background image

 
 
 
 

WYNALAZEK 

PROFESORA BRENKA 

I INNE OPOWIADANIA 

 

ZŁOTA PODKOWA 23 

 

     

 

 

 
 

WYDAWNICTWO „ŚLASK” KATOWICE 1958

 

background image

 
 

TADEUSZ SCHIELE 

 

WYNALAZEK PROFESORA BRENKA 

 

 

MŁODY lekarz psychiatra otrzymał list od swego przyjaciela, Roberta; jego ojciec, pan 

Brenk, prosił lekarza o spotkanie „w bardzo ważnej sprawie”. Lekarz znał rodzinę Brenków, 
gdyż  niejednokrotnie  w  okresie  studiów  Robert  zapraszał  go  do  siebie,  na  wieś.  Brenkowie 
dzierżawili ładny dworek otoczony rozległym ogrodem; ich życzliwość i szczerość sprawiły, 
że lekarz cenił ich i polubił. Wojna rozdzieliła go na długo z Brenkami i dopiero w kilka lat 
po jej zakończeniu przypadkowo spotkał się z nimi. Był już wtedy samodzielnym i cenionym 
lekarzem; ostatnio został asystentem znanego profesora Schönberga, opublikował też pracę z 
zakresu psychiatrii. 

Spotkali się w kawiarni i stary Brenk serdecznie go uścisnął. 
— Mój drogi — zaczął po chwili — mam do ciebie wielką prośbę. Będziesz musiał na 

kilka dni przyjechać do nas i poradzić nam... Słyszałeś zapewne o tragedii, jaka wydarzyła się 
zeszłego  roku,  w  domu  mojego  brata.  W  czasie  tajemniczego  pożaru  zginął  mój  brat  i  jego 
asystent,  Olaf  Larsen.  Marzenę,  która  mieszkała  z  ojcem,  uratował  w  ostatniej  chwili  ogro-
dnik. Była już nieprzytomna i poparzona. Nieszczęśliwa po stracie ojca i Larsena, w którym 
zdaje  się  była  zakochana,  dłuższy  czas  przebywała  w  szpitalu  na  oddziale  neurologicznym. 
Groziła jej nawet izolacja w sanatorium dla psychicznie chorych. Pisała błagalne listy, więc ją 
zabrałem na własną odpowiedzialność do domu. Marzena oprócz nas nikogo nie ma na całym 
świecie; jej matka zmarła, kiedy Marzena była jeszcze małą dziewczynką. Zaopiekowałem się 
nią  ...  Kocham  ją  z  całego  serca,  to  dobra  dziewczyna,  subtelna  i  wrażliwa.  Sądziliśmy,  że 
pobyt  na  wsi  uspokoi  ją  i  uleczy  jej  nerwy  ...  Ale  mija  już  rok  —  ciągnął  Brenk  —  a  z 
Marzeną jest coraz gorzej. Zamknęła się w sobie, nie opuszcza domu, stroni od ludzi, całymi 
nocami  płacze.  Przeżywa  okresy  jakichś  lęków,  trawi  ją  ból,  który  przerasta  jej  siły.  Kilka-
krotnie napomknęła o samobójstwie. W oczach ma coś tak niesamowitego, że boję się o nią, 
moja żona błaga, bym ją jakoś ratował... 

— Mówiłem jej o tobie — opowiadał Brenk. — Pamięta cię dobrze. Przecież wakacje 

spędzała  u  nas  w  tym  samym  czasie,  kiedy  i  ty.  Co  prawda,  polowałeś  z  Robertem  całymi 
dniami na kaczki i zające, ale chyba przypominasz ją sobie. Otóż powiedziałem w domu, ot 
tak, mimochodem, że wybierasz się do nas na urlop. Zauważyłem, że Marzenę to zaintereso-
wało. Musisz nam coś poradzić! Czy umieścić ją w sanatorium, czy leczyć w domu? Wiem, 
że mi nie odmówisz. Jestem przygotowany na każdy wydatek, choćbym miał sprzedać resztki 
tego,  co  posiadam.  Może  trzeba  ją  będzie  wysłać  za  granicę?  Choroba  Marzeny  nie  daje  mi 
spokoju.  Martwię  się,  stałem  się  nerwowy,  nie  mogę  spokojnie  pracować.  Jestem  już  stary  i 
marzę o tym, żeby dziewczynę zobaczyć jeszcze zdrową i wesołą. Pomożesz mi? 

Lekarz słuchał uważnie. Wyczuwał, że mieć będzie do czynienia z jakimś głęboko zata-

jonym  przeżyciem,  nie  tylko  ze  skutkami  szoku  czy  rozstroju  nerwowego,  spowodowanego 
tragiczną śmiercią ojca i bliskiego jej człowieka. 
 

* * * 

 
Pierwsze zetknięcie lekarza z Marzeną przekonało go, że Brenk nie przesadzał. Patrzały 

na niego oczy ciemne, chmurne, fosforyzujące zimnym blaskiem, przerażające i tragiczne. Po 
raz  pierwszy  lekarz  przestraszył  się  własnej  niewiedzy  i  swojej  bezsilności.  Bał  się  oczu 

background image

Marzeny ... 

Brenkowie byli gościnni i pogodni. Marzena milcząco zajmowała się gościem, podawa-

ła  do  stołu.  Lekarzowi  zdawało  się,  że  unika  jego  wzroku,  kiedy  jednak  oczy  ich  spotykały 
się,  wyraz  twarzy  Marzeny  stawał  się  skupiony,  myślący.  Marzena  była  piękną  kobietą. 
Szczupła,  zgrabna,  o  bladej  cerze  i  kruczoczarnych  włosach,  ubrana  była  w  biały  sweter  i 
szeroką spódnicę bordo; wyglądała wdzięcznie i oryginalnie. 

— Spójrzcie na Marzenę — śmiał się Robert. — Jeszcze nigdy nie była tak piękna. Co 

to znaczy gość w domu! — i mrugał znacząco do zmieszanego lekarza. 

Wieczorami lekarz wychodził z Robertem nad brzeg stawu. Łowili ryby i Robert opo-

wiadał mu o niewyjaśnionym do dziś pożarze w willi stryja. 

Detektyw  miałby  w  tym  wypadku  większe  pole  do  popisu  niż  psychiatra  —  myślał 

lekarz. Daremnie było plątać się wśród niedorzecznych przypuszczeń. Jakiś impuls wewnętrz-
ny  utwierdzał  go  w  przekonaniu.  że  choroba  Marzeny  nierozerwalnie  związana  jest  z  samą 
tajemnicą śmierci tych dwojga bliskich jej ludzi. 

— Dlaczego stryj rzucił pracę w Instytucie Telewizji? — zapytał. 
—  Często  chorował  —  odparł  Robert.  —  Leczył  się  przecież  w  Anglii  u  znanego 

profesora, dra  Lingtona.  Larsen, z pochodzenia  Norweg, wespół ze swym  ojcem był  właści-
cielem wielkiej hodowli srebrnych lisów. Po śmierci ojca miał jakiegoś wspólnika, eksporto-
wali futra na cały świat. Ale Larsen nie interesował się hodowlą. Całymi latami przebywał ze 
stryjem. Z zawodu był przecież elektrofizykiem. 

— A na co chorował stryj? 
—  Był  dawniej  profesorem  fizyki  i  chemii,  jeszcze  przed  wojną.  Następnie  studiował 

we Włoszech i Szwajcarii, uzyskał doktorat, elektroterapii. Widocznie zbyt przejął się nową 
nauką,  bowiem  stale  poddawał  się  jakimś  naświetleniom  i  zabiegom  elektrycznym.  W  gru-
zach spalonej willi znaleziono szczątki olbrzymiego laboratorium. Stryj przed śmiercią zdzi-
waczał.  Zerwał z rodziną, przez kilka lat w ogóle nas nie odwiedzał, nie odpisywał na listy. 
Jedynie Marzena przyjechała raz jeden i to bez wiedzy stryja, który był despotą. Marzena już 
wówczas wydala mi się dziwna. Pamiętam, że robiłem żartobliwe uwagi na temat jej miłości 
do Larsena, tym bowiem tłumaczyłem sobie „dziwność” Marzeny. 

— Najwięcej opowiedział nam ogrodnik, który  wyniósł z płomieni zemdloną Marzenę 

— mówił Robert. — Stryj i Larsen zamykali się w willi na całe miesiące. Sprawunki i posiłki 
były obowiązkiem Marzeny. Stryj miał samochód, którym dziewczyna jeździła z ogrodnikiem 
do miasteczka. Ach, gdyby Marzena chciała mówić! Ale ona cierpi na zanik pamięci. Ogrod-
nik,  który  mieszkał  obok  w  małym  domku,  twierdzi,  że  nigdy  nie  przekroczył  progu  willi. 
Wchodził tylko do kuchni, gdzie Marzena samotnie spędzała większość dnia. 

— Jak stryj poznał Larsena? 
— Spotkali się w niemieckim obozie jenieckim i od tej chwili stali się nierozłącznymi 

towarzyszami. Larsen zachwycał się stryjem i jego wynalazkami. 

— Jakimi wynalazkami? 
— Stryj stale coś konstruował. To jakiś nowy typ telewizora, to znów przyrząd do bada-

nia  intensywności  myślenia,  na  wzór  amerykańskiej  maszyny  do  wykrywania  kłamstwa. 
Ciągła mrówcza praca przyczyniła się do okresowych rozstrojów nerwowych. Dochodziło do 
ostrych  starć  z  Larsenem,  który  się  często  upijał.  Poczciwy  ogrodnik,  który  bardzo  lubił 
Larsena, opowiadał, że często przynosił mu z miasta alkohol. Podobno, nie wiem dokładnie, 
Larsen sprzedał część swojej firmy, bowiem prywatnie prowadzone badania i doświadczenia 
naukowe  pochłaniały  ogromne  sumy.  Stryj  także  sprzedał  jakieś  parcele,  młyny  i  cegielnię 
odziedziczoną  po  dziadku.  Doszło  wtedy  do  nieporozumień  z  moim  ojcem,  który  znając 
jednak  upór  i  dziwactwa  brata,  machnął  na  to  wszystko  ręką.  Zresztą,  daremnie  grzebać  w 
tych  wspomnieniach! Ta trójka miała swoje tajemnice, związała się nimi. Ale one już nigdy 
się nie ujawnią ... 

background image

Rozmawiali też o Marzenie. Miewała wielodniowe okresy depresji, poprzedzane ataka-

mi płaczu. Gorączkowała i bredziła wtedy. 

Lekarz  czuł  się  niewyraźnie.  „Jestem  przemęczony  i  przewrażliwiony”  —  myślał. 

„Wymagają ode mnie zbyt wiele”. Czuł się niezręcznie. 

Marzena,  prócz  udziału  we  wspólnych  posiłkach,  przebywała  w  swoim  pokoju.  Próby 

jakiejkolwiek poufalszej rozmowy zawodziły. 

Umysł  lekarza  systematycznie  segregował  fakty  i  przypuszczenia.  Profesor  zajmował 

się  elektroterapią  ...  leczył  się  sam...  znaleziono  resztki  różnych  aparatów...  wydawał 
mnóstwo  pieniędzy  uzyskanych  ze  sprzedaży  całego  majątku...  A  co  z  tymi  sumami  zrobił 
Larsen, jeśli istotnie sprzedał hodowlę ?... Wyjeżdżali za granicę... Brenk miał rozległe znajo-
mości wśród uczonych... pracował w Instytucie Telewizji, a potem sam udoskonalał modele... 
robił wynalazki... Larsen był inżynierem elektrofizykiem... Co robili, zamknięci w dużej willi 
na  bezludziu?  Dlaczego  Larsen  pił?  Dlaczego  Marzenie  nie  wolno  było  opuszczać  domu,  a 
ogrodnikowi nawet wejść do wnętrza? Willa spłonęła doszczętnie... czyżby w niej były mate-
riały  łatwopalne?...  Celuloid...  magnezja...  Pożar  nastąpił  wczesnym  wieczorem...  nikt  nie 
spał  jeszcze...  Jak  to  możliwe,  żeby  dwaj  zdrowi  mężczyźni  nie  zdążyli  uciec?  Wyskoczyć 
oknem?  Budynek  był  duży,  jednopiętrowy...  Omdlałą  Marzenę  znalazł  ogrodnik  w  palącym 
się korytarzu, pokrwawioną... Ale wówczas oparzenia nie mogły krwawić... skąd więc ślady 
krwi?...  Czy  Marzena  biegła  na  pomoc,  czy  uciekała?  Jaką  rolę  w  tym  dramacie  odegrała 
Marzena? Profesor eksperymentował na sobie... 

Nagle  olśniła  go  pewna  myśl:  Marzena!  Eksperymentował  na  Marzenie!  Zwyrodniały 

ojciec  przyprawiał  córkę  o  obłęd!  Larsen!  Larsen  stanął  w  jej  obronie...  Pożar?  Lekarz  był 
niezwykle podniecony. — A więc jednak. Oto stoi u progu rozwiązania zagadki... 

Tego dnia wcześniej udał się na spoczynek. W korytarzu spotkał Marzenę. Szła z zapa-

loną  świecą.  Zatrzymali  się.  Wyglądała  pięknie  w  długim,  czarnym  szlafroku.  Blask  świecy 
migotał w jej wielkich oczach. Stali nieruchomo, wpatrzeni w siebie. Zaledwie dostrzegalny 
smutny uśmiech pojawił się na jej wargach. Kredowo biała twarz była zamyślona, oczy łago-
dne. Stała przed nim jak bezbronna, cierpiąca dziewczynka. 

— Światło zgasło w moim pokoju — wyszeptała. 
Delikatnie dotknął jej ręki, był wzruszony. 
— Dobranoc, pani Marzeno. 
— Dobranoc, panie doktorze. 

 

* * * 

 
Nazajutrz  była  niedziela  —  dzień  słoneczny  i  bezchmurny.  Lekarz,  rozmyślając  o 

Marzenie, nie mógł oprzeć się wrażeniu, że wnioski, do których doszedł wczoraj, są zbyt po-
chopne i mało prawdopodobne. Po prostu dał się ponieść fantazji. Tylko rozmowa z Marzeną 
mogła  ujawnić  tajemnicę.  Ale  jak  spowodować,  by  Marzena  odpowiadała  szczerze  na  jego 
pytania? 

Z  pomocą  przyszła  niespodziewanie  sama  Marzena.  Z  rana  lekarz  zaproponował  cało-

dzienną wycieczkę łodzią po jeziorze, później zaś grzybobranie. Brenkowie jednak odmówili, 
tłumacząc się odwiedzinami znajomych. 

— Weź ze sobą Marzenę, tygodniami nie wychodzi z domu — powiedział Robert. 
I  oto  szła  obok  niego  niosąc  koszyk  z  jedzeniem.  Lekarz  nie  wierzył  w  jakichś  znajo-

mych Brenków i zadowolony był, że okazja rozmowy nadarzyła się w tak naturalny sposób. 
Marzena była swobodna i nieomal wesoła. Już na jeziorze, w łódce, z uwagą przyglądała się, 
jak  lekarz  wiosłuje.  Po  raz  pierwszy  dostrzegł  u  niej  drwiący,  lecz  zarazem  kokieteryjny 
uśmiech. „Co za kolosalna zmiana” — pomyślał. 

Zaczęła mówić pierwsza: 

background image

— Proszę mi powiedzieć, czy choć przez chwilę wydawało się panu, że nie domyślam 

się celu pańskiej delikatnej misji? Jest pan naiwny, lubię pana za to. Czy istotnie sądzi pan, że 
tylko dzięki swej taktyce i manewrom rodziny zawdzięcza pan szczęśliwy traf uprowadzenia 
pacjenta, by dokonać wnikliwej analizy? 

Lekarz był zaskoczony, przestał wiosłować. Marzena mówiła dalej: 
— Trochę mi przykro ... Spodziewał się pan po mnie wiele, prawda? 
— Ależ pani Marzeno ... nie rozumie pani. .. 
— Rozumiem dobrze. Obserwowaliśmy się równocześnie, z tą różnicą, że bawiła mnie 

pańska kłopotliwa sytuacja, chociaż odczuwałam wyraźnie pańską życzliwość. Lubię dobrych 
ludzi. 

— A więc skoro jest pani tak domyślna, proszę mi powiedzieć, jak wyobraża sobie pani 

naszą dzisiejszą rozmowę? 

—  Postanowiłam,  że  skoro  tylko  będę  dość  silna,  aby  mówić  o  sobie,  pomogę  panu  i 

pośrednio sobie. 

—  Tylko  i  wyłącznie  sobie.  Nie  jestem  detektywem.  Jestem  lekarzem.  Chciałbym  z 

całego serca ... 

—  Mniejsza  z  tym.  Jestem  przekonana,  że  tajemnica  pożaru  interesuje  pana  nie  mniej 

niż moja choroba. 

—  To  ma  bezpośredni  związek.  Chciałbym  panią  zapewnić,  że  daleki  jestem  od 

„urabiania sobie” pacjenta. Jeżeli pani sobie nie życzy, nie zamierzam wnikać w pani osobiste 
życie. 

—  Proszę  się  nie  gniewać,  nie  jestem  wrogo  usposobiona  do  pana.  Ale  nie  cierpię  na 

zanik pamięci, dochowałam tylko tajemnicy tak bolesnej, że wywołała ona depresję i myśli o 
samobójstwie... Postanowiłam jednak, że pozna pan tajemnicę pożaru. Nie całą, ale część... 

— Dlaczego nie całą? 
— Nie wiem. 
— Czego pani nie wie? Reszty tajemnicy? 
— Tak. I nigdy się nie dowiem. 
— Chciałbym pani pomóc... 
—  Obawiam  się,  że  już  nie  można  mi  pomóc...  Mógłby  pan  tylko  przysporzyć  mi 

cierpienia. Olafa nikt mi nie zwróci, ani moich snów... 

— Snów?... 
— Tak, snów! 
Marzena  poruszyła  się  niespokojnie  i,  dotykając  ręką  czoła,  sprawiała  wrażenie  prze-

straszonej ostatnimi słowami. Oczy jej powiększyły się, pociemniały. Szybko opanowała się 
jednak. 

—  Nie  rozumiem  jeszcze,  dlaczego  zdecydowała  się  pani  właśnie  mnie  wyznać  całą 

prawdę? Proszę o szczerość... 

—  Będę  szczera.  Cierpiałam,  nie  mając  nikogo,  kto  zdolny  by  był  mnie  zrozumieć, 

ulżyć mi w cierpieniach. Jedyne wyjście widziałam niekiedy tylko w samobójstwie... Obecnie 
pogodziłam się już z losem; będę się leczyć, posłucham każdej dobrej rady, bo chcę żyć i być 
normalną  kobietą  wśród  normalnych  ludzi.  Mam  do  tego  prawo...  jak  wszyscy...  Od  pana 
zależy, czy rodzina umieści mnie w zakładzie, którego się panicznie boję, czy też pozostawi 
mnie  w  spokoju  i  pozwoli  mi  studiować.  Dlatego  dowie  się  pan  wszystkiego,  o  czym  wiem 
sama... 

Przycumowali łódkę i wyruszyli w głąb lasu. Marzena była wesoła. Czy grała przed nim 

z  góry  przygotowaną  rolę?  Miał  przy  sobie  młodą  i  piękną,  najnormalniejszą  pozornie 
kobietę. Zdradzały ją tylko oczy. Ale i one uśmiechały się teraz do niego. 

—  Proszę  rozchmurzyć  się  i  zapomnieć  o  swoim  posłannictwie.  Teraz  zajmiemy  się 

obiadem, potem idziemy na grzyby. Wieczorem porozmawiamy, mam wiele do powiedzenia. 

background image

Możliwe, że nie we wszystko pan uwierzy. Jestem na to przygotowana. 
 

* * * 

 

— Surowość mojego ojca wynikała z jego osamotnienia, szczególnie po śmierci matki. 

Ciągle  zapracowany,  zapomniał,  że  istnieje  coś,  co  się  nazywa  rodzinnym  domem.  Ojciec 
kochał  mnie  i  ja  jedna  mogłam  mu  stworzyć  atmosferę  domu.  Larsen  był  ostatecznie  tylko 
jego wspólnikiem, ja córką... Początkowo nie orientowałam się zupełnie w charakterze pracy 
ojca i Larsena. Obaj traktowali mnie jak dziecko. Myłam probówki, czyściłam i sterylizowa-
łam  rozmaite  narzędzia,  strzykawki,  noże,  szczypce  i  setki  dziwnych  naczyń.  Karmiłam 
biedne  świnki  morskie,  sprzątałam,  gotowałam,  zmywałam,  pracowałam  od  świtu  do  nocy. 
Czasami pomagaj mi ogrodnik, rzadziej Olaf, który nie potrafił spędzić ze mną minuty, żeby 
mnie  nie  dotykać  i  nie  dokuczać  mi.  Lubiłam  zresztą  jego  towarzystwo,  lecz  obawiałam  się 
gniewu ojca. 

—  Jedyną  nagrodą  były  chwile,  kiedy  zmęczony  ojciec  brał  mnie  na  kolana,  gładził 

moje włosy i mówił o swojej pracy. Niewiele rozumiałam, ale miał to być jeden z epokowych 
wynalazków, dla dobra całej ludzkości. 

Nagrodą  za  moją  pracę  był  też  niekiedy  pocałunek  Olafa;  zapach  alkoholu  i  mocnego 

tytoniu fajkowego był tak związany z jego osobą, że inaczej nie mogłam go sobie wyobra-zić. 

Olaf  był  często  brutalny  i  agresywny,  szczególnie  kiedy  się  upił,  ale  i  wówczas  nie 

bałam się go. Wiedziałam, że prędzej czy później zabraknie mi sił, żeby się dłużej opierać... 
Pragnęłam jego obecności i smutno mi było, kiedy zaabsorbowany pracą zdawał się mnie nie 
zauważać... Ojciec udawał, że absolutnie o niczym nie wie. Niestety, wiedział o wszystkim. 

— Nocami mężczyźni przywozili nie wiadomo skąd jakieś aparaty, skrzynie i worki. W 

trójkę z ogrodnikiem wyładowywali ten sprzęt z samochodów ciężarowych. Wszystkie poko-
je, które zajmowali, było ich sześć, zawalono rozmaitymi przyrządami, stolami, maszynami, 
aparatami  podobnymi  do  Roentgena,  lampami  do  naświetlań,  antenami  i  akumulatorami  — 
nie. niesposób tego wszystkiego opisać! Jeden pokój pełen był jakichś wielkich gramofonów, 
obok  nich  leżały  sterty  olbrzymich  przezroczystych  płyt,  magazynowanych  również  w  oso-
bnym przedpokoju. 

—  Samych  telewizorów  było  kilkanaście.  Niektóre  miały  wmontowane  zegary.  Wszy-

stkie były bez osłon . .. Zamiast ekranów posiadały kule lub jakby wydłużone balony. Kiedy 
je  włączano,  żarzyły  się  niesamowitym,  seledynowo  lodowatym  blaskiem,  który  nierówno-
miernie pulsował. Przebiegały po nich linie, znaki i plamy. Wśród tysiąca zawikłanych lamp i 
przewodów  przypominały  mi  potworne,  łyse  głowy  Marsjan...  Bałam  się  tych  przyrządów. 
Przerażał mnie szczególnie widok okropnego fotela, jakby krzesła elektrycznego z metalową 
wnęką  na  głowę.  Wokół  umieszczone  były  tablice  rozdzielcze,  zegary  kontrolne  i  ruchome 
kloszowe  anteny  z  cienkich,  prawie  niewidocznych  drutów.  Wyobrażałam  sobie,  że  są  to 
ogromne  pajęczyny  i  że  za  chwilę,  gdzieś  z  mrocznego  kąta  pokoju,  wypełznie  koszmarny, 
włochaty pająk. Pewnego wieczoru nigdy nie zapomnę. Strach, jaki przeżyłam, był przedsma-
kiem czegoś potwornego, czego się obawiałam podświadomie... 

— Rolety były szczelnie zasłonięte i wszystkie drzwi pozamykane. W ciemności żarzy-

ły  się  tylko  niebieskie  lampki  i  ekrany.  Ojciec  kazał  mi  przygotować  zastrzyk,  podał  mi 
ampułkę... Olaf, spoczywając w owym makabrycznym fotelu, był jakby nieprzytomny. Głowę 
miał ukrytą w metalowej, lśniącej kuli, więc twarzy nie widziałam. W milczeniu obserwowa-
łam bezszelestne ruchy ojca, który w skupieniu manipulował przy tablicach. Niektóre przewo-
dy  świeciły  neonowo  różowym  i  zielonkawym  światłem.  Słychać  tylko  było  przytłumiony 
równomierny szum oraz ciche trzaski... Ojciec uruchomił przyrządy podobne do barometrów i 
zegarów, notowały one na ruchomej taśmie jakieś znaki i faliste linie. 

— Bałam się głośno oddychać, miałam dreszcze i było mi zimno. Strzykawka drżała mi 

background image

w  ręku,  obawiałam  się,  że  zemdleję.  Przez  trupie  czaszki  ekranów  przelatywały  cienie  i 
kontury  postaci  ...  Na  innych  tworzyły  się  fantastyczne  figury,  rosły,  olbrzymiały,  to  znów 
kurczyły  się.  Jeszcze  chwila,  a  zaczęłabym  krzyczeć.  Wargi  zagryzłam  do  krwi...  Ojciec  w 
najwyższym  podnieceniu  przyjął  ode  mnie  strzykawkę  i  kazał  mi  wyjść.  Byłam  półprzyto-
mna,  zemdlałam...  Rano  przyszedł  lekarz,  znajomy  ojca.  Miałam  gorączkę  i  cały  tydzień 
leżałam w łóżku. Biedny ogrodnik sam musiał gotować obiady. Larsen często przychodził do 
mojego pokoju, siadał na łóżku, czuć było od niego wódkę. Ordynarnie żartował, że przecho-
dzę okres dojrzewania. Całował mnie, a ja nie mogłam, nie chciałam się bronić. Wiedziałam 
już, że go kocham. 

— Kiedy gorączka minęła, znów harowałam od świtu do nocy. Musiałam znosić ogro-

dnikowi  martwe  i  pokiereszowane  świnki  morskie.  Widziałam  pod  szklanymi  kloszami  ich 
mózgi, do których podłączono mnóstwo drutów. Strzałki zegarów poniżej kloszów ustawicz-
nie  drgały...  Wychodziłam  z  ogrodnikiem  do  wioski  po  zakupy.  Ludzie  stronili  od  nas,  spo-
glądali na nas wrogo. Może bali się nas? 

— Pamiętam urodziny ojca, skończył sześćdziesiąt lat. Ogrodnik przyniósł mu kwiaty, 

Olaf pił od rana. Poprzednio kupiłam już ojcu oryginalną fajkę, obaj z Larsenem palili fajki. 
Największą  niespodziankę  przygotował  Olaf:  kupił  piękny  samochód.  Jeździliśmy  nim  do 
miasta i na wycieczki. To były  cudowne  chwile,  kiedy byłam z Olafem sama! Właśnie pod-
czas  jednej  takiej  wycieczki  pierwszy  raz  rozmawialiśmy  o  małżeństwie.  Bałam  się  jednak 
okropnie  ojca.  Cenił  Larsena  jako  naukowca,  jednakże  wyczuwałam  ich  nieufność  i  antago-
nizm Pijaństwo Olafa było niemniejszą przeszkodą. Kiedyś mimowolnie  podsłuchałam ostrą 
wymianę zdań. Olaf powiedział: „Bez moich tablic nic byś nie osiągnął”. Ojciec był wściekły. 

—  Któregoś  lata  ojciec  i  Olaf  wyjechali  na  dwa  miesiące  do  Anglii.  Tęskniłam  za 

Olafem.  Często  płakałam,  czułam  się  okropnie  osamotniona.  Nocami  bałam  się.  Ogrodnik 
sypiał wówczas w kuchni. Jedyną ulgą były proszki nasenne... Kiedyś odwiedziłam Brenków. 
Zdaje się, że to była niedziela, zastałam wszystkich w domu. Dokuczali mi Olafem. Musiałam 
się  rumienić,  bo  Robert  śmiał  się  i  pytał,  czy  Larsen  ma  już  delirium.  Larsen  musiał  wido-
cznie  rozmawiać  z  ojcem  na  mój  temat,  bowiem  kilka  razy  wybuchała  awantura,  słyszałam 
sprzeczkę  i  moje  imię.  Ojciec  zamykał  się  w  swoim  pokoju,  a  Olaf  pił  i  rozbijał  kieliszki  o 
podłogę. Musiałam później sprzątać. 

— Po powrocie ojciec i Olaf przywieźli mi wiele pięknych podarunków. Ojciec choro-

wał w Anglii i leczył się u znanego profesora Lingtona. Słyszał pan o nim? Ojciec uważał go 
za  wybitnego  neurologa  oraz  człowieka,  który  oddał  mu  wielkie  usługi  w  jego  pracach, 
którymi Lington ogromnie się interesował. Prowadzili ożywioną korespondencję. Szczególną 
sympatią  Lington  darzył  Larsena...  Ale  powróćmy  do  dnia  urodzin.  Ojciec  był  w  świetnym 
humorze, brał mnie na kolana i gładził po włosach. Radio grało głośno, Olaf tańczył ze mną, 
szumiało mi  w  głowie  wino...  Uczył  mnie  norweskich  piosenek.  Był  to  wyjątkowo  wesoły  i 
uroczysty dzień ...  

Marzena  umilkła,  zamyśliła  się.  Specyficzna  atmosfera  samotnej  willi,  obecność  tych 

dwojga  najbliższych  ludzi,  codzienne  obowiązki  domowe,  wieczory  w  salonie...  Widziałam 
ojca zmęczonego, pogrążonego w fotelu, z nieodłączną fajką, i Olafa ze szklanką wina w obu 
dłoniach, siedzącego przed kominkiem, wpatrzonego w ogień. Ileż nadziei pokładali ci ludzie 
w  swej  pracy,  ileż  radości  przeżywał  ojciec  Marzeny,  że  ulży  cierpieniu  ludzi.  Ileż 
szlachetności było w jego mądrej twarzy i ile zapału pomimo ustawicznych niepowodzeń! 

Po chwili Marzena się ocknęła i mówiła dalej: 
—  Aparat  przez  nich  skonstruowany  początkowo  jeszcze  niewyraźnie  odbierał  obrazy 

snów śpiącego człowieka i przekazywał je na specjalny ekran telewizyjny. Była to rewelacja. 

Lekarz  zbladł.  Teraz,  dopiero  teraz  zrozumiał.  Wyjaśniało  mu  to  tyle  nieznanych 

dotychczas  i  tajemniczych  okoliczności.  Tak,  w tej  chwili  ocenił  i  pojął  przyczynę  rozstroju 
nerwowego Marzeny, Wyraz jej oczu nabrał dla niego znaczenia, którego się nie domyślał... 

background image

Marzena uśmiechnęła się i opowiadała dalej: 
—  Ojciec  usypiał  Olafa  i  nastawiał  czułą,  skomplikowaną  aparaturę.  Drugim  z  kolei 

zastrzykiem  był  wyciąg  z  gatunku  zamorskiego  grzyba.  Był  to  silny  narkotyk  wywołujący 
intensywne, barwne halucynacje senne. Wówczas przepuszczał przez mózg impulsy  elektry-
czne, a wrażliwe anteny przekazywały obrazy na ekran telewizyjny. Śpiącego budzono pono-
wnie zastrzykiem. Larsen na ogół nigdy nic nie pamiętał i dopiero ojciec opowiadał mu o jego 
snach.  Niekiedy  przypominał  sobie  pewne  szczegóły  snu,  ale  nie  mógł  ich  opowiedzieć. 
Parokrotnie ojciec filmował ekran i Olaf mógł oglądać swoje sny, było to dla niego wielkim 
wstrząsem.  Osłabiony  narkotykami  i  alkoholem,  wyczerpany  pracą,  wreszcie  zachorował. 
Pielęgnowałam go i godzinami przebywałam przy nim... 

—  Rozmawialiśmy  o  znaczeniu  wynalazku.  Opracowane  już  były  plany,  które  zamie-

rzali  opatentować,  staliby  się  bogatymi  i  słynnymi  ludźmi. Wynalazek  stanowił  rewelacyjny 
przewrót w lecznictwie psychiatrycznym. Dziedziny, którym mógł służyć, były wprost nieo-
graniczone.  Medycyna  sądowa,  kryminalistyka,  psychologia,  literatura,  sztuka,  kinematogra-
fia,  telewizja...  Pierwszy  krok  w  ujawnianiu  najskrytszych  myśli  w  mózgu,  bez  czynnego 
udziału  badanego.  Wszelkie  wizje,  widziadła,  halucynacje,  marzenia,  zmory  —  wszystko  to 
mogło być utrwalone, mogło się stać widzialne! Nie wiem, czy wspominałam panu, że ojciec 
mój  był  wielbicielem  Freuda  i  wyznawcą  jego  teorii  snów.  W  tym  świetle  wynalazek  jego 
nabierał  specjalnego  znaczenia...  Kwestia  kolorów  była  stale  jeszcze  nie  rozwiązana,  ale 
ojciec i Larsen  twierdzili,  że  i  to  jest  możliwe.  Największą  trudność  sprawiało  utrwalenie 
procesów  sennych  na  czymś,  z  czego  można  by  odtwarzać  je  dowolnie.  Wyniki  z  płytami 
przezroczystej  masy  pozwalały  przypuszczać,  że  ta  ostatnia  przeszkoda  niebawem  zostanie 
pokonana. 

— Byłam już wtajemniczona we wszystkie sekrety. Troje ludzi na świecie, dla których 

sny  nie  były  już  zagadką  ani  tajemnicą!  Uprosiłam  ojca,  aby  nie  tylko  na  Olafie  robił 
doświadczenia,  byłam  przecież  zdrową,  młodą  dziewczyną.  Początkowo  ojciec  nie  chciał  o 
tym słyszeć, ale wreszcie się zgodził. Położyłam się w fotelu i dostałam zastrzyk nasenny. Jak 
przez mgłę pamiętam orgię kolorów tak jaskrawych, że sprawiały mi nieznaną rozkosz... 

—  Po  przebudzeniu  byłam  bardzo  słaba,  miałam  torsje.  Ojciec  znów  wezwał  lekarza, 

który jednak stwierdził, że serce i ogólny stan zdrowia jest zadowalający. Wtedy pokazał mi 
fragmenty moich snów. Było to dla mnie straszliwe przeżycie! Olaf po pijanemu powiedział 
mi, że część moich snów ojciec ukrył, ponieważ były chorobliwie erotyczne. Larsen je oglą-
dał... Śmiał się i drwił ze mnie. Nie rozumiał, że dając mu moje sny, daję stokroć więcej niż 
ciało. Dlaczego nie uszanował tego? A może tylko kłamał? Nie dowiedziałam się nigdy... Ale 
dlaczego ze mnie szydził, skoro sam podobne wrażenia odchorował? Ja okazałam się odpor-
niejsza... O tyle, o ile... Kilkakrotnie wykradałam małe dawki narkotyku... Te półsny pamię-
tam  dobrze,  przeżywałam  w  nich  najcudowniejsze  chwile  w  moim  życiu.  Ojciec  może  się 
domyślał i ukrył narkotyki, już nawet mnie nie usypiał. 

—  Znowu  zamykali  się  po  całych  nocach  i  dniach.  Przybyła  mi  nowa  funkcja,  tym 

razem przyjemna. Olaf przywiózł aż cztery psy, każdy z nich innej rasy. Żyły w wyśmienitej 
zgodzie i bawiłam się z nimi wspaniale. Eksperymentowali na nich, ale nigdy tego nie widzia-
łam i do dziś nie wiem, czy zwierzęta śnią. Chyba tak... Pewnego dnia ogrodnik powiedział, 
że psy komuś podarowano, ale wiedziałam, że oni je zabili. 

— Nocami, zamknięta w pokoju, marzyłam, aby zobaczyć sny Olafa. Widziałam siebie 

samą, przewijającą się w jego snach. W podnieceniu stawiałam się w najbardziej niewiarygo-
dnych sytuacjach. Doznawałam wtedy rozdwojenia jaźni. Było to przyjemne, ale czasami aż 
wstrętne.  Przeżywałam  na  jawie  nie  istniejące  życie  w  snach  innego  człowieka,  plastycznie 
uwidocznione na wyimaginowanym ekranie. Z czasem stało się to nałogiem. Męczyłam się... 
Kiedyś przysłuchiwałam się ożywionej rozmowie ojca z Larsenem. Większość terminów była 
mi nieznana, lecz co do mnie dotarło, stało się powodem nowej choroby. Mówię: „choroby”, 

background image

inaczej tego nie można określić. Omawiali wówczas pewną hipotezę. Zgadzali się na możli-
wość  istnienia  pewnych  snów  —  nazwali  je  „snami  przeznaczenia”,  które  są  tak  utajone,  że 
nie tylko żadna aparatura nie jest w stanie ich zarejestrować, ale nawet nie przenikają one do 
świadomości śniącego człowieka. To jak gdyby sny podświadomości, sny o mających nastą-
pić wydarzeniach, sny „fatalistyczne”. Mogą to też być sny z okresu niemowlęcego, wreszcie 
sny o śmierci z góry nam przeznaczonej, w określonym czasie i miejscu. Czy to możliwe?... 
Myśląc  o  tym,  przeżyłam  męczarnię,  jakiej  dotychczas  nie  znałam.  Nie  pomagały  proszki 
nasenne.  Każdej  nocy  gorączkowo  wyobrażałam  sobie  moment  mojej  śmierci  widoczny  na 
ekranie  telewizyjnym.  Widziałam  siebie  zgrzybiałą  staruszką  umierającą  na  astmę,  dusiłam 
się i stopniowo umierałam razem z moim konającym odbiciem ekranowym. Widziałam siebie 
popełniającą  samobójstwo,  topiącą  się,  wpadającą  pod  pociąg,  mordowaną.  Halucynacje  te 
odczuwałam  wprost  fizycznie.  Później  wyobrażałam  sobie  śmierć  Olafa.  I  ojca.  To  był 
koszmar, od którego nie mogłam uciec, czułam, że zwariuję. Chodziłam półprzytomna, unika-
łam ich. 

— Którejś nocy, w gorączce, śniłam na jawie. Widziałam pożar naszej willi. Paliło się 

laboratorium.  Olaf  i  ojciec  walczyli  z  ogniem  wśród  płomieni  i  dymu.  Zaczęłam  krzyczeć. 
Przybiegł do mnie wystraszony ojciec, z pistoletem w ręku. Przeraziłam się jeszcze bardziej i 
zemdlałam... Przez kilka tygodni nie opuszczałam łóżka. Leczono mnie, obdarowywano dro-
biazgami i książkami. .. Byli dla mnie tacy dobrzy! Olaf zupełnie się zmienił, stał się delika-
tny, już mi nie dokuczał. Starałam się wierzyć, że mnie naprawdę kocha, i byłam szczęśliwa. 
Halucynacje i koszmary minęły, sypiałam dobrze. 

— W tym czasie mieliśmy gości; z Anglii przyjechało dwóch panów do Olafa, aby na 

miejscu załatwić z nim jakieś sprawy związane z jego hodowlą lisów. 

Wydali  mi  się  bardzo  niesympatyczni.  Mieszkali  w  pokojach  na  parterze.  Widocznie 

sprawy  nie  przedstawiały  się  pomyślnie,  bowiem  Olaf  był  zdenerwowany  i  niezadowolony, 
co  nie  przeszkadzało  mu  pić  z  gośćmi.  Ojciec  bojkotował  przybyłych  i  nie  pokazywał  się 
wcale. Przyzwyczajona byłam do samotności i obecność obcych ludzi w domu sprawiała mi 
przykrość. 

—  W  dniu,  na  którym  kończy  się  moja  spowiedź,  nie  działo  się  nic  nadzwyczajnego. 

Przez  cały  dzień  nie  widziałam  Olafa  ani  ojca  zamkniętych  jak  zawsze  w  swoich  laborato-
riach. Goście Larsena odjechali dość nagle swoim samochodem, nie pożegnawszy się ze inną. 
Odetchnęłam. Przygotowałam kolację i nakryłam do stołu. 

W  pewnym  momencie  usłyszałam  dwa  strzały  rewolwerowe.  Momentalnie  zgasło 

światło.  Po  omacku  szukałam  drzwi  do  laboratorium,  kiedy  stanął  w  nich  Olaf,  zgarbiony, 
trzymając się oburącz za piersi. Ręce miał we krwi. Patrzyłam na niego śmiertelnie przerażo-
na. Oparł się o ścianę. Podbiegłam, by go podtrzymać. Teraz dopiero zdałam sobie sprawę, że 
willa płonie... 

—  Larsen  krzyknął  zmienionym  głosem:  —  „Uciekaj,  Marzeno...”  —  i  wrócił  do 

palącego  się  pokoju.  Stojąc  w  drzwiach  spostrzegłam  ojca  leżącego  bez  ruchu  na  podłodze. 
Rzuciłam się w jego stronę, ale w ostatniej chwili powstrzymał mnie Olaf i szamoczącą się, 
krzycząc,  siłą  wlókł  z  powrotem.  Krzyczał,  żebym  uciekała.  Dym  krztusił  i  łzawił  oczy,  żar 
utrudniał  oddychanie.  Nie  wiem,  kiedy  znalazłam  się  w  przedpokoju.  Ostatnie  słowa  Olafa 
były: — „Uciekaj, ja wracam po niego, uciekaj, Marzena!” 

Zewsząd buchał dławiący dym. Przeszedł mnie lodowaty dreszcz zgrozy: TO SEN!! 
Straciłam przytomność... 
— Spodziewałem się — mówił po chwili lekarz — najgorszego. Proszę mi wierzyć, że 

domyślałem  się  częściowo  przyczyn  pani  nieszczęścia,  ale  to,  co  usłyszałem,  przeszło  moje 
oczekiwania. Wierzę pani, wierzę każdemu słowu, chociaż genialność wynalazku i wszystkie 
pani  udręki  równie  dobrze  zaliczyć  by  można  do  urojeń  lub  czystej  fantazji...  Ogarnia  mnie 
lęk, kiedy pomyślę, że nauka i technika pozbawiają człowieka niezależności. Jest coś brutal-

background image

nego w wydzieraniu umysłowi ludzkiemu jego najskrytszych tajemnic. Potępiłbym ten wyna-
lazek,  gdyby  zastosowanie  go  było  jednostronne.  Ludzie  nie  zgodzą  się  na  wykradanie  im 
snów  i  tym  bardziej  nie  zgodzą  się  na  próby  odbierania  ich  myśli  wbrew  ich  woli...  W 
przyszłości więc udoskonalimy przyrządy, za pomocą których będziemy czytać myśli ludzkie 
na odległość. Do czego to doprowadzi? To jest potworne! Czy zastanawiała się pani nad tym? 

—  Ileż  razy  rozmawiałam  o  tym  z  Olafem!  Godzinami  snuliśmy  fantastyczne  wizje, 

wręcz  absurdalne.  Niekiedy  zaśmiewaliśmy  się  jak  dzieci.  Czy  wyobraża  pan  sobie  w  roku 
dwutysięcznym  trójkąt  małżeński  plus  teściowa,  gdzie  wszyscy  nawzajem  czytają  swoje 
myśli  i  podglądają  cudze  sny?  Jestem  przekonana,  że  w  naszej  cywilizowanej  społeczności 
instytucja małżeńska musiałaby upaść. Spowodowałoby to rozkład społeczeństwa... 

—  Czy  wyobraża  sobie  pani  międzynarodową  konferencję  mężów  stanu  wielkich  mo-

carstw? 

— Nie — zaśmiała się Marzena. 
—  Ale  mówmy  poważnie.  Może  zniszczenie  wynalazku  miało  jakiś  głębszy  sens?  I 

może śmierć pani bliskich stała się ofiarą, jak gdyby okupem za uchronienie ludzkości przed 
katastrofą? 

— To brzmi patetycznie i nierozsądnie. 
— Dlaczego? 
— Mówi pan o katastrofie. O jakiej? 
— Wspominałem, że ludzie nie zgodzą się... 
—  Ojciec  chciał  oddać  opatentowany  wynalazek  na  usługi  lecznictwa  i  nauki.  Nie 

myślał nigdy o korzyściach własnych. Nigdy, nigdy. 

— A Larsen? — zapytał lekarz. 
—  Larsen? Rozmawiał ze mną często w sposób,  który mi się nie  podobał. Był młody, 

marzył o karierze i oto nadarzała się sposobność... 

— Czy od początku Larsen był tak ambitny? 
—  Nie...  —  Marzena  zawahała  się.  —  Nie,  na  początku  Olaf  był  skromny,  posłuszny 

ojcu, bał się jego gniewu... 

— Kiedy nastąpiła zmiana? 
—  Czy  ja  wiem...  z  upływem  czasu  stali  się  równowartościowymi  partnerami.  Co 

więcej, Olaf, ilekroć był bardziej pijany, tłumaczył mi, że klucz do wynalazku jest jego i że 
on  łoży  na  wszystko  pieniądze.  Mówił  o  jakichś  tablicach  i  wzorach,  był  jedynym  człowie-
kiem na świecie, który je znał. 

— Czy Larsen chciał być samodzielny? 
—  Tak,  wyraźnie  dawało  się  to  zauważyć  po  jego  powrocie  z  Anglii.  Zachwycał  się 

Lingtonem, podobnie jak kiedyś moim ojcem. 

— Wobec tego jak wyobrażał sobie Larsen samodzielność? 
— Nie wiem... nie zastanawiałam się nad tym... 
— Czy przyjazd jego znajomych nie miał z tym coś wspólnego? 
— Nie sądzę. To były sprawy finansowe. 
— Właśnie, czy tylko finansowe. 
— Nie wiem... Olaf nic nie mówił... Nigdy już nie dowiem się, co zaistniało pomiędzy 

moim  biednym  ojcem  a  Olafem.  Nie  mogę  wprost  uwierzyć,  że  ojciec  strzelał...  Nie.  To 
niedorzeczne. Musiał się zdarzyć jakiś nieszczęśliwy wypadek i Olaf sam się zranił albo... 

— Albo co? 
— Albo ktoś inny... 
— Nie, nie sądzę... 
Lekarz nie chciał dłużej męczyć Marzeny. Sam zresztą rozumiał, że tajemnica tragedii 

pozostanie niewyjaśniona. Choroba Marzeny wydała się teraz znacznie mniej niebezpieczna, 
niż sądził. Nawroty depresji, lęków i myśli samobójczych były objawem zrozumiałym po jej 

background image

przeżyciach. Dla młodej i wrażliwej dziewczyny pobyt i wydarzenia w willi, doświadczenia i 
narkotyki,  atmosfera  tajemniczości  i  podniecenia,  wreszcie  tragedia  i  śmierć  tych  ludzi  — 
musiały być wstrząsem powodującym obecne zaburzenia. Wyjawienie całej prawdy na pewno 
wpłynie na Marzenę uspokajająco. Jeśli zainteresuje się pracą. nauką, jeśli spróbuje żyć nor-
malnie, bawić się — z całą pewnością wróci do równowagi. Zakocha się i wyjdzie za mąż... 

Lekarz  postanowił  poradzić  Brenkom,  by  zatrzymali  dziewczynę  u  siebie  i  ułatwili  jej 

studia.  On  sam  będzie  często  Marzenę  odwiedzać.  Myśl  o  tym  sprawiała  mu  przyjemność. 
Wyjeżdżając przyrzekł Marzenie zachować w tajemnicy wszystko, co od niej usłyszał. 

Serdecznie żegnała go rodzina Brenków. 
— Do widzenia, panie doktorze! — wołała za odchodzącym Marzena. 
— Do widzenia! 
Przeczucie  mówiło  mu,  że  na  tym  nie  kończy  się  jego  przypadkowa  rola  w  historii 

wynalazku Larsena i Brenka. 

Nie pomylił się...  

 
 
 

II 

 

W KLINICE neurologicznej lekarz przygotowywał się do obchodu; czekając na siostrę 

oddziałową  przeglądał  poranną  gazetę.  W  pewnym  momencie  wzrok  jego  zatrzymał  się  na 
pierwszej stronie. Czytał, nie wierząc oczom: 
 

SENSACYJNY WYNALAZEK 

Jak podaje Brytyjska Agencja Prasowa, sławny fizyk-neurolog, profesor dr M. Lington, 

dokonał  rewelacyjnego  wynalazku.  Skonstruował  on  maszynę,  za  pomocą  której  można  wy-
ś

wietlać sny ludzkie. 

Prof.  M.  Lington  oświadczył  dziennikarzom,  że  zamierza  urządzić  publiczny  ekspery-

ment w Akademii Medycznej w Londynie. Wiadomość wzbudziła zrozumiałe zainteresowanie 
całego 
świata naukowego i wywołała wielkie poruszenie opinii publicznej. 
 

Lekarz  przeczytał  notatkę  jeszcze  kilkakrotnie.  ..  Wszystko,  co  usłyszał  od  Marzeny, 

pomimo  że  jej  ufał,  niekiedy  wydawało  mu  się  po  prostu  mrzonką.  Z  chwilą  przeczytania 
notatki każde słowo opowieści Marzeny odżyło z całą wyrazistością. 

Nie zauważył nawet wejścia siostry. Był roztargniony i nie mógł się doczekać południa. 

W domu przebrał się szybko i pojechał na dworzec. Postanowił niezwłocznie porozumieć się 
z Marzeną. 

Brenków nie zastał, Marzena była sama. Zdziwiła się. Bez słowa podał gazetę i uważnie 

obserwował jej twarz. 

—  To  niemożliwe...  —  wyszeptała.  —  Profesor  Lington,  ten,  do  którego  jeździł  mój 

ojciec?... Czy pan w to wierzy, doktorze? 

— Naturalnie! Sprawa jest już głośna. Przyjechałem, aby usłyszeć, co pani o tym sądzi. 

Nie  pozwoli  pani  przecież,  żeby  ktoś  bezkarnie  podszywał  się  pod  wynalazek  pani  ojca!  To 
jest kradzież... to jest... 

— Skąd pan wie, że kradzież? 
—  Nic  nie  wiem,  ale  jest  przecież  niemożliwością,  aby  dwoje  ludzi  równocześnie 

pracowało nad jednym, tak niezwykłym wynalazkiem! 

— Ja też nie wierzę, że ojciec zdradził się przed profesorem Lingtonem. Wykluczone! 

Znałam dobrze powściągliwość i przesadną ostrożność ojca. Nawet przede mną miał tajemni-
ce. 

background image

— Larsen mógł zdradzić w czasie pobytu w Anglii. Mógł to zrobić po pijanemu, albo za 

sporą sumę... 

—  Doktorze,  posądzanie  Olafa  o  zdradę  jest  krzywdzące!  Plany  wynalazku  nie  były 

błahostką, którą można wyjawić po pijanemu. Nie, pieniądze nie mogły wchodzić w grę. Olaf 
był bardzo zamożnym człowiekiem. 

— Fakt pozostaje faktem. Wynalazek ogłosił kto inny i, pomijając już prawo pierwszeń-

stwa i sławy, czerpać będzie z tego ogromne korzyści materialne. Musi pani coś postanowić i 
to natychmiast! 

— Ale co, na litość Boską! 
—  Jest  pani  jedyną  żyjącą  istotą,  która  wiedziała  i  widziała  działanie  aparatury,  co 

więcej, poddawała się doświadczeniom. Mam ustaloną opinię w kołach lekarskich i mogę w 
każdej chwili wydać pani świadectwo zdrowia i poczytalności. Ale to wszystko mało. 

Rozmawiali przez cały wieczór, aż do powrotu Brenków, mile zaskoczonych odwiedzi-

nami  lekarza.  Obawiając  się  dyskusji  i  pytań,  denerwujących  z  pewnością  Marzenę,  lekarz 
udawał, że przyjechał, by  sprawdzić samopoczucie Marzeny. Wyjeżdżając, umówił się z nią 
na przyszły tydzień. 
 

* * * 

 
Ogrodnik i zarazem stróż willi Brenka mieszkał nadal w małym domku, który nie spalił 

się wraz z willą mimo bliskiego sąsiedztwa. 

Lekarz rozumiał, że jedyna droga, dająca jakieś szanse rozwiązania ponurej zagadki — 

prowadzi przez osobę ogrodnika. 

Ogrodnik  przyjął  go  nieufnie.  Lekarz  przedstawił  się  jako  rzecznik  sądowy  j  zarazem 

pełnomocnik  rodziny  Brenków  do  spraw  spadkowych.  Legitymacja  lekarska  oraz  spory  plik 
różnych dokumentów wywołały na ogrodniku pożądane wrażenie. 

— W tym miesiącu — mówił lekarz — odbędzie się rewizja sprawy sądowej Brenków 

Będzie  pan  świadkiem  w  procesie  sądowym  o  odszkodowanie,  przesłucha  pana  policja 
śledcza. Nie, niech się pan nie boi — uspokajał go. — Wszyscy byliśmy już badani, z policją 
nie mam nic wspólnego. Moim zadaniem, jako lekarza, jest zbadanie pana w klinice. Będzie 
pan  poddany  pewnym  drobnym  zabiegom,  na  podstawie  których  wydam  orzeczenie  o  pań-
skiej poczytalności i odpowiedzialności. Czysta formalność. 

Ogrodnik, czujny i niespokojny, spojrzał na lekarza z lękiem w oczach. 
—  Ja  ...  ja  nic  nie  wiem...  Wyniosłem  omdlałą  panienkę  z  ognia,  mówiłem  to  już  raz 

policjantowi, jak tu byli zaraz z rana, po pożarze. Ja nijakich badań nie chcę... panienka może 
zaświadczyć ... 

— Ależ nie o to chodzi — mówił łagodnie lekarz. — Po prostu będzie pan świadkiem, 

lecz  uprzednio  muszę  pana  zbadać.  Koszty  podróży  będą  zwrócone,  nie  martwcie  się.  I  w 
ogóle  nie  byłoby  tego  wszystkiego,  gdyby  nie  policja.  Ktoś  musiał  chyba  oskarżyć  was  o 
kradzież, ale to się wyjaśni. 

—  Przysięgam  na  grób  mojej  żony  —  mówił  gorączkowo  ogrodnik  —  że  żadnej 

kradzieży nie było! Ratowałem co się dało. Wyniosłem to srebro ze stołowego, bo i tak by się 
zmarnowało,  ale  to  nie  kradzież,  gdzie  ja  bym  mógł...  Tyle  lat  u  świętej  pamięci  pana 
profesora jestem, panienkę to jeszcze na rękach nosiłem. Ja panu to srebro mogę dać, nic mi z 
niego, i tę skrzyneczkę z gabinetu. Byłbym uratował więcej rzeczy pana profesora, ale wtedy 
buchnął taki ogień, że mało życia nie straciłem. No i biegłem do panienki, bom ją w ogrodzie 
zostawił... 

— Ja panu to dam i nie chcę nijakiego sądu, ja sumienie mam czyste, w kościele mogę 

przysięgać!  Chory  jestem  i  stary  i  już  umrę  niedługo,  ja  żadnych  sądów  nie  chcę,  ja  pana 
doktora  bardzo  proszę,  żeby  nic  nie  robić,  panienka  za  mnie  zaświadczy...  Stary  jestem  i 

background image

chory ... 

W  pół  godziny  później  lekarz  oglądał  skórzaną  kasetę  wielkości  podróżnego  neseseru. 

Zamek był rozbity. W środku znajdowały się opakowane w cynfolię płaskie bębny, na które 
nawinięta była wąska taśma. 

Lekarz,  zadowolony  z  podstępu,  kazał  ogrodnikowi  podpisać  oświadczenie,  że  o 

niczym nie wie odnośnie pretensji spadkowych brata profesora i że stan zdrowia nie pozwala 
mu na przyjazd na rozprawę sądową. Zapewnił wciąż jeszcze wystraszonego ogrodnika, że na 
tym  sprawa  się  kończy,  i  żeby  o  srebrze  na  razie  zapomniał,  ponieważ  zwróci  je  w  swoim 
czasie pani Marzenie. 

Był przekonany, że ogrodnik ukradł jeszcze inne rzeczy, lecz odzyskanie ich zabrałoby 

zbyt  wiele  czasu  i  w  ogóle  mogłoby  zaszkodzić  jego  dotychczasowym  planom.  Zresztą 
rezultat  był  nieoczekiwany,  przeczucie  mówiło  mu,  że  kasetka  zawiera  klucz  do  zagadki, 
która stawała się coraz bardziej fascynująca. 

Bez zdziwienia przyjął okrzyk pobladłej Marzeny: 
— To są sny! 
—  Pani  Marzeno,  jedziemy  do  Anglii!  —  oświadczył  stanowczo  i  serdecznie  uścisnął 

oszołomioną dziewczynę. 

Wyjazd nastąpił po trzech tygodniach. Doktor Schönberg, aczkolwiek nie znał przyczyn 

nagłego  wyjazdu  swego  asystenta,  wręczył  mu  list  polecający  do  dobrego  znajomego,  dra 
Wilsona, wiedząc, że syn jego, Charles, jest wybitnym adwokatem, mogącym wiele pomóc w 
skomplikowanych  sprawach  finansowych,  o  których  wspomniał  mu  lekarz.  Natomiast  stary 
Brenk,  pomimo  sprzeciwów  lekarza,  zmusił  go  do  przyjęcia  znacznej  sumy  pieniędzy  prze-
znaczonych na podróż Marzeny. 

W długiej rozmowie z Brenkami lekarz częściowo wyjawił im powody wyjazdu. Wspo-

mniał,  że  celem  tej  podróży  jest  odzyskanie  sporego  majątku,  który  profesor  pozostawił  do 
dyspozycji Lingtona na cele doświadczalne. 
 

* * * 

 

Z  samolotu  Linii  Holenderskich  obserwowali  zbliżającą  się  szarą  plamę  Londynu.  Po 

raz pierwszy od czasu wojny lekarz spoglądał na rozległe miasto, błyszczące w słońcu wstęgą 
Tamizy, liczne baseny doków, maszty dźwigów i ciemne bloki magazynów. 

Myśląc o doktorze Lingtonie lekarz widział w nim przywódcę sprytnej i potężnej szajki, 

która  w  jakiś  sposób  zdołała  zmylić  czujność  profesora  Brenka.  Domyślał  się  też,  że  pożar 
willi był celowo wywołany. 

Marzenę  napełniała  lękiem  myśl  o  publicznym  ujawnieniu  jej  snów,  których  sama  nie 

znała,  a  które  ojciec  przed  nią  zataił.  Po  raz  drugi  w  życiu  bała  się  własnych  snów:  poprze-
dnio widząc niektóre z nich — i teraz, wobec ewentualnej konieczności wyświetlenia ich. Nie 
rozmawiała  o  tym  z  lekarzem  i  nie  przyznawała  mu  się  do  swoich  obaw,  które,  ku  jej 
przerażeniu, wywoływały podobni; uczucia do tych sprzed roku, kiedy tak bardzo cierpiała i 
pragnęła śmierci. 

Polubiła  lekarza  i  wdzięczna  mu  była  za  jego  troskliwość,  opiekę  i  poświęcenie  dla 

osobistych  jej  spraw.  Marzena  niejednokrotnie  myślała  o  nim  i  przeczucie  mówiło  jej,  że 
lekarz  interesuje  się  nią  nie  tylko  jako  pacjentką  i  krewną  Brenków.  W  jego  spojrzeniu  wy-
czytywała więcej niż mówił on sam. Ale jeszcze  wciąż kochała  Larsena i  nie byłaby zdolna 
do odwzajemnienia uczuć lekarza. Pragnęła zachować swą miłość do Olafa i pielęgnować ją, 
gdyż  przyszła  do  niej,  do  młodej  i  przecież  osamotnionej  dziewczyny...  I  za  to,  że  była  ona 
pierwszą w jej życiu. 
 

* * * 

background image

Już na drugi dzień po przybyciu na miejsce lekarz porozumiał się telefonicznie z profe-

sorem Wilsonem, który zaprosił go wraz z Marzeną do siebie. W spotkaniu miał uczestniczyć 
jego syn, Charles, specjalista medycyny sądowej. 

Rozmowa  u  Wilsona  toczyła  się  wokół  profesora  Schönberga,  którego  list  sprawił 

Wilsonowi nieukrywaną przyjemność. Zaprzyjaźnieni od wielu lat, spotykali się od czasu do 
czasu na międzynarodowych kongresach lekarskich. 

Po herbacie Charles zaprosił Marzenę i lekarza do swojej kancelarii. Na kominku płonę-

ły  kłody  drewna.  Charles  uważnie  przysłuchiwał  się  historii  Brenka,  Larsena  i  Marzeny, 
historii wynalazku i pożaru. 

W momencie kiedy lekarz opowiadał o odzyskaniu od naiwnego ogrodnika taśm nagra-

nych snów, Charles nie mógł opanować podniecenia: 

—  Czy  zdajecie  sobie  państwo  sprawę  z  doniosłości  posiadania  takiego  skarbu?  To 

niesłychane! Czy taśmy macie ze sobą? 

— Tak, zostały złożone w depozycie bankowym. 
— Czy Lington wie coś o waszych zamiarach? 
— Nie. 
— A czy wie o waszym przyjeździe? 
— Nie. 
Charles zamyślił się. Po chwili powiedział: 
— Od czasu ogłoszenia wynalazku, na skutek olbrzymiego rozgłosu Lington stał się po-

stacią mityczną. Ukazało się setki artykułów rozpraw i felietonów, radio i telewizja szaleją od 
tygodni,  nadając  odczyty  i  słuchowiska  na  temat  wynalazku.  O  samym  Lingtonie  krążą 
najfantastyczniejsze pogłoski. Największe koncerny filmowe i wydawnictwa walczą o prawo 
wyzyskania  jego  pamiętników  i  przebiegu  doświadczeń.  Czy  macie  jakiś  konkretny  sposób 
skomunikowania się z nim osobiście? 

— Chwilowo nie... 
— Spośród tysięcy dziennikarzy i fotoreporterów polujących na Lingtona jeszcze żaden 

go nie widział. 

— Wierzę w moje szczęście — powiedział lekarz uśmiechając się do Marzeny. 
—  Szczęście  niewiele  pomoże.  Przypadek  nie  może  odgrywać  tu  żadnej  roli.  Sprawa 

jest nazbyt poważna. 

Charles ciągnął z coraz większym zapałem: 
—  To  piekielnie  trudna,  ale  pasjonująca  sprawa.  Lington  jest  obecnie  tak  sławny,  że 

zarzuty  odnośnie  przywłaszczenia  sobie  wynalazku  mogą  ośmieszyć  tylko  oskarżających. 
Przypominam sobie reakcję prasy na zarzuty jakiegoś dziennikarza, że Mount Everest nie zo-
stał zdobyty, a zdjęcia ze szczytu są sfałszowane. Może nie jest to najwłaściwsze porównanie, 
ale pewna analogia istnieje. 

Charles przyjaźnie spojrzał na Marzenę i uśmiechnął się. 
—  Nie  mógł  pan  szczęśliwiej  trafić.  Jeden  z  asystentów  Lingtona  to  mój dobry  znajo-

my, zresztą jego krewny i były uczeń mojego ojca, Reginald Butler. Skontaktowanie się z nim 
nie sprawi mi trudności i jestem przekonany, że udzieli on pomocy, o którą poproszę. Moim 
zdaniem najważniejsze jest, czy w wypadku, kiedy zaistnieje potrzeba, będzie można wyświe-
tlić wasze taśmy. Czy Lington ma taki aparat? Może jego wynalazek oparty jest na innej kon-
strukcji. Na to pytanie odpowiedzieć może Reginald. Wówczas wystąpimy ze sprawą sądową. 

— Sprawą sądową? — zdumiał się lekarz. 
— Naturalnie — potwierdził Charles. 
Marzena była przerażona. 
—  A  czy  nie  można  po  prostu  porozmawiać  z  Lingtonem  prywatnie?  Przyjaźnił  się  z 

moim ojcem i na pewno przyjmie mnie życzliwie. 

— Czy spodziewa się pani życzliwego przyjęcia? Zresztą Lington nie zechce pani przy-

background image

jąć, jeżeli ma coś na sumieniu. Gdyby zaś doszło do rozmowy, ręczę, że nic by ona pani nie 
dała. Gdzie wchodzą w grę pieniądze i powodzenie, ludzie są bezwzględni aż do granic zbro-
dni. 

— To chyba zbyt ostro powiedziane. 
—  Przyznaję.  Lecz  w  mojej  praktyce  spotykam  się  stale  ze  zbrodnią  maskowaną  w 

niewiarygodnie sprytny sposób. 

— Nie możemy się wszędzie doszukiwać zbrodni. 
Widząc zniecierpliwienie Marzeny Charles dodał: 
— Niczego nie sugeruję. Ale tragiczny los Olafa Larsena i profesora Brenka może mieć 

ścisły związek z ogłoszeniem wynalazku w Londynie... 

Gawędząc do późnej nocy ustalono, że Charles rozmówi się z Reginaldem Butlerem i o 

wyniku spotkania telefonicznie powiadomi lekarza. 

— Proszę mi wierzyć, że walka z Lingtonem nie będzie łatwa. Myślę jednak, że zezna-

nia  pani  Marzeny,  poparte  takim  dowodem  jak  taśmy,  będą  wystarczające,  aby  sąd  zlecił 
specjalnej  komisji,  złożonej  z  naukowców,  wyświetlenie  taśm.  Skutki  orzeczenia  sądowego 
mogą być nieoczekiwane. 
 

* * * 

 
W  kilka  tygodni  później  opinię  publiczną  zaalarmowała  wiadomość  o  procesie  wyto-

czonym doktorowi Lingtonowi przez panią Marzenę Brenk, której ojciec był współwynalazcą 
aparatu do wyświetlania snów. Akt oskarżenia zarzucał doktorowi Lingtonowi przywłaszcze-
nie wynalazku. Pani Brenk przedstawiła dowody rzeczowe. Sprawę prowadzi znany adwokat 
Charles Wilson. 

W  prasie  zawrzało.  Złośliwie  i  napastliwie  oskarżano  Marzenę  Brenk  o  bezczelność  i 

zamiar  zwrócenia  na  siebie  uwagi  producentów  filmowych.  Prasa  sensacyjna  podała,  że 
oskarżenia  Marzeny  są  absurdalne,  zrodzone  z  histerii;  jej  ojciec  zaś  w  obłędzie  popełnił 
samobójstwo, i kto wie, czy nie zabójstwo. 

Lekarz i Marzena przebywali w ukryciu, wszelkich informacji udzielał jedynie Wilson. 

Rozprawy  oczekiwano  z  wielkim  napięciem.  Doktor  Lington  publicznie  oświadczył,  że  całą 
historię traktuje niepoważnie, nawet humorystycznie. 
 

* * * 

 
Lington nie stawił się osobiście na rozprawę. Reprezentował go jeden ze znanych adwo-

katów, który kategorycznie zaprzeczył oskarżeniu. Opowiedział on sądowi, powołując się na 
wiele  nazwisk  ze  świata  naukowego,  że  Lington  rozpoczął  pracę  nad  wynalazkiem  przed 
kilkunastu laty. 

Wyraził się o profesorze Brenku, że był to człowiek psychicznie chory, czego dowodem 

było, że Brenk leczył się u Lingtona, który jest wybitnym neurologiem. Adwokat przedłożył 
sądowi odpisy recept, które doktor Lington zapisał profesorowi Brenkowi; twierdził, że Brenk 
w ogóle nie mógł wiedzieć o zaawansowanych pracach Lingtona, bowiem były one zachowa-
ne w ścisłej tajemnicy. Dodał też, że po śmierci Brenka jego córka, osoba dziedzicznie obcią-
żona, przebywała na kuracji w szpitalu psychiatrycznym. 

Jakieś  taśmy,  mające  zawierać  ponoć  nagranie  snów  ludzkich,  nazwał  naiwnym 

trickiem, w który żaden  poważny naukowiec nie  uwierzy. Mogą to być jakieś nagrania tele-
wizyjne,  ale  nie  mające  z  wynalazkiem  nic  wspólnego;  wyświetlenie  tych  taśm  jest  prawie 
niemożliwe,  bowiem  są  to  z  pewnością  falsyfikaty,  które  zresztą  nie  tak  trudno  wyproduko-
wać znając najnowszą włoską technikę nagrywania filmów telewizyjnych. Adwokat powołał 
się  na  firmy  produkujące  specjalne  płyty  do  tych  nagrywań  i  cytował  nazwiska  włoskich 

background image

inżynierów. 

Na  zakończenie  wyraził  ubolewanie  z  powodu  tragicznej  śmierci  młodego  naukowca, 

inżyniera  Olafa  Larsena,  który  pracował  razem  z  Brenkiem  nad  ulepszeniem  aparatów  do 
elektroterapii,  przy  leczeniu  schorzeń  mięśniowych;  utracono  w  Larsenie  jedynego  świadka 
mogącego stwierdzić niepoczytalność Brenka w ostatnim stadium jego choroby. 

W  odpowiedzi  na  te  rzeczowe  wywody  przemówienie  mecenasa  Wilsona  wywołało 

wesołość na sali. Sąd odroczył sprawę celem powołania świadków i rzeczoznawców. 

Marzena i lekarz byli przygnębieni. Wilson zdawał się być jednak dobrej myśli, chociaż 

lekarz podejrzewał, że robi on przysłowiową „dobrą minę do złej gry”. 

Marzena  czuła  się  ośmieszona,  ogarnęła  ją  apatia.  Błagała  lekarza,  by  jak  najprędzej 

wrócili do domu. Dopiero po cierpliwych naleganiach zgodziła się czekać na wynik procesu... 
 

* * * 

 
Ostatni dzień niefortunnego procesu zapowiadał się już zupełnie nieciekawie. Mimo to 

sala wypełniona była do ostatniego miejsca. 

Tuż przed rozpoczęciem przewodu sądowego Charles Wilson zbliżył się do Marzeny i 

lekarza. Był niezwykle podniecony. 

—  Pani  Marzeno!  Dzisiaj  będą  zeznawać  nowi  świadkowie  oskarżenia,  o  których  nikt 

nie  wie,  nawet  pani...  Prawda  jest  po  naszej  stronie.  Proszę  być  dzielną  —  powiedział  i 
uścisnął jej dłonie. Widać było, że stara się ukryć wzruszenie. Chciał coś jeszcze dodać, ale 
powstrzymał się i powtórzył: 

— Proszę być dzielną! 
Sąd wszedł na salę. 
W  kilka  minut  później  wprowadzono  świadka:  wysokiego  mężczyznę  w  dużych 

ciemnych okularach. Wśród zupełnej ciszy nastąpiło zaprzysiężenie. 

Wówczas padło pytanie sądu: 
— Proszę podać imię i nazwisko. 
— OLAF LARSEN — głośno i dobitnie powiedział mężczyzna. 
Salę ogarnął gwar. Padło kilka okrzyków, gdy wynoszono zemdloną Marzenę. 
Dziennikarze  pobiegli  do  telefonów,  wzrastał  zgiełk.  Sąd  zarządził,  by  publiczność 

opuściła salę. 
 

* * * 

 
Aby  zrozumieć  historię  nagłego  pojawienia  się  Olafa  Larsena,  musimy  się  cofnąć  do 

okresu, kiedy wyjechał on z Brenkiem do Anglii. 

Podczas licznych doświadczeń uległy całkowitemu zniszczeniu drogocenne lampy, któ-

re  można  było  nabyć  tylko  w  Londynie,  w  pewnej  firmie  telewizorów.  Prócz  tego  Brenk  i 
Larsen  znali  Lingtona  jako  wybitnego  fizyka  i  neurologa  i  dobrze  wiedzieli  o  jego  świetnie 
wyposażonej  prywatnej  klinice,  w  której  zainstalowane  były  najnowocześniejsze  aparaty  do 
elektrokardiogramów i elektroencefalogramów. Prócz lamp Brenkowi potrzebne były również 
pewne części, które mógł zakupić u Lingtona. W szczególności nieodzowne były czułe mem-
brany,  które  stosował  w  swych  aparatach  Lington.  Tak  więc  doszło  do  wymiany  listów  i 
wreszcie do spotkania. 

Laboratorium w willi Brenka pochłaniało olbrzymie sumy. Wszystkie pieniądze uzyska-

ne  ze  sprzedaży  posiadłości  profesora  wyczerpały  się  już,  zawiodła  również  próba  pożyczki 
bankowej i cała nadzieja była w Larsenie. Zgodził się on na odsprzedanie swoich udziałów w 
hodowli  lisów,  prowadzonej  przez  jego  wspólnika.  Stanowiło  to  pokaźny  majątek  i  Larsen 
chciał szybko i korzystnie załatwić transakcję, gdyż praca nad wynalazkiem zatrzymała się w 

background image

ostatniej, najważniejszej fazie. 

Przez kilka tygodni Brenk i Larsen byli gośćmi Lingtona. Pijaństwo Larsena doszło do 

punktu  szczytowego,  gdy  znalazł  on  godnego  partnera  w  postaci  asystenta  Lingtona.  Sam 
Lington spędzał niejednokrotnie całą noc w towarzystwie pijanego Larsena, którego ogromnie 
polubił. Wreszcie zakupiono lampy, potrzebne części i, co najważniejsze, owe membrany.  

Życzliwość  i  entuzjazm,  z  jakim  Lington  podejmował  swych  gości,  nie  mogła  wzbu-

dzać żadnych podejrzeń. Natomiast wielogodzinne rozmowy na temat swych prac wzbudziły 
podejrzenia Lingtona co do charakteru naukowych zainteresowań jego gości. Po kilku rozmo-
wach  z  pijanym  Larsenem  Lington  domyślał  się  już  celu  ich  pracy  naukowej;  relacje  jego 
asystenta upewniły go w tym ostatecznie. Larsen zapewne wyjawił, że plany wynalazku będą 
wkrótce opatentowane, o ile membrany Lingtona spełnią pokładane w nich nadzieje. 

Transakcja  sprzedaży  hodowli  lisów  doszła  tylko  częściowo  do  skutku.  Zupełnie 

niespodziewanie zainteresował się nią Lington i doszedł do porozumienia z Larsenem. Oferta 
kupna  była  nadzwyczaj  korzystna  i  ku  obopólnemu  zadowoleniu  umówiono  się,  że  dwaj 
pełnomocnicy  Lingtona  w  terminie  dwumiesięcznym  przybędą  do  Larsena,  aby  na  miejscu 
dać mu ostateczną odpowiedź i załatwić kupno. 

Po  powrocie  Brenk  i  Larsen  ze  zdwojoną  energią  przystąpili  do  pracy.  Wyniki  były 

rewelacyjne!  Uszczęśliwieni,  przygotowali  komplet  planów  potrzebny  do  opatentowania 
wynalazku. Chwila triumfu była bliska. 

Wtedy  właśnie  zjawili  się  pełnomocnicy  Lingtona.  Larsen  tylko  jednego  z  nich  znał  z 

widzenia; był zdumiony, że pomimo uprzedniego porozumienia obecnie stawiają oni sprawę 
kupna  na  odmiennych  warunkach,  mniej  korzystnych.  Po  nieudanych  rozmowach,  obficie 
zakrapianych  alkoholem,  przedstawiciele  Lingtona  wyjechali,  obiecując  zdezorientowanemu 
Larsenowi, że powrócą za dwa tygodnie. 

Już  od  kilku  godzin  Larsen  pracował  w  swoim  gabinecie.  Przez  otwarte  drzwi  widział 

sylwetkę  Brenka  pochyloną  nad  biurkiem.  Nadchodziła  pora  kolacji  i  słysząc  otwieranie 
bocznych  drzwi  Larsen  był  przekonany,  że  przychodzi  Marzena,  by  ich  poprosić  do  jadalni. 
Zdziwił się tylko, że tym razem nie zamknął drzwi na klucz. 

Słyszał  kroki,  ale  dopiero  cień  padający  na  ścianę  sprawił,  że  obejrzał  się.  Stał  przed 

nim jeden z rzekomych pośredników Lingtona, z pistoletem w ręku. 

Poza jego plecami bezszelestnie przemknął się drugi osobnik do pokoju Brenka. 
Gdy  padł  strzał,  Larsen  osunął  się  na  podłogę.  Mężczyzna  wbiegł  potem  do  pokoju 

Brenka. Pomimo piekącego bólu w ramieniu  Larsen zerwał się, pochwycił broń z szuflady i 
wypalił  w  stojącego  w  drzwiach  agenta.  Strzał  był  śmiertelny.  Teraz  Larsen  spostrzegł,  że 
Brenk leży na dywanie. Kasa pancerna była otwarta, na podłodze walało się mnóstwo papie-
rów; zniknęła jednak czarna teczka z fotokopiami gotowych planów. 

W  tym  momencie  zgasło  światło  i  Larsen  z  przerażeniem  spostrzegł,  że  pokój  płonie. 

Paliła się gablotka i leżące obok niej skrzynki. Ogień rozprzestrzeniał się błyskawicznie. 

Krzycząc  do  Brenka,  który  nie  odpowiadał,  Larsen  podbiegł  do  niego,  podniósł  go  i 

brnąc  wśród  ognia  przeszedł  do  swojego  gabinetu.  Ranne  ramię  nie  wytrzymało  ciężaru 
nieprzytomnego  profesora  i  Larsen  upadł.  Po  chwili  wstał  i  otworzył  drzwi,  by  przywołać 
Marzenę.  Ujrzał  ją  w  tej  samej  chwili  —  sprawiała  wrażenie  obłąkanej  z  przerażenia.  W 
panicznym lęku o nią siłą ją zatrzymał, już wbiegającą do pokoju pełnego ognia, i ostatkiem 
sił  wypchnął  na  korytarz  krzycząc:  „Uciekaj,  Marzena,  uciekaj!”  Wrócił  po  profesora  w 
nadziei, że zdoła go uratować. 

Teraz nastąpił wybuch i Larsen wiedział co to oznacza. Za chwilę nastąpi druga eksplo-

zja magazynu pełnego łatwopalnej i wybuchowej masy... 

Oślepiony,  nieprzytomny  od  dymu  i  poparzeń,  ranny  i  broczący  krwią,  ostatnim  nad-

ludzkim  wysiłkiem  skoczył  przez  okno.  Kiedy  się  ocknął  po  upadku,  spostrzegł  biegnącego 
ogrodnika z Marzeną na rękach. Larsen zaczął uciekać przed siebie zagłębiając się w oświe-

background image

tlony łuną pożaru las. Cała willa stała już w ogniu... 

W zgliszczach spalonej willi znaleziono zwęglone szczątki dwóch mężczyzn. 

 

* * * 

 
Rozprawa, czwarta z kolei od czasu pojawienia się Larsena, odbywała się przy drzwiach 

zamkniętych.  Aresztowano  Lingtona  i  jego  asystentów,  z  których  jednym  był  Reginald  But-
ler; laboratorium doświadczalne opieczętowano i pozostawiono pod nadzorem policji. Trwało 
dalsze przesłuchanie Larsena. 

— Dlaczego świadek ukrywał się przez dwa lata pod obcym nazwiskiem? 
— Gdy zdałem sobie sprawę, że zabiłem człowieka, ogarnęło mnie paniczne przeraże-

nie, mimo że działałem w obronie własnej. Zdawało mi się, że mogę być posądzony również 
o  zamordowanie  profesora  Brenka  i  o  umyślne  podpalenie  willi.  Groziło  mi  aresztowanie  i 
długie  śledztwo.  Kiedy  wreszcie  zgłosiłem  się  do  władz  policyjnych,  dowiedziałem  się,  że 
jedyny  świadek,  który  mógłby  mi  pomóc,  pani  Marzena  Brenk,  przebywa  w  szpitalu  dla 
nerwowo chorych, na skutek przeżytego szoku. Odszukanie agenta Lingtona, który uciekł ze 
skradzionymi  planami,  było  chwilowo  niemożliwe.  Zresztą  on  świadczyłby  przeciw  mnie. 
Czy  którakolwiek  policja  świata  uwierzyłaby  moim  słowom?  Czy  ktokolwiek  uwierzyłby  w 
wynalazek ujawnienia snów? Osadzono by mnie chyba w domu wariatów jako podejrzanego. 
Mogłem  działać  tylko  na  własną  rękę.  Oficjalna  wiadomość  o  mojej  śmierci  pozwoliła  mi 
pozostać w ukryciu. Wierzyłem, że kiedyś sprawa się wyjaśni. Wyjechałem do Anglii. .. 

— A kiedy świadek zdecydował się wyjawić tajemnicę? 
— Ogłoszenie rzekomego wynalazku Lingtona rozwiało wszelkie skrupuły i obawy, że 

mógłbym go skrzywdzić oskarżeniem o zbrodnię. O procesie dowiedziałem się z prasy. 

— Co było ostatecznie powodem pożaru? 
— Nie wiem do dziś. Przypuszczam, że ogień podrzucił uciekający  agent. Wspomnia-

łem, że podczas walki zgasło światło. Mogło nastąpić spięcie przewodów elektrycznych, ale 
raczej posądzam agenta o umyślne spowodowanie pożaru. Wszystko stało się tak szybko... 

Olbrzymie poruszenie wywołało oświadczenie Larsena, że rozpoznaje on pokazane mu 

taśmy. Określił je drobiazgowo, co zostało sprawdzone komisyjnie, i zapewnił, że zawierają 
one doświadczalne nagrania snów jego i Marzeny, które będzie można z całą pewnością wy-
świetlić telewizyjnie na aparaturze Lingtona, ale pragnąłby tego uniknąć. Wierzy, że Lington 
przyzna się do wszystkiego i że nastąpi konfrontacja z agentem, którego bez trudności rozpo-
zna. 

W dwa tygodnie później prasa doniosła o aresztowaniu wspólnika Lingtona, człowieka, 

który winien był śmierci Brenka i jest oskarżony o kradzież planów i podpalenie willi. Wia-
domość o przyznaniu się do winy doktora Lingtona, po odnalezieniu skradzionych planów w 
jego klinice, była punktem kulminacyjnym głośnego procesu. 

Larsen stał się wkrótce najpopularniejszą postacią w kraju. W prasie ukazywały się stale 

fotografie  jego  i  Marzeny;  jej  sukces  był  też  całkowity.  Niezmordowany  Charles  Wilson 
prowadził  nadal  sprawę  o  odszkodowanie  i  zalegalizowanie  własności  wynalazku  na  rzecz 
Larsena. Akademia Nauk przyznała Larsenowi wysoką nagrodę, miał on stanąć na czele spec-
jalnej, komisji naukowej do dalszych badań nad wynalazkiem. Jako prawnej spadkobierczyni, 
połowa wszelkich odszkodowań i dochodów przypadała Marzenie. 

Marzena zmieniła się, wypiękniała jeszcze bardziej.  
Kiedy spoglądała na Olafa, jej czarne, ogromne oczy lśniły radosnym blaskiem. 
A lekarz? 
Zrozumiał,  że  jego  rola  jest  skończona.  Wypełnił  podjęty  trud  sumiennie,  z  dużym 

wkładem  ambicji,  zapału  i  sentymentu.  Czy  kochał  Marzenę?  Być  może.  Ale  nazbyt  dobrze 
znał  życie,  by  sycić  się  złudzeniami...  Pragnął  wyleczenia  Marzeny  i  cel  swój  osiągnął. 

background image

Pragnął dopomóc jej w wyjaśnieniu zagadki śmierci ojca — i los najszczęśliwiej pokierował 
sprawami. Tak, rola jego była skończona ... 

Prof.  Schönberg  naglił  go  do  powrotu.  Lekarz  cieszył  się,  że  będzie  mógł  dokładnie 

opowiedzieć Brenkom przebieg ostatnich wydarzeń. 

W dniu wyjazdu rozmawiał długo z Marzeną i Olafem. No cóż, rozstawali się, co pra-

wda na krótko, spotka się z nimi po ich powrocie z Anglii. Larsen zamierzał po zakończeniu 
procesu wyjechać na dłuższy odpoczynek, Marzena miała mu towarzyszyć. 

Olaf  pił  jeszcze  czasami,  ale  umiarkowanie.  Wspominając  ten  temat  Larsen  z  zażeno-

waniem tłumaczył, że w okresie pobytu z ojcem Marzeny alkohol był jedynym odprężeniem 
w  ciężkiej  pracy.  Pił  wówczas  sobie  i  Brenkowi  na  złość,  bowiem  kochał  Marzenę.  Stary 
Brenk  kategorycznie  sprzeciwił  się  ich  małżeństwu,  grożąc  zerwaniem  spółki  i  wysłaniem 
Marzeny na wieś, do swego brata. 

Odprowadzili lekarza na lotnisko. Marzena była zbyt wzruszona, by ukryć łzy. 
Dziwny  splot  wydarzeń  łączył  tych  troje  ludzi.  Właśnie  teraz,  w  chwili  pożegnania, 

pomyśleli o tym. Ale kto z nas może wiedzieć, co naprawdę czuli? 
 
 
 
 

O. HENRY 

 

DUBELTOWY OSZUST 

 

ZACZĘŁO się w Laredo. Właściwie zawinił Mały Liano, gdyż zwyczaj wysyłania oby-

wateli  na  tamten  świat  powinien  był  stosować  wyłącznie  do  meksykańskich  tubylców.  Lecz 
Mały  miał  lat  już  przeszło  dwadzieścia,  a  na  kresach,  nad  Rio  Grande,  nie  wypada  w  tym 
wieku mieć na sumieniu tylko krew meksykańską. 

Wydarzyło  się  to  w  barze  starego  Giusto  Valzo.  Rżnięto  w  pokera,  ale  nie  wszyscy 

gracze byli koleżkami, jak to zresztą bywa tam, gdzie zjeżdżają się zuchy z całego świata, aby 
próbować szczęścia. Awantura wybuchła z powodu bagatelki, paru dam; gdy dym się rozwiał, 
stwierdzono, iż Mały pośpieszył się, a przeciwnik spudłował. 

Traf chciał, że nieboszczyk zamiast być zwyczajną małpą meksykańską, był wychowan-

kiem  powszechnie  szanowanej  rodziny  farmerów,  miał  tyleż  prawie  lat  co  Mały,  a  nadto 
wielu przyjaciół. 

Mały,  nie  mając  orszaku  stronników  i  wielbicieli,  wskutek  zbyt  ciemnej,  nawet  jak  na 

kresy,  reputacji  —  doszedł  do  wniosku,  że  jego  bezpośrednia  odwaga  da  się  pogodzić  z 
manewrem, słynącym pod nazwą „dać drapaka”. 

Zbiegli się zatem obywatele i urządzili obławę. Trzej przydybali Małego o kilka kroków 

od stacji kolejowej. 

Zbieg na chwilę odwrócił się do nich i zęby jego błysnęły w wspaniałym acz złowrogim 

uśmiechu,  który  zapowiadał  zuchwałe  i  okrutne  wyczyny.  Prześladowcy  cofnęli  się  natych-
miast, nie zmuszając go nawet do użycia rewolweru. 

Całe  to  zajście  od  początku  do  końca  nie  budziło  w  nim  owego  łaknienia  krwi,  które 

zazwyczaj zagrzewało go do walki. Awantura była pospolita i przypadkowa, wywołana karta-
mi i wymysłami, jakich nie zniesie prawdziwy dżentelmen. Właściwie przypadł mu nawet do 
gustu ten smukły, pełen temperamentu młodzieniec, zabity jego kulą! Chciało mu się teraz po 
prostu  pójść  przed  siebie,  leżeć  w  trawie,  chustką  zasłoniwszy  twarz  przed  słońcem.  Kiedy 
wpadał w taki nastrój, nawet Meksykanin mógł go minąć bez obawy. 

Pięć  minut  potem,  nie  kryjąc  się,  wsiadł  do  idącego  na  północ  pasażerskiego  pociągu. 

Lecz o kilka mil dalej, na następnym przystanku, gdy pociąg stanął, aby  przyjąć pasażerów, 

background image

Mały  zrezygnował  z  tego  środka  lokomocji.  Przed  nim  były  stacje  z  telegrafem,  a  poza  tym 
zawsze czuł niechęć do elektryczności i pary. Wolał siodło i strzemiona. 

Nie  znał  osobiście  zabitego  przeciwnika,  wiedział  tylko  tyle,  że  przybył  z  rancho 

Corallitos, w Hidalgo. Wiedział również, że mieszkańcy tamtejsi są bardziej okrutni i mściwi 
aniżeli wendetyści z Kentucky. Przeto z przezornością, która czyniła mu zaszczyt, postanowił 
odgrodzić się od Corallitos jak największą ilością mil. 

Niedaleko  stacji  był  sklep,  niedaleko  sklepu  wśród  moskitów  i  wiązów  stały  konie 

klientów.  Przeważnie  drzemały,  leniwie  spuściwszy  łby.  Tylko  jedna  klacz,  długonoga,  o 
łabędziej  szyi,  parskała  i  biła  niecierpliwie  kopytem.  Mały  dosiadł  jej  i  z  lekka  uderzył 
trzonkiem szpicruty. 

Jeżeli zabicie zuchwałego partnera przy kartach cokolwiek przyćmiło reputację Małego, 

jako dobrego i uczciwego członka społeczeństwa, to ostatni jego postępek okrył go mrocznym 
płaszczem hańby. Na kresach bowiem wzdłuż Rio Grande, jeśli pozbawia się kogoś życia, to 
czasem zabiera mu się drobnostkę, lecz gdy zabiera się komuś konia, pozbawia go się zawsze 
rzeczy cennej. Mały spalił za sobą ostatnie mosty. 

Na harcującej pod nim klaczy doświadczył wiele niepokoju i wzruszeń. Po pięciomilo-

wym galopie przeszedł w równy kłus — ulubiony krok stepowych jeźdźców — i pojechał na 
północny  wschód.  Znał  dobrze  ten  kraj,  ciemne  i  kręte  steczki,  wijące  się  śród  nieskończo-
nych  zagajników,  krzewów  kolczastych,  kaktusów,  znał  jego  okólniki  i  samotne  rancha,  w 
których można znaleźć bezpieczne schronienie. 

Mały nie widział jeszcze nigdy oceanu. Zachciało mu się naraz zanurzyć rękę w pianie 

Zatoki Meksykańskiej. Oto czemu w trzy dni potem znalazł się na brzegu w Corpus Christi i 
spoglądał na chybotanie spokojnego morza. 

Kapitan Bad stał na szkunie, która za chwilę miała wypłynąć z portu, gdy nagle przypo-

mniał  sobie,  że  nie  zabrał  ze  sobą  jednej  z  najważniejszych  rzeczy  powszedniego  użytku, 
rzeczy  w  kształcie  równoległoboku  —  dokładniej  mówiąc,  paczek  prymki.  Nie  zwlekając, 
posłał marynarza po zapomniany ładunek. 

Oczekując  jego  powrotu,  przechadzał  się  tymczasem  po  plaży  i  żuł  resztki  kieszonko-

wego zapasu. 

Zgrabny, muskularny młodzieniec w butach na wysokich obcasach podszedł do brzegu. 

Twarz jego mówiła o młodym wieku, lecz przedwczesna jej surowość świadczyła o męskim 
doświadczeniu. Kolor twarzy miał z natury smagły, wiatr i słońce spaliły ją na ciemny brąz. 
Włosy czarne i proste jak indiańskie, policzki nie zaznały jeszcze poniżającego dotyku brzy-
twy; oczy były chłodne i niebieskie. Lewa ręka z lekka wygięta: miejscowi strażnicy porząd-
ku krzywym okiem patrzą na rewolwery 45-kalibrowe z rączkami z perłowej masy. Wpatry-
wał się poprzez kapitana Bada w Zatokę, z bezosobowym spokojem chińskiego bogdychana. 

— Hej, przyjacielu, kupujecie Zatokę? — zapytał kapitan. 
Przygoda z prymką usposobiła go szyderczo w stosunku do ludzkości. 
— Ale gdzie tam — odparł łagodnie Mały — za mało ją znam. Po prostu patrzę na nią. 

A pan chciałby ją sprzedać? 

—  Chciałbym,  ale  nie  zaraz  —  odpowiedział  kapitan.  —  Wyślę  ją  przekazem  poczto-

wym,  kiedy  wrócę  z  Buenos-Tierras...  No,  nareszcie,  przywlókł  się  ten  mój  guzdralski  z 
prymką. Powinienem był podnieść kotwicę godzinę temu. 

— To pański okręt? — zapytał Mały. 
—  Mój,  o  ile  się  panu  podoba  nazywać  szkunę  okrętem.  Właściwie  należałoby  ją 

nazwać szkuną Millera i Bonzalesa, a ma pan zaszczyt rozmawiać ze starym Samuelem Bad, 
szyprem. 

— Dokąd pan jedzie? — zapytał zbieg. 
— Do Buenos-Tierras, w Południowej Ameryce. Ładunek — budulec, blacha i scyzory-

ki do obcinania trzciny cukrowej. 

background image

— Cóż to za miejscowość? Gorąca czy chłodna? 
—  Ciepława,  moje  dziecko,  istny  raj  ziemski  pod  względem  krajobrazu  i  w  ogóle 

geografii.  Rano  budzi  pana  delikatne  terlikanie  czerwonych  ptaków  o  siedmiu  purpurowych 
ogonach i lekki szmer zefiru w kwiatach i liściach. Mieszkańcy nigdy nie pracują, wylegują 
się na tapczanie i ruchem ręki zapełniają kosze wspaniałych pomarańcz. Nie ma tam niedziel, 
nie  ma  rachunków  za  lód  ani  opłat za  komorne, nie  ma  tarapatów,  trudów  i  w  ogóle  nic  nie 
ma.  To  pyszny  kraj  dla  człowieka,  który  chce  spać  i  czekać,  aż  się  coś  nadarzy.  Banany, 
pomarańcze i ananasy — wszystko to stamtąd przychodzi. 

—  Akurat  dla  mnie  —  zawołał  Mały,  okazując  wreszcie  zaciekawienie.  —  Ile  blach 

zedrze pan ze mnie za przejazd? 

—  Dwadzieścia  cztery  dolary  —  mruknął  kapitan  Bad.  —  Za  wikt  i  przewóz.  Kajuta 

drugiej klasy. Niestety, nie mamy pierwszej. 

— Jadę z wami — zgodził się Mały wyciągając sakiewkę z jeleniej skóry. 
Miał trzysta dolarów, kiedy wyjechał bawić się do Laredo. Pojedynek niespodziewanie 

położył kres zabawie, dzięki czemu Mały uratował prawie dwieście dolarów. 

—  Zgoda,  moje  dziecko  —  przystał  kapitan.  —  Mam  nadzieję,  że  pańska  mama  nie 

będzie miała do mnie pretensji? 

Gestem przywołał jednego z marynarzy. 
— Sandez, przeprowadź panicza, aby nie zmoczył sobie nóżek. 

 

* * * 

 
— Spring Dalton — rzekł — to trochę wydaje mi się śmieszne. Nad Rio Grande nazy-

wano mnie Mały Llano. 

—  Jestem  Tucker  —  przedstawił  się  konsul  Stanów  Zjednoczonych.  —  Proszę,  niech 

pan  siądzie  na  tym  krześle.  Jeżeli  przybył  pan  ulokować  kapitały,  to  bezwarunkowo  przyda 
się panu rada doświadczonego rodaka. Te czarne małpy wyciągają z intruza wszystko, nawet 
złote zęby z ust. Niech pan zapali cygaro. 

—  Dziękuję  panu  —  odparł  Mały.  —  Nie  potrafię  minuty  przeżyć  bez  słomy  kukury-

dzianej i kapciucha. — To mówiąc, wyjął z kieszeni przybory do palenia i skręcił papierosa. 

—  Tutaj  mówi  się  po  hiszpańsku.  Potrzebny  panu  będzie  tłumacz.  Będę  niezmiernie 

zadowolony, jeżeli potrafię się panu przysłużyć. Jeżeli zechce pan nabyć plantacje owocowe 
albo otrzymać koncesje, to nie obejdzie się pan bez człowieka gruntownie obznajomionego z 
tutejszymi stosunkami. 

—  Mówię  po  hiszpańsku  bez  mała  dziesięć  razy  lepiej  niż  po  angielsku.  Tam,  skąd 

przybywam, szwargoce się po hiszpańsku. Nie, nie chcę nic kupować. 

— Mówi pan po hiszpańsku? — zapytał w zamyśleniu konsul. — Zresztą wygląda pan 

na  Hiszpana  i  przybywa  pan  z  Texas.  I  liczy  pan  sobie  nie  więcej  niż  lat  dwadzieścia. 
Chciałbym wiedzieć, czy z pana jest zuch, na jakiego wyglądasz? 

— Jest interes do zrobienia? — zapytał z nagłą przenikliwością Mały. 
— Czy można panu ufać? 
— Po co obwijać w bawełnę? Wdepnąłem w małą awanturę... Rozbrykaliśmy się cokol-

wiek  w  Laredo,  no  i  sprzątnąłem  białego  obywatela:  cóż,  pod  ręką  nie  było  Meksykanina. 
Przyjechałem do waszego kraju, aby wąchać kwiaty. Kupuje pan? 

Tamten podniósł się i zamknął drzwi. 
— Proszę mi pokazać rękę — rzekł. 
Ujął jego lewą rękę i badawczo obejrzał grzbiet dłoni. 
— Nic łatwiejszego — rzekł podniecony. — Ma pan ciało mocne jak drzewo i zdrowe 

jak u niemowlęcia. Zagoi się w ciągu tygodnia. 

— Niech pan nie liczy na mnie, jeśli chodzi o rękoczyny. Na broń palną — zgoda. Ale 

background image

brać się za czuby, jak baby, to nie dla mnie. 

— Sprawa jest o wiele prostsza. Niech pan tu podejdzie, proszę pana. 
Wskazał mu za oknem dwupiętrowy biały dom o szerokim krużganku, wyraźnie odzna-

czający się na ciemnozielonym tle podzwrotnikowej roślinności. 

— W tym domu — rzekł Tucker — stary Kastylijczyk i jego małżonka pragną zawrzeć 

pana w swych objęciach i wypchać panu kieszenie „marchiewką”. Tam mieszka stary Santos 
Urique. Jest właścicielem dobrej połowy złota tego kraju. 

— Czy nie skubnął pan przypadkiem za wiele szaleju? 
—  Siadaj  pan  —  kontynuował  Tucker  —  wszystko  panu  wyłożę  jasno  jak  na  dłoni. 

Dwanaście lat temu stracili dziecko. Nie, nie umarło, chociaż dzieci u nas przeważnie umiera-
ją — piją nieprzegotowaną wodę. Miał może osiem lat, ale był to istny diabeł. Tak twierdzą 
wszyscy.  Amerykanie,  którzy  przyszli  tu  szukać  złota,  mieli  listy  polecające  do  senora 
Urique.  Zadawali  się  z  brzdącem  i  przewrócili  mu  w  głowie  rozmaitymi  bajeczkami  o  Sta-
nach.  I  oto  w  miesiąc  po  ich  wyjeździe  mały  urwis  przepadł  jak  kamień  w  wodzie.  Przypu-
szczają, że zakradł się na transportowiec i drapnął do Nowego Orleanu. Powiadają, że później 
widziano  go  gdzieś  tam  w  Texas,  lecz  rodzice  nie  mają  żadnej  wiadomości  Stary  Urique 
wydawał  tysiące  dolarów  na  poszukiwania.  Najwięcej  cierpi  jego  biedna  matka.  Świata  nie 
widziała  poza  bachorem.  Ona  dotychczas  jeszcze  nosi  żałobę,  chociaż  nie  wątpi,  że  kiedyś 
wróci  do  niej  syn  marnotrawny.  Na  lewej  jego  dłoni  był  wytatuowany  orzeł  z  dzidą  w 
szponach. To herb starego Urique, eksportowany z Hiszpanii. 

Mały zwolna podniósł lewą dłoń i obejrzał ją z zaciekawieniem. 
— Właśnie o to chodzi — potwierdził skwapliwie Tucker, wyciągając z biurka przemy-

coną  butelkę  whisky.  —  Widzę,  że  jesteś  sprytny.  Otóż  ja  mógłbym  to  zrobić.  Po  jakiego 
licha kawęczeć jako konsul w Sandalanie? Dotychczas sam nie wiedziałem! Za tydzień orzeł 
z dzidą będzie tak elegancko wytrawiony na pańskiej ręce, jakbyś się z nim urodził. Przygoto-
wałem komplet igiełek i farbę; byłem pewny, że dziś czy jutro przyjedzie pan, mister Dalton. 

—  Ach,  diabli!  —  zawołał  Mały.  —  Zdawało  mi  się,  że  wymieniłem  panu  swoje 

nazwisko. 

— Niech i tak będzie, mister Mały. Niedługo będziesz się cieszył tym imieniem. Jakże 

się panu podoba senor Urique, co? Brzmi niezgorzej, co? 

—  Nie  przypominam  sobie,  abym  już  grał  rolę  syna.  Jeśli  nawet  miałem  rodziców,  to 

zeszli ze świata, zanim ich mogłem nazwać. Na czym polega pański plan? 

Tucker, opierając się plecami o ścianę, spojrzał przez szklankę na światło. 
— Stanęliśmy — rzekł powoli — wobec następującego zagadnienia: Czy pan chce brać 

udział w tej sprawie i jak daleko sięga pańska odwaga? 

— Wyjaśniłem panu, co mnie tu przygnało. 
—  Niezła  odpowiedź.  Tym  razem  nie  trzeba  będzie  tak  daleko  się  posunąć.  Plan  mój 

jest prosty. Po wytatuowaniu orła na pańskiej ręce, zawiadomię starego Urique. A tymczasem 
postaram  się  zebrać  jak  najwięcej  wiadomości  dotyczących  ich  życia  rodzinnego.  Ma  pan 
powierzchowność  odpowiednią,  mówisz  po  hiszpańsku,  znasz  wszystkie  fakty,  możesz  opo-
wiadać o obyczajach w Texas, a poza tym na dłoni nosisz herb rodzinny. A kiedy zawiadomię 
ich, że oficjalny spadkobierca wrócił i oczekuje przebaczenia, wie pan, co się stanie? Przybie-
gną  tu  natychmiast,  rzucą  się  panu  na  szyję,  kurtyna  opadnie,  a  widzowie  wyjdą  na  prze-
chadzkę do foyer. 

— Do rzeczy, mój panie — odezwał się Mały. — Przed chwilą rozkulbaczyłem konika 

w waszym okólniku, przyjacielu, a przedtem nie zdarzyło mi się was spotkać. Jeśli zamierza 
pan zakończyć sprawę błogosławieństwem rodzicielskim — to znaczy, że nie poznałem się na 
panu. To wszystko, co chciałem powiedzieć. 

— Dziękuję — odparł konsul. — Dawno już nie spotkałem człowieka, który by się tak 

dobrze orientował w szczegółach. Reszta to drobiazg. Jeżeli przyjmą pana bodaj na najkrótszy 

background image

przeciąg czasu, to i tak będzie dobrze. Niech im pan nie da sposobności do szukania rodzinne-
go znaku na lewej łopatce. Stary Urique ma u siebie w domu od pięćdziesięciu do stu tysięcy 
dolarów w malutkim safesie, który można będzie otworzyć zwyczajnym  haczykiem do obu-
wia. Wsunie je pan do kieszeni. Połowę odda mi pan za tatuaż. Wsiądziemy na jakiś wędro-
wny statek jadący do Rio de Janeiro. Niech Stany Zjednoczone rozlecą się, jeśli tu nie mogą 
się obejść bez moich usług. Que dice, senor? 

— To mi się podoba — stwierdził Mały, zachęcająco kiwając głową. — Zgoda. 
—  A  więc  sztama  —  rzekł  Tucker  —  będzie  pan  musiał  siedzieć  w  zamknięciu,  póki 

będę trawił orła. Może pan tymczasowo pomieszkać u mnie, a postaram się pana otoczyć tymi 
wygodami, na jakie mi zezwala moje skąpe państwo. 

Tucker  mówił  o  tygodniu,  ale  upłynęły  dwa  tygodnie,  zanim  zadowolił  go  rysunek 

wytrawiony na ręce Małego. Wówczas wysłał do ofiary list następującej treści: 
 

El Senor Don Santos Urique, La Casa Blanca.  
Szanowny  Panie,  pozwalam  sobie  donie
ść,  że  w  domu  moim  zamieszkał  chwilowo  pe-

wien młodzieniec, który kilka dni temu przybył do Buenos-Tierras ze Stanów Zjednoczonych. 
Nie  chc
ąc  budzić  nadziei,  które  mogą  zawieść,  sądzę  jednak,  że  pewne  poszlaki  stwierdzają 
jego identyczno
ść z pańskim synem. Przypuszczam, że powinien pan przyjechać i zobaczyć go. 
Je
śli to naprawdę syn pański, to mam wrażenie, że zamierzał wrócić do domu, ale w ostatniej 
chwili zabrakło mu 
śmiałości, ponieważ nie wie, jak będzie przyjęty. Z głębokim poważaniem 

TOMASZ TUCKER  
       Konsul USA
 

 

W pół godziny później — co uchodzi w tym mieście za szczyt pośpiechu — staromodne 

lando  senora  Urique  podjechało  do  domu  konsula.  Woźnica  okładał  biczem  parę  tuczonych, 
niezgrabnych  koni.  Wysoki  mężczyzna  z  siwymi  wąsami  wysiadł  z  powozu  i  podał  ramię 
damie w czarnym stroju, której twarz była zasłonięta woalką. 

Oboje  weszli  do  domu,  gdzie  konsul  przywitał  ich  wykwintnym,  dyplomatycznym 

ukłonem.  Przy  biurku  stał  zgrabny  młodzieniec  o  regularnych  rysach,  opalonej  twarzy,  o 
gładko zaczesanych kruczych włosach. 

Senora  Urique  szybkim  gestem  odsłoniła  twarz.  —  Była  już  w  podeszłym  wieku  i 

włosy jej miejscami lśniły srebrem, lecz figura postawna i świeża cera o oliwkowym odcieniu 
zachowały ślady urody. 

Patrzała na młodzieńca oczyma pełnymi bolesnego wahania. Po czym spojrzała na jego 

lewą  rękę.  Z  głośnym  łkaniem  krzyknęła:  „Synu  mój”!  —  i  przycisnęła  Małego  Llano  do 
serca. 

Miesiąc upłynął, zanim Mały przyszedł na zaproszenie do konsulatu. 
Wyglądał teraz jak typowy młody caballero. Strój jego nosił piętno zagranicy, a sztuka 

jubilerów  dodawała  mu  splendoru.  Brylant,  więcej  niż  solidnych  rozmiarów,  skrzył  się  na 
jego palcu, gdy skręcał papierosa. 

— Co pan porabia? — zapytał Tucker. 
—  Nic  szczególnego  —  odparł  spokojnie  Mały.  —  Dzisiaj  po  raz  pierwszy  jadłem 

pieczyste  z  iguany.  To  są  wielkie  jaszczury,  sabe?  Natomiast  meksykańska  wieprzowina  z 
fasolą nie smakuje mi. Czy lubi pan pieczyste z iguany, mister Tucker? 

Była godzina trzecia — o czwartej konsulowi zmienił się nastrój. 
— Już czas przystąpić do działania, synku — mówił z przykrą miną — Postępuje pan ze 

mną  nieuczciwie.  Już  czwarty  tydzień  odgrywa  pan  rolę  marnotrawnego  syna.  Mógłbyś  co-
dziennie dostać tłustego ciołka na złotym talerzu, gdybyś tego zapragnął. Cóż, mister Mały? 
Uważa  pan  za  stosowne  trzymać  mnie  tak  długo  na  diecie?  O  co  chodzi?  Czy  pańskie  oczy 
synowskie nie dostrzegły  w Casa Blanca czegoś, co wygląda na forsę? Niech mi pan  głowy 

background image

nie zawraca. Wszyscy wiedzą, gdzie stary Urique trzyma pieniądze, i to dobre, rzetelne dolary 
amerykańskie.  Co  pan  właściwie  robi?  Niech  mi  pan  spróbuje  powiedzieć:  „nic  szczególne-
go”. 

— No, oczywiście — odpowiedział Mały, zachwycając się swym brylantem. — Pienię-

dzy  tam  nie  brak.  W  puszce  blaszanej,  którą  mój  ojciec  nazywa  safesem,  leży  przeszło 
pięćdziesiąt tysięcy dolarów. Co więcej, stary daje mi czasem kluczyk w dowód zaufania. 

— Więc na co pan czeka? — krzyknął ze złością konsul. — Nie zapominaj, że mogę w 

jednej chwili roznieść ten cały domek z kart. Gdy  stary Urique dowie się, że pan jest samo-
zwańcem, to co pan myśli, jak się z panem obejdą? O, pan jeszcze nie zna tego kraju, mister 
Mały  z  Texas.  Z  tutejszymi  prawami  nie  ma  żartów.  Zmiażdżą  pana,  wsypią  panu  po  pięć-
dziesiąt razów na każdym rogu placu. To, co z pana zostanie, rzucą na zagrychę aligatorom. 

— Mogę pana zapewnić, przyjacielu — odpowiedział Mały, wygodnie sadowiąc się na 

okrętowym  szezlongu  —  że  nic  takiego  się  nie  zdarzy.  Moim  zdaniem,  wszystko  jest  w 
porządku. 

— Co pan przez to chce powiedzieć? — zapytał Tucker stukając szklanką o biurko. 
—  Pański  plan  zawiódł.  I  jeśli  kiedykolwiek  będzie  pan  miał  przyjemność  rozmawiać 

ze mną, niech pan nie zapomina, że nazywam się don Francisco Urique. Gwarantuję panu, że 
odpowiem  na  to  właściwie.  Pozwolimy  pułkownikowi  Urique  zachować  jego  kasę.  Jego 
malutki  blaszany  safes  jest  równie  bezpieczny  jak  safes  z  mechanizmem  zegarowym  w 
Narodowym Banku w Laredo. 

— Chce mnie pan wykiwać? 
—  Właśnie!  —  odpowiedział  wesoło  Mały.  —  Zamierzam  pana  wykiwać.  A  teraz 

wytłumaczę  panu,  dlaczego.  Pierwszego  zaraz  wieczoru  w  domu  pułkownika  zaprowadzono 
mnie  do  sypialni.  Żadnych  sienników  na  podłodze  —  prawdziwy  pokój  z  prawdziwym 
łóżkiem  i  innymi  hokus-pokusami.  Wchodzi  moja  matka,  okrywa  mnie  kołdrą,  poprawia. 
,,Panchito  —  powiada  —  mój  mały  zgubiony  chłopcze,  Bóg  raczył  mi  cię  zwrócić.  Zawsze 
będą Go za to błogosławiła”. Te czy inne tego rodzaju duby smalone. I na nos stoczyła mi się 
jedna  czy  dwie  krople  deszczu.  Nie  mogę  tego  zapomnieć,  mister  Tucker.  I  to  powtarza  się 
codziennie. I tak być powinno. Niech pan nie myśli, że mówię to dlatego, że mi z tym wygo-
dnie. Jeśli pan ma takie myśli, to niech pan je zatrzyma przy sobie. Mało miałem do czynienia 
z  kobietami,  no  i  matek  nie  miałem  znowu  tak  wiele,  ale  tę  damę  musimy  bałamucić  do 
końca. Jeden raz wytrzymała, drugiego ciosu nie zniesie. Jestem wielki nicpoń i może nawet 
bies, i nie Bóg mnie zesłał na tę drogę, lecz pójdę nią do końca. Odtąd niech pan pamięta, że 
jestem don Francisco Urique. 

— Dziś jeszcze wyjawię im całą prawdę i powiem wszystkim, kim ty jesteś, dubeltowy 

oszuście! 

Mały podniósł się, spokojnie schwycił konsula za gardło i zapędził go w kąt. Następnie 

wyciągnął 45-kalibrową  spluwę z rączką z masy  perłowej i przystawił chłodny wylot do ust 
konsula. 

— Opowiedziałem panu, dlaczego tu przyjechałem — rzekł ze swym dawnym mrożą-

cym uśmiechem. — Jeśli stąd wyjadę, to jedynie z powodu pana. Nie zapomnij o tym nigdy, 
przyjacielu. No, jak się nazywam? 

— Eeee ... don Francisco Urique — z trudem wykrztusił Tucker. 
Z zewnątrz doniósł się turkot, krzyk i trzaskanie z bicza. Mały schował rewolwer i pod-

szedł do drzwi; lecz natychmiast wrócił do drżącego Tuckera i wyciągnął lewą rękę. 

— Jest jeszcze jeden powód — zaczął powoli — dla którego wszystko powinno zostać 

w  obecnym  stanie.  Chłopak,  którego  zastrzeliłem  w  Laredo,  miał  na  lewej  dłoni  taki  sam 
rysunek. 

Staromodne lando don Santosa Urique z hukiem podjechało do ganku. Senora Urique w 

jasnej sukni z białych koronek wychyliła się z powozu. Jej ciemne oczy jaśniały szczęściem. 

background image

— Madre mio, yo yengo! — idę, mamo! — zawołał młody don Francisco Urique. 

 

Z angielskiego tłumaczył Aleksander Wat 

 
 
 
 

ALEKSANDER OLSZAKOWSKI 

 

CHIŃSKI BOKSER 

 

PORTIERKA domu w którym mieszkałem, rzekła: 
— Jeśli pan chce, mogę dać adres. Ta sprawa jest do załatwienia. 
Wiadomością  podzieliłem  się  z  kolegami  i  zaraz  po  wykładach  udaliśmy  się  pod 

wskazany adres. Było nas ośmiu. W jakimś niepozornym domu, w dzielnicy łacińskiej Paryża 
przy  rue  Marsailles,  przyjęła  nas  maleńka,  szczupła  kobiecina.  Pokój  przeznaczony  do 
ćwiczeń zaimponował nam rozmiarami. Na środku leżała ogromna mata. Pod ścianami stały 
przeróżne przyrządy gimnastyczne: drabinki, poręcze, uchwyty sprężynowe oraz hantle, babki 
żelazne  i  sztangi  różnej  długości.  Obok  drzwi,  na  ścianie,  widniała  fotografia  wąsatego 
mężczyzny z twarzą mopsa. Bynajmniej nie wyglądał na sportowca. Raczej na rzeźnika i tak 
było w istocie. 

Podczas gdy rozglądaliśmy się po pokoju, kobiecina opowiadała: 
— Dopóki żył mój mąż, proszę panów, to w tym pokoju co dzień było pełno. Przycho-

dzili różni siłacze i tarzali się na macie, ćwiczyli na przyrządach i uprawiali niby trening. A 
nieboszczyk  mój  ćwiczył  najwięcej.  Doktor  Brabande,  który  przychodził  często  przyglądać 
się zapasom, mawiał: 

—  Uważaj,  Dalmond,  abyś  nie  przetrenował  serca.  Zachorujesz,  przyjdzie  gorączka  i 

klapa. A przede wszystkim nie jedz tak dużo mięsa! 

— Ale jak tu nie jeść, kiedy się ma jatkę? Mój mąż odpowiadał, że mięso daje siłę. A 

miał ją rzeczywiście, Boże święty! Te łańcuchy, co tu w kącie leżą, rwał jak nici bawełniane. 
W  kieszeni  nosił  zawsze  parę  podków  końskich  i  kiedy  był  w  towarzystwie,  przyjmował 
zakłady  i  łamał  podkowy.  A  raz,  dawno  temu,  jeszcze  przed  wojną,  przyjechał  z  Ameryki 
siłacz polski Cyganiewicz i występował w cyrku. Co dzień wieczorem ogłaszał z areny, że da 
tysiąc  dolarów  temu,  kto  go  położy  albo  wytrzyma  przeciw  niemu  dziesięć  minut.  To  mój 
poszedł i pół godziny tarzali się na arenie. Jeden drugiego nie mógł pokonać. Honorowy był 
ten Cyganiewicz. Zapłacił trzy tysiące dolarów i namawiał męża, aby jechał z nim do Amery-
ki,  to  wielkie  pieniądze  razem  zrobią.  Stawiał  tylko  za  warunek  posłuszeństwo  względem 
„menażera”. To znaczy w umówionych spotkaniach czasem trzeba się położyć, niby przegrać. 
A  mój  mąż  roześmiał  się  i  odpowiedział,  że  nigdy  ten  lepszy  nie  będzie  leżał  dobrowolnie 
pod  tym  gorszym  za  żadne  pieniądze.  No  i  nie  porozumieli  się.  Cyganiewicz  wyjechał,  a 
myśmy zaczęli rozglądać się za kupnem jakiejś fermy, chcąc założyć hodowlę świń i zaopa-
trzyć jatkę we własne mięso. I wtedy przyszło nieszczęście. Wracaliśmy późnym wieczorem z 
podmiejskiej okolicy Paryża, dokąd nas zaprowadził jakiś pośrednik. Później okazało się, że 
to był nicpoń w zmowie z apaszami. Mój mąż tak był pewny swej siły, że nosił pieniądze przy 
sobie.  Mawiał  przy  tym,  że  są  bezpieczniejsze  niż  w  banku.  Bo  to  Marta  Hanau,  Stawisky  i 
inna hołota bankierska dość nakradli się pieniędzy drobnych ciułaczy, robiąc umyślne plajty. 
Była noc. — Ostatni pociąg odszedł i trzeba było iść pieszo do krańców miasta. Ferma nam 
się  nie  spodobała  i  do  kupna  nie  doszło.  Kiedy  znaleźliśmy  się  na  jakiejś  odludnej  ulicy, 
pośrednik  zaczął  gwizdać  marsza.  —  Niby  dla  dodania  sobie  odwagi,  a  potem  w  śledztwie 
okazało się, że to był sygnał. Mojemu mężowi spodobała się melodia i zaczął też gwizdać. Ja 

background image

szłam  milcząc  i  modliłam  się  w  duchu,  aby  dojść  jak  najprędzej  do  metro  albo  przystanku 
autobusowego,  albo  złapać  zabłąkane  w  tym  odludziu  taxi.  Nagle  z  jakiejś  bramy  wypadli 
apasze. Było ich kilkunastu. Pośrednik zniknął. Zanim zdążyłam zdać sobie sprawę, że to jest 
napad, było już po wszystkim. Błysnęły noże. Uczułam wielki ból w boku, drugi w ramieniu i 
straciłam  przytomność.  Ocknęłam  się  dopiero  w  szpitalu  na  drugi  dzień.  Mąż  mój  nie  żył. 
Zmarł  z  upływu  krwi,  zanim  nadeszli  ludzie  i  znaleźli  nas  na  ulicy.  Śledztwo  nawet  nie 
wykryło sprawców. Naturalnie pieniądze przepadły. Jatka po śmierci męża ledwo starcza na 
życie. Zawsze co mężczyzna to mężczyzna. Umiał sobie radzić. A te żelaza i przyrządy posta-
nowiłam sprzedać. 

Wygłosiwszy to przydługie opowiadanie kobiecina spojrzała na nas wyczekująco. Słu-

chaliśmy z zainteresowaniem, po czym jeden z nas, najbardziej obeznany z handlową stroną 
życia, Amerykanin Joe Burton, zapytał rzeczowo: 

— Ile to ma kosztować? 
Kobiecina  wymieniła  sumę,  która  wydała  się  nam  zbyt  wygórowana  jak  na  nasze 

studenckie możliwości finansowe. Burton jednak przerwał naszą naradę machnięciem ręki: 

— Ja zapłacę. Moja waluta jest najsilniejsza. Ich franki mogę kupować na kilogramy. 
W  ten  sposób  powstał  nasz  klub  sportowy.  Sprawa  udała  się  o  tyle,  że  wynajęliśmy 

nawet ten pokój, w którym znajdowały się przyrządy. Był chłodny i powietrza miał dużo, bo 
okna wychodziły na Sekwanę. Każdy z nas dorobił sobie klucz, aby mógł dowolnie ćwiczyć 
w różnych godzinach. Obok pokoju znajdowała się łazienka w opłakanym stanie, z nieczyn-
nym  prysznicem.  Doprowadziliśmy  ją  do  idealnego  porządku.  Ostatnim  naszym  wydatkiem 
było zaangażowanie odpowiedniego trenera. I w tym wypadku udało nam się nadspodziewa-
nie, bowiem Francuz z naszej paczki sprowadził człowieka, który trenował przez długie lata 
ze słynnym asem boksu francuskiego — Carpentierem. 

Rozpoczęliśmy intensywne ćwiczenia. Wzdłuż Sekwany, w chłodnym powietrzu poran-

ka, odbywały się biegi. Na macie w pokoju pierwsze spotkania bokserskie. Nie wszyscy mieli 
jednakowy  start.  Niektórzy  z  nas  ćwiczyli  jeszcze  za  czasów  szkolnych,  lecz  nie  opanowali 
techniki boksu; inni w większym lub mniejszym stopniu znali tę dyscyplinę sportu, celował w 
niej  zwłaszcza  Amerykanin  Burton.  Nikt  z  nas  nie  mógł  z  nim  się  mierzyć,  nawet  Anglik 
Crawford, o którym nasz trener mawiał, że niewiele mu potrzeba do osiągnięcia przyzwoitego 
poziomu.  Ciosy  rękawic  Burtona  były  jednak  mordercze.  Jego  lewy  sierpowy  ścinał  z  nóg, 
jego nokaut pozbawiał przytomności na długie minuty. Siła uderzeń Burtona była tak wielka, 
że nawet trener musiał uważać. 

I  oto  zdarzyło  się  pewnego  dnia,  że  Francuz  z  naszej  paczki  sprowadził  Li-Hoń-Czu. 

Był  to  smukły,  wysoki  Chińczyk  o  twarzy  bladej,  z  lekkim  żółtym  odcieniem.  Studiował 
również medycynę jak my i  był  zapalonym  amatorem  sportu  bokserskiego.  Mieli  z  Francu-
zem jednakową wagę i to sprawiło, że nasza ósemka powiększyła się do dziewięciu. Przyję-
liśmy Chińczyka z radością. Jeden tylko Burton gwizdnął i wycedził przez zęby: 

— Żółciak! 
Li-Hoń-Czu zagryzł wargi i udał, że nie zrozumiał.  
Francuz jednak nastroszył się jak kogut, podszedł do Amerykanina i rzekł wojowniczo: 
— Słuchaj, Burton! Tu jest Francja, a nie Stany Zjednoczone. Zrozumiałeś? 
Amerykanin swoim zwyczajem machnął ręką i wrócił do ćwiczeń. Myślałem, że na tym 

się skończy niezrozumiała dla nas, Europejczyków, niechęć niektórych Amerykanów do ludzi 
innej  rasy.  Kiedy  skończyliśmy  ćwiczenia  i  przystąpiliśmy  do  treningu  zasadniczego,  nagle 
Burton zawołał patrząc ze złością na Chińczyka: 

— A teraz broń się! 
Zanim  zdążyliśmy  zrozumieć  o  co  chodzi,  było  już  po  spotkaniu.  Chińczyk  przyjął 

wyzwanie,  stanął  w  postawie  bokserskiej  i  zasłonił  twarz  rękawicami.  Jednak  potężny  lewy 
sierpowy Amerykanina roztrącił jego ręce jak źdźbła słomy i zwalił go z nóg. 

background image

Czerwony z gniewu Crawford podszedł do Burtona i rzekł twardym głosem: 
— Joe! Jesteś świnia, a nie sportowiec. On waży co najmniej o dziesięć kilo mniej! 
Rosjanin zaś stanął na wprost Amerykanina i prężąc ogromne mięśnie zapytał krótko: 
— A może by tak ze mną? 
Nasz  trener  otworzył  usta,  aby  również  wypowiedzieć  swoją  uwagę,  gdy  Li-Hoń-Czu 

lekko zerwał się z maty. i odsunąwszy łagodnie Rosjanina, rzekł z pewnym trudem: 

— Ja chcę z nim walczyć. 
Osłupieliśmy wszyscy, zaś Burton roześmiał się szyderczo i odparł: 
— Swoją porcję zawsze dostaniesz, ale wtedy, kiedy ja będę miał na to ochotę. 
I oto płynęły dni i tygodnie, a wreszcie miesiące i co pewien czas Burton rzucał wyzwa-

nie Chińczykowi.  

A potem odbywała się masakra. Tak nazywaliśmy spotkania między nimi. Chińczyk pa-

dał na matę jak mokra szmata i z trudem podnosił się oszołomiony ciosem, aby w następnych 
sekundach  znów  walić  się  na  matę.  Próbowaliśmy  nie  dopuszczać  do  tych  spotkań,  jednak 
upór Chińczyka był nieubłagany. Wystarczał okrzyk Burtona: — ,,a teraz broń się”, kiedy Li-
Hoń-Czu podrywał się jak koń spięty ostrogą, nakładał  gorączkowo  rękawice i stawał przed 
Amerykaninem. Burtona bawiła ta sytuacja i w zależności od humoru albo kończył przeciwni-
ka w ciągu sekundy, albo pozwalał mu łaskawie na wymianę ciosów. Trener nasz, patrząc na 
to, od pewnego czasu uśmiechał się zagadkowo, a kiedy go zapytałem o przyczynę, rzekł: 

— Nie znacie jeszcze Chińczyków. To przyszłość świata. 
Po czym szepnął mi do ucha: 
— Li-Hoń-Czu trenuje codziennie ze mną. Cierpliwość i wytrwałość są u niego wprost 

niezwykłe. 

Opinia  trenera  nie  była  dla  mnie  niespodzianką,  każdy  z  nas  bowiem  widział  w 

Chińczyku  materiał  na  pierwszorzędnego  boksera.  Różnica  jednak  w  budowie  ciała  między 
Burtonem  a  Li-Hoń-Czu  była  tak  rażąca,  że  wynik  spotkania,  nawet  w  dalekiej  przyszłości, 
był dla nas łatwy do przewidzenia. Burton musiał zawsze wygrać. Nikt z nas nie mógł długo 
wytrzymać jego szalonych ciosów. Prawie każdy zapoznał się z jego nokautem z wyjątkiem 
Rosjanina, który przegrywał z Burtonem zazwyczaj na punkty. 

Upłynął rok i zbliżały się wakacje. Trenowaliśmy bez przerwy. Burton od dawna stracił 

ochotę  do  napastowania  Chińczyka,  znudziła  mu  się  ta  zabawa.  Li-Hoń-Czu,  jak  zwykle 
małomówny  i  powściągliwy,  przypatrywał  się  bystro  spod  zmrużonych  powiek,  oczekując 
znanego  okrzyku.  Okrzyk  jednak  nie  następował  i  nasz  trening  odbywał  się  bez  przykrych 
zadrażnień. 

Wreszcie  nadszedł  dzień  pamiętny  dla  nas  wszystkich.  Od  pewnego  czasu  trener  i 

Chińczyk zachowywali się tajemniczo. Obserwując trening Burtona, wymieniali między sobą 
krótkie i zagadkowe uśmiechy i zaprzestali walk ćwiczebnych ze sobą. 

Przed wyjazdem na  wakacje spotkaliśmy się po raz ostatni na wspólnym  treningu. Jak 

zwykle po ćwiczeniach, nadszedł czas spotkań. Zaledwie jednak pierwsze dwie pary zdążyły 
nałożyć rękawice, Li-Hoń-Czu stanął przed Amerykaninem i krzyknął: 

— A teraz broń się! 
Zdumiony Burton spojrzał na Chińczyka, potem na nas i parsknął krótkim śmiechem. 
— A tobie co się stało? — zawołał. 
— Tchórzysz? 
Zapadła cisza. W głosie Chińczyka było coś szczególnego. Odczuliśmy, że w tym wy-

padku chodzi o coś więcej niż spotkanie bokserskie między kolegami. 

— Zaczynaj! — warknął Burton. — Ja skończę! 
Mimo tej zapowiedzi rozpoczął walkę, zadając cios lewym sierpowym; po błyskawicz-

nym uniku, Chińczyk w następnej chwili przyjął ponowny cios na gardę i przystąpił do ataku. 

Był  to  niezapomniany  widok.  Li-Hoń-Czu  poruszała  się  dookoła  Burtona  jak  balet-

background image

mistrz  w  tańcu  wojennym.  Ciało  jego  przedstawiało  jeden  splot  drgających  mięśni.  Piękne, 
wysmukłe  nogi  odbijały  się  od  maty  niemal  eterycznie,  z  niesłychana  lekkością.  Natomiast 
tempo  uderzeń  sprawiało  wrażenie,  że  Amerykanin  otoczony  był  wieńcem  rękawic,  których 
każdy  cios  oszałamiał  precyzją  i  zręcznością.  To  było  szaleństwo  szybkości.  Wydawało  się 
nam, że Burtona atakuje nie jeden Chińczyk, lecz dziesięciu, że Li-Hoń-Czu, niczym chiński 
bożek,  ma  kilkanaście  rąk.  Furia  uderzeń  spowodowała,  że  Burton  wrósł  w  matę  na  sprężo-
nych  do  skoku  nogach  i  głowę  wtulił  w  ramiona.  Lecz  nie  wyrzucił  swego  morderczego 
ciosu, po prostu nie mógł. Uderzenia jego, które miały być groźne i zmierzały do przerwania 
ataku przeciwnika, trafiały w próżnię lub zsuwały się po rękawicach Chińczyka. 

Patrzyliśmy  z  zapartym  oddechem.  Żaden  z  nas  nie  poruszył  się  nawet,  wchłaniając 

oczyma widowisko, które sparaliżowało nas wszystkich. Anglik, który sięgał właśnie po ręcz-
nik,  zastygł  z  ręką  wyciągniętą  przed  siebie.  Francuz,  siedzący  w  otwartym  oknie,  z  dłońmi 
splecionymi na podkurczonym kolanie, przestał się kołysać. Gwizdał jakiś nowy przebój pa-
ryski i teraz jego nieruchome wargi, wyciągnięte w ciup, wyglądały dość zabawnie. Rosjanin, 
naciągający sprężyny do ćwiczeń, skamieniał w tej pozycji. Atletyczny Niemiec, wyciskający 
żelazną „babkę”, przytulił ją bezmyślnie do piersi i stał na rozkraczonych nogach patrząc na 
walczących.  Szwed  i  Holender,  oparci  o  siebie  czołami  w  jakimś  nowym,  wynalezionym 
przez siebie ćwiczeniu gimnastycznym, tworzyli jakby posąg braci syjamskich splecionych w 
uścisku i zapatrzonych z podziwem na to, co się działo. Brzmiał nam jeszcze w uszach bojo-
wy okrzyk Chińczyka: 

— A teraz broń się! 
Tymczasem  Li-Hoń-Czu atakował bez przerwy.  Grad  ciosów dudnił  głucho w pokoju, 

nogi  z  lekkim  ślizgiem  deptały  matę.  W  czarnych  oczach  Chińczyka  widniało  upojenie. 
Promieniał  cały  porywem  siły  i  zręczności.  To  nie  była  walka,  lecz  pieśń  walki  w  najszla-
chetniejszym tego słowa znaczeniu. Jej groźne piękno oczarowało nas wszystkich.  

Nagle dwa następujące błyskawicznie po sobie nokauty, zadane z matematyczną wprost 

dokładnością w jedno i to samo miejsce, spowodowały, że Burton zachwiał się i przyklęknął. 
Ogromne jego mięśnie oklapły jak baloniki, z których uciekło powietrze. W następnej sekun-
dzie drugie kolano uderzyło o matę. Chińczyk skamieniał przed klęczącym przeciwnikiem. A 
tymczasem Amerykanin poruszył nieporadnie głową, wyrzucił przed siebie ramiona i ciężko 
zwalił się na bok, bez przytomności. 

Skoczyliśmy  wszyscy  na  równe  nogi.  Anglik  stanął  nad  leżącym  Amerykaninem  i 

zaczął  głośno  wyliczać.  Francuz,  gwiżdżąc  ogłuszająco,  zatańczył  jakąś  wściekłą  sarabandę. 
Praktyczny Niemiec przyklęknął przy  Burtonie i badał puls pokonanego; Anglik doliczył do 
trzydziestu,  zanim  drgnęły  powieki  nieprzytomnego.  Rosjanin,  Szwed  i  Holender  podbiegli 
do Chińczyka. Li-Hoń-Czu, porwany przez trzy pary potężnych ramion, wyleciał w powietrze 
niemal pod sufit przy ogłuszającym ryku. Najgłośniej darł się Rosjanin, jego przerażający bas 
zdawał się rozsadzać ściany pokoju. Ja śmiałem się przez łzy, waliłem się po udach i wykrzy-
kiwałem słowa bez sensu. Wreszcie Li-Hoń-Czu, ustawiony troskliwie na nogach, spojrzał na 
nas  błyszczącymi  oczyma.  Nagle  rzucił  rękawice  i  porywczo  podszedł  do  powstającego 
Burtona,  któremu  Anglik  i  Niemiec  rozsznurowali  ręce.  Głos  Li-Hoń-Czu  brzmiał  miękko  i 
przyjaźnie, kiedy rzekł: 

— A teraz zgoda, przyjacielu! 
Burton, jeszcze oszołomiony walką, spojrzał nań — i na jego twarzy pojawił się dobro-

duszny  i  pełen  uznania  uśmiech.  W  następnej  chwili  wysmukła  i  nerwowa  ręka  Chińczyka 
zniknęła w serdecznym uścisku potężnej dłoni Amerykanina. 
 
 
 
 

background image

 

MICHAŁ PRISZWIN 

 

CÓRKA FACELII 

 

ZUPEŁNIE  straciłem  ją  z  oczu  i  wiele  lat  upłynęło  od  tego  czasu. Jej  rysy  tak  bardzo 

zatarły  mi  się  w  pamięci,  że  już  bym  nie  poznał  jej  twarzy.  Jedynie  oczy,  podobne  do  dwu 
północnych gwiazdeczek — tak, te oczy poznałbym na pewno. Zdarzyło się kiedyś, że wstą-
piłem do sklepu komisowego, by coś sobie kupić. Udało mi się poszukiwaną rzecz znaleźć i 
nabyć. Z czekiem w ręku stanąłem w kolejce. Tuż obok była druga kolejka, złożona z tych, co 
mieli same grubsze pieniądze, bo w kasie zabrakło drobnych. Pewna młoda kobieta z tej dru-
giej  kolejki  poprosiła  mnie  o  zmianę  pięciorublówki:  potrzeba  jej  było  dwóch  rubli.  Ja  mia-
łem drobnymi tylko dwa ruble i z radością zaproponowałem, żeby je wzięła ode mnie... 

Prawdopodobnie  nie  zrozumiała,  że  chcę  po  prostu  dać  jej,  podarować  pieniądze.  Lub 

może była taka miła, że przemogła w sobie uczucie fałszywego wstydu i chciała wznieść się 
ponad małostki. Niestety, podając pieniądze spojrzałem na nią i nagle poznałem te same oczy, 
takie same dwie gwiazdeczki północne, jakie miała Facelia. W tej jednej chwili zdążyłem zaj-
rzeć przez te oczy w głąb jej duszy i zdążyłem pomyśleć przelotnie, że to może „jej” córka... 

Ale  wziąć  ode  mnie  pieniądze  po  takim  moim  przyglądaniu  się  było  już  dla  niej 

niepodobieństwem. 

Albo może dopiero teraz zdała sobie sprawę, że chcę jej — nieznajomej — pieniądze te 

podarować. 

No proszę, wielkie mi rzeczy, dwa ruble całej parady! Wyciągnąłem rękę z pieniędzmi. 
— Nie! — rzekła. — Nie mogę tak wziąć od pana. 
A ja w tej chwili, poznając te oczy, gotów byłem oddać jej wszystko, com miał, gotów 

byłem na jedno jej słówko pobiec gdzieś i przynieść jej jeszcze, jeszcze ... Spojrzałem błaga-
lnym wzrokiem jak najnędzniejszy z nędzarzy i poprosiłem: 

— Niechże pani weźmie... 
— Nie! — powtórzyła. 
A kiedy przybrałem wygląd człowieka ogromnie nieszczęśliwego, opuszczonego, udrę-

czonego bezdomnością,  jakby coś zrozumiała, uśmiechnęła się tym samym, dawnym uśmie-
chem Facelii i powiedziała: 

— Zróbmy tak: pan weźmie ode mnie pięć rubli, a da mi dwa. Chce pan? 
Z  zachwytem  wziąłem  od  niej  pięć  rubli  i  widziałem,  że  ten  mój  zachwyt  zrozumiała 

dobrze i oceniła. 
 

Z rosyjskiego tłumaczył Czesław Jastrzębice-Kozłowski 

 
 
 
 

SPIS TREŚCI 

 
 

Wynalazek profesora Brenka   (Tadeusz Schiele) 

 

 

 

02 

Dubeltowy oszust   (O. Henry) 

 

 

 

 

 

19 

Chiński bokser   (Aleksander Olszakowski)   

 

 

 

25 

Córka Facelii   (Michał Pirszwin) 

 

 

 

 

 

29