background image

 
 
 

CÓRKA 

ŻYRONDY 

I INNE OPOWIADANIA 

 

ZŁOTA PODKOWA 10 

 

 

 

 

 
 

WYDAWNICTWO „ŚLASK” KATOWICE 1958

 

background image

 

STANLEY J. WEYMAN  * 

 

CÓRKA 

ŻYRONDY 

 

W  PARYŻU  przy  ulicy  Favart,  na  drugim  piętrze  starego  domu  —  w  obszernym, 

biednie umeblowanym pokoju — siedział jakiś człowiek, i czytał przy świetle kaganka. Była 
to późna godzina pięknej nocy lipcowej loku 1794 — drugiego roku Republiki. Dom spał. Do 
uszu czytającego ledwie docierał gwar miasta, ściszony porą i odległością. Zagłębiony w swej 
pracy, podnosił głowę tylko wtedy, kiedy chciał coś zanotować lub przysunąć bliżej kaganek, 
by  obciąć  kopcący  knot.  Silniejszy  wówczas  płomyk  wydobywał  z  cienia  jego  twarz  oświe-
tlając jej ostre i surowe rysy — twarz człowieka, który przekroczył wiek średni i mimo szpa-
kowatych włosów zachował groźny, wzbudzający trwogę wygląd. 

Ze  ścian  na  pozór  cichego  pokoju  bił  niepokój  i  jakby  powiew  niebezpieczeństwa. 

Wśród  rozrzuconych  bezładnie  książek  stały  na  podłodze  spakowane  kufry.  Z  niskiego  łoża 
zwisał podróżny płaszcz; na stole, tuż pod ręką pracującego, leżał pistolet, a obok ciężka sza-
bla. Te środki ostrożności nie były bez przyczyny. Pogrążony w lekturze człowiek z drugiego 
piętra  zmierzał  konsekwentnie  do  wytkniętego  celu.  Studiował  i  nauczał,  mimo  że  wokół 
niego szalał terror rewolucji, dochodząc w stolicy do szczytowego nasilenia, mimo że werbli 
bębnów nie przerywała nawet noc i że dopiero teraz ucichł daleki skrzyp kół powracającego 
spod gilotyny wozu śmierci. 

Ludziom  zobojętniało  niebezpieczeństwo  grożące  im  każdego  dnia  i  każdej  godziny. 

Achille  Mirande  widział  upadek  przywódców  swego  stronnictwa.  Na  jego  oczach  zginęli 
Petion, Barbaroux, Louvet i Vergniaud — wszyscy, którzy wraz z nim marzyli o szczęśliwej, 
wolnej republice. Ich los nie zmienił jednak jego przekonań. Przeżył także zgon swych wro-
gów, tylko jego omijała śmierć. Igranie z nią stało się jego drugą naturą. Turkot wozu śmierci 
przejeżdżającego stale obok jego poprzedniego mieszkania przy ulicy St. Honore przestał go 
straszyć i niepokoić, przeszkadzał mu jednak w pracy i dlatego przeniósł się do pustego domu 
przy cichej ulicy Favart. 

Po  pewnym  czasie  Mirande  odłożył  książkę  i  wpadł  w  głęboką  zadumę.  Kiedy  tak 

siedział samotny i milczący w cichym pokoju, nikły szmer, który już długo przedtem mogło 
usłyszeć  wyczulone  ucho,  zwrócił  jego  uwagę.  Zaskoczony  tym  niespodziewanym  zjawi-
skiem,  uniósł  się  w  krześle  i  rozglądając  się  wokoło  zamruczał:  —  Chyba  szczur?  —  Nie 
spuszczał przy tym wzroku z ciemnego kąta pokoju, skąd, jak sądził, doleciał pierwszy głos. 
Nagle szmer powtórzył się znowu i Mirande zerwał się na równe nogi. Jak w bajce o czarach 
drgnęły  tapety  na  tylnej  ścianie  pokoju  i  jedna  z  ram  zaczęła  uchylać  się  na  kształt  drzwi. 
Kiedy  tak patrzył nie dowierzając  własnym zmysłom, w mrocznym otworze zjawił się czło-
wiek. 

Był  to  młody  mężczyzna  średniego  wzrostu.  Oślepiony  światłem  i  najwidoczniej 

wyczerpany czy też osłabiony, przystanął i oparł się o ścianę. Jego niezdrowo pałające oczy i 
zapadłe policzki zdradzały, że cierpi na skutek choroby lub głodu. Zakurzona, zmięta odzież i 
potargane włosy pogłębiały jeszcze bardziej niesamowitość zjawiska. Przez chwilę patrzyli na 
siebie bez słowa, wreszcie z ust obydwu padły nazwiska. 

— Pan Mirande — wyszeptał młody człowiek. 
— De Bercy! — zawołał starszy. 
Przybysz, nie dodawszy ani słowa, podszedł głęboko wzruszony do krzesła i opadł nań 

ciężko. Mirande stał z twarzą pałającą wściekłością,  z oczyma wlepionymi w tamtego,  usiłu- 
 

* Stanley J. Weyman (1855-1920) — pisarz angielski, twórca powieści i nowel historycznych, przypomi-

nających utwory A. Dumasa. (Przyp. red.). 

background image

jąc przezwyciężyć skurcz ściskający mu krtań i hamujący głos. 

— Ty nędzniku! — krzyknął zbliżywszy się do siedzącego z groźną miną. — Czy nie 

dosyć ci tego, że wkradłszy się do mego domu uprowadziłeś moją córkę? Że wciągnąwszy ją 
do  spisku  spowodowałeś  jej  śmierć  i  opuściłeś  w  tej  strasznej  godzinie?  Nie  dosyć  ci? 
Przychodzisz znowu, by dręczyć mnie swym widokiem? 

Młody człowiek wzniósł ręce, jakby chciał błagać o litość. Nie mógł mówić. Mirande, 

mierząc go bezlitosnym spojrzeniem i przyjmując jego gest za przyznanie się do winy, skrzy-
wił twarz w złym uśmiechu. 

—  Teraz  rozumiem:  trafiłem  na  twoją  kryjówkę.  Od  trzech  miesięcy  jesteś  na  liście 

podejrzanych.  Zdychałeś  tu  z  głodu  przez  cały  ten  czas  jak  szczur  w  pułapce.  Dostaniesz 
chleb i wino. Będziesz jadł i pił. Lecz ja za żadne skarby świata taką drogą nie próbowałbym 
wykupić się gilotynie. 

Mówiąc to podszedł do kredensu i wyjąwszy chleb oraz flaszkę wina postawił je przed 

tamtym. De Bercy potrząsnął głową ruchem odmowy, ale jego blade policzki oblał rumieniec 
wstydu  kryjący  żądzę  jedzenia.  Prysła  nagle  duma.  Rzucił  się  na  chleb  z  łapczywością  na 
wpół zagłodzonego człowieka. 

— Nie jadłem od trzech dni — usprawiedliwiał się cicho. Wypite wino poczęło szybko 

działać.  Twarz  pijącego  zaróżowiła  się,  a  ręce  przestały  się  trząść.  —  Ukrył  mnie  tutaj  pan 
Chareloi. Przed tygodniem usłyszałem hałas i krzyki, a kiedy wyszedłem z ukrycia, zastałem 
dom pusty i zaryglowany. Obawiam się, iż Chareloi został aresztowany. 

— Został ścięty pięć dni temu — powiedział z brutalną szczerością Mirande. 
— Dlaczego? za coż? — zawołał przybysz. 
— Jako podejrzany — odrzekł wzruszywszy ramionami starszy. 
Bercy  usiłował  się  podnieść  z  krzesła,  opadł  jednak  z  powrotem,  ogłuszony  tą  wiado-

mością. 

— Szybko teraz toczą się sprawy — ciągnął Mirande ze zjadliwym uśmiechem. — Od 

własnego łóżka pod gilotynę podróż trwa najwyżej trzy dni, a droga jest dobrze wydeptana i 
towarzystwo nie najgorsze, o czym przekona się pan sam, panie De Bercy. 

— Pan mnie wyda? 
— Bez wątpienia — mówił chrapliwym głosem Mirande oparłszy ręce na stole i przy-

sunąwszy siną z wściekłości twarz do twarzy przeciwnika. — Nawet  gdybyś był moim wła-
snym synem! Nie oszczędziłeś mi najgorszej krzywdy! Wśliznąłeś się jak wąż do mego domu 
i zabrałeś mi dziecko! 

— Została moją żoną. 
— I cóż z tego? Po tym wielkodusznym akcie wciągnąłeś ją do nikczemnego spisku, a 

kiedy ją zdradzono i aresztowano, uciekłeś zostawiając ją na łasce sędziów i losu. Pozwoliłeś, 
by umierała opuszczona, i nie spróbowałeś zaryzykować dla jej ocalenia ani jednego włosa ze 
swej podłej głowy. 

Bercy zerwał się pełen niepohamowanego wzburzenia. 
— To kłamstwo! to fałsz! 
— To jest prawda! — krzyknął Mirandę i uderzył w stół z taką siłą, że przygasł kaga-

nek i pogrążył obu dyszących nienawiścią ludzi w mroku. 

—  Stwierdzam,  że  to  jest  fałsz  —  powiedział  twardo  Bercy.  —  Przeciwnie,  kiedy  w 

Rheims  doszła  mnie  wiadomość  o  aresztowaniu  Korynny,  dosiadłem  konia  i  gnałem  do 
Paryża wiedząc, że to jest wyścig ze śmiercią. Byłem zdecydowany — na wypadek, gdybym 
nie znalazł innej drogi ratunku — zapłacić moją głową za jej życie. Lecz w Meaux spotkałem 
pańskiego agenta i... 

—  ...  i  wróciłeś  do  Rheims,  by  się  ukryć  ponownie  —  zawołał  Mirande  przerwawszy 

opowiadanie Bercy'ego — a mnie, ojcu, przesłałeś ohydną wiadomość, że jako ostatni z rodu 
nie możesz ryzykować życia dla córki mieszczanina. 

background image

— Ode mnie dostał pan taką wiadomość? Ode mnie? 
— Tak, od pana, a od kogo? Była to odpowiedź na wieść, jaką zdołałem ci przesłać, że 

jeżeli się zgłosisz, komitet bezpieczeństwa zwolni Korynnę. W ten sposób moje starania speł-
zły na niczym. A może zaprzeczysz również, że spotkałeś się z moim posłańcem w zajeździe 
Trzech Króli w Meaux? 

—  Spotkałem  go  —  stwierdził  zimno  Bercy  opanowując  się  z  trudem.  —  Lecz  nie 

przesłałem żadnej odpowiedzi, jak również nie otrzymałem od niego tego rodzaju informacji. 
Natomiast właśnie on! on powiedział mi, że żona moja poniosła śmierć przed dwoma dniami i 
że pan nakazuje mi ratować się za wszelką cenę. 

—  Poniosła  śmierć,  piękne  wyrażenie  —  rzekł  Mirande  ironicznie  —  poniosła  śmierć 

cztery dni później — oto jak było, zaś pańskie opowiadanie uważam za kłamstwo i oszustwo.  

—  To,  co  panu  powiedziałem,  jest  niezbitą  prawdą  —  odpowiedział  Bercy  głosem 

stanowczym i poważnym, co nie uszło uwagi Mirande'a — tak jak prawdą jest, że kochałem 
moją żonę i że w każdej chwili byłbym oddał za nią życie. Przysięgam! 

Mirande  podniósł  ręce  i  przycisnąwszy  nimi  czoło  stał  przez  chwilę  w  zamyśleniu, 

patrząc na swojego zięcia. W jego oczach pojawił się nowy wyraz — wyraz trwogi. 

— Czy potrafiłby pan poznać tego posłańca? — zapytał po dłuższej chwili. 
—  Raczej  nie.  Zażądał  umówionego  hasła,  po  czym  rozmawialiśmy  parę  minut  w  zu-

pełnym mroku, gdyż noc była ciemna i z oddali padało jedynie słabe światło ulicznej latarni. 

— Jak pan sądzi: czy on poznałby pana? 
— Nie wiem. 
Mirande zamyślił się i przemierzył kilkakrotnie pokój ciężkim krokiem. Na twarzy jego 

malowały się kolejno — zaduma, podejrzliwość i niepewność. Wreszcie stanął przed Bercym. 

— Niech pan uważa — mówił utkwiwszy ostre spojrzenie w oczach młodego człowie-

ka, jakby usiłował coś z nich wyczytać — jest rzeczą możliwą, że to, co pan mówił, odpowia-
da  prawdzie  i  że  niesłusznie  uważałem  pana  za  tchórza.  Jeżeli  tak  jest,  może  pan  liczyć  na 
mój  sprawiedliwy  sąd.  Zanim  więc  pana  oddam  w  ręce  Komitetu,  który  nie  będzie  się  z 
panem  bawił,  muszę  wyjaśnić  wszelkie  wątpliwości.  Dokąd  to  nie  nastąpi,  pozostanie  pan 
tutaj. 

— Pięknie pan to powiedział, nie wziął pan tylko pod uwagę jednej ewentualności — że 

ja nie chcę nic panu zawdzięczać. 

—  Ma  pan  wspaniałe  wyjście  —  rzekł  zimno  Mirande  —  pójdziemy  na  najbliższy 

posterunek  gwardii,  gdzie poinformuję dowódcę, kim pan jest.  Bogiem  a prawdą! — będzie 
to najkrótsza droga do zakończenia tej sprawy.  

De Bercy zawahał się. Był naprawdę szczery, gdy mówił, że nie chce nic zawdzięczać 

teściowi, wiedział jednak, że każde inne wyjście oznaczało śmierć. 

— Dobrze, zostanę tutaj — powiedział z wyraźną niechęcią — wszystko mi jedno; lecz 

cokolwiek się stanie, kłamał pański zausznik, nie ja. 

—  Zobaczymy  —  odrzekł  spokojnie  Mirande.  —  Poza  tym  jest  jeszcze  jedna  sprawa, 

którą  chciałbym  omówić.  Pan  ma  wśród  kobiet  opinię  zdobywcy.  Moja  córka  Klara,  która 
wówczas, kiedy pan bywał u mnie, uczyła się w szkole, wróciła do domu. Proszę, by pan jak 
najrzadziej zbliżał się do niej. Niestety... — ciągnął z gorzkim uśmiechem — jest tak podobna 
do starszej siostry, iż obawiam się, że mogłaby ulec tym samym metodom, które zwyciężyły 
tamtą i sprowadziły z drogi obowiązku. 

—  Wstydź  się  pan!  —  zawołał  oburzony  Bercy  —  wstydź  się!  Kalasz  nie  mnie,  lecz 

pamięć  twojej  zmarłej  córki.  Sądzisz,  że  ją  kochałem  dla  jej  majątku  i  że  jakakolwiek  inna 
kobieta, nie posiadająca jej duszy, mogłaby mi ją zastąpić? 

—  Dziwne  to  wszystko  —  mruknął  Mirandę  wzruszając  ramionami.  —  Bądź  co  bądź 

ostrzegłem pana. 

Bercy spojrzał na niego ostro, lecz nie rzekł już ani słowa. Starszy nie kryjąc zadowole-

background image

nia,  jakie  sprawiła  mu  przyjęcie  warunków  przez  młodszego,  przerwał  rozmowę  i  wskazał 
gościowi,  który  miał  zamiar  cofnąć  się  do  swej  poprzedniej  kryjówki,  miejsce  do  spania. 
Światło  zgasło  i  ci  dwaj  tak  przed  chwilą  wrogo  do  siebie  usposobieni  mężczyźni  spoczęli 
prawie  obok  siebie.  Spokój  nocy  pozwolił  im  zastanowić  się  w  skupieniu  nad  własnym 
przeznaczeniem, które z niewiadomych przyczyn  skuło ich wzajemnie i wiodło dalej razem, 
wbrew ich woli i chęci. 

Bercy  zdawał  sobie  sprawę  z  niebezpieczeństwa,  na  jakie  narażał  się  ojciec  jego  żony 

udzielając mu schronienia. Mirande, jeden z nielicznych jeszcze żyjących żyrondystów, mają-
cy  wielu  przyjaciół  i  wpływy,  był  z  natury  rzeczy  człowiekiem  podejrzanym  dla  Robes-
pierre'a, który stał u szczytu władzy i strzegł jej pełen nieufności i podejrzliwości. Wystarczy-
ło najmniejsze oskarżenie, niebaczne słówko rywala, by się znaleźć razem z wieloma innymi 
— na drodze prowadzącej pod gilotynę. 

Nad ranem Bercy chciał wrócić do swej kryjówki, spotkał się jednak z odmową i z uwa-

gą,  że  może  zaufać  gospodarzowi,  że  wszelkie  zmiany,  które  nastąpią,  będą  podyktowane 
jedynie względami bezpieczeństwa. Kiedy Bercy upierał się przy swoim zamiarze, nie tyle z 
obawy  o  siebie,  ile  o  Mirande'a,  ten  przerwał  dyskusję,  otwarł  szerokie  drzwi  i  wskazał  mu 
drogę.  Zanim  młody  zorientował  się,  stał  już  na  progu  drugiego  pokoju,  również  skąpo 
umeblowanego,  lecz  jakże  różniącego  się  od  tego,  który  opuścili.  Trzy  wysokie  okna  były 
otwarte,  przez  uchylone  żaluzje  padał  potok  słonecznego  światła  na  lśniącą  posadzkę.  Mały 
stół, przygotowany do śniadania, błyszczał kryształami i ozdobną porcelaną. W dużym wazo-
nie stały świeże kwiaty. W zaciemnionej części pokoju, na wygodnych fotelach, leżały pasma 
jedwabnej przędzy i na wpół ukończone rękawiczki — ślady obecności kobiety. Widok tych 
rzeczy,  powietrze  przesycone  zapachem  poranka  i  atmosfera  pokoju  wywołały  w  sercu 
Bercy'ego  uczucie  bólu  i  rozpaczy.  To  wszystko  było  dla  niego  stracone  bezpowrotnie.  Już 
nigdy szczęście nie będzie udziałem jego życia. Lecz obróciwszy się zapomniał o wszystkim. 
Przed  nim  w  pełnym  świetle  słońca  stała  młoda  dziewczyna.  Mimo  uprzedzenia  Mirande'a 
zatrzymał  się  jak  rażony  piorunem.  Oczy  wyszły  mu  z  orbit,  skurcz  ścisnął  szczęki,  a  cały 
pokój zawirował. Podobieństwo między dziewczyną a jego zmarłą żoną było tak wielkie, tak 
zaskakujące, tak niewiarygodne, że nie panując nad sobą wyciągnął ramiona i wyszlochał: 

— Korynno! 
Dziewczyna,  której  urody  nie  zmniejszały  ślady  niedawnej  choroby,  milczała,  lecz 

nagły widok mężczyzny jak również wyszeptane imię zrobiły na niej głębokie wrażenie. 

Silny rumieniec pokrywający jej blade policzki znikł na głos ojca. Mirande szedł tuż za 

Bercym, ton jego głosu był gniewny i ostrzegający. 

—  Obywatelu  Perrot  —  rzekł  surowo  —  oto  moja  córka  Klara.  Tutaj  wasze  miejsce, 

usiądźcie, proszę. 

Bercy usiadł bez słowa i bezwiednie. Głowa mu  gorzała i drżały ręce. Nie widział nic 

prócz dziewczyny tak zadziwiająco przypominającej mu żonę. Siedziała na wprost niego, po 
przeciwnej  stronie  stołu,  okazując  pewną  nieśmiałość  czy  bojaźń,  a  chociaż  zapanowała  już 
nad  sobą,  to  jednak  spuszczała  oczy  i  żywsze  kolory  powlekały  raz  po  raz  jej  twarz.  Na 
próżno  ojciec  rzucał  ostre  spojrzenia  i  na  nią,  i  na  niego.  Bercy  patrzył  jak  zaczarowany  na 
białą postać siedzącą między nim a słońcem, którego złote promienie okalały jej głowę i prze-
nikały jej ciemne włosy drgającym blaskiem. 

Stopniowo  czar  pryskał.  Powoli  uwidoczniały  się  różnice  między  twarzą  Klary  i 

Korynny.  Dziewczyna  miała  rysy  mocniejsze,  twardsze,  jej  wzrok  był  bardziej  przenikliwy; 
Korynna nie potrafiłaby tak patrzyć. Rzucając od czasu do czasu oczyma na postać siedzącą 
przed  nim  zaczął  jeść,  a  raczej  udawać,  że  je.  Był  szczęśliwy,  kiedy  gospodarz  wstając  od 
stołu wyzwolił go z tej przykrej sytuacji. 

— Pan wybaczy — rzekł Mirande spozierając na zegar — winienem być o tej godzinie 

u  pana  Carnota.  Całe  mieszkanie  jest  do  pańskiej  dyspozycji.  Jeżeli  pan  ma  ochotę  czytać, 

background image

proszę zwrócić się do córki, która wskaże panu bibliotekę. W każdym jednak wypadku proszę 
pamiętać o naszej umowie. 

Powiedziawszy  to  gospodarz,  ku  zdumieniu  gościa,  opuścił  pokój  pozostawiając  ich 

samych. W pierwszej chwili Bercy, zaskoczony i zmieszany, wlepił wzrok w podłogę. Zdążył 
jednak  zauważyć  porozumiewawcze  spojrzenie,  jakie  odchodzący  ojciec  zamienił  z  córką. 
Czuł, że ciągle jeszcze uważany jest za niegodnego zaufania, i tym bardziej nie mógł zrozu-
mieć, dlaczego pozostawiono go z nią w pustym domu. 

Ukradkiem spojrzał na dziewczynę, która podeszła do okna i usiadłszy w fotelu zaczęła 

tkać  rękawiczki  I  znowu  jej  postawa,  figura,  pochylenie  głowy  łudząco  przypomniały  mu 
żonę. Urzeczony tym, zbliżył się do niej. 

— Przepraszam — wyszeptał w końcu — pani jest bardzo podobna do swej siostry. 
Dziewczyna spojrzała nań ostro, a jej twarz wykrzywił grymas niechęci. Nie odpowie-

działa. 

Czuł, że powinien odejść, lecz nie mógł wyzwolić się spod jej uroku i pozostał. 
— Obawiam się, że pani chorowała i wciąż jeszcze czuje się źle? — rzekł po dłuższej 

przerwie. 

— Ma pan rację — odpowiedziała krótko — czas jest straszny i nieliczni tylko ocaleją, 

ale  może  szczęśliwsi  są  ci,  którzy  umarli  nie  wiedząc  nic  o  hańbie,  jaka  okryła  ich  najbliż-
szych. 

Bercy  drgnął  jak  uderzony.  Nieprawdopodobna  w  swej  ohydzie  myśl  przeszyła  mu 

mózg. 

— Na miłość boską! Niech mi pani powie szybko, błagam o to, czy oni mojej żonie, a 

pani siostrze powiedzieli, że ja odmówiłem pomocy...? 

—  Że  pan  uchylił  się  od  spełnienia  swej  powinności?  —  odpowiedziała  wolno,  a 

ciemne  jej  oczy  straciły  swój  dotychczasowy  wyraz,  jak  gdyby  znowu  patrzyły  na  jakiś 
przeszły straszny obraz. — Tak, nie oszczędzono jej i tej wiadomości. Kobieta prawdopodo-
bnie  nie  uczyniłaby  tego,  to  byłoby  sprzeczne  z  jej  naturą,  lecz  mężczyźni  są  okrutni.  I  nie 
wiem,  czy  pan  mnie  zrozumie  —  ale  świadomość  tego  stanu  rzeczy  uczyniła  jej  śmierć 
łatwiejszą. 

Bercy zakrył twarz rękami i przeszedł w najdalszy róg pokoju. Jego ramiona drgały od 

zduszonego  łkania.  Nie  mógł  się  opanować.  Zawiodły  go  —  odwaga,  duma  i  siła.  Myśl,  że 
jego młoda żona, która kochała go i ufała mu bezgranicznie, żona, z którą żył zaledwie kilka 
miesięcy,  umierała  w  przekonaniu,  iż  jest  nikczemnym  tchórzem  —  ta  myśl  była  potworna. 
Tym potworniejsza, że błąd ten nie będzie, nie może być nigdy naprawiony. Nigdy! I ona już 
nie dowie się prawdy. 

Poczuł na ramieniu delikatne dotknięcie i to go przywołało do przytomności. Odwrócił 

się. Klara stała przed nim podając mu kielich wina. Usta miała zaciśnięte, ale jej twarz była 
pogodniejsza i oczy mniej srogie. 

— Proszę pić, pan nic nie jadł. Jest pan przecież osłabiony. 
Bercy  opanował  się  z  wysiłkiem  i  przyjął  kielich,  dziewczyna  zaś  podeszła  do  stołu  i 

wziąwszy  bułkę  podała  mu  ją  szybko.  Kiedy  wracała  na  swoje  miejsce  pod  oknem,  ktoś 
niespodziewanie otworzył drzwi. Bercy zobaczył obcego człowieka na progu. 

Patrzyli na siebie w milczeniu, podczas gdy Klara obserwowała ich bacznie i przenikli-

wie.  Przybysz,  szczupły,  gibki  brunet  o  niespokojnych  oczach,  wyższy  od  Bercy'ego,  był  w 
jego wieku. Obrzucił obcego spojrzeniem, w którym było tyleż niechęci, ile w oczach tamte-
go, i nie kryjąc zaskoczenia powiedział : 

—  Sądziłem,  że zastanę  panią  samą.  —  Zmarszczył  przy  tym  brwi  z  wyraźną  naganą, 

patrząc wciąż podejrzliwie na Bercy'ego. 

— Ten pan jest przyjacielem mego ojca i zatrzymał się u nas, panie Baudouin. 
Wyjaśnienie  to  nie  zadowoliło  widocznie  przybysza,  bo  jego  oczy  nie  straciły  wyrazu 

background image

surowości. 

— Przybył pan z prowincji? — zapytał. 
— Jestem od kilku miesięcy w Paryżu — zbył go krótko Bercy. 
Baudouin  spuścił  oczy  i  wziąwszy  ze  stołu  książkę  przewracał  bezmyślnie  kartki. 

Chwilę krępującej ciszy przerwał głos Klary, pełen źle ukrytej niecierpliwości: 

— Przyniósł pan jakieś wiadomości od ojca? 
— Niestety, nie widziałem go jeszcze dzisiaj. 
Dziewczyna, zirytowana odpowiedzią i ponurym tonem młodego człowieka, wybuchnę-

ła gwałtownie: 

— Byłoby o wiele lepiej, gdyby pan towarzyszył ojcu. Jest teraz u Carnota i może pana 

potrzebować. 

Widać było, że Baudouin nie ma ochoty posłuchać rozkazu, w końcu jednak zdecydo-

wał się i złożywszy przesadnie niski ukłon wyszedł. 

Bercy pomyślał, że będzie lepiej, jeżeli uczyni to samo, i w ślad za tamtym opuścił po-

kój. Idąc do swojej kryjówki, zatrzymał się w sypialni, w której spędził noc, usiadł w głębo-
kim  fotelu  i  zapadł  w  melancholijne  rozpamiętywanie.  Samo  już  wyjątkowe  podobieństwo 
Klary  do  Korynny  wystarczało,  by  wywołać  tęsknotę  i  bolesne  wspomnienia,  a  żal  był  tym 
bardziej  gorzki,  że  towarzyszyła  mu  świadomość,  iż  Korynna  umierała  przekonana  o  jego 
tchórzostwie i zdradzie. 

Powrót  Mirande'a  wieczorem  wprawdzie  nie  złagodził  jego  smutku,  ale  zmusił  go  do 

myślenia  o  innych  sprawach.  Obiad  minął  w  podobnym  nastroju  jak  śniadanie.  Gospodarz 
bąknął  parę  okolicznościowych  zdań,  młodzi  siedzieli  milcząc.  Bercy  nie  potrafił  odwrócić 
oczu  od  dziewczyny  i  chociaż  nie  widział  na  jej  twarzy  niedawnego  wyrazu  niechęci,  jaką 
wywołał swym zjawieniem się, siedział cichy i nieszczęśliwy. Jej blada twarz przypominała o 
śmierci, która nawiedziła ten dom, wywoływała przeszłość i torturowała go wspomnieniami. 

Przeszedł  tydzień.  Zwolna  narastała  w  nim  jakaś  nieokreślona  wrogość  w  stosunku  do 

Klary.  Przeklinał  niebo  za  to,  że  dziewczyna  tak  bardzo  przypomina  siostrę.  Jej  piękność 
uważał za świętokradztwo. 

Tymczasem  Mirande  zajęty  był  sprawami  publicznymi.  Nie  były  to  sprawy  lekkie, 

skoro wzrok jego stawał się coraz surowszy, a zmarszczki na czole coraz głębsze. Było rzeczą 
jasną,  że  burza,  która  rozpętała  się  nad  Paryżem  i  porywała  w  swój  wir  tyle  domów,  nie 
przejdzie nad nimi bez śladu. Bercy nie opuszczał domu, spędzał czas na czytaniu. Klara wy-
chodziła bardzo rzadko. W czasie długich dni lipca, kiedy słońce zalewało potokami światła 
mieszkanie na drugim piętrze, a ćwierkające wróble zaglądały do otwartych okien — spotyka-
li się mimo woli. Bardzo często zjawiał się tu Baudouin, jakby umyślnie pragnął przeszkodzić 
ich spotkaniom. 

Postępowanie  Baudouina  wydało  się  Bercy'emu  podejrzane.  Obserwując  go  bacznie, 

natrafił pewnego dnia na dziwną scenę. Kiedy siedział w pokoju Mirande, usłyszał podniesio-
ny głos mężczyzny przemawiającego do kogoś gniewnym tonem. Odłożył książkę nasłuchu-
jąc.  To  nie  był  Mirande.  Zdziwiony  wstał  i  wyszedł  na  korytarz  prowadzący  do  następnego 
pokoju,  skąd  dobiegała  go  rozmowa.  Drzwi  były  lekko  uchylone.  Wszelkie  skrupuły,  jakie 
miał,  znikły,  kiedy  zrozumiał,  że  krzyczącym  gwałtownie  był  Baudouin,  a  osobą,  do  której 
mówił — Klara. Bercy ukrył się za drzwiami i słuchał. 

— Co ja uzyskałem dotychczas? — mówił Baudouin. — Nic! albo tyle co nic, Bóg mi 

świadkiem  Czy  usłyszałem  od  pani  kiedykolwiek  coś  poza  wezwaniem  do  spełnienia  zwy-
kłych  posług,  do  zaspokojenia  kaprysów,  do  oczekiwania  na  pani  zlecenia?  Do  noszenia, 
biegania...  kiedy  dla  innych  były  piękne  spojrzenia  i  słodki  uśmiech.  Powiedzmy,  że  to 
wystarczało  mi  dawniej  i  że  nie  wymagam  niczego  innego  dziś,  że  jestem  szczęśliwy,  gdy 
mogę służyć czekać i mieć nadzieję. Lecz nie zgodzę się, by ktokolwiek wchodził między nas 
dwoje. Nigdy! Nigdy! 

background image

— Pan nic nie rozumie, panie Baudouin — odpowiedziała gwałtownie dziewczyna. 
— Nie rozumiem? — krzyknął Baudouin. — Może kiedyś nie rozumiałem, ale nie dziś. 

Dziś wiem o wiele więcej i będzie dobrze, jeżeli pani to zrozumie. 

— Proszę mnie nie dręczyć — rzekła uspokajająco Klara, zaskoczona pogróżką ukrytą 

w jego słowach. 

— Mam więc patrzyć, jak pani zabawia się z tym obcym? Nie! Dość już długo byłem 

cierpliwy. Koniec! Myślę, że lepiej zrobiłem mówiąc o tym, niż gdybym milczał, czcigodna 
panienko. 

Nacisk, jaki Baudouin położył na ostatnie zdanie niejasne dla podsłuchującego, spowo-

dował,  że  Bercy  przysunął  się  bliżej  do  drzwi.  Czuł,  że  słowa  Baudouina  zawierały  jakąś 
obelgę. 

Dziewczyna zamilkła. Zachęcony tym napastnik stawał się coraz bardziej agresywny.  
—  Zmieniły  się  czasy,  proszę  pani.  Ostatni  miesiąc  przyniósł  wiele  zmian.  Oderwana 

od  codziennego  życia,  nie  zdaje  sobie  pani  sprawy  z  tego,  co  zaszło.  Ojciec  pani  również 
pozostał daleko w tyle. Być może, że się mylę, ale jestem głęboko przekonany, że w krótkim 
czasie będzie pani potrzebowała silniejszej opieki niż opieka pani ojca. 

— Dopóki on żyje, nie potrzebuję nikogo — wtrąciła Klara. 
Baudouin roześmiał się sucho. 
— Póty dzban wodę nosi, póki się ucho nie urwie. Niechże pani wreszcie zrozumie, że 

mogą  zajść  okoliczności,  w  których  będzie  pani  zdana  na  moją  pomoc;  radzę  więc  pani  nie 
drażnić mnie. 

— Panie Baudouin — przerwała nagle dziewczyna zmienionym głosem, a Bercy uzmy-

słowił  sobie  w  tej  chwili  wyraz  jej  twarzy  i  oczu.  —  Pan  nigdy  nie  pozwalał  sobie  na  tego 
rodzaju rozmowę ze mną. Pan się zmienił. 

— Takie czasy. Ci, którzy słuchali, będą rozkazywać. 
— Zobaczymy. 
—  Zobaczymy!  —  krzyknął  Bercy,  który  nie  mógł  już  dłużej  wytrzymać  i  otwarłszy 

szeroko  drzwi  wpadł  do  pokoju,  czerwony  z  gniewu.  Sekretarz  Mirande'a  cofnął  się  parę 
kroków. Dziewczyna zobaczywszy wchodzącego wyszeptała parę słów podzięki i wyciągnęła 
ręce,  jak  gdyby  chciała  je  zarzucić  mu  na  ramiona;  zawstydzona  jednak  własnym  ruchem, 
cofnęła się również, spuszczając oczy. 

— Nie, łaskawco — ciągnął ostro Bercy — myślałeś, że masz do czynienia z samotną 

kobietą, którą możesz bezkarnie terroryzować. Słyszałem wszystko i wszystko powtórzę sło-
wo w słowo panu Mirande który będzie wiedział, jak z tobą postąpić. 

Bercy spodziewał się, że jego wystąpienie przywoła sekretarza do rozsądku. Pomylił się 

jednak. Baudouin, zmieszany początkowo i zdumiony, opanował się szybko i przypatrując się 
Bercy'emu spod przymrużonych powiek, wycedził wolno: 

—  A  któż  pan  jest?  Jak  przypuszczam,  jeszcze  jeden  z  bandy  Carnota...  Jeżeli  tak,  to 

wystarczy... 

— Wystarczy jedno, ty psie, że wyjdziesz natychmiast z pokoju. 
— Dziękuję — rzekł lekceważąco sekretarz i dodał: —  Lepszy żywy  pies niż zdechły 

lew. 

Powiedziawszy to opuścił wolno pokój nie okazując wcale niepokoju. 
Kiedy  zatrzasnął  drzwi,  w  pokoju  zapanowała  krępująca  cisza.  Bercy  z  ponurą  twarzą 

oparł  się  o  stół  i  słuchał,  jak  cichły  oddalające  się  kroki  Baudouina.  Dziewczyna  stała  w 
najdalszym  rogu  z  odwróconą  twarzą.  W  końcu  Bercy  spojrzał  na  nią  kilkakrotnie  i  rzekł 
głosem wzburzonym: 

— Mam wrażenie, że ten człowiek zamierza zdradę, 
— Lękam się tego także — odpowiedziała szeptem nie odwracając głowy. 
— Czy mogę powiedzieć o tym pani ojcu? 

background image

— Proszę... Tak będzie najlepiej. 
Długi czas nie spuszczał z niej oczu, lecz dziewczyna w dalszym ciągu stała bez ruchu. 

Skłonił się i wyszedł. Ukrywszy się w swoim pokoju, zamknął drzwi i stanąwszy na środku 
zamyślił  się  głęboko.  Nie  myślał  ani  o  Baudouinie,  ani  o  niebezpieczeństwie,  które  może 
groziło z jego strony domowi; w wyobraźni widział twarz dziewczyny, taką, jaka była, kiedy 
wpadł  do  pokoju.  Myślał  o  jej  oczach  pełnych  wdzięczności  i  zaufania,  o  tym  geście,  który 
uczyniła  oddając  mu  się  w  opiekę.  Odtwarzał  całą  tę  scenę  w  pamięci  czując,  że  płonie  mu 
czoło  i  drżą  ręce.  Doznawał  na  przemian  uczucia  trwogi  i  wstydu.  Kiedy  usłyszał  kroki 
Mirande'a przerwał zadumę, wybiegł do hallu i poprosił go do siebie. 

— Panie Mirande, mam dwie sprawy do omówienia z panem. 
Republikanin podniósł na niego przenikliwe spojrzenie oczu, w których nie było widać 

zdziwienia, i zapytał flegmatycznie: 

— O cóż chodzi? 
— Człowiek nazwiskiem Baudouin zachował się tak ordynarnie w stosunku do pańskiej 

córki, że musiałem wkroczyć. 

— Bardzo źle. 
— Być może, że cieszy się on pańskim zaufaniem, lecz sposób, w jaki traktował pannę 

Klarę, dowiódł aż nadto, że na takie zaufanie nie zasłużył. Według mnie to jest niebezpieczny 
człowiek. 

— Czy się odgrażał? — zapytał gospodarz z lekką trwogą w głosie. 
— Tak. 
— Czy wymienił jakiekolwiek nazwiska? — badał dalej Mirande patrząc niecierpliwie 

na swój zegarek. 

— Tak, wymienił Carnota. 
— Ach! — krzyknął gospodarz i cofnął się gwałtownie do tyłu, jak gdyby miał zamiar 

wybiec z domu i wrócić tam, skąd przybył. Zatrzymał się jednak i po chwili namysłu zapytał: 

— Czy ma pan jeszcze coś do powiedzenia? 
—  Mam  —  zawołał  Bercy  głosem  wzburzonym.  Widać  było,  że  pragnie  mówić  o 

jakiejś sprawie wielkiej wagi. 

—  Panie  Mirande,  muszę  natychmiast  opuścić  pański  dom.  Może  to  pańska  wina,  że 

pozwolił mi pan przebywać z nią sam na sam, może to skutek mojej słabej woli — ale dalej 
żyć  tutaj  nie  mogę.  Wstydzę  się  i  nienawidzę  samego  siebie,  lecz  nie  potrafię  dłużej  z  nią 
przebywać, by nie ulec temu, czemu mi ulec nie wolno. Czy pan mnie rozumie? — Kiedy to 
mówił, twarz miał białą. — Nie jej uroda jest tego przyczyną, lecz to ogromne podobieństwo 
do  mojej  żony.  Sama  myśl  o  tym,  że  to  ona  jest  moją  żoną,  wydaje  m,  się  zdradą  zmarłej  i 
dlatego nie mogę pozostać tutaj. 

Zamilkł. Mirande odchrząknął i rzekł: 
— Dziwne. Czy mówił pan o tym Klarze? 
— Niech Bóg zachowa. 
—  Więc  nie  mów  pan  w  dalszym  ciągu  —  zadecydował  gospodarz.  —  W  tej  chwili 

opuszczenie  domu  jest  wykluczone.  Nieszczęście  stoi  przed  progiem.  Jesteśmy  otoczeni. 
Ledwie wychyli się pan z bramy, a już zostanie aresztowany. Poza tym — dodał po głębokim 
zastanowieniu — jeżeli pan ocenił słusznie Baudouina, w co teraz nie wątpię, to i mnie grozi 
niebezpieczeństwo. Czy chce pan opuścić tonący okręt? 

— Muszę odejść — wyszeptał Bercy. 
—  Co?  —  zawołał  ze  zdumieniem  w  głosie  i  w  oczach  żyrondysta  —  pan,  młody 

człowiek,  pan  nie  potrafi  wziąć  się  w  karby,  opanować?  Zastanów  się  pan,  może  dzisiaj,  a 
może jutro pójdę tą samą drogą, którą już poszły tysiące ludzi... pod gilotynę, a wtedy moja 
córka  zostanie  sama.  Bez  opieki,  bezradna.  Do  kogo  mam  się  zwrócić,  by  był  jej  bratem? 
Kogo mam prócz pana? Czy i teraz odmawiasz? 

background image

— Sądzę, że najwyższy już czas, by przestał mnie pan podejrzewać o rzeczy niskie. 
—  Kiedy  pan  przybył  do  mnie  tydzień  temu,  panie  Bercy,  nie  przewidywałem  ani 

obecnego kryzysu, ani tego rodzaju niebezpieczeństwa. Gdybym był przewidywał, być może, 
postąpiłbym  inaczej.  Ale  czyż  pan  nie  rozumie,  że  właśnie  teraz,  w  obliczu  niebezpieczeń-
stwa,  będę  mógł  pana  najlepiej  wypróbować.  Może  samo  niebo  zesłało  na  pana  tę  pokutę. 
Więc jak będzie ostatecznie? 

—  Zostaję  —  rzekł  Bercy,  poruszony  nowym  uczuciem,  które  owładnęło  jego  sercem 

— zostaję i zrobię wszystko, czego pan zażąda. 

Mirande uśmiechnął się. Szybko jednak uśmiech znikł z jego twarzy, ustępując miejsca 

ponuremu zamyśleniu. Zmarszczki na czole pogłębiły się. Po chwili wyszedł z pokoju. 

Młody  człowiek  pozostał  sam,  pełen  wątpliwości  i  niepokoju.  Zapominając  o  wszy-

stkim innym, dumał nad losem i przeznaczeniem. Więc od dzisiaj Klara ma być jego siostrą? 
Ale  czy  tylko  siostrą?  Czy  potrafi  być  panem  swych  uczuć?  Znał  na  tyle  swoje  słabości,  że 
sam uznał za rzecz konieczną unikać dziewczyny. 

Przez następne trzy dni nie rozmawiał z Klarą ani razu. Dziewczyna, zajęta domowymi 

robotami,  jak  gdyby  nie  orientowała  się  w  nowej  sytuacji.  Dobry  obserwator  zauważyłby 
jednak,  że  tak  nie  jest,  że  i  w  niej  coś  się zmieniło.  Kiedy  była  sama  w  pokoju,  nuciła  stare 
piosenki o miłości i szczęściu. Oczy, nakryte zwykle powiekami, świeciły wtedy jasno i rado-
śnie. Jej policzki wypełniły się, nabrały rumieńców, a cała postać jakby wyrosła, wyprostowa-
ła się. Jeżeli teraz milkła i wpadała w zadumę, to raczej na skutek niepewnej sytuacji ogólnej 
aniżeli z przyczyn osobistych. 

Trzeciego  dnia  wieczorem  pan  Mirande,  który  cały  dzień  spędził  poza  domem,  wrócił 

później niż zwykle. Młodzi siedzieli — każde w swoim pokoju. W krokach ojca idącego po 
schodach było coś tak złowróżbnego, że wybiegli mu naprzeciw. Zachodzące słońce oświetli-
ło jego twarz, pełną  chłodu i surowości. Czekali  na niego w  ciszy. Nie zauważył ich.  Kiedy 
ich wreszcie spostrzegł, stawiając nogę na ostatnim stopniu, wskazał na swój pokój i powie-
dział z trudem: 

— Idźcie tam, dzieci. 
Bercy  poszedł.  Dziewczyna  spłonęła  i  poczęła  drżeć,  poszła  jednak  również.  Postępo-

wanie  Mirande'a  było  dziwne.  Wszedłszy  za  nimi,  zaryglował  drzwi,  następnie  uczynił  to 
samo z oknami. Patrzyli na niego bez słowa, wreszcie Bercy zapytał: 

— Co się stało? 
— Godzinę temu podpisano rozkaz aresztowania mnie i mojej rodziny — odpowiedział 

ojciec wyglądając ostrożnie przez żaluzje. — Ach! są już tutaj. 

— Kto? 
— Baudouin i trzej oficerowie. Brama jest zaryglowana. Zyskamy więc na czasie. 
—  Po  co?  —  rzekł  spokojnie  Bercy,  zaskoczony  zachowaniem  żyrondysty,  gdyż  jaki-

kolwiek opór ze strony aresztowanych był w owych czasach zjawiskiem niezwykle rzadkim i 
bezcelowym. Tego pokroju ludzie, co Mirande, odważni, oddani swojej idei, raczej popełnili-
by samobójstwo niż odmówili posłuszeństwa prawu. 

Tymczasem  Mirande  postanowił  widocznie  postąpić  inaczej.  Nie  zwracał  uwagi  na 

niezadowolenie,  jakie  ukazało  się  na  twarzach  młodych.  Milczał  obserwując  ulicę.  Kiedy 
usłyszał stukot ciężkich kroków, przyciągnął córkę do siebie. Za drzwiami słychać było kilka 
głosów.  Wreszcie  padło  wezwanie:  —  W  imieniu  prawa!  —  Nie  odpowiedział  nikt.  Stali 
blisko siebie. Biała twarz dziewczyny jaśniała wyraźnie w narastającym mroku pokoju. Bercy 
stojący tuż obok słyszał bicie jej serca. 

— Co robić? — zapytał. 
—  Nic.  Czekać  i  milczeć  —  odrzekł  Mirande.  —  Oni  dobrze  wiedzą,  że  jesteśmy  w 

domu; jeżeli nie odpowiemy na wezwanie, długo będą się zastanawiać, nim zaatakują. Każda 
chwila zwłoki jest dla nas bezcenna. 

background image

Bercy  wzruszył  ramionami,  lecz  ucichł.  Minuty  płynęły,  a  jednej  z  trzech  osób  obec-

nych  w  pokoju  wydawało  się,  że  to  wieki  upływają.  Nadszedł  wreszcie  ślusarz  wezwany 
przez  oficera.  Pusty  dom  wypełniły  echa  uderzeń  ciężkiego  młota  przy  jednych  i  drugich 
drzwiach. 

Zamek pękł. Drzwi rozleciały się z trzaskiem i w progu ukazali się trzej ludzie z obna-

żoną bronią. Oficer idący  na  czele stanął i obejrzał się obojętnie dokoła. Kiedy wzrok jego 
padł na grupę stojącą przy oknie, zapytał: 

— Obywatel Achille Mirande? Tak? Jestem upoważniony przez Komitet do aresztowa-

nia pana, pana córki oraz waszego gościa, którym prawdopodobnie jest obywatel znajdujący 
się tutaj? 

— Tak jest — odpowiedział cicho Mirande. — Pozwoli pan, że pokażę panu, gdzie są 

moje dokumenty, gdyż prawdopodobnie zażąda pan ich również? 

— Tak jest. Myślę jednak, że ukrył je pan dobrze przed rewizją? — zakpił oficer. 
—  Oszczędzę  panu  Mirande  kłopotu  —  zawołał  ktoś  z  tyłu.  —  Już  dawno  położyłem 

rękę na tych dokumentach. 

— Ani na chwilę nie wątpiłem w to, panie Baudouin — zauważył spokojnie żyrondysta. 

— Myślę, że i to, co się tu w tej chwili dzieje, zawdzięczam również panu. 

Wyraz tryumfu, ale i wstydu malował się w oczach sekretarza, kiedy wysunął się przed 

żołnierzy. 

—  Panie  Mirande,  nie  może  pan  zaprzeczyć,  że  kilkakrotnie  ostrzegałem  pana.  Wolał 

pan jednak iść swoją drogą. — Kiedy to mówił, unikał pogardliwego wzroku Klary wspierają-
cej się na ramieniu ojca. 

— Ja pójdę swoją, a pan swoją drogą — rzekł Mirande — drogą Judasza. Jeżeli jednak, 

przyjacielu, masz zamiar zrobić karierę, to wiedz, że nie należy podcinać gałęzi, na której się 
siedzi. A teraz uważaj na to, co ci powiem, a co zaboli cię głęboko. Czy ty wiesz, kto to jest? 
—  mówiąc  to  gospodarz  wskazał  na  Bercy'ego  stojącego  z  założonymi  rękami  i  spoglądają-
cego lekceważąco na przybyszów. 

—  Spiskowiec  dybiący  na  całość  Republiki  —  to  wszystko,  co  o  nim  wiem  —  syknął 

Baudouin. 

— To mało wiesz o moim zięciu, kochasiu. 
—  Bercy?!  —  wrzasnął  sekretarz.  —  Fałsz!  Wczoraj  jeszcze  mówiono  mi,  że  jest  w 

Nancy. 

— Źle cię informowano, ptaszku. Źle. To jest ten człowiek, którego spotkałeś w Meux i 

którego skrzywdziłeś nikczemnym kłamstwem. Ośmieliłeś się powiedzieć, że poświęcił życie 
żony, by ratować siebie, że wyrzekł się jej. 

— Mówiłem prawdę — upierał się Baudouin patrząc z nienawiścią na Bercy'ego, 
— Kłamiesz! — krzyknął groźnie Mirande. — Czy mam szukać innych dowodów? Czy 

nie  wystarczy  mi  ta  chwila?  Komu  mam  wierzyć  —  zdrajcy,  który  mnie  dzisiaj  wydał,  czy 
temu, kto pozostał przy mnie w nieszczęściu? 

— Bo nie mógł uciec — odpowiedział sekretarz Twarz miał siną, a czoło okryte potem. 

Mirande miał rację. Zadał mu cios śmiertelny 

— Milcz! Wypróbowałem go tak, jak się próbuje w ogniu złoto. Popatrz na mnie, Bercy 

— zawołał Mirande i wziął rękę zięcia w swoje dłonie. — Przyjacielu! okłamałem cię! Moja 
córka nie zmarła. Ocaliłem ją dzięki wpływom, jakie wówczas posiadałem. Lecz mając takie 
informacje od tego łotra zmusiłem ją do wyrzeczenia się ciebie i do przybrania innego imie-
nia. 

Cisza zapanowała w pokoju. 
— Więc ona żyje — wyszeptał Bercy,  a oczy jego otwarły się szeroko.  Nagle wyrwał 

dłoń z rąk Mirande'a i schwyciwszy go za ramiona, potrząsnął nim z straszną siłą.  

—  Gdzie  ona  jest?!  —  krzyczał  dziko  —  mów!  Mów,  co  się  z  nią  dzieje?  Gdzie  ona 

background image

jest? 

— Jest za tobą. 
Bercy obrócił się. Za nim stała Klara. 
— Klara? 
Dziewczyna stała ze spuszczonymi oczyma. Jej ręce zwisały  bezwładnie  wzdłuż ciała. 

Kiedy usłyszała swoje imię wymówione przez niego, otwarła oczy pełne miłości i łez. 

— Jestem Korynna — powiedziała prosto. I głosem drżącym, który wbił się jak sztylet 

w  serce  zdrajcy,  wyszeptała:  —  Honoriuszu,  mój  drogi  mężu,  wybacz  mi,  że  zwątpiłam  w 
ciebie i że wyparłam się ciebie. 

Bercy  nie  mógł  wypowiedzieć  słowa,  otworzył  tylko  szeroko  ramiona,  a  ona  padła  w 

nie z twarzą zalaną łzami. Ojciec podszedł do okna, by ukryć wzruszenie. Oficerowie przysło-
nili oczy. Baudouin stał z boku z twarzą pełną nienawiści. 

Czas  płynął.  Żołnierze  wyzwolili  się  wreszcie  spod  czaru  tej  strasznej,  ale  i  pięknej 

sceny. 

—  No,  cóż,  panie  Mirande,  sztuka  się  kończy.  Czas  na  kurtynę.  Następne  akty  będą 

mniej  piękne,  jak  sądzę  Ale  ten  najlepiej  się  śmieje,  kto  się  śmieje  ostatni!  —  zawołał 
Baudouin. 

— To prawda — rzekł zimno gospodarz stojąc wciąż przy oknie i spoglądając tylko od 

czasu do czasu na obecnych. 

—  W  przeciągu  trzech  dni  znajdziecie  się  w  jednym  worku,  drodzy  przyjaciele  — 

ciągnął ze złośliwym uśmiechem Baudouin. — Pański miodowy miesiąc, panie Bercy, będzie 
znowu za krótki. Obawiam się, że i fryzura, jaką dla pani przygotuje kat, nie znajdzie w pani 
oczach uznania. 

— Milcz! — krzyknął żyrondysta, a w jego głosie zabrzmiał nowy ton. — Milcz, psie! 

— zawołał ponownie, odchodząc od okna wyprostowany i groźny.  

—  Milcz  i  pilnuj  własnej  głowy!  Czy  nakaz  aresztowania,  który  przynieśliście,  nosi 

podpis Robespierre'a? 

— Tak jest — odpowiedział oficer. 
— Robespierre upadł. W ciągu tych dziesięciu minut, które minęły, został aresztowany i 

osadzony w więzieniu. 

— Bredzisz! — zawołał oficer. 
Bercy i Korynna rozwarli ramiona, a żołnierze otoczyli Mirande'a. 
—  Nie  bredzę  —  odrzekł  żyrondysta  stając  na  środku  pokoju.  —  Mówię  szczerą 

prawdę.  Spójrzcie  na  te  trzy  palące  się  świece  w  oknie  tamtego  domu.  One  są  hasłem,  że 
dokonano  aresztowania.  Idźcie,  jeżeli  mi  nie  wierzycie,  i  zapytajcie  się...  Zresztą  już  nie 
trzeba. Słuchajcie! słuchajcie! — Ruchem nakazującym podniósł rękę w górę. Wszyscy stali 
w  milczeniu.  Milczały  i  nasłuchiwały  również  ulice.  Po  chwili  przez  całe  miasto  przeszedł 
zrazu  szmer,  a  później  huk,  jaki  wydaje  wzburzony  ocean.  Tylko  jedną  twarz  w  pokoju 
powlekła śmiertelna bladość. 
 

* * * 

 

Jak skończył życie Baudouin — nie wie nikt. Historię Korynny i Bercy'ego poznaliśmy 

dzięki tradycji, która istnieje wśród ich potomków nad Loarą. Opowiada się o nich często w 
cieniu orzechowych drzew, kiedy wieczory letnie są długie i ciepłe. 
 

Z angielskiego przełożył i skrócił Romuald Pitera 

 
 
 

background image

 

JOHN GALSWORTHY 

 

MŁYNARZ Z DEE 

 

MAC  CREEDY  był  człowiekiem  godnym  szacunku,  ale  we  wsi  nie  uważano  go  za 

swojego. 

Mimo że nic nie można mu było zarzucić, mimo że miał dobrą pracę u Manorów jako 

przewoźnik i że, jak sam mówił w czasie wieczornych pogwarek w szynku, nie dał się nabrać 
na miesięczny zarobek bez prawa do dodatkowych sześciopensówek — mimo to traktowano 
go jak obcego. 

Te  dodatkowe  sześciopensówki  to  były  opłaty,  jakich  żądał  za  przewóz  każdej  osoby 

nie należącej do rodziny Manorów. W czasie wspomnianych rozmów głosił również zasadę, 
że bogaci myślą tylko o ograniczeniu praw ubogich. Takie stanowisko winno mu było zdobyć 
popularność, a jednak na podstawie nieokreślonych i niezrozumiałych praw wieś trzymała go 
z daleka. Nikt nie słyszał, by Mac Creedy protestował przeciwko tego rodzaju nie mówione-
mu i nie pisanemu wyrokowi, ale też nikt nie wiedział, czy on w ogóle zdawał sobie sprawę z 
takiego stanu rzeczy. W ciche wieczory można go było widzieć siedzącego na promie w tym 
miejscu,  gdzie  pokryta  wysokim  lasem  skała  zwisała  nad  jeziorem.  Siedział  dumając,  jakby 
rozmyślał nad jakimiś tylko jemu znanymi sprawami. Czasami śpiewał. Śpiewał zawsze jedną 
i  tę  samą  pieśń:  „Młynarz  z  Dee”.  Wykrzywiał  przy  tym  śmiesznie  wąskie  usta,  ukryte  pod 
siwiejącymi wąsami. U Manorów, którzy mieszkali na wzgórzu, słyszano często tę monoton-
ną melodię, kiedy nocą płynął w dół rzeki do swego domu. 

Nikt  nie  wiedział  naprawdę,  skąd  przybył.  Jedni  wymieniali  Irlandię,  inni  stworzyli 

teorię o pochodzeniu szkockim. A był nawet taki, o bujniejszej imaginacji, który uważał go za 
Islandczyka.  Ta  tajemnica  była  jątrzącą  raną  na  ciele  wsi  —  wsi  o  białych  domkach  z 
wiecznie  ciągnącymi  się  z  kominów  smugami  falującego  dymu,  rozbrzmiewającej  twardą 
północną  mową.  Sprawy  pieniężne  Mac  Creedy'ego  również  były  zagadką;  czy  miał  dużo 
pieniędzy, czy też mało — trudno było odgadnąć. 

Wczesną  wiosną  poprosił  o  urlop  i  przepadł  na  cały  miesiąc.  Wrócił  z  żoną,  młodą 

anemiczną dziewczyną, mówiącą południowym akcentem. Było to urocze, stworzenie ta żona 
Mac Creedy'ego, bardzo cicha i uległa; ta jej uległość była może nieświadoma, a może kryła 
się w tym jakaś świadoma ironia. W majowe poranki widać było jej smukłą postać, tak szczu-
płą, iż wydawało się, że każdej chwili złamie się w talii, jak wieszała w ogrodzie bieliznę lub 
pochylała się nad grządkami jarzyn, podczas gdy Mac Creedy obserwował ją z miną posiada-
cza, siedząc w drzwiach domu. Być może, że jej obecność by ta dla niego symbolem zwycię-
stwa nad samotnością, a może widział w niej tylko jeszcze jedno źródło dochodu. Jako żona 
Mac  Creedy'ego  i  kobieta  z  południa  nie  miała  przyjaciółek;  zresztą  mąż  nie  pozwolił  jej 
zawierać znajomości. 

W czasie jego nieobecności ona prowadziła prom, a po wyjściu pasażerów siedziała bez 

ruchu,  pochylona  nad  wiosłami  i  zapatrzona  w  odchodzących  tak  długo,  póki  nie  umilkł 
ostatni odgłos ich kroków. Wówczas wracała wolno z powrotem przez ciemnosrebrzysty nurt 
wody i przybiwszy do brzegu stała, przysłaniając oczy dłonią. Mac Creedy wieczorami dalej 
odwiedzał szynk. O żonie nie mówił nigdy, natomiast każdego, kto o nią pytał, mierzył ostro 
wyzywającym spojrzeniem. Wyglądało to tak, jakby wszystkich mieszkańców wsi podejrze-
wał o zamiar odebrania mu jej. Ten sam instynkt, który zmuszał go do chowaniu pieniędzy w 
pończosze,  grał  swoją  rolę  i  w  jego  stosunku  do  żony.  Nie  dostał  nic  od  nikogo,  więc  też 
niech nikt nie interesuje się jego własnością. 

Dojrzało obfite lato i przeszło; nadciągnęła jesień. Rzekę pokryły kolorowe liście, nad 

wsią zawisły mokre mgły i dym. Mac Creedy mówił coraz mniej i coraz rzadziej przychodził 

background image

do szynku. A kiedy przyszedł. odejmował niedopity kufel od ust i opuszczał gospodę, jakby 
gdzieś  czegoś  zapomniał.  Ludzie  mówili,  że  pani  Mac  Creedy  wygląda  na  nieszczęśliwą. 
Ostatnio przestała chodzić w niedzielę do kościoła. On nie chodził tam nigdy. 

Pewnego dnia rozeszła się po wsi wiadomość, że zaniemogła matka pani Mac Creedy, a 

ona wyjechała by ją pielęgnować. Od tego czasu nikt jej już nie widział w ogrodzie pod skałą. 
Weszło  w zwyczaj  pytanie  Mac  Creedy'ego  o  zdrowie  teściowej,  tym  bardziej,  że  doprowa-
dzało go to do pasji. Obracał w takich wypadkach głowę i wiosłując z całych sił, krzyczał: — 
Zdrowa! zdrowa! Już jej lepiej! — Chcąc uniknąć tych drażliwych pytań przestał chodzić do 
gospody;  za  to  wieczorami,  kiedy  odbicia  drzew  ginęły  w  ciemniejącej  wodzie,  można  go 
było  widzieć  zapatrzonego  w  łódź,  która  stała  przycumowana  na  głębokim  zakolu,  leżącym 
poniżej jego domu. Nie śpiewał już swej ulubionej pieśni, a ludzie ni stąd ni zowąd orzekli, że 
— stracił żonę. Pierwszy raz, odkąd zamieszkał tutaj, otoczył go cień ludzkiej sympatii, która 
stawała  się  coraz  cieplejsza.  Pewnego  wczesnego  ranka  strażnik,  który  miał  zadawnione 
porachunki z Mac Creedym, po godzinie cierpliwych poszukiwań wydobył zwłoki pani Mac 
Creedy  z  dna  zakola.  Była  zaszyta  w  worek  obciążony  kamieniami,  a  twarz  miała  czarną. 
Oskarżono Mac Creedy'ego, który milczał i płakał. Aresztowano go. 

Na  rozprawie  nie  rzekł  ani  słowa.  Uznano  go  za  winowajcę.  Wyszło  również  na  jaw, 

wśród wielu innych spraw, także i to, że pani Mac Creedy dawno już straciła matkę. 

Kiedy oczekiwał na powieszenie, poprosił o spowiednika. Oto co mu powiedział: 
—  Ojcze!  Nie  jestem  ciekaw  tego,  co  ty  mi  chcesz  powiedzieć;  będziesz  miał  dość 

czasu na gadanie po mojej śmierci. A to, co ja powiem, nie jest przeznaczone ani dla ciebie, 
ani dla kogokolwiek. Wezwałem cię, bo mi nudno i bądź co bądź jest to dla mnie rozrywką 
zobaczyć inną twarz aniżeli twarze tych ponurych strażników. Nie myśl, iż choć przez chwilę 
przypuszczam, że wy jesteście lepsi ode mnie... Cała rzecz w tym, że ja to zrobiłem. No i cóż? 
To moja rzecz. Teraz mam z tym spokój... Człowieku! Czy ty sądzisz, że potrafiłbym zacho-
wać swoją niezależność, gdybym na moment uwierzył w miłość bliźnich? Nikt tam nie miał 
dla mnie dobrego słowa, ani bogaci, ani reszta — banda głupców! A wiesz, dlaczego? Tylko 
dlatego, że byłem niezależny. Będą ci mówić, że byłem odludkiem — powiedzą to ze złośli-
wości. A dlaczego byłem odludkiem? Bo wiedziałem, że mnie nienawidzą. Czy należało im 
cokolwiek dać, skoro wiedziałem, że tylko czekają, by mi odebrać wszystko Powiedzą, że nie 
dbałem o żonę. Kłamstwo!... Księże! ona była wszystkim dla mnie!... Tak jak to jest prawdą, 
że stoję przed tobą i mówię do ciebie, tak i to jest prawdą, że nawet gdybym nie uczynił tego, 
co  uczyniłem,  i  tak  bym  ją  stracił.  Wiedziałem  o  tym  przez  całą  jesień.  Nie  należę  do  tych, 
którzy boją się spojrzeć prawdzie w oczy; mnie nikt nie weźmie na gładkie słowa. Jak sądzisz 
— czy gdybyś miał diament, nie wolałbyś go sam rzucić w morze niż dopuścić do tego, aby 
go ukradziono? Wolałbyś? Tak?... Ona już nie żyje i ja też niedługo oddam życie. Nie waż się 
myśleć  o  niej  źle.  Ona  nigdy  nie  zgrzeszyła,  nie  miała  na  to  czasu.  Nie  chciałbym  byście 
szargali  jej  opinię  wówczas,  kiedy  mnie  już  nie  będzie  i  kiedy  nie  potrafię  jej  bronić.  Było 
jednak  coś,  co  mogło  każdej  chwili  nadejść,  co  ona  mogła  zrobić,  rozumiesz?  Musiałem  ją 
stracić... A teraz powiem ci, jak do tego doszło. 

Było  to  pod  koniec  października.  Pewnego  ranka  powiedziałem  jej:  „Jenny,  będziesz 

dziś przewozić, jadę do miasta po ubranie. Uważaj, by się nikt nie przemknął bez zapłacenia 
ci sześciu pensów”. Odpowiedziała: „Dobrze”. Zawinąłem kawałek chleba z mięsem w papier 
i kazałem się przewieźć na drugą stronę. Szedłem drogą tak długo, aby miała czas przepłynąć 
z powrotem; wtedy zawróciłem i podszedłem cicho nad wodę. Siedziała tam, gdzie ją zosta-
wiłem. Cały plan wziął w łeb. Przystąpiłem do niej i powiedziałem tak, jak gdybym tylko po 
to  zawrócił:  „Jenny,  pilnuj  opłat”.  —  „Dobrze,  Mac  Creedy”  —  odrzekła  i  popłynęła  dalej. 
Wróciłem  na  drogę,  a  później  ukryłem  się  w  krzakach  niedaleko  brzegu  i  przesiedziałem, 
patrząc  na  wodę,  cały  dzień...  Szedłeś  kiedy  tropem  królika?  —  Widziałem,  że  przywiozła 
cztery  osoby  i  od  wszystkich  pobrała  opłatę.  Dopiero  późnym  wieczorem  przyszedł  tam 

background image

człowiek.  Człowiek  czy  szatan?  Ten  sam.  którego  później  często  widziałem;  przyszedł  i 
krzyknął: „Prom!” — Żona zeszła. Widziałem, jak wsiadła do łodzi, widać było wszystko jak 
na  dłoni.  Widziałem,  że  rozmawiali  i  że  uścisnął  jej  ręce,  kiedy  opuszczał  łódź.  To  było 
wszystko. Nic więcej. 

Poszedł. Przeczekałem do nocy. Wyszedłem z ukrycia i zawołałem o łódź. Żona przy-

płynęła zaraz i przewiozła mnie pod dom. Pierwszą rzeczą, którą uczyniłem, to było przejrze-
nie szuflady z pieniędzmi. Na wierzchu leżały cztery sześciopensówki. 

— O, Jenny, miałaś cztery przejazdy? 
— Tak, cztery. 
— Na pewno? 
— Na pewno. 
Widziałeś kiedy oczy królika, który napotka lisa? 
Gdy  spytałem  ją,  kogo  przewoziła,  wymieniła  cztery  osoby.  O  piątej  nie  wspomniała 

Wiedziałem, że ją straciłem. Poszła spać, a ja zostałem przy ogniu. Myślałem tylko o jednym: 
czy  można  im  ją  oddać?  Czy  mam  pozwolić  na  to,  by  mi  ją  odebrano?  Miłość  przepadła. 
„Mogła zapomnieć o piątej osobie — dumałem — lecz gdzie jest sześciopensówka i dlaczego 
ma takie oczy?” 

Tak, księże. Są w życiu rzeczy, nad którymi nie można przejść obojętnie. 
„Nie — powiedziałem sam do siebie — albo już się zmówiła z nim, albo zmówi się lada 

dzień,  albo  też  ma  jego  sześć  pensów”.  Czułem  się  tak,  jakby  ktoś  zwalił  na  mnie  olbrzymi 
ciężar... Jeżeli ma jego sześciopensówkę, to też nie można nad tym przejść bez słowa. Muszę 
dodać,  że  moja  żona  była  kobietą  posłuszną  i  nie  miała  żadnych  tajemnic.  Nie  było  naj-
mniejszej  wątpliwości,  że  jeżeli  zataiła  sprawę  tej  sześciopensówki,  to  uczyniła  to  tylko  z 
bardzo ważnych powodów. 

Nie  należę  do  tych  naiwnych,  którzy  sądzą,  że  sakrament  małżeństwa  jest  nietykalny. 

Jestem  wolnomyślny.  Tak  jak  ja  myślę,  myślą  niemal  wszyscy.  Nawet  ci,  którzy  mają  naj-
mniej okazji. Nie chciałbym, byście po mojej śmierci psuli mi opinię jakimiś głupimi opowia-
daniami, ale kto dziś szanuje małżeństwo?  

O jednym się tylko myśli: jak je rozbić i jak ją uwieść. Nie byłem dłużny tym ludziom 

pensa,  nie  byłem  im  winien  żadnej  przysługi,  w  szczególności  jemu,  a  jednak  chcieli  mi  ją 
odebrać  i  zostawić  mnie  nago.  Tak  samo  skradliby  każdą  pensówkę  z  mej  własnej  kieszeni, 
gdybym  im  na  to  pozwolił.  Pytam  się:  czy  mogłem  zgodzić  się  na  to?  Czy  mogłem  sam,  z 
własnej woli powrócić do mej poprzedniej samotności? „Nie! — powiedziałem do siebie —
pilnujcie  swego.  Ja  będę  strzegł  mojej  własności”.  Wstałem  i  spojrzałem  na  nią.  Spała. 
Wyobraziłem  sobie  jej  twarz  pełną  uśmiechów  —  takich,  jakie  miała  dla  mnie,  ale  skiero-
wanych do niego, gdy będzie szła z nim do nich, do wsi., by ze mnie szydzić. „Mac Creedy! 
— pomyślałem — musisz coś zrobić, inaczej sam dopomożesz im do kradzieży”. — Lecz co 
miałem zrobić? Jestem człowiekiem, który widzi rzeczy na wylot i wie, co jest słuszne. Tutaj 
tylko  jedno  wyjście  było  mądre.  Księże?  Płakałem,  kiedy  przydusiłem  jej  głowę  poduszką. 
Nie broniła się, była zawsze posłuszną kobietą. Zaszyłem jej zwłoki do worka myśląc: „Tak 
czyni Mac Creedy”. Trudno mi rzec, czy żałowałem tego, co się stało. Ludzkie natury nie są 
proste. Później zaczęło się to, co mnie zgubiło.  Nie potrafiłem oderwać  się od tego miejsca. 
Bo  jeżeli  masz  gdzieś  ukryty  skarb,  krążysz  wokół  niego  wciąż  i  gdziekolwiek  pójdziesz, 
czujesz jego brak — i powracasz. 
 

* * * 

 

Rano w dniu egzekucji Mac Creedy zjadł obfite śniadanie i nawet próbował zaśpiewać 

swą ulubioną piosenkę: 

Ja? Ja nie dbam o nikogo —  

background image

A o mnie czy dba kto? 

 

Z angielskiego przełożył Romuald Pitera

 
 
 
 

CLIFFORD BAX 

 

MORDERSTWO W HOLYROOD 

 

Z WYJĄTKIEM Kleopatry nie było chyba w historii kobiet, które by tak fascynowały 

poetów  i  dramaturgów,  jak  dwie  współcześnie  żyjące  wielkie  rywalki  —  Maria,  królowa 
Szkocji * i Elżbieta, królowa Anglii. ** Chociaż wielu ludzi sądzi, nie bez racji, że Elżbieta 
była bardziej godna szacunku, to jednak nikt nie wątpi, że Maria posiadała więcej uroku. 

Maria  miała  trzech  mężów.  Pierwszym  był  delfin  francuski,  późniejszy  król  Francji, 

zmarły w bardzo młodym wieku. Potem poślubiła lorda Darnleya, który — podobnie jak i ona 
— pretendował do korony angielskiej. Wreszcie jej trzecim mężem był lord Bothwell.  

Panuje powszechne mniemanie, że Maria była obdarzona niezwykłym temperamentem, 

lecz bliżsi prawdy są chyba ci, którzy sądzą, że była raczej kobietą chłodną, bez temperamen-
tu.  Posiadała  niezwykły  urok  i  wywierała  jakiś  magiczny  wpływ  na  mężczyzn,  są  jednak 
kobiety, które czarują niemal wszystkich, lecz nie umieją rozeznać się ani we własnych uczu-
ciach,  ani  w  uczuciach,  jakie  budzą.  Takie  kobiety  źle  wybierają  swych  mężczyzn  i  błądzą 
ciągle — tak jak to czyniła Maria — nie umiejąc odróżnić łotrów od bohaterów. 
 

* * * 

 

Maria  przebywała  od  dzieciństwa  na  kulturalnym  dworze  francuskim,  gdzie  panował 

niebywały  przepych  i  gdzie  wszystko  tchnęło  poezją.  Dziewczynka,  na  wpół  Szkotka,  na 
wpół  Francuzka,  pobierała  lekcje  pisania  sonetów  od  sławnego  poety  Ronsarda.  Ale  pod 
powłoką tej świetności kryły się tam często najniższe żądze, intrygi i zamaskowane zbrodnie. 

Gdy  król-chłopiec,  jej  małżonek,  zmarł,  Maria  nie  chciała  się  zadowolić  splendorem 

życia  eks-królowej.  lecz  zwróciła  myśl  ku  swemu  królestwu  w  Szkocji,  Opuściła  je  mając 
sześć  lat.  Jej  ojciec  zmarł,  gdy  Maria  była  maleńkim  dzieckiem,  i  od  tego  czasu  sprawował 
rządy w Szkocji przyrodni brat Marii, lord Moray. Niełatwe to było zresztą zadanie trzymać 
w karbach buntowniczych baronów i godzić skłóconych szkockich wielmożów. 

Wyjeżdżając  do  Szkocji  myślała  Maria  nie  tylko  o  tym,  że  będzie  grała  tam  pierwsze 

skrzypce, a nie drugie — jak to było we Francji po śmierci jej pierwszego męża. Maria rościła 
pretensje do tronu angielskiego na wypadek, gdyby królowa Elżbieta zmarła bezpotomnie. Te 
perspektywy skłoniły prawdopodobnie Marię do pogodzenia się z życiem w zimnym, wilgo-
tnym klimacie Szkocji. 

Oczywiście Maria zabrała z sobą cały orszak dam dworu, żołnierzy i przyjemnych kom- 

 

  *  Maria  Stuart  (1542-1597),  żona  delfina  francuskiego,  późniejszego  Franciszka  II.  Po  śmierci  męża 

panowała  w  Szkocji,  gdzie  stała  się  protektorką  katolicyzmu.  Rościła  sobie  prawo  do  tronu  angielskiego.  Gdy 
kalwiniści  szkoccy  podnieśli  powstanie  i  zmusili  Marię  do  abdykacji  na  rzecz  jej  małoletniego  syna  (później-
szego Jakuba I), Maria uciekła do Anglii. Królowa angielska, Elżbieta I, kazała ją uwięzić i w r. 1587 ściąć na 
szafocie. (Przyp. tłum.). 

** Elżbieta I (1533-1603), córka Henryka VIII i Anny Boleyn. Za jej panowania Anglia, po zwycięstwie 

nad „Wielką Armadą” hiszpańską, stała się potęgą morską i handlową. Zwycięstwo to otworzyło Anglii drogę do 
panowania nad koloniami. Historia uznała Elżbietę za władczynię o prawdziwym geniuszu politycznym. (Przyp. 
tłum.). 

background image

panów. Wśród tego orszaku znajdował się lord Bothwell, którego wybujałe ambicje przyczy-
niły  się  w  dużym  stopniu  do  zrujnowania  jej  kariery,  oraz  włoski  śpiewak  i  lutnista,  David 
Rizzio (lub Riccio — jak go niektórzy nazywają), prywatny sekretarz królowej. 

To właśnie on — David Rizzio — jest bohaterem niniejszego opowiadania. 

 

* * * 

 

Trzeba  sobie  uprzytomnić  fakt,  że  ówczesna  pozycja  Marii  była  świetna,  wyjątkowa. 

Maria była wdową po królu francuskim i królową Szkocji; istniało prawdopodobieństwo, że 
będzie  kiedyś  panowała  nad  dwoma  królestwami  —  i  to  w  ścisłym  przymierzu  z  trzecim 
królestwem,  Francją.  Poza  tym  Maria  posiadała  nieprzeciętne  zalety  fizyczne:  była  wysoka, 
piękna, młoda, pełna niezwykłego powabu. Czarowała ludzi odwagą i zdobywała sobie przy-
jaciół  wielkodusznością.  Czyż  istniała  kiedykolwiek  kobieta.,  której  losy  zapowiadałyby  się 
tak świetnie? 

Być  może,  że  Rizzio  nie  zginąłby  tak  tragicznie,  gdyby  Maria  Stuart  nie  poślubiła,  w 

roku  1565,  młodego,  pustego  zarozumialca,  lorda  Darnleya.  Swinburne  *  przypuszcza,  że 
Maria,  która  —  jak  się  wydaje  —  nie  znała  się  na  ludziach,  zakochała  się  w  Darnleyu.  Nie 
jest  jednak  wykluczone,  że  i  względy  polityczne  odegrały  tu  pewną  rolę.  Darnley,  podobnie 
jak  i  jego  małżonka,  rościł  sobie  prawo  do  tronu  angielskiego,  toteż  Maria  zaślubiając  go 
sądziła może, że to małżeństwo podniesie jej szanse uzyskania korony angielskiej. A było o 
co walczyć, bo Anglia zakładała wówczas podwaliny pod swe przyszłe olbrzymie imperium. 

Małżeństwo Marii z Darnleyem, który bez pozwolenia Elżbiety opuścił jej dwór, rozją-

trzyło  angielską  królowę.  Stosunki  między  Szkocją  i  Anglią  pogorszyły  się  jeszcze,  gdy  w 
roku 1566 Maria urodziła syna. przyszłego Jakuba  I. Ciągłe zamieszki wśród wojowniczych 
baronów szkockich były także źródłem nieustannych kłopotów i wewnętrznych waśni. 

W  tym  czasie  sławny  John  Knox,  **  oburzony  na  to,  że  władzę  w  Anglii  i  Szkocji 

sprawują kobiety, napisał swe „Głosy trąb”, w których piorunował przeciw „potwornym rzą-
dom kobiet”. Zresztą Robert Louis Stevenson twierdzi, że ten „starotestamentowy” człowiek 
był bardzo czuły na wdzięki płci, którą zwalczał. 

Stosunki  między  małżonkami  także  nie  układały  się  nazbyt  pomyślnie.  Maria  poznała 

wkrótce po ślubie charakter Darnleya i zaczęła nim pogardzać. 

Nic  dziwnego,  że  w  takich  warunkach  szukała  odprężenia  i  rozrywki  wśród  tych, 

których przywiozła z sobą z Francji. Jeżeli Szkocja wydawała się Marii zimna i szara, to jakże 
musiała wyglądać w oczach Włocha, Davida Rizzio. Podówczas Włochy górowały nawet nad 
Francją w dziedzinie nauki, sztuki, wykwintnych manier i świetnego życia. Jest rzeczą praw-
dopodobną, że ten włoski wygnaniec był pod urokiem pięknej królowej i nie tylko dla kariery 
przybył  na  dwór  szkocki.  Nie  wiadomo,  czy  Rizzio  był  kochankiem  Marii.  Andrew  Lang, 
historyk  i  znawca  tego  okresu,  przypuszcza,  że  nie  doszło  do  zbliżenia  między  nimi,  gdyż 
nawet późniejsi oskarżyciele Marii nie napomykali nigdy o cudzołóstwie. 

Jeżeli Maria, subtelna i wykształcona, rozczarowała się szybko do Darnleya, to i on czuł 

się oszukany, gdyż Maria nie chciała dzielić z nim rządów w Szkocji. To skłoniło go do szu-
kania sprzymierzeńców wśród baronów, z których pomocą pragnął zdobyć władzę królewską. 

Darnley  wiedział,  że  Szkoci  nienawidzą  Rizzia  jako  cudzoziemca,  parweniusza  i 

faworyta królowej. Spotykając  go  często u Marii, śpiewającego jej włoskie pieśni lub nawet 
obiadującego z nią  i  jej  damami  dworu, zaczął  podejrzewać, że Maria zdradza go ze  swym 
 

  * Algernon Charles Swinburne (1837-1809), sławny poeta angielski, autor wierszy lirycznych, poema-

tów, ballad, dramatów i szkiców krytycznych. Napisał wielką trylogię o Marii Stuart („Chastelard”, „Bothwell” i 
„Mary Stuart”. — Przyp. red.). 

**  John  Knox  (1505-1572),  szerzył  reformację,  wywołał  powstanie  w  Szkocji,  i  wprowadził  kościół 

prezbiterialny. Działał w kierunku detronizacji Marii Stuart. (Przyp. tłum.). 

background image

sekretarzem.  To  podejrzenie  wystarczyło,  by  Darnley  —  zarozumiały  i  przesadnie  czuły  na 
punkcie swego honoru — zaczął tym energiczniej intrygować przeciwko królowej. 

A  tymczasem  Maria  nie  oszczędzała  swego  obrażonego  małżonka.  Ponieważ  Darnley 

spędzał coraz częściej czas na polowaniach i zabawach w Fife i rzadko uczestniczył w zebra-
niach Rady Królewskiej, oznajmiła mu Maria, że jego obecność na zebraniach nie jest potrze-
bna.  Że  zaś  jego  podpis,  jako  księcia-małżonka,  potrzebny  był  na  różnych  dokumentach, 
kazała królowa sporządzić żelazny stempel, na którym widniał skopiowany podpis Darnleya. 

To wszystko doprowadziło go do wściekłości, podniecanej jeszcze przez schlebiających 

mu kompanów i grupę sprzymierzonych z nim baronów. Darnley nie cieszył się dobrą opinią, 
ale baronowie chcieli wyzyskać dogodną sytuację dla zrealizowania swych własnych zamie-
rzeń. 

Namawiano  go,  by  walczył  o  uzyskanie  należnej  mu  władzy  i  nie  tolerował  cudzołó-

stwa  swej  żony  z  brudnym  przybłędą  z  Mediolanu.  Darnley  zaczął  teraz  patronować  prote-
stanckim baronom, a czynił to przede wszystkim dlatego, że Maria była katoliczką. 

Zawiązał się spisek w celu zamordowania Rizzia. 
W  poufnym  liście  do  lorda  Leicestera,  faworyta  Elżbiety,  ambasador  angielski 

Randolph pisał 13 lutego 1566 roku: „Wiem, że są tu knowania między ojcem i synem, * aby 
zdobyć  władzę  wbrew  jej  woli.  Wiem,  że  gdy  to  nastąpi,  David  za  zgodą  króla  zostanie 
zamordowany.  Do  moich  uszu  doszły  też  znacznie  gorsze  i  boleśniejsze  wieści  —  że  tam 
intrygują nawet przeciw jej osobie”. 

Darnley  wiedział, że jego plany są niebezpieczne. Zwerbował sobie — zgodnie z jego 

własnymi słowami — „lordów, baronów, szlachciców, dzierżawców kupców i rzemieślników, 
aby nas wspierali w tym niebezpiecznym przedsięwzięciu. A jeżeli się tak zdarzy, że pewne 
ważne  osobistości  będą  chciały  przeciwstawić  się  naszym  zamierzeniom,  należy  je  zabić”. 
Darnley  miał  tu  na  myśli  przede  wszystkim  lorda  Bothwella.  Zresztą  nic  dziwnego,  że  oba-
wiał  się  go,  gdyż  Bothwell,  chociaż  był  czasem  nieobliczalny,  nie  bał  się  nikogo.  Był  przy 
tym znakomitym szermierzem i jednym z najbardziej oddanych stronników królowej. 

Spiskowcy podpisali swój pakt w pierwszych dniach marca 1566 roku. 
Gdyby  Maria  była  wpadła  na  trop  sprzysiężenia,  byłaby  znalazła  powód,  aby  wysłać 

Rizzia  z  jakimś  poleceniem  do  Francji.  Ale  ani  ona,  ani  Rizzio  nie  podejrzewali  niczego. 
Włoch  był  nielubiany,  gdyż  miał  wpływ  na  rozdawanie  urzędów,  jak  również  przydzielanie 
lub odbieranie włości, ale mając za sobą królowe lekceważył swych wrogów. 

Darnley  dowiedział  się,  że  dziewiątego  marca  Maria  urządza  przyjęcie  dla  Artura 

Erskine,  gubernatora  Holyrood,  hrabiny  Argyle  i  jeszcze  kilku  innych  osób  Rizzio  był 
również  zaproszony.  Kolacja  miała  się  odbyć  w  niewielkim  pokoju  w  pałacu  Holyrood  — 
pokoju, który teraz każdy zwiedzający może obejrzeć. 

Mając już poza sobą sprawy państwowe tego dnia, Maria pragnęła zapomnieć o wszy-

stkich kłopotach w miłym towarzystwie oddanych jej ludzi. 

Można  sobie  wyobrazić,  że  zebrani  rozmawiali  po  francusku,  że  Rizzio  przyniósł  swą 

lutnię  i  śpiewał  francuskie  lub  włoskie  pieśni.  Mimo  brzydkiej  pogody  królowa  i  jej  goście 
byli prawdopodobnie zadowoleni, a może nawet weseli. 
 

* * * 

 

Nagle  zebrani  przerwali  rozmowę...  W  przyległej  sali  rozległy  się  kroki  kilkunastu 

osób...  Drzwi  rozwarły  się  z  trzaskiem  i  do  pokoju  wbiegł  Darnley,  a  za  nim  lord  Ruthven, 
Morton, Andrew Ker i kilku innych. Królowa pochwyciła spojrzenie, jakim przybyli obrzucili 
jej sekretarza, i stanąwszy przed Darnleyem i jego kompanami zażądała, aby opuścili pokój.  
 

* Lennoxem (ojcem Darnleya) i Darnleyem. (Przyp. tłum.). 

background image

Włoch zrozumiał również, że niebezpieczeństwo grozi nie królowej, lecz jemu. 

Rizzia  rozzuchwaliła  łaska  królowej,  ale  z  natury  nie  odznaczał  się  odwagą.  Był  przy 

tym człowiekiem niewielkiego wzrostu i nie znał sztuki szermierczej. 

W  tej  strasznej  chwili  Rizzio  nie  próbował  się  bronić.  Czepiał  się  sukien  królowej  i  u 

niej szukał ratunku. Ale Darnley pochwycił Marię w ramiona, Ker stał przy niej z pistoletem 
w ręce, pozostali zaś rzucili się na Włocha i zamordowali go na oczach królowej. 

Podczas  tej  ohydnej  sceny  Bothwell  i  jego  dwaj  towarzysze,  nieobecni  początkowo  w 

pokoju,  nadbiegli  z  wyciągniętymi  mieczami  sądząc,  że  dokonano  zamachu  na  królowę. 
Usiłowali  przeszkodzić  dokonaniu  zbrodni,  ale  napastnicy  mieli  przewagę  liczebną  i  ode-
pchnęli ich bez trudu. 
 

* * * 

 

Wieść  o  zbrodni  rozeszła  się  szybko  i  dotarła  do  wszystkich  dworów  europejskich 

Królowa zarządziła śledztwo, na którym Darnley zdradził swych wspólników wypierając się 
udziału w spisku. Twierdził, że sam był przerażony zbrodnią i że przekraczając próg komnaty 
nic  nie  wiedział  o  zamiarach  łotrów.  Gdy  Maria  potem,  po  zamordowaniu  Darnleya,  tolero-
wała morderców, uważano w tych czasach krwawych porachunków, że jest usprawiedliwiona. 

Zamordowanie  Rizzia  miało  skomplikowane  skutki.  Większość  spośród  tych,  którzy 

zobowiązali się pomagać Darnleyowi, uciekła do Anglii. Dowiedziawszy się, że Darnley nie 
tylko  ich  opuścił,  ale  pokazał  na  śledztwie  podpisany  przez  nich  dokument,  jemu  z  kolei 
poprzysięgli  zemstę.  Można  niemal  powiedzieć,  że  wówczas  ..wszyscy  byli  przeciw 
wszystkim z wyjątkiem Bothwella i jego dwóch przyjaciół. Huntleya i Atholla, którzy wiernie 
trzymali stronę królowej. 

Kiedy  Maria  wraz  z  mężem  udała  się  do  Dunbar,  Darnley  „wyjąkał  ze  skruchą  kilka 

słów na temat świeżego grobu Rizzia”. Troszczył się również o Marię. która spodziewając się 
dziecka z trudnością utrzymywała się na koniu.  Urodziła syna (wspomnianego już Jakuba  I) 
19 czerwca 1566 roku, ale ani Darnley, ani jego ojciec Lennox nie byli tym faktem zachwyce-
ni.  Urodzenie  następcy  tronu  przekreślało  szanse  zdobycia  korony,  bo  tylko  na  wypadek 
śmierci  Marii  i  jej  dziecka  Darnley  mógł  zostać  królem.  Przezorna  Maria  uwiozła  syna  do 
Stirling, gdzie został ochrzczony z wielką pompą według obrządku katolickiego. Łatwo odga-
dnąć, dlaczego Darnley, chociaż był w zamku, nie asystował przy ceremonii chrztu. Królowa 
Elżbieta, która zgodziła się być matką chrzestną dziecka, przysłała w prezencie chrzcielnicę z 
emaliowanego złota. 
 

* * * 

 

Krążyły  pogłoski,  że  Darnley  zamierza  porwać  dziecko,  ukoronować  je  i  rządzić  w 

charakterze  regenta.  Byłoby  to  oczywiście  bezpieczniejsze  niż  zabicie  dziecka.  Nie  jest  wy-
kluczone, że tak było naprawdę, bo Darnley, zawiedziony w swych rachubach i znienawidzo-
ny  przez  Marię,  roił  różne  szalone  projekty.  Zamierzał  na  przykład  uciec  ze  Szkocji  i  zająć 
Scarborough  lub  wyspy  Scilly.  Sądził,  że  mając  łatwy  dostęp  do  morza  nawiąże  korzystne 
kontakty z obcymi krajami. 

Tymczasem intrygi będące następstwem śmierci Rizzia nie ustawały. Jest rzeczą pewną, 

że wśród tych wszystkich, którzy w jakikolwiek sposób związani byli z Darnleyem, nie miał 
on  ani  jednego  przyjaciela.  Wprost  przeciwnie,  wszyscy  życzyli  mu  jak  najgorszego  losu. 
Tym życzeniom stało się wkrótce zadość. 

Pewnego  dnia.  gdy  Darnley  leżał  chory  w  samotnym  domku  myśliwskim  niedaleko 

Edynburga,  mając  przy  sobie  tylko  niewielką  świtę,  wysadzono  domek  w  powietrze  za 
pomocą podłożonego ładunku prochu. I Darnley, i jego ludzie zginęli. 

background image

Historycy  zastanawiają  się,  czy  Maria  wiedziała  o  tej  sprawie,  w  której  główną  rolę 

odegrał niewątpliwie Bothwell. Fakty świadczą raczej przeciwko niej, bo — jak mówi Swin-
burne — ,,albo wiedziała o tym, albo była zupełnie  głupia”.  A Swinburne, którego fascyno-
wała postać Marii, uważał ją za jedną z najinteligentniejszych kobiet. 
 

Z angielskiego przełożyła i skróciła Zofia Krajewska 

 
 
 
 
 
 
 

SPIS TREŚCI 

 
 
 

Córka Żyrondy   (Stanley J. Weyman) 

 

 

 

 

02 

 

Młynarz z Dee   (John Galsworthy)   

 

 

 

 

13 

 

Morderstwo w Holyrood   (Clifford Bax) 

 

 

 

 

16