background image

 
 
 

WŁADYSŁAW SMÓLSKI 

 
 
 

DZIEWI

ĘĆ NARZECZONYCH 

DOKTORA KUDEŁKA 

 

ZŁOTA PODKOWA 22 

 

 

 

 

 
 

WYDAWNICTWO „ŚLASK” KATOWICE 1958

 

background image

 
 

DZIEWI

ĘĆ NARZECZONYCH DOKTORA KUDEŁKA 

 
Doktor  Kudełek  przyjechał  przed  paru  laty  z  Krakowa  do  Warszawy  na  posadę  i 

wkrótce, będąc zdolny i pracowity, osiągnął wyższy szczebel kariery służbowej, pozwalający 
mu na założenie rodziny. Był zresztą w tym wieku, kiedy poważnie myślący człowiek uważa 
wstąpienie  w  związki  małżeńskie  za  zła  konieczne.  Nie  będziemy  tu  ukrywać,  że  doktor 
Kudełek tęsknił za jakąś uroczą towarzyszką życia, jak również za tzw. „szczęściem rodzin-
nym”.  Jako  krakowianin  brał  sprawę  swego  małżeństwa  na  serio,  przy  tym  w  naturze  jego 
leżało działać planowo i z rozmysłem. Po dłuższym więc zastanowieniu zaczął sobie szukać 
żony pośród otaczających go kobiet; w biurze, na zebraniach partyjnych, towarzyskich, w ka-
wiarni, w teatrze, ba, nawet na ulicy. Muszę jednak zaznaczyć, że doktor Kudełek miał wobec 
poznanych w ten sposób kobiet zawsze zamiary  poważne, rozpatrując je  jako kandydatki do 
zawodu małżeńskiego. 

Jak zwykle bywa w takich razach, najpierw zwrócił uwagę na kobietę najbliższą sobie 

tj.  na  swoją  sekretarkę.  Było  to  śliczne,  młodziutkie,  filigranowe  dziewczę  jak  figurka  z 
saskiej  porcelany,  z  cudnymi  niebieskimi  oczyma  i  z  wielką  kupą  złotych  włosów,  zawsze 
wesoła i rozszczebiotana. Nic dziwnego, że doktor Kudełek zaczął ją wkrótce traktować jako 
narzeczoną  i  szukając  z  nią  coraz  częściej  rozmowy,  zaczął  zapraszać  ją  do  kawiarni  i  do 
teatru. Wiośniany szczebiot uroczego dziewczątka dźwięczał mu wciąż w uszach, napełniając 
serce ciepłem. — Czyż to nie rozkoszne stworzenie? — myślał. — Wieleż słońca, wiele rado-
ści wniosłaby mi do domu! — I nieszczęsny szef coraz poważniej zaczął się zastanawiać nad 
małżeństwem z uroczą sekretarką. 

Dziewczę  zaś  szczebiotało  jak  ptaszek,  ponieważ  zaś  prywatna  znajomość  z  szefem 

spoufaliła ją, szczebiotała coraz więcej i więcej. Szczebiotała i wówczas, kiedy tego nie nale-
żało czynić, to znaczy, gdy szef był pogrążony  w jakiejś ważnej i pilnej robocie. Po prostu 
usta się jej nie zamykały. 

— Czy pani tak zawsze szczebioce? — spytał ją raz żartem. 
— Od rana do wieczora! — odparła. 
Po pewnym czasie ten nieustający szczebiot począł nużyć poważnego doktora Kudełka. 

Co więcej zauważył on z pewnym zdziwieniem, że jakkolwiek uroczej sekretarce nie zamyka-
ją  się  nigdy  usta,  mówiła  ona  zawsze  prawie  o  sobie.  Opowiadała  jakie  miała  przygody  w 
dzieciństwie,  wiele  razy  stłukła  lalkę  i  kiedy  ją  zabolał  brzuszek,  o  swoich  rodzicach, 
braciach, ciotkach, jak ją ubóstwiali, chwalili i obdarowywali. Potem opowiadała o szkole, o 
swoich  nauczycielach  i  koleżankach,  jak  płatała  z  nimi  figle,  chodziła  na  wagary  i  ściągała 
klasówki. Potem mówiła o swoich flirtach, jak się w niej kochano do szaleństwa, jak ją rozry-
wano na balach, wyrywano z rąk do rąk, oświadczano się na każdym kroku, odbierano sobie 
życie. Opowiadała jakie lubi sukienki, kapelusze, torebki i z przedziwną dokładnością potra-
fiła opisać, co kiedy nosiła. To znów mówiła o swoich upodobaniach artystycznych, talencie 
do muzyki, dobrym guście, taktownym zachowaniu się w towarzystwie, inteligencji i dowci-
pie. 

— Czy pani zawsze tak mówi o sobie? — zapytał znów żartem. 
— Owszem — odpowiedziała niezmieszana. — Ja tak lubię. 
W  tym  miejscu  poczuł  doktor  Kudełek,  że  taki  argument  przerywa  wszelkie  dyskusje. 

Wszystko, co dotyczy jej samej, śliczna panienka otaczała kultem niemal boskim. Przewaga 
mikrokosmosu  jej  jaźni  nad  makrokosmosem  świata  aż  tak  dalece  posunięta,  zaczęła  go 
poważnie niepokoić. 

— To chorobliwy egocentryzm — myślał doktor Kudełek. 
W tym wszystkim zauważył tylko jedną dobrą stronę. Śliczne dziewczę nie kłamało. Z 

background image

takim  samym  zachwytem  opowiadało  o  swoich  zaletach  jak  i  o  wadach.  Ten  dodatni  rys 
początkowo ujął doktora Kudełka. 

Później  jednak  zauważył  ku  swojemu  wielkiemu  przerażeniu,  że  śliczne  dziewczę  nie 

rozróżniało dobrego i złego w odniesieniu do siebie samej. Tu wszystko było dobre, wspania-
łe, cudowne. Mówiło o swoich wadach, byleby tylko mówić o sobie. Traktowała je nie tylko z 
najwyższą  pobłażliwością,  ale  nawet  z  dumą.  To  były  „jej  wady”.  Wtedy  doktor  Kudełek 
zaczął się wahać. 

Nie  uszło  to  uwagi  pięknej  egocentryczki,  ponieważ  zaś  szef  był  co  się  nazywa  dobrą 

partią,  postanowiła  snać  postawić  wszystko  va  banque  i  zdobyć  go  jednym  brawurowym 
atakiem. W tym celu zaprosiła go do siebie do domu. Prócz niej była tylko jej matka, terkotli-
wa  nieduża  pani.  Nie  umiała  ona  mówić  o  niczym  innym  tylko  o  córce.  Opowiedziała  to  i 
owo o jej dzieciństwie, o powodzeniach i triumfach, pokręciła się przez kilkanaście minut po 
mieszkaniu  i  wyszła  pod  jakimś  pretekstem.  Dziwnym  trafem  w  czasach  „zagęszczenia” 
zostali sam na sam. 

Człowiek nie jest z żelaza. Tête — à tête z piękną dziewczyną, zaczęło oddziaływać na 

zrównoważonego dotąd doktora Kudełka. Chwila była niebezpieczna i kto wie, czy nie nastą-
piłyby oświadczyny, gdyby uwagi szefa nie zwrócił album z fotografiami. 

Naturalnie piękne dziewczę nie mogło się powstrzymać od pokazania mu zdjęć. To były 

„jej fotografie”. Miała ich aż pięć pełnych albumów. Nieszczęśliwy wielbiciel musiał je prze-
glądnąć od deski do deski. 

To  co  tam  ujrzał  wprawiło  go  w  zdumienie.  Wśród  paruset  zdjęć,  znajdujących  się  w 

pięciu  albumach,  nie  było  ani  jednej  obcej  fotografii.  Urocza  właścicielka  królowała  tam 
niepodzielnie bezkonkurencyjnie, we wszystkich możliwych pozach, ruchach, kombinacjach, 
we  wszelkich  możliwych  kostiumach,  uczesaniach,  nakryciach  głowy,  ze  wszystkimi  możli-
wymi uśmiechami, grymasami i wyrazami oczu. 

Wówczas doktor Kudełek doszedł stanowczo do przekonania, że młodziutka sekretarka 

nie nadaje się dlań na żonę i aczkolwiek wiele go to kosztowało, albowiem przyzwyczaił się 
już do uroczej szczebiotki. postanowił z nią zerwać. W tym celu postarał się dyskretnie pod 
jakimś  pretekstem  o  przeniesienie  jej  do  innego  wydziału  i  o  przydzielenie  na  jej  miejsce 
innej sekretarki. Młodziutka egotystka zastała na lodzie. 
 

* * * 

 

Druga sekretarka, którą przydzielono doktorowi Kudełce, była zupełnie w innym typie. 

Również  jeszcze  bardzo  młoda,  ledwie  dwudziestoletnia,  była  dość  duża  i  tęga.  Z  początku 
szef, zrażony niepowodzeniem z jej poprzedniczką, nie zwracał na nią uwagi, później jednak 
apetyczna  krągłość  kształtów  kobiety,  z  którą  się  ciągle  w  ciągu  dnia  stykał,  zaczęła  coraz 
mocniej oddziaływać na jego zmysły. Zaczął się więc coraz bardziej przyglądać swojej nowej 
sekretarce, a przyjrzawszy się skonstatował, że tęga dziewica ma rumianą sympatyczną buzię 
i miły uśmiech. W ogóle zdawała się być pogodna i zrównoważona, co bardzo się podobało 
szefowi. Zaczął z nią coraz więcej rozmawiać, by się przekonać, czy nie jest gadatliwa. Lecz 
pulchne dziewczę nie mówiło zbyt wiele. Można by ją może nazwać flegmatyczką. To wszy-
stko  bardzo  odpowiadało  doktorowi  Kudełce,  który  w  domu  pragnął  spokoju.  Ożywiała  się 
natomiast  wtedy,  gdy  mówiła  o  jedzeniu.  Wówczas  oczy  jej  nabierały  blasku,  głos  dźwię-
czności, cała twarz żywości i wdzięku. 

Pewnego razu szef zobaczył, jak się zabierała do śniadania. Rzeczywiście, objętość jego 

przekraczała  ilość  zjadaną  przez  zwykłego  śmiertelnika.  Tęga  dziewica  zjadała  na  drugie 
śniadanie aż cztery duże bułki z masłem i wędliną, co jej nie przeszkadzało już po paru go-
dzinach jeść dwa obiady w urzędowej stołówce, gdyż zawsze sobie potrafiła skądś wykombi-
nować drugi bon. Po trzeciej, gdy się kończyło urzędowanie, nic jej nie mogło powstrzymać. 

background image

Rzucała wszystko i jak oszalała pędziła do domu na obiad. Nie przerażało to jednak doktora 
Kudełka,  wiedział  bowiem,  że  kobiety,  które  przykładają  wagę  do  jedzenia,  są  dobrymi 
gospodyniami. 

Po  pewnym  czasie  zaprosił  ją  do  kina.  Panna  wzdragała  się;  nie  była  w  tych  rzeczach 

doświadczona,  co  jeszcze  lepiej  nastroiło  do  niej  szefa.  Kiedy  jednak  zaproponował  jej  spo-
tkanie  w  cukierni,  łakomstwo  przezwyciężyło  dziewiczy  wstyd  i  już  tego  samego  dnia  wie-
czorem siedzieli przy stoliku w kawiarni. Zaproponował jej lody. Zjadła jedną porcję, drugą i 
trzecią.  Bawiło to trochę doktora  Kudełka.  Namówił ją więc na ciastka.  W ciągu kwadransa 
zjadła  osiem  ciastek  i  wypiła  dwie  szklanki  czekolady.  Twarz  jej  przy  tym  nabrała  takiego 
wyrazu rozkoszy, że doprawdy satysfakcją było na to patrzeć. Naokoło publiczność pokazy-
wała ją sobie ze śmiechem. 

— A może pani pozwoli jeszcze coś do zjedzenia. 
— Och, proszę pana —  odparła łakoma dziewica — ja bym potrafiła zjeść trzydzieści 

takich ciastek, lecz boję się utyć. 

Po  zjedzeniu  jeszcze  dwu  dodatkowych  porcji  kremu  i  po  uregulowaniu  przez  szefa 

olbrzymiego  rachunku  wyszli  na  ulicę.  Żarłoczka  była  rozanielona.  Wzięła  szefa  pod  rękę  i 
tuliła się doń z prawdziwym oddaniem. Doktor  Kudełek czuł, że udało mu się w ten sposób 
zdobyć jej serce. Na dnie jednak jego duszy osiadł cień niesmaku. 

Odtąd pulchnej dziewicy rozwiązał się język. Nie mówiła wprawdzie wiele, lecz kiedy 

otworzyła usta, to poza sprawami biurowymi mówiła tylko o jedzeniu. Miała pod tym wzglę-
dem  zdumiewającą  pamięć.  Potrafiła  dokładnie  opowiedzieć,  co  jadła  przed  pięciu  laty  na 
proszonym obiedzie, jak to było przyrządzone, z jakim sosem, jak pachniało itd. Wspominała 
o tym z takim zachwytem, jak inne jej rówieśnice wspominają zabawy, tańce lub flirty. Gdy 
zaś wieczorem przytuleni do siebie, szli Alejami, lub siadali w parku na ławce, mówiła znów 
o tym,  co by zjadła, wymieniając szereg najprzeróżniejszych potraw, przy  czym  głos jej na-
bierał najbardziej namiętnych brzmień. Potem szli do kawiarni i łakoma dziewica znów obja-
dała się do niemożliwości, a roznamiętniony doktor Kudełek bez słowa płacił słony rachunek. 

Należy  zaznaczyć,  że  doszło  już  pomiędzy  nimi  do  pewnych  poufałości.  Na  ławce  w 

ciemnym  parku  nieraz  już  szef  obejmował  jej  krągłe  kształty  i  całował  jej  pełne  usta. 
Aczkolwiek  jednak  te  zbliżenia  dawały  mu  duże  zadowolenie,  ciągle  doznawał  dziwnego 
uczucia, że pulchna dziewica całując go myśli o ciastkach, albo o kremie. 

Czasem chcąc ją wybadać takie podstępne zadawał pytanie. 
— Gdzie byś wolała pójść: do teatru czy na ciastka? 
— Naturalnie na ciastka. U Pomianowskiego są takie doskonałe „bezy”. 
— A może byś chciała na dansing? 
— Nie, wolę iść na ciastka. 
Po  pewnym  czasie  panna  zaprosiła  szefa  do  domu.  Przyjęto  go  z  wielkimi  honorami, 

oraz wspaniałym obiadem. Przy obiedzie mówiono tylko o jedzeniu; matka wybranej, kobieta 
olbrzymiej  tuszy  rozwodziła  się  jak  to  należy  przyrządzić,  podać,  jak  i  gdzie  kupić.  Ojciec 
panny,  nauczyciel  fizyki  w  gimnazjum  mówił  o  dietetyce:  wiele  kalorii  potrzebuje  ludzki 
organizm,  wuj  zaś  jej,  lekarz  —  jak  się  należy  odżywiać  i  jakich  używać  witamin.  Nie, 
atmosfera  tego  domu  stanowczo  nie  była  strawna  dla  intelektualisty.  Toteż  doktor  Kudełek 
począł poważnie kwestionować możliwości mariażu. 

Chcąc się pannie zrewanżować, zaprosił ją następnego dnia na kolację do Angoli. Och, 

cóż  to  była  za  radość.  Tęga  dziewica  zjadła  naprzód  kilka  porcji  sałatek  i  ryby  na  zimno, 
porcję  pieczonej  kaczki,  sandacza  po  polsku,  cynaderki  a  potem  kazała  sobie  podać  jeszcze 
kotlet wieprzowy. Po zjedzeniu tego wszystkiego twarz jej przybrała wyraz największej roz-
koszy i patrząc słodko w oczy szefa ujęła w swą pulchną rączkę jego dłoń i rzekła omdlewa-
jącym głosem: 

— Drogi, jestem twoja. 

background image

Po czym zamówiła jeszcze zrazy à la nelson. 
Ale doktor Kudełek miał już dość tego. Nie tylko podobna żona wydawała mu się zbyt 

kosztowna, lecz jako człowiek kulturalny czuł do obżarstwa wstręt. Znów więc postarał się o 
zmianę sekretarki na inną. którą tym razem była  jakaś stara baba.  Żarłoczna dziewica podo-
bno  ciężko  przeżyła  swój  sercowy  zawód,  bowiem  po  zbyt  obfitym  menu  restauracyjnym 
rozchorowała się na żołądek. Wkrótce potem wyszła za mąż za właściciela wędliniarni. 
 

* * * 

 

Po tych dwóch zawodach sercowych doktor Kudełek stanowczo zniechęcił się do kole-

żanek  w  biurze.  Za  to  tym  pilniej  począł  sobie  wypatrywać  towarzyszki  w  innych  sferach. 
Wkrótce  na  którymś  z  zebrań  dyskusyjnych  poznał  piękną,  wysoką  i  smukłą  brunetkę  o 
urodzie tzw. „subtelnej”. Twarz jej, postać i ruchy były uosobieniem delikatności i wdzięku. 
Spotykali się z sobą na różnych zebraniach i pani ta robiła wrażenie osoby inteligentnej, choć 
właściwie najczęściej milczała. To specjalnie pociągało do niej doktora Kudełka. Czyż to nie 
skarb  w  obecnych  czasach!  Przy  tym  milczenie  nadawało  jej  uroku  zagadkowości.  Słowem 
coraz  bardziej  zaczęła  mu  się  podobać.  Niestety,  w  czasie  zebrań  i  konferencji  nie  mogli 
zamienić  pomiędzy  sobą  nawet  kilkunastu  zdań.  Wtedy  doktor  Kudełek  zniecierpliwiony, 
pragnąc bliżej poznać nową znajomą, zaprosił ją do kina. 

Poszli na jakiś film amerykański. Poprzedzający dodatek Filmu Polskiego doktor Kude-

łek wykorzystał w ten sposób, że ujął dyskretnie rękę milczącej pani i złożył na niej pocału-
nek,  skąd  możemy  poznać,  jaki  to  był  delikatny  i  dobrze  wychowany  człowiek.  W  miarę 
wyświetlania  dodatku  doktor  Kudełek  coraz  bardziej  przybliżał  się  do  towarzyszki,  a  kiedy 
zaczęto  wyświetlać  film,  zbliżył  swoją  twarz  do  jej  twarzy,  tak  że  prawie  dotykali  się  poli-
czkami, co było pieszczotą subtelną i wyrafinowaną 

Nastąpiło jednak to, czego doktor Kudełek nie przewidział. Oto piękna pani zaczęła na 

głos czytać napisy. I to wszystkie, jeden po drugim, czego doktor Kudełek, jak wszyscy kultu-
ralni  ludzie,  nie  znosił.  Z  początku  krępował  się  jej  zwrócić  uwagę,  po  kilkunastu  minutach 
jednak zdenerwowany nie mógł wytrzymać. 

— Po co pani czyta? Ja i tak wszystko widzę. 
— Nie... Ja czytam tak... z przyzwyczajenia... 
Po czym w najlepsze czytała dalej. 
Po chwili doktor Kudełek, denerwując się coraz bardziej, usunął swój policzek i w ogó-

le zaczął się odsuwać, ale ona nie zwróciła na to uwagi wciąż zajęta czytaniem. Nie zważała 
nawet na sykanie i złośliwe przymówki publiczności. Czytała jak zahipnotyzowana, jak gdy-
by pod wpływem jakiegoś przemożnego nakazu. Doktor Kudełek przesiedział cały film jak na 
mękach. Nadto gdy zapalono światło ujrzał, że o parę rzędów za nimi siedział z żoną pewien 
jego  znajomy  profesor  uniwersytetu.  Zdawało  mxi  się,  że  wymieniając  z  nim  ukłony  miał 
ironiczny wyraz twarzy.  Naturalnie musiał zauważyć, że to jego towarzyszka czytała  głośno 
napisy. 

Doktor  Kudełek  był  wściekły.  Natychmiast  po  wyjściu  z  kina  chciał  pożegnać  swoją 

nową znajomą, nie odprowadzając jej do domu, ale ta nieoczekiwanie zaprosiła go do siebie 
na herbatkę. Cóż miał robić; nie wypadało odmówić. Poszli. 

Piękna  pani  mieszkała  sama,  a  przy  kolacji  milczała  tak  uroczo,  że  doktor  Kudełek 

mimo woli zaczął tracić zły humor. Wypili trochę wódki, po czym tajemnicza pani wyszła na 
chwilę do łazienki i wróciła stamtąd w szlafroku. W tym, co nieuchronnie nastąpiło później, 
wykazała dużo pomysłowości i inicjatywy, tak że doktor Kudełek był nią zachwycony. 

Przed  następnym  spotkaniem  zastanawiał  się,  gdzie  ją  zaprosić.  Do  kina  broń  Boże, 

będzie  znów  czytać  napisy.  Ale  przecie  można  do  teatru.  Tam  nie  ma  napisów.  Tak  będzie 
najlepiej. 

background image

Kupił więc bilety do teatru i poszli z pięknym sfinksem na przedstawienie. Jej uroda w 

oprawie  pięknej  toalety  kierowała  na  nią  zazdrosne  spojrzenia.  Doktor  Kudełek  był  dumny. 
Usiedli w jednym z pierwszych rzędów. Przedstawienie zaczęło się. 

Cóż  się  jednak  stało.  Wprawdzie  w  teatrze  nie  było  napisów,  ale  piękna  towarzyszka 

zaczęła powtarzać słowa aktorów, co chwilę obracając ku niemu twarz. Naturalnie z dalszych 
rzędów poczęto sykać, a z poprzednich widzowie zaczęli odwracać twarz z ironicznymi mina-
mi. Mimo to piękna pani powtarzała jak oczarowana kwestię za kwestią. Aż ktoś siedzący z 
tyłu powiedział bez ceremonii. 

— Czy pani ma zamiar tak całą sztukę powtórzyć? 
Ale  piękna  pani  i  nadal  powtarzała  za  aktorami  kwestie,  jak  zahipnotyzowana,  prze-

szkadzając wszystkim słuchać. 

Nagle  jeden  z  widzów  w  pierwszym  rzędzie  odwrócił  ku  nim  rozgniewane  oblicze  i 

doktor Kudełek poznał w nim podsekretarza stanu. Mimo więc całej swojej delikatności trącił 
piękną sąsiadkę łokciem i rzekł stanowczo: 

— Niech pani przestanie rozmawiać, bo przeszkadzamy wszystkim słuchać! 
— Ale ja się tak lubię dzielić... 
— Niech pani przestanie, bo nas wyrzucą z teatru. 
Piękna  pani  w  istocie  umilkła  na  chwilę,  ale  już  po  kilku  minutach  znów  zaczęła  to 

samo.  Powstrzymać  się  od  tego  było  ponad  jej  siły.  Zapadła  kurtyna;  zapalono  światło. 
Natychmiast  oczy  wszystkich  siedzących  dookoła  zwróciły  się  na  nich  z  wyrazem  gniewu, 
drwiny, szyderstwa. 

Doktor  Kudełek  był  purpurowy  jak  rak.  Udał  na  prędce  atak  ślepej  kiszki  i  przeprosi-

wszy partnerkę chciał wracać do domu. Ale piękna pani nie chciała zostać sama. Z kim by się 
dzieliła... Poza tym przeraziła się o jego zdrowie i chciała stanowczo z nim jechać pielęgno-
wać go w chorobie. 

— To niemożliwe, proszę pani. Jestem żonaty. 
— Co, pan żonaty! Nic mi pan o tym nie powiedział! Nikczemny! Ukrywałeś to przede 

mną! Uwiodłeś!... 

Ale doktor Kudełek nie słuchał już dalej pretensji kretynki. Skoczył w taksówkę i zwiał. 

Aby  jej,  broń  Boże,  nie  spotkać,  nie  poszedł  już  więcej  na  owe  zebrania  dyskusyjne, 
aczkolwiek miał przez to duże nieprzyjemności. 
 

* * * 

 

Następną  kandydatkę  do  małżeństwa  poznał  doktor  Kudełek  w  towarzystwie.  Była  to 

panna z bardzo dobrego, choć reakcyjnego domu (przeciwko czemu doktor Kudełek, mimo że 
demokrata, nic nie miał, gdyż w ten sposób łączą się powaśnione stany) była spokrewniona z 
biskupem  i  otrzymała  bardzo  staranne  katolickie  wychowanie,  które  ją  przygotowało  do 
podjęcia obowiązków żony i matki. Miała ora urodę tzw. „dziewczęcia polskiego”, która jak 
wiadomo, bardzo się podoba starszym panom Podkreślało ją jeszcze uczesanie à la Grethen z 
grubym jasnym warkoczem nad czołem. Była może trochę w stylu niewspółczesna, lecz miała 
wielki  wdzięk  w  tych  czasach  obciętych  włosów  i  podkrążonych  oczu.  Krępa,  o  pełnym 
biuście  i  szerokich  biodrach,  dawała  rękojmię  podtrzymania  rodu  Kudełków.  W  uśmiechu 
wprawdzie  twarz  jej  za  bardzo  się  rozszerzała,  za  to  policzki  miały  kolor  dojrzałych  truska-
wek. Doktor Kudełek rozpoczął z nią rozmowę, przy czym zorientował się, że hoża panienka 
jest dostatecznie oczytana w wydawnictwach św. Wojciecha i w popularnych podręcznikach 
ginekologii. 

Dowiedział się również, że jest bardzo religijna, i że nie pracuje zarobkowo, ucząc się 

przy matce gospodarstwa, by tym godniej we własnym domu sprawować obowiązki gospody-
ni.  Gdy  po  chwili  ktoś  ich  rozdzielił,  zbliżyła  się  do  doktora  Kudełka  siostra  gospodarza 

background image

domu, a przyjaciółka jego ciotki, i wziąwszy go pod rękę poczęła zachwalać zalety panny: jej 
rzadką  w  obecnych  czasach  niewinność  i  pełnię  cnót  domowych,  jak  również,  że  rodzice 
gotowi  są  wyposażyć  ją  dwupokojowym  mieszkaniem  w  spółdzielni  i  pięciuset  „miękkimi” 
gotówką.  Ta  ostatnia  z  zalet  panny  najbardziej  przypadła  do  smaku  doktorowi  Kudełce. 
Zaczął  on  poważnie  zastanawiać  się  nad  ewentualnością  tego  mariażu  i  przy  następnym 
spotkaniu u znajomych począł ją namawiać na rendez-vous. 

Panna  spiekła  raka,  spuściła  oczki  i  uciekła,  zostawiając  zdumionego  amanta  samego. 

Po chwili jednak wróciła i rumieniąc się jak zachodzące słońce, wyraziła zgodę. Później, gdy 
doktor  Kudełek  już  po  zaręczynach  zapytał  ją:  co  to  miało  znaczyć,  wyznała  mu,  że  poszła 
zapytać się matki, czy to wypada spotykać się sam na sam z obcym mężczyzną.  

Spacerując kilka razy z panną w Łazienkach pośród nianiek z dziećmi doktor Kudełek 

stwierdził u niej coraz to nowe zalety. Była uprzejma, pogodna, miała dobre serce. Przepadała 
za  dziećmi  i  nie  mogła  się  powstrzymać,  by  nie  pogłaskać  po  głowie  każdego  napotkanego 
malca, a siedząc na ławce obok jakiejś matki lub niani z dzieckiem na ręku, tak inscenizowała 
rozmowę, aby choć na chwilę dostać niemowlę do potrzymania, przy czym twarz jej czyniła 
się  krągła  jak  talerz  w  pełni  macierzyńskiego  uśmiechu,  a  bujne  łono  podnosiło  się,  niby 
wezbrane pokarmem. Stanowczo, była to kobieta odpowiednia do założenia rodziny. 

Toteż  doktor  Kudełek  nie  wahał  się  dłużej.  Oświadczył  się  najpierw  po  staropolsku 

rodzicom panny, został przyjęty, po czym już bez żadnych trudności uzyskał zgodę jej samej. 
Urządzono wspaniałe zaręczyny, przy udziale całej rodziny o znanym w kraju nazwisku, któ-
rej członkowie przy tej okazji popili się jak szewcy. Pił i doktor Kudełek. Tylko narzeczona 
ledwo  maczała  usta  w  kieliszku.  Za  trzy  miesiące  miał  się  odbyć  ślub,  z  udziałem  wuja 
biskupa,  po  czym  państwo  młodzi  mieli  się  przenieść  do  własnego  mieszkania  w  wyjętym 
spod kwaterunku domu. 

Doktor Kudełek promieniał ze szczęścia i ciągle zabierał swoją narzeczoną do kina lub 

teatru chcąc naiwne dziewczę coś niecoś uświadomić. Parę razy nawet udało mu się skraść jej 
całusa,  przy  czym  rumieniła  się  jak  pensjonarka,  choć  zapewne  miała  już  koło  trzydziestki. 
Cóż za cudowna naiwność! — myślał wzruszony — prawdziwy skarb w tych czasach. 

Raz wieczorem, gdy wyszli z kina, zaproponował jej, aby wstąpić do restauracji. Panna 

zgodziła  się  po  krótkim  wahaniu.  Po  chwili  już  siedzieli  przy  stoliku,  na  którym  kelner 
stawiał  zamówione  potrawy.  Była  i  wódka.  Doktor  Kudełek  zachęcał  bardzo  narzeczoną  do 
picia.  Kazał  nawet  dla  niej  przynieść  specjalnie  słodkiej  wódki.  Na  koniec  panna  dała  się 
skusić i wypiła kieliszek. Raczej dla żartów zaczął ją namawiać na drugi. Panna wypiła. Nie 
odmówiła  trzeciego  i  czwartego.  Ku  wielkiemu  zdumieniu  narzeczonego  wypiła  piąty  i 
szósty, nie robiąc przy tym wrażenia, aby to na nią miało podziałać.  

Wypiła  i  dziesiąty  i  wtedy  zdziwiony  doktor  Kudełek  skonstatował,  że  jego  niewinna 

narzeczona piła jak huzar. Teraz ona wzięła na siebie inicjatywę, a on jej musiał sekundować. 
Na szczęście miał mocną głowę. Jak nic wypili razem pół litra. 

Wtedy  narzeczona  zażądała  drugiej  półlitrówki,  a  gdy  doktor  Kudełek  zaoponował 

obawiając  się  o  jej  zdrowie,  zaczęła  mu  robić  sceny,  że  jej  nie  kocha  i  wyzywała  go  głośno 
przy kelnerach od osłów i świń. Kiedy uczynił zadość jej żądaniu i znów pić zaczęli, zacho-
wanie jej stawało się coraz bardziej agresywne. To głaskała go pod brodę, nazywając swoim 
„kochanym dziubasem”, to rozwiązywała mu krawat i rozrzucała czuprynę, to znów lazła do 
oczu z pazurami lub biła lekko po buzi. W końcu zaczęła wymyślać ordynarnie kelnerom, za 
co wyrzucono ich z restauracji. 

Gdy zaś znaleźli się na ulicy, zaczęła na głos śpiewać nieprzyzwoite piosenki i tańczyć 

kankana na środku jezdni. Zabawy przerwał milicjant i po chwili znaleźli się w komisariacie, 
gdzie przespali noc. 

Obudziwszy  się  o  świcie  doktor  Kudełek  z  początku  nie  wiedział  co  się  z  nim  stało. 

Później dopiero uświadomił sobie wypadki wczorajszego wieczoru. Po chwili go wypuszczo-

background image

no.  W  kancelarii  stanął  oko  w  oko  z  narzeczoną.  Spuściła  oczy,  ale  już  bez  rumieńca.  W 
taksówce nie zamienili ze sobą ani słowa. Odwiózł ją do domu i pożegnał przed bramą. 

Wchodząc do bramy jeszcze się zataczała. Doktor Kudełek przez chwilę patrzył za nią, 

potem w przystępie słabości i żalu oparł się plecami o latarnię. Tuż obok wąsaty stróż zamia-
tał ulicę. Podszedł doń, w obawie, że pijak może mu zanieczyścić chodnik. Zorientowawszy 
się jednak z wyrazu twarzy, że to cierpienie duchowe, pokiwał głową i mruknął: 

— Tak, tak... Co drugą noc tak wraca. 
— Co pan mówi! Miałem się z nią żenić! — zawołał doktor Kudełek z rozpaczy. 
— Ładnie by pan wpadł. To moczymorda. Dlatego nikt jej nie chce. Rodzice dają mie-

szkanie i pięćset miękkich. Próżno... więc ukrywają to przed ludźmi. Może ktoś da się nabrać. 
Niech pan dziękuje Bogu. 

I  doktor  Kudełek  posłuchał  starego  dozorcy.  Ukląkł  na  chodniku  i  dziękował  Bogu  za 

ocalenie. 
 

* * * 

 

Po tym wydarzeniu doktor Kudełek na parę dobrych miesięcy zaniechał szukania sobie 

narzeczonej.  Tym  bardziej  jednak  zwrócił  uwagę  na  swoją  nową  sekretarkę.  Dawny  stary 
babsztyl poszedł właśnie na urlop, a na jej miejsce przydzielono mu pannę wielce urodziwą, 
wysoką  i  postawną  o  pięknych  kasztanowatych  włosach,  które  w  słońcu  mieniły  się  jak 
miedź. Oczy miała wielkie, zielone, a ciało tak białe i różowe, jak tylko mają rudowłose. Nic 
dziwnego, że szef pomimo doznanych ostatnio smutnych doświadczeń spozierał na nią coraz 
łaskawiej i nieraz patrzył przez palce, gdy przez roztargnienie włożyła kalki odwrotną stroną 
do maszyny, lub nie mogła sobie dać rady z taśmą. 

Po  paru  dniach  doszło  między  nimi  do  rozmów  ściśle  prywatnych,  a  po  tygodniu  już 

szef  w  ciemnej  loży  kina  całował  jej  namiętne  usta.  Nie  była  ani  gadatliwa,  ani  żarłoczna, 
raczej uderzała w niej pewna obojętność wobec świata. Miała jednak i swoje wady. Ani rusz 
nie mogła nigdy przyjść punktualnie. Spóźniała się chronicznie dobre kilkadziesiąt minut, co 
niezmiernie denerwowało punktualnego i systematycznego z natury doktora Kudełka. Gdy jej 
z tego powodu czynił wyrzuty, odpowiadała z całą prostotą: 

— Wybacz, ale ja tak zawsze. Póki się ubiorę, póki uczeszę... Tak mi jakoś zejdzie... 
Nie  można  jej  było  ani  rusz  wytłumaczyć,  że  przecież  mogła  była  zacząć  się  ubierać 

wcześniej.  Tak  samo  przy  pracy,  gdy  myliła  kopie,  przekręcała  daty  i  szef  robił  jej  z  tego 
powodu uwagi, odpowiadała obojętnie. 

— Ja już jestem taka chaotyczna. 
Ciągle coś pomyliła, coś zapomniała, coś zepsuła. Wszystko leciało jej z rąk. Nie nada-

wała się wcale do pracy w biurze i szef tolerował ją jedynie ze względu na jej piękne ciało, do 
którego płonął coraz większą namiętnością. Powiedzmy, tak począł szaleć, iż gotów był się z 
nią nawet żenić. Z jej pocałunków podejrzewał pod zewnętrzną ospałością niezwykłą zmysło-
wość. Jej niezdarność tym bardziej pociągała go jako stuprocentowego mężczyznę. Pewnego 
razu poprosiła go o pożyczkę. Uczynił zadość jej prośbie i odtąd wciąż pożyczała odeń sumy 
coraz większe i większe. Gdy zaś pytał ją żartem, co robi z pieniędzmi, mówiła: 

— Czy ja wiem... Tak mi się jakoś rozchodzą... 
Pomimo  to  nie  doszło  jeszcze  pomiędzy  nimi  do  zasadniczego  zbliżenia.  Panna  nie 

chciała przyjść na kawalerkę do szefa. W końcu postawiła za warunek — małżeństwo. Osza-
lały z namiętności doktor Kudełek zgodził się. Wtedy zaprosiła go po raz pierwszy do siebie 
do domu, gdzie mieszkała razem z koleżanką. 

Tak się stało, że doktor Kudełek czy to z niecierpliwości, czy po prostu przez pomyłkę 

przyszedł o godzinę wcześniej. Zadzwonił, otworzyła mu służąca. Powiedział nazwisko uko-
chanej. 

background image

— Jeszcze nie przyszła. Może pan zaczeka... 
Otworzyła drzwi do pokoju, gdzie mieszkały panny i odeszła nie troszcząc się o gościa. 
Doktor  Kudełek  wszedł  do  pokoju.  Spojrzał  i  zdumiał  się.  Panował  tu  niepodobny  do 

opisania  nieład.  Łóżka  były  nieposłane  okazując  brudną  i  zmiętoszoną  pościel.  Sukienki, 
bielizna walały się na podłodze, na stole, pod łóżkiem, pomieszane z jedzeniem, z butami, z 
rozsypanym pudrem i szminką. Na łóżku leżała otwarta książka, a na niej brudna szczotka do 
butów.  Doktor  Kudełek  nie  mógł  się  powstrzymać,  aby  nie  odczytać  tytułu.  Była  to  sławna 
„Barbara Ubryk, czyli tajemnica klasztoru”... 

Na środku pokoju stała umywalka z poszczerbioną miednicą, obok leżał brudny ręcznik. 

Pod  sufitem  wisiała  pajęczyna;  okna  były  nie  myte  chyba  od  roku,  ściany  popstrzone  przez 
muchy, poplamione atramentem, farbami, diabli wiedzą czym. Nie była to wcale nędza, lecz 
nie dające się opisać niechlujstwo. W pokoju nie sprzątano chyba od tygodnia. 

Tuż  obok  było  wejście  do  łazienki.  Doktor  Kudełek  zajrzał  tam  mimo  woli.  Przedsta-

wiała  ona  nieprawdopodobny  obraz  zniszczenia  i  brudu.  W  wannie  leżał  węgiel.  Spod  nóg 
nieproszonego gościa uciekały karaluchy. 

Doktor Kudełek wrócił do pokoju panien, po czym wyszedł do przedpokoju. Tam napo-

tkał służącą. 

— Czy pan nie będzie czekał? 
— Nie. 
— A co mam powiedzieć panience? 
— Co się pani podoba... 
Na  drugi  dzień  rano  doktor  Kudełek  postarał  się  o  przeniesienie  sekretarki.  Był  urato-

wany. 
 

* * * 

 

Nic dziwnego, że po tylu zawodach doktor  Kudełek zniechęcił się do kobiet. Myśl, że 

mógłby się ożenić z podobnym flejtuchem, jak jego ostatnia bohdanka, napawała go przeraże-
niem. W końcu zaczął po prostu stronić od kobiet, nie chodził na żadne zebrania towarzyskie, 
a co do sekretarki, na szczęście wróciła doń po urlopie dawna, stara i brzydka. Doktor Kude-
łek ofiarował zdumionemu babsztylowi kwiaty i tak ją wychwalał wobec współpracowników, 
że się popłakała z rozczulenia. 

Ale  jakkolwiek  on  sam  zaniechał  poszukiwań,  nim  nie  przestano  się  interesować. 

Mężczyzna niebrzydki, na stanowisku, bez nałogów, w wieku odpowiednim do małżeństwa to 
skarb w tych powojennych czasach. Takiemu nigdy nie dadzą spokoju. 

Po  pewnym  czasie  został  zaproszony  na  przyjęcie  do  wysokiego  dygnitarza.  Tam  w 

gronie  elity  umysłowej  współczesnej  demokracji  poznał  kuzynkę  gospodarza,  przystojną 
rozwódkę, w wieku „pod trzydziestkę”, kobietę nie tylko o wysokiej inteligencji, ale i co się 
nazywa, samodzielną. Zajmując wysokie stanowisko w ministerstwie była jednocześnie asy-
stentką na jednej z wyższych uczelni. Miała własne mieszkanie i samochód do dyspozycji. Po 
kilkunastominutowej rozmowie przypadli sobie do smaku. Doktor Kudełek szczególnie lubił 
kobiety tego typu. I nic dziwnego. Czyż nie jest bardziej odpowiednia na żonę dla intelektua-
listy kobieta, z którą o wszystkim można rozmawiać, niż kura domowa, głupi garkotłuk, zdo-
lny mówić tylko o żarciu, albo o szmatkach. 

Tak bywa na tym świecie, że jeśli mężczyzna i kobieta chcą się spotkać, zawsze im się 

to udaje. Wkrótce potem spotkał znów doktor Kudełek piękną rozwódkę na jakimś zebraniu, 
na  które  właściwie  mógłby  nie  iść.  Ponieważ  dyskutowano  nad  sprawami  małżeńskimi,  do-
ktor Kudełek zabrał także głos, oświadczywszy w odpowiednim miejscu, że ludzie inteligent-
ni  i  wykształceni  powinni  sobie  dobierać  również  inteligentne  i  wykształcone,  pracujące  za-
wodowo, towarzyszki. Były to pewnego rodzaju oświadczyny. Toteż piękna pani nie omiesz-

background image

kała  go  obdarzyć  uroczym  uśmiechem.  Po  zebraniu  odwiozła  go  do  domu  swoim  samocho-
dem, śpieszyła się bowiem na wykład. W drodze zdążyła go objaśnić, że ona również pojmuje 
małżeństwo tylko jako związek z człowiekiem o wysokich walorach umysłu. Po czym umó-
wili się następnego dnia do teatru. 

Z drżącym sercem wchodził doktor Kudełek na schody pięknego, nowoczesnego domu, 

gdyż  według  umowy  miał  wstąpić  po  partnerkę.  —  No,  nareszcie  —  myślał  —  to  jest  dla 
mnie żona. Długo szukałem, lecz nie mogłem znaleźć bardziej odpowiedniej. Może to i szczę-
ście,  że  los  podsuwał  mi  takie  złe  partie,  których  bym  później  żałował.  —  Nieszczęśliwy 
doktor  Kudełek  wspomniał  ze  strachem  swoje  nieudane  narzeczone  aż  do  nieposprzątanego 
pokoju włącznie... 

Zadzwonił.  Otworzyła  mu  elegancka  służąca.  Rozebrał  się  w  przedpokoju  i  wraz  uszu 

jego dobiegł odgłos kłótni dwu kobiet: młodej i starej. W młodym głosie poznał swą wybraną. 
Po  chwili  wyszła  doń  z  uroczym  uśmiechem.  Zaprosiła  do  pokoju  i  przedstawiła  swojej 
matce, cichej, zahukanej staruszce. Po chwili doktor Kudełek poznał w niej ów starszy, kłócą-
cy się głos. 

Już  był  czas,  by  jechać  do  teatru.  Ponieważ  ostatnio  wydane  rozporządzenie  zabroniło 

używać  samochodu  poza  służbą,  wypadło  jechać  po  prostu  tramwajem.  Pożegnawszy  staru-
szkę  zeszli  szybko  ze  schodów.  Właśnie  byli  w  bramie,  kiedy  minęła  ich  jakaś  elegancka 
pani. Piękna asystentka rzuciła się ku niej: 

— Pani dzieci znów rzucały śmiecie na mój balkon!... 
Elegancka  sąsiadka  odpowiedziała  coś  niegrzecznie  i  po  chwili  obie  panie  zaczęły  się 

ordynarnie kłócić, wymyślając sobie od najgorszych, grożąc milicją i sądem. Doktor Kudełek 
stał przez chwilę skonsternowany, aż nagle wpadł na pomysł. 

— Proszę pani, spóźnimy się do teatru. 
To  poskutkowało.  Piękna  rozwódka  „oderwała  się  od  nieprzyjaciela”  i  rzuciwszy  na 

odchodnym jeszcze kilka pogróżek, pośpieszyła z partnerem na przystanek. Właśnie nadszedł 
tramwaj. Wskoczyli szybko. Po paru przemówieniach się ze stojącymi w przejściu pasażerami 
piękna  asystentka  wyższej  uczelni  weszła  do  środka  wozu.  Doktor  Kudełek,  oddzielony  od 
niej kilku osobami, posłyszał, jak zaczęła kłótnię z konduktorem, który żądał ukazania legity-
macji na bilet ulgowy. Po chwili kłótnia ucichła. 

Wówczas doktor Kudełek zaczął się wolno przedzierać w stronę swej znajomej. Był już 

niedaleko, gdy ta znów zaczęła kłótnię. Kłóciła się ząb za ząb o miejsce z jakimś robotnikiem 
wymyślając mu od impertynentów i chamów. On ze swej strony nie pozostał dłużny nazywa-
jąc ją „kapeluszową zdzirą”, oraz „starą cholerą”. Doktor Kudełek był w kłopocie. Wypadało 
mu interweniować. Na szczęście już trzeba było wysiadać. Weszli do teatru. 

W  teatrze  piękna  intelektualistka  najprzód  zaczęła  się  kłócić  z  panienką  w  szatni  o 

pobieranie  zbyt  wysokich  cen,  później  z  portierem,  który  jej  nie  pozwalał  wejść  na  salę  w 
kapeluszu.  W  końcu  postawiła  na  swoim  i  usiedli  w  jednym  z  pierwszych  rzędów.  Wtedy 
zaczęła  się  kłótnia  z  siedzącymi  z  tyłu  widzami,  którzy  domagali  się  zdjęcia  kapelusza.  Na 
koniec umilkła. Zaczęło się przedstawienie. 

W  antrakcie  wyszli  do  foyer  na  papierosa.  Portier  zwrócił  im  uwagę,  że  wolno  palić 

tylko  w  palarni,  więc  piękna  pani  zaczęła  się  z  nim  kłócić.  Doktor  Kudełek  pociągnął  ją  ze 
sobą do palarni, wtedy zaczęła się kłócić z nim. W mig jednak opanowała się i już po chwili 
na  jej  twarzy  widniał  uroczy  uśmiech.  To  była  jedna  z  jej  tajemnic  —  nagłe  przejście  od 
kłótni do uśmiechu. Zdaje się, że kłótnia wcale nie działała jej na nerwy, była jej żywiołem. 

W  drugim  antrakcie  poszli  do  bufetu  wypić  lemoniady.  Naturalnie  piękna  rozwódka 

rozpoczęła kłótnię z bufetową o cenę, aczkolwiek płacił jej towarzysz. W czasie przedstawie-
nia kłóciła się z kimś obok, kto szeleścił głośno papierem. 

Po przedstawieniu odwiózł ją do domu taksówką. Piękna asystentka nie ominęła okazji 

kłócenia się z szoferem  o rzekome sfałszowanie  sumy na liczniku, potem przemówiła się ze 

background image

stróżem,  który  jej  nie  dość  szybko  otworzył  bramę.  Doktor  Kudełek  poszedł  za  nią  na  górę, 
gdyż zaprosiła go na herbatę. 

Zostawiła  go  na  chwilę  samego  w  saloniku.  Natychmiast  po  jej  wyjściu  doleciały  go 

odgłosy kłótni: piękna intelektualistka dawała szkołę swojej mamusi, po czym zabrała się do 
służącej. Było słychać wrzask, harmider, szczęk bitych talerzy. Po chwili weszła do pokoju ze 
swoim  uroczym  uśmiechem,  za  nią  podążały  matka  i  służąca  z  takimi  minami,  jakby  to,  co 
zaszło  przed  chwilą,  było  w  ich  domu  rzeczą  zwykłą.  Kolacja  minęła  w  miłej,  pogodnej 
atmosferze. Doktor Kudełek został zaproszony w niedzielę na obiad. 

Z  zaproszenia  tego  jednak  nie  skorzystał,  posyłając  bilecik  z  wytłumaczeniem:  „Z  po-

wodu choroby itd....” Odtąd też unikał wszelkiego rodzaju zebrań, gdzie mógłby się spotkać z 
piękną intelektualistką. 
 

* * * 

 

Sądzę, że nikogo nie zdziwi, jeśli zaznaczymy, iż podobne przejścia nie wpłynęły doda-

tnio  na  humor  i  stan  nerwowy  doktora  Kudełka.  Po  przeżytych  zawodach  stał  się  ponury, 
milczący  i  podejrzliwy.  Gdy  tylko  poznał,  lub  nawet  zaczął  obserwować  jakąś  przystojną 
kobietę, mimo woli przychodziło mu na myśl: jakie musi w sobie kryć świństwa? Trudno je-
dnak mężczyźnie pozbyć się myśli o kobiecie w latach, gdy zarówno ciało jak i dusza gwałto-
wnie domagają się towarzyszki. Tak i nasz bohater, aczkolwiek teoretycznie wyrzekł się szu-
kania ewentualnej żony, w rzeczywistości całkiem podświadomie nie przestał zwracać uwagi 
na kobiety, co zresztą było zupełnie naturalne. 

Poznał ją na odczycie. Była studentką filozofii. Aczkolwiek nie mogła liczyć więcej niż 

jakieś dwadzieścia cztery lata, zdumiewała inteligencją i oczytaniem. Rozmowa o literaturze, 
muzyce i sztukach pięknych miała w jej ustach niewysłowiony urok. Doktor Kudełek przepa-
dał  za  takimi  gawędami,  tym  bardziej  że  rozmówczyni  prócz  niezwykłej  urody  miała  jakiś 
niewysłowiony, delikatny wdzięk. 

Jak zwykle zaczęli chodzić razem do teatru i do kina, a później w kawiarni prowadzili 

długie, urocze rozmowy, których urokowi doktor Kudełek począł coraz bardziej ulegać. Och, 
czyż nie warto ożenić się z taką kobietą, aby ciągle z nią w ten sposób gawędzić! 

I znów spotkali się, rozmawiali o teatrze, muzyce, poezji i różnych rzeczach mądrych i 

pięknych.  Raz  kiedy  rozmowa  zeszła  na  Szekspira,  przeskoczyli  na  ,.Kupca  Weneckiego”. 
Doktor Kudełek podkreślił doskonałość charakterystyki Shylocka z jego zawziętością i chęcią 
krwawej zemsty na Antonio. 

— Nic dziwnego — rzekła urocza panna. — Przecie Żydzi i teraz biorą krew chrześci-

jańską na macę... 

— Pani w to wierzy?... 
— Ależ to nie ulega żadnej wątpliwości... 
Z  głosu  jej  i  gestu  wynikało,  iż  rzeczywiście  jest  o  tym  święcie  przekonana.  Toteż 

doktor  Kudełek  więcej  już  z  nią  się  nie  spotkał.  Bez  trudu  wyrzekł  się  uroczych  rozmów  z 
wykształconą panienką o sztuce, literaturze i rzeczach pięknych. 
 

* * * 

 

Wkrótce zdarzyło się, że stara, brzydka sekretarka odeszła. Proszę sobie wyobrazić, że 

wyszła  za  mąż.  Doktor  Kudełek  był  na  ślubie  i  poznał  jej  męża,  przystojnego,  eleganckiego 
pana. Nie mógł wyjść z podziwu nad zagadkowymi drogami doboru płciowego, lecz długo się 
nad tym nie zastanawiał, albowiem dostał nową sekretarkę, tym razem osiemnastoletnią. Było 
to  dziecko  tak  śliczne  i dobre,  że  doprawdy  trudno  się  w  niej  było  nie  zakochać.  Pracowita, 
posłuszna, pogodna i wesoła, ale nie trajkotliwa i wcale nie roztrzepana, jadła jak ptaszek, a 

background image

niewinna była jak dziecko. Wciąż tylko wspominała swoją mamę, że jej  na to, lub na tamto 
nie pozwala, lub że na nią czeka z obiadem, co jednak w jej wieku wcale nie trąciło hipokry-
zją. 

Doktor  Kudełek  spoglądał  na  nią,  jak  na  ślicznego  ptaszka,  który  przez  otwarte  okno 

wpadł do pokoju. Z początku bardzo nieśmiała wobec szefa, później dopiero zaczęła mówić o 
sobie. Okazało się, że była ubogą sierotą. Musiała pracować. Nie brała jednak tego tragicznie. 
Uważała pracę za coś naturalnego, nawet za rodzaj rozrywki. Śmiała się do maszyny, do sze-
fa,  do  interesantów  i  do  woźnego.  Wszyscy  w  biurze  przepadali  za  nią,  opiekowali  się,  jak 
cudnym dzieckiem, częstowali słodyczami... 

W końcu doktor Kudełek zaproponował jej pójście do kina. Wtedy bardzo się skonfun-

dowała. Widać było, że obawia się urazić szefa, z drugiej strony jednak boi się jakiegoś świń-
stwa.  Ta  mała  miała  wielkie  poczucie  godności,  które  naturalnie  doktor  Kudełek  pośpieszył 
uszanować, przypomniawszy sobie nagle, że dziś właśnie ma jakieś pilne zebranie, po czym 
już więcej nie próbował jej zapraszać, natomiast traktował ją z takim szacunkiem, że trudno 
tego było nie zauważyć. 

Rozmawiał z nią również często o małżeństwie, w ten delikatny sposób dając do zrozu-

mienia  o  czystości  swoich  zamiarów.  Panienka  wkrótce  się  w  tym  połapała  i  aczkolwiek  z 
daleka darzyła  go jawną życzliwością. Szef jednak już więcej nie odważył się jej zapraszać. 
Umiała  to  ocenić  i  doktor  Kudełek  z  radością  mógł  zaobserwować  wzrastającą  w  niej  ku 
sobie  sympatię.  Darzyła  go  coraz  większym  zaufaniem  i  nawet  radziła  się  parę  razy  w 
trudnych  sytuacjach  biurowych.  Teraz  on  był  stroną  drażliwą  co  do  godności.  Czuła  to,  że 
jeśli chce zbliżyć się ku niemu, musi przejąć inicjatywę. 

Zrobiła to pewnego dnia bardzo prosto i po dziecinnemu. Zgadało się o tym, że doktor 

Kudełek lubi placek ze śliwkami. 

— Och, a moja mama robi taki świetny placek ze śliwkami. Właśnie jutro ma go upiec. 

Niech pan przyjdzie do nas na placek. 

Nazajutrz o umówionej godzinie doktor Kudełek wyświeżony z bijącym sercem dzwo-

nił do mieszkania ukochanej. Otworzyła mu sama i zaprowadziła do skromnego, lecz schlu-
dnego  pokoiku,  gdzie  stał  stół  pięknie  nakryty.  Promieniała  urodą  i  szczęściem.  Unosiła  się 
jak motylek po pełnym słońca pokoju w swojej barwnej, letniej sukience i doktor czuł, że za 
każdym jej poruszeniem serce w nim taje jak lody śmietankowe, tym bardziej, że z jej uśmie-
chów, z wyrazu jej twarzy mógł już nieomylnie wyczytać, że urocze dziecko mu sprzyja. 

— Mama jest w kuchni: Zaraz tu przyjdzie. O, już jest!  
W tej chwili otworzyły się drzwi i do pokoju wszedł ktoś, kto według słów dziewczęcia 

powinienby być jej matką. Doktor Kudełek spojrzał i zadrżał. 

Wobec tej twarzy potwornie złej czymże były takie epitety jak: „herod baba”, „jędza”, 

„Ksantypa”, „megiera”, w czym nasz polski język zbyt ubogi zapożyczył się u obcych. Gdyby 
mu  się  podobna  twarz  w  nocy  przyśniła,  zapaliłby  światło  i  zażył  waleriany.  Można  by  ją 
zobaczyć  na  filmach  przedstawiających  życie  Indian  —  stara  czarownica  siedząca  w  kucki 
szepcze  zaklęcia,  albo  na  starych  sztychach  średniowiecznych  w  obrazach  sabatu  wiedźm. 
Nie  była  ona  szpetna,  miała  nawet  pewne  rysy  podobieństwa  z  córką.  lecz  tak  strasznie  zła, 
zawzięta  i  nienawistna,  że  biedny  kandydat  do  małżeństwa  w  pierwszej  chwili  po  prostu 
stracił głowę. 

Jak nieprzytomny wybełkotał słowa przywitania i jak przez mgłę słyszał straszny, gruby 

głos  tej  Celestyny,  czyniącej  honory  domu  oraz  dźwięczny  szczebiot  swojej  wybranej.  Gdy 
przyszedł  do  siebie,  siedział  już  przy  stole  i  jadł  placek  ze  śliwkami  popijając  kawą.  Stara 
megiera mówiła: 

— Jesteśmy tylko we dwie na świecie z córką. Nigdy nie zgodziłabym się z nią rozstać, 

szczególnie gdy jest jeszcze tak młoda i niedoświadczona, a ludzie tak źli i przewrotni. 

To mówiąc łypnęła nieznacznie okiem w stronę kandydata na zięcia. Wyraz twarzy jej 

background image

mówił: ty, draniu, chcesz uwieść moje biedne dziecko, ale ja już ci dam radę. 

I doktor Kudełek zrozumiał, że straszna megiera dałaby mu radę, co więcej, że perspe-

ktywa  jego  szczęścia  małżeńskiego  z  pięknym  dzieckiem  zaczyna  się  rozwiewać  jak  mgła. 
Było jasne: biorąc do swego domu tego aniołka, który tak cudnie szczebiotał po jego prawej 
stronie, musiałby wziąć i tę straszną wiedźmę z vis à vis, która by mu zatruła i uniemożliwiła 
życie. 

— Czemu pan taki dziś nie w humorze? — pytał aniołek. 
— Miałem przykrości z ministrem — odparł nieszczęsny szef. 
Rzeczywiście stracił cały humor, stał się ponury i milczący. Bo jak tu być wesołym na 

gruzach  szczęścia!  Doktor  Kudełek  odsiedział  przepisowe  trzy  kwadranse,  pochwalił  placek 
ze  śliwkami,  który  mu  stanął  kością  w  gardle  i  wyszedł  pod  pretekstem,  że  śpieszy  na 
konferencję. 

Idąc  zataczał  się  jak  pijany.  Parę  razy  omal  nie  wpadł  pod  samochód.  Och,  jakże  był 

nieszczęśliwy! I tym razem okrutny los zadrwił z niego. 

Jeszcze  przez  kilka  dni  walczył  ze  sobą,  przeżywał  straszną  rozterkę,  mając  tuż  obok 

cudne dziewczę, które w swej nieświadomości pytało go naiwnie: 

— Jak się panu podobała moja mama? 
— Owszem, twarz jej wryła mi się w pamięć — odpowiedział nieszczęsny kandydat na 

zięcia.  I  rzeczywiście  straszna  gęba  wąsatej  wiedźmy  ciągle  śniła  mu  się  po  nocy.  To  była 
podświadoma samoobrona jego psyche. W końcu po ciężkiej walce doktor Kudełek rozbity i 
złamany zdecydował się. Poszedł do wydziału personalnego i zażądał nowej sekretarki. 

W dniu jednak, gdy miała nastąpić zamiana, nie przyszedł do biura udając chorego. Bał 

się pożegnalnej rozmowy, otwartych pytań szczerego i bezpośredniego dziecka. Potem przez 
kilka  miesięcy  unikał  wydziału,  do  którego  została  przeniesiona.  Ten  ostatni  cios  przeżył 
ciężej od innych, a straszna twarz wiedźmy długo jeszcze powracała w sennych koszmarach. 
 

* * * 

 

Nie  potrzebuję  chyba  zaznaczać,  że  pasmo  przeżytych  tak  ciężko  zawodów  odbiło  się 

fatalnie na psychice doktora Kudełka. Poczynał on tracić  wiarę w  człowieka, a w kobiety w 
szczególności. Zaniechał już po prostu myśli szukania żony i wzorem swoich kolegów chciał 
się rzucić w objęcia rozpusty, co nie licowało z jego poważnym poglądem na życie... Później 
zaczął  się  coraz  więcej  zastanawiać  nad  sprawami  tzw.  „wiecznymi”  tj.  ducha,  świata, 
nieskończoności, co jak wiadomo jest dowodem rezygnacji z życia. 

Szczególnie  ostatnie  przejścia  z  pięknym  dziewczęciem,  mającym  tak  straszną  matkę, 

najwięcej go kosztowało cierpienia. Od tego czasu podupadł na zdrowiu, nawet zęby zaczęły 
go boleć. Zaczął chodzić do dentystów i to zajmowało mu sporo czasu. 

Raz  w  poczekalni  u  dentysty  zobaczył  bardzo  przystojną  kobietę.  Wiadomo,  że  wsze-

lkie  czekanie  nie  jest  rzeczą  przyjemną,  a  cóż  dopiero  u  dentysty,  który  nam  lada  chwila 
zacznie wiercić w zębie. W takiej sytuacji ludzie łatwiej zbliżają się do siebie. Toteż i doktor 
Kudełek,  aczkolwiek  w  zupełności  już zrezygnował  z  kobiet,  po  prostu  dla  zabicia  nudnych 
chwil czekania nawiązał rozmowę z przystojną nieznajomą. 

Okazało się, że była to kobieta kulturalna i miła. Gdy po paru dniach zeszli się znów w 

tej samej poczekalni, oboje odczuli wyraźne zadowolenie. To jasne, przypadli sobie do sma-
ku. Doktor Kudełek obawiając się, aby przekorny los ich nie rozdzielił, zaprosił ją od razu do 
kawiarni, na co się zgodziła bez żadnego udawania. 

Pośpieszył  tam  wprost  z  fotela  dentystycznego.  Przy  stoliku  w  kawiarni  przegadali 

dobrych parę godzin. Przystojna pani pracowała w aptece, miała więc wyższe wykształcenie 
— była inteligentna i oczytana. Bardzo się podobała doktorowi. 

Nauczony  tylu  doświadczeniami  chciał  ją  wybadać.  W  tym  celu  zapraszał  kilka  razy 

background image

pod  rząd  do  kawiarni.  Ale  przystojna  pani,  nie  odznaczała  się  łakomstwem.  Wypiła  pół 
czarnej z ciastkiem i płaciła za siebie. 

Gdy  ta  pierwsza  próba  dała  wyniki  dodatnie,  zaprosił  ją  do  restauracji  i  począł  nama-

wiać na wódkę. Przystojna pani wypiła kieliszek jeden, drugi. Wreszcie dała się namówić na 
trzeci kieliszek, po którym stanowczo odmówiła, jakkolwiek wypity alkohol uczynił ją tylko 
nieco  weselszą.  Próżno  doktor  Kudełek  kilkakroć  ponawiał  próby,  obawiając  się  podstępu. 
Nowa znajoma nie piła nigdy więcej niż dwa, trzy kieliszki. I pod tym względem zdała egza-
min. 

Wtedy  doktor  Kudełek  zaczął  ją  prowadzić  do  kina  i  do  teatru.  Ku  wielkiemu  jego 

zadowoleniu  nowa  znajoma  zachowywała  się  bez  zarzutu.  Po  zgaszeniu  światła  nie  mówiła 
nic nawet szeptem, za to w antraktach robiła inteligentne uwagi. Chodzić z nią do teatru było 
prawdziwą satysfakcją. 

Przy  tym  wszystkim  doktor  Kudełek  zawsze  czujny  i  spostrzegawczy  zauważył,  że 

piękna farmaceutka nie mówi wiele o sobie, że nie ma zwyczaju przerywać komuś zdania, że 
nie powtarza kilka razy tego samego, że się nie lubi spierać, a jest dowcipna i zajmująca. Czas 
z  nią  mijał  szybko  i  mile.  To  wszystko  było  jednak  dla  podejrzliwego  doktora  za  mało. 
Doświadczony przez tyle nieszczęść wietrzył w nowej znajomej jakieś tajemnice. Cóż właści-
wie wiedział o niej? Tyle, że była już rozwódką i wdową, co w tych powojennych czasach nie 
należało do rzadkości. Na koniec wpadł na genialny pomysł. 

Właśnie  przyszło  lato,  a  z  nim  okres  urlopów.  Przystojna  znajoma  miała  wyjechać  do 

Zakopanego. Doktor Kudełek wystarał się o urlop w tym samym czasie i wyjechali razem. 

Gdzież można lepiej obserwować kobietę, jak nie na letnisku, mieszkając w tym samym 

pensjonacie, w pokoju obok. Czy jest porządna, kiedy wstaje, jak się zachowuje w towarzy-
stwie i w ogóle. Toteż doktor Kudełek nie stracił ani jednej chwili wciąż obserwując przystoj-
ną znajomą. Lecz i tym razem obserwacja dała jak najlepsze wyniki. Piękna pani wstawała o 
siódmej  rano,  myła  się  zimną  wodą,  nigdy  zbyt  długo  nie  siedziała  przed  lustrem,  była 
czyściutka, porządna — słowem same zalety. Doktor Kudełek, który spędzał z nią cały czas, 
czuł,  że  powinien  się  jednak  zdecydować,  ponieważ  przystojna  rozwódka  aczkolwiek  nie 
doszło  między  nimi  do  żadnego  zbliżenia,  wkładała  w  ich  znajomość  coraz  więcej  uczucia, 
darząc go jawną sympatią i przywiązaniem. 

Miesiąc  urlopu  minął  im  jak  bajka.  Chodzili  na  wycieczki  w  góry,  na  dansingi.  Jeżeli 

pomiędzy nimi nic nie zaszło, to z przyczyny ostrożności doktora, który po tylu zawodach nie 
chciał  się  wiązać  z  nową  znajomą,  aczkolwiek  wyczuwał  w  jej  zachowaniu  coraz  większe 
oczekiwanie, pod koniec zaś wyraźny zawód. Ale doktor Kudełek twardo stał na swoim sta-
nowisku. Nie, musiał się najpierw o niej czegoś dowiedzieć, znaleźć wspólnych znajomych. 

Jak  zwykle  w  takich  razach  traf  mu  przyszedł  z  pomocą.  Zaraz  po  powrocie  do 

Warszawy  udali  się  razem  do  kawiarni.  Nagle  do  ich  stolika  podszedł  elegancki  brunet, 
niejaki Faliszewski, dawny kolega szkolny doktora Kudełka. 

— Pozwalam sobie podejść, ponieważ znam państwo oboje... 
Doktor Kudełek z trudem opanował wzruszenie. Nareszcie będzie się mógł o niej cze-

goś dowiedzieć! 

Udawał obojętność, obserwując przystojną znajomą, która zdawała mu się nieco zmie-

szana.  Faliszewski  przesiedział  przy  ich  stoliku  pół  godziny,  po  czym  odszedł,  zostawiając 
dawnemu  koledze  swój  biurowy  telefon.  Zaraz  następnego  dnia  rano  zadzwonił  Kudełek  do 
Faliszewskiego  a  wieczorem  siedzieli  sam  na  sam  przy  stoliku  w  restauracji.  Pili  wódkę  i 
rozmawiali o dawnych szkolnych czasach. W końcu doktor Kudełek począł bez ogródek: 

— Słuchaj, bracie, powiem ci szczerze. Chcę się od ciebie dowiedzieć czegoś o naszej 

wspólnej znajomej. Czy znasz ją dobrze? 

— Bardzo dobrze. Miałem z nią wiele do czynienia za czasów okupacji. 
— Tylko mów szczerze, wszystko co wiesz. Mam zamiar się z nią żenić. A wiem o niej 

background image

niewiele. Za każdą wiadomość będę ci niezmiernie wdzięczny. 

Faliszewski zastanowił się. 
— Nie wiem, czy ta kobieta nadaje się do małżeństwa... 
Doktor Kudełek pobladł. 
— Czemu? Czy współpraca z Niemcami? 
— Skądże znowu!... Pod tym względem nie można jej nic zarzucić. 
Doktor Kudełek odetchnął. 
— Więc mów, co? 
— Widzisz, ona ma inne wady... 
— Jakie? Czy się upija, czy histeryczka, wariatka, awanturnica? 
— Nie, nie można powiedzieć... To kobieta cicha, spokojna... 
— Więc może wałkoń, trajkot, flejtuch, suswał, półgłówek? 
—  Nie,  bynajmniej.  Wcale  nie  gadatliwa.  Czysta,  pracowita,  inteligentna,  może  nawet 

zanadto... 

— Więc, u licha, czegóż jej brak? 
— Widzisz, jako gentelman... 
— Na miłość boską, powiedz! Zaklinam cię przez pamięć naszych szkolnych lat! 
Każdy, kto skończył szkołę, wie jakie to wielkie zaklęcie. Toteż Faliszewski po chwili 

wahania rzekł zniżając głos: 

— Widzisz, to jest kobieta z przeszłością. Ona miała kochanka. 
— Tylko tyle? 
Doktor  Kudełek  uczuł,  jak  z  serca  jego  spadł  ciężar,  ale  Faliszewski  nie  zrozumiał. 

Odruch radości przyjął za oznakę niewiary. 

— Jak matkę kocham — mówił — to prawda. Możesz mi wierzyć. Powiem ci więcej. 

Ja sam z nią żyłem przez dwa lata. 

— Co ty mówisz! 
W  głosie  doktora  Kudełka  dźwięczała  radość.  Chwycił  kurczowo  Faliszewskiego  za 

przegub dłoni. 

— Więc ty ją musisz znać! Ty wiesz, czy nie pijaczka, nie głuptak, nie sekutnica?! 
— Ależ skąd... Wszystko, co ci o niej powiedziałem, to święta prawda. 
— Przysięgnij! Na pamięć naszych lat szkolnych!... 
— Przysięgam. To w gruncie rzeczy dobra kobieta. 
— Więc czemuście się nie pobrali? 
— A po co? Jeśli żyłem z nią bez ślubu... 
— Więc czemu żeście się rozeszli? 
— Hm, ona ma jeszcze jeden wielki defekt. Nie gra w bridża. 
— Przyjacielu! 
Kudełek nie mógł się powstrzymać, aby nie uściskać Faliszewskiego, a potem jak szalo-

ny wybiegł z jego mieszkania. Po upływie pół godziny siedział już na kanapce obok narzeczo-
nej  całując  jej  ręce.  Jego  oświadczyny  zamiast  spodziewanej  radości  wywołały  jednak  w  jej 
twarzy jakiś cień smutku.  

—  Zanim  odpowiem  panu  „tak”,  czy  „nie”  muszę  panu  coś  wyznać...  Ja  mam  prze-

szłość... 

— Ależ to nic strasznego. Przecie i ja... 
— Prócz obydwu mężów miałam jeszcze kochanków. Jednym z nich był pana kolega, 

którego spotkaliśmy wczoraj. 

— Wracam właśnie od niego... 
— Czy mówił coś o mnie? 
—  Tak,  i  trudno  o  lepsze  referencje,  niż  te,  które  otrzymałem.  Jedyną  pani  wadą  jest 

chyba to, że nie gra pani w bridża. Ponieważ ja również nie grywam... szczęściu naszemu nic 

background image

nie stanie na przeszkodzie! 

— W takim razie... w takim razie... 
Zarzuciła mu ręce na szyję. 
W ten sposób doktor Kudełek doznawszy tylu nieszczęść dobrnął nareszcie do szczęśli-

wej przystani małżeństwa. Tu więc kończy się fatalność jego losu i moja opowieść.  
 
 
 
 

PIMPU

Ś ZDOBYWA OJCA 

 

Pawełek  ma  lat  sześć.  W  domu  nie  wiadomo-  dlaczego  wołają  nań  „Pimpuś”.  Ojciec 

Pimpusia  rozwiódł  się  z  mamą,  kiedy  chłopczyk  nie  miał  jeszcze  roku  i  wyjechawszy  do 
innego  miasta  założył  nową  rodzinę.  Pimpuś  więc  nie  pamięta  go  wcale.  Ponieważ  jednak 
inni rówieśnicy Pimpusia chwalili się od czasu do czasu swoimi ojcami,  Pimpuś zapytał raz 
matkę: 

— Mamo, a czy ja nie mam ojca? 
— Ależ naturalnie, masz, Pimpusiu — odpowiedziała nieco zmieszana młoda mama. — 

Wszystkie dzieci mają ojców. Ale twój ojciec wyjechał... daleko... daleko... 

— A może do Afryki? 
— Kto wie, może i do Afryki. 
— I tam poluje na słonie? 
— Może, Pimpusiu, i na słonie. 
Wkrótce  potem  jednak  matka  Pimpusia  pożałowała  swego  niewinnego  kłamstwa. 

Przechodząc  bowiem  przez  pokój,  gdzie  Pimpuś bawił  się  z synkiem  dozorczyni,  trzyletnim 
blondasem z wyłupiastymi oczkami, usłyszała w przelocie następującą rozmowę: 

—  Mój  ojciec  to  wielki  myśliwy.  Wyjechał  do  Afryki  i  tam  poluje  na  hipopotamy. 

Upolował  już  trzy  słonie  i  jednego  lwa.  Przysłał  nam  nawet  lwią  skórę,  ale  ją  zeszłej  zimy 
zjadły mole. 

Innym znów razem wróciwszy właśnie do domu posłyszała rytmiczny odgłos „wielkie-

go  bębna”  używanego  przez  mieszkańców  Afryki  Środkowej.  Po  chwili  przekonała  się,  że 
chłopczyk zmajstrował go z przewróconego do góry nogami taboretu i deski do prasowania. 

— Co też wyrabiasz, Pimpusiu! — zawołała matka, zdyszana biegiem po schodach. 
—  Poluję  na  tygrysy  razem  z  murzynami,  tak  jak  mój  ojciec  —  odpowiedział  z  dumą 

chłopczyk. 

Ten  motyw  polowania  w  różnych  wariantach  zaczął  powtarzać  się  coraz  częściej  w 

mieszkaniu matki Pimpusia. On i inni chłopcy biegali po mieszkaniu wydając dzikie okrzyki i 
strzelając z łuków do szaf, obrazów i okien. W domu zaczęło się robić istne piekło. Kochająca 
matka  cierpliwie  znosiła  wybryki  jedynaka.  Kiedy  jednak  przybyła  w  odwiedziny  trzyletnia 
kuzynka Dzidzia przybiegła do niej z płaczem na skargę, że chłopcy chcą ją ubrać w pasiastą 
kurtkę od pidżamy i zapolować na nią jak na zebrę, wezwała synka na rozmowę. 

—  Pimpusiu,  jesteś  niegrzeczny  —  powiedziała  głosem  jak  najbardziej  surowym.  — 

Jeżeli się nie uspokoisz i nie przestaniesz bawić w polowanie, zabronię przychodzić do ciebie 
chłopcom z podwórza. 

— A kiedy ja, mamo, bawię się w tatusia jak poluje w Afryce — odpowiedział powa-

żnie Pimpuś. 

— Ach, ty głuptasie! Twój ojciec już dawno opuścił Afrykę. Wyjechał... wyjechał... — 

tu matka Pimpusia zająknęła się nie wiedząc co powiedzieć. Jednak wrodzona lekkomyślność 
przyszła jej natychmiast z pomocą — ...do Bieguna Północnego — skończyła zadowolona. 

Oczy Pimpusia rozbłysły jak dwie gwiazdy. 

background image

— To tam, gdzie jest tak strasznie zimno? 
—  Tak.  To  kraj  wiecznych  śniegów  i  lodów.  Chodzą  tam  białe  niedźwiedzie  a  ludzie 

jeżdżą na sankach zaprzężonych w psy. 

Nie trzeba było długo czekać na skutki tego nowego kłamstwa. Tegoż dnia wieczorem 

domownicy  ujrzeli  przewrócone  oparciem  do  dołu  krzesło,  na  którym  siedział  Pimpuś.  W 
ręku trzymał bacik oraz  zrobione ze sznurka lejce, w które zaprzężeni dwaj jego  rówieśnicy 
na  czworakach  ciągnęli  pojazd  dookoła  stołu  szczekając  przy  tym  przeraźliwie.  Ponieważ 
przy  takiej  zabawie  bardzo  ucierpiała  podłoga,  którą  matka  Pimpusia  czyściła  pracowicie 
ligniną,  znów  więc  musiała  odbyć  z  synkiem  rozmowę.  Zapędzona  na  manowce  kłamstwa 
powiedziała  tym  razem,  że  ojciec  Pimpusia  nie  jest  już  na  biegunie,  lecz  że  został  maryna-
rzem i pływa po morzu. Niestety, kłamstwo zwykle się mści. 

Gotując  w  kuchni  kolację  skonstatowała  z  zadowoleniem,  że  w  pokoju  panuje  cisza. 

Dziwiło  ją  nieco  nawet,  że  synek,  do  którego  przyszło  właśnie  w  odwiedziny  aż  trzech 
rówieśników, nie daje o sobie znać przy pomocy żadnych podejrzanych hałasów. Po pewnym 
czasie zaniepokoiło ją to nawet. Właśnie miała udać się do pokoju, aby zobaczyć co chłopcy 
robią,  kiedy  nagle  dał  się  stamtąd  słyszeć  przeraźliwy  hałas.  A  więc  wszystko  w  porządku: 
odetchnęła matka. Pimpuś bawi się jak zwykle w Indian. Na wszelki wypadek jednak uchyliła 
drzwi i zajrzała. 

Oczy jej uderzył niezwykły widok. Na okrągłym stole jadalnym piętrzyły się odwróco-

ne  do  góry  nogami  krzesła.  Przywiązana  do  jednego  z  nich  szczotka  od  podłogi  imitowała 
maszt, ściągnięty zaś ze stołu obrus zastępował żagiel. Pimpuś na ustawionym na stole tabo-
recie niby na mostku kapitańskim wydawał rozkazy stojącym na stole malcom. 

—  Och,  Pimpusiu!  —  jęknęła  matka.  —  A  już  się  cieszyłam,  że  się  tak  grzecznie 

bawicie i cicho. 

—  Bo  to  była  cisza  morska,  ale  teraz  jest  burza,  sztorm.  Hej  tam,  opuścić  grotżagiel, 

rozluźnić sztofreje! Śmiało chłopcy, śmiało! 

Marynarze  pośpieszyli  służbiście  spełnić  rozkaz kapitana,  przy  czym  została  stłuczona 

lampa  na  suficie.  Wśród  okropnych  ciemności  załoga  walczyła  z  burzą,  aż  matka  zapaliła 
lampkę na biurku, kazała chłopcom wynosić się do domu i ściągnąwszy Pimpusia z kapitań-
skiego mostku, wytargała go za ucho. 

— Ależ mamo — tłumaczył się we łzach Pimpuś — ja chciałem tylko pokazać Jankowi 

i Cześkowi, jak mój tatuś pływa po morzu. 

Niedługo potem matka Pimpusia dostała posadę. Że zaś mieszkająca z nią razem ciocia 

również  pracowała  w  biurze,  trzeba  było  Pimpusia  oddać  do  przedszkola.  Z  początku  chło-
pczyk  dość  nerwowo  zareagował  na  wejście  do  nowego  środowiska,  później  jednak  bardzo 
zasmakował w towarzystwie tak licznych rówieśników. W tym pierwszym jednak kolektywie, 
którego  został  członkiem,  coraz  mocniej  zarysowywał  się  podstawowy  mankament  jego 
życia, a mianowicie brak ojca. 

Już w kilka dni po przyjęciu do przedszkola chłopczyk zaczął nagabywać matkę. 
— Powiedz mi, mamusiu, co robi mój tatuś? 
— Jak to, co robi? 
— No, czy jest żołnierzem, czy marynarzem, czy może strażakiem? 
Matka domyśliła się, że pewnie przedszkolanka pytała dzieci o zawód rodziców. 
— Nie, synku, ojciec twój jest po prostu zwyczajnym urzędnikiem. 
Na twarzy Pimpusia widniał wyraźny zawód z powodu tak pozbawionego romantyzmu 

zawodu ojca, wnet jednak zainteresował się czym innym. 

— Jeśli jest urzędnikiem, to pewnie umie pisać. 
— Naturalnie, że umie. 
— To dlaczego nigdy do nas nie pisze? 
Matka została wyraźnie zaskoczona. 

background image

—  Ależ  owszem  pisze  od  czasu  do  czasu,  tylko  rzadko.  A  przy  tym  listy  z  zagranicy 

często nie dochodzą. 

Po kilku dniach Pimpuś oświadczył matce, że chce się uczyć pisać. 
— Jeszcze jesteś na to za mały, synku. Masz czas. Za parę lat nauczą cię w szkole. 
— Kiedy ja chcę teraz. Żeby napisać list do tatusia. 
Cóż było robić. Matka zaczęła uczyć malca, który okazywał przy tym dużo samozapar-

cia.  Cierpliwie  wypisywał  pałeczki,  wysunąwszy  z  wysiłku  różowy  języczek.  Po  paru  tygo-
dniach znów jednak zaczął nagabywać nieszczęśliwą matkę. 

—  Powiedz  mi,  mamusiu,  jak  to  tak  być  może:  czy  ja  właściwie  mam  czy  nie  mam 

ojca? A może on utonął, kiedy pływał po tym morzu... 

— Nie, synku, nie utonął. Twój ojciec na pewno żyje. 
—  Ale  z  tym  musi  być  przecież  jakiś  szwindel.  Przecież  w  przedszkolu  to  wszyscy 

chłopcy mają ojców i Staś Kamiński, i Janek Nowak. A Jurek Tyc to ma nawet ojca maryna-
rza. A może mego ojca zamordowali za okupacji Niemcy, tak jak ojca naszej „pani”? 

— Nie, synku, twój ojciec żyje. 
— A czy on wysoki, czy niski? 
— Wysoki, bardzo wysoki. 
— To dobrze. Bo bym się za niego musiał wstydzić. Stefek Welke ma takiego małego 

ojca.  Jak  przychodzi  po  niego  do  przedszkola,  to  chłopcy  się  śmieją.  A  może  ty,  mamusiu, 
masz jego fotografię? 

— Nie, nie mam. Spaliły mi się podczas powstania, 
— To bardzo źle. A czy on brunet, czy blondyn? 
— Nie, on jest łysy. 
—  Łysy,  co  ty  mówisz!  No  trudno,  niech  będzie  łysy.  Ojciec  Lipskiego  też  jest  łysy. 

Ale to uczony profesor. Mówi, że mu włosy wypadły, bo tak wiele myślał. A czy to prawda 
mamo, że od myślenia włosy wypadają? 

— Bardzo możliwe, Pimpusiu. 
— To ty, mamo, nie myślisz pewnie wiele, jak masz takie gęste włosy. — A po chwili: 

— Ja już bym się zgodził nawet, żeby był łysy i żeby był biuralista a nawet aptekarz. 

Kompleks ojca nie dawał Pimpusiowi spokoju. Kiedyś po jakiejś lekcji pisania, Pimpuś 

zniecierpliwiony odłożył pióro. 

— Powiedz, mamo, kiedy ja nareszcie potrafię już tak pisać, żeby napisać list do ojca? 
— Czy ja wiem, synku... Może za rok... 
— Och, to tak długo, tak długo czekać. Słuchaj, a może ja ci podyktuję... 
Tym  razem  cios  był  nie  do  odparowania.  Matka  musiała  się  zgodzić.  Pimpuś  zastana-

wiał się przez chwilę, aż zaczął dyktować. List brzmiał następująco: 
 

Kochany Tatusiu! 

 

Ja piszę do Ciebie list, twój synek, Pimpuś.  (To  mama pisze za  mnie, bo  mam dopiero 

pięć lat i nie umiem pisać). A bardzo za Tobą tęsknię i chcę Ciebie zobaczyć. Czy ty właściwie 
jeste
ś  moim  ojcem,  czy  nie  i  w  ogóle  co  to  wszystko  znaczy?  U  nas  w  przedszkolu  wszyscy 
chłopcy  maj
ą  ojców.  Staś  Kamiński  i  Janek  Nowak,  nawet  Stefan  Burski,  choć  taki  niegrze-
czny i obcina kotom łby. A Jurek Tyc to nawet ma ojca marynarza. I ojcowie przychodz
ą do 
nich  do  przedszkola  i  chodz
ą  z  nimi  na  spacer.  A  Felek  Rubach  ma  ojca  milicjanta,  co  jak 
wraca do domu, to bierze go na plecy i obnosi dookoła stołu. A biedny Pimpu
ś nie ma ojca i 
bardzo si
ę tego wstydzi. Proszę cię, drogi Tatusiu, przyjedź do nas jak najprędzej! Całuję cię 
bardzo, bardzo mocno. Twój synek, Pimpu
ś
 

Kiedy  po  upływie  miesiąca  nie  było  odpowiedzi,  chłopczyk  począł  się  coraz  bardziej 

background image

denerwować. Próżno, zarzucana ciągle pytaniami, matka tłumaczyła mu, że listy z zagranicy 
idą  długo  i  że  poczta  mogła  gdzieś  po  drodze  utonąć.  Pimpuś  nie  dawał  się  zbyć  tak  łatwo. 
Jego kompleks ojcostwa pogłębiał się coraz bardziej. Aż wreszcie pękła bomba. 

Co  pewien  czas  przychodził  z  wizytą  „wujek”.  Był  to  wesoły,  starszy  pan,  właściwie 

wujeczny dziadek Pimpusia. Lubił on zaglądać aż nazbyt często do kieliszka i przyszedł wła-
śnie dobrze podochocony, kiedy nie było matki chłopca. 

— Jak się masz, Pimpuś — wołał już od progu. — Wiele dziś zdarłeś skalpów? A jak 

się mają Sokole Oko i Winnetou, Czerwonoskóry Gentelman? 

Pimpuś lubił swego wesołego wujecznego dziadka. Nie omieszkał mu się więc zwierzyć 

ze  swojej  troski,  że  jego  list  do  ojca  wysłany  za  granicę  pozostał  dotąd  bez  odpowiedzi. 
Starszy pan wybuchnął niepohamowanym śmiechem. 

—  List  z  zagranicy!  Cha  cha  cha!  Ależ  on  mieszka  w  kraju...  ten  twój  tato.  Tylko  po 

zerwaniu z twoją mamą wyjechał na Ziemie Odzyskane... 

Urwał uchwyciwszy poważny wyraz twarzy chłopca. Zrobiło mu się go żal. 
— Słuchaj, tylko nie mów twojej mamie, że to ja ci powiedziałem. Jej może być przy-

kro.  I  w  ogóle  nie  zaczynaj  z  nią  o  tym  rozmowy.  Pamiętaj,  zwierzyłem  ci  tę  tajemnicę  jak 
mężczyzna mężczyźnie. 

Pimpuś był niepocieszony. Nie tylko więc prysnął świetny mit o ojcu, przebywającym 

w  obcych  krajach,  polującym  na  lwy,  jeżdżącym  zaprzężonymi  w  psy  saniami  i  żeglującym 
po  wzburzonym  morzu,  lecz  nie  może  nawet  o  tym  mówić  z  matką  związany  męskim  sło-
wem, którego przecież wypada mu dotrzymać. 

— Słuchaj, wujku — rzekł po chwili stłumionym głosem. — A może by  tak do niego 

napisać... 

— Napisać? A po co? On wcale o was już nie dba! Założył nową rodzinę i ma bliźnięta! 

Obie  córki.  Lecz  jeśli  chcesz  —  rzekł  na  widok  pełnej  cierpienia  twarzy  dziecka  —  to 
możemy napisać. 

I tak powstał drugi list Pimpusia do ojca, podyktowany „wujkowi”. 

 

Kochany Tatusiu! 

 

Ten list dyktuję Wujkowi. Dowiedziałem sięże nie chcesz znać mnie ani mamy, że wyje-

chałeś na Ziemie Odzyskane i zupełnie zapomniałeśże masz synka Pimpusia. Wujek mówi, ż
ty  wolisz  dziewczynki,  ale  to  chyba  nieprawda,  bo  przecie
ż  one  nie  nadają  się  do  żadnej 
porz
ądnej zabawy: o byle co zaraz mażą się, albo biegną na skargę. A Pimpuś jest odważny i 
nigdy nie płacze i nie boi si
ę nawet ciemnego pokoju. I dobrze się uczy. A już choć ma dopiero 
pi
ęć  lat  umie  pisać  pierwszych  dziesięć  liter  małych  i  dużych,  żeby  móc  wkrótce  samemu 
napisa
ć do ciebie. I liczyć też umie do dziesięciu. O tym wszystkim możesz się przekonać, kie-
dy  tylko  do  nas  przyjedziesz.  Tatusiu,  bo  ja  za  tob
ą  bardzo  tęsknię  i  chciałbym  ciebie  zoba-
czy
ć, czy jesteś naprawdę taki wysoki i łysy, jak mi mówiła mama. 

Twój kochający synek, Pimpuś

 

P. S. 
A te dwie moje siostrzyczki przywie
ź ze sobą, a ja się będę z nimi bawił i będę dla nich 

grzeczny i nie będę ich, ciągnął za włosy ani dawał kuksańców.  
 

Właśnie Pimpuś skończył dyktować, kiedy nadeszła matka. Ponieważ list miał pozostać 

w  tajemnicy  przed  nią,  nie  mógł  chłopczyk  zapytać  „wujka”  o  adres.  Zresztą  jak  wszystkie 
dzieci ufał, że dorosły załatwi odpowiednio wszelkie formalności. 

„Wujek” pokazał się dopiero po paru tygodniach. Przyszedł jak zwykle pod dobrą datą, 

kiedy tylko matka wyszła z pokoju, zrobił tajemniczą minę. 

background image

— Nie było listu, co? 
Pimpuś zdumiał się. Nie wyobrażał sobie, że to on sam tak po prostu miałby otrzymać 

list od ojca. 

— Widzisz — mówił wujek — podałem mu twój adres. Powinien ci był odpisać. 
Chłopczyk smutnie zaprzeczył ruchem głowy. 
W  miarę  upływu  czasu  Pimpuś  stawał  się  coraz  smutniejszy.  Kiedy  po  miesiącu 

„wujek” pod datą znów przyszedł w odwiedziny, zasypał go pytaniami. 

— A czy ty, wujku, dobrze zaadresowałeś ten list? 
— Ależ naturalnie — kłamał „wujek”. 
— A czy nalepiłeś znaczek? 
— No chyba... 
— I wrzuciłeś list do skrzynki? 
—  Ależ  tak  —  odpowiedział  stary  pijak.  I  zaczął  mrugać  oczyma  jakoś  dziwnie,  w 

gruncie rzeczy bowiem miał dobre serce. 

— A może poczta zagubiła list — wujku... 
— Może zagubiła... 
— A może... może on nie miał czasu, aby odpowiedzieć... 
— Może nie miał czasu, a może i chęci... — rzek! ostro wujek i począł nagle spacero-

wać po pokoju. 

Zapanowało milczenie. 
Przerwał je nagle głośny szloch dziecka. 
Pimpuś łkał głośno zupełnie jak dziewczynki, które z tego powodu tak wyśmiewał. Nie 

wstydził się wcale mimo swojej przynależności do płci męskiej.  

Staremu pijakowi żal ..się zrobiło chłopca. Usiadł i wziął go na kolana: 
—  No  cóż,  Pimpusiu,  trudno  —  mówił  głaszcząc  go  po  głowie  —  gwiżdż  na  takiego 

ojca! Znajdziesz sobie innego. 

Do młodej, przystojnej  mamy Pimpusia często przychodzili w odwiedziny  różni pano-

wie. Ładny i żywy chłopczyk cieszył się wśród nich powszechną sympatią. Żartowali i prze-
komarzali się z nim chętnie. Raz po ich wyjściu Pimpuś zwrócił się do rozbawionej po odwie-
dzinach mamy. 

— Och, mamo, jacy mili są ci panowie! Czy żaden z nich nie mógłby być moim ojcem? 
— Skądże, Pimpusiu, ojca można mieć tylko jednego. 
— To ja bym sobie wybrał. Na przykład pana Zdzisia. 
Pan  Zdziś  odwiedzał  mamę  chłopczyka  najczęściej.  Mężczyzna  już  po  trzydziestce 

odznaczał się usposobieniem niezmiernie wesołym i niefrasobliwym. Żartował z Pimpusiem i 
dlatego cieszył się jego sympatią. Chociaż lubił chłopczyka, nie przejawiał wobec niego zbyt 
wiele  zainteresowania  kierując  je  najwyraźniej  w  stronę  jego  mamy.  Nic  więc  dziwnego,  że 
przy tych słowach synka zarumieniła się ona z lekka. 

— Co też ty mówisz, Pimpusiu? Dlaczego znów pana Zdzisia? 
— Bo on tu najczęściej bywa. 
Młoda mama postanowiła wykorzystać ten zwrot w rozmowie do celów dydaktycznych. 
— Nie wiadomo, czy on by się na to zgodził, synku. Jesteś zbyt często niegrzeczny. 
Tak,  rzeczywiście.  W  tej  chwili  przystąpiwszy  do  samokrytyki,  chłopak  przypomniał 

sobie,  jak  wczoraj  stłukł  ciotce  gipsową  figurkę.  Ale  pan  Zdziś  niekoniecznie  musi  o  tym 
wiedzieć. Postanowił ostrożnie wybadać grunt. 

Gdy  więc  tego  wieczora  podczas  wizyty  pana  Zdzisia  matka  wyszła  do  kuchni,  aby 

przygotować herbatę, bawiący się obok fotelu, w którym siedział  gość.  chłopczyk przysunął 
się nieco bliżej. 

—  Co  tam  robisz,  Pimpusiu?  —  zagadnął  życzliwie  siedzący.  —  Czy  budujesz  z 

klocków Pałac Kultury? 

background image

—  I...  tak  się  sobie  bawię  —  odparł  chłopczyk  dyplomatycznie.  —  A  czy  pan  nie  ma 

synka? 

— Nie, Pimpusiu. 
—  To  niedobrze.  Boby  przychodził  razem  z  panem,  żeby  się  ze  mną  pobawić.  —  Po 

chwili zaś. — A czemu pan nie ma synka? 

Pytanie to było szczytem dyplomacji, ale pan Zdziś wybrnął z tego bez trudu. 
—  A  po  co  mi  synek,  Pimpusiu,  żeby  mi  tłukł  naczynia,  przynosił  ze  szkoły  dwójki  i 

chorował na odrę. 

Na  chwilę  odpowiedź  ta  zdetonowała  Pimpusia. Wie,  czy  nie  wie? „Tłukł  naczynia...” 

A może mama zdążyła już powiedzieć... W każdym razie trzeba ostrożnie. 

— A gdyby był grzeczny... 
— Bujda. Grzeczne bywają tylko dziewczynki. Chłopcy to zawsze łobuzy. 
—  To  pan  wolałby  dziewczynki,  tak  jak...  —  ugryzł  się  w  język,  aby  nie  powiedzieć 

„jak mój ojciec”. 

— Co tam mruczysz, chłopcze? 
— Nie, nic takiego... To pan nie lubi chłopców. A przecie pan sam był chłopcem. 
— Dlatego też wiem, co to za numery. 
Nie,  stanowczo  z  tym  człowiekiem  na  nic  cała  dyplomacja.  Wszystkie  chytre  pytania 

obracał wniwecz. 

Rozmowa się urwała. Weszła matka niosąc na tacy filiżanki z herbatą. Pimpuś już wie-

dział co go czeka. Oni — pan Zdziś z mamą pójdą do teatru albo do kina, a jego ciotka wpa-
kuje do łóżka. Oj, biedny, biedny Pimpuś! 

Następnym razem przyszedł pan Zdziś w niedzielę. Pimpuś wiedział, że pojadą z mamą 

gdzieś za miasto, na świeżą trawkę. A on, biedny Pimpuś, będzie musiał iść z ciocią do babci, 
gdzie jest bardzo nudno i trzeba siedzieć cały czas cicho i nie wolno hałasować, bo babcia jest 
chora na serce. Ach, jakby to było dobrze, żeby mama i pan Zdziś zabrali go ze sobą. Kiedy 
mama pakowała w kuchni plecak, chłopczyk kręcił się wokoło krzesła, w którym siedział pan 
Zdziś. Był coraz bliżej i bliżej. Już ocierał się o jego ramię. Pimpuś lubił bardzo ocierać się o 
kogoś. Nagle padły słowa: 

— A może by pan mnie zabrał ze sobą? 
Na  to  właśnie  nadeszła  matka.  Skarciła  malca,  aby  nie  dokuczał  gościowi.  Lecz  nagle 

ku jej wielkiemu zdziwieniu pan Zdziś rzekł: 

— A więc weźmiemy go ze sobą. 
Matka  była  pewna,  że  gość  powiedział  to  raczej  z  grzeczności.  Wytoczyła  więc  argu-

menty,  że  chłopczyk  nie  może  przecież  znieść  trudów  długiej,  pieszej  wycieczki.  Pan  Zdziś 
zaoponował. Przez cały czas polemiki serce Pimpusia miotało się między szczęściem a rozpa-
czą. W końcu argumenty pana Zdzisia przeważyły. Pojadą z chłopcem do Świdra na plażę. 

Bardzo  w  głębi  serca  zadowolona  mama  Pimpusia  przebrała  szalejącego  ze  szczęścia 

synka  w  inne  ubranko  i  po  kilkunastu  minutach  kroczyli  już  wszyscy  troje,  to  jest  matka, 
Pimpuś i pan Zdziś ulicą. Ach, cóż to była za radość! 

Tę  pierwszą  wycieczkę  z  panem  Zdzisiem  wspominał  potem  Pimpuś  jak  radosny  sen. 

Młoda mama wyglądała prześlicznie w swojej letniej sukience w kwiatki. Jechali tramwajem, 
a  potem  z  Dworca  Śródmieście  elektrycznym  pociągiem.  Potem  piechotą  szli  kilometr  na 
plażę.  Tam  dopiero  było  używanie.  Najpierw  wszyscy  troje  leżeli  na  plaży  w  słońcu  i  jedli 
kanapki  z  kotletami  zabrane  przez  matkę  Pimpusia,  a  Pimpuś  bawił  się  w  piasku  z  innymi 
chłopcami i z jakimś wesołym psem, kiedy mama i pan Zdziś poszli się kąpać. Po kilkunastu 
minutach przyszedł jednak pan Zdziś i powiedział, że chcą zabrać Pimpusia do wody. Pimpuś 
bał się trochę, ale tego nie pokazał po sobie. Skompromitować się wobec pana Zdzisia? Nie, 
już lepiej się utopić. Pan Zdziś zaprowadził go najpierw na płyciznę, gdzie mu sięgała woda 
do kostek i oblewał Pimpusia, który krzyczał trochę, ale było mu bardzo  przyjemnie. Potem 

background image

zabrał  go  tam,  gdzie  mu  woda  sięgała  aż  do  ust.  Pimpuś  przez  cały  czas  zachował  się  tak 
dzielnie, że aż pan Zdziś go pochwalił i w nagrodę włożywszy go sobie na ramiona wszedł na 
głębię, gdzie jemu samemu sięgała woda do szyi. Chłopczyk odczuwając dreszczyki rozkoszy 
i strachu tulił się do szyi swego nowego przyjaciela włożywszy nosek w jego mokre włosy. W 
pewnej  chwili  pan  Zdziś  zgiął  kolana  i  Pimpuś  na  chwilę  został  zalany  aż  po  czubek  wodą. 
Ale on wiedział, że to tylko żarty. Na ramionach pana Zdzisia wyjechał też z wody na plażę i 
powędrował  wprost  w  ramiona  matki,  nieco  zdenerwowanej  w  czasie  pierwszego  zetknięcia 
się syna z żywiołem. A potem znów się bawił z chłopcami i z psem i było bardzo miło. Jeden 
z chłopców powiedział: 

— Twój tatuś dobrze pływa. 
— To nie mój tatuś — odparł prawdomówny Pimpuś. 
— A któż to jest ten pan, który cię wziął do wody? Generał koreański? 
— To jeden taki znajomy pan. 
Była to jedyna ciemna plama na tle radosnej sielanki w tym niedzielnym, letnim dniu. 
Potem wszyscy troje ubrali się i poszli do kawiarni na lody. Pimpuś dostał malinowe i 

czekoladowe.  A  potem  nastąpiło  najradośniejsze  —  powrót.  Pimpuś  okazywał  w  marszu 
pewne zmęczenie. Na „a mówiłam” jego matki,  pan Zdziś zareagował wzruszeniem ramion, 
na  które...  wsadził  Pimpusia.  I  niósł  go  tak  z  kilometr.  Radość  chłopca  nie  miała  granic.  To 
doprawdy, jakby był jego prawdziwym ojcem. 

Kiedy  wracali  wieczorem  do  domu,  Pimpuś  był  tak  zmęczony,  że  dał  się  bez  oporu 

położyć do łóżeczka i natychmiast zasnął. Zdążył jednak jeszcze przed tym objąć pana Zdzi-
sia za szyję i powiedzieć „dziękuję”. Zdawało mu się, że pochwycił w oczach dorosłego jakiś 
nieznany  sobie,  serdeczny  wyraz.  Lecz  był  zbyt  zmęczony,  aby  się  nad  tym  zastanawiać. 
Pochłonął go przepastny dziecięcy sen. 

Na drugi dzień wieczorem, w czasie kolacji, Pimpuś powiedział nagle: 
— Mamusiu, jakbym bardzo, bardzo chciał, żeby pan Zdziś był moim ojcem. 
Tym  razem  matka  pominęła  to  milczeniem.  Był  to  dowód,  że  słowa  synka  głęboko 

musiały zapaść w jej serce. 

Niestety,  właśnie  jak  na  złość  od  tego  czasu  pan  Zdziś  przestał  przychodzić.  Po  kilku 

dniach Pimpuś dowiedział się od matki, że jego przyjaciel jest bardzo chory. Później przyszła 
znów wiadomość jeszcze smutniejsza, że pan Zdziś jest w szpitalu i że grozi mu ciężka ope-
racja:  wyjęcie  kamieni  z  wątroby.  Wprawdzie  Pimpuś  niewiele  wiedział-  co  to  za  kamienie, 
lecz  poważny  wyraz  twarzy  matki  przepełnił  go  obawą.  Zauważył,  że  matka  posmutniała  i 
pobladła. Nastały dla obojga ciężkie dni. 

—  Powiedz,  mamo  —  zapytał  pewnego  dnia  Pimpuś  —  jak  oni  będą  wyjmować  te 

kamienie panu Zdzisiowi? 

— Ano — odparła matka — rozetną mu wątrobę, wyjmą kamienie, a potem zeszyją. 
— Co ty mówisz, mamo! To nadzwyczajne! A czy te kamienie są bardzo duże? 
— Skądże synku? 
— Czy takie jak ten co leży u nas w kuchni? 
— Nie, Pimpusiu, o wiele mniejsze. 
— A może, jak kurze jajko. 
— Jeszcze o wiele, wiele mniejsze, ot takie jak groszek. 
Twarzyczka chłopca rozjaśniła się. 
— Och, to dobrze, to bardzo dobrze! 
A po chwili: 
— A dużo on może mieć tych kamyków? 
— Czy ja wiem, dziecko... Może kilka. Ciocia Irenka miała aż dziewięć. 
— Doprawdy, mamo, aż dziewięć! Jak to dobrze, że ja umiem już liczyć do dziesięciu. 
Na chwilę zapadło milczenie. Pimpuś majstrował coś w kącie. Ale po chwili znów przy-

background image

szedł do matki. 

— Mamo, a co będzie, jeśli który kamyk zapomną wyjąć? Przecież jeśli ich tak wiele... 
—  Nie  bój  się,  Pimpusiu,  nie  zapomną.  Operację  będą  robić  specjaliści  lekarze 

chirurdzy. 

Pimpuś zastanowił się przez chwilę. 
— W takim razie jestem spokojny. 
Wieczorem przyszło do Pimpusia paru kolegów. 
Matka i ciotka wyniosły się do kuchni, jedynego spokojnego miejsca. Gdy jednak przez 

całą godzinę trwała cisza, ciotka poszła zobaczyć, jak się dzieci bawią. Po chwili wróciła do 
kuchni zdenerwowana. 

—  Chodź,  zobacz,  co  Pimpuś  wyrabia.  Mało  tego,  że  popsuł  misia,  ale  jeszcze  się 

skaleczy nożyczkami. 

Matka  pośpieszyła  do  pokoju  i  ujrzała  tam  scenę  operacji  dokonywaną  na  osobie 

pluszowego niedźwiadka. Pimpuś w białym prześcieradle i w czapce z białego papieru krajał 
na stole nieszczęsny obiekt, z którego sypały się trociny. — Och, mamo — zawołał na widok 
wchodzącej  —  dobrze,  że  przyszłaś.  Już  mu  wyjąłem  wszystkie  kamienie,  ale  zaszyjesz  go 
już ty, mamo. 

Naturalnie  matka  zaszyła  niedźwiadka,  a  Pimpuś  został  ukarany.  Biedny  Pimpuś! 

Wolno mu było tylko liczyć pozbierane na podwórku kamyczki, którymi miał obecnie powy-
pychane kieszenie. Co chwila uszu matki dobiegało klaśnięcie rzucanego na stół kamyczka i 
głos Pimpusia: — Jeden, dwa, trzy i tak dalej aż do dziesięciu. Potem poprosił matkę, aby go 
nauczyła liczyć do dwudziestu i wprawiał się wciąż z wielką zaciętością. W ten sposób malec 
poczynił znaczne postępy w rachunkach. 

Po paru dniach nastąpiło odprężenie. Matka przyniosła wiadomość, że operacja przeszła 

pomyślnie.  Była  jak  nowonarodzona.  Śmiała  się  co  chwila  i  całowała  Pimpusia.  Małe  mie-
szkanko rozbrzmiewało jej wesołością. Jutro wybierała się do szpitala, aby odwiedzić chore-
go. Naturalnie Pimpuś cieszył się także, choć nie pokazywał po sobie tego tak wyraźnie, jak 
jego  mama.  Był  przecież  mężczyzną.  W  pewnej  chwili  zapytał  tylko,  czy  i  on  nie  mógłby 
pójść odwiedzić chorego. 

—  Nie,  Pimpusiu  —  rzekła  matka  —  jesteś  zbyt  żywy  i  hałaśliwy.  Chory,  po  tak 

ciężkiej operacji, potrzebuje spokoju. 

Cóż,  trudno.  Pimpuś  jak  wszystkie  dzieci  musiał  się  podporządkowywać  dyktaturze 

dorosłych.  I tym razem był posłuszny, aczkolwiek na dnie serca czuł gorycz. Lecz jakżeż za 
to został wspaniale wynagrodzony! 

Oto  jaśniejąca  radością  po  powrocie  ze  szpitala  matka  oświadczyła  mu,  że  pan  Zdziś 

sam dopytywał się o niego i że chciałby go widzieć. 

Pimpuś nie posiadał się z radości. Miał odwiedzić chorego w szpitalu! 
Tak to chłopczyk po raz pierwszy w życiu przekroczył próg przybytku cierpienia. Było 

to  w  niedzielę.  Pojechali  z  matką  tramwajem.  Szpital  to  był  wielki,  szary  gmach.  Wielkimi 
drzwiami  wchodziło  i  wychodziło  mnóstwo  osób.  Szli  schodami  i  długimi  korytarzami,  po 
których  spacerowali  chorzy  w  niebieskich  szlafrokach,  oraz  pielęgniarki  szpitalne  w  białych 
czepeczkach. Weszli na salę, gdzie było kilkanaście łóżek. W jednym z nich leżał pan Zdziś. 
Był  blady,  wycieńczony,  jak  to  mówią  „ledwo  dychał”.  Znalazł  jednak  w  sobie  siły,  by 
uśmiechnąć się na widok malca i powiedzieć : 

— Dzień dobry, Pimpusiu. Dziękuję ci, żeś mnie odwiedził. 
I  w  oczach  jego  uchwycił  chłopczyk  znów  ten  sam  serdeczny  wyraz,  co  tamtego 

wieczoru.  Tym  razem  zdał  sobie  z  tego  jednak  sprawę.  Bez  słowa  przylgnął  policzkiem  do 
twarzy przyjaciela. Po chwili jednak nie mógł się powstrzymać. 

— Proszę pana... 
— Co Pimpusiu? 

background image

— Gdzie pan ma te kamyki? 
— Jakie kamyki? 
— Te, z wątroby? 
— Pimpusiu, nie dokuczaj panu! — żachnęła się matka. 
Pobladła  twarz  pana  Zdzisia  rozszerzyła  się  nagle  w  tak  serdecznym  uśmiechu,  że 

Pimpuś uspokoił się natychmiast. 

— A po co ci one, Pimpusiu? 
— Ja bym chciał zobaczyć... 
— I postrzelać nimi z procy! Już ja cię znam. Schowali je lekarze. Ale może dadzą mi 

je, jak będę szedł do domu. Wtedy ci je pokażę, jeśli będziesz grzeczny. 

— A dużo ich, proszę pana? Bo u cioci Ireny to było aż dziewięć! 
Twarz pana Zdzisia rozszerza się w uśmiechu. Mówi do mamy Pimpusia: 
—  Zabierz  swego  synka.  Jeszcze  mi  się  nie  wolno  śmiać.  Ale  przyprowadź  go  za 

tydzień. 

W tydzień później pan Zdziś był już u siebie w domu. Wdrapywali się wraz z mamą na 

czwarte piętro. Pan Zdziś mieszkał sam, jak mówiła mama „po kawalersku” w dużym, słone-
cznym  pokoju  z  kuchnią.  Chociaż  leżał  jeszcze  w  łóżku,  wyglądał  bez  porównania  lepiej. 
Mógł już siadać. Powitał gości wesołym uśmiechem. Podczas gdy matka Pimpusia gospoda-
rowała w kuchni z wprawą, z której postronni mogliby natychmiast wywnioskować, że była 
tam od dawna zadomowiona, malec pozostał sam na sam z przyjacielem. 

Pan Zdziś sięgnął ręką, otworzył szufladę nocnego stolika i wyciągnął zeń mały szklany 

słoiczek. Na dnie leżało kilka kamyków, brudnoszarej barwy. 

— Patrz — rzekł, pokazując słoiczek chłopcu — oto kamyki, które wydobyto z mojej 

wątroby.  Widzę,  że  spotkał  cię  zawód.  Spodziewałeś  się,  że  będą  piękne,  kolorowe  jak  w 
kalejdoskopie. A tymczasem... to nic ciekawego. 

I schował słoik do szuflady. 
Ale Pimpusia nie interesowały już kamyki. Rozglądał się po dużym pokoju. 
— To pan sam mieszka? — brzmiało pytanie. 
— Sam. 
— A nie smutno panu? 
— Czasem bywa smutno. 
— To czemu pan nie ma dzieci? 
— Dzieci? Żeby mi hałasowały i przeszkadzały pracować? 
— Tak, bywają dzieci niegrzeczne. Ale ja już nigdy teraz nie hałasuję.  
— Nie bujaj, chłopcze. Wiem, że z ciebie pierwszorzędny urwis. 
—  Jak  byłem  jeszcze  mały,  to  byłem  niegrzeczny,  bo  bawiłem  się  ciągle  w  ojca.  A 

mama mnie nabierała... — Tu Pimpuś, pełen oburzenia, opowiedział panu Zdzisiowi o misty-
fikacjach  matki:  O  jej  opowiadaniach  o  rzekomo  polującym  w  Afryce  i  na  Biegunie  ojcu, 
który  w  rzeczywistości  siedział  na  Ziemiach  Odzyskanych  i  wolał  dziewczynki,  a  na  listy 
Pimpusia  nie  odpowiedział.  I  znów  w  oczach  przyjaciela  zauważył  chłopczyk  ów  miękki, 
serdeczny wyraz. 

—  Więc  ty,  Pimpusiu,  chciałbyś  mieć  koniecznie  ojca?  —  powiedział  chory  jakimś 

cichym głosem. 

— Tak. bardzo bym chciał. Bo wszyscy chłopcy mają. Tylko sieroty — nie. A ja prze-

cież nie jestem sierotą. Więc niby jak... To przecież bardzo nieprzyjemnie. 

— Rzeczywiście, Pimpusiu, jesteś w bardzo przykrej sytuacji — powiedział pan Zdziś 

wesoło, ale jakoś i bardzo serdecznie. 

— Ja, proszę pana, to już widać nie mam szczęścia w życiu. I jak gramy w „wojnę na 

morzu”, to mnie zawsze tak upadnie kostka, że mój okręt wpadnie na minę, albo jest uszko-
dzony i musi wracać do bazy. Bo niech pan pomyśli: i Staś Kamiński, i Janek Nowak, i nawet 

background image

Stefek  Burski  mają  ojców,  chociaż  ten  to  bardzo  zły  chłopak:  łapie  koty  i  obcina  im  głowy 
kozikiem,  a  niedawno  pobił  jedną  z  dziewczynek.  A  Jurek  Tyc  to  ma  ojca  prawdziwego 
marynarza,  a  Felek  Rubach  —  milicjanta.  A  Zdziś  Szawara  —  strażaka,  chociaż  któryś  z 
chłopców  mówił,  że  to  zwyczajny  kominiarz,  bo  widział,  jak  w  ich  domu  czyścił  kominy. 
Tylko ja jeden nie mam ojca, a właściwie jeszcze gorzej, bo nie wiadomo jak z tym jest. 

I chłopiec tak się wzruszył swoim opowiadaniem, że na chwilę łzy przesłoniły mu oczy. 

Nagle uczuł, że na jego głowie spoczęła ręka. Ręka gładziła go po włosach. 

—  Nie  płacz,  Pimpusiu  —  rzekł  pan  Zdziś.  —  A  może  ja  bym  mógł  zostać  twoim 

ojcem? Co byś na to powiedział? 

Radość bijąca z twarzy dziecka usunęła wszystkie wątpliwości chorego. 
— Pan... pan... chciałby? Ale czy doprawdy? Pan nie żartuje? 
— Skądże, Pimpusiu! Nie należy żartować w sprawach tak poważnych. 
— Bo ja znam dorosłych. Oszukują dzieci, a potem mówią, że żartowali. Tak jak moja 

mama... 

— Bo twoja mama, Pimpusiu. jest kobietą. Co innego mężczyzna. 
—  Rzeczywiście.  Mężczyźni  nie  powinni  kłamać.  Bo  to  by  było  bardzo  nieładnie  Ale 

pan może zapomnieć... 

— Jak to zapomnieć? 
— Że mnie pan to obiecał. Dorośli tak robią... 
— Wstydź się, Pimpusiu. Nie masz do mnie zaufania. Jeśli ci przyrzekłem zostać twoim 

ojcem... Chyba, że nie chcesz... 

Pimpuś przeraził się. 
— Nie, chcę, ja bardzo chcę. Bo ja pana bardzo, bardzo kocham. 
— No, więc doskonale,  Pimpusiu — mówił pan Zdziś, gładząc  chłopczyka po głowie. 

— Ale nie wiemy, co na to powie twoja mama. A nuż się nie zgodzi... 

— Ależ zgodzi się, na pewno zgodzi — wykrzyknął chłopczyk. — Już ja z nią pomó-

wię. 

I nagle zamilkł.  
— A jeśli się nie zgodzi... — Niezgłębione są sprawy dorosłych, któż to może przewi-

dzieć. 

— A widzisz — mówił pan Zdziś — nie jesteś pewien. Musisz ją dopiero o to zapytać. 
W  tej  chwili  weszła  do  pokoju  matka  Pimpusia,  niosąc  dla  chorego  gotowaną  kurę  w 

rosole.  Postawiła  jedzenie  obok  łóżka  na  krześle.  Chory  posilał  się  w  milczeniu.  Pimpuś 
dyskretnie odszedł do kącika. Ale pan Zdziś już ani słowem nie wspomniał o ich rozmowie. 
Jacy  dziwni  są  ci  dorośli!  A  może  on  i  tym  razem  żartował.  Serce  chłopczyka  ścisnęło  się 
boleśnie. 

Kiedy  wrócili  do  domu,  zastali  tam  „wujka”,  jak  zwykle  pod  dobrą  datą.  Kiedy  byli 

sami w pokoju, chłopczyk zbliżył się doń tajemniczo. 

—  Wujku  —  powiedział  szeptem  —  czy  wiesz,  byliśmy  u  pana  Zdzisia,  tego  co  miał 

operację. I wiesz, on powiedział, że chce zostać moim ojcem. 

Stary pijak aż gwizdnął ze zdumienia. 
— Co ty mówisz! To będziemy mieli wesele. 
— Wesele? A jeśli mama się nie zgodzi?... 
—  Może  i  nie.  Nigdy  nie  można  przewidzieć,  co  babie  przyjdzie  do  głowy.  Trzeba, 

żebyś ją zapytał po kolacji. 

— A jeżeli pan Zdziś tylko żartował... 
— Wątpię. W takich sprawach się nie żartuje. 
— A kiedy wy dorośli wszyscy tylko żartujecie i oszukujecie nas, dzieci! 
— Nieprawda. A czy ja cię kiedy oszukałem? 
— Ty mnie? Hm, może i nie oszukałeś. Chociaż z tym listem? 

background image

— Z jakim znów listem? 
—  O  widzisz,  udajesz,  że  zapomniałeś.  Dorośli  zawsze  zapominają.  A  jeśli  on  także 

zapomni? 

— Kto on? 
— Pan Zdziś. Że obiecał zostać moim ojcem. 
— Może też i zapomnieć. 
Wejście  matki  przerwało  rozmowę.  Przy  kolacji  chłopczyk  był  smutny  i  milczący. 

Dopiero kiedy po wyjściu „wujka” kładziono Pimpusia spać, nagle padło pytanie. 

— Mamo, czy pan Zdziś ma dobrą pamięć? 
— Pan Zdziś? Pamięć? Skąd ci to przyszło do głowy, synku? 
— Bo on mi obiecał... Ale już może zapomniał... 
— Co ci obiecał? 
— Że zostanie moim ojcem. 
— Twoim ojcem? 
— Ale jeśli ty, mamo, się na to zgodzisz. 
— Co? Tak powiedział? 
— Tak. Widzisz, miałem z nim taką męską rozmowę. Opowiadałem mu o moim ojcu. 
— O ojcu! Po co? Co mu do tego? 
— Ale jemu się to bardzo podobało. I obiecał mi, że będzie moim ojcem. Ja myślałem, 

że żartuje. Bo wy dorośli wszyscy żartujecie. Ale on powiedział, że to wszystko naprawdę. 
Jeśli  tylko  ty,  mamo,  się  zgodzisz.  Zgódź  się,  zgódź  się,  mamo!  Wszyscy  chłopcy  u  nas  w 
przedszkolu  mają  ojców,  tylko  biedny  Pimpuś  nie,  choć  nie  jest  sierotą.  Tak  dalej  być  nie 
może... 

Urwał. Twarz matki przybrała wyraz najwyższego szczęścia. 
Długi pocałunek zamknął otwarte ze zdumienia usteczka chłopca.  

 
 
 
 
 
 
 
 
 

SPIS TRE

ŚCI 

 
 

Dziewięć narzeczonych doktora Kudełka 

 

 

 

 

02 

Pimpuś zdobywa ojca  

 

 

 

 

 

 

16