  wszystkie  inne  kobiety  piętnem 
niedoskonałości. Potworze, ty, który nie możesz dać życia niczemu, ogołociłeś mi ziemię ze 
wszystkich kobiet!” 

Sarrasine usiadł naprzeciw przerażonego śpiewaka. Dwie wielkie łzy wypłynęły z jego 

suchych oczu, potoczyły się po jego męskich policzkach i spadły na ziemię. Dwie łzy wście-
kłości, dwie łzy gorzkie i palące. 

— Nie ma już miłości! Umarłem dla wszelkiej rozkoszy, dla wszystkich ludzkich wzru-

szeń. 

Przy  tych  słowach  chwycił  młot  i  cisnął  nim  w  posąg  z  tak  wściekłą  siłą,  że  chybił. 

Sądził,  iż  zniszczył  pomnik  swego  szaleństwa;  wówczas  chwycił  szpadę  i  błysnął  nią,  aby 
zabić śpiewaka.  Zambinella wydawał rozdzierające krzyki. W tej chwili weszli trzej ludzie i 
rzeźbiarz padł przeszyty trzema ciosami sztyletu. 

— W imieniu kardynała Cicognara — rzekł jeden z nich. 
— To dobrodziejstwo godne chrześcijanina — odparł Francuz oddając ducha. 
Posępni  wysłannicy  oznajmili  Zambinelli  o  niepokoju  jego  protektora,  który  czekał  u 

bramy w zamkniętym powozie, aby go zabrać, skoro tylko będzie wolny. 

Ale  —  rzekła  pani  de  Rochefide  —  jaki  związek  między  tą  historią  a  staruszkiem, 

którego widzieliśmy u państwa de Lanty? 

Proszę  pani,  kardynał  Cicognara  zabrał  posąg  Zambinelli  i  dal  go  wykonać  w  marmu-

rze. Znajduje się dzisiaj w muzeum Albani. Tam, w roku 1791, rodzina Lanty odnalazła posąg 
i  poprosiła  Viena,  aby  go  skopiował.  Portret,  który  pani  ukazał  Zambinellę  w  dwudziestym 
roku,  w  chwilę  po  ujrzeniu  go  stuletnim  starcem,  posłużył  później  do  Endymiona  Girodeta; 
mogła też pani rozpoznać jego typ w Adonisie. 

— Ale ten czy ta Zambinella...? 
— Może być, proszę pani, jedynie wujecznym dziadkiem Marianiny. Pojmuje pani teraz 

interes, jaki może mieć pani de Lanty w tym, aby ukryć źródło majątku, który pochodzi... 

Przetrwaliśmy chwilę pogrążeni w najgłębszym milczeniu. 
— I cóż? — rzekłem. 
—  Och!  —  wykrzyknęła  wstając  i  przechadzając  się  wielkimi  krokami  po  pokoju. 

Podeszła,  popatrzała  na  mnie  i  rzekła  zmienionym  głosem:  —  Obrzydził  mi  pan  życie  i 
miłość  na  długo.  Mimo  iż  nie  tak  potwornie,  czyż  wszystkie  uczucia  ludzkie  nie  kończą  się 
tak samo, okrutnym zawodem? Kiedy jesteśmy matkami, dzieci zabijają nas złym prowadze-
niem lub chłodem. W małżeństwie czeka nas zdrada. Jako kochanki, porzucają nas, opuszcza-
ją. Przyjaźń! Czy istnieje? Jutro zrobiłabym się dewotką, gdybym nie czuła, że potrafię zostać 
jak skała niedostępna pośród burz życia. Jeżeli przyszłość chrześcijanina jest również złudze-
niem, przynajmniej pryska ono aż po śmierci. Niech mnie pan zostawi samą. 

— Och — rzekłem — pani umie karać.  
— Czyż nie mam racji? 
— Nie — odparłem, zdobywając się na odwagę. — Kończąc tę historię dość znaną we 

Włoszech, mogę pani dać lepsze pojęcie o postępie dzisiejszej cywilizacji. Już się nie fabry-
kuje tych nieszczęśliwych istot. 

—  Paryż  —  rzekła  —  jest  krainą  bardzo  gościnną;  przygarnie  wszystkich,  i  majątki 

haniebne, i majątki krwawe. Zbrodnia i bezeceństwo mają tu prawo schronienia, jedynie cnota 
nie ma tu swoich ołtarzy. Tak, czyste dusze mają ojczyznę w niebie: Nikt mnie nie zna tutaj! 
Dumna z tego jestem. 

background image

I margrabina zadumała się. 
 

Tłumaczył Tadeusz Boy-Żeleński  

 
 
 
 

JOHN RUSSEL 

 

JIMMIE SKŁAMAŁ 

 

CIEKAWE,  że  zanim Jennie  May  odnalazła  w  Honolulu  swego  kuzyna,  nikt  jej  przed 

nim nie przestrzegł. Co prawda, kiedy tak słynna śpiewaczka jak Jennie May wybiera się na 
tournée, wszyscy, z impresariem na czele, cackają się z nią jak z jajkiem. Trzymają w wacie. 
Chronią, by — broń Boże — nic jej nie sprawiło przykrości. 

Mimo  wszystko,  po  prostu  nie  chce  się  wierzyć,  by  przez  tyle  lat  aż  do  chwili,  gdy 

ujrzała  go  przed  gmachem  opery  —  nie  słyszała  nic  o  Jimmie  Wayverze,  A  przecież  sława 
jego, w pełni zresztą zasłużona, rozniosła się od krańca do krańca mórz południowych. 

Biedak  Jimmie  był  znany,  miał  fatalną  opinię  od  Nukahivy  aż  po  Pelevę.  W  samym 

Honolulu  był  —  rzec  można  —  instytucją  narodową.  Przecież  to  on,  jeden  jedyny  spośród 
żyjących, potrafił przepić starego Chińczyka, barmana od Alexa. — Zgodzi się pan chyba — 
można to nazwać sławą! 

Nie ulega natomiast wątpliwości, że lądując na Hawajach Jennie May oczyma wyobraź-

ni widziała Jimmie Wayvera takim, jakim znała go przed laty. 

Jennie  May!  Słyszał  pan  ją  chyba?  Na  pewno  siedział  pan  oczarowany  dźwiękiem  jej 

głosu,  wpatrzony  w  nią  jak  w  nieziemskie  zjawisko.  Ale  któż  z  nas  pojął  kiedykolwiek  tę 
kobietę? 

Znaliśmy tylko jej twarz pełną słodyczy i spokoju, czar i wdzięk jej ruchów i wielbili-

śmy urok jej ciała. 

Jako  „gwiazda”,  z  punktu  widzenia  Shenstone'a,  jej  impresaria,  była  łatwa  do  prowa-

dzenia — ale tylko do chwili, kiedy się jej czegoś zachciało. Wtedy nie była już ani miła, ani 
uprzejma ani łagodna. 

Była  samotna.  Tą  samotnością,  na  jaką  skazana  jest,  jak  sądzą  każda  istota  obdarzona 

wielkim talentem. I zupełnie tego nie świadoma. Bez najmniejszej pozy, bez cienia pychy — 
nieuniknionej u podrzędniejszych sław. Taka właśnie była Jennie May Samotna, jak olimpij-
ska bogini. 

Ale  kiedy  się  uparła!  Wszystko  jedno,  czy  chodziło  o  zmianę  w  programie  koncertu, 

czy  o  meble  w  hotelowym  pokoju,  czy  —  jak  się  to  raz  przytrafiło,  o  sok  z  pomarańczy  na 
śniadanie — musiała postawić na swoim. Jeżeli nie — „dmijcie wichry, grzmijcie burze!”... 

Mówią, że widziano kiedyś Shenstone'a biegającego w kółko po pokładzie, jak mrówka 

po rozżarzonej płycie i dźwigającego całe naręcze okrętowych pledów. 

—  Do  cholery,  dajcie  mi  zielony!  Kto  ma  zielony  pled?  Niechże  ktoś  da  zielony! 

Prędko... prędzej! 

A  potem  ocierając  pot  z  czoła,  mówił:  —  Co  za  kobieta!  Czasami  boję  się  jej.  Uoso-

bienie Absolutnie Amoralnej Kobiecości! Fakt. Gdybym nie znalazł zielonego pledu, z zimną 
krwią przebiłaby mnie nożem albo — zerwałaby kontrakt! Trząsł się przy tym jak osika. 

Tak. Ale mam opowiadać panu o Jennie i o Jimmie. 
Tego wieczoru wysiadła z samochodu w bocznej uliczce, przed wejściem dla aktorów, 

by  przyjąć  hołdy  i  kwiaty  od  nielicznej  grupki  wybrańców.  A  byli  to  prawdziwi  wybrańcy. 
Już się o to Shenstone postarał. Może pan być pewien, gruntownie przedtem spenetrował listę 

background image

lokalnych  znakomitości,  ich  pozycję  socjalną  i  to  zarówno  milionerów  cukrowych,  jak  i 
członków kongregacji misyjnych. 

A przecież pominął jedną osobistość. 
Na  skraju  gromadki  stał,  rozglądając  się  nieco  niepewnie,  jakiś  człowiek.  Szczupły, 

choć  o  wyraźnie  wojskowej  prezencji,  ładny  chłopak  z  bladą,  ascetyczną  twarzą  i  jasnym 
wąsem. W słabym świetle płonącej nad wejściem lampy jego wieczorowy strój i połyskująca 
biel  gorsu  wyglądały  zupełnie  poprawnie,  nawet  wytwornie.  W  ręce  trzymał  wiązankę  pol-
nych kwiatów. Wiązanka drżała nieco — tak samo drżał zapewne i ten człowiek. 

Wysiadłszy z auta Jennie May przystanęła na chwilę przyglądając się komitetowi powi-

talnemu. Wypatrywała, widzi pan, jednej twarzy, a kiedy ją dostrzegła — krzyknęła. Roztrą-
cając w lewo i w prawo znakomitości popędziła prosto ku niemu. 

— Jimmie!... 
Och, ten jej głos! 
Pochwyciła obie jego dłonie. 
— Jak się masz, Jennie? — powiedział. Głos miał dość pewny. — Nie wiedziałem, czy 

mnie poznasz. 

— Poznałam. — No pewnie, że poznaję, Jimmie. 
W głosie tej cudownej kobiety drgały nutki tkliwości. 
— Wiedziałam, że jesteś na Hawajach, dowiedziałam się w zeszłym roku... Tak strasz-

nie chciałam cię zobaczyć! 

Patrzyli sobie w oczy — przez długą, bezgranicznie długą chwilę. Wreszcie Shenstone 

ocknął się. Nim jednak zdążył wymówić słowo — Jennie May zwróciła się do niego. 

— To mój kuzyn, James Wayver. Proszę dopilnować, by miał dzisiaj najlepszą lożę. I to 

zaraz, proszę... 

Impresario  mógł  tylko  skłonić  się  bezradnie.  Ona  zaś  z  promiennym,  przeznaczonym 

tylko  dla  Jimmiego  uśmiechem,  pofrunęła  ku  wejściu.  Na  czternaście  co  najmniej  filarów 
miejscowej arystokracji, zgromadzonych tu wraz z żonami, choć przodkowie ich dorobili się 
ogromnych posiadłości rabując ziemię kanakom — co naturalnym rzeczy porządkiem powin-
no było zapewnić potomkom powszechny szacunek — nie zwróciła uwagi. 

Tak,  to  był  koncert!  Ci,  co  tam  byli,  dziś  jeszcze  wspominają.  Znawcy  utrzymują,  że 

nigdy Jennie May nie śpiewała lepiej. 

... Śpiewała tylko dla Jimmie Wayvera. 
Tak.  Tylko  dla  niego.  Kiedy  tłum  snobów  siedział  zasłuchany,  wytrzeszczając  oczy, 

Jennie  May  śpiewała  dla  samotnej,  ukrytej  w  cieniu  honorowej  loży  niewidocznej  niemal 
postaci.  Taka  zwyczajna  postać  —  taka  doskonale  konwencjonalna  —  wyprostowana,  trzy-
mająca  w ręce bukiet.  Lecz jastrzębie oko skandalu wypatrzyło ją i rozpoznało natychmiast. 
Rozległy się pełne niedowierzania szepty. 

— Patrzcie — tam — Jimmie Wayver!... Patrzcie! 
Wie pan przecież, śpiew Jennie May nigdy nie był zwykłym śpiewem. Wdzierał się w 

najtajniejsze  głębie,  chwytał  za  serce  niepojętym  czarem,  wypełniał  dusze  dumą,  bólem, 
tęsknotą, namiętnością... 

Nieszczęsny Shenstone zaaranżował jeden ze swych idiotycznych bankietów, na którym 

spodziewano się ujrzeć rozszczebiotaną, roześmianą Jennie. Najpierw ściągnął wszystkie fila-
ry.  Potem  poszedł  po  gwiazdę.  Ale  gwiazda  znikła...  Pognał  na  ulicę  —  i  w  zaułku  przed 
wejściem  dla  artystów  zobaczył  jak  wsiada  do  auta  wraz  z  samotną  postacią.  Włosy  stanęły 
mu dęba. Jąkając coś ruszył ku autu. 

Jennie  May  spojrzała  nań  bez  słowa.  Ostatecznie  Shenstone  nie  był  tępy.  Wystarczyło 

mu,  że  dostrzegł  w  jej  oczach  —  jak  w  oczach  tygrysicy  —  ostry,  zielony  błysk.  Opanował 
się. Powiedział niesłychanie uprzejmie:  

— Chciałem tylko przypomnieć pani, że statek odpływa jutro o siódmej rano. 

background image

Jennie  May  nic  nie  odpowiedziała.  Zatrzasnęła  drzwiczki  i  samochód  pomknął  w 

księżycową, hawajską noc. 

Długo jechali w milczeniu. 
— Powiedz kierowcy, powiedz mu, Jimmie, dokąd ma jechać.  
Jim powiedział i pojechali nadmorską aleją. Była to jedna z tych nocy, gdy księżyc wisi 

na niebie jak ogromny dojrzały owoc, a małe, kędzierzawe fale srebrzą laguny... I wydaje się, 
że  księżycowa  droga  to  ta  właśnie,  której  szukałeś  przez  całe  życie,  że  prowadzi  prosto  w 
szczęście.  Proszę  mi  wierzyć,  takie  rzeczy  zdarzają  się  nie  tylko  w  operetkach.  Proszę 
sprawdzić, dopóki nie jest pan jeszcze zbyt stary. 

A Jennie i Jimmie nie byli starzy. 
Jimmie? Och, jeśli idzie o grzechy — Jimmie był stary. Miał dopiero trzydzieści cztery 

lata, niewiele jednak można go było nauczyć. A przecież są ludzie, których serca nie zmienia-
ją się niemal wcale, mimo że przeszły przez piekło. I niech pan pamięta, dwie godziny tylko 
dla  niego  śpiewał  o  miłości  najpiękniejszy  głos  naszych  czasów.  A  stopień  trzeźwości 
Jimmiego? Nigdy nie dał się ustalić. 

Cóż,  może  to  wydać  się  naiwne  i  głupie,  lecz  świadectwem  niech  będą  słowa  wszy-

stkich  mężczyzn,  którzy  ją  kochali,  i  wszystkich  kobiet,  które  ją  nienawidziły.  Jennie  May 
była tak skromna i niewinna, jak dziecię w kolebce. A zły i zazdrosny świat próbował uczynić 
z tego przedmiot drwin. Ciekawe, prawda? 

Na ostrym zakręcie koło Punahou samochód gwałtownie zarzucił, popychając Jennie w 

jego ramiona. Nie miała w tych sprawach doświadczenia. Gdy opasał ją ramieniem westchnę-
ła i przytuliła się ufnie. Zaczęli rozmawiać. 

O czym? O tym, jak chodzili do szkoły, jak kochali się, jak dobrze im było w małym, 

dalekim miasteczku. 

Ktoś  wyrafinowany  skrzywiłby  się...  —  Pamiętasz,  jak  wracaliśmy  z  wieczorku  i  pies 

nas napadł? Tak się wystraszyłam! A tyś był taki dzielny. 

—  Nic  podobnego.  Po  prostu  bałem  się  uciekać.  Strasznie  bałem  się,  Jennie,  byś  nie 

poznała, że się boję — przyznał się Jimmie. 

— A potem... — wyszeptała. 
— Pamiętam. Ugryzła cię pszczoła. I płakałaś. A ja cię pocałowałem, Jennie! 
— Tak. A te-teraz te-też płaczę! 
Płakała. On także. Wie pan, w tej chwili Jimmie Wayver był równie skromny i niewin-

ny jak ona. Mogło się zdawać, że całą dzielącą ich otchłań lat przeżyli w tej jednej chwili. 

Życie na naszej wyspie zawsze było nieco fantastyczne i pełne subtelnej ironii. Znając 

cel,  do  którego  dotarli  —  lubię  myśleć  o  tej  ich  nocnej  przejażdżce.  Bo  niech  pan  pomyśli: 
oto  zbrukane,  zdruzgotane  przez  los,  pogardzane  szczątki  Jimmie  Wayvera,  oto  przy  nim 
niepokalany,  niebiański  geniusz,  niezrównana  Jennie  May;  mkną  przytuleni,  pod  gwiazdami 
hawajskiego nieba, pogrążeni w cudownym złudzeniu! 

Jechali długo. Do Punch Bowl, gdzie świat wyglądał jak zamieć chmurnych szczytów i 

srebrzystego morza. Do  Diamond Head,  gdzie owiewały ich dmące od Chin wiatry. Patrzyli 
na  blask  zatoki  Waikiki,  na  Nuuanu,  mknęli  poprzez  dziką,  starodawną  siedzibę  bogów  — 
dolinę Waolani, gdzie zamiast ofiarnych maczug uderzają dziś kije golfowe. 

Gdy  nadszedł  wreszcie  czas  powrotu  —  Jimmie  oprzytomniał.  Począł  bąkać  coś  o 

gwiazdach, o tym, że patrząc w nie zawsze będzie myślał o niej — takie sobie słowa zwykłe 
dla każdego mężczyzny. Gdy zamilkł, Jennie May wyszeptała: 

— To nie musi się skończyć Jimmie... Pojedziesz ze mną. 
Jimmie zmrużył oczy. 
— Pojadę? 
—  Najzwyczajniej.  Dziś  rano...  Statkiem!  Czy  mogłeś  choć  chwilę  przypuszczać,  że 

pozwolę  ci  —  teraz  —  znów  —  odejść?  Jesteś  mój,  a  ja  —  twoja!  Tak  było  zawsze,  tak 

background image

będzie zawsze! 

Jimmie  Wayver  ocknął  się.  Czarowny  był  urok  tej  nocy  —  ale  skąd  Jennie  mogła 

wiedzieć o jego straszliwych powikłaniach życiowych? Próbował mówić o tym. 

— Nie wiesz, co zrobiłem — wyjąkał. 
— Nie dbam o to — odparła Jennie May. 
Jim nie należał do ludzi wesołych. Teraz jednak roześmiał się. Nagle urwał. Po chwili 

począł  mówić  znowu,  lecz  tym  razem  przychodziło  mu  to  z  trudnością.  Jechali  wybrzeżem. 
Świtało. Jimmie tłumaczył. Usiłował przekonywać. Usiłował urywanie opowiedzieć, kim stał 
się. Mówił jak do dziecka... 

— Więc co z tego? — zapytała Jennie May. 
— Nawet gdyby to było możliwe — nie, nie... Nie rozumiesz! 
—  Rozumiem  wszystko  —  powiedziała  z  prostotą.  —  Nic  nie  może  nas  rozłączyć. 

Pojmujesz? Nic! 

Patrzyła mu w oczy. Nie była wyzywająca ani pokorna. Była tylko małą, nieustraszoną 

Jennie May. 

Oczy miała wilgotne, jej ręka ściskała jego dłoń. 
— Kochany, kochany, cóż może się liczyć? Pieniądze? Mam więcej niż trzeba. Małżeń-

stwo? Myślisz, że zależy mi na tym? Gdybyś nie mógł czy nie chciał — nie dbam o to! 

Wspaniale to powiedziała i szczerze. 
— To niemożliwe! — szepnął. 
Uśmiechnęła się. 
— Nic na to nie poradzisz, Jimmie. Dlaczego tak mówisz? 
I, wie pan, było to najzupełniej możliwe. Miała słuszność i Jimmie wiedział o tym. Nic 

nie stało na przeszkodzie, by Jimmie Wayver wyjechał z Jennie May. Każde jej życzenie było 
dla świata rozkazem. Nie obchodziły jej niczyje dąsy. 

Świtało. Statek czekał. 
Możliwe? Wydawało się nieuniknione, zapisane w górze. Co tu gadać o szklance wody 

na  pustyni  czy  o  brzytwie  dla  tonącego!  Dla  kogoś  w  sytuacji  Jimmiego  taki  cudowny  traf 
może wydarzyć się raz tylko. Niech pan pomyśli. Znów cały szeroki świat leżał u jego stóp. U 
stóp  wzgardzonego,  zapomnianego  straceńca.  Niech  pan  pomyśli,  co  to  dla  niego  znaczyło. 
Jedyna szansa nowego życia. Nowego startu do nowej przygody. I to jakiej przygody! Oszała-
miający jej smak czuł przecież na wargach! 

Nie wiem, oczywiście, co myślał i jak rozumował Jimmie. Pewne jest jednak, że myślał 

o niej i o sobie. Gdy szczęśliwa Jennie May tuliła się do niego — on myślał. 

— Każ jechać do portu — wyszeptała. — Powiedz, niech zawraca i niech się nie spie-

szy. 

Jimmie  patrzył  na  nią  przez  chwilę  —  przez  długą,  bezgranicznie  długą  chwilę.  Po 

chwili  roześmiał  się.  Po  raz  drugi  tej  nocy.  A  potem  postąpił  w  sposób,  który  wedle  mnie 
można nazwać bohaterskim. Nachylił się i powiedział coś do kierowcy. 

Samochód skręcił ku morzu i pomknął przedmiejskimi zaułkami. Zatrzymał się w wą-

skiej  uliczce  zarosłej  płomiennymi  hibiscusami  i  seledynową  winoroślą.  Za  uchyloną  furtką 
widniał kryty strzechą domek. Jimmie Wayver z niejaką godnością wyswobodził się z objęć 
Jennie i wysiadł z auta. 

— Maria! — krzyknął w stronę domku. — O-hej, Mario! 
Odpowiedziało mu wesołe: 
— O-hej Jimmie! Czego chcesz? 
W  aucie  siedziała  skamieniała  Jennie  May.  Policzki  jej  zabarwił  rumieniec,  w  oczach 

pojawił się ostry, zielony błysk Intuicja musiała ostrzec ją, że coś nadchodzi, choć nie mogła 
wiedzieć co to będzie. A Jimmie stał obok i czekał. Nie był nawet tak bardzo pijany. 

Jasne  światło  poranka  ukazywało  go  bezlitośnie  —  wciąż  jeszcze  przystojnego,  o 

background image

ascetycznej, nieco zmęczonej całonocną jazdą i jakby czymś zawstydzonej twarzy. 

Odziany był w pomięte, wyplamione, podarte ubranie — zamiast krawatu zwisał czarny 

strzępek. Biały gors, jak się okazało z tektury, utracił całą wytworność. 

— Chodź na chwilę, Mario! 
—  Dasz  ty  mi  spokój,  leniu,  łaziku,  nicponiu  —  brzmiała  uprzejma  odpowiedź.  — 

Czekaj, już idę...  T a l o f a! 

I ukazała się Maria. 
Kto? Tak. Maria — ta hoża, tęga, dobroduszna Samoanka, praczka — która tak praco-

wicie  pierze  naszą  bieliznę  i  ceruje  skarpetki.  Maria  —  dwieście  pięćdziesiąt  funtów  pełno-
krwistej, polinezyjskiej beztroski i hojności, i wesołości. Brała właśnie prysznic na werandzie, 
polewała  się  wodą  z  konewki  —  i  wyszła  jak  stała,  okryta  tylko  ręcznikiem  —  przesłonięta 
liśćmi winorośli — uśmiechnięta, wilgotna... 

— T a l o f a — powitała gości. 
Jimmie  był  opanowany.  Skłonił  się  kolejno  obu  paniom.  Uczynił  to  z  niezwykłą 

wytwornością. Gdyż, widzi pan, jeśli nocy tej oboje wiele doświadczyli — jeśli Jennie May 
skłaniała się  raczej ku prymitywowi — Jimmie Wayver przeżył swą  własną przemianę. Stał 
się znów, na swój sposób, dżentelmenem. 

— Panno May — rzekł — pozwoli pani przedstawić sobie moją żonę. 
Uczynił  jedyną  rzecz  —  tę  jedną  oczywistą,  niewątpliwą  rzecz,  która  mogła  ją  po-

wstrzymać, odepchnąć. Gdyby zrobił co innego — „dmijcie wichry, grzmijcie burze”. Gdyby 
zrobił co innego... 

Ale  teraz  —  spojrzenie  Jennie  piekło  go,  po  prostu  paliło.  Zatrzaśnięte  drzwiczki  auta 

strzeliły jak z pistoletu.  

— Do portu! — krzyknęła Jennie May. 
Jimmie  stał  chwilę  bez  ruchu.  Patrzył  za  nią.  W  ręce  wciąż  jeszcze  trzymał  bukiecik 

polnych kwiatów — teraz już zwiędłych. Myślę, że ręka ta drżała. Wiem, że drżała, gdy upu-
ścił  kwiaty  i  przetarł  czoło  takim  samym  ruchem,  jakim  robił  to  w  podobnych  wypadkach 
Shenstone. Wiem, że drżała, gdyż drżała i wtedy, kiedy Jimmie wspominał tę chwilę. 

Potem  odwrócił  się.  Uśmiechnął  się  do  tłustej,  wychylającej  się  spośród  winorośli 

samoańskiej rusałki. 

— W porządku, Mario — rzekł krótko. — Powiedz mężowi, że dziś nie potrzebuję go 

— dojdę do domu o własnych siłach. 
 

Tłumaczył Henryk Józefowicz  

 
 
 
 

LUCJAN LEGUT 

 

MORDERCA NIE BĘDZIE UKARANY 

 

 

ZBUDZIŁ się spocony. Śniło mu się coś koszmarnego, nie pamiętał jednak co. Naciąg-

nął kołdrę na głowę i przyczajony w sobie, łowił szmery dolatujące z pokoju... 

Po chwili odrzucił kołdrę i spojrzał w okno. Olbrzymi kasztan szamotał się z wichurą. 

Poza  nim  przemykały  szybko  obłoki,  poganiane  porywistymi  podmuchami.  Zbiera  się  na 
burzę — pomyślał. — I stąd to przykre uczucie. 

Przeciągnął się, już rozbudzony i uspokojony. Ziewnął. 

background image

Dzwonek? O tej porze? Czyżby śnił jeszcze? 
Przeciągły, jazgotliwy dźwięk dolatywał z przedpokoju. 
Druga  —  stwierdził,  spoglądając  na  fosforyzowaną  tarczę  zegarka.  Niechętnie  zwlókł 

się z tapczanu i poczłapał ku drzwiom Nim je otworzył, przekręcił kontakt, lecz szklana kula 
wisząca u sufitu nie rozbłysła światłem. 

Wyłączyli. Pewnie z powodu burzy. 
Po omacku przebrnął przez przedpokój, klnąc świdrujący ucho głos dzwonka. Chwycił 

za łańcuch u drzwi, nie otworzył jednak, lecz przytknął oko do „judasza”. Na klatce schodo-
wej było zupełnie ciemno i nie mógł nic dojrzeć. 

— Kto tam? — krzyknął. 
Dzwonek umilkł i przedpokój wypełniła cisza. Zza drzwi doleciał szept: 
— Niech pan otworzy! Prędzej! 
Z głosu przebijało wyraźne przerażenie. 
—  Kto  to?  —  dopytywał  się  i  nie  otwierał,  wspomniawszy  naraz  różne  historie  o 

napadach. 

— To Ja! Ochocka! Sąsiadka! Błagam, niech pan otworzy! — Głos nabrał płaczliwych 

akcentów. Równocześnie dłoń proszącej szarpnęła gwałtownie za klamkę. 

— Ochocka? — przypomniał sobie jakąś dziewczynę, wysoką i chyba młodą. 
Odsuwał szybko łańcuch. Drzwi, pchnięte z przeciwnej strony, stuknęły go w głowę. 
— Och! — W oczach ujrzał miliony gwiazd. 
— Co się stało? — dopytywała się szeptem dziewczyna, patrząc na jego skuloną sylwe-

tkę. 

— Drzwi! Uderzyłem się, jak wszyscy dia...  
Poczuł na swych włosach jej dłoń, przesuwającą się ku bolącemu miejscu. Wyprostował 

się gwałtownie, odtrącając jej dłoń. 

— Co to ma znaczyć? Co się stało? Po co mnie pani budzi?  
Wczepiła się palcami w jego ramię, poczuł na swym ciele ostre paznokcie. 
— Boję się... Coś strasznego... w moim pokoju... — Była przerażona. 
— Co? Pewnie babskie histerie! — usiłował zbagatelizować sprawę i uspokoić dziew-

czynę. 

— Nie! O! Słyszy pan? 
Od  strony  schodów,  gdzieś  o  piętro  niżej,  doleciał  stuk,  jakby  się  ktoś  potknął  albo 

upadł. Rozbłysła zapałka. 

— Widzi pan? 
Dziewczyna  uchwyciła  go  znów  za  ramię.  Nim  zdążył  przechylić  się  przez  poręcz 

ogradzającą  schody,  zapałka  zgasła.  Miał  tego  wszystkiego  dość.  Porwał  parasol  oparty  o 
wieszak i trzymając się drugą ręką poręczy, potoczył się w ciemności po schodach. Mało nóg 
nie  połamał,  ale  nie  myślał  o  tym,  wyczuwając  niebezpieczeństwo.  Ktoś  uciekał  przed  nim. 
Słyszał  wyraźnie  przyspieszony  oddech.  Zamachnął  się  parasolem.  Trafił!  Tamten  stęknął 
tylko  i  pośliznął  się.  W sekundę  potem,  splecieni  w  uścisku,  toczyli  się  po  schodach,  aż  za-
trzymali się na podeście. Ogłuszeni, leżeli chwilę bez ruchu. Tamten poderwał się pierwszy. 
Chciał uciekać, ale ręce ścigającego trzymały go kurczowo za nogę. Wpił się w nie zębami... 

— O rany! Na pomoc! 
— Co? Co na pomoc? To... to pan doktor? Z drugiego? 
Uciekający klapną! teraz ciężko na schody. 
— A ja! Z drugiego! Pewnie pan Józef? Nasz dozorca? - upewniał się nazwany dokto-

rem. 

— Pewnie, któż by inny, Ale bo co też panu doktorowi przyszło do głowy... — żalił się 

dozorca, rozcierając guza na czole. 

— Tak? Ciekawe, gdzie się to Józef zakrada po nocy! 

background image

— Matko Boska! To pan doktor na mnie leci w ciemności bije mnie po łbie, potem nogi 

łamie i jeszcze ruga! 

Dozorca  był  wyraźnie  obrażony,  mówił  płaczliwym  głosem.  Doktor  nie  dawał  jeszcze 

za wygraną: 

— A czemu pan chodzi po ciemku? 
— Bo korki diabli wzięli. Zdało mi się, że ktosik dzwoni, tom wyszedł i myślałem, że 

złodzieje się dobierają do mecenasa z pierwszego. Pan mecenas wyjechał z panią na wczasy. 

— I mnie pan wziął za złodzieja i dlatego pan uciekał? — dokończył za niego doktor, 

nie mając cierpliwości czekać na drobiazgowe wyjaśnienia. 

— Ano! Ale też pan doktor ma ciężką łapę, za przeproszeniem — pojękiwał. 
Doktor teraz dopiero poczuł, że i jego bolą wszystkie kości. Wraz z bólem pojawiła się 

wściekłość.  Nie  wiedział  w  pierwszej  chwili,  na  kim  ją  wyładować.  W  tym  momencie  na 
schodach rozbłysło słabe światło. To dziewczyna schodziła trzymając w jednej ręce świeczkę, 
w  drugiej  zaś  łopatkę  od  węgli.  Zatrzymała  się  o  krok  przed  doktorem  siedzącym  na  scho-
dach. Patrzyła na obu mężczyzn. Światło świeczki migotało. 

—  To  i  panienka  tu  jest?  —  dozorca  popatrzył  na  doktora  zmrużywszy  jedno  oko  i 

pokiwał głową ze zrozumieniem. 

— No i co pani na to? 
— Przyniosłam łopatkę — wyciągnęła rękę ku doktorowi. 
— Tak? Mam iść może po węgle? 
—  Ach!  Nie!  Myślałam,  że  się  panu  przyda.  —  Tłumaczyła  nieporadnie,  trzymając 

łopatkę w wyciągniętej ręce.  

— Święty Józefie! Patronie mój! — dozorca zasłonił się rękami, jakby się broniąc przed 

ciosem. 

— Tą łopatką przydałoby się nakłaść do czyjejś głowy rozumu. 
Doktor  był  zadowolony  z  siebie.  Nareszcie  powiedział  co  myśli  o  tej  zwariowanej 

dziewczynie. Niech ma za swoje! 

Dozorca również się podniósł. 
— Dobranoc panience! I panu doktorowi! — odszedł mrucząc coś pod nosem. 
— Dobranoc szanownej pani! — Doktor wsadził ręce do kieszeni bluzki i z podniesioną 

głową minął dziewczynę. Szła za nim. Chciał wejść do swego mieszkania, lecz zatrzymał go 
błagalny głos: 

— Proszę pana! Panie doktorze... Bardzo przepraszam... mnie jest tak przykro... 
— Głupstwo! 
— Ale to... z tamtym... to jest prawda. Ja się boję, u mnie w pokoju... 
— Moja panno! To, że pani lubi histeryzować, to jest pani prywatną sprawą, ale że pani 

wciąga w niepoważne historie poważnych ludzi... 

— Ależ... ja... Proszę mi wierzyć... — próbowała się tłumaczyć. Wyciągnęła z kieszeni 

szlafroczka  rękę  ściskającą  kartkę  papieru  i  podała  ją  doktorowi.  Rozwinął  ją  i  z  trudem 
czytał krzywo ponaklejane litery, powycinane z gazety: 

 

Jeżeli pani do 10-go lipca nie złoży w oznaczonym miejscu  

20 tysięcy złotych, spotka panią coś złego! 

Banda Czarnej Ręki 

 

— Otrzymałam ten list wczoraj — tłumaczyła szybko. Pocztą. Nie brałam go poważnie. 

Ale dzisiaj wieczorem zauważyłam jakieś podejrzane osoby, gdy wracałam do domu. Potem 
ktoś usiłował otworzyć  drzwi do mego mieszkania. A w nocy obudziły  mnie odgłosy, jakby 
ktoś chciał otworzyć okno od zewnątrz. Zerwałam się z łóżka i przybiegłam do pana z prośbą 
o pomoc. 

background image

— No, niechże się pani uspokoi. Trzeba było od razu kartkę pokazać. 
— Kiedy? Przecież pan zaraz pobiegł z parasolem... 
— Chodźmy do pani pokoju. 
Pokoik  panny  Ochockiej  był  oświetlony  kolorową  lampką.  Doktor  zatrzymał  się  w 

drzwiach i nieufnie badał nieznaną sobie atmosferę. 

Oglądnął  okno  i  stwierdził,  że  zasuwka  jest  częściowo  wyłamana.  Ktoś  widocznie 

mocował się z oknem od wewnątrz. Ślady na framudze i na parapecie były wyraźne. 

— Jak mógł się dostać po murze na drugie piętro? — zdziwił się. 
Dziewczyna wychyliła się przez okno i patrzyła w ciemność. 
— Proszę, niech pan patrzy! 
Zbliżył się i nachylił nad nią. Zrobiła mu trochę miejsca i biorąc za rękę, wepchnęła w 

dłoń kawał grubego sznura. 

— I co pan na to? 
Doktor gwizdnął przeciągle. Zreflektował się jednak natychmiast: 
— Przepraszam. 
Dziewczyna,  wciśnięta  we  framugę  okna,  patrzyła  na  niego  wyczekująco.  Oddychała 

szybko. Głęboko wycięty dekolt szlafroka rozchylił się; oczy doktora umknęły w bok. Wyco-
fał się na środek pokoju. Tu czuł się pewniej i bezpieczniej. Założył ręce na plecach. 

—  Dostaje  pani  list  z  pogróżkami.  Ktoś  nieznajomy  usiłuje  się  do  pani  włamać. 

Oczywiste przestępstwo. Sprawa dojrzała, by zameldować ją milicji. 

— Bardzo trafne spostrzeżenia! 
Doktor spojrzał podejrzliwie, gdyż wydało mu się, że Ochocka kpi. 
— Pójdę zadzwonić od siebie, u pani nie ma telefonu. 
— Błagam pana, nie! — podbiegła i położyła mu dłonie na ramionach. — Pan wie, jak 

jest  z  milicją.  Przyjadą,  narobią  ruchu.  Po  co?  Tylko  kłopot  potem  i  wszyscy  się  dopytują. 
Jutro rano sama tam pójdę. 

— Jak pani sobie życzy. 
— Ale mam prośbę. Wielką prośbę... 
— Słucham. 
— Niech pan u mnie zostanie. Do rana. Bo ja się boję... Proszę, bardzo proszę... 
Błagała  nie  tylko  głosem,  ale  i  spojrzeniem,  i  dłońmi,  którymi  głaskała  doktora  po 

ramionach. 

Czuł się w tej pozycji niewygodnie i niepewnie: nie rozumiał, co się z nim teraz dzieje. 

Tym bardziej zaś nie wiedział jak się zachować. 

— Lepiej zadzwonię. Przecież nie mogę tu siedzieć nie ubrany. 
— Może się pan ubrać i przyjść. Siądzie pan sobie w fotelu, o tu... — pokazała dłonią 

wygodny, klubowy fotel. — Przecież już prawie świta... 

— Dobrze — zgodził się. — Pójdę się ubrać. 
Gdy znalazł się w swoim pokoju, zaklął. Noc w fotelu... Rano trzeba iść na klinikę. 
Wrócił  do  pokoju  Ochockiej.  Do  przeznaczonego  dla  niego  fotela  przysunęła  drugi 

fotel, dla siebie. 

Usiadł i wyciągnął przed siebie nogi, by ją zmusić do odsunięcia się. Spojrzała na nie-

go, wzrok jej wyrażał tylko troskliwość o jego osobę. Usiłował nawiązać rozmowę, ale ogar-
niająca go senność plątała mu język. Próbował się otrząsnąć, lecz w końcu dał za wygraną i 
usnął. 

Śniło  mu  się,  że  napastuje  go  rój  kobiet.  On  się  przed  nimi  broni,  lecz  one  są  bliżej, 

coraz  bliżej.  Ich  twarze  zlały  się  nagle  w  jedną  znajomą  twarz.  Ochocka!  Całuje  go!  On  ją 
odpycha... I w tym momencie obudził się. Nad nim stała Ochocka. 

—  Ładny  z  pana  obrońca!  —  żartowała.  —  Gdyby  złoczyńcy  chcieli  mnie  porwać, 

nawet nie słyszałabym wywalania drzwi tak głośno pan chrapał... 

background image

Doktor spojrzał na zegarek. 
— Pięć po ósmej. — Poderwał się przerażony. Profesor przychodzi o ósmej. 
— Niech pan poczeka, zrobię śniadanie.  
— Dziękuję! Nie mam czasu! Do widzenia! — krzyknął już od drzwi. Wpadł do swego 

pokoju,  porwał  teczkę  i  pomknął  po  schodach  w  dół.  Na  ulicy  rozglądał  się  za  taksówką. 
Dojrzał jedną. Podniósł w górę rękę. Szofer podjechał i doktor chciał już wsiadać, lecz kiero-
wca, przypatrzywszy mu się uważnie, poklepał się tylko ręką po czole i ruszył dalej. 

Wskoczył do przejeżdżającego tramwaju. Pomogły mu czyjeś litościwe ręce. Gdy zna-

lazł się we wnętrzu wozu, przywitano go, wesołym śmiechem. 

— A skądże to? — zapytał go jakiś człowiek w roboczym kombinezonie. 
— Prosto z nieba — zażartował doktor. 
— To widać! 
Wóz trząsł się od śmiechu. Wraz z wszystkimi śmiał się i doktor. Nocne, niesamowite 

przeżycia wydały mu się zupełnie nierealne. Doznał wielkiego odprężenia i czuł się przez to 
lekko i radośnie. 

Przebiegł przez korytarze kliniki i zatrzymał się dopiero w sekretariacie. 
— Pani Jadziu, czy profesor pytał o mnie? 
— P... pan do... doktor Mirski? — sekretarka była czymś zaskoczona. 
— Pewnie, że Mirski, a nie Święty Mikołaj — denerwował się głośno. 
— Tak? Pan profesor czeka — panna Jadzia zachichotała. 
— Co u diabła! 
Wszedł profesor Bachmatowicz. Popatrzył uważnie na Mirskiego. 
— Dzień dobry, panie profesorze. Ja właśnie... 
— Właśnie widzę. Wraca pan pewnie z karnawału? Jakże się pan bawił? 
— Z karnawału? 
—  Panno  Jadziu,  niech  pani  pożyczy  doktorowi  lusterka!  —  profesor  odwrócił  się  i 

wszedł do gabinetu. 

Sekretarka usłużnie podała Mirskiemu damskie lusterko. Spojrzał... 
Z lusterka spoglądała na niego komiczna twarz, ozdabiały ją domalowane sadzą wąsy i 

bródka. Teraz pojął, co miał oznaczać gest szofera taksówki i radość pasażerów tramwaju. 

Ale kto? 
Wstał.  „Niech  pan  zostanie,  tak  się  boję...”  —  wspominał  słowa  Ochockiej.  —  Oto 

jeszcze jedna nauczka, by unikać kobiet. Ale ja jej pokażę! 

Panna Jadzia śmiała się znowu. 
Mirski wybiegł, trzaskając drzwiami. 

 
 
 

II 

 

Przeskakiwał po dwa stopnie, byle szybciej znaleźć się na drugim piętrze. 
Tak mnie ośmieszyć! Mnie! Asystenta znanej powagi naukowej! — zżymał się. 
Najchętniej  widział  się  w  roli  oprawcy,  drącego  z  winnej  pasy  skóry  i  sypiącego  w  to 

miejsce sól. Przed drzwiami Ochockiej zatrzymał się i długo chwytał powietrze. Chciał wkro-
czyć do pokoju jak bezlitosny, ale sprawiedliwy mściciel. 

Zadzwonił.  Cisza.  Nacisnął  dzwonek  ponownie.  Znowu  cisza...  Pewnie  się  boi  — 

pomyślał. — Wie, że ze mną nie ma żartów! 

— No! Otwierać tam! Uderzył pięścią w drzwi. Przyłożył ucho... 
Złapał za klamkę i szarpnął mocno. Drzwi były  otwarte. Pchnął je i stanął w progu.  Z 

wnętrza mieszkania nic dochodził najmniejszy odgłos. Coś się musiało stać... 

background image

— Hej! Jest tam kto? — huknął na cały głos. 
Odpowiedziała mu cisza. Wszedł ostrożnie, nie zamykając drzwi. Podszedł na palcach 

do łazienki. 

— Pusta... 
To  samo  w  pokoju.  Co  jednak  rzucało  się  od  razu  w  oczy,  to  nieład.  Jeden  fotel  był 

wywrócony. Serweta wraz z popielniczką leżały na podłodze. Pod drzwiami walały się skoru-
py rozbitego wazonu. Ktoś tu walczył. Ktoś się bronił... 

Przypomniał sobie lęk Ochockiej. List, który mu pokazała.  
— Więc to jednak prawda... — wyszeptał — i naraz złość, którą do niej żywił, uleciała. 
Wyglądało na to, że dziewczyna broniła się, nim ją uprowadzono. 
W przedpokoju rozległy się czyjeś kroki. 
— Stój! Ręce do góry! — wrzasnął. 
Gwałtownie  trzasnęły  drzwi.  Rzucił  się  w  ich  kierunku.  Nim  je  otworzył  z  automaty-

cznego  zatrzasku  i  wybiegł  na  korytarz,  nikogo  już  nie  było.  Przechylił  się  przez  poręcz 
schodów.  Jakaś  postać  mignęła  mu  na  dole.  Puścił  się  za  nią  pędem,  w  pogoń.  Skacząc  z 
ostatniego stopnia, wpadł wprost w ramiona dozorcy. 

—  A  co  to,  pan  doktor  leci  do  straży  pożarnej,  czy  jak?  —  dopytywał  się  pan  Józef, 

przytrzymując w objęciach Mirskiego. 

Doktor uwolnił się szybko z niemiłego uścisku. 
— Nie widział pan tu kogoś uciekającego, panie Józefie? 
— Uciekającego? Eee... któż by tu znowu uciekał. Pan doktor to taki podejrzliwy... — 

dozorca poskrobał się w głowę, przytrzymując drugą ręką czapkę. Rzucał przy tym spojrzenia 
na wszystkie strony, niczym spłoszony szczur. 

Mirski chciał go wyminąć. 
— A któż to znowu miał uciekać według pana doktora? — starał się zatrzymać Mirskie-

go. 

Doktor pobiegł do bramy. Dozorca poczłapał za nim. Ulica była pełna przechodniów. 
Dozorca zlustrował dokładnie najbliższych przechodniów i zwrócił się do doktora. 
— A, pan doktor to zaraz w gorącej wodzie kąpany. Uciekał! Kto by tam uciekał i po 

co? — gderał, ale uważnie przy tym wiercił doktora oczyma. 

W Mirskim obudziła się nagle podejrzliwość. Coś mu się w dozorcy nie podobało. Był 

niemal pewien, że musi on coś wiedzieć. 

— Więc pan Józef nikogo nie widział? — zagadnął niby obojętnie. 
— Widział, nie widział... Różnych ludzi się widzi przez dzień... A kogo by pan doktor 

chciał, żebym widział?  

— Eee, nic już! Nic — Mirski zawrócił i skierował się ku stróżówce. 
Dozorca podskoczy! jak oparzony. Zagrodził doktorowi drogę. 
— Pan doktor do mnie? To po co będziemy szli do izby? Zaduch tam taki... Tu możemy 

porozmawiać — odpychał prawie Mirskiego, byle dalej od drzwi swego mieszkania. 

Ach taaak... — przemknęło Mirskiemu przez myśl. Głośno zaś odezwał się: 
— Ktoś urwał kłódkę od drzwi wiodących na strych. 
— Matko Boska! Złodzieje! Ani chybi! To ja tam lecę! 
Dozorca  zakręcił  się  w  miejscu  jak  fryga.  Spojrzał  dziwnie  na  Mirskiego,  zawrócił  i 

zamknął drzwi mieszkania na klucz. Ruszył schodami na górę. 

Doktor  tylko  na  to  czekał.  Wybiegł  szybko  na  podwórko.  Tak,  nie  mylił  się.  Okno  od 

pokoju dozorcy było otwarte. Obejrzał się. Ani żywej duszy. Cisza. Tylko z piętra dolatywał 
chrypliwy sopranik, zawodzący piosenkę o miłości. Mirski podszedł do okna, uchwycił ręka-
mi parapet, podciągnął się. Skoczył do środka. Przykucnął jak kot na czterech łapach i nasłu-
chiwał.  Sopranik  z  piętra  opiewał  właśnie  śmierć  dziewczyny  „co  się  rzuciła  w  morskie 
fale”... Uspokojony, zaczął się rozglądać po pokoju... 

background image

Stół. Nie dojedzone resztki. W kącie jakieś brudne bety... Podszedł. Kopnął je. I wtedy 

ujrzał między stołem a szafą wielki worek. Rozchylił go i zmartwiał ze zgrozy. Nogi się pod 
nim ugięły... 

Pod drzwiami zaszurały kroki, w zamku zgrzytał klucz. Mirski podbiegł do okna. Serce 

waliło mu jak młotem. Wszedł na parapet, opuścił się na podwórze. I wbiegł w bramę — by 
zetknąć się oko w oko z dozorcą, który na odgłos kroków cofnął się od drzwi. 

—  To  pan  doktor  tu  jeszcze?  —  z  całej  jego  postaci  przebijał  niepokój,  choć  widać 

było, iż stara się go ukryć. 

—  Spieszę  się!  —  Mirski  potrafił  tylko  tyle  wykrztusić  Wymijał  z  daleka  dozorcę, 

gotów  w  każdej  chwili  do  odparcia  niespodzianego  ataku.  Zresztą  to  przecież  dzień  jeszcze. 
Mogę wołać o pomoc... — dodał sobie otuchy. Kierował się spiesznie ku wyjściu. 

— A z tą kłódką — to też nie tak, jak pan doktor mówił. Jest przecież cała, w porządku. 

Co też to panu doktorowi nie chodzi po głowie? 

Dozorca odprowadził Mirskiego uważnym spojrzeniem. Gdy ten zniknął za bramą, pod-

biegł szybko i, wychyliwszy głowę, patrzył w ślad za znikającą sylwetką. Upewniwszy się, że 
doktor poszedł, pospiesznie zawrócił do swego mieszkania. 
 
 
 

III 

 

Porucznik Boroń nudził się. Dyżur w komisariacie to niezbyt ciekawe zajęcie. Jakiś pi-

jak, jakiś chuligan, a w przerwach czytanie gazet — oto „atrakcje” dyżuru. Przeglądał właśnie 
tygodnik „Film”. 

Na moment zafrapował go biust Marylin Monroe. Westchnął. Pukanie do drzwi przypo-

mniało mu o rzeczywistości. Przykrył biust „Życiem Warszawy” i przybrał urzędowy wyraz 
twarzy. 

— Wejść! 
W otwartych drzwiach stanął kapral Mleczko. Stuknął obcasami. 
—  Obywatelu  poruczniku!  Zgłosił  się  jakiś  bliżej  mi  nieznany  obywatel.  Z  nazwiska 

doktor Mirski. Mówi, że w ważnej sprawie — zameldował. 

— Dobrze. 
Porucznik był zrezygnowany. Pewnie znowu jakaś kłótnia w kamienicy albo inna bzdu-

ra. W sam raz dla dzielnicowego. 

— Dzień dobry, poruczniku. 
Przed  Boroniem  stał  sympatyczny  mężczyzna.  Może  trzydziestoletni,  ale  o  zmęczonej 

twarzy. Tarł nerwowo dłoń o dłoń. 

— Proszę, niech pan siada! — porucznik wskazał krzesło po przeciwnej stronie biurka. 
Mirski usiadł, ujął dłońmi skronie. Milczał, jakby zbierając myśli. Porucznik nie naglił. 

Miał zwyczaj nigdy przedwcześnie nie pytać. 

Mirski wahał się. Teraz, gdy siedział na wprost przedstawiciela władzy, opanowanego i 

spokojnego, ogarnęły go wątpliwości, czy to, co widział u dozorcy, nie było przywidzeniem. 
Może  jakieś  chorobliwe  rojenia?  Zimny  wzrok  oficera  sprawiał,  że  nie  chciałby  za  nic  się 
zblamować, wygłupić. Ale przecież nie! To, co widział, było niezaprzeczalnym faktem! Porą-
bane ludzkie ciało! 

Zdecydował się. 
—  Panie  poruczniku.  W  naszej  kamienicy,  ulica  Ogrodowa  czternaście,  zamordowano 

człowieka, kobietę! —  wyrzucił jednym tchem.  Spodziewał się jakiegoś  pytania. Nie docze-
kał się jednak. 

Nie wierzy mi! — pomyślał i na poparcie swych słów, dodał:  

background image

— Widziałem jej ciało. Porąbane i schowane w worku. U dozorcy. W jego mieszkaniu. 
Porucznik Boroń miał już wiele do czynienia z różnego rodzaju mistyfikacjami, fałszy-

wymi zeznaniami, chorobliwą fantazją. Ale ten człowiek wydał mu się rozsądny, choć trochę 
narwany i roztargniony. 

— A pan gdzie pracuje, doktorze? — spytał. 
— Gdzie pracuję? — Mirski powtórzył pytanie, nie mogąc się doszukać związku mię-

dzy nim a tym, co mówił przed chwilą. — U profesora Bachmatowicza. W klinice neurologi-
cznej.  

Porucznik nacisnął dzwonek. W drzwiach pojawił się kapral Mleczko. 
— Wóz! Natychmiast! — zadysponował Boroń. 
Gdy ruszyli, porucznik poprosił Mirskiego o dalsze szczegóły. 
— Kim była zamordowana? Kiedy doktor widział ją ostatni raz?  
Mirski  opowiedział  dokładnie  historię  z  listem  i  nocną  przygodą,  nie  wspominając 

oczywiście  o  figlu  panny  Ochockiej.  Zakończył  uwagą,  że  według  niego  dozorca  był  człon-
kiem bandy „Czarnej Ręki”. 

Porucznik  nie  zaprzeczał,  choć  miał  poważne  wątpliwości.  Bo  niby  dlaczego  żądano 

okupu właśnie od Ochockiej? Skąd taka dziewczyna miałaby wziąć dwadzieścia tysięcy zło-
tych. Zresztą jeśli się pragnie wyłudzić okup, to się zaraz nie morduje. A porąbać człowieka 
w biały dzień — też niełatwo. 

Wóz zatrzymał się przed domem na Ogrodowej. Boroń i Mirski wyszli z auta. Dozorca 

stał  oparty  o  bramę.  Na  widok  milicyjnego  munduru  zrobił  ruch,  jakby  chciał  umknąć. 
Rozmyślił się jednak i przybrał gapiowaty wyraz twarzy. 

— Dzień dobry, panie Józefie — przywitał go Boroń. 
— A skąd to pan porucznik wie, że mnie Józef na imię? — zdziwił się dozorca. 
Boroń wiedział od Mirskiego. Powiedział jednak: 
— My wszystko wiemy, panie Józefie! Chcieliśmy z panem porozmawiać. Poprosi pan 

nas chyba do mieszkania? — Dozorca niechętnie wszedł do sieni. Oni za nim. 

— Niech pan się nie odzywa! — półgłosem pouczył porucznik Mirskiego.  
Pierwsze, co niezmiernie zdziwiło doktora, gdy znaleźli się w pokoju dozorcy, to brak 

worka w kącie. 

Porucznik obszedł izbę, powiódł wzrokiem po ścianach i usiadł na krześle, przy stole. 
Dozorca obserwował go spod przymkniętych powiek. Odetchnął, gdy porucznik zakoń-

czył oglądanie pokoju. 

—  No,  widzi  pan  porucznik,  że  u  mnie  nic  nie  ma.  Daremna  była  fatyga  —  w  głosie 

jego brzmiał cichy triumf. 

— Nie ma? A co miało być, panie Józefie? Skąd pan wie, że my u pana czegoś szuka-

my? — porucznik pytał, ot tak sobie, niby od niechcenia. 

Dozorca zmieszał się. 
— Niby nie wiem, ale... Jak milicja, to czegoś szukacie? 
—  No,  nie  zawsze.  Nie  zawsze,  ale  jak  pan  już  wie,  że  szukamy  u  pana  tego  worka... 

Gdzie  on  jest?  —  porucznik  uważnie  wpatrzył  się  w  twarz  dozorcy.  On  zaś,  udając  niepo-
miernie zdziwionego, załamał ręce: 

— Jezusie Święty! Jaki worek? To pewnie znowu pan doktor? — zwrócił się z wymów-

ką  do  Mirskiego.  —  Bo  pan  doktor  od  wczoraj  ma  jakieś  przywidzenia...  Najpierw  mnie 
łupnął parasolem, potem znowu, że kłódka na strychu urwana, a kłódka jest cała... No i jakże 
tak? Pan doktor chce mnie do kreminału wsadzić? I za co? Mnie, niewinnego — zaczął siąkać 
nosem, wyciągając wielką chustkę z kieszeni. 

— Dlaczego zaraz do kryminału? Więc w tym worku było coś takiego, za co pan Józef 

mógłby iść do kryminału? — tym razem porucznik udał wielkie zdziwienie. 

— Matko Boska! Kto mówi, że tam było coś takiego? 

background image

Dozorca uniósł ręce do góry, jakby niebo przywoływał na świadka. 
—  No,  to  znaczy,  że  jednak  worek  tu  był!  Sam  pan  teraz  przyznał,  panie  Józefie!  — 

porucznik wstał. Dozorca milczał chwilę z otwartymi ustami, po czym wrzasnął: 

—  Nie  było!  Nie  było  żadnego  worka!  A  chcecie  krzywdzić  niewinnego,  krzywdźcie! 

Więcej nic nie będę mówił! 

Drżącymi  rękami  wyciągnął  papierosa.  Nie  mógł  jednak  zapalić  zapałki,  tak  był  poru-

szony. Porucznik podał mu zapalniczkę. 

— Gdzie stał worek? — spytał Mirskiego. 
—  Tutaj  —  doktor  wskazał  kąt  między  stołem  a  szafą.  Porucznik  badał  dokładnie 

podłogę.  Zauważył  na  niej  rdzawe  plamy.  Zeskrobał  je  scyzorykiem  i  delikatnie  schował 
wiórka do pudełeczka. 

— Idziemy! Panie Józefie, niech się pan ubiera — zwrócił się do dozorcy. 
— Znaczy się, jestem aresztowany? — Józef przełknął ślinę i niespokojnie wpatrzył się 

w porucznika. 

— Na razie tak. Chyba że powiecie, gdzie jest ten worek. 
Dozorca hardo podniósł głowę. 
— A pan doktor za moją krzywdę jeszcze odcierpi! — pogroził Mirskiemu pięścią. 
—  Nie  groźcie  nikomu,  bo  to  tylko  wam  zaszkodzi  —  upomniał  go  porucznik.  — 

Zabierzcie  go — zwrócił się do kaprala,  czekającego w sieni. Sam zaś, z  doktorem, poszedł 
na drugie piętro. Drzwi do mieszkania Ochockiej były zamknięte. Mirski dokładnie pamiętał, 
że ich nie zamykał. 

— Zostawiłem je otwarte, goniąc kogoś, kto się tu zakradał... 
Boroń wyjął z kieszeni wytrych, pokręcił nim w zamku, otworzył drzwi.  
Pokój był posprzątany. Popielniczka na miejscu, obrus też. Fotele przy stoliczku. Tylko 

zasuwka przy oknie była nadal wygięta, a popielniczka pęknięta przez pół. W koszu porucz-
nik znalazł skorupy potłuczonego wazonu i zmiętą kartkę z naklejonymi literami. 

— To ten sam list! Od bandy „Czarnej Ręki”! 
Boroń uważnie przeczytał, poszperał jeszcze, zajrzał do szafy, potem do łazienki, skąd 

przyniósł zwój grubego sznura. 

— Czy to nie ten sam wisiał w oknie? — spytał doktora.  
Mirski obejrzał dokładnie. 
— Bardzo możliwe. Czy to takie ważne? 
Wychodząc, porucznik zatrzasnął drzwi. 
— Niech pan uważa, co się tu dzieje. Będziemy z panem w kontakcie. Do widzenia. 
Mirski był zawiedziony. Nie tak sobie wyobrażał śledztwo.  
 

* * * 

 

W przedpokoju na parkiecie leżał list. „Panie Mirku” — czytał doktor. — Mirku? Nikt 

go tak nie nazywał. 

„Wyobrażam sobie, jak bardzo gniewa się pan na mnie. Jest mi z tego powodu bardzo 

przykro.  Jestem  złą  i  głupią  dziewczyną,  że  tak  brzydko  odwdzięczyłam  się  panu,  za  jego 
dobre serce”. 

„Panie doktorze! — czytał dalej. — Piszę do pana w okropnym nastroju. Mam złe prze-

czucia! Gdyby stało się coś złego, to proszę pamiętać o mnie. Zdradzę panu tajemnicę: bandy-
ci  kazali  złożyć  pieniądze  we  wsi  Koprzywnicy.  Wysiada  się  na  trzecim  przystanku  kolejo-
wym za miastem (w stronę Świdra). Potem trzeba iść wzdłuż toru kolejowego, aż do zakrętu i 
500 kroków w prawo. Tam, w zagajniku, znajduje się opuszczona chałupa i w niej polecono 
mi  złożyć  pieniądze.  Tylko  błagam,  niech  pan  o  tym  nie  mówi  milicji.  Bandyci  mogliby  mi 
zrobić coś złego”. 

background image

Przypomniał sobie poćwiartowane ciało... 
List kończył się zwrotem: 
„Ja pana...” 
Poniżej znajdował się czerwony znak. Jakby ślad odciśniętych ust i podpis: Magda. 
I co dalej? Właściwie milicji można list pokazać. Biednej Magdzie nic już przecież nie 

zaszkodzi... Dumał dłuższą chwilę. Wreszcie postanowił: — Sam zajmę się rozwikłaniem tej 
sprawy. 

Postanowił  działać  natychmiast.  Wyciągnął  z  szuflady  stary  nóż  z  korkociągiem. 

Naostrzył go w łazience o brzeg wanny i schował do kieszeni. Do drugiej kieszeni wpakował 
lekarski  skalpel  i,  tak  uzbrojony,  wyszedł  z  domu.  Skierował  się  wprost  na  dworzec.  Miał 
szczęście.  Pociąg  do  Świdra  odchodził  za  dziesięć  minut.  Wysiadł  w  Koprzywnicy  i  ruszył 
wzdłuż  toru.  Szedł  powoli,  gdyż  pomimo  późnego  popołudnia  upał  doskwierał  mocno. 
Zatrzymał  się  dopiero,  gdy  w  odległości  kilkudziesięciu  kroków  przed  nim  pojawił  się  za 
górką spory zagajnik. 

A nuż ta chata jest siedzibą bandytów? — myślał trwożnie, ale zaraz się uspokoił. Tak 

blisko wsi? Znalazł ścieżkę i dotarł nią na polankę, na której znajdowała się chata, a raczej jej 
ruiny. Jedna ze ścian zupełnie się rozleciała. Mirskiemu widok ten dodał otuchy. Tutaj ludzie 
mieszkać  nie  mogą!  Zawahał  się  jednak.  Wejść?  W  tym  momencie  coś  trzasnęło  w  chacie. 
Spadła chyba jakaś belka. Ktoś głośno zaklął i w rozbitej ścianie ukazała się twarz w czarnej 
masce. 

Mirski  wyszarpnął  z  kieszeni  nóż.  Z  głębi  chaty  ktoś  wyskoczył,  miał  także  maskę  na 

twarzy. 

Doktor nie czekał, lecz zrobił nagły zwrot i pognał na oślep, poprzez krzaki. Biegł, nie 

czując gałęzi siekających mu twarz i szarpiących ubranie. Czuł zbliżającą się pogoń. Prześla-
dowcy byli szybsi od niego. Rwał więc naprzód, a strach przyprawił mu skrzydła. Przesadził 
jakiś  strumyk.  Nogi  uwięzły  mu  w  przybrzeżnym  bagnie.  Wyciągnął  je  z  trudem,  ale  jeden 
but pozostał w mule. Pognał dalej w skarpetce. 

— Stój! Stój! Bo strzelam! — doleciał go z tyłu głos. 
Nie zatrzymał się jednak i, choć płuca odmawiały posłuszeństwa, biegł i biegł. Wydało 

mu się, że za chwilę padnie ze zmęczenia. Nareszcie tor kolejowy! I, o cudzie — na zakręcie 
ostatnie wagony pociągu towarowego! 

Mirski  zdążył  uchwycić  stopień  ostatniego  wagonu.  Czepiając  się  rozpaczliwie  deski, 

wciągnął się na stopień, a potem wszedł na środek odkrytej lory. Spojrzał w stronę zagajnika. 
Prześladowcy  znajdowali  się  o  jakieś  pięćdziesiąt  metrów  od  toru.  Wymachiwali  rękami, 
grozili. 

Był uratowany. 

 
 
 

IV 

 

Ciemno  już  było  zupełnie,  gdy  Mirski  dotarł  do  domu.  Starając  się  iść  jak  najciszej, 

przemknął przez sień i po schodach wbiegł na drugie piętro. Z uczuciem wielkiej ulgi rzucił w 
przedpokoju zabłocony but, który niósł w ręce. Drugi został w bagnie. 

Kilka godzin przesiedział pod miastem, bo chociaż lato w pełni, nie mógł się zdecydo-

wać  na  wędrówkę  po  ulicach  boso.  Nieczęsto  widuje  się  ludzi  chodzących  bez  butów,  tym 
bardziej zaś, gdy są asystentami sławnych profesorów. Dopiero gdy zmrok zapadł, ruszył do 
domu. 

Z  głębokim  westchnieniem  wyciągnął  się  na  tapczanie.  Był  głodny,  jednak  zmęczenie 

wzięło  górę  i  zdrzemnął  się.  Spał  kilkanaście  minut  i  równie  gwałtownie,  jak  usnął,  obudził 

background image

się. 

Co  dalej?  Najlepiej  zawiadomić  porucznika.  Tak,  to  jest  najrozsądniejsze  wyjście  — 

zadecydował. Miał już dość przygód. Wspomnienie doznanego strachu i ucieczka zniechęciły 
go do dalszych poszukiwań. 

Bo ostatecznie, po cóż jest milicja? Płacą im, więc niech się starają — usprawiedliwiał 

swe  postępowanie,  choć  odczuwał  niezadowolenie  z  dopiero  co  podjętej  decyzji.  Odwlekał 
więc  moment  zawiadomienia  milicji.  Lecz  w  końcu  trzeba  było  jednak  podejść  do  telefonu. 
Miał to właśnie uczynić, gdy odezwał się telefon. 

— Halo! Mirski. Słucham. 
— Tu posterunek milicji. Mamy do pana, panie doktorze, pewną sprawę. W związku ze 

zniknięciem panny Ochockiej. Chcielibyśmy z panem porozmawiać. 

— Zaraz? Czy nie można by przez telefon? 
—  Nie!  Nie!  —  glos  w  słuchawce  nabrał  teraz  mocy.  —  Musi  pan  zaraz  przyjechać. 

Przyślemy po pana wóz. 

— No, dobrze — zgodził się Mirski. — Mam zresztą dla was ciekawe wiadomości. 
— A nikomu ich pan nie podawał? — zaniepokoił się rozmówca. 
— Nie. Czy to porucznik Boroń? — spytał Mirski. 
— Tak. No więc wóz będzie czekać. 
Mirski zmienił marynarkę. Ta, w której uciekał, nosiła zbyt wyraźne ślady przedzierania 

się przez krzaki. 

Przed bramą stało auto. Czekał przy nim jakiś mężczyzna w cywilu. 
— Doktor Mirski? 
— Tak. 
—  Ja  od  porucznika  Boronia  —  otworzył  drzwiczki  wozu  i  zrobił  zapraszający  gest 

ręką. 

Mirski  zgiął  się,  by  dostać  się  do  wnętrza,  gdy  nagle  w  ułamku  sekundy  przez  głowę 

przebiegło  mu  podejrzenie,  że  chyba  coś  tu  nie  jest  w  porządku.  Przy  kierownicy  również 
siedział cywil, a wnętrze wozu nie przypominało tego, którym jechał z porucznikiem. Chciał 
się  cofnąć,  lecz  człowiek  stojący  przy  drzwiczkach  wpychał  go  na  siłę  do  środka.  Z  wozu 
wyciągnęły się czyjeś ręce i schwyciły go mocno za kark. Próbował się zaprzeć nogami, lecz 
uchwyt był tak silny, że rzucił nim na poduszki siedzenia. 

—  Na  pomoc!  —  krzyknął,  lecz  w  tej  sekundzie  w  usta  wepchnięto  mu  knebel,  a  w 

nosie poczuł słodkawy zapach chloroformu. 
 

* * * 

 

O tej mniej więcej porze został zwolniony dozorca. Boroniowi nic się nie udało wyciąg-

nąć. 

— Nijakiego worka u mnie nie było! — powtarzał nieustannie dozorca. 
Porucznik pozwolił mu iść do domu. Wysłał za nim wywiadowcę. 
Dozorca, po opuszczeniu budynku milicji, oglądnął się, czy nikt go nie śledzi, a potem 

żwawym  krokiem  pomaszerował  do  miasta.  Wywiadowca,  korzystając  z  ulicznego  ruchu, 
szedł krok w krok. Gdy przecinali na ukos mały plac, zza zakrętu wypadł wóz. Wywiadowca 
uskoczył w ostatniej chwili, lecz auto trąciło  go błotnikiem. Upadł na jezdnię, oszołomiony. 
Kierowca nawet się nie zatrzymał, pomknął dalej. Wywiadowca nie podnosił się. Zebrało się 
przy  nim  kilka  osób,  radzili,  czy  wezwać  pogotowie.  Poszkodowany  wstał  po  chwili  sam. 
Otrzepując ubranie szukał wzrokiem dozorcy. Ale ani śladu po nim nie było. Pospieszył więc 
do najbliższego telefonu i zameldował porucznikowi. 

— Obywatelu poruczniku! Dozorca się „urwał”. 
— Co? — porucznik zaklął. 

background image

— Najechał na mnie jakiś drań! Potrącił, straciłem na chwilę przytomność, a ten tym-

czasem zwiał — tłumaczył wywiadowca. 

— A nic wam się nie stało? Skąd dzwonicie? 
— Na szczęście nic. Potłukłem się tylko. 
— Wobec tego idźcie do domu. Sam sobie poradzę. 
Nieco  później  milicyjny  wóz  zatrzymał  się  przy  ulicy  Ogrodowej.  Wysiadł  z  niego 

porucznik Boroń i skierował się wprost do mieszkania dozorcy. Drzwi były jednak zamknięte. 
Mimo kilkakrotnego stukania we wnętrzu nikt się nie odzywał. 

Udał się na drugie piętro, do doktora. Naciskał kilkakrotnie dzwonek, lecz i w mieszka-

niu Mirskiego panowała cisza. Odepchnął palcem blachę skrzynki na listy i spojrzał do środ-
ka. Dostrzegł, iż drzwi z przedpokoju były otwarte. W pokoju świeciło się światło. Zastukał 
więc  pięścią  i  nacisnął  kilkakrotnie  klamkę.  Potem  zaś  nie  namyślając  się  dłużej,  otworzył 
drzwi wytrychem i wszedł. Zapalił światło w przedpokoju. Obejrzał dokładnie zabłocony but. 
Drugiego mimo skrupulatnych poszukiwań nie mógł znaleźć. 

Popatrzył  na  podartą  marynarkę  wiszącą  na  krześle.  Zdjął  ją,  oglądnął.  Wywrócił 

kieszenie. Nóż. Skalpel. List.  

„Panie Mirku! Wyobrażam sobie, jak bardzo gniewa się pan na mnie”... 
Przeczytał uważnie do końca. Potem jeszcze raz. Zamyślił się. Zadecydował coś wido-

cznie,  bo  wyszedł  z  mieszkania  Mirskiego.  Nie  odchodził  jednak  daleko.  Zatrzymał  się  po 
drugiej stronie klatki schodowej, przy drzwiach Ochockiej. Otworzył je wytrychem i wszedł. 

Pokój  wyglądał  tak  samo.  Boroń  wziął  do  ręki  popielniczkę  ze  stołu.  Leżał  w  niej 

niedopałek papierosa. Ale przy pierwszych odwiedzinach popielniczka była pusta... 

Wrócił do pokoju Mirskiego. Zadzwonił na komisariat: 
— Przyślijcie dwóch ludzi na Ogrodową czternaście drugie piętro — zażądał. 
Gdy  zjawili  się  milicjanci,  polecił  jednemu  zostać  w  mieszkaniu  Ochockiej,  drugiemu 

zaś  u  Mirskiego.  Sam  powrócił  na  komisariat.  Zadzwonił  do  Komendy  Wojewódzkiej,  z 
prośbą o wysłanie kablogramów do wszystkich podmiejskich placówek leżących na linii kole-
jowej do Świdra. Treść kablogramu miała być następująca: 

„Zatrzymać  młodą  dziewczynę,  jasną  blondynkę,  o  nazwisku  Magdalena  Ochocka. 

Ukrywa  się  prawdopodobnie  w  Koprzywnicy.  Ustalić  miejsce  pobytu  doktora  Ludomira 
Mirskiego. Wysoki. Szczupły. O gapiowatej twarzy. Brunet”. 

Uśmiechnął się w duchu, pomyślawszy sobie, że Mirski byłby zapewne niezadowolony 

ze swego „portretu”. 

Wszedł dyżurny milicjant. 
— Obywatelu poruczniku! Melduję, że przynieśli wynik z laboratorium. 
— Dawać! 
Odebrał z rąk milicjanta kopertę. Wyjął z niej kartkę papieru i przeczytał. 
—  Słuchajcie!  —  zwrócił  się  do  służbowego.  —  Wyślijcie  natychmiast  kogoś  na 

Ogrodową czternaście. Niech przyprowadzą dozorcę. Ale bez niego nie wracać, pamiętajcie! I 
żeby znów nie zwiał! 
 

* * * 

 

Dozorca  maszerował  szybko  ulicą  Ogrodową.  Minął  chyłkiem  dom  pod  numerem  14, 

przechodząc na drugą stronę ulicy. Miał widocznie powody, by się kryć, gdyż omijał miejsca 
jasno  oświetlone  i  przemykał  się  pod  murami  domów.  Skręcił  w  jakąś  przecznicę,  potem  w 
drugą i na moment zniknął w ciemnym zaułku. Kroki jego jednak bębniły po bruku. Urwały 
się  nagle  przed  niskim  parterowym  domkiem.  Dozorca  zlustrował  uważnie  okolicę  —  o  ile 
pozwalały na to ciemności — i uspokojony, zastukał w okno. 

— Kto tam? — odezwał się z wnętrza zaspany głos. 

background image

— Ja! Józef! 
Zasuwka  szczęknęła  i  okno  uchyliło  się  na  tyle,  by  dwie  głowy  mogły  się  zbliżyć  do 

siebie. 

— Co jest? 
— Masz worek? — dozorca zniżył głos niemal do szeptu. 
— A jest, jest... Chcesz odebrać? 
— Coś ty! Teraz? Po nocy? 
— No, to czemu spać nie dajesz? 
— Milicja mnie trzymała! Cały dzień. Chciałem, żebyś go dobrze schował... 
—  Milicja?  —  w  głosie  niewidocznego  osobnika  brzmiało  przerażenie.  —  Nie  chcę 

mieć z nimi nic do czynienia! Zabieraj sobie swój worek, zaraz! 

— Nie masz się czego bać, nic się nie dowiedzieli. Ja nie z tych — uspokajał dozorca. 

— Jutro go zabiorę. Zarobić nie chcesz? 

— No, dobra! Ale pamiętaj, jutro rano! 
Okno trzasnęło i na ulicy zapanowała cisza. Dozorca zawrócił, szedł w kierunku domu. 

Z uczuciem ulgi wkroczył w bramę. 

Na widok munduru, którego posiadacz przechadzał się miarowym krokiem, nogi wrosły 

mu  w  ziemię,  lecz  szybko  zaczął  uciekać.  Milicjant  puścił  się  w  pogoń.  Wypadli  na  ulicę. 
Dozorca biegł w kierunku ogródków działkowych. 

— Stój! Stój! Stój, bo strzelam! — milicjant odpinał w biegu kaburę. 
Dozorca  przyspieszył.  Huknął  strzał.  Milicjant  mierzył  w  niebo,  ale  już  pierwszy  wy-

strzał poplątał uciekającemu nogi. Zatrzymał się, przerażony, jęcząc: 

— Jezusie święty! Jezusie święty... 
Ze  skutymi  rękami  wkraczał  Józef  w  bramę  swego  domu.  Milicjant  zadzwonił  z  mie-

szkania  Mirskiego  na  komisariat.  Przysłanym  wozem  dostawił  zatrzymanego  przed  oblicze 
porucznika Boronia. 

— A! Jest pan nareszcie! — ucieszył się porucznik. 
Dozorca zdążył się opamiętać. Wiedział przecież, że milicja nic kompromitującego nie 

znalazła, nabrał więc pewności i żalił się porucznikowi: 

—  Jakże  to  tak,  panie  oficerze!  Gonią  mnie  w  nocy.  Strzelają  do  mnie.  Nic  przecie 

złego nie zrobiłem. Poskarżę się wyższej władzy, jest jeszcze w Polsce sprawiedliwość! 

— Naturalnie, że jest! — zgodził się porucznik — i dlatego zatrzymano pana. I dlatego 

znalazł się pan u nas... 

Dozorca patrzył wzrokiem skrzywdzonego dziecka. 
— No, więc jak, panie Józefie? Powie mi pan nareszcie, co było w tym worku? 
— Nie było nijakiego... 
Porucznik machnął ręką: 
— Dość! Nie chce mi pan powiedzieć, więc ja panu powiem. 
Zbliżył się do dozorcy i osłaniając mu ucho ręką, wyszeptał 
jedno słowo. Dozorca zbladł i ciężko opadł na stojące obok krzesło. 
— Dowiem się teraz reszty? 
— Nie wiem! Nic nie wiem! Jak Boga kocham! — bił się w piersi dozorca. 

 
 
 

 

Mirski obudził się. Nie wiedział, jak długo spał. Dzień cały czy tylko godzinę? Gdy go 

porwano,  było  już  ciemno  i  teraz  jest  ciemno.  Poruszył  się  i  stwierdził,  że  nogi  i  ręce  ma 
związane. 

background image

Leżał na słomie, przy jakiejś drewnianej ściance, która zupełnie przesłaniała mu widok. 

Próbował przewrócić się na drugi bok. Daremnie. Ruchy uniemożliwiały zwały słomy. Prze-
śladowcy rzucili go widocznie w jakąś dziurę w stodole albo na strychu. Było tu niewygodnie 
i  duszno.  Zaczął  się  więc  wiercić,  by  choć  głowę  wypchnąć  ponad  słomę  —  wpadł  jeszcze 
głębiej w dziurę. Plecami opierał się teraz o ściankę z desek. Coś go boleśnie ukłuło w rękę. 
Chcąc się odsunąć, przejechał związaną dłonią po czymś ostrym. Dotknął palcami. Gwóźdź! 

Ucieszył się. Zaczął trzeć sznur o wystające ostrze. Szarpał wiązania niecierpliwie, nie 

zważając, że rani dłonie. Wydało mu się, że jeden ze sznurów pękł. Natężył mocno ramiona, 
raz i drugi. Krew uderzyła mu do głowy. 

Ręce  miał  wolne.  Odrzucił  więzy  i  odgarnął  słomę.  Wdychał  teraz  chłodne  i  świeże 

powietrze. Odpoczął i zabrał się do od- wiązywania nóg. 

Masował chwilę zdrętwiałe stopy, gdyż sznury utrudniły dopływ krwi. Wstał i, zapada-

jąc się w słomę, ruszył przed siebie. Okazało się, że leżał w sąsieku. Zeskoczył na klepisko i 
kierując  się  po  omacku  dotarł  do  szerokich  wrót.  Były  zamknięte.  Z  wewnątrz  dochodziły 
jakieś głosy. Wycofał się więc i wszedł ponownie w słomę. Brodząc w niej, dostał się aż pod 
dach. 

Gonty nie były szczelne, udało się je łatwo rozsunąć. Wychylił głowę, ramiona — i po 

chwili siedział już na dachu stodoły. Patrzył w gwiazdy i serce biło mu radośnie. Trzeba było 
jednak  zejść  na  dół.  Uchwycił  się  gontów,  lecz  dłonie  obsunęły  się  i  spadł  w  dół.  Pacnął  w 
coś grząskiego i mokrego, aż wkoło trysnęła fontanna. Gnojówka. 

Wygramolił  się  z  trudem.  W  nosie  wiercił  nieprzyjemny  zapach.  Położył  się  więc  w 

trawie wilgotnej od rosy i tarzał się, by zmyć z siebie cuchnącą ciecz. Od strony zabudowań 
doleciało szczekanie psa. 

Ruszył w ciemność. 
Uszedł kilkaset kroków, gdy dojrzał z dala światło. Skierował się wprost na nie. Nie był 

już jednak na tyle lekkomyślny, by bez zbadania sytuacji pokazywać się nieznanym ludziom.  

Światło  okazało  się  dużą  latarnią,  stojącą  na  ziemi.  Obok  niej  siedziało  na  kłodzie 

dwóch mężczyzn. 

Mirski podczołgał się bliżej i ukryty za krzewem chwytał strzępki zdań: 
— Trzeba dziś zabić! Nie ma co dłużej czekać! 
Mówiący trzymał na kolanach siekierę, której ostrze lśniło w świetle lampy. 
Drugi poskrobał się w głowę. 
— Ano, trzeba! Tylko czy to nie za dużo? 
— Boisz się? 
— Pewnie. 
— Chodźmy! 
Podnieśli się i zabrali lampę. Jej światło ukazało w pobliżu coś w rodzaju szopy. Skrzy-

pnęły drzwi i głosy umilkły. 

Mirski  podkradł  się  pod  ścianę.  Szedł  wzdłuż  niej,  macając  rękami.  Trafił  na  spory 

otwór. Wsadził weń głowę i w tym momencie cofnął się gwałtownie, gdyż z wnętrza doleciał 
przeraźliwy, nieludzki krzyk. 

Chciał uciekać, pędzić przed siebie na oślep, lecz jak zahipnotyzowany zbliżył się znów 

do otworu w ścianie. W pierwszej chwili oślepiło go światło lampy, a potem ujrzał jednego z 
mężczyzn, trzymającego skrwawiony nóż, drugi zaś klęczał nad zabitą ofiarą. Mirski zamknął 
oczy. Zrobiło mu się słabo. Człowiek z nożem pociągnął nosem: 

— Co tak cuchnie? Gnój? 
— To z tego PGR-eru! 
Zaczęli się śmiać. Mirski wycofał się. Oparł się o ścianę. Chciał się choć trochę opano-

wać. Z ciemności znów doleciało szczekanie psa. Zbliżało się szybko. Mirski ruszył chwiej-
nym krokiem. Nie myślał nawet dokąd idzie. W miarę jednak jak szczekanie stawało się coraz 

background image

wyraźniejsze,  jego  krok  stawał  się  szybszy  i  pewniejszy.  Wreszcie  zaczął  biec.  Pies  też. 
Wkrótce musiało dojść do niemiłego spotkania. 

Doktor  rozglądał  się  rozpaczliwie  za  jakimś  kijem,  lecz  w  ciemności  niewiele  mógł 

dojrzeć. Pies zaś był tuż, tuż... Szczeknął jeszcze raz, krótko, i skoczył uciekającemu na ple-
cy. Mirski upadł. Zasłonił szyję rękami 1 czekał, aż kły bestii wgryzą się w ciało. Poczuł na 
twarzy  coś  ciepłego.  Zmartwiał.  Lecz  co  to?  Liźnięcie  mokrym,  psim  jęzorem?  Tak!  Potem 
drugie i trzecie. 

Mirski otworzył oczy. Nad nim stał olbrzymi owczarek z wysuniętym jęzorem i wesoło 

merdał ogonem, zapraszając do dalszej zabawy. Doktor usiadł, objął psa za szyję, tarmosił za 
kudły i pieszczotliwie powtarzał: 

— Śliczna psinka... Piękna psinka, kochana psinka... 
Pies  odpowiadał  radosnym  skowytem.  Mirski  podniósł  się.  Pies  podskakiwał,  tańczył, 

potem ruszył naprzód oglądając się, czy nowy przyjaciel podąży za nim. Doktor pozwolił się 
prowadzić. 

Doszli  do  jakichś  domostw  o  nikle  oświetlonych  oknach.  Jeden  budynek,  największy, 

był zupełnie wygaszony. W tę właśnie stronę skierował się pies. Zza chmury wyjrzał księżyc i 
Mirski stanął jak wryty... 

Tak, to przecież tutaj był więziony. O, tu jest nawet ta przeklęta gnojówka i stodoła — 

zaklął.  Chciał  się  cofnąć,  lecz  pies  zaszczekał  głośno.  Gdzieś  otwarły  się  drzwi  i  zabuczał 
donośny glos: 

— Medor! Medor! 
Pies zniknął w ciemności, a Mirski ruszył szybko wzdłuż budynku, obszedł go od frontu 

i zatrzymał się za rogiem, przed jasno oświetlonym oknem. Uchwycił się parapetu, podciąg-
nął do góry, zajrzał do środka i po raz drugi zmartwiał... 

Na zasłanym łóżku leżała Magda Ochocka. Czytała książkę. Nie było jednak czasu na 

zastanawianie  się,  gdyż  po  żwirze,  którym  wysypana  była  alejka  okalająca  dom,  chrzęściły 
kroki. 

Mirski  zastukał  w  szybę.  Magda  podniosła  głowę.  Zastukał  jeszcze  raz.  Odłożyła 

książkę i podeszła do okna. Otwarła je... 

— Magda! To ja! 
— Kto? To... to pan? Mirek? 
—  Tak!  Ja!  Szybko!  Ktoś  idzie!  —  I  Mirski,  nie  czekając  na  zaproszenie,  usiadł  na 

parapecie, a potem wskoczył do pokoju. Zamknął okno. 

Magda patrzyła zdumiona. Milczała. On też. Nie mógł uwierzyć, że ona żyje. 
—  A  ja  myślałem,  że  pani...  że  pani  nie...  no...  —  nie  mógł  wykrztusić  strasznego 

słowa. 

— Że ja nie żyję — dokończyła za niego. — I martwił się pan bardzo? 
— Naturalnie... każdy by się martwił... 
— Pani Magdo! Musimy stąd uciekać. Czy oni panią tutaj uwięzili? 
— Tak. Od chwili, gdy mnie porwali. 
— Wobec tego, uciekamy! Na pewno poszli mnie szukać. Szybko! 
Otworzył  ostrożnie  okno.  Zgasił  światło,  wyjrzał  na  dwór.  Cisza.  Skoczył  śmiało.  Na 

moment przykucnął pod ścianą i nasłuchiwał. 

— W porządku! Teraz pani! — wyciągnął ramiona ku górze, w stronę Magdy. 
Mirskiemu wydawało się, że dziewczyna przytuliła się zbyt silnie. Przez sekundę zapo-

mniał gdzie się znajdują. 

Wziął ją  za  rękę  i  ruszył  pierwszy.  Czuł  małą,  ciepłą  dłoń  w  swojej  —  i  nie  wiedział, 

czy  serce  bije  mu  tak  szybko  z  obawy  przed  prześladowcami,  czy  też  z  innego  powodu. 
Westchnął. 

— Co się stało? — Magda przysunęła się bliżej. 

background image

— Nic. 
Wyszli na asfaltową szosę. Zza chmur wyjrzał księżyc i oświecił drogę. 
— Musimy zejść w pola, bo tu nas mogą zobaczyć — zadecydował Mirski. 
Zgodziła się bez słowa. Szli więc polami, po bezdrożach, zapadając się w jakieś dziury i 

brodząc  po  rosie.  W  pewnym  momencie  Mirski  potknął  się  i  upadł,  pociągając  za  sobą 
Magdę. Chciał się natychmiast podnieść, by jej pomóc, lecz ona ujęła jego głowę w swe dło-
nie i pocałowała w usta. Zakręciło mu się w głowie i leżał zdumiony, prawie nieprzytomny. 

— Co to ma znaczyć? — zdenerwował się. 
— Chciałam panu podziękować za ocalenie. 
— W ten sposób? 
— A w jaki sposób może dziękować biedna, samotna dziewczyna? 
— To jednak nie jest właściwa forma! 
Oślepiło ich nagle światło ręcznego reflektora. Zbliżyło się dwóch milicjantów. 
— Nareszcie! — ucieszył się Mirski. 
— Jak się nazywacie, obywatelko? — dopytywał się jeden z milicjantów! 
— Ochocka! 
— Was właśnie szukamy. Jesteście aresztowana. 
Magda zadrżała. W jej oczach pojawiły się łzy. Mirski osłupiał. 
— Kochany, wszystko ci zaraz wyjaśnię — zaczęła, lecz milicjant przerwał jej natych-

miast: 

— Ani słowa! Aresztowany nie ma prawa z nikim rozmawiać. A wy, kto, obywatelu? 
— Doktor Mirski. 
— Jest i instrukcja co do was, obywatelu. Macie się zgłosić na posterunek. 
— Dobrze. Idę z wami. 
—  Nie  możecie,  prowadzimy  więźnia!  —  zaprotestował  milicjant.  —  No,  ostatecznie 

możecie iść kilka kroków za nami — przyzwolił po namyśle. — Po nocy samemu nieprzyje-
mnie.  
 

* * * 

 
Porucznik Boroń patrzył na Magdę. Była śliczna, mimo przygnębienia bijącego z całej 

jej postaci. 

— No, co pani ma do powiedzenia? — zapytał surowo. 
Magda opuściła głowę. 
— Ja... Nic — wyszeptała. 
— Nic? 
Porucznik nacisnął dzwonek. Mleczko czekał posłusznie na rozkazy. 
— Przyprowadzić tych dwóch — polecił oficer. 
Do pokoju weszło dwóch młodych ludzi w kraciastych koszulach. Wyglądali na mocno 

przestraszonych. Stali, spoglądając niepewnie to na porucznika, to na Ochocką. 

— Zna ich pani? — spytał Boroń. 
— Naturalnie, to moi koledzy. 
Kraciaste koszule gestykulowały gwałtownie. 
— Magda! Przyznaj się. Wszystko powiedzieliśmy — zawołał jeden z chłopców. 
— To przecież nie ma sensu — dorzucił drugi. 
— Wyprowadzić — porucznik skinął na Mleczkę. 
Znów byli sami w pokoju. Magda zdecydowała się. 
—  Powiem,  panie  poruczniku.  To  jest  tylko  moja  wina  i  ja  odpowiadam  za  porwanie 

doktora Mirskiego. I za wszystko! 

Umilkła. Boroń też milczał. 

background image

— Postanowiłam porwać doktora i wymyśliłam całą historię z listem od bandy „Czarnej 

Ręki” i z uprowadzeniem mnie. Potem podrzuciłam Mirskiemu list, naprowadzając go na ślad 
w Koprzywnicy i prosząc, by nie zawiadamiał milicji. Ale doktor zajrzał do naszego mieszka-
nia i stwierdziwszy, że zostałam porwana, zgłosił to na milicji. Mój list znalazł za późno i to 
było moje pierwsze potknięcie. Drugie nastąpiło po przyjeździe Mirskiego do Koprzywnicy. 
Udało mu się uciec. Tego również nie przewidziałam. Zaszła wtedy konieczność uprowadze-
nia go, zanim się porozumie z milicją i zdradzi jej miejsce naszego pobytu. Dlatego wywabili-
śmy go podstępem z mieszkania i uprowadzili. Andrzej i Zbyszek — ci właśnie koledzy — 
przywieźli  go  do  Koprzywnicy  i  ukryli  w  słomie,  w  stodole.  Ja  tam  na  nich  czekałam.  W 
Koprzywnicy, w PG-erze, ojciec Andrzeja jest kierownikiem i dlatego tam zrobiliśmy bazę. I 
wszystko byłoby porządku. Ale doktor uciekł ze stodoły i popsuł sprawę... 

— Popsuł? Czy liczyła pani na duży okup? — zainteresował się porucznik. 
— O! Na bardzo duży — Magda uśmiechnęła się. — Bo widzi pan, panie poruczniku... 

Doktor Mirski to bardzo miły człowiek, ale trochę fajtłapa. 

Boroń łatwo się z tym zgodził. 
— Więc postanowiłam zrobić z niego prawdziwego mężczyznę — zniżyła trochę głos. 

— Bo on mi się podoba i już od roku go kocham, ale nie zwracał na mnie uwagi. Dlatego go 
porwałam... Potem miałam go uwolnić z rąk „bandytów”, a on wtedy na pewno by się zako-
chał. 

Magda zaczerwieniła się. 
— Ale on wszystko popsuł... 
— Nie zakochał się? — zakpił porucznik. 
— To już wszystko... 
Boroń chrząknął i wyprostował się. 
— Czy pani wie, że dopuściła się poważnego przestępstwa? Za to grozi kilka lat więzie-

nia. I to pani nie ujdzie płazem — wycelował w nią palcem i groził nim. Magda zbladła. 

—  Panie  poruczniku!  Przecież  ja...  nie  chciałam...  W  jej  oczach  pojawiły  się  łzy.  — 

Zabiję się chyba z rozpaczy... — dokończyła cichutko. 

— Jest wyjście — powiedział Boroń. — Zostanie pani żoną doktora Mirskiego. Sprawa 

o  porwanie  wtedy  upadnie.  Sądzę,  że  doktor  wycofa  oskarżenie  przeciwko  własnej  żonie. 
Zgoda? 

— Tylko czy on.... zechce? 
—  To  już  pani  sprawa.  W  przeciwnym  wypadku  grozi  więzienie  —  Boroń  starał  się 

ukryć uśmiech. 

— Wobec tego będzie musiał — próbowała żartować. 
—  Sprawa  ta  zresztą  dotyczy  jeszcze  czego  innego.  Nielegalnego  uboju  i  pokątnego 

handlu mięsem. Dzięki wam wpadliśmy na trop nielegalnej rzeźni. Właśnie w Koprzywnicy. 
Odkrył ją przez przypadek doktor Mirski. 

Magda zdziwiła się. 
— Gdy doktor szukał panią w mieszkaniu, do kamienicy przyszedł handlarz z mięsem. 

Zostawił worek z towarem u dozorcy, a sam poszedł szukać klientów. Trafił również do pani 
drzwi, a Mirski sądząc, że to któryś z przestępców, krzyknął: „Stój! Ręce do góry!” Handlarz 
myśląc,  że  ma  do  czynienia  z  milicją,  uciekł.  Doktor  znalazł  worek  z  mięsem  u  dozorcy  i 
wziął je za ciało porąbanego człowieka. Zgłosił się na milicję. Potem, po ucieczce ze stodoły, 
trafił na melinę, gdzie handlarze dokonywali ubojów. Okazało się zresztą, że biją same chore 
sztuki. Ale naiwny doktor był pewien, że trafił na miejsce, gdzie bandyci mordują swe ofiary i 
gdzie również panią zabili... 

Magda zaczęła się śmiać. 
— Ja zresztą nie wierzyłem od początku ani w pani porwanie, ani tym bardziej w zabi-

cie. 

background image

— Wiedział pan, że to nieprawda? 
— Naturalnie. Jakim to cudem przestępca dostaje się do mieszkania na drugim piętrze, 

po sznurze? Któż mu ten sznur zawiesił? Tym bardziej, skoro sznur służy do wieszania bieli-
zny w łazience. Sama go pani do okna przywiązała. Oznaczało to, iż wymyśliła pani historię z 
listem. Potem uprzątnięcie mieszkania po „porwaniu”. Który z przestępców wracałby i bawił 
się  w  coś  takiego?  No  i  wreszcie  list  do  Mirskiego,  naprowadzający  go  na  ślad  „bandy”  w 
Koprzywnicy. To już było szyte grubymi nićmi. Sprawa z mięsem również szybko się wyja-
śniła. Ślady krwi, które zeskrobałem z podłogi, okazały się w laboratorium krwią wieprzka. 
Dozorca zresztą przyparty do muru przyznał się do wszystkiego. To cała historia. 

Porucznik podniósł się z krzesła. 
— Jest pani wolna, tylko nie radzę reżyserować podobnych przygód, bo może być źle! 
Odprowadził  Magdę  do  drzwi.  Miał  je  otworzyć,  gdy  dziewczyna  objęła  go  nagle  za 

szyję i pocałowała w policzek. Za chwilę znalazła się na korytarzu. Patrzył na nią zdumiony. 
Ona  zaś  podbiegła  do  Mirskiego  —  który  nerwowym  krokiem  chodził  po  korytarzu  —  i 
objąwszy go, pocałowała w usta. 

— Taka jestem szczęśliwa... — szepnęła, tuląc się do niego. 
Mirski zesztywniał. 
— Moja panno! — zaczął oficjalnie. — Całuje mnie pani przy oficerze milicji! Czy to 

musi być właśnie tutaj? 

— Kochany! — Magda spojrzała w stronę porucznika. 
Boroń  zatrzasnął  drzwi.  Zaklął  pod  nosem.  Podszedł  do  biurka,  usiadł  i  wziął  do  ręki 

„Film”. 

— Jednak ta Marylin jest całkiem, całkiem... — stwierdził. 

 
 
 
 

MARK TWAIN 

 

U NIAGARY 

 
WODOSPAD  Niagary  jest  bardzo  przyjemnym  punktem  zebrań  towarzyskich.  Hotele 

są urządzone z komfortem, a ceny bynajmniej niewygórowane. W całym kraju nie znajdziesz 
dogodniejszych miejsc do rybołówstwa. Czyżby mogły być gdzie lepsze? W innych okolicach 
znajdują się rozmaite zagłębienia, jedne lepsze od drugich, lecz u Niagary wszystkie miejsca 
są  jednakowo  dobre.  Ryby  nigdy  tu  nie  chwytają  przynęty,  toteż  możesz  pięć  mil  przejść 
spokojnie  wzdłuż,  w  celu  łapania  ryb,  z  tym  głębokim  przeświadczeniem,  że  chęci  twoje 
jednako  będą  uwieńczone  niepomyślnym  skutkiem.  Korzyści,  wynikające  z  takiego  stanu 
rzeczy, jeszcze nie są znane publiczności. 

W  porze  letniej  powietrze  bywa  tu  chłodne,  a  przechadzki  lądem  i  wodą  zazwyczaj 

przyjemne i nie nużące. 

W celu zwiedzenia wodospadów Niagary przebywamy około mili z biegiem rzeki i pła-

cimy drobną kwotę za przywilej spoglądania na spadek z punktu najwyższego. Tunel kolejo-
wy przeciągnięty po takiej wyniosłości równie piękny przedstawiałby widok, gdyby pod nim 
płynęła rzeka z pianą i szumem. 

Możecie zejść na dół po schodach liczących sto pięćdziesiąt stopni, a gdy tego dokona-

cie, zapytacie, dlaczego właściwie krok ten popełniliście; będzie to jednak za późno. 

Przewodnik,  w  sposób  ścinający  krew  w  żyłach,  zacznie  wam  opowiadać  o  małym 

parowcu „Dziewica mgieł”, który przebywszy pełne niebezpieczeństwa wiry złamał naprzód 
jedno koło, które zginęło w spienionych falach, a potem drugie; wskaże wam również punkt, 

background image

w  którym  komin  spadł  z  pokładu;  opowie  też  wam,  w  jaki  sposób  on  sam  ocalił  swe  życie, 
spełniwszy  przy  tym  czyn  trudny  do  wiary,  mianowicie  przepłynąwszy  siedemnaście  mil  w 
sześciu minutach, czy też sześć mil w siedemnastu minutach; doprawdy zapomniałem, która z 
tych kombinacji jest właściwsza. 

W każdym razie było to coś niepospolitego. To samo warto już było opłaty za wejście, 

by usłyszeć opowiadanie przewodnika, który przy mnie powtarzał je dziewięciu partiom tury-
stów, lecz za każdym razem bez najmniejszych zmian w tekście. 

Następnie przejdziecie po moście wiszącym, mając dwie smutne alternatywy do wybo-

ru:  z  jednej  strony  upadek  do  rzeki  z  wysokości  dwustu  stóp  lub  też  możność  przejechania 
głów waszych przez pociąg kolei żelaznej. Zarówno jedna jak i druga możliwość, brana od-
dzielnie, już jest nieprzyjemna, jednak obie razem wzięte sprawiają, że podróżny czuje się tu 
bardzo nieszczęśliwy. 

Na  wybrzeżu  kanadyjskim  posuwacie  się  parowcem  wśród  szeregu  fotografów,  którzy 

uzbrojeni w aparaty czatują, aby was umieścić z całą pretensjonalnością zaraz na pierwszym 
planie obrazu, razem z waszym pożałowania godnym ambulansem i poważnie sunącą istotą, 
złożoną  ze  szkieletu  pokrytego  skórą,  a  nazywaną  tu  koniem,  przy  tym  za  tło  stanowiące 
plany drugorzędne posłuży wodospad. Spotykacie tu dość ludzi, którzy z trudną do opisania i 
wrodzoną nikczemnością tolerują, a nawet wspierają tego rodzaju zbrodnie. 

Codziennie  ujrzeć  można  w  rękach  tych  fotografów  podobizny  papy  i  mamy,  Jasia  i 

Kasi lub też cioci i wuja, a wszyscy co do jednego uśmiechnięci, w pozach z góry przygoto-
wanych. 

Sterczą oni wszyscy na tle zmniejszonego, stosownie do ich wymagań, obrazu majesta-

tycznego, którego stróżami opiekuńczymi są: blaski tęczy, głosy grzmotu, mającego wyniosłe 
czoło zasnute chmurami. Figury mierne i tuzinkowe podnoszą się, zasłaniając plecami wodo-
spad pełen grozy, uroku i potęgi, wodospad, który panował tu w epoce dawnej, zapomnianej, 
zanim  masa  mizernych  płazów  z  czasem  ośmieliła  się  dopełnić  jego  braki  własnymi  posta-
ciami. 

Przetrwa on długie wieki, liczne dziesiątki wieków, w ciągu których ludzie zamienią się 

w prochy. Nie byłoby to, co prawda, zbyt wielkim wykroczeniem, gdybyśmy za tło do obrazu 
użyli wodospadu, pod warunkiem, aby nasza skromna figurka odgrywała rolę drobnego „szta-
fażu”, wymagałoby to jednak nadludzkiego zaparcia się siebie, co znowu nie jest dane zwy-
kłym śmiertelnikom. 

Gdy  już  obejrzeliście  wodospad  tryskający  tumanami  pyłu  wodnego  z  tym  przeświad-

czeniem,  że  obowiązkom  turysty  stało  się  zadość,  winniście  powrócić  po  nowym  moście 
wiszącym do miejsca, w którym znajduje się jaskinia z windą. 

Tu,  naśladując  wszystkich,  zdjąłem  odzież,  zamiast  której  przywdziałem  płaszcz 

nieprzemakalny i takież obuwie. 

Przewodnik ubrany tak samo prowadził nas po schodach kręconych, które zdawały się 

nie  mieć  końca;  skończyły  się  jednak,  chociaż  nic  nowego  nie  zobaczyliśmy  ani  nam  to  nie 
sprawiało  przyjemności.  Znaleźliśmy  się  dość  daleko  od  szczytu  wodospadu,  lecz  i  dość 
wysoko nad powierzchnią rzeki. 

Teraz puściliśmy się po wąskich kładkach, a cienkie i długie poręcze drewniane zabez-

pieczały nas od upadku w wodę. Poręczy takiej trzymałem się oburącz uparcie. 

Stąd droga stawała się  coraz bardziej stroma, kładki coraz węższe, a piana wodospadu 

obsypywała nas gęstymi kłębami, które nas wkrótce oślepiły. 

Entuzjazm  nasz  do  cudów  przyrody  ostygł  i  posuwaliśmy  się,  macając  rękami  przed 

sobą. 

Teraz zerwał się szalony wicher, który miał widocznie cny zamiar strącenia nas z kładki 

i  przerzucenia  do  potoku  poza  skałami.  Zauważyłem,  że  budzi  się  we  mnie  gorąca  chęć 
powrotu  do  domu;  było  to  życzenie  spóźnione.  Staliśmy  prawie  tuż  pod  olbrzymią  ścianą 

background image

wodną, a rozmowa z powodu nadzwyczajnego szumu stała się niemożliwa. 

W tejże chwili nasz przewodnik ulotnił się poza tym potopem, ja zaś podążyłem za nim 

zupełnie ogłuszony grzmotami, smagany wichrem i porwany ulewą, która urządziła mi kąpiel. 

Nigdy bym nie dał wiary, że na świecie mogą się znajdować podobne masy wody! Od 

razu  zrobiło  się  ciemno!  Podobnego  ryku,  szumu,  wycia  wichrów  borykających  się  z  sobą 
nigdy jeszcze uszy moje nie słyszały! 

Opuściłem  głowę  i  zdawało  mi  się,  że  cały  Ocean  Atlantycki  w  całej  swej  okazałości 

runął mi na plecy. Doznawałem wrażenia, jak  gdyby  świat cały miał się zawalić. Przypatry-
wać się czemukolwiek było niemożliwe; do tego stopnia prąd wody spadał mocno i szybko. 

Podniosłem głowę i otworzyłem usta, a większa część wodospadu wypełniła moje gar-

dło. Całe szczęście, że nie miałem w sobie innych otworów; w tym wypadku byłbym zgubio-
ny. 

W  tejże  chwili  zrobiłem  odkrycie,  że  mostek  się  kończy  i  że  chcąc  się  posuwać  dalej, 

będziemy  zmuszeni  stawiać  stopy  na  powierzchni  skały,  śliskiej  i  spadzistej.  Nigdy  w  życiu 
nie znajdowałem się w takim strachu. 

W końcu minąwszy tę miłą przestrzeń, powitaliśmy jasny dzień i zatrzymaliśmy się w 

miejscu odpowiednim, mogąc nasycać wzrok widokiem poszarpanego, wrzącego i pieniącego 
się  obszaru  wodnego;  skoro  przekonałem  się  o  rozmiarach  tej  masy  i  szybkości  jej  spadku, 
począłem żałować, że dałem namówić się do tej wycieczki. 

Człowiek  „czerwonoskóry”  zawsze  był  moim  ulubieńcem.  Najchętniej  czytam  jego 

dzieje, legendy i powieści na tle jego życia. Chętnie wczytuję się w opisy jego przenikliwości 
wrodzonej,  jego  zamiłowania  do  życia  w  dziewiczych  lasach  i  puszczach;  zachwycam  się, 
gdy piszą o jego szlachetnym, po dziś dzień nie zmienionym  charakterze, o pełnej pięknych 
przenośni mowie, jaką się posługuje, o malowniczej odzieży i uzbrojeniu. 

Obecność nad Niagarą sklepów przepełnionych wyrobami indyjskimi z pereł, zadziwia-

jącymi  zabawkami  dziecinnymi,  przedstawiającymi  kształty  ludzkie,  z  bronią  powtykaną  w 
rozmaite otwory ciała, umyślnie na ten cel wywiercone — wywołała we mnie szczere wzru-
szenie. 

Jedna ze sprzedawczyń w sklepie opowiadała mi, że wielkie zapasy przedmiotów, które 

oglądam, są osobliwościami indiańskimi, wyrabianymi przez ludność zamieszkałą w znacznej 
liczbie w okolicach wodospadu, że są to ludzie przyjemni w pożyciu i że spotkanie i porozu-
mienie się z nimi nie grozi żadnym zgoła niebezpieczeństwem. 

I rzeczywiście, podszedłszy do mostu, wiodącego na wyspę Luna, spotkałem jednego z 

tych szlachetnych synów boru; siedział pod drzewem, zajęty usilnie wyszywaniem woreczka 
siatkowego  ze  szklanych  paciorków.  Miał  na  głowie  kapelusz  z  wielkimi  skrzydłami,  a  w 
ustach  krótką  czarną  fajeczkę.  Jaka  szkoda,  że  zetknięcie  z  naszą  prozaiczną  cywilizacją 
zaciera własności malownicze Indianina. Stanowiły one prawdziwą ozdobę jego życia, kiedy 
jeszcze w oddali od nas bawił w obozie swych przodków. 

Zagadnąłem spotkany zabytek dawnych czasów następującymi słowami: 
—  Czy  Wawhu-Wang-Wang,  syn  Wak-a  Waki,  czuje  się  szczęśliwy?  Czy  wielki 

„Piorun  plamisty”  nie  wzdycha  do  sławy  wojennej  lub  czy  serce  jego  bije  spokojnie?  Czy 
potężny „sachem” łaknie krwi wrogów swoich, czy też wystarcza mu wyrabianie woreczków 
ozdobionych  paciorkami  dla  niegodnych  bladych  twarzy?  Odpowiedz,  wodzu,  godny  czci  i 
poszanowania! 

Zabytek odparł: 
— Jestem autentycznym Dennisem Haliganem, którego wziąłeś za marnego  Indianina, 

ty gęgająca, paplająca podobizno szatana. Wynoś się! 

Srodze upokorzony oddaliłem się. 
W  chwilę  potem  w  pobliżu  wieży  Terapina  spotkałem  słodką  i  łagodną  córę  odwie-

cznych mieszkańców tych okolic, siedzącą na ławce w otoczeniu swoich pięknych towarów, 

background image

które  wystawiała  na  sprzedaż.  Właśnie  była  zajęta  rzeźbieniem  w  drzewie  wodza,  który 
zdradzał  wielkie  podobieństwo  rodzinne  do  wieszadła  na  rzeczy  i  świdrowała  mu  otwór  na 
przestrzał w boku dla umieszczenia w tym miejscu łuku. 

Wahałem się pewien czas, po czym przemówiłem:  
—  Czy  „Śmiejąca  się  ryba  jeziora”  czuje  się  samotna?  Czy  roni  łzy  na  myśl  o  wyga-

słym ognisku w wigwamie znakomitych przodków swoich? Czy duch jej smutny szybuje po 
stepach  zielonych,  po  których  stąpał  dzielny  „Pogromca  piorunów”?  Czemuż  to  moja  córka 
milczy? Czy jest wrogo usposobiona dla bladej twarzy? 

Dziewica odparła: 
— Hola, jakim prawem ośmielasz się mnie, zwącą się Biddy Malone, obrażać stekiem 

podobnych przezwisk? Wynoś się stąd, albo przesunę twą nędzną osobę przez ten wodospad. 
Ty podobizno rakarza! 

I w tym wypadku zastosowałem się do jej propozycji: wyniosłem się. 
Niech diabli porwą wszystkich Indian, pomyślałem. Opowiadano mi, że są cisi, tymcza-

sem jeśli mam sądzić z pozorów, miałbym prawo utrzymywać, że wszyscy są wcale wojowni-
czo usposobieni. 

Raz  jeszcze  usiłowałem  zawiązać  z  nimi  braterskie  stosunki  i  stanowczo  miało  to  być 

próbą ostateczną. 

Spotkałem cały ich obóz, rozłożony w cieniu olbrzymiego drzewa. Trudzili się właśnie 

wyrabianiem mokasynów. 

Zbliżyłem się i odezwałem w sposób możliwie najbardziej przyjacielski: 
— Szlachetni ludzie czerwoni, dzielni „sachemowie”! Blada twarz z kraju zachodzące-

go  słońca  bije  wam  pokłony.  Ty  dobroczynna  „Bestio  woniejąca”,  ty  „Łykaczu  gór,  ty 
„Szczekający  gromie”,  ty  „Wielki  kogucie  z  szklanym  okiem”  —  blada  twarz,  przybyła  z 
tamtej  strony  wielkich  wód,  kłania  się  wam  wszystkim  razem  i  każdemu  z  osobna.  Gra  w 
karty oraz rujnująca elegancja, połączona z wydatkami na mydło, opróżniły wasze woreczki: 
wyuczyliście  się  rzeczy,  o  których  przodkowie  wasi  nie  mieli  wyobrażenia.  Chcielibyście 
odgrywać rolę panów, a to rujnuje! Przedstawiając fakty fałszywe i to nie przez złe serce, lecz 
z  głupoty,  straciliście  kredyt  u  tych,  którzy  was  dzisiaj  trzymają  za  upierzone  czupryny. 
Zaopatrujecie się w wodę ognistą w tej myśli, iż kto się upił, jest szczęśliwy; zabijacie rodzi-
ny swoje tomahawkami; wasze dawne malownicze stroje marnieją i butwieją w skrzyniach i 
oto  w  jasnym  świetle  wieku  dziewiętnastego  przedstawiacie  się  światu  jako  błazny,  wstyd  i 
hańba  wam!  Na  przodków  waszych!  Miejcież  względy  dla  pamięci  ich  szczytnych  czynów. 
Uprzytomnijcie  sobie  Ukasa  i  Wupdedudelda!  Miejcież  litość  dla  pamięci  waszych  genial-
nych przodków słynnych wodzów, jak „Czerwony żakiet” lub „Śnieg suszony”! 

— Upiec go! 
— Utopić! 
— Zrobić z niego marmoladę! 
Z szybkością, czyniącą im zaszczyt, obstąpili mnie dla wykonania jednej z zaprojekto-

wanych operacji. W mgnieniu oka puścili przede mną młynka z pałek, kułaków, koszyków i 
mokasynów. Wszystkie te przedmioty z szybkością gromu spadały na moje ciało i dosięgały 
miejsc najrozmaitszych. Potem całe plemię zwaliło mi się na kark. 

Zdarli  z  mego  ciała  połowę  sukien;  gnietli  mi  ramiona  i  nogi,  jakby  ugniatali  szereg 

bułek;  zadali  mi  w  głowę  cios  tak  mocny,  że  ciemię  zrobiło  się  wklęsłe  jak  głęboki  talerz  i 
mogło służyć doskonale zamiast dzieży do zsiadłego mleka. 

Dla  uwieńczenia  wreszcie  szeregu  niegodziwości,  połączonych  ze  zniewagą,  wrzucili 

mnie do Niagary. 

W  odległości  dziewięćdziesięciu  do  stu  stóp  od  wierzchołka  uczepiłem  się  strzępami 

mojej kamizelki o wystający odłamek skały; nie mogąc uwolnić się z uwięzi, zacząłem tonąć. 
Wpadłem  wreszcie  w  wodę  i  zanurzyłem  się  w  najgłębszym  miejscu  wodospadu,  którego 

background image

wzburzone  bałwany  unosiły  się  wysoko  nad  moją  głową;  przed  moimi  oczami  zawirował 
istny  chaos  piany.  Rzecz  oczywista,  wpadłem  w  topiel.  Zrobiłem  dwadzieścia  cztery  obroty 
wirowe,  goniąc  za  jakąś  gałęzią,  tuż-tuż  mając  ją  chwycić.  Każda  podobna  podróż  okólna 
wynosiła pół mili, za każdym zaś z tych dwudziestu czterech obrotów powracałem do brzegu, 
lecz przy chwytaniu gałązki chybiałem na grubość włosa. 

Nareszcie zbliżył się jakiś człowiek, usiadł nad brzegiem, wsadził w usta fajkę, zapalił 

zapałkę i nie przestając podczas tej czynności zerkać na mnie jednym okiem, drugim mierzył 
zapałkę, zasłaniając ją ręką od wiatru. 

Gdy przepływałem, już nie wiem po raz który koło niego, zwrócił się do mnie: 
— Czy nie mógłbym pana prosić o ogień? 
— Z całą przyjemnością — rzekłem — mam zapałki w kamizelce, ale bądź pan łaskaw 

dopomóc mi stąd wydostać się. 

— Za żadne skarby w świecie! 
Przepływając znowu koło niego rzekłem: 
— Wybacz pan impertynencką ciekawość człowiekowi, który za chwilę utonie, ale czy 

nie raczyłbyś mi pan wytłumaczyć swego oryginalnego postępowania? 

—  Pańskie  życzenia  —  odparł  —  są  dla  mnie  rozkazem.  Jestem  dozorcą  zwłok.  Nie 

potrzebujesz się pan tak .spieszyć. Z przyjemnością zaczekam, aż się pan udławisz wodą. W 
każdym razie prosiłbym o zapałkę. 

—  Zajmij  pan  moje  miejsce  —  wystąpiłem  z.  propozycją  —  ja  zaś  pójdę  i  przyniosę 

panu ognia. 

Nie  trafiło  mu  to  do  przekonania.  Brak  zaufania  z  jego  strony  wpłynął  na  oziębienie 

mojej  dla  niego  sympatii.  Od  tej  chwili  znienawidziłem  go.  Dałem  sobie  słowo,  że  w  razie 
pójścia  na  dno  pokieruję  sprawą  w  taki  sposób,  że  zwłoki  moje  wyłowi  nie  on,  lecz  jego 
konkurent z przeciwnego brzegu. 

Wreszcie idący drogą policjant aresztował mnie na tej zasadzie, że podnosząc głos przy 

wzywaniu  pomocy  zakłócałem  spokój  publiczny.  Sędzia  skazał  mnie  na  karę  pieniężną,  ale 
grosza nie miałem przy sobie. Boć przecież pieniądze moje znajdowały się w spodniach, które 
mi zabrali Indianie. 

Bądź co bądź ocaliłem życie. Wprawdzie położenie moje jest arcykrytyczne, ale w każ-

dym  razie  tyle  wygrałem,  że  znajduję  się  na  świecie.  Ciało  moje  jest  podobne  do  befsztyku 
zbitego,  dokładniejszych  jednak  objaśnień  co  do  mego  zdrowia  wyjawić  nie  mogę,  doktor 
bowiem nie skończył jeszcze oględzin i nie sporządził protokołu. Na razie jest on zdania, że 
zaledwo szesnaście ran grozi mi utratą zdrowia, pozostałe zalicza do lżejszych.  
 

* * * 

 

Gdy wreszcie powróciłem do zdrowia, zapytałem: 
—  Mój  konsyliarzu,  jakże  straszliwie  dzikie  jest  plemię  Indian,  trudniące  się  u  wodo-

spadu  Niagary  nawlekaniem  paciorków  i  spieniężaniem  ich.  Z  jakich  właściwie  puszcz 
pochodzą ci kanibale? 

— Z Irlandii, mój synu! 

 

Tłumaczył Merwin  

  

 
 
 
 
 

background image

 
 
 

SPIS TREŚCI 

 
 
 

Sarrasine   (Honoré Balzac)   

 

 

 

 

 

02 

 

Jimie skłamał   {John Russel) 

 

 

 

 

 

19 

 

Morderca nie będzie ukarany   (Lucjan Legut) 

 

 

 

23 

 

U Niagary   (Mark Twain) 

 

 

 

 

 

 

40