background image

 
 
 
 

FATALNY SZTYLET 

I INNE OPOWIADANIA 

 

ZŁOTA PODKOWA 41 

 

 

 

 

 
 

WYDAWNICTWO „ŚLĄSK” KATOWICE  1959

 

background image

 
 

EDEN PHILLIPOTTS 

 

FATALNY SZTYLET 

 
KIEDY za spokojnym czołem kryje się bystro myśl, a oczy patrzą uczciwie i uśmiech 

igra  w  kącikach  stanowczych  ust,  wtedy  świadomi  jesteśmy,  że  przed  nami  stoi  pełny  czło-
wiek.  Otóż  takie  były  rysy  Johna  Ringrose,  inspektora  śledczego  New  Scotland  Yardu.  Aby 
uzupełnić  ten  obraz,  trzeba  dodać  czarne  włosy,  dużą  szeroką  głowę  i  drobną,  lecz  mocną  i 
sprężystą budowę ciała. 

Myśli inspektora nie były jednak zaprzątnięte sprawą, dla której odbywał podróż. Palił 

fajkę  i  z  wielkim  zainteresowaniem  studiował  tygodnik  poświęcony  sadownictwu.  John 
marzył o sadzie, w którym rosłyby grusze, jabłonie, brzoskwinie i śliwy, lecz to było na razie 
nieosiągalne. Obecnie znajdował się u progu niezwykłej kariery; niedawno otrzymał awans na 
inspektora śledczego. 

Pociąg  wolno  posuwał  się  przez  wiejskie  okolice,  zatrzymując  się  nawet  na  małych 

przystankach.  Wreszcie  konduktor  zawołał:  „Twambley”  —  i  John  Ringrose  wstał,  złożył 
pled, chwycił walizkę i wysiadł. Na peronie stał inspektor policji, obok niego wysoki, jasno-
włosy  młodzieniec,  ubrany  w  pumpy  z  tweedu.  Ramiona  miał  spadziste,  był  lekko  przygar-
biony, a włosy koloru lnu zawijały się ąż na czapkę. Jego niebieskie oczy miały wyraz inteli-
gentny,  lecz  przygnębiony.  Był  przystojny  według  norm  konwencjonalnych,  ale  zdradzał 
chwiejny i pobudliwy temperament. Z miejsca można było odgadnąć w nim artystę. Ringrose 
podszedł do mężczyzn, przedstawił się i podał rękę policjantowi. 

—  Czy  pan  Burrows,  inspektor  policji?  —  zapytał.  —  Jestem  John  Ringrose  ze 

Scotland Yard. 

— Witamy! — odrzekł tamten. Był to wysoki mężczyzna o siwej brodzie, ciemnobrązo-

wych oczach i rumianych policzkach. 

— Myślę, że zje pan coś ze mną — powiedział — opowiem panu wszystko, co z moje-

go punktu widzenia warte jest uwagi. To jest pan Vincent Maydew, siostrzeniec zamordowa-
nej dziedziczki. 

John ujął wyciągniętą rękę. Zdumiał się, iż była tak miękka i niewieścia. Zwracał uwagę 

na ręce, ponieważ twierdził, iż wiele mówią o charakterze człowieka. 

—  Raczy  pan  przyjąć  wyrazy  najgłębszego  współczucia  —  powiedział.  —  Musiał  to 

być straszliwy wstrząs. Zawsze tak bywa w podobnych wypadkach. 

Vincent Maydew skinął głową. 
— Bardzo panu dziękuję — odrzekł. — Chciałem coś zaproponować. Ponieważ będzie 

pan musiał przebywać w Greystone dość często, wydaje mi się, iż będzie najwygodniej, aby 
tam  się  pan  zatrzymał.  Wioska  i  zajazd  leżą  jakieś  dwa  kilometry  od  nas.  Jeśli  zechce  pan 
pozostać w Greystone, postaramy się, by było panu tam wygodnie. 

— Dziękuję panu za troskę, panie Maydew. Może to byłoby wygodne, ale niezupełnie. 

Dni  są  krótkie.  Jeśli  chodzi  o  niektóre  sprawy,  możemy  wygrać  na  mojej  obecności  w 
Greystone. Natomiast w innych sprawach moglibyśmy wiele stracić. Przypuszczam, iż łatwiej 
będzie mi pracować z zewnątrz. 

Spojrzał na zegarek.  
—  Wpół  do  pierwszej  —  powiedział.  —  Przeprowadzę  rozmowę  z  panem  Burrows  i 

zjawię się w Greystone o wpół do trzeciej. Wtedy ustalimy co począć. 

—  Dziękuję  —  odrzekł  młodzieniec.  Skinął  głową  i  odszedł  do  stojącego  przed  dwo-

rcem motocykla. 

Kiedy się oddalił, Burrows powiedział: 

background image

— Dzień lub dwa możemy z Greystone poczekać. Według mnie zbrodnię popełniono z 

zewnątrz.  Nie  potrafię  jednak  udowodnić,  dlaczego  tak  myślę.  Nie  ma  na  to  najmniejszych 
poszlak. Ale chodźmy coś zjeść. Opowiem panu, co wiemy w tej sprawie. 

Samochód  marki  Ford  zawiózł  ich  szybko  do  Twambley,  leżącej  milę  od  stacji. 

Twambley-in-the-Mire  była  typową  wioską  wschodniego  Devonu.  Malownicza  i  senna.  Pod 
słomianymi  strzechami  porośniętymi  mchem  lśniły  bielą  lub  różem  ściany  chat.  Obecnie,  w 
połowie  stycznia,  chaty  pozbawione  były  pnących  róż  i  jaśminu.  W  Twambley  królowało 
teraz czerwone błoto. 

Zostawiwszy  samochód  na  posterunku  policji,  Burrows  zaprowadził  gościa  jakieś  sto 

metrów dalej, do zajazdu Green Man. Jedząc twardą baraninę, John słuchał uważnie. 

—  Panna  Mary  Maydew  —  zaczął  Burrows  —  miała  siedemdziesiąt  jeden  lat.  Stara 

panna o znakomitym zdrowiu. Można powiedzieć, jeden z godnych widzenia obiektów w tej 
okolicy, ponieważ żyła w Greystone od czasów, których nikt z żyjących już nie pamięta. Jej 
jedyny brat żyje, ale ojciec, Thomas Maydew, były adwokat londyński, pokłócił się z synem i 
kiedy Thomas umarł, może jakieś pół wieku temu, zostawił pieniądze i dobra swej córce. Od 
tego czasu w Greystone panowała ona. 

— Raz czy dwa razy do roku — mówił Burrows — odwiedzał ją jej brat, John Maydew. 

Wiadomo  było,  że  utrzymywała  go,  wyznaczywszy  mu  jakąś  sumę  rocznie.  Wszystkie  te 
sprawy rodzinne wyjaśnią panu Vincent Maydew i pan Fosdike, adwokat z Exeter. Greystone 
— to duża i stara wiejska posiadłość z okresu Jana I Bez Ziemi. Nie wiem czy to prawda, ale 
to  nieważne.  Panna  Maydew  mieszkała  w  lewym  skrzydle  domu.  Kuchnia  jest  położona  z 
tyłu,  za  pokojami  mieszkalnymi,  duża  część  budynku  jest  zamknięta,  w  tym  wielka  sala 
balowa i koncertowa, biblioteka połączona z muzeum, pokój bilardowy oraz wiele sypialni na 
górze. 

— Jak na tak duży dom, służby miała niewiele. Jest przede wszystkim Forrester, panna 

do  towarzystwa.  Na  tej  posadzie  siedzi  już  dobrych  parę  lat  —  ładna  i  powszechnie  lubiana 
młoda osoba. Łagodziła starcia między panną Maydew a dzierżawcami. Potem mamy Willia-
ma i Annę Jay, to lokaj i jego żona. Poza tym kucharka, wdowa w starszym wieku, siostra je-
dnego z naszych chłopców. Nazywa się Jane Woodhouse. Do służby folwarcznej należą dwaj 
ogrodnicy  i  pomocnik.  Jest  tam  mały  ogródek  przy  zachodnim  skrzydle  domu  i  warzywnik. 
Drugi ogrodnik jest równocześnie mechanikiem i dogląda agregatu elektrycznego. Mieszka z 
żoną i dwojgiem dzieci w małym domku przy bramie wjazdowej. Czeladź pełniła służbę przy 
starszej  pani  i  pannie  Forrester.  Ponieważ  nie  było  pokojówki,  więc  pani  Jay  doglądałam 
pannę Maydew w nocy, kiedy ta czuła się źle lub czegoś żądała. Lecz to się rzadko zdarzało. 

— Co może mi pan powiedzieć o panu Vincencie Maydew? — zapytał inspektor. 
—  Podróżuje  tam  i  z  powrotem.  Mieszka  w  Londynie  i  mówią,  iż  pisze  książki  oraz 

zajmuje  się  sztuką  i  podobnymi  rzeczami.  Ostatnio  w  Greystone  bywał  dość  często;  dwie 
noce temu, kiedy zaszedł ten fatalny wypadek, był obecny w majątku. Wszystkie szczegóły o 
życiu  domowym  uzyska  pan  od  niego,  panny  Forrester  i  od  państwa  Jay.  A  jeśli  chce  pan 
bezstronnej informacji o rodzinie i pannie Forrester, to uzyska ją pan od Williama, który pra-
cował dla rodziny Maydew całe swoje życie i pamięta jeszcze ojca panny Maydew. Natomiast 
jeśli chodzi o państwo Jay, mogę panu pomóc, ponieważ są oni starymi przyjaciółmi moimi i 
mojej żony. 

John  nie  ponaglał  Burrowsa.  Słuchał  opowiadania  z  wielką  uwagą,  a  poniechawszy 

zmagań z kotletami twardymi jak podeszew, zabrał się do smakowitego sera z Cheshire. 

—  Wydarzenia  tej  feralnej  nocy  nikogo  z  domowników  nie  zaalarmowały  —  mówił 

dalej Burrows. —  Lecz kiedy o siódmej trzydzieści pani Jay przyniosła dziedziczce herbatę, 
zastała  ją  martwą.  Pod  lewą  piersią  widniała  rana  od  sztyletu.  Jeden  straszliwy  cios  przebił 
serce i uśmiercił natychmiast — przynajmniej tak twierdzi doktor Forbes Najpierw ściągnięto 
kołdrę,  potem  wbito  sztylet.  Nie  było  śladów  walki,  nic  nie  ruszono  z  miejsca.  Okno  było 

background image

uchylone  od  góry  na  pięć  centymetrów;  ale  latem  czy  zimą  okno  zawsze  było  otwarte,  a 
zasłony odsunięte. Zawsze przed udaniem się na spoczynek, ostatnią czynnością starszej pani 
było odsuwanie zasłon. 

—  Wszystko  leżało  na  swoim  miejscu  —  uzupełnił  Burrows  —  i  ani  w  pokoju,  ani  w 

korytarzu, ani też w całym domu nie było najmniejszego śladu wskazującego, czy i jak intruz 
mógł się dostać do pokoju. Nie znaleziono również narzędzia zbrodni.  Lekarz przypuszczał, 
iż  staruszka  umarła  o  północy  lub  nieco  później;  kiedy  do  niej  przybył,  była  już  zimna. 
Chociaż, z drugiej strony, noc była mroźna, a ona chuda i w dodatku odkryta, więc nie dziwię 
się, iż ciało szybko ostygło. 

—  Za  oknem  też  nie  było  śladów  —  ciągnął  Burrows  —  ani  jednego  draśnięcia  na 

futrynie czy ścianie przy oknie. Kwiaty rosnące pod oknem nie były naruszone. Sam przepro-
wadzałem  badanie  i  na  podstawie  wieloletniej  praktyki  śmiem  twierdzić,  że  nie  było  tych 
małych  znaków  świadczących  o  wchodzeniu  i  wychodzeniu  przez  okno. Wewnątrz,  jak  i  na 
zewnątrz domu, nie znaleźliśmy najmniejszego śladu. 

—  Dlaczego  więc  powiedział  pan,  kiedyśmy  się  spotkali,  że  to  na  pewno  robota  z 

zewnątrz? 

—  Twierdzę  tak  dlatego,  ponieważ  nie  mogła  to  być  robota  z  wewnątrz.  Wszyscy 

domownicy  są  ludźmi  bez  zarzutu.  Może  pan  przyjrzeć  się  im  dokładnie  i  nie  znajdzie  pan 
wytłumaczenia, dlaczego ktokolwiek z nich miałby zamordować starszą panią. Przynajmniej 
ani  ja,  ani  też  nikt  z  tutejszych  nic  nie  dostrzega.  Możliwe,  że  w  Greystone  czeka  na  pana 
sporo niespodzianek, lecz jeśli chodzi o mnie, twierdzę z całą pewnością, że motyw zbrodni 
nie istnieje. Panna Maydew była bardzo bogata i wszyscy w tym domu dzięki niej mieli pracę 
i dobre utrzymanie. Jej panna do towarzystwa traci teraz posadę i jeśli Vincent Maydew nie 
zatrzyma  służby,  również  Jay  wraz  z  żoną,  jak  i  pani  Woodhouse  pozbawieni  będą  bardzo 
dobrego miejsca. 

— Czy Vincent Maydew dziedziczy? 
—  Tak  mi  dano  do  zrozumienia.  Jest  tylko  on  i  jego  wuj,  zaś  William  Jay  wie  na  pe-

wno, a raczej wiedział, kiedy w rozmowie ze mną, sześć tygodni temu, wspomniał o rodzinie 
Maydew, iż dziedzicem będzie młodzieniec, a nie brat starszej pani, John Maydew. Chociaż 
teraz wszystko może się przedstawiać inaczej. O tym dowie się pan w toku badań. 

— Czy domownicy żyją w zgodzie i pomagają sobie? 
— O ile wiem, tak. Nie twierdzę, że Jay lubi pannę Forrester. Nie znam powodów ich 

nieporozumień, natomiast odniosłem wrażenie, że Jay był zazdrosny o wpływy panny Forre-
ster na starszą panią. Stary sługa, przyzwyczajony do pierwszeństwa, może się tak czuć, kiedy 
ktoś inny zajmuje jego miejsce i staje się osobą konfidencjonalną. 

— Tak, rzeczywiście. 
— Nie powiedziałbym,  że się pokłócili, bo wiem, że żadnej kłótni nie  było. Po prostu 

William  nie  mógł  pogodzić  się  z  faktem,  iż  panna  Forrester  miała  władzę  nad  dziedziczką; 
nigdy jednak nie powiedział słowa przeciw młodej kobiecie. Faktem jest natomiast, iż jest ona 
w Twambley bardzo lubiana, uczynna w parafii, pełna zrozumienia i dobroci. Piękna i młoda 
osoba, niezwykle piękna. 

— I nic pan nie znalazł, panie Burrows? 
—  Nic,  zupełnie  nic,  panie  Ringrose.  Ni  plamki,  ani  nawet  guzika  od  koszuli.  Ktoś 

wszedł do pokoju, jednym ciosem zamordował staruszkę i opuścił uśpiony dom. Następnego 
ranka wszystkie zamki i zasuwy znaleziono nie tknięte. Morderca uszedł, nie zostawiając naj-
mniejszego śladu. 

— I wierzy pan, że mieszkańcy domu nie mieli z morderstwem nic wspólnego? 
— Jestem o tym przekonany. Tu  właśnie należy szukać motywu zbrodni. Jeśli prawdą 

jest, jak to myśli Jay, że Vincent Maydew dziedziczy, wtedy można przypuszczać, iż cieszył-
by  się  ze  śmierci  ciotki.  Ale  nikt  przy  zdrowych  zmysłach  nie  może  nawet  przypuścić,  że 

background image

przyspieszyłby śmierć osoby życzącej mu tak dobrze. Poza tym wystarczy na niego spojrzeć i 
porozmawiać  z  nim.  To  nie  ten  gatunek  człowieka.  Wszyscy  inni  w  tym  domu  są  również 
poszkodowani z powodu śmierci panny Maydew. 

John Ringrose mówił mało.  Zauważył, że przedstawiciel miejscowej władzy argumen-

tował na podstawie niepełnej znajomości faktów. Cała sprawa musiała być wyjaśniona w toku 
niekonwencjonalnych badań, a nie na podstawie rzeczowych dowodów. 

Z dziwnym przeczuciem i intuicją, z której dobrze go znano, wiedział, iż pan Burrows 

był daleki nawet od zalążków myśli prowadzących we właściwym kierunku. 

Po upływie godziny John wyjechał do Greystone. Ujrzał duży, niczym nie wyróżniający 

się dom, zamieszkany tylko częściowo. Zaczął badania normalną, utartą drogą — od oględzin 
zwłok.  Przypatrzył  się  twarzy  zamordowanej  kobiety  leżącej  w  trumnie.  Nawet  śmierć  nie 
potrafiła złagodzić surowego i chłodnego oblicza. 

Rozprawa  śledcza  była  wyznaczona  na  następny  dzień.  Ringrose  rozpoczął  wstępne 

badania  odkładając  rozmowy  z  mieszkańcami  na  potem,  kiedy  zgaśnie  światło  dnia.  Teren 
zbrodni  przedstawiał  się  jak  następuje:  z  ogromnego,  głównego  przedsionka  wąskie  stopnie 
prowadziły na pierwsze piętro. Apartament panny Maydew, mieszczący się na samym końcu 
zachodniego  korytarza,  złożony  był  z  sypialni  i  buduaru.  Pozostałe  sypialnie,  z  oknami  na 
południe, ciągnęły się wzdłuż pierwszego piętra. Inne schody obok narożnika, w którym mie-
szkała  zamordowana,  prowadziły  do  kuchni  na  parterze.  Pod  sypialnią  panny  Maydew  znaj-
dowała  się  jadalnia  —  dość  mały  pokój,  ponieważ  nie  urządzano  tu  przyjęć.  Większe  sale 
gościnne były zamknięte. 

W  noc  morderstwa  dwie  osoby  spały  na  piętrze.  Panna  Juanita  Forrester  zajmowała 

sypialnię  oddaloną  o  troje  drzwi  od  komnat  dziedziczki.  Natomiast  Vincent  Maydew,  kiedy 
odwiedzał  swoją  ciotkę,  zajmował  zawsze  ten  sam  pokój  z  oknami  na  wschód,  na  drugim 
końcu  głównego  korytarza.  Od  sypialni  panny  Forrester  dzieliło  go  osiem  pustych  pokoi. 
Służba  spała  na  tyłach  domu.  Jay  wraz  z  żoną  zajmowali  północny  pokój,  a  niedaleko  była 
sypialnia pani Woodhouse. 

W  porównaniu  z  całym  domem  przestrzeń,  którą  mieszkańcy  użytkowali,  była  śmie-

sznie mała. W budynku, który mógłby z łatwością pomieścić pięćset osób, mieszkało sześć. 

Po  zbadaniu  pokoju,  w  którym  popełniono  morderstwo,  i  buduaru,  Ringrose  obejrzał 

cały  dom  i  poznał  pannę  Forrester  oraz  pozostałych  domowników.  Juanita  Forrester,  którą 
Vincent  Maydew  przedstawił  przy  herbacie,  po  śmierci  ojca  została  bez  grosza  i  zmuszona 
była  zarabiać  na  życie.  Złożyła  wizytę  pannie  Maydew,  która  właśnie  poszukiwała  nowej 
panny do towarzystwa i, przypadłszy do gustu surowej starszej pani, otrzymała u niej posadę. 

W  tej  krótkiej  rozmowie  szczerość  dziewczyny,  w  przeciwieństwie  do  oczywistego 

przygnębienia  Vincenta  Maydew,  zrobiła  na  detektywie  wrażenie.  Juanita  była  bardzo  ładną 
dziewczyną, odziedziczyła urodę po swej matce,  pięknej Hiszpance. Miała drobną, kształtną 
figurę i biały owal twarzy; bujne czarne włosy były ułożone nad białym czołem i spięte cza-
rnym  grzebieniem  z  szyldkretu.  Oczy  zdumiewająco  piękne,  John  nigdy  takich  nie  widział. 
Pełne, jędrne wargi i mały prosty nos, dopełniały tę nadzwyczajną urodę. Wyraz twarzy miała 
łagodny,  choć  nie  pozbawiony  dumy,  spojrzenie  jasne  i  pełne  spokoju.  Nie  okazywała  smu-
tku, była opanowana, a jednak głęboko przejęta tragicznym wydarzeniem. 

— Nie lubiłam panny Maydew — powiedziała głosem spokojnym i bez emfazy — była 

zgorzkniała  i  niedobra,  bez  krzty  ludzkich  uczuć.  Tyran,  który  używał  swej  władzy  niespra-
wiedliwie. Dawno bym odeszła, gdyby nie pewne powody, które panu wyjaśni pan Maydew. 
Nikt z nią nie był tak długo. Zostałam z osobistych powodów, które nie są tajemnicą. 

—  Czy  nie  doszła  pani  do  jakichś  wniosków  wskazujących  na  powód  zabójstwa?  Czy 

nie mogłaby pani powiedzieć czegoś, co byłoby mi pomocne? — zapytał Ringrose. 

Juanita zaprzeczyła ruchem głowy. 
— Rozumiem o co panu chodzi. Odpisywałam na wiele listów panny Maydew, ale nie 

background image

znałam jej sekretów, jeśli takie posiadała. Wydaje mi się, że nie miała żadnych. Była otwarta 
we  wszystkim  co  robiła,  a  czasem  nawet  okrutna.  Kochała  władzę.  Robiłam  co  mogłam  dla 
dzierżawców w ich stosunkach z panną Maydew. Obawiam się, iż wielu tych prostych ludzi 
nienawidziło  jej,  ponieważ  była  bezwzględna  i  chciwa,  ale  nie  mogę  wymienić  nikogo,  kto 
tak  bardzo  nienawidził,  aby  ją  zabić.  Z  doświadczenia  mogę  powiedzieć,  że  mieszkańcy 
Twambley są uczciwi i praworządni.  

— A więc nie ma pani żadnych hipotez? 
—  Nie,  proszę  pana.  Vincent  i  ja  daremnie  staraliśmy  się  dojść  do  jakichś  wniosków, 

tak samo jak pan Burrows i pan Mainprice, sędzia pokoju oraz William Jay. Ale może pomo-
gą panu William i jego żona Anna, znali starszą panią lepiej niż ktokolwiek inny. 

—  Należy  jeszcze  zbadać  fakty  —  podjął  Vincent  Maydew.  —  Burrows  myśli,  że  to 

ktoś spoza domu, ponieważ nie podejrzewa nikogo z domowników. Ale powstaje pytanie, jak 
zabójca lub zabójcy weszli do domu, a co ważniejsze, jak stąd wyszli nie zostawiając za sobą 
otwartego okna ani drzwi? 

Ringrose  słuchał  z  zainteresowaniem.  Juanita  mówiła  logicznie  i  z  rozwagą.  Osobiste 

przeżycia nie przyćmiły jasności jej umysłu. Wydawała się bardzo zaintrygowana, choć abso-
lutnie  nie  wzruszona.  Natomiast  jej  jasnowłosy  towarzysz  nawet  nie  starał  się  ukryć  swych 
uczuć.  Ale  śmierć  ciotki  nie  była  powodem  jego  niepokoju.  Mówił  o  niej  ze  współczuciem, 
lecz  bez  żalu.  Tajemnicę  jego  zdenerwowania  dopiero  należało  zbadać.  Pierwszą  rozmowę 
zakończyli przy herbatce i wtedy Ringrose postanowił przenieść się do Greystone. Nie powia-
domił jednak o swej decyzji Maydew, dopóki nie zobaczył się ze służbą domową. 

Pan  Jay  okazał  się  przeciętnym,  małym  człowiekiem  o  tępej  i  szarej  twarzy,  białych 

wąsach,  ostrym,  długim  nosie  i  wysokim  czole.  W  zachowaniu  był  oschły,  jak  stara  panna. 
Ludzie mówili, że upodobnił się do swojej pani. Nader służalczy wobec wyższych stanem — 
był  tyranem  dla  podwładnych.  Okazał  się  gadatliwy  i  John  odkrył,  że  w  kuchni  istnieje  ró-
wnie wielkie zainteresowanie mordem jak i w pokojach, a żałość po dziedziczce równie mała. 
Katastrofą wydawała się być wstrząśnięta tylko pani Jay, lecz płakała raczej z żalu nad sobą. 
Ona to właśnie odkryła zamordowaną. Była to drobna, siwa kobieta, bardzo nerwowa i pozba-
wiona poczucia odpowiedzialności. 

William opowiedział swoją historyjkę z namaszczeniem, okrągłymi zdaniami. Na pyta-

nie, czy jego znajomość panny Maydew i jej spraw pozwoliła mu dojść do jakichś konkluzji 
lub też do odtworzenia jakiejś koncepcji zabójstwa, zaprzeczył głową. 

— Dla mnie to nawet większa zagadka niż dla innych — powiedział pan Jay — właśnie 

ze względu na moją znajomość spraw. Tak się złożyło, że Burrows z policji jest moim przyja-
cielem,  więc  żeśmy  razem  wszystko  gruntownie  przedyskutowali.  Nie  zgadzamy  się.  Rozu-
mie pan, sercem jestem z nim, ale głową nie. 

— Jest więc pan w kłopocie? 
—  A,  tak.  Morderstwo,  panie  detektyw,  było  dokonane  z  zewnątrz  albo  też  od  we-

wnątrz. To jest jasne. Wszystko wskazuje na to, że nie mogło być popełnione od wewnątrz, a 
z drugiej strony wszystko wskazuje na to, że nie mogło też być dokonane z zewnątrz. 

— Przypuśćmy więc, że morderca był z zewnątrz, ale miał wspólnika wśród domowni-

ków. 

—  Bardzo  ciekawa  myśl  i  zlikwidowałaby  jedną  trudność,  ale  nie  drugą.  Jeśli  pomoc 

przyszła  z  zewnątrz,  należałoby  przypuszczać,  że  ktoś  z  domowników  chętnie  przyłożyłby 
rękę do zamordowania panny Maydew. Sam czyn jest o krok od zamiaru, ponieważ chęć już 
jest. Pięć osób mogłoby wpuścić mordercę, wskazać ofiarę i po zabiciu wypuścić przestępcę 
bez obudzenia kogokolwiek. Ściśle biorąc, to właściwie cztery osoby, ponieważ mąż i żona to 
jedno.  Byłoby  mi  trudno  opuścić  moją  żonę  bez  obudzenia  jej,  jak  również  i  mojej  żonie 
odejść bez obudzenia mnie, bo śpimy w jednym łóżku. 

— Ale — ciągnął dalej — popatrzmy na każdego oddzielnie. Pan Vincent Maydew sam 

background image

opowie  panu  o  komplikacjach  rodzinnych;  to  nie  moja  sprawa.  Co  ja  słyszę,  czy  nie  słyszę, 
nie wchodźmy głębiej w te kwestie. Jeśli chodzi o pana Vincenta, to można przysięgać, że nie 
tylko nie zabiłby ciotki, nawet gdyby mu dokuczyła, ale nie zabiłby nawet muchy. Nie zajmu-
je się sportem, tylko poezją, sztuką i tak dalej. Szczerze mówiąc, troszkę za słodki. Zastano-
wiłby się dwa razy nim zabiłby osę, panie detektyw, a tu starsza pani? 

—  Potem  mamy  pannę  Juanitę  Forrester,  jest  tu  cztery  lata.  Pół-Hiszpanka  od  strony 

matki, ale nie znam osoby, która by bardziej zjednała sobie ludzi w Greystone i okolicy. Złote 
serce, można powiedzieć. Żaden mężczyzna, kobieta czy dziecko nie pokłócili się z tą łago-
dną istotą. Po prostu nie można było się z nią pokłócić — oświadczył pan Jay. — Jak na tak 
młodą  osobę  —  bardzo  ludzka.  Ileż  to  razy  okazywała  współczucie  mnie  i  kucharce  Jane! 
Zmuszona  z  racji  stanowiska  przekazywać  przykre,  kategoryczne  lub  nieludzkie  polecenia 
starszej pani, łagodziła ich ostrze. I wszyscy o niej mówią z panem Mainprice, sędzią pokoju 
włącznie,  że  jest  zawsze  łagodna  i  wyrozumiała.  Przypuszczam,  że  trzymała  się  tak  długo 
tego miejsca ze względu na zarobki i wygodne warunki mieszkaniowe. 

- Tak to wygląda — dodał — William. — To eliminuje pannę Forrester, tak samo jak 

mnie, moją żonę i Jane. Wszyscy znosiliśmy pannę Maydew, ponieważ. musieliśmy zapraco-
wać na życie. Nie zabija się kaczki, która znosi złote jaja. To wyjaśnia, że nikt z nas nie mógł 
tego zrobić ani też nawet pomagać, choćbyśmy byli urodzonymi zbrodniarzami. Ale dokąd to 
nas prowadzi? Prosto do faktu, że nikt z domowników nie jest mordercą  ani też nie pomógł 
mordercy  z  zewnątrz.  Z  drugiej  strony,  kiedy  pan  Burrows  mówi,  że  to  była  robota  z  ze-
wnątrz,  to  ja  przysięgam,  że  każdy  zamek,  zasuwa,  zawias  okienny  —  były  na  swoim  miej-
scu. Kiedy żona przyniosła tę .straszliwą wiadomość, sam panicz wszystko ze mną obejrzał. 

— Obecnie uważa się pana Maydew za pana domu? 
— Tak, proszę pana. O ile nam wiadomo, pan Vincent jest panem domu. 
— Mam zamiar tu zamieszkać — powiedział Ringrose. 
Lokaj i jego żona wyrazili swe zadowolenie. Po czym John pogadał z kucharką, panią 

Woodhouse, która, choć rozmowna i uprzejma, nie okazywała szczególnego zainteresowania. 
Była  to  duża,  przystojna  kobieta,  pogodna  i  dobrze  ułożona.  Nie  miała  żadnych  własnych 
przypuszczeń na temat zbrodni, przejmując się głównie losem swojej pani w życiu pozagro-
bowym. 

— Jestem bardzo wierząca — tłumaczyła — i boję się, że tak zatwardziała grzesznica, 

jaką  była  panna  Maydew,  musiała  mieć  na  tamtym  świecie  dość  przykre  przebudzenie.  Ale 
Bogu dzięki, że tam jest przebaczenie dla wszystkich. Powiedziałabym jednak, że przy ostate-
cznym rozrachunku panna Maydew będzie potrzebowała dużo tego przebaczenia. 

W końcu Ringrose oznajmił, że ma zamiar zamieszkać w Greystone, i Vincent Maydew 

przyjął jego decyzję bez sprzeciwu. Ze wszystkich ludzi mieszkających w tym domu najbar-
dziej przygnębiony i zakłopotany był jego obecny pan. 

Pod  koniec  dnia  John  Ringrose  z  Burrowsem,  który  po  niego  przyjechał,  wrócili  do 

Twambley.  John  oświadczył  mu,  że  jeszcze  nie  widzi  światła.  Wypiwszy  dwie  filiżanki 
herbaty opuścił Burrowsa i z walizką w ręku poszedł do Greystone, gdzie zastał już przygoto-
wany pokój. 

Obiad  zjadł  z  panną  Forrester  i  Vincentem  Maydew.  Kiedy  mężczyźni  zostali  sami, 

młody człowiek zaprowadził Johna do małego gabineciku i poczęstował go dobrym cygarem. 
Mówił jasno, choć trochę nerwowo, nawet z pewnym strachem. Wydawało się, iż niepokój i 
zakłopotanie miały swe źródła w utajonych myślach, a nie w tym, co przedstawiał detektywo-
wi.  

—  Już  teraz  sytuacja  jest  jasna  —  powiedział  —  dzięki  nadzwyczajnemu  zbiegowi 

okoliczności. Mój wuj, John Maydew, zmarł trzy dni temu śmiercią naturalną. Dowiedziałem 
się o tym listownie dopiero dziś rano. Wrócę do tego za chwilę. Tydzień temu z mojej rodziny 
żyły  trzy  osoby.  Obecnie  zostałem  sam.  Ciotka  darzyła  mnie  zaufaniem  i  poważaniem,  bo 

background image

choć nie ceniła mojej pracy literackiej, uważała mnie za poważnego i zrównoważonego czło-
wieka. Dziedziczyłem po niej. Brat jej otrzymywał od niej tysiąc funtów rocznie i nic więcej. 
Miała zamiar wypłacać mu tę sumę przez całe jego życie. Żyli z sobą w przyjaźni. Wuj John 
odwiedzał  swoją  siostrę  dwa  razy  do  roku.  Był  kawalerem  i  ciotka  uważała,  że  te  pieniądze 
powinny  mu  wystarczyć,  ponieważ  nic  nie  robił,  a  ona  nienawidziła  nierobów,  nawet  jeśli 
byli starzy. Nie wiedziała, że wuj John był lekkomyślnym hulaką. 

—  Potem  przyszły  komplikacje  —  ciągnął  dalej.  —  Pokochałem  Juanitę,  to  znaczy 

pannę Forrester, i nie widziałem powodu, dlaczego nie miałbym jej pojąć za żonę, skoro ona 
odwzajemniała moją miłość. Ale Juanita uważała — okazało się, iż ma rację — że moja cio-
tka nie zgodzi się na to. Jednakże nie chciałem czekać wiecznie i po tajemnych zaręczynach, 
więcej  niż  rok  temu,  powiedziałem  mojej  przyszłej  żonie,  że  nie  ma  żadnych  racjonalnych 
podstaw,  by  odkładać  małżeństwo.  Kochaliśmy  się  szczerze,  była  całym  moim  życiem.  Jej 
pozycja społeczna nie miała znaczenia. 

—  Tydzień  temu  —  mówił  Vincent  Maydew  —  oświadczyłem  ciotce  Mary,  iż  mam 

zamiar poślubić Juanitę, jak tylko znajdzie kogoś na jej miejsce. Efekt był przerażający. Nie 
chcę  panu  powtarzać  tej  potwornej  kłótni.  Oskarżono  mnie  o  wszystkie  możliwe  zbrodnie  i 
ciotka  absolutnie  nie  chciała  uznać  zaręczyn.  Juanita  błagała  daremnie.  Ciotka  oskarżała  ją 
dość ostro, ale mnie zaatakowała z taką drapieżną i zjadliwą złością, jak to czyniła, kiedy ktoś 
opierał  jej  woli  lub  zachciankom.  Powiedziała  mi,  że  jeśli  zabiorę  jej  Juanitę,  to  mnie  wy-
dziedziczy, po czym urządziła kilka scen, które skończyły się tym, iż Juanita otwarcie stanęła 
po  mojej  stronie.  Inaczej  nie  mogłem  postąpić.  Ciotka  była  zdrowa  jak  rydz  i  mogła  pożyć 
jeszcze dziesięć lat. Wyraziłem swoje ubolewanie, ale nie cofnąłem się. Posłała po adwokata, 
pana Fosdike z Exeter, i sporządziła nowy testament, zostawiając wszystko swojemu bratu. 

—  Tego  ranka,  kiedy  znaleziono  ją  nieżywą,  miałem  na  zawsze  opuścić  Greystone.  A 

teraz  los  zgotował  coś  zupełnie  nieprzewidzianego.  Mój  wuj  nigdy  nie  dowiedział  się,  co 
ciotka zrobiła dla niego. Kiedy testament został spisany, właściwie on od kilku godzin już nie 
żył. Nie było innych spadkobierców. Absolutnie wszystko zapisała bratu, ale jej ostatnia wola 
nie może być spełniona, ponieważ wuj umarł przed ciotką. Więc jako najbliższy krewny dzie-
dziczę po niej. 

Młodzieniec przestał mówić i westchnął. 
— Więcej nic nie mam do powiedzenia. Nie wiem, czy to panu w czymkolwiek pomo-

że. 

—  Prawdopodobnie  tak  —  odrzekł  Ringrose.  —  W  każdym  razie  jutro,  po  rozprawie 

śledczej, zobaczę się z adwokatem panny Maydew i obejrzę nowy testament. Nigdy nie wia-
domo,  skąd  padnie  światło.  Problem  prawny  jest  jasny.  Ponieważ  John  Maydew  umarł  nim 
jego siostra podpisała nowy testament, jego część spadku przechodzi na pozostałych spadko-
bierców. A ponieważ pan twierdzi, że takowych nie ma, cały spadek przypada panu. Zamiar 
panny Maydew, by pana wydziedziczyć, spełzł na niczym. Dziękuję panu za to proste wyja-
śnienie,  a  teraz  może  mi  pan  powie,  co  też  pana  gryzie?  Wiem,  że  smuci  pana  ta  straszna 
sprawa,  szczególnie  dlatego,  że  pod  koniec  stosunki  między  wami  znacznie  się  popsuły. 
Czuję jednak, że jest coś więcej. 

Maydew spojrzał na detektywa i zarumienił się, ale szybko się opanował. 
— Myli się pan. Nie mam nic innego. Martwi mnie i niepokoi ta straszna tajemnica. Nie 

mogę  dopuścić,  aby  chwilowe  nieporozumienie  zaćmiło  pamięć  przeszłości.  Prawda,  ciotka 
była surowa i trudna, ale nie miałem powodu, aby jej nienawidzić. Byłem szczerze zmartwio-
ny, że musiałem się jej sprzeciwić. 

— Tym lepiej. Rad jestem, żem się pomylił — powiedział. — Myślałem, że pan ukrywa 

coś,  co  wydaje  się  nie  mieć  nic  wspólnego  z  tą  sprawą.  Radziłbym,  aby  pan  tego  nie  robił. 
Często najbardziej niespodziewane i trywialne fakty zawierają ziarno prawdy. 

—  Rozumiem  —  odpowiedział  Maydew.  —  Zapewniam  pana,  jeśli  przyjdzie  mi  na 

background image

myśl cokolwiek, co przydałoby się w tej sprawie, powiem panu pierwszemu. 

— Pan jest oczywiście w najzupełniejszej zgodzie z poglądami panny Forrester? 
— Tak, absolutnie — odrzekł Vincent. — Duszą i sercem jesteśmy jednomyślni. 
— Czy może mi pan powiedzieć dokładnie, kiedy i od kogo dowiedział się pan o śmie-

rci wuja? 

—  Dziś  rano  otrzymałem  list.  Wiadomość  przyszła  z  opóźnieniem,  bo  adwokaci  wuja 

byli  poinformowani  o  zgonie  dwadzieścia  cztery  godziny  po  fakcie.  O  zamordowaniu  ciotki 
dowiedzieli  się  już  z  gazet  i  z  początku  nie  wiedzieli  dokąd  pisać.  Potem  dozorczyni  wuja 
powiedziała im o mnie, wobec czego napisali do Greystone. 

List, o którym mówił, wyjął z portfela i podał detektywowi. 
Ringrose rzucił okiem i zwrócił list właścicielowi. Rozmawiali jeszcze pół godziny, po 

czym John Ringrose postanowił pójść spać. Był serdeczny, natomiast gospodarz trzymał się z 
rezerwą i miał wygląd trochę roztargniony. Odprowadzając gościa do sypialni Maydew wyra-
ził nadzieję, iż pokój będzie wygodny. Zapytał, czy Ringrose zje śniadanie w pokoju, czy też 
woli towarzyszyć jemu i Juanicie w jadalni. Ringrose przyjął drugą propozycję. 

— Chciałbym zjeść śniadanie z wami — powiedział — i im później, tym lepiej. 
— Czy o dziewiątej nie będzie za wcześnie? 
— Doskonale — odparł detektyw. 
Ringrose wstał o szóstej rano. Nim zjawił się ktokolwiek ze służby, pracował już prze-

szło godzinę w uśpionym i milczącym domu. Górne piętro i miejsce zabójstwa nie intereso-
wały  go  w  ogóle.  Szare  i  chłodne  godziny  ranka  poświęcił  zbadaniu  pokoi  mieszkalnych. 
Ponieważ w elektrycznych kandelabrach nie było żarówek, więc otwierał żaluzje i przeprowa-
dzał generalne badanie, które skończyło się na ogromnym pokoju pełnym książek i szklanych 
gablotek zawierających dziwny zbiór ciekawostek z całego świata. 

Ogromny, zapuszczony pokój tonął w kurzu. Parę stóp nad półkami, wzdłuż wszystkich 

ścian, biegła galeryjka; światło padało przez matowe szkło w suficie. Detektyw oglądał gablo-
tki,  zdumiony  różnorodnością  zgromadzonych  osobliwości.  Nagle  zatrzymał  się  i  pochylił 
nad gablotką stojącą dokładnie pod samą kopułą. Zafrapował go nie jakiś ciekawy eksponat, 
ale brak takowego... Kolekcja była urządzona pieczołowicie. Każdy eksponat miał etykietkę, 
niektóre  zaopatrzono  w  obszerne  informacje.  Tak  więc  etykietka  leżąca  na  pustym  miejscu 
natychmiast zwróciła jego uwagę. Coś stąd zniknęło i inspektor bardzo chciał wiedzieć co to 
było.  Wieko  szklanej  gablotki  ustąpiło  z  łatwością.  John  Ringrose  wyjął  kartkę  i  uważnie 
przeczytał drukowane słowa. 

Na pustym dziś miejscu leżał dawniej sztylet opatrzony uwagą: „ongiś własność Księcia 

Karola”. 

Ringrose położył kartkę z powrotem na miejscu. Zauważył, że broń była przyczepiona 

do kartki różową tasiemką i że tasiemka została odcięta. Został tylko kawałeczek. Tym odkry-
ciem  detektyw  zakończył  pierwszy  etap  badań  wewnątrz  domu.  Już  świtało,  na  wschodzie 
nieba zapłonęła czerwień. John wyszedł na taras przez okno ogromnego, nieużywanego salo-
nu. Tak oczywisty dowód rzeczowy budził w nim nieufność. John powiedział sobie, że takie 
rzeczy  po  prostu  nie  zdarzają  się.  Podejrzewał  sprytną  próbę  wprowadzenia  go  w  błąd.  Ale 
skąd  ten,  kto  chciał  detektywa  wprowadzić  w  błąd,  wiedział,  że  Ringrose  będzie  tak  dokła-
dnie badać stare eksponaty?  

Przy  śniadaniu  spotkał  się  z  gospodarzem  i  Juanitą.  Ubrana  w  czerń  dziewczyna  była 

blada,  a  młody  człowiek  objawiał  większy  niepokój  niż  poprzedniego  dnia.  Panna  Forrester 
natomiast  nie  okazywała  roztargnienia.  Była  szczerze  zainteresowana  rozprawą  śledczą, 
naznaczoną na południe. Zadawała detektywowi pytania o sprawy proceduralne. 

John  uważnie  przypatrywał  się  dziewczynie  oraz  młodzieńcowi.  Wyjątkowy  dar  wno-

szenia ludzkiego ciepła w stosunki między ludźmi tym razem również przysłużył się detekty-
wowi. Napięcie znikło — i wkrótce zaprzyjaźnił się z Juanitą. John zauważył, że Juanita była 

background image

nieco zakłopotana swoim narzeczonym. Żadne z. nich nie ukrywało swych uczuć, kochali się, 
lecz choć wypadki zaszłe po tragedii zwiastowały dla Juanity szczęście, dała detektywowi do 
zrozumienia,  iż  nic  potrafi  wyjaśnić  powodów  przygnębienia  Vincenta  Maydew.  Była  to 
tajemnica i John czuł, że gdyby została ujawniona, pomogłaby mu niezmiernie. 

Detektyw  był  przekonany  o  jednej  rzeczy:  przestępstwo,  jeśli  nawet  nie  popełnione 

przez domowników, było jednak dokonane przy pomocy jednego nich. Możliwe, że morderca 
przyszedł  z  zewnątrz,  lecz  nie  zamordował  sam.  Ringrose  był  przekonany,  iż  część  prawdy 
jest znana jednej z osób, z którą już rozmawiał. Tą osobą mógł być tylko Vincent Maydew. 

Po śniadaniu dokładnie obejrzał pierwsze piętro, nie tylko każdy zamieszkały pokój, ale 

również  te,  które  od  lat  stały  puste.  Wynik  badań  John  zachował  dla  siebie.  Oczywiście 
oględziny przeprowadzał sam. Znalazł dwie ciekawe rzeczy: ułamaną deszczułkę z podłogi w 
szafie sypialni Juanity Forrester i kawałek różowej tasiemki. 

Rozprawa śledcza przeprowadzona w dużym salonie nic nie przyniosła. Detektyw słu-

chał w milczeniu Sędzia śledczy, zdolny i mądry człowiek, przeprowadził sprawę z taktem i 
wyrozumieniem. Każdy ze świadków opowiedział własną wersję wydarzeń. Najbardziej inte-
resujące  okazało  się  zeznanie  panny  Forrester.  Otwarcie  ujawniła  sprawy  dotyczące  najbliż-
szych  osób  zmarłej,  a  mianowicie  siebie  i  narzeczonego,  opowiadając  o  kłótni  rodzinnej  i  o 
stanowisku  zmarłej  do  planów  siostrzeńca.  Powiedziała  wszystko  o  czym  Ringrose  dowie-
dział  się  poprzedniego  wieczora  od  Vincenta  Maydew.  John  obserwował,  z  jak  głęboką 
uwagą młodzieniec słuchał relacji narzeczonej Okazało się, iż Juanita była bliżej tragedii niż 
można było przypuszczać. 

—  Po  tym  strasznym  starciu  pomiędzy  panem  Maydew  i  jego  ciotką  nie  mogłam  w 

ogóle spać — powiedziała Juanita. W noc śmierci panny Maydew wiedziałam, że znowu nie 
usnę, ponieważ pan Vincent miał wyjechać następnego dnia. O drugiej nad ranem opuściłam 
mój  pokój,  zapaliłam  świecę  i  zeszłam  do  biblioteki  po  jakąś  lekturę,  która  zajęłaby  myśli  i 
zwabiła  sen.  Znalazłam  książkę,  po  czym  opuściłam  dużą  bibliotekę  i  weszłam  do  małego 
pokoju służącego za jadalnię. Wzięłam kilka biszkoptów z kredensu i nalałam sobie z karafki 
kieliszek  portwajnu.  Zjadłam  biszkopty  i  wypiłam  wino,  potem  poszłam  na  górę  z  książką. 
Wtedy to, kiedy korytarzem dotarłam do głównych schodów, wydawało mi się, iż przy naro-
żniku zajmowanym przez pannę Maydew ktoś się porusza. Był to dźwięk jak gdyby leciutko 
zamykanych drzwi. Położyłam książkę na stole stojącym naprzeciw schodów i podeszłam do 
drzwi  pokoju  panny  Maydew.  Panowała  zupełna  cisza.  Wtedy  podeszłam  do  wahadłowych 
drzwi  po  drugiej  stronie  korytarza,  prowadzących  do  służbowych  schodów.  Stanęłam  u  ich 
szczytu i nadsłuchiwałam, ale nic nie usłyszałam. Wydawało mi się, że na dole spostrzegłam 
blask  światła,  lecz  ponieważ  stale  trzymałam  świecę,  nie  byłam  pewna,  czy  światło  nie 
pochodzi  od  innej.  Zgasiłam  świecę,  lecz  światło  znikło.  Było  cicho  i  ciemno.  Stałam  kilka 
sekund  i  słuchałam,  potem  wróciłam  z  książką  do  łóżka.  Musiałam  zasnąć  nad  książką,  bo 
kiedy  Anna,  to  znaczy  pani  Jay,  przyszła  mnie  budzić,  śmiała  się  ze  mnie,  że  zapomniałam 
zgasić elektryczne światło. Nie była jeszcze u swojej pani. Mnie zawsze budziła najpierw. 

Sędzia  śledczy  zadał  kilka  pytań  w  związku  z  zeznaniem,  ale  Juanita  nie  mogła  nic 

więcej  dodać.  Zeznanie  należało  ocenić  negatywnie,  gdyż  dźwięk  i  światło  były  to  jedynie 
wrażenia, a nie przekonywujące fakty. 

Po  zakończeniu  zeznań  Ringrose  zauważył  oznaki  ulgi  na  twarzy  Maydew.  On  sam 

miał  mało  do  powiedzenia.  Kiedy  dowiedział  się  o  zbrodni,  wstał  natychmiast,  i  wraz  z 
Williamem przeszukał cały dom. Służba powiedziała tylko to, co było już wiadome policji. 

Pan  Fosdike,  adwokat  panny  Maydew,  mówił  o  nowym  testamencie.  Przy  okazji  zgo-

dził się pokazać ten dokument detektywowi Ringrose. Policja powtórzyła twierdzenie, że mo-
rderstwo  zostało  popełnione  przez  osobę  spoza  domu,  choć  nie  było  najmniejszego  dowodu 
na poparcie tej tezy. Służba Greystone żyła z członkami komisariatu w przyjaźni, zaś sędzia 
śledczy  wskazał,  iż  nikt  z  tych  osób,  poza  Vincentem  Maydew,  nie  uzyskałby  w  wyniku 

background image

śmierci  Mary  Maydew  żadnych  korzyści.  Sam  Vincent  przyznał,  iż  w  noc  morderstwa  nie 
wiedział o śmierci wuja i uważał, iż stracił wszystko. Ringrose zauważył, iż tym wyznaniem 
młodzieniec nie wzbudził podejrzenia ani policji, ani też przysięgłych. 

Sprawa została odroczona na dwa tygodnie. 
Dopiero następna rozmowa detektywa z gospodarzem przyniosła wreszcie coś interesu-

jącego. To nastąpiło jednak dopiero w nocy. 

Po południu Ringrose zajął się domem, ale unikał jego głównych mieszkańców. Trapiły 

go wątpliwości z powodu pewnych sprzeczności w dowodach rzeczowych. Dużą część czasu 
spędził u państwa Jay, przyjmując zaproszenie na herbatę i słuchając wynurzeń starej służą-
cej.  Dla  własnych  celów  poszedł  również  po  raz  wtóry  do  biblioteki-muzeum  i  odkrył  tam 
drugi  sztylet  z  kartką  mówiącą  o  historycznej  wartości  eksponatu.  Usunął  broń  z  gablotki, 
zawinął  w  chustkę  i  wróciwszy  do  pokoju,  w  którym  leżało  ciało  umarłej,  obejrzał  je  pono-
wnie. 

Już po zmroku opuścił dom i udał się do miejscowego lekarza, doktora Forbes, który na 

rozprawie śledczej złożył wyjaśnienia dotyczące przyczyn śmierci dziedziczki. 

Ringrose wrócił do Greystone na obiad. Vincent Maydew był przy stole jeszcze bardziej 

milczący  niż  poprzedniej  nocy.  Jadł  mało,  ale  pił  dość  dużo.  Było  widoczne,  iż  Juanita  jest 
zaniepokojona  jego  zachowaniem  i  że  chce  rozmówić  się  z  detektywem  na  osobności.  Po 
obiedzie detektyw próbował stworzyć okazję do rozmowy z Juanitą, ale spostrzegł się w porę, 
iż Vincent Maydew zauważył ten manewr. Narzeczony dziewczyny uniemożliwił rozmowę z 
detektywem. 

Tłumacząc, iż musi natychmiast rozmówić się z Ringrose, pociągnął go do małego salo-

niku.  Kiedy  podano  kawę  i  likiery,  Maydew  przekręcił  klucz  w  drzwiach  i  począł  nerwowo 
mówić. Od czasu do czasu wycierał chustką twarz, bardzo bladą i spoconą po alkoholu. 

— Panie Ringrose — powiedział Maydew — tego nie zniosę dłużej. Mam panu coś do 

powiedzenia  i  chcę  panu  uczynić  pewną  propozycję.  Nie  martwię  się  o  siebie,  lecz  o  kogoś 
innego.  Dlatego  też  chcę  zaproponować  panu  coś  bardzo  korzystnego.  Niech  się  pan  nie  
obraża, błagam, aby pan wysłuchał mnie bez uprzedzeń! Kiedy pan zrozumie moją sytuację, 
pańskie  ludzkie  uczucia  nie  pozwolą  panu  gniewać  się  na  mnie  lub  na  kogokolwiek  innego. 
Nie mam prawa prosić pana o poświęcenie własnych przekonań i może pan całkowicie zigno-
rować moje propozycje. Wiem jednak, iż jest pan zbyt szlachetny, aby mnie nie zrozumieć, i 
za przenikliwy, by nie spostrzec, że wstawiam się za kimś... 

Przerwał na chwilę, lecz Ringrose nie powiedział słowa. 
Wtedy Maydew przyznał się do morderstwa. 
—  Zabiłem  ciotkę  w  momencie  zupełnej  aberracji  umysłowej.  Stało  się,  i  teraz  muszę 

ponieść wszystkie konsekwencje. Pozostaje jedna ważna rzecz: nalegam, aby rozwój sytuacji 
spoczął w pana rękach. Rozumie pan, co chcę przez to powiedzieć, panie Ringrose? 

Detektyw patrzył na niego w milczeniu i po chwili powiedział: 
— Myślę, że tak. Jednak może wyjaśni pan sprawę dokładniej. 
— W kilku słowach: poddałem się przemijającej, irracjonalnej fali nienawiści do staru-

szki,  która  mnie  tak  źle  potraktowała.  Czując,  iż  świat  byłby  lepszy  bez  niej,  usunąłem  ją. 
Jakiś  diabeł  mnie  podkusił.  Podjudzony  gniewem,  popełniłem  zbrodnię  tchórzliwą  i  szatań-
ską, przekonany, iż czyniąc źle, chciałem, aby było dobrze. Rozumie pan ironię tej sytuacji, 
kiedy dowiedziałem się, iż mój wuj nie żyje? Zbrodnię popełniłem w pośpiechu, jednak przy-
gotowałem ją bezbłędnie i uważałem, iż odkrycie przestępcy będzie niemożliwe. Teraz sądzę 
inaczej.  Wiem,  iż  odkryłby  pan  prawdę,  wobec  czego  przyznaję  się  do  winy,  aby  panu 
zaoszczędzić trudu. 

Ringrose uśmiechnął się. 
— Mówi pan, iż sam zabił staruszkę? Czy może pan to udowodnić? — zapytał. 
Maydew wstał, podszedł do małego biurka, otworzył je, po czym dotknął niewidoczną 

background image

sprężynę, która otworzyła tajną szufladę. W skrytce leżało coś zawiniętego w papier. Maydew 
podał zawiniątko detektywowi. 

—  Tym  sztyletem  zabiłem  Mary  Maydew  —  powiedział  cicho.  —  Wziąłem  go  z 

muzeum,  z  kolekcji  mojego  dziadka.  Sztylet  ten  był  podobno  własnością  księcia  Karola. 
Miałem  zamiar  zwrócić  go  na  miejsce  Gdyby  pan  obejrzał  środkową  gablotkę  w  bibliotece 
zobaczyłby pan etykietkę, od której go odczepiłem. 

Ringrose  obejrzał  broń.  Rękojeść  była  z  inkrustowanego  srebra,  głowica  z  ogromnego 

skrzącego „cairngormu”, kamienia barwy złota, a pochodzącego ze szkockiej miejscowości o 
tej samej nazwie. Na klindze z błękitnej stali była zaschnięta krew. 

—  W  bardzo  krótkim  czasie  dowiódłby  mi  pan  winę  —  mówił  cicho  przestępca.  — 

Szybko  zorientowałem  się,  iż  moje  urojone  bezpieczeństwo  było  zagrożone.  Świadomość 
takiego  czynu  dla  przestępcy  jest  tak  straszna,  iż  przyznałbym  się  do  winy  w  dwadzieścia 
cztery godziny po zbrodni, lub też zgładził siebie, gdyby nie wzgląd na inną osobę. Sytuacja 
moja  jest  straszliwie  skomplikowana  przez  kogoś  innego.  Mógłbym  uciec  od  cierpień  przez 
własną  śmierć  —  wyrzuty  sumienia  skończyłyby  się  wraz  z  życiem.  Lecz  z  moim  życiem 
kończy  się  również  inny  cenny  i  niewinny  żywot.  Prawda  o  zbrodni  z  pewnością  zabiłaby 
Juanitę. Nieważne to, że ja bym ją stracił, ale że jej życie byłoby zrujnowane, gdyby prawda 
wyszła na jaw. Tak więc niewinny cierpi więcej niż winny. Pan rozumie, że życie stało się dla 
mnie  udręką,  a  nie  radością.  Położyłbym  kres  temu  wszystkiemu,  gdyby  nie  myśl  o  jej 
cierpieniu. Tylko ze względu na nią ujawniam przed panem prawdę i składam swoje życie w 
pańskie ręce. 

— I co dalej? — zapytał detektyw. 
—  Jest  to  sprawa  etyki...  Że  uczciwi  cierpią  za  nieuczciwych  —  jest  powiedzeniem 

banalnym.  Wielu  niewinnych  cierpi  kary,  na  które  nie  zasłużyło.  Dlatego  teraz  moją  jedyną 
myślą,  jedynym  postanowieniem  jest,  aby  uchronić  innych  od  konsekwencji  mojej  zbrodni. 
To  się  da  zrobić  z  łatwością  we  wszystkich  wypadkach,  poza  jednym.  Służba  i  tak  nic  nie 
traci:  otrzyma  pieniądze  i  odpowiednie  emerytury,  lecz  w  wypadku,  gdyby  prawda  została 
ujawniona, to na Juanitę spada kara gorsza niż wyrok śmierci. Zwracam się do pana tylko ze 
względu na nią. Niech mi pan wierzy: życie, nawet z nią, musi teraz stać się bez porównania 
okrutniejsze niż szybka i miłosierna śmierć. Tylko ze względu na nią błagam o życie, ponie-
waż prawda zabiłaby ją i okryła wstydem. Przy temperamencie Juanity moja zbrodnia sprawi-
łaby jej niewypowiedziane wprost cierpienia. Mogłaby nawet postradać zmysły, albo, co go-
rsze, targnęłaby się na własne życie nie mogąc znieść tale potwornej sytuacji. Panie Ringrose, 
wolę raczej żyć, niż pozwolić, by ona wypiła ten kielich goryczy. 

Detektyw słuchał z uwagą, notując w pamięci każde słowo i każdy gest. 
— Prosi pan, abym nie zdradził pańskiej tajemnicy i rozgrzeszył go z tej zbrodni? 
—  Z  tych  względów,  o  których  mówiłem  panu.  Dla  mojej  nieszczęsnej  dziewczyny! 

Nie prosiłbym o nic dla siebie. Nie chcę żyć. Pan wie, że mówię prawdę. Chcę tylko czynić 
dobrze, a życie Juanity jest o tysiąc razy cenniejsze od mojego. Jestem gotów żyć, aby ona nie 
zginęła. Sprawiedliwość, która stoi ponad prawem ludzkim, woła w imię Juanity; błagam, aby 
mnie  pan  wysłuchał.  Chciałbym  pana  przekonać  co  do  etycznej  strony  zagadnienia,  panie 
Ringrose.  Działa  pan  na  innej  płaszczyźnie  i  nie  wątpię,  że  wywiązuje  się  pan  z  obowiązku 
bez względu na następstwa. Ale nie jest pan tylko maszyną, jest pan człowiekiem. Poznałem 
pana dość dobrze i wiem, iż człowieczeństwo dla pana dużo znaczy. 

— Zgoda. Lecz obowiązek często staje w niezgodzie ze skłonnościami — odpowiedział 

Ringrose  zapalając  drugie  cygaro.  Powiedzmy,  że  ja  tej  sprawy  nie  rozwiążę.  Może  być,  że 
postępuję po ludzku, co można lub też nie można usprawiedliwić czysto moralnymi pobudka-
mi. Niemniej jednak postępuję nieuczciwie wobec siebie i swoich pracodawców. To jeszcze 
nie  wszystko.  Niepowodzenie  w  sprawie,  która  się  dość  szybko  wyjaśniła,  ma  o  wiele  wię-
ksze  znaczenie,  aniżeli  wątpliwa  nadzieja,  iż  postąpiłem  prawidłowo  udając  niepowodzenie. 

background image

Znaczy to, iż kara za pańską zbrodnię jest  wymierzona również we mnie. Tam,  gdzie powi-
nienem osiągnąć sukces, spotyka mnie niepowodzenie. Z premedytacją dopuszczam do posta-
wienia sobie czarnej kreski w Komendzie Głównej. Swoją promocję na inspektora śledczego 
świętuję  bardzo  nieudolną  pracą.  Taka  interpretacja  prawdopodobnie  nie  wpadła  panu  do 
głowy, co? 

— Owszem. Myślałem o tym od samego początku. Potrafię wyobrazić sobie, jak pan na 

to patrzy z zawodowego punktu widzenia. Gdyby pan był innego rodzaju człowiekiem, wie-
działbym, że sprawa jest beznadziejna, lecz pan okazał serce i ludzkie współczucie. Właśnie 
chciałbym  o  tym  mówić.  Pan  zgadza  się,  że  dla  dobra  niewinnych  zbrodnia  nie  może  być 
ukryta.  Pan  wie,  że  ukrywanie  zbrodni  nie  przyniesie  szczęścia  zbrodniarzowi.  Dobre  i  złe 
strony  takiego  postępowania  nie  eliminują  się  wzajemnie,  a  stawiają  nas  raczej  w  wątpliwej 
sytuacji.  Wszystko  wskazuje  na  to,  iż  ukrywanie  zbrodni  jest  najwyższą  sprawiedliwością  i 
największym  dobrem  dla  niewinnych.  Tylko  pańska  decyzja  może  zaważyć.  Zaryzykował-
bym  twierdzenie,  iż  zło  wyrządzone  pańskiej  reputacji,  że  niesprawiedliwość  wyrządzoną 
panu przez ukrywanie zbrodni, można potraktować jako sprawę interesu. 

Ringrose pokiwał głową. 
— To kwestia punktu widzenia — powiedział. 
—  Jedna  sprawa  mało  znaczy  w  pańskiej  karierze  —  z  rosnącą  w  głosie  nadzieją 

argumentował  Maydew.  —  Wszyscy  wiedzą,  że  jest  pan  niezwykle  zdolnym  człowiekiem  i 
prawdopodobnie następną zagadkę rozwiąże pan szybko, a to jedno niepowodzenie pójdzie w 
niepamięć. Jestem przekonany, iż to niepowodzenie nie może wyrządzić panu szkody, chyba, 
że w pana własnym mniemaniu o sobie. Nie uważam więc za ujmę na honorze, jeżeli zapro-
ponuję  panu  pieniądze.  To  nie  jest  egoistyczna  umowa.  Moja  zbrodnia  nie  przestanie  mnie 
prześladować, ale nawet sprawiedliwość sądowa powinna najpierw zatroszczyć się o los nie-
winnych, nim zajmie się niszczeniem winnych. Jestem bardzo bogatym człowiekiem. Wiem, 
iż honor i sprawiedliwość jest po pańskiej stronie. Dziękowałbym Bogu, gdyby pan w zamian 
za swoje straty przyjął pieniądze. 

John  Ringrose  milczał.  Puszczał  dym  z  cygara  nie  zdejmując  oczu  z  zakrwawionego 

noża,  który  leżał  przed  nim  na  stole.  Maydew  wstał  i  począł  nerwowo  przechadzać  się  po 
pokoju. 

— Niech pan siada i zapali cygaro — powiedział detektyw. — To, co pan powiedział, 

jest bardzo ciekawe i wiele znaczy. Szanuję pańskie zaufanie do mnie i przyznaję panu rację 
w  kwestii  etycznej.  Lecz  co  pan  myśli  o  mojej  sytuacji?  Jakie  odszkodowanie,  sądzi  pan, 
można uczciwie ofiarować za skazę na opinii? 

— Zostawiam to panu, panie Ringrose! 
—  Mówią,  ze  każdy  człowiek  ma  swoją  cenę.  Należy  zważyć  korzyść  z  trwałego 

powiększenia dochodu i deprecjację opinii zawodowej. 

— Deprecjacja jest przejściowa. Bardzo proszę, niech pan nie mówi o tym, że pan ma 

własną  cenę,  panie  Ringrose.  Nie  mógłbym  pana  kupić,  wiem  doskonale!  Pozostaje  jedno 
pytanie:  czy  życie  Juanity  może  pana  przekonać?  Robię  panu  bardzo  rozsądną  propozycję, 
bez ujmy dla pańskich zasad, ani też, powiedziałbym, dla swoich. 

Pan  Maydew  wstał  i  podszedł  do  biurka,  z  którego  wyjął  książeczkę  czekową.  W  tym 

momencie  detektyw  uśmiechnął  się  dobrodusznie.  Kiedy  Maydew  wrócił,  twarz  detektywa 
znów miała wyraz poważny. 

—  Załatwiłem  z  panem  Fosdike  —  powiedział  Maydew  —  że  będę  czerpał  z  kapitału 

według własnego uznania. Wydaje mi się jednak, że tak trudna transakcja powinna być prze-
prowadzona z całą ostrożnością. 

—  Oczywiście.  Nie  ma  pośpiechu.  Są  różne  sposoby  przeprowadzenia  takich  spraw. 

Czek będzie tylko dowodem zaufania. Ja oczywiście nie będę go wymieniał. Może mi pan tę 
sumę  spłacać  później,  w  inny  sposób,  na  przykład  obligacjami  zagranicznymi  wypłacanymi 

background image

na okaziciela lub też takimi, które można przepisać. Ten czek będzie tylko gwarancją. 

Pan Maydew wziął pióro do ręki. 
— Może pan wobec tego wymieni sumę? 
— Powiedzmy dziesięć tysięcy? 
Twarz  młodego  człowieka  promieniała  wdzięcznością,  której  nie  był  w  stanie  ukryć. 

Wydawało się, iż zelżał ciężar jego cierpień, choć przed chwilą zaklinał się, że to nie nastąpi 
nigdy. 

— Nie! — powiedział — nie, dziesięć tysięcy. Dwadzieścia tysięcy, panie Ringrose! 
— Pan jest bardzo hojny. 
— Jestem tylko sprawiedliwy. Obym nigdy nie wypisywał czeku z większym uczuciem 

zobowiązania niż teraz. 

Maydew wydarł czek i położył go na stole. 
—  Jestem  w  pańskich  rękach  —  powiedział  —  jak  również  los  osoby,  która  jest  mi 

droższa niż moje życie. 

— Rozumiem pana doskonale. Niech się pan już nie martwi o nią ani o siebie. Wasza 

przyszłość  jest  jasna,  panie  Maydew.  Jednak  musimy  pomyśleć  o  teraźniejszości,  choćby 
tylko ze względu na mnie. Pozostaje jeszcze kilka drobnych szczegółów. Musimy ukryć ślady 
z uwagi na tych, którzy  prawdopodobnie nie docenią naszego postępowania opartego na tak 
wysoce etycznych przesłankach. Pańskie zadanie jest łatwe. Ja zajmę się sprawą, oczywiście 
bez  rezultatu,  zaglądając  wszędzie,  śledząc,  szukając  i  tak  dalej.  Chciałbym  zwrócić  uwagę, 
że dowód o ogromnym  znaczeniu, który  pan mi podarował, musi wrócić na swoje miejsce, 
aby nie być dłużej dowodem. Więcej niczego od pana nie żądam. Proszę dokładnie oczyścić 
sztylet i jeszcze dzisiejszej nocy, kiedy już wszyscy zasną, włożyć go do środkowej gablotki, 
z której pan go wyjął. 

Detektyw wziął czek i schował do kieszeni. 
— Życzę panu dobrej nocy, panie Maydew. Niech pan śpi spokojnie. 
—  Będę  spał,  jak  nie  spałem  od  wielu  nocy  —  odpowiedział  Maydew,  serdecznie 

ściskając dłoń detektywa. Spostrzegł się jednak, że zbyt wyraźnie okazuje swoją radość, więc 
posmutniał. 

— Cierpię nadal — oświadczył — ale fakt, że moją przyszłą żonę uchroniłem od zgry-

zoty, jest dla mnie wielką ulgą. 

— Czas jest najlepszym lekarzem — powiedział Ringrose oschle. 
Vincent Maydew schował sztylet i zadzwonił po alkohol. W pół godziny później męż-

czyźni rozstali się Maydew miał jeszcze robotę. Kiedy został sam, w swoim pokoju, oczyścił 
sztylet  wodą  i  mydłem  i  o  drugiej  nad  ranem  odniósł  go  na  miejsce.  Zrobi  to  niedbale,  nie 
zwracając uwagi na szczegóły. Sztylet przywiązał do etykiety brązowym sznurkiem. 

Choć nie był zbyt religijny, przed zaśnięciem spędził dwadzieścia minut na klęczkach. 

Jednakże zapowiedź dobrej nocy nie spełniła się. Już świtało, kiedy umęczony umysł pozwo-
lił mu zasnąć. 

Następnego dnia Ringrose spędził kilka godził w Exeter postępując tak, jak gdyby roz-

mowa z młodym Maydew w ogóle nie miała miejsca. Widocznie chciał się dowiedzieć wię-
cej, aniżeli Vincent Maydew i jego narzeczona mogli mu powiedzieć. Poprosił starego adwo-
kata rodziny Maydew, aby podał wszystkie szczegóły dotyczące spisania nowego testamentu 

— To strasznie zacięta klientka — powiedział par Fosdike. Był to rosły, łysy mężczy-

zna  o  gładko  ogolonych,  zwisających  policzkach.  —  Chociaż  ją  rozumiałem,  jednak  wobec 
niej byłem bezsilny. Ludzie popędliwi są na ogół dość rzeczowi pomiędzy wybuchami gnie-
wu i skłonni w momentach rozwagi naprawić to, co nabroili, kiedy „wyszli z siebie”. Panna 
Maydew natomiast była wybuchowa i uparta. W gniewie potrafiła zrobić wiele złego i upiera-
ła  się  przy  swoim.  Nadmiar  dumy.  Bezsensowna  próżność,  często  spotykana  u  mężczyzn,  a 
rzadko u kobiet, popychała ją do trzymania się uparcie swych decyzji. I nic nie potrafiło nią 

background image

wstrząsnąć.  

Chwaliła  się,  że  nigdy  w  życiu  nie  musiała  nikogo  przepraszać  —  mówił  adwokat.  — 

Dlatego więc, gdyby żyła, nowy testament pozostałby bez zmian. Spisałem go na jej życzenie. 
Być może, iż spisałaby inny testament później, zostawiając spadek nie bratu, a komu innemu, 
ale nie przebaczyłaby Vincentowi Maydew ani nie przywróciłaby go do stanowiska dziedzica. 
Vincent przeciwstawił się jej, a takim nie wybaczała nigdy. 

— Pan przygotował testament i pojechał do niej? — zapytał Ringrose. 
— Tak jest.  Gdybym w  najdrobniejszej sprawie  nie postąpił zgodnie z jej życzeniami, 

straciłbym  pieczę  nad  dużym  majątkiem.  Zabranie  Greystone  z  mojej  firmy,  bez  jakiegoko-
lwiek uprzedzenia, to był jej styl. Gdyby to raz zrobiła, żadne argumenty nie skłoniłyby ją, by 
przywrócić mi opiekę nad sprawami Greystone. 

— Nie było żadnych tajnych klauzul w sprawie testamentu? 
—  Nie.  Powiedziała  siostrzeńcowi,  aby  wybierał  między  nią  a  jej  panną  do  towarzy-

stwa,  dając  mu  dwanaście  godzin  do  namysłu.  W  złości  potrafiła  wytrwać  dłużej  niż  ktoko-
lwiek. Na ogół jest to wyczerpujące dla normalnego człowieka, ale pannę Maydew gniew roz-
palał  do  białości,  bez  wyniszczania  jej  energii.  Testament,  jak  pan  widzi,  jest  bardzo  krótki. 
Nim  podpisała,  przypomniałem  jej  o  różnych  zapisach  i  zobowiązaniach  —  życzeniach  jej 
ojca,  które  były  uwzględnione  w  jej  poprzednim  testamencie.  Odpowiedziała  tylko,  że  te 
rzeczy mogą czekać, zresztą można to zawsze załatwić w kodycylach, czyli w dopisie. 

— Dźwięk jej głosu — mówił adwokat — przypominał wschodni wiatr, wiejący przez 

otwarte okiennice. „Życie nie jest zbyt pewne, powiedziała. — Nie zasnę spokojnie, dopóki ta 
sprawa  nie  będzie  załatwiona,  a  mój  siostrzeniec  Vincent  Maydew  nie  stanie  się  świadomy 
swego  położenia!”  Oto  jej  słowa.  W  przyszłości  miała  zamiar  przemyśleć  kilka  mniej 
ważnych punktów zawartych w poprzednim testamencie, którego nie czytała od wielu lat. Ale 
chciała  jak  najprędzej  wymierzyć  cios  w  Vincenta  Maydew.  Uspokoiła  się  dopiero  wtedy, 
kiedy  spadkobiercą  uczyniła  brata.  Jak  panu  wiadomo,  jej  brat  umarł  przed  nią  a  właściwie 
już nie żył, kiedy podpisywała testament. Tak więc sprawa, którą chciała przeprowadzić, nie 
została  w  zasadzie  przeprowadzona  i  Vincent  Maydew  szczęśliwie  otrzymał  należny  mu 
spadek. 

— Kto to jest Alfred Warner? — zapytał John Ringrose, patrząc na dokument. 
— Urzędnik z mojego biura. Pojechał z dokumentem, kiedy wszystko było już ustalone. 

On i William Jay poświadczyli podpis panny Maydew. 

— Czy poprzedni testament został zniszczony? 
— Nie! Nawet specjalnie prosiła, abym testament przechował, ponieważ w przyszłości 

chciała go przejrzeć. Między innymi testament zawierał zlecenia przekazane przez jej ojca w 
sprawie  rozbudowy  posiadłości  oraz  inne  mniej  ważne  punkty.  Przyszły  spadkobierca  miał 
wykonać te życzenia. 

—  Tak  —  powiedział  Ringrose.  —  A  teraz  testament  ten  przechodzi  w  ręce  Vincenta 

Maydew.  Ma  obowiązek  spełnienia  tych  warunków.  Czy  pozwól  pan  spojrzeć  na  ten  testa-
ment? 

— Ależ oczywiście! Myślę, że on nie ma nic wspólnego ze zbrodnią. 
— Przeciwnie, mam powody, aby sądzić, że ma wiele wspólnego. 
Przez pół godziny detektyw studiował uważnie testament. Bez słowa zwrócił dokument 

i sięgnął po karafkę z sherry. 

—  Spotkamy  się  jeszcze,  panie  Fosdike  —  powiedział  Ringrose.  —  Mam  szczerą 

nadzieję, że do tego czasu posunę się znacznie naprzód i odkryję motywy zbrodni. Dziękuję 
panu. Pomógł mi pan więcej niż pan przypuszcza. 

—  Byłbym  wielce  rad  —  oświadczył  adwokat.  —  Przyznaję,  że  dla  mnie  sprawa  nie 

jest jasna. Ale śmiem twierdzić, że jeśli tak chce  przeznaczenie, to prawdopodobnie odkryje 
pan zbrodniarza poza Greystone. 

background image

— Panie Fosdike, zbrodnia to nie sztuka magiczna, która wydaje się działać na przekór 

prawom przyrody, jak gdyby siły nadprzyrodzone zakłóciły porządek rzeczywistości. Policja 
nie daje się zwyciężyć lub też zaszachować teoriom metafizycznym. Twierdzimy, że nie ma 
rzeczy  niemożliwych,  są  tylko  nie  odkryte  dowody,  klucze  do  tajemnicy.  Tych  szukamy 
uporczywie i niezmordowanie. Gdy nam się mimo to nie udaje odkryć żadnych dowodów, to 
tajemniczy  magik  wymyka  się,  aby  raz  jeszcze  pokazać  swoją  sztuczkę.  Czasami  udaje  się 
nam  schwycić  go  dopiero  za  drugim  lub  trzecim  razem.  W  tym  wypadku  jestem  prawie 
pewny, iż odkryję zarówno sztuczkę jak i sztukmistrza. 

— Czy przewiduje pan, że śledztwo długo potrwa? 
— Nie. Przypuszczam, że zakończę sprawę w ciągu tygodnia lub dziesięciu dni. Nato-

miast gdyby mi się do tego czasu nie udało, prawdopodobnie nie uda mi się to w ogóle. 

Detektyw pożegnał się z adwokatem i w samotności zjadł drugie śniadanie. Przypadko-

wy  obserwator  nie  dostrzegłby  w  jego  twarzy  niepokoju  ani  troski.  Dobry  apetyt,  jako  też 
uśmiech wskazywałyby raczej na pogodę ducha. Po śniadaniu Ringrose odwiedził katedrę. 

Tegoż  dnia  Vincent  Maydew  wyjechał  do  Londynu,  aby  załatwić  sprawy  związane  z 

pogrzebem wuja. 

Dwa dni później miał się odbyć pogrzeb Mary Maydew. Jednakże tego wieczoru inspe-

ktor Ringrose był bardzo zajęty w Greystone. Sprawy przynaglały go, ponieważ Juanita For-
rester chciała rozmówić się z detektywem nim narzeczony wróci, zaś William Jay napomknął, 
że ma coś ważnego do zakomunikowania. 

Juanita poprosiła, by Ringrose dotrzymał jej towarzystwa przy herbacie. 
— Widziałam Vincenta dziś rano — powiedziała detektywowi — po pana wyjeździe do 

Exeter.  Pojechał  motocyklem,  swoją  ulubioną  drogą  przez  Salisbury  Plain.  Bardzo  się  ma-
rtwię, panie Ringrose. Nie rozumiem, dlaczego on tak bardzo przejmuje się tą straszną spra-
wą. Nie dziwi mnie, że dręczy się tym, bo jest bardzo wrażliwy, ale tłumaczyłem mu, że nic 
już na to nie poradzi i że na pewno nie spowodował tej tragedii. Poza tym raczej zyska na tym 
niż  straci  —  ale  tego  oczywiście  nie  mogę  mu  powiedzieć.  Pomyślałby,  że  jestem  niepowa-
żna,  okrutna  i  bez  serca.  Może  tak  jest  w  rzeczywistości?  Bo  kiedy  pomyślę  sobie,  z  jaką 
pasją  panna  Maydew  rzuciła  się  na  niego  i  jak  zrobiła  wszystko,  aby  nie  dopuścić  go  do 
korzystania  z  majątku,  który  mu  się  prawnie  należał,  to  nie  potrafię  być  przybita  żałobą. 
Udawanie  byłoby  zwykłym  oszustwem.  Vincent  natomiast  jest  tym  przybity.  Ta  zbrodnia 
wpłynęła na niego w dziwny sposób. Dziś rano było to bardziej widoczne niż kiedykolwiek. 

— Jak to się objawiało? 
— Coś mu się stało. Zaszła w nim charakterystyczna zmiana. Stał się jakiś obcy, nieo-

becny.  Patrzył  przeze  mnie,  a  nie  na  mnie.  Nie  powiedziałabym,  iż  stał  się  chłodny  —  nie 
zmienił się wobec mnie. Raczej po prostu jest inny... Właściwie zmienił się nawet w stosunku 
do mnie. Tylko jakiś mocny wstrząs mógł wywołać te zmiany. Jestem tego pewna, ponieważ 
znam Vincenta bardzo dobrze.  

— Czy nic pani nie powiedział? 
— Nie! Od przewodu śledczego nie mówi o śmierci ciotki. Lecz obecna sytuacja, która 

powinna  była  zmusić  go  do  skupienia  myśli  i  energicznego  działania,  raczej  popycha  go  do 
obojętności.  Chce  uciec  od  tego  wszystkiego.  Mówił  tak,  jakby  nie  miał  zamiaru  wracać  na 
pogrzeb  ciotki.  W  jego  słowach  brzmiało  coś  prawie  niepoczytalnego.  Powiedział,  że  może 
„złamie  kark  na  Salisbury  Plain  i  tak  zgaśnie  ostatni  potomek  rodu”.  Przeraziłam  się,  bo 
mówił tak, jak gdyby to było najlepsze wyjście dla nas wszystkich. Czy były wypadki, gdzie 
podobne przeżycia spowodowały pomieszanie zmysłów? 

— Nigdy, panno Forrester! Musi w tym być coś, czego pani nie rozumie. 
— Czy pan zaobserwował coś niezwykłego? 
— Skoro pani pyta, mogę szczerze powiedzieć, że tak. Nie wątpię, że pan Vincent May-

dew jest tak wielce zaabsorbowany nie bez przyczyny. Zwierzył mi się z niektórych rzeczy i 

background image

niech  mi  pan  wierzy,  że  nie  zawiodę  jego  zaufania.  Przypuszczam,  że  uspokoiłem  go  co  do 
różnych drobiazgów. 

—  Może  uspokoi  się,  gdy  pan  znajdzie  mordercę  —  odpowiedziała.  —  Wiem  jedno, 

bardzo mu zależy na wyjaśnieniu tajemniczej śmierci panny Maydew. 

— Nie możemy się tak szybko poddawać. Zapewniam panią, że zrobię wszystko co w 

mej mocy, aby rozwiązać tę zagadkę, choć w tej chwili nie jest to takie łatwe. 

Juanita zmieniła nagle temat rozmowy.  
—  Dziś  zauważyłam  dziwną  rzecz  w  szafie  w  mojej  sypialni  —  powiedziała.  — 

Wyciągałam suknie z szafy, by jedną z nich pofarbować na czarno, i zauważyłam na podłodze 
białą  pręgę.  W  podłodze  szafy  wyłamano  drzazgę  długości  kilku  cali.  Wydawało  mi  się  to 
dziwne, więc zbadałam deskę i odkryłam, iż jest obluźniona. Wyjęłam ją z łatwością i znala-
złam pod nią pustą dziurę. Może to nic nie znaczy, ale wydaje mi się, że ktoś zrobił to specja-
lnie. W każdym razie chciałam panu o tym powiedzieć. Może pan to zrobił, kiedy rewidował 
mój pokój? 

—  Nie  —  odpowiedział  Ringrose.  —  Ja  tego  nie  zrobiłem.  Ale  znalazłem  skrytkę,  o 

której  pani  mówi.  Ktoś,  podważając  krótką  deskę  w  podłodze,  odłamał  kawałeczek  starego 
drzewa zostawiając świeży odprysk. Pod deską, jak pani wie, znajduje się skrytka. 

— Czy myśli pan, że skrytka była zrobiona specjalnie? 
— Nie, dziura pod deską już była. 
— Czy znalazł pan coś w skrytce? 
— Nic szczególnego. Tylko kawałeczek różowej tasiemki. 
— Czy może mi ją pan pokazać? 
Ringrose natychmiast wyciągnął z kieszeni portfel i podał Juanicie tasiemkę. 
— Jest stara i zabrudzona — powiedziała. — Mogła tam leżeć sto lat. 
— Może. Ale ja raczej łączę ją ze sprawą morderstwa. 
— To niesłychane, panie Ringrose! W jaki sposób? 
— Pośrednio. Jest to dowód odosobniony i w tej chwili bez znaczenia. Sprawy krymi-

nalne, panno Forrester, często są jak krzyżówki. Człowiek męczy się, stara się słowo dopaso-
wać  do  okienek  i  do  definicji,  wszystko  daremnie!  Potem,  kiedy  znalazło  się  inne  słowa, 
nagle  to  brakujące  słowo  zjawia  się  samo.  Podobnie  jest  z  tym  kawałkiem  przybrudzonej 
różowej tasiemki. Może nic nie znaczyć i nie mieć nic wspólnego ze sprawą morderstwa, ale 
może  również  mieć  duże  znaczenie.  Jest  oczywiste,  iż  w  pani  szafie  ktoś  próbował  zrobić 
skrytkę. Gdyby nie odłamana drzazga, nikt z nas tego by nie spostrzegł. To bardzo dziwne z 
tym odłamkiem. Dużo dałbym, aby go znaleźć. 

— Nawet go nie szukałam. 
—  Ja  szukałem,  ale  daremnie.  Wracając  do  pana  Maydew,  jeśli  można  pani  poradzić, 

niech się pani nic zraża,  gdyby on zachowywał się dziwnie. Proszę go traktować normalnie. 
Jest on, jak pani sama twierdzi, wyjątkowo wrażliwy, artysta, którego nerwowy  .system jest 
bardziej  czuły  niż  u  zwykłego  człowieka.  Najbardziej  pomoże  mu  pani,  jeśli  zignoruje  jego 
dziwactwa i nieodpowiedzialne słowa. Po jakimś czasie pan Maydew wróci do równowagi. I 
byłoby  lepiej,  gdyby  pani  nie  mówiła  jemu  ani  też  innym  o  skrytce  w  podłodze.  Proszę  to 
sobie zapamiętać. 

Juanita podziękowała detektywowi za radę. Była miła i dobra. Ringrose chętnie się z nią 

zgadzał, a co więcej, podzielał powszechnie przyjętą opinię o pannie Forrester. Po rozstaniu 
się z Juanitą John Ringrose najspokojniej siedział w kuchni z panią Jay, paląc fajkę i słucha-
jąc jej opinii o zbrodni. Jane Woodhouse nie okazywała zainteresowania. Natomiast pani Jay 
była wciąż wstrząśnięta. 

— Brakuje jej, choć nas popędzała i nie dawała chwili spokoju — przyznała Anna. — 

Jeszcze dziś rano powiedziałam to samo panu Maydew. Myślę, że on mnie zrozumiał. „Tak 
— powiedział — będzie ci jej brak, Anno, tak samo jak więźniom łańcuchów, kiedy są rozku-

background image

ci”. 

— Niewątpliwie, bardzo dobre porównanie, szanowna pani — rzekł Ringrose. 
Wtedy  dowiedział  się,  że  William  chciałby  z  nim  pomówić.  Detektyw  wypalił  więc 

fajkę i poszedł do lokaja, który czyścił właśnie srebro w kredensie. 

Jay był przejęty dziwnym, drobnym odkryciem. 
— To może nic nie znaczy — powiedział — albo też znaczy bardzo dużo. My, prości 

ludzie, nie potrafimy powiedzieć co jest potrzebne, a co nie jest potrzebne. A sprawa wygląda 
tak: panie Ringrose, czy pan rzucił okiem na bibliotekę? 

— Tak, William. Obejrzałem wszystko dość dokładnie. 
— Tego się też spodziewałem. Pan zapewne zauważył w gablotkach parę ładnych noży-

ków? 

— Nawet się nimi specjalnie zainteresowałem. Są tam ciekawe sztylety: dwa szkockie i 

kilka wschodnich. Pan rozumie, dlaczego się nimi zainteresowałem? Ponieważ doszedłem do 
wniosku,  lekarz  też  jest  tego  zdania,  że  prawie  każdy  z  tych  sztyletów  mógł  być  użyty  do 
zabójstwa. 

— Ach, Boże! — A ja chciałem panu właśnie powiedzieć o jednym z noży, o szkockim 

sztylecie!  Niewątpliwie,  pan  widzi  to,  co  jest  ukryte  przede  mną,  ale  ja,  proszę  pana,  widzę 
coś w tym sztylecie, czego nawet pan nie zauważył. 

— Doskonale, William! Powiedzcie, co takiego? 
— Tylko to. Nie chcę, broń Boże, twierdzić, że jestem specjalistą od tej kolekcji. Panna 

Maydew dbała o książki i zbiór ojca tyle co o złamany guzik, ale jednak dbała o czystość. Co 
miesiąc musiałem sprzątać bibliotekę, odkurzałem książki i pucowałem szklane gablotki tak. 
że  zaznajomiłem  się  dość  dobrze  z  kolekcją,  bardziej  niż  z  książkami.  Środkową  gablotkę 
znam bardzo dobrze, ponieważ w niej mój poprzedni pracodawca złożył najcenniejsze okazy. 
Daję za to głowę, że szkocki sztylet był przywiązany do etykietki różową tasiemką. Nazywa 
się  „sztylet  Księcia  Karola”,  panie  Ringrose.  Nie  wiem.  czy  ktokolwiek  może  poświadczyć, 
że mówię prawdę, ale ja jestem gotów przysiąc. 

— No i co z tego, William? 
— Mianowicie to, że od czasu popełnienia zbrodni sztylet jest przyczepiony kawałkiem 

zwykłego sznurka. Sztylet musiał być wyjęty z gablotki bez mojej wiedzy, a teraz jest tam z 
powrotem. Tylko, że różowa tasiemka znikła, a na jej miejscu jest zwykły sznurek. 

Ringrose okazał zainteresowanie. 
—  To  na  pewno  coś  znaczy  —  powiedział.  —  Pokażcie  mi  sztylet.  Czy  może  mi  pan 

dokładnie opisać różową tasiemkę? 

—  W  gablotce  są  takie  same  —  odpowiedział  stary  lokaj.  —  Dużo  eksponatów  jest 

poprzyczepianych taką samą tasiemką. 

Pan Jay zapalił lampę i jęknął przy tym. 
— Coś mi jest w ramię — tłumaczył. — Zrobił mi się wrzód... 
—  Jak  to  się  stało?  —  zapytał  Ringrose.  Miał  ten  dziwny  zwyczaj  nieprzepuszczania 

najbłahszego powiedzenia, jeśli pochodziło od interesującej go osoby. 

—  Nie  mogę  panu  więcej  powiedzieć  niżby  panu  powiedział  nieboszczyk.  Jakieś  dwa 

tygodnie temu obudziłem się z bólem. Obejrzałem, wyglądało jak ukąszenie od pchły. Potem 
pogorszyło się i żona robi mi teraz okłady. 

— Musi pan uważać. Ukąszenie często powoduje zatrucie. Powinien pan pójść do leka-

rza. 

— Pewno pójdę — odrzekł Jay. 
Ringrose  wziął  od  niego  lampę  i  razem  poszli  do  biblioteki.  Otworzyli  bez  trudu 

gablotkę. Sztylet spoczął w ręku detektywa. Ringrose ujął sztylet za ostrze i obejrzał różowe 
tasiemki na innych eksponatach. 

—  Czy  może  mi  pan  powiedzieć,  skąd  ten  sznurek  może  pochodzić?  —  zapytał 

background image

Williama. Ale ten nie wiedział. 

— Nie. Nie widzę w nim nic niezwykłego. 
— Czy ktoś zauważy, jeśli ja wezmę ten sztylet? — zapytał Ringrose. 
— Raczej nie Nikt nie zagląda do tych gablotek. 
—  Mogą  być  odciski  palców  —  oświadczył  Ringrose.  —  Dlatego  nie  wziąłem  go  za 

rękojeść. Dziękuję, William. A teraz chodźmy stąd. Proszę ani słowa na ten temat — nikomu! 

Wyszli. Detektyw poszedł do swojego pokoju, pokazując się w jadalni dopiero w czasie 

obiadu  na  zaproszenie  panny  Forrester.  Podawał  William.  Rozmowa  dotyczyła  przyszłości  i 
ogólnych  tematów.  Juanita  zainteresowała  się  wrzodem  lokaja  i  powtórzyła  radę  detektywa. 
Nalegała  nawet,  aby  nie  odkładał  tego  dłużej.  Po  obiedzie  pan  Jay  założył  grube  palto  i 
wyszedł z domu. 

Następnego  ranka  lokaj  oświadczył,  że  czuje  się  już  lepiej,  bo  doktor  Forbes  przeciął 

guz. 

Vincent Maydew wrócił do domu w ciągu dnia. Rozmowa obydwu mężczyzn przyjęła 

dość niezwykły obrót. 

Podczas obiadu Ringrose oznajmił, iż wkrótce  ma zamiar opuścić Greystone. Po obie-

dzie  obydwaj  mężczyźni  weszli  do  małego  gabinetu.  Juanita  była  z  nimi.  Została  tylko  pół 
godziny,  po  czym  ucałowała  swego  narzeczonego.  Kiedy  mówiła  mu  „dobranoc”,  detektyw 
zauważył,  że  twarz  młodzieńca  zachmurzyła  się.  Panna  Forrester  również  to  spostrzegła  i 
podając rękę detektywowi powiedziała: 

— Niech go pan pocieszy, panie Ringrose. Ja, niestety, nie potrafię tego zrobić. 
Detektyw uśmiechnął się, zaś Vincent Maydew patrzył przed siebie bez ruchu. 
—  Postaram  się  —  obiecał  Ringrose.  Kiedy  wyszła,  zamknął  za  nią  drzwi  i  wrócił  na 

fotel. 

— Proszę podrzucić do ognia — powiedział Ringrose. — Mamy sporo do omówienia, 

przyjacielu. 

Ringrose  zapalił  cygaro  i  począł  obserwować  melancholijnego  młodzieńca  z  wyrazem 

rozbawienia i szczerej sympatii. 

Maydew przemówił pierwszy. 
— W muzeum nie ma sztyletu. Coś mnie tknęło, aby obejrzeć go jeszcze raz tuż przed 

obiadem. Poszedłem do biblioteki po książkę — powiedziałem, że po książkę — i przy okazji 
zajrzałem do gablotki. Zobaczyłem, że została tylko kartka. 

Ringrose kiwnął głową. 
— Ja go wziąłem — powiedział. 
— Ale dlaczego? 
—Jest  mi  potrzebny.  Chcę  go  zatrzymać  jako  eksponat  w  mojej  prywatnej  kolekcji. 

Powie pan, że już utrzymałem wystarczająco dużo. Dwadzieścia tysięcy funtów, panie May-
dew, to bardzo dużo, ale chciałbym również otrzymać sztylet Księcia Karola. Przypuszczam, 
że panu nie będzie potrzebny. 

Maydew aż się cofnął. 
— Ależ proszę bardzo — odpowiedział. — Tylko proszę opuścić nas jak najprędzej. 
— Dziękuję panu. Taki jest mój zamiar, ale chcę dziś jeszcze wyjaśnić kilka punktów. 
— Czy chodzi o pieniądze? Za miesiąc lub dwa przekażę panu obligację na okaziciela, 

na całą sumę. 

—  Doskonale.  Ale  przed  tym  chcę  panu  powiedzieć  o  pewnej  drobnej  komplikacji. 

Wydaje mi się, że wiem, kto naprawdę zabił pannę Maydew. 

Vincent był porażony. Na minutę odjęło mu mowę, mógł tylko patrzeć  przed siebie w 

niemej  rozpaczy.  Detektyw  nie  pozwolił  mu  zbyt  długo  cierpieć.  Wstał,  nalał  dużą  whisky 
dodając do niej tylko trochę wody sodowej i rozkazał: 

— Proszę pić i słuchać! Tą osobą nie była panna Forrester. Ona jest tak samo niewinna, 

background image

jak pan, przyjacielu. 

Vincent  zrobił  się  trupio  blady,  zesztywniał  i  o  mało  nie  zemdlał.  Ale  łyknął  whisky  i 

odprężył się. Serce zabiło mu gwałtownie, łzy napłynęły do oczu. Ringrose widząc, że najgo-
rsze minęło, poklepał go po kamieniu i powiedział kilka słów pocieszenia. Sam również był 
wzruszony, oczy zaciągnęły się lekką mgiełką. Zapadła cisza. Maydew odzyskał równowagę i 
począł spoglądać w stronę drzwi. 

Ringrose przemówił. 
— Wiem, co pan chce zrobić, młody człowieku. Chce pan pobiec do niej, paść u jej stóp 

i  prosząc  o  przebaczenie  wołać,  że  jest  pan  niegodny  tak  dobrej  dziewczyny.  Taką  scenę, 
niestety,  może  pan  zagrać  tylko  w  swojej  wyobraźni,  lecz  nigdy  w  rzeczywistości.  Proszę  o 
chwilę  uwagi.  Proszę  siedzieć  spokojnie,  zapalić  papierosa  i  wierzyć,  że  nie  grozi  już  panu 
żadne niebezpieczeństwo. Najpierw musi pan mnie wysłuchać, potem ja pana wysłucham, a 
po wszystkim będzie pan mógł iść spać. 

—  Jeśli  chodzi  o  panną  Forrester  —  mówił  John  —  to  musiała  dość  dużo  przeżyć. 

Stanęła pod ciężkim oskarżeniem. Ale Bogu dzięki, jej niewinność uchroniła ją od niepokoju 
o siebie. Każdy inny zastanowiłby się nad pańskim przygnębieniem, prawdę mówiąc, Juanita 
też się tym dręczyła. Ale nie wiedziała, że to z jej powodu i nie wolno jej o tym kiedykolwiek 
powiedzieć. Proszę o tym pamiętać. No, o niej później, a teraz zaczynamy. 

Ringrose odłożyć cygaro. 
Widział, iż Maydew był skupiony i że uważnie słucha słów detektywa. 
— Kiedy pan mi powiedział, że zabił pannę Maydew — zaczął Ringrose — powiedział 

mi pan więcej niż pan sądzi. Nie ma pan najmniejszego pojęcia o psycholog i kryminalnej, jak 
większość pisarzy, którzy wymyślają „kryminały”. Nie dostrzegł pan cech własnego charakte-
ru,  które  ja  już  zdążyłem  zaobserwować.  Przypatrywałem  się  panu  długo  przed  pańskim 
wyznaniem.  Pan  nigdy  nie  będzie  mordercą,  panie  Maydew!  Może  pan  mi  wierzyć.  W  tym 
kierunku nie ma pan talentu. William miał rację, mówiąc, iż pan nie zabiłby nawet osy, a co 
dopiero staruszkę. Poza tym jest pan bardzo inteligentny, jest pan intelektualistą i nie tylko, że 
nie  dałby  się  pan  ponieść  ślepej  pasji,  ale  nie  popełniłby  pan  morderstwa,  intelektualista 
słowiański czy łaciński — tak. Ale nie anglosaski. Nasi uczeni są mocni w piórze, ale nie w 
czynach  Poza  tym  jest  pan  z  gruntu  uczciwy.  Kłamał  pan  źle  i  absurdalnie.  Gdybym  podej-
rzewał pana przedtem, musiałbym pana uniewinnić po takim wyznaniu. 

— Po dwóch minutach wiedziałem, że pan nie zabił i że zrobił to ktoś inny. A co pan 

zrobił  dalej?  Ze  słów  pana  wynikało,  że  pan  wiedział,  kto  był  zabójcą.  Widziałem,  jak 
straszliwie  pan  się  bał  i  domyśliłem  się  kogo  pan  podejrzewa.  Jest  tylko  jedna  osoba  na 
świecie, która mogła spowodować tyle zamieszania w pańskiej głowie.  Tylko dla tej jednej 
osoby był pan gotów wziąć na swoje barki tak ogromną zbrodnię i nawet się do niej przyznać. 

— Miłość — mówił detektyw — oślepia wobec wad, ale nie wobec zalet. A pana zaśle-

piła  nawet  w  tak  oczywistej  sprawie,  jak  niewinność  pańskiej  narzeczonej.  Znaczyło  to,  że 
musiał pan mieć bardzo ważne dowody, które przeważyły szalę lat oddania i miłości. Później 
musi mi pan to wszystko opowiedzieć. Zostanie to naszą tajemnicą. W imię prawa konieczne 
jest jednak, abym poznał pańską tajemnicę do końca. 

—  Dowody  —  mówił  dalej  Ringrose  —  które  zmusiły  pana  do  zapanowania  nad  ser-

cem, musiały być wstrząsające, ponieważ zniekształciły rzeczywistość. Nie wątpię, iż taki był 
cel zamierzony przez kogoś innego. Zna pan Juanitę Forrester lepiej niż ktokolwiek. Wiedział 
pan i wszyscy wiedzieli o jej wyjątkowych walorach i jej dobrym sercu, o jej szlachetności, o 
jej współczuciu dla nieszczęśliwych i poniżonych. Mówią o tym wszyscy, od sędziego pokoju 
do czyścibuta. Poza tym znał pan jej najskrytsze myśli i zdobył pan jej zaufanie i uwielbienie. 
Niczego  przed  panem  nie  ukrywała,  jednak  pan  jeden  był  przekonany,  że  ona  właśnie  jest 
morderczynią. To bardzo ciekawe. Jest to dowód na to, że — jak powiedziałem poprzednio — 
miłość  oślepia  nawet  wobec  zalet.  Ponieważ  miłość  —  podobnie  jak  sumienie,  czyni  nas 

background image

tchórzliwymi, panie Maydew! 

Ringrose  przerwał  na  chwilę.  Kiedy  Maydew  chciał  coś  powiedzieć,  nakazał  ręką 

milczenie. 

—  Proszę  o  chwilę  cierpliwości.  Pierwszy  akt  dobiega  końca  —  powiedział  detektyw. 

— Otóż z tego, co pan mówił, wiedziałem, że pan jest niewinny, ale że uważał pan za winną 
swoją  narzeczoną.  Miałem  ochotę  z  miejsca  zdemaskować  pańskie  kłamstwa,  ale  praca  jest 
pracą.  Ponadto  pomyślałem,  że  pańskie  obawy  mogą  okazać  się  prawdziwe.  Nie  byłem 
jeszcze  zupełnie  przekonany,  że  pan  się  mylił.  Dlatego  więc  udawałem,  że  idę  na  układ  z 
panem i dlatego przyjąłem łapówkę. Umówiliśmy  się, że dla pozorów będę nadal pracować, 
po czym rzucę ręcznik na ring i poddam się. 

—  Wielce  interesującym  i  wprost  zadziwiającym  faktem  w  tym  wszystkim  jest  to  — 

ciągnął detektyw — że rzeczywiście mogłem skapitulować, gdyby nie pańskie próby zatuszo-
wania  tej  sprawy.  Były  one  bardzo  pouczające.  Usłuchałem  pana,  poza  małym  wyjątkiem. 
Nie  udawałem,  że  pracuję,  pracowałem  naprawdę  i  wkrótce  przyszedłem  do  przekonania,  iż 
pańskie  obawy  były  fałszywe.  Tak,  to  chciałem  ci  powiedzieć,  chłopcze.  Najtrudniej  jest 
trzymać  język  za  zębami  w  takich  wypadkach.  Pozwoliłem  więc,  by  pan  został  w  błędnym 
mniemaniu, że dziewczyna, którą pan kocha, jest mordercą. 

— Ale będę z panem szczery —dodał Ringrose. — Nie mogłem panu zaufać. Lepiej, że 

pan  pocierpiał  trochę  i  że  Juanita  zastanawiała  się  nad  tym.  Jej  to  nie  zaszkodziło.  Ja 
natomiast musiałem skupić całą uwagę na kimś, kto obchodził mnie o wiele więcej niż wy — 
mianowicie na sprawcy zbrodni. Nie wolno go było spłoszyć. 

— Wielkie nieba! Czy pan wiedział kto? 
—  Nie.  Tylko  przypuszczałem.  Po  wizycie  u  adwokata,  pana  Fosdike,  zacząłem  być 

prawie pewny. Teraz chciałbym, aby mi pan pomógł. 

— Ale jak? 
— Czy może mi pan powiedzieć, dlaczego pan był tak bardzo przekonany o tym. iż to 

narzeczona pana zabiła pannę Maydew? Uważam tę informację za bardzo ważną. Proszę się 
zastanowić! I proszę opowiedzieć szczerze i dokładnie. 

Vincent Maydew pomyślał chwilę, po czym powiedział: 
— Bardzo źle się spisałem. 
— Nie tak znów za bardzo. 
—  Fakty  są  następujące:  kiedy  ciotka  Mary  wyjawiła  zamiary  wydziedziczenia  mnie, 

Juanita i ja siedzieliśmy jak myszy pod miotłą z nadzieją, że ciotka uspokoi się i zmieni zda-
nie. Ale ona nigdy nie zmieniała swojego zdania, a rozsądek nigdy nie był jej mocną stroną. 
Posłała  więc  po  pana  Fosdike  i  w  wieczór  poprzedzający  jej  śmierć  powiedziała  nam,  że 
spisała nowy testament, w którym swojego brata uczyniła jedynym spadkobiercą. 

—  Kiedy  ciotka  poszła  spać  i  nim  sam  poszedłem  na  górę,  aby  się  przygotować  do 

wczesnego wyjazdu, rankiem, Juanita po raz pierwszy w życiu dała upust złości. Zawołała, że 
starsza pani to potwór pozbawiony ludzkich uczuć. Przypuszczam, że wybuch spowodowało 
jej głębokie poczucie sprawiedliwości, a nie oburzenie z mego powodu czy też własny zawód. 
Wymyślała pannie Maydew i oznajmiła, że opuści ją natychmiast, aby nigdy już jej więcej nie 
oglądać.  Postanowiła  wyjechać  ze  mną.  Powiedziała,  że  jestem  podły,  ponieważ  chciałem 
nakłonić  ją  do  pozostania  przy  ciotce.  Nie  kłóciliśmy  się,  była  to  raczej  wymian  zdań. 
Wierzyłem, że rzecz zrobiona w gniewie może być kiedyś odwołana. Ale nie wolno nam było 
tak postępować, by uniemożliwić zmianę zdania ciotki. W końcu Juanita dała się przekonać. 
Zgodziła się zostać i czekać na następstwa. Potem poszła spać. 

— Chwileczkę — powiedział Ringrose. — Powiedział pan, że pannę Forrester spotkał 

także „własny zawód”. Czy to znaczy, że w poprzednim testamencie panna Maydew zapisała 
jej pokaźną sumę, a w nowym pominęła ją zupełnie? 

— Tak. Przy obiedzie, kiedy ciotka powiedziała nam co zrobiła, specjalnie podkreśliła 

background image

fakt, że Juanita nie otrzyma obiecanego spadku. Nie znam sumy i nie zna jej Juanita. Jednak-
że miała powody przypuszczać, ż wynosiło to dość dużo. 

— Dziesięć tysięcy funtów — powiedział Ringrose. 
—  Tak?  —  Prawdopodobnie  nie  mam  racji,  mówiąc  o  zawodzie  osobistym,  ponieważ 

tego wieczoru moja dziewczyna na pewno nie myślała o sobie. Myślała tylko o niesprawiedli-
wości  i  wielkiej  krzywdzie  wyrządzonej  mnie  po  tylu  latach  wytrwałości  i  cierpliwości  i 
względach okazanych mojej ciotce... 

— Starałem się — mówił młodzieniec — zjednać sobie staruszkę i tysiącami sposobów 

próbowałem sprawiać jej przyjemność. Mówią, że każdy artysta ma w sobie coś z kobiety. W 
każdym razie myślałem, że rozumiem ciotkę Mary, jej trudny charakter, jak i jej zalety. Kiedy 
nastąpiło  zderzenie  między  nami,  Juanita  pamiętała  to  wszystko  i  dlatego  rozzłościła  się. 
Poszła spać zła, naprawdę zła. Wie pan — jej hiszpańska krew i głębokie poczucie sprawie-
dliwości... 

—  Co  było  dalej?  —  mówił  Vincent  —  Juanita  poszła  spać,  ja  również.  Nie  mogłem 

zasnąć.  Byłem  bardzo  zdenerwowany  klęską.  Przewracałem  się  z  boku  na  bok,  godzina  po 
godzinie,  na  próżno  szukając  w  myśli  racjonalnego  i  inteligentnego  sposobu  wybrnięcia  z 
sytuacji.  Około  drugiej  nad  ranem  wydawało  mi  się,  że  słyszę  w  pasażu  hałas.  Wstałem  i 
wyjrzałem — zobaczyłem Juanitę wchodzącą do swojego pokoju ze świecą w jednym ręku i 
czymś, czego nie zobaczyłem w drugim. Pomyślałem, że ona też nie może spać i byłbym do 
niej  podszedł,  ale  cofnąłem  się  do  pokoju.  Żałuję,  że  nie  zrobiłem  tego.  Zaoszczędziłbym 
sobie wiele godzin rozpaczy. 

—  Zapomniałbym  o  tym  incydencie  po  wstrząsie  na  wiadomość  o  śmierci  ciotki,  ale 

Juanita  powiedziała  mi  wiele  godzin  później  dokładnie  to  samo,  co  zeznawała  przed  sędzią 
śledczym. Mianowicie że zeszła po książkę, zjadła coś i wypiła. Wracając, wydawało się jej, 
że słyszy hałas obok drzwi panny Maydew. Juanita na wiadomość o odkryciu zbrodni zacho-
wywała się dziwnie, przynajmniej mnie się tak wydawało. Była spokojna i obojętna, a to było 
niepodobne do niej. Nie okazała ani smutku, ani zaskoczenia. Czułem, że ona również kryje 
w sobie przerażenie, jak gdyby jej także przyszło na myśl, że ja jestem odpowiedzialny za tę 
tragedię.  W  każdym  razie  unikała  mnie  niewątpliwie  dlatego,  bo  uważała,  że  wolę  być  w 
takiej chwili sam. Zresztą byłem rozdrażniony i pełen niejasnych obaw. 

— Przy pierwszej okazji — ciągnął Maydew — kiedy wyszła z domu, coś mnie podku-

siło, aby wejść do pokoju Juanity i przejrzeć sypialnię tak samo, jak to wkrótce miała zrobić 
policja. W pokoju nie znalazłem nic, co by wzbudzało podejrzenie. Za to w szafie znalazłem 
dowód czegoś — ułamek starego drzewa — rzecz, która łatwo wpadała w oko, panie Ringro-
se. Przy bliższym badaniu odkryłem, że jedna z desek w podłodze była usuwana. Wyjąłem ją 
bez trudu — była to stara, solidna deska, metrowej długości. Pod nią, zwinięty w kłębek, leżał 
cienki, biały materiał. Wyciągnąłem  go.  Na podłogę upadł „sztylet Księcia Karola”. W ręku 
trzymałem nocną koszulę Juanity. Prawy rękaw był poplamiony krwią. 

Vincent przerwał na chwilę. 
— Wydawało mi się, że prawdę o śmierci ciotki znałem całe wieki. Ale głównie myśla-

łem o Juanicie. Siedziałem na podłodze i patrzyłem na pokrwawiony sztylet i koszulę. Tłuma-
czyłem  sobie,  że  moja  narzeczona  chyba  nie  była  przy  zdrowych  zmysłach,  kiedy  popełniła 
ten  czyn  i  schowała  dowody,  a  potem  o  wszystkim  zapomniała.  Wykoncypowałem  całą 
teorię, a myśli moje przesuwały się tak szybko, jak we śnie. Wytaczałem zawiłe argumenty, 
wszystkie idące w tym samym kierunku. I, jak mi się wydawało, po godzinach ocknąłem się. 
Dziwiło  mnie  nawet,  że  nikt  mnie  tu  nie  znalazł.  W  rzeczywistości  upłynęło  nie  więcej  niż 
pięć minut. 

— Włożyłem deskę na miejsce i zabrałem dowody zbrodni do swego pokoju. W nocy, 

kiedy  wszyscy  ułożyli  się  do  snu,  zostałem  sam  w  gabinecie.  Wtedy  spaliłem  koszulę  do 
ostatniej  nitki,  a  sztylet  schowałem  w  biurku.  Udowodniłem  już  sobie  do  reszty,  że  jakiś 

background image

dziwny atawistyczny odruch popchnął Juanitę do tego czynu, na skutek wyrządzonej mi krzy-
wdy.  Przypuszczałem,  że  w  transie  uczyniła  to,  co  przodkowie  jej  matki  zawsze  aprobowali 
albo nawet sami robili. Wzięła sztylet z muzeum, o którym sobie przypomniała. Przypuszcza-
łem,  że  widziałem  ją,  kiedy  stamtąd  wracała,  i  że  w  parę  godzin  później  nieświadomie 
popełniła zbrodnię, schowała dowody i wreszcie usnęła. Wstała myśląc, że jej się to śniło — 
jeśli to w ogóle pozostało w jej pamięci. 

—  Pan  chyba  rozumie  —  tłumaczył  Vincent  —  tylko  miłość  moja  do  niej  natchnęła 

mnie do wymyślenia czegoś podobnego. Następnego dnia, obserwując Juanitę doszedłem do 
wniosku,  że  nic  nie  pamięta.  Nie  mogłem  jej  powiedzieć  tego,  co  wiedziałem,  ponieważ 
nalegałaby, aby oświadczyć to publicznie. Postanowiłem milczeć. Ale jedną rzecz odkładałem 
zbyt długo. Przede wszystkim trzeba było natychmiast oczyścić sztylet i zwrócić go tam, skąd 
był wzięty. 

— Ale przyszedł list z wiadomością o śmierci wuja Johna i natychmiast zrozumiałem, 

że  nowy  testament  był  nieważny.  Potem,  zaraz  po  śniadaniu,  przyjechał  inspektor  policji 
Burrows  i  poprosił,  abym  pojechał  z  nim  na  spotkanie  pana  i  abym  pana  zaprosił  do  Grey-
stone. Uważał to za wskazane. Detektyw to ostatnia osoba, jaką chciałem widzieć tu, w domu, 
ale  nie  śmiałem  się  sprzeciwiać.  Przed  wyjazdem  na  stację  nie  miałem  okazji,  by  pójść  do 
biblioteki  w  tajemnicy  przed  innymi.  Poszedłem  po  motor,  spotkałem  pana  i  zaprosiłem  do 
Greystone. Nie przypuszczałem, że pan przyjmie zaproszenie. 

—  Jednakowoż  miałem  zamiar  położyć  sztylet  w  gablotce.  Tej  nocy  chciałem  zabrać 

kartkę, aby niczego nie brakowało. Chciałem tam pójść, kiedy już wszyscy spali, po północy. 
Sądziłem,  że  usunąć  kartę  było  równie  bezpiecznie,  jak  zwrócić  sztylet  do  gablotki.  Ale 
zasnąłem  i  spałem  jak  zabity.  Obudziłem  się  dopiero  o  świcie.  Natychmiast  wyruszyłem  po 
kartkę,  ale  za  późno!  Pan  był  wcześniej  w  muzeum.  Niezauważony  przez  pana,  widziałem, 
jak pan się nachyla nad gablotką, aby przeczytać kartę pozbawioną eksponatu. Usunąłem się, 
aby pan nie zauważył, iż widziałem co pan robił. 

— Resztę mogę sobie powiedzieć — powiedział detektyw. 
—  Nikt  nie  wie,  jak  przeżyłem  następne  dwadzieścia  cztery  godziny  —  odrzekł  May-

dew. — Cierpiałem katusze, ponieważ wiedziałem z pewnością, że mając taki dowód w ręku, 
dojdzie pan do sedna sprawy. Byłem pewny, że prędzej czy później Juanita będzie zgubiona. 
To  nie  był  rozsądek,  ale  strach,  ponieważ  nie  miał  pan  rzeczywistego  dowodu.  Nerwy  moje 
nie  wytrzymały!  Zdecydowałem,  żeby  wziąć  winę  na  siebie  i  usunąć  panu  grunt  spod  nóg 
przez  przyznanie  się  do  morderstwa.  Myślałem,  że  w  ten  sposób  zabezpieczę  Juanitę,  nie 
zastanawiając się wcale, że z pańskiego punktu widzenia ten plan może wydawać się szalony. 
Ale pan nie powiedział mi o tym i nie otworzył mi oczu. 

— My to nazywamy podwójnym krzyżem, panie Maydew. Pan chciał mnie wprowadzić 

w błąd, a ja wprowadziłem pana. 

—  To  już  nieważne  —  odrzekł  młodzieniec  —  ale  myślałem  wtedy,  że  pan  dał  się 

złapać na pieniądze. Przepraszam pana za to, ale na Boga, pan zapracował na te pieniądze! 

Detektyw uśmiechnął się. 
— Teraz może pan pozwoli, że ja coś powiem — powiedział. — Może nie mam dużej 

wyobraźni,  ale  potrafię  zrozumieć,  w  jak  ciemnym  zaułku  pan  się  znalazł.  Rozumował  pan 
bardzo  dobrze.  Będąc  literatem  i  po  trochu  poetą,  postąpił  pan  tak,  jak  można  było  się  spo-
dziewać. Nie jest pan aktorem, panie Maydew, i jak już mówiłem, pańska bajeczka sama się 
zdemaskowała.  Wiedziałem,  o  co  panu  chodziło  —  i  to  ułatwiło  mi  sprawę.  Jasne  było,  iż 
podejrzewał  pan  o  ten  czyn  własną  narzeczoną.  Ja  musiałem  tylko  sprawdzić,  czy  pan  miał 
rację,  czy nie. Stwierdziłem, że pan się mylił. To tylko sprawa intuicji. Niebezpieczna rzecz 
—  intuicja  —  jeśli  przeciwstawia  się  ją  racjonalnemu  myśleniu.  Natomiast  stosowana  w 
odpowiednim miejscu — bywa nawet konieczna. 

—  Głównym  zadaniem  było  —  mówił  Ringrose  —  by  dowiedzieć  się,  czy  panna 

background image

Forrester  miała  powód  do  zabicia  swojej  pani.  Czy  panna  Forrester  zyskała  coś  przez  to? 
Gdybyście  wiedzieli  —  ona  i  pan  —  o  śmierci  Johna  Maydew  przed  morderstwem,  wtedy 
byłoby jasne, że dzięki zabójstwu zyskacie bardzo dużo. Ale żadne z was nie słyszało. Wobec 
tego  gdyby  Juanita  zabiła  swoją  panią,  straciłaby  wszelką  szansę  naprawienia  istniejącego 
stanu rzeczy. Taka rzecz mogła być dokonana tylko przez człowieka o bardzo specyficznym 
typie  psychicznym.  Świadczyłoby  to  o  rozkiełznanych,  nieopanowanych  namiętnościach  i  o 
żądzy natychmiastowej zemsty za każdą cenę. Panna Forrester nie poddałaby się takim uczu-
ciom. Jej zachowanie było zgodne z wymogami sytuacji. Nie udawała czegoś, czego nie czu-
ła. Ciągle była sobą. 

— Poza normalnym zupełnie strachem, spowodowanym samym wydarzeniem, jedynym 

powodem do zdenerwowania było pańskie zachowanie. Znała pana dobrze i nie mogła zrozu-
mieć,  dlaczego  pan  się  tym  tak  przejął,  tym  bardziej,  że  dowiedział  się  pan  o  ważności 
dawnego testamentu, ponieważ wuj zmarł, nim nowy testament został spisany. To ją gnębiło, 
powiedziała  mi  o  tym.  Potem  odkryła  obluźnioną  deskę  w  swojej  szafie,  którą  mi  pokazała. 
Sam to odkryłem wcześniej i pokazałem jej kawałeczek różowej tasiemki, którą znalazłem w 
skrytce.  Okazało  się,  że  tasiemka  pochodziła  z  karty  w  muzeum.  Mając  w  ręku  pozostałe 
dowody przeoczył ją pan. 

—  Byłem  pewny,  że  Juanita  nic  nie  wie.  To  jest  taka  dziewczyna,  w  której  pięknych 

oczach  widać  kim  ona  jest  i  co  myśli.  Zabić  staruszkę  z  zemsty?  To  ponad  jej  możliwości. 
Nawet gdyby urodziła się Borgią. 

—  Co  dalej?  — zapytał  detektyw.  —  To,  że  ktoś  niewiadomy  zadał  sobie  dużo  trudu, 

by  zepchnąć  zbrodnię  na  pannę  Juanitę.  Wiedziałem  od  razu,  gdzie  pan  znalazł  sztylet.  Nie 
wiedziałem  tylko,  nim  pan  mi  nie  powiedział  dzisiaj,  dlaczego  pan  go  szukał  i  dlaczego 
podejrzewał pan Juanitę. Sztylet był tak schowany, aby go można łatwo znaleźć. Nie pan, ale 
ci inni, którzy przybędą do Greystone. Policja. Drzazga była celowo oderwana od deski, aby 
zwrócić  uwagę  szukających.  Inaczej  nikt  by  nie  przypatrzył  się  podłodze  w  szafie.  Wtedy 
dopiero cała sprawa zaczęła mnie bawić. 

—  Jeśli  pan  pozwoli  —  dodał  Ringrose  —  przerwę  w  tym  miejscu.  Pierwszy  akt  jest 

skończony. Jutro będziemy oglądali akt drugi. Powiedział mi pan kilka rzeczy, które powinny 
mi  pomóc  w  paru  istotnych  punktach.  Muszę  umiejscowić  pańskie  informacje  w  odpowie-
dnich lukach i przekonać się, czy wspierają, czy też wywracają moją teorię. Mam nadzieję, że 
nie. Myślę, że nie! Proszę, by pan zachował spokój i nie wstydził się swoich kłamstw ani też 
obawiał się o przyszłość. Mogę mieć rację, ale też mogę się mylić. Jutro, po pogrzebie, przy 
odrobinie szczęścia drugi i trzeci akt zostanie odegrany do końca. 

Ringrose podał rękę młodzieńcowi. Vincent Maydew serdecznie pożegnał się z detekty-

wem. 
 

* * * 

 

Następnego dnia odbył się pogrzeb panny Maydew. Tłum, zwabiony raczej ciekawością 

niż  szacunkiem  dla  umarłej,  tłoczył  się  na  małym  wiejskim  cmentarzyku.  Kiedy  nadarza  się 
okazja oglądania trumny zabitego, ani daleka droga,  ani żadne trudności  nie odstraszą ludzi. 
Vincent, Juanita i cała służba Greystone byli na pogrzebie. Inspektor policji Burrows i poste-
runkowi mieli pełne ręce roboty, aby utrzymać porządek i ciszę. 

Ringrose został w domu, by przeprowadzić pewne badania, które mu nasunęły ostatnie 

słowa Maydew i jego własna dedukcja. Przez przeszło godzinę, poza stróżem w kuchni i dete-
ktywem,  nie  było  w  Greystone  nikogo.  Ringrose  sam  zaproponował,  że  zostanie,  i  obiecał 
Vincentowi pilnować domu. 

Detektyw  chciał  pracować  w  absolutnej  tajemnicy,  bez  świadków,  dlatego  też  w  pięć 

minut  po  odjeździe  ostatniego  powozu  poszedł  do  kuchni  i  poprosił  pomocnika  ogrodnika, 

background image

żeby zaniósł na pocztę telegram. Młody człowiek nie zaoponował, ponieważ wiedział, że tu 
rozkazywał  Ringrose.  Nawet  był  zadowolony,  że  mógł  opuścić  pusty  dom,  i  wrócił  dopiero 
po trzech kwadransach. 

Gdy wszyscy wrócili z pogrzebu, Ringrose wyruszył do Twambley na długą rozmowę z 

inspektorem  Burrows.  Kiedy  wrócił,  pogawędził  ze  służbą  o  pogrzebie,  po  czym  poszukał 
Vincenta  i  Juanitę.  Służba  była  w  dobrym  nastroju,  w  całym  domu  zapanowała  weselsza 
atmosfera. 

Ringrose  zjadł  obiad  z  młodą  parą.  Pomimo  smutnego  obrządku,  który  odbył  się  tego 

dnia,  Vincent  Maydew  był  w  pogodniejszym  nastroju.  Wspomniał  o  sprawach  wuja,  o 
których  uprzednio  nie  mówił.  John  Maydew  umarł  nagle,  na  skutek  fizycznych  niedomagań 
spowodowanych brakiem wstrzemięźliwości. Jego lekarz nie był zaskoczony natychmiastową 
śmiercią wuja Vincenta. Sprawy umarłego były w porządku, poza długami, które siostrzeniec 
z  miejsca  spłacił.  Pogrzeb  miał  się  odbyć  w  dwa  dni  później  i  Vincent  postanowił  wziąć  w 
nim udział. 

Wieczorem, po obiedzie, Ringrose i Maydew udali się do małego gabinetu. Po upływie 

pół godziny detektyw poprosił Juanitę, aby ich zostawiła samych. 

—  Nie  chciałbym  was  rozłączyć  —  powiedział  —  ale  wyjeżdżam  jutro  rano,  a  teraz 

muszę poważnie rozmówić się z panem Maydew. Radzę pani iść spać, panno Forrester. 

Juanita  ucałowała  Vincenta,  który  otworzył  jej  drzwi.  Wracając  na  miejsce,  Maydew 

wyraził ubolewanie z powodu tak rychłego wyjazdu gościa. 

—  To  znaczy,  że  pańska  teoria  zawaliła  się,  panie  Ringrose  —  powiedział.  —  Do 

wczoraj  nie  mogłem  znieść  widoku  pańskiej  osoby.  Teraz  wszystko  się  zmieniło.  Proszę  mi 
obiecać, że zostanie pan moim przyjacielem. 

—  Bardzo  chętnie  —  odrzekł  detektyw  serdecznie.  —  Ale  jeszcze  nie  odjechałem,  a 

moja teoria wcale się nie zawaliła. Nim wyjadę, nastąpi jeszcze kilka zaskakujących  rzeczy. 
Musi się pan przegotować na ciężką noc. Niestety, nie mam innego wyjścia. 

Spojrzał na zegarek. 
— Doktor Forbes przyjedzie za jakieś dziesięć minut. W międzyczasie możemy konty-

nuować opowiadanie od miejsca, gdzie przerwaliśmy wczoraj. Dużo rzeczy się wydarzyło od 
tego czasu. 

— Doktor Forbes? Czy pan posłał po niego? — zapytał Maydew. 
— Tak. Wkrótce będzie komuś potrzebny. 
— Juanicie? 
—  Ach,  nie!  Mam  nadzieję,  że  panna  Forrester  będzie  spała  spokojnie.  Myślę,  że  tak 

będzie,  ponieważ  ulżył  jej  pan  ogromnie  wracając  do  normalnego,  wesołego  nastroju.  Teraz 
proszę słuchać uważnie. Wczoraj wieczór omówiliśmy tylko sprawę pana i pańskiej narzeczo-
nej. Poza państwem zostały w tym domu jeszcze trzy osoby, które mogą być podejrzane o tę 
zbrodnię. Wszystkie trzy mówiły o pannie Forrester ze szczerym oddaniem. No, więc — cóż 
można powiedzieć o tej trójce pracującej w Greystone od wielu lat? Sam sobie zadałem takie 
pytanie. 

—  Stało  się  coś  ważnego  w  tym  domu  i  William,  który  podawał  do  stołu,  cieszył  się 

zaufaniem, wiedział także o kłótni i o jej konsekwencjach. Jego żona i kucharka dowiedziały 
się o wszystkie od niego. Był nawet jednym ze świadków przy podpisywaniu nowego testa-
mentu. Choć skory do gadania. William był jednak bardzo wstrzemięźliwy, kiedy rozmawia-
łem  z  nim  na  ten  temat.  Wiedział  co  było  w  testamencie,  ponieważ  powiedziała  mu  panna 
Maydew. Oczywiście testamentu nie czytał. Poświadczył tylko podpis starszej pani. Na moje 
pytanie, czy wie. że panna Forrester jest wymieniona w nowym testamencie, odpowiedział, że 
nie ma o tym pojęcia. Mógł tylko powiedzieć, że panna Maydew pana wydziedziczyła. 

— Miałem zamiar pojechać do pana Fosdike, aby obejrzeć obydwa testamenty. Byłem u 

niego dwa dni temu i odkryłem coś bardzo ciekawego. Powiedział mi pan, że panna Forrester 

background image

była  uwzględniona  w  poprzednim  testamencie.  Wczoraj  wieczorem  powiedziałem  panu,  ile 
miała otrzymać. Dziesięć tysięcy  funtów. Ale inni mieli również otrzymać udział w spadku. 
Między innymi... 

Ringrose przerwał, ponieważ William otworzył drzwi i oznajmił przybycie doktora For-

besa. Lekarz wszedł do pokoju, otrzepał śnieg z palta i zapytał, dlaczego go wezwano. Ale nie 
otrzymał odpowiedzi. Maydew poprosił Williama o wódkę i syfon z wodą sodową. Kiedy ten 
podał i wyszedł, obydwaj pozostali mężczyźni zwrócili się do detektywa. 

—  Sprawa  przedstawia  się  następująco,  panie  doktorze  —  powiedział  Ringrose.  — 

Słabe  serce  jest  słabym  sercem,  a  dziś  wieczorem  to  słabe  serce  będzie  poddane  ostremu 
wstrząsowi, dokładnie o dziesiątej trzydzieści — to jest za pół godziny. Wstrząs będzie ogro-
mny. Jestem osobą w miarę litościwą, uważałem więc za wskazane, aby pan był na miejscu i 
dlatego zostawiłem panu karteczkę. Teraz pan pozwoli, że dokończę to, co zacząłem opowia-
dać panu Maydew. Widzę, że przyniósł pan swoją torbę, panie doktorze. 

— Tak jest, panie Ringrose — odrzekł Forbes. 
— Dziękuję panu.  Opowiadałem panu Maydew o poprzednim testamencie jego  ciotki. 

Z  polecenia  ojca  zostawiała  coś  w  spadku  kilku  starszym  osobom.  Te,  które  otrzymały  już 
swoją  część,  były  wykluczone  w  dopisku  do  testamentu.  Pozostało  czterech  spadkobierców, 
łącznie  z  panną  Forrester.  W  nowym  testamencie  wszystkie  cztery  osoby  zostały  pominięte. 
Wielce interesującą była po pierwsze: wysokość sum zapisanych, po drugie fakt, że spadko-
biercy wiedzieli, iż wszystko utracili. William i jego żona Anna mieli otrzymać łącznie pięć 
tysięcy funtów; kucharka, pani Woodhouse — tysiąc funtów. 

— Skąd pan wie, że wiedzieli o tym? — zapytał Maydew. 
— William był wezwany jako świadek podpisu spadkodawcy. Wiedział, że według po-

przedniego  testamentu  wraz  z  żoną  ma  odziedziczyć  pięć  tysięcy  funtów,  ponieważ  powie-
dział to pannie Forrester bardzo dawno temu. Teraz będąc świadkiem przy spisywaniu nowe-
go testamentu, dowiedział się, że nic nie odziedziczy. Testament był tak krótki, że mógł go z 
łatwością przeczytać, kiedy składał swój podpis. Jestem przekonany, że przeczytał każde sło-
wo.  W  jaki  sposób  mógł  William  zareagować  na  taki  cios?  W  obecności  osób  wyżej  posta-
wionych  nigdy  nie  tracił  panowania  nad  sobą.  Dowiedziałem  się,  że  za  kulisami  folgował 
sobie i rządził żelazną ręką. Ponieważ ma słabe serce, w domu obowiązywało niepisane pra-
wo, iż nie wolno mu się sprzeciwiać. Nawet musiałem zwrócić mu uwagę, aby zachował się 
uprzejmie. Ma złe oczy. 

—  Potem  —  mówił  Ringrose  —  zaczęły  się  dziać  różne  rzeczy  i  moja  teoria  znalazła 

podstawy w faktach. W takiej sprawie jak ta, detektyw powinien wejść w skórę osoby podej-
rzanej i spojrzeć na sytuację z jej punktu widzenia. William na przykład, który pędził spokoj-
ny żywot, mógł maczać palce w tej aferze. Co myślał i czuł? Jak przedstawiały się sprawy w 
jego  mniemaniu?  Przecież  diabelnie  uważał,  aby  powiedzieć  o  pannie  Forrester  tylko  to,  co 
było  najoczywistszą  prawdą.  Rozgrzeszył  zarówno  ją,  jak  i  swego  nowego  pana.  Dalej,  w 
logiczny i rozsądny sposób uniewinnił swoją małżonkę i kucharkę, jak również i siebie. 

— Załóżmy teoretycznie, że w gwałtownej napaści furii zabił staruszkę, aby się zemścić 

na  niej  za  to.  iż  jednym  pociągnięciem  pióra  pozbawiła  go  spadku.  Co  zrobił  dalej?  Przy 
pierwszej okazji, po popełnieniu zbrodni, najwidoczniej podrzucił w pokoju panny  Forrester 
broń i inne dowody. To świadczy o ostrożności. Musiał przygotować skrytkę w szafie i mu-
siał znaleźć na to czas. Nic łatwiejszego. Znalazł okazję, kiedy kucharka i żona były na dole, 
a panna Forrester wyszła. Na godzinę zaszedł do jej pokoju. Nie wiemy jeszcze, czy koszulę 
poplamił krwią przed, czy też po morderstwie. Myślę, że po morderstwie. 

—  W  każdym  razie  jest  faktem,  że  nazajutrz  po  morderstwie  nadarzyło  się  mnóstwo 

okazji,  by  niepostrzeżenie  wśliznąć  się  do  pokoju  panny  Juanity  i  podrzucić  jej  dowody 
rzeczowe. Tu mam właśnie pytanie do pana, panie doktorze. Co w tej chwili dolega panu Jay? 

— Ma dużą cystę na lewym przedramieniu. 

background image

— Czy może pan powiedzieć, co spowodowało cystę? 
— Teraz nie. Prawdopodobnie jakieś zakażenie. 
— Czy mogło ją spowodować na przykład głębokie cięcie? 
— Tak, jeśli rana potem zaropiała. 
— Wobec tego możemy iść dalej. Jestem Williamem — ciągnął Ringrose. — Zabiłem 

pannę Maydew i ukryłem obciążające dowody tak, żeby policja mogła je znaleźć, choć pozo-
rnie wyglądałoby na to, iż były nader starannie schowane. I co dalej? Ja. jako William, dowia-
duję  się,  że  detektyw  najwidoczniej  nie  odkrył  skrytki  ze  sfałszowanymi  dowodami,  potem, 
że dowody te znikły. Jestem na razie w kłopocie. Lecz nagle wszystko się wyjaśnia. Znajduję 
sztylet w muzeum. To dla mnie staje się niezbitym dowodem, że nie John Ringrose go odkrył, 
ale ktoś inny. William jest tą zagadką zafrapowany. ale jest również bezsilny, nie może nic po 
sobie pokazać. Okazał się bardzo sprytny. Zwrócił moją uwagę na „sztylet Księcia Karola” i 
na  nowy  sznurek,  którym  był  przywiązany.  Nie  mógł  nic  więcej  zrobić.  Od  tego  momentu 
żyje nadzieją, że wprowadził mnie na fałszywy trop. Cieszy się, że wyjeżdżam jutro, bez osią-
gnięcia czegokolwiek. 

— Jay! — zawołał Maydew rozwierając ze zdumienia oczy. 
—  Tak,  bardzo  pomysłowy  człowiek.  Pod  zasłoną  rezerwy  krył  w  sobie  wiecznie 

gotującą  się  wściekłość,  którą  los,  niestety,  wyswobodził. Prawdopodobnie  zabił  staruszkę z 
zemsty. Może jej to nawet powiedział, nim wymierzył cios? Lecz plan, by rzucić podejrzenie 
na  pannę  Forrester,  świadczy  o  czymś  więcej  niż  o  gniewie  i  nienawiści  spowodowanej 
okrutnym  zawodem.  Bo  w  głębi  jest  on  bardzo  złym  człowiekiem.  Potrafię  wybaczyć  czło-
wiekowi, który stawia własne życie jako stawkę za luksus popełnienia zbrodni, ale nie mogę 
wybaczyć człowiekowi, który zachowując się tak, jak zachował się William, chce w dodatku 
zabić kosztem niewinnej kobiety! 

—  Rozwiązałem  zagadkę,  panie  Maydew,  dzięki  koszuli  nocnej.  Nie  wie  pan,  w  jaki 

sposób? Otóż William przygotował skrytkę w pokoju panny Forrester niewątpliwie wcześniej. 
Co  miał  zamiar  tam  umieścić?  Oczywiście  sztylet  i  kawałek  różowej  tasiemki.  Lecz  po 
morderstwie zrodził się jeszcze jeden pomysł. Koszula nocna! Dlaczego? 

—  Wyobraziłem  sobie  —  wyjaśniał  detektyw  —  w  jaki  sposób  pan Jay  popełnił  mor-

derstwo. Załatwił to szybko. Wstał cichutko, zamordował i w pięć minut był już z powrotem. 
Ale co się stało? Krew. Rękaw od pidżamy był czerwony od krwi. To nasunęło mu pomysł. 
Kiedy  pan  mi  powiedział  o  koszuli  i  prawym  rękawie  poplamionym  krwią,  pomyślałem  o 
pidżamie Williama. Mogła być spalona, tak samo jak koszula, albo też nie. Przypomniało mi 
się, że pidżama nie była spalona. Kiedy wszyscy pojechali na pogrzeb i dom był pusty, znala-
złem tę pidżamę. Gdzie? W koszyku do cerowania pani Jay. Widziałem, jak naprawiała żakiet 
od pidżamy. Powiedziała mi, że William miał wypadek przypadkowo, spalił rękaw od pidża-
my. 

— Nie wątpię, że William jej to powiedział. Po tej historii z koszulą wiedziałem, że Jay 

odetnie  prawy  rękaw  i  przypali  końce.  Pasowało.  Znów  nosi  pidżamę  z  zacerowanym  pra-
wym  rękawem.  Jeszcze  jeden  szczególik.  W  służbowej  kurtce  Williama  znalazłem  odłamek 
drzewa. Nie w kieszeni. Jay włożył odłamek do kieszeni, kiedy oderwał go z deski. Prawdo-
podobnie  był  bardzo  zdumiony,  kiedy  nie  mógł  go  znaleźć,  chcąc  zniszczyć  ten  dowód.  A 
dlaczego  nie  mógł  go  znaleźć?  Ponieważ  drzazga  wypadła  przez  dziurkę  w  podszewce  i 
utknęła w szwie, u dołu kieszeni. 

— Jay założył na pogrzeb swoje najlepsze ubranie. Kurtka służbowa wisiała na haku, za 

drzwiami  jego  pokoju.  Szperając  w  dolnej  kieszeni  —  mówił  Ringrose  —  pod  podszewką 
wyczułem coś twardego i w pół minuty trzymałem drzazgę w ręku. Rzeczy często wślizgują 
się za podszewkę. Wiem o tym doskonale. Tak więc Jay zabił pannę Maydew z zemsty za to, 
iż  wykluczyła  go  ze  spadku.  Pan  Fosdike  twierdzi,  że  później  miała  zamiar  zrobić  zapis  dla 
niego  i  jego  żony.  Dość  pomysłowe  morderstwo  w  swoim  rodzaju.  Jay  miał  nawet  kilka 

background image

dobrych tricków. Najbardziej mistrzowskie z jego posunięć było to, iż tak serdecznie mówił o 
pannie Forrester. Nie poddał się pokusie, aby podrzucić choć słówko podejrzenia lub wątpli-
wości. Przypuszczam, że Burrows z policjantem są już przy drzwiach. 

Kiedy  Vincent  wyjaśniał  sprawę  lekarzowi,  w  pasażu  dał  się  słyszeć  stłumiony  krzyk. 

Mężczyźni zerwali się na nogi. W sekundę później Jane Woodhouse wpadła do pokoju. 

— Policja! — zawołała. — Pan Burrows i mój szwagier przyszli i zaaresztowali Willia-

ma. I on zwalił się i zemdlał, a Anna po prostu zwariowała! 

— Pańska torba, doktorze — powiedział Ringrose. 
Wszyscy pospieszyli do kuchni. 
Policjanci  starali  się  przywrócić  Williama  do  przytomności.  Doktor  Forbes  stwierdził, 

że mały człowieczek był już poza zasięgiem prawa i medycyny. 

Kiedy  Jay  usłyszał  niespodziewanie,  że  jest  aresztowany,  zerwał  się  z  krzesła  i  upadł 

rażony apopleksją. Doktor Forbes musiał udzielić pomocy wdowie. 

Ku zadowoleniu detektywa, już po godzinie Anna Jay mogła dodać kilka szczegółów w 

sprawie okoliczności związanych ze śmiercią męża. Wiedziała, że ma nieczyste sumienie.  Z 
wielu  gorzkich  wypowiedzi  i  przekleństw  Williama  wywnioskowała,  że  był  wplątany  w 
zbrodnię.  Jay  dożył  momentu,  kiedy  zrozumiał,  że  morderstwo  popełnił  daremnie  i  że  jego 
spadek był zabezpieczony. Zapytana o ranę męża, powiedziała: 

— Powiedział mi, że nóż spadł z półki i zranił go. 
Ringrose  zrozumiał  znaczenie  tego  wypadku.  Wiedział,  że  William  sam  zadał  sobie 

ranę. 

—  Musiał  zdobyć  krew,  aby  splamić  nią  rękaw  koszuli,  którą  wziął  z  szuflady  panny 

Forrester — wyjaśnił lekarzowi detektyw. Zaciął się i to głęboko. Potem rana nie chciała się 
zagoić. 
 

* * * 

 

John  Ringrose  opuścił  Twambley  następnego  dnia.  Przed  wyjazdem  zamienił  jeszcze 

kilka słów z Vincentem Maydew. 

— Wrócę jeszcze na rozprawę śledczą — powiedział. — Ale mam do pana prośbę, aby 

pan  ani  słowem  nie  zdradził  się  przed  panną  Forrester  z  pańskich  ciężkich  przeżyć.  Fakty 
musi  poznać,  ale  broń  Boże,  aby  się  kiedykolwiek  dowiedziała  o  wnioskach,  które  sprawiły 
panu tyle cierpień. Może pan wytłumaczyć swój ponury nastrój odkryciem, że ktoś przeciwko 
niej knuje — i nic więcej. 

—  Może  mi  pan  zaufać.  Wolałbym  umrzeć.  Nigdy  nie  usłyszy  słowa  na  ten  temat.  A 

pan? Jakże ja się panu odwdzięczę.  

— Nie ma potrzeby. Jeszcze tylko pozwolę sobie wziąć jedno cygaro na drogę.  Niech 

mi  pan  wierzy,  że  nigdy  nie  byłem  tak  zadowolony  z  rozwiązania  zagadki.  A  tu  jest  pański 
czek. 

Wręczył czek Vincentowi, który nie chciał go przyjąć. 
—  Ależ  niech  pan  przynajmniej  to  zatrzyma!  Chętnie  bym  powiększył  sumę  dwukro-

tnie. Ocalił pan dwie osoby. 

Ringrose uśmiechnął się, zwinął czek, podszedł do kominka i wsadził w ogień. Po czym 

zapalił nim cygaro. 
 

Tłumaczyła Krystyna Cękalska  

 
 
 
 

background image

 
 

H. BALZAC 

 

FACINO CANE 

 

MIESZKAŁEM wówczas przy małej ulicy, której z pewnością nie znacie, przy ulicy de 

Lesdisguières:  zaczyna  się  przy  ulicy  Św.  Antoniego  na  wprost  studni,  w  pobliżu  placu 
Bastylii, a wychodzi na ulicę de la Cerisaie. Żądza wiedzy wtrąciła mnie na poddasze, gdzie 
pracowałem w nocy, dzień zaś spędzałem w sąsiedniej bibliotece. Żyłem oszczędnie, przyją-
łem tryb klasztorny, jedyny  dla ludzi pracy. Kiedy było ładnie, przechadzałem się trochę po 
bulwarze Bourdon. Jedna jedyna namiętność odrywała mnie od moich studiów; czyż i to nie 
było również studium? — chodziłem obserwować obyczaje przedmieścia, jego mieszkańców 
i ich charaktery. Równie nędznie odziany jak robotnicy, obojętny na formy, nie budziłem ich 
nieufności. Mogłem się swobodnie mieszać w ich gromadki, patrzeć jak dobijają targów i jak 
się kłócą z chwilą ukończenia pracy. Obserwacja taka stała się u mnie już intuicyjna, wnikała 
w duszę nie zaniedbując ciała; lub raczej tak dobrze chwytała szczegóły zewnętrzne, że szła 
natychmiast poza nie; dawała mi zdolność życia życiem osobnika, który był jej przedmiotem, 
pozwalając  mi  wcielić  się  weń,  jak  derwisz  z  Tysiąca  i  jednej  nocy  przybiera  ciało  i  duszę 
osób, nad którymi wymówi zaklęcie. 

Kiedy  między  jedenastą  a  dwunastą  w  nocy  spotkałem  robotnika  i  jego  żonę  wracają-

cych z Ambigu-Comique, bawiło mnie iść za nimi od bulwaru Pont-aux-choux aż do bulwaru 
Beaumarchais.  Poczciwi  ludzie,  pogadawszy  najpierw  o  sztuce,  którą  oglądali,  przechodzili 
od  słowa  do  słowa  do  swoich  spraw;  matka  ciągnęła  dziecko  za  rękę  nie  słuchając  ani  jego 
skarg,  ani  pytań;  małżonkowie  liczyli  pieniądze,  które  mieli  otrzymać  jutro,  wydawali  je  na 
dwadzieścia  sposobów.  Zaczynały  się  szczegóły  gospodarskie,  utyskiwania  na  drożyznę 
kartofli  albo  na  długą  zimę  i  podrożenie  torfu,  drobiazgowe  obliczanie  rachunku  piekarza, 
wreszcie  sprzeczki,  które  stawały  się  coraz  ostrzejsze  i  w  których  każde  z  małżonków zdra-
dzało swoją naturę  charakterystycznymi zwrotami. Słuchając tych ludzi, mogłem wcielić się 
w ich życie, czułem ich łachy na grzbiecie, szedłem z nogami w ich dziurawych butach: ich 
pragnienia,  ich  potrzeby,  wszystko  przechodziło  w  moją  duszę  lub  też  moja  dusza  przecho-
dziła  w  nich.  Był  to  niby  sen  na  jawie.  Oburzałem  się  wraz  z  nimi  na  pracodawców,  którzy 
ich tyranizowali, lub na  złych klientów, którzy  kazali im chodzić po kilka razy daremnie po 
zapłatę. Porzucać swoje nawyki, stawać się innym człowiekiem przez napięcie władz duszy, 
uprawiać  tę  grę  wedle  ochoty,  to  była  moja  rozrywka.  Czemu zawdzięczam  ten  dar?  Czy  to 
jasnowidzenie?  Czy  to  jedna  z  owych  własności,  których  nadużywanie  wiodłoby  do  szaleń-
stwa?  Nigdy  nie  dochodziłem  źródeł  tej  władzy:  posiadam  ją  i  posługuję  się  nią,  oto  wszy-
stko. Wiedzieć tylko, że od owego czasu rozłożyłem składniki różnorodnej masy, zwanej lu-
dem, że zanalizowałem ją tak, iż mogłem ocenić jej przymioty i wady. Wiedziałem już, na co 
mogłoby  się  zdać  to  przedmieście,  to  seminarium  rewolucji,  które  mieści  bohaterów,  wyna-
lazców, mędrców, łajdaków, zbrodniarzy, cnoty i przywary, wszystko zduszone nędzą, zdła-
wione  potrzebą,  utopione  w  winie,  strawione  wódką.  Nie  zdołalibyście  sobie  wyobrazić,  ile 
nieznanych  przygód,  ile  zapomnianych  dramatów  w  tym  mieście  boleści!  Ile  okropnych  i 
pięknych rzeczy' Wyobraźnia nigdy nie dorówna prawdzie, która się tam chowa i której nikt 
nie może odkryć; trzeba zejść zbyt nisko, aby oglądać te cudowne sceny, tragiczne lub komi-
czne,  arcydzieła  zrodzone  przez  przypadek.  Nie  wiem,  jakim  cudem  zamilczałem  tak  długo 
historię, którą wam opowiem; stanowi ona jedną z owych ciekawych powiastek pozostałych 
w  worku,  z  którego  pamięć  wyciąga  ją  kapryśnie  niby  numery  loterii.  Mam  wiele  innych, 
równie osobliwych jak ta i równie zagrzebanych; ale przyjdzie na nie kolej, zaręczam. 

Jednego dnia, moja posługaczka, żona robotnika, przyszła mnie prosić, abym zaszczycił 

background image

swoją  obecnością  wesele  jej  siostry.  Aby  wam  uzmysłowić,  czym  mogło  być  to  wesele, 
muszę powiedzieć, że płaciłem dwa franki miesięcznie tej biednej istocie, która przychodziła 
co  rano  posłać  mi  łóżko,  oczyścić  ubranie,  trzewiki,  zamieść  pokój  i  przyrządzić  śniadanie; 
resztę dnia kręciła korbą przy jakiejś maszynie i zarabiała tym ciężkim rzemiosłem pół franka 
dziennie. Mąż jej, stolarz, zarabiał cztery franki. Że jednak to małżeństwo miało czworo dzie-
ci, zaledwie starczyło im na kawałek chleba. Nie zdarzyło mi się spotkać rzetelniejszych ludzi 
niż ten człowiek i jego żona. Kiedy opuściłem tę dzielnicę, pięć lat pani Vaillant przychodziła 
winszować mi imienin, przynosząc bukiet i pomarańcze, ona, która nie miała grosza oszczę-
dności. Nędza zbliżyła nas. Nigdy nie mogłem jej dać więcej niż dziesięć franków, które czę-
sto musiałem pożyczać w tym celu. To może wytłumaczyć moją obietnicę przybycia na wese-
le; spodziewałem się wykąpać w radości tych biednych ludzi. 

Uczta, bal, wszystko to odbywało się u winiarza przy ulicy de Charenton, na pierwszym 

piętrze, w wielkim pokoju oświetlonym lampami z cynowymi reflektorami, obitym zabrudzo-
ną  tapetą  do  wysokości  stołów.  Pod  ścianą  znajdowały  się  drewniane  ławki.  W  tym  pokoju 
osiemdziesiąt  osób  odświętnie  wystrojonych,  z  bukietami  i  wstążkami,  z  rozpłomienionymi 
twarzami tańczyło tak, jakby miał być koniec świata. Nowożeńcy ściskali się ku powszechne-
mu zadowoleniu, rozlegały się hehe! haha! jowialne, ale doprawdy mniej nieskromne niż nie-
śmiałe oczkowania dobrze wychowanych panien. Ze wszystkich parowała jakaś gruba radość, 
która miała coś dziwnie udzielającego się. 

Ale ani fizjonomia gości, ani wesele, ani nic z tego świata nie ma związku z moją histo-

rią.  Zapamiętajcie  jedynie  osobliwość  ramy.  Wyobraźcie  sobie  plugawy  sklep  pomalowany 
czerwono, poczujcie zapach wina, usłyszcie wycia tej radości, wrośnijcie dobrze w to przed-
mieście,  w  ciżbę  tych  robotników,  starców  i  tych  biednych  kobiet  oddających  się  rozkoszy 
jednej nocy. 

Orkiestra składała się z trzech ślepców z Instytutu dla Ociemniałych: skrzypce, klarnet i 

flet. Wszystkich trzech zgodzono ryczałtem, siedem franków za noc. Za tę cenę, rzecz prosta, 
nie  mogli  dać  ani  Rossiniego,  ani  Beethovena;  grali  co  chcieli  i  co  mogli,  nikt  nie  robił  im 
wymówek;  urocza  delikatność!  Muzyka  ich  uderzała  tak  brutalnie  w  bębenki,  że  objąwszy 
wzrokiem zgromadzenie, popatrzałem na to trio ślepców i od razu, widząc ich uniform, uczu-
łem się skłonny do pobłażliwości. Artyści ci usadowili się we framudze; trzeba było podejść 
blisko nich, aby rozróżnić ich fizjonomię. Nie dotarłem tam od razu; ale kiedy się zbliżyłem, 
nie wiem czemu, wszystko się skończyło; wesele i muzyka znikły, ciekawość moja doszła do 
najwyższego  napięcia,  dusza  moja  bowiem  przeszła  w  ciało  klarnecisty.  Skrzypek  i  flecista 
mieli twarze pospolite, ot typowa fizjonomia ślepców, pełna skupienia, uważna i poważna; ale 
twarz klarnecisty była jednym z tych zjawisk, które przykuwają artystę i filozofa. 

Wyobraźcie  sobie  gipsową  maskę  Danta,  oświetloną  blaskiem  kinkietu  i  uwieńczoną 

lasem srebrnobiałych włosów. Gorzki i bolesny wyraz tej wspaniałej głowy spotęgowany był 
ślepotą, martwe oczy odżywały myślą, strzelał z nich jakiś palący blask, zrodzony z jednego 
nieustannego pragnienia, energicznie wypisanego na sklepionym czole, pooranym zmarszcz-
kami  podobnymi  do  pęknięć  starego  muru.  Ten  starzec  dmuchał  na  ślepo,  nie  zwracając  ża-
dnej uwagi na takt ani na melodię; palce jego podnosiły się i opuszczały, poruszały machina-
lnie  stare  klawisze.  Nie żałował  sobie  kiksów; tancerze  nie  uważali  tego,  tak  samo  jak  dwaj 
towarzysze mego Włocha: uparłem się bowiem, aby to był Włoch, i był Włoch. Coś wielkie-
go  i  despotycznego  widniało  w  tym  starym  Homerze,  który  krył  w  sobie  jakąś  skazaną  na 
zapomnienie  Odyseję.  Była  w  nim  wielkość  tak  rzeczywista,  że  górowała  nad  jego  upodle-
niem; siła ducha tak żywa, że górowała nad ubóstwem. Żadnej z potężnych namiętności, które 
wiodą  człowieka  do  dobrego  jak  do  złego,  które  zeń  czynią  zbrodniarza  albo  bohatera,  nie 
brakowało  tej  szlachetnie  rzeźbionej  twarzy,  bladej  jak  bywa  u  Włochów,  ze  szpakowatymi 
brwiami.  Brwi  te  rzucały  cień  na  głębokie  bruzdy;  budziły  lęk,  że  się  ujrzy  w  nich  blask 
myśli,  tak  jak  człowiek  się  obawia,  aby  w  otworze  groty  nie  pojawiło  się  paru  zbójców 

background image

zbrojnych w pochodnie i sztylety. Był lew w tej klatce z ciała, lew, którego wściekłość zużyła 
się  daremnie  na  żelaznych  kratach.  Pożar  rozpaczy  zgasł  w  swoich  popiołach,  lawa  ostygła, 
ale  bruzdy,  wstrząśnienia,  resztka  dymu  świadczyły  o  gwałtowności  wybuchu,  o  spustosze-
niach ognia. Myśli te, obudzone na widok tego człowieka, były równie gorące w mojej duszy, 
jak były zimne na jego twarzy. 

Między  każdym  kontredansem  skrzypek  i  flet,  poważnie  zajęci  szklanką  i  butelką,  za-

wieszali  instrument  na  guziku  zrudziałego  surduta,  sięgali  ręką  do  małego  stoliczka  pomie-
szczonego  pod  oknem,  gdzie  znajdowała  się  ich  kantyna,  i  ofiarowywali  Włochowi  pełną 
szklankę, której nie mógł wziąć sam, stół bowiem znajdował się za jego krzesłem. Za każdym 
razem  klarnecista  dziękował  im  przyjaznym  skinieniem.  Ruchy  ich  miały  tę  precyzję,  która 
zawsze  zdumiewa  u  ślepców,  dając  złudzenie  że  widzą.  Zbliżyłem  się,  aby  się  im  przysłu-
chać: ale kiedy byłem blisko, zauważyli mnie, nie uczuli zapewne we mnie robotnika i zami-
lkli. 

— Skąd wy jesteście, wy co gracie na klarnecie? 
— Z Wenecji, — odparł ślepy z lekkim akcentem włoskim. 
— Czyście się urodzili ślepi, czy też oślepliście z... 
— Z przypadku — odparł żywo — przeklęta jaskra. 
— Wenecja to piękne miasto; zawsze miałem ochotę tam pojechać. 
Fizjonomia starca ożywiła się, zmarszczki jego drgnęły, zdawał się silnie wzruszony. 
— Gdybym ja tam z panem pojechał, nie straciłby pan swego czasu — rzekł. 
—  Nie  mówcie  mu  o  Wenecji,  —  rzekł  do  mnie  skrzypek,  —  bo  nasz  doża  zacznie 

swoje sztuki, a trzeba wiedzieć, że jaśnie książę ma już dwie butelki w żondołku! 

— No jazda, ojcze Canard, rzekł flecista. 
Wszyscy trzej zaczęli grać, ale przez czas trwania czterech kontredansów, Wenecjanin 

węszył  mnie  niejako,  odgadywał  moje  niezwykłe  zainteresowanie  jego  osobą.  Fizjonomia 
jego  straciła  martwy  wyraz  smutku;  jakaś  nadzieja  rozjaśniła  wszystkie  jego  rysy,  wśliznęła 
się niby błękitny płomień w jego zmarszczki. Uśmiechnął się i wytarł sobie czoło, to harde i 
straszliwe czoło; wreszcie stał się wesoły, jak człowiek, którego podłechtano w tkliwy punkt. 

— Ile macie lat? — spytałem. 
— Osiemdziesiąt dwa! 
— Od jak dawna jesteście ślepi? 
—  Będzie  niedługo  pięćdziesiąt  lat,  odparł  z  akcentem  świadczącym,  że  żale  jego 

tyczyły się nie tylko straty wzroku, ale jakiejś wielkiej władzy, z której go wyzuto. 

— Czemu nazywają was dożą? — spytałem. 
— Et, żarty — rzekł — jestem patrycjuszem weneckim i byłbym został dożą jak każdy 

inny. 

— Jakże się pan nazywa? 
— Tutaj, ojciec Canet. Nigdy mego nazwiska nie umieli inaczej wpisać w regestry; ale 

po włosku to Marco Facino Cane, książę Varese. 

—  Jak  to,  pan  pochodzi  od  owego  sławnego  kondotiera  Facino  Cane,  którego  łupy 

przeszły na książąt Mediolanu? 

— E vero, odparł. W owym czasie, aby nie być zabitym przez Viscontich, syn Canego 

schronił się do Wenecji i wpisał się do Złotej Księgi. Ale nie ma już Canego, tak samo jak nie 
ma Księgi! 

Uczynił  gest  przerażający  swym  wygasłym  patriotyzmem  i  wstrętem  do  rzeczy  ziem-

skich. 

— Ale, skoro pan był senatorem weneckim, musiał pan być bogaty; w jaki sposób mógł 

pan postradać majątek? 

Na to pytanie podniósł głowę, jak gdyby po to, aby mi się przypatrzyć ruchem istotnie 

tragicznym, i odpowiedział: „Nieszczęście!” 

background image

Nie  myślał  już  o  piciu,  odsunął  szklankę  wina,  którą  mu  w  tej  chwili  podawał  stary 

flecista, po czym spuścił głowę. Te szczegóły mogły jedynie podsycić mą ciekawość. W cza-
sie  kontredansa,  którego  odegrały  te  trzy  automaty,  patrzałem  na  starego  weneckiego  szla-
chcica  z  uczuciami,  jakie  pożerają  dwudziestoletniego  młodzieńca.  Widziałem  Wenecję  i 
Adriatyk,  widziałem  ją  w  ruinach  na  tej  zrujnowanej  twarzy.  Przechadzałem  się  po  tym 
mieście, tak drogim jego mieszkańcom; wędrowałem od Rialto do Wielkiego Kanału, od riva 
Schiavoni
 do Lido, wracałem do katedry tak oryginalnej i wspaniałej, patrzałem na okna Casa 
d'Oro
,  z  których  każde  ma  inny  ornament;  oglądałem  stare  pałace  tak  bogate  w  marmury; 
słowem,  wszystkie  te  cuda,  z  którymi  uczony  sympatyzuje  tym  więcej,  iż  barwi  je  wedle 
ochoty i nie depoetyzuje swoich marzeń obrazem rzeczywistości. 

Odtwarzałem  sobie  bieg  życia  tego  potomka  największego  z  kondotierów,  szukając  w 

nim  śladów  jego  nieszczęść  oraz  przyczyn  tego  głębokiego  fizycznego  i  moralnego  upadku, 
który jeszcze dodawał piękności iskrom dumy i szlachetności zbudzonym w tej chwili. Myśli 
nasze  spotykały  się  z  pewnością,  sądzę  bowiem,  że  ślepota  czyni  wrażliwość  ducha  o  wiele 
czulszą, nie pozwalając uwadze rozpraszać się na zewnętrzne przedmioty. 

Niedługo  czekałem  na  dowód  naszej  wzajemnej  sympatii.  Facino  Cane  przestał  grać, 

wstał,  podszedł  do  mnie  i  rzekł:  „Wyjdźmy”.  Słowo  to  podziałało  na  mnie  jak  tusz  elektry-
czny. Podałem mu ramię i wyszliśmy. 

Kiedyśmy się znaleźli na ulicy, rzeki: 
—  Czy  chce  mnie  pan  zabrać  z  sobą  do  Wenecji,  zawieźć  mnie  tam,  czy  chce  mi  pan 

zawierzyć?  Będzie  pan  bogatszy  niż  dziesięciu  najbogatszych  bankierów  Amsterdamu  lub 
Londynu, bogatszy niż Rotszyldy, bogaty jak Krezus. 

Pomyślałem, że to wariat; ale była w jego głosie potęga, której się poddałem. Dałem się 

prowadzić;  zawiódł  mnie  do  fos  Bastylii,  tak  jak  gdyby  miał  oczy.  Usiadł  na  kamieniu  w 
miejscu  bardzo  samotnym,  gdzie  później zbudowano  most,  którym  kanał  Saint-Martin  łączy 
się  z  Sekwaną.  Usiadłem  na  drugim  kamieniu  naprzeciw  tego  starca,  którego  białe  włosy 
błyszczały  jak  srebrne  nici  w  blasku  księżyca.  Cisza,  którą  zaledwie  mącił  dochodzący  nas 
gwar bulwarów, czysta noc, wszystko czyniło z tej sceny coś istotnie fantastycznego. 

— Mówi pan młodemu człowiekowi o milionach i sądzisz, że wahałby się znieść tysiąc 

mąk, aby je zdobyć? Czy pan sobie nie żartuje ze mnie? 

—  Niech  umrę  bez  spowiedzi,  rzekł  gwałtownie,  jeżeli  to,  co  panu  powiem,  nie  jest 

prawdą.  Miałem  dwadzieścia  lat,  jak  pan  dzisiaj;  byłem  bogaty,  byłem  piękny,  szlachetnie 
urodzony  i  zacząłem  od  pierwszego  z  szaleństw  —  od  miłości.  Kochałem  tak,  jak  już  nie 
umieją  kochać,  do  tego  stopnia,  aby  się  ukryć  w  kufrze  i  narażać  się,  że  mnie  tam  zasztyle-
tują, nie dostawszy w zamian nic poza obietnicą pocałunku. Umrzeć dla niej zdawało mi się 
życiem. 

„W roku 1760 durzyłem się w niejakiej Venderamini, kobiecie osiemnastoletniej, żonie 

niejakiego  Sagredo,  jednego  z  najbogatszych  senatorów,  kochającego  swą  żonę  do  szaleń-
stwa.  Moja  kochanka  i  ja  byliśmy  niewinni  jak  dwa  cherubiny,  kiedy  sposo  nas  zastał  roz-
prawiających o miłości; byłem bez broni, chybił mnie, skoczyłem nań, udusiłem go własnymi 
rękami skręcając mu kark jak kurczakowi. Chciałem uciec z Bianką, nie  chciała iść za mną. 
Oto kobiety! Uciekłem sam, skazano mnie, dobra wzięto w sekwestr na rzecz spadkobierców, 
ale  zabrałem  moje  diamenty,  pięć  zwiniętych  obrazów  Tycjana  i  wszystko  moje  złoto. 
Udałem się do Mediolanu, gdzie mnie nie niepokojono: moja sprawa nie obchodziła rząd. 

„Mała  uwaga  zanim  powiem  resztę  —  rzekł  po  pauzie.  Czy  zachcenia  kobiece  wpły-

wają na dziecko, podczas gdy matka nosi je w łonie lub w chwili poczęcia — nie wiem; ale to 
fakt,  że  moja  matka  miała  pasję  do  złota  w  czasie  swojej  ciąży.  Ja  mam  na  punkcie  złota 
manię,  której  zadowolenie  jest  tak  niezbędne  do  mego  życia,  że  w  żadnej  doli  nie  byłem 
nigdy  bez  złota  przy  sobie;  mam  istny  szał  złota;  kiedy  byłem  młody,  zawsze  nosiłem  klej-
noty i zawsze miałem przy sobie dwieście lub trzysta dukatów”. 

background image

To mówiąc, wydobył z kieszeni dwa dukaty i pokazał mi je. 
„Czuję złoto. Mimo że ślepy, zatrzymuję się przed sklepami jubilerów.  Ta namiętność 

mnie  zgubiła;  zostałem  graczem,  aby  się  bawić  złotem.  Nie  byłem  oszustem,  padłem  ofiarą 
oszustów,  zrujnowałem  się.  Kiedy  nie  miałem  już  nic,  ogarnęła  mnie  żądza  zobaczenia 
Bianki;  wróciłem  potajemnie  do  Wenecji,  byłem  szczęśliwy  pół  roku,  ukryty  przez  nią,  ży-
wiony przez nią. Byłbym z rozkoszą tak zakończył życie. Do Bianki zalecał się prowedytor; 
odgadł  rywala,  we  Włoszech  czuje  się  takie  rzeczy:  szpiegował  nas,  zaszedł  nas  w  łóżku, 
podły! Domyśla się pan, jak gwałtowna była walka: nie zabiłem go, zraniłem go ciężko. 

Ta  przygoda  zniszczyła  moje  szczęście.  Od  tego  dnia  nigdy  nie  ujrzałem  już  Bianki. 

Zaznałem  wszystkich  rozkoszy,  żyłem  na  dworze  Ludwika  XV  wśród  najsławniejszych  ko-
biet, nigdzie nie odnalazłem uroków, wdzięku, czułości mojej drogiej Wenecjanki. Prowedy-
tor miał ludzi, wezwał ich, otoczono pałac, wdarto się do środka: broniłem się, aby umrzeć w 
oczach Bianki, która pomagała mi zabić prowedytora. Niegdyś ta kobieta nie chciała uciec ze 
mną;  ale  po  sześciu  miesiącach  szczęścia  pragnęła  podzielić  moją  śmierć  i  otrzymała  kilka 
ciosów.  Schwycono  mnie  w  wielki  płaszcz,  który  zarzucono  mi  na  głowę,  zawinięto  mnie, 
ciśnięto  w  gondolę  i  zawieziono  do  lochu  w  podziemiach.  Miałem  dwadzieścia  dwa  lata, 
trzymałem  tak  mocno  ułamek  mojej  szpady,  że,  aby  go  wydrzeć,  trzeba  by  mi  było  odciąć 
rękę!  Szczególnym  trafem  lub  raczej  natchniony  myślą  samozachowawczą,  ukryłem  ten 
kawałek żelaza w kącie, jak gdyby mógł mi się przydać. Leczono mnie. Żadna z ran nie była 
śmiertelna. 

W  dwudziestym  drugim  roku  człowiek  wygrzebie  się  ze  wszystkiego.  Miałem  umrzeć 

ścięty, udałem chorobę, aby zyskać na czasie. Sądziłem, że znajduję się w kaźni sąsiadującej 
z kanałem; zamiarem moim było wymknąć się,  przebijając mur i przepływając kanał wpław 
na ryzyko utonięcia. Oto na jakiej kombinacji wspierała się moja nadzieja. Za każdym razem, 
kiedy dozorca przynosił mi jeść, czytałem wskazówki wypisane na ścianie: do pałacu, do ka-
nału, do podziemi. Wyroiłem w końcu plan, którego sens niewiele mnie obchodził, ale który 
da się wytłumaczyć obecnym stanem pałacu książęcego, wciąż nieukończonego. 

Z instynktem zbudzonym żądzą odzyskania wolności, macając końcem palca powierz-

chnię  kamienia,  zdołałem  wreszcie  odczytać  arabski  napis,  którym  autor  tej  pracy  uprzedzał 
swoich następców, że ochwiał dwa kamienie tuż przy ziemi i wyżłobił jedenaście stóp kory-
tarza. 

Aby  prowadzić  dalej  jego  dzieło,  trzeba  było  wysypywać  na  podłogę  kaźni  ułamki 

kamienia  i  cementu  wykruszone  przy  drążeniu.  Gdyby  nawet  stróżów  lub  inkwizytorów  nie 
uspokajała  budowa  gmachu,  który  wymagał  jedynie  dozoru  z  zewnątrz,  położenie  lochu,  do 
którego  schodziło  się  po  kilku  stopniach,  pozwalało  podnosić  stopniowo  grunt  tak,  aby  się 
strażnicy  nie  spostrzegli.  Olbrzymia  ta  praca  była  daremna,  przynajmniej  dla  tego,  który  ją 
rozpoczął; niedokończenie jej bowiem świadczyło o śmierci nieznajomego. Aby jego poświę-
cenie nie poszło na marne, trzeba było, aby jeniec umiał po arabsku; przypadkowo studiowa-
łem języki wschodnie w klasztorze armeńskim. Kilka słów wypisanych za kamieniem mówiło 
o  losie  tego  nieszczęśnika;  zginął  jako  ofiara  swych  olbrzymich  bogactw,  które  obudziły 
pożądliwość Wenecji i które też zagarnęła. 

Trzeba  mi  było  miesiąca,  aby  osiągnąć  jakiś  rezultat.  Podczas  gdy  pracowałem  i  w 

chwilach,  gdy  miażdżyło  mnie  zmęczenie,  słyszałem  dźwięk  złota,  widziałem  złoto  przed 
sobą. olśniewały mnie diamenty! Och, czekaj pan. Jednej nocy stępiona stal trafiła na drzewo. 
Zaostrzyłem  koniec  szpady  i  zrobiłem  dziurę  w  tym  drzewie.  Aby  móc  pracować,  pełzałem 
jak  wąż  na  brzuchu,  rozbierałem  się  do  naga,  aby  się  ryć  jak  kret,  wysuwając  ręce  naprzód. 
Na dwie doby przed dniem, w którym miałem stanąć przed mymi sędziami, w nocy, spróbo-
wałem uczynić ostatni wysiłek; przebiłem drzewo, żelazo nie napotkało nic poza nim. Niech 
pan  osądzi  moje  zdumienie,  kiedy  przyłożyłem  oczy  do  dziury!  Znajdowałem  się  we  wnęce 
piwnicy,  gdzie  słabe  światło  pozwalało  mi  dostrzec  kupę  złota.  Doża  i  jeden  z  Rady 

background image

Dziesięciu byli w piwnicy; słyszałem ich głosy, rozmowa ich pouczyła mnie, że tutaj znajduje 
się  tajny  skarb  Republiki,  dary  dożów  oraz  rezerwy  łupu  nazwanego  groszem  Wenecji  i 
chowanym z wojennych zdobyczy. 

Byłem  ocalony!  Kiedy  przybył  dozorca,  namówiłem  go,  aby  mi  pomógł  do  ucieczki  i 

aby uciekł ze mną unosząc wszystko, co zdołamy zabrać. Nie było się co wahać; zgodził się. 
Statek  odpływał  właśnie  na  Wschód,  obmyśliliśmy  wszystko;  Bianka  zgodziła  się  na  plan, 
który dyktowałem memu wspólnikowi. 

W ciągu jednej nocy rozszerzyliśmy dziurę i weszliśmy do tajemnego skarbca Wenecji. 

Co  za  noc!  Widziałem  cztery  beczki  pełne  złota.  W  sąsiedniej  sali  srebro  leżało  w  dwóch 
kupach,  między  którymi  była  przestrzeń  wolna  na  tyle,  aby  móc  minąć  pokój,  gdzie  pod 
ścianą znajdował się zwał monet na pięć stóp wysoki. 

„Myślałem,  że  dozorca  oszaleje;  śpiewał,  skakał,  śmiał  się,  tarzał  się  w  złocie;  zagro-

ziłem mu, że go uduszę, jeśli będzie tracił czas lub narobi hałasu. W radości swojej nie dojrzał 
zrazu stołu, gdzie znajdowały się diamenty. Zabrałem się do nich dość zręcznie, aby napełnić 
kurtkę  i  kieszenie  u  spodni.  Mój  Boże!  nie  wziąłem  ani  trzeciej  części.  Pod  tym  stołem 
znajdowały się sztaby złota. 

Namówiłem  mego  towarzysza,  aby  napełnił  złotem  tyle  worków,  ile  zdołamy  unieść, 

zwracając  mu  uwagę,  że  to  jest  jedyny  sposób,  aby  nas  nie  odkryto  na  obczyźnie.  Perły, 
diamenty,  klejnoty  zdradziłyby  nas  —  rzekłem.  Mimo  całej  naszej  chciwości  nie  mogliśmy 
wziąć  więcej  niż  dwa  tysiące  funtów  złota,  co  wymagało  sześciu  wypraw  z  więzienia  do 
gondoli.  Strażnika  u  bramy  przekupiliśmy  dziesięcioma  funtami  złota.  Co  się  tyczy  dwóch 
gondolierów, ci sądzili, że pracują w służbie Republiki. O świcie odjechaliśmy. Skorośmy się 
znaleźli  na  pełnym  morzu,  kiedy  sobie  przypomniałem  tę  noc,  kiedy  sobie  uprzytomniłem 
moje  przeżycia  i  ogarnąłem  myślą  ten  olbrzymi  skarbiec,  w  którym,  wedle  mego  szacunku, 
zostawiłem trzydzieści milionów w srebrze, dwadzieścia milionów w złocie i nie wiadomo ile 
milionów  w  diamentach,  perłach  i  rubinach,  uczułem  jakiś  dreszcz  szaleństwa.  Dostałem 
gorączki złota. 

Kazaliśmy  się  wysadzić  na  ląd  w  Smyrnie  i  puściliśmy  się  natychmiast  do  Francji. 

Kiedyśmy  wsiadali  na  statek  francuski,  Bóg  mi  wyświadczył  tę  łaskę,  że  mnie  uwolnił  od 
mego  wspólnika.  W  tej  chwili  nie  myślałem  o  całej  doniosłości  tego  zrządzenia,  z  którego 
cieszyłem  się  wielce.  Byliśmy  tak  wyczerpani  nerwowo,  żeśmy  trwali  w  osłupieniu,  nic  nie 
mówiąc  do  siebie,  czekając  z  wybuchami  naszej  radości,  aż  będziemy  zupełnie  bezpieczni. 
Nic dziwnego, że temu hultajowi zawróciło się w głowie. Zobaczy pan, jak mnie Bóg skarał. 

Uczułem  się  spokojny  dopiero  wówczas,  gdy  sprzedałem  dwie  trzecie  moich  diamen-

tów  w  Londynie  i  w  Amsterdamie  oraz  zmieniłem  złoty  piach  na  obliga  handlowe.  Pięć  lat 
ukrywałem  się  w  Madrycie;  następnie,  w  roku  1770,  przybyłem  do  Paryża  pod  hiszpańskim 
nazwiskiem i żyłem tam jak król. Bianka nie żyła. W pełni moich rozkoszy, kiedy się cieszy-
łem majątkiem sześciu milionów, nawiedziła mnie ślepota. Jestem pewny, że ta ślepota była 
następstwem mojej kaźni, mojego rycia się w kamieniu, o ile w ogóle mój dar widzenia złota 
nie mieścił w sobie wybujałości wzroku, która mnie skazywała na jego utratę. 

W tej chwili kochałem pewną kobietę, z którą zamierzałem połączyć mój los. Zdradzi-

łem  jej  tajemnicę  mego  nazwiska;  rodzina  jej  była  bardzo  potężna,  spodziewałem  się  wszy-
stkiego po łasce, jaką mnie darzył Ludwik XV. Położyłem zaufanie w tej kobiecie, która była 
przyjaciółką pani du Barry; poradziła mi, abym zasięgnął rady sławnego okulisty z Londynu; 
ale  po  kilku  miesiącach  pobytu  w  tym  mieście,  kobieta  ta  opuściła  mnie  w  Hyde-Parku, 
obłupiła mnie z całego majątku, nie zostawiając mi żadnych środków. Zmuszony kryć nazwi-
sko, które wydawało mnie na pomstę Wenecji, nie mogłem wzywać niczyjej pomocy, lękałem 
się Wenecji. Bezsilność tę wyzyskali szpiedzy, których ta kobieta nasadziła na mnie. 

Oszczędzę  panu  opowieści  przygód  godnych  Gil-Blasa.  Przyszła  wasza  rewolucja. 

Zmuszono mnie do wstąpienia do Instytutu dla Ociemniałych, gdzie mnie wtrąciła ta kobieta, 

background image

przetrzymawszy  mnie  wprzód  dwa  lata  w  Bicetre  jako  wariata.  Nie  mogłem  jej  zabić;  nie 
miałem  oczu,  byłem  za  biedny,  aby  kupić  sobie  ramię.  Gdybym,  zanim  straciłem  Benedetta 
Carpi, mego dozorcę, wypytał się go o położenie owego lochu, byłbym mógł odszukać skar-
biec i wrócić do Wenecji, kiedy Napoleon zniweczył Republikę. 

Jednak,  mimo  mej  ślepoty,  jedźmy  do  Wenecji!  Odnajdę  bramę  więzienia,  ujrzę  złoto 

przez mury, wyczuję je pod wodą, w której jest zagrzebane, wobec wypadków bowiem, które 
obaliły  Wenecję,  tajemnica  tego  skarbu  musiała  umrzeć  z  Venderaminem,  bratem  Bianki, 
dożą,  który  —  miałem  tę  nadzieję  —  byłby  mnie  pojednał  z  Radą  Dziesięciu.  Przesłałem 
memoriał Pierwszemu Konsulowi, proponowałem podział cesarzowi austriackiemu, wszyscy 
potraktowali mnie jak wariata! Chodź pan, jedźmy do Wenecji, jedźmy jako żebracy, wróci-
my  milionerami;  odkupimy  moje  dobra  i  będziesz  moim  spadkobiercą,  będziesz  księciem 
Varese”. 

Oszołomiony tym zwierzeniem, które w mojej wyobraźni przybierało rozmiary poema-

tu, na widok tej siwej głowy, w obliczu czarnej wody w fosach Bastylii — wody śpiącej jak w 
kanałach Wenecji — nie odpowiedziałem. Facino Cane uznał zapewne,  że osądziłem go tak 
jak inni, ze wzgardliwą litością: uczynił gest, który wyraził całą filozofię rozpaczy. 

To opowiadanie przeniosło go może w szczęsne dni, do Wenecji; chwycił klarnet i za-

grał melancholijnie piosenkę wenecką, barkarolę, w której odnalazł swój dawny talent, talent 
zakochanego patrycjusza. To było coś jak Super flumina Babylonis. Oczy moje napełniły się 
łzami. Jeżeli  jakiś  zapóźniony  przechodzień  mijał  bulwar  Bourdon,  bez  wątpienia  zatrzymał 
się,  by  posłuchać  tej  ostatniej  modlitwy  wygnańca,  ostatniego  żalu  straconego  nazwiska,  z 
którym łączyło się wspomnienie Bianki. Ale złoto wzięło niebawem górę i złowroga namię-
tność zgasiła ten błysk młodości. 

—  Ten  skarbiec,  rzekł,  widzę  ciągle,  na  jawie  i  we  śnie:  krążę  w  nim,  diamenty  bły-

szczą, nie jestem tak ślepy jak pan sądzi: złoto i diamenty rozświetlają moją noc, noc ostatnie-
go Facino Cane, bo mój tytuł przechodzi na Memmich. Mój Boże! kara mordercy zaczęła się 
bardzo wcześnie! Ave Maria... 

Odmówił kilka modlitw, których nie słyszałem. 
— Pojedziemy do Wenecji, zawołałem, kiedy wstał. 
— Znalazłem więc człowieka, wykrzyknął z płonącą twarzą. 
Odprowadziłem go pod ramię; uścisnął mi rękę u bramy przytułku, w chwili gdy kilka 

osób z wesela wracało śpiewając na całe gardło. 

— Jedziemy jutro? — rzekł starzec. 
— Skoro tylko będziemy mieli trochę pieniędzy. 
— Ależ możemy iść pieszo, będę żebrał jałmużny... Jestem silny, a człowiek jest mło-

dy, kiedy widzi złoto przed sobą. 

Facino Cane umarł owej zimy, przechorowawszy dwa miesiące. Biedny człowiek miał 

katar płuc. 
 

Przełożył Tadeusz Żeleński (Boy)  

  
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 
 

GRAZIA DELEDDA 

 

UBRANIE WDOWCA 

 

JECHALI  nie  śpiesząc  się,  ponieważ  zdrowie  panny  młodej,  spoczywającej  na  wozie 

ciągnionym przez parę małych, czarnych wołów, wymagało troskliwych względów. 

Natomiast małżonek był pięknym, mocno zbudowanym chłopcem, czerwieniącym się z 

byle jakiego powodu; krew w takich chwilach przepływała mu falą przez czoło, kryjąc się w 
krętych, zakurzonych włosach. Gdy jednak czerwienił się w ten sposób — jednakowo z gnie-
wu, jak z uciechy — wtedy robił się jeszcze piękniejszy, a czarne, żywe oczy błyszczały jak u 
dziecka.  Z  dziecka  miał  też  uśmiech  odkrywający  rząd  nieskazitelnych  zębów,  zamkniętych 
jak pierścień z kości słoniowej. 

Żona przy nim wyglądała prawie jak staruszka, ale i w niej było coś z dziecka; twarz 

miała drobną, opaloną, niebieskawe powieki ciężkie, leniwe w podnoszeniu i w opadaniu na 
wielkich,  zadumanych  oczach.  Gdy  oczy  te  patrzyły  dokoła  zdziwione,  jakby  w  pragnieniu 
nagromadzenia rzeczy najpiękniejszych, wtedy napełniały się światłem i jaśniała cała odmło-
dzona twarz. 

Może  dlatego  młody  mężczyzna  pieszo  prowadząc  wóz,  ze  względu  na  łagodzenie 

wstrząsów — nachylał się często, zagadując: 

— Giula, spójrz na mnie, Giula, dlaczego nic nie mówisz? Śpiąca jesteś? 
Giula  wolno  podnosiła  powieki  i  podejmowali  przerwaną  rozmowę,  ale  powtarzanie 

znanych już rzeczy męczyło ją, opuszczała zatem powieki i poddawała się ciężkiemu kołysa-
niu wozu. Prawda, chciało jej się spać, miała wrażenie, że jest w kołysce lub łodzi. 

Dla ochrony przed marcowym — silnym już — słońcem, rozciągnięto między dwoma 

drążkami  prześcieradło.  Wóz  sunący  chwiejnie  po  drodze  pokrytej  szutrem,  poprzez  gęstą 
zieleń półdzikiego. płaskowzgórza miał istotnie pewne podobieństwo z łodzią wolno niesioną 
przez  fale.  Złudzenie  to  było  spotęgowane  idealnym  kręgiem  horyzontu,  na  który  wiatr  od 
wschodu wypędzał srebrne chmurki. Gdy wiatr ustawał, wszystko wracało do spokoju, a wte-
dy kamienie i zarośla, zarośla i kamienie ustępowały sobie miejsca. 

Teren nieznacznie się podnosił. U szczytu drogi ukazał się na tle pędzących obłoczków 

czarny, nieruchomy punkt. Wiatr stawał się coraz cieplejszy i coraz bardziej pachniał. Kobieta 
usiadła, mocno wdychając czyste powietrze gór, atmosferę młodości i miłości. 

—  Giula,  Giula,  jak  się  czujemy  teraz?  Uśmiechnij  się.  Chce  ci  się  jeszcze  spać? 

Jesteśmy  w  połowie  drogi.  Babcia  zaczyna  rozpalać  ogień  i  sypie  ziarno  do  miski,  za  nasze 
szczęście, Giula, jesteśmy w połowie drogi. Oto nuraga * Mesu Caminu

Ale Giula opuściła powieki, a także i mężczyzna się zasępił. 
W  pewnej  chwili  jakby  zamierzał  coś  powiedzieć,  ale  tylko  potrząsnął  głową  i  zacze-

rwienił się, wpatrzony w czarny punkt, który szybko rósł, i jednym z murów zdawał się zamy-
kać drogę. Powoli i kobieta odwróciwszy głowę zaczęła patrzeć w górę. Oboje myśleli o tym 
samym,  każde  z  nich  chciało  ukryć  twarz,  aby  nie  zdradzić  myśli.  Poczuli  coś  jakby  brak 
tchu, jak gdyby droga była naprawdę zabarykadowana i jakby nie można było iść naprzód. 

Tu na górze, w nuradze, znaleziono przed rokiem nagie, zniekształcone zwłoki bogate-

go  gospodarza,  wdowca,  który  chciał  Giulę  pojąć  za  żonę.  W  tym  czasie  Giula  była  silną 
dziewczyną. Jako sierota wychowała swoich pięciu braciszków i dawała sobie radę z przesia-
niem  trzech  hektolitrów  mąki  jęczmiennej  i  wypieczeniem  z  niej  chleba.  Sąsiadujący  z  nią 
wdowiec  potrzebował  kobiety, która  by  piekła  chleb  dla  jego  czeladzi  i pilnowała domu,  
 

* Nuraga, w narzeczu sardyńskim nuraghe — przedhistoryczna budowla na Sardynii.

 

background image

potrzebował jednym słowem wiernej i niezbyt kosztownej służącej. Giula nadawała się w sam 
raz na taką żonę. 

Po  śmierci  wdowca,  który  się  o  nią  starał,  Giula  poszła  z  dwoma  braćmi  na  służbę  do 

Nuoro, do innego bogatego pana; ten jednakże nie był wdowcem, a przeciwnie, miał piękną 
żonę, która się spodziewała w pięćdziesiątym roku życia dziesiątego dziecka. Łącznie z Giulą 
i  jej  braćmi  gospodarz  trzymał  ośmioro  czeladzi,  która  ledwo  podołała  strzeżeniu  owczych 
stad, świń, koni i sadów. 

Dom był niezwykle hałaśliwy. Z początku zdawało się Giuli, że się znalazła na pełnym 

morzu. Stukała kołyska, hałasowały żarna, dzieci spotykając Giulę na swej drodze popychały 
ją  to  tu,  to  tam i  tylko  w  nocy  twardy  sen  odgradzał  ją  od  hałasu.  Potem gospodyni  wyzna-
czyła jej inne zajęcie i jednostajność tej pracy odosobniła ją nieco. Dniem i nocą przesiewała 
mąkę i wypiekała chleb dla czeladzi. 

W  jesieni  słyszano  ją  jak  śpiewała  przy  wtórze  jednostajnego  szmeru  przesiewanej 

mąki. Była to zawsze jedna i ta sama zwrotka piosenki tak monotonnej, że osiołek obracający 
żarna zatrzymywał się i  zasypiał. Aby  go zbudzić, inna służąca, zajęta kołyską  w  głębi ku-
chni, wystawiała głowę i wykrzykiwała inną zwrotkę w odpowiedzi na pierwszą Giuli. Wtedy 
Giula, budząc się z półsnu. podnosiła ze zdumieniem powieki w twarzy białej od mąki. 

Próbując przypomnieć sobie dalsze zwrotki, śpiewała: 

 

Wyszły gwiazdki i świecą,  
Ty do okna 
ślicznotko  
Wyjd
ź i wychyl się nieco,  
Bym całowa
ć mógł słodko. 

 

Ale osiołek stanął i zasypiał, zatem druga służąca ryknęła co sił: 

 

Wilk podąża w tę stronę,  
Wielka bestia kudłata,  
Niech kto pi
ękną ma żonę,  
Gra na tr
ąbie tratata. 

 

Zresztą w tym domu nie było kiedy śpiewać ani we dnie, ani nocą. W nocy rozchodził 

się  daleko  zapach  pieczonego  chleba  wraz  z  jednostajnym  kołataniem  łopaty  w  piecu  i  z 
paplaniem kobiet wyrabiających z zajadłością szare, jęczmienne bochenki. Giula je wsadzała 
do  pieca.  Pobladła  i  wychudła.  Mąka  bez  przerwy  wdychiwana  drąży  i  zżera  płuca,  a  żar 
rozpalonego  pieca  —  żar  równy  i  nieubłagany,  bijąc  w  twarz  i  piersi  kobiety  siedzącej  na 
ziemi z wyciągniętą łopatką do walki z ciastem, które puchnie, tętni i ucieka jak coś żywego 
—  taki  żar  pali  i  wysysa  krew;  pali  i  wysysa  tym  bardziej,  jeżeli  kobietę  trawi  jeszcze  inny 
ogień, od wewnątrz, i jeżeli ma jakieś osobiste przeciwności do zwalczenia. 

Senna  i  rozgorączkowana  wpatrywała  się  Giula  w  głąb  pieca,  od  długich,  niesfornych 

bochenków  chleba  wyraźniej  widząc  kamienie  płaskowzgórza,  czerwonawe  w  blasku  tragi-
cznego  zachodu  słońca.  W  miejsce  czeluści  pieca  widziała  usiany  gruzem  dół  nuragi,  gdzie 
znaleziono nagiego, zniekształconego trupa wdowca. 

W ten sposób z dnia na dzień traciła siły, dopóki pewnego rana inny, były starający się, 

przysłał z gór jej brata z zapytaniem, czyby  go jeszcze chciała. Nie był bogaty jak wdowiec 
ten jej nowy, a zarazem dawny starający. Przygarnęła go jako sierotę pewna staruszka, którą 
nazywał  babcią.  Mieszkał  w  górach,  pasł  kozy;  ale  w  jego  chacie  nie  było  dużo  roboty,  nie 
miał  bowiem  ani  czeladzi,  ani  koni;  tam,  w  górach,  mogłaby  Giula  odpocząć,  oddychać 
rodzinnym czystym powietrzem i wrócić do zdrowia. 

Ona powiedziała „nie”; ale bracia — ci dwaj pasterze na służbie u jej pana i trzej inni 

background image

pracujący tu i ówdzie po świecie — zeszli się pewnego dnia u niej, aby ją namówić na przy-
jęcie konkurenta. Otoczyli siostrę i wszyscy wpatrywali się w nią tak samo jak wówczas, gdy 
jako dzieci czekali, by im wydzieliła ich skąpe racje chleba, lub gdy prosili o wodę lub inne 
rzeczy konieczne do życia. Wtedy powiedziała: „tak”. 

Młody  pasterz  przyszedł  ze  swych  gór  i  wzięli  ślub;  teraz  wiózł  ją  do  domu  wozem 

wyścielonym  trawą  i  paprocią.  Pradawnym  zwyczajem  ubrano  woły  w  wieńce  z  barwnika, 
które  kołysały  się  na  szyjach  sennych  zwierząt  w  takt  ich  powolnych  ruchów,  zaś  na  końce 
rogów nabito pomarańcze. Po opowiedzeniu sobie różnych rzeczy o mieszkańcach wioski, o 
swoich  chlebodawcach,  o  jej  braciach,  którzy  tak  pięknie  przystroili  weselny  wóz,  młodzi 
małżonkowie umilkli patrząc w stronę nuragi czerniejącej u szczytu drogi. 
 

* * * 

 

Pod  nuragą  zatrzymali  się  na  popas.  Był  to  najwyższy  punkt  płaskowzgórza  z  wido-

kiem na morze. Miejsce było ponure, usiane odłamkami skał i wietrzejących ruin, spustoszo-
ne — zdawało się — walką olbrzymów. A jednak wszyscy przechodząc zatrzymywali się w 
tym  miejscu,  zwłaszcza  wtedy,  gdy  mocno  przygrzewało  słońce,  ponieważ  cień  nuragi  w 
okolicy  pozbawionej  drzew  zapraszał  do  odpoczynku.  Młodzi  małżonkowie  nie  odstąpili  od 
utartego zwyczaju. 

Mężczyzna  poweselał,  wrócił  do  dziecinnej,  trochę  rozhukanej  swobody  sprzed  lat, 

dobrze  Giuli  znanej.  Twarz  miał  ognistoczerwoną,  oczy  chwilami  czułe,  a  czasem  okrutne, 
jak oczy dokazującego chłopca. Mówił bardzo głośno, ale jego głos gubił się połykany przez 
wielką dookolną ciszę, która zdumiewała Giulę, mającą jeszcze w głowie brzęczenie i hałasy 
domu chlebodawcy. 

Coś pierwotnego było w atmosferze odludzia, coś, co sprawiało, że w górze wieś, a w 

dole miasto, gospodarze i słudzy, bogaci i biedni wszystko znikło i nawet prawa ludzkie prze-
stały istnieć. 

Giula  zeszła  z  wozu  i  otrzepała  spódnice.  Była  drobna,  ale  mimo  chudości  zgrabna,  a 

kiedy zdjęła chustkę, ukazała się biała szyja z delikatnymi żyłkami i ciężkie warkocze spada-
jące na plecy. Włosy miała blond, od pieca lekko rudawe. Mężczyzna spojrzał i czerwona fala 
przepłynęła mu przez twarz. 

— Giula — powiedział ściągając z wozu worek — pamiętasz? 
Spojrzeli sobie z uśmiechem w oczy i to była najszczęśliwsza chwila w tym pierwszym 

dniu po ślubie. 

— Teraz przygotujemy ucztę — oznajmił wyjmując z worka zapasy. 
Usiedli na ziemi między kępkami złotożółtych świętojańskich kwiatów i jedli. 
Od czasu do czasu brał jej rękę i ściskał, pokazując lśniące zęby w szerokim uśmiechu. 

Zmuszał ją do picia, a potem całował w usta, by je osuszyć z wina, które jej nie smakowało. 

— Teraz wypadałoby zaśpiewać, ale z kim? Skąd wziąć gości, Giulo? 
Wstał i rozejrzał się, aby się upewnić, że byli sami. Giula widziała go z dołu, był wyso-

ki na tle błękitu i wciąż miała wrażenie, że śni. Przypomniały się jej piosenki śpiewane przy 
wtórze szmeru mąki i w hałasie żaren, kiedy towarzyszka wyrywała ją z półsnu. 

— Śpiewać, ale z kim? — powtórzył. — Sieroce to nasze wesele, Giulo, czyż nie? 
Usiadł  znowu  przy  niej  i  po  dziecinnemu  położył  głowę  na  jej  kolanach.  Widziała  go 

teraz  z  góry.  Serce  tłukło  się  w  niej  mocno,  tym  mocniej,  im  silniej  mężczyzna  ściskał  jej 
rękę, im częściej podnosił głowę, by jej spojrzeć w oczy. Bicie serca przeszło w dzikie łomo-
tanie podobne do tętentu koni, które zbliżały się pędem, były tuż, musiały ją stratować. 

A  on  przyciągnąwszy  głowę  ukochanej  do  swej  twarzy  zaczął  mówić  szeptem,  jakby 

chciał się zwierzyć z jakiejś tajemnicy. 

—  Pamiętasz,  Giulo,  nasz  pierwszy  pocałunek?  To  było  tutaj,  pamiętasz?  Ty  miałaś 

background image

piętnaście lat, ja szesnaście. Twój ojciec trzymał tu swoje stado i my przyszliśmy na strzyżę. 
Przypominasz sobie, ptaszeczku? Był także on, wasz sąsiad, który jeszcze nie był wdowcem i 
nie  myślał  o  tobie...  Dlaczego  mnie  nie  chcesz  pocałować?  Dlaczego  się  odwracasz?  Czy 
myślisz jeszcze o nim? 

Giula już nie odwracała głowy; z zamkniętymi oczyma padła na wznak. Twarz powle-

kła się niebieskawą bladością, oczodoły pogłębiły się i pociemniały. 

—  Giula,  Giula  —  zawołał  przerażony,  podnosząc  się  i  ją  dźwigając  na  rękach.  — 

Giula, spójrz na mnie. 

Uśmiechnęła  się  do  niego,  ale  płakała.  Wtedy  on  na  powrót  przemienił  się  w  chłopca 

sprzed  dziesięciu  lat;  żartował,  ciągnął  ją  za  warkocze,  liczył  palce  u  jej  rąk,  udając,  że  jej 
odbiera  pierścionek.  Zaczął  znowu  mówić  o  ludziach  z  wioski,  o  babci  oczekującej  ich  z 
kawą, o tym, że pewna kobieta wbiła sobie w głowę, że go ożeni ze starą, kulawą dziewczyną, 
właścicielką czterdziestu krów i kilku uli. 

— Ale moim ulem jesteś ty, ty, Giulo. Twoje to pszczoły mnie pokłuły. Za to ileż mio-

du, ptaszku mój... Spójrz na mnie, Giulo, nie gniewasz się już? 

Ona  nie  odpowiedziała  patrząc  mu  głęboko  w  oczy.  Twarz  jej  znowu  pobladła,  potem 

poróżowiała od jego pocałunków. Była w tej chwili tak samo piękna jak przed dziesięciu laty. 
On ukląkł, wziął ją troskliwie w ramiona i zaniósł do ruin nuragi, aby ją ukryć także i przed 
samotnością, i ciszą otoczenia. 
 

* * * 

 

Giula wydawała się martwa, martwa ze szczęścia i wzruszenia. Była słaba, tak słaba, że 

pozostał jej tylko głos, aby o coś zapytać. 

— Cosma, serce moje, teraz jesteśmy mężem i żoną, teraz, kiedy mnie wziąłeś, możesz 

mi wszystko wyznać — powiedziała opuszczając głowę na jego ramię. — To ty go zabiłeś?... 
Powiedz. Jesteśmy już jak jedno ciało i nie mogłabym zdradzić twojej tajemnicy. Powiedz. W 
głębi serca, ja wiem. 

Podniósł jej głowę i jeszcze patrzyli sobie w oczy. Jej wzrok wyrażał trwogę, nadzieję i 

błagalną prośbę. Wołał o pomoc jak wzywa pomocy ktoś, kto się usuwa w przepaść, wiedząc, 
że ratunek jest niemożliwy. 

Czuł, że się gubi, ale i jego pociągnęła przepaść. 
— Tak — powiedział wreszcie i zamknął oczy. 
Nie krzyknęła, nie poruszyła się. 
—  Cosma,  serce  moje,  słuchaj  mnie.  Dlaczego  zdarłeś  z  niego  ubranie,  dlaczego  go 

jeszcze potem zmasakrowałeś ? 

— Dlatego, że to on mnie chciał obrabować, że on mnie chciał okaleczyć, odbierając mi 

ciebie. Także i ty mnie obrabowałaś, i ty mnie zraniłaś, opuszczając mnie dlatego, że byłem 
biedny, a on bogaty... Oto dlaczego... 

— A jego ubranie? Gdzie jest? 
—  Ukryłem  je  w  starym  murze  nuragi.  Tu  —  odwrócił  się  wskazując  owo  miejsce,  a 

kiedy wrócił wzrokiem do niej, spostrzegł z przerażeniem, że jej twarz znowu pokryła się siną 
bladością,  podniesione  powieki  znieruchomiały,  zaś  źrenice  uciekły  w  górę,  jakby  szukając 
miejsca, by się ukryć. 

— Giula! Giula! 
I  znowu  porwał  ją  w  ramiona,  wyniósł  z  nuragi  i  ułożył  ostrożnie  na  trawie  między 

świętojańskimi  kwiatami.  Przycisnął  palcami  jej  powieki,  zdjęty  trwogą  na  widok  tych  bia-
łych oczu, nie patrzących już na nic na ziemi. 

Nie  płakał  ani  nie  krzyczał,  ale  nie  mógł  się  zdobyć  na  ułożenie  jej  z  powrotem  na 

wozie  i  zabranie  jej  —  tak  jak  była  w  stroju  panny  młodej  —  do  wsi.  Pozostał  na  miejscu 

background image

przez cały dzień. Zachód słońca powlókł czerwienią zarośla i kamienie. Potem zniknął także 
cień  nuragi  i  wszystko  dokoła  zmarłej  pociemniało.  Widział  ją  jeszcze  siedząc  obok  na  tra-
wie, patrzył na rozluźnione warkocze, w które wplątały się kwiaty, na ręce zmęczone i smutne 
od nadmiernej pracy. Pomyślał, że po tylu przepracowanych nocach usnęła wreszcie. 

— Dlaczegoś go chciała? Czy był ciebie godniejszy niż ja? — pytał zmarłą; myślał też 

o  starej  babci  czekającej  z  kawą  i  ciastkami,  i  że  teraz  będzie  musiała  uszyć  mu  żałobne 
ubranie. 

Poczuł,  że  rosa  opadła,  i  pomyślał,  że  mogłaby  zaszkodzić  biednej  Giuli.  Dźwignął  ją 

ostatni raz i ułożywszy na wozie zakrył prześcieradłem jak skrzydłem. Z wołów pozdejmował 
wieńce  i  wraz  z  pomarańczami  położył  obok  zmarłej  kobiety.  Potem  na  zwierzęta  nałożył 
jarzmo, ale wciąż jeszcze nie mógł się zdecydować na powrót. 

Zapadł wieczór. Nad nuragą zawisł księżyc, mężczyzna zobaczył pod sobą swój czarny 

cień. Teraz i on sam był wdowcem, ale bez majątku, bez służby, bez dzieci. Nie potrzebował 
drugiej żony; mógłby jednakże starej babci oszczędzić trochę trudu. I nie bardzo zdając sobie 
sprawę  z  tego  co  robi,  wrócił  do  nuragi  i  odszukał  w  szczelinie  muru  ubranie  zabitego 
wdowca. Włożywszy je do worka umieścił tobół u stóp zmarłej żony. Przy wstrząsach wozu 
wydęty  worek  wykonywał  w  świetle  księżyca  ruchy,  jakby  wewnątrz  było  żywe  jagnię.  W 
głębi  duszy  mężczyzna  był  przekonany,  że  wszystko  to,  co  się  stało  w  tym  dniu,  stało  się  z 
woli  Boga,  który  karał  go  w  ten  sposób  za  popełnioną  zbrodnię.  Bóg  natchnął  go  myślą 
ukrycia ubrania w tym miejscu, aby je mógł wziąć i włożyć na grzbiet jako znak kary. 
 

* * * 

 

Ubranie zostało na nim rozpoznane, on sam ujęty i po przesłuchaniu skazany. 

 

Tłumaczyła Maria Orzechowska 

 
 

 
 
 
 
 
 
 

SPIS TREŚCI 

 
 
 

Fatalny sztylet   (Eden Phillipotts)   

 

 

 

 

02 

  

Facino cane   (H. Balzac) 

 

 

 

 

 

 

29 

 

Ubranie wdowca   (Grazia Deledda)  

 

 

 

 

36