background image

 
 
 
 

SKRADZIONY GŁOS 

I INNE OPOWIADANIA 

 

ZŁOTA PODKOWA 17 

 

 

 

 

 
 

WYDAWNICTWO „ŚLĄSK” KATOWICE 1958 

background image

 
 

M. DASZKIJEW 

 

SKRADZIONY GŁOS 

 
Byłem  szczęśliwym  posiadaczem  zbędnego  biletu  na  mecz  piłkarski,  który  się  miał 

odbyć na stadionie sportowym. Stałem nie opodal wejścia na stadion, a obok mnie kręcili się 
miłośnicy sportu piłkarskiego, którzy się chcieli znaleźć na zawodach. 

Pełen poczucia własnej  godności, starałem się wybrać w sposób sprawiedliwy spośród 

mnóstwa  kibiców  jednego,  który  byłby  najbardziej  zgryziony  brakiem  biletu.  Nie  było  to 
zadanie  łatwe  i  byłbym  się  na  pewno  guzdrał  z  tym  wyborem  aż  do  ostatniej  minuty  przed 
rozpoczęciem meczu, gdybym był nagle... nie spostrzegł pięknej panienki. 

Jej szare oczy były smutne. Prawdopodobnie już straciła wszelką nadzieję na otrzyma-

nie biletu na stadion i od czasu do czasu obrzucała wzrokiem tłum kibiców. Należało więc tej 
młodej  miłośniczce  sportu,  jako  najbardziej  tego  godnej  w  moim  przekonaniu,  wręczyć  mój 
zbędny bilet. Ona zaś, jakby przewidując mój zamiar, krzyknęła radośnie: 

— Władziu, masz bilety? 
Zdziwiłem się: skądże ona zna moje imię? Lecz zanim zdążyłem odpowiedzieć, za mo-

imi plecami zahuczał ktoś basem: 

— Oczywiście, mam. 
Machając  biletami  przecisnął  się  przez  tłum  do  panienki  jakiś  wysoki  marynarz,  wziął 

ją pod rękę i skierował się do wejścia na stadion. 

Patrzyłem w ślad za nimi zbity z tropu i zły. Jeszcze jej nie znałem, a już zazdrość ro-

dziła się w mym sercu, gdy patrzyłem dzikim wzrokiem na szerokie plecy marynarza. Życzy-
łem mu wiele nieszczęść łącznie z najstraszniejszym: aby zgubił bilety wejścia na stadion. 

Lecz marynarz z dziewczyną przeszedł bramę stadionu bez przeszkód. Kibice odprowa-

dzali  ich  zazdrosnymi  spojrzeniami,  a  jeden  z  nich,  wysoki  chudy  młodzieniec  stojący  przy 
ogrodzeniu, krzyknął w ich stronę: 

— Marysiu, przyjemnych wrażeń! 
Panienka kiwnęła głową. 
„Marysia!”  —  powtórzyłem  w  myśli.  A  więc  już  wiem,  jak  jej  na  imię.  Za  to  jedno 

należy  wynagrodzić  chudego  młodzieńca.  Podszedłem  do  niego,  położyłem  bilet  na  dłoni  i 
szepnąłem: 

— Trybuna północna. Będziemy mieli miejsca obok siebie. 
W  taki  sposób  zapoznałem  się  z  Kajetanem  Twardokęsem,  studentem  instytutu  filmo-

wego. 

W dniu tym niewiele zwracałem uwagi na przebieg meczu. Podczas bardzo interesują-

cych rozgrywek pod bramką „Torpedo”, gdzie co chwila wybuchała walka o piłkę, ja patrzy-
łem na trybunę, gdzie siedziała Marysia. Wśród tysięcy innych dziewcząt tylko ją widziałem. 

Gdy zawody piłkarskie skończyły się, Kajetan zaproponował. abym poszedł do niego: 
— Może pan zechce pójść do mnie, pokażę panu parę cudownych rzeczy. 
— Dobrze, pójdę z chęcią — zgodziłem się skwapliwie, mając nadzieję dowiedzieć się 

czegoś o nieznajomej. 

„Cudowne rzeczy” zaczęły się już wtedy, gdy przyszliśmy pod dom, w którym mieszkał 

Twardokęs. Kajetan podszedł do drzwi swego mieszkania, ukłonił się i rzekł: 

— Drzwi, otwórzcie się! 
Drzwi  się  otworzyły.  W  przedpokoju  zapaliła  się  żarówka.  Głos,  bardzo  podobny  do 

głosu Kajetana, rzekł: 

— Proszę do gabinetu. Prosto. Ostrożnie: drzwi są automatyczne. 

background image

Nie  zdążyłem  przekroczyć  progu,  gdy  drzwi  lekko,  lecz  stanowczo  nacisnęły  na  moje 

plecy. Jednocześnie jakaś dźwignia korbowa dość bezceremonialnie zdjęła z mej głowy kape-
lusz i wciągnęła do na pół ciemnej niszy. 

— Dziękuję — wymamrotałem nieco oszołomiony. 
— Proszę bardzo — uśmiechnął się Kajetan. — Jak się to panu podoba? 
— Wcale nieźle — rzekłem powściągliwie, spoglądając ostrożnie na krzesło, na którym 

coś nieoczekiwanie trzasnęło, zadźwięczało i zapaliły się różnokolorowe żarówki — o takich 
sztukach już kiedyś czytałem. 

— Wcale nieźle? — powtórzył Kajetan niezadowolonym głosem. — Pan prawdopodo-

bnie nie zna się na technice. 

—  Bardzo  mało  —  przyznałem.  —  Nie  jest  mi  to  potrzebne,  ponieważ  jestem  filolo-

giem. 

— A może początkującym poetą? 
— Tak. 
— Hm... 
To „hm” Kajetan wyrzekł z taką pogardą, jakby mnie przyłapał na jakiejś nieprzyzwo-

itości. Nie wytrzymałem i rzekłem: 

— Cóż, pan sądzi, że każdy musi być inżynierem? 
—  Techniką  powinien  się  interesować  każdy  kulturalny  człowiek  —  stanowczo  rzekł 

Kajetan. 

— Ach, tak! — wykrzyknąłem. — Może więc uważa pan, że ja, jako filolog, powinie-

nem zacząć uczyć się wzorów matematycznych! 

Niepostrzeżenie  narastał  spór.  Nasza  ledwie  powstała  przyjaźń  była  w  niebezpieczeń-

stwie. Jednak Kajetan zrobił ruch ręką w moim kierunku i rzekł: 

— Nie będziemy się sprzeczać; przyszłość pokaże, kto z nas ma rację. Biorę na siebie 

obowiązek zainteresowania pana radiotechniką. Czy pan uwierzy, że mogę odgadywać cudze 
myśli? 

—  Czyżby?  —  zaśmiałem  się.  —  Przecież  tu  nawet  technika  nie  pomoże.  Telepatia 

elektronowa  nie  jest  żadną  nauką,  lecz  zgrabną  sztuczką.  Na  tym  i  my,  filologowie,  znamy 
się. 

—  Zobaczymy!  —  zagadkowo  uśmiechnął  się  Kajetan.  —  Proszę  usiąść  tu,  przy  tym 

przyrządzie.  —  Kajetan  wskazał  na  dość  skomplikowany  aparat  z  kilkunastoma  tarczami 
umieszczonymi z przodu. — Przyrząd zapisze pańskie myśli, a potem je wypowie na głos. 

— Ho, ho! — rzekłem szyderczo, otwarcie drwiąc z zapewnień mojego znajomego. — 

Proszę, niech pan zaczyna tę swoją czarną magię. 

Gdy „zapisywanie moich myśli” na przyrządzie zostało ukończone, Kajetan wyjaśnił, że 

film  z  zapisanymi  „myślami”  trzeba  będzie  poddać  procesowi  utrwalenia,  co  potrwa  około 
miesiąca,  i  wtedy  można  go  będzie  przepuścić  przez  aparat,  który  wygłosi  zapisane  myśli. 
Jednak coś niecoś można będzie uchwycić i teraz. 

Włożył słuchawki, włączył jakieś lampy sygnalizacyjne, długo wsłuchiwał się w jakieś 

sygnały, pilnie przypatrując się przyrządom pomiarowym, a potem rzekł uroczyście: 

— Nazywa się Maryla! 
— Maryla?! — spytałem zdumiony.  
— Tak, tak, ale proszę nie przerywać.  Zapis na filmie nie jest wyraźny, ponieważ pan 

był bardzo wzruszony i nie mogę wszystkiego zrozumieć. Proszę mi tylko zdradzić, czy pan 
kiedy myślał o jakim marynarzu... co to za marynarz? 

Zastanawiałem się przez chwilę nad odpowiedzią i patrzyłem zdumionym wzrokiem na 

Kajetana.  Kajetan  w  skupieniu  przysłuchiwał  się  dźwiękom  słabo  brzęczącym  w  słucha-
wkach, wreszcie spojrzał na mnie uważnie i zdjąwszy słuchawki roześmiał się: 

— Ach, teraz dopiero rozumiem! Prawdopodobnie spodobała się panu Marysia Kowal-

background image

ska, nasza studentka.  I zapewne z zazdrością pan patrzył, jak szła z marynarzem na stadion. 
Ależ to jej brat! Znam Marysię bardzo dobrze i mogę pana z nią zapoznać. No, więc jednak 
odgadłem pańskie myśli. 

—  Tak,  rzeczywiście.  Ale  to  nie  było  takie  trudne  —  wymamrotałem  nieco  speszony. 

— Przede wszystkim jest bardzo ładna, a po drugie — przecież to ja sam pana o nią zapyty-
wałem. 

— Możliwe — spokojnie odrzekł Kajetan. Spojrzałem na niego i nie zrozumiałem, czy 

ta uwaga dotyczyła jej powierzchowności, czy też moich dalszych słów. 

Po pewnym czasie za pośrednictwem Kajetana zapoznałem się z Marysią i zakochałem 

się w niej, lecz w żaden sposób nie mogłem jej tego wyznać; nie miałem po prostu odwagi. 

Często spotykaliśmy się i spędzaliśmy razem wieczory. W jej obecności ogarniało mnie 

jednak jakieś dziwne ubóstwo myśli: recytowałem wiersze znanych autorów, upajałem się so-
netami,  balladami,  sypałem  kalamburami,  wyciągałem  z  zakątków  pamięci  różne  nie  druko-
wane lub nie ukończone wiersze, ale wszystko to były utwory cudze. A własne wiersze, które 
pisałem w męce podczas bezsennych nocy, wydawały mi się błahe i nędzne. 

Niekiedy deklamowałem po kilka godzin z rzędu, a ona słuchała w milczeniu i patrzyła 

na mnie spokojnym, czułym wzrokiem. W pewnych chwilach wydawało mi się, że ona chcia-
łaby usłyszeć tylko dwa zwykłe słowa: „Kocham cię”. Lecz tych słów nie mogłem wymówić. 
Lepiej  męczyć  się  i  milczeć,  i  widzieć  codziennie  te  szare  zamyślone  oczy,  słuchać  tego 
miękkiego serdecznego głosu niż usłyszeć surowe i krótkie: „Nie!” 

Wreszcie  —  wyobraźcie  sobie!  —  ona  pierwsza  mi  to  powiedziała,  chociaż  w  dość 

dziwny sposób. 

W  wigilię  Nowego  Roku  otrzymałem  list,  w  którym  znajdowała  się  nieduża  płyta 

gramofonowa  z  masy  plastycznej.  Na  płycie  widniało  kilka  słów  skreślonych  jej  ręką:  „Dla 
Władzia. Poufne. Proszę wysłuchać tego na patefonie”. 

Pobiegłem natychmiast do sąsiadów i poprosiłem o patefon. I oto, gdy płyta zaczęła się 

kręcić, usłyszałem w pokoju nadzwyczaj wyraźnie brzmiący głos Marysi: 

—  Władziu!  Mój  najdroższy!  Ty  bardzo  dobrze  deklamujesz  różne  cudze  wiersze,  ale 

dlaczego nigdy nie napiszesz nic dla mnie? Czy nie widzisz, że cię kocham? Czytałam twoje 
wiersze w studenckiej  gazetce ściennej.  Bardzo ładne wiersze. Ty  będziesz na pewno poetą. 
Ale jeżeli mnie kochasz, proszę cię bardzo: studiuj radio. Każdy obywatel powinien intereso-
wać się techniką lub chociażby jej wytworami. Czy zgadzasz się, mój kochany? 

— Zgadzam się! — odpowiedziałem skonfundowany do patefonu i zaczerwieniłem się 

po same uszy. Ha! cóż miałem robić? Teraz chcąc nie chcąc musiałem się interesować techni-
ką. 

Tego  samego  wieczoru,  pałając  ogromnym  natchnieniem,  napisałem  cztery  wiersze, 

które poświęciłem Marysi, i nauczyłem się na pamięć z podręcznika radiotechniki dwa i pół 
rozdziału włącznie z „Modulacją”. Lecz tu ugrzęzłem i następnego dnia poszedłem po wyja-
śnienia do Kajetana. 

Nie zdążyłem jeszcze nic powiedzieć, gdy mój kolega zamachał rękami i wykrzyknął: 
— Wiem, wiem! Wszystko wiem! Ja zapisywałem twoje myśli w ciągu kilku ostatnich 

dni.  Wczoraj  otrzymałeś  list,  w  którym  Marysia  napisała,  że.  cię  kocha.  Teraz  chcesz  jej 
odpowiedzieć. 

Ze zdumienia otworzyłem usta. Że byłem zakochany, można się było domyślić bez wie-

lkiego trudu, spojrzawszy na mój nadzwyczaj płomienny wzrok. Można było podrobić pismo 
i wysłać fałszywy list. Ale głosu nie można przecież podrobić! Jeszcze do tej pory brzmiały 
mi  w  uszach  jej  słowa:  „Władziu!  Mój  najdroższy!”  Przecież  to  jest  intonacja  i  tembr  jej 
głosu,  który  mogę  rozpoznać  pośród  tysiąca  innych  głosów!...  Prawdopodobnie  ona  ten  list 
podyktowała  w  uniwersyteckim  laboratorium  dźwiękowym.  I  oczywiście  zrobiła  to  wtedy, 
gdy nikogo w pobliżu nie było... W jaki sposób dowiedział się o tym Kajetan? 

background image

Zupełnie rozstrojony, poddałem się bez sprzeciwu rozkazowi i usiadłem przy „aparacie 

do zapisywania myśli”. Kajetan włożył słuchawki i przekręcił wyłącznik. Coś mu się tam nie 
wiodło, denerwował się, wreszcie rzekł: 

— Opanuj się! Przecież nie mogę zapisywać! Jesteś strasznie zdenerwowany. Spójrz na 

przyrządy pomiarowe! 

Rzeczywiście strzałki woltomierzy drgały gorączkowo na tarczach w obie strony. 
— Nie — powiedział Kajetan i machnął ręką — nic z tego nie będzie. Trzeba wykorzy-

stać twoje myśli zapisane wczoraj. Przecież wczoraj miałeś zamiar napisać list do Marysi. 

Czy miałem zamiar? Tak, nawet napisałem z dziesięć listów, lecz zniszczyłem je wszy-

stkie sądząc, że w żadnym z nich nie wyraziłem w dostateczny sposób swoich uczuć. 

—  Przewidziałem  to  —  mrugnął  do  mnie  Kajetan  —  i  dlatego  zachowałem  taśmę. 

Wobec tego założymy ją do aparatu i wysłuchamy. 

Kajetan włączył magnetofon i w tej samej chwili usłyszałem mój głos, który dźwięczał 

monotonnie i żałośnie: 

—  Marysiu!  Moja  najdroższa!  Kocham  cię  z  całego  serca!  Trudno  mi  było  wypowie-

dzieć te słowa głośno, ale, wierz mi, powtarzam je w duszy codziennie, co chwila! 

Byłem  pokonany  ostatecznie:  tak  właśnie  myślałem  codziennie  o  niej,  o mojej  najdro-

ższej dziewczynie! I oto teraz moje najtajniejsze myśli zostały zapisane na taśmie, dźwięczą z 
magnetofonu!... 

Popatrzyłem przestraszony na Kajetana. A ten zachichotał: 
—  No  i  cóż?  Czy  warto  studiować  radiotechnikę?  Czy  twoje  myśli  nie  są  zapisane 

dokładnie?... Zaraz poślemy ten list do Marysi. 

Okazało  się,  że  „maszyna  do  zapisywania  myśli”  miała  urządzenie  do  przepisywania 

dźwięku  na  czyste  płyty  gramofonowe.  Podczas  przepisywania  mojego  listu  w  maszynie 
cichutko syczał rylec, który na czarnej plastykowej płycie żłobił cienką linijkę dźwiękową. 

Gdy  zapisywanie  zostało  ukończone,  przepuściliśmy  płytę  przez  adapter  i  wysłuchali-

śmy  „listu”  jeszcze  raz,  po  czym  włożyliśmy  płytę  do  koperty,  napisaliśmy  na  niej  adres  i 
zanieśliśmy na pocztę. 

—  Nareszcie!  —  westchnąłem  z  ulgą.  —  Teraz  wszystkie  drogi  do  odwrotu  zostały 

odcięte. 

—  Ale  na  tym  nie  koniec  —  uśmiechnął  się  Kajetan.  —  Jutro  otrzymasz  od  Marysi 

drugi list. Cóż byś chciał usłyszeć? 

Wybuchnąłem gniewnie: 
—  Wiesz,  mój  kochany,  żartować  można,  lecz  do  pewnych  granic!  Mam  nadzieję,  że 

Marysia nie pisała pierwszego listu pod twoje dyktando. 

— No, niezupełnie — wzruszył ramionami Kajetan. 
Nie  wiedziałem,  co  to  ma  znaczyć,  lecz  Kajetan  nic  nie  mówił  krzątając  się  dokoła 

swych aparatów. Wreszcie wyjął wtyczkę z gniazdka i rzekł: 

— Już jest druga godzina. Przez ciebie spóźnię się do laboratorium. Wiesz, mam bardzo 

pilne zadanie do wykonania, może zechciałbyś mi pomóc. Zgadzasz się? 

— Proszę bardzo — odpowiedziałem nieco zagniewany. 
Pomoc  moja  polegała  na  nieskomplikowanej  czynności:  z  dużej  koperty  należało  wy-

brać wycięte z czarnego papieru sylwetki, podobne do gór skalistych z ostrymi wierzchołkami 
i  porównać  je  z  podobnymi  sylwetkami  umieszczonymi  na  specjalnej  tablicy.  Wybrane 
sylwetki Kajetan naklejał na długi biały pasek papieru, zwiększał lub podmalowywał tuszem 
niektóre wierzchołki, zmniejszał lub rozszerzał niektóre doliny, słowem robił coś, co było dla 
mnie zupełnie niezrozumiałe. Na moje pytania nie odpowiadał. 

Po dwóch godzinach pracy w rękach Kajetana powstała długa wąska taśma z narysowa-

nymi na niej sylwetkami, podobnymi do grzbietu górskiego lub do zębów zniszczonej piły. 

— Doskonale! — rzekł zachwycony Kajetan. —Teraz się dowiesz, co to jest. Uwaga! 

background image

Włożył  papierową  taśmę  do  aparatu,  wetknął  wtyczkę  do  gniazdka,  przekręcił  wyłą-

cznik i... 

Czy  uwierzycie?  Usłyszałem  głos  Marysi,  ten  najdroższy  dla  mnie  głos!...  Mówiła,  że 

list mój otrzymała i jest bardzo, bardzo... 

Lecz co „bardzo” — tego się nie dowiedziałem. 
Taśma bowiem miała za mało naklejonych sylwetek. Kajetan po prostu oszukiwał mnie. 

Nie miał żadnego „aparatu do zapisywania myśli”, lecz był doskonale obeznany z urządzenia-
mi radiotechnicznymi i dźwiękowymi, no i był doskonałym obserwatorem. 

Sylwetki  na  białej  taśmie  były  „ścieżką  dźwiękową”,  taką  samą,  jaka  jest  na  filmie 

dźwiękowym.  Głos  aktora  zapisany  jest  na  nim  w  postaci  różnych  drgań  dźwiękowych.  Za 
pomocą specjalnego urządzenia Kajetan zapisywał na filmie głos mój i Marysi. Potem powię-
kszał odtworzone pojedyncze dźwięki, które na filmie wyglądały jak grzbiety górskie, i w taki 
sposób otrzymywał „alfabet dźwiękowy”. Każda  litera, każdy  dźwięk miały swoją  charakte-
rystyczną  sylwetkę,  nie  podobną  do  innych.  Rysując  te  sylwety  obok  siebie,  można  było 
odtworzyć każdy głos i w ten sposób ułożyć i „napisać” list o różnej treści. Oczywiście głos 
zapisany na filmie można było przenieść na płytę patefonową lub na taśmę stalową magneto-
fonu, z których można go było wielokrotnie odtwarzać. 

„A  ja  byłem  taki  naiwny  —  pomyślałem  sobie  —  i  uwierzyłem  w  jego  »aparat  do 

zapisywania myśli«! I na domiar złego wysłałem do Marysi, która niczego się nie spodziewa, 
list z oświadczynami, potwierdzając odbiór listu, o którym ona w ogóle nie wie! Co ja naro-
biłem?!” 

Zacząłem nienawidzieć Kajetana, przeklinałem chwilę, gdy się z nim zapoznałem przed 

wejściem  na  stadion,  żałowałem,  że  się  nie  znam  na  technice,  że  byłem  łatwowierny,  i  uty-
skiwałem  na  siebie  z  powodu  wielu  jeszcze  innych  swoich  wad,  rzeczywistych  i  nierzeczy-
wistych. 

Z początku Kajetan uspokajał mnie, a potem oburzył się na mnie: 
— I cóżeś tak zmarkotniał? Cóż się stało? Czy ty wiesz, że ja tobie pierwszemu poka-

załem  wynalazek,  który  ma  bardzo  ważne  znaczenie?!  Wydaje  ci  się,  że  to  jest  takie  łatwe: 
wyciąć sylwetki, nakleić je raz dwa na papier — i masz gotową żywą mowę! Spójrz na to! — 
rzucił  na  stół  zeszyt  zapisany  wzorami.  —  Ja  nad  tym  siedziałem  kilka  lat.  Nad  mówiącym 
listem od Marysi do ciebie prześlęczałem przy tym stole cztery wieczory... A ty! Już wszyscy 
dawno wiedzą, prócz ciebie, że Marysia cię lubi. Ale ona ci tego pierwsza nie powie! Powi-
nieneś  mi  być  wdzięczny  za  to!  Jeżeli  Marysia  rozgniewa  się  na  ciebie  za  ten  list,  gotów 
jestem ponieść surową karę. Ja... ja wtedy pójdę na filologię! Ale jeżeli się nie rozgniewa, ty 
zobowiążesz  się  złożyć  przede  mną  egzamin  z  radiotechniki  na  „bardzo  dobrze”.  Zgadzasz 
się? 

— Zgoda — rzekłem w gniewie. — Niech tak będzie! 
Oczywiście przegrałem! Ale byłem bardzo rad z tego, gdyż Marysia rzeczywiście mnie 

lubi. Teraz muszę sterczeć nad wzorami i, szczerze mówiąc, to mi  wcale  nie przeszkadza w 
pisaniu wierszy. 

A  Kajetan  Twardokęs  oszukał  mnie  zręcznie  po  raz  drugi.  Gdyby  nawet  przegrał 

zakład,  nic  by  nie  stracił,  gdyż  od  dawna  przygotowywał  się  do  wstąpienia  na  zaoczny  kurs 
wydziału filologicznego, ponieważ również pisze wiersze i, jak się okazało, wcale niezłe. 

Prowadzimy ze sobą rozmowy o literaturze, chodzimy wspólnie na zawody  piłkarskie, 

konstruujemy różne urządzenia i, w głębokiej tajemnicy przed wszystkimi, oczywiście z wy-
jątkiem  Marysi,  pracujemy  nad  wspólnym  projektem  dyplomowym.  Marzymy  o  tej  chwili, 
gdy na  ekranach  w naszym kraju ukaże się zrobiony przez nas film o Majakowskim, w któ-
rym będzie brzmiał rzeczywisty „żywy” głos tego poety. Już ułożyliśmy z Kajetanem „alfabet 
dźwiękowy”  mowy  Majakowskiego  według  niewielu  zachowanych  płyt  gramofonowych  z 
jego przemówieniami. 

background image

 

W. POPOW 

 

PRZYGODA Z APARATEM PR-5 

 

NIEOSTRO

ŻNY LEKARZ 

 

Już  od  pięciu  lat  trwała  praca  Piotra  Zarzyckiego,  wraz  z  pięcioosobowym  zespołem 

pracowników,  nad  aparatem  Pr-5.  Wreszcie  przed  dwoma  tygodniami  aparat  został  w 
licznych  próbach  zbadany  i  przyjęty.  W  instytucie  postanowiono  przekazać  go  wytwórni 
PZEM,  która  miała  rozpocząć  produkcję  seryjną  tych  aparatów  według  wskazówek  Zarzy-
ckiego. 

Do  wytwórni  pozostało  jeszcze  kilkanaście  kilometrów.  Po  drodze,  w  odległości  kilo-

metra  od  autostrady,  w  miejscowości  Zacisze,  stał  domek  Zarzyckiego,  w  którym  spędzał  z 
rodziną  miesiące  letnie.  Już  w  instytucie  Zarzycki  postanowił  zatrzymać  się  na  noc  w  swej 
willi.  Gdy  nad  koronami  drzew  dostrzegł  z  autostrady  wysoki  maszt  z  chorągwią  obozu 
harcerskiego, rzekł do kierowcy: 

— Proszę skręcić za masztem na prawo, obok obozu. 
Samochód ciężarowy skręcił na wąską drogę podmiejską; pod kołami zachrzęścił żwir. 

Potem  skręcił  jeszcze  raz  w  prawo  i  zatrzymał  się  przed  niewysoką  bramą,  prowadzącą  na 
podwórze piętrowej drewnianej willi. 

Zaledwie Zarzycki zdążył wysiąść z samochodu, gdy zza klombów wybiegła dziewczy-

nka może ośmioletnia, a za nią z radosnym szczekaniem kudłaty pies Czajka. 

Zarzyckiego oczekiwało w domu kilka osób. Żona, pani Antonina, prowadziła za sobą 

kilkoro gości. Był między nimi sąsiad Zarzyckich, lekarz Takulski, był kolega z frontu, major 
Głowacki, i koleżanka pani Antoniny, inżynier-chemik Tokarska. 

Pan Piotr wszedł na podwórko z Krystynką na rękach, samochód podjechał z aparatem 

Pr-5  pod  sam  dom.  Po  przeniesieniu  aparatu  do  pokoju  goście  przeszli  do  jadalni,  gdyż  tu 
było chłodniej. 

Przy obiedzie Takulski podniósł kieliszek napełniony winem i zwrócił się do Zarzyckie-

go: 

— Winszuję ci wspaniałego sukcesu, chociaż ani medycyna, ani obecni tutaj jeszcze nie 

znają twojego aparatu Pr-5. 

—  Medycyna  już  trochę  o  tym  wie  —  uśmiechnął  się  Zarzycki.  —  I  ty,  mój  kochany 

doktorze,  również  coś  o  tym  wiesz.  Przecież  w  twojej  klinice  macie  taki  aparat  do  elektry-
cznego usypiania! 

— Tak, już od pięciu lat działa. To jest aparat konstrukcji profesora Gularowskiego oraz 

dwóch  innych  lekarzy.  Doskonałe  urządzenie!  Ale  jaki  to  ma  związek  z  twoim  aparatem     
Pr-5? 

—  Związek  jest  bezpośredni.  Postanowiliśmy  kontynuować  pracę  profesora  Gularo-

wskiego i jego zespołu. Wiesz, że ich aparat do leczenia za pomocą snu jest oparty na meto-
dzie  kontaktowej.  Urządzenie  elektryczne  tego  aparatu  jest  dość  proste,  gdyż  wytwarza 
krótkie impulsy prądu. Jeden impuls trwa jedną dwudziestotysięczną sekundy. Czy tak? 

—  Tak  jest.  Nakładamy  choremu  na  czoło  i  na  tył  głowy  elektrody  ołowiane  owinięte 

wilgotną  tkaniną.  Chory  zasypia  jak  małe  dziecko  i  śpi  tak  długo,  jak  to  jest  potrzebne  dla 
jego wyzdrowienia. 

— Tak, do indywidualnego leczenia jest to przyrząd znakomity. Ale — Zarzycki lekko 

się uśmiechnął — postanowiliśmy rozszerzyć możliwości naszego aparatu. Można nim uśpić 
od razu dużą grupę chorych, nie stosując metody kontaktowej. 

— Czy to jest metoda promieni radiowych? — zagadnął Takulski. 

background image

— Niezupełnie — odpowiedział Zarzycki — lecz jest bardzo do niej zbliżona. Oczywi-

ście, w takich wypadkach nie można się obejść bez fal elektromagnetycznych, to jest zupełnie 
zrozumiałe. Aparatem Pr-5 można leczyć chorych, lecz można się nim posługiwać i w innych 
wypadkach. 

— Na przykład? 
—  No,  chociażby  łowić  drapieżne  zwierzęta,  usypiać  i  łatwo  niszczyć  szkodniki  w 

gospodarstwach rolnych. Wszystkiego jeszcze nie zbadaliśmy. To się okaże w przyszłości. 

Takulski podskoczył i, wymachując widelcem w powietrzu, krzyknął w podnieceniu: 
— No, to nam pokaż twój aparat! 
—  Poczekaj  chwileczkę  —  z  uśmiechem  odpowiedział  Zarzycki  i  zapytał  siedzącego 

obok asystenta: 

— Jak sądzisz, Andrzeju, można go będzie zademonstrować? 
— Oczywiście, że można. 
— Ach, to będzie bardzo ciekawe! — krzyknęła z zachwytem przyjaciółka pani Anto-

niny. — Wtedy się podobno ma uczucie, którego nie można ani opisać, ani określić. 

Zarzycki rzekł z uśmiechem: 
— Rzeczywiście, nie można go będzie określić. Nic absolutnie pani nie poczuje. Czło-

wiek wie tylko, że spał, spojrzawszy na zegar, a niekiedy nawet na kartki kalendarza. 

Zarzycki  z  asystentem  Andrzejem  przynieśli  aparat,  wyciągnęli  zeń  długi  giętki  prze-

wód i włączyli wtyczkę do gniazdka. 

— Ten przewód — wyjaśnił Zarzycki — będzie zasilał aparat prądem.  A pan Andrzej 

będzie  się  znajdował  poza  sferą  promieniowania  aparatu  i  będzie  czuwał  nad  naszym  snem. 
Przyrząd  działa  nadzwyczaj  dokładnie  i  każdy  inteligentny  człowiek  może  go  obsługiwać. 
Proszę spojrzeć, doktorze! Gdy to kółko obrócimy  w prawo, przyrząd będzie włączony, a w 
lewo — wyłączony. Na górze, jak widzisz, jest przyrząd wysyłający promienie. Ale do niego 
trzeba dodać jeszcze jedną małą część, która jest dość ciężka, chociaż prosta. 

— Co to za część? 
— Zaraz przyniesiemy, to ci wyjaśnię. Tylko nie ruszaj tych kółek. 
— Sądzisz, że ci co popsuję? 
—  Nie.  Aparat  jest  tak  skonstruowany,  że  nawet  niedoświadczony  człowiek  nic  nie 

może zepsuć. 

Zarzycki z asystentem wyszli z pokoju. Lekarz popatrzył w ślad za nimi i z zaintereso-

waniem zaczął oglądać aparat, dotykając różnych jego części, kółka uruchamiającego i kółka 
regulującego intensywność promieniowania. 

Spojrzawszy na lekarza Krystynka rzekła z powagą: 
— Tatuś prosił, aby nic nie ruszać... 
Pani Antonina przerwała z niezadowoleniem: 
— Ależ, Krystynko, nie można tak mówić! Dorośli wiedzą, co można robić, a czego nie 

można. 

Takulski  ukłonił  się  żartobliwie  pani  Antoninie  i  ostrożnie  pokręcił  kółkiem  aparatu. 

Ponieważ nic się nie stało, Takulski stopniowo obrócił kółko w położenie rozruchowe. Wszy-
scy z uśmiechem spoglądali na jego komicznie skupioną minę. 

— Nic nie czuję — rzekł zdziwiony lekarz. — Aparat jest włączony, lecz nie działa. 
— A może trzeba ten okrągły figielek pokręcić — doradziła koleżanka pani Antoniny. 

— Jestem pewna, że cała rzecz na tym polega. Ale poczekajmy na pana Piotra. 

Zarzycki z asystentem przynieśli dużą skrzynkę koloru brązowego i postawili ją na sto-

le. Na skrzynce umieszczony był ciężki reflektor ze stopu berylowego. Ujrzawszy Takulskie-
go przy aparacie, Zarzycki rzekł do niego z uśmiechem: 

— Nie możesz się doczekać. 
— Oczywiście. Ale aparat nie działa. Chyba, że to kółko należałoby obrócić... 

background image

Takulski spokojnie obrócił na prawo błyszczące chromowane kółeczko. 
Zarzycki skoczył do niego z krzykiem: 
— Poczekaj! Odkręć z powrotem!... 
Lekarz  próbował  obrócić  kółeczko  z  powrotem,  ale  już  nie  mógł.  Jakoś  zmiękł  cały, 

pochylił się i upadł na dywan obok stołu. 

Na półokrągłej tarczy aparatu strzałka zatrzymała się na czerwonej kresce oznaczającej 

największe promieniowanie. 

Dokoła  wszystko  zamarło.  Przyjaciółka  pani  Antoniny  usnęła  pochyliwszy  głowę  na 

bok,  jakby  czegoś  nasłuchiwała.  Major  Głowacki,  który  siedział  na  otomanie,  chciał  coś 
powiedzieć i przybrawszy odpowiednią pozę pozostał w takim stanie. Krystynka na dywaniku 
podciągnęła  nóżki  i  zdążyła  objąć  ręką  Czajkę.  Zarzycki  z  asystentem  zasnęli  porażeni 
mocnym snem przy samej skrzynce z reflektorem berylowym. 

Muchy latające na werandzie, kilka pszczół i dwa motyle opadły na podłogę, jak krople 

deszczu.  Z  gałęzi  pospadały  w  gęstą  trawę  wróble,  a  w  sąsiednich  krzaczkach  leżało  kilka 
kawek i innych ptaków, które spadły podczas przelotu nad ogrodem. Kot Maciek nastawił się 
na żabę i w takiej pozie pozostał. Wszystko, dosłownie wszystko dokoła usnęło. 

Tylko wysoki zegar w orzechowej szafie machał dużym wahadłem i tykając odmierzał 

dokładnie  czas.  Wybiła  już  siódma,  pół  do  ósmej,  potem  ósma.  Lecz  wszystko  dokoła  było 
pogrążone w głębokim śnie, którego już nie można było przerwać. 
 
 
 

TAJEMNICZA STREFA 

 

Następnego dnia około godziny siódmej z rana pierwsza przybyła mleczarka Agnieszka, 

która  przywoziła  Zarzyckim  mleko.  Istniał  już  od  dawna  taki  zwyczaj,  że  na  werandzie 
stawiano  dzbanek  ze  szklaną  pokrywką.  Mleczarka  przychodziła  rano  około  godziny  szóstej 
albo o siódmej, otwierała furtkę po naciśnięciu ukrytego w belce guziczka (pomysł racjonali-
zatorski Zarzyckiego) i szła na werandę w towarzystwie radośnie szczekającej Czajki. Potem 
wlewała dwa litry mleka do dzbanka i szła dalej. 

W taki sposób miała i dziś dostarczyć mleko. 
Weszła  więc  na  znaną  sobie  ścieżkę  z  bańką  mleka  na  plecach.  Lecz  na  kilka  metrów 

przed furtką zaczęła strasznie ziewać, a po kilku krokach nogi jej się ugięły i wszystko dokoła 
popłynęło jakby na karuzeli. Zdjąwszy czym prędzej bańkę z pleców mleczarka zdążyła tylko 
postawić ją na ziemi, przysiąść tuż przy samej ławce obok furtki — i natychmiast zasnęła. 

Na  drodze  biegnącej  wzdłuż  osiedla  podmiejskiego  zjawili  się  pierwsi  przechodnie. 

Gdy znaleźli się obok willi Zarzyckich, zaczęli ziewać, jakby byli po nie przespanej nocy. 

Około  godziny  ósmej  przebiegał  tędy  przyjaciel  Krystynki,  Pawełek  Wróblewski, 

którego mama posłała po świeże bułki. Gdy Pawełek był już blisko willi Zarzyckich, ziewnął 
również kilkakrotnie i zdawało mu się, że to ojciec nie dał mu się dzisiaj wyspać.   

Wtem uwagę Pawełka przyciągnęło niezwykłe zjawisko. Nad drzewami unosiło się sta-

do bielutkich gołębi, które wypuścił jego współzawodnik w gołębim sporcie, Wacuś Kolasiń-
ski. Gdy gołębie nadleciały nad ogród Zarzyckich, ze stadka zaczęły oddzielać się pojedyncze 
ptaki i nurkować w gęstej zieleni ogrodu. Jeden z gołębi upadł na zewnątrz płotu okalającego 
ogród.  Zapomniawszy  o  wszystkim  Pawełek  przybiegł  pod  ogród  i,  zobaczywszy  gołębia, 
postanowił zawładnąć nieoczekiwaną zdobyczą. Wtem nogi ugięły się pod nim; siłą bezwład-
ności  przebiegł  jeszcze  kilka  kroków,  upadł  w  trawę  tuż  obok  leżącego  gołębia  i  mocno 
zasnął. 

Około godziny ósmej z minutami szli bez zbytniego pośpiechu do pracy dwaj przyjacie-

le, Piotr Stanisławski i Stanisław Piotrowski. Obydwaj pracowali na poczcie, a ponieważ do 

background image

rozpoczęcia dyżuru było jeszcze sporo czasu, więc szli wolno, napawając się słońcem i świe-
żym porankiem. 

—  Patrz,  Pietrek  —  rzekł  ziewając  słodko  Piotrowski  do  przyjaciela.  —  Do  ogrodu 

spadły trzy kawki. Może były młode albo się czego najadły... 

— Poczekaj tutaj — odrzekł Stanisławski — a ja pójdę zobaczyć. Ach, tutaj leży Pawe-

łek. Pewnie śpi, hultaj! Hej, Pawełek! Toś ty tak po bułki poszedł? (Stanisławski był sąsiadem 
Kolasińskich i słyszał, jak matka wysyłała Pawełka po bułki). Toś ty taki! —  I Stanisławski 
szybkim  krokiem  zaczął  iść  w  stronę  ogrodu.  Ale  oczekiwało  go  to  samo,  co  mleczarkę 
Agnieszkę.  Z trudem doszedł do ławki.  Ledwie  zdążył usiąść — usnął.  I znów nowe stadko 
wróbli wpadło w zarośla ogrodu. 

Piotrowski,  obserwujący  z  drogi  te  dziwne  zjawiska,  zorientował  się,  że  tu  się  dzieją 

niesamowite rzeczy i co sił w nogach pobiegł na posterunek milicji. 

Milicjant Perkowski, dobrze znający Piotrowskiego, z początku przyjął niepewnie jego 

pogmatwane wyjaśnienia: 

— A czy pan, panie Piotrowski, przypadkiem nie tego?... Zdaje się, że pan wczoraj był 

na rybach. Może pan trochę za dużo wypił? 

Ale,  widocznie,  nie  tyle  słowa  Piotrowskiego,  co  jego  oszołomiony  wygląd  podziałały 

na Perkowskiego. 

— Dobrze — powiedział stanowczo. — Cudów na świecie nie ma. To już jest w sposób 

naukowy dowiedzione. Jeżeli jednak coś takiego dzieje się w moim okręgu, jestem obowiąza-
ny zbadać to. Chodźmy! 

W czasie gdy Piotrowski był na posterunku, na ławce przybyły jeszcze dwie ofiary. Był 

to  fryzjer  Konopiński,  który  przyszedł  odwiedzić  Zarzyckiego  jako  swego  stałego  klienta, 
oraz monter Marecki. Przymusowi  goście siedzieli na ławce w takich pozach, jakby przygo-
towywali się do fotografii. 

Na drodze, naprzeciwko ogrodu, stała już grupa kilku ciekawych, którzy ze zdumieniem 

debatowali o wypadku. 

— Proszę o spokój — rozkazał sierżant Perkowski — proszę nie robić szumu i paniki! 
O tym, co zaszło, natychmiast zawiadomił posterunek. Przyszedł sam komendant mili-

cji. Ciekawych zbierało się coraz więcej. Spóźnieni stawali na palcach i wyciągali szyje, aby 
zobaczyć śpiących. 

— Obywatelu sierżancie — rzekł komendant milicji do Perkowskiego. — Tu się dzieje 

coś bardzo dziwnego. Trzeba postępować ostrożnie. Mam taki plan taktyczny. Wy pójdziecie 
w  stronę  willi  z  prawej  strony,  a  ja  z  lewej  i  będziemy  dawać  sygnały  gwizdkiem.  Gdy  do 
ogrodu  pozostanie  trzydzieści  kroków,  damy  sygnał  gwizdkiem,  gdy  dwadzieścia  —  znów 
sygnał i tak dalej. A co dziesięć kroków będziemy dawać sygnały długie. Każdy z nas będzie 
szedł dalej dopiero wtedy, gdy usłyszy gwizdek z drugiej strony. Zrozumieliście? 

— Tak jest — rzekł Perkowski. 
Obaj zaczęli ostrożnie podchodzić do willi z obu stron. Z drogi można ich było obydwu 

obserwować. Oto rozległ się gwizdek z lewej strony — to dał sygnał Perkowski. W odpowie-
dzi usłyszał natychmiast sygnał ze strony przeciwnej. W ciągu kilku minut z jednej i z drugiej 
strony słychać było gwizdki. W chwilę potem ze strony komendanta milicji rozległ się długi 
gwizdek.  Odpowiedzi  na  to  nie  było.  Natomiast  obserwatorzy  zauważyli  z  niepokojem,  że 
Perkowski z początku usiadł na trawie, a potem zupełnie się położył i od razu prawie utonął w 
wysokich  zielonych  zaroślach.  Komendant  posterunku  zdążył  się  wydostać  z  niebezpiecznej 
strefy,  chociaż  i  on  miał  wielką  chęć  położyć  się  i  zasnąć.  Sprawa  stawała  się  coraz  powa-
żniejsza. 

Tymczasem minęło południe. 

 
 

background image

 

LAWINA PROJEKTÓW 

 

Około  godziny  drugiej  po  południu  na  miejscu  wypadku  zebrała  się  omal  że  cała 

ludność  cichego,  prawie  wiejskiego  Zacisza.  Przyjechała  na  czerwonym  samochodzie  straż 
pożarna.  Zebrali się mieszkańcy  różnych zawodów, różnych stanów i różnego wzrostu.  Byli 
tu lekarze, inżynierowie i wojskowi. 

Najpierw  ustalono  pewien  porządek:  całe  miejsce  wypadku  otoczono  kordonem  stwo-

rzonym z osób mających zamiłowanie do porządku. Wszystkich ciekawych poproszono, aby 
się  usunęli  za  ten  kordon.  A  od  rana  ciekawskich  zebrało  się  bardzo  dużo.  Chłopcy  znaleźli 
sobie najdogodniejsze miejsce — na dachach sąsiednich domów. Między nimi znajdował się 
Wacuś Kolasiński, właściciel śpiących gołębi. 

Wszyscy  stali  grupami  wzdłuż  drogi  w  odległości  około  czterdziestu  kroków  od  willi 

Zarzyckich.  Wątpliwości  co  do  niezwykłości  zjawiska  już  nie  miał  nikt.  O  tym  mógł  się 
każdy przekonać widząc śpiących ludzi, a ponadto na oczach wszystkich co chwila do ogrodu 
spadały kawki, wróble, a nawet szybkie jaskółki. Wyjaśniła się również jeszcze jedna ważna 
okoliczność — że wszystkie ofiary tylko mocno spały, lecz widocznie czuły się dobrze. Przez 
lornetkę można było dostrzec, że oddychali spokojnie. Mleczarka miała chęć poprawić sobie 
chustkę na głowie, a fryzjer Konopiński, któremu wpadł do nosa puszek, kichnął tak głośno, 
że mimo powagi sytuacji wszyscy się głośno roześmiali. 

Dokoła prowadzono spory i wysuwano różne projekty dotarcia do niedostępnej willi. 
—  Bez  wątpienia  —  mówił  filolog  Chocimski  w  kręgu  swoich  słuchaczy  —  oni  śpią. 

Ale  gołe  skonstatowanie  faktu  nie  wyjaśnia  naukowego  podłoża  zagadnienia.  Prawdopodo-
bnie w willi rosną jakieś nie znane nam rośliny, które mają kwiaty rozprzestrzeniające dziwny 
narkotyczny zapach. W nocy te kwiaty rozkwitły i oto mamy rezultaty. 

Chocimski miał wielu zwolenników, tym bardziej, że mówił dość przekonywająco. 
W drugiej grupie wysuwano inne teorie. 
—  Możliwe  —  mówił  jeden  —  że  z  ziemi  zaczęły  się  wydzielać  jakieś  gazy,  które 

usypiają  ludzi.  Znamy  przecież  gazy  łzawiące,  od  których  się  płacze,  znamy  również  gazy 
rozweselające,  które  pobudzają  do  śmiechu.  W  nauce  znanych  jest  bardzo  wiele  gazów,  od 
których można zasnąć. 

— Zupełnie się z tym zgadzam — rzekł lekarz. 
Ta teoria miała także zwolenników. 
Wielu również zgadzało się z teorią elektromagnetyczną, która w tym wypadku mogła 

być  najbardziej  prawdopodobna,  lecz  nie  można  było  w  żaden  sposób  wyjaśnić  źródła  po-
wstawania jakiegoś promieniowania. Wreszcie  z grup o różnych przekonaniach  wyłoniła się 
jedna grupa inicjatorska, która powzięła zamiar wypróbowania wszystkich możliwych sposo-
bów przedostania się do zaczarowanej willi. 

Postanowiono  zacząć  od  teorii  gazowej,  czyli  od  przypuszczenia,  że  wszystko  to  się 

dzieje pod wpływem jakichś gazów lub zapachu kwiatów. Oczywiście w tym wypadku trudno 
było znaleźć coś lepszego niż maskę gazową. 

Zdecydowano jednak postępować z wielką ostrożnością: osobę, która pójdzie do willi w 

masce  gazowej,  postanowiono  obwiązać  w  pasie  długim  sznurem,  aby  w  razie  konieczności 
wyciągnąć ją z powrotem. 

Jak postanowiono, tak zrobiono. Znalazło się zaraz kilku chętnych do zbadania tajemni-

cy willi. Wybrano jednego z nich, najlepszego strażaka ze straży pożarnej w Zaciszu, nałożo-
no mu maskę gazową i obwiązano długim sznurem. Strażak ruszył śmiało naprzód. 

Wszyscy  w  napięciu  patrzyli  na  kroczącego  śmiałka.  Za  nim  ciągnął  się  długi  koniec 

sznura, który trzymało w pogotowiu ze dwudziestu ludzi. Sznur wkrótce okazał się potrzebny. 
Gdy  strażak  przeszedł  w  kierunku  willi  mniejszą  odległość  niż  jego  poprzednicy,  wówczas 

background image

(oczywiście  wpłynęło  na  to  trudniejsze  oddychanie  w  masce  gazowej)  runął  na  ziemię. 
Natychmiast  wyciągnięto  go  na  sznurze  z  powrotem.  Lecz  on  nie  chciał,  aby  go  ciągniono 
zbyt długo; skoczył na nogi, zerwał z siebie maskę gazową i przybiegł do grupy ludzi, którzy 
go  zaraz  otoczyli  kołem  i  zaczęli  wypytywać.  Lekarze  utworzyli  obszerne  konsylium,  aby 
zbadać stan jego zdrowia. Okazało się, że wszystko jest w porządku, prócz tego, że niczego 
nie mógł wyjaśnić z sensem. Zakręciło mu się w głowie, nogi się pod nim ugięły,  a co było 
dalej, tego nie wiedział: ni to usnął, ni to zemdlał. 

Pierwsza próba naukowa nie powiodła się. 
— Nie — rzekł jeden z inżynierów — tu bezwarunkowo działa jakieś promieniowanie. 

Skąd  się  te  promienie  biorą,  nie  jestem  w  stanie  określić.  Ale  to  są  na  pewno  promienie. 
Moim  zdaniem  należałoby  posłać  kogoś,  kto  byłby  całkowicie  osłonięty  jakimś  ekranem 
metalowym. 

Wielu zgadzało się z tymi przypuszczeniami inżyniera. Ale powstało zagadnienie, jak to 

wykonać praktycznie. 

Wreszcie  postanowiono  postąpić  w  taki  sposób:  na  człowieka,  który  pójdzie  szturmo-

wać  niedostępną  strefę,  nałożyć  blaszany  zbiornik,  aby  w  nim  mogła  się  zmieścić  głowa  i 
tułów, a na nogi — po trzy wiadra z wybitym dnem i wszystko to połączyć drutem. Będzie to 
może nieładne uzbrojenie, ale cóż robić — w takich wypadkach nie można wymagać nadzwy-
czajnych rzeczy. 

Natychmiast  znalazło  się  wszystko,  co  było  potrzebne.  Znaleźli  się  również  chętni  do 

wypróbowania tego sposobu, chociaż tym razem było ich nieco mniej. Gdy na jednego z nich 
nałożono całkowite uzbrojenie, wszyscy parsknęli śmiechem. Ochotnikiem był wysoki, chudy 
kierowca  autobusowy,  który  w  tym  uzbrojeniu  wyglądał  jak  rycerz  średniowieczny  albo 
nurek. Obwiązano go również sznurem, a do blaszanego zbiornika przymocowano długi drut 
miedziany,  którego  drugi  koniec  uziemiono.  Otworów  na  oczy  w  zbiorniku  nie  zrobiono 
sądząc,  że  można  będzie  kierować  ruchami  kierowcy  za  pomocą  głosu,  a  poza  tym  śmiałek 
widział w dole zbiornika swoje własne nogi. Tym razem wielu spodziewało się dobrego wy-
niku i odważny kierowca, brzęcząc wiadrami i zbiornikiem, ruszył w stronę willi, jak straszny 
„robot” z fantastycznego opowiadania. 

Lecz trzeba było widzieć ogólne rozczarowanie, gdy lekkie brząkanie uzbrojenia prze-

rwał wkrótce żelazny hałas i szczęk. Śmiałek zwalił się na ziemię, po prostu potknąwszy się o 
coś. I tym razem próba skończyła się niepowodzeniem. 
 
 
 

TAJEMNICA WYKRYTA 

 

Dzień  chylił  się  ku  wieczorowi.  Jednak  zagadka  wciąż  jeszcze  nie  była  rozwiązana. 

Wszyscy  widzieli.,  jak  co  chwila  do  ogrodu  wpadały  to  kawki,  to  wrony.  Pędząc  za  kawką 
wpadł  również  do  ogrodu  młody  jastrząb,  rozpostarłszy  szeroko  pióra  swych  skrzydeł,  W 
dalszym ciągu wysuwano różne projekty przedostania się do willi, lecz po krótkiej rozwadze 
wszystkie odrzucano. 

Jeden  z  młodych  podporuczników  proponował  wjechać  na  podwórze  czołgiem.  Inny 

znów doradca, członek aeroklubu, radził spuścić się na spadochronie. Strażacy chcieli podje-
chać jak najbliżej na swoim samochodzie i wysunąć drabinę, a z niej spuścić na linie człowie-
ka  zamkniętego  w  blaszanym  pudle.  Były  projekty  zastosowania  ogromnej  koparki,  której 
czerpak chroniłby człowieka przed falami elektromagnetycznymi. 

Wacuś Kolasiński chodził od jednej grupy do drugiej i przysłuchiwał się debatom. Do 

gustu przypadli mu zwolennicy teorii elektromagnetycznej, ponieważ Wacuś był namiętnym 
radioamatorem. 

background image

—  Proszę  pana  —  zwrócił  się  do  jednego  z  inżynierów.  Inżynier  popatrzył  na  niego 

trochę roztargnionym i gniewnym wzrokiem. — Proszę pana — prosił nie stropiony Wacuś. 
—  Tam  wysoko  śpi  mój  najładniejszy  gołąbek.  Czyby  pan  mógł  poprosić,  żeby  go  straż 
pożarna zdjęła? 

— Co za gołąbek? Gdzie? 
— Tam wysoko, nad płotem. 
Inżynier  podniósł  głowę  i  zobaczył  gołębia  śpiącego  na  drutach.  Wtem  przyszła  mu 

jakaś myśl, gdyż uderzył się w czoło i rzekł: 

—  Doskonały  pomysł!  Że  też  wcześniej  na  to  nie  wpadłem!  Dobrze,  mój  chłopcze, 

zaraz otrzymasz swego gołębia. Odetniemy dopływ prądu — i będzie koniec temu. 

Przy  najbliższym  słupie  z  przewodami  elektrycznymi  powoli  podniesiono  drabinę 

strażacką, na którą szybko wszedł jeden z monterów. Odcięte od ogólnej sieci druty spadły na 
ziemię.  Jeszcze  nie  zdążyły  jej  dotknąć,  gdy  wszystko  dokoła  ożyło.  Gęste  stada  wróbli 
zerwały się nad ogrodem. Dziesiątki kawek i wron pofrunęło w różne strony. Stadko białych 
gołębi wzbiło się wysoko i poleciało do domu Wacusia. Na przodzie leciał gołąb, który dopie-
ro co spał na przewodach. 

Jedna  za  drugą  budziły  się  i  podnosiły  osoby  będące  ofiarami  wypadku,  przecierając 

oczy, przeciągając się i patrząc zdziwionymi oczami na otaczających ludzi, nie rozumiejąc, o 
co  chodzi.  Mleczarka  Agnieszka  powstała  z  ziemi  i  podniosła  bańkę  z  mlekiem,  które  już 
skwaśniało, fryzjer Konopiński wstał i patrzył osowiałym wzrokiem na willę, zapomniawszy, 
po co tu przyszedł. 

Radość wszystkich zebranych dokoła willi była bardzo wielka, lecz wkrótce znów zapa-

nował  porządek.  Postanowiono  wysłać  do  willi  delegację  złożoną z  pięciu  poważnych  osób. 
Wacuś Kolasiński biegł na przodzie przed nimi. 

W willi pierwsza obudziła się przyjaciółka pani Antoniny, ponieważ spała w niewygo-

dnej pozycji. Potem obudził się major Głowacki i pozostali. Lekarz wstał z podłogi i skonfu-
dowany pocierał łysinę. 

—  Patrzcie!  —  zaczął  Zarzycki.  —  Jest  dokładnie  siódma,  nawet  brak  jednej  minuty. 

Przespaliśmy prawie kwadrans czasu. Ale co cię podkusiło, doktorze? Nawet nie zdążyliśmy 
postawić reflektora. 

— Widzisz, mój kochany — rzekł skonfudowany Takulski — mówiłeś, że aparat może 

obsługiwać każdy. No więc, ja go... tu... obsłużyłem. 

Tymczasem  Czajka  wybiegła  z  głośnym  szczekaniem  na  spotkanie  nowych  gości. 

Śmiejąc się i opowiadając szczegóły wypadku, wszyscy uczestnicy „ekspedycji ratunkowej” 
wkrótce rozeszli się do domów. 

Następnego  dnia  Zarzycki  z  asystentem  Andrzejem  odwieźli  aparat  do  wytwórni,  lecz 

po  powrocie  do  instytutu  dyrektor  zwrócił  poważnie  uwagę  Zarzyckiemu  na  niewłaściwy 
sposób eksperymentowania w nieodpowiednim miejscu. 

—  Na  szczęście  wszystko  skończyło  się  pomyślnie  —  zakończył  dyrektor.  —  Z  tego 

powodu ograniczę się dziś tylko do zwrócenia uwagi, może nie bardzo przyjemnej. Ale cię-
żko by mi było wyznaczyć jakąś karę, ponieważ jest pan człowiekiem bardzo zasłużonym dla 
naszej instytucji. 

Uradowany  takim  obrotem  sprawy,  Zarzycki  wyszedł  z  instytutu  i  w  zamyśleniu  po-

szedł w innym kierunku niż zamierzał.  
 
 
 
 
 
 

background image

 

Ł. POPIŁOW 

 

ROK 2500 

 

OTWARCIE WYSTAWY 

 

Jest zwykły ziemski poranek 2500 roku. Ciemnobrązowe liczby  godzin i minut zegara 

wskazującego ujednostajniony czas wszechświata, drżące na niebieskim tle nieba, wskazywa-
ły  godzinę  siódmą.  Od  2150  roku,  gdy  wypuszczono  sztuczne  słońca,  zwane  helionami, 
usunięto  podział  doby  na  dzień  i  noc  i  na  całej  planecie  ustalono  jedyny  sposób  obliczania 
czasu.  Godziny  i  minuty,  w  postaci  ogromnych  liczb  zmieniających  się  co  sekundę,  były 
rzucone  jako  promienie  świetlne  na  górne  warstwy  atmosfery  i  tam  można  je  było  zawsze 
zobaczyć nie uzbrojonym okiem z dowolnego punktu na powierzchni ziemi. 

Powoli zaczęły się obracać i otwierać kopulaste, jakby pokryte łuską, dachy domów. W 

tym  czasie  dachy,  a  niekiedy  i  ściany  domów  były  wykonane  z  cienkich  przeźroczystych 
płytek  z  masy  plastycznej,  polaryzowanej  optycznie.  Obracając  lub  przesuwając  te  płytki, 
można było regulować dopływ i natężenie światła we wnętrzu domu. 

Nieprzerwanie  spływający  potok  światła  ze  sztucznych  słońc-helionów  przeniknął  do 

zaciemnionych  budynków.  Heliony  były  kulistymi  satelitami,  wypuszczanymi  co  miesiąc  ze 
specjalnych stacji. Gdy się znalazły na właściwej orbicie, wówczas powstawał w nich proces 
termojądrowy,  dający  silne  światło,  którego  jasność  znacznie  przekraczała  jasność  światła 
słonecznego. Lot helionów trwał 25—30 dni. 

Miliony ziemskich ludzi, skończywszy poranną toaletę i śniadanie, zasiadło do swoich 

odbiorników PŁ * nastawiając je na tę samą falę — na „odbiór powszechny”. W ten sposób 
każdy  posiadacz  odbiornika  został  włączony  do  odbioru  jako  współuczestnik  mającego  się 
odbyć dziś rano otwarcia Ogólnoziemskiej Wystawy Jubileuszowej. 

Na całej głębokości ekranów odbiorników PŁ rozpościerała się ogromna panorama tere-

nu wystawowego o powierzchni tysiąca kilometrów kwadratowych. Teren ten, zwany Wielką 
Równiną, od wielu setek lat był miejscem ogólnoziemskich wystaw. 

Widok terenu wystawowego wydawał się dzisiaj niezwykły nawet widzom przyzwycza-

jonym do ogromu poprzednich wystaw. 

Prawie  niedostrzegalne  ażurowe  wieże  pogody,  które  miały  kształt  pięćsetmetrowej 

strzały  wykonanej  ze  stopu  tytanowo-berylowego,  jonizowały  powietrze  i  regulowały  kon-
densację pary wodnej. Oto gdy na horyzoncie Wielkiej Równiny pojawiły się drobne płynące 
ku środkowi chmurki, zostały zdjęte natychmiast przez wieże pogody. 

Na  niezmierzonej  przestrzeni  ciągnęły  się  zalane  silnym  równomiernym  światłem 

helionów aleje ze stoiskami wystawowymi, zapełnionymi niezliczoną ilością najrozmaitszych 
przedmiotów,  poczynając  od  trudnych  do  rozpoznania  z  daleka,  a  kończąc  na  ogromnych, 
wielokrotnie  przekraczających  wzrost  człowieka.  Widzowie  z  zainteresowaniem  oglądali  na 
ekranach  różne  eksponaty,  zwiększając  do  dowolnych  wymiarów  widok  pojedynczych  pun-
któw tej panoramy przez pokręcenie gałki wymiarowej na odbiorniku. 

Wtem  rozległ  się  srebrzysty  dźwięk  dzwonków,  przerywany  basowymi  dźwiękami 

organów. Był to sygnał oznaczający: „uwaga ogólna”. Rozpoczął się ceremoniał otwarcia wy-
stawy. 
 

*  PŁ.  (Powszechna  Łączność)  —  odbiorniki  radiowe  umożliwiające  bezpośrednie  połączenie  z  dowo-

lnym  mieszkańcem  na  kuli  ziemskiej  przez  wywołanie  go  za  pomocą  nieskomplikowanego  urządzenia  szyfro-
wego.  Odbiorniki  te  umożliwiają  ich  posiadaczom  udział  w  każdym  zebraniu  lub  odbiór  dowolnego  programu 
radiowego albo telewizyjnego, przechowanie nieograniczonej liczby zapisanych dźwięków lub obrazów w 2.00 
roku odbiorniki PŁ znajdowały się dosłownie w każdej rodzinie. 

background image

 

ENERGETYKA W 2500 KOKU 

 

„Najmilsi  nasi  telewidzowie!  Już  przyzwyczailiśmy  się  do  corocznych  Wszechświato-

wych  Wystaw  jako  do  tradycyjnego  przeglądu  wszystkich  nowych  przedmiotów,  które  po-
wstały w ciągu roku. 

Dzisiejsza  wystawa  jest  otwarta  dokładnie  po  upływie  500  lat  od  Pierwszej  Wszech-

światowej Wystawy Przemysłowej, która się odbyła w 2000 roku w Paryżu. 

Z ubolewaniem należy stwierdzić, że wśród nas nie pozostał nikt, kto oglądał wystawę 

w Paryżu, ponieważ DW, czyli preparat długowieczności, który, jak wiadomo, w połączeniu z 
zachowaniem  zasad  higieny  pracy  umysłowej  i  fizycznej  umożliwia  przedłużenie  ludzkiego 
życia do kilkuset lat, został wynaleziony dopiero w 2207 roku. Zachowały się jednak z tych 
czasów  dość  dobrze  wykonane  filmy,  chociaż  nie  są  one  trójwymiarowe.  Przedstawimy  je 
dziś państwu dla porównania z tymi widokami, które zobaczycie podczas oglądania ekspona-
tów wystawy. Oto włączam pierwszy film...” 

Przed widzami, zamiast niezmierzonej przestrzeni Wielkiej Równiny, ukazał się widok 

przypominający obrazek z podręcznika do nauki poglądowej. 

„Przedstawiamy  wam  oddział  energetyki  na  Pierwszej  Wszechświatowej  Wystawie  — 

mówił  przewodnik.  —  To  są  eksponaty  pochodzące  z  okresu  świetnego  rozwoju  techniki 
socjalistycznej, gdy wszystkie osiągnięcia nauki w końcu XX wieku były stosowane tylko w 
celach pokojowych i dla dobra ludzi pracujących. 

„Oto czynne modele pierwszych urządzeń jądrowych, które zaczęły ogrzewać okolice w 

pobliżu biegunów północnego i południowego w celu polepszenia klimatu ziemskiego. 

„Proszę zwrócić uwagę, jakie to były ciężkie i skomplikowane urządzenia w porówna-

niu z aparatami KRK, czyli kosmicznymi regulatorami klimatu, których  nowe modele zoba-
czycie dzisiaj na wystawie...” 

Szmer  towarzyszący  wyświetlaniu  filmów  skończył  się  i  znów  zjawiła  się  zalana  ja-

snym światłem dziennym i napełniona lekkim szumem Wielka Równina na której znajdowała 
się wystawa w 2500 roku. 

Przed oczami widzów zjawiła się srebrzysta kula, która szybko się powiększała i napeł-

niała całą przestrzeń ekranu. Kula była opasana kilkoma owalnymi pierścieniami, podobnymi 
do obręczy i miała barwę srebrzystoniebieską, zlewającą się z barwą nieba. 

Kula przesunęła się na ekranie i wtedy można było stwierdzić, że choć z pozoru nieru-

choma,  w  rzeczywistości  obracała  się  z  ogromną  szybkością  wewnątrz  opasujących  ją  pier-
ścieni. 

„Nowe  modele  KRK.  które  tu  demonstrujemy  —  ciągnął  dalej  przewodnik  —  są  bez 

porównania  doskonalsze  od  urządzeń  jądrowych  z  czasów  Pierwszej  Wszechświatowej 
Wystawy w Paryżu. 

Zamiast  reakcji  jądrowych,  którymi  trudno  było  kierować,  w  naszych  modelach  KRK 

zastosowano  wykrytą  przed  dwustu  laty  zdolność  niektórych  nowych  pierwiastków  układu 
okresowego  do  akumulowania  energii  promieni  kosmicznych.  Okazało  się  bowiem,  że  te 
nowe pierwiastki mogą przy temperaturze bliskiej absolutnego zera gromadzić ogromne ilości 
energii  płynącej  z  wszechświata  w  postaci  promieni  kosmicznych,  a  potem  oddawać  tę  ene-
rgię  przy  podwyższonej  temperaturze  w  postaci  prądu  elektrycznego  o  bardzo  dużej  często-
tliwości. 

Jak  wiemy,  poza  granicami  naszej  atmosfery  promieniowanie  kosmiczne  jest  bardzo 

duże, a temperatura bardzo niska. Tam właśnie zaopatrują się w energię kosmiczne regulatory 
klimatu, które podnoszą się z Ziemi automatycznie. Energia zbiera się w komorach wykona-
nych ze stopu tytanowo-berylowego. W komorach tych znajdują się pręty sporządzone z no-
wych pierwiastków. Po załadowaniu srebrzyste kule powracają do górnych warstw atmosfery, 

background image

tu się nagrzewają i wypromieniowują nagromadzoną energię. Ponieważ trzeba ją zachować w 
postaci gotowej do użytku, więc energię wypromieniowaną przez KRK przenosi się drogami 
jonowymi  do  morza  elektrycznego...  Elektryczne  morze,  jak  wiadomo,  jest  wszechświato-
wym składem energii, z którego każdy ją czerpie w miarę potrzeby. 

Konstrukcja KRK została wykonana na zasadzie stosowanej od stuleci, która ma na celu 

prostotę działania urządzenia i jego konstrukcji, całkowitą automatyzację, a zarazem niewie-
lkie wymiary i pewność w działaniu.” 
 
 
 

STATEK TRANSOCEANICZNY 

 

Gdy na ekranach odbiorników zniknęła Wielka Równina, ujrzano pomalowany na biało, 

błyszczący okręt pasażerski, płynący z dużą szybkością po morzu, gdyż za jego rufą podnosił 
się wał wzburzonej fali morskiej. I znów rozległ się głos przewodnika: 

„Mamy przed sobą jeden z pierwszych statków transoceanicznych, któremu poświęcono 

setki entuzjastycznych artykułów, napisanych we wszystkich językach kuli ziemskiej podczas 
wystawy w Paryżu w 2000 roku... 

Zbudowany  przez  najlepszych  konstruktorów,  statek  ten  i  dziś  wzbudza  podziw  swą 

elegancką  sylwetą  i  obfitością  wygód  przewidzianych  dla  pasażerów  Proszę  jednak  zwrócić 
uwagę na jego urządzenia maszynowe. (Na ekranach pojawił się oddział maszynowy statku). 
Sam  reaktor  atomowy  z  turbiną  napędzaną  helem  zajmują  prawie  trzecią  część  objętości 
statku. 

Statek ten pochłonął podczas budowy ogromne ilości pracy ludzkiej i teraz wciąż zuży-

wa dużo paliwa i energii ludzkiej w podróży. Szybkość jego jednak nie przekracza 150 kilo-
metrów na godzinę i nie jest on całkiem bezpieczny dla pasażerów. 

Dla  porównania  z  tym  statkiem  przedstawimy  telewidzom  model  (na  ekranie  znów 

pojawił się teren Wielkiej Równiny z wystawą) współczesnego okrętu, który otrzymał nazwę 
»Wypoczynek« i był niedawno spuszczony na wodę. Statek jest przeznaczony do wycieczek 
po morzach i oceanach. Wiemy wszyscy doskonale, że podróże odbywane na odległość kilku 
tysięcy  kilometrów  służą  odpoczynkowi  i  odświeżeniu  umysłu  pasażerów.  Obecnie  podróże 
te objęte są zasadami higieny obowiązującymi każdego obywatela ziemskiego. 

Z zewnątrz statek nasz zachował jeszcze wygląd podobny do statków z XX wieku, po-

nieważ budowa statków oparta jest na zasadach hydrodynamiki. Lecz wewnętrzne urządzenie 
i zasady napędu obydwu tych statków bardzo się różnią. 

Kadłub »Wypoczynku« razem z pokładem, nadbudówkami i wszystkimi wewnętrznymi 

przedziałami  jest  odlany  z  tytanowego  stopu  pienistego,  zawierającego  szkielet  z  metalowo-
organicznej masy plastycznej. Na bokach statku  zostały umieszczone urządzenia grawitacyj-
ne, przeznaczone do uspokajania fal podczas burzy. Urządzenia grawitacyjne zwiększają siłę 
przyciągania ziemskiego dokoła statku i w ten sposób zapobiegają uderzeniom lub przelewa-
niu się fal po pokładzie podczas sztormów. Urządzeń maszynowych statek nie posiada. Zastę-
pują  je  pasma  specjalnego  materiału,  zwanego  rezonitem.  Pasma  rezonitu  ułożone  są  pod 
dnem  statku  i  wzdłuż  dolnej  części  jego  kadłuba.  Rezonit  jest  jednym  z  najciekawszych 
współczesnych materiałów. Wynaleziony w 2350 roku, jest on rodzajem białka syntetyczne-
go, mającego szczególną budowę chemiczną w postaci łańcuchów cząsteczkowych, które ma-
ją niezwykłą zdolność do zmiany swych wymiarów. Rezonit pod wpływem polaryzowanych 
drgań  elektromagnetycznych  o  częstotliwości  dźwiękowej  lub  ponaddźwiękowej  może  się 
rozszerzać  lub  kurczyć  w  takt  tych  drgań.  Pod  tym  względem  rezonit  jest  podobny  do 
znanych w XX wieku materiałów piezoelektrycznych, które pod wpływem prądu wytwarzały 
drgania.  Lecz  rezonit  różni  się  od  nich  niezwykle  dużą  amplitudą  wydłużenia  i  skurczu, 

background image

osiągającą kilka centymetrów na metr długości pasma. 

Gdy  statek  znajdzie  się  w  strefie  jednej  z  niezliczonych  dróg  elektromagnetycznych, 

które  otaczają  kulę  ziemską  we  wszystkich  kierunkach,  wówczas  pod  wpływem  tego  prądu 
pasma  rezonitu  zaczynają  wibrować  i  przesuwać  statek  w  żądanym  kierunku.  Jak  wiadomo, 
drogi  elektromagnetyczne  są  promieniowymi  strumieniami  drgań  elektromagnetycznych  o 
częstotliwości  ustalonej.  Strumienie  te  przecinają  całą  przestrzeń  nad  ziemią  i  dostarczają 
energii wszystkim urządzeniom transportowym, a więc statkom, samolotom i innym urządze-
niom,  które  są  nie  tylko  poruszane  tą  energią,  lecz  i  służą  do  orientacji  kierunku  transportu. 
Promienie  płyną  drogami  elektromagnetycznymi,  których  odległość  od  siebie,  jak  wiadomo, 
nie przekracza 2 — 3 kilometrów.” 
 
 
 

DZIAŁ OBRABIAREK DO METALI 

 

„Przedstawiamy wam chlubę techniki XX wieku — zaczął przewodnik. — Tu są zgro-

madzone obrabiarki do metali, o których widzowie mają pojęcie utworzone tylko na podsta-
wie ilustracji umieszczonych w podręcznikach historii techniki. Tu jest dział obróbki materia-
łów skrawaniem, który reprodukujemy z filmu wykonanego na wystawie w Paryżu”. 

Z odbiorników PŁ popłynęła fala niezwykłych dźwięków. Były to przeraźliwe gwizdy, 

głośne  trele,  basowe  dudnienia  i  zgrzyty,  które  mieszały  się  z  dźwiękami  syczącymi,  trze-
szczącymi i pomrukiwaniem. 

„Sądzę, że widzowie nie okażą takiego zachwytu i zainteresowania tym działem, jakie 

przejawiali najwybitniejsi inżynierowie i uczeni podczas zwiedzania tego działu w 2000 roku. 
Eksponaty  ustawione  w  tej  sali  stanowiły  w  owym  czasie  największe  osiągnięcia  techniki  i 
były  podstawą  dzisiejszej  kultury.  Prawdopodobnie  widzowie  nie  będą  mogli  zrozumieć  sa-
mej zasady  obróbki materiałów polegającej na tym,  aby jak najprędzej zamienić jak najwię-
kszą ilość metalu na wióry. 

Nie należy jednak sądzić, że postępowi technicy owych czasów nie uświadamiali sobie 

głównych wad tej metody technologicznej. 

Ale  prawa  postępu  technicznego  nie  pozwalają  na  dokonywanie  przedwczesnych  sko-

ków z jednego poziomu rozwoju na drugi, jeżeli nie ma przesłanek ku temu. Z tego powodu 
przed pięciuset laty nie można było pożegnać się z obrabiarkami do metali, chociaż technicy 
zdawali sobie jasno sprawę z tego, jakimi drogami powinien pójść dalszy rozwój technologii. 
Poza tym, oprócz obrabiarek wyłącznie mechanicznych, pojawiły się w znacznej liczbie obra-
biarki ultradźwiękowe, elektroerozyjne i elektrohydrauliczne. 

W  obrabiarkach  ultradźwiękowych  nóż  tokarski  wykonywał  2000  drgań  na  sekundę. 

Materiał był obrabiany za pomocą uderzeń kawitacyjnych cieczy i cząstek ściernych, skiero-
wanych z dużą szybkością na przedmiot obrabiany. W elektroerozyjnych obrabiarkach wyzy-
skiwano  zjawisko  erozji  elektrycznej  przez  skrawanie  materiału  przewodzącego  prąd  za  po-
mocą wyładunku iskier elektrycznych. 

Natomiast obrabiarki elektrohydrauliczne były przeznaczone do obróbki supertwardych 

materiałów metalicznych i niemetalicznych. 

Obrabiarki już mogły  »widzieć;«, czyli same czytały rysunki i schematy. Zjawiła się u 

nich  »pamięć«,  umożliwiająca  zapamiętanie  kolejności  rozkazów  wykonania.  Obrabiarki 
nagromadziły w sobie różne urządzenia elektryczne i elektronowe, przyjęły do pomocy gazy i 
ciecze sprzężone i rozrzedzone. Potem przybierały różne kształty, łączyły się w grupy, węzły, 
linie  automatyczne  i  całe  fabryki,  ułatwiając  pracę  fizyczną,  automatyzując  i  mechanizując 
przedsiębiorstwa, zwiększając produkcję. 

Lecz  zasada  tych  obrabiarek  pozostawała  niezmienna:  mechaniczna  energia,  skoncen-

background image

trowana  na  bardzo  maleńkich  roboczych  powierzchniach  narzędzi,  wyrywała,  rozdrabniała, 
kruszyła i ściskała obrabiane materiały, zamieniając ogromne ich ilości w nie nadające się do 
niczego odpadki (wióry). 

Na dzisiejszej wystawie i w ogóle we współczesnej technice już takich lub podobnych 

obrabiarek nie ma. 

Już od trzystu lat zaprzestano powszechnie stosowania obróbki wiórowej w celach prze-

mysłowych.  A  bardzo  niewiele  czasu  upłynęło  od  chwili,  gdy  po  raz  pierwszy  pojawiły  się 
maszyny  do  prasowania  molekularnego,  zwane  w  skrócie  MDPM.  Są  to  przodkowie  tych 
urządzeń,  które  obecnie  stanowią  główne  wyposażenie  naszych  automatycznych  przedsię-
biorstw. 

Na  dzisiejszej  wystawie  znajduje  się  kilka  nowych  prototypów  tych  maszyn.  Jedną  z 

nich ujrzymy w działaniu...” 

Drobny czarny punkt przesunął się z lewego rogu panoramy na środek i natychmiast po-

większył się zapełniając  prawie  całą przestrzeń ekranu. Przewodnik nacisnął guzik. Półprze-
źroczysta  kopuła  maszyny  wykonała  pół  obrotu  i  otworzyła  swe  wnętrze  ukazując  w  nim 
błyszczące cylindry i sieć rurek między nimi. 

„W jaki sposób działa MDPM? 
W  lewym  kulistym  naczyniu  znajduje  się  proszek  selenitowy  dowolnego  metalu.  Pro-

szek powstaje przez przyspieszenie rozpadu promieniotwórczego bardziej złożonych pierwia-
stków.  Jak  wiadomo,  rozpad  promieniotwórczy  pierwiastka  można  spowodować  przez  bom-
bardowanie jąder jego atomów neutronami lub innymi cząstkami atomu. W taki sposób pro-
szek ten przygotowuje się z różnych metali w dużych ilościach w specjalnych  wytwórniach. 
Ponieważ  podczas  rozpadu  promieniotwórczego  wydziela  się  mnóstwo  promieni  szkodli-
wych, zagrażających życiu ludzi, zwierząt i roślin, trzeba było  wytwórnie proszku przenieść 
poza granice Ziemi na sztucznego satelitę. Sztuczny satelita, wypuszczony w tym celu ponad 
Ziemię na znaczną wysokość, ma wszystkie urządzenia zautomatyzowane bez obsługi ludzi i 
otrzymał nazwę Selen. Z tego powodu proszek nazwano selenitem i posegregowano na różne 
wymiary ziarn, które mają odpowiednią numerację. 

Proszek  selenitowy  wdmuchuje  się  w  miarę  potrzeby  przez  automatyczny  dozownik 

szeroką rurą do komory  roboczej. Ścianki komory  składają się z kilku milionów ruchomych 
pręcików,  które  można  wysuwać  i  wsuwać  do  komory  i  w  ten  sposób  zmieniać  zarys  prze-
strzeni komory nadając jej potrzebny kształt i wymiar. 

Chcąc  uformować  w  przestrzeni  komory  jakiś  przedmiot,  umieszcza  się  na  tabliczce 

spis  współrzędnych  wymiarów  tego  przedmiotu  w  trzech  kierunkach  i  wkłada  tabliczkę  do 
kasetki  znajdującej  się  w  urządzeniu.  Wówczas  pręciki  w  komorze  układają  się  automaty-
cznie  według  współrzędnych  wymiarów  zgodnie  z  kształtem  przedmiotu,  który  ma  być 
wykonany.  Gdy  pręciki  w  komorze  są  ułożone  dokładnie,  komorę  napełnia  się  selenitem  i 
naciska guzik. Przez wkładki metalowe przepuszcza się krótki, lecz bardzo silny impuls prądu 
elektrycznego.  Wskutek  nadzwyczaj  dużej  mocy  jednostkowej  prądu  i  bardzo  krótkiego  im-
pulsu wszystkie niezliczone ziarenka selenitu zestalają się natychmiast w  komorze w zwartą 
jednolitą masę wyrobu. 

Wykonany  przedmiot,  wypada  z  maszyny  MDPM  na  przenośnik  magnetostatyczny. 

Biegnące magnesy i pola elektrostatyczne chwytają przedmioty, które się znalazły w polu ich 
działania, i przenoszą do składu.” 
 
 
 
 
 
 

background image

 

SKRZYDŁO CZŁOWIEKA 

 

„Nie  tylko  obrabiarki  całkowicie  zniknęły  z  obiegu  w  naszej  technice.  Zniknęło  wiele 

innych przedmiotów, które technikom XX wieku sprawiały wiele kłopotów. 

Statystyka tych czasów wykazywała, że co trzeci obywatel miasta miał samochód. Prze-

ciętna  zaś  szybkość  jazdy  w  mieście  była  mniejsza  niż  szybkość  ludzi  idących  pieszo,  a  na 
szosach za miastem przekraczała szybkość pieszych tylko trzykrotnie. 

Proszę spojrzeć na przedstawione tutaj (na ekranach odbiorników znów ukazał się teren 

wystawy)  nowe  wzory  naszych  maszyn  latających,  znanych  każdemu  pod  skróconą  nazwą 
SC, czyli: skrzydło człowieka. Skrzydło człowieka jest dzisiaj głównym środkiem komunika-
cji  na  bliskie  odległości,  znanym  od  dwustu  lat.  Już  od  najmłodszych  lat  wszyscy  się  przy-
zwyczaili  do  tych  lekkich  skafandrów,  wykonanych  z  przeźroczystej  masy  plastycznej  z 
wkładkami z neorezonitu. Wkładki ustawia się pod różnym kątem kierując w ten sposób siłą 
nośną i kierunkiem ruchu maszyny w elektromagnetycznym i grawitacyjnym polu Ziemi. Jak 
widać,  skrzydła  człowieka  są  zupełnie  niepodobne  do  samochodów  z  XX  wieku,  a  nawet 
wyraźnie różnią się od innych typów SC, wypuszczonych w roku ubiegłym. 

Zamiast nie bardzo wygodnego sterowania guzikowego, przełączającego szybkość lotu, 

wprowadzono  sterowanie  bezstopniowe,  płynne,  za  pomocą  ruchów  dłoni.  Anteny  urządzeń 
zabezpieczających  przed  zderzeniem  (działających  na  zasadzie  radiolokacji),  mające  kształt 
sterczących rożków, zastąpiono okrągłymi kopułkami i umieszczono w skafandrze. Lecz naj-
ważniejszym urządzeniem w nowych SC jest przyrząd automatyczny sterujący lotem.” 
 
 
 

WN

ĘTRZA BUDYNKÓW 

 

„Oddział budownictwa mieszkaniowego zawiera na tej wystawie jeszcze mniejszą licz-

bę eksponatów niż na wystawie poprzedniej. Jest to zjawisko zupełnie naturalne, gdyż proble-
my mieszkaniowe od dawna przestały niepokoić ludzkość. 

Wspomnę tylko, że zniknięcie miast-kolosów i równomierne zaludnienie całej powierz-

chni naszej planety stało się możliwe dopiero po wielu ważnych odkryciach, a mianowicie: 

Po  pierwsze  —  po  wynalezieniu  tak  pewnych  i  wygodnych  środków  komunikacji,  jak 

skrzydła człowieka SC na bliskie odległości oraz dalekoloty DL na dalsze odległości. Daleko-
loty  są  to,  jak  wiemy,  wielomiejscowe  samoloty  latające  w  jonosferze  po  orbitach  dokoła 
świata, które otaczają całą kulę ziemską na różnych wysokościach. Wsiadanie i wysiadanie z 
nich odbywa się w locie za pomocą SC. 

Po drugie — po zastosowaniu zielonego antygrawitacyjnego przenośnika i syntetyczne-

go  wytwarzania  większości  środków  żywności.  Dzięki  temu  można  było  założyć  na  ogro-
mnych terenach parki i ogrody, w których wybudowano kilkupiętrowe domy mieszkalne. 

Zielony przenośnik grawitacyjny jest, jak wiadomo, pomysłem pochodzącym jeszcze z 

XXII  wieku  i  dziś  służy  do  przyspieszenia  hodowli  zbóż.  Ziarno  zasiane  na  przenośniku 
taśmowym ogrzewają różne promienie, a potem zsypuje się je do zasobników jonitowych, w 
których ono w warunkach zmniejszonego ciążenia Ziemi wyrasta i dojrzewa w ciągu 18 do 20 
minut.  Przenośnik  taśmowy  ma  długość  jednego  kilometra  i  metr  szerokości.  Porusza  się  z 
szybkością 20 metrów na minutę, co jest równe zasiewowi na polu o powierzchni 100 hekta-
rów. Wskutek znacznego zmniejszenia ciążenia ziemskiego na przenośniku wzrost ziarna jest 
bardzo szybki. 

Najpiękniejsze  dzielnice  Moskwy,  Pekinu  i  Warszawy  były  zabudowane  w  XX  wieku 

wysokimi jasnymi budynkami z dużą ilością szkła i metalu. Czyż i dzisiaj domy te, otoczone 

background image

zielonymi trawnikami, nic wyglądają pięknie? 

Lecz proszę porównać je z tymi budynkami, w których my teraz mieszkamy, a różnica 

będzie bardzo wyraźna... 

Wtedy jeszcze nie znano najważniejszego dziś materiału budowlanego, naszego polary-

zującego  szkła  pianowego,  z  którego  można  budować  ściany  swobodnie  przepuszczające 
światło,  przy  czym  po  nieznacznym  przesunięciu  płyt  filtracyjnych  można  wnętrze  domu 
całkowicie zaciemnić. 

W  XX  wieku  nie  znano  również  tarcz  cieplnych,  wykonywanych  z  półprzewodników, 

które  w  zależności  od  kierunku  przepływającego  przez  nie  prądu  elektrycznego  mogą  albo 
ogrzewać  mieszkania,  albo  je  ochładzać,  chociaż  zasady  otrzymywania  ciepła  i  zimna  tym 
sposobem były już wtedy znane. 

Teraz, gdy przekręcamy kółko tarczy cieplnej i ustalamy taką temperaturę, jaką chcemy 

mieć w domu, nie możemy sobie wyobrazić, jaki skomplikowany system ogrzewania i klima-
tyzacji powietrza stosowano w domach w XX wieku! 

Dotyczy to również techniki oświetleniowej. 
Miliony  metrów  drutu  oplątywało  domy  mieszkalne.  Druty  były  doprowadzone  do 

każdej żarówki, żyrandola lub lampy! 

Nic się pod tym względem nie zmieniło nawet wtedy, gdy żarówki zastąpiono bardziej 

ekonomicznymi i przyjemniejszymi dla oczu lampami świetlnymi i gdy następnie zastosowa-
no kondensatory świetlne z półprzewodników. Były to tarcze z półprzewodników akumulują-
ce energię świetlną, którą wypromieniowywały podczas naświetlenia promieniami cieplnymi 
lub promieniotwórczymi. 

Dopiero  przed  trzystu  laty  zniknęła  ta  pajęcza  sieć  przewodów,  gdy  kule  helionowe 

oświetliły  wciąż  promieniującym,  równym,  z  lekka  różowym  światłem  całą  powierzchnię 
planety, a szkło polaryzujące stało się naszym najgłówniejszym materiałem budowlanym. 

Wielkie różnice widzimy również między dawnym a obecnym urządzeniem wnętrz na-

szych domów, chociaż wiele spośród używanych przez nas przedmiotów znano w XX wieku. 

Dzisiaj mamy ułożone wzdłuż ścian elektrostatyczne listwy, które chwytają najmniejszy 

pyłek  i  jonizują  powietrze  w  pokoju,  mamy  magnetyczne  wieszadła  na  odzież,  wodę  i  po-
wietrze o dowolnej temperaturze, meble sprężyste przybierające najwygodniejszą dla siedzą-
cego formę, mamy zupełną izolację akustyczną pomieszczeń przeznaczonych na odpoczynek 
oraz wiele innych rzeczy, które niesposób tu wymienić.” 
 
 
 

ARTYKUŁY SPO

ŻYWCZE 

 

„Jak  zwykle,  na  wystawie  obficie  został  zaopatrzony  dział  artykułów  spożywczych... 

Bardzo  apetycznie  wyglądają  obsypane  ziarnami  złocistopomarańczowe  pnie  drzew  pszeni-
cznych, żóltawozielonawe i rubinowe grona winne, stosy owalnych płodów barwy kremowej 
oraz różne rodzaje owoców i warzyw. 

Dla porównania zobaczymy, jak pięćset lat temu wyglądał taki sam dział na Wystawie 

Wszechświatowej...” 

Na  ekranie  pojawiły  się  ogromne  kłosy  pszenicy,  wysokie  łodygi  kukurydzy,  stosy 

pomidorów, zielone, żółte i czerwone góry owoców i setki odmian warzyw i zbóż. 

„Proszę  się  uważnie  przyjrzeć  temu  działowi  —  ciągnął  dalej  przewodnik.  —  Wydaje 

się, że to wszystko niczym się nic różni od tego, co dziś przedstawiono na naszej wystawie na 
Wielkiej Równinie. 

W rzeczywistości jednak różnica jest bardzo duża. 
Z historii wiadomo, jakie trudności przy przezwyciężaniu oporu przed dwustu laty mieli 

background image

inicjatorzy przejścia od hodowli zbóż w ziemi do zielonego przenośnika. Możliwości hodowli 
zbóż  na  ziemi  syntetycznej  i  w  roztworach  odżywczych  znano  jeszcze  w  XX  wieku.  Lecz 
wszelkie  usiłowania  wprowadzenia  takiej  techniki  rolniczej  przez  dłuższy  czas  nie  dawały 
wyników. 

Dopiero  w  2207  roku,  gdy  uczeni  zbadali  tak  ważne  czynniki  rozwoju  roślin,  jak  pole 

grawitacyjne Ziemi, które utrudniało ich wzrost, oraz pole elektryczne pochodzenia atmosfe-
rycznego,  można  było  uzyskać  nadzwyczajne  urodzaje  na  zielonym  przenośniku  i  założyć 
podstawy współczesnej techniki rolniczej. 

Wszystkie późniejsze osiągnięcia, włącznie ze skutecznym uzyskiwaniem w 2300 roku 

mąki bezpośrednio w ziarnie sposobem  elektrycznym,  gdy  ciecz wewnątrz ziarna była ośro-
dkiem dla wyładowań o wysokim napięciu, bledną w porównaniu z rewolucją dokonaną dzię-
ki przejściu na hodowlę zbóż na zielonym przenośniku w sztucznych ośrodkach jonitowych, 
nasyconych substancjami odżywczymi. 

Patrząc  na  ten  dział  wystawy,  należy  przypomnieć,  jak  kiedyś  autorzy  fantastycznych 

opowieści przedstawiali sposób odżywiania się człowieka za lat pięćset. W ich przemyślnych 
fantazjach figurowały pigułki zastępujące człowiekowi wszystkie rodzaje żywności, roztwory 
odżywcze,  które  miały  być  wstrzykiwane  elektrycznie  przez  skórę,  gaz  jadalny,  wchłaniany 
razem z powietrzem i wiele innych nie mniej skomplikowanych i sztucznych sposobów odży-
wiania. 

Wszystkie  te  pomysły  były  bardzo  naiwne  i  bardzo  dalekie  od  rzeczywistości,  która 

okazała się o wiele prostsza! 

Człowiek  rozwija  się  wciąż  fizycznie  i  intelektualnie,  a  po  upływie  nawet  tysiąca  lat 

zachował  wszystkie  swoje  naturalne  potrzeby,  w  tej  liczbie  potrzebę  odżywczej,  smacznej  i 
różnorodnej  żywności.  Nawet  dziś,  przy  współczesnym  ogromnym  rozwoju  chemii  syntety-
cznej, która stworzyła wszystkie istniejące i wiele nieznanych w przyrodzie związków, żywe 
białko i produkty naturalne pozostały nadal głównym i najlepszym źródłem pożywienia. 

„Przechodzimy do najobszerniej zaopatrzonego w eksponaty działu, który zawsze przy-

ciąga  uwagę  zwiedzających.  Jest  to  dział  WSC  —  wierni  słudzy  człowieka.  Dział  ten  był 
również bardzo bogaty na Wystawie XX wieku. Oto na przodzie znajdują się stoiska z przy-
rządami i aparatami demonstrowanymi jako nowości na wystawie w Paryżu: 

Przyrząd  zwany  lokatorem  ultradźwiękowym  do  wyszukiwania  wad  materiałów  w 

konstrukcjach  stalowych  z  odległości  kilku  metrów,  przeznaczony  do  kontroli  wyrobów  w 
miejscach niedostępnych. 

Elektronowa maszyna do liczenia, która w ciągu kilku minut wykonywała serię obliczeń 

wymagających pracy dużej grupy wykwalifikowanych matematyków w ciągu wielu lat. 

Mikroskop  kwantowy  dający  kolorowy  obraz  obiektów  przeźroczystych  przy  powię-

kszeniu milion razy. 

Wirusometr  określający  charakter  i  koncentrację  wirusów  w  dowolnym  środowisku  i 

wyliczający śmiertelną dla nich dawkę bakteriofagów lub promieniowania gamma. 

Automatyczny  pilot  mogący  bezpiecznie  i  pewnie  prowadzić  samolot  lub  okręt  w  do-

wolnych warunkach. 

Aparat  do  szybkościowych  zdjęć  filmowych  w  oświetleniu  podczerwonym,  dający 

dwieście pięćdziesiąt tysięcy zdjęć na sekundę w całkowitej ciemności. 

Poza  tym  na  wystawie  przedstawiano  setki  innych  analogicznych  aparatów  o  różnym 

przeznaczeniu, mniej lub bardziej skomplikowanych. 

A teraz oblecimy na skrzydle ośmiokilometrową przestrzeń, na której złożone są nowe 

eksponaty WSC, wykonane w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Najpierw proszę zwrócić uwagę 
na ten przyrząd podobny do średniowiecznego zegara ściennego. Wyrywam kawałek papieru 
ze swojego notesu, wkładam go w zagłębienie znajdujące się u góry przyrządu i naciskam le-
wy guzik. (Na wielkiej tarczy zakręciły się krążki, to świecąc, to gasnąc; potem się wszystkie 

background image

zatrzymały.) 

Litery  C,  N,  O  i  Ca  ze  znajdującymi  się  obok  nich  liczbami  w  krążkach  oświetlonych 

oznaczają całkowity skład chemiczny tego papierowego paska, który włożyłem do przyrządu, 
zwanego  Analizatorem-21.  (Na  ekranie  Analizatora-21  pojawiły  się  cienkie  sploty  liniowe 
podobne do plastra miodu, oznaczające dokładny wzór strukturalny celulozy, z której składa 
się pasek papieru.) 

Przejdźmy obok kilku eksponatów i przyjrzyjmy się metalowemu urządzeniu, ustawio-

nemu  obok  figury  człowieka.  Od  urządzenia  ciągną  się  giętkie  kable,  idące  do  ręki  ludzkiej 
figury.  Jest  to  nowy  model  bardzo  rozpowszechnionego  u  nas  urządzenia,  które  nazywa  się 
»stróżem zmęczenia STZ«. »Stróż zmęczenia« uważnie śledzi stan mięśni człowieka i zawia-
damia go o konieczności przerwania pracy, gdy zmęczenie po pracy lub po ćwiczeniach fizy-
cznych osłabi mięśnie poniżej dozwolonej normy. 

W  2130  roku  zmieniono  zarządzenie  Rady  Wszechświatowej  o  odpowiedzialności  za 

niezachowanie  zasad  higieny  umysłowej  i  fizycznej,  ponieważ  zachowanie  tych  zasad  stało 
się naturalną potrzebą ludzi. Od tej chwili przyrządy STZ, przeznaczone do kontroli musku-
łów, działania mózgu i serca, funkcji układu gruczołowo-naczyniowego i nerwowego, szybko 
się rozpowszechniły, gdyż stały się niezastąpionymi przyrządami w służbie zdrowia i długo-
wieczności 

Podchodzimy do stoisk, w których wystawiono mnóstwo różnorodnych nowych typów 

maszyn do liczenia i urządzeń kontrolnych. Zgromadzono tu nie tylko zwykłe liczniki elektry-
czne, wodomierze, gazomierze i inne podobne przyrządy, które sporo miejsca zajmowały na 
wystawie w Paryżu. Już dawno zapomnieliśmy o konieczności kontroli zużycia energii, wo-
dy,  światła,  powietrza  —  każdy  używa  jej  w  dowolnej  ilości.  Ale  zużycie  to  trzeba  kontro-
lować ściśle dla celów planowania i badania, czy ogromnie duża liczba ukrytych przed czło-
wiekiem i obsługujących go mechanizmów, aparatów i urządzeń działa prawidłowo.” 
 
 
 

PRZEMYSŁ 

 

„Drodzy telewidzowie! Już od czterech godzin wędrujemy po wystawie, lecz zobaczyli-

śmy zaledwie bardzo małą jej część. Obejrzymy jeszcze dział przemysłowy. 

Przedtem, tak jak i przy poprzednich działach, najpierw obejrzymy stoiska przemysłu z 

czasów wystawy w Paryżu... 

Przedstawiamy wam, drodzy telewidzowie, jeden ze zbudowanych w XX wieku dużych 

kombinatów hutniczych. Wysokie wieże na przodzie — to wielkie piece elektryczne, w któ-
rych  z  rudy  wytapia  się  surówkę;  na  lewo  od  nich,  zbudowane  pod  ziemią,  znajdują  się  na-
grzewnice powietrza, a dalej urządzenia do odlewania ciągłego długich wlewków i przecina-
nia ich na krótsze kęsy. 

A  oto  ogromny  zgniatacz,  który  ma  silniki  o  łącznej  mocy  400  tysięcy  kilowatów; 

szybkość  walcowania  kęsów  o  grubości  jednego  metra  przekracza  pięćset  kilometrów  na 
godzinę... 

Tutaj znajdują się piece do bezpośredniej redukcji żelaza z rud, prasy smarowane masą 

szklaną do wytłaczania na gorąco skomplikowanych profilów ze stopu tytanowego oraz ogro-
mne  stacje  do  wytwarzania  tlenu,  wprowadzanego  do  pieców  z  powietrzem,  co  wówczas 
przez długi okres czasu było jedną z postępowych metod technicznych. Stacje zajmują prze-
strzeń o powierzchni kilku tysięcy metrów kwadratowych. 

Poza  tym  znajduje  się  tutaj  wiele  innych  urządzeń  technicznych,  którymi  słusznie 

szczycili  się  ich  twórcy  w  XX  wieku.  Z  małymi  różnicami  można  było  te  urządzenia  zoba-
czyć w każdym kombinacie metalurgicznym XX wieku. 

background image

A teraz przerzucimy się do naszych czasów i porównamy to, co widzieliśmy, z naszymi 

Wyspami  Metalurgicznymi  w  południowej  części  Oceanu  Spokojnego.  Tu,  jak  wiadomo, 
znajduje się jeden z głównych zakładów hodujących bakterie, które wyciągają z wody oceanu 
rozpuszczone w niej pierwiastki. 

Na  przedstawionym  obrazie  można  zobaczyć,  jak  miliony  metrów  sześciennych  wody 

przelewa się pompami z oceanu najpierw do filtrów jonitowych, a potem do filtrów bakteryj-
nych, w których kolejno oddziela się wszystkie pierwiastki znajdujące się w wodzie. W miarę 
nasycania  się  filtrów  metalami  zamienia  się  je  w  komorach  na  świeże  i  przenosi  rurami 
pneumatycznie do indukcyjnych pieców próżniowych o działaniu ciągłym, w którym przeta-
pia się je na metal. Roztopiony metal wypływa rurami do wlewnic o specjalnym przekroju, w 
których krystalizuje się pod wpływem ultradźwięku i zastyga zupełnie. 

Na  wszystkich  oceanach  całej  kuli  ziemskiej  jest  mnóstwo  takich  Wysp  Metalurgi-

cznych, które dostarczają wystarczającej dla ludzkości ilości żelaza i metali nieżelaznych. 

Tutaj  przedstawiono  model  czynnego  polimineralnego  kombinatu  PMK,  który  został 

niedawno  uruchomiony  w  okolicach  Antarktydy.  Kombinat  ten  świadczy  o  tym,  że  nawet 
przy  nadzwyczajnym  rozwoju  współczesnych  środków  technicznych  czasem  można  skorzy-
stać z techniki wieków ubiegłych. 

W  kombinacie  PMK  znajdują  się  podwójne,  połączone  ze  sobą  kanały,  które  zostały 

wywiercone świdrem elektrohydraulicznym na głębokość do dwudziestu kilometrów. Kanały 
te  wchodzą  do  obszernych  komór,  wypłukanych  strumieniem  fluorku  chloru.  Jednym  z  tych 
kanałów wprowadza się okrągłe plutonowe płytki, które wytwarzają w komorach temperaturę 
dochodzącą  do  40  000°C.  Parujące  w  ogromnych  ilościach  metale  i  rudy  wylatują  z  wielką 
szybkością  na  wierzch  i  tu  trafiają  do  zbiorników  grawitacyjnych.  W  zbiornikach  tych  pary 
metali i rud rozdzielają się według ciężaru właściwego, skraplają i zastygają w formach, które 
mają ruch ciągły. Oprócz metali w kombinacie PMK otrzymuje się rocznie miliony ton ma-
teriałów ogniotrwałych, oliwinowych, spinelowych, forsterytowych i innych, które w dużych 
ilościach zużywa przemysł hutniczy i budowlany. 

A  oto  jeszcze  jedno  źródło  materiałów,  o  którym  tylko  można  było  marzyć  w  czasach 

wystawy w Paryżu... 

W kombinacie, który tu przedstawiamy, ułożone są 1044 rury o średnicy jednego metra. 

Elektrostatyczne  pompy  wciągają  z  szybkością  huraganu  powietrze  z  okręgów  mających 
bogate  zielone  plantacje,  znajdujące  się  w  promieniu  100  kilometrów  wokoło  kombinatu. 
Powietrze  wpada  do  komór  wykonanych  z  materiału  cudowitu-170,  które  są  intensywnie 
jonizowane  i  poddane  silnemu  promieniowaniu.  Razem  z  powietrzem  wpada  para  wodna, 
dwutlenek węgla, azot i tlen, które wskutek szybko dokonującej się w komorach fotosyntezy 
tworzą  kilkadziesiąt  związków  gazowych  i  płynnych  i  są  doskonałym  materiałem  wyjścio-
wym do wyrobu wielu produktów. Z tych materiałów wyrabia się zwykłymi sposobami che-
micznymi ponad 14 tysięcy różnorodnych produktów i wyrobów, wśród których znajdują się 
produkty żywnościowe, szkło, tkaniny na skafandry do lotów międzyplanetarnych, materiały 
budowlane,  chemikalia  o  bardzo  złożonych  wzorach  chemicznych,  pokarm  dla  zwierząt, 
bakteriofagi do zwalczania szkodliwych owadów oraz różne olejki, oleje i smary. 

Każdy  z  takich  kombinatów,  a  jest  ich  na  naszej  planecie  ponad  80,  czerpie  energię  z 

własnego morza elektrycznego... 

Drodzy przyjaciele! Nastał czas odpoczynku dziennego. Przerywamy więc nasze zwie-

dzanie i powrócimy do niego za trzy godziny. A tymczasem życzymy przyjemnego spędzenia 
czasu i dobrego odpoczynku oraz odprężenia myśli po nadmiarze dzisiejszych wrażeń.”  
 
 
 
 

background image

 
 

SPIS TRE

ŚCI 

 
 

Skradziony głos   (M. Daszkijew)  

 

 

 

 

 

02 

Przygoda z aparatem Pr-5   (W. Popow) 

 

 

 

 

07 

Rok 2500   (Ł. Popiłow) 

 

 

 

 

 

 

14