background image

 
 
 
 

KIEDY BYŁEM PIRATEM 

I INNE OPOWIADANIA 

 

ZŁOTA PODKOWA 6 

 

 

 

 
 

WYDAWNICTWO „ŚLĄSK” KATOWICE  1958 

background image

 
 

BRET HARTE * 

 

KIEDY BYŁEM PIRATEM 

 
— KIEDYŚ, gdy byłem piratem... 
Mówiący był starszym dżentelmenem w nienagannym wieczorowym ubraniu, pokój był 

wytworny, towarzystwo wysoce szanowne, miejscowość zarazem modna i ekskluzywna, oka-
zją zaś był wykwintny obiad. Trzeba dodać, że mówiący był równocześnie gospodarzem. 

Jest rzeczą oczywistą, że w tych warunkach dobre wychowanie nakazywało przyjąć to 

oświadczenie  z  lekkim  uśmiechem,  który  mógł  oznaczać  wesołe  niedowierzanie  lub  też 
uprzejme  przyjęcie  do  wiadomości  zwykłego  faktu.  Istotnie,  wydaje  mi  się,  że  wszyscy 
zachowywaliśmy  się  tak,  jakbyśmy  byli  przekonani,  że  nasz  gospodarz,  kiedy  był  piratem  - 
jeżeli  był  nim  kiedykolwiek  —  postępował  tak,  jak  tylko  potrafi  szanujący  się  pirat,  i  nigdy 
nie  pogwałcił  kanonów  dobrego  towarzystwa.  Temu  przeświadczeniu  dała  w  pewnej  mierze 
wyraz najmłodsza panna Jones, wykrzyknąwszy: 

— O, jak to miło! 
— To się działo, oczywiście, przed wielu laty, gdy byłem niemal chłopcem. 
Szepnęliśmy  wszyscy:  „oczywiście”  —  jak  gdyby  korsarstwo  było  naturalnym  wyra-

zem młodzieńczej wybujałości. 

— Powinienem może wyjaśnić okoliczności, które zaprowadziły mnie na tę drogę. 
W  tym  momencie  Legrande,  wytworny  attache  poselstwa  patagońskiego,  wtrącił  po 

francusku,  że  to  nie  jest  konieczne  —  co  już  było  nadmiarem  uprzejmości  —  po  czym  jego 
sąsiad, Anglik, dodał pospiesznie: — Oui, oui

—  Jest  taka  książka  —  ciągnął  dalej  Legrande  ściszonym  głosem  —  kapitana  Canot, 

Francuza... bardzo interesująca... subtelny, wykształcony człowiek... — ale zamilkł, potrąco-
ny delikatnie łokciem. 

—  Uciekłem  z  domu  —  mówił  dalej  gospodarz.  Przerwał  na  chwilę,  a  potem  dodał 

zwracając się do dwu dystyngowanych cudzoziemców: — Nie wiem, czy zdołam panom wy-
jaśnić, że to jest osobliwa predylekcja Amerykan. U nas opuszczenie domu przez młodszych 
synów,  wbrew  życzeniom  rodziny,  nie  okrywa  ich  niesławą.  Przeciętny  Amerykanin  widzi 
możliwość  zdobycia  majątku  i  lepszych  warunków    p  o  z  a    domem.  U  was  dom  oznacza 
posiadanie  dóbr,  dziedziczenie  zaszczytów  i  tytułów,  pewność,  że  warunki  życia  nie  ulegną 
zmianie.  U  nas  dzieci,  które  nie  oczekują  spadku,  a  którym  uda  się  polepszyć  los  rodziny, 
należą do wyjątków. Czy wyrażam się dość jasno? 

Francusko-patagoński  attache  uznał  to  za  „czarujące  i  postępowe”.  Baron  von  Putzel 

powiedział, że podobny ruch można zaobserwować w Niemczech: wyraził to jednym słowem, 
złożonym  z  siedemnastu  sylab.  Wicehrabia  Piccadilly  rzekł  do  swego  sąsiada:  —  Tak...  wie 
pan,  teraz  młodzi  synowie,  widzi  pan,  wyjeżdżają  do  Australii...  pan  wie,  uprawiają  ten 
ohydny zawód — hodowla bydła czy owiec — pan wie... Ale na Jowisza! te chłopaki... 

—  Mój  ojciec  zawsze  mnie  dobrze  traktował  —  opowiadał  gospodarz.  —  W  naszym 

domu w Nowej Anglii korzystałem z tych samych swobód, co moi bracia, i podlegałem tym 
samym ograniczeniom. Niemniej uciekłem z domu i poszedłem na morze... 

— Nie rozumiem. Dokąd? — zapytał Legrande. 
— Na morze — szepnął mu szybko po francusku jego sąsiad. 

 

*  Bret  Harte  (1839  —  1902),  Jeden  z  najlepszych  nowelistów  północnoamerykańskich.  Wsławił  się 

opowiadaniami  z  życia  kalifornijskich  poszukiwaczy  złota.  Amerykańskie  „short  stories”  —  pierwotnie 
prymitywne,  króciutkie  opowiadania  Humorystyczne  i  anegdoty  —  stały  się  pod  piórem  Bret  Harte'a 
doskonałymi artystycznie opowiadaniami, zbliżonymi formą do europejskiej noweli, (przyp. tłum.) 

background image

— Niechże pan opowiada o swoim korsarstwie — rzekła panna Jones. 
Dystyngowani cudzoziemcy spojrzeli na siebie, a potem na pannę Jones. Obaj pomyśle-

li, że przeciętne młode Amerykanki odznaczają się zimnym okrucieństwem. 

—  Wsiadłem  na  pokład  liverpoolskiego  statku  pasażerskiego  —  ciągnął  dalej  gospo-

darz. 

— Czego? — zapytał Legrande sotto voce * zwracając się do swego sąsiada, który udał, 

że nie słyszy. 

— Nie potrzebuję mówić, że to były czasy, gdy górowaliśmy nad innymi, jeżeli chodzi 

o transport towarów, gdy amerykańskie statki handlowe... 

— Co to jest: stat-ki? — zapytał Legrande błagalnym tonem, zwracając się do drugiego 

sąsiada. 

— ... gdy amerykańskie statki handlowe przewoziły jeszcze większość towarów, a prze-

waga naszej flagi... 

W tym momencie Legrande zorientował się, że chodzi o uczucia patriotyczne, i zarea-

gował na nie wybuchem republikańskiego entuzjazmu, kiwając gwałtownie głową. Piccadilly 
zrozumiał  to  również  i  sądząc,  że  można  będzie  podjąć  bardziej  ogólną  dyskusję  na  temat 
wolnego  handlu,  zaczął  mówić  ledwie  dosłyszalnie  do  swego  sąsiada:  —  Nadzwyczajna 
rzecz... wie pan, wasi amerykańscy mężowie stanu... 

— Zdezerterowałem ze statku w  Liverpoolu, ponieważ drugi oficer źle się ze mną ob-

chodził. Powierzono mu to stanowisko ze względu na jego fizyczną silę i powszechnie znaną 
brutalność. Mówiono mi, że dostał się na statek wprost z więzienia. Drugiego dnia widziałem, 
jak  bił  do  nieprzytomności  człowieka  drągiem  do  skręcania  lin  za  jakieś  drobne  uchybianie 
przeciwko dyscyplinie. Widziałem go wielokrotnie bijącego i kopiącego chorych ludzi... 

— Czy pan czytał Dany „Dwa lata u masztu”? — zapytał Lightbody, nasz nudny literat, 

zwracając się do swego sąsiada stonowanym szeptem. — Ach! cóż to za książka! Właśnie o 
rzeczach tego rodzaju. Przy tym diabelnie dobrze napisana. 

—  Wałęsałem  się  kilka  dni  po  nadbrzeżu,  aż  mnie  zaczepił  portugalski  marynarz. 

Zainteresowawszy się moją historią obiecał zapewnić mi przejazd do Fayal i Lizbony, gdzie 
— jak mnie zapewniał — będę mógł łatwiej zdobyć środki, aby powrócić do kraju. Muszę do-
dać, że ten marynarz, który okazał się później człowiekiem pozbawionym wszelkich skrupu-
łów  —  typowym  korsarzem  z  powieści  —  był  w  stosunku  do  mnie  łagodny,  uczynny,  a 
czasem nawet serdeczny. Był wspaniałym marynarzem. Podkreślam to dlatego, że ten naród, 
który przez stulecia wydawał zdolnych marynarzy, jest tak często ośmieszany. 

— Czy pan czytał ten portugalski przewodnik? — zapytał Lightbody swego sąsiada. — 

To niebywale śmieszna rzecz...  

— Niechże wielki amerykański pirat mówi dalej albo może zacznie od nowa — powie-

działa  panna  Jones  rzucając  znaczące  spojrzenie  w  kierunku  Lightbody'ego.  Ale  jej  obawa 
została  źle zrozumiana  przez  uprzejmego  i  lubiącego  rzetelną  grę  Anglika.  —  Proszę  posłu-
chać...  chodzi  mi  o  to.  proszę  państwa,  że  ci  Portugalczycy  zawsze  nas  wyprzedzają,  jeżeli 
chodzi o odkrycia. Dlatego właśnie, proszą państwa... 

— Wsiadłem z nim na pokład brygu, który pozornie miał płynąć do St. Kitts. Zaledwie 

opuściliśmy  port.  zrozumiałem,  co  to  za  statek.  Nie  będę  przerażał  państwa  opowiadaniem 
niepotrzebnych szczegółów. Dość powiedzieć, że przeżywałem wszystko to, co tradycja i po-
wieści mówią o życiu korsarzy. Na szczęście, dzięki życzliwości mojego portugalskiego przy-
jaciela,  mogłem  nie  brać  czynnego  udziału  w  scenach,  których  byłem  mimowolnym  świad-
kiem.  Muszę  jednak  podkreślić  jeden  fakt.  Otóż  nasza  dyscyplina,  nasz  esprit  du  corps  **, 
jeżeli  można  się  tak  wyrazić,  były  doskonałe.  W  żadnym  dobroczynnym  stowarzyszeniu,  w 
żadnej organizacji strzegącej dobrych obyczajów nie znalazłoby się ludzi tak pełnych poświę- 
 

  * sotto voce (wł.) — półgłosem. (Przyp. tłum.).

 

** Wyrażenie to (fr.) odpowiada w przybliżeniu polskiemu: duch solidarności. (Przyp. tłum.)

 

background image

cenia, tak uczciwie lojalnych względem zamierzonego szlachetnego celu, jak my — w reali-
zowaniu  naszych  występnych  zamiarów.  Jednostka  była  zawsze  podporządkowana  celowi. 
Gdy nasz kapitan zastrzelił pewnego dnia młodszego oficera... 

—  To  przypomina  mi...  czy  państwo  czytali  o  tym  morderstwie  w  Georgii?  —  zaczął 

Lightbody. — Wydaje mi się, że pisano o tym we wszystkich gazetach... Och, przepraszam... 

—  ...  za  to  tylko,  że  przerywał  mu  rozmowę  z  drugim  oficerem  —  ciągnął  spokojnie 

nasz gospodarz — załoga aprobowała ten czyn, choć był nazbyt surowy i kapitan niepotrze-
bnie wpadł w ostateczność... James, proszę nalać szampana panu Lightbody. 

Przerwał na chwilę, ale tym razem nawet żywy Legrande siedział w milczeniu. 
— To, o czym chcę państwu opowiedzieć, zdarzyło się na Morzu Karaibskim. Pewnej 

nocy  popłynęliśmy  w  kierunku  Wysp  Leeward;  jedna  z  tych  wysp  służyła  nam  za  miejsce 
wszelkich  spotkań.  Mój  portugalski  przyjaciel,  który  znał  te  okolice  dokładnie  i  w  którego 
doświadczeniu  i  zręczności  pokładano  nieograniczone  zaufanie,  pilotował  nasz  statek  do 
miejsca zakotwiczenia. Okoliczności te utkwiły mi tym silniej w pamięci, że kilka dni przed-
tem  Portugalczyk  zapewniał  mnie,  iż  niedługo  będę  mógł  z  honorem  wycofać  się  z  korsar-
skiego życia i wrócić do ojczystego kraju. Ze statku wysłano szalupę w celu porozumienia się 
z naszymi przyjaciółmi na wyspie, którzy zaopatrywali nas w żywność i udzielali nam infor-
macji.  Załoga  szalupy  składała  się  z  ośmiu  ludzi  pod  dowództwem  pierwszego  oficera  — 
dziwnego, purytańskiego marynarza z Nowej Anglii, jeżeli w ogóle można użyć takich słów 
na określenie pirata o wielkiej odwadze, doświadczeniu i fizycznej sile. Mój portugalski przy-
jaciel, który nas pilotował, wymógł na tamtych, aby mi pozwolono jechać z nimi w charakte-
rze sternika. Pojmujecie chyba, jak bardzo pragnąłem zobaczyć... 

— Z pewnością! Oczywiście! Ależ to jasne! — rozległy się głosy wokół stołu. 
—  Dwóch  zaufanych  ludzi  wysłano  na  ląd  udzieliwszy  im  przedtem  wskazówek.  My 

zaś  zatrzymaliśmy  się  na  wprost  niskiego,  pełnego  palm  wybrzeża.  Marynarze  siedzieli 
wsparłszy się na wiosłach, bacząc jedynie na to, aby łódź zwrócona była dziobem do fali. Ja i 
oficer siedzieliśmy na rufie, wyglądając sygnału z brzegu. Była bezksiężycowa, chmurna noc. 
Nigdy przedtem nie widziałem w tropika tak silnie fosforyzującego morza. Świetliste grzywy 
fal i pióropusze bladego ognia wznosiły się przed nami jak duchy, opadały, uderzały o naszą 
łódź  długimi,  błyszczącymi,  falistymi  ogonami,  załamywały  się  na  brzegu  w  srebrzyste 
półksiężyce  albo  rzucały  blaski  na  czarne  skały  przylądka.  Całe  ogromne  morze  świeciło  i 
migotało  niby  drugi  firmament,  na  tle  którego  postacie  naszych  ludzi,  siedzących  tyłem  do 
nas,  rysowały  się  ciemnymi  konturami.  Ponure  regularne  rysy  naszego  pierwszego  oficera, 
siedzącego  obok  mnie,  były  lekko  oświetlone.  Nie  było  słychać  nic  prócz  szmeru  fal 
uderzających  o  poszycie  kadłuba  naszej  łodzi  i  cichej  rozmowy  marynarzy.  Obserwowałem 
brzeg.  Gdy  spojrzałem  na  świetlisty  obszar  wodny,  spostrzegłem  jakiś  ciemny  punkt  poru-
szający się na wodzie. Kiedy się zbliżył, zobaczyłem przy fosforyzującym świetle, które nas 
otaczało  —  długie,  rozpuszczone  włosy  i  jaśniejące  ramiona  kobiety  płynącej  ku  nam... 
Legrande,  pan  naprawdę  nic  nie  pije.  Lightbody,  czy  nie  smakuje  panu  burgund?  Przecież 
lubił go pan... 

Zamilkł, lecz nikt się nie odezwał. 
— O czym to ja mówiłem? Ach, tak... A więc zobaczyłem tę kobietę, a kiedy zwróciłem 

się do pierwszego oficera, aby mu o tym powiedzieć, wyczułem natychmiast instynktownie, 
że  on  ją  również  spostrzegł.  Od  tego  momentu  aż  do  chwili  zakończenia  naszego  dramatu 
byłem tylko widzem. 

Kobieta  płynęła  z  wdziękiem,  pięknie...  Zauważyłem  w  tym  dziwnym,  niesamowicie 

fosforyzującym  świetle,  które  załamywało  się  na  jej  ramionach,  gdy  wznosiły  się  i  opadały 
przy  każdym  uderzeniu  cudownie  kształtnych  rąk,  że  była  dojrzałą,  doskonale  zbudowaną 
kobietą.  Pamiętam  również,  że  gdy  dotarła  do  naszej  łodzi i  wsparłszy  się  małą  rączką  o  jej 
brzeg szeptem nazwała oficera po imienia — pomyślałem, że ona jest... kobietą tego samego 

background image

gatunku, co on. że jest... jego naturalną żoną... Ale czy ja państwa nie nudzę? 

Kilka osób potrząsnęło głowami gwałtownie, przecząco. Najmłodsza i — przykro użyć 

tego  słowa  —  n  a  j  s  t  a  r  s  z  a  panna  Jones  zawołały  razem  gorąco:  —  Niechże  pan  mówi 
dalej, prosimy! 

—  Powiedziała  mu  w  kilku  urywanych  słowach,  że  go  zdradzono;  że  dwaj  marynarze 

wysłani  na  ląd  znajdują  się  w  rękach  władz;  że  zorganizowano  już  ekspedycję  w  celu  po-
chwycenia statku; że musimy natychmiast uciekać i że zdrajcą jest — mój przyjaciel, Portu-
galczyk Fernandez. 

Oficer podniósł do ust ociekającą wodą małą brązową rączkę kobiety i wyszeptał jej do 

ucha  kilka  niezrozumiałych  słów.  Widziałem,  jak  obrzuciła  spojrzeniem  pełnym  niewysło-
wionej  miłości  i  szczęścia  jego  ponurą  twarz...  i popłynęła.  Zniknęła  pod  wodą  jak  kaczka  i 
dopiero  po  chwili  ujrzałem  jej  kształtną  głowę  wynurzającą  się  w  odległości  kilkudziesięciu 
sążni. 

Odważyłem  się  podnieść  oczy  na  twarz  oficera;  była  zimna  i  obojętna.  Spojrzałem  na 

załogę: rozmawiali szeptem, zwróceni do nas plecami, zupełnie nieświadomi sceny, która się 
rozegrała na rufie. Jeszcze chwilę trwało milczenie, a potem oficer powiedział spokojnie, lecz 
wyraźnie: 

„Fernandez!” 
„Słucham!” 
„Weź wiosło i chodź tu na rufę!” 
Fernandez  przeszedł  na  rufę  potykając  się  o  ludzi,  którzy  —  pochłonięci  rozmową  — 

niemal tego nie zauważyli. 

„Spróbuj tu zgruntować dno”. 
Portugalczyk przechylił się przez rufę i zanurzył wiosło aż po uchwyt w fosforyzującą 

wodę. Ale nie dotknął dna; prąd targnął wiosłem i wyniósł je z powrotem na powierzchnię. 

„Jeszcze  raz!”  —  rzekł  oficer  rozkazująco  —  jeszcze  raz!  Spróbuj  tam!  Czego  się 

boisz? Potrzymam cię”. 

Fernandez przechylił się ponownie przez rufę zanurzając w wodzie wiosło i część swej 

nagiej brązowej ręki. W tej chwili oficer pochwycił go ze straszliwą siłą za łokcie i zepchnął 
wraz z wiosłem, głową na dół, do wody. Ten czyn — jakkolwiek dokonany z rozmysłem — 
był  tak  nagły,  że  skazany  nie  wydał  głosu,  a  rufa  szalupy  tylko  na  moment  zanurzyła  się 
głębiej w wodzie. W tej strasznej chwili jeden z marynarzy, przysłuchujących się swawolnym 
anegdotom  kamrata,  roześmiał  się  lekko...  James,  podaj  Vichy  panu  Lightbody.  Z  odrobiną 
koniaku będzie panu z pewnością smakował. 

A więc dalej... Na wodzie ukazało się kilka baniek. Kiedy oficer schwycił Portugalczy-

ka za łokcie, miałem wrażenie, że Fernandez jest dziwnie bierny, dopóki nie spostrzegłem, że 
oficer zamknął mocno kolana zdrajcy między swymi kolanami. Po chwili — wówczas wyda-
wało mi się to wiekiem — uścisk oficera zelżał; ciało Fernandeza — ciężka, bezwładna masa 
—  zsunęło  się  bezszelestnie  do  wody.  Ocean  przyjął  je  cicho  i  spokojnie do  swych  głębin... 
Oficer odwrócił się do ludzi nie raczywszy na mnie spojrzeć. 

„Wiosła!” 
Ludzie ustawili wiosła pionowo. 
„Wiosła w dół!” 
Plusnęła woda i koncentryczne linie płynnego srebra otoczyły łódź. 
„Wiosła w przód!” 
„Razem!”  
To  wszystko,  proszę  państwa.  Zdołaliśmy  uciec  na  czas...  Wiem,  że  znudziłem  was 

okropnie,  co?  Ach,  chcecie  wiedzieć,  co  się  stało  z  kobietą...  Niestety,  nie  wiem...  Ja  sam... 
opuściłem  ich  w  Hawanie...  Co?...  James,  sole  trzeźwiące  znajdziesz  z  pewnością  w  moim 
biurku. Panowie, obawiam się, że trzymaliśmy panie za długo. 

background image

Ale  już  wszyscy  wstawali  i  opuszczali  pokój.  Tylko  jedna  osoba  ociągała  się  —  naj-

młodsza panna Jones. 

—  To  była  kapitalna  historia  —  powiedziała  stanąwszy  obok  gospodarza  ze  zwykłą 

śmiałością, lecz z wyrazem szczególnej powagi. — Czy pan wie, że przed chwilą ciarki prze-
szły mi po plecach. Naprawdę, pan powinien pisać dla czasopism. 

Nasz gospodarz spojrzał na jej ładną, śmiałą twarz. Potem powiedział sotto voce
— Już to robię. 

 

Przełożyła z angielskiego Zofia Krajewska  

  
 
 
 

ARNOLD BENNETT * 

 

ŚMIERĆ, OGIEŃ I ŻYCIE 

 

PAN  CURTENTY  leżał  w  łóżku  w  ciemności  zimowego  poranka  i  rozmyślał  nad 

okropną  niesprawiedliwością  losu.  Pan  Curtenty  był  człowiekiem  godnym  szacunku.  Nigdy 
nie  uczynił  nic  złego,  miał  zupełnie  czyste  sumienie.  Przez  sześćdziesiąt  lat  życia  jego 
godność  i  honor  nie  były  nigdy  narażone  na  szwank.  Mógł  patrzeć  ludziom  prosto  w  oczy  i 
tak właśnie czynił. Z natury był bardzo dumny i niezależny, a długie doświadczenie pogłębiło 
te  cechy.  Wszyscy  tytułowali  go  panem.  Pewnego  razu  stracił  posadę,  gdyż  jego  chleboda-
wca,  zwracając  się  do  niego,  nie  używał  słowa  „pan”.  Oczywiście  pan  Curtenty  nie  był 
głupcem i nie przyznał się, że mu o to chodzi, ale pomijanie słowa „pan” wprowadziło go w 
stan  rozdrażnienia,  po  czym  nastąpiła  sprzeczka  z  powodu  jakiegoś  drobiazgu.  Otrzymał 
nowe zajęcie, ale na nieszczęście stracił je wskutek śmierci nowego chlebodawcy. 

Od czasu tej klęski — a było to przeszło rok temu — nie miał pracy, a więc i zarobków. 

Wydawało się, że społeczeństwo żywi do niego pretensję o to, że ma sześćdziesiąt lat. Fakt, 
że nie posiadał żadnego szczególnego zawodu, przemawiał także przeciwko niemu. Dotych-
czas był dozorcą nocnym, portierem, kontrolerem, inspektorem. Zajęcia te oznaczały próżno-
wanie  z  godnością.  Niewątpliwie  te  zajęcia  zrodziły  w  panu  Curtenty  poczucie  wyższości 
wobec ludzi, którzy istotnie coś robili. 

Tego poczucia wyższości nie umiał jakoś ukryć — nawet wobec męża swej córki, który 

w  skrytości  oburzał  się  na  to.  Jim  Crowther  był  młodym  górnikiem  mieszkającym  w  Long-
shaw.  W  pojęcia  pana  Curtenty  żona  Jima,  Harriet,  wyszła  za  mąż  poniżej  swego  stanu.  Z 
każdym tygodniem rosła jego niechęć do Jima i Harriet, gdyż udzielali mu pomocy material-
nej.  W  swym  miłosierdziu  nie  byli  tak  gruboskórni,  aby  mu  wprost  dawać  pieniądze.  Taka 
niezręczność  spowodowałaby  wieczysty  rozbrat  między  dwiema  generacjami.  Pan  Curtenty 
oficjalnie  nie  wiedział  o  jakiejkolwiek  pomocy.  Ale  zdarzało  się  nieodmiennie,  że  pan 
Curtenty  nie  miał  ani  szylinga,  pani  Curtenty  zaś  miała  kilkanaście  szylingów,  które  dawała 
mu  jakby  usprawiedliwiając  się.  Pan  Curtenty  był  na  tyle  dyplomatą,  że  nigdy  nie  pytał,  od 
kogo dostała pieniądze. 

I tak upłynęło — niepewnie i niezadowalająco — dwanaście chudych miesięcy. 
Ale teraz  pan Curtenty przeżywał kryzys, gdyż  jego  żona  powiedziała  mu, że Harriet  

 

* Arnold Bennett (1867 — 1931) — świetny pisarz angielski, autor licznych powieści, w których życie 

angielskich  warstw  średnich  przedstawione  jest  przejmująco  prawdziwie.  Ogromną  zaletą  jego  utworów  jest 
świetny rysunek charakterów i głęboki humanizm w charakterystyce postaci. Najlepsze powieści Bennetta to — 
„Anna z pięciu Miast”, „Wspomnienia starych kobiet”, „Karciarz”, „Clayhanger” „Zaułek Riceymana”. Bennett 
jest również autorem kilku sztuk scenicznych i wielu wnikliwych krytyk literackich. (Przyp. tłum.)  

background image

powiedziała  jej,  że  Jim  powiedział  Harriet,  że  pani  Curtenty,  jeżeli  tylko  zechce,  mogłaby 
zamieszkać z Crowtherami w Longshaw — i pan Curtenty również. Stopniowo dawano panu 
Curtenty  do  zrozumienia  że  albo  zgodzi  się  na  to  upokorzenie  —  albo  umrze  z  głodu.  Lecz 
pan Curtenty był dumny i poprzysiągł sobie, że nie ustąpi. Nie mógł żadną miarą wyobrazić 
sobie  siebie  jako  bezradnego  biedaka  na  łasce  zięcia.  Powiedział  żonie  o  swej  decyzji,  ale 
odrzekła,  że  jeżeli  on  nie  zechce  pójść,  to  ona  pójdzie.  Ach!  Zrozumiał,  że  zamierzali  go 
zmusić do uległości. Jak gdyby ktokolwiek potrafił go zmusić do uległości! 

Przed dwoma dniami, w środę, pan Curtenty dowiedział się, że pani Curtenty przepro-

wadzi się do Longshaw pod koniec tygodnia, w sobotę. Dziś był piątek. Ostateczna katastrofa 
przybierała już realne kształty. 

Do  uszu  pana  Curtenty  doszły  teraz  odgłosy:  puffpuff...  puffpuff...  —  pierwsze  niere-

gularne odgłosy sapania maszyn w farbiarni Clayhangera. To był jego budzik — nie posiadał 
zegara  ani  zegarka.  Była  siódma  godzina.  Pan  Curtenty  wyśliznął  się  z  łóżka  i  zaczął  się  z 
namysłem ubierać. Ubrał się częściowo w ciemności. Potem zapalił świece i kawałkiem czer-
nidła i starą zużytą szczotką delikatnie wyczyścił swoje buty — a raczej liche fragmenty tego, 
co z nich pozostało. 

Nędzny  mały  pokój,  ale  to  przecież  cały  dom  pana  Curtenty!  Kiedyś  wynajmował 

osobny dom i mógł przechodzić z pokoju do pokoju, i iść na górę, i zejść na dół, i być ciągle 
w  swoim  domu...  Nieliczne  żałobne  i  szczątki  umeblowania,  łącznie  z  małym  piecykiem 
naftowym,  na  którym  jego  żona  gotowała  tak  zwane  posiłki!  Niegdyś  miała  cały  duży  piec 
kuchenny!  

Na starej cynowej tacy było jeszcze tyle chleba, sosu z pieczeni i kawałków wędzonej 

ryby,  ile  powinno  było  starczyć  do  następnego  dnia.  Ale  od  jutra  —  taki  rozkaz  wyszedł  z 
Longshaw  —  nic  będzie  już  zasiłków.  I  co  dalej?  Wiedział,  że  jego  żona  zastanawia  się  i 
Harriet zastanawia się, i Jim zastanawia się, co ten uparty, skryty stary człowiek zrobi... co się 
stanie. Ale tylko on wiedział, co się stanie. 

Kiedy zasznurował buty przy świetle świecy i uczesał się, zgasił świecę i w ciemności 

dokończył toalety. Ale już nadchodził świt; ziemia obracała się jak zwykle i w Bursley nastał 
brzask.  Pan  Curtenty  zapiął  swą  zielonkawą  kurtkę,  okręcił  szyję,  na  której  nie  było  kołnie-
rzyka, staromodną wełnianą chustką, włożył czapkę i wyszedł na Woodisun Lane. 

Wiedział,  że  przyjdzie  za  wcześnie.  Zwykle  przychodził  za  wcześnie.  Kroczył  żywo, 

lecz  z  godnością  dokoła  Duck  Square.  Przejechał  olbrzymi  tramwaj,  naładowany  ludźmi, 
którzy mieli pracę i spieszyli do niej. Pan Curtenty tupał nogami o chodnik i zacierał ręce, bo 
styczniowe poranki są zawsze wilgotne i zimne w Pięciu Miastach. Jednakże robiąc to udawał 
z  godnością,  że  nie  jest  mu  zimno.  W  końcu  spostrzegł  listonosza,  wrócił  do  frontowych 
drzwi  domku,  w  którym  zajmował  jeden  pokój,  i  z  majestatyczną  miną  przywitał  listonosza 
na progu. 

— Dzień dobry — powiedział uprzejmie listonosz. 
—  Dzień  dobry  —  rzekł  dostojnie  pan  Curtenty  i  wziął  z  rąk  listonosza  małą  żółtą 

urzędową kopertę. W zaciszu klatki schodowej otworzył kopertę. Zawierała upoważnienie na 
pobranie  sumy  dwóch  szylingów  z  pocztowej  kasy  oszczędnościowej.  Potem  pan  Curtenty 
wyciągnął  z  kieszeni  na  piersi  żółtawą  książeczkę  bankową,  która  wskazywała,  że  miał  na 
swym koncie dwadzieścia funtów, starannie włożył do książeczki kwit na podjęcie pieniędzy i 
z powrotem włożył ją do kieszeni. 

Nie  jesteście  z  pewnością  zdziwieni.  Roztropny  człowiek  musi  mieć  coś  w  pogotowiu 

na  wypadek  nagłej  potrzeby.  Pan  Curtenty  trzymał  w  rezerwie  te  dwadzieścia  funtów  przez 
cały rok niedostatków i upokorzeń. Kłamał przez rok i więcej niż przez rok. Bez względu na 
to,  jak  straszne  jest  nasze  położenie,  zawsze możemy  sobie  wyobrazić  siebie  w  jeszcze  gor-
szej sytuacji. Te dwadzieścia funtów były tarczą ochronną przeciw możliwemu pogorszeniu, a 
obawa  przed  pogorszeniem  sytuacji  dręczyła  go  czterdzieści  lat.  Te  pieniądze  były  ostatnią 

background image

ucieczką i ochroną jego niezależności. 

— Gdzieżeś był? — zapytała go żona obudziwszy się, gdy powrócił do domu. 
— Chciałem zaczerpnąć powietrza — odpowiedział pan Curtenty. 

 

* * * 

 

Wieczorem, około wpół do ósmej, pan; Curtenty leżała w łóżku (dla rozgrzewki), a pan 

Curtenty  siedział  w  jednym  z  dwóch  foteli,  w  ciemności.  Poszurgawszy  nogami,  przy  czym 
fotel  skrzypiał  na  gołych  deskach  podłogi,  pan  Curtenty  nagle  wstał  i  ruszył  ku  drzwiom, 
gdzie na wieszaku wisiały jego czapka i szalik. Małżonkowie zjedli przedtem przekąskę i dwa 
nędzne  dania;  rybę  zjedli  w  całości,  ale  nie  wszystek  chleb;  pozostało  też  trochę  herbaty  na 
śniadanie. Pan Curtenty wyszedł raz, po południu i wówczas zainkasował owe dwa szylingi. 
Nie wiedział, czy w tym czasie jego żona wychodziła również. Niemal że z sobą nie rozma-
wiali,  nie  tyle  z  powodu  wzajemnej  niechęci,  ile  raczej  z  przyzwyczajenia.  Nie  padło  ani 
jedno  słowo  na  temat  następnego  dnia.  A  gdy  pan  Curtenty  szukał  po  omacku  drzwi,  pani 
Curtenty zapytała tylko: 

— Dokąd idziesz? 
Odpowiedział: 
— Idę się przejść.  
Wyszedł  nie  spojrzawszy  na  towarzyszkę  swego  życia.  Gdyby  nawet  był  spojrzał,  nie 

byłby  jej  dostrzegł  w  ciemności.  Jednakże  powinien  był  zapalić  ostatni  kawałek  świecy  na 
kilka sekund i spojrzeć na nią, bo to była chwila pożegnania po trzydziestu latach współżycia. 
Lecz  sentymentalne  wzruszenia  przygasły  w  nim,  zmrożone  niepowodzeniem,  dumą,  niedo-
statkiem,  skrytością,  tajonym  gniewem  na  los  i  przeświadczeniem  o  słuszności  własnego 
postępowania. Więc poszedł. Wiedział, że żona zaśnie i będzie spała. Na Woodisun Lane noc 
była słotna i błotnista. Nie zamierzał początkowo odwiedzić Biblioteki Ludowej w Domu im. 
Wedgwooda, ale postanowił zachować ostrożność i pójść tam. Czul się jak u siebie w domu w 
ciepłym  schronisku  dla  bezrobotnych  u  Wedgwooda.  Z  lubością  wciągał  nosem  okropny, 
duszny, wilgotny zapach Biblioteki Ludowej. Po załatwieniu zwykłych formalności otrzymał 
encyklopedię medyczną i położywszy gruby tom na pulpicie zaczął przewracać kartki. 

Jego umysł był jasny. Pan Curtenty panował nad nim, nad każdą jego cząsteczką. Prze-

nigdy nie przeprowadzi się do domu swego zięcia. Jego żona niech idzie; pójdzie z pewnością 
i będzie szczęśliwa albo przynajmniej zadowolona. Dwadzieścia funtów (mniej dwa szylingi), 
których  strzegł  z  myślą  o  jakiejś  ostateczności,  byłyby  bezużyteczne,  bo  wyczerpałyby  się 
zbyt szybko. Mógłby jeszcze żyć pewien czas z tych dwudziestu funtów, ale gdyby tak uczy-
nił,  wówczas  jego  rodzina  dowiedziałaby  się,  że  ma  ukryty  skarb,  a  on  nie  zniósłby  tego 
ujawnienia; to by go zbyt mocno upokorzyło. Ponadto, gdy wyda te dwadzieścia funtów — co 
potem? Ten sam dręczący, nierozwiązalny problem, co teraz. Nie! Miał tego dość, była tylko 
jedna odpowiedź na pytanie „Być albo nie być”.  

Quain  mówił  najwyraźniej:  „Rozpuszczalne  cyjanki,  szczególnie  cyjanek  potasu,  uży-

wane  przez  fotografów  i  galwanizatorów,  są  zwykłymi  artykułami  sprzedażnymi.  Powodują 
one  śmierć  w  tym  samym  stopniu,  co  i  sam  kwas.  Śmiertelna  dawka  kwasu  pruskiego  jest 
równoważnikiem jednego grana * bezwodnego kwasu”. 

Czyż mogło być coś prostszego? Czytał to już przedtem, ale chciał sobie jeszcze utrwa-

lić w pamięci i w ten sposób uniknąć możliwości pomyłki. Powstrzymał się od dalszego czy-
tania  o  skutkach  zatrucia;  czytał  to  również  poprzednio;  było  to  raczej  denerwujące  i  sensa-
cyjne. 

Zamknął okazały tom i z godnością wręczył go poprzez ladę  młodej  osobie  w  wełnia- 

 

* gran (po angielsku grain) jest równoważnikiem 0,06g. (Przyp. tłum.). 

background image

nym swetrze, która tam pełniła służbę. Kiedy spokojnie schodził po schodach, nikt nie byłby 
odgadł, że tego wieczora wyłączył się uroczyście spośród ludzi swego miasta. 

Ruszył ku St. Luke's Square do Critchlowa, najstarszego aptekarza w Bursley. Ale sklep 

Critchlowa  był  zamknięty.  To  okropne,  że  apteka  była  zamknięta  tego  właśnie  wieczora. 
Zegar  u  Halla  na  placu  naprzeciwko  wskazywał  za  sześć  ósmą  i  Critchlow  nie  miał  prawa 
zamknąć przed ósmą. Sklep był jednakże zamknięty. 

Pan  Curtenty  przesunął  tę  sprawę  celowo  na  jak  najpóźniejszą  porę,  gdyż  chciał 

dokonać swego śmiertelnego dzieła w samotności nocnej; ile teraz pomyślał. że jego subtelne 
kalkulacje mogą zawieść. 

Była  jeszcze  apteka  Saltera  na  rynku,  na  drodze  do  pustego  boiska  za  ratuszem,  gdzie 

miał umrzeć. Doszedł do rogu ulicy i skręcił w prawo ku rynkowi. Sądził, że Salter zamyka 
dopiero o dziewiątej. Apteka była otwarta, więc wszedł do środka. Sklep był pusty; za ladą i 
przed ladą nie było nikogo. 

Zakład Saltera był nowym sklepem w Bursley. Elegancki, młody dżentelmen, sam pan 

Salter, wynurzył się z wnętrza sklepu, przesunął  się wzdłuż lady i spojrzał pytająco na pana 
Curtenty, któremu w dziwny sposób zaschło w gardle, a język przy kleił się do podniebienia. 

— Proszę o kwas Scheelego *. 
Pan  Salter  wlepił  oczy  w  pana  Curtenty,  a  pan  Curtenty,  wyzwany  tym  wzrokiem, 

ożywił się i obrzucił go takim samym spojrzeniem. 

— Do fotografii? 
Pan Curtenty skinął głową:  
— Tak 
— Pół kwarty? 
— Tak. To wystarczy. 
— Proszę złożyć podpis w książce zakupu trucizn. 
— Tak. 
Pan Salter pokręcił się za ladą i w zadziwiająco krótkim czasie naklejał na zakorkowaną 

już  butelkę  pomarańczową  etykietę  przeznaczoną  dla  trucizn.  Następnie  zawinął  butelkę  w 
kawałek papieru i już miał ją wręczyć panu Curtenty, gdy jakaś wytworna dama wkroczyła do 
sklepu. Pan Salter zwrócił się ku niej skwapliwie i z pełnym powagi uszanowaniem, uczyni-
wszy niedbały gest przepraszający w kierunku pana Curtenty. 

Ale  pan  Curtenty  pochwycił  butelkę  i  trzymał  ją  zwycięsko.  To  już  nie  była  zwykła 

butelka,  zawinięta  w  papier  —  to  był  poświęcony  flakon,  magiczny,  wszechpotężny,  potęż-
niejszy niż człowiek i niż Bóg. 

—  Szyling  i  dwa  pensy  —  mruknął  pan  Salter  w  przerwie  między  dwoma  uniżonymi 

zwrotami, skierowanymi do damy. 

— Szyling i dwa pensy! — krzyknął pan Curtenty rzucając florena **,  którego trzymał 

w  pogotowiu  w  głębi  kieszeni.  —  Szyling  i  dwa  pensy!  Dlaczego?  Powinno  kosztować 
najwyżej dziesięć i pół pensa. 

— Jednak szyling i dwa pensy — powiedział pan Salter spokojnie. 
—  Nie  dam  —  warknął  pan  Curtenty  stanowczym  tonem  i  rzuciwszy  butelkę  na 

gumową podstawkę przeznaczoną na monety, wyszedł ze sklepu z wściekłością, lecz dostoj-
nie, nie troszcząc się o czterdziestu Salterów i czterdzieści wielkich dam. 

Ludzie  mijający  go  słyszeli  i  widzieli,  jak  pan  Curtenty  rzucał  chaotyczne  słowa  i 

mruczał coś do siebie. Zauważył z oburzeniem, że go obserwują, i odszedł w kierunku Han-
bridge. Postanowienie zrealizowania powziętego zamiaru było mocniejsze niż kiedykolwiek, 
ale był równie mocno zdecydowany nie dać się okpić. 
 
 

  * K. W. Scheele — szwedzki chemik (1742-1786), wykrył m. in. kwas pruski. (Przyp. tłum.). 
** floren (po angielsku florin) — dwa szylingi. Szyling ma dwadzieścia pensów. (Przyp. tłum.). 

background image

 

* * * 

 
Woodisun Lane jest jedną z ulic prowadzących z Bursley do Hanbridge. Rzeczywiście, 

z  rynku  w  Bursley  jest  to  najkrótsza  i  najstarsza droga,  ale  i  najgorsza,  bo  spadzista  i  o złej 
nawierzchni. Jednakże pan Curtenty wybrał tę drogę, bo stąd mógł rzucić spojrzenie na swój 
dom  i  sprawdzić,  czy  pani  Curtenty  marnuje  ostatni  kawałek  świecy.  Ale  nie.  W  oknie  nie 
było  światła.  Dziwna  rzecz  —  ale  oszczędność  pani  Curtenty  rozczarowała  go,  bo  pragnął 
jeszcze jakiegoś zmartwienia, pragnął, aby tuziny krzywd godziły w jego pierś, jak strzały w 
pierś świętego Sebastiana. 

Musiał  się  zadowolić  urazą  do  pana  Saltera,  który  przez  swą  chciwość  zmusił  go  do 

tego, że on, zrozpaczony człowiek, musi iść w taką wilgotną noc pieszo do Hanbridge. 

Niemal  na  szczycie  wzgórza,  koło  Bleakbridge,  Woodisun  Lane  łączy  się  z  główną 

ulicą, Trafalgar Road. Nieco dalej znajduje się boisko piłki nożnej, a potem jest zaułek, gdzie 
od wieków stała niewielka wytwórnia wyrobów glinianych — jedna mała fabryczka zastępo-
wała  tu  drugą  od  czasu  Plantagenetów  *.  Młody  Eddie  Colclough  kazał  niedawno  zburzyć 
małą fabryczkę i wykańczał tu nowy eksperymentalny zakład, gdzie miały być wypróbowane 
różne nowoczesne metody ekonomiczne. 

Gdy  pan  Curtenty  przechodził  koło  budynku  nowej  fabryki,  zwietrzył  swoim  nosem 

dozorcy nocnego jakiś zapach — tak jak tygrys wietrzy z daleka krew. Pan Curtenty zamienił 
się cały w węch, zapomniawszy o swych troskach i o swym zamiarze. Można powiedzieć, że 
pan Curtenty nie miał fachu, ale że miał zawód — to się okazało niezbicie w tym momencie 
węszenia. Zwietrzył najgroźniejszego wroga dozorcy nocnego — dym, wskazujący na ogień. 

Spojrzał  na  fasadę,  której  górne  okna  nie  były  jeszcze  oszklone,  nie  dostrzegł  jednak 

nigdzie  smug  dymu.  Lecz  wierzył  swojemu  nosowi.  Jakkolwiek  wrota  wielkiej  głównej 
bramy  nie  były  jeszcze  osadzone  na  swych  miejscach,  to  jednak  brama  była  mocno  zabita 
deskami i pan Curtenty nie mógł przez nią wejść. Obiegł budynek dokoła i wspiął się na płot 
z  chropowatych  desek;  był  na  tyłach  fabryki,  mniej  pilnie  strzeżonej  tutaj  niż  budynek 
frontowy.  Za  chwilę  znalazł  się  na  czworobocznym  dziedzińcu.  Jego  nos  nie  kłamał  —  pan 
Curtenty  zobaczył  dym  wydobywający  się  ukradkowo,  złowróżbnie  z  okna  na  pierwszym 
piętrze. Dostrzegł również wątły płomień wewnątrz. 

Ożywił się nadzwyczajnie. Wygórowana cena kwasu Scheelego była teraz niczym. Był 

w  stanie  zawodowego  podniecenia.  Czuł  się  szczęśliwy  wśród  nieszczęścia  i  pożaru. 
Wiedział,  co  trzeba  czynić  najpierw  i  co  trzeba  czynić  potem,  i  nie  zwlekał  ani  chwili.  W 
ułamku minuty był z powrotem na Trafalgar Road. Spotkać tylko policjanta, policjanta, który 
by się zajął tą sprawą! Ale nie było policjanta. 

Na  rogu  małego  placu,  w  pobliżu  żółtego  kościoła,  paliła  się  czerwona  lampka. 

Oczywiście. To gabinet doktora Ackeringtona. Pan Curtenty, zapominając o swej godności, a 
jednak zachowując ją w pewnej mierze, podbiegł do domu i gwałtownie zadzwonił. Dzwonił 
trzykrotnie ze wzrastającą siłą. 

Otwarto drzwi. 
— Co się panu tak spieszy? — powiedziała szorstko gruba służąca w średnim wieku, w 

czepku i fartuchu, gdy tylko upewniła się, że pan Curtenty nie należy do klasy rządzącej. 

— Czy macie tu telefon? — zapytał sztywno, tonem żądania. 
— A jeżeli mamy? I tak pan z niego nie skorzysta. 
—  Któż  chce  korzystać?  Proszę  powiedzieć  swemu  panu  lub  pani,  że  nowa  fabryka 

pana Colclougha pali się; niech zawezwą straż ogniową. — I pobiegł. 

Gdy się znalazł znowu na dziedzińcu fabryki,  dostrzegł w mroku coś,  co wyglądało jak  

 

* Plantagenet — przydomek domu Anjou, który panował w Anglii w latach 1154-1399. (Przyp. tłum.). 

background image

góra  piasku.  Namacał  ręką.  To  był  rzeczywiście  piasek.  Pochwyciwszy  jedno  z  licznych 
wiader porzuconych przez murarzy, napełnił je piaskiem, poszukał schodów, znalazł je i za-
czął ostrożnie wstępować na górę. Prowadzony w ciemności przez swój nos, minął korytarz i 
wszedł do dużego zadymionego pokoju, oświetlonego przez ogień. 

Drewniane  dyle  zaczęły  już  trzeszczeć.  Piaskiem  stłumił  ich  żar.  Ale  było  za  mało 

piasku. Zszedł więc na dół z pustym wiadrem, wspiął się ponownie na schody, upadł, zranił 
się w kostkę, klął, utykał; znowu przyniósł piasku i znowu wszedł na górę. Po trzech takich 
wyprawach stłumił ogień i stał w ciemności Ale przedtem widział dostatecznie dużo, aby zro-
zumieć, jak powstał pożar. Zwykła rzecz. Niedbalstwo robotników. Wypoczywali tu pewnie i 
napalili  w  piecu  nie  mającym  paleniska,  gdzie  ogień  tlił  się  tylko,  a  potem  nie  wygasili  go 
wychodząc.  Kilka  żarzących  się  węgli  spadło  na  deskę  opartą  o  obramowanie  kominka, 
cierpliwie  zaatakowało  jej  podstawę  —  powolna  praca,  ale  w  rezultacie  skuteczna;  deska, 
pozbawiona oparcia, upadła na bok, na stos innych desek Gdyby mury nie ociekały wilgocią, 
cały budynek byłby teraz kupą gruzów. 

Skończywszy swoją pracę pan Curtenty utykając przeszedł przez inne korytarze i poko-

je, aż zobaczył światła lamp na Trafalgar Road przez jedno z nie oszklonych okien. Wyjrzał, 
sam  niewidzialny.  Tłum  ludzi,  mały,  ale  ciągle  powiększający  się,  przyglądał  się  tępo  fasa-
dzie  fabryki.  Nie  dostrzegali  niczego  interesującego;  nie  objawiali  chęci  uczynienia  czego-
kolwiek; gapili się tylko w słabej nadziei, że będą świadkami jakiejś strasznej katastrofy. Pan 
Curtenty patrzył ciągle, dumny, cierpliwy, niewidzialny, pełen pogardy dla tłumu. 

Oczekiwanie  tłumu  stojącego  w  błocie  zostało  wkrótce  wynagrodzone  dzięki  podnie-

cającemu przybyciu samochodu pełnego ludzi. Siedzieli w nim: pan Colclough, jego nowoza-
ślubiona małżonka i przyjaciele. Doktora Ackeringtona nie było w domu, ale pani Ackering-
ton zatelefonowała nie tylko do straży ogniowej, ale i do Eddiego, który mieszkał w Cauldon, 
między  Hanbridge  i  Oldcastle.  Państwo  Colclough  podejmowali  obiadem  dwóch  panów  i 
jedną damę, a ponieważ wszyscy byli młodzi i żądni przygód, więc natychmiast postanowili 
wstać od stołu i razem udać się na miejsce zapowiedzianego pożaru. 

Widząc ich i zgadując, że pan Colclough znajduje się między nimi, pan Curtenty zszedł 

na  dół,  czując  silny  ból  w  kostce.  Na  dziedzińcu  znalazł  się  twarzą  w  twarz  z  panem 
Colclough, jego małżonką i ich gośćmi. 

— Gdzie się pali7 — rzucił gwałtownie oszołomiony pan Colclough. Doznał ogromnej 

ulgi,  nie  widząc  nigdzie  ognia,  a  równocześnie  —  rzecz  dziwna  —  czuł  się  tym  zaniepo-
kojony. 

— Już się nie pali, zgasiłem ogień — odrzekł pan Curtenty zimno, wyzywająco. 
— Kimże, do diabła, pan jest? — krzyknął pan Colclough, który był nieco porywczy i 

napastliwy. 

—  Jestem  pan  Curtenty  —  powiedział  pan  Curtenty  —  a  jeżeli  pójdzie  pan  na  górę, 

pokażę panu coś. 

Pod  wpływem  jego  tonu  pan  Colclough  zamilkł,  a  równocześnie  zbudziło  się  w  nim 

podejrzenie, że jakieś niejasne matactwa kryją się za sprawą pożaru. 

— Proszę zapalić zapałkę — rozkazał pan Colclough na ciemnych schodach przeszuka-

wszy bez skutku swoje kieszenie. 

— Nie palę — rzekł ponuro pan Curtenty. 
Jednakże jeden z panów miał kieszonkową latarkę elektryczną. Sześć osób stało teraz w 

pokoju, który był sceną pożaru, i słuchało opisu wielkiego wydarzenia. 

Promień elektrycznej lampy oświetlił okopconą dymem twarz pana Curtenty. Pozostali 

—  wytworni  panowie  i  dwie  młode,  piękne  kobiety  —  znajdowali  się  w  cieniu.  Opowieść 
pana  Curtenty  była  nienaganna;  wzbudziła  podziw,  niechętny  z  początku  ze  strony  Eddiego 
Colclougha, ale spontaniczny ze strony pozostałych osób, szczególnie kobiet. 

—  A  więc,  dobrze...  tu  jest  coś  dla  pana...  —  rzeki  pan  Colclough  i  wręczył  panu 

background image

Curtenty suwerena *.  

— Dziękuję. 
—  Musiał  pan  brać  udział  w  gaszeniu  pożarów?  —  powiedział  pan  Colclough  uśmie-

chając się ciepło. 

Pan Curtenty z godnością ofiarował zebranym część swego życiorysu. 
— A gdzie pan teraz pracuje? — zapytał pan Colclough. 
— Nigdzie, nie mam pracy. 
Pan Colclough zamilkł. 
— Proszę powtórzyć swoje nazwisko — odezwał się po chwili. 
— Pan Curtenty. 
—  A  więc,  uważaj,  Curtenty  —  rzekł  pan  Colclough  i  znowu  umilkł,  jakby  ociągając 

się. 

Tym  razem  pan  Curtenty  nie  sarknął  na  niedbałe,  szorstkie  pominięcie  słowa  „pan”; 

miał już doświadczenie. 

— Uważaj, Curtenty. Nie nająłem jeszcze dozorcy. Czy chcesz pracować? 
Pan Curtenty został na miejscu zaangażowany. 
Wyszedł nagle z pokoju. Inni pospieszyli za nim. Kieszonkowa lampka oświetlała jego 

plecy. Jego uszy funkcjonowały równie dobrze jak jego nos. Dotarł do jednego z frontowych 
nie oszklonych okien i wysunął głowę. Przyjechała straż ogniowa w wielkim podnieceniu, z 
hałasem  i  błyskami  mosiężnych  hełmów.  Wspaniały  wysiłek  ze  strony  straży  ogniowej  w 
Bursley — czterdzieści minut! 

Pan Curtenty krzyczał z wściekłością, pogardliwie, do strażaków: 
— Już się nie pali! Wynoście się z waszą maszyną do polewania! Koniec! Mówię wam! 
Potem odwrócił się twarzą do lampy. 
— Kochany! — zawołała młoda pani Colclough i pod wpływem wdzięczności za wielki 

czyn, a także pod wpływem młodzieńczego sentymentalizmu — w całej swej krasie i wyrafi-
nowanej elegancji zarzuciła pokryte pierścieniami ręce na szyję starego człowieka i ucałowała 
jego umorusaną twarz. 
 

* * * 

 

Na  Duck  Square  jest  lokal  otwarty  do  późna  w  nocy  i  wspaniale  oświetlony  pośród 

otaczających  go  ciemności.  Pan  Curtenty  wszedł  do  tego  lokalu  i  wyciągnąwszy  z  kieszeni 
florena kupił dwie obfite porcje najwykwintniejszej smażonej ryby. Kupił także świecę, choć 
tu zwykle świec nie sprzedawano, od biało ubranej właścicielki, która dodała mu jeszcze kilka 
zapałek.  Potem  kupił  w  restauracji  hotelowej,  którą  już  właśnie  zamykano,  butelkę  piwa. 
Otworzywszy drzwi domku na Woodisun Lane własnym kluczem, zdjął buty na dole, zapalił 
światło i ruszył na górę. obładowany, do swego jednopokojowego mieszkania.  

Pani  Curtenty  spała  mocno;  płomień  świecy  nie  obudził  jej.  Jego  serce  biło  mocno. 

Boski zapach smażonej ryby  sprawił, że pani Curtenty śniła cudowne sny, a potem obudziła 
się. Zobaczyła pana Curtenty pochylonego nad jej łóżkiem, ze świecą w ręce. 

— Wstawaj, babo — powiedział pan Curtenty tonem tak zadziwiająco nowym i miłym, 

że pani Curtenty nie mogła się ruszyć. 

— Jimmy — rzekła z nadzieją — więc jutro jedziemy do Harriet? 
— Ja nie! 
—-Ale ja tak — powiedziała smutno. — Oni chcą tego. Ach, chłopcze, ja jadę... jadę... 

— Westchnęła. 

— Dostałem pracę — wykrzyknął. — Wstań i połóż tę oto rybę na półmisku. 

 

* suweren (po angielsku sovereign) — dwadzieścia szylingów. (Przyp. tłum.). 

background image

Uniosła się na łokciach i ucałowała go. Czuł się zmuszony, dla formy, okazać zniecierp-

liwienie. 

— Ech — zamruczał — rozrzucasz stearynę po całym łóżku. 
Mimo to okrył troskliwie kołdrą odkryte ramiona i plecy swej żony. 

 

Przełożyła z angielskiego Zofia Krajewska  

 
 
 
 

STANLEY J. WEYMAN * 

 

WYROK JOANNY 

 

NA bagnistych wrzosowiskach, za szarą wioską Carhaix, leżącą w zachodniej Bretanii, 

stał  dom  z  surowego  kamienia.  Stary  i  zaniedbany,  podkreślał  nędzę  okolicy,  pustej  i  bez-
barwnej  mimo  potoków  światła,  którymi  słońce  zalewało  pola  w  pewien  sierpniowy  dzień 
1793 roku. Z niskich drzwi tego domu wyszedł człowiek i przysłoniwszy dłonią oczy patrzył 
na wijącą się ścieżkę, której szlak urozmaicał jednostajność krajobrazu. Był to wysoki, chudy 
mężczyzna  z  lisią  twarzą  o  tchórzliwym  spojrzeniu.  Długo  wodził  wzrokiem  po  ścieżce,  aż 
zauważył ze złośliwym zadowoleniem postać kobiety zbliżającej się ku niemu. Pochylona do 
przodu, ciągnęła załadowane zbożem sanki, ledwie widoczne spod snopów. 

Kiedy  podeszła  bliżej,  smukła,  opalona  słońcem,  przypominała  raczej  dziewczynę, 

która jeszcze nie wyrosła z dziecięcych lat. Z odsłoniętą głową, z gołymi nogami w ciężkich 
drewnianych sabotach, wtuliła głowę między ramiona, a jej twarz przybrała wyraz obojętny. 
Raz tylko, jeden jedyny raz, kiedy mężczyzna nie patrzył na nią, w jej oczach zapalił się ukry-
ty  lęk;  a  później,  kiedy  stanęła  przed  nim  z  piersią  dyszącą  od  wysiłku,  gdyby  był  spojrzał 
uważniej, byłby zauważył, jak pod cienką spódnica drżą jej silne uda. 

Lecz mężczyzna nie zauważył niczego; zły i zniecierpliwiony, krzyknął: 
— Gdzie się włóczyłaś, leniu? 
Kobieta tłumaczyła swą powolność upałem. 
—  Gorące  słońce  jest  winne!  —  wrzeszczał.  —  Słońce?  a  nie  Joanna,  co?  Nie  twoje 

lenistwo? Niech Bóg mi wybaczy, że wziąłem za żonę kobietę, którą męczy słońce. Czyż nie 
byłbym zrobił mądrzej, gdybym cię był zostawił temu nicponiowi Bounat?... Ale czekaj, ten 
Piotr Bounat przypomniał mi nowinę, którą chowam dla ciebie. 

Kiedy to mówił, na jego twarzy rozlał się uśmiech pełen złośliwej satysfakcji, tym wię-

kszej,  że  kobieta  usłyszawszy  wymienione  imię  przystanęła.  Nic  jednak  nie  odpowiedziała, 
lecz gwałtownie wciągnęła sanie do drugich drzwi budynku. 

— Pośpiesz się! pośpiesz! — wołał za nią — jedzenie czeka... i niespodzianka także. 
Dom  składał  się  z  dwóch  izb,  rozdzielonych  drewnianym  przepierzeniem  nie  sięgają-

cym głowy. Jedna służyła za kuchnię, druga była stodołą i spichlerzem. 

—  Nie  leń  się!  —  krzyczał  w  dalszym  ciągu  wszedłszy  do  kuchni,  skąd  widział  jej 

głowę to zjawiającą się, to niknącą za przegrodą w murze, w miarę jak układała snopy. 

Po  chwili  weszła  stukając  drewnianymi  sabotami.  Grube  krople  potu  ściekające  z  jej 

czoła świadczyły o niesłuszności jego wymówek. Siadła w milczeniu, unikając wzroku męża, 
który nie zwracał na to uwagi. Dla niego była to rzecz zwyczajna. Niczego bardziej nie lubił, 
jak wywoływać trwogę. 

— No cóż, Joanno? — zakpił — czekasz niecierpliwie na nowinę, co? 
Ręka,  którą  podniosła  dzban  cydru,  stanowiącego  razem  z  czarnym  chlebem  i  cebulą 

cały jej posiłek, lekko zadrżała.  

background image

— Tak, Michale. 
—  Żyrondyści  przegrali,  moja  droga,  i  rozbiegli  się  jak  zające  po  całym  kraju.  Oto 

wiadomość. Wśród nich jest twój Piotr, o ile go już ktoś nie zatłukł, jak przypuszczam. Jeżeli 
nie, to chciałbym go spotkać w tych stronach. 

— Dlaczego? — zapytała podnosząc głowę. Szare jej oczy błysnęły ostro. 
—  Dlaczego?  —  powtórzył  śmiejąc  się  szyderczo.  —  Ponieważ  on  wart  jest  dla  mnie 

pięć  pełnych  koron.  Pięć  koron  obiecano  mi  za  każdego  złapanego  żyrondystę.  Rozumiesz, 
moje dziecko? Pięć pełnych koron. Takiej sumy nie zarabia się u nas co dzień. 

W tym okresie rewolucja francuska osiągnęła swój szczyt. Bardziej umiarkowane stron-

nictwo republikanów — noszące nazwę żyrondystów — zostało rozbite przez jakobinów, któ-
rzy opanowali Paryż. Pobici usiłowali podburzyć prowincję i uderzyć na stolicę, organizując 
główny  punkt  oporu  w  Caen,  niedaleko  granic  Bretanii.  Ponowna  klęska  ściągnęłaby  na  ich 
głowy zemstę jakobinów, którzy traktowali ich na równi z rojalistami. W sierpniu rozpoczął 
się  okres  bezwzględnego  terroru.  Gorący  powiew  rewolucji  dotarł  i  do  najuboższych  ludzi, 
siedzących  nad  swym  razowcem  w  zapomnianych  pustkowiach,  i  postawił  przed  tymi 
nieprzebranymi tysiącami groźne pytanie: Za kim pójdziecie? 

Kobieta milczała, tylko na jej twarzy zjawił się znany mu wyraz pogardliwej obojętno-

ści, za który nienawidził jej, za który bił ją i maltretował. 

—  Pięć  koron  —  syczał.  —  Mój  Boże,  pięć  koron  to  olbrzymie  pieniądze.  —  Nagle 

zerwał się z przeraźliwym wrzaskiem: — Co to jest? 

Cały  czas  siedział  tyłem  do  komory.  Teraz  zwrócił  się  twarzą  do  przepierzenia  i  stał 

trzęsąc się ze strachu. W słomie coś się ruszało i szeleściło. — Co to jest? — krzyknął pono-
wnie, trzymając się rękami stołu. 

Joanna zerwała się również i porwawszy stołek zamierzyła się na coś, czego nie widzia-

ła, a co było gdzieś nisko przy samej ziemi. 

— Co to było? — zapytał cofając się w głąb izby. 
— Szczur — odpowiedziała. 
—  Gdzie?  gdzie  on  jest?  —  pytał  gorączkowo,  pochwyciwszy  swoje  krzesło.  W  tym 

momencie duży szczur wyskoczył zza przepierzenia i przemknąwszy się między jego nogami 
znikł  w  dziurze  pod  ścianą.  Michał  rzucił  krzesłem  i  nie  trafił.  —  To  jednak  był  szczur  — 
powiedział takim tonem, jakby spodziewał się czegoś innego. 

— Bogu dzięki — wyszeptała Joanna i opadła na stołek zupełnie wyczerpana. 
Michał spojrzał na nią zaskoczony.  
— Co ci jest? Poraziło cię słońce? 
Opalona jej twarz pobladła, lecz oczy były spokojne i obojętne.  
— Nic, nic mi nie jest. 
Nie usiedli już przy stole. Wyszli razem przed dom. Kobieta poszła w kierunku ścierni-

ska, a on pozostał przy drzwiach obserwując ją bacznie. 

Kiedy  zauważył,  że  Joanna  obejrzała  się  kilkakrotnie,  przemknęła  mu  przez  głowę 

myśl: kto spłoszył szczura? 

Nie  ruszył  się  jednak;  stał  w  dalszym  ciągu  i  patrzył  za  nią  tak  długo,  aż  zniknęła  za 

krawędzią urwiska. Wówczas podkradł się cicho pod drzwi stodoły i uchylił je bezszelestnie. 
Dłuższą  chwilę  oswajał  oczy  z  panującą  wewnątrz  ciemnością.  Promienie  słońca  wpadające 
przez stary łupkowy dach oświetlały  jeden kąt pomieszczenia. Skierował tam wzrok przesu-
wając  go  wolno  ku  środkowi.  Wreszcie  znalazł  to,  o  czym  myślał.  Na  pół  ukryty  w  słomie 
leżał młody człowiek pogrążony w głębokim śnie, podobnym do omdlenia, w jakie wpada się 
po całkowitym wyczerpaniu fizycznym. Jego twarz, chociaż blada i podrapana, była urodzi-
wa. Gęste włosy zwilżone potem oblepiły wysokie czoło. Odzież była w strzępach. Nogi miał 
owinięte  szmatami  z  bluzy,  której  nie  starczyło  na  całe  stopy,  wystawały  więc  z  brudnych 
gałganów poobijane i zakrwawione. Michał patrzył na to z nieukrywanym zadowoleniem, w 

background image

końcu  wycofał  się  cicho  i  zamknął  ostrożnie  drzwi.  —  Pięć  koron  —  powtarzał  z  lubością 
mrużąc oczy przed blaskiem słońca. — Ha, ha, pięć całych koron. 

Obejrzawszy  się  podejrzliwie  i  nie  widząc  nigdzie  żony  ruszył  po  krótkim  wahaniu 

ścieżką wiodącą do Carhaix. Wrodzona przebiegłość podyktowała mu krok powolny i obojęt-
ny, jak gdyby przed chwilą nic się nie stało. 

Kiedy odszedł, wrzosowiska wokół domu leżały ciche i puste. Trzykrotnie Joanna przy-

woziła  snopy,  bawiąc  za  każdym  razem  w  stodole  nie  dłużej,  niż  tego  wymagała  jej  praca. 
Nieobecność męża nie wzbudziła w niej żadnych podejrzeń, gdyż wieczory spędzał przeważ-
nie  we  wsi.  Słońce  opadało  coraz  niżej;  spoza  najwyżej  położonego  pagórka  wrzosowisk 
wychylił się księżyc i rósł, wielki i srebrny, na tle różowego nieba. Dwa światła położyły się 
na ziemi, kiedy Joanna spotkała się z mężem na progu domu. Wymienili parę nic nie znaczą-
cych  zdań,  po  czym  zapadła  niechętna  cisza.  Kobieta  przyniosła  chleb,  postawiła  na  stole 
dzban  cydru,  po  czym  zdjęła  z  komina  duży  czarny  garnek,  który  cały  dzień  wisiał  nad 
ogniem,  i  nalała  do  dwu  misek  gorącej  zupy.  Michał  obserwował  jej  spokojne  ruchy  i  ogar-
niała go wściekłość. Kiedy wezwała go do stołu, podszedł do drzwi, zaryglował je i wyciąg-
nął z kąta duży topór. 

Kobieta patrzyła za nim ze zdziwieniem, które zamieniło się w lęk. Słońce zaszło i cały 

dom pogrążył się w mroku. Była zdana na łaskę męża, a gdyby nawet był w domu ktoś, kto 
by chciał stanąć po jej stronie, to w tej chwili wszelka pomoc byłaby niemożliwa. Spojrzała 
wprost w oczy męża dyszącego tryumfem i nienawiścią. 

— Na cóż ci siekiera? 
— Na szczura. 
— Na szczura? — powtórzyła jak echo, a serce zamarło jej w piersiach. 
— Tak. 
— Nie wystarczy stołek? — wyszeptała. 
—  Na  takiego  szczura  nie  —  odpowiedział  z  dwuznacznym  uśmiechem.  —  Jeżeli 

sądziłaś,  że  dam  się  wyprowadzić  w  pole,  moje  dziecko,  to  się  pomyliłaś  —  ciągnął  dalej, 
próbując  palcami  ostrze  siekiery.  —  Zaraz  nadejdzie  mer  z  łapką  na  niego  —  zakończył 
wskazując ręką na przepierzenie. Joanna zrozumiała, że odkrył tajemnicę. 

— Tam jest Piotr — wykrztusiła rumieniąc się i blednąc na przemian. 
— Czyż nie wiem? Zgrabnie to wszystko zrobiłaś, zgrabnie. Dawno się tak nie napraco-

wałaś. 

— Wydasz go? 
—  Wydam,  do  diabła!  —  wrzasnął  dotknięty  do  żywego  jej  naiwnością.  —  Nie  rozu-

miesz, że dostanę za niego pięć koron? Zgłupiałaś do szczętu? Pięć koron bez żadnego ryzy-
ka.  

Gdyby  ten  zamiar  podyktowany  był  zazdrością,  pasją  zdradzonego  męża,  chęcią 

zemsty,  gniewem  lub  nienawiścią,  to  Joanna  —  aczkolwiek  nie  czuła  się  winna  —  może 
potrafiłaby to zrozumieć; lecz kiedy pojęła, że chodzi mu tylko o pieniądze, ogarnął ją niepo-
hamowany gniew. Postanowiła walczyć. 

Stanęła przed mm i patrząc z pogardą powiedziała:  
— Ostrzegę go. 
— Na darmo — odrzekł i przeciągnął dłonią po lśniącym ostrzu siekiery. 
— Ostrzegę go — powtórzyła biegnąc do drzwi — zanim przyjdą, zdąży uciec. 
— Drzwi są zamknięte. 
— Daj mi klucz! — dyszała — daj klucz natychmiast! — Skoczyła do niego i prostując 

się na całą wysokość, wyciągnęła rękę takim ruchem, że zerwał się i cofnął za stół podnosząc 
w górę siekierę. 

— Stój! — krzyknął patrząc ponuro. — Jeżeli obudzisz go, to i tak go nie ocalisz. Czy 

ciągle nie pojmujesz, że to jest pięć koron? Głupia! On jest wart pięć całych koron... Słyszysz, 

background image

kobieto? Na ratunek za późno. Oni nadchodzą. 

Zza drzwi doszedł ich odgłos kroków. Michał zwrócił się do wyjścia. Widząc, że prze-

pada  ostatnia  szansa  ratunku,  Joanna  rzuciła  się  na  niego.  Przez  chwilę  mocowali  się  w 
milczeniu,  lecz  chociaż  walczyła  jak  dziki  kot,  uległa.  Odepchnął  ją  pod  komin  i  wywijając 
siekierą cofał się do drzwi. 

— Ty czarownico! — syczał nie spuszczając z niej oczu, gdyż mimo wszystko bał się 

jej.  —  Zasłużyłaś  na  więzienie  razem  z  nim,  ty  żmijo.  Nie  ujdziesz  mi  teraz;  kiedy  zechcę, 
poślę cię tam. 

Joanna, opierając się rękami o ścianę, podniosła się z ziemi; jej blada twarz świeciła w 

mroku  izby.  Ludzie,  którzy  otoczyli  dom,  dobijali  się  do  drzwi.  W  niecierpliwy  pomruk  ich 
nawoływań wmieszał się szczęk broni.  

— Chwileczkę, chwileczkę, już otwieram! — krzyczał Michał usiłując przekręcić klucz 

w zamku. Stał zwrócony bokiem do drzwi patrząc wciąż na Joannę. 

— On jest w słomie, panie merze, ten przeklęty  żyrondysta. Weźmiecie go bez kłopo-

tów,  moja  w  tym  głowa.  Lecz  wpierw  płaćcie  pięć  koron!  Pięć  koron,  słyszy  pan,  panie 
merze? 

Klucz zazgrzytał w zamku. W otwartych z rozmachem drzwiach stanęli ludzie, których 

nie  dojrzał  zwrócony  ciągle  twarzą  do  żony.  Ku  jego  zdziwieniu  jakiś  nieznany  mu  głos 
zapytał: 

— Pięć koron, przyjacielu? Za cóż to chciałbyś dostać pięć koron? 
Był  tak  zaślepiony  chciwością,  że  nie  podejrzewał  niczego,  jak  tylko  to,  że  chcą  mu 

odebrać jego łup. Myśl o tym pozbawiła go resztki rozsądku.  

— Za co? — pienił się — za co? Za żyrondystę. 
Kiedy odwrócił się podnosząc do góry siekierę, zobaczył zupełnie obcych ludzi. Kilku 

weszło  do  izby,  inni  stali  przed  domem  zdejmując  z  ramion  broń.  Było  coś  tak  groźnego  w 
ich wyglądzie, że zamilkł, opuścił siekierę i cofając się wyjąkał: 

— Nie widzę mera wśród was. Gdzie jest pan mer, proszę wielmożnych panów? 
Cisza  zaległa  izbę.  Jeden  z  przybyłych  zaryglował  drzwi.  Michał  Tellier  spoglądał  na 

nich  czując,  że  serce  podchodzi  mu  do  gardła.  Najwyższy  z  nich,  ten,  który  pierwszy 
przekroczył próg i który prawdopodobnie był dowódcą, spojrzał na niego badawczo i zapytał 
spokojnie: 

— Gdzież jest ten żyrondysta? 
— Należy mi się pięć koron za niego — zamruczał niepewnie Tellier. 
—  Ach,  tak?  Andrzeju  —  powiedział  komendant  do  jednego  z  towarzyszy  —  skrzesz 

ognia. 

Zapadła  znowu  cisza.  Po  chwili  słaby  płomyk  światła  rozproszył  ciemności  i  odbił  się 

od  szabel  i  pistoletów  jedenastu  mężczyzn  odzianych  w  długie  płaszcze.  Michał  zadrżał. 
Pierwszy  raz  w  życiu  widział  tych  ludzi.  Byli  zabłoceni,  zdrożeni  i  przesiąknięci  tą  specyfi-
czną  wonią,  jakiej  nabywają  ludzie  spędzający  dni  i  noce  pod  gołym  niebem,  w  lesie  lub  w 
stogach siana, lecz na ich surowych twarzach malowała się wyniosła godność. 

Strach  wyostrzył  mu  zmysły  tak,  że  nic  nie  uchodziło jego  uwagi;  widział  więc  każdy 

ruch przybyszów, błyski w oczach dowódcy, siwą głowę i olbrzymie barki krzeszącego ogień 
i pojawiający się lub niknący cień przepierzenia. 

— Więc tutaj ukryto żyrondystę? — zapytał dowódca. 
— Tak, lecz bez mojej wiedzy. To żona ukryła go w słomie. 
— A wy zawiadomiliście władze? — pytał dalej dowódca powstrzymując ruchem dłoni 

swych towarzyszy, którzy otoczyli Telliera. 

— Inaczej nie bylibyście tutaj — odpowiedział Michał próbując się uśmiechnąć, ale ten 

niezdarny,  podobny  do  grymasu  uśmiech  zamarł  mu  na  twarzy,  gdy  usłyszał  niewiarogodne 
słowa: 

background image

— I bez tego bylibyśmy przyszli; my także jesteśmy żyrondystami. 
— Wy? 
— My, co do jednego, tak jak nas widzisz. 
W tej chwili oczy wszystkich zwróciły się w stronę przepierzenia. Zza ciemnych desek 

wysunęła  się  głowa,  a  później  ramiona  młodego  człowieka,  tego  samego,  którego  Michał 
chciał zgubić za pięć koron. 

— Jesteście wszyscy i cali? — krzyknął.  
—  Wszyscy,  Piotrze  —  odpowiedział  dowódca  i  zwrócił  się  do  Telliera:  —  A  teraz 

dowiedz  się,  że  człowiek,  którego  chciałeś  wydać,  jest  naszym  przewodnikiem.  Mów,  co 
masz — jeżeli w ogóle cokolwiek masz — na swoją obronę. Broń się, aczkolwiek nie zasłu-
gujesz  na  litość,  podła  gadzino,  ty,  który  chciałeś  sprzedać  życie  człowieka  za  parę  sztuk 
srebra. 

Pod Tellierem ugięły się nogi; zimny pot zrosił mu czoło. Głos, który słyszał, był gło-

sem sądu — sądu, od którego już nie ma odwołania. W oczach otaczających go ludzi czytał 
potępienie i śmierć. 

Z  kąta  izby  dobiegł  go  płacz  żony,  który  wzmógł  się  na  widok  Piotra.  Ten  płacz 

natchnął go wątłą nadzieją ratunku; wyprostował się i wskazując ręką na Piotra powiedział: 

— To jest kochanek mej żony. 
—  Łżesz!  —  krzyknął  Piotr.  —  To  prawda,  że  kiedyś  kochałem  ją,  ale  to  było  przed-

tem,  zanim  jej  ojciec  sprzedał  ją  tobie  za  pieniądze.  Nie  wierzcie  mu!  On  kłamie!  Przysię-
gam! 

Szmer oburzenia rozszedł się po izbie, lecz dowódca uciszył zebranych i zapytał głosem 

poważnym: 

— Obywatele. Co mam uczynić z tym człowiekiem7 
— Nie godzien życia! — brzmiała jednogłośna odpowiedź. 
Tellier  padł  na  kolana  usiłując  objąć  nogi  dowódcy  Strach  skurczył  mu  krtań,  z  której 

dobywał się głos podobny do skowytu psa. Sędzia odtrącił go butem i zwrócił się do Piotra: 

— A ty co powiesz? 
— Nie godzien życia. 
— A ty? — z kolei zapytał Joannę, której twarz była pełna grozy. 
— Nie godzien śmierci. 
Po tych słowach zapadła taka cisza, że słychać było szelest słomy poruszanej wiatrem i 

przyspieszony oddech leżącego na podłodze Telliera 

—  Ona  jedna  osądziła  go  sprawiedliwie,  nie  godzien  jest  śmierci,  niech  żyje.  Lecz 

pamiętaj,  jeżeli  wspomnisz  o  tym,  co  tutaj  zaszło,  lub  kiedykolwiek  znieważysz  żonę,  od 
której życie otrzymałeś, wówczas dosięgną cię nasze ręce i ukarzą. Wstań. 

Tellier  podniósł  się  i  oparł  o  ścianę  bez  słowa.  Konwulsyjny  dreszcz  wstrząsał  jego 

ciałem. 

Po  chwili  uzbrojeni  ludzie  opuścili  dom,  przez  który  przeszła  burza  namiętności 

ludzkich  —  od  chciwości  aż  do  miłosierdzia.  Przy  gasnącym  ogniu  stali  Joanna  i  Michał 
pogrążeni w zadumie.  Ilekroć oczy jego spotkały się z jej wzrokiem, opuszczał je, myśląc o 
tych, którzy odeszli. Ale kiedy Joanna wyszła i zamknęła za sobą drzwi zostawiając go same-
go, załamał ręce i wyjęczał: 

— Pięć koron, pięć koron przepadło. 

 

Przełożył z angielskiego Romuald Pitera  

 
 
 
 

background image

 
 

SPIS TREŚCI 

 
 

Kiedy byłem piratem   (Bret Harte)   

 

 

 

 

02 

Śmierć, ogień i życie   (Arnold Bennett) 

 

 

 

 

06 

Wyrok Joanny   (Stanley J. Weyman)  

 

 

 

 

13