background image
background image

 

 

 

 

GWIEZDNE WOJNY

AKADEMIA CIEMNEJ

STRONY

TOM II serii MŁODZI RYCERZE JEDI

KEVIN J. ANDERSON, REBECCA MOESTA

Przekład

KATARZYNA LASZKIEWICZ

Tytuł oryginału

SHADOW ACADEMY

background image

 

 

 

Naszym braciom i siostrom:
MARKOWI  -  który  był  moim  idolem  od  czasów  dzieciństwa.  Byłeś  dla  mnie  jak  prawdziwy

rycerz Jedi, zawsze gotów pospieszyć na ratunek

CINDY - która zawsze się mną opiekowała. Udowodniłaś mi, że zdecydowanie i upór pozwolą

osiągnąć to, co nieosiągalne dzięki samym dobrym chęciom i czekaniu

DIANIE - która poszerzyła moje horyzonty. Dziękuję ci za to, że zmuszałaś mnie do oglądania

każdego filmu o potworach i rycerzach, jaki kiedykolwiek wyprodukowano

SCOTTOWI - który cierpliwie słuchał wszystkich książek, jakie mu czytałam. Dziękuję ci, że w

maju  1977  roku  powiedziałeś  mi,  iż  w  kinach  grają  ciekawy  film,  który  powinnam  obejrzeć:
„Gwiezdne wojny"

Rebecca Moesta

oraz  LAURZE  -  za  to,  że  nigdy  ze  mną  nie  walczyła,  zawsze  mnie  rozumiała  (żartuję!)  i  była

niewyczerpanym źródłem informacji, z którego do woli korzystałem podczas pisania książek

Kevin J. Anderson

background image

 

 

 

PODZIĘKOWANIA

 
Chcielibyśmy  podziękować  Lii  Mitchell  za  niestrudzone  przepisywanie  naszych  tekstów  i

przynaglanie nas, żebyśmy jeszcze szybciej dostarczali kolejne rozdziały; Dave'owi Wolvertonowi za
wkład pracy na temat Dathomiry; Lucy Wilson i Sue Rostom z Lucasfilm za niezachwiane poparcie;
Ginjer  Buchanan  i  Lou  Aronicy  z  Berkley/Boulevard  za  wyjątkowy  entuzjazm;  Jonathanowi
MacGregorowi  Cowanowi  za  to,  że  zgodził  się  być  naszym  doświadczalnym  słuchaczem...  oraz
Skipowi  Shayotovichowi,  Rolandowi  Zarate'owi,  Gregory'emu  McNamee  i  całemu  zespołowi
redagującemu  komputerowy  biuletyn  STAR  WARS  ImagiNet  Echo  za  pomoc  w  wymyślaniu
dowcipów.

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ

 

background image

 

 

 

1

 
Jacen  pochwycił  rękojeść  świetlnego  miecza  i  natychmiast  poczuł  w  spoconych  palcach  kojący

ciężar broni. Zaświerzbiała go skóra głowy pod rozwichrzonymi brązowymi włosami, kiedy wydało
mu  się,  że  nieprzyjaciel  jest  całkiem  blisko.  Bliżej,  jeszcze  bliżej...  Chłopiec  głęboko  odetchnął  i
nieco drżącym palcem nacisnął guzik na obudowie broni.

Zimny metal obudził się do życia z pomrukiem i sykiem. Ze środka wystrzelił słup opalizującej

energii. Śmiercionośne świetliste ostrze pulsowało i drżało w dłoni Jacena jak żywa istota.

Chłopiec  czuł  coś  pośredniego  między  podnieceniem  a  przerażeniem.  Jego  szczupłe  ciało

sprężyło  się,  gotowe  do  odparcia  ataku.  Kiedy  chłopiec  próbował  wyobrazić  sobie  przeciwnika,
powieki jego bursztynowych oczu zatrzepotały, a potem na chwilę się zamknęły.

Nagle  usłyszał  pomruk  ostrza  innego  świetlnego  miecza,  które  bez  jakiegokolwiek  ostrzeżenia

zaatakowało go z góry.

Jacen  obrócił  się  na  pięcie  w  samą  porę,  żeby  odparować  atak.  Ciemna  czerwień  świetlistej

klingi  jego  przeciwnika  pulsowała  ogromną  energią.  Niemal  oślepiała  chłopca,  kiedy  oba  ostrza
znów się zwarły.

Jacen wiedział, że nie może nawet marzyć o tym, by dorównać przeciwnikowi wzrostem czy siłą.

Zrozumiał,  że  jeżeli  chce  ocalić  życie,  musi  wykorzystać  zręczność  i  spryt.  Pod  wpływem  siły
następnego  ciosu  poczuł,  że  zabolały  go  mięśnie  ramion.  Unikając  jeszcze  jednego  pchnięcia,
zanurkował  pod  wyciągniętą  ręką  wroga,  po  czym  uskoczył,  chcąc  znaleźć  się  poza  zasięgiem  jego
broni.

Przeciwnik zaczął się zbliżać ku niemu, ale Jacen wiedział, że nie może pozwolić mu na to po raz

drugi.  Ujrzał  rubinowy  błysk  świetlistej  klingi,  wymierzonej  w  jego  ciało,  ale  cios  ten  go  nie
zaskoczył. Chłopiec przyjął go na ostrze swojego świetlnego miecza i odepchnął szkarłatną smugę na
bok, po czym cofnął się o krok i zablokował następne pchnięcie.

Atak i kontratak. Pchnięcie. Parada. Zablokowanie ciosu. Ostrza świetlnych mieczy skwierczały i

buczały, raz po raz zwierając się w zaciętej walce.

Chociaż powietrze w komnacie było chłodne i wilgotne, Jacen czuł, że po jego twarzy ściekają

krople  potu.  Zalewają  mu  oczy,  niemal  go  oślepiają.  W  ostatniej  sekundzie  dostrzegł  błysk
purpurowego  światła  i  uskoczył,  unikając  trafienia.  Kiedy  zdał  sobie  sprawę  z  tego,  że  zaczyna
podobać mu się walka, jego wargi wykrzywiły się w zawadiackim, przekornym uśmiechu. W pewnej
chwili śmiercionośne rubinowe ostrze musnęło kamienne sklepienie niskiej  komnaty,  a  wówczas  w
stronę Jacena poszybowały kawałki odłupanej skały.

Uśmieszek na twarzy chłopca szybko jednak zniknął; kiedy Jacen chciał cofnąć się jeszcze o krok,

poczuł, że docisnął plecy do zimnego skalnego bloku. Sparował kolejne pchnięcie i odskoczył w bok,
ale uderzył ramieniem o inną kamienną ścianę.

background image

Był  osaczony.  Poczuł,  że  przerażenie  ściska  jego  gardło  niczym  lodowata  obręcz.  Uklęknął  na

jedno  kolano  i  uniósł  miecz  nad  głową,  chcąc  zasłonić  się  przed  następnym  ciosem.  W  niewielkiej
komnacie rozległ się nagle głośny dźwięk, podobny do huku gromu...

Jacen  otworzył  oczy  i  zobaczył,  że  w  drzwiach  stoi  wujek  Luke.  Chłopiec  usłyszał  znaczące

chrząknięcie.  Zaskoczony  zaczął  nieporadnie  przebierać  palcami,  chcąc  wyłączyć  świetliste  ostrze.
Kiedy  mu  się  to  udało,  niechcący  upuścił  rękojeść  na  kamienną  posadzkę.  Potoczyła  się  z  głośnym
brzękiem.

Odziany  w  czarny  płaszcz  z  kapturem,  jasnowłosy  mistrz  Jedi  wszedł  do  swojej  prywatnej

komnaty. Niewielkie pomieszczenie pełniło w akademii równocześnie funkcję biura i samotni, gdzie
właściciel oddawał się medytacjom. Luke Skywalker wyciągnął rękę w stronę leżącego świetlnego
miecza, a broń wskoczyła do jego dłoni, jakby była przywiązana.

Jacen przełknął ślinę widząc, że mistrz Jedi kieruje nań poważne spojrzenie smutnych oczu.
-  Przepraszam,  wujku  Luke'u  -  powiedział  szybko,  niemal  połykając  końcówki  wyrazów.  -

Przyszedłem, żeby prosić cię o pomoc, ale kiedy cię nie zastałem, pomyślałem, że poczekam. Później
zobaczyłem twój miecz świetlny, leżący jakby nigdy nic na biurku. Pamiętam, że powiedziałeś mi, iż
nie  jestem  jeszcze  gotów,  ale  doszedłem  do  wniosku,  że  nie  stanie  się  nic  złego,  jeżeli  trochę
poćwiczę. Wziąłem go, włączyłem i... myślę, że trochę mnie poniosło.

Luke  uniósł  rękę  i  skierował  otwartą  dłoń  w  stronę  chłopca.  Zapewne  chciał  w  ten  sposób

zapobiec dalszym usprawiedliwieniom.

- Broń rycerza Jedi to nie zabawka - powiedział. - Nie można z nią igrać.
Kiedy Jacen usłyszał tę delikatną wymówkę, poczuł, że jego policzki się zaczerwieniły.
-  Ale  ja  wiem,  że  mógłbym  się  nauczyć  posługiwać  świetlnym  mieczem  -  odparł,  ale  bez

większego przekonania. - Jestem wystarczająco dorosły i wysoki, a poza tym ćwiczyłem już nieraz w
swojej komnacie. Posługiwałem się metalową rurką, którą dostałem od Jainy. Jestem przekonany, że
dałbym sobie radę.

Luke  przez  chwilę  sprawiał  wrażenie,  jakby  zastanawiał  się  nad  tym,  co  usłyszał,  ale  później

lekko pokręcił głową.

- Będziesz miał na to mnóstwo czasu, kiedy przyjdzie odpowiednia chwila - oświadczył.
- Ależ ja jestem gotów już teraz - zaprotestował energicznie Jacen.
- Jeszcze nie - odparł Luke, obdarzając chłopca smutnym uśmiechem. - Ale ta chwila nadejdzie

już niedługo.

Jacen  jęknął,  nie  potrafiąc  zapanować  nad  zniecierpliwieniem.  Zawsze  słyszał  tylko:  „później"

albo „kiedy indziej", albo też „kiedy będziesz trochę starszy". Ciężko westchnął.

- Ty jesteś nauczycielem, wujku - powiedział. - Ja jestem tylko uczniem, a więc, jak sądzę, muszę

ciebie słuchać.

Luke uśmiechnął się i pokręcił głową.
-  Aha!  Ale  uważaj  -  powiedział.  -  Nie  zakładaj  z  góry,  że  nauczyciel  ma  zawsze  rację.

Powinieneś nauczyć się myśleć samodzielnie. Czasami my, nauczyciele, także popełniamy błędy. Ale
w  tym  wypadku  się  nie  mylę.  Nie  jesteś  jeszcze  gotów,  by  posługiwać  się  świetlnym  mieczem.
Uwierz  mi,  że  wiem,  co  to  znaczy  czekanie  -  ciągnął  Luke.  -  Cierpliwość  może  być  jednak  równie
silnym sprzymierzeńcem jak każda broń. - Zamrugał powiekami. - Czy w tej chwili nie masz żadnych
innych  zmartwień  na  głowie,  że  toczysz  pozorowane  walki  na  świetlne  miecze?  Czy  nie  musisz
przygotować się do wyprawy? Czy twoi ulubieńcy nie powinni zostać nakarmieni?

background image

- Jestem już spakowany, wujku, a nakarmię wszystkie zwierzęta dopiero przed odlotem - odparł

Jacen,  myśląc  o  menażerii  stworzeń,  które  zbierał  od  chwili  przylotu  na  czwarty  księżyc  Yavina,
porośnięty dżunglą. - Ale chciałem z tobą porozmawiać właśnie o tej wycieczce.

Luke uniósł brwi.
- Tak? - zapytał.
-  Ja...  Miałem  nadzieję,  że  zamienisz  kilka  słów  z  Tenel  Ka.  Myślałem,  że  przekonasz  ją,  iż

powinna polecieć z nami. Chciałbym, żeby ona także zobaczyła stację orbitalną Landa Calrissiana.

Luke ściągnął brwi i starannie dobierając słowa, zapytał:
- A dlaczego uznajesz za takie ważne, bym spróbował ją przekonać?
- Ponieważ leci Jaina, Lowbacca i ja... Czyli niemal cała nasza grupa, tylko nie ona, a bez niej...

nie będzie już tak samo - dokończył, sam chyba nie bardzo wierząc w silę tego argumentu.

Twarz Luke'a się rozpogodziła, a w oczach ukazały się nawet figlarne błyski.
-  Jak  wiesz,  bardzo  trudno  przekonać  wojowniczkę  z  Dathomiry,  która  umie  władać  Mocą  -

stwierdził.

-  Ale  przecież  nie  ma  żadnego  powodu,  żeby  chciała  zostać!  -  wykrzyknął  Jacen.  -  Nie  chce

lecieć, bo podobno będzie się nudziła! Oświadczyła, że, jej zdaniem, drogocenne kamienie corusca
nie  są  ani  trochę  piękniejsze  od  tęczowych  klejnotów  z  Gallinore,  a  tych  przecież  widziała  co
niemiara. Nie sprawiała jednak wrażenia znudzonej, kiedy to mówiła. Wręcz przeciwnie, wyglądała
na zdenerwowaną albo zmartwioną.

-  Każdy  musi  sam  decydować  o  swoim  losie  -  odparł  Luke  -  a  to  oznacza,  że  czasami  musimy

podejmować decyzje niepopularne albo trudne. - Objął ramieniem Jacena i odprowadził go do progu
komnaty.  -  Idź,  nakarm  teraz  swoich  ulubieńców.  Życzę  ci  szczęśliwej  podróży  do  orbitalnej  stacji
wydobywczej... I bądź spokojny, Tenel Ka ma ważny powód, by nie lecieć.

Tenel  Ka  wzdrygnęła  się  i  przebudziła.  Czuła,  że  jest  spocona,  mimo  chłodu  panującego  w

czterech kamiennych ścianach jej komnaty. Złocistorude włosy, zazwyczaj tak starannie zaplecione w
warkocz, były teraz splątane, opadały na oczy. Owinięte wokół nóg prześcieradło wyglądało, jakby
dziewczyna we śnie dokądś biegła, przed kimś uciekała.

Później przypomniała sobie, o czym śniła. Naprawdę uciekała. Biegła, ile sił w nogach, pragnąc

umknąć  przed  odzianymi  w  czarne  płaszcze  postaciami.  Kaptury  dziwnych  istot  skrywały  twarze,
porośnięte purpurowymi brodawkami. Przez umysł dziewczyny, wciąż jeszcze nie mogący otrząsnąć
się ze snu, przelatywały strzępy niewyraźnych wspomnień; historii, które opowiadała jej matka, kiedy
Tenel  Ka  była  małym  dzieckiem.  Nigdy  nie  widziała  tych  straszydeł,  ale  dobrze  wiedziała,  kim
były... wiedźmami z Dathomiry, które zaprzedały dusze ciemnej stronie Mocy i czerpały z niej siły,
żeby czynić na świecie wszelkie możliwe zło.

Siostrami Nocy.
Tenel Ka pamiętała jednak, że ostatnie Siostry Nocy zginęły albo nawróciły się na jasną stronę,

zanim jeszcze się urodziła. Dlaczego więc przyśniły jej się teraz? Jedyne kobiety władające Mocą,
jakie pozostały na Dathomirze, posługiwały się siłami jasnej strony.

Skąd zatem te koszmary? Dlaczego teraz?
Kiedy  Tenel  Ka  uświadomiła  sobie,  jaki  to  dzień,  zacisnęła  powieki  i  mruknąwszy,  opadła  na

posłanie. Tego dnia jej babka, królowa-matka hapańskiego królewskiego rodu, miała wysłać kobietę-
ambasador, żeby odwiedziła Tenel Ka, następczynię hapańskiego tronu. A dziewczyna nie chciała, by
ktokolwiek z grona jej przyjaciół dowiedział się, że jest księżniczką...

background image

Ambasador  Yfra.  Tenel  Ka  wzdrygnęła  się,  kiedy  pomyślała  o  babce,  kobiecie  obdarzonej

niezłomną wolą, i innych kobietach będących jej ambasadorami. Wszystkie zdolne były do kłamstwa
czy  zabójstwa,  byle  tylko  utrzymać  się  przy  władzy...  mimo  iż  jej  babka  nie  władała  już  planetą
Hapes.  Tenel  Ka  pokręciła  głową,  a  na  jej  twarzy  pojawił  się  krzywy  uśmiech.  Powodem,  dla
którego przyśniły się jej Siostry Nocy, musiała być zbliżająca się wizyta.

Mieszkańcy  Dathomiry,  prymitywnej  rodzimej  planety  jej  matki,  i  ludzie  z  Hapes,  bogatego

świata  jej  ojca,  Isoldera,  żyli  o  całe  lata  świetlne  jedni  od  drugich.  Mimo  to  hapańskie  kobiety,
zajmujące się polityką, i Siostry Nocy z Dathomiry właściwie niewiele się różniły od siebie. I jedne,
i drugie żądne władzy, posunęłyby się do ostateczności, byle tylko zdobyć ją albo utrzymać.

Tenel  Ka  znów  usiadła,  chociaż  niechętnie.  Nie  cieszyła  się  na  myśl  o  spotkaniu  z  amabasador

Yfrą  Prawdę  mówiąc,  radowała  się  tylko  z  faktu,  że  świadkami  spotkania  nie  będą  jej  przyjaciele.
Na  szczęście  Jacen,  Jaina  i  Lowbacca  znajdą  się  daleko,  na  pokładzie  stacji  wydobywczej  Landa
Calrissiana, na długo przedtem, zanim przyleci pani ambasador. Nie będą się więc dziwili, dlaczego
ich  przyjaciółka,  rzekomo  prosta  wojowniczka  z  Dathomiry,  jest  odwiedzana  przez  wysłanniczkę
hapańskiego dworu. Tenel Ka nie była jeszcze gotowa, żeby im to wytłumaczyć.

No  cóż,  nie  mogła  dłużej  zostać  w  łóżku.  Musiała  wstać,  żeby  stawić  czoło  wszystkiemu,  co

przyniesie  jej  ten  dzień.  Spotkania  z  ambasador Yfrą  nie  mogła  uniknąć.  I  to  jest  fakt  -  pomyślała
dziewczyna, odrzucając okrycie na bok i wstając z pryczy.

Otoczeni  holograficzną  mapą  systemu  Yavina,  Jaina  i  Lowbacca  siedzieli  pośrodku  komnaty

dziewczyny.

-  To  powinno  wystarczyć  -  powiedziała  Jaina.  Jej  proste  włosy,  długie  do  ramion,  częściowo

przysłoniły  twarz,  kiedy  pochyliła  się  i  zaczęła  badać  głowicę  kontrolną  holoprojektora.  Sama
zbudowała  to  urządzenie.  Złożyła  je  z  używanych  części,  niepotrzebnych  elementów,
wymontowanych podzespołów, kabli i innych obwodów elektronicznych. Wyciągnęła to wszystko z
pudełek i pojemników, starannie ułożonych na regałach zakrywających całą ścianę jej komnaty.

-  Wygląda  nieźle,  prawda,  Lowie?  -  zapytała,  obdarzając  szelmowskim  uśmiechem  młodego

Wookiego,  porośniętego  długą  rudobrązową  sierścią.  Spojrzała  na  szybującą  nad  ich  głowami  w
komnacie świetlistą kulę, która przedstawiała planetę Yavin, gazowego giganta.

Lowbacca 

pokazał 

wizerunek 

niewielkiego 

szmaragdowego 

księżyca 

okrążającego

pomarańczową planetę. Warknął pytająco.

- Ehm - odezwał się Em Teedee, miniaturowy android-tłumacz, przyczepiony do pasa Wookiego.

Dźwięk ten do złudzenia przypominał chrząknięcie. Em Teedee miał kształt połówki jajka. W górnej
części  wypukłej  strony  było  widać  dwa  okrągłe  złociste  czujniki  optyczne,  w  dolnej  zaś  otwory
kryjące mały głośnik.

- Pan Lowbacca życzy sobie wiedzieć - ciągnął android - czy ta kula, którą przed chwilą pokazał,

przedstawia księżyc Yavin Cztery, gdzie teraz jesteśmy?

- Zgadza się - odparła Jaina. - Co prawda, wokół gazowego giganta krąży kilkanaście księżyców,

ale  nie  zdążyłam  wszystkich  zaprogramować.  Zależało  mi  głównie  na  tym,  by  zobaczyć,  po  jakiej
trajektorii polecimy, kiedy Lando Calrissian zabierze nas do swojej orbitalnej stacji, znajdującej się
teraz w górnych warstwach atmosfery Yavina.

Lowie  warknął,  wtrącając  jakąś  uwagę,  a  Jaina  niecierpliwie  czekała,  aż  pedantyczny  android

upora się z tłumaczeniem.

-  Oczywiście,  że  to  trochę  niebezpieczne  -  powiedziała,  przewracając  bursztynowopiwnymi

background image

oczami. - Ale nie za bardzo. Nie możemy przegapić takiej okazji. Poza tym Lando chce, żebyśmy nie
tylko się przyglądali, ale wzięli udział w poszukiwaniach.

Dziewczyna pokazała jakieś miejsce tuż nad świetlistą powierzchnią Yavina.
Lowbacca  sięgnął  do  pulpitu  głowicy  kontrolnej  holoprojektora  i  przycisnął  kilka  klawiszy.  Po

sekundzie w miejscu, w którym pokazała Jaina, pojawił się błyszczący punkcik sprawiający wrażenie
metalowego: orbitalna stacja wydobywcza.

-  Chwalipięta  -  mruknęła  Jaina,  ale  zachichotała  ujrzawszy,  jak  szybko  Lowbacca

przeprogramował  holograficzną  mapę.  -  Wiesz  co,  od  tej  chwili  ja  zajmę  się  konstruowaniem,  a  ty
programowaniem, zgoda?

Lowie przez chwilę udawał, że się chełpi swoimi umiejętnościami. Przesunął kosmatą dłonią po

ciemniejszym paśmie sierści na głowie, zaczynającym się nad lewym okiem i kończącym na plecach.

W tej samej chwili do komnaty Jainy wpadł Jacen.
- Już tu są - oznajmił, z trudem łapiąc oddech. - To znaczy, prawie. Nadlatują. Byłem w centrum

strategicznym i słyszałem, że „Ślicznotka" Calrissiana jest już całkiem blisko.

Bliźnięta  spojrzały  sobie  w  bursztynowe  oczy,  których  kolor  przypominał  barwę  koreliańskiej

brandy. Były uradowane i podniecone.

- No, to na co jeszcze czekamy? - zapytała dziewczyna.
Jaina  z  podziwem  patrzyła,  jak  Lando  Calrissian  schodzi  po  opuszczonej  rampie  „Ślicznotki".

Mężczyzna dumnie stąpał, szeleszcząc fałdzistą szmaragdowozieloną peleryną, a na jego przystojnej
ciemnej twarzy widać było szeroki uśmiech. Towarzyszył mu pomocnik, cyborg Lobot, który zszedł
za nim po rampie i sztywno stanął u jego boku.

Lando  powitał  Jainę,  składając  na  jej  dłoni  szarmancki  pocałunek,  po  czym  odwrócił  się  do

Jacena  i  Lowbaccy  i  zgiął  się  przed  nimi  w  ceremonialnym  ukłonie.  Następnie  klepnął  Luke'a
Skywalkera po plecach. Mistrz Jedi, w towarzystwie baryłkowatego Artoo-Detoo, toczącego się tuż
za nim, także wyszedł na powitanie przyjaciela.

- Uważaj na nich, Lando - powiedział. - Nie ryzykuj za bardzo, dobrze?
Artoo dodał od siebie kilka przeciągłych gwizdów i pisków.
Lando spojrzał na Luke'a udając, że jest urażony.
- Hej, przecież wiesz, że nie pozwoliłbym dzieciakom zrobić niczego, czego sam nie uznałbym za

bezpieczne.

Luke wyszczerzył zęby i lekko klepnął przyjaciela po ramieniu.
- Właśnie to mnie najbardziej martwi - powiedział.
-  Przyznaj,  że  przede  wszystkim  obawiasz  się,  że  kiedy  dzieciaki  zobaczą  moją  stację

wydobywczą, nie będą chciały powrócić do twojej akademii Jedi - zażartował Lando.

Po  chwili,  zamaszyście  machnąwszy  peleryną,  zaprosił  Jacena  i  Lowbaccę,  żeby  weszli  po

rampie na pokład statku. Później odwrócił się do Jainy.

-  A  co  mogę  zrobić  dla  ciebie,  młoda  damo,  żeby  ta  wyprawa  wydała  ci  się  pouczająca  i

ciekawa? - zapytał.

Wyciągnął ku niej zgiętą w łokciu rękę, chcąc osobiście zaprowadzić dziewczynę do wnętrza.
Jaina przyjęła jego ramię i obdarzyła go szelmowskim uśmiechem.
- Na początek możesz opowiedzieć mi, co wiesz na temat silników napędowych „Ślicznotki"...

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ

 

background image

 

 

 

2

 
Luksusowy  jacht  Calrissiana  zostawił  za  rufą  zieloną  kulę  porośniętego  dżunglą  księżyca,  który

świecił  w  przestworzach  niczym  cenny  klejnot.  Lando  i  jego  wierny  towarzysz,  cyborg  Lobot,
pilotowali „Ślicznotkę", kierując ją ku gazowej kuli Yavina.

-  Wam,  dzieciakom,  powinno  się  tam  spodobać  -  powiedział  ciemnoskóry  mężczyzna.  -  Nie

sądzę,  żebyście  kiedykolwiek  widziały  coś,  co  można  byłoby  porównać  z  polowaniem  na  klejnoty
corusca.

W  miarę,  jak  jacht  Calrissiana  zbliżał  się  do  gigantycznej  planety,  coraz  wyraźniej  było  widać

orbitalną  placówkę  wydobywczą.  Przypominała  prawdziwe  morze  świateł  pozycyjnych,  z  którego
wystawały misy anten kierunkowych, otoczone dziesiątkami zautomatyzowanych obronnych satelitów.
Urządzenia  zwróciły  uwagę  na  nadlatującą  „Ślicznotkę",  skierowały  ku  niej  lufy  laserów  i  zaczęły
realizować  procedury  uzbrajania  broni.  Lando  przesłał  im  jednak  umowny  kod  identyfikujący  jego
statek,  a  satelity  zaakceptowały  sygnał.  Powróciły  do  przeszukiwania  przestworzy,  w  nadziei,  że
dostrzegą prawdziwych intruzów czy piratów.

-  Nigdy  dość  przezorności  i  środków  bezpieczeństwa  -  stwierdził  Lando.  - A  przynajmniej  nie

wtedy, kiedy ma się do czynienia z czymś tak cennym jak klejnoty corusca.

Lobot,  łysy  człowiek,  wspomagany  przez  komputer,  nie  odzywał  się  ani  słowem.  Bezustannie

obserwował  wskazania  przyrządów  kontrolnych  na  pulpicie.  Kiedy  zwrócił  uwagę  na  sieć  anten  i
skierował  się  ku  lądowisku,  w  tylnej  części  jego  głowy  rozbłysnęły  i  zamrugały  mikroskopijne
lampki  implantowanego  urządzenia.  Lobot  przeleciał  jachtem  przez  wrota  śluzy  i  łagodnie  osadził
„Ślicznotkę" na największym lądowisku orbitalnej stacji.

- Cieszę się, że Luke pozwolił wam tu przylecieć - odezwał się Lando, spoglądając po kolei na

Jacena, Jainę i Lowiego. - Nie dowiecie się niczego o galaktyce, jeżeli będziecie wyłącznie siedzieli
w  dżungli  i  unosili  odłamki  skał,  posługując  się  myślami.  -  Błysnął  zębami  w  szerokim,
rozbrajającym uśmiechu. - Musicie poszerzyć horyzonty. Powinniście się nauczyć, jaką rolę w Nowej
Republice  pełni  handel.  To  pozwoli  wam  zdobyć  cenną  wiedzę,  na  wypadek  gdyby  kiedykolwiek
zawiodły wasze świetlne miecze.

- Jeszcze nie mamy świetlnych mieczy - odparł Jacen, nie potrafiąc ukryć przygnębienia.
-  A  zatem  tym  bardziej  powinniście  nauczyć  się  czegoś  pożytecznego  -  stwierdził  Lando,  po

czym,  widząc  frustrację  chłopca,  dodał:  -  Wiesz,  twój  wujek  Luke  musi  dbać  o  twoje
bezpieczeństwo.  Czasami  może  wydawać  ci  się,  że  to  przesadna  ostrożność,  ale  jestem  pewien,  że
dobrze  wie,  co  robi.  Nie  martw  się,  już  wkrótce  dostaniesz  swój  miecz  świetlny.  Idę  o  zakład,  że
jeżeli się odprężysz i przestaniesz o tym myśleć, będziesz ćwiczył własną bronią, zanim zdążysz się
obejrzeć.

Kiedy  „Ślicznotka"  spoczęła  na  pustym  lądowisku,  Lando  odwrócił  się  i  pomógł  Lobotowi

background image

wyłączać systemy kontrolne i silniki.

Później  zszedł  po  rampie  i  od  czasu  do  czasu  entuzjastycznie  gestykulując,  z  promiennym

uśmiechem zaczął oprowadzać gości po swojej stacji. Nie zwracając uwagi na Lobota, idącego bez
słowa  z  tyłu,  zaprowadził  młodych  Jedi  do  transpastalowego  iluminatora.  Przez  szyby  było  widać
gnane porywistymi wichrami kłęby pomarańczowych chmur gazowego giganta.

Jacen  podszedł  do  samej  szyby  i  zerknął  w  dół,  na  skłębione  zwały  chmur,  przecinanych

błyskawicami.  Pastelowe  obłoki,  żółte,  białe  i  pomarańczowe,  wyglądały  z  dużej  wysokości
zdradliwie niewinnie. Chłopiec wiedział jednak, że wichury, szalejące nawet w górnych warstwach
atmosfery, miały straszną, miażdżącą silę, a potworne ciśnienie, panujące w głębinach, było zdolne
zgnieść statek do rozmiarów garści atomów.

Stojąca  obok  niego  Jaina  przyglądała  się  burzowym  chmurom  i  analizowała  je  pod  kątem

właściwości  fizycznych.  Pomiędzy  bliźniętami  stał  Wookie,  wyższy  od  nich  o  głowę.  Zdumiony,
przeciągle warknął.

-  Uważam,  że  ten  widok  robi  wielkie  wrażenie  -  odezwał  się  piskliwy  głos  Em  Teedee,

przyczepionego do pasa Lowiego. - Pan Lowbacca jest tego samego zdania.

Orbitalna stacja wydobywcza Landa Calrissiana znajdowała się w tej chwili tuż powyżej granicy

górnych  warstw  atmosfery.  Eliptyczna  orbita,  po  której  krążyła,  przez  jakiś  czas  pozwalała  jej
szybować wysoko nad planetą, po czym zmuszała do nurkowania w głąb warstw atmosfery, tak aby
poszukujące  klejnotów  corusca  automaty  Calrissiana  mogły  zapuszczać  się  jeszcze  niżej,  w  rejony,
gdzie panowało istne piekło.

Lando postukał palcem w przezroczystą transpastalową szybę iluminatora.
-  Głęboko  w  dole,  gdzie  kończy  się  atmosfera,  metaliczne  jądro  planety  ociera  się  o  warstwy

ciekłych  gazów.  Panują  tam  tak  wielkie  ciśnienia,  że  zgniatają  cząsteczki  materii,  tworząc  z  nich
niezwykle rzadkie kwantowe kryształy, zwane klejnotami corusca.

Jacen wyraźnie się ożywił.
- Czy możemy jakiś zobaczyć? - zapytał.
Lando przez chwilę się namyślał, po czym kiwnął głową.
- Jasne. Właśnie przygotowujemy się do wysłania kolejnego transportu. Chodźcie za mną.
Powiewając fałdami szmaragdowej peleryny, powiódł gości idealnie czystymi korytarzami. Idący

tuż  za  nim  Jacen  przyglądał  się  mijanym  metalowym  przepierzeniom,  pokojom  i  pomieszczeniom
służbowym, zastawionym dziesiątkami komputerów.

Ściany pomieszczeń wykonano z gładkich plastalowych płyt, pomalowano w pastelowe barwy i

upiększono  jarzącymi  się  światłowodami  o  różnych  długościach  i  średnicach.  Gdzieś  z  oddali
dobiegał  cichy  szelest  kołysanych  wiatrem  liści,  plusk  wody  płynącej  w  strumieniu,  szum  fal
oceanu... Kojące kolory i dźwięki sprawiły, że w stacji wydobywczej Landa panował miły nastrój,
zupełnie niepodobny do tego, jaki wyobrażał sobie Jacen.

Kiedy  zbliżyli  się  do  potężnych,  opancerzonych  dwuskrzydłowych  wrót,  Lando  nacisnął  kilka

guzików umieszczonego na przegubie lewej dłoni urządzenia, po czym odwrócił się w stronę Lobota.

- Zażądaj dostępu do pomieszczeń chronionych przez specjalny system bezpieczeństwa.
Lobot  mruknął  coś  do  mikrofonu  umieszczonego  przy  kołnierzu  bluzy.  Ciężkie  metalowe  wrota

zasyczały i rozsunęły się, ukazując dużą śluzę. W przeciwległym końcu znajdowała się uszczelniona
komora,  umożliwiająca  wyjście  na  zewnątrz  stacji.  Nieco  bliżej  na  stojaku  spoczywały  cztery
opancerzone  pociski.  Każdy  miał  długość  mniej  więcej  metra  i  był  najeżony  lufami  laserów,

background image

samoczynnie naprowadzających się na wybrane cele.

- To są automatyczne pojemniki transportowe - wyjaśnił Lando. - Ponieważ klejnoty corusca są

tak kosztowne, musieliśmy przedsięwziąć specjalne środki ostrożności.

Obok  jednego  pojemnika  transportowego  krzątało  się  kilka  wielorękich  androidów.  Pokrywa

pojemnika  była  odsunięta,  a  przez  otwór  dało  się  zauważyć  grubą  warstwę  ochronnej  izolacji.
Miedziane korpusy androidów połyskiwały, jakby je niedawno wypolerowano.

- Przygotowują następną partię do wysyłki - wyjaśnił Lando. - Chodźcie, popatrzymy.
Młodzi  Jedi  zajrzeli  w  głąb  niewielkiego  otworu  w  górnej  części  pojemnika  i  ujrzeli  cztery

klejnoty  corusca,  umieszczone  tam  zręcznymi  palcami  miedzianego  androida.  Żaden  kamień  nie  był
większy niż paznokieć kciuka Jacena. Lando wyciągnął ze środka jeden drogocenny kryształ.

Najbliższy android zaczął rozpaczliwie wymachiwać wszystkimi rękami.
- Przepraszam, przepraszam! - zaprotestował. - Proszę nie dotykać klejnotów. Przepraszam!
- W porządku - uspokoił go Lando. - To tylko ja, Calrissian.
Wymachiwanie natychmiast się skończyło.
- Och, zechce pan mi wybaczyć - odezwał się android.
Lando pokręcił głową.
- Będę musiał kazać wymienić jego czujniki optyczne - powiedział.
Uniósł  klejnot  corusca,  trzymając  go  między  palcem  wskazującym  a  kciukiem.  Kamień  błysnął,

jakby  krył  w  środku  płynny  ogień.  Wydawało  się,  że  klejnoty  corusca  nie  tylko  odbijają  światło,
zawieszonych  pod  sufitem  paneli  jarzeniowych.  Odnosiło  się  wrażenie,  że  kryją  we  wnętrzach
miniaturowe piece. Ich blask przez całe wieki pulsował uwięziony wewnątrz ścianek kryształów, aż
przez czysty przypadek niektóre fotony wydostały się na zewnątrz.

-  Klejnotów  corusca  nie  spotyka  się  w  żadnym  innym  miejscu  galaktyki  -  mówił  Lando.  -

Dotychczas znaleziono je tylko w pobliżu jądra Yavina. Oczywiście, wielu poszukiwaczy bada inne
gazowe  giganty,  mając  nadzieję,  że  je  znajdzie,  ale  na  razie  moja  stacja  wydobywcza  jest  jedyną,
która dostarcza klejnoty corusca na rynki całej galaktyki. Przed laty legalną stację wydobywczą miało
tu  Imperium,  ale  kiedy  załamały  się  imperialne  rynki  zbytu,  tamta  placówka  bardzo  szybko
zbankrutowała.  Jak  wiecie,  poszukiwanie  kamieni  corusca  jest  ryzykowne  i  wymaga  dużych
nakładów, przynajmniej na początku... ale ja ciągnę z tego spore zyski.

Pozwolił Jacenowi, Jainie i Lowbaccy potrzymać kryształ i podziwiać jego piękno.
-  Klejnoty  corusca  są  najtwardszą  substancją  w  całej  galaktyce  -  ciągnął.  -  Potrafią  przeciąć

transpastal tak łatwo, jak promień lasera tnie warstwę sullustańskiego dżemu.

Nerwowy  android  wyłuskał  klejnot  z  kosmatej  dłoni  Lowbaccy  i  z  powrotem  umieścił  we

wnętrzu  pojemnika.  Wpuścił  do  środka  dodatkową  porcję  szczeliwa,  pokrywając  nią  wszystkie
kamienie,  po  czym  zasunął  pokrywę,  żeby  zamknąć  otwór.  Następnie  włączył  kilka  przełączników
znajdujących  się  w  tylnej  części  pojemnika,  uzbrajając  w  ten  sposób  umieszczone  na  obudowie
lasery. Lufy śmiercionośnych urządzeń skierowały się we wszystkie strony.

- Pojemnik gotów do startu - oznajmił android. - Proszę o opuszczenie wyrzutni.
Lando  wyprowadził  młodych  Jedi  z  pomieszczenia,  a  ciężkie  pancerne  wrota  automatycznie

zasunęły się za ich plecami. Androidy pozostały, zajęte swoimi czynnościami.

-  Chodźcie  tu,  będziemy  patrzyli  przez  iluminator  -  odezwał  się  Lando.  -  Ten  pojemnik  jest

pociskiem  wyposażonym  w  napęd  nadświetlny.  Poleci  na  Borgo  Prime,  do  mojego  agenta
handlowego, który zajmuje się sprzedażą klejnotów corusca w zamian za niewielki udział w zyskach.

background image

Stłoczyli  się  przy  okrągłym  otworze,  zaopatrzonym  w  grubą  transpastalową  szybę,  przez  którą

było widać pustkę przestworzy. Przyglądali się, jak pojemnik transportowy wystrzelił z wyrzutni, na
chwilę znieruchomiał, aby jego komputer mógł zorientować się w położeniu i dokonać niezbędnych
zmian  wartości  parametrów.  Smuga  jasnego  światła  wydobywającego  się  z  dysz  silników  kreśliła
linię na tle czerni przestworzy.

Obronne satelity otaczające stację wydobywczą dostrzegły pojemnik i obróciwszy lufy laserów,

wymierzyły  je  w  błyszczący  stożek.  Zapewne  jednak  pocisk  z  klejnotami  przesłał  właściwy  sygnał
identyfikacyjny, gdyż po chwili lasery powróciły w poprzednie położenia. Później, tak szybko, że z
trudem  można  było  to  zauważyć,  pojemnik  transportowy  zamienił  się  w  mglistą  smugę  światła,  po
czym zniknął w nadprzestrzeni, niosąc w środku bezcenne kryształy.

- Hej, Lando, czy nie moglibyśmy pomóc ci w poszukiwaniu tych klejnotów? - zapytał Jacen.
- Tak, chcielibyśmy zobaczyć, jak to się robi - poparła go Jaina.
-  No  cóż,  sam  nie  wiem...  -  zawahał  się  Lando.  -  To  ciężka  praca,  a  przy  tym  trochę

niebezpieczna.

- Tak samo jak kształcenie rycerzy Jedi, o czym sami zdążyliśmy się przekonać - zauważyła Jaina.

- Czy nie sądzisz, że zdobywanie wiedzy może być czasem związane z niewielkim ryzykiem?

Lowbacca zaryczał, wtrącając jakąś uwagę.
- Co to znaczy, że jest pan gotów podjąć to ryzyko? - odezwał się Em Teedee. - O rety, myślałem,

że  pan  Calrissian  zwracał  uwagę  na  istniejące  zagrożenie  w  nadziei,  że  odwiedzie  pana  od  tej
wyprawy.

- To nieważne - wtrącił się trochę piskliwie Jacen. - I tak byśmy się wyprawili.
Lando uniósł rękę, jakby podjął jakąś decyzję... ale Jacen miał wrażenie, że wszystko zostało już

dawno ustalone.

- No cóż - powiedział. - Może naprawdę czas, żebym zajął się prawdziwą pracą, zamiast tylko

wciąż pełnić obowiązki administratora. W porządku, sam zabiorę was na dół.

Jacenowi  wydawało  się,  że  głębinowa  kapsuła  górnicza  przypomina  podwodny  dzwon

ratunkowy,  umożliwiający  wyciąganie  nurków.  Na  grubych  pancernych  płytach  kadłuba,
pomalowanych  na  szaro,  widniały  oleiste  plamy.  Światło  w  nich  odbite  miało  w  sobie  coś
złowieszczego. Klapa włazu sprawiała wrażenie tak grubej i wytrzymałej, że potrafiłaby się oprzeć
nawet strzałom z turbolasera.

-  Nazywamy  tę  kapsułę  „Szybką  Ręką"  -  oznajmił  Lando.  -  Jest  niewielka,  ale  zaprojektowana

specjalnie  z  myślą  o  zapuszczaniu  się  w  najgłębsze  warstwy  Yavina.  Kiedyś  dotarła  niemal  do
samego jądra, gdyż największe klejnoty spotyka się na tej głębokości.

Przesunął palcami po usmarowanej olejem powierzchni płyty kadłuba.
-  „Szybka  Ręka"  jest  pokryta  od  zewnątrz  cienką  warstwą  kwantowego  pancerza  -  ciągnął,  nie

potrafiąc  ukryć  dumy.  -  To  zabawka  wynaleziona  przez  naukowców  Imperium.  Postanowiliśmy
wykorzystać  do  własnych  celów  technologię,  opracowaną  początkowo  na  potrzeby  imperialnej
gwiezdnej floty. Dzięki temu dysponujemy najlepszym, najnowocześniejszym pancerzem stosowanym
do celów handlowych. - Lando się chełpił, jak gdyby wygłaszał przemówienie do grupy dyrektorów
zarządzających jego firmą, ale po chwili przypomniał sobie, kim naprawdę są jego słuchacze. - No
cóż, w tej chwili to nieważne. Pancerz tego maleństwa jest tak wytrzymały, że potrafi znieść ciśnienia
panujące  nawet  w  samym  jądrze.  Zostaniemy  opuszczeni,  ale  z  orbitalną  stacją  wydobywczą
będziemy  nadal  połączeni  za  pomocą  energetycznych  więzów...  czegoś  w  rodzaju  niezniszczalnej

background image

magnetycznej liny.

- Nawet burze nie będą mogły jej rozerwać? - zainteresowała się Jaina.
Lando szeroko rozłożył ręce, chcąc rozproszyć jej wątpliwości.
- Może trochę będzie nami kołysało, ale... - Roześmiał się. - Fotele są wyściełane. Nic się nam

nie stanie.

Lowbacca pochylił się, ale mimo to, kiedy wchodził do wnętrza ratunkowego dzwonu, zawadził

głową o górną krawędź włazu. Jacen i Jaina wskoczyli w chwilę po nim. Po sekundzie we wnętrzu
„Szybkiej Ręki" znalazł się Lando, który zatrzasnął i uszczelnił klapę włazu.

Kilka razy postukał kostkami palców w płytę kadłuba, przysłuchując się stłumionym metalicznym

dźwiękom.

-  Pewność  i  zaufanie  -  oznajmił,  po  czym  zajął  miejsce  na  miękkim,  wyściełanym  fotelu  pilota,

ustawionym przed kontrolną konsoletą. Jacen usiadł obok niego na fotelu drugiego pilota i poświęcił
chwilę  na  zapięcie  pasów  bezpieczeństwa.  Jaina  i  Lowie  zajęli  miejsca  na  fotelach  stojących  w
drugim  rzędzie.  W  suficie,  ścianach  i  podłodze  kapsuły  znajdowały  się  kwadratowe  iluminatory  z
bardzo  grubymi  transpastalowymi  szybami.  Dzięki  nim  wszyscy  mogli  podziwiać  widoki,  bez
względu na to, w którą stronę obracali głowy.

- O rety, czy to nie podniecające? - odezwał się piskliwie Em Teedee.
Lowie burknął, całkowicie zgadzając się z jego zdaniem.

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ

 

background image

 

 

 

3

 
Lando wystukał kilka instrukcji na klawiaturze kontrolnej konsolety.
- Informuję Lobota, że jesteśmy gotowi ruszać w drogę - oznajmił.
Kiedy  „Szybka  Ręka"  przygotowywała  się  do  wyprawy  w  głąb  atmosfery Yavina,  na  ścianach

próżniowej  komory,  w  której  się  znajdowała,  rozbłysły  ostrzegawcze  czerwone  lampki.  Z
pomieszczenia wyszło trzech techników, a uszczelnione drzwi zamknęły się za ich plecami.

- Trzymajcie się - ostrzegł Lando.
Nagle metalowe płyty pod „Szybką Ręką" rozsunęły się na boki. Kiedy opancerzony dzwon runął

w przepaść, wypełnioną chmurami wirujących gazów, Jacen poczuł, że jego żołądek podskoczył do
gardła.  Zaskoczony  Lowie  wydał  przeciągły  skowyt.  Serce  Jacena  biło  przyspieszonym  rytmem.
Jaina chwyciła kurczowo oparcie fotela.

„Szybka  Ręka"  nurkowała  coraz  głębiej,  ale  Jacen  już  wkrótce  poczuł,  że  prędkość  opadania

kapsuły maleje, stabilizuje się, jest lepiej kontrolowana.

- Czuję energetyczną więź, która nas powstrzymuje - odezwała się Jaina.
Jacen wybiegł myślami w przestworza. Posługując się umiejętnościami Jedi, również wyczuł coś,

jakby błyszczącą cienką nić łączącą ich z orbitalną stacją wydobywczą, która pozostała wysoko nad
ich  głowami.  Zaciekawiony  i  podniecony  rozpiął  pasy  ochronnej  sieci  i  podszedł  do  najbliższego
iluminatora. Popatrzył na skłębione chmury, które się zbliżały i uderzały o kadłub kapsuły...

Ujrzał także flotyllę niewielkich statków, które przemykały tuż nad zwałami skłębionych chmur.

Przypominały  rolnicze  automaty.  Małe  jednostki  ciągnęły  świecącą  złocistą  siatkę,  podobną  do
delikatnej pajęczyny, w ten sposób, że dolny skraj sieci niknął w obłokach.

- Kto to? - zapytała Jaina, jak zawsze pragnąca wiedzieć, co, jak i dlaczego.
-  Moi  kontrahenci  -  wyjaśnił  Lando.  -  Łowcy  klejnotów  corusca.  Dysponują  własnymi

stateczkami  i  latają  nad  kłębowiskiem  chmur,  ciągnąc  energetyczne  włóki.  Kiedy  zapuszczają  je  w
chmury,  różnice  potencjałów  istniejące  pomiędzy  węzłami  sieci  reagują  na  obecność  nawet
niewielkich klejnotów. W ten sposób ci gwiezdni rybacy łowią jedynie małe kryształy i okruchy, nie
większe od ziarnek piasku. Może to niewiele, ale i one mają dużą wartość, dzięki czemu praca tych
ludzi się opłaca.

Pomagam  im,  a  w  zamian  za  to  oni  oddają  mi  pewien  procent  tego,  co  zarobią.  Duże  klejnoty

corusca  znajdują  się  jednak  znacznie  głębiej.  Gigantyczne  ciśnienia  panujące  w  pobliżu  jądra
sprawiały  dotychczas,  że  polowanie  na  największe  kryształy  było  niemożliwe.  Dysponując  jednak
kapsułą z ochronnym pancerzem kwantowym, mogę się zapuścić „Szybką Ręką" nawet tak głęboko.

- No, to na co jeszcze czekamy? - zapytała Jaina.
- Masz rację. Ruszajmy - poparł ją Jacen, pocierając ręce. Po chwili na jego twarzy ukazał się

przebiegły  uśmiech.  -  Hej,  Lando,  podsłuchałem  kiedyś  rozmowę  dwóch  androidów.  Pierwszy

background image

zapytał: „No i co, udało ci się pokonać tego Wookiego podczas gry w sabaka?" Drugi odparł...

-  ...Tak,  ale  kosztowało  mnie  to  rękę  i  nogę  -  dokończył  Lando.  -  To  bardzo  stary  kawał,

chłopcze.

Jacen w pierwszej chwili się żachnął, ale potem zachichotał.
- Może właśnie dlatego Tenel Ka się nie roześmiała - powiedział.
Jaina spojrzała na brata.
- Sądzę, że nie zrobiła tego z innego powodu - odparła.
Tymczasem  nurkująca  kapsuła  zapuszczała  się  coraz  głębiej.  Lando  pociągał  za  dźwignie,

zupełnie jakby ostrożnie odwijał energetyczną linę. Kropelki gęstniejącej mgły i rozpylonych gazów
otaczających dzwon nabierały energii, pędziły coraz szybciej. W pewnej chwili dał się słyszeć cichy
szmer  uderzających  o  pancerz  kapsuły  cząstek,  z  każdą  chwilą  coraz  głośniejszy  i  bardziej
natarczywy.

Szalejąca  wichura  przybierała  na  sile.  Ciągnące  się  jak  okiem  sięgnąć  oślepiające  błyskawice

przecinały  raz  po  raz  we  wszystkie  strony  półmrok  za  iluminatorami.  Po  zewnętrznym  pancerzu
pełzały świetliste fale statycznej elektryczności, podobne do kosmatych, strzępiastych poczwarek. Co
chwilę rozbłyskiwały i zmieniały kształty, wciąż na nowo atakując punkt, w którym była umocowana
energetyczna lina.

Lowie  wygłosił  długie  zdanie  w  języku  Wookiech,  pełne  gardłowych  warknięć  i  pomruków,

chcąc w ten sposób wyrazić zaniepokojenie. We wnętrzu kapsuły rozległ się piskliwy głos androida-
tłumacza.

- To dobre pytanie, panie Lowbacco. Co się stanie, jeżeli energetyczna więź zostanie przerwana?

W jaki sposób powrócimy do stacji?

-  Och,  mamy  kilka  urządzeń,  które  umożliwią  nam  przetrwanie  -  odparł  Lando,  ponownie

machnąwszy  beztrosko  ręką.  -  Przeżyjemy  wystarczająco  długo,  aż  odnajdzie  nas  ekipa  ratunkowa,
wysłana z orbitalnej stacji. Mamy urządzenia łączności, duże zapasy energii... ale nie martwcie się,
nic takiego się nie wydarzy.

Jakby pragnąc zaprzeczyć jego słowom, nagły podmuch wiatru zakołysał kapsułą. Jacen spadł z

fotela i potoczył się pod ścianę. Niepewnie wstał i z przepraszającym uśmiechem ponownie zapiął
pasy bezpieczeństwa ochronnej sieci.

Nagle  wszyscy  odnieśli  wrażenie,  że  „Szybka  Ręka"  naprawdę  zerwała  się  z  energetycznej

uwięzi.  Zaczęli  spadać  jak  kamień,  nie  mogąc  odzyskać  stateczności  przez  drugie  dziesięć  sekund.
Lowie zawył, a bliźnięta krzyknęły. Lando poruszył dźwignią i zwiększał dopływ mocy tak długo, aż
w końcu udało mu się połączyć oba końce niewidzialnej liny.

-  Widzicie?  Nie  było  żadnych  problemów  -  powiedział,  nonszalancko  się  uśmiechając.  Jacen

dostrzegł  jednak  krople  potu,  jakie  pojawiły  się  na  czole  ciemnoskórego  mężczyzny.  -  Prawię
mówiąc,  dobrze  będzie,  jeżeli  zaciśniecie  pasy  waszych  ochronnych  sieci  -  dodał.  -  Te  wichury
szalejące  w  dolnych  warstwach  atmosfery  wywołują  czasami  potworne  wiry,  które  docierają  do
granicy jądra i porywają klejnoty corusca. Obniżymy się jeszcze trochę, a potem zaczniemy łowy.

- Ja też chciałbym spróbować szczęścia - odezwał się Jacen.
-  Każde  z  was  będzie  mogło  operować  dźwigniami  -  oświadczył  Lando.  -  Muszę  jednak  was

uprzedzić,  że  klejnoty  corusca  spotyka  się  bardzo  rzadko,  nawet  na  tak  dużej  głębokości.  Nie
oczekujcie, że jakiś znajdziecie.

-  Czy  ktoś,  kto  będzie  operował  dźwigniami  i  znajdzie  klejnot,  będzie  mógł  go  zatrzymać?  -

background image

zapytał Jacen.

Lando obdarzył go pobłażliwym uśmiechem.
-  No  cóż,  przypuszczam,  że  tak...  -  obiecał.  - Ale  nie  będziemy  mogli  poświęcić  na  łowy  dużo

czasu.

- Och, to zrozumiałe - odparł chłopiec. - Niemniej dobrze jest mieć jakąś zachętę.
Lando się roześmiał.
- Zupełnie jak ojciec - stwierdził.
Jacen  także  się  uśmiechnął.  Pomyślał  o  czasach,  kiedy  Lando  Calrissian  i  Han  Solo  byli

partnerami - a czasami rywalami, bo i tak zdarzało się w ciągu wielu lat ich przyjaźni.

Lando ponownie zerknął na kontrolny pulpit i odsłonił kilka następnych iluminatorów w podłodze

kapsuły,  tak  by  wszyscy  mogli  lepiej  widzieć  kłębiące  się  w  dole,  naładowane  potworną  energią
mroczne chmury.

-  Taka  głębokość  powinna  wystarczyć  -  oświadczył.  -  Zaczynajmy  łowy.  -  Popatrzył  na  tarczę

chronometru,  umieszczonego  na  przegubie  lewej  ręki.  -  Naprawdę  niedługo  będziemy  musieli
wracać.

Przełknął  ślinę.  Jacen  się  zorientował,  że  Calrissian  jest  po  prostu  zdenerwowany  faktem,  iż

znalazł się aż tak głęboko. Tylko śmiałkowie, którzy ryzykowali życiem, polując na klejnoty corusca,
zapuszczali się na takie głębokości, żeby znaleźć bajecznie kosztowne kryształy.

„Szybka  Ręka"  osiągnęła  najniższe  warstwy  atmosfery  gazowego  giganta,  gdzie  nie  docierało

nawet  światło  słońca Yavina.  Kapsułę  otaczały  nieprzeniknione  ciemności,  a  silny  huragan  kołysał
nią  z  boku  na  bok.  Lando  włączył  reflektory  ratunkowego  dzwonu  i  w  ciemności  poszybowały
świetliste stożki, ukazując kłębowisko zgęszczonych gazów, zmagających się ze sobą jak w upiornym
tańcu.

-  Zaraz  zapuszczę  żyłki  wędek  -  odezwał  się  Lando.  -  To  elektromagnetyczne  linki,  które

zwieszają  się  z  dna  kapsuły.  Ich  zadaniem  jest  przyciąganie  klejnotów  corusca,  podrywanych  przez
szalejące burze. Każde z was będzie miało tylko kilka minut, gdyż musimy szybko wracać do stacji.
Mam wrażenie, że z każdą chwilą burza przybiera na sile.

Jacenowi się wydawało, że nawałnica wcale się nie nasila. Jakkolwiek przyznać trzeba, że i tak

miała  potworną  siłę.  Na  widok  malującego  się  na  twarzy  Landa  napięcia  pomyślał  jednak,  że  i  on
chciałby, aby ta wyprawa jak najszybciej się zakończyła.

-  Lowbacco,  dlaczego  nie  miałbyś  spróbować  pierwszy?  -  zaproponował  Lando.  -  Zajmij

miejsce pilota i przejmij stery.

Młody  Wookie  usiadł  w  fotelu,  który  był  dla  niego  o  wiele  za  mały,  i  położył  dłonie  na

najeżonym dźwigniami i przełącznikami pulpicie. Zaczął naprowadzać zwieszające się i skwierczące
linki, które niczym magnetyczne macki przeszukiwały najniższe warstwy atmosfery.

Jacen ponownie odpiął pasy ochronnej sieci i popełznął po podłodze, żeby zerknąć przez jeden z

kwadratowych iluminatorów. Dostrzegł żółte magnetyczne bicze, zwieszające się z kadłuba „Szybkiej
Ręki". Przecinały chmury gazów, ale nie schwyciły niczego.

Po kilku minutach sfrustrowany Lowie warknął, dając za wygraną. Em Teedee przetłumaczył:
- Pan Lowbacca pragnie, by ktoś inny zaznał tej przyjemności.
Lowie  przekazał  dźwignie  Jainie.  Dziewczyna  usiadła  i  zaczęła  skupiać  się  jak  w  transie,

wysuwając  z  ust  koniuszek  języka.  Kiedy  poruszała  drążkami,  jej  przymknięte,  bursztynowopiwne
oczy  patrzyły  w  nicość  i  pustkę.  Jacen  obserwował,  jak  energetyczne  linki  wiją  się  jak  węże  pod

background image

kapsułą, przecinają kłęby chmur, szukają...

-  Nie  poddawaj  się  tak  łatwo  -  odezwał  się  Lando.  -  Mówiłem,  że  bardzo  trudno  jest  znaleźć

choćby jeden kamień. Są niezwykle rzadkie. Gdyby spotykało się ich więcej, nie byłyby takie cenne.

Przez kilka następnych minut Jaina szukała, ale potem i ona zrezygnowała. Jacen wstał z podłogi i

ruszył w stronę fotela. Z trudem utrzymywał równowagę w rozkołysanej kapsule. Schwycił oparcie
fotela i usiadł, po czym położył ręce na kontrolnych dźwigniach.

Pociągając za nie, czuł wyraźnie opór, jaki stawiały skwierczące linki. Przeszukiwał kłęby chmur

po  omacku.  Przeczesywał  je  zwinnie  jak  przeszukuje  się  kopiec  piasku,  mając  nadzieję,  że  może
znajdzie się w nim bryłkę złota. Wysyłał także wici myśli i skupiał się tak samo, jak przed nim robiła
to Jaina. Starał się wykorzystać całą wiedzę Jedi, by odszukać chociaż jeden drogocenny klejnot. Nie
wiedział, co powinien poczuć, kiedy go znajdzie, ale liczył na to, że potrafi odróżnić to uczucie od
wszystkich innych. Kłęby wirujących chmur były jednak wciąż puste. Zawierały jedynie mieszaninę
bezużytecznych  gazów  i  unoszonego  pyłu;  nic,  co  byłoby  godne  uwagi.  Obok  niego  usiadła  Jaina.
Jacen  czuł,  że  i  ona  liczy  na  to,  że  mu  się  powiedzie.  Chłopiec  siedział  jeszcze  bez  ruchu  przez
minutę czy dwie. W chwili kiedy i on miał zrezygnować, poczuł nagle w umyśle jakiś błysk, jakieś
olśnienie.  Trącił  lekko  dźwignię,  przesuwając  ją  o  milimetr  w  prawo.  Wyciągnął  długie
elektromagnetyczne  palce  i  zaczął  szukać,  zapuszczać  je  tak  głęboko  jak  było  możliwe.  Przecinając
zwały  chmur  naelektryzowaną  końcówką,  sięgał  jeszcze  dalej,  sięgał...  i  w  końcu  ponownie
pochwycił ów błysk myślami. Kontrolny pulpit rozjarzył się światełkami.

- Mam go! - krzyknął Jacen.
Lando sprawiał wrażenie równie zaskoczonego co pozostali uczestnicy wyprawy.
- Doskonale, a teraz trzeba go przyciągnąć - powiedział. - Tylko szybko. Czas wracać do domu. -

Ujął dźwignie i zaczął wciągać magnetyczną linkę do kadłuba „Szybkiej Ręki". Uważał, by nie zgubić
zdobyczy. Kiedy ustabilizował więź łączącą go ze stacją w górze, pochylił się i otworzył niewielką
śluzę w podłodze. Wyciągnął z niej oszronioną durastalową skrzynkę i wyjął piękny klejnot corusca
o  nieregularnych  kształtach,  ale  większy  niż  ten,  który  pokazywał  wcześniej.  Kamień  błysnął
uwięzionym  blaskiem.  Wstrzymując  oddech,  Jacen  wyłuskał  klejnot  z  palców  Landa.  Ostrożnie
położył go w zagłębieniu dłoni.

- Popatrzcie, co znalazłem! - powiedział z dumą.
Jaina i Lowie pospieszyli z gratulacjami. Lando, pamiętając, że obiecał młodym Jedi, iż staną się

właścicielami klejnotów, które znajdą, pokręcił głową. Nie mógł wyjść z podziwu. Z trudem wierzył
własnym oczom.

- Uważaj na niego, Jacenie - powiedział. - Założę się, że kiedy go sprzedasz, uzyskasz taką sumę,

że będziesz mógł kupić pół wieżowca w samym centrum Coruscant.

-  Aż  tyle  jest  wart?  -  zdziwił  się  chłopiec.  Przesunął  czubkami  palców  po  wygładzonej,  ale

nieprawdopodobnie twardej powierzchni klejnotu. - Co będzie, jeżeli go zgubię? - zapytał.

- Włóż do buta - poradziła Jaina. - Wiesz przecież, że nie gubisz niczego, co tam schowasz.
- Masz rację - zgodził się Jacen. - Myślę, że dam go w prezencie mamie na następne urodziny.
Lando uderzył się otwartą dłonią w czoło.
- Nawet Han nigdy nie dał Leii czegoś tak kosztownego. Czasami żałuję, że sam nie mam choćby

kilkorga dzieci - mruknął. - No dobrze, a teraz wracamy!

Następny  podmuch  huraganu,  jakby  chcąc  go  zachęcić,  uderzył  w  kadłub  „Szybkiej  Ręki"  i

zakołysał  kapsułą.  Jacen  przez  sekundę  walczył,  by  utrzymać  się  na  nogach.  Omal  nie  upuścił

background image

kamienia  na  podłogę,  ale  zdążył  go  złapać  i  zamknąć  w  dłoni.  Natychmiast  włożył  klejnot  do  buta.
Nie musiał już się martwić, że mu stamtąd wypadnie.

Niespokojnie marszcząc brwi, Lando zaczął zwijać energetyczną linkę łączącą „Szybką Rękę" z

orbitalną stacją. Kierował kapsułę ku górnym warstwom atmosfery Yavina, trochę spokojniejszym i
bezpieczniejszym.

Wichura  nie  przestawała  nimi  kołysać,  rzucając  to  w  tę,  to  w  tamtą  stronę.  W  pewnej  chwili

usłyszeli  głośny  metaliczny  dźwięk  uderzenia  czegoś  twardego  o  pokryty  kwantowym  pancerzem
kadłub. Lando jęknął, po czym uniósł głowę i popatrzył na ścianę.

- Jeszcze jeden! - zawołał. - Jaino, idź w tamto miejsce i zobacz, czy nie przedziurawił kadłuba.
- Co się stało? - zainteresował się Jacen.
Jaina uklękła i zaczęła przyglądać się ścianie.
- Wygląda na to, że nie zrobił nic złego - powiedziała.
- Co to było? - nalegał Jacen. Widział niewielką wypukłość w ścianie, ale nie wyczuwał, by z

kapsuły ulatniało się powietrze.

-  Zostaliśmy  trafieni  przez  klejnot  corusca,  niesiony  z  bardzo  dużą  prędkością  przez  wichurę.

Miał  energię  pocisku  i  mógłby  przebić  kadłub  kapsuły,  ale  uratował  nas  kwantowy  pancerz.  Nie
mogę uwierzyć, że mieliśmy takie szczęście. - Lando pokręcił głową. - Wielokrotnie bywało tak, że
szukałem tych klejnotów przez wiele godzin i powracałem z pustymi rękami. Ale kiedy wyprawiłem
się  z  wami,  najpierw  Jacen  znajduje  jeden  po  kilku  minutach  poszukiwań,  a  potem  drugi  trafia  w
kadłub, kiedy wracamy do stacji.

Lowie zaryczał, wtrącając jakąś uwagę.
- Ze wszystkich sił zgadzam się z panem Lowbaccą - zapiszczał Em Teedee. - Miejmy nadzieję,

że żadnego więcej nie spotkamy.

W pobliżu kadłuba kapsuły raz po raz przemykały  błyskawice,  rozjaśniając  panujące  ciemności

błękitnym  blaskiem.  Dopiero  kiedy  wznieśli  się  wyżej  i  zbliżyli  na  bezpieczną  odległość  do
orbitalnej stacji wydobywczej, burza zaczęła się uspokajać, a siła wichury osłabła. Lando sprawiał
wrażenie wyraźnie odprężonego.

W  końcu  znaleźli  się  w  rozjarzonej  komorze  próżniowej  stacji.  Gdy  podłoga  zamknęła  się  za

kapsułą, Lando ciężko westchnął i wygodnie rozparł się w fotelu.

Komora  zaczęła  się  wypełniać  powietrzem.  Lando  wcisnął  kilka  guzików,  chcąc  otworzyć

uszczelniony pancerny właz kapsuły.

- Jesteśmy w domu - oznajmił z ulgą. - Wróciliśmy cali i zdrowi. - Wstał z fotela, ale lekko się

zachwiał,  kiedy  na  chwilę  jego  nogi  odmówiły  posłuszeństwa.  -  Myślę,  że  na  razie  macie  dosyć
wrażeń. Co powiecie, żebyśmy teraz trochę się odprężyli, przyrządzając sobie jakiś posiłek?

Zaledwie  zdążył  przedstawić  tę  propozycję,  kiedy  w  głośniku  interkomu  stacji  rozległo  się

przeraźliwe wycie alarmowych syren.

- Co to takiego? - zapytał zdumiony Lando. - Co się dzieje?
Trójka młodych Jedi wyskoczyła z kapsuły i podążyła za nim do zawieszonego na ścianie komory

komunikatora.

- Mówi Lando Calrissian. Proszę mi powiedzieć, co się stało.
-  Z  nadprzestrzeni  wyłoniła  się  duża  flota  nieznanych  statków  -  odezwał  się  napięty  głos

odpowiedzialnego za bezpieczeństwo stacji funkcjonariusza. - Nie reagują na nasze sygnały i kierują
się z dużą prędkością w stronę stacji. Nie znamy ich zamiarów.

background image

Głośnik szczęknął i połączenie zostało przerwane.
Jacen  i  Jaina  podbiegli  do  jednego  z  iluminatorów  i  spojrzeli  w  mroki  przestworzy.  Nagle

chłopak  ujrzał  statki  kierujące  się  ku  stacji.  Nie  wiedział  wprawdzie,  dlaczego,  ale  czuł,  że  ich
dowódcy  uzbrajają  systemy  pokładowej  broni.  Wątpił,  aby  miało  wyniknąć  z  tego  coś  dobrego.
Przełknął ślinę.

- Wyglądają na imperialną flotę - powiedział.

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ

 

background image

 

 

 

4

 
Lando pospieszył na mostek dowodzenia orbitalnej stacji wydobywczej.
- Idziemy, dzieciaki! - krzyknął. - Za mną!
Jaina  pobiegła  pierwsza,  a  tuż  za  nią  podążyli  Jacen  i  Lowie.  Po  kilku  sekundach  długonogi

Wookie wyprzedził dziewczynę i w pośpiechu omal nie stratował Calrissiana.

- Och, proszę trochę bardziej uważać, Lowbacco - zapiszczał oburzony Em Teedee.
Wszyscy wskoczyli do kabiny turbowindy i po kilku chwilach dotarli na najwyższy poziom, gdzie

mieściło  się  obserwatorium  stacji.  Wpadli  na  mostek  w  kształcie  cylindrycznej  wieży,  wystającej
ponad  silnie  opancerzony  kadłub  stacji  wydobywczej.  W  bocznych  ścianach  pomieszczenia
znajdowało  się  mnóstwo  wąskich  prostokątnych  iluminatorów,  zapewniających  dobry  widok  we
wszystkie strony. Ekrany diagnostycznych komputerów, jarzące się dyskretnym blaskiem pod każdym
oknem,  rozbłyskiwały  teraz  sygnałami  alarmowymi.  Korytarzem  przebiegały  oddziały  uzbrojonych
strażników.  Mężczyźni  przypinali  do  pasów  dodatkowe  blastery  i  przygotowywali  się  do  obrony
stacji.

- Jesteśmy atakowani, proszę pana - odezwał się Lobot. Jego cichy głos, pozbawiony emocji, z

trudem  było  można  usłyszeć.  Cyborg  był  w  ciągłym  ruchu.  Wydawało  się,  że  przebiera  palcami  po
kilku  klawiaturach  naraz.  Kierował  spojrzenia  na  kontrolne  ekrany  i  w  milczeniu  ocenia!  sytuację.
Światełka implantowanych miniaturowych komputerów błyskały jak szalone po bokach jego głowy.

Lando  wyjrzał  przez  wąskie  obserwacyjne  iluminatory  i  natychmiast  dostrzegł  flotę  statków

zbliżających się do stacji. Wyglądało na to, że wciąż nowe wyskakują z nadprzestrzeni.

-  Myślisz,  że  to  piraci?  -  zapytał,  zwracając  się  do  cyborga.  Po  chwili,  pragnąc  uspokoić

bliźnięta i Lowiego, dodał: - Nie martwcie się. W całej stacji został ogłoszony alarm. Bez względu
na to, kim są napastnicy, nie mają cienia szansy, żeby pokonać naszą obronę.

Jaina przez chwilę spoglądała na jeden z ekranów diagnostycznych, po czym zacisnęła usta.
-  To  nie  są  piraci  -  oświadczyła,  rozpoznawszy  kilka  statków  po  charakterystycznym

elipsoidalnym  kształcie  głównej  części  kadłuba  i  kryjących  dysze  silników  nadbudówkach,
wystających  niczym  wystrzępione  skrzydła  z  góry  i  z  dołu.  -  To  jednostki  imperialne.  Te  cztery
lecące  po  bokach  szyku  to  kanonierki  klasy  Skipray.  Każda  jest  uzbrojona  w  trzy  potężne  działa
jonowe,  a  także  wyrzutnie  torped  protonowych  i  pocisków  udarowych.  Mają  także  baterie
podwójnych sprzężonych laserowych działek.

Calrissian wyglądał na zaskoczonego.
- Ta-a, chyba masz rację - powiedział.
Jaina spojrzała spokojnie na twarz mężczyzny, na której malowało się zdumienie.
-  Tata  prosił  kiedyś,  żebym  się  zapoznała  z  kształtami  różnych  typów  statków  -  wyjaśniła.  -

Uwierz  mi,  imperialne  kanonierki  dysponują  taką  siłą  ognia,  że  twoje  systemy  obronne  nie  mogą

background image

nawet marzyć, by się im przeciwstawić.

Lando uderzył otwartą dłonią w czoło i jęknął.
- To nie flota piratów, to prawdziwa armada! A ten ogromny statek w samym środku szyku? Nie

mogę rozpoznać go po kształtach.

Jaina przebiegła w pamięci wszystkie dane techniczne rozmaitych jednostek, z jakimi zapoznawał

ją ojciec, ale i ona nie była w stanie rozpoznać typu jednostki z tej odległości.

- Może jakiś zmodyfikowany szturmowy wahadłowiec? - powiedziała, wpatrując się w jeden z

ekranów kontrolnych, na którym mogła zobaczyć dziwny statek w powiększeniu. - Nie wiem jednak,
czym może być ta niezwykła nadbudówka na dziobie.

Tajemniczy szturmowy wahadłowiec miał naprawdę zamontowane w przedniej części dziwaczne

urządzenie.  Okrągłe,  ale  najeżone  szpikulcami,  przypominało  zębatą  paszczę  podwodnego
drapieżnika.

-  Wyślij  sygnał  SOS  -  odezwał  się  ciemnoskóry  mężczyzna,  spoglądając  na  Lobota.  -  W  jak

najszerszym  paśmie  częstotliwości.  Chcę  być  pewien,  że  wszyscy  będą  wiedzieli,  iż  zostaliśmy
zaatakowani.

Android  pokręcił  głową  i  z  doprowadzającym  do  szału  spokojem,  jaki  zapewniały  mu

implantowane komputery, powiedział:

-  Już  próbowałem,  proszę  pana.  Jesteśmy  zagłuszani.  Nasze  sygnały  nie  mogą  się  przedostać

przez ich ekrany.

- Ciekawe, czego chcą? - zastanawiał się zrozpaczony Lando.
- Nie wysuwali żadnych żądań - odparł Lobot. - Nie odpowiadają na nasze sygnały. Nie wiemy, o

co im chodzi.

Jaina  spoglądała  przez  iluminator  na  zbliżające  się  statki,  czując  w  żołądku  bryłę  lodu.

Wzdrygnęła się. Jacen ścisnął jej rękę. Jego czoło pokryło się zmarszczkami. Oboje doszli do takiego
samego wniosku. Chłopiec nie potrafił ukryć niepokoju.

- Nie podoba mi się to wszystko - odezwał się po chwili. - To... o nas im chodzi, prawda?
- Ta-a, i ja mam takie przeczucie - odparła Jaina cichutko, niemal szeptem.
Lowie kiwnął kudłatą głową i warknął, zgadzając się z jej zdaniem.
- O czym wy, dzieciaki, mówicie? - zapytał Calrissian, kierując na nich wielkie piwne oczy, w

których malowało się niedowierzanie. - Z pewnością chodzi im o klejnoty corusca. Nie ma tu niczego
innego, co mogłoby mieć dla nich jakąś wartość.

Jaina pokręciła głową, ale Lando był zbyt zajęty obserwacją, żeby zwrócić na to uwagę. Cztery

kanonierki  osłaniające  największy  statek,  który  był  z  pewnością  szturmowym  wahadłowcem,
zmieniły kurs i skierowały się ku obronnym satelitom, otaczającym orbitalną stację wydobywczą.

- Czy usunąłeś zabezpieczenia z ich systemów celowniczych? - zapytał ciemnoskóry mężczyzna,

ponownie zwracając się do Lobota.

Cyborg kiwnął głową.
- Wszystkie są gotowe do otwarcia ognia - mruknął.
Z  luf  blasterów  urządzeń  obronnych  stacji  poszybowały  ku  kanonierkom  smugi  światła.  Małe

satelity  nie  dysponowały  jednak  mocą  wystarczającą  do  przebicia  grubych  pancerzy  imperialnych
jednostek.

Każda kanonierka klasy Skipray wzięła na cel grupę satelitów, po czym wysłała potężne dawki

energii z luf dział jonowych. Urządzenia obronne chciały przygotować się do następnego strzału, ale

background image

nagle ich systemy celownicze odmówiły posłuszeństwa.

- Energia jonowych dział przepaliła ich obwody - odezwał się beznamiętnie Lobot. - Żaden nie

funkcjonuje.

Kanonierki  przystąpiły  do  następnego  ataku.  Lufy  ich  laserowych  działek  zakwitły  smugami

światła, zamieniając wszystkie satelity w ogniste kule roztopionego metalu.

-  To  nic,  nadal  dysponujemy  pancerzem  stacji  -  odezwał  się  Lando.  Jego  drżący  głos  zdradzał

jednak, że mężczyzna sam nie bardzo wierzy w swoje słowa.

Tymczasem zmodyfikowany szturmowy wahadłowiec, lecący pośrodku armady, skierował się ku

jednej  ze  śluz  znajdujących  się  w  dolnej  części  stacji.  Po  chwili  od  strony  najniższych  pokładów
dobiegł  głośny  metaliczny  huk.  Coś  ciężkiego  uderzyło  o  zewnętrzny  pancerz  kadłuba...  ale  się  nie
odłączyło.

- Co oni chcą zrobić? - zaniepokoił się Calrissian.
-  Zmodyfikowany  szturmowy  wahadłowiec  przyczepił  się  do  dolnej  części  pancernej  powłoki

ochronnej - oznajmił spokojnie Lobot.

- W którym miejscu?
Łysy cyborg spojrzał na ekran diagnostyczny.
-  Do  wrót  jednej  ze  śluz  towarowych  -  powiedział.  -  Przypuszczam,  że  będą  usiłowali  się

wedrzeć do środka.

Lando machnął lekceważąco ręką.
- No cóż, mogą pukać, ale nie wejdą. - Uśmiechnął się z wyraźnym przymusem. - Upewnij się, że

wszystkie śluzy zostały uszczelnione. Nasz pancerz ich powstrzyma.

-  Przepraszam  -  wtrąciła  się  nagle  Jaina.  -  Myślę,  że  wiem,  na  czym  polega  modyfikacja  tego

wahadłowca.  Uważam,  że  zamierzają  przewiercić  pancerz,  by  w  ten  sposób  dostać  się  do  wnętrza
stacji. To szczerbate urządzenie na dziobie wyglądało jak zęby... Wydaje mi się, że mogą służyć do
wycinania otworów w metalu.

-  Ale  nie  w  tym  metalu.  -  Calrissian  pokręcił  głową.  -  Moja  stacja  ma  podwójny  pancerz,

wyjątkowo twardy. Nic nie jest w stanie wywiercić w nim otworu.

- Niedawno mówiłeś, że klejnoty corusca mogą ciąć najtwardsze materiały - wtrącił się Jacen.
Lando ponownie pokręcił głową.
-  Jasne,  ale  musieliby  dysponować  całym  transportem  takich  klejnotów  i  to  bardzo  dużych...

Urwał, a jego oczy nagle się rozszerzyły. - No cóż, prawdę mówiąc, całkiem niedawno wysłaliśmy
spory transport takich kamieni, kiedy udało się nam udoskonalić technikę poszukiwań.

Sięgnął po mikrofon interkomu.
-  Uwaga,  tu  Lando  Calrissian  -  powiedział.  -  Proszę  wzmocnić  obronę  wrót  śluzy  towarowej

numer... - Pochylił się nad ramieniem Lobota, żeby rzucić okiem na ekran diagnostyczny. - ...numer
trzydziesty  czwarty.  Wszyscy  strażnicy  mają  być  uzbrojeni  i  odziani  w  pancerze.  Nieprzyjaciel
próbuje się wedrzeć do wnętrza stacji.

Z opancerzonej skrzynki stojącej na mostku wyciągnął blasterowy pistolet i zapasowy zasobnik.

Odwrócił się w stronę Lobota.

- Nikt nie dostanie się bez pozwolenia na pokład mojej stacji - oświadczył. Zaczął biec w stronę

korytarza,  ale  jeszcze  obejrzał  się  przez  ramię  i  krzyknął:  -  A  wy,  dzieciaki,  znajdźcie  jakieś
bezpieczne miejsce i zostańcie tam, dopóki to wszystko się nie skończy!

Oczywiście  młodzi  Jedi  natychmiast  pobiegli  za  nim.  Z  odgałęzień  korytarza  wybiegały  grupy

background image

wciąż nowych strażników, odzianych w opancerzone, granatowe mundury. Pastelowe barwy ścian i
kojące dźwięki, dochodzące nie wiadomo skąd, wydawały się teraz dziwnie nie na miejscu. Wcale
nie koiły nerwów, szarpanych jękiem alarmowych syren i zgiełkiem przygotowań do obrony stacji.

Kiedy Lando i troje młodych Jedi znaleźli się w ładowni numer trzydziesty czwarty, zobaczyli, że

oddział  strażników  zdążył  zająć  stanowiska  obronne  za  skrzyniami  z  towarami  i  kontenerami  z
zaopatrzeniem stacji. Wszyscy mierzyli z blasterowych karabinów we wrota śluzy.

W pomieszczeniu było słychać zgrzytliwy jęk, szarpiący nerwy. Jaina miała wrażenie, że drżą jej

wszystkie  zęby.  Pośrodku  wrót  śluzy  jarzyła  się  kolista  wiśniowa  linia.  Dziewczyna  wyobraziła
sobie  szturmowy  wahadłowiec,  przyczepiony  od  zewnątrz  do  stacji,  jak  na  podobieństwo
monstrualnego oceanicznego węgorza usiłuje przegryźć pancerz, chcąc przedostać się do środka.

W miarę, jak ostre zęby, sporządzone z klejnotów corusca, coraz głębiej wgryzały się w pancerz

stacji,  kolista  linia  jarzyła  się  coraz  jaśniej,  coraz  bielszym  światłem.  Jaina  miała  nadzieję,  że
połączenie  szturmowego  wahadłowca  z  kadłubem  stacji  jest  na  tyle  szczelne,  iż  nie  spowoduje
rozhermetyzowania ładowni.

Jeden  ze  strażników  ich  opiekuna,  nie  potrafiąc  utrzymać  nerwów  na  wodzy,  dwukrotnie

wystrzelił  z  karabinu  blasterowego.  Błyskawice  odbiły  się  od  wewnętrznego  pancerza  śluzy.
Pozostawiły na nim ciemne smugi, ale nie powstrzymały szczęk wiercącego urządzenia, które nadal
przegryzało ochronną powłokę stacji.

Nagle  pomieszczenie  rozjaśniło  się  oślepiającym  błyskiem,  nieco  rozproszonym  przez  chmury

przegrzanej  pary.  Rozległ  się  huk  eksplozji  wielu  małych  ładunków  wybuchowych,  po  czym
rozżarzona okrągła tarcza z głośnym brzękiem wpadła do ładowni.

Obrońcy stacji zaczęli strzelać, jeszcze zanim rozproszyły się chmury dymu, ale i napastnicy nie

próżnowali.  Przez  otwór  zaczęli  wskakiwać  imperialni  szturmowcy,  zakuci  w  ochronne  białe
pancerze.  Po  chwili  było  ich  już  dziesiątki.  Przypominali  Jacenowi  rój  rozwścieczonych
jaszczurmrówek,  które  stanowiły  kiedyś  część  kolekcji  jego  egzotycznych  zwierząt.  Szturmowcy
także strzelali, rozbiegali się po ładowni. Jaina z ulgą zauważyła że z luf ich broni, nastawionej tylko
na ogłuszanie, wyskakują rozproszone stożki błękitnego światła.

Czterech napastników, trafionych przez obrońców, upadło na posadzkę. W ich białych pancerzach

było  widać  dymiące,  czarne  dziury.  Z  głębin  szturmowego  wahadłowca  wpadali  jednak  wciąż
następni i następni. W powietrzu krzyżowały się jaskrawe błyskawice blasterowych strzałów.

Za  plecami  uzbrojonych  szturmowców,  otoczonych  kłębami  dymu,  pojawiła  się  nagle  wysoka,

przerażająca  kobieta,  odziana  w  czarną  pelerynę  ze  spiczasto  zakończonymi  naramiennikami.  Jej
błyszczące  włosy,  czarne  jak  prawdziwy  heban,  spływały  na  plecy  niczym  skrzydła  drapieżnego
ptaka. Z narastającym przerażeniem Jaina stwierdziła, że oczy kobiety mają dziwny kolor, podobny
do barwy opalizujących fioletowych kwiatów rosnących w dżungli na Yavinie Cztery. Poczuła, że jej
serce się kurczy, jakby ściśnięte lodową obręczą.

Złowieszcza  czarna  postać  wyłoniła  się  z  dymiącego  otworu  w  pancerzu  śluzy  stacji

wydobywczej.  Nie  zwracała  uwagi  na  błyskawice  laserowych  strzałów,  odbijające  się  od  ścian
pomieszczenia.  Jej  ciało  było  spowite  błękitnawą  poświatą,  jakby  statycznym  ładunkiem
elektrycznym,  podobnym  do  krzaczastych  błyskawic,  jakie  pełzały  po  kadłubie  „Szybkiej  Ręki"  w
głębinach atmosfery Yavina.

-  Pamiętajcie...  Nie  zróbcie  krzywdy  dzieciom!  -  zawołała  kobieta.  Mówiła  powoli,  wyraźnie

akcentując każde słowo, a w jej niskim głosie brzmiała nieopisana groźba.

background image

Lando, który dopiero teraz przypomniał sobie o dzieciach, odwrócił się i stwierdził, że bliźnięta i

Lowie idą za nim.

- Co wy tutaj robicie? - zapytał. - Chodźcie ze mną, muszę znaleźć dla was bezpieczne miejsce.
Machnął  blasterem  w  stronę  wyjścia  ładowni.  Później,  jakby  sobie  o  czymś  przypomniał,

odwrócił  się  i  trzykrotnie  szybko  wystrzelił.  Udało  mu  się  trafić  w  sam  środek  piersi  jednego
szturmowca.

Jacen i Jaina wyskoczyli na korytarz. Lowie, nie potrzebując zachęty, ryknął i puścił się za nimi.
Po chwili dogonił ich Calrissian.
-  Myślę,  że  jednak  mieliście  rację  -  powiedział,  z  trudem  łapiąc  oddech.  -  Z  jakiegoś  powodu

rzeczywiście chodzi im o was.

-  Jestem  tylko  zwyczajnym  androidem  -  jęknął  piskliwie  Em  Teedee.  -  Mam  nadzieję,  że  nie

zależy im na mnie.

Zza ich pleców dobiegły odgłosy kilku stłumionych eksplozji, a fala gorącego powietrza, która w

chwilę potem rozeszła się korytarzami stacji, omal ich nie przewróciła.

Ciemnoskóry  mężczyzna  z  trudem  utrzymał  równowagę.  Wyciągnąwszy  rękę,  pochwycił  Jainę  i

nie pozwolił jej upaść.

- Teraz w prawo - wysapał. - Tutaj.
Biegli  dalej.  Za  plecami  słyszeli  kanonadę  blasterowych  strzałów,  a  po  chwili  dobiegł  ich  huk

jeszcze jednej eksplozji. Calrissian zgrzytnął zębami.

- To z pewnością nie jest mój szczęśliwy dzień - mruknął.
-  Z  całego  serca  zgadzam  się  z  pana  zdaniem  -  zapiszczał  Em  Teedee,  przyczepiony  do  pasa

Lowiego.

-  Tu!  Do  komory  wysyłkowej!  -  Lando  gestem  nakazał  młodym  Jedi,  by  zatrzymali  się  przed

opancerzonymi  drzwiami  wyrzutni.  To  właśnie  tu  oglądali  niedawno  gotowe  do  wysyłki  klejnoty
corusca, układane w pojemnikach transportowych przez wielorękie androidy.

Ciemnoskóry mężczyzna, zamierzając otworzyć drzwi, przycisnął kilka klawiszy na zawieszonej

na  ścianie  tablicy  kontrolnej,  ale  jego  palce  drżały.  Zapaliła  się  czerwona  lampka  podświetlająca
napis: WSTĘP WZBRONIONY. Lando syknął, po czym przycisnął klawisze jeszcze raz, tym razem
starając  się  nie  pomylić.  Na  tablicy  rozjarzyło  się  zielone  światło  i  opancerzone  drzwi  zaczęły  się
rozsuwać.  Dwa  androidy,  pokryte  miedzianymi  pancerzami,  układały  drogocenne  kamienie  we
wnętrzach transportowych pojemników.

- Przepraszam - powiedział jeden z nich. Jego metaliczny głos sprawiał wrażenie, że automat jest

wzburzony. - Czy nie zechciałby pan zrobić czegoś, żeby te eksplozje ustały? Ich wibracje utrudniają
naszą pracę.

Ignorując automaty, Lando wepchnął dzieci do pomieszczenia.
- Nie mogę teraz wysłać was do domu - powiedział. - Te kanonierki natychmiast rzuciłyby się za

wami w pościg. To miejsce jest najbezpieczniejsze ze wszystkich w stacji. Ja zostanę na korytarzu i
będę bronił drzwi.

Ścisnął  mocniej  rękojeść  blasterowego  pistoletu,  chcąc  pokazać  młodym  Jedi,  że  mogą  mu

zaufać.

Lowie warknął. Było widać, że bardzo chciałby wziąć udział w walce. Zanim jednak Jacen czy

Jaina zdążyli cokolwiek powiedzieć, Lando z rozmachem uderzył w przycisk awaryjnego zasuwania
drzwi.  Ciężkie  płyty  zatrzasnęły  się  z  metalicznym  łoskotem,  zamykając  całą  trójkę  w  niewielkim

background image

pomieszczeniu.

Jacen  przyłożył  ucho  do  pancernych  drzwi,  ale  słyszał  tylko  stłumione  odgłosy,  świadczące  o

tym, że bitwa się nie skończyła. Lowie, jeżąc długą, rudobrązową sierść i ugniatając kostki wielkich
palców,  szykował  się  do  walki.  Jaina  rozejrzała  się  po  pokoju,  szukając  czegokolwiek,  co
przydałoby się do obrony.

-  Hej,  czy  są  tu  jakieś  pancerze?  Macie  jakąś  broń?  -  krzyknął  Jacen,  zwracając  się  do

androidów.

Automaty  przerwały  pakowanie  i  zwróciwszy  ku  niemu  głowy,  spojrzały  błyszczącymi

czujnikami optycznymi.

-  Bardzo  proszę  nam  nie  przeszkadzać.  Nasza  praca  jest  niezwykle  ważna  -  odpowiedziały,  po

czym znów zajęły się pakowaniem.

Zza pancernych drzwi dobiegły nagle głośniejsze odgłosy blasterowych strzałów. Słysząc krzyk

Landa, Jaina odciągnęła Jacena od drzwi. Masywne płyty zadrżały, trafione błyskawicami niosącymi
ogromną  moc,  ale  po  kilku  chwilach  odgłosy  walki  ucichły.  Jaina  nasłuchiwała,  od  czasu  do  czasu
spoglądając  w  bursztynowe  oczy  brata.  Bliźnięta  przełknęły  ślinę.  Lowbacca  cicho  zaskomlał.
Wielorękie automaty nadal pracowały, nie zwracając na nic uwagi.

Nagle ze szczeliny między płytami drzwi wytrysnął snop iskier. Młodzi Jedi zorientowali się, że

napastnicy, chcąc wyciąć otwór w pancerzu, posłużyli się ciężkimi spawarkami laserowymi.

-  Czy  sądzisz,  że  w  ciągu  najbliższych  kilku  sekund  mogłabyś  wymyślić  dla  nas  jakąś  broń?  -

zapytał Jacen, zwracając się do siostry.

Jaina rozpaczliwie szperała w pamięci, ale nic nie przychodziło jej do głowy.
Nagle  zamek  drzwi  puścił  i  oba  skrzydła  zaczęły  się  rozsuwać.  Umieszczone  w  pancernych

płytach czujniki wszczęły alarm, ale jęk jeszcze jednej syreny ginął w rozgardiaszu i tumulcie walki,
toczonej we wnętrzach orbitalnej stacji wydobywczej.

Do środka wdarli się szturmowcy.
Ku imperialnym żołnierzom poczłapały natychmiast oba oburzone androidy.
-  Pojawili  się  intruzi  -  oznajmił  jeden  automat.  -  Ostrzegam  was.  Do  tego  pomieszczenia  nie

wolno wchodzić bez upoważnienia. Musicie wrócić na...

W  odpowiedzi  szturmowcy  dali  ognia  z  wszystkich  luf.  Zamienili  miedziane  korpusy  obu

androidów w stopione, dymiące szczątki, które rozsypały się po metalowej posadzce pomieszczenia.

Jaina zauważyła nieprzytomnego Landa, rozciągniętego niedaleko pancernych drzwi na korytarzu.

Jego  ciało  było  częściowo  okryte  szmaragdowozieloną  peleryną,  a  palce  jednej  ręki,  wyciągniętej
obok głowy, wciąż ściskały rękojeść blasterowego pistoletu.

Do pomieszczenia wkroczyła wysoka czarna kobieta. Kiedy spojrzała na trójkę młodych Jedi, w

jej  fioletowych  oczach  pojawiły  się  błyski.  Szturmowcy  wymierzyli  blastery  w  Jacena,  Jainę  i
Lowbaccę.

- Zaczekajcie! - odezwała się dziewczyna. - Czego od nas chcecie?
- Nie pozwólcie im manipulować waszymi umysłami! - ostrzegła kobieta. - Ogłuszcie ich!
Zanim  Jaina  zdążyła  powiedzieć  cokolwiek  więcej,  rozproszone  stożki  błękitnego  światła

poszybowały w stronę młodych Jedi. Wszyscy troje stracili przytomność. Jaina poczuła, że pogrąża
się w mroczną nicość.

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ

 

background image

 

 

 

5

 
Tenel Ka niecierpliwie przemierzała najwyższy taras wielkiej świątyni na Yavinie Cztery, gdzie

mieściła  się  akademia  Jedi  Luke'a  Skywalkera.  Jak  przystało  na  wojowniczkę  z  Dathomiry,  była
ubrana  w  tunikę  z  jaszczurczej  skóry,  która  błyszczała  jakby  niedawno  wypolerowana...  i,  prawdę
mówiąc,  taka  była.  Złocistorude  włosy  dziewczyny  zostały  splecione  w  mnóstwo  cienkich,
ceremonialnych  warkoczyków,  ozdobionych  piórkami  albo  paciorkami.  Jej  szare  oczy  wpatrywały
się w zasnute ciężkimi ołowianymi chmurami niebo. Tenel Ka usiłowała wypatrzyć statek, na którego
pokładzie miała przylecieć groźna ambasador Yfra, wysłanniczka babki.

Podmuch wiatru zsunął na czoło dziewczyny kilka ozdobnych warkoczyków. Tenel Ka odgarnęła

je  sprzed  oczu  gestem  świadczącym  o  irytacji.  Przesycone  wilgocią  powietrze  przytłaczało  ją  i
drażniło. Sprawiało, że czuła się zagrożona. Pora sucha na księżycu Yavina właśnie się skończyła.

Tenel  Ka  czuła  dziwne,  nieprzyjemne  świerzbienie  w  głębi  duszy.  Miała  przeczucie,  że  już

wkrótce wydarzy się coś niezwykłego, tak nagle jak grom z jasnego nieba. Dyplomatki i wysłanniczki
jej babki potrafiły być równie śmiercionośne jak błyskawice.

Nie  cofały  się  przed  mordowaniem  wrogów  ani  nawet  przyjaciół,  by  upewnić  się,  że  następcą

hapańskiego  tronu  zostanie  ten,  którego  wybrały.  W  komnatach  królewskiego  pałacu  krążyła  nawet
plotka, że najemni zabójcy, nasłani przez królową-matkę, zamordowali kiedyś wuja Tenel Ka, brata
jej ojca, księcia Isoldera.

Zdumiona  dziewczyna  spojrzała  nagle  w  górę,  kiedy  kropla  deszczu,  gorąca  jak  krew,

rozprysnęła się na jej obnażonym ramieniu. Wzdrygnęła się, chociaż nie było zimno.

Babka  wywoływała  u  niej  mieszane  uczucia.  Podziwiała  ją,  ale  także  trochę  nią  gardziła.

Podobnie jak jej matka, Teneniel Djo, wojowniczka z Dathomiry, ona także wolała tradycyjne tuniki
z  jaszczurczej  skóry,  a  nie  cienkie  jak  pajęczyny  jedwabie,  jakie  zwykle  nosili  członkowie
królewskiego rodu w gromadzie gwiezdnej Hapes.

Dziewczynie  udawało  się  na  razie  zachowywać  kompromis  między  własną  niezależnością  a

spełnianiem  zachcianek  babki.  Tenel  Ka  wiedziała  jednak,  że  gdyby  kiedykolwiek  przekroczyła
cienką  linię,  oddzielającą  jedno  od  drugiego,  pewnego  dnia  mogłaby  oczekiwać  wizyty
skrytobójców, nasłanych przez królową-matkę...

Ołowiane  niebo  przecięła  nagle  krzaczasta  błyskawica  i  po  kilku  sekundach  rozległ  się  huk

gromu.  Tenel  Ka  spacerowała  po  tarasie  obserwacyjnym  na  najwyższym  poziomie  świątyni  jak
zaszczute  zwierzę,  zamknięte  w  klatce.  Czuła  narastający  niepokój  za  każdym  razem,  kiedy
przystawała  na  krańcu  platformy  i  zastanawiała  się,  dlaczego  ambasador  Yfra  nie  przylatuje.
Denerwowała się tak bardzo, że nawet nie zauważyła pojawienia się Luke'a Skywalkera, dopóki nie
stanął przed nią.

Mistrz  Jedi  położył  obie  dłonie  na  ramionach  dziewczyny  i  spojrzał  jej  w  oczy.  Od  mężczyzny

background image

promieniowało ciepło i spokój. Tenel Ka poczuła, że zaczyna się odprężać.

-  Jest  dla  ciebie  wiadomość  w  ośrodku  łączności  -  odezwał  się  cicho.  -  Czy  nie  chciałabyś,

żebym był w pobliżu, kiedy będziesz rozmawiała z ambasador Yfrą?

Tenel  Ka  nie  potrafiła  ukryć  dreszczu  obrzydzenia  na  myśl  o  rozmowie  z  okrutną  wysłanniczką

babki.

- Twoja obecność byłaby... - zawahała się na chwilę, szukając odpowiedniego słowa - ...byłaby

dla mnie zaszczytem, mistrzu Skywalkerze.

Tenel  Ka  stała  sztywno  wyprostowana.  Z  uniesioną  głową  wpatrywała  się  w  wizerunek

ambasador Yfry, widoczny w centrum łączności na dużym ekranie. Mimo okrucieństwa, malującego
się  na  twarzy  kobiety,  można  było  dostrzec  na  niej  także  ślady  piękna  i  dumy.  Włosy  i  oczy
hapańskiej wysłanniczki miały barwę wypolerowanej cyny.

- Nasze sprawy na Coruscant zajęły nam więcej czasu niż sądziłyśmy, młoda - odezwała się Yfra.

Jej stanowczy głos dowodził, że nie nawykła, by ktoś zadawał jej pytania. - W związku z tym z tobą
zobaczymy się o dwa dni później.

Tenel  Ka  żadnym  gestem  nie  zdradziła  rozpaczy,  jaka  ogarnęła  ją  na  te  słowa,  ale  jej  serce

niemal  zamarło.  Do  tego  czasu  powinni  przecież  powrócić  Jacen,  Jaina  i  Lowbacca.  Odwróciła
głowę i błagalnie popatrzyła na Luke'a Skywalkera.

Mistrz Jedi zbliżył się do ekranu komunikatora.
-  Może  ja  przyleciałbym  z  księżniczką  Hapes,  żeby  mogła  się  spotkać  z  panią  na  Coruscant?  -

zaproponował cicho.

Ambasador Yfra ułożyła wargi w grymasie, który miał być, jej zdaniem, uprzejmym uśmiechem,

ale w oczach kobiety nie było widać ani śladu łagodności czy uprzejmości.

- Otrzymałam wyraźny rozkaz, by dokonać obserwacji następczyni hapańskiego tronu w miejscu,

w którym pobiera nauki - oświadczyła.

Tenel  Ka  otworzyła  usta,  pragnąc  także  coś  powiedzieć,  ale  okazało  się  to  zbyteczne.  Na

obudowie  urządzenia,  tuż  obok  ekranu,  zapaliło  się  światełko  wiadomości  alarmowej.  Luke
zareagował na to w jednej chwili.

- Pani ambasador, właśnie otrzymaliśmy wiadomość o wyższym priorytecie - oznajmił. - Proszę

chwilę poczekać.

Nie czekając na odpowiedź hapańskiej wysłanniczki, przełączył kanał komunikatora.
Na  ekranie  pojawiło  się  oblicze  Landa  Calrissiana.  Rysy  jego  przystojnej,  ciemnej  twarzy

zdradzały  nurtujący  go  niepokój.  W  załzawionych  oczach  malowało  się  zakłopotanie.  Włosy  Landa
były  rozwichrzone,  a  strój  w  nieładzie.  Z  odbiornika  dobiegało  stłumione  zawodzenie  alarmowych
syren.

- Luke, chłopie - wychrypiał Lando. - Sam nie wiem, co się stało. Oni... Zniszczyli nasze obronne

satelity i wdarli się do stacji... Nie wiem, co było później, zapewne zostałem ogłuszony. Nic mi się
nie stało, ale... - Zamknął umęczone oczy i zacisnął zęby. - Jacen, Jaina i Lowbacca zniknęli. Zostali
porwani.

Luke  głęboko  odetchnął.  Tenel  Ka  była  pewna,  że  mistrz  Jedi  posłużył  się  jakąś  techniką

relaksacyjną,  ale  uświadomiła  sobie,  że  z  mniejszym  powodzeniem  niż  zazwyczaj.  Jego  ciało
sprawiało  wrażenie  odprężonego,  ale  jasnoniebieskie  oczy  wyglądały,  jakby  za  chwilę  miały
wystrzelić z nich laserowe błyskawice.

- Kto to zrobił? - zapytał zwięźle.

background image

Lando pokręcił głową.
- Nie wiemy, kto ani dlaczego porwał dzieci, ale moi najlepsi ludzie starają się tego dowiedzieć.

Jestem pewien tylko jednego. To był ktoś, kto ma jakieś związki z Imperium.

- Będę tam za godzinę - powiedział mistrz Skywalker i wyciągnął rękę, chcąc przełączyć kanał

komunikatora.

-  Proszę  chwilę  zaczekać  -  odezwała  się  dziewczyna.  -  Oni  są  moimi  przyjaciółmi.  Wiem,  jak

mogą rozumować w takiej sytuacji. Wiem, co myślą i co czują. Wiem, co mogą chcieć zrobić. Poza
tym nie mogę siedzieć bezczynnie, gdy znaleźli się w niebezpieczeństwie. Proszę. Muszę polecieć z
tobą.

Luke kiwnął głową.
-  Twoja  obecność  będzie  dla  mnie  zaszczytem  -  odrzekł,  powtarzając  jej  wcześniejsze  słowa.

Później znów przeniósł spojrzenie na wizerunek Calrissiana. - Będziemy tam za godzinę - poprawił
się, po czym przełączył urządzenie na częstotliwość, na której rozmawiał z ambasador Yfrą

Kobieta  miała  otwarte  usta,  jakby  zamierzała  wyrazić  sprzeciw  wobec  takiego  obcesowego

traktowania, ale mistrz Jedi odezwał się pierwszy.

- Przepraszam, że kazałem pani czekać, ale pojawiła się ważniejsza wiadomość. Dotyczyła mnie

i księżniczki. Musimy natychmiast ruszać w drogę. Obawiam się, że dopóki sytuacja się nie wyjaśni,
powinniśmy odłożyć na później wszelkie plany spotkania. Proszę przekazać pozdrowienia i wyrazy
szacunku dostojnikom królewskiego dworu na Hapes.

Zgiął się w lekkim ukłonie, po czym przerwał połączenie.
Tenel  Ka,  mimo  iż  zmartwiona  losem  przyjaciół,  poczuła  zadowolenie  widząc,  jak  zręcznie

mistrz Skywalker poradził sobie z ambasador Yfrą.

Luke popatrzył w oczy dziewczyny.
-  Jestem  pewien,  że  pani  ambasador  nie  przywykła  do  tak  skąpych  wyjaśnień  uzasadniających

odmowę, ale mamy teraz na głowie ważniejsze sprawy.

Tenel Ka energicznie kiwnęła głową.
- To jest fakt - powiedziała.
Kiedy  Luke  Skywalker  pewnie  pilotował  wahadłowiec,  kierując  go  ku  orbitalnej  stacji

wydobywczej  Landa  Calrissiana,  dziewczyna  starała  się  odgrywać  rolę  bezstronnego,  obojętnego
obserwatora.  Musiała  zachować  trzeźwy  umysł  i  rozwagę,  jeżeli  chciała  znaleźć  jakiś  ślad,  który
pomógłby jej ocalić trójkę młodych Jedi... jedynych przyjaciół, jakich kiedykolwiek miała.

Już z daleka dostrzegli mrugające różnobarwne światła stacji. Kiedy otworzyły się wrota śluzy,

mistrz  Jedi  osadził  wahadłowiec  na  lądowisku.  Możliwe,  że  w  innych  okolicznościach  Tenel  Ka
zwróciłaby  uwagę  na  otoczenie,  pastelowe  kolory  ścian  i  wysiłek,  włożony  w  urządzanie
pomieszczeń  stacji.  Kiedy  jednak  otworzyła  się  klapa  włazu  wahadłowca,  odniosła  wrażenie,  że
ogarnia ją uczucie przemocy, gwałtu i ciemności. Bezprawia, zła, niesprawiedliwości.

Na lądowisku czekał udręczony Lando Calrissian. Jego włosy były nadal rozwichrzone, a ubranie

w  nieładzie.  Gestem  zaprosił  Luke'a  i  Tenel  Ka,  by  szli  za  nim,  po  czym  zaprowadził  ich  do
opancerzonej komory wysyłkowej, miejsca końcowej walki.

Dziewczyna  powiodła  spojrzeniem  po  ścianach  i  suficie.  Zauważyła  na  nich  ciemne  smugi  po

blasterowych  strzałach.  Dostrzegła  także  krople  zakrzepłej  plastali  i  kawałki  stopionego  metalu.
Później  zauważyła,  że  Luke  przyklęknął  na  jedno  kolano,  przyłożył  dłonie  do  podłogi  i  zamrugał,  a
potem nawet zamknął oczy.

background image

- Tak, to wydarzyło się tutaj - mruknął.
Kilka razy głęboko odetchnął, po czym przeszył Calrissiana spojrzeniem błękitnych oczu.
- Nie czyń sobie wyrzutów sumienia - powiedział. - Zrobiłeś wszystko, co było w twojej mocy.

Walczyłeś bardzo ofiarnie.

Na twarzy ciemnoskórego mężczyzny odmalował się smutek.
- Nie dość ofiarnie, chłopie - odparł, kręcąc głową. - Nie udało mi się ich ocalić. - W jego głosie

zabrzmiała nuta złości na samego siebie. - Zbyt wiele czasu poświęciłem, starając się ratować stację.
Myślałem,  że  to  piraci,  którzy  pragną  ukraść  moje  klejnoty  corusca.  Nie  przypuszczałem,  że  może
chodzić im o dzieciaki. A potem było już za późno.

Tenel  Ka  zauważyła,  że  Luke  Skywalker  ani  nie  usprawiedliwiał,  ani  nie  obwiniał  Landa.  Po

prostu słuchał.

Po chwili przerwy Calrissian powiedział, tym razem znacznie ciszej:
- Jeżeli jest coś, w czym mógłbym ci pomóc albo co chciałbyś mieć, żeby ich odnaleźć... moją

stację, jej załogę, mój statek... cokolwiek zechcesz...

Propozycję Landa przerwało pojawienie się jego pomocnika, Lobota. Światełka implantowanych

komputerów na jego głowie błyskały wciąż nowymi sekwencjami kolorów.

- Skończyliśmy łatać otwór na jednym z niższych poziomów stacji, we wrotach śluzy lądowiska

trzydziestego czwartego - odezwał się bez jakiegokolwiek wstępu.

Ciemnoskóry  mężczyzna  odwrócił  się  w  stronę  Luke'a  i  Tenel  Ka.  Widoczne  na  jego  czole

zmarszczki dowodziły, że jest oburzony.

- Przecięli pancerz jak wieczko jednorazowej puszki z racją żywnościową - powiedział.
Łysy cyborg na poparcie jego słów tylko kiwnął głową.
- Ich sprzęt został specjalnie przygotowany do wycięcia otworu w pancerzu kadłuba.
Lando także kiwnął głową.
-  Jedynym  przedmiotem,  jaki  znam,  wystarczająco  twardym,  żeby  wyciąć  tak  szybko  otwór  w

durastali, jest...

- Klejnot corusca - dokończył Luke.
- Bardzo wielki i bardzo twardy - dodał Lobot.
-  Zgadza  się  -  przyznał  markotnie  Calrissian.  -  Wykorzystali  przeciwko  nam  nasze  własne

kamienie.

-  Bardzo  rzadkie  i  kosztowne  -  uzupełnił  Lobot.  -  Niewielu  stać  na  to,  by  je  kupić.  Tenel  Ka

zauważyła, że oczy Luke'a Skywalkera rozjarzyły się nową nadzieją.

- Czy możesz powiedzieć nam, dokąd zostały wysłane transporty tych klejnotów? Lando wzruszył

ramionami.

- Jak powiedział mój przyjaciel, tak ogromne kamienie spotyka się niezwykle rzadko. Od chwili

rozpoczęcia działalności wysłaliśmy tylko dwa transporty takich klejnotów.

Popatrzył pytająco na cyborga.
Lobot  przycisnął  jakiś  mikroprzełącznik,  umieszczony  z  tyłu  głowy,  po  czym  przekrzywił  ją  na

bok, jakby wsłuchiwał się w głos, którego nie słyszał nikt oprócz niego. Po chwili kiwnął głową.

-  Oba  transporty  zostały  sprzedane  za  pośrednictwem  naszego  agenta  handlowego  na  Borgo

Prime.

- Czy nie można byłoby się dowiedzieć, kto je kupił? - zapytał mistrz Jedi.
- Wątpię - odrzekł Lando. - Handlarze kamieni są bardzo ostrożni. Płacą uczciwie, ale szczegóły

background image

transakcji  zachowują  w  tajemnicy.  Obawiają  się,  że  gdybyśmy  się  dowiedzieli,  komu  je  sprzedają,
zrezygnowalibyśmy z ich pośrednictwa.

-  A  zatem  musimy  polecieć  na  Borgo  Prime  i  sami  zapytać  -  odezwała  się,  zdecydowana  na

wszystko Tenel Ka.

Luke przesłał jej ciepły uśmiech, po czym znów odwrócił się w stronę Calrissiana.
- Prawdę mówiąc, nie wiem nawet, czym jest ta Borgo Prime - oświadczył.
- To niewielka asteroida. Znajduje się na niej kosmoport i ośrodek handlowy... a także przystań

handlarzy,  złodziei,  morderców  i  przemytników...  najróżniejszych  szumowin  z  całej  galaktyki.  -
Lando błysnął zębami w uśmiechu i dodał, zwracając się do Luke'a: - Coś w rodzaju kantyny w Mos
Eisley na Tatooine. Będziesz się czuł tam jak w domu.

Tenel  Ka  spoglądała  w  milczeniu  na  mistrza  Skywalkera.  Oboje  stali  przed  ekranem

komunikatora w ośrodku łączności orbitalnej stacji wydobywczej.

Na  monitorze  było  widać  Hana  Solo,  obejmującego  ramieniem  żonę,  Leię.  Z  drugiej  strony

kobiety stał wuj Lowiego, Chewbacca.

Tenel Ka przyjrzała się wizerunkom na ekranie i stwierdziła, że w tej chwili Leia Organa Solo

wygląda bardziej jak zatroskana matka niż polityk, obdarzony ogromną władzą.

-  Ależ,  Luke,  to  są  nasze  dzieci  -  mówiła.  -  Jeżeli  zagraża  im  jakieś  niebezpieczeństwo,  nie

możemy siedzieć bezczynnie i czekać.

- Mowy nie ma! - poparł ją Han.
-  Oczywiście,  że  nie  -  przyznał  łagodnie  mistrz  Jedi.  -  Jesteś  jednak  przywódczynią  Nowej

Republiki i nie możesz się narażać na niebezpieczeństwo. Zmobilizuj swoje wojska, wyślij szpiegów
i zwiadowcze automaty, ale zostań tam, gdzie jesteś teraz. Zorganizuj ośrodek dowodzenia i zbierania
wszystkich informacji.

- Zgoda, Luke - odrzekła Leia. - Na razie zostaniemy na Coruscant, ale kiedy stwierdzimy, że nie

da się zrobić stąd niczego więcej, sami wyruszymy na poszukiwania.

- Przylecę i zabiorę cię „Sokołem" - oświadczył Han.
- Daj mi dziesięć standardowych dni - odparł mistrz Skywalker. - Jestem na tropie, którym muszę

podążyć  jak  najszybciej,  jeżeli  nie  chcę  go  zgubić.  A  teraz  musimy  ruszać  w  drogę.  Będziemy
informowali was o postępach.

- My? - zapytał Han. - Lando leci z tobą?
-  Nie  -  odpowiedział  Luke.  -  Swoim  towarzystwem  zaszczyciła  mnie  następczyni  hapańskiego

tronu - dodał, gestem pokazując Tenel Ka.

- Jesteśmy wdzięczni za twoją pomoc - odezwała się oficjalnym tonem Leia.
Dziewczyna zbliżyła się do ekranu i także oficjalnie lekko kiwnęła głową.
-  Jacen,  Jaina  i  Lowbacca  znaczą  dla  mnie  więcej  niż  honor  -  powiedziała.  -  Są  moimi

przyjaciółmi.

Twarz Leii złagodniała.
- A zatem jestem winna ci wdzięczność również jako matka - oznajmiła.
Chewbacca także warknął coś, co Tenel Ka mogła uznać jedynie za wyraz aprobaty.
-  Nie  martwcie  się,  na  pewno  ich  znajdziemy  -  odezwał  się  Luke.  -  Teraz  jednak  musimy  się

pospieszyć.

Han uniósł głowę i uśmiechnął się do przyjaciela.
- W porządku, a zatem ruszaj w drogę, mały. Zanim połączenie zostało przerwane, Leia dodała: -

background image

I niech Moc będzie z tobą.

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ

 

background image

 

 

 

6

 
Jaina  ocknęła  się  i  stwierdziła,  że  Lowie  potrząsa  ją  za  ramię.  Młody  Wookie  żałośnie

lamentował i czynił to tak długo, aż dziewczyna jęknęła i oprzytomniała, mrugając powiekami.

Natychmiast  pojawiły  się  wszystkie  nieprzyjemne  dolegliwości,  o  jakich  słyszała:  zawroty

głowy, mdłości, bóle mięśni... pozostałości po ogłuszających promieniach blasterów, jakimi porazili
ją  imperialni  szturmowcy.  Ludzkie  ciało  nie  znosiło  tak  dużych  dawek  energii.  Jaina  stwierdziła
także,  że  szumi  jej  w  uszach,  ale  instynkt  podpowiadał  jej,  że  ten  dźwięk  słyszy  naprawdę.
Zorientowała się, że jest to odgłos pracy silników dużego statku, lecącego w nadprzestrzeni.

Nie  wiedziała,  czy  może  zaryzykować  i  usiąść  prosto.  Powoli  obróciła  głowę.  Zobaczyła,  że

wszyscy troje znajdują się w niewielkim pomieszczeniu, nie wyróżniającym się niczym szczególnym.
Głęboko  odetchnęła,  podrapała  się  po  porośniętej  prostymi  brązowymi  włosami  głowie,  po  czym
przesunęła  dłonią  po  poplamionym  materiale  kombinezonu.  Chciała  się  upewnić,  że  nie  odniosła
żadnych obrażeń.

Nagle  przypomniała  sobie,  co  zaszło  podczas  ataku  na  orbitalną  stację  wydobywczą.

Wyprostowała  się  tak  raptownie,  że  ogarnęła  ją  nowa  fala  mdłości,  a  w  skroniach  eksplodowały
impulsy  bólu.  Z  trudem  oddychała,  ale  siłą  woli  postanowiła  się  odprężyć  i  pozwoliła,  żeby
odpłynęła chociaż cześć bólu.

- Gdzie jesteśmy? - zapytała.
Jacen,  który  zdążył  usiąść  na  wąskiej  pryczy,  właśnie  przecierał  bursztynowe  oczy.  Kiedy

skończył,  przeczesał  długimi  palcami  rozwichrzone  włosy.  Jego  spojrzenie  świadczyło  o
zdezorientowaniu. Jaina wyczuła falę niepokoju płynącą od strony brata.

- Nie mam pojęcia - odpowiedział.
Lowbacca burknął coś, co zabrzmiało jak pytanie. On także sprawiał wrażenie zaniepokojonego.
- Przynajmniej jesteśmy wszyscy razem - oznajmiła dziewczyna. - No i wcale nas nie związali.
Uniosła ręce, zdumiona faktem, że imperialni żołnierze nie rozdzielili ich ani nie skrępowali. W

niszy  w  murze  ujrzała  tacę,  a  na  niej  pojemniki  z  wodą  i  talerze  z  pożywieniem.  Lowie  zdążył
skosztować owocu.

- Hej, zastanawiam się, co się stało z pracownikami stacji - odezwał się Jacen. - Jak myślisz, co

zrobili Calrissianowi?

- Na chwilę przedtem, zanim nas ogłuszyli, widziałam go, jak leżał bez przytomności na korytarzu

-  odparła.  -  Nie  sądzę  jednak,  żeby  chcieli  go  zabić.  Odniosłam  wrażenie,  że  zależało  im  tylko  na
nas.

- Ta-a... jedynie my przedstawialiśmy dla nich jakąś wartość, no nie? - stwierdził ponuro Jacen.
Lowie warknął.
Jaina  wstała  i  rozprostowała  kości.  Wydawało  się  jej,  że  kiedy  się  porusza,  czuje  się  trochę

background image

lepiej.

- Myślę, że i mnie nic nie jest - oznajmiła. - A co z wami?
Jacen uśmiechnął się, chcąc ją uspokoić, a Lowie tylko kiwnął kudłatą głową. Ciemniejsza sierść

nad jego okiem jeżyła się jednak z niepokoju. Lowbacca przygładził włosy i mruknął.

Dopiero  wówczas  Jaina  zauważyła,  że  coś  jest  nie  w  porządku.  Popatrzyła  na  pleciony  pas,

otaczający biodra Wookiego, ale nie zauważyła miniaturowego androida-tłumacza.

- Lowie! Co się stało z Em Teedee? - zapytała.
Lowbacca wydał dziwny żałosny dźwięk i poklepał się po biodrze.
- Musieli mu go zabrać szturmowcy - stwierdziła Jaina. - Ciekawe, czego chcą?
-  Och,  pragną  tylko  opanować  całą  galaktykę,  narobić  mnóstwo  zamieszania...  a  przy  okazji

skrzywdzić wielu ludzi - odparł nonszalancko Jacen. - Wiesz; to, co zwykle. - Podszedł do płaskiej
metalowej  płyty  będącej  najwyraźniej  drzwiami.  -  Hmmm...  prawdopodobnie  są  zamknięte,  ale  nie
zaszkodzi spróbować.

Przycisnął kilka klawiszy, wybranych na chybił trafił.
Ku  zdumieniu  Jainy  drzwi  się  otworzyły,  ukazując  uzbrojonego  strażnika,  który  stał  niemal  na

progu. Podobny do czerepu biały hełm szturmowca obrócił się w ich stronę.

- Hurra! - krzyknął Jacen, a potem dodał znacznie ciszej: - Przynajmniej drzwi się otwierają.
-  Może  po  prostu  nie  umieli  ich  zamknąć  -  zasugerowała  Jaina.  -  Pamiętacie,  jakie  zawodne  i

toporne  są  imperialne  urządzenia?  -  Chcąc  dokuczyć  żołnierzowi,  pozwoliła,  by  w  jej  głosie
zabrzmiała nuta sarkazmu. - I wiecie, jaki dziurawy jest pancerz szturmowca? Zapewne nie mógłby
wytrzymać nawet strzału z wodnego blastera.

-  Po  prostu  przejdźmy  obok  niego  -  zaproponował  scenicznym  szeptem  Jacen  widząc,  że

szturmowiec się nie poruszył. - Może nas nie zatrzyma.

Dopiero wówczas imperialny żołnierz zdjął z ramienia karabin blasterowy.
- Zaczekajcie tutaj - rozkazał.
Jego  beznamiętny  głos,  przefiltrowany  przez  głośnik  w  białym  hełmie,  sprawiał  wrażenie

pozbawionego wszelkich emocji, ale mimo to dało się wyczuć w nim groźbę.

Strażnik  powiedział  coś  po  cichu  do  mikrofonu  komunikatora,  po  czym,  zatrzasnąwszy  drzwi,

ponownie zamknął młodych Jedi w celi.

Przez chwilę wszyscy troje siedzieli w pełnej napięcia ciszy.
- Możemy opowiadać sobie dowcipy - zasugerował Jacen.
Zanim  Jaina  zdążyła  pomyśleć,  by  udzielić  najlepszej  odpowiedzi,  drzwi  celi  znów  się

otworzyły.  Tym  razem  u  boku  szturmowca  stała  ta  sama  bardzo  wysoka,  złowieszczo  wyglądająca
kobieta, którą widzieli podczas ataku na stację Landa Calrissiana. Jaina niemal wstrzymała oddech.

Kruczoczarne włosy kobiety spływały na ramiona niczym mroczne fale. Jej peleryna, czarna jak

ebonit, iskrzyła się blaskiem setek naszytych małych szlachetnych kamieni, błyszczących przy każdym
ruchu  jak  gwiazdy  na  nocnym  niebie.  Fioletowe  oczy  płonęły  w  twarzy  tak  bladej,  że  chyba
wyrzeźbionej  z  kawałka  wypolerowanej  kości.  Ciemnowiśniowe  usta  wyglądały,  jak  gdyby  na
wargach  zastygł  sok  dojrzałego  egzotycznego  owocu.  Kobieta  była  piękna...  ale  jej  piękno  było
okrutne i ponure.

- A wiec, rycerze Jedi, nareszcie się zbudziliście - warknęła. W jej niskim, gardłowym głosie nie

było jednak słychać syku, czego oczekiwała Jaina. - Muszę zacząć od stwierdzenia, że bardzo mnie
rozczarowaliście. Miałam nadzieję, że tacy potężni uczniowie, nawykli do władania Mocą, stawią mi

background image

silniejszy  opór.  Tymczasem  wasze  siły  Jedi  okazały  się  śmiechu  warte!  Ale  my  to  zmienimy.
Nauczycie się nowych sztuczek. Skutecznych sztuczek.

Kobieta obróciła się na pięcie, a czarna peleryna zawirowała wokół niej niczym smuga dymu.
- Chodźcie za mną - odezwała się, po czym wyszła na korytarz.
- Nie - odparła Jaina. - Za kogo się uważasz? Jakim prawem trzymasz nas tu wbrew naszej woli?
- Powiedziałam: Chodźcie! - powtórzyła kobieta.
Kiedy  młodzi  Jedi  żadnym  gestem  nie  zdradzili,  że  zamierzają  usłuchać  jej  rozkazu,  kobieta

wymierzyła w nich czubki wypolerowanych paznokci i zaczęła przebierać w powietrzu palcami.

Nagle Jaina poczuła, że na jej szyi zaciska się niewidzialna pętla. Kobieta zagięła palce, a Jaina

odniosła  wrażenie,  że  jest  tylko  małym  zwierzątkiem,  bezlitośnie  ciągniętym  na  smyczy.  Zachwiała
się, kiedy niewidoczny powróz wywlekał ją z celi na korytarz.

Tymczasem Lowbacca i Jacen zmagali się z takimi samymi pętami Mocy. Wookie wył, usiłował

stawiać  opór.  Obaj  walczyli,  ale  mimo  to,  potykając  się  i  zataczając,  także  zostali  wyciągnięci
powrozami Mocy z celi.

- Mogę ciągnąć was w ten sposób aż na mostek - odezwała się kobieta. Jej wiśniowosine wargi

wykrzywiły  się  w  kpiącym  uśmiechu.  -  Możecie  jednak  zachować  siły  na  to,  żeby  stawić  mi
skuteczniejszy opór nieco później.

-  Niech  będzie  jak  chcesz  -  wychrypiała  Jaina  czując,  że  kobieta  włada  ciemnymi  siłami  Jedi,

którym nie może się przeciwstawić... a przynajmniej jeszcze nie teraz.

Kiedy pęta Mocy opadły, wszyscy troje stanęli, drżąc i z trudem łapiąc oddechy. Spoglądali po

sobie, mając świadomość, że nie tylko zostali pokonani, ale i poniżeni.

Jaina pierwsza otrząsnęła się z przeżytego wstrząsu. Przełknęła kluchę, jaka tkwiła w jej gardle,

po czym wyprostowała się, dumnie uniosła głowę i podążyła za kobietą. Tuż za nią ruszyli Jacen i
Lowbacca.

- Kim jesteś? - zapytała po kilku chwilach Jaina.
Kobieta przystanęła w pół kroku, przez chwilę się wahała, po czym odparła:
- Nazywam się Tamith Kai. Jestem członkinią nowego zakonu Sióstr Nocy.
- Sióstr Nocy? - powtórzył zdumiony Jacen. - W rodzaju tych, które żyły kiedyś na Dathomirze?
Jaina  pamiętała  historie,  które  opowiadała  im  przyjaciółka,  Tenel  Ka,  kiedy  chciała  ich

przerazić,  żeby  ćwiczyć  później  techniki  relaksacyjne,  stosowane  przez  rycerzy  Jedi.  Były  to
opowieści  o  przerażających,  złych  kobietach,  które  kiedyś  wypaczyły  bieg  historii  na  jej  rodzimej
planecie.

Tamith  Kai  popatrzyła  na  Jacena.  Na  fioletowowiśniowych  ustach  kobiety  błąkał  się  grymas,

będący czymś pośrednim między pogardą a uśmiechem.

- A więc słyszeliście o nas? To dobrze. Na mojej planecie nie brakuje kobiet władających Mocą,

a  Imperium  pomogło  naszemu  zakonowi  się  odrodzić.  Może  teraz  uświadomicie  sobie,  że  nie
zdołacie przeciwstawić się naszej woli. Z drugiej strony, jeżeli będziecie współpracowali, możecie
spodziewać się nagrody.

- Nie będziemy współpracowali z tobą - oświadczyła hardo Jaina.
- Tak, tak - stwierdziła Tamith Kai, jakby znudzona tym oświadczeniem. - Przekonamy się o tym

we właściwym czasie.

- Hej, dokąd nas prowadzisz? - zapytał w pewnej chwili Jacen, spiesząc się, by dotrzymać kroku

siostrze. Lowie kroczył u jego boku. Gniewnie warczał i przebierał palcami w okolicach pasa, jakby

background image

naprawdę brakowało mu obecności Em Teedee.

-  Wkrótce  sami  zobaczycie  -  odezwała  się  Siostra  Nocy.  -  Jesteśmy  prawie  gotowi,  żeby

wyskoczyć z nadprzestrzeni.

Wszyscy  czworo  wstąpili  na  platformę  nośną,  która  zawiozła  ich  na  najwyższy  poziom,  gdzie

znajdował  się  mostek  statku.  Młodzi  Jedi  ujrzeli  samotnego  mężczyznę,  pilotującego  wahadłowiec.
Pochylony  nad  kontrolnym  pulpitem,  siedział  tyłem  do  nich  na  wyściełanym  fotelu  z  wysokim
oparciem. Pilot miał przed sobą iluminator, przez który Jaina mogła widzieć wielobarwne świetliste
smugi gwiazd, charakterystyczne dla lotu w nadprzestrzeni.

Mężczyzna wyciągnął prawą rękę i uchwycił rękojeść dźwigni napędu nadprzestrzennego. Kiedy

zmieniające  się  cyfry  na  tarczy  chronometru  pokazały  same  zera,  pociągnął  za  dźwignię.  Smugi
gwiazd zamieniły się w czerń normalnych przestworzy, usianą świecącymi punkcikami.

- Jesteśmy w pobliżu systemów gwiezdnych jądra - odezwała się natychmiast Jaina, widząc gęste

skupiska gwiazd i serpentyny gwiezdnych gazów, które zakrzepły w pobliżu środka galaktyki.

Systemy gwiezdne znajdujące się w pobliżu jądra były ostatnimi bastionami imperialnej władzy.

Znajdowały się tak blisko siebie, że nawet wojska Nowej Republiki nie mogły się z nimi rozprawić.
Jaina  nie  dostrzegała  jednak  w  pobliżu  żadnej  gwiazdy.  Wydawało  się  jej,  że  wiszą  w
przestworzach, w samym środku czarnej pustki, rozjaśnionej świetlistymi punktami.

- Dotarliśmy do celu, Tamith Kai - odezwał się pilot, po czym obrócił się na wysokim fotelu.
Serce  Jainy  zamarło,  kiedy  dziewczyna  rozpoznała  pooraną  zmarszczkami  twarz  i  stalowosiwe

włosy byłego pilota myśliwca typu TIE. Mężczyzna przez wiele lat ukrywał się w gęstwinie dżungli
porastającej czwarty księżyc Yavina.

- Qorl! - wykrzyknął Jacen.
Lowie gniewnie zaryczał.
Kiedy młodzi uczniowie z akademii Luke'a znaleźli w dżungli roztrzaskaną imperialną maszynę i

usiłowali ją naprawić, Qorl zaatakował ich, strzelając z blastera. Nie trafił Lowiego ani Tenel Ka,
którzy w porę ukryli się w gęstwinie, ale pochwycił i uwięził Jacena i Jainę.

-  Witajcie,  młodzi  przyjaciele.  Zapomniałem  podziękować  wam  za  to,  że  naprawiliście  mój

myśliwiec i umożliwiliście mi powrót do mojego Imperium.

-  Zdradziłeś  nas!  -  krzyknęła  Jaina,  rozzłoszczona  na  mężczyznę,  który  zamiast  myśleć

samodzielnie,  powtarzał  slogany,  wyuczone  podczas  szkolenia,  jakie  przeszedł  w  imperialnej
akademii. Kiedy bliźnięta były więźniami pilota, w pewnym sensie się z nim zaprzyjaźniły. Siedząc
wieczorem  przy  ognisku,  opowiadali  sobie  różne  historie.  Jaina  była  przekonana,  że  Qorl  mięknie,
kiedy uświadamia sobie, iż slogany Imperium są najzwyczajniejszymi kłamstwami. W końcu jednak
przezwyciężenie imperialnych wojskowych nawyków okazało się dla niego zbyt trudne.

- Postąpiłem jak każdy dobry żołnierz i złożyłem meldunek - ciągnął monotonnie pilot. - Ci ludzie

przyjęli mnie i... na nowo przeszkolili. Opowiedziałem im o waszym istnieniu... o istnieniu nowego
zakonu potężnych młodych Jedi, którzy nie mogą się doczekać, żeby zacząć służyć Imperium.

- Nigdy! - krzyknęli równocześnie Jacen i Jaina.
Lowbacca poparł ich głośnym rykiem.
Tamith  Kai  popatrzyła  na  nich  z  góry.  Na  jej  twarzy  pojawił  się  kpiący  uśmiech.  Stojąca  teraz

obok  pilota  czarnowłosa  kobieta  wydawała  się  jeszcze  wyższa  niż  poprzednio,  groźniejsza  niż
kiedykolwiek.

-  Cieszy  mnie  wasz  gniew  -  powiedziała.  -  Podsycajcie  go.  Pozwólcie,  by  nabrał  siły.

background image

Wykorzystamy go, kiedy zacznie się wasze szkolenie. Teraz jednak... dotarliśmy do celu podróży.

Lowie warknął. Nie wierzył jej słowom.
Jaina popatrzyła przez dziobowy iluminator. Starała się uspokoić. Mistrz Skywalker powiedział

kiedyś, że poddawanie się gniewowi oznaczało wstępowanie na ścieżkę wiodącą prosto w objęcia
ciemnej strony Mocy. Dziewczyna wiedziała, że nie może się złościć. Musiała wymyślić inną metodę
obrony.

- Jesteśmy w samym środku pustej przestrzeni - stwierdziła. - Czego właściwie tu szukamy?
- Przestrzeń czasami nie jest pusta - odparła Siostra Nocy. Jej niski, nieco śpiewny głos, brzmiał

jednak monotonnie, jakby kobieta myślała o czymś innym. - Rzeczywistość nie zawsze bywa taka, jak
sądzimy.

Qorl  obrócił  się  w  fotelu  pilota  i  zaczął  sprawdzać  współrzędne,  po  czym  wystukał  na

klawiaturze kod umożliwiający dostęp.

- Przesyłam - zameldował.
Tamith Kai skierowała okrutne fioletowe oczy na młodych Jedi.
-  Właśnie  zaczyna  się  nowy  etap  w  waszym  życiu  -  oświadczyła,  pokazując  na  dziobowy

iluminator. - Popatrzcie!

W  przestworzach  przed  dziobem  statku  zaczęła  lśnić  jakaś  mgiełka,  jakby  ktoś  ściągał

niewidzialną zasłonę. Nagle oczom dzieci ukazała się gwiezdna stacja, zawieszona pośrodku czarnej
pustki. Miała kształt pierścienia i przypominała ogromny obwarzanek. Zewnętrzny obwód stacji jeżył
się  lufami  broni,  wymierzonymi  we  wszystkie  strony.  Cała  konstrukcja  przypominała  kolczastą
obrożę,  sporządzoną  dla  jakiejś  groźnej  bestii.  W  centralnym  miejscu  torusa  piętrzyły  się  wysokie
obserwacyjne wieże, podobne do spiczastych iglic.

Jaina z wysiłkiem przełknęła ślinę.
- Zasłona maskująca usunięta - zameldował Qorl.
-  Dobrze  się  jej  przyjrzyjcie  -  ciągnęła  Tamith  Kai,  ale  sama  nawet  nie  spojrzała  przez

iluminator.  Jej  fioletowe  oczy  miotały  błyski,  kiedy  wpatrywała  się  w  dzieci.  -  Tu  będziecie
kształceni, żeby zostać kiedyś Ciemnymi Jedi... na służbie Imperium.

-  Musimy  jak  najszybciej  wylądować  i  reaktywować  niewidzialną  zasłonę  -  przypomniał  jej

Qorl.

Siostra Nocy kiwnęła głową, ale nie wydawało się, że go usłyszała. Bez przerwy wpatrywała się

w młodych Jedi.

- Witajcie w Akademii Ciemnej Strony - szepnęła.

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ

 

background image

 

 

 

7

 
Tenel  Ka,  siedząca  na  fotelu  drugiego  pilota,  wsunęła  dłoń  pod  ochronną  siatkę  i  przesunęła

palcami  po  szorstkiej,  zgrzebnej  tkaninie  stroju  stanowiącego  jej  przebranie.  Po  raz  dziesiąty
żałowała,  że  nie  może  mieć  na  sobie  wygodnego  ubrania  z  jaszczurczej  skóry;  elastycznego,  ale
wytrzymałego, które w dodatku nigdy nie drażniło jej skóry.

Przez  większą  część  podróży  na  Borgo  Prime  milczała,  onieśmielona  i  zalękniona,  niezdolna

wykrztusić  choćby  słowo.  Obok  niej  siedział  przecież  sam  mistrz  Skywalker...  najsłynniejszy,
najpotężniejszy  i  najbardziej  poważany  Jedi  w  całej  galaktyce.  Spokojnie  i  pewnie  pilotował
„Znikomą  Szansę",  wysłużony  przemytniczy  frachtowiec,  który  Lando  wygrał  kiedyś  w  sabaka,  ale
pożyczył Luke'owi twierdząc, że go nie potrzebuje.

Babka  Tenel  Ka  nalegała,  żeby  szkolenie  następczyni  hapańskiego  tronu  uwzględniało

nawiązywanie  stosunków  dyplomatycznych  i  naukę  reguł  zwracania  się  do  istot  różnych  ras  i  płci,
piastujących  rozmaite  stopnie  czy  tytuły.  I  chociaż  Tenel  Ka  nie  zaliczała  się  do  osób  gadatliwych,
nie była także nieśmiała. A jednak, przebywając przez dłuższy czas w ciasnej sterowni sam na sam ze
słynnym  mistrzem  Jedi,  nie  wiedziała,  o  czym  z  nim  rozmawiać.  Starała  się  coś  wymyślić,  ale  jej
ociężały umysł nie chciał być posłuszny jej woli. Zmęczenie lgnęło do niej jak wilgotny, przepocony
strój, który miała na sobie. Zaczęła kręcić się na fotelu, starając się ukryć nerwowe ziewnięcie.

Luke rzucił jej ukradkowe spojrzenie. W kącikach jego ust czaił się wyrozumiały uśmiech.
- Zmęczona?
- Niewiele spałam - odparła dziewczyna, zakłopotana faktem, że mistrz Jedi jednak zauważył jej

zmęczenie. - Miałam złe sny.

Błękitne  oczy  Luke'a  na  krótką  chwilę  się  zwęziły.  Mężczyzna  sprawiał  wrażenie,  że  usiłuje

sobie coś przypomnieć, ale później pokręcił głową.

- Ja także nie spałem najlepiej - przyznał. - Bez względu jednak na to, czy jesteśmy zmęczeni, czy

nie, nie możemy popełnić żadnego błędu. Powtórzymy sobie naszą fikcyjną historię. Powiedz mi, kim
jesteś.

-  Jesteśmy  handlarzami  z  Randon  -  zaczęła  Tenel  Ka.  -  Staramy  się  nie  podawać  naszych

nazwisk, ale jeżeli będziemy musieli, ty nazywasz się Iltar, a ja jestem twoją kuzynką Beknit, którą
się opiekujesz. Handlujemy drogocennymi starociami, zabytkami z zamierzchłych epok, wykopanymi
przez  archeologów.  Chcąc  osiągnąć  jak  największy  zysk,  nie  cofamy  się  przed  łamaniem  prawa.
Przybyliśmy z miejsca, gdzie potajemnie prowadzi się wykopaliska na planecie...

Na chwilę przerwała, usiłując przypomnieć sobie jej nazwę.
- Ossus - podpowiedział mistrz Jedi.
- A. Aha - rzekła dziewczyna. - Ossus. - Głęboko odetchnęła, równocześnie starając się wyryć tę

nazwę  w  pamięci.  -  Na  Ossus  znaleźliśmy  ukryty  skarbiec,  zamknięty  pieczęcią  Starej  Republiki.

background image

Skarbiec znajduje się głęboko we wnętrzu litej skały, a chroni go pancerz tak gruby, że nie przebije
go  żaden  blaster  ani  laser.  Wzdragamy  się  przed  rozsadzeniem  skal,  w  obawie,  że  moglibyśmy
zniszczyć  sam  skarbiec.  Przybywamy  na  Borgo  Prime,  żeby  kupić  kilka  bardzo  dużych  klejnotów
corusca. Chcemy przeciąć nimi pancerz i dostać się do skarbca. Jesteśmy gotowi dobrze zapłacić za
kamienie o odpowiedniej wielkości.

Tenel Ka patrzyła z ciekawością na nieregularną bryłę asteroidy Borgo Prime, powiększającą się

przed dziobowym iluminatorem statku. W ciągu niezliczonych stuleci skalna bryła była dziurawiona i
drążona  przez  całe  pokolenia  górników  poszukujących  raz  tego,  raz  innego  minerału,  zależnie  od
zmian zapotrzebowania rynku. Planetoida wyglądała z daleka jak plaster miodu. Ostatecznie przed stu
kilkudziesięciu laty Borgo Prime została pozbawiona nawet najmniej wartościowych surowców i rud
metali. Poszukiwacze opuścili asteroidę, zostawili jednak sieć połączonych jaskiń i krzyżujących się
korytarzy,  zaopatrzonych  w  szczelne  śluzy,  ochronne  pola,  lądowiska  i  wszystkie  urządzenia,
niezbędne do przeżycia. Przekształcenie wyeksploatowanej kopalni w tętniący życiem port kosmiczny
było jedynie kwestią czasu.

Luke  wysłał  standardowy  sygnał,  prosząc  o  zgodę  na  lądowanie,  którą  otrzymał  bez

najmniejszych trudności.

- Zezwolono nam pozostawić statek na lądowisku dziewięćdziesiątym czwartym - oznajmił. - Czy

jesteś gotowa, hmmm... Beknit?

Tenel Ka rzeczowo kiwnęła głową.
- Oczywiście, Iltarze.
Mistrz Jedi przez chwilę ją obserwował. Na jego twarzy malował się niepokój.
-  Tam,  na  dole,  może  być  bardzo  ciężko  -  powiedział  w  końcu.  -  Na  Borgo  Prime  nie  brakuje

ludzi  pozbawionych  wszelkich  skrupułów...  złodziei,  morderców  i  istot,  które  równie  łatwo  mogą
pozdrowić cię albo zabić.

- A. Aha - unosząc brew, odparła Tenel Ka. - To zupełnie jak składanie wizyty na królewskim

dworze mojej babki.

Dwoje  handlarzy  z  Randonu:  „Iltar"  i  powierzona  jego  opiece  „Beknit"  pozostawiło  wysłużony

frachtowiec za ogromnymi wrotami jaskini kryjącej lądowisko, po czym ruszyło wąskim korytarzem
w głąb asteroidy, gdzie mieściły się lokale rozrywkowe oraz biura przedsiębiorców i pośredników.

Mimo  wielu  wcześniejszych  prób  Tenel  Ka  zapomniała,  że  musi  wyglądać  jak  doświadczony

handlarz,  przyzwyczajony  do  bywania  w  gwarnych  kosmoportach.  Gapiła  się  na  szeregi  wysokich
prefabrykowanych  budowli,  które  wtopione  były  w  ściany  jaskiń  i  korytarzy.  Raz  po  raz  mrużyła
oczy,  oślepiane  błyskającymi  światłami,  zdobiącymi  przedstawicielstwa  handlowe  obcych  istot.
Wiele  takich  biur  umieszczono  we  wnętrzach  oddzielnych  kopuł,  w  których  panowały  różne
mikroklimaty.

To miejsce tak bardzo się różniło od jej rodzimej, prymitywnej, nieujarzmionej Dathomiry. Nie

mogło  być  porównywane  nawet  ze  statecznymi,  malowniczymi  hapańskimi  miastami,  czasami
większymi  niż  cała  asteroida.  Żaden  ze  znanych  jej  światów  nie  miał  takiego  nieporządnego,
krzykliwie oświetlonego kosmoportu ani tętniących własnym życiem biur czy przedstawicielstw. W
pewnym miejscu Tenel Ka ujrzała w sklepieniu łukowato wygiętą transpastalową szybę, łączącą oba
brzegi  szczeliny.  Widziała  przez  nią  tylko  największe  gwiazdy.  Jaskrawe  oświetlenie  korytarzy
Borgo Prime zaćmiewało blask pozostałych.

Luke przystanął obok Tenel Ka i cierpliwie czekał, aż dziewczyna oswoi się z otoczeniem.

background image

- Jeszcze nigdy nie byłaś w takim miejscu, prawda? - zapytał.
Tenel  Ka  pokręciła  głową  i  ruszyła  korytarzem.  Szukała  właściwych  słów,  którymi  mogłaby

opisać to, co dzieje się w jej głowie.

- Czuję się tu... śmiesznie. Nie na miejscu.
Przesunęła  czubkiem  buta  po  powierzchni  chodnika,  pokrytej  różnobarwnymi,  jarzącymi  się

reklamami.

Przystanęła,  by  przeczytać  jedną,  a  po  chwili  następną.  Kiedy  jej  stopa  dotknęła  krawędzi

pierwszego napisu, fosforyzujące litery rozbłysnęły oślepiającym światłem.

ZACISZNA PRZYSTAŃ

WYNAJEM STOCZNI REMONTOWYCH

NA GODZINY ALBO NA MIESIĄCE

Następna reklama głosiła po prostu:

PEWNOŚĆ I ZAUFANIE

ZGŁOŚ SIĘ DO NAS, JEŻELI POTRZEBUJESZ

JAKIEJKOLWIEK INFORMACJI

DYSKRECJA ZAPEWNIONA

Tenel Ka pokręciła głową.
-  Nie  rozumiem  tego  miejsca  -  oświadczyła.  -  Muszę  przyznać,  ze  zarazem  odpycha  mnie  i

przyciąga...

-  Wiesz,  nie  musisz  przechodzić  przez  to  wszystko  -  odezwał  się  Luke.  -  Potrafię  sobie  sam

poradzić.

Tenel  Ka  uświadomiła  sobie,  że  jest  to  szczera  prawda...  ale  myśl  ta  nie  przyniosła  jej  ulgi.

Potrząsnęła  głową  i  nerwowo  przeczesała  palcami  włosy.  Jak  przystało  na  mieszkankę  Randonu
rozpuściła  je,  tak  że  teraz  spływały  na  jej  ramiona  złocistorudymi  puklami  niczym  oświetlone
promieniami zachodzącego słońca wodospady. Dziewczyna starała się odzyskać pewność siebie, ale
miała wrażenie, że jej niewiedza ją przytłacza.

-  Zrobię  wszystko,  co  muszę,  by  ratować  przyjaciół  -  oznajmiła  tak  rzeczowo  i  dziarsko,  jak

umiała. - Gdzie znajduje się to gniazdo czy ul, które kazał nam odnaleźć Lando?

Luke wskazał kolejną reklamę, jaka rozjarzyła się pod ich stopami.

MROWISKO SHANKA

DOSKONAŁE TRUNKI, WYŚMIENITA ROZRYWKA

DLA ISTOT RÓŻNYCH RAS I W RÓŻNYM WIEKU

Umieszczony  obok  reklamy  dwuwymiarowy  rysunek  przedstawiał  insektoidalnego  barmana

wyciągającego  dziesiątki  połączonych  przegubowo  i  pokrytych  chitynowym  pancerzem  kończyn,  w
których  trzymał  pojemniki  z  trunkami.  Rząd  wtopionych  w  płyty  chodnika  mrugających  strzałek
nieomylnie wskazywał drogę do „mrowiska".

Tenel Ka poczuła nagły atak scenicznej tremy, ale wiedziała też, jak jest ważne, żeby nie wypadła

z roli. Wygładziła fałdy ubrania i chrząknęła, po czym uniosła głowę i spojrzała na Luke'a.

- Musisz być bardzo spragniony po tak długiej podróży, Iltarze - powiedziała.
-  Tak.  Masz  rację,  Beknit.  Dziękuję  -  odparł  mistrz  Jedi  bez  mrugnięcia  okiem.  -  Bardzo

chciałbym  się  czegoś  napić.  -  Pochylił  się  nad  dziewczyną  i  półgłosem  zapytał:  -  Czy  jesteś
absolutnie pewna, że chcesz to zrobić?

Tenel Ka stanowczo kiwnęła głową.

background image

- Jestem gotowa na wszystko - oświadczyła.
-  Nie  spodziewałam  się,  że  na  tak  małej  asteroidzie  zobaczę  tak  ogromny  lokal  -  odezwała  się

Tenel Ka. Odchyliła głowę i spojrzała na faliste zmarszczki zdobiące ściany i sklepienie Mrowiska
Shanka. Pomieszczenie miało kształt wielkiego szarozielonego stożka i było chronione przez własne
pole  siłowe,  zapobiegające  uciekaniu  atmosfery.  Budowla  wznosiła  się  na  wysokość  co  najmniej
dwustu pięćdziesięciu metrów powyżej poziomu głównego chodnika asteroidy.

Tenel  Ka  miała  wrażenie,  że  jej  żołądek  kurczy  się  i  rozkurcza,  drażniony  przez  niepewność  i

trwogę. Musiała przystanąć, żeby kilka razy głęboko odetchnąć. Z rozpaczą zauważyła, że w oczach
mistrza Jedi tańczą iskierki rozbawienia.

- Wiesz, kto czeka na nas w środku, prawda? - odezwał się Skywalker.
- Złodzieje - odparła dziewczyna.
- Mordercy - dodał Luke.
- Kłamcy, szumowiny, przemytnicy, zdrajcy... - Nie dokończyła wyliczanki.
- Prawie, jak w rodzinie na Hapes? - zapytał, rozciągając twarz w żartobliwym uśmiechu.
Tenel  Ka,  będąc  następczynią  hapańskiego  tronu,  widywała  zawodowych  skrytobójców.  Nawet

rozmawiała  z  nimi  podobnie  jak  przed  nią  czynił  to  jej  ojciec,  książę  Isolder.  Jeżeli  wtedy  nie
brakowało  jej  odwagi,  z  pewnością  poradzi  sobie  i  teraz,  w  środku  kantyny  na  niewielkiej
asteroidzie.

- Dziękuję - powiedziała, przyjmując podane ramię. - Teraz jestem już gotowa.
Luke wcisnął do widocznego w skalnej ścianie otworu czytnika kartonik służący za przepustkę.
- Postaramy się nie rzucać nikomu w oczy - powiedział.
Drzwi kantyny się otworzyły.
Kiedy  Tenel  Ka  przestąpiła  próg,  pierwszą  rzeczą,  którą  ujrzała,  był  insektoidalny  barman,

Shanko. Istota miała ponad trzy metry wzrostu.

W  pomieszczeniu  unosiła  się  mieszanina  trudnych  do  opisania  woni,  których  dziewczyna  nawet

nie potrafiłaby zidentyfikować. Nie były przyjemne, ale też nie sprawiały jej przykrości. Sporą część
tej mieszaniny stanowiły dymy, wydzielane przez różne płonące przedmioty: świece, fajki z tytoniem,
kadzidła i bryłki wonnego torfu, umieszczone w jamach z tlącą się murawą, a nawet tkaniny ubrań czy
sierść klientów, którzy niebacznie znaleźli się zbyt blisko źródeł ognia.

Nie  odzywając  się,  Luke  kiwnął  głową  w  stronę  baru.  Nawet  gdyby  powiedział  coś  na  głos,

Tenel  Ka  nie  usłyszałaby  go  z  powodu  jazgotu,  który  tworzyło  co  najmniej  sześć  zespołów
muzycznych grających najnowsze przeboje z takiej samej liczby gwiezdnych systemów.

Na  szczęście  przed  wejściem  uzgodnili,  od  którego  miejsca  rozpoczną  poszukiwania.

Dziewczyna  wiedziała,  jakim  szacunkiem  cieszą  się  na  Ranacie  osoby  płci  żeńskiej  -  głównie  z
uwagi na fakt, że to one zazwyczaj dziedziczyły rodowe fortuny. Pamiętała też o tym, że zawsze są
obsługiwane w pierwszej kolejności. Ruszyła prosto w stronę baru, żeby złożyć zamówienie.

- Sssserdecznie witamy was, przybysze - odezwa! się na ich widok Shanko. Zaplótł aż trzy pary

przegubowych  górnych  kończyn  i  zgiął  się  w  ukłonie  tak  niskim,  że  anteny  na  jego  głowie  niemal
dotknęły lady baru.

-  Twoja  gościnność  jest  równie  miła  co  perspektywa  odpoczynku  po  długiej  podróży  -  odparła

Tenel Ka.

- Aaa, widzę, że zaliczasz ssssię do ludzi wykształconych - rzekł insektoidalny barman. - Jesssteś

może sssstudentką albo dyplomatką?

background image

- Jest kuzynką, powierzoną mojej opiece - wtrącił się od niechcenia Luke.
- A więc mam tym większy zaszczyt móc cię obssssługiwać, pani - powiedział Shanko, prostując

się na całą trzymetrową wysokość.

-  Proszę  o  randońską  żółtą  zarazę  -  odparła  bez  wahania  Tenel  Ka  -  Ochłodzoną.  Może  być

podwójna porcja.

- A dla mnie zdalnie sterowany skrytobójca - odezwał się Skywalker.
Membrany przysłaniające wielofasetkowe oczy barmana dwukrotnie zadrżały ze zdumienia.
-  Nieczęssssto  zamawiany  trunek  -  stwierdził.  -  Niezwykle  mocny,  nieprawdaż?  -  Przez  chwilę

sprawiał  wrażenie  wzburzonego.  Gdzieś  w  głębinach  jego  klatki  piersiowej  wezbrał  bulgot,  który
Tenel Ka musiała uznać za wybuch śmiechu. - Czy skład ma być z góry zaprogramowany, czy może
być przypadkowy?

- Oczywiście, że przypadkowy - odparł Luke.
- Aaa, ryzykant - stwierdził Shanko, z aprobatą uderzając parą górnych kończyn o ladę baru.
Później  jego  ręce  zaczęły  uwijać  się  jak  w  ukropie,  pociągać  za  różne  dźwignie,  przyciskać

guziki. Insektoid dolewał coraz innych napojów z rozmaitych fiolek, napełniając pucharki i mieszając
ich  zawartości.  Przyrządzenie  zamówionych  drinków  zajęło  mu  mniej  czasu  niż  gościom  ich
zamówienie.

-  Nie  ma  zysku  bez  ryzyka  -  oświadczył  Luke,  przyjmując  pucharek  z  jednej  spośród  wielu

górnych kończyn barmana.

Tenel Ka zbliżyła się do lady baru i odezwała się półgłosem:
- Potrzebujemy informacji.
Wyciągnęła  sznur  niewielkich  klejnotów  corusca,  ukrytych  dotychczas  pod  szorstką  tkaniną  jej

szaty.

Shanko ze zrozumieniem kiwnął głową.
-  Jeżeli  chodzi  o  informacje,  dyssssponujemy  najlepszymi  handlarzami  w  całym  sssektorze  -

odparł. - Mamy nawet jednego Hutta. - Gestem jednej kończyny pokazał część sali znajdującą się po
prawej  stronie  jego  baru.  -  Jeżeli  tam  nie  znajdziecie  tego,  czego  szukacie,  nie  znajdziecie  tego
nigdzie indziej na całej Borgo Prime - oświadczył z nie ukrywaną dumą.

Mistrz  Jedi  i  dziewczyna  podziękowali  barmanowi,  po  czym  skierowali  się  w  stronę,  którą

pokazał.  Kiedy  zagłębiali  się  w  skłębiony  tłum  gości  raczących  się  ulubionymi  potrawami  czy
trunkami,  zorientowali  się,  że  jazgotliwa  muzyka  już  nie  razi  tak  bardzo  ich  uszu.  Ciżba  istot  z
najróżniejszych światów była tak gęsta, że Tenel Ka nie widziała nawet, dokąd idą.

Nagle idący u jej boku Luke przystanął i zamknął oczy.
-  Hutt  będący  handlarzem  informacji,  tak?  -  zapytał  na  głos.  -  Tacy  są  zazwyczaj  najlepsi  w

swoim fachu.

Tenel  Ka  poczuła  lekki  dreszcz  obserwując,  jak  mistrz  Jedi  wysyła  myślowe  wici,  dotyka  nimi

mózgów  różnych  istot  w  jaskini,  szuka.  Ona  także  zaczęła  robić  to  samo,  ale  nie  zamknęła  szarych
oczu.  Szybki  rzut  oka  na  gęsty  tłum  nie  ujawnił  jednak  niczego  ciekawego.  Spojrzała  w  górę,  ku
ściętemu  wierzchołkowi  stożka.  Zauważyła  kręcone  schody,  wijące  się  wzdłuż  pochyłych  ścian  i
wiodące  do  mniejszych  i  większych  otworów.  Napisy  sugerowały,  że  znajdują  się  w  nich  jaskinie
hazardu albo sypialnie dla strudzonych gości.

Luke otworzył oczy.
- W porządku, już wiem - oznajmił.

background image

Ujął Tenel Ka pod rękę i zaczął przeciskać się przez tłum. W pewnej chwili oboje przeszli obok

rzędów rytmicznie pulsujących różnobarwnych paneli jarzeniowych.

Oświetlały niewielkie podwyższenie, na którym grupki fotoczułych gości zwijały się i wyginały

w rytm niesłyszalnej, podniecającej „muzyki".

Znaleźli huttańskiego handlarza informacji niemal ukrytego pod ścianą jaskini za niskim stołem. U

jego boku stał niewysoki Ranat, porośnięty siwobrązową sierścią. Pochylał się nad Huttem, ale nie
potrafił  ukryć  nerwowego  drżenia  bokobrodów.  Hutt  był  szczupły,  a  nawet  chudy  jak  na  Hutta,  i  z
pewnością  nie  cieszył  się  poważaniem  na  rodzimej  planecie.  Dziewczyna  pomyślała,  że  może
właśnie dlatego postanowił otworzyć swoje biuro na Borgo Prime.

- Poszukujemy informacji i jesteśmy gotowi za nią dobrze zapłacić - odezwał się mistrz Jedi bez

żadnych wstępów.

Hutt  sięgnął  po  leżący  przed  nim  na  blacie  stołu  niewielki  komputerowy  notatnik  i  przycisnął

kilka klawiszy.

- Jak się nazywacie? - zapytał.
- A jak ty się nazywasz? - zapytała Tenel Ka, lekko unosząc głowę.
Oczy  Hutta  zamieniły  się  w  wąskie  szparki.  Dziewczyna  odniosła  wrażenie,  że  handlarz

informacji właśnie zmienia o nich zdanie.

- Oczywiście - odezwał się Hutt po chwili. - Takie rzeczy nie mają znaczenia.
Luke wzruszył ramionami.
- Każda informacja ma swoją cenę. - powiedział.
-  Oczywiście  -  powtórzył  huttański  handlarz.  -  Proszę,  zechciejcie  spocząć  i  powiedzieć  mi,

czego szukacie.

Luke  usiadł  na  repulsorowej  ławie,  po  czym  dostosował  jej  wysokość  do  rozmiarów  własnego

ciała. Gestem zaprosił Tenel Ka, by usiadła obok niego na skraju ławy, w pobliżu ozdobnego stojaka,
który  podtrzymywał  wysoki  krzak  porośnięty  gęstym  listowiem.  Mistrz  Jedi  upił  spory  łyk  trunku  z
pucharka,  którego  nie  wypuszczał  z  dłoni,  ale  kiedy  Tenel  Ka  uniosła  swoją  czarkę  do  ust,  chcąc
pójść  w  jego  ślady,  posłał  jej  ostrzegawcze  spojrzenie.  W  pewnej  chwili  Hutt  pochylił  się,  aby
zamienić  kilka  słów  ze  swoim  asystentem,  Ranatem,  a  wówczas  Luke  skorzystał  z  okazji  i
odwróciwszy głowę w stronę dziewczyny, szepnął:

- Ten trunek może cię zwalić z nóg tak szybko, że zanim się zorientujesz, znajdziesz się w samym

środku jądra galaktyki.

- A. Aha - odezwała się dziewczyna również szeptem.
Zdecydowanym ruchem odstawiła czarkę na blat stołu, tak mocno, że zadźwięczała.
Kiedy Ranat w pośpiechu odszedł, zapewne aby wykonać rozkaz Hutta, Luke i Tenel Ka zaczęli

opowiadać swoją zmyśloną historię. Starali się sprawiać wrażenie, że nie chcą powiedzieć za dużo,
ale zależy im na osiągnięciu celu.

Kiedy  przeskakiwali  z  jednego  tematu  na  drugi,  na  zmianę  upiększając  opowieść  barwnymi

szczegółami,  inni  klienci  jaskini  zajmowali  się  zwykłymi  sprawami.  Z  kilku  mrocznych  kątów  sali
dobiegały  odgłosy  blasterowych  pojedynków,  toczonych  w  słabo  oświetlonych  niszach.  Tu  i  tam
przeciskały  się  przez  tłum  ogromne  opancerzone  androidy,  strzegące  porządku  w  wielkiej  sali.
Tocząc się na kołach, chwytały i wyrzucały z sali klientów, odmawiających zapłaty za szkody, które
wyrządzili.

W  innym  kącie  grupa  przemytników  spędzała  beztrosko  czas,  rzucając  rakietowe  strzałki.  W

background image

pewnej  chwili  jeden  z  nich  nie  trafił  w  duży  cel  wiszący  na  ścianie  i  zamiast  tego  wbił  płonący
pocisk  w  bok  jakiegoś  Talsa,  porośniętego  puszystą  brudnobiałą  sierścią.  Stworzenie  ryknęło  z
przerażenia i bólu, po czym widząc, że jego sierść się tli, zaczęło się użalać pijanemu Ithorianinowi,
siedzącemu obok niego przy stole.

Silniejsi i więksi klienci próbowali zjadać słabszych i mniejszych. Zespoły muzyczne grały bez

wytchnienia,  a  Shanko  nadal  mieszał  trunki,  nie  opuszczając  posterunku  za  ladą  baru.  Huttański
informator nie zwracał na to wszystko uwagi.

W  trakcie  rozmowy  Luke  raz  po  raz  pociągał  łyk  trunku  z  pucharka,  a  Tenel  Ka  rozglądała  się,

chcąc  pozbyć  się  zawartości  swojej  czarki.  Kiedy  powrócił  Ranat  i  ponownie  wdał  się  w  cichą
rozmowę  z  Huttem,  dziewczyna  sięgnęła  po  czarkę,  po  czym  wyciągnęła  rękę  w  stronę  liściastego
krzaka i chlusnąwszy, wylała połowę płynu.

Dopiero  kiedy  ujrzała,  że  łodygi  rośliny  zaczynają  konwulsyjnie  drżeć,  a  liście  kurczą  się  i

zwijają,  zorientowała  się,  że  krzak  nie  jest  ozdobną  rośliną,  a  inteligentną  istotą,  jednym  z  gości!
Szeptem zaczęła tłumaczyć się i przepraszać. Na szczęście odwróciła się w samą porę, by zobaczyć,
jak Ranat ponownie odchodzi z notatnikiem Hutta, by wykonać jego nowe polecenie.

Po  chwili  powrócił  w  towarzystwie  brodatego  mężczyzny,  który  szedł  obok  niego,  lekko

utykając.

-  Ten  oto  Ranat  powiedział,  że  żadnych  nazwisk,  i  jeżeli  rozchodzi  się  o  mnie,  nie  mam  nic

przeciwko  temu  -  odezwał  się  brodacz,  siadając  z  boku  stołu.  -  Ranat  gada,  że  jesteśta
zainteresowane  kupieniem  wielgachnych  kamieni  corusca.  To  je  prawda?  Nie  ma  tu  nikogo  innego,
któren by mógł załatwić takie sprawę. Wielgachne kamienie corusca... wcześniej czy później muszą
przejść przez moje łapy.

- A zatem jesteś agentem handlowym? - odezwała się Tenel Ka, nie myśląc o tym, co mówi.
Brodaty mężczyzna prychnął.
-  A  co  powiedzielibyśta  na  to,  że  jezdem  po  prostu  pośrednikiem?  -  zapytał.  Luke  ponownie

opowiedział, tak zwięźle jak było możliwe, historię odnalezienia skarbca na Ossus. Bez większego
trudu udało mu się ustalić cenę zakupu jednego dużego klejnotu corusca.

Kiedy  transakcja  pomyślnie  dobiegła  końca,  mistrz  Jedi  spróbował  wyciągnąć  z  brodacza

informację, kto jeszcze kupował od niego tak duże klejnoty. W oczach pośrednika zapaliły się jednak
iskry nieufności i podejrzliwości.

- Żadnych nazwisk... tak żeśmy się umówili - oświadczył stanowczo.
Tenel  Ka  zdjęła  kolejny  sznur  niewielkich  klejnotów  corusca,  dotychczas  zawieszony  na  szyi,  i

położyła  go  obok  poprzedniego,  będącego  zapłatą  za  ogromny  kamień,  kupiony  przed  chwilą  przez
Luke'a.

-  Jasne,  rozumiemy,  że  chcesz  być  ostrożny  -  rzekł  mistrz  Jedi.  -  Musimy  jednak  wiedzieć,  czy

jest ktoś, kto może chcieć pozbawić nas skarbu.

Pośrednik sięgnął po sznur kamieni, poniósł do oczu i zaczął uważnie oglądać.
-  Niewiele  ze  mnie  wyciągnięta  -  powiedział  cicho,  prawie  szeptem.  -  Ostatnie  dostawę

większych kamieni, jakie miałem, kupiła jedna osoba. To było diabelnie duże zamówienie.

- Czy możesz opisać nam jej statek albo powiedzieć, z jakiej planety przyleciała? - nalegał Luke.
Brodaty pośrednik nadal siedział ze spuszczoną głową, wpatrując się w blat stołu.
-  Prawdę  gadając,  nie  -  powiedział.  -  Nigdy  żem  nie  widział  statku,  którym  przyleciała.  Wiem

tylko  tyle,  że  nazywała  siebie...  damą  wieczoru...  albo  córą  ciemności...  albo  też  coś  innego  w

background image

podobnem stylu.

Tenel  Ka  z  wrażenia  zapomniała  o  oddychaniu.  Poczuła,  że  Luke,  siedzący  u  jej  boku,  także

zesztywniał.

- A może Siostra Nocy? - zapytała, nie mogąc ukryć drżenia głosu.
- Ta-a, to było właśnie to! Siostra Nocy! - odezwał się pośrednik. - Głupkowata nazwa.
Spojrzenie Luke'a nie odrywało się od oczu dziewczyny.
- Dziękujemy wam, panowie - powiedział w końcu mistrz Jedi. - Jeżeli się nie mylicie, może ta

Siostra Nocy już ukradła nam coś bardzo cennego.

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ

 

background image

 

 

 

8

 
Jacen stał za fotelem imperialnego pilota i przygryzał wargę. Obok tkwiła złowieszcza i straszna

Siostra Nocy, Tamith Kai, patrząc na nich z góry. Chłopiec spojrzał rozpaczliwie na Jainę, chociaż
nie sądził, by mogli stawić jakikolwiek opór.

A przynajmniej nie w tej chwili.
W  absolutnej  ciszy  przestworzy  otworzyły  się  wrota  hangaru,  umieszczone  w  zewnętrznej

powierzchni  gwiezdnej  stacji.  Oczom  Jacena  i  Jainy  ukazał  się  mroczny  otwór,  podobny  do  jaskini
albo paszczy drapieżnika. Był obrzeżony błyskającymi żółtymi światłami mającymi prowadzić statek
Qorla.  Imperialny  pilot  pociągał  za  dźwignie  sterownicze  z  ponurą  zręcznością  i  wprawą.  Jacen
zwrócił  uwagę  na  jego  lewą  kończynę,  złamaną  podczas  katastrofy  myśliwca  typu  TIE  na Yavinie
Cztery, która nigdy dobrze się nie zrosła. Ręka była teraz trochę grubsza i okryta od ramienia w dół
czarną skórą, owiniętą rzemieniami, które przytrzymywały baterie umieszczone w pojemnikach.

- Qorl, co stało się z twoją ręką? - zapytał Jacen. - Czy została wyleczona, jak zamierzaliśmy to

zrobić w akademii Jedi?

Pilot odwrócił głowę i skierował na chłopca umęczone blade oczy.
- Nie - powiedział. - Została zastąpiona. Mam teraz rękę podobną do kończyny androida, lepszą

niż poprzednia. Jest o wiele silniejsza, zdolna do wykonywania cięższej pracy.

Zgiął w łokciu okrytą czarną skorą rękę.
Jacen usłyszał cichy szmer serwomotorów i poczuł, ze jego żołądek skręcił się w konwulsyjnym

skurczu.

- Nie musieli ci tego robić - powiedział. - Mogliśmy byli uleczyć ją w zbiorniku bacta albo mógł

się  nią  zająć  jeden  z  naszych  medycznych  androidów.  W  najgorszym  wypadku  otrzymałbyś
biomechaniczną  protezę,  która  wygląda  jak  prawdziwa  ręka.  Jedną  taką  ma  nawet  mój  wujek
Skywalker. Nie było potrzeby zastępowania twojej ręki kończyną androida.

Twarz  Qorla  nie  zmieniła  kamiennego  wyrazu,  kiedy  imperialny  pilot  ponownie  zajął  się

prowadzeniem statku.

- Nieważne - oświadczył. - Co się stało, to się nie odstanie. A zresztą moja nowa ręka jest teraz

lepsza, silniejsza.

Imperialny  statek  wleciał  przez  wrota  hangaru,  a  rzędy  pulsujących  świateł  nie  przestawały

rozjaśniać mroków, oświetlając błyszczące metalowe ściany. U góry jednej z nich, pod sklepieniem,
wystawała wieża kontrolna o prostokątnych transpastalowych oknach. Jacen widział przez nie małe
figurki  ludzi  siedzących  za  konsoletami  i  wykonujących  procedury  diagnostyczne  albo  kierujących
statek Qorla na wyznaczone miejsce na lądowisku.

Maszyna  osiadła  z  ledwo  wyczuwalnym  wstrząsem.  Wrota  hangaru  się  zasunęły,  zamykając

więźniów we wnętrzu złowieszczej Akademii Ciemnej Strony.

background image

Tamith Kai pochyliła się nad mikrofonem komunikatora.
- Włączyć zasłonę maskującą - powiedziała. Jej niski, gardłowy głos, nawykły do rozkazywania i

nie znoszący sprzeciwu, miał siłę promienia ściągającego.

Chociaż  Jacen  nie  widział  ani  nie  czuł,  żeby  wydarzyło  się  coś  niezwykłego,  wiedział,  że

ogromna stacja gwiezdna nagle zniknęła, pozostawiając wrażenie pustki przestworzy, w których nikt
nigdy ich nie odnajdzie.

Tamith  Kai  zapewniła  młodym  Jedi  eskortę  w  postaci  oddziału  uzbrojonych  szturmowców,  po

czym  poprowadziła  wszystkich  troje  po  rampie  szturmowego  statku,  który  porwał  ich  z  pokładu
orbitalnej  stacji  wydobywczej  Calrissiana.  Przeszli  po  płycie  lądowiska  w  stronę  szerokich,
purpurowych dwuskrzydłowych drzwi, które rozsunęły się na boki, kiedy się zbliżyli.

Po drugiej stronie stał młody mężczyzna, odziany w fałdzistą srebrną szatę. Jego gładka skóra i

jedwabiste jasne włosy sprawiały wrażenie, że jarzą się własnym światłem. Mężczyzna był jedną z
najpiękniejszych  istot  ludzkich,  jakie  Jacen  kiedykolwiek  widział.  Dzięki  klasycznym  proporcjom  i
budowie  ciała  wyglądał  jak  symulacja  holograficzna  idealnego  człowieka  albo  jak  alabastrowa
rzeźba,  wykuta  dłutem  prawdziwego  mistrza.  Za  mężczyzną  stał  oddział  szturmowców  z  bronią
spoczywającą na ramionach.

- Witajcie, młodzi uczniowie - odezwał się cicho mężczyzna. Jego miły, łagodny głos brzmiał jak

muzyka. - Jestem Brakiss, naczelnik Akademii Ciemnej Strony.

Jacen  usłyszał,  jak  jego  siostra  raptownie  wciągnęła  powietrze.  On  także  nie  potrafił  ukryć

zaskoczenia.

-  Brakiss?  -  powtórzył.  -  Blasterowe  błyskawice!  Słyszeliśmy  o  tobie.  To  ty  jesteś  tym

imperialnym  szpiegiem,  który  zjawił  się  w  akademii  mistrza  Skywalkera  i  chciał  poznać  techniki
kształcenia rycerzy Jedi.

Mężczyzna uśmiechnął się lekko, jakby czymś rozbawiony.
-  To  prawda!  -  dodała  podniecona  Jaina.  -  Mistrz  Skywalker  zorientował  się,  kim  jesteś,  ale

kiedy chciał cię ocalić, próbował nawrócić cię na jasną stronę, uciekłeś, nie mogąc znieść brzydoty
kryjącej się w twojej duszy.

Brakiss nie przestawał się uśmiechać.
- Ach, więc w ten sposób wam to przedstawił? - zapytał. - Mistrz Skywalker i ja nie zgadzaliśmy

się w sprawie... szczegółów ćwiczeń doskonalących władanie Mocą. Muszę jednak powiedzieć, że
miał  co  najmniej  jeden  dobry  pomysł.  Nie  mylił  się,  dążąc  do  odrodzenia  zakonu  rycerzy  Jedi.
Dobrze  wiedział,  że  to  właśnie  Jedi  bronili  i  chronili  Starą  Republikę.  To  oni  doprowadzili  do
zjednoczenia starego rządu, chylącego się ku upadkowi, i utrzymywali go przy życiu przez długi czas,
nie dopuszczając, by ogarnęła go anarchia. Teraz, kiedy anarchią są opanowane resztki imperialnej
władzy, my potrzebujemy takiej jednoczącej siły. Znaleźliśmy już potężnego przywódcę, wielkiego i
silnego... - Brakiss znów lekko się uśmiechnął - ale chcemy mieć także swoją grupę Ciemnych Jedi,
imperialnych Jedi. Pragniemy, żeby zjednoczyli zwaśnione grupki i rozbudzili w nich wolę walki z
nikczemnym  i  bezprawnym  rządem  Nowej  Republiki,  by  w  ten  sposób  mogło  powstać  Drugie
Imperium.

- Hej, przecież przywódczynią Nowej Republiki jest nasza matka! - sprzeciwił się Jacen. - Ona

nie jest nikczemna. Nie porywa ludzi ani nie poddaje ich torturom.

- To wszystko zależy od tego, jak kto patrzy na te sprawy - odparł mężczyzna.
- Kim jest ten nowy przywódca? - zainteresowała się Jaina. - Czy już kiedyś nie staraliście się

background image

znaleźć  takiej  osoby?  Czy  nie  zakończyło  się  to  walką  o  władzę  nad  resztkami,  które  pozostały  z
Imperium? I teraz się wam nie uda.

-  Milczeć!  -  rozkazała  Tamith  Kai.  W  jej  niskim  głosie  kryła  się  groźba.  -  Od  tej  chwili  nie

będziecie zadawali żadnych pytań. Zostaniecie przeszkoleni, uświadomieni. Będziecie się uczyli tak
długo, aż staniecie się potężnymi wojownikami, gotowymi walczyć w służbie Imperium.

- Nie sądzę - odezwał się buntowniczo Jacen.
Na twarzy jego siostry pojawił się rumieniec gniewu.
- Nie będziemy z wami współpracowali - oświadczyła. - Nie możecie porywać nas i oczekiwać,

że  staniemy  się  posłusznymi  uczniami,  wypełniającymi  wasze  rozkazy.  Mistrz  Skywalker  i  nasi
rodzice  przemierzą  całą  galaktykę  i  nie  spoczną,  dopóki  nie  dowiedzą  się,  gdzie  jesteśmy.  Bądźcie
pewni, że nas odnajdą, a wówczas pożałujecie tego, co zrobiliście.

Stojący za bliźniętami Lowbacca warknął i szeroko rozłożył długie, włochate ręce, jakby pragnął

rozerwać  kogoś  na  kawałki  albo  chociaż  wyrwać  kończynę.  Krążyła  plotka,  jakoby  tak  zareagował
kiedyś jego wuj, Chewbacca, kiedy przegrał partię holograficznych szachów.

Szturmowcy jak na komendę wymierzyli lufy blasterów w rozzłoszczonego Wookiego.
- Hej, nie strzelajcie do niego! - odezwał się Jacen, stając między żołnierzami a przyjacielem.
Jaina  odezwała  się  tak  autorytatywnym  tonem,  że  Jacen  popatrzył  na  nią  nie  próbując  nawet

ukrywać zdumienia.

-  Co  zrobiliście  z  Em  Teedee,  miniaturowym  androidem-tłumaczem  Lowiego?  Nasz  przyjaciel

musi  się  porozumiewać...  a  może  wszyscy  szturmowcy  potrafią  chociaż  trochę  mówić  językiem
Wookiech?

- Zwrócimy mu jego małego androida - oświadczyła Tamith Kai - zaraz po tym, jak poddamy go...

odpowiedniemu przeprogramowaniu.

Brakiss klasnął w dłonie, dając jakiś znak dowódcy szturmowców.
-  Udacie  się  teraz  do  swoich  kwater  -  powiedział,  zwracając  się  do  młodych  Jedi.  -  Wasze

szkolenie powinno zacząć się jak najszybciej. Drugie Imperium bardzo potrzebuje zakonu Ciemnych
Jedi.

- Nigdy nie namówicie nas do przejścia na ciemną stronę - odezwała się Jaina. - Tracicie tylko

czas, próbując nas skaptować.

Brakiss popatrzył na nią, uśmiechnął się pobłażliwie, ale przez dłuższą chwilę stał w milczeniu.
- Może kiedyś zmienicie zdanie - powiedział w końcu. - Dlaczego nie mielibyśmy poczekać, by

się o tym przekonać?

Żołnierze  otoczyli  młodych  Jedi  zwartą  grupą  i  poprowadzili  korytarzem,  wyłożonym

dźwięczącymi metalowymi płytami.

Akademia Ciemnej Strony była zupełnym przeciwieństwem orbitalnej stacji wydobywczej Landa

Calrissiana.  Metalowe  ściany  nie  miały  pastelowych  barw.  Nie  słyszało  się  kojącej  muzyki  ani
odgłosów  przyrody  w  głośnikach  komunikatorów,  umieszczonych  na  korytarzu.  Dobiegały  z  nich
jedynie  szorstkie  rozkazy,  meldunki  i  komunikaty,  a  także  kuranty  chronometrów,  odmierzających
każdy  kwadrans.  Niemal  nad  wszystkimi  drzwiami  widniały  napisy,  namalowane  za  pomocą
szablonów.  Od  czasu  do  czasu  można  było  zobaczyć  monitory  końcówek  systemu  komputerowego,
umocowane  na  ścianach  i  ukazujące  schematy  pomieszczeń  stacji  albo  obrazujące  metody
postępowania w sytuacjach alarmowych.

-  To  bardzo  skromna  stacja  -  odezwała  się  Tamith  Kai,  spojrzawszy  na  Jacena,  który  nie

background image

przestawał  wpatrywać  się  w  nagie,  ponure  ściany.  -  Nie  zawracaliśmy  sobie  głowy  luksusami,  do
jakich  zapewne  przywykliście  w  waszej  akademii  w  dżungli.  Dopilnowaliśmy  jednak,  żeby  każdy
uczeń  miał  swój  pokój,  w  którym  będzie  mógł  wykonywać  zadane  ćwiczenia,  oddawać  się
medytacjom czy skupiać na doskonaleniu umiejętności posługiwania się Mocą.

- Nic z tego! - zaprotestowała Jaina.
- Wolelibyśmy, żeby nas nie rozłączano - dodał Jacen.
Lowbacca ryknął na znak, że popiera przyjaciół.
Tamith Kai zatrzymała się w pół kroku i spojrzała na nich z góry.
- Nie pytałam was o zdanie - warknęła. Jej fioletowe oczy miotały błyskawice. - Zrobicie to, co

wam każemy.

Dotarli  w  końcu  do  skrzyżowania  korytarzy,  gdzie  rozdzielili  się  na  trzy  grupy.  Brakiss,  który

prowadził  oddział  szturmowców  otaczających  Jainę,  skręcił  w  prawo.  Znacznie  większa  grupa
strażników,  trzymających  gotowe  do  strzału  blastery,  pomagała  Tamith  Kai  eskortować  Lowbaccę.
Pozostali imperialni żołnierze skupili się wokół Jacena i poprowadzili go w lewą odnogę korytarza.

- Zaczekajcie! - zawołał chłopiec i odwrócił się w stronę siostry. Miał przeczucie, że widzi ją po

raz ostatni w życiu.

Jaina także się odwróciła. W jej bursztynowopiwnych oczach krył się niepokój, ale kiedy dumnie

uniosła głowę, jej brat poczuł nagły przypływ odwagi. Znajdą jakiś sposób wyjścia z tej sytuacji.

Strażnicy  poprowadzili  go  długim  korytarzem,  ale  w  pewnej  chwili  stanęli  przed  jakimiś

drzwiami, wyglądającymi tak samo jak wszystkie inne. Pokoje uczniów - pomyślał Jacen.

Drzwi  się  otworzyły  i  szturmowcy  wprowadzili  Jacena  do  małego  ponurego  pomieszczenia  o

nagich ścianach. Chłopiec nie dostrzegł na nich żadnej końcówki komunikatora, żadnych dźwigni czy
przycisków ani niczego, co umożliwiłoby mu porozumiewanie się z kimkolwiek.

- Mam tu mieszkać? - zdziwił się, nie mogąc uwierzyć własnym oczom.
- Tak - odparł dowódca grupy szturmowców.
- A co się stanie, jeżeli będę czegoś potrzebował? - zapytał chłopiec. - W jaki sposób mam kogoś

zawiadomić?

Żołnierz  odwrócił  ku  niemu  głowę,  ukrytą  w  białym  plastalowym  hełmie  przypominającym

czerep.

- Będziesz cierpiał tak długo, dopóki ktoś po ciebie nie przyjdzie.
Szturmowcy  wyszli  na  korytarz.  Drzwi  zasunęły  się  za  nimi,  pozostawiając  w  pokoju  Jacena,

samotnego i bezbronnego.

Po chwili, jakby chcąc jeszcze bardziej pogorszyć jego sytuację, zgasły wszystkie światła.

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ

 

background image

 

 

 

9

 
Tenel  Ka  obudziła  się  w  nieprzeniknionym  mroku  i  stwierdziła,  że  leży,  ale  nie  ma  się  gdzie

poruszyć. Słyszała stłumiony, monotonny łoskot. Jej serce waliło jak młotem, a na skórze wystąpiły
krople  potu.  Dziewczyna  miała  przeczucie,  że  wydarzyło  się  coś  złego,  coś  strasznego.  Próbowała
usiąść,  ale  uderzyła  głową  -  dosyć  mocno  -  o  metalową  ramę  pryczy  znajdującej  się  nad  nią.
Zdławiła  okrzyk  przerażenia,  gdyż  przypomniała  sobie,  że  leci  na  pokładzie  „Znikomej  Szansy".
Odprężyła się... ale tylko trochę.

Kiedy Luke i Tenel Ka skończyli rozmawiać z huttańskim handlarzem informacji na Borgo Prime,

doszli do przekonania, że największą szansą odnalezienia Jacena, Jainy i Lowbaccy będzie wyprawa
na Dathomirę, rodzimą planetę pierwszego klanu wiedźm, zwanych Siostrami Nocy. Jedynym śladem,
jakim  dysponowali,  była  informacja  o  Siostrze  Nocy,  a  więc  musieli  się  dowiedzieć,  kim  była  i
dlaczego porwała bliźnięta i Lowiego.

Mistrz Jedi przekonał Tenel Ka, żeby w czasie podróży chociaż trochę odpoczęła, a może nawet

się  przespała.  To  miała  być  pierwsza  okazja  odpoczynku  od  chwili  porwania  jej  przyjaciół.  Tenel
Ka przyjęła z wdzięcznością propozycję mistrza Jedi.

A  zatem  zapewne  się  zdrzemnęła  w  jednej  z  koi  na  pokładzie  „Znikomej  Szansy".  Jakiś  czas

spędziła  w  ciemnościach,  odizolowana  od  głośniejszych  dźwięków.  Wypoczynek  dziewczyny
zakłócały  jednak  senne  koszmary.  Tenel  Ka  przycisnęła  guzik,  umieszczony  nad  głową,  i  ciasną
kabinę zalało jaskrawe światło. Obróciła się na bok, przerzuciła nogi przez krawędź koi i opadła z
wysokości półtora metra na metalowe płyty pokładu. Potrząsnęła głową, chcąc ułożyć nie zaplecione
złocistorude  włosy,  po  czym  przeciągnęła  się,  by  rozprostować  kości.  Ucieszyła  się  ze  swobody
ruchów,  jaką  zapewniała  jej  elastyczna,  ale  bardzo  wytrzymała  tunika  z  jaszczurczej  skóry.
Pomyślała, że znów wygląda jak wojowniczka.

Przez cały czas, kiedy szła wąskim korytarzem w stronę sterowni i siadała na miejscu drugiego

pilota, usytuowanym obok fotela mistrza Skywalkera, nie opuszczało jej uczucie niepokoju. Spojrzała
przez  dziobowy  iluminator  na  ogniste  smugi  przemykające  po  obu  stronach  statku  i  stwierdziła,  że
„Znikoma Szansa" znajduje się w nadprzestrzeni.

Luke uniósł głowę znad kontrolnego pulpitu.
- Udało ci się trochę przespać? - zapytał.
- To jest fakt - odparła Tenel Ka.
Zapięła pasy ochronnej sieci, po czym zaczęła zaplatać gęste włosy w gruby warkocz. Od czasu

do czasu wplatała paciorki i piórka, które wyjmowała z przytroczonej do pasa niewielkiej torby.

- Ale czy dobrze spałaś? - nalegał Luke.
Dziewczyna zamrugała, trochę zaskoczona, że mistrz Jedi jednak to zauważył.
- Nie bardzo i to jest również fakt - przyznała.

background image

Mistrz  Jedi  nie  odpowiedział.  Czekał.  Tenel  Ka  z  narastającym  zakłopotaniem  uzmysłowiła

sobie, że jej nauczyciel czeka na dalsze wyjaśnienia.

- Ja... miałam sen - powiedziała. - Nie sądzę, żeby miał jakieś znaczenie.
Luke skierował uporczywe spojrzenie błękitnych oczu na twarz dziewczyny.
- Wyczuwam, że jesteś zatrwożona - odezwał się półgłosem.
Dziewczyna skrzywiła się i wzruszyła ramionami.
- Już kiedyś śniło mi się to samo.
Mistrz Skywalker zamrugał powiekami i na chwilę zamknął oczy, po czym przekrzywił głowę i

skierował ku niej twarz, jakby chciał spojrzeć, gdyby miał otwarte oczy.

- Siostry Nocy? - zapytał w końcu.
-  Tak.  Wiem,  że  to  dziecinada  -  przyznała  Tenel  Ka  czując,  że  na  jej  policzkach  pojawiają  się

rumieńce wstydu.

- To dziwne... - odezwał się Luke. - Jainie także śniły się Siostry Nocy.
Jego uczennica spojrzała na niego nie wiedząc, czy się nie przesłyszała.
-  Zawsze  myślałam,  że  wiedźmy  istnieją  tylko  w  historiach,  które  opowiadały  matki  i  babki  z

Dathomiry,  kiedy  chciały  przestraszyć  swoje  dzieci  i  wnuki  -  powiedziała.  -  Przecież  wszystkie
Siostry Nocy zginęły. Jakim cudem niektóre mogłyby przeżyć?

- Kobiety żyjące na Dathomirze umieją dobrze władać Mocą. Możliwe, że pojawił się tam ktoś,

kto nauczył je posługiwać się siłami ciemnej strony - powiedział mistrz Skywalker. Odchylił się w
fotelu  i  wpatrzył  w  iluminator,  jakby  szukał  w  nadprzestrzeni  dawnych  wspomnień.  -  Prawdę
mówiąc, przed wielu laty, jeszcze zanim się urodziłaś, wyprawiłem się na Dathomirę. Szukałem tam
Hana  i  Leii,  rodziców  Jacena  i  Jainy.  To  właśnie  wówczas  spotkałem  twojego  tatę  i  twoją  mamę.
Połączyliśmy siły, by pokonać wszystkie wiedźmy z zakonu Sióstr Nocy.

Tenel Ka spojrzała na niego zdumiona. Rodzice zazwyczaj nie opowiadali jej tej części historii.
- Moja mama ma o tobie bardzo dobre mniemanie - odezwała się po chwili, mając nadzieję, że

mistrz Skywalker zechce dokończyć tę historię.

Luke popatrzył na nią z przekornym uśmiechem.
- Czy kiedykolwiek ci mówiła, w jakich okolicznościach się spotkaliśmy? - zapytał. - Czy może

opowiadała ci o tym, jak mnie pochwyciła?

- Chyba nie chcesz powiedzieć, że... - zaczęła Tenel Ka. - Z pewnością nie mogła liczyć na to...
Mistrz Jedi zachichotał, widząc jej zakłopotanie.
- To jest fakt - stwierdził.
- Och, mistrzu Skywalkerze!
Dziewczyna  niemal  przestała  oddychać,  zmartwiona  samą  perspektywą,  iż  Luke  mógłby  zostać

zmuszony do poddania się prymitywnemu obrzędowi zawarcia małżeńskiego związku, który zawsze
uważała  za  dziwaczny  i  staromodny.  Kobiety  z  Dathomiry  miały  zwyczaj  wybierania  i  chwytania
mężczyzn,  których  chciały  poślubić.  Czy  jej  matka,  Teneniel  Djo,  tak  samo  postąpiła  z  mistrzem
Skywalkerem?

Sama myśl o tym, że jej matka mogła pochwycić największego mistrza Jedi w całej galaktyce i

przypuszczać, że się z nią ożeni i zostanie ojcem jej dzieci, sprawiła, że policzki Tenel Ka na nowo
zarumieniły  się  ze  wstydu.  Później  jednak,  w  jednej  sekundzie  cała  sytuacja  wydała  się  jej  tak
nieprawdopodobnie  zabawna,  że  wybuchnęła  czymś,  co  słyszało  się  u  niej  niezwykle  rzadko...
perlistym śmiechem.

background image

-  Moja  matka  nauczyła  mnie,  bym  darzyła  szacunkiem  wszystkich  Jedi,  a  przede  wszystkim

ciebie,  mistrzu  Skywalkerze,  ale...  proszę  cię,  nie  obraź  się  -  głęboko  odetchnęła,  czując  pod
powiekami łzy rozbawienia - bardzo się cieszę, że jej plany spełzły na niczym.

Luke, nie przestając się uśmiechać, wyciągnął rękę i przyjaźnie uścisnął ramię dziewczyny, dając

znak, że rozumie jej uczucia.

- Ja też - powiedział. - Twoi rodzice byli jakby stworzeni dla siebie.
- Wiesz, kocham ojca - rzekła Tenel Ka, nagle poważniejąc. - Matkę także.
-  A  jednak  nigdy  nie  powiedziałaś  przyjaciołom,  kim  naprawdę  są  twoi  rodzice  -  stwierdził

mistrz Jedi. - Dlaczego?

Dziewczyna  zaczęła  się  niespokojnie  kręcić  na  fotelu.  Miała  wrażenie,  że  ochronna  sieć  za

bardzo krępuje jej ruchy. Sama często o tym rozmyślała, ale za każdym razem dochodziła do jednego
i tego samego wniosku.

- To trudno wytłumaczyć - powiedziała. - Nie wstydzę się rodziców; mam nadzieję, że mnie o to

nie  posądzałeś.  Jestem  dumna,  że  moja  matka  potrafi  tak  dobrze  władać  Mocą  i  że  ona,  prosta
wojowniczka z Dathomiry, rządzi teraz całą gromadą gwiezdną Hapes. Jestem także dumna z ojca i z
tego, kim zdołał się stać mimo sposobu, w jaki był wychowywany... mimo to, kim była osoba, która
go wychowała.

Luke z powagą kiwnął głową.
- Twoja babka?
- Tak - Tenel Ka zgrzytnęła zębami. - Nie jestem dumna z tej części mojej rodziny. Moja babka

jest kobietą żądną władzy. Zrobi wszystko, by ją zdobyć i utrzymać. Nie jestem pewna, czy potrafi
kogokolwiek  kochać.  -  Odwróciła  głowę  i  popatrzyła  na  swego  nauczyciela,  nie  potrafiąc  ukryć
zakłopotania  i  wstydu.  -  A  jednak  ojciec  jest  człowiekiem  kochającym  i  mądrym.  Jest  zupełnym
przeciwieństwem mojej babki.

-  To  prawda  -  przyznał  Luke.  -  Kiedyś,  przed  wielu  laty  twój  ojciec,  książę  Isolder,  dokonał

bardzo trudnego i odważnego wyboru. Kiedy uświadomił sobie, że matka kocha władzę tak bardzo,
że nie zawaha się zabić każdego, kto mógłby stanąć na jej drodze, odrzucił głoszone przez nią nauki.
Twoja  babka  jest  silną  i  dumną  kobietą,  ale  jej  nauki  są  pełne  jadu.  Ojciec  nie  chciał  ich  słuchać,
gdyż cenił życie ponad wszystko inne. Podjął trudną, ale słuszną decyzję.

Tenel Ka kiwnęła głową. Jej myśli były przepełnione goryczą.
- Mój rodowód roi się od pokoleń krwiożerczych, żądnych władzy tyranów - powiedziała. - Nie

jestem  dumna  z  tego,  że  urodziłam  się  jako  członek  hapańskiego  królewskiego  rodu.  -  Parsknęła.  -
Nie  chcę,  żeby  moi  przyjaciele  wiedzieli,  iż  jestem  następczynią  tronu,  ponieważ  nie  zrobiłam
niczego, żeby na ten tron zapracować czy zasłużyć.

Na twarzy Luke'a odmalowało się zamyślenie.
- Jacen i Jaina by to zrozumieli - odezwał się w końcu. - Ich matka jest jedną z najpotężniejszych

kobiet w całej galaktyce.

Tenel Ka energicznie potrząsnęła głową.
-  Zanim  im  to  powiem,  muszę  sama  sobie  udowodnić,  że  nie  jestem  taka  jak  moi  przodkowie.

Chcę chlubić się tylko tym, co sama osiągnę, najpierw dzięki własnej sile, a potem za pośrednictwem
Mocy...  ale  nigdy  za  pomocą  odziedziczonej  władzy.  Moi  rodzice  są  bardzo  dumni  z  faktu,  że
postanowiłam zostać Jedi.

- Rozumiem - odparł Luke. - Wybrałaś trudną drogę. - Obdarzył dziewczynę ciepłym uśmiechem.

background image

- To dobry początek dla każdego Jedi.

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ

 

background image

 

 

 

10

 
Następnego dnia Jaina nie posiadała się z radości, kiedy znów zobaczyła brata. Jej uczucie mącił

jedynie  fakt,  że  każde  z  nich  było  prowadzone  korytarzem  przez  dwóch  krzepkich,  dobrze
uzbrojonych szturmowców, którym towarzyszyła Siostra Nocy, Tamith Kai.

Kiedy  Jacen  wyrwał  się  z  rąk  strażników  i  podbiegł,  by  uściskać  siostrę,  dziewczyna  szepnęła

najszybciej jak umiała:

- Mam pewien plan. Będzie mi potrzebna twoja pomoc.
Silne opancerzone ręce rozłączyły siostrę i brata. Jeden ze strażników, zakutych w biały pancerz,

wyciągnął blasterowy pistolet, wymierzył lufę w bliźnięta i rozkazał, by szły dalej.

Jaina uśmiechnęła się z przymusem. Mimo towarzystwa Tamith Kai Brakiss nie był pewien, czy

bliźnięta  zechcą  z  nim  współpracować.  Żołnierze  mieli  dopilnować,  by  oboje  nie  sprawiali
kłopotów.

Dziewczyna ujrzała, że Jacen lekko kiwnął głową na znak, że zrozumiał, co powiedziała.
- Opowiedzieć ci dobry dowcip? - zapytał beztrosko, celowo pragnąc zmienić temat rozmowy.
- Jasne - odparła dziewczyna udając, że niczego się nie domyśla.
Jacen chrząknął.
- Ilu szturmowców potrzeba, żeby zmienić przepalony panel jarzeniowy?
Jaina  skurczyła  się  ze  strachu,  ale  nie  okazała  tego  w  żaden  sposób.  Jej  brat  był  naprawdę

odważny... a może tylko nierozsądny. Nie próbując rozstrzygnąć tego dylematu, udała, że pochwyciła
przynętę.

- Naprawdę nie wiem - odparła. - Ilu szturmowców potrzeba, żeby zmienić taki panel?
Jeden  z  jej  strażników  wyprzedził  ją  i  stanął  przed  uchylonymi  drzwiami  sali  wykładowej,  w

której  Jaina  ujrzała  dziesiątki  siedzących  osób.  Dziewczyna  domyśliła  się,  że  spogląda  na  innych
uczniów Akademii Ciemnej Strony. Drugi strażnik trącił ją lufą blastera, dając znak, że ma wejść do
środka.

- By wymienić przepalony panel jarzeniowy, potrzeba dwóch szturmowców - odezwał się Jacen

tak  głośno,  aby  usłyszeli  go  wszyscy  uczniowie  siedzący  w  sali.  -  Jeden  szturmowiec  do  tego,  by
wymienił panel, i drugi, żeby zabił pierwszego i przypisał sobie całą zasługę za naprawę.

Jaina usiłowała bezskutecznie stłumić wybuch śmiechu. Tamith Kai przeszyła Jacena spojrzeniem

przypominającym dwie fioletowe włócznie.

Chłopiec, czując siłę jej gniewnej reakcji, skurczył się i mruknął:
-  Widzę,  że  ty  też  pochodzisz  z  Dathomiry.  Mieszkańcy  tego  świata  z  pewnością  nie  słyną  z

poczucia humoru.

Kiedy  dwaj  strażnicy  ujęli  Jainę  pod  ręce  tak  mocno,  że  musieli  pozostawić  sińce  na  jej

ramionach, dziewczyna była zmuszona przyznać, że akt odwagi brata uświadomił jej pewną prawdę.

background image

Jej umysł był wolny, przynajmniej na razie. Nadal mogła dokonywać wyborów.

Została  zaciągnięta  do  sali  wykładowej  i  zmuszona  do  zajęcia  miejsca  na  skraju  wąskiej,

pozbawionej oparcia ławy. Strażnicy prowadzący Jacena posadzili go w przeciwległym kącie sali...
niewątpliwie dlatego, by ukarać go za opowiedzenie żartu. Jaina z zachwytem stwierdziła, że Lowie
siedzi o niecały metr od niej, na tej samej ławie. Między nią a młodym Wookiem znajdował się tylko
jeden uczeń. Lowbacca zaryczał na powitanie Jacena i Jainy.

Wszyscy pozostali uczniowie byli ludźmi, krótko przystrzyżonymi i schludnie odzianymi w takie

same czarne kombinezony. Sprawiali wrażenie chętnych do nauki, a nawet zachwyconych faktem, że
mogą studiować w Akademii Ciemnej Strony. Wyglądali na prawdziwych imperialnych zapaleńców.
Jaina  widziała  już  kiedyś  takich  ludzi.  Pomyślała,  że  ona,  Jacen  i  Lowbacca  są  zapewne  jedynymi
istotami uczącymi się pod przymusem.

Dziewczyna zmarszczyła brwi, kiedy zauważyła, że Em Teedee nadal nie ma u pasa Lowbaccy.

To  z  pewnością  utrudni  im  porozumiewanie  się  ze  sobą.  Zastanawiała  się,  co  zrobiłby  jej  wujek
Luke, gdyby znalazł się w takiej sytuacji. Usiadła prosto, usunęła z mózgu wszystko, co w tej chwili
uznała  za  zbyteczne,  i  wysłała  delikatną  myślową  wić  w  stronę  Wookiego.  Nie  wyczuła
promieniującego od niego bólu. Mogła być zatem pewna, że jej przyjacielowi nie wyrządzono żadnej
krzywdy.  Zarejestrowała  jednak  napięcie,  niepewność  i  kipiącą  frustrację.  Postarała  się  uspokoić
przyjaciela. Nie była pewna, czy się jej to udało, ale kiedy Lowie na chwilę wyciągnął kudłatą rękę i
dotknął jej ramienia, zrozumiała, że odebrał jej kojące myśli.

Była  ciekawa,  czy  odważy  się  odezwać  do  młodego  Wookiego.  Najpierw  będzie  musiała  się

przekonać, jak zareaguje na to siedzący między nią a Lowiem uczeń. Był mniej więcej w tym samym
wieku,  ale  trochę  wyższy.  Jak  wszyscy  gorliwi  uczniowie  nosił  obcisły,  gładki,  czarny  jak  węgiel,
błyszczący kombinezon i fałdzistą pelerynę takiej samej barwy, narzuconą na bluzę. Miał jasne włosy
i zielone oczy barwy mchu. Odwzajemnił spojrzenie dziewczyny, ale w jego obojętnych oczach nie
było widać ciekawości ani podejrzliwości.

Jaina zapuściła myślową wić do umysłu chłopca. Nie odkryła w nim jednak niczego ciekawego

poza  kilkoma  trudno  uchwytnymi  strzępami  myśli,  które,  nie  powiązane  ze  sobą,  z  wrzaskiem
przeleciały  przez  jej  mózg  niczym  przypadkowe  dźwięki  instrumentów,  strojonych  przez  muzyków
przed koncertem.

- Dlaczego tu jesteśmy? - zapytała niemal szeptem.
-  Dlatego  że  tu  jesteśmy  -  odparł  chłopiec  z  rezerwą,  jakby  chciał  obronić  się  przed

spodziewanym  atakiem.  -  Dlatego  że  tak  życzy  sobie  mistrz  Brakiss.  -  Popatrzył  podejrzliwie  na
Jainę, jakby uważał, że postradała zmysły. - Czyż wszyscy nie przybyliśmy tu po to, żeby uczyć się od
niego, jak władać Mocą?

Zanim  Jaina  zdążyła  odpowiedzieć,  do  sali  wkroczył  Brakiss.  W  jednej  chwili  zapanowała

absolutna  cisza.  Nie  zakłócał  jej  żaden  szmer  czy  szelest,  żadne  wypowiadane  słowo,  żadne
kaszlnięcie czy chrząknięcie. Mężczyzna przeszył spojrzeniem rzędy siedzących uczniów. Kiedy jego
oczy  zmierzyły  się  z  oczami  Jainy,  dziewczyna  poczuła  niewytłumaczalny  lodowaty  dreszcz,  który
zaczął pełznąć wzdłuż jej kręgosłupa. Brakiss zaczął wykład bez żadnego wstępu.

-  Moc  jest  formą  energii  otaczającej  i  przenikającej  wszystko,  co  żyje  we  wszechświecie.

Wypływa z nas. Przepływa przez nas.

Kiedy fale jego melodyjnego głosu opływały uczniów, Jaina pomyślała, że jej umysł zaczyna się

odprężać.  Mimo  wszystko  to  nie  jest  takie  złe  -  pomyślała.  -  To  wszystko  prawda.  Siła  jego  głosu

background image

zachęcała  do  działania,  zmuszała  do  przyznania  mu  racji.  Jaina  zauważyła,  że  wielu  uczniów  kiwa
głowami. Ona także kiwnęła.

Nie zwracała uwagi na poszczególne słowa, wiedziała jednak, że następne wypływa logicznie z

poprzedniego. Miała wrażenie, że odbiera tylko myśli, uczucia. Wszystkie wydawały się jej słuszne,
sprawiedliwe.

I  nagle,  nie  wiadomo  z  jakiego  powodu  -  możliwe,  że  był  nim  lekki  dotyk  włochatej  ręki  na

ramieniu  -  słowa  Brakissa  nabrały  znów  ostrości.  Zaczęły  się  przedzierać  przez  mgiełkę
samozadowolenia i bezkrytycznego przyzwolenia, które niczym całun spowijały jej umysł.

-  Wszyscy  dysponujecie  umysłowymi  narzędziami,  dzięki  którym  możecie  władać  sobą  i

posługiwać  się  Mocą  -  usłyszała  melodyjny,  spokojny,  pewny  siebie  głos.  -  Jeżeli  chcecie  czerpać
siłę  z  Mocy,  musicie  nauczyć  się  wykorzystywać  to,  co  w  was  samych  najsilniejsze:  silne  emocje,
pragnienia, żądze, strach, agresję, złość, nienawiść...

Przez umysł Jainy przemknęło stanowcze: „Nie"! Dziewczyna potrząsnęła głową, chcąc odzyskać

jasność myśli.

- To... nie może być prawda - szepnęła. - To nieprawda!
Uczeń siedzący obok niej błysnął białkami oczu. Z pogardą spojrzał na dziewczynę.
-  Oczywiście,  że  to  jest  prawda  -  oświadczył,  jakby  nie  ulegało  to  najmniejszej  wątpliwości.  -

Mistrz Brakiss tak powiedział, a więc musi to być prawdą.

- Skąd możesz być tego taki pewien? - syknęła Jaina. - Czy nie widzisz, że sprawuje władzę nad

twoimi myślami? Powinieneś uciekać stąd, póki możesz, i spróbować zacząć myśleć samodzielnie.

- Nie zamierzam stąd nigdzie wychodzić - odparł uczeń nieprzejednanym tonem. - Chcę się uczyć

pod kierunkiem mistrza Brakissa, żeby zostać kiedyś rycerzem Jedi.

Jaina zakipiała, nie rozumiejąc takiego uporu.
-  Czy  naprawdę  nigdy  o  tym  nie  myślałeś?  -  zapytała.  -  Nie  możesz  przyjmować  w  ciemno

wszystkiego, co mówi, nie poświęcając jego słowom żadnej myśli. A co będzie, jeżeli nie ma racji?

- Przecież on jest nauczycielem!
Oczy  ucznia,  zielone  jak  mech,  zamrugały,  jakby  pytanie  dziewczyny  nie  miało  sensu.  Chłopiec

wstał i uniósł rękę, chcąc zwrócić uwagę Brakissa.

Jaina skorzystała z okazji i pochyliła się, żeby szepnąć kilka słów Lowiemu.
- Mam pewien plan! Za kilka dni będę chciała, żebyś dokonał sabotażu systemów zasilania stacji.

Przygotuj się!

Kiedy  się  prostowała,  jej  umysł  w  końcu  zarejestrował  fakt,  że  uparty  jasnowłosy  uczeń

rozmawia z Brakissem.

-  ...próbuje  przekonać  innych  uczniów,  że  nie  powinni  ci  ufać.  Twierdzi,  że  nie  nauczasz  nas

prawdy  o  Mocy.  Dlatego  oświadczam,  że  ta...  dziewczyna  nie  jest  godna  tego,  żeby  być  twoją
uczennicą, mistrzu Brakissie.

Piękne  oczy  mężczyzny  zwęziły  się  do  szparek,  a  przenikliwe  spojrzenie  spoczęło  na  twarzy

Jainy. Dziewczyna poczuła, że jego potężny umysł usiłuje wywrzeć nacisk na jej myśli. Spróbowała
stawić opór.

-  Jesteś  tutaj  nowa  -  odezwał  się  mężczyzna.  -  Jeszcze  nie  znasz  praw,  jakimi  się  tu  rządzimy.

Wysłuchaj moich nauk do końca, a później będziesz mogła je osądzić. Sama podejmiesz decyzję. Ale
nigdy, przenigdy nie zachęcaj innych, żeby wątpili w moje słowa.

Wszyscy uczniowie jak jeden mąż zamruczeli, wyrażając poparcie... z trzema wyjątkami.

background image

-  W  tej  akademii  nie  uczymy  się  tylko  praw  ciemnej  strony  -  ciągnął  Brakiss,  wracając  do

wykładu,  chociaż  jego  słowa  sprawiały  teraz  wrażenie  kierowanych  głównie  do  Jacena,  Jainy  i
Lowbaccy. - To nie jest szkoła, w której poznaje się tylko cechy ciemnej strony. Słuszniej byłoby ją
nazwać szkołą cienistej strony, bo czymże jest samo życie, jeżeli nie kroczeniem po drodze, na której
są  i  jasne,  i  ciemne  miejsca?  Jedynie  wówczas,  kiedy  będziecie  korzystali  ze  wszystkich  uczuć  i
emocji,  jasnych  i  ciemnych,  staniecie  się  prawdziwymi  władcami  Mocy  i  wypełnicie  to,  co  jest
waszym  przeznaczeniem.  Sama  jasna  strona  zapewni  wam  tylko  częściową  władzę.  Dopiero  kiedy
zmieszacie  światłość  z  ciemnością  i  będziecie  się  poruszali  w  cieniu,  wzniesiecie  się  na  szczyty
swoich możliwości. Korzystajcie zatem także z siły ciemnej strony.

Jaina  popatrzyła  w  przeciwległy  kąt  sali  i  ujrzała,  że  jej  brat  powoli  kręci  głową.  Lowbacca

siedzący  o  wiele  bliżej  dziewczyny  tłumił  warczenie  narastające  w  głębi  gardła.  Dziewczyna
poczuła, że nie może się powstrzymać. Wstała.

- To nieprawda - powiedziała. - Ciemna strona Mocy nie uczyni nikogo silniejszym. To prawda,

że  jest  szybsza,  łatwiejsza,  bardziej  uwodzicielska.  Jest  także  bardziej  nieustępliwa.  I  w
przeciwieństwie  do  jasnej  strony,  która  wiedzie  ku  wolności,  ciemna  strona  czyni  z  człowieka
niewolnika. Jeżeli ktoś pozwoli się jej zniewolić, może już nigdy nie odzyskać swobody.

Po  sali  poniósł  się  szmer  spazmatycznych  oddechów,  ale  żaden  uczeń  nie  odezwał  się  ani

słowem. Jaina i Brakiss mierzyli się spojrzeniami ponad głowami uczniów.

Mężczyzna  milczał  przez  dłuższą  chwilę  i  tylko  jego  myśli  przytłaczały  umysł  Jainy  niczym

miażdżący ciężar.

Dziewczyna  uczyniła  wysiłek,  by  usunąć  obce  myśli  z  głowy,  po  czym  sama  rzuciła  myślowe

wyzwanie. Uniosła dumnie głowę i spojrzała na mężczyznę.

Brakiss w końcu ze smutkiem pokręcił głową.
-  Nie  chciałem,  żebyś  stała  się  przykładem  dla  innych  uczniów  -  powiedział  -  ale  nie

pozostawiłaś mi wyboru. Postanowiłaś przeciwstawić mojej mocy swoje śmiechu warte siły jasnej
strony. Ostrzegłem cię już przed chwilą. Nie otrzymasz następnego ostrzeżenia.

Powiedziawszy to, Brakiss uniósł poziomo jedną rękę i wykonał nią gest, jakby czule machał na

pożegnanie.  Z  końców  jego  palców  wystrzeliły  błękitne  błyskawice.  Otoczyły  ciało  dziewczyny
błękitną drżącą mgiełką. Jaina miała wrażenie, że ogarnia ją ognista agonia. Straciła przytomność.

Wyrafinowane  okrucieństwo  Brakissa  względem  Jainy  wprawiło  Lowbaccę  w  niepohamowaną

wściekłość. Młody Wookie stracił panowanie nad sobą i zerwał się na równe nogi z ławy, obalając
jasnowłosego  ucznia  na  posadzkę.  Zawył,  ile  miał  sił  w  płucach,  po  czym  obnażył  długie  kły,  z
których  słynęli  wszyscy  Wookie.  Sięgnął  po  ławę,  na  której  siedział,  i  uniósł  ją  nad  głowę,  a
wszystkie włosy jego rudobrązowej sierści zjeżyły się jak w napadzie szału.

Strażnicy,  zaniepokojeni  zamieszaniem  panującym  w  sali  wykładowej,  wpadli  do  środka  z

wyciągniętymi paralizatorami. Rozejrzeli się po sali w poszukiwaniu sprawcy... i nie mieli trudności
z zauważeniem rozwścieczonego Wookiego.

Lowbacca  rzucił  ławą  w  stronę  nadchodzących  szturmowców.  Ciężki  przedmiot  trafił  w

pierwszy rząd strażników i przewrócił ich na tych, którzy szli za nimi. Wszyscy upadli na posadzkę
jak  dziecinne  klocki.  Pięciu  następnych  szturmowców  potknęło  się  o  ciała  leżących  kolegów,  ale
mimo to utorowało sobie drogę do środka.

Pozostali  uczniowie  Akademii  Ciemnej  Strony  zaczęli  krzyczeć,  usiłując  uspokoić  szalejącego

Lowiego.  Wookie  odpowiadał  im  donośnymi  rykami.  Brakiss,  który  nie  zszedł  z  podwyższenia,

background image

wzywał wszystkich do zachowania spokoju, ale w panującym rozgardiaszu nikt go nie słuchał.

Nagle otworzyć się drzwi znajdujące się w przeciwległym kącie i do sali wpadła następna grupa

uzbrojonych szturmowców.

Jacen podbiegł do nieprzytomnej siostry. Uklęknął u jej boku i ujął w dłonie głowę dziewczyny.

Z  prawdziwą  ulgą  wyczuł,  że  błyskawica  ciemnej  Mocy  nie  wyrządziła  jej  większej  krzywdy.  W
pewnej  chwili  Jaina  jęknęła  i  zamrugała  powiekami  bursztynowopiwnych  oczu.  Było  widać,  że
walczy, stara się odzyskać przytomność.

- Jaino! - krzyknął Jacen. - Jaino, ocknij się!
-  Już  dobrze...  jestem  przytomna  -  odezwała  się  dziewczyna,  z  wysiłkiem  siadając.  Zapewne

dopiero w tej sekundzie uświadomiła sobie, jakie zamieszanie wywołał Lowie z jej powodu.

Wszyscy  szturmowcy  z  drugiego  oddziału  także  wyciągnęli  paralizatory.  Widząc  to,  Lowie

wyszarpnął ławę spod jakiejś uczennicy Akademii Ciemnej Strony. Po prostu zrzucił ją na posadzkę.
Przerażona  dziewczyna  zapiszczała.  Lowbacca  zignorował  ją  i  uniósł  ławę,  zamierzając  cisnąć  w
nadchodzących szturmowców.

Żołnierze  wymierzyli  pistolety  i  strzelili...  ale  Lowie  zasłonił  się  ławą  jak  tarczą.  Świetliste

stożki odbiły się od ławy i nie czyniąc nikomu krzywdy, poszybowały ku sklepieniu. Młody Wookie
rzucił  ławę,  ale  szturmowcy  w  pośpiechu  rozbiegli  się  na  boki  i  groźny  pocisk  roztrzaskał  się  o
ścianę.  Lowbacca  zanurkował,  rozpaczliwie  szukając  czegokolwiek,  czym  mógłby  rzucić...  i  w  tej
samej chwili strażnicy z pierwszej grupy, którzy tymczasem zdążyli wstać z posadzki, dali ognia ze
swoich paralizatorów.

Jarzące  się  stożki  światła  przecięły  powietrze  tuż  nad  głową  Lowiego  i  trafiły  trzech  żołnierzy

należących  do  drugiej  grupy,  która  pojawiła  się  w  przeciwległym  kącie  sali.  Porażeni  szturmowcy
upadli i z grzechotem białych pancerzy potoczyli się po posadzce.

-  Zachowajcie  spokój!  -  krzyczał  Brakiss.  -  Skończcie  wreszcie  z  tym  bezsensownym

zamieszaniem!

Jego miła, pogodna twarz, była teraz wykrzywiona w grymasie złości.
Jeden ze strażników z pierwszej grupy zbliżył się o dwa kroki i wymierzył paralizator w plecy

Lowiego. Zapewne pomyślał, że wstający Wookie będzie łatwym celem do trafienia.

Jacen  to  zauważył...  i  na  chwilę  przedtem,  zanim  szturmowiec  przycisnął  czerwony  guzik,

posłużył się całą siłą Mocy, by pochwycić lufę pistoletu żołnierza i obrócić ją w przeciwną stronę.
Wykręcił  broń  w  ten  sposób,  że  kiedy  strażnik  przyciskał  spustowy  guzik,  lufa  była  wymierzona  w
jego  tors.  Paraliżująca  smuga  rozprysnęła  się  po  białym  pancerzu,  a  ogłuszony  imperialny  żołnierz,
pozbawiony przytomności, osunął się na posadzkę.

-  Lowbacco,  nic  mi  się  nie  stało!  -  krzyknęła  Jaina,  której  w  końcu  udało  się  odzyskać

równowagę. - Popatrz, jestem cała i zdrowa!

Z obu stron sali wpadali wciąż nowi szturmowcy, wyciągając paralizatory i przygotowując je do

strzału.

- Lowie, uspokój się - powiedział Jacen.
Wookie zerknął w prawo i w lewo. Szeroko rozłożone ręce i rozczapierzone pałce wskazywały,

że jest gotów rozerwać coś na kawałki. Oprzytomniał jednak, kiedy zorientował się, że jest otoczony.

Brakiss  stał  na  podwyższeniu  i  wyciągał  ręce.  Między  jego  palcami  przelatywały  błękitne

błyskawice, jakby tylko czekały na rozkaz, gotowe poszybować ku celowi.

- Nie chcemy robić wam krzywdy - oznajmił. W jego głosie kryła się jakaś dzika siła. - Musicie

background image

jednak nauczyć się posłuszeństwa.

Naczelnik Akademii Ciemnej Strony popatrzył w stronę szturmowców.
-  Zaprowadzić  ich  do  pokojów  i  uniemożliwić  porozumiewanie  się  między  sobą  -  rozkazał.  -

Mamy  tu  mnóstwo  pracy  i  nie  możemy  dopuścić,  aby  przeszkadzał  nam  czyjś  niepohamowany
temperament.

Później  Brakiss  poświęcił  kilka  chwil,  by  zapanować  nad  rysami  twarzy,  która  po  sekundzie

znów  wyglądała  kojąco  i  łagodnie.  Mężczyzna  uniósł  brwi  i  z  podziwem  popatrzył  na  młodego
Wookiego.

- To jest coś, nad czym trzeba będzie jeszcze popracować - powiedział. - Dysponujesz ogromnym

potencjałem.

Strażnicy,  chronieni  przez  białe  pancerze,  omal  nie  zmiażdżyli  kudłatych  rąk  Lowiego,  kiedy

pochwycili je pozbawionymi czucia palcami. Imperialni żołnierze wyprowadzili całą trójkę młodych
Jedi na korytarz i towarzyszyli im aż do pokojów.

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ

 

background image

 

 

 

11

 
Kiedy  Luke  przelatywał  „Znikomą  Szansą"  przez  górne  warstwy  atmosfery  Dathomiry,  planeta

zdawała  się  przyciągać  Tenel  Ka,  błyszcząc  w  dole  niczym  ogromny  topaz.  Dziewczyna  miała
wrażenie,  że  z  podniecenia  nie  może  usiedzieć  na  fotelu.  Zapomniała,  jak  niefortunne  okoliczności
zmusiły ich do przylotu. Czuła tylko radość przenikającą jej ciało z każdym uderzeniem serca: Dom-
dom, Dom-dom.

W pewnej chwili jakaś turbulencja zakołysała starym przemytniczym frachtowcem, obniżającym

się ku powierzchni. Luke przyglądał się odczytom wskaźników na pulpicie konsolety nawigacyjnej i
od czasu do czasu trącał dźwignię, korygując trajektorię lotu.

-  Wiele  czasu  upłynęło  od  chwil,  kiedy  po  raz  pierwszy  złożyłem  wizytę  w  klanie  kobiet  ze

Śpiewającej  Góry  -  powiedział.  -  Już  nawet  nie  pamiętam,  jak  tam  lecieć.  Myślę,  że  mógłbym
dotrzeć w pobliże samej góry, ale może znasz dokładne współrzędne...

Jeszcze  nie  skończył  mówić,  kiedy  dziewczyna  wyrecytowała  z  pamięci  wszystkie  potrzebne

liczby.  Równocześnie  pochyliła  się  nad  klawiaturą  i  wpisała  dane  do  pamięci  komputera
astronawigacyjnego.

-  Bardzo  często  tu  przylatuję  -  wyjaśniła.  -  To  mój  drugi  dom  w  galaktyce,  a  pierwszy,  jeżeli

chodzi o miejsce w moim sercu.

- Tak - odparł Luke. - Doskonale cię rozumiem.
„Znikoma  Szansa"  wyrównała  lot  i  skierowała  się  ku  Śpiewającej  Górze.  Luke  i  Tenel  Ka

przelatywali  nad  iskrzącymi  się  oceanami,  gęstymi  lasami,  bezkresnymi  pustyniami,  łagodnymi
wzgórzami i zielonymi równinami. Dziewczyna miała wrażenie, że jej ciało przenika nowa energia i
siła, zupełnie jakby sama bliskość rodzimego świata poprawiała jej samopoczucie.

- Popatrz - odezwał się nagle Luke, pokazując spore stado niebieskoskórych gadów, biegnących z

dużą prędkością przez równinę.

- To Błękitni Ludzie Pustyni - odrzekła Tenel Ka. - Przemierzają te równiny dwukrotnie każdego

dnia; rano i wieczorem.

Mistrz Jedi kiwnął głową.
- Jedno takie stworzenie pozwoliło mi kiedyś przejechać się na grzbiecie - powiedział.
- To wyjątkowy zaszczyt, mistrzu Skywalkerze - odezwała się dziewczyna. - Nawet ja nie miałam

okazji go dostąpić.

Kiedy  dotarli  do  przestronnej  doliny  w  kształcie  wielkiej  misy,  siedziby  klanu  kobiet  ze

Śpiewającej Góry, która dla Tenel Ka była drugim domem, bladoróżowe słońce zdążyło wznieść się
wysoko  nad  horyzont.  Jego  złocistoróżowe  promienie  oświetlały  teraz  zielone  i  brązowe  plamy
uprawnych  pól  i  sadów,  ciągnących  się  jak  okiem  sięgnąć.  W  niecce  było  widać  kilka  niewielkich
skupisk  mniejszych  i  większych  pokrytych  strzechami  chat,  a  tu  i  ówdzie  było  widać  płomienie

background image

porannych ognisk.

Luke  wskazał  kamienną  fortecę,  zbudowaną  na  szczycie  skalnego  urwiska,  które  wznosiło  się

wysoko ponad dolinę.

- Czy w fortecy rządzi nadal Augwynne Djo? - zapytał.
- Tak - odparła Tenel Ka. - To moja prababka.
- To dobrze. A zatem powinniśmy się z nią spotkać. Wolałbym powiedzieć tylko kilku osobom,

po co tu przylecieliśmy, i nie rozgłaszać wiadomości, że tu jesteśmy.

Zręcznie manewrując sterami, posadził „Znikomą Szansę" na lądowisku w dolinie u stóp górskiej

fortecy.

- To nie powinno być bardzo trudne - oświadczyła dziewczyna. - Kobiety z mojego klanu nie są

gadatliwe.

Mistrz Skywalker zachichotał.
- Mogę sobie to wyobrazić - powiedział.
Tenel Ka przystanęła w połowie schodów wiodących na wierzchołek góry. Nie była zmęczona;

chciała tylko nacieszyć oczy widokiem doliny.

Luke,  który  pewnie  i  śmiało  kroczył  za  nią,  także  stanął  i  bez  słowa  czekał,  aż  dziewczyna

podejmie  wspinaczkę.  Mimo  iż  stopnie  były  bardzo  strome,  nie  był  nawet  zdyszany.  Jak  zwykle
oddychał  powoli  i  miarowo,  co  nie  było  czymś  zwyczajnym,  zważywszy  na  szybkie  tempo,  jakie
narzuciła Tenel Ka.

Im  dłużej  dziewczyna  znała  mistrza  Skywalkera,  tym  bardziej  go  podziwiała.  Tym  lepiej  też

rozumiała,  dlaczego  jej  matka,  która  nie  ceniła  żadnego  mężczyzny  z  wyjątkiem  swojego  męża,
księcia Isoldera, tak bardzo szanowała Luke'a Skywalkera.

Tenel  Ka  głęboko  odetchnęła.  Powietrze  było  rześkie  i  czyste,  jeżeli  nie  liczyć  niesionych  z

wiatrem rozkosznych woni pieczonego mięsiwa i duszonych jarzyn. W dolinie panowało późne lato i
ciepłe  powietrze  było  przesycone  aromatami  dojrzewających  owoców,  schnącej  złocistej  trawy  i
niedawno  skoszonych  łanów  zbóż.  Mimo  swoistych  woni,  napływających  od  strony  zagród  dla
jaszczurek i stad oswojonych rankorów, dziewczyna czuła, że w jej serce wstępuje nowa nadzieja.

Ruszyła  pod  górę,  jakby  nagle  uświadomiła  sobie,  że  nie  ma  ani  chwili  do  stracenia.  W  końcu

znalazła się przed wrotami fortecy. Zapukała i przedstawiła się jako jedna z kobiet klanu.

Wrota zostały otworzone i członkinie klanu powitały krewniaczkę czułymi uściskami i ciepłymi

pozdrowieniami. Wszystkie były odziane w barwne tuniki z jaszczurczej skóry, podobne do tej, którą
nosiła  Tenel  Ka.  Niektóre  miały  na  głowach  fantazyjne  hełmy,  a  inne  po  prostu  upięły  włosy  albo
zaplotły w ozdobne warkocze.

Jedna  z  sióstr  klanu,  mająca  czarne  włosy,  które  sięgały  do  bioder,  zaprosiła  podróżnych  do

środka.

- Augwynne  powiedziała  nam,  że  przybędziecie  -  oznajmiła  z  poważnym  wyrazem  twarzy,  ale

dziewczyna widziała uśmiech czający się w kącikach jej oczu.

- Przybywamy w bardzo ważnej sprawie - odparła Tenel Ka, nie tracąc czasu na przywitanie się

z kobietą. - Musimy natychmiast zobaczyć się z Augwynne.

Nigdy przedtem nie odzywała się tak stanowczo w obecności mistrza Skywalkera, ale wiedziała,

że  siostra  klanu  nie  będzie  obrażona  jej  szorstkim  obejściem.  W  trudnych  chwilach,  podobnych  do
tej, uprzejmości były uważane przez jej ziomków za luksus. Kobieta lekko przekrzywiła głowę.

- Augwynne domyślała się tego - stwierdziła. - Czeka na was w wielkiej sali narad.

background image

Kiedy znaleźli się w sali, staruszka wstała na ich powitanie.
- Witaj, Jedi Skywalkerze - powiedziała. - I ty, moja wnuczko, Tenel Ka Chume Ta'Djo.
Podeszła i uściskała oboje.
Tenel Ka jęknęła.
-  Proszę  cię,  nie  wymawiaj  całego  mojego  nazwiska  -  rzekła.  -  I  nie  przekazuj  wiadomości,  że

przylecieliśmy.

- Podążamy tropem, który wiedzie z Yavina przez Borgo Prime na Dathomirę - wyjaśnił Luke. -

Przybyliśmy tu w poszukiwaniu pewnej informacji.

Tenel Ka głęboko odetchnęła, szukając odpowiednich słów, by przedstawić sprawę. Popatrzyła

na  twarz  prababki.  Oczy  Augwynne,  otoczone  gęstą  siecią  zmarszczek,  były  uważne,  bystre,
cierpliwe.

- Poszukujemy Siostry Nocy - powiedziała. - Czy jeszcze jakieś pozostały na Dathomirze?
Ciężkie  westchnienie  staruszki  powiedziało  dziewczynie,  że  rzeczywiście  znaleźli  się  we

właściwym miejscu. Augwynne przeniosła spojrzenie na mistrza Jedi.

-  To  nie  są  te  same  Siostry  Nocy,  które  kiedyś  oboje  znaliśmy  -  zaczęła.  -  W  niczym  nie

przypominają  pomarszczonych  staruch  o  purpurowej  skórze,  porośniętej  brodawkami,  gnijących  od
wewnątrz wskutek mrocznych uroków i czarów, które rzucały. - Pokręciła głową. - Nie, teraz to jest
nowy  zakon  Sióstr  Nocy,  młody;  prężny  i  związany  z  Imperium.  -  Uniosła  dłoń  i  pieszczotliwie
przesunęła  palcem  po  policzku  prawnuczki.  -  Ich  czary  są  subtelne  -  ciągnęła.  -  Nowe  wiedźmy
potrafią  ujarzmiać  rankory  i  jeździć  na  ich  grzbietach  tak  samo  jak  my  to  czynimy.  Jeżeli  chcą,
ubierają się jak wojowniczki. A zresztą, do zakonu Sióstr Nocy należą teraz nie tylko kobiety... ale
wszyscy  jego  członkowie  są  dziećmi  ciemności.  Są  niebezpieczni,  gdyż  stawiają  sobie  nowe  cele.
Jeżeli możecie, starajcie się trzymać od nich z daleka.

- Nie możemy - odparła zwięźle Tenel Ka. - To nasza jedyna nadzieja ocalenia przyjaciół.
Augwynne obdarzyła wnuczkę poważnym, dociekliwym spojrzeniem.
- Czy obiecywałaś przyjaźń tym osobom, które musisz uratować? - zapytała.
Tenel Ka kiwnęła głową.
- Z zachowaniem całego ceremoniału.
- A zatem nie mamy innego wyjścia - oświadczyła stanowczo Augwynne, przesądzając sprawę. -

Będziesz musiała przedstawić swoją prośbę radzie sióstr klanu.

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ

 

background image

 

 

 

12

 
Brakiss miał swoje prywatne biuro, ukryte w głębi Akademii Ciemnej Strony, w którym mógł w

spokoju i samotności oddawać się medytacjom.

Właśnie  teraz  rozmyślał,  spoglądając  na  różnobarwne  wizerunki,  umieszczone  na  wszystkich

ścianach  pomieszczenia.  Przyglądał  się  kaskadzie  szkarłatnej  lawy  na  rozżarzonej  powierzchni
Nkllonu.  Podziwiał  wybuch  gwiazdy  supernowej  w  systemie  Denarii,  posyłający  we  wszystkie
strony  strugi  gwiezdnego  ognia.  Cieszył  oczy  widokiem  wciąż  płonącego  jądra  Mgławicy  Kocioł,
gdzie  przed  kilkunastu  laty  eksplodowało  siedem  supernowych  naraz.  Napawał  się  widokiem
panoramy szczątków planety Alderaan, zniszczonej przed ponad dwudziestu laty za pomocą strzału z
superlasera imperialnej stacji bojowej, zwanej Gwiazdą Śmierci.

Brakiss  zachwycał  się  pięknem,  ukrytym  we  wszystkich  dzikich,  gwałtownych  przemianach

zachodzących we wszechświecie, bez względu na to, czy były wytworem nieokiełznanych sił samej
galaktyki,  czy  zostały  spowodowane  przez  wyjątkową,  nie  znającą  granic  pomysłowość  istot
ludzkich.

Stał i podziwiał wizerunki w samotności i ciszy. Posługiwał się technikami Mocy, by rozmyślać

o wszystkich kosmicznych kataklizmach i w ten sposób krystalizować duchową siłę. Dzięki ciemnej
stronie wiedział, jak naginać Moc do swojej woli. Mógł dysponować całą zgromadzoną w galaktyce
energią. Kiedy chwytał ją i zamykał w sercu, potrafił zachowywać się spokojnie. Rzadko wpadał w
gniew, w przeciwieństwie do swojej asystentki, Tamith Kai, której zdarzało się to bardzo często.

Opadł  na  wyściełany,  miękki  fotel  i  pozwolił,  żeby  wypuszczanie  powietrza  z  płuc  zajęło  mu

dużo  czasu.  Syntetyczna  skóra  oparcia  zapiszczała  w  zetknięciu  z  materiałem  jego  kombinezonu.
Ukryte  w  fotelu  ocieplacze  natychmiast  zwiększyły  temperaturę,  żeby  sprawić  przyjemność
właścicielowi. Miękkie siedzenie i oparcie, chcąc zapewnić największą wygodę, dostosowały się do
kształtów jego ciała.

Tamith  Kai  nie  uznawała  pławienia  się  w  takich  luksusach.  Była  upartą  kobietą,  twardą  jak

durastal,  nawykłą  w  surowych  warunkach  doskonalić  umiejętność  władania  Mocą.  Twierdziła,  że
robi to dla dobra Imperium, które poznało się na jej talencie i pewnego dnia zabrało Siostrę Nocy z
ponurej  Dathomiry.  Brakiss  był  jednak  pewien,  że  lepiej  mu  się  myśli,  kiedy  jest  wypoczęty,
odprężony. Mógł wówczas snuć plany, rozpatrywać możliwości.

Przycisnął  przełącznik  przenośnego  urządzenia  rejestrującego,  leżącego  na  blacie  biurka,  by

przypomnieć  sobie  wydarzenia  minionego  dnia.  Będzie  musiał  sporządzić  wyczerpujący  raport  i
przesłać w opancerzonej nadprzestrzennej kapsule nowemu wodzowi Imperium, ukrywającemu się w
głębi jądra galaktyki.

Sporo czasu minęło, zanim w osadzie, którą założył w wielkim kanionie na Dathomirze, urodziło

się  kilku  uzdolnionych  uczniów,  zaś  troje  utalentowanych  młodych  Jedi,  których  porwał  z  akademii

background image

mistrza  Skywalkera,  było  wartych  dużego  ryzyka,  jakie  poniósł.  Nie  miał  co  do  tego  cienia
wątpliwości.

Jednak ich nastawienie było zupełnie błędne. Mistrz Skywalker nauczył ich zbyt wiele i nie tego,

co  potrzeba.  Trójka  uczniów  nawet  nie  wiedziała,  w  jaki  sposób  wykorzystać  własny  gniew,  żeby
stał  się  zaostrzonym  grotem  znacznie  potężniejszej  broni.  Za  dużo  czasu  poświęcała  zastanawianiu
się, medytacjom. Była zbyt spokojna, zbyt bierna... wszyscy z wyjątkiem Wookiego. Brakiss będzie
musiał się zająć ich nauką. Korzystając z pomocy Tamith Kai, trzeba będzie popracować nad mmi,
żeby wpoić im cechy swojego charakteru.

Zabębnił palcami po błyszczącym, śliskim blacie biurka. Od czasu do czasu czuł napady smutku

na myśl o tym, że musiał opuścić Akademię Jasnej Strony na Yavinie Cztery. Wiele się tam nauczył,
chociaż zawsze najważniejsze było zlecone mu przez Imperium zadanie.

Imperium  wybrało  Brakissa  już  dawno,  kiedy  zauważyło  jego  niezwykły  talent  do  władania

Mocą.  Brakiss,  będąc  jeszcze  młodzieńcem,  przeszedł  intensywne,  wyczerpujące  szkolenie.  Miał
zostać  szpiegiem  i  przeniknąć  do  akademii  mistrza  Skywalkera,  żeby  wykraść  jej  najważniejsze
tajemnice. Nikt nie miał prawa wiedzieć, że jest agentem i stara się poznać techniki, żeby kształcić
później Ciemnych Jedi na potrzeby Drugiego Imperium. Nowy wódz Imperium przykładał dużą wagę
do posiadania zastępów własnych rycerzy. Chciał, żeby stali się symbolami. Chciał, żeby skupiali się
wokół nich ci wszyscy, którzy nadal dochowywali wierności Imperium.

A jednak jakimś cudem mistrz Skywalker od pierwszej chwili nie miał żadnych wątpliwości, kim

naprawdę jest jego nowy uczeń. Zorientował się, komu służy Brakiss. W przeciwieństwie do innych
szpiegów,  nieporadnych  i  niezręcznych,  którzy  przybywali  do  akademii  mistrza  Skywalkera  w  tym
samym  celu,  Brakiss  nie  został  natychmiast  wydalony.  Mistrz  jasnej  strony  nie  okazał  tamtym
niezdarom cierpliwości... ale wyglądało na to, że dostrzegł prawdziwy talent u Brakissa.

Mistrz Skywalker zaczął nad nim pracować. Nie kryjąc żadnych tajemnic, zaczął zapoznawać go

z  technikami,  których  pragnął  się  nauczyć  nowy  uczeń.  Okazało  się,  że  Brakiss  ma  naprawdę
niezwykły talent do władania Mocą. Mistrz Skywalker pokazał mu, jak z niego korzystać. Zbyt często
jednak usiłował skazić umysł Brakissa naukami jasnej strony. Zbyt nachalnie wpajał mu komunały i
uczył  go  pokojowych  metod  rozstrzygania  sporów...  metod,  stosowanych  przez  Nową  Republikę.
Brakiss wzdrygnął się na samą myśl o tym.

W końcu, w ramach indywidualnej ostatecznej próby, mistrz Skywalker polecił Brakissowi, żeby

udał się w umysłową podróż w głąb własnego mózgu. Nie pozwolił mu spoglądać gdzie indziej ani
płynąć  zewnętrznymi  rzekami  Mocy,  ale  skierował  Brakissa  w  stronę  zakamarków  jego  serca.
Chciał,  żeby  jego  uczeń  poznał  prawdę  o  tym,  kim  jest  i  kim  może  zostać.  Brakiss  otworzył  drzwi
zapadni  i  runął  w  czeluść  przepełnioną  okłamywaniem  samego  siebie  i  potencjalnymi
okrucieństwami, do których popełnienia mogłoby zmusić go Imperium. Mistrz Skywalker stał u jego
boku i zmuszał go do patrzenia i przyglądania się, i obserwowania... Brakiss wywijał się i skręcał,
usiłując  umknąć  przed  samym  sobą.  Nie  chciał  stawiać  czoła  kłamstwom,  stanowiącym  sens  i  cel
swego życia.

Imperialne  nauki  jednak  za  bardzo  zakorzeniły  się  w  jego  myślach.  Jego  umysł  był  zbyt  oddany

Imperium  i  Brakiss,  poddany  ostatecznej  próbie,  omal  nie  postradał  zmysłów.  Uciekł  z  akademii
mistrza Skywalkera, zabrał statek i poleciał w bezmiar przestworzy.

Nim powrócił na łono Drugiego Imperium, przez bardzo długi czas błąkał się samotnie po całej

galaktyce.  W  końcu  postanowił  wykorzystać  zdobyte  doświadczenie...  w  sposób,  jaki  od  początku

background image

planowano.

Był  przystojny,  proporcjonalnie  zbudowany  i  wcale  nie  okaleczony  czy  zniekształcony  jak

Imperator  w  ostatnich  chwilach  życia,  kiedy  ciemna  strona  Mocy  zaczęła  trawić  go  od  środka.
Podawał nawet w wątpliwość, żeby coś takiego się wydarzyło. Pocieszał się tym, że jest przystojny,
a  nawet  piękny...  ale  nie  mógł  patrzeć  na  brzydotę,  jaka  kryła  się  w  mrocznych  zakamarkach  jego
serca.

Wiedział,  że  kiedyś  zasłuży  na  nagrodę,  a  więc  teraz  pełnił  służbę,  jak  mógł  najlepiej.  Jego

największym  triumfem  było  zorganizowanie  Akademii  Ciemnej  Strony,  w  której  mógł  kierować
nauką nowych Ciemnych Jedi. Kształcił dziesiątki uczniów, spośród których wielu nie miało żadnego
talentu,  a  inni  mieli,  ale  bardzo  mały.  Miał  jednak  grupę  bardzo  utalentowanych  studentów,  którzy
mogli kiedyś stać się naprawdę wielcy, co najmniej tacy jak Darth Vader.

Rzecz  jasna,  nowy  wódz  Imperium  zdawał  sobie  sprawę  z  niebezpieczeństwa,  jakim  było

kształcenie  takiej  potężnej  grupy  nowych  Ciemnych  Jedi.  Dobrze  wiedział,  że  rycerze  będący  na
usługach  ciemnej  strony,  kuszeni  przez  siły,  nad  którymi  sprawowali  władzę,  mogą  się  kierować
własnymi ambicjami. Zadaniem Brakissa było zatem wpojenie im posłuszeństwa i karności.

Wielki wódz przedsięwziął także własne środki ostrożności. Cała Akademia Ciemnej Strony była

wprost  naszpikowana  ładunkami  wybuchowymi,  umożliwiającymi  jej  zniszczenie.  Zawierała
dosłownie  dziesiątki,  jeżeli  nawet  nie  setki  termicznych  detonatorów,  działających  na  zasadzie
reakcji  łańcuchowej.  Gdyby  Brakiss  nie  zdołał  stworzyć  oddziału  Ciemnych  Jedi  albo  gdyby  nowi
uczniowie  zbuntowali  się  przeciwko  Drugiemu  Imperium,  jego  wódz  wysłałby  zakodowany  sygnał,
nakazujący  zniszczenie  placówki.  W  ciągu  ułamka  sekundy  Brakiss  i  jego  Ciemni  Jedi  zginęliby  w
ognistym błysku.

A zatem Brakiss, będąc zakładnikiem ciemności, nigdy nie mógł opuścić swojej akademii. Wielki

wódz Imperium rozkazał, by przebywał tam niczym więzień albo jeniec do czasu, aż jego uczniowie
udowodnią, ile są warci.

Brakiss  stwierdził,  że  świadomość,  iż  właściwie  siedzi  na  ogromnej  bombie,  utrudnia  mu

myślenie,  nie  pozwala  się  skupić.  Miał  jednak  duże  zaufanie  do  umiejętności  tak  własnych,  jak
Tamith Kai, swojej asystentki. Należałoby zacząć od tego, że bez owego zaufania nigdy nie zostałby
potężnym  Jedi...  i  nigdy  nie  ośmieliłby  się  nawet  tknąć  nauk  ciemnej  strony.  Poznał  jednak  ciemną
wiedzę, która dała mu siłę.

Nawróci tych troje młodych uczniów. Był pewien, że poradzi sobie z nimi.
Uśmiechnął  się,  kiedy  skończył  raport,  w  którym  wyłuszczył  swoje  plany.  Gniew

wymizerowanego  Wookiego  był  czymś,  co  trzeba  było  wykorzystać,  a  najlepiej  potrafiła  to  robić
Tamith Kai. Nowa Siostra Nocy była urodzoną dręczycielką, a co najważniejsze, pełniła obowiązki
wyjątkowo dobrze i gorliwie. Brakiss chciał pozwolić jej skupić się na kształceniu Lowbaccy.

On sam zamierzał się zająć nauczaniem bliźniąt, wnuków wielkiego Dartha Vadera. Jacen i Jaina

byli  jednak  zbyt  spokojni,  za  dobrze  wyszkoleni.  Opierali  się  mu  tak  subtelnie,  że  zadanie
przeciągnięcia ich na ciemną stronę mogło się okazać o wiele trudniejsze.

Będzie musiał użyć wobec nich innych metod. Przede wszystkim powinien ustalić, czego Jacen i

Jaina naprawdę pragną... a później spełnić ich pragnienia. Gdy to się uda, znajdą się w jego władzy.

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ

 

background image

 

 

 

13

 
Sala treningowa w Akademii Ciemnej Strony była wielkim, pustym pomieszczeniem, wysokim i

pozbawionym okien, ograniczonym ze wszystkich stron metalowymi ścianami. Te były pomalowane
na  smutny  szary  kolor  i  upstrzone  zestawami  komputerowych  kamer  i  czujników.  Metalowe  drzwi
sali zamknęły się za Jacenem, zostawiając go sam na sam z Brakissem i tym, co ukrywał w zanadrzu z
myślą o nim. Chłopiec nie widział obok drzwi żadnych dźwigni ani panelu z przyciskami; niczego, co
pozwoliłoby mu się wydostać.

Popatrzył  na  urodziwego  mężczyznę,  który  stał  przed  nim,  odziany  w  srebrzystą  szatę,  i

odwzajemniał jego spojrzenie ze spokojnym, wyrozumiałym uśmiechem.

Brakiss  zapuścił  dłoń  między  fałdy  peleryny  i  wyciągnął  czarny  metalowy  cylinder  o  długości

dwudziestu kilku centymetrów. Na obudowie było widać trzy guziki kontrolne i kilka poprzecznych
zagłębień, znajdujących się daleko od siebie i umożliwiających ułożenie palców.

Miecz świetlny.
-  Będziesz  tego  potrzebował  do  dzisiejszych  ćwiczeń  -  odezwał  się  Brakiss,  szeroko  się

uśmiechając. - Możesz go wziąć. Jest twój.

Oczy  Jacena  rozszerzyły  się  ze  zdumienia.  Chłopiec  wyciągnął  rękę  w  stronę  miecza,  ale

natychmiast ją cofnął, starając się ukryć podniecenie.

- Co będę musiał zrobić, by go dostać? - zapytał.
- Nic - odparł Brakiss. - Po prostu nim się posłuż. To wszystko.
Jacen przełknął ślinę i spojrzał w bok. Starał się, żeby z jego twarzy nie można było wyczytać,

jak bardzo pragnie mieć własny miecz świetlny. Nie chciał jednak przyjmować go w tym miejscu i w
takich okolicznościach.

-  Hej,  nie  powinienem  tego  robić  -  powiedział.  -  Jeszcze  nie  jestem  gotów,  by  się  nim

posługiwać. Nie ukończyłem nauki. Zaledwie przed kilkoma dniami mistrz Skywalker rozmawiał ze
mną na ten temat.

- Nonsens - oświadczył stanowczo Brakiss. - Skywalker niepotrzebnie cię powstrzymuje. Dobrze

wiesz, jak posługiwać się bronią rycerzy Jedi. No, dalej, bierz go.

Wyciągnął rękojeść świetlnego miecza ku Jacenowi i poruszył nią przed oczami chłopca, jakby

chciał sprowokować go albo zahipnotyzować.

-  Tu,  w  Akademii  Ciemnej  Strony,  uważamy,  że  umiejętność  posługiwania  się  świetlnym

mieczem  jest  pierwszym  talentem,  jaki  powinien  rozwijać  każdy  Jedi,  ponieważ  waleczni  i  dzielni
rycerze będą zawsze potrzebni. Jeżeli rycerz Jedi nie jest gotów do walki w słusznej sprawie, jakiż z
niego pożytek?

Brakiss wsunął rękojeść świetlnego miecza w dłoń Jacena, a chłopiec odruchowo zacisnął palce

na metalowym czarnym cylindrze. Czuł, że broń w jego dłoni jest zarazem i ciężka, gdyż jej użycie

background image

mogło być brzemienne w skutki, i lekka, domagająca się wykorzystania ukrytej mocy. Wgłębienia na
palce były wprawdzie wykonane w zbyt dużych odstępach, nie dostosowanych do jego młodej dłoni,
ale Jacen wiedział, że szybko się przyzwyczai.

Przycisnął guzik, chcąc włączyć urządzenie. Z buczeniem i sykiem wysunęło się szafirowe ostrze.

Świetlista  smuga  miała  barwę  ciemnoniebieską  w  środku,  blisko  rdzenia,  ale  krawędzie  klingi
jarzyły  się  błękitnym  blaskiem.  Jacen  na  próbę  ciął  ostrzem  z  prawej  strony  na  lewą.  Promienista
smuga  przecięła  powietrze  ze  skwierczeniem,  pozostawiając  ledwo  uchwytną  woń  ozonu.  Jacen
cofnął klingę, tym razem nieco szybciej, nieco śmielej.

Brakiss skrzyżował ręce na piersi.
- Dobrze - pochwalił.
Jacen wykonał obrót, po czym uniósł miecz świetlny nad głowę.
-  Hej,  Brakiss,  co  miałoby  powstrzymać  mnie  od  przecięcia  cię  na  połowę?  -  zapytał.  -  Jesteś

zły. Porwałeś nas. Szkolisz ludzi, którzy staną się wrogami Nowej Republiki.

Mężczyzna  się  roześmiał.  Nie  był  to  jednak  kpiący  chichot,  ale  szczery  śmiech  kogoś,  kto  nie

kryje rozbawienia.

- Nie zabijesz mnie, młody Jedi - odparł. - Nie zrobiłbyś krzywdy bezbronnemu przeciwnikowi.

Mordowanie ludzi z zimną krwią nie należy do programu ćwiczeń, jakie każe wykonywać Skywalker
swoim młodym uczniom... chyba że od czasów, kiedy opuściłem Yavin Cztery, program nauki uległ
dużym zmianom.

Twarz Brakissa, gładka jak alabaster, wydawała się wyjątkowo pogodna, ale młody mężczyzna

uniósł jasne brwi.

- A poza tym chyba uświadamiasz sobie, że jeżeli dasz upust gniewowi i rozetniesz mnie na pół,

uczynisz tym samym pierwszy ważny krok na drodze wiodącej ku ciemnej stronie - dodał. - I chociaż
mnie nie będzie, by oglądać owoce twojego czynu, Imperium bez wątpienia wykorzysta twój talent w
szczytnym celu.

- Dość tego - odezwał się szorstko Jacen, chowając świetlne ostrze.
- Masz rację - przyznał Brakiss. - Dość rozmowy. Jesteśmy przecież w sali treningowej.
- Co chcesz ze mną zrobić? - zaniepokoił się Jacen unosząc w obronnym geście rękojeść miecza,

gotów w każdej chwili wysunąć energetyczną klingę.

- Tylko trochę poćwiczyć, drogi chłopcze - odrzekł Brakiss, kierując się do drzwi. - Widzisz, ta

sala  jest  wyposażona  w  urządzenia  wytwarzające  zdalnie  sterowane  hologramy,  które  będą  twoimi
urojonymi  przeciwnikami.  Walka  z  nimi  pomoże  ci  udoskonalić  techniki  posługiwania  się  nową
bronią. Twoim świetlnym mieczem.

-  Jeżeli  te  obrazki  będą  tylko  holograficznymi  zdalniakami,  dlaczego  w  ogóle  miałbym  z  nimi

walczyć? - zapytał buntowniczo Jacen. - Dlaczego miałbym z tobą współpracować?

Brakiss odwrócił się, spojrzał na Jacena i ponownie skrzyżował ręce na piersi.
- Mam ochotę odpowiedzieć, że dlatego, aby spełnić moje życzenie, ale wątpię, czy uznałbyś to

za wystarczający powód... przynajmniej w tej chwili. - Jego głos stał się nagle nieprzyjemny, ostry
jak  szlachetny  kryształ.  -  Holograficzne  zdalniaki  będą  potworami,  straszliwymi  zabijakami.  Skąd
jednak  możesz  wiedzieć,  czy  zamiast  jednego  z  hologramów  nie  przemycę  do  sali  prawdziwego
potwora, który cię zabije? Zdalniaki są tak podobne do oryginałów, że nigdy nie będziesz wiedział,
czy  walczysz  z  prawdziwym  wojownikiem,  czy  tylko  z  hologramem. A  zatem,  jeżeli  będziesz  stał
bezczynnie i nie zgodzisz się walczyć, prawdziwy wróg może po prostu ściąć głowę z twojego karku.

background image

Oczywiście, zapewne nie zechcę zrobić czegoś takiego podczas pierwszych ćwiczeń. Jest szansa,

że  nie  zechcę. A  może  właśnie  spróbuję,  by  przekonać  cię,  że  mówię  prawdę?  Spędzisz  tutaj  dużo
czasu,  kształcąc  się  i  ćwicząc  techniki  ciemnej  strony.  Nigdy  się  nie  dowiesz,  czy  nie  stracę
cierpliwości  do  ciebie.  -  Brakiss  odwrócił  się  i  wyszedł  z  sali  treningowej.  Metalowe  drzwi
zamknęły się za nim z dźwięcznym łoskotem.

Jacen został sam w ogromnej, słabo oświetlonej sali o ponurych, szarych ścianach. Czekał, czując

przyspieszone  uderzenia  pulsu.  Oprócz  bicia  serca  i  własnego  oddechu  nie  słyszał  żadnych  innych
odgłosów,  jakby  pomieszczenie  pochłaniało  wszelkie  dźwięki.  Przestąpił  z  nogi  na  nogę  i  wyczuł
twardy  klejnot  corusca,  wciąż  ukryty  w  bucie.  Pocieszał  się  faktem,  że  imperialni  żołnierze  nie
znaleźli i nie zabrali kamyka, aczkolwiek nie wiedział, w jaki sposób cenny kryształ mógłby mu teraz
pomóc.

Obrócił  rękojeść  świetlnego  miecza  w  palcach,  starając  się  podjąć  decyzję,  co  robić.  W  głębi

duszy był przekonany, że Brakiss chciał tylko go nastraszyć; że nie odważy się wpuście prawdziwego
śmiercionośnego potwora. Jakaś część jego umysłu mówiła mu jednak, żeby nie był tego taki pewien,
i to ukłucie niepewności sprawiało, że ogarniał go niepokój.

Nagle  w  sali  coś  rozbłysnęło.  Jacen  usłyszał  za  plecami  donośny  zgrzyt  i  obrócił  się,  chcąc

dostrzec  jego  źródło.  Zobaczył,  że  drzwi,  których  przedtem  nie  zauważył,  otwierają  się  ukazując
wylot mrocznej pieczary. Z jej czeluści wyłoniło się coś ogromnego, po czym, powłócząc łapami i
drapiąc ostrymi pazurami posadzkę, ruszyło w jego stronę.

Jedną  z  ulubionych  rozrywek  Jacena,  kiedy  przebywał  w  domu  było  studiowanie  niezwykłych  i

dziwnych  okazów  roślin  i  zwierząt.  Chłopiec  przeglądał  setki  dokumentów  z  zarejestrowanymi
wizerunkami  obcych  istot,  starając  się  wszystkie  zapamiętać,  ale  dopiero  po  dłuższej  chwili
zorientował się, kim jest ohydny potwór, który wyłonił się z mrocznego lochu.

To był Abyssin, jednooka maszkara o zielonkawobrązowej barwie skóry i długich, zwieszających

się  niemal  do  ziemi,  mocarnych  górnych  kończynach  zakończonych  szponami,  które  mogły  łamać
drzewa.

Stworzenie,  podobne  do  cyklopa,  z  wysiłkiem  stąpając,  wyszło  z  nory,  warknęło  i  powiodło

jedynym  okiem  po  sali  treningowej. Abyssin  sprawiał  wrażenie  oszalałego  z  bólu,  a  jedyną  istotą,
którą widział i na której mógł wywrzeć gniew, był młody Jedi, uzbrojony tylko w miecz świetlny.

Abyssin  ryknął,  ale  Jacen  się  nie  przestraszył.  Wyciągnął  poziomo  rękę,  w  której  nie  trzymał

miecza,  i  rozczapierzył  palce.  Starał  się  posłużyć  Mocą,  a  w  szczególności  techniką  relaksacyjną,
którą  z  takim  powodzeniem  stosował  podczas  chwytania  i  oswajania  nowych  okazów  zwierząt  do
swojej menażerii.

-  Uspokój  się  -  powiedział.  -  Uspokój.  Nie  zamierzam  zrobić  ci  krzywdy.  Nie  jestem  jednym  z

uczniów tej akademii.

Abyssin jednak nie chciał, by ktokolwiek go uspokoił, i zaczął się zbliżać do Jacena, wymachując

długimi łapami jak groźnymi szponiastymi cepami.

Oczywiście - pomyślał chłopiec. - Jeżeli potwór jest tylko hologramem, żadna z technik Jedi się

nie przyda.

Nagle  Abyssin  wyciągnął  długą  sękatą  pałkę,  dotychczas  umocowaną  do  pleców.  Pałka

przypominała  powykręcaną  gałąź,  zakończoną  ostrymi  szpikulcami,  o  wiele  dłuższą  niż  klinga
świetlnego  miecza  Jacena.  Jednooki  potwór  mógł  zatem  dosięgnąć  chłopca  bez  obawy,  że  zostanie
choćby muśnięty przez świetliste ostrze.

background image

- Blasterowe błyskawice! - mruknął pod nosem Jacen.
Włączył  miecz  świetlny  i  poczuł  przed  sobą  pulsowanie  mocy  energetycznego  ostrza,  którego

błękitny blask niemal go oślepiał.

Abyssin  zamrugał  jedynym  ogromnym  okiem,  a  potem,  otwierając  paszczę,  pełną  ostrych  kłów,

ruszył do ataku. Stworzenie zamachnęło się kolczastą pałką niczym łomem.

Jacen, usiłując obronić się przed ciosem, ciął niemal odruchowo świetlnym mieczem. Jarzące się

ostrze  odcięło  czubek  pałki  tak  łatwo,  jakby  kroiło  kawałek  miękkiego  sera.  Kolczasty  szpikulec  z
głuchym stukiem upadł i potoczył się po metalowej posadzce.

Straszliwa bestia spoglądała przez sekundę na dymiący koniec pałki, po czym zawyła i ponownie

zaatakowała chłopca. Tym razem Jacen był gotów do obrony. Czując przypływ adrenaliny i słysząc
szybkie  uderzenia  własnego  serca,  zestroił  swój  organizm  z  Mocą  i  spróbował  skupić  uwagę  na
potworze.

Abyssin  zamachnął  się  pałką  po  raz  drugi.  Drewniana  kłoda  przecięła  jednak  powietrze  zbyt

blisko  Jacena,  żeby  chłopiec  mógł  obronić  się  świetlnym  mieczem.  Uchylił  się,  ale  maszkara
zaatakowała ponownie, tym razem usiłując go rozszarpać wyciągniętymi szponami drugiej ręki.

Jacen upadł na posadzkę i przeturlał się, nie wypuszczając świetlnego miecza z dłoni. Starał się

trzymać go w wyciągniętej ręce nad głową, tak by śmiercionośne ostrze nie zrobiło mu krzywdy.

Abyssin zamachnął się pałką, starając się trafić chłopca grubszym końcem. Jednak Jacen, leżąc na

plecach,  uniósł  rękę  ze  świetlnym  mieczem,  po  czym  szybkim  ruchem  nadgarstka  odciął  pozostałą
część pałki, tak że w dłoni potwora został dymiący kikut. W ostatniej sekundzie chłopiec przeturlał
się na bok. Nie chciał zostać trafiony przez odcięty kawał drewna.

Abyssin odrzucił na bok nieprzydatny kikut i ponownie zaryczał, po czym rzucił się ku Jacenowi,

chcąc  porwać  go  w  szpony.  Jacen  zasłonił  się  świetlnym  mieczem,  a  potem  wyciągnął  go  do  góry
niczym  włócznię.  Jarzący  się  szpic  ostrza  pogrążył  się  w  szerokim  torsie  pochylającego  się  nad
Jacenem zwierzęcia. Ze skwierczeniem i sykiem zagłębiał się w dymiącej ranie, aż wypalił ogromną
dziurę w sercu Abyssina.

Śmiertelnie  ranna  maszkara  wydała  cichnący  skrzek  bólu,  po  czym  straciła  władzę  w  łapach  i

zaczęła  się  przewracać.  Jacen  zamrugał,  kiedy  uświadomił  sobie,  że  za  pół  sekundy  zostanie
zmiażdżony...  ale  w  tej  samej  chwili  upadająca  bestia  zamieniła  się  w  mrowie  świetlistych  iskier,
które z wolna gasły, aż zupełnie zniknęły. Przerażający hologram przestał istnieć.

Ciężko  dysząc  i  ocierając  krople  potu,  chłopiec  wyłączył  swój  miecz  świetlny.  Syczące  ostrze

zostało  połknięte  przez  rękojeść  ze  stłumionym,  cichnącym  ni  to  mlaśnięciem,  ni  furkotem.  Jacen
wstał i zaczął otrzepywać kombinezon z kurzu. Słysząc jednak, że znów otwierają się jakieś drzwi,
błyskawicznie  się  obrócił,  gotów  walczyć  z  następnym  koszmarnym  potworem.  W  drzwiach  sali
treningowej ujrzał jednak tylko Brakissa, który stał i z aprobatą kiwał głową.

- Bardzo dobrze, mój młody Jedi - powiedział. - To wcale nie było takie straszne, prawda? Masz

naprawdę ogromny talent. Brakuje ci tylko okazji, by rozwijać go i doskonalić.

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ

 

background image

 

 

 

14

 
Lowie  przycupnął  w  swojej  celi  na  skraju  platformy  z  pryczą.  Przycisnął  plecy  do  ściany  i

podciągnął  kosmate  kolana  pod  brodę.  Pogrążony  w  bezbrzeżnym  smutku  i  dręczony  przez  wyrzuty
sumienia, od czasu do czasu cicho jęczał.

Jak mógł być taki nierozumny? Dał się ponieść wzburzonym falom nauk Brakissa, które wyniosły

go  na  głębokie  wody  oceanu  gniewu.  Zanurzył  się  w  nim  i  zaczął  płynąć,  niezdolny  się
przeciwstawić.

Jacen się nie poddał, mimo iż nauki Brakissa były bardzo kuszące... Lowie wciąż nie zgadzał się

myśleć o nim jako o mistrzu Brakissie. Jaina także się nie poddała. Po prostu wstała i powiedziała,
co myśli.

Głęboko  w  gardle  Lowiego  wezbrało  głuche  warknięcie,  świadectwo  zarzutów  stawianych

samemu sobie. Przecież zawsze był taki dumny z własnej roztropności. Tak szczycił się chęcią nauki,
poznania, zrozumienia. Tymczasem pozwolił, żeby jad obcych nauk zapanował nad jego instynktami.
W  przyszłości  będzie  musiał  być  o  wiele  ostrożniejszy.  Powinien  nauczyć  się  przeciwstawiać,
pozostawać nieczuły na słowa.

Jeżeli Jacen i Jaina potrafili okazać siłę charakteru, on nie może być gorszy niż bliźnięta. Jaina

się  nie  ugięła.  Powiedziała,  że  ma  plan,  a  więc,  kiedy  przyjdzie  chwila  ucieczki,  musi  być  gotów
wykonać  swoje  zadanie.  Lowie  poczuł  się  lepiej,  mając  świadomość,  że  jego  przyjaciele  są
naprawdę silni. Może przeciwstawić się własnemu gniewowi. Uderzył pięścią w ścianę nad pryczą i
buntowniczo zaryczał. Przeciwstawi się gniewowi.

Jakby w odpowiedzi na to wyzwanie drzwi celi się otworzyły i do środka wkroczyła Tamith Kai,

poprzedzana  przez  dwóch  szturmowców.  Lowie  zmarszczył  nos,  wyczuwając  coś  jeszcze,  co
znalazło się w celi bez zaproszenia: nieprzyjemny odór, promieniujący od ich ciał, woń zła, esencję
ciemności. Obaj imperialni żołnierze trzymali odbezpieczone paraliżujące pręty. Lowie domyślił się,
że spodziewali się, iż będzie stawiał opór.

- Teraz wstaniesz - rozkazała Tamith Kai.
Lowie  był  ciekaw,  czy  odważy  się  nie  usłuchać.  Odpowiedź  na  to  pytanie  uzyskał  natychmiast,

kiedy jeden ze szturmowców dźgnął go paraliżującym prętem pod żebro.

Spojrzenie  fioletowych  oczu  Tamith  Kai  przeszyło  go  na  wylot,  ale  kobieta  odetchnęła  z  ulgą.

Zapewne uważała, że ma za sobą najtrudniejszą część zadania, jakiego się podjęła.

- Jeszcze nie potrafisz władać Mocą - odezwała się całkiem łagodnie. - Umiesz jednak wybuchać

niepohamowanym gniewem. - Z aprobatą kiwnęła głową. - Na tym właśnie polega twoja największa
siła.  Nauczę  cię  teraz,  jak  ten  gniew  wykorzystywać,  żeby  czerpać  jak  najwięcej  siły  z  Mocy.
Będziesz zaskoczony, jak bardzo przyspieszy to twoje szkolenie.

Zwróciła się do żołnierzy.

background image

- Zabierzcie mu pas - rozkazała.
W obronnym geście Lowie położył dłoń na połyskujących splotach przebiegających przez ramię i

opasujących biodra. Jednym z rytuałów Wookiech, dowodzących gotowości do samodzielnego życia,
było odcinanie włókien krwiożerczego kwiatu syreniowca. Lowie zaryzykował wówczas życie, żeby
zdobyć  bezcenne  włókna.  Później  starannie  splótł  z  nich  pas,  który  odtąd  był  symbolem  jego
dojrzałości i samodzielności.

Otworzył  usta,  chcąc  zaprotestować  gniewnym  warknięciem,  ale  się  powstrzymał.  Uświadomił

sobie,  że  z  pewnością  takiej  reakcji  oczekuje  Tamith  Kai....  chce,  żeby  uniósł  się  gniewem.  Tym
razem  nie  da  się  tak  łatwo  omamić.  Wstał  i  nie  sprzeciwiając  się,  pozwolił,  by  szturmowcy  zdjęli
drogocenną plecioną przepaskę.

Tamith  Kai  gestem  nakazała,  żeby  wyszedł  z  celi.  Jeden  ze  strażników  zachęcił  go,  szturchając

prętem. Kobieta obdarzyła Lowiego kpiącym uśmiechem.

- Tak, mój młody Wookie - powiedziała. - Twój gniew stanie się największą siłą.
Zaprowadzono  go  do  dużego  pomieszczenia,  pozbawionego  jakichkolwiek  mebli.  Z  nie

osłoniętych  jarzeniowych  paneli,  zawieszonych  pod  sufitem,  padało  jaskrawe  pomarańczowe  i
czerwone  światło.  Zimne,  niemal  mroźne  powietrze  było  przesycone  wonią  zastarzałego  potu  i
oliwionych metali. Drzwi sali zamknęły się z sykiem i metalicznym stukiem. Lowie rozejrzał się po
sali, ale oprócz niego nie było w niej nikogo.

Stał i czekał przez czas, który wydał mu się całą wiecznością. Wytężał wszystkie zmysły, starając

się  przygotować  na  wszystko,  co  może  chcieć  zrobić  Tamith  Kai,  żeby  go  sprowokować.  Jego
złociste oczy podejrzliwie przyglądały się gładkim ścianom.

Nic się nie działo.
W pewnej chwili zaczęło mu się wydawać, że oświetlenie sali staje się jaśniejsze, a powietrze

chłodniejsze. Podszedł do ściany i usiadł, opierając się o nią plecami, nadal czujny i ostrożny.

Nic.
Po długim czasie raptownie się wyprostował. Uprzytomnił sobie, że omal nie zasnął. Ponownie

powiódł spojrzeniem po ścianach, jakby chciał się upewnić, że nic się na nich nie zmieniło. Żałował
teraz, że nie ma przy sobie wiecznie zrzędzącego i gadatliwego Em Teedee, który nie pozwoliłby mu
zasnąć... i dotrzymał towarzystwa.

Jakiś dźwięk eksplodował w głowie Lowiego, ogłuszający i piskliwy. Natychmiast wyrwał go z

niespokojnej  drzemki.  Nad  głową  Wookiego  błyskały  jaskrawe  światła,  oślepiające  i  natarczywe.
Lowbacca zerwał się na równe nogi.

Starając  się  odzyskać  ostrość  wzroku,  rozejrzał  się  po  sali.  Usiłował  odnaleźć  źródło

paraliżujących  dźwięków.  Zakrył  dłońmi  uszy  i  jęknął  z  bólu,  ale  nie  potrafił  zagłuszyć  jazgotu
przeszywającego jego mózg tak łatwo, jak laser mógłby ciąć miękkie drewno.

Nagle,  bez  żadnego  powodu,  pisk  ucichł  i  w  sali  zapanowała  dźwięcząca  cisza.  Jarzeniowe

panele także przestały pulsować, a ich blask powrócił do poprzedniego poziomu.

Za umieszczoną w ścianie prostokątną transpastalową płytą, której Lowie przedtem nie zauważył,

pojawiła się twarz Tamith Kai. Młody Wookie, wciąż jeszcze trochę rozespany i bardziej niż trochę
sfrustrowany,  rzucił  się  na  ogromną  płytę.  Natychmiast  jednak  oprzytomniał,  kiedy  usłyszał  pełen
satysfakcji chichot Siostry Nocy:

- Doskonały początek - zadrwiła kobieta.
Lowie wycofał się na środek sali i usiadł, po czym objął kolana długimi, kudłatymi rękami. Nie

background image

chciał mówić, w obawie, że znów mógłby stracić panowanie nad sobą.

W pustej sali głośno rozbrzmiał drwiący głos Tamith Kai:
- Och, wcale jeszcze nie skończyliśmy tej lekcji, Wookie. A teraz wstaniesz.
Lowie  przycisnął  czoło  do  kolan.  Nie  chciał  nawet  patrzeć  na  kobietę,  nie  chciał  słuchać  jej

rozkazów.

- Ach  -  ciągnął  głos.  -  Może  tak  będzie  lepiej.  Płomień  twojego  gniewu  zapłonie  silniej,  jeżeli

jeszcze bardziej go podsycę.

Przenikliwy  świdrujący  pisk  ponownie  przeszył  mózg  Lowbaccy,  a  jaskrawe  pulsujące  światła

zaatakowały  jego  oczy.  Młody  Wookie  skupił  się,  usiłując  nie  myśleć  o  tym,  co  dzieje  się  w  sali.
Siedział, nie odzywając się ani słowem.

Atak świateł i dźwięków urwał się jak ucięty nożem, a po chwili obok Lowiego wylądowała z

głuchym  hukiem  jakaś  ciężka  czarna  skrzynka,  wrzucona  przez  otwór  w  ścianie.  Młody  Wookie,
pogrążony w transie, nawet nie drgnął, ale później uniósł głowę, żeby spojrzeć na przedmiot.

-  To  generator  dźwięków  -  odezwał  się  niski,  wibrujący  głos  Siostry  Nocy.  -  Właśnie  on

wytwarza tę uroczą muzykę, która dzisiaj tak bardzo cieszy twoje uszy. - W głosie kobiety dało się
usłyszeć  przewrotną  radość.  -  W  jego  wnętrzu  znajduje  się  także  stroboskopowy  przekaźnik,
odpowiedzialny  za  pulsowanie  świateł  paneli  jarzeniowych.  Twoja  dzisiejsza  lekcja  dobiegnie
końca, jeżeli zniszczysz to urządzenie.

Lowie  popatrzył  na  kanciasty  przedmiot,  przypominający  sześcian  o  boku  kilkudziesięciu

centymetrów i zaokrąglonych krawędziach oraz narożnikach. Był wykonany z ciemnego błyszczącego
metalu, ale nigdzie nie było widać otworów ani uchwytów. Lowie wstał i pochylił się, chcąc unieść
przedmiot.

- Nie trudź się - usłyszał głos Tamith Kai. - Możesz być pewien, że nawet dorosły Wookie nie

podniesie go, o ile nie posłuży się Mocą.

Lowie spróbował szarpnąć generator, ale przekonał się, że kobieta powiedziała prawdę. Zamknął

oczy  i  skupił  się,  zaczerpnął  siły  z  Mocy,  po  czym  ponowił  próbę.  Ciężkie  urządzenie  jednak  nie
drgnęło  nawet  o  milimetr.  Lowie  potrząsnął  głową,  zakłopotany  i  zdziwiony.  Powiedział  sobie,  że
ani masa przedmiotu, ani jego rozmiary nie powinny mieć znaczenia. Pomyślał, że po prostu jest zbyt
zmęczony. A może Siostra Nocy, posługując się Mocą, nie pozwala, żeby podniósł je z posadzki.

-  Myśl,  mój  młody  Jedi  -  zbeształa  go  Tamith  Kai.  -  Nie  możesz  oczekiwać,  że  uniesiesz

najcięższy przedmiot, korzystając tylko z siły najsłabszych mięśni.

Ponownie  rozbłysnęły  jaskrawe  światła,  a  w  uszy  i  mózg  Lowiego  wbiły  się  sztylety

przeraźliwych pisków. Wszystko trwało jednak tylko krótką chwilę.

- Nie powstrzymuj swojego gniewu - ciągnął kpiący głos Siostry Nocy, jakby w tym czasie nie

wydarzyło  się  nic  dziwnego.  -  Musisz  posłużyć  się  nim...  uwolnić  go.  Dopiero  wówczas  będziesz
mógł podołać zadaniu.

Lowie zorientował się, do czego dąży Tamith Kai, i ta świadomość stała się źródłem jego siły.

Zamknął  oczy,  nabrał  głęboko  powietrza  i  skupił  się,  by  przygotować  na  następny  atak  świateł  i
dźwięków.

Nie był jednak gotów na to, co się stało.
Z niewidocznych otworów w ścianach wystrzeliły strumienie lodowatej wody. Lowie zachwiał

się,  omal  nie  stracił  równowagi.  W  jednej  chwili  został  przemoczony  do  skóry.  Trząsł  się,  ale
wystrzeliwane  pod  ogromnym  ciśnieniem  strugi  nadal  atakowały  go,  bezlitośnie  wwiercając  się  w

background image

ciało. Jak złośliwe węże wciskały się do oczu, uszu i pod zamknięte powieki, po czym spływały na
posadzkę. Lowie miał wrażenie, że lodowaty chłód przenika jego ciało do szpiku kości.

Atak  biczów  wodnych  skończył  się  tak  samo  niespodziewanie,  jak  się  zaczął.  Lowie  czuł,  że

wstrząsają nim konwulsyjne dreszcze. Popatrzył w dół i stwierdził, że stoi po kostki w wodzie, która
miała zapewne temperaturę topniejącego lodu. Zorientował się, że gdzieś w głębi jego duszy wzbiera
gniew. Stłumił go, a potem pozwolił, żeby wyciekł z niego tak samo, jak krople wody ściekały z jego
sierści. Ponownie spróbował przesunąć urządzenie, ale bezskutecznie.

W tej samej chwili generator dźwięków, jakby pobudzony do życia wysiłkiem Lowiego, ponowił

atak na jego zmysły. Panele jarzeniowe zaczęły pulsować oślepiającym światłem, a w pomieszczeniu
rozległo się takie piskliwe zawodzenie, że młody Wookie zaczął obawiać się, iż postrada zmysły.

Spróbował pomyśleć o Jacenie i Jainie. Postanowił, że nie okaże słabości.
Kiedy  generator  przestał  działać,  ponownie  ze  wszystkich  stron  naraz  zaatakowały  Lowiego

potężne strumienie lodowatej wody.

Lowbacca nie mógłby powiedzieć, jak długo trwały te tortury. Po pewnym czasie zaczęło mu się

nawet wydawać, że całe jego życie było długą litanią świateł, dźwięków, strumieni wody, świateł,
dźwięków,  strumieni  wody...  Mimo  to  nadal  nie  pozwolił  sobie  na  wybuch  gniewu.  Kiedy  Tamith
Kai odezwała się znów do niego, leżał na generatorze, zwinięty w nieszczęśliwy kłębek, marznący i
ociekający wodą. Bezskutecznie usiłował przywrócić krążenie krwi w rękach i nogach.

-  Dysponujesz  wystarczającą  siłą,  żeby  przerwać  te  katusze  -  zabrzmiał  głos,  przeniknięty

kpiącym współczuciem. - Niestety, mój młody Jedi, hart ducha jest chwalebną cnotą tylko wówczas,
kiedy możesz dzięki niemu cokolwiek zyskać.

Lowie nawet nie uniósł głowy ani żadnym innym gestem nie zdradził, że usłyszał jej słowa.
-  Nie  pomożesz  sobie  w  ten  sposób  -  ciągnął  głos  Siostry  Nocy.  -  Nie  pomożesz  także  swoim

przyjaciołom. A zresztą bliźnięta już zdążyły zorientować się, że mówię prawdę.

Lowie uniósł głowę, a w głębi jego gardła wezbrał niedowierzający skowyt.
- Ach, ale to prawda - powiedziała Tamith Kai. Jej kuszący głos zdradzał, że chciałaby zachęcić

Lowiego. - Czy nie pragniesz ich zobaczyć?

Zanim  Lowie  zdążył  choćby  warknąć  na  znak  zgody,  w  powietrzu  przed  jego  oczami

zmaterializowały  się  dwa  wielobarwne  hologramy.  Pierwszy  przedstawiał  Jacena  trzymającego
miecz  świetlny.  Na  twarzy  chłopca  malowało  się  niezwykłe  uniesienie.  Na  drugim  wizerunku  było
widać  Jainę  posługującą  się  Mocą,  by  unosić  i  odrzucać  ciężkie  przedmioty.  Dziewczyna,
odchyliwszy głowę, szeroko się uśmiechała.

Lowie wyciągnął rękę w stronę świetlistych wizerunków. Wydał skowyt, pełen niedowierzania i

zdumienia...  i  spadł  z  generatora  prosto  w  lodowatą  wodę,  która  nadal  nie  odpłynęła  z  posadzki.
Zanim zdążył wstać, generator dźwięków zaczął na nowo torturować jego uszy piskliwym jazgotem.

Lowie poczuł, że narasta w nim odraza zmieszana z przerażeniem i wściekłością na myśl o tym,

że bliźnięta go zdradziły. Miał wrażenie, że węgle tlące się gdzieś w głębi duszy zaczynają płonąć
żywym ogniem. Gniew, który zapalił się w jego sercu, rozgrzał jego ciało prawdziwym ciepłem, po
czym zaczął wzbierać i wzbierać, aby w końcu wyrwać się z gardła wściekłym wyciem.

Lowbacca nie pamiętał, co wydarzyło się później.
Kiedy się obudził, spoczywał wygodnie w półmroku własnej celi. W pomieszczeniu było ciepło,

a on leżał na pryczy, okryty miękkim pledem. Bolały go wszystkie mięśnie, ale czuł się odprężony.
Odruchowo wyciągnął rękę i przekonał się, że znów ma swój pleciony pas okrywający biodra.

background image

Nagle usłyszał głos Tamith Kai, dobiegający z bardzo bliskiej odległości. Nie zdziwił się faktem,

że  Siostra  Nocy  stoi  tuż  obok  jego  pryczy.  W  słabym  świetle  jarzeniowych  paneli  zobaczył,  że
kobieta trzyma błyszczący metalowy przedmiot o nieregularnych kształtach.

- Spisałeś się doskonale, mój młody Wookie - oświadczyła.
Lowie smutno jęknął, kiedy powróciła mu pamięć tego, co zrobił.
-  Uwalniając  swój  gniew,  odniosłeś  sukces  przekraczający  moje  najśmielsze  oczekiwania  -

ciągnęła Tamith Kai, spoglądając na niego z prawdziwą dumą. - W nagrodę postanowiłam zwrócić ci
twojego małego androida.

Lowie czuł, że nie może pozbierać myśli. Czy naprawdę mógł być dumny z tego, co się stało? Czy

nie  powinien  się  raczej  wstydzić?  Z  ulgą  przyjął  Em  Teedee  z  rąk  Siostry  Nocy,  po  czym  przypiął
androida-tłumacza z powrotem na to samo miejsce u pasa.

-  Będziesz  kiedyś  znakomitym  Jedi  -  oznajmiła  Tamith  Kai.  Tajemniczo  się  uśmiechnęła.  -  Po

tym,  jak  pozwoliłeś  sobie  na  uwolnienie  gniewu,  nawet  nie  próbowaliśmy  naprawiać  generatora
dźwięków, jak robiliśmy to za każdym razem po wybuchach złości innych uczniów.

Odwróciła się i wyszła z celi, pozostawiając Lowiego pogrążonego we własnych myślach.
Lowbacca  wstał  z  pryczy,  ale  jęknął  czując,  że  jego  mięśnie  wciąż  jeszcze  odmawiają  mu

posłuszeństwa. Ponownie opadł bezwładnie na platformę z pryczą.

-  No  cóż,  jeżeli  chce  pan  znać  moje  zdanie  -  odezwał  się  piskliwy  głosik  Em  Teedee  -  swoim

bezmyślnym uporem zadał pan sobie bardzo dużo niepotrzebnego bólu.

Zdumiony Lowbacca warknął w odpowiedzi.
- Co to znaczy, kto pytał mnie o zdanie? - odparł Em Teedee. - Naprawdę nie rozumiem, dlaczego

miałby pan być taki rozdrażniony. Mimo wszystko przybył pan tu, do Akademii Ciemnej Strony, po
to, żeby się uczyć. Może pan się tylko cieszyć, że poświęcają panu tyle uwagi. Wie pan, imperialni
nauczyciele są bardzo spostrzegawczy. Prawdę mówiąc, tak bardzo, że poznali się na mnie i nawet
uwzględnili mnie w swoich planach. To dla mnie ogromny zaszczyt.

Lowie, tknięty dziwnym, nieprzyjemnym podejrzeniem, pytająco szczeknął.
- Ze mną ma być coś złego? - odparł pytaniem Em Teedee. - Ależ nie! Wręcz przeciwnie, czuję

się  doskonale!  Brakiss  i  Tamith  Kai,  chcąc  okazać  mi  zaufanie,  kazali  dokonać  pewnych  zmian  w
moim oprogramowaniu. Prawdę mówiąc, czuję się teraz o wiele lepiej niż kiedykolwiek przedtem.
Musi  pan  sobie  uświadomić,  że  oboje  mają  na  uwadze  tylko  pańskie  dobro.  Imperium  jest  pana
przyjacielem.

Lowie warknął z namysłem, jakby zgadzał się ze słowami Em Teedee... ale ukradkiem wyciągnął

rękę w stronę pasa, by wyłączyć małego androida.

Poczuł nagle, że znów może zebrać myśli. Słowa Em Teedee sprawiły, że w jego mózgu zaszła

jakaś zmiana. Lowie może się potknął, ale nie przewrócił. Prawdopodobnie tak samo było z Jacenem
i Jainą. A jeżeli bliźnięta się nie poddały, on także nie mógł okazać się gorszy niż oni. Przynajmniej
taką miał nadzieję.

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ

 

background image

 

 

 

15

 
Tenel  Ka  powróciła  wczesnym  popołudniem.  Dziewczyna  zastała  mistrza  Skywalkera

pogrążonego  w  rozmyślaniach  w  małej  komnacie,  w  jakiej  zwykle  mieszkali  niewolnicy.  W
pomieszczeniu  tym  przebywali  za  zgodą Augwynne,  która  nie  chciała  narażać  Luke'a  i  wnuczki  na
wścibskie spojrzenia pozostałych mieszkańców.

-  Wracam  właśnie  z  posiedzenia  rady  sióstr  -  oznajmiła  Tenel  Ka.  Fale  popołudniowego  żaru

atakowały  urwisko,  na  którym  wznosiła  się  forteca  klanu  kobiet  ze  Śpiewającej  Góry,  nadając
powietrzu  woń  spalenizny.  -  Siostry  klanu  oczekują,  że  goście  pojawią  się  o  zmierzchu.  Dopiero
wówczas poznamy odpowiedź na wszystkie nasze pytania i wątpliwości.

-  A  zatem  zaczekamy  -  oświadczył  mistrz  Skywalker,  kierując  na  dziewczynę  przenikliwe

jasnoniebieskie oczy. - To jedna z najtrudniejszych rzeczy, jakie trzeba robić... zwłaszcza teraz, kiedy
się tak spieszymy, nie wiedząc, co się stało z Jacenem, Jainą i Lowbaccą. A jednak, jeżeli czekanie
pozwoli  nam  na  uzyskanie  odpowiedzi,  których  nie  przyniosło  nam  działanie...  wówczas  jedynym
działaniem, jakie podejmiemy, będzie czekanie.

Tenel Ka chciała udowodnić, że jest dobrą gospodynią. Zajęła się najróżniejszymi czynnościami,

pragnąc  pomóc  siostrom  ze  Śpiewającej  Góry.  Wydawało  się  jej,  że  godziny  ciągną  się  w
nieskończoność.

Słońce  chyliło  się  ku  zachodowi.  Zapadał  zmierzch.  Nieliczne  chmury,  widoczne  na  niebie  nad

samym  horyzontem,  zdawały  się  płonąć  różowym  i  pomarańczowym  blaskiem,  sporadycznie
przepuszczając  do  nagrzanej  atmosfery  świetliste  strzały.  Owady  i  jaszczurki  poczuły,  że  zbliża  się
wieczór i powietrze zaczyna się ochładzać. Obudziły się do życia, zakłócając dotychczasową ciszę
dnia brzęczeniem, szmerami i szelestami.

Tenel Ka i mistrz Skywalker, przebywający na jednej z niższych kondygnacji fortecy, patrzyli w

dół, na spieczone skaliste pustkowie. Przyglądali się, jak zachodzące słońce rzuca na równiny coraz
dłuższe cienie. W porównaniu z jaskrawą tuniką z jaszczurczej skóry, którą miała na sobie Tenel Ka,
ciemnobrązowy płaszcz Luke'a Skywalkera sprawiał wrażenie bezbarwnego i ponurego. Dziewczyna
dobrze jednak znała umiejętności i siłę kryjącą się w umyśle i sercu mężczyzny.

W  pewnej  chwili  dostrzegła  jakiś  duży  i  ciemny  przedmiot,  poruszający  się  dosyć  daleko  po

równinie.  Wyciągnęła  szyję  i  zmrużyła  oczy.  Dłuższy  czas  obserwowała  zbliżające  się  stworzenie.
Stwierdziła, że patrzy na jakąś ogromną bestię niosącą jeźdźca... nie, dwoje jeźdźców.

Mistrz Skywalker kiwnął głową.
- Tak, ja także ich widzę - powiedział. - To rankor z dwójką osób na grzbiecie.
Tenel Ka ponownie zmrużyła oczy, ale uświadomiła sobie, że Luke wspomógł swój wzrok Mocą.

Nie tylko patrzył, ale i wyczuwał.

Inne  mieszkanki  fortecy  należącej  do  klanu  kobiet  ze  Śpiewającej  Góry  podeszły  do  otworów

background image

okiennych i stanęły na wykutych w litej skale balkonach. One także spoglądały w dół, nie potrafiąc
ukryć nerwowego oczekiwania.

Rankor z wysiłkiem, ale wytrwale parł wciąż naprzód. Tenel Ka widziała teraz całkiem wyraźnie

sylwetkę  potwora,  którego  brązowozielonkawe,  pokryte  guzami  cielsko,  wyglądało  jak  kadłub
piaskoczołgu,  najeżony  niesamowitymi  kłami  i  pazurami.  Na  grzbiecie  stworzenia  jechała  wysoka,
silnie  umięśniona  kobieta.  Tuż  za  nią  siedział  młody  ciemnowłosy  mężczyzna  o  krzaczastych
brwiach, ubrany w czarną opończę, przetykaną srebrzystymi nićmi. Jego towarzyszka miała na sobie
taką samą szatę.

- To Siostra Nocy - odezwała się Tenel Ka. - Czuję to.
Mistrz Skywalker kiwnął głową.
- Tak, ale kobiety należące do tego nowego zakonu sprawiają wrażenie doskonale wyszkolonych

i  jeszcze  niebezpieczniejszych  niż  dawne  wiedźmy.  Czuję,  że  w  tym  wszystkim  kryje  się  jakaś
mroczna tajemnica. Wydaje mi się, że jesteśmy na dobrym tropie.

-  Ale...  co  robi,  ten...  mężczyzna  za  jej  plecami?  -  zapytała  Tenel  Ka.  -  Żadna  władczyni  na

Dathomirze nie traktowałaby mężczyzn jak równych sobie.

- No, cóż - odparł Luke. - Może naprawdę zaszły tu duże zmiany.
Tymczasem Siostra Nocy dotarła do podnóża urwiska i ściągnęła wodze olbrzymiemu rankorowi.

Potworna  bestia  wyciągnęła  pazury  i  uniosła  pokryty  guzami  łeb.  Drąc  pazurami  spieczoną,  twardą
glebę, głośno zasyczała i stanęła. Siostra Nocy zeskoczyła na ziemię, a po chwili to samo uczynił jej
odziany  w  czarną  opończę  towarzysz.  Oboje  tkwili  pomiędzy  dwiema  wysokimi  skalnymi
kolumnami, wyrastającymi z piaszczystej wydmy.

-  Posłuchajcie  mnie,  zacni  ludzie!  -  zawołała  kobieta,  stając  twarzą  w  stronę  urwiska.  Krzyk

odbił  się  od  skalnej  ściany,  a  echo  powtórzyło  jej  słowa,  dzięki  czemu  głos  Siostry  Nocy  nabrał
głębi, stał się donośniejszy.

Tenel  Ka  była  zdziwiona,  jakim  cudem  mroczna  kobieta  mogła  przemówić  z  taką  siłą.

Dziewczyna  stała  nieruchomo  i  słuchała,  mając  wrażenie,  że  słowa  Siostry  Nocy  oddziałują  na  jej
wyobraźnię.

- Posługuje się prostą sztuczką Mocy - wyjaśnił mistrz Skywalker. - Pobudza twoje emocje, stara

się zainteresować ciebie tym, co chce powiedzieć.

Tenel  Ka  kiwnęła  głową.  Podmuch  chłodnego  wiatru,  wywołanego  szybko  obniżającą  się

temperaturą powietrza, rozwiał jej złocistorude włosy, tak iż przysłoniły część twarzy.

- Ponownie przybyliśmy tu, żeby szukać innych, którzy mogą być zainteresowani tym, co mamy do

zaoferowania.  Tak,  doskonale  wiemy,  że  przed  laty  Dathomirą  rządziły  podstępne  wiedźmy.
Sprawowały władzę, nie licząc się z nikim i niczym oprócz własnej woli. Były złymi kobietami, ale
to nie znaczy, że złe były także ich nauki. Nie uważamy, że wszystko, co wiedziały na temat władzy,
winno zostać potępione.

Nazywam  się  Vonnda  Ra,  a  to  jest  mój  uczeń  i  towarzysz,  Vilas.  Tak...  jest  mężczyzną.

Wyczuwam,  że  jesteście  wstrząśnięte  i  zdumione,  ale  naprawdę  nie  powinnyście.  Nasi
sprzymierzeńcy  nauczyli  nas,  że  ta  siła,  którą  nazywamy  Mocą,  przenika  wszystkie  istoty,  zarówno
płci  męskiej  jak  i  żeńskiej.  A  zatem  mogą  wykorzystywać  ją  nie  tylko  Siostry.  Również  Bracia,
mężczyźni, mogą władać taką samą siłą.

Wiele osób zamieszkujących komnaty skalnej fortecy niespokojnie się poruszyło.
-  Czuję  wasze  niedowierzanie  -  ciągnęła  Vonnda  Ra.  -  Zapewniam  was  jednak,  że  mówię

background image

prawdę.

Tenel Ka przysunęła się do mistrza Skywalkera.
- W ciągu ostatnich kilku lat widziałam tyle nowych rzeczy - szepnęła. - Wydaje mi się, że wiem,

jak  funkcjonują  inne  społeczeństwa,  ale  obawiam  się,  że  niektóre  bardziej  konserwatywne  klany
Dathomiry nie są jeszcze gotowe pogodzić się z równouprawnieniem.

Mistrz Skywalker kiwnął głową, ale zacisnął wargi. Było widać, że jest zaniepokojony.
-  W  naukach  Jedi  nie  ma  niczego,  co  faworyzowałoby  kobietę  albo  mężczyznę  -  powiedział.  -

Czy nawet istotę ludzką, jeżeli o tym mowa. Twoi ziomkowie zwodzą samych siebie.

W dole, u stóp urwiska, Vonnda Ra nadal stała obok oswojonego rankora.
-  Vilas,  mój  najlepszy  uczeń,  zademonstruje  wam  teraz  drobną  cząstkę  wiedzy,  jaką  posiadł!  -

zawołała. - Pokaże wam coś, co wprawi was w osłupienie!

Ciemnowłosy mężczyzna rozwiązał czarną pasiastą opończę, zdjął ją z ramion i przerzucił przez

siodło, przywiązane do grzbietu rankora za pomocą elastycznych skór whuffy. Odszedł trochę na bok
i stanął na płaskim spieczonym przez słońce kawałku skały miedzy dwiema kamiennymi kolumnami,
po czym opuścił ręce wzdłuż boków, zacisnął dłonie w pięści i zaczął się skupiać.

Tenel Ka, obserwująca wszystko z fortecy, nawet z tak dużej odległości słyszała, jak mężczyzna

coś  nuci.  Vilas  zamknął  osadzone  głęboko  pod  krzaczastymi  brwiami  oczy.  Jego  ciemne  włosy
zaczęły  się  jeżyć,  jakby  przesycone  statycznym  ładunkiem  elektrycznym.  Jego  ciało  zadrżało,
zapewne nie mogło powstrzymać narastającej siły.

Na  purpurowym  niebie  nad  jego  głową  zalśniły  pierwsze  gwiazdy.  Świeciły  coraz  jaśniej  i

jaśniej,  w  miarę,  jak  znikały  ostatnie  ślady  słońca.  Zaczęły  się  pojawiać  pierwsze  chmury.  Z
początku  przypominały  pierzaste  obłoki,  ale  napływały  ze  wszystkich  stron  niczym  prążkowane
cienie. Z każdą chwilą jednak przybywało ich coraz więcej, tak że w końcu przysłoniły niemal całe
niebo. Tenel Ka cofnęła się od okna czując, że wieczorny chłodny wiatr przybiera na sile, zaczyna
przemieniać się w lodowaty wicher.

- Zawsze chętnie widzimy u siebie nowych uczniów!
Vonnda Ra czuła, że grono słuchających jej osób z każdą sekundą się powiększa. Niemal wszyscy

mieszkańcy skalnej fortecy zgromadzili się przy oknach czy na balkonach.

-  Jeżeli  ktoś  z  was  chciałby  nauczyć  się  władać  Mocą,  żeby  robić  to  samo  co  ja  i  Vilas,  może

przyłączyć  się  do  nas  bez  względu  na  to,  czy  jest  mężczyzną  czy  kobietą,  osobą  wolną  czy
niewolnikiem. Nasza osada znajduje się na samym dnie wielkiego kanionu. To tylko trzy dni marszu
od  waszej  fortecy.  Nie  możemy  zagwarantować,  że  was  przyjmiemy,  ale  sprawdzimy  wasze
umiejętności.  I  jeżeli  znajdziemy  kogoś,  kto  wykazuje  odpowiedni  talent,  przyłączymy  do  naszego
klanu. Nauczymy, jak być ważną cząstką machiny wszechświata. Jeżeli będziecie z nami, czeka was
świetlana przyszłość.

Kiedy  Vonnda  Ra  kończyła  mówić,  głośny  huk  gromu  zagłuszył  jej  ostatnie  słowa.  Po  całym

nieboskłonie przelatywały ogniste, krzaczaste, błękitne błyskawice.

Vilas wspiął się na jedną z wysokich kamiennych kolumn, tak szybko i łatwo jakby ktoś wciągnął

go  na  linie.  Kiedy  stanął  na  płaskim  wierzchołku,  zwietrzałym  wskutek  działania  deszczów  i
wichrów,  uniósł  ręce.  Jego  ciało  otoczył  świetlany  wir  statycznej  elektryczności,  a  nadciągająca
burza, sprowadzona jego potęgą woli, rozszalała się ze zdwojoną siłą.

Świetliste  smugi  raz  po  raz  trafiały  w  samotne  skały,  rozsiane  na  równinie,  posyłając  we

wszystkie strony strugi ognistych odprysków. Burza nadal się nasilała, smagając twarze mieszkańców

background image

fortecy  huraganowym  wichrem.  Tenel  Ka  zamrugała,  usiłując  powstrzymać  łzy,  które  napływały  do
jej oczu sieczonych włosami.

Vilas stał na szczycie kolumny i sprawował władzę nad burzą. Ciemne chmury nadal gęstniały, a

niebo przybrało czarną barwę.

Tenel Ka spojrzała w dół i zobaczyła, że Vonnda Ra, stojąca obok rankora, także uniosła ręce.

Rozczapierzywszy  palce,  przyzywała  burzę.  Nad  równinami  przelatywały  oślepiające  błyskawice.
Rankor parskał i drżał, ale nie rzucał się do ucieczki.

-  Przybywajcie  do  wielkiego  kanionu!  -  zawołała  Vonnda  Ra,  starając  się  przekrzyczeć  wycie

wichury. - Jeżeli chcecie w ten sposób panować nad Mocą, przybywajcie do wielkiego kanionu!

Vilas  zeskoczył  z  kamiennej  kolumny  i  delikatnie  jak  liść  opadł  na  stertę  piachu  nie  opodal

zatrwożonego rankora. Pomógł Siostrze Nocy wspiąć się na siodło, po czym sam zajął miejsce za jej
plecami.

Vonnda  Ra  chwyciła  wodze  zwierzęcia  i  szarpnęła,  zmuszając  je,  aby  zawróciło.  Koszmarny

potwór  zaczął  niknąć  w  mroku,  ale  burza  nadal  wyładowywała  swoją  wściekłość  na  samotnych
głazach i skałach.

Tenel Ka wpatrywała się w ciemności, usiłując śledzić spojrzeniem niknącą sylwetkę rankora z

dwójką jeźdźców na grzbiecie.

- A więc teraz już wiemy... - powiedziała. - Co zrobimy?
Luke położył rękę na jej ramieniu, a dziewczyna poczuła promieniującą od mistrza Jedi pewność

siebie.

- Udamy się do tego wielkiego kanionu i zgłosimy się jako kandydaci - odparł. - Mimo wszystko

naprawdę szukają nowych uczniów, żeby zająć się ich szkoleniem. Teraz już nie wątpię, że jesteśmy
na właściwym tropie. Możliwe nawet, że spotkamy tam Jacena, Jainę i Lowbaccę.

Tenel Ka przygryzła wargę i kiwnęła głową.
- To jest fakt - powiedziała.

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ

 

background image

 

 

 

16

 
Jaina  wyłączyła  świetlny  miecz  i  podała  go  Brakissowi,  ale  mężczyzna  nie  wyciągnął  ręki  po

broń Jedi.

- Nie będę się tym więcej bawiła - oświadczyła stanowczo.
-  My  nie  bawimy  się  w Akademii  Ciemnej  Strony  -  odparł  Brakiss.  -  Ćwiczymy.  Umiejętność

posługiwania się świetlnym mieczem jest bardzo ważnym elementem szkolenia rycerza Jedi.

- Masz na myśli walczenie z bezrozumnymi holograficznymi potworami? - parsknęła Jaina. - Nie

będę  więcej  tego  robiła.  I  tak  zbyt  długo  byłam  posłuszna  twojej  woli.  Równie  dobrze  możesz  już
teraz odesłać mnie do domu, bo nigdy nie zgodzimy się uczyć w twojej Akademii Ciemnej Strony.

Mężczyzna rozłożył ręce.
- Ach, a przecież tak dobrze radzisz sobie ze świetlnym mieczem - powiedział, jakby próbował

przemówić do rozumu rozkapryszonemu dziecku. - Spróbuj jeszcze raz. Tym razem dam ci godnego
przeciwnika; kogoś obdarzonego o wiele większą wolą walki.

- Dlaczego miałabym się na to zgodzić? - zapytała Jaina. - Przecież niczego ci nie zawdzięczam.

Chcę zobaczyć się z bratem. Chcę zobaczyć się z Lowiem.

- Już wkrótce ich zobaczysz.
-  Nie  zgodzę  się  walczyć,  jeżeli  nie  obiecasz,  że  pozwolisz  mi  się  z  nimi  spotkać.  Brakiss

westchnął.

-  No,  dobrze.  Obiecuję,  że  pozwolę  ci  ponownie  zobaczyć  się  z  nimi  podczas  zajęć. Ale  tylko

pod warunkiem - zawiesił głos i uniósł dłoń z wyciągniętym palcem - że nie będziesz sprawiała mi
kłopotów.

Jaina  zacisnęła  usta  w  ponurą  wąską  linię.  Pomyślała,  że  w  tych  okolicznościach  zapewne  nie

może spodziewać się niczego więcej.

- Zgoda.
- Pomyśl o tym w ten sposób - odezwał się Brakiss tonem kuszącej zachęty. - Im więcej będziesz

ćwiczyła,  tym  szybciej  zdołasz  mnie  pokonać,  gdybyś  zechciała  kiedyś  mi  się  przeciwstawić.
Zastanów  się  nad  tym...  Trenujesz,  bo  chcesz  zdobyć  umiejętności,  które  kiedyś  mogą  pomóc  ci  w
ucieczce, hmmm?

Jaina  stwierdziła,  że  pewny  siebie  uśmieszek,  widoczny  na  nieskazitelnie  gładkiej  twarzy

mężczyzny, doprowadza ją do wściekłości.

-  Podczas  dzisiejszych  porannych  ćwiczeń  zamierzam  dokonać  jeszcze  jednej  zmiany  -  ciągnął

Brakiss.  -  Będziesz  walczyła  otoczona  holograficznym  wizerunkiem  maskującym.  Nie  będzie
ograniczał  swobody  twoich  ruchów,  ale  może,  przynajmniej  na  początku,  rozpraszać  twoją  uwagę.
Musisz nauczyć się walczyć osłonięta taką trójwymiarową maską. Dla dobra Imperium od czasu do
czasu musimy ukrywać prawdziwą tożsamość naszych Ciemnych Jedi.

background image

Jaina uniosła rękojeść świetlnego miecza na wysokość piersi.
- W porządku, zgodzę się na jeszcze jedną walkę... ale później musisz pozwolić mi zobaczyć się z

moim bratem i Lowbaccą.

- Taka była umowa - oświadczył Brakiss. - A teraz idę, żeby wszystko przygotować. Tymczasem

życzę ci powodzenia.

Wyślizgnął  się  przez  drzwi,  które  zasunęły  się  za  jego  plecami.  Ponure,  szare  ściany  sali

treningowej zalśniły i Jaina zauważyła, że jej ciało zostało otoczone przez migotliwe cienie, podobne
do  świetlistej  mgiełki.  Nie  uniemożliwiały  jej  patrzenia,  co  najwyżej  zamazywały  kontury.  Jaina
pomyślała, że musi to być jej nowy holograficzny kostium, o którym wspominał Brakiss.

W przeciwległej ścianie ze skrzypieniem otworzyły się urojone wrota. Jaina przewróciła oczami.

Jeszcze  jedno  wyświechtane  złudzenie,  jak  zresztą  wszystkie  inne,  które  oglądała  do  tej  pory.
Naprawdę  przestało  to  ją  bawić.  Jej  jedynym  pragnieniem  było  poznanie  zasady  funkcjonowania
aparatury  wytwarzającej  te  hologramy.  Pewnego  dnia  ją  pozna,  a  wówczas  oszuka  urządzenie  i
spowoduje  awarię  wszystkich  automatycznych  systemów  sterowania Akademii  Ciemnej  Strony.  Na
razie jednak powinna udawać, że zgadza się spełniać żądania Brakissa, dopóki nie znajdzie sposobu,
by obrócić knowania nauczyciela przeciwko niemu.

Nowy  przeciwnik  Jainy  przeszedł  przez  prostokąt  okratowanych  wrót  mrocznego  lochu.

Dziewczyna  dostrzegła  wysoką  sylwetkę  groźnego  mężczyzny,  okrytego  czarnym  płaszczem.  Czarna
plastalowa  maska,  osłaniająca  jego  głowę,  rozbrzmiała  złowieszczym  sykiem,  z  jakim  Darth  Vader
wciągał powietrze przez aparat oddechowy.

Zdumiona  Jaina  na  chwilę  zapomniała  o  oddychaniu,  ale  w  następnej  sekundzie  odruchowo

włączyła miecz świetlny. To było niesprawiedliwe! Brakiss nie powiedział jej całej prawdy! To nie
był jeszcze jeden zwyczajny urojony potwór, jakie dotąd przeciwko niej wysyłał. Darth Vader został
zabity,  zanim  się  urodziła,  ale  Czarny  Lord  Sithów  był  jej  dziadkiem  i  Jaina  znała  każdy  szczegół
jego życia.

Ostrze  świetlnego  miecza  Dartha  Vadera  pulsowało  ciemną  czerwienią,  podobną  do  barwy

świeżej  krwi.  Zapewne  czerpało  siłę  z  mrocznych  zakamarków  duszy  mężczyzny.  Jaina  poczuła,  że
zaczyna budzić się w niej złość zmieszana z przerażeniem, ale postąpiła kilka kroków, żeby stawić
czoło przeciwnikowi. Holograficzny kostium zawirował wokół niej, ale dziewczyna nie pozwoliła,
by rozproszył jej uwagę.

Jaina  potępiała  wszystkie  złe,  podstępne  czyny,  jakie  popełnił  Darth  Vader,  będąc  na  służbie

Imperatora,  ale  zarazem  pociągała  ją  myśl,  kim  mógłby  się  stać  jej  dziadek, Anakin  Skywalker.  W
ostatnich chwilach życia okazał się przecież dobrym człowiekiem, który przeciwstawił się swojemu
władcy i zakończył okres jego rządów, opartych na przemocy i strachu.

Bez  względu  na  to,  czy  było  to  spowodowane  tylko  jej  przerażeniem,  czy  czymś  innym,  Jaina

czuła wielki niepokój przenikający całą przestrzeń sali treningowej. Wyczuwała pulsujący lęk, który
ograniczał szybkość ruchów.

Darth Vader wykorzystał jej przerażenie i niezdecydowanie. Podszedł do niej, a szkarłatne ostrze

jego  świetlnego  miecza  zaskwierczało,  kiedy  unosił  je  nad  głowę.  Chrapliwy  oddech  hologramu
spowił Jainę jak całun. Vader zamachnął się, a dziewczyna w ostatniej chwili sparowała jego cios
swoim  ostrzem.  Kiedy  energetyczne  klingi  skrzyżowały  się  i  zwarły,  w  powietrze  trysnęły  fontanny
różnobarwnych iskier.

Przez kilka następnych chwil walczyli, zadając i odbijając  ciosy.  Pchnięcie.  Sparowanie. Atak.

background image

Obrona.

Jaina zamachnęła się mieczem, pragnąc trafić w opancerzoną płytę na torsie Dartha Vadera, ale

Czarny  Lord  uniósł  rękojeść  swojej  broni  i  krwiste  ostrze  zetknęło  się  z  klingą  miecza  Jainy.
Dziewczyna musiała się cofnąć czując, że przeciwnik naciera coraz energiczniej, tnie i zadaje ciosy
ze zdwojoną siłą. Skwierczenie rozpraszanej energii niemal ją ogłuszało. A jednak w chwili, kiedy
zaczęło  się  jej  wydawać,  że  słabnie,  powiedziała  sobie,  iż  walczy  nie  z  Darthem  Vaderem,  ale  z
Brakissem  czy  Tamith  Kai,  którzy  porwali  ją  i  sprowadzili  do  tej  mrocznej  akademii.  Czując,  że
wstępuje w nią nowa energia, nie tylko uniknęła ciosu, ale nawet zaatakowała Vadera, zmuszając go
do obrony.

Zadawała  cios  za  ciosem.  Miecze  świetlne  krzyżowały  się  i  buczały,  ale  wyglądało  na  to,  że

Darth  Vader  czerpie  siły  z  jej  wściekłości.  Walczyli  tak  przez  dłuższy  czas,  a  mimo  to  żadne  nie
potrafiło uzyskać zdecydowanej przewagi. Jaina straciła rachubę czasu. Nie mogłaby powiedzieć, ile
upłynęło minut czy godzin.

Oboje  stali  w  miejscu  ze  skrzyżowanymi  ostrzami  świetlnych  mieczy,  otoczeni  snopami

tryskających  iskier.  Żadne  nie  chciało  się  cofnąć,  napierało  na  przeciwnika  z  całej  siły.  Vader  nie
potrafił  jednak  pokonać  Jainy,  podobnie  jak  dziewczyna  nie  mogła  zwyciężyć  Czarnego  Lorda.
Okazali się równorzędnymi przeciwnikami.

Jaina  zgrzytnęła  zębami  i  zebrała  wszystkie  siły.  Ciężko  dyszała,  czuła  w  płucach  lodowate

pieczenie. Zaczerpnęła powietrza i nie ustępowała. Vader także nie rezygnował z dalszej walki.

- Wystarczy! - odezwał się głos Brakissa w interkomie sali treningowej.
Holograficzne  wizerunki  otaczające  Jainę  i  Vadera  zniknęły  i  dziewczyna  stwierdziła,  że  znów

stoi w czterech ponurych szarych ścianach wielkiej sali, krzyżując ostrze świetlnego miecza z klingą
broni przeciwnika. Dopiero teraz jednak mogła przekonać się, z kim naprawdę walczyła.

Z Jacenem.
Brakiss,  siedzący  wygodnie  w  sterowni  sali  treningowej,  spoglądał  na  maskujące  wizerunki,

lekko uderzając palcami jednej dłoni o palce drugiej. Z satysfakcją obserwował, jak bliźnięta walczą
ze sobą.

Pilot  Qorl,  odziany  w  czarny  imperialny  mundur,  stał  obok  niego  i  także  przyglądał  się

pojedynkowi.  Na  ekranie  monitora  nie  było  jednak  widać  maskujących  hologramów,  dzięki  czemu
Qorl mógł podziwiać, jak bliźnięta zmagają się w śmiertelnej walce, nie zdając sobie nawet sprawy
z tego, z kim naprawdę walczą! Ich świetlne miecze krzyżowały się i zwierały, ale żadne z bliźniąt
nie mogło obezwładnić drugiego.

Pilot przez długi czas nic nie mówił, ale walczył z trawiącym go niepokojem. W końcu zapytał:
- Czy to nie jest zbyt niebezpieczne, panie Brakiss? Jeden nieostrożny ruch i bliźnięta mogą się

pozabijać.  Straciłby  pan  wówczas  dwoje  najlepszych  uczniów,  jakich  mamy  w Akademii  Ciemnej
Strony.

- Nie sądzę, żebym miał ich stracić - odparł Brakiss, lekceważącym machnięciem ręki zbywając

obawy  Qorla.  -  Jeżeli  jednak  jedno  zabije  drugie,  wówczas  dowiemy  się,  które  jest  silniejsze,
waleczniejsze. Właśnie temu będziemy musieli poświęcić więcej czasu i uwagi podczas szkolenia.

- To byłoby marnotrawstwo - upierał się pilot. - Dlaczego pan to robi? To chyba nie ma sensu.
Brakiss  odwrócił  się  w  stronę  starego  pilota  myśliwca  typu  TIE.  Pozwolił,  żeby  na  jego

nieskazitelnie pięknej twarzy pojawił się grymas gniewu.

-  Ma  sens,  ponieważ  Imperium  pragnie  kształcić  tylko  najlepszych,  najbardziej  uzdolnionych

background image

Ciemnych Jedi.

- Bez względu na koszt? - zapytał Qorl.
- Koszt nie ma znaczenia - odparł Brakiss. - Te młode bliźnięta są po prostu narzędziami, którymi

musimy się posłużyć... podobnie jak narzędziem jest pan czy my wszyscy.

Pilot żachnął się i przez chwilę obserwował na ekranie toczący się pojedynek.
- Chce pan przez to powiedzieć, że ich życie się nie liczy? - zapytał.
- Są tylko elementami... częściami, które trzeba zainstalować w ogromnej maszynerii. Jeżeli nie

spełnią wszystkich surowych wymagań, okażą się nieprzydatni do naszych celów. Ale może ma pan
rację  -  dodał  po  chwili,  w  końcu  ustępując.  -  Oboje  stoczyli  zacięty  pojedynek  i  udowodnili,  że
potrafią posługiwać się świetlnymi mieczami. Postaram się, żeby nie zapomnieli tej lekcji.

Odwrócił się w stronę mikrofonu interkomu.
- Wystarczy! - powiedział i wyłączył generator wytwarzający maskujące hologramy.
Bliźnięta  krzyknęły,  po  czym  odskoczyły  od  siebie.  Ze  zdziwieniem  odkryły,  że  cały  czas

walczyły ze sobą.

Po  kilku  chwilach  Brakiss  wyłączył  interkom,  nie  chcąc  dłużej  słuchać  gniewnych  okrzyków

Jacena i Jainy. Wzruszył ramionami i uśmiechnął się do Qorla.

-  Obiecałem  dziewczynie,  że  pozwolę  jej  zobaczyć  się  z  bratem.  Nie  rozumiem,  dlaczego  jest

teraz taka rozdrażniona.

Pilot  odwrócił  się  i  ruszył  w  stronę  wyjścia  ze  sterowni,  aby  Brakiss  nie  widział  jego

niepewności.  Surowe,  bezduszne  potraktowanie  bliźniąt  wstrząsnęło  nim  bardziej,  niż  sam  byłby
skłonny przyznać.

-  Ich  szkolenie  przebiega  prawidłowo  -  odezwał  się  jeszcze  Brakiss,  kiedy  Qorl  docierał  do

drzwi.  -  Jestem  zadowolony  z  postępów,  jakie  czynią.  Już  niedługo  staną  się  naszymi  wiernymi
sługami, Ciemnymi Jedi.

Pilot bąknął coś w odpowiedzi, po czym wyszedł ze sterowni i zamknął za sobą drzwi.

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ

 

background image

 

 

 

17

 
Tenel Ka i Luke jechali na grzbiecie oswojonego młodego rankora, do którego jeszcze nie rościły

sobie praw siostry żadnego klanu.

Nocne  powietrze  było  ciepłe  i  przesycone  wilgocią  z  powodu  deszczu,  jaki  spadł  podczas

niezwykłej  burzy,  wywołanej  przez  Vonndę  Ra  i  jej  ucznia  Vilasa.  Dwa  księżyce  Dathomiry  to
znikały, to ukazywały się w przerwach między pierzastymi chmurami, oświetlając drogę nieziemską,
błękitnawą poświatą.

Tenel Ka siedziała przed Luke'em na siodle, splecionym ze skór whuffy, i kierowała rankora w

stronę  wielkiego  kanionu.  Wiedziała,  że  jest  dobrym  jeźdźcem.  Musiała  przyznać,  że  czuje  się
doskonale, mogąc zademonstrować mistrzowi Skywalkerowi coś, w czym sama jest mistrzynią.

Lekki  podmuch  wiatru  zaszeleścił  liśćmi  mijanych  niewysokich  krzaków  tak,  że  kiedy  mistrz

Skywalker pochylił się, żeby szepnąć coś do jej ucha, dziewczyna z trudem go usłyszała.

-  Kiedyś  musiałem  zabić  rankora  -  oświadczył  mistrz  Jedi.  -  Wstydziłem  się  później  tego,  co

zrobiłem. Rankory są wspaniałymi zwierzętami.

- Mimo to są niebezpieczne dla wszystkich, których nie uważają za przyjaciół - odparła Tenel Ka.
Luke przez chwilę się nie odzywał.
- Walczyłem w wielu bitwach - powiedział w końcu. - I owszem, musiałem zabijać. Jasna strona

Mocy  nauczyła  mnie  jednak,  że  lepiej  jest  przedtem  zrobić  wszystko,  co  możliwe,  żeby...
doprowadzić do zmiany sytuacji...

- Ale z pewnością jakaś Siostra Nocy czy ktoś inny, zwiedziony przez ciemną stronę Mocy, nie

zawaha się przed zabiciem ciebie, mistrzu Skywalkerze - przerwała mu dziewczyna.

- Masz całkowitą rację! - Łagodny okrzyk Luke'a zaskoczył dziewczynę. - Osoby posługujące się

jasną stroną wierzą w te same prawdy, którym dają wiarę ci, co korzystają z usług ciemnej strony.
My  jednak  możemy  zademonstrować  nasze  różnice  tylko  wówczas,  jeżeli  będziemy  postępowali
zgodnie z tym, w co wierzymy. W przeciwnym razie... właściwie niczym nie będziemy się różnili.

- A. Aha - odparła Tenel Ka. - To zupełnie tak samo, jak ja staram się udowodnić, że jestem inna

niż moja babka z Hapes... - urwała, nie kończąc zdania. - Tak, teraz dobrze to rozumiem.

Pomimo  ciemności,  młody  rankor  pewnie  wybierał  drogę,  krocząc  stromą  ścieżką  wiodącą  na

dno  wielkiego  kanionu.  Dziewczyna  i  mistrz  Jedi  minęli  po  drodze  gromadę  prawie  dwudziestu
ognisk, co świadczyło, że w końcu dotarli do obozowiska Sióstr Nocy.

W  chwili,  kiedy  znaleźli  się  na  dnie  wąwozu,  stwierdzili,  że  oboje  są  zmęczeni  i  czują  ból  we

wszystkich  mięśniach.  Powietrze  się  ochłodziło,  a  nad  samą  ziemią  unosiła  się  delikatna  mgiełka.
Oboje cieszyli się, że mają ciepłe szaty. Pamiętali, że wcisnęła je im Augwynne w ostatniej chwili
podczas gorączkowych przygotowań do podróży. Stara kobieta dała im zresztą zapasowe stroje, które
miały świadczyć o prawdziwości ich opowieści, a także worek z żywnością na drogę. Później gorąco

background image

uściskała Tenel Ka.

-  Córko  córki  mojej  córki  -  powiedziała.  -  Idź  w  pokoju.  Myśli  wszystkich  kobiet  klanu  ze

Śpiewającej Góry będą z tobą. - Odwróciła się do Luke'a. - I niech Moc będzie z wami - dodała.

Augwynne wypuściła wnuczkę z objęć i ponownie się do niej zwróciła.
-  Jestem  dumna  z  tego,  co  robisz  dla  przyjaciół,  żeby  ich  uratować.  Jesteś  prawdziwą

wojowniczką,  jedną  z  kobiet  naszego  klanu.  Zawsze  pamiętaj  o  naszej  najświętszej  zasadzie,
zapisanej w Księdze Praw: „Nigdy nie ustępuj przed złem".

Teraz,  kiedy  zbliżali  się  do  tego  zła,  Tenel  Ka  wzdrygnęła  się  i  owinęła  szczelniej  opończą.

Zastanawiała się, czy w obozie Sióstr Nocy znajdą Lowbaccę, Jacena i Jainę, czy może ich wizyta u
wiedźm  będzie  tylko  jednym  z  pośrednich  etapów  poszukiwań.  Czy  możliwe,  żeby  Siostry  Nocy
kształciły  wszystkich  troje  w  posługiwaniu  się  ciemną  stroną  Mocy?  Tenel  Ka  zamknęła  oczy  i
próbowała  wybiec  przed  siebie  myślami,  ale  nigdzie  nie  wyczuła  ani  śladu  obecności  porwanych
przyjaciół.

Luke  Skywalker  zapewne  dobrze  wiedział,  co  dzieje  się  w  jej  głowie,  gdyż  ponownie  pochylił

się ku dziewczynie.

- Jeżeli nie znajdziemy ich tutaj, Moc poprowadzi nas jeszcze dalej - szepnął. - Jesteśmy blisko...

Czuję to.

Od  strony  skalnych  ścian  wąwozu  dobiegło  nagle  przeciągłe  wycie.  Tenel  Ka  drgnęła,

zaskoczona.

- To strażniczka podniosła alarm - powiedziała, zła na siebie, że nie była na to przygotowana.
- To dobrze - odparł Luke. - A zatem wiedzą, że się zbliżamy.
Dziewczyna wahała się przez chwilę; nie wiedziała, czy powinna jechać dalej, ale później jednak

przynagliła  młodego  rankora  do  dalszej  drogi.  Uniosła  głowę  i  popatrzyła  na  niebo,  które  właśnie
zmieniało barwę z czarnej na sinoszarą, świadczącą o zbliżaniu się świtu. Po raz kolejny pomyślała o
tym, ile czasu minęło od porwania jej przyjaciół.

Rankor  pokonał  następny  zakręt  wąskiego  szlaku  i  raptownie  stanął.  Tenel  Ka  spojrzała  przed

siebie i stwierdziła, że dalszą drogę zagradzają trzy dorosłe rankory. Zwierzęta były dosiadane przez
strażniczki, a każda była ubrana tak samo jak Vonnda Ra i Vilas poprzedniego wieczora.

Luke  położył  dłoń  na  biodrze  Tenel  Ka,  chcąc  ją  ostrzec,  ale  dziewczyna  już  wiedziała.  Mimo

panującego  półmroku  było  widać,  że  każda  kobieta  trzyma  imperialny  blaster,  wymierzony  w  ich
stronę.

Tenel Ka była wychowywana w ten sposób, żeby mogła w trudnych chwilach objąć dowództwo.

Chociaż rzadko korzystała z tej umiejętności, traktowała ją jako coś oczywistego. Wyprostowała się
w siodle i uniosła rękę w geście pozdrowienia.

-  Siostry  i  bracia  klanu  z  Wielkiego  Kanionu  -  powiedziała.  -  Wasze  wezwanie  dotarło  aż  do

kobiet  z  Mglistych  Wzgórz.  Zdecydowałam  się  wyruszyć  w  drogę,  by  się  do  was  przyłączyć.
Jesteśmy  trochę  obeznani  z  Mocą,  ale  pragniemy  poznać  wasze  nauki.  Chcemy  umieć  korzystać  z
całej Mocy, byśmy mogli w ten sposób stać się silni.

Tenel  Ka  i  Luke  zostawili  rankora  razem  z  innymi  zwierzętami  na  niewielkim  pastwisku,

otoczonym palisadą, po czym udali się za strażniczkami do środka obozu. Dziewczyna była zdumiona
widokiem  dwóch  imperialnych  zwiadowczych  robotów  kroczących  typu  AT-ST,  chodzących  jak
mechaniczne ptaki po obwodzie obozowiska i strzegących zagrody z rankorami.

Tenel Ka, mijając szeregi jaskrawych namiotów, sporządzonych z jaszczurczych skór, zauważyła

background image

około  dziesięciu  kobiet  i  co  najmniej  tyluż  mężczyzn,  zapewne  zajętych  codziennymi  porannymi
obowiązkami.  Chodzili  tu  i  tam  w  absolutnej  ciszy,  jakby  ciepłe  mgliste  opary  wiszące  nad  ziemią
poniżej  ich  kolan  tłumiły  wszystkie  dźwięki.  Dziewczyna  nie  widziała  jednak  w  całym  obozie
żadnych dzieci. Nie słyszała też dziecięcego płaczu ani śmiechu, ani odgłosów świadczących o tym,
że  się  bawią.  Prawdę  mówiąc,  pośród  osób  należących  do  klanu  z  Wielkiego  Kanionu,  jakie
widziała, nie dostrzegała nikogo, kto byłby młodszy niż ona czy chociażby w jej wieku.

Chociaż dobrze wiedziała, czego oczekiwać, zdumiewała się widokiem mężczyzn chodzących tak

samo  swobodnie  jak  kobiety.  Wyglądało  na  to,  że  nie  są  niczyimi  niewolnikami.  Dziewczyna  była
ciekawa, czy naprawdę było możliwe, żeby kobiety uważały tych osobników za równych sobie.

Cała  grupa  zatrzymała  się  przed  ogromnym  wielobarwnym  namiotem,  ustawionym  w  samym

środku  obozowiska.  Konstrukcja,  przypominająca  pawilon,  unosiła  się  nad  morzem  mgły  niczym
barbarzyńska  wyspa,  sporządzona  z  pozszywanych  skór  jaszczurczych  i  futer.  Narożniki  i  środek
pawilonu przytwierdzono do czubków ogromnych włóczni o długości około trzech metrów i średnicy
co najmniej równych grubości przegubu dłoni Tenel Ka.

Jedna  z  Sióstr  Nocy  uniosła  klapę  namiotu  i  gestem  zaprosiła  ich  do  środka.  Usłuchali,  ale

Siostra Nocy pozostała przed pawilonem. Opuściła klapę nie pozwalając, by do środka przedostały
się opary czy blask poranka. Tenel Ka czekała, aż jej oczy przyzwyczają się do ciemności. Ponownie
spróbowała wysłać myślowe wici, ale znów nie odnalazła ani śladu przyjaciół. Delikatny dotyk ręki
mistrza Skywalkera na ramieniu przekonał ją jednak, że nie powinna upadać na duchu.

Mała  iskierka  światła,  widoczna  w  samym  środku  pawilonu,  przemieniła  się  nagle  w  jasny

płomień. Dziewczyna stwierdziła, że źródłem światła jest kaganek wykonany z odwróconego czerepu
górskiej  jaszczurki.  Obok  lampki  ujrzała  przestronne  podwyższenie,  zaścielone  skórami  i  futrami
najróżniejszych  dzikich  zwierząt.  Z  tego  samego  surowca  były  wykonane  także  poduszki.  Na
podwyższeniu stało masywne krzesło, sporządzone z wypchanego łba dorosłego rankora, a na krześle
rozpierała  się  odziana  w  szykowne  szaty  kobieta.  Władczym  ruchem  ręki  zaprosiła  ich,  aby  się
zbliżyli. Zapewne chciała, żeby znaleźli się w kręgu rzucanego przez kaganek światła.

Nie zadając sobie trudu powitania gości, Vonnda Ra zapytała:
- Po co tutaj przybywacie?
Tenel Ka, która rozpoznała ciemnowłosą kobietę od pierwszego rzutu oka, odparła:
- Przybywam tu, aby przyłączyć się do Sióstr Nocy. Przyprowadziłam także swojego niewolnika.
-  Co  pragniesz  nam  zaoferować?  -  Vonnda  Ra  sprawiała  wrażenie  zainteresowanej,  ale  nie

bardzo przejętej wizytą gości. - Wielu przybywa, chcąc przyłączyć się do naszego klanu, ale na ogół
są to sami słabeusze. Kobiety szukają nas, ponieważ mają niewielkie umiejętności albo nie cieszą się
szacunkiem  pośród  cór  własnego  klanu.  Przybywają  także  mężczyźni,  którzy  nigdy  nie  mieli  żadnej
władzy,  ale  dzięki  naszym  naukom  mogą  się  czuć  wolni.  Na  ogół  oni  także  nie  mają  niczego  do
zaoferowania. A wy z czym przychodzicie?

Vonnda Ra wyciągnęła rękę i wskazała jaszczurczą czaszkę z olejem i płonącym knotem.
- Czy potraficie zrobić coś takiego? - zapytała.
Oliwna  lampka  uniosła  się  w  powietrze  i  poszybowała  ku  sklepieniu  namiotu,  rzucając  coraz

szerszy,  ale  i  coraz  ciemniejszy  krąg  blasku,  po  czym  bardzo  powoli  znów  osiadła  obok
podwyższenia z tronem Siostry Nocy.

Tenel Ka kiwnęła głową.
- Przyznaję, że kiedyś trochę ćwiczyłam takie sztuczki.

background image

Dziewczyna  postanowiła  nie  uciekać  się  do  żadnych  teatralnych  gestów  ani  słów.  Przymknęła

oczy  i  zaczęła  się  skupiać,  po  czym  spróbowała  pochwycić  kaganek  myślami.  Nigdy  przedtem  nie
posługiwała się Mocą, żeby sprawić komukolwiek przyjemność czy pochwalić się swoim talentem.
Korzystała z siły Mocy tylko wówczas, kiedy było to absolutnie konieczne, ale teraz postanowiła dać
pokaz swoich umiejętności, myśląc o porwanych przyjaciołach. Jeżeli nie pokaże Siostrom Nocy, co
naprawdę potrafi, prawdopodobnie już nigdy nie zobaczy Jacena, Jainy i Lowbaccy.

Głęboko  odetchnęła  i  powoli  wypuściła  powietrze.  Kaganek,  nie  wydając  żadnego  dźwięku,

uniósł  się  nad  podwyższenie,  po  czym  poszybował  ku  sklepieniu  pawilonu.  Tenel  Ka  zaczęła
rozmyślać o płomieniu. Podsycając go myślami, sprawiła, że z każdą chwilą świecił coraz jaśniej i
jaśniej.  Przestała,  kiedy  blask  oliwnej  lampki  oświetlił  wszystkie  najmroczniejsze  zakamarki
namiotu,  po  czym  nakłoniła  lampę,  żeby  okrążyła  pawilon,  przelatując  o  kilka  centymetrów  pod
sklepieniem.  Kaganek  zatoczył  pełny  krąg  tak  szybko,  że  Tenel  Ka  usłyszała,  jak  zdumiona  Vonnda
Ra  gwałtownie  nabrała  powietrza.  Nie  otwierając  szerzej  oczu,  ujrzała,  że  ciemnowłosa  kobieta
wyprostowała się i wyciągnęła poziomo rękę w ten sposób, iż otwarta dłoń była skierowana do góry.
Zapewne chciała przerwać pokaz albo zadać jakieś pytanie.

Tenel Ka pozwoliła, żeby lampka zatoczyła drugi krąg, o nieco mniejszej średnicy i nieco niżej

niż poprzedni, a potem trzeci i czwarty, jeszcze niżej i jeszcze szybciej. W końcu kaganek zaczął się
obniżać,  krążąc  nadal  tak  szybko  po  spirali,  że  z  trudem  można  było  nadążyć  za  nim  spojrzeniem.
Przez  cały  czas  jasno  płonął,  ale  wszystko  trwało  zaledwie  kilka  sekund.  Na  koniec  Tenel  Ka
delikatnie opuściła lampkę na wyciągniętą dłoń Siostry Nocy.

Uradowana Vonnda Ra głośno zachichotała.
- Witaj w naszym klanie, siostro - powiedziała. - Jak się nazywasz?
Tenel Ka otworzyła szeroko oczy i uniosła głowę.
-  Moje  nazwisko...  Nasze  nazwiska  w  tej  chwili  nie  mają  dla  nas  znaczenia.  Odrzuciliśmy  je,

kiedy opuściliśmy rodzinne strony.

- Podejdź do mnie - rozkazała Siostra Nocy.
Kiedy Tenel Ka usłuchała, Vonnda Ra wstała z niesamowitego krzesła, ujęła w palce podbródek

dziewczyny i zajrzała głęboko w jej oczy.

- Tak - powiedziała, z zadowoleniem kiwnąwszy głową. - Masz w sobie dużo gniewu. Czy jesteś

gotowa udać się do innego miejsca, by się kształcić? Do miejsca pośród gwiazd, gdzie nauczysz się,
czego tylko zechcesz?

Tenel  Ka  poczuła,  że  serce  w  jej  piersi  zaczyna  bić  przyspieszonym  rytmem.  Może  to  właśnie

było to miejsce, do którego zostali uprowadzeni Jacen, Jaina i Lowbacca?

- Chciałabym udać się tam, gdzie znajdę najlepszych nauczycieli - oświadczyła.
- Ale przedtem będziesz musiała pozostawić tu swojego niewolnika - powiedziała Vonnda Ra. -

Nie będziemy mogły skorzystać z jego usług.

- Nie!
Vonnda Ra westchnęła.
- Czy uwierzysz, jeżeli ci powiem, że mężczyźni rzadko mają prawdziwy talent, a my nigdy nie

zajmowałyśmy  się  kształceniem  takich  starych  osób?  Jeżeli  go  zabierzesz,  nie  będziesz  mogła  się
skupić na tym, czego pragniesz się nauczyć. Nie sądzę, żeby on mógł nauczyć się czegoś nowego. A
teraz, kiedy już wiesz to wszystko, co odpowiesz?

-  Odpowiem  -  odparła  Tenel  Ka,  obrzucając  Vonndę  Ra  najbardziej  stanowczym  spojrzeniem

background image

szarych oczu - że jesteś strasznie głupia.

Oczy Siostry Nocy wyszły na wierzch ze zdumienia, ale dziewczyna nie czekała, aż ciemnowłosa

kobieta odzyska zdolność mowy.

- Ten mężczyzna uczy się posługiwać i władać Mocą od czasów, kiedy mnie jeszcze nie było na

świecie - oświadczyła. - Niewielu... niewielu, którzy żyją, widziało, co potrafi. Ja widziałam.

Vonnda Ra obdarzyła sceptycznym spojrzeniem Luke'a Skywalkera.
- Jeżeli potrafisz unieść to - powiedziała, wskazując kaganek z jaszczurczej czaszki - i również

sprawisz, że zapłonie tak jasno jak za sprawą tej dziewczyny - kiwnęła głową w stronę Tenel Ka -
wówczas będziesz mógł jej towarzyszyć.

Siostra  Nocy  popatrzyła  na  mistrza  Jedi,  a  potem  przeniosła  spojrzenie  z  powrotem  na  oliwną

lampkę.  Widząc,  że  się  nie  porusza,  obdarzyła  mężczyznę  pogardliwym  uśmieszkiem,  wyraźnie
widocznym w kącikach ust. Nagle przed oczami kobiety pojawiło się coś wielkiego i mrocznego, co
przysłoniło  jej  widok  oliwnej  lampki.  Jej  płomyk  zamienił  się  w  jasny  płomień  i  Siostra  Nocy
ujrzała  przed  sobą  paskudny  pysk  rankora,  na  którym  niedawno  siedziała,  szczerzący  kły  jakby  w
uśmiechu.  W  pustych  oczodołach  bestii  widniały  teraz  figlarne  błyski.  Nagle  łeb  uniósł  się  jeszcze
wyżej i jak upiorny wahadłowiec poszybował pod sklepienie pawilonu.

Tenel  Ka  spostrzegła,  że  mistrz  Jedi  stoi  z  rękoma  skrzyżowanymi  na  piersi.  Zgiąwszy  lekko

jedną  nogę  w  kolanie  na  znak,  że  jest  odprężony,  przekrzywił  głowę  i  uśmiechnął  się  do  Siostry
Nocy, ale nie przestał panować nad łbem rankora, zataczającym kręgi pod sklepieniem pawilonu.

- Ponieważ prosiłaś o światło - powiedział - będziesz miała tyle światła, ile zechcesz.
Wypchany  łeb  rankora,  nie  przestając  wirować,  wystrzelił  nagle  w  górę  jak  blasterowa

błyskawica.  Rozerwał  sklepienie  namiotu  i  zniknął.  Pozostawił  poszarpaną  dziurę,  przez  którą
wpadły jaskrawe promienie wschodzącego słońca.

Siostra Nocy sprawiała wrażenie zakłopotanej i bardziej niż trochę zdenerwowanej, ale podeszła

do Luke'a i uniosła palcami jego brodę. Przez ponad minutę zaglądała głęboko w jego oczy.

- Tak jessst - syknęła w końcu. - Tak, ty naprawdę pojmujesz, czym jest ciemna strona.
Nie ukrywając zdumienia, cofnęła się i jeszcze raz zerknęła na dziurę w sklepieniu namiotu, po

czym znów przeniosła spojrzenie na Tenel Ka i Luke'a.

-  Spodziewamy  się,  że  imperialny  wahadłowiec,  który  zwykle  dostarcza  nam  zapasy  żywności,

przyleci  jutro  o  świcie  -  oznajmiła.  -  Kiedy  będzie  opuszczał  tę  planetę,  musicie  być  na  jego
pokładzie.

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ

 

background image

 

 

 

18

 
Jacen, Jaina i Lowbacca byli w pierwszej chwili zachwyceni i zdumieni, że następne ćwiczenie

będą mogli wykonać razem, ale, widząc ponure twarze Brakissa i Tamith Kai, bardzo szybko stracili
dobry  humor.  Oczywiście  -  pomyślał  Jacen.  -  Oboje  instruktorzy  Akademii  Ciemnej  Strony  z
pewnością wymyślili dla nas coś trudnego i niebezpiecznego.

- Ponieważ musicie czynić postępy w nauce - zaczął Brakiss, wykonując gest, jakby coś odsuwał

czy unosił - kolejne ćwiczenia, jakie zaprojektowaliśmy, będą dla was coraz większym wyzwaniem.

Zaniepokojony Lowie jęknął.
- Podczas następnego ćwiczenia wszyscy troje będziecie musieli działać razem - ciągnął Brakiss.

-  Wszyscy  uczniowie,  którzy  chcą  pomóc  naszej  sprawie,  powinni  się  nauczyć  współdziałać  z
innymi.  Nadejdzie  czas,  kiedy  będziemy  musieli  się  zjednoczyć,  żeby  móc  odpowiedzieć  na
wezwanie Drugiego Imperium.

Em  Teedee,  popierając  słowa  urodziwego  mężczyzny,  odezwał  się  ze  swojego  miejsca  u  pasa

Lowiego. Powtórzył słowa Brakissa jak papuga:

- O tak, z całą pewnością. Odpowiemy na wezwanie Drugiego Imperium.
Lowie warknął, nakazując miniaturowemu androidowi-tłumaczowi, by był cicho.
-  Przecież  nie  musi  pan  się  zwracać  do  mnie  takim  tonem  -  odparł  przeprogramowany  Em

Teedee,  wyraźnie  urażony.  -  Pragnę  tylko  zwrócić  pana  uwagę  na  rzeczy,  które  powinien  pan
zapamiętać.

Troje  młodych  Jedi  zostało  zaprowadzonych  do  innego  pomieszczenia,  tym  razem  znacznie

mniejszego,  niemal  przyprawiającego  o  klaustrofobię.  We  wszystkich  czterech  ścianach  pokoju
znajdowały się niewielkie okrągłe otwory, przysłonięte metalowymi klapami.

Tamith  Kai  udała  się  do  kontrolnego  pulpitu,  umieszczonego  w  jednym  rogu,  i  wyciągnąwszy

palce z długimi paznokciami, wystukała na klawiaturze jakieś polecenie. Cztery metalowe klapy się
odchyliły  i  z  każdego  otworu  wysunął  się  zdalnie  sterowany  kulisty  przedmiot,  unoszący  się  na
repulsorach.

Zdalniaki  były  wykonane  z  metalu,  a  z  ich  sferycznych  powierzchni  wystawały  krótkie  lufy

miniaturowych  laserowych  działek.  Jacen  pomyślał,  że  ich  widok  przypomina  obronne  satelity,
chroniące  orbitalną  stację  wydobywczą  Landa  Calrissiana,  którym  nie  udało  się  odeprzeć  ataku
imperialnych  kanonierek.  Zaniepokoił  się  przypuszczając,  że  za  chwilę  zdalniaki  mogą  zacząć
strzelać do nich.

- To są wasi obrońcy - wyprowadziła go z błędu Tamith Kai. - Oczywiście, o ile Wookie nauczy

się prawidłowo nimi posługiwać.

Lowie burknął coś, co zabrzmiało jak pytanie.
-  Naprawdę,  mógłbyś  okazać  trochę  więcej  cierpliwości,  Lowbacco  -  skarcił  go  Em  Teedee.  -

background image

Jestem pewien, że wszystkiego się dowiesz we właściwym czasie. Wiesz, ta kobieta jest doskonałą
instruktorką.

Brakiss wyciągnął rękę i pokazał pozostałe - zamknięte - otwory, umieszczone w ścianach.
-  Wszystkie  inne  będą  otwierane  w  przypadkowej  kolejności  -  wyjaśnił  -  a  wy  będziecie

bombardowani przedmiotami, wystrzeliwanymi z nich z dużą siłą.

Mężczyzna  wsunął  dłoń  między  fałdy  srebrzystej  szaty  i  wyciągnął  parę  pałek  o  długości  mniej

więcej czterdziestu centymetrów każda, wykonanych z wypolerowanego drewna. Wręczył po jednej
Jacenowi i Jainie.

- To wasza jedyna broń - oznajmił. - Będziecie bronili się tymi pałkami... i Mocą. Mając Moc za

sprzymierzeńca, nie musicie korzystać z innej broni.

- To już wiemy - stwierdziła oschle Jaina.
- To doskonale - odparł Brakiss. W kącikach jego ust błąkał się przerażająco spokojny uśmiech. -

A  zatem  nie  zaprotestujecie  przeciwko  pozostałym  ograniczeniom,  jakie  na  was  nałożymy.  -
Wyciągnął z rękawa dwa długie, wąskie paski czarnego materiału. - Musicie posługiwać się Mocą,
jeżeli  chcecie  wykrywać  przedmioty,  wystrzeliwane  ku  wam  z  otworów.  Będziecie  ćwiczyli  z
zawiązanymi oczami.

Jacen poczuł, że jego serce kurczy się z przerażenia.
-  Kiedy  przedmioty  będą  leciały  w  waszą  stronę  -  mówił  Brakiss  -  powinniście  albo  zmieniać

tory  ich  lotu,  posługując  się  Mocą,  albo  bronić  się  przed  nimi  za  pomocą  drewnianych  pałek.  -
Wzruszył ramionami. - To wszystko. Ćwiczenie nie jest chyba bardzo trudne.

Tamith Kai postanowiła udzielić dodatkowych wyjaśnień.
- Wookie będzie przebywał w sterowni obserwując, co dzieje się w waszej sali. Powinien starać

się  was  chronić.  Udostępnimy  mu  komputer  z  kompletnym  oprogramowaniem,  za  pomocą  którego
będzie  sprawował  nieograniczoną  władzę  nad  tymi  czterema  zdalniakami.  Każda  kula  dysponuje
wieloma  silnymi  laserami.  Ich  promienie  mogą  zniszczyć  każdy  wystrzelony  z  otworu  przedmiot.
Oczywiście,  jeżeli  chybi,  a  promień  lasera  przez  przypadek  trafi  któreś  z  was,  możecie  odnieść
poważne rany.

- A zatem - podjął Brakiss, zacierając ręce i radośnie się uśmiechając - będziecie mieli własną

broń,  a  Wookie  może  sterować  ruchami  zdalniaków.  Jeżeli  chcecie  przeżyć,  musicie  nauczyć  się
współpracować.

Jacen nerwowo przełknął ślinę. Jaina dumnie uniosła głowę i wyzywająco popatrzyła na dwoje

imperialnych nauczycieli. Lowie zjeżył sierść i zaczął zaciskać i rozwierać palce ogromnych dłoni.

- Pozwólcie, że powiem to bez ogródek - odezwała się ponownie Tamith Kai, nie kryjąc groźby

w  niskim  głosie  -  Te  pociski  nie  są  hologramami.  Będą  stanowiły  prawdziwe  zagrożenie  i  jeżeli
któryś was trafi, poczujecie prawdziwy ból.

- Co to będą za pociski? - zapytał zniecierpliwiony Jacen. - Czym chcecie nas bombardować?
-  Nasze  ćwiczenie  zostało  podzielone  na  trzy  etapy  -  odparł  Brakiss.  -  W  trakcie  pierwszego

będziemy wystrzeliwali ku wam twarde piłki. Ich trafienia mogą zaboleć, ale was nie zranią. Kiedy
zwiększymy  tempo  ćwiczenia  i  przejdziemy  do  drugiego  etapu,  zamierzamy  bombardować  was
odłamkami skał i ostrymi kamieniami. Te pociski mogą łamać kości i zadawać bardzo ciężkie rany.

Fioletowoczerwone  wargi  Tamith  Kai  rozciągnęły  się  w  szerokim  uśmiechu,  jakby  kobietę

ogarnęło jakieś radosne podniecenie.

- W czasie trzeciego etapu ćwiczenia będziemy strzelali do was nożami - oświadczyła.

background image

Jainę na chwilę zamurowało.
- Cieszę się, że macie takie duże zaufanie do naszych umiejętności - burknął Jacen.
-  Będę  bardzo  rozczarowany,  jeżeli  oboje  zostaniecie  zabici  -  oświadczył  Brakiss.  Nie  ulegało

wątpliwości, że mówi poważnie.

- Hej, my też! - wykrzyknął Jacen.
- Wydaje mi się, że on otrząśnie się z tego znacznie szybciej niż my - zauważyła półgłosem Jaina.
Jacen  przestąpił  z  nogi  na  nogę,  ale  kiedy  poczuł  pod  stopą  coś  twardego,  w  ostatniej  chwili

przypomniał  sobie,  by  nie  skrzywić  twarzy.  Nie  wiedząc,  co  innego  mógłby  zrobić  z  klejnotem
corusca,  przez  cały  czas  trzymał  go  w  bucie.  Nie  chciał  jednak,  żeby  twardy  kryształ  kaleczył  mu
ciało  i  rozpraszał  jego  uwagę  podczas  zmagań  z  pociskami.  Wyginał  stopę  tak  długo,  aż  klejnot
znalazł się z boku buta, gdzie było trochę więcej wolnego miejsca.

Brakiss przysłonił oczy Jacena czarną opaską, po czym chłopiec przestał cokolwiek widzieć.
- Wookie będzie robił, co może, żeby was chronić - powiedział.
Jacen mocno uchwycił rękojeść twardej pałki i przez chwilę się zastanawiał, czy porządnie nie

uderzyć nią Ciemnego Jedi po kolanach i tłumaczyć się później, że niczego nie widział i uczynił to
przez  przypadek.  Doszedł  jednak  do  przekonania,  że  taki  czyn  wpędziłby  ich  w  jeszcze  gorsze
tarapaty, a w tej chwili oboje potrzebowali wszystkich sił, żeby walczyć o życie.

- Powodzenia - odezwał się jeszcze Brakiss. Chociaż Jacen nie mógł go widzieć, miał wrażenie,

że mężczyzna przyłożył usta do jego ucha.

Chłopiec nie odpowiedział. Po chwili usłyszał chichot Tamith Kai wyprowadzającej Lowiego z

niewielkiej sali. Wookie jęknął, ale natychmiast rozległ się piskliwy, metaliczny głosik Em Teedee,
strofującego swojego właściciela:

-  No,  no,  Lowbacco,  narzekanie  niewiele  ci  pomoże.  Musisz  nauczyć  się  być  odważnym  i

skłonnym do poświęceń, tak jak ja się nauczyłem.

Jacenowi wydawało się, że stoi w nieprzeniknionych ciemnościach i nie dotyka niczego oprócz

trzonka pałki. Nagle chłopiec usłyszał, że drzwi sali z cichym sykiem się zasuwają.

- Jesteś przygotowana, Jaino? - zapytał.
- Też pytanie! - odparła.
W  pomieszczeniu  zapanowała  głucha  cisza.  Jacen  słyszał  tylko  szmer  oddechów  i  wyczuwał

przyspieszone pulsowanie krwi w uszach. Czuł, że Jaina stoi obok niego. Od czasu do czasu, gdy się
poruszała, słyszał także szelest materiału jej kombinezonu.

-  Może  byłoby  lepiej,  gdybyśmy  oparli  się  o  siebie  plecami?  -  zaproponował.  -  W  ten  sposób

będziemy chronieni przynajmniej od tyłu.

Bliźnięta  zetknęły  się  plecami.  Czekały  i  nasłuchiwały.  Po  kilku  sekundach  usłyszały  pomruk

jakiejś maszynerii, zduszony zgrzyt dobiegający od strony jednej ściany. Zrozumiały, że jedna z klap
przysłaniających otwór została odchylona. Jacen usiłował posłużyć się Mocą, by coś zobaczyć, mimo
opaski przysłaniającej oczy. Chciał wiedzieć, skąd mógłby nadlecieć pocisk.

Nagle usłyszał cichy syk rozprężanego powietrza, z jakim pierwszy przedmiot wyleciał z otworu

jak armatnia kula. Posługując się innymi zmysłami, obrócił się w miejscu i machnął drewnianą pałką
jak kijanką. Zamierzał odbić twardą piłkę na bok, ale ta uderzyła go w ramię. Była naprawdę bardzo
twarda i jej uderzenie zabolało.

- Au! - krzyknął odruchowo.
Później  usłyszał  odgłos  wystrzeliwania  drugiej  piłki,  a  po  nim  skwierczenie  strzałów  lasera

background image

zdalniaka, w tej samej chwili zagłuszone przez okrzyk Jainy, stojącej za jego plecami. Jacen wyczuł,
że był to raczej okrzyk pełen zdumienia i zakłopotania niż bólu.

Starał  się  uzmysłowić  sobie,  skąd  może  nadlecieć  następny  pocisk.  Zgrzyty  odchylanych  klap

powtarzały  się  w  coraz  krótszych  odstępach  czasu.  Jacen  usłyszał,  jak  otwiera  się  następna,  i
zorientował  się,  że  kolejna  twarda  piłka  szybuje  w  jego  stronę.  Zamachnął  się  drewnianą  pałką  i
poczuł,  że  tym  razem  udało  mu  się  musnąć  powierzchnię  piłki.  Już  miał  wydać  okrzyk  triumfu,  ale
uświadomił  sobie,  że  trafił  wystrzelony  przedmiot  bardziej  dzięki  szczęśliwemu  trafowi  niż
umiejętności władania Mocą.

Następny szmer otwieranej klapy i następny pocisk, a po nim kolejny i jeszcze jeden, nadlatujący

z  innej  strony.  Unoszące  się  zdalniaki,  sterowane  przez  Lowiego,  starały  się  zestrzeliwać  lecące
piłki. W pewnej chwili Jacen usłyszał odgłos wybuchu i pomyślał, że zapewne Lowie trafił chociaż
jeden cel. Miał nadzieję, że wymizerowany Wookie nie zrani przez pomyłkę jego ani Jainy.

Brakiss  nie  omieszkał  powiedzieć  im,  że  nie  powinni  tłumić  w  sobie  gniewu,  gdyż  tylko  w  ten

sposób zwiększą swoją władzę nad Mocą. Kiedy więc kolejna piłka trafiła Jacena w okolice żebra,
chłopiec przez chwilę czuł taki ból, że rozwścieczony, omal nie zaczął wymachiwać pałką na oślep.
W porę przypomniał sobie jednak nauki wujka Luke'a. Mistrz Jedi uczył go, że rycerz włada Mocą
najskuteczniej  wówczas,  kiedy  jest  spokojny  i  odprężony;  kiedy  pozwala  Mocy  przepływać  przez
siebie, a nie stara się naginać jej do swojej woli ani wykorzystywać do własnych celów.

Jacen  usłyszał  głośny  trzask  uderzenia  twardego  przedmiotu  o  drewno  i  domyślił  się,  że  jego

siostra odbiła jakąś piłkę.

- Mam cię! - zawołała.
Jacen  pozwolił,  żeby  jego  umysł  otworzył  się  na  działanie  Mocy.  W  pewnej  chwili  dostrzegł

niewyraźną  plamkę  światła,  pojawiającą  się  w  morzu  ciemności,  i  zrozumiał,  że  następna  piłka
nadleci właśnie z tej strony. Posłużył się Mocą żeby zmienić tor jej lotu. Piłka była posłuszna jego
woli i z głuchym stukiem uderzyła o ścianę. W następnej chwili ujrzał kolejną rozmytą plamkę, a po
niej następną i następną. Pociski zaczęły nadlatywać z różnych stron, coraz szybciej i szybciej, jeden
po drugim.

Chłopiec  posługiwał  się  Mocą.  Wymachiwał  drewnianą  pałką,  starając  się  nadążać  za

wystrzeliwanymi  piłkami.  Wyczuwał,  że  Jaina  także  radzi  sobie  coraz  lepiej  i  że  laserowe
błyskawice  zdalniaków,  sterowanych  przez  Lowiego,  także  coraz  częściej  trafiają  do  celów.
Pocisków nadlatywało jednak tak wiele, że młody Wookie do niektórych chybiał, a może po prostu
nie nadążał trafiać wszystkich.

Nagle  coś  bardzo  ostrego  i  twardego  uderzyło  Jacena  w  prawą  rękę  w  okolicy  łokcia,  a  fala

przenikliwego  bólu  sprawiła,  że  chłopiec  na  chwilę  zapomniał  o  oddychaniu.  Poczuł,  że  jego  ręka
zdrętwiała, i natychmiast przełożył pałkę do lewej dłoni. Uświadomił sobie, że ćwiczenie weszło w
drugą fazę. Byli teraz bombardowani ostrymi odłamkami skał i kamieniami.

Lowbacca,  który  siedział  w  obserwatorium  będącym  równocześnie  sterownią,  gorączkowo

przebierał palcami po klawiaturze komputera, kierując ruchami czterech obronnych zdalniaków. Raz
po raz strzelał z ich laserowych działek i nawet udało mu się trafić kilka celów. Kiedy jednak pociski
zaczęły być wystrzeliwane w coraz krótszych odstępach czasu, zrozumiał, że musi być ostrożniejszy.
Wiedział, że gdyby nawet musnął laserową smugą którekolwiek z bliźniąt, zraniłby je co najmniej tak
samo jak spiczasty kamień.

Nie  trafił  w  kolejny  odłamek  skały,  który  uderzył  Jainę  w  udo.  Na  jej  twarzy,  przewiązanej

background image

czarną opaską, pojawił się grymas bólu. Kolana dziewczyny się ugięły i Jaina omal nie upadła, ale
jakoś zachowała równowagę. Wymachiwała zapewne na oślep pałką i odbiła następny kamień, który
szybował ku niej, gotów roztrzaskać głowę.

W  kierunku  bliźniąt  poleciało  kilka  następnych  kamieni  wystrzeliwanych  ze  śmiercionośnymi

prędkościami.  Lowie  zaczął  strzelać  z  laserów  wszystkich  zdalniaków  naraz.  Celował,  strzelał,
celował, strzelał... Udało mu się w końcu stopić jeden z mechanizmów odchylających klapy, dzięki
czemu z tego otworu przestały wylatywać pociski. A jednak, mimo iż tak się starał, w pewnej chwili
znów chybił. Tym razem spory skalny odłamek trafił Jacena w bok w okolicach pasa.

I chłopiec i dziewczyna byli w kilku miejscach ranni a w wielu innych posiniaczeni. Słaniali się

na  nogach,  ale  nadal  walczyli,  jak  najlepiej  umieli.  Lowie  mruknął  cicho,  jakby  chciał  przeprosić
bliźnięta, i jeszcze szybciej zaczął przebierać palcami po klawiaturze.

Nagle usłyszał ostry, natrętny głosik miniaturowego androida:
- Czy muszę przypominać, Lowbacco, że Imperium będzie bardzo rozczarowane, jeżeli w trakcie

tego ćwiczenia nie wzniesiesz się na szczyty swoich możliwości?

Lowie nie chciał tracić energii ani czasu na rozkazywanie Em Teedee, aby był cicho. Sterował

pracą  skomplikowanych  mechanizmów  celowniczych,  korzystając  z  pomocy  rozmaitych
podprogramów  i  dokonując  oceny  wartości  różnych  parametrów.  Wprowadzał  polecenia  palcami
lewej  ręki,  a  palcami  prawej  kierował  ruchami  zdalniaków.  Wykorzystywał  dosłownie  wszystko,
czego  dotąd  nauczył  się  o  komputerach.  Doprowadzony  do  rozpaczy,  opracował  plan...  ale  jego
wykonaniu  mógł  poświęcić  tylko  cząstkę  uwagi.  W  ciągu  krótkiego  czasu,  kiedy  o  nim  myślał,
znacznie więcej spiczastych odłamków skał trafiło bliźnięta niż wówczas, gdy poświęcał całą uwagę
celowaniu  i  strzelaniu.  Jeżeli  jednak  chciał,  żeby  jego  plan  się  powiódł,  nie  mógł  przestać  o  nim
rozmyślać.

Wyczuwał, że instruktorzy Akademii Ciemnej Strony, pragnąc zademonstrować pełnię władzy, są

gotowi  zaryzykować  nawet  życie  swoich  podopiecznych.  Nie  obchodziło  ich,  że  niektórzy  mogą
zginąć  podczas  ćwiczeń  mających  wyłonić  najlepszych  kandydatów.  Lowie  liczył  tylko  na  to,  że
będzie umiał jak najszybciej położyć kres tej udręce.

Odgarnął  z  czoła  kosmyk  rudobrązowej  sierści  i  spojrzał  w  dół,  na  małą  salę.  Kamienie  nie

przestawały zadawać ran bliźniętom.

Jacen  klęczał  i  gorączkowo  wymachiwał  drewnianą  pałką,  ale  trzymał  ją  w  lewej  dłoni.  Jego

prawa  ręka  zwisała  bezwładnie  jakby  sparaliżowana.  Lowie  widział,  że  bliźnięta  są  poranione  i
posiniaczone, a mimo to z otworów wylatywały wciąż nowe kamienie, bezlitośnie je bombardując.

Nagle  nastąpiła  kilkusekundowa  przerwa,  po  której  coś  uległo  zmianie.  Z  otworów  zaczęły

wylatywać długie i ostre metalowe noże.

Lowie  poczuł,  że  zaczyna  ogarniać  go  panika,  ale  siłą  woli  zmusił  się  do  poświęcenia  uwagi

komputerowi. Pokładał w nim całą nadzieję. Komputer był jedynym urządzeniem, które mogło ocalić
życie Jacena i Jainy.

Bliźnięta posługiwały się teraz Mocą. Odchylały tory lotu noży, tak że ich śmiercionośne ostrza

odbijały się od metalowych ścian sali, pozostawiając na nich długie białe szramy. Jeszcze jeden nóż.
I jeszcze jeden.

Lowbacca, gorączkowo wystukując na klawiaturze kolejne polecenie, pozwolił, by unoszące się

kule z laserami znieruchomiały i przestały strzelać. Miał pomysł. To była jego ostatnia szansa.

- Panie Lowbacco - odezwał się gderliwie Em Teedee. - Co pan sobie wyobraża...

background image

Lowie  wystukał  kolejną  serię  poleceń.  Miał  nadzieję,  że  ich  wykonanie  pomoże  unieważnić

sekwencje  wszystkich  poprzednich  rozkazów.  Wcisnął  ostatni  klawisz,  zezwalając  na  rozpoczęcie
akcji.

Zobaczył,  że  w  małej  sali  otworzyło  się  aż  pięć  otworów  naraz.  Za  ułamek  sekundy  z  każdego

miał wystrzelić śmiercionośny nóż...

Nagle  wszystko  w  celi  zamarło.  Światła  zamrugały  i  ściemniały.  Klapy  otworów  ponownie  się

zatrzasnęły. Ich mechanizmy przestały być zasilane.

Lowie  wydał  przeciągle  warknięcie,  pełne  ulgi,  po  czym  bezwładnie  zgarbił  się  na  fotelu

operatora. Przesunął wielką dłonią po pasemku ciemnej sierści, zaczynającym się nad lewym okiem.
Zrozumiał,  że  nareszcie  udało  mu  się  unieruchomić  podprogram,  odpowiedzialny  za  ostatnią  fazę
niesamowitego ćwiczenia.

- Och, Lowbacco! - zapiszczał zrozpaczony Em Teedee. - O rety, popatrz, wszystko spartoliłeś!

Czy masz pojęcie, ile czasu i trudu będzie kosztowało doprowadzenie tego do poprzedniego stanu?

Lowie uśmiechnął się, ukazując długie kły, i z zadowoleniem cicho zamruczał.
Do  obserwatorium  wpadli  Tamith  Kai  i  Brakiss.  Siostra  Nocy  była  rozwścieczona.  Czarna

opończa  zawirowała  za  jej  plecami  jak  gradowa  chmura.  Fioletowe  oczy  płonęły,  jakby  za  chwilę
miały wystrzelić z nich oślepiające błyskawice.

- Coś ty narobił! - krzyknęła, domagając się odpowiedzi.
Brakiss uniósł brwi, a na jego pięknej twarzy pojawił się wyraz podziwu i rozbawienia.
- Wookie zrobił dokładnie to, czego od niego żądałem - powiedział. - Obronił swoich przyjaciół.

Nie  powiedzieliśmy  mu,  że  musi  postępować  zgodnie  z  naszymi  regułami.  Wygląda  na  to,  że
doskonale wywiązał się ze swojego obowiązku.

Wiśniowosine  wargi  Tamith  Kai  wykrzywiły  się  w  grymasie,  jakby  kobieta  połknęła  coś

kwaśnego.

- Czy to znaczy, że zamierzasz mu przebaczyć? - zapytała.
-  Wystąpił  ze  śmiałą  inicjatywą  -  odparł  imperialny  nauczyciel.  -  Wykorzystywanie  własnych

umiejętności  do  rozwiązywania  trudnych  problemów  jest  bardzo  cenną  zaletą.  Jestem  pewien,  że
Lowbacca zostanie kiedyś jednym z najlepszych obrońców naszego Imperium.

Lowie ryknął, usłyszawszy tę zniewagę.
- Och, Lowbacco, jestem z ciebie taki dumny! - zapiszczał miniaturowy android.
Szturmowcy wyprowadzili Jacena i Jainę z niewielkiej sali. Było widać, że bliźnięta słaniają się

na  nogach.  Ich  ubrania  były  podziurawione  i  w  wielu  miejscach  rozdarte,  a  twarze,  ręce  i  nogi
pokryte licznymi ranami i sińcami. Z wielu rozcięć skóry ciekły krople krwi. Kiedy strażnicy zdjęli
im opaski, Jacen i Jaina zamrugali, oślepieni światłami, które na nowo zapłonęły w niewielkiej sali.
Brakiss pochwalił bliźnięta za to, że go nie zawiodły.

-  Spisaliście  się  bardzo  dobrze  -  powiedział.  -  Wy,  młodzi  rycerze  Jedi,  nie  przestajecie  mnie

zadziwiać. Mistrz Skywalker musi starannie was wybierać. W swojej akademii ma zapewne samych
bardzo dobrych kandydatów.

- Lepszych niż ty będziesz miał kiedykolwiek - odcięła się Jaina. Mimo ran znalazła w sobie dość

hartu ducha i siły, by przeciwstawić się imperialnemu nauczycielowi.

-  To  prawda  -  przyznał  Brakiss.  -  Właśnie  dlatego  postanowiłem  porwać  kilku  innych,  których

wybrał  i  naucza.  Wy  troje  jesteście  pierwszymi,  których  udało  mi  się  pozyskać  z  jego  akademii.
Macie  tak  wielki  talent,  że  jesteśmy  gotowi  porwać  z  Yavina  Cztery  kolejną  grupę.  Stopniowo

background image

chcemy  ściągnąć  wszystkich  uczniów  Jedi,  dla  których  będziemy  mogli  znaleźć  miejsce  w  naszej
akademii.

Lowie  warknął.  Jacen  i  Jaina  spojrzeli  sobie  w  oczy,  przerażeni  i  skonsternowani,  po  czym

popatrzyli  na  Wookiego.  Wszyscy  troje  nawet  nie  posługując  się  Mocą  wiedzieli,  że  myślą  o  tym
samym.

Musieli coś zrobić. Musieli zacząć działać... i to szybko.

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ

 

background image

 

 

 

19

 
Tenel Ka postanowiła skorzystać z techniki relaksacyjnej, stosowanej przez rycerzy Jedi. Liczyła

na  to,  że  może  ukryje  zdenerwowanie,  zanim  dostrzeże  je  Vonnda  Ra.  Luke,  stojący  u  jej  boku  na
kawałku  udeptanej  ziemi,  służącym  Siostrom  Nocy  za  lądowisko,  sprawiał  wrażenie  pogodnego  i
beztroskiego.  Tenel  Ka  wyczuwała  jednak  promieniujące  od  niego  podniecenie,  zmieszane  z
zaciekawieniem, jakby mistrz Jedi uważał, że czeka go wielka przygoda.

- Jest - odezwała się nagle Vonnda Ra.
Wyciągnęła  rękę  ku  horyzontowi,  na  którym  ukazał  się  srebrzysty  punkcik.  Tenel  Ka

obserwowała,  jak  metalowy  przedmiot  o  opływowych  kształtach  z  każdą  chwilą  staje  się  coraz
większy, dosłownie rośnie w oczach.

-  Macie  nieprawdopodobne  szczęście  -  odezwał  się  cicho  Vilas,  który  podszedł  i  stanął  za  ich

plecami.  Vonnda  Ra  obdarzyła  go  pytającym  spojrzeniem,  ale  mężczyzna  w  odpowiedzi  wzruszył
ramionami.  -  Wyczułem  jej  obecność  i  musiałem  przyjść,  żeby  ją  powitać.  -  Gestem  wskazał
nadlatujący statek. - To jedna z naszych najbardziej utalentowanych sióstr - wyjaśnił. - Nazywa się
Garowyn i zabierze was tam, gdzie będziecie mogli się dalej uczyć.

Tenel Ka domyśliła się, że Garowyn pochodzi także z Dathomiry, jako że jej imię było popularne

na tej planecie. A zatem jeszcze jedna Siostra Nocy. Dziewczyna była ciekawa, skąd mogło się wziąć
aż  tyle  nowych  Sióstr  Nocy  w  jednym  miejscu.  Przecież  nie  upłynęło  nawet  dwadzieścia  lat  od
chwili,  kiedy  Luke  i  jej  rodzice  wytępili  wszystkie  stare  Siostry  Nocy.  A  jednak  znów  powstała
nowa  wioska  zakonu,  zamieszkiwana  przez  kobiety  i  mężczyzn.  Wszystkich  uwiodła  ciemna  strona
Mocy, skusiła obietnicą sprawowania władzy. Co więcej, zaglądało także tutaj Imperium, jak zawsze
szukające nowych sprzymierzeńców.

Tenel Ka zgrzytnęła zębami. Czy mieszkańcy jej planety byli rzeczywiście aż tacy słabi? A może

pokusa  zdobycia  wielkiej  władzy,  której  raz  ulegli,  okazała  się  zbyt  silna,  żeby  mogli  się  jej
przeciwstawić? Postanowiła, że nie będzie się posługiwała Mocą, dopóki jej siły nie okażą się zbyt
skromne, żeby sprostać jakiemuś wyzwaniu. Nie lubiła łatwych wyjść z trudnych sytuacji.

Stłumiła emocje, gdy ujrzała, że zgrabny statek, błyszczący w promieniach słońca, osiada z gracją

na lądowisku w pobliżu miejsca, w którym stali. Mimo iż była pewna, że maszyna należy do Sióstr
Nocy  czy  też  kogokolwiek,  kto  porwał  Jacena,  Jainę  i  Lowbaccę,  zachwycała  się  jej  pięknymi
kształtami.

Nieduży  statek,  zbudowany  zapewne  z  myślą  o  transportowaniu  kilkunastu  osób,  cieszył  oczy

prostotą konstrukcji i idealnym stanem kadłuba. Tenel Ka czuła niemal nieodpartą chęć wyciągnięcia
ręki  i  pogładzenia  powierzchni  burty.  Na  kadłubie  nie  było  widać  osmalonych,  ciemnych  plam  po
blasterowych  błyskawicach.  Nie  było  także  żadnych  wgięć  ani  śladów  uderzeń  meteorytów,  dosyć
często  spotykanych  w  przestworzach  albo  górnych  warstwach  atmosfery.  Sylwetka  maszyny

background image

pozwalała  przypuszczać,  że  statek  zbudowano  w  imperialnej  stoczni,  ale  Tenel  Ka  nie  potrafiłaby
powiedzieć, jakiego był typu albo klasy.

Usłyszała,  że  Luke  Skywalker  cicho  gwizdnął,  po  czym  wymruczał  jakieś  pytanie,  jakby

rozmawiał z samym sobą.

- Kwantowy pancerz?
- Masz rację - odezwał się Vilas, wyraźnie ucieszony.
Z  gładkiego,  błyszczącego  podbrzusza  statku  wysunęła  się  rampa.  Vonnda  Ra  ruszyła  ku  niej,

chcąc powitać schodzącą kobietę. Na jej widok aż klasnęła w dłonie. Kiedy pilotka stanęła na ziemi,
Tenel  Ka  zauważyła,  że  nowo  przybyła  kobieta  jest  o  pół  metra  niższa  od  Vonndy  Ra.  Chociaż
niskiego  wzrostu,  była  jednak  silnie  zbudowana.  Jej  długie,  jasnobrązowe  włosy,  przetykane
ciemnobrązowymi  pasmami,  opadały  do  pasa.  Jak  przystało  prawdziwej  wojowniczce  z  Dathomiry
były  jednak  zaplecione  w  tyle  warkoczy  i  przewiązane  tyloma  wstążkami,  żeby  w  niczym  nie
przeszkadzały.

Pilotka bez zbytecznych ceremonii oderwała się od Vonndy Ra i podeszła, by stanąć przed Tenel

Ka i Luke'em. Jej orzechowe oczy krytycznie taksowały i dziewczynę, i mężczyznę.

- To wy jesteście tymi nowymi rekrutami? - zapytała.
Zanim  Tenel  Ka  zdążyła  odpowiedzieć,  do  rozmowy  wtrącił  się  Vilas,  jakby  rozpaczliwie

pragnął zamienić choćby kilka słów z pilotką.

- Pani kapitan Garowyn, przekona się pani, że mają niezwykły talent - powiedział.
Tenel  Ka  usłyszała  w  głosie  mężczyzny  niepokój  i  nadzieję...  a  także  niezwykłą  tęsknotę.

Zastanawiała się, czy przypadkiem Vilas nie kocha się potajemnie w Garowyn. Pilotka wyglądała na
kobietę  bywałą  w  szerokim  świecie,  a  biel  jej  skóry  kontrastowała  z  czerwienią  pancerza  z
jaszczurczej skóry, ściśle przylegającego do jej ciała. Czarna peleryna, rozpięta z przodu i sięgająca
kolan, sprawiała wrażenie jedynego zewnętrznego dowodu na to, że kobieta jest jedną z Sióstr Nocy.
Tenel  Ka  zwróciła  uwagę  na  zaciśnięte  usta  pilotki  i  ruchliwe,  przebiegłe  oczy.  Domyśliła  się,  iż
Garowyn nie nawykła, aby ktoś sprzeciwiał się jej woli.

- Vilas, zajmij się rozładowaniem statku - powiedziała pilotka, gestem odprawiając mężczyznę. -

Ja sama zajmę się tymi dwojgiem.

Mężczyzna jakby się skurczył. Nie ukrywając przygnębienia i powłócząc nogami, skierował się

do  ładowni,  ale  Garowyn  przestała  zwracać  na  niego  uwagę.  Rzuciwszy  Luke'owi  i  Tenel  Ka
wyzywające spojrzenie, zapytała:

- Co sądzicie o moim statku, „Ścigaczu Cieni"?
- Jest piękny - odparł cicho Luke. - Jeszcze nigdy nie widziałem takiego pięknego statku.
- Tak, to jest fakt - przyznała Tenel Ka. W jej głosie zabrzmiał niekłamany zachwyt.
- Tak. To jest fakt - powtórzyła Garowyn, najwidoczniej zadowolona z odpowiedzi. - „Ścigacz

Cieni"  jest  ostatnim  krzykiem  techniki  budowy  gwiezdnych  statków.  W  tej  chwili  nie  istnieją  inne
statki tej klasy.

Kobieta sprawiała wrażenie, jakby zapomniała o istnieniu Vonndy Ra i Vilasa.
-  Wchodźcie  na  pokład  -  rozkazała.  -  Nie  zamierzam  marnować  czasu.  Kiedy  ładownia  będzie

pusta, startujemy.

Powiedziawszy to, odwróciła się i weszła po rampie do środka. Tenel Ka i Luke podążyli za nią.
Kiedy „Ścigacz Cieni" przyspieszył i znalazł się w nadprzestrzeni, a mrugające światełka gwiazd

w  dziobowym  iluminatorze  zamieniły  się  w  świetliste  smugi,  Garowyn  powierzyła  opiekę  nad

background image

statkiem automatycznemu pilotowi, a sama wstała z fotela, na którym dotąd siedziała.

-  Nasza  podróż  zajmie  dwa  standardowe  dni  -  oznajmiła,  mijając  dziewczynę  i  mistrza  Jedi  i

wychodząc ze sterowni. - Mogę teraz zapoznać was z wnętrzem statku. Projektując go i budując, nie
liczono się z kosztami.

Pilotka pokazała im urządzenia do przerabiania odpadków oraz do uzdatniania powietrza i wody,

silniki umożliwiające latanie z prędkościami nadświetlnymi, a także niewielkie kabiny z pryczami do
spania... Większość tego wszystkiego migała przed oczami Tenel Ka jak rozmazane plamy.

- A to - powiedziała Garowyn, pokazując kilka klap w tylnej części głównego pomieszczenia - są

wyrzutnie  kapsuł  ratunkowych.  Każda  kapsuła  może  pomieścić  jedną  osobę  i  jest  wyposażona  w
automatyczny  nadajnik  sygnału  namiarowego.  Jego  częstotliwość  jest  zmieniana  w  zaszyfrowany
sposób,  a  kod  umożliwiający  te  zmiany  może  być  odczytany  tylko  za  pomocą  odbiorników
znajdujących  się  w  Akademii  Ciemnej  Strony.  To  właśnie  tam  lecicie,  żeby  rozwijać  swoje
umiejętności.

Powiedziawszy to Garowyn, zajęła się pokazywaniem innych urządzeń statku, i nie zauważyła, że

Tenel  Ka  rzuciła  zaniepokojone  spojrzenie  mistrzowi  Skywalkerowi.  Mężczyzna  popatrzył  na  nią  z
takim  samym  niepokojem.  Tenel  Ka  czuła,  że  ogarnia  ją  zawrót  głowy  na  myśl  o  tym,  że  gdzieś
istnieje jakaś inna uczelnia, także kształcąca rycerzy Jedi. Szkoła, której uczniowie poznają techniki
posługiwania się niewłaściwą połową Mocy. Akademia Ciemnej Strony.

Garowyn  postanowiła  nieco  lepiej  poznać  umiejętności  nowych  kandydatów.  Bardzo  długo

wypytywała  po  kolei  Tenel  Ka  i  Luke'a  o  techniki,  jakimi  się  posługują,  władając  Mocą.  Luke
udzielał wymijających odpowiedzi, ale Garowyn, zapewne dlatego, że sama pochodziła z Dathomiry
i  zapewne  uważała  mężczyzn  za  niegodnych  uwagi,  znacznie  więcej  czasu  poświęcała
egzaminowaniu jego towarzyszki.

Kiedy  zapytała  Tenel  Ka  o  doświadczenie  w  posługiwaniu  się  Mocą,  dziewczyna  postanowiła

udzielić szczerej odpowiedzi.

- Posługiwałam się Mocą i myślę, że władam nią całkiem nieźle. Postanowiłam jednak - dodała,

a w jej głosie zabrzmiała niezwykła siła - że nie użyję jej, jeżeli będzie miało to mnie osłabić. Jeżeli
potrafię cokolwiek zrobić, korzystając tylko z własnej siły, nie posłużę się Mocą.

Garowyn  roześmiała  się,  a  jej  chrapliwy  cyniczny  rechot  zabrzmiał  w  uszach  dziewczyny  jak

krakanie.

-  Bez  trudu  zmienimy  twoje  postanowienie  -  oświadczyła  Siostra  Nocy.  -  Przecież  właśnie

dlatego przybywasz do naszej akademii.

Tenel Ka przez chwilę myślała, zastanawiając się nad odpowiedzią, i w końcu postanowiła, że

musi być ostrożna.

- Niczego nie pragnę bardziej, niż nauczyć się posługiwać Mocą - odparła.
Garowyn kiwnęła głową i zapewne uważając tę sprawę za załatwioną, zwróciła się do Luke'a.
-  Nie  zgadzam  się  na  korzystanie  ze  świetlnych  mieczy  na  pokładzie  „Ścigacza  Cieni",  ale

chciałabym się przekonać, czy posługując się Mocą, potrafisz odgadnąć moje zamiary.

Sięgnęła po parę paraliżujących pałek i rzuciła jedną Luke'owi. Mistrz Jedi wyciągnął rękę, ale

przez chwilę udawał, że ma kłopoty ze złapaniem lecącej pałki. W końcu jednak pochwycił ją, zanim
dotknęła pokładu.

W ten sposób spędzili większą część pierwszego dnia podróży.
Tenel Ka starała się, jak umiała, żeby wypaść podczas każdej próby jak najlepiej, ale zauważyła,

background image

że  Luke  nie  wykorzystuje  wszystkich  swoich  umiejętności.  Mistrz  Jedi  nie  zdradzał,  jak  dobrze
potrafi władać Mocą. A może - ta myśl przyprawiła dziewczynę o ból głowy - może mimo wszystko
jej  nauczyciel  nie  ma  racji?  Może  ciemna  strona  Mocy  jest  naprawdę  silniejsza?  Jeżeli  byłoby  to
prawdą, ona i mistrz Skywalker nie mieli żadnej szansy ocalenia Jacena, Jainy i Lowbaccy.

Tenel  Ka  czuła  się  słaba  i  wyczerpana,  kiedy  unosiła  dziesiąty  duży  przedmiot.  Pragnęła

zadowolić  Garowyn,  która  nalegała,  żeby  ukończyła  całe  ćwiczenie.  Kiedy  ostrożnie  opuszczała
bryłę tytanu na płyty pokładu, duży sześcian zadrżał i niebezpiecznie się zakołysał.

Garowyn pozwoliła sobie na drwiący chichot.
- Twoja duma i chęć polegania na własnych siłach jest twoją słabością - powiedziała.
Zamknęła powieki, kryjąc za nimi orzechowe oczy, po czym odchyliła głowę i wyciągnęła rękę

ku dziewczynie.

Tenel  Ka  miała  wrażenie,  że  włosy  na  jej  głowie  zaczynają  się  jeżyć  jak  naelektryzowane.

Poczuła w żołądku wielki ciężar i zakręciło się jej w głowie. Zdawało się jej, że straciła orientację;
że nie wie, gdzie jest dół, a gdzie góra. Ugięła nogi w kolanach, chcąc usiąść, ale przekonała się, że
nie może. Unosiła się metr nad płytami pokładu. Zdławiła okrzyk przerażenia i spróbowała posłużyć
się myślami, pragnąc uwolnić się spod władzy Siostry Nocy.

Mlecznobrązowa  skóra  twarzy  Garowyn  była  w  tej  chwili  pokryta  siecią  ponurych  zmarszczek.

Było widać, że kobieta jest pogrążona w głębokim transie.

-  Tak  jest  -  odezwała  się  w  pewnej  chwili.  Jej  triumfujący  głos  miał  gardłowe  brzmienie.  -

Postaraj się walczyć, by przeciwstawić się mojej woli. Nie powstrzymuj gniewu.

Dziewczyna uświadomiła sobie, że właśnie to zamierzała zrobić, i natychmiast pozwoliła, by jej

mięśnie zwiotczały. W tej samej chwili Garowyn jakby straciła część władzy nad dziewczyną, gdyż
Tenel Ka lekko zachwiała się w powietrzu, ale nie opadła. A zatem - pomyślała dziewczyna - Siostra
Nocy wcale nie jest taka silna, jak jej się wydaje.

Następnie,  starając  się  ukryć  to,  co  robi,  wyciągnęła  cienką  linkę  z  wieloramienną  kotwiczką,

które  zawsze  nosiła  w  kieszeni  u  pasa,  i  zaczęła  się  rozglądać  w  poszukiwaniu  miejsca,  gdzie
mogłaby  ją  zaczepić.  Wkrótce  znalazła  coś,  co  nadawało  się  doskonale:  metalowe  kółko  na  klapie
śluzy wyrzutni kapsuły ratunkowej.

Garowyn  wciąż  jeszcze  napawała  się  „walką"  Tenel  Ka,  kiedy  dziewczyna  jednym  wprawnym

ruchem  nadgarstka  rzuciła  linkę  w  ten  sposób,  że  kotwiczka  pewnie  zahaczyła  o  metalowe  kółko.
Zanim  Siostra  Nocy  zdążyła  zareagować  na  odgłos  uderzenia  metalu  o  metal,  Tenel  Ka  ponownie
rozluźniła  mięśnie.  Kiedy  myślowy  uchwyt  Garowyn  znów  osłabł,  Tenel  Ka  szarpnęła  za  linkę  i
uwolniła się z myślowych więzów kobiety. Wylądowała na płytach pokładu, boleśnie uderzając o nią
pośladkami.

Uniosła głowę i ujrzała niewysoką sylwetkę Garowyn stojącej o metr od niej. Spodziewała się

usłyszeć  gniewną  naganę,  ale  zamiast  niej  dobiegł  ją  krótki,  chrapliwy  śmiech,  podobny  do
szczeknięcia.

Garowyn wyciągnęła rękę i pomogła dziewczynie wstać z pokładu.
-  Tym  razem  twoja  duma  dobrze  ci  się  przysłużyła,  ale  kiedyś  może  się  przyczynić  do  twojej

klęski - powiedziała.

- Tak zwykle dzieje się z każdą dumą - odezwał się cicho Luke, jakby zgadzał się z jej zdaniem.

Jego  spojrzenie  nie  odrywało  się  od  niewysokiej  Siostry  Nocy.  -  Przypuszczam,  że  i  ja  bym  to
potrafił.

background image

Usta Garowyn wykrzywiły się w pogardliwym uśmiechu.
- Co takiego? Wydaje ci się, że ty też umiałbyś wylądować na...
- Nie - przerwał mistrz Jedi. - Przypuszczam, że i ja potrafiłbym unieść jakąś osobę.
- Naprawdę? - Garowyn zarechotała, ale wyglądało na to, że chwyciła przynętę. - No, to pokaż,

co potrafisz.

Skrzyżowała  ręce  na  piersi,  a  wyzywające  spojrzenie  jej  orzechowych  oczu  kusiło  Luke'a,  by

spróbował ją unieść. Nagle jej oczy otworzyły się szeroko ze zdumienia, a po chwili odmalowało się
w  nich  niedowierzanie.  Kobieta  ujrzała,  że  jej  stopy  oderwały  się  od  płyt  pokładu  i  uniosły  na
wysokość pięćdziesięciu centymetrów.

-  Wydaje  mi  się,  że  najwyższy  czas,  aby  i  ciebie  nauczyć  władania  ciemną  stroną  Mocy  -

warknęła  wyniośle.  Zamknęła  oczy  i  zaczęła  ze  wszystkich  sił  wywijać  się  z  myślowego  uchwytu
Luke'a.

Tenel  Ka  zorientowała  się,  że  mistrz  Jedi  osłabił  uchwyt...  ale  tylko  trochę.  Garowyn  nadal

unosiła  się  nad  pokładem,  ale  Luke  zmienił  kierunek  działania  siły  nakazując,  by  jej  ciało  zaczęło
wirować wokół własnej osi.

Następnie,  nie  odrywając  spojrzenia  od  wirującej  z  zawrotną  prędkością  Siostry  Nocy,  Luke

powiedział:

-  Tenel  Ka,  bądź  taka  dobra  i  zechciej  otworzyć  klapę  śluzy  wyrzutni  pierwszej  kapsuły

ratunkowej.

Dziewczyna natychmiast zrozumiała, co zamierza zrobić jej nauczyciel, i pospieszyła, by spełnić

jego  polecenie.  W  ciągu  kilku  następnych  chwil  oboje  umieścili  wirującą  i  niemal  nieprzytomną
Siostrę Nocy we wnętrzu kapsuły, po czym zamknęli i uszczelnili pokrywę pojemnika. Ręka Tenel Ka
zatrzymała się nad włącznikiem automatycznego odpalania kapsuły. Luke kiwnął głową.

Dziewczyna,  nie  kryjąc  satysfakcji,  uruchomiła  wyrzutnię.  Rozległ  się  głośny  syk  sprężonego

powietrza  i  huk  zatrzaskiwanej  klapy  śluzy,  po  czym  kapsuła  ratunkowa  z  półprzytomną  Garowyn
poszybowała w przestworza.

-  Mistrzu  Skywalkerze  -  odezwała  się  Tenel  Ka,  nagle  poważniejąc.  -  Wydaje  mi  się,  że  teraz

rozumiem,  co  znaczą  twoje  słowa,  które  kiedyś  powiedziałeś...  że  trzeba  zrobić  wszystko,  żeby
zmienić sytuację.

Luke popatrzył na dziewczynę. Kilka razy zamrugał, jakby nie mógł uwierzyć własnym uszom, ale

później wybuchnął beztroskim śmiechem.

- Wiesz co, Tenel Ka? - powiedział. - Wydaje mi się, że właśnie opowiedziałaś dobry dowcip.

Jacen byłby z ciebie naprawdę dumny.

Nieco później tego samego dnia wyskoczyli z nadprzestrzeni, a automatyczny pilot ostrzegł ich, że

zbliżają się do wyznaczonego celu. Tenel Ka i Luke siedzieli obok siebie w sterowni i nie mając nic
innego do roboty, rozglądali się w poszukiwaniu planety, orbitalnej stacji czy czegokolwiek, na czym
mogliby wylądować. Nie ujrzeli jednak niczego.

Zdezorientowana Tenel Ka odwróciła się do Luke'a.
-  Czy  możliwe,  żeby  automatyczny  pilot  uległ  uszkodzeniu?  -  zapytała.  -  Wygląda  mi  na  to,  że

pomylił się przy obliczaniu współrzędnych.

-  Nie  sądzę  -  odparł  mistrz  Skywalker.  Sprawiał  wrażenie  spokojnego  i  pewnego  siebie.  -

Musimy uzbroić się w cierpliwość.

Nagle  wydało  im  się,  że  przed  ich  oczami  rozsunęła  się  niewidzialna  zasłona  i  ujrzeli  cel

background image

podróży: gwiezdną stację. A więc to jest Akademia Ciemnej Strony - pomyślała dziewczyna. Ujrzała
wirujący  w  przestworzach  spłaszczony  pierścień,  chroniony  przez  gniazda  baterii  laserowych,
umieszczonych  na  obwodzie  i  skierowanych  dosłownie  we  wszystkie  strony.  W  centralnej  części
zobaczyła grupę strzelistych iglic obserwacyjnych o różnych wysokościach i kształtach.

- Musiała być chroniona przez maskujące pole - stwierdził Luke.
Kiedy  statek  zbliżył  się  do  gwiezdnej  stacji,  mieszczącej  Akademię  Ciemnej  Strony,  automat

otworzył przed nim wrota hangaru z lądowiskiem. Mistrz Jedi, chcąc uspokoić dziewczynę, położył
dłoń na jej ramieniu.

- Ciemna strona Mocy nie jest silniejsza - powiedział.
Tenel Ka powoli wypuściła powietrze. Pozwoliła, żeby razem z nim uszła część zdenerwowania.
- To jest fakt - szepnęła.

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ

 

background image

 

 

 

20

 
Kiedy  w Akademii  Ciemnej  Strony  panowała  noc,  wszystkich  uczniów  zamykano  w  osobistych

komnatach.  Nakazywano  im,  żeby  odpoczywali  albo  oddawali  się  medytacjom,  mającym
zregenerować ich siły przed kolejnymi meczącymi ćwiczeniami. Nocny odpoczynek był jedną z reguł
obowiązujących  w  imperialnej  akademii,  a  większość  uczniów  przestrzegała  ich,  nie  zadając
zbędnych pytań.

Posiniaczony i pokaleczony Jacen siedział sam w niewielkiej celi. Czuł, jak jego ciało przenikają

fale  pulsującego  bólu.  Zwilżył  jedną  skarpetę  i  próbował  uśmierzyć  część  bólu.  Przemył
przynajmniej najgroźniejsze skaleczenia i rany, zadane przez ostre odłamki skał i noże.

Bliźnięta  po  zakończeniu  ćwiczenia  poprosiły  o  tabletki  uśmierzające  ból,  ale  Tamith  Ka

zdecydowanie odmówiła. Oświadczyła, że mają cierpieć, żeby przyzwyczaić się i uodpornić. Każde
ukłucie bólu powinno przypominać im o niepowodzeniu, jakim była nieudana próba odchylenia toru
lotu  twardej  piłki  albo  kamienia.  Jacen  posłużył  się  Mocą,  na  ile  umiał,  chcąc  znieczulić  ogniska
najsilniejszego bólu, ale nadal czuł się obolały.

Siedział  ze  skrzyżowanymi  nogami  na  pryczy  w  swojej  komnacie  i  rozpaczliwie  usiłował

opracować jakiś plan ucieczki, zanim Brakiss wyprawi się na Yavina Cztery, żeby porwać kolejną
grupę uczniów z akademii wujka Luke'a.

Jego  siostra,  Jaina,  była  zawsze  znacznie  lepsza  niż  on,  jeśli  chodziło  o  układanie

skomplikowanych planów. Rozumiała, jak funkcjonują urządzenia i jak  wszystkie  ich  części  tworzą
całość. W przeciwieństwie do niej Jacen, który lubił żyć bieżącą chwilą i cieszyć się tym, co robi,
nieco mniej się znał na planowaniu. Potrafił co prawda doprowadzać do końca niektóre sprawy, ale
niekoniecznie w tej samej kolejność w jakiej przedtem planował.

Możliwe,  że  najważniejszym  posunięciem  powinno  być  uwolnienie  Jainy  i  Lowiego.  Później

mogliby wspólnie postanowić, co dalej. Rzecz jasna, zawsze pozostawał nie rozstrzygnięty problem,
w jaki sposób mógłby uwolnić siostrę i Wookiego z zamkniętych komnat.

I nagle chłopiec przypomniał sobie o klejnocie corusca.
Omal nie roześmiał się na całe gardło. Dlaczego nie pomyślał o tym wcześniej? Schwycił lewy

but, zdjął z nogi, potrząsnął... ale ze zdziwieniem przekonał się, że nic z niego nie wypadło. Dopiero
wówczas  przypomniał  sobie,  że  przecież  ukrył  drogocenny  kamień  w  drugim  bucie.  Ściągnął  go  i
wytrząsnął kosztowny kryształ do zagłębienia podstawionej dłoni. Jeden koniec klejnotu był całkiem
gładki, a drugi spiczasty, co nadawało mu kształt wielobocznego ostrosłupa, nieco zwężającego się u
podstawy. Kamień zdawał się płonąć wewnętrznym blaskiem... zapewne uwięzionym przed wiekami,
kiedy tworzył się gdzieś w głębinach jądra Yavina.

Lando  Calrissian  powiedział,  że  klejnot  corusca  może  ciąć  transpastal,  jak  promień  lasera  tnie

warstwę  sullustańskiego  dżemu.  Lando  jednak  dość  często  mówił  rzeczy,  w  które  nie  można  było

background image

wierzyć bez zastrzeżeń. Jacen miał nadzieję, że tym razem ciemnoskóry mężczyzna nie przesadzał.

Chłopiec  ujął  kamień  corusca  w  trzy  palce  i  podszedł  do  zamkniętych  drzwi  swojej  celi.

Pamiętał,  że  kiedy  Tamith  Ka  i  jej  szturmowcy  wdzierali  się  na  pokład  orbitalnej  stacji
wydobywczej Calrissiana, posłużyli się wielką machiną, wyposażoną w ogromne kamienie corusca,
żeby wyciąć otwór w pancerzu stacji. Bez wątpienia mały klejnot Jacena powinien poradzić sobie z
cienką metalową płytą drzwi oddzielających go od korytarza...

Jacen  przesunął  palcami  po  gładkiej  metalowej  płycie  w  pobliżu  miejsca,  gdzie  znajdował  się

zamek.  Żałował,  że  nie  zna  się  na  urządzeniach  elektronicznych  i  mechanizmach  tak  dobrze  jak
siostra, ale postanowił, że zrobi wszystko, co będzie w jego mocy.

Nie  sądził,  żeby  tylko  przy  pomocy  siły  własnych  palców  potrafił  wyciąć  tak  duży  otwór  w

drzwiach,  aby  wyjść  na  korytarz.  Wiedział  jednak,  gdzie  znajduje  się  panel  kontrolny  po  drugiej
stronie.  Może  więc  wytnie  tylko  maty  otwór,  a  później  zerknie  od  wewnątrz  na  układy  i  obwody,
choćby  po  to,  by  przełączyć  kable  i  zmusić  drzwi  do  otwarcia...  Nie  miał  jednak  najmniejszego
pojęcia,  jak  to  zrobić.  Mimo  to  uniósł  kamień  i  odnalazł  miejsce  na  ścianie,  naprzeciwko  którego
powinna znajdować się tablica kontrolna. Posłużył się Mocą, by zapuścić delikatne myślowe palce w
tamto miejsce, i wyczuł obecność źródła energii, a także prądu elektrycznego, płynącego w wiązkach
przewodów. A zatem się nie pomylił.

Przytknął  szpic  klejnotu  do  gładkiej  ściany  i  pociągnął  nim  cztery  razy.  Na  metalowej

powierzchni  ukazały  się  cztery  cienkie  białe  linie  ograniczające  spory  prostokąt.  Dobry  początek  -
pomyślał Jacen.

Przycisnął  kamień  trochę  mocniej  i  ponownie  pociągnął  czubkiem  po  liniach.  Czuł,  jak  ostry

koniec  klejnotu  zagłębia  się  w  metal.  Powtórzył  czynność,  chociaż  zabolały  go  palce.  Ucieszył  się,
kiedy stwierdził, że zdołał przeciąć metalową płytę. Poczuł przyspieszone bicie serca, a podniecenie
zdwoiło jego siły. Zapomniał o bólu pulsującym w licznych ranach i skaleczeniach.

Przeciął linię stanowiącą jeden bok prostokąta i przekonał się, że płyta wgięła się do środka. Z

trudem  łapał  powietrze.  Czuł,  że  zbliża  się  do  upragnionego  celu.  Z  przecięciem  dłuższego  boku
poradził  sobie  jeszcze  szybciej.  Usłyszał  metaliczny  dźwięk,  kiedy  oba  przecięcia  się  połączyły.
Pozostałe dwa boki prostokąta nie sprawiły mu większego trudu. Przecięcie ich zajęło mu niewiele
czasu.

Niestety,  nie  udało  mu  się  pochwycić  wyciętego  prostokąta.  Kawałek  metalu  wyślizgnął  się  z

jego obolałych palców i z głośnym brzękiem wylądował na płytach posadzki.

-  Och,  blasterowe  błyskawice!  -  mruknął  do  siebie  Jacen.  Był  niemal  pewien,  że  pozostali

uczniowie Akademii Ciemnej Strony obudzili się i za chwilę do jego komnaty wpadnie cały oddział
imperialnych szturmowców.

Na  korytarzu  panowała  jednak  nadal  cisza  jakby  całą  stację  spowijał  niewidzialny  całun,

tłumiący wszelkie dźwięki. Wszyscy uczniowie przebywali przecież zamknięci w swoich celach, a w
nocy czuwało tylko kilku strażników.

Na razie wiec był bezpieczny. Zajrzał do środka otworu, który wyciął i z przerażeniem popatrzył

na  wiązki  przewodów,  krzyżujące  się  ze  sobą,  i  płytki  z  obwodami  elektronicznymi,  sprawującymi
władzę  nad  drzwiami  jego  celi.  W  porządku,  co  zrobiłaby  teraz  Jaina?  -  pomyślał.  Zamknął  oczy  i
postarał  się  otworzyć  umysł,  by  prześledzić  trasy  kablowe  i  zorientować  się  w  połączeniach.
Niektóre  przewody  biegły  do  systemów  łączności,  a  inne  do  końcówek  komputerowych,
rozmieszczonych  w  równomiernych  odstępach  na  korytarzu.  Chłopiec  odnalazł  te,  które  łączyły

background image

panele  jarzeniowe,  i  następne,  zasilające  termostaty.  Niektóre  wiązki  dostarczały  energii  do
systemów alarmowych, a jeszcze inne... prowadziły do mechanizmu zamka drzwi jego celi!

Jacen  postarał  się  uspokoić  oddech.  No,  dobrze,  a  teraz  co  ma  zrobić  z  tymi  przewodami?

Najprawdopodobniej powinien je zewrzeć albo połączyć z pozostałymi, ale w inny sposób. Nie miał
innego wyjścia. Musiał próbować i mieć nadzieję, że mu się uda.

Czując ból w palcach, odłączył pierwszy przewód z wiązki wiodącej do zamka drzwi, po czym

zwarł  go  z  innym.  Uważał,  by  odizolowane  łączówki  przewodzące  prąd  nie  dotknęły  jego  skóry.
Trysnęło  kilka  iskier,  a  wszystkie  światła  w  jego  celi  zamrugały  i  przygasły...  ale  drzwi  się  nie
otworzyły. Jacen spróbował dotknąć innego przewodu, ale tym razem nic się nie wydarzyło.

Miał  nadzieję,  że  w  pomieszczeniu  strażników  nie  zapłonęły  żadne  lampki  alarmowe.  Ciężko

westchnął.  Co  będzie,  jeżeli  mu  się  nie  uda?  No  cóż,  może  wówczas  mimo  wszystko  będę  musiał
wyciąć  znacznie  większą  dziurę  w  drzwiach  -  pomyślał.  Zaczął  przebierać  palcami,  niemal
spodziewając  się  bólu.  Przede  wszystkim  powinien  spróbować  zetknąć  odizolowany  przewód  z
ostatnim, jaki jeszcze pozostawał.

Zetknął  przewody,  a  wówczas  oba  skrzydła  drzwi,  jakby  czując  rozpacz  i  zdenerwowanie

chłopca, bezszelestnie się rozsunęły.

Jacen głośno się roześmiał, po czym wytknął głowę na korytarz. Rozejrzał się w prawo i lewo,

ale  dostrzegł  tylko  dwa  rzędy  takich  samych  gładkich  drzwi,  pozbawionych  jakichkolwiek  znaków
szczególnych, dzięki którym różniłyby się od siebie. Korytarz był oświetlony blaskiem jarzeniowych
paneli, nastawionych na pół mocy. Zapewne chodziło o oszczędzanie energii w porze, kiedy wszyscy
uczniowie powinni spać, zamknięci w swoich celach.

Posługiwanie się panelem kontrolnym od strony korytarza było o wiele prostsze. Jacen nie sądził,

by miał kłopoty z uwolnieniem Jainy i Lowiego... pod warunkiem, że ich odnajdzie.

To  zadanie  okazało  się  łatwiejsze  niż  oczekiwał.  Zapamiętał,  w  które  korytarze  skręcali

strażnicy,  kiedy  po  zakończeniu  ćwiczeń  odprowadzali  jego  siostrę  i  Wookiego.  Udał  się  w  tamtą
stronę, przywołując w myślach Jainę. Z nią powinno pójść najłatwiej - pomyślał. Szedł na palcach
obawiając  się,  że  w  każdej  chwili  zza  rogu  korytarza  może  pojawić  się  oddział  biegnących
szturmowców.

Akademia Ciemnej Strony pozostawała jednak cicha i uśpiona.
Jaino! - myślał Jacen. - Jaino!
Szedł  korytarzem,  zatrzymując  się  na  krótko  i  nasłuchując  pod  każdymi  drzwiami.  Nie  chciał

wywoływać  zamieszania,  ponieważ  uczniowie,  mający  zostać  kiedyś  Ciemnymi  Jedi,  z  pewnością
ogłosiliby alarm, gdyby go zauważyli.

Dopiero  przy  siódmych  drzwiach  zorientował  się,  że  nie  musi  dalej  szukać.  Wyczuł  za  nimi

siostrę,  rozbudzoną  i  podnieconą,  jakby  pewną,  że  jej  brat  stoi  tuż  obok.  Jacen  posłużył  się
klawiaturą panelu kontrolnego i wkrótce trafił na szyfr odblokowujący zamek drzwi celi jego siostry.
Jaina wybiegła ze środka i rzuciła mu się na szyję.

- Byłam pewna, że przyjdziesz - powiedziała.
-  Użyłem  klejnotu  corusca  -  wyjaśnił  chłopiec,  pokazując  na  but,  w  którym  ponownie  ukrył

drogocenny kamień.

Jaina kiwnęła głową, jakby od początku w to nie wątpiła.
- Musimy odszukać Lowiego i jego także uwolnić - oświadczył Jacen.
-  Oczywiście  -  odparła  dziewczyna.  - A  później  uciekniemy,  żeby  ostrzec  wujka  Luke'a,  zanim

background image

Brakiss wyprawi się po uczniów z jego akademii.

-  Masz  rację  -  przyznał  jej  brat,  zawadiacko  się  uśmiechając.  -  Uhm...  jeżeli  już  o  tym  mowa,

miałem nadzieję, ze może ty mogłabyś ułożyć resztę planu.

Jaina obdarzyła go promiennym uśmiechem, jakby usłyszała z ust brata największy komplement,

jaki mogła sobie kiedykolwiek wyobrazić.

- Już to zrobiłam - odparła. - Na co jeszcze czekamy?
Udało im się znaleźć Lowiego, a także Em Teedee. Młody Wookie ucieszył się na ich widok, ale

srebrzysty android nie ukrywał irytacji.

-  Czuję  się  w  obowiązku  ostrzec  was,  że  po  prostu  muszę  ogłosić  alarm  -  odezwało  się

miniaturowe urządzenie. - Jestem teraz na usługach Imperium i moim obowiązkiem...

Jaina kilka razy puknęła kostkami palców w obudowę androida-tłumacza.
- Jeżeli chociaż piśniesz - zagroziła - przełączymy twoje obwody wyjściowe w taki sposób, że

będziesz bełkotał, a wówczas twoje Imperium odda cię do składnicy złomu.

- Nie ośmielicie się! - obruszył się Em Teedee.
- Chcesz się założyć? - zapytała Jaina, ale w jej słodkim głosie zabrzmiała groźba. Jacen, stojący

obok siostry, spiorunował spojrzeniem miniaturowego androida.

Lowie wzmocnił pogróżkę gardłowym warknięciem.
-  Och,  dobrze,  już  dobrze  -  odezwał  się  Em  Teedee.  -  Ustępuję,  ale  zgłaszam  stanowczy

sprzeciw. Mimo wszystko Imperium jest naszym sprzymierzeńcem.

Jaina parsknęła.
-  Nie,  wcale  nie  jest  -  oświadczyła.  -  Myślę,  że  kiedy  powrócimy  na Yavina  Cztery,  będziemy

musieli poddać twój mózg gruntownemu przeprogramowaniu.

- O rety! - zapiszczał przerażony android.
Dziewczyna  spojrzała  najpierw  w  jeden,  a  potem  w  drugi  koniec  cichego  korytarza.  Zatarła

dłonie i przygryzła dolną wargę, zastanawiając się, co robić.

-  No,  dobrze,  tak  wygląda  mój  plan  -  zaczęła,  pokazując  jedną  z  końcówek  komputerowych  na

korytarzu.  -  Lowie  czy  mógłbyś  skorzystać  z  tego  urządzenia,  żeby  unieruchomić  główne  obwody
kontrolne  stacji?  Chciałabym  też,  byś  zlikwidował  ochronne  pole  maskujące  akademię,  a  także
zablokował  wszystkie  drzwi,  tak  by  nikt  nie  mógł  opuścić  żadnego  pomieszczenia.  Nie  ma  sensu,
żebyśmy niepotrzebnie wpadali w tarapaty.

Wookie mruknął, ochoczo wyrażając zgodę.
-  Lowbacco,  przecież  nie  będziesz  w  stanie  tego  zrobić  -  odezwał  się  gderliwie  Em  Teedee.  -

Jestem pewien, że sam zdajesz sobie z tego sprawę.

Lowie warknął, nakazując androidowi, by był cicho.
-  Jeżeli  zdołamy  przedostać  się  na  lądowisko  -  ciągnęła  Jaina  -  przypuszczam,  że  będę  umiała

pilotować  któryś  ze  stojących  tam  statków.  Ćwiczyłam  na  symulatorze  latanie  różnymi  maszynami.
Pamiętacie, chciałam nawet polecieć tym imperialnym myśliwcem typu TIE, zanim zabrał go Qorl.

Wookie zaczął przebierać długimi, włochatymi palcami po klawiaturze końcówki komputerowej.

Musiał  pochylić  się,  żeby  spojrzeć  na  ekran  monitora,  który  nie  znajdował  się  na  wysokości
odpowiedniej dla kogoś tak wysokiego jak młody Wookie. Lowie wyświetlił na ekranie informację
dotyczącą maszyn zaparkowanych na głównym lądowisku.

- Doskonale - ucieszyła się Jaina. - Właśnie wylądował jakiś nowy statek. Jego pilot jeszcze nie

zdążył  wyłączyć  silników,  a  więc  z  pewnością  jest  gotów  do  startu.  Porwiemy  go,  kiedy  Lowie

background image

zablokuje drzwi pomieszczeń stacji.

Wookie mruknął na znak zgody i zaczął jeszcze szybciej przebierać palcami po klawiaturze, ale

wkrótce  natrafił  na  przeszkodę  w  postaci  nieprzebytego  muru  haseł  i  szyfrów,  uniemożliwiających
uruchomienie blokady. Sfrustrowany, głośno ryknął.

- No i co, nie mówiłem, że tak będzie? - odezwał się piskliwie Em Teedee. - Powiedziałem ci, że

sobie nie poradzisz.

Lowie warknął, ale Jaina się uśmiechnęła, jakby nagle przyszedł jej do głowy jakiś pomysł.
- Android ma rację - powiedziała. - Tylko że on sam został przeprogramowany przez Imperium.

Dlaczego nie moglibyśmy podłączyć jego do terminala głównego komputera i kazać, by odszukał dla
nas te hasła?

Odczepiła  miniaturowego  androida-tłumacza  od  pasa  Lowiego  i  zaczęła  otwierać  klapkę

umożliwiającą dostęp do obwodów elektronicznych, umieszczoną na tylnej powierzchni obudowy.

- Z całą pewnością tego nie zrobię - oświadczył Em Teedee. - Po prostu nie mogę. Okazałbym się

nielojalny wobec Imperium, a na coś takiego nie mógłbym się...

Lowie zawarczał ostrzegawczo i mały android natychmiast umilkł.
Dziewczyna spiesząc się, zaczęła przebierać zwinnymi palcami we wnętrzu obudowy androida.

Dokonała  przełączeń  kilku  obwodów  i  wyciągnęła  kilka  przewodów  zakończonych  odizolowanymi
łączówkami.  Po  chwili  umieściła  je  w  odpowiednich  gniazdach  na  płycie  czołowej  terminala
komputera Akademii Ciemnej Strony.

- O rety - odezwał się zdumiony Em Teedee. - Tak, teraz jest o wiele lepiej. Widzę tyle nowych

rzeczy! Mam wrażenie, że mój mózg nie zdoła pomieścić tych wszystkich informacji. Jest ich tutaj tak
dużo, że naprawdę...

- Hasła, Em Teedee - przypomniała mu Jaina, wyciągając rękę w stronę krnąbrnego androida.
-  Och,  prawda,  zapomniałem.  Oczywiście,  hasła  -  odparł  pospiesznie  Em  Teedee.  -  Pragnę

jednak podkreślić, że naprawdę nie powinienem.

- Pospiesz się - burknęła dziewczyna.
- Ach tak, oto one. Ale proszę nie mieć do mnie żalu, jeżeli za chwilę pojawi się tu cały oddział

szturmowców.

Ekran  monitora  zamrugał  i  po  chwili  ukazała  się  na  nim  informacja,  którą  usiłował  wyświetlić

Lowbacca. Jacen i Jaina westchnęli z ulgą, a młody Wookie pomrukiem wyraził swoje zadowolenie.
Gorączkowo przebierając rudobrązowymi włochatymi palcami po klawiszach, wyświetlał katalog po
katalogu.  W  końcu  zdołał  się  przedostać  do  obwodów  sterujących  pracą  rdzenia  pamięciowego
głównego komputera.

Lowie  wystukał  dwa  krótkie  polecenia  i  usunął  siłowe  pole  maskujące  Akademię  Ciemnej

Strony.  Później,  z  głośnym  metalicznym  szczęknięciem,  które  poniosło  się  echem  po  korytarzach
stacji,  zablokował  wszystkie  drzwi  z  wyjątkiem  tych,  przez  które  mieli  przechodzić  w  drodze  na
lądowisko. Triumfująco zawył.

Poniewczasie  rozjęczały  się  syreny  alarmowe  akademii.  Uszy  trojga  uciekinierów  poraził

zawodzący przenikliwy jazgot, tak nieprzyjemny, że z pewnością zaprojektowany przez imperialnych
inżynierów.

Lowie odczepił Em Teedee od terminala komputera.
-  No  cóż,  starałem  się  was  ostrzec  -  odezwał  się  gderliwie  srebrzysty  android.  -  Ale  nie

posłuchaliście mnie. I co teraz zrobicie?

background image
background image

 

 

 

ROZDZIAŁ

 

background image

 

 

 

21

 
Chociaż wszyscy inni pracownicy akademii już dawno udali się na spoczynek, Brakiss siedział i

rozmyślał w półmroku swojej prywatnej komnaty. Sycił oczy widokiem dramatycznych wizerunków
na  ścianach  i  podziwiał  galaktyczne  katastrofy,  wywołane  działaniem  potężnych  niszczących  sił.
Siedząc pośrodku komnaty, miał wrażenie, że znajduje się w samym oku szalejącego cyklonu. Mógł
zachwycać się pięknem kataklizmu bez obawy, że stanie mu się coś złego.

Niedawno  ukończył  układanie  planów  błyskawicznego  ataku  na  Yavin  Cztery,  których  celem

miało być porwanie kilku innych uczniów Jedi z akademii mistrza Skywalkera. Przesłał zaszyfrowaną
wiadomość w głąb jądra galaktyki, do samego wielkiego wodza Imperium, który natychmiast wyraził
zgodę  na  realizację  planu.  Imperialny  przywódca  wprost  nie  mógł  się  doczekać,  kiedy  będzie  miał
jeszcze więcej utalentowanych uczniów Jedi, gotowych do walki w obronie ciemnej strony.

Wyprawa  miała  się  rozpocząć  za  kilka  dni.  Brakiss  był  przekonany,  że  mistrz  Skywalker  nie

otrząsnął  się  ze  wstrząsu,  jaki  przeżył  na  wieść  o  porwaniu  bliźniąt  i  Wookiego.  Było  nawet
możliwe, że opuścił akademię, by ich szukać. Tamith Kai miała także wziąć udział w tej wyprawie.
Siostra Nocy musiała wyładować gniew, dać upust choćby części nienawiści, jaka niemal ją dławiła.
Uczestnictwo w wyprawie powinno poprawić jej samopoczucie.

Brakiss  wstał  i  popatrzył  na  olśniewająco  piękny  wizerunek  wybuchającej  Denarii,  układu

dwóch słońc, nawzajem przenikających się kosmicznym żarem. Coś nie dawało mu spokoju, ale nie
potrafiłby  określić,  co  takiego.  Dzień  upłynął  właściwie  normalnie.  Troje  młodych  Jedi  spisywało
się o wiele lepiej niż oczekiwał. Imperialny instruktor miał jednak złe przeczucia, czuł nieokreślony
niepokój.

Powoli wyszedł z komnaty, a srebrzysta szata za jego plecami zamigotała niczym płomień świecy.

Pozostawił  otwarte  drzwi  i  w  zadumie  zaczął  iść  korytarzem.  Panowała  głęboka  cisza,  jak  zwykle
zresztą każdej nocy.

Brakiss stanął i zmarszczył brwi, po czym wzruszył ramionami. Doszedł do przekonania, że mu

się wydawało. Odwrócił się i ruszył z powrotem do komnaty. Zanim jednak zdążył przekroczyć próg,
nieoczekiwanie  drzwi  z  hukiem  się  zatrzasnęły.  Mężczyzna  zorientował  się,  że  nie  może  wejść  do
środka.

Inne  wejścia  na  korytarzu,  które  dotąd  były  otwarte,  także  się  zamknęły.  Mężczyzna  słyszał

szczęknięcia  innych  blokad.  Zapewne  urządzenia  zamykające  wszystkie  drzwi  w  jego  akademii
zostały zablokowane.

Odezwały się syreny alarmowe. Brakiss nie zamierzał tolerować takiego naruszenia dyscypliny.

Ktoś będzie musiał ponieść zasłużoną karę. Hamując wybuch  gniewu,  ruszył  korytarzem.  Zamierzał
położyć kres temu zamieszaniu.

Jacen, Jaina i Lowbacca wbiegli na płytę głównego lądowiska. Rozglądając się na boki, szukali

background image

sposobu, który umożliwiłby im ucieczkę z Akademii Ciemnej Strony.

Pośrodku jaskrawo oświetlonego lądowiska ujrzeli błyszczący kadłub imperialnego wahadłowca

o  niezwykłych  opływowych  kształtach.  Statek  musiał  niedawno  wylądować,  gdyż  jego  pilot  nie
zakończył  wykonywać  wszystkich  czynności  związanych  z  lądowaniem.  Oprócz  wahadłowca  na
lądowisku  stało  kilka  myśliwców  typu  TIE  i  kanonierek  klasy  Skipray,  na  ogół  naprawianych  albo
remontowanych. Ogłuszający jęk syren alarmowych nie przestawał przenikać do każdego zakamarka
pomieszczenia.

Jacen  ujrzał,  że  we  wnętrzu  wahadłowca  ktoś  się  porusza,  i  zaczął  dawać  rozpaczliwe  znaki

pozostałym, by się ukryli. W tej samej chwili wszyscy ujrzeli sylwetki dwóch osób schodzących po
opuszczonej rampie. Jedna z nich nagłe się zatrzymała i wyciągnęła miecz świetlny.

- Wujek Luke! - zawołała zdumiona Jaina, zrywając się na równe nogi.
Druga postać, wojowniczo wyglądająca dziewczyna, słysząc okrzyk Jainy, obróciła się, w jednej

chwili gotowa do odparcia ataku. Jej splecione złocistorude włosy niczym ognista burza przysłoniły
szare oczy.

- I Tenel Ka - rzekł Jacen. - Hej, naprawdę się cieszę, że was widzę!
Zachwycony Lowie ryknął, witając mistrza Skywalkera i wojowniczkę z Dathomiry.
-  No  cóż,  to  prawdziwa  radość  móc  znów  widzieć  znajome  twarze  po  całym  tym  piekielnym

galimatiasie - zapiszczał Em Teedee.

-  No,  dobrze,  dzieciaki  -  odezwał  się  Luke.  -  Przylecieliśmy,  by  was  uratować,  ale  skoro  sami

dotarliście na lądowisko, przypuszczam, że możemy odlecieć. I to natychmiast.

Jaina postanowiła złożyć bardzo zwięzłe sprawozdanie.
-  Wujku  Luke'u,  zlikwidowaliśmy  ochronne  pole,  maskujące  akademię.  Zablokowaliśmy  zamki

większości  drzwi  w  stacji.  Nie  sądzę,  żeby  mogło  nas  ścigać  wielu  strażników,  ale  powinniśmy
wynosić się stąd jak najszybciej.

-  A  jak  otworzymy  wrota  hangaru?  -  zapytała  Tenel  Ka,  oglądając  się  przez  ramię.  -  Nie

poradzimy sobie bez pomocy kogoś, kto będzie znajdował się w sterowni akademii. Czy to nie jest
fakt?

Lowie  odpowiedział  jej  całą  serią  przeciągłych  warknięć  i  pomruków.  Zaczął  machać  długimi

chudymi rękami.

Em Teedee, wciąż jeszcze grzechocząc nie domkniętą chromowaną płytką na tylnej powierzchni

obudowy, nie omieszkał go skarcić.

-  Nie,  nie  poradzisz  sobie  sam,  Lowbacco.  Znów  zaczyna  cię  ogarniać  mania  wielkości.

Pamiętaj,  że  to  ja  pomogłem  unieruchomić  systemy  obronne Akademii  Ciemnej  Strony,  i  to  ja...  o
rety, co ja zrobiłem?

-  Może  ja  będę  mogła  pomóc?  -  zaproponowała  Jaina.  -  Chodźmy  do  sterowni  wahadłowca.

Spróbujemy posłużyć się jej urządzeniami.

Pilot Qorl, pełniący dyżur w sterowni lądowiska, stał, zdumiony nieoczekiwanym zawodzeniem

syren alarmowych.

Obserwował,  jak  troje  młodych  Jedi  wbiega  na  płytę  głównego  lądowiska.  „Ścigacz  Cieni",

który  dostarczył  żywność  i  niezbędny  sprzęt  na  Dathomirę,  właśnie  wrócił  z  rutynowego  rejsu.  Na
opuszczonej  rampie  ukazał  się  jednak  jasnowłosy  mężczyzna  w  towarzystwie  młodej  dziewczyny,
wyglądającej  jak  wojowniczka.  Qorl  natychmiast  rozpoznał  jedną  z  uczennic  akademii  na Yavinie
Cztery,  która  pomagała  naprawiać  jego  uszkodzony  myśliwiec  typu  TIE,  spoczywający  od  ponad

background image

dwudziestu lat w gęstwinie dżungli.

Od  pierwszej  chwili,  w  której  rozjęczały  się  syreny,  imperialny  pilot  wiedział,  że  powodem

alarmu są z pewnością Jacen, Jaina i Lowbacca. Pozostali uczniowie, mający zostać Ciemnymi Jedi,
ucieszyli  się  z  przybycia  trójki  nowych  kandydatów.  Uważali  zapewne,  że  w  ten  sposób  ich  zakon
będzie  silniejszy,  ale  Qorl  był  pewien,  że  tych  troje  narobi  sporo  zamieszania...  tym  bardziej  że
Brakiss i Tamith Kai poddawali wszystkich troje ćwiczeniom, w trakcie których młodzi Jedi mogli
stracić życie albo odnieść rany.

Qorl  był  szczególnie  zaniepokojony  pojedynkiem  na  śmierć  i  życie,  jaki  stoczyli  Jacen  i  Jaina,

zamaskowani holograficznymi wizerunkami, nie wiedząc o tym, że walczą ze sobą. Pamiętał również,
że  niebezpieczne  ćwiczenie,  polegające  na  bombardowaniu  kandydatów  ostrymi  odłamkami  skał  i
nożami, spowodowało kiedyś śmierć kilkorga obiecujących uczniów Akademii Ciemnej Strony.

Nie  zgadzał  się  z  metodami  Brakissa,  ale  był  tylko  zwykłym  pilotem.  Bez  względu  na  to,  jak

bardzo  był  przekonany  o  słuszności  tego,  co  myśli,  wiedział,  że  nikt  nie  będzie  się  liczył  z  jego
zdaniem. Qorl służył jednak Imperium i musiał robić to, co uważał za słuszne.

Włączył zasilanie mikrofonu interkomu i burkliwie zaczął meldować:
-  Panie  Brakiss,  Siostro  Tamith  Kai...  ktokolwiek,  kto  może  mnie  słyszeć.  Więźniowie  podjęli

próbę  ucieczki.  W  tej  chwili  znajdują  się  na  płycie  głównego  lądowiska.  Przypuszczam,  ze
zamierzają  porwać  „Ścigacz  Cieni".  Z  powodu  awarii  komputera  nie  funkcjonuje  żaden  system
obronny. Jeżeli możecie pomóc, niezwłocznie przybądźcie do głównego hangaru.

W  tej  samej  sekundzie,  kiedy  rozległo  się  zawodzenie  syren,  Tamith  Kai  otworzyła  fioletowe

oczy  i  zeskoczyła  z  niewygodnej,  twardej  pryczy.  Natychmiast  się  rozbudziła.  Czuła,  że  jej  mózg
domaga  się  informacji  o  wszystkim,  co  dzieje  się  w  stacji.  Jakieś  niebezpieczeństwo  zagrażało
Akademii Ciemnej Strony.

Siostra  Nocy  narzuciła  czarną  opończę,  która  zawirowała  za  jej  plecami  wieloma  migotliwymi

srebrzystymi  pasmami,  podobnymi  do  smug  gwiazd,  widzianych  podczas  skoku  w  nadprzestrzeń.
Sięgnęła  do  drzwi  celi,  ale  te  się  nie  otworzyły.  Uderzyła  pięścią  w  metalową  płytę  i  pospiesznie
wystukała kombinację cyfr, chcąc usunąć blokadę zamka, ale mimo to mechaniczne szczęki, ukryte we
wnętrzu zamka, ani myślały się rozłączyć.

- Chcę stąd wyjść! - warknęła.
Ponownie przebiegła palcami po klawiszach i ponownie szarpnęła drzwi, ale znów bez rezultatu.

Czuła,  że  budzi  się  w  niej  wściekłość.  Coś  musiało  się  wydarzyć,  coś  strasznego...  Zrozumiała,  że
powodem zamieszania musi być troje porwanych młodych Jedi. Sprawiali więcej kłopotów niż byli
warci. Akademia  Ciemnej  Strony  mogła  znaleźć  wielu  innych  chętnych  kandydatów  we  wszystkich
innych  zamieszkanych  światach  w  całej  galaktyce.  Bez  względu  na  to,  jak  wielki  talent  miało  tych
troje, stanowili zbyt duże zagrożenie.

Zniszczy ich raz na zawsze, żeby życie w Akademii Ciemnej Strony znów mogło toczyć się utartą

koleiną. Chciała sprawować władzę w uczelni, a Brakissowi zostawić zajmowanie się drobiazgami.
Dopiero wówczas będzie znów szczęśliwa.

Zakrzywiła palce jak szpony i przyglądała się, jak przeskakują między nimi fioletowo-purpurowe

ogniki i pojawiają się obłoki siwego dymu.

- Wyjść! - zawyła. - Chcę wyjść!
Gniewnie wyciągnęła obie ręce do przodu, kierując je ku zablokowanemu zamkowi.
Z  jej  palców  wystrzeliły  błyskawice.  Kiedy  trafiły  w  metalową  płytę,  drzwi  się  wygięły,  a

background image

przewody doprowadzające prąd do mechanizmów zostały przerwane. Z uszkodzonego zamka trysnęły
snopy  iskier  i  wydostały  się  kłęby  dymu.  Tamith  Kai  podbiegła  do  drzwi,  wyciągnęła  ręce  i
szarpnęła za uchwyt tak silnie, że jedno skrzydło wyrwało się z prowadnic i z dźwięcznym łoskotem
runęło  na  metalową  podłogę.  Siostra  Nocy  zatrzymała  się  na  korytarzu,  a  jej  oczy  płonęły  jak
fioletowa lawa.

Właśnie  wówczas  usłyszała  meldunek  Qorla,  przekazany  przez  głośniki  interkomu,  ale  nie

pozwoliła, by jej gniew osłabł chociażby na chwilę. Główne lądowisko. Puściła się biegiem, chcąc
dotrzeć tam jak najszybciej.

Kiedy  Jacen,  Jaina  i  Lowie  wbiegli  na  pokład  „Ścigacza  Cieni",  Luke  i  Tenel  Ka  pozostali  na

płycie lądowiska. Mistrz Jedi obejrzał się przez ramię i krzyknął, zwracając się do bliźniąt:

-  Muszę  trochę  lepiej  poznać  to  miejsce!  Wyczuwam  tu  coś  znajomego...  ale  zarazem  bardzo

złego.

- Tak! - odkrzyknęła Jaina. - Wujku Luke'u, naczelnikiem Akademii Ciemnej Strony jest...
Luke  jednak  jej  nie  słuchał.  Sprawiał  wrażenie  roztargnionego...  a  nawet  urzeczonego.  Nagle

wyprostował się i zmarszczył brwi.

- Zaczekajcie - powiedział. - Coś czuję. Wyczuwam obecność kogoś, kogo od bardzo dawna nie

widziałem.

Powoli  przeszedł  przez  lądowisko  i  czując  zawirowania  Mocy,  ponownie  wyciągnął  miecz

świetlny.  Przygotował  się  do  walki.  Szedł  jak  w  transie.  Kierował  się  ku  zamkniętym
dwuskrzydłowym drzwiom, które prowadziły na korytarz wiodący ku niższym poziomom gwiezdnej
stacji.

- Hej, wujku Luke'u! - krzyknął za nim Jacen, ale Skywalker uniósł rękę, prosząc chłopca, by mu

nie przeszkadzał.

Powinni jak najszybciej odlecieć... szybkość była ich jedyną szansą. Powinni skorzystać z okazji,

że na razie nikt jeszcze ich nie ścigał. Luke musiał jednak wiedzieć, musiał się upewnić. Usłyszał za
plecami odgłos świadczący o tym, że systemy uzbrojenia „Ścigacza Cieni" zostały uruchomione. Lufy
zewnętrznych laserowych działek obróciły się i skierowały ku wybranym celom.

Kiedy nagle oba skrzydła czerwonych drzwi przed Luke'em się otworzyły, mistrz Jedi stanął jak

zahipnotyzowany.  Wpatrywał  się  w  urodziwą  twarz  swojego  byłego  ucznia,  sprawiającą  wrażenie
wyrzeźbionej.

-  Brakiss!  -  szepnął  tak  głośno,  że  jego  szept  poniósł  się  po  całym  pomieszczeniu.  Na  chwilę

zdołał nawet zagłuszyć zawodzenie syren alarmowych.

Brakiss także znieruchomiał, ale w następnej chwili lekko się uśmiechnął.
- Ach, mistrz Skywalker - powiedział. - Jak to dobrze, że jednak przyleciałeś. Wydawało mi się,

że wyczuwam ciebie na swojej stacji. Czy nie jesteś zdziwiony, jak dobrze sobie poradziłem?

Luke uniósł miecz świetlny w obronnym geście, ale Brakiss pozostał na korytarzu. Nie przestąpił

progu czerwonych drzwi i nie podszedł do mistrza Skywalkera.

- Och, daj spokój - powiedział, ujrzawszy gest mistrza Jedi. - Gdybyś chciał mnie zabić, mógłbyś

uczynić to wówczas, kiedy byłem słabym uczniem w twojej akademii. Wiedziałeś przecież, że jestem
imperialnym szpiegiem.

- Chciałem dać ci szansę przejścia na jasną stronę - odparł Luke.
- Jak zawsze jesteś niepoprawnym optymistą - zauważył beztrosko Brakiss.
Luke poczuł, że przenika go fala chłodu. Nie chciał walczyć z Brakissem, zwłaszcza teraz, kiedy

background image

nie  było  na  to  czasu.  Chyba  jednak  powinien  stawić  czoło  byłemu  uczniowi...  jakoś  rozstrzygnąć
konflikt istniejący miedzy nimi.

Musiał jednak natychmiast odlecieć. Musiał ratować dzieciaki zanim technicy Akademii Ciemnej

Strony uporają się z awarią komputera i ponownie uruchomią systemy obronne stacji.

Brakiss wyciągnął przed siebie wypielęgnowane ręce na dowód tego, że nie ma żadnej broni.
- Chodź i stań do walki ze mną, mistrzu Skywalkerze - zakpił. - Chyba że jesteś tchórzem. A może

twoja nieskalana jasna strona nie pozwala ci zaatakować bezbronnego człowieka?

-  Moc  jest  moim  sprzymierzeńcem,  Brakissie  -  odparł  Luke.  -  Ty  jednak  nauczyłeś  się

wykorzystywać ją do własnych celów. A poza tym nigdy nie jesteś bezbronny, tak samo jak i ja nie
jestem.

- No, dobrze, niech ci będzie - ustąpił Brakiss.
Opuścił  ręce  i  potarł  dłonie  o  połyskującą  tkaninę  opończy.  Chyba  w  końcu  zdecydował  się

przejść przez próg. Jego oczy zapłonęły blaskiem, jakby promieniowała z nich cała nagromadzona w
jego ciele wściekłość wszechświata, gotowa wystrzelić z czubków palców.

W  tej  samej  chwili  tuż  obok  głowy  Luke'a  przemknęła  gorąca  nitka  śmiercionośnej  energii.

Trafiła w panel kontrolny, umieszczony na ścianie obok drzwi, i zamieniła jego obwody w dymiącą
masę.  Druga  taka  sama  nitka,  także  wystrzelona  z  lufy  laserowego  działka  „Ścigacza  Cieni",
dokończyła dzieła zniszczenia. Obwody kontrolne panelu zostały zwęglone. Ciężkie dwuskrzydłowe
drzwi z hukiem się zatrzasnęły, oddzielając mistrza Jedi i Brakissa grubą warstwą metalu.

- Wujku Luke'u, pospiesz się! - zawołała Jaina, czekająca u szczytu rampy. - Musimy startować!
Luke wzdrygnął się, czując zdumienie i ulgę. Odwrócił się i zaczął biec w stronę wahadłowca.

Wiedział,  że  konflikt  między  nim  a  Brakissem  nie  został  zakończony.  Jego  rozstrzygnięcie  musiało
jednak jeszcze trochę zaczekać.

Jaina, Lowie i Em Teedee usiłowali otworzyć ogromne wrota hangaru z lądowiskiem, posługując

się pokładowymi komputerami „Ścigacza Cieni". Tymczasem Tenel Ka, biegnąca skrajem lądowiska,
blokowała  zamki  wszystkich  czerwonych  drzwi  wiodących  na  niższe  poziomy  stacji.  Chciała  być
pewna, że żadne się nie otworzą. Złowieszczo wyglądający mężczyzna w czarnej opończy odwrócił
uwagę  Luke'a  od  tego,  co  mistrz  Jedi  miał  robić,  a  naprawdę  nie  mogli  pozwolić  sobie  na  dalszą
stratę  czasu.  Tenel  Ka  musiała  więc  zablokować  drzwi,  choćby  dlatego,  żeby  na  lądowisko  nie
wpadł oddział uzbrojonych szturmowców.

Luke  wszedł  po  rampie  i  zniknął  we  wnętrzu  wahadłowca.  Tenel  Ka  zablokowała  zamek

kolejnych drzwi, a potem pobiegła do ostatnich, by dokończyć dzieła. Jednak w chwili, gdy dotknęła
palcami  klawiatury  panelu  kontrolnego,  drzwi  nagle  się  rozsunęły.  Oczom  zdumionej  dziewczyny
ukazała  się  wysoka  czarnowłosa  kobieta,  stojąca  za  progiem,  kipiąca  z  wściekłości  i  gotowa  do
walki.

Tenel Ka uniosła głowę i natychmiast zrozumiała, z kim ma do czynienia.
- Siostra Nocy! - syknęła.
Wysoka kobieta, odziana w czarną szatę, spiorunowała wojowniczkę spojrzeniem świadczącym o

tym, że i ona się zorientowała.

-  Ty  także  pochodzisz  z  Dathomiry,  dziewczyno!  -  zawołała.  -  Jesteś  moja!  Zastąpisz  mi  tych

troje, których zaraz unicestwię!

Tenel Ka rozstawiła nogi i rozłożyła ręce. Stała przed Siostrą Nocy, zagradzając jej drogę swoim

ciałem.

background image

- Będziesz musiała najpierw mnie pokonać - oświadczyła.
Czarnowłosa kobieta wybuchnęła pogardliwym śmiechem.
- Jeżeli tego chcesz... - powiedziała.
Wyciągnęła  ręce  i  zaatakowała  Tenel  Ka  błyskawicami  ciemnej  strony  Mocy.  Dziewczyna

zatoczyła  się,  ale  nie  upadła.  Odparowała  cios,  odchylając  błyskawice  na  boki.  Mocno  zacisnęła
wargi i zdecydowana stawić opór, nie cofnęła się nawet o milimetr.

Zdumiona  Siostra  Nocy  wyprostowała  się  i  spojrzała  z  góry  jak  czarny  drapieżny  ptak  na

dziewczynę.

- Ach, a więc już umiesz posługiwać się Mocą - stwierdziła. - To dobrze, tym łatwiej będę mogła

cię nauczyć; nawrócić na moją stronę Mocy.

Tenel Ka, napinając wszystkie mięśnie, stała w miejscu, gotowa do dalszej walki.
- To wcale nie jest fakt - oświadczyła. - Nie pozwolę, abyś skrzywdziła moich przyjaciół.
Tamith  Kai  sprawiała  wrażenie  gotowej  wybuchnąć  straszliwym  gniewem,  jakby  zamierzała

uwolnić go z delikatnej klatki.

- A więc nie zawaham się i unicestwię także ciebie! - krzyknęła.
Fałdy  jej  czarnej  szaty  zadrżały  jak  smagnięte  upiornym  wichrem.  Wpijając  fioletowe  oczy  w

twarz Tenel Ka, wyciągnęła poziomo ręce i zagięła palce jak szpony. W miarę, jak jej ciało syciło
się  energią  ciemnej  strony  Mocy,  coraz  częściej  zaczęły  się  pojawiać  ogniki  wyładowań  między
nitkami błyszczących czarnych włosów.

Tenel Ka stała przed nią, nawet nie mrugnąwszy powieką. Wyglądało na to, że czeka, aż energia,

zgromadzona w ciele Siostry Nocy, osiągnie stan krytyczny.

Nagle,  bez  żadnego  ostrzeżenia,  zamachnęła  się  nogą,  wkładając  w  cios  całą  siłę  mięśni  uda  i

łydki.  Ostry  koniec  buta,  wykonanego  z  pokrytej  łuskami,  bardzo  twardej  skóry,  trafił  w  bezbronną
rzepkę kolana Siostry Nocy. Kiedy czubek buta Tenel Ka dotarł do celu, dziewczyna bardzo wyraźnie
usłyszała trzask łamanej kości i chrzęst rozrywanych mięśni. Tamith Kai skrzeknęła i wijąc się jak w
agonii, upadła na podłogę.

Tenel Ka uśmiechnęła się i zadowolona z siebie, skierowała szare oczy na leżącą kobietę.
- Nigdy nie posługuję się Mocą, jeżeli nie muszę - oświadczyła. - Czasami staroświeckie metody

walki są równie skuteczne.

Pozostawiła  na  podłodze  jęczącą  i  zwijającą  się  z  bólu  kobietę  i  odwróciwszy  się  na  pięcie,

pobiegła  w  stronę  „Ścigacza  Cieni".  U  szczytu  rampy  stał  Luke  i  machając  ręką,  przynaglał  ją  do
pośpiechu. Tenel Ka wbiegła po rampie, która natychmiast się schowała.

Syreny alarmowe nie przestawały wyć, ale w sterowni wahadłowca było słychać tylko stłumione

zawodzenie.  Luke  który  usiadł  na  fotelu  pilota,  włączył  repulsory  i  oderwał  statek  od  płyty
lądowiska. Jaina i Lowie nadal siedzieli, pochyleni nad komputerowymi klawiaturami. Gorączkowo
przebierając  palcami,  usiłowali  wydać  polecenie  otworzenia  ciężkich  metalowych  wrót  hangaru
gwiezdnej stacji.

Nagle  rozległ  się  stłumiony  huk  eksplodujących  termicznych  detonatorów.  Dwoje  czerwonych

metalowych  drzwi,  zablokowanych  przez  Tenel  Ka,  wypadło  z  prowadnic  i  z  donośnym  brzękiem
runęło na płytę lądowiska. Razem z drzwiami wpadły kłęby dymu, a po sekundzie także dwie grupy
szturmowców, w biegu strzelających do wahadłowca.

- Lepiej uporajcie się z tymi wrotami - mruknął Luke. - I to szybko.
Lowie zawył.

background image

-  Przecież  robimy,  co  możemy  -  poskarżyła  się  zrozpaczona  Jaina,  wystukując  na  klawiaturze

jeszcze inne polecenie, chyba nawet szybciej niż wszystkie poprzednie.

Przez  dymiące  otwory  po  wysadzonych  drzwiach  wpadali  wciąż  nowi  szturmowcy.  Całą

przestrzeń wielkiego lądowiska przecinały błyskawice blasterowych strzałów. Uciekinierzy słyszeli
odgłosy,  z  jakimi  ogniste  smugi  trafiały  do  celu  i  rozpryskiwały  się  na  kadłubie  wahadłowca.
Kwantowy pancerz „Ścigacza Cieni" jednak dobrze spełniał swoje zadanie.

-  Mamy  towarzystwo  -  oznajmił  Luke,  w  napięciu  spoglądając  na  zamknięte  wrota  hangaru.  -

Nasz czas dobiega końca.

-  Nie  mogę...  -  zaczęła  Jaina  i  nagle  ciężkie  wrota  rozsunęły  się  na  tyle  szeroko,  by  umożliwić

„Ścigaczowi Cieni" ucieczkę. Na tle czerni przestworzy, usianej ognikami odległych gwiazd, zalśniło
energetyczne pole zapobiegające ucieczce powietrza z wnętrza stacji. Imperialny wahadłowiec mógł
jednak wyrwać się na wolność.

- No cóż, na co w takim razie czekamy? - odezwała się Jaina, usiłując ukryć zakłopotanie.
- W drogę! - zawołał mistrz Jedi i pchnął rękojeść dźwigni akceleratora.
Kiedy  przyspieszenie  docisnęło  ich  plecy  do  oparć  foteli,  wszyscy  odruchowo  chwycili  za

poręcze.  „Ścigacz  Cieni"  z  rykiem  silników  wystrzelił  z  czeluści  hangaru  imperialnej  stacji.
Pozostawił za rufą malejący pierścień, naszpikowany lufami działek i wieżyczek obserwacyjnych, ale
pozbawiony maskującej osłony.

Luke  pozwolił  sobie  na  głębokie,  przeciągłe  westchnienie  ulgi,  po  czym  wpisał  do  pamięci

astronawigacyjnego komputera zestaw współrzędnych nakazujących lot na Yavina Cztery.

- Wracamy do domu, dzieciaki - oznajmił.
Żadne z młodych Jedi się nie sprzeciwiło i po chwili wahadłowiec zniknął w nadprzestrzeni.
- Jaino i Lowie, spisaliście się na medal - odezwał się w końcu Skywalker. - Straciłem nadzieję,

że uda się wam otworzyć te masywne wrota.

Lowbacca mruknął cicho coś, czego Luke nie zrozumiał, a wyraźnie zakłopotana Jaina zaczęła się

nerwowo kręcić na fotelu.

-  Uhm,  wujku  Luke'u  -  zaczęła.  -  Przykro  mi  to  powiedzieć,  ale...  to  nie  my  otworzyliśmy  te

wrota.

Luke wzruszył ramionami. Było widać, że nie chce wdawać się w szczegóły.
-  No  cóż,  w  takim  razie  powinniśmy  być  wdzięczni  temu,  kto  to  zrobił,  kimkolwiek  jest  -

powiedział.

Qorl  stał  za  pulpitami  kontrolnymi  w  sterowni  lądowiska.  Przyglądał  się,  jak  „Ścigacz  Cieni"

przelatuje  przez  otwarte  wrota  i  znika  w  przestworzach.  Ucieczka  narobiła  sporo  zamieszania  i
wszyscy  w  Akademii  Ciemnej  Strony  zastanawiali  się  teraz,  jak  najlepiej  przystosować  się  do
zmienionej sytuacji. Pilot sięgnął do dźwigni kontrolnej mechanizmu wrót, uśmiechnął się do siebie,
po czym zamknął wrota. Rzecz jasna, nie zamierzał nigdy powiedzieć Brakissowi ani Tamith Kai o
tym, co zrobił.

Po chwili do sterowni wpadł zdyszany i zaniepokojony Brakiss. Przystanął przed pulpitem obok

Qorla.

- Czy nasze pole maskujące już działa? - zapytał. Było widać, że jest zdenerwowany. - Musimy

uruchomić je jak najszybciej. Rebelianci bez wątpienia wyślą flotę, żeby zniszczyć naszą akademię.
Musimy  przelecieć  nią  w  inne  miejsce.  Właśnie  dlatego  nasza  stacja  została  wyposażona  w
odpowiedni napęd.

background image

Zaczął bębnić palcami po płycie jakiegoś pulpitu kontrolnego.
- Naprawdę nie wiem, co powiem teraz naszemu wielkiemu wodzowi - ciągnął. - Jeżeli będzie z

nas niezadowolony, w każdej chwili może wydać rozkaz zniszczenia akademii.

Qorl ponuro kiwnął głową.
- Może nie będzie aż tak bardzo niezadowolony... tym razem - powiedział.
Brakiss uniósł głowę i popatrzył na starego pilota.
- Miejmy nadzieję.
W  drzwiach  sterowni  ukazała  się  rozwścieczona  Tamith  Kai.  Z  trudem  przeszła  przez  próg,

wyraźnie  utykając.  Jej  fioletowe  oczy  nieustannie  miotały  błyskawice,  a  palce  pozostawały
zakrzywione, jakby Siostra Nocy zamierzała rozszarpać długimi paznokciami płyty pomieszczenia.

- A więc jednak uciekli - warknęła, zwracając się do Brakissa. - Czy to ty im na to pozwoliłeś?
Mężczyzna popatrzył na nią, ale w jego spojrzeniu nie było widać ani śladu gniewu.
- Na nic im nie pozwalałem, Tamith Kai - odrzekł. - Naprawdę nie wiem, co więcej mogliśmy

zrobić w tej sytuacji. Musimy teraz uciekać, a później zastanowimy się, co dalej... ponieważ możesz
być pewna, że nasza praca nie została jeszcze ukończona.

Qorl  uruchomił  potężne  silniki  stacji  i  zaczął  kierować  ogromny  pierścień  Akademii  Ciemnej

Strony do nowej kryjówki.

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ

 

background image

 

 

 

22

 
Jacen i Jaina, przebywający w ośrodku łączności akademii Jedi na Yavinie Cztery, stanęli obok

siebie,  chcąc  znaleźć  się  jak  najbliżej  holoprojektora.  Czekali,  aż  wizerunek  Hana  i  Leii  nabierze
ostrości i pełnego blasku. Później zaczęli wykrzykiwać słowa powitania.

Zachwycony Han Solo uśmiechnął się na widok bliźniąt.
-  Wygląda  na  to,  że  niepotrzebnie  uganiałem  się  za  wami  „Sokołem"  po  całej  galaktyce  -

powiedział.

-  A  ja  nie  musiałam  mobilizować  wszystkich  wojsk  Nowej  Republiki,  by  spieszyły  wam  na

ratunek.  -  Leia  promieniała.  -  Dopiero  wczoraj  otrzymaliśmy  raport  Luke'a.  Zwiadowcy,  którym
kazałam was odnaleźć, szukają teraz nowej kryjówki Akademii Ciemnej Strony.

Chewbacca,  kryjący  się  za  plecami  Hana  i  Leii,  ryknął  w  swojej  mowie  słowa  powitania,

kierując je do siostrzeńca, a Lowbacca odpowiedział mu w taki sam sposób.

Luke Skywalker, stojący w ośrodku łączności obok niewielkiego Artoo-Detoo, z wyrozumiałym

uśmiechem pozwalał podnieconym uczniom nacieszyć się rozmową. Jacen mówił tak szybko, że tylko
z trudem można było go zrozumieć.

- Lando Calrissian mówi, że coś takiego już nigdy się nie powtórzy w jego placówce. Razem ze

swoim  pomocnikiem  Lobotem  pracuje  nad  udoskonaleniem  systemów  obronnych  orbitalnej  stacji
wydobywczej. Przypuszczam, że nawet będzie chciał wykorzystać klejnoty corusca...

- To możliwe, ale nie sądzę, aby ktoś z Akademii Ciemnej Strony zechciał znów tu przybyć, żeby

porwać  kogoś  z  naszych  uczniów  -  przerwał  mu  Luke.  -  Wiemy  teraz,  co  knuje  Brakiss...
Przypuszczam, że raczej poleci gdzie indziej szukać innych potencjalnych kandydatów, żeby kształcić
ich na nowych Ciemnych Jedi.

- Ale  za  to  mamy  najnowocześniejszy  statek Akademii  Ciemnej  Strony  -  przypomniała  Jaina.  -

Powinniście  go  zobaczyć.  Wiesz,  tato,  pod  względem  konstrukcji  to  ostatni  krzyk  techniki.  Jest
zupełnie niepodobny do tych, które widzieliśmy w katalogach gwiezdnych statków.

Mistrz Jedi położył dłoń na jej ramieniu.
- Musimy oddać go Nowej Republice, Jaino - powiedział. - Nie należy do nas...
-  Hej,  Luke  -  przerwał  mu  Han.  -  A  może  wolisz,  byśmy  przysłali  ci  kilku  inżynierów

mechaników,  którzy  mogliby  zapoznać  się  z  konstrukcją  statku  i  zorientować  się  w  tym,  jak  jest
zaprojektowany?

Mistrz Jedi wzruszył ramionami.
-  Jeżeli  chcesz,  proszę  bardzo,  ale  na  Yavinie  Cztery  mamy  i  doświadczonego  mechanika,  i

wytrawnego informatyka... Jainę i Lowiego. Są gotowi zacząć badać statek choćby dzisiaj.

Leia błysnęła zębami w szerokim, ciepłym uśmiechu.
- W porządku, Luke - oznajmiła. - Wyślemy tych inżynierów, żeby go zbadali, ale ty zatrzymasz

background image

statek  u  siebie.  Korzystaj  z  niego,  kiedy  będziesz  musiał.  Zasłużyłeś  na  niego.  Powiedzmy,  że  to
nagroda za ocalenie Jacena, Jainy i Lowiego. A poza tym twoja akademia jest istotną częścią Nowej
Republiki. Wszyscy będziemy spokojniejsi wiedząc, że dysponujesz bezpiecznym i szybkim statkiem,
którym  możesz  przemierzać  całą  galaktykę...  tylko  nie  mów,  że  zapomniałeś,  jak  się  lata  naprawdę
szybkim statkiem!

Zakłopotany mistrz Jedi zachichotał.
- Nie, nie zapomniałem... - odparł. - Tylko, prawdę mówiąc, trochę wyszedłem z wprawy.
Jaina  i  Lowbacca  siedzieli  w  komnacie  dziewczyny,  majstrując  przy  holoprojektorze.  Ślęczeli

nad  nim,  zajęci  opracowywaniem  orientacyjnego  schematu  urządzeń  nowego  statku,  „Ścigacza
Cieni".  Schemat  nie  był  może  tak  dokładny  jak  rysunki  skoczka  typu  T-23  należącego  do  Lowiego,
które  kiedyś  sporządzili,  ale  oboje  byli  pewni,  że  w  miarę,  jak  będą  poznawali  nowe  tajniki
konstrukcji imperialnego wahadłowca, i na tym schemacie pojawi się więcej szczegółów.

W pewnej chwili Lowie ryknął ujrzawszy, że hologram ze schematem stracił ostrość.
-  Pan  Lowbacca  dał  wyraz  głębokiemu  przekonaniu,  że  w  letniskowy  domek  projektanta  tego

podsystemu trafi jakaś kometa - odezwał się Em Teedee, przyczepiony jak zwykle do pasa młodego
Wookiego.

Lowie  warknął,  spojrzawszy  z  góry  na  miniaturowego  androida.  Oprogramowanie  Em  Teedee

zostało  oczyszczone  z  wszelkich  zmian  i  poprawek,  dokonanych  przez  imperialnych  informatyków,
dzięki czemu irytujący mały android zachowywał się teraz jak dawniej.

-  No  cóż,  skąd  mogłem  wiedzieć,  że  pan  nie  chce,  bym  tłumaczył  wszystkie  epitety  języka

Wookiech? - zapytał tonem usprawiedliwienia Em Teedee. - Musi pan jednak przyznać, że udało mi
się  wiernie  przekazać  pana  uczucia.  Kiedy  pomyślę  o  wszystkich  idiomach,  które  powinienem
uwzględniać podczas tłumaczenia każdego zdania...

Lowie wyciągnął rękę i z radosnym pomrukiem wyłączył gadatliwego androida.
Tenel Ka przestąpiła próg ośrodka łączności. Czuła się wypoczęta. Od chwili, kiedy powróciła,

nie męczyły jej żadne nocne koszmary. Była ciekawa, co się stanie z nowym zakonem Sióstr Nocy,
który  zagnieździł  się  na  Dathomirze  i  sprzymierzył  z  Imperium,  ale  cieszyła  się,  że  myśli  o
wiedźmach przynajmniej nie zakłócają jej nocnego wypoczynku.

Dziewczyna  połączyła  się  z  hapańskim  królewskim  dworem  i  porozmawiała  z  rodzicami.

Zapewniła  ich,  że  jest  cała  i  zdrowa,  po  czym  przekazała  pozdrowienia  od  klanu  kobiet  ze
Śpiewającej Góry. Kiedy skończyła rozmowę, napięła mięśnie w oczekiwaniu, że za chwile usłyszy
całą serię władczych rozkazów, a potem poprosiła o połączenie z babką, poprzednią królową Hapes.

Kiedy  pojawił  się  holograficzny  wizerunek  jej  twarzy,  jak  zwykle  ukrytej  za  półprzezroczystą

woalką,  Tenel  Ka  ujrzała  na  ustach  babki  uśmiech,  a  w  jej  oczach  coś,  czego  zapewne  się  nie
spodziewała... czyżby zdziwienie?

- Dziękuję, że nie zapomniałaś poinformować mnie o tym, co się stało - odezwała się władczyni.

W  jej  głosie  brzmiało  chyba  prawdziwe  zadowolenie.  -  Moi  zaufani  szpiedzy  donieśli  mi,  że
powinnam być z ciebie bardzo dumna. Przykro mi, że moja ambasador nie mogła się z tobą spotkać.
Obawiam  się,  że  jej  wizyta  musi  zostać  przełożona  na  bliżej  nieokreślony  termin,  a  może  nawet
odwołana. Musiałam wysłać Yfrę do systemu Duros w innej, nie cierpiącej zwłoki sprawie.

Tenel Ka otworzyła usta, ale nie potrafiła zdobyć się na żadną odpowiedź.
-  Zechciej  jednak  wybaczyć  troskliwej  babce,  jeżeli  obmyśli  inny  sposób  obserwowania  z

pewnej  odległości,  jak  radzi  sobie  jej  wnuczka,  dobrze?  -  ciągnęła  hapańska  królowa-matka.  -  Co

background image

powiedziałabyś  na  jedną  czy  dwie  strażniczki,  przebywające  na  przykład  w  sąsiednim  systemie
gwiezdnym, tak by nie rzucały się w oczy? Myślę, że to byłoby najlepsze rozwiązanie i dla mnie, i
dla ciebie.

Wizerunek  jej  twarzy  się  powiększył,  jakby  kobieta  zamierzała  sięgnąć  do  wyłącznika

holoprojektora, ale zanim przerwała połączenie, jeszcze szepnęła:

- A poza tym odniosłam wrażenie, że nie byłaś specjalnie zmartwiona z powodu zmiany terminu

wizyty ambasador Yfry, prawda?

- To jest fakt - mruknęła zakłopotana Tenel Ka. Uświadomiła sobie, że po raz pierwszy od wielu

lat zgodziła się w jakiejś sprawie ze zdaniem babki.

Jacen stał na wierzchołku wielkiej świątyni Massassów na Yavinie Cztery, czekając na przybycie

mistrza  Skywalkera.  Po  porannej  ulewie  pozostały  na  niebie  tylko  szare  chmury,  prześwietlane
pomarańczowym  blaskiem,  odbitym  od  gigantycznej  tarczy  planety,  i  jarzące  się  pastelowymi
barwami  na  krawędziach.  Lekki  wiatr  rozwiewał  włosy  chłopca  i  od  czasu  do  czasu  odświeżał  go
zabłąkaną kroplą deszczu.

Jacen,  chociaż  obawiał  się  wymówek  Luke'a,  jakich  wuj  z  pewnością  nie  będzie  mu  szczędził,

cieszył  się,  że  znów  przebywa  w  jego  akademii  na  księżycu  porośniętym  gęstą  dżunglą.  Od  czasu,
kiedy  wszyscy  młodzi  Jedi  powrócili  z  Akademii  Ciemnej  Strony,  mistrz  Jedi  odbył  rozmowy  w
cztery  oczy  i  z  Jainą,  i  z  Lowbaccą.  Chociaż  Jacen  nie  miał  pojęcia,  o  czym  Luke  mógł  z  nimi
rozmawiać, każde z nich było później zamknięte w sobie, nieskore do jakichkolwiek zwierzeń.

A teraz nadeszła jego kolej.
Kiedy Luke zjawił się cicho jak duch i stanął za plecami Jacena, chłopiec wyczuł jego obecność,

zanim odwrócił się i spojrzał na wuja. Przez długi czas obaj stali w milczeniu, jakby się umówili, że
żaden nie odezwie się ani słowem. Stopniowo Jacen zaczął się odprężać. Był gotów na wszystko, co
zechce powiedzieć mu jego nauczyciel.

No, prawie na wszystko.
-  Weź  to  -  odezwał  się  w  końcu  mistrz  Jedi,  podając  chłopcu  metalowy  cylinder.  -  Pokaż  mi,

czego się nauczyłeś.

Zdumiony  Jacen  popatrzył  na  rękojeść  świetlnego  miecza  Luke'a.  Czuł  w  dłoni  ciężar  broni

rycerza  Jedi,  ale  rękojeść  miecza  nie  wydawała  mu  się  chłodniejsza  niż  jego  skóra.  Jacen  zważył
cylinder w dłoni, a potem uniósł go do oczu, chcąc mu się lepiej przyjrzeć. Przesunął czubkiem palca
po  poprzecznych  zagłębieniach,  wyżłobionych  na  powierzchni,  aż  dotarł  do  guzika  wyzwalającego
świetliste  ostrze.  Zamknął  oczy.  Usłyszał  w  głowie  buczenie  broni;  miał  wrażenie,  że  czuje  jej
pulsowanie, kiedy ostrze przecina powietrze...

Otworzył oczy i wyprostował się.
- Oto, czego się nauczyłem - odparł, wręczając mistrzowi Jedi miecz świetlny, którego nawet nie

zapalił.  -  Miałeś  rację,  kiedy  mówiłeś,  że  jeszcze  nie  jestem  gotów.  Broni  rycerzy  Jedi  nie  wolno
traktować jak zabawki.

- A mimo to nauczyłeś się nią posługiwać - nalegał Luke. - Przypuszczam, że Brakiss cię nauczył?
Jacen kiwnął głową.
- To umiem. Wiem, jak się posługiwać mieczem podczas walki z przeciwnikiem... ale nie jestem

pewien, czy byłbym gotów do takiej walki pod względem umysłowym. Możliwe, że nie jestem dość
dorosły, jeżeli chodzi o umiejętność panowania nad emocjami.

- Nie cieszyłeś się walką tak bardzo, jak się spodziewałeś? - zapytał Skywalker, marszcząc brwi.

background image

- Tak. Nie. No cóż, tak... Nauczyłem się pewnych rzeczy, ale nie jestem pewien, czy właściwych.

Miecz  świetlny  nie  jest  urządzeniem,  którym  można  się  posługiwać,  żeby  komukolwiek
zaimponować. To wielka odpowiedzialność. Jeden błąd i można zabić kogoś niewinnego.

Luke kiwnął głową, a jego jasnoniebieskie oczy wyrażały zrozumienie.
- Ja także czasami mam wrażenie, że ta odpowiedzialność mnie przerasta. Pamiętaj jednak o tym,

że Moc prowadzi nas podczas walki. Nie tylko podpowiada nam, jak pokonywać przeciwników, ale
także często wskazuje, kiedy ich nie pokonywać.

Obaj spojrzeli sobie w oczy.
- Nawet wówczas, jeżeli nasi wrogowie uczą nas lub robią złe rzeczy? - zapytał Jacen.
Luke Skywalker nie odwrócił głowy.
-  Nikt  nie  jest  całkowicie  zły  -  odparł.  - Ani  całkowicie  dobry.  -  Błysnął  zębami  w  smutnym

uśmiechu. - A przynajmniej nikt z tych, których ja spotkałem.

- Ale Brakiss... - zaczął Jacen.
- Brakiss przekazuje swoim uczniom wiedzę o ciemnej stronie - przerwał Luke. - Sam słyszałeś,

czego ich uczy. Nauczyciele nie zawsze jednak mają rację. Ty zaś, ponieważ się odważyłeś myśleć
samodzielnie, zrozumiałeś, że nie możesz mu ufać.

Mistrz Jedi z aprobatą kiwnął głową.
Jacen przez chwilę milczał, pogrążony we własnych myślach.
- Brakiss pozwolił mi zrobić to, o czym marzyłem bardziej niż o czymkolwiek innym - odezwał

się  w  końcu.  -  Posłużyć  się  świetlnym  mieczem.  Nie  mogłem  jednak  mu  zaufać.  Liczył  na  to,  że
przeciągnie  mnie  na  ciemną  stronę  Mocy,  że  zrobi  ze  mnie  sługę  Imperium.  Tobie  mogę  zaufać. A
jeżeli chodzi o świetlny miecz, miałeś rację. Zaczekam, aż będziesz uważał, że jestem gotów.

-  Kiedy  pomyślę  o  Akademii  Ciemnej  Strony,  ukrytej  w  jakimś  innym  miejscu,  i  o  młodych

kandydatach,  szkolonych  przez  Brakissa,  żeby  zostali  Ciemnymi  Jedi  -  powiedział  Luke  -  obawiam
się, że ta chwila nadejdzie szybciej, niż myślimy.


Document Outline