background image
background image

 

 

 

 

Kevin J. Anderson

Rebecca Moesta

 

Miecze świetlne

 

(Lightsabers)

 

Przełożył: Andrzej Syrzycki

background image

 

 

 

Rozdział 1

 
 
Nad wierzchołkami drzew, porastających Yavin Cztery, ukazała się w końcu tarcza słońca. Luke

Skywalker wsłuchiwał się w szelesty i szmery, dolatujące od strony budzącej się do życia dżungli.
Spiętrzone  kamienne  bloki  starożytnej  świątyni,  pokryte  teraz  błyszczącą  warstwą  rosy,  pochłonęły
cały chłód długiej nocy.

Obserwując,  jak  poranne  słońce  wznosi  się  coraz  wyżej  na  bezchmurnym  niebie,  mistrz  Jedi

żałował, że również szybko nie może poprawiać się jego nastrój.

Zdrętwiały z zimna, spędził wiele godzin na wierzchołku ogromnej budowli. Cierpliwie siedział

i  rozmyślał,  nie  przejmując  się  nieprzeniknionymi  ciemnościami.  Aby  odegnać  sen,  posłużył  się
techniką relaksacyjną Jedi. Prawdę mówiąc, tak bardzo martwił się narastającym zagrożeniem, jakie
stwarzało  Imperium  dla  Nowej  Republiki,  że  od  dłuższego  czasu  nie  spał  dobrze  ani  nie
wypoczywał.

Stado barwnie upierzonych ptaków z głośnym skrzekiem poderwało się do lotu, żeby pożywić się

schwytanymi  owadami.  Na  niebie  wisiała  ogromna  pomarańczowa  kula  gazowego  giganta, Yavina
świecącego odbitym blaskiem. Luke, obdarzony wyobraźnią, wybiegał jednak myślami jeszcze dalej.
Usiłował  odgadnąć,  w  jakim  mrocznym  i  tajemnym  zakątku  galaktyki  mogło  czaić  się  Drugie
Imperium...

W  końcu  wstał  i  przeciągnął  się,  aby  rozprostować  zesztywniałe  mięśnie.  Nadszedł  czas  na

poranną  porcję  ćwiczeń.  Może  wysiłek  fizyczny  pomoże  mu  jasno  myśleć  i  sprawi,  że  jego  serce
zacznie bić żwawiej, a odruchy staną się jeszcze szybsze niż zazwyczaj.

Przystanął na samym skraju tarasu na najwyższym piętrze i popatrzył w dół, na porośnięte dziką

winoroślą  kamienne  bloki  tworzące  jeden  z  boków  ogromnego  zigguratu.  Od  następnego  piętra,
zajmującego nieco większą powierzchnię, dzieliła go bardzo duża odległość. Na ścianach ogromnych
prostopadłościennych  bloków  można  było  dostrzec  rysunki  i  ozdobne  wzory.  Wyryte  w  kamieniu
przed wieloma tysiącleciami, podczas budowy starożytnej świątyni, były teraz nieco zatarte wskutek
upływu lat i pożarów szalejących w czasach, kiedy na księżycu toczono zacięte walki. Gęsta dżungla
docierała niemal do samej tylnej ściany wielkiej piramidy, ozdabiała ogromne skalne bloki pnączami
winorośli i ocieniała konarami gigantycznych drzew Massassów.

Luke  przez  chwilę  spoglądał  w  dół,  stojąc  na  krawędzi  tarasu.  Głęboko  odetchnął,  po  czym

zamknął oczy, starając się jak najbardziej skupić. Później odbił się i skoczył w przepaść.

Spadał  obracając  się  w  locie.  Wykonał  salto  w  tył,  ale  kiedy  obrócił  się  o  pełne  trzysta

sześćdziesiąt  stopni,  otworzył  oczy  i  ujrzał  popękane  kamienne  płyty  spieszące  na  spotkanie  z  jego
stopami. Wtedy posłużył się Mocą, żeby zwolnić prędkość opadania, po czym odbił się od skalnego
progu  i  poszybował  w  stronę  najbliższego  pędu  winorośli.  Roześmiał  się  beztrosko  i  wylądował

background image

miękko  na  porośniętym  mchem  konarze  drzewa  Massassów.  Nie  zatrzymując  się,  zaczął  biec  po
grubej  gałęzi,  ale  kiedy  dostrzegł  jakąś  lukę  w  listowiu,  podskoczył  i  chwycił  za  wyższą  i  cieńszą
gałąź. Na przemian to biegnąc, to się podciągając, wspinał się coraz wyżej i wyżej.

Luke  każdego  dnia  ćwiczył  ciało  w  ten  sam  sposób.  Starał  się  wyszukiwać  coraz  trudniejsze

przejścia,  doskonaląc  własne  umiejętności.  Rycerz  Jedi  nie  mógł  spocząć  na  laurach  nigdy,  nawet
w latach pokoju, gdyż wówczas mógłby stać się słaby i bezradny.

Czasy  nie  należały  jednak  do  spokojnych.  Luke  Skywalker  nie  wątpił,  że  wkrótce  przyjdzie  mu

stawić czoło niejednemu zagrożeniu.

Przed  laty  w  jego  akademii  pojawił  się  nowy  uczeń  nazywający  się  Brakiss.  Młody  mężczyzna

okazał się podstępnym szpiegiem, wysłanym przez Imperium w  celu  podpatrzenia  technik  szkolenia
rycerzy  Jedi,  aby  można  było  wykorzystać  je  dla  potrzeb  ciemnej  strony.  Od  pierwszej  sekundy
mistrz Skywalker zorientował się, z kim ma do czynienia, ale postanowił podjąć próbę nawrócenia
Brakissa na jasną stronę. Jego starania zakończyły się jednak niepowodzeniem, a nowy uczeń bardzo
szybko  opuścił  akademię  Jedi.  Luke  przez  dłuższy  czas  nie  wiedział,  co  się  z  nim  stało,  aż  do
niedawna,  kiedy  jego  były  podopieczny  porwał  Jacena,  Jainę  i  młodego  Wookiego  Lowbaccę.
Okazało się, że Brakiss sprzymierzył się z Tamith Kai, członkinią nowego zakonu wiedźm zwanych
Siostrami  Nocy.  Połączywszy  siły,  oboje  założyli Akademię  Ciemnej  Strony  i  teraz  szkolili  w  niej
Ciemnych Jedi będących na usługach Drugiego Imperium.

Oddychając  nieco  szybciej  niż  zwykle,  Luke  wspinał  się  po  gałęziach  drzew  Massassów.

W pewnej chwili spłoszył gromadę drapieżnych stintarilów. Gryzonie rzuciły się ku niemu, szczerząc
długie  ostre  kły,  ale  kiedy  mistrz  Jedi,  posługując  się  Mocą,  zwrócił  ich  uwagę  na  coś  innego,
zapomniały o poprzednim celu. Rozbiegły się we wszystkie strony i wkrótce zniknęły pośród gałęzi.

Luke podciągnął się na najwyższy konar i po chwili znalazł się na samym wierzchołku drzewa.

Kiedy  wychylił  głowę  ponad  baldachim  liści,  promienie  słońca  omal  nie  poraziły  jego  oczu.
Mrugając  powiekami,  próbował  przyzwyczaić  źrenice  do  blasku  poranka.  Po  półmroku,  panującym
na  niższych  poziomach,  do  których  promienie  słońca  tylko  z  trudem  przedzierały  się  przez  gąszcz
liści,  otaczający  go  świat  wydał  mu  się  morzem  jaskrawej  zieleni.  Głęboko  oddychając  wilgotnym
czystym  powietrzem  popatrzył  za  siebie,  w  stronę  wielopiętrowej  piramidy  gigantycznej  świątyni,
w  której  uczyli  się  uczniowie  Jedi.  Pomyślał  nie  tylko  o  grupie  nowych  wojowników,  których
kształcił, ale także o uczniach szkolących się w Akademii Ciemnej Strony...

Przed  kilkoma  miesiącami  instruktorzy  imperialnej  akademii  zaczęli  poszukiwać  nowych

kandydatów pośród mieszkających w podziemiach Coruscant młodych kobiet i mężczyzn, którym nie
wiodło  się  w  dotychczasowym  życiu.  Widocznie  zamierzali  kształcić  tych  „zagubionych”,  pragnąc,
żeby  służyli  kiedyś  Drugiemu  Imperium  jako  Ciemni  Jedi  i  szturmowcy.  Jednym  z  takich
nieszczęśników był Zekk, ciemnowłosy i zielonooki kilkunastolatek, przyjaciel bliźniąt Hana i Leii,
a szczególnie Jainy.

Pomyślał  też  o  kłopotach,  jakich  zaczynał  przysparzać  pilot  myśliwca  typu  TIE,  Qorl,  który  po

zniszczeniu  pierwszej  Gwiazdy  Śmierci  ukrywał  się  ponad  dwadzieścia  lat  w  gęstej  dżungli  na
Yavinie Cztery. Imperialny pilot dowodził grupą szturmową, która porwała transportowy krążownik
Nowej Republiki wraz z ładunkiem rdzeni jednostek napędu nadświetlnego i baterii do turbolaserów.

Wszystko  to  doprowadziło  Luke’a  Skywalkera  do  przekonania,  że  Akademia  Ciemnej  Strony

sposobi  się  do  zadania  decydującego  ciosu  Nowej  Republice.  Od  czasu  śmierci  Imperatora
Palpatine’a słyszało się o wielu lordach i przywódcach usiłujących przywrócić świetność resztkom

background image

dawnego  Imperium.  Mistrz  Jedi  czuł  jednak,  że  obecny  nowy  wódz  był  kimś  jeszcze  bardziej
zdeprawowanym niż jakikolwiek poprzedni kandydat usiłujący przechwycić władzę...

Jaskrawe  promienie  słońca  zaczęły  ogrzewać  zziębnięte  dłonie  Luke’a.  Wokół  jego  głowy

krążyło  setki  różnobarwnych  owadów,  radosnym  brzęczeniem  witając  nadejście  nowego  poranka.
Luke,  oparty  wygodnie  o  szorstki  pień  drzewa,  głęboko  zaciągnął  się  orzeźwiającym  powietrzem,
pełnym woni otaczającej go gęstej dżungli.

Akademia Ciemnej Strony ukryła się w nowym miejscu, ale jej instruktorzy nie zrezygnowali ze

szkolenia  Ciemnych  Jedi.  Luke  nie  cierpiał  przyspieszać  tempa  nauki  tych,  którzy  postanowili
doskonalić  umiejętności  jasnej  strony.  Okoliczności  zmuszały  go  jednak  do  przygotowania  zastępu
obrońców  Nowej  Republiki  szybciej  niż  imperialna  akademia  zdoła  wyszkolić  oddziały  nowych
wrogów. Zanosiło się na walkę, do której jego uczniowie muszą być przygotowani.

Mistrz  Jedi  chwycił  długą  lianę  i  zeskoczywszy  z  gałęzi,  zaczął  się  ześlizgiwać...  Kiedy  jego

stopy uderzyły o gruby konar drzewa Massassów, puścił się biegiem w stronę akademii.

Dzięki porannym ćwiczeniom był już teraz w pełni rozbudzony. Czuł, że nadeszła pora działania.
 
Ogłoszono,  że  odbędzie  się  kolejne  zebranie  wszystkich  uczniów  kształcących  się  w  akademii

Jedi. Jacen Solo wiedział, że jego wuj, Luke Skywalker, chciał powiedzieć coś ważnego.

Zajęcia w akademii nie były nieprzerwanymi seriami wykładów i ćwiczeń, do czego przywykł na

Coruscant,  kiedy  uczył  się  pod  kierunkiem  instruktorów. Akademia  Jedi  została  pomyślana  przede
wszystkim  jako  miejsce  indywidualnych  studiów,  gdzie  istoty  wrażliwe  na  działanie  Mocy  mogły
oddawać  się  medytacjom  i  doskonalić  własne  umiejętności  w  tempie,  które  same  uznawały  za
najwłaściwsze.

Każdy  potencjalny  rycerz  Jedi  dysponował  zestawem  charakterystycznych  zdolności.  Jacen

wykazywał duży talent do porozumiewania się ze zwierzętami. Starał się poznać ich uczucia i myśli,
wysyłając do ich mózgów wici Mocy. Dla odmiany jego siostra była prawdziwym geniuszem, jeżeli
chodziło  o  aparaturę  elektroniczną  i  urządzenia  elektromechaniczne.  Miała  intuicję,  której  mógłby
pozazdrościć jej niejeden inżynier.

Lowbacca, ich przyjaciel Wookie, potrafił doskonale radzić sobie z komputerami. Pozwalało mu

to  rozumieć  działanie  skomplikowanych  urządzeń  elektronicznych,  a  także  zajmować  się  ich
programowaniem.  Tenel  Ka  z  kolei  była  silnie  umięśniona  i  zwinna,  ale  na  ogół  nie  chciała
posługiwać  się  Mocą  jako  jedynym  środkiem  wiodącym  do  obranego  celu.  Wolała  polegać  przede
wszystkim na sprycie, zręczności i sile własnych mięśni.

Jacen  słyszał,  jak  jego  egzotyczne  stworzenia  wiercą  się  w  klatkach,  ustawionych  w  komnacie

pod kamienną ścianą. Pospiesznie je nakarmił, po czym przesunął palcami po niesfornych brązowych,
lekko  kręconych  włosach.  Usiłował  wyczesać  wszystkie  źdźbła  mchu  czy  resztki  pożywienia,  jakie
mogły  się  tam  znaleźć,  kiedy  pochylał  się  nad  klatkami.  Później  zajrzał  do  komnaty  siostry
bliźniaczki,  Jainy,  która  podobnie  jak  on  szykowała  się,  by  wziąć  udział  w  uroczystym  zebraniu.
Dziewczyna szybko uczesała proste brązowe włosy, a później umyła dokładnie twarz, żeby jej skóra
stała się różowa i odświeżona.

–  Czy  wiesz  może,  co  wujek  Luke  będzie  chciał  powiedzieć  nam  tym  razem?  –  zapytała,

ocierając krople wody z brody i nosa.

– Miałem nadzieję, że ty mi to powiesz – odparł nieco zawiedziony Jacen.
Ze  swojej  komnaty  wyskoczył  inny  uczeń  Jedi,  jasnowłosy  Raynar,  odziany  w  jaskrawe  szaty

background image

o barwach krzykliwej czerwieni, żółci i błękitu. Po chwili przesunął dłońmi po tkaninie szaty, a na
jego  twarzy  odmalowało  się  przerażenie.  Zakłopotany  chłopiec  głęboko  westchnął,  po  czym
odwrócił się i równie szybko zniknął w pokoju.

– Idę o zakład, że to zebranie ma coś wspólnego z wyprawą na Coruscant, jaką odbył niedawno

wujek Luke – oznajmiła Jaina.

Jacen  przypomniał  sobie,  że  przed  kilkoma  dniami  ich  wujek  odleciał  „Ścigaczem  Cieni”  –

zgrabnym  wahadłowcem,  na  pokładzie  którego  uciekli  z Akademii  Ciemnej  Strony.  Luke  zamierzał
porozmawiać z przywódczynią Nowej Republiki, Leią Organa Solo, własną siostrą i matką bliźniąt.
Chciał dowiedzieć się czegoś więcej na temat zagrożenia, jakie mogło stanowić Drugie Imperium.

–  Istnieje  tylko  jeden  sposób,  by  się  tego  dowiedzieć  –  odparł  Jacen.  –  Większość  pozostałych

uczniów zapewne już czeka w wielkiej komnacie audiencyjnej.

– No cóż, w takim razie na co my jeszcze czekamy? – zapytała Jaina.
Chwyciwszy brata za rękę, pobiegła długim korytarzem.
W  chwilę  później  za  ich  plecami  ukazał  się  Raynar,  który  po  raz  drugi  wybiegł  ze  swojej

komnaty.  Jego  twarz  promieniała  teraz  szczęściem,  zapewne  dlatego,  iż  chłopcu  udało  się  znaleźć
strój  chyba  jeszcze  bardziej  krzykliwy  i  jaskrawy  niż  poprzedni  –  tak  bardzo,  że  każdy,  kto
spoglądałby na niego zbyt długo, z pewnością dostałby oczopląsu. Raynar przewiązał bluzę w pasie
szarfą, na której widniały pomarańczowe i zielone plamy, po czym pospieszył za Jacenem i Jaina.

Kiedy bliźnięta wyszły z kabiny turbowindy i znalazły się na progu komnaty audiencyjnej, stanęły

i  rozejrzały  się  po  ogromnej  sali.  Dostrzegły  gwarny  tłum  ludzi  oraz  istot  nie  będących  ludźmi.
Niektóre  istoty  miały  po  jednej  parze  rąk  i  nóg,  a  inne  po  kilka  albo  nawet  kilkanaście.  Niektóre
chroniły ciała pod sierścią, inne pod warstwą piór albo łusek, a jeszcze inne pod wilgotną śluzowatą
skórą...  Wszystkie  wykazywały  jednak  talent  do  władania  Mocą.  Dysponowały  potencjałem,  który
miał  pozwolić  im  stać  się  rycerzami  Jedi,  o  ile  będą  intensywnie  uczyć  się  i  doskonalić  swoje
umiejętności. Mistrz Skywalker liczył na to, że zakon nowych rycerzy będzie z każdym rokiem stawał
się coraz liczniejszy i silniejszy.

Nagle przez gwar głosów przebił się głośny ryk Wookiego. Jacen obrócił głowę i wyciągnął rękę

w tamtą stronę.

– Tam jest Lowie! – powiedział. – Tenel Ka już także przyszła.
Bliźnięta  pospieszyły  przejściem  wiodącym  środkiem  sali,  a  później  przecisnęły  się  między

rzędami kamiennych ław, aby dotrzeć do miejsca, gdzie siedzieli ich przyjaciele. Jaina zaczekała, aż
brat jak zawsze usiądzie obok dziewczyny z Dathomiry.

Jacen  czasami  zastanawiał  się,  czy  jego  siostra  zwróciła  uwagę  na  to,  jak  bardzo  lubi  on

przebywać w towarzystwie Tenel Ka. Zawsze przecież starał się siadać obok młodej wojowniczki.
Po  chwili  uświadomił  sobie  jednak,  że  takie  rzeczy  nigdy  nie  uchodziły  uwagi  Jainy...  ale  nie
obchodziło go to ani trochę.

Mimo  iż  jedno  było  całkowitym  przeciwieństwem  drugiego,  Tenel  Ka  nie  miała  nic  przeciwko

temu, że chłopiec lubił spędzać czas w jej towarzystwie. Jacen miał zawsze na twarzy szelmowski
uśmiech,  a  poza  tym  lubił  płatać  figle  i  opowiadać  dowcipy.  Od  pierwszej  chwili,  kiedy  poznał
Tenel Ka, postanowił ją rozśmieszyć, opowiadając taki czy inny niezbyt mądry kawał. Starał się, jak
mógł, ale twarz dziewczyny pozostawała zawsze poważna, niemal ponura. Jacen wiedział jednak, że
jego  koleżanka  jest  niezwykle  inteligentna,  skora  do  udzielania  pomocy  w  potrzebie  i  wyjątkowo
lojalna wobec wszystkich, których uważa za przyjaciół.

background image

– Pozdrawiam cię, Jacenie – odezwała się dziewczyna z Dathomiry.
– Jak się masz, Tenel Ka? – odparł chłopiec. – Hej, mam dla ciebie jeszcze jeden dowcip.
Lowbacca jęknął, a Jacen posłał mu spojrzenie pełne urazy.
– Nie ma czasu – stwierdziła zwięźle dziewczyna, wskazując podwyższenie, na którym zazwyczaj

stawał mówca. – Mistrz Skywalker za chwilę zacznie przemówienie.

Rzeczywiście,  na  podwyższeniu  stał  Luke,  jak  zwykle  odziany  w  płaszcz  Jedi.  Zaplótł  ręce  na

piersi i z powagą spoglądał na swoich uczniów. Wszyscy niemal natychmiast umilkli.

– Przeczuwam, że już wkrótce nastaną czasy zła i ciemności – odezwał się mistrz Jedi.
W  komnacie  audiencyjnej  zapadła  jeszcze  głębsza  cisza.  Zaniepokojony  Jacen  wyprostował  się

i rozejrzał po wielkiej sali.

– Imperium nie tylko nie przestało czynić starań, by odzyskać władzę w galaktyce, ale czyni to,

wykorzystując  Moc  w  bezprecedensowy  sposób  –  ciągnął  Luke.  –  Przywódcy  Drugiego  Imperium,
korzystając  z  usług  Akademii  Ciemnej  Strony,  zamierzają  stworzyć  własną  armię  rycerzy  Jedi
władających  ciemną  stroną  Mocy.  Tymczasem  jedynymi  istotami,  mogącymi  stawić  im  czoło,
jesteśmy my, moi drodzy przyjaciele.

Zrobił krótką przerwę, jakby chciał się upewnić, że ta prawda dotrze do świadomości wszystkich

uczniów. Jacen z wysiłkiem przełknął ślinę.

– Chociaż Imperator zginął przed dziewiętnastu laty, Nowa Republika nadal toczy walkę, pragnąc

zjednoczyć  światy  galaktyki.  Palpatine  usiłował  osiągnąć  ten  sam  cel  za  pomocą  gróźb  i  siły,  ale
Nowa  Republika  nie  posługuje  się  takimi  metodami.  Nie  chcemy  uciekać  się  do  sposobów,
stosowanych przez Imperatora. Przywódczyni naszego rządu nie wyśle uzbrojonych flot, żeby zmusić
planety  do  posłuszeństwa  czy  wykonać  wyroki  śmierci  na  przywódcach.  Niestety,  ponieważ
posługujemy  się  pokojowymi,  demokratycznymi  metodami,  jesteśmy  bardziej  podatni  na  zagrożenie
ze strony Imperium.

Słysząc  wzmiankę  o  matce  i  o  tym,  jak  sobie  radzi,  pełniąc  funkcję  przywódczyni  Nowej

Republiki, Jacen poczuł w sercu przyjemne ciepło.

–  W  zamierzchłych  czasach  –  ciągnął  Luke,  spacerując  od  jednego  krańca  podwyższenia  do

drugiego, dzięki czemu miało się wrażenie, że zwraca się po kolei do wszystkich uczniów – mistrz
Jedi spędzał całe lata, szukając jednego ucznia, którego mógłby szkolić i prowadzić szlakami rycerzy
Jedi. – W głosie mistrza Skywalkera zabrzmiała jeszcze większa powaga. – Niestety, nasza obecna
sytuacja  nie  pozwala  na  zachowanie  tak  daleko  posuniętej  ostrożności.  Kiedy  dawne  Imperium
wymordowało wszystkich członków starego zakonu rycerzy Jedi, odniosło niemal całkowity sukces.
W tej chwili nie stać nas na okazywanie takiej cierpliwości. Chciałbym zatem prosić was, żebyście
zechcieli  uczyć  się  trochę  szybciej  i  wzrastać  w  siły  wcześniej,  niż  początkowo  zamierzaliście.
Muszę przyspieszyć wasze szkolenie, ponieważ Nowa Republika potrzebuje więcej rycerzy Jedi.

Z jednego z pierwszych rzędów zerwał się nagle Raynar. Kiedy jasnowłosy chłopiec uniósł rękę,

pragnąc zabrać głos, Jacen musiał zamrugać, chcąc usunąć z siatkówki oka jaskrawe plamy.

– My już jesteśmy gotowi, mistrzu Skywalkerze! – krzyknął Raynar. – Wszyscy jesteśmy gotowi

stanąć do walki w twojej obronie!

Luke spiorunował spojrzeniem chłopca, który tak bezceremonialnie przerwał jego przemówienie.
–  Nie  proszę  cię,  żebyś  walczył  w  mojej  obronie,  Raynarze  –  powiedział  spokojnie,  wyraźnie

akcentując słowa. – Proszę cię, żebyś pomógł walczyć w obronie Nowej Republiki przeciwko siłom
zła, które, jak sądziliśmy, udało się nam unicestwić. Nie w obronie jakiejkolwiek osoby.

background image

Siedzący na kamiennych ławach uczniowie niespokojnie się poruszyli. Na myśl o spodziewanej

walce czuli podniecenie, ale nie wiedzieli, jak je ukierunkować.

Tymczasem mistrz Skywalker nie przestawał przechadzać się po podwyższeniu.
–  Każdy  uczeń  musi  sam  starać  się  doskonalić  swoje  umiejętności  –  ciągnął.  –  Przy  mojej

pomocy, oczywiście. Chciałbym teraz, żebyście podzielili się na małe grupy. Spotkam się z każdą, by
opracować  plan  dalszej  nauki  i  ćwiczeń,  a  także  omówić  sposoby,  jak  moglibyście  pomagać  jedni
drugim. Musimy być silni, ponieważ głęboko wierzę, że już wkrótce nastaną ciężkie, mroczne czasy.

 
Jacen klęczał w chłodnym kącie urządzonego na najniższym piętrze ogromnego hangaru, którego

ściany  odbijały  echo.  Wysyłał  myśli  w  głąb  szczeliny  istniejącej  między  kamiennymi  blokami,
w  której  wyczuwał  obecność  bardzo  rzadkiej  czerwono-zielonej  kolczastej  jaszczurki.  Zapuszczał
w  głąb  jej  mózgu  delikatne  palce  Mocy,  aby  wzbudzić  w  stworzeniu  chęć  wyruszenia  na
poszukiwania  pożywienia  bez  obawy,  że  może  mu  coś  zagrozić.  Chłopiec  pragnął,  żeby  jaszczurka
dołączyła do jego kolekcji niezwykłych zwierząt.

Lowbacca i Jaina naprawiali coś we wnętrzu kadłuba skoczka typu T-23 należącego do Lowiego.

Niewielka  maszyna  latająca  stanowiła  prezent  od  wuja,  Chewbaccy,  który  podarował  ją
siostrzeńcowi,  kiedy  przyleciał  z  młodszym  Wookiem  do  akademii  mistrza  Skywalkera.  Jacen
uważał,  że  siostra  trochę  zazdrościła  Lowiemu  tego,  że  mógł  dysponować  własnym  skoczkiem.
Prawdą  mówiąc,  właśnie  z  powodu  tej  zazdrości  tak  bardzo  starała  się  naprawić  roztrzaskany
imperialny myśliwiec typu TIE, który znaleźli kiedyś w dżungli.

Tenel Ka stała przed świątynią niedaleko poziomo uniesionego skrzydła wrót hangaru. Trzymała

rozwidloną  włócznię,  którą  się  posługiwała,  doskonaląc  własne  umiejętności.  Rzucała  nią  do  celu,
jakim był niewielki znak, namalowany na murawie lądowiska. Kilkunastoletnia wojowniczka trafiała
równie pewnie, bez względu na to, czy rzucała prawą, czy też lewą ręką. Najpierw spoglądała na cel,
mrużąc  szare  oczy  barwy  granitu,  a  później  skupiała  się,  żeby  w  końcu  rzucić  zaostrzoną  broń
dokładnie w środek znaku.

Gdyby  Tenel  Ka  posługiwała  się  Mocą,  mogłaby  skierować  włócznię,  dokąd  zechce.  Jacen

wiedział  jednak  z  doświadczenia,  że  gdyby  tylko  ośmielił  się  zaproponować  jej  coś  takiego,
dziewczyna obaliłaby go na murawę. Tenel Ka wyrabiała siłę mięśni, powtarzając różne ćwiczenia
bez  końca.  Niechętnie  posługiwała  się  Mocą,  gdyż  sądziła,  że  stanowiłoby  to  coś  w  rodzaju
oszustwa. Była niezwykle dumna ze swoich umiejętności.

W  odległej  części  hangaru  rozległ  się  cichy  pomruk  i  w  następnej  chwili  otworzyły  się  drzwi

szybu  turbowindy.  Z  kabiny  wyłonił  się  mistrz  Skywalker.  Przystanął  i  rozejrzał  się  po  hangarze.
Ujrzawszy wuja, Jacen postanowił zrezygnować z planów pochwycenia kolczastej jaszczurki. Wstał.
Usłyszał  trzask  kości  w  stawach  kolanowych  i  poczuł  ból,  co  uświadomiło  mu,  ile  czasu  spędził,
klęcząc nieruchomo w pobliżu szczeliny.

– Cześć, wujku Luke’u – powiedział.
Tenel  Ka  rzuciła  włócznią  jeszcze  raz,  po  czym  podeszła  do  celu  i  wyciągnęła  szpic  broni

z murawy. Odwróciła się i ruszyła na spotkanie Luke’a. Łączyła ja z mistrzem Jedi tajemnicza więź
istniejąca  jeszcze  od  czasów,  kiedy  oboje  najpierw  poszukiwali  porwanych  bliźniąt  i  Lowbaccy,
a potem uwalniali ich z Akademii Ciemnej Strony... Jacen wyczuwał jednak, że dziewczynę i wuja
łączą także jakieś inne tajemnice.

– Pozdrawiam cię, mistrzu Skywalkerze – odezwała się dziewczyna z Dathomiry.

background image

W  wielkim  hangarze  rozległ  się  piskliwy  głosik  Em  Teedee,  zminiaturyzowanego  androida-

tłumacza, zawieszonego u pasa młodszego Wookiego.

–  Panie  Lowbacco,  ma  pan  gościa.  Przypuszczam,  że  już  skończył  pan  grzebać  w  tych

urządzeniach kontrolnych. Odnoszę wrażenie, że mistrz Skywalker pragnąłby z panem porozmawiać.

Lowie  zamruczał  i  uniósł  kudłatą  głowę.  Przesunął  palcami  po  paśmie  ciemniejszej  sierści,

biegnącym znad jednego oka przez czubek głowy aż do pleców.

Jaina także wygramoliła się z wnętrza skoczka.
– Co się stało? – zapytała. – O, cześć, wujku Luke’u!
– Cieszę się, że widzę was wszystkich w jednym miejscu – odezwał się mistrz Jedi. – Musimy

porozmawiać na temat dalszego szkolenia. Wszyscy czworo mieliście okazję zapoznać się z Drugim
Imperium lepiej niż ktokolwiek inny spośród moich uczniów, a zatem uświadamiacie sobie, co nam
zagraża.  Co  więcej,  dysponujecie  niezwykle  dużym  potencjałem  Jedi.  Przypuszczam,  że  jesteście
gotowi stawić czoło większym wyzwaniom niż pozostali.

– Jakim wyzwaniom? – zainteresował się natychmiast Jacen.
–  Choćby  takim,  dzięki  którym  będziecie  mogli  stać  się  pełnowartościowymi  rycerzami  Jedi  –

odrzekł mistrz Skywalker.

Kiedy  chłopiec  usiłował  odgadnąć,  co  mogły  oznaczać  słowa  wuja,  poczuł  w  głowie  dziwny

zamęt. W tej samej chwili Jaina wykrzyknęła:

– Chcesz, żebyśmy skonstruowali własne miecze świetlne, prawda?
–  Tak.  –  Luke  poważnie  kiwnął  głową.  –  W  normalnych  okolicznościach  nie  proponowałbym

wam tego na tak wczesnym etapie nauki, zwłaszcza jeżeli wziąć pod uwagę fakt, że jesteście jeszcze
bardzo  młodzi.  Uważam  jednak,  że  wkrótce  czeka  nas  trudna  walka.  Pragnąłbym,  żebyście  umieli
posługiwać się każdą bronią, jaką będziecie dysponowali.

W  pierwszej  chwili  Jacen  poczuł  przypływ  uniesienia,  ale  w  następnej  sekundzie  ogarnął  go

niepokój.  Jeszcze  niedawno  rozpaczliwie  chciał  mieć  własny  miecz  świetlny,  ale  później,  kiedy
przebywał  w  Akademii  Ciemnej  Strony,  został  zmuszony  do  posługiwania  się  bronią  rycerzy  Jedi
wbrew  własnej  woli...  On  i  jego  siostra,  walcząc  ze  sobą  pod  osłoną  maskujących  hologramów,
wówczas omal się nie pozabijali.

– Wujku Luke’u, pamiętam, jak mówiłeś, że to jest dla nas zbyt niebezpieczne – powiedział.
Luke kiwnął głową, nie zmieniając poważnego wyrazu twarzy.
–  To  jest  niebezpieczne,  Jacenie  –  przyznał.  –  Pamiętam,  że  kiedyś  przyłapałem  ciebie,  jak

bawiłeś  się  moim  mieczem,  ponieważ  tak  bardzo  pragnąłeś  mieć  własny.  Uważam  jednak,  że  od
tamtych czasów nauczyłeś się, iż z bronią rycerzy Jedi nie ma żartów.

– Tak – zgodził się z nim Jacen. – Nie sądzę, żebym kiedykolwiek potraktował miecz świetlny jak

zabawkę.

Luke popatrzył na chłopca, a na jego twarzy ukazał się lekki uśmiech.
–  To  dobrze  –  powiedział.  –  Ten  pierwszy  krok  jest  niezwykle  ważny.  Broń  rycerza  Jedi  nie

może  być  traktowana  jak  zabawka.  Miecz  świetlny  jest  instrumentem  skutecznym,  ale
niebezpiecznym. Jeżeli nie zachowasz ostrożności, laserowe ostrze może równie łatwo obezwładnić
i wroga, i przyjaciela.

– Będziemy ostrożni, wujku Luke’u – zapewniła go Jaina, gorliwie kiwając głową.
Luke obdarzył ją sceptycznym spojrzeniem. Nie wydawał się przekonany.
–  Pamiętajcie  o  tym,  że  to  nie  nagroda.  To  jeszcze  jeden  obowiązek,  z  którym  wiąże  się

background image

konieczność wykonywania nowych, czasami bardzo trudnych ćwiczeń. Liczę jednak na to, że praca,
związana z budową własnego miecza, nauczy was traktować go z szacunkiem. Jestem pewien, że przy
tej  okazji  dowiecie  się,  jak  dawni  rycerze  Jedi  konstruowali  swoją  broń  w  taki  sposób,  żeby
odzwierciedlała indywidualne cechy ich osobowości.

– Zawsze chciałam się dowiedzieć, jak działa taki miecz – oznajmiła Jaina. – Wujku Luke’u, czy

mogłabym rozebrać twój na części?

Przez twarz mistrza Skywalkera przemknął lekki uśmiech.
– Nie sądzę, Jaino – odparł Luke. – Nie wątpię jednak, że już wkrótce dowiesz się na ten temat

wszystkiego,  czego  tylko  zapragniesz.  –  Popatrzył  po  kolei  na  wszystkich  czworo  młodych  rycerzy
Jedi. – Chciałbym, żebyście zabrali się do pracy jak najszybciej.

background image

 

 

 

Rozdział 2

 
 
Jaina  tylko  jednym  uchem  przysłuchiwała  się  temu,  co  mówił  wujek  Luke.  Resztę  uwagi

poświęcała zastanawianiu się, gdzie znaleźć drogocenne części do budowy świetlnego miecza.

Wszyscy  czworo  młodzi  rycerze  Jedi  przebywali  w  jednym  z  solariów,  urządzonych  na

najwyższym  poziomie  wielkiej  świątyni.  Ściany  pomieszczenia,  wykonanego  z  polerowanego
marmuru,  zostały  kiedyś  ozdobione  setkami  różnobarwnych  półszlachetnych  kamieni.  Przez  wąskie
świetliki, wycięte w kamiennych blokach przez Massassów, wpadały jaskrawe promienie słońca.

Luke  Skywalker  siedział  we  wgłębieniu  wnęki  jakiegoś  okna.  Sprawiał  wrażenie  wypoczętego

i  odprężonego,  co  nadawało  jego  twarzy  niezwykły  chłopięcy  wygląd.  Cieszył  się,  że  może
przebywać  w  towarzystwie  niewielkiej  grupy  uczniów,  do  której  należeli  jego  siostrzeniec
i  siostrzenica  oraz  ich  dwoje  przyjaciół:  Tenel  Ka  i  Lowbacca.  Z  przyjemnością  rozmawiał  z  nimi
o interesujących go najbardziej sprawach.

– Może słyszeliście, że w czasach wojen klonów niektórzy rycerze Jedi, korzystając z surowców,

którymi akurat dysponowali, potrafili konstruować własne miecze świetlne w ciągu dnia albo dwóch
– mówił. – Nie myślcie jednak, że taką pracę uda się wam wykonać równie łatwo i szybko. Każdy
rycerz  Jedi  potrzebuje  zazwyczaj  kilku  miesięcy,  żeby  skonstruować  broń,  którą  będzie  się
posługiwał, dopóki nie umrze. Miecze świetlne staną się nieodłącznymi towarzyszami waszego życia;
urządzeniami, które będziecie wykorzystywali do obrony.

Wstał z kamiennej ławy, urządzonej w niszy okna.
– Składniki potrzebne do budowy są właściwie dosyć proste – ciągnął. – Każdy miecz świetlny

jest  zasilany  za  pomocą  standardowego  ogniwa  energetycznego,  podobnego  do  stosowanych
w niewielkich blasterach czy nawet panelach jarzeniowych. Takie ogniwo wystarczy wam na bardzo
długo, zwłaszcza że rycerze Jedi nie powinni korzystać często ze świetlnych mieczy.

–  Mam  kilka  takich  źródeł  energii  w  swojej  komnacie  –  odezwała  się  Jaina.  –  Wiecie,

w pojemnikach z częściami zapasowymi.

–  Drugim  ważnym  składnikiem  jest  kryształ  skupiający  –  mówił  Luke.  –  Najpotężniejszymi

i  najbardziej  poszukiwanymi  klejnotami  są  kryształy  kaiburr.  Ponieważ  jednak  miecze  świetlne  są
potężną bronią, do ich budowy można użyć praktycznie każdego innego kryształu. Ponadto, z uwagi na
to, że nie dysponuję ukrytym skarbcem, wypełnionym po brzegi klejnotami kaiburr – Luke lekko się
uśmiechnął – możecie wykorzystać do budowy kryształy, jakie sami zechcecie.

Mistrz  Jedi  chwycił  rękojeść  własnego  miecza  świetlnego  i  objął  palcami  gładka  rękojeść,  po

czym  przycisnął  guzik  wyzwalający  świetliste  ostrze.  Ze  skwierczeniem  i  buczeniem  wysunęła  się
jaskrawożółta klinga, jaśniejsza nawet niż blask promieni słońca, rozjaśniających komnatę.

– To nie jest mój pierwszy świetlny miecz. – Luke wykonał ruch świetlistym ostrzem w prawo

background image

i  w  lewo,  wsłuchując  się,  jak  zmienia  się  częstotliwość  buczącego  dźwięku.  –  Zwróćcie  uwagę  na
barwę tego ostrza. Pierwszy miecz straciłem przed wielu laty...

Luke  przełknął  z  wysiłkiem  ślinę,  jakby  zmagał  się  z  mrocznym  wspomnieniem  z  przeszłości.

Jaina  wiedziała,  że  jej  wujek  stracił  pierwszy  świetlny  miecz  podczas  walki  z  Darthem  Vaderem,
jaka  miała  miejsce  w  Mieście  w  Chmurach.  Prawdę  mówiąc,  podczas  tamtego  straszliwego
pojedynku młody Luke Skywalker stracił nie tylko własną broń rycerza Jedi, ale także rękę.

– Mój pierwszy miecz miał zielonkawo-niebieskie ostrze – odezwał się po chwili przerwy mistrz

Jedi. – Barwa klingi może być różna, ponieważ zależy od częstotliwości światła, skupianego przez
taki  czy  inny  kryształ.  Zapewne  pamiętacie,  że  miecz  świetlny  Dartha  Vadera...  –  Luke  urwał
i głęboko odetchnął – miecz świetlny mojego ojca miał ostrze barwy ciemnego szkarłatu.

Jaina  z  powagą  kiwnęła  głową.  Pamiętała  holograficzny  wizerunek  Dartha  Vadera,  z  którym

walczyła,  kiedy  przebywała  w  Akademii  Ciemnej  Strony,  nie  wiedząc,  że  pod  zasłoną  tego
hologramu  ukrywa  się  jej  brat,  Jacen.  Wrażenia,  odniesione  podczas  tamtej  walki,  toczonej  na
pokładzie imperialnej stacji, nie zaliczały się do przyjemnych... Dziewczyna miała wrażenie, że nie
potrafi  rozstrzygnąć,  czy  posługiwanie  się  świetlnym  mieczem  jest  korzystne,  czy  szkodliwe.
Pamiętała o tym, że jej przyjaciel Zekk, porwany przez Brakissa, kształcił się, żeby zostać wiernym
sługą  Drugiego  Imperium.  Wiedziała,  że  jeżeli  chce  uwolnić  przyjaciela,  musi  przygotować  się  do
walki.

–  Jedna  z  moich  uczennic  nazywająca  się  Cilghal  –  ciągnął  mistrz  Skywalker  –  także

Kalamarianka,  podobnie  jak  admirał  Ackbar,  wykonała  rękojeść  świetlnego  miecza  w  postaci
cylindra  o  zaokrąglonych  krzywiznach  i  wypukłościach.  Oglądając  jej  broń,  można  było  odnieść
wrażenie, że została sporządzona z kawałka metalu przypominającego okruch rafy koralowej. Cilghal
wykorzystała  do  budowy  miecza  największą  drogocenną  perłę,  jaką  mogła  znaleźć  na  dnie  oceanu
oblewającego niemal całą powierzchnię jej wodnego świata.

Jedna  z  pierwszych  porażek,  jakie  poniosłem  jako  nauczyciel,  okazał  się  uczeń  o  nazwisku

Gantoris.  Mężczyzna  zbudował  swój  miecz  świetlny  w  ciągu  zaledwie  kilku  dni,  wypełnionych
intensywną  pracą,  kierując  się  wskazówkami,  jakich  nie  skąpił  mu  zły  duch  Exara  Kuna.  Gantoris
uważał,  że  jest  gotów  posługiwać  się  bronią  Jedi,  a  mój  błąd  polegał  na  tym,  że  zawczasu  nie
zorientowałem się w jego zamiarach.

Ale  wy,  moi  młodzi  rycerze  Jedi,  musicie  być  inni  niż  wszyscy  poprzedni  uczniowie.  Musicie

szybko  nauczyć  się,  jak  budować  miecze  i  jak  się  nimi  posługiwać.  Galaktyka  ulega  nieustannym
zmianom, a wy musicie być gotowi stawić czoło i im, i wyzwaniom, jakie niosą ze sobą. Prawdziwy
rycerz Jedi powinien umieć dostosować się, gdyż w przeciwnym razie zostanie unicestwiony.

– Mistrzu Skywalkerze, gdzie znajdziemy te kryształy, potrzebne do budowy mieczy? – zapytała

Tenel Ka. – Czy mamy szukać ich na ziemi?

Mistrz Jedi obdarzył wojowniczkę ciepłym uśmiechem.
– Możliwe – odparł. – A może znajdziecie je, rozbierając na części stare przyrządy i automaty,

pozostałe  z  czasów,  kiedy  to  miejsce  było  kryjówką  Rebeliantów.  Możliwe  też,  że  dysponujecie
innymi umiejętnościami, z których na razie nie zdajecie sobie sprawy?

Spoglądał przez krótką chwilę na Jacena, ale Jaina nie potrafiła odgadnąć, co mogło oznaczać to

spojrzenie.

–  Chciałbym,  żebyście  przystąpili  do  budowy  mieczy  świetlnych  natychmiast.  –  Luke  wyłączył

skwierczące ostrze, a kiedy schowało się w obudowie, popatrzył na rękojeść broni. – Pozostaje mi

background image

tylko mieć nadzieję, że nie będziecie zmuszeni używać ich bardzo często... a może w ogóle.

 
Upłynęło  kilka  dni.  Jaina  siedziała  w  swojej  komnacie,  pochylona  nad  niewielkim  stołem

warsztatowym.  Zawiesiła  nad  nim  kilka  dodatkowych  paneli  jarzeniowych.  Chciała  mieć
wystarczająco  dużo  światła,  żeby  móc  pracować  także  w  nocy.  Na  blacie  stołu  leżało  dziesiątki
porządnie  ułożonych  narzędzi  i  części,  tak  by  dziewczyna  wiedziała,  gdzie  znajdzie  każdy  element,
podzespół elektroniczny czy wiązkę kabli.

Wręczyła po jednym ogniwie energetycznym każdemu z pozostałych młodych rycerzy Jedi, żeby

mogli  skonstruować  własne  miecze.  Jej  brat,  Tenel  Ka  i  Lowbacca  rozdzielili  się  i  próbowali
znaleźć drogocenne kryształy i pozostałe elementy, niezbędne do funkcjonowania broni. Tymczasem
Jaina  pracowała,  przykładając  dużą  wagę  do  tego,  żeby  jej  miecz  świetlny  odzwierciedlał
najważniejsze  cechy  jej  charakteru;  żeby  stał  się  symbolicznym  przedłużeniem  jej  osobowości.
Pragnęła zbudować go od podstaw w taki sposób, który nikomu z pozostałych nawet nie przyjdzie do
głowy. Uśmiechnęła się do siebie, zadowolona z własnej przedsiębiorczości.

Z przenośnego piecyka, który ustawiła na blacie stołu, od czasu do czasu unosił się niewielki kłąb

czarnego dymu. Dziewczyna mrugała, pragnąc pozbyć się łez, jakie wskutek chemicznych wyziewów
napływały  do  jej  oczu.  Pochylona  nad  blatem  stołu,  starannie  dodawała  kolejną  dawkę
przypominających  proszek  składników,  zmieszanych  dokładnie  w  proporcjach,  jakie  podawał
przepis,  widoczny  na  ekranie  jej  komputerowego  notatnika.  Jaina  posługiwała  się  Mocą.
Wspomagała wzrok, gdyż pragnęła obserwować przebieg reakcji chemicznych, wiążących wszystkie
składniki w zwartą i wytrzymałą siatkę krystaliczną.

Właśnie  zaczynał  się  precyzyjny  proces  narastania  kryształów,  pozbawionych  jakichkolwiek

zanieczyszczeń...

Jaina  ustawiła  właściwą  temperaturę  i  nie  przestawała  wpatrywać  się  jak  urzeczona,  mimo  iż

wiedziała,  że  proces  wzrostu  może  potrwać  nawet  kilka  godzin.  Skupiła  myśli,  pragnąc  nadać
optymalny  kształt  ściankom,  powoli  ukazującym  się  nad  powierzchnią  cieczy  we  wnętrzu
przenośnego  pieca.  Starała  się,  żeby  powierzchnie  klejnotów  były  nachylone  względem  siebie  pod
odpowiednimi  kątami.  Wzrastające  kryształy  zaczynały  pochłaniać  i  magazynować  coraz  więcej
energii, dostarczanej przez piecyk do roztworu.

W  końcu,  przed  samym  świtem,  czując  pieczenie  w  przekrwionych  oczach,  niewyspana  Jaina

wyłączyła  urządzenie.  Poczekała,  aż  wnętrze  ostygnie  na  tyle,  żeby  mogła  wyjąć  równe,  wspaniałe
skupiające światło kryształy.

Były ciemnopurpurowo-błękitnej barwy i rzucały ogniste błyski, jakby chciały uwolnić nadmiar

zgromadzonej  energii.  Miały  idealne  kształty,  jak  zresztą  dziewczyna  oczekiwała,  kiedy  sama,
korzystając  z  umiejętności  Jedi,  kontrolowała  proces  ich  hodowli.  Ujęła  je  w  dwa  palce,  uniosła
i lekko się uśmiechnęła. Musiała pomyśleć teraz o następnym elemencie swojego świetlnego miecza.

 
Nie  przejmując  się,  że  koniec  języka  wystaje  spomiędzy  jego  warg,  Jacen  z  niezwykłym

skupieniem  pracował,  rozwiązując  kolejny  problem  natury  mechanicznej.  Zajmował  się  tym  od
tygodnia.

Z  początku  zamierzał  wykonać  pracę  byle  jak.  Liczył  na  to,  że  uda  mu  się  wepchnąć  wszystkie

części do obudowy, a później przycisnąć guzik i wysunąć świetliste ostrze... ale w końcu postanowił
potraktować poważnie przestrogi wujka Luke’a. Konstruował przecież broń rycerza Jedi, która miała

background image

służyć  mu  do  końca  życia.  W  porównaniu  z  tym  kilka  tygodni,  jakie  zamierzał  poświęcić  na  jej
wykonanie, nie wydawały mu się bardzo długim czasem.

Chociaż  robił  to  niejako  wbrew  samemu  sobie,  zmusił  się  do  cierpliwości  i  systematyczności.

Wiedział,  że  musi  uczynić  absolutnie  wszystko,  aby  części  pasowały  do  siebie  dokładnie  tak,  jak
powinny.

Na  szczęście  dysponował  źródłem  energii,  które  wręczyła  mu  Jaina,  a  znalezienie  kawałków

metalu  o  właściwych  wymiarach  i  kształtach,  potrzebnych  do  wykonania  rękojeści,  nie  okazało  się
bardzo trudne. Posługując się narzędziami siostry, ukształtował wszystkie części, w taki sposób, by
się zazębiały, a później tylko wygładził ostre krawędzie. Po kilku dniach takiej pracy mógł wreszcie
umieścić  źródło  energii  w  obudowie.  Połączył  je  z  obwodami,  a  następnie  zainstalował  przyciski
kontrolne.

Zapewne  Jaina  potrafiłaby  złożyć  obudowę  w  ciągu  kilku  minut,  ale  samo  zgromadzenie

wszystkich  niezbędnych  części  zajęło  Jacenowi  niemal  pół  tygodnia,  a  mimo  iż  poszukiwania
potrzebnych podzespołów zostały ukończone, czekało go jeszcze mozolne składanie ich w całość.

Chłopiec  wolałby  być  teraz  na  dworze,  zajęty  zbieraniem  następnych  okazów  niezwykłych

zwierząt do kolekcji. Jeszcze bardziej pragnąłby się bawić z tymi; które złapał wcześniej, radośnie
skaczącymi w klatkach.

Chłopiec słyszał szelest dobiegający z niedawno naprawionej klatki z kryształowym wężem. Po

chwili jeden z gadoptaków zaczął wydawać odgłosy będące czymś pośrednim między ćwierkaniem
a mlaskaniem. Mimo to Jacen, zajęty łączeniem części obudowy, zmusił się do skupienia całej uwagi
na wykonywanej pracy. Jego miecz świetlny był już niemal ukończony, niemal ukończony! Chłopiec
cieszył się, że skończy pracę jako pierwszy. Wujek Luke będzie z niego bardzo dumny.

Kiedy  Jacen  skończył  składać  rękojeść,  wykonał  na  zewnętrznej  powierzchni  kilka  specjalnych

wgłębień,  dzięki  którym  uchwyt  palców  mógł  być  pewniejszy.  Zamierzał  trzymać  obudowę  lekko
i z wdziękiem, jak przystało na prawdziwego szermierza posługującego się Mocą. Nadszedł czas, by
zainstalować kryształ skupiający.

Udał się w kąt komnaty, gdzie trzymał w zamkniętej szufladzie różne osobiste rzeczy. Wyciągnął

z  niej  niewielki  połyskujący  przedmiot...  klejnot  corusca.  Pochwycił  go,  kiedy  przebywając  na
pokładzie  orbitalnej  stacji  wydobywczej  Landa  Calrissiana,  wyprawił  się  na  polowanie.  Później
posłużył  się  nim,  żeby  wyciąć  otwór  w  zamkniętych  drzwiach  celi  i  uciec  z  Akademii  Ciemnej
Strony.  Chciał  podarować  go  matce...  ale  Leia  namówiła  syna,  żeby  go  zatrzymał  i  spróbował
wykorzystać do czegoś specjalnego.

A cóż mogło być bardziej specjalnego od własnego miecza świetlnego?
 
Lowbacca  przeszukiwał  pozostawione  w  nieładzie  przyrządy  zgromadzone  w  dawnym  ośrodku

dowodzenia  Rebeliantów.  Większość  pochodziła  z  czasów,  kiedy  wielka  świątynia  pełniła  funkcję
bazy,  z  której  kierowano  walką  przeciwko  Imperium.  Kiedy  żołnierze  opuszczali  niewielki  księżyc
porośnięty gęstą dżunglą, zostawili niemal wszystkie stare urządzenia. W ciągu ponad dwudziestu lat,
jakie upłynęły od tamtych czasów, wiele automatów i komputerów rozebrano na części albo użyto do
innych  celów,  jako  że  kierowana  przez  Luke’a  Skywalkera  akademia  Jedi  na  ogół  nie  korzystała
z  najnowszych  zdobyczy  techniki.  I  chociaż  ostatnio  w  wielkiej  sali  buszowała  Jaina,  szukając
potrzebnych  podzespołów,  Lowie  był  pewien,  że  pozostało  jeszcze  wiele  innych  urządzeń,  nie
przeszukanych albo nawet nie odnalezionych.

background image

Zaglądając  we  wszystkie  mroczne  zakamarki,  młody  Wookie  sapał  i  mruczał,  jakby  prowadził

dialog z samym sobą. Raz po raz unosił metalowe obudowy i wsuwał głowę do wnętrza tej czy innej
maszyny.  Przebierał  palcami  między  wiązkami  przewodów  i  płytkami,  pełnymi  elektronicznych
podzespołów. Próbował demontować nawet niemal płaskie ekrany monitorów.

– Panie Lowbacco, po prostu nie potrafię zrozumieć, co chce pan przez to osiągnąć – odezwał się

gderliwie Em Teedee, jak zwykle zawieszony u pasa Wookiego. – Grzebie pan w tych śmieciach od
dobrych kilku godzin i nic nie wskazuje na to, żeby miał pan cokolwiek znaleźć.

Lowie odpowiedział krótkim warknięciem.
–  No,  nie!  Nie  wierzę,  że  potrafi  pan  je  wyczuć,  posługując  się  jedynie  węchem.  To  po  prostu

absurdalne! Jak ktokolwiek mógłby wywęszyć jakiś kryształ?

Wszystko wskazywało na to, że Em Teedee traci cierpliwość. Lowie zastanawiał się nawet, czy

baterie, zasilające obwody miniaturowego androida-tłumacza, nie zaczynają się wyczerpywać.

– A poza tym nie sądzę, że znajdzie pan jakiś kryształ w tym pomieszczeniu – ciągnął piskliwie

automat. – Jestem niemal pewien, że cały ośrodek dowodzenia został dokładnie przetrząśnięty przed
wielu laty.

Lowie  krótkim  szczeknięciem  wyraził  opinię  na  temat  stwierdzenia,  wygłoszonego  przez

androida, ale nie zaprzestał poszukiwań.

–  Wręcz  przeciwnie  –  odparł  Em  Teedee.  –  Wcale  nie  jestem  pesymistą,  tylko  próbuję  myśleć

racjonalnie.  Nie  potrafię  zrozumieć,  dlaczego  pan  Skywalker  spodziewa  się,  że  wszyscy  po  prostu
znaj da odpowiednie kryształy. A co będzie, jeżeli ktoś skonstruuje miecz świetlny kiepskiej jakości?
Jaki  będzie  miał  z  niego  pożytek?  Ośmielam  się  twierdzić,  że  trzeba  całkiem  poważnie  brać  taką
ewentualność pod uwagę. Naprawdę uważam, że powinien pan zakończyć te poszukiwania.

W  tej  samej  chwili  Lowie  triumfująco  zaryczał.  Sięgnął  do  wnętrza  niewielkiego  projektora,

cechującego się dużą rozdzielczością, i spomiędzy wepchniętych tam byle jak płytek wyciągnął dwie
połyskujące  części:  niemal  płaską  soczewkę  skupiającą  i  sferyczny  kryształ  wzmacniający.  Oba
elementy  były  wykorzystywane  do  poprawy  jakości  obrazu.  Młody  Wookie  instynktownie  czuł
jednak, że mogą zostać użyte w podobnym celu również do budowy świetlnego miecza.

Nie kryjąc zachwytu, ujął oba elementy we włochate pałce i przez chwilę przytrzymywał przed

czujnikami optycznymi miniaturowego androida. Jeszcze raz radośnie zaryczał... zabrzmiało to trochę
chełpliwie.

– No cóż, czasami mogę nie mieć racji – odezwał się nieco urażony Em Teedee.

background image

 

 

 

Rozdział 3

 
 
Świt  zastał  Tenel  Ka  stojącą  na  samym  wierzchołku  wielkiej  świątyni  i  przygotowującą  się  do

nowych  ćwiczeń.  Dziewczyna  zaplotła  rude  włosy  w  kilka  prostych  warkoczy,  po  czym  zaczęła
rozciągać  mięśnie...  powoli,  metodycznie,  skutecznie.  Miała  na  sobie  kostium  gimnastyczny,
sporządzony  z  jaszczurczej  skóry,  żeby  nie  krępował  swobody  ruchów.  Strój  ten  był  nawet  jeszcze
bardziej kusy niż pancerz, pokryty gadzimi łuskami, który zazwyczaj nosiła. Wypolerowana niebieska
skóra rzucała błyski przy każdym ruchu dziewczyny.

Stojąc  boso  na  prastarych,  spękanych  kamieniach  świątyni,  Tenel  Ka  wyciągnęła  ręce  ku  niebu

i  napięła  mięśnie:  najpierw  jednej,  a  potem  drugiej.  Świadoma  bogatych  woni  i  różnorodnych
dźwięków, napływających od strony budzącej się do życia dżungli, poczuła, jak jej ciało zaczyna się
odprężać.  Lekki  wiatr  zaszeleścił  liśćmi  drzew  i  krzaków.  Starając  się  skupić  na  tym,  co  robi,
dziewczyna głęboko odetchnęła. Miała nadzieję, że jej nowe metody treningowe okażą się nie mniej
wyczerpujące i wszechstronne niż ćwiczenia, wykonywane każdego dnia przez mistrza Skywalkera.

Była  trochę  zdumiona  sposobem,  w  jaki  zareagowała  na  polecenie  nauczyciela,  żeby  wszyscy

młodzi  rycerze  Jedi  skonstruowali  własne  świetlne  miecze.  Poczuła  dumę  na  myśl  o  tym,  że  już
wkrótce  zaczną  przygotowywać  się  do  prawdziwej  walki.  Mimo  to  czuła  się  urażona  sugestią,  że
w  pewnym  sensie  będzie  oceniana  na  podstawie  umiejętności  władania  bronią,  którą  wkrótce
przyjdzie jej walczyć.

Niedawno  wspięła  się  po  murze  wielkiej  świątyni,  korzystając  tylko  z  pomocy  kotwiczki,

wytrzymałej  linki  i  siły  własnych  mięśni.  Nieustannie  zadawała  sobie  pytanie,  czy  wojownik  albo
wojowniczka,  którzy  posługiwali  się  bronią,  nie  liczyli  się  bardziej  niż  sama  broń?  Tenel  Ka
potrafiła  obezwładnić  przeciwnika  nawet  wówczas,  kiedy  walczyła  zwyczajnym  kijem,  a  nie
świetlnym mieczem.

Kiedy  poczuła,  że  jest  całkowicie  rozluźniona,  pochyliła  się  i  podniosła  metrowej  długości

drewniany drążek, który zabrała na wierzchołek świątyni. Przez następne trzydzieści minut ćwiczyła,
rzucając go w powietrze i chwytając na przemian to prawą, to znów lewą dłonią. Z początku śledziła
lot  kijka,  ale  później  postanowiła  wykonywać  to  samo  ćwiczenie  z  zamkniętymi  oczami.  Następnie
chwyciła koniec drążka i zaczęła zataczać kręgi wokół ciała, przeskakując, ilekroć kij znajdował się
pod jej stopami.

Mimo iż po jej czole i karku spływały strużki potu, przystąpiła do następnego ćwiczenia. Kiedy

w  końcu  doszła  do  wniosku,  że  jej  odruchy  stały  się  tak  szybkie,  jak  pragnęła,  uchwyciła  koniec
drążka  obiema  dłońmi  i  zaczęła  nim  wywijać  w  ten  sam  sposób,  jakby  posługiwała  się  mieczem
świetlnym.

Po godzinie takiego treningu postanowiła przystąpić do jeszcze bardziej wyczerpujących ćwiczeń

background image

gimnastycznych.  Kilka  razy  głęboko  odetchnęła,  a  potem  zbiegła  po  stopniach  wyciosanych
w  zewnętrznej  ścianie  wielkiej  piramidy.  Kiedy  stanęła  na  skraju  polany,  wystartowała  do
codziennego dziesięciokilometrowego biegu.

Biegła,  czując  na  twarzy  chłodne  podmuchy  wiatru.  Spoglądając  raz  po  raz  na  ręce  i  nogi,

zachwycała  się  siłą  ich  mięśni,  wytrzymałością,  prężnością.  Miała  wrażenie,  że  sprawuje  nad  nimi
absolutną  władzę.  Jeszcze  bardziej  przyspieszyła,  zadowolona  z  faktu,  że  jej  mięśnie  potrafią
sprostać wszystkim wymaganiom, jakie im stawiała.

Tak,  z  pewnością  miała  rację.  Najważniejsza  była  jednak  sama  wojowniczka,  a  nie  broń,  jaką

posługiwała się podczas walki.

 
Kiedy minął piąty dzień intensywnych ćwiczeń, dzięki którym siła i zręczność miały zastąpić jej

najostrzejszą broń, Tenel Ka poczuła, że jest gotowa przystąpić do kształtowania rękojeści własnego
świetlnego  miecza.  Ociekając  potem  po  zakończeniu  porcji  porannych  ćwiczeń,  dziewczyna
postanowiła wykąpać się w ciepłych wodach rzeki przepływającej przez dżunglę, a także zastanowić
się, jak najlepiej wykonać następne zadanie.

Zdjęła kombinezon treningowy i pełna wiary we własne siły, zanurkowała, aby dać się ponieść

wartkiemu  prądowi.  Rozmyślała  o  różnych  materiałach,  które  mogłaby  zastosować  do  wykonania
rękojeści.  Tenel  Ka  umiała  doskonale  pływać,  a  umiejętność  tę  zdobyła,  trenując  za  namową  obu
babek i na Hapes, i na Dathomirze.

Augwynne  Djo,  której  córką  była  Teneniel  Djo,  matka  dziewczyny,  nauczyła  pływać  wnuczkę,

przekonując ją, że najsilniejszymi wojowniczkami i najdzielniejszymi myśliwymi zostają te kobiety,
których  nie  zdoła  powstrzymać  byle  rzeka  czy  jezioro.  Z  drugiej  strony  Ta’a  Chume,  matriarchini
królewskiego rodu władającego gromadą gwiezdną Hapes i matka ojca Tenel Ka, księcia Isoldera,
utrzymywała, że umiejętność pływania jest nieodzownym środkiem obrony przeciwko skrytobójcom
i  porywaczom.  Prawdę  mówiąc,  hapańska  babka  dziewczyny  ocaliła  kiedyś  w  ten  sposób  własne
życie.  Skoczyła  ze  ścigacza  w  toń  jeziora  i  dopłynęła  do  brzegu  pod  wodą,  podczas  gdy  niedoszli
mordercy sądzili, że utonęła.

Tenel Ka wynurzyła się na powierzchnię. Zaczerpnęła głęboki haust powietrza i zaczęła płynąć

w  górę  rzeki.  Jej  zadanie  było  bardzo  trudne,  ale  czuła,  że  ma  więcej  sił  dzięki  porannym
ćwiczeniom,  jakie  wykonywała,  wymachując  kijem  będącym  namiastką  świetlnego  miecza...  co
ponownie przypomniało jej o czekającej pracy.

Ponieważ  świetliste  ostrze  nie  wydzielało  ani  trochę  ciepła,  przypuszczała,  że  mogłaby

sporządzić  rękojeść  świetlnego  miecza  z  kawałka  metalowej  rurki  albo  nawet  twardego  drewna.
Miała jednak wrażenie, że żaden z tych materiałów nie byłby odpowiedni.

Przebierając  rytmicznie  rękami,  posuwała  się  pod  prąd  rzeki.  Starała  się  utrzymywać  równe

tempo. Lewa. Prawa. Lewa. Prawa.

Kamień jako surowiec nastręczałby zbyt dużo kłopotów podczas obróbki, a poza tym byłby zbyt

ciężki,  żeby  wykorzystać  go  do  sporządzenia  rękojeści.  Tenel  Ka  potrzebowała  czegoś,  co  w  jakiś
sposób  podkreśliłoby  jej  wizerunek  wojowniczki  z  Dathomiry.  Oczami  wyobraźni  ujrzała  dumną
Augwynne Djo, w tunice z jaszczurczej skóry i ceremonialnym hełmie, dosiadającą obłaskawionego
rankora.  Najbardziej  charakterystycznym  dowodem  odwagi  jej  dzikiego  ludu  było  ujarzmianie  tych
dzikich bestii słynących z ogromnej siły i ostrych, śmiercionośnych szponów.

Tenel  Ka  ponownie  zanurkowała,  po  czym  wypłynęła  i  zmieniła  styl.  Przypomniała  sobie,  że

background image

w  komnacie  nadal  przechowuje  dwa  kły  ulubionego  rankora,  które  otrzymała,  kiedy  przed  kilkoma
laty zwierzę zdechło. Nie były największe spośród wszystkich, jakie kryły się w paszczy bestii, ale
miały idealne kształty i rozmiary. Dziewczyna pomyślała, że z pewnością będzie mogła wykorzystać
jeden, by sporządzić rękojeść swojego świetlnego miecza...

 
Tydzień  później  przyglądała  się  dziełu  własnych  rąk  z  prawdziwą  dumą.  Wyryła  ostatnią  linię,

kończąc zawiły wzór wyżłobiony na powierzchni kła rankora.

Lowie, siedzący przed nią na fotelu pilota w niewielkiej kabinie skoczka typu T-23, odwrócił się

i  pytająco  zaryczał.  Dziewczyna  chwilę  odczekała,  aż  usłyszy  dokonane  przez  Em  Teedee
tłumaczenie pytania.

– Pan Lowbacca chciałby się dowiedzieć, czy chodzi pani o jakiś szczególny wulkan, do którego

pragnie pani polecieć, aby znaleźć właściwy kryształ?

Tenel Ka popatrzyła na soczystą zieleń baldachimu liści drzew porastających dżunglę.
– Ty możesz wybrać – odparła.
Młody Wookie odpowiedział krótkim szczeknięciem.
–  Jeżeli  chodzi  o  pana  Lowbaccę,  nie  sprawia  mu  to  jakiejkolwiek  różnicy  –  odezwał  się

android-tłumacz.  –  Zgromadził  już  wszystkie  elementy  niezbędne  do  budowy  świetlnego  miecza.
Niedawno  skończył  składać  wszystkie  części.  Jego  broń  jest  prawie  gotowa.  Wymaga  jedynie
ostatecznego wykończenia.

Zdumiona  Tenel  Ka  zamrugała,  nie  tylko  z  powodu  długiego  tłumaczenia  bardzo  krótkiej

odpowiedzi  Lowiego,  ale  przede  wszystkim  zaskoczona  faktem,  że  Lowbacca  –  a  zapewne  także
Jacen  i  Jaina  –  tak  bardzo  ją  wyprzedzili  w  pracy.  No  cóż,  będzie  musiała  znaleźć  ten  kryształ  jak
najprędzej, a później równie szybko złożyć wszystkie elementy broni.

–  Niech  będzie  tamten  –  odparła,  wyciągając  rękę  i  pokazując  najbliższy  stożek.  Później  nieco

burkliwie,  ponieważ  czuła  się  głupio,  że  zawraca  głowę  Lowbaccę  swoimi  problemami,  dodała:  –
Przepraszam.  Nie  sprawiałabym  ci  kłopotu  swoją  prośbą,  gdybym  wiedziała,  że  kończysz  właśnie
budowę miecza.

Wookie  zaryczał  i  zamaszystym  gestem  porośniętej  rudobrązową  sierścią  ręki  rozproszył  jej

obawy.

–  Pan  Lowbacca  pragnie  panią  zapewnić,  że  w  żaden  sposób  nie  sprawiła  mu  pani  kłopotu  –

pospieszył  z  tłumaczeniem  Em  Teedee.  –  Od  wielu  dni  nie  przebywał  w  dżungli,  by  oddawać  się
w  samotności  medytacjom,  a  zatem  będzie  zachwycony,  mogąc  pomóc  pani  w  rozwiązaniu  tego
problemu.

Lowie parsknął, po czym pstryknął jednym palcem w obudowę androida.
–  Och,  prawdę  mówiąc,  chciałem  powiedzieć  –  poprawił  się  szybko  Em  Teedee  –  że  pan

Lowbacca zamierzał i tak zrobić sobie przerwę w pracy i jest rad, że będzie mógł pani pomóc.

Młody  Wookie  głośno  sapnął,  ale  chyba  zaakceptował  to  tłumaczenie.  Wylądował  skoczkiem

typu  T-23  na  pokrytej  ubitym  wulkanicznym  piaskiem  wolnej  przestrzeni,  znajdującej  się  pomiędzy
skrajem  dżungli  a  podnóżem  niewielkiego  wulkanu.  Szczeknął  kilka  razy,  co  natychmiast  zostało
przetłumaczone przez jego elektronicznego towarzysza:

–  Kiedy  skończy  pani  poszukiwania,  bez  względu  na  to,  z  jakim  rezultatem,  po  prostu  proszę

powrócić  do  skoczka.  Pan  Lowbacca  i  ja,  siedząc  na  wierzchołku  jakiegoś  drzewa  w  dżungli,
będziemy obserwowali, czy pani nie nadchodzi.

background image

Tenel Ka kiwnęła głową.
– Zrozumiałam. Dziękuję.
Bez dalszych ceregieli odwróciła się i zaczęła się wspinać zboczem góry.
Chociaż  żaden  z  wulkanów  znajdujących  się  w  pobliżu  akademii  Jedi  od  dość  dawna  nie

wybuchał,  ze  stożka  tej  góry  unosiły  się  obłoki  białej  pary.  Obchodząc  grupę  ostrych  czerwonych
skał,  dziewczyna  natknęła  się  na  czarny  otwór,  będący  zapewne  pozostałością  po  korycie
wyciekającej lawy. Miała nadzieję, że mroczny tunel doprowadzi ją do samego jądra.

W  ciepłym  powietrzu  unosiła  się  gryząca  woń  siarkowych  wyziewów.  Tenel  Ka  wyciągnęła

z  zawieszonej  u  pasa  torby  niewielki  jarzeniowy  pręt  wielkości  palca  i  zapaliła  go,  aby  widzieć
drogę.  Pod  jej  stopami  chrzęściły  kryształki  czarnego  wulkanicznego  piasku.  Odbijały  światło  jej
pręta  i  błyszczały  jak  tysiące  ognistych  okruchów.  W  miarę  jak  dziewczyna  zapuszczała  się  coraz
dalej, wulkaniczny piasek ustępował miejsca litej skale, czarnej i połyskującej jak obsydian. Z głębi
korytarza promieniowała czerwonawa poświata, a gorąco stawało się trudne do zniesienia.

Od  czasu  do  czasu  Tenel  Ka  słyszała  odległy  głuchy  pomruk,  jakby  uśpiony  wulkan  głęboko

oddychał.  W  otaczających  ją  kamiennych  ścianach  widziała  coraz  więcej  pęknięć  i  szczelin.
Z  niektórych,  biegnących  od  sklepienia  do  dna  korytarza,  wydobywały  się  obłoki  białej  pary
przesyconej wonią kwasu siarkowego. Nigdzie jednak nie było widać kryształów, zatopionych kiedyś
w wulkanicznej lawie.

Tunel  wił  się,  zapewne  nie  miał  końca.  Straciwszy  cierpliwość,  Tenel  Ka  postanowiła,  że

niedługo  zawróci,  ale  kiedy  pokonała  następny  zakręt,  ogarnęła  ją  fala  ognistego  żaru.  W  końcu
znalazła to, czego szukała.

– A – odezwała się do siebie. – Aha.
Wiedziała,  że  długo  nie  zdoła  znieść  gorąca,  ale  musiała  zaryzykować.  Ujrzała  leżący  na  dnie

tunelu ogromny odłamek połyskującej czarnej skały, który musiał oderwać się od szczeliny w ścianie.
W panującym w głębi korytarza półmroku tańczyły fale nieznośnego żaru. Tenel Ka czuła, że po jej
czole  spływają  kropelki  potu,  które  wpadając  do  oczu,  utrudniały  patrzenie.  Mimo  to  nie  mogła
pomylić z niczym innym spiczastych kryształów, połyskujących i zarazem matowych, wyrastających
z boku odłamanej bryły.

Otaczające  dziewczynę  skały  były  zbyt  gorące,  aby  mogła  ich  dotknąć,  a  zatem  musiała  się

pospieszyć. Trzymając jarzeniowy pręt w zębach, wyciągnęła z torebki zawieszonej u pasa niewielki
strzęp jaszczurczej skóry. Owinęła go wokół kryształów, a potem szarpnęła i oderwała kamienie od
kawałka skały.

Nie  odwijając  łupu,  schowała  klejnoty  do  torebki  u  pasa,  po  czym  odwróciła  się  i  pobiegła

w  stronę  wyjścia  z  tunelu.  Trzymając  jarzeniowy  pręt  nad  głową,  wydała  przeciągły  triumfalny
okrzyk, który odbił się echem i poniósł w obie strony krętym korytarzem.

Kiedy  powróciła  do  komnaty,  usiadła  przy  długim  drewnianym  stole,  na  którym  rozłożyła

wszystkie części przyszłego świetlnego miecza. Nie brakowało ani jednego elementu, potrzebnego do
złożenia  broni.  Miała  przełączniki,  kryształy,  płytkę  ochronną,  źródło  energii,  soczewkę  skupiającą
i rękojeść sporządzoną z kła rankora.

Przesunęła czubkiem palca po zawiłym rytualnym wzorze, jaki wyryła na powierzchni kremowo-

żółtej  rękojeści  świetlnego  miecza.  Pomyślała,  że  ryty  wyglądają  nawet  jeszcze  lepiej,  niż  się
spodziewała.

Kiedy  powróciła  z  wyprawy  mającej  na  celu  znalezienie  kryształu,  zaczęła  pocierać

background image

powierzchnię zęba rankora pastą, sporządzoną z drobin wulkanicznego piasku, który zalegał na dnie
tunelu.  Później  wygładziła  wszystkie  nierówności  powierzchni  zęba  i  wówczas  okazało  się,  że
zawarty  w  piasku  ciemny  pigment  wniknął  w  rysy,  dzięki  czemu  stały  się  doskonale  widoczne.
Ozdobiony  w  ten  sposób  kieł  rankora  stał  się  prawdziwym  arcydziełem,  godnym  dzielnej
wojowniczki.

Kiedy Tenel Ka zaczęła składać wszystkie części tak, jak nauczył ją mistrz Skywalker, nie umiała

powstrzymać ziewnięcia, pełnego zadowolenia, ale i znużenia. Zmarszczyła brwi, kiedy uświadomiła
sobie,  że  wydrążona  we  wnętrzu  kła  rankora  przestrzeń  jest  zbyt  mała,  żeby  mogła  pomieścić
wszystkie  kryształy,  ułożone  dokładnie  tak,  jak  zaplanowała.  Zmarszczyła  je  po  raz  drugi,  gdy  po
dokładnych oględzinach stwierdziła, że każdy półprzeźroczysty kryształ ma niewielką skazę. Stłumiła
kolejne ziewnięcie i zrezygnowana, pokręciła głową. No cóż, nie miała wyboru. Kiedy przebywała
w  mrocznym  tunelu,  oddychając  powietrzem,  które  paliło  jej  płuca,  nie  miała  czasu  przyglądać  się
klejnotom, a teraz było za późno, by wyprawiać się na poszukiwania innych.

Tenel  Ka  powróciła  myślami  do  wydarzeń  ostatnich  dwóch  tygodni,  do  wysiłku  i  ćwiczeń,  do

jakich  się  zmuszała.  Wiedziała,  że  ma  odruchy  szybkie  jak  błyskawice;  umiejętności  i  zmysły
wyćwiczone  do  granic  możliwości.  Wzruszyła  ramionami,  usiłując  pozbyć  się  zmęczenia  i  bólu,
który  zagnieździł  się  w  mięśniach  karku.  Musi  jej  wystarczyć  to,  co  ma.  Mimo  wszystko,
o zwycięstwie decyduje wojowniczka, a nie broń, jaką się posługuje.

Kiwnęła głową do siebie, po czym sięgnęła po rękojeść świetlnego miecza. Zaczęła umieszczać

w środku wszystkie podzespoły.

background image

 

 

 

Rozdział 4

 
 
Polana w dżungli tętniła życiem dosłownie tysięcy – nie, milionów! – stworzeń i roślin, dziwnie

ubarwionych  grzybów  i  brzęczących  owadów,  z  których  każdy  przyciągał  uwagę  Jacena.  Chłopiec
musiał starać się ze wszystkich sił, żeby nie zaprzątały jego myśli. W tej chwili o wiele ważniejsze
było, aby słuchał wujka Luke’a Skywalkera. Mistrz Jedi postanowił, że właśnie tego dnia rozpoczną
się  pierwsze  pojedynki,  w  trakcie  których  młodzi  rycerze  Jedi  będą  posługiwali  się  świetlnymi
mieczami.

Kiedy  uczniowie  konstruowali  swoje  urządzenia,  wprawiali  się,  walcząc  z  ćwiczebnymi

androidami albo pojedynkowali się, używając kijów tej samej długości, co ostrze prawdziwej broni.
Ukończywszy  pracę,  przez  następny  tydzień  ćwiczyli,  posługując  się  prawdziwymi  mieczami.
Używali ich tylko do walki przeciwko nieruchomym celom, żeby nabrać wprawy i przyzwyczaić się
do blasku świetlistej klingi.

Teraz  jednak  mistrz  Skywalker  zdecydował,  że  jego  uczniowie  są  gotowi  przystąpić  do

następnego etapu.

Polana  była  wypalonym  miejscem,  gdzie  niedawno  szalał  krótkotrwały,  ale  intensywny  pożar,

wywołany zapewne przez piorun. Wszechobecna wilgoć i bujna roślinność nie dopuściły, żeby ogień
się rozprzestrzenił, ale jedno ogromne drzewo Massassów – o pniu sczerniałym i osłabionym przez
żar  płomieni  –  wywróciło  się,  miażdżąc  kilka  mniejszych  drzew  i  krzewów.  Pozostałą  przestrzeń
polany  zajmował  labirynt  splątanych  jasnozielonych  porostów  –  chwastów  i  kwiatów  usiłujących
zapuścić korzenie w spalonej i spękanej glebie.

Ponieważ  dzisiejsze  zajęcia  miały  być  ćwiczeniami  w  równej  mierze  umysłowymi,  co

fizycznymi, Luke był ubrany w wygodny treningowy kombinezon, podobnie zresztą jak Jacen i Jaina.
Ubranie  Tenel  Ka,  jak  zwykle  sporządzone  z  wytrzymałej  gadziej  skóry,  nie  zakrywało  rąk  ani  nóg
dziewczyny,  zapewniając  jej  swobodę  ruchów.  Młoda  wojowniczka  zaplotła  długie  złocisto-rude
włosy  w  fantazyjne  warkoczyki,  w  których  umieściła  mnóstwo  ozdób.  Lowbacca  nie  miał  na  sobie
nic  oprócz  pasa  uplecionego  z  włókien,  które  ściął  z  wnętrza  śmiercionośnego  syreniowca,
rosnącego  w  gęstej  dżungli  na  Kashyyyku.  Em  Teedee  wisiał  na  swoim  zwykłym  miejscu,
przyczepiony do pasa na biodrze Wookiego.

Wszyscy  młodzi  rycerze  Jedi  mieli  jednak  tym  razem  coś  nowego  i  niezwykłego  –  własne

świetlne miecze sporządzone w ciągu kilku ostatnich tygodni mozolnej pracy.

Jacen stał obok pozostałych uczniów, od czasu do czasu rzucając ukradkowe spojrzenia na boki,

gdzie  szeleszczące  liście  sugerowały  obecność  nie  znanych  stworzeń.  Tymczasem  Luke  Skywalker
usiadł na pniu powalonego ogromnego drzewa. Dopiero wówczas zdjął z ramienia tajemniczą torbę,
którą dźwigał przez cały czas, odkąd opuścili mury wielkiej świątyni.

background image

– Co tam masz, wujku Luke’u? – zapytał Jacen, nie potrafiąc opanować ciekawości. Ponieważ nie

mógł zająć się badaniem ciekawych owadów i roślin, musiał skupić uwagę na czymś innym.

Mistrz  Jedi  tajemniczo  się  uśmiechnął,  po  czym  wyciągnął  z  torby  szkarłatną  kulę  rozmiarów

dużej piłki, idealnie gładką, jeżeli nie liczyć kilku małych przysłoniętych otworów, w których mogły
się  kryć  miniaturowe  silniki  repulsorowe  albo  niewielkie  lasery.  Umieścił  kulę  na  pochyłym
sczerniałym pniu ogromnego drzewa. W jakiś dziwny sposób nie stoczyła się na ziemię, ale pozostała
dokładnie  tam,  gdzie  położył  ją  Skywalker.  Po  chwili  Luke  wyjął  drugą  taką  samą  kulę,  a  po  niej
następną i następną.

–  Zdalniaki!  –  krzyknęła  Jaina  zgadując,  czym  były  owe  dziwne  przedmioty.  –  To  są  zdalniaki,

prawda, wujku Luke’u? Do czego będą nam potrzebne?

– Do wprawiania się w celowaniu – odpowiedział mistrz Skywalker.
Wszystkie  cztery  kule  spoczywały  nieruchomo  na  pochyłym  pniu  drzewa  Massassów.  Nie

staczały się; jakby kpiły sobie z siły przyciągania.

Zdumiony Lowbacca szczeknął, a Tenel Ka wyprostowała się i zapytała:
– Będziemy do nich strzelali?
– Nie – odparł Luke. – To one będą strzelały do was.
– A my mamy odbijać ich strzały za pomocą ostrzy świetlnych mieczy? – domyślił się Jacen.
– Tak – przyznał Luke – ale to nie będzie takie proste, jak myślisz.
– Nigdy nie powiedziałem, że będzie proste – mruknął chłopiec.
Tenel Ka kiwnęła głową.
–  To  jest  lekcja,  która  pozwoli  nam  na  ćwiczenie  odruchów  i  koncentracji  uwagi.  Będziemy

musieli reagować tak szybko, żeby przechwycić wszystkie strzały laserów tych zdalniaków.

– Tak, ale przewidziałem coś, co utrudni lekcję – powiedział Luke. Sięgnąwszy znów do torby,

wyjął  elastyczny  hełm,  zaopatrzony  w  opuszczaną  transpastalową  osłonę  barwy  ciemnej  czerwieni,
po czym podał go młodej wojowniczce. – Będziecie ćwiczyli w takich hełmach.

Wyciągnął  dwa  następne  urządzenia  i  wręczył  je  bliźniętom.  Zamiast  czwartego  hełmu  wyjął

jednak  tylko  samą  ciemnoczerwoną  osłonę,  zaopatrzoną  w  dwie  najzwyklejsze  linki,  które  można
było zawiązać z tyłu głowy.

– Przykro mi, Lowbacco – oznajmił – ale nigdzie nie mogłem znaleźć hełmu na tyle dużego, żebyś

mógł włożyć na swoją głowę. Musisz zadowolić się samą osłoną.

Jacen  nasunął  hełm  na  wiecznie  zmierzwione  brązowe  włosy  i  nagle  ujrzał  dżunglę  przez

szkarłatny  filtr  osłony.  Gęsty  las  wydał  mu  się  teraz  dzikszy  i  groźniejszy,  jakby  oświetlony  przez
łunę  szalejącego  pożaru.  Szczegóły  krajobrazu  stały  się  mniej  ostre,  jakby  ciemniejsze.  Chłopiec
zaczął  się  zastanawiać,  jakiemu  celowi  miały  służyć  hełmy  i  osłony.  Czy  ochronią  go  przed
przypadkowym  trafieniem  przez  promień  lasera  któregoś  ze  zdalniaków?  Spojrzał  w  kierunku
sczerniałego pnia wielkiego drzewa, na którym spoczywały jasnoczerwone kule... a raczej na którym
widział je przed chwilą.

Zamrugał powiekami.
– Hej, one zniknęły!
–  Nie  zniknęły  –  poprawił  go  Skywalker.  –  Stały  się  niewidzialne.  Nie  zobaczysz  ich,  kiedy

będziesz  spoglądał  na  nie  przez  czerwoną  osłonę.  –  Mistrz  Jedi  lekko  się  uśmiechnął.  –  Na  tym
właśnie  polega  utrudnienie.  Kiedy  uczył  mnie  Obi-Wan  Kenobi,  kazał  mi  walczyć  w  hełmie
z  nasuniętą  osłoną  chroniącą  oczy  przed  blaskiem  blasterowych  strzałów.  Niczego  nie  widziałem.

background image

Wy przynajmniej będziecie mogli widzieć wszystko, co was otacza... z wyjątkiem zdalniaków.

Jacen  chciał  zapytać,  jak  ma  walczyć  z  czymś,  czego  nie  będzie  widział,  ale  wiedział,  co

odpowie wujek Luke.

–  Nie  chcę,  żebyście  walczyli  zupełnie  na  oślep  –  ciągnął  tymczasem  mistrz  Jedi  –  ponieważ

wszyscy czworo będziecie ćwiczyli tu, na tej polanie, zmagając się ze strzałami zdalniaków. Dzięki
temu  możecie  widzieć  się  nawzajem.  Nie  chciałbym,  żeby  którekolwiek  w  ferworze  walki  zraniło
kogoś innego, kiedy będziecie odbijać laserowe błyskawice ostrzem miecza.

Jego  uwaga  sprawiła,  że  Jaina  i  Jacen  cicho  zachichotali.  Mistrz  Skywalker  obdarzył  jednak

wszystkich poważnym spojrzeniem.

– Nie żartowałem – ostrzegł. – Ostrze świetlnego miecza może przeciąć praktycznie każdą znaną

substancję – a zatem także ludzkie ciało. Pamiętajcie o tym, że miecze świetlne nie są zabawkami. To
bardzo niebezpieczna broń. Posługujcie się nimi z najwyższą ostrożnością i rozwagą. Mam nadzieję,
że  czas,  jaki  poświęciliście  na  skonstruowanie  mieczy,  pozwolił  wam  dowiedzieć  się  czegoś  na
temat mocy tej broni i zagrożeń związanych z jej użyciem.

Luke wyjął z torby urządzenie sterujące.
– A teraz przekonajmy się, jak umiecie posługiwać się Mocą i swoimi energetycznymi klingami.
Pstryknął  jakimś  przełącznikiem,  a  Jacen  usłyszał  cichy  syk  i  brzęczenie.  Nie  zobaczył  jednak

niczego, dopóki nie uniósł szkarłatnej osłony hełmu. Przekonał się wówczas, że jasnoczerwone kule
uniosły się w powietrze i zaczęły krążyć, jakby zamierzały zorientować się w położeniu.

–  Nastawiłem  lasery  na  niewielką  moc  rażenia  –  odezwał  się  Luke  –  ale  nie  myślcie,  że  nie

poczujecie bólu, jeżeli zostaniecie trafieni jakimś strzałem.

– Przynajmniej nie zamierza nas bombardować ostrymi odłamkami skał ani nożami, jak Brakiss

w Akademii Ciemnej Strony – mruknął Jacen, zwracając się do siostry.

– Opuśćcie osłony – polecił mistrz Skywalker. – Zajmijcie swoje miejsca.
Czworo przyjaciół, depcząc chwasty i trawę, ustawiło się w czterech wskazanych punktach.
– A teraz zapalcie miecze świetlne – rzekł Luke, po czym znów usiadł na pniu drzewa. Wyglądało

na to, że się świetnie bawi.

Wszyscy  młodzi  rycerze  Jedi  jak  na  rozkaz  wyciągnęli  rękojeści  swoich  nowych  urządzeń

i przycisnęli guziki włączające zasilanie. W czerwonawym półmroku rozjarzyły się świetliste smugi;
jaskrawe  promienie  długości  kling  zwyczajnych  mieczy.  Przecięły  ciemną  purpurę,  na  którą
spoglądał  Jacen.  Czerwień  osłon  tłumiła  wszystkie  inne  barwy  ostrzy  indywidualnych  mieczy,
zamieniając  je  w  świetliste  ciemnoczerwone  smugi.  Jacenowi  przypominały  kolor  ostrza  broni
Dartha Vadera.

– Zdalniaki krążą teraz wokół was – odezwał się Luke. – Po upływie trzydziestu sekund zaczną

strzelać  w  nieregularnych  odstępach  czasu.  Musicie  się  posługiwać  Mocą.  Postarajcie  się  je
wyczuwać.  Powinniście  odgadnąć,  kiedy  was  zaatakują,  a  później  tak  ustawić  ostrze  świetlnego
miecza, żeby odbić laserowy promień. Wiele elementów dotychczasowej nauki przygotowywało was
właśnie na tę chwilę. Przekonajmy się, jak sobie poradzicie.

Jacen  sprężył  się,  wyciągnąwszy  rękę  ze  świetlnym  mieczem.  Chociaż  nie  chciał  przyznać  się

przed samym sobą, korzystał teraz z niektórych umiejętności, jakich nauczył go Brakiss w Akademii
Ciemnej  Strony.  Czuł  w  dłoni  delikatne  drżenie  pulsującej  ogromną  energią  rękojeści.  Nozdrza
chłopca  drażniła  silna  woń  ozonu.  Jacen  słyszał,  jak  jego  przyjaciele  poruszają  się  po  polanie;  jak
przygotowują się na odparcie ataku, który mógł nadejść z każdej strony.

background image

Pomruk  ostrzy  świetlnych  mieczy  zagłuszał  wszystkie  inne  dźwięki,  podobnie  jak  szkarłatne

osłony nie pozwalały widzieć żadnych innych kolorów. Nagle Jacen usłyszał huk wystrzału, ale nie
zobaczył  laserowej  błyskawicy.  Głośny  jęk  Wookiego  zabrzmiał  o  ułamek  sekundy  wcześniej  niż
drżący  pomruk  jego  świetlistego  ostrza,  które  przecięło  powietrze,  ale  nie  trafiło  niczego.  Lowie
ponownie zawył.

– O rety, panie Lowbacco, ostrze pańskiego miecza nawet nie musnęło laserowej błyskawicy! –

zapiszczał Em Teedee. – Mam nadzieję, że z czasem dojdzie pan do większej wprawy.

Wookie  zaryczał  groźnie,  wyraźnie  urażony,  a  mały  android-tłumacz  odparł,  jakby  trochę

przestraszony:

– No dobrze, niech tak będzie. Rozumiem, że to bardzo trudne, ponieważ niczego pan nie widzi...

Mimo to radziłbym, żeby nie dał się pan trafić po raz drugi.

Jacen stracił zainteresowanie rozmową, kiedy za jego plecami rozległ się syk wystrzału i kiedy

laserowa  smuga  trafiła  go  w  sam  środek  pośladka.  Jęknął  z  bólu.  Niewielka  rana  zapiekła,  jakby
został ukąszony przez żądlącą jaszczurkę. Chłopiec obrócił się i machnął świetlistą klingą, ale było
już za późno.

Z przeciwległego krańca polany doleciał odgłos następnego strzału, po którym rozległ się trzask

łamanej  gałęzi.  Mimo  osłony,  Jacen  ujrzał,  że  Tenel  Ka  odskoczyła.  Przekonał  się,  że  trzask
wywołała niewidoczna laserowa błyskawica, która przełamała gałąź w pobliżu miejsca, gdzie przed
kilkoma sekundami stała dziewczyna. Młoda wojowniczka przykucnęła, wyciągnąwszy przed siebie
rękę ze świetlnym mieczem. Skupiona, przekrzywiła głowę.

Jacen  wyciągnął  myślowe  palce,  starając  się  za  pośrednictwem  Mocy  wyczuć,  z  której  strony

może  nastąpić  następny  atak  zdalniaka.  Usłyszał  odgłosy  dwóch  kolejnych  strzałów,  a  później
dźwięczny  brzęk,  z  jakim  jego  siostrze  udało  się  odbić  jedną  z  błyskawic.  Jacen  skupił  uwagę  na
bólu,  jaki  nadal  czuł  w  miejscu,  gdzie  został  trafiony  przez  laser.  Starał  się  wykorzystać  go  do
wzmożenia własnej koncentracji. Nie chciał zostać użądlony po raz drugi.

Usłyszał  świst  kolejnego  strzału  i  machnął  ostrzem  świetlnego  miecza,  starając  się  odbić

laserową błyskawicę. Chybił, ale ruch jego ciała wystarczył, żeby zejść z toru jej lotu, i świetlista
smuga  przemknęła  obok,  nie  czyniąc  chłopcu  krzywdy.  Jacen  poczuł  tylko  podmuch  ciepłego
powietrza, ale nie zauważył, którędy przeleciała.

–  Prawie  mnie  trafiła  –  mruknął  do  siebie,  a  potem  odruchowo  machnął  klingą  na  bok,  kiedy

usłyszał, że zdalniak wystrzelił po raz drugi.

Tymczasem  Jaina  odbiła  kilka  laserowych  błyskawic  wystrzelonych  przez  jej  zdalniaka,  który

zdecydował się strzelić w krótkich odstępach czasu aż pięć razy. Jedna z laserowych smug, odbitych
od  świetlistego  ostrza  miecza,  poszybowała  prosto  ku  Jacenowi.  Chłopiec  zareagował  niemal
odruchowo. Posługując się Mocą i czując, jak przepływa przez jego ciało, jakimś cudem wiedział, co
powinien  zrobić.  Obrócił  się  i  przesunął  ostrze  własnego  świetlnego  miecza  tylko  na  tyle,  by
przecięło  tor  lotu  zabłąkanej  błyskawicy.  Odbita  laserowa  smuga  poszybowała  między  rosnące  na
skraju polany drzewa, gdzie z cichym sykiem zwęgliła kilkanaście liści.

Nie  przestając  się  obracać,  Jacen  jednym  płynnym  ruchem  nadgarstka  przeciął  powietrze

świetlistą  klingą.  Odbił  następny  laserowy  promień,  wystrzelony  przez  innego  zdalniaka  krążącego
wokół grupy młodych Jedi.

Lowbacca triumfująco zaryczał. On również się zorientował, jak bronić się przed strzałami.
Jeżeli  nie  liczyć  przyspieszonego  oddechu,  Tenel  Ka  była  jak  zwykle  milcząca  i  skupiona.

background image

Spoglądając przez czerwoną osłonę, Jacen widział, jak dziewczyna odbiła strzał jednego z laserów,
a później podskoczyła jak umiała najwyżej i posłużyła się świetlnym mieczem jak toporem. Chłopiec
ujrzał,  że  w  powietrzu  pojawił  się  snop  iskier,  który  zamienił  się  w  obłok  dymu,  otaczający
niewielką dziurę. Usłyszał głuchy stuk, z jakim szczątki rozłupanego przez Tenel Ka zdalniaka spadły
na ziemię.

– Bardzo dobrze. Na razie wystarczy – odezwał się Luke Skywalker.
Tenel  Ka  wyłączyła  broń  i  oparłszy  dłonie  na  biodrach,  odwróciła  się  w  stronę  mistrza  Jedi.

Jacen uniósł ciemnoczerwoną osłonę hełmu i przekonał się, że zdalniak, z którym walczył, unosi się
przed jego twarzą w odległości wyciągniętej ręki. Zdumiony, cofnął się o krok.

Zdalniak Tenel Ka, przecięty na połowy, spoczywał na ziemi.
W  jego  elektronicznych  obwodach  raz  po  raz  coś  błyskało  i  iskrzyło.  Jaina  i  Lowie  także

wyłączyli  świetlne  miecze  i  stali  nieruchomo,  zdyszani  i  uśmiechnięci.  Jacen  potarł  miejsce  na
pośladku, ponieważ nadal czuł tam piekący ból. On również uśmiechnął się niepewnie, licząc na to,
że nikt spośród jego przyjaciół nie zauważy, gdzie został trafiony.

–  Wszyscy  spisaliście  się  na  medal,  jeżeli  nie  liczyć  faktu,  że  będę  teraz  potrzebował  nowego

zdalniaka  –  ciągnął  mistrz  Skywalker,  obdarzając  Tenel  Ka  cokolwiek  wymuszonym  uśmiechem.  –
Posługując się Mocą, poradziłaś sobie doskonale.

– Posługiwałam się nie tylko Mocą – odrzekła dziewczyna, prostując się i dumnie unosząc głowę.

–  Posługiwałam  się  także  słuchem,  żeby  wiedzieć,  w  którym  miejscu  znajduje  się  mój  zdalniak.
Kiedy się skoncentrowałam, słyszałam go, nawet mimo buczenia świetlnych mieczy.

Luke zachichotał.
– Bardzo dobrze. Rycerze Jedi powinni korzystać ze wszystkich umiejętności i środków, jakimi

dysponują.

 
Jaina uchwyciła oburącz rękojeść świetlnego miecza i unieruchomiła jaskrawe świetliste ostrze

przed  swoją  twarzą.  Spojrzała  poprzez  smugę  świetlistej  kontrolowanej  energii  na  przeciwnika,
Lowbaccę,  który  stał  o  kilka  kroków  przed  nią,  trzymając  własną  broń  w  kosmatej  dłoni.  Lowie
zaryczał, dając znak, że jest także gotów.

Dziewczyna  popatrzyła  w  złociste  oczy  młodego  Wookiego,  a  potem  przeniosła  spojrzenie  na

pasmo ciemniejszej sierści, zaczynające się nad jego okiem i ginące z tyłu głowy. Lowbacca, mimo iż
bardzo  chudy,  o  wiele  przewyższał  ją  wzrostem.  Jaina  wiedziała  także,  że  jest  od  niej  co  najmniej
trzy  razy  silniejszy.  Na  porośniętej  sierścią  twarzy  malowała  się  jednak  niepewność  i  prawdziwe
zakłopotanie,  zapewne  dorównujące  uczuciom,  jakie  musiały  odzwierciedlać  się  na  twarzy  jego
przeciwniczki.

– Czy naprawdę muszę walczyć z Lowiem, wujku... uhm, mistrzu Skywalkerze? – odezwała się

dziewczyna.

Luke Skywalker wstał z pnia ogromnego drzewa.
–  Nie  będziesz  z  nim  walczyła,  Jaino  –  odparł.  –  Będziesz  tylko  z  nim  ćwiczyła.  Sprawdzała

umiejętności swojego partnera. Stosowała różne taktyki. Pamiętaj jednak o tym, że musisz zachować
dużą ostrożność podczas pojedynku.

Dziewczyna  przypomniała  sobie  ćwiczenie,  jakie  wykonywała,  przebywając  na  pokładzie

Akademii Ciemnej Strony. Stoczyła wówczas pojedynek na miecze świetlne z Jacenem, nie wiedząc,
że ma brata za przeciwnika. Oboje walczyli, osłonięci maskującymi hologramami.

background image

– Pamiętaj o tym – napomniał Luke. – Rycerz Jedi ucieka się do walki tylko wtedy, kiedy nie ma

innego  wyjścia.  Wiedz,  że  jeżeli  zostaniesz  zmuszona  do  wyciągnięcia  świetlnego  miecza,  utracisz
większą część przewagi, jaką możesz mieć nad przeciwnikiem. Rycerz Jedi, który ufa Mocy, przede
wszystkim  stara  się  rozwiązać  problem  w  inny  sposób.  Przywołuje  na  pomoc  własną  cierpliwość,
umiejętność  logicznego  rozumowania,  tolerancję,  uważne  słuchanie,  siłę  perswazji  czy  techniki
relaksacyjne.

Czasami  jednak  nadchodzi  taka  chwila,  że  rycerz  Jedi  nie  ma  wyjścia  i  musi  szykować  się  do

walki.  Ponieważ  Akademia  Ciemnej  Strony  sposobi  się  do  ataku,  obawiam  się,  że  ta  chwila
nadejdzie szybciej, niż się spodziewamy. A zatem musicie umieć władać świetlnymi mieczami.

Cofnął się i uczynił gest w stronę Jacena i Tenel Ka, którzy siedząc na pniu powalonego drzewa,

czekali na skraju polany na swoją kolej.

–  Wy  będziecie  następni  –  ciągnął  mistrz  Skywalker.  –  Jaino,  nie  przejmuj  się  tym,  że  Wookie

jest o wiele wyższy i silniejszy niż ty. Podczas pojedynku na świetlne miecze największe znaczenie
odgrywa  zręczność,  a  przypuszczam,  że  pod  tym  względem  jesteście  sobie  równi.  Na  twoją
niekorzyść będzie oddziaływał fakt, że zasięg rąk Lowiego jest większy niż twój. Niestety – dodał,
wzdychając  –  nie  zawsze  będziemy  mogli  walczyć  z  przeciwnikami  równymi  sobie  pod  każdym
względem. A jeżeli chodzi o ciebie, Lowie, pamiętaj, że nie wolno ci nie doceniać przeciwnika.

Cofnął się jeszcze o kilka kroków, by przyglądać się pojedynkowi.
– A teraz pokażcie, co potraficie.
– No, i co? – Jaina podeszła o krok do Lowiego, nie odrywając spojrzenia od jego twarzy. – Na

co jeszcze czekamy?

Wookie przeciął powietrze ostrzem swojego świetlnego miecza. Jaina poruszyła rękojeścią w ten

sposób,  żeby  jej  klinga  spotkała  się  z  ostrzem  przyjaciela.  Kiedy  obie  energetyczne  klingi  się
zetknęły, poczuła opór, usłyszała skwierczenie i zobaczyła snop jasnych iskier, które rozprysnęły się
we  wszystkie  strony.  Ujrzała,  jak  napinają  się  mięśnie  długich  rąk  młodego  Wookiego.  Poczuła,  że
Lowie próbuje pokonać opór jej broni... ale nie ustąpiła ani kroku.

– No, dobrze – powiedziała. – Spróbujmy teraz czegoś innego.
Cofnęła  ostrze,  a  potem  powoli  i  ostrożnie  zamachnęła  się,  kierując  świetlistą  smugę  ku

przyjacielowi.  Lowbacca  zasłonił  się  przed  ciosem  i  kiedy  oba  ostrza  ponownie  się  zetknęły,
rozległo się skwierczenie uwalnianej energii.

Dziewczyna przemieściła ostrze, szykując się do zadania kolejnego ciosu.
–  To  nawet  nie  jest  takie  trudne,  jak  sądziłam  –  oświadczyła.  Lowie  znów  obronił  się  przed

ciosem. Wszystko jednak wskazywało na to, że niechętnie bierze udział w pojedynku.

Jaina  pamiętała,  że  jej  przyjaciel  przeżył  prawdziwe  piekło,  kiedy  przebywał  w  Akademii

Ciemnej Strony, a ona została zmuszona do walki z własnym bratem. Uzmysłowiła sobie, że Brakiss
i  fioletowooka  Tamith  Kai  nie  cofną  się  przed  niczym,  byle  tylko  doprowadzić  do  upadku  Nowej
Republiki. Ona i Lowie będą zatem musieli bronić się przed atakami Ciemnych Jedi. Zdecydowała,
że najlepszym sposobem, aby Lowie mógł pozbyć się obaw, będzie zaatakowanie przyjaciela.

Wiedziała, że tym razem nie będzie się czuła przytłoczona przez siły ciemności – będzie walczyła

ochoczo, świadoma, że jest obrończynią jasnej strony, orędowniczką Mocy. Wujek Luke miał rację,
kiedy  wygłaszał  mowę  do  wszystkich  zebranych  uczniów  Jedi.  Jaina  przeczuwała,  że  Akademia
Ciemnej Strony dopiero zaczyna sprawiać im kłopoty. Nie wątpiła, iż zostanie zmuszona do stoczenia
pojedynku ze swoim przyjacielem Zekkiem.

background image

Najpierw jednak musi nauczyć się walczyć.
Tymczasem Lowbacca odparł jej atak z większą siłą i większą wiarą we własne możliwości niż

poprzednio. Odparował jej cios, a potem po raz pierwszy zadał pchnięcie. Jaina musiała zareagować
bardzo szybko, by odeprzeć atak. Oboje składali się do ciosów i bronili. Wokół sypały się fontanny
iskier.

Lowie  obrócił  się  i  ciął  z  góry  na  dół,  ale  dziewczyna,  uśmiechnięta  i  skupiona,  odparła  atak.

Usłyszała, jak siedzący na skraju polany Jacen wzniósł radosny okrzyk.

–  Znakomicie,  panie  Lowbacco!  –  odezwał  się  Em  Teedee.  –  Tylko  niech  pan  będzie  ostrożny.

Z pewnością nie chciałby pan, żebym został uszkodzony przez jakąś iskrę.

Jaina  czuła  Moc  przepływającą  przez  jej  ciało.  Zobaczyła,  że  na  porośniętej  długą  sierścią

twarzy  przyjaciela  maluje  się  uniesienie.  Młody  Wookie  otworzył  usta  i  ukazując  długie  kły,
wyzywająco zaryczał... nie ze złości czy gniewu, ale po prostu dając upust podnieceniu wywołanemu
pojedynkiem.

Uchwyciwszy  oburącz  rękojeść  świetlnego  miecza,  zamachnął  się  poziomo,  usiłując  zaskoczyć

Jainę... ale dziewczyna postanowiła odpłacić mu pięknym za nadobne. Wezwała na pomoc wszystkie
siły i sprawiła Wookiemu niespodziankę, wyskakując w powietrze na wysokość jego głowy, tak by
ostrze  świetlnego  miecza  przeciwnika  przecięło  nieszkodliwie  przestrzeń  pod  jej  stopami.
Uśmiechnięta,  chociaż  zdyszana,  wylądowała  miękko  za  plecami  Lowiego  na  ziemi  porośniętej
chwastami i trawą.

– O rety! To było coś naprawdę niespodziewanego! – zapiszczał miniaturowy android-tłumacz. –

Wspaniały manewr, pani Jaino!

– Hej, to było doskonałe, Jaino! – krzyknął jej brat bliźniak.
Lowie uniósł ostrze świetlnego miecza w geście oznaczającym uznanie. Jaina uśmiechnęła się, jej

oczy miotały radosne błyski.

–  Coś  wspaniałego  –  przyznał  Luke,  odwracając  się  w  stronę  Tenel  Ka  i  Jacena.  –  A  teraz

przekonajmy się, jak dadzą sobie radę nasi widzowie.

background image

 

 

 

Rozdział 5

 
 
Tenel Ka zawahała się, pocierając palce o sporządzoną z zęba rankora jasnożółtą powierzchnię

rękojeści  świetlnego  miecza.  Głęboko  oddychając,  trzymała  przed  sobą  broń,  ale  nie  wysuwała
świetlistego  ostrza.  Świadoma  wszystkiego,  co  ją  otaczało,  a  także  możliwości  własnego  ciała,
napięła  mięśnie,  aby  być  gotowa  do  walki.  Wsłuchiwała  się  w  odgłosy  dobiegające  z  dżungli
i  niosące  się  po  polanie:  szmer  liści  drzew  poruszanych  lekkim  wiatrem,  brzęczenie  owadów
i szczebiot ptaków skaczących po gałęziach.

Skupiła się, pragnąc być pewna, że jej odruchy pozwolą stawić czoło każdemu zagrożeniu. Tenel

Ka polegała głównie na sile i zręczności własnego ciała. Wykorzystywała je do granic możliwości,
ale  zawsze  pozostawała  świadoma  tego,  jak  daleko  może  się  posunąć.  Na  razie  jeszcze  żaden
mięsień jej nie zawiódł.

Powoli  otworzyła  granitowoszare  oczy  i  spojrzała  na  stojącego  przed  nią  kolegę,  gotowego

wziąć udział w następnym pojedynku.

Jacen uśmiechnął się szeroko.
–  Powodzenie  w  walce  ze  zdalniakami  to  jedna  rzecz,  Tenel  Ka  –  powiedział  –  ale  sukces

w pojedynku z prawdziwym przeciwnikiem to całkiem inna sprawa, prawda?

– To jest fakt – przyznała wojowniczka.
Jacen  przycisnął  guzik  na  obudowie,  wysuwając  ostrze  swojego  miecza.  Z  buczeniem  i  sykiem

ukazała się rozjarzona energią szmaragdowo-zielona klinga.

– Hej, postaram się nie okazać zbyt trudnym przeciwnikiem – obiecał chłopiec.
Tenel  Ka  przesunęła  palcem  po  sporządzonej  z  zęba  rankora  gładkiej  rękojeści,  po  czym  także

przycisnęła  guzik  włączający  zasilanie.  Jej  ostrze  miało  barwę  srebrzystobiałą.  Wyciągnęło  się
i  przybrało  postać  roziskrzonej  mgiełki  naładowanej  złocistymi  elektrycznymi  iskrami.  Barwa
świetlistej  klingi  przypominała  dziewczynie  kolor  półprzeźroczystych  kryształów,  które  znalazła
w tunelu wydrążonym przez lawę.

–  A  ja  postaram  się  nie  być  zbyt  surowa  dla  ciebie,  Jacenie,  mój  przyjacielu  –  odrzekła

dziewczyna.

Poruszyła  dłonią  i  pragnąc  wypróbować  ostrze,  przesunęła  nim  z  boku  na  bok.  Ognista  smuga

w zetknięciu z wilgocią, jaką było przesycone powietrze w dżungli, rozjarzyła się i zaskwierczała.

–  Bądźcie  ostrożni  –  przypomniał  mistrz  Skywalker  siedzący  na  pniu  powalonego  drzewa,

z  którego  mógł  przyglądać  się  pojedynkowi.  –  Nie  szarżujcie.  Oboje  musicie  jeszcze  wiele  się
nauczyć.

– Nie martw się, wujku Luke’u – odparł Jacen. – Wiem, że przeżyłem bardzo ciężkie chwile, ale

kiedy przebywałem w Akademii Ciemnej Strony, naprawdę czegoś się nauczyłem. – Uśmiechnął się

background image

od  ucha  do  ucha.  –  Chociaż  muszę  przyznać,  że  pojedynek  z  Tenel  Ka  będzie  dla  mnie  większym
wyzwaniem niż walka z holograficznymi potworami.

Jaina, spocona i zmęczona po pojedynku z Lowbacca, chrząknęła i nie wstając, zapytała:
– I zapewne czymś lepszym niż walka z własną zamaskowaną siostrą?
– To prawda – stwierdził chłopiec.
Tenel  Ka  cięła  ostrzem  świetlnego  miecza  w  lewo  i  w  prawo,  po  czym  zbliżyła  się  o  krok  do

Jacena.  Wiedząc,  że  jest  nieco  wyższa  niż  on,  lekko  się  zgarbiła.  Czuła  w  palcach  drżenie
wypełnionej wielką mocą rękojeści.

– Czy spędzimy resztę dnia na rozmowie, Jacenie? – zapytała. – Czy może dasz mi trochę czasu,

bym cię pokonała, zanim nastanie południe?

Jacen głośno się roześmiał.
– Hej, przecież nie jesteśmy wrogami, Tenel Ka – odparł. – Chodzi tylko o ćwiczenia.
Dziewczyna kiwnęła głową.
– To jest fakt – przyznała. – Mimo to pozostajemy przeciwnikami.
Machnęła  ostrzem  na  tyle  powoli,  żeby  chłopiec  nie  uznał  tego  za  prawdziwy  atak,  ale  Jacen

odruchowo  uniósł  rękę  i  zasłonił  się  ostrzem  własnego  miecza.  Obie  klingi  skrzyżowały  się  ze
skwierczącą siłą.

Zaskoczony Jacen zamrugał, ale po chwili cofnął się o krok i zamachnął się, by ponownie zetknąć

ostrze z przesyconą złocistymi iskrami srebrzystą klingą miecza koleżanki.

– Dobrze, a zatem... zaczynajmy, Tenel Ka! – powiedział.
Młoda  wojowniczka  uskoczyła  w  bok,  chcąc  obronić  się  przed  atakiem,  i  w  następnej  chwili

sama  zadała  cios,  nie  czekając,  aż  Jacen  zdąży  odzyskać  równowagę.  Gdyby  chłopiec  był
prawdziwym przeciwnikiem, mogłaby go zabić, ale na ułamek sekundy odchyliła ostrze w bok... tylko
na tyle, aby udowodnić, że Jacen zachował się nierozważnie. Chciała udzielić mu lekcji, której musi
nauczyć się każdy rycerz Jedi, jeżeli pragnie zwyciężyć w walce z prawdziwym przeciwnikiem.

Tymczasem Jacen niespodziewanie odwrócił się i nie wstając, zadał od dołu cios, który zmusił

dziewczynę do obrony.

– Wydaje mi się, że powinniśmy zrobić coś z twoim brakiem zaufania we własne siły, Tenel Ka –

oznajmił, nie przestając się uśmiechać.

– Nic mi na ten temat nie wiadomo – odparła wojowniczka.
Poczuła jednak, że na jej czole pojawiły się kropelki potu. Zamachnęła się, ale Jacen śmiejąc się,

przyjął cios na klingę własnego świetlnego miecza. Dziewczyna nie mogła nie zwrócić uwagi na siłę,
której  użył,  ani  na  szybkość,  z  jaką  poruszał  świetlistym  ostrzem.  Klingi  ich  mieczy  ponownie  się
skrzyżowały. Jacen, zazwyczaj tak beztroski, nieuważny i roztargniony, zmuszał ją do zdumiewająco
dużego wysiłku.

–  Hej,  Tenel  Ka  –  odezwał  się  chłopiec,  kiedy  zadał  kolejne  dwa  ciosy.  Zawsze  miał  zwyczaj

rozmawiać,  kiedy  toczył  walkę  świetlnym  mieczem.  –  Czy  wiesz,  dlaczego  śnieżny  potwór  wampa
ma takie długie łapy? – Przerwał na chwilę nie dłuższą niż sekunda. – Ponieważ jego stopy znajdują
się daleko od reszty ciała!

Lowbacca  wydał  jęk  będący  namiastką  śmiechu,  co  skłoniło  przyczepionego  do  jego  pasa

miniaturowego androida-tłumacza do zabrania głosu.

–  Nie  dostrzegam  niczego  zabawnego  w  wyjaśnieniu  tej  zoologicznej  anomalii  –  zapiszczało

urządzenie.

background image

– Twoje dowcipy nie mogą odwrócić mojej uwagi, Jacenie – odezwała się Tenel Ka, ponownie

wyprowadzając cios ostrzem miecza. Czyżby naprawdę przypuszczał, że tak łatwo może zakłócić jej
koncentrację? – Nie uważam ich za zabawne.

Jacen westchnął i machnął mieczem, przyjmując cios dziewczyny na ostrze własnej broni.
– Wiem o tym – powiedział. – Usiłuję cię rozśmieszyć od pierwszej chwili, kiedy cię poznałem.
Tymczasem  wojowniczka  uważnie  przyglądała  się  przeciwnikowi.  Obserwując  jego  mięśnie,

starała  się  zorientować,  kiedy  Jacen  zamierza  wykonać  niespodziewany  ruch  albo  w  którą  stronę
chce  zwrócić  świetliste  ostrze.  Usiłowała  odgadnąć,  kiedy  machnięcie  klingą  może  oznaczać
prawdziwy atak, a kiedy jest jedynie fintą obliczoną na odwrócenie jej uwagi.

– Doskonale – odezwał się mistrz Skywalker z miejsca, z którego przyglądał się pojedynkowi. –

Otwórzcie się na przepływ Mocy. Miecz świetlny nie jest zwyczajną bronią. Jest czymś, co stanowi
przedłużenie was samych.

Jacen zaatakował energiczniej, zmuszając Tenel Ka do cofnięcia się o kilka kroków. Było jasne,

że  pragnie,  aby  dziewczyna  skierowała  się  w  stronę  grupy  spiczastych  skał  na  skraju  polany.
Zapewne przypuszczał, że wojowniczka o nich zapomniała, ale Tenel Ka przechowywała w pamięci
każdy najdrobniejszy szczegół krajobrazu.

Kiedy  znalazła  się  obok  skał,  Jacen  zdradził  swoje  plany,  uśmiechając  się  jeszcze  szerzej  niż

dotychczas.  Skoczył  ku  niej,  niewątpliwie  oczekując,  że  jego  przeciwniczka  potknie  się  i  upadnie.
Tymczasem  Tenel  Ka  podskoczyła,  przefrunęła  nad  skałami  i  szeroko  rozstawiwszy  nogi,  miękko
wylądowała  po  drugiej  stronie.  Chłopiec,  niespodziewanie  wyprowadzony  w  pole,  potknął  się
i  przewrócił,  omal  nie  uderzając  o  skały.  Podniósł  się  szybko,  chociaż  wciąż  jeszcze  nie  mógł
uwierzyć własnym oczom.

– Hej! – krzyknął, a po chwili nawet lekko się uśmiechnął. – To było doskonałe!
Tenel  Ka  zaczekała,  aż  wstanie.  Jej  zlepione  potem,  misternie  splecione  włosy  kołysały  się

wokół głowy. Decydując się na krótką chwilę pobłażania samej sobie, przełożyła rękojeść miecza do
lewej dłoni. Pragnęła udowodnić, że potrafi walczyć równie sprawnie, posługując się którąkolwiek
ręką.  Kiedy  ćwiczyła,  przygotowując  się  do  walki,  czyniła  to  równie  dobrze,  trzymając  rękojeść
broni w jednej albo drugiej dłoni. Wiedziała, że owa umiejętność może kiedyś się jej przydać.

– Chwalipięta – odezwał się Jacen. Po chwili wahania jednak także przełożył rękojeść do lewej

ręki,  po  czym  rzucił  się  do  ataku,  uniósłszy  szmaragdowozieloną  klingę.  Dziewczyna  zasłoniła  się
własnym srebrzystym ostrzem, pełnym złocistych migotliwych iskier. Odparła  cios,  a  potem  natarła
na chłopca, by po chwili zaatakować go po raz drugi. Kiedy ich ostrza się zetknęły, trysnęły snopy
iskier.

Podniecony  walką  Jacen  głośno  się  roześmiał.  Po  chwili  także  Tenel  Ka  pozwoliła  sobie  na

pełen satysfakcji uśmiech.

– Jesteś wymagającym przeciwnikiem, Jacenie Solo – oznajmiła.
– Możesz się założyć, że jestem – odparł chłopiec.
Dziewczyna  wiedziała,  że  umiejętność  walki  zawdzięcza  głównie  sprawności  fizycznej  i  woli

zwycięstwa. I chociaż skonstruowała własny miecz świetlny, pragnęła stać się dzielną wojowniczką
dzięki sile i zręczności, a nie pomocy jakiejkolwiek broni, bez względu na to, jak potężnej.

Cofnęła się o krok, kiedy poczuła, że ostrze broni Jacena napiera na świetlistą klingę jej miecza.

Oboje  stali  nieruchomo,  krzyżując  jedną  energetyczną  klingę  z  drugą,  równie  silną.  Słychać  było
skwierczenie ognistych ostrzy, a w powietrzu unosiła się woń ozonu. Tenel Ka napierała, sprężywszy

background image

mięśnie, ale Jacen przeciwstawiał się jej z równą siłą.

Dziewczyna  uświadamiała  sobie,  że  na  palcach,  którymi  ściskała  broń,  pojawiły  się  kropelki

potu,  ale  nie  wypuszczała  rękojeści  sporządzonej  z  zęba  rankora.  Czuła,  jak  drżą  podzespoły
umieszczone w środku zęba. Miała wrażenie, że także toczą walkę, by dostarczyć świetlistemu ostrzu
pełną  moc,  wystarczającą,  żeby  sprostać  mocy  drugiej  klingi.  Tenel  Ka  naparła  z  jeszcze  większą
siłą. Nagle we wnętrzu rękojeści jej miecza coś zagrzechotało.

Jacen wyszczerzył zęby w uśmiechu.
– Chyba nie oczekujesz, że tak łatwo się poddam? – powiedział.
–  Może  powinieneś  –  odparła,  ciężko  dysząc,  po  czym  naparła  jeszcze  mocniej.  Zignorowała

dziwne,  niepokojące  dźwięki  dobywające  się  z  wnętrza  rękojeści.  Zacisnęła  zęby,  aż  zazgrzytały.
Czuła  ból  w  napiętych  mięśniach  ręki.  Oba  miecze  świetlne  buczały  i  skwierczały.  Jacen
przeciwstawiał się jej atakowi z równie dużą siłą. Jego oczy błyszczały, niemal wychodząc z orbit.

Na skraju polany stał mistrz Skywalker, przyglądając się zaciętemu pojedynkowi. Obok niego to

samo czynili Jaina i Lowbacca.

Tenel Ka zmrużyła oczy, ani przez chwilę nie zmniejszając nacisku, z jakim napierała na ostrze

broni Jacena. Zastanawiała się, w jaki sposób mogłaby zakończyć tę próbę sił i pokonać chłopca.

Nagle we wnętrzu rękojeści jej miecza coś się zmieniło. Dziewczyna usłyszała głośny trzask, po

którym rozległ się syk i skwierczenie.

Jacen jeszcze bardziej zwiększył moc, z jaką atakował koleżankę swoim szmaragdowozielonym

ostrzem.  Przez  najkrótszą  z  możliwych  chwil  złote  iskry,  błyskające  w  środku  srebrzystej
energetycznej  klingi  Tenel  Ka,  migotały  jak  szalone.  Później  ostrze  świetlnego  miecza  dziewczyny
rozmyło się i zbladło, jakby zadrżało, przeniknięte wewnętrznymi zakłóceniami.

Pochłonięty tylko jedną myślą, Jacen zebrał całą energię i naparł naprawdę ze wszystkich sił.
Wszystko wydarzyło się w mgnieniu oka.
Źródło  energii,  umieszczone  we  wnętrzu  rękojeści  świetlnego  miecza  Tenel  Ka,  wydało  głośny

skrzek  świadczący  o  energetycznym  przeciążeniu...  po  czym  świetliste  ostrze  zniknęło  jak  płomień
zdmuchniętej  świecy.  Z  końca  zęba  rankora,  z  którego  powinna  wystawać  energetyczna  klinga,
wydobyły się iskry i chmura dymu.

Szmaragdowozielone ostrze świetlnego miecza Jacena dobywającego resztek sił, aby zwyciężyć,

nie  napotkało  żadnego  oporu  w  miejscu,  gdzie  jeszcze  przed  sekundą  świeciła  klinga  broni
dziewczyny. Pogrążyło się w jedynej rzeczy, którą jeszcze miało na drodze.

Ognisty ból przeniknął rękę Tenel Ka tuż powyżej łokcia. Miała wrażenie, że jej ciało płonie...

ale  w  miejscu  znajdującym  się  nieco  wyżej  czuła  tylko  straszliwy  chłód,  przyprawiający  o  zawrót
głowy... przenikający do szpiku kości i niepodobny do żadnego, jaki kiedykolwiek odczuwała.

Jakimś  cudem  rękojeść  jej  świetlnego  miecza  z  głuchym  stukiem  upadła  na  murawę.  Tenel  Ka

spojrzała na nią i nie wierząc własnym oczom, zobaczyła swoją dłoń, wciąż jeszcze ściskającą ząb
rankora.  Z  nieregularnego  cylindra  sypały  się  snopy  iskier  strzelających  niczym  błyskawice.  Nagle
rękojeść eksplodowała, zamieniając się w kulę oślepiającego światła.

Bardzo jasnego. Oślepiająco jaskrawego...
Tenel Ka poczuła, że spowija ją przyprawiająca o mdłości mgiełka. Jacen wrzasnął coś, czego

nie zrozumiała. Dziewczyna myślała tylko o tym, czy nie wyrządziła mu jakiejś krzywdy.

Jaina,  Lowbacca  i  mistrz  Skywalker  biegli  ku  niej,  głośno  krzycząc.  Tenel  Ka  nie  potrafiła

znaleźć  w  sobie  tyle  energii,  żeby  stać  prosto.  Kiedy  Jacen  wyciągał  rękę,  aby  ją  podtrzymać,

background image

poczuła, że chwieje się i pada na murawę.

W  następnej  chwili  ból  i  przerażenie  zniknęły,  całkowicie  pochłonięte  przez  nieprzeniknioną

ciemność.

background image

 

 

 

Rozdział 6

 
 
Akademia  Ciemnej  Strony  znalazła  nową  kryjówkę,  na  samym  skraju  nie  naniesionego  na

gwiezdne  mapy  obszaru  galaktyki,  w  pobliżu  płonących  szczątków  dwóch  gwiazd,  które  stopniowo
gasły w ciągu ostatnich pięciu tysiącleci.

Imperialna  placówka  szkoleniowa,  pozbawiona  ochronnego  pola  maskującego,  wisiała

w  przestworzach  jak  kolczasty  pierścień,  omywana  blaskiem  rzucanym  przez  dogorywające  słońca.
Mimo to snujące się obłoki wydzielanych przez nie gwiezdnych gazów całkiem nieźle kryły gwiezdną
stację przed wścibskimi oczami Rebeliantów.

Przed  wielkimi  iluminatorami  najwyższej  wieżyczki  obserwacyjnej  stał  Zekk,  wpatrzony

w  oślepiająco  jasny  wir  gwiezdnego  ognia.  Przyciemnione  transpastalowe  osłony  iluminatora  nie
przepuszczały śmiercionośnego promieniowania, ale nawet drobna część blasku, jaka przedostawała
się przez grubą warstwę, zapierała dech w piersi młodzieńca.

U  boku  Zekka  stał  Brakiss,  naczelnik Akademii  Ciemnej  Strony,  wysoki  i  posągowo  urodziwy

mistrz  Jedi.  Był  kiedyś  imperialnym  szpiegiem  i  przez  jakiś  czas  studiował  w  akademii  Jedi
prowadzonej  przez  Nową  Republikę.  Mistrz  Skywalker  próbował  namówić  go,  aby  się  nawrócił
i  zrezygnował  z  kroczenia  mrocznymi  szlakami  ciemnej  strony;  Brakiss  wolał  jednak  uciec
i powrócić na łono Imperium. Zebrał później grupę chętnych uczniów i zaczął ich kształcić, pragnąc,
aby  zostali  Ciemnymi  Jedi.  Chciał,  żeby  służyli  wielkiemu  wodzowi  Drugiego  Imperium,  samemu
wskrzeszonemu Imperatorowi Palpatine’owi.

Brakiss uniósł głowę i skierował spojrzenie na płonące gwiazdy. Przez chwilę napawał się ich

widokiem.

–  Rzeczywistość  sprawia,  że  w  porównaniu  z  nią  bledną  holograficzne  wizerunki  kosmicznych

kataklizmów, które widziałeś w moim gabinecie, prawda, Zekku?

Młodzieniec kiwnął głową, ale nie potrafił wymówić ani słowa.
–  Denarii  Nowa  eksplodowała  przed  ponad  pięcioma  tysiącleciami  –  ciągnął  Brakiss.  –  Przez

cały system przemknęła wówczas fala ognia i spopieliła wszystkie sąsiednie gwiazdy. Ten kataklizm
został  spowodowany  przez  potężnego  czarownika  pradawnych  Sithów,  który  pragnął  w  ten  sposób
zniszczyć  ścigające  go  statki  Republiki.  Naga  Sadów  rozerwał  te  dwie  gwiazdy  i  posłużył  się
gigantycznymi  kulami  ognia  niczym  dwiema  dłońmi,  żeby  zmiażdżyć  pomiędzy  nimi  tropiące  go
okręty.

Zekk ponownie kiwnął głową, ale tym razem nie miał kłopotów z udzieleniem odpowiedzi.
– Jeszcze jeden przykład potęgi ciemnej strony Mocy – powiedział.
Brakiss obdarzył go uśmiechem pełnym nie ukrywanej dumy.
– To potęga, której twoi przyjaciele, Jacen i Jaina, nigdy by ci nie ukazali... a tym bardziej nigdy

background image

by nie nauczyli cię, jak z niej korzystać.

– To prawda – przyznał młodzieniec. – Nigdy by tego nie uczynili.
Przez wiele lat uważał się za przyjaciela bliźniąt, dzieci Hana i Leii Organy Solo, mimo iż był

tylko  zwyczajnym  ulicznikiem...  właściwie  nikim.  Chłopakiem  utrzymującym  się  dzięki  własnej
przebiegłości i drogocennym przedmiotom znajdywanym w niebezpiecznych podziemiach Coruscant
– miasta zajmującego niemal całą powierzchnię planety. Marzył o lepszym życiu, ale jego marzenia
nie  miały  szansy  się  ziścić,  dopóki  poszukująca  nowych  kandydatów  Siostra  Nocy  Tamith  Kai  nie
porwała go i nie sprowadziła na pokład Akademii Ciemnej Strony.

Podczas  poprzedniej  próby  pozyskania  uzdolnionych  kandydatów,  naczelnik  Brakiss  popełnił

błąd,  porywając  osoby  dobrze  znane:  Jacena,  Jainę  i  Lowbaccę.  Kiedy  jego  plany  spaliły  na
panewce, doszedł do przekonania, że Akademia Ciemnej Strony może odnieść większy sukces, jeżeli
zwerbuje  osoby  zaliczające  się  do  innej  grupy.  Postanowił  sprowadzić  kilkunastu  uliczników,
których  zniknięcia  nikt  nie  zauważy.  Spodziewał  się,  że  młodzi  ludzie  mogą  dysponować  równie
dużymi  umiejętnościami,  dzięki  czemu  opanują  sztukę  władania  Mocą...  i  będą  Drugiemu  Imperium
bardziej wdzięczni i posłuszni.

Z  początku  Zekk  przeciwstawiał  się  tym  zamiarom.  Opierał  się,  pragnąc  okazać  się  lojalny

wobec przyjaciół. Stopniowo jednak Brakiss przekonywał chłopca, pokazując mu, jak posługując się
Mocą, może osiągnąć jeden mały cel, a później następny. Zekk przekonał się, że naprawdę ma talent
do władania Mocą. Uczył się bardzo szybko.

Doświadczenie, jakiego nabył, przebywając w Akademii Ciemnej Strony, zmieniło jego uczucia

względem Jacena i Jainy. Dawna przyjaźń zamieniła się w pogardę. Bliźniętom nie przyszło do głów,
że mogliby i jego poddać testowi, który ujawniłby, iż dysponuje takimi samymi zdolnościami. Zekk
nie  wątpił,  że  pod  względem  wrodzonego  talentu  dorównuje  szlachetnie  urodzonym  przyjaciołom.
Kiedy podjął decyzję o porzuceniu dawnego trybu życia; żałował tylko tego, że nie będzie spotykał
się  z  wiernym  druhem,  starym  Peckhumem.  W  zamian  za  to  czekała  go  o  wiele  lepsza  przyszłość.
Dopiero  zaczynał  pojmować,  na  czym  polega  potęga  rycerza  Jedi,  a  już  dokonał  kilku  rzeczy,
o których nigdy przedtem mu się nawet nie śniło.

Nie przestając spoglądać na szalejącą wokół szczątków słońc  ognistą  burzę,  Brakiss  wyciągnął

przed siebie ręce i rozcapierzył palce. Srebrzysto-czarna peleryna otaczała jego ciało, jakby utkana
z jedwabnych nitek pajęczyny. Mistrz Ciemnych Jedi wpatrzył się w wirujące płomienie pozostałości
po Denarii Nowej.

– Obserwuj, Zekku, i ucz się – powiedział.
Zamknąwszy  oczy,  naczelnik  Akademii  Ciemnej  Strony  zaczął  lekko  poruszać  rękami.  Zekk

spoglądał przez iluminator, a jego oczy rozszerzały się ze zdumienia.

Ocean  rozrzedzonych  fosforyzujących  gazów,  zajmujący  całą  przestrzeń  pomiędzy  gasnącymi

słońcami,  zaczął  z  wolna  wirować  niczym  ogniste  koło...  wił  się,  zmieniał  kształty  i  tańczył,
posłuszny każdemu gestowi Brakissa. Mistrz Ciemnych Jedi, jego nauczyciel, potrafił manipulować
nawet gwiezdnym ogniem!

Nie otwierając oczu, aby spojrzeć na skutek swojej pracy, Brakiss odwrócił się w stronę Zekka.
–  Moc  przenika  wszystko  we  wszechświecie  –  szepnął.  –  Jest  obecna  we  wszystkim,  od

najmniejszego  kamyka  do  największej  gwiazdy.  Patrzysz  tylko  na  cień  tego,  co  przed  pięcioma
tysiącleciami uczynił Naga Sadów, kiedy sięgnął myślami do gwiazd, aby zadać im śmiertelną ranę.

–  Czy  ty  także  potrafiłbyś  sprawić,  żeby  eksplodowało  jakieś  słońce?  –  zapytał  zdumiony

background image

chłopak.

Brakiss  otworzył  oczy  i  spojrzał  na  młodego  podopiecznego.  Na  idealnie  gładkim  czole

naczelnika Akademii Ciemnej Strony pojawiła się niewielka zmarszczka.

– Nie wiem – odparł po chwili. – I nie sądzę, żebym kiedykolwiek zechciał spróbować.
Zekk  przypomniał  sobie,  w  jaki  sposób  Brakiss  po  raz  pierwszy  zachęcił  go  do  wypróbowania

wrodzonych zdolności Jedi. Wręczył mu wówczas świecący pręt, pokazawszy uprzednio, jak łatwo
kształtować  płomień,  jeżeli  umie  się  użyć  Mocy.  Tu,  w  pobliżu  Denarii  Nowej,  Brakiss  uczynił
właściwie to samo... tylko na skalę gwiezdnego systemu.

–  Czyja  także  mógłbym  spróbować?  –  zapytał  niecierpliwie  Zekk,  pochylając  się  ku

iluminatorowi.  Dotknął  czubkami  palców  powierzchni  filtrującej  płyty  i  popatrzył  na  podwójną
gwiazdę, otoczoną aureolą płonących gazów, drżących i falujących niczym w piekielnym tańcu.

Brakiss znów lekko się uśmiechnął.
–  Jesteś  ambitny  jak  zawsze,  młody  Zekku  –  powiedział,  kładąc  dłoń  na  ramieniu  ulubionego

ucznia. – Nie bądź jednak niecierpliwy. Musisz jeszcze wiele się nauczyć. Jesteś nienasycony, jeżeli
chodzi  o  poznawanie  nowych  rzeczy,  co  przekracza  moje  najśmielsze  oczekiwania,  związane
z  wykorzystaniem  twoich  wrodzonych  umiejętności.  Z  łatwością  wykonujesz  wszystkie  ćwiczenia,
jakie  dla  ciebie  przygotowuję...  ale  dla  każdego  rycerza  nadchodzi  zawsze  czas,  kiedy  musi  zostać
poddany  ostatecznej  próbie.  –  Brakiss  uniósł  brwi.  –  Tamith  Kai  nie  przestaje  chełpić  się  swoim
najlepszym  uczniem,  Vilasem,  którego  kształci  tu  od  ponad  roku.  Ty  jednak  uczysz  się  o  wiele
szybciej niż on. Wydaje mi się, że nadeszła odpowiednia chwila, młody Zekku.

Wsunął dłoń pomiędzy fałdy srebrzystego stroju i uchwycił coś, ale wahał się przez chwilę, nie

spuszczając spojrzenia z młodzieńca.

– Wiem, że jesteś już gotów – powiedział. – Nie spraw mi zawodu.
– Co to jest, mistrzu Brakissie? – zapytał niecierpliwie Zekk. Mistrz Jedi wyciągnął spomiędzy

fałd płaszcza ciemny ozdobny cylinder.

– Nadszedł czas, żebyś stał się właścicielem własnego świetlnego miecza.
Zekk  ujął  rękojeść  starożytnej  broni  i  przez  kilka  chwil  spoglądał  na  nią,  zdumiony.  Miał

wrażenie,  że  broń  nawet  wyłączona,  promieniuje  energią  w  jego  dłoni.  Zacisnął  palce  i  na  próbę
machnął  cylindrem  w  lewo  i  w  prawo,  wyobrażając  sobie,  że  widzi  i  słyszy  buczące  świetliste
ostrze. Czuł się dobrze. Bardzo dobrze.

– W normalnych warunkach zaproponowałbym ci, żebyś skonstruował  własny  świetlny  miecz  –

ciągnął  mistrz  Brakiss.  –  Czynność  ta  zabiera  jednak  sporo  czasu  i  wymaga  dużego  skupienia,
koniecznego do złożenia wszystkich podzespołów i zrozumienia zasady funkcjonowania. Niestety, nie
mamy czasu. Dzięki ciemnej stronie wiele rzeczy jest łatwiejszych i skuteczniejszych. Weź ten miecz
jako prezent ode mnie i władaj nim, kiedy będziesz pełnił służbę ku chwale Drugiego Imperium.

– Czy mogę włączyć zasilanie? – zapytał Zekk, wciąż jeszcze przejęty grozą.
– Oczywiście.
Brakiss  cofnął  się  o  krok,  a  Zekk  wcisnął  guzik  uruchamiający  świetliste  ostrze.  Z  obudowy

wysunęła się szkarłatna smuga, płonąca niczym rozpalona lawa.

– To broń wykonana po mistrzowsku – oznajmił mistrz Ciemnych Jedi. – Została przystosowana

do tego, aby posługiwał się nią ktoś władający ciemną stroną.

Zekk  wykonał  ruch  nadgarstkiem  i  wsłuchując  się  w  buczenie  energetycznej  klingi,  przemieścił

świetliste ostrze w lewo i w prawo.

background image

– Jeżeli chcesz wiedzieć, ten miecz świetlny jest niezwykle podobny do broni, którą posługiwał

się kiedyś Darth Vader – zauważył Brakiss.

Zekk ponownie przeciął powietrze świetlistym ostrzem.
– Kiedy będę mógł zacząć ćwiczenia? – zapytał. – W jaki sposób będę się uczył?
Brakiss wyprowadził gorliwego młodzieńca z tarasu wieży obserwacyjnej.
–  Dysponujemy  hologramami  symulującymi  różnych  przeciwników  i  salami  treningowymi  –

odparł. – Kiedyś spędziłem w nich trochę czasu, usiłując nauczyć czegoś twoich przyjaciół, Jacena
i Jainę. Przeżyłem jednak rozczarowanie. Co prawda, nauczyli się władać świetlnymi mieczami, ale
podczas każdego ćwiczenia przeciwstawiali się mojej woli.

Spodziewam  się,  że  w  przeciwieństwie  do  nich  ty  wykonasz  każde  ćwiczenie  doskonale.  Ty,

młody  Zekku,  bardzo  szybko  przewyższysz  swoich  przyjaciół  we  wszystkim,  czego  kiedykolwiek
dokonali.  Dobrze  znam  mistrza  Skywalkera  i  wiem,  czego  się  obawia.  Jest  człowiekiem  zbyt
nerwowym,  by  pozwolić  swoim  ulubionym  młodocianym  uczniom  ćwiczyć  własnymi  świetlnymi
mieczami.  Uważa,  że  energetyczne  klingi  są  zbyt  niebezpieczne.  –  Brakiss  się  roześmiał.  –  Jego
obawy są bezpodstawne. Najniebezpieczniejszy jest Ciemny Jedi władający taką bronią.

Kiedy  Zekk  w  towarzystwie  nauczyciela  kroczył  korytarzem,  schował  świetliste  ostrze,  ale  nie

wypuścił  rękojeści  z  dłoni.  Spoglądając  na  legendarną  broń  rycerzy  Jedi,  raz  po  raz  przesuwał
palcem po powierzchni obudowy.

Miecz świetlny w jego palcach sprawiał wrażenie ciepłego, gotowego... niemal dopominającego

się o to, by go użył. Wrażenie, że wciąż jeszcze widzi szkarłatną linię, pozostało długo po tym, kiedy
wyłączył energetyczną klingę.

Zekk zamrugał, ale wrażenie, że spogląda na jaskrawą smugę, nie chciało go opuścić.
– Tak, teraz rozumiem, dlaczego taka broń może być bardzo niebezpieczna – przyznał w końcu.

background image

 

 

 

Rozdział 7

 
 
Zamyślony Jacen krążył bez celu po korytarzach akademii Jedi, wybierając te, którymi najrzadziej

przechadzali  się  inni  uczniowie.  Nie  potrafił  wyrwać  się  z  odrętwienia.  Od  dwóch  godzin
towarzyszyła mu milcząca i równie oszołomiona Jaina. Wyraźnie szukała towarzystwa brata, tak jak
on potrzebował towarzystwa siostry, chociaż żadne nie wiedziało, co powiedzieć.

Jacen  nadal  nie  mógł  zrozumieć,  dlaczego  wujek  Luke  nie  pozwolił  nikomu  innemu  przebywać

z  nieprzytomną  Tenel  Ka,  kiedy  opiekował  się  nią  medyczny  android.  Nie  zgodził  się  również,  by
ktokolwiek mu towarzyszył, gdy udał się do ośrodka łączności, żeby powiadomić rodzinę dziewczyny
o wypadku.

Wujek Luke osobiście podniósł z ziemi bezwładne ciało wojowniczki, a potem ruszył szybko do

wielkiej świątyni. Kiedy bliźnięta niemal pobiegły za nim, Jacen czuł, jak mistrz Jedi czerpie energię
Mocy, żeby pomóc dziewczynie zachować siły, a także aby iść jeszcze szybciej i nie urazić rannej.
Równocześnie  wysyłał  do  mózgu  nieprzytomnej  Tenel  Ka  nieprzerwany  strumień  kojących  myśli,
tchnących ciszą, spokojem i pewnością, że jej rana się zagoi.

Jacen wiedział, że powinien przynajmniej spróbować czynić to samo, żeby pomóc koleżance, ale

czuł w myślach straszliwy zamęt. Obawiał się, że jego starania mogą tylko pogorszyć całą sprawę.
Możliwe, że właśnie z tego powodu mistrz Skywalker nie pozwolił nikomu z uczniów zostać z młodą
wojowniczką,  kiedy  wszyscy  wrócili  do  wielkiej  świątyni.  Zapewnił  tylko  pozostałych  troje
przyjaciół, że natychmiast ich powiadomi, jeżeli Tenel Ka będzie chciała z nimi porozmawiać.

Od  tamtej  chwili  bliźnięta,  pogrążone  we  własnych  myślach,  błąkały  się  bez  celu  klatkami

schodowymi i słabo oświetlonymi korytarzami. Kiedy Lowie, nie mówiąc ani słowa, przyłączył się
do  nich,  żadne  nie  zapytało  go,  gdzie  był  i  co  robił.  Wiedziały  przecież,  że  młody  Wookie  bardzo
często wyprawiał się samotnie w dżunglę. Spędzał czas, siedząc na wierzchołkach ogromnych drzew
i  rozmyślając  o  rodzinnym  domu  na  odległym  Kashyyyku,  o  rodzicach,  o  młodszej  siostrze...  Teraz
miał  znów  ochotę  przebywać  w  towarzystwie  przyjaciół.  Jacen  nie  był  jednak  zaskoczony,  kiedy
spojrzał na obudowę Em Teedee i przekonał się, że miniaturowy android-tłumacz został wyłączony.

Wszyscy  byli  wstrząśnięci  tym,  co  się  wydarzyło  –  ale  nikt  tak  bardzo  jak  Jacen.  Krążąc

opustoszałymi  korytarzami,  chłopiec  bezustannie  odtwarzał  w  myślach  każdy  szczegół  pojedynku.
Przypominał  sobie  syczący  i  skwierczący  dźwięk  krzyżujących  się  kling  świetlnych  mieczy...
wyzwanie  widoczne  w  oczach  koleżanki...  jaskrawy  zielony  blask  własnego  energetycznego  ostrza
przenikającego przez jej ciało... Z całej siły zacisnął powieki, próbując usunąć z mózgu dalszy ciąg
sceny, ale przekonał się, że na próżno. Całość była zbyt wyraźnie wyryta w jego pamięci. Otworzył
oczy.

–  Nie  potrafię...  czekać  ani  chwili  dłużej  –  wykrztusił  w  pewnej  chwili.  –  Muszę  zobaczyć  się

background image

z Tenel Ka, by upewnić się, że nic jej nie grozi. Muszę ją przeprosić.

– Pójdziemy z tobą – oznajmiła Jaina. Lowie zamruczał, zgadzając się z jej zdaniem.
Kiedy wszyscy troje młodzi Jedi znaleźli się przed drzwiami komnaty, w której była leczona ich

koleżanka, ujrzeli wychodzącego Luke’a i Artoo-Detoo.

–  Jak  się  czuje  Tenel  Ka?  –  spytał  gorączkowo  Jacen.  –  Czy  oprzytomniała?  Możemy  się  z  nią

widzieć?

Mistrz Skywalker się zawahał. Jacen zwrócił uwagę na niepokój malujący się na jego twarzy.
– Wciąż jeszcze nie może się otrząsnąć z przeżytego... wstrząsu – odparł cicho. – Oprzytomniała,

ale chyba jeszcze nie jest gotowa na spotkanie z wami.

– Ale  przecież  właśnie  w  tej  chwili  najbardziej  potrzebuje  towarzystwa  przyjaciół  –  odezwała

się Jaina.

Artoo-Detoo obrócił górną część kopułki, by po chwili uczynić podobny ruch, ale w przeciwną

stronę. Zahuczał, wyrażając zdecydowany sprzeciw.

–  Ale  ja...  muszę  się  z  nią  zobaczyć  –  nalegał  chłopiec.  –  Muszę  zrobić  coś  dla  niej...

opowiedzieć  dowcip  albo  uścisnąć  ręce...  Blasterowe  błyskawice!  Przecież  teraz  ma  tylko  jedną
rękę i ja za to odpowiadam.

Artoo przeciągle, żałośnie zagwizdał, a Luke popatrzył współczująco na siostrzeńca.
– Wiem, że to wszystko jest dla ciebie bardzo trudne – zaczął – ale bądź pewien, że dla Tenel Ka

jest  jeszcze  trudniejsze.  Przypominam  sobie,  o  czym  myślałem,  kiedy  sam  straciłem  dłoń  podczas
walki  z  Darthem  Vaderem,  jaką  toczyłem  w  Mieście  w  Chmurach.  Nieco  wcześniej  dowiedziałem
się, że jest moim ojcem. Czułem się, jakbym utracił jakąś cząstkę siebie... cząstkę tego, kim jestem...
a później straciłem także dłoń.

–  Przecież  dłonie  mogą  być  przyszywane  –  stwierdził  Jacen.  –  Mogą  być  łączone  z  pozostałą

częścią ręki, a rany gojone w zbiornikach bacta.

Luke pokręcił głową.
– Mojej nie można było przyszyć – odparł. – Nikt nie wie, co się z nią stało.
–  Twoja  syntetyczna  dłoń  funkcjonuje  równie  sprawnie  jak  kiedyś  prawdziwa  –  zauważył

chłopiec.

– To możliwe – przyznał Luke, poruszając protezą, która wyglądała jak każda inna ręka, a potem

dotykając  czubkiem  kciuka  po  kolei  opuszek  pozostałych  palców.  –  Ale  to  była  bardzo  trudna
decyzja.  Pamiętam,  jak  wówczas  myślałem,  że  może  uczyniłem  kolejny  krok  na  drodze,  na  której
stanę  się  kimś  takim  jak  mój  ojciec,  jak  Darth  Vader...  po  części  żywym  człowiekiem,  a  po  części
maszyną. Tenel Ka będzie wkrótce musiała podjąć taką samą decyzję. Kiedy eksplodowała obudowa
jej świetlnego miecza, wasza koleżanka straciła jakąkolwiek szansę przyszycia odciętej części ręki.

–  Wujku  Luke’u,  ale  ja  muszę  się  z  nią  widzieć  –  nie  dawał  za  wygraną  Jacen.  –  Muszę  ją

przeprosić.

Luke uścisnął jego ramię.
–  Obiecuję,  że  zawołam  cię  natychmiast,  kiedy  Tenel  Ka  będzie  gotowa  porozmawiać  z  tobą.

A teraz spróbuj chociaż trochę odpocząć.

 
Jacen  spał  niespokojnie,  bardzo  często  budząc  się  i  obracając  z  boku  na  bok.  W  snach

prześladował go wizerunek rannej Tenel Ka.

Słyszał, jak mówiła: „Jesteśmy przeciwnikami”.

background image

„Nie. Jestem twoim przyjacielem” – próbował odpowiedzieć Jacen, ale głos wiązł mu w gardle

i chłopiec nie mógł wymówić ani słowa. Raz po raz widział przyprawiający o mdłości błysk, z jakim
ostrze  miecza  dziewczyny  zniknęło  niczym  płomień  zdmuchniętej  świecy,  a  skwiercząca  zielona
klinga przecięła jej rękę.

Znów  poczuł  swąd  smażonego  ciała.  Trzask  eksplozji  rękojeści  miecza  dziewczyny  zagrzmiał

wtedy  niczym  huk  gromu,  a  umysł  chłopca  wypełnił  wizerunek  szarych  jak  granit  oczu  Tenel  Ka,
oskarżycielsko spoglądających w jego oczy.

„Jesteśmy przeciwnikami”...
Jacen  poczuł  nagle,  że  coś  dziwnego  napiera  na  jego  umysł.  Obudził  się,  cały  zlany  zimnym

potem. Przekonał się, że pojedynczy lekki koc, pod którym zasypiał, jest wilgotny i owinięty wokół
jego nóg. Chłopiec nie był pewien, co sprawiło, że się przebudził, ale wiedział, że to coś ważnego
i pilnego. Tenel Ka! – pomyślał. – Potrzebuje nas. Jakimś cudem ta myśl pojawiła się w jego mózgu.
Przez  otwarte  okno  komnaty  usłyszał  cichy,  zawodzący  jęk  młodego  Wookiego,  dobiegający  gdzieś
z oddali, od strony dżungli.

Zeskoczył  z  pryczy  i  pospiesznie  wygładził  zmarszczki  wygniecionego  kombinezonu,  którego

nawet  nie  starał  się  zdjąć,  kiedy  udawał  się  na  spoczynek.  Z  oddali  doleciał  kolejny  jęk.  Jacen
zorientował  się,  że  Lowie,  pogrążony  w  medytacjach  na  wierzchołku  jakiegoś  wysokiego  drzewa
Massassów, usiłuje mu coś powiedzieć. Nie tracąc czasu na wkładanie butów, wyskoczył na korytarz
i pobiegł do drzwi komnaty siostry.

– Jaino, obudź się! – zawołał. – Dzieje się coś niedobrego.
Nie  czekając  na  odpowiedź,  pobiegł  w  stronę  wyjścia  z  wielkiej  świątyni.  Coś  wszakże  –

możliwe, że wycie Lowiego – już wcześniej obudziło Jainę, gdyż jej brat nie zdążył nawet skręcić za
róg,  gdy  usłyszał  za  sobą  kroki  dziewczyny.  Jacen  nie  zwolnił  biegu.  Jego  bose  stopy  klaskały
o zimne kamienne płyty posadzki. Chłopiec dotarł do najbliższej klatki schodowej i zaczął zbiegać,
przeskakując po trzy oświetlone blaskiem pochodni kamienne stopnie. Znów poczuł, że coś napiera
na jego myśli, i skierował się w kierunku lądowiska, z którego odbierał dziwny sygnał.

Czując  na  plecach  oddech  goniącej  go  Jainy,  skręcił  za  róg  świątyni  i  ze  zdumieniem  dostrzegł

Lowiego  biegnącego  ku  nim  od  strony  dżungli.  Pojawił  się  w  miejscu,  w  którym  dziwaczne  nocne
mgły pokrywały polanę opalizującą białą mgiełką. Jacen spojrzał na lądowisko i wówczas zobaczył
coś, co zdumiało go jeszcze bardziej.

Dostrzegł  tam  niewielki  lśniący  wahadłowiec,  mniej  więcej  o  połowę  mniejszy  niż  „Sokół

Tysiąclecia”,  który  oderwał  się  od  murawy  lądowiska  i  uniósł  pośród  kłębów  białawej  mgły
rozstępującej się na boki. Chłopiec ujrzał także na lądowisku wujka Luke’a, skąpanego niebieskawą
poświatą świateł statku i usiłującego przygładzić smagane wiatrem włosy.

Mistrz  Jedi,  zwrócony  twarzą  w  stronę  startującego  wahadłowca,  uniósł  rękę  w  geście

pożegnania.  Wszyscy  troje  młodzi  Jedi  pobiegli  w  jego  stronę.  Jacen  i  Jaina  odezwali  się  niemal
w tej samej chwili:

– Kto to był?
– Co tu się dzieje?
Wysoki chudy Wookie poparł ich, wydając pytające warknięcie.
Luke Skywalker opuścił głowę i skierował spojrzenie na troje uczniów Jedi.
–  To  była  Tenel  Ka,  prawda?  –  nalegał  Jacen,  chociaż  właściwie  nie  musiał  usłyszeć

odpowiedzi. W ciemnościach nocy spoglądał w oczy wuja. Mistrz Jedi kiwnął głową.

background image

– Jej rodzina życzyła sobie zabrać ją stąd bez chwili zwłoki. Ale nie martwcie się o nią. Powinna

być teraz otoczona bardzo dobrą opieką.

Jacen  poczuł  się  tak,  jakby  właśnie  na  jego  pierś  nadepnął  gigantyczny  banth.  Stoczył  walkę  ze

sobą,  żeby  złapać  chociaż  trochę  powietrza,  które  pozwoliłoby  mu  powiedzieć,  co  myśli.  Czuł  się
zdradzony.

– Odleciała! – wybuchnął w końcu. – A mówiłeś, że nas zawołasz, kiedy będzie gotowa zobaczyć

się z nami.

Luke Skywalker chrząknął.
– Nie była gotowa – odparł cicho.
Z piersi Lowiego wydarło się pełne rozpaczy warknięcie.
– Nie mieliśmy nawet szansy się pożegnać – odezwała się Jaina.
Luke ciężko westchnął.
–  Wiem  o  tym.  Ale  wasza  koleżanka  przebywa  teraz  pod  opieką  rodziny.  Nie  wątpię,  że  jest

w dobrych rękach.

Jacen ujrzał, że siostra z niedowierzaniem kręci głową.
– Jak to możliwe? – zapytała w końcu.
Jacen, dla którego to pytanie było niezrozumiałe, spojrzał na nią, czekając na dalsze wyjaśnienia.
–  Chodzi  mi  o  to  –  wyjaśniła  Jaina  –  że  nie  widzę  sensu,  dlaczego  rodzice  Tenel  Ka,

wojowniczki pochodzącej z Dathomiry, mieliby przylatywać po nią takim wahadłowcem.

Jacen  wzruszył  ramionami.  Miał  wrażenie,  że  siostra  spodziewa  się,  iż  ją  zrozumie.  On  jednak

niczego nie pojmował.

– Co w tym widzisz takiego dziwnego? – zapytał w końcu.
– To był dyplomatyczny wahadłowiec klasy Ekspres – odparła Jaina. – A na kadłubie miał znaki

królewskiego rodu planety Hapes.

W stronę Luke’a Skywalkera skierowały się trzy pary pytających oczu.

background image

 

 

 

Rozdział 8

 
 
Przedział pasażerski we wnętrzu hapańskiego królewskiego wahadłowca „Piorunujący Duch” był

przestronny  i  wyposażony  we  wszelkie  wygody,  jakich  mógł  się  spodziewać  międzyplanetarny
podróżnik. Eleganckie wykończenie kabiny graniczyło z ostentacją; jedyną ozdobą każdej ściany była
fantazyjna pozłacana rama otaczająca każdy iluminator.

Tenel  Ka  nie  zwracała  jednak  uwagi  na  widok,  jaki  malował  się  za  iluminatorem.  Nieraz

podróżowała w nadprzestrzeni. Nie chciała widzieć niczego. Ani nikogo.

Nie chciała również czuć niczego. Odrętwienie. Jedynie to czuła. Myśli, uczucia... nawet jej ręka.

Wszystko było odrętwiałe.

Przez jej umysł przemknęła ulotna myśl, że może powinna coś zjeść. Nie miała w ustach niczego

od czasu, kiedy... od tamtego czasu.

Nie.  Postanowiła,  że  niczego  nie  zje.  Nie  była  w  stanie  wykrzesać  z  siebie  chęci  spożycia

posiłku.

Jej  złocisto-rude  włosy  zwisały  teraz  po  bokach  głowy,  rozplecione  i  zmierzwione.  Chociaż

medyczny  android  napracował  się,  by  wykąpać  Tenel  Ka  i  zdezynfekować  ranę  przed
skauteryzowaniem,  nie  miał  w  oprogramowaniu  niczego,  co  pozwoliłoby  mu  zapleść  warkocze.
Uprzejmie zaproponował dziewczynie, że mógłby ją ostrzyc, ale Tenel Ka się nie zgodziła. Możliwe,
że  któreś  z  bliźniąt  wyraziłoby  chęć  rozczesania  jej  włosów  i  zaplecenia  ich  na  nowo.  Młoda
wojowniczka  była  jednak  zbyt  dumna  i  nie  zamierzała  dopuścić,  żeby  przyjaciele  zobaczyli  ją
w  takim  stanie.  Obawiała  się,  że  może  ujrzeć  na  ich  twarzach  obrzydzenie...  albo  jeszcze  gorzej,
litość.

Tenel Ka pomyślała, że przynajmniej to było jedyną zaletą jej niespodziewanego odlotu z Yavina

Cztery w środku nocy. Nie widziała się z nikim, a zatem nie musiała ani wysłuchiwać słów pełnych
współczucia, ani wystawiać się na pośmiewisko.

Właśnie tę chwilę wybrała pani ambasador Yfra, by pojawić się w komnacie dziewczyny, jakby

chciała usunąć w cień jedyną myśl, jaka jeszcze cieszyła Tenel Ka. Starzejąca się zauszniczka babki,
pomimo miłego uśmiechu i pozornie pogodnej twarzy, była ulepiona z tej samej gliny, co poprzednia
królowa...  kobieta  żądna  władzy  i  nie  cofająca  się  przed  niczym,  co  mogłoby  ją  powiększyć.
Niedawno Yfra próbowała złożyć wizytę na Yavinie Cztery, ale kiedy przyjaciele Tenel Ka zostali
uprowadzeni  przez Akademię  Ciemnej  Strony,  dziewczyna  poleciała  z  mistrzem  Skywalkerem,  aby
ich  ratować.  Wojowniczka  z  Dathomiry  nie  była  rozczarowana  faktem,  że  nie  spotka  się  z  panią
ambasador Yfra, która musiała odwołać wizytę. Tenel Ka nigdy nie ufała wysłanniczce babki ani jej
nie lubiła, chociaż nie potrafiłaby powiedzieć, dlaczego.

– Czy czujesz się chociaż trochę lepiej, moja droga? – zapytała pani ambasador z przyprawiającą

background image

o mdłości nieszczerością. – Chciałabyś ze mną porozmawiać?

– Nie – odparła stanowczo Tenel Ka. – Dziękuję. – Po chwili jednak ciekawość zaczęła łaskotać

jej  odrętwiały  umysł  i  dziewczyna  zapytała:  –  Dlaczego  właśnie  ty  zostałaś  wybrana,  żeby
towarzyszyć mi w podróży do domu?

– Prawdę mówiąc – odparła Yfra, unikając spojrzenia w oczy wojowniczki – nie tyle zostałam

wybrana,  ile...  byłam  pod  ręką.  Kiedy  twoja  babka  otrzymała  wiadomość  o  tym...  nieszczęśliwym
wypadku,  przebywałam  w  sąsiednim  systemie,  gdzie  zajmowałam  się  sprawami  wagi  państwowej.
Posłuchaj,  moja  droga  –  ciągnęła,  zmieniając  temat.  –  Za  kilka  godzin  wyjdziemy  z  nadprzestrzeni.
Jeżeli zatem jest coś, co tymczasem mogłabym dla ciebie zrobić...

–  Owszem,  jest  –  przerwała  Tenel  Ka,  jak  zwykle  stanowcza  i  bezpośrednia.  –  Chciałabym

zostać teraz sama.

Jeżeli  pani  ambasador Yfra  poczuła  się  urażona  tą  nieco  obcesową  odpowiedzią,  ukryła  swoje

uczucia bardzo dobrze.

–  Ależ  oczywiście,  moja  droga  –  odrzekła  równie  wdzięcznie,  co  nieszczerze.  –  Przeszłaś

przecież  prawdziwe  piekło.  –  Spojrzała  znacząco  na  kikut  ręki  dziewczyny  i  z  aktorską  wprawą
udała, że nie wzdryga się z obrzydzenia. – Musisz teraz czuć się po prostu strasznie.

Powiedziawszy  to,  wyszła  z  pomieszczenia.  Zostawiła  Tenel  Ka  czującą  się  jeszcze  gorzej  niż

poprzednio...  co  może  właśnie  było  zamierzonym  celem  wizyty  pani  ambasador.  Bezlitosna
zauszniczka babki dziewczyny była wyjątkowo zręczną manipulantką.

Tenel  Ka  popatrzyła  na  kikut  lewej  ręki...  na  to,  co  z  niej  pozostało  po  eksplozji  świetlnego

miecza. Nie było żadnej szansy uratowania odciętej części, żeby później przyszyć ją i pozwolić, by
rana zagoiła się w zbiorniku bacta. Dziewczyna poczuła się tak, jakby straciła część siebie.

Jak będzie mogła być teraz prawdziwą wojowniczką? Nie może nawet twierdzić, iż odniosła tę

ranę  w  honorowej  walce.  Prawdę  mówiąc,  zawdzięczała  ją  własnej  dumie.  I  pośpiechowi.
I  głupocie.  Gdyby  tylko  staranniej  wybrała  podzespoły  użyte  do  budowy  miecza...  Gdyby  trochę
uważniej umieściła je we wnętrzu rękojeści...

Przekonana o tym, że zwycięstwo w walce zależy jedynie od fizycznych umiejętności, nie zadała

sobie wystarczająco dużo trudu podczas konstruowania własnej broni rycerza Jedi. Nawet wówczas,
kiedy ćwiczyła, dumna i wyniosła, polegała wyłącznie na sile fizycznej i zręczności. Starała się nie
posługiwać Mocą, chyba że nie miała innego sposobu osiągnięcia zamierzonego celu.

A teraz? Co się stało z jej fizyczną siłą i sprawnością? Jakim cudem będzie mogła się wspinać po

murach,  posługując  się  jedynie  cienką  linką,  zakończoną  wytrzymałą  kotwiczką?  Jak  będzie  mogła
wejść na drzewo? Albo polować? Albo pływać? Nie potrafiła przecież nawet zapleść włosów! Kto
będzie darzył szacunkiem rycerza Jedi władającego tylko jedną ręką?

Pogrążona w ponurych myślach, dziewczyna nawet nie zauważyła, kiedy zasnęła. Obudziła się na

odgłos pukania do drzwi luksusowej kabiny.

–  Moja  droga,  czy  nadal  odpoczywasz?  –  usłyszała  modulowany  głos  pani  ambasador Yfry.  –

Najwyższy czas, żebyś opuściła kabinę. Jesteśmy prawie w domu. Zbliżamy się do Hapes.

Tenel  Ka  potrząsnęła  głową,  aby  szybciej  się  obudzić.  Wstała  i  spojrzała  przez  otaczające  ją

iluminatory. „Piorunujący Duch” już nie przelatywał przez nadprzestrzeń. Wahadłowiec był otoczony
przez  słońca  i  planety  tworzące  gromadę  gwiezdną  Hapes.  Przypominały  garście  tęczowych
klejnotów z Gallinore, rozrzuconych na kosztownym czarnym aksamicie.

– W domu – powtórzyła Tenel Ka.

background image

Przerażenie, jakie czuła do tej chwili, zamieniło się w bryłę lodu, która spoczęła na samym dnie

jej żołądka. Dziewczyna pomyślała, że odtąd ta planeta może naprawdę stać się jej domem.

 
Potężne  wojenne  okręty,  hapańskie  Bitewne  Smoki,  pojawiły  się  jakby  znikąd,  aby  eskortować

mały  wahadłowiec  w  drodze  na  lądowisko.  Kiedy  „Piorunujący  Duch”  w  końcu  wylądował,  Tenel
Ka  zeszła  po  opuszczonej  rampie  i  stanęła  na  płycie.  Rozejrzała  się,  czując  ożywienie  po  raz
pierwszy  od  chwili  wypadku.  Wypatrując  rodziców,  spoglądała  w  prawo  i  w  lewo.  Zdumiała  się,
kiedy  stwierdziła,  że  jedyną  krewną,  która  wyszła  na  jej  powitanie,  okazała  się  jej  babka,  Ta’a
Chume.

Była  monarchini,  otoczona  dużą  grupą  strażników  odzianych  w  paradne  stroje,  zbliżyła  się,

pragnąc  powitać  wnuczkę.  Tenel  Ka  musiała  przez  chwilę  cierpieć  katusze,  zamknięta  w  jej
objęciach, a później być świadkiem kilku innych gestów mających świadczyć o czułości. Pamiętała
jednak, że babka nigdy nie brała jej w objęcia, kiedy były same.

– Dlaczego nie przybyli moi rodzice? – zapytała.
–  Zostali  wysłani  –  odpowiedziała  gładko  Ta’a  Chume.  –  W  bardzo  pilnej  i  ściśle  tajnej

dyplomatycznej...  misji.  Tylko  ja  i  moja  najbardziej  zaufana  powierniczka  wiemy,  gdzie  teraz
przebywają.  –  Uczyniła  gest  w  stronę  jednego  z  członków  świty,  który  natychmiast  pospieszył,  by
narzucić  królewski  płaszcz  na  ramiona  dziewczyny.  Jego  grube  i  miękkie  fałdy  ukryły  ręce
wojowniczki. Tenel Ka poczuła, że nie ma dość siły, by się przeciwstawić. – Zapewniam cię jednak
– ciągnęła babka – że twoi rodzice powrócą tak szybko, jak bada mogli.

Po chwili pojawiło się ośmiu bardzo skąpo odzianych służących, którzy przynieśli dwa ogromne

wyściełane  trony,  przeznaczone  dla  księżniczki  i  jej  babki.  Tenel  Ka  usiadła  i  dopiero  wówczas
zauważyła  następnych  co  najmniej  dwudziestu  stojących  na  obrzeżach  lądowiska  przystojnych
służących.  Zamknęła  oczy  i  westchnęła.  Mogła  była  tego  się  spodziewać.  Wyglądało  na  to,  że
podczas nieobecności rodziców dziewczyny, Ta’a Chume postanowiła powitać wnuczkę z wszelkimi
możliwymi  honorami  –  zapewne  dlatego,  by  pokazać  pragnącej  zostać  rycerzem  Jedi  dziewczynie,
jak wspaniale jest być osobą należącą do królewskiego rodu.

Tenel Ka nie była tym zachwycona.
Trzej  krzepko  zbudowani  młodzieńcy,  odziani  tylko  w  przepaski  biodrowe,  zajęli  miejsca  na

samym  środku  lądowiska  i  zaczęli  dawać  pokaz  akrobatycznych  umiejętności.  Inni  służący,  stojący
nieco  z  boku,  wyciągnęli  instrumenty  strunowe  i  flety,  by  akompaniować  akrobatom  podczas
ćwiczeń. Obserwująca pokaz była monarchini pochyliła głową w stronę wnuczki i mruknęła:

– Nawet nie wiesz, jakie masz szczęście.
Zdumiona Tenel Ka zamrugała.
Jej babka wykonała zamaszysty gest, jakby chciała objąć nim całe lądowisko.
–  Wszystko,  co  widzisz  –  Hapes  i  sześćdziesiąt  dwa  inne  światy  –  czekają  tylko  na  twoje

rozkazy. – W głosie kobiety pojawiła się nuta perswazji. – Niewielu spośród tych, którym nie udaje
się zostać rycerzami Jedi, czeka taka miła perspektywa. W przeciwieństwie do broni, z którą trzeba
stawać do walki, sprawowanie politycznej władzy nie wymaga posługiwania się obiema rękami.

Tenel  Ka  skrzywiła  się,  nie  tylko  dlatego,  by  wyrazić  opinię  o  niesprawiedliwym  stwierdzeniu

babki,  iż  nie  udało  się  jej  zostać  rycerzem  Jedi.  W  tej  samej  chwili  jeden  z  akrobatów  wykonał
podwójne  salto  –  figurę,  którą  wykonywała  nieskończoną  ilość  razy  i  którą  miała  zamiar  wykonać
jeszcze  nie  raz.  Kiedy  codziennie  ćwiczyła,  przebywając  w  akademii  Jedi,  wykonywała  także

background image

przewroty  w  tył  i  w  przód,  młynki  i  zwyczajne  salta.  Akademia  Jedi...  Już  teraz  zaczynała  za  nią
tęsknić.

Jeszcze jedna rzecz, jakiej nigdy nie będę mogła robić – pomyślała, zaciskając wargi w ponurą

linię.

Zamiast tego postanowiła skupić się na przyglądaniu twarzy akrobaty. Młodzieniec był naprawdę

urodziwy,  ale  w  tej  chwili  Tenel  Ka  zamieniłaby  widok  twarzy  wszystkich  strażników  i  służących
stojących na lądowisku na chociażby przelotny błysk oblicza kogoś z grona przyjaciół: Jacena, Jainy,
Lowbaccy czy nawet mistrza Skywalkera...

– Wiesz, co? – odezwała się babka, ponownie zbliżając usta do ucha dziewczyny, jakby dopiero

teraz taka myśl przyszła jej do głowy. – Możliwe, że twoja rana jest sposobem, w jaki Moc pragnie
dać  ci  do  zrozumienia,  iż  nigdy  nie  miałaś  zostać  rycerzem  Jedi...  że  twoim  przeznaczeniem  było
zawsze rządzenie gromadą gwiezdną Hapes.

Tenel Ka poczuła, że powietrze z głośnym sykiem opuszcza jej płuca. Miała wrażenie, że na jej

brzuch skoczył wielki rankor. Zastanawiała się jednak, czy może po raz pierwszy babka nie ma racji.

background image

 

 

 

Rozdział 9

 
 
Ogromna komnata audiencyjna świątyni na Yavinie Cztery miała taką dobrą akustyką, że do uszu

wszystkich  słuchaczy  docierało  każde  słowo  szepnięte  na  podwyższeniu.  Dziś  jednak  na  podium,
widocznym w przeciwległym kącie sali, nie zajmował miejsca żaden wykładowca. Jaina szła powoli
i  niepewnie.  Wielkie  pomieszczenie  było  całkiem  opustoszałe,  jeżeli  nie  liczyć  Jacena  i  Lowiego,
siedzących na kamiennej ławie blisko podwyższenia.

Nie,  nie  całkiem  opustoszałe.  Umysł  Jainy  wypełniały  wizerunki  dumnej  i  pewnej  siebie

wojowniczki  z  Dathomiry:  Tenel  Ka  wznoszącej  czarką  w  geście  przyjaźni,  Tenel  Ka  zaplatającej
długie  włosy  i  przygotowującej  się  do  rozpoczęcia  ćwiczeń  Jedi,  Tenel  Ka  wspinającej  się  po
zewnętrznym murze wielkiej świątyni... podciągającej się bez wysiłku, ręka za ręką. Posługując się
Mocą, Jaina wyczuwała, że podobne myśli przelatują przez głowę jej brata bliźniaka.

Dosłownie  kilka  chwil  po  tym,  kiedy  dziewczyna  zajęła  miejsce  obok  Jacena,  przez  drzwi

w bocznej ścianie weszła instruktorka i historyczka Jedi, Tionna. Podeszła i stanęła przed trojgiem
siedzących  uczniów.  Jaina  wyczuła,  że  na  widok  srebrzystowłosej  Jedi  nastrój  jej  brata  uległ
wyraźnej poprawie. Tionna zawsze uczyła ich, że powinni szukać wielu rozwiązań problemu, starać
się  wybrać  najlepsze  rozwiązanie  i  na  wszystko  spoglądać  z  różnej  perspektywy.  Jak  zawsze,
dziewczyna była urzeczona kryjącą się w perłowych oczach instruktorki mądrością zdobytą w ciągu
wielu lat studiowania opowieści, legend i nauk starożytnych rycerzy Jedi.

Kiedy Tionna przemówiła, jej głos zabrzmiał, jak zwykle, miękko i melodyjnie.
– Mistrz Skywalker prosił mnie, żebym... pomogła wam czynić postępy we władaniu świetlnymi

mieczami.

Jaina niespokojnie się poruszyła, nie chcąc nawet myśleć o śmiercionośnej broni, którą przypięła

do pętli u pasa pomarańczowego kombinezonu.

Tionna gestem ręki zachęciła troje siedzących uczniów, by wstali.
– Proszę, wejdźcie teraz na podwyższenie, gdzie będziecie mieli więcej miejsca.
Jacen  i  Lowie  zaczęli  wchodzić  po  kamiennych  stopniach,  ale  Jaina  się  ociągała,  nie  będąc

pewna,  czy  mogłaby  sprzeciwić  się  woli  instruktorki.  Kiedy  jednak  Tionna  obdarzyła  dziewczynę
cierpliwym, wyrozumiałym uśmiechem, po czym zachęciła ją po raz drugi, Jaina poszła w ślady brata
i Wookiego.

Przy  każdym  kroku  czuła,  że  rękojeść  świetlnego  miecza  obija  się  o  jej  biodro,  przypominając

o  ponurej  rzeczywistości.  Serce  przerażonej  dziewczyny  waliło  jak  młotem,  a  na  karku  i  czole
wystąpiły krople lodowatego potu. Jaina uświadamiała sobie teraz bardzo dobrze, że kontynuowanie
ćwiczeń świetlnym mieczem będzie nawet jeszcze trudniejsze, niż się spodziewała. Spoglądając na
mocno  zaciśnięte  zęby  brata,  rozumiała,  że  Jacen  także  zmaga  się  z  ogarniającym  go  przerażeniem.

background image

Chłopiec  musiał  się  zorientować,  co  odczuwa  jego  siostra,  gdyż  odwrócił  się  i  obdarzył  ją
niepewnym uśmiechem.

– Chcesz usłyszeć dobry dowcip? – zapytał cicho.
Dziewczyna zmusiła się do uśmiechu.
– Czemu nie?
Jej odpowiedź zdumiała Jacena, który stanął na chwilę, aby zebrać myśli.
– No, dobrze – odezwał się w końcu. – Dlaczego android-mechanik nie jest nigdy samotny?
Jaina wzruszyła ramionami. Znała brata tak dobrze, iż wiedziała, że nie powinna nawet próbować

odpowiadać.

– Ponieważ zawsze naprawia nowych przyjaciół!
Dziewczyna zachichotała, choć właściwie nie wiedziała, dlaczego. Była jednak wdzięczna bratu

za to, że pozwolił jej chociaż trochę się odprężyć. Lowie także szczeknął na znak, że jest rozbawiony.
W policzkach Tionny pojawiły się niewielkie dołki, a jej perłowe oczy rozjarzyły się aprobującym
błyskiem.  Było  jasne,  że  instruktorka  dobrze  rozumie,  jak  ciężko  musi  być  teraz  wszystkim  trojgu
uczniom.

Następnie Tionna rozstawiła ich co dwa metry w ten sposób, aby byli zwróceni w tę samą stronę,

po  czym  poleciła  im  ćwiczyć  samymi  rękojeściami,  bez  włączania  energetycznych  kling  świetlnych
mieczy. Jaina oczyściła umysł ze wszystkich innych myśli i starała się naśladować płynne, wyraziste
gesty Tionny. Miała wrażenie, że uczy się ruchów i kroków nowego tańca.

Zapewne  zadowolona  z  postępów,  instruktorka  Jedi  zakończyła  ćwiczenia  i  stanęła  przed

Lowbacca.  Gestem  dała  znak  Jainie,  by  stanęła  obok  niej,  zwrócona  twarzą  w  stronę  Jacena.
Przycisnęła  guzik  wyzwalający  ostrze  własnego  świetlnego  miecza.  Z  rękojeści  broni  wyskoczyła
iskrząca się energią świetlista klinga.

– Proszę, zapalcie teraz swoje miecze – poleciła.
Chociaż  przez  twarz  Jacena  przemknęła  zmarszczka  niepewności,  chłopiec  po  chwili  zapalił

własne szmaragdowozielone ostrze. Następnie, z cichym sykiem, ukazała się złocista klinga Lowiego,
mająca barwę roztopionego brązu. Młody Wookie nie uniósł jednak ostrza broni.

– Och, niech pan będzie ostrożny, panie Lowbacco – odezwał się Em Teedee, przyczepiony do

pasa na biodrze właściciela. – Wie pan przecież, że moje obwody są nadzwyczaj delikatne.

Jaina  przygryzła  dolną  wargę,  zamknęła  oczy  i  przycisnęła  guzik,  umieszczony  w  rękojeści

swojego  miecza.  Ostrze  z  głośnym  sykiem  obudziło  się  do  życia.  Jaskrawofioletowa  łuna,
w połączeniu z blaskiem bijącym od trzech innych energetycznych kling, przeniknął nawet przez jej
zamknięte powieki, zalewając umysł dziewczyny falą oślepiająco barwnych wspomnień.

Fiolet. Kolor oczu złowieszczej Siostry Nocy Tamith Kai.
Srebro.  Barwa  fałdzistych  szat  Brakissa. Akademia  Ciemnej  Strony.  Jacen  i  Jaina  walczący  ze

sobą  pod  osłoną  maskujących  hologramów.  Jakikolwiek  błąd,  popełniony  przez  jedno  z  nich,  mógł
zakończyć się śmiercią.

Brąz.  Niemal  w  tym  samym  odcieniu  co  barwa  złocistorudych  włosów  Tenel  Ka.  Odcięta  ręka

dziewczyny. Palce wciąż jeszcze zaciśnięte na rękojeści świetlnego miecza, który po chwili z hukiem
eksploduje.  Przerażenie  malujące  się  na  twarzy  wojowniczki,  kiedy  szmaragdowa  klinga  broni
przeniknęła przez jej ramię.

Szmaragdowa zieleń. Odcień otoczonych ciemniejszymi pierścieniami tęczówek Zekka. Jej były

przyjaciel z Coruscant, który właśnie teraz przebywa w Akademii Ciemnej Strony. Uczy się i ćwiczy,

background image

jak władać ciemną stroną Mocy i jak służyć Drugiemu Imperium. A jeżeli Drugie Imperium zgodnie
ze  swoim  planem  zaatakuje  Nową  Republikę  –  tę  samą  Nową  Republikę,  której  Jacen,  Jaina  i  inni
uczniowie  Luke’a  Skywalkera  przysięgali  bronić  –  będzie  musiała  przygotować  się  do  walki.  Jak
mogłaby  nie  stanąć  do  walki  w  obronie  Nowej  Republiki,  skoro  jej  matka  pełniła  funkcję
przywódczyni?

Czy będzie musiała chwycić miecz świetlny i walczyć z Zekkiem, aby obronić przed nim własną

matkę?

Jaina wydała cichy okrzyk i wyłączyła świetliste ostrze, a potem upuściła rękojeść na kamienną

płytę  podwyższenia.  Cofnęła  się,  jakby  nagle  metalowy  cylinder  zamienił  się  w  smoka  kryat.
W  chwilę  później,  jak  na  rozkaz,  zgasły  ostrza  wszystkich  innych  mieczy.  Jaina  wzdrygnęła  się,
chociaż poczuła prawdziwą ulgę.

Tionna popatrzyła z powagą na troje młodych podopiecznych, po kolei kierując na nich perłowe

oczy.  Pochyliła  się,  by  podnieść  porzuconą  broń  Jainy,  a  później  usiadła  na  zimnych  kamieniach
podwyższenia i powiedziała:

– Usiądźcie, proszę. Chciałabym opowiedzieć wam pewną historię.
Jacen, Jaina i Lowbacca przysiedli jak najbliżej instruktorki Jedi, zapewne ciesząc się, że mogą

dotrzymywać  jej  towarzystwa.  Tymczasem  Tionna  wyprostowała  się  i  oparła  wiotkie  ręce  na
kolanach.  Snując  opowieść,  od  czasu  do  czasu  nimi  poruszała,  jakby  tkała  przed  oczami  słuchaczy
niewidzialny gobelin.

– Przed wieloma tysiącami lat, kiedy na świecie panowało wielkie zło i wielkie dobro – zaczęła

Tionna,  a  jej  głęboki,  melodyjny  głos  rozbrzmiał  echem  w  wielkiej  sali  –  żyła  kobieta,  która
nazywała się Nomi Sunrider. Jej mąż, Andur, ćwiczył, pragnąc zostać rycerzem Jedi.

Pewnego  razu  Nomi  i  jej  mąż  wyruszyli  w  drogę,  aby  złożyć  garść  cennych  adegańskich

kryształów  w  darze  nowemu  mistrzowi  Andura,  ale  zostali  napadnięci  przez  grupę  chciwych
bandytów, którzy zamordowali męża Nomi i próbowali ukraść kryształy. Kiedy kobieta zorientowała
się,  że  jej  mąż  nie  żyje,  chwyciła  jego  świetlny  miecz  i  wywarła  na  mordercach Andura  krwawą
zemstę.  Gdy  uświadomiła  sobie,  co  zrobiła,  przepełniła  ją  taka  odraza,  że  przysięgła  nigdy  więcej
nawet nie dotykać rękojeści broni.

Pragnąc spełnić ostatnie życzenie umierającego męża, Nomi przekazała drogocenne kryształy jego

mistrzowi  Jedi.  Przez  jakiś  czas  przebywała  u  niego,  opiekując  się  małą  córeczką  Vimą,  po  czym
zaczęła  ćwiczyć,  pragnąc  także  zostać  rycerzem  Jedi.  Uczyła  się  i  wzrastała  w  mądrości
i umiejętności władania Mocą, ale nadal wzdragała się przed dotykaniem miecza świetlnego, mimo
iż jest to broń rycerzy Jedi.

Nadszedł  jednak  taki  dzień,  kiedy  stwierdziła,  że  sama  władza  nad  Mocą  nie  wystarczy  do

obrony bliskich, kochanych ludzi. Pragnąc ocalić i mistrza Jedi, i córkę, ponownie sięgnęła po miecz
świetlny i walczyła nim w obronie tego, co uważała za słuszne i sprawiedliwe.

Tym  razem  dobrze  rozumiała  sens  i  znaczenie  posługiwania  się  bronią  Jedi  –  i  od  tego  dnia

walczyła,  korzystając  z  całej  potęgi  jasnej  strony  Mocy.  Nigdy  jednak  pochopnie  nie  wysuwała
świetlistej  klingi,  chociaż  wiedziała,  że  czasami  bywa  to  konieczne.  Pogodziła  się  z  tym  i  została
potężnym rycerzem Jedi. Była dzielną, waleczną wojowniczką.

Kiedy opowiadana przez Tionnę historia dobiegła końca, Jaina wzięła głęboki oddech. Ocknęła

się,  wychodząc  niemal  z  transu,  w  jaki  zawsze  zapadała,  kiedy  słuchała  opowiadań  instruktorki.
Uświadomiła  sobie,  że  gdzieś  zniknęła  większa  część  przerażenia,  które  jeszcze  niedawno

background image

odczuwała. Mimo to mięśnie miała nadal tak zmęczone i obolałe, jakby sama stawała do wszystkich
walk, toczonych mieczem świetlnym przez Nomi Sunrider.

Poczuła, że w jej dłoń wślizguje się coś ciężkiego i masywnego. Spojrzała na palce i stwierdziła,

że trzyma rękojeść świetlnego miecza, wsuniętą przez Tionnę.

–  Na  razie  nie  musisz  włączać  broni  –  odezwała  się  łagodnie  instruktorka  Jedi,  spoglądając

prosto w oczy Jainy. – Uważam, że na dzisiaj macie dosyć ćwiczeń.

background image

 

 

 

Rozdział 10

 
 
Zirytowana Tenel Ka stwierdziła, że lekarze są urodzonymi natrętami.
Piąta nadworna lekarka, jaka odwiedziła ją w ciągu takiej samej liczby godzin, nie przestawała

przekonywać  dziewczyny  spokojnym,  protekcjonalnym  tonem.  Przyznawała,  że  Tenel  Ka  ma
absolutną  rację  nie  chcąc  mieć  topornej  kończyny  w  rodzaju  tych,  w  jakie  wyposaża  się  androidy.
Tłumaczyła  jednak,  że  dziewczyna  nie  powinna  mieć  nic  przeciwko  biomechanicznej  protezie,  do
złudzenia przypominającej prawdziwą rękę. (Wszystko wskazywało na to, że lekarze znają ją lepiej
niż  ona  sama.)  Rozdrażniona  Tenel  Ka  uniosła  w  końcu  kikut  ręki  na  znak,  że  się  poddaje,
i pozwoliła lekarce czynić swoją powinność. Kobieta sprawiała wrażenie zadowolonej z siebie i ani
trochę nie zdumionej faktem, że wojowniczka wreszcie wyraziła zgodę.

Lekarka  skinęła  na  jednego  z  pielęgniarzy.  Mężczyzna  podszedł  i  zaczął  dokonywać  pomiarów

długości  i  obwodu  kikuta  lewej  ręki  księżniczki.  Następnie  jakaś  pani  inżynier  przymocowała
elektrody  czujników  na  pokrytej  bliznami  skórze  i  zajęła  się  wysyłaniem  krótkich  elektrycznych
impulsów w głąb ciała – w celu zmierzenia przewodności nerwów, jak oznajmiła dziewczynie.

W tym czasie pielęgniarz umieścił prawą rękę Tenel Ka w holograficznej komorze obrazowej. Za

każdym  razem,  kiedy  pani  inżynier  wysyłała  kolejny  impuls  w  głąb  kikuta,  pielęgniarz  prosił,  by
siedziała  nieruchomo,  i  uspokajająco  poklepywał  wojowniczkę  po  ramieniu.  Mężczyzna
z prawdziwą dumą wyjaśnił jej, w jaki sposób obraz, uzyskany w holograficznej komorze, zostanie
odwrócony w celu uzyskania wzorca, według którego sporządzi się odlew jej nowej biosyntetycznej
protezy.

Jak  dzieci,  pozbawione  opieki  starszych  i  pozostawione  samym  sobie  na  bazarze  przy  stoisku

z  łakociami,  lekarki  i  pielęgniarze  krążyli  po  komnacie,  wydając  polecenia  i  przygotowując  się  do
zabiegu.

Tenel  Ka  nie  zwracała  uwagi  na  harmider,  wywołany  przez  wiele  osób  mówiących  naraz,

i pogrążyła się we własnych myślach.

Jej rodzice wywodzili się z dwóch potężnych rodów: jednego z Hapes i drugiego z Dathomiry.

Dziewczyna od dawna zatem wiedziała, jaka krew płynie w jej żyłach. Miała filozofię życia wyrytą
w  mózgu  równie  czytelnie  jak  poglądy  na  temat  pochodzenia,  lojalności  i  przyjaźni,  a  nawet
własnych możliwości fizycznych – i, rzecz jasna, ograniczeń.

Czy jeżeli którykolwiek z tych pewników się zmieni, wszystkie inne także ulegną zmianie?
Od  najmłodszych  lat  rodzice  Tenel  Ka  wychowywali  córkę  w  taki  sposób,  by  umiała

samodzielnie  podejmować  decyzje.  Mówili  jej,  żeby  przedtem  dobrze  wszystko  przemyślała,
kierując się w równej mierze faktami, rozsądkiem i osobistymi przekonaniami. Dziewczyna nie miała
zatem  zwyczaju  siedzieć  bezczynnie  i  czekać,  aż  inni  zdecydują  za  nią.  A  jednak,  od  chwili,  gdy

background image

straciła rękę, czyż właśnie nie siedziała bezczynnie i nie czekała, aż inni coś postanowią?

Niemal nie zareagowała, kiedy pani ambasador Yfra przyleciała w środku nocy, żeby potajemnie

zabrać ją z akademii Jedi i odlecieć z Yavina Cztery. W ciągu kilku ostatnich dni pobytu na Hapes
pozwoliła,  żeby  babka  decydowała  o  tym,  co  dziewczyna  będzie  robiła,  gdzie  chodziła  i  z  kim
rozmawiała, kiedy szła spać, co jadła i w co się ubierała. A teraz dumna wojowniczka, która zawsze
polegała  na  sile  własnych  mięśni  i  zawsze  decydowała  o  tym,  co  zrobi,  pozwalała  dopasowywać
sobie biomechaniczną protezę.

Czy naprawdę tak bardzo się zmieniła?
Moc  stanowiła  jakąś  cząstkę  także  jej  ciała.  Przepływała  przez  nią  w  ten  sam  sposób,  w  jaki

płynęła w żyłach rodziców. Sztuczna ręka nie była wszakże częścią jej organizmu. Jeżeli zgodzi się
nosić  protezę,  tym  samym  pozwoli,  by  utrata  ręki  zmieniła  ją  o  wiele  bardziej,  niż  można  byłoby
sądzić od pierwszego rzutu oka. Co więcej, nie będzie to zmiana na lepsze. Dziewczyna wiedziała,
że jeżeli komukolwiek pozwoli się zmienić w jakiś sposób, chciałaby stać się dzięki temu silniejsza
albo mądrzejsza.

Z  zamyślenia  wyrwało  ją  brzęczenie  serwomotorów.  Tenel  Ka  uniosła  głowę  i  ujrzała  lekarkę

i panią inżynier, trzymającą groteskową metalową rękę. Kończynę androida. Jej widok przypomniał
dziewczynie toporną protezę, którą podobno dano byłemu pilotowi myśliwca typu TIE, Qorlowi, by
posługiwał się nią od chwili, kiedy wrócił na służbę Drugiego Imperium. Tenel Ka pokręciła głową,
wyrażając niemy sprzeciw.

–  To,  rzecz  jasna,  tylko  prowizoryczne  rozwiązanie  –  odezwała  się  lekarka  tym  samym

doprowadzającym  do  szału  protekcjonalnym  tonem,  co  poprzednio.  –  Tylko  po  to,  żebyś
przyzwyczaiła się do czasu, kiedy będziemy mogli zsyntetyzować biomechaniczną rękę.

Tenel  Ka  właśnie  w  tej  chwili  uzmysłowiła  sobie,  że  właściwie  wcale  tak  bardzo  się  nie

zmieniła.  Pogodziła  się  z  faktem,  że  odtąd  będzie  posługiwała  się  Mocą,  jeżeli  zaistnieje  taka
potrzeba.  Nie  sprzeciwi  się,  żeby  Moc  pomagała  jej  w  tej  czy  w  innej  sprawie.  Nie  zgadzała  się
jednak, aby na jej życie miała wpływ maszyna.

– Nie – wychrypiała cicho, kiedy lekarka podeszła, by przymocować metalową protezę do kikuta.

Pani  inżynier  niepewnie  cofnęła  się  o  krok,  ale  lekarka  zachowywała  się,  jakby  Tenel  Ka  nie
odezwała się ani słowem.

–  To  część  procesu,  dzięki  któremu  poczujesz  się  znów  sobą  –  rzekła  nadal  tak  samo

protekcjonalnie. – W tej chwili właśnie takiej protezy najbardziej potrzebujesz.

– Nie – powtórzyła Tenel Ka, buntowniczo zaciskając zęby. W jej piersi wezbrał gniew na myśl

o  tym,  że  zarozumiała  i  arogancka  pani  doktor  śmie  twierdzić,  iż  wie,  co  jest  dla  dziewczyny
najodpowiedniejsze.

Kobieta pokręciła głową i pochyliła się, jakby strofowała małe dziecko.
– Posłuchaj – powiedziała. – Zgodziłaś się przecież, że dostaniesz nową rękę...
– Zmieniłam zdanie – odparła dziewczyna. Zgrzytnęła zębami, usilnie starając się utrzymać gniew

na wodzy.

Usta  pani  doktor  nadal  rozciągały  się  w  uśmiechu,  ale  z  oczu  kobiety  wyzierało  ponure

zdecydowanie... dowodzące, że lekarka nigdy w życiu nie pozwoli, by ktokolwiek się jej sprzeciwiał
– a już w żadnym wypadku nie jej pacjentka. Nie przestając paplać, gestem dała znak pani inżynier,
by pomogła jej przymocować kończynę androida do kikuta dziewczyny. Zapewne uważała, że czyniąc
swoją powinność, potrafi pokonać wolę pacjentki siłą własnej woli.

background image

–  Posługiwanie  się  biomechaniczną  ręką  nie  przynosi  nikomu  żadnej  ujmy  –  ciągnęła.  –  Nawet

twój wielki mistrz Jedi, Luke Skywalker, posługuje się protezą.

Tenel Ka musiała w duchu przyznać, że wybór, jakiego dokonał mistrz Skywalker, nie świadczy

bynajmniej  o  słabości.  Nie  sprawia,  że  jej  nauczyciel  jest  kimś  gorszym  czy  uboższym.  Zapewne
musiał także przeżyć trudne chwile, zanim podjął właśnie taką decyzję. Teraz ona musi podjąć swoją.
Mistrz  Jedi  nie  wymagałby  od  niej,  żeby  postąpiła  wbrew  własnej  woli...  tak  samo  jak  nie
wymagałby tego od niej nikt inny spośród ludzi otaczających ją tu, na Hapes.

–  Nowa  ręka  będzie  wyglądała  prawie  tak  samo  jak  prawdziwa  –  tłumaczyła  pani  doktor

irytująco kojącym tonem. – Musisz wiedzieć, że twoja babka zgodziła się pokryć wszystkie koszty.

Kiedy  chłodna  metalowa  kończyna  dotknęła  kikuta  ręki  dziewczyny,  ta  straciła  w  końcu

panowanie nad własnym gniewem.

– Nie! – krzyknęła, nieświadomie posługując się Mocą, by odepchnąć od siebie i lekarkę, i panią

inżynier.  Kończyna  androida  jednak  pozostała,  przytwierdzona  do  jej  skóry  na  podobieństwo
zrakowaciałej narośli. – Powiedziałam: NIE!

Tym  razem  Tenel  Ka  świadomie  użyła  Mocy,  by  oderwać  protezę  od  kikuta  ręki.  Odrzuciła  ją

w  stronę  najbliższej  ściany.  Proteza  roztrzaskała  się  o  kamienny  mur  z  głośnym  brzękiem,
a zmiażdżone podzespoły bezwładnie opadły na wyłożoną płytkami posadzkę komnaty.

Wszyscy obecni w pomieszczeniu ludzie zaczęli chwytać powietrze jak pozbawione wody ryby.

Na dziewczynę skierowały się dziesiątki przerażonych, zalęknionych oczu.

Tenel Ka czując, że jej złość minęła, odezwała się znów spokojnie, chociaż stanowczo:
– I mówiłam to poważnie.

background image

 

 

 

Rozdział 11

 
 
Jacen czuł, że z jakiegoś powodu, którego sam nie potrafił określić, zawodzenie silnika i drgania

kadłuba małego skoczka typu T-23 zarazem drażnią go i koją.

Em  Teedee,  jak  zwykle  towarzyszący  Lowiemu  w  ciasnej  kabinie,  zwiększył  moc  wyjściową,

żeby jego piskliwy głos mógł być słyszalny pomimo jęku silników.

–  Naprawdę,  panie  Lowbacco,  nie  rozumiem,  jaki  sens  może  mieć  takie  latanie  nad  dżunglą,

zwłaszcza że nie zmierza pan do określonego celu.

Lowie cicho warknął, a mały android-tłumacz natychmiast odpowiedział:
–  Leczniczy?  Nie  rozumiem.  A  jeżeli  nawet,  wydaje  mi  się,  że  wykonywanie  jakiegokolwiek

ćwiczenia byłoby o wiele korzystniejsze niż latanie nad wierzchołkami drzew.

Zamyślona  Jaina,  siedząca  w  ciasnej  kabinie  skoczka  na  fotelu  dla  pasażera,  ustawionym  obok

fotela Lowiego, bawiła się rękojeścią świetlnego miecza.

– Prawdę mówiąc, próbowaliśmy już tego, Em Teedee – rzekła. – Ostatnio jednak wygląda na to,

że  każde  ćwiczenie,  jakie  wykonujemy,  tylko  przypomina  nam  o  różnych  rzeczach,  o  których
chcielibyśmy zapomnieć.

Jacen  był  zaskoczony,  słysząc,  że  jego  siostra  odpowiada  nieznośnemu  androidowi  tak  samo

cierpliwie, jak uczynił to przed chwilą Lowie... bez cienia irytacji, jak prawdziwa przyjaciółka.

Pamiętał  o  tym,  że  upłynął  cały  dzień  od  chwili,  kiedy  któreś  z  nich  odważyło  się  ponownie

włączyć  miniaturowe  urządzenie.  Zapewne  wszyscy  mieli  nadzieję,  że  trajkotanie  małego  androida
wypełni pustkę, o której żadne nie chciało nawet myśleć.

Jacen doszedł do wniosku, że mimo to jednak czegoś brakowało. W normalnych okolicznościach

siedziałby, wciśnięty w kąt na bagaż znajdujący się za fotelem dla pasażera... Z radością znosiłby tę
niewygodę, gdyby mogła lecieć z nimi Tenel Ka, zajmująca zwykle jego obecne miejsce.

–  O  rety!  –  odezwał  się  Em  Teedee.  –  Nie  do  wiary,  jak  mało  wrażliwe  potrafią  być  moje

procesory! Wszyscy państwo myśleliście o pani Tenel Ka, prawda? Strasznie mi przykro.

Jacen ujrzał, że Lowie wyciąga rękę, aby delikatnie poklepać obudowę androida. Wyglądało na

to, że młody Wookie pragnie pocieszyć urządzenie. Teraz, kiedy Em Teedee zaczął mówić na temat,
którego  przyjaciele  starali  się  nie  poruszać  w  rozmowach,  Jacen  odczuł  nieobecność  wojowniczki
z Dathomiry z jeszcze większą siłą.

– Już dobrze, Em Teedee – odezwała się Jaina. – Wszyscy za nią tęsknimy.
Jacen westchnął.
– Jaka szkoda, że nie mogę z nią porozmawiać.
Jaina,  Lowie  i  Em  Teedee  po  kolei  przyznawali  mu  rację.  W  następnej  chwili,  jakby  wszyscy

omówili  to  zagadnienie  i  wyrazili  zgodę,  młody  Wookie  zatoczył  skoczkiem  łuk  nad  dżunglą

background image

i skierował maszynę z powrotem w stronę akademii Jedi.

 
Mistrz  Luke  Skywalker  popatrzył  na  małego  baryłkowatego  robota.  Obaj  stanęli  właśnie  przed

wrotami hangaru znajdującego się na najniższym poziomie wielkiej świątyni.

– Nie, nic mi nie jest, Artoo – odparł, odpowiadając na pytający gwizd automatu. – Muszę tylko

podjąć decyzję w pewnej sprawie.

Zmarszczywszy  brwi,  mistrz  Jedi  zaczął  przypominać  sobie  szczegóły  bezpośredniego

połączenia,  jakie  nawiązał  niedawno  z  królewskim  Pałacem  Fontann  na  Hapes.  Niestety,  nie  udało
mu się porozmawiać ani z księciem Isolderem, ani z Teneniel Djo, rodzicami Tenel Ka. Zamiast nich
na ekranie komunikatora pojawił się wizerunek twarzy Ta’a Chume, matriarchini królewskiego rodu.
Kobieta  oznajmiła  mu  bardzo  stanowczo,  że  rodzice  dziewczyny  przebywają  daleko  od  systemu
gwiezdnego  Hapes  i  rozmowa  z  nimi  jest  niemożliwa.  Stwierdziła  również,  że  młoda  księżniczka
wciąż  jeszcze  nie  może  otrząsnąć  się  z  szoku,  jaki  przeżyła,  wykonując  ćwiczenia  Jedi.  Była
monarchini oświadczyła, że absolutnie nie może być mowy o tym, aby pozwolono jej z kimkolwiek
rozmawiać. Powiedziawszy to, Ta’a Chume bez uprzedzenia przerwała połączenie, co sprawiło, że
Luke zaniepokoił się jeszcze bardziej.

Babka  Tenel  Ka  nigdy  nie  pochwalała  drogi  życia,  jaką  obrała  wnuczka. Ascetyczna  starszawa

kobieta  zawsze  pragnęła,  aby  dziewczyna  stała  się  przebiegłym  i  podstępnym  politykiem,  z  którego
mogła być naprawdę dumna... kimś podobnym do niej.

Luke  zastanawiał  się,  co  się  stanie,  jeżeli  babka  Tenel  Ka,  zamiast  pocieszać  i  wspierać

dziewczynę  po  przeżytym  wstrząsie,  postanowi  wykorzystać  jej  słabość  do  własnych  celów.  Nie
mając obok siebie ani Teneniel Djo, ani Isoldera, u których znalazłaby duchowe wsparcie, Tenel Ka
mogła być zbyt przygnębiona, odrętwiała albo oszołomiona, żeby osobiście decydować i dokonywać
wyborów. Możliwe, że bez zastanowienia zaakceptuje każdą decyzję, którą w jej imieniu podejmie
stara matriarchini.

Mistrz  Skywalker  pokręcił  głową.  Nawet  jeżeli  pominąć  problemy  natury  politycznej,

dziewczyna nie mogła znaleźć u babki należytego wsparcia. Luke przypomniał sobie ścisłą więź, jaką
czworo  młodych  przyjaciół  zadzierzgnęło  w  ciągu  wielu  godzin  wspólnej  nauki  i  ćwiczeń
w  akademii  Jedi.  Młoda  wojowniczka  z  Dathomiry  powinna  przebywać  teraz  w  towarzystwie
właśnie  takich  osób.  Tenel  Ka  potrzebowała  bezinteresownej  troski,  którą  mogli  otoczyć  ją  Jacen,
Jaina i Lowbacca.

Luke nie miał zamiaru wpływać na decyzję Tenel Ka w sprawie tego, czy dziewczyna pozostanie

na  Hapes,  czy  powróci  na Yavin  Cztery.  To  powinno  zależeć  tylko  od  niej.  Był  także  pewien,  że
księżniczka może zaufać każdemu kompetentnemu medycznemu androidowi, iż potrafi zatroszczyć się
o  jej  fizyczną  ranę.  Wojowniczka  potrzebowała  jednak  przyjaźni  i  wsparcia  ze  strony  trojga
przyjaciół,  żeby  zaleczyć  ranę  zadaną  jej  duchowi  i  samodzielnie  podjąć  decyzją,  jak  ułożyć  sobie
dalsze życie.

Luke uśmiechnął się, kiedy ujrzał, jak Lowbacca manewruje gwiezdnym skoczkiem typu T-23, by

osadzić  go  w  hangarze  na  płycie  lądowiska.  Pozostali  młodzi  Jedi  także  odnieśli  duchowe  rany.
Mistrz Skywalker wyprostował się i ruszył w stronę skoczka.

–  Wydaje  mi  się,  że  powinniśmy  dokonać  kilku  podstawowych  testów  na  pokładzie  „Ścigacza

Cieni”, Artoo – powiedział. – Musimy przygotować go do lotu.

Mały baryłkowaty robot zapiszczał i zaświergotał, zadając mistrzowi Jedi jakieś pytanie.

background image

– Tak – odrzekł Skywalker. – Już podjąłem decyzję.
 
Od chwili kiedy Luke oznajmił, że mimo wszystko zabierze ich, aby mogli zobaczyć się z Tenel

Ka,  Jaina  czuła  przypływ  krążącej  w  żyłach  adrenaliny.  Jak  szalona  pobiegła  do  komnaty,  porwała
czysty  kombinezon  i  kilka  innych  drobiazgów,  po  czym  zapakowała  wszystko  razem  z  mieczem
świetlnym  do  niewielkiego  płóciennego  worka.  Wybiegła  z  pomieszczenia,  przemknęła  po
rozbrzmiewających echem korytarzach i kamiennych schodach, ale kiedy znalazła się na lądowisku,
na  którym  już  czekał  gotowy  do  startu  statek,  zorientowała  się,  że  właściwie  nie  ma  pojęcia,  co
zabrała.

Chwilę wcześniej przez lądowisko śmignął Jacen. Trzymając zgarnięty w pośpiechu stos czystych

ubrań  pod  jedną  pachą  i  miecz  świetlny  pod  drugą,  wbiegł  po  opuszczonej  rampie,  wystającej
z  lśniącego  kadłuba  „Ścigacza  Cieni”.  Jaina  nie  zwolniła,  wbiegając  po  rampie  tuż  za  bratem.  Jak
zawsze, zachwycała się widokiem niewielkiego statku, a zwłaszcza kadłuba pokrytego błyszczącym
kwantowym  pancerzem.  Maszyna  była  kiedyś  najnowocześniejszą  jednostką  skonstruowaną
w imperialnej stoczni. Po tym, jak mistrz Skywalker i Tenel Ka skorzystali z okazji, aby zabrać na
pokładzie  statku  bliźnięta  i  Lowiego  z  Akademii  Ciemnej  Strony,  Nowa  Republika  przekazała
„Ścigacza Cieni” mistrzowi Jedi do osobistego użytku.

W  końcu  po  rampie  wbiegł  Lowie,  przytrzymując  Em  Teedee  i  miecz  świetlny.  Luke  polecił

wówczas Artoo-Detoo unieść pochylnię. „Ścigacz Cieni” oderwał się od lądowiska.

Kiedy  repulsory  statku  pozwoliły  mu  wznieść  się  wysoko  nad  polanę,  Jainę  przeniknął  dreszcz

podniecenia.  Po  chwili  włączyły  się  silniki  napędu  podświetlnego  i  wkrótce  porośnięty  dziewiczą
dżunglą mały księżyc przemienił się w szmaragdową kulę. Dziewczyna nie pamiętała niemal niczego,
co działo się w ciągu kilku ostatnich gorączkowych chwil przed startem. Rozejrzała się w nadziei, że
może zauważy coś, co pozwoliłoby im lecieć jeszcze szybciej.

Siedzący za nawigacyjną konsoletą Lowie zaryczał gromko, co zabrzmiało jak pytanie.
–  Nie,  jestem  pewien,  że  nie  –  odparł  Em  Teedee.  –  Mistrz  Luke  nie  potrzebuje,  żebyśmy

pomagali mu określać parametry trajektorii lotu, która pozwoli nam jak najszybciej dolecieć do celu.

Jaina ujrzała, że wuj odwrócił głowę i uśmiechnął się do młodego Wookiego.
–  Za  kilka  minut  powinniśmy  osiągnąć  prędkość  światła  –  powiedział.  –  Dlaczego  nie

mielibyście odprężyć się i trochę odpocząć?

Jaina  głęboko  odetchnęła  i  zaczęła  przyglądać  się  widocznym  przez  iluminator  gwiazdom...

podobnym do błyszczących klejnotów tonących w bezkresnym czarnym oceanie. W pewnej sekundzie
każdy świetlisty punkcik zamienił się w długą jaskrawą linię. „Ścigacz Cieni” gładko wślizgnął się
do nadprzestrzeni.

Troje  młodych  uczniów  Jedi  stwierdziło  jednak,  że  są  zbyt  podnieceni,  aby  udać  się  na

odpoczynek. Wszyscy spędzili pozostałą część podróży, usiłując się czymś zająć. Jaina i Lowie mieli
właśnie  zdjąć  czołową  płytę,  kryjącą  panel  rufowych  stabilizatorów  ciągu,  aby  przekonać  się,  jak
funkcjonują, kiedy Luke Skywalker oznajmił, że zbliżają się do rodzimej planety Tenel Ka.

Troje  przyjaciół  natychmiast  rzuciło  się  do  sterowni.  Kiedy  zajęli  miejsca  na  fotelach

ustawionych za plecami mistrza Jedi, Lowbacca zmrużył oczy i zaczął przepatrywać widoczny przez
iluminator  system  gwiezdny.  Jaina  zauważyła  jednak,  że  na  porośniętej  długą  rudobrązową  sierścią
twarzy Wookiego maluje się zdziwienie. Spojrzała przez iluminator, ale w pobliżu statku nie ujrzała
żadnej planety, która mogła być Dathomirą.

background image

– To dziwne – odezwała się w końcu. – Na podstawie opisów, i atlasów gwiezdnych mogłabym

przysiąc, że znajdujemy się w systemie gwiezdnym Hapes.

Jej wuj obrócił fotel pilota i popatrzył w oczy swoich uczniów.
–  Rzeczywiście  przelatujemy  przez  system  gwiezdny  Hapes  –  oznajmił  z  powagą.  –  Wydaje  mi

się,  że  najwyższy  czas,  abym  zdradził  wam  pewną  tajemnice..  Tenel  Ka  jest  kimś  więcej  niż  tylko
prostą wojowniczką pochodzącą z zacofanego świata.

background image

 

 

 

Rozdział 12

 
 
Barczysty i krzepki Norys, niedawny przywódca gangu Zagubionych, a obecnie nowy kandydat na

szturmowca, rozłożył przed sobą na pryczy wszystkie części białego pancerza. Przez chwilę uważnie
się im przyglądał, po czym zaczął wkładać błyszczącą zbroję – jedną część po drugiej – ciesząc się
tą czynnością jak małe dziecko.

Najpierw  włożył  buty,  twarde  i  odporne.  Później  nagolenniki,  osłony  łydek  i  płytki  chroniące

uda, a po nich pancerz osłaniający tors, naramienniki oraz części kryjące obie ręce. W końcu wsunął
dłonie  w  giętkie,  ale  wytrzymałe  rękawice.  Czuł  się,  jakby  jego  ciało  zostało  umieszczone  we
wnętrzu androida-mordercy, chronionego przez nieprzenikliwy pancerz automatu do zabijania.

Norys  pozwolił  sobie  na  pełen  satysfakcji  uśmiech.  To  wszystko  było  o  wiele  bardziej

imponujące  niż  cokolwiek,  czego  dokonali  członkowie  jego  gangu,  kiedy  jeszcze  przebywali
w  podziemnych  korytarzach  na  Coruscant.  On  sam  uchodził  wówczas  za  najgroźniejszego,
najzłośliwszego  i  najbardziej  brutalnego  zabijakę  spośród  członków  gangu.  Teraz  mianowano  go
kandydatem na szturmowca, co było jednak czymś lepszym... o wiele lepszym.

Wszyscy jego byli podwładni stali się także kandydatami na żołnierzy i przechodzili intensywne

szkolenie. Norys jednak nie wątpił, że ze wszystkich nowych rekrutów okaże się najlepszy, podobnie
jak był kimś najsilniejszym spośród Zagubionych.

Jeżeli chodziło o wady jego obecnej sytuacji, przestał być panem samego siebie. Nie mógł robić

tego,  co  mu  się  podobało.  Musiał  wykonywać  rozkazy  wydawane  przez  Drugie  Imperium.  Mając
jednak pancerz taki jak ten i czując potęgę wojskową wszystkich, którzy dobrze służyli Imperatorowi,
doszedł  do  przekonania,  że  niczego  nie  żałuje.  A  poza  tym,  jeżeli  okaże  się  kimś  wartościowym,
z  pewnością  awansuje.  Będzie  mógł  wtedy  dowodzić  oddziałem  żołnierzy.  Możliwe,  że  nawet
zostanie  pilotem  myśliwca  typu  TIE.  Bez  wątpienia  uzyska  większą  władzę  i  zada  o  wiele  więcej
strat, niż mógłby marzyć wówczas, kiedy był tylko zwyczajnym przywódcą gangu.

Jego przyszłość malowała się w różowych barwach.
Ostatnią  częścią  pancerza  szturmowca  był  twardy  biały  hełm,  wyposażony  w  czarne  gogle,

mikrofon  i  miniaturowe  głośniki,  dzięki  którym  inni  mogli  słyszeć  jego  słowa.  Norys  włożył  biały
czerep na głowę i nacisnął, aż usłyszał chrupnięcie umieszczonych na karku mocujących zatrzasków.
Przez chwilę stał nieruchomo, całkowicie opancerzony, całkowicie chroniony... Już nie był tchórzem
znęcającym się nad słabszymi, odzianym w brudne łachmany i dysponującym tylko tym, co udało mu
się znaleźć albo ukraść w podziemiach.

Przemienił się w kogoś, z kim musieli liczyć się wszyscy inni. Stał się szturmowcem.
Wyszedł na korytarz, starając się jak najgłośniej uderzać opancerzonymi butami o metalowe płyty

gwiezdnej stacji. Ich dźwięk sprawiał mu prawdziwą radość.

background image

Zapamiętał układ korytarzy i pomieszczeń Akademii Ciemnej Strony. Dobrze wiedział, dokąd iść,

aby dotrzeć do prywatnej sali treningowej, gdzie kazał mu się stawić stary Qorl, były pilot myśliwca
TIE.  Kiedy  stanął  przed  zamkniętymi  drzwiami,  wystukał  kombinację  cyfr,  która  była  kodem
umożliwiającym wejście. Kiedy Qorl zapoznawał go z tajnym szyfrem, Norys poczuł, że przenika go
dreszcz podniecenia. Teraz cierpliwie stał i czekał, aż komputer zarejestruje jego żądanie i wpuści
do środka sali.

W końcu masywne drzwi się rozsunęły, wydając odgłos podobny do syku rozzłoszczonego węża.

Norys śmiało wkroczył do opancerzonego pomieszczenia, a podwoje zamknęły się za jego plecami.

Pośrodku sali treningowej czekał Qorl. W owiniętej czarną tkaniną lewej dłoni trzymał paskudnie

wyglądającą  włócznię.  Palce  kończyny  androida,  którą  zastąpiono  jego  rękę,  ściskały  połyskujący
trzonek broni z siłą wystarczającą, aby zgnieść metal. Przypominający trójząb koniec włóczni składał
się  z  głównego  szpica  i  dwóch  bocznych,  lekko  zakrzywionych  i  podobnych  do  zębatych  smoczych
ogonów.

– Spóźniłeś się – przemówił Qorl.
Cofnął kończynę androida... iż całej siły, jaką zapewniały mu serwomotory, cisnął śmiercionośną

broń w Norysa!

Młodzieniec  zamarł.  Zaskoczony,  przyglądał  się  bezradnie,  jak  ostrze  włóczni  szybuje  ku

chroniącej jego tors opancerzonej płycie. Zdołał tylko wrzasnąć:

– Hej!
Ogarnięty  paniką,  nie  zwrócił  uwagi  na  to,  że  jego  pełen  przerażenia  głos  został  wzmocniony

przez elektroniczne obwody hełmu. W następnej chwili szpic włóczni trafił go z taką siłą, że Norys
zachwiał się, cofnął i omal nie przewrócił.

Uderzył  o  metalową  ścianę  tak  silnie,  że  hełm  zadźwięczał,  kiedy  zetknął  się  z  metalowym

przepierzeniem.  W  oczach  Norysa  pojawiły  się  dziwne  błyski,  zapewne  pierwsze  oznaki
zbliżającego  się  omdlenia.  Młodzieniec  spodziewał  się,  że  ujrzy  trzonek  sterczący  ze  środka  serca,
i  czekał,  aby  nerwy  przesłały  do  mózgu  impulsy  przedśmiertnego  bólu.  Chciał  wrzasnąć,  że  Qorl,
jego rzekomy nauczyciel, zdradził go, okazując się podstępnym mordercą...

W  następnym  ułamku  sekundy  jednak,  gdy  odzyskał  zdolność  trzeźwego  myślenia,  usłyszał

grzechot,  z  jakim  ostrze  włóczni  upadło  na  płyty  posadzki.  Zdumiony,  spojrzał  na  okrywający  jego
pierś biały pancerz i zobaczył jedynie niewielkie wgniecenie w miejscu, gdzie trafiło go ostrze broni.

– Dlaczego to zrobiłeś? – krzyknął.
W sali treningowej rozległ się głos starego pilota; cichy, chociaż trochę burkliwy:
– By nauczyć cię szacunku dla pancerza szturmowca – odparł Qorl. – A także, by cię przestrzec,

żebyś  nie  czuł  się  nazbyt  pewny  siebie.  Tak  jest,  ta  zbroja  jest  wystarczająco  wytrzymała,  by
ochronić cię przed różnymi broniami, na przykład takimi jak ta toporna włócznia.

Były  pilot  myśliwca  TIE  ruchem  głowy  wskazał  uzębiony  szpic  broni,  spoczywającej  teraz  na

posadzce. Norys schylił się i chwycił włócznię. Zmrużył oczy i ogarnięty wściekłością, popatrzył na
nauczyciela.  Stary  pilot  zrobił  z  niego  wariata.  Norys  czuł,  jak  w  jego  żyłach  zaczyna  pulsować
niebezpieczny  gniew.  Zamierzał  unieść  trójzębną  włócznię,  żeby  cisnąć  w  starego  pompatycznego
durnia.

–  Nie  myśl  jednak,  że  twój  pancerz  jest  nieprzenikliwy  –  ciągnął  Qorl.  Sięgnął  do  kieszeni

munduru, wyciągnął śmiercionośny pistolet blasterowy i wymierzył go prosto w pierś Norysa. – Na
przykład strzał z tego blastera może przedziurawić pancerz równie łatwo, jakbyś w ogóle nie miał go

background image

na sobie.

Norys  zdrętwiał.  Czując,  że  jego  myśli  gnają  jak  szalone,  wpatrywał  się  w  złowieszczą  krótką

lufę. Co właściwie takiego uczynił? Dlaczego Qorl był taki rozdrażniony? Norys się zastanawiał, czy
jednak  nie  powinien  wytrącić  włócznią  blaster  z  dłoni  pilota,  a  później  go  obezwładnić.  Staruch
z pewnością na to zasłużył.

Tymczasem  Qorl  uchwycił  pistolet  za  lufę,  obrócił  i  podał  Norysowi  w  ten  sposób,  by

młodzieniec mógł pochwycić rękojeść broni.

–  Weź  to  –  mruknął  oschle.  –  Od  dzisiaj  to  będzie  twój  pistolet.  Norys  upuścił  włócznię  na

posadzkę,  a  później  niepewnie  wyciągnął  rękę  i  zacisnął  palce  na  kolbie.  Czuł  się  bardzo  dobrze,
kiedy trzymał broń w okrytej rękawicą dłoni.

Qorl kiwnął głową, zachęcając go, by podszedł bliżej.
–  Będziesz  ćwiczył;  wprawiał  się  w  strzelaniu  do  celu  –  oznajmił,  po  czym  udał  się  w  stronę

umieszczonego obok drzwi panelu kontrolnego.

Szare,  pochłaniające  światło  ściany  pozbawionego  okien  pomieszczenia  nagle  zalśniły

i rozbłysnęły.

Norys  stwierdził,  że  znajduje  się  w  wilgotnej,  mrocznej  jaskini.  Ujrzał  zwieszające  się  ze

sklepienia  i  ścian  długie,  ostro  zakończone  stalaktyty,  z  których  ściekały  krople  wody.  Z  dna  groty
sterczały groźne stalagmity, podobne do tępych noży. Gdzieś z oddali dobiegał szmer niewidocznej
płynącej  wody,  a  blade  światło  sprawiało  wrażenie,  że  wysącza  się  z  głębi  szarej  skalnej  ściany.
Mimo oczywistej przemiany, jaka zaszła w wyglądzie pomieszczenia, Norys nie mógł wyczuć żadnej
różnicy zapachu powietrza, jakie przedostawało się przez filtry umieszczone w jego hełmie.

–  Ściany  tej  komory  pochłaniają  energię  blasterowych  strzałów  –  odezwał  się  Qorl.  –  Twoja

broń  już  została  nastawiona  na  największą  siłę  rażenia.  Właściwie  nie  powinno  być  szarpnięcia
wywołanego odrzutem, ale musisz wiedzieć, co poczujesz, kiedy będziesz celował, strzelał i trafiał
do celu. A teraz uważaj. Obserwuj je, kiedy będą cię atakowały.

–  Co  mam  obserwować?  –  zapytał  Norys,  rozglądając  się  w  prawo  i  w  lewo.  –  Co  ma  mnie

zaatakować?

Wygląd  jaskini  uległ  kolejnej  zmianie.  Wilgotna  grota  sprawiała  teraz  jeszcze  bardziej

złowieszcze wrażenie. Gogle hełmu trochę ograniczały zdolność widzenia  i  Norys  próbował  wziąć
na  to  poprawkę.  Ze  wszystkich  stron  naraz  słyszał  pomruki  i  skrzeczenia  dziwnych  stworzeń.  Nie
potrafiłby  powiedzieć,  czy  należą  do  gatunku  owadów,  czy  gryzoni,  ale  odgłosy  brzmiały  groźnie
i ponuro, jakby każde zwierzę w jaskini mogło okazać się drapieżnikiem.

Młodzieniec  często  polował,  przemierzając  najniższe  poziomy  podziemi  Coruscant.  Tropił

gigantyczne  ślimaki  pełzające  po  granitowych  ścianach,  obdarzone  kłami  pająkokaraluchy,
zmutowane  ogromne  szczury...  Intuicja  mówiła  mu,  że  to  pomieszczenie  jest  tylko  salą  treningową,
jedną  z  wielu  w  Akademii  Ciemnej  Strony.  Nie  sądził,  żeby  mogło  grozić  mu  jakiekolwiek
niebezpieczeństwo. A jednak...

Jaskinia rzeczywiście wyglądała jak prawdziwa...
Nagle  Norys  usłyszał  rozdzierający  uszy  pisk.  Zobaczył,  że  jakieś  stworzenie  oderwało  się  od

sklepienia  i  zatoczywszy  krąg,  zaczęło  pikować  wprost  na  niego.  Miało  ogromne,  przecięte
szczelinami ślepia. Norys wyraźnie widział spiczaste uszy i coś na kształt wystających z czubka łba
anten.  Kiedy  stworzenie  obniżyło  lot,  dostrzegł  także  ostre  jak  igły  kolce,  jakimi  były  zakończone
końce łopoczących skrzydeł.

background image

Mynock.  Stworzenia  nie  cieszyły  się  opinią  groźnych  drapieżników,  ale  widząc  paskudnie

wyszczerzone kły i ostre pazury, Norys doszedł do wniosku, że ten mynock nie wygląda na potulnego.

Wymierzył  blaster  i  wypuścił  ognistą  smugę,  ale  błyskawica  przeleciała  dosyć  daleko  od  celu.

Trafiła  jakiś  stalaktyt  i  zbudziła  cztery  inne  rozgniewane  latające  stwory.  Mynocki,  rozwścieczone
tym, że ktoś śmiał zakłócić ich mroczny sen, rzuciły się do ataku.

Norys  strzelał,  raz  po  raz  przyciskając  guzik  spustowy  i  kierując  lufę  ku  coraz  innym  celom.

Obserwował,  jak  jaskrawe  błyskawice  rozjaśniają  ciemności  wilgotnej  groty.  Świetliste  smugi
oślepiały go, wskutek czego tylko z trudem mógł widzieć pomimo ciemnych gogli hełmu, chroniących
jego oczy.

Diabelskie mynocki pikowały ku niemu, nic sobie nie robiąc ze śmiercionośnych strzałów.
To  było  niesprawiedliwe!  Miał  przecież  tylko  ćwiczyć;  wprawiać  się  w  celowaniu.  Powinien

był mierzyć do tarczy strzelniczej albo, ukryty za parapetem jakiegoś okna, strzelać do idącej ulicą
i niczego nie przeczuwającej ofiary, jak często czynił, kiedy mieszkał w podziemiach Coruscant.

Kolejna  blasterowa  błyskawica  chybiła  celu.  Mynocki  krążyły  teraz  nad  jego  głową,  machając

skrzydłami i drażniąc szarpiącymi nerwy, przenikliwymi piskami. Norys zastanawiał się nawet, czy
Qorl złośliwie nie przestawił celownika broni, żeby strzały jego ucznia nie trafiały stworzeń.

Nagle  uświadomił  sobie,  że  przez  cały  czas  niewłaściwie  mierzył.  A  zatem  to  on  był  winien.

Kierował  lufę  pistoletu,  ogarnięty  panicznym  strachem.  Działając  w  pośpiechu,  nie  miał  szansy
oddania celnego strzału.

Ujrzał,  że  pierwszy  mynock  rzucił  się  na  niego,  szczerząc  długie  kły  i  wyciągając  kolce.  Norys

poświęcił  sekundę,  by  dokładnie  wymierzyć,  i  dopiero  potem  przycisnął  spust  broni.  Posłał  długą
błyskawicę,  która  skwiercząc,  przemknęła  przez  ciało  potwora.  Mynock  wydał  dziwny  bulgoczący
dźwięk, a później opadł na dno jaskini, gdzie nadział się na jeden ze stalagmitów.

–  Tak!  –  zawołał  triumfująco  Norys...  ale  po  chwili  zobaczył,  że  wokół  jego  głowy  krążą  trzy

inne mynocki, widocznie zwabione okrzykiem. Znów strzelił i znów chybił. Stworzenia atakowały go
teraz z przodu, z tyłu i z boków. Norys odwrócił się, ale pamiętał, żeby najpierw pomyśleć, a potem
skierować lufę broni, wymierzyć i strzelić. Trafił drugiego mynocka.

Tymczasem  od  sklepienia  oderwały  się  dwa  następne,  ale  chłopak  obrócił  górną  część  ciała

i  zmusił  się  do  poświęcenia  sekundy  na  skupienie  uwagi.  Jedno  z  ostatniej  dwójki  stworzeń
zaatakowało go od tyłu. Ostre kolce niemal musnęły biały pancerz szturmowca.

Norys zlekceważył ten atak. Starannie wymierzył w drugiego potwora i zestrzelił go w locie.
– Mam cię! – krzyknął i zaczął uważnie mierzyć do innych stworzeń, jednego po drugim. Nauczył

się celować. Nauczył się, jak być śmiertelnie skuteczny.

W  końcu  widząc,  że  lampka  na  obudowie  modułu  zasilania  blastera  mruga  na  znak,  że  zasób

energii jest bliski wyczerpania, znieruchomiał i czekał... ale od sklepienia jaskini nie oderwało się
żadne inne stworzenie. Norys zmrużył oczy i spoglądał przez gogle, w każdej chwili gotów odeprzeć
nowy atak.

Ściany  wilgotnej  groty  znów  zalśniły  i  zniknęły,  zastąpione  przez  szary  metal  sali  treningowej.

Z wolna Norys zaczął się odprężać.

– Dobrze – pochwalił Qorl.
Młodzieniec  odwrócił  się  i  ujrzał  starego  pilota  stojącego  obok  pulpitu  aparatury  kontrolnej.

W  podnieceniu,  wywołanym  ćwiczeniami,  Norys  zupełnie  zapomniał  o  obecności  wojskowego
instruktora.

background image

– To była doskonała zabawa – powiedział. – Zaczynało mi iść całkiem dobrze.
Rzucił  okiem  na  blaster,  zastanawiając  się,  kiedy  znów  będzie  mógł  się  nim  posłużyć.  Był

ciekaw, kiedy otrzyma zgodę na strzelanie do prawdziwego celu.

– Poradziłeś sobie całkiem nieźle, Norysie – odezwał się znów Qorl. – Musisz wszakże pamiętać

o jednym: Mynocki nie odpowiadają ogniem na twoje strzały.

Stary pilot przycisnął na pulpicie jeszcze jeden guzik i drzwi pomieszczenia się rozsunęły.
– Chodźmy; musimy teraz udać się do sali wykładowej – oznajmił. – Zapewne wszyscy inni już

tam  czekają.  Nasz  wielki  wódz  zamierza  wygłosić  przemówienie  do  wszystkich  osób
przebywających na pokładzie Akademii Ciemnej Strony.

Zaczekał, aż Norys przejdzie przez próg, po czym ruszył za nim.
 
Zekk  był  pełen  wiary  we  własne  siły.  Dziesiątki  innych  uczniów,  mających  zostać  Ciemnymi

Jedi,  zgromadziło  się  w  sali  wykładowej,  w  której  mistrz  Brakiss  i  Tamith  Kai  zapoznawali  ich
z właściwościami ciemnej strony Mocy.

Młodzieniec  miał  na  sobie  watowany  kombinezon,  sporządzony  z  czarnej  wytrzymałej  skóry.

Lekko  uniósłszy  głowę,  siedział  dumnie  wyprostowany.  Miecz  świetlny  swobodnie  zwisał  u  jego
boku. Po kilku miesiącach intensywnych ćwiczeń młodzieniec traktował  broń  jako  coś  oczywistego
i swojskiego. Miał wrażenie, iż ciemny cylinder jest częścią jego samego, przedłużeniem jego ciała.
I  właśnie  ten  fakt,  bardziej  niż  cokolwiek  innego,  upewniał  go,  że  powinien  zostać  rycerzem  Jedi.
Zawsze  był  samotnikiem,  ale  wiedział,  że  jest  najlepszym,  najpotężniejszym  spośród  wszystkich
uczniów mistrza Brakissa. Od czasu do czasu inni uczniowie rzucali na niego ukradkowe spojrzenia.
Zapewne  zazdrościli,  że  w  tak  krótkim  czasie  Zekk  wszystkich  prześcignął;  nawet  tych,  którzy  od
wielu miesięcy przebywali w Akademii Ciemnej Strony.

A  przecież  Zekk  miał  najważniejszy  powód,  by  się  uczyć.  Pragnął  być  silny.  Chciał  mieć

wszystko, co mógłby uzyskać od Mocy.

Pośród zgromadzonych w wielkiej sali uczniów zauważył Vilasa, ciemnowłosego i pogrążonego

we  własnych  myślach  pupila  Tamith  Kai.  Mężczyzna,  który  podobnie  jak  Siostra  Nocy  pochodził
z  Dathomiry,  był  arogancki  i  wiecznie  zadowolony  z  siebie.  Zawsze  gardził  Zekkiem  i  nigdy  nie
pozwalał  mu  zapomnieć,  że  to  właśnie  on  ogłuszył  chłopca,  kiedy  ten  opierał  się  porwaniu
z  Coruscant.  Zekk  nie  zamierzał  mu  tego  zapomnieć.  Czuł,  że  jest  rywalem  śniadolicego  młodego
mężczyzny,  który  zbyt  często  się  chełpił,  jak  przebywając  na  Dathomirze,  ujarzmiał  rankory
i wywoływał burze... jakby Zekk powinien być tym wstrząśnięty albo przerażony.

Obok  swojego  podopiecznego  stała  złowieszcza  Tamith  Kai.  Wespół  z  pozostałymi  Siostrami

Nocy zaczęła szkolić Vilasa jeszcze na rodzimej Dathomirze, kiedy Akademia Ciemnej Strony była
dopiero  konstruowana.  Kobiety  uważały  go  za  pierwszego  spośród  nowych  Ciemnych  Jedi,
potężniejszego niż pozostali. Na razie.

Zekk skrzyżował ręce na okrytym czarną opancerzoną skórą torsie. Był pewien, że Siostry Nocy

są w błędzie. I któregoś dnia on, Zekk, udowodni im tę prawdę.

Barczysty Norys i inni Zagubieni – nowi rekruci, kandydaci na szturmowców, szkoleni teraz przez

wojskowego instruktora Qorla – stali na baczność w kącie sali. Pozostali starsi stopniami żołnierze
wyglądali na odprężonych, ale Zagubieni sprawiali wrażenie, że zakuci w osobiste pancerze, wciąż
jeszcze czują się niepewnie i obco.

Wszyscy jednak w napięciu czekali na to, co powie wielki wódz Drugiego Imperium.

background image

Nagle pośrodku wolnej przestrzeni, na przeznaczonym dla wykładowców podwyższeniu, pojawił

się  przytłaczający  rozmiarami  i  wzbudzający  grozę  wizerunek  postaci  Imperatora  Palpatine’a.
Świetlisty  hologram  miał  wysokość  większą  niż  wzrost  któregokolwiek  ze  słuchaczy.  Wielki  wódz
sprawiał wrażenie dobrotliwego, ale surowego ojca.

Trzeszczące  iskry  zakłóceń,  jakie  od  czasu  do  czasu  pojawiały  się  na  wizerunku  osłoniętej

kapturem  twarzy  wodza,  dowodziły,  że  Imperator  wygłasza  przemówienie,  ukryty  w  samym  sercu
jądra  galaktyki.  Widoczne  pod  kapturem  podobne  do  gadzich  żółte  oczy  prześlizgiwały  się  po
twarzach zgromadzonych uczniów. Oko Palpatine’a kierowało się zawsze prosto na nich.

–  Nasze  plany,  dotyczące  Drugiego  Imperium,  są  bliskie  realizacji  –  zaczął  Imperator.  –

Wszystkie  istoty  robią,  co  mogą,  by  nastał  nowy  porządek  w  całej  galaktyce.  Każdy  z  nas  pomoże,
żeby  moje  Drugie  Imperium  coraz  szybciej  potężniało.  Każdy  stanie  się  ważną  częścią  wielkiej
machiny, która zmiażdży Rebelię i położy kres tak zwanej Nowej Republice.

Holograficzny  wizerunek  obrócił  się,  dzięki  czemu  wszyscy  odnieśli  wrażenie,  że  spojrzenie

Palpatine’a kieruje się po kolei na słuchaczy.

–  Dzięki  rdzeniom  jednostek  napędu  nadświetlnego  i  bateriom  do  turbolaserów,  zdobytych

podczas  ostatniej  błyskotliwej  wojskowej  akcji,  nasza  gwiezdna  armada  z  każdym  dniem  staje  się
coraz liczniejsza i potężniejsza. To dzięki tym urządzeniom wyposażymy wkrótce całą nową wojenną
flotę.  Nasze  statki  będą  z  początku  mniejsze  niż  kolosy,  które  może  rzucić  przeciwko  nam  Nowa
Republika,  ale  staniemy  do  walki  i  zwyciężymy.  Szkolenie  nowej  armii  Ciemnych  Jedi  dobiega
końca.

Wizerunek  Imperatora  jakby  urósł.  Wydawało  się,  że  zajął  jeszcze  większą  przestrzeń  i  chyba

uniósł  się,  by  górować  nad  słuchaczami.  Drżący  skraj  kaptura,  osłaniającego  pomarszczoną  twarz
Palpatine’a,  jakby  falował  w  podmuchach  niewidocznego  wiatru.  Oczy  mężczyzny  się  rozszerzyły
i płonęły jak dwa jaskrawe bliźniacze słońca.

Głos  Imperatora  rozbrzmiewał  z  siłą  gromu  i  z  każdą  chwilę  nabierał  mocy.  Nawet  Zekk

odruchowo się skulił.

–  Słuchajcie  mnie,  rycerze  Jedi  i  szturmowcy!  Moc  nie  przepada  za  słabeuszami.  My  jednak

stanowimy wielką siłę. Moc jest z nami – i powiedzie nas do zwycięstwa!

Transmisja  dobiegła  końca.  Osłonięta  kapturem  postać  Palpatine’a  zniknęła;  roztopiła  się

w morzu iskier zakłóceń.

Wszyscy zgromadzeni w sali wykładowej zaczęli wznosić ogłuszające okrzyki, do których Zekk

z całego serca się przyłączył.

background image

 

 

 

Rozdział 13

 
 
„Ścigacz  Cieni”,  oskrzydlony  przez  parę  należących  do  hapańskich  sił  bezpieczeństwa

eskortowców  klasy  Stinger,  lekko  osiadł  na  głównym  lądowisku  Pałacu  Fontann.  Siedzący
w sterowni Luke Skywalker cicho westchnął, nie kryjąc ulgi. Na chwilę zamknął oczy i sięgnąwszy
w głąb siebie, odnalazł spokojne jądro Mocy, którą skierował na zewnątrz.

Artoo-Detoo cicho zaświergotał. Mistrz Jedi otworzył oczy i stwierdził, że wszyscy troje młodzi

Jedi zdążyli wyplątać się z ochronnych sieci. Nie potrafiąc opanować zniecierpliwienia, stali teraz
obok  wyjściowego  włazu.  Jacen  przestępował  nerwowo  z  nogi  na  nogę,  a  Lowie  grabił  palcami
pasemka  rudobrązowej  sierści  w  nadziei,  że  uda  mu  się  ją  rozczesać.  Jaina  spojrzała  na  niego
i wzruszyła ramionami.

– No cóż – powiedziała. – Na co jeszcze czekamy, wujku Luke’u?
Chichocząc,  mistrz  Skywalker  zwolnił  rygle  śluzy  i  po  chwili  wszyscy  troje  uczniowie  Luke’a

zaczęli zbiegać po rampie, nie czekając, aż opadnie do samego końca. Na lądowisku, otoczona świtą
służących i strażników, czekała już Ta’a Chume, jak zwykle skrywająca twarz pod półprzeźroczystą
woalką, którą nosiła, ilekroć pokazywała się publicznie. Luke z zadowoleniem zauważył, że bliźnięta
i Lowie powitali starą matriarchinię z należytym szacunkiem i powagą.

Była  królowa  obdarzyła  Skywalkera  zimnym  spojrzeniem  i  nie  czekając,  aż  skończy  się  z  nią

witać, oznajmiła:

–  Przykro  mi,  mistrzu  Jedi,  ale  twoja  wyprawa  na  Hapes  jest  tylko  stratą  czasu.  Widzisz,  moja

wnuczka nie będzie mogła zobaczyć się ani porozmawiać z...

W tej samej chwili Jaina wydała radosny okrzyk, a jej brat bliźniak zawołał:
– Hej, Tenel Ka, cieszymy się, że cię znów widzimy!
Z gardła Lowiego także wydobył się przeciągły powitalny ryk, charakterystyczny dla Wookiech.

Troje  młodych  gości  przebiegło  przez  płytę  lądowiska,  by  powitać  przyjaciółkę,  która  właśnie
stanęła  na  progu  drzwi  iskrzącego  się  pałacu.  Do  miejsca,  w  którym  stał  Luke,  dobiegły  jedynie
strzępy ożywionej rozmowy:

– Pan Lowbacca pragnie pochwalić panią za to, że wygląda pani... ehm, taka wypoczęta.
– Myśleliśmy, że już nigdy cię nie zobaczymy.
– Cieszę się, że przylecieliście.
– Opowiedzieć ci dobry dowcip?
Mistrz Jedi ponownie spojrzał na Ta’a Chume, która zwróciła się do najbliższego służącego.
– Nie wzywałam księżniczki – powiedziała. – Jakim cudem mogła się dowiedzieć...
– Ja ją wezwałem – oświadczył spokojnie Skywalker.
Matriarchini pokręciła głową.

background image

–  Niemożliwe.  Nie  odebraliśmy  żadnej  wiadomości,  która  mogła  zostać  przesłana  z  pokładu

twojego statku.

Luke pozwolił sobie na najlżejszy uśmiech, jakim skwitował jej zdumienie.
–  Nie  posługiwałem  się  komunikatorem  –  odparł.  –  Wezwałem  ją  za  pośrednictwem  Mocy.

Zapewne  wolałabyś,  żeby  nie  było  to  prawdą,  ale  Tenel  Ka  ma  większe  zdolności  Jedi,  niż
przypuszczasz.

Była królowa uniosła brwi, ale z jej oczu nie można było wyczytać, o czym myśli.
–  Przekonamy  się  o  tym,  mistrzu  Jedi  –  rzekła.  –  Księżniczce  może  jeszcze  minąć  ten  niemądry

kaprys.

– Czy dla ciebie nic nie znaczy zdanie samej księżniczki? – zapytał bez ogródek Luke. – Wiem, że

to  ma  duże  znaczenie  dla  jej  rodziców.  Zgodziłem  się,  by  Tenel  Ka  przestała  korzystać  z  mojej
opieki,  pozwoliłem  jej  odlecieć  z Yavina  Cztery  i  wrócić  na  Hapes,  ale  sądziłem,  że  spotka  się  tu
z rodzicami. Może jednak nie powinienem był odsyłać jej tak szybko. Gdzie w tej chwili przebywają
Teneniel Djo i twój syn Isolder?

Luke  zobaczył,  że  w  oczach  matriarchini  odmalowała  się  niepewność.  Wyczuł,  że  kobieta

próbuje  rozstrzygnąć,  czy  większą  korzyść  przyniesie  jej  kłamstwo,  czy  wyjawienie  prawdy.
W końcu rzekła:

–  Chociaż  przestałam  być  władczynią  gromady  gwiezdnej  Hapes,  mam  nadal  własne  źródła

informacji.  Dowiedziałam  się,  że  na  życie  członków  królewskiej  rodziny  jest  przygotowywany
zamach,  więc  namówiłam  syna  i  synową,  żeby  udali  się  z  oficjalną  wizytą  do  innego  systemu...
w  celu  wynegocjowania  korzystniejszych,  bardziej  liberalnych  warunków  handlu.  Negocjacje
wymagały  zaangażowania  królewskiego  autorytetu,  a  zatem  udało  mi  się  bez  trudu  przekonać  syna
i  jego  żonę.  Nikt  oprócz  mnie  i  mojej  najbardziej  zaufanej  powierniczki  nie  wie,  kiedy  odlecieli
i dokąd się udali.

Wypadek, jakiemu uległa księżniczka, był nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności, który, niestety,

może  dla  niej  skończyć  się  tragicznie.  Może  sprawić,  że  jej  obecność  ściągnie  nam  na  karki
morderców, którzy przybędą, zwabieni wonią świeżej krwi jak piranio-żuki. Mimo to Tenel Ka jest
bezpieczniejsza  ze  mną  niż  w  twojej  świątyni,  mistrzu  Jedi.  Przestałeś  mieć  nad  nią  jakąkolwiek
władzę.

Luke pokręcił głową. Nie miał zamiaru tak łatwo się poddawać.
– O tym, czy będzie podlegała mojej władzy, czy nie, zadecyduje sama Tenel Ka, kiedy zechce –

odpowiedział.

 
Jacen  rozejrzał  się  po  apartamencie,  który  mu  przydzielono,  a  potem  w  zdumieniu  pokręcił

głową. Dopiero przed dwiema godzinami dowiedział się, że Tenel Ka jest prawdziwą księżniczką,
następczynią tronu całej gromady gwiezdnej Hapes. Jeszcze nawet nie zdążył oswoić się z tą myślą.
A teraz to.

Jego  apartament  był  bardziej  luksusowy  niż  jakikolwiek  inny  w  Pałacu  Imperialnym  na

Coruscant. W powietrzu krzyżowały się intensywne egzotyczne wonie. Słychać było szmer płynącej
wody i dźwięki cichej muzyki, a nawet szczebiot ptaków. W każdej komnacie, na każdym korytarzu
i dziedzińcu znajdowały się ozdobne fontanny wygrywające ciche melodyjne kuranty.

A  więc  tak  wyglądało  miejsce,  w  którym  Tenel  Ka  się  wychowywała?  Nadal  nie  mógł  w  to

uwierzyć.  Dlaczego  nie  powiedziała  o  tym  nikomu  z  przyjaciół?  Rzecz  jasna,  wujek  Luke  znał  jej

background image

tajemnicę,  ale  jakiż  mógł  być  powód,  dla  którego  dziewczyna  ukrywała  prawdę  przez  tyle  czasu?
Jacen tego nie rozumiał; podobnie jak nie mógł pojąć, dlaczego nie chciała z nim rozmawiać po tym,
jak ją zranił podczas pojedynku na świetlne miecze.

Skulił się na samą myśl o tym, jaką krzywdę wyrządził koleżance. Nie miał pojęcia, jakim cudem

wujek  Luke  namówił  uszczypliwą  babkę  dziewczyny  do  wyrażenia  zgody  na  przebywanie  bliźniąt
i  Lowiego  na  Hapes  przez  cały  miesiąc.  Wiedział  tylko,  że  po  upływie  tego  czasu  Luke  powróci,
żeby zabrać troje – a miał cichą nadzieję, że czworo – młodych Jedi z powrotem na Yavin Cztery.

Cały  miesiąc.  Będzie  musiał  jak  najszybciej  porozmawiać  z  Tenel  Ka  o  tym  wypadku,  choćby

tylko po to, by poprosić ją o wybaczenie. Nie wiedział tylko tego, co ma powiedzieć. Dziewczyna
nie  była  tą  samą  osobą,  którą  znał,  kiedy  oboje  przebywali  na  księżycu  porośniętym  gęstą  dżunglą.
Już nie. Ale przecież nigdy przedtem także nie była osobą, za którą ją uważał, prawda? Co mógłby jej
powiedzieć?

– Czy mogę wejść?
Głos wyrwał Jacena z zamyślenia. Chłopiec odwrócił się i ujrzał Tenel Ka stojącą na progu jego

apartamentu.

– Jasne... To znaczy, oczywiście – zamrugał i odparł zdumiony. – Właśnie myślałem o tobie.
Księżniczka  kiwnęła  głową,  jakby  takiej  odpowiedzi  oczekiwała,  po  czyni  majestatycznie

wkroczyła  do  pomieszczenia.  Była  ubrana  w  długą  wiśniowofioletową  suknię,  spiętą  na  ramionach
kosztowną aksamitną srebrzystoszarą peleryną. Długie złocisto-rude włosy wojowniczki spływały po
plecach,  gdzie  układały  się  w  miękkie  fale.  Tenel  Ka  wyglądała  jak  ktoś  obcy.  Jacen  nie  miał
pojęcia, co powiedzieć.

Dziewczyna  spoglądała  na  niego  przez  dłuższą  chwilę,  jakby  także  widziała  istotę  pochodzącą

z innego świata, ale kiedy się odezwała, okazało się, że jest nadal tą samą Tenel Ka, co zawsze.

– Apartament... Czy ci się podoba? – zapytała.
Czekając  na  swoją  kolej,  w  umyśle  Jacena  kłębiło  się  tysiące  pytań,  słów  przeprosin

i najnowszych wiadomości. Chłopiec zdołał jednak tylko wykrztusić:

– Hej, to wspaniały apartament. Jest naprawdę zdumiewający. Te wszystkie fontanny...
Tenel Ka ponownie kiwnęła głową.
– To jest fakt.
Na  dźwięk  dobrze  znanego  wyrażenia,  wielokrotnie  słyszanego  z  ust  dziewczyny,  Jacen  poczuł,

że  ogarnia  go  dziwne  ciepło.  Spoglądając  w  szare  oczy  Tenel  Ka,  usiłował  się  skupić  i  zebrać
galopujące myśli. W końcu zdobył się na odwagę i wybuchnął:

– Naprawdę przepraszam cię, Tenel Ka, za to, że cię zraniłem. To wszystko moja wina.
– Ja jestem winna.
–  Nie  –  odparł  pospiesznie  chłopiec.  –  Byłem  nieprawdopodobnie  głupi.  Tak  bardzo  chciałem

zaimponować  ci  umiejętnością  walki,  że  nawet  nie  zauważyłem,  kiedy  ostrze  twojego  miecza
świetlnego zaczęło gasnąć!

–  To  nie  jest  fakt  –  odparła  dziewczyna,  marszcząc  brwi.  –  Do  wypadku  doprowadziła  moja

duma. Byłam pewna, że umiejętnie walcząc, potrafię skompensować niedociągnięcia broni. Naiwnie
przypuszczałam,  że  jakość  energetycznego  ostrza  nie  ma  znaczenia  w  porównaniu  z  przymiotami
wojowniczki. To również nie był fakt.

Jacen energicznie pokręcił głową.
–  Nawet  jeżeli  to  prawda,  ten  wypadek  nie  powinien  był  się  nigdy  wydarzyć  –  odrzekł.  –  Nie

background image

powinien był...

–  To  ja  ponoszę  odpowiedzialność  –  wpadła  mu  w  słowo  Tenel  Ka,  popierając  swoje  słowa

stanowczym  tupnięciem.  Na  jej  zarumienionej  twarzy  malowało  się  podniecenie.  Jakby  nagle
zorientowała  się,  że  w  komnacie  jest  za  gorąco,  odpięła  pelerynę  i  rzuciła  na  oparcie  wyściełanej
ławy, obnażając ramiona i obie ręce.

Uniósłszy buntowniczo głowę, Jacen spojrzał na kikut jej lewej ręki. Miał wrażenie, że za chwilę

zemdleje, i w pierwszej sekundzie chciał odwrócić głowę. Po raz pierwszy naprawdę zobaczył ranę
koleżanki.

– Ja... nie dopuszczę, żebyś przypisała sobie całą winę – powiedział. – Gdybym pozwolił, żeby

Moc kierowała moimi ruchami, wyczułbym, iż dzieje się coś niedobrego. – Wyciągnął rękę i pokazał
koniec kikuta. – Wówczas nigdy nie wydarzyłoby się coś takiego.

W  oczach  Tenel  Ka  zamigotały  srebrzyste  błyski.  Posługując  się  prawą  ręką,  dziewczyna

podciągnęła skraj długiej sukni mniej więcej do wysokości kolan, po czym spoczęła na wyściełanej
ławie.

– A gdybym ja posługiwała się Mocą – rzekła – o wiele wcześniej wiedziałabym, że mój miecz

został wadliwie skonstruowany.

–  No  cóż...  –  zaczął  Jacen  i  urwał,  nie  wiedząc,  jakim  kontrargumentem  przekonać  upartą

koleżankę. – Ja... – Rozpaczliwie szukał czegoś, co mógłby powiedzieć, ale nie potrafił dokończyć
zdania. – Uhm... Opowiedzieć ci jakiś dowcip?

Aż  otworzył  usta  ze  zdziwienia,  kiedy  usłyszał,  że  Tenel  Ka  wybuchnęła  perlistym  śmiechem.

Zorientował  się,  że  rozbawienie  dziewczyny  nie  wypływało  z  histerii  ani  chęci  sprawienia  mu
przyjemności, ale że jej śmiech płynie z głębi serca. To był fantastyczny dźwięk... taki, jaki pragnął
usłyszeć od pierwszej chwili, kiedy się spotkali.

–  Ale...  –  Zdezorientowany  Jacen  niepewnie  pokręcił  głową.  –  Jeszcze  nawet  nie  zacząłem

opowiadać.

– A... – Tenel Ka zachłysnęła się powietrzem, a z jej oczu popłynęły łzy radości. – Aha. Tak się

cieszę, że tu przylecieliście.

Jacen wzruszył ramionami, słysząc, jak dziewczyna zmaga się z kolejnym atakiem śmiechu.
–  Posłuchaj,  nie  mam  nic  przeciwko  temu  –  zaczął.  –  Tylko  niczego  nie  rozumiem.  Co  w  tym

wszystkim widzisz takiego wesołego?

–  Tak  bardzo  ze  sobą  rywalizowaliśmy,  ty  i  ja  –  odparła  dziewczyna.  –  Brakowało  mi  tej

rywalizacji. Czy teraz także będziemy się spierali o to, które z nas ponosi większą część winy?

Jacen obdarzył ją krzywym, przekornym uśmiechem.
– Nie-e – powiedział. – Przypuszczam, że wystarczy mi, jeżeli przyjmiesz moje przeprosiny.
Tenel  Ka  już  chciała  się  sprzeciwić,  ale  w  samą  porę  się  powstrzymała.  Z  wolna  przestała  się

śmiać, a na jej twarzy odmalowała się powaga.

–  Przeprosiny  przyjęte.  Ja...  Wybaczam  ci,  jeżeli  właśnie  tego  pragniesz.  –  Po  czym  dodała,

zniżając głos do szeptu: – Jacenie, mój przyjacielu.

Chłopca  przeniknęło  poczucie  ogromnej  ulgi,  podobnej  do  lekkiego  wiatru  rozwiewającego

resztki porannej mgiełki. Wstrzymał oddech i niemal zakrztusił się, kiedy usłyszał jej odpowiedź. Nie
potrafił znaleźć słów, by opisać lawinę wezbranych uczuć. Usiadł na ławie obok Tenel Ka i objął ją
ramionami.

Dziewczyna  odwzajemniła  uścisk  jak  najlepiej  umiała,  dotykając  go  także  kikutem  ręki.  Drżąc,

background image

przytuliła  mokrą  od  łez  twarz  do  jego  ramienia.  Jacen  był  pewien,  że  tym  razem  to  nie  były  łzy
rozbawienia.

 
Kiedy  dziewczyna  i  Jacen  w  końcu  przyszli  do  siebie,  wyruszyli  na  poszukiwania  Jainy

i Lowbaccy. Później Tenel Ka oprowadziła wszystkich troje po niektórych pomieszczeniach Pałacu
Fontann,  jako  ostatni  pokazując  własny  apartament.  Ponieważ  nie  miała  zwyczaju  dużo  mówić,
rzucała krótkie, ale bardzo treściwe wyjaśnienia.

Korzystając  z  tego,  że  nikt  inny  im  nie  towarzyszył,  wojowniczka  pokazała  przyjaciołom  także

swoją najbardziej ulubioną komnatę w całym Pałacu Fontann; całkowicie osłonięty i znajdujący się
w  samym  środku  apartamentu  ogród,  ozdobiony  wieloma  tarasami.  Wznoszące  się  na  wysokości
trzech pięter sklepienie miało kształt kopuły i mogło być zmieniane w taki sposób, aby symulowało
dowolną pogodę, a także porę dnia czy nocy.

Wielki  ogród  miał  mniej  więcej  pięćdziesiąt  metrów  średnicy,  a  łagodnie  zaokrąglone  ściany

ozdobiono w ten sposób, by przypominały krajobrazy Dathomiry. W ogromnych donicach rosły krzaki
i  drzewa,  pieczołowicie  ustawione  na  tarasach  i  wyglądające  jak  elementy  namalowanego
krajobrazu.

W  centralnej  części  ogrodu  umieszczono  gładkie  kamienne  ławy  otaczające  niewielki  sztuczny

staw,  wypełniony  kryształowo  czystą  wodą.  Pośrodku  wznosiła  się  mała  wyspa,  podobna  do
miniaturowego  wulkanu  wystającego  z  dziewiczego  oceanu.  Z  jednego  zbocza  spływały  kaskady
wody, tworząc prawdziwy wodospad.

–  Przychodzę  tu,  ilekroć  czuję,  że  ciężko  mi  na  sercu  albo  kiedy  tęsknię  za  światem  matki  –

odezwała się dziewczyna.

– Jak tu pięknie – szepnęła oczarowana Jaina.
Zachęcona  pochwałą  przyjaciółki,  Tenel  Ka  usiadła  na  jednej  z  kamiennych  ław  i  gestem

zachęciła innych, by zajęli miejsca przy niej.

–  Możemy  rozmawiać  tu  bez  obaw,  że  ktokolwiek  nas  usłyszy  –  powiedziała.  –  Pytajcie,  a  ja

udzielę odpowiedzi na wasze pytania.

Przyjaciele  zaczęli  rozmawiać  i  czynili  to  szczerzej,  niż  kiedykolwiek  przedtem  się  ośmielili.

W  pewnej  chwili  ich  rozmowę  przerwała  babka  Tenel  Ka,  która  pojawiła  się,  by  zaprosić
wszystkich na podwieczorek.

– Sala bankietowa została już przygotowana – oznajmiła Ta’a Chume.
Jej wnuczka buntowniczo zacisnęła zęby. Po raz pierwszy od chwili powrotu na Hapes czuła, że

naprawdę żyje. Jak babka śmiała przeszkadzać jej właśnie w takiej chwili?

– Wolimy spożyć ten posiłek sami – odrzekła, doskonale wiedząc, że w ten sposób daje dowód

rażącego braku dobrych manier. Nie dbała jednak o to ani trochę.

Matriarchini obdarzyła dziewczynę pełnym zadowolenia z siebie, przebiegłym uśmiechem.
–  Już  się  o  to  zatroszczyłam  –  odparła.  –  Na  ten  wieczór  zwolniłam  wszystkich  doradców

i służących.

To  była  stara  gra,  w  którą  zawsze  bawiła  się  z  wnuczką.  Zwyciężała  w  niej  ta,  która  zdołała

przechytrzyć przeciwniczkę. Tenel Ka postanowiła podjąć wyzwanie.

– A zatem nie powinnaś mieć nic przeciwko temu, że zjemy posiłek tu – oświadczyła.
–  Och,  ale  wysłałam  już  do  sali  bankietowej  androidy,  które  będą  usługiwały  nam  przy  stole  –

sprzeciwiła się była monarchini. – Posiłek zostanie podany o pełnej godzinie.

background image

Tenel Ka zobaczyła, że Jaina spogląda na chronometr.
–  Przecież  do  pełnej  godziny  brakuje  zaledwie  pięciu  minut  –  powiedziała,  a  w  jej  oczach

odmalowało się zdumienie. – Muszę mieć więcej czasu, choćby po to, by się odświeżyć.

Lowie warknął na znak, że przyznaje jej rację.
–  Hej,  ja  również  –  odezwał  się  Jacen.  –  Wydaje  mi  się,  że  wszyscy  czulibyśmy  się  o  wiele

lepiej,  gdybyśmy  mogli  spędzić  nasz  pierwszy  wieczór  na  Hapes  w  sposób  mniej  formalny.  –
Obdarzył Ta’a Chume czarującym uśmiechem. – A poza tym jesteśmy strasznie zmęczeni po podróży.

Matriarchini  posłała  Tenel  Ka  spojrzenie,  które  mówiło,  że  następnym  razem  nie  podda  się  tak

łatwo, po czym kiwnęła głową.

– Niech będzie, jak chcesz – rzekła. – Zaraz wydam rozkaz, by przysłano tu androidy usługujące

przy stole.

Była monarchini wycofała się z zajmowanego przez wnuczkę prywatnego apartamentu. Wszyscy

wyraźnie  się  odprężyli,  zadowoleni,  że  na  razie  nic  im  nie  groziło.  Tenel  Ka  spojrzała
z wdzięcznością na przyjaciół.

– Pozwólcie, że zaprowadzę was do pomieszczenia, gdzie będziecie mogli się odświeżyć, zanim

zjawią się androidy i podadzą posiłek – powiedziała.

Właśnie  wstawała,  żeby  podejść  do  drzwi,  kiedy  gładkie  kamienne  płyty  pod  jej  stopami

zatrzęsły  się,  poruszone  potężną  siłą.  W  pomieszczeniu  rozległ  się  ogłuszający  huk,  a  w  chwilę
później podmuch powietrza szarpnął dziewczyną i rzucił na kolana.

Zaniepokojony Lowbacca przeciągle zawył, a Em Teedee pospieszył z odpowiedzią:
– O rety, tak! Pan Lowbacca pragnie poznać powód tego hałasu i całego zamieszania.
–  Tak  –  poparł  go  Jacen,  zwracając  się  do  księżniczki.  –  Nie  ostrzegłaś  nas,  że  zdarzają  się  tu

trzęsienia gruntu.

Tenel  Ka  spojrzała  na  młodego  Wookiego,  właśnie  wstającego  z  ziemi  i  pomagającego  wstać

bliźniętom.

–  To  nie  było  trzęsienie  gruntu  –  powiedziała,  z  ponurą  determinacją  ruszając  do  drzwi.  –

Chodźcie za mną.

Czuła,  że  jej  serce  bije  przyspieszonym  rytmem,  ale  wiedziała,  iż  to  nie  z  wysiłku.  Wszyscy

czworo, biegnąc korytarzami, kierowali się ku prywatnej sali bankietowej. Z przeciwległego krańca
kolebkowo sklepionego korytarza napływały kłęby gęstego czarnego dymu.

Odczuła  prawdziwą  ulgę,  kiedy  ujrzała  dwóch  służących,  którzy  wyłonili  się  z  obłoków  dymu,

pomagając  iść  jej  babce.  Obok  nich  przebiegli  strażnicy  z  gaśnicami,  żeby  stłumić  ogień,  wciąż
jeszcze  szalejący  w  sali  bankietowej.  Ta’a  Chume  kilka  razy  zakasłała,  po  czym  władczym  gestem
odprawiła służących, dając im znak, że może iść o własnych siłach.

– Nikomu nic się nie stało – wychrypiała.
– Czy to była bomba? – zapytała Tenel Ka.
Jej  babka  gestem  nakazała  wszystkim  czworgu  młodym  przyjaciołom,  by  wrócili  tam,  skąd

przyszli.

– Tak. W sali bankietowej – powiedziała. – Musicie natychmiast odejść.
– To my mieliśmy spożywać tam posiłek! – Jaina zbladła. – A zatem ta bomba...
Matriarchini kiwnęła głową.
– Tak... Była przeznaczona dla księżniczki i dla mnie.

background image

 

 

 

Rozdział 14

 
 
Królewski  jacht,  hapański  Wodny  Smok,  mknął  z  największą  prędkością  nad  falami  oceanu.

Repulsorowe  silniki  wznosiły  za  statkiem  tumany  wodnego  pyłu.  Przez  transpastalowe  iluminatory
wpadały  jaskrawe  promienie  słońca,  a  w  powietrzu  unosiła  się  intensywna  woń  morskiej  wody
i pływających po powierzchni wodorostów.

Tenel Ka stała, pochylona przed iluminatorem. Zmrużywszy oczy, przyglądała się morskim falom,

tańczącym  i  rzucającym  jasne  błyski.  Zawsze  traktowała  wyspę  Reef  Fortress  jako  letni  dom;  jako
miejsce,  w  którym  mogła  cieszyć  się  słońcem,  falami  przyboju  i  wiejącym  od  morza  rześkim
wiatrem.  Wyspa  była  jednak  prawdziwą  fortecą,  gdzie  mogła  się  schronić,  ilekroć  zagrażało  jej
niebezpieczeństwo.

– Czuję się nieszczególnie – oznajmiła Jaina. – Pod względem fizycznym i duchowym.
Tenel Ka, ukojona kołysaniem mknącego nad falami jachtu, ocknęła się z zadumy, wyprostowała

i zamrugała, zdumiona.

– Co się stało, Jaino?
–  Czy  zdajesz  sobie  sprawę,  że  tylko  kilka  minut  decydowało  o  tym,  że  mogliśmy  zostać

rozerwani na kawałki przez bombę? – odparła niedowierzająco Jaina. – A może tylko czuję mdłości
od tego kołysania.

Wojowniczka  popatrzyła  na  przyjaciół.  Jaina  rzeczywiście  nie  wyglądała  dobrze.  Jej  długie

włosy,  wilgotne  od  potu,  zwisały  teraz  jak  strąki  wokół  bladej  twarzy.  Lowie,  który  siedział  obok
Ta’a  Chume  sterującej  jachtem  z  nonszalancką  pewnością  siebie,  sprawiał  wrażenie  zbyt
zainteresowanego  nawigacyjnym  komputerem,  żeby  zwracać  uwagę,  na  fale  i  kołysanie.
W przeciwieństwie do niego Jacen wydawał się cieszyć jak podniecone podróżą małe dziecko.

Tenel Ka odwróciła się w stronę Jainy.
– Wkrótce przyjdziesz do siebie – obiecała.
Siedząca  za  sterami  Ta’a  Chume  również  odwróciła  głowę  w  stronę  wnuczki.  Mimo  iż

towarzyszyli im królewscy strażnicy, stara matriarchini wolała osobiście pilotować niewielki statek.

– Za chwilę dotrzemy do fortecy – powiedziała. – Dopiero tam będziesz bezpieczna.
Tenel Ka, usłyszawszy uwagę babki, obdarzyła ją przenikliwym spojrzeniem szarych oczu.
– Czy nie powinnaś była powiedzieć, że my obie będziemy tam bezpieczne? – zapytała.
–  Tak.  Ty  i  twoi  przyjaciele  będziecie  tam  bezpieczni  –  odezwała  się  wymijająco  była

monarchini.

– A dokąd ty się udasz? – zapytała dziewczyna.
– Większą część czasu spędzę z wami, ale nie jestem pewna, czy mogłabym powierzyć śledztwo

w sprawie podłożenia bomby komukolwiek innemu. Możliwe, że dopóki nie dotrę do sedna sprawy

background image

i  nie  wykryję  wszystkich  spiskowców,  będę  zmuszona  dosyć  często  podróżować  między  Reef
Fortress a Pałacem Fontann.

Jaina sprawiała wrażenie zaskoczonej.
– I zostawisz nas samych na tej wyspie?
–  Dostaniecie  do  dyspozycji  cały  oddział  królewskich  strażników  –  odparła  uspokajająco  Ta’a

Chume. – A poza tym podczas mojej nieobecności zaopiekuje się wami pani ambasador Yfra.

Lowbacca, zajęty obserwowaniem stanowiska nawigacyjnego, sapnął pytająco.
–  Pan  Lowbacca  życzy  sobie  wiedzieć,  czy  ta  wyspa,  widoczna  przed  nami,  jest  naszym

ostatecznym celem – przetłumaczył Em Teedee.

Jacen  i  Jaina  podeszli  do  dziobowego  iluminatora,  by  popatrzeć  na  ciemną  rozmazaną  plamę

wyłaniającą się z upstrzonej słonecznymi cętkami wody.

– Tak – odparła babka Tenel Ka. – To właśnie jest Reef Fortress.
Wojowniczka nie przeszła na dziób, aby rzucić okiem na wyspę. Przebywała na niej tyle razy, że

doskonale wiedziała, co ukaże się jej oczom. Wyspa nigdy się nie zmieniała. Dziewczyna zamknęła
oczy,  próbując  przypomnieć  sobie  wystające  ze  spienionych  wód  oceanu  spiczaste  wieże.  Oczyma
wyobraźni ujrzała znajdujący się na poziomie wody otwór ogromnej groty, strome stopnie wiodące
do  samej  fortecy,  a  także  zatoczkę  z  kryształowo  przejrzystą  wodą,  w  której  tak  chętnie  niegdyś
pływała.  Wyobraziła  sobie  wykute  na  oszałamiającej  wysokości  w  niemal  pionowych  skalnych
ścianach  wąskie  parapety,  po  których  mogła  chodzić  albo  biegać,  nie  przejmując  się,  że  wiatr
rozwiewa  jej  długie  włosy.  Pamiętała  także  piwnice  i  parujące  źródła  z  ciepłą  wodą,  która  mogła
być wykorzystana do kąpieli, gotowania albo picia.

Tenel  Ka  uświadomiła  sobie  nagle,  że  tęskni  do  miejsca,  z  którym  wiązało  się  tyle

najradośniejszych  wspomnień  z  czasów  jej  dzieciństwa;  wspomnień  beztroskich  chwil,  spędzonych
z  rodzicami.  Kąciki  ust  dziewczyny  wygięły  się  do  góry  w  lekkim  uśmiechu.  Tenel  Ka  otworzyła
oczy i podeszła, żeby stanąć u boku Jacena.

– Wprost nie mogę się doczekać, kiedy pokażę ci swój dom – powiedziała.
 
Chociaż  matriarchini  zaproponowała,  że  przydzieli  komnaty  wszystkim  gościom,  jej  wnuczka

nalegała,  że  osobiście  wybierze  najodpowiedniejsze  pomieszczenie  dla  każdego  z  trojga  młodych
przyjaciół.

Komnata  Lowbaccy  okazała  się  przestronną  salą  znajdującą  się  w  samym  rogu  fortecy,  gdzie

zbiegały  się  dwie  grube  pionowe  kamienne  ściany.  Pomieszczenie  zostało  bardzo  skromnie
wyposażone  i  umeblowane,  a  jedynymi  przedmiotami  nie  pełniącymi  użytkowych  funkcji  były
zawieszona  na  jednej  z  wewnętrznych  ścian  ozdobna  włócznia  i  podniszczony  gobelin  zajmujący
sporą  część  drugiej.  Przez  wielkie  okna,  wykute  w  dwóch  pozostałych  zewnętrznych  ścianach,
rozciągał się widok na niemal pionowe skalne urwiska kończące się ostrymi rafami, o które rozbijały
się fale oceanu. Lowbacca stanął przy oknie i zaczął spoglądać przez niewidzialną zasłonę siłowego
pola.  Na  twarzy  Wookiego  malował  się  taki  zachwyt,  że  Tenel  Ka  była  pewna,  iż  dokonała
właściwego wyboru.

– Niech pan będzie ostrożny, panie Lowbacco – zapiszczał zaniepokojony Em Teedee. – Gdybym

przypadkiem spadł z takiej wysokości, jestem pewien, że uszkodzeń moich obwodów nie dałoby się
naprawić.

Tenel Ka wybrała dla Jainy takie pomieszczenie, które zawsze określano mianem „rupieciarni”.

background image

Należało  kiedyś  do  pradziadka  dziewczyny,  który  uwielbiał  naprawiać  różne  mechanizmy
i  urządzenia,  a  także  konstruować  nowe.  Połowę  sali  zajmowały  robocze  stoły  i  ławy,  panele
jarzeniowe  o  zmiennej  intensywności  blasku,  androidy  energetyczne,  sprzęt  elektryczny  i  wiele
innych  dziwacznie  wyglądających  urządzeń  w  różnym  stopniu  złożonych  albo  rozebranych.  Jaina
pozostała  w  fascynującej  komnacie,  zajęta  sprawdzaniem  stanu  inwentarza,  a  Tenel  Ka  ruszyła
z Jacenem dalej, by pokazać mu pokój, jaki wybrała specjalnie dla niego.

Kiedy  stanęli  przed  kolebkowo  sklepionymi  drzwiami,  dziewczyna  poczuła,  że  opanowuje  ją

niewytłumaczalna trema. Co się stanie, jeżeli dokonała wyboru nieodpowiedniego pomieszczenia dla
swojego  przyjaciela?  Co  będzie,  jeżeli  Jacen  uzna  komnatę  za  posępną  i  ponurą,  a  nie  przytulną
i kojącą? No cóż – pomyślała w końcu. Jeżeli chce się tego dowiedzieć, musi zaryzykować.

– Życzyłabym sobie – odezwała się niepewnie – żebyś zamknął oczy.
– Jasne – odparł Jacen. – Musisz najpierw trochę posprzątać?
Zacisnął powieki, kryjąc bursztynowe oczy o odcieniu koreliańskiej brandy.
Tenel Ka otworzyła drzwi prawą ręką i chciała wyciągnąć lewą, żeby ująć ramię chłopca... ale

poniewczasie  przypomniała  sobie,  że  przecież  nie  ma  drugiej  ręki.  Mimo  iż  Jacen  nie  mógł  tego
widzieć,  poczuła,  że  na  jej  policzkach  pojawia  się  rumieniec  zakłopotania.  Ujęła  ramię  chłopca
prawą dłonią i wprowadziła go do pokoju.

–  Uhm,  jeżeli  poczujesz  się  dzięki  temu  pewniej  –  zażartował  Jacen  –  mogę  trzymać  oczy

zamknięte przez cały czas, kiedy będziemy przebywali w tej fortecy.

–  To  nie  będzie  konieczne  –  odparła  dziewczyna,  po  czym  zamknęła  drzwi  za  sobą  i  włączyła

oświetlenie. W komnacie panował nadal półmrok, ale to było nieuniknione. – Możesz już otworzyć
oczy.

Usłyszała, jak chłopiec zachłysnął się powietrzem, a później szepnął, zachwycony:
– Blasterowe błyskawice!
– Czy pomieszczenie... przypadło ci do gustu? – zapytała.
Obeszła  Jacena  i  stanęła  w  ten  sposób,  żeby  mogła  widzieć  wyraz  jego  twarzy.  W  blasku,

rzucanym przez fioletowe panele jarzeniowe, ujrzała usta Jacena, rozciągnięte w szerokim uśmiechu.
Z  ogromnym  zadowoleniem  stwierdziła,  że  na  twarzy  przyjaciela,  który  posługując  się  wszystkimi
zmysłami chłonął każdy szczegół niezwykłej komnaty, maluje się niekłamany zachwyt.

Tenel Ka poczuła, że i w niej budzi się taki sam zachwyt. Naśladując Jacena, rozejrzała się po

komnacie, jakby widziała ją po raz pierwszy. Pomieszczenie miało kształt cylindra. Na wewnętrznej
ścianie  urządzono  czterometrowej  wysokości  akwarium,  zajmujące  cały  obwód  z  wyjątkiem  drzwi,
przy  których  właśnie  stali.  Nozdrza  dziewczyny  przyjemnie  drażnił  zapach  słonej  morskiej  wody.
W  pomieszczeniu  słychać  było  niemal  hipnotyzujący  szmer  i  bulgot  krążącej  wody.  W  akwarium,
oświetlonym  za  pomocą  specjalnych  paneli  jarzeniowych  o  regulowanym  blasku,  pływały  barwne
stworzenia  różnych  wielkości  i  kształtów.  Duszne  powietrze  było  przesycone  tropikalną  wilgocią
otaczającą wszystko niczym ciepły całun. Tenel Ka z trudem powstrzymywała się, by nie ziewnąć.

Okazało się, że Jacen czynił to samo. Zachichotał, kiedy sobie to uświadomił.
– Nie sądzę, żebym mógł mieć jakikolwiek problem z zaśnięciem w tej komnacie – oznajmił. –

Jest po prostu wspaniała.

Tenel  Ka  zorientowała  się,  że  chłopiec  wyciąga  rękę  i  przez  chwilę  szuka  jej  dłoni,  a  później

lekko  ściska  palce.  Cicho  westchnęła.  Od  ścian  tej  komnaty  promieniował  naprawdę  niezwykły
spokój.

background image

 
Kiedy wszyscy się odświeżyli, Tenel Ka zabrała przyjaciół do jednego z ulubionych miejsc; do

stanowiącej  część  skalistego  wybrzeża  niewielkiej  zatoczki  ze  spokojną  wodą  i  o  brzegach
chłodzonych  cieniem  zdumiewająco  zielonej  roślinności.  Wszyscy  czworo  weszli  do  rzucającej
jaskrawe  błyski  ciepłej  wody  i  zaczęli  się  pluskać  i  ochlapywać,  zadowoleni,  że  chociaż  na  kilka
chwil mogą zapomnieć o niebezpieczeństwie, które przywiodło ich w to miejsce.

Jacen  i  Jaina  byli  ubrani  tylko  w  bieliznę,  którą  nosili  pod  kombinezonami,  a  która  mogła

z  powodzeniem  pełnić  funkcję  kostiumów  kąpielowych.  Tenel  Ka  przebrała  się  w  sporządzony
z  elastycznej  jaszczurczej  skóry  kusy  kostium  gimnastyczny.  Czuła  się  w  nim  bardziej  sobą  niż
kiedykolwiek od chwili powrotu na Hapes.

– Jeżeli nie będzie pan potrzebował moich usług, panie Lowbacco – odezwał się Em Teedee –

czy  mógłbym  pozostać  na  brzegu  i  wyłączyć  zasilanie,  by  przez  jeden  okres  odpocząć?  Nie  mam
pojęcia, jakie szkody mogłaby wyrządzić morska woda moim delikatnym podzespołom.

Tenel  Ka  zauważyła,  że  Lowbacca  burknął  coś  w  odpowiedzi,  po  czym  rozchlapując  płytką

wodę,  wyszedł  na  brzeg,  by  położyć  androida  na  wyniosłej  suchej  skale.  Kiedy  powrócił,  czworo
młodych przyjaciół udało się na głębinę. Wszyscy cieszyli się, że mogą być znów razem, zanurzeni
w omywającej ich ciała jedwabistej wodzie.

Kiedy Jacen, Jaina i Lowbacca obrócili się na plecy i pogrążyli w rozmowie, leniwie poruszając

kończynami, Tenel Ka nie zastanawiając się nad tym, co robi, także wykonała obrót i zaczęła płynąć.
Natychmiast zorientowała się, że przecież nie ma jednej ręki... Uzmysłowiła sobie jednak, że może
płynąć  równie  łatwo,  jeżeli  tylko  trochę  zmieni  ułożenie  i  punkt  ciężkości  ciała.  Eksperymentując,
przekonała się, że potrafi płynąć zdumiewająco szybko, nawet jeżeli będzie poruszała jedynie silnie
umięśnionymi nogami.

Jacen,  który  zwrócił  uwagę  na  jej  nieporadne  próby,  podpłynął  bliżej  i  obdarzył  dziewczynę

czymś, co mogła uznać za uśmiech, w którym kryło się wyzwanie. Wiosłując rękami, chłopiec uniósł
brwi,  jakby  pragnął  ją  o  coś  zapytać.  Tenel  Ka  także  zaczęła  odgarniać  ręką  wodę  i  płynąć...
Z  początku  szło  jej  trochę  niezgrabnie,  ale  później  odnalazła  właściwy  rytm  ruchów  ciała.  Kiedy
Jacen zmrużył bursztynowe oczy i zmienił styl, by popłynąć na boku, wojowniczka bez namysłu także
poszła w jego ślady.

Odpowiadając  na  jedno  wyzwanie  po  drugim,  naśladowała  wszystko,  co  robił,  chociaż

początkowo ze zmiennym szczęściem. Przekonała się jednak, że nawet dysponując tylko jedną ręką,
potrafi zrobić więcej, niż kiedykolwiek się spodziewała. A nawet kiedy nie wszystko jej się udawało
– jak na przykład salto pod wodą – sprawiało jej to bardzo dużo przyjemności.

Kiedy krztusząc się i kaszląc po kolejnej próbie, wypłynęła w końcu na powierzchnię, zwróciła

uwagę  na  taksujące  spojrzenie  Jacena,  zachęcające  ją  do  poznania  granicy  własnych  sił
i umiejętności.

– Ścigajmy się, które z nas pierwsze dopłynie do brzegu!
Tenel Ka obdarzyła go poważnym spojrzeniem, w którym kryło się ostrzeżenie.
– Tylko wtedy, jeżeli naprawdę będziesz zamierzał mnie pokonać – odparła.
Na twarzy Jacena odmalowała się taka sama powaga, gdy odrzekł:
– Dam z siebie wszystko, na co mnie stać – obiecał.
Dziewczyna kiwnęła głową.
– No, to w drogę!

background image

Wytężając siły i przywołując na pomoc całą wytrzymałość, koordynację ruchów i pomysłowość,

na jakie umiała się zdobyć, puściła się ku brzegowi jak szalona. Skupiła się na dążeniu tylko do tego
celu i płynęła, zdecydowana go osiągnąć.

Zanim  miała  czas  zrozumieć,  co  się  stało,  znalazła  się  na  brzegu,  witana  radosnymi  okrzykami

przez  Jainę  i  ociekającego  wodą  Lowbaccę,  którzy  zdążyli  dopłynąć  i  stali  teraz  na  występie
skalnym.

Zdezorientowana  Tenel  Ka  odwróciła  się,  szukając  Jacena,  i  stwierdziła,  że  chłopiec  właśnie

wychodzi  z  wody.  Kiedy  jednak  ujrzała  zdumienie  malujące  się  na  jego  twarzy,  zrozumiała,  że  jej
przyjaciel naprawdę zamierzał wygrać. Dał z siebie wszystko; wcale nie „pozwolił” jej zwyciężyć.

Jaina  podbiegła  do  nich,  żeby  objąć  oboje  ramionami,  a  Lowbacca,  wydając  głośny  ryk

Wookiech,  otrząsnął  się,  posyłając  we  wszystkie  strony  bryzgi  słonej  wody.  Jacen  wrzasnął,
a zaskoczona Jaina głośno zapiszczała.

Tenel Ka była jednak zadowolona, że uwagę przyjaciół odwróciło coś innego. Wiedziała, że nie

wszystkie błyszczące na jej twarzy słone krople zostały pozostawione przez morską wodę.

background image

 

 

 

Rozdział 15

 
 
Dwa  dni  później,  kiedy  Tenel  Ka  buntowniczo  odrzuciła  na  bok  bogato  haftowany  królewski

płaszcz  i  iskrzący  się  kosztowny  diadem,  matriarchini  Ta’a  Chume  popatrzyła  z  dezaprobatą  na
wnuczkę.

Była królowa nie ukrywała niezadowolenia.
– Musisz ubierać się odpowiednio do swojego stanu, dziecko – odezwała się oburzonym tonem. –

A poza tym mogłabyś okazać trochę więcej szacunku dla swojego dziedzictwa. Weź ten diadem. To
oznaka naszej władzy, dobrze znana w całej gromadzie gwiezdnej Hapes. – Ujęła delikatną koronę,
ozdobioną  dziesiątkami  pięknych  opalizujących  kamieni.  –  To  tęczowe  klejnoty  z  Gallinore,  warte
tyle, że mogłabyś kupić za nie pięć systemów słonecznych.

– A zatem kup za nie te pięć systemów – odparła dziewczyna. – Nie potrzebuję takich bogactw.
–  Nie  unikniesz  obowiązków,  nawet  jeżeli  będziesz  zachowywała  się  impertynencko.  Pamiętaj,

że nie spędzasz beztrosko czasu niczym na wakacjach. Czeka cię praca. Już wkrótce weźmiesz udział
w ważnym dyplomatycznym spotkaniu i musisz być odpowiednio przygotowana.

– Nie interesują mnie twoje ważne spotkania, babciu.
Jacen, Jaina i Lowbacca stali zakłopotani, nie wiedząc, co powiedzieć. Przysłuchiwali się tylko,

jak Tenel Ka spiera się ze starą matriarchinią.

–  Dopóki  pozostajesz  członkiem  królewskiego  rodu  władającego  planetą  Hapes,  będziesz

szkolona, żebyś mogła stać się zręczną dyplomatką i wielką królową – odcięła się babka.

Tenel Ka spiorunowała ją spojrzeniem i zacisnęła w pięść palce jedynej dłoni.
–  Kto  dał  ci  prawo  przypuszczać,  że  chciałabym  tu  zostać  i  zachowywać  się  jak  członek

królewskiego rodu? Zamierzam nadal się kształcić, żeby zostać rycerzem Jedi.

Matriarchini wybuchnęła śmiechem.
–  Oszczędź  mi  tych  bzdur,  dziecko,  i  staw  czoło  rzeczywistości.  Pod  wodą  przebywa  teraz

mairański  ambasador,  który  spieszy  na  spotkanie  z  nami.  Musimy  powitać  go  na  brzegu.  Włóż  ten
płaszcz. Obiecałam mu, że właśnie ty wyjdziesz na jego powitanie.

– Nie zapytałaś mnie o zdanie – odparła dziewczyna.
–  Nie  było  powodu  –  rzekła  matriarchini.  –  Nie  mogłaś  mieć  żadnych  innych  planów,  więc  po

prostu ci o tym powiedziałam.

– Nie potrzebuję, żebyś mnie szkoliła. Nie zamierzam  zostać  dyplomatką.  Jestem  wojowniczką,

a  nie  politykiem  –  oświadczyła  Tenel  Ka,  zamaszystym  gestem  wskazując  na  strój  z  jaszczurczej
skóry, by podkreślić, że wybiera część dziedzictwa związaną z Dathomirą.

– Hej, uhm, Tenel Ka? – odezwał się Jacen, pochrząkując. – Uhm... To znaczy... Wiem, że musisz

sama podjąć decyzję i tak dalej, ale czy przypominasz sobie, co mówił nam mistrz Skywalker? Każdy

background image

Jedi  powinien  przyswajać  sobie  wszystkie  nauki,  aby  czerpać  siłę  z  wiedzy  –  bez  względu  na  to,
gdzie  ją  znajdzie.  Moim  zdaniem,  mimo  iż  jesteś  dzielną  wojowniczką,  pewnego  dnia  możesz
potrzebować umiejętności, których chce cię nauczyć twoja babka.

– Nie zgadzam się z jej polityką – oświadczyła dziewczyna.
Jacen wzruszył ramionami.
– Nikt nie mówi, że musisz robić wszystko dokładnie w taki sposób, jak ona pragnie.
Matriarchini spojrzała z ukosa na bezczelnego młokosa Jedi, ale właśnie to spojrzenie sprawiło,

że Tenel Ka się zdecydowała.

– Bardzo dobrze – oznajmiła. – Uczynię to, ale na swój sposób. I to jest fakt.
– Och, naprawdę! – ucieszył się Em Teedee, zawieszony u pasa Lowiego. – Czy mogę skorzystać

z  okazji  i  przypomnieć  pani,  że  spora  część  mojego  oprogramowania  została  opracowana  na
podstawie  programów  protokolarnego  androida?  Gdybym  mógł  w  jakikolwiek  sposób  pomóc  pani
w uczeniu się polityki, proszę pamiętać, że jestem do pani usług.

Stara matriarchini sprawiała wrażenie przerażonej.
Tenel Ka uśmiechnęła się w duchu do siebie.
–  Dziękuję  ci,  Em  Teedee  –  rzekła.  –  Przyjmuję  twoją  propozycję.  Lowbacco,  pragnęłabym,

żebyś siedział obok mnie, gdy będę uczestniczyła w spotkaniu z mairańskim ambasadorem.

Tenel  Ka  sięgnęła  po  płaszcz  i  próbowała  jedną  ręką  zarzucić  go  na  ramiona,  ale  jedna  poła

ześlizgiwała  się  z  ramienia,  pozostawiając  obnażony  kikut.  Kiedy  matriarchini  pospieszyła,  żeby
pomóc wnuczce, dziewczyna odsunęła się od niej, sięgnęła po połę płaszcza i sama zarzuciła ją na
ramię.

–  Cieszę  się,  że  potrafisz  myśleć  samodzielnie,  moje  dziecko  –  odezwała  się  Ta’a  Chume.  –

Staraj się tylko uważać, żebyś nie przesadziła.

 
Królewscy  strażnicy  ustawili  wyściełany  tron  na  plaży  obok  raf,  o  które  rozbijały  się  białe

grzywacze  fal.  W  wilgotnym  rześkim  powietrzu  czuło  się  zapach  morskiej  soli.  Obserwująca
ceremonię stara matriarchini trzymała się nieco z tyłu.

Odziana w fałdzisty królewski płaszcz Tenel Ka podeszła do tronu, nie czekając, aż babka zechce

udzielić  jej  instrukcji.  Poprawiła  wysadzany  tęczowymi  klejnotami  diadem  i  spojrzała  na  gnane
porywistym wichrem spienione fale.

Obok  tronu  stanął  Lowbacca,  raz  po  raz  przygładzając  rozwiewane  przez  wiatr  długie

rudobrązowe włosy. Tenel Ka usiadła, patrząc na wystające z wody czarne skały i bezkresne morze.
Zmrużyła oczy, chcąc uchronić je przed jaskrawymi promieniami słońca.

Mairanie  byli  posiadającymi  macki  inteligentnymi  istotami,  mieszkańcami  morskich  głębin.

Pochodzili  z  oblanego  przez  ocean  świata  Maires,  należącego  także  do  gromady  gwiezdnej  Hapes.
Ich ambasadorzy wznieśli konsulat na dnie oceanu stolicy całego systemu. Wyglądało na to, że nawet
nie opuszczając budynku podwodnego konsulatu, mairańscy dyplomaci doprowadzili do politycznego
konfliktu z odwiecznymi rywalami mieszkającymi na planecie Vergill.

Mairanie  mogli  na  krótko  opuszczać  morskie  głębiny,  ale  tylko  wówczas,  kiedy  ciała

mackowatych  stworzeń  były  okresowo  spryskiwane  wodną  mgiełką  z  wypełnionych  przefiltrowaną
wodą  zbiorników,  jakie  nosili  na  plecach.  Starając  się,  żeby  skóra  ich  ciał  była  zawsze  wilgotna,
istoty  mogły  spędzać  na  lądzie  nawet  kilka  godzin.  Mairańscy  ambasadorzy  oświadczyli,  że  ich
przedstawiciel  pragnie  osobiście  złożyć  wizytę  na  wyspie,  przekształconej  w  fortecę.  Zgadzali  się,

background image

żeby  ich  spór  został  rozstrzygnięty  jedynie  przez  samą  matriarchinię...  albo  członka  królewskiego
rodu, którego wyznaczy.

Matriarchini wyznaczyła Tenel Ka.
Księżniczka  siedziała  i  czekała,  spoglądając  na  morskie  fale.  Nie  wzięła  chronometru

i  zastanawiała  się,  czy  przypadkiem  mairański  ambasador  się  spóźnia...  czy  też  może  tylko  ona
niecierpliwi się, pragnąc mieć to już za sobą.

Lowbacca  stał  obok  niej,  wysoki  i  kudłaty.  Obudowa  Em  Teedee  połyskiwała  srebrzyście

w promieniach słońca. Jacen i Jaina, których nie poinformowano, o co chodzi, zostali nieco z tyłu.

– Uhm... – mruknął chłopiec w pewnej chwili. – Co właściwie tu robimy?
Tenel  Ka  odwróciła  się,  żeby  mu  odpowiedzieć,  ale  wcześniej  zabrzmiał  piskliwy  głosik

androida-tłumacza.

– Czy pozwoli pani, że ja wyjaśnię? Przypuszczam, że potrafię zrobić to odpowiednio zwięźle. –

Miniaturowe  urządzenie  wydało  dźwięk,  jakby  chrząknęło,  po  czym  mówiło  dalej:  –  A  zatem.
Mairański  podwodny  konsulat  –  zwieńczony  kopułą  budynek,  wzniesiony  jeszcze  na  ich  planecie
i  później  przetransportowany  na  Hapes  –  znajduje  się  niebezpiecznie  blisko  podwodnej  kopalni
zbudowanej przez Vergillów wkrótce po wzniesieniu mairańskiego konsulatu.

Chociaż  eksploatowane  przez  Vergillów  złoża  przynoszą  spore  zyski,  Mairanie  wystosowali

formalny  protest,  twierdząc,  że  wiercenia  i  wydobywanie  rudy  powodują  hałas  i  zanieczyszczenia
wody  przez  muł  unoszący  się  z  dna  oceanu.  Utrzymują,  że  ponieważ  byli  pierwsi,  Vergillowie
powinni zostać zmuszeni do oczyszczenia morskiej wody, zaniechania wierceń i eksploatacji złoża,
a  także  do  przeniesienia  kopalni  w  miejsce  odległe  o  co  najmniej  pięćdziesiąt  kilometrów  od  ich
konsulatu.

Tenel Ka kiwnęła głową.
– Tak, właśnie tak wyglądają niektóre fakty – rzekła. – Ale nie wszystkie.
Zanim miała czas wyjaśnić, o co jej chodzi, ujrzała niezdarną istotę, która wyłoniła się z wody

i przedzierając się przez fale, zaczęła człapać w jej kierunku. Z przygarbionych ramion istoty zwisało
mniej  więcej  czterdzieści  czarnych  macek,  które  –  jak  poinformowano  Tenel  Ka  –  pozwalały
Mairanom  poruszać  się  pod  wodą  i  chwytać  ryby.  Powłócząc  obiema  nogami,  istota  kołysała  się
z  boku  na  bok.  Kuliste  bezbarwne  narośle  na  jajowatej  głowie  musiały  być  oczami,  częściowo
przysłoniętymi ochronnymi membranami. Stworzenie wyglądało na oślizgłe i niezdarne.

Kiedy  Tenel  Ka  ujrzała  istotę,  pierwszym  wrażeniem,  jakie  odniosła,  było  przerażenie.

Wydawało się jej, że spogląda na cięższego od niej o połowę gigantycznego prymitywnego potwora,
wyłaniającego się z morskich głębin i sunącego nieporadnie w jej stronę. Dziewczyna jednak szybko
się  opanowała  i  przezwyciężyła  strach,  wiedząc,  że  mógłby  przeszkodzić  jej  sprawiedliwie
rozstrzygnąć sporny problem.

Wokół  potężnych  nóg  Mairanina,  podobnych  do  pni  drzew  przedzierających  się  przez  fale,

tworzyły  się  wodne  wiry.  Nie  wychodząc  na  brzeg,  ambasador  znieruchomiał  w  płytkiej  wodzie.
Uniósł  ciężką  skręconą  muszlę,  w  której  wywiercono  wiele  otworów  tworzących  zawiły  wzór  na
powierzchni.

Głos  mairańskiego  dyplomaty  wydobywał  się  dzięki  drganiom  membrany  znajdującej  się  pod

mackami.  Istota  zagulgotała  i  odezwała  się  tak  głośno,  że  tylko  z  dużym  trudem  można  było  ją
zrozumieć.

– Jestem w stanie porozumiewać się w basicu, gdyby okazało się to konieczne.

background image

Tenel Ka pokręciła głową.
– To nie będzie konieczne. Proszę posługiwać się własną mową. – Dziewczyna rzuciła okiem na

srebrzysty  owal  urządzenia  przyczepionego  na  biodrze  Wookiego.  –  Dysponuję  tłumaczącym
androidem.

–  O  rety  –  odezwał  się  Em  Teedee,  którego  zaledwie  przed  godziną  zapoznano  z  językiem

mairańskim, korzystając z zasobów baz danych fortecy. – To naprawdę podniecające!

Mackowaty stwór zgiął się w ukłonie, a potem wyprostował. Przyłożył podziurawioną muszlę do

otworu głosowego i dmuchnąwszy, wydobył długą serię skomplikowanych, melodyjnych dźwięków,
podobnych do pisków fletu.

–  A,  tak  –  oznajmił  Em  Teedee.  –  Ten  muzyczny  język  został  naprawdę  prawidłowo

wprowadzony do moich zasobów pamięciowych. Dzięki niech będą Stwórcy! Mairański ambasador
oficjalnie wita panią, księżniczko Tenel Ka!

Mackowate stworzenie wydało następną serię dźwięków. Em Teedee pospieszył z tłumaczeniem.
–  I  gratuluje  pani  pochwycenia  i  wytresowania  tego  wspaniałego  zwierzątka,  porośniętego

jedwabistą  sierścią  podobną  do  brązowej  morskiej  trawy...  O  rety!  –  zapiszczał  android.  –  Mam
poważne podstawy, by sądzić, że mówi o panu Lowbacce!

Lowie  warknął  groźnie  i  obnażył  kły.  Tenel  Ka  wstała  i  nie  kryjąc  oburzenia,  pozwoliła,  by

królewski płaszcz zsunął się z jej ramion, ukazując kikut ręki i tors, okryty pancerzem z wytrzymałej
gadziej skóry. Stojąca nieco dalej na skałach matriarchini zmarszczyła brwi na znak, że nie pochwala
zachowania wnuczki.

–  Wookie  należą  także  do  istot  obdarzonych  inteligencją  –  odezwała  się  dziewczyna.  –  Nie  są

niczyimi zwierzątkami. Ta istota jest moim przyjacielem.

Mairanin  sprawiał  wrażenie  wzburzonego.  Zaniepokojony,  zaczął  energicznie  wymachiwać

mackami, po czym wydał następną długą serię melodyjnych dźwięków.

–  Ambasador  pragnie  okazać  skruchę  i  przeprosić  za  to,  że  od  razu  tego  nie  zrozumiał,

księżniczko  Tenel  Ka  –  przetłumaczył  android.  –  Zarazem  wyraża  współczucie  z  powodu  utracenia
przez panią jednej... macki – przypuszczam,  że  chodzi  mu  o  pani  rękę  –  i  ma  nadzieję,  że  wywarła
pani po dziesięciokroć pomstę na głupcu, odpowiedzialnym za pani stratę.

–  To,  w  jaki  sposób  poradziłam  sobie  ze  stratą  „macki”,  nie  powinno  go  wcale  obchodzić.  –

Głos  Tenel  Ka  stał  się  zimny  i  szorstki.  –  Jeżeli  ma  do  omówienia  jakąś  sprawę  natury
dyplomatycznej, uczyni mądrzej, jeżeli natychmiast przystąpi do rzeczy. Jeśli będzie nadużywał mojej
cierpliwości, zostawię go i odejdę. Mam do załatwienia inne ważne sprawy.

Mairański  ambasador  się  zawahał,  niepewnie  przebierając  mackami,  ale  jeszcze  raz  uniósł

muszlowy flet i wydobył z niego długą serię zagmatwanych dźwięków.

– Mairański ambasador jeszcze raz przeprasza. Rozumie, iż matriarchini pozwoliła pani podjąć

decyzję w jego sprawie w ramach dyplomatycznych ćwiczeń, którym panią poddaje. Ponieważ to ma
być  pierwsza  poważna  sprawa,  w  jakiej  wydaje  pani  orzeczenie,  z  całą  pewnością  zechce  pani
poświęcić jej odpowiednio dużo czasu, aby znaleźć sprawiedliwe rozwiązanie.

Tenel Ka nie zamierzała jednak spuszczać z tonu. Jej głos pozostał szorstki i surowy.
– Pan ambasador jest źle poinformowany – rzekła. – Zdążyłam podjąć bardzo wiele poważnych

decyzji w życiu. Możliwe, że ta, którą wkrótce podejmę, jest pierwszą bezpośrednio dotyczącą jego
i pozostałych Mairan, ale może być absolutnie pewien, że potrafię radzić sobie z trudnymi sprawami.

Niektóre  decyzje  właśnie  teraz  przelatywały  przez  jej  głowę  a  zwłaszcza  ta,  by  powrócić  do

background image

kierowanej przez Luke’a Skywalkera akademii Jedi. Inną była chęć korzystania od tej pory nie tylko
z  dziedzictwa  związanego  z  Dathomirą,  ale  również  z  tego,  które  wiązało  się  z  królewskim  rodem
władającym gromadą gwiezdną Hapes.

– Proszę przedstawić swoją prośbę bez wdawania się w jakiekolwiek dygresje – oświadczyła.
Chwyciła jedną dłonią za oparcie tronu, ale nie usiadła, pragnąc zmniejszyć do minimum różnicę

wzrostu istniejącą między nią a rosłym mackowatym ambasadorem.

– Jak pani sobie życzy, księżniczko Tenel Ka Chume Ta’ Djo – odparł ambasador. – W imieniu

wszystkich mairańskich dyplomatów błagam panią, aby królewski ród Hapes zechciał interweniować
w sprawie, która postawiła nas w rozpaczliwym położeniu.

Em  Teedee  miał  niejakie  kłopoty  z  dostatecznie  szybkim  tłumaczeniem  piskliwych  melodyjnych

tonów mowy porośniętego mackami ambasadora.

– Cicha podwodna rezydencja jest na tej planecie naszym domem, wzniesionym przez pierwszą

delegację Mairan zaledwie przed niespełna sześcioma miesiącami. Dotychczas byliśmy zachwyceni
pięknym  i  niczym  nie  zmąconym  otoczeniem  podwodnego  konsulatu.  Gdyby  wasi  oddychający
powietrzem przedstawiciele mogli przybyć, by go zobaczyć, jestem pewien, że zgodziłaby się pani...

– Nie jestem turystką – rzuciła Tenel Ka. – Co stanowi istotę pańskiej skargi?
Znała ją, ale pragnęła, żeby ambasador sam to powiedział.
–  Zaledwie  po  miesiącu  od  wzniesienia  konsulatu  –  zaświstał  ambasador  –  ekipa  górników,

złożona  z  umysłowo  niedorozwiniętych  Vergillów,  ustawiła  pływającą  platformę  i  zaczęła  wiercić
w  odległości  prawie  kilometra  od  naszego  konsulatu.  Od  tego  czasu  wody  morskie  są  nieustannie
zamulone  i  zanieczyszczone.  Drgania  urządzeń  i  hałas,  przekazywany  przez  cząsteczki  wody,  nie
pozwalają nam się skupić i płoszą ryby. Vergillowie niszczą naszą rezydencję.

Mairanin uniósł macki w błagalnym geście.
–  O  wszechwiedząca  księżniczko,  my  pierwsi  wznieśliśmy  w  tamtym  miejscu  naszą  budowlę.

Błagamy  cię,  żebyś  zechciała  nakazać  niegodnym  Vergillom,  by  zechcieli  przenieść
zanieczyszczające  wodę  urządzenia  w  inne  miejsce,  położone  z  daleka  od  naszego  domu.  Mimo
wszystko, mają przecież do dyspozycji całe dno oceanu. Nie muszą nam zakłócać spokoju.

– Rozumiem – odezwała się Tenel Ka.
Mackowaty ambasador zgiął się w niskim ukłonie na znak szacunku, ale dziewczyna dodała ostro:
– Rozumiem również, że Vergillowie posłużyli się satelitą, by dokonać szczegółowych badań dna

oceanu, i uczynili to o wiele wcześniej, zanim wznieśliście swoje rezydencje. Kiedy zapoznawałam
się  z  bazami  danych  na  ten  temat,  stwierdziłam,  że  wy,  Mairanie,  otrzymaliście  kopię  raportu
ukazującego  rozmieszczenie  złóż  cennych  minerałów  kilka  miesięcy  wcześniej,  zanim  wybraliście
miejsce  na  wzniesienie  zwieńczonego  kopułą  konsulatu.  Na  koniec  dowiedziałam  się,  że
odszukaliście  w  raporcie  takie  miejsce,  w  którym  znajdują  się  najbogatsze  złoża  ditanu,
i  postanowiliście  wznieść  swoją  rezydencję  właśnie  tam,  doskonale  wiedząc,  że  niedługo
Vergillowie rozpoczną wiercenia i eksploatację bogatego złoża.

Tak, ambasadorze, całe dno oceanu jest do dyspozycji – ciągnęła, odgarnąwszy pasmo włosów,

które wiatr rozwiewał niczym złociste płomienie. – Ale to właśnie pan zdecydował się poruszyć tę
sprawę.  Zbudowaliście  konsulat,  dysponując  wiarygodną  informacją,  że  Vergillowie  zechcą
prowadzić wiercenia w tym samym miejscu.

Przez chwilę czekała na odpowiedź, ale Mairanin nie odezwał się ani słowem.
– Vergillowie także poprosili nas o interwencję – oświadczyła. – A zatem możecie albo zmienić

background image

lokalizację  swojego  konsulatu  –  co  przyjdzie  wam  bez  trudu,  zważywszy  na  modułową  konstrukcję
kopuł – albo musicie pogodzić się z hałasem i wszystkimi innymi niewygodami.

Zdumiony  Mairanin  przez  chwilę  milczał,  a  później,  wymachując  mackami,  zaczął  wydawać

przeraźliwe piski.

–  Możesz  tego  nie  tłumaczyć  –  odezwała  się  ostro  Tenel  Ka,  zwracając  się  do  miniaturowego

androida, po czym znów obróciła głowę w stronę niezgrabnej czarnej istoty.

–  Przybyłeś  prosić  mnie,  bym  podjęła  decyzję,  a  ja  właśnie  ci  ją  oznajmiłam.  W  przyszłości

zapewne  zechcecie  sami  rozwiązywać  własne  problemy  zamiast  marnować  nasz  czas  niemądrymi
sporami. Przemówiłam.

Usiadła  i  ponownie  okryła  ramiona  królewskim  płaszczem.  Po  kilku  chwilach  mairański

ambasador odwrócił się i poczłapał przez płytką wodę, po czym zniknął, przykryty przez fale.

–  Bardzo  dobrze,  Tenel  Ka!  –  zawołał  Jacen,  już  biegnący  w  jej  stronę.  Lowbacca  prychnął,

wybuchając beztroskim śmiechem.

Tenel  Ka  miała  wrażenie,  że  z  uniesienia  wywołanego  tym,  co  zrobiła,  kręci  się  jej  w  głowie.

Zdumiało ją, że mimo wszystko tak łatwo potrafiła znaleźć odpowiednie słowa. Poprawiła diadem na
głowie, ozdobiony tęczowymi klejnotami.

Kiedy odwróciła głowę, ze zdumieniem i niedowierzaniem ujrzała babkę, zawsze nieustępliwą,

bezwzględną i wymagającą matriarchinię, promiennie uśmiechniętą.

– Możliwe, że twoje metody są jeszcze cokolwiek surowe, dziecko – odezwała się Ta’a Chume –

ale decyzja, którą właśnie podjęłaś, była ze wszech miar słuszna i sprawiedliwa.

background image

 

 

 

Rozdział 16

 
 
Odpoczynek i bezpieczeństwo były czymś miłym i potrzebnym, ale po kilku dniach przebywania

na Reef Fortress Jacen doszedł do wniosku, że mając do wyboru albo przebywanie w fortecy, albo
pływanie w zacisznej małej zatoczce, zaczyna odczuwać dziwny niepokój. Straszny niepokój.

Tenel Ka również była osobą nie cierpiącą bezczynności. Jacen wiedział o tym chyba lepiej niż

ktokolwiek inny. Dziewczyna lubiła być w ciągłym ruchu, pragnęła przeżywać wciąż nowe przygody
i  nie  chciała,  żeby  ktoś  niańczył  ją  i  trzymał  w  zamknięciu  jak  ulubione  zwierzę.  Ranna  jednoręka
wojowniczka nie miała zamiaru zachowywać się jak staruszka i tylko przyglądać się, jak morskie fale
rozbijają się o przybrzeżne skały.

Ta’a  Chume  powróciła  do  Pałacu  Fontann,  żeby  osobiście  pokierować  śledztwem  w  sprawie

podłożenia  bomby.  Pozostawiła  Tenel  Ka  i  innych  młodych  Jedi  pod  wątpliwą  opieką  pani
ambasador Yfry,  której  wargi  układały  się  zawsze  w  bardzo  cienką  linię.  Kobieta  była  taka  chuda
i żylasta, jakby jej mięśnie zostały wykonane z durastali, a nie z żywej tkanki... ale przecież wszystkie
osoby  należące  do  hapańskiego  dworu  wiodły  trudne  życie,  nie  ufając  nikomu  i  walcząc,  żeby
osiągnąć jak najwięcej osobistych korzyści. Jacen spodziewał się, że pani ambasador jest nie gorsza
niż  ktokolwiek  inny  spośród  osób  należących  do  tej  grupy.  Dopiero  teraz  rozumiał,  dlaczego  Tenel
Ka  wolała  uczciwe,  chociaż  ciężkie  życie,  jakie  wiedli  ludzie  na  rodzimym  świecie  jej  matki,
Dathomirze, od hipokryzji i trucicielstwa, do czego bardzo często uciekali się hapańscy politycy.

Przekonał  się,  że  Tenel  Ka  opuściła  fortecę  górującą  nad  resztą  wyspy.  Znalazł  dziewczynę

stojącą na samym szczycie wysokiej skały. Posługując się zdrową ręką, rzucała kamienie, starając się
trafić  w  środki  wodnych  wirów,  jakie  z  sykiem  tworzyły  się  wokół  wierzchołków  raf  wystających
z  wody.  Zamyślona  i  skupiona,  uważnie  mierzyła  i  za  każdym  razem,  kiedy  trafiała  do  wybranego
celu, cieszyła się jak dziecko. Jacen stanął w pewnej odległości za jej plecami i nie chcąc wyrywać
koleżanki z zadumy, tylko się przyglądał.

Jaina i Lowie, którzy wyszli z fortecy i podążyli za Jacenem, także stanęli i patrzyli, jak Tenel Ka

rzuca kamieniami. Wyglądało na to, że wszystkich dręczy ten sam niepokój... Nie mając dokąd pójść
i co robić, czuli się na maleńkiej wyspie jak w więzieniu.

Po kilku minutach otworzyło się okno balkonu znajdującego się wysoko nad ich głowami i Jacena

oślepił  błysk  słońca,  odbity  od  powierzchni  wypolerowanej  transpastali.  Na  balkonie  pojawiła  się
chuda jak szczapa ambasador Yfra. Kiedy przepatrywała skaliste wybrzeże, pragnąc znaleźć młodych
rycerzy  Jedi,  przypominała  drapieżnego  ptaka.  Zaczęła  wymachiwać  rękami,  pragnąc  zwrócić  ich
uwagę.

Lowie  wciągnął  słone  powietrze  i  zaryczał,  wypowiadając  jakąś  uwagę.  Em  Teedee  wydał

jednak elektroniczny pisk na znak, że się z nim nie zgadza.

background image

–  Jestem  pewien,  że  nie  mam  pojęcia,  o  co  może  panu  chodzić,  panie  Lowbacco!  Dlaczego

doszedł  pan  do  wniosku,  iż  nagle  atmosfera  uległa  zepsuciu?  Jeżeli  chce  pan  znać  moje  zdanie,
w  powietrzu  unosi  się  nadal  ten  sam  świeży  słony  zapach  morskiej  wody,  jaki  czuło  się  w  nim
w ciągu ostatniej godziny.

Kiedy  rozległ  się  piskliwy  głos  miniaturowego  androida,  zaskoczona  Tenel  Ka  odwróciła  się

i przez chwilę w zdumieniu patrzyła na przyjaciół przyglądających się jej zabawie. Później zbiegła
ze skały i dołączyła do pozostałych trojga młodych Jedi.

– Przekonajmy się, o co może chodzić pani ambasador – odezwała się burkliwie, a potem ruszyła

do fortecy.

– Może to będzie coś zabawnego – zasugerował Jacen.
Tenel Ka przez chwilę kierowała na niego szare oczy, po czym uniosła brwi i powiedziała:
– Słowa: „zabawa” i „ambasador Yfra” zupełnie nie pasują do siebie.
Jacen  parsknął  śmiechem,  zastanawiając  się,  czy  Tenel  Ka  świadomie  opowiedziała  dobry

dowcip. Wszystkie oznaki wskazywały jednak, że dziewczyna po prostu oświadczyła, co naprawdę
myśli.

Kiedy  znaleźli  się  w  fortecy  i  weszli  do  jasno  oświetlonej  i  przytulnej  komnaty  z  balkonem,

okazało się, że pani ambasador ma dla wszystkich niespodziankę.

– Moi drodzy, doszłam do wniosku, że najwyższy czas, abyście trochę się rozerwali! – oznajmiła,

układając  rysy  twarzy  w  uśmiechu,  ale  w  głębi  ducha  nie  okazując  cienia  wesołości.  Jacen  to
wyczuwał. Chociaż oschła kobieta czyniła wszystkie odpowiednie ruchy ciała i gesty, żeby sprawiać
wrażenie kobiety serdecznej i wyrozumiałej, chłopiec był przekonany, iż Yfra nie darzy szczególną
sympatią dzieci... ani zresztą nikogo innego, kto zajmowałby jej tyle czasu i odrywał od załatwiania
ważnych spraw wagi państwowej.

Tenel Ka oparła dłoń na biodrze.
– Co chcesz nam zaproponować? – zapytała.
–  Wy,  dzieciaki,  wyglądacie  na  bardzo  znudzone  –  rzekła  Yfra.  –  Doskonale  to  rozumiem.

Czasami brak zmartwień i trosk może być powodem nudy. – Na króciutką chwilę zmarszczyła brwi,
nadając  twarzy  wyraz  dezaprobaty,  a  potem  znów  rozciągnęła  wargi  w  fałszywym  uśmiechu.  –
Pozwoliłam  sobie  przeprogramować  jeden  z  wodnych  ścigaczy  w  ten  sposób,  żebyście  mogły
wyprawić  się  na  wycieczkę.  Popływacie  po  oceanie,  poopalacie  się  i  miło  spędzicie  razem  trochę
czasu.

– Czy zamierza pani nam towarzyszyć? – zapytała Jaina.
Yfra skrzywiła się, jakby połknęła coś kwaśnego, ale w następnej chwili udała, że się zakrztusiła.
–  Obawiam  się,  że  nie,  młoda  damo  –  odparła.  –  Muszę  zająć  się  niezwykle  pilną  sprawą.

O  zgrozo,  nawet  nie  możecie  sobie  wyobrazić,  ile  obowiązków  ciąży  na  mojej  głowie.  Gromada
gwiezdna Hapes liczy sześćdziesiąt trzy światy, a to oznacza, że mam do czynienia z wieloma setkami
rządów  i  tysiącami  społeczeństw.  Ta’a  Chume  to  kobieta  obdarzona  potężną  władzą,  a  w  czasie
nieobecności rodziców Tenel Ka są problemy, które wszyscy musimy rozwiązywać. – Yfra klasnęła
w  dłonie,  szybkim  ruchem  złączywszy  szponiaste  palce.  –  Wy,  dzieciaki,  powinniście  cieszyć  się
życiem,  dopóki  jesteście  młode,  a  w  tym  czasie  osoby  takie  jak  ja  będą  zajmowały  się  wszystkimi
problemami.

Zamaszystym gestem odprawiła całą czwórkę.
–  A  teraz  zmykajcie  –  powiedziała.  –  Na  dole,  w  jednym  z  portowych  basenów,  znajdziecie

background image

ścigacz,  który  przeprogramowałam.  Zapewniani  was,  że  jest  absolutnie  bezpieczny.  Wpisałam
parametry zamkniętej trasy, dzięki czemu będziecie mogły wypłynąć w morze i powrócić do fortecy,
jeszcze zanim się ściemni. Dopilnowałam nawet tego, aby zaopatrzyć was w koszyki z żywnością, tak
więc  nie  musicie  wracać  do  fortecy,  żeby  zjeść  posiłek.  –  Głęboko  odetchnęła,  po  czym  znów
rozciągnęła rysy twarzy w nieszczerym uśmiechu. – Jestem pewna, że będziecie świetnie się bawiły.

Jacen  przyglądał  się  pani  ambasador,  próbując  ustalić,  czy  kobieta  nie  knuje  czegoś  złego.

Dobrze wiedział, ile czasu zajmują obowiązki wagi państwowej. Przecież jego matka pełniła funkcję
przywódczyni  Nowej  Republiki.  Pamiętał  także,  jak  bardzo  niespokojni  stali  się  ostatnio  wszyscy
czworo.

– Blasterowe błyskawice! Wyruszajmy na tę wyprawę i bawmy się jak najlepiej – powiedział. –

Cieszę się na samą myśl o tym, że nie musimy się przejmować troskliwymi spojrzeniami rodziców,
opiekunów czy ambasadorów. Obiecuję wam, że przynajmniej nie będziemy się nudzili.

Tenel Ka z powagą kiwnęła głową.
–  To  jest  fakt  –  przyznała,  a  potem  obdarzyła  Jacena  najcenniejszym  darem,  jaki  chłopiec

kiedykolwiek od niej otrzymał.

Uśmiechnęła się do niego.
 
Ścigacz mknął po oceanie, pokonując doliny i grzbiety fal niczym pojazd kołowy jadący bardzo

szybko  po  wyboistej  drodze.  Mimo  iż  autopilot  nakazywał  stateczkowi  płynąć  z  góry  określonym
kursem, Jaina i Lowie na zmianę kręcili kołem sterowym, jedynie w tym celu, by przekonać się, czy
będą  mogli  zboczyć  z  zaprogramowanej  trasy.  W  pewnej  chwili  z  gardła  Wookiego  wyrwało  się
radosne beczenie.

–  Pan  Lowbacca  pragnie  zauważyć,  że  ten  statek  wykazuje  pewne  podobieństwo  do  jego

gwiezdnego skoczka typu T-23 – pospieszył z tłumaczeniem Em Teedee.

Jaina spojrzała na porośniętego długą rudobrązową sierścią kolegę.
– Przypomina bardziej komputer nawigacyjny niż aparaturę sterowniczą „Sokoła Tysiąclecia” –

stwierdziła. – Nie miałabym żadnych kłopotów z pilotowaniem tego statku, Lowie.

Lowbacca zaryczał, przyznając jej rację.
Pędzący  po  spienionych  falach  ścigacz  coraz  bardziej  oddalał  się  od  fortecy,  wzniesionej  na

maleńkiej  wyspie  i  przypominającej  cytadelę,  omywaną  niebieskozielonymi  wodami  hapańskiego
oceanu.

Jacen  i  Tenel  Ka  siedzieli  na  rufie,  poddając  się  usypiającym  odbitym  błyskom  słonecznego

blasku i hipnotyzującemu kołysaniu morskich fal.

– Hej, Tenel Ka – odezwał się w pewnej chwili chłopiec. – Mam dla ciebie wspaniały dowcip.

Posłuchaj. Po której stronie Ewok jest porośnięty najdłuższą sierścią?

Dziewczyna obdarzyła go pełnym powagi spojrzeniem.
– Nigdy się nad tym nie zastanawiałam – odrzekła.
– Po zewnętrznej! Rozumiesz?
–  Jacenie,  dlaczego  tak  często  opowiadasz  mi  dowcipy?  –  zapytała  dziewczyna.  –  Nie  sądzę,

żebym kiedykolwiek się z nich śmiała.

Chłopiec wzruszył ramionami.
– Hej, tylko staram się ciebie rozweselić.
Tenel Ka rzuciła mu dziwne spojrzenie.

background image

– Uważasz, że potrzebuję, aby ktoś mnie rozweselał?
Kiedy Jacen jej odpowiadał, przyłapał się na tym, że nie może oderwać spojrzenia od gojącej się

różowej skóry kikuta lewej ręki.

– No cóż, wydawałaś się taka cicha i zamyślona...
Tenel Ka uniosła brwi.
– Czyż nie jestem zawsze cicha i zamyślona?
Chłopiec z przymusem się uśmiechnął.
– Tak, myślę, że jesteś – przyznał.
– Rozmawialiśmy na ten temat, Jacenie – ciągnęła tymczasem dziewczyna. – Proszę cię, nie sądź,

że muszę być pocieszana; że jestem bezradną kaleką czy jakimś cudem przemieniłam się w skomlącą
słabeuszkę.  Nadal  jestem  tą  samą  uczennicą  kształcącą  się  w  akademii  mistrza  Skywalkera.
Przypuszczam,  że  jednak  uda  mi  się  zostać  rycerzem  Jedi...  kiedy  tylko  rozwiążę  problem,  w  jaki
sposób...

Jacen nieśmiało położył dłoń na jej ramieniu, a potem przesunął palcami po skórze, aż zamknął

jej dłoń w silnym uścisku.

– Daj mi znać, jeżeli będę mógł ci w czymkolwiek pomóc – odparł.
Dziewczyna odwzajemniła uścisk.
– Obiecuję.
Ścigacz ominął łukiem grupę spiczastych skał wystających z wody. Tenel Ka ochrzciła je mianem

Zębów  Smoka.  Rzeczywiście,  przypominały  zęby  piły  i  kuliły  się  blisko  siebie,  a  pieniące  się  fale
uderzały w nie z hukiem, raz po raz wzbijając gejzery wodnej piany.

Silniki  ryknęły  głośniej,  kiedy  ścigacz  zmieniał  kurs,  by  ominąć  Zęby  Smoka,  a  później

przyspieszał, by skierować się na otwarte morze. Jaina i Lowie raz po raz spoglądali na parametry
kursu,  jakim  autopilot  prowadził  mały  statek.  Prowadzili  obliczenia,  starając  się  odgadnąć,  jak
daleko wypłyną w morze, zanim ścigacz zawróci.

– Czas na obiad – odezwał się w pewnej chwili Jacen. Sięgnął do koszyków z jedzeniem i zaczął

rozdawać starannie opakowane porcje.

Kiedy Lowie ryknął na znak, że zgadza się ze zdaniem chłopca, Em Teedee powiedział:
– Oczywiście, panie Lowbacco... Czy przypadkiem nie jest pan zawsze głodny?
Młody Wookie zaczął sapać ze śmiechu, ale nie zaprzeczył stwierdzeniu małego androida.
Pęd  powietrza,  rozcinanego  przez  dziób  statku,  opryskiwał  twarze  młodych  Jedi  kropelkami

piany.  Przesycone  morską  solą  powietrze  sprawiło,  że  Jacen  poczuł  wilczy  głód.  Wszyscy  zjedli
dania obiadowe, jakie znaleźli w automatycznie podgrzewających się pojemnikach, a potem napełnili
kubki płynem z izolowanego termicznie pojemnika.

Nie  przestając  jeść,  Jaina  spoglądała  przez  transpastalową  ochronną  szybę.  W  pewnej  chwili

odwróciła głowę, by ponownie zerknąć na parametry kursu, jakim płynął ścigacz.

– Jestem ciekawa, jak daleko pozwoli nam wypłynąć autopilot – powiedziała.
Nagle Jacen zauważył, że widoczna na kursie przed nimi woda ma inną barwę i gęstość. Wydała

mu się zieleńsza i jakby... bardziej szorstka.

Lowie  wciągnął  powietrze.  Po  chwili  wciągnął  je  głębiej  po  raz  drugi,  po  czym  zaryczał

pytająco.

– Naprawdę nie potrafię panu odpowiedzieć, panie Lowbacco – odezwał się Em Teedee. – Moje

analizatory woni nie mogą porównać tego zapachu z jakimkolwiek innym zapisanym w mojej bazie

background image

danych,  a  zatem  nie  umiem  udzielić  jednoznacznej  odpowiedzi.  Sól,  rzecz  jasna,  i  jodyna...  a  także
czyżby woń jakichś rozkładających się organicznych szczątków?

Jacen  czuł  teraz  także  ów  zapach:  przyprawiający  o  mdłości  kwaśny  odór,  który  wisiał

w powietrzu niczym ciężki całun.

– Przypomina mi zdechłe ryby – stwierdził ponuro.
Usiłując się skoncentrować, Tenel Ka zmrużyła oczy.
–  I  gnijącą  roślinność  –  dodała.  –  Zbliżamy  się  do  czegoś  bardzo  starego.  Czegoś...  bardzo

niezdrowego.

Jaina ponownie sprawdziła kurs, wprowadzony do pamięci komputera ścigacza.
– No cóż – powiedziała. – Autopilot kieruje nasz statek w sam środek tego obszaru.
Zanim  ktokolwiek  zdążył  coś  powiedzieć,  znaleźli  się  na  skraju  wyglądającej  jak  żelatyna

dziwnej  mazi.  Po  powierzchni  wody  pływały  liściaste  chwasty,  tak  liczne  i  rozrośnięte,  że
przypominały  prawdziwą  podwodną  dżunglę.  Pod  wodą  połyskiwały  podobne  do  gumowych  ni  to
łodygi,  ni  to  macki,  z  których  sterczały  długie  ostre  ciernie.  Z  najgęściej  zarośniętych  punktów
grzęzawiska wyrastały olbrzymie szkarłatne kwiaty wielkości głowy Jacena.

Chłopiec  wychylił  się  za  burtę,  pragnąc  lepiej  przyjrzeć  się  roślinom.  Otoczona  mięsistymi

płatkami, w samym środku każdego kwiatu spoczywała kiść wilgotnych niebieskich owoców, dzięki
której  cały  pąk  wyglądał  jak  szeroko  otwarte  oko.  To  wrażenie  spotęgowało  się  jeszcze  bardziej,
kiedy  przepływający  ścigacz  wzbudził  coś  w  rodzaju  odruchu  obronnego.  Płatki  unoszących  się  na
wodzie kwiatów zaczęły się zamykać jak powieki przysłaniające wielkie oczy.

– Niesamowite – odezwała się Jaina stojąca obok Jacena.
– Ciekawe – odpowiedział chłopiec.
Splątany  gąszcz  kolczastych  morskich  roślin  rozciągał  się  przed  dziobem  statku  aż  po  sam

horyzont.  Ścigacz,  kierowany  przez  program  autopilota,  nie  zmieniał  kursu,  sunąc  po  falującej
powierzchni  wody,  i  tylko  przykra  woń,  wydzielana  przez  rośliny,  stawała  się  coraz  bardziej
intensywna. Grube łodygi i liście morskiego chwastu dygotały, jakby przeniknięte jakimś podwodnym
dreszczem. Jacen doszedł jednak do wniosku, że zjawisko musiało być wywołane przez tworzące się
w głębinach podwodne wiry.

Nagle  niektóre  ogromne  oczokwiaty,  wyciągnąwszy  łodygi,  uniosły  się  nad  powierzchnię  wody

i obróciły w ich stronę, jakby chciały się im przyjrzeć. Jacen wzdrygnął się i popatrzył na siostrę.

– Uhm... Może jednak „niesamowite” byłoby odpowiedniejszym słowem – przyznał cicho.
Lowie  zerknął  w  prawo  i  w  lewo,  a  potem  niepewnie  zaskowyczał.  Jaina  spojrzała  prosto

w oczy Wookiego, po czym przygryzła dolną wargę.

– Tak, ja także mam niedobre przeczucia co do tego, dokąd podąża ten ścigacz – powiedziała. –

Sama nie wiem, czy chciałabym zapuszczać się jeszcze dalej w głąb morskiego pustkowia.

–  Przecież  jesteśmy  zdani  na  łaskę  autopilota,  prawda?  –  przypomniał  Jacen.  –  Jeżeli  go

wyłączysz, jak wrócimy do fortecy?

Młody Wookie warknął coś w odpowiedzi i w tej samej chwili Jaina powiedziała:
–  Przez  całą  drogę  śledziłam  parametry  kursu,  jakim  płynęliśmy.  Ja  i  Lowie  chyba  będziemy

umieli wrócić do fortecy. To nie powinno być bardzo trudne.

Tenel  Ka  wstała  i  także  zaczęła  przyglądać  się  morskim  roślinom.  Wyglądało  na  to,  że  usiłuje

sobie coś przypomnieć.

– Jaina ma rację – odezwała się w pewnej chwili. – Powinniśmy zawrócić. Pozostawanie w tym

background image

miejscu chyba nie byłoby rozsądne.

Pragnąc  zawrócić,  Jacen  i  Lowie  wyłączyli  autopilota  i  przejęli  stery.  Zaczęli  zataczać  łuk,

zamierzając skierować ścigacz na kurs powrotny, kiedy nagle silniki zakrztusiły się i umilkły.

Jacen, który zawsze uwielbiał badać dziwne rośliny i zwierzęta, skorzystał z okazji i ponownie

wychylił  się  za  burtę.  Wyciągnął  rękę,  żeby  dotknąć  wyciągniętej  jak  struna  łodygi  nieznanego
morskiego chwastu.

Nagle wszystkie szkarłatne oczokwiaty obróciły się i spojrzały na niego.
– Coś takiego! – wykrzyknął zdumiony chłopiec.
Na próbę machnął ręką w prawo i w lewo. Wszystkie kwiaty obracały się, jakby śledziły mchy

jego ręki.

Zaciekawiony  Jacen  ponownie  wyciągnął  rękę,  żeby  dotknąć  płatków  najbliższego  kwiatu...

i  nagle  nad  powierzchnię  wody  wystrzeliła  śliska  macka  podwodnej  rośliny.  Owinęła  się  wokół
nadgarstka chłopca i pragnąc przytrzymać łup, wbiła w jego ciało długie kolce.

–  Hej!  –  wrzasnął  Jacen,  czując  ból  w  miejscach,  w  których  kolce  przebiły  skórę.  Poczuł,  że

gruba łodyga zaczyna ciągnąć jego dłoń. – Na pomoc!

Wolną  ręką  uchwycił  biegnącą  wzdłuż  burty  statku  metalową  poręcz.  Nie  zamierzał  pozwolić,

aby  plątanina  żarłocznych  chwastów  wciągnęła  go  pod  powierzchnię  wody.  Zauważył,  że  podobne
do  macek  sąsiednie  pędy  zaczynają  falować  jak  szalone...  jak  zgłodniałe.  Inne  także  wystrzeliły
z wody i zaczęły uderzać o burty statku albo owijać się wokół metalowej poręczy.

Lowbacca  widząc,  co  się  dzieje,  odskoczył  od  sterowniczej  konsolety  i  pochwycił  nogi

przyjaciela w chwili, kiedy macka, zdwoiwszy siły i szarpnąwszy, przeciągała Jacena nad poręczą.
Przez  krótką  chwilę  chłopiec  wisiał  nad  powierzchnią  wody,  bezskutecznie  próbując  wyrwać  rękę
z uchwytu morskiego chwastu.

Nagle  obok  nich  pojawiła  się  wojowniczka  z  Dathomiry.  Oplotła  nogi  wokół  przymocowanego

do  pokładu  metalowego  słupka  i  chwyciwszy  mocno  nóż,  który  zwykle  służył  jej  do  rzucania,
wychyliła się za burtę, aby odciąć mackę owiniętą wokół nadgarstka Jacena. Giętka łodyga trzasnęła
i schowała się pod wodą, a Lowbacca szarpnął i wciągnął chłopca na pokład.

–  Blasterowe  błyskawice!  –  krzyknął  Jacen,  ocierając  krew  płynącą  z  ran  na  ręce.  –  Niewiele

brakowało.

Ich kłopoty jednak dopiero teraz się zaczynały. Wszyscy z przerażeniem spoglądali na otaczające

ich  wody  oceanu.  Jak  okiem  sięgnąć,  łodygi  mięsożernej  rośliny  gwałtownie  falowały.  Grube  pędy
gniewnie  smagały  powierzchnię  wody.  Owijały  się  wokół  metalowej  poręczy,  jakby  zamierzały
wciągnąć w głębiny cały ścigacz. Drapieżny podwodny chwast skosztował krwi Jacena i widocznie
doszedł do przekonania, że młody rycerz Jedi jest najsmakowitszym kąskiem, jaki chciałby spożyć na
kolację.

Jeszcze jedna wijąca się macka wystrzeliła z wody tuż przy burcie ścigacza i zaczęła się kołysać,

szukając  celu,  w  który  mogłaby  wbić  ostre  kolce.  Tenel  Ka  skoczyła  ku  złowieszczemu  pędowi
i zamachnęła się sztyletem, przeznaczonym do rzucania. Wbiła ostrze w gruby pęd morskiego chwastu
i przyglądała się, jak z rany popłynęła zielonkawa gęsta maź przypominająca syrop.

Macka szarpnęła się do tyłu, ale w następnej sekundzie powróciła, żeby smagnąć dziewczynę po

policzku.  Na  twarzy  Tenel  Ka  pojawiła  się  długa  krwawiąca  pręga.  Mimo  iż  dzielna  wojowniczka
poczuła  dotkliwy  ból,  nawet  nie  krzyknęła.  W  odpowiedzi  ponownie  zamachnęła  się  nożem  i  po
chwili następna końcówka grubej macki z głuchym stukiem upadła na deski pokładu.

background image

Jacen potrząsnął zranioną ręką, usiłując przywrócić krążenie krwi, po czym sięgnął po rękojeść

wiszącego u boku świetlnego miecza. Od pewnego czasu nie posługiwał się nim, ale teraz nie miał
ani  chwili  do  stracenia.  Nie  mógł  się  wahać,  jeżeli  zamierzał  zostać  rycerzem  Jedi...  jeżeli  chciał
ocalić życie swoje i przyjaciół. Przycisnął guzik i wysunął szmaragdowozielone ostrze.

– Nie pozwolę, żeby jakiś chwast walczył ze mną i zwyciężył! – zawołał.
Buczące ostrze odcięło jeszcze jeden koniec owiniętej wokół poręczy grubej macki.
– Masz za swoje! – rzekł chłopiec.
Pozostała część odciętej łodygi skryła się w wodzie, a oczy Jacena podrażniła chmura gryzącego

dymu.

Jak  okiem  sięgnąć,  wszystkie  macki  wiły  się  teraz  i  smagały  powierzchnię  wody  jak  szalone.

Wyglądało na to, że odczuwają ten sam ból. Szkarłatne oczokwiaty mrugały i rozpaczliwie kierowały
się we wszystkie strony. W powietrzu unosił się swąd przypiekanej roślinności, zmieszany z wonią
słonej morskiej wody.

–  Postaram  się  nas  stąd  wyciągnąć!  –  zawołała  Jaina,  pochylona  nad  sterowniczą  konsoletą.

Zamierzała  uruchomić  silniki,  ale  grube  macki  owinęły  się  także  wokół  wałów  śrub  i  ścigacz  nie
mógł wyrwać się z ich objęć.

Lowbacca zaryczał, po czym zapalił własne świetliste ostrze. Trzymając rękojeść oburącz, uniósł

klingę  nad  głowę  i  przez  chwilę  trzymał  nieruchomo  jak  sporządzoną  ze  złocistego  światła  ognistą
maczugę.

Z  morskich  głębin  wyłaniały  się  teraz  grubsze  łodygi.  Zakończone  parami  zębatych  muszli,

przypominały groźne szczypce, gotowe rozszarpać łup na strzępy. Potężne łodygi wiły się i klekotały,
szczękając ostrymi zębami. Zapewne szukały czegoś, w czym mogłyby je zagłębić.

Tymczasem  Jaina  z  całej  siły  napierała  raz  na  tę,  raz  na  inną  dźwignię.  Silniki  ścigacza  wyły,

pracując na wysokich obrotach. Usiłowały pokonać opór stawiany przez trzymające je macki.

Lowie  podbiegł  do  poręczy.  Wydając  ostrzegawczy  ryk,  zaczął  machać  świetlistym  ostrzem.

Zadając cios za ciosem, odcinał łodygi morskich chwastów, które więziły mały statek.

–  Och,  proszę,  niech  pan  uważa,  panie  Lowbacco!  –  piszczał  Em  Teedee.  –  Tam  grozi  panu

jeszcze jedna!

Burknąwszy coś w odpowiedzi, młody Wookie przeciął mackę, a wówczas miniaturowy android-

tłumacz powiedział:

– Doskonała robota, panie Lowbacco! Jaka to ulga dla mnie mieć świadomość, że robi pan, co

może, abym nie skończył jako przekąska tego paskudnego zaślinionego morskiego chwastu!

Tenel  Ka  odwróciła  się,  żeby  odeprzeć  atak  kolejnej  grubej  macki  zakończonej  parą  zębatych

muszli. Zamachnęła się sztyletem, ale podobne do skorupy małża szczypce z głośnym szczęknięciem
zatrzasnęły się na czubku noża. Po chwili zębate muszle kłapnęły po raz drugi, by zacisnąć się nieco
bliżej dłoni dzielnej wojowniczki.

Natychmiast  u  jej  boku  pojawił  się  Jacen,  który  odciął  koniec  grubej  macki  jaskrawozieloną

energetyczną klingą. Błysnął zębami, obdarzając koleżankę szelmowskim uśmiechem.

– Chciałem tylko spłacić dług! – zawołał.
– Moje podziękowania, Jacenie – odparła dziewczyna.
Lowie machnął złocistym ostrzeni, odcinając ostatnią mackę podwodnego chwastu, jaka trzymała

w  niewoli  mały  statek.  Uwolniony  ścigacz  ruszył,  ale  cierniste  pędy  nadal  kołysały  się  i  smagały
powierzchnię wody, starając się ponownie pochwycić ofiarę.

background image

Jaina  czyniła  wszystko,  by  silniki  nadały  statkowi  jak  największe  przyspieszenie.  Już  wkrótce

ścigacz  płynął  z  taką  prędkością,  że  kadłub  niemal  nie  stykał  się  z  oceanem  falujących  łodyg.
Jaskrawoczerwone  kwiaty  nie  przestawały  wodzić  za  statkiem  nieprzyjaznymi  spojrzeniami,  ale
wszystko wskazywało na to, że podwodny chwast nie potrafi reagować dostatecznie szybko.

Mimo to Jacen, nie wyłączając szmaragdowozielonego ostrza, nadal ściskał rękojeść świetlnego

miecza, w każdej chwili gotów znów rzucić się w wir walki. Miał wrażenie, że ta rzecz jest czymś
więcej niż rośliną. Wyczuwał w niej jakąś... zdolność reagowania na bodźce, przystosowywania się
do zmiany sytuacji. Posłużył się Mocą, licząc na to, że uda mu sieją uspokoić, a potem nakłonić do
wyrażenia zgody na wypuszczenie ścigacza.

–  Nie  mogę  znaleźć  jej  mózgu  –  odezwał  się  po  chwili.  –  Wygląda  na  to,  że  roślina  reaguje,

kierując się tylko odruchami. I czuję, że jest głodna, bardzo głodna.

– Ta-a, no cóż, jeszcze przez jakiś czas pozostanie głodna – odezwała się Jaina.
–  To  szczera  prawda!  –  zapiszczał  w  odpowiedzi  Em  Teedee.  –  Z  całego  serca  zgadzam  się

z pani zdaniem.

Po  kilku  chwilach  ponownie  znaleźli  się  na  otwartym  morzu.  Przeprowadzili  niezbędne

obliczenia i posługując się aparaturą pulpitu sterowniczego, wpisali parametry kursu, którym mogli
wrócić na Reef Fortress.

Jacen zerknął na Tenel Ka, by upewnić się, czy nie jest ranna. Ze zdumieniem ujrzał, że na twarzy

dziewczyny  maluje  się  wielki  spokój  i  zadowolenie.  Zobaczył,  jak  Tenel  Ka  wsuwa  do  pochwy
u  pasa  sztylet,  który  zwykle  służył  jej  do  rzucania.  Wojowniczka  z  Dathomiry  sprawiała  wrażenie
bardziej ożywionej i pewniejszej siebie niż kiedykolwiek od chwili owego niefortunnego wypadku,
jaki wydarzył się podczas pojedynku na świetlne miecze.

–  Jesteśmy  znakomitymi  wojownikami  –  odezwała  się  dziewczyna.  –  Nic  tak  nie  poprawia

nastroju i nie odpręża jak walka w obronie życia.

Lowbacca  cicho  warknął.  Em  Teedee  zapiszczał,  ale  powstrzymał  się  od  wypowiedzenia

jakiejkolwiek  uwagi.  Zdumiona  Jaina  popatrzyła  na  Tenel  Ka,  ale  jej  brat  wybuchnął  głośnym
śmiechem.

–  Ta-a,  naprawdę  tworzymy  zgraną  grupę,  prawda?  –  stwierdził.  –  Jesteśmy  prawdziwymi

młodymi rycerzami Jedi.

Wojowniczka z Dathomiry pomogła chłopcu opatrzyć kilka niegroźnych ran ręki, po czym Jacen

posmarował  ranę  na  policzku  Tenel  Ka  balsamem,  który  znalazł  w  pokładowym  zestawie
medycznym.

–  Pani  ambasador  Yfra  chyba  nie  miała  tego  na  myśli,  kiedy  mówiła,  żebyśmy  wybrali  się

ścigaczem na wycieczkę – powiedział – ale mimo to bawiłem się doskonale.

Nagle Lowbacca zaryczał, po czym wskazał na pulpit nawigacyjnej konsolety.
–  O  rety!  –  pisnął  Em  Teedee.  –  Pan  Lowbacca  sugeruje,  że  prawdopodobnie  jeszcze  nie

powinniśmy  czuć  się  bezpieczni  i  odprężeni.  Uważa,  że  na  pokładzie  ścigacza  ktoś  świadomie
dopuścił się sabotażu.

– Co chcesz przez to powiedzieć? – zapytał Jacen. – Te cyferki na ekranie nic mi nie mówią.
–  Wydaje  mi  się,  że  chodzi  mu  o  to  –  odezwała  się  Jaina,  kiwnięciem  głowy  pokazując

współrzędne  kursu,  uprzednio  zaprogramowanego  przez  panią  ambasador  Yfrę.  –  Kurs,  jakim
prowadził  nas  autopilot,  miał  skierować  ścigacz  w  sam  środek  obszaru  tych  morderczych
chwastów... Nie przewidziano żadnego kursu powrotnego!

background image
background image

 

 

 

Rozdział 17

 
 
W  skalnej  jaskini  rozbrzmiewał  cichy  plusk  łagodnych  fal  omywających  kamienne  nabrzeża

i  kadłuby  zakotwiczonych  statków.  Tenel  Ka  odczuwała  wielki  spokój  promieniujący  z  chłodnych
kamiennych  ścian  i  słonej  woni,  jaką  było  przesycone  powietrze  w  wielkiej  grocie.  Dziewczyna
skrzyżowała  obnażone  nogi  i  siedziała  na  pokładzie,  posługując  się  techniką  relaksacyjną  Jedi,
pozwalającą jej skupić myśli i obserwować przyjaciół.

Jaina,  która  skryła  głowę  pod  panelem  kontrolnym,  sprawdzała  okablowanie  aparatury

sterowniczej ścigacza, przebierając w powietrzu nogami. Siedzący nieco wyżej Lowbacca zajmował
się  komputerem  nawigacyjnym,  od  czasu  do  czasu  podając  dziewczynie  potrzebne  narzędzia.  Tenel
Ka  przyglądała  się,  jak  oboje  poruszają  się  zwinnie  i  pewnie,  całkowicie  nieświadomi  tego,  jak
łatwo  przychodzi  im  posługiwać  się  raz  jedną,  a  raz  drugą  ręką.  Na  myśl  o  tym,  że  ma  tylko  jedną
rękę, poczuła w sercu ukłucie bólu.

Na krawędzi pokładu obok niej leżał na brzuchu Jacen. Zanurzył głęboko prawą rękę, a palcami

lewej muskał powierzchnię wody. Usiłował przywabić jarzące się stworzenie ziemnowodne na tyle
blisko, by je złapać.

–  Lowie,  podaj  mi  hydrauliczny  klucz  –  rozbrzmiał  nagle  stłumiony  głos  Jainy.  –  Muszę  zdjąć

płytę czołową tego urządzenia.

Młody  Wookie,  nie  odrywając  się  od  pracy,  wyciągnął  rękę.  Posługując  się  długimi  zwinnymi

palcami, wyłuskał narzędzie z pudełka stojącego za plecami i podał dziewczynie.

Jakie  to  proste,  jeżeli  ma  się  obie  ręce  –  pomyślała  Tenel  Ka.  Natychmiast  jednak  stłumiła

kiełkujące  uczucie  zazdrości,  ganiać  się  w  duchu  za  to,  że  jest  niemądra.  Doszła  do  wniosku,  że
nawet  gdyby  miała  obie  ręce,  zapewne  i  tak  nie  potrafiłaby  wykonywać  czynności,  które
długorękiemu Wookiemu nie sprawiały najmniejszego kłopotu. Lowbacca obracał na swoją korzyść
wszystko,  czym  obdarzyła  go  natura.  Wykorzystywał  umysł  i  ciało  jak  najlepiej  umiał.  Podobnie
postępowali Jacen i Jaina.

Zastanawiała  się,  czy  nadal  jest  tą  samą  stanowczą  osobą,  zdecydowaną  robić  użytek  ze

wszystkich umiejętności. Czy było możliwe, że ta osoba przestała istnieć, kiedy straciła lewą rękę?

Wzdrygnęła się na samą myśl o tym, że mogło to być prawdą. Jeżeli tylko brakująca kończyna nie

pozwalała  jej  być  sobą,  powinna  była  się  zgodzić  na  zaproponowaną  przez  babkę  biomechaniczną
protezę... Może więc mimo wszystko brak ręki nie był najważniejszym problemem?

Nagle wojowniczka stwierdziła, że Jacen oparł się na łokciach i obróciwszy głowę, spojrzał na

nią z powagą.

–  Hej,  walczyłaś  wczoraj  z  tymi  mackami  naprawdę  dzielnie  –  powiedział.  –  Radziłaś  sobie

doskonale.

background image

– Chcesz powiedzieć, jak na dziewczynę z jedną ręką? – dokończyła z goryczą Tenel Ka.
– Ja... Nie, ja... – Na policzkach chłopca pojawiły się szkarłatne plamy. Jacen odwrócił głowę

i kiedy się odezwał, jego głos brzmiał o wiele ciszej. – Przepraszam. Pamiętam tylko, jak walczyłaś
z tą rośliną. Nie pomyślałem nawet o tym, że posługujesz się jedną ręką. Wiesz, nie byłaś ani trochę
mniej zwinna ani szybka.

Tenel  Ka  zmrużyła  oczy  i  wzdrygnęła  się,  jakby  Jacen  ją  spoliczkował.  Uświadomiła  sobie,  że

przyjaciel  powiedział  szczerą  prawdę:  nie  walczyła  jak  słaba,  niezdarna  kaleka.  Podświadomie
starała  się  wykorzystywać  wszystko,  co  umiała  i  czego  nauczyła  się  jako  wojowniczka.  Posługując
się każdą bronią, jaką dysponowała, była naprawdę sobą.

–  Nie  przepraszaj,  Jacenie  –  powiedziała.  –  Nie  chciałeś  sprawić  mi  przykrości  swoją  uwagą.

Sądzę, że to ja powinnam cię przeprosić. – Tenel Ka ponownie pomyślała o stoczonej walce, o tym,
co zrobiła i co osiągnęła. – Mogłam walczyć lepiej, gdybym...

– Gdybyś miała drugą rękę? – dokończył zamiast niej chłopiec. – Hej, ja także mógłbym walczyć

lepiej,  gdybym  miał  do  dyspozycji  laserowe  działo,  ale  go  nie  miałem.  Po  prostu  starałem  się
walczyć jak najlepiej.

– To nie to. – Tenel Ka obdarzyła Jacena zdumionym spojrzeniem. – Chciałam tylko powiedzieć,

że walczyłabym lepiej, gdybym posługiwała się świetlnym mieczem.

Na twarzy chłopca pojawił się nieśmiały uśmiech. Jacen znów zwrócił oczy na koleżanką.
–  Ta-a  –  przyznał.  –  Radzisz  sobie  z  nim  całkiem  dobrze.  Rzecz  jasna,  radzisz  sobie  dobrze

z wieloma rzeczami.

Zdumiona  dziewczyna  pomyślała,  że  to  fakt.  Rzeczywiście  potrafiła  dobrze  posługiwać  się

świetlnym  mieczem.  Nadal.  Umiała  także  świetnie  pływać,  walczyć,  biegać.  Straciła  jednak  wiarę
we  własne  siły;  przestała  wykorzystywać  ciało  i  umysł  do  granic  możliwości.  To  właśnie  te
przymioty  stanowiły  integralne  cechy  jej  charakteru,  z  którego  Tenel  Ka  była  zawsze  taka  dumna...
i właśnie tego brakowało jej od chwili, kiedy uległa wypadkowi.

– Dziękuję ci, mój przyjacielu – rzekła. – Zaczęłam powoli zapominać, kim jestem.
Jacen olśnił ją jednym ze słynnych zawadiackich uśmiechów.
– Hej, może także mógłbym spróbować zapomnieć, kim ja jestem, jeżeli to jest takie proste.
– Tak, to powinno załatwić sprawę.
Głos Jainy, wyłaniającej się z czeluści ścigacza, zabrzmiał głośno i wyraźnie. Lowbacca zaryczał

i zaczął gestykulować.

– Jasne – zgodziła się z nim Jaina. – Sabotaż, nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. –

Dziewczyna spojrzała na Tenel Ka i zapytała, jak zwykle bez ogródek: – Czy możliwe, aby za tym
kryła się twoja babka?

Jacen  przełknął  ślinę.  Doszedł  do  przekonania,  że  taka  myśl  chyba  nigdy  nie  przyszłaby  mu  do

głowy. Popatrzył na wojowniczkę.

– Twoja babka? – zapytał. – Chyba nie odważyłaby się...?
Tenel Ka potraktowała całkiem poważnie ich wątpliwości.
–  Nie  –  odparła  po  namyśle.  –  Gdyby  babka  miała  takie  zamiary,  uczyniłaby  wszystko,  żeby...

pozbyć  się  mnie  na  długo  przedtem,  zanim  przylecieliście.  –  Lowbacca  warknął  pytająco,
a  dziewczyna  odpowiedziała:  –  Postarajcie  się  mnie  dobrze  zrozumieć.  Podejrzewam,  że  byłaby
zdolna  do  popełnienia  morderstwa,  ale  zarazem  czuję,  że  robi  wszystko,  co  może,  aby  nie  narażać
mnie  na  niebezpieczeństwa.  Próbuje  mnie  chronić,  bez  względu  na  to,  czy  zostanę  kiedyś  królową,

background image

czy Jedi.

Młody  Wookie  zaryczał  coś  w  odpowiedzi,  a  miniaturowy  android  natychmiast  pospieszył

z tłumaczeniem:

– Pan Lowbacca pragnie zauważyć – a muszę dodać od siebie, iż przyznaję mu rację – że jeżeli

Ta’a Chume będzie ciągle przebywała czasem tu, a czasem w Pałacu Fontann, gdzie przebywa w tej
chwili, nie możemy liczyć na to, że nas obroni.

– No cóż, zostawiła z nami oddział królewskich strażników – przypomniała Jaina.
– I panią ambasador Yfrę – dodał Jacen, przewracając oczami. – O rety.
Jaina przygryzła dolną wargę.
–  Pamiętacie,  to  właśnie  Yfra  zaproponowała,  żebyśmy  wyprawili  się  tym  ścigaczem  na

wycieczkę.

Lowbacca szczeknął, wypowiadając jakąś uwagę.
– Nie wspominając o tym, że powiedziała, iż osobiście przeprogramowała komputer nawigacyjny

statku – podsunął Em Teedee. – O rety!

Tenel  Ka,  która  nigdy  nie  ufała  pani  ambasador  Yfrze,  słuchała  uwag,  wypowiadanych  przez

przyjaciół,  ale  sama  nie  zabierała  głosu.  Nagle  usłyszała  coraz  głośniejszy  dźwięk  silników
wielkiego hapańskiego Wodnego Smoka.

– Może na razie byłoby najbezpieczniej nie ufać nikomu – zaproponowała.
Jaina i Lowie przystali na jej propozycję.
– I może trzymajmy się od pani ambasador Yfry tak daleko, jak się da – dodał Jacen.
Wkrótce  potem,  unosząc  się  na  poduszce  powietrznej  o  grubości  opłatka,  do  wielkiej  groty

wpłynął  jacht  królewski.  Za  sterami  stała  babka  Tenel  Ka.  Ta’a  Chume  unieruchomiła  statek  przy
jednym z kamiennych nabrzeży, a potem, nie czekając, aż jej strażnicy przycumują jacht, zeskoczyła
na brzeg.

Podchodząc,  by  powitać  babkę,  Tenel  Ka  starała  się  wyczuć,  czy  stara  matriarchini  nie  żywi

wobec niej jakichś złych zamiarów.

Stwierdziła  jednak,  że  jedynymi  uczuciami,  jakie  odbiera,  są  zmęczenie,  frustracja  i  ponure

zdecydowanie.

–  Dzisiaj  rano  pochwyciliśmy  jedną  z  kobiet,  które  podłożyły  tę  bombę  –  odezwała  się  Ta’a

Chume znużonym tonem. – Zanim jednak zdążyliśmy ją przesłuchać, została otruta. – Była monarchini
pokręciła głową. – Przez cały czas była strzeżona. Nie rozumiem, jakim cudem skrytobójca zdołał ją
tak szybko uśmiercić.

– Wygląda na to, że przydałoby ci się trochę odpoczynku, babciu – stwierdziła Tenel Ka, starając

się  jednak  nie  sprawiać  wrażenia  przesadnie  zainteresowanej  znużeniem  wyzierającym  z  twarzy
matriarchini. – Może powinnaś zlecić prowadzenie tego śledztwa komuś innemu?

Ta’a Chume zmrużyła oczy i przebiegle się uśmiechnęła.
–  Przez  kilkadziesiąt  lat  osobiście  rządziłam  gromadą  Hapes  –  oznajmiła,  po  czym  westchnęła

z rezygnacją, jakby ustępowała. – Może jednak masz rację. Wyślę do pałacu panią ambasador Yfrę,
żeby dalej prowadziła tę sprawę.

Tenel  Ka  ugryzła  się  w  język,  by  nie  zdradzić  się  z  podejrzeniem,  iż  pani  ambasador  raczej

zagmatwa  dochodzenie,  niż  doprowadzi  je  do  końca.  Pomyślała  jednak,  że  przynajmniej  takie
polecenie pozwoli domniemanej sabotażystce opuścić Reef Fortress i wyjechać. Bardzo daleko.

background image

 

 

 

Rozdział 18

 
 
Zekk nauczył się traktować miecz świetlny jak wiernego przyjaciela.
Mimo  iż  nie  poświęcił  czasu  ani  trudu  na  skonstruowanie  własnej  broni,  praktycznie  nie

rozstawał się z rękojeścią, w której kryła się szkarłatnoczerwona klinga. Dobrze wiedział, co czynić,
by  tańczyła,  kiedy  zmagał  się  z  nierzeczywistymi  przeciwnikami.  Młodzieniec  zwyciężał,  tocząc
jedną walkę po drugiej z wyimaginowanymi potworami, tworzonymi przez komputery sterujące pracą
aparatury  w  jego  sali  treningowej.  Uśmiercał  mynocki,  Abyssinów,  smoki  kryat,  lodowe  potwory
wampa i piraniożuki, a nawet hordy rozwścieczonych Jeźdźców Tusken.

Posługując się świetlnym mieczem, w którejś walce pokonał nawet dzikiego rankora. Walka była

zacięta,  ale  kiedy  w  końcu  zwyciężył,  żałował,  że  nie  może  widzieć  wyrazu  twarzy  swojego
największego rywala, Vilasa, który darzył ohydne bestie dziwną sympatią.

W tej chwili kroczył u boku Brakissa. Uświadamiał sobie, że naczelnik Akademii Ciemnej Strony

kieruje  się  w  stronę  środka  stacji.  Pochłonięty  ćwiczeniami,  Zekk  nigdy  nawet  nie  pomyślał,  aby
kiedyś samemu zapuścić się w te rejony. Dawno przestał być onieśmielonym, zalęknionym uczniem.
Odziany w watowaną skórzaną bluzę i uzbrojony w miecz świetlny, kroczył pewnie u boku mistrza,
jakby byli niemal równi sobie.

Mimo to naczelnik Akademii Ciemnej Strony sprawiał wrażenie niespokojnego; zatopionego we

własnych myślach. Rysy jego nieskazitelnie pięknej, podobnej do wyrzeźbionej twarzy przypominały
teraz kamienną maskę. Jedynie na czole widniały delikatne zmarszczki.

Zekk chrząknął, a po chwili, nie potrafiąc opanować ciekawości, zapytał:
–  Mistrzu  Brakissie,  wyczuwam  w  tobie...  jakiś  niepokój.  Nie  powiedziałeś  mi,  na  czym  ma

polegać następne ćwiczenie. Czy jest coś, czego powinienem się dowiedzieć?

Brakiss stanął i obdarzył młodzieńca spokojnym, ale przeszywającym na wylot spojrzeniem.
–  Dzisiaj  zostaniesz  poddany  najtrudniejszej  próbie,  Zekku  –  odparł.  –  Będzie  od  niej  zależała

twoja przyszłość. Musisz udowodnić, jak bardzo jesteś naprawdę uzdolniony.

Zekk uniósł dumnie głowę, po czym rozszerzył nozdrza i głęboko odetchnął. Odruchowo dotknął

palcami rękojeści świetlnego miecza.

– Jestem gotów na wszystko.
W  końcu  obaj  stanęli  przed  grubymi  metalowymi  drzwiami.  Brakiss  wystukał  kod  nakazujący

zwolnienie  pneumatycznych  zamków.  Ciężkie  skrzydła  powoli  się  rozsunęły,  ukazując  niewielką
śluzę i jeszcze jedne metalowe pancerne drzwi umożliwiające wejście do kolejnego pomieszczenia.

–  Zaufaj  własnym  umiejętnościom,  Zekku  –  odezwał  się  Brakiss.  –  Otwórz  się  na  przepływ

Mocy.

Młodzieniec poważnie kiwnął głową.

background image

–  Jak  zawsze,  mistrzu  Brakissie  –  odparł.  –  Pomyślnie  przejdę  i  tę  próbę.  Proszę,  powiedz  mi

tylko, dlaczego uważasz ją za najważniejszą? Dlaczego będzie wymagała ode mnie takiego wysiłku?

Naczelnik Akademii  Ciemnej  Strony  gestem  zaprosił  młodzieńca,  żeby  wszedł  do  środka.  Zekk

usłuchał, ale zauważył, że jego nauczyciel nie przekroczył progu śluzy.

– Ponieważ musisz stoczyć walkę na śmierć i życie – oznajmił Brakiss, po czym zatrzasnął drzwi,

zamykając swojego ucznia w dźwiękoszczelnym pomieszczeniu.

Czekając, aż ucichnie huk zatrzaskiwanych drzwi, Zekk uzbroił się w cierpliwość. W jego mózgu

wciąż jeszcze rozbrzmiewały ostatnie słowa mistrza Jedi. Widoczne w przeciwległej ścianie drugie
drzwi pozostawały zamknięte i młodzieniec siłą woli zmusił się do zachowania spokoju, chociaż czuł
się jak schwytane zwierzę w klatce. Odpiął wierny miecz świetlny i zacisnął palce na rękojeści, aż
zbielały kostki palców, ale na razie nie włączał energetycznego ostrza.

Sekundy upływały, a drzwi, które widział naprzeciwko siebie, nadal nie zamierzały się otworzyć.

Młodzieniec  poczuł,  że  w  jego  sercu  wzbiera  przerażenie,  ale  postarał  się  skupić  myśli  na  czymś
innym. Rycerz Jedi nie powinien się bać, ponieważ nie istniało nic, co by mogło mu zagrozić. Moc
przepływała przez wszystko we wszechświecie, a ciemna strona była jego sprzymierzeńcem.

Chociaż zwyciężał, walcząc w sali treningowej z symulowanymi krwiożerczymi bestiami, nigdy

jednak  nie  zapominał,  że  jego  przeciwnikami  były  dotychczas  tylko  hologramy.  Wiedział,  że
prawdziwe niebezpieczeństwa mogą czyhać na niego dopiero podczas walki z żywymi wrogami.

Popatrzył  na  zamknięte  drzwi  przed  sobą,  zastanawiając  się,  czy  nie  powinien  zniszczyć  zamka

klingą  świetlnego  miecza  i  nie  wydostać  się  z  pułapki.  Musiał  przekonać  się,  jakie
niebezpieczeństwa kryją się po drugiej stronie. A może właśnie to stanowiło jeden z elementów jego
próby? Zastanawiał się, jak długo powinien jeszcze czekać.

Cierpliwości  –  powiedział  sobie.  Zaczął  liczyć,  zamierzając  czekać  tak  długo,  dopóki  nie

osiągnie  pełnej  setki.  Zanim  jednak  zdążył  doliczyć  do  dziesięciu,  zamek  umieszczonych
w przeciwległej ścianie drzwi szczęknął i brzęknął. Przez metalowe ściany śluzy przebiegło dziwne
drżenie. Drzwi zaczęły powoli się rozsuwać.

Zekk przeszedł przez próg i w tej samej sekundzie poczuł dezorientujące szarpnięcie. Nie potrafił

się  oprzeć  wrażeniu,  że  wkroczył  w  nicość...  Podłoga,  ściany  i  sufit  zaczęły  szybko  wirować.
Młodzieniec  uświadomił  sobie,  że  znalazł  się  w  pomieszczeniu,  w  którym  siła  sztucznego  ciążenia
została  zmniejszona  do  zera...  w  dużej  sali,  ukrytej  w  samym  sercu Akademii  Ciemnej  Strony!  Nie
potrafiąc  powiedzieć,  gdzie  jest  dół,  a  gdzie  góra,  obracał  się  w  powietrzu,  które  wypełniało
pomieszczenie  mające  kształt  wielkiej  kuli.  Wydawało  mu  się,  że  nic  nie  może  powstrzymać
powolnego wirowania.

Poczuł,  że  jego  żołądek  wywinął  kozła,  ale  nabrał  głęboko  powietrza  i  przywołując  na  pomoc

siłę  woli,  postanowił  się  nie  poddawać.  Zogniskował  spojrzenie  i  próbował  dostrzec  szczegóły
otaczającej  go  sali,  na  ułamek  sekundy  pojawiające  się  przed  jego  oczami,  mając  nadzieję,  że
pozwolą  mu  na  uzyskanie  odpowiedzi.  Zacisnął  palce  na  rękojeści  miecza  i  rozłożył  ręce,  aby
zmniejszyć  prędkość  wirowania,  po  czym  zaczął  się  starać,  żeby  jego  ciało  całkowicie
znieruchomiało.  Dopiero  wówczas  zauważył  miejsca  siedzące,  rozmieszczone  na  ścianach
pomieszczenia.  Zwrócił  uwagę  na  dziesiątki  hałaśliwie  zachowujących  się  widzów,  a  także  na
rozmieszczone  pod  dziwacznymi  kątami  i  wyposażone  w  poręcze  balkony,  które  mogły  pomieścić
widzów pragnących obserwować wszystko mimo stanu nieważkości.

Zobaczył rzędy stojących szturmowców, trzymających się poręczy. Pozostali uczniowie Akademii

background image

Ciemnej  Strony  siedzieli  dookoła,  gotowi  przyglądać  się  przedstawieniu.  Zekk  zesztywniał.
Zastanawiał  się,  jak  trudna  okaże  się  próba,  której  zostanie  poddany.  O  co  mogło  chodzić
Brakissowi? Co on sam może teraz zrobić?

Nagle  zwrócił  uwagę  na  wielkie  głazy,  które  unosiły  się  w  powietrzu  niczym  małe  asteroidy.

Pomiędzy  nimi  dostrzegł  także  metalowe  pudła  i  pojemniki,  niewielkie  skrzynie  na  towary  oraz
sztucznie  sporządzone  geometryczne  bryły,  a  także  durastalowe  rury  unoszące  się  jak  nieważkie
piórka.  Młodzieniec  nie  widział  powodu,  dla  którego  większe  i  mniejsze  przedmioty  zaśmiecały
wnętrze wielkiej sali.

Nagle zrozumiał: To były przeszkody.
Pośrodku  wygiętej  ściany,  w  przeciwległym  krańcu  pomieszczenia,  ujrzał  błyszczącą

transpastalową bańkę kopuły obserwacyjnej. Dysponując doskonałym wzrokiem, dostrzegł w środku
kilka  osób.  Rozpoznał  mistrza  Brakissa,  odzianego  w  srebrzystą  szatę,  a  także  Tamith  Kai,  groźną
Siostrę Nocy, w czarnej pelerynie zakończonej spiczastymi naramiennikami. Nie brakowało również
starego pilota Qorla odzianego w czarny opancerzony kombinezon.

Mistrz Brakiss pochylił się i zaczął mówić coś do mikrofonu. W amfiteatrze rozbrzmiał jego głos,

wzmocniony przez elektroniczną aparaturę. Natychmiast ucichły odgłosy rozmów, a także wszystkie
inne dźwięki.

–  Zgromadziliście  się  tu,  żeby  być  świadkami  wyboru  przywódcy  wszystkich  nowych  uczniów,

którzy  kształcą  się  tu,  aby  zostać  Ciemnymi  Jedi  –  zaczął  naczelnik  Akademii  Ciemnej  Strony.  –
Przywódcy,  który  zostanie  mianowany  generałem  oddziałów  naszej  uczelni,  kiedy  Drugie  Imperium
uczyni ruch, by odzyskać władzę w całej galaktyce. Dzisiaj będziecie świadkami wielkiej walki.

W przeciwległym krańcu kulistego pomieszczenia, którego widok był częściowo zasłonięty przez

dryfujące  przeszkody,  otworzyły  się  drzwi  jeszcze  jednej  śluzy.  Ukazała  się  w  nich  jakaś  mroczna
postać.  Z  uwagi  na  unoszące  się  przedmioty  Zekk  nie  mógł  się  zorientować,  z  kim  musi  stoczyć
pojedynek.

– Będzie to walka na śmierć i życie – ciągnął tymczasem Brakiss – Między Zekkiem... – Zawiesił

głos,  ale  pozostali  uczniowie Akademii  Ciemnej  Strony  nie  zaczęli  wydawać  radosnych  okrzyków.
Wiedzieli, że to byłoby błędem, gdyż ktokolwiek zwycięży w tym pojedynku, zostanie mianowany ich
przywódcą. – ...a Vilasem!

Zekk  zwrócił  głowę  w  stronę,  w  której  ujrzał  przeciwnika.  Wyciągnął  przed  siebie  rękojeść

świetlnego  miecza,  obserwując,  jak  ciemnowłosy  młody  mężczyzna  z  Dathomiry,  najlepszy  uczeń
Tamith Kai, kieruje spojrzenie na niego. Przekonał się, że ulubieniec Siostry Nocy trzyma zapalony
świetlny miecz, w każdej chwili gotów wziąć udział w pojedynku.

Nagle  Vilas  odepchnął  się  od  ściany  i  poszybował  ku  skalnym  głazom  wiszącym  nieruchomo

w samym środku wielkiej sali. Zekk przycisnął guzik na obudowie, by wysunąć świetliste ostrze, po
czym  poszedł  w  jego  ślady,  starając  się  spotkać  z  przeciwnikiem  w  miejscu,  gdzie  nie  dryfowały
żadne  przeszkody.  Poczuł,  że  serce  wali  mu  jak  młotem,  ale  zarazem  uświadomił  sobie,  że  mimo
odczuwanego niepokoju, właściwie przez cały czas pragnął stanąć do tej walki. Ileż to razy od czasu,
kiedy  znalazł  się  w Akademii  Ciemnej  Strony,  Vilas  szydził  z  niego  i  kpił?  Od  dzisiaj  nie  będzie
żadnych wątpliwości, który z nich jest najlepszym, najzdolniejszym uczniem.

Nagle młody mężczyzna zawołał, jak zwykle drwiącym tonem:
–  Jeżeli  natychmiast  się  poddasz,  młodociany  śmieciarzu,  może  daruję  ci  życie  i  tylko  cię

okaleczę.

background image

Roześmiał  się  kpiąco,  a  Zekk  poczuł,  że  na  jego  policzkach  wykwitają  rumieńce  wstydu.

Zrozumiał,  że  Norys  albo  jakiś  inny  członek  gangu  Zagubionych  wyjawił  Vilasowi  pogardliwy
przydomek, jakim go ochrzcili. Śmieciarz.

Zekk wyciągnął rękę, aby pochwycić jakiś dryfujący przedmiot. Jego palce trafiły na oszpecony

dziobami owalny kamień; z pewnością twardy jak durastal kawałek meteorytu. Młodzieniec uchwycił
go z całej siły.

–  Jeżeli  przypuszczasz,  że  pójdzie  ci  ze  mną  tak  łatwo,  Vilasie,  pokonam  cię,  zanim  zdążysz

mrugnąć! – krzyknął w odpowiedzi.

Cisnął  odłamkiem,  wkładając  w  ten  rzut  wszystkie  siły.  Meteoryt,  przemierzając  przestrzeń

pozbawioną  siły  ciążenia,  poszybował  ku  drugiemu  Ciemnemu  Jedi  jak  strzała...  ale  Zekk  został
zaskoczony działaniem siły reakcji, równej co do wartości sile, z jaką rzucił kamień, ale odwrotnie
skierowanej.  Młodzieniec  ponownie  zorientował  się,  że  koziołkując  w  powietrzu,  zaczyna  oddalać
się  od  przeciwnika.  W  pewnej  chwili  uderzył  silnie  głową  w  jedną  z  unoszących  się  metalowych
skrzyń.  W  mózgu  Zekka  eksplodował  przenikliwy  ból,  a  w  jego  uszach  coś  zadzwoniło.  Kiedy
w końcu odzyskał ostrość wzroku, zobaczył, że mężczyzna bez wysiłku odpycha się, przelatując obok
ogromnej skalnej bryły.

Vilas znów kpiąco się roześmiał.
– Czy to wszystko, na co cię stać, śmieciarzu? – zadrwił.
Zekk uświadomił sobie, że był nierozsądny. Skupił się, usiłując wykorzystać niedawno poznane

techniki.  Uwzględnił  fakt,  że  jego  przeciwnik  nie  spoglądał  już  na  lecący  okruch  meteorytu,
i posługując się Mocą, zmienił tor lotu kamiennej bryły w ten sposób, by skierować ją ku Vilasowi.
Owalny  kamień  nie  znajdował  się  wprawdzie  dostatecznie  daleko,  aby  Zekk  mógł  nadać  mu  dużą
prędkość,  ale  i  tak  dosyć  silnie  uderzył  ciemnowłosego  mężczyznę  w  ramię.  Vilas  krzyknął  z  bólu
i zmieniwszy tor lotu, także zaczął koziołkować.

Zekk również leciał nie tam, dokąd pragnął. Przekonał się, że nie potrafi panować nad trajektorią

lotu ciała. Ponieważ nie mógł szybować w określonym kierunku, czuł się zupełnie zdezorientowany.
Miał wrażenie, że ściany kulistego pomieszczenia wirują wokół niego jak szalone. W końcu poczuł,
że  jego  stopy  dotknęły  bocznej  powierzchni  dryfującej  skrzyni  towarowej,  więc  odbił  się  od  niej
w ten sposób, by ponownie poszybować ku przeciwnikowi.

Vilas jednak już czekał na niego, gotów do dalszej walki. Obrócił się, wyciągając przed siebie

świetliste ostrze. Obaj przeciwnicy zbliżali się ku sobie jak dwie armatnie kule.

Zekk  zamachnął  się  ostrzem  świetlnego  miecza,  ale  ciemnowłosy  mężczyzna  zasłonił  się,

przyjmując  cios  na  swoją  klingę.  Po  sekundzie  oba  ostrza  znów  się  spotkały  i  we  wszystkie  strony
trysnęły  fontanny  iskier.  W  stronę  widzów  raz  po  raz  szybowały  ogniste  błyskawice.  W  pewnej
chwili Zekk przeleciał obok przeciwnika, a Vilas obrócił głowę i rozglądając się w prawo i w lewo,
próbował rzucić się w pościg.

Zekk  usiłował  znaleźć  wzrokiem  jakiś  przedmiot,  od  którego  mógłby  się  odepchnąć...  ale  nagle

jakiś  instynkt  Jedi  ostrzegł  go,  aby  zmienił  kierunek  lotu.  W  tej  samej  sekundzie  obok  młodzieńca
przeleciał  Vilas,  zadając  cios  pomrukującym  ostrzem  świetlnego  miecza.  Zekk  wykonał  przewrót
w tył, jakby przeskakiwał przez niewysoki płot... Okazało się jednak, że nie uczynił tego dostatecznie
szybko.  Sam  koniec  świetlistej  klingi  przeciwnika  musnął  skórę  bluzy  watowanego  kombinezonu,
z którego Zekk był tak dumny, pozostawiając w niej dymiące rozcięcie.

Z triumfalnym okrzykiem Vilas odwrócił się w locie, a Zekk poczuł, że zaczyna wzbierać w nim

background image

fala  gniewu.  Młodzieniec  wiedział,  że  gniew  pozwoli  mu  jeszcze  skuteczniej  czerpać  siły  ciemnej
strony  Mocy.  Wyciągnął  rękę  w  stronę  najbliższego  dryfującego  wielościanu.  Pochwycił  mający
kształt  piramidy  moduł  szklarniowy  i  cisnął  ciężkim  przedmiotem  w  przeciwnika  z  siłą  mogącą
strzaskać transpastalowe ściany.

Widząc  to,  Vilas  skulił  się  w  kłębek,  a  młodzieniec  w  tej  samej  chwili  machnął  ostrzem

świetlnego  miecza,  żeby  rozciąć  moduł  szklarniowy  na  dwie  części.  Oba  kawałki,  koziołkując
w powietrzu, poszybowały w różne strony.

Rysy  twarzy  ciemnowłosego  mężczyzny  wykrzywił  grymas  wściekłości.  Vilas  kopnął  jedną

z  przelatujących  obok  niego  części  piramidy,  co  pozwoliło  mu  znów  skierować  się  ku  Zekkowi.
Młodzieniec  czekał,  nie  unosząc  jednak  ostrza  świetlnego  miecza.  Zorientował  się,  że  mężczyzna
zamierza ciąć klingą miejsce, w którym w tej chwili znajduje się jego przeciwnik. Wiedział jednak,
że jeżeli ich ostrza znów się zetkną, obaj koziołkując w powietrzu, polecą w przeciwne strony. Kiedy
ujrzał,  że  Vilas  unosi  broń,  szykując  się  do  zadania  potężnego  ciosu,  posłużył  się  Mocą,  aby
odepchnąć siebie... i oddalić się od wroga.

Vilas ciął ze straszliwą siłą... ale jego energetyczna klinga z głośnym pomrukiem przecięła tylko

powietrze.  Ponieważ  nic  nie  zrównoważyło  siły  ciosu,  mężczyzna  zaczął  wirować  niczym  trąba
powietrzna. Nie umiejąc kontrolować swoich ruchów, bardzo szybko stracił orientację.

Zekk  skorzystał  z  okazji,  żeby  zyskać  chociaż  trochę  czasu.  Odepchnąwszy  się  od  jakiejś  bryły,

poszybował  w  kierunku  jednego  z  większych  meteorytów,  wiszącego  w  samym  środku  kulistego
amfiteatru.  Objął  go  rękami,  ale  po  chwili  obrócił  się  i  przykleił  plecy  do  chropowatej  kamiennej
powierzchni.

Mógł ukrywać się tam przez kilka chwil, ale później musi na nowo podjąć walkę.
 
Przebywający  we  wnętrzu  obserwacyjnego  bąbla  Qorl  stał  nieruchomo,  podczas  gdy  Brakiss

i Tamith Kai siedzieli na wyściełanych fotelach, obserwując przebieg pojedynku. Zarówno naczelnik
Akademii Ciemnej Strony, jak i Siostra Nocy przyglądali się swoim pupilom, licząc na to, że dzięki
ich zwycięstwu będą mogli być z nich dumni. Tymczasem Qorl usiłował ukryć niepokój, ale nie mógł
oderwać  spojrzenia  od  dwójki  młodych  utalentowanych  uczniów  toczących  zaciętą  walkę
w pomieszczeniu o zerowej sile ciążenia.

Oczy  Tamith  Kai,  w  napięciu  obserwującej  pojedynek,  rzucały  fioletowe  błyski.  Siostra  Nocy,

nie odwracając głowy, kątem szkarłatnowiśniowych ust odezwała się do Brakissa:

– Twój chłopak nie ma żadnych szans – oznajmiła kpiącym tonem. – Vilas jest o wiele bardziej

doświadczony. Ja go uczyłam, Vonnda Ra go szkoliła i nawet Garowyn udzielała mu rad. Nasz młody
bohater  jest  ukoronowaniem  wielu  lat  starań,  jakich  dokładamy  na  Dathomirze.  Przestań  zawracać
sobie  głowę  tym  niemądrym  pojedynkiem.  Po  prostu  mianuj  Vilasa  dowódcą  wszystkich  nowych
Ciemnych Jedi.

Brakiss  siedział,  zachowując  pozorny  spokój.  Qorl  widział  jednak  subtelne  zmiany  rysów  jego

twarzy,  jakie  pojawiały  się  za  każdym  razem,  kiedy  sytuacja  walczących  uczniów  ulegała  nagłym
zmianom,  i  był  pewien,  że  pojedynek  budzi  żywe  emocje  w  sercu  naczelnika  Akademii  Ciemnej
Strony.

– Ach, Tamith Kai – odparł Brakiss. – Zapominasz, że to ja uczyłem Zekka. To liczy się bardziej

niż wszystkie nauki, jakie mógł pobierać twój pupil, szkolony przez zastępy Sióstr Nocy.

Tamith  Kai  oderwała  spojrzenie  od  pola  walki  i  spiorunowała  młodego  mężczyznę  błyskiem

background image

fioletowych oczu. Pogardliwie prychnęła.

– Wydaje mi się – przemówił nagle Qorl – że Tamith Kai ma jednak trochę racji. Taki pojedynek

zakończy się przecież bezsensowną stratą. Bez względu na to, kto zwycięży, stracimy jego rywala –
ucznia  dysponującego  o  wiele  większymi  umiejętnościami  niż  wszyscy  pozostali,  których  nadal
będziemy szkolili w naszej akademii.

–  Ta  walka  ma  głęboki  sens  –  odrzekł  cierpliwie  Brakiss,  jakby  mówił  do  ucznia.  –  Pozostali

kandydaci znają swoje miejsca i będą wykonywali rozkazy posłusznie jak automaty. Co innego tych
dwóch... Każdy z nich myśli, że jest najlepszy. Mimo to tylko jeden będzie mógł rozkazywać uczniom
Jedi.  Tylko  jeden  zasługuje  na  miano  najdzielniejszego  wojownika.  Gdybyśmy  pozwolili  przeżyć
drugiemu, zawsze gardziłby zwycięzcą... i może nawet starał się poderwać jego autorytet. Nie, z całą
pewnością będzie lepiej, jeżeli się dowiemy, kto z tych dwóch jest silniejszy.

Tamith Kai zgodziła się z jego zdaniem.
–  Tak  –  oznajmiła.  –  Poza  tym  dobrze  zrobi  innym  uczniom,  jeżeli  zobaczą,  jak  jeden  z  nich

umiera.  Dopiero  wówczas  w  pełni  zrozumieją  głębię  naszej  determinacji...  i  uświadomią  sobie,  że
Drugie Imperium także od nich może kiedyś zażądać złożenia życia w ofierze.

Brakiss zamiast odpowiedzi tylko kiwnął głową.
Qorl  nie  odezwał  się  ani  słowem.  Nie  miał  zamiaru  sprzeczać  się  z  przełożonymi.  Dobrze

rozumiał, że zarówno naczelnik Akademii Ciemnej Strony, jak i Siostra Nocy są głęboko przekonani
o  racji  swojego  postępowania.  Kimże  był,  aby  miał  wątpić  o  słuszności  ich  opinii?  A  poza  tym,
nawet gdyby którykolwiek z dwójki młodych kandydatów chciał się poddać w nadziei, że ocali życie,
jaki  straszliwy  cios  poniosłoby  morale  wszystkich  widzów?  Mimo  wszystko,  poddanie  oznaczało
zdradę. Qorl pochylił się, by uważniej przyglądać się pojedynkowi.

 
Zekk  starał  się  uspokoić  oddech.  Rzecz  jasna,  nie  mógł  się  ukrywać  zbyt  długo  za  skalną

asteroidą...  a  przynajmniej  nie  na  oczach  wiwatujących  widzów,  coraz  bardziej  podnieconych
przebiegiem walki, w miarę jak stawała się bardziej zacięta. Jego dłonie były mokre od potu, a Zekk
wiedział,  że  nie  może  pozwolić  sobie  na  zgubienie  broni  w  niewłaściwej  chwili,  kiedy  będzie  jej
najbardziej  potrzebował.  Musi  zatem  być  czujny;  musi  ciągle  atakować.  Ponieważ  chciał  być
absolutnie  pewien,  wcisnął  guzik  na  obudowie,  blokujący  wysunięte  ostrze,  po  czym  zaczął  szukać
w myślach sposobu, który pozwoliłby mu pozbyć się Vilasa raz na zawsze.

Nagle usłyszał ciche skwierczenie dobiegające z drugiej strony meteorytu. Odruchowo odepchnął

się od skalnej bryły i w tej samej sekundzie ostrze miecza Vilasa rozcięło ją na połowy. Obie części
poszybowały  w  różne  strony,  ale  Zekk  zauważył,  że  jedna  płaszczyzna  każdej  bryły  była  gładka
i błyszczała jak lustrzana powierzchnia stopionego metalu. Gdyby w ostatniej chwili nie oderwał się
od meteorytu, ognista klinga broni jego przeciwnika rozcięłaby go na pół tak samo, jak skalną bryłę!

Młodzieniec  odwrócił  się  w  locie  i  zobaczył,  że  Vilas  szybuje  ku  niemu  z  uniesioną  świetlistą

klingą,  gotową  do  zadania  ciosu.  Uniósł  własne  ostrze,  żeby  odparować  atak.  Świetliste  smugi
ponownie się skrzyżowały, posyłając we wszystkie strony snopy iskier. Obaj naparli z całej siły, ale
nie  mając  oparcia,  po  chwili  się  rozdzielili.  Nie  wyłączając  zablokowanych  ostrzy,  zaczęli
dryfować, i zacisnąwszy zęby, wyzywająco piorunowali się spojrzeniami.

Nagle spojrzenie Vilasa padło na jakiś punkt tuż za plecami Zekka. Młodzieniec nie miał jednak

czasu  zorientować  się,  co  knuje  jego  przeciwnik,  gdyż  w  następnej  sekundzie  poczuł,  że  dryfujący
metalowy pręt wbił się w jego plecy, mniej więcej pośrodku między łopatkami. Poczuł dotkliwy ból,

background image

który  przewędrował  wzdłuż  całego  kręgosłupa.  Zachłysnął  się  powietrzem,  ale  później,  pragnąc
opanować  ból,  wypuścił  je  z  głośnym  sykiem.  Spostrzegł  jednak,  że  świetlny  miecz  wysunął  się
z jego palców i zaczął koziołkować, przecinając powietrze płonącym świetlnym ostrzem.

Widząc,  jak  Zekk  rozpaczliwie  wymachuje  rękami,  usiłując  oddalić  się  od  przeciwnika,  tłum

podnieconych  widzów  zawył  z  uciechy.  Tymczasem  Vilas  złowieszczo  wyszczerzył  zęby
i  odepchnąwszy  się,  pofrunął  ku  niemu.  Młodzieniec  nie  mógł  nawet  marzyć  o  tym,  aby  w  porę
pochwycić  swoją  broń.  Wirując  jak  płonący  jarzeniowy  pręt,  miecz  szybował  w  kierunku  jednego
z  balkonów.  Przebywający  na  nim  widzowie  rzucili  się  do  panicznej  ucieczki,  starając  się  zejść
z toru lotu niebezpiecznego urządzenia.

Zekk wyciągnął za siebie rękę i pochwycił wciąż jeszcze dryfujący metalowy pręt. Posługując się

nim jak włócznią, ale nie wypuszczając z dłoni, pchnął z ogromną siłą. Rozległ się świst rozcinanego
powietrza, a metalowa dzida bez trudu pokonała odległość dzielącą ją od przeciwnika. Pozbawiony
oparcia młodzieniec szybujący w pomieszczeniu o zerowej sile grawitacji zaczął jednak wirować jak
szalony.

Zamachnąwszy  się  ostrzem  własnego  miecza  świetlnego,  Vilas  smagnął  skierowaną  ku  niemu

metalową dzidę. Odciął kawałek długości blisko pół metra. Tymczasem Zekk, nie przestając obracać
się  wokół  własnej  osi,  próbował  ponowić  atak  metalowym  prętem.  Ciemnowłosy  mężczyzna  zadał
mieczem  drugi  cios,  który  jednak  chybił  celu.  Wówczas  młodzieniec  dźgnął  włócznią  po  raz  drugi
i tym razem udało mu się trafić przeciwnika. Rozżarzony koniec pręta przebił materiał watowanego
kombinezonu Vilasa i wbił się w ciało, aż przypalił żebro.

Młody mężczyzna zawył z bólu. Uchwycił pręt, wyszarpnął; z rany, a potem wyrwał z rąk Zekka

i odrzucił na bok. Młodzieniec znów poszybował w powietrzu, ale odbił się od powierzchni jednej
z  unoszących  się  asteroid,  a  następnie,  wysyłając  myślowe  palce  Mocy,  przywołał  swój  miecz
świetlny. Broń przestała koziołkować, na sekundę znieruchomiała, po czym zmieniła kierunek lotu, by
po chwili wślizgnąć się między palce.

Kiedy  Zekk  odwrócił  się,  by  ponownie  spojrzeć  na  Vilasa,  przekonał  się,  że  jego  przeciwnik

zniknął.  Knujący  jakiś  podstęp  młody  mężczyzna  z  Dathomiry  ukrył  się,  podobnie  jak  przedtem
uczynił  to  młodzieniec  z  Coruscant.  Zekk  zmrużył  oczy  i  otworzył  umysł  na  przepływ  Mocy.
Wsłuchiwał się we własne myśli, próbując odkryć, za którą przeszkodą ukrył się Vilas.

Hałas, napływający ze wszystkich stron, niczego mu nie sugerował... ale mimo to Zekk usłyszał

ciche  tyk-tyk-tyk  napływające  z  drugiej  strony  dwóch  połączonych  pojemników  towarowych.
Młodzieniec postanowił sprawdzić, co się dzieje. Nie wiedział, co planuje Vilas, ale nie zamierzał
dawać przeciwnikowi czasu na wprowadzenie planu w życie.

Posługując  się  Mocą,  ruszył  w  stronę  źródła  dźwięku.  Pochwyciwszy  krawędź  metalowej

skrzyni,  zmienił  kierunek  lotu,  ale  kiedy  szykując  się  do  zadania  ciosu,  uniósł  ostrze  świetlnego
miecza,  przekonał  się,  że  widzi  tylko  niewielki  kawałek  skały,  obijający  się  o  metalową  ścianę.
Uzmysłowił  sobie,  że  Vilas,  również  używając  Mocy,  odwrócił  jego  uwagę,  a  sam  ukrył  się  gdzie
indziej i przygotował do ataku...

Tknięty  nagłym  przeczuciem,  obrócił  się  wokół  własnej  osi.  Był  pewien,  że  Vilas  musi

zaatakować.  Reagując  odruchowo,  otworzył  umysł  na  przepływ  Mocy  i  postanowił  działać,  nie
tracąc ani chwili.

Zanim miał czas uzmysłowić sobie, na co spoglądają jego oczy; zanim zdążył się zastanowić, co

chce  zrobić,  wyprostował  się  i  uniósł  ręce  nad  głowę,  gotów  do  zadania  ciosu.  Zamierzał  włożyć

background image

w niego całą siłę, jaką jeszcze dysponował.

W  ułamku  sekundy,  mimo  oślepiającej  szkarłatnej  smugi,  która  przesunęła  się  przed  oczami,

zobaczył,  że  Vilas,  szczerząc  zęby  w  drapieżnym  uśmiechu,  wyskakuje  z  pojemnika.  Ciemnowłosy
mężczyzna z Dathomiry ukrył się tam, kiedy przygotowywał zasadzkę, licząc na to, że bez trudu zabije
niczego nie podejrzewającego przeciwnika.

A jednak Zekk okazał się sprytniejszy.
Świetliste  ostrze  jego  miecza  napotkało  Vilasa;  pojawił  się  jaskrawy  błysk,  a  po  chwili

straszliwy  odór.  Oślepiająco  jasna  energetyczna  klinga  przecięła  ciało,  przypalając  kości.  Z  gardła
Vilasa  wydobył  się  bulgotliwy  dźwięk.  Mężczyzna  nie  przestał  jednak  szybować  w  powietrzu...
w dwóch oddalających się od siebie dymiących kawałkach.

Charkot  konającego  Vilasa  został  zagłuszony  przez  ryk  triumfu,  jaki  wydarł  się  z  piersi

wszystkich widzów.

Zekk  wpatrywał  się  w  pulsujące  szkarłatne  ostrze  świetlnego  miecza,  zbyt  przerażony  tym,  co

zrobił, żeby zerknąć na ciało przeciwnika. Widzowie nie przestawali wznosić radosnych okrzyków.
To nie była symulacja – uświadomił sobie chłopiec. To wszystko działo się naprawdę.

Młodzieniec wiedział, że uczynił kolejny wielki krok na drodze wiodącej go ku ciemnej stronie.

Nie potrafiąc znaleźć słów, uniósł głowę. Po chwili ponad ryk rozentuzjazmowanych widzów przebił
się głos Brakissa. Z siłą gromu zabrzmiał w pomieszczeniu o zerowej sile grawitacji.

– Doskonale, Zekku! – krzyknął naczelnik Akademii Ciemnej Strony. – Wiedziałem, że dasz sobie

radę.

Później rozległ się cokolwiek rozdrażniony głos Tamith Kai.
– Moje gratulacje, młody lordzie Zekku.
Nagle wydarzyło się coś, co wprawiło młodzieńca w absolutne zdumienie, przewyższając nawet

wstrząs,  jaki  przeżył  wskutek  zabicia  Vilasa.  Powietrze  pośrodku  kulistego  amfiteatru  zamigotało
i  zalśniło,  a  po  chwili,  przesłaniając  nawet  widok  dryfujących  przeszkód,  pojawił  się  złowieszczy
holograficzny wizerunek. Ukazała się ogromna, okryta kapturem twarz Imperatora, który także pragnął
pogratulować młodzieńcowi.

– Zwyciężyłeś w tej walce, Zekku.
Imperator przemówił tonem świadczącym o tak absolutnej władzy, że młodzieniec miał wrażenie,

iż krew w jego żyłach zamienia się w lód. Zachłysnął się powietrzem. Wszyscy inni uczniowie także
patrzyli, chłonąc każde słowo wielkiego wodza.

– Ty jesteś moim Najciemniejszym Rycerzem, Zekku – ciągnął Palpatine. – Osobiście wybieram

ciebie,  żebyś  poprowadził  moich  Jedi  do  walki  przeciwko  uczniom  kształcącym  się  w  akademii
Skywalkera.

background image

 

 

 

Rozdział 19

 
 
Kiedy  Tenel  Ka,  wyrwana  z  głębokiego  snu  w  samym  środku  nocy,  obudziła  się  i  usiadła  na

łóżku, stłumiony huk eksplozji z wolna cichnął.

Wojowniczka wytężyła słuch, ale nie usłyszała żadnych innych niezwykłych dźwięków. Od czasu,

kiedy zamieszkała w chronionej przez grube mury fortecy, kilkakrotnie rzucała się we śnie i obracała
z boku na bok, ale nigdy jeszcze nie obudziła się bez powodu. Czy naprawdę usłyszała huk eksplozji?
Nie była pewna. Może tylko uległa złudzeniu, wywołanemu przez szczególnie niespokojny sen?

Otaczały  ją  cztery  ściany  mrocznej  komnaty,  rozjaśnianej  jedynie  wpadającą  przez  okno

srebrzystą  poświatą  księżyców.  Wszędzie  było  jednak  bardzo  cicho.  Zbyt  cicho.  Starając  się
poruszać  jak  duch,  Tenel  Ka  jednym  płynnym  ruchem  zeskoczyła  z  łóżka.  Przez  chwilę  stała
nieruchomo i nasłuchiwała, po czym, stąpając na palcach, podeszła do okna.

Czuła,  że  jej  ciało  pokrywa  się  gęsią  skórką,  ale  nie  była  to  reakcja  wywołana  chłodem  nocy.

Dziewczyna  uzmysłowiła  sobie,  że  w  ten  sposób  reagują  jej  zmysły  Jedi,  informując
o  niebezpieczeństwie...  trudnym  do  określenia  niepokoju,  który  bardzo  szybko  przeradzał  się
w prawdziwe przerażenie. Doszła do wniosku, że z pewnością dzieje się coś złego.

Spojrzała przez okno na widoczną w dole połyskującą powierzchnię oceanu, którego drugi koniec

ginął  w  nieprzeniknionych  ciemnościach  nocy.  O  spiczaste  wierzchołki  raf  rozbijały  się  grzywacze
fal,  oświetlonych  księżycowym  blaskiem.  Wojowniczka  słyszała  wyraźnie  szum  pieniących  się  fal
oceanu... i nagle uświadomiła sobie, że przecież ten dźwięk nie powinien być tak intensywny.

Co się stało ze wszechobecnym pomrukiem chroniących fortecę pól siłowych, włączanych także

na czas nocy?

Tenel  Ka  wychyliła  się  przez  okno  i  zmrużywszy  oczy,  zaczęła  przepatrywać  okolicę.  Powinna

była  gdzieś  dostrzec  ostrzegawcze  migotanie  powietrza,  świadczące  o  obecności  siłowego  pola...
Nigdzie  jednak  nie  zauważyła  drżącej  mgiełki.  W  pewnej  chwili  zwróciła  uwagę  na  błysk  światła
i smugę dymu w okolicach siłowni twierdzy.

Już miała cofnąć się, odwrócić i podnieść alarm... ale jej spojrzenie przykuło coś, co poruszało

się  u  stóp  fortecy.  Z  bijącym  sercem,  wytężając  wszystkie  zmysły  Jedi,  spojrzała  w  mroczną
przepaść,  gdzie  z  morza  wyrastała  pionowa  ściana,  otoczona  wyszczerbionymi  rafami.  Zobaczyła
sylwetkę  dziwnego,  długiego  i  kanciastego  zakamuflowanego  statku,  unoszącego  się  tuż  nad
powierzchnią fal dzięki pracy repulsorów.

– A. Aha – odezwała się do siebie. – Bez wątpienia jakaś jednostka szturmowa.
W tej samej chwili ujrzała poruszające się sylwetki... co najmniej kilkanaście.
Sylwetki czarnych wielonogich stworzeń, które niczym ogromne insekty roiły się u stóp fortecy...

i  bez  trudu  wspinały  się  po  pionowych  ścianach.  Tenel  Ka  natychmiast  rozpoznała  taktykę  ataku,

background image

czarne  chitynowe  pancerze  i  charakterystyczne,  szybkie  ruchy,  jakimi  istoty  przyczepiały  do  ściany
segmentowane odnóża. Poczuła, że w jej żołądku tworzy się bryła lodu, a w żyłach zaczyna pulsować
zwiększona dawka adrenaliny. Bartokkowie, nieustępliwe, człekokształtne pajęczaki, działały zawsze
w  grupach  słynących  z  bezwzględności  i  pomysłowości,  dzięki  którym  wynajmowano  ich  jako
płatnych skrytobójców.

Tenel  Ka  podbiegła  do  komunikatora,  zawieszonego  na  kamiennej  ścianie  obok  drzwi  komnaty,

i  uderzyła  otwartą  dłonią  w  przycisk  alarmu  ogólnego...  nic  jednak  się  nie  wydarzyło.  Z  całej  siły
wcisnęła guzik po raz drugi, lecz cały system alarmowy fortecy przestał funkcjonować.

– Światła! – zawołała, ale w jej komnacie nie zapalił się ani jeden panel jarzeniowy. Zapewne

wszystkie urządzenia zasilające Reef Fortress, nie wyłączając rezerwowych, zostały uszkodzone.

Sytuacja wyglądała zatem jeszcze groźniej, niż przypuszczała.
Dziewczyna  pochyliła  się  i  posługując  się  kikutem  ręki,  by  przytrzymać  sprzączkę,  poświęciła

chwilę, żeby zapiąć pas z kieszeniami na kostiumie z elastycznej jaszczurczej skóry, w którym spała.
Zaczesała włosy na tył głowy i przewiązała je rzemykiem, pozwalając, aby długie złocistorude pukle
ułożyły się wokół jej głowy jak korona. Musiała działać bez chwili zwłoki. W pierwszej kolejności
powinna wszystkich obudzić.

Wybiegła  na  korytarz  i  zaczęła  walić  pięścią  w  drzwi  komnaty  zajmowanej  przez  Jacena.

Lowbacca, który musiał obudzić się chwilę wcześniej, zaryczał i otworzył na oścież drzwi swojego
pomieszczenia. Po chwili pojawiła się także Jaina.

– Co się stało? – zapytał zaspany Jacen, niepewnie przeczesując palcami rozwichrzone włosy.
–  Zagraża  nam...  niebezpieczeństwo  –  odparła  Jaina,  która  również  wyczuwała  niezwykłą

sytuację. – Poważne niebezpieczeństwo.

Lowbacca zaryczał. Próbował zapiąć pas, upleciony z błyszczących białych włókien syreniowca,

nie zwracając uwagi, że długie kosmyki jego zmierzwionej sierści sterczą we wszystkie strony.

– Niebezpieczeństwo? – odezwał się Em Teedee. – Czy trochę nie przesadzamy?
– Nie. Ani trochę – odparła Tenel Ka. – Urządzenia energetyczne fortecy zostały odłączone albo

zniszczone, a poza tym nie funkcjonuje chroniące Reef Fortress pole siłowe. Zasilające je generatory
są zniszczone, a my jesteśmy atakowani przez oddział skrytobójców, bezlitosnych Bartokków.

Jacen się wzdrygnął.
–  Hej,  słyszałem  o  nich!  –  oznajmił.  –  Pajęczaki,  prawda?  Nie  cofną  się  przed  niczym,  aby

zamordować ofiarę, a przy tym działają w grupach, obdarzonych zbiorową świadomością.

Tenel Ka kiwnęła głową.
–  Są  bezwzględnymi  najemnikami  i  rzeczywiście  wszyscy  walczą  jak  jeden  organizm.  Usiłując

zabić  wskazaną  osobę,  nie  ustają  w  staraniach,  dopóki  pozostaje  przy  życiu  chociaż  jeden  osobnik
należący do ich roju albo dopóki nie zginie ich ofiara.

– Jestem pewien, że to bardzo skuteczna metoda – zauważył Em Teedee. – Z pewnością te istoty

nie są przyjaźnie nastawione.

Jaina zmarszczyła brwi. W jej spojrzeniu kryło się zdecydowanie.
– No, to na co jeszcze czekamy? – zapytała.
Zniknęła  za  drzwiami  rupieciarni,  by  po  chwili  powrócić  z  mieczem  świetlnym  w  dłoni.  Jacen

także pobiegł do swojej komnaty-akwarium, aby wziąć swoją broń.

Opierając dłoń na rękojeści miecza, jak zwykle wiszącą u pasa, Lowbacca wyzywająco zaryczał.
– Bardzo proszę, niech pan nie ulega manii wielkości, panie Lowbacco – skarcił go Em Teedee.

background image

– To może być groźne dla pańskiego zdrowia.

Lowie prychnął. Ciemne pasmo włosów, biegnące przez czubek głowy, zjeżyło się ze złości.
Tenel Ka weszła do komnaty zajmowanej przez Wookiego i zdjęła ze ściany ceremonialną zębatą

włócznię, zawieszoną tam w charakterze ozdoby. Trzymając ją w jednej dłoni, oświadczyła:

– Musimy z nimi walczyć.
Nagle  wszyscy  usłyszeli  trzask  i  krzyk,  a  później  odgłosy  strzałów.  Dźwięki  dobiegały

z  przeciwległego  końca  korytarza  wiodącego  do  położonej  nieco  na  uboczu  wieży,  w  której
znajdowały się komnaty zajmowane przez matriarchinię.

– Moja babka! – krzyknęła Tenel Ka. – Wygląda na to, że to ona jest głównym celem!
Nie  wypuszczając  włóczni,  puściła  się  biegiem  po  gładkich  kamieniach  pogrążonego  niemal

w  całkowitych  ciemnościach  korytarza.  Nie  świecił  się  żaden  panel  jarzeniowy,  a  widoczność
umożliwiał  jedynie  wpadający  przez  okna  fortecy  blask  księżyców.  Mimo  to  Tenel  Ka  jeszcze
z czasów dzieciństwa dobrze znała każdy zakręt korytarza.

Lowbacca  biegł  za  nią,  od  czasu  do  czasu  groźnie  warcząc.  Bliźnięta  pędziły  jak  mogły

najszybciej,  usiłując  nie  pozostawać  w  tyle.  Oboje  zapaliły  miecze  świetlne,  żeby  lepiej  widzieć
drogę  w  blasku,  rzucanym  przez  świetliste  klingi.  Tenel  Ka  usłyszała  kolejne  okrzyki  i  odgłosy
świadczące o tym, że gdzieś przed nią wre zacięta walka, a później dobiegł ją głos babki wołającej
o pomoc.

– Musimy się pospieszyć – powiedziała, jeszcze bardziej zwiększając tempo biegu. Była pewna,

że ktoś musiał wynająć oddział skrytobójców, by usunąć z drogi byłą królową. Czy za tym wszystkim
kryła  się  pani  ambasador  Yfra?  Gdyby  Ta’a  Chume  zginęła,  zanim  zdążą  powrócić  rodzice  jej
wnuczki,  żądna  władzy  kobieta  zapewne  nie  obawiałaby  się  odzianej  w  strój  z  gadziej  skóry
jednorękiej dziewczyny. Tak, Yfra mogłaby bez wysiłku przejąć władzę nad całą gromadą gwiezdną
Hapes.

Mimo  iż  Tenel  Ka  czuła,  że  ta  myśl  doprowadza  ją  do  wściekłości,  w  tej  chwili  nie  mogła

pozwolić sobie, żeby o tym myśleć.

Ujrzała,  jak  z  bocznych  odnóg  korytarza  wyłania  się,  klekocząc  kończynami,  kilka  czarnych

pajęczaków.  Dorównujący  wzrostem  dziewczynie  Bartokkowie  poruszali  się  wyprostowani,
wspierając się na dwóch mocarnych tylnych nogach. Środkowa  para  odnóży,  wyrastająca  pośrodku
tułowia, służyła do chwytania i trzymania różnych przedmiotów, a para górnych kończyła się długimi
i  zakrzywionymi  pazurami,  podobnymi  do  ostrzy  kos  używanych  kiedyś  do  ścinania  łanów  zboża.
Kończyny  były  w  ciągłym  ruchu,  a  zębate  pazury  nieustannie  przecinały  powietrze  z  boku  na  bok,
żeby ostre jak brzytwy krawędzie mogły rozszarpać wroga na kawałki.

Bartokkowie,  ujrzawszy  niespodziewanie  nowych  przeciwników,  zaklekotali  i  zaskrzeczeli,

usiłując ich przestraszyć. Tenel Ka jednak nie zwolniła biegu. Wzywając na pomoc całą siłę mięśni
jedynej  sprawnej  ręki,  zamachnęła  się  i  przeszyła  włócznią  tułów  najbliższego  skrytobójcy,  który
wyłonił się z lewej odnogi korytarza. Stworzenie zaczęło wymachiwać czworgiem górnych kończyn,
próbując wyrwać drzewce z ręki dziewczyny, ale Tenel Ka obróciła je w dłoniach i szarpnęła w ten
sposób,  by  uzębione  ostrze  rozerwało  ciało  pajęczaka.  Twardy  egzoszkielet  pękł  z  głośnym
chrupnięciem, a na kamienne płyty zaczęła wyciekać gęsta zielonkawoniebieska posoka. Kiedy Tenel
Ka  wyciągnęła  włócznię,  ciało  Bartokka,  wstrząsane  przedśmiertnymi  drgawkami,  z  grzechotem
runęło na posadzkę.

Biegnący  za  wojowniczką  Lowbacca  zmierzył  się  z  następnym  najemnikiem.  Machnąwszy

background image

poziomo  świetlnym  mieczem,  rozciął  ciało  pajęczaka  na  połowy.  Dymiące  szczątki,  nie  przestając
kurczyć się i rozkurczać, rozleciały się w przeciwne strony.

Bliźnięta pospieszyły, żeby pomóc przyjaciołom.
– Doskonale! – zawołał Jacen. – Dwóch już nie żyje.
Tenel Ka, nie ustając w biegu, odwróciła głowę.
– Nie możemy być pewni, że ci dwaj nie żyją – powiedziała. – A poza tym nie zapominajcie, że

istoty  są  obdarzone  zbiorową  świadomością.  Teraz  wszyscy  skrytobójcy  –  a  rój  liczy  zazwyczaj
piętnastu osobników – wiedzą o tym, że przybywamy z pomocą mojej babce.

Kiedy  skręcili  za  róg  korytarza  i  znaleźli  się  w  pobliżu  opancerzonych  drzwi  apartamentu

matriarchini,  zobaczyli,  że  atakuje  je  pięć  innych  pajęczaków.  Progu  broniło  dwóch  osobistych
strażników Ta’a Chume, ale było widać, że Bartokkom niemal udało się ich pokonać.

Widząc, że młodzi rycerze Jedi biegną z odsieczą, skrytobójcy pochwycili obu słaniających się

na  nogach  strażników  broniących  dostępu  do  komnat  matriarchini  i  zaczęli  odciągać  ich  na  bok.
Mężczyźni opierali się i krzyczeli, ale po chwili zostali obezwładnieni.

Mimo  iż  pokonanie  strażników  miało  umożliwić  mordercom  wdarcie  się  do  apartamentu

matriarchini,  odwróciło  ich  uwagę  od  czworga  młodych  Jedi,  którzy  mogli  spokojnie  pokonać
odległość  dzielącą  ich  od  pierwszych  napastników.  Bliźnięta,  machnąwszy  świetlistymi  klingami
mieczy,  rozcięły  dwóch  najbliżej  stojących  Bartokków  na  drgające  kawałki.  Niemal  w  tej  samej
chwili Lowbacca zderzył się z trzecim skrytobójcą i popchnął go na kamienną ścianę z taką siłą, że
chitynowy pancerz istoty pękł na dwoje.

– Do środka! – krzyknęła Tenel Ka. Słyszała, jak jej babka wzywa na pomoc innych strażników,

ale  w  pobliżu  nie  było  żadnego,  który  mógłby  pospieszyć  z  odsieczą.  Zamiast  nich  do  komnaty
wpadło czworo młodych Jedi.

– Lowie, pomóż mi zamknąć te drzwi! – krzyknęła Jaina.
Chudy Wookie naparł barkiem na opancerzoną płytę, a dziewczyna popchnęła, próbując pokonać

opór stawiany przez kończyny Bartokków i nie przejmując się kłapiącymi pazurami. Oba zaskoczone
tym  pajęczaki  odskoczyły,  by  nie  zostać  zmiażdżone  przez  zamykającą  się  ciężką  taflę,  ale  już
w  następnej  sekundzie  zaczęły  na  nowo  napierać  i  drapać  pazurami.  Krótka  chwila  zaskoczenia
wystarczyła jednak, żeby drzwi się zamknęły.

– Zablokujcie zamek! – wydyszała Jaina. Wojowniczka natychmiast przesunęła rygiel.
Pozostali  na  korytarzu  Bartokkowie  walili  w  pancerną  płytę  i  drapali  odrzwia  ostrymi  jak

brzytwy  pazurami.  Metalowa  płyta  raz  po  raz  lekko  drżała,  obijając  się  o  framugę,  i  Tenel  Ka
uświadomiła sobie, że niedługo ustąpi pod naporem wściekłych razów.

Pomyślała jednak, że w tej chwili ma na głowie kilka innych zmartwień.
Oprócz  niej  i  trojga  przyjaciół,  w  apartamencie  jej  babki  zostało  zamkniętych  trzech  innych

Bartokków.  Chronione  przez  czarne  pancerze  bezlitosne  pajęczaki  parły  naprzód,  skupiwszy  uwagę
na głównym celu.

Stara  matriarchini,  która  zabarykadowała  się  w  rogu  komnaty,  rozpaczliwie  wymachiwała

oderwaną nogą jakiegoś mebla, starając się odpędzić napastników. Młodzi rycerze Jedi skoczyli, by
obronić  byłą  królową,  ale  jeden  z  płatnych  morderców,  wyciągając  ostre  jak  brzytwy  pazury,
odwrócił się w ich stronę.

Tenel  Ka  ujrzała,  że  bezlitosny  pajęczak  wybiera  ją  jako  cel  ataku,  i  zwróciła  się  ku  niemu,

unosząc  włócznię.  Pchnęła  ozdobne  drzewce  z  taką  siłą,  że  zębaty  grot  przebił  błyszczącą  skorupę

background image

pancerza, przeszedł na wylot i zaklinował się w szczelinie między kamieniami muru. Wojowniczka
pozostawiła  Bartokka  wiszącego  na  ścianie  jak  owada  przyszpilonego  w  albumie  kolekcjonera.
Mimo  to  stworzenie  nie  przestawało  się  wić  i  wymachiwać  kończynami,  bezskutecznie  usiłując
dosięgnąć któregoś spośród młodych Jedi.

Tymczasem Jacen podbiegł, unosząc ostrze świetlnego miecza. Opuściwszy je, odciął wielooką

głowę drugiego potwora, który właśnie szykował się do skoku na prowizoryczną barykadę. Widząc
to,  Lowbacca  głośno  ryknął,  po  czym  opuścił  posterunek  przy  grzechoczących  drzwiach,  by
pochwycić ostatniego Bartokka. Zamknąwszy go w uścisku mocarnych rąk, uniósł nad podłogę i nie
przejmując  się  wymachującymi  kończynami,  podszedł  do  otwartego  okna  i  wyrzucił  za  parapet.
Skrytobójca koziołkując w powietrzu, spadł z wysokości prawie trzydziestu metrów i roztrzaskał się
u stóp wieży o zębate rafy.

–  Hej!  –  krzyknął  nagle  Jacen,  ujrzawszy,  że  Bartokk,  któremu  odciął  głowę,  zamiast  leżeć,

wstrząsany przedśmiertnymi drgawkami, nie przestaje kroczyć w stronę zaniepokojonej matriarchini.
– Czy ty nigdy nie umrzesz?

Machnął  ponownie  świetlistą  klingą,  odcinając  obie  tylne  kończyny  bezgłowego  napastnika.

Tułów  pajęczaka  z  trzaskiem  runął  na  kamienne  płyty.  Stworzenie,  przebierając  pozostałymi
odnóżami, nadal jednak pełzło w kierunku byłej monarchini. Odcięta głowa spoczywała na posadzce
przy ścianie, ale zwracając na cel wielofasetkowe oczy, jakimś sposobem kierowała ruchami reszty
ciała.

–  Ci  zabójcy  są  obdarzeni  zbiorową  świadomością  obejmującą  wszystkich  członków  roju  –

przypomniała  Tenel  Ka.  –  Nie  mają  mózgów,  a  ich  funkcje  pełnią  sieci  neuronowe  przebiegające
przez ich ciała. Pojedynczego osobnika nie powstrzyma zwykłe odcięcie głowy. Szczątki będą nadal
wykonywać powierzone zadanie.

Machnąwszy jeszcze raz ostrzem broni, Jacen rozciął tors stworzenia na połowy.
– To zaczyna być absurdalne – oznajmił.
Lowbacca  podszedł  do  miejsca  w  pobliżu  ściany,  gdzie  spoczywała  odcięta  głowa  pajęczaka.

Z  prawdziwą  radością  uniósł  nogę  i  z  całej  siły  opuścił  ją  na  kulisty  czerep,  rozgniatając  go  jak
dokuczliwego żuka.

Koścista  stara  matriarchini  odrzuciła  na  bok  odłamaną  nogę  mebla,  którą  wymachiwała  jak

maczugą.

– Dziękuję ci, wnuczko, że przybyłaś, by mnie uratować – powiedziała – ale wszystko wskazuje

na  to,  że  przeciwnicy  zmobilizowali  do  walki  ze  mną  przeważające  siły.  Opanowali  niemal  całą
fortecę, a ja nie dysponuję żadnym środkiem, który pozwoliłby nam uciec.

Spoczywające na kamiennej posadzce zbroczone posoką szczątki porąbanego tułowia skrytobójcy

wciąż  jeszcze  zwijały  się  i  drgały.  Nadal  groźne,  nie  przestawały  na  oślep  pełznąć  w  stronę  byłej
monarchini.  Przyszpilony  przez  Tenel  Ka  Bartokk,  zwisający  na  ścianie,  także  szarpał  się
i wymachiwał kończynami, usiłując złamać drzewce włóczni dziewczyny.

Pozostała  na  korytarzu  grupa  najemników,  bez  wątpienia  należących  do  tego  samego  roju,

nieustannie atakowała pancerną płytę drzwi wejściowych komnaty. Stojąca obok macochy Tenel Ka
wyraźnie  dostrzegała  wyskakujące  nity  i  kruszące  się  kamienie  w  miejscach,  gdzie  znajdowały  się
zawiasy. Widziała, jak masywna metalowa płyta powoli zaczyna się wybrzuszać...

Z pewnością nie wytrzyma bardzo długo.

background image

 

 

 

Rozdział 20

 
 
Jaina  rozejrzała  się  po  pogrążonym  w  ciemnościach  pomieszczeniu,  w  którym  się

zabarykadowali.  Rozpaczliwie  szukała  czegoś,  co  pomogłoby  im  w  ucieczce.  Słysząc  nieustanne,
z  każdą  chwilą  coraz  głośniejsze  łomotanie  kończyn  atakujących  opancerzone  drzwi  skrytobójców,
zorientowała się, że nie potrafi trzeźwo myśleć. Przez okno wpadała poświata księżyców płynących
po  zwodniczo  spokojnym  niebie.  Ich  blask  srebrzył  wszystkie  przedmioty  różnymi  odcieniami
szarości, czerni i bieli.

– Musimy się jakoś stąd wyrwać – oznajmiła Jaina.
– To jest fakt. – Tenel Ka ponuro kiwnęła głową.
Jacen odwrócił się ku matriarchini.
– Hej, jeżeli pani coś wie na temat ukrytego przejścia, którym moglibyśmy stąd uciec – zaczął –

może byłaby właściwa pora, żeby pani nam o nim powiedziała?

– Żadnego nie ma – odparła Ta’a Chume. – Komnaty w tej wieży zostały zaprojektowane w ten

sposób,  żeby  mogły  służyć  jako  bezpieczne  kryjówki.  Nie  istnieje  ukryte  przejście,  którym  mogliby
przedostać  się  skrytobójcy.  Prawdę  mówiąc,  całą  fortecę  wzniesiono  tak,  aby  była  niemożliwa  do
zdobycia.

Jaina parsknęła.
– Może powinna pani zwolnić z pracy królewskiego architekta – zasugerowała.
Tenel  Ka  sięgnęła  do  pasa  i  wyciągnęła  z  kieszeni  cienką,  wytrzymałą  linkę  zakończoną

rozkładaną kotwiczką.

–  Nie  widzę  innego  sposobu  –  oświadczyła.  –  Musimy  uciec  w  ten  sam  sposób,  w  jaki  istoty

przedostały  się  do  fortecy.  Nie  tylko  powinniśmy  opuścić  twierdzę,  ale  musimy  wynieść  się  z  tej
wyspy.

– Dokąd mamy uciekać, Tenel Ka? – zapytał Jacen. – Przebywamy tu jak w więzieniu.
– Mam! – krzyknęła Jaina, która zrozumiała, co planuje jej przyjaciółka. – Skorzystamy z jakiegoś

szybkiego ścigacza i popłyniemy nim w stronę lądu. To nasza jedyna szansa.

Surowa matriarchini podeszła do okna i spojrzała na niemal pionową skalną ścianę.
– Czy chciałaś przez to powiedzieć, że zejdziemy po linie? – zapytała, zwracając się do wnuczki.
– Tak, babciu – odparła Tenel Ka, starannie zaczepiając ramiona kotwiczki o kamienny parapet

okna.  –  Chyba  że  wolisz  skorzystać  ze  swoich  dyplomatycznych  umiejętności,  żeby  dojść  do
porozumienia z Bartokkami.

W surowych oczach matriarchini pojawiły się stanowcze błyski.
–  Jeszcze  nigdy  nie  pozwoliłam,  by  ktokolwiek  oprócz  mnie  decydował  o  moim  losie  –  rzekła

Ta’a  Chume.  –  Wolę  runąć  w  przepaść,  uciekając,  niż  zginąć,  zamordowana  we  własnej  sypialni

background image

przez  gigantyczne  pajęczaki. A  zatem,  niech  tak  się  stanie.  Jak  proponowałaś,  spróbujemy  zejść  po
linie.

Tenel Ka pokręciła głową.
– Nie, babciu. Zejdziemy po linie – poprawiła. – Prób nie ma.
Jaina szarpnęła linkę. Zaczepiona kotwiczka nie puściła.
– W takim razie wynośmy się stąd – oświadczyła.
Lowbacca zabeczał, wtrącając jakąś uwagę. Em Teedee natychmiast zapiszczał:
– O rety! Czy naprawdę to konieczne?
Kiedy  Wookie  w  odpowiedzi  groźnie  warknął,  z  głośnika  miniaturowego  androida-tłumacza

wydarło się elektroniczne westchnienie.

– Pan Lowbacca jest zdania, że będzie najrozsądniej, jeżeli zejdzie pierwszy... i, niestety, jestem

zmuszony przyznać, że ma rację. Ma dużo doświadczenia we wspinaniu się i schodzeniu, a poza tym
jest  silny  i  kiedy  znajdzie  się  na  dole,  będzie  mógł  trzymać  naprężoną  linkę,  tak  aby  mogli  zejść
pozostali.

– Nie sposób sprzeciwić się logice tego rozumowania – przyznała Jaina. – Schodź, Lowie.
Podczas gdy Em Teedee nie przestawał piszczeć, ostrzegając przed niebezpieczeństwami, młody

Wookie  zniknął  za  parapetem  i  zawisnął  nad  przepaścią,  powierzając  połyskującej  cienkiej  lince
cały  ciężar  ciała.  Później,  chwytając  ją  na  przemian  raz  jedną  długą  ręką,  a  raz  drugą,  zaczął
schodzić,  od  czasu  do  czasu  odpychając  się  od  pionowej  ściany.  Stopniowo  płaczliwe  piski  Em
Teedee stawały się coraz cichsze, aż w końcu Lowie stanął u stóp wieży. Cofnąwszy się o krok od
muru, szarpnął linkę.

– Dobrze – odezwała się Tenel Ka.
Wytrwałość  wreszcie  opłaciła  się  Bartokkom,  nieustannie  atakującym  opancerzone  drzwi

komnaty. Jeden zawias zgrzytnął i wyskoczył z muru, a róg drzwi z głośnym skrzypnięciem wygiął się
do środka pomieszczenia. Natychmiast skrytobójcy, gniewnie skrzecząc, wsunęli przez otwór długie
pazury, ostre jak brzytwy.

– Nie mamy ani chwili do stracenia – rzekła Tenel Ka, zwracając się do bliźniąt. – Teraz wasza

kolej. Linka utrzyma was oboje.

– Powinniśmy być ostrożni – odezwał się Jacen.
Od  strony  drzwi  doleciało  głośniejsze  grzechotanie.  Gruba  metalowa  płyta  ponownie

zaskrzypiała, wyginając się jeszcze bardziej.

– Chyba nie stać nas na taki luksus – odparła zwięźle Jaina. – Na co jeszcze czekamy?
Przyklękła  na  parapecie,  chwyciła  linkę  i  zaczęła  się  opuszczać,  odbijając  się  od  czarnych

śliskich głazów muru.

Jacen szybko poszedł w ślady siostry. Linka była cienka, a schodzenie bardzo trudne, ale oboje

posługiwali się technikami Jedi, żeby zmniejszyć ciężary ciał i utrzymać równowagę. Kiedy znaleźli
się  w  połowie  drogi,  ujrzeli  Lowbaccę,  który  stał  na  odłamku  skały  i  rozstawiwszy  nogi,  trzymał
koniec linki.

Zanim Jaina zdążyła stanąć u stóp wieży, uniosła głowę i ujrzała Tenel Ka i jej babkę, stojące na

krawędzi kamiennego parapetu. Matriarchini, która nie mogła wystarczająco silnie uchwycić cienkiej
linki  starczymi  dłońmi,  starała  się  zachować  równowagę,  obejmując  wnuczkę  w  pasie.  Pragnąc
zwiększyć siłę tarcia i panować nad szybkością schodzenia, młoda wojowniczka owinęła linkę jeden
raz wokół ramienia.

background image

Chwyciwszy  ją  z  całej  siły,  powoli  odchyliła  ciało  do  tyłu,  w  taki  sposób,  aby  sploty

prześlizgiwały  się  między  palcami.  Po  chwili  wsparła  mocno  stopy  o  zewnętrzną  ścianę  wieży.
Schodzenie po linie było dla niej niebezpieczne i trudne, gdyż mogła posługiwać się tylko jedną ręką,
ale  dziewczyna  nie  wahała  się  ani  chwili.  Zazwyczaj  niechętnie  korzystała  z  usług  Mocy,  ale  teraz
bez obaw wykorzystywała ją, jak umiała.

– Pospiesz się, Tenel Ka! – krzyknął Jacen.
Zanim  wojowniczka  i  jej  babka  zdążyły  pokonać  pół  odległości  dzielącej  je  od  stóp  wieży,

z  otworu  okna  doleciał  jednak  głośny  trzask.  W  mrocznym  prostokącie  ukazał  się  rój  wielonogich
sylwetek, triumfująco skrzeczących i wymachujących kończynami.

Jaina usłyszała, jak Tenel Ka zawołała:
– Trzymaj się, babciu!
Dziewczyna  zdwoiła  szybkość.  Po  chwili  ześlizgiwała  się  tak  prędko,  że  Jaina  zaczęła  się

obawiać, czy linka nie sparzy jej dłoni i kikuta ręki dzielnej wojowniczki.

Tymczasem Bartokkowie pochwycili koniec cienkiej linki i zaczęli ją przecinać, piłując zębatymi

krawędziami ostrych jak kosy pazurów.

Tenel Ka ześlizgiwała się teraz jeszcze szybciej, coraz szybciej...
Nagle  sploty  linki  pękły.  Podobne  do  pajęczaków  stworzenia  triumfująco  zaskrzeczały

i zaklekotały.

Lowbacca  wydał  głośny  ryk  i  wykazując  błyskawiczny  refleks,  wyciągnął  przed  siebie  długie

ręce, by pochwycić spadającą starą matriarchinię. Tymczasem Tenel Ka, posługując się Mocą, żeby
zmniejszyć ciężar ciała i szybkość opadania, wylądowała ciężko tuż obok, ale nie odniosła obrażeń.

– Wspaniale, Tenel Ka! – krzyknął Jacen. – Udało się nam! Udało!
– Jeszcze nie – odparła dziewczyna.
Wyciągnęła w górę rękę, aby pokazać okno wieży. Przez parapet przelewała się horda czarnych

sylwetek. Po chwili wszyscy skrytobójcy zaczęli schodzić głowami w dół po pionowej ścianie.

–  Musimy  się  pospieszyć  –  przynagliła  wojowniczka,  wskazując  mroczny  otwór  groty.  –  Do

ścigacza!

Jaina dostrzegła kanciasty statek szturmowy napastników, unoszący się na przeciwległym krańcu

rafy, w pobliżu wciąż jeszcze dymiących szczątków generatora siłowego pola fortecy. Przez chwilę
zastanawiała  się,  czy  nie  porwać  tej  jednostki...  ale  kiedy  przebiegając  obok  niej,  zauważyła  pełne
guzów,  powyginane  dźwignie  sterownicze,  zaprojektowane  z  myślą  o  równoczesnym  posługiwaniu
się  czterema  kończynami,  zaczęła  mieć  wątpliwości,  czy  ona  albo  Lowie  potrafiliby  pilotować  ten
statek.  Pomyślała,  że  największe  szansę  powodzenia  będą  mieli,  jeżeli  porwą  jeden  z  mniejszych
ścigaczy.

Wszyscy  wbiegli  do  środka  groty,  chociaż  musieli  pochylić  się,  by  nie  uderzyć  głowami

o porośniętą mchem górną krawędź otworu wejściowego. Jeden z małych ścigaczy łagodnie kołysał
się na falach, przycumowany do kamiennego nabrzeża w pobliżu wejścia.

–  Wszyscy  na  pokład  –  powiedziała  Jaina.  –  Ja  i  Lowie  zajmiemy  się  sterowaniem.  Miejmy

nadzieję, że rozwiniemy większą prędkość niż ta, jaką dysponuje jednostka szturmowa najemników.

– I że pani ambasador Yfra nie dopuściła się na niej sabotażu – mruknął Jacen.
Lowbacca  zawył  przeciągle  na  znak,  że  zgadza  się  z  jego  zdaniem.  Ponura  matriarchini,  która

wciąż  jeszcze  nie  przyszła  do  siebie  po  upadku,  potrząsnęła  głową  i  wspięła  się  na  pokład.  W  tej
samej chwili wskoczyli Jaina i Jacen, a na końcu Tenel Ka.

background image

W jaskini rozległ się głośny ryk, z jakim obudziły się do życia silniki repulsorów. Mały ścigacz

uniósł się nad spokojną powierzchnię wody. Zanim Tenel Ka miała czas gdziekolwiek spocząć, Jaina
odeszła  od  nabrzeża,  a  potem  obróciła  statek  dziobem  w  stronę  wylotu  groty.  Przyspieszyła
i  przemknęła  przez  jaskinię,  zostawiając  za  rufą  wiry  spienionej  wody.  Po  chwili  ścigacz  zaczął
oddalać się od pogrążonej w ciemnościach oblężonej fortecy.

 
Lowbacca,  który  zajął  miejsce  na  fotelu  nawigatora,  odwrócił  kosmatą  głowę  i  skierował  na

smukłą cytadelę przywykłe do widzenia w ciemnościach oczy. Zaryczał, wyciągając porośniętą długą
sierścią rękę. Jaina zaryzykowała i także obejrzała się przez ramię. Ujrzała grupę pająkopodobnych
skrytobójców schodzących po murze fortecy i kierujących się do swojego szturmowego statku.

– Lepiej wypłyńmy jak najdalej, dopóki możemy – odezwała się ponurym tonem.
Przesunęła  do  oporu  dźwignię  akceleratora,  chociaż  i  tak  ich  ścigacz  płynął  z  największą

możliwą prędkością. Mała jednostka kierowała się na otwartą przestrzeń, tam gdzie morze było nieco
bardziej wzburzone.

Kilka chwil później uciekinierzy usłyszeli dobiegający zza ich pleców ogłuszający ryk potężnych

silników.  Jacen  krzyknął,  a  Jaina  ponownie  odwróciła  głowę.  Zobaczyła,  że  wypełniony  rojem
czarnych stworzeń statek szturmowy Bartokków oddala się od raf otaczających małą wyspę.

Silniki  jednostki  pracowały  tak  głośno,  że  przypominały  hałas,  wywoływany  przez  napęd

gwiezdnego superniszczyciela.

– Kiedy podpływali do fortecy, musieli korzystać z tłumików układu wydechowego – domyśliła

się  dziewczyna.  –  Teraz  maszyny  jednostki  pracują  pełną  mocą.  Najemnicy  nie  muszą  zachowywać
ciszy.

Dziewczyna  spojrzała  na  umieszczony  przed  jej  oczami  pulpit  sterowniczy  i  przełknęła  kluchę,

jaką nagle poczuła w przełyku.

Lowie warknął.
– Pan Lowbacca uważa, że tamci dogonią nas za kilka minut – zapiszczał Em Teedee. – O rety, co

teraz poczniemy?

Powierzchnię  oceanu  rozjaśniał  jedynie  blask  bliźniaczych  księżyców  wiszących  na  niebie

wysoko nad głowami uciekinierów. W pewnej odległości przed dziobem ścigacza Jaina ujrzała nagle
miejsce, w którym fale pieniły się, rozbijając o wystające spod wody ostre skały... Zęby Smoka.

–  Popłyńmy  tam  –  oznajmiła  –  i  spróbujmy  im  trochę  przeszkodzić,  kiedy  będą  manewrowali

między tymi skałami. Nasz statek jest mniejszy i bardziej zwrotny.

– Nie sądzę, żeby zrezygnowali z pościgu tylko dlatego, że natkną się na przeszkodę – zauważył

Jacen.

– Ja też nie – przyznała Jaina – ale może roztrzaskają się o głazy.
Ostre  skały  sterczały  spod  wody  niczym  smukłe  iglice.  Morskie  fale  rozbijały  się  o  nie  na

podobieństwo śliny ściekającej z paszczy smoka, po czym pieniły się wokół raf, niewidocznych pod
powierzchnią wody. Ścigająca ich jednostka Bartokków zbliżała się coraz szybciej.

– Uważajcie na fale... i liczcie – odezwała się Tenel Ka, pokazując wodny gejzer, jaki wystrzelił

między dwiema spiczastymi iglicami. Po pięciu sekundach wszyscy  ujrzeli  następną  fontannę,  która
wzbiła się tak samo wysoko. – Wybór właściwej chwili może okazać się naszą jedyną szansą.

Jaina kiwnęła głową.
– Już wiem, o co ci chodzi. Lowie, chciałabym, żebyś pomógł mi przy sterach.

background image

Zwolnili, ale tylko na tyle, żeby ścigająca ich jednostka jeszcze bardziej się zbliżyła. Płynęli ku

wąskiemu przesmykowi, widocznemu między dwoma zdradzieckimi skalnymi iglicami.

– Przemkniemy się w ostatniej chwili, Jaino – ostrzegł siostrę Jacen.
– Jakbym sama o tym nie wiedziała – odrzekła dziewczyna. – No, dobrze. Daj pełną moc, Lowie.
Młody  Wookie  przesunął  do  oporu  dźwignię  akceleratora  w  tej  samej  chwili,  kiedy  dziób

szturmowego  statku  Bartokków  omal  nie  wbił  się  w  rufę  ścigacza  uciekinierów.  Podobni  do
pajęczaków  skrytobójcy  zaczęli  wymachiwać  i  klekotać  kończynami.  Jeden  wystrzelił  nawet
z  zamontowanego  na  pokładzie  swojej  jednostki  działka.  Na  szczęście  blasterowa  błyskawica
pogrążyła się w morskich falach, wzbijając fontannę pary tuż obok burty małego statku zbiegów.

– Coś takiego! – krzyknęła Jaina. Lowie zawył. – Tego się nie spodziewałam.
Kiedy prześlizgiwali się między czarnymi skałami, dziewczyna odruchowo się skuliła. Mimo to

nie  zmieniła  kursu,  usiłując  trafić  dziobem  statku  w  wąski  przesmyk.  Przelecieli,  niemal  ogłuszeni
przeciągłym hukiem spienionych fal i opryskani delikatną wodną mgiełką.

Ścigająca  ich  jednostka  szturmowa  płynęła,  nie  zmniejszając  prędkości.  Jaina  nie  spodziewała

się, żeby statek skrytobójców mógł się zmieścić w szczelinie między dwiema iglicami, ale kanciasta
maszyna także przepłynęła, prawie ocierając się burtami o groźne skały.

Zaledwie  statek  Bartokków  zdążył  pokonać  wąski  przesmyk  pomiędzy  iglicami,  pojawiła  się

jakaś większa fala. Z cieśniny wystrzelił gejzer wody o takiej sile, że wyrzucił jednostkę pajęczaków
w powietrze i obrócił jak piórko.

Zanim  kanciasta  maszyna  opadła  na  powierzchnię  wody,  trzech  morderców  wypadło  za  burtę

i zniknęło, przykrytych spienionymi bałwanami. Pilot statku Bartokków wciąż jeszcze zmagał się ze
sterami,  a  Jaina  z  największą  możliwą  prędkością  popłynęła  dalej,  starając  się  jak  najbardziej
powiększyć odległość dzielącą ją od bezlitosnych stworzeń.

Wkrótce jednak szturmowy statek zaczął się znów zbliżać.
Siedząca  na  rufie  Ta’a  Chume  przyszła  do  siebie  na  tyle,  że  sięgnęła  między  fałdy  aksamitnej

szaty i wyciągnęła miniaturowy pistolet blasterowy.

– Nie wiem, czy do czegoś się przyda – odezwała się matriarchini – ale zamierzam zrobić z niego

użytek. Niestety, można wystrzelić z niego tylko dwukrotnie.

– Cóż wart jest błaster, z którego można oddać tylko dwa strzały? – zapytał Jacen.
– Pierwszy strzał jest przeznaczony dla napastników – odparła babka Tenel Ka. – A drugi... No

cóż, czasami lepiej jest zginąć, niż wpaść w ręce wrogów.

Jaina przełknęła głośno ślinę, ale nie przestawała kierować ścigacza na otwarte morze. Czuła, że

o dziób statku rozbijają się fale, ale nie mogła zwiększyć mocy silników repulsorowych, żeby unieść
kadłub jeszcze wyżej. Zauważyła jednak, że jednostka Bartokków musiała zostać uszkodzona, kiedy
przepływała między Zębami Smoka, gdyż na szczęście kanciasty statek skrytobójców nie doganiał ich
już tak szybko.

Przekraczając  granice  bezpieczeństwa,  oznaczone  na  wskaźnikach  czerwonymi  kreskami,  Jaina

utrzymywała  odległość  dzielącą  ich  od  jednostki  nieprzyjaciół,  ale  udawało  się  jej  to  z  dużym
trudem.  Upłynęła  godzina,  a  uciekinierzy  płynęli  nadal,  śmigając  nad  czarnymi  grzbietami  fal,
oświetlonymi jedynie przez blade światło obu księżyców. Szturmowy statek Bartokków powoli, ale
nieubłaganie doganiał zbiegów.

– Czy nie ma sposobu, aby wrócić w cywilizowane strony i wezwać pomoc? – zapytał Jacen.
–  Naszą  fortecę  wzniesiono  na  wyjątkowym  odludziu...  teoretycznie  w  tym  celu,  by  zapewnić,

background image

nam jak największe bezpieczeństwo – odparła stara matriarchini. – A ten ścigacz pokonuje odległość
o wiele za wolno. Upłynie wiele godzin, zanim powrócimy w cywilizowane strony. Obawiam się, że
do tego czasu wpadniemy w łapy Bartokków.

– Nic z tego – odparła stanowczo Jaina. – Już ja się o to postaram.
Zgrzytnęła  zębami  i  skierowała  ścigacz  w  stronę  białej  plamy  na  wodzie,  widocznej  w  oddali

przed  dziobem  statku...  wodnego  pustkowia  o  nierównej,  lekko  pomarszczonej  powierzchni,  znad
której  napływała  woń  gnijących  ryb.  Dziewczyna  doskonale  zdawała  sobie  sprawę  z  tego,  dokąd
płyną. Dobrze znała współrzędne kursu, ale liczyła na to, że potrafi wykorzystać znajomość tego, co
ich czeka.

Domyślając się, co planuje uczynić Jaina, Lowbacca pytająco zaskowyczał.
– Wiem, co robię, Lowie – uspokoiła go dziewczyna.
Jacen  musiał  także  wyczuć  nieprzyjemny  zapach,  gdyż  wyraźnie  zaniepokojony,  pochylił  się  ku

siostrze.

– Chyba nie zamierzasz popłynąć w głąb pola tych morskich chwastów, co? – zapytał.
Jaina wzruszyła ramionami.
– Musieliby być szaleni, gdyby podążyli tam za nami, no nie? – odparła.
– Rój najemnych Bartokków będzie podążał za nami na koniec świata – odezwała się Tenel Ka. –

Te stworzenia nie dbają o własne bezpieczeństwo.

– To dobrze – powiedziała Jaina. – Może okażą się nieostrożne.
Kiedy  znaleźli  się  nad  polem  wijących  się  roślinnych  macek  drapieżnego  chwastu,  ton  pracy

silników uległ zmianie; stał się cichszy i jakby bardziej basowy. Tuż pod kadłubem ścigacza zaczęły
się poruszać i skręcać łodygi wyrwanej ze snu rośliny. Uniosły się i obróciły także czuwające nawet
mimo  środka  nocy  gromady  szkarłatnoczerwonych  oczokwiatów,  wypatrujące  nowej  ofiary.  Macki
wodnego chwastu smagały powierzchnię wody i kłapały szczypcami, jakby doskonale pamiętały fakt,
że zaledwie przed kilkoma dniami wymknęła im się grupa młodych rycerzy Jedi.

– Mam nadzieję, że nadal są takie głodne – odezwał się Jacen. – Co powiecie na to, żebyśmy dali

im trochę pożywienia?

– Pod warunkiem, że to nie będziemy my – odparła Jaina.
Tymczasem nieubłagani Bartokkowie nie zwracali najmniejszej uwagi na to, jakiej zmianie uległa

powierzchnia oceanu. Pędzili dalej, opanowani tylko jedną myślą: jak zmniejszyć odległość dzielącą
ich od uciekinierów.

Matriarchini  wstała  z  siedzenia  na  rufie  ścigacza.  Obróciła  się  i  wyciągnęła  przed  siebie  mały

blaster.

–  Niech  pani  celuje  w  obudowy  silników  repulsorowych!  –  zawołała  Jaina.  –  To  jedyne

wrażliwe miejsce szturmowych statków.

Mały  ścigacz  się  zakołysał,  ale  Ta’a  Chume  starannie  wymierzyła  i  strzeliła,  posyłając

w  ciemności  jaskrawąblasterową  błyskawicę.  Struga  ognistej  energii  tylko  musnęła  spód  kadłuba
ścigającego  ich  szturmowego  statku,  ale  nie  wyrządziła  żadnej  szkody  obudowie  silników
repulsorowych.  Strzał  odbił  się  od  metalowego  kadłuba  jednostki  Bartokków  i  ze  skwierczeniem
zniknął w morzu, pełnym wijących się grubych macek.

–  Nawet  ich  nie  uszkodziłam  –  rzekła  zawiedziona  Ta’a  Chume.  –  Została  mi  już  tylko  jedna

szansa.

–  Pani  strzał  nie  poszedł  na  marne  –  stwierdziła  Jaina.  –  Proszę  zobaczyć,  co  dzieje  się

background image

z morskim chwastem.

Roślina  sprawiała  teraz  wrażenie  całkowicie  rozbudzonej  i  głodnej,  straszliwie  głodnej.

Zakończone  kolcami  macki  wyskakiwały  z  wody  i  wiły  się  w  powietrzu.  Próbowały  pochwycić
kadłub statku, przemykającego nad grubymi liśćmi.

Najemni Bartokkowie zbliżali się, zapewne nie przejmując się faktem, że jedna z ich przyszłych

ofiar  posłużyła  się  pistoletem.  Ktoś  z  załogi  kanciastego  statku  w  odpowiedzi  znów  wystrzelił
z  blasterowego  działka,  ale  tym  razem  Jaina  posługując  się  Mocą,  przeczuła,  że  to  uczynią.
Szarpnąwszy dźwignię sterowniczą, raptownie skręciła w lewo. Blasterowa smuga ponownie trafiła
w  pole  morskich  chwastów.  Nad  obszarem  zamieszkiwanym  przez  roślinnego  potwora  poniósł  się
basowy gniewny pomruk.

Ta’a  Chume  ponownie  wstała  i  uniosła  miniaturowy  blaster,  aby  wymierzyć  po  raz  drugi...

i ostatni.

– Niech Moc będzie z tobą – mruknęła Tenel Ka.
Matriarchini uwolniła pozostałą część energii. Tym razem blasterowa błyskawica trafiła w sam

środek  obudowy  silnika  repulsorowego  statku  skrytobójców.  Chociaż  broń  byłej  monarchini  nie
dysponowała wystarczającą mocą, by wyrządzić duże szkody, wystarczyła, by jednostka Bartokków
zaczęła wirować wokół własnej osi.

W  pewnej  chwili  rufa  szturmowego  statku  uniosła  się  nieco  wyżej  nad  powierzchnię  wody.

Podobne  do  pająków  stworzenia  rozbiegły  się  po  pokładzie,  usiłując  odzyskać  panowanie  nad
statkiem.  Tymczasem  dziób,  który  pogrążył  się  w  wodzie,  musnął  kilka  łodyg  żarłocznego  chwastu.
Zanim pilot zdołał odzyskać panowanie nad sterami, co najmniej kilkanaście zakończonych kolcami
macek  wystrzeliło  spod  powierzchni,  by  oplatać  się  wokół  kadłuba,  wsporników  silników
repulsorowych  i  podstaw  działek  blasterowych.  Najemni  Bartokkowie  zaskrzeczeli,  bardziej
rozzłoszczeni niż przerażeni, jako że ich zbiorowy umysł nie potrafił uświadomić sobie, że zbliża się
chwila śmierci całego roju.

Kolczaste  macki  morskiego  chwastu  wyłuskiwały  stworzenia  ze  stanowisk  bojowych

rozmieszczonych  wzdłuż  burt  jednostki,  po  czym  wciągały  po  kolei  w  głąb  pieniącej  się  wody.
Wkrótce  tyle  potężnych  łodyg  pokryło  kanciasty  kadłub  szturmowego  statku  najemników,  że
wciągnęło go pod powierzchnię oceanu.

Zakończone ostrymi szczypcami łodygi zaczęły kruszyć twarde chitynowe pancerze stworzeń. Po

chwili  Jaina  usłyszała  kilka  stłumionych  chrupnięć  świadczących  o  tym,  że  drapieżna  roślina  łupie
egzoszkielety  na  kawałki,  żeby  dostać  się  do  miękkich  organów  wewnętrznych.  Dziewczyna
spoglądała na spienione morze z przerażeniem połączonym z fascynacją.

– Wydaje mi się, że to dla nas sygnał, iż czas wracać – odezwał się Jacen.
Wyciągnął rękę, żeby szturchnąć siostrę pod żebro, a Lowie ryknął na znak, że jest tego samego

zdania.

Nabiegłe krwią oczokwiaty, wiecznie głodne, zwróciły się w ich stronę.
– W porządku, a zatem na co jeszcze czekamy? – zapytała dziewczyna.
Lowie  zwiększył  obroty  silników,  a  potem  zmienił  kurs,  aby  ścigacz  mógł  opuścić  obszar,

zajmowany przez plątaninę drapieżnych morskich chwastów.

Ta’a Chume przeszła na dziób statku.
– Stąd już potrafię dopłynąć w bezpieczne miejsce – oznajmiła.
Jaina  z  radością  przekazała  jej  dźwignie  sterownicze,  a  była  królowa  skierowała  mały  statek

background image

w stronę stałego lądu.

– To był doskonały strzał, babciu – odezwała się Tenel Ka. Matriarchini kiwnęła głową, po czym

spojrzała na wnuczkę z niekłamanym zachwytem.

– To tyle, jeżeli chodzi o sztukę dyplomacji – rzekła.
 
Po  mniej  więcej  pięciu  następnych  godzinach  cała  załoga  ścigacza,  niewyspana  i  zmęczona,

dowlokła się w końcu do Pałacu Fontann.

Doprowadzona do wściekłości Ta’a Chume stwierdziła, że pani ambasador Yfra zdążyła przejąć

całą władzę. Ogłosiła stan wyjątkowy, a potem zarządziła kilkugodzinną żałobę, żeby wszyscy mogli
opłakać śmierć ukochanej matriarchini.

Tenel  Ka,  która  podążała  tuż  za  babką,  wkroczyła  do  ogromnej  sali  tronowej.  Słyszała  pełne

przerażenia  urywane  dźwięki,  a  także  okrzyki  zdumienia  i  zachwytu,  wznoszone  przez  wiernych
strażników. Najbardziej przerażone było posępne oblicze pani ambasador Yfry.

–  Ta’a  Chume!  –  wykrzyknęła  kobieta,  bezskutecznie  usiłując  ukryć  burzę  sprzecznych  uczuć

wyzierających z jej oczu. – Ty... ty żyjesz? Ale... Jak to możliwe?

– Twój spisek się nie udał, Yfro – odparła matriarchini. – Strażnicy, aresztować tę zdrajczynię!
–  Pod  jakim  zarzutem?  –  zapytała  rzeczowo  pani  ambasador  Yfra,  za  wszelką  cenę  próbując

ratować sytuację.

– Spiskowałaś, zamierzając zabić wszystkich członków królewskiej rodziny. Cieszę się tylko, że

nie ma tu rodziców Tenel Ka, gdyż w przeciwnym razie byłoby zagrożone i ich życie.

–  Ależ  Ta’a  Chume!...  Przecież  zawsze  byłam  lojalna  względem  ciebie!  –  W  głosie  kobiety

można było usłyszeć słodycz, pełną urażonej niewinności, ale Tenel Ka wyczuwała, że Yfra kłamie.
– Dlaczego oskarżasz mnie o takie rzeczy?

–  Ponieważ  przejęłaś  całą  władzę  –  odparła  była  monarchini.  –  Jakim  cudem  wiedziałaś,  że

zagraża mi niebezpieczeństwo, jeżeli sama nie uknułaś tego spisku?

– No cóż, ja... – Yfra zamrugała. – Po prostu usłyszałam twój apel o pomoc, jaki wysłałaś z Reef

Fortress.

– A! – Matriarchini wymierzyła chudy sękaty palec w pierś pani ambasador, a jej cienkie wargi

wykrzywiły  się  w  przebiegłym  uśmiechu.  – Aha!  Tylko  że  ja  nie  wysyłałam  żadnego  apelu.  Twoi
najemni  Bartokkowie  wysadzili  w  powietrze  generatory  dostarczające  energię  do  całej  fortecy.  Na
szczęście  uciekliśmy.  Dopiero  teraz  po  raz  pierwszy  mówimy,  co  się  stało...  a  jednak  ty  już  to
wiedziałaś!  –  Matriarchini,  przeświadczona  o  słuszności  swoich  słów,  kiwnęła  głową.  –  Tak,  ty
wiedziałaś!

Zanim Yfra zdążyła wyjąkać kolejną wymówkę, podeszli do niej strażnicy.
– Nie martwcie się, będzie miała sprawiedliwy proces – odezwała się Ta’a Chume. – Wydaje mi

się jednak, że dowodów mamy pod dostatkiem... prawda, Tenel Ka?

Uniosła brwi, spoglądając na wnuczkę.
– To jest fakt – odparła młoda wojowniczka. – A poza tym mam pod dostatkiem dowodów także

na coś innego.

Dziewczyna stała wyprostowana; dumnie spoglądając w oczy babki.
–  Ta  przygoda  uświadomiła  mi,  że  całkiem  odzyskałam  siły  po  tamtym  wypadku  z  ręką  –

ciągnęła. – Chciałabym wrócić na Yavin Cztery.

background image

 

 

 

Rozdział 21

 
 
Tenel  Ka  usiadła  i  rozejrzała  się,  zdezorientowana,  by  dopiero  po  chwili  przypomnieć  sobie,

gdzie  przebywa.  Pozwoliła,  żeby  spojrzenie  jej  szarych  jak  granit  oczu  prześlizgnęło  się  po
prastarych  kamiennych  murach,  kolebkowym  sklepieniu  nad  drzwiami  i  skromnej  pryczy,  na  której
spała.  Przeniknęło  ją  ogromne  ciepło  związane  z  tym,  że  czuła  się  bezpieczna...  i  radośnie
podniecona.

Cieszyła  się,  że  może  znów  przebywać  na  Yavinie  Cztery,  we  własnej  komnacie,  na  jednym

z  pięter  wielkiej  świątyni.  Usiadła  wygodniej  na  pryczy  i  zaczęła  ćwiczyć  nową  umiejętność:
zaplatania warkoczy za pomocą tylko jednej ręki.

W ciągu kilku ostatnich tygodni, jakie upłynęły od chwili, kiedy na Hapes powrócili jej rodzice,

dziewczyna miała wrażenie, że przeczucie, iż coś jest nie w porządku, z wolna ustępuje. Po tym, jak
Ta’a  Chume  udaremniła  wymierzony  przeciwko  członkom  królewskiej  rodziny  spisek  pani
ambasador  Yfry,  Teneniel  Djo  i  Isolder  spiesznie  wrócili,  by  przekonać  się,  że  ich  córce  i  byłej
królowej  nie  stało  się  nic  złego.  Natychmiast  odnaleźli  i  wydalili  z  królewskiego  dworu  wszystkie
pozostałe konspiratorki, wspólniczki Yfry, a tymczasem przywódczyni spisku czekała na proces.

Ku  wielkiemu  zaskoczeniu  Tenel  Ka,  żadne  z  rodziców  nie  próbowało  przekonywać  jej,  że

powinna  nosić  syntetyczną  rękę  albo  przerwać  naukę  w  akademii  Jedi.  Prawdę  mówiąc,  kiedy
wyraziła  chęć  powrotu  na  Yavin  Cztery  i  kontynuowania  studiów,  jej  ojciec  i  matka  z  ochotą  się
zgodzili. Nalegali tylko, żeby spędziła z nimi chociaż kilka tygodni, zanim powróci w mury uczelni
Luke’a Skywalkera.

–  Przypuszczam,  że  staniesz  się  silniejszą  wojowniczką  niż  mogłabyś  kiedykolwiek  marzyć  –

powiedziała  Teneniel  Djo,  zwracając  się  do  córki.  –  Masz  silne  mięśnie  nóg,  szybkie  odruchy
i  przede  wszystkim  sprawną  rękę,  w  której  trzymasz  broń  w  czasie  walki.  Z  tego,  co  powiedziała
twoja  babka,  możemy  wnioskować,  że  także  twój  spryt  i  bystry  umysł  nie  pozostawiają  nic  do
życzenia.

– A  poza  tym  uważam,  że  możesz  dać  nauczkę  wielu  przyszłym  przeciwnikom,  iż  nie  powinni

oceniać wartości wojowniczki po tym, jak wygląda – dodał jej ojciec, czule obejmując dziewczynę.
– Nigdy nie wstydź się tego, czym jesteś – i kim jesteś.

Kiedy  w  końcu  przyleciał  Luke  Skywalker,  żeby  zabrać  „Ścigaczem  Cieni”  wojowniczkę

i pozostałych młodych Jedi znów na Yavin Cztery, rodzice Tenel Ka nie ukrywali dumy. Dziewczyna
wciąż jeszcze pamiętała ostatnie słowa, jakie matka szepnęła jej podczas pożegnania:

– Niech Moc będzie z tobą.
Teraz, po nocy spędzonej w dobrze znanej komnacie, Tenel Ka poczuła, że jest gotowa uczynić

następny  krok  na  drodze  wiodącej  do  odzyskania  własnej  tożsamości.  Wstała  i  zaczęła  się

background image

przeciągać, czując, że panuje doskonale nad mięśniami.

Kilka  następnych  minut  poświęciła  na  przeglądanie  osobistych  rzeczy,  aż  w  końcu  znalazła  to,

czego szukała. Wyjęła drugi, ostatni kieł rankora, owinięty w skrawek wytrzymałej elastycznej skóry.
Przycisnęła  go  do  ciała  kikutem  ręki,  z  niejakim  zadowoleniem  stwierdzając,  że  pozostała  część
okaleczonej  kończyny  nie  jest  całkiem  bezużyteczna.  Następnie  zajęła  się  szukaniem  drugiego
przedmiotu.  Kiedy  wreszcie  znalazła  zdobiony  kosztownymi  klejnotami  królewski  diadem  z  Hapes,
który zabrała za namową babki, położyła oba przedmioty obok siebie na niewielkim stoliku stojącym
w kącie jej komnaty, a później zaczęła się im przyglądać.

Oba  drobiazgi  były  dowodami  tego,  kim  była;  symbolami  wychowania,  jakie  odebrała.  Kieł

rankora  pochodził  z  Dathomiry  –  planety  dzikiej,  nieujarzmionej,  dumnej  i  nieulękłej.  Diadem
natomiast  symbolizował  jej  dziedzictwo  związane  z  planetą  Hapes,  a  zwłaszcza  królewskie
wychowanie, ogładę, bogactwo, wojskową potęgę i polityczną przenikliwość.

Tenel  Ka  niemal  przez  całe  dotychczasowe  życie  sądziła,  że  honorując  jedną  część  swojego

dziedzictwa,  tym  samym  musi  gardzić  pozostałą.  Podobny  błąd  popełniła,  uważając,  że  pokładanie
wiary w Mocy oznacza brak zaufania we własne możliwości. Skrzywiła się, kiedy o tym pomyślała.
Dopiero w tej chwili musiała przyznać, że strata ręki nauczyła ją czegoś niezwykłego. Dopiero teraz
wiedziała, że musi korzystać ze wszystkich zdolności, jakimi została obdarzona. Jeżeli chciała zostać
najwaleczniejszym rycerzem Jedi, nie powinna rezygnować z umiejętności władania Mocą.

Co zatem mam uczynić z drugą częścią swojego dziedzictwa? – pomyślała dziewczyna, sięgając

po  kieł  rankora  i  obracając  go  w  szczupłych  palcach.  Hapes  i  Dathomira.  Czy  mogła  połączyć
najkorzystniejsze cechy obu światów?

Kiedy  w  końcu  podjęła  decyzję,  zacisnęła  palce  na  kle  rankora,  po  czym  uniosła  go  nad  głowę

i  z  całej  siły  opuściła  na  rzucający  błyski,  ozdobiony  klejnotami,  królewski  diadem.  Delikatny
przedmiot rozpadł się na kawałki.

Tenel Ka uderzała w szczątki jeszcze kilka razy, aż okruchy cennego metalu i kosztowne klejnoty

rozsypały się po blacie niewielkiego stołu.

Tak  uczynię  –  postanowiła.  Pochodziła  z  dwóch  światów,  na  których  urodzili  się  jej  rodzice,

i  powinna  nauczyć  się  łączyć  zalety  i  jednego,  i  drugiego.  Położyła  kieł  rankora  i  sięgnęła  po  inne
drobiazgi rozrzucone po blacie stołu.

Wybrała najodpowiedniejsze klejnoty zdobiące kiedyś jej hapański diadem, po czym przystąpiła

do konstruowania nowego świetlnego miecza.

 
Oślepiające  promienie  porannego  słońca  muskały  wierzchołek  wielkiej  świątyni  i  przenikały

przez  częściowo  zaplecione  włosy  Tenel  Ka,  otaczając  jej  głowę  złocistorudą  aureolą.  Jacen  stał
w odległości metra od koleżanki. Spoglądał na nią, podczas gdy lekki wietrzyk rozwiewał jego i tak
rozwichrzone brązowe włosy. Na twarzy chłopca malowała się obawa.

– Jesteś pewna, że chcesz to zrobić? – zapytał.
– Tak – odparła krótko dziewczyna, przezwyciężając wahanie.
– No cóż, ja wcale nie jestem pewien, czy mogę to zrobić – odezwał się cicho chłopiec.
– Ty? Ale dlaczego...?
– Blasterowe błyskawice! Ostatni raz, kiedy to robiliśmy, skończyło się...
Jacen urwał i tylko znacząco popatrzył na to, co pozostało z jej lewej ręki.
– A – rzekła Tenel Ka. – Aha.

background image

– I dlatego zapytałem cię, czy jesteś tego pewna – wyjaśnił chłopiec. – Bo ja nie jestem.
Spojrzenie  szarych  oczu  skierowało  się  na  bursztynowe  oczy  kolegi,  przypominające  barwę

koreliańskiej  brandy.  Dziewczyna  zastanawiała  się,  co  mogą  oznaczać  jego  słowa.  Kiedy  w  końcu
przemówiła, w jej ochrypłym głosie dało się wyczuć niezwykłe napięcie.

–  Jacenie,  mój  przyjacielu,  nie  znam  lepszego  sposobu,  żeby  udowodnić  ci,  iż  darzę  cię

zaufaniem... że cię nie winie za to, co się wydarzyło.

Jacen także z wyrazem niezwykłej powagi kiwnął głową i odparł:
– Dziękuję.
Przymknął oczy i pozwolił sobie na głęboki oddech.
Tenel Ka uczyniła to samo, czując, że Moc zaczyna przepływać przez jej ciało. Napięła mięśnie...

nie  dlatego,  że  się  bała,  ale  czuła,  że  przenika  ją  wspaniałe  radosne  oczekiwanie.  Sięgnęła  po
przypięty do pasa kieł rankora. Wyciągnęła go przed siebie, po czym przycisnęła guzik umieszczony
na powierzchni.

Z  kremowożółtej  rękojeści  wysunęła  się  smuga  skwierczącej  energii,  płonąca  turkusowym

blaskiem,  który  zawdzięczała  tęczowym  klejnotom  z  Gallinore,  stanowiącym  kiedyś  ozdobę
królewskiego  diademu.  Po  upływie  ułamka  sekundy  potrzebnego  na  jedno  uderzenie  serca,
z pomrukiem obudziła się do życia także szmaragdowozielona klinga broni Jacena.

Poruszając się jak we śnie, oboje unieśli ostrza poziomo, tak że znajdowały się na wysokości ich

oczu  w  odległości  zaledwie  kilku  centymetrów  jedno  od  drugiego.  Po  kilku  sekundach  rozległo  się
skwierczenie energii, kiedy świetliste klingi się zetknęły. Po chwili ten sam dźwięk rozległ się po raz
drugi.

Nie kryjąc, że się waha, Tenel Ka zadała pchnięcie turkusową klingą. Jacen odbił cios, kwitując

go ledwo zauważalnym kiwnięciem głowy.

Moc  krążyła  wokół  nich;  przepływała  między  nimi.  Wkrótce  poruszali  się  jak  w  transie,

wykonując odwieczne ruchy i skoki jak podczas doskonale opanowanych ćwiczeń; niczym w bardzo
trudnym tańcu. Jakimś cudem oboje byli pewni, że nikomu nie stanie się nic złego.

Nie  odrywając  spojrzenia  od  oczu  partnera,  słyszeli  towarzyszącą  pojedynkowi  cichą  muzykę,

która  stopniowo  stawała  się  coraz  głośniejsza  i  głośniejsza.  Zaczęli  się  poruszać  wolniej,  ale
zaufanie, jakim się nawzajem darzyli, ani trochę się nie zmniejszyło.

W  końcu  znieruchomieli  i  stali  z  wyrazami  zdumienia  na  twarzach,  podczas  gdy  klingi  ich

świetlnych mieczy niemal stykały się ze sobą. Jacen otworzył usta, jakby zamierzał coś powiedzieć,
ale żaden dźwięk nie wydobył się z jego gardła.

W  następnej  chwili  panującą  ciszę  rozdarł  głośny  ryk.  Lowbacca  i  Jaina  przebiegli  przez

wierzchołek świątyni, by przywitać się z Tenel Ka i Jacenem.

Jaina się uśmiechała.
–  Zgadzam  się  z  Lowiem,  Tenel  Ka  –  oznajmiła.  –  To  wspaniale  móc  cię  znowu  widzieć,

trzymającą  miecz  świetlny  w  dłoni.  Przez  chwilę  się  obawiałam,  że  przypuszczasz,  iż  różnisz  się
czymś od nas i nie możesz być naszą przyjaciółką.

–  Chyba  przez  jakiś  czas  tak  właśnie  myślałam  –  przyznała  wojowniczka.  –  Przekonałam  się

jednak, że mogę obrócić różnice na swoją korzyść i, w połączeniu z innymi indywidualnymi cechami,
ukształtować silniejszą osobowość.

–  Naprawdę  różnimy  się  od  siebie  –  stwierdził  Jacen.  Jaina  przycisnęła  guzik.  Z  pomrukiem

i sykiem ukazała się ametystowa klinga jej świetlnego miecza.

background image

– Ale wszyscy zostaniemy rycerzami Jedi – odparła z przekonaniem.
Lowbacca także zapalił swój miecz świetlny, którego ostrze zalśniło złocistobrązowym blaskiem.
– Silniejsi razem – oznajmiła Tenel Ka, unosząc turkusową klingę wysoko nad głowę.
Młody Wookie wyciągnął w górę rękę, w ten sposób, by ostrze jego miecza zetknęło się z klingą

broni wojowniczki z Dathomiry.

– Tak, silniejsi razem – rzekli równocześnie Jaina i Jacen, po czym skrzyżowali świetliste ostrza

z dwoma innymi lśniącymi nad głowami Tenel Ka i Lowiego.

Cztery  jaskrawe  smugi  świetlnych  mieczy  płonęły,  oświetlane  promieniami  wschodzącego

słońca.


Document Outline