background image

 
 
 
 

PIRAJE 

LUBIĄ ZAPACH KRWI 

I INNE OPOWIADANIA 

 

ZŁOTA PODKOWA 25 

 

        

 

 

 
 

WYDAWNICTWO „ŚLASK” KATOWICE 1958

 

background image

 
 

ANTONI MARCZYŃSKI 

 

PIRAJE LUBI

Ą ZAPACH KRWI 

 

WSZYSCY  sąsiedzi zazdrościli  Achillesowi  Riciano.  Nie  tego,  broń  Boże,  iż  należało 

do  niego  sześć  tysięcy  hektarów  ziemi.  To  przecież  drobiazg  w  porównaniu  z  tym,  co 
powiada każdy z argentyńskich magnatów, najczęściej w ogóle nie znających obszaru swoich 
olbrzymich posiadłości. Ale ten szczęśliwy Włoch, Riciano, nie wydawał prawie nic na pro-
wadzenie gospodarstwa i chełpił się z tej przyczyny nieznośnie. 

Prawdę  mówiąc,  inni  estancjerzy  z  prowincji  Corrientes  także  nie  robili  większych 

inwestycji i poświęcali się wyłącznie hodowli bydła na rzeź; w tym łagodnym klimacie trzy-
ma się stada pod gołym niebem przez calutki rok. Nie trzeba zatem budować stajen i nie doi 
się krów, pozostawiając tę przyjemność cielętom, które na takim wikcie szybko dojrzewają do 
żałosnego epilogu we frigorificos, jak nazywają tutaj wielkie rzeźnie-zamrażalnie mięsa. 

Tanio więc, łatwo i wygodnie można w Argentynie hodować bydło na swojej estancji

lecz w dziedzinie oszczędzania wszelkie rekordy bił Achilles Riciano, ponieważ miał własną 
wyspę.  Obejmujące  ją  ramiona  szeroko  rozlanej  rzeki  stanowiły  nieprzebytą  przeszkodę  dla 
jaguarów i dla innych drapieżników, a zarazem uniemożliwiały ucieczkę do dziewiczego lasu 
romantycznie usposobionym jałówkom i żądnym przygód byczkom. 

Słowem, właściciel tej rozległej wyspy nie potrzebował stawiać milami płotów z żerdzi 

czy drutu, jak inni estancjerzy, ani utrzymywać hufca uzbrojonych dozorców. Usłużna rzeka 
sama  też  napełniała  rynny  do  pojenia  bydła  i  dzięki  sieci  kanałów,  wykopanych  jeszcze  za 
życia rodziców Achillesa, darzyła wyspę trawą najbujniejszą, najsoczystszą w całej okolicy. 

W  równie  szczęśliwym  położeniu  nie  był  żaden  sąsiad  i  stąd  zazdrość,  natomiast  tru-

dniej pojąć, dlaczego Riciano wśród tak pomyślnych dlań okoliczności stał się przeraźliwym 
sknerą, wyzyskiwaczem i oszustem. I chociaż musiał sięgać do sakiewki tylko raz na rok, gdy 
wybrane  ze  stada  najtłuściejsze  sztuki  bydła  wysyłał  rzeką  do  Rosario,  zawsze  wynikała 
awantura.  Umiał  on  znaleźć  pretekst  do  urwania  części  umówionego  wynagrodzenia,  już 
„wyżyłowanego” do ostatnich granic. 

W  ciągu  kilku  lat  zyskał  sobie  tak  smutną  sławę,  że  po  sezonowych  robotników,  po-

trzebnych do spędzenia zdziczałych stad i segregacji bydła, musiał jeździć hen, w górę rzeki. 
Tam,  w  Missiones  albo  w  Paragwaju,  w  nowych  osiedlach  zawsze  znalazło  się  kilkunastu 
Polaków lub Ukraińców, którzy dotychczas nie słyszeli o Achillesie Riciano i mogli wzboga-
cić swe doświadczenie życiowe o jeszcze jeden zawód. Gdy odjeżdżali rozgoryczeni, notował 
sobie nazwę ich kolonii, by omijać ją skwapliwie; na przyszły rok szukał nowych robotników 
gdzie indziej — i tak w kółko. 

Aż pękła bomba. Ktoś z pokrzywdzonych trafił do redakcji gazety „Critica” w Buenos 

Aires.  „Critica”  ma  przeszło  pół  miliona  nakładu;  to,  co  napisała  o  łajdactwach  Riciana, 
powtórzyły  za  nią  czasopisma  polskie,  ukraińskie,  niemieckie  i  niektóre  argentyńskie  z 
prowincji, dodając notatki o innych sprawkach Riciana. Niebawem Achilles Riciano stał się w 
całym dorzeczu Parany postacią tak osławioną, że zanim gdzie usta otworzył, już wyrzucano 
go za drzwi. Na próżno obiecywał, że tym razem zapłaci z góry. 

— Zapłać wpierw tym, których oszkliłeś — odpowiadano mu stale. 
Na  nic  nie  zdało  się  nawet,  że  zaczął  przedstawiać  się  pod  przybranymi  nazwiskami, 

gdyż jego nalaną, obleśną fizjonomię znano dobrze z fotografii i karykatur zamieszczonych w 
gazetach. Aż w pewnej fondzie zawarł znajomość z opojem, który nie tylko nie pogardził jego 
towarzystwem,  ale  nawet  gotów  był  za  flaszkę  prawdziwej  paragwajskiej  kanii  udzielić  mu 
„zbawiennej rady”. Rad nierad skąpy Włoch zdobył się na ten wydatek i usłyszał: 

background image

— Weź sobie do roboty Indian. 
Riciano w pierwszej chwili uznał to za kpiny. Bo i gdzie szukać dawno przez najeźdź-

ców  wypartych  i  zdziesiątkowanych  autochtonów,  których  niedobitki  wegetują  w  głębi 
puszcz,  równie  przetrzebionych  i  kurczących  się  szybko  w  tej  części  Ameryki  Południowej. 
Ale pijak upierał się przy swoim. On sam zna, twierdził bardzo liczną rodzinę indiańską, wy-
gnaną przez współplemieńców z tolda i właściwie przymierającą głodem. Ta ostatnia wiado-
mość żywo zainteresowała Włocha; zapytał, gdzie są ci „czerwoni”. 

— Bliziutko stąd — brzmiała odpowiedź. — Jeśli będzie pomyślny wiatr, dotrzemy do 

nich twoją żaglówką za dwie i pół doby. 

Wszystko,  co  mówił,  okazało  się  prawdą,  poza  jednym  szczegółem,  że  ta  rodzina  jest 

bardzo liczna. Była liczna dawniej, ale teraz pozostały z niej przy życiu zaledwie trzy osoby 
dorosłe  i  sześciu  chłopców  w  wieku  od  dwunastu  do  osiemnastu  lat.  Jeszcze  przed  rokiem 
głowa  domu,  sędziwy  Itararé,  miał  wnuków  nie  sześciu,  lecz  dziewięciu  i  trzech  synów,  ale 
dokładnie  połowę  tej  „progenitury”  pożarła  mu  jakaś  zaraza,  której  ofiarą  padły  również 
wszystkie kobiety, prócz jego najstarszej wnuczki Arangretáry. Trzecią dorosłą osobą był jej 
daleki kuzyn, muskularny Beng, on też jedynie przypadł do gustu Achillesowi, który wściekał 
się wprost na swojego przewodnika. 

— Zamiast dwunastu chłopów zaledwie jeden i pół tuzina szczeniaków, którym jeszcze 

w głowie psie figle, nie robota — zrzędził. 

—  A  ja  mówię  —  odparł  pijak  —  że  ci  wygłodzeni  chłopcy,  jeżeli  będziesz  ich 

uczciwie karmił, zakasują w pracy dorosłych robotników. 

—  Dobrze  więc,  ponieważ  nie  mam  innego  wyboru.  Lecz  dziewczyska  i  tego  starego 

dziadygi zabierać ze sobą nie myślę. 

Musiał  ich  jednak  zabrać,  gdyż  chłopcy  nie  chcieli  tych  dwoje  pozostawić  bez  opieki. 

— „Albo wszyscy, albo nikt” — powtarzano mu z iście indiańskim uporem, dopóki Riciano 
nie ustąpił. Ale cenę wytargował śmiesznie niską, utrzymanie i pół pesa dziennie na głowę; za 
takie wynagrodzenie wśród białych nie znalazłby robotników nigdy. I cała zapłata z dołu, co 
przy szpetnym nawyku Riciana bardzo źle wróżyło tym biedakom, którzy zapomnieli zastrzec 
sobie w umowie odstawienie ich na powrót do domu, po skończeniu prac. 

Krótko mówiąc, zanosiło się, iż wyzyskiwacz wystrychnie „czerwonoskórych” na dud-

ka, jak jeszcze nikogo. 

Myśl o tym poprawiła mu humor, tak że podczas dwudniowej żeglugi z prądem ku swo-

jej  wyspie  raczył  łaskawie  poświęcić  trochę  uwagi  obłaskawionym  dzikusom.  Śmieszyły  go 
ich piękne imiona, które uważał za pretensjonalne i w ogóle głupie. Bowiem „itararé” znaczy 
dosłownie: „kamień, gdzie mruczy woda”, zaś „beng”: „kamienna siekiera”, a wreszcie „aran-
gretára”, tyle co: „korona z piór”. 

Po  raz  pierwszy  przyjrzał  się  baczniej  właścicielce  tego  ostatniego  imienia,  po  raz 

pierwszy zauważył, iż „dziewczysko” jest wcale ładną dziewczyną, tylko ubraną okropnie: na 
jej  strój  składała  się  spódniczka  i  stary,  dziurawy  kuru-kusza,  czyli  utkany  z  włókien  urtigi 
długi  płaszcz  męski,  odziedziczony  zapewne  po  zmarłym  ojcu.  Lecz  kiedy  raz,  podczas 
największego  upału,  zrzuciła  tę  wstrętną  płachtę  i  obnażona  po  pas  zawiesiła  sobie  na  szyi 
girlandę uwitą z kwiatów. Achilles Riciano prawie stracił głowę. 

Prawie!  Nie  popełnił  zatem  żadnego  szaleństwa,  choć  już  go  kusiło,  by  w  przystani, 

gdzie kupował żywność, nabyć także tabliczkę czekolady za 35 centavos i tym darem pozy-
skać  sobie  przychylność  młodej  Indianki.  Nie,  ta  inwestycja  byłaby  bezcelowa  w  obecnych 
warunkach. 

Umyślił  sobie  natomiast  plan  działania  na  przyszłość:  Po  robotach,  przy  wypłacie,  jak 

zwykle  lub  raczej  bardziej  niż  zwykle,  skrzywdzi  swoich  najemników,  sprowokuje  kłótnię  i 
pogróżki, za które każe wszystkich Indian aresztować. Wszystkich, prócz tej ponętnej szelmy, 
Arangretáry, którą zatrzyma na dłuższy czas przy sobie w charakterze służącej, dosłownie do 

background image

wszystkiego. 

— Świetny pomysł — pochwalił się sam — ale na razie muszę zająć się moim bydeł-

kiem. 

Bydło Riciana, mające do swej wyłącznej dyspozycji wyspę o obszarze sześciu tysięcy 

hektarów,  nie  pasło  się  w  jednej  gromadzie,  to  jasne,  lecz  w  grupach  po  kilkadziesiąt sztuk. 
Ponieważ  zdziczałe  krowy  często  atakują  człowieka,  nie  mówiąc  już  o  groźnych  szarżach 
buhajów,  spędza  się  je,  gdy  to  potrzebne,  z  pomocą  konnych  pastuchów.  Sknera  Riciano, 
trzymając  tylko  pięć  koni  wierzchowych,  do  spędu  używał  głównie  pieszych  robotników, 
uzbrojonych w baty i w kukurydziane pochodnie własnego wyrobu. Dzięki temu skąpstwu co 
rok wydarzały się nieszczęśliwe wypadki na wyspie i już sześć grobów kryło się w gęstwinie. 

Bowiem wśród tych rozległych pastwisk było sporo zarośli, a niektóre z nich odgrywały 

rolę żywopłotów, bardzo pomocnych przy corocznej segregacji. Robotę zaczynało się od te-
go, że tyraliera ludzi, idąca przez całą szerokość długiej, lecz wąskiej wyspy, wyganiała bydło 
z jej wschodniej części w zachodnią; kiedy doszło do środka, zatykano ruchomymi płotkami 
wyrwę w kolczastym żywopłocie przegradzającym wyspę w poprzek. 

Nieco  na  północ  od  tej  wyrwy  i  jeszcze  po  jej  wschodniej  stronie  znajdował  się  plac 

solidnie ogrodzony, a posiadający dwa wejścia: północne, wiodące do przystani, i zachodnie. 
Przed  tym  ostatnim,  zaopatrzonym  w  dowcipnie  skonstruowaną  furtkę,  ciągnęły  się  dwa 
płotki, zrazu równoległe, potem rozbiegające się jak ramiona kąta ostrego aż ku dwom kępom 
krzaków, odległych od siebie o dobre sto metrów. 

Pomiędzy  te  dwie  kępy  wpędzała  „nagonka”  jedno  stadko  za  drugim.  Krowy  szły  po-

czątkowo ławą, prowadząc najmłodsze cielęta w pośrodku, lecz zwężające się płoty zmuszały 
je do ciągłego ścieśniania szeregów. Niebawem mogły iść ledwie szóstkami, piątkami, czwór-
kami, potem parami, wreszcie tam, gdzie płoty biegły równolegle, już tylko gęsiego. 

Tak każda, naciskana z tyłu przez towarzyszki niedoli, docierała kolejno do owej furtki, 

za którą siedział w bezpiecznej quasi klatce sam  Achilles Riciano, z ręką  opartą na dźwigni 
prymitywnego mechanizmu. 

Gdy nadchodząca sztuka była tłusta, wpuszczał ją na zagrodzony plac, gdy chuda lub za 

młoda, przesuwał dźwignię inaczej, furtka zamykała wejście na plac, a równocześnie odkry-
wała dziurę w żywopłocie i bydlę odzyskiwało wolność, ale już we wschodniej części wyspy. 

Tylko lichsze byczki, które chciano wykastrować, i krowy o zbyt ostrych rogach, które 

należało  spiłować  przed  odzyskaniem  wolności,  chwytała  za  łeb  rama  ukryta  w  listowiu 
żywopłotu,  żeby  pacjent  stał  spokojnie  przy  potrzebnej  operacji  odbywającej  się  w  tempie 
prawdziwie amerykańskim. 
 

* * * 

 

Wytłumaczywszy tegorocznym najemnikom, na czym polegać będzie ich praca, Ricia-

no  przekonał  się  wnet,  iż  pijak  miał  słuszność.  Młodzi  Indianie  spisywali  się  znakomicie, 
tylko  apetyt  mieli  zastraszający.  Niby  to  jedynie  dlatego  przydzielił  Arangretárę  do  pomocy 
swojej  starej  kucharce,  Metysce  paragwajskiej,  nie  rozstającej  się  nigdy  z  cygarem,  ale  w 
rzeczywistości liczył na to, że dziewczyna zechce nocować w kuchni. 

Zawiódł  się  srodze;  Indianka  jak  gdyby  przeczuła  jego  zamiary,  zawsze  przed  zacho-

dem słońca wynosiła się z domu. Nie mógł jej tego zabronić, ale wyraził swe zdziwienie, że 
woli  ona  sypiać  na  mokrej  ziemi  zamiast  na  wygodnym  łóżku.  Odpowiedziała  mu,  iż  musi 
czuwać przy starym, chorowitym dziadku, lecz miał przekonać się wkrótce, że jej nocne zaję-
cie nie było bynajmniej tak samarytańskie. 

O tydzień krócej niż w minionych latach trwała tegoroczna segregacja i nikt nie odniósł 

poważniejszej  kontuzji.  Zuchy  z  tych  Indian!  Zuchy  i  głupcy,  bo  przecież  pracowali  na 
dniówkę,  leżało  zatem  w  ich  interesie  „gubić”  spędzane  bydlęta  w  gęstwinie  i  przeciągać 

background image

robotę jak najdłużej. A skoro są tacy głupi, niech cierpią, oszuka się ich przy wypłacie jeszcze 
dotkliwiej niżeli to było w projekcie z początku. 

Tak, ale najpierw trzeba wywieźć z wyspy przeznaczone dla frigorificos bydło, którego 

jest  tym  razem  na  zagrodzonym  placu  1085  sztuk.  Mało,  nieproporcjonalnie  mało  do  tej 
masy, jaką musiał wypuścić z powrotem na pastwiska. Chude krowy,  chudy rok. Jakże inne 
były lata 1914 — 1918, którym Argentyna zawdzięcza tyle miliardów zarobionych na dosta-
wach  wojennych,  jakże  inna  była  wtedy  cena  za  kilogram  żywej  wagi!  Och,  kiedy  powróci 
okres  złotej  koniunktury,  kiedyż  nareszcie  wybuchnie  w  Europie  znowu  taka  porządna, 
powszechna wojna?! 

Ryk syreny przerwał Achillesowi Riciano te rozmyślania. Syrena? Aha, zamówiony sta-

tek po bydło. Czemu jednak stanął tam, w środku rzeki, zamiast podpłynąć tutaj, do przysta-
ni? Achilles nie mógł tego zrozumieć, czekał więc cierpliwie na szalupę, którą spuszczono ze 
statku.  Wysiadł  z  niej  wilk  morski  (raczej  rzeczny!)  znany  mu  osobiście,  toteż  huknął  na 
niego rubasznie: 

— Co z wami, patałachy, czy to stare pudło siadło na mieliźnie? 
— Jeszcze nie, na psa urok — odparł zagadnięty, witając się z estancjerem. — I właśnie 

dlatego, że nie mamy na to najmniejszej ochoty, nie zawiniemy tym razem do pańskiej zaki-
chanej przystani. 

On nie żartował tak jak Riciano, który dopiero teraz dowiedział się i po chwili stwier-

dził  to  naocznie,  że  kaprys  rzeki  zamulił  mu  w  tych  dniach  przystań,  przed  nią  zaś  usypał 
solidną ławicę piasku. Nawet najpłycej zanurzający się statek nie mógł obecnie podejść tutaj, 
a  było  to  dotychczas  najstosowniejsze  do  tego  miejsce  na  całej  wyspie.  I  co  począć?  Co 
począć?  

—  Sprowadzić  z  Buenos  Aires  dragę,  pogłębić  dno,  i  basta.  Ta  historia  będzie  pana 

kosztowała najwyżej dziesięć tysięcy pesów — kpił marynarz, dobrze znający skąpstwo Wło-
cha. — No, decyduj się pan żywo, bo nasz czas jest także drogi. Na zachodnim cyplu wyspy 
zauważyliśmy miejsce, w sam raz odpowiednie dla nas; czy może pan tam przepędzić bydło? 

Przygnębiony  Riciano  potrząsnął  głową  przecząco.  Do  tego  miejsca  było  w  linii 

powietrznej  18  km  stąd,  czyli  trzeba  by  zbudować  40  km  płotów,  aby  z  nich  utworzyć 
zamkniętą drogę i aby wybrane na rzeź bydło nie rozbiegło się po wyspie. Własnego drzewa 
miał  pod  dostatkiem,  ale  budowa  takiego  szpaleru  pochłonęłaby  moc  czasu,  a  statek  słono 
liczy  za  każdy  dzień  postoju.  Przyszedł  mu  jednak  do  głowy  inny  pomysł:  niechby  statek 
przysunął się, jak może najbliżej do świeżej mielizny — i spuścił na nią długi pomost z desek, 
który  tutaj  leży.  Wówczas  on,  Riciano,  ze  swoimi  ludźmi  wpędzi  bydło  do  rzeki,  będzie  je 
gnał ku mieliźnie, skąd każda krowa, by wyleźć z wody, sama chętnie wgramoli się po pomo-
ście na statek. 

Prądu  nie  ma  tu  prawie  wcale,  żeby  zaś  stado  w  wodzie  nie  rozchodziło  się  na  boki, 

można  rozpiąć  dwie  liny  pomiędzy  statkiem  a  brzegiem.  Liny,  ewentualnie  podparte  na 
łódkach,  odegrają  tę  samą  rolę  co  płoty  na  lądzie,  i  tym  szpalerem,  zrazu  szerokim,  potem 
zwężającym się, bydło będzie musiało podążać wyłącznie w stronę mielizny. Czy nie świetny 
pomysł? 

— W praktyce okaże się, czy świetny — odparł marynarz. — Zastrzegam się natomiast, 

że całe to niezwykłe ładowanie odbędzie się wyłącznie na pańskie ryzyko. Jeżeli część bydła 
utonie lub... 

—  Nie  utonie  —  przerwał  mu  Riciano  —  każde  zwierzę  pływa  lepiej  niż  niejeden 

rekordzista wśród ludzi. Zresztą do mielizny blisko. 

— Spieszmy więc do kapitana statku, by z nim wszystko dokładnie omówić, a pańscy 

ludzie niech tymczasem wzmocnią pomost. 

Pomost trzeba było także przedłużyć o kilka metrów, aby zmniejszyć jego spadzistość. 

Potem przewieziono go na mieliznę, za którą już zakotwiczył się statek, i podparto drewnia-

background image

nymi  kozłami,  by  wytrzymał  ciężar  kilkunastu  krów  na  raz.  Przygotowania  te  wraz  z  prze-
ciąganiem  lin  według  pomysłu  estancjera  zajęły  resztę  dnia,  po  czym  Achilles  wprosił  się 
kapitanowi  statku  na  kolację,  Po  kolacji,  rad  nierad,  musiał  z  oficerami  zasiąść  do  kart,  że 
jednak pieniądz przyciąga pieniądz, wyszedł z tego zwycięsko właśnie on, bogacz, i z grubszą 
wygraną w kieszeni powrócił zadowolony na swoją wyspę. 

Dochodziła  północ.  Ciemno  było  paskudnie,  już  zresztą  po  południu  zaczęły  od  Para-

gwaju nadciągać chmury, lecz znał drogę do domu na pamięć. Jeżeli zboczył z niej, to tylko 
dlatego, że dojrzał przeświecające przez zarośla ognisko — rozpalali je co wieczór tegoroczni 
jego najemnicy — i skusiło go, żeby zobaczyć Arangretárę śpiącą. 

Nieraz  już  próbował  dotknąć  jej  gładkiej  skóry  lub  uszczypnąć  ją  „z  żartów”,  ale 

zwinna dziewczyna umiała zawsze w porę uskoczyć na bok czy w tył i dłoń Achillesa chwy-
tała  tylko  powietrze.  Tak  bywało  za  dnia,  lecz  teraz  dochodziła  północ,  wszyscy  spali  na 
pewno, czyli szanse zbliżenia się do młodej Indianki znacznie wzrosły. 

Urzeczony  tą  kalkulacją  Riciano  skradał  się  w  stronę  dogasającego  ogniska,  wokół 

którego  nocowali  Indianie.  Ciężko  spracowani,  objedzeni,  jak  zwykle,  do  nieprzyzwoitości, 
spali  kamiennym  snem,  a  między  nimi  walały  się  na  trawie  resztki  ryb  i  całe  naręcza  bana-
nów. Oto sędziwy Itararé, oto jego sześciu wnuków; najmłodszy z nich miał brzuch pociesz-
nie wydęty i na twarzy nadgryziony kukurydziany placek. Ale gdzie ich nadobna siostrunia? 
Aha,  za  krzakami!  Domyślił  się  tego  ujrzawszy  wychylający  się  spoza  pierwszego  krzewu 
skraj  olbrzymiego  kuru-kusza,  znał  przecież  dobrze  to  pstrokate  od  lat  płaszczysko.  Na  nim 
zapewne leżała, o kilkanaście metrów od ogniska i od krewnych, co bardzo sprzyjało zamia-
rom Achillesa. 

Szybko  więc  ruszył  w  tym  kierunku,  starając  się  opanować  niecierpliwe  drżenie  rąk; 

minął  pierwszy  krzak,  przyklęknął  i  zmełł  w  zębach  najgorsze  przekleństwo.  Bo  wprawdzie 
dziewczyna  była  tutaj,  jak  przypuszczał,  ale...  nie  sama;  na  jej  ramieniu  spoczywała  głowa 
rosłego  dryblasa,  który  chrapał  aż  miło.  To  Beng,  oczywiście  Beng,  jej  kuzyn,  i  jego  najle-
pszy w tym roku pracownik. 

Achilles  długo  patrzył  na  niego  z  bezdenną  nienawiścią,  aż  nagle  uczuł  na  sobie  czyjś 

kłujący  wzrok.  Po  chwili  skrzyżowały  się  spojrzenia:  jego  i  Arangretáry.  Nie  krzyknęła  na 
widok  intruza,  z  świetnym  opanowaniem  nerwów  leżała  nieruchomo  nadal,  ściskając  pod 
fałdą  płaszcza  myśliwski  nóż.  Wolno  podniosła  go  tak,  aby  tamten  widział,  i  oznajmiła  mu 
spojrzeniami,  że  jeśli  będzie  dalej  patrzał  tak  krwiożerczo  na  jej  ukochanego  i  rzucał  nań 
uroki, to zginie! 

Riciano zrozumiał; powstał, splunął, odszedł zawiedziony, zazdrosny, wściekły. Dawno 

nikomu tak gorąco nie życzył śmierci, jak teraz Bengowi. 

—  Pasy  bym  z  ciebie  darł  —  mamrotał,  idąc  do  domu.  Prawdziwych  czy  urojonych 

wrogów  zawsze  w  swej  wyobraźni  zadręczał  na  śmierć,  lubił  im  obmyślać  najkrwawsze 
tortury, jak w ogóle lubił zapach krwi. — Ja już potrafię wysłać cię do piekła — odgrażał się 
Bengowi. — I tak, aby ani cień podejrzenia na mnie nie padł. 

Sposobność po temu miała nadarzyć się nazajutrz. Burza z piorunami przeszła o świcie, 

lecz niebo pozostało zachmurzone nadal i brakło słońca, które często zabija złe myśli wylęgłe 
w  ciemnościach.  W  ogóle  dzień  zaczął  się  kiepsko.  Indianie,  ogromnie  wrażliwi  na  deszcz, 
ucierpiawszy mocno podczas rannej ulewy, awanturowali się znowu o prawo do noclegów w 
pustym szałasie, skoro sypiali w nim zawsze biali robotnicy; dlaczego im nie wolno, dlaczego 
chlebodawca w tym roku zamknął szałas na kłódkę? 

Mówiąc to trzęśli się z zimna, i choć dzień był ciepły, twierdzili, że są chorzy i dzisiaj 

pracować nie mogą. 

Właśnie  dzisiaj!  Riciano  szalał  z  gniewu.  Statek  czeka,  wszystko  przygotowane  do 

ładowania bydła, a ci chcieliby próżnować. 

—  Do  roboty,  marsz!  albo  zrywam  kontrakt  i  nie  zapłacę  wam  ani  pesa!  Poza  tym 

background image

pójdziecie do więzienia  za strajk! —  Zauważywszy, że pogróżki wywarły na nich wrażenie, 
kuł żelazo, póki gorące. — Zapytuję po raz ostatni, czy zaczniecie pracować natychmiast, czy 
mam wezwać policję?! 

Skapitulowali  pozornie,  lecz  zaraz  Itararé  jął  tłumaczyć  chlebodawcy,  że  wymyślony 

przezeń sposób ładowania bydła jest bardzo ryzykowny. 

— Dlaczego? 
— Żakaré, panie żakaré! — (Jakaré to po indyjsku: aligator). 
—  Głupstwo  —  odparł  Achilles.  —  Tutejsze  krokodyle  są  małe,  tchórzliwe.  Zresztą 

deszcz  oziębił  wodę  w  rzece,  słońca  także  nie  widać,  więc  żaden  kajman  nie  wystawi  dziś 
nosa z mułu. 

Wzmianka o mule przypomniała Indianinowi rajé, ale tym Riciano także nastraszyć się 

nie dał. On gwiżdże na te obrzydliwe płaszczki, na ich groźne kolce osadzone na końcu ogona 
jak  u  skorpionów.  Cóż  mu  to  szkodzi,  że  któraś  krowa  nadepnie  raję  i  kolcem  oberwie  po 
nodze; przecież to bydło i tak przeznaczone jest na rzeź. 

Stary Indianin westchnął smętnie — i do gry o wielką stawkę, bo o zwolnienie od pracy 

rodziny  naprawdę  chorej  po  tym  deszczu  —  rzucił  swój  ostatni  atut:  piraje!  Są  to  ryby 
wielkości małego karpia, posiadające czerwonawe płetwy, potężne szczęki, legendarną żarło-
czność  i  tupet  nieprawdopodobny.  Płynąc  w  dużej  masie  atakują  śmiało  nawet  największe 
zwierzęta  —  i  każdą  ofiarę,  która  nie  zdoła  uciec  na  ląd,  w  ciągu  kilku  minut  zamieniają  w 
czysto spreparowany szkielet. Ruszają do ataku wprawdzie tylko wówczas, gdy poczują krew, 
ale  któreż  stworzenie  ma  całą  skórę,  bez  żadnej  ranki,  skoro  co  trzeci  krzak  w  tym  kraju 
posiada kolce? 

— Nigdy tu pirai nie widziano — odparł Achilles. 
Ta odpowiedź nie brzmiała już tak pewnie, wobec czego Itararé stał się bardzo wymo-

wny.  Nie  widziano  pirai,  zgoda,  w  tej  mętnej  rzece  nigdy  nic  nie  widać.  Za  to  wystarczy 
przeprawić się na paragwajski brzeg, aby zobaczyć dziesiątki krów z okropnymi bliznami na 
wymionach. To są te krowy, co w upał gasiły pragnienie tuż przy brzegu, bo mniej ostrożne 
bydlęta, które zanurzyły się głębiej, zostały przez piraje pożarte doszczętnie. 

—  Ha,  skoro  tak  —  westchnął  Riciano  —  to  zabezpieczę  się  przed  tymi  przeklętymi 

rybami według starej recepty.  Z dwojga złego lepiej poświęcić jedno chude bydlę, niż przy-
wieźć  do  frigorifico  kilkanaście  pokaleczonych  sztuk,  z  których  parę  mogłoby  zdechnąć  na 
statku... Poleć wnukom, ażeby mi zaraz złapali na lasso możliwie najgorszą krowę na pastwi-
sku. 

Tak  oto  na  nic  nie  zdała  się  cała  „dyplomacja”  Indian.  Biały  pan  postawił  na  swoim, 

kazał im pracować, choć mieli dreszcze coraz większe, a sam zasiadł do śniadania. Nie skoń-
czył go jednak. Olśniony jakąś myślą, zerwał się od stołu, pochwycił skrzynkę z narzędziami i 
wybiegł  z  nią  pospiesznie,  jak  gdyby  się  paliło.  Arangretára,  śledząc  dziś  każdy  jego  ruch, 
również  wymknęła  się  z  domu.  Riciano  szedł  do  przystani,  tam  wsiadł  do  najmniejszego 
czółna i odpłynął nim szybko w kierunku wschodnim. Posunął się wzdłuż północnego brzegu 
wyspy,  czyli  pod  prąd,  pomimo  to  młoda  Indianka  nie  mogła  za  nim  nadążyć,  zbyt  wiele 
gęstwiny  spotykała  po  drodze.  Myślała  już,  że  straci  go  z  oczu,  gdy  wtem  posłyszała  stuk 
młotka. 

Wreszcie przebyła zarośla, spojrzała w dół. U jej stóp, na maleńkiej plaży leżało czółno 

odwrócone  do  góry  dnem,  przy  nim  Włoch  majstrował  coś  tak  zawzięcie,  że  skaleczył  się  i 
wrzasnął.  Widziała  dokładnie,  jak  obwiązywał  sobie  palec  chustką,  jak  chował  do  kieszeni 
mały zwój drutu, jak składał narzędzia. 

Potem, odwróciwszy łódeczkę dnem na dół, zepchnął ją na wodę do połowy i zaczął się 

wspinać  ku  zaroślom,  gdzie  stała  Arangretára.  Czyżby  ją  dostrzegł?  Na  wszelki  wypadek 
rozpoczęła  natychmiast  odwrót  i  stanęła  w  domu  znacznie  wcześniej  niż  Riciano,  który 
zresztą zaraz wyszedł znowu, bo chciał tylko odnieść narzędzia. W godzinę potem w kuchni 

background image

zjawił się Itararé. 

— Biały wzywa cię do siebie, jest w przystani — rzekł do wnuczki. 
Achilles  wezwał  ją  niby  po  to,  by  mu  pomogła  wiosłować.  Był  niezwykle  grzeczny, 

gadatliwy,  wesoły,  lecz  czuła,  że  w  całym  jego  zachowaniu  czaił  się  jakiś  fałsz.  Drugą, 
większą łodzią płynęli tym samym szlakiem, którym półtorej godziny temu on podążał.  

Gdy okrążyli zadrzewiony cypelek wyspy, okazało się, że tuż za nim jest tamta maleńka 

plaża.  Stała  na  niej  schwytana  na  lasso  krowina,  pod  strażą  jednego  z  braci  Arangretáry  i 
Benga. Obydwaj, na znak dany przez Achillesa, wpędzili do rzeki krowę, która za szyję była 
sznurem  przywiązana  do  czółenka.  Teraz  Beng  wskoczył  w  nie,  odbił  od  brzegu;  zaczął 
wiosłować i skracać sznur, skoro minął bydlątko stojące z rezygnacją w wodzie po kolana. 

—  Ciągnij  ją,  dopóki  będzie  miała  grunt  pod  nogami,  później  stań,  czekaj  dalszych 

rozkazów — zawołał z daleka Riciano, po czym zawrócił swoją łódź w  stronę przystani. — 
Wypędzać bydłoo! — huknął głośno. 

Otwarły się na zewnątrz północne wrota zagrodzonego placu i bydło, celowo nie pojone 

od  wczoraj  rana,  samo  zaczęło  iść  ku  rzece,  której  lewy  brzeg  miało  na  kilka  metrów  przed 
wrotami.  Na  boki  rozchodzić  się  nie  mogło  dzięki  płotom,  których  przedłużeniem  były  liny 
przytwierdzone  do  statku,  ponieważ  zaś  ogrodzony  tak  odcinek  brzegu  mógł  pomieścić  le-
dwie piętnaście sztuk, dalsze piętnastki zepchnęły do wody kolejno pierwszą, drugą, trzecią i 
tak dalej. 

—  Za  powoli  to  idzie,  caramba!  —  irytował  się  Riciano  w  swojej  łodzi,  która  już 

docierała do prawej liny. — Strzelać! 

Młodzi  Indianie  z  upragnieniem  czekali  na  ten  rozkaz.  Wprawdzie  z  trzech  starych 

strzelbisk, które im dziś powierzył wraz z torbą ślepych naboi, nie mogli zabić ani żaby, lecz 
huk wystrzałów sprawiał im wielką rozkosz. 

Strzelając,  krzyczeli  z  radości,  a  przerażone  tą  wrzawą  bydło  biegało  po  ogrodzonym 

placu, póki nie natrafiło na otwarte wrota. 

Pierwsze szeregi krów,  wciąż z tyłu popychane, przepłynęły  wąski pas  głębiny, z ulgą 

przyjęły  grunt  pod  nogami,  i  zanurzone  na  metr  w  wodzie  szły  ku  mieliźnie,  ku  mostkowi 
posypanemu w części wynurzonej solą, „na wabia”. Kiedy zaś pierwsza krowa zdecydowała 
się wkroczyć na statek, inne, już bez jej wahania, obdarzyły go swym całkowitym zaufaniem. 

— Widzisz, jak wszystko mądrze obmyśliłem? — pochwalił się znów Achilles, płynąc 

łodzią wzdłuż liny, równo z czołem stada. 

— A czemu Beng stoi w miejscu z tamtą krową? 
— Tamta krowa jest chora, zdechłaby i tak, więc mogłem ją poświęcić dla bezpieczeń-

stwa  tak  ślicznych  sztuk.  Poleciłem  skaleczyć  ją  nożem  tak,  by  długo  krwawiła.  Jeśli  są  w 
okolicy piraje, to poczuwszy krew przypłyną do swej ofiary, a stado pozostawią mi w spoko-
ju... Bengowi oczywiście nic nie grozi — dodał z ironią. — Siedzi sobie w solidnym czółnie... 

Teraz nareszcie Arangretára przejrzała jego podłą grę. To „solidne” czółno ma zatonąć, 

nie darmo estancjer coś przy jego dnie majstrował. Może już nabiera wody? Może zatopi je 
dopiero  gwałtowniejsze  szarpnięcie  krowy,  która  na  razie  stoi  spokojnie,  lecz  zacznie  się 
szamotać,  gdy  ją  opadną  piraje  czy  aligatory?  Te  bestie  rzucą  się  wówczas  także  na  Benga, 
który  nic  przez  to  nie  wskóra,  że  jest  dobrym  pływakiem.  I  ona,  Arangretára,  nie  może  go 
ostrzec i skłonić do powrotu na brzeg, bo z tej odległości on nie usłyszy jej wołania. Co robić, 
jak go ratować i pomścić? 

Znowu  mistrzowsko  panowała  nad  nerwami.  Riciano  z  bliska  wpatrzony  w  jej  twarz, 

mającą  wyraz  absolutnej  obojętności,  osądził  właśnie,  że  dziewczyna  ma  umysł  tępy  jak 
większość jej współplemieńców. Ani śladu inteligencji czy sprytu nie mógł się doszukać w jej 
pięknych oczach. Ot, ładna kretynka, wymarzona kandydatka na potulną niewolnicę, myślał, 
zapomniawszy o nocnym epizodzie z nożem. 

— Na ramieniu Benga widziałem ślad czyichś ostrych ząbków, zapewne twoich. Prze-

background image

gryzłaś mu skórę, to bardzo źle — rzekł ze złowrogim uśmiechem i zrobił efektowną pauzę 
— bo piraje lubią zapach krwi! 

—  Lubią?  —  przelotnym  spojrzeniem  musnęła  kciuk  jego  prawej  dłoni  obwiązanej 

chustką, pełną czerwonych plam. — Dobrze wiedzieć. 

Postawszy dłużej na wysokości pomostu łączącego mieliznę ze statkiem, Achilles skie-

rował łódź znowu w stronę przystani. 

—  Mamy  dwieście  —  zawołał  za  nim  ze  statku  marynarz,  liczący  sztuki,  które  z 

pomostu już weszły na pokład. — Ile pan ogółem wysyła? 

— Tysiąc osiemdzie... — zaczął Riciano i urwał w pół zdania. 
Bowiem nagle stała się rzecz dziwna. Cztery krowy idące za sobą wzdłuż liny, jakby na 

komendę ryknęły i zaczęły rozpaczliwie wierzgać, kopać, podskakiwać, rycząc przy tym bez 
przerwy. Obłęd ogarnął za chwilkę dalszych kilkanaście sztuk, potem kilkadziesiąt. Niektóre 
z nich kręciły się w kółko, burząc mętną, zdradliwą wodę, inne bodły rogami swoje sąsiadki 
lub  wspinały  się  na  nie,  jeszcze  inne  niczym  konie  stawały  „dęba”,  jedna  z  tych  ostatnich 
właśnie przewaliła się na wznak upadając grzbietem na linę i oczom osłupiałych ludzi ukazał 
się jej zakrwawiony brzuch, jej rozprute wymię z przyczepionymi do jej strzępów rybami. 

Te małe ruchliwe ryby o buldogowatych pyszczkach to były... 
— Piiiraje! — wyjąkał przerażony Riciano. 
— Piraje lubią zapach krwi — dodała Indianka takim tonem, jak gdyby chciała uspra-

wiedliwić napad tych rzecznych rekinów. 

Bydło oszalałe z bólu, bezsilne wobec mrowia nieuchwytnych napastników, przerwało 

obydwie boczne liny i rozbiegło się na wszystkie strony, napełniając powietrze przeraźliwym 
rykiem.  Płynęło  przez  głębiny,  brodziło  po  piaskowych  mieliznach,  grzęzło  w  mule  poniżej 
przystani,  atakowane  bez  przerwy,  pożerane  żywcem,  dopóki  nie  wyszło  na  ląd,  gdzie 
większość tych kalek czekała śmierć od upływu krwi, której zapach i smak tak lubią piraje. A 
w  samej  rzece  zginęło  przeszło  trzydzieści  sztuk,  natomiast  dziwnym  trafem  ocalała  chuda, 
skaleczona  nożem  krowina,  którą  Beng  na  własną  odpowiedzialność  holował  na  powrót  ku 
wyspie. 

Taki masowy pogrom wyborowego bydła byłby  poważnym ciosem dla każdego estan-

cjera. Riciano zaś słynął zawsze ze skąpstwa i jeszcze pół godziny temu robił sobie w duchu 
wymówki, że dla zabezpieczenia stada poświęcił jedno chore bydlę. Poświęcił je także i dlate-
go,  że  chciał  pozbyć  się  Benga,  którego  czółno  powinien  był  zatopić  jeden  silniejszy  ruch 
krowy, gdyż jej postronek złączony był pod wodą drutem z łatą w dnie tej łódeczki. 

Sknera  nie  mógł  patrzeć  na  straszliwą  rzeź  godzącą  w  jego  kieszeń;  dostał  ataku  furii. 

Wył,  ryczał,  klął,  wymachiwał  rewolwerem,  szukał  ofiarnego  kozła  i  znalazł  go  wreszcie: 
załoga statku! Czemu oni nie bronią jego dobytku?! Czemu stoją przy burcie i gapią się bez-
czynnie?! 

— Ratować bydło, wy łotry, albo powystrzelam do nogi! — wrzasnął.  
Arangretára,  gdy tylko pokazały się pierwsze piraje, postanowiła zepchnąć Włocha do 

wody  tak,  aby  ci  ze  statku  sądzili,  że  on  sam  zleciał.  Należało  uchwycić  moment,  kiedy 
Riciano  zasłoni  ją  sobą  i  będzie  stał  do  niej  tyłem.  Ściskając  w  dłoniach  wiosło,  którym 
chciała go zepchnąć, czyhała na ów najstosowniejszy moment, czekała cierpliwie przez kilka 
minut, gdy wtem Riciano sam wyskoczył z łodzi. Przewrócił się, lecz zaraz powstał. Brnąc w 
wodzie  po  pas  szedł  mielizną  w  stronę  pomostu  i  miotał  na  marynarzy  przekleństwa,  jakich 
świat nie słyszał. 

Aż w pewnej chwili wrzasnął, woda wokół niego zakotłowała podobnie jak obok każdej 

z  napadniętych  krów.  Zanurzył  ręce,  podniósł  je  nad  głową,  ściskając,  dusząc,  rozrywając 
złapaną  rybę  o  czerwonawych  płetwach.  Brał  na  niej  odwet  za  swoje  bydło,  lecz  inne  ryby 
mściły się na nim. Zanim ze statku spuszczono szalupę, Achilles Riciano runął i nie wynurzył 
się więcej, choć woda była tam głęboka zaledwie na metr. 

background image

W  tydzień  później  na  wyspę  przybyli  przedstawiciele  władz.  Riciano  nie  posiadał 

krewnych  w  Argentynie,  miano  ich  szukać  we  Włoszech,  ale  sprawy  spadkowe  wloką  się 
latami. Na razie więc, dopóki spadkobierca lub państwo nie obejmie tej estancji, niech na niej 
pozostanie  wszystko  po  dawnemu  —  zadecydowali  urzędnicy.  Niech  ci  Indianie  mieszkają 
sobie na wyspie w szałasie, niechaj co dwa tygodnie zabijają jedną sztukę bydła, żeby mieli 
co jeść. 

W końcu panowie urzędnicy wyrazili chęć usłyszenia obszernej relacji o zgonie Riciana 

z ust naocznego świadka, senority Arangretáry. 

— On musiał zginąć — brzmiała ta relacja — bo cuchnął krwią, a piraje lubią zapach 

krwi. 
 
 
 
 

ALEKSANDER OLSZAKOWSKI 

 

POGROMCA DZIKICH ZWIERZ

Ą

 

W ŚLEPIACH Sułtana migotał złowieszczy ognik i czaiła się w nich fałszywa uległość. 

Ciało przedstawiało sobą sprężony splot gotowych do skoku mięśni. Ogon uderzał głucho po 
bokach, pazury drapały ziemię, z paszczy wydobywało się zduszone warczenie. 

Ślepia Mary również płonęły. Spoza czarnych warg lśniły wspaniałe kły, krótka sierść 

jeżyła się na potężnym karku. 

Zaplatając  w  warkocze  grzywę  Machmuda-Ali,  obserwowałem  spod  oka  zwierzęta. 

Wspaniały  tygrys  bengalski,  Bokser,  uległ  również  podnieceniu,  jakie  panowało  w  klatce. 
Mrużył ślepia, przeciągał się nerwowo i węszył. Cztery małe lwy berberyjskie, rycząc przera-
źliwie, gryzły pręty klatki. 

Antek  Morela,  mój  pomocnik,  stał  przed  drzwiami  klatki  trzymając  w  ręku  długie 

widełki stalowe i bykowiec. 

W  pewnej  chwili  odsunął  widełkami  Boksera,  który  zanadto  zbliżył  się  do  moich 

pleców. 

— Gdyby to ode mnie zależało, nie występowałbym dzisiaj z tymi diabłami — zauwa-

żył półgłosem. — Kusy znowu je drażnił. 

Spojrzałem na Antka uważnie. 
— Gdzieś ty był?  
—  Musiałem  dopilnować  ładunku  mięsa  dla  lwów.  Kusy  skorzystał  z  tego,  podniósł z 

ziemi  mały  maszt  linoskoczków  i  dźgał  nim  zwierzęta.  Gdy  powróciłem,  rzucił  maszt  na 
ziemię i wziął nogi za pas. Chciałem dać mu lanie, lecz z garderoby wyszedł Haviland i stanął 
w  jego  obronie.  Przecież  nie  może  pan  wymagać,  żebym  się  bił  z  atletą.  Nie  każdy  jest  tak 
silny jak pan. 

Potrząsnąłem w milczeniu głową. Zawsze byłem zdania, że nie należy obawiać się prze-

reklamowanych siłaczy. Haviland występował w naszym cyrku jako „mistrz świata” w dźwi-
ganiu  ciężarów.  Podnosił  fortepian,  krowę  i  orkiestrę  złożoną  z  sześciu  osób,  uderzeniem 
pięści zrywał łańcuchy, zębami łamał haki stalowe i ramieniem wyginał żelazną belkę, którą 
dźwigało dziesięciu ludzi. A jednak pewnego dnia, a raczej pewnej nocy, rzucił się na mnie 
po pijanemu w bufecie cyrkowym, obalił czterech ludzi, którzy usiłowali go powstrzymać i... 
otrzymał  ode  mnie  takie  lanie,  że  cztery  dni  leżał  oblepiony  plastrami.  Dyrekcja  zachowała 
wypadek  w  tajemnicy,  żądając  ode  mnie  i  od  świadków  zajścia  ścisłej  dyskrecji.  Nie  dziwi-
łem się temu zbytnio, ponieważ Haviland był „niezwyciężonym mistrzem świata” i stanowił 
dla cyrku pierwszorzędną atrakcję. 

background image

Po  tej  awanturze  Haviland  powiększył  grono  moich  wrogów,  na  których  czele  stał 

wstrętny błazen Kusy. 

Powód?  Chyba  jedyną  przyczyną  był  fakt,  że  kochała  się  we  mnie  Edith,  zresztą  bez 

wzajemności. 

Dyrekcja cyrku, powodowana chęcią wywołania sensacji, połączyła nasze numery w ten 

sposób, że nad klatką z moimi zwierzętami Edith wykonywała ćwiczenia na trapezie. Praco-
waliśmy więc jednocześnie. Efekt był nadzwyczajny. Nisko zawieszony trapez ściągał uwagę 
lwów i tygrysów. Podczas jednego z występów zdarzyło się, że rozjuszony Bokser skoczył do 
góry wtedy, gdy Edith wisiała na rękach, a więc najbliżej areny. 

Zdążyłem jednak batem ściągnąć bestię na dół i zmusiłem do przywarowania. 
Drobny  ten  fakt  wzbudził  w  dziewczynie  uczucie  szalonej  wdzięczności,  którą  okazy-

wała  mi  na  każdym  kroku.  Byłem  tym  zaskoczony.  Uratowałem  jej  nogi,  bo  to  było  moim 
obowiązkiem. Gdyby na trapezie fikał koziołki Kusy, uczyniłbym to samo. 

Kusy  od  dłuższego  czasu  prześladował  Angielkę  błazeńskimi  zalotami.  Pewnego  dnia 

wystąpiłem w jej obronie, uderzywszy hultaja tak silnie w kark, że zarył się nosem w piasek 
areny.  Błazen  podniósł  się  i  zakaszlał,  ponieważ  dym  z  papierosa,  który  trzymał  w  ustach, 
pozbawił  go  na  chwilę  oddechu.  Skoro  atak  kaszlu  minął,  utkwił  we  mnie  płonące  nienawi-
ścią oczy. 

Edith była niepocieszona. W obawie o moje życie prześladowała mnie nieustannie opie-

ką. Antek Morela otrzymał od niej piękną bransoletkę z warunkiem, aby nigdy nie zostawiał 
mnie samego. Trio linoskoczków Dżempry, z którymi Edith utrzymywała przyjazne stosunki, 
musiało  jej  przyrzec,  że  również  czuwać  będzie  nade  mną.  Nawet  portier  cyrku  dostał  dzie-
sięć dolarów z poleceniem, żeby uważał na próbach. 

Bawiła mnie ta opieka roztoczona przez najbardziej bojaźliwe stworzenie pod słońcem. 

Pewnego dnia w garderobie cyrkowej Angielka narobiła takiego wrzasku, że prócz personelu 
cyrkowego nawet strażacy się zbiegli. I cóż się okazało? Pod stołem siedziała mysz zajadając 
cukier. 

Taka była Edith. 
Zaplótłszy  w  warkocze  grzywę  Machmuda-Ali,  przebrałem  się  w  strój  pogromcy  i 

wyszedłem  na  arenę,  aby  dopilnować  ustawiania  klatki.  Trapez  Edith  był  już  opuszczony  z 
kopuły  cyrkowej.  Orkiestra  grała  jakieś  smętne  tango.  Ryk  podnieconych  zwierząt  stwarzał 
denerwującą atmosferę. 

Przy wejściu na arenę ujrzałem szyderczo uśmiechniętą twarz Havilanda. Atleta, ubrany 

w trykot, stał przy portierze. Kusego nie było. 

Wpuściłem  zwierzęta  na  arenę  i  wskoczyłem  do  klatki.  Orkiestra  przerwała  tango  i 

zagrała tusz. Zagnałem lwy i tygrysy na drewniane stołki, po czym dałem znak Antkowi, aby 
wpuścił psy. 

Były to dwa potężne dogi służące do ochrony przed tygrysami. Lew rzadko napada na 

swego  pogromcę,  lecz  tygrysy  są  fałszywe.  W  ciągu  dwunastoletniej  kariery  przeszło  pół 
tuzina dogów poległo w mej obronie. 

Edith przy pomocy sznura wdrapała się na trapez i rozpoczęła akrobacje. Tego wieczoru 

była  bardziej  zdenerwowana  niż  kiedykolwiek.  W  blaskach  reflektorów  jej  podmalowane 
oczy  płonęły  panicznym  strachem.  Co  chwila  rozglądała  się  dokoła,  a  potem  z  nieopisaną 
czułością i trwogą patrzyła na mnie. 

Jej  zainteresowanie  moją  osobą  było  tak  widoczne,  że  publiczność  zwróciła  na  to 

uwagę. Poczęto szeptać i uśmiechać się dyskretnie. Pomyślałem, że Edith jest zbyt natrętna w 
swojej troskliwości o mnie i naraża mnie na śmieszność. 

Poirytowany  zacząłem  okładać  batem  lwy,  które  kręciły  się  podejrzanie.  Potężny  lew 

skoczył ku mnie wspaniałym susem, lecz mocny cios bykowca i stalowe widełki osadziły go 
na  miejscu.  Maharadża  z  daleka  groził  mi  otwartą  paszczą.  Lwy  berberyjskie  zeskoczyły  ze 

background image

stołków i rozbiegły się po klatce, wywołując zamęt. 

Dogi, warcząc głucho, przypadły do moich nóg. 
Wtem  przed  klatką  zjawił  się  Kusy.  Pod  pachą  trzymał  małą  suczkę  bolońską,  Beryl. 

Należała  ona  do  madame  Alegro,  słynnej  właścicielki  trupy  tresowanych  psów.  Mała  Beryl, 
przemyślna i poczciwa psina, stanowiła ozdobę psiego zespołu. 

Zanim  zdążyłem  zrozumieć,  po  co  Kusy  przyniósł  Beryl,  białe  jej  ciałko  mignęło 

poprzez kraty i suczka bolońską znalazła się nagle pośrodku gromady lwów i tygrysów. Tak 
wielka była jej tresura i pilność, że z chwilą kiedy łapkami dotknęła areny, natychmiast stanę-
ła  na  baczność,  niczym  żołnierz  na  posterunku.  Widok  potężnych  zwierząt  przeraził  ją  do 
najwyższego stopnia. 

Zamarła bez ruchu. 
Zdumienie  publiczności  było  nie  mniejsze  aniżeli  moich  zwierząt.  Wszyscy  przestali 

nieomal oddychać. Lwy i tygrysy skamieniały, Edith znieruchomiała na trapezie. 

Kusy zaśmiał się dziko i zniknął. 
W  następnej  sekundzie  rozszalało  się  piekło.  Pierwszy  Maharadża  przerwał  ciszę 

gromowym  rykiem  i  na  kształt  błyskawicy  skoczył  ku  psinie.  Za  nim  runął  Bokser  mrużąc 
żółtawe ślepia. Z przeciwnej strony rzuciły się skłębioną masą lwy berberyjskie. 

Dogi, w których ocknął się instynkt wspólnej rasy, stanęły w obronie Beryl. W mgnie-

niu oka własnymi piersiami zasłoniły małą suczkę.  

I oto u moich nóg utworzył się potworny kłąb sczepionych ze sobą zwierząt. W lawinie 

płowych  i  pręgowanych  ciał  suczka  bolońską  rozpłynęła  się  i  znikła  niczym  kropla  wody  w 
oceanie. Jeden z dogów, uderzony od spodu straszliwą łapą Maharadży, wyleciał w powietrze 
i  koziołkując  padł  bez  życia  na  ziemię.  Z  rozprutego  brzucha  bluznęła  fontanna  krwi  i 
poszarpane na strzępy jelita. Drugi dog, osaczony  przez dwa lwy  berberyjskie, wyrwał się z 
odartym do nagich żeber bokiem i przypadł do mych stóp z błagalnym skomleniem. 

Otrząsnąwszy  się  ze  zdumienia  skoczyłem  w  samą  gęstwę  walczących  zwierząt.  Wy-

dobyłem  rewolwer  i  w  ciągu  sekundy  wypaliłem  wszystkie  ślepe  naboje,  po  czym  rzuciłem 
niepotrzebną broń i oburącz ująłem bykowiec. Gruby rzemień z ponurym świstem przerzynał 
powietrze. 

Szaleńczy  mój  atak  przeraził  lwy  berberyjskie,  które  umknęły  ze  skowytem  na  stołki. 

Maharadża  wytrzymał  grad  moich  uderzeń,  rycząc  straszliwie  i  szczerząc  potężne  kły.  A 
Bokser... 

Bokser znikł z pola mego widzenia. Zanim jednak zrozumiałem sens jego ucieczki, było 

już za późno. 

Usłyszałem przeraźliwy krzyk Edith, tysiączny wrzask publiczności i nad uchem trium-

fujący ryk tygrysa. Poczułem nieludzki ból w plecach, brak tchu w piersiach i chrobot kłów 
na własnej czaszce. 

Upadłem na wznak. Czując krew i widząc mnie leżącego na ziemi, wszystkie zwierzęta 

wpadły  w  szał.  Lwy  berberyjskie  zeskoczyły  ze  stołków  i  obskoczyły  mnie  całą  czeredą. 
Nawet  stare  lwy,  spokojne  dotychczas,  skoczyły  z  przeraźliwym  rykiem.  Sułtan,  Mary  i 
Machmud-Ali. 

A wtedy... 
O, urocza Edith! 
W oślepiających blaskach reflektorów mignęło kształtne jej ciało obleczone w nieskazi-

telną  biel  trykotu.  Zeskoczywszy  z  trapezu  w  sam  środek  rozjuszonych  bestii,  porwała 
upuszczony przeze mnie bykowiec i wystąpiła do walki, nieustraszona i nieugięta. Bykowiec 
w  jej  rękach  zamienił  się  w  jakiś  makabryczny  splot  jadowitych  węży.  Cudem  trafiała  w 
płonące ślepia, które zamykały się ociekając krwią. 

Walczyła  jak  demon  rozpaczy.  Patrząc  na  nią  nie  czułem  bólu  i  trwogi,  lecz  ogromną 

tkliwość i wielką miłość. 

background image

Kobieta, która bała się myszy! 
Gdy  Antek  Morela  ocknął  się  z  osłupienia  i  wpadł  na  arenę,  było  już  po  wszystkim. 

Lwy  i  tygrysy,  zbite  w  kąt  klatki,  tuliły  się  i  płaszczyły  do  ziemi,  a  nad  nimi  stała  nieustra-
szona Edith, której publiczność urządziła niebywałą owację. 

Niestety, Edith tego nie widziała; kiedy ostatni lew opuszczał arenę, spojrzała na mnie, 

uśmiechnęła się i nieprzytomna padła na ziemię. 

Płakałem,  kiedy  mnie  wynoszono.  Publiczność  złorzeczyła  tym,  którzy  nieśli  nosze, 

sądząc, że powiększają mój ból nieostrożnym dźwiganiem. Było to jednak nieprawdą, płaka-
łem ze szczęścia.  
 

* * * 

 

Od  owego  zdarzenia  upłynęły  trzy  miesiące.  Leżę  jeszcze  w  szpitalu.  Pielęgnuje  mnie 

moja żona, Edith. Obojgu nam sprawia wielką radość mała Beryl. Biedna psinka ocalała w tej 
awanturze,  nie  draśnięto  jej  nawet  Zbyt  wielki  natłok  wrogów  ocalił  jej  życie.  Madame 
Alegro ofiarowała nam pieska w prezencie ślubnym.  
 
 
 
 

EUGENIUSZ ELSNER 

 

DWA SZTORMY 

 

FRANCISZEK  Bred  miał  piętnaście  lat,  kiedy  po  raz  pierwszy  zakosztował  marynar-

skiego chleba Prawy charakter i umiłowanie zawodu przyniosły mu później stopień kapitana 
żeglugi wielkiej. 

Mówiono w kołach żeglarskich, że posiadał „szczęśliwą rękę”, bo nie spowodował ani 

jednej awarii. Wyczuwaj morze, rozkazywał mu,  był z nim jakby  w przyjacielskiej zmowie, 
podczas gdy wielu innych gubiło. 

Niespodzianie  morze  zadrwiło  z  kapitana.  Bred  pogrążył  m/s  Catania.  Piękny,  duży 

statek, którym dowodził, wszedł podczas sztormu na skały. Zginęło trzech ludzi załogi i dwu-
dziestu pasażerów. Po wielu latach przyjaźni morze go zdradziło. Sądy uniewinniły kapitana 
całkowicie, wykazały, że był to wypadek spowodowany przez siłę wyższą; natomiast główny 
bohater tej przygody, Franciszek Bred, mimo oficjalnej rehabilitacji, zwątpił w swoje umiejęt-
ności, nazwał się dyletantem, popadł w depresję duchową i porzucił służbę, przeklinając mo-
rze.  

Zamieszkał  na  wsi.  Dla  zatarcia  przeszłości  usiłował  —  nieudolnie  zresztą  —  wyzbyć 

się dawnego sposobu zachowania i myśleć innymi kategoriami Celem zewnętrznego podkre-
ślenia rozbratu z „kapitanem” Franciszkiem Bredem ubierał się już z marynarska. Kupił duży, 
czarny  parasol  i  nawet  kalosze.  Przedmioty  te,  budzące  w  nim  dawniej  wprost  organiczną 
odrazę, miały go teraz upodobnić do szczura lądowego. 

Po  kilku  latach  rozłąki  z  morzem  poczuł  nagle  gwałtowną,  natarczywą  tęsknotę  za 

ukochanym żywiołem. Wywołały ją zgoła nieoczekiwane odwiedziny kapitana Martin, który 
zjawił się pewnego dnia w sielskim, zielonym zaciszu przyjaciela, przywodząc ze sobą obraz 
morza i niezatarte u byłego marynarza wspomnienia dawnego życia. 

— Niemało trudu kosztowało mnie odnalezienie twoich śladów — tymi słowami powi-

tał Martin starego druha. — Sprytnie się urządziłeś, ale nie wziąłeś pod uwagę jednej rzeczy: 
ja zawsze osiągam zamierzony cel. Postanowiłem wygrzebać cię spod ziemi — i oto jestem. 

— Cieszę się, lecz w moim życiu zmieniło się wiele — bąknął Bred. 

background image

Gość rozsiadł się wygodnie w fotelu. 
— Kiedy wracasz? 
— Dokąd? — zapytał zdziwiony eks-marynarz. 
— Na morze! — huknął bez ogródek krewki przybysz. 
— To już nigdy nie nastąpi. 
— Zamierzasz więc do  końca życia hodować króliki, drób rasowy i sadzić badyle? — 

drwił kapitan Martin. 

—  Czuję  się  na  wsi  dobrze.  Znalazłem  spokój  i  zadowolenie.  Cóż  z  tego,  że  jestem 

dzisiaj rolnikiem? 

— Byłeś zawsze żeglarzem. Doskonałym żeglarzem! 
— Nigdy nim nie byłem... jak się okazało. 
— Paskudny hipokryto i złodzieju! — wybuchnął Martin. 
— „Złodzieju”? — Mój drogi, wspomnienia przeszłości nie upoważniają cię... 
— Jesteś złodziejem, skoro okradasz społeczeństwo! 
— Żyję z uczciwej pracy. Nie jestem pasożytem. 
— Do licha! Nie rozumiesz mnie! — pienił się Martin. — Okradasz społeczeństwo, bo 

mu  nie  oddajesz  swych  wybitnych  zdolności.  Pozbawiłeś  naszą  flotę  doskonałego  kapitana, 
który okłamuje siebie i drugich, że jest wartościowym człowiekiem, gdyż.... hoduje kury! 

—  Zobaczysz,  jakie  to  miłe  stworzenia.  Kwilenie  mew  zawsze  mnie  denerwowało. 

Natrętne, drapieżne żebraczki morza — Bred skrzywił się pogardliwie. 

Kapitan Martin powstrzymał się od wypowiedzenia bardzo złośliwej uwagi. Do saloni-

ku weszła w tej chwili jakaś starsza kobieta. Pęk kluczy wiszący u paska jej fartucha świad-
czył, jaką funkcję sprawowała w tym domu. 

Przeprosiwszy  gościa  uprzejmym  słowem  i  uśmiechem,  zwróciła  się  z  zakłopotaną 

miną do jego rozmówcy. 

—  Co  im  powiedzieć,  proszę  pana,  w  sprawie  tej  jałówki?  Chcą  koniecznie  kupić! 

Przyjechali, czekają na odpowiedź. 

— Nie sprzedawać. Przecież mówiłem Annie, że zamierzam powiększyć oborę. 
— Ale oni, zwłaszcza ten ryży, jest bardzo... 
Gosposia nie dokończyła zdania. Powstrzymał ją głośny wybuch śmiechu tęgiego pana 

w marynarskim ubraniu, który popadł nagle w szaleńczą wesołość. Niewiasta, skonfundowa-
na  dziwnym  zachowaniem  przybysza,  stała  przez  chwilę  bezradna;  potem,  urzeczona  jego 
śmiechem wstydliwie, zakryła fartuchem twarz i zaczęła piskliwie chichotać. Trzęsąc ramio-
nami wyszła pośpiesznie z pokoju. Martin otarł dużą chustką łzy i spocone czoło. 

—  Uf!  już  dawno  tak  się  nie  ubawiłem!  Widzisz,  mój  kochany  hodowco,  do  czego 

prowadzi obecne twoje życie. Jesteś śmieszny. Wracaj na morze, porzuć błazeństwo! 

Zapalił potężne cygaro i napełnił pokój kłębami błękitnego dymu. 
— Ile czasu zajmie ci zlikwidowanie kurników, obór, chlewów oraz innych „hodowla-

nych” spraw? Pośpiesz się, pójdziemy razem! 

—-Fantazje. 
—-Przybyłem do ciebie  z pewną świetną propozycją — ciągnął z zapałem Martin, nie 

zwracając  uwagi  na  opozycję  przyjaciela.  —  Pamiętasz  Hirondelle?  Za  kilka  tygodni 
rozpocznie wspaniały rejs! Statek ten wydzierżawiła  grupa naukowców.  Udają się na Ocean 
Spokojny.  Nie  mają  jeszcze  kapitana  na  pokładzie.  Szepnąłem  słówko  „Staremu  Piratowi”, 
który  zajmuje  się  przygotowaniem  podróży,  aby  chwilkę  zaczekał,  a  dowództwo  na  tej 
ślicznotce Hirondelle obejmie doskonały żeglarz. Nie chciałem wymienić twojego nazwiska; 
pomyślałem sobie, że zrobię im wszystkim niezłą niespodziankę. — „Wyjedziemy na ocean, 
zanim  spełnisz  obietnicę.  Znam  się  na  takich  obiecankach”!  —  szydził  „Stary  Pirat”.  Chcąc 
uratować  dla  ciebie  dobrą  okazję,  musiałem  mu  na  koniec  zdradzić  twoje  nazwisko.  Wtedy 
„Stary Pirat” zawył z radości. — „Będziemy czekać na Breda, jak długo rozkaże”! 

background image

— Hirondelle? Dobry statek, pamiętam — kapitan Bred uśmiechnął się melancholijnie. 
—  „Stary  Pirat”  powiedział  mi,  że  najpoważniejszym  dotychczas  kandydatem  na 

dowódcę jest Stevenson. 

— Partacz. Nie powierzyłbym mu nawet kutra. 
— Zgadzam się z tobą najzupełniej. Bardzo się cieszę, że ty pójdziesz na Hirondelle.  
— Nie skorzystam z propozycji — zauważył Bred chłodno. 
— Boisz się morza? 
— Nienawidzę. 
— Kłamiesz! Tacy jak my zawsze kochają morze. 
— Wyleczyłem się z tej miłości. 
Martin  podniósł  się  gwałtownie  i  zaczął  się  przechadzać  po  pokoju.  Kiedy  się  zatrzy-

mał, powtórzył zjadliwym tonem: 

— Boisz się morza? 
— Stronię od niego, bo nienawidzę — upierał się Bred. 
— A ja twierdzę, że odczuwasz przed nim zabobonny lęk. Prędzej czy później trafisz do 

psychiatry. Niechęć do morza jest u ciebie jednym z objawów bardzo zaawansowanej choro-
by. 

— Mylisz się. Po prostu drwię z morza, gardzę nim. 
—  Udowodnij,  że  „gardzisz”!  Nadarza  się  doskonała  sposobność  —  podjął  chytrze 

Martin — idź na Hirondelle! — zakończył wyzywająco. 

— Mógłbym znowu posłać statek na dno morza. 
— Zaokrętuj się zatem w innym charakterze, na przykład.... jako dziennikarz. Pogadam 

ze „Starym Piratem”. Nikt cię nie pozna. 

Kapitan Bred spojrzał przyjacielowi w oczy. 
— Słuchaj, postąpisz rozsądnie, skoro zatelegrafujesz natychmiast do „Starego Pirata”, 

aby na mnie nie liczył. 

—  Byłbym  nieuczciwy  łudząc  go  dłużej  nadzieją  —  Martin  odsapnął  uznając  się  za 

pokonanego. 

—  Niezależnie  od  mojego  postanowienia,  zaproponuj  mu  jeszcze  jednego  pasażera; 

powiedzmy... wspomnianego dziennikarza — Bred uśmiechnął się drwiąco. — Udowodnię ci, 
że naprawdę kpię sobie z morza. 

Martin  chciał  w  pierwszym  porywie  radości  uściskać  dezertera  spod  bandery,  jednak 

nakazał sobie obojętność. 

— Jak sobie życzysz — mruknął. I pomyślał: — „Jedź ze mną bratku, a morzu się już 

nie wymkniesz”! 

Rozpoczęły  się  natychmiast  przygotowania  do  podróży.  Kapitan  Bred  ożywił  się  bar-

dzo, wrócił mu dawny humor. Martin zacierał ręce z uciechy. 

— Nie ujrzysz ty więcej królików ani rasowych kurek. Moja w tym głowa! 
Gdy w kilka dni później stanęli w porcie, Bred był podniecony i niezmiernie wzruszo-

ny.  Nastrój  ten  przypisywał  przykrym  wspomnieniom,  związanym  z  wypadkiem  sprzed  lat. 
Kiedy  wchodził  na  statek  w  sportowym  ubraniu,  w  kapeluszu,  trzymając  pod  pachą  dekora-
cyjny parasol, podniecenie byłego marynarza wzmogło się do stanu silnego zdenerwowania. 

W  oczach  podróżnych,  nie  znających  marynarzy,  Bred  był  po  prostu  panem  Franci-

szkiem, „dziennikarzem”, a poza tym szczurem lądowym, jak wszyscy naukowcy i towarzy-
szący  im  w  podróży  sprawozdawcy  prasowi.  Nie  udało  mu  się  jednak  oszukać  bystrego 
wzroku ludzi morza. Po kilku dniach pobytu na statku bosman Perrin zdekonspirował Breda, 
poznał w nim marynarza. Na nic zdał się groteskowy w jego rękach parasol, sportowe ubranie 
i  wspaniały  pilśniowy  kapelusz  o  szerokich  krezach.  Któregoś  dnia  Perrin  uśmiechnął  się 
złośliwie i rzekł z przekonaniem: 

— Na miły Bóg, przecież to stary wyga morski! Znam go na pewno! Tylko w tym sęk, 

background image

że  nie  mogę  sobie  przypomnieć,  gdzie  się  z  nim  spotkałem!  Naciąga  na  oczy  kapelusz,  w 
którym mu diablo niewygodnie, bo nigdy go nie nosił... 

Gdyby  Franciszek  Bred  nie  rozstał  się  przed  laty  z  czarną  bródką  i  bujnymi  wąsami  i 

gdyby  nie  nosił  z  rygorystyczną  pedanterią  ciemnego  kapelusza,  głęboko  nasuniętego  na 
czoło,  bosman  poznałby  od  razu  kapitana  m/s  Catania,  na  którym  pływali  do  dnia  fatalnej 
awarii. Bosman Perrin należał do uratowanych członków załogi. Mimo tragicznego zakończe-
nia rejsu, nikt z marynarzy nie potępił ulubionego kapitana; współczuli mu wszyscy i złożyli 
wiele  dowodów  szczerego  przywiązania.  Nieoczekiwany  wypadek  nie  wpłynął  na  zmianę 
opinii,  że  Bred  należy  do  najlepszych  żeglarzy.  Kiedy  porzucił  morze,  zrozumieli,  co  go  do 
tego  kroku  skłoniło:  ambicja  marynarza  i  osobiste  przekonanie,  jakoby  przez  zaniedbanie 
obowiązków zgubił statek i ludzi. 

Zwykły  przypadek  pomógł  niebawem  bosmanowi  do  rozwiązania  zagadki:  silniejszy 

podmuch wiatru zdarł nagle Bredowi przyrośnięty do głowy kapelusz. 

— Kapitan Franciszek Bred! — zawołał bosman radośnie i podbiegł do starego maryna-

rza, wychylonego w tej chwili przez reling i przeklinającego podmuch wiatru. Czarny pilśniak 
kołysał się na torze wodnym, jaki orała Hirondelle

— Kapitan Bred! — powtórzył  rozpromieniony  bosman i wyciągnął dłoń do skonster-

nowanego „pasażera”. — Ależ tak! Dureń ze mnie, że się od razu nie domyśliłem! 

Bred opanował zmieszanie. 
—  Co  mówicie,  człowieku?  A  przede  wszystkim  —  za  kogo  wy  mnie  bierzecie? 

Wygląda na to, że załoga na tym statku zagląda do butelki. 

— Do licha! Ta blizna na prawym policzku, pamięta pan? Pijany kok z holenderskiego 

trampa,  obok  którego  cumowaliśmy  w  Marsylii,  rzucił  się  na  pana  z  nożem,  gdyśmy  całą 
gromadą wracali z miasta na pokład. Stanął pan wtedy w obronie chłopca okrętowego... 

— Jesteście pijani. 
— Mam jedną głowę, ale mógłbym się o nią założyć, że... 
— Nie byłoby nieszczęścia, gdybyście ją stracili. Wydaje mi się, że nie wszystko w niej 

jest w porządku — kpił Bred. 

— Kapitanie! Ta blizna jednak... pamięta pan, w Marsylii? 
— Nigdy tam nie byłem, do kroćset tajfunów! 
Pod zimnym spojrzeniom szyderczo zmrużonych oczu Breda wyciągnięta na powitanie 

dłoń bosmana opadła bezradnie. A kiedy kapitan wzruszył lekceważąco ramionami, odwrócił 
się i odszedł, marynarz rzucił głośno: 

— Gadaj zdrów! Nie przyznajesz się do starych przyjaciół, ot co! 
Kapitan nie mógł zasnąć tej nocy. Myślał o tym, że w tak niegodziwy sposób postąpił z 

Perrinem. Był on kiedyś jednym z najlepszych jego marynarzy. — „Cóż winien ten poczciwy 
chłopiec?” Nazajutrz poszukał bosmana i przeprosił go. 

—  A  teraz  słuchaj,  Perrin:  rzecz  zostanie  między  nami.  Nie  życzę  sobie,  aby  mnie 

poznano. To, co było kiedyś, przepadło. Jestem dzisiaj... szczurem lądowym. 

„Rzecz”  jednak  nie  uchowała  się  w  tajemnicy,  gdyż  morze  jeszcze  raz  wypowiedziało 

Bredowi zaciekły bój. Zanim jednak wziął się z nim za bary, zaistniały przedtem nader przy-
kre  fakty.  Pierwszym  była  choroba  kapitana  m/s  Hirondelle.  Lekarz  okrętowy  stwierdził 
zapalenie  wyrostka  robaczkowego,  należało  się  poddać  natychmiastowej  operacji.  Druga  z 
kolei  niespodzianka  zawierała  więcej  emocji:  na  wysokości  wyspy  Malaity  radio  nadało  ko-
munikat o przystąpieniu Francji i Anglii do wojny z hitlerowskimi Niemcami. Uczeni znajdu-
jący  się  na  pokładzie  zażądali,  by  statek  zawrócił.  Zastępca  kapitana  odmówił.  Oświadczył 
spokojnie  pasażerom,  że  motorowiec  pójdzie  do  najbliższego  portu  Australii.  Po  dziesięciu 
dniach żeglugi kurs statku przeciął niemiecki okręt podwodny, najmniej w tych stronach spo-
dziewany.  Dlaczego  nie  zatopił  Hirondelle,  pozostało  na  zawsze  zagadką.  Dowódca  okrętu 
kazał spuścić szalupę i stawić się na pokładzie wszystkim oficerom. Polecenie niemieckiego 

background image

komendanta wykonano z gorliwym pośpiechem. Okręt, przyjąwszy jeńców, znikł natychmiast 
pod  powierzchnią  morza.  Na  decyzję  jego  wpłynęły  dwa  angielskie  kontrtorpedowce,  które 
szły całą mocą motorów do Hirondelle. Okręt podwodny nie zdążył upomnieć się o chorego 
kapitana. 

Hirondelle, pozbawiona teraz oficerów, płynęła do Australii. Po dwu dniach nadciągnął 

gwałtowny huragan i zaczął miotać małym motorowcem. Wówczas to bosman Perrin pomy-
ślał, że jest ktoś na statku, kto nie z takich tarapatów wychodził szczęśliwie. 

—  Kapitanie  —  powiedział  do  Breda  —  powinien  pan  stanąć  na  pomoście  i  objąć 

dowództwo! 

— Są jeszcze marynarze na tym statku — Bred wzruszył obojętnie ramionami. 
— Oni są szeregowcami morza, pan jest generałem. 
— Nie, Perrin. To nie moja sprawa. A po wtóre: jakim prawem? 
—  Prawo  nie  odebrało  panu  patentu,  jest  pan  nadal  kapitanem  żeglugi  wielkiej.  Tyle 

mówią  „przepisy”,  formalności.  A  praktyka?  Nie  ma  wspanialszego  dowódcy!  Kapitanie, 
przeprowadzi  pan  statek  przez  to  piekło,  gorzej  nieraz  bywało.  Jeśli  zdradzę  naszej  załodze, 
kto z nami płynie w roli pasażera, ludzie powierzą ci statek. Nie ma wśród nich takiego, który 
by nie słyszał o kapitanie Bredzie. 

— Nie, chłopcze. Ja już nigdy na pomoście nie stanę. Wtedy — pamiętasz? — ostatni 

raz wiodłem was na zatracenie. Nie wierzę sobie, jestem dyletantem, któremu przez wiele lat 
sprzyjało ślepe szczęście. Brednie, które kiedyś o mnie opowiadano, że niby mało takich, jak 
ja, że morze musi mi zawsze ustąpić, zakończyły się tragedią! 

— A jednak cieszy się pan największą sławą. 
— Brednie, powtarzam, brednie rozsiewane na moją cześć przy kieliszku w portowych 

barach! Czyż nie pokazałem, co potrafię? — zawołał z goryczą. — Catania leży na dnie. 

Chodził  podniecony  po  kabinie,  gestykulował,  potrząsał  głową.  Nagle  krzyknął  gnie-

wnie: 

— Chciałbyś, abym pogrążył ten statek? Nie! „Kapitan” Bred nie istnieje. Zapamiętaj. 
—  Wówczas  pan  nie  zawinił,  bo  zeszliśmy  na  skały  z  powodu  zdryfowania  ostrzega-

wczych pław. 

— „Zeszliśmy na skały”! —szydził Bred zjadliwie. — A gdzie był kapitan, do miliona 

czortów? Niezły z ciebie adwokat! 

— Wtedy pan nie zawinił — powtórzył bosman — dzisiaj jednak przyłoży pan rękę do 

zagłady statku, pasażerów i załogi. I nikt nie pociągnie kapitana Breda do odpowiedzialności, 
bo jakże tu karać... „pasażera” za zatonięcie statku? — rzucił wyzywająco i zatrzasnął za sobą 
drzwi kabiny. 

Kapitan usiadł na koi i spochmurniał. Cios wymierzony przez Perrina uderzył go bole-

śnie. 

Przed  trzema  laty,  w  tej  samej  strefie  oceanu  —  zdarzyło  się    t  a  m  t  o.  Tu  zatonęła 

Catania

Hirondelle  przebijała  się  przez  huragan.  Siła  wiatru  rosła  stale,  sytuacja  stawała  się 

tragiczna. 

— „Jest jeszcze Perrin i inni. To nie moja sprawa”! — Bred bronił się przed sobą. 
— „Ocal ludzi”! — wołał głos serca. 
— „Zgubię ich”! 
Z  włosami  w  nieładzie,  z  nabrzmiałą  i  spoconą  twarzą  wstał  z  koi  ściskając  pięściami 

skronie. Ujrzał w tej chwili ginącą Catanię — i siebie, bezradnego, zrozpaczonego, grzmiące-
go rozkazy, które paraliżowała panika. Na pokładzie rozgrywały się dramatyczne sceny. Bred 
nie zapomni nigdy  pewnego młodego mężczyzny, walczącego ze swoją żoną o pas ratunko-
wy. Wyrwał go brutalnie ze słabszych rąk i, nie słuchając ostrzeżenia, chciał skoczyć z pokła-
du do przeładowanej szalupy. Od szalonego kroku powstrzymała go kula jednego z oficerów. 

background image

Żona tchórza ocalała... 

Dystyngowani  panowie,  którzy  paląc  cygara  w  salonie  Catanii  wiedli  z  ujmującym 

uśmiechem  długie  dysputy  o  wzniosłych  ideałach,  ci  sami  dżentelmeni  zachowywali  się  na 
pokładzie w czasie akcji ratowniczej w sposób niesłychanie brutalny. Bred zapamiętał szcze-
gólnie jednego z nich, bardzo przystojnego, za którym przepadały wszystkie panie. Nazywał 
się Jean Vancouver. Wspaniale zbudowany, o szerokich barach — bawił towarzystwo fascy-
nującymi  opowieściami,  w  które  ponoć  obfitowało  jego  romantyczne  i  bohaterskie  życie. 
Kiedy  Catania  szła  na  dno,  kapitan  widział  go  histeryzującego  przy  burcie  i  żebrzącego 
płaczliwie  o  miejsce  w  szalupie  przeznaczonej  dla  kobiet  i  dzieci.  Całował  marynarzy  po 
rękach, klękał przed nimi... 

Bred  dumny  był  ze  swojej  załogi;  wytrwali  na  posterunku,  spokojni,  opanowani. 

Opuścili pokład ostatni. Pomagali sobie nawzajem unosząc rannych z maszynowni. 

Kapitan stał z przymkniętymi oczyma, wsłuchując się w miot fal uderzających w burty. 

Morze atakowało nieustępliwie, a on, pierwszy raz w życiu, nie podjął z nim walki.  

— „T c h ó r z”! 
Ruszył na pomost. Bosman Perrin uścisnął mu dłoń: 
— Teraz nawet piekło nas nie pochłonie, kapitanie! — zawołał, odtaczając się na skutek 

przechyłu na ścianę sterowni. 

Godziny walki z huraganem przedłużały się. Morze przegrywało, poddawało się wiedzy 

żeglarskiej i energii Breda. Mścił się na morzu, brał teraz odwet... za Catanię! 

Kiedy nastał świt, Bred pokonał żywioł; znużony, lecz niezmiernie zadowolony, opuścił 

pomost i udał się do kapitana Hirondelle

—  Dziękuję  ci  —  rzekł  chory  kapitan,  wyciągając  do  Breda  rękę.  —  Bosman  Perrin 

powiedział mi wszystko. Postąpiłeś wspaniale. To było w twoim stylu. Jesteś lepszym mary-
narzem ode mnie, grubo lepszym! Kto wie, czy moja niemoc nie była szczęśliwym zbiegiem 
okoliczności  dla  pasażerów,  załogi,  statku...  a  także  dla  ciebie.  Perrin  jest  gadułą.  Wiem 
wszystko o twoim życiu. 

Uśmiechnął się i mówił dalej: 
— Wierzę, że po tym, co się stało, wrócisz drogi przyjacielu na morze... 
Bred skinął głową.  

 
 
 
 

WALENTY KATAJEW 

 

NO

Ż

 

NIEDZIELNA  przechadzka  po  bulwarze  —  to  doskonały  sposób  najdokładniejszego 

poznania człowieka. 

Paszka  Kokuszkin  rozpoczął  niedzielną  przechadzkę  swoją  po  Czystych  Stawach  o 

godzinie  szóstej  wieczorem.  Przede  wszystkim  zaszedł  do  otwartego  Pawilonu  „Mosselpro-
mu”  (skrót:  moskiewsko-rolniczo-przemysłowy  magazyn  —  przyp.  tłum.)  i  wypił  butelkę 
piwa. Krok ten świadczył o prawidłowym ujmowaniu przez niego życia i o umiarkowaniu. 

Potem kupił u baby dwie miarki pieczonych pestek słonecznikowych i nie spiesząc się 

poszedł główną aleją. Po drodze przyczepiła się do niego Cyganka. 

— Dajcie, panocku ładny, rękę. Cyganka powróży, co cię w przyszłości czeka, co u was 

w domu, co na sercu macie, jakie myśli i kto wam przeszkadza, co w wieczornej porze was 
spotka, wszystko Cyganka powie, prawdę powie, nic nie zatai i wszystkiego dziesięć kopiejek 
za  całą  prawdę  i  przyjemność  starej  Cygance  podarujecie.  Powróżę  —  dobrze  będzie,  nie 

background image

powróżę — żałować będziecie. 

Paszka po namyśle powiedział: 
—  Wróżenie  z  ręki,  ciotko,  to  bzdury  i  przesądy,  jednak  masz  tu  dziesiątkę  i  możesz 

wróżyć — i tak nabajcujesz. 

Cyganka schowała monetę pod jaskrawą spódnicę i wyszczerzyła czarne zęby. 
— Będziecie mieli, panocku, przyjemne spotkanie i przez to spotkanie będziecie mieli 

smutek w sercu, na drodze waszej stoi starszy mężczyzna, nie obawiajcie się, panocku, noża, 
będziecie od noża mieli duże kłopoty, nie obawiajcie się przyjaciół — obawiajcie się wrogów, 
i zielona papuga przyniesie wam w życiu szczęście. Tyle wam mówi Cyganka — idźcie sobie 
dalej na zdrowie. 

Cyganka  wystawiła  zapadły  brzuch  i  z  powagą  popłynęła  dalej,  szurgając  po  ziemi 

brązowymi piętami. 

— Dobrze buja ta suka — powiedział Paszka, znacząco mrugnął za nią i, roześmiawszy 

się na głos, poszedł dalej. 

Po drodze użył po kolei wszystkich rozkoszy, jakich mu nasuwało życie: najpierw zwa-

żył się na chwiejnej wadze — wskazała cztery pudy i piętnaście funtów; po pewnym czasie 
naprężył się tak, że  aż przykucnął, próbując sił i docisnął drżącą strzałkę siłomierza do „sil-
nego  mężczyzny”;  przespacerowawszy  się  jeszcze  trochę,  wypróbował  nerwy  elektryczno-
ścią: wziął do ręki miedziane rączki, po stawach jakby się mrowie rozpełzło — stawy napeł-
niły się wodą sodową — dłonie przykleiły się do miedzi — nerwy jednak próbę wytrzymały. 

Pod  koniec  usiadł  na  krzesełku  przed  wiszącą  na  drzewie  dekoracją,  wyobrażającą 

widok Kremla z Mostu  Kamiennego, założył nogę na nogę, nadał zwierzęcy  wyraz twarzy i 
tak  się  dał  sfotografować.  Otrzymawszy  po  dziesięciu  minutach  mokre  zdjęcie,  Paszka  z 
wyrazem solidnego zadowolenia długo się sobie przyglądał — kraciasta czapeczka, znajomy 
nos, kalosze, bluza — apaszka z wykładanym kołnierzem, marynarka, wszystko jak się patrzy 
— bardzo mu się to spodobało, nawet mu się jakoś nie bardzo chciało wierzyć, że to jest on 
sam i że jest taki piękny. 

—  Niczego  sobie  —  powiedział  na  głos  —  uważnie  zwinął  lepkie  zdjęcie  w  rurkę  i 

poszedł na przystań łodzi rzecznych. 

By  całkowicie  wyczerpać  zapas  rozkoszy  niedzielnych,  pozostawało  mu  dobrać  sobie 

odpowiednie  dziewczęta  i  przejechać  się  z  nimi  łódką.  Jednakże  tak  się  jakoś  złożyło,  że 
poszedł  dalej,  aż  się  zatrzymał  przed  jakąś  nieznaną  mu  budką.  Przed  otwartymi  na  oścież 
drzwiami tłoczyli się ludzie. Dolatywały metaliczne dźwięki i śmiech. 

—  Co  to  niby  jest?  —  zapytał  Paszka  niskiego  czerwonoarmiejca,  przeciskającego  się 

przez tłum... 

— Kółka rzucają, to ci opera!... — Który trafi — samowar może wygrać. 
Paszka zajrzał z zaciekawieniem przez głowy tłumu do wnętrza budy, jaskrawo oświe-

tlonej  lampami.  Cała  tylna  ściana  zakryta  była  kilimem.  Na  półkach,  ustawionych  w  trzy 
rzędy,  sterczały  wetknięte  noże.  Między  nożami  ustawione  były  nęcące  premie.  Na  dolnej 
półce — bombonierki i paczki pierników, na średniej — budziki, rondle, czapki, a na górnej 
—  pod  samym  pułapem  w  półmroku  —  najbardziej  kuszące  przedmioty:  dwie  bałałajki, 
oryginalny  tulski  samowar,  chromowe  buty  z  sztywnymi  cholewami,  tołstojówka,  włoska 
harmonia, zegar ścienny z kukułką i gramofon. O którykolwiek nóż zahaczy się kółko — ten 
przedmiot się otrzymuje. A trafić jest niemal niemożliwe — takie chwiejne są noże. — Kółka 
odskakują. Ciekawe! 

Paszka łokciami utorował sobie drogę do wnętrza. Za ladą staruszek w okularach ze sre-

brną oprawą sprzedawał kółka — dwadzieścia pięć kopiejek czterdzieści sztuk. Czerwonogę-
by  młodzieniec  ze  spoconą  czupryną  i  zdziczałym  uśmiechem  rzucał  ostatnie  pięć  kółek. 
Marynarkę miał rozwianą. Żelazne kółka wylatywały z jego zgrabiałych palców, odbijały się 
z  brzękiem,  spadały  do  zawieszonego  u  dołu  worka.  Gapie  ryczeli  ze  śmiechu.  Młodzieniec 

background image

spąsowiał. Uderzane kółkami noże wydawały stalowe dźwięki i, drżąc jak we mgle, przyjmo-
wały formę lejka. 

—  Tfy!  Niechże  je  cholera  ciśnie,  te  wasze  noże  i  te  kółka!  —  krzyknął  zirytowany 

młodzieniec. 

— Półtora rubla jak psu  pod ogon,  choćbym paczkę pierników Babajewa wygrał! — i 

zawstydzony wyszedł z tłumu. 

— A tu w przeszłym tygodniu jeden buty wygrał — odezwał się chłopiec w załatanych 

spodniach — za dziesięć rubli kółek wypuścił. 

— Ano, zobaczymy, niech i ja spróbuję — powiedział Paszka przysuwając się do samej 

lady — ciekawe co z tego wyjdzie. 

Staruszek podał mu kółka. 
—  To  znaczy  —  upewnił  się  Paszka  — że  jeżeli na  dolny  nóż  trafię,  to  można  dostać 

bombonierkę Babajewa? 

— Można — odpowiedział obojętnie staruszek. 
— A jak wyżej — to i budzik? 
Staruszek kiwnął twierdząco głową. 
— To ciekawe, ho, ho! A żeby tak samowar, to trzeba, widać, pod sam dach celować? 
—  Ale  spróbuj  najpierw  choć  pierniki  wziąć,  a  potem  będziesz  gadać  —  wtrącił  ktoś 

niecierpliwie z tłumu — rżnij Walenty! 

Paszka położył na kantorku zdjęcie, rozepchał tłoczącą się publiczność, oparł się łokcia-

mi, wycelował, ale... w tej chwili ręka mu drgnęła, kółko wymknęło mu się z palców i bokiem 
potoczyło się po podłodze. Paszka osłupiał. Obok półek, z boku, siedziała na krześle z zało-
żonymi na kolanach rączkami wystrojona dziewczyna, tak piękna, że Paszce aż „oko zbiela-
ło”. Dziewczę szybko wstało z krzesła, złapało kółko nie podnosząc oczu i naraz uśmiechnęło 
się kącikami ust ledwie dostrzegalnym uśmiechem — i to było zgubą dla Paszki. 

—  No  i  co?  Cóż  to,  zuchu?  Rżnij  Walenty,  zdymaj  samowar!  Bierz  go!  —  krzyknęli 

gapie za jego plecami. 

Paszka  ocknął  się  i  zaczął  rzucać  kółka  jedno  po  drugim,  nic  dookoła  nie  widząc, 

oprócz opuszczonych rzęs dziewczęcia i usteczek, które jakby pękły w poprzek, jak czereśnia. 
Gdy już wypuścił wszystkie czterdzieści kółek, dziewczyna zebrała je i w milczeniu położyła 
na  kantorku,  jednak  tym  razem  już  się  nie  uśmiechała,  tylko  rzuciła  na  Paszkę  spojrzenie 
szarych  oczu  i  poprawiła  jasne  włosy,  które  spadały  jej  na  uszy.  Paszka  wyciągnął  nową 
ćwiartkę. Jedno kółko za drugim niezgrabnie wylatywało z jego rąk. Gapiąca się publiczność 
bawiła się jego kosztem, tłocząc się dookoła. Noże brzęczały jak pszczoły. Staruszek drapał 
się obojętnie skrzywionym palcem w nos. 

Przerżnąwszy rubla nie trafiwszy ani jednego razu do celu, Paszka zmieszany wydostał 

się  z  tłumu  na  bulwar  i  odszedł  aleją,  pod  lipami,  wzdłuż  różowej  od  zachodzącego  słońca 
wody.  Nad  stawem  unosiła  się  ledwie  dostrzegalna  mgła.  Świeży  chłodek  orzeźwił  nieco 
Paszkę. Kinematograf odbijał się w wodzie szeregiem świateł. Niejedna para krótko ostrzyżo-
nych dziewcząt, z zielonymi i niebieskimi grzebykami we włosach, objąwszy się przemknęła 
obok  Paszki,  oglądając  się  ze  śmiechem  i  zaczepiając  go:  —  Ładny  bo  chłopak!  —  Paszka 
jednak szedł dalej, nie zwracając najmniejszej uwagi i w zadumie nucił: 
 

Cyganka wróżyła, cyganka wróżyła,  
Za r
ączkę trzymała, prawdę mówiła... 

 

W ciągu jednej nocy zakochał się ostatecznie i bezpowrotnie. 
Przez cały miesiąc Paszka zachodził systematycznie do owej budy i rzucał kółka. Poło-

wę  pensji  puścił  w  ten  sposób  na  wiatr.  Na  urlop  nie  pojechał,  przepuścił  kolejkę,  słowem, 
zupełnie  ogłupiał.  A  dziewczę  jak  i  przedtem,  opuszczając  oczy,  podawało  kółka.  Chwilami 

background image

nieznacznie  się  uśmiechała,  jak  gdyby  do  siebie  samej.  A  czasami,  zaskoczona  obecnością 
Paszki  w  tłumie,  cała  oblewała  się  rumieńcem  tak  pąsowym,  że  ramiona,  jak  smagłe  brzo-
skwinie, zdawały się przeświecać przez przejrzystą markizetę. Paszka w żaden żywy sposób 
nie mógł znaleźć sposobności, by zamienić z nią kilka słów od serca: to mu tłum przeszkadza, 
to znowu stary złymi oczami spogląda przez okulary, w nos skrzywionym palcem się drapie, 
jakby  groził  Paszce  —  nie  podchodzić,  to  dziewka  nie  dla  takich,  jak  ty,  zabieraj  się  stąd. 
Jeden raz tylko Paszce udało się z nią pomówić. Ludzi mało było wtedy, a staruszek pobiegł 
akurat ze szpicrutą odpędzać zbierających się bezdomnych uliczników. 

— Najniższe uszanowanie — powiedział Paszka — i aż mu serce bić przestało. — Jak 

wam na imię? 

—  Ludmiła — pospiesznie i gorąco szepnęła dziewczyna. — Ja was dobrze już znam, 

zostawiliście kiedyś tu na kantorku fotografię swoją, a ja ją schowałam, po prostu zakochałam 
się w niej — taka ładna jest. 

Dziewczyna  wsunęła  rękę  w  zanadrze  i  wyciągnęła  koniuszek  zmiętej  fotografii. 

Obejrzała się i cała spąsowiała. 

— A wam jak na imię? 
— Paszka. Czy nie poszlibyście ze mną do teatru „Colosseum” — wyświetlają bardzo 

ładny obraz: „Kobieta z milionami”, pierwsza seria. 

— O, nie wolno mi, ojciec śledzi. 
— A bez jego wiedzy? 
— Broń Boże. Gdybym tylko za próg wyszła, do domu nie wpuszczą. A mama jeszcze 

gorsza — mama na Sucharewskim rynku ma stragan na własne imię. Mieszkamy na Sretence 
w Proswirynym zaułku, blisko stąd. Drugi numer domu, w podwórzu z bramy na lewo. 

— Jakże będzie, Luteczko? 
— Nic nie będzie. Prędzej kółka rzucajcie, tatko wraca. 
Ledwie zdążył wypuścić jedno kółko, jak już nadszedł ojczulek ze szpicrutą. Jak zwierz 

patrzy na córkę. Paszka odszedł z kwitkiem. Przychodzi w następną niedzielę — patrzy — a 
buda zabita gwoździami. Na szyldzie napisane: „Amerykańskie praktyczne rzucanie kółek 40 
sztu. 25 ko.” I tuż obok na błękitnym tle wymalowana jest zielona papuga z różowym ogonem 
— w dziobie ma kółko, a wiatr dmie w papugę pożółkłymi lipowymi liśćmi, zarzuca nimi ze 
wszystkich stron budę, klomby zdeptane, dookoła żywej duszy nie ma — jesień. 

Wtedy  Paszka  przypomniał  sobie  słowa  wróżki  —  „na  drodze  waszej  stoi  starszy 

mężczyzna... będziecie od noża mieli duże kłopoty... zielona papuga przyniesie wam w życiu 
szczęście”...  —  i  taki  go  smutek  ogarnął,  taka  go  złość  na  tę  idiotkę  —  Cygankę  wzięła,  że 
trudno wypowiedzieć. Paszka pogroził papudze pięścią i poszedł, gdzie go oczy poniosły opu-
stoszałym  bulwarem,  popychany  przez  dmiący  ze  wszystkich  stron  wiatr  jesienny.  Dobrnął 
jakoś  do  Sretenki,  znalazł  się  w  Proswirynym  zaułku.  Pogoda  —  pochmurna,  jesienna. 
Naprzeciwko  zbutwiałej  cerkiewki  zielone  z  białym...  rzeczywiście  stoi  dom  nr  2.  Paszka 
wszedł na podwórze i skręcił na lewo,  a dokąd dalej pójść — sam nie wie. W tej chwili za-
grała na środku podwórza katarynka, na katarynce siedzi zielona papuga z różowym ogonem i 
bezczelnie patrzy wprost na Paszkę okrągłymi ślepiami z zamszowymi powiekami. Po chwili 
na drugim piętrze otworzono lufcik. Z lufcika wysunęła się delikatna rączka, rzucając na dół 
zawiniętą  w  papierek  dziesiątkę.  Przez  szyby  podwójnych  okien,  ponad  ułożonym  między 
oknami wałkiem z waty, posypanym ciętym, różnokolorowym papierem, poprzez koronkowe 
firaneczki, wśród figusów Paszka zauważył Ludmiłę. Patrzyła na niego rozradowana, przyci-
skając  się  pałającym  policzkiem  do  szyby,  robiła  jakieś  znaki  paluszkami,  rozkładała  ręce, 
kiwała  główką,  wabiła  —  i  nic  a  nic  nie  można  było  zrozumieć,  co  mu  chciała  powiedzieć. 
Paszka też zaczął pokazywać rękami — wychodź niby, gwizdnij na rodziców, żyć bez ciebie 
nie mogę! — ale Ludmiłę zasłoniła gruba, wąsata kobieta w tureckim szalu, zatrzasnęła lufcik 
i pogroziła Paszce palcem. 

background image

Paszka dowlókł się jakoś do domu, przemęczył się dwa tygodnie, wałęsał całymi noca-

mi po Proswirynym zaułku, strasząc przechodniów jak jakiś złodziej, zupełnie się wyczerpał, 
a na trzeci tydzień, w niedzielę, wyczyścił spodnie i marynarkę parzoną herbatą, wyczernił i 
oczyścił trzewiki i poszedł... wprost diabłu w paszczę — oświadczyć się o rękę i serce. Drzwi 
otworzyła mu osobiście Luteczka. Jak go zobaczyła, aż jęknęła, ręką się za serce złapała, ale 
Paszka  przeszedł  obok  niej  wprost  do  pokoju,  w  którym  rodziciele  spożywali  po  cerkwi 
herbatę z mlekiem, i powiedział:  

—  Smacznego  życzę.  Przepraszam,  ojczulku,  i  was,  mateczko,  przepraszam,  ale  bez 

Luteczki żyć nie mogę.  Jak tylko zobaczyłem, wszystko przepadło. Róbcie co chcecie, stoję 
tu, jaki jestem, przed wami — wykwalifikowany ślusarz szóstej kategorii, plus dodatki, płynu 
żytniego nie używam, jestem członkiem partii od 23 roku, alimentów nikomu nie płacę, tak, 
że i z tej strony wszystko w porządku. 

—  Żadnym  tam  ojczulkiem  dla  was  nie  jestem  —  wrzasnął  staruszek  nieprawdopodo-

bnym głosem — i małżonka moja też wam mateczką nie jest! Zapomnijcie o tym! 

— I cóż to znowu za moda — pod oknami w podwórzu katarynki słuchać i wdzierać się 

do mieszkań obcych ludzi — dodała basem małżonka. — Zatrzymajcie to dla siebie. Widzie-
liście go! Nie takich jeszcze kawalerów widzieliśmy, pomyślałby kto, szósta kategoria! Już w 
przeszłym roku u prawdom (skrót: „administrator domu” — przyp. tłum.) z Miasnickiej ulicy 
swatał  się  za  Ludmiłę  i  to  odmówiłam.  Opuść  obywatelu  mieszkanie.  A  dziewczynę  pod 
klucz — też dobrze będzie. Nijakich tu ślusarzy nie potrzebujemy, zwłaszcza partyjnych. 

— Z samego praktycznego rzucania kółek wyrabiam na czysto do tysiąca rubli na sezon 

—  zapalczywie  dodał  ojczulek.  —  I  za  czterysta  rubli  mam  premii.  Luteczce  jest  mąż 
potrzebny z kapitałem, dla rozszerzenia interesu. Jednym słowem — do widzenia. 

— Więc nie dacie mi jej? — zapytał Paszka zrozpaczonym głosem. 
— Nie damy! — wrzasnął ojczulek. 
— Dobra — powiedział groźnie Paszka — jeżeli z kapitałem dla rozszerzenia interesu, 

w  takim  razie  seans  skończony.  Popamiętacie  mnie.  Ja  was  tak  urządzę...  Żegnaj,  Luteczko, 
nie poddawaj się, czekaj. 

A Luteczka siedziała w przedpokoju na kufrze i załamywała ręce. 
Paszka wyszedł mocno zacisnąwszy zęby, udał się natychmiast na Sucharewski rynek i 

kupił ostry nóż kuchenny. Przyszedł do domu i zamknął się na rygiel. Zima nadeszła i ustąpi-
ła. Z Czystych Stawów wywieźli już lód. Paszka chodził punktualnie do roboty — nie prze-
puścił ani jednej godziny, a po całych nocach siedział w domu z zasuniętym ryglem; sąsiedzi 
słyszeli tylko ciche brzęczenie — uczył się grać na gitarze, czy co? — Nie wiadomo. Ruszyła 
rzeka. Słońce zaczęło już dobrze grzać, drzewa okryły się już zielenią, puściły pąki, na Czyste 
Stawy  przywieziono  już  na  furach  łódki.  Fotografowie  rozwiesili  już  na  drzewach  Kremle  i 
noce księżycowe. Wieczorami na bulwarach rozpoczęły się już spacery. 

W każdą niedzielę Paszka punktualnie udawał się na Czyste Stawy, żeby zobaczyć, czy 

otwarta  już  została  buda.  Niestety,  była  zamknięta.  Zielona  papuga  z  różowym  ogonem 
siedziała  na  zbielałym  od  niepogody  błękitnym  tle  i  trzymała  w  dziobie  kółko  —  nad  nią 
zwisały  świeże  gałęzie  lipy.  Paszka  był  wychudzony  i  ponury.  Nareszcie  pewnej  pięknej 
niedzieli  przychodzi  —  buda  jest  otwarta.  Przy  wejściu  tłoczyli  się  gapie.  Wnętrze  było 
jaskrawo oświetlone. Dolatywał brzęk metaliczny i śmiechy. 

Paszka rozsunął barami tłum i grzecznie wszedł do środka. Wystające kości policzkowe 

podpierały jego rozpalone oczy. Luteczka zbierała kółka. Jak tylko wszedł, z twarzy jej znikł 
rumieniec,  stała  się  zupełnie  przejrzysta,  oczy  jej  pociemniały,  a  usteczka  stały  się  jeszcze 
bardziej wiśniowe. Ojczulek poprawił okulary i aż się cofnął nieco. 

— Pozwólcie, towarzysze — ponuro odezwał się Paszka, odsuwając ramieniem rzucają-

cego  kółka  młodzieńca  i,  nie  patrząc  na  staruszka,  kiwnął  głową  dziewczynie.  Podała  mu 
kółka jak martwa. Dotknął jej zimnych palców i rzucił na kantorek trzyrublówkę. 

background image

—  A  wynająłbyś,  towarzyszu,  wózek  do  wywożenia  wygranych  samowarów  —  kpili 

sobie z niego z tyłu. 

Nie  oglądając  się,  Paszka  wziął  kółko  i,  jak  gdyby  od  niechcenia,  rzucił  je.  Nóż  ani 

drgnął.  Rozległ  się  tylko  krótki  brzęk.  Kółko  trafiło,  nie  zaczepiając  nawet  noża.  Staruszek 
nerwowo podrapał się w nos i z pewnym przestrachem położył przed nim pudełko cukierków 
Babajewa. Paszka odsunął je na bok i odsuwając je, jakby od niechcenia puścił drugie kółko. 
Równie lekko i celnie osiadło na drugim nożu. Staruszek nie zdążył dojść do półki, żeby mu 
podać drugą bombonierkę, jak Paszka w ślad za nim puścił na płask jedno za drugim dalsze 
trzy  kółka,  które  jak  i  poprzednie  lekko  i  niemal  bez  dźwięku  osiadły  na  trzech  innych 
nożach. Publiczność oniemiała. 

Starzec zwrócił ku Paszce swoją maleńką twarzynę i zamrugał oczami. Ciemna kropla 

potu spełzała mu z czoła jak pluskwa. Spodnie aż mu się pomarszczyły jak pusty worek i nie-
co przysiadły. Paszka stał z jedną założoną nogą, opierając się łokciami na ladzie i pobrzęki-
wał paczką kółek. 

— Więc jak będzie z Luteczką, ojczulku? — zapytał cichym głosem i obojętnie obejrzał 

się dookoła. 

— Nie dam ci jej — odpowiedział ojczulek dyszkantem. 
—  Nie  dacie?  —  sennie  powiedział  Paszka  —  dobrze.  Ej  chłopcze,  poleć-no  do 

Pokrowskiej Bramy po wózek, dostaniesz samowar za drogę. Odsuńcie się troszkę, ojczulku. 

Twarz  Paszki  była  jakby  wykuta  z  żelaza.  Na  czole  wystąpiła  mu  żyła.  Lekki  ruch 

wyprężoną  ręką.  Spomiędzy  palców  leciały  błyskawice.  Noże  brzęczały,  zaskoczone  przez 
celne  kółka.  Tłum  wył,  ryczał,  powiększał  się.  Publiczność  waliła  ku  budce  ze  wszystkich 
stron. Paszka prawie że  nie mierzył do celu. Oczy  błądziły dookoła w roztargnieniu. Paszka 
był  w  owej  chwili  straszny.  Ani  jedno  kółko  nie  wpadło  do  worka.  Po  pięciu  minutach 
wszystko  było  skończone.  Paszka  starł  rękawem  pot  z  czoła.  Tłum  rozsunął  się.  Przed  budą 
stał wózek. 

— Ładuj — powiedział Paszka. 
— No i co teraz będzie? — ledwie wybełkotał staruszek i zaczął dreptać obok półek. 
— A nic nie będzie. Powrzucam wszystkie te rupiecie do stawów i — cała parada. 
— Jakże to tak, obywatele? — jęknął starzec po babsku. — Przecież samego towaru za 

czterdzieści czerwońców, nie licząc już interesu. 

— A gwizdać mi na to, choćby nawet za sto! Manatki — moje. Nie kradłem ich, uczci-

wie  wygrałem.  Są  świadkowie.  Całą  zimę  praktykowałem,  snu  sobie  odmawiałem.  A  teraz 
zrobię, co mi się żywnie podoba. Zechce mi się — zabiorę to sobie, nie zechce mi się — do 
stawów powrzucam. 

— Dobrze mówi! Racja! — ryknął tłum w upojeniu. — Pod przysięgą nawet zeznamy! 

Tylko słuchaj, bracie, gramofonu to już do wody nie wrzucaj. 

Publiczność na ochotnika załadowała wózek do samej góry. 
— Wieź — powiedział Paszka. 
—  Gdzie  wieźć,  gdzie  wieźć?  —  o  mało  nie  rozpłakał  się  staruszek  —  z  takim 

wypadkiem, obywatele, do domu nawet wrócić nie mogę... Naprawdę chcesz potopić?... 

— Utopię — powiedział Paszka. — Wieź na kładki. 
— Boga wstydziłbyś się chociaż. 
— Bóg — to przeżytek ciemnego umysłu, tatusiu. Jak ta zielona papuga. A cała siła — 

tutaj, o! — i wyciągnął muskularną rękę.  

Otoczony  żywym  pierścieniem  tłoczących  się  ludzi,  wózek  ruszył  i  wjechał  na  kładki 

przystani  łodziowej.  Paszka  zdjął  z  samej  góry  chromowe  buty  i  wrzucił  je  do  wody.  Tłum 
jęknął. 

— Stój! Poczekaj! — nieswoim głosem wrzasnął staruszek, zrywając się ku wózkowi. 

— Nie wrzucaj. 

background image

Wtedy  Paszka  położył  potężną  dłoń  swoją  na  rzeczach  i  ze  spuszczonymi  oczyma  po 

cichu powiedział: 

— Po raz ostatni mówię wam uczciwie, ojczulku, niech wszyscy ludzie będą świadka-

mi.  Dajcie  za  mnie  dziewczynę  i  zabierajcie  sobie  te  rupiecie.  O  sto  kroków  nie  zbliżę  się 
więcej do budy waszej, a jeżeli nie, to i tak z torbami was puszczę, całe wasze „przedsiębior-
stwo” w łeb weźmie, ojczulku. Nie ma życia mojego bez Luteczki. 

— Bierz! — krzyknął starzec i machnął ręką. — Tfu! Zabieraj ją! 
— Luteczko! — ledwie wymówił Paszka, i zbladłszy jak kreda odszedł do wózka. 
Ludmiła stała obok niego, zakrywając się od ludzi rękawem. Aż jej rączki poróżowiały 

od wstydliwego rumieńca. 

— Seans skończony, obywatele, możecie się rozejść — zakończył Paszka i tak ostroż-

nie wziął dziewczę pod ramię, jak gdyby było z porcelany. 

Na całym bulwarze pachniała czeremcha. Czeremcha była wszędzie — we włosach i w 

wodzie. Niewysoko ponad lipami, na gęstym fioletowym niebie świecił księżyc ostry jak nóż. 
I  młode  światło  jego,  odbijając  się  w  stawie,  mnożyło  się  i  rozpryskiwało  ślubnym  złotem 
płynnych, żywych kółek. 

A jeszcze powiadacie, że w naszych czasach niemożliwe są silne namiętności. Nawet są 

bardzo możliwe. 
 
 
 
 

ILJA ERENBURG 

 

KAWIARNIA „FLORIAN” 

 

Wszyscy pamiętają, jakie ubiegłej zimy panowały mrozy. Zwłaszcza przez cztery noce. 

Zabrano, zda się, całe ciepło ludzkie. Marsz pogrzebowy zatarasował salę Kolumnową kawa-
łami  lodu.  „Trzyjcie,  trzyjcie,  obywatele,  nos”  —  rozlegało  się  żałośliwie  w  „ogonkach”  na 
Dmitrowce  albo  Mochowej.  O,  biegunie!  Nie  reżyser,  lecz  natura  wystawiała  tragedię.  Nie 
łagodzony balsamem, wybiegał z przezroczystego pudełka, ciskał się po nieogarnionej estra-
dzie,  po  wszystkich  pustkowiach,  stepach,  pustyniach  wraz  z  wilkami,  z  Mikołajem-cudo-
twórcą i suchymi wichrami Azji. W odpowiedzi chwiał się urodzaj tzw. „rocznika lenińskie-
go”. Młodość nie przestawała trwożyć świata. Panmongolizm słał pozdrowienia. 

Najpierw  lokomotywa,  przezwyciężając  zaspy,  śmiesznie  się  nadymała,  pogwizdując 

jakiś  kuplet  komsomolski.  Potem  nastąpiła zmiana.  Szedł  europejski  nie  licząc  się  z  przeży-
ciami ludzkimi. Pełzł poprzez granice, wykreślone na konferencjach pokojowych, niby przez 
zwykłe wzgórza albo mosty. Ustrój polityczny, mody, marzenia ogarnianych tchnieniem jego 
krajów  zgoła  nie  wzruszały  w  nim  żelaznego  serca.  Uproszczono  motyw:  rachuba  kilome-
trów. Widoki zastępowały naukę historii. Szyby, zrazu zamglone, rozjaśniły się szybko, nato-
miast  wieżyce  kościołów  i  meloniki  ludzi zaścielał  opar  żółty,  ciężki,  niby  podglinek  cmen-
tarny. „Wehikuł czasu” mknął naprzód. Jeśli Berlin znamionowali jeszcze Hohenzollernowie, 
początek  naszego  stulecia  i  kominy,  rozlew  żółci,  rozlew  żelazobetonu,  to  Wiedeń  otwarcie 
już przewijał się pod znakiem dziewiętnastego. 

Szukałem  na  Ringu  piaskowych  cylindrów.  Gotów  byłem  oświadczyć  swą  miłość 

zakurzonej kukle pierwszej lepszej fryzjerni. Słychać było utyskiwania: nie ma kogo golić — 
znikły brody Madziarów, Czechów, Polaków, Chorwatów, wszystkie brody. 

Lokomotywa  chłonęła  rachubę  dystansów  (być  może  stuleci).  Historię  przeplatały 

wesołe wodospady, tyrolski filc i krowy. Pogrążaliśmy się w głębinie czasu. Krępował mnie 
paszport i sterczący z kieszeni stilo. I — nastąpiła Wenecja. 

background image

Co opisywać i czym się pysznić, bez rumieńca? Wszak piękność tę nawiedzały legiony, 

do późna siedząc i nabawiając się najbardziej podejrzanej z chorób — romantycznej puchliny 
wodnej Adriatyku. Sława — wielka. Łasy na rozgłos, wiedząc, że nawet pomiot porzucany na 
placu św. Marka przez zapasione gołębie jest historyczny, tchórzyłem przecie. Tak, fotografie 
we wszystkich rolach, wstążki wieńców, pamiątki, peruki, róże. Ale z ust, ust gnijących, krót-
kich i wymownych, jak pierwszy lepszy ściek, wybiegała woń wieków, ich zapach prawdzi-
wy,  nie  uroczysty,  rozkład  powszechny.  Niby  początkującemu  „fuksowi”,  pełnemu  jeszcze 
anielskich pulchności i sprośnych słówek, wypadło mi spać z tą zgrzybiałą primadonną. 

Nie ma co — niebo było przepiękne. Nigdzie nie widać tak lekkiego i bezinteresownego 

nieba.  Znika  horyzont  i  smętek  nieba  przeistacza  się  łatwo  w  smętek  Wenecjanek.  Kto  nie 
stracił  głowy  dla  niewyraźnej  zieloności  ich  oczu  na  tle  zielonawej  wody  i  powietrza,  owej 
wyblakłej  rezedy,  ledwie  ogrzanej  złotem  włosów,  złotem  płócien  Tintoretta  i  złotem  przy-
jezdnych Yankesów? Przy tym namiętność sprowadza się tu do zmysłowych ciągotek kocich, 
do  zdenerwowanego  klekotu  serenad  (na  godzinę  lub  na  całą  noc,  żądać  koniecznie  taksy). 
Uściski  zbyt  są  niebezpieczne  w  szczelinach  kanałów.  Natomiast  zielonaworóżowy  miraż  w 
górze  i  na  dole,  nieba  i  wody,  źrenic  i  ust  doprowadza  do  martwoty  stare  Niemki  i  małpo-
kształtnych „piccolów” pierwszorzędnych hoteli. 

Niechaj  śpią!  Obliczenie  odbywa  się  w  prawdziwych  uczuciach  i  w  mocnej  walucie. 

Nad nimi — Kasjopea, gwiazda, pod którą niegdyś Giacomo Casanova zwilżył łzą wzrusze-
nia nakrochmalony żabot. 

Wenecja! Waluta Italii! Lira bankierów i lira poety! Nie, nie trzeba się śmiać — niechaj 

śpi, niech śpi do syta! 

Heroizm  wymagany  jest  jeno  od  nosa,  tego  niewielkiego  i  niewdzięcznego  dodatku. 

Tintoretto,  niestety,  nie  pachnie,  jak  i  koloryt  nieba.  A  serenadę  przerywają  tęgie  wybuchy 
gazów. — Kanały, te jelita miasta (gdzie prócz mostu westchnień i gołębi jest jeszcze sto ty-
sięcy Italczyków, łykających makarony), wywrócone na zewnątrz. Taka jest odwrotna strona 
wszelkiego związku. Bez tego nie bywa — zdaje się — miłości. 

Wspominając mróz, wapno i śmiech, od którego tak nieprzystojnie podskakuje kaszkie-

tka  zadartonosej  komsomołki,  czyniłem  to  samo,  co  i  wszyscy:  łykałem  warstwy  lodów 
(„cassata”), oglądałem przez specjalne okulary płótna Tintoretta, oddychałem rybami, zgnili-
zną  i  migdałami.  Czy  mam  poczytać  sobie  za  zasługę,  iż  się  nie  zdjąłem  z  jednym  z  gołębi 
chorych na otłuszczenie  albo też — przeciwnie — żałować, że owej komsomołce nie posła-
łem kompromitującej fotografii? 

Niekiedy  jeździłem  na  Lido.  Niewielki  parowczyk,  otrzymawszy  klasyczne  wychowa-

nie, umiał sapać muzykalnie. Miniaturowy kocioł wykonywał serenady. Na płaskiej wysepce, 
pośród piasku i sztucznych korali, grzejąc się podgniwały niby algi ciała berlińskich szybrów 
i  gwiazd  nowojorskich.  Znużeni  trywialnym  materializmem  życiowym  wdychali  jak  w 
inhalatoriach  to  ledwie  zielonawe  niebo.  W  wielkim  hotelu „Excelsior”,  na  kształt  karmelka 
marmurowego, odgradzającym plażę od przychodzącej hołoty, owiane pianą „Astispumante” 
i poezją d'Annunzia, tłumaczoną na różne języki, odbywało dwieście lub trzysta natchnionych 
ciał próbę pośmiertnego rozkładu. Wiek dwudziesty chciał w ten sposób wyprzedzić pod tym 
względem osiemnasty. Łódź motorowa unosiła po sieci kanałów marzycielskiego giełdziarza. 
Łączyły się dwie śmierci. Niebo zaś było zielonawym zmyśleniem, a może łąkami, na których 
wypasają  się  najbardziej  mięsożerni  spośród  zmarłych  dożów  —  może  gazem  o  znanym 
ogólnie wzorze, najpewniej — niczym. 

Z miss Mary  Oxver poznałem się na przystani,  oczekując na parowczyk. Gryzła blade 

fistaszki,  myśląc  o  pięknie  Canale  Grande.  W  czerwonym  notesie  figurowało  wszak  cale 
palazzo, a „Ca d'Oro” — była nawet dwukrotnie podkreślona miniaturowym stilo, mieszczą-
cym  się  w  torebce  z  wytłaczanej  skóry.  Tu  kupiła  torebkę?  Tu,  oczywiście.  Kupiła  również 
pochyloną  wieżę  pizańską,  całujące  się  gołąbki  (presse-papier),  zakładkę  z  wersetem  z 

background image

Dantego, album z herbami wszystkich starych rodów do studiów akwarelowych. W albumie 
tym  zdążyła  umieścić  gondolę  i  nawet  serenadę.  Serenady  nie  można  było  oddać  ani  za 
pomocą  kobaltu,  ani  zieleni  weneckiej,  ani  indyga,  ją  się  tylko  odczuwało.  Ale  grzechem 
byłoby sądzić źle o miss Mary Oxver. Zielonookie dziecię! Na przekór wszystkim Wenecjan-
kom  zaatlantyckie  oczy  miały  barwę  nieba,  Adriatyku,  fistaszków,  rezedy.  Dla  tych  oczu 
można było wybaczyć jej wszystko, aż do naszkicowanych wąsów serenady. A jak się śmiała! 
Śmiech ten był poza nawiasem Baedeckera, przypominając całej kamiennej padlinie Kanału 
Wielkiego i Małego, iż dość, by pociąg zahuczał szczególnie natarczywie na długim moście, a 
odezwie się życie, nie Wenecja, nie zielonkawość, nie spokój stojącej wody, lecz wszystko co 
się żywnie podoba — automobile, tunele, wyścigi, przewroty. 

Miss Mary gotowa była zaśmiać się rychło, spoglądając przez okna wagonu restauracyj-

nego  na  miasto-topielca.  Oczekiwał  na  nią  Paryż.  Wesołe  dziecię,  swawolne,  pieszczoch 
słońca  i  waluty.  Miała  w  sobie  wszystkie  uśmiechy,  prócz  tego  akredytywę  w  ,,American-
Lloydzie”. 

Jechała  czarną  łódką,  żałobną,  jak  nieśmiertelna  klacz  naszych  lądowych  pogrzebów, 

jechała i śmiała się. Oczy i woda były jednakowe. Niekiedy towarzyszył jej Giuseppe Mafici. 
To  czarne  nazwisko  odpowiedzialnego  współpracownika  gazety  faszystowskiej  „Impero” 
wspominano niejednokrotnie w związku z zabójstwem Mateotiego. Prócz tego Mafici kiero-
wał osobiście napadem na „Dom Ludowy” w Padwie. Zresztą miss Mary nie orientowała się 
w  polityce.  Signor  Mafici  umiał  gwizdać  shimmy  w  tempie  serenady  i  nosił  pokornie  spra-
wunki, nie wyłączając pękatych flasz pięciolitrowych, kupionych na pamiątkę. Dziecię zaś się 
śmiało. Przywódca opozycji weneckiej, „populista” Velvotini, szeptał do przyjaciół o akredy-
tywie  „American-Lloydu”  —  aneksja  zielonookich  dolarów  przez  faszyzm.  Ale  że  rzecz  się 
dzieje  w  Italii,  decyduję  się  powiedzieć,  że  polityka  nie  przeszkadza  rozwojowi  pewnych 
uczuć. Pod czarną koszulą zagnieździła się co najbardziej sentymentalna miłość, godna oswo-
jonych gołębi i marmurowych serenad. Pośród pomyj i róż Renesansu szeptał ponuro Mafici, 
zatrzymując  wodną  klacz:  „Bóstwo  moje!  Moja  gwiazdo!  Śmierci  moja!”  Zaś  Kasjopea 
Giacoma Casanovy, obserwując tę tradycyjną scenę, mrugała zdenerwowana jedynym swym 
rozgorączkowanym wskutek bezsenności okiem. Miss Mary się śmiała. 

Co miał począć biedny Mafici? Pisać gorące wiersze trybem futurystycznym, w którym 

każda zgłoska dźwięczała głębszą starożytnością niż Horacy, jeść różnowarstwowe lody albo 
karmić grochem gołębie, niezdolne nawet, z nadmiaru tuszy i wewnętrznego smętku, oderwać 
się od ręki? Idea dawno domagała się czegoś innego. Gazeta „Impero” codziennie brzęczała o 
stanowczości legionistów rzymskich. Giuseppe  Mafici powinien był  gardzić wonią Wenecji, 
serenadami  dla  cudzoziemców,  uczuciową  miłością;  wszak  mniemał,  iż  się  urodził  aby 
panować. Nieduży wzrost i mizerna kompleksja nie przeszkadzały zgoła tym planom. Zostać 
wodzem na wzór Benita. Napaść na Korsykę. Podbić Grecję. Jeśli ma za sobą jedynie pogrom 
w Padwie i dwa dziesiątki drobnych zabójstw, to wszak jest jeszcze młody (dwadzieścia sześć 
lat).  Laur  otacza  przeważnie  łyse  głowy.  On  musi  działać.  Ponure  przystanki  na  zakrętach 
głuchych kanałów — to pośliźnięcia. Ach, gdyby zielonooka miss była „Domem Ludowym” 
w Padwie!  

Skrofuliczny  mieszaniec  „Rady  piętnastu”  i  zamaskowanych  zazdrośników,  ostatni 

zgniły ząb tych starczych ust, owijał się niby w płaszcz w gabardynowe palto, marząc o Ame-
rykance. Chciał podbić całą Europę. Umierał cicho i poetycznie, półleżąc w najętej gondoli. 

Niekiedy udawał się na wyspę Murano. Tam walczył z wiatrakami i rewidował starych 

robotników. W gorące dni majowe było to niejaką ulgą, czymś w rodzaju „cassaty”. 

Murano  —  szare  i  nieuprzejme.  Syreny  fabryczne  nie  odznaczają  się  muzykalnością 

gondolierów.  Romantykę  szkła  tęczowego,  jak  kałuże  nafty,  niweczy  skrytość  oczu  bynaj-
mniej nie szklanych. Mimo całej walki, toczonej przez Maficiego z murami, z długimi mura-
mi  fabryk,  widniało  na  nich  niezmiennie  podwójne  „VV”.  „Niech  żyje”...  Co  to  oznaczało? 

background image

Dobrze pamiętny jest rok dziewiętnasty, kiedy to nawet na prostopadłych szczytach Sardynii 
widoczne  było  podwójne  „VV”,  naznaczone  ręką  półdzikiego  pasterza.  Czyżby  straszliwy 
Mongoł kremliński, leżący w uroczystej chłodnicy „Krasnoj Płoszczadi”, rządził wciąż świa-
tem?  Malarze  nieraz  przemalowywali  zgrzybiałe  mury  Murana.  Napisy  występowały  od 
nowa,  jak  krew  ran  niezabliźnionych.  Lufa  rewolweru  gotowa  była  zmiażdżyć  kamień. 
Miłość wzmagała szał. Feralny zdobywca Giuseppe Mafici jechał z powrotem, bardzo blady, 
w czarnej koszuli, do zbyt drwiącej miss. Gondolę jego wypełniały nie laury, lecz wściekłość 
i zielony, na pół przejrzysty sen.  

Nie  znam  nazwiska  trzeciego  bohatera  tego  melodramatu  historycznego.  Myślę,  że 

Mafici  dałby  wiele  za  to  nazwisko.  Ów  człowiek  miał  styczność  z  nogami.  Z  nogami  — 
łatwiej.  Nie  trudno  przywrócić  im  dziewiczość.  Krótko,  był  on  ordynaryjnym  pucybutem, 
zbierającym  rzucane  soldy  i  słowa.  Śmiech  jego,  głośny  aż  do  nieprzyzwoitości,  zgoła  nie 
ustępował  śmiechowi  miss  Mary,  choć  nie  posiadał  akredytywy.  Widocznie  miał  on  coś 
innego. Może — sny. Sny o świecie po tamtej stronie długiego mostu, gdzie są automobile i 
przewroty. Ręce jego umiały zdumiewająco szybko pieścić aksamitem lakierowane nosy. Czy 
umiały  pisać?  Nie  wiadomo.  Raz  jakoś  płacąc  dałem  mu  przez  omyłkę  monetę  sowiecką. 
Popatrzył i zaśmiał się. Giuseppa Mafici nie było przy tym. Cóż wtedy czynił on, zakochany 
legionista? Czy śpiewał serenadę, czy też niby głodny wilk wałęsał się tępo tam i sam wzdłuż 
długich murów ponurego Murana? 

Było święto, jakie — nie pomnę dokładnie. Wielu jest świętych, wiele bitew w Trenti-

nie, imion królewskich i półkrólewskich. Gdy zelżał upał, na plac Marka przybyli pustelnicy z 
Lido. Kawiarnia „Florian” chełpliwie przywitała ich wyliczeniem swych zasług historycznych 
i podniesionymi cenami. 

Sto  sześćdziesiąt  trzy  lata  —  oto  wiek  kawiarni  w  owym  mieście  beztroskich  niebo-

szczyków.  „Cassatę”  podawano  niby  obrazy  Longhiego,  brakowało  tylko  podpisu  mistrza 
gdzieś tam na spodku. Za kilka lirów każdy był dożą. Z trąb orkiestry wybiegała serpentyna 
tanga.  Inna,  papierowa,  wystrzelała  ku  gwieździe  Casanovy,  trwożąc  trawiące  jadło  gołębie. 
Ptaki drzemały pod dachem kościoła, tego najpotworniejszego chyba ze wszystkich rezerwua-
rów  drapieżnego  złota,  kości  czerepów  i  szeptów  świętoszkowych.  W  hotelu  „Roma” 
odbywała  się  maskarada,  i  —  przechodząc  przez  plac  „domina”,  tęgozadych  arlekinów, 
czterdziestoletnie  pasterki  —  papierowe  łańcuchy  przykuwały  do  nędznych  mozajek,  do 
kogucich  piór  orkiestry  i  sędziwych  „camerieri”  „Floriana”,  którzy  też  mają  chyba  ze  sto 
sześćdziesiąt trzy lata. Setki kanałów, podchodząc ze wszystkich stron, zionęły na plac wilgoć 
i śmierć. I zaraz muzykalni cyrulicy szybko tę śmierć charakteryzowali. Jak? Dwie muszki i 
róża?  Lub  czarna  czapeczka  współpracownika  gazety  „Impero”?  Czyż  nie  wszystko  jedno? 
Dwadzieścia  magazynów  —  lilij  na  świńskiej  skórze,  korali,  szklanych  amorków,  wazoni-
ków, broszek z widokami pocztówek, bank dla tych, którzy mają akredytywy, cztery kawiar-
nie,  kościół,  muzyka,  serpentyny,  a  nad  tym  wszystkim  Kasjopea  i  inne  mglistości  —  do 
usług  pierwszego  lepszego  bankiera,  maklera,  intendenta,  handlarza  pończoch,  historii  świę-
tej, białych niewolnic, do usług wszystkich pragnących wdziać na wystygły czerep, czarny jak 
noc adriatycka aksamit półmaski i kazać kręgom grać podług nut, rozłożonych na. pulpitach. 

Siedziałem przy stoliku kawiarni „Florian”, piłem, lemoniadę, przyglądając się nowemu 

kostiumowi  dawnej  swej  znajomej.  Wszak  tam  na  wschodzie  spotykałem  ją  często  w  zwy-
kłym odzieniu. Obok mnie Giuseppe Mafici łykał samotnie zielonaworóżową „Cassatę”. Miss 
Mary z nim nie było. Prawdopodobnie zaproszono ją do hotelu „Roma” na maskaradę. Tłum 
zalewał  stoliki  i  czarna czapeczka  Maficiego,  już  to  wypływała,  już  to  znikała.  Ja,  rzekłbyś, 
wsiadałem  do  pociągu  i  słuchałem  wyzwalającego  się  huku  mostu.  Podróż  tę,  lubo  urojoną, 
przerwał  pucybut.  Uśmiechnąwszy  się  przyjaźnie,  przystąpił  do  mych  trzewików,  które  w 
mieście wody i westchnień nie mogły nawet, zawalać się jak należy. Z ponownego zamyśle-
nia  wyrwał  mnie  dopiero  zgiełk.  Giuseppe  Mafici  krzyczał,  głucho  grożąc  rewolwerem 

background image

wyświechtanym  płytom  placu.  Ciekawość  i  lęk  niby  dreszcz  sprowadzały  i  cofały  tłum  ga-
piów.  Podwójne  „VV”, czarną  farbą  wymalowane  na  kamieniu,  tłumaczyły  wściekłość  lufy. 
Niedokończone  zdanie  dopisywało  jak  gdyby  oburzenie  współpracownika  gazety  „Impero”. 
Poczułem  chłód  nocy  styczniowych,  śnieg,  ponurość  łazików  z  Permu  lub  Wiatki,  wszystko 
aż  do  powitań  panmongolizmu.  W  katakumbach  utrzymują  stałą  temperaturę.  Szyldwachy  i 
telefon polowy. Nie, on nie umarł.  

On rzeczywiście „żyje”. Kto tu jął powtarzać sprawozdania „Cyka”? Może to śmierć w 

krynolinie pasterki wyciągnęła mi z bocznej kieszeni szary paszport z tradycyjnymi hasłami? 

Pasterki  zresztą  nie  było.  Natomiast  stała  obok  maska.  Stała  i  śmiała  się.  Śmiech  ten 

zadecydował o wszystkim. Oszalałemu Giuseppowi Mafici wydał się tak znajomy, jak kształt 
dwóch „VV”. Oderwawszy się od płyt, rewolwer skierował się ku czarnemu aksamitowi. 

Mieszkańcy hotelu „Excelsior”, tańcząc tango na balu kostiumowym, zgadywali, gdzie 

jest miss Mary Oxver, pod jaką maską udało się jej ukryć? W kwadrans później uspokoiła się 
panika  na  placu  św.  Marka  i  „camerieri”  kawiarni  „Florian”,  dumni  z  jeszcze  jednej 
zmarszczki, zdobytej przez stosześćdziesięciotrzyletni zakład, odjechali z porcjami akwarelo-
wych lodów. 

W  kilka  dni  później  (oczekiwano  kablogramu  z  Filadelfii)  trzy  czarne  gondole  popły-

nęły wzdłuż kanałów. W pierwszej leżała miss Mary Oxver. Nie śmiała się już, ale oczy jej, 
zielonawe  oczy,  stapiały  się  z  wodą.  Giuseppe  Mafici  jechał  za  nią.  Nie  uzyskał  tych  nie-
widzialnych już oczu, jak nie podbił Korsyki. Spoglądał na wodę, nieruchomą i nieżyczliwą, 
pełną miazmatów dusz zrozpaczonych. Gondolier długim wiosłem, niby pazurem wampira z 
legendy, szarpał zieloną skórę. Z tyłu jechali zarządzający hotelu „Excelsior” i przedstawiciel 
„American-Lloydu”. Na zakrętach zatrzymywali się podróżni, nasłuchując przeraźliwego pła-
czu rozcinanej wody. 

Na małej wysepce, po drodze do Murana, znajdują się krzyże, łzy marmurowe i woale 

niepocieszonych  wdów,  tercyny  Dantego,  fotografie  w  medalionach,  kwiaty  zamierające 
wskutek  soli  morza  i  soli  łez.  Tu  —  główna  produkcja  martwego  miasta:  jego  forum  i  jego 
przyszłość. Ostatnia serenada wody. Spotkanie sprzedawcy sztucznych korali i ich nabywcy, 
pogodzonych  dzięki  naturalnemu  spokojowi,  nieobecności  pośredników  sądowych,  dzięki 
czerni głębszej niż maskaradowy aksamit nocy na placu św. Marka. 

Następne  pokolenie,  wiek  dwudziesty,  wyparłszy  prarodziców,  studiuje  tu  wieczność  i 

ogarnia  turystów  swoistym  tchnieniem  tych,  których  nazwiska  wyryto  na  ckliwie  pompaty-
cznych pomnikach. 

Ale nawet ta wyspa powitała Giuseppa Mafici złośliwością. Na bramę wejściową, gdzie 

figurują przepisy cmentarne, godziny otwarcia, taksa dla sprzedawców wody do picia i wień-
ców, rzuciła ta sama ręka, ręka murów murańskich i fatalnej posadzki, świeże i cieple jeszcze 
jak  zawartość  pierwszej  gondoli  —  podwójne  „VV”.  Co  znaczyło  ono  na  wrotach  cmentar-
nych?  Jakie  druty  łączyły  tę  urojoną  wysepkę  z  katakumbami  Krasnego  Placu?  Gondolier 
uśmiechnął się przerażony. Dwaj inni wyładowali z łodzi długą skrzynię z zasobem zielonych 
oczu  i  niepojętego  śmiechu.  Lecz  Mafici  rzucił  się  do  boju.  Znów  wyskoczył  z  kieszeni 
czarny  pysk.  Człowieka  jednak  nie  było.  Ni  rąk,  ni  śmiechu,  ni  maski.  Kamień  bramy  prze-
mieniał się w kamień mogilny. Dopłynął tutaj. Dalej posunąć się nie mógł ów konkwistador z 
serenadami, ostatni kochanek Wenecji. 

Wówczas  zwykły  ołówek  zastąpił  nagle  rewolwer.  Zdanie  zostało  wreszcie  dokończo-

ne.  Do  „Niech  żyje”  przyłączyło  się  jeszcze  słowo  „Nic”.  Zygzaki  liter  świadczyły  już  o 
agonii.  Dopisawszy,  Mafici  wszedł  w  rozwarte  wrota.  Około  szóstej  po  południu  gondola 
przywiozła do miasta zarządzającego hotelu przedstawiciela banku i szablonowy akt policyj-
ny. Giuseppa Mafici w gondoli nie było. 
 

Tłumaczył z rosyjskiego Tadeusz Jakubowicz 

background image

 
 

SPIS TRE

ŚCI 

 
 
 

Piraje lubią zapach krwi   (Antoni Marczyński) 

 

 

 

02 

 

Pogromca dzikich zwierząt   (Aleksander Olszakowski) 

 

 

10 

 

Dwa sztormy   (Eugeniusz Elsner)   

 

 

 

 

13 

 

Noże   (Walenty Katajew) 

 

 

 

 

 

 

18 

 

Kawiarnia „Florian”   (Ilia Erenburg) 

 

 

 

 

24