background image

KEVIN J. ANDERSON

REBECCA MOESTA

OBLĘŻENIE AKADEMII 

JEDI

(Przełożył Andrzej Syrzycki)

background image

ROZDZIAŁ 1

W niepewnym świetle budzącego się poranka Jaina obserwowała, jak jej wuj, Luke 

Skywalker,   powoli   manewruje   „Ścigaczem   Cieni”.   Przyglądała   się,   jak   przelatuje   przez 

otwarte wrota hangaru mieszczącego lądowisko, urządzone na najniższym poziomie wielkiej 

świątyni. Młodzi rycerze Jedi powrócili z rodzimej planety Wookiech, Kashyyyku, ale ojciec 

dziewczyny,   Han   Solo,   i   jego   przyjaciel   Chewbacca,   nie   zabawili   na   Yavinie   Cztery 

wystarczająco długo, by mieć czas na ukrycie statku.

Wiedzieli, że Akademia Ciemnej Strony sposobi się do walki, i nie mogli pozwolić 

sobie na marnowanie czasu.

Jaina niemal nie mogła uwierzyć, że zaledwie przed dwoma dniami Kashyyyk został 

zaatakowany   przez   oddział   imperialnych   żołnierzy.   Dowodził   nimi   jej   przyjaciel   Zekk, 

służący   obecnie   Drugiemu   Imperium   i   będący   Ciemnym   Jedi.   Kiedy   w   ciemnościach, 

panujących   wśród   gęstego   poszycia   dżungli,   stanęła   oko   w   oko   z   ciemnowłosym 

młodzieńcem, ten ostrzegł ją, żeby nie wracała na Yavin Cztery, ponieważ księżyc zostanie 

niebawem zaatakowany przez wojska Akademii Ciemnej Strony.

Jaina musiała uznać to ostrzeżenie za dowód, że chłopaka nadal obchodzi los, jaki 

może spotkać ją i jej brata bliźniaka, Jacena.

Wszyscy   wylądowali   na   Yavinie   Cztery   zaledwie   przed   kilkunastoma   minutami. 

Dokonanie skoku przed nadprzestrzeń zabrało tak niewiele czasu, że nawet nie zdążyli się 

porządnie wyspać, tym bardziej że po stoczonej walce w ich krwi wciąż jeszcze nie opadł 

poziom   adrenaliny.   Jaina   miała   wrażenie,   że   wybuchnie,   jeżeli   szybko   czegoś   nie   zrobi. 

Wiedziała, że tyle rzeczy czeka na zaplanowanie i przygotowanie.

Jacen,   stojący   obok   niej   przy   otwartych   wrotach   hangaru   kryjącego   lądowisko, 

szturchnął   siostrę   pod   żebro.   Kiedy   Jaina   odwróciła   się   ku   niemu,   spojrzała   prosto   w 

bursztynowe oczy, mające odcień koreliańskiej brandy.

- Nie martw się, wszystko będzie w porządku - odezwał się chłopiec. - Wujek Luke 

dobrze wie, co robić. Wiele razy musiał odpierać ataki imperialnych oddziałów.

- Pewnie, już czuję się o wiele spokojniejsza - odparła Jaina, ani przez sekundę nie 

wierząc w to, co mówi.

Jak zwykle, Jacen postanowił uciec się do jednego z ulubionych sposobów, mających 

skierować myśli siostry na inny temat, nie związany z niemal pewną walką.

- Hej, opowiedzieć ci jakiś dowcip? - zapytał.

background image

- Owszem, Jacenie - odezwała się Tenel Ka, która podeszła i stanęła obok bliźniąt. - 

Uważam, że trochę humoru może nam się przydać.

Na   ciele   młodej   wojowniczki   z   Dathomiry   połyskiwała   warstewka   potu,   jaka 

utworzyła   się   w   ciągu   ostatnich   dziesięciu   minut   szybkiego   biegu,   mającego   rzekomo 

„rozprostować mięśnie”, a w rzeczywistości przestawić myśli na inne tory.

- W porządku, Jacenie. Możesz strzelać - powiedziała Jaina udając, że przygotowuje 

się na najgorsze.

Tenel Ka odgarnęła jedną ręką długie, zaplecione w warkocze złocistorude włosy. 

Dziewczyna   straciła   drugą   rękę   w   następstwie   nieszczęśliwego   wypadku,   jakiemu   uległa 

podczas ćwiczeń w posługiwaniu się świetlnym mieczem, ale nie zgodziła się na zastąpienie 

jej syntetyczną protezą. Kiwnęła głową i spojrzała na Ja-cena.

- Możesz zacząć opowiadać ten dowcip.

- Dobrze. Jaka to będzie pora, kiedy imperialny robot kroczący nadepnie na twój 

chronometr?   -   Jacen   uniósł   brwi   i   przez   chwilę   milczał,   jakby   czekał   na   odpowiedź.   - 

Najwyższa, żeby sprawić sobie nowy!

Na czas, potrzebny na jedno uderzenie serca, zapadła śmiertelna cisza, po czym Tenel 

Ka kiwnęła głową i odezwała się poważnym tonem:

- Dziękuję ci, Jacenie. Twój dowcip był... jak najbardziej na miejscu.

Młoda wojowniczka nigdy się nie uśmiechała, ale Jainie się wydało, że tym razem w 

jej szarych jak granit oczach zauważyła iskierki rozbawienia. Siostra Jacena wciąż jeszcze 

jęczała, udając udrękę, kiedy z pokładu „Ścigacza Cieni” zszedł wujek Luke w towarzystwie 

młodego Wookiego, Lowbaccy.

Doszedłszy do wniosku, że nie ma ani chwili do stracenia, Jaina pospieszyła ku nim. 

Widocznie   mistrz   Jedi   musiał   czuć   to   samo,   ponieważ   kiedy   Jacen   i   Tenel   Ka   podążyli 

śladami Jainy, zwrócił się do wszystkich młodych Jedi bez jakiegokolwiek wstępu.

- Drugie Imperium musi poświęcić trochę czasu na zainstalowanie nowych urządzeń 

komputerowych, które ukradło z fabryki na Kashyyyku - powiedział. - Możliwe, że zajmie to 

kilka dni, ale nie chcę niepotrzebnie ryzykować. Tionna i Raynar wyprawili się do świątyni 

nad jeziorem, gdzie zajmują się ćwiczeniami. Chciałbym, Lowie, żebyś poleciał tam swoim 

T-23 i powiedział im, żeby z tobą wrócili. Musimy wszyscy się zająć opracowaniem planu 

walki.

Lowbacca zaryczał na znak, że się zgadza, i pospieszył do niewielkiego skoczka, który 

dostał kiedyś  w prezencie  od swojego wuja, Chewbaccy.  Przyczepiony do pasa młodego 

Wookiego zminiaturyzowany android-tłumacz Em Teedee natychmiast powiedział:

background image

- Ależ oczywiście, proszę pana. Pan Lowbacca z prawdziwą przyjemnością zajmie się 

wykonaniem pańskiego polecenia. Proszę uważać tę sprawę za załatwioną.

Lowie poufałym  warknięciem zganił małego  androida za to, że pozwolił sobie na 

upiększenie jego wypowiedzi, po czym wspiął się do kabiny skoczka i zamknął owiewkę.

Mistrz Jedi odwrócił się w stronę młodej wojowniczki z Dathomiry.

-   Tenel   Ka,   postaraj   się   zebrać   tylu   uczniów,   ilu   zdołasz,   i   zorganizuj   im 

przyspieszony kurs obrony przed atakami terrorystów. Nie jestem pewien, do jakiej taktyki 

walki przeciwko nam zechce uciec się Akademia Ciemnej Strony, ale nie znam nikogo, kto 

mógłby lepiej niż ty nauczyć nas zasad partyzanckiej walki.

-   Ta-a,   była   wspaniała,   kiedy   walczyła   ze   skrytobójcami   Bartokkami,   którzy 

zaatakowali nas na Hapes - przypomniał Jacen.

Jaina   ze   zdumieniem   zauważyła,   że   Tenel   Ka   się   zarumieniła.   Później   dygnęła   i 

odeszła, żeby zająć się wykonaniem otrzymanego zadania.

-   A   co   z   Jacenem   i   ze   mną,   wujku?   -   zapytała,   nie   potrafiąc   opanować 

zniecierpliwienia. - Co my mamy robić? Także chcielibyśmy się na coś przydać.

- Teraz, kiedy odleciał „Sokół Tysiąclecia”, musimy zainstalować i uruchomić nowe 

generatory pól siłowych, żeby chroniły nas przed atakami z powietrza - odezwał się. mistrz 

Jedi. - Chodźcie ze mną.

Najważniejsze urządzenia, wytwarzające nowe ochronne pola akademii Jedi, zostały 

umieszczone na skraju dżungli porastającej przeciwległy brzeg rzeki. Mimo to o zasięgu i 

natężeniu pól można było decydować, przebywając w ośrodku łączności. Generatory, które 

niedawno   przetransportował   z   Coruscant   Han   Solo,   miały   stanowić   doraźny   środek 

bezpieczeństwa,   zapewniający   ochronę   do  czasu,   aż   Nowa  Republika   wymyśli   skuteczny 

sposób obrony przed spodziewanym atakiem oddziałów Akademii Ciemnej Strony.

- Hej, czy nie  powinienem  wysłać  wiadomości  mamie?  - zapytał  Jacen, zajmując 

miejsce za pulpitem konsolety.

- Na razie nie, dopóki nie dowiemy się czegoś więcej - odparł Luke. - Twój tata i 

Chewbacca   obiecali   przed   odlotem,   że   się   z   nią   skontaktują,   kiedy   znajdą   się   w 

przestworzach. Leia jest teraz bardzo zajęta mobilizowaniem żołnierzy, którzy założą tu stałą 

bazę i będą chronili naszą akademię. Na razie jednak powinniśmy sami zrobić wszystko, co 

możemy, żeby jej strzec i bronić.

Jeżeli chcesz pomóc, Jacenie, zajmij się sprawdzaniem kanałów telekomunikacyjnych 

o wszystkich możliwych pasmach częstotliwości. Możliwe, że uda ci się zarejestrować jakieś 

background image

niezwykłe sygnały, które okażą się później zaszyfrowanymi imperialnymi meldunkami. A ty, 

Jaino, włącz generatory i upewnij się, że wszystko funkcjonuje prawidłowo.

- Właśnie się tym zajmuję, wujku Luke’u - odparła dziewczyna, szczerząc zęby w 

uśmiechu,   ale   nie   odchodząc   od   stanowiska   kontrolnego.   -   Pola   siłowe   mają   największe 

możliwe   natężenie.   Chyba   powinnam   teraz   sprawdzić,   czy   wszystko   działa,   jak   należy, 

choćby po to, by wiedzieć, czy nasza obrona nie ma jakichś luk.

Jacen   nałożył   słuchawki   i   zaczął   przeszukiwać   kanały   należące   do   różnych   pasm 

częstotliwości. Ledwie zaczął, usłyszał głośny trzask, po którym w słuchawkach rozległ się 

dobrze znany głos:

- ...proszę o zgodę na lądowanie i tak dalej - to, co zwykle. Tu „Piorunochron”. Za 

chwilę ląduję.

- Hej, zaczekaj! - krzyknął Jacen do mikrofonu, omal nie wpadając w panikę. - Nie 

możesz   lądować...   To   znaczy,   musimy   wyłączyć   najpierw   ochronne   pola.   Daj   mi   tylko 

minutę, Peckhumie, dobrze?

- Ochronne pola? Jakie pola? - rozległ się głos starego pilota. -Ja i „Piorunochron” 

zaopatrujemy Yavin Cztery od wielu lat, ale nigdy przedtem nie musieliśmy się martwić o 

żadne pola.

- Wytłumaczę ci wszystko, kiedy spotkamy się na lądowisku -odparł Jacen. - Na razie 

zaczekaj z lądowaniem.

- Czy będę musiał podać jakiś kod, żeby wylądować? - zaniepokoił się Peckhum. - 

Kiedy odlatywałem z Coruscant, nikt nie powiedział mi niczego na temat żadnego kodu. Nikt 

nie poinformował, że macie tu jakieś pola.

Jacen uniósł głowę i popatrzył na Luke’a.

- To stary Peckhum - powiedział. - Przyleciał „Piorunochronem”. Czy musi znać jakiś 

kod, żeby wylądować?

Mistrz Jedi pokręcił głową, po czym gestem polecił Jainie, żeby wyłączyła generatory 

siłowego pola. Dziewczyna przygryzła dolną wargę i pochyliła się nad pulpitem konsolety. Po 

minucie oznajmiła:

- To powinno załatwić całą sprawę. Wyłączyłam generatory ochronnego pola.

Teraz,  kiedy pole zanikło,  z jakiegoś powodu Jacen poczuł, że świerzbi go skóra 

pleców. Miał wrażenie, że jest całkowicie bezbronny.

- W porządku, Peckhumie - oświadczył. - Teraz możesz lądować. Tylko pospiesz się, 

żebyśmy mogli ponownie włączyć zasilanie generatorów.

background image

Kiedy   weteran   przestworzy   w   końcu   zszedł   z   pokładu   wysłużonego, 

pokiereszowanego   towarowego   transportowca,   Jacen   stwierdził,   że   stary   pilot   wygląda 

dokładnie tak samo jak wówczas, kiedy widział go ostatnio. Chłopiec zwrócił uwagę na bladą 

cerę, długie proste włosy, pooraną siecią zmarszczek twarz i wymięty, zniszczony lotniczy 

kombinezon.

- Witaj, Peckhumie - powiedział. - Pomogę ci wnieść towary do środka. Musimy się 

pospieszyć, bo inaczej nie zdążymy, zanim zaatakują nas imperialni żołnierze.

- Imperialni żołnierze? - Siwowłosy mężczyzna podrapał się po głowie. - Czy właśnie 

dlatego otoczyliście akademię siłowymi polami? Jesteśmy atakowani?

- Na razie wszystko w porządku - uspokoił go Jacen, chociaż trochę się niecierpliwił, 

pragnąc jak najszybciej rozładować „Piorunochron”. - Pola zostały znów włączone. Po prostu 

ich nie widzisz.

Stary pilot uniósł głowę i wyciągnął szyję, usiłując przeniknąć spojrzeniem warstwę 

białawej mgiełki, unoszącej się nad porośniętym dżunglą księżycem.

- Kto chce was zaatakować? - zapytał po chwili.

- No cóż, słyszeliśmy pogłoski... pochodzące z wiarygodnego źródła - zaczął chłopiec, 

ale urwał, jakby się zawahał. - Dowiedzieliśmy się o tym od Zekka. To on dowodził grupą 

szturmowców, którzy napadli na Kashyyyk... na fabrykę, gdzie wytwarzano komputerowe 

podzespoły.   Później   ostrzegł   Jainę,   że   naszą   uczelnię   zamierza   zaatakować   Akademia 

Ciemnej Strony. Lepiej wejdźmy do środka.

Stary Peckhum, wyraźnie zaniepokojony, popatrzył na Jacena. Mężczyzna traktował 

kilkunastoletniego  Zekka  jak własnego syna.  Obaj  mieszkali  przez  pewien czas  razem  w 

jednym   z   opuszczonych   lokali,   znajdującym   się   kilka   poziomów   pod   powierzchnią 

Coruscant... dopóki Zekk nie został porwany przez funkcjonariuszy imperialnej uczelni.

Jacen ponownie poczuł, że po jego plecach przebiegły dobrze znane dreszcze. W tej 

samej sekundzie Peckhum szepnął:

- Za późno. - Uniósł rękę i skierował palec w niebo. - Już przylecieli.

background image

ROZDZIAŁ 2

Naczelnik Akademii Ciemnej Strony Brakiss, mistrz wszystkich nowych Ciemnych 

Jedi, stał na stanowisku obserwacyjnym, urządzonym w najwyższej iglicy gwiezdnej stacji, i 

spoglądał  w  dół,  na  niepozorną  szmaragdowozieloną  plamkę  księżyca  porośniętego  gęstą 

dżunglą. Niedługo miał stoczyć decydującą bitwę, w trakcie której Yavin Cztery i znajdująca 

się na nim akademia Jedi zostaną zmiażdżone przez potęgę Drugiego Imperium.

A przynajmniej powinno tak się stać.

Krętymi korytarzami imperialnej uczelni spieszyli szturmowcy, aby zająć wyznaczone 

stanowiska   bojowe.   Niedawno   przeszkoleni   piloci   myśliwców   typu   TIE   sprawdzali   stan 

maszyn, a gorliwi uczniowie, marzący o tym, aby zostać Ciemnymi Jedi, przygotowywali się 

do walki, która musiała się zakończyć pierwszym wielkim sukcesem.

Rozstrzygająca bitwa miała się rozpocząć równoczesnym atakiem dwóch oddziałów, 

dowodzonych przez Tamith Kai, najpotężniejszą wiedźmę, należącą do nowego zakonu Sióstr 

Nocy, i ulubieńca Brakissa, ciemnowłosego Zekka. Entuzjazm, jaki wykazywał młodzieniec, 

pragnący zapewnić sobie lepszą przyszłość, pomógł funkcjonariuszom Akademii namówić go 

do przejścia na ciemną stronę.

Mistrz   Ciemnych   Jedi   zamknął   oczy   i   głęboko   zaciągnął   się   regenerowanym 

powietrzem,   które   z   cichym   szumem   wpadało   przez   otwory   wentylacyjne.   Czuł,   jak   za 

plecami powiewają fałdy jego srebrzystego płaszcza.

Chociaż był sam, uświadamiał sobie, że gorączka przygotowań udziela się wszystkim 

osobom, przebywającym w naszpikowanej iglicami gwiezdnej stacji. Wyczuwał, jak narasta 

podniecenie,   a   wraz   z   nim   ochota   do   walki.   Odbierał   strzępki   krzyżujących   się   myśli   i 

orientował   się,   jakimi   uczuciami   darzą   imperialni   żołnierze   wielkiego   wodza,   Imperatora 

Palpatine’a. Uzmysłowił sobie, że i oni czują pewien niepokój, kiedy myślą o zbliżającej się 

chwili ataku, ale na myśl o tym lekko się uśmiechnął. Lęk powinien sprawić, że staną do 

walki   silniejsi   i   zręczniejsi,   ale   także   ostrożniejsi...   chociaż   nie   do   takiego   stopnia,   aby 

sparaliżowała ich trwoga.

Brakiss od dawna marzył o pokonaniu Luke’a Skywalkera. Kiedyś, przed wielu laty, 

przeniknął do akademii Jedi jako imperialny szpieg, zamierzający poznać tajniki stosowanych 

przez Nową Republikę metod nauczania. Później miał poinformować o nich garstkę ludzi, 

wciąż jeszcze dochowujących wierności pokonanemu Imperium. Nie zdołał jednak wywieść 

w pole mistrza Jedi. Luke Skywalker, który od razu zorientował się, co knuje nowy uczeń, 

background image

usiłował   zawrócić   go   ze   szlaku,   wiodącego   ku   ciemnej   stronie,   i   podkopać   wiarę,   jaką 

pokładał   Brakiss   w   Drugim   Imperium.   Starał   się   go   „nawrócić”   -   naczelnik   Akademii 

Ciemnej   Strony  uśmiechał  się   pogardliwie,   ilekroć   przypominał  sobie   tamte  chwile   -  ale 

osiągnął tylko tyle, że jego nowy uczeń uciekł.

Ponieważ jednak tak ochoczo zapuszczał się na manowce ciemnej strony, nauczył się 

przez te wszystkie lata tyle, że mógł powołać do życia własną uczelnię, w której kształcił 

Ciemnych Jedi.

A teraz wszystko zmierzało ku ostatecznej, rozstrzygającej konfrontacji.

Naczelnik   Akademii   Ciemnej   Strony   nagle   wyczuł,   że   powietrze   obok   niego 

zamigotało i zalśniło. Otworzył łagodne, anielsko piękne oczy i stwierdził, że iskry, na jakie 

spogląda, są zakłóceniami transmisji sygnału holograficznego. Po kilku sekundach pojawił się 

w   tym   miejscu   wizerunek   oblicza   Imperatora.   Głowa   tajemniczego   wielkiego   wodza 

Drugiego   Imperium   unosiła   się   przed   Brakissem   w   postaci   gigantycznego   hologramu. 

Osłonięta kapturem twarz Palpatine’a miała wysokość prawie dwóch metrów, a w mistrza 

Ciemnych   Jedi   wpatrywały   się   połyskujące   żółte   oczy,   otoczone   gęstą   siecią   głębokich, 

mrocznych zmarszczek.

- Niecierpliwie oczekuję chwili, kiedy będę mógł ponownie objąć władzę, Brakissie - 

odezwał się Imperator.

- A ja równie niecierpliwie czekam, kiedy będę mógł przekazać jaw twoje ręce, mój 

panie - odparł mężczyzna, pochylając głowę.

Pamiętał,   że   niedawno   Palpatine,   któremu   towarzyszyło   czterech   groźnych 

imperialnych   strażników,   przyleciał   specjalnym   opancerzonym   wahadłowcem   do   jego 

gwiezdnej stacji i zamieszkał w najokazalszej komnacie. Budzący grozę strażnicy, odziani w 

szkarłatne szaty, nie pozwolili jednak nikomu nawet spojrzeć na Imperatora, który przez cały 

czas pozostawał zamknięty w nieprzezroczystej izolacyjnej komorze. Ani razu nie ukazał się 

nikomu spośród wiernych poddanych, pełniących służbę w Akademii Ciemnej Strony. Nie 

zechciał przyjąć na audiencji nawet jej naczelnika. Ilekroć przemawiał, zawsze pojawiał się w 

postaci hologramu.

- Jesteśmy gotowi do ataku, mój panie - ciągnął tymczasem Brakiss. Odważył  się 

unieść   głowę   i   zerknąć   na   budzące   strach   oblicze   wielkiego   wodza.   -   Moi   Ciemni   Jedi 

gwarantują, że walka zakończy się zwycięstwem.

-   To   dobrze,   ponieważ   nie   mam   ochoty   dłużej   czekać   -   odezwał   się   wizerunek 

Imperatora.   -   Pozostałe   zmodernizowane   okręty   mojej   floty   wprawdzie   jeszcze   nie 

przyleciały, ale spodziewam się, że zjawią się w ciągu kilku najbliższych godzin. Właśnie w 

background image

tej chwili technicy instalują na ich pokładach nowe systemy komputerowe, które udało się 

nam zdobyć w trakcie ataku na Kashyyyk. Moi strażnicy meldują, że większość statków jest 

gotowa do walki, a kilka ostatnich osiągnie pełną gotowość bojową już niedługo.

Brakiss znów się pokłonił, a potem złączył palce jak do modlitwy.

- Rozumiem,  mój  panie  - powiedział.  - Może  jednak  wykorzystajmy  potęgę floty 

szturmowej   do   zaatakowania   następnego   celu,   jakim   z   pewnością   będą   o   wiele   lepiej 

strzeżone   światy,   należące   do   Sojuszu   Rebeliantów.   Na   Yavinie   Cztery   spotkamy   się   z 

oporem  najwyżej   kilku  słabeuszy uważających  się  za  rycerzy  Jedi.  Moi  władający Mocą 

żołnierze rozprawią się z nimi bez trudu.

Ukryta w cieniu kaptura twarz Imperatora przybrała sceptyczny wyraz.

-   Nie   pozwól,   Brakissie,   żeby   zgubiła   cię   zbytnia   pewność   siebie   -   przestrzegł 

Imperator.

Naczelnik Akademii Ciemnej Strony odpowiedział, wkładając w słowa jeszcze więcej 

zapału niż poprzednio. Pragnąc przekonać wielkiego wodza o słuszności własnych poglądów, 

pozwolił nawet ponieść się emocjom.

- Kiedy atak na akademię Jedi zakończy się sukcesem, Drugie Imperium zacznie być 

uważane   za   coś   więcej   niż   tylko   garstkę   piratów,   napadających   na   bezbronne   światy   i 

kradnących niezbędne urządzenia - zaczął. - Naszym celem, mój panie, jest podbój galaktyki. 

Walka, którą niedługo stoczymy, będzie starciem dwóch filozofii życia; zmaganiem się sił 

woli.   Filozofii   życia   Rebeliantów   przeciwstawimy   filozofię   Imperium   i   dlatego   moi 

uczniowie muszą stanąć do walki z uczniami Skywalkera. Rycerze Jedi stoczą bój z innymi 

rycerzami Jedi. Jeżeli się zgodzisz, mój panie, dojdzie do konfrontacji sił ciemności z siłami 

światłości.   Oczywiście,   nie   zamierzamy   rezygnować   z   nękania   przeciwników   strzałami 

myśliwców typu TIE, atakujących ich z powietrza, ale najważniejsze zmagania będą miały 

charakter bezpośredni i osobisty - ponieważ tak być musi! Nie możemy się ograniczyć tylko 

do przełamania obrony! Musimy wydrzeć z tych wrażych serc przekonanie o wyższości ich 

stylu życia.

Brakiss przerwał i uśmiechnął się, uniósł głowę i spojrzał w iskrzące się żółte oczy 

Imperatora.

-   A   kiedy,   posługując   się   siłami   ciemnej   strony,   odniesiemy   nad   nimi   całkowite 

zwycięstwo, Rebelianci, którzy ocaleją, rozproszą się i ukryją, aby odtąd drżeć na samą myśl 

o dotychczasowym życiu. My zaś odzyskamy to, co nam się prawnie należało.

Widoczne   na   gigantycznym   hologramie   oblicze   Palpatine’a   uczyniło   nagle   coś 

zatrważająco niezwykłego. Spękane, okolone głębokimi zmarszczkami wargi rozciągnęły się 

background image

w pełnym satysfakcji uśmiechu.

- Bardzo dobrze, Brakissie - odezwał się Imperator. - A zatem niech się stanie, jak 

mówisz. Możesz zaczynać atak, kiedy uznasz, że jesteś gotów.

background image

ROZDZIAŁ 3

Technicy   Akademii   Ciemnej   Strony   wyłączyli   generatory   maskującego   pola   i 

imperialna   uczelnia   przestała   być   niewidzialna.   Kiedy   najeżona   spiczastymi   iglicami 

obserwacyjnych wież gwiezdna stacja zbliżyła się do Yavina Cztery, z jej hangaru wyleciały 

dwa   specjalnie   wyposażone   myśliwce   typu   TIE.   Nie   oddalając   się   od   siebie,   cichaczem 

pogrążyły się w mgiełce atmosfery księżyca.

Kadłuby maszyn pokryto specjalną substancją maskującą, uniemożliwiającą wykrycie 

za pomocą skanerów, a potężne bliźniacze silniki jonowe zostały wyciszone. Pilotom zależało 

na wykonaniu tajnego zadania, a nie na demonstracji siły.

Na   czele   leciał   komandor   Orvak,   a   drugi   myśliwiec   typu   TIE,   pilotowany   przez 

Dareba,   osłaniał   skrzydło   i   ogon   maszyny   dowódcy.   Obaj   piloci   zatoczyli   krąg   wokół 

niewielkiego   księżyca   i   zagłębili   się   w   warstwy   atmosfery.   Następnie,   lecąc   po   spirali, 

skierowali się nad równik. Starali się wypatrzyć ruiny prastarej świątyni, w której Skywalker 

urządził akademię Jedi.

Orvak leciał pierwszy,  ściskając drążek sterowniczy dłońmi,  ukrytymi  w czarnych 

rękawiczkach. Wyczuwał delikatne drżenie silników imperialnej maszyny i odnosił wrażenie, 

że siedzi na grzbiecie jakiegoś nie ujarzmionego pociągowego zwierzęcia. Leciał niezwykle 

skupiony, raz po raz czując, jak maszyna zbacza z kursu pod wpływem podmuchów wiatru 

czy unoszących się znad dżungli prądów ciepłego powietrza.

- Wyrównaj lot - mruknął do siebie w pewnej chwili.

Wykonanie   zadania   wymagało   wyjątkowej   precyzji   i   opanowania   sztuki   pilotażu. 

Kiedy   Akademia   Ciemnej   Strony   zbliżała  się   w   rejon   Yavina,   Orvak   i   inni   niedawno 

przeszkoleni piloci maszyn typu TIE, starannie wybrani z grona młodocianych szturmowców, 

wielokrotnie ćwiczyli wszystkie szczegóły na specjalnych symulatorach.

Tym  razem nie chodziło  jednak o ćwiczenia.  Imperator  liczył  na to, że ich akcja 

zakończy się sukcesem.

Gęstwina   liści   gigantycznych   drzew   Massassów   w   dole   wyglądała   jak   splątany 

zielony kobierzec. Powyginane gałęzie wystawały nad powierzchnię oceanu zieleni niczym 

koszmarne  szpony.  Orvak obniżył  lot maszyny  i przez  chwilę  obserwował,  jak podmuch 

gorących gazów wydechowych, wydobywających się z potężnych silników myśliwca, płoszy 

mieszkające pośród gałęzi drzew niewielkie stworzenia.

Jego   towarzysz   włączył   nadajnik   komunikatora,   umożliwiającego   wysłanie 

background image

kierunkowego   sygnału   w   niezwykle   wąskim   paśmie   częstotliwości.   Słowa   pilota   były 

następnie   dekodowane   i   pozbawiane   zniekształceń   przez   specjalny   system   deszyfrujący, 

zainstalowany na pokładzie maszyny Orvaka.

- Moje czujniki dalekiego zasięgu wykrywają obecność energetycznego ochronnego 

pola - zameldował Dareb. - Generatory, wytwarzające to pole, znajdują się dokładnie tam, 

gdzie nam powiedziano.

-   Potwierdzam   współrzędne   celu   -   odezwał   się   Orvak,   kierując   usta   w   stronę 

mikrofonu umieszczonego w hełmie pilota. - Lord Brakiss, który spędził tu trochę czasu, miał 

okazję zapoznać się z rozmieszczeniem różnych urządzeń akademii. Miejmy nadzieję, że od 

tamtych czasów Rebelianci niczego nie przenieśli w inne miejsce.

- Dlaczego mieliby to zrobić? - zapytał Dareb. - Są zadowoleni z siebie i zaślepieni 

wiarą we własne siły, a my niedługo obnażymy ich głupotę.

- Uważaj tylko, żebyś nie obnażył własnej głupoty - skarcił go Orvak. - A teraz dosyć 

paplaniny. Kieruj się ku celowi.

Niewidzialne   pole   siłowe   osłaniało   niczym   czasza   ochronnego   parasola   sektor 

dżungli, obejmujący odcinek rzeki i polanę, na której wznosiła się majestatyczna prastara 

piramida. W skrytości ducha Orvak liczył na to, że zanim ten dzień dobiegnie końca, wielki 

ziggurat zamieni się w dymiący stos kamieni.

Zanim jednak Akademia Ciemnej Strony będzie mogła przystąpić do głównego ataku, 

Orvak i Dareb muszą wykonać tajne zadanie. Powinni uszkodzić generatory wytwarzające 

ochronne pole i w ten sposób umożliwić dokonanie dzieła zniszczenia.

Komandor  sprawdził wskazania  pokładowych  aparatów. Posługując się czujnikami 

wrażliwymi   na   podczerwień   i   inne   zakresy   widma   częstotliwości,   widział   śmiercionośne 

zmarszczki unoszącej się siłowej kopuły, jaka miała chronić akademię Jedi przed atakami z 

powietrza. Mimo to, zapewne z powodu wysokich drzew Massassów, pole nie zaczynało się 

przy   samej   ziemi,   ale   na   poziomie   jakichś   pięciu   metrów   ponad   wierzchołkiem   gałęzi. 

Zaledwie pięć metrów dzieliło listowie od granicy warstwy śmiercionośnej energii, ale te pięć 

metrów stanowiło wystarczającą szczelinę, przez którą mógł przelecieć doświadczony pilot. 

Tu i ówdzie zwęglone, sczerniałe kikuty wystających konarów dowodziły, że czasami jednak 

stykały się one z krawędziami energetycznej kopuły.

- Będzie ciasno - odezwał się Orvak, przerywając ciszę. - Jesteś gotów?

-   Czuję   się   tak,   że   mógłbym   sam   stawić   czoło   całemu   Sojuszowi   Rebeliantów   - 

oświadczył Dareb.

Jego dowódca postanowił nie reagować na ten przejaw zbytniej pewności siebie.

background image

- Zaczynamy - powiedział.

Jeszcze bardziej obniżył lot swojego niewrażliwego na sygnały skanerów myśliwca 

TIE, tak że kadłub niemal muskał gałęzie najwyższych drzew. Słyszał szmer i szelest liści, 

ocierających się o siebie i o skrzydła maszyny. W pewnej chwili wydało mu się, że powietrze 

przed dziobem migocze, i uznał to za znak, że zbliża się do granicy siłowego pola. Miał 

nadzieję, że jego czujniki się nie mylą.

-   Skup   się   na   wykonaniu   zadania   -   rozkazał   podwładnemu.   -   Właściwa   praca 

rozpocznie się dopiero wówczas, gdy znajdziemy się pod kopułą.

Kiedy obie maszyny prześlizgiwały się pod krawędzią śmiercionośnego pola, Dareb 

raptownie skręcił, starając się uniknąć zderzenia z wystającą zaledwie metr ponad baldachim 

liści omszałą gałęzią, która niespodziewanie ukazała się przed dziobem jego statku. Młody 

pilot zboczył jednak za bardzo z kursu i zawadził skrajem sześciokątnego panelu skrzydła o 

inną gałąź, wskutek czego jego myśliwiec zaczął koziołkować.

-   Nie   potrafię   go   opanować!   -   krzyknął   do   mikrofonu   komunikatora.   -   Straciłem 

kontrolę nad sterami!

Nie   przestając   wirować   w   locie,   maszyna   Dareba   wbiła   się   w   powierzchnią 

śmiercionośnego   siłowego   pola   i   eksplodowała,   po   czym   zamieniła   się   w   ognistą   kulę. 

Tymczasem  Orvak,  zdecydowany  wykonać   powierzone   zadanie,   leciał  dalej.  Obejrzał  się 

tylko raz, aby zerknąć przez rufowy iluminator na płonące szczątki maszyny Dareba, powoli 

znikające między konarami ogromnych drzew Massassów.

Później zacisnął zęby i korzystając z ukrytej w hermie aparatury tlenowej, zaczerpnął 

głęboki haust powietrza.

- Wszyscy jesteśmy tylko pionkami - powiedział, jakby zamierzał przekonać o tym 

samego siebie. - Tylko pionkami. Najważniejsze jest zadanie. Muszę teraz skupić się na tym, 

żeby je wykonać. Sam.

Z wysiłkiem przełknął ślinę, uświadomiwszy sobie, że w tej chwili Rebelianci już 

wiedzą o jego obecności.

Nie wahając się ani chwili, skierował się ku ustronnej polanie, na której umieszczono 

generatory wytwarzające siłowe pole. Urządzenia przypominały zbiór ogromnych talerzy, do 

połowy  zanurzonych  w gęstym   poszyciu   dżungli  i  umieszczonych   pośrodku pozbawionej 

roślinności   przestrzeni,   na   której   mógł   osiąść   małym   imperialnym   myśliwcem.   W   oddali 

majaczyła wielka piramida mieszcząca akademię Skywalkera.

Orvak  wyłączył  wyciszone  bliźniacze   silniki  jonowe,  otworzył  drzwiczki   kabiny  i 

zeskoczył na ziemię. Sięgnął do schowka, umieszczonego pod fotelem pilota, i wyciągnął 

background image

plecak,   wypełniony   urządzeniami   i   ładunkami   wybuchowymi,   które   miały   zapewnić   mu 

zajęcie na resztę dnia...

Później oddalił się od maszyny, ostrożnie stawiając nogi na gąbczastej, porośniętej 

grubą warstwą mchu ziemi. Wydawało mu się, że dzika i przerażająca dżungla osacza go ze 

wszystkich stron naraz. Gdzieś z góry dolatywał skwierczący pomruk energetycznego pola, w 

którym stracił życie jego kolega.

W porównaniu ze sterylnie odkażonymi pomieszczeniami Akademii Ciemnej Strony, 

Yavin Cztery sprawiał wrażenie miejsca obrzydliwie tętniącego życiem. Na księżycu roiło się 

od robaków, gadów i roślin wciskających się we wszystkie kąty, a także niewielkich gryzoni, 

owadów i dziwnych kąsających stworzeń, które widział dosłownie na każdym kroku -kryły 

się chyba we wszystkich zakamarkach.

Orvak tęsknił za idealnie czystymi, symetrycznie biegnącymi korytarzami Akademii 

Ciemnej Strony, gdzie jego podkute buty mogły donośnie dźwięczeć, kiedy stąpał po zimnych 

metalowych   płytach.   Tęsknił   za   wonią   wpadającego   przez   otwory   wentylacyjne 

regenerowanego   powietrza.   Tęsknił   za   pomieszczeniami,   w   których   wszystkie   starannie 

ułożone przedmioty znajdowały się na wyznaczonych miejscach... Podobny ład zapanuje w 

Imperium, kiedy wreszcie odniesie ono zwycięstwo w walce z Rebeliantami. Cieszył się, że 

ma na dłoniach solidne skórzane rękawice, a na głowie herm, dzięki czemu może się nie 

obawiać zarazków, roznoszonych przez zwierzęta i owady żyjące na tym zacofanym świecie.

Podniósł plecak, kryjący materiały wybuchowe, a potem puścił się biegiem w stronę 

pomrukujących   generatorów   ochronnego   pola.   Wznosiły   się   nad   nim   -   potężne,   ale   nie 

chronione. Skazane na zagładę.

Mimo   iż   same   generatory   sprawiały   wrażenie   zupełnie   nowych,   w   pobliżu   rósł 

prawdziwy gąszcz przeplatających się łodyg dzikiej winorośli, gałęzi kolczastych krzewów i 

paproci. W miejscach, gdzie ktoś wycinał roślinność, pragnąc uzyskać dostęp do płyty, na 

której zainstalował generatory, Orvak dostrzegł połamane końce gałęzi i obcięte pędy. Mimo 

to   niepokonana   dżungla   nie   zamierzała   się   wycofywać   z   odebranego   jej   obszaru.   Orvak 

pokręcił głową, nie mogąc się pogodzić z głupotą Rebeliantów.

Kiedy dotarł do pulsujących i pomrukujących urządzeń, kucnął i rozejrzał się na boki. 

Spodziewał się, że w każdej chwili może ujrzeć grupę rebelianckich obrońców. Otworzył 

plecak   i   wyjął   dwa   spośród   sześciu   potężnych   termicznych   detonatorów,   stanowiących 

ładunki   wybuchowe.   Zamierzał   umieścić   je   pod   ogniwami   energetycznymi,   zasilającymi 

generatory.   Dwa   takie   urządzenia   powinny   wystarczyć,   aby   unieszkodliwić   siłowe   pola 

chroniące akademię Skywalkera.

background image

Pozostałe   ładunki   wybuchowe   będą   mu   potrzebne   do   wykonania   drugiej   części 

zadania.

Orvak   uruchomił   i   zsynchronizował   umieszczone   na   obudowach   detonatorów 

urządzenia odmierzające upływ czasu. Później zdjął z przegubu przeprogramowany kompas i 

popatrzył   na   współrzędne,   które   wpisał   do   pamięci,   zanim   wystartował.   Zanurkował   i 

przedzierając się przez gąszcz roślinności, skierował się w stronę następnego celu. Znajdował 

się on w pewnej odległości od niego, na drugim brzegu rzeki, również opanowanym przez 

dziewiczą dżunglę.

Była nim wielka świątynia.

Przystanął tylko na krótką chwilę, żeby przyciemnić szkła ochronnych gogli, zanim 

czasomierze detonatorów pokażą same zera. Po kilku sekundach usłyszał grzmot eksplozji.

Łoskot niemal poraził jego uszy, a w niebo uniósł się słup ognia i dymu. Powoli 

przedzierał się przez gałęzie potężnych drzew Massassów. Zadowolony, Orvak pogratulował 

sobie   pomyślnego   wykonania   pierwszej   części   zadania.   Eksplozja   okazała   się   naprawdę 

wspaniała. Bardzo widowiskowa.

Wiedział wszakże, że teraz musi wywołać drugą, która powinna wyglądać jeszcze 

efektowniej.

background image

ROZDZIAŁ 4

Lowie   pilotował   skoczka   typu   T-23,   mając   za   pasażerów   Tionnę   i   Raynara, 

wciśniętego   w   kąt   za   fotelami.   Leciał   w   stronę   akademii   Jedi   z   największą   szybkością. 

Niewielka   maszyna   niemal   ocierała   się   o   wierzchołki   drzew,   a   tymczasem   Lowbacca   z 

pomocą Em Teedee wyjaśniał sytuację, jak najlepiej potrafił.

-   ...i   właśnie   dlatego   pan   Skywalker   poprosił   pana   Lowbaccę   o   to,   żeby 

przetransportował was w takim pośpiechu - dokończył miniaturowy android.

-   Proszę,   proszę   -   odezwał   się   cierpko   Raynar.   -   Przypuszczam,   że   teraz,   kiedy 

wróciliście, będziecie się uważali za bohaterów i zbawców akademii Jedi. Jestem pewien, że 

poradziłbym   sobie   równie   dobrze,   nawet   wówczas,   gdybyście   nie   zechcieli   nam   pomóc. 

Podczas gdy wy odlecieliście, by się bawić, ja intensywnie ćwiczyłem pod okiem Tionny.

Słysząc kpiący ton głosu jasnowłosego chłopaka, Lowie mógł się domyślić, że Raynar 

nie jest zachwycony faktem, iż bezceremonialnie wepchnięto go do rufowej części skoczka, w 

której nie miał dość miejsca na rozprostowanie fałd krzykliwego, różnobarwnego ubrania. 

Rodzice chłopca byli kiedyś członkami królewskiego rodu, władającego Alderaanem, ale po 

unicestwieniu   planety   przez   Gwiazdę   Śmierci   zostali   bogatymi   kupcami.   Chłopiec   nie 

przywykł do tego, aby komukolwiek ustępować najlepsze miejsce.

- Nie masz racji, Raynarze - zganiła go Tionna. Srebrzystowłosa instruktorka Jedi 

zamrugała powiekami perłowych oczu. - Nikt nie poradzi sobie z przeciwnikiem, kiedy staje 

do walki sam, a jeżeli zamierzamy się odpowiednio przygotować, wszystkich czeka jeszcze 

mnóstwo pracy. A bez tych przygotowań możemy przegrać walkę.

Raynar prychnął pogardliwie, starając się rozprostować fałdy szaty.

- Walki? - zapytał. - Nawet nie wiemy, czy dojdzie do jakiejkolwiek walki. Dlaczego 

mielibyśmy dawać wiarę słowom, wypowiedzianym przez jakiegoś młodocianego opryszka, 

który zdradził nas i przeszedł na ciemną stronę? Może skłamał, tylko w tym celu, żebyśmy 

przestali ćwiczyć i zajęli się przygotowaniami? W tej chwili zapewne się z nas wyśmiewa.

Gniewne warknięcie Lowiego zagłuszyło nawet warkot silnika maszyny.

- Pan Lowbacca pragnie zauważyć - pospieszył z tłumaczeniem Em Teedee - że przez 

wiele lat Zekk był bliskim przyjacielem pana Jacena i pani Jainy.

Raynar wydął wargi.

- W takim razie Jacen i Jaina Solo powinni bardziej uważać, z kim się przyjaźnią - 

burknął.

background image

- Różnica miedzy przyjacielem a wrogiem nie zawsze jest taka duża, jak uważasz - 

odezwała się stanowczo Tionna. - Czasami pomoc nadchodzi z najmniej oczekiwanej strony.

Lowie nie wiedział, dlaczego, ale nagle wszystkie zmysły nakazały mu, żeby leciał 

jeszcze szybciej. Mały skoczek zadygotał i przyspieszył, kiedy pilot obciążył silniki do granic 

możliwości, a nawet jeszcze bardziej. Prześlizgnął się między konarami drzew pod krawędzią 

śmiercionośnej   energetycznej   kopuły,   która   chroniła   akademię   Jedi   przed   atakami   z 

przestworzy.

- Hej, uważaj na tę wielką gałąź! - krzyknął Raynar w tej samej sekundzie, kiedy 

Lowie   zmienił   kierunek   lotu.   -   Zachowaj   odwagę   na   czas,   kiedy   pojawi   się   Akademia 

Ciemnej Strony... o ile w ogóle się pojawi.

Lowie z zadowoleniem się zorientował, że Tionna nie tylko zachowała spokój, ale 

nawet aprobowała sposób, w jaki pilotował małego skoczka.

Popatrzył w niebo i dopiero wówczas zrozumiał, dlaczego poczuł coś, co kazało mu 

przyspieszyć.  Głośno szczeknął, po czym  wyciągnął rękę i pokazał najeżony lufami dział 

złowieszczy pierścień, niewyraźnie majaczący na niebie za mgiełką warstw atmosfery.

- Pan Lowbacca mówi... - zaczął Em Teedee. - O rety! Wygląda na to, że Akademia 

Ciemnej Strony już przyleciała!

Raynar   zamilkł,   nie   mając   żadnego   innego   powodu,   by   krytykować   styl   pilotażu 

Lowiego. Wkrótce ciszę rozdarł donośny huk, po którym rozległy się odgłosy kilku eksplozji. 

Czujniki   skoczka   wskazywały,   że   migoczące   pole   siłowe   nagle   osłabło   i   zanikło.   Lowie 

warknął, zamierzając podzielić się tą informacją z pozostałymi.

Nie czekając, aż usłyszy tłumaczenie miniaturowego androida, Tionna powiedziała:

-   Nadal   myślę,   że   musimy   wrócić   do   naszej   akademii,   ale   powinniśmy   zostawić 

skoczek w dżungli, na skraju polany. Coś mi mówi, że nie możemy osadzać go na lądowisku 

obok świątyni ani ukrywać w hangarze. Oba miejsca mogą wkrótce zostać zaatakowane. - 

Instruktorka Jedi wyprostowała się na fotelu. - A zresztą, spójrzcie, atak już się zaczął.

Wielka   świątynia   Massassów   przetrwała   w   niemal   nie   zmienionym   stanie   całe 

tysiąclecia.   Masywne   kamienne   bloki,   jakich   u-żyto   do  budowy  jej   ścian   i   pomieszczeń, 

wyglądały równie solidnie jak w dniu, kiedy je ustawiono. Mimo to Jaina, przebywająca w 

ośrodku łączności akademii Jedi, wyczuwała, że posadzkę przenika dziwne drżenie. Nagle na 

konsolecie generatora zasilającego ochronne pole rozjarzyły się alarmowe światła.

- Coś się stało, wujku Luke’u - powiedziała. - Z dżungli doleciał odgłos eksplozji... O, 

nie! Nasza energetyczna osłona zanikła!

background image

Luke stał obok telekomunikacyjnej konsolety za krzesłem, na którym siedział Jacen. 

Kiwnął głową i ponuro się uśmiechnąwszy, zwrócił się do Jainy:

- Czy możesz pobudzić pole do działania, posługując się aparaturą swojej konsolety? - 

zapytał.

Starając   się   spełnić   tę   prośbę,   dziewczyna   gorączkowo   przestawiła   kilka 

przełączników   i   sprawdziła   poprawność   paru   połączeń.   Nie   rezygnując   z   przyciskania 

umieszczonych  na pulpicie  guzików, przyjrzała  się odczytom  urządzeń diagnostycznych  i 

informacjom, wyświetlanym na ekranach monitorów.

- Chyba nie - odezwała się w końcu. - Awaria zasilania. Wygląda na to, że mogły 

przestać funkcjonować wszystkie generatory.

Jej brat ze świstem wypuścił powietrze i odepchnął krzesło od konsolety.

-   Nie   podoba   mi   się   to   wszystko   -   powiedział,   przeczesując   palcami   kędziory 

zmierzwionych brązowych włosów. - Jestem pełen najgorszych przeczuć. Założę się, że ktoś 

dopuścił się sabotażu.

Luke   pochwycił   spojrzenie   Jainy,   a   po   chwili   popatrzył   na   jej   brata,   po   czym 

powiedział, jakby nagle podjął jakąś decyzję:

-   Za   pięć   minut   zwołuję   zebranie   wszystkich   członków   akademii.   Możliwe,   że 

będziemy musieli opuścić mury wielkiej świątyni i ukryć się gdzieś w dżungli, skąd lepiej 

zdołamy obronić się przed atakiem. Jacenie, wyślij wiadomość mamie, że właśnie zostaliśmy 

zaatakowani  i potrzebujemy tych  posiłków teraz. A później spotkamy się w wielkiej  sali 

audiencyjnej świątyni.

Przerażony  chłopiec  popatrzył   na  siostrę.  Jego  spojrzenie  dowodziło,   że  walczy  z 

paniką.

- Moje zwierzęta... - powiedział. - Nie mogę zostawić ich w klatkach, jeżeli akademii 

Jedi grozi jakieś niebezpieczeństwo. Myślę, że będą miały większą szansę przeżycia, kiedy je 

uwolnię. A jeżeli wujek Luke zamierza ewakuować wszystkich uczniów...

-   No   dobrze,   idź   -   przerwała   Jaina,   zamaszystym   gestem   wypraszając   brata   z 

pomieszczenia. - Zajmij się swoimi ulubieńcami. Ja wyślę tę wiadomość mamie.

Chłopiec, który już biegł ku drzwiom, tylko obejrzał się i rzucił przez ramię:

- Dziękuję!

Jaina   opadła   na   zwolnione   przez   brata   krzesło,   ustawione   przed   konsoletą 

komunikatora.   Wybrała   odpowiednią   częstotliwość   i   u-siłowała   nawiązać   łączność   z 

Coruscant.   Nie   usłyszała   jednak   odpowiedzi,   tylko   same   trzaski   i   szumy   zakłóceń. 

Rozgoryczona niepewnym  stanem przestarzałych urządzeń telekomunikacyjnych akademii, 

background image

westchnęła i spróbowała uzyskać połączenie, korzystając z innej częstotliwości.

Bezskutecznie.

Pomyślała,   że   to   dziwne.   Czy   możliwe,   by   uszkodzeniu   uległ   główny   ekran 

holograficznego projektora? Nałożyła słuchawki i wybrała jeszcze inną częstotliwość.

Szumy i trzaski.

Przełączyła   nadajnik   na   następny   kanał,   ale   usłyszała   jeszcze   głośniejsze   szumy, 

zupełnie jakby coś niweczyło jej rozpaczliwe próby wysłania sygnału. Wkrótce trzaski stały 

się tak przeraźliwe, że Jaina zaczęła się obawiać, iż wypadną jej zęby. Zerwała słuchawki z 

głowy, wzdrygnęła się i odrzuciła je na bok.

- Nasze sygnały są zakłócane!

Pragnąc się upewnić, sprawdziła wskazania przyrządów, umieszczonych na pulpicie 

telekomunikacyjnej   konsolety.   Rzeczywiście,   wysyłanie   dalekosiężnych   sygnałów 

uniemożliwiały urządzenia, umieszczone na pokładzie Akademii Ciemnej Strony.

Musiała jak najszybciej powiadomić o tym wujka Luke’a.

Kiedy   Jacen   dotarł   do   swojej   komnaty,   znajdującej   się   na   jednym   z   poziomów 

wielkiej   świątyni,   pospiesznie   uniósł   zapadki   i   pootwierał   drzwiczki   wszystkich   klatek, 

kryjących menażerię niezwykłych zwierząt. Doszedł do wniosku, że w tym czasie, kiedy on 

przebywał   na   Kashyyyku,   Tionna   nie   żałowała   im   pożywienia.   Niemal   niewidzialny 

kryształowy wąż, którego ciało pokrywały opalizujące tęczowo łuski, tylko błysnął i zniknął, 

wyraźnie   zadowolony,   ale   tworzące   rodzinę   purpurowe   skaczące   pająki,   umieszczone   w 

sąsiedniej klatce, zaczęły niespokojnie skakać po okratowanym pojemniku.

- Nie bójcie się. - Jacen zapuścił do ich mózgów wici własnych myśli. - Zachowajcie 

spokój. Będziecie bezpieczne, jeżeli znajdziecie się w dżungli. Po prostu postarajcie się trafić 

do dżungli.

Któraś klatka zatrzeszczała, kiedy wszczęły walkę dwa umieszczone w niej stintarile - 

mieszkające   na   drzewach   gryzonie,   mające   wyłupiaste   oczy   i   wystające   szczęki,   pełne 

spiczastych zębów. W innej klatce, pogrążone w wilgotnym szlamie, przebywały niewielkie 

pływające kraby. Z pojemnika, wypełnionego mętną wodą, wypełzły różowe, pokryte śluzem 

salamandry, które dopiero po kilkunastu sekundach zaczęły przybierać specyficzne kształty. 

W innej klatce roiły się opalizujące niebieskie piraniożuki, obijając się o pręty i próbując je 

przegryźć, w nadziei, że w ten sposób wydostaną się na wolność.

Jacen uwalniał po kolei wszystkie stworzenia, zanosząc klatki do okna tak ostrożnie, 

jak potrafił, ale wykonując wszelkie ruchy z kontrolowaną szybkością i precyzją. Właśnie 

background image

wypuścił   ostatnich   ulubieńców   -   pieńkowe   jaszczurki   -   kiedy   usłyszał   donośny   ryk 

Wookiego, po którym odezwał się piskliwy głosik miniaturowego androida-tłumacza.

- Och, dzięki niech będą niebiosom; mimo wszystko nie jesteśmy sami w tej wielkiej 

świątyni!

Chłopiec odwrócił się i ujrzał Lowiego, Tionnę i Raynara, stojących w drzwiach jego 

komnaty. Em Teedee wisiał, jak zwykle, przyczepiony do pasa młodego Wookiego.

- Wszyscy udali się do wielkiej komnaty audiencyjnej - odparł Jacen. - My także 

powinniśmy   znaleźć   się   tam   jak   najszybciej.   Zanim   dojdzie   do   walki,   mistrz   Skywalker 

pragnie udzielić nam kilku ostatnich wskazówek.

Cała grupa opuściła kabinę turbowindy i znalazła się w wielkiej sali. Wówczas Jacen 

zobaczył, że jego siostra rozmawia półgłosem z wujkiem Lukiem i Tenel Ka, a pozostali 

uczniowie siedzą w milczeniu, jakby sparaliżowało ich przerażenie.

Kiedy Skywalker uświadomił sobie, że Lowie wykonał powierzone zadanie i powrócił 

szczęśliwie, głęboko odetchnął, a na jego twarzy ukazał się wyraz prawdziwej ulgi. Tionna 

podeszła do niego, wyciągając rękę, którą Luke przez chwilę ściskał na powitanie.

- Jestem rad, że ci się nic nie stało - oświadczył, uśmiechając się ciepło.

- Co powiedziała mama? - zainteresował się Jacen, zwracając się do siostry.

Jaina przygryzła dolną wargę, a tymczasem Tenel Ka odpowiedziała:

-   Akademia   Ciemnej   Strony  zakłóca   wysyłane   sygnały.   Nie   możemy   zawiadomić 

nikogo ani wołać o ratunek.

Jacen poczuł, że krew odpłynęła  z jego twarzy.  Nie miał  pojęcia,  ile  czasu może 

potrwać,  zanim  ktokolwiek  pospieszy na  odsiecz,  skoro nawet  nie  mogli   wysłać  sygnału 

alarmowego.

Luke wstąpił na podwyższenie i zwracając się do wszystkich zgromadzonych uczniów 

Jedi, powiedział głośno:

- Nie możemy liczyć na to, że ktokolwiek przyleci, by nam pomóc. Musimy toczyć tę 

walkę, zdani wyłącznie na własne siły. Przypuszczam, że pierwszym celem ataku stanie się 

wielka   świątynia.   Tenel   Ka   zdążyła   zapoznać   was   z   zasadami   partyzanckiej   walki,   więc 

uważam, że powinniśmy stoczyć ją w dżungli, gdzie dla żołnierzy Akademii Ciemnej Strony 

wszystko  będzie  nowe i obce,  a dla  nas dobrze  znane.  Nasza  walka będzie  zatem  miała 

charakter pojedynków.

Przedtem jednak musimy natychmiast zarządzić ewakuację całej akademii Jedi.

background image

ROZDZIAŁ 5

Zekk przebywał w zatłoczonym hangarze Akademii Ciemnej Strony, gdzie przyglądał 

się   ostatnim   przygotowaniom   do   ataku.   Odnosił   wrażenie,   że   udziela   mu   się   nastrój 

podniecenia,   jaki   ogarnął   żołnierzy,   pałających   gniewem   i   chęcią   wyrządzenia   jak 

największych zniszczeń. Wydawało mu się, że wszystkie linie skupiającej się w nim ciemnej 

Mocy płoną oślepiającym blaskiem.

Nad środkiem lądowiska unosiła się ogromna taktyczna platforma szturmowa, wokół 

której krzątało się najwięcej osób. Najeżona lufami dział i zajmująca największą przestrzeń, 

została skonstruowana specjalnie z myślą o stoczeniu z Sojuszem Rebeliantów decydującej 

bitwy. Na pokrytych pancernymi płytami pokładach przebywali szturmowcy przygotowujący 

platformę do startu. Latające urządzenie, dowodzone przez złowieszczą Siostrę Nocy Tamith 

Kai, miało stanowić pomost, z którego będą wyruszali Ciemni Jedi, żeby toczyć pojedynki z 

uczniami Skywalkera.

Tamith   Kai,   stojąca   za   sterami   bojowej   platformy,   również   pałała   żądzą   zemsty. 

Ilekroć  się  poruszała,  jej  długa,   fałdzista  peleryna  ocierała   się  o  materiał  kombinezonu  i 

syczała niczym jadowity wąż, szykujący się do ataku. Z naramienników wystawały ostre, 

długie kolce, sporządzone z pancerza gigantycznego śmiercionośnego żuka. Głowę kobiety 

okalały podobne do hebanowych sprężyn czarne włosy, raz po raz zwijające się i skwierczące 

od nadmiaru zgromadzonej energii Mocy. Każdy sprawiał wrażenie, że żyje własnym życiem 

i okazuje wrogość pozostałym.

Fioletowe oczy Tamith Kai zapłonęły, kiedy kobieta skupiła w sobie jeszcze więcej 

Mocy   i   wydała   wszystkim   żołnierzom   rozkaz   przygotowania   platformy   do   startu. 

Sporządzony z onyksowych łusek pancerz idealnie przylegał do jej silnie umięśnionego ciała. 

Każdy ruch i gest Siostry Nocy dowodził pewności siebie, wiary we własne siły - a przede 

wszystkim niepohamowanej żądzy zniszczenia placówki wroga.

Tymczasem Zekk zajmował się własnymi sprawami. Pamiętał  o tym, że sam bywał 

często   obiektem   podejrzeń  złowieszczej  wiedźmy.   Tamith   Kai  nie  darzyła  go  zaufaniem. 

Uważała,   że   nie   zaprzedał   się   bez   reszty   ciemnej   stronie.   Podejrzewała,   że   nadal 

zaślepiającego resztki przyjaźni, jaką żywił kiedyś wobec bliźniąt Jedi, Jacena i Jainy Solo.

Zekk był ulubionym uczniem samego naczelnika Akademii Ciemnej Strony, Brakissa, 

a później, tocząc walkę na śmierć i życie, zwyciężył w pojedynku z ulubieńcem Tamith Kai, 

Vilasem.   Dzięki   temu   zwycięstwu   uzyskał   prawo   do   tytułu   Najciemniejszego   Rycerza. 

background image

Tymczasem Siostra Nocy, która zapewne nie potrafiła pogodzić się ze śmiercią ulubieńca, a 

może   wyczuwała   tlące   się   w   duszy   Zekka   iskierki   wątpliwości,   prawie   nie   spuszczała 

młodzieńca z oczu.

Mimo  to Brakiss powierzył  właśnie jemu  dowództwo oddziału władających  Mocą 

młodych adeptów, którzy wyruszali do pierwszej walki o odzyskanie władzy w galaktyce. 

Najciemniejszy Rycerz miał stanąć na czele grupy szturmowej składającej się z Ciemnych 

Jedi,   którzy   powinni   spaść   z   nieba   jak   śmiercionośne   duchy  i   pokonać   uczniów   mistrza 

Skywalkera.

Młodzieniec głęboko odetchnął, czując w chłodnym powietrzu upajającą woń smarów 

i rozpuszczalników. Słyszał dudnienie pomp tłoczących chłodziwo, pomruk uruchamianych 

silników   i   chrzęst   pancerzy   szturmowców   zajmujących   wyznaczone   miejsca.   Wszystkie 

oznaki   wskazywały   na   to,   że   przygotowania   dobiegły   końca.   Szturmowa   platforma   była 

gotowa do startu.

Zekk odwrócił się w stronę swojej grupy wojowników władających Mocą. Miał na 

sobie, jak zwykle, skórzany pancerz, osłonięty czarną peleryną, której krawędzie wykończono 

szkarłatną lamówką. U pasa wisiał przypięty miecz świetlny, jakby czekał na chwilę, kiedy 

właściciel zdecyduje się nim posłużyć. Młodzieniec związał długie, czarne włosy w schludny 

koński   ogon.   Kiedy   popatrzył   na   cierpliwie   czekających   wojowników,   w   jego 

szmaragdowozielonych oczach ukazały się błyski.

- Poczujcie, jak Moc przepływa przez wasze ciała - powiedział.

Spojrzał   po   kolei   w   oczy   każdego   podwładnego.   Wszyscy   stali   na   baczność, 

zacisnąwszy zęby, i tylko ogień płonący w ich oczach świadczył o tym, że rwą się do walki. 

Od dawna przygotowywali się, czekając na tę chwilę.

Zekk gestem pokazał im unoszącą się platformę i Ciemni Jedi natychmiast wskoczyli 

jak groźna fala na pokład opancerzonego statku.

- Musimy zaatakować akademię Jedi znienacka - odezwał się Najciemniejszy Rycerz. 

- W przeciwnym razie stracimy przewagę, jaką daje zaskoczenie.

Hełm pilota myśliwca typu TIE idealnie odpowiadał kształtom jego posiwiałej głowy. 

Resztę   ekwipunku   stanowiła   maska   umożliwiająca   oddychanie,   ochronne   gogle,   czarny 

lotniczy   kombinezon,   wyściełane   rękawice   i   ciężkie,   podkute   buty.   Kiedy   Qorl   założył 

wszystkie części stroju, wydało mu się, że przeniósł się w inne czasy, kiedy miał o wiele 

mniej  lat... i  kiedy również  latał  jako pilot  myśliwca  TIE, pełniący  służbę w pierwszym 

Imperium.

background image

Przed wielu laty jego maszyna była jednym z myśliwców należących do skrzydła, 

które   wyleciało   z   hangarów   Gwiazdy   Śmierci,   aby   wziąć   udział   w   walce   przeciwko 

ogarniętym rozpaczą pilotom rebelianckich X-skrzydłowców. Myśliwiec Qorla został jednak 

trafiony i uszkodzony, po czym, koziołkując i zataczając kręgi, zaczął się rozpadać, ale zdołał 

wylądować  w porastającej  powierzchnię  Yavina Cztery gęstej  dżungli.  Kiedy ranny pilot 

wydostał   się   z   rozbitej   maszyny   i   skierował   spojrzenie   w   niebo,   z   niedowierzaniem   i 

przerażeniem   stwierdził,   że   niezwyciężona   Gwiazda   Śmierci   eksploduje,   skazując   go   na 

nędzną wegetację w dzikich ostępach leśnych niewielkiego księżyca.

Qorl powrócił do pełni sił, ale żył jak pustelnik przez następne dwadzieścia kilka lat, 

dopóki jego kryjówki nie odnaleźli przypadkiem młodzi uczniowie Jedi... Zapoczątkowało to 

całą serię wydarzeń, które w końcu przywiodły go na łono Drugiego Imperium.

A teraz miał wsiąść do kabiny innego myśliwca typu TIE i wystartować z pokładu 

innej bojowej stacji - po to, aby raz jeszcze zmierzyć się z siłami Rebeliantów. Tym razem 

był jednak przekonany, że Imperium nie pozwoli sobie na popełnienie jakiegoś błędu.

Stał przed frontem pilotów swojego skrzydła, w którego skład wchodziło dwanaście 

maszyn  typu TIE. Stłoczone pod ścianą  ogromnego lądowiska niewielkie myśliwce miały 

wystartować   w   chwili,   kiedy   szturmowa   platforma   wyleci   z   hangaru   Akademii   Ciemnej 

Strony.  Siwowłosy pilot odwrócił się w stronę szeregu podwładnych; spośród nich żaden 

jeszcze nie brał udziału w prawdziwej walce. Wszyscy zostali wybrani z grona najbardziej 

ambitnych młodych kandydatów, którzy szkolili się, pragnąc zostać szturmowcami. Wszyscy 

byli   jednak   niedoświadczonymi   pilotami.   Spędzili   wiele   godzin,   ćwicząc   na   rozmaitych 

symulatorach, i Qorl wiedział, że palą się do walki. Z niecierpliwością oczekują chwili, kiedy 

przejdą chrzest bojowy. Stali teraz przed swoimi myśliwcami, ubrani w takie same czarne 

hełmy i kombinezony.

Zwłaszcza jeden młodociany pilot nerwowo przestępował z nogi na nogę i raz po raz 

spoglądał na swoją maszynę. Omiatał spojrzeniem wieżyczki laserowych działek, jakby już 

teraz pragnął znaleźć się w kabinie i zrobić z nich użytek. W końcu zdjął hełm i przycisnął go 

do torsu. Qorl spojrzał na nalaną, młodą twarz pilota, mimo iż już przedtem zorientował się, 

że   owym   niecierpliwym   młodzieńcem   jest   barczysty   Norys,   były   przywódca   gangu 

Zagubionych.

- Przepraszam pana, ale mam pewną propozycję - odezwał się osiłek. - Ponieważ w 

trakcie   ćwiczeń   radziłem   sobie   bardzo   dobrze,   o   wiele   lepiej   niż   pozostali   kandydaci, 

pomyślałem, że może powinienem zostać mianowany dowódcą tego skrzydła myśliwców.

Qorl zdusił w sobie gniew i odparł:

background image

-   Ja...   rozumiem   pobudki,   jakimi   się   kierujesz,   Norysie.   Rzeczywiście,   w   trakcie 

wszechstronnego szkolenia, jakie przeszedłeś, zamierzając zostać najpierw szturmowcem, a 

później pilotem myśliwca typu TIE, spisywałeś się doskonale. Jesteś chętny do nauki i, jak 

przypuszczam, do służenia Drugiemu Imperium. Niestety, tym razem nie mogę spełnić twojej 

prośby.

- Z jakiego powodu?

Czując wyzwanie, kryjące się w tonie głosu niesfornego młodzieńca, Qorl postanowił 

odpowiedzieć krótko i rzeczowo.

- Ponieważ Brakiss mianował mnie dowódcą tej wyprawy. Jeżeli jednak uważasz, że 

nie musisz podporządkować się temu rozkazowi...

Wzruszył   ramionami,   pozwalając,   żeby   wszelkie   możliwe   konsekwencje   tego 

stwierdzenia pozostały nie dopowiedziane.

Młodzieniec   był   szorstki   w   obejściu,   źle   wychowany   i   tak   bardzo 

niezdyscyplinowany, że gdyby nie wykazywał dużych zdolności we władaniu bronią i sztuce 

walki, Qorl z pewnością zostawiłby go na pokładzie Akademii Ciemnej Strony. Stawka w tej 

grze była zbyt wysoka, by pozwolić rwącemu się do walki osiłkowi wszystko spartaczyć.

Norys się zarumienił.

- Wydaje mi się, że strach cię oblatuje, staruszku - powiedział. - Jesteś stary i od wielu 

lat nie siedziałeś za sterami prawdziwego myśliwca. Zamierzasz dowodzić tym skrzydłem w 

taki   sposób,   żebyśmy   trzymali   się   z   daleka   od   pola   walki.   Chcesz   w   ten   sposób 

usprawiedliwić własny brak odwagi.

- To byłoby wszystko, pilocie - odezwał się spokojnie Qorl, ale w jego cichym głosie 

kryła się taka siła, że chyba powietrze zaskwierczało od nagromadzonej w nim energii. - 

Pozwalam   ci   dokonać   wyboru.   Jeżeli   powiesz   choćby   słowo,   pozostawię   cię   na   tym 

lądowisku, a jeżeli udowodnisz, że umiesz trzymać język za zębami, pozwolę ci walczyć ku 

większej chwale twojego Imperatora.

W tej chwili Qorl naprawdę nie dbał o to, co postanowi zrobić krzepki młodzik. Z 

przyjemnością dowodziłby nieco mniejszym skrzydłem, byle tylko mieć pewność, że wszyscy 

piloci zechcą słuchać jego rozkazów.

Pieniąc się w bezsilnej złości, Norys uczynił wysiłek, by nie odpowiedzieć. Uniósł 

hełm i z wściekłością wcisnął na głowę.

Stary pilot odezwał się znów, tym razem raczej pragnąc rozładować napięcie niż z 

jakiegokolwiek innego powodu:

- Odnieśliśmy sukces, gdyż udało się nam zakłócić wszystkie sygnały, wysyłane z 

background image

ośrodka łączności akademii Jedi. Nasi wrogowie nie mogą więc liczyć na to, że z pomocą 

przybędą jakiekolwiek posiłki. A ponieważ ci głupi rycerze Jedi nie widzą na orbicie żadnych 

wojennych   okrętów,   musieli   dojść   do   przekonania,   że   do   odparcia   ataku   wystarczy   ich 

mizerne siłowe pole i wiara we własne umiejętności.

Systemy   śledzące,   jakimi   dysponujemy,   wskazują,   że   atak   pierwszego   oddziału 

imperialnych komandosów zakończył się powodzeniem, dzięki czemu siłowe pole przestało 

funkcjonować. Akademia Jedi, pozbawiona energetycznej osłony, jest teraz zdana na naszą 

łaskę i niełaskę.

Kiedy Tamith Kai wystartuje na pokładzie bojowej platformy, by dowodzić oddziałem 

żołnierzy biorących udział w akcji, Zekk i grupa jego Ciemnych Jedi zaczną toczyć pojedynki 

z rycerzami, wyszkolonymi przez Skywalkera. W tym czasie myśliwce, tworzące to skrzydło, 

rozpoczną   nękanie   akademii   Jedi   atakami   z   powietrza.   Mimo   iż   naszym   celem   jest 

wyrządzenie jak największych szkód, powinniśmy jedynie wspierać siły lądowe Imperium, a 

nie brać udziału w bezpośredniej walce. Czy to zrozumiałe?

Piloci mruknęli na znak, że rozumieją zadanie. Qorl nie był jednak pewien, czy do 

chóru pomruków przyłączył się głos Norysa.

- To bardzo dobrze - powiedział. - W takim razie... Do maszyn!

Piloci wskoczyli do kabin. Qorl poszedł w ich ślady i po chwili siedział za pulpitem 

sterowniczym   swojego   myśliwca   typu   TIE,   który   miał   lecieć   na   czele   całego   skrzydła. 

Wciągnął głęboki haust powietrza, które przedostawało się przez otwory w filtracyjnej masce. 

Mimo to poczuł dobrze znaną, rozkoszną woń odczynników chemicznych, umieszczonych we 

wnętrzach pochłaniaczy.

Uśmiechnął się do swoich myśli. Czuł się doskonale, mogąc jeszcze raz zasiąść za 

sterami maszyny i polecieć w przestworza.

Nie odchodząc od urządzeń sterowniczych taktycznej bojowej platformy, Tamith Kai 

zawołała:

- Startujemy! I zanim ten dzień dobiegnie końca, powrócimy jako zwycięzcy!

Ogromne wrota hangaru gwiezdnej stacji się otworzyły, ukazując mroki przestworzy i 

niewielki   szmaragdowy   księżyc.   Majaczył   za   nim   gigantyczny   pomarańczowy   kocioł 

kipiących gazów, tworzących planetę Yavin. Niewielki księżyc, widziany na tle panoramy 

wszechświata,   wyglądał   niepozornie,   ale   to   właśnie   on   był   najważniejszym   celem   ataku 

szturmowców Akademii Ciemnej Strony. Wkrótce na j ego powierzchni miała rozegrać się 

bitwa, która z pewnością zakończy się zwycięstwem sił Drugiego Imperium.

background image

Tamith Kai wydała odpowiedni rozkaz. Natychmiast silniki repulsorów zagrały pełną 

mocą i bojowa platforma zaczęła oddalać się od gwiezdnej stacji. Wojskowa jednostka miała 

kształt   wielkiej,   płaskiej   i   zaokrąglonej   na   rogach   dwupoziomowej   barki.   Ponad   wyższy 

poziom   wystawała   mieszcząca   stanowisko   dowodzenia   nadbudówka,   która   miała   zostać 

rozhermetyzowana i otworzona, kiedy statek znajdzie się w atmosferze. Na górnym poziomie 

czekali   szturmowcy   i   żołnierze   stanowiący   grupę   operacyjną.   Dolny  zajmował   Zekk   z 

oddziałem Ciemnych Jedi, czekających obok opancerzonej klapy zapadni na właściwą chwilę.

Pokonując   odległość   dzielącą   ją   od   celu,   szturmowa   platforma   szybowała   w 

przestworzach. Przygotowywała się do pogrążenia w otaczających zielony księżyc, cienkich 

jak   paznokieć   warstwach   atmosfery.   Niecierpliwie   licząc   upływające   minuty,   Zekk 

przechadzał   się   tam   i   z   powrotem   po   dolnym   pokładzie.   Wyglądając   przez   iluminator, 

zauważył, że przypominająca kolczasty pierścień imperialna placówka, zajmująca dotychczas 

całą wolną przestrzeń, coraz szybciej maleje, w miarę jak platforma przyspiesza, kierując się 

ku Yavinowi Cztery.

- Plecaki gotowe? - zapytał, zwracając się w stronę podwładnych.

Sprawdził własny ekwipunek, przytroczony do pleców pasami krzyżującymi się na 

piersiach   i   na   plecach.   Sam   plecak   skrywała   czarna   peleryna,   której   szkarłatna   lamówka 

błysnęła, kiedy się obrócił. Członkowie oddziału Ciemnych Jedi zaczęli sprawdzać wiszące u 

pasów identyczne świetlne miecze, sporządzone w warsztatach Akademii Ciemnej Strony. 

Wszyscy   zwrócili   uwagę   także   na   mocowanie   przytroczonych   do   pleców   pojemników, 

kryjących indywidualne repulsory. Jeden po drugim meldowali gotowość do walki.

Kiedy bojowa platforma zagłębiła się w górne warstwy atmosfery, w widocznych za 

iluminatorami mrokach przestworzy pojawiły się pierwsze nieśmiałe pasma białej mgiełki. 

Zekk   wyczuwał   jednak   coraz   silniejszy   opór,   wywołany   tarciem   ochronnego   pancerza   o 

cząsteczki atmosfery.

W miarę jak kadłub imperialnej barki zaczynał się nagrzewać, młodzieniec odnosił 

wrażenie,   że   słyszy   świst   powietrza   rozcinanego   przez   platformę.   Mimo   to   Tamith   Kai 

pilotowała   ją,   jak   osoba   doświadczona,   pewną   ręką.   Ani   przez   chwilę   się   nie   wahając, 

zmierzała prosto do wytkniętego celu.

Nagle w odbiorniku interkomu rozległ się głęboki, chrapliwy głos Siostry Nocy:

-  Niedługo  osiągniemy   odpowiednią   wysokość   i znajdziemy  się  bezpośrednio  nad 

celem.   Zekku,   przygotuj   do   skoku   swoich   Ciemnych   Jedi.   Klapa   zapadni   otworzy   się 

dokładnie za standardową minutę.

Zekk   klasnął   w   chronione   rękawicami   dłonie,   nakazując   członkom   grupy,   żeby 

background image

ustawili się w dwuszeregu.

-   Silniki   repulsorowe   pomogą   wam   utrzymać   siew   powietrzu   -   powiedział   -   ale 

posługujcie się Mocą, żeby panować nad szybkością opadania i kierunkiem lotu. Pamiętajcie 

o tym, że musimy zadać bezpośredni cios. Tam, w dole, czekają wasi zawzięci wrogowie - 

rycerze   Jedi,   wyszkoleni   przez   mistrza   Skywalkera.   Od   tego,   czy   w   dzisiejszej   walce 

odniesiecie zwycięstwo, zależy los całej galaktyki.

Zekk skierował przenikliwe spojrzenie po kolei na każdego z podopiecznych, jakby 

pragnął  w ten sposób przekazać  wszystkim chociaż  cząstkę  własnego zdecydowania.  Był 

pewien,   że   wszyscy   są   dzielnymi   wojownikami,   i   pamiętał   o   tym,   że   przysięgali,   iż   nie 

spoczną, dopóki nie zwyciężą.

Mimo to Najciemniejszy Rycerz nie zdołał jeszcze uporać się z burzą, szalejącą w 

jego piersi. W skrytości ducha nie wątpił, że niejasne podejrzenia Tamith Kai co do jego 

lojalności   nie   są   całkowicie   bezzasadne.   Rzeczywiście,   z   rozrzewnieniem   wspominał 

serdeczną przyjaźń, jaką darzył kiedyś dobrą koleżankę Jainę Solo i jej brata Jacena.

Pamiętał, że kiedy przebywał w gęstwinach dżungli Kashyyyku, ostrzegł Jainę, aby 

trzymała  się jak najdalej  od akademii  Jedi. Nie chciał,  żeby dziewczyna  uczestniczyła  w 

walce,  jaka wkrótce miała  się rozpocząć.  Nie chciał,  żeby koleżance  przydarzyło  się coś 

złego.

Wiedział jednak z taką samą pewnością, że Jaina Solo, którą znał i na której mu tak 

zależało, nigdy nie cofnie się przed walką, aby ocalić własne życie, podobnie jak nigdy nie 

opuści przyjaciół, znajdujących się w niebezpieczeństwie. Wzdrygnął się na myśl o tym, że 

może właśnie w tej chwili Jaina przebywa gdzieś na terenie akademii Jedi, gotowa stanąć do 

walki z nim, Zekkiem.

Kiedy usłyszał szczęk zwalnianego zamka, był wdzięczny losowi za to, że nie musi 

dłużej   zastanawiać   się   nad   tym   problemem.   Klapa   zapadni   odchyliła   się   z   głośnym 

skrzypnięciem. Pod stopami oddziału Ciemnych Jedi ukazała się przypominająca rozchylone 

bezzębne usta wąska świetlista szczelina, która po chwili zamieniła się w jasny kwadrat. W 

otworze majaczyły wierzchołki ogromnych drzew. Spomiędzy nich sterczały kamienne wieże 

prastarych świątyń, wzniesionych przed tysiącami lat przez tajemniczych Massassów.

-   No,   dobrze,   moi   Ciemni   Jedi!   -   zawołał   Zekk,   starając   się   przekrzyczeć   świst 

wichury. -Nadeszła nasza godzina. Skaczemy!

Postanowił   udowodnić,   że   dowódca   się   nie   boi,   i   wyskoczył   pierwszy.   Szybując, 

włączył silnik repulsorowego plecaka, po czym koziołkując w powietrzu, skierował się w 

stronę bezbronnej akademii Jedi.

background image

Naśladując Najciemniejszego Rycerza, wszyscy Ciemni Jedi podążyli w jego ślady. 

Jeden po drugim odrywali się od platformy i szybowali w powietrzu niczym niosące śmierć 

drapieżne ptaki.

Tymczasem Zekk wyrównał lot i wysunął energetyczną klingę świetlnego miecza, a 

później   wyciągnął   ją   przed   siebie   w   taki   sposób,   że   przypominała   płonące   ramię 

drogowskazu.   Kiedy   obejrzał   się   za   siebie,   zobaczył,   że   pozostali   członkowie   jego 

szturmowego   oddziału,   naśladując  we  wszystkim  dowódcę,   również  wyciągnęli   świetliste 

ostrza. Lecieli za nim, a wiatr rozwiewał fałdy ich czarnych peleryn.

Ciemni Jedi zaczęli opadać z nieba niczym krople upiornego deszczu.

background image

ROZDZIAŁ 6

Świdrujący   w   uszach   skowyt   bliźniaczych   silników   jonowych   zakłócił   względną 

ciszę,  panującą  w  wielkiej   sali  audiencyjnej  świątyni.   Tenel   Ka  zareagowała  odruchowo, 

jeszcze zanim uświadomiła sobie, co może być źródłem dźwięku. Podbiegła i kucnęła przy 

najbliższej szczelinie, wyciętej w kamiennym murze i pełniącej funkcję okna. Po chwili za jej 

plecami znaleźli się Jacen, Jaina i Lowbacca. Przez szczelinę było widać nurkujące myśliwce 

typu TIE, kierujące się prosto ku akademii Jedi!

-   Mistrzu   Skywalkerze,   jesteśmy   atakowani!   -   krzyknęła   młoda   wojowniczka   z 

Dathomiry.

Luke  podniósł  głos,  pragnąc,  by usłyszeli   go wszyscy  uczniowie   przebywający  w 

wielkiej komnacie.

-   Uwaga!   Powinniście   pozostać   w   dżungli,   dopóki   bitwa   nie   dobiegnie   końca. 

Walczcie   tak,   jak   pozwalają   na   to   wasze   talenty   i   możliwości.   Pamiętajcie   o   tym,   co 

ćwiczyliście i czego się nauczyliście... I niech Moc będzie z wami.

Jego   słowa   raz   po   raz   przerywał   głuchy   odgłos   eksplozji.   W   pewnej   chwili   w 

ogromnym pomieszczeniu rozległ się głośny huk, podobny do ogłuszającego trzasku. Okazało 

się, że w ziemię u podnóża świątyni trafiła jakaś bomba protonowa i spowodowała powstanie 

głębokiego krateru w glebie, tuż obok wielkiej piramidy.

Tenel  Ka odwróciła  się, ale  nie odeszła od szczeliny w murze,  obok której  stała. 

Przyglądając się pozostałym uczniom Jedi, stwierdziła, że ich reakcja na słowa i polecenia 

mistrza   Skywalkera   jest   doprawdy   godna   pochwały.   Kilkoro   zaskoczonych   kandydatów 

zachłysnęło się powietrzem. Dziewczyna wyczuła płynącą od nich falę sprzecznych emocji. 

Dominowały pośród nich nerwowe oczekiwanie, tęsknota za rodzinnym światem, wiara w 

potęgę   Mocy   i   trwoga   na   myśl   o   tym,   że   może   będą   musieli   odebrać   komuś   życie. 

Wojowniczka nie wyczuwała jednak ani śladu niepewności, paniki czy zamiaru wypierania 

się własnej tożsamości.

Nie   czekając   na   dalsze   wskazówki,   uczniowie   Jedi,   jeden   po   drugim,   zaczęli 

wychodzić z wielkiej sali. Luke Skywalker pospieszył do okna, przy którym stała Tenel Ka z 

przyjaciółmi, po czym gestem nakazał Peckhumowi, by się do nich przyłączył. Stary pilot 

zanurkował, kiedy po kolejnym trafieniu posypały się na jego posiwiałą głowę drobiny kurzu 

i okruchy kamieni, odrywające się od sklepienia.

Mistrz   Jedi   natychmiast   zaczął   wydawać   polecenia.   Tenel   Ka   nie   mogła   wyjść   z 

background image

podziwu, ujrzawszy, że zachował spokój pomimo panującego zamieszania.

- Jacenie, weź „Ścigacz Cieni” i poleć na orbitę. Jeżeli uda ci się przedostać przez 

strefę zakłócającą nasze sygnały, wyślij mamie wiadomość, że jesteśmy atakowani. Artoo-

Detoo powinien w tej  chwili znajdować się w hangarze, na lądowisku w pobliżu statku. 

Nigdzie nie znajdziesz lepszego drugiego pilota.

Jaina, która uwielbiała latać statkami, właśnie zamierzała zaprotestować, kiedy wujek 

Luke nagle odwrócił się w jej stronę.

- Chciałbym, Jaino, żebyś przeprawiła się na drugi brzeg rzeki i sprawdziła, czy nie 

uda ci się naprawić uszkodzonych generatorów. Przekonaj się, czy zdołasz ponownie włączyć 

energetyczne pole. Lowie, ty i Tenel Ka...

Z   przyczepionego   do   pasa   Luke’a   miniaturowego   komunikatora   rozległ   się   pisk, 

świadczący o pojawieniu się bardzo ważnej informacji.

Kolejny potężny wybuch wstrząsnął murami wielkiej świątyni. Tym razem eksplozja 

musiała mieć miejsce bliżej niż poprzednie. Zaledwie Luke zdążył włączyć urządzenie, kiedy 

w   głośniku   rozległa   się   długa   seria   pełnych   podniecenia   elektronicznych   pisków   i 

świergotów.

- Co się stało, Artoo? - zapytał Skywalker. - Uspokój się i powiedz, o co chodzi.

- Jeżeli wolno, panie Skywalkerze - odezwał się Em Teedee - zdołałem rozszyfrować 

słowa pańskiego astronawigacyjnego robota, dzięki czemu mogę teraz służyć tłumaczeniem. 

Jak pan zapewne wie, potrafię płynnie posługiwać się ponad sześcioma formami komunik...

-   Dziękuję   ci,   Em   Teedee   -   odparł   Luke   Skywalker,   przerywając   paplaninę 

miniaturowego androida. - Będę wdzięczny, jeżeli zechcesz mi pomóc.

- Artoo-Detoo melduje... o rety!... że jakaś bomba eksplodowała tuż przed wrotami 

hangaru. Płyty zostały zasypane przez lawinę odłamków kamieni. Żaden statek nie zdoła teraz 

wlecieć ani wylecieć. Oznacza to, że „Ścigacz Cieni” jest uwięziony w hangarze!

- Hej! - zawołał Jacen po chwili, którą poświęcił na zastanawianie się nad sytuacją. - 

Peckhumie, a co z „Piorunochronem”? Nie został wprowadzony do hangaru.

Tenel   Ka   poczuła,   że   jej   czoło   przecięła   głęboka   zmarszczka.   Jakoś   nie   potrafiła 

wyobrazić   sobie   Jacena,   lecącego   rozklekotanym,   pokiereszowanym   towarowym 

transportowcem  i   toczącego  walkę   ze  znacznie   szybszymi  i   zwrotniejszymi  imperialnymi 

myśliwcami.

- „Piorunochron” nie ma kwantowego pancerza, jakim pokryty jest kadłub „Ścigacza 

Cieni” - przypomniał Skywalker.

- To zbyt niebezpieczne - dodała Jaina.

background image

- Wszyscy narażamy się tu na niebezpieczeństwa - odparł Jacen półgłosem, ale bardzo 

stanowczo. - A musimy znaleźć jakiś sposób, żeby przesłać tę wiadomość.

- Czemu nie, to mogłoby się udać - poparł go stary pilot. - Przed wielu laty nauczyłem 

się wykonywać kilka doskonałych uników. Przypuszczam, że wystarczą, żebyśmy dolecieli 

na orbitę i nie dali się trafić.

W tej samej chwili Lowbacca ostrzegawczo zawył i wyciągnął rękę, pokazując coś, co 

zobaczył   za   wąskim   oknem.   W   oddali   wisiała   nad   dżunglą   złowieszczo   wyglądająca 

konstrukcja, podobna do najeżonej lufami laserowych dział taktycznej platformy. Wyglądała 

jak śmiercionośna tratwa, obsadzona przez oddziały imperialnych żołnierzy.

Tenel Ka poczuła nagle, że przenikają znajome uczucie.

- Przyleciała Tamith Kai - rzekła. - Wyraźnie wyczuwam jej obecność.

- Wygląda na to, że przebywa na pokładzie tej platformy i dowodzi stamtąd ruchami 

naziemnych oddziałów szturmowych -stwierdził Luke.

-   A   zatem   musimy   unieszkodliwić   tę   platformę   -   odparła   bez   chwili   wahania 

wojowniczka z Dathomiry. - Zgłaszam się na ochotnika. Chcę stoczyć pojedynek z tą Siostrą 

Nocy.

Młody Wookie warknął, pragnąc podzielić się ze wszystkimi pewną informacją.

- Pan Lowbacca chciałby przypomnieć, że jego mały skoczek typu T-23 znajduje się 

nadal na skraju polany stanowiącej lądowisko - przetłumaczył usłużnie Em Teedee. - Gdyby 

otrzymał  zgodę na posłużenie  się skoczkiem,  on i pani Tenel  Ka mogliby znaleźć  się w 

pobliżu platformy w ciągu kilku minut.

Luke kiwnął głową.

- A zatem wszyscy mamy do wykonania jakieś zadania -powiedział. - Ja przeszukam 

pomieszczenia akademii Jedi, by upewnić się, że nie pozostał w nich żaden uczeń. Później 

spotkamy się w dżungli; tam, gdzie się umówiliśmy.

Schodząc szybko po wewnętrznych schodach wielkiej świątyni, Tenel Ka czuła, że jej 

myśli wybiegaj ą w przyszłość i skupiają się wokół czekającej ją walki. W żyłach dziewczyny 

płynęła krew, wzbogacona dodatkową porcją adrenaliny, dzięki czemu myśli wojowniczki 

gnały jak nigdy przedtem. Tenel Ka od najmłodszych lat była wychowywana i kształcona w 

taki sposób, żeby wyrosła na dzielną wojowniczkę.

I chociaż posługiwanie się tylko jedną ręką stanowiło dla niej jeszcze jedno wyzwanie, 

dziewczyna  nie czuła ani strachu, ani przesadnej pewności siebie. Była po prostu gotowa 

stanąć do tej walki. Wiedziała, że rycerz Jedi musi być zawsze gotów. Mistrz Skywalker i 

Tionna także zadbali o to, aby rozwijała swoje umiejętności. Tenel Ka miała swój świetlny 

background image

miecz i potrafiła posługiwać się Mocą. Była przekonana, że jedno i drugie wystarczy, żeby 

zwyciężyć w walce z każdym przeciwnikiem.

Kiedy wszyscy wybiegli na polanę pełniącą funkcję lądowiska, Jaina odłączyła się od 

reszty   grupy.   Wskoczyła   w   nurty   rzeki   i   zaczęła   płynąć   na   drugi   brzeg,   kierując   się   ku 

uszkodzonym generatorom ochronnego pola. Tenel Ka ze zdziwieniem stwierdziła, że stary 

Peckhum dotrzymuje kroku Jacenowi, biegnącemu przez polanę w stronę pokiereszowanego 

towarowego transportowca.

Tenel Ka i Lowbacca musieli  uskakiwać przed świetlistymi  sztychami  laserowych 

błyskawic, jakie raz po raz wyskakiwały z luf działek myśliwców TIE. Mimo to wspięli się do 

kabiny skoczka typu T-23 niemal w tej samej chwili, kiedy siwowłosy pilot i Jacen wpadli na 

pokład „Piorunochronu”.

Przyglądając   się,   jak   chłopiec   wbiega   po   rampie   i   znika   w  otworze   włazu   statku 

Peckhuma, Tenel Ka poczuła w sercu ukłucie, którego nie potrafiłaby wytłumaczyć, nawet 

przed sobą. Zauważyła jednak, że Jacen pojawił się znów w otworze. Przez sekundę spoglądał 

na nią z poważnym wyrazem twarzy, a później wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.

- Kiedy wrócę, opowiem ci nowy dowcip! - zawołał chcąc, by go usłyszała. - Tym 

razem naprawdę śmieszny.

Potem znów zniknął w mrocznym prostokącie włazu.

Słysząc, że Lowie uruchamia silniki repulsorowe skoczka, Tenel Ka odpowiedziała, 

chociaż była pewna, że chłopiec nie może jej usłyszeć:

- Tak, mój przyjacielu Jacenie, bardzo chętnie wysłucham twojego dowcipu. Kiedy 

wszyscy powrócimy.

background image

ROZDZIAŁ 7

Silniki „Piorunochronu” zaskowyczały i statek, pokonując siłę przyciągania, oderwał 

się od lądowiska. W chwilę później pokiereszowany kadłub wzdrygnął się, jakby przeniknięty 

lodowatym dreszczem. W głowie Jacena natychmiast rozdźwięczały się sygnały alarmowe.

- Zostaliśmy trafieni! - zawołał, nawet nie zadając sobie trudu sprawdzenia wskazań 

mierników.

- Nie-e - odparł spokojnie stary Peckhum. - „Piorunochron” zachowuje się tak zawsze, 

od czasu, kiedy wyłączyłem ogranicznik dopływu energii do rufowych repulsorów. Możliwe, 

że któregoś dnia ponownie rzucę okiem na to urządzenie.

Chłopiec stwierdził, że węzeł, jaki pod wpływem paniki zasupłał się w j ego żołądku, 

stopniowo przestał się zaciskać... ale tylko do pewnego stopnia.

- Może Jaina pomoże panu naprawić je trochę później - odezwał się po chwili.

Powietrze za iluminatorem przecięła jaskrawa błyskawica i w następnej sekundzie, 

głośno wyjąc, śmignął jakiś myśliwiec typu TIE nurkujący w stronę akademii Jedi.

- Hej, przeleciał bardzo blisko! - zauważył chłopiec.

- Zbyt blisko - zgodził się z nim siwowłosy pilot. - A teraz trzymaj się, młody Solo. Za 

chwilę zaczniemy robić uniki.

Lowie   skupił   swą   uwagę   na   pilotowaniu   skoczka   typu   T-23   w   taki   sposób,   by 

maszyna   przez  cały czas  znajdowała  się  pod  osłoną.   Przez   umieszczone   w  dolnej  części 

kadłuba szyby widział innych uczniów Jedi, starających się ukryć w dżungli. Wszyscy biegli 

zygzakami,   usiłując   nie   dać   się   trafić   przez   laserowe   błyskawice,   jakimi   raziły   polanę 

imperialne  myśliwce.  Kiedy rycerze  Jedi   zaczęli   znikać   w lesie,  młody   Wookie   szarpnął 

dźwignię i poderwał maszynę.

Gęstwina   splecionych   gałęzi   porośniętych   prawdziwym   gąszczem   liści   zawsze 

kojarzyła mu się z bezpieczeństwem i spokojem. Lowbacca bardzo chciałby spędzić chociaż 

kilka   takich   spokojnych   chwil,   siedząc   i   medytując   na   wierzchołku   jakiegoś   drzewa.   Na 

najwyższych  poziomach nie czekały jednak na niego i Tenel Ka ani bezpieczeństwo, ani 

spokój. A przynajmniej nie w tej chwili.

Lowie   zacisnął   dłonie   na   rękojeściach   dźwigni   sterowniczych   i   leciał   zygzakami, 

starając się prześlizgiwać między konarami i pniami gigantycznych drzew. Spodziewał się, że 

w ten sposób zgubi prześladowców, którzy mogli puścić się w pogoń za małym skoczkiem. 

background image

Wiedział,   że   tym   razem   niebezpieczeństwo   grozi   z   góry,   gdzie   krążyły   nieprzyjacielskie 

myśliwce TIE, a więc nie mógł lecieć ponad baldachimem liści. Liczył na to, że pozostanie 

nie zauważony, jeżeli będzie nadal przemykał między drzewami.

Nagle tuż obok kadłuba skoczka błysnęła jakaś ognista nitka. Wbiła się w miękką 

glebę i zwęgliła kilka zeschłych liści, z których uniósł się obłoczek dymu.

- Pozwól, żeby ruchami twoich dłoni kierowała Moc, Lowbacco, mój przyjacielu - 

odezwała się Tenel Ka, siedząca na ustawionym nieco z tyłu fotelu dla pasażera.

W odpowiedzi Lowie wymruczał coś na znak, że się zgadza, a później, pragnąc się 

odprężyć,   nabrał   głęboki   haust   powietrza.   Leciał   dalej,   ale   odtąd   pozwalał,   żeby   Moc 

decydowała o tym, kiedy powinien wykonać unik albo skręcić. Kierował maszynę w stronę 

leniwie toczącej zielonkawobrązowe wody rzeki, za którą on i Tenel Ka widzieli złowieszczą 

szturmową platformę Siostry Nocy. Mimo iż dzieliło ich od niej prawie pół kilometra, oboje 

młodzi rycerze Jedi widzieli sztychy laserowych strzałów, które raz po raz wyskakiwały z luf 

działek opancerzonej jednostki i spopielały drzewa porastające brzegi rzeki.

Nagle zdumiona Tenel Ka zawołała:

- Popatrz! O, tam!

Z nieba zaczęły opadać jakieś dziwne obiekty. Były podobne do drapieżnych ptaków, 

ale miały ludzkie kształty. Dopiero po kilku chwilach młoda wojowniczka uświadomiła sobie, 

że spogląda na rozpraszającą się w locie grupę Ciemnych Jedi. Wojownicy ciemnej strony 

zapalili   świetlne   miecze   i   kontrolowali   kierunek   lotu   za   pomocą   ukrytych   w   plecakach 

indywidualnych silników repulsorowych.

W   tej   samej   chwili,   kiedy   uwagę   Lowbaccy   zaprzątnęło   obserwowanie   lecących 

napastników,   w   kabinie   rozległ   się   brzęczyk   czujnika   zbliżeniowego,   a   w   kadłub   trafiła 

laserowa   błyskawica   wystrzelona   z   pokładu   przelatującego   myśliwca   TIE.   Z   rufowych 

silników   skoczka   typu   T-23   strzeliła   fontanna   iskier,   a   po   sekundzie   zaczęły   się   z   nich 

wydobywać   kłęby   dymu.   Kadłub   małej   maszyny   przebiegło   dziwne   drżenie,   po   którym 

skoczek zboczył z kursu. W następnej chwili rozległ się głośny trzask rozdzieranego metalu i 

oderwała się jedna płetwa umożliwiająca sterowanie.

- O rety - rozległo się kwilenie miniaturowego androida-tłumacza. - Nie mogę na to 

patrzeć.

Lowie zareagował dzięki odruchom, wyszkolonym w trakcie wykonywania ćwiczeń 

Jedi. Nie przestawał zmagać się ze sterami. Pomagając sobie Mocą, przebierał po pulpicie 

sterowniczym zakończonymi ostrymi pazurami palcami jednej dłoni, a drugą pociągał raz za 

tę, a raz za inną dźwignię. Powoli wnętrze kabiny wypełniało się gryzącym dymem. Silniki 

background image

skoczka krztusiły się i przerywały. Niezupełnie uświadamiając sobie, jak to zrobił, Lowie 

odciął dopływ energii do silników rufowych i wykorzystał resztkę siły ciągu, by poderwać 

maszynę  nad baldachim liści. Później skierował ją w stronę grupy rosnących  obok siebie 

drzew i postanowił obniżyć wysokość lotu. Przesłał energię do repulsorów i pozwolił, żeby 

jeszcze przez chwilę pracowały, licząc na to, że zwolnią szybkość opadania. Miał nadzieję, że 

to wystarczy.

Rozległ się głośny trzask i skoczek typu T-23 bezwładnie runął w gęstwinę splątanych 

gałęzi i konarów.

Każdy haust wdychanego powietrza  sprawiał, że Tenel Ka czuła w płucach żywy 

ogień. Dziewczyna słyszała dolatujące z bliska jęki i warknięcia Wookiego, ale nie potrafiła 

zrozumieć ani słowa. Niczego nie widziała.

-   Pani   Tenel   Ka!   -   Przez   mgiełkę   oszołomienia   przedarł   się   donośny,   piskliwy 

syntetyzowany   głosik   miniaturowego   androida.   -   Pan   Lowbacca   usilnie   nalega,   żeby 

zechciała pani pospieszyć z pomocą!

Wojowniczka spróbowała się rozejrzeć. Otworzyła oczy, ale widziała tylko wirujące 

różnobarwne plamy, składające się na przemian ze światła i cienia. Szybko zmieniające się 

kształty sprawiały ból jej oczom, więc dziewczyna po chwili je zamknęła.

Nagle tuż obok jej ucha rozległ  się tak głośny pisk, że zapewne mógłby wyrwać 

mistrza Jedi z kojącego transu.

- Och, niech licho porwie moje ospałe procesory! Spóźniłem się. Ona nie żyje.

Lowbacca zaryczał głośno na znak, że nie podziela tej opinii. W tej samej  chwili 

Tenel Ka poczuła, że coś wyciągnęło się i szturchnęło ją pod żebro.

- Nie - zaskrzeczała, z wysiłkiem wymawiając słowa. - Jeszcze żyję.

Lowbacca wydał kilka urywanych szczęknięć i tym razem dziewczyna zrozumiała od 

razu, o co chodzi. Zareagowała, nie czekając, aż usłyszy tłumaczenie Em Teedee:

- Pan Lowbacca prosi, żeby użyła pani całej siły i wypchnęła owiewkę, równocześnie 

kierując tę siłę w stroną bakburty... wie pani, to znaczy w lewo.

Tenel Ka wiedziała. Wyciągnęła rękę i pchnęła, a później uczyniła to samo jeszcze 

kilka razy.  Mimo iż się krztusiła, nie mogąc oddychać powietrzem przesyconym  kłębami 

gryzącego dymu, starała się zachować spokój i pozwalała, by przepływała przez nią energia 

Mocy.

Miała zamknięte powieki, ale zorientowała się, że z czujników optycznych Em Teedee 

strzeliły nagle snopy jaskrawożółtego światła. Dzięki nim w kabinie małego skoczka stało się 

background image

trochę jaśniej.

- Wygląda na to - ciągnął tymczasem miniaturowy android - że owiewka śmigacza 

zaklinowała się pomiędzy konarem a pniem drzewa. Och, jesteśmy zgubieni!

W   tej   samej   chwili   jednak,   kiedy   Em   Teedee   skończył   biadolić,   coś   trzasnęło   i 

owiewka kabiny odskoczyła. Tenel Ka i Lowbacca wyplątali się z ochronnych sieci, a później 

wygramolili się z kabiny. Kiedy łapczywie zachłystując się powietrzem i czekając, aż oczy 

przyzwyczają się do blasku, oddalali się od płonącej maszyny,  wojowniczka z Dathomiry 

odruchowo sięgnęła do pasa, by upewnić się, że rękojeść świetlnego miecza jest na swoim 

miejscu. Nadal była.

-   O   rety!   -   zabrzmiał   piskliwy,   metaliczny   okrzyk   androida.   -   Teraz 

najprawdopodobniej   zabłądzimy   w   tej   dżungli   i   zostaniemy  pochwyceni   przez 

wełnolamandry. Proszę zachować najwyższą ostrożność, panie Lowbacco. Na myśl o tym, co 

zrobiłbym,   gdybym   musiał   ponownie   przeżywać   takie   straszne   chwile,   ogarnia   mnie 

przerażenie.

Stojąc na konarze obok Tenel Ka i usiłując utrzymać równowagę, Lowbacca odwrócił 

się, by popatrzeć na uszkodzony gwiezdny skoczek typu T-23. Z gardła młodego Wookiego 

wydobył   się   przeciągły,   żałosny   jęk.   Wojowniczka   rozumiała   jednak,   że   jej   przyjaciel 

rozpacza   nie   z   powodu   żyjących   w   dżungli   stworzeń,   które   mogły   ucierpieć   podczas 

katastrofy, ale z powodu straty ukochanej maszyny.

Tenel   Ka  dobrze   uświadamiała   sobie,   co   oznacza   dla   niego   ta   strata.   Wyciągnęła 

jedyną rękę, na chwilę dotknęła ramienia Wookiego i pozwoliła, żeby przepływająca przez 

oboje Moc przyniosła mu chociaż trochę ukojenia. Później młodzi Jedi odwrócili się, aby 

sprawdzić, co stało się z celem ich wyprawy:  gigantyczną  bojową platformą, dowodzoną 

przez złowieszczą Siostrę Nocy.

Z prawdziwą ulgą Tenel Ka stwierdziła, że Lowiemu udało się wylądować w gąszczu 

gałęzi   w   odległości   zaledwie   dwustu   metrów   od   miejsca,   gdzie   nad   konarami   drzew 

Massassów unosiła się imperialna barka. Zanim jednak zdążyła powiedzieć choć słowo, jej 

przyjaciel Wookie ostrzegawczo szczeknął i pokazał na dół, na znak, że powinni się ukryć.

Młoda wojowniczka natychmiast zorientowała się, o co chodzi, i zanurkowała między 

gałęzie  i liście,  by się  przyczaić.  Jeżeli  ona  i Lowbacca  widzieli  gigantyczne  szturmowe 

urządzenie Akademii Ciemnej Strony, mogli sami zostać zauważeni. Musieli zatem podejść 

do   platformy,   przeskakując   po   gałęziach   niższych   pięter,   porośniętych   zielonymi, 

szeleszczącymi  liśćmi. Musieli postępować jak nurkowie, którym często zdarza się płynąć 

pod powierzchnią wody.

background image

Dysponując   tylko   jedną   ręką,   która   pozwalała   chwytać   gałęzie   i   utrzymywać 

równowagę, Tenel Ka pomagała sobie Mocą, jeżeli chciała, by po wykonaniu następnego 

skoku jej stopy bezpiecznie lądowały na śliskim konarze. Z wdzięcznością przyjmowała także 

pomoc ze strony Lowiego, który proponował wsparcie, ilekroć skakali po próchniejących 

gałęziach albo pokonywali większe odległości.

Tenel Ka nie wiedziała, dlaczego, ale coś zmuszało ją do mówienia. Możliwe, że był 

to bezgraniczny smutek, jaki zaczynał ogarniać jej przyjaciela Wookiego.

- Przekonasz się, że spędzimy razem jeszcze wiele radosnych chwil, naprawiając twój 

skoczek - powiedziała, zamierzając pocieszyć przyjaciela. - Ty, Jacen, Jaina i ja. Kiedy ta 

bitwa dobiegnie końca.

Lowie przystanął. Przez chwilę mierzył dziewczynę kpiącym spojrzeniem, a później 

zaczął sapać, co u Wookiech jest odpowiednikiem śmiechu. Wydał całą serię szczęknięć, 

natychmiast przetłumaczonych przez Em Teedee:

- Pan Lowbacca oświadcza, że pan Jacen z pewnością się ucieszy, mając tak duże 

grono wdzięcznych słuchaczy, które będzie mógł zabawiać opowiadaniem dowcipów.

Tenel Ka miała wrażenie, że na myśl o tym i jej nastrój uległ wyraźnej poprawie. 

Mogła dzięki temu szybciej  i pewniej przeskakiwać z gałęzi na gałąź. Uznała jednak, że 

powinna   skupić   całą   uwagę   na   osiągnięciu   zamierzonego   celu,   jakim   było   pokonanie 

Drugiego Imperium. Raz na zawsze.

Nagle poczuła, że w górę jej kręgosłupa powędrowały zimne ciarki.

- Stop! - rozkazała.

Nisko nad baldachimem liści śmignął myśliwiec typu TIE. Po zielonej powierzchni 

leśnego oceanu przemknęły fale, wzbudzone przez strumień gorących gazów wydechowych. 

Zapewne pilot imperialnej maszyny leciał, aby rzucić okiem na płonący wrak gwiezdnego 

skoczka.   Lowbacca   warknął,   ale   Tenel   Ka   chwyciła   go   za   kosmatą   rękę,   by   przyjaciel, 

kierując się impulsem chwili, nie uczynił czegoś nierozważnego. Tymczasem skowyczący 

myśliwiec zatoczył ciasny krąg nad szczątkami, jakby pilot zamierzał się upewnić, że nikt nie 

przeżył katastrofy. Młoda wojowniczka w skrytości ducha liczyła na to, że lotnik nie zechce 

dokończyć dzieła zniszczenia i nie pośle laserowych błyskawic w unieruchomiony kadłub. 

Wiedziała,   że   wówczas   maszyna   zamieniłaby   się   w   bezkształtną   masę   stopionych 

metalowych   płyt   i   zwęglonych   mechanizmów.   Po   kilku   chwilach   czekania   w   napięciu 

przekonała się jednak, że nieprzyjacielska maszyna oddaliła się, żeby poszukać innej ofiary.

Pociągnęła towarzysza za rękę i oboje ruszyli w dalszą drogę. Przeskakując z konaru 

na konar, ale przez cały czas kryjąc się pod baldachimem liści, zmierzali w stronę miejsca, 

background image

gdzie czekało imperialne urządzenie.

Wydało im się, że minęła zaledwie chwila, kiedy ponownie usłyszeli piskliwy głosik 

miniaturowego androida-tłumacza:

-   Jeśli   podczas   katastrofy   moje   czujniki   nie   uległy   całkowitemu   rozkalibrowaniu, 

właśnie   w   tej   chwili   powinniśmy   znajdować   się   dokładnie   pod   czołową   krawędzią 

szturmowej platformy.

Lowbacca uniósł rękę, nakazując Tenel Ka, by stanęła. Później wspiął się po kilku 

gałęziach i ostrożnie wystawił głowę ponad liście, żeby sprawdzić, gdzie się znajdują. Wydał 

ciche triumfujące szczeknięcie,  po którym  wojowniczka z Dathomiry wspięła  się śladami 

przyjaciela   i   także   wynurzyła   głowę   z   falującego   i   szeleszczącego   zielonego   oceanu. 

Zobaczyła unoszącą się jakieś dziesięć metrów nad nimi gigantyczną bojową stację. Zwróciła 

szczególną   uwagę   na   opancerzony   spód   i   wystające   ze   wszystkich   stron   lufy   szerzących 

śmierć laserowych działek.

-   Zniszczenie   jej   nie   powinno   być   trudne   -   szepnęła,   zwracając   się   do   młodego 

Wookiego.

Z wysoka dolatywały odgłosy wykrzykiwanych rozkazów i łomot podkutych butów 

żołnierzy   biegnących   po   metalowych   płytach   pokładu.   Lowbacca   uniósł   rękę   i   pokazał 

platformę, a potem wzruszył ramionami, jakby chciał zapytać: „I co teraz?” Platforma wisiała 

nad   wierzchołkami   drzew   zbyt   wysoko,   by   mogli   skoczyć,   a   nie   mieli   repulsorowych 

silników, dzięki którym dostaliby się na pokład. Tenel Ka sięgnęła jednak do jakiejś kieszeni 

u   pasa   i   wyciągnęła   z   niej   cienką,   ale   bardzo   wytrzymałą   linkę,   zakończoną   niewielką 

rozkładaną kotwiczką.

- Musimy wspiąć się po lince - oświadczyła.

Szturmowa   platforma   unosiła   się   na   trochę   większej   wysokości   niż   ta,   na   jaką 

zazwyczaj dziewczyna zarzucała kotwiczkę z przyczepioną linką, i dlatego durastalowe zęby 

zaczepiły   się   o   opancerzoną   krawędź   dopiero   za   drugim   razem.   Tenel   Ka   kilkakrotnie 

szarpnęła linką, a później na próbę powierzyła jej ciężar własnego ciała. Przekonała się, że 

zęby kotwiczki nawet się nie przesunęły. Potem owinęła nogi i rękę i zaczęła się podciągać. 

Ilekroć miała wrażenie, że do wspinaczki nie wystarczy siła mięśni jedynej ręki, pozwalała, 

żeby Moc pomagała unosić jej ciało.

Wiedziała, że kiedy znajdzie się na pokładzie imperialnego statku, może spotkać się 

ze szturmowcami, potężnym uzbrojeniem i złowieszczą Siostrą Nocy, która, podobnie jak 

ona, pochodziła z Dathomiry.

Tenel   Ka   z   wysiłkiem   przełknęła   ślinę.   Wiedziała,   że   Moc   jest   z   nimi,   ale 

background image

uświadamiała sobie również, że szansę zwycięstwa są doprawdy znikome.

background image

ROZDZIAŁ 8

Szeroka   i   głęboka   rzeka,   której   zielonkawobrązowe   wody   leniwie   płynęły   przez 

dziewiczą   dżunglę,   sprawiała   wrażenie   cichej   i   spokojnej.   Łagodny   prąd   nawet   w 

najmniejszym stopniu nie odzwierciedlał tytanicznych zmagań dobra ze złem, jakie toczyły 

się na powierzchni Yavina Cztery.

Rzeka   była   ostoją   wielu   form   życia:   niewidzialnego   planktonu   i   drapieżnych 

pierwotniaków, ale także wodnych roślin i potężnych drzew, których poskręcane korzenie 

tkwiły głęboko w mulistym dnie. Żyły w niej również doskonale zamaskowane drapieżniki; 

widząc je można było pomyśleć, że stanowią niewinne elementy krajobrazu.

W miarę jak ciszę dżungli zaczęły mącić odgłosy laserowych strzałów, a buczenie 

świetlnych mieczy dotarło do leśnych ostępów, pod rozłożystymi gałęziami rosnących nad 

rzeką   drzew   i   w   samej   wodzie   zaczęły   szukać   schronienia   inne   stworzenia...   stworzenia 

umiejące świetnie władać Mocą.

Spod   spokojnej   powierzchni   mętnej   wody   wynurzyły   się   zaokrąglone   pyski   istot 

przypominających gady. Rozchyliły szczeliny oddechowe i rozszerzyły nozdrza, żeby nabrać 

nową   porcję   świeżego,   ożywczego   tlenu.   Trzy   stworzenia,   zanurzywszy   pokryte   łuskami 

ciała,   płynęły   tak   powoli,   że   tylko   delikatne   zmarszczki   na   powierzchni   i   szmer   wody 

świadczyły o tym, że w ogóle się poruszają. Dotarły na wyznaczone miejsca i zakopały się 

głęboko   w   rzecznym   mule.   Przez   chwilę   węszyły,   po  czym   znieruchomiały   przy  samym 

brzegu w miejscu, gdzie przebiegała wąska ścieżka.

Ich wrogowie wkrótce mieli się pojawić.

Rozglądając   się   we   wszystkie   strony,   trzech   Ciemnych   Jedi,   uczniów   Akademii 

Ciemnej Strony, stąpało bardzo ostrożnie, ale pewnie. Wszyscy trzej pokładali bezgraniczną 

wiarę we własne siły i umiejętności. Torowali sobie drogę przez gęste poszycie, tnąc pędy 

dzikiej   winorośli   i   kolczaste   gałęzie   krzewów   ostrzami   świetlnych   mieczy,   którymi 

posługiwali się jak maczetami. Kiedy dotarli do brzegu rzeki, przystanęli. Zamierzali naradzić 

się, dokąd pójść, żeby jak najszybciej znaleźć przeciwników.

- Uczniowie Skywalkera to sami tchórze - odezwał się jeden. - Dlaczego nie wychylą 

nosów   z   kryjówek   i   nie   staną   do   walki?   Pochowali   się   przed   nami   w   dżungli   niczym 

przestraszone gryzonie.

- Mają powody, żeby się nas obawiać - poparł go drugi adept imperialnej uczelni. - 

Dobrze znają potęgę ciemnej strony.

background image

Tymczasem trzej uczniowie Luke’a Skywalkera, będący inteligentnymi gadami rasy 

Cha’a,   porozumieli   się   po   cichu,   wypuszczając   umowną   liczbę   bąbelków   powietrza.   W 

pewnej chwili wszyscy unieśli pyski nad powierzchnię i plunęli strugami wody na zupełnie 

zaskoczonych   przeciwników.   Wykorzystując   energię   Mocy,   zwiększyli   ciśnienie   i   nadali 

strumieniom   siłę   młotów.   Kolumny   sprężonej   wody   uniosły   się   jak   węże,   a   potem 

rozprysnęły się i spłynęły na ziemię. Jarzące się klingi trzymanych przez uczniów Brakissa 

świetlnych mieczy zaskwierczały, przygasły i otoczyły się kłębami pary. Wszyscy trzej Cha’a 

radośnie zasyczeli i wybuchnęli perlistym rechotem, po czym nabrali w pyski następne porcje 

mętnej wody, a później zaczerpnęli jeszcze więcej.

Zmoczeni   do   suchej   nitki   Ciemni   Jedi   zaczęli   rozpaczliwie   parskać,   prychać, 

wypluwać wodę i bełkotać. Bezskutecznie usiłowali przywołać na pomoc energię ciemnej 

strony, za pomocą której mogliby odeprzeć atak podobnych do gadów podstępnych uczniów 

Skywalkera.

W tej samej chwili z bezpiecznych grzęd, ukrytych głęboko w gąszczu gałęzi drzew, 

rosnących w pobliżu tamtego miejsca, zeskoczyły i zanurkowały trzy inne istoty, z wyglądu 

przypominające ptaki. Wydały przenikliwy drżący pisk, będący okrzykiem bojowym, z jakim 

zawsze wyruszały do walki.

Ciemni Jedi przez chwilę nie mieli pojęcia, co robić. Kiedy uświadomili sobie, że 

muszą toczyć walkę na dwa fronty, nie potrafili skupić myśli. W następnej sekundzie ptaki 

wylądowały na ich głowach z takim impetem, że obaliły wojowników Akademii Ciemnej 

Strony na ziemię. Uderzenie miało taką siłę, że ich ofiary  zemdlały. Ptaki zaświergotały i 

triumfalnie zaskrzeczały, a wówczas trzej Cha’a wyszli na brzeg i ociekając strugami wody, 

poczłapali w stronę trójki leżących nieruchomo napastników.

Pracując razem, nie będący istotami ludzkimi uczniowie mistrza Skywalkera oderwali 

kawałki   podobnych   do   rzemieni   pędów   winorośli   i   związali   ręce   i   nogi   nieprzytomnych 

więźniów.   Któryś   Cha’a   pozbierał   wszystkie   trzy   wykonane   w   warsztatach   Akademii 

Ciemnej Strony świetlne miecze, porzucone przez Ciemnych Jedi na murawie. Przez chwilę 

się   im   przyglądał,   z   niesmakiem   zwracając   uwagę   na   kiepską   konstrukcję   i   niedbałe 

wykończenie. Później wrzucił je do wody jeden po drugim. Plusnęły i zniknęły w mętnej toni, 

nie pozostawiając żadnego śladu.

Tymczasem podobne do ptaków istoty pochyliły się nad leżącymi bez czucia ofiarami. 

Posługując się Mocą, zaczęły penetrować ich umysły. Do każdego wysłały wzmocnione przez 

Moc sugestie, dzięki którym pokonani przeciwnicy mieli nieprędko się obudzić...

background image

Tionna szarpnęła głową i odrzuciła do tyłu długie, srebrzystosiwe włosy. Nie chciała, 

by przeszkadzały jej w patrzeniu. Nie mogła dopuścić, aby rozpraszały uwagę i zakłócały 

skupienie.

Zamrugała powiekami błyszczących oczu perłowej barwy i popatrzyła na pozostałych 

uczniów Jedi. Mistrz Skywalker dosyć często powierzał jej wykonywanie ćwiczeń z tymi 

kandydatami, a teraz instruktorka miała poprowadzić ich do walki. Mieszcząca się na Yavinie 

Cztery akademia Jedi bywała celem ataków sił zła i ciemności, ale szlachetni rycerze Jedi 

zawsze dotąd potrafili je odpierać i zwyciężali. Tionna nie miała najmniejszych wątpliwości, 

że i teraz walka zakończy się takim samym rezultatem.

Instruktorka i jej uczniowie stali na zarośniętej polanie wokół płaskiej marmurowej 

płyty   otoczonej   zrujnowanymi   kamiennymi   kolumnami.   Zanim   polanę   opanowała 

wszechobecna,   zachłanna   dżungla,   znajdowała   się   tu   jedna   z   urządzonych   na   wolnym 

powietrzu świątyń Massassów. Tionna zdecydowała, że właśnie w tym miejscu cała grupa 

młodych rycerzy Jedi stawi czoło napastnikom.

-   Czy   wszyscy   jesteście   gotowi?   -   zapytała.   -   Pamiętajcie   o   tym,   czego   się 

nauczyliście. Prób nie ma. Musimy pokonać wojowników ciemnej strony.

Uczniowie wznieśli okrzyki na znak, że zgadzają się z jej słowami. Skierowali na 

swoją   nauczycielkę   spojrzenia,   w   których   kryła   się   wiara   we   własne   możliwości   i 

przeświadczenie o słuszności obmyślonego przez nią planu. Jedna z młodych kobiet kiwnęła 

głową   instruktorce   i   głęboko   odetchnęła,   a   później   pobiegła   wiodącą   w  głąb   lasu   wąską 

ścieżyną,   aby   odnaleźć   chociaż   kilku   przeczesujących   gąszcze   i   ostępy   Ciemnych   Jedi. 

Zaledwie po kilkunastu sekundach od chwili, kiedy zniknęła w dżungli, krzyknęła, po czym 

uczyniła to jeszcze kilka razy, rzucając w ten sposób wyzwanie adeptom Akademii Ciemnej 

Strony.

Nagle do uszu Tionny i uczniów, czekających w zaroślach na skraju polany, doleciał 

odgłos   skwierczenia   klingi   świetlnego   miecza...   Po   kilku   chwilach   rozległ   się   tupot   stóp 

osoby biegnącej wąską ścieżką, a po nim trzask gałęzi łamanych przez kogoś, kto przedzierał 

się   przez   gąszcz   zarośli.   Młoda   kobieta   wracała   w  pośpiechu   na   polanę,   gdzie   pozostali 

młodzi  rycerze  Jedi urządzili  zasadzkę. Nie mówiąc  ani słowa, Tionna gestem dała znak 

pozostałym członkom grupy, żeby przygotowali się do akcji.

-   Wracaj   tu,  ty  tchórzliwa   pluskwo!  -   krzyknął   w  ślad   za   młodą   kobietą   jeden   z 

napastników, którego zasłaniały splątane gałęzie ciernistych krzewów.

Czterej Ciemni Jedi przedarli się przez ostatnie krzaki i wpadli na zarośniętą polanę. 

Ujrzeli zadyszaną młodą kobietę, stojącą po drugiej stronie, za ciężką, marmurową płaską 

background image

płytą, unoszącą się nad ich głowami. Uciekinierka udawała, że jest strwożona i całkowicie 

bezbronna.

Napastnicy ochoczo ruszyli w jej stronę.

- Zmiażdżymy twój umysł, kiedy posłużymy się siłami ciemnej strony! - odezwał się 

jeden z wojowników Brakissa.

- Teraz! - zawołała instruktorka Jedi.

Czterej najlepsi uczniowie Tionny, ukryci za krzakami porastającymi skraj polany, 

posłużyli się Mocą. Szybkim jak błyskawica, niemożliwym do przewidzenia ruchem wyrwali 

rękojeści świetlnych mieczy z dłoni napastników. Zaskoczeni i zdezorientowani Ciemni Jedi 

krzyknęli,  kiedy uświadomili  sobie,  że są bezbronni.  Tionna  i jej  uczniowie  wyłonili  się 

spomiędzy krzaków i otoczyli kręgiem czwórkę uczniów Akademii Ciemnej Strony tak, by 

uniemożliwić im ucieczkę.

- Nie potrzebujemy świetlnych mieczy, żeby was pokonać. Potrafimy was zgnieść jak 

robaki   za   pomocą   samej   naszej   siły!   -   krzyknął   jeden   napastnik,   pewniejszy   siebie   niż 

pozostali. - Siły ciemnej strony!

Wszyscy czterej Ciemni Jedi stanęli obok siebie, stykając się plecami. Zaczęli się 

skupiać i wyciągnęli ręce w stronę uczniów Tionny.

- Nie robiłabym  tego, gdybym  była  na waszym  miejscu - odezwała się spokojnie 

instruktorka, pozwalając, by na jej bladych ustach zagościł lekki uśmiech. - Z pewnością nie 

chcielibyście   zakłócać   skupienia   moich   uczniów.   Rozumiecie   chyba,   że   jakiekolwiek, 

chociażby najlżejsze odwrócenie ich uwagi może zakończyć się waszą miażdżącą klęską.

Dopiero   wówczas   Ciemni   Jedi   unieśli   głowy.   Z   niedowierzaniem   i   przerażeniem 

przekonali   się,   że   marmurowy   blok,   który   dotychczas   uważali   za   sklepienie   zrujnowanej 

świątyni,   wcale   nie   jest   podtrzymywany   przez   rozsypujące   się   kolumny.   Stwierdzili,   że 

masywna płyta, z pewnością ważąca wiele ton, wisi nad ich głowami, nie opierając się na 

niczym. Unosi się jak piórko, utrzymywana w stanie równowagi jedynie za pośrednictwem 

energii Mocy. Uświadomili sobie także, że uczniowie Tionny wpatrują się w ciężki monolit, 

nie przestając skupiać na nim myśli.

Czterej osłupiali wojownicy Akademii Ciemnej Strony z wysiłkiem przełknęli ślinę.

-   Możecie   próbować   uciec,   jeżeli   chcecie   -   ciągnęła   Tionna.   -   Możliwe,   iż 

dysponujecie tak dużymi zasobami energii ciemnej strony, że zdołacie nas pokonać i jeszcze 

wystarczy   wam   jej   na   to,   aby   pochwycić   tę   płytę,   zanim   spadnie   na   wasze   głowy.   To 

możliwe.   -   Instruktorka   wzruszyła   ramionami.   -   Oczywiście,   wybór   należy   do   was. 

Uczynicie, co zechcecie. Muszę jednak oświadczyć, że nie ryzykowałabym, gdybym znalazła 

background image

się w waszej sytuacji.

Czterej Ciemni Jedi spojrzeli po sobie, niezdolni wykrztusić choćby słowo. W końcu, 

jeden po drugim, opuścili ręce i rozprostowali palce, dotychczas zaciśnięte w pięści, a później 

poddali się uczniom akademii Jedi.

Z piersi Tionny wyrwało się ledwo słyszalne, ale głębokie westchnienie ulgi.

W głębi dżungli rosło dziwne drzewo, niskie i karłowate, ale mające gruby pień i 

długie korzenie. Wyciągało na boki gałęzie w taki sposób, że gdyby ktoś zechciał spojrzeć na 

nie z właściwej strony, przekonałby się, że przypominają ludzkie ręce. Drzewo należało do 

grona uczniów Jedi, studiujących w akademii mistrza Skywalkera. Było inteligentną istotą, 

poruszającą się powoli i wykazującą wiele innych cech charakterystycznych dla świata roślin.

Istota często zapuszczała się w ostępy dżungli, gdzie całymi godzinami pławiła się w 

promieniach   słońca.   Dzięki   zjawisku   fotosyntezy   przyswajała   unoszący   się   w   powietrzu 

dwutlenek węgla, ale pochłaniała także minerały z gleby i wodę z rzeki.

Czasami   spędzała   wiele   dni   bez   przerwy,   zajęta   kontemplowaniem   Mocy   i 

zastanawianiem się nad własnym miejscem we wszechświecie. Drzewa żyły zazwyczaj wiele 

lat i nie spieszyły  się z podejmowaniem decyzji. Jeżeli nie przemyślały wszystkiego,  nie 

wkraczały   do   akcji.   Mimo   to   w   razie   potrzeby   albo   w   chwili   zagrożenia   istota   potrafiła 

poruszać   się   wystarczająco   szybko.   Doskonale   rozumiała   potrzebę   obrony   akademii   Jedi 

przed atakami tych, którym zależało na jej zniszczeniu.

Postanowiła podjąć naukę i oddawała się ćwiczeniom, pragnąc dowiedzieć się czegoś 

więcej na temat Mocy. Złożyła przysięgę, że będzie broniła jasnej, świetlistej strony... a teraz 

znalazła się w samym środku walki, jaką jej koleżanki i koledzy wydali uczniom Akademii 

Ciemnej Strony. Żywiący nieprzyjazne zamiary Ciemni Jedi przemierzali wzdłuż i wszerz 

ostępy dżungli w poszukiwaniu ofiar, ale mistrz Skywalker dobrze wyszkolił swoich uczniów. 

Adepci jasnej strony stawią opór i zwyciężą w tej walce.

Podobny   do   drzewa   rycerz   Jedi   stał   nieruchomo,   ale   rozglądał   się,   pragnąc 

zaobserwować, co dzieje się w dżungli... Istota wiedziała, że wcześniej czy później spotka się 

z   nieprzyjaciółmi.   Musiała   tylko   uzbroić   się   w   cierpliwość   i   czekać.   Zapuściła   głębiej 

korzenie w bogatą, żyzną glebę, a później pobrała z niej dodatkową porcję ożywczych soli 

mineralnych, zwiększających zasoby Mocy. Czuła, jak energia przenika jej tkankę i pulsuje, 

niemal gotuje siew żyłach. Wiedziała, że dzięki temu osiągnie większą prędkość i precyzję, 

niezbędne podczas tej jedynej akcji... Przynajmniej taką miała nadzieję.

Starannie   wybrała   najodpowiedniejsze   miejsce.   Znalazła   się   w   pobliżu   starego, 

background image

próchniejącego   drzewa   Massassów,   wyjątkowo   wysokiego.   Z   jego   pnia   wyrastało   wiele 

grubych rosochatych konarów. Sam pień był porośnięty pędami dzikiej winorośli, koloniami 

gnijących grzybów i pasożytującą hubą, która czerpała soki z głębi rdzenia, powoli skazując 

ogromne drzewo na nieuchronny koniec.

Podobny do  drzewa  rycerz  Jedi  zorientował   się,  że   rosnący  obok  niego  staruszek 

przeżył  wiele wieków, a może nawet całe tysiąclecie... Uświadomił  sobie, że chylące  się 

drzewo Massassów czeka los podobny do tego, jaki spotyka wszystkie inne sędziwe rośliny. 

Zgodnie  z odwiecznym  cyklem  rozwoju rośliny kiełkowały,  dojrzewały i owocowały,  by 

doczekać się potomstwa. Później powoli starzały się i rozkładały, żeby w końcu przemienić 

się   w  próchnicę   -  wartościową   substancję  organiczną,   niezbędną   dla   rozwoju   następnych 

pokoleń. Istota widziała,  jak gigantyczne  drzewo Massassów coraz bardziej się pochyla... 

obserwowała otaczającą je dżunglę... i nadal czekała.

W pewnej chwili zaczęła niespiesznie, delikatnie skupiać w sobie wici Mocy. Starała 

się   czynić   to   tak   powoli,   żeby   nawet   najlepsi   adepci   Akademii   Ciemnej   Strony   nie 

zorientowali   się,   że   ktokolwiek   manipuluje   ich   umysłami.   Chodźcie   tutaj   -   myślała, 

powtarzając te słowa bez końca. Spodziewała się, że przynajmniej  jeden uczeń Braki ssą 

usłyszy ją i przybędzie na wezwanie. Możliwe, że dojdzie do przekonania, iż odbiera myśli 

jakiegoś nieprzyjaciela władającego jasną stroną Mocy.  Miała nadzieję, że w jego głowie 

nawet   nie   zaświta   myśl,   iż   w   rzeczywistości   wzywa   go   rycerz   Jedi,   przypominający 

niskopienne, karłowate drzewo.

Po upływie trudnej do określenia części dnia istota, która nie miała zwyczaju mierzyć 

szybkości   upływu   czasu   za   pomocą   krótkich,   ściśle   określonych   odcinków,   wyczuła 

niewielkie, nie mające określonego kształtu zakłócenie Mocy. Wkrótce się przekonała, że 

jego   źródłem   jest   dwóch   napastników,   przybyłych   z   Akademii   Ciemnej   Strony.   Intruzi 

przedzierali się przez zarośla, łamiąc gałązki krzewów, zupełnie jakby wrażliwy, delikatny 

ekosystem dżungli był dla nich co najwyżej uprzykrzonym, ale nieuniknionym złem, które z 

pewnością by wyplenili, gdyby mogli.

Tymczasem   rycerz   Jedi   cierpliwie   czekał.   Podobna   do   drzewa   istota   musiała   się 

skoncentrować, aby wkroczyć do akcji w odpowiedniej chwili. Wiedziała, że kiedy ta chwila 

nadejdzie, nie będzie mogła pozwolić sobie na myślenie, gdyż w przeciwnym razie okazja 

przepadnie i może nigdy się nie powtórzyć.

W   zagłębieniu   jednej   z   poskręcanych   gałęzi,   zakończonej   podobnymi   do   palców 

wyrostkami, spoczywała sękata rękojeść świetlnego miecza, ukształtowana tak, żeby mogła 

być pochwycona przez drewniane palce.

background image

Na skraju polany ukazali się dwaj Ciemni Jedi. Przystanęli i zaczęli się rozglądać.

-   Niczego   tu   nie   widzę.   Przynosisz   wstyd   lordowi   Brakissowi   -   stwierdził   jeden, 

zwracając się do towarzysza. - Lord Zekk powinien zabronić ci noszenia świetlnego miecza. 

Po prostu marnujesz energię ciemnej strony.

- Mówię ci, że coś poczułem - upierał się drugi wojownik Akademii Ciemnej Strony.

Rozglądając  się na prawo i lewo, ruszył  przez polanę.  Wsłuchiwał  się w odgłosy 

napływające z cichej dżungli. Drugi Ciemny Jedi ruszył jego śladem, ale każdym gestem i 

ruchem ciała dawał do zrozumienia, że ma za złe koledze, iż go tu przyprowadził.

W tej samej chwili rycerz Skywalkera wykorzystał wszystkie zgromadzone zasoby 

energii jasnej strony i przystąpił do działania. Wysunął ogniste ostrze świetlnego miecza i 

wyciągnąwszy   podobną   do   gałęzi   rękę,   machnął   klingą.   Zwinięta   dotąd   gałąź   świsnęła, 

przecinając powietrze niczym młody pęd, pragnący się wyprostować.

- Strasznie mi przykro, dziadku - szepnęła istota.

Poczuła, że świetlista klinga zagłębia się w próchniejącą tkankę drzewa Massassów, 

przecina   pień   blisko   korzeni   i   pozwala,   żeby   reszty   dzieła   dokończyła   siła   przyciągania. 

Rozłożysta   korona   jeszcze   bardziej   się   przechyliła,   a   gigantyczny   starzec,   przeraźliwie 

trzeszcząc,   zwalił   się   na   niczego   nie   przeczuwających   intruzów.   Obaj   mieli   czas   jedynie 

spojrzeć  w górę. Wydali  zduszone  okrzyki  przerażenia  i w następnej  sekundzie  zniknęli, 

pogrzebani pod gąszczem łamanych gałęzi i rwących się pędów winorośli.

Rycerz Jedi wyłączył świetlny miecz. Miał wrażenie, że jego drewniane ciało drży. W 

jednej chwili wyczerpał niemal całe zasoby energii, na których gromadzenie poświęcił wiele 

długich miesięcy. Istota, dobywając resztek siły, rozprostowała wszystkie gałęzie. Skierowała 

je   w   górę,   ku   słońcu,   a   potem   jeszcze   głębiej   zapuściła   korzenie   w   miękką,   przesyconą 

minerałami glebę.

Wiedziała, że musi upłynąć wiele, wiele dni, zanim przyjdzie do siebie po dzisiejszej 

akcji.

background image

ROZDZIAŁ 9

Jaina przepłynęła rzekę i zaczęła przedzierać się przez ostępy dżungli. Kierując się. w 

stronę polany,  gdzie znajdowała się stacja generatorów ochronnego pola, wybierała drogę 

wśród najdzikszych chaszczy, licząc na to, że może ukryje się w nich przed spojrzeniami 

innych napastników. Wiedziała, iż w tej chwili gąszcz zarośli jest jej sprzymierzeńcem, i 

postanowiła   ten   fakt   jak   najlepiej   wykorzystać.   Rzecz   jasna,   nie   obawiała   się   stoczyć 

pojedynku z jakimś Ciemnym Jedi, ale pamiętała o zadaniu, jakie jej powierzono... zadaniu, 

które o wiele bardziej ją pociągało.

Uświadamiała sobie, że dopóki siłowe ochronne pole pozostaje wyłączone w wyniku 

uszkodzenia generatorów, cała okolica akademii Jedi jest narażona na nieustające ataki z 

powietrza. Nie wątpiła, że uczniowie wujka Luke’a potrafią się obronić, ale gdyby zdołała 

jakoś   naprawić   te   generatory   i   sprawić,   że   energetyczna   kopuła   na   nowo   osłoni   wielką 

świątynię   i   jej   okolice,   rycerze   Jedi   o   wiele   łatwiej   poradzą   sobie   z   bezczelnymi 

przeciwnikami i znacznie szybciej ich pokonają, jednego po drugim.

Dziewczyna   dotarła   w   końcu   na   skraj   polany,   na   której   niedawno   jej   ojciec   i 

Chewbacca zainstalowali przetransportowane z Coruscant nowe generatory siłowego pola. 

Niestety, już pierwszy rzut oka pozwolił jej na wyciągnięcie wniosku, że mimo wrodzonych 

zdolności   do   naprawiania   zepsutych   mechanizmów,   nie   zdoła   przywrócić   sprawności 

zniszczonym urządzeniom.

Zazwyczaj   wystarczało   coś  przełączyć,   wymienić   uszkodzony   panel   albo   dokonać 

prowizorycznej   naprawy,   by   urządzenie   przynajmniej   przez   pewien   czas   funkcjonowało 

prawidłowo.   Tym   razem   jednak   sytuacja   wyglądała   o   wiele   poważniej.   Imperialny 

sabotażysta posłużył się termicznymi detonatorami, za pomocą których wysadził w powietrze 

zasilacze generatorów i w ten sposób zniszczył całą stację dostarczającą energii siłowemu 

polu.   Wszystko   zamieniło   się   w   stos   stopionego   metalu   i   dymiących   szczątków.   Żadna 

prowizoryczna naprawa nie mogła zmusić urządzeń do ponownej pracy.

Jaina spoglądała na generatory wszakże tylko przez krótką chwilę. Spostrzegła coś, co 

zaparło jej dech w piersi.

Na polanie spoczywał imperialny myśliwiec typu TIE. Maszyna sprawiała wrażenie 

nie uszkodzonej.

Od czasu, kiedy Chewbacca  podarował Lowiemu  mały śmigacz  typu  T-23 zwany 

gwiezdnym skoczkiem, Jaina marzyła o tym, aby także latać własnym powietrznym statkiem. 

background image

Chęć spełnienia tego marzenia stanowiła zresztą główny bodziec, skłaniający ją do działania. 

To   właśnie   dlatego   postanowiła   naprawić   pogruchotaną   maszynę   typu   TIE,   którą   młodzi 

rycerze Jedi znaleźli kiedyś w ostępach dżungli... Myśliwiec, należący do Qorla.

Dziewczyna   stała   jak   sparaliżowana,   ogarnięta   zachwytem   i   podnieceniem.   Nie 

słyszała niczego, jeżeli nie liczyć stłumionych odgłosów walki toczącej się w głębi dżungli, a 

także odległych okrzyków i grzmotów blasterowych strzałów, dolatujących z okolic wielkiej 

świątyni.

Odpięła rękojeść świetlnego miecza i przycisnęła guzik, żeby włączyć  zasilanie. Z 

cylindrycznej obudowy wysunęła się świetlista klinga, płonąca jaskrawofioletowym blaskiem. 

Dziewczyna zaczęła się skradać w stronę nieruchomej maszyny. Była gotowa stanąć w każdej 

chwili do walki, gdyby z zarośli wyszedł nagle pilot myśliwca typu TIE, uzbrojony w blaster. 

Jaina nie wyczuwała jednak w gąszczach niczyjej obecności. Żadne dźwięki nie świadczyły 

również o tym, by ktokolwiek przebywał w kabinie maszyny.

- Halo? - zawołała. - Lepiej się poddaj, jeżeli jesteś imperialnym pilotem! - Odczekała 

chwilę, a później, nie bardzo wiedząc, co robić, dodała: - Hej, czy jest tam ktoś w środku?

Jedyną odpowiedzią, jaką usłyszała, był szmer liści drzew i krzewów rosnących w 

dżungli.

Skradając się przez cały czas w stronę maszyny, dziewczyna w końcu pozwoliła, by 

górę   nad   ostrożnością   wzięła   chęć   obejrzenia   znaleziska.   Podbiegła   do   opuszczonego 

myśliwca, który z bliska wyglądał groźnie i ponuro. Zwróciła uwagę na kabinę zawieszoną 

między dwoma sześciokątnymi płaskimi panelami ogniw energetycznych, bliźniacze silniki 

jonowe,   stanowiące   napęd   maszyny   typu   TIE   podczas  lotów   w  przestworzach,   i   gniazda 

śmiercionośnych laserowych działek.

Przez głowę Jainy przelatywały z szybkością błyskawicy różne myśli. Dziewczyna 

zastanawiała   się   nad   tym,   co   mogłaby   zrobić,   gdyby   znalazła   się   za   sterami.   Jeśliby 

wystartowała   i   przyłączyła   się   do   innych   krążących   nad   wielką   świątynią   i   okolicą 

imperialnych   maszyn,   zapewne   ani   jeden   pilot   Akademii   Ciemnej   Strony   nie   powziąłby 

najmniejszych podejrzeń ani nawet nie zwrócił na nią uwagi. Mogłaby przeniknąć do ich 

szyku,   a   żaden   nie   zorientowałby   się,   że   w   rzeczywistości   jest   wrogiem...   dopóki   nie 

zaczęłaby strzelać.

Dziewczyna   wyłączyła   świetlny   miecz,   otworzyła   zamek   owiewki   i   cichaczem 

wspięła się do kabiny. Poznała, jak funkcjonują urządzenia sterownicze myśliwca typu TIE, 

kiedy przy pomocy przyjaciół naprawiała należącą do pilota Qorla uszkodzoną imperialną 

maszynę. Wiedziała, do czego służą umieszczone na pulpicie sterowniczym guziki, i potrafiła 

background image

włączyć   zasilanie   wszystkich   podsystemów   i   podzespołów.   I   mimo   iż   skazany   na 

zapomnienie stary pilot odleciał, zanim miała szansę wystartować i odbyć chociażby próbny 

lot, Jaina była przekonana, że da sobie radę z pilotowaniem.

Usadowiła   się   w  fotelu   pilota,   mimochodem   zwracając   uwagę   na   unoszącą   się   w 

kabinie  kwaśną woń potu i  odór zastarzałych  smarów.  Przypomniała  sobie, że  Imperium 

nigdy nie troszczyło się o usuwanie nieprzyjemnych zapachów. Obok niewielkiej konsolety, 

zawierającej   urządzenia   do   regenerowania   powietrza,   wisiała   rezerwowa   maska   tlenowa. 

Kiedy Jaina zatrzasnęła owiewkę kabiny, poczuła się, jakby siedziała zamknięta w ochronnej 

muszli. Nie bardzo mogła się poruszyć, ale za to miała wszystkie urządzenia kontrolne i 

sterujące   w   zasięgu   palców.   Przez   segmentowany   transpastalowy   iluminator   mogła 

obserwować, co dzieje się na zewnątrz maszyny.

Znalazła   włącznik   zasilania   i   nie   wahając   się   ani   chwili,   przestawiła   dźwigienkę. 

Poczuła,   jak   silniki   pomrukując   obudziły   się   do   życia.   Baterie   zaczęły   się   ładować,   a 

urządzenia,   jedno  po   drugim,   zgłaszały   gotowość  do   pracy.   Na  otaczających   dziewczynę 

pulpitach kontrolnych i tablicach rozjarzyły się i zamrugały setki  różnobarwnych lampek. 

Jaina   zaczerpnęła   głęboki   haust   powietrza,   zapięła   sprzączki   pasów   bezpieczeństwa   i 

chwyciła dźwignie sterownicze.

- Wszystkie systemy gotowe do startu - szepnęła do siebie, lekko się uśmiechając. 

Spojrzała w niebo, starając się dostrzec na nim czarne punkciki innych nieprzyjacielskich 

maszyn. - No, dobrze, piloci imperialnych myśliwców typu TIE - dodała. - Przygotujcie się, 

bo już niedługo będziecie mieli towarzystwo!

Pociągnęła za dźwignię i maszyna łagodnie oderwała się od ziemi. Kiedy znalazła się 

na wysokości wierzchołków drzew, Jaina poczuła, że ogarnia ją uniesienie. Cieszyła się, że 

leci. Odnosiła jednak wrażenie, że we wnętrzu kabiny panuje niewiarygodna cisza, dopóki nie 

uświadomiła   sobie,  że  bardziej   hałaśliwe  silniki   startowe  umilkły  po wykonaniu   zadania. 

Zorientowała się także, że jej maszyna typu TIE leci tak cicho, ponieważ silniki wykorzystują 

jedynie ułamek mocy.  A więc to dlatego nieprzyjacielski pilot mógł prześlizgnąć się pod 

krawędzią  ochronnego   pola,  nie   zauważony  przez  nikogo!   Jaina  nie   miała  najmniejszych 

wątpliwości,   że   wszystkie   urządzenia   i   podzespoły   myśliwca   funkcjonują   prawidłowo,   a 

komandos   Akademii   Ciemnej   Strony   przeleciał   cichaczem,   ponieważ   bliźniacze   silniki 

jonowe jego maszyny nie wydawały charakterystycznego skowytu.

No, dobrze - pomyślała Jaina. Ona także potrafi zachowywać się cicho i śmiertelnie 

skutecznie.   Wzleciała   jeszcze   wyżej,   po   czym   rozejrzała   się   po   najbliższej   okolicy, 

wypatrując celów. Później wystrzeliła w przestrzeń jak wyrzucona z katapulty, nie przestając 

background image

zachwycać się faktem, że leci. Dziewicza dżungla w dole zamieniła się w rozmazaną zieloną 

plamę, upstrzoną brązowymi cętkami gałęzi i konarów.

W górze ujrzała sześć imperialnych maszyn typu TIE, lecących w luźnym szyku i 

ostrzeliwujących drzewa w dżungli, pozostałości świątyń, a nawet miejsca, które nigdy nie 

były   wykorzystywane   w   procesie   kształcenia   młodych   rycerzy   Jedi.   Na   przykład   Pałac 

Wełnolamandrów   -   ogromna   świątynia,   po   której   pozostały   same   ruiny   -   był   raz   po   raz 

smagany sztychami oślepiająco jasnych błyskawic, wyskakujących z luf laserowych działek, 

mimo iż Jaina nie pamiętała, aby pośród rumowisk przebywali kiedykolwiek jacyś młodzi 

rycerze.

Włączyła   odbiornik   komunikatora   i   zaczęła   się   wsłuchiwać   w   chrapliwe   głosy 

imperialnych pilotów. Napastnicy, nie zaprzątając sobie głów koniecznością zachowywania 

ciszy w eterze, rozmawiali na temat szczegółów planu ataku albo wskazywali kolegom nowe 

cele. Czasami także wymieniali uwagi na temat biegnących uczniów Jedi, usiłujących się 

ukryć pod rozłożystymi gałęziami ogromnych drzew Massassów.

Jaina   nie   włączała   jednak   zasilania   mikrofonu   własnego   nadajnika.   Dołączyła   do 

szyku innych  myśliwców typu  TIE, ale trzymała  się na samym  końcu. W pewnej chwili 

usłyszała, że piloci meldują dowódcy grupy, iż ją zauważyli. Nie zamierzała wzbudzać ich 

podejrzeń, jakie z pewnością by powzięli, gdyby usłyszeli w głośnikach dziewczęcy głosik. 

Jedynie kilkakrotnym włączeniem i wyłączeniem mikrofonu potwierdziła fakt, że usłyszała 

ich meldunek.

A później przesłała energię do systemów uzbrojenia.

Usłyszała, że jeden z imperialnych pilotów powiedział:

-   Wystarczy   dzisiaj   celów   dla   wszystkich.   Spróbujmy   narobić   jak   najwięcej 

zamieszania.

Przygryzła dolną wargę i kiwnęła głową.

- Tak - mruknęła do siebie. - Spróbujmy narobić jak najwięcej zamieszania.

Przymknęła   oczy   i   skupiła   się,   pragnąc   poczuć   energię   przepływającej   przez   nią 

Mocy.   Mimo   iż   miała   do   dyspozycji   wiele   czujników   i   przyrządów   zainstalowanych   na 

pokładzie myśliwca TIE, nic nie mogło dorównać wyostrzonym zmysłom Jedi. Dziewczyna 

chciała   posłużyć   się   nimi,   by   zwiększyć   szybkość   i   precyzję   swoich   ruchów.   Musiała 

błyskawicznie mierzyć do celu i strzelać, i znów mierzyć, i znów strzelać... Miała tylko tę 

jedną szansę, jaką dawało zaskoczenie napastników, i zamierzała ją jak najlepiej wykorzystać.

Chwyciła dźwignię spustową broni i skupiła spojrzenie na mechanizmie celowniczym. 

Wyrównała lot maszyny i leciała w pewnej odległości za imperialnymi myśliwcami. Musiała 

background image

unieszkodliwiać je za pomocą jednego strzału. Nie mogła ryzykować kilkakrotnego mierzenia 

do   tego   samego   celu,   ponieważ   kiedy   otworzy   ogień   do   niczego   nie   podejrzewających 

imperialnych pilotów, ich koledzy nie będą tym zachwyceni.

Postanowiła   brać   na   cel   najbardziej   wrażliwe   miejsca   każdej   maszyny:   silniki   i 

wsporniki,   które   łączyły   je   z   zawierającymi   energetyczne   ogniwa   płaskimi   panelami. 

Spodziewała się, że kiedy zacznie strzelać, pozostałe imperialne myśliwce złamią szyk i pójdą 

w rozsypkę, po czym ukażą jej płaszczyzny ogniw. Wówczas zacznie mierzyć do ogromnych 

sześciokątnych płyt... dużych celów, do jakich z pewnością nie chybi.

Zaczęła   odliczać   w   myślach,   kierując   lufy   laserowych   działek   ku   najbliższej 

maszynie. Na co jeszcze czekam? - zapytała siebie.

Zacisnęła zęby, aż zgrzytnęły, a później wypuściła krótką błyskawicę. W następnej 

sekundzie obróciła lufę działka chyba tak szybko, jak leci gwiezdny statek w nadprzestrzeni, 

żeby wziąć na cel drugą maszynę TIE. Zanim następna ognista nitka trafiła w przytwierdzony 

do kabiny cienki wspornik i oderwała płaski panel z ogniwami,  pierwszy myśliwiec TIE 

zanurkował i koziołkując w locie, zaczął opadać ku zielonemu baldachimowi liści.

Jaina   posłała   następną   błyskawicę,   mierząc   w   rufowy   wspornik   drugiej   maszyny. 

Nieprzyjacielski myśliwiec TIE eksplodował tuż przed transpastalowym iluminatorem statku 

Jainy.   Dziewczyna   była   pewna,   że   zostałaby   oślepiona,   gdyby   w   tym   samym   ułamku 

sekundy,   jakby   przeczuwając,   że   imperialny   myśliwiec   zamieni   się   w   ognistą   kulę,   nie 

odwróciła  spojrzenia  w inną stronę.  Po krótkiej  chwili,  kiedy skierowała  lufy działek  ku 

trzeciemu   celowi,   usłyszała   w   odbiorniku   komunikatora   krzyki   ogarniętych   paniką, 

przerażonych   i   zdezorientowanych   imperialnych   pilotów.   Jak   przewidywała,   pozostałe 

maszyny złamały szyk i poleciały w różne strony.

Zrozumiała, że nie ma ani chwili do stracenia.

Trzeci myśliwiec typu TIE, zataczając szeroki łuk, zwrócił się bokiem do niej. Jaina 

wykorzystała   nadarzającą   się   okazję   i   przejechała   ognistą   nitką   po   powierzchni   panelu. 

Sześciokątna   płyta   oderwała   się   i   zahaczyła   krawędzią   o   segment   iluminatora.   Trzecia 

imperialna maszyna wpadła w korkociąg i roztrzaskała się o konary drzew rosnących w dole, 

ale tymczasem trzy pozostałe myśliwce zawróciły i skierowały się ku statkowi Jainy.

Dziewczyna zamrugała, oślepiona blaskiem laserowych błyskawic, jakie wyskoczyły 

z luf ich działek i przeleciały obok kabiny. Wprowadziła swój myśliwiec TIE w kontrolowany 

korkociąg.   Posługując   się   Mocą,   przeczuwała,   którędy   mogą   przelecieć   następne   nitki. 

Pamiętała,   że   w   podobny   sposób   postępował   wujek   Luke,   ustawiając   ostrze   świetlnego 

miecza tak, aby odbijać na boki nadlatujące blasterowe błyskawice. Jaina kierowała maszynę 

background image

raz w lewo, raz w prawo. Czasami wyrównywała lot, by po sekundzie znów zanurkować. W 

pewnej chwili nadała myśliwcowi  największą możliwą prędkość i zaczęła  oddalać się od 

miejsca walki.

Piloci trzech pozostałych imperialnych myśliwców puścili się jednak w pogoń niczym 

psy gończe za ofiarą. Nieustannie zasypywali maszynę. Jainy seriami laserowych błyskawic. 

Postanowili   zignorować   różne   naziemne   cele,   dotychczas   nękane   przez   nich   strzałami   z 

laserowych   działek.   Skupili   uwagę   na   pojedynczym   celu,   zdrajcy,   który   w   tajemniczych 

okolicznościach przeniknął do ich eskadry.

Jaina wymykała się im, jak umiała, i pragnąc uniknąć trafienia, raz po raz zmieniała 

kierunek   lotu.   Już   dawno   opuściło   ją   uniesienie,   jakie   odczuwała   na   początku   walki. 

Dziewczyna żałowała, że kierując się impulsem chwili, postanowiła zaatakować imperialne 

maszyny. Śmigała nad falującym oceanem liści, starając się uciec zaciekłym prześladowcom.

background image

ROZDZIAŁ 10

W otaczającej wielką świątynię cienistej dżungli Luke Skywalker i niemal wszyscy 

jego   uczniowie   Jedi   czuli   się   jak   w   domu.   Mimo   szalejącej   wokół   nich   bitwy,   toczonej 

między siłami światłości i ciemności - a może właśnie z powodu tej bitwy - na myśl o tym, że 

przebywa w leśnej głuszy, mistrza Jedi ogarnął wielki spokój. Dziewicza dżungla stanowiła 

ostoję milionów żyjących zwierząt i roślin, a zatem była przesycona energią Mocy, wiążącą 

wszystko, co żyło we wszechświecie.

Luke Skywalker sięgnął ręką do pasa, by przekonać się, czy nie zgubił świetlnego 

miecza.   Kiedy   stwierdził,   że   rękojeść   jest   nadal   przyczepiona,   jak   zwykle,   obok 

miniaturowego komunikatora, postanowił zaczerpnąć energii Mocy. Skupił ją i pozwolił, żeby 

przepłynęła przez jego ciało i powiadomiła go o wszystkich walkach, jakie toczyły się w 

otaczającej dżungli.

Uświadomił sobie, że odbiera emocje swoich uczniów. Zaczął wysyłać wici Mocy, 

żeby pokrzepić jednego na duchu i umocnić wiarę w jego umiejętności, ostrzec drugiego 

przed   grożącym   mu   niebezpieczeństwem   związanym   z   niespodziewanym   atakiem,   czy 

zachęcić do dalszej walki trzeciego, którego z wolna zaczynało ogarniać zniechęcenie.

Nagle   jakaś   laserowa   błyskawica,   wystrzelona   z   lufy   działka   śmigającego   nad 

drzewami  myśliwca  typu  TIE, przeleciała  między gałęziami  pobliskich  drzew i wznieciła 

mały pożar, zapalając zeschnięte krzaki. Luke musiał ukryć się w zaroślach, żeby nie za-

krztusić się gryzącym siwym dymem, buchającym z płonących roślin.

Uwolnił   myśli,   starając   się   dotrzeć   nimi   do   punktu,   gdzie   toczyły   się   najbardziej 

zacięte   walki.   Chciał   odnaleźć   miejsce,   w   którym   jego   pomoc   mogłaby   się   najbardziej 

przydać. Przed dwudziestu kilku laty, kiedy Gwiazda Śmierci majaczyła  nad porośniętym 

dżunglą małym księżycem, doskonale wiedział, co ma robić. Superlaser imperialnej bojowej 

stacji   mógł   zamieniać   całe   planety   w   ruiny   i   zgliszcza.   Młody   Luke   nie   miał   wówczas 

najmniejszych wątpliwości, że potężna broń Imperium musi zostać zniszczona. Mając Moc za 

sprzymierzeńca, dokonał tej sztuki.

Obecna bitwa różniła się jednak od tamtej pod tym względem, że nie miał na czym 

skupić myśli. Tym razem Akademia Ciemnej Strony nie dysponowała żadną śmiercionośną 

superbronią, którą powinien unieszkodliwić. Wysyłane w przestworza sygnały akademii Jedi 

były  zakłócane,  a imperialny sabotażysta zniszczył  generatory ochronnego siłowego pola. 

Artoo-Detoo i „Ścigacz Cieni” zostali uwięzieni w hangarze wielkiej świątyni, a więc Luke 

background image

nie mógł nawet polecieć na orbitę, aby stoczyć walkę na pokładzie imperialnej gwiezdnej 

stacji.

Szturmem   oddziałów   lądowych   kierowała   Tamith   Kai,   złowieszcza   Siostra   Nocy. 

Wiedźma  przebywała  na pokładzie  gigantycznej  szturmowej platformy,  unoszącej  się nad 

wierzchołkami drzew w odległości zaledwie kilku kilometrów od ogromnej piramidy. Luke 

wyczuwał jednak, że atak oddziałów naziemnych i myśliwców Akademii Ciemnej Strony ma 

na celu jedynie nękanie garstki jego uczniów.

Piloci maszyn  typu TIE skupiali się na atakowaniu wielkiej świątyni, ale oddziały 

lądowe   i   Ciemni   Jedi   zostali   wysłani   do   walki   przeciwko   uczniom   Luke’a   z   zadaniem 

toczenia   z   nimi   pojedynków.   Możliwe,   że   gdyby   dowódcy   Akademii   Ciemnej   Strony 

zdecydowali się zastosować inną taktykę walki, pokonaliby przeciwników o wiele łatwiej i 

szybciej.   Uważny   obserwator   mógłby   nawet   odnieść   wrażenie,   że   Brakiss   chce,   żeby 

zwycięstwo przyszło z wielkim trudem.

Luke wiedział, że właśnie w tym musi kryć się odpowiedź na pytanie, jak pokonać 

wojowników mistrza Ciemnych Jedi.

Nagle z głośnika miniaturowego komunikatora wydobył się donośny pisk, świadczący 

zazwyczaj o pojawieniu się ważnej wiadomości. Mistrz Jedi poczuł, że ogarnia go zdumienie. 

Uczniowie   jego   akademii   rzadko   posługiwali   się   komunikatorami,   ale   Skywalker   nie 

rozstawał   się   z   urządzeniem.   Pragnął,   żeby   zwłaszcza  teraz,   kiedy   młodzi   rycerze   Jedi 

przeżywali   trudne   chwile,   mogli   porozumieć   się   z   nim   jak   najszybciej,   gdyby   musieli 

przekazać   jakąś   ważną   informację.   Mimo   iż   łącznościowcy   Akademii   Ciemnej   Strony 

zagłuszali   wysyłane   z   terenu   wielkiej   świątyni   dalekosiężne   sygnały,   Artoo-Detoo   mógł 

porozumiewać się z mistrzem Jedi bez trudu.

Luke przycisnął guzik i włączył urządzenie.

- Pozostań tam, gdzie jesteś, Artoo - powiedział. - Uwolnimy cię, kiedy tylko bitwa 

dobiegnie końca.

Zanim   jednak   zdołał   dodać   coś   więcej,   w   odbiorniku   miniaturowego   urządzenia 

rozległ się głęboki głos jakiegoś mężczyzny.

- ...znaczona dla Luke’a Skywalkera. Powtarzam: ta wiadomość jest przeznaczona dla 

Luke’a Skywalkera. Jeżeli ktoś mnie słyszy, proszę natychmiast o odpowiedź.

Luke przez chwilę wpatrywał się w małe pudełko, jakby nie mógł uwierzyć własnym 

uszom. Dopiero po chwili ocknął się i zapytał:

- Kto mówi?

Zanim poznał odpowiedź na to pytanie, zmysły Jedi pozwoliły mu zorientować się, 

background image

kim jest jego rozmówca.

- Możesz nazywać mnie mistrzem Brakissem - odezwał się mężczyzna. - Powiedz 

swojemu nauczycielowi, że przekazuję tę wiadomość na wszystkich kanałach. Z pewnością 

zechce ze mną porozmawiać.

- Tu mówi Luke Skywalker - odpowiedział mistrz Jedi. - Jeżeli masz dla mnie jakąś 

wiadomość, możesz j ą przekazać.

Czuł ból serca, które chyba zaczęło obijać się o żebra. Uświadomił sobie jednak, że 

przenika je zdumienie, a nie trwoga.

W odbiorniku komunikatora zabrzmiał szczery, chociaż cichy chichot.

-   No   cóż,   mój   stary   nauczycielu...   -   zaczął   Brakiss.   -   Kiedyś   nazywałem   ciebie 

mistrzem. Naprawdę cieszę się, że cię znów słyszę.

- Czego chcesz ode mnie, Brakissie? - zapytał rzeczowo Skywalker.

- Spotkać się z tobą - odparł równie rzeczowo naczelnik Akademii Ciemnej Strony. - 

Tylko z tobą. Sam na sam. Na neutralnym terenie. Jak równy z równym. Kiedy ostatnio się 

widzieliśmy, przybyłeś do mojej uczelni, by uwolnić trójkę smarkaczy Jedi. Nie mieliśmy 

wówczas okazji dokończenia naszej... rozmowy.

Luke przez chwilę milczał, zastanawiając się nad otrzymaną propozycją. Spotkanie z 

Brakissem? Może właśnie w tym krył się klucz do rozwiązania problemu, nad którym tak 

długo się głowił. Mimo wszystko, cóż mogło mieć istotniejsze znaczenie dla przebiegu walki 

niż spotkanie z naczelnikiem Akademii Ciemnej Strony? Gdyby Luke potrafił przemówić mu 

do   rozumu   i   przekonać,   aby   przestał   kroczyć   ścieżkami   ciemnej   strony,   może   zdołałby 

wygrać tę walkę, zanim zginie zbyt wiele istot ludzkich.

- Gdzie, Brakissie? - zapytał. - O jakim neutralnym miejscu myślałeś, kiedy składałeś 

mi tę propozycję?

-   Przypuszczam,   że   w   tej   chwili   nie   może   być   mowy   ani   o   mojej,   ani   o   twojej 

akademii - odparł Brakiss.

- Zgadzam się z tobą.

- A zatem niech to będzie miejsce, znajdujące się z daleka od terenu walki. Może na 

przeciwległym  brzegu rzeki, w Świątyni  Niebieskiego  Liścia?  Pamiętaj  jednak o tym,  że 

musisz przybyć sam.

-   A   ty   przybędziesz   sam?   -   zapytał   Skywalker.   Brakiss   wybuchnął   serdecznym 

śmiechem.

-   Oczywiście.   Nie   potrzebuję,   by   ktokolwiek   wspierał   mnie   albo   bronił.   Mam 

nadzieję, że dotrzymasz danego słowa.

background image

Luke odczekał chwilę, by upewnić się, że naprawdę Moc kieruje jego poczynaniami. I 

on, i Brakiss potrafili tak precyzyjnie władać Mocą, że każdy z nich wyczułby, gdyby drugi 

żywił jakieś niecne zamiary.

- Niech będzie, jak chcesz, Brakissie - odezwał się w końcu. - Spotkam się tam z tobą. 

Przyjdę sam, a wówczas załatwimy nasze sprawy. Raz na zawsze.

background image

ROZDZIAŁ 11

- Hej, to wcale nie było takie trudne - odezwał się uradowany Jacen.

Pochylił się do przodu, ale nie wstał z fotela drugiego pilota. Krzesło zaskrzypiało, a 

w   niezliczonych   pęknięciach   i   szczelinach   oparcia   ukazała   się   wyściółka.   Silniki 

„Piorunochronu”  mruczały,   jęczały  i   krztusiły  się,   ale   w końcu  towarowy transportowiec 

wyskoczył ponad warstwy atmosfery.

-   Musiałeś   to   wykrakać,   prawda,   chłopcze?   -   zapytał   Peckhum,   słysząc   pisk 

alarmowych   sygnałów,   wydobywający   się   z   pulpitu   kontrolnego.   Zbliżały   się 

nieprzyjacielskie   maszyny.   Następne.   -   Nadlatują   cztery   imperialne   myśliwce   typu   TIE. 

Wygląda na to, że dopiero wystartowały z hangarów Akademii Ciemnej Strony.

Jacen przełknął ślinę, przyglądając się lecącym jednostkom i zastanawiając się nad 

tym, dokąd się skierują. Pokręcił głową.

- Och, blasterowe błyskawice! - mruknął. - Lepiej będzie, jeżeli wyślemy ten sygnał 

alarmowy, zanim zaczną nas ostrzeliwać. W przeciwnym razie pomoc dla akademii Jedi może 

przyjść za późno.

Peckhum obdarzył go ponurym spojrzeniem. Podkrążone, przekrwione oczy starego 

pilota zdradzały, że sytuacja nie wygląda najlepiej.

- Musisz sam zająć się wysłaniem tego sygnału, Jacenie - powiedział. - Będę bardzo 

zajęty wykonywaniem różnych manewrów i uników. Mam nadzieję, że statek to wytrzyma. - 

Poklepał pulpit kontrolnej konsolety. - Przykro mi, że ci to robię, staruszku, ale nie na darmo 

nazwałem cię „Piorunochronem”. Pokażemy tym imperialnym pilotom, co potrafimy.

Jacen zaczął oglądać pokrętła i przełączniki przestarzałego, nieznanego komunikatora. 

Nie miał pojęcia, jak nastawić odpowiednią częstotliwość. Czuł się zagubiony. Żałował, że 

nie ma przy nim Jainy. To ona była ekspertem, jeżeli chodziło o obsługiwanie i naprawianie 

urządzeń   i   systemów.   Wiedziałaby,   jak   wysłać   sygnał,   żeby   przedarł   się   przez   trzaski   i 

zakłócenia, trajkotanie imperialnych pilotów i warstwę ekranującą, utrudniającą nadawanie.

Chłopiec postanowił w końcu wysłać sygnał, korzystając ze wszystkich możliwych 

częstotliwości nadajnika i największej mocy, jaką dysponował komunikator. Miał nadzieję, że 

jej pobór nie okaże się na tyle duży, by osłabić energetyczne pola chroniące „Piorunochron” 

przed strzałami nieprzyjacielskich maszyn.

- Tu mówi Jacen Solo - zaczął, a później kilka razy chrząknął. Nie miał pojęcia, co 

powiedzieć,  ale doszedł do wniosku, że szczegóły i tak nie mają większego znaczenia. - 

background image

Uwaga, uwaga! Wzywam  Nową Republikę. Znaleźliśmy się w krytycznej  sytuacji. Mówi 

Jacen Solo z Yavina Cztery.  Potrzebujemy natychmiastowej pomocy.  Jesteśmy atakowani 

przez myśliwce i żołnierzy Akademii Ciemnej Strony!

Powtarzam: imperialne myśliwce atakują akademię Jedi. Prosimy o natychmiastową 

pomoc. Nasze generatory pól siłowych zostały zniszczone. W tej chwili toczą się walki na 

lądzie,   a   z   powietrza   atakują   myśliwce   typu   TIE.   Sytuacja   jest   groźna.   Prosimy  o 

natychmiastową pomoc. - Wyłączył mikrofon i popatrzył na Peckhuma. - Jak mi poszło? - 

zapytał.

- Doskonale, chłopcze - odparł stary pilot.

W   następnej   sekundzie   zmienił   kurs,   a   po   chwili   zanurkował,  i   lecąc   po   spirali 

skierował się znów ku powierzchni Yavina Cztery.  W pobliżu „Piorunochronu” śmignęły 

cztery myśliwce typu TIE, plując ogniem z luf wszystkich laserowych działek. Jeden strzał 

rozprysnął  się  na  dolnym   polu  ochronnym   transportowca,  ale  pozostałe  przeleciały  przez 

miejsce,   w   którym   statek   znajdował   się   jeszcze   przed   chwilą.   Poszybowały   w   mroki 

przestworzy, nie powodując żadnych zniszczeń.

- Kiedyś, bardzo dawno, byłem całkiem niezłym pilotem -odezwał się Peckhum. - 

Możliwe, że nadal jestem... Przynajmniej tak uważam.

Jeden myśliwiec typu TIE odłączył się od pozostałej trójki i zatoczył ciasny łuk. Jego 

pilot zaczął strzelać, nie zawracając sobie głowy celowaniem, wskutek czego w przestworza 

poszybowały następne ogniste błyskawice.

Peckhum obniżył  lot i wszedł w górne warstwy atmosfery,  na skutek czego dolna 

część kadłuba zaczęła się rozgrzewać. Później ponownie wystrzelił świecą w górę, a kiedy 

znalazł się nad imperialną maszyną, zatoczył łuk i zawrócił. Tymczasem pilot myśliwca typu 

TIE   nie   dawał   za   wygraną   i   strzelał   bez   przerwy,   powtarzając   każdy   manewr   statku 

Peckhuma.   W   pewnej   chwili   z   pulpitu   sterowniczego   pokiereszowanego   transportowca 

strzeliły snopy iskier. Na konsoletach aparatury diagnostycznej zamrugały czerwone lampki.

- Hmmm... Peckhumie? - zapytał Jacen. - Co oznaczają te alarmowe światełka?

- Oznaczają, że nasze ochronne pola słabną.

Chłopiec   rozejrzał   się   po   sterowni.   Szukał   jakiegoś   komputera   celowniczego   albo 

dźwigni spustowej.

- Czy twój statek nie jest uzbrojony?

Peckhum   chrząknął   i   ponownie   skierował   transportowiec   ku   powierzchni   Yavina 

Cztery.

- To jednostka przystosowana do transportu towarów, chłopcze - przypomniał cicho. - 

background image

Pamiętaj także o tym, że najlepsze dni ma już za sobą. Nie spodziewałem się, że zostanę 

zmuszony   do   wzięcia   udziału   w  walce.   Do   licha,   cieszę   się,   że   przynajmniej   urządzenie 

przyrządzające posiłki w ogóle jeszcze funkcjonuje.

Pozostałe trzy jednostki imperialnej eskadry odleciały,  by zająć się ostrzeliwaniem 

akademii Jedi, ale pilot czwartego myśliwca typu TIE pozostał, ogarnięty tylko jedną myślą. 

Tym   razem   urządzenia   celownicze   jego   maszyny   zdołały   namierzyć   statek   i   większość 

laserowych błyskawic trafiała w kadłub bezbronnego „Piorunochronu”.

- Ten gość naprawdę chce nas wykończyć - stwierdził ponuro Jacen.

Peckhum   przyspieszył   jeszcze   bardziej,   przeciążając   silniki   poza   granice 

bezpieczeństwa.   Wysłużony   transportowiec   stęknął   i   zatrzeszczał,   po   czym,   raz   po   raz 

miotany na boki podmuchami wiatru, zaczął pogrążać się w atmosferze.

Jacen   zachwiał   się   i   omal   nie   spadł   z   siedzenia.   Ponownie   chwycił   mikrofon 

komunikatora.

-   Tu   mówi   Jacen   Solo.   Znaleźliśmy   się   w   rozpaczliwym   położeniu.   Wzywamy 

pomocy.   Jakiś   myśliwiec   usiłuje   zestrzelić   nasz   transportowiec.   Proszę...   czy   ktoś   nie 

zechciałby nam pomóc?

Nie przestając manewrować statkiem, Peckhum spojrzał na Jacena kątem oka.

- Nikt nie przyleci tu tak szybko, żeby zdążyć, chłopcze - powiedział.

Jacen przypomniał sobie podobnie beznadziejną sytuacje., w jakiej znalazł się kiedyś 

jego wujek. Luke Skywalker leciał wówczas wąskim korytarzem, starając się trafić protonową 

torpedą w niewielki otwór wentylacyjnego szybu Gwiazdy Śmierci. Jego X-skrzydłowiec był 

namierzany przez aparaturę celowniczą maszyny Dartha Vadera, a Luke nie potrafił zgubić 

ścigających go myśliwców typu TIE i maszyn przechwytujących. Wówczas także sytuacja 

wyglądała niewesoło... a jednak ojciec Jacena, Han Solo, pojawił się jakby znikąd i pomógł 

wujowi wykonać zadanie.

Tym razem Jacen wiedział jednak, że ojca nie ma nigdzie w pobliżu, a nie potrafił 

sobie wyobrazić, by ktoś nieoczekiwany wyskoczył z nadprzestrzeni, żeby wziąć udział w 

walce i zatroszczyć się o nieprzyjacielską maszynę. Nie mógł liczyć na to, że będzie miał tyle  

szczęścia.

W odbiorniku komunikatora rozległy się szumy i trzaski zakłóceń, po których odezwał 

się czyjś triumfujący, gburowaty głos. Niestety, nie należał do osoby spieszącej na ratunek.

- Proszę, proszę... Jacen Solo! Jeden z tych nieznośnych smarkaczy Jedi, na których 

natknęliśmy się na najniższych poziomach Coruscant! Pamiętasz mnie? Nazywam się Norys. 

Byłem   niegdyś   przywódcą   gangu   Zagubionych.   Kiedyś   ukradłeś   nam   jajo 

background image

jastrzębionietoperza. Najwyższy czas, żebyśmy wyrównali nasze porachunki. Ha!

Jacen  poczuł  zimny dreszcz,  jaki przewędrował  wzdłuż kręgosłupa.  Rzeczywiście, 

pamiętał   barczystego   zawadiakę,   który   uwielbiał   niszczyć   wszystko,   czego   dotknął. 

Tymczasem Norys ciągnął:

-   Twój   kolega,   ten   mały   śmieciarz   Zekk,   postanowił   przejść   na   służbę   Drugiego 

Imperium, ale ty dokonałeś niewłaściwego wyboru. Chciałem tylko, żebyś wiedział, kto za 

chwilę zamieni twoją balię w bryłę żużlu.

- No cóż, dobrze, że znalazł  trochę czasu, aby z nami  pogawędzić  - odezwał  się 

Peckhum. Mimo iż nie przestawał zmagać się ze sterowniczymi dźwigniami, nie był w stanie 

manewrować transportowcem w taki sposób, by unikać strzałów Norysa. Wykorzystywał cały 

talent, żeby zapobiec wpadnięciu „Piorunochronu”  w nie kontrolowany lot nurkowy, który 

zakończyłby się roztrzaskaniem o powierzchnię księżyca. - Nie sądzę, by zostało nam dużo 

czasu,   ale   jestem   pewien,   że   ten   chłopak   nie   darowałby   sobie   do   końca   życia,   gdyby 

unicestwił mój statek, zanim powie kilka słów na pożegnanie.

Z  silników  „Piorunochronu”  zaczęły  się  wydobywać  kłęby  dymu.  Na  kontrolnych 

pulpitach  rozjarzyły się następne alarmowe lampki.  Tymczasem pilotowany przez Norysa 

myśliwiec typu TIE nie przestawał pluć świetlistymi nitkami. Laserowe błyskawice raz po raz 

trafiały w powgniatany kadłub, jakby starały się rozerwać go na strzępy.

Jacen   popatrzył   na  komunikator,  ale  doszedł   do  wniosku,  że   wysyłanie  kolejnego 

sygnału alarmowego chyba na nic by się nie zdało.

Wierzchołki rosnących w dżungli drzew śmigały pod kadłubem transportowca. Jacen, 

nie potrafiąc opanować ogarniającej go paniki, rozejrzał się w prawo i w lewo.

- Chyba to nie jest właściwa chwila, żeby opowiedzieć jakiś dowcip? - zapytał.

Peckhum pokręcił głową.

- Nie bardzo mi teraz do śmiechu, chłopcze - odparł cicho.

background image

ROZDZIAŁ 12

Grube konary i gałęzie drzew rosnących w wilgotnym, cienistym lesie otaczały Zekka 

ze wszystkich stron; niemal go przytłaczały. Przypominały mu mroczne podziemia Coruscant, 

w których spędził kiedyś tyle czasu. Powoli zaczynał się czuć jak w domu.

Posługując się repulsorowymi plecakami, Najciemniejszy Rycerz i grupa Ciemnych 

Jedi opadli z nieba. Po kilku chwilach odpoczynku, jakie spędzili na wierzchołkach drzew, 

utorowali sobie drogę na najniższy poziom. Kiedy pierwsi wojownicy Brakissa znaleźli się na 

ziemi, rozproszyli się po dżungli, by odnaleźć i otoczyć uciekających uczniów Jedi. Chcieli 

pokonać przeciwników, których  mistrz Skywalker indoktrynował tak długo, aż przyswoili 

sobie filozofię życia, wyznawaną przez Rebeliantów.

Zekk nie bardzo znał się na polityce. Orientował się tylko, kim są jego przyjaciele i 

podwładni.   Wiedział   także,   kogo   powinien   uważać   za   zdrajcę.   Miał   tu   na   myśli   przede 

wszystkim   Jacena   i   Jainę...   a   zwłaszcza   Jainę.   Kiedyś   myślał,   że   może   traktować   ją   jak 

przyjaciółkę. Niczego przed nianie ukrywał. Dopiero później, kiedy Brakiss wszystko mu 

wyjaśnił,   Zekk   zrozumiał,   co   naprawdę   myśli   o   nim   Jaina.   Dziewczyna   zbyt   pochopnie 

osądziła, że nie dysponuje on żadnym talentem Jedi i nie może się równać ani z nią, ani z jej 

szlachetnie urodzonym braciszkiem, Jacenem. Młodzieniec wykazał jednak, że jest wrażliwy 

na   oddziaływanie   Mocy.   Udowodnił,   że   potrafi   się   nią   posługiwać   może   nie   gorzej   niż 

którekolwiek z bliźniąt.

Mimo to miał nadzieję, że żadne nie zechce stanąć z nim do walki. W przeciwnym 

razie   musiałby   zademonstrować   im   własną  potęgę   i   udowodnić,   że   dochowuje   lojalności 

Drugiemu Imperium. Pamiętał pierwszą poważną próbę, jaką przeszedł, walcząc z ulubionym 

uczniem Tamith Kai, Vilasem. Próbę, którą zarozumiały młody mężczyzna przypłacił życiem.

Uniósł głowę i przekonał się, że jeden z jego Ciemnych Jedi zaplątał się w gałęzie na 

wierzchołku jakiegoś drzewa. Przyglądał się, jak jego podwładny wyciągnął świetlny miecz i 

machając nim w prawo i w lewo, odciął konary uniemożliwiające zejście na niższy poziom.

Nagle względną ciszę dżungli zakłócił piekielny skowyt. Nad głowami całej grupy 

przeleciała   eskadra   myśliwców   typu   TIE,   zawzięcie   ostrzeliwująca   jakieś   naziemne   cele. 

Większość Ciemnych Jedi rozproszyła się i zaczęła przeszukiwać chaszcze. Zekk przywołał 

trzech   wojowników   ciemnej   strony,   którzy   znajdowali   się   najbliżej.   Wszyscy   czterej,   z 

głośnym trzaskiem przedzierając się przez gąszcze zarośli, zaczęli przeczesywać dziewiczą 

dżunglę.

background image

Po jakimś czasie dotarli do brzegu szerokiej rzeki, powoli toczącej brązowozielone 

wody. Drobne fale pluskały, omywając brzeg i poruszając łodygami częściowo zanurzonych 

paproci. W dole rzeki, trochę bliżej ruin wysokiej świątyni Massassów, unosiła się szturmowa 

platforma, dowodzona przez złowrogą Siostrę Nocy.

Zekk przystanął na brzegu rzeki obok trójki podkomendnych. Ciemni Jedi wymienili 

spojrzenia i wymownie popatrzyli w niebo. Dobrze wiedząc, o czym myślą, Najciemniejszy 

Rycerz kiwnął głową.

- Tak - powiedział. - Wywołajmy burzę. Spowodujmy, że zerwie się wichura, która 

powali wszystkie drzewa i wykurzy z kryjówek tych tchórzliwych Jedi.

Zerknął na bezchmurne błękitne niebo, po czym zajrzał w otchłań własnego serca. 

Znalazł drzemiący w nim cień gniewu, odzwierciedlającego cały ból i wszystkie upokorzenia 

i krzywdy, jakich doznał w życiu. Wiedział, jak posługiwać się gniewem, aby stał się jego 

narzędziem albo bronią. Zaczął się skupiać i ściągać ku sobie masy powietrza. Wyczuł, że 

stojący za jego plecami inni rycerze ciemnej strony czynią to samo. Po chwili zauważył, że 

nad horyzontem zaczynają pojawiać się kłębiaste chmury. Obserwował, jak gromadzą się, 

ciemnieją, gęstnieją, zaczynają sunąć po niebie w jego stronę...

Zerwała   się   wichura,   a   powietrze   się   ochłodziło.   Rozległy   się   pierwsze   trzaski 

wyładowań,   spowodowanych   istnieniem   statycznych   ładunków   elektrycznych.   Fałdy 

obrzeżonej szkarłatną lamówką peleryny Zekka załopotały za jego plecami. Wiatr wyszarpnął 

pasemka starannie związanych w koński ogon ciemnych włosów, które zaczęły smagać twarz 

młodzieńca.   Między   piętrzącymi   się   coraz   wyżej   burzowymi   chmurami   zaczynały 

przeskakiwać   ogniste   błyskawice.   Przeciągłe   grzmoty   zagłuszały   nawet   wycie   silników 

myśliwców typu TIE, raz po raz przecinających niebo nad ich głowami.

Zekk się uśmiechnął. Tak, nadciągała potężna, zwycięska burza.

Obserwując, jak chmury ciemnieją i nabrzmiewają, gotowe do uwolnienia niszczącej 

mocy   sił   przyrody,   usłyszał   nagle   przerywane   odgłosy  laserowych   strzałów.   Popatrzył   w 

niebo, na którym toczyła się dziwna bitwa. Zobaczył ciągnący za sobą warkocz dymu statek, 

ścigany przez samotny myśliwiec TIE, który bezlitośnie ostrzeliwując ofiarę, raz po raz raził 

ją sztychami laserowych błyskawic.

Nie ukrywając zdumienia, rozpoznał toporną, nieforemną sylwetkę „Piorunochronu” - 

wysłużonego   towarowego   transportowca.   Statek   należał   do   starego   Peckhuma,   z   którym 

mieszkał przez wiele lat, kiedy przebywał na Coruscant.

Peckhum! Mimo tylu różnic, które ich dzieliły, Zekk i siwowłosy pilot byli bardzo 

dobrymi   przyjaciółmi.   Poniewczasie   młodzieniec   przypomniał   sobie,   że   stary  mężczyzna, 

background image

pragnąc   zarobić   kilka   dodatkowych   kredytów,   od   czasu   do   czasu   zaopatrywał   akademię 

Skywalkera   w   żywność   i   najpotrzebniejsze   urządzenia.   Czy   możliwe,   że   przebywał   na 

porośniętym   dżunglą   księżycu   tego   ranka,   kiedy   rozpoczął   się   atak   oddziałów   Akademii 

Ciemnej Strony?

Zekk poczuł ukłucie w sercu, a jego żołądek sparaliżowało przerażenie. Przestał się 

koncentrować i stracił władzę, jaką sprawował nad nawałnicą.

Masy powietrza, dotychczas ściągane w stronę grupy Ciemnych Jedi, poszybowały w 

przeciwnym   kierunku.   Wichura   szarpnęła   gałęziami   sąsiednich   drzew,   mimo   iż   pozostali 

wojownicy Brakissa czynili wszystko, co w ich mocy, by podtrzymać rozpraszającą się burzę.

-   Nie,   Peckhumie!   -   szepnął   Zekk,   wspominając   chwile   spędzone   ze   starym 

mężczyzną.

Zadarł   głowę   i   obserwował,   jak   myśliwiec   typu   TIE   razi   smugami   laserowych 

strzałów kadłub nieszczęsnego „Piorunochronu”. Błysk niewielkiej eksplozji, który dostrzegł 

w   pewnej   chwili,   uświadomił   mu,   że   pokiereszowany   towarowy   transportowiec   właśnie 

stracił ostatnie ochronne pole.

„Piorunochron” obniżał lot, a on nie mógł zrobić nic, by zapobiec katastrofie.

Usłyszał za plecami zdumione okrzyki i zrozumiał, że pozostali Ciemni Jedi stracili 

całkowicie władzę nad nadciągającą burzą. Wichura wprawdzie nie przestawała łamać gałęzi i 

wyrywać z korzeniami młodych drzewek, ale w miarę jak wojownicy ciemnej strony, jeden 

po drugim, rezygnowali z manipulowania siłami przyrody, nawałnica traciła coraz szybciej 

impet, a chmury się rozpraszały.

Tymczasem   podwładni   Zekka   zauważyli   w   gąszczu   zarośli   młodego   ucznia   Jedi. 

Doszli do wniosku, że chłopiec albo usiłował ich zaskoczyć, albo po prostu ukrywał się w 

obawie, że go zauważą.

Uczeń wstał i wyszedł z kępy chwastów. Odgarnął z czoła kosmyk blond włosów, 

którymi wiatr smagał jego zaróżowione policzki. Był ubrany w szatę tak nieprawdopodobnie 

krzykliwą   -   jaskrawopurpurowo-złoto-zielono-czerwoną   -   że   Zekk   zaczął   się   obawiać,   iż 

dostanie oczopląsu. Jakim cudem chłopiec mógł chociaż przez chwilę sądzić, że zdoła się 

ukryć, mając na sobie takie ubranie?

Sprawiał wrażenie przerażonego, ale zdecydowanego. Wysunął dolną wargę, stanął 

prosto i ujął się pod boki. Fałdy jego krzykliwego tęczowego stroju łopotały, tarmoszone 

przez ostatnie podmuchy gniewnej wichury.

- No cóż, nie pozostawiacie mi wyboru - odezwał cię chłopiec, po czym chrząknął. - 

Nazywam   się   Raynar   i   jestem   rycerzem   Jedi...   uhm,   kandydatem   na   rycerza.   Albo 

background image

natychmiast się poddacie, albo będę musiał was zaatakować.

Dwaj   towarzysze   Zekka   ryknęli   serdecznym   śmiechem,   a   potem,   krok   po   kroku, 

zaczęli się zbliżać do jasnowłosego chłopca. Raynar cofał się tak długo, aż uderzył plecami o 

pień   drzewa.   Zacisnął   powieki   i   zaczął   się   skupiać.   Wstrzymał   oddech,   a   jego   twarz 

poczerwieniała, a później okryła się purpurą.

Zekk   poczuł   delikatne,  niewidzialne  pchnięcie,  i  zrozumiał,  że   uczeń  Skywalkera, 

nieporadnie  posługując się Mocą, usiłuje ich powstrzymać.  Dwaj rycerze  ciemnej  strony, 

którzy wyciągnęli zapalone świetlne miecze, chyba nawet tego nie zauważyli.

Najciemniejszy Rycerz stwierdził jednak, że nie mógłby stać bezczynnie i przyglądać 

się, jak jego towarzysze mordują z zimną krwią bezbronną ofiarę. Chłopiec sprawiał wrażenie 

dumnego i zuchwałego, ale Zekk dostrzegał w nim coś jeszcze... Jakąś niewinność?

Zdecydował się błyskawicznie, zanim jego podopieczni zdążyli zrobić użytek z broni 

rycerzy Jedi. Uwolnił część własnej energii Mocy, pochwycił chłopca za połę różnobarwnej 

szaty,   szarpnął   w   górę   i   uniósł   w   powietrze.   Błyskawicznie   przerzucił   go   nad   głowami 

Ciemnych Jedi i cisnął w nurty rzeki. Raynar krzyknął, szybując w powietrzu, ale po chwili 

zanurzył się w mętnej, mulistej wodzie.

Dwaj towarzysze Zekka odwrócili się jak użądleni i nie ukrywając gniewu, popatrzyli 

na dowódcę. Tymczasem Raynar, oblepiony szlamem i mułem, dopłynął na płyciznę i zaczął 

czyścić z błota poplamioną odzież.

-   Czasami   ważniejsze   jest   całkowite   poniżenie   przeciwnika   niż   zwykłe   zabicie   - 

odezwał się Najciemniejszy Rycerz. - A my poniżyliśmy tego Jedi w sposób, którego nie 

zapomni do końca życia.

Stojący   przed   nim   wojownicy   zachichotali,   uznając   trafność   tej   uwagi.   Zekk 

zrozumiał, że ich rozbroił... Przynajmniej na razie.

Ponownie skierował tęskne spojrzenie w niebo. Wypatrywał śladu „Piorunochronu”, 

ale dostrzegł tylko rozwiewającą się smugę dymu. Żałował, że nie mógł jakoś pomóc staremu 

przyjacielowi.   Zastanawiał   się,   czy   będzie   musiał   wliczyć   śmierć   Peckhuma   w   koszty 

zwycięstwa nad uczniami akademii Jedi.

Uszkodzony transportowiec zniknął z widoku, zapewne kierując się ku miejscu, gdzie 

miały rozstrzygnąć się z góry przesądzone losy bitwy. Najciemniejszy Rycerz był pewien, że 

już nigdy nie dane mu będzie oglądać ani „Piorunochronu”, ani Peckhuma.

background image

ROZDZIAŁ 13

Pilotowany przez  Qorla myśliwiec  typu  TIE leciał  nisko nad zielonym,  falującym 

oceanem   liści.   Pilot   wypatrywał   celów,   które   mógłby   wskazywać   żołnierzom   Drugiego 

Imperium,   przeczesującym   gęstą   dżunglę.   Pozostali   piloci   myśliwskiego   skrzydła 

wykonywali   inne   zadania.   Zapewne   krążyli   nad   dżunglą   i   ostrzeliwali   wielką   świątynię 

mieszczącą akademię Jedi mistrza Skywalkera.

Qorl   wątpił   jednak,   by   jego   uczeń   Norys   pamiętał   o   wykonywaniu   rozkazów. 

Zwłaszcza teraz, kiedy rozpętała się bitwa, a w powietrzu zaczęły się krzyżować błyskawice 

laserowych strzałów. Obawiał się, że gburowaty osiłek zechce wybierać cele na oślep, przez 

co   upodobni   się   do   wściekłego   gundarka.   Prawdopodobnie   zniszczy   w  ten   sposób   sporo 

rebelianckich urządzeń, ale może też pokrzyżować wiele planów.

Stary pilot czuł w sercu chłód, który z wolna przemieniał się w bryłę twardego lodu. 

Na myśl o tym, że znów uczestniczy w powietrznej bitwie, powinien odczuwać podniecenie i 

uniesienie.   Powinien   być   wdzięczny,   że   może   raz   jeszcze   siedzieć   za   sterami   i   walczyć, 

pilotując własny myśliwiec typu TIE, powierzony mu przez Drugie Imperium.

Zamiast tego żywił zastrzeżenia. Ogarniały go wątpliwości. Wzdragał się na myśl o 

tym, że może dokonał niewłaściwego wyboru. Obawiał się, że Drugie Imperium może zostać 

zmuszone do zapłacenia słonej ceny za bitwę, którą właśnie rozpoczęło.

Szczególne rozczarowanie przeżywał, kiedy myślał o Norysie. Zastanawiając się nad 

tym, czy go wybrać, wiedział, że krzepki chłopak przeżył wiele lat w trudnych warunkach, 

walcząc z innymi o przetrwanie. Pamiętał też, że Norys był przywódcą gangu Zagubionych, 

roszczących sobie prawa do części podziemi na Coruscant. Wszystko to uczyniło z niego 

brutalnego,   bezwzględnego   zabijakę.   Barczysty   młodzieniec   palił   się   jednak   do   nauki. 

Poprzysiągł sobie, że zostanie imperialnym żołnierzem. Wydawało mu się, że w ten sposób 

może   nadal   sprawować   władzę,   nie   bojąc   się   nikogo   i   niczego.   Miał   wszystkie   cechy 

charakteru, których tak bardzo poszukiwało Drugie Imperium.

Qorl   wiedział   wszakże,   że   lojalny   żołnierz   powinien   bez   wahania   wykonywać 

wszelkie rozkazy. Imperium nie mogło pozwolić sobie na to, aby jego słudzy zachowywali się 

jak wolni strzelcy.  Nie mogło  dopuścić, aby kierowali  się własnymi  zachciankami,  a nie 

rozkazami, otrzymywanymi od zwierzchników. W miarę jednak, jak Norys przyzwyczajał się 

do zmienionej sytuacji życiowej, stawał się coraz bardziej arogancki i zarozumiały, a czasami 

nawet nieposłuszny.

background image

Chłopak   był   żądnym   krwi   zabijaką.   Wszystko,   co   robił,   miało   służyć   niszczeniu, 

zadawaniu   bólu,   odnoszeniu   zwycięstwa   za   wszelką   cenę   i   utwierdzaniu   siebie   w 

przekonaniu, że sprawuje nad wszystkim władzę. Nie walczył, kierując się chwałą Drugiego 

Imperium ani potrzebą przywrócenia Nowego Ładu w galaktyce, ani jakimkolwiek innym 

politycznym celem. Walczył jedynie po to, aby walczyć. Bez względu na to, po czyjej stronie 

stawał, w takim postępowaniu mogło kryć się śmiertelne zagrożenie.

Qorl zatoczył krąg nad miejscem w dżungli, w którym szalał pożar, wzniecony przez 

jeden z bombowców typu TIE. Później zaczął lecieć wzdłuż brzegu rzeki. Kierował się ku 

ruinom świątyni, w pobliżu której unosiła się nad koronami drzew dowodzona przez Tamith 

Kai   bojowa   platforma.   Nagle   usłyszał   w   odbiorniku   komunikatora   czyjś   wyraźny, 

zrozpaczony   głos,   rozbrzmiewający   we   wszystkich   możliwych   pasmach   częstotliwości. 

Rozpoznał go bez trudu.

- Uwaga, uwaga! Wzywani Nową Republikę. Znaleźliśmy się w krytycznej sytuacji. 

Mówi   Jacen   Solo   z   Yavina   Cztery.   Potrzebujemy   natychmiastowej   pomocy.   Jesteśmy 

atakowani przez myśliwce i żołnierzy Akademii Ciemnej Strony!

Qorl wyprostował się, poprawił czarny hełm i wyrównał lot maszyny. Przypominał 

sobie kilkunastoletnie bliźnięta, które pomogły naprawić jego poprzedni myśliwiec typu TIE, 

uszkodzony podczas lądowania na Yavinie Cztery. Pamiętał brata i siostrę, których uwięził i z 

którymi   później   siedział   przy   ognisku   płonącym   obok   kryjówki   w   dżungli.   Oboje 

zaproponowali   wówczas,   że   zostaną   jego   przyjaciółmi,   i   starali   się   go   namówić,   żeby 

zawrócił ze złej drogi i przestał być lojalnym sługą Imperium. Przypomniał sobie, że wtedy 

oparł się pokusie. Górę wzięły przekonania, jakie wpojono mu podczas nauki w imperialnej 

wojskowej akademii.

Poddanie się oznacza zdradę.

Qorl odleciał z Yavina Cztery i został przyjęty na służbę w Akademii Ciemnej Strony. 

Przyglądał  się później, jak porwane bliźnięta  są poddawane rygorystycznym  ćwiczeniom, 

prowadzonym pod nadzorem pałającej żądzą mordu Tamith Kai i bezlitosnego Brakissa. Qorl 

był do głębi serca wstrząśnięty postępowaniem i uwagami, czynionymi przez Siostrę Nocy i 

naczelnika imperialnej uczelni. Uświadomił sobie, że oboje mają za nic życie bliźniąt Jedi.

Nikt nigdy się nie dowiedział, że to Qorl pomógł młodym rycerzom uciec z Akademii 

Ciemnej Strony. Później, starając się chociaż wobec samego siebie odpokutować za tę chwilę 

słabości,   czynił   wszystko,   co   mógł,   by   tym   wierniej   służyć   Drugiemu   Imperium.   To   on 

dowodził atakiem na rebeliancki krążownik, z którego ładowni ukradziono rdzenie jednostek 

napędu nadświetlnego i baterie do turbolaserów. To on harował w pocie czoła, aby Norys i 

background image

inni   członkowie   gangu   Zagubionych   przemienili   się   w   sprawnych,   pełnowartościowych 

szturmowców.

Nagle   ujrzał   przelatujący   nad   głową   statek,   poznaczony   bliznami   blasterowych 

strzałów   wysłużony   towarowy  transportowiec.   Maszyna   ciągnęła   za   sobą   warkocz   dymu. 

Qorl rozpoznał jej sylwetkę i przekonał się, że widzi nie uzbrojoną jednostkę o przestarzałej 

konstrukcji. Silniki statku nie dysponowały dużą mocą, a ochronne pola siłowe nie zostały 

zaprojektowane z myślą o braniu udziału w jakiejkolwiek walce.

Stary   pilot   zauważył   po   chwili,   że   transportowiec   jest   ścigany   przez   pojedynczy 

myśliwiec typu TIE.

Czując   niesmak   i   wstyd   stwierdził,   że   pilot   imperialnej   maszyny,   marnując   jeden 

strzał   po   drugim,   czasami,   przez   najzwyklejszy   przypadek,   trafia   w   powgniatany   kadłub 

ofiary.   Zorientował   się,   że   jedynie   kwestią   czasu   pozostaje,   kiedy   statek   rozleci   się   na 

kawałki.

Nastawił   częstotliwość   nadajnika   komunikatora   w   taki   sposób,   by   porozumieć   się 

bezpośrednio z pilotem imperialnej maszyny.

- Pilocie myśliwca typu TIE, zamelduj się - rozkazał zwięźle.

Gburowaty  głos,  który  po  chwili  rozległ   się  w  słuchawkach  hełmu,  wcale   go  nie 

zdumiał.

- Tu Norys, staruszku. Nie zawracaj mi głowy. Jestem zajęty strzelaniem do celu.

Qorl przełknął ślinę, ale mimo to poczuł, że jego gardło pozostało suche.

- Norysie, zdołałeś już unieszkodliwić swój cel - oznajmił. - Ten transportowiec nie 

jest najważniejszym obiektem, jaki mamy zniszczyć w trakcie tej bitwy. Otrzymałeś rozkaz, 

żeby atakować akademię Jedi. Ten statek już nie zdoła wyrządzić Drugiemu Imperium żadnej 

krzywdy.

- Odczep się ode mnie, staruszku - odparł Norys. - To mój łup i nie zamierzam z niego 

rezygnować.

Qorl zmusił się, by zachować spokój.

- Nie jesteśmy tu po to, żeby zbierać trofea, Norysie. Pamiętaj o tym, że walczysz ku 

chwale Drugiego Imperium, a nie po to, żeby stać się bohaterem.

- Możesz kazać się wypchać - warknął Norys. - Nie pozwolę, żeby jakiś stary tchórz 

mówił mi, co mam robić.

Gburowaty zabijaka wyłączył komunikator i puścił się w dalszą pogoń za płonącym 

transportowcem. Zupełnie nie mierząc, raz po raz posyłał w jego stronę laserowe błyskawice.

Rozczarowanie,   jakie   dotąd   ogarniało   Qorla,   zamieniło   się   we   wściekłość. 

background image

Postępowanie   młodocianego   osiłka   stało   w   jaskrawej   sprzeczności   ze   wszystkim,   czym 

chlubiło się Imperium. Stary pilot przypomniał sobie czasy własnego szkolenia. Wówczas on 

i   inni   kandydaci   współdziałali   jak   elementy   precyzyjnej   maszyny.   Musieli   być 

zdyscyplinowani,   dobrze   wychowani   i   skłonni   do   wykonywania   rozkazów.   Swoim 

postępowaniem pomagali szerzyć Nowy Ład, który Imperator zamierzał wprowadzić w całej 

galaktyce. Warto było walczyć o takie ideały.

Tymczasem Norys kpił w żywe oczy z takiej filozofii życia. Nie dbał, o co walczy.

Z   odbiornika   komunikatora   rozległ   się   ten   sam   głos,   zajmujący   wszystkie   pasma 

częstotliwości:

-   Tu   mówi   Jacen   Solo.   Znaleźliśmy   się   w   rozpaczliwym   położeniu.   Wzywamy 

pomocy.   Jakiś   myśliwiec   usiłuje   zestrzelić   nasz   transportowiec.   Proszę...   czy   ktoś   nie 

zechciałby nam pomóc?

Dręczony   niepokojem   Qorl   obniżył   lot   maszyny,   tak   że   leciała   teraz   tuż   nad 

wierzchołkami   drzew.   Jacen   Solo   należał   do   szlachetnych   przeciwników.   Był   uczciwy   i 

odważny, mimo iż związał swój los z grupką Rebeliantów, a nie z Drugim Imperium. Czy 

jednak mógł ponosić za to winę? Przecież jego matka sprawowała funkcję przewodniczącej 

rządu Rebeliantów.

W  przeciwieństwie  do  niego  Norys   mógł   dokonać  wyboru.   Rozrośnięty w barach 

wyrostek wiedział, w jakim celu jest szkolony. Z ochotą przywdział imperialny mundur i robił 

wszystko, żeby zostać pilotem, a mimo to nie postępował zgodnie z regułami. Był właściwie 

tylko bezdusznym, bezlitosnym, żądnym krwi zabijaką.

Jego myśliwiec typu TIE nie przestawał lecieć w strumieniu gazów wydechowych, 

ciągnących się za uszkodzonym, niezdolnym do walki transportowcem. Spod wsporników 

silników statku wydobywały się kłęby dymu. W pewnej chwili Qorl zauważył, że zanikło 

ostatnie pole siłowe, chroniące dotąd kadłub jednostki.

Ujrzawszy   to,   Norys   dał   ognia   z   luf   laserowych   działek.   Pokrył   płyty   poszycia 

nowymi czarnymi bliznami.

Qorl pstryknął przełącznikiem i przesłał energię do systemów uzbrojenia, a potem 

włączył   urządzenie   celownicze.   Uświadamiał   sobie,   że   rażony   nie   ustającymi   strzałami 

Norysa „Piorunochron” może za kilka sekund eksplodować. Nie zdziwiłoby go, gdyby nawet 

wówczas zabijaka nie przestał strzelać do płonących szczątków, by upewnić się, że nikt nie 

przeżyje katastrofy.

Poczuł,   że   wzbiera   w   nim   obrzydzenie.   Wyłączył   zasilanie   obwodu   mikrofonu 

komunikatora i mruknął do siebie:

background image

- Czy stracę godność, jeżeli zabiję kogoś, kto swoim postępowaniem udowodnił, że 

nie wie, czym jest honor?

Kiedy   odbywał   szkolenie   w   imperialnej   akademii,   szczegółowo   zapoznał   się   z 

podzespołami i urządzeniami myśliwca typu TIE. Dobrze znał wszystkie jego słabe punkty. 

Wiedział, co robić, by je zniszczyć.

Wziął na cel dysze wylotowe reaktorów maszyny Norysa.

Tymczasem   młodociany   zabijaka,   całkowicie   ignorując   uwagi   instruktora,   nie 

przestawał   zasypywać   kadłuba   „Piorunochronu”   lawiną   laserowych   błyskawic.   Jedyną 

różnicę  stanowiło  to, że  teraz  czekał  dłużej  przed  oddaniem  następnego  strzału,  zupełnie 

jakby napawał się ostatnimi chwilami lotu starego transportowca.

„Piorunochron”   zakołysał   siew   locie.   Zapewne   jego   piloci   podjęli   ostatnią   próbę 

uniknięcia trafienia.

Qorl namierzył myśliwiec Norysa.

Przycisnął guzik spustowy i wystrzelił.

Maszyna Norysa eksplodowała w locie. Zamieniła się w ognistą kulę i zniknęła tak 

szybko, że młodociany zabijaka chyba nawet nie miał czasu krzyknąć ze zdumienia.

Zawstydzony faktem, że jego postępowanie jest zdradą interesów Drugiego Imperium, 

Qorl nawet nie usiłował porozumieć się z pilotami „Piorunochronu”. Po prostu zmienił kurs i 

skierował się w stronę głównego pola walki. Tymczasem uszkodzony transportowiec poleciał 

dalej, z trudem utrzymując siew powietrzu. Prawdopodobnie piloci walczyli, aby wylądować, 

nie rozbijając się o gałęzie i konary.

background image

ROZDZIAŁ 14

W powietrzu nad akademią Jedi i w otaczającej wielką świątynię dżungli toczyły się 

zacięte  walki. Tymczasem  imperialny dywersant  Orvak czołgał  się metr  po metrze  coraz 

dalej, nie rezygnując z wykonania drugiej części starannie opracowanego planu.

Pozostawił myśliwiec  typu TIE na polanie, w pobliżu generatorów siłowego pola. 

Zniszczył  je, wysadzając  w powietrze  urządzenia  zasilające,  ale  zamierzał  tam  powrócić, 

kiedy upora się z trudniejszym  zadaniem.  Nie zauważony przez nikogo, od kilku godzin 

przedzierał się przez najdziksze ostępy, zmierzając w kierunku ogromnej świątyni.

W pobliżu płonęło kilka drzew, wysyłając ku niebu kłęby siwego cuchnącego dymu. Z 

oddali   dolatywały   odgłosy   blasterowych   strzałów,   a   od   czasu   do   czasu   także   buczenie 

świetlnych mieczy. Imperialny komandos nie przestawał się czołgać, starając się zachowywać 

jak najciszej. Nie mógł ryzykować, że przypadkowy odgłos ujawni miejsce, w którym się 

znajduje.

Szkoleni przez Skywalkera uczniowie Jedi opuścili w popłochu wielką świątynię i 

rozbiegli się po dżungli, żeby toczyć pojedynki z wojownikami mistrza Brakissa. Pozostawili 

obiekt bez ochrony, ułatwiając mu pracę.

Skradając się w stronę prastarej budowli, wciąż jeszcze otoczonej przez gęstą dżunglę, 

Orvak dostrzegł na omszałych ze starości kamiennych blokach całkiem świeże czarne smugi, 

osmalone miejsca, w które trafiły laserowe strzały i protonowe ładunki wybuchowe, zrzucane 

z powietrza przez pilotów bombowców typu TIE. Wszędobylskie pędy winorośli, jeszcze 

niedawno oplatające boki kamiennej piramidy, pod wpływem płomieni sczerniały, poskręcały 

się   i   zeschły.   Oderwały   się   od   kamiennych   bloków   i   spoczęły   jedne   na   drugich   u   stóp 

zigguratu.   Jeden   ładunek   wybuchowy,   który   eksplodował   szczególnie   blisko   świątyni, 

zniszczył wrota hangaru, wskutek czego obronna flota Skywalkera nie mogła poderwać się do 

lotu.

Orvak  z radością   pomyślał,  że  wreszcie  gigantyczna  budowla,  która  przetrwała  w 

niemal nie naruszonym kształcie całe tysiąclecia, została nadwerężona. Uszkodzenia nie były 

jednak zbyt duże. Musi zatem dokończyć dzieła zniszczenia.

Poruszając się bardzo ostrożnie  i raz po raz kryjąc  w zaroślach osłoniętą  hełmem 

głowę,   imperialny   sabotażysta   pełznął   dalej.   Szarpał   pędy   dzikiej   winorośli   i   wyrywał   z 

korzeniami paprocie, aż w końcu znalazł się na skraju dżungli, dochodzącej niemal do samej 

tylnej ściany wielkiej budowli.

background image

Po   niebie   nie   przestawały   śmigać   myśliwce   typu   TIE,   podobne   do   złowieszczych 

drapieżnych ptaków. Orvak popatrzył w górę. W skrytości ducha życzył pilotom powodzenia.

Z   boku   wielkiej   piramidy   zobaczył   przestronny   dziedziniec,   zapewne   niedawno 

wybrukowany albo tylko oczyszczony z porastających go krzaków i chwastów. Przeciwległy 

koniec placu przylegał do murów kamiennej budowli, w których dostrzegł mroczny prostokąt 

drzwi.  Wyobrażając  sobie,  jakie  ćwiczenia  musieli  wykonywać  tu  uczniowie  Jedi, Orvak 

ostrożnie stanął na skraju dziedzińca.

Przekonał się, że między kamieniami i płytami zaczęły na nowo wyrastać pierwsze 

chwasty. Niewątpliwie po kilku następnych miesiącach od chwili, kiedy zniszczy świątynię, 

dżungla triumfalnie powróci, żeby upomnieć się o to, co jej odebrano. Pomyślał, że dopiero to 

będzie oznaczało ostateczny koniec akademii Jedi. Miał nadzieję, że do tego czasu zdąży 

wrócić na pokład Akademii Ciemnej Strony. Może nawet zostanie awansowany na oficera i 

obejmie   służbę   na   którymś   gwiezdnym   niszczycielu...   Wszystko   zależało   od   tego,   czy 

pomyślnie wykona drugą część zadania.

Kiedy  strzelanina   się   nasiliła,   a   w  dżungli   niedaleko   świątyni   eksplodowało   kilka 

bomb   protonowych,   Orvak   zdecydował   się   rozpocząć   akcję.   Nisko   pochylony,   przebiegł 

przez   wybrukowany   kamieniami   dziedziniec.   Zdążał   ku   ciemnemu   otworowi   drzwi 

wiodących do zagadkowej świątyni Rebeliantów.

Kiedy znalazł  się na progu, na chwilę przystanął. Cieszył  się, że aparatura hełmu 

przefiltruje wszystkie trujące wyziewy, jakie mogły wydostawać się z wnętrza. Któż mógł 

wiedzieć, jakie straszliwe pułapki pozakładali czarownicy Jedi?

Posłużył się umieszczonymi w hełmie czujnikami, aby stwierdzić, w jakich miejscach 

mogły   zostać   ukryte   owe   urządzenia.   Żadnych   jednak   nie   odnalazł...   Nie   zdziwił   się, 

ponieważ   atak   oddziałów   Akademii   Ciemnej   Strony   nastąpił   tak   nieoczekiwanie,   że   z 

pewnością rycerze Jedi nie mieli czasu przygotować się do obrony.

Poprawił pakunek na plecach i wszedł do wielkiej świątyni Massassów. Mimo iż nie 

znał rozkładu pomieszczeń, pobiegł korytarzem. Mijał komnaty mieszkalne, wielkie jadalnie, 

ale nie zauważył niczego ciekawego, co warto byłoby wysadzić w powietrze.

Dotarł do szybu  turbowindy i zjechał na najniższy poziom, na którym  mieścił  się 

zamknięty hangar z lądowiskiem. Liczył na to, że może właśnie tam wykorzysta najlepiej 

pozostałe   ładunki   wybuchowe.   Spodziewał   się,   że   ich   eksplozje   zniszczą   całą   flotę 

rebelianckich gwiezdnych statków. Kiedy jednak wyskoczył z kabiny turbowindy, niemal nie 

mógł   uwierzyć   własnym   oczom.   Mimo   półmroku   panującego   w   wielkim   pomieszczeniu, 

zorientował się, że na płycie lądowiska znajduje się tylko jeden mały statek. Zwrócił uwagę 

background image

na dziwne opływowe kształty i kadłub, pokryty lśniącym pancerzem. Nie zauważył niczego 

więcej. Żadnej floty gwiezdnych statków, żadnych silnych  systemów uzbrojenia. Parsknął 

pogardliwie, nie umiejąc ukryć rozczarowania.

Nagle   w   hangarze   rozjęczały   się   sygnały   alarmowe.   Czerwone   mrugające   światła 

poraziły oczy imperialnego dywersanta. W jego kierunku, przeraźliwie gwiżdżąc i piszcząc, 

zaczął   sunąć   niewielki   baryłkowaty   robot.   Z   końcówki   spawalniczej,   wystającej   z 

cylindrycznego korpusu automatu, tryskały snopy błękitnych wyładowań elektrycznych.

Ogarnięty paniką Orvak wpadł do kabiny turbowindy i przycisnął guzik kontrolny, 

aby zamknąć drzwi klatki. Czy możliwe, by podstępni rycerze Jedi wykorzystali do obrony 

hangaru cały zastęp androidów-morderców? Śmiercionośnych, silnie uzbrojonych automatów, 

słynących z tego, że nigdy, przenigdy nie chybiały?

Zanim   skrzydła   drzwi   się   zamknęły,   a   klatka   zaczęła   sunąć   na   wyższe   poziomy, 

przerażony sabotażysta po raz ostatni rzucił okiem na płytę lądowiska. Uświadomił sobie, że 

napastnik był tylko samotnym astronawigacyjnym robotem, który tocząc się po metalowych 

płytach,  wydawał  standardowe alarmowe  dźwięki, jakie konstruktorzy zapisali  w pamięci 

jego komputera. Wszystko wskazywało na to, że w hangarze nie przebywał nikt, kto mógłby 

je usłyszeć.

Komandor   Orvak,   wyraźnie   odprężony,   nerwowo   zachichotał.   Samotny 

astronawigacyjny   robot!   Zawsze   zdumiewał   się,   ilekroć   widział   najzwyklejsze   automaty, 

mające o sobie zbyt wysokie mniemanie. Natychmiast przestał się bać, że może wpaść w 

pułapkę.

Tak czy inaczej, musiał znaleźć  inne miejsce, które nadawałoby się do jego celu. 

Mające większe znaczenie.

W końcu znalazł to, czego szukał. Na najwyższym poziomie ogromnej piramidy.

Wjechał   turbowindąna   samą   górę,   a   potem   wyszedł   z   kabiny.   Trzymając   blaster 

gotowy do strzału, aby móc trafić każdego, kto wyłoniłby się z mrocznego kąta, imperialny 

komandos ostrożnie wkroczył do wielkiej komnaty audiencyjnej.

Jej ściany wyłożono polerowanymi płytami i ozdobiono różnobarwnymi kamykami. 

W przeciwległym krańcu wznosiło się podwyższenie. Orvak wyobraził sobie, że to właśnie 

stamtąd instruktorzy Rebeliantów wygłaszali przemówienia do uczniów. Prawdopodobnie na 

tym samym podwyższeniu dekorowali jedni drugich medalami za zwycięstwa, odniesione w 

trakcie   walk   przeciwko   prawowitym   władcom   galaktyki.   Możliwe   też,   że   właśnie   tam 

odprawiali swoje ohydne czary.

Tak - pomyślał. - To miejsce nadaje się doskonale.

background image

Zrzucił   z   barków   plecak   i   przystąpił   do   wykonania   zadania.   Poruszał   się   szybko, 

czując przyspieszone uderzenia serca. Cieszył się na myśl o tym, że niedługo zakończy akcję, 

w której  stracił  życie  jego towarzysz,  Dareb. Ściągnął  z  głowy czarny hełm,  żeby lepiej 

widzieć w niepewnym blasku promieni słonecznych, które wpadały przez umieszczone w 

sklepieniu świetliki.

W powietrzu nad dżunglą snuły się chmury dymu, podobne do ciemnej wodnej farby, 

którą jakiś malarz usiłował zamazać błękit nieba. W wielkiej komnacie rozbrzmiewało echo 

strzałów bitew, toczących się w leśnej głuszy. Orvak nie słyszał jednak żadnych dźwięków 

dobiegających  z wnętrza świątyni.  Nie widział także, by cokolwiek się w niej poruszało. 

Doszedł   do   przekonania,   że   wielka   piramida   jest   całkowicie   wyludniona.   Nie   musiał   się 

spieszyć. Mógł poświęcić trochę więcej czasu, by jak najlepiej wykonać zadanie.

Ruszył w stronę podwyższenia, nie przejmując się tym, że jego podkute buty głośno 

dźwięczą   w zetknięciu  z  kamiennymi  płytami   posadzki.  Odszukał   umieszczone  pośrodku 

wielkiej sali najlepsze miejsce. Pomyślał, że to właśnie stąd siła potwornej eksplozji powinna 

skierować się we wszystkie strony. Ściągnął grube skórzane rękawice, żeby móc szybciej 

posługiwać się precyzyjnymi elektronicznymi podzespołami.

Pracując szybko, ale uważnie, wyjął cztery ostatnie termiczne detonatory, jakie mu 

pozostały, po czym sprzągł wszystkie ze sobą. Później dołączył  je do jednego urządzenia 

odmierzającego   upływ   czasu,   a   następnie   umieścił   w   czterech   punktach   komnaty,   mniej 

więcej   w   takich   samych   odległościach   od   centralnego   czasomierza.   Leżące   na   posadzce 

rozciągnięte przewody kojarzyły mu się ze szprychami ogromnego koła.

Tak, eksplozja będzie naprawdę wspaniała.

W  idealnym  przypadku,  kiedy wszystkie   detonatory eksplodują  równocześnie,   siła 

wybuchu powinna unieść w powietrze sklepienie świątyni jak ogromny głaz, wyrzucony z 

czeluści  czynnego  wulkanu.  Fala  uderzeniowa   wyrwie  w posadzce  komnaty  audiencyjnej 

wielką dziurę i przeniknie na niższe poziomy, na których rozsadzi mury prastarej budowli. 

Cała piramida runie i legnie w gruzach. Osiągnie stan, w jakim powinna znajdować się od 

dawna.

Orvak   skończył   rozkładać   detonatory   i   powrócił   do   centralnego   czasomierza. 

Uklęknął na wypolerowanej posadzce i zaczął nastawiać pokrętła mechanizmu zegarowego. Z 

przewrotną satysfakcją pomyślał,  że w tej sali już nigdy nie wysłuchają wykładów żadni 

Rebelianci. Ani jeden z przyszłych rycerzy Jedi nie nauczy się tu rebelianckiej filozofii życia. 

W wielkiej komnacie nie odbędzie się więcej żadna ceremonia dekorowania medalami czy 

świętowania odniesionego zwycięstwa.

background image

Wkrótce cała świątynia zamieni się w ruinę.

Klęcząc   na   posadzce,   Orvak   wystukał   na   klawiaturze   kombinację   będącą   kodem 

uzbrajającym ładunki wybuchowe. Na obudowach wszystkich detonatorów, rozmieszczonych 

w czterech punktach ogromnej sali, zaczęły mrugać zielone lampki. Sygnalizowały gotowość 

do pracy i zarazem żądanie wydania ostatecznego rozkazu.

Rzuciwszy   okiem   na   wszystkie   ładunki   wybuchowe,   imperialny   komandos 

uśmiechnął się do siebie, po czym wcisnął guzik,  oznaczony: AKTYWACJA.  Dopiero z tą 

chwilą czasomierz zaczął odliczać upływ czasu. Orvak musiał teraz jak najszybciej opuścić 

mury akademii Jedi.

Poruszył   się   i   chciał   wstać   z   posadzki.   Oparł   dłoń   na   wypolerowanej   kamiennej 

płycie, ale kątem oka dostrzegł, że pod ścianą poruszyło się coś błyszczącego, opalizującego i 

odbijającego rozproszone światło... coś niemal przezroczystego. Zalśniło tęczowym blaskiem, 

jakby rozszczepiło jakiś promień słońca, który wpadł przez jeden ze świetlików.

Orvak wyciągnął blaster i nie wstając z posadzki, zamarł w obronnym przysiadzie.

- Kto tam? - zapytał, starając się nadać głosowi jak najgroźniejsze brzmienie.

Po   chwili   znów   ujrzał   taki   sam   błysk.   Wydało   mu   się,   że   dostrzega   opalizujący 

podłużny kształt,  wijący się  i  pełznący  ku niemu   po płytach   posadzki.  Po chwili   jednak 

ponownie stracił go z oczu.

Kilkakrotnie wystrzelił z blastera, mierząc w miejsce, w którym ostatnio dostrzegł 

tęczowe błyski. W kamiennych płytach utworzyły się sczerniałe wgłębienia. Śmiercionośne 

błyskawice odskoczyły od gładkiej płyty i poszybowały we wszystkie strony, aby ponownie 

odbić   się   od   kamiennych   ścian   i   powrócić   ku   środkowi   komnaty.   Widząc   to,   Orvak 

rozpłaszczył się na posadzce. Obawiał się, że w każdej chwili może zostać zaatakowany przez 

ukrytych obrońców świątyni. Stracił z widoku dziwną, opalizującą rzecz, ale nie przestał się 

zastanawiać nad tym, co właściwie widział. Doszedł do wniosku, że niewątpliwie musiała to 

być   jakaś  podstępna   sztuczka,   do  jakiej  uciekli   się  czarownicy  Jedi,  żeby  odwrócić  jego 

uwagę.   Nie   powinien   wyciągać   blastera   i   strzelać,   ale   nie   zamierzał   dać   się   pochwycić 

jakiemuś rycerzowi Jedi.

W tej samej chwili poczuł, że coś ukłuło go w dłoń, wspierającą się o kamienną płytę. 

Spojrzał   tam   i   zobaczył,   że   w   dwóch   nakłutych   miejscach   pojawiły   się   kropelki   krwi. 

Zauważył także trójkątny łeb jakiegoś gada - szklistego, kryształowego węża!

- Hej! - krzyknął, nie wiedząc, co ma o tym sądzić.

Zanim zdążył wstać z posadzki, kryształowy gad rozwarł szczęki, a później opadł na 

posadzkę i wijąc się zaczął pełznąć w kierunku szczeliny, widocznej w pobliskiej ścianie. 

background image

Orvak zauważył jeszcze błysk światła, po czym dziwaczny wąż zniknął, jakby nigdy go nie 

było.

Imperialny  dywersant  stwierdził  jednak, że i  tak nie  bardzo się  tym  przejmuje.  Z 

wolna ogarniała go przemożna chęć ułożenia się do snu. Wywołany ukąszeniem ból zaczynał 

przemieniać się w nieszkodliwe mrowienie. Ogarnięty sennością Orvak pomyślał, że kiedy się 

obudzi, z pewnością poczuje się o wiele lepiej.

Wyciągnął się na kamiennych płytach i zapadł w głęboki sen, nie przejmując się tym, 

że leży tuż obok odliczającego upływ czasu urządzenia.

Tymczasem   cyferki   na   miniaturowej   tarczy   nie   przestawały   przeskakiwać, 

nieubłaganie dążąc do osiągnięcia stanu, kiedy pokażą same zera.

background image

ROZDZIAŁ 15

Tenel Ka stała na krawędzi szturmowej platformy. Napinała mięśnie, przygotowując 

ciało i zmysły Jedi do walki.

Zwinęła cienką linkę i złożyła ramiona kotwiczki, a potem umieściła jedno i drugie w 

kieszeni u pasa. Następnie wyciągnęła silnie umięśnioną rękę i pochwyciła sporządzoną z 

zęba rankora rękojeść świetlnego miecza. Uniosła ją i wysunęła energetyczną klingę. Tuż za 

dziewczyną stał o wiele wyższy od niej Lowbacca. Najeżył wszystkie kłaki rudobrązowej 

sierści i cofnął ciemne wargi, by obnażyć groźne kły. Trzymał oburącz podobną do potężnej 

pałki rękojeść, z której wystawało ostrze barwy roztopionego brązu.

Przebywający   na   wyższym   pokładzie   bojowej   platformy   szturmowcy,   zdumieni 

pojawieniem   się   nieoczekiwanych   gości,   natychmiast   ruszyli   w   ich   stronę.   Wyciągnęli 

blastery. Ani przez sekundę nie wątpili, że za chwilę ich pokonają.

- O rety, panie Lowbacco - odezwał się na ich widok Em Teedee. - Może powinniśmy 

zaplanować tę akcję chociaż odrobinę staranniej?

Lowie   warknął,   ale   Tenel   Ka   się   wyprostowała.   Nie   straciła   wiary   we   własne 

umiejętności.

- Moc jest z nami - oznajmiła. - I to jest fakt.

Nad głowami obojga młodych rycerzy Jedi przeleciał samotny bombowiec typu TIE. 

Jego pilot właśnie zrzucił kilka protonowych ładunków wybuchowych w różnych miejscach 

dżungli. Zewsząd dobiegały odgłosy blasterowych strzałów.

Nad   pokładem   szturmowej   platformy   wznosiła   się   nadbudówka   mieszcząca 

stanowisko dowodzenia. Stała na nim odziana w czarną pelerynę Siostra Nocy Tamith Kai, 

podobna   do   ogromnego   drapieżnego   ptaka.   Odwróciła   się   w   stronę   dwojga   intruzów,   a 

wówczas jej szkarłatnowiśniowe wargi cofnęły się, ukazując zęby. Tymczasem Tenel Ka i 

młody Wookie postąpili trzy kroki w kierunku czekających szturmowców.

Jeden   z   zakutych   w   białe   pancerze   żołnierzy,   widocznie   bardziej   zdenerwowany 

widokiem młodych  Jedi niż pozostali, uniósł blaster i strzelił. Wojowniczka z Dathomiry 

machnęła świetlistym ostrzem i bez trudu odbiła wiązkę energii, która poszybowała ku niebu.

Później, jakby ona i Lowie ustalili to zawczasu, oboje głośno krzyknęli i skoczyli ku 

szturmowcom. Wymachiwali tak szybko klingami świetlnych mieczy, że imperialni żołnierze, 

chociaż raz po raz strzelali z blasterów, wpadli w panikę. Młody Wookie i wojowniczka z 

Dathomiry przedarli się przez ich szeregi jak tornado.

background image

Stojąca   nieco   wyżej   na   stanowisku   dowodzenia   Tamith   Kai   oparła   ręce   o   poręcz 

pomostu i w milczeniu przyglądała się walce.

- Dziewczyna należy do mnie - odezwała się w pewnej chwili. - Za chwilę osobiście 

zmiażdżę jej serce.

Tenel   Ka  raz   jeszcze   machnęła   świetlistą   klingą   i   wyeliminowała   z   dalszej   walki 

następnego   szturmowca.   Odwróciła   się,   kiedy   usłyszała   głos   Siostry   Nocy.   Czuła 

przyspieszone uderzenia serca, które biło w jej piersi niczym młot, ale oddychała spokojnie, 

miarowo.  Przygotowała  się do tej  walki i  pokładała  zaufanie  we własnej  sile  i fizycznej 

sprawności. Wierzyła, że odniesie zwycięstwo.

- To oznacza, że musisz odtąd sam radzić sobie z pozostałymi szturmowcami, Lowie - 

powiedziała.

Jednym skokiem znalazła się na pomoście dowodzenia, gotowa stoczyć pojedynek z 

groźną przeciwniczką.

Młody Wookie zaryczał na znak, że potrafi sprostać wyzwaniu, ale przypięty do jego 

pasa miniaturowy android-tłumacz nie wyglądał na przekonanego.

- Proszę, niech pan uważa, panie Lowbacco - zapiszczał, wyraźnie przerażony. - Nie 

byłoby rozsądnie, gdyby dał się pan opanować manii wielkości.

Szturmowcy widząc, że mogą walczyć teraz tylko z jednym intruzem, rzucili się na 

młodego Wookiego. Lowbacca wcale jednak nie uważał, że szala zwycięstwa przechyliła się 

na jego niekorzyść.

Tymczasem Tenel Ka stała przed Siostrą Nocy dumnie wyprostowana, nie okazując 

ani cienia trwogi. Uniosła turkusowe ostrze świetlnego miecza. Pamiętała, że kiedy ostatnio 

walczyła   z   groźną   wiedźmą,   zaskoczyła   ją   niespodziewanym   atakiem   i   omal   jej   nie 

obezwładniła.

- Jak tam twoje kolano, Tamith Kai? - zapytała.

W fioletowych oczach Siostry Nocy pojawiły się złowieszcze błyski. Wiedźma kpiąco 

pokręciła głową.

- Powinnaś natychmiast się poddać, słabełuszko - powiedziała. - Nie jesteś na tyle 

godną przeciwniczką, żebym miała pokazywać ci próbkę moich umiejętności. Coś takiego! 

Jednoręka dziewczyna śmie sądzić, że może stanowić dla mnie jakieś zagrożenie!

- Zbyt dużo mówisz - odparła młoda wojowniczka. - A może przypuszczasz, że smród 

twojego oddechu może być dobrą bronią podczas walki ze mną?

- Spędziłaś  za dużo czasu, wałęsając się z tymi  smarkaczami  Jedi - odezwała  się 

Tamith Kai. - Zapomniałaś o szacunku, jaki powinnaś okazywać zwierzchnikom.

background image

Wiedźma dźgnęła powietrze zagiętymi palcami. Posłała w kierunku dziewczyny dwie 

niebiesko-czarne wiązki energii ciemnej strony.

- Nie widzę tu nikogo, kogo miałabym  uważać za zwierzchnika - odparła dumnie 

Tenel Ka.

Odbiła   krzaczaste   błyskawice   ostrzem   miecza.   W   następnej   chwili   posłużyła   się 

Mocą, aby wspomóc własne szlachetne myśli i uczucia. Otoczyła się nimi jak siłowym polem. 

Siostra Nocy, wyraźnie zaskoczona, cofnęła się o dwa kroki.

Tymczasem   walczący   nieco   niżej   Lowbacca   nie   przestawał   wymachiwać   klingą 

świetlnego miecza, trzymanego w jednej dłoni. W pewnej chwili wyciągnął  drugą rękę i 

pochwycił   zakutego   w   biały   pancerz   szturmowca,   który   miał   nieszczęście   znaleźć   się 

najbliżej. Popchnął go na trzech innych imperialnych żołnierzy. Wszyscy czterej zwalili się 

na płyty pokładu. Pozostali szturmowcy palili się do walki z samotnym przeciwnikiem, ale 

zbytnio się tłoczyli i nie mogli zrobić właściwego użytku z blasterów. Wyglądało na to, że 

uwierzyli,   iż   potrafią   pokonać   rozzłoszczonego   Wookiego   jedynie   dysponując   nad   nim 

przewagą liczebną.

Popełniali w ten sposób poważny błąd.

Stojąca na pomoście dowodzenia Siostra Nocy przeszła w inny róg, ale nie odrywała 

rozbawionego spojrzenia od młodej wojowniczki z Dathomiry. Tymczasem Tenel Ka pewnie 

trzymała rękojeść świetlnego miecza. Ona także wpijała szare jak granit oczy w fioletowe 

źrenice niebezpiecznej przeciwniczki.

Nad   głowami   obu   kobiet   krążyło   teraz   co   najmniej   kilka   bombowców   typu   TIE. 

Wszystko przemawiało jednak za tym, że pilotów bardziej interesuje przebieg toczącej się na 

platformie walki niż bombardowanie celów ukrytych w gąszczach dżungli.

Siostra   Nocy   zgięła   ręce.   W   każdej   dłoni   zaczęła   się   tworzyć   kula   oślepiającego 

błękitnego   światła.   Raz   po   raz   rozbłyskiwała   jeszcze   jaśniejszymi   krzaczastymi 

błyskawicami.   Rosła,   nabierała   mocy,   potężniała...   Tenel   Ka   zrozumiała,   że   musi 

wykorzystać fakt, iż Tamith Kai poświęca całą uwagę przygotowaniom do następnego ataku, 

i zaskoczyć j ą czymś niespodziewanym.

Wiedźma stała w pobliżu krawędzi pomostu dowodzenia. Kierowała spojrzenie na 

własne dłonie, a nie na położony nieco poniżej poziom, gdzie w najlepsze toczył się zacięty 

bój   między   Lowbacca   a   szturmowcami.   W   pewnej   chwili   wyprostowała   i   uniosła   ręce. 

Między czubkami palców przeskakiwały iskry energii złej Mocy, czekającej na chwilę, kiedy 

zostanie uwolniona.

Tenel   Ka   zamarkowała   cios   turkusową   klingą   świetlnego   miecza,   po   czym   bez 

background image

ostrzeżenia posłużyła się energią jasnej Mocy. Skierowała ją przed siebie niczym wyciągniętą 

rękę, wymierzoną prosto w Siostrę Nocy. Pchnęła wiedźmę na tyle silnie, że złowieszcza 

kobieta zatoczyła się i oparła o barierkę, która jednak nie wytrzymała impetu pchnięcia i 

pękła.   Tamith   Kai   rozpaczliwie   zaskrzeczała   i   przewinęła   się   nad   poręczą.   Ogniste 

błyskawice   poszybowały   ku   niebu,   nie   robiąc   nikomu   krzywdy,   ale   o   włos   chybiły 

opancerzony   kadłub   bombowca   typu   TIE,   który   właśnie   przelatywał   nad   szturmową 

platformą.

Siostra Nocy spadła na niższy poziom, gdzie Lowbacca zmagał się ze szturmowcami. 

Młody Wookie groźnie warknął, odwracając głowę w stronę wiedźmy. W tej samej chwili 

imperialni żołnierze, zamierzając w końcu obezwładnić przeciwnika, rzucili się do kolejnego 

ataku, ale Tamith Kai, zapewne rada, że ma na kim wyładować wściekłość, rozrzuciła ich we 

wszystkie strony.

Stojąca   na   pomoście   dowodzenia   Tenel   Ka   usłyszała   nagle   narastający   skowyt 

silników   jakiejś   maszyny.   Uniosła   głowę   i   ujrzała   bombowiec   typu   TIE,   zbliżający   się 

koszącym lotem i kierujący na nią lufy laserowych działek! Obserwowała, jak wyskakują z 

nich jaskrawe błyskawice i topią metalowe płyty pomostu pod jej stopami.

Zaczęła   dziwny   taniec,   raz   po   raz   przeskakując   z   nogi   na   nogę.   Wykorzystując 

zespolenie   własnego   organizmu   z   Mocą,   starała   się   przewidywać,   w   które   miejsce   trafi 

następna błyskawica. Laserowe strzały niosły zbyt duże ilości energii, żeby mogła odbijać je 

klingą miecza. Stała samotna, nie chroniona przez żaden pancerz, nie mając wielkich szans 

podczas takiej walki.

Poczuła się nieswojo, kiedy uświadomiła sobie tę prawdę. Ponuro się uśmiechnęła i 

postanowiła, że podejmie to wyzwanie. Ryk silników nieprzyjacielskiej maszyny narastał i 

dziewczyna wiedziała, że za chwilę bombowiec przeleci nad jej głową. Zablokowała klingę 

świetlnego miecza tak, że pozostawała ona przez cały czas włączona, po czym postarała się 

przewidzieć trajektorię lotu imperialnej maszyny.  Nagłym ruchem nadgarstka wyrzuciła w 

powietrze wykonaną z zęba rankora rękojeść broni.

Kiedy   wykonywała   ćwiczenia   Jedi,   wiele   czasu   poświęciła   na   rzucanie   do   celu. 

Posługiwała się włóczniami  i nożami tak długo i doszła do takiej  wprawy,  że trafiała za 

każdym razem. Teraz jednak nie starczało czasu na przygotowania, a poza tym jej broń miała 

do pokonania o wiele większą odległość niż zazwyczaj. Mimo to dzielna dziewczyna ani 

przez chwilę nie zwątpiła we własne umiejętności.

Zauważyła, że pilot bombowca typu TIE zaczyna zataczać łuk i podrywa maszynę. 

Zapewne zamierzał zawrócić i przystąpić do następnej próby.

background image

Tymczasem świetlny miecz, nie przestając wirować w locie, unosił się coraz wyżej i 

wyżej.   W   pewnej   chwili,   kiedy   trafił   w   kadłub   maszyny,   rozbłysnął   oślepiającym 

turkusowym blaskiem. Tenel Ka stwierdziła, że wbrew jej oczekiwaniom nie odciął żadnego 

panelu bocznego dostarczającego energię różnym podzespołom. Mimo to świetlista klinga 

odłupała stabilizator lotu i wyszarpała sporą dziurę w kadłubie. Przecięła go i przeszła na 

drugą stronę, po czym, nie przestając koziołkować w locie, zaczęła opadać w stronę zielonego 

morza drzew rosnących w pobliżu brzegu rzeki.

Niezdolna wymówić choćby słowa, Siostra Nocy wściekle zawyła. Odbiła się od płyty 

pokładu   i   jednym   skokiem   znalazła   się   na   pomoście   dowodzenia.   Jej   czarna   peleryna 

zatrzepotała   jak   skrzydła   kruka   rzucającego   się   na   ofiarę.   Z   oczu   Tamith   Kai   strzelały 

fioletowe błyskawice.

Ujrzawszy samotną jednoręką dziewczynę, nie uzbrojoną nawet w świetlny miecz, 

Siostra   Nocy   wybuchnęła   głośnym   śmiechem.   W   jej   gardłowym,   chrapliwym,   kpiącym 

rechocie kryło się szyderstwo.

-   Teraz   nie   tylko   jesteś   okaleczona,   ale   także   zostałaś   rozbrojona   -   parsknęła, 

krztusząc   się   i   spoglądając   wymownie   na   kikut   ręki   Tenel   Ka.   -   Marnujesz   mój   czas   i 

nadużywasz   mojej   cierpliwości,   dziecko.   Oszczędź   sobie   i   mnie   kłopotów.   Połóż   się   na 

pokładzie i pogódź ze śmiercią.

Tenel   Ka   spiorunowała   Siostrę   Nocy   lodowatym   spojrzeniem.   Nie   wahając   się, 

postąpiła krok w jej stronę.

- Możliwe, że zostałam rozbrojona - powiedziała - ale nigdy nie jestem bezbronna.

Podeszła jeszcze bliżej. Niespodziewanym ruchem uniosła lewą nogę i obróciwszy 

stopę w stawie skokowym, zaczepiła czubek buta tuż za kostką nogi wiedźmy. Równocześnie 

pchnęła rozczapierzoną dłonią Siostrę Nocy i przewróciła ją na metalowe płyty pomostu.

Usłyszała głośne okrzyki przerażonych i ogarniętych paniką szturmowców. Po chwili 

dołączył się do nich narastający jazgot silników uszkodzonego bombowca typu TIE. Tenel Ka 

uniosła głowę i zaryzykowała spojrzenie w niebo. Zareagowała niemal odruchowo, jeszcze 

zanim uświadomiła sobie, co się dzieje.

Bombowiec typu TIE, który trafiła klingą świetlnego miecza, zdołał jednak utrzymać 

się w powietrzu, a nawet zawrócił. Leciał dalej, mimo iż cała rufowa część kadłuba stała w 

płomieniach. Pozbawiona zdolności manewrowania imperialna maszyna kołysała się w locie 

z   boku   na   bok   i   leciała   raz   wyżej,   a   raz   niżej.   Ogarnięty   paniką   pilot   kierował   ją   ku 

szturmowej platformie.

Tenel Ka wyczuwała jego przerażenie. Lotnik Akademii Ciemnej Strony nie wiedział, 

background image

co robić, i doszedł do wniosku, że platforma może być ostatnią szansą ratunku. Zapewne 

zamierzał na niej wylądować, licząc na to, że w ten sposób uchroni bombowiec od niemal 

pewnej katastrofy. Tenel Ka w mgnieniu oka zorientowała się jednak, że maszyna nie słucha 

sterów i leci zbyt szybko, żeby mogła bezpiecznie osiąść na pokładzie platformy.

Siostra Nocy, zaślepiona wściekłością i nienawiścią, nie zwracała uwagi na to, co się 

dzieje. Wyciągnęła rękę i usiłowała pochwycić kostkę Tenel Ka zagiętymi  palcami, które 

były zakończone przypominającymi szpony paznokciami. Wiedźma nie przeczuwała, że i jej, 

i wszystkim innym grozi śmiertelne niebezpieczeństwo.

Młoda   wojowniczka   nie   zamierzała   tracić   cennego   czasu   na   dalszą   walkę,. 

Szarpnąwszy nogę, uwolniła but z palców Siostry Nocy Przeskoczyła nad odzianą w czarne 

szaty   wiedźmą   i   wylądowała   na   niższym   poziomie,   pośród   szturmowców   walczących   z 

Lowbaccą.

Imperialni żołnierze, którzy pierwsi zauważyli nadlatujący bombowiec, rozbiegli się 

we wszystkie strony, aby pilot miał gdzie wylądować.

-   Lowbacco,   musimy   stąd   uciekać.   -   Tenel   Ka   schwyciła   kosmatą   rękę   młodego 

Wookiego.

Lowie   zaryczał.   W   następnej   sekundzie   rozległ   się   piskliwy   głos   miniaturowego 

androida.

- Nareszcie. Uważam, że to jak najbardziej sensowna propozycja.

Młoda wojowniczka i Lowbaccą pospieszyli do krawędzi platformy, unoszącej się nad 

falującym oceanem liści. Popatrzyli na leniwie płynącą w dole rzekę i gęstwinę gałęzi drzew, 

rosnących na brzegach.

Tamith Kai, która pozostała na pomoście dowodzenia, w końcu zorientowała się, że 

jej życie jest zagrożone. Skowyt silników nadlatującego bombowca typu TIE zmienił się w 

ryk, a później niemal w łoskot. Siostra Nocy krzyknęła, nakazując pełniącym służbę w środku 

platformy pilotom, by zwiększyli moc silników repulsorowych i przelecieli w inne miejsce.

Doskonale wiedziała jednak, że nie zdążą wykonać rozkazu.

Lowie i Tenel Ka, nie zastanawiając się dłużej, odbili się od krawędzi i skoczyli. 

Liczyli na to, że znajdą bezpieczne miejsce, w którym będą mogli wylądować.

Jeszcze   szybowali   w   powietrzu,   posługując   się   Mocą,   by   kontrolować   prędkość 

opadania,   kiedy   uszkodzony   bombowiec   typu   TIE   rozbił   się   o   górny  pokład   szturmowej 

platformy   Akademii   Ciemnej   Strony   i   natychmiast   eksplodował.   Siłę   eksplozji   silników 

zwielokrotniły   ładunki   wybuchowe,   których   pilot   albo   nie   zdążył   zrzucić,   albo   o   nich 

zapomniał.   Maszyna   przeleciała   na   wylot   przez   oba   opancerzone   pokłady,   po   czym 

background image

roztrzaskała się o drzewa.

Pancerne   płyty   platformy,   wirując   w   powietrzu   jak   płatki   śniegu,   pofrunęły   we 

wszystkie   strony.   W   niebo   strzelił   słup   ognia   przedzierającego   się   przez   kłęby   czarnego 

dymu,   a   niezgrabna   konstrukcja   runęła,   rozrywana   siłami   eksplozji   zgromadzonych   na 

pokładach ładunków wybuchowych.

Nieforemna   bryła   niemożliwych   do   rozpoznania   szczątków   eksplodowała   jeszcze 

kilka razy, po czym pogrążyła się w nurtach rzeki...

background image

ROZDZIAŁ 16

Laserowe błyskawice, wystrzeliwane z luf działek myśliwców typu TIE ścigających 

Jainę, raz po raz przelatywały koło porwanej maszyny.  Jedna ognista nitka musnęła skraj 

sześciokątnego panelu z ogniwami energetycznymi. Przysmażyła go, zaskwierczała, po czym 

odbiła się w postaci snopu oślepiających iskier.

Pilotowany   przez   Jainę   myśliwiec   zaczął   koziołkować.   Dziewczyna   starała   się 

odzyskać panowanie nad sterami, ale zorientowała się, że jej maszyna straciła część mocy. 

Mimo   to   leciała   dalej,   napędzana   przez   wyciszone   silniki,   zaprojektowane   z   myślą   o 

dokonywaniu   zaplanowanego   sabotażu,   a   nie   lataniu   z   dużymi   prędkościami.   Piloci 

ścigających   Jainę   nieprzyjacielskich   myśliwców   natychmiast   wykorzystali   to   i   jeszcze 

bardziej przyspieszyli.

Dziewczyna robiła rozpaczliwe uniki, to podrywając maszynę, to nurkując. Jakiś czas 

leciała  tuż nad wierzchołkami  drzew, aby później wznieść się niemal  pionową świecą  w 

niebo. Liczyła na to, że któryś imperialny pilot popełni błąd i zawadzi o konar drzewa, zderzy 

się z myśliwcem kolegi albo wykona jakiś inny manewr, powodujący eksplozję maszyny.

Niestety, jej nadzieje się nie spełniły.

Tymczasem   trzej   prześladowcy   zbliżyli   się   tak   bardzo,   że   mogli   trafić   myśliwiec 

Jainy, nie uciekając się do pomocy urządzeń celowniczych. Dziewczyna zrozumiała, że nie 

umknie, jeżeli szybko nie posłuży się jakąś sztuczką. Wykorzystując umiejętności, nabyte 

podczas   wykonywania   przez   wiele   tygodni   ćwiczeń   Jedi,   zwiększyła   szybkość   myśli   i 

precyzję ruchów. Pociągnęła za dźwignię sterowniczą i wprawiła maszynę w ruch wirowy, 

zataczając równocześnie tak ciasny łuk, że po chwili leciała w kierunku trójki nieprzyjaciół. 

W mgnieniu oka przebyła odległość dzielącą ją od prześladowców. Miała czas na oddanie 

tylko jednego strzału.

Nie zmarnowała okazji.

Jej laserowa błyskawica rozszarpała podbrzusze nieprzyjacielskiej maszyny typu TIE. 

Pozbawiła ją zdolności manewrowania i rozhermetyzowała kabinę. Pilot wypadł przez otwór i 

koziołkując w locie, zniknął w gąszczu liści.

Jaina   przemknęła   między   dwoma   pozostałymi   imperialnymi   myśliwcami.   Z 

maksymalną szybkością poleciała w przeciwnym kierunku. Kiedy piloci Akademii Ciemnej 

Strony zorientowali się, co zrobiła, zatoczyli obszerne łuki i zawrócili. Mimo to po kilkunastu 

sekundach znów zaczęli zmniejszać odległość dzielącą ich od ofiary.

background image

Dziewczyna przeniosła spojrzenie na pulpit sterowniczy. Usiłowała wypatrzyć pośród 

rozmieszczonych  na nim przyrządów, wskaźników i przełączników  taki, który mógłby w 

czymś pomóc. Miała nadzieję, że może uda się jej znaleźć tajemniczą broń, w jaką został 

wyposażony ten egzemplarz imperialnego statku. W głębi ducha wątpiła jednak, czy znajdzie 

coś, co pozwoliłoby umknąć prześladowcom.

Nagle   jej   spojrzenie   spoczęło   na   niewielkim   guziku,   obok   którego   widniał   napis: 

TŁUMIK ZASILANIA SILNIKÓW JONOWYCH. Jaina uświadomiła sobie, że przyciśnięcie 

guzika spowodowałoby przesłanie dodatkowej porcji energii do silników, które pracowały tak 

cicho, ponieważ wykorzystywały zaledwie ułamek dostępnej mocy.

Nie wahając się ani sekundy, przycisnęła guzik i włączyła tłumiki zasilania. Usłyszała 

nasilający się charakterystyczny skowyt  i poczuła, że maszyna  śmignęła jak wyrzucona z 

procy. Przyspieszenie docisnęło plecy dziewczyny do oparcia fotela i wywołało na jej twarzy 

dziwny grymas. Myśliwiec zaczął lecieć o wiele szybciej niż jakakolwiek inna jednostka, 

którą Jaina miała dotąd okazję pilotować.

Dziewczyna pomyślała, że gdyby jeszcze bardziej przyspieszyła, może prześladowcy 

straciliby ją z pola widzenia. Mogłaby wówczas skierować maszynę ku orbicie i zatoczyć łuk 

wysoko nad księżycem, tak by nie zauważył jej żaden inny imperialny pilot. Później na jakiś 

czas   zmniejszyłaby   dopływ   energii   i   korzystając   z   tego,   że   silniki   pracując   wiele   ciszej, 

poszybowałaby w przestworza. Wykorzystałaby fakt, że kadłub jej maszyny został pokryty 

ochronną warstwą, dzięki której myśliwiec typu TIE nie mógł być wykryty przez sygnały 

skanerów... Może w taki sposób zdołałaby ocalić życie.

Zwiększone   przyspieszenie   sprawiało,   że   z   trudem   poruszała   rękami.   Mimo   to 

wystrzeliła świecą w górę, zamierzając jak najszybciej przelecieć przez atmosferę i znaleźć 

się na orbicie.

Para ścigających  ją imperialnych  pilotów powtórzyła  ten manewr. Jaina nie miała 

pojęcia, czy przyspieszenie, jakie osiągnęła maszyna, pozwoli jej lecieć z większą prędkością 

niż   ta,   jaką   osiągają   normalne   myśliwce   typu   TIE,   ale   wiedziała,   że   powinna   zostawić 

prześladowców jak najdalej za sobą, a później postarać się ich przechytrzyć.

Atmosfera   stawała   się   coraz   rzadsza.   Przestworza   zmieniły   kolor   najpierw   na 

ciemnopurpurowy,   aby   w   końcu   przybrać   barwę   nieprzeniknionej   czerni.   Ku   swojemu 

rozczarowaniu Jaina zobaczyła jednak, że dwa ścigające ją myśliwce typu TIE znów zaczęły 

się zbliżać.  Ich sylwetki  powiększały się może  nie tak szybko jak poprzednio, ale wciąż 

goniły za nią, zamiast maleć i niknąć. Dziewczyna zrozumiała, że jej plan nie ma szans na 

spełnienie... Nie zdoła umknąć prześladowcom i rozpłynąć się w mrokach przestworzy. Nie 

background image

wykorzysta przewagi, jaką daj e ochronna powłoka jej maszyny.

Zastanawiała   się,   czy   mogłaby   powtórzyć   poprzedni   manewr,   którym   już   raz 

zaskoczyła  imperialnych pilotów. Czy zdołałaby zawrócić i stawić czoło jednemu, tak by 

drugi jej nie trafił? Istniała niewielka szansa, że zestrzeliłaby obie maszyny, zanim zbici z 

tropu piloci zdążą przestawić celowniki. Jaina nie bardzo jednak wierzyła, że po raz drugi 

udałaby się jej taka sztuczka.

Sytuacja zaczynała być beznadziejna.

Już miała poddać się zniechęceniu i rozpaczy, kiedy stwierdziła, że przestworza przed 

dziobem jej myśliwca połyskują i falują. Ujrzała statki wyłaniające się z nadprzestrzeni... i 

zrozumiała, że oto przybywają posiłki! Okręty wojenne, zmobilizowane przez rząd Nowej 

Republiki! Serce dziewczyny skoczyło i zaczęło bić jak szalone. Flota nie była liczna, ale 

doskonale   uzbrojona   i   gotowa   stanąć   do   walki   przeciwko   Akademii   Ciemnej   Strony. 

Widocznie alarmowy sygnał, jaki miał wysłać Jacen, jednak dotarł do Coruscant.

Jaina wydała radosny okrzyk, po czym zmieniła kurs i lecąc jak pocisk, skierowała się 

prosto ku gromadzie  koreliańskich  korwet i kanonierek. Domyśliła  się, że władze  Nowej 

Republiki zdążyły przygotować tylko takie jednostki do walki w obronie akademii Jedi.

Porwany myśliwiec  typu  TIE  zadrżał,  kiedy Jaina, przekraczając czerwone kreski, 

oznaczające   granice   bezpieczeństwa,   popchnęła   dźwignię   przyspieszenia   do   oporu. 

Uszkodzony   wskutek   poprzedniego   trafienia   sześciokątny   panel   nadal   nie   dostarczał 

wystarczających ilości energii.

- Szybciej, szybciej - powtarzała dziewczyna, raz po raz przygryzając dolną wargę.

Uświadomiła sobie, że jej maszyna musi wytrzymać jeszcze tylko kilka chwil. Jeszcze 

tylko kilka sekund.

Tymczasem kadłub lecącej na czele floty koreliańskiej korwety zaczynał olbrzymieć 

przed dziobem myśliwca. Mimo to dwaj ścigający dziewczynę imperialni piloci nie dawali za 

wygraną.   Trzymali  się  w tej   samej   odległości,   ale  nie  przestawali   zasypywać   jej  seriami 

laserowych strzałów.

Jaina starała się czynić uniki, by uniknąć trafienia, dopóki nie znajdzie się w zasięgu 

dział   kilku   najbliższych   jednostek   republikańskiej   floty.   W   pewnej   chwili   zauważyła,   że 

otworzyły   ogień.   Jaskrawe   smugi   niosących   potężną   energię   turbolaserowych   strzałów 

przemknęły jednak tak blisko myśliwca dziewczyny, że skwierczące błyskawice omal jej nie 

oślepiły.

Jaina dopiero po kilku sekundach uzmysłowiła sobie, że artylerzyści statków Nowej 

Republiki strzelają do niej!

background image

Natychmiast   zrozumiała,   czego   nie   wzięła   pod   uwagę   w   swoich   obliczeniach. 

Pilotując imperialny myśliwiec, leciała jak pocisk w stronę przybywającej z odsieczą floty. 

Była ścigana przez dwie inne imperialne maszyny, które zasypywały ją lawinami laserowych 

strzałów, ale nie robiły jej żadnej krzywdy. Dowódcy korwet musieli dojść do wniosku, że 

wszystkie trzy jednostki są pilotowane przez samobójców, gotowych poświęcić życie, byle 

tylko unicestwić ich statki.

Jaina schwyciła mikrofon, nastawiła komunikator na nadawanie w szerokim paśmie 

częstotliwości i wykorzystując całą moc, krzyknęła:

- Wzywam flotę Nowej Republiki! Nie strzelajcie, nie strzelajcie! Mówi Jaina Solo. 

Lecę porwanym imperialnym myśliwcem!

Ujrzała, że z boku pojawiają się następne statki, stanowiące przypadkową zbieraninę, 

ale mające na kadłubach namalowany znak orbitalnej stacji wydobywczej Landa Calrissiana. 

Jaina   pamiętała,   że   ciemnoskóry   mężczyzna   zapuszczał   się   w   głąb   kłębowiska   gazów 

otaczających jądro Yavina, poszukując w nich drogocennych klejnotów corusca.

- Jaina Solo? - W odbiorniku komunikatora myśliwca rozległ się głos zdumionego 

Calrissiana. - Młoda damo, co właściwie tu robisz?

-   Zamieniam   się   w   gwiezdny   pył,   jeżeli   zaraz   nie   zajmiecie   się   tymi   dwiema 

maszynami, które siedzą na moim ogonie!

Do rozmowy włączył się admirał Ackbar.

- Przestawiamy celowniki - powiedział. - Niczego się nie obawiaj, Jaino Solo.

- Lecę pierwszą maszyną - przypomniała zdenerwowana dziewczyna. - Nie zestrzelcie 

niewłaściwego myśliwca! No, na co jeszcze czekacie?

W   pobliżu   jednostki   Jainy   przemknęło   chyba   kilkadziesiąt   turbolaserowych 

błyskawic. Leciały tak blisko siebie, że przestworza zamieniły się w utkaną z ognistych nitek 

śmiercionośną pajęczynę. Kolejne kilkanaście błyskawic wyleciało z luf dział koreliańskich 

kanonierek   i   statków   należących   do   osobistej   floty   Landa   Calrissiana.   Po   sekundzie   oba 

myśliwce   typu   TIE   zamieniły   się   w   ogniste   kule.   Dopiero   wówczas   Jaina   odetchnęła   z 

prawdziwą ulgą.

Admirał Ackbar, przebywający na stanowisku dowodzenia korwety lecącej na czele 

szyku,   rozkazał   otworzyć   wrota   hangaru   i   poinformował   o   tym   dziewczynę,   wysyłając 

specjalny sygnał.

- Zapraszamy na pokład, Jaino Solo - powiedział. - Zaopiekujemy się tobą do czasu 

zakończenia   walki   z   Akademią   Ciemnej   Strony.   Uważam,   że   w   taki   sposób   najlepiej 

przyczynimy się do zapewnienia bezpieczeństwa personelowi akademii Jedi.

background image

- Przypuszczam, że to rzeczywiście najlepszy sposób - zgodziła się dziewczyna. - 

Chciałabym  jednak zaraz po tym,  kiedy skończycie,  znaleźć się na księżycu,  żeby wziąć 

udział w walce u boku brata i przyjaciół.

- Jeżeli zwyciężymy - zauważył Ackbar - możesz nie mieć z kim walczyć.

Kiedy porwany myśliwiec typu TIE osiadł na płycie lądowiska w hangarze korwety, 

Jaina wygramoliła się z kabiny.  Jej czoło pokrywały ciężkie krople potu, ale uśmiech na 

twarzy   dowodził,   że   dziewczyna   cieszy   się,   iż   nie   musi   dłużej   walczyć   z   imperialnymi 

pilotami.  Zapewne nie odczuwała  również  potrzeby ujęcia  w dłonie sterów jakiejkolwiek 

innej   nieprzyjacielskiej   maszyny.   Co   prawda,   pierwsza   próba   okazała   się   podniecającym 

doświadczeniem,   ale   niekoniecznie   takiego   rodzaju,   żeby   Jaina   chciała   przystępować   do 

następnej.

Przywitała   się   z   kilkoma   żołnierzami   Nowej   Republiki,   pospiesznie   przeczesała 

palcami   długie,   proste   brązowe   włosy,   a   później   pobiegła   do   szybu   turbowindy.   Kiedy 

znalazła się na mostku, zajęła miejsce u boku admirała Ackbara. Stamtąd najlepiej mogła 

obserwować, jak jego flota przygotowuje się do ataku na przypominającą kolczasty pierścień 

złowieszczą imperialną stację.

Okręty Nowej Republiki zaczęły ostrzeliwać ośrodek szkolący Ciemnych Jedi, jeszcze 

zanim zbliżyły się do powierzchni Yavina Cztery.  Osłaniające Akademię Ciemnej  Strony 

potężne   siłowe   pola   przejmowały   energię   ognistych   błyskawic,   ale   można   było   się 

zorientować, że słabną pod wpływem nieustającego ostrzału.

W pobliżu imperialnej gwiezdnej stacji znieruchomiały także statki Landa Calrissiana. 

One również zaczęły bombardować ją laserowymi błyskawicami. Jaina doszła do wniosku, że 

atakowana   lawinami   ognistych   sztychów   imperialna   uczelnia   z   pewnością   już   wkrótce 

zostanie unicestwiona.

Ackbar przycisnął guzik włączający zasilanie mikrofonu komunikatora.

- Wzywam Akademię Ciemnej Strony - powiedział. - Poddajcie się i przygotujcie na 

przyjęcie oddziału abordażowego.

Jaina   nie   miała   jednak   czasu,   by   się   odprężyć.   Nikt   spośród   personelu 

nieprzyjacielskiej gwiezdnej stacji nie odpowiedział na wezwanie, a jeden z przebywających 

na mostku korwety oficerów taktyków nagle zawołał:

-   Panie   admirale!   W   pobliżu   sterburty   wykryliśmy   gwałtowny   skok   ciśnienia 

nadprzestrzeni! Wygląda na to, że cała...

Jaina   spojrzała   na   iluminator   i   stwierdziła,   że   z   nadprzestrzeni   wyłania   się   grupa 

budzących  przerażenie imperialnych  jednostek. Gwiezdne niszczyciele  sprawiały wrażenie 

background image

pospiesznie skonstruowanych albo tylko zmodernizowanych; dziewczyna zauważyła jednak, 

że ich nowoczesne turbolaserowe działa są gotowe do strzału.

- A oni skąd się tutaj wzięli? - usłyszała jęk Calrissiana, który wydobył się z głośnika 

komunikatora.

Tymczasem w przestworzach nie przestawały pojawiać się kolejne statki. Wszystkie 

należały   do   świetnie   uzbrojonej   floty,   dochowującej   wierności   Drugiemu   Imperium.   Nie 

czekając, aż nawigatorzy ustalą namiary, imperialni artylerzyści rozpoczynali ostrzeliwanie 

jednostek floty Nowej Republiki.

- Włączyć ochronne pola! - rozkazał natychmiast Ackbar. Odwrócił się w stronę Jainy 

i   popatrzył   na   nią   wielkimi,   okrągłymi,   przerażonymi,   podobnymi   do   rybich   oczami.   - 

Wygląda na to, że mimo wszystko możemy mieć kłopoty - dodał cicho.

background image

ROZDZIAŁ 17

Luke Skywalker stanął przed ruinami prastarej budowli Massassów, zwanej Świątynią 

Błękitnego   Liścia,   wzniesionej   na   przeciwległym   brzegu   rzeki.   Konstrukcja   miała   kiedyś 

kształt   wysmukłej   piramidy,   ale   jeżeli   nie   liczyć   wspierającego   się   na   cylindrycznych 

kamiennych kolumnach frontonu, pozostał z niej jedynie stos strzaskanych bloków. Mistrz 

Jedi przybył sam, po raz kolejny licząc na to, że uda mu się przekonać Brakissa. Mimo to był 

przygotowany do walki.

To właśnie te ruiny wybrał naczelnik Akademii Ciemnej Strony na miejsce spotkania, 

konfrontacji... a możliwe, że nawet pojedynku, gdyby osiągnięcie porozumienia okazało się 

niemożliwe.

Luke przez chwilę wsłuchiwał się w odgłosy napływające od strony dżungli. Słyszał 

skrzeczenie stworzeń, przemykających w gęstym poszyciu, śpiew ptaków, gnieżdżących się 

nad   jego   głową   pośród   pędów   winorośli,   i   kanonadę   wystrzałów   laserowych   działek 

imperialnych myśliwców, bezustannie krążących po niebie w poszukiwaniu nowych celów. 

Skręcał się na myśl o tym,  że musi być sam i czekać bezczynnie, aż pojawi się Brakiss. 

Tymczasem   powinien   przebywać   razem   z   uczniami   i   walczyć   wraz   z   nimi   przeciwko 

oddziałom, wysłanym przez dowódców Akademii Ciemnej Strony.

Miał jednak do wykonania inne zadanie - o wiele pilniejsze, ważniejsze i trudniejsze. 

Musiał powstrzymać przywódcę Ciemnych Jedi... Mężczyznę, który był kiedyś jego uczniem.

Spostrzegł   nagle,   że   rozchyliły   się   gałęzie   gęstych   krzaków   rosnących   na   skraju 

polany,   w   pobliżu   ozdobionej   płaskorzeźbami  kamiennej   kolumny.   Z   zarośli   wyłonił   się 

młody   mężczyzna.   Stąpał   lekko   i   z   wdziękiem,   jakby   bez   wysiłku,   ale   każdy   ruch 

znamionował pewność siebie. Na nieskazitelnie gładkiej, posągowo pięknej twarzy ukazał się 

szeroki uśmiech.

-   Witaj,   Luke’u   Skywalkerze,   mój   były   mistrzu   Jedi   -   odezwał   się   Brakiss.   - 

Przybyłeś, żeby mi się poddać, jak sądzę? Żeby w pokorze przyznać, że przewyższam cię pod 

względem umiejętności?

Luke nie odwzajemnił jego uśmiechu.

- Zjawiłem się, żeby z tobą porozmawiać - odparł. - Tak, jak sobie życzyłeś.

- Obawiam się, że sama rozmowa nie wystarczy - oświadczył Brakiss. - Czy widzisz 

tam, na niebie, moją Akademię Ciemnej Strony? Właśnie w tej chwili pojawiają się obok niej 

okręty Drugiego Imperium.  Mimo  tych  mizernych  posiłków, jakie przyleciały na odsiecz 

background image

twojej uczelni, nie możesz się spodziewać, że zwyciężysz. Przyłącz się do nas, gdyż tylko w 

ten sposób zapobiegniesz dalszemu przelewowi krwi. Dobrze wiem, że gdybyś tylko zechciał 

zapoznać się z siłami, o których dotychczas nie chciałeś nic wiedzieć, także mógłbyś stać się 

potężnym mistrzem Jedi, Skywalkerze.

Luke pokręcił głową.

- Daj spokój, Brakissie - powiedział. - Twoje słowa i kuszenie potęgą ciemnej strony 

nie robią na mnie najmniejszego wrażenia. To prawda, byłeś kiedyś moim uczniem. Ujrzałeś 

światłość jasnej strony i uświadomiłeś sobie, że możesz czynić dobro, a jednak stchórzyłeś i 

uciekłeś. Mimo to jeszcze nie jest za późno. Zaufaj mi i przyłącz się do mnie. Poszukamy 

razem i odnajdziemy resztki światłości, jakie jeszcze drzemią w twoim sercu.

- W moim sercu nie znajdziesz ani odrobiny światłości - oznajmił naczelnik Akademii 

Ciemnej Strony. - Nie przybyłem tu, żeby się z tobą przekomarzać. Jeżeli nie okażesz się 

rozsądny i natychmiast się nie poddasz, będę musiał cię pokonać, a potem wziąć szturmem to, 

co jeszcze pozostanie z twojej akademii Jedi.

Jednym   płynnym   ruchem   wyciągnął   rękojeść   świetlnego   miecza,   ukrytą   dotąd   w 

rękawie srebrzystego płaszcza. Kiedy nacisnął guzik, ukazało się świetliste ostrze. W miejscu 

zetknięcia   z   obudową   miało   kilka   sterczących   we   wszystkie   strony   ognistych   kolców, 

podobnych do pazurów. Mistrz Ciemnych Jedi ciężko westchnął.

- To będzie doprawdy bezsensowna strata - powiedział.

- Nie pragnę walki z tobą - odezwał się Skywalker.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

- Uczynisz, co zechcesz. A ja oszczędzę sobie kłopotów i rozetnę cię na połowy tam, 

gdzie stoisz.

Unosząc świetliste ostrze, ruszył w stronę przeciwnika.

Odruchy mistrza Jedi pozwoliły mu zareagować dosłownie w ostatniej chwili. Luke 

odskoczył, pomagając sobie odrobiną Mocy, żeby zwiększyć sprężystość i długość skoku. 

Wylądował na rozstawionych i ugiętych nogach, po czym pochylił się i odpiął zawieszoną na 

biodrze rękojeść własnego miecza.

- Będę się bronił, Brakissie - powiedział - ale jest jeszcze tyle rzeczy, jakich mógłbyś 

się nauczyć, gdybyś zechciał powrócić do akademii Jedi.

Naczelnik imperialnej uczelni głośno się roześmiał.

- A kto miałby być moim nauczycielem? Może ty? - zadrwił. - Przestałem uważać cię 

za mistrza, Skywalkerze. Istnieje o wiele więcej rzeczy, o których nie masz pojęcia. Uważasz, 

że jestem słaby, ponieważ opuściłem mury twojej uczelni, zanim ukończyłem naukę? Kim 

background image

jesteś, żebyś  miał  prawo tak uważać?  Sam zapoznałeś się tylko  z cząstką wiedzy.  Przez 

pewien czas szkoliłeś się pod kierunkiem Obi-Wana Kenobiego, dopóki nie zabił go Darth 

Vader. Następnie przebywałeś jeszcze krócej u mistrza Yody, ale później i jego opuściłeś... 

Kiedy służyłeś wskrzeszonemu Imperatorowi, miałeś okazję wspiąć się na wyżyny własnych 

umiejętności,   ale   nie   wykorzystałeś   jej   i   zrezygnowałeś.   Prawdę   mówiąc,   nigdy   nie 

doprowadzałeś do końca niczego, co zaczynałeś.

- Nie zamierzam zaprzeczać - odezwał się Luke, unosząc ostrze miecza w obronnym 

geście.

Brakiss zaatakował  i obie  klingi,  głośno skwiercząc,  przez chwilę  się stykały.  Na 

twarzy mistrza Ciemnych Jedi pojawił się grymas. Mężczyzna wykrzywił wargi i ukazując 

zęby ruszył do drugiego ataku, ale Luke zasłonił się klingą własnego miecza.

- Nauczałeś nas, że proces stawania się rycerzem Jedi jest wyprawą mającą na celu 

odkrycie samego siebie - przypomniał Brakiss. - Od czasu, kiedy opuściłem twoją akademię, 

nie przestawałem tego robić ani na chwilę. Odrzuciłem twoje nauki, ale dowiedziałem się 

więcej... o wiele więcej. Moje poznanie własnych możliwości okazało się o całe niebo głębsze 

5 wszechstronniejsze niż twoje, Skywalkerze, ponieważ ty zamknąłeś przed sobą wiele drzwi 

wiodących do prawdziwej wiedzy. - Uniósł brwi, a w jego oczach błysnęło wyzwanie. - A ja 

otworzyłem te drzwi i dowiedziałem się, jakie kryją się za nimi skarby.

-   Osoba,   która   świadomie   naraża   się   na   śmiertelne   niebezpieczeństwo,   nie   jest 

odważna, ale po prostu głupia - stwierdził Luke.

- A zatem właśnie ty jesteś takim głupcem - odciął się Brakiss.

Pochylił się i machnął poziomo świetlistą klingą, zamierzając przeciąć nogi Luke’a na 

wysokości kolan. Mistrz Skywalker obrócił dłoń w nadgarstku, skierował ostrze broni ku 

ziemi i odparował cios przeciwnika. Nie przestając się bronić, bezustannie podstawiał klingę 

pod ostrze miecza Brakissa i zmuszał go do cofania. Fałdy srebrzystego płaszcza naczelnika 

Akademii Ciemnej Strony łopotały za jego plecami niczym skrzydła wielkiego kruka.

- Nie uda ci się wygrać - zauważył w pewnej chwili Skywalker.

- Jeszcze się o tym przekonamy - odparł mistrz Ciemnych Jedi.

Otworzył się na przepływ energii ciemnej strony. Wzbudził w sobie jeszcze większy 

gniew i zaatakował ze zdwojoną siłą. Zadając cios za ciosem, usiłował podsycić rozpalający 

się w nim płomień nienawiści.

Mimo jego wysiłków mistrz Skywalker, zachowując absolutną pogodę ducha, wciąż 

się bronił. Przez cały czas uważnie obserwował przeciwnika.

- Pozwól, żeby ogarnął cię spokój, Brakissie - odezwał się w pewnej chwili. - Odpręż 

background image

się i przestań denerwować... Spraw, aby łagodność uśmierzyła twój gniew; aby cię ukoiła.

Brakiss   tylko   się   roześmiał.   Jego   nienagannie   ułożone   blond   włosy   były   teraz 

zmierzwione. Przylepiły się do czoła, na które wystąpiły krople potu.

- Skywalkerze, ile razy będziesz próbował mnie nawrócić? -zapytał. - Ścigałeś mnie 

zawsze, ilekroć uciekałem od ciebie i twoich nauk. Czy naprawdę nie potrafisz pogodzić się z 

przegraną?

-   Pamiętam,   jak  spotkaliśmy   się  w   tamtej   fabryce   na   Telti,   gdzie   zajmowałeś   się 

produkcją   androidów   -   odparł   Luke.   -   Namawiałem   cię   wówczas,   żebyś   się   do   mnie 

przyłączył. Teraz także masz okazję.

Brakiss parsknął, po czym lekceważąco machnął ręką.

- Tamta fabryka nic dla mnie nie znaczyła - powiedział. - Musiałem się czymś zająć, 

do   czasu,   aż   odkryłem   w   sobie   prawdziwe   powołanie.   Porzuciłem   ją,   żeby   stworzyć 

Akademię Ciemnej Strony.

- Może powinieneś rozejrzeć się za innym powołaniem - zauważył Skywalker.

Machnął ostrzem miecza, żeby odbić kolejny cios, który zadał mistrz Ciemnych Jedi.

Widząc, że w ten sposób nie zdoła pokonać przeciwnika, Brakiss postanowił uciec się 

do innej taktyki. Zamiast zaatakować Skywalkera, machnął mieczem, zamierzając przeciąć 

jedną   z   wysokich   kolumn   podtrzymujących   część   frontonu   świątyni.   Filar   był 

wyszczerbionym   marmurowym   słupem,   na   którego   powierzchni   wyryto   symbole 

starożytnych   Sithów   i   litery   pisma   Massassów.   Kiedy   świetliste   ostrze   miecza   Brakissa 

zagłębiło się w kamieniu, trysnęły fontanny oślepiających iskier. Klinga przeszła na drugą 

stronę.   Pod   wpływem   siły   ciężkości,   porastających   kolumnę   pędów   winorośli   i   masy 

podtrzymywanych kamiennych bloków, filar zachwiał się i zakołysał.

Widząc, że kamienna kolumna dzieli się na dwie części, Luke rzucił się w bok, by go 

nie zmiażdżyła. Razem z filarem runął fragment frontowego nadproża Świątyni Błękitnego 

Liścia. Oplatane pędami winorośli kamienie, z trzaskiem zderzając się o siebie, rozleciały się 

we wszystkie strony, by potoczyć się po miękkiej murawie. Luke uskakiwał przed nimi raz w 

tę, raz w inną stronę, tak że żaden nie wyrządził mu krzywdy.

-   Wygląda   na   to,   że   potrafisz   poruszać   się   jak   baletnica,   Skywalkerze   -   zakpił 

naczelnik imperialnej akademii.

- Wygląda na to, że potrafisz odnosić się do starożytnych  budowli bez należytego 

szacunku - odparł mistrz Jedi. Kaszląc, aby pozbyć się z gardła drobin kurzu, przeskoczył 

przez   kilka   kamiennych   bloków   i   znów   stanął   przed   Brakissem.   -   Może   powinieneś 

sprawdzić, jak radzą sobie twoi Ciemni Jedi. Od jakiegoś czasu moi uczniowie odnoszą w 

background image

walkach z nimi same zwycięstwa.

Słyszał odgłosy toczonych w dżungli pojedynków i z utęsknieniem oczekiwał chwili, 

kiedy   będzie   mógł   tam   wrócić   i   pomagać   młodym   rycerzom   Jedi.   Spotkanie   z   byłym 

uczniem,   który   wkroczył   na   złą   drogę,   odwracało   jego   uwagę   od   ważniejszych   spraw   i 

prowadziło donikąd.

-   Myślę,   że   poświęciłem   ci   wystarczająco   dużo   czasu   -   odezwał   się   po   chwili.   - 

Możesz albo się poddać, albo pokonam cię  podczas walki. Muszę wracać do swoich zajęć. 

Powinienem pomóc bronić akademii Jedi.

Kiedy po raz pierwszy ruszył do ataku, zamierzając jak najszybciej zakończyć walkę, 

w zazwyczaj pogodnych i spokojnych oczach Brakissa pojawił się ledwo zauważalny cień 

niepewności. Mistrz Jedi nacierał coraz śmielej, ani na chwilę nie tracąc jednak skupienia i 

pogody   ducha.   Zmienił   kierunek   ruchu   własnego   miecza   w   taki   sposób,   aby   ostrze   nie 

zetknęło się z ognistą klingą broni przeciwnika. Mógłby nadać ciosowi większą siłę i odciąć 

dłoń   byłego   ucznia   -   podobnie,   jak   Vader   odciął   kiedyś   jego   rękę   -   ale   nie   zamierzał 

okaleczać Brakissa w taki sposób. Pragnął tylko uszkodzić jego miecz świetlny.

Energetyczna klinga broni Skywalkera przeszła przez koniec rękojeści miecza mistrza 

Ciemnych   Jedi   pomiędzy   czubkami   zaciśniętych   palców   a   miejscem,   skąd   wyłaniało   się 

świetliste   ostrze.   Końcowe   dwa   centymetry   ciemnego   cylindra,   gdzie   wystawały   ogniste 

pazury, odłączyły się od reszty obudowy i topiąc się w bezkształtną masę, legły na murawie.

Brakiss   zaskrzeczał   i   wypuścił   kikut   rękojeści   świetlnego   miecza,   z   którego   nie 

przestawały tryskać fontanny iskier. Nie nadająca się do użytku obudowa dymiąc i płonąc 

spoczęła   na   trawie.   Powoli   zamieniała   się   w   zbieraninę   elektronicznych   i   optycznych 

podzespołów, z których żaden nie działał prawidłowo.

Władca Akademii Ciemnej Strony uniósł ręce nad głowę i wycofał się na skraj polany.

- Nie zabijaj mnie, Skywalkerze! - krzyknął. - Proszę, daruj mi życie!

Na jego twarzy odmalowało się przerażenie nieproporcjonalnie wielkie w stosunku do 

istniejącego   zagrożenia.   Mistrz   Ciemnych   Jedi   musiał   z   pewnością   wiedzieć,   że   Luke 

Skywalker  nie miał  nigdy zwyczaju zabijania  z zimną  krwią bezbronnych  przeciwników. 

Zdrętwiały   z   przerażenia,   Brakiss   zaczął   gorączkowo   przebierać   palcami   przy   zapince 

utrzymującej na ramionach srebrzystą szatę.

Mistrz Jedi ruszył ku niemu, ale na wszelki wypadek nie opuszczał ostrza świetlnego 

miecza.

- Jesteś teraz moim jeńcem, Brakissie - oznajmił surowo. - Nadszedł czas, by położyć 

kres tej bitwie. Wydaj rozkaz swoim Ciemnym Jedi, żeby się poddali.

background image

Tymczasem jego przeciwnik odrzucił srebrzysty płaszcz na murawę. Miał pod nim 

obcisły kombinezon, a na plecach niewielki pakunek mieszczący repulsorowy silnik.

- Nie. Muszę teraz zająć się innymi sprawami - odparł, włączając zapłon urządzenia.

Osłupiały Luke spoglądał, jak mężczyzna startuje i po chwili szybuje w powietrzu nad 

jego głową. Zrozumiał, że nauczyciel Ciemnych Jedi musiał wylądować gdzieś w pobliżu, a 

teraz  bez wątpienia  zamierza  wrócić na pokład swojej jednostki i odlecieć  nią prosto do 

Akademii Ciemnej Strony.

Z niedowierzaniem obserwował, jak były uczeń po raz kolejny ucieka, wprawdzie 

pokonany, ale nadal zdolny walczyć, niszczyć i przysparzać cierpień.

Miał  wrażenie,  że uczucie  straty przepełnia  jego umysł  takim  samym  bólem,  jaki 

odczuwał wówczas, kiedy mężczyzna po raz pierwszy opuścił mury akademii Jedi.

- Brakissie, znów nie udało mi się ciebie uratować - jęknął cicho.

Jego nieprzyjaciel zamienił się w ciemny punkcik i po chwili rozpłynął się na tle 

błękitu nieba.

background image

ROZDZIAŁ 18

Tymczasem   wyłaniające   się   jakby   znikąd   statki   floty   Drugiego   Imperium 

rozpoczynały ostrzeliwanie jednostek Nowej Republiki.

- Uwaga, wszyscy członkowie personelu! - krzyknął admirał Ackbar do mikrofonu 

komunikatora,   machając   przypominającymi   płetwy   rękami.   -   Wzmocnić   ochronne   pola! 

Przygotować się do otwarcia ognia!

Dwa   imperialne   zmodyfikowane   niszczyciele,   które   pierwsze   wyskoczyły   z 

nadprzestrzeni, uruchomiły potężne baterie turbolaserowych dział. W przestworzach pojawiły 

się jaskrawozielone smugi energii, szybujące w stronę flagowego statku Ackbara.

Stojąc na mostku obok Kalamarianina, Jaina zacisnęła powieki na ułamek sekundy, 

zanim oślepiające błyskawice rozprysnęły się na dziobowych osłonach energetycznych.

- Drugie Imperium musiało budować statki swojej floty w tajemnicy - oświadczyła. - 

Te okręty sprawiają wrażenie, że konstruowano je w wielkim pośpiechu.

- Mimo to stanowią śmiertelne zagrożenie - odparł Ackbar, poważnie kiwając głową. - 

Teraz wiadomo, co się stało z tymi rdzeniami jednostek napędu nadświetlnego i bateriami do 

turbolaserów, które ukradli z ładowni „Diamentu”.

Odwrócił się w stronę mikrofonu komunikatora i zaczął wydawać rozkazy dowódcom 

pozostałych statków floty Nowej Republiki.

-   Wstrzymać   ostrzał   Akademii   Ciemnej   Strony   i   podać   komputerom   urządzeń 

namiarowych   inne   cele.   Gwiezdna   stacja   przedstawia   w   tej   chwili   o   wiele   mniejsze 

zagrożenie niż okręty tej floty. Wziąć na cel imperialne gwiezdne niszczyciele.

Nagle pełniący służbę na mostku oficer taktyk krzyknął, wyraźnie przerażony:

- Panie admirale! Nasze systemy celownicze odmawiają namierzania tych jednostek! 

Imperialne niszczyciele nadaj ą sygnały, z których wynika, że są przyjaciółmi, a nie wrogami! 

Nie jesteśmy w stanie oddać ani jednego strzału!

- Co takiego? - zapytał Ackbar. - Przecież wszyscy widzimy te okręty!

- Wiem o tym, panie admirale! - krzyknął zrozpaczony mężczyzna. - Ale komputery 

celownicze nie pozwalają bateriom dział przystąpić do ostrzału. Doszły do przekonania, że 

mają do czynienia ze statkami Nowej Republiki. Ich oprogramowanie nie pozwala atakować 

przyjaciół!

Jaina, która w lot zrozumiała, o co chodzi, odwróciła się w stronę Kalamarianina.

- Pamięta pan? Kiedy napadli na Kashyyyk, ukradli komputerowe systemy taktyczne i 

background image

moduły   umożliwiające   naprowadzanie   na   cel!   -   krzyknęła.   -   Imperialni   technicy   musieli 

zainstalować   je   na   pokładach   swoich   jednostek,   w   tym   celu,   aby   wprowadzić   w   błąd 

komputery naszych systemów celowniczych. Powinniśmy albo podać im inne cele, albo jak 

najszybciej  znaleźć  jakieś rozwiązanie,  gdyż  w przeciwnym  razie  nie zdołamy oddać ani 

strzału. Uniemożliwią to nasze moduły odróżniające wrogów od przyjaciół.

Lando   Calrissian   usłyszał   jej   słowa   dzięki   temu,   że   admirał   Ackbar  nie   wyłączył 

mikrofonu komunikatora. W odbiorniku rozległ się jego donośny głos:

-   Ponieważ   statki   floty   mojej   orbitalnej   stacji   wydobywczej   korzystają   z   pomocy 

innych komputerów, przypuszczam, że to ja powinienem mieć pierwsze słowo.

Przypadkowa zbieranina jednostek należących do ciemnoskórego mężczyzny,  która 

tymczasem zdążyła oskrzydlić statki floty Drugiego Imperium, natychmiast włączyła się do 

akcji. Artylerzyści wystrzelili mnóstwo protonowych torped, mierząc w najbardziej wrażliwe 

punkty   gwiezdnych   niszczycieli.   Zamierzali   osłabić   natężenie   siłowych   pól   chroniących 

imperialne jednostki.

-   To   stara   sztuczka,   której   kiedyś   się   nauczyłem   -   wyjaśnił   przez   komunikator 

Calrissian,   podczas   gdy   stojąca   obok   Ackbara   Jaina   obserwowała,   co   dzieje   się   w 

przestworzach. - To wszystko  przypomina mi zresztą sytuację, jaka miała miejsce podczas 

bitwy o Tanaab.

Po chwili, kiedy następne serie protonowych torped dotarły w tym samym czasie do 

celów i eksplodowały, wydał okrzyk triumfu. Zauważył, że dwie przeniknęły przez ochronne 

pole   i   ozdobiły   burtę   jednego   gwiezdnego   niszczyciela   łańcuchem   oślepiająco   białych 

płomieni. Jednostki floty Calrissiana nie przerywały ostrzału, ale artylerzyści imperialnych 

okrętów zaczynali  brać na cel niewielkie statki, chwilowo zostawiać w spokoju fregaty i 

kanonierki Ackbara.

- Panie admirale - odezwała się niespodziewanie Jaina. - Jeżeli Drugie Imperium jest 

takie   przebiegłe,   że   wykorzystuje   przeciwko   nam   nasze   systemy   komputerowe,   czy   nie 

powinniśmy odpłacić im pięknym za nadobne? Czy nie moglibyśmy wykorzystać przeciwko 

nim naszych komputerów?

Kalamarianin obrócił na nią okrągłe, wielkie oczy.

- Co właściwie masz na myśli, Jaino Solo? - zapytał.

Dziewczyna przygryzła dolną wargę, po czym głęboko odetchnęła. Pomysł wydawał 

się niedorzeczny, ale...

-  Jest  pan  naczelnym  dowódcą  wszystkich  flot   Nowej  Republiki   - zaczęła.   - Czy 

programy komputerów nie zawierają jakiegoś rozkazu, nakazującego im honorowanie czegoś 

background image

w rodzaju  sygnału   o najwyższym  priorytecie,   który może   pan wydać  w nadzwyczajnych 

sytuacjach podobnych do tej, z jaką mamy teraz do czynienia?

Admirał spoglądał na nią przez chwilę, nie mówiąc ani słowa. Otworzył usta, jakby 

chciał napić się łyk wody, a może zaczerpnąć głęboki haust wilgotnego powietrza.

- Na Moc, masz rację, Jaino Solo!

- No, to na co jeszcze czekamy? - zapytała dziewczyna, pocierając dłonie. - Zajmijmy 

się dokonywaniem zmian w tym oprogramowaniu!

Po   zniszczeniu   myśliwca,   pilotowanego   przez   ucznia   Akademii   Ciemnej   Strony, 

Norysa, a także ocaleniu Jacena Solo, Qorl czuł, że coś w jego sercu zamarło. Miał wrażenie, 

że   podobnie   jak   sztuczna   ręka,   również   inne   części   ciała   funkcjonuj   ą   jak   mechanizmy 

androida.

Zdradził   Drugie   Imperium   mimo   tylu   lat   szkolenia   i   wiernej   służby.   Zdradził! 

Dopuścił,   żeby   o   jego   postępowaniu   decydowały  porywy   serca.   Zapomniał,   że   powinien 

kierować się ślepym posłuszeństwem i niepohamowaną ambicją.

Pamiętał jednak o tym, że młody Jacen Solo zawsze był dla niego miły i uprzejmy. 

Pomógł go uratować i starał się zostać jego przyjacielem, mimo iż Qorl nie uczynił nic, aby 

na to zasłużyć.

Wręcz przeciwnie, uwięził chłopca i jego siostrę bliźniaczkę. Groził, że oboje zabije, i 

zmusił do ukończenia naprawy uszkodzonego myśliwca typu TIE, by móc powrócić na służbę 

Imperium. Co prawda, od tamtego czasu usiłował potajemnie odwdzięczyć się za okazaną 

życzliwość. To on, korzystając z tego, że nikt nie widzi, pomógł bliźniętom uciec z Akademii 

Ciemnej Strony. Ale żeby zabijać własnego ucznia, aby ich chronić...

Qorl uzmysłowił sobie, że popełnił poważny błąd, ponieważ sam zadecydował o tym, 

co robić. Tymczasem powinien był  uczynić wszystko, by do tego nie dopuścić. Nie miał 

prawa   podejmowania   żadnych   decyzji.   Jako   pilot   myśliwca   typu   TIE   służył   Drugiemu 

Imperium.   Jego  zadanie   polegało   na   szkoleniu   innych   pilotów   i   szturmowców.   Powinien 

dochowywać wierności Imperatorowi i członkom jego rządu. Zdyscyplinowani żołnierze nie 

mogli   pozwalać   sobie   na   luksus   samodzielnego   decydowania   o   tym,   które   rozkazy 

wykonywać, a które lekceważyć.

Czując w głowie zamęt, Qorl skierował dziób myśliwca w górę i wystrzelił świecą, 

kierując się ku orbicie. Większość maszyn tworzących jego eskadrę została albo zniszczona, 

albo   latała,   nie   zachowując   szyku,   atakowana   przez   nieznane   systemy   broni,   jakimi 

dysponowali obrońcy Yavina Cztery. Stary pilot uświadamiał sobie, że powinien wrócić do 

background image

bazy i zameldować o wszystkim przełożonym. Najpierw jednak musi zdecydować, czy się 

poddać, czy powrócić i przyznać się do swojego czynu, a później dzielnie stawić czoło karze, 

jaką zechce wymierzyć lord Brakiss.

Zacisnął   zęby.   Poddanie   się   oznacza   zdradę.   Jak   mógł   w   ogóle   o   czymś   takim 

pomyśleć?  Usłyszał, że silniki jego maszyny zaskowyczały,  kiedy myśliwiec, kierując się 

prosto   ku   majaczącemu   w   górze   kolczastemu   pierścieniowi   Akademii   Ciemnej   Strony, 

pokonywał górne warstwy atmosfery.

W pewnej chwili Qorl zorientował się, że wleciał w sam środek gromady statków, 

biorących udział w powietrznej bitwie.

Z   nadprzestrzeni   wyłoniły   się   statki   floty   Nowej   Republiki,   które   natychmiast 

przystąpiły   do   bezlitosnego   ostrzału   imperialnej   stacji.   Kilka   chwil   później   pojawiła   się 

jednak flota Drugiego Imperium,  składająca  się z naprędce  skonstruowanych  gwiezdnych 

niszczycieli   i   szturmowych   krążowników,   zmontowanych   z   części,   jakie   znaleziono   w 

niedawno   odzyskanych   stoczniach.   Dochowująca   wierności   Imperatorowi   nowa   flota 

dysponowała   komputerowymi   systemami,   rdzeniami   jednostek   napędu   nadświetlnego   i 

bateriami do turbolaserów, które on sam, Qorl, pomógł zdobyć.

Na widok statków floty Drugiego Imperium stary pilot poczuł jednak, że ogarnia go 

rozczarowanie. Jednostki nie wyglądały okazale i nie sprawiały takiego wrażenia, jak statki 

tworzące poprzednią armadę. Qorl uświadamiał sobie ten fakt, ponieważ służył  kiedyś na 

pokładzie Gwiazdy Śmierci i był członkiem personelu dowodzonej przez wielkiego moffa 

Tarkina imperialnej Gwiezdnej Floty.

Tymczasem  wchodzące   w skład  nowej   siły bojowej  okręty  sprawiały  cokolwiek... 

żenujące wrażenie. Wyglądały, jakby dowódcom, którzy rzucili je w wir walki, brakowało sił 

i środków, koniecznych do realizacji własnych marzeń.

Qorl   dostrzegł,   że   okręty   Drugiego   Imperium   zaczynają   ostrzeliwać   statki 

rebelianckiej floty, które przybyły z odsieczą akademii Jedi. Po kilku chwilach stwierdził 

jednak, że szale bitwy przechylają się na drugą stronę. Do walki przyłączyła się zbieranina 

trudnych do opisania statków, wyłaniających  się z nadprzestrzeni i znienacka atakujących 

gwiezdne niszczyciele.

Nagle ujrzał, że ochronne pola okrętów Drugiego Imperium osłabły i zanikły. Stało się 

to tak szybko, jakby zostały wyłączone przez pokładowe systemy komputerowe, a dowódcy 

statków zamierzali się poddać!

Rebelianckie jednostki natychmiast dały ognia ze wszystkich baterii. Kolejne salwy 

wyrządzały   coraz   większe   spustoszenia.   W   kadłubach   gwiezdnych   niszczycieli   zaczęły 

background image

pojawiać się ogromne dziury. O co w tym wszystkim mogło chodzić? Dlaczego jego koledzy, 

walczący na pokładach tych  okrętów, nie robili  niczego, by ponownie włączyć  ochronne 

pola?

Lecąc ku nim i gorączkowo zastanawiając się nad tym, co robić, by im pomóc, Qorl 

dostrzegł nagle, że z otwartych  wrót hangarów gwiezdnych  niszczycieli  wylatują eskadry 

nowych myśliwców typu TIE, które dotąd nie uczestniczyły w walce. Mimo iż niewielkie 

maszyny wyglądały jak mikroskopijne komary w porównaniu z ogromnymi jednostkami floty 

admirała  Ackbara,  ich  piloci  zaczęli   zasypywać  rebelianckie   okręty  lawinami   laserowych 

błyskawic.

Qorl dostrzegł nagle szansę odkupienia własnych grzechów. Pamiętał o tym, że w 

przeszłości zawiódł najpierw młodocianych  przyjaciół, którzy pomogli mu w potrzebie, a 

później zdradził mocodawców z Akademii Ciemnej Strony. A zatem zostanie wyklęty, bez 

względu   na   to,   po   czyjej   stronie   teraz   się   opowie.   Już   nigdy   nie   będzie   mógł   żyć   z 

podniesionym czołem, mając świadomość jednej i drugiej zdrady.

Pomyślał,   że   będzie   najlepiej,   jeżeli   przyłączy   się   do   walki   po   stronie   Drugiego 

Imperium, i współdziałając z pilotami innych myśliwców typu TIE, postara się wyrządzić jak 

najwięcej zniszczeń. Możliwe, że nawet zginie w ogniu bitwy i w ten sposób odkupi swoje 

winy. Był pilotem. Od dawna ćwiczył, przygotowując się do takiej walki. Przed wielu laty 

wystartował z pokładu Gwiazdy Śmierci, aby wykonać podobne zadanie. Tym  razem nie 

dopuści, by cokolwiek mu w tym przeszkodziło.

Przesłał   energię   do   laserowych   działek,   użytych   przez   niego   ostatnio   dla 

powstrzymania   morderczego   szału,   w   jaki   wpadł   jego   uczeń,   gburowaty   Norys.   Teraz 

zamierzał jednak wykorzystać je przeciwko celom, z myślą o których zostały zainstalowane 

na pokładzie maszyny... Przeciwko Sojuszowi Rebeliantów.

Qorl spadł jak grom z jasnego nieba i natychmiast przyłączył się do walki. Przelatując 

obok jednej z koreliańskich korwet, ostrzelał jej kadłub, wskutek czego na burcie pojawiły się 

zwęglone,   dymiące   kratery.   Piloci   pozostałych   myśliwców   TIE,   którzy   to   zauważyli, 

błyskawicznie   powtórzyli   jego   manewr.   Lecieli   nieforemnym   szykiem,   jedynie   w   teorii 

przypominającym  szturmowy.  Było  jasne, że nie mieli żadnego doświadczenia. Nie tylko 

nigdy przedtem nie brali udziału w prawdziwej walce, ale nawet nie spędzili wystarczająco 

dużo czasu, ćwicząc na symulatorach. Mimo to, wykorzystując panujący chaos, radzili sobie 

całkiem nieźle. Wprawdzie raz po raz przelatywali przed dziobami maszyn swoich kolegów, 

ale nie przestawali ostrzeliwać rebelianckich jednostek, mając na uwadze tylko jeden cel: 

wyrządzić jak najwięcej zniszczeń.

background image

Rebeliancka   flota   odpowiadała   oślepiającymi   sztychami   turbolaserowych   strzałów, 

przecinających we wszystkie strony mroki przestworzy. Nagle ciemności rozjaśnił oślepiający 

błysk, który pojawił się w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się  wieżyczka 

dowodzenia jednego z gwiezdnych niszczycieli. Drugi imperialny okręt zawirował wokół osi 

i zaczął dryfować, po czym zawrócił i lecąc powoli, umknął z pola walki. Natychmiast rzuciły 

się   za   nim   w   pościg   rebelianckie   statki,   nie   przestając   razić   go   turbolaserowymi 

błyskawicami.

Wszystko   świadczyło   o   tym,   że   flota   Drugiego   Imperium   przegrywała   tę   bitwę. 

Przegrywała!

Qorl postanowił polecieć śladami umykających gwiezdnych niszczycieli. Widział, że 

piloci niektórych myśliwców typu TIE kierują się ku otwartym przestworzom, chociaż nie 

miał   pojęcia,   dokąd   zamierzają   lecieć.   Ich   macierzyste   jednostki   zostały   zniszczone,   a 

Akademia Ciemnej Strony była znów ostrzeliwana. Czyżby zamierzali się poddać?

- Poddanie się oznacza zdradę - mruknął do siebie, po czym zanurkował i przypuścił 

atak na flagowy okręt Rebeliantów.

Nie   zmienił   kursu,   mimo   iż   tuż   koło   kabiny   przemknęły   oślepiające   błyskawice 

turbolaserowych strzałów. Raz po raz robił użytek z laserowych działek i leciał dalej, chociaż 

odnosił wrażenie, że pogrąża się w gardziel bestii. Nigdy, przenigdy się nie podda! Raczej 

zginie w oślepiającym błysku światła, który będzie oznaczał jego ostateczne zwycięstwo.

Rebelianci   musieli   lepiej   ustawić   celowniki   albo   wzięli   go   w   krzyżowy   ogień, 

ponieważ   jeden  ze  strzałów  nagle  trafił   w jego myśliwiec.   Qorl zamknął  oczy,  osłonięte 

czarnym   imperialnym   hełmem.   Spodziewał   się,   że   zniknie   w   jaskrawym   rozbłysku   jak 

świeca, zapalona na cześć Imperatora.

Okazało się jednak, że nieprzyjacielski strzał tylko musnął jeden silnik i uszkodził 

część sześciokątnego panelu z energetycznymi ogniwami.

Pilotowany przez Qorla myśliwiec typu TIE zawirował, a później zaczął oddalać się 

od miejsca bitwy. Mimo iż posiwiały pilot był oplatany ochronną siecią, raz po raz obijał się o 

ścianki   małej   kabiny.   Wstrzymał   oddech,   oczekując,   że   jego   maszyna   może   zaraz 

eksplodować, ale bezustannie koziołkując, nie przestawał oddalać się od rejonu przestworzy, 

gdzie nadal wrzała zacięta bitwa.

W pewnej chwili poczuł, że pochwyciły go szpony siły przyciągania. Widocznie jego 

maszyna,   pozbawiona   możliwości   sterowania,   miała   znów   się   roztrzaskać.   Nieuchronnie 

opadała ku porośniętemu gęstą dżunglą czwartemu księżycowi Yavina...

background image

ROZDZIAŁ 19

Brakiss leciał szybkim, zwrotnym jednoosobowym promem. Wystartował z Yavina 

Cztery i kierował się ku Akademii Ciemnej Strony. Kiedy się zbliżył, wysłał skomplikowany 

zakodowany sygnał. Sterowane automatycznym mechanizmem wrota hangaru otworzyły się, 

umożliwiając lądowanie w bezpiecznym wnętrzu imperialnej placówki szkoleniowej.

Mistrz Ciemnych Jedi nie zwracał najmniejszej uwagi na bitwę toczącą się w pobliżu 

jego   gwiezdnej   stacji.   Zmagania   flot   Nowej   Republiki   i   Drugiego   Imperium   były   tylko 

jeszcze jednym wydarzeniem, którego wynik okazywał się nie taki, jak zaplanowano.

Wciąż jeszcze czuł przyspieszone bicie serca, spowodowane pojedynkiem na świetlne 

miecze, jaki stoczył z Lukiem Skywalkerem w pobliżu ruin świątyni. Czuł w głowie zamęt, 

wywołany echem, wzbudzonym przez słowa byłego nauczyciela. Gniew i rozpacz walczyły w 

umyśle   mistrza   Ciemnych   Jedi   niczym   nie   dające   się   opanować   nawałnice.   Starały   się 

zawładnąć jego myślami i uczuciami.

Wszystkie   metody,   jakie   dotąd   stosował,   nie   przywracały   mu   spokoju   i   ciszy, 

niezbędnych,   aby  mógł   bez   przeszkód   czerpać   energię   ciemnej   strony.   Brakiss   próbował 

uciekać   się   nawet   do   znienawidzonych   technik   relaksacyjnych,   których   nauczył   się   od 

Skywalkera,   kiedy   kształcił   się   w   jego   akademii,   w   rzeczywistości   będąc   imperialnym 

szpiegiem. Na próżno.

Cały świat wokół niego walił się w gruzy. Zawodziły starannie układane plany, grupy 

wszechstronnie   wyszkolonych   Ciemnych  Jedi,   oddziały   żołnierzy   Drugiego   Imperium... 

Wszystko   jakby   sprzysięgło   się,   by   pozbawić   go   szansy   odniesienia   najważniejszego 

zwycięstwa,   zadania   miażdżącego   ciosu,   który   wstrząsnąłby   całą   galaktyką.   A   przecież 

zniszczenie akademii Jedi wydawało się takie łatwe.

Brakiss wiedział, że wielki wódz zabije go za to, iż zawiódł. W tej chwili potrafił 

jednak myśleć tylko o tym, że Imperator pozostał jego ostatnią nadzieją. Jedyną nadzieją. Był 

gotów przyjąć w pokorze wyznaczoną karę, ale później, kiedy już uczyni wszystko, co może, 

byle przechylić szalę zwycięstwa na stronę Drugiego Imperium.

Osadził   prom   na   niemal   całkowicie   opustoszałym   lądowisku   Akademii   Ciemnej 

Strony,   gdzie   jeszcze   niedawno   stały   rzędy   myśliwców   i   bombowców   typu   TIE, 

przygotowywanych do walki. To właśnie stąd wystartowała w przestworza dowodzona przez 

Siostrę   Nocy   Tamith   Kai   opancerzona   bojowa   platforma,   na   której   pokładach   lecieli 

szturmowcy i oddział Ciemnych Jedi pod dowództwem Zekka. Wszyscy byli tacy dumni, 

background image

pewni siebie i ufni we własne siły. Nie wątpili, że z łatwością pokonają wyszkolonych przez 

Skywalkera uczniów jasnej strony.

Brakiss   z   trudem   wygramolił   się   z   ciasnego   wnętrza   jednoosobowego   promu. 

Starannie wygładził zmarszczki srebrzystego kombinezonu, bezskutecznie usiłując odzyskać 

chociaż część godności. Nie chcąc, by ktokolwiek widział go bez broni rycerza Jedi, sięgnął 

więc   po   jeden   z   wielu   masowo   produkowanych   świetlnych   mieczy,   jakich   jeszcze   kilka 

zostało w niszy, wykonanej w metalowej ścianie hangaru.

Ale w jaki sposób miał przemienić klęskę w zwycięstwo? Widział, jak dowodzona 

przez Tamith Kai szturmowa platforma zamienia siew płonące szczątki. Przyglądał się, jak 

bezkształtna, stopiona konstrukcja znika w nurtach rzeki. Oddani pod opiekę Zekka Ciemni 

Jedi przegrywali jeden pojedynek po drugim. Eskadry myśliwców TIE były dziesiątkowane... 

A teraz ogarnięty bezsilną złością władca imperialnej uczelni obserwował, jak potężna nowa 

flota Drugiego Imperium ginie pod ciosami rebelianckich okrętów, które pojawiły się znikąd i 

w tajemniczy sposób pozbawiły gwiezdne niszczyciele ochronnych pól siłowych!

Brakiss opuścił lądowisko i znalazł się na korytarzu niemal wyludnionej Akademii 

Ciemnej Strony. Wszyscy zdolni do walki żołnierze zostali wysłani na powierzchnię Yavina 

Cztery.   Na   pokładach   imperialnej   stacji   pozostało   tylko   kilka   grup   dowodzenia,   których 

personel miał troszczyć się ojej bezpieczeństwo.

Sterylnie czyste, łukowato wygięte korytarze powinny rozbrzmiewać echem okrzyków 

zwycięstwa.   Zamiast   tego   sprawiały   wrażenie,   jakby   cała   uczelnia   stała   się   grobowcem, 

porzuconym wrakiem. Idąc korytarzem, Brakiss powtarzał sobie, że Imperator musi zrobić 

coś, by ocalić podwładnych. Musi przechylić szalę zwycięstwa tak, by pomimo wszystkich 

niepowodzeń, jego Drugie Imperium mogło w końcu zatriumfować i zapanować nad całą 

galaktyką.

Mimo wszystko, Palpatine oszukał własną śmierć, i to nie raz, lecz dwa razy. Po raz 

pierwszy zginął podczas eksplozji jaka w trakcie bitwy o Endor unicestwiła drugą Gwiazdę 

Śmierci.   Odrodził   się   jednak   dzięki   ukrytym   klonom   i   w   ten   sposób   przedłużył   życie.   I 

chociaż  można  było  przypuszczać,  że wszystkie  klony uległy zniszczeniu,  po następnych 

trzynastu latach został na nowo wskrzeszony, chociaż tym razem nikt nie miał pojęcia, w jaki 

sposób.

Każdy człowiek, zdolny odradzać się bez końca, powinien chyba umieć zwyciężyć w 

walce z garstką kryminalistów i Rebeliantów, prawda?

Brakiss   uniósł   dumnie   głowę   i   szedł   wyprostowany,   starając   się,   aby  każdy   krok 

zdradzał   wiarę   w   wielkiego   wodza   i   zaufanie   do   jego   umiejętności.   Usiłując   stąpać 

background image

bezszelestnie niczym duch, kierował się w stronę odosobnionej części gwiezdnej stacji. Tym 

razem   musi   się   zobaczyć   z   Imperatorem.   Nie   pozwoli,   by   ktokolwiek   miał   mu   w   tym 

przeszkodzić. Od następnych kilku chwil będzie zależał los tej bitwy, która zmieni przyszłość 

całej galaktyki!

Na   zewnątrz   zamkniętych   na   głucho   drzwi   stało   dwóch   imperialnych   strażników, 

odzianych   w   szkarłatne   płaszcze.   Obaj   mieli   na   głowach   złowieszczo   wyglądające 

opancerzone hełmy. Nakrycia głów przypominały błyszczące pociski i zostały zaopatrzone w 

wąskie, czarne prostokątne szczeliny, przez które strażnicy widzieli wszystko, co dzieje się na 

korytarzu. Na jego widok wyprężyli się na baczność, ale skrzyżowali paraliżujące włócznie 

na znak, że wzbraniają dostępu. Brakiss jednak nie wahał się i podszedł do nich.

- Odsuńcie się - rozkazał. - Muszę natychmiast porozmawiać z Imperatorem.

-   Imperator   życzy   sobie,   żeby   nikt   mu   nie   przeszkadzał   -   odezwał   się   jeden   z 

czerwonych strażników.

-   Nie   przeszkadzał?   -   rzekł   Brakiss,   zdumiony   faktem,   iż   usłyszał   to   słowo.   - 

Zdziesiątkowana  flota  ponosi  klęskę.   Ciemni   Jedi  są  brani   do  niewoli.   Myśliwce   TIE  są 

zestrzeliwane. Tamith Kai nie żyje. Najwyższy czas, żeby Imperatorowi ktoś przeszkodził. 

Odsuńcie się. Muszę z nim porozmawiać.

- Imperator z nikim nie rozmawia.

Strażnicy   postąpili   krok   w   stronę   Brakissa   i   wyciągnęli   ku   niemu   paraliżujące 

włócznie.

Naczelnik   Akademii   Ciemnej   Strony   poczuł,   że   w   jego   piersi   wzbiera   nowa   fala 

gniewu. Wiedział, że daje mu większą siłę. Krążąca w jego żyłach Moc pozwalała połączyć 

się bezpośrednio z energią ciemnej strony. Brakiss pamiętał o tym, że to uczucie sprawiało 

Siostrze   Nocy  Tamith  Kai   taką  radość   i  tak   ją  podniecało,   iż  kobieta  zawsze   starała   się 

wzbudzać w sobie z trudem hamowaną wściekłość.

Mistrz Ciemnych Jedi nie miał czasu na to, żeby dłużej wdawać się w rozmowę z 

odzianymi   na   czerwono,   wścibskimi   mężczyznami.   Doszedł   do   przekonania,   że   obaj   są 

zdrajcami Drugiego Imperium... i zareagował, uwalniając całą nagromadzoną energię ciemnej 

Mocy.

Rękojeść   świetlnego   miecza   wysunęła   się   z   rękawa   srebrzystego   kombinezonu   i 

spoczęła pewnie w zaciśniętej dłoni. Jeden palec przycisnął guzik włączający zasilanie. Z 

czarnego cylindra wyskoczyła drżąca i bucząca klinga, której Brakiss nie zamierzał traktować 

jako   ostrzeżenia.   Stracił   cierpliwość   do   gróźb,   słownych   pojedynków   i   wszystkiego,   co 

hamowało postęp i kierowało uwagę na inne tory. Dał upust gniewowi i pozwolił płynąć 

background image

ciemnej Mocy.

- Mam tego dosyć! - krzyknął.

Płonąc gniewem, machnął ognistym ostrzem w lewo i w prawo. Złość sprawiła, że 

widział  przed sobą tylko  mroczny tunel,  raz po raz rozjaśniany błękitnymi  błyskawicami 

statycznej elektryczności i obejmujący oba cele, które nieporadnie usiłowały powstrzymać go 

za pomocą włóczni. Brakiss był jednak wielkim Jedi. Umiał posługiwać się siłami ciemnej 

strony. Czerwoni imperialni strażnicy nie mieli podczas walki z nim najmniejszej szansy.

Nim upłynęła sekunda, rozprawił się najpierw z pierwszym, a następnie z drugim.

Włączył   mechanizm   odblokowujący   drzwi   apartamentu,   który   kiedyś   przydzielił 

Imperatorowi.   Kod umożliwiający  otwarcie  zamka,  jaki  podał,  okazał  się  nieprawidłowy, 

więc   posłużył   się   Mocą   i   zamienił   obwody   elektroniczne   mechanizmu   w   bezkształtną, 

dymiącą   masę.   Gołymi   rękami   wyrwał   drzwi   z   zawiasów   i   odrzucił   na   bok,   po   czym 

wkroczył do osobistych komnat Palpatine’a.

- Imperatorze, musisz nam pomóc! - zawołał. Poczuł, że w oświetlonej niepewnym 

czerwonym blaskiem komnacie jest niezwykle gorąco. Zamrugał, kiedy uświadomił sobie, że 

z   trudem   rozróżnia   szczegóły:   nie   zauważył   jednak   nikogo.   -   Imperatorze   Palpatine!   - 

krzyknął, jak umiał najgłośniej. - Szale bitwy przechylają się na stronę Rebeliantów. Nasze 

oddziały ponoszą klęskę za klęską. Musisz coś zrobić, by nam pomóc!

Usłyszał tylko słabe echo własnych słów. Nic więcej. Nikt się nie poruszył; nikt nie 

odpowiedział.   Brakiss   wbiegł   do   następnego   pomieszczenia,   ale   ujrzał   w   nim   jedynie 

ogromną  izolacyjną  komorę  o połyskujących  czarnych  ścianach.  Opancerzone drzwi były 

zamknięte   na   głucho,   a   w   bocznych   płaszczyznach   błyszczały   łby   ogromnych   nitów.   To 

właśnie tej zamkniętej komory strzegli czterej odziani w szkarłatne płaszcze strażnicy, kiedy 

Imperator   opuszczał   pokład   osobistego   trój   skrzydłowego   wahadłowca.   Sam   pojemnik 

dźwigały wówczas dwa potężne, przysadziste robocze androidy, które wyniosły go z ładowni 

i   przetransportowały   korytarzami   do   komnat,   wskazanych   przez   naczelnika   Akademii 

Ciemnej Strony.

Brakiss wiedział o tym, że Imperator zamknął się w środku komory.  Może szukał 

odosobnienia,   a   może   chciał   w   ten   sposób   ochronić   swój   organizm   przed   wpływem 

czynników   zewnętrznych.   Mistrz   Ciemnych   Jedi   obawiał   się   nawet,   że   stan   zdrowia 

Imperatora uległ pogorszeniu, a Palpatine, jeżeli chciał żyć, musiał dysponować specjalną 

aparaturą medyczną i indywidualnie dobieranymi lekarstwami.

W tej chwili jednak niewiele go to wszystko obchodziło. Miał dosyć drzwi, które się 

przed   nim   zamykały.   On,   władca   Akademii   Ciemnej   Strony,   jeden   z   najważniejszych 

background image

przywódców Drugiego Imperium, nie powinien być odtrącany jak pierwszy lepszy urzędnik.

Zaczął walić pięścią w opancerzoną płytę.

-   Imperatorze,   domagam   się,   żebyś   zechciał   udzielić   mi   audiencji!   Nie   możesz 

dopuścić, by nasze oddziały nadal przegrywały. Musisz posłużyć się własnymi siłami i pomóc 

nam wydrzeć zwycięstwo z rąk nieprzyjaciół!

Nie   usłyszał   żadnej   odpowiedzi.   W   miarę   upływu   czasu   odgłosy   uderzeń   pięścią 

stawały się coraz rzadsze i cichsze, aż w końcu  zupełnie wsiąkły w czerwonawy krwisty 

półmrok, jaki panował także i w tej komnacie. Brakiss poczuł, że jego serce zamieniło się w 

bryłę lodu, upodobniło się do zagubionej komety, przelatującej raz na wiele lat przez obrzeża 

jakiegoś systemu słonecznego.

Jeżeli Imperator ich opuścił, wszystko przepadło. Bitwa zakończy się sromotną klęską 

Drugiego Imperium... Brakiss nie miał zatem nic więcej do stracenia.

Ponownie włączył świetlny miecz, uniósł buczące ostrze i zadał cios. Energetyczna 

klinga rozjarzyła się i zaskwierczała, ale przecięła grubą płytę pancerza drzwi komory. Nic, 

nawet mandaloriańska zbroja czy chroniąca przed strzałami blasterów warstwa durastali nie 

mogły się oprzeć atakowi świetlnego miecza rycerza Jedi.

Brakiss   przeciął   również   zawiasy.   Topiony   metal   zadymił   i   spłynął   srebrzystymi 

strumykami po krawędzi płyty.  Mistrz Ciemnych Jedi zadawał cios za ciosem, wyrąbując 

otwór w grubej metalowej  płycie,  podobnie jak robotnik-android rozbija ciężką skrzynię, 

służącą do transportu towarów. Uskoczył w bok na ułamek sekundy przedtem, zanim ciężka 

opancerzona tafla runęła z ogłuszającym hukiem na podłogę komnaty.

Zamarł i stał jak sparaliżowany, nie bardzo wiedząc, co ma robić. Czekał, aż rozwieją 

się kłęby dymu.  Kiedy znów mógł cokolwiek widzieć, uniósł klingę świetlnego miecza i 

wkroczył do komory.

Rozglądał się, nie wierząc własnym oczom. Nie ujrzał Imperatora. Nigdzie nie widział 

także   luksusowych   mebli   ani   specjalistycznych   medycznych   aparatów,   które   miały 

utrzymywać sędziwego władcę przy życiu.

Zamiast tego dostrzegł coś, co wprawiło go w osłupienie.

W kącie komory zauważył  trzeciego czerwonego strażnika. Mężczyzna siedział na 

skomplikowanym   zautomatyzowanym   fotelu,   otoczony   z   trzech   stron   komputerowymi 

monitorami   i   kontrolnymi   pulpitami.   Na   ekranie   jednego   monitora   Brakiss   ujrzał   bogaty 

wykaz   holograficznych   wizerunków,   sporządzonych   w   trakcie   całego   życia   Imperatora. 

Biblioteka zawierała wideohologramy z czasów, kiedy Palpatine był jeszcze senatorem, kiedy 

usiłował wprowadzić Nowy Ład i podejmował starania, mające na celu zmiażdżenie Rebelii... 

background image

Były tu nagrane przemówienia, wydawane rozkazy i polecenia, a także wszystkie słowa, jakie 

wypowiedział   czy   to   podczas   wystąpień   publicznych,   czy   zwracając   się   do   zaufanych 

współpracowników. Potężne generatory hologramów składały później fragmenty w żądaną 

całość,   tak,   by   stworzyć   wrażenie,   że   żyjący   Imperator   wygłasza   całkiem   nowe 

przemówienia.

Zdrętwiały z przerażenia Brakiss zaczynał z wolna uświadamiać sobie, co to wszystko 

znaczy.

Ujrzawszy   go,   czerwony   strażnik   zerwał   się   na   równe   nogi.   Fałdy   szkarłatnego 

płaszcza zawirowały i zaszeleściły za jego plecami.

- Nie wolno ci tutaj wchodzić - powiedział.

-   Gdzie   jest   Imperator?   -   zapytał   Brakiss,   mimo   iż   zdążył   się   rozejrzeć   po 

pomieszczeniu i znał odpowiedź. - Nie istnieje żaden Imperator, prawda? To wszystko jest 

oszustwem, pożałowania godną próbą przejęcia władzy?

- Tak - przyznał po chwili wahania czerwony strażnik. - Muszę jednak przyznać, że 

dobrze odegrałeś swoją rolę. Imperator rzeczywiście zginął przed wielu laty, kiedy został 

zniszczony ostatni z jego klonów, ale Drugie Imperium musiało mieć jakiegoś przywódcę. 

Dlatego   my,   czterej   najbardziej   lojalni   strażnicy   Palpatine’a,   postanowiliśmy   uczynić 

wszystko, żeby miało swojego wodza.

Dysponowaliśmy tekstami wszystkich porywających przemówień, jakie wygłosił w 

ciągu   całego   życia.   Mieliśmy   nagrania,   jakich   dokonywał.   Znaliśmy   jego   myśli. 

Wiedzieliśmy,   co   zamierza   i   jakimi   środkami   chce   się   posługiwać   dla   osiągania   celów. 

Posiadaliśmy wszystko, co potrzebne, aby powołać do życia Drugie Imperium, ale zarazem 

uświadamialiśmy sobie, że nie przetrwałoby ani dnia, gdyby któryś z nas został jego wodzem. 

Musieliśmy dać ludziom to, czego pragną, a ludzie pragnęli, żeby wrócił Imperator. Ty także 

sobie   tego   życzyłeś.   Dałeś   się   łatwo   oszukać,   ponieważ   sam   chciałeś   zostać   oszukany   - 

zakończył czerwony strażnik, kiwnąwszy głową Brakissowi.

Naczelnik   Akademii   Ciemnej   Strony   postąpił   dwa   kroki   w   kierunku   czerwonego 

strażnika.   Uniósł   jeszcze   wyżej   miecz   świetlny,   który   zapłonął   zimnym,   bezlitosnym, 

śmiercionośnym blaskiem.

- Nabraliście nas - powiedział, wciąż jeszcze nie umiejąc się otrząsnąć z przeżytego 

wstrząsu. - Wprowadziliście  mnie  w błąd. Mnie! Byłem  jednym  z  najbardziej  oddanych, 

najwierniejszych sług Imperatora, a okazuje się, że służyłem czemuś, co nie istniało. Drugie 

Imperium   nigdy   nie   miało   najmniejszej   szansy,   a   teraz   moi   podwładni   ponoszą   klęskę, 

ponieważ ty i twoi kamraci uciekliście się do mistyfikacji. Nie umieliście niczego porządnie 

background image

zaplanować. Wasze Drugie Imperium było tworem, pozbawionym mrocznego serca.

Zaślepiony   gniewem,   Brakiss   w   kilku   skokach   pokonał   odległość   dzielącą   go   od 

odzianego   w   szkarłatny   płaszcz   mężczyzny.   Wydawało   się.,   że   przeleciał   przez   komorę 

niczym anioł śmierci, wysoko unosząc klingę świetlnego miecza. Ujrzawszy to, czerwony 

strażnik   odepchnął   automatyczny   fotel   od   pulpitów   sterowniczych.   Usiłował   wstać, 

równocześnie sięgając między fałdy jaskrawoczerwonej szaty, by wyciągnąć jakąś broń, ale 

Brakiss nie dał mu szansy.

Rozpłatał trzeciego strażnika; obie połowy dymiąc runęły na klawiatury i kontrolne 

urządzenia, za pomocą których mężczyzna stworzył wizerunek nie istniejącego Imperatora. 

Pojawiające się. hologramy wprowadziły w błąd Brakissa, jego Ciemnych Jedi i pozostałych 

członków personelu imperialnej placówki szkoleniowej... Wszystkich, uznających odrodzenie 

Imperium za cel życia.

- Dopiero teraz Imperium upadło na dobre - mruknął chrapliwie Brakiss.

Powiódł nieprzytomnym spojrzeniem po całym pomieszczeniu. Nie był już posągowo 

urodziwym,   opanowanym   mężczyzną.   W   niczym   nie   przypominał   władczego   i   dumnego 

naczelnika Akademii Ciemnej Strony.

Usłyszał   nagle   jakiś   szelest,   dolatujący   spoza   zmasakrowanych   pancernych   drzwi 

komory.   Odwrócił   się   jak   użądlony   i   dostrzegł   krwistoczerwony   błysk...   płaszcza, 

okrywającego   ciało   czwartego   i   ostatniego   członka   grupy   perfidnych   szarlatanów. 

Zniechęcony   i   zrozpaczony   Brakiss   poruszał   się   jak   we   śnie.   Każdy   ruch   sprawiał   mu 

trudności, a w odrętwiałych mięśniach pulsowały ogniska bólu. Mimo to mistrz Ciemnych 

Jedi nie mógł pozwolić uciec czwartemu strażnikowi. Honor wymagał, aby wszyscy oszuści 

ponieśli zasłużoną karę. Mobilizując resztkę energii, puścił się za uciekinierem.

Czerwony   strażnik   zauważył   jednak   dwóch   kolegów,   leżących   bez   życia   przed 

drzwiami apartamentu Palpatine’a. Jeden rzut oka do wnętrza komory uświadomił mu, że 

naczelnik Akademii Ciemnej Strony widział służące do wytwarzania hologramów urządzenia 

kontrolne   i   sterujące,   jakie   znajdowały   się   w   odizolowanym   pomieszczeniu.   Czwarty 

mężczyzna, nie wahając się ani sekundy, rzucił się do ucieczki.

Dopiero wówczas Brakiss uzmysłowił sobie z absolutną pewnością, że jego marzenia 

o   potężnym,   odrodzonym   Imperium   runęły   w   gruzy.   Ciemni   Jedi,   toczący   walki   na 

powierzchni   Yavina   Cztery,   przegrywali   i   byli   brani   do   niewoli.   Imperialne   myśliwce 

dziesiątkowano i strącano... Ale on, władca Akademii Ciemnej Strony, nie dopuści, żeby ten 

oszust i zdrajca uciekł i ocalił życie. Tylko wówczas, jeżeli go zabije, będzie mógł uznać, że 

do końca zaspokoił żądzę zemsty.

background image

Sadząc długimi krokami, puścił się w pościg za mężczyzną. Czerwony strażnik biegł 

jednak   zdumiewająco   szybko,   jakby   sił   dodawało   mu   przerażenie.   Kiedy   wypadł   z 

odosobnionej części gwiezdnej stacji, popędził opustoszałymi korytarzami Akademii Ciemnej 

Strony. Brakiss biegł za nim, ale odziany w szkarłatny płaszcz uciekinier doskonale wiedział, 

dokąd zmierza. Doskonale.

Ostatni pozostający przy życiu imperialny strażnik wpadł do hangaru i natychmiast 

pobiegł w kierunku pozostawionego przez Brakissa szybkiego jednomiejscowego promu.

Tymczasem mistrz Ciemnych Jedi docierał dopiero do drzwi wiodących na lądowisko.

- Stój! - krzyknął widząc, jak czwarty strażnik znika w kabinie niewielkiej jednostki.

Uniósł do góry buczące ostrze świetlnego miecza, żałując, że nie może zmobilizować 

wystarczających ilości Mocy, aby mężczyzna zamarł jak sparaliżowany. Widział jednak, że 

szarlatan nawet się nie zawahał. Zatrzasnął osłonę kabiny promu i uruchomił repulsory. Przez 

chwilę unosił się nieruchomo nad płytą lądowiska, po czym wydał polecenie zlikwidowania 

energetycznego pola, strzegącego wrót hangaru i nie dopuszczającego do ucieczki atmosfery.

Brakiss   zakipiał   z   wściekłości.   Zastanawiał   się,   czy   zdążyłby   dotrzeć   w   porę   do 

któregoś ze stanowisk artylerii, by zamienić szarlatana w kryształki lodu i rozproszyć je po 

pustkowiach przestworzy. Wiedział jednak, że jest na to już za późno.

Miał wrażenie, że w Akademii Ciemnej Strony nie ma nikogo oprócz niego. Czuł, że 

poniósł sromotną klęskę. Wszystko, czego próbował, obracało się przeciwko niemu. A na 

koniec doznał najgorszej zniewagi. Został zdradzony i oszukany... i to przez byle strażnika.

Nagle w jego głowie zaświtała jakaś spontaniczna myśl. Brakiss przypomniał sobie, że 

kiedy   powstawała   Akademia   Ciemnej  Strony,   rzekomo   na   rozkaz   samego   Imperatora 

Palpatine’a,   we   wnętrzu   konstrukcji   gwiezdnej   stacji   zainstalowano   setki,   a   może   nawet 

tysiące połączonych ze sobą potężnych ładunków wybuchowych, mających stanowić coś w 

rodzaju zaworu bezpieczeństwa. Gdyby Palpatine kiedykolwiek powziął podejrzenie, że nowa 

grupa potężnych Ciemnych Jedi staje się dla niego zagrożeniem, mógłby wysłać zakodowany 

sygnał, który wyzwoliłby detonatory i w ten sposób zniszczyłby Akademię Ciemnej Strony, 

bez względu na to, w którym punkcie przestworzy by się znajdowała.

Brakiss stał na progu drzwi wiodących na lądowisko i przyglądał się, jak niewielki 

prom coraz bardziej oddala się od jego gwiezdnej stacji. Nagle uzmysłowił sobie, że przecież 

nie istniał żaden wskrzeszony Imperator. A zatem jedynymi osobami, znającymi tajemnicę 

śmiercionośnego kodu, byli czterej czerwoni imperialni strażnicy...

Niewielki statek oddalał się od systemu Yavina i kolczastego pierścienia Akademii 

background image

Ciemnej Strony. Ostatni pozostający przy życiu strażnik coraz wyraźniej uświadamiał sobie, 

że siły wojskowe, które pozostawiał za sobą, są skazane na nieuchronną zagładę. Możliwe 

nawet, że kiedy kontratak floty Rebeliantów zakończy się powodzeniem, do końca bitwy nie 

dożyje ani jeden imperialny żołnierz.

Mężczyzna był pewien, że wszystko, co zdarzyło się w przestworzach wokół Yavina 

Cztery, powinno stać się absolutną tajemnicą. On sam musi pozostać jedynym świadkiem 

tego,   co   się   wydarzyło.   Musi   za   wszelką   cenę   podtrzymywać   złudzenie,   które   on   i  jego 

towarzysze z takim trudem stworzyli. Tylko w ten sposób będzie mógł kiedyś znów wspiąć 

się na wyżyny władzy. Oznaczało to jednak, że nie może pozwolić sobie na to, aby Akademia 

Ciemnej   Strony   nadal   istniała.   Musi   uczynić   wszystko,   co   w   jego   mocy,   żeby   jak 

najdokładniej pozacierać za sobą wszystkie ślady. Jeżeli będzie miał szczęście, może stanie 

się   kimś   znaczącym   i   poważanym.   Możliwe   nawet,   że   zostanie   przywódcą   którejś   z 

przestępczych   grup   czy   organizacji,   jakich   wiele   prowadziło   działalność   na   obrzeżach 

przestworzy, opanowanych przez Nową Republikę.

Czerwony   strażnik   nadał   krótki   sygnał,   obdarzony   niezwykle   skomplikowanym 

kodem. Wysłał w przestworza przerażającą sekwencję impulsów, którą nigdy przedtem nie 

zamierzał się posługiwać.

Zniszczyć!

I   kiedy   jego   niewielki   prom   zapuszczał   się   coraz   dalej   w   głąb   bezkresnej   czerni 

przestworzy, najeżony lufami dział pierścień Akademii Ciemnej Strony rozkwitł jak ognisty 

kwiat.   Po   chwili   jego   płatki,   rozchyliwszy   się   we   wszystkie   strony,   zamieniły   się   w 

oślepiająco jasną kulę płonących gazów i metalowych szczątków.

background image

ROZDZIAŁ 20

Z trudem idąc coraz dalej, Zekk przedzierał się przez nieznaną dżunglę porastającą 

powierzchnię Yavina Cztery. W panującym półmroku widział tylko to, co znajdowało się w 

odległości dwóch metrów przed nim. Kolczaste gałęzie krzewów zahaczały raz po raz to o 

włosy,   to   o   fałdy   peleryny.   Młodzieniec   z   wysiłkiem   oddychał   duszącym,   wilgotnym 

powietrzem.   Koński   ogon   już   dawno   się   rozwiązał,   ale   mimo   to   Zekk,   potykając   się   o 

korzenie, brnął dalej. Od czasu do czasu oglądał się przez ramię, by zobaczyć, czy nie jest 

ścigany przez któregoś z wyszkolonych przez Skywalkera uczniów jasnej strony. Co prawda, 

nie wyczuwał,  by ktokolwiek podążał jego śladami, ale nie był  tego pewien. Kto wie? - 

pomyślał, trochę jednak zaniepokojony. Może jasna strona pozwalała uciekać się do sztuczek, 

o których nigdy mu się nie śniło? Może istniały sposoby, dzięki którym nie potrafił wyczuwać 

obecności ścigających go prześladowców?

Tego dnia widział takie rzeczy, że nawet nie miał pojęcia, iż mogą istnieć. Dziwne 

rzeczy. Straszliwe rzeczy. Nie zwracał uwagi na to, że wąska i kręta ścieżka, którą szedł, raz 

po raz znika w gąszczu kolczastych zarośli. I tak nie wiedziałby, dokąd idzie. Widocznie jego 

umysł został częściowo sparaliżowany, ponieważ oczy widziały coś, czego nie oglądały nigdy 

przedtem. Były świadkami zniszczeń, terroru, klęski... i śmierci.

Nagle stopa młodzieńca poślizgnęła się na stosie pleśniejących wilgotnych liści. Zekk 

potknął się i przyklęknął na jedno kolano. Pochwycił  jakąś nisko zwieszającą się gałąź i 

dźwignął ciało, po czym jakby zbudzony z głębokiego snu, rozejrzał się po napierających ze 

wszystkich stron gąszczach.

W którą stronę właściwie szedł? Wiedział, że zmierza do jakiegoś celu, ale nie bardzo 

potrafił przypomnieć sobie, do jakiego. W końcu podsunęła mu to chyba podświadomość, 

ponieważ młodzieniec wyprostował się i poszedł dalej.

Nagle,   tuż  przed   nim,   z  plątaniny  zarośli  wyskoczył  jakiś  duży  gryzoń,  sięgający 

mniej więcej kolan. Wysunął pazury i rzucił się na Zekka, jednak w tej samej chwili władzę 

nad mięśniami Najciemniejszego Rycerza przejęły doskonale wyćwiczone odruchy Jedi.

Jednym płynnym ruchem Zekk sięgnął po rękojeść świetlnego miecza i odskoczył w 

krzaki, aby zwierzę nie rozorało go pazurami. Skóra na policzku pękła, kiedy zetknęła się z 

chropowatą purpurowobrązową korą potężnego pnia drzewa Massassów. Zanim Zekk zdążył 

mrugnąć   powiekami   czy   zaczerpnąć   następny   łyk   powietrza,   z   rękojeści   wystrzeliło 

szkarłatnoczerwone ostrze... Przecięło ciało gryzonia na dwie części, kiedy zwierzę jeszcze 

background image

szybowało w powietrzu. Gryzoń zaskrzeczał, ale dziwny odgłos trwał tylko chwilę. Później 

obie parujące połówki opadły na wilgotną ziemię, pokrytą warstwą butwiejących liści.

Zekk przypomniał sobie, że w podobny sposób zabił ulubionego ucznia Tamith Kai, 

Yilasa,   kiedy  walczył  z   nim  w  pozbawionym   ciążenia   pomieszczeniu   Akademii   Ciemnej 

Strony. Wspomnienie nie należało jednak do takich, które przyniosłyby mu ukojenie.

Z rozciętej skóry na policzku spływała strużka krwi, ale ból był zbyt nikły, żeby Zekk 

mógł go odczuwać. Na razie chroniła młodzieńca umiejętność władania Mocą... Czy nie był, 

mimo   wszystko,   Ciemnym   Jedi?   Ale   co   mogło   się   stać   z   jego   kolegami,   którzy   także 

wyruszyli   do   walki   ku  chwale   Drugiego   Imperium?   Co   stało   się  z   ich   umiejętnościami? 

Dlaczego nic nie układało się tak, jak przewidywały plany? Tego dnia Zekk był świadkiem, 

jak jego Ciemni Jedi, jeden po drugim, przegrywają pojedynki albo są brani do niewoli przez 

uczniów Skywalkera.

Miał straszliwe przeczucie, że spośród wszystkich tylko on nie został dotąd pokonany.

Och,   wojownicy   ciemnej   strony   odnieśli   kilka   spektakularnych   zwycięstw. 

Dywersantowi   Orvakowi   udało   się   wysadzić   w   powietrze   generatory   siłowego   pola 

ochraniającego   wielką   świątynię   przed   atakami   z   powietrza.   Bez   wątpienia   imperialny 

komandos nie spoczął na laurach i po odniesieniu tego sukcesu natychmiast  przystąpił do 

wykonywania   drugiej   części   zadania.   W   ciągu   dnia   wydarzyło   się   także   wiele   innych 

przyjemnych rzeczy. Kilka razy Zekk miał świadomość, że adepci Akademii Ciemnej Strony 

zwyciężają. Zawsze jednak okazywało się, że ich sukcesy były krótkotrwałe.

A   przecież   Brakiss,   Tamith   Kai,   on   i   jego   podopieczni   byli   tacy   pewni   tego,   że 

odniosą szybkie, łatwe i zdecydowane zwycięstwo. Tak dobrze panowali nad siłami ciemnej 

strony, że nie powinni mieć z tym żadnych problemów. Przynajmniej Zekk zawsze to sobie 

powtarzał. Tego nauczał go zawsze mistrz Brakiss.

Po kilku następnych minutach przedzierania się przez zarośla młodzieniec wyłonił się 

z ciemności, panujących w leśnych ostępach, i wkroczył na dużą polanę. Jej skrajem, wijąc 

się między drzewami, leniwie toczyła wody szeroka rzeka. Czując, że jej widok podnosi go na 

duchu, Zekk stanął na brzegu i pochylił się, by zaspokoić pragnienie.

Mimo iż woda miała zielonkawą barwę, widział swoje odbicie całkiem wyraźnie. Z 

mąconej   przez   niewielkie   fale   powierzchni   spoglądały   na   młodzieńca   zapadnięte 

szmaragdowozielone źrenice, otoczone ciemniejszymi obwódkami. Na obliczu malował się 

jednak tylko mizerny cień dawnej pewności siebie, z jaką przystępował do walki. Zlepione 

błotem kosmyki czarnych włosów okalały bladą twarz, podobną do księżyca krążącego wokół 

rodzimej planety, Ennth. Z rozcięcia skóry na policzku nie przestawały sączyć  się krople 

background image

krwi.   Radośnie   kontrastowały   z   purpurowofioletowymi   sińcami,   które   otaczały   ranę.   Ich 

widok sprawił, że Zekk zaczął myśleć o Brakissie i jego posągowo pięknej twarzy.

Ogarnęła go taka rozpacz, że poczuł w głowie absolutną pustkę. Jęknął i opadł na 

czworaki, nie bacząc na to, że dłonie i kolana zagłębiły się w warstwę przybrzeżnego mułu. 

Nie uświadamiaj ąc sobie tego, co robi, przycisnął do uszu ubrudzone mułem dłonie.

- Brakissie! - krzyknął, jakby właśnie j ego obarczał całą winą za poniesioną klęskę. - 

Co się stało? Co potoczyło się nie po twojej myśli?

Nadal nie rozumiejąc, co się dzieje, uniósł głowę ku niebu. Przez ułamek sekundy 

spoglądał na majaczący w górze kolczasty pierścień Akademii Ciemnej Strony, wiszący na 

orbicie nad porośniętym dżunglą księżycem...

Osłupiały obserwował, jak bez widocznego powodu gwiezdna stacja zamienia się w 

ognistą kulę rozpryskujących się we wszystkie strony szczątków. Ze zdumienia otworzył usta. 

Dotychczas nie przypuszczał, że mógłby odczuwać jeszcze większy ból.

Okazało się, że był w błędzie.

Brakiss. To nazwisko nie przestawało powtarzać się w jego myślach. Zekk wiedział, 

że kiedy Akademia Ciemnej Strony eksplodowała, jej naczelnik przebywał na pokładzie. Czuł 

to. Odbierał rozpacz promieniującą z umysłu nauczyciela.

Odziany w srebrzyste  szaty młody,   urodziwy mężczyzna   przyjął  do  siebie  Zekka, 

mimo iż młodzieniec nie miał żadnych perspektyw na lepszą przyszłość. Później naczelnik 

imperialnej uczelni uleczył go z depresji, nauczał i wskazał dalszą drogę. Nadał nowy sens 

jego   życiu.   Przekazał   umiejętności,   z   których   chłopak   mógł   być   dumny.   Kiedy   Zekk 

przebywał   w   Akademii   Ciemnej   Strony,   czuł   się   jak   w   domu.   Otrzymał   nawet   tytuł 

Najciemniejszego Rycerza.

A teraz? Co z tego pozostało? Całą tę naukę i marzenia diabli wzięli. Duma, koledzy, 

świetlana  przyszłość...   wszystko  się   rozwiało.  W   myślach   Zekka  nie   krył  się   nawet  cień 

wątpliwości,  że   Drugie   Imperium  właśnie   tego  dnia   poniosło  druzgocącą,  nieodwracalną, 

sromotną klęskę. A teraz zginął jego nauczyciel i najlepszy przyjaciel, wychowawca i doradca 

- jedyny człowiek, który kiedykolwiek pokładał w nim nadzieję.

Nie.   Brakiss   nie   był   jedynym   mężczyzną,   ufającym   Zekkowi.   Kiedy   młodzieniec 

uświadomił sobie tę prawdę, ogarnęła go jeszcze większa udręka. Drugą osobą, która także 

zawsze   w  niego   wierzyła,   był   stary   Peckhum.   Zekk   obiecał   kiedyś,   że   nigdy  nie   uczyni 

niczego, co mogłoby sprawić ból albo zawód siwowłosemu gwiezdnemu pilotowi. Tego dnia 

Zekk walczył jednak po stronie nieprzyjaciół Peckhuma. Pomimo wszystkich innych wad, do 

których   czasami   się   przyznawał,   młodzieniec   jeszcze   nigdy  w  życiu   nie   okłamał   starego 

background image

przyjaciela.

Stwierdził, że w jego piersi wzbiera kolejna fala gniewu, tym razem na siebie i na to, 

że dał się zmusić do walki przeciwko wiernemu druhowi. Poczuł obrzydzenie na myśl o tym, 

że musiał dokonywać takich strasznych wyborów. Napiął mięśnie, aż poczuł ból, który wydał 

mu się niemożliwy do zniesienia. Trawiony rozpaczą, jeszcze głębiej wbił palce w warstwę 

przybrzeżnego   mułu.   Muł   był   ciemny,   wilgotny,   śliski   i   zdradliwy.   Możliwe,   że   właśnie 

dzięki tym cechom doskonale wyrażał to wszystko, co młodzieniec wybrał: ciemność.

Tego   dnia   stał   bezczynnie   i   przyglądał   się,   jak   jego   koledzy   zestrzeliwują 

„Piorunochron”. Nie wiedział  tego na pewno, ale wszystko  wskazywało na to, że jedyny 

człowiek, który kiedykolwiek obdarzył go bezinteresowną przyjaźnią i zaufaniem, nie żył. 

Nie mogąc dłużej znieść udręki, Zekk zacisnął palce. Wyszarpnął dwie garście wilgotnej mazi 

i rozsmarował po całej twarzy. Muł wniknął pod rozciętą skórę i wreszcie sprawił mu trochę 

fizycznego bólu. Chłopak uświadomił sobie, że dopiero teraz naprawdę go odczuwa. Niewiele 

go to obchodziło. Zasłużył sobie na ból i cierpienia.

Zawiódł   wszystkich:   Brakissa,   pozostałych   wojowników   ciemnej   strony,   starego 

Peckhuma...   samego   siebie.   Z   oczu   Zekka   popłynęły   łzy,   ale   chłopak   nawet   tego   nie 

zauważył.   Nabrał   następne   dwie   pełne   garście   mułu   i   rozprowadził   miękką   glinę   po 

ramionach,   przedramionach   i   szyi.   Każdą   odsłoniętą   część   ciała   pokrył   grubą   warstwą 

ciemnej mazi.

To... właśnie t o oddawało najtrafniej stan jego ducha. Ciemność. Sam ją wybrał i sam 

się w niej pogrążył. Był zbrukany przez ciemność.

Mimo to nie miał wyjścia. Nie mógł zawrócić z obranej drogi. Dokonał wyboru i teraz 

musiał ponieść wszelkie konsekwencje. Był, kim był. Ciemnym Jedi. Nic nie mogło teraz 

zmienić tego faktu. I chociaż lord Brakiss poniósł śmierć na pokładzie Akademii Ciemnej 

Strony, a jego podwładni zostali pokonani albo wtrąceni do więzienia, Zekk do końca życia 

nie zdoła uporać się z wyrzutami sumienia, bez względu na to, ile dni miałby przeżyć.

Nawet Jacen i Jaina, o ile jeszcze żyją, nie będą mogli mu przebaczyć wszystkiego, co 

uczynił. Jeżeli wziąć pod uwagę toczącą siew przestworzach bitwę, unicestwienie Akademii 

Ciemnej Strony i walki na powierzchni Yavina Cztery, Zekk był osobiście odpowiedzialny za 

śmierć setki albo więcej ludzi. Może także za śmierć Peckhuma. Bliźnięta nigdy mu tego nie 

wybaczą.   Nie   rozumiały,   że   decyzja,   jaką   podjął,   kiedy   postanowił   rozpocząć   naukę   w 

imperialnym ośrodku szkoleniowym, wydawała mu się wówczas słuszna i jedyna. W ogóle 

nie wierzyły, że mógłby w przyszłości stać się kimś cenionym i poważanym.

Zekk dokonał jednak wyboru, a później starał się, jak umiał najlepiej. Kiedy wyprawił 

background image

się na Kashyyyk  i spotkał z Jainą, ostrzegł ją, aby nie powracała na Yavin Cztery.  Miał 

nadzieję, że dzięki temu ostrzeżeniu uchroni ją przed niebezpieczeństwami, jakie niósł udział 

w zaciętej walce. W głębi duszy wątpił jednak, by dziewczyna usłuchała.

Z wysiłkiem wstał i jeszcze raz spojrzał na swoje odbicie, jakie ukazywały mu leniwie 

płynące wody rzeki. Obrzeżona szkarłatną lamówką czarna peleryna, która kiedyś stanowiła 

przedmiot   największej   dumy,   zwisała   teraz   smętnie   z   ramion,   w   wielu   miejscach 

podziurawiona i rozdarta, a z lamówki pozostały tylko strzępy. Jego skórę pokrywała gruba 

warstwa   błota,   a   w   zapadniętych   szmaragdowych   oczach   malowało   się   przygnębienie   i 

zniechęcenie.

Zekk   wiedział   jednak,   że   to   jeszcze   nie   koniec.   Możliwe,   że   nikogo   już   nie 

obchodziło, co postanowi i co zrobi, ale nadal mógł dokonywać wyborów. Jeszcze pokaże 

bliźniętom, co potrafi. Odwrócił się i ruszył wzdłuż brzegu rzeki. Kierował się ku wielkiej 

świątyni.

Miał w zanadrzu jeszcze jeden atut, który musiał wykorzystać.

background image

ROZDZIAŁ 21

- Tam, w dole - odezwała się Jaina, pokazując niewielką polanę, którą Luke wybrał na 

miejsce zbiórki wszystkich uczniów akademii Jedi.

Lando Calrissian, siedzący za sterami własnego wahadłowca, wyszczerzył w szerokim 

uśmiechu olśniewająco białe piękne zęby.

- Wszystko jasne, młoda damo - powiedział. - Wygląda na to, że się nas spodziewają. 

Widocznie walki musiały już się skończyć.

Kiedy ciemnoskóry mężczyzna zaczął podchodzić do lądowania, Jaina postanowiła 

posłużyć się technikami relaksacyjnymi Jedi, aby chociaż trochę się odprężyć. Stwierdziła 

jednak,   że   nie   przyniosło   jej   to   żadnej   ulgi.   Mięśnie   pozostawały   tak   samo   zdrętwiałe   i 

napięte jak wówczas, kiedy kuląc się w ciasnej kabinie myśliwca typu TIE uciekała, by ocalić 

życie. Z jakiegoś powodu nie potrafiła zapomnieć o tamtych  chwilach. Tego dnia po raz 

pierwszy  w  życiu   walczyła   jak  prawdziwy  rycerz   Jedi.   Jej   przeciwnikiem   był   inny  Jedi, 

posługujący się siłami ciemnej strony.

Przecież właśnie temu celowi miało służyć całe dotychczasowe szkolenie.

Kiedy wahadłowiec Calrissiana w końcu znieruchomiał na lądowisku, dziewczyna nie 

traciła czasu na zbędne formalności. Opuściła szybko pokład, podbiegła do wuja i rzuciła się 

w jego objęcia.

- Udało ci się! Żyjesz! - krzyknęła, czując uniesienie i wielką ulgę.

- Witaj, Luke’u, stary kumplu - odezwał się Lando. - Przyleciałem, żeby choć trochę 

pomóc, ale widzę, że doskonale sobie radzisz i panujesz nad całą sytuacją.

- Mimo to przyda mi się twoja pomoc, Lando - odparł Skywalker. Odwzajemnił uścisk 

Jainy. - Obawiam się, że niektórzy z nas nie mieli tyle szczęścia - dodał poważnie.

Dopiero wówczas Jaina uświadomiła sobie, że nie ma pojęcia, jak układały się losy 

bitwy na powierzchni księżyca. Przygryzła dolną wargę i potoczyła wokoło nieprzytomnym 

spojrzeniem. Miała nadzieję, że dostrzeże gdzieś Jacena, Tenel Ka i młodego Wookiego.

Na widok tego, co zobaczyła, ogarnęło ją przerażenie. Spostrzegła, że żaden uczeń 

akademii Jedi nie uniknął ran albo obrażeń. Kilkoro młodych rycerzy Jedi utykało. Prawa 

ręka   Tionny   zwisała   na   temblaku,   a   srebrzystosiwe   włosy   instruktorki   były   osmalone. 

Niektórzy uczniowie mieli tylko zadrapania i siniaki, ale inni odnieśli poważniejsze rany.

Jaina   zdumiała   się,   kiedy   zauważyła   Raynara.   Twarz   chłopca   pokrywało   błoto,   a 

krzykliwa szata rozdarta i poplamiona chyba rzecznym szlamem. Chodząc między rannymi 

background image

kolegami   i   koleżankami,   młody   uczeń   opatrywał   rany   i   pomagał,   jak   umiał.   Sprawiał 

wrażenie smutnego i przygnębionego.

Kiedy dziewczyna zwróciła uwagę na pacjentkę, którą właśnie się zajmował, zbladła i 

rzuciła się ku niej. Tenel Ka leżała, chyba trawiona wysoką gorączką. Wyglądało na to, że 

straciła sporo krwi. Miała głęboką ranę ciętą, biegnącą przez czoło i zaczynającą się nad 

jednym szarym okiem. Inna rana cięta, trochę płytsza, szpeciła niemal całe udo i kończyła się 

tuż powyżej kolana.

Raynar klęczał u boku dziewczyny i darł na paski materiał stosunkowo czystej szaty 

spodniej. Jaina zrobiła z resztek coś w rodzaju tamponu. Zamierzając powstrzymać dalszy 

upływ krwi, przyłożyła go do rany na czole. Tymczasem Raynar zaczął bandażować ranę na 

nodze.

Jaina rozejrzała się po polanie, wypatrując Jacena. Dopiero teraz zauważyła, że kilka 

metrów dalej, cicho jęcząc i trzymając się za bok, leży w trawie Lowie.

W różnych miejscach na skraju polany Tionna, Luke i Lando pomagali innym rannym 

uczniom, leżącym albo siedzącym na murawie. Nigdzie jednak nie było widać Jacena.

- Lowie, jak się czujesz? - zapytała Jaina.

Młody Wookie mruknął coś zdawkowo i machnął ręką, jakby chciał powiedzieć, żeby 

dziewczyna skończyła najpierw opatrywać rany wojowniczki z Dathomiry.

-   Och,   pani   Jaino!   Dzięki   niech   będą   niebiosom,   że   wreszcie   pani   się   zjawiła!   - 

krzyknął  Em  Teedee.  Piskliwy głosik  miniaturowego  androida-tłumacza  zabrzmiał  jednak 

bardzo   dziwnie,   inaczej   niż   zazwyczaj.   Jaina   zauważyła,   że   kratka   osłaniająca   niewielki 

głośnik   jest   wgnieciona.   -   Po   prostu   nie   może   pani   mieć   pojęcia,   przez   co   przeszliśmy 

wszyscy troje. Pan Lowbacca i pani Tenel Ka musieli skakać z bojowej platformy, ponieważ 

nie zamierzali stracić życia w wyniku eksplozji. Mieli szczęście, gdyż platforma kilka chwil 

później i tak zniknęła w odmętach rzeki.

Kiedy lądowaliśmy na drzewie, pan Lowbacca zdołał uchwycić się jakiegoś konaru, 

ale pani Tenel Ka uderzyła głową o wystającą gałąź. Obijając się o pień, zaczęła spadać coraz 

niżej, ale pan Lowbacca natychmiast zanurkował, pragnąc ją ocalić.  Pochwycił  jej rękę i 

zapobiegł   katastrofie   w   ten   sposób,   że   wylądował   brzuchem   na   szerokim   konarze. 

Zapewniam, pani Jaino, że zachował się jak bohater. Rzecz jasna, nie jestem medycznym 

androidem, ale obawiam się, że pan Lowbacca ma złamaną i przemieszczoną kość ramienia 

oraz pęknięte co najmniej trzy żebra.

Raynar zmienił opatrunek na głowie Tenel Ka, a potem, pragnąc go unieruchomić, 

zaczął owijać bandażem.

background image

- Możesz iść - odezwał się do Jainy, kiwając zarazem głową w stronę Lowbaccy. - 

Sam skończę.

Kiedy na polanę weszło dwóch innych rannych uczniów Jedi, Jaina popatrzyła  na 

nich, w nadziei, że może ujrzy brata. Żaden jednak nie był nawet podobny do Jacena.

- Czy nie widziałeś gdzieś mojego brata? - zwróciła się do Raynara.  Podeszła do 

Lowiego,   zamierzając   obejrzeć   jego   obrażenia.   -   On   i   stary   Peckhum   polecieli 

„Piorunochronem”, żeby wysłać sygnał alarmowy i wezwać posiłki. Powinien był już dawno 

wrócić.

Chłopiec zmarszczył brwi i pokręcił głową.

- No cóż... - powiedział, jakby starając się przypomnieć sobie, co się wydarzyło. - 

Widziałem   towarowy  transportowiec...   „Piorunochron”   -   dodał   po   chwili.   -  Chyba   został 

zestrzelony przez jakiś myśliwiec typu TIE.

Jaina zachłysnęła się powietrzem.

- Czy widziałeś, że eksplodował w powietrzu albo roztrzaskał się podczas lądowania? 

- zapytała, kiedy przyszła do siebie.

Raynar odwrócił głowę i popatrzył w inną stronę.

- Nie widziałem - odparł cicho. - Wyglądało na to, że statek jest uszkodzony i ma 

spore   kłopoty   z   utrzymaniem   się   w   powietrzu...   -   Wzruszył   ramionami,   jakby   czuł   się 

skrępowany. - Tak czy owak, to wszystko miało miejsce dawno, na początku bitwy.

Jaina przygryzła dolną wargę i zamknęła oczy. Starając się odnaleźć Jacena, wysłała 

wici Mocy.

- Nie umarł - stwierdziła w końcu. - Nie jestem jednak w stanie powiedzieć nic więcej. 

Nie wyczuwam natomiast obecności starego Peckhuma. Nie umiem nawiązać z nim takiej 

więzi jak z Jacenem. Wiem tylko tyle, że mój brat przebywa gdzieś tam... z daleka od polany.

Na pyzatej, ale dziwnie poważnej twarzy Raynara pojawił się szczery uśmiech.

- To dobrze - oznajmił chłopiec. - Bardzo dobrze.

- To chyba już ostatni, jak mi się zdaje - odezwał się Lando, klękając obok Jainy. - Jak 

się miewasz, Lowbacco, stary kumplu? Wyglądasz, jakbyś brał udział w najbardziej zaciętych 

walkach.

Lowie cicho warknął, przyznając mu rację.

- Myślę, że na polanę zdążyli dotrzeć wszyscy, którzy znajdowali się w pobliżu - rzekł 

Calrissian.

- Znaleźliśmy jeszcze jednego - powiedział Luke, przyłączając się do nich.

Pokazał na skraj polany, gdzie Tionna opatrywała podobnego do drzewa rycerza Jedi. 

background image

Jakaś eksplozja złamała mu jedną gałąź.

Jaina uniosła głowę i spojrzała na wuja.

- A co z Jacenem? - zapytała.

- Żyje... - odrzekł po chwili Luke. - Na razie nie potrafię powiedzieć nic więcej.

- To wiem - zgodziła się dziewczyna. - Ale gdzie przebywa? Czy nie powinniśmy go 

poszukać?

-   Przede   wszystkim   musimy   przenieść   rannych   do   środka   wielkiej   świątyni   - 

oświadczył   Skywalker.   -   Jeżeli   staremu   Peckhumowi   i   Jacenowi   udało   się   utrzymać 

„Piorunochron”   w   powietrzu,   bez   wątpienia   skierowali   się   ku   głównemu   lądowisku.   Nie 

zdołaliby wylądować nigdzie indziej, a z pewnością nie na takiej małej polanie.

Jaina poczuła, że w jej serce wstępuje nowa otucha. Wuj mówił prawdę. Popatrzyła na 

Lowiego.

- Możesz chodzić? - zapytała.

Młody Wookie warknął coś, co chyba miało oznaczać potwierdzenie.

-   Pan   Lowbacca   jest   gotów   wyruszyć   na   przechadzkę,   jeżeli   ktoś   zechciałby   mu 

chociaż trochę pomóc - pospieszył z tłumaczeniem miniaturowy android.

- Dobrze - rzekła dziewczyna. - Wracajmy do akademii Jedi. Niecierpliwie oczekiwała 

chwili, kiedy znów będzie mogła ujrzeć brata. Niepokoiła się, czy nie przydarzyło mu się coś 

złego.

Mniej więcej po godzinie grupa rannych, utykających uczniów Jedi wyłoniła się z 

ostępów dżungli i stanęła obok wielkiej świątyni na skraju polany, zamienionej na lądowisko. 

Rozczarowana Jaina stwierdziła jednak, że na wielkiej, oczyszczonej z roślinności przestrzeni 

nie spoczywa żaden gwiezdny statek.

- Nie martw się, młoda damo - pocieszył ją Lando. - Pomogę ci ich szukać.

Dziewczyna ciężko westchnęła i kiwnęła głową. Chociaż wiedziała, że Jacen żyje, 

miała wrażenie, że wydarzy się coś złego. Przeczuwała, że nadciąga niebezpieczeństwo.

-   W   porządku   -   odezwała   się   w   końcu.   -   Wprowadzimy   najpierw   do   świątyni 

wszystkich   rannych.   W   środku   będą   bezpieczni.   Musimy   jednak   wnieść   ich   przez   drzwi 

wiodące na dziedziniec. Wrota hangaru są wciąż zablokowane.

Przejście przez lądowisko na wybrukowany kamiennymi płytami dziedziniec zajęło 

więcej  czasu niż Jaina się spodziewała,  ale wreszcie znalazła  się w odległości  dziesięciu 

metrów od ciemnego prostokątnego otworu. Widząc, że do przejścia pozostało zaledwie kilka 

kroków, uśmiechnęła się i przyspieszyła.

Nagle z mrocznego wnętrza wy skoczył jakiś odziany w łachmany młody mężczyzna. 

background image

Jego posiniaczoną i zakrwawioną twarz pokrywała gruba warstwa schnącego rzecznego mułu, 

ale Jaina rozpoznałaby j ą wszędzie, gdziekolwiek by ją ujrzała.

Zekk uniósł dumnie głowę i stanął, zagradzając przejście własnym ciałem.

- Nikt nie wejdzie do świątyni - oświadczył stanowczo.

background image

ROZDZIAŁ 22

Jaina stała znów twarzą w twarz z przyjacielem z dawnych czasów, Zekkiem, ale 

zupełnie nie wiedziała, co powiedzieć. Miała wrażenie, że nie może oddychać. Pomyślała, iż 

zapewne powietrze w jej płucach zamieniło się w bryłę lodu. Czuła tylko przyspieszone bicie 

serca.

Tymczasem Zekk nie uczynił żadnego ruchu.

Luke podszedł do Jainy i stanął u jej boku. Lowbacca, który wspierał się o ramię 

dziewczyny z drugiej strony, cicho warknął. W tej samej sekundzie Jaina uświadomiła sobie, 

że   wyczuwa   obecność   wszystkich   innych   uczniów   Jedi,   stojących   na   skraju   dziedzińca... 

Koledzy i koleżanki z akademii ujrzeli Zekka po raz pierwszy dopiero tego dnia, kiedy objął 

dowództwo oddziału wojowników Akademii Ciemnej Strony. Widzieli w nim tylko wroga. 

Nawet nie podejrzewali, że w przeszłości mógł być kimś zupełnie innym.

Jaina utkwiła spojrzenie w pokrytej warstwą schnącego mułu twarzy Zekka.

- Sama się z tym uporam, wujku Luke’u - powiedziała. - Nie chcę, by ktokolwiek mi 

pomagał.

Luke   wahał   się   przez   chwilę.   Jaina   zorientowała   się,   że   spełnienie   jej   prośby 

przychodzi mu z wielkim trudem. Kiedy odezwał się, w jego głosie zabrzmiał niepokój:

- To coś innego niż rozbieranie i naprawianie uszkodzonych mechanizmów, Jaino - 

ostrzegł.

- Wiem - odparła cicho dziewczyna. - Nie mam pojęcia, czy Zekk mnie usłucha, ale 

jestem pewna, że nie usłucha nikogo innego.

-   Pamiętam,   że   przed   wielu   laty   też   tak   sądziłem   -   oznajmił   Luke.   -   Kiedy 

postanowiłem   nawrócić   Dartha   Vadera   na   jasną   stronę.   Taka   próba   to   coś   bardzo 

niebezpiecznego, a prawdopodobieństwo powodzenia jest niezwykle małe.

Westchnął, jakby wciąż zastanawiał się, czy Jaina sobie poradzi.

Dziewczyna oderwała spojrzenie od twarzy Zekka. Z wysiłkiem odwróciła głowę i 

popatrzyła na wuja.

- Proszę, pozwól mi spróbować - powiedziała.

Luke przez dłuższą chwilę przyglądał się jej w milczeniu, wreszcie kiwnął głową.

Jaina znów zwróciła oczy na twarz Zekka. Skupiła się wewnętrznie, myśląc o tym, co 

powie. Tymczasem Luke Skywalker ujął Lowiego pod rękę i odprowadził na skraj polany. 

Dziewczyna zaczerpnęła jeszcze więcej energii Mocy, ale nadal nie miała pojęcia, jak zacząć 

background image

rozmowę ze stojącym przed nią młodzieńcem, dowódcą wszystkich Ciemnych Jedi.

To przecież Zekk, pomyślała. Był kiedyś moim przyjacielem.

Postąpiła krok w jego stronę i odezwała się na tyle głośno, żeby mógł ją usłyszeć.

- Bitwa dobiegła końca, Zekku. Musimy wejść do wielkiej świątyni, żeby zająć się 

opatrywaniem rannych.

Zekk wzdrygnął się, jakby przeniknięty wewnętrznym dreszczem. Cofnął się o krok, 

ale rozłożył ręce w taki sposób, że zablokował całe wrota.

- Nie - odparł. - Jeżeli to uczynisz, będziesz musiała opatrywać jeszcze więcej ran i 

obrażeń.

Jaina nie przejęła się tą pogróżką. Postanowiła podejść do rozwiązania problemu z 

innej strony.

Zwróciła   uwagę   na   to,   że   chłopak   wodzi   niespokojnym   spojrzeniem   po   skraju 

dziedzińca, jakby oceniał siłę i liczbę uczniów mistrza Skywalkera. Zapewne usiłował się 

zorientować, jak poważnie są ranni, aby stwierdzić, ilu zdoła zabić, zanim obezwładnią go 

pozostali.

-   Chciałabym   nadal   być   twoją   przyjaciółką,   Zekku   -   zaczęła.   Zauważyła,   że 

młodzieniec zamrugał i szarpnął się, jakby go uderzyła. - Wyrzeknij się ciemnej strony i wróć 

na   jasną.   Czy   pamiętasz,   jak   kiedyś   znalazłeś   stary   moduł   komputerowy   umożliwiający 

buszowanie w innych systemach? Pamiętasz, jak za pomocą niego przeniknęliśmy do systemu 

komputerowego holograficznego zoo?

Zekk kiwnął niepewnie głową.

- Przeprogramowaliśmy wówczas hologramy wszystkich zwierząt w taki sposób, żeby 

wyśpiewywały koreliańskie pijackie piosenki - ciągnęła dziewczyna.

Na wspomnienie tamtych chwil kąciki jej ust uniosły się w tęsknym uśmiechu.

- Przyłapano nas - przypomniał cicho Zekk. - A technicy ogrodu usunęli wszystkie 

zmiany, jakich dokonaliśmy w oprogramowaniu.

- To prawda, ale wielu zwiedzającym gościom tak się to podobało, że kilka miesięcy 

później dyrekcja wydzieliła na ich prośbę część ogrodu i umieściła w niej hologramy naszych 

śpiewających zwierząt.

Jaina odniosła wrażenie,  że ujrzała  w szmaragdowych  źrenicach  Zekka  przebłyski 

uznania.   Oglądała   je   jednak   tylko   przez   krótką   chwilę,   gdyż   później   oczy   młodzieńca 

zamieniły się znów w twarde okruchy zielonego marmuru.

- Już nie jesteśmy dziećmi, Jaino - odezwał się Najciemniejszy Rycerz. - Nie możemy 

wrócić do tamtych czasów. Wygląda na to, że tego nie rozumiesz, prawda?

background image

Ponownie powiódł spojrzeniem po skraju dziedzińca. Później uniósł rękę i przeciągnął 

palcami po czole, jakby chciał rozsmarować jeszcze więcej błota.

- Istotnie, nie rozumiem - rzekła Jaina. - Nie chciałbyś mi tego wytłumaczyć?

Zekk głęboko odetchnął i zaczął spacerować przed wrotami świątyni. Wyglądał jak 

dzikie zwierzę, zamknięte w niewidocznej klatce.

- Miejsce, które mógłbym nazwać własnym domem, już nie istnieje - zaczął cicho. - 

Takim   domem   stała   się   dla   mnie   Akademia   Ciemnej   Strony.   Przestała   jednak   istnieć... 

zamieniła się w ognistą kulę. Co mam teraz zrobić? Dokąd pójść? Ciemna strona owładnęła 

całym moim życiem.

- To nieprawda, Zekku - odezwała się dziewczyna. - Możesz zerwać z przeszłością. 

Jeżeli chcesz, pomogę ci wrócić na jasną stronę.

Zekk roześmiał się, ale w jego śmiechu zabrzmiało coś pośredniego między gniewem 

a   rozpaczą.   Przesunął   zakrzywionymi   palcami   po   policzku,   po   czym   wyciągnął   dłoń   ku 

Jainie, aby mogła zobaczyć  muł, który usunął z twarzy.  Z rozdrapanej rany popłynęła na 

nowo strużka krwi, ale chłopak chyba nawet tego nie zauważył.

- Ciemna strona w niczym nie przypomina tej mazi, Jaino - powiedział. - Nie możesz 

ubrudzić się nią tylko na chwilę, a później zmyć albo zdrapać z twarzy. Nie możesz postąpić 

jak dziecko, które wykąpało się zaraz po tym, kiedy przestało się taplać w błocie.

Zekk opuścił rękę, a potem otarł dłoń o podartą, ubrudzoną pelerynę.

-   Jestem   teraz   kimś   innym   niż   tamten   niedouczony   ulicznik,   którego   znałaś   na 

Coruscant - ciągnął. - Nie ma dla mnie miejsca w twoim świecie. Nie wiem, dokąd mógłbym 

pójść. Zostałem wyszkolony w taki sposób, że stałem się Ciemnym Jedi. - Na jego twarzy 

odmalował się bezbrzeżny smutek. - A teraz zginął także mój nauczyciel. Kształcił mnie i 

wierzył we mnie. Nadał nowy sens mojemu życiu.

- Peckhum również wierzył w ciebie, Zekku - wtrąciła cicho Jaina.

Młodzieniec   przeczesał   ubłoconymi   palcami   zmierzwione   włosy.   Powiódł   dzikim 

spojrzeniem po skraju dżungli.

- On także zginął, Jaino - powiedział. - Widziałem, jak uszkodzony „Piorunochron” z 

trudem utrzymywał się w powietrzu.

Jaina poczuła się, jakby w brzuch ubodła ją jakaś rozwścieczona rogata bestia. Czyżby 

„Piorunochron” się roztrzaskał? Jacen musiał zatem być ciężko ranny.

- Zawiodłem swojego nauczyciela, a teraz on nie żyje - mruknął Zekk. Mówiąc, nie 

przestawał gestykulować. - Powiodłem do walki wojowników Akademii Ciemnej Strony, i 

wszyscy moi koledzy albo zostali zabici, albo dostali się do niewoli. Jeżeli Peckhum poniósł 

background image

śmierć, to także moja wina.

Oczy młodzieńca stały się szkliste, jakby Zekk był trawiony gorączką. Raz po raz 

chwytał płytkie hausty powietrza.

Jaina zacisnęła zęby. Uparła się i postanowiła, że dopnie celu.

- No cóż, Zekku - powiedziała. - Nie widzę powodu, by przez ciebie miało zginąć 

jeszcze więcej ludzi. Wpuść nas do świątyni, żebyśmy mogli zatroszczyć się o rannych.

Zekk przestał spacerować. Odwrócił się jak użądlony i popatrzył na dziewczynę.

- Nie! Nie wolno wam tam wchodzić!

Jaina podeszła jeszcze o krok bliżej.

- Zekku, przestało istnieć wszystko, o co można by dalej walczyć - rzekła. - Co chcesz 

zyskać przez to, że nie wpuścisz nas do środka?

Młodzieniec pokręcił głową.

- Nigdy nie chciałaś słuchać moich rad - stwierdził oschle. - Zawsze uważałaś, że 

wiesz lepiej.

Był wyraźnie wstrząśnięty, ale poruszał się niesamowicie szybko. Jednym płynnym 

ruchem odpiął od pasa rękojeść świetlnego miecza. Rozległ się syczący trzask i z ciemnego 

cylindra wyskoczyło krwistoczerwone świetliste ostrze.

Niemal w tej samej chwili - tak szybko, że ułamek sekundy później Jaina nie mogła 

przypomnieć sobie, kiedy to zrobiła - ujrzała, że trzyma w wyciągniętej dłoni własny miecz 

świetlny. W pomrukującej błękitnofioletowej klindze pulsowała nagromadzona energia.

Na twarzy Zekka pojawił się drapieżny uśmiech, zupełnie jakby młodzieniec ucieszył 

się, że w końcu dochodzi do walki.

- Widzisz, Jaino - powiedział, podchodząc do niej i kołysząc świetlistą klingą z boku 

na bok - kiedy chociaż raz pozwolisz ciemnej stronie, żeby nad tobą zapanowała, owładnie 

tobą jak choroba, na którą nie wynaleziono leku. Nie sposób się jej pozbyć. - Skoczył ku 

dziewczynie. Klingi obu mieczy zetknęły się i zaskwierczały, a we wszystkie strony trysnęły 

fontanny czerwonych i fioletowych iskier. - A jedynym sposobem pozbycia się tej choroby 

-Zekk natarł po raz drugi, trzeci i czwarty, ale Jaina bez trudu odpierała wszystkie pchnięcia 

-jest zacięta walka!

Jaina   uwijała   się   jak   w   ukropie,   podstawiając   własną   klingę   pod   ostrze   miecza 

przeciwnika. Umiejętnie się broniła, nie spuszczając spojrzenia z twarzy Zekka. Starała się 

przewidywać, co chłopak uczyni w następnej chwili. Kątem oka zauważyła, że stojący na 

skraju   dziedzińca   Luke,   który   uważnie   przyglądał   się   pojedynkowi,   pochwala   jej   sposób 

walki.

background image

Dopiero kiedy pochwyciła spojrzenie wuja, uświadomiła  sobie, że przez cały czas 

starała się siłą nawrócić Zekka na jasną stronę. Usiłowała go zmusić, by podporządkował się 

jej woli. Nie potrafiła. Zrozumiała, że Zekk musi sam dokonać wyboru. Głęboko odetchnęła. 

Otworzyła umysł na przepływ Mocy, a później odskoczyła od młodzieńca.

- Nie będę z tobą więcej walczyła, Zekku - oświadczyła. Wyłączyła buczące ostrze i 

rzuciła rękojeść na ziemię. - Przypuszczam, że w twoim sercu kryje się dobro, ale sam musisz 

zdecydować, w którą stronę pragniesz się zwrócić. Możesz zacząć zastanawiać się nad tym 

już w tej chwili. Ponieważ musisz dokonać tego wyboru, upewnij się, że weźmiesz wszystko 

pod uwagę, żebyś później nie żałował.

Na twarzy Zekka odmalowały się po kolei: zdumienie, gniew i niepokój.

- Skąd wiesz, że po prostu cię nie zabiję?

Jaina zauważyła kątem oka, że Lowbacca ruszył w jej stronę, jakby na odsiecz, ale 

Luke położył dłoń na ramieniu młodego Wookiego i pokręcił głową.

Jaina wzruszyła ramionami.

- Nie wiem tego - przyznała. - Mimo to nie będę walczyła z tobą. A teraz wybieraj.

Uniosła rękę i wsunęła za ucho kosmyk prostych brązowych włosów, który w trakcie 

walki   wysunął   się   i   przesłaniał   twarz.   Uniosła   głowę   i   spojrzała   w   oczy   Zekka.   W   jej 

spokojnym spojrzeniu kryła się niezachwiana pewność... nie tego, że chłopak jej nie zabije, 

ale tego, że postąpiła tak, jak powinna.

- Na co jeszcze czekasz? - szepnęła.

Poruszając się jak we śnie, Zekk uniósł świetliste ostrze i powoli zaczął kierować je w 

stronę głowy Jainy.

background image

ROZDZIAŁ 23

Imperialny komandos Orvak w końcu się przebudził, ale nadal czuł zawroty głowy i 

nudności. Wciąż jeszcze nie mógł przyjść do siebie po koszmarach, które mu się śniły. Jak 

przez mgłę przypominał sobie jadowite węże, szczerzące długie kły i pełznące w jego stronę, 

a   także   gromady   niewidzialnych   drapieżników,   wyłaniających   się   ze   szczelin   między 

kamiennymi  blokami. Kiedy potrząsnął głową, poczuł, że zaczyna  go ogarniać nowa fala 

mdłości i senności.

Nie przypominał sobie, gdzie się znajduje i co robi. Czuł tylko, że jego ciało spoczywa 

na zimnych, twardych kamieniach posadzki. Widocznie ułożył się w niewygodnej pozycji, 

zasnął i spędził w ten sposób nie wiadomo ile czasu. Kiedy uświadomił sobie, że czuje w 

dłoni pulsujący ból, uniósł ją do oczu i ujrzał dwie niewielkie rany podobne do ukłuć. W 

następnej chwili stracił ostrość spojrzenia i poczuł, że znów robi mu się niedobrze.

Nie przypominał sobie, kiedy i w jakim celu zdjął hełm i rękawice. Co właściwie 

robił? I gdzie przebywał?

Nie słyszał żadnych odgłosów bitwy, toczącej się w sąsiedztwie akademii Jedi. Co 

mogło się wydarzyć?

Nagle Orvak przypomniał sobie, że wbiegł do wnętrza prastarej świątyni, by wykonać 

drugą część zadania. Miał przyczynić się do zwycięstwa Drugiego Imperium... Pamiętał także 

niewidzialnego   połyskującego   gada,   który   ukąsił   go   w   dłoń   i   zniknął.   Zapewne   stracił 

przytomność w wyniku działania jadu, jaki dostał się do organizmu.

Ponownie uniósł dłoń do twarzy, ale wciąż jeszcze nie odzyskał ostrości spojrzenia. 

Bez wątpienia jad... Jego organizm uległ zatruciu, a teraz powoli przezwyciężał działanie 

trucizny. Czyżby na tym miała polegać jakaś przewrotna sztuczka czarowników Jedi?

Orvak   z   wysiłkiem   wsparł   się   na   dłoniach   i   usiadł;   podczas   tego   ruchu   cały 

wszechświat zawirował w jego głowie. Obawiając się, że mógłby upaść, przez pewien czas 

nie odrywał dłoni od chłodnych, wyślizganych płyt  posadzki. Wkradł się do świątyni, by 

umieścić ładunki wybuchowe, których eksplozje miały rozerwać na kawałki wielką kamienną 

piramidę.   Wszyscy   przekonaliby   się   wówczas,   jak   bezsilni   są   Rebelianci   i   chroniący   ich 

rycerze Jedi. Zrezygnowaliby z dalszego oporu i zrobili miejsce dla Drugiego Imperium.

Coś widocznie potoczyło się nie tak, jak planowano.

Dopiero   teraz   Orvak   uświadomił   sobie,   że   jednak   coś   słyszy.   Ciche   tykanie. 

Potrząsnął głową i zwrócił ją w kierunku, skąd napływały dziwne dźwięki. Wydawało je 

background image

umieszczone pośrodku ogromnej sali urządzenie, odmierzające upływ czasu...

Urządzenie, odmierzające upływ czasu!

Zamrugał i w końcu odzyskał ostrość spojrzenia. Czuł, że pieką go oczy, ale mimo to 

zauważył cyferki, zmieniające się na miniaturowym wyświetlaczu czasomierza.

Dwanaście... jedenaście... dziesięć...

Zerwał się na równe nogi, ale uczynił to zbyt szybko. Poczuł, że ogarnia go nowa fala 

senności, a kamienna posadzka usuwa się spod jego stóp. Stracił przytomność i upadł.

Dziewięć... osiem...

background image

ROZDZIAŁ 24

Kiedy Zekk powoli opuszczał ostrze świetlnego miecza, coraz bardziej zbliżając je do 

głowy Jainy, dziewczyna nie słyszała nic oprócz coraz głośniejszego buczenia.

- Nigdy tego nie rozumiałaś, Jaino - odezwał się jej były przyjaciel. - Nie potrafiłaś 

zrozumieć. Zawsze ktoś się tobą opiekował; ktoś cię chronił. Nigdy nie zapuściłaś się na 

ciemną stronę. A ciemna strona jest czymś, co pozostawia ślady na duszy.

Spojrzenie młodzieńca wpiło się w oczy dziewczyny. Ręka Zekka znieruchomiała, ale 

palce trzymały pewnie rękojeść broni. Następne słowa, które wypowiedział, zabrzmiały tak 

cicho, że Jaina z trudem je usłyszała.

- W przeciwieństwie do ran na ciele, te rany nie mogą się zabliźnić. Można starać się 

udawać, że ich nie ma - ostrze miecza zabuczało trochę głośniej - ale one istnieją, chociaż są 

niewidoczne.

Jainie wydało się, że nagle koło jej ucha przeleciał rój gniewnie brzęczących owadów, 

ale to była tylko klinga świetlnego miecza. Już nie wisiała nad głową dziewczyny. Powoli, ale 

nieubłaganie kierowała się ku szyi.

Nagle Jaina usłyszała inny dźwięk, dolatujący z większej odległości. Przez buczenie 

świetlnego miecza przebiły się trzaski i szumy zakłóceń, zastąpione po chwili przez donośny 

męski głos, wydobywający się z odbiornika komunikatora:

-   Tu   „Piorunochron”.   Wzywam   kogokolwiek,   kto   mógłby   mnie   usłyszeć.   Lepiej 

zabierzcie   wszystkich   z   głównego   lądowiska.   I   to   szybko.   Nadlatujemy.   Aha,   i   jeżeli 

zdążyliście do tej pory ponownie włączyć choćby część ochronnych pól, jak najszybciej je 

wyłączcie. I bez tego mieliśmy dzisiaj wystarczająco dużo wrażeń. Mam złamaną rękę, więc 

pilotuje   młody   Jacen   Solo,   ale   statek   ma   uszkodzone   stery   i   podziurawione   skrzydła. 

Naprawdę nie wiem, czy nie rozpadnie się podczas lądowania.

W tej samej chwili, przepełnionej zdumieniem i niedowierzaniem, Jaina poczuła, że 

trzymana przez Zekka świetlista klinga miecza zadrżała i oddaliła się od jej głowy. Uwagę 

dziewczyny   przyciągało   jednak   narastające   brzęczenie.   Jaina   obejrzała   się   przez   ramię   i 

ujrzała,   że   nad   wierzchołkami   drzew   ukazuje   się   „Piorunochron”,   wysłużony   towarowy 

transportowiec.

Kołysał się w powietrzu jak pijany, ale leciał dalej, mimo iż z kaszlących silników nie 

przestawały wydobywać się kłęby dymu.

- Halo, „Piorunochron”. Witamy w domu - rozległ się głos Luke’a, który wyciągnął 

background image

własny miniaturowy komunikator. - Możesz lądować bez obaw.

Zekk ze zdumieniem spoglądał na pokiereszowany kadłub starego statku, który mimo 

uszkodzeń zdołał jakoś dolecieć do wielkiej świątyni. Potrząsnął głową, jakby zbudzony z 

głębokiego snu. Wyciągnął do dziewczyny rękę, w której nie trzymał już rękojeści świetlnego 

miecza.

- Jaino, wcale nie chciałem...

Nagle rozległ się basowy grzmot potężnej eksplozji, który zagłuszył wszystkie inne 

dźwięki.   Jaina   poczuła,   że   grunt   pod   jej   nogami   zadrżał,   wstrząśnięty   siłą   wybuchu   i 

rozprzestrzeniającymi się falami uderzeniowymi.

- Padnij! - zawołał Zekk.

Jaina   rzuciła   się   pod   mur   opasujący   brukowany   dziedziniec.   Upadła   na   ziemię   i 

zachłysnęła się powietrzem wskutek bólu przenikającego jej ciało. Kiedy odwróciła się na 

plecy i spojrzała w górę, zobaczyła  kłęby gęstego dymu. Wydobywały się z krateru, jaki 

powstał   w   miejscu,   gdzie   jeszcze   przed   sekundą   znajdował   się   wierzchołek   prastarej 

piramidy. Rozsadzone siłą eksplozji kamienne bloki i odłamki skał spadały na ziemię jak 

ulewa.

Zekk odwrócił się i próbował się ukryć, ale lawiny kamieni opadały tak szybko, że nie 

zdążył  uciec.  Jakiś duży skalny odłamek  trafił  go w głowę, a wiele  mniejszych  kamieni 

wylądowało   na   plecach   i   ramionach.   Obserwując,   jak   ciemnowłosy   młodzieniec   pada   na 

ziemię, Jaina uświadomiła sobie w jednej chwili, że Zekk wiedział.

Wiedział, iż lada chwila murami wielkiej świątyni wstrząśnie potworna eksplozja.

I uczynił wszystko, co mógł, by ocalić ich życie.

background image

ROZDZIAŁ 25

W niezbadanych ostępach dżungli porastającej powierzchnię Yavina Cztery - ale nie 

na tej samej półkuli, na której Luke Skywalker zorganizował akademię Jedi - dopalał się wrak 

imperialnego myśliwca typu TIE.

W pewnej chwili szczęknął zamek owiewki kabiny i ze środka, krztusząc się i kaszląc, 

zaczął gramolić się pilot Qorl. Chwycił zdrową ręką za metalową krawędź, obrócił ciało i 

wyplątał   nogi  z  objęć  ochronnej  sieci.   Przypominająca  kończynę  androida   sztuczna  ręka, 

uszkodzona podczas lądowania, skwierczała, dymiła i iskrzyła.

Qorl   nie   odczuwał   jednak   żadnego   bólu.   W   jego   żyłach   wciąż   jeszcze   krążyła 

zwiększona dawka adrenaliny. Z wysiłkiem wydostał się z kabiny. Na szczęście nie połamał 

nóg podczas  katastrofy,  chociaż  uświadamiał  sobie,  że są zdrętwiałe  i obolałe.  Ostrożnie 

stanął   na   ziemi,   a   później,   zataczając   się   i   utykając,   schronił   pod   drzewami,   na   wszelki 

wypadek, aby nie odnieść dodatkowych obrażeń, gdyby jego maszyna nagle eksplodowała.

Nie   widział   nikogo  w  pobliżu,   ale  stał  i  przez  dłuższy  czas  przyglądał  się,   jak  z 

płonących  szczątków  unoszą się w niebo  kłęby dymu.  Obawiał  się, że  może  wybuchnąć 

któryś z silników. Czekał, aż wrak przestanie dymić i wyda ostatnie tchnienie.

Wiedział, że w wyniku katastrofy jego myśliwiec został poważnie uszkodzony. W 

wielu   miejscach   kadłub   przedziurawiły   twarde   jak   stal   gałęzie   drzew   Massassów.   Dwa 

płaskie sześciokątne panele z ogniwami energetycznymi się oderwały, a jeden nawet rozłamał 

się na kilka części.

Qorl   przypomniał   sobie,   że   kiedy   leciał,   ostrzeliwany   przez   statki   Rebeliantów, 

próbował   unikać   turbolaserowych   błyskawic.   W   końcu   jednak   został   trafiony   i   stracił 

panowanie nad sterami. Chociaż jego maszyna wpadła w coś na kształt korkociągu, widział, 

jak gwiezdne niszczyciele, jedno po drugim, są unicestwiane. Kiedy zmagał się ze sterami, 

pragnąc   wyrównać   lot   myśliwca,   dostrzegł   również,   że   w   przestworzach   eksplodował 

mroczny pierścień Akademii Ciemnej Strony.

Zrozumiał, że w ten sposób zgasła wszelka nadzieja, iż Drugie Imperium odrodzi się i 

zapanuje  nad  galaktyką.   Przecież   na pokładzie  gwiezdnej   stacji  przebywał   nie  tylko  lord 

Brakiss, ale nawet sam Imperator. Bez wątpienia ci spośród Ciemnych Jedi, którzy wciąż 

jeszcze   toczyli   walki   na   powierzchni   Yavina   Cztery,   wcześniej   czy   później   zostaną 

pochwyceni i wtrąceni do rebelianckich lochów.

Qorl czuł, że ma na sumieniu kilka grzechów. Zamiast pozwolić, żeby zginęło jedno z 

background image

bliźniąt Solo, zdecydował poświęcić życie owładniętego żądzą zabijania ucznia, Norysa. Jego 

postępek   równał   się   zdradzie.   Stary   pilot   trochę   wstydził   się   tego,   co   uczynił.   Ale   czyż 

poddanie się również nie oznaczało zdrady?

Qorl jednak nigdy się nie poddał.

Stwierdził, że znów znalazł się sam w dżungli. Tym razem jego myśliwiec został tak 

poważnie uszkodzony, że nie nadawał się do naprawy. Drugie Imperium poniosło druzgocącą 

klęskę. Qorl nie miał dokąd iść, ale nie musiał wykonywać niczyich rozkazów… Nie miał do 

roboty nic poza poszukiwaniem nowej kryjówki.

Może i lepiej, że koleje jego losu potoczyły się właśnie w taki sposób.

Wiedział, że potrafi znaleźć miejsce, które zapewniłoby mu schronienie i spokój. Znał 

tę   dżunglę   i   wiedział,   jakie   owoce   nadają   się   do   jedzenia   i   które   zwierzęta   najłatwiej 

upolować. Uświadomił sobie także, iż mimo uniesienia, jakie czuł, kiedy służył Drugiemu 

Imperium i walczył ku chwale Imperatora, z radością wspomina wszystkie lata, które przeżył 

samotnie w zaciszu ostępów dżungli.

Doszedł nawet do przekonania, że mimo wszystko, los okazał się dla niego łaskawy.

Odwrócił się i utykając ruszył w głąb lasu, żeby znaleźć nową kryjówkę. Tym razem 

zamierzał spędzić w niej resztę życia.

background image

ROZDZIAŁ 26

Poranek   następnego   dnia,   który   nastał   po   zaciętej   bitwie,   jaka   rozegrała   się   na 

powierzchni i w przestworzach wokół Yavina Cztery, okazał się rześki i pogodny. Dopiero po 

kilku godzinach  jaskrawe promienie  słońca rozproszyły  snujące się strzępy mlecznobiałej 

mgły, aż dotąd skrywające podnóże wielkiej świątyni, brukowany dziedziniec i skraj dżungli. 

Wisząca nad głowami młodych uczniów Jedi pomarańczowa kula gazowego giganta, Yavina, 

zajmowała spora część nieba.

Stojąc obok Lowiego i Jacena na lądowisku, Jaina nie mogła się nadziwić, jaki wpływ 

na   samopoczucie   może   wywierać   mocny   sen,   wypoczynek   i   dobry   posiłek.   Jeszcze 

poprzedniego   wieczoru   Luke,   Tionna,   Lando   i   grupa   inżynierów   z   orbitalnej   stacji 

wydobywczej stwierdzili, że eksplozja właściwie nie naruszyła dwóch najniższych poziomów 

prastarej świątyni. Pozostali uczniowie i pracownicy akademii Jedi uprzątnęli zatem leżące 

przed   wejściem   kamienie   i   odłamki   skał   i   weszli   do   środka,   po   czym   uwolnili   nie 

posiadającego się z zachwytu Aorto-Detoo, który spędził cały dzień, zamknięty w hangarze. 

Admirał Ackbar przyjął na pokład swoich transportowców najciężej rannych uczniów, by 

przewieźć ich na Coruscant. W tym czasie pozostali, którzy odnieśli tylko lekkie rany albo 

obrażenia, zostali opatrzeni i wrócili do własnych komnat znajdujących się na najniższych 

piętrach wielkiej piramidy.

Jaina czuła wyrzuty sumienia na myśl o tym, że dopisało jej wielkie szczęście i w 

trakcie   walk   nie   odniosła   niemal   żadnych   obrażeń.   Miała   wprawdzie   kilka   ran   ciętych   i 

siniaków w miejscach gdzie trafiły ją rozrzucone siłą eksplozji odłamki kamieni, ale nie było 

to nic poważnego.

Dziewczyna spojrzał z aprobatą na Lowbaccę. Młody Wookie miał nastawione ramię, 

a rękę unieruchamiał szeroki pas materiału. Także klatkę piersiową ciasno obandażowano, 

aby uniemożliwić  przemieszczanie  się  pękniętych  żeber.  Zazwyczaj  Lowie  miał  na sobie 

tylko pas, spleciony z połyskujących włókien syreniowca; temblak i opasujące tors bandaże 

sprawiały więc bardzo dziwne wrażenie.

Jaina usłyszała nagle jakiś świergoty i piski. Odwróciła się i ujrzała, że przez pełniącą 

funkcję lądowiska polanę kroczy wujek Luke w towarzystwie Aorto-Detoo. Wprawdzie na 

twarzy mistrza Jedi malowały się zdecydowanie i powaga, ale w oczach błyszczały iskierki 

rozbawienia.

- Wydaje mi się - zaczął Luke bez jakiegokolwiek wstępu - że nawet ja wyglądałem 

background image

gorzej   po   tamtej   przygodzie,   jaką   przeżyłem   na   Hoth,   kiedy   spotkałem   się   z   lodowym 

stworzeniem, wampą.

- Lowie wygląda dziś o wiele lepiej - powiedziała Jaina.

Luke zachichotał.

- Miałem na myśli to, że wyglądałem gorzej niż ta świątynia - oświadczył.

Jaina odwróciła się, żeby spojrzeć na wzniesioną przez Massassów prastarą piramidę. 

Najwyższy   poziom,   na   którym   eksplodowały   detonatory,   praktycznie   przestał   istnieć. 

Fragmenty kamiennych murów, stanowiących ściany wielkiej komnaty audiencyjnej, zapadły 

się  do środka. Nierówne  i wyszczerbione,  przypominały teraz  blanki,  wieńczące  obronne 

mury starożytnej fortecy.

- Z początku sądziłem, że może będziemy musieli przenieść akademię Jedi do innej 

świątyni - ciągnął Skywalker - ale teraz… Nie jestem pewien, czy okaże się to konieczne.

- Uważasz, że zdołamy ją odbudować? - jęknął Jacen. - Wspaniale… Jeszcze więcej 

ćwiczeń Jedi, unoszenie kamiennych bloków i dźwigania belek.

Aorto-Detoo   zaświergotał   i   zapikał,   jakby   uznał   to   za   doskonały   pomysł.   Lowie 

zaryczał na znak, że chciałby jeszcze zastanowić się nad tą propozycją, ale w następnej chwili 

złapał się za bok i jęknął z bólu.

-   Tak   -   odparł   Luke.   -   My   wszyscy,   którzy   zetknęliśmy   się   z   ciemną   stroną, 

odnieśliśmy takie albo inne obrażenia. Uważam, że odbudowa wielkiej świątyni może stać się 

częścią procesu zabliźniania naszych ran, zwłaszcza duchowych.

- To dotyczy także Zekka - mruknęła Jaina, czując w sercu bolesny skurcz na myśl o 

ciemnowłosym młodzieńcu. - Myślę, że w jego sytuacji proces leczenia będzie szczególnie 

trudny i długotrwały.

- Przypomniałem sobie, wujku, że chciałem zapytać cię o jedna sprawę - odezwał się 

Jacen. - Co stanie się z pochwyconymi przez nas Ciemnymi Jedi?

-   Tionna   i   ja   będziemy   musieli   nad   nimi   popracować.   Uczynimy   wszystko,   co 

zdołamy, by nawrócić ich na jasną stronę, ale jeżeli okaże się to niemożliwe… - Rozłożył 

ręce. - Zapewne porozmawiam na ten temat z Leią, a później…

- Och, panie Lowbacco, niech pan spojrzy! - odezwał się Em Teedee, przyczepiony do 

pasa młodego Wookiego.

Jaina   zauważyła,   że   kratka,   osłaniająca   głośnik   miniaturowego   androida,   została 

wyprostowana i pieczołowicie wypolerowana.

- Hej, wrócili! - zawołał Jacen.

Wahadłowiec Calrissiana, holując uszkodzony skoczek typu  T-23, skierował się w 

background image

stronę skraju lądowiska, aby osiąść z daleka od poznaczonego bliznami laserowych strzałów 

kadłuba „Piorunochronu”.

Lowie   radośnie   zawył   i   pragnąc   okazać   wdzięczność,   poklepał   Em   Teedee   po 

srebrzystej obudowie.

- Na co więc jeszcze czekamy? - zapytała Jaina, kiedy wahadłowiec i mały skoczek 

znieruchomiały na murawie lądowiska.

Bliźnięta   i   Lowie   pospieszyli   na   skraj   polany.   Zanim   tam   dotarli,   z   wahadłowca 

wysunęła   się   rampa.   Zszedł   po   niej   Lando   Calrissian,   prowadzący   pod   rękę   Tenel   Ka. 

Peleryna   ciemnoskórego   mężczyzny   zaszeleściła   i   zawirowała   za   jego   plecami,   kiedy 

obdarzał pozostałych młodych Jedi najbardziej czarującym ze wszystkich uśmiechów.

- Wasza przyjaciółka jest najwytrzymalszą młodą damą, jaką kiedykolwiek miałem 

przyjemność poznać - powiedział, spoglądając na nią z aprobatą.

- To fakt - przyznała dziewczyna, ale nawet się nie uśmiechnęła.

- Mogłem ci to sam powiedzieć - rzekł Jacen. - Czy znalazłaś to, czego szukałaś? - 

dodał, zwracając się do młodej wojowniczki z Dathomiry.

Tanel Ka kiwnęła głową, a na jej twarzy odmalowało się zadowolenie. Uwolniła rękę i 

wyjęła jakiś przedmiot z kieszeni u pasa, po czym uniosła go, by pokazać Jacenowi. Okazało 

się,   że   trzyma  sporządzoną   z   zęba   rankora   rękojeść   świetlnego   miecza,   który   pomógł   jej 

zniszczyć imperialny bombowiec typu TIE, na krótko przedtem, zanim szturmowa platforma 

runęła w nurty rzeki.

-Nie   miałam   aż   tak   dużych   kłopotów   ze   znalezieniem   jej,   jak  się   obawiałam   - 

powiedziała. - Wyczułam ją i odnalazłam bez trudu, zapewne dlatego, że znałam rankora, do 

którego należał ten ząb.

Tenel Ka wyglądała o wiele lepiej. Z pewnością już nie gorączkowała. Jaina zauważyła z 

rozbawieniem, że dziewczyna starannie zaplotła długie, złocistorude włosy w warkocze. Okalały 

jej   głowę  i   sprawiały,   że   bandaż   na   czole   przypominał   prymitywną   przepaskę,  jaką   czasem 

przewiązywały włosy stające do walki wojowniczki.

-  Zaprosiłem Tenel Ka, żeby odwiedziła moją orbitalną stację  wydobywczą, ponieważ 

poprzednio nie skorzystała z okazji - odezwał się Lando. - Mam na pokładzie kilka zbiorników z 

płynem  bacta, który zabliźni ranę na jej czole, nim dziewczyna się spostrzeże. Lowbacco, 

wygląda na to, że i tobie przydałoby się spędzenie kilku dni w jednym z takich pojemników.

Lowie szczeknął na znak, że z wdzięcznością przyjmuje propozycję i dziękuje.

- Och, to naprawdę wyjątkowo miło z pańskiej strony, panie Calrissianie - zapiszczał Em 

Teedee. - Pan Lowbacca czeka z nie cierpliwością, kiedy wreszcie jego obrażenia się zagoją i 

background image

będzie mógł przystąpić do naprawiania statku.

- Jego mały skoczek nie jest jedynym pojazdem, który został uszkodzony.

Jaina aż podskoczyła, kiedy za jej plecami rozległ się donośny głos Peckhuma.

- Z drugiej strony, doskonale wiem, co czuje - ciągnął weteran prze stworzy. - Chłopiec i ja także 

nie możemy doczekać się chwili, kiedy przystąpimy do naprawiania „Piorunochronu”. Uważam poza 

tym, że Zekk musi tu spędzić trochę czasu, aby całkowicie wyzdrowieć.

Peckhum stał w towarzystwie ciemnowłosego młodzieńca obok kadłuba uszkodzonego 

towarowego transportowca. Trzymał jedną rękę na ramieniu Zekka, a drugą, obandażowaną, na 

temblaku.   Na   twarzy   Zekka   malowała   się   bladość   podobna   do  koloru   bandaża,   którym 

owinięto ranę na czubku głowy. Z oczu wyzierała dziwna pustka. Młodzieniec nie odwzajemnił 

spojrzenia Jainy.

- Myślę, że masz jeszcze dwoje innych kandydatów, którzy powinni trochę posiedzieć 

w twoich zbiornikach bacta, Lando - rzekła Jaina. - Wujku Luke’u, czyja i Jacen moglibyśmy 

polecieć z Tenel Ka i Lowbacca?

Artoo-Detoo zaszczebiotał.

- Och, doprawdy! To doskonały pomysł! - zapiszczał miniaturowy android.

-  Obiecuję, że tym razem nie pozwolimy się nikomu porwać -  dodał Jacen, obdarzając 

wszystkich charakterystycznym przekornym uśmiechem rodziny Solo.

Luke zachichotał.

- No dobrze, myślę, że to wam wszystkim dobrze zrobi - odparł w końcu. - Wy, młodzi 

rycerze Jedi, stajecie się silniejsi, kiedy przebywacie razem. Spędzicie trochę czasu, lecząc rany i 

obrażenia,   ale   później   wrócicie,   gotowi   zacząć   wszystko   od   nowa  i   pomóc   nam   w 

odbudowie.

- Dziękujemy, wujku Luke’u - powiedziała Jaina.

- Jacenie, mój przyjacielu - odezwała się Tenel Ka. - Może lepiej nie zwlekajmy z 

odlotem.   Nie   chcemy   przecież,   żeby   polecieli   z   nami   wszyscy   inni   ranni   uczniowie.   Nie 

możemy dopuścić, aby mistrz Skywalker został sam.

Jacen obdarzył młodą wojowniczkę spojrzeniem, w którym zdumienie walczyło o lepsze 

z niedowierzaniem.

- Co właściwie masz na myśli? - zapytał. - Dlaczego mieli byśmy się o to martwić?

- Ponieważ - odparła poważnie Tenel Ka - Jedi musi mieć pacjentów.

Jacen zamrugał. Wciąż jeszcze nie był pewien, co o tym sądzić. Nagle ujrzał, że na 

twarzy   Tenel   Ka   ukazuje   się   szelmowski  uśmiech.   Po   raz   pierwszy   widział,   żeby   młoda 

wojowniczka uśmiechała się tak szeroko.

background image

- Nie wierzę własnym uszom... - zaczął.

Jaina także pokręciła głową. Nie mogła ochłonąć ze zdumienia.

- Wygląda na to, że właśnie opowiedziała ci dobry dowcip -  rzekła, zwracając się do 

brata.

- To fakt - stwierdził Jacen.

Lowie sapnął, parskając wesoło. Jaina zachichotała.

Po chwili cała polana rozbrzmiewała radosnym, zaraźliwym śmiechem.

background image