background image

KEVIN J. ANDERSON

REBECCA MOESTA

NAJCIEMNIEJSZY

RYCERZ

(Przełożył Andrzej Syrzycki)

background image

ROZDZIAŁ 1

Ogromne drzewa Massassów, które piętrzyły się nad porastającą Yavin Cztery gęstą 

dżunglą,  były   co  prawda mniejsze  niż  gigantyczne   wroszyry   porastające   rodzimą  planetę 

Wookiego, ale Lowbacca uważał, że muszą mu wystarczyć. Zwłaszcza kiedy pragnął być sam 

i przebywać w miejscu, w którym mógłby zebrać myśli.

Na porośniętym  bujną roślinnością czwartym  księżycu  zapadał zmierzch,  nadający 

wszystkim   barwom   intensywniejszy   odcień.   Lowie   wspinał   się   po   grubych   konarach 

najwyższego   drzewa   rosnącego   w   sąsiedztwie   wielkiej   świątyni,   która   była   siedzibą 

kierowanej   przez   Luke’a   Skywalkera   akademii   Jedi.   Świadomy,   iż   każdy   ruch   zwiększa 

odległość dzielącą go od ziemi, młody Wookie chwytał gałęzie pazurami i korzystając z siły 

mięśni długich rąk, przenosił ciężar chudego ciała z niższego poziomu na wyższy. Wydawało 

mu się, że jeżeli nie przestanie się wspinać, będzie mógł sięgnąć gwiazd... i znajdzie się bliżej 

domu.

Przystanąwszy na chwilę, by odpocząć, wyciągnął rękę i pochwycił kosmaty zielony 

pęd dzikiej winorośli. Szarpnął, pragnąc się upewnić, czy utrzyma ciężar jego ciała, po czym 

posłużył się nim, żeby wspiąć się jeszcze wyżej. Musiał znaleźć się na samym wierzchołku. 

Tylko szczyt ogromnego drzewa wydawał się najodpowiedniejszym miejscem.

Najodpowiedniejszym miejscem, aby w samotności oddawać się medytacjom.

Upłynęło wiele czasu, odkąd przebywał na rodzimej planecie, Kashyyyku.  Prawdę 

mówiąc, nie widział nikogo z najbliższej rodziny od czasu, kiedy odleciał na Yavin Cztery, 

żeby   szkolić   się   na   rycerza   Jedi.   Podobnie   jak   siostra   i  rodzice,   uwielbiał   zajmować   się 

komputerami, ale nade wszystko pragnął rozwijać szczególny i trudny do określenia talent - 

umiejętność posługiwania się Mocą - którego nie wykazywał nikt inny spośród jego bliskich 

krewnych i przodków.

Kiedy Lowie, niepewny i osamotniony, przyleciał, żeby uczyć się w akademii Jedi, 

jego wuj Chewbacca podarował mu gwiezdnego skoczka typu T-23, by siostrzeniec mógł 

latać   nad   dżunglę   na   dalekie   wyprawy.   Młody   Wookie   często   zabierał   na   nie   swoich 

przyjaciół:  Jainę, Jacena  i Tenel  Ka, wojowniczkę  z Dathomiry.  Czasami  jednak pragnął 

spędzać   czas   z   daleka   od   innych   i   wówczas   wyprawiał   się   sam.   Czuł,   że   właśnie   teraz 

nadeszła taka chwila.

Bardzo tęsknił za rodziną, a szczególnie za młodszą siostrą Sirrakuk. Zwłaszcza teraz, 

kiedy szybko zbliżała się bardzo trudna chwila w jej życiu...

background image

Ciężko   westchnąwszy,   wyciągnął   długą   rękę,   żeby   wspiąć   się   jeszcze   wyżej,   w 

pobliże miejsca, gdzie gęstwina splątanych gałęzi służyła jakimś stworzeniom za gniazdo. 

Spłoszył   stado   skrzeczących   i   żarłocznych   drzewnych   gryzoni   zwanych   stintarilami. 

Zwierzęta żywiły się zazwyczaj wszystkim, co spotkały na swojej drodze i co się poruszało. 

Kiedy jednak Lowbacca ostrzegł je najgroźniejszym spośród wszystkich charakterystycznych 

dla   Wookiech   ryków,   stintarile   w   popłochu   rozbiegły   się   we   wszystkie   strony,   unosząc 

chmury kurzu i strącając mnóstwo zeschłych gałązek i liści.

W   końcu   Lowbacca   wysunął   głowę   ponad   ostatnią   warstwę   liści   baldachimu,   na 

których   malowały  się wszystkie   barwy nadciągającego  zmierzchu.  Oparł  szerokie  płaskie 

stopy na grubym konarze i stał, zachwycony widokiem ciągnącym się po horyzont. Spoglądał 

na   bezkresną   dżunglę   otaczającą   go   niczym   ocean   zieleni   i   ruiny   prastarych   świątyń, 

wystające   tu   i   ówdzie   nad   powierzchnię.   Zbliżający   się   wieczór   drażnił   jego   nozdrza 

woniami, pośród których dominował zapach budzących się do życia nocnych kwiatów, jakich 

wiele   zdobiło   pędy   wijących   się   między   liśćmi   długich   winorośli.   Czuł   chłodną   wilgoć 

promieniującą od drzew Massassów i unoszącą się nad baldachimem liści w postaci delikatnej 

mgiełki, podobnej do powietrza wydychanego przez uśpioną dżunglę.

Nisko nad horyzontem wisiała miedzianobrązowa tarcza gazowego giganta, Yavina - 

olbrzymiej kuli wirujących gazów, w tej chwili mającej barwę dogasających węgli. W pobliżu 

pomarańczowej   planety   krążyła   niewidoczna   dla   Wookiego   orbitalna   stacja   wydobywcza 

Landa Calrissiana. Ciemnoskóry mężczyzna, zapuszczając się w sąsiedztwo jądra gazowej 

kuli, zajmował się chwytaniem drogocennych klejnotów corusca.

Lowie odwrócił spojrzenie od zachodzącej planety i skierował je w przeciwną stronę, 

gdzie   horyzont   przybierał   ciemniejszą   barwę,   a   granat   nocnego   nieba   zdążyły   ozdobić 

rozsypane niczym pył iskierki gwiazd.

Poszukał wygodniejszego miejsca, w którym mógłby się oprzeć  o jakąś rozłożystą 

gałąź drzewa Massassów. Stał nieruchomo, głęboko oddychając, napawał się widokiem drzew 

ciągnących się bez końca... i rozmyślał o Kaskyyyku.

Powinien być spokojny, ale nie umiał przestać martwić się o siostrę. Nie mógł uczynić 

nic,   by   jej   pomóc,   a   poza   tym   to   ona   musiała   dokonać   wyboru   -   i   ponieść   wszystkie 

konsekwencje. Mimo to Lowie doskonale znał niebezpieczeństwa, jakie mogły czyhać  na 

Sirrakuk na najniższych poziomach tropikalnych lasów porastających powierzchnię planety 

Wookiech.

Drugimi silnymi  palcami  musnął perłowe nitki pasa, splecionego z włókien, które 

wykradł z bezlitosnych szczęk krwiożerczej rośliny zwanej syreniowcem. Odcięcie włókien 

background image

ze środka kwiatu było bardzo trudną próbą, ale przeszedł ją zwycięsko. I to sam.

Czując, że powietrze się ochładza, Lowie usiadł na gałęzi. Napływające ze wszystkich 

stron dżungli dźwięki stawały się coraz głośniejsze i głośniejsze. Do życia budziły się nocne 

owady i drapieżniki szukające nowych ofiar.

Zawieszony u pasa na biodrze miniaturowy android-tłumacz, Em Teedee, pozostawał 

niemy. Lowie wyłączył urządzenie, aby syntetyzowany piskliwy głosik nie przeszkadzał mu 

w rozmyślaniach. Niepomny na upływ czasu, siedział na samym wierzchołku gigantycznego 

drzewa.   Wiedział,   że   nie   zdąży   wrócić   do   akademii   Jedi,   żeby   spożyć   kolację,   ale   nie 

przejmował się tym ani trochę.

Miał na głowie inne, ważniejsze sprawy.

Kiedy   Jaina   Solo   skończyła   jeść   posiłek,   większość   pozostałych   uczniów   Jedi 

kształcących   się   w   wielkiej   świątyni   zdążyła   opuścić   przestronną   salę   pełniącą   funkcję 

jadalni. Zaabsorbowana własnymi myślami, dziewczyna pochłaniała ostatnie kęsy prażonych 

krabich orzechów i solonych owoców boffa, raz po raz zbierając sos kawałkiem świeżego 

chleba.

Brat bliźniak, Jacen, siedzący obok niej przy stole, także zjadł dopiero mniej więcej 

połowę porcji. Wyglądało na to, że nic nie wie, iż po jego policzku powoli spływaj ą krople  

zielonkawego   syropu.   Chłopiec   paplał   jak   najęty,   co   chwilę   mrugając   powiekami 

bursztynowych oczu o odcieniu brandy i przeczesując palcami rozwichrzone włosy.

- I w końcu udało mi się pochwycić tę żądlącą jaszczurkę w hangarze, w samym kącie 

lądowiska - mówił. - Przez kilka ostatnich tygodni przekonywałem ją, by nie obawiała się 

wyjść z kryjówki. Może teraz dysponować całą nową klatką, którą dla mnie zbudowałaś, ale 

nie mam pojęcia, czym się żywi.

Chłopiec przerwał na chwilę, tylko po to, żeby włożyć do ust kawałek jedzenia.

Jaina kiwnęła głową, chociaż słuchała tylko jednym uchem. Niepokoiła się, dlaczego 

Lowbacca   nie   przyszedł   na   kolację.   Młody   Wookie   wyglądał   ostatnio   na   zatroskanego, 

zamkniętego w sobie i unikającego kontaktów nawet z przyjaciółmi.

- Nie mówiąc już o tym, że wkrótce wylęgnie się kilka poczwarek z kokonów, które 

sporządziłem dla żukociem! - paplał podniecony Jacen. - Zamierzam większość wypuścić na 

wolność, ale dwie zatrzymam jako okazy doświadczalne. Chcę przekonać się, czy będą się 

rozmnażały w niewoli. No i powinnaś obejrzeć te naprawdę fascynujące błękitne grzyby, 

które znalazłem nad rzeką w szczelinie między dwoma kamieniami.

Przełknął jeszcze trochę soku, po czym uniósł rękę i wyciągnął w górę palce, jakby 

background image

nagle o czymś sobie przypomniał.

-   Ach,   tak,   właśnie   miałem   cię   o   to   zapytać.   Czy   mogłabyś   obejrzeć   klatkę 

kryształowego   węża?   Sądzę,   że   stworzenie   szykuje   dla   mnie   jakąś   niespodziankę.   Może 

nawet stara się znów umknąć z klatki? Sama wiesz, ile zamieszania może to wywołać.

Jaina nie mogła powstrzymać krótkiego chichotu. Przypomniała sobie piekło, jakie się 

rozpętało,   kiedy   prawie   niewidzialny   wąż   umknął   z   niewoli.   Gad   ukąsił   wówczas 

zarozumiałego ucznia, Raynara, który pod wpływem tego ukąszenia natychmiast zasnął. Nie 

wszystkie kryształowe węże sprawiały jednak chłopcu kłopot. Inne takie stworzenie pomogło 

odwrócić   uwagę   Qorla,   zagubionego   pilota   imperialnego   myśliwca   typu   TIE,   kiedy 

mężczyzna zamierzał zaatakować akademię Jedi. Nieco wcześniej bliźnięta spotkały  Qorla, 

który po wypadku, jakiemu uległa jego maszyna, żył jak dobrowolny pustelnik głęboko w 

ostępach dżungli porastającej Yavin Cztery.

Jaina miała nadzieję, że stary pilot Imperium zachowa pamięć o pomocy, jakiej starali 

się mu udzielić. Qorl jednak nie okazał się ich sprzymierzeńcem. Rygorystyczne szkolenie, 

jakiemu został poddany, kiedy kształcił się w imperialnej akademii, w końcu wzięło górę, a 

nawet okazało się bardziej zakorzenione, niż ktokolwiek mógł sądzić. Pilot powrócił w rejony 

wciąż jeszcze opanowane przez Imperium, a później związał swój los z Akademią Ciemnej 

Strony.

Przenosząc spojrzenie na brata, dziewczyna kiwnęła głową. W końcu ocknęła się z 

zadumy.

- Dobrze - odparła. - Mogę rzucić okiem na klatkę twojego węża.

Nagle   usłyszała   piskliwy   metaliczny   głosik   miniaturowego   androida.   Raptownie 

odwróciła głowę.

-   Panie   Lowbacco,   muszę   nalegać,   żeby   odżywiał   się   pan   w   sposób   bardziej 

urozmaicony - mówił Em Teedee. - Znam normy żywieniowe obowiązujące dla istot pańskiej 

rasy, i wiem, że to, co pan spożywa, nie wystarczy, aby dostarczyć dorosłemu Wookiemu 

odpowiedniej   energii...   chociaż   z   drugiej   strony   muszę   przyznać,   że   ostatnio,   zamiast 

oddawać się ćwiczeniom fizycznym,  jest pan trochę przygnębiony.  Pańska dieta  powinna 

uwzględniać przede wszystkim duże ilości czerwonego mięsa, które zawiera o wiele więcej 

protein niż te świeże owoce i warzywa, które ma pan w tej chwili na talerzu.

Lowbacca, niosący tacę z pożywieniem, odpowiedział krótkim i mało przekonującym 

warknięciem.   Nie   rozglądał   się   po   wielkiej   stołówce,   żeby   wypatrzyć   przyjaciół   pośród 

innych uczniów Jedi. Usiadł przy pierwszym lepszym wolnym stole w samym kącie sali, po 

czym oparł się plecami o kamienną ścianę.

background image

-   Lowie!   -   Jaina   wstała   i   pospieszyła   w   stronę   porośniętego   długą   rudobrązową 

sierścią Wookiego. - Martwiliśmy się o ciebie. Dlaczego nie przysiadłeś się do naszego stołu?

Lowbacca warknął w odpowiedzi coś tak krótkiego, że Em Teedee nawet nie zadał 

sobie trudu, by to przetłumaczyć.

Jaina   odsunęła   drewniane   krzesło   i   usiadła   okrakiem   naprzeciwko   przyjaciela. 

Wsunęła za ucho niesforny kosmyk długich brązowych włosów i nie ukrywając niepokoju, 

spojrzała na zmierzwioną sierść na głowie Lowiego. Młody Wookie spuścił złociste oczy, po 

czym zaczął się przyglądać owocom i zieleninie, leżącym na jego talerzu.

- Lowie, proszę., powiedz nam, czy stało cię coś złego? - zapytała Jaina. - Możesz 

zwierzyć się nam ze wszystkich zmartwień. Jesteśmy przecież przyjaciółmi, nie pamiętasz? 

Przyjaciele pomagają sobie w potrzebie.

Zanim Lowbacca miał czas się odezwać, rozległ się piskliwy głos małego androida.

- Nie odpowie, pani Jaino - stwierdził Em Teedee. - Nawet ja nie mogę uzyskać od 

niego   odpowiedzi.   Obawiam,   się.,   że   nigdy   nie   zrozumiem   zachowania   Wookiech.   Czy 

wszystkie żywe stworzenia miewają takie trudne do przewidzenia nastroje?

Jacen także usiadł przy stole obok siostry.

-   Hej,   może   Lowie   po   prostu   chce,   żeby   wszyscy   zostawili   go   w   spokoju?   - 

zasugerował.

Młody   Wookie   zaryczał   i,   przygnębiony,   zaczął   kiwać   głową.   Jaina   westchnęła, 

stopniowo uzmysławiając sobie, iż może rzeczywiście stanie się najlepiej, jeżeli uszanuje 

życzenie przyjaciela i pozwoli, żeby sam rozwiązywał własne problemy.  Mimo wszystko, 

Lowie dobrze wiedział, że zawsze może porozmawiać z Jaina albo Jacenem, kiedykolwiek 

będzie miał ochotę. Rozumiała, że na razie tego nie pragnie.

- W porządku - powiedziała, chociaż wyraz głębokiego niepokoju nie zniknął z jej 

twarzy. - Pamiętaj, że zawsze możesz liczyć  na nas, ilekroć zechcesz, żebyśmy służyli ci 

pomocą albo radą.

Lowie   kiwnął   głową,   a   później   wyciągnął   kosmatą   rękę   i   położył   na   dłoni 

dziewczyny. Niemal cała dłoń Jainy zniknęła, zamknięta w uścisku wielkiej łapy Wookiego. 

Korzystając z tego, że ich ręce się zetknęły, siostra Jacena posłużyła się Mocą., licząc na to, 

że zdoła odgadnąć przyczynę dziwnego zachowania przyjaciela, ale wyczuła tylko uczucia 

przyjaźni i sympatii.

Wstała i gestem zachęciła brata bliźniaka, żeby udał się w jej ślady.

- Chodźmy, Jacenie - powiedziała. - Zerkniemy na tę klatkę z kryształowym wężem.

background image

Blask zapalonych kling świetlnych mieczy rozjaśniał mroki nocy, ukazując prastare 

kamienne mury wielkiej świątyni. Wyciągnąwszy rękę, Tenel Ka ściskała sporządzoną z kła 

rankora rękojeść nowej broni. Przyglądała się, jak jaskrawoturkusowa smuga pulsuje, prze-

filtrowana przez skupiający kryształ - drogocenny tęczowy klejnot z Gallinore - który kiedyś 

ozdabiał jej królewski diadem.

Młoda wojowniczka stała na wykładanym kamiennymi płytami dziedzińcu świątyni 

mającej kształt zigguratu. Był to nowy plac ćwiczeń, oczyszczony z chwastów i roślinności, 

dosłownie wydarty wszechobecnej, zachłannej dżungli. Pracowici uczniowie Jedi oczyścili i 

wypolerowali kamienie, zamierzając wykonywać tu ćwiczenia. Do jednego z nich właśnie 

przygotowywała się dziewczyna.

Tenel Ka spoglądała w dziwne, perłowe oczy istoty, czasami przenosząc spojrzenie na 

elfią sylwetkę i długie, cienkie jak pajęczyna, srebrzystosiwe włosy swojej przeciwniczki... 

Tionny, instruktorki i historyczki Jedi, która często pomagała mistrzowi Skywalkerowi. Jak 

przystało na rycerza Jedi, kobieta władała mieczem z dużą precyzją i wprawą, reagując na 

każdy ruch świetlistej klingi broni dziewczyny.

Podczas wcześniejszych  ćwiczeń, prowadzonych  także na terenie akademii  Luke’a 

Skywalkera, niedbale skonstruowany miecz świetlny Tenel Ka eksplodował, a ostrze broni 

Jacena, z którym się pojedynkowała, odcięło jej lewą rękę. Teraz dziewczyna żyła i walczyła, 

posługując   się   tylko   jedną   ręką.   Władała   jednak   jarzącą   się   energetyczną   klingą   bardzo 

pewnie i sprawnie.

I chociaż najzdolniejsi biotechnicy zaproponowali, że wykonają najlepszą zastępczą 

protezę,   jaką   można   było   sporządzić   w   całej   gromadzie   gwiezdnej   Hapes,   dzielna 

wojowniczka odrzuciła ich propozycję. Była dumna, że może być sobą... polegać na własnych 

umiejętnościach,   sile   fizycznej   i   mądrości.   Nie   chciała   korzystać   z   pomocy   sztucznej 

biomechanicznej kończyny. Zamiast tego zmieniła tylko środki, za pomocą których dążyła do 

osiągania   wyznaczonych   celów.   Postanowiła,   że   będzie   tak   samo   silna   i   sprawna   jak 

poprzednio.

A kiedy Tenel Ka postanawiała, że coś zrobi, zazwyczaj nie spoczywała, dopóki nie 

dopięła celu.

Jaskrawe   światła,   płonące   na   obrzeżach   urządzonego   przed   wielką   świątynią 

lądowiska,   oświetlały   dżunglę,   przyciągając   zarówno   tysiące   nocnych   owadów,   jak   i 

uskrzydlonych drapieżników, dla których były pożywieniem. Wyłożony kamiennymi płytami 

dziedziniec był jednak rozjaśniony tylko blaskiem krzyżujących się kling świetlnych mieczy, 

rozpraszającymi ciemności różnobarwną poświatą.

background image

Tionna sparowała jeszcze jeden cios, zadany przez młodą wojowniczkę.

- Bardzo dobrze, Tenel Ka - odezwała się instruktorka. - Uczysz się zwracać uwagę na 

precyzję, a nie na brutalną siłę. Coraz lepiej przeczuwasz moje ruchy i reagujesz na nie, 

posługując się Mocą.

Tenel Ka kiwnęła głową, aż zatańczyły jej złocistorude warkoczyki. Wplecione weń 

paciorki zagrzechotały i zabrzęczały. Dziewczyna dawała z siebie wszystko, dobrze znając 

umiejętności   i   opanowanie   instruktorki,   która   od   ponad   dziesięciu   lat   kształciła   się   w 

akademii Jedi.

Z wielkiej świątyni wyłoniło się kilkoro innych uczniów, pragnących przyjrzeć się 

pojedynkowi.   Teraz,   kiedy   Nowa   Republika   była   świadoma   coraz   większego 

niebezpieczeństwa   zagrażającego   jej   ze   strony   Drugiego   Imperium   i   Akademii   Ciemnej 

Strony, wszyscy kandydaci mistrza Skywalkera również zwiększyli tempo własnych ćwiczeń. 

Od ponad tysięcy pokoleń rycerze Jedi, posługując się siłami jasności, strzegli ładu i prawa w 

całej galaktyce. Luke Skywalker zamierzał kontynuować tę tradycję.

Nieoczekiwanie Tionna wykonała świetlnym mieczem tak płynny i spokojny gest, że 

Tenel Ka tylko z trudem zdążyła odpowiedzieć na pchnięcie. Nie wyczuła, że srebrzystowłosa 

istota zamierza przystąpić do ataku, i nagły ruch Tionny zupełnie ją zaskoczył. Ostrza obu 

mieczy   spotkały   się   i   zaskwierczały...   ale   po   krótkiej   chwili   instruktorka   Jedi   cofnęła 

świetlistą klingę.

-   Stop   -   oznajmiła,   po   czym   wyłączyła   broń,   pozostawiając   zaskoczoną   młodą 

wojowniczkę z zapalonym mieczem w dłoni.

Gestem pokazała  nocne niebo i gwiazdy świecące  nad Yavinem Cztery.  Pozostali 

uczniowie, stojący na obrzeżach wykładanego kamiennymi płytami dziedzińca, także unieśli 

głowy i skierowali oczy w górę. Właśnie w tej chwili przez niewielkie, kolebkowo sklepione 

drzwi znajdujące się w bocznej ścianie ogromnej świątyni wyszli Jacen i Jaina. Bliźnięta 

również zamierzały przyglądać się ćwiczącej koleżance. Zamiast tego ujrzały smugę światła 

przecinającą mroczne niebo nad ich głowami niczym mały meteoryt.

- Hej, to jakiś statek! - krzyknął chłopiec.

-   Ale   nie   pierwszy   lepszy   -   dodała   jego   siostra.   -   Ten   poznałabym   na   krańcu 

wszechświata.

- Hej, tata wcale nie uprzedzał nas o tym, że chce przylecieć!

Po kilku chwilach statek znalazł się tak nisko, że nocną ciszę rozdarł ryk silników 

napędu podświetlnego, po czym dał się słyszeć basowy pomruk uruchamianych repulsorów. Z 

głośnym   rykiem   spłaszczony   rozwidlony   owal   „Sokoła   Tysiąclecia”   osiadł   na   lądowisku 

background image

przed wielkim zigguratem.

Nie   przestając   przekrzykiwać   się   nawzajem,   Jacen   i   Jaina   przebiegli   przez   plac 

ćwiczeń i skierowali się na lądowisko porośnięte krótko przyciętymi chwastami, by przywitać 

się z ojcem. W następnej chwili z kadłuba zmodyfikowanego lekkiego frachtowca wysunęła 

się   rampa,   po  której   zszedł   Han  Solo.   Ujrzawszy   biegnące   ku   niemu   podniecone   dzieci, 

zawadiacko się uśmiechnął.

Kiedy na opuszczonej pochylni ukazała się sylwetka Chewbaccy, Tenel Ka usłyszała 

za   plecami   głośny   ryk,   niewątpliwie   oznaczający   powitanie.   Odwróciła   się   i   zobaczyła 

Lowbaccę, który stał na jednym z kamiennych progów piramidy piętrzącej się obok placu 

ćwiczeń.   Młody   Wookie   dał   susa   ze   skalnej   półki   i   skacząc   po   kamiennych   występach 

stromej   ściany   budowli,   znalazł   się   na   ziemi.   Ujrzawszy   siostrzeńca,   Chewbacca   także 

zaryczał w odpowiedzi.

Lowie był ostatnio niezwykle przygnębiony i wojowniczka z Dathomiry wyczuwała, 

że   w   umyśle   przyjaciela   kłębią   się   niespokojne   myśli.   Postanowiła   jednak,   że   uszanuje 

młodego Wookiego w ten sposób, że pozwoli, by sam rozwiązywał własne problemy... chyba 

że poprosi o pomoc. Kiedy jednak zauważyła wyraz twarzy Chewbaccy, a potem przeniosła 

spojrzenie na oblicze jego siostrzeńca, nie mogła nie zwrócić uwagi na dziwny i ciekawy fakt.

Mimo   iż   bliźnięta   zostały   wyraźnie   zaskoczone   nieoczekiwanym   pojawieniem   się 

„Sokoła Tysiąclecia”,  Lowbacca doskonale wiedział,  że frachtowiec  wyląduje  na Yavinie 

Cztery.

background image

ROZDZIAŁ 2

Jaina   uświadamiała   sobie,   że   szczerzy   zęby   jak   idiotka,   ale   nie   przestawała 

obejmować ojca.

- Co tu robisz? - zapytała. - Nie wiedzieliśmy, że zamierzałeś przylecieć!

Stojący obok niej Jacen niemal zapomniał o oddychaniu. Ze zdumieniem spoglądał na 

niezwykły strój ojca, pełen naszytych łat i kawałków futra. Musiał także zauważyć, że włosy 

Hana   zostały   niedawno   bardzo   krótko   i   nierówno   ostrzyżone,   co   nadawało   mu   wygląd 

prawdziwego zabijaki.

-   Blasterowe   błyskawice,   tato!   -   wykrzyknął   w   końcu.   -   Dlaczego   jesteś   tak 

dziwacznie ubrany?

Zanim   Han  miał   szansę odpowiedzieć,  Jaina  rzuciła  okiem  na  frachtowiec.  Mimo 

panującego   półmroku   zauważyła,   że   niektóre   płyty   kadłuba   zostały   zastąpione 

anodyzowanymi   kawałkami   metalu,   na   dziobie   przymocowano   dodatkowe   pojemniki 

towarowe,   a   na   rufie   sterczała   jeszcze   jedna   antena   paraboliczna   nowego   komunikatora. 

Dziewczyna miała wrażenie, że ze zdumienia opada jej szczęka.

-I co zrobiłeś z „Sokołem”? - zapytała, nie wierząc własnym oczom. - Wygląda tak... 

inaczej!

- Po jednym pytaniu na raz, dzieciaki! - odparł Han, uśmiechając się i unosząc na 

wysokość torsu dłoń z wyciągniętymi palcami, jakby chciał odeprzeć spodziewany atak. - 

Mieliśmy kilka problemów z planetami znajdującymi się na Odległych Rubieżach, a zatem 

korzystając z oficjalnych uprawnień, przywódczyni Nowej Republiki...

- To znaczy mama - wtrąciła Jaina.

- Zgadza się. - Twarz Hana rozjaśniła się w chłopięcym uśmiechu. - Tak czy owak, 

Leia poprosiła mnie i Luke’a, żebyśmy wyruszyli na przeszpiegi. Oświadczyła, że jeżeli się 

czymś nie zajmę, zapewne zbyt szybko się zestarzeję. A poza tym chyba sami wiecie, że 

odkąd wasz wuj założył  akademię Jedi, ma zwyczaj  od czasu do czasu opuszczać Yavin 

Cztery, choćby po to, żeby upewnić się, że nie wychodzi z wprawy. Mimo to doszliśmy do 

wniosku, że nie powinniśmy za bardzo rzucać się w oczy, a zatem...

- Zmieniłeś wygląd i swój, i „Sokoła Tysiąclecia” - dokończył Jacen.

Tymczasem Jaina nie przestawała wpatrywać się w guzowate narośle szpecące kadłub 

lekkiego frachtowca.

- I Luke’a. - Han Solo ruchem głowy wskazał wznoszącą się za plecami  bliźniąt 

background image

wielką   świątynię,   z   której   właśnie   wychodził   ich   wuj,   odziany   w   pognieciony   brązowy 

lotniczy kombinezon.

- Cześć, Hanie! - zawołał mistrz Skywalker. - Czy zabrałeś ze sobą te brakujące części 

do nowych generatorów siłowego pola, które mi obiecałeś?

Otarł   usmarowaną   dłoń   o   klapę   kieszeni   i   tak   wybrudzonego   stroju.   Wyglądał 

zupełnie jak rozbitek, który właśnie stracił statek.

- Jasne, stary! - odkrzyknął Han. - Leia wie, że Drugie Imperium sposobi się do walki, 

i bardzo się martwi o twoją akademię Jedi. Nalegała, żebyśmy jak najszybciej zainstalowali 

nowe generatory pól ochronnych i dostarczyli im tyle energii, żeby mogły powstrzymywać 

ataki wrogów.

-   Nadal   uważam,   że   gdyby   zaatakowano   akademię,   moi   rycerze   Jedi   potrafią   ją 

obronić - odparł Luke, uśmiechając się do uczniów stojących przed świątynią. - Przywódcy 

Akademii Ciemnej Strony okazaliby się głupcami, gdyby zamierzali nas lekceważyć.

Han wzruszył ramionami.

- Bez względu na to, co uważasz, Luke’u - odparł - spełnij moją prośbę, gdyż  w 

przeciwnym razie Leia już nigdy nie zmruży oka.

Śmiejąc się, mistrz Skywalker skinął na kilkoro młodych Jedi, by pomogli wynieść z 

ładowni „Sokoła” ciężkie pakunki zawierające części do generatorów.

- Poproszę swoich uczniów, żeby zainstalowali je w tym  czasie, kiedy nas tu nie 

będzie - obiecał.

Przebrany mistrz Jedi podszedł do obu Wookiech, zatopionych w poważnej rozmowie. 

Wyglądało na to, że żegna się z Chewbaccą. Jaina odniosła wrażenie, że słyszy, jak wuj mówi 

coś na temat tego, iż zostało niewiele czasu, ale zanim zdążyła zapytać, o co chodzi, uprzedził 

ją Jacen.

- A co z Chewiem? - zapytał, zwracając się do ojca. - Czy tym razem nie będzie twoim 

drugim pilotem?

Han Solo sprawiał wrażenie trochę zakłopotanego.

- Jakoś będę musiał poradzić sobie bez niego - odparł. - On i Lowie muszą wrócić na 

Kashyyyk,   żeby   zająć   się   rozwiązaniem   poważnego   problemu...   określiłbym   go   mianem 

„rodzinnego”.

- Problemu rodzinnego? - powtórzyła zdumiona dziewczyna. - Czy komuś stało się 

coś złego?

- Nie-e, to coś jeszcze poważniejszego. Nigdy nie poznaliście siostry Lowiego, Sirry, 

prawda? - Han uniósł głowę i uczynił ruch, wskazując Chewbaccę, pogrążonego w rozmowie 

background image

z siostrzeńcem. -Przede wszystkim dajcie im trochę czasu, żeby mogli o tym porozmawiać. 

Mam przeczucie, że później Lowbacca sam powie, o co chodzi. A tymczasem mam dla was 

wiadomości od mamy i Anakina... jak również kilka niespodzianek, które zabrałem na pokład 

„Sokoła Tysiąclecia”.

- Oho! - odezwała się Jaina. - Jeszcze więcej niespodzianek?

Han zachichotał i objął jednym ramieniem córkę, a drugim syna.

- Ta-a, prezenty dla was - odparł, beztrosko się uśmiechając.

- Hej, to mi przypomina, że mam dobry dowcip - odezwał się Jacen. - Czy chcecie 

posłuchać? - Zanim którekolwiek zdołało go od tego odwieść, zaczął mówić: - Zgadnijcie, co 

takiego   mają   Jawowie,   czego   nie   ma   żadne   inne   stworzenie   w   całej   galaktyce?   No   co, 

poddajecie się? - Uniósł brwi. - Małe Jawiątka!

Nawet   ojciec   miał   trudności,   żeby   ułożyć   usta   w   nieszczerym   uśmiechu.   Jaina 

przyglądała się przez chwilę bratu, nic nie mówiąc, po czym odwróciła się w stronę ojca, aby 

podjąć rozmowę na poprzedni temat.

- Wspominałeś coś o tym, że masz dla nas jakieś prezenty? - zapytała.

- No cóż, zabrałem partnera dla hodowanej przez Jacena pieńkowej jaszczurki i trochę 

kwitnących gałązek rozgwiezdnika, które służą tym stworzeniom za pożywienie. Mam także 

zmodernizowany mikromotywator, ale trzeba przy nim jeszcze trochę pomajstrować. Rzecz 

jasna, oboje będziecie musieli sami rozstrzygnąć, które dostanie jaki upominek.

Jaina parsknęła pogardliwie.

- To nie powinno zająć dużo czasu - oznajmiła.

Tenel   Ka   siedziała   w   swojej   komnacie,   z   fascynacją   spoglądając   na   niewielki 

holograficzny   wizerunek   ciemnowłosego   Anakina   Solo   trzymającego   kilka   jaskrawo 

ubarwionych i splecionych włókien. Nie potrafiła zrozumieć, dlaczego młodszy brat bliźniąt 

miałby przesyłać wiadomość właśnie jej. Przecież widziała chłopca tylko raz w życiu i to 

niedawno, podczas pobytu na Coruscant.

- Dobrze wiem, Tenel Ka, jak bardzo jesteś samodzielna, ale mam nadzieję, że nie 

weźmiesz mi za złe tego, co pragnę ci powiedzieć - słuchała nagranego głosu Anakina. - 

Kiedy Jacen i Jaina wspomnieli o trudnościach, jakie masz z zaplataniem włosów od czasu 

wypadku,  postanowiłem,   że  pomogę   ci  uporać  się  z  tym   problemem.   Możliwe,   że  wielu 

spośród tych rzeczy domyśliłaś się sama - na holograficznej twarzy chłopca pojawił się nikły 

uśmiech -ale jeżeli nawet tak jest, rozwiązanie łamigłówki sprawiło mi prawdziwą radość.

Bliźnięta   Solo,   które   wręczyły   Tenel   Ka   kasetę   po   drugiej   rozmowie   z   ojcem, 

background image

siedziały teraz na kamiennej podłodze w komnacie młodej wojowniczki. Jaina przewróciła 

oczami.

- Cały braciszek - mruknęła.

- To jest fakt - odezwała się Tenel Ka, po czym zwróciła uwagę ponownie na jarzący 

się wizerunek.

Na   hologramie   chłopiec   trzymał   różnobarwną   plecionkę   jedną   ręką   i   przebierając 

palcami drugiej, starannie rozdzielał pojedyncze włókna. Dziewczyna podświadomie uniosła 

rękę do głowy i zaczęła rozczesywać palcami pasemka złocistorudych włosów.

Starając się poruszać palcami wyjątkowo precyzyjnie, Anakin przesuwał dłoń w dół 

po pojedynczych włóknach. Zaplatał je, posługując się tylko jedną ręką.

- Widzisz, to się da zrobić, jeżeli tylko spojrzeć na problem z innej perspektywy - 

ciągnął hologram.

Sekwencja ruchów się powtórzyła, chociaż w zwolnionym tempie, a tymczasem głos 

Anakina nie przestawał mówić:

-   Próbowałem   kilku   sposobów,   żeby   umieścić   pośród   splotów   jakąś   ozdobę,   i 

doszedłem   do   wniosku,   że   idzie   mi   najlepiej,   jeżeli   najpierw   przytrzymam   paciorek   czy 

piórko   wargami.   Dzięki   temu,   jeżeli   pragnę   coś   wpleść,   nie   muszę   odrywać   palców   od 

warkocza.

- A. - Tenel Ka kiwnęła głową na znak, że uznaje logikę tego rozumowania. - Aha.

Pragnąc sama spróbować, zaczęła przekładać w palcach pasma włosów. Starała się 

opanować opracowaną przez Anakina technikę zaplatania warkocza jedną ręką.

Hologram   zamigotał   i   zmienił   się,   by   ukazać   inną   scenę.   Anakin   stał   teraz   obok 

grubego   warkocza   z   pasm   długich   lśniących   brązowych   włosów,   w   które   wpleciono 

kilkanaście   różnobarwnych   koralików   i   piór,   zdobiących   zazwyczaj   sploty   włosów 

wojowniczek   z   Dathomiry.   Chłopiec   sprawiał   wrażenie   zakłopotanego,   ale   zarazem 

zadowolonego.

- Jak widzisz, mama pozwoliła mi wprawiać się na swoich włosach.

Widoczna   na   miniaturowym   wizerunku   przywódczyni   Nowej   Republiki   odwróciła 

głowę i ciepło się uśmiechnęła, po czym wykonała wdzięczny piruet, żeby wszyscy mogli 

lepiej przyjrzeć się jej warkoczom.

Kiedy holograficzne nagranie dobiegło końca, Tenel Ka, zastanawiając się nad nową 

techniką, z powagą kiwnęła głową. Pomyślała, że jeżeli trochę sama poćwiczy, z pewnością 

potrafi ją opanować.

Od strony drzwi komnaty wojowniczki dobiegło nagle głośne pytające warknięcie. 

background image

Dziewczyna   uniosła   głowę   i   spostrzegła   Lowbaccę   stojącego   pod   wieńczącym   wejście 

kamiennym hakiem.

-   Wejdź,   przyjacielu   -   powiedziała,   wskazując   wolne   miejsce   obok   siebie   na 

kamiennej posadzce. - Jeżeli chcesz, usiądź z nami.

- Lowie, czy wszystko w porządku? - odezwała się zatroskana Jaina, spoglądając na 

kolegę.

Chudy jak tyczka i porośnięty rudobrązową sierścią młody Wookie wolno podszedł do 

przyjaciół i usiadł na kamiennej posadzce między Tenel Ka a Jainą. Przez dłuższy czas żadne 

z czworga młodych Jedi się nie odzywało. Później Lowbacca sięgnął do pasa i pstryknął 

niewielkim  przełącznikiem  umieszczonym  na tylnej  powierzchni  obudowy miniaturowego 

androida.

- Ach, dziękuję panie Lowbacco - odezwał się natychmiast Em Teedee. - Czuję się 

naprawdę wypoczęty, chociaż muszę oświadczyć, że mój cykl przerwy trwał o wiele dłużej, 

niż się spodziewałem. Och, niech pan spojrzy! Mamy towarzystwo!

Lowbaccca   groźnie   zaryczał   i   krótko   szczeknął,   przerywając   potok   wymowy 

gadatliwego urządzenia.

- Ależ oczywiście, panie Lowbacco - zapiszczał Em Teedee. - Z przyjemnością zajmę 

się tłumaczeniem. Przecież wie pan, że to mój najważniejszy obowiązek. Władam płynnie 

ponad sześcioma językami.

Lowbacca   był   tak   zamyślony,   że   nawet   nie   zbeształ   miniaturowego   androida-

tłumacza. Z początku powoli, często przerywając, zaczął mówić, a Em Teedee tłumaczył jego 

słowa:

-   Pan   Lowbacca   doskonale   zdaje   sobie   sprawę   z   tego,   że   okazywane   ostatnio 

...przygnębienie nie umknęło uwagi nikogo, wywołując całkiem poważne zaniepokojenie... 

Zaniepokojenie, które, pragnę dodać, także ja podzielałem.

Jaina położyła dłoń na ramieniu Lowiego.

- No cóż, martwiliśmy się o ciebie - oznajmiła. - Chcieliśmy, żebyś zwierzył się ze 

swoich kłopotów.

Tenel   Ka   tylko   kiwnęła   głową   i   cierpliwie   czekała,   aż   młody   Wookie   podejmie 

opowieść.

Lowbacca zgarbił się i ciągnął, od czasu do czasu przerywając, żeby Em Teedee miał 

czas przetłumaczyć:

- Ostatnio wyniknął pewien problem rodzinny, który sprawił, że pan Lowbacca zaczął 

się poważnie martwić o bezpieczeństwo swojej siostry Sirrakuk.

background image

Możliwe, że pamiętacie, iż pośród młodych Wookiech istnieje zwyczaj podejmowania 

się bardzo trudnego i niebezpiecznego przedsięwzięcia, samotnie albo z pomocą przyjaciół. 

Dzięki dopełnieniu tego rytuału młodzi mogą cieszyć się szacunkiem innych, co jest bardzo 

istotne zwłaszcza wówczas, kiedy mają obrać własną drogę życia.

Pan Lowbacca postanowił, że dokona takiego odważnego czynu. Wiedział, że innym 

Wookiem  będzie  trudno  pogodzić  się  z  jego  decyzją   rozpoczęcia   nauki  w akademii  Jedi 

zamiast oddawania się jakiemuś bardziej tradycyjnemu zajęciu. Był tak dumny z przymiotów 

własnego umysłu, że postanowił zdać się na swój spryt i przebiegłość. Nie mówiąc ani słowa 

nikomu z przyjaciół, samotnie zapuścił się na najniższe poziomy gęstej dżungli. Osobiście 

ściął pęk błyszczących włókien ze środka niebezpiecznego kwiatu syreniowca. I chociaż pan 

Lowbacca powrócił cały i zdrowy z cennym trofeum, które pragnął zdobyć, przyznaje teraz, 

że ta samotna wyprawa była zbyt ryzykowna i niemądra. Obawia się o Sirrakuk, gdyż wie, że 

siostra jest o wiele bardziej impulsywna, porywcza i uparta niż on.

Lowbacca   urwał,   po   czym   przesunął   palcami   po   błyszczących   włóknach   pasa 

okrywającego jego biodra. Kunsztowne sploty kojarzyły się Tenel Ka z wiadomością, jaką 

otrzymała od Anakina, który pragnął zapoznać dziewczynę z techniką zaplatania warkoczy 

przy użyciu tylko jednej ręki.

Jaina obdarzyła Wookiego wyrozumiałym spojrzeniem.

- Ach, więc teraz się obawiasz, że Sirra może wyprawić się sama tylko dlatego, że ty 

tak postąpiłeś?

Lowbacca wbił spojrzenie w kamienne płyty. Przez chwilę milczał, a potem wydał 

serię gardłowych warknięć i pomruków. Oparł oba łokcie na kosmatych  kolanach i ukrył 

głowę w dłoniach, po czym ciągnął:

-   Obawiam   się,   że   sytuacja   wygląda   jeszcze   bardziej   poważnie,   a   pan   Lowbacca 

uważa,   że   to   on   ponosi   całą   odpowiedzialność   -   przetłumaczył   miniaturowy   android.   - 

Widzicie, od czasów dzieciństwa najlepszą przyjaciółką Sirry była Raabakyysh - albo Raaba, 

jak   zwracali   się   do   niej   członkowie   rodziny   pana   Lowbaccy   -   inteligentna,   stanowcza, 

urodziwa i uwielbiająca przygody koleżanka. Prawdę mówiąc, pan Lowbacca zawsze czuł, 

że... No, dalej! - ponaglił Em Teedee. - Co pan czuł? Nie może pan jak gdyby nigdy nic 

milknąć, nie kończąc zdania.

Lowie cicho jęknął i zaczął znów mówić. Ciemniejsza sierść nad okiem nastroszyła 

się, jakby młody Wookie zaczynał być wzruszony.

- Mniej więcej przed miesiącem Raaba postanowiła udowodnić, że potrafi sama stawić 

czoło niebezpieczeństwu. Sirra i Raaba zdecydowały, że jedna będzie towarzyszyła drugiej, 

background image

ale w noc poprzedzającą tę, kiedy miały wyruszyć na wyprawę, Raaba, zapewne działając pod 

wpływem impulsu chwili, postanowiła pójść sama.

Potajemnie wymknęła się w środku nocy, zostawiając siostrze pana Lowbaccy jedynie 

krótką wiadomość, co zamierza uczynić i dlaczego. Z jej treści wynikało, że Raaba liczyła, iż 

dorównując bratu przyjaciółki pod względem odwagi, wywrze na nim duże wrażenie. Miała 

nadzieję, że pewnego dnia, kiedy oboje dorosną, pan Lowbacca uzna ją za towarzyszkę życia 

godną rycerza Jedi. Niestety...

Lowbacca ponownie zawiesił głos i zanim zaczął mówić dalej, głęboko westchnął.

- Niestety... O rety! - ciągnął Em Teedee. - Obawiam się, że Raaba nigdy nie wróciła z 

wyprawy! Kiedy jej rodzice wyruszyli na poszukiwania, znaleźli tylko zakrwawiony plecak 

córki. Nic więcej. Raaba zniknęła.

Wyczuwając ból Lowbaccy, Tenel Ka popatrzyła na przyjaciela.

- A - powiedziała. - To właśnie dlatego czujesz się taki przygnębiony.

Lowie zaczął znów mówić. Tym razem można było odnieść wrażenie, że dźwięki z 

trudem przechodzą mu przez gardło.

- Od chwili... zniknięcia Raaby, Sirra stawała się coraz bardziej nieostrożna, jakby 

przestało   ją   obchodzić,   czy   będzie   żyła   dalej,   czy   umrze.   Odmówiła   wszystkim   innym 

przyjaciółkom, które chciały wraz z nią zdać ten egzamin dojrzałości. Twierdziła, że Raaba 

była jedyną koleżanką, której całkowicie ufała. Niedawno pan Lowbacca, doprowadzony do 

rozpaczy,  przesłał siostrze wiadomość,  pytając, czy pozwoliłaby,  aby o n towarzyszył  jej 

zamiast Raaby. Pan Chewbacca właśnie przekazał mu odpowiedź Sirry... - Em Teedee na 

chwilę umilkł. - Och, dzięki niech będą niebiosom... wyraziła zgodę!

- Hej, to wspaniale! - odezwał się Jacen. W jego głosie zabrzmiała niekłamana ulga.

- Doprawdy! - zawtórował mu miniaturowy android.

Lowbacca jednak nie od razu odpowiedział. Wyglądało na to, że intensywnie wpatruje 

się w jakiś okruch leżący na kamiennej posadzce.

- Jest jeszcze coś, co cię martwi, Lowie - domyśliła się Jaina.

Tenel Ka spojrzała na kikut odciętej ręki, po czym obdarzyła Wookiego spojrzeniem, 

w którym kryło się zrozumienie.

- Obawiasz się, że nie będziesz mógł pogodzić się ze stratą - powiedziała. - Ze stratą 

Raaby.

- Czy o  to chodzi,   Lowie?  -  zapytała   Jaina.  - Obawiasz  się  bólu, jaki  odczujesz, 

wracając na Kashyyyk, ponieważ nie spotkasz tam swojej przyjaciółki Raaby? A poza tym 

czujesz się odpowiedzialny za to, co się stało, ponieważ usiłowała powtórzyć twój wyczyn?

background image

Lowie zaryczał w odpowiedzi, a Em Teedee przetłumaczył jego odpowiedź.

- Pan Lowbacca jest także  zaniepokojony faktem,  iż ból, jaki odczuwa po stracie 

Raabakyysh, sprawi, że w krytycznym momencie może nie będzie mógł pomóc siostrze tak, 

jakby pragnął... Miał nadzieję, iż uda mu się namówić jedno z was, by zechciało towarzyszyć 

mu w wyprawie na rodzimą planetę.

Tenel Ka odpowiedziała niemal natychmiast.

- Po tym, jak uległam wypadkowi, służyłeś mi pomocą, kiedy cię potrzebowałam. Nie 

mogłabym nie zrobić teraz tego samego dla ciebie, przyjacielu.

Wyciągnęła rękę i położyła dłoń na dłoni Lowbaccy.

- Hej, ja także polecę! - odezwał się Jacen, kładąc dłoń na dłoniach obojga przyjaciół.

Jego siostra nie zwlekała z położeniem swojej dłoni.

- A zatem polecimy wszyscy - oznajmiła. - Razem będziemy silniejsi.

Lowbacca ociągał się, stojąc w pobliżu kadłuba przerobionego „Sokoła Tysiąclecia”. 

Czekał, aż bliźnięta pożegnają się z ojcem.

Han Solo obdarzył dzieciaki przekornym uśmiechem.

- Ta-a, chyba miałem coś w rodzaju przeczucia, że wszyscy zechcecie towarzyszyć 

Lowiemu - powiedział. - Kiedy Chewie opowiedział mi, o co chodzi, uzgodniłem wszystko z 

waszą mamą. Będziecie miały dobrą okazję nauczyć się mówić językiem Wookiech, a także 

rozumieć, co oni mówią do was, dzieciaki.

Właśnie   wówczas   z   hangaru   wyłonił   się   Luke   Skywalker,   ubrany   w   wymięty   i 

zniszczony   lotniczy   kombinezon.   Towarzyszył   mu   Chewbacca.   Lowie   wyczuwał   woń 

zastarzałych smarów i rozpuszczalników, plamiących tkaninę stroju mistrza Jedi.

- Wszystko gotowe? - zapytał Skywalker.

-   Już   bardziej   nie   będzie   -   odparł   Han,   ukazując   zęby   w   kolejnym   przekornym 

uśmiechu. - Czy ty i Chewie skończyliście przygotowywać do lotu „Ścigacz Cieni”?

Luke odwrócił się w stronę starszego Wookiego, idącego u jego boku, i powiedział:

- „Ścigacz” to dobry statek. Nie pozwól, żeby stała mu się jakaś krzywda.

Chewbacca wzruszył ramionami i krótko szczeknął, obiecując spełnić jego prośbę.

Han Solo klepnął go po plecach.

- Bądźcie ostrożni - powiedział. - Powierzam ci dzieciaki. Uważaj na nie, zgoda? Do 

zobaczenia za kilka tygodni.

Han   uściskał   Jacena   i   Jainę,   po   czym   odwrócił   się   i   wszedł   na   pokład   „Sokoła 

Tysiąclecia”.

background image

Zanim   mistrz   Skywalker   także   zniknął   w   środku   frachtowca,  obdarzył   pełnym 

zaufania spojrzeniem wszystkich czworo młodych rycerzy Jedi.

- Nie zapominajcie, że razem jesteście silniejsze - powiedział. - Niech Moc będzie z 

wami.

Kiedy odlatujący „Sokół” zamienił się w niknący punkcik jarzący się bielą silników 

napędu podświetlnego, Lowbacca głęboko westchnął i zaryczał pytająco, zwracając się do 

Jainy.

Dziewczyna zachichotała.

- Masz rację - odparła. - No, to na co jeszcze czekamy?

background image

ROZDZIAŁ 3

Lśniący   kadłub   zaprojektowanego   w   jakiejś   imperialnej   stoczni   „Ścigacza   Cieni”, 

pokryty   jakby   naoliwionym   kwantowym   pancerzem,   połyskiwał   w   promieniach 

wschodzącego   słońca.   Siedzący   za   pulpitem   sterowniczym   Chewbacca   pilotował   mały 

wahadłowiec.   Ostrożnie   manewrując,   wylatywał   z   czeluści   hangaru   urządzonego   na 

najniższym poziomie wielkiej świątyni Massassów, mającej kształt zigguratu.

Jacen   stał   obok   siostry   i   Tenel   Ka,   obserwując,   jak   zgrabny   statek   porusza   się, 

napędzany niesłyszalnymi silnikami. Kiedy pomyślał o przygnębieniu, jakie ostatnio dręczyło 

Lowiego,   był   rad,   że   mistrz   Skywalker   pozwolił   im   lecieć   właśnie   „Ścigaczem   Cieni”   - 

szybką i niemal niezniszczalną jednostką, idealnie nadającą się do wykonywania trudnych 

zadań. Był dumny, że Lowie poprosił ich, by towarzyszyli mu w wyprawie. Cieszył się, że on, 

siostra i Tenel Ka mogą pomóc przyjacielowi Wookiemu.

Lowie stał w przeciwległym krańcu polany i ruchami porośniętych długą sierścią rąk 

wskazywał wujowi właściwy kierunek. Kiedy „Ścigacz Cieni” znieruchomiał, opuściła się 

rampa   małego   statku.   Na   szczycie   ukazał   się   Chewbacca,   który   przeciągle   zaryczał, 

wymachując porośniętymi cynamonową sierścią, kosmatymi rękami.

-   Pan   Chewbacca   serdecznie   zaprasza   wszystkich   na   pokład   -przetłumaczył   Em 

Teedee nieco drżącym głosem, w miarę jak obijał się o biodro przy każdym długim kroku 

Lowiego.

Jacen przerzucił przez ramię pas płóciennej torby z różnymi drobiazgami. Odwrócił 

się, żeby sprawdzić, czy nie mógłby jakoś pomóc Tenel Ka, ale kiedy dostrzegł zdecydowanie 

malujące się na twarzy wojowniczki, doszedł do wniosku, że będzie lepiej, jeżeli o nic nie 

zapyta.

Wszyscy czworo młodzi Jedi weszli na pokład „Ścigacza Cieni”, po czym odwrócili 

się, by pożegnać pozostałych uczniów i Tionnę, która także uniosła rękę w geście pożegnania. 

Jeszcze zanim śluza statku została uszczelniona przed odlotem, instruktorka Jedi zapędziła 

uczniów   do   codziennych   ćwiczeń,   dobrze   wiedząc,   że   Drugie   Imperium   czyniło 

przygotowania do walki z Nową Republiką. Młodzi rycerze Jedi nie mogli tracić ani chwili.

Stopniowy wzrost przyspieszenia, szybki, ale zarazem bardzo łagodny,  sprawił, że 

statek wystartował, jakby naigrawał się z siły przyciągania. Zadań dziób i poszybował prosto 

w przesłonięte poranną mgiełką niebo, pozostawiając za rufą księżyc porośnięty dziewiczą 

dżunglą.

background image

Kiedy   „Ścigacz   Cieni”   dokonał   skoku   w   nadprzestrzeń,   Jacen   nie   przestawał 

obserwować   Chewbaccy   i   Lowiego,   którzy   zajmowali   dwa   przednie   fotele,   ustawione   w 

wąskiej sterowni. Ich rozmowa, prowadzona w języku Wookiech, przypominała mu ryki i 

wycia dwóch groźnych, skaczących sobie do oczu, bestii. Chociaż chłopiec potrafił zrozumieć 

zaledwie kilka słów, wiedział, że obaj Wookie po prostu rozmawiają. Em Teedee otrzymał 

polecenie, by nie troszczył się o tłumaczenie, tak więc Chewie i Lowie mogli zamienić ze 

sobą kilka zdań bez obawy, że ktokolwiek będzie im przeszkadzał.

Widząc,   że   Jaina,   posługując   się   zestawem   uniwersalnych   narzędzi,   rozbiera 

miniaturowe mechaniczne urządzenie, jakie zabrała ze swojego warsztatu na Yavinie Cztery, 

Jacen postanowił, że skorzysta z okazji, by rozweselić wojowniczkę z Dathomiry. Doszedł 

jednak do wniosku, że t y m razem nie będzie opowiadał jej żadnych dowcipów, a zamiast 

tego   wyjaśni   burkliwej   dziewczynie,   dlaczego   niektóre   rzeczy   są   uważane   za   zabawne. 

Postara się wytłumaczyć, dlaczego powinna się śmiać po wysłuchaniu jego dowcipów... no, 

przynajmniej   niektórych.   Jacen   zaczął   się   zastanawiać,   czy   przypadkiem   dziewczyna   nie 

śmieje się dlatego, że po prostu ich nie rozumie.

Niemożliwe, żeby wszystkie jego dowcipy były do niczego…

Wyjaśnił   więc   Tenel   Ka,   dlaczego   absurdalne   odpowiedzi   na   niewinnie   brzmiące 

pytania   są   zazwyczaj   uważane   za   zabawne.   Pokazał,   jak   wyprawianie   nieoczekiwanych 

rzeczy z pożywieniem czy przedmiotami codziennego użytku może wywoływać uśmiech na 

twarzach widzów.

Tenel Ka spoglądała na niego poważnie, poświęcając jemu i tylko jemu całą uwagę. 

Ani razu wszakże nawet się nie uśmiechnęła.

Jacen westchnął, po czym opowiedział dziewczynie kilka najlepszych dowcipów. Po 

chwili opowiedział kilka najgorszych, by na ich przykładzie wyjaśnić różnicę między jednymi 

a drugimi. Tenel Ka wysłuchała cierpliwie, ale na jej twarzy nie ukazał się uśmiech.

Zrozpaczony chłopiec zaczął się zastanawiać, czy nie powinien udać się do automatu 

przyrządzającego   posiłki,   by   poprosić   o   porcję   mrożonego   deneeliańskiego   musującego 

budyniu, po czym na niby potknąć się w ten sposób, by potrawa rozbryznęła się po jego 

twarzy.   Doszedł   jednak   do   wniosku,   że   na   młodej   wojowniczce   nie   wywarłoby   żadnego 

wrażenia nawet najbardziej widowiskowe lądowanie na pośladkach.

Kręcąc  głową na znak, że się poddaje, Jacen postanowił  dać dziewczynie  spokój. 

Powinien zająć się czymś innym, może mniej zniechęcającym. Jego nastrój uległ natychmiast 

poprawie, kiedy wytężając wszystkie zmysły Jedi, wykrył  coś ciekawego w zakamarkach 

background image

części rufowej „Ścigacza Cieni”... nikły ślad, wskazujący na obecność jakiejś żywej istoty... 

ukrytego   w   przedziale   silnikowym   zwierzątka,   które   znalazło   się   poza   naturalnym 

środowiskiem.   Jacen   postanowił   wyruszyć   na   poszukiwania.   Pomyślał,   że   tak   czy   owak, 

chyba nikt oprócz niego nie zainteresuje się biedactwem.

Minąwszy kajuty z pryczami do spania i przedziały, w których automaty przyrządzały 

posiłki,   dotarł   do   osłoniętego   i   izolowanego   przedziału   rufowego.   Słyszał   pulsujący   huk 

silników poruszającego się w nadprzestrzeni „Ścigacza Cieni”. Popatrzył na płyty czołowe 

skomplikowanych paneli, urządzenia kontrolno-pomiarowe i baterie dostarczające energii do 

systemów uzbrojenia, zasilane sprzężonym spinowo i obdarzonym ładunkiem gazem tibanna, 

a także generatory ochronnych  pól siłowych, które niczym  wymyślny baldachim otaczały 

lśniący kadłub statku. Mimo stłumionego hałasu i drżenia pracujących pełną mocą silników 

nadal wyczuwał słabiutki sygnał świadczący o obecności jakiegoś stworzenia, wystraszonego 

i zagubionego.

- Nie obawiaj się - powiedział na głos, równocześnie wysyłając myślowe wici, by 

przekazać te same słowa za pośrednictwem Mocy. - Jestem twoim przyjacielem. Mogę ci 

pomóc. Musisz jednak się pokazać. Przekonasz się, że wszystko będzie dobrze.

Pochyliwszy   się,   zniżył   głos   do   szeptu   i   zaczął   zaglądać   w   szczeliny   między 

urządzeniami kontrolnymi. Postanowił kierować się zmysłami.

- Nie wyrządzę ci żadnej krzywdy - ciągnął. - Możesz mi zaufać.

Dotknął samymi opuszkami palców zimnej metalowej płyty czołowej jakiegoś panelu, 

delikatnie muskając myślami obudowę generatora osłon przeciwjonowych.

Wyczuwał, że właśnie tam ukryło się stworzenie. Drżało i kurczyło się ze strachu; 

zapewne czegoś strzegło. Niewielkiego gniazda?

- To tylko ja - odezwał się znów chłopiec. - Nie bój się mnie. Uspokój się. Potrafię się 

tobą zaopiekować.

Chcąc   uzyskać   dostęp   do   wnętrza   generatora,   pociągnął   za   uchwyty   mocujące 

metalową płytę. W środku, w przytulnym małym gniazdku sporządzonym z różnokolorowych 

odpadków i śmieci, kulił się puchaty ośmionogi gryzoń; podobne do małej myszy stworzenie 

porośnięte delikatną, długą jasnoszarą sierścią. Zwierzątko zwróciło na Jacena mikroskopijne 

czarne oczy, które w panującym półmroku zalśniły jak paciorki. Zaczęło poruszać wilgotnym 

nosem.   Jeżeli   sądzić   z   wyglądu   dwóch   długich   zębów   sterczących   z   przedniej   części 

pyszczka, nie wyglądało na mięsożerne.

- Chodź do mnie - odezwał się Jacen. - To miejsce nie jest dla ciebie bezpieczne.

Wyciągnął rękę i łagodnie wyciągnął gryzonia z kryjówki. Wszystkie osiem łapek 

background image

drżało  i łaskotało  dłoń chłopca.  Jacen  miał  wrażenie,  że  trzyma  tłuściutkiego  puszystego 

pająka, ale przyjaznego, nie zamierzającego go ukąsić.

Pogłaskał zwierzątko po grzbiecie, po czym znów pochylił się i popatrzył na gniazdo. 

Przy jego budowie stworzenie ogryzało kawałki różnobarwnej izolacji z kabli zasilających 

generator. Oprócz tego poszarpało i powyciągało inne przewody, splatając je w ten sposób, 

żeby   w   miękkim   gniazdku,   wyściełanym   strzępkami  tkanin   i   plastikowych   osłon,   mogły 

zmieścić się. cztery pulchniutkie kulki, bez wątpienia potomstwo samicy.

- Och, jaki masz przytulny domek - odezwał się łagodnie chłopiec. - Chyba jednak nie 

powinnaś była budować go właśnie z takich materiałów. Wiesz, nie możemy się obyć bez 

generatora osłon przeciwjonowych. To urządzenie chroni kadłub naszego statku.

Nie przestając delikatnie głaskać grzbietu stworzenia, wyjął gniazdko w taki sposób, 

żeby nie wyrządzić krzywdy młodym, po czym umieścił w nim samicę, która natychmiast 

przytuliła się do czterech puchatych kulek.

- Przeniosę cię teraz w bezpieczne miejsce - obiecał - ale najpierw muszę powiedzieć 

o wszystkim Jainie i Lowiemu, żeby mogli zająć się naprawami.

Zaabsorbowany uspokajaniem nowego ulubieńca, Jacen powrócił do pomieszczeń na 

dziobie. Podszedł do siostry, która nadal majstrowała we wnętrzu niepojętego mechanicznego 

urządzenia.

- Hej, posłuchaj, Jaino - zaczął. - Mam niepomyślne wieści.

Dziewczyna   się   odwróciła,   nie   wypuszczając   z   dłoni   niewielkiego   klucza 

hydraulicznego.

- Co się stało?

Zanim chłopiec zdążył odpowiedzieć, cały „Ścigacz Cieni” zakołysał się i szarpnął, 

jakby zderzył się z niewidoczną przeszkodą. Pokład uciekł spod nóg Jacena, który upadł na 

kolana. Z trudem utrzymywał równowagę, starając się nie upuścić gniazda.

Świetliste   różnobarwne   smugi,   oglądane   przez   iluminatory   podczas   lotu   w 

nadprzestrzeni,   zawirowały   we   wszystkie   strony   jakby   wszyscy   oglądali   je   po   zażyciu 

środków halucynogennych. Kiedy jakaś siła zatrzęsła „Ścigaczem Cieni” po raz drugi, Jacen 

upadł na plecy. Z najwyższym wysiłkiem udało mu się jednak utrzymać cenne gniazdko.

- Uhm, to teraz nieważne - odparł. - Może poczekać na bardziej odpowiednią chwilę.

Jaina chwyciła za podłokietniki fotela, a tymczasem niewielki statek zataczał się i 

trząsł   jak   pijany.   Wszystkie   narzędzia   i   elektroniczny   zdalniak   skanujący,   który   właśnie 

dziewczyna skończyła naprawiać, wystrzeliły jak pociski, by roztrzaskać się o grodzie i opaść 

background image

na płyty pokładu w postaci bezużytecznych szczątków.

Kiedy „Ścigacz Cieni” na chwilę wyrównał lot, jej brat niepewnie się wyprostował, 

nie wypuszczając czegoś, co trzymał w dłoni. Jego włosy sprawiały wrażenie jeszcze bardziej 

rozwichrzonych niż zazwyczaj. Przede wszystkim chłopiec spojrzał, czy Tenel Ka nie stało 

się nic złego. Młoda wojowniczka także wstała. Szeroko rozstawiła nogi, wparła je w pokład i 

starała się utrzymać  równowagę. Tymczasem „Ścigacz Cieni” znów się zatrząsł, próbując 

przelecieć przez obszar objęty jakimiś zakłóceniami.

- Co się dzieje? - zapytała.

Siedzący   w   sterowni   Lowie   i   Chewbacca   zaczęli   ryczeć   do   siebie   i   ciągnąć   za 

dźwignie, żeby ustabilizować mały wahadłowiec.

-   Burza   jonowa?   -   zakwilił   przerażony   Em   Teedee,   by   po   chwili   wydać   głośny 

elektroniczny jęk. - Czy jest pan tego absolutnie pewien? Jesteśmy zgubieni!

Usta Jainy zacisnęły się w ponurą ciemną linię.

- Zgadza się, to burza jonowa - odezwała się dziewczyna. - Zwyczajny pech. Nie 

mogliśmy   jej   przewidzieć.   Posługując   się   nawigacyjnym   komputerem,   wytyczyliśmy 

najkrótszy  szlak,   którym   można   było   dolecieć   na  Kashyyyk.   Pokładowe   atlasy   gwiezdne 

ukazują tylko ciągłe zagrożenia, w rodzaju gromad gwiazd, czarnych dziur i gromadzących 

olbrzymią energię mgławic... Tymczasem burze jonowe pojawiają się i znikają, ale kiedy się 

przelatuje przez ich obszar, z pewnością wywołują drgania nadprzestrzeni.

- Czy to coś poważnego? - zapytał Jacen. Na jego czole pojawiły się kropelki potu. - 

Nie podoba mi się to. Jestem pełen najgorszych przeczuć.

- Musimy spokojnie poczekać i przekonać się, co z tego wyniknie - odparła Jaina.

Tenel   Ka   stała,   położywszy   dłoń   na   pasie   z   wieloma   kieszeniami.   Gdyby   miała 

walczyć z namacalnym wrogiem, mogłaby posłużyć się sztyletami do rzucania, świetlnym 

mieczem   czy   nawet   cienką   linką   zakończoną   rozkładaną   kotwiczką.   Żaden   z   tych 

przedmiotów nie nadawał się jednak, żeby wojowniczka mogła stawić czoło burzy jonowej.

Tymczasem Chewbacca i Lowie przebierali włochatymi palcami po pulpitach konsolet 

sterowniczych,   chwytając   za   różne   dźwignie.   „Ścigacz   Cieni”   wyskoczył   jednak   z 

nadprzestrzeni i znalazł się na obrzeżach szalejącej jonowej nawałnicy.

- Oho - odezwał się Jacen. - Zapomniałem wam powiedzieć, że nasz generator osłon 

przeciwjonowych mógł zostać trochę uszkodzony.

Uniósł sporządzone z różnobarwnych strzępków materiałów izolacyjnych gniazdko, z 

którego zwisały kawałki kabli i przewody.

Jaina   natychmiast   odwróciła   się   w   jego   stronę,   jeszcze   bardziej   zmartwiona   niż 

background image

kiedykolwiek.

- O, nie! To mogłoby...

W miarę  jak „Ścigacz  Cieni”  coraz  bardziej  pogrążał  się w groźną  burzę, kadłub 

statku   zaczynały   otaczać   podobne   do   pajęczyn   krzaczaste   błyskawice   wyładowań 

elektrycznych.   W   ciemnościach   raz   po   raz   rozbłyskiwały   potężne   wyładowania.   Ogniste 

bryzgi   przecinały   wypełnione   rozżarzonymi   gazami   przestworza,   w   których   szalał 

niespodziewany   huragan   międzygwiezdnych   jonów.   Mały   wahadłowiec   podskakiwał   jak 

rozwścieczony banth, a jego pasażerowie obijali się o przepierzenia i grodzie.

Jacen oparł się ramieniem o kontrolny rygiel. Po chwili wpadła na niego Tenel Ka. 

Chłopiec   pochwycił   wojowniczkę   i   nie   wypuszczając   z   drugiej   dłoni   gniazda   z   nowym 

ulubieńcem, przytrzymał i siebie, i dziewczynę, by oboje nie upadli. Tymczasem Jaina, która 

usiłowała przedostać się do sterowni, rozpłaszczyła się na płytach pokładu.

W tej samej chwili włączyły się rufowe silniki „Ścigacza Cieni”. Potężna siła napędu 

podświetlnego  pchnęła statek ku przeciwległemu  krańcowi przestrzeni,  rozdzieranej  przez 

szalejącą   jonową   burzę.   Siedzący   na   fotelu   pilota   Chewbacca   zaryczał   i   zaczął   chwytać 

dźwignie   sterownicze.   Pociągając   raz   jedną,   a   raz   drugą,   usiłował   utrzymać   statek   na 

poprzednim kursie, który pozwoliłby jak najszybciej opuścić niebezpieczny obszar.

Lowie   głośno   zaryczał,   kiedy   dostrzegł,   jak   ogniste   palce   błękitnych   błyskawic 

przeskakują z jednego panelu kontrolnego na drugi, niszcząc kolejne podsystemy.

Nagle zza rufowych grodzi, gdzie znajdowały się generatory osłon przeciwjonowych, 

dobiegł głośny skowyt oznaczający, że urządzenia są przeciążone. Po chwili rozległ się huk i 

generatory odmówiły posłuszeństwa.

Za   dziobowym   iluminatorem   „Ścigacza   Cieni”   kłębiło   się   morze   różnobarwnych 

gazów. Mały wahadłowiec leciał dalej, koziołkując w przestworzach, kierując się jednak ku 

obszarowi nie objętemu przez jonową burzę. W końcu opuścił niebezpieczną przestrzeń, ale 

Jaina wzdrygnęła się, kiedy pomyślała, jakie uszkodzenia musiały spowodować wyładowania 

jonowe.

Jacen otrzepał się z kurzu i uśmiechnął się z przymusem.

- A teraz... - zaczął. - Uhm... Jak mówiłem, generator osłon przeciwjonowych został 

uszkodzony... - Ponownie uniósł gniazdo z ośmionogim gryzoniem, który skulił się, jakby 

świadom wszystkich kłopotów, jakie przysporzył załodze. - Znalazłem to gniazdo we wnętrzu 

urządzenia. Wyjąłem je, ale chciałbym, żeby któreś z was zajęło się naprawą uszkodzeń.

- Wygląda na to, że mamy teraz pod dostatkiem czasu na naprawy - odezwała się 

Tenel Ka. - Potrafimy to zrobić, prawda?

background image

Siedzący w sterowni Lowie i Chewie zaczęli się naradzać, raz po raz rycząc i warcząc.

- Och, to wspaniale! - odezwał się miniaturowy android-tłumacz. - Pan Lowbacca 

uważa,   że   mieliśmy   wielkie   szczęście.   Systemy   napędowe   oraz   urządzenia   uzdatniania 

powietrza  i wody zostały tylko  lekko  uszkodzone i  ich naprawa  nie powinna  okazać  się 

bardzo trudna. O rety, to naprawdę cudowna wiadomość!

Em Teedee zamilkł. Obaj Wookie przez chwilę rozmawiali ze sobą, po czym głos 

zabrało znów srebrzyste urządzenie.

- Przepraszam, ale co pan powiedział, panie Lowbacco? O rety! Wszystko wskazuje 

na to, że nasz komputer nawigacyjny został całkowicie zniszczony. Wskutek tego straciliśmy 

wszelkie  współrzędne, które pozwoliłyby nam dolecieć  z tego miejsca do jakiegokolwiek 

innego. Nie do wiary! Jesteśmy... Zagubiliśmy się w przestworzach.

Usłyszawszy   uwagę   androida-tłumacza,   Chewbacca   i   Lowie   w   tej   samej   chwili 

gniewnie zaryczeli i Em Teedee natychmiast umilkł.

- No cóż, wydaje mi się, że jednak powinienem czerpać pociechę z faktu, iż panowie 

pokładają takie zaufanie w swoich umiejętnościach nawigacji - mruknął po chwili.

Obaj Wookie zaczęli gorączkowo dyskutować, po czym nastąpiło wpisywanie danych 

do pamięci pulpitu nawigacyjnego, a jeszcze później wzajemne sprawdzanie, czy któryś z 

Wookiech   nie   popełnił   omyłki.   Kiedy   pozostali   członkowie   załogi   uporali   się   z   mniej 

skomplikowanymi naprawami, „Ścigacz Cieni” wyruszył w dalszą podróż.

Z   początku   Jaina   była   zaskoczona,   że   mały   statek   leci   znów   właściwym   kursem, 

potem jednak uświadomiła sobie, że nie ma  w tym  nic nadzwyczajnego. Mimo wszystko 

Kashyyyk  był jedyną planetą zamieszkaną przez Wookiech, a Lowie i Chewbacca bardzo 

tęsknili za rodzinnym światem.

Dlaczego więc miała się dziwić, że obaj zapamiętali zestaw współrzędnych, dzięki 

którym mogli powrócić do domu?

background image

ROZDZIAŁ 4

Zekk stał dumnie wyprostowany w zacisznej sali audiencyjnej, urządzonej na jednym 

z poziomów  Akademii  Ciemnej  Strony.  Walczył  ze  sobą, usiłując  ukryć  zdenerwowanie. 

Uniósłszy lekko głowę, czekał, kiedy otrzyma od dawna obiecaną nagrodę. Jego oczekiwanie 

wreszcie dobiegało końca.

W   chłodnym   powietrzu   unosiła   się   ożywcza   woń   jakichś   olejów   czy   smarów.   Z 

metalowego   sufitu   padały   jaskrawe   smugi   światła,   co   zmuszało   młodzieńca   do   mrużenia 

szmaragdowozielonych   oczu.   Ich   tęczówki   były   otoczone   ciemniejszymi   pierścieniami, 

podobnymi   do   mrocznej   aureoli   otaczającej   jego   osobowość.   Zekk   potrząsnął   głową,   by 

odrzucić do tyłu zmierzwione ciemne włosy, o odcień jaśniejsze od głębokiej czerni. Ciągle 

mrugając, spojrzał na lorda Brakissa, oświetlonego jasnym blaskiem rzucanym przez panele 

jarzeniowe.

Naczelnik   Akademii   Ciemnej   Strony   był   odziany   w   fałdzisty   srebrzysty   płaszcz, 

uszyty z tkaniny, która sprawiała wrażenie, jakby uprzędły ją jadowite pająki. Pod jedną ze 

ścian sali stała Tamith Kai, nieprzejednana przywódczyni nowego zakonu Sióstr Nocy. Jak 

zwykle,   miała   na   sobie   połyskującą   czarną   pelerynę,   ozdobioną   spiczasto   zakończonymi 

naramiennikami. Pod bujną grzywą jej hebanowoczarnych włosów płonęły fioletowe oczy. 

Obok  Tamith  Kai  czekały  dwie  inne  sławne  Siostry  Nocy:  urodziwa,  chociaż  niewysoka 

Garowyn i silnie umięśniona Vonnda Ra, ubrane w tuniki z opancerzonej jaszczurczej skóry i 

peleryny z czarnymi naramiennikami. Obie przyleciały z Dathomiry. Wszystkie trzy wiedźmy 

przywodziły Zekkowi na myśl wygłodniałe drapieżne ptaki.

Obok kobiet stał na baczność posiwiały pilot myśliwca typu TIE, eskortowany przez 

grupę   najbardziej   obiecujących   przyszłych   szturmowców.   Jeden   z   najsilniejszych   spośród 

nich, zakuty jak wszyscy inni w biały pancerz, to Norys, były przywódca Zagubionych, który 

jeszcze   niedawno   wydawał   na   Coruscant   rozkazy   innym   członkom   gangu.   Podczas   gdy 

pozostali kandydaci na szturmowców stali sztywno wyprostowani, z bronią na ramionach, 

Norys   kręcił   się   i   poruszał,   zły   i   poirytowany,   iż   musi   brać   udział   w   ceremonii.   Mając 

świadomość, że wszystkie jego zmysły wyostrzyło podniecenie, Zekk słyszał, jak z białego 

głośnika byłego przywódcy gangu wydobywają się ochrypłe ciche słowa:

- Ten śmieciarz... Taki ma zawsze szczęście.

Poruszając  się cicho  i dyskretnie,  pilot  Qorl  położył  na ramieniu  Norysa  ciężką  i 

obdarzoną   wielką   siłą   protezę,   podobną   do   tych,   jakie   mają   androidy.   Ten   stanowczy, 

background image

niedwuznaczny gest miał uciszyć zawadiakę. Zekk wiedział, że sztuczna ręka Qorla jest tak 

ciężka, iż mogłaby strzaskać biały pancerz imperialnego żołnierza jak skorupkę jajka. Norys 

umilkł, ale każdym gestem dawał dowód, że jest rozdrażniony.

Zekk   nie   zwracał   na   niego   uwagi.   Pragnął   napawać   się   chwilą   swojej   chwały   i 

uśmiechnął się na myśl o tym, jak bardzo zmienił się w ciągu zaledwie kilku miesięcy... A 

teraz miał dostąpić najwyższego zaszczytu.

Z okazji uroczystości wtajemniczenia i mianowania miał na sobie nowiutki skórzany 

mundur. Ciężkie okrągłe ćwieki zdobiły usztywnione paski naramienników, nadając skórze 

wytrzymałość   pancerza.   Dłonie   młodzieńca   były   ukryte   w  grubych   czarnych   rękawicach, 

które przyjemnie skrzypiały, kiedy zginał i rozginał palce.

Na uśmiechniętej i gładkiej jak porcelana twarzy Brakissa malowała się prawdziwa 

duma. Naczelnik Akademii Ciemnej Strony wręczył Zekkowi upominek - fałdzistą czarną 

pelerynę   obrzeżoną   ciemnoszkarłatnym   pasem,   którego   intensywny   odcień   przypominał 

barwę świeżej krwi.

- Młody Zekku - zaczął Brakiss. - Wręczam ci ten dar jako symbol znaczenia, jakie 

masz dla Akademii Ciemnej Strony. Udowodniłeś, że jesteś pojętnym uczniem, dzięki czemu 

stanowisz cenny nabytek  dla  Drugiego Imperium.  Nasze starania  nie przyniosłyby  takich 

rezultatów, gdybyś nie zechciał wziąć udziału w naszej walce. Pojedynkując się z Vilasem, 

drugim   wybitnym   kandydatem   Akademii   Ciemnej   Strony,   wykazałeś,   że   jesteś   naszym 

mistrzem, naszą nadzieją na przyszłość... naszym Najciemniejszym Rycerzem.

Zekk zamrugał, usiłując powstrzymać kłujące łzy szczęścia i satysfakcji, napływające 

do   jego   oczu.   Tymczasem   Brakiss   rozpostarł   ciężką   tkaninę,   udrapował   na   watowanych 

ramionach munduru młodzieńca, po czym zapiął poły peleryny z przodu szyi i zatrzasnął 

zapinkę w kształcie drapieżnego srebrnego skarabeusza.

Zekk obserwował Tamith Kai. Stała nieruchomo, przeniknięta śmiercionośną energią, 

podobna do przebiegłego androida-mordercy. Zauważył, że Siostra Nocy skrzywiła się na 

wzmiankę o Vilasie, który był przecież jej pupilem, jej kandydatem na przywódcę wszystkich 

Ciemnych Jedi kształcących się w Akademii Ciemnej Strony. Zekk zdołał jednak pokonać 

gburowatego,   przesadnie  ufającego  we  własne  siły młodego  mężczyznę   i  teraz  o  n nosił 

czarną pelerynę... a Was, wystrzelony w przestworza przez otwór do usuwania śmieci, był 

właściwie tylko gwiezdnym pyłem.

Brakiss cofnął się i opuścił ręce, po czym zaplótł palce. Srebrzyste fałdy jego szaty 

skrywały nadgarstki i starannie wypielęgnowane dłonie.

- Nadszedł czas, żebyś wykonał dla nas pierwsze i bardzo ważne zadanie, Zekku - 

background image

powiedział.   -   Aby   udowodnić,   co   jesteś   wart,   zostaniesz   mianowany   dowódcą   oddziału 

żołnierzy.

Zekk poczuł, że serce w jego piersi skoczyło jak szalone. Nie sądził, że jeszcze tego 

samego dnia zniesie więcej zaszczytów.

- Co... - zająknął się. - Co chcesz, żebym uczynił?

- W ramach ostatnich przygotowań do ataku na umocnienia twierdzy Rebeliantów 

musimy  zdobyć   bardzo  ważne   elementy.   Będziesz   dowodził  oddziałami,  które   dokonaj  ą 

szturmu   na   zamieszkany   przez   Wookiech   świat,   Kashyyyk.   Właśnie   tam,   w   jednym   z 

zaawansowanych   pod   względem   technicznym   drzewnych   miast,   znajduje   się   fabryka 

najbardziej skomplikowanych urządzeń komputerowych instalowanych na pokładach statków 

naszych wrogów.

Jeżeli   wyprawa   zakończy   się   powodzeniem,   zdobędziemy   komputerowe   moduły 

umożliwiające naprowadzanie na cel i systemy taktyczne, dzięki którym uzyskamy olbrzymią 

przewagę i odniesiemy zwycięstwo. Będziemy mogli posiać zamęt we flotach Rebeliantów, 

gdyż   wykorzystamy   ich   komputery   do   przekazywania   mylnych   sygnałów.   Możliwe,   że 

zastosujemy te urządzenia także do naśladowania tajnych kodów, przesyłanych przez okręty 

nieprzyjaciół.   Chcemy,   żeby   jednostki   wojenne   Drugiego   Imperium,  wysyłając   sygnały 

identyfikujące je jako statki Rebeliantów, mogły bezpiecznie przelatywać przez przestworza, 

opanowane przez naszych wrogów.

Z uwagi na niezwykłą doniosłość misji, zostaniesz mianowany dowódcą bardzo silnej 

grupy. Zezwalam także na użycie nowych maskujących hologramów, które opracowaliśmy z 

myślą   o  przenikaniu   między   nieprzyjaciół.   Wszystko   zależy   teraz   od  ciebie,   Zekku.   Czy 

czujesz się na siłach podjąć to wyzwanie?

Chłopak entuzjastycznie pokiwał głową.

- Tak! Tak, uczynię to dla ciebie, mistrzu Brakissie!

Tamith Kai oderwała plecy od ściany i weszła w krąg jaskrawego światła padającego 

na młodzieńca. Zekk obrócił głowę i popatrzył na wysoką złowieszczą kobietę. Wygięte w 

dół   końce   szkarłatnofioletowych   warg   nadawały   jej   twarzy   wyraz   powagi.   Sprawiając 

wrażenie, iż wieści jego klęskę, Siostra Nocy oznajmiła:

- Nasz plan ma jeszcze jeden aspekt, o którym na razie nic nie wiesz. Przejęliśmy 

sygnały, z których wynika, że przysparzający nam tylu kłopotów smarkacze Jedi właśnie w 

tej   chwili   lecą   z   wyprawą   na   Kashyyyk.   Kiedy   odlatywali   z   Yavina   Cztery,   przesłali 

wiadomość,   w   której   żegnali   się   z   matką.   Na   szczęście   Qorl   śledzi   wszystkie   sygnały 

wysyłane z okolic tego księżyca do stolicy Rebeliantów.

background image

Spojrzała   na   podobne   do   szponów   paznokcie,   jakby   nagle   odkryła   w   nich   coś 

ciekawego.

- Z początku planowaliśmy zaczekać jeszcze kilka tygodni, zanim rozpoczniemy atak 

- ciągnęła - ale teraz... Chwila nie może być lepiej wybrana. - W jej fioletowych oczach 

błysnęły iskry radości. - Twoim drugim zadaniem będzie upewnienie się, że Jacen, Jaina i ich 

kłopotliwi przyjaciele zostaną raz na zawsze... usunięci z drogi, tak żebyśmy wyruszając na 

podbój galaktyki, nie musieli się martwić o to, iż pokrzyżują nasze plany.

Kiedy  młodzieniec  dowiedział  się,  na  czym  ma  polegać   drugie  zadanie,   przełknął 

kluchę, jaka utkwiła w gardle, ale nie odpowiedział ani słowem. Jacen, a zwłaszcza jego 

siostra Jaina, od najmłodszych lat byli jego najlepszymi przyjaciółmi. Ich drogi jednak się 

rozeszły, kiedy bliźnięta odleciały, aby kształcić się w akademii Jedi. Pozostawiły Zekka na 

Coruscant, żeby wiódł, tak jak dotąd, niewesołe życie. Chłopak nie miał żadnej nadziei na 

lepszą przyszłość, dopóki nie odnaleźli go przedstawiciele Akademii Ciemnej Strony.

-   W   porządku   -   odparł   w   końcu   ochryple   i   ponuro.   Starał   się   powiedzieć   to   jak 

najgłośniej,   tak   by   nikt   się   nie   zorientował,   że  może   mieć   jakieś   wątpliwości.   Dokonał 

przecież wyboru własnej drogi życia i teraz musiał podążać obranym szlakiem, bez względu 

na to, co podpowiadało mu sumienie. - W porządku - powtórzył. - Kiedy startujemy?

- Jak najszybciej - odparła złowieszcza kobieta.

Tamith   Kai   i   dwie   pozostałe   Siostry   Nocy   stały   na   płycie   wielkiego   lądowiska 

Akademii Ciemnej Strony, zajęte załadunkiem statku, którym miały polecieć na wyprawę. 

Sam   statek,   ozdobiony   neutralnymi   znakami,   był   niewielkim   towarowym   frachtowcem, 

skonfiskowanym jakiemuś zabłąkanemu handlarzowi, który miał nieszczęście zapuścić się 

zbyt blisko obszarów tworzących jądro galaktyki. Tamith Kai zastanawiała się leniwie, czy 

właściciel statku nadal gnije, przetrzymywany w głębi jakiegoś imperialnego lochu... czy też 

może szturmowcy skrócili jego męczarnie. Było oczywiste, że Drugie Imperium nie mogło 

uwolnić   człowieka,   który   poznał   systemy   gwiezdne   należące   do   jądra   galaktyki   i   mógł 

wyjawić prawdę o porwanym frachtowcu.

Pilot Qorl, zamknięty w obserwacyjnej bańce, którą umieszczono nad lądowiskiem, 

stał   obok   przełączników   aparatury   maskującej   Akademię   Ciemnej   Strony   i   nadzorował 

przygotowania do startu wyprawy. Stary mężczyzna nie brał w niej udziału, ale osobiście 

wybrał kilkanaście niedawno skonstruowanych imperialnych myśliwców i bombowców typu 

TIE, które zostały umieszczone w ładowniach frachtowca.

-   Przekonamy   się,   czy   Brakiss   ma   rację,   obdarzając   takim   zaufaniem   swojego 

background image

młodego   ulubieńca   -   mruknęła   Tamith   Kai,   starając   się,   by   nikt   inny   nie   usłyszał   jej 

chrapliwego niskiego głosu. -Jeżeli chodzi o mnie, nadal mu nie ufam. Jak Norys nazywa tego 

chłopaka...   śmieciarzem?   Wyczuwam,   że   Zekk   jeszcze   całkiem   nie   przeszedł   na   ciemną 

stronę.

Vonnda Ra zmarszczyła brwi, a na jej kanciastej twarzy odmalowało się zakłopotanie.

- Przecież po tym wszystkim, czego dokonał... - zaczęła. - Spójrz tylko, jak przykłada 

się do nauki. Jak możesz podawać w wątpliwość jego umiejętności?

-  Nie   wątpię   w   jego   umiejętności,   tylko   w   motywy   postępowania   -  odezwała   się 

Tamith Kai. - Nie miałam takich zastrzeżeń, jeżeli chodziło o lojalność Vilasa.

Garowyn uznała za słuszne także włączyć się do rozmowy.

- To możliwe, Tamith Kai - powiedziała. - Vilas jednak nie żyje. Zekk okazał się 

waleczniejszym wojownikiem. Może po prostu trudno ci pogodzić się z porażką.

Oczy Tamith Kai zalśniły jak dwa jaskrawofioletowe słońca, gotowe w każdej chwili 

eksplodować.

- Wcale nie jest mi trudno pogodzić się z porażką! - warknęła.

- Jasne, że nie - odparła Garowyn, po czym odwróciła głowę, pragnąc ukryć ironiczny 

uśmiech.

Rozwścieczona Tamith Kai zacisnęła pięści.

-  Mam  wrażenie,  że   Zekk  nadal   żywi  jakieś  uczucia  względem  tych  nieznośnych 

bliźniąt Jedi. Nie może się powstrzymać, by nie darzyć ich przyjaźnią - rzekła Siostra Nocy, 

Powoli   zaczynała   się   uspokajać.   Jej   wargi,   ciemnowiśniowe   jak   przejrzały   owoc,   nawet 

rozciągnęły się w uśmiechu. - I właśnie dlatego postarałam się, żeby ta wyprawa była czymś 

więcej niż tylko zwykłym rabunkiem. Przekonajmy się, jak Zekk poradzi sobie z wykonaniem 

jeszcze jednego zadania.

Vonnda   Ra   umieściła   wypełniony   bronią   okratowany   pojemnik   w   ładowni 

szturmowego   wahadłowca,   po   czym   wróciła,   żeby   zabrać   ciężkie   pasy   kryjące   osobiste 

generatory maskujących hologramów.

-   Sądziłam,   że   komputerowe   systemy   taktyczne   i   moduły   umożliwiające 

naprowadzanie na cel są najważniejszym celem naszej wyprawy - stwierdziła.

- Możliwe, że dla ciebie i dla Drugiego Imperium - odparła Tamith Kai, niedbale 

kiwnąwszy głową. - Ale nie dla mnie.

Garowyn skrzyżowała żylaste ręce na niepokaźnym torsie.

- Może jesteś oficjalną przywódczynią, Tamith Kai - oświadczyła - aleja także chcę 

decydować   o  tym,   co  jest  najważniejsze   dla   mnie.   Pomogę   ci   podczas   tej   wyprawy,   ale 

background image

głównym   powodem,   dla   którego   lecę   z   wami,   jest   chęć   odzyskania   naszej...   skradzionej 

własności.

- Jakiej skradzionej własności? - zainteresowała się Vonnda Ra, nie wypuszczając 

urządzeń kontrolnych i generatorów maskujących hologramów, ukrytych w ciężkich pasach, 

których końce zwisały po obu stronach jej wyciągniętych rąk.

-   Naszego   najlepszego   statku   pokrytego   kwantowym   pancerzem,   dysponującego 

potężnym   uzbrojeniem   i   mającego   idealnie  opływowe   kształty   -   odparła   Garowyn.   - 

„Ścigacza Cieni”. Ten niewielki wahadłowiec, jedyna radość mojego życia, stanowił szczyt 

osiągnięć imperialnych projektantów i inżynierów. Mimo to Luke Skywalker i ta zdrajczyni z 

Dathomiry podstępnie  zamknęli mnie w kapsule ratunkowej i ukradli statek! Od tamtego 

czasu korzysta z niego akademia Jedi. Niedawno jednak się dowiedziałam, że jakiś Wookie i 

smarkacze   Jedi   wyprawili   się   moim   statkiem   na   Kashyyyk.   Dopiero   teraz   mam   szansę 

odzyskania tego, co należało kiedyś do mnie.

-   No   cóż,   jeżeli   naprawdę   uda   ci   się   odzyskać   „Ścigacz   Cieni”,   zostanie   więcej 

miejsca dla nas, kiedy będziemy wracały na pokładzie szturmowego wahadłowca - odparła 

Vonnda Ra.

Tamith Kai zmierzyła  niską, brązowowłosą Siostrę Nocy zimnym  spojrzeniem.  W 

końcu się uśmiechnęła, rym razem trochę cieplej i szczerzej.

- Widzę z tego, że wszystkie  mamy do załatwienia  własne porachunki - rzekła. - 

Miejmy nadzieję, że nasza wyprawa zakończy się powodzeniem.

background image

ROZDZIAŁ 5

-   Ależ   oczywiście,   panie   Lowbacco.   Będę   szczęśliwy,   mogąc   służyć   panu   w   ten 

sposób - odezwał się Em Teedee, kiedy zbliżali się do Kashyyyku. - Obliczenie parametrów 

dalszej trajektorii lotu będzie dla mnie drobnostką.

Lowie   zaakceptował   wyniki   obliczeń   przeprowadzonych   przez   małego   androida   i 

wprowadził  je  ręcznie,  posługując  się  panelem   sterowniczym   „Ścigacza  Cieni”.   Kiedy  w 

iluminatorze pojawiła się zielonobrązowa kula planety, siedzący obok niego wuj odetchnął z 

ulgą,  jakby  zawczasu  cieszył   się na  wspomnienie  wszystkich  woni,  smaków  i  dźwięków 

rodzinnego świata. Mimo iż Lowie powracał z ciężkim sercem, także poczuł nagły przypływ 

podniecenia i radości. Wiedział, że już wkrótce znajdzie się na bezpiecznych, spokojnych 

wierzchołkach drzew rosnących tylko na Kashyyyku.

-   Doskonała   robota,   panowie   Lowbacco   i   Chewbacco!   -   zapiszczał   radośnie   Em 

Teedee.

Lowie   burknął   coś   nieobowiązującego   w   odpowiedzi,   wciąż   jeszcze   oczarowany 

widokiem rodzinnej planety. Wyglądała zupełnie tak samo, jak tego dnia, kiedy ją opuszczał. 

Odlatywał   wówczas   na   pokładzie   „Sokoła   Tysiąclecia”   w   towarzystwie   Hana   Solo,   aby 

zostać uczniem akademii Jedi. Jak długo nie było go w domu?

Zbyt  długo. Lowie poczuł, że pragnienie ponownego zobaczenia się z rodzicami  i 

siostrą staje się trudne do zniesienia. Obaj Wookie posługiwali się dźwigniami sterowniczymi 

w pośpiechu, zrodzonym z radosnego oczekiwania. W pewnej chwili, gdy „Ścigacz Cieni” 

obniżał lot, kierując się ku gęstemu baldachimowi liści w dole, Chewbacca ze wzruszeniem 

wskazał urządzone na wierzchołkach drzew miasto, w którym dorastał on i matka Lowie-go. 

Lowbacca zastanawiał się, czy wuj, podróżując po całej galaktyce, także tęskni za domem tak, 

jak czasem jemu zdarzało się tęsknić, kiedy przebywał na Yavinie Cztery. Nie wątpił, że 

pierwszego czy drugiego dnia po lądowaniu Chewbacca znajdzie jakoś czas, by polecieć do 

swojego miasta i odwiedzić resztę rodziny.

Siedzący za nim bliźnięta i Tenel Ka raz po raz wykrzykiwały, podziwiając piękno 

Kaskyyyku i rozmiary drzew porastających planetę.

-   Mimo   iż   już   tu   byłam,   zawsze   zapominam,   jakie   są   wielkie   -   mruknęła   Jaina, 

przyciskając palce do transpastalowej szyby iluminatora.

- Zdumiewające - przyznała Tenel Ka. - Ale gdzie znajdują się miasta?

Chewbacca obniżył lot lśniącego statku jeszcze bardziej, a Lowie wskazał miejsce, 

background image

gdzie   w   grupach   rosnących   blisko   siebie   drzew   krzyżowały   się   wyższe   konary,   niemal 

przesłaniając widok niższych pięter. Spośród gęstwiny splątanych grubych gałęzi wystawały 

błyszczące wieże i platformy - ślady cywilizacji wykorzystującej wszystkie cechy naturalnego 

środowiska.

- A - odezwała się dziewczyna, a w jej głosie dało się słyszeć zdumienie. - Aha.

- Sprytne, hmmm? - zapytał Jacen, pochylając się w stronę wojowniczki. - Starają się, 

żeby przyroda i technika szły ręka w rękę.

Lowie zaryczał, zgadzając się z opinią chłopca.

- Pan Lowbacca pragnie zauważyć, że technika i przyroda nie muszą kłócić się ze 

sobą- przetłumaczył Em Teedee. - Połączenie obu może być przyjemniejsze niż wybieranie 

tylko jednego albo drugiego.

Kiedy Lowie w końcu dostrzegł  rodzinne miasto,  poczuł, że na nowo ogarnia go 

zniecierpliwienie.   Robił   wszystko,   co   mógł,   by   nie   rozpiąć   sprzączek   ochronnej   sieci. 

Tymczasem   Chewbacca   pilotował   uszkodzony   wahadłowiec,   kierując   go   ku   właściwej 

platformie ładowniczej.

W tej samej  sekundzie kiedy „Ścigacz  Cieni”  miękko  osiadł  na płycie  lądowiska, 

Lowbacca zeskoczył z fotela drugiego pilota i pospieszył do włazu zamkniętej śluzy. Przez 

iluminator sterowni widział czekających na platformie pozostałych członków rodziny: ojca 

Mahraccora, matkę Kallabow i młodszą siostrę Sirrakuk.

Otworzył właz i przez ułamek sekundy stał na progu, skąpany promieniami słońca. 

Wciągał powietrze, chłonąc każdy szczegół i napawając się widokiem intensywnej zieleni i 

brązu wierzchołków  gigantycznych  wroszyrów. Później zaryczał,  witając swoich bliskich, 

którzy odpowiedzieli podobnym przeciągłym rykiem. Rodzice sprawiali wrażenie zdrowych i 

szczęśliwych, może jedynie trochę zmęczonych. Ciepłe błękitne oczy matki, osadzone między 

kędziorami   kasztanowatej   sierści,   promieniowały   niekłamaną   dumą.   Ciemniejsze   pasmo 

zdobiące sierść ojca z upływem czasu ani trochę nie posiwiało.

Jedynie jego siostra wyglądała inaczej niż zazwyczaj. Była  wyższa, szczuplejsza i 

piękniejsza   niż   podlotek,   którego   pamiętał   z   czasów   kiedy   odlatywał,   ale   na   jej   twarzy 

malował się smutek i przygnębienie. Sirra ostrzygła futro w niezwykły sposób, wycinając 

ozdobne ścieżki, które przebiegały przez ramiona i głowę. Kły siostry pozostały jednak tak 

samo ostre i białe, a sierść wokół nosa i ust starannie uczesana i całkiem długa. Sirrakuk 

stanowczo wydoroślała.

Jego ojciec uniósł ręce nad głowę i przeciągle zaryczał, pozdrawiając syna po raz 

drugi. Lowie także głośno ryknął i pobiegł, by przywitać się z najbliższymi.

background image

Jacen, siedząc przy ogromnym stole, po raz dziesiąty żałował, że nie rozumie lepiej 

mowy Wookiech. Wciśnięty pomiędzy Lowiego  a Sirrę, od czasu do czasu spoglądał  na 

przeciwny   kraniec   stołu,   gdzie   po   obu   stronach   Chewbaccy   siedziały   Tenel   Ka   i   Jaina. 

Zastanawiał   się,   czy   słuchając   prowadzonej   podczas   obiadu   głośnej   i   niezrozumiałej 

rozmowy, obie dziewczyny czują się tak samo, jak on, zakłopotane.

Jedynym oświetleniem był ciepły blask rzucany przez przezroczyste siatkowe klatki, 

zawieszone na gałęziach tworzących sklepienie jadalni i otoczone rojami mikroskopijnych 

świecących  owadów. Nad głowami biesiadników unosiła się woń egzotycznych  przypraw 

zmieszana   z   aromatem   kadzideł,   wydostającym   się   przez   wycięte   otwory   okienne   i 

mieszająca   się   z   wilgotnym   powietrzem   nocy.   Intensywny   zapach   potraw,   które   rodzice 

Lowiego przygotowali na powitanie przyjaciół syna, pobudzał gruczoły ślinowe wszystkich 

gości.

Funkcję stołu pełniła wielka okrągła drewniana płyta odcięta z pnia gigantycznego 

wroszyra.   Hipnotyzujące   wzrok   koncentryczne  kręgi   wskazywały,   ile   lat   liczyło   drzewo, 

zanim   posłużyło   do   budowy   stołu.   Wszystkie   krzesła   i   inne   meble   w   domu   Lowiego 

sprawiały zresztą wrażenie przesadnie dużych, przeznaczonych dla istot o wiele wyższych niż 

przeciętni ludzie. Jacen niespokojnie poruszył się na ustawionej obok stołu wysokiej ławie.

W końcu zaświtała mu pewna myśl.

- Hej, a gdzie jest Em Teedee? - zapytał. - Naprawdę przydałaby się nam teraz jego 

umiejętność tłumaczenia.

Jaina   zarumieniła   się,   by   po   chwili   ułożyć   usta   w   ten   sposób,   jakby   chciała 

powiedzieć: „o”.

- Ja... hmmm... - zaczęła się jąkać. - Myślę, że to moja wina. Pożyczyłam go, by 

podłączyć do urządzeń diagnostycznych „Ścigacza Cieni”. Chciałam, żeby powiedział nam, 

jakie   części   zapasowe   musimy   zdobyć,   by   naprawić   nasz   wahadłowiec.   -   Dziewczyna 

przygryzła dolną wargę. - Nie pomyślałam o tym, że może byłoby uprzejmiej zaczekać z tym, 

aż skończymy rozmawiać z rodzicami Lowiego.

Jacen wzruszył ramionami i zamknął oczy. Usiłował się skupić na wszystkim, co go 

otaczało,   mając   nadzieję,   że   może   zrozumie   znaczenie   chociaż   pojedynczych   wyrazów. 

Stwierdził jednak, że jeżeli aż pięcioro Wookiech naraz rozmawia, rycząc, warcząc, wyjąc i 

szczekając,   prawie   nie   sposób   zrozumieć   ani   słowa   z   ich   rozmowy.   Powoli   wypuścił 

powietrze i postarał się odprężyć. Zamierzał posłużyć się Mocą, żeby stwierdzić, czy może w 

ten sposób odgadnąć przynajmniej sens dyskusji.

background image

Zza okien dobiegł go cichy szmer ciepłego popołudniowego deszczu zapuszczającego 

delikatne   palce   między   liście   majestatycznych   wroszyrów.   W   jadalni   wszakże   nadal 

krzyżowały się dźwięki podobne do odgłosów trwającej bitwy, choć od czasu do czasu także 

mieszające się z takimi, które chłopiec dobrze znał i nawet trochę rozumiał. Wyczuwał, że w 

tych słowach kryje się radość i oczekiwanie; nadzieja i troska. Poczuł...

Poczuł na ramieniu dotknięcie włochatej ręki. Zaskoczony, uniósł głowę i zobaczył 

siostrę Lowiego wyciągającą ku niemu talerz z porcją smażonego mięsa i świeżych jarzyn. 

Widząc, że chłopiec spogląda na nią, Sirra wydała uprzejme, ale dziwaczne szczeknięcie.

- Blasterowe błyskawice! - odezwał się szybko Jacen. - Bardzo przepraszam, ale czy 

to wszystko dla mnie?

Rozbawiony Lowie sapnął, po czym zatoczył ręką zamaszysty łuk, chcąc pokazać, że 

wszyscy   inni   siedzący   przy   stole   zostali   już  obsłużeni.   Na   talerzach,   ustawionych   przed 

każdym Wookiem, widniały wielkie porcje świeżego mięsa i stosy surowych jarzyn. Jaina 

miała  na  talerzu  mniej  więcej  to  samo,  co brat,  a Tenel  Ka podano mieszaninę  jarzyn  i 

mięsiw, zarówno surowych, jak i gotowanych. Chłopiec z niejakim rozbawieniem stwierdził, 

że apetyt dziewczyny pozwala jej spożywać posiłki charakterystyczne dla obu tak różnych 

światów: prymitywnej Dathomiry i wyrafinowanego Hapes. Kallabow i Mahraccor musieli 

się napracować, pragnąc zadowolić kulinarne gusty wszystkich gości. Jacen przyjął talerz z 

rąk Sirry, po czym podziękował.

Kiedy   wszyscy   Wookie   umilkli   i   w   oczekiwaniu   popatrzyli   na   Lowbaccę,   ten 

wyciągnął  jedną rękę nad swoim talerzem z jedzeniem i wydał  półgłosem kilka krótkich 

jękliwych dźwięków. Jacen rozpoznał parę wygłaszanych w charakterze dziękczynienia słów 

okolicznościowej mowy Wookiech, które tak często słyszał z ust Lowbaccy.

Następnie Lowie wstał, uniósł wysoko ręce i odgiął na boki dłonie z wyciągniętymi 

palcami, jakby chciał stworzyć ochronny liściasty baldachim nad głowami swoich bliskich i 

przyjaciół, po czym  powtórzył  to samo krótkie przemówienie. W odpowiedzi jego matka 

wydała przeciągły żałosny skowyt.

Po chwili jednak i Wookie, i ludzie rzucili się na jedzenie, jakby nie mieli w ustach 

przyzwoitego posiłku od co najmniej kilku tygodni.

Następnego dnia Jaina z powątpiewaniem spojrzała na długą listę części, którą Em 

Teedee   przepisał   do   jej   elektronicznego   notatnika,   i   mruknęła   coś   wymijająco.   W 

przestronnym pokoju młodego Wookiego, wydrążonym w części pnia ogromnego wroszyra, 

siedzieli obok niej Jacen i Tenel Ka. Lowie odłączył przewody od diagnostycznego panelu, 

background image

ukrył je znów w środku obudowy małego androida, po czym z trzaskiem zamknął pokrywę 

kryjącą   jego   wnętrze.   Tymczasem   Chewbacca   korzystając   z   faktu,   że   Jaina   i   Lowie 

współpracowali   ze   sobą,   by   ustalić   listę   uszkodzonych   podzespołów   „Ścigacza   Cieni”, 

wyprawił się na drugi kraniec planety. Zamierzał odwiedzić pozostałych członków rodziny, z 

którymi nie widział się od dłuższego czasu.

Za otwartym oknem spadło kilka ostatnich kropli kolejnej przelotnej ulewy. Młodym 

rycerzom Jedi towarzyszyła Sirra, raz po  raz przygładzając sterczące włosy przystrzyżonej 

sierści. Zapewne siostra Lowiego nie chciała pozostawać sama, ale siedziała, właściwie nie 

biorąc udziału w rozmowach.

- Popatrz na to, Lowie - odezwała się Jaina, unosząc i obracając ekran notatnika.

Młody Wookie zaczął czytać listę zniszczonych części, a kiedy skończył, zaryczał i 

pogrążył się w zadumie. Jacen i Tenel Ka podeszli bliżej, aby także zapoznać się z wykazem. 

Chłopiec błysnął zębami, obdarzając siostrę figlarnym uśmiechem.

- Aż trudno uwierzyć, żeby jedna malutka burza jonowa mogła wyrządzić tyle szkód, 

hmmm?

Jaina spiorunowała go spojrzeniem.

- Gdyby twój puszysty pieszczoch nie zżarł całej izolacji z przewodów...

- Hej, to niesprawiedliwe! - zawołał urażony Jacen. - Nawet o nim nie wiedziałem, 

zanim wystartowaliśmy z Yavina Cztery.

Chłopiec   wyjął   puchate   stworzenie   z   prowizorycznej   klatki,   którą   sporządził   dla 

samicy i jej młodych. Mały ośmionogi gryzoń wydawał się bardzo zadowolony z nowego 

gniazda.

- Nie chciałaś wyrządzić żadnych szkód - powiedział. - Prawda, Jonko?

Zbliżył   nastroszoną   puszystą   kulkę   do   twarzy   i   pieszczotliwie   pogładził   palcem 

grzbiet stworzenia. Samica cichutko zapiszczała. Chłopiec zamierzał uwolnić gryzonia, kiedy 

wszyscy wrócą na Yavin Cztery, ale na razie chciał troszczyć się o niego, jak umiał najlepiej.

- To nie była wina Jacena - odezwała się łagodnie Tenel Ka. - A przypisywanie winy 

stworzeniu do niczego nas nie zaprowadzi.

Jaina wzruszyła jednym ramieniem.

- Ta-a, wiem - przyznała. - Przepraszam. Tylko nie pozwólcie, żeby Chewie, kiedy 

wróci wieczorem, zobaczył to paskudne małe zwierzę.

Lowie zwrócił notatnik Jainie i okazując dużą pewność siebie, krótko warknął.

-   Pan   Lowbacca   jest   niemal   pewien,   że   w   miejscowym   zakładzie   produkcyjnym 

zdobędziemy większość umieszczonych na liście podzespołów, albo przynajmniej zamówimy 

background image

wykonanie odpowiednich urządzeń zastępczych - przetłumaczył usłużnie Em Teedee.

Jaina poczuła, że w jej serce wstępuje nadzieja.

- Chodzi ci o zakład produkcyjny, w którym pracują twoi rodzice?

- Blasterowe błyskawice! - wybuchnął nagle Jacen. - Czy jesteś pewien? Ten wykaz 

zawiera przecież bardzo dużo pozycji. A co właściwie wytwarza się w tej fabryce?

Lowie   wykonał   trudny   do   określenia   gest,   po   czym   ryknął   coś   w   odpowiedzi. 

Chłopiec mniej więcej przeczuwał, co odrzekł jego kosmaty przyjaciel.

-   W   zakładzie,   w   którym   są   zatrudnieni   rodzice   pana   Lowbaccy,   jak   również 

większość innych mieszkańców tego drzewnego miasta - zapiszczał miniaturowy android - 

produkuje się różne skomplikowane  podzespoły komputerowe,  stosowane w transporcie i 

telekomunikacji.

Jaina nadstawiła uszu, oczyma wyobraźni widząc fabrykę wypełnioną egzotycznymi i 

niesamowicie złożonymi podzespołami i urządzeniami.

- Na przykład jakie? - zainteresował się Jacen, umieszczając Jonkę z powrotem w 

prowizorycznej klatce. Mały gryzoń natychmiast sprawdził, czy potomstwu nie stało się nic 

złego, po czym zaczął myszkować po wymoszczonym gnieździe.

Tym razem Lowie dość długo gestykulował i ryczał, wskutek czego tłumaczenie jego 

słów zajęło więcej czasu.

- Między innymi,  w fabryce  są wytwarzane systemy naprowadzania, stosowane w 

planetarnych   stacjach   kontroli   lotów   -   zaczął   mały   android.   -   Produkowane   są   także 

podsystemy  nawigacyjne  i ich moduły rezerwowe, a także systemy taktyczne,  generatory 

kodów wysyłanych sygnałów, wielofazowe...

- Hej, myślę, że mniej więcej rozumiem, o co chodzi - przerwał Jacen. - Dzięki, Em 

Teedee.

Jaina   z   trudem   powstrzymała   się,   żeby   nie   zachichotać.   Jej   wiecznie   ciekawski 

braciszek otrzymał znacznie więcej informacji, niż pragnął.

- Lowie, czy znasz jakiś sposób, żebyśmy mogli przelecieć „Ścigaczem Cieni” bliżej 

twojego   domu,   tak   by   naprawy   statku   zajęły   mniej   czasu?   -   zapytała.   -   Lądowisko   w 

hangarze, gdzie go zostawiliśmy, znajduje się przecież na drugim krańcu miasta. Będziemy 

mieli kłopoty z naprawami, jeżeli wiesz, o co mi chodzi.

Lowie pokręcił głową, ale po chwili zaryczał, widocznie pragnąc coś zaproponować.

- Pan Lowbacca chciałby zauważyć... - zaczął tłumaczyć Em Teedee.

- Ta-a, chyba wiem, o co mu chodzi - wpadła w słowo Jaina, z wysiłkiem starając się 

zrozumieć chociaż kilka słów spośród tych, które wypowiedział młody Wookie. - Możemy 

background image

wyciągać uszkodzone moduły po jednym albo po dwa, przynosić do domu Lowiego i dopiero 

tu zajmować się naprawami. - Promiennie się uśmiechnęła. - To wspaniały pomysł. No, to na 

co jeszcze czekamy?

background image

ROZDZIAŁ 6

Poranny wietrzyk  rozwiewał włosy rudobrązowej sierści Lowiego, który stał obok 

przyjaciół na platformie obserwacyjnej, umieszczonej na wierzchołku najwyższego drzewa. 

Gładka powierzchnia zajmowała całkiem sporo miejsca, a o tak wczesnej porze nie przebywał 

na niej nikt oprócz czworga młodych Jedi. Wszyscy uznali, że jest idealnym miejscem, na 

którym mogliby rozprostować kości i wykonać na świeżym powietrzu kilka ćwiczeń.

Powietrze   było   przesycone   intensywnymi   zapachami   kwitnących   wiosną   roślin, 

młodych liści i drewna, rozgrzanego przez promienie słońca. Na skraju platformy przycupnęła 

siostra   Lowiego,   Sirra.   Przyglądała   się,   jak   młodzi   Jedi   przystępują   do   wykonywania 

indywidualnych ćwiczeń gimnastycznych.

Lowie   dokładał   starań,   żeby   nikt   nie   zauważył,   iż   dyskretnie   obserwuje   siostrę. 

Obawiał  się, że jeżeli  Sirra zorientuje się, iż poświęca  jej dużo uwagi,  może  poczuć się 

rozdrażniona,   wskutek   czego   stanie   się   jeszcze   bardziej   uparta   niż   dotychczas.   O   wielu 

ważnych problemach w ogóle nie mówili; Lowie był jednak pewien, że już wkrótce będzie 

musiał poruszyć je w rozmowie z Sirra.

Skierował złociste oczy na środek platformy i przez chwilę obserwował, jak Jacen 

wykonuje pompki, a Jaina ćwiczy przewroty. Tenel Ka, zwinniejsza niż kiedykolwiek, stanęła 

na jednej nodze, a potem schyliła się i wyprostowała drugą poziomo w tył, pokazując, jak 

wygląda jaskółka. Po chwili pochyliła się jeszcze bardziej i skierowała drugą nogę ku niebu.

Lowie oparł dłonie na ciepłej drewnianej powierzchni platformy, a potem odbił się i 

stanął na rękach. Kiedy Jaina minęła go, wykonując gwiazdy, zaryzykował i po raz kolejny 

rzucił okiem na Sirrę. Od czasu kiedy poprzedniego dnia przyleciał, młodsza siostra prawie 

wcale się nie odzywała, chociaż instynktownie szukała jego towarzystwa. Lowie nie potrafił 

przestać się zastanawiać, o czym myśli Sirra. Czy może miała mu za złe to, że odziedziczył 

talent Jedi, podczas gdy ona nie wykazywała takich umiejętności? Może obwiniała go za 

śmierć Raaby? Albo obraziła się na przyjaciół, których zaprosił do domu?

Oboje różnili się od siebie tak bardzo, że młody Wookie pomyślał, czy naprawdę 

kiedykolwiek dobrze się rozumieli. Lowie był zamyślony, poważny i zamknięty w sobie, a 

Sirra rozhukana, pewna siebie i nie ukrywająca własnych myśli. Lowbacca robił wszystko, by 

nie zwracać na siebie uwagi znajomych i nieznajomych, podczas gdy jego siostra uwielbiała 

zaskakiwać swoim wyglądem i zachowaniem. Z jakiegoż innego powodu wystrzygłaby sierść 

w okolicach kostek, kolan i nadgarstków w taki sposób, że utworzyły się niezwykłe wzory?

background image

Sirra i Lowie  darzyli  się zawsze bezgranicznym  zaufaniem...  ale  czy teraz siostra 

nadał mu ufała?

Tenel Ka, wykonując w powietrzu zgrabne salta, na chwilę przesłoniła pole widzenia 

młodego Wookiego. Lowie poczuł, że traci równowagę, ale szybko ją odzyskał, po czym 

zaczął uginać i prostować ręce.

-   Hej,   Lowie!   -   usłyszał   nagle   za   plecami   okrzyk   Jacena.   -   Czy   nie   zechciałbyś  

nauczyć mnie chociaż kilku słów swojej mowy?

Młody Wookie zamruczał na znak zgody.

- Pan Lowbacca mówi, że nie ma nic przeciwko temu, aby zostać pana nauczycielem - 

przetłumaczył miniaturowy android.

Jaina zachichotała.

- A to heca, Em Teedee - powiedziała. - Wydawało mi się, że Lowie powiedział tylko: 

„dobrze”.

- No cóż, przypuszczam, że naprawdę tak może brzmieć inne tłumaczenie - odparł Em 

Teedee, tym  razem jakby trochę zirytowany.  - Uważam jednak, że wydaje się cokolwiek 

prozaiczne.

Lowie szczeknął, zanosząc się od śmiechu, a potem znów popatrzył na Sirrę, żeby 

przekonać się, czy przysłuchiwała się rozmowie. W tej samej chwili siostra odwzajemniła 

jego spojrzenie, po czym odwróciła się plecami i usiadła na samej krawędzi platformy. Jej 

kołyszące   się   nogi   zwisały   nad   przepaścią   kończącą   się   baldachimem   liści.   Zaczęła 

wypatrywać   czegoś   na   niższych  poziomach...   Zapewne   rozmyślała   o   niewidocznych 

głębinach, z których nie powróciła Raaba.

- No cóż, panie Lowbacco - odezwał się Em Teedee, dla odmiany urażonym tonem. - 

Ponieważ   nauczył   pan   innych   swojej   mowy,   domyślam   się,   że   nie   zechce   pan   dłużej 

korzystać z moich usług.

- Oczywiście, że będziemy ciebie nadal potrzebowali, Em Teedee - rzekła Jaina. - 

Nigdy nie zrozumiemy każdego słowa, które powie Lowbacca.

Młody Wookie, okazując roztargnienie, burknął coś na znak, że przyznaje jej rację. 

Nie  przestawał  spoglądać   na  zgarbioną  sylwetkę   Sirry.   Nagle  przyszło   mu  do  głowy,  że 

chociaż przyleciał do domu, żeby wesprzeć siostrę w trudnych chwilach, właściwie nie miał 

pojęcia, w jaki sposób to uczynić. Doskonale uświadamiał sobie, że sama jego obecność nie 

wystarczy. Chciałby chociaż spróbować porozmawiać z Sirrą, ale martwił się tym, co będzie, 

jeżeli   jego   siostra   boryka   się   z   problemami,   których   nie   potrafi   rozwiązać?   A   co,   jeżeli 

jednym z tych problemów jest jej brat, który dając niebezpieczny przykład, niejako zmusił 

background image

siostrę, by go naśladowała, mimo iż mogło to grozić śmiercią?

Nadal   stojąc   na   rękach,   Lowie   przestał   się   skupiać   na   ćwiczeniu   i   nagle   stracił 

równowagę, tym razem z fatalnym rezultatem. Przez chwilę starał się ponownie stanąć prosto, 

niepewnie chwiejąc się w jedną i drugą stronę. Zdziwiony Em Teedee głośno zapiszczał. W 

tej samej chwili Lowie się przewrócił i z głuchym hukiem wylądował na pośladkach.

Jaina natychmiast pospieszyła z pomocą, co wprawiło młodego Wookiego w jeszcze 

większe zakłopotanie.

- Czy nic ci się nie stało? - zapytała.

Lowie bardzo chciałby, żeby koleżanka nie zwracała uwagi na to, co się stało. Na 

korzyść dziewczyny przemawiał jednak fakt, że kiedy się przekonała, iż Lowie nie jest ranny, 

natychmiast wróciła na środek platformy i zajęła się wykonywaniem następnych ćwiczeń. 

Starała się udawać, że nie widzi, jak Lowie wstaje z drewnianych desek, a potem otrzepuje 

sierść z kurzu.

Młody Wookie, zawstydzony własną niezręcznością, polecił androidowi-tłumaczowi, 

by wyłączył się na jeden okres odpoczynku. Przeszedł na skraj platformy i usiadł obok Sirry, 

po czym przełożył nogi przez krawędź i pozwolił, by zwisały nad przepaścią. Ponieważ nie 

wiedział, od czego zacząć, odczekał chwilę, licząc na to, że może pogrążona we własnych 

myślach   siostra   odezwie  się   pierwsza.   Obserwując   ją   kątem   oka,   ponownie   zaczął   się 

zastanawiać, co sprawiło, że oboje tak bardzo różnili się od siebie. Nie potrafił zrozumieć, 

jakim cudem dwoje tak odmiennych dzieci mogło mieć tych samych rodziców.

Lowie wykazywał duże umiejętności, jeżeli chodziło o władanie Mocą, ale Sirra ani 

nie   miała   takiego   talentu,   ani   nie   zamierzała   zostać   rycerzem   Jedi.   Cichy,   pogrążony   w 

myślach   brat   był   zawsze   przeciwieństwem   ufnej   we   własne   siły   i   rozmownej   siostry... 

rozmownej aż do niedawna, kiedy stała się skryta i zamknięta w sobie. Poza tym Lowie 

potrafił całymi godzinami zgłębiać tajniki systemów komputerowych, a Sirra bardzo szybko 

traciła zainteresowanie tym, co robiła, i zajmowała się czymś innym, byle tylko zaspokoić 

żądzę   przygód   i   poznawania   świata.   Co   więcej,   Lowie   zawsze   chlubił   się   tym,   że   jest 

posłuszny. Uważał, że łatwiej mu jest robić to, czego spodziewają się inni, niż tracić czas i 

energię na bezsensowne akty buntu, wymierzonego przeciwko starszym i przełożonym.

Kiedy uświadomił sobie ten fakt, zerknął na widoczne w różnych  miejscach ciała 

siostry   pasma   krótko   przystrzyżonej   sierści.   O   ile   wiedział,   nikt   z   dorosłych   Wookiech, 

których znał, i tylko nieliczni młodzi strzygli sierść w podobnie fantazyjne wzory. Postanowił 

w końcu spytać  Sirrę właśnie  o to, aby zacząć  rozmowę.  Przełamując  wewnętrzny opór, 

zapytał, czy takie wystrzyżenie sierści chłodzi ciało podczas upałów.

background image

Sirra wzruszyła  ramionami. To nie był  powód, dla którego ostrzygła sierść w taki 

sposób.

Czy była to oznaka żałoby? Po Raabie?

Sirra prychnęła na samą myśl o tym, że może to być jedyny powód.

Czyżby więc bunt?

Sirra przez chwilę zastanawiała się nad pytaniem, po czym  niepewnie westchnęła. 

Zapewne sama nie bardzo wiedziała, co powiedzieć. Uważała to za... pewien sposób okazania 

na zewnątrz tego, co czuła w środku, a czego inni nie widzieli: że była inna niż wszyscy.

Lowie wydał gardłowy pomruk, zastanawiając się nad tą odpowiedzią. Dotychczas 

uważał za oczywiste, że każdy Wookie różni się czymś od wszystkich pozostałych.

Sirra pokręciła głową, po czym nagle zerwała się na równe nogi. Lowie natychmiast 

zauważył, że jest rozdrażniona. Zapewne nie zrozumiał, o co jej chodzi, gdyż okrążyła niemal 

pół   platformy,   zanim   gestem   dała   mu   znak,   by   za   nią   poszedł.   Musiał   niemal   biec,   by 

dotrzymać siostrze kroku.

W końcu Sirra ponownie przemówiła, mimo iż jej głos wyraźnie załamywał się ze 

wzruszenia.   Pokazując   na   wystrzyżoną   sierść   na   przegubach   i   łokciach,   powiedziała,   że 

uczyniła to w tym celu, by pokazać wszystkim innym, iż nie jest taka jak oni.

Myśląc, co odrzec, Lowie figlarnie przekrzywił głowę, ale Sirra jeszcze nie skończyła 

wyjaśniać, o co jej chodziło. Powiedziała, że nie dysponuje umiejętnościami Jedi, jak jej brat, 

i dlatego ich rodzice dawno postanowili, że będzie pracowała w fabryce, w której wytwarzano 

komputerowe podzespoły. Sirra wszakże nie miała ochoty pracować tak, jak wszyscy inni. 

Nie   widziała   niczego   ciekawego   w  monotonnym   składaniu   komputerów,   a  poza   tym   nie 

cieszyła się opinią bardzo dobrej programistki. Uniosła rękę, zacisnęła palce w pięść i głośno 

ryknęła... Chciała, żeby w życiu spotkało ją coś bardziej podniecającego!

Lowie  z  po wagą  pokręcił  głową.  Wookie   potrafili   być  doskonałymi   inżynierami, 

naukowcami i pilotami - kimkolwiek pragnęli. Sukcesy nie przychodziły jednak bez trudu. 

Lowbacca kiwnął głową w stronę przyjaciół, chcąc podkreślić, jak ciężko ćwiczą właśnie w 

tej chwili. Oboje Wookie przez chwilę szli w milczeniu obok siebie.

Tymczasem Jacen, Jaina i Tenel Ka skończyli ćwiczenia i wychylili się przez krawędź 

platformy, by podziwiać piękno baldachimu liści. W pewnej chwili Jacen wyciągnął rękę.

- Hej, Lowie, jak nazywają się te drzewa? - zapytał.

Lowie szczeknął w odpowiedzi. Wroszyry.

Kiedy idąc u boku siostry, minął grupę trojga Jedi, zapytał siostrę, co zamierza robić 

w życiu. Sirra jęknęła i niepewnie wzruszyła ramionami.

background image

Lowie przez chwilę się zastanawiał, po czym zapytał, co chciałaby robić.

Westchnęła   ciężko,   po   czym   rozłożyła   szeroko   ręce,   jakby   pragnęła   objąć   nimi   i 

bezkresny las, i całe niebo. Uwielbiała chodzić na wycieczki i wyprawy. Pasjonowała się 

poznawaniem nowych  miejsc i zdobywaniem  wiedzy.  Cieszyła  się, kiedy mogła  czuć się 

wolna, podobnie jak czuł się Lowie, gdy wyprawiał się w przestworza gwiezdnym skoczkiem. 

Co więcej, Sirra lubiła sama decydować o swoim losie. Nie znosiła, kiedy ktoś mówił jej, co i  

kiedy robić.

Lowie zawył, wymieniając nazwy odległych miast Kashyyyku; przecież istnieją inne 

fabryki,   inne   zawody.   Sirra   machnęła   ręką,   jakby   odpędzając   samą   myśl   o   takich 

prozaicznych obowiązkach. Chciała robić w życiu coś ważnego, coś naprawdę niezwykłego. 

W jej głosie zabrzmiała nagle uraza, jaką żywiła jednak wobec brata i jego przyjaciół Jedi. 

Przed nimi wszystkimi otwierały się przecież ogromne możliwości. Sirra pragnęła mieć taką 

samą szansę.

Posługując   się   Mocą,   bliźnięta   i   Tenel   Ka   zaczęli   po   kolei   wzbudzać   fale   na 

powierzchni liściastego baldachimu. Wyglądało to, jakby liście były muskane podmuchem 

powietrza, wywołanego przez ruch skrzydeł niewidzialnego drapieżnika. Sirra burknęła coś, 

wyraźnie  oburzona, po czym  wyciągnęła  rękę  i pokazała  Lowiemu  młodych  Jedi, którzy 

krzyżowali i splatali gałęzie drzew, przyspieszając ruch biegnących po liściach zmarszczek 

Mocy.

Sirra była pewna, że nigdy nie marnowałaby talentu w taki sposób. Wiedziała, że już 

niedługo musi zmierzyć się z kwiatem syreniowca, aby udowodnić wszystkim, jak jest silna i 

odważna.   Oświadczyła,   że   wątpi,   aby   młodzi   rycerze   przeżyli   chociaż   pięć   minut, 

przebywając na najniższym poziomie dżungli. Upierała się, że władanie Mocą nie zapewni im 

bezpieczeństwa ani nie ocali życia, jeżeli będą wykorzystywali swoje umiejętności do takich 

igraszek.

Lowie   obdarzył   siostrę   prowokującym   spojrzeniem,   po   czym   podjął   próbę 

wytłumaczenia   jej   trudnych   pojęć,   których   najwidoczniej   nie   rozumiała.   Oświadczył,   że 

przyjaciele  tylko  „doskonalą” własne umiejętności,  a nauka i ćwiczenia  nigdy nie idą na 

marne. Zapewnił siostrę, że Jaina, Jacen i Tenal Ka są o wiele silniejsi, niż można byłoby 

sądzić po tym, co robią.

Zbyła jego wyjaśnienia wzruszeniem ramion i ponownie ruszyła skrajem skąpanej w 

blasku słońca platformy.  Wyprowadzony z równowagi Lowie zapytał,  co ma  zrobić,  aby 

pomóc jej uporać się z problemem.

Na   twarzy   Sirry   odmalowało   się   prawdziwe   zdumienie:   nie   prosiła   o   pomoc   w 

background image

czymkolwiek!

Tym   razem   Lowie   sprawiał   wrażenie   zaskoczonego.   Zapytał,   czy   widząc   siostrę 

cierpiącą albo zakłopotaną, nie mógł wyciągnąć wniosku, iż powinien jej pomóc?

Sirra zmrużyła oczy. Wydała całą serię burkliwych dźwięków, pragnąc przypomnieć 

bratu,   że   zaledwie   przed   kilkoma   minutami   upadł,   narażając   na   szwank   swoją...   swoją 

godność.

Czy wówczas także pragnął, by ktoś inny pomagał mu uporać się. z problemem?

Lowie pokręcił głową. Sirra uniosła brwi, pytając, czy teraz ją rozumie.

Lowie  zrozumiał,  co  miała   na  myśli,   ale  uważał,  że  to  nie  to  samo.   On przecież 

wiedział, że Sirra potrzebuje pomocy.

Siostra ponownie usiadła na krawędzi platformy, po czym zapatrzyła się w dół, na 

sąsiednie wroszyry. Lowie przykucnął obok, szczerze zatroskany, i po chwili wyraz twarzy 

Sirry złagodniał. Powiedziała, że nie chce, aby brat rozwiązywał jej problemy,  ale to nie 

oznaczało, iż nie pragnie, by jej pomógł.

Lowie uzmysłowił sobie, że pomaga siostrze, po prostu będąc przy niej i słuchając.

Położył dłoń na ramieniu Sirry, a ona przysunęła się bliżej. Wyglądało na to, że na 

razie obojgu to wystarcza.

background image

ROZDZIAŁ 7

Siedząc na niezwykłej  ruchomej  grzędzie,  Jaina  spoglądała  na zaawansowane pod 

względem   technicznym   drzewne   miasto.   Nie   mogła   się   oprzeć   wrażeniu,   że   Kashyyyk 

przypomina organiczną wersję Coruscant.

Dziewczyna   przebywała   na   wysokości   baldachimu   liści,   otoczona   budowlami 

zakładów   przemysłowych  i   domami   mieszkalnymi   Wookiech.  Widziała  wysmukłe  wieże, 

przez które uchodziły gazy przemysłowe, i krystaliczne okna, odbijające przysłonięte mgiełką 

szarobiałe niebo. Wierzchołki najwyższych drzew wznosiły się ponad baldachim liści niczym 

iglice   wysokościowców,   porośnięte   gąszczami   liści.   Widoczna   w   oddali   ogromna   kępa 

majestatycznej   roślinności   przypominała   wielką   wyspę   otoczoną   falującą   zielenią   koron 

sąsiednich  wroszyrów. Wyglądała jak podobne do piramid  wieże Pałacu Imperialnego na 

Coruscant.

Jaina   poczuła   w   sercu   ukłucie   nostalgii.   Doszła   do   wniosku,   że   chciałaby   znów 

zobaczyć się z matką. Uświadomiła sobie jednak, że kiedy ostatnio ona i Jacen wrócili na 

planetę będącą stolicą Nowej Republiki, stracili przyjaciela, Zekka, który został porwany i 

uprowadzony na pokład imperialnej stacji, Akademii Ciemnej Strony...

Pośród   gęstwiny   liści   było   widać   skupiska   domów   Wookiech,   kryjących   na   ogół 

przytulne mieszkania. Budowle połączono z kompleksem zakładu produkcyjnego za pomocą 

sieci naturalnych dróg przebiegających przez wierzchołki drzew i przypominających szprychy 

ogromnego koła. Po szerokich drzewnych drogach człapały sprowadzone z innego świata 

banthy, od czasu do czasu ocierając bokami o wystające gałęzie drzew, porośnięte zielonymi 

liśćmi.  Powoli  pokonywały odległości,  z wysiłkiem  stąpając po potężnych  wygładzonych 

konarach,   które   rosły   na   wysokości   kilkuset   metrów   powyżej   zdradzieckich   i   nie 

uczęszczanych najniższych poziomów prastarego lasu.

Czworo młodych przyjaciół i Sirra wyruszyli z domu Lowiego do kompleksu fabryki, 

gdzie wytwarzano komputerowe urządzenia. Zwierzę, na którego grzbiecie podróżowali, było 

na tyle silne i duże, że na wyściełanych siedzeniach przywiązanych do grzbietu mogli jechać 

wszyscy pięcioro. Skóra bantha wydzielała intensywną woń, drażniąca nozdrza Jainy. Przy 

każdym   kroku   zwierzęcia   dźwięczały   dzwonki   sporządzone   z   wypolerowanej   mosiężnej 

blachy i przyczepione do jaskrawoczerwonych taśm uprzęży.

Jacen od czasu do czasu poklepywał ogromną bestię pociągową, porośniętą sztywną 

jak druty żółtobrunatną sierścią. Uważał, że przejażdżka na grzbiecie bantha jest jak dotąd 

background image

najciekawszą   częścią   wyprawy   do   fabryki.   Poganiacz,   podobny   do   myszy   Sullustanin   o 

połyskujących   w   promieniach   słońca   ogromnych   oczach,   przykucnął   między   dwoma 

prążkowanymi   wielkimi   rogami   zakręcającymi   się   wokół   łba   zwierzęcia.   Łagodna   bestia 

kroczyła drzewną drogą, nie zwracając uwagi na gęstwinę rosnących po obu stronach liści.

- Banthy wyhodowano jako zwierzęta pociągowe wędrujące po pustyniach - odezwał 

się   piskliwym   tonem   Jacen.   -   Wygląda   jednak   na   to,   że   temu   gościowi   podoba   się   na 

Kashyyyku.

To prawda - pomyślała Jaina. Zwierzę sprawiało wrażenie dobrze odkarmionego i 

zdrowego,   a   nawet   jakby   zadowolonego,   że   może   przewozić   podróżnych   z   dzielnic 

mieszkaniowych   do   głównego   kompleksu   zabudowań   fabryki.   Czasami   spotykali   innych 

Wookiech, którzy spiesząc do pracy, bez trudu pokonywali odległość, stawiając długie kroki.

Na   wyściełanym   siodle   obok   Jacena   siedziała   Tenel   Ka.   Gotowa   na   wszystko, 

spoglądała przed siebie, ale z wyrazu jej twarzy nie można byłoby odgadnąć, o czym myśli. 

Lowie i Sirra jechali na wygodnych siedzeniach z tyłu, pogrążeni w beztroskiej rozmowie.

Jaina   cieszyła   się   na   myśl   o   wyprawie   do   zakładu,   w   którym   produkowano 

komputerowe  urządzenia. Nie mogła się doczekać, kiedy obejrzy cuda techniki i zwiedzi 

zakład przemysłowy, jaki zbudowali Wookie na swoim niezwykłym świecie. Zapewne Lowie 

cieszyłby się podobnie jak ona, gdyby tak bardzo nie martwił się o siostrę.

Banth znieruchomiał przed główną bramą i cierpliwie czekał, aż pasażerowie zejdą z 

jego   grzbietu.   Korzystając   ze   specjalnych   uchwytów   dla   rąk,   przymocowanych   z   boku 

wyściełanych  siedzeń, wszyscy zaczęli się zsuwać po owłosionych bokach zwierzęcia, by 

zeskoczyć na sczepione ze sobą deski platformy. Ponieważ system transportu wykorzystujący 

banthy   został   pomyślany   w   ten   sposób,   aby   mogli   korzystać   z   niego   wysocy   Wookie, 

platforma znajdowała się o metr niżej, niż Jaina się spodziewała. Dziewczyna zastanawiała 

się, w jaki sposób drobnokościsty Sullustanin wspina się, by zająć miejsce między rogami 

bestii.

Lowie zapłacił poganiaczowi kilka żetonów kredytowych, po czym banth odwrócił się 

i   poczłapał   z   powrotem   po   oczyszczonej   z   roślinności   drzewnej   autostradzie.   Podążył   w 

kierunku kolejnej wysepki będącej dzielnicą mieszkaniową, by poszukać nowych pasażerów.

Jaina popatrzyła na wielopoziomowy kompleks budynków przemysłowych. Ujrzała 

platformy   i   poziomy   wznoszące   się   jedne   nad   drugimi,   sięgające   najwyższych   gałęzi. 

Podniecony Lowie zaryczał, wskazując pozostałym platformę znajdującą się nad nimi i za ich 

plecami. Spoglądając z ukosa i z dołu, Jaina nie mogła dostrzec jej powierzchni. Po chwili 

zauważyła   jednak,   jak   z   drażniącym   słuch   rykiem   doładowywanych   silników   napędu 

background image

podświetlnego oderwał się od niej mały statek.

- To przecież stary myśliwiec typu Y - powiedziała, natychmiast rozpoznając nieco 

przestarzałą konstrukcję kadłuba.

Maszyny typu Y miały niewielką sterownię w kształcie zaokrąglonego ostrosłupa, po 

którego   bokach   umieszczano   dwa   długie   cylindryczne   pojemniki   z   silnikami.   Całość 

nadawała myśliwcowi charakterystyczny kształt litery, od której brał swoją nazwę. Statek, 

który oderwał się od platformy, został jednak odnowiony i zmodernizowany, a jego hałaśliwe 

silniki dysponowały teraz o wiele większą mocą. Kiedy włączyły się dopalacze, umieszczone 

za pojemnikami z silnikami, myśliwiec typu Y wzniósł się w niebo.

Po chwili z platformy wystartował drugi identyczny statek. Przez jakiś czas, kiedy 

pilot   orientował   go   w   położeniu,   wisiał   nieruchomo,   po   czym   poszybował   w   ślad   za 

poprzednim. Niedługo potem w powietrze wzniosła się trzecia i czwarta maszyna.

Jaina spoglądała na nie, nie ukrywając podziwu.

- Zapewne cała eskadra - domyśliła się, po czym nagle przypomniała sobie coś, co 

kiedyś usłyszała. - Jeżeli mamy walczyć przeciwko Drugiemu Imperium, Nowa Republika 

będzie potrzebowała wszystkich maszyn, jakie może zmobilizować do walki. Ponieważ nie 

ma czasu na konstruowanie nowych myśliwców, najlepszym wyjściem jest modernizowanie 

starych, które po upadku Imperium zostały zabezpieczone w różnych hangarach.

- Jak sądzisz, na czym polega ta modernizacja? - zainteresował się Jacen.

- No cóż, myśliwce typu Y nie były wcale złymi maszynami - odparła dziewczyna, 

wzruszając   ramionami.   -   W   czasach   Rebelii   spisywały   się   doskonale,   ale   teraz,   kiedy 

dysponujemy nowymi rozwiązaniami konstrukcyjnymi i technologiami, możemy udoskonalić 

silniki w taki sposób, by zwiększyć  możliwości  nadprzestrzennych  powielaczy.  Ponieważ 

przebywamy   na   Kashyyyku,   idę   o   zakład,   że   maszyny   mają   instalowane   także   nowe 

komputery nawigacyjne, systemy taktyczne, moduły umożliwiające naprowadzanie na cel, a 

także komputerowe centralne jednostki sterujące.

Lowie i Sirra zaczęli energicznie kiwać głowami, by potwierdzić, że Jaina się nie 

myli. Tymczasem dziewczyna spoglądała w górę i obserwowała, jak kolejne maszyny typu Y, 

jedna po drugiej, wzbijają się w niebo i dołączają do poprzednich.

Sirra powiedziała coś jeszcze, co natychmiast przetłumaczył Em Teedee:

-   Pani   Sirra   sugeruje,   żebyśmy   pozostali   tu   i   patrzyli,   ponieważ   piloci 

zmodernizowanych   myśliwców   bardzo   często   sprawdzają   nowe   systemy   swoich   maszyn. 

Zapewnia nas, że widok dosłownie zapiera dech w piersi.

Lowie zaryczał, zgadzając się ze zdaniem młodszej siostry. Jaina nie potrzebowała 

background image

dalszej zachęty, aby śledzić powietrzne akrobacje.

Kiedy w powietrze wzbiło się dwanaście maszyn, utworzyły koło i zaczęły krążyć nad 

kompleksem   zabudowań   fabryki.   Leciały   jeden   za   drugim,   tworząc   krąg   potężnych 

gwiezdnych  statków.  Ryk  silników  przypominał  grzmot   wyładowań  przenikających   przez 

górne warstwy atmosfery. Po chwili piloci, naśladując manewr wykonany przez dowódcę, 

obniżyli lot maszyn. Przelecieli nad głowami pięciorga przyjaciół z hukiem przypominającym 

trzaśniecie z bicza.

Później wszystkie Y-skrzydłowce utworzyły figurę w kształcie ósemki. Leciały tak 

blisko   siebie,   że   ich   kadłuby   niemal   się  stykały.   Jednak   dzięki   nowym   systemom 

nawigacyjnym   i   silnikom   idealnie   sprawowały   się   w   szyku.   Jaina   poczuła,   że   ogarniają 

uniesienie. Zdumiona patrzyła, prawie zapominając o oddychaniu.

Pomyślała, że gdyby Qorl i inni dostojnicy Drugiego Imperium mogli oglądać ten 

wspaniały   pokaz,   zapewne   zastanowiliby   się   dwa   razy,   nim   zdecydowaliby   się   na 

zaatakowanie Nowej Republiki.

W jednej  z konstrukcji łączących  centralne  poziomy  kompleksu  przemysłowego  z 

platformą,   na   której   właśnie   stali,   rozsunęły   się   nagle   jakieś   drzwi.   Ukazał   się   w   nich 

wyjątkowo wysoki wrzecionowaty android. Sztywno stawiał nogi, wyglądające jak cienkie 

rurki   wsporników,   i   wyciągał   długie   ręce   barwy   wypolerowanej   miedzi.   Automat 

wyposażono w kanciastą głowę o zaokrąglonych krawędziach, przy czym czujniki optyczne 

rozmieszczono na wszystkich czterech płaszczyznach bocznych. Android ostrożnie stawiał 

okrągłe stopy i kroczył dumnie wyprostowany, z wdziękiem pająka starając się utrzymywać 

równowagę.

- Pozdrawiam was, czcigodni goście - odezwało się urządzenie, niepewnie zginając 

nogi   w   przegubach.   -   Jestem   androidem-przewodnikiem   i   z   radością   oprowadzę   was   po 

fabryce.   Zostałem   poinstruowany,   by   pokazać   wam   wszystkie   pomieszczenia-prawdę 

mówiąc, jest to rozszerzony program zwiedzania, który prezentujemy tylko bardzo dostojnym 

gościom. Będę rozmawiał z wami w basicu, chyba że wolicie, abym porozumiewał się w 

mowie Wookiech, Sullustan, Bothan czy jakimś innym języku.

Jaina pokręciła głową.

- Nie, basie w zupełności nam odpowiada, dziękujemy - oznajmiła.

Android-przewodnik wykonał piruet, obracając się na jednej podobnej do pręta nodze. 

Jaina   domyślała   się,   że   konstruktorzy   urządzenia   postarali   się,   by   wysokość   automatu 

pozwalała mu bez trudu porozumiewać się z gośćmi zaliczającymi się do rasy Wookiech.

Tymczasem android ruszył przodem, stąpając sztywno jak modliszka.

background image

-   Widzieliście   już   nasz   poranny   pokaz   powietrznych   akrobacji   -   powiedział.   - 

Przejdźmy zatem do tego, co najciekawsze.

Ponieważ   Jaina   uwielbiała   przyglądać   się   i   poznawać,   jak   działają   rozmaite 

mechanizmy, interesowała się każdym stanowiskiem  montażowym. W powietrzu czuć było 

woń   różnych   smarów,   środków   do   zamrażania   i   substancji   przyspieszających   proces 

lutowania.   W   halach   montażowych   brzęczenie   i   mruczenie   automatów   nakładało   się   na 

wszechobecny   jednostajny   szum,   napływający   od   strony   tysięcy   skomplikowanych 

laboratoriów produkcyjnych.

Jaina spojrzała w górę na sklepienie wysoko nad ich głowami. Dostrzegła osadzone w 

nim   panele   jarzeniowe,   zalewające   korytarze   nieustannym   mlecznym   blaskiem.   W 

regularnych   odstępach,   gdzie   korytarze   krzyżowały   się   ze   sobą,   mijała   umieszczone   w 

podłodze   zapadnie,   przez   które   można   się  było   przedostać   na  niższe   piętra   fabryki,   a   w 

przypadku zagrożenia nawet na najniższe poziomy dziewiczego lasu.

Android-przewodnik   zaprowadził   gości   do   pomieszczenia   zajmowanego   przez 

ciągnące   się   od   podłogi   do   sufitu   przezroczyste   cylindry.   Ogromne   walce   przypominały 

kolumny   wypełnione   bąbelkującą   cieczą,   która   omywała   matryce   z   iskrzącymi   się 

przedmiotami, podobnymi do diamentów.

-   A   tu   widzicie   zbiorniki,   w   których   hodujemy   kryształy   -   odezwał   się   android, 

zwiększywszy natężenie głosu, aby goście mogli go usłyszeć mimo bulgotania cieczy i szumu 

wentylatorów   zapewniających   właściwy   obieg   powietrza.   -   Te   starannie   ukształtowane 

pojemniki  poddajemy  działaniu  impulsów  elektrycznych  o ściśle  określonej  amplitudzie  i 

częstotliwości. Impulsy te, przenikając przez roztwór ożywczej cieczy, powodują właściwe 

rozmieszczenie molekuł w kryształach. Proces ten powoduje utworzenie precyzyjnej  sieci 

krystalicznej o określonych kątach ścianek i ścieżkach obwodów elektronicznych. Wszystkie 

te elementy są rozmieszczone w taki sposób, aby mogły powstać słynne w całej galaktyce 

rdzenie pamięciowe komputerów. Jak powiadamy, budynek jest jedynie tak silny jak jego 

fundament, a te rdzenie krystaliczne stanowią najważniejszy fundament architektury naszych 

systemów komputerowych.

Jacen przesunął czubkami palców po zaokrąglonej powierzchni zbiornika, starając się 

podążać za bąbelkami, unoszącymi się w górę jak paciorki.

- Sprytne - powiedział.

- Proszę nie dotykać ścianek cylindra - odezwał się android. - Słabe wyładowania 

elektrostatyczne,   wywołane   istnieniem   ładunków   na   ubraniu   i   ciele,   mogłyby   zakłócić 

background image

zachodzący we wnętrzu proces krystalizacji.

Chłopiec natychmiast cofnął rękę i, speszony, popatrzył na siostrę. Jaina jednak nie 

skarciła go za to, co zrobił, bo sama chciała pójść w jego ślady.

W następnym pomieszczeniu panowała wyjątkowo niska temperatura. Wokół framugi 

drzwi   kłębiły   się   obłoki   białej   pary,   a   w   powietrzu   unosiła   się   woń   rozpuszczalników 

służących   do   odtłuszczania   powierzchni.   Wewnątrz   hali   poruszały   się   ramiona   robotów 

zanurzających cienkie metaliczne płytki w pojemnikach wypełnionych tlenem - superchłodną 

cieczą zapobiegającą rozprzestrzenianiu się zanieczyszczeń po powierzchni.

- Te płytki to delikatne obwody elektroniczne - oznajmił z dumą android-przewodnik. 

- Idealnie czyste kryształy, z których wykonujemy skomplikowane mapy pamięciowe.

Jaina głęboko odetchnęła lodowatym powietrzem, po czym zatrzepotała powiekami. 

Nawet Lowie i Sirra, porośnięci długą sierścią, drżeli z zimna. Natomiast Tenel Ka, chociaż 

odziana tylko w kusą tunikę z gadziej skóry, nie reagowała na przejmujący chłód.

- Fascynujące - powiedziała.

Android-przewodnik odwrócił się i stąpając jak strach na wróble na długich nogach, 

przeprowadził ich przez mroźne pomieszczenie. Następna hala, w której wrzała gorączkowa 

praca, okazała się ogromną montażownią. W pomieszczeniu przebywało wielu Wookiech, 

odzianych w sporządzone ze splotów cienkiego drutu siatkowe kombinezony, pod którymi 

niemal   nie   było   widać   sierści   pracowników.   Także   dolne   połowy   kosmatych   twarzy 

Wookiech zakrywały białe płócienne maski.

Niektórzy Wookie unieśli głowy i sapnięciami pozdrowili wchodzących gości. Kiedy 

Lowie ujrzał  matkę  pracującą na  jednym  ze  stanowisk montażowych,  pomachał  jej  ręką. 

Kallabow tylko skinęła głową i zamrugała oczami osadzonymi głęboko między kędziorami 

sierści, po czym znów pochyliła się i wracając do pracy, skierowała spojrzenie na montowane 

podzespoły.

-   W   ciągu   ostatnich   kilku   miesięcy   nasi   montażyści   pracują   o   wiele   dłużej   niż 

zazwyczaj i to o różnych porach dnia i nocy - wyjaśnił android-przewodnik. - Starając się 

uporać z nawałem pracy, nie szczędzą sił, by przygotować wszystko do odparcia ataku sił 

Drugiego Imperium. Ci Wookie instalują gotowe obwody, a siatkowe kombinezony, które 

widzicie na ich ciałach, pełnią funkcję ekranów elektrostatycznych. Nie pozwalają, żeby choć 

najmniejsze niepożądane cząstki uniosły się z ich sierści w powietrze. Ponieważ montowane 

podzespoły   są   wyjątkowo   skomplikowane,   jakiekolwiek   zanieczyszczenia   mogą   mieć 

katastrofalne skutki.

- Mogę sobie to wyobrazić - odezwała się Jaina.

background image

Technicy   pochylali   się   nad   laboratoryjnymi   stołami.   Posługując   się   delikatnymi 

pincetami  i precyzyjnymi  szczypczykami,  sięgali po mikroskopijne obwody,  odpowiednio 

wytrawione i wycięte z większych połyskujących płytek, które przed chwilą zostały poddane 

kriogenicznej kąpieli w poprzednim laboratorium.

- Te podstawowe podzespoły znajdują zastosowanie w wielu różnych  systemach  i 

urządzeniach - ciągnął android-przewodnik. - Mimo iż specjalizujemy się w wytwarzaniu 

systemów taktycznych i centralnych jednostek naprowadzających, a także komputerowych 

systemów   kontrolno-sterujących,   niektóre   nasze   podzespoły   bywają   używane   również   do 

budowy specjalizowanych androidów. Większość takich urządzeń jest jednak wytwarzana na 

zaawansowanych   pod   względem   technicznym   i   zautomatyzowanych   światach   w   rodzaju 

Mechisa Trzeciego.

- Ojej, czy on powiedział: androidów? - zaćwierkał Em Teedee. - Czy sądzi pan, że 

moje podzespoły mogły zostać wyprodukowane właśnie w tej fabryce? - dodał, zwracając się 

do Lowbaccy.

Młody Wookie warknął coś w odpowiedzi, a Jaina kiwnęła głową.

- Chewbacca pomagał ciebie składać, Em Teedee - powiedziała. - Podejrzewam, że z 

tego miejsca pochodzi bardzo dużo twoich podzespołów.

-  O  rety,   chyba   nie   sądzi   pan,  że   użyli   części   wybrakowanych   albo   odrzuconych 

podczas kontroli parametrów, prawda? - zaniepokoił się miniaturowy android-tłumacz. Lowie 

zaczął   sapać   i   krztusić   się   ze   śmiechu,   aż   urażony   Em   Teedee   uznał   za   słuszne   zganić 

swojego właściciela. - Pytałem jak najpoważniej, panie Lowbacco.

Mimo   iż   w   końcu   wyszli   z   wielkiej   montażowni,   srebrzysty   android   nie   przestał 

okazywać niezwykłej ciekawości.

- Panie Lowbacco, czy nie zechciałby pan się obrócić, tak bym mógł zobaczyć całe 

pomieszczenie?   Jeżeli   w   tym   miejscu   przyszedłem   na   świat,   chciałbym   je   dokładnie 

obejrzeć... Jakie to fascynujące!

Lowie   usłuchał   i   obrócił   się,   tak   by   czujniki   optyczne   miniaturowego   androida-

tłumacza mogły zarejestrować każdy szczegół.

- A ja sądziłem, że ta wycieczka będzie nudna - odezwał się w końcu Em Teedee. - 

Tymczasem  to, co widzę, jest o wiele bardziej  podniecające  niż wszystkie  niebezpieczne 

przygody, które pan tak uwielbia przeżywać.

Kiedy zwiedzanie fabryki dobiegło końca, długonogi android zaprowadził gości na 

położoną   najwyżej   na   terenie   całego   kompleksu   przemysłowego   platformę,   na   której 

background image

urządzono wieżę obserwacyjną ze stanowiskami ośrodka kontroli lotów. Ośrodek zajmował 

pomieszczenie   wypełnione   komputerami   i   stacjami   roboczymi.   Niestety,   wszystkie 

urządzenia   zostały   umieszczone   tak   wysoko,   że   znajdowały   się   na   poziomie   oczu   Jainy. 

Dziewczyna musiałaby wspinać się na palce, gdyby chciała ich dosięgnąć. Przy stanowiskach 

stało kilku Wookiech, raz po raz kierujących spojrzenia w górę, na pełniącą funkcję sufitu 

przezroczystą   kopułę.   Jej   konstrukcję   wzmocniono   krzyżującymi   się   dźwigarami   i 

wspornikami   tworzącymi   na   tle   zamglonego   nieba   równoboczne   trójkąty,   przez   które 

prześwitywały promienie słońca.

- Ponieważ jesteśmy także ruchliwym ośrodkiem handlowym - odezwał się android-

przewodnik - nasz kompleks jest odwiedzany przez mnóstwo gwiezdnych statków. Tu, z tego 

miejsca, możemy sprawdzać tożsamość każdego transportowca, a także upewniać się, że nie 

przylatują   do   nas   nieproszeni   goście.   Dysponujemy   również   orbitalną   siecią   satelitów 

zwiadowczych, -gotowych do obrony Kashyyyku na rozkaz, wysłany z tej kontrolnej wieży.

Kontrolerzy   ruchu   tworzyli   zgrany   zespół.   Nie   rozstawali   się   z   osobistymi 

słuchawkami,  umieszczonymi   na  kudłatych  głowach,  i  mikrofonami,  przymocowanymi  w 

okolicach   krtani.  Mimo   pojawienia   się  grupy nowych   gości,  ani  na  chwilę  nie   odwrócili 

uwagi od wykonywanej pracy.

Zanim android-przewodnik zdążył ponownie zabrać głos, do pomieszczenia wkroczył 

Chewbacca w towarzystwie Mahraccora, ojca Lowiego i Sirry.  Ujrzawszy dzieci, dorosły 

Wookie pomachał im ręką. Pasmo ciemniejszej sierści na jego głowie zaczynało się mniej 

więcej w tym samym miejscu, co nad okiem Lowiego. Chewbacca zaryczał na powitanie, po 

czym   wyciągnął   rękę,   w   której   trzymał   spory   zniekształcony   przedmiot   -   sczerniałe 

urządzenie, które kiedyś było lśniącym, starannie ukształtowanym kryształem.

- To rdzeń pamięciowy „Ścigacza Cieni” - odezwała się Jaina.

Chewie energicznie pokiwał głową i powiedział kilka chrapliwie brzmiących słów.

-   Chewbacca   i   Mahraccor   mówią,   że   szukali   was,   dzieciaki   -   rzekł   android-

przewodnik.

- Przepraszam - zapiszczał  Em Teedee  - ale to j a pełnię  tu obowiązki androida-

tłumacza.   Pan   Chewbacca,   kiedy   wrócił   po   złożeniu   miłej   wizyty   swojej   rodzinie, 

wymontował   uszkodzony   rdzeń   pamięciowy   centralnej   jednostki   komputera   „Ścigacza 

Cieni”. Jak widzicie, porozumiał się z panem Mahraccorem i oboje pomyślnie zakończyli 

poszukiwanie odpowiednich części zastępczych, dzięki czemu statek jest znów gotów do lotu. 

Hurra!

Chewie   wskazał   na   wypalone   ścieżki,   widoczne   na   powierzchniach   rdzenia 

background image

pamięciowego,   wyjętego   z   komputera   nawigacyjnego   niewielkiego   wahadłowca.   Ojciec 

Lowiego także powiedział kilka słów w mowie Wookiech.

- Pan Mahraccor oznajmia, że to bardzo ciekawe nowoczesne rozwiązanie. Imperialna 

konfiguracja,   z   którą   jeszcze   nigdy   się   nie   spotkał.   Na   szczęście   jest   przekonany,   że 

naprawienie tego urządzenia tu, w zakładzie produkcyjnym na Kashyyyku, będzie nie tylko 

możliwe, ale nawet całkiem łatwe.

Android-przewodnik zgiął w pasie długie, smukłe ciało.

- Mój   kolego,  całkiem  dobrze  potrafisz  tłumaczyć   mowę   Wookiech  -  oświadczył, 

zwracając się do Em Teedee. - Muszę jednak stwierdzić, że brak ci ogłady i nie mógłbyś 

zostać prawdziwym androidem-przewodnikiem. Wygląda na to, że nie potrafisz formułować 

ciekawych porównań, które mogą być łatwo rozumiane przez ważnych gości. Na przykład 

mogłeś   był   powiedzieć:   „Korzystając   z   urządzeń,   jakimi   dysponują   nasze   zakłady 

produkcyjne,   umieścimy   ten   uszkodzony   rdzeń   w   jednej   z   wanien,   w   których   kąpiemy 

kryształy,   by   usunąć   zanieczyszczenia   i   zwęglone   fragmenty   powierzchni.   Następnie 

posłużymy się centralnymi komputerami, by na nowo połączyć obwody elektroniczne i w ten 

sposób   odtworzyć   całą   mapę   skomplikowanych   połączeń.   Krótko   mówiąc,   wykąpiemy 

uszkodzony rdzeń komputerowy w czymś w rodzaju zbiornika bacta, dzięki czemu uleczymy 

jego dolegliwości”.

Długie przemówienie androida-przewodnika nie wywarło na Em Teedee większego 

wrażenia.

-   Oni   z   całą   pewnością   nie   muszą   wysłuchiwać   wszystkich   wyjaśnień   -   odparł 

miniaturowy android. - Rzecz jasna, j a nigdy nie pozwoliłbym sobie robić żadnych uwag na 

temat twojej pracy. A poza tym czekają na nas teraz ważniejsze sprawy.

Android-przewodnik nie odpowiedział, usłyszawszy tę zniewagę. Niewątpliwie jego 

starannie zaprojektowane oprogramowanie uwzględniało sytuacje, w których musiał wykazać 

się dużym taktem.

- Dziękujemy, że zechciałeś oprowadzić nas po fabryce - odezwała się na pożegnanie 

Jaina. - Wycieczka była naprawdę bardzo ciekawa.

Android-przewodnik   się   wyprostował,   a   czujniki   optyczne,   umieszczone   na 

wszystkich czterech ścianach bocznych kanciastej głowy, radośnie się rozjarzyły.

- To najmilszy komplement, jaki mogłem usłyszeć, pani Jaino Solo - odpowiedział.

background image

ROZDZIAŁ 8

Brakiss   siedział   w   półmroku   prywatnego   gabinetu,   rozjaśnianego   jedynie   przez 

zarejestrowany blask gwiazd świecących w odległym zakątku galaktyki, i dumał nad planami, 

opracowanymi przez Drugie Imperium.

Drogocenny czas uciekał, a naczelnik Akademii Ciemnej Strony tracił go, nie mogąc 

dokonać   wyboru.   Pochłonięty   myślami  o   podbojach,   starał   się   przewidzieć   wszystkie 

sytuacje,   które   doprowadziłyby   do   całkowitego   zniszczenia   sił   Rebeliantów   i   pokonania 

byłego   nauczyciela,   Luke’a   Skywalkera.   Wyobrażanie   sobie   tej   chwili   koiło   jego   nerwy. 

Brakiss oparł łokcie na wypolerowanym czarnym blacie wielkiego biurka, po czym złączył 

czubki palców i lekko się uśmiechnął.

Nagle   jego   spokój   został   zakłócony   przez   niespodziewany   sygnał,   który   w   ciszy 

gabinetu   zabrzmiał   niczym   huk   gromu.   Zawodzenie   potężnej   syreny   alarmowej   nie 

przestawało   wznosić   się  i   opadać.   Naczelnik   imperialnej   uczelni   musiał   uciec   się   do 

wszystkich możliwych technik Jedi, by zachować spokój.

- Mówi Brakiss - warknął, włączywszy mikrofon wewnętrznego interkomu.

- Tu Qorl - odparł chrapliwy głos.

Na płaskim ekranie urządzenia, wbudowanym  w biurko, ukazała się twarz starego 

pilota.   Mężczyzna   wydawał   się   wstrząśnięty   i   przerażony...   co   zdumiało   Brakissa   nawet 

jeszcze   bardziej   niż   sam   sygnał   alarmowy.   Qorl   zaliczał   się   przecież   do   najbardziej 

opanowanych oficerów pełniących służbę w Drugim Imperium.

-   Panie   naczelniku,   właśnie   odebraliśmy   zakodowaną   wiadomość,   przesłaną 

bezpośrednio   do   Akademii   Ciemnej   Strony.   Posłużono   się   najbardziej   skomplikowanym 

kodem. Wszystko wskazuje na to, że to wiadomość niezwykłej wagi. Musi pan odebrać ją 

sam i osobiście na nią odpowiedzieć.

Brakiss zamrugał powiekami.

- Czy wiadomo, przez kogo została nadana? - zapytał.

Czuł, że w jego głowie wirują setki myśli. Tamith Kai i Zekk zdążyli wystartować i 

zapewne lecieli teraz na Kashyyyk, ale nawet oni nie mogliby przesłać wiadomości o tak 

wysokim priorytecie.

- Nie, panie naczelniku - odrzekł Qorl. - Sugerowałbym jednak, by nie zwlekał pan z 

jej odebraniem.

- Już idę - rzucił Brakiss, po czym wyłączył urządzenie. Jednym płynnym ruchem 

background image

odsunął wygodny fotel i zerwał się na równe nogi.

Podążył  zakręcającymi  korytarzami o metalowych  ścianach, a później skorzystał z 

automatycznej   windy,   aby   dotrzeć   do   wieży,   w   której   znajdował   się   ośrodek   łączności. 

Umieszczono w niej także urządzenie generujące siłowe pole, dzięki któremu mająca kształt 

naszpikowanego pierścienia akademia mogła być niewidoczna.

Kiedy Brakiss wpadał do pomieszczenia, kilku strzegących go szturmowców przyjęło 

pozycję zasadniczą. Przy odbiorniku krzątał się już Qorl, przeglądając komputerowe dane i 

rejestrując zakodowane informacje. Naczelnik Akademii Ciemnej Strony spostrzegł, że stary 

pilot   posługuje   się   sprawną   prawą   ręką,   podczas   gdy   toporna   lewa,   będąca   kończyną 

androida, zwisa bezwładnie i nieruchomo wzdłuż boku. Qorl zamrugał, kiedy ujrzał mistrza 

Ciemnych Jedi.

-   Przed   chwilą   zaczęli   przekazywać   wiadomość,   mistrzu   Brakissie   -   oznajmił.   - 

Wygląda na to, że się strasznie niecierpliwią.

- W porządku, proszę uruchomić procedurę dekodowania sygnału - polecił Brakiss.

Stanąwszy obok posiwiałego pilota, musiał przez chwilę pomyśleć, aby przypomnieć 

sobie właściwą kombinację cyfr i liter. Później wystukał sekwencję będącą osobistym kodem, 

który umożliwiał dostęp do urządzenia, i zarazem nakazującą komputerowi przystąpienie do 

dekodowania tak ważnego sygnału.

Qorl podał Brakissowi komplet słuchawek połączonych z mikrofonem.

-  Ta  wiadomość   jest  przeznaczona  tylko   dla  pana   -  oświadczył   zwięźle.  -  Proszę 

wysłuchać jej na tym kanale.

Stary pilot pomógł Brakissowi założyć słuchawki i umocował mikrofon w ten sposób, 

żeby mistrz Jedi mógł udzielić odpowiedzi.

Naczelnik   zaczął   się   wsłuchiwać   w   trzaski   zakłóceń   i   szumy,   a   tymczasem 

zakodowany sygnał był poddawany działaniu algorytmu deszyfrującego, by po chwili pojawić 

się w postaci zrozumiałej mowy. Brakissowi wydało się, że głos, który usłyszał - chrapliwy, 

ociekający jadem i niemal przypominający ryk - rozsadza mu bębenki w uszach.

Poczuł, że jego oczy się rozszerzają, a przerażenie przeszywa umysł niczym  ostry 

kolec. Zanim zdobył się na odpowiedź, dwukrotnie chrząknął.

- Tak, mój panie - wyjąkał w końcu. - Natychmiast się tym zajmę.

Głęboko   odetchnął,   po   czym   zaczął   zbierać   siły   niezbędne   do   wypowiedzenia 

dalszych  słów, ale   nadawca  wiadomości  przerwał  połączenie.   Brakiss słyszał  znów  tylko 

trzaski i szumy.

Stanął prosto i korzystając ze wszystkich umiejętności Jedi, powstrzymywał mięśnie, 

background image

by   nie   drżały.   Qorl   stał   w   milczeniu   obok   niego.   Ani   razu   nie   mrugnął,   a   na   jego 

pomarszczonej,   jakby   skórzanej,   twarzy   nie   malowały   się   żadne   uczucia.   Jedynie   lekka 

zmarszczka na czole starego pilota myśliwca typu TIE świadczyła o tym, że mężczyzna jest 

zaniepokojony.

Spoglądając na wojskowego instruktora, Brakiss odezwał się cicho, chociaż wiedział, 

że słuchają go pilnie także szturmowcy strzegący wieży.

- Imperator - oznajmił chrapliwie. - Imperator przylatuje do naszej akademii!

Złowieszczy   transportowy   wahadłowiec   wyskoczył   z   nadprzestrzeni   w   pobliżu 

Akademii   Ciemnej   Strony.   Niewielki   statek,   niewątpliwie   zaprojektowany   w   jakiejś 

imperialnej stoczni, miał kadłub opancerzony matowymi, nieco zaśniedziałymi płytami i był 

osobistym   eskortowcem   samego   Imperatora.   Kształt   jednostki   przypominał   trochę 

trójskrzydłowe   promy   klasy   Lambda,   z   tym   że   statek   dysponował   wyjątkowo   silnym 

uzbrojeniem,   specjalnymi   czujnikami   i   ultrapotężnymi   silnikami   napędu   nadświetlnego. 

Mimo  to  wszystkie  niezwykłe  modyfikacje,  których  dokonano na  pokładzie  wahadłowca, 

były niczym w porównaniu ze znaczeniem osoby składającej wizytę w imperialnej akademii.

Brakiss   czekał   na   skraju   lądowiska   w   hangarze,   walcząc   z   ogarniającym   go 

niepokojem. Mimo iż nienagannie służył  Drugiemu Imperium,  nigdy jeszcze ani razu nie 

stanął twarzą w twarz z wielkim wodzem. Przed wielu laty Imperator musiał jakimś cudem 

uniknąć   śmierci,   chociaż   mistrz   Ciemnych   Jedi   był   zawsze   pewien,   że   Palpatine   został 

zabity... i to nie raz, lecz kilka razy. Nie wiedział, jaką tajemnicę kryło życie wodza ani jakim  

sposobem   Imperator   został   wskrzeszony,   ale   nie   zastanawiał   się   nad   takimi   problemami. 

Liczyło się tylko to, że władza w Drugim Imperium należała do człowieka, który był do jej 

sprawowania najbardziej uprawniony.

Rozległ się brzęczyk interkomu i rozległ się głos Qorla.

-   Lordzie   Brakissie,   właśnie   z   nadprzestrzeni   wyłonił   się   osobisty   transportowiec 

Imperatora. Czekam na rozkazy.

Naczelnik pochylił się w stronę zawieszonego na ścianie urządzenia.

-   Bardzo   dobrze.   Proszę   wyłączyć   ochronne   pole   maskujące   Akademię   Ciemnej 

Strony i przekazać pozdrowienia Imperatorowi Palpatine’owi. Proszę powiedzieć, że jesteśmy 

zaszczyceni jego odwiedzinami.

- Rozkaz, panie naczelniku - odparł Qorl, po czym przerwał połączenie.

Otaczające gwiezdną stację ochronne pole zaczęło słabnąć i zanikło, ale Brakiss nie 

odczuł żadnej różnicy, mimo iż posługiwał się Mocą. Stał na płycie opróżnionego lądowiska, 

background image

mając   za   plecami   oddział   szturmowców   pełniących   funkcję   straży   honorowej.   Nagle 

przezroczysta zasłona siłowego pola uniemożliwiającego ucieczkę atmosfery z wnętrza stacji 

zamigotała i zalśniła.

Brakiss, który przez cały czas spoglądał na czerń przestworzy, zobaczył, że zbliża się 

budzący grozę wahadłowiec. Szturmowcy wyprężyli się jak wyciągnięte struny. Ich pancerze 

za-chrzęściły, a buty, nagle złączone, głośno trzasnęły.

Tymczasem   transportowiec   Imperatora   kierował   się   sygnałami,   przekazywanymi 

przez   Qorla.   Trój   skrzydłowa   maszyna   przeleciała   przez   pole   chroniące   atmosferę,   które 

jeszcze   bardziej   zadrżało   i   zaiskrzyło,   kiedy   zetknęło   się   z   kadłubem   statku.   Imperialna 

jednostka znieruchomiała nad środkiem przestronnego lądowiska, po czym z wolna opadła i 

wylądowała na metalowej płycie.

Brakiss z wysiłkiem przełknął ślinę.

-   Proszę   włączyć   ochronne   pole   maskujące   -   rzucił   w   stronę   interkomu,   wydając 

rozkaz Qorlowi. - Nie musimy pokazywać się nikomu dłużej niż to konieczne.

- Pole włączone, panie naczelniku - zameldował stary pilot myśliwca TIE.

Szturmowcy sprezentowali broń i stali w idealnie równym szeregu. Brakiss postąpił 

kilka kroków ku wahadłowcowi, by powitać dostojnego gościa, ale stanął, kiedy zorientował 

się, że nic się nie dzieje. Z wyjątkiem kilku skrzypnięć i stuków, jakie dobiegły od strony 

stygnących silników, transportowiec Imperatora pozostawał nieruchomy i cichy. Naczelnik 

Akademii Ciemnej Strony nie widział także, by ktokolwiek poruszał się w środku statku. 

Właz   wejściowy   pozostawał   zamknięty.   Rampa   się   nie   opuszczała.   Brakiss   czekał   na 

jakikolwiek znak, który powiedziałby mu, co robić.

W   końcu   z   ogromnych   głośników   zainstalowanych   na   zewnątrz   wahadłowca 

zagrzmiał głos przypominający huk gromu:

- Uwaga, cały personel Akademii Ciemnej Strony! Wylądował wasz Imperator. W 

ramach   środków   ostrożności   nalegamy   jednak,   żeby   wszyscy   natychmiast   opuścili   płytę. 

Imperator dysponuje oddziałem honorowym imperialnych strażników i w tej chwili nie życzy 

sobie spotykać się z innymi osobami.

Usłyszane   oświadczenie   wprawiło   Brakissa   w   kompletne   osłupienie.   Imperator 

Palpatine składał wizytę w Akademii Ciemnej Strony... ale rezygnował z honorowej eskorty 

przygotowanej przez Brakissa. Czyżby wielki wódz Drugiego Imperium naprawdę chciał być 

sam w takiej chwili?

Naczelnik Akademii Ciemnej Strony nagle uzmysłowił sobie, że zawahał się i nie 

wykonał polecenia Palpatine’a. Wciąż jeszcze nie mogąc się otrząsnąć z przeżytego wstrząsu, 

background image

ale pragnąc nadrobić stracony czas, odwrócił się i szybko klasnął w dłonie.

-  Słyszeliście   rozkaz!   Wszyscy:   w   tył   zwrot!  Opuścić   lądowisko!   Nasz   Imperator 

życzy sobie, żeby nikt mu nie przeszkadzał.

Szturmowcy   się   odwrócili.   Łomocząc   butami   o   metalowe   płyty,   przemaszerowali 

przez pomieszczenie, kierując się ku najbliższym drzwiom wiodącym na korytarz.

- Panie naczelniku - odezwał się nagle jeden ze szturmowców, który wyłamał się z 

szyku i stanął przed Brakissem. - Nalegałem, żeby zostać członkiem osobistej honorowej 

eskorty Imperatora. Chciałbym powitać go, kiedy będzie schodził z pokładu.

Osłupiały   Brakiss   zamrugał,   nie   wierząc   własnym   uszom.   Popatrzył   na   numer 

służbowy  stojącego   przed  nim   żołnierza   i  rozpoznał  Norysa,   jednego  z   nowych   uczniów 

Qorla.   Stary   pilot   wspominał   kiedyś,   że   krzepki   młodzieniec   jest   niezwykle   ambitny   i 

kłótliwy, ale mimo to mistrz Ciemnych Jedi był zdumiony zuchwalstwem młodzieńca.

- Wykonacie mój rozkaz, żołnierzu - warknął groźnie. - W Drugim Imperium nie ma 

miejsca   dla   tych,   którzy   nie   potrafią   zrozumieć,   co   to   dyscyplina.   -   Odetchnął   głęboko 

chłodnym powietrzem. - Jeżeli jeszcze raz zauważę, że ociągacie się z wykonaniem rozkazu, 

zostaniecie wystrzeleni ze śluzy w przestworza. Czy to jasne?

Widząc,   że   Norys   odwrócił   się   i   ciężko   stąpając,   odszedł,   naczelnik   Akademii 

Ciemnej   Strony   obejrzał   się   przez   ramię   na   spoczywający   nieruchomo   imperialny 

wahadłowiec. Pomyślał,  że on też nie może zrozumieć, dlaczego Imperator  przyleciał do 

uczelni, jeżeli nie zamierzał przywitać się z personelem albo choćby tylko spotkać się z jej 

naczelnikiem.

Imperator był wszakże naczelnym wodzem i Brakiss nie mógł nawet marzyć o tym, by 

podawać w wątpliwość jego rozkazy.

Widząc, że jest ostatnią osobą opuszczającą lądowisko, odwrócił się gwałtownie, aż 

zamigotała   i   zaszeleściła   jego   srebrzysta   szata.   Kiedy   znalazł   się   na   korytarzu,   wydał 

polecenie zamknięcia i uszczelnienia wszystkich drzwi wiodących do hangaru.

Przystanął jednak i po chwili zastanawiania się, podjął decyzję. Był przecież dowódcą 

gwiezdnej stacji, a jako dowódca powinien wiedzieć, co dzieje się na jej pokładzie. Wykonał 

rozkaz Imperatora, ale musiał poznać przyczynę dziwnego postępowania. Podszedł do ekranu 

wideomonitora służącego do obserwowania płyty lądowiska i śledzenia procesów związanych 

z załadunkiem i wyładunkiem.

Kiedy z lądowiska zniknęli ostatni szturmowcy i przedstawiciele Akademii Ciemnej 

Strony, właz osobistego wahadłowca Imperatora w końcu się otworzył. Brakiss, spoglądając 

na   ekran   monitora,   z   podziwem   zauważył,   że   z   pokładu   zeszło   czterech   imperialnych 

background image

strażników,   odzianych   w   szkarłatne   płaszcze.   Budzących  grozę   czerwonych   strażników 

zawsze wybierano spośród najbardziej bezwzględnych, elitarnych oddziałów Palpatine’a, a 

teraz wodzowi towarzyszyło aż czterech takich żołnierzy. Gładkie czerwone pancerze kryły 

ich   ciała   i   głowy,   przypominając   Brakissowi   wizerunki   widzianych   kiedyś   prastarych 

mandaloriańskich mundurów.

Czterej   imperialni   strażnicy   stanęli   w   pewnej   odległości   od   statku   i   powiewając 

połami szkarłatnych płaszczy, jak ogniste duchy zajęli pozycje obronne. Przerażony Brakiss 

poczuł,   że   po   jego   kręgosłupie   zaczynają   wędrować   lodowate   mrówki.   Usiłował   wyczuć 

esencję   ciemnej   strony   Mocy,   która   powinna   promieniować   z   wnętrza   transportowca 

wielkiego wodza. Nie wątpił, że imperator przebywa na pokładzie.

Przez mikrofon końcówki interkomu, zawieszonej na ścianie lądowiska, usłyszał nagle 

stuk   uderzenia   czegoś   ciężkiego   o   metalową   płytę.   Ujrzał   dwie   pary   potężnych, 

przysadzistych  roboczych  androidów dźwigających  olbrzymią,  ciężką komorę  izolacyjną  i 

mozolnie schodzących po opuszczonej szerokiej rampie. Robocze automaty, składające się w 

zasadzie tylko z mocarnych rąk i nóg osadzonych w krępym tułowiu, bez szemrania niosły 

pękatą skrzynię.

Obchodziły   się   z   nią   bardzo   delikatnie,   poruszając   się   ostrożnie   i   powoli   mimo 

ogromnych  mocy poruszających  ich kończyny hydraulicznych  siłowników. Zniosły wielki 

pojemnik   po   rampie   i   postawiły   na   płycie   lądowiska.   Na   czarnych   ścianach   bocznych 

izolacyjnej   komory,   pokrytych   guzami   wielkich   nitów,   błyskały   różnobarwne   lampki. 

Umieszczone   obok   nich   urządzenia   kontrolne   i   ekrany   monitorów   ukazywały   przebiegi 

umożliwiające   porozumiewanie   się   ze   światem   zewnętrznym   i   śledzenie   najważniejszych 

funkcji życiowych.

Rozglądając   się   we   wszystkie   strony,   czterej   czerwoni   strażnicy   otoczyli   komorę. 

Sprawiali   wrażenie,   że   się   nią   opiekują,   ale   wyglądali   groźnie.   Polecili   androidom,   żeby 

niosły ogromną skrzynię, i zaczęli iść - dwóch przodem, a dwóch z tyłu - w głąb Akademii 

Ciemnej Strony.

Brakiss rzucił się do drzwi, by otworzyć je przed strażnikami, ale zanim zdążył ich 

dotknąć, jakimś cudem zamknięte i uruchamiane przez komputer skrzydła rozsunęły się na 

boki. Otworzyły się z głośnym  trzaskiem, szarpnięte z taką siłą, jakby usłuchały rozkazu 

wydanego za pomocą ciemnych mocy samego Imperatora.

Czerwoni strażnicy ruszyli dalej, nadal otaczając czwórkę roboczych androidów. Ze 

środka   ogromnej   skrzyni   nieustannie   wydobywały   się   różne   syki,   pomruki   i   piski,   jakby 

tysiące elektronicznych systemów czuwało nad prawidłowym przebiegiem funkcji życiowych 

background image

dostojnego użytkownika.

Brakiss przystanął przed parą idących przodem imperialnych strażników.

- Witam was - powiedział. - Nazywam się Brakiss i jestem naczelnikiem Akademii 

Ciemnej Strony.

Dowódca odzianych na czerwono żołnierzy odwrócił głowę, ukrytą w opancerzonym 

hełmie. Mistrz Jedi poczuł zimne, badawcze spojrzenie oczu spoglądających przez wąską 

czarną prostokątną szczelinę.

- Odejdź stąd - usłyszał. - Musimy zająć się ważną sprawą i życzymy sobie, żeby nam 

nie przeszkadzano. Możesz odprowadzić nas do komnat, ale później odejdziesz.

Brakiss z najwyższym trudem powstrzymał się, by nie okazać rozczarowania.

- Ale... - wyjąkał. - Jestem władcą Akademii Ciemnej Strony.

- A Imperator jest władcą całej galaktyki - odparł dowódca czerwonych strażników. - 

Pragnie być sam. Radzimy, żebyś go nie irytował.

Brakiss cofnął się o krok, po czym szybko zgiął się w głębokim ukłonie.

-   Nie   zamierzam   sprzeciwiać   się   woli   Imperatora   -   oznajmił.   -   Nie   chciałem   go 

irytować. Wybaczcie moje zuchwalstwo.

Kiedy   wskazał   dostojnym   gościom   apartamenty,   które   dla   nich   przygotował   - 

najbardziej przestronne i wytworne spośród wszystkich, jakimi dysponowała jego gwiezdna 

stacja - cała grupa wkroczyła do środka, zostawiając Brakissa na korytarzu.

Mistrz   Ciemnych   Jedi   czuł   się   tak   poniżony,   zdeptany   i   zlekceważony,   jakby 

Imperator miał za nic całą jego pracę i wszystkie osiągnięcia. Nie wiedział, co o tym myśleć. 

Czemu miało to służyć? Zmarszczył brwi, próbując zebrać myśli.

Pamiętał,  że Imperator  zginął  po raz  pierwszy podczas  eksplozji  drugiej  Gwiazdy 

Śmierci. Po sześciu latach wskrzeszono go jednak w postaci całej serii klonów, które później 

także - jak słyszał - zostały unicestwione.

Teraz,   obserwując   znikający   izolacyjny   pojemnik,   a   także   będąc   świadkiem 

tajemniczego   i   niezrozumiałego   zachowania   czterech  imperialnych   strażników,   poczuł 

trwogę. Zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem nie wydarzyło się coś złego. Możliwe, że 

Imperator ponownie zapadł na zdrowiu...

Jeżeli   miałoby   to   okazać   się   prawdą,   Drugie   Imperium   znalazło   się   naprawdę   w 

poważnych tarapatach.

background image

ROZDZIAŁ 9

Zanim   Qorl  został  pilotem  myśliwca   typu   TIE,  przeszedł  szkolenie   w imperialnej 

akademii,  gdzie wpojono mu,  komu okazywać  lojalność, czyje  wykonywać  rozkazy i jak 

wywiązywać się z obowiązków. Żadnych  pytań, jedynie ślepe posłuszeństwo. Jego umysł 

zaprogramowano w taki sposób, aby mężczyzna stał się idealnym wojownikiem, niemalże 

automatem walczącym ku większej chwale Imperium.

Dobrze wiedział, że kamieniem węgielnym jego szkolenia była zawsze dyscyplina. 

Wiedział także coś innego: że stojący w tej chwili przed nim młodzieniec ani trochę nie był 

zdyscyplinowany.

Zastanawiał się, czy może Brakiss i Tamith Kai nie działali zbyt pospiesznie, kiedy 

zgadzali się, żeby Norys i jego młodociani złoczyńcy z Coruscant odbyli przeszkolenie w 

Akademii  Ciemnej Strony i zostali pilotami  czy szturmowcami.  To prawda, że czekająca 

wszystkich   walka   o   to,   by   przywrócić   Drugiemu   Imperium   dawną   świetność   i   odzyskać 

utracone terytoria wymagały posługiwania się ludźmi o rozmaitych cechach charakteru. A 

jednak, mimo iż Qorlowi udało się przemienić pozostałych członków gangu Zagubionych w 

zdatnych do pełnienia służby żołnierzy i pilotów, ten młodociany chuligan przysparzał mu 

samych kłopotów.

Qorl podszedł do pulpitu kontrolnego umieszczonego w symulacyjnej sali treningowej 

i   zaprogramował   kilka   nowych   celów,   a   tymczasem   Norys   przeładowywał   swój   karabin 

blasterowy.   Stary   pilot   poprzysiągł   sobie,   że   będzie   szkolił   i   ćwiczył,   i   trenował   tego 

kandydata dopóty, dopóki się nie przekona, że ambitny zabijaka rzeczywiście czyni jakieś 

postępy.

- Nadal twierdzę, że powinieneś był pozwolić mi polecieć z Tamith Kai na tę wyprawę 

- burknął Norys, wymachując bronią, jakby dzięki temu czuł się bezpieczniejszy. - Mógłbym 

wówczas ustrzelić kilku wrogów; chociaż trochę przechylić szale walki na naszą korzyść. 

Może także podpalić kilka wielkich drzew, pośród których podobno mieszkają Wookie.

Qorl szybko określił barwy symulowanych celów. Wybrał czarny, pomarańczowy i 

błękitny jako kolory Rebeliantów, a także biały dla szturmowców.

-   To   mało   znacząca   wyprawa   -   odparł.   -   Zekk   ma   nauczyć   się,   jak   dowodzić 

żołnierzami. Nie było potrzeby, żeby leciało aż dwóch dowódców.

Norys   wymierzył   do   błękitnego   celu,   ale   chybił.   Bardziej   lubił   wprawiać   się   w 

strzelaniu, kiedy symulowane cele poruszały się trochę wolniej, jak na przykład mynocki. 

background image

Zabijanie ich sprawiało mu prawdziwą radość.

- A zatem powinieneś był wysłać mnie zamiast niego, staruszku - powiedział Norys. - 

Już teraz jestem lepszym dowódcą, niż kiedykolwiek uda się być temu śmieciarzowi.

Będzie z nim kłopot - pomyślał Qorl. - Poważny kłopot.

- Dlaczego tak uważasz? - zapytał.

- Ponieważ - odparł Norys, mierząc do pomarańczowego celu, ale strzał okazał się 

niecelny   -   żołnierze   tak   się   mnie   boją,   że   nigdy   nie   odważyliby   się   lekceważyć   moich 

rozkazów. - Znów strzelił i ponownie chybił. - Czy celownik tego blastera jest na pewno 

dobrze ustawiony?

- Nie skupiasz się, kiedy mierzysz do celu - odparł stary pilot, a potem postanowił 

skomentować ostatnią uwagę swojego podopiecznego. - Rzeczywiście, czasami można w ten 

sposób wymuszać posłuch u podwładnych - rzekł obojętnym tonem. - Musisz jednak jeszcze 

wiele się nauczyć.

Norys zjeżył się i nie trafił po raz kolejny do celu. Zirytowany i rozgniewany, groźnie 

warknął i odwrócił się w stronę byłego pilota myśliwca typu TIE.

- Na przykład czego, staruszku?

Qorl nie przestraszył się ani nawet nie mrugnął. Radził sobie w życiu z trudniejszymi 

przeciwnikami niż ten młodociany zabijaka, chociaż zapewne nie zetknął się z nikim, kto 

byłby równie bezwzględny i małoduszny.

- Na przykład tego, jak skupiać uwagę na broni i nie przejmować  się niczym,  co 

przeszkadza ci w celowaniu. Mógłbyś także nauczyć  się, jak mierzyć  i trafiać do celu za 

każdym razem, a nie tylko mówić o tym, co potrafisz - dodał. - Jeżeli w czasie prawdziwej 

walki będziesz strzelał równie celnie, jak w trakcie dzisiejszych ćwiczeń, w ciągu zaledwie 

kilku sekund zostaniesz sam trafiony.

- Naprawdę, staruszku?

Wargi Norysa rozciągnęły się w czymś pośrednim między grymasem a uśmiechem. 

Młodzieniec odwrócił się w stronę symulowanych celów i nie przestając przyciskać guzika 

spustowego, powoli zatoczył szeroki łuk lufą blasterowego karabinu. Kiedy skończył, każdy 

cel   został   przynajmniej   raz   trafiony.   Zupełne   jatki.   Norys   popatrzył   na   Qorla,   a   na   jego 

wargach pojawił się pełen zadowolenia uśmieszek.

- Jak myślisz, staruszku, ile czasu muszę jeszcze wprawiać się w celowaniu? - zapytał.

- Tyle, żebyś nie pozabijał własnych ludzi, którzy także wezmą udział w wyprawie - 

odparł stary pilot.

Norys wzruszył ramionami.

background image

- Czasami  trzeba  poświęcić  to i owo, jeżeli  zależy nam  na wykonaniu  zadania.  - 

Odwrócił głowę i popatrzył na cele. - Jeżeli chcesz znać moje zdanie, cena nie wydaje mi się 

zbyt wygórowana.

Rzucił rozładowany karabin w stronę Qorla, który pochwycił go w locie, posłużywszy 

się zdrową ręką.

Będzie z nim kłopot - pomyślał. - Poważny kłopot.

background image

ROZDZIAŁ 10

Gwiazdy płonęły wysoko na nocnym niebie podobne do miliardów rozżarzonych do 

białości węgli, błyszczących na powierzchni marmurowej czarnej płyty. Jacen, Jaina i Tenel 

Ka już dawno udali się na spoczynek, ale Lowie jakoś nie mógł zasnąć. Siedząc wygodnie jak 

na grzędzie w rozwidleniu potężnych konarów górnej werandy, wsłuchiwał się w kipiące 

wokół niego dźwięki latających owadów i nocnych stworzeń przemykających po gałęziach. 

Od czasu do czasu wpatrywał się również w okno komnaty siostry.

Sirra nadal się upierała, że pragnie powtórzyć wyczyn brata, który sam zmierzył się z 

kwiatem syreniowca. Lowie nie potrafił wyperswadować jej, żeby tego nie czyniła. Obawiał 

się,   że   Sirra   wymknie   się   cichaczem   i   nie   mówiąc   nikomu,   wyruszy   na   niebezpieczną 

wyprawę... podobnie jak uczyniła Raaba. Na razie jednak nic nie wskazywało na to, żeby 

siostra chciała zrobić coś tak nierozważnego.

Ponieważ   wojskowi   przywódcy   Nowej   Republiki   polecili   przyspieszyć   tempo 

produkcji skomplikowanych elementów, rodzice Lowiego i Sirry dobrowolnie oświadczyli, że 

będą   pracowali   na   nocną   zmianę   w   zakładzie,   w   którym   wytwarzano   komputerowe 

podzespoły. Kallabow i Mahraccor byli zatrudnieni od dawna w fabryce, wykonując może 

nieco monotonną, ale sprawiającą im dużo satysfakcji pracę, i nie mogli zrozumieć, dlaczego 

żadne z ich dzieci nie chciało podążyć w ich ślady.

Zwłaszcza Sirra uwielbiała stawiać czoło niebezpieczeństwom i przeżywać przygody. 

Czasami   sama   stwarzała   kłopotliwe   sytuacje,   ilekroć   uznawała,   że   życie   staje   się   zbyt 

monotonne i nudne.

Światło w jej oknie migotało jak ciepły ognik, od czasu do czasu przesłaniany przez 

ciemne liście. Za oknami siostry i na różnych platformach, jakich wiele znajdowało się w 

dzielnicy   mieszkaniowej   Wookiech,   wisiały   małe   świecące   siatkowe   klatki   -   pojemniki 

wypełnione   wydzielającymi   słodką   woń   substancjami.   Okazywały   się   one   nieodpartymi 

przynętami,   wabiącymi   roje   mikroskopijnych   świecących   owadów   zwanych   fospchłami. 

Wywieszenie klatki za okno sprawiało, że chmary nieszkodliwych fosforyzujących owadów 

oblepiały   klatkę,   próbując   przedostać   się   do   środka.   Stanowiły   one   źródło   naturalnego, 

darmowego i nie zanieczyszczającego środowiska światła.

Siedząc pod baldachimem świecących gwiazd, młody Wookie przyglądał się, jak cień 

Sirry   raz   po   raz   przesłania   oświetlone   okno.   Wyglądało   to,   jakby   zaniepokojona   siostra 

przechadzała się po komnacie, ale, prawdę mówiąc, od dłuższego czasu Lowie jej nie widział. 

background image

Pomyślał, że zapewne Sirra stara się zasnąć.

Mimo iż miał niejasne przeczucie, że dzieje się coś złego, uwielbiał siedzieć wysoko 

nad ziemią i oddawać się rozmyślaniom w kojących ciemnościach nocy. Cieszył się, że może 

być znów w domu na rodzimym Kashyyyku. Zaczerpnął głęboki haust przesyconego wonią 

drzew świeżego powietrza i zaczął ćwiczyć technikę relaksacyjną Jedi, stopniowo pozwalając 

odprężyć się mięśniom, napiętym jak postronki...

…I nagle podskoczył na wysokość metra, kiedy poczuł, jak w jego szyję wpijają się 

zimne  pazury.  Opadł  na  konar,  potknął  się,  ale  natychmiast  odwrócił,   co było  jednym   z 

błyskawicznych odruchów, z których słynęli Wookie.

Sirra,   zanosząc   się   bezgłośnym   śmiechem,   przeszła   przez   poręcz   i   zeskoczyła   na 

werandę, a później schowała pazury i pochwaliła brata za szybkość reakcji. Oświadczyła, że 

dopiero teraz jest przekonana, iż kiedy wyruszy na niebezpieczną wyprawę, będzie mógł jej w 

czymś   pomóc.   Lowie   zaryczał,   próbując   opanować   zwiększone   wydzielanie   adrenaliny. 

Zapytał   siostrę,   czy   jej   niespodziewana   napaść   miała   na   celu   jedynie   wypróbowanie 

szybkości jego odruchów.

Sirra spoważniała i spuściła głowę. Zamierzała udowodnić bratu, że gdyby chciała, 

potrafi wymknąć się z pokoju, nie zauważona przez nikogo, i że Lowie nie będzie mógł 

uczynić nic, by jej w tym przeszkodzić. Później popatrzyła na brata i obiecała, że nie wyprawi 

się bez niego.

Młody Wookie ponownie usiadł na poręczy i zapatrzył się w gwiazdy. Burknął coś na 

temat tego, że czasami siostra ucieka się do dziwacznych metod, pragnąc podkreślić wagę 

własnych argumentów.

Sirra   zamruczała,   dziękując   za   wyszukany   komplement,   a   potem   usadowiła   się 

wygodnie u boku brata.

Lowie chrząknął, gdyż nie był pewien, czyjego uwaga powinna zostać potraktowana 

jako   pochwała,   ale   sam   fakt,   że   Sirra   była   zadowolona,   przemawiał   do  niego   silniej   niż 

wszelkie   słowa.   Siostra   chlubiła   się   tym,   że   jest   inna,   podobnie   jak   ceniła   to   sobie   jej 

przyjaciółka, Raaba...

Jakby wyczuwając, w jakim kierunku biegną jego myśli, Sirra zaczęła rozmowę na 

temat Raaby. Pamiętała, że porośnięta ciemną sierścią, szczupła koleżanka także uwielbiała 

spoglądać na gwiazdy. Nawet kiedy obie Wookie były jeszcze bardzo młode, wymykały się w 

nocy i potrafiły całymi godzinami wpatrywać się w niebo.

Raaba   nie   powinna   była   zginąć,   warknął   Lowie.   Wyruszając   sama,   niepotrzebnie 

ryzykowała.

background image

Sirra zaryczała, że Lowie podjął kiedyś takie samo ryzyko.

Przyznał siostrze rację. Tak, rzeczywiście zachował się jak głupiec.

Siostra odpowiedziała mu szorstkim tonem. Czy gdyby miał to zrobić jeszcze raz, 

postąpiłby inaczej? Czy raczej wyprawiłby się z przyjacielem?

Lowie   kiwnął   głową,   szybko   potakując.   Sirra   nie   odpowiedziała,   ale   nawet   w 

ciemnościach nocy młody Wookie zauważył, że jej sierść zjeżyła się na znak niedowierzania. 

Po dłuższej chwili jednak siostra westchnęła, a potem pokręciła głową.

Po kolejnej chwili milczenia wyjawiła bratu, jak bardzo Raaba go podziwiała i jak 

pragnęła zawsze być taka odważna jak Lowie.

Młody   Wookie   ponownie   spojrzał   w   niebo,   na   gwiazdy,   które   Raaba   tak   bardzo 

kochała. Pytająco zaryczał. Kiedy odlatywał z Kashyyyku, aby zacząć naukę w akademii Jedi, 

on i Raaba byli zbyt młodzi, żeby chociaż snuć plany o wspólnym spędzeniu reszty życia. 

Nadal zresztą, jeżeli pragnął zostać rycerzem Jedi, czekało go mnóstwo pracy... A Raaba 

miała własne plany. Sirra także.

Głos jego siostry nagle się załamał. Sirra wydała żałosny jęk, a po nim następny i 

następny. Po jakimś czasie przyłączył się do  niej Lowie i oboje, siedząc pod baldachimem 

świecących gwiazd, okazywali w ten sposób ból po utraconej przyjaciółce.

Po kilku godzinach Lowie poczuł się odprężony bardziej nawet niż gdyby całą noc 

smacznie   przespał.   Doszedł   do   wniosku,   że   zawdzięcza   ten   stan   chwilom   spędzonym   w 

towarzystwie siostry.

Jego rozmyślania przerwał chrapliwy głos Sirry, która zapytała o jego przyjaciół Jedi. 

Siostra chciałaby się dowiedzieć, czy gdyby zginął, także okazywaliby ból po nim, podobnie 

jak uczyniła to ona i Lowie po utracie Raaby.

Młody Wookie z emfazą kiwnął głową, a Sirra oświadczyła, że brat ma szczęście, iż 

udało mu się znaleźć takich przyjaciół.

Zachęcony   zachowaniem   siostry,   Lowie   poprosił,   żeby  powiedziała   coś   więcej   na 

temat planów, jakie snuła wspólnie z Raaba.

Sirra nie odzywała się tak długo, iż zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem znów nie 

uraził jej albo nie rozdrapał jakiejś starej rany. W końcu siostra opowiedziała, jak ona i Raaba 

chciały zostać pilotami i galaktycznymi podróżnikami. Z początku zamierzały pracować na 

pokładach gwiezdnych frachtowców, do czasu, aż zarobią dostatecznie dużo kredytów, aby 

mogły kupić własny statek. Później planowały wyruszyć nim i zająć się badaniem różnych 

planet. W ten sposób mogłyby zostać bogatymi kupcami. Sirra sapnęła, wybuchając gorzkim 

background image

śmiechem:   Raabie   marzyło   się   nawet,   że   obie   mogłyby   się   wsławić   odkryciem   nowych 

gwiezdnych szlaków wiodących przez nadprzestrzeń.

Lowie odniósł wrażenie, że sierść jeży mu się z przerażenia. Zwrócił uwagę, że takie 

zajęcie byłoby bardzo niebezpieczne.

Sirra   z   przymusem   się   uśmiechnęła   i   zauważyła,   że   niebezpieczeństwa   nigdy   nie 

odstraszały   Raaby.   Rozłożyła   ręce,   po   czym   wyznała,   że   nie   zamierza   już   zostać 

międzygwiezdną   podróżniczką.   A   przynajmniej   nie   teraz,   gdy   przyjaciółka   zginęła.   Nie 

wiedziała wprawdzie, co pragnie robić, ale była pewna, że nie chce zostać na Kashyyyku.

Na chwilę umilkła i wpatrzyła  się w gwiazdy.  Lowie podążył  za jej spojrzeniem. 

Zastanawiał się, czy Sirra wyobraża sobie pośród gwiazd Raabę, badającą systemy gwiezdne i 

przeżywającą niezwykłe przygody, o których obie zawsze tak marzyły.

Sirra westchnęła. Powiedziała, że strata przyjaciółki boleśnie ją dotknęła.

Lowie uzmysłowił sobie, jak łatwo było traktować przyjaciół - i rodzinę - jak coś 

oczywistego. Dotychczas nie wyobrażał sobie, że siostra może czuć się taka samotna.

Okazując wahanie, Sirra zapytała, czy nie zechciałby spędzić z nią tego dnia, podczas 

gdy Chewbacca i Jaina będą nadal zajęci majstrowaniem we wnętrzu „Ścigacza Cieni”.

Pamiętając o dręczącym  go przeczuciu, że może wydarzyć  się coś złego, Lowie z 

ochotą wyraził zgodę.

background image

ROZDZIAŁ 11

Promienie słońca rozpraszały ostatnie kłęby porannej mgły, wciąż jeszcze wiszącej 

nad   wierzchołkami   gigantycznych   wroszyrów.   Mimo   to   czterech   silnie   umięśnionych 

Wookiech bez wahania kierowało się w stronę wieży kontrolnej górującej nad kompleksem 

zabudowań ośrodka przemysłowego, w którym wytwarzano komputerowe podzespoły.

Wyglądali   zupełnie   jak   inni   Wookie,   odziani   w   przepisowe   stroje,   jakie   nosili 

pracownicy fabryki. Wszyscy byli wysocy, silnie zbudowani i nie mieli broni, którą dałoby 

się   zauważyć.   Nowo   przybyli   wcisnęli   prawidłową   kombinację   klawiszy,   będącą   kodem 

umożliwiającym dostęp, i stanęli u stóp pilnie strzeżonej wieży wznoszącej się ponad innymi 

drzewnymi   platformami.   Przybywali   dokładnie   o   tej   porze,   kiedy   powinni   się   pojawić 

pracownicy ośrodka kontroli lotów, przychodzący na ranną zmianę.

Kiedy okazali karty identyfikacyjne na wartowni kontrolnej wieży, musieli przejść 

przez   elektrostatyczne   pole   usuwające   zanieczyszczenia   z   materiału   ich   kombinezonów. 

Sylwetki   wszystkich   czterech   Wookiech,   poddane   działaniu   niewidocznych   ładunków 

elektrycznych,   na   ułamek   sekundy   zamigotały,   ale   po   chwili   znów   przybrały   poprzednie 

kształty.

Nikt niczego nie zauważył.

Tymczasem prawdziwi pracownicy, którzy mieli objąć służbę na porannej zmianie, 

leżeli ogłuszeni w niewielkim pomieszczeniu służbowym na jednej z niższych platform, gdzie 

znajdowały   się   magazyny.   Wookie   pełniący   służbę,   zmęczeni   po   wielogodzinnym 

nadzorowaniu przylatujących do fabryki i opuszczających jej  teren statków, cieszyli się, że 

już wkrótce zakończą pracę i udadzą się do domów. Z radością podpisali niezbędne protokoły 

i   przekazali   kontrolę   nad   urządzeniami   zmiennikom,   którzy   burkliwie   przejęli   służbę, 

wydając kilka charakterystycznych dla mowy Wookiech warknięć i pomruków.

Poprzednia załoga opuściła pomieszczenia kontrolnej wieży, pozostawiając wszystkie 

komputery,   zabezpieczenia,   blokady   i   systemy   orbitalnych   satelitów   obronnych   w  rękach 

nowo przybyłych pracowników.

Jeden z obejmujących służbę Wookiech zatrzasnął drzwi kontrolnej wieży, po czym 

wyciągnął ukryty blaster i stopił aparaturę alarmową i urządzenia wykrywające pojawianie się 

nieproszonych   gości.   Trysnęły   fontanny   iskier,   buchnęły   kłęby   czarnego   dymu,   a   po 

pomieszczeniu rozbryznęły się krople metalu i plastiku. Następnie wszyscy czterej pstryknęli 

przełącznikami  u pasów, wyłączając  ukryte  w nich generatory maskujących  hologramów. 

background image

Wizerunki   Wookiech   zadrżały   i   zniknęły,   ukazując   postacie   czworga   komandosów, 

przybyłych z Akademii Ciemnej Strony.

-   Holograficzne   przebrania   działały   bez   zarzutu   -   odezwał   się   Zekk,   wygładzając 

zmarszczki   opancerzonego   skórzanego   munduru   i   poprawiając   przekrzywioną   pelerynę, 

ozdobioną szkarłatną lamówką. Był rad, że może być znów sobą.

Stojący przy drzwiach wieży szturmowiec odwrócił się w jego stronę.

- Systemy alarmowe unieszkodliwione - zameldował. - Nie będzie z nimi żadnych 

problemów.

Pozostałe   dwie   członkinie   grupy,   Siostry   Nocy:   Tamith   Kai   i   Vonnda   Ra,   stały, 

wpatrzone w ekrany monitorów skomplikowanych systemów komputerowych. Jeżeli chciały 

się posługiwać kontrolnymi dźwigniami, musiały wspinać się na palce, gdyż wszystkie panele 

umieszczono   na   wysokości   odpowiedniej   dla   Wookiech.   Vonnda   Ra   wyciągnęła   głowę   i 

pragnąc zapoznać się z systemami, przyglądała się odczytom na ekranach.

Zamyślona   Tamith   Kai   także   spoglądała   na   urządzenia   umożliwiające   kierowanie 

ruchem statków. Z klaśnięciem złączyła palce dłoni, zakończone długimi paznokciami.

- Wszystko musi przebiegać zgodnie z harmonogramem -oznajmiła. - Jeżeli tak się 

stanie, możemy być pewni sukcesu.

- Odniesiemy sukces - zapewnił ją Zekk. - Nie zawiodę zaufania, jakim obdarzył mnie 

mistrz Brakiss.

Tymczasem Vonnda Ra, która zajęła się dwoma kontrolnymi panelami, przyglądała 

się klawiaturom i urządzeniom diagnostycznym. Zadowolona, wyciągnęła z pokrowca u pasa 

osłonięte wibroostrze, a potem pstryknęła przełącznikiem, aby uruchomić urządzenie. Słysząc 

pomruk włączonego ostrza, zanurkowała pod pulpity konsolet, po czym machnęła nożem w 

lewo i w prawo, żeby przeciąć kable zasilające oba panele. Strzeliły snopy oślepiających 

iskier, a po chwili z wnętrz urządzeń zaczęły się wydobywać smugi białawego dymu.

Siostra Nocy cofnęła się i machnęła ręką, usiłując odpędzić kłęby gryzących oparów. 

Wyprostowała się, sprawiając wrażenie jeszcze bardziej zadowolonej niż poprzednio.

- Orbitalne systemy obronne Kashyyyku  zostały raz na zawsze unieszkodliwione - 

oświadczyła.

Zekk kiwnął głową w stronę zniszczonych paneli kontrolnych, a jego zielone oczy 

błyszczały.

- Rzeczywiście wygląda na to, że już nigdy nie będą działały - przyznał.

- Ty dowodzisz tą wyprawą, Zekku - przypomniała mu Tamith Kai, wkładając ręczny 

komunikator do gniazda w konsolecie urządzenia telekomunikacyjnego. - Czy nie sądzisz, że 

background image

najwyższy czas nadać wiadomość mającą zwabić tu smarkaczy Jedi, abyśmy mogli wreszcie z 

nimi się rozprawić?

Siostra Nocy wyglądała na zadowoloną z siebie.

Zekk przełknął ślinę, czując, że w jego głowie wirują setki myśli. Wiedział, że ta 

chwila nadejdzie i że będzie zmuszony stawić czoło problemowi.

- Czyżbym odnosiła wrażenie, że się wahasz? - warknęła Tamith Kai.

- Nie - odparł młodzieniec. - Staram się tylko znaleźć najlepsze słowa, by powiedzieć 

to, co pragnę. Muszę ich zaciekawić, zaniepokoić... i przekonać.

Stanął   przed   pulpitem   konsolety   telekomunikacyjnej   i   korzystając   z   klawiatury, 

wystukał wiadomość i przekazał do urządzenia tłumaczącego, które miało zamienić ją na 

słowa   właściwego   dialektu   Wookiech,   a   później   przesłać   jako   informację   o   najwyższym 

priorytecie do miejsca, gdzie Jacen i Jaina spędzali czas z przyjaciółmi.

Był  pewien,   że  jeżeli   użyje   odpowiednich   słów,  bliźnięta  pospieszą   do  kontrolnej 

wieży.

Tymczasem Jacen, przebywający wysoko na gałęziach drzewa w domu Wookiech, 

starał   się,   jak   mógł,   aby   dotrzymywać   kroku   przyjaciołom   w   zręcznościowej   grze 

komputerowej, prowadzonej w bardzo szybkim tempie. Mimo to pozostali gracze - Lowie, 

Sirra  i  Tenel   Ka  -  reagowali   o  wiele  szybciej   niż  on  na  zmiany   sytuacji   zachodzące  na 

holograficznej  planszy.  Jaina wyszła  z Chewbaccą, by jak zwykle  naprawiać uszkodzone 

podzespoły „Ścigacza Cieni”.

Przyjaciele   siedzieli   po   czterech   stronach   kwadratowej   kontrolnej   płyty.   Każde 

trzymało   jedną   dłoń   na   niewielkiej   elastycznej   dźwigni   z   czujnikami,   za   pomocą   której 

zmieniali położenie miniaturowych wizerunków gwiezdnych maszyn. W przestrzeni ponad 

planszą   toczyła   się   walka,   będąca   odzwierciedleniem   bitwy,   która   zakończyła   się 

zniszczeniem pierwszej Gwiazdy Śmierci.

Lowie i Sirra kierowali ruchami szybkich myśliwców typu  X,  podczas gdy Jacen i 

Tenel   Ka   musieli   zadowolić   się   pilotowaniem   starszych   i   wolniejszych   maszyn   typu   Y, 

osłaniających   X-skrzydłowce.   Sterujący   grą   komputer   czynił,   co   było   w   jego   mocy,   by 

kierować ogniem laserowych działek symulowanych imperialnych myśliwców typu TIE, raz 

po raz atakujących maszyny Rebeliantów. W dodatku od czasu do czasu w przestworzach 

pojawiały się potężne śmiercionośne smugi strzałów turbolaserowych dział, umieszczonych 

na pokładzie Gwiazdy Śmierci.

Jacen dobrze radził sobie z celowaniem i strzelaniem. Bliźnięta często posługiwały się 

poczwórnymi   sprzężonymi   działkami   „Sokoła   Tysiąclecia”,   by   polować   na   bryły   złomu 

background image

zaśmiecające przestworza wokół Coruscant. Lowbacca i jego siostra mieli jednak większą 

wprawę, jeżeli chodziło o branie udziału w skomplikowanych komputerowych grach, a Tenel 

Ka, jak przystało na młodą wojowniczkę z Dathomiry, słynęła z błyskawicznych odruchów.

Jacen przesunął palcami  po czujnikach dźwigni, zmieniając  kierunek lotu swojego 

myśliwca   typu   Y.   Mimo   to   imperialna   maszyna   typu   TIE   nie   przestawała   trzymać   się 

niebezpiecznie   blisko   ogona   jego   myśliwca,   gdzie   znajdowały   się   osłony   obu   silników. 

Chłopiec postanowił wprowadzić maszynę w lot nurkowy.

- Hej, odczep się od mojego ogona! - krzyknął.

Wskutek   najzwyklejszego   przypadku,   myśliwiec   typu   TIE   natknął   się   na   jedną   z 

turbolaserowych błyskawic wystrzelonych z pokładu Gwiazdy Śmierci, dzięki czemu Jacen 

mógł przez chwilę odetchnąć.

Starając się odwrócić uwagę pozostałych  graczy od zmiennego  szczęścia,  z jakim 

toczył   symulowaną   bitwę,   chłopiec   uciekł   się   do   najbardziej   oczywistego   sposobu. 

Korzystając   z   wolnej   chwili   między   zwrotami,   nurkowaniem   i   strzelaniem,   postanowił 

opowiedzieć jakiś dowcip.

- Hej, czy wiecie, jaki dźwięk wydają dwaj Whiphidzi, kiedy się całują? - zapytał.

- Ani nie widziałam, ani nie słyszałam żadnego Whiphida - oznajmiła Tenel Ka.

- Pan Lowbacca stanowczo oświadcza, że nawet nie chce  słyszeć  tego dźwięku - 

odezwał się Em Teedee.

- Dajcie spokój! - żachnął się chłopiec. - To dowcip. Czy wiecie, jaki dźwięk wydają 

dwaj Whiphidzi, kiedy się całują? - Odczekał sekundę, po czym uniósł jedną brew. - Oj!

Tenel Ka sprawiała wrażenie zakłopotanej. Lowbacca warknął, ale Sirra zaskarbiła 

sobie dozgonną wdzięczność Jacena, głośno sapiąc, co u Wookiech było odpowiednikiem 

wybuchu śmiechu. Dopiero po dłuższej chwili zwiększyła prędkość swojego holograficznego 

X-skrzydłowca, tak że prześcignęła myśliwiec pilotowany przez Jacena.

Chłopiec zauważył, że w stronę jego maszyny typu Y szybują cienkie zielone sztychy 

laserowych strzałów, ale w ostatniej chwili zmienił kierunek lotu i uniknął trafienia. Dostrzegł 

jednak, że zbliża się kolejna imperialna jednostka, która strzelając celnie raz po raz powoduje 

coraz większe uszkodzenia. Nagle miniaturowy holograficzny myśliwiec typu TIE zamienił 

siew ognistą kulę, pełną rozprzestrzeniających się rozżarzonych szczątków. Jacen zorientował 

się, że tym razem uratowała go Tenel Ka, która pospieszyła z odsieczą jego ostrzeliwanej 

maszynie.

- Wyraźnie potrzebowałeś pomocy, Jacenie - powiedziała.

- To prawda - przyznał chłopiec. - Dziękuję.

background image

Oboje   lecieli   teraz   obok   siebie,   podążając   śladami   mknących   jak   błyskawice   X-

skrzydłowców, pilotowanych przez Lowiego i Sirrę. Ich maszyny zbliżały się do celu, którym 

był niewielki szyb wentylacyjny, jakby czekający na przyjęcie protonowych torped. Pociski 

powinny   rozerwać   na   kawałki   zbudowaną   przez   wielkiego   moffa   Tarkina   śmiercionośną 

bojową stację...

W   pomieszczeniu   rozległ   się   nagle   melodyjny   kurant   komunikatora,   zwiastujący 

pojawienie się niezwykle ważnej wiadomości. Sirra wyciągnęła rękę i zatrzymała grę, dzięki 

czemu   nad  symulacyjną   planszą   znieruchomiały   wszystkie   miniaturowe   wizerunki 

gwiezdnych   maszyn.   Lowie   pospieszył,   by  odebrać   pilną   informację.   Popatrzył   na   ekran 

komunikatora, na którym pojawiły się słowa sygnału, po czym zamrugał powiekami.

Kiedy zaryczał na znak, że dzieje się coś złego, Jacen i Tenel Ka także pospieszyli w 

stronę odbiornika.

- Panie Lowbacco,  co się stało?  - odezwał  się Em Teedee.  - Proszę pozwolić  mi 

zapoznać się z tą informacją. Jak mogę zająć się tłumaczeniem, skoro nawet nie daje pan mi 

jej przeczytać?

Lowie   przycisnął   guzik.   Obwody   komunikatora   przetłumaczyły   wiadomość,   a   na 

ekranie pojawiły się słowa w basicu.

-   To   tylko   część   -   stwierdził   Jacen   czując,   że   krew   w   jego   żyłach   przyjmuje 

temperaturę lodu. - Ktoś zakłócił nadawanie sygnału.

- Wygląda na coś poważnego - zauważyła Tenel Ka.

- Pilne... - zaczął czytać chłopiec. - Ranni w fabryce komputerowych podzespołów... 

potrzebujemy pomocy... przybywajcie jak najszybciej. My... - Jacen zmarszczył brwi. - Ale 

kto ją wysłał? Kto może być nadawcą?

- Została skierowana tu, do tego domu - oznajmiła Tenel Ka. - Ktoś chciał, żebyśmy 

właśnie myją odebrali.

- Przecież tylko Jacen i Chewbacca wiedzieli, gdzie przebywamy - odparł Jacen. - A 

oni udali się, by naprawiać „Ścigacz Cieni”, na jedno z lądowisk, a nie do fabryki, gdzie 

produkuje się komputerowe podzespoły.

- Możliwe, że zmienili plany - zauważyła Tenel Ka.

Sirra zawyła i niemal w tej samej chwili rozległ się przeciągły ryk Lowiego.

-   O   rety   -   odezwał   się   piskliwie   miniaturowy   android-tłumacz.   -   W   fabryce 

przebywają przecież rodzice pana Lowbaccy i pani Sirry.

- Nie wolno nam zlekceważyć tej wiadomości - oświadczyła Tenel Ka. - Musimy tam 

pójść i przekonać się, o co chodzi. To jest fakt.

background image

- Masz rację - poparł ją Jacen.

Lowie wcisnął kilka guzików, umieszczonych na panelu kontrolnym komunikatora. 

Powtórzył  tę  czynność  kilka  razy,  by w końcu, dając  upust  frustracji,  uderzyć  pięścią  w 

obudowę urządzenia.

- Pan Lowbacca oświadcza, że nie może wysłać odpowiedzi - odezwał się Em Teedee. 

-   Prawdopodobnie   uszkodzeniu   uległ  odbiornik   znajdujący   się   na   terenie   fabryki.   Tamto 

urządzenie nie odbiera żadnych sygnałów przekazywanych z zewnątrz.

Lowie   ryknął   do  siostry,   aby   wezwała   najszybszego   pociągowego   bantha,   jakiego 

znajdzie w okolicy, a sam przypiął do pasa rękojeść świetlnego miecza. To samo uczynili 

Jacen i Tenel Ka, przygotowując się na najgorsze. Wszyscy wybiegli z pomieszczenia domu, 

urządzonego na wierzchołku ogromnego drzewa.

W   odpowiedzi   na   gorączkowe   wezwanie   Sirry,   do   platformy   przyczłapał   kudłaty 

banth. Sullustański poganiacz, który przykucnął na szerokim karku bestii, sprawiał wrażenie 

znużonego   wielogodzinną   pracą.   Kiedy   jednak   oboje   Wookie,   obnażywszy   długie   kły, 

głośnym rykiem oświadczyli, że chodzi o ratowanie życia, podobna do wielkiej myszy istota 

natychmiast się ocknęła. Jacen wspiął się na siedzenie i wyciągnął rękę do Tenel Ka na znak, 

że chce jej pomóc. Wojowniczka zgodziła się bez wahania. Sirra i Lowie wskoczyli na grzbiet 

wielkiej bestii i banth ruszył w stronę fabryki.

- To stworzenie może przecież iść szybciej! - krzyknął Jacen. - Kiedy przebywałem na 

Tatooine, widziałem, jak spłoszone banthy gnały na złamanie karków.

Lowie   szczeknął,   wydając   polecenie   poganiaczowi.   Sullustanin   przynaglił 

wierzchowca do pośpiechu. Po chwili cała drzewna autostrada drżała, pobudzana rytmicznym 

łomotem kopyt zwierzęcia.

Najeżone   lufami   śmiercionośnej   broni   satelity   obronne,   wiszące   wysoko   nad 

Kashyyykiem,  zaprojektowano w taki sposób, żeby mogły niszczyć  jednostki atakujących 

wrogów. Kiedy jednak w przestworzach nad planetą pojawił się zamaskowany wahadłowiec, 

którego załoga otworzyła wrota hangaru, by uwolnić eskadrę myśliwców typu TIE, satelity 

obrony orbitalnej pozostały ciche i nieruchome.

Piloci   nieprzyjacielskich   maszyn   uzbroili   pokładowe   działka,   po   czym   włączyli 

bliźniacze silniki jonowe i utworzywszy zwarty szyk, z przejmującym skowytem skierowali 

się   ku   porośniętej   gęstą   dżunglą   powierzchni   planety.   W   pamięciach   komputerów   już 

zapisano szczegółowy plan całej akcji. Piloci imperialnych myśliwców chcieli z chirurgiczną 

precyzją wyrządzić jak najwięcej szkód w jak najkrótszym czasie. Zamierzali pochwycić łup, 

background image

a potem rozpłynąć się w przestworzach.

Czujniki satelitów orbitalnej  obrony Kashyyyku  zarejestrowały fakt pojawienia się 

intruzów. Przekazały informację, po czym przygotowały się do odbioru sygnału, jaki powinny 

otrzymać ze znajdującej się na terenie zakładów przemysłowych kontrolnej wieży. Śledziły 

tory   lotu   nieprzyjacielskich   maszyn,   ale   nie   otrzymały   polecenia   przesłania   energii   do 

systemów   uzbrojenia   ani   rozkazu   otwarcia   ognia.   Planeta   zachowywała   milczenie.   Lufy 

działek obronnych satelitów nie obudziły się do życia.

Mimo   iż   systemy   obronne   nie   powitały   ogniem   napastników,   czujniki   nadal 

gromadziły informacje o rozwoju sytuacji... na wszelki wypadek, gdyby ktoś na Kashyyyku 

przeżył po ataku imperialnych najeźdźców.

Kiedy zmęczony banth w końcu dotarł przed bramę fabryki, w której wytwarzano 

skomputeryzowane   urządzenia,   Lowie,   Sirra,   Tenel   Ka   i   Jacen   zeskoczyli   z   grzbietu   i 

pospieszyli w stronę wejścia.

Wysoki, wrzecionowaty android-przewodnik stał nieruchomo, jakby przyklejony do 

ściany. Ujrzawszy nieoczekiwanych przybyszów, odłączył się od urządzenia zasilającego i 

pospieszył w stronę grupy nieznajomych. Przyjął postawę obronną, pamiętając o tym, że o tej 

porze nie spodziewał się żadnych gości.

- Stać! - powiedział.

- Gdzie zdarzył się ten wypadek? - zawołał Jacen. - Musimy dostać się do fabryki.

- Przybywamy w odpowiedzi na wezwanie o ratunek - wyjaśniła Tenel Ka.

Lowie i Sirra zaczęli ryczeć jedno przez drugie, licząc na to, że android-przewodnik 

szybciej zrozumie słowa wypowiadane w dialekcie Wookiech niż w basicu.

- Nie przekazano mi informacji o żadnym wypadku - oświadczył automat. Jego długie 

ręce zwisały po bokach jak kołyszące się metalowe pręty.

- Musiał się jakiś wydarzyć - upierał się Jacen. - Otrzymaliśmy wiadomość obdarzoną 

najwyższym priorytetem, by natychmiast przybyć do fabryki.

- Sprawdzam - odezwał się android-przewodnik, po czym umieścił jeden z mających 

kształt   kołków   palec   w   gnieździe   najbliższego   terminala   komputerowego.   Na   chwilę 

znieruchomiał, a potem po jego ekranie przesunęły się błyskawicznie długie rzędy cyfr i liter.

-   Czy   jesteście   pewni,   że   dysponujecie   właściwymi   współrzędnymi?   -   zapytał   w 

końcu. - Czy mogę zaproponować wam przejrzenie kilku broszur reklamowych?

- A. Aha - odezwała się Tenel Ka, spoglądając poważnie na Jacena. - Możliwe, że 

zostaliśmy celowo oszukani.

background image

-   Blasterowe   błyskawice!   -   odparł   chłopiec.   Słysząc   dobiegający   z   góry   dziwny 

dźwięk,   zrozpaczony   uniósł  rękę,   i   pokazał   na   niebo:   -  Wygląda   na   to,   że   ten   wypadek 

dopiero się wydarzy!

Lowie przekrzywił głowę i obnażywszy długie kły, gniewnie zaryczał.

Z   chmur   wyłoniła   się   pierwsza   grupa   imperialnych   maszyn   typu   TIE.   Ich   piloci 

kierowali się w stronę fabryki komputerowych podzespołów. Lufy nieprzyjacielskich działek 

plunęły laserowym ogniem, nie czekając, aż myśliwce znajdą się nad celem.

background image

ROZDZIAŁ 12

Jaina pomyślała, że prawdziwą przyjemność sprawia jej praca w towarzystwie kogoś, 

kto podobnie jak ona kochał mechanizmy i urządzenia. Wyglądało na to, że dziewczyna i 

Chewbacca są jedynymi osobami pracującymi w przestronnym hangarze.

Raz po raz przez otwarte wrota wpadały podmuchy chłodnego wiatru. Czując świeże 

powietrze   i  widząc   ocean   zielonych  liści,  dziewczyna  była   rada,  że   nie  zamknęła  drzwi. 

Przeznaczone   do   remontowania   większych   statków   pomieszczenie   zostało   zbudowane   na 

platformie w koronie jednego z najwyższych drzew, jakie wznosiły się ponad baldachim liści 

sąsiednich wroszyrów. Znajdowało się w dość dużej odległości i od dzielnicy mieszkaniowej 

Wookiech, i od fabryki, gdzie montowano komputerowe urządzenia.

W ogromnym hangarze panowała na ogół cisza, jeżeli nie liczyć dźwięcznych stuków 

i innych odgłosów wydawanych przez narzędzia, jakimi posługiwali się Jaina i Chewbacca, 

zajęci naprawianiem „Ścigacza Cieni”. Dziewczyna była tym zachwycona. Uważała, że nic 

tak   nie   koi   nerwów   jak   odprężająca   naprawa   jakiegoś   mechanizmu,   połączona   z 

dopasowywaniem różnych części, tak by stanowiły całość.

Zwłaszcza że „Ścigacz Cieni” był nadal szczytem osiągnięć w swojej klasie.

Kiedy Chewbacca, zajęty czymś pod kadłubem, ryknął i uniósł głowę, zwracając ją w 

stronę  opuszczonej  rampy,   Jaina  wygramoliła   się  spod  pulpitu   panelu  kontrolnego,  gdzie 

pracowała, i krzyknęła w odpowiedzi:

- Niezupełnie zrozumiałam, o co ci chodziło, Chewie. Jakiego narzędzia potrzebujesz?

Obok krawędzi metalowej pochylni pojawiła się wielka kudłata głowa Wookiego i 

Chewbacca pokazał, jaki przyrząd jest mu potrzebny.

- Prawie skończyłam - oznajmiła dziewczyna, przenosząc pojemnik z narzędziami w 

miejsce, do którego mógł dosięgnąć Wookie. - Resztę zrobię, posługując się kieszonkowym 

zestawem uniwersalnym.

Skończyła pracę, umocowała płytę czołową na poprzednim miejscu, a potem zeszła po 

rampie pod kadłub statku, gdzie Chewbacca czyścił lśniące podbrzusze wahadłowca z resztek 

smaru. Burknął coś, co zabrzmiało jak pytanie.

- Zapewne pytałeś, czy nie jestem głodna? - odezwała się Jaina, starając się zrozumieć 

słowa  mowy  Wookiech.  Wyszczerzyła   zęby  w  szerokim  uśmiechu.  -  Jasne!  Naprawianie 

automatycznych urządzeń hamujących zawsze sprawia, że czuję niesamowity apetyt.

Lowie ponownie warknął, a później rozłożył szeroko ręce i wzruszył ramionami.

background image

- No, to na co jeszcze czekamy? - chichocząc, zinterpretowała jego słowa dziewczyna. 

- Sama nie mogłabym wyrazić tego dosadniej. - Po chwili usłyszała cichy pomruk, podobny 

do oddalonego huku grzmotu, i ponownie zachichotała. - Czy to twój żołądek, Chewie? - 

zapytała. - Musisz być naprawdę bardzo głodny.

Chewbacca   jednak   nagle   umilkł   i   przekrzywił   głowę,   jakby  nasłuchiwał.   Zmrużył 

błękitne  oczy.  Po chwili  ten  sam dźwięk się powtórzył,  ale tym  razem towarzyszyły  mu 

stłumione odgłosy wybuchów, podobnych do trzasków blasterowych błyskawic trafiających 

jakieś cele. Pojawiło się także basowe ni to brzęczenie, ni to zawodzenie, którego źródła Jaina 

nie potrafiła określić.

- To chyba coś na zewnątrz hangaru - odezwała się niepewnie. - Nie mam pojęcia, co 

to może...

Chewbacca uniósł rękę, nakazując jej, by zachowała ciszę. Po chwili krótko szczeknął 

i puścił się biegiem w stronę otwartych wrót hangaru. Jaina pobiegła za nim. Stanęli na progu 

i spojrzeli na ocean zielonych liści i brązowych gałęzi, widoczny nisko w dole pod wielką 

platformą.   Potężne   konary   utrzymywały   platformę   na   poziomie   o   wiele   wyższym   niż 

wierzchołki pobliskich drzew rosnących w gęstej dżungli.

Spoglądając   w   zamglone   niebo,   Jaina   nie   miała   trudności   z   identyfikacją 

nakładających   się   na   siebie   dźwięków.   Słyszała   odgłosy   eksplozji,   huki   blasterowych 

wystrzałów i wyraźny skowyt silników gwiezdnych statków.

- Myśliwce typu TIE! - wykrzyknęła. - Co robią tu imperialne maszyny? I do czego 

strzelają?

Zaniepokojona, popatrzyła na Chewbaccę.

Wookie   wyciągnął   rękę   w   kierunku,   skąd   dobiegały   dźwięki.   Szczeknął   krótko, 

wyjaśniając, że chodzi o zakłady, w których są montowane komputerowe podzespoły.

Jaina jęknęła.

- To musi być sprawka Drugiego Imperium. Ale nigdy się nie spodziewaliśmy, że 

zaatakują właśnie Kashyyyk!

Rozgniewany Wookie przeciągle zaryczał. Tym razem Jaina natychmiast zrozumiała, 

co chciał powiedzieć.

-   Wiem.   Musimy   tam   się   udać.   Spróbujmy   wezwać   pomoc.   Gdzie   znajduje   się 

najbliższy komunikator?

Wookie skoczył do panelu urządzenia zawieszonego na ścianie obok wrót hangaru. 

Nacisnął   guzik   i   przeciągle   zaryczał,   ogłaszając   alarm.   Jaina   jednak   odwróciła   się   jak 

użądlona, kiedy usłyszała narastający jęk uruchamianych silników.

background image

- A to co znowu?

Jęk   wydobywał   się   z   kadłuba   „Ścigacza   Cieni”.   Chewbacca   i   Jaina   wymienili 

zaniepokojone spojrzenia, po czym puścili się biegiem ku smukłemu wahadłowcowi, który 

niedawno   naprawiali.   Przez   transpastalową   szybę   iluminatora   sterowni   Jaina   ujrzała 

niewysoką kobietę o falujących brązowych włosach, odzianą w błyszczący strój z gadziej 

skóry. Siostrę Nocy.

- Skąd ona się tam wzięła? - zawołała. - Hej, chyba chce porwać wahadłowiec!

Silniki „Ścigacza Cieni” napełniły cały hangar dźwiękiem podobnym do tego, jaki 

wydają miliony fruwających owadów. Zawodzenie ucichło, po chwili znów zabrzmiało, ale w 

następnej sekundzie silniki zakrztusiły się i umilkły. Twarz siedzącej w sterowni Siostry Nocy 

wykrzywiła się z wściekłości, a z oczu strzeliły błyskawice. Na kremowobrązowej skórze 

pojawiły się jaśniejsze cętki.

Jaina spoglądała w górę, mniej więcej tak samo rozgniewana.

- Musimy ją powstrzymać - oświadczyła.

Chewbacca zanurkował pod kadłub statku, skąd po chwili dobiegło jego uspokajające 

warknięcie.

- Jesteś pewien, że nie poleci? - zapytała Jaina. - Skąd to wiesz?

Nie   przestając   grzebać   we   wnętrzu   otwartego   panelu   umożliwiającego   dostęp   do 

urządzeń sterujących  pracą silników, Chewbacca  zaryczał  i trącił  stopą część urządzenia, 

leżącą na posadzce hangaru. Jaina natychmiast rozpoznała główny motywator, który Wookie 

wyciągnął do naprawy.

Bez tego urządzenia „Ścigacz Cieni” nie mógł wystartować ani tym bardziej polecieć.

Przeraźliwy skowyt uruchamianych silników zabrzmiał ponownie. Chewbacca zawył. 

Rozległ   się   stłumiony   huk   i   silniki   zamilkły,   a   z   wnętrza   panelu   kryjącego   urządzenia 

sterujące ich pracą trysnęły iskry. Wookie wyskoczył spod kadłuba.

W następnej chwili Jaina usłyszała pomruk opadającej rampy. Zanim jednak wbiegła 

na pokład, aby stawić czoło niedoszłej porywaczce, Siostra Nocy zeskoczyła na płytę hangaru 

i zwróciła się w stronę dziewczyny i Chewbaccy. Jaina pomyślała, że rozpoznaje w rysach 

twarzy   kobiety   coś   znajomego:   jakieś   lodowate   piękno   zmieszane   z   niepohamowanym 

gniewem.

Chewbacca wyzywająco zaryczał i natychmiast niewysoka wojowniczka odwróciła się 

w stronę Wookiego. Spojrzała na niego z groźnym błyskiem w oczach.

- Przybyłam odzyskać swoją własność - oświadczyła. - Postąpisz jak głupiec, jeżeli 

staniesz na mojej drodze. „Ścigacz Cieni” należy do mnie.

background image

- A więc ty jesteś tą Siostrą Nocy, Garowyn - odezwała się Jaina. - Tenel Ka i wujek 

Luke opowiadali mi o tobie.

Wiedźma z Dathomiry zwróciła oczy na Jainę, a na jej twarzy odmalował się niesmak, 

jakby kobieta połknęła nagle coś kwaśnego.

- Dlaczego nie jesteś teraz w fabryce razem z przyjaciółmi, smarkulo Jedi? - warknęła.

- W fabryce? - powtórzyła dziewczyna, niczego nie rozumiejąc. - Z jakiego powodu 

moi przyjaciele mieliby być teraz w fabryce?

- To nieważne - odparła Garowyn. - I tak nie możecie zrobić nic, by im pomóc. - 

Uniosła ręce nad głowę, jakby chciała coś rzucić, chociaż nie trzymała w dłoniach żadnego 

przedmiotu. -Zaraz skończę z wami tu i teraz. - Roześmiała się. - Nie macie żadnej szansy.

Chewbacca obnażył długie kły i naprężył mięśnie, jak gdyby przygotowywał się do 

skoku.

Nagle Jaina, która dopiero teraz zrozumiała znaczenie poprzednich słów Siostry Nocy, 

krzyknęła:

- Musimy pomóc naszym przyjaciołom, Chewie! Zostawmy jaw spokoju!

Zanurkowała pod kadłub „Ścigacza Cieni”, licząc, że zdoła dotrzeć do drzwi windy, 

którą mogli zjechać na dół, na główny poziom drzewnego miasta Wookiech.

- Nawet nie myślcie o ucieczce! - krzyknęła wiedźma z Dathomiry.

Jedna   z   ogromnych   drewnianych   skrzyń,   wypełniona   częściami   zamiennymi   do 

silników gwiezdnych statków, uniosła się w powietrze i poszybowała w stronę Chewiego. 

Uderzyła  go w plecy,  wskutek czego rosły Wookie runął na kolana,  a potem z głośnym 

jękiem, pełnym bólu i zdumienia, rozciągnął się na płytach posadzki.

Garowyn stała obok opuszczonej rampy „Ścigacza Cieni”. Oparła dłonie na biodrach, 

okrytych  opancerzonymi  łuskami stroju z gadziej skóry. W mrocznych głębinach jej oczu 

zaczynały błyskać ogniki, podsycane przez ciemną stronę. Posługując się Mocą, wiedźma 

szykowała się do uniesienia w powietrze następnych ciężkich przedmiotów, złożonych pod 

ścianami wielkiego hangaru.

Jaina   krzyknęła,   kiedy   ujrzała,   że   druga   masywna   drewniana   skrzynia   unosi   się   i 

kieruje w okolice jej głowy. Odruchowo skorzystała z energii Mocy, by odepchnąć ją na bok. 

Przez głowę dziewczyny przemknęła niesamowita myśl, że podobne ćwiczenia wykonywała, 

kiedy była więziona na pokładzie Akademii Ciemnej Strony. Przeraziła się, kiedy ujrzała, że 

Siostra   Nocy   zaczyna   rzucać   w   nich   beczkami,   masywnymi   sworzniami,   młotkami, 

metalowymi   płytami   poszycia   kadłubów   gwiezdnych   maszyn,   hydraulicznymi   kluczami   i 

wszystkimi innymi ciężkimi przedmiotami, jakie znalazły się w zasięgu jej wzroku. Poczuła 

background image

jeszcze   większe   przerażenie,   kiedy   uświadomiła   sobie,   że   niewysoka   wiedźma   czyni   to 

wszystko bez widocznego wysiłku, nie poruszając żadnym mięśniem.

Tymczasem Chewbacca, któremu udało się uwolnić spod szczątków ciężkiej skrzyni, 

usiłował   schronić   się   za   szkieletem   częściowo   rozmontowanego   kadłuba   gwiezdnego 

skoczka. Ujrzawszy to, Garowyn posłała w ślad za nim następną porcję ciężkich i ostrych 

przedmiotów.

Starając  się  zmieniać  tory  lotu  pocisków  szybujących  ku  niej  i   Chewbacce,   Jaina 

ukryła   się   za   jedną   ze   skrzyń,   po   czym   postanowiła   się   skupić.   Mimo   grożącego   jej 

niebezpieczeństwa,   usiłowała  wysyłać   myślowe   palce   Mocy,   żeby   nawiązać   kontakt   z 

Jacenem, Tenel Ka i Lowbaccą.

Z   pękniętego   pojemnika   wyciekało   zanieczyszczone   chłodziwo.   Po   chwili   na 

posadzce hangaru utworzyła się spora kałuża, a w powietrze ulatywały obłoki cuchnących 

oparów. Jaina czuła złość, że dotychczas była zdolna jedynie reagować na bieg wydarzeń. 

Zbyt zajęta obroną przez atakami, nie miała czasu na ułożenie żadnego planu.

Mimo iż Chewbacca nie dysponował umiejętnościami Jedi, nie zamierzał pozostawać 

nieruchomym celem. Wyciągnąwszy długie kosmate ręce, odskoczył od kadłuba gwiezdnego 

skoczka. Uniósł nad głowę ciężką drewnianą skrzynię i rzucił w ten sposób, żeby zderzyła się 

w powietrzu z wypełnionym  płynnym  smarem wiadrem, ciśniętym  w niego przez Siostrę 

Nocy. Opalizująca ciecz wylała się z kubła i rozprysnęła po płytach posadzki wokół Jainy i 

Garowyn.   Widząc   to,   Chewie   sięgnął   po   porzucony   pojemnik   z   narzędziami.   Kilkoma 

długimi susami pokonał odległość dzielącą go od „Ścigacza Cieni”, po czym ukrył się w jego 

cieniu.

-   Powiedzcie,   co   zrobiliście   z   moim   statkiem   -   zaskrzeczała   Garowyn,   kierując 

strumień lecących pocisków w stronę Jainy. - W jaki sposób mogę go naprawić?

Masywna   skrzynia,   dotychczas   służąca   dziewczynie   za   kryjówkę,   zaczynała 

trzeszczeć i pękać, bombardowana ciężkimi przedmiotami. Po chwili z grzechotem posypały 

się z niej we wszystkie strony zapasowe cyberbezpieczniki. Jaina poderwała się do biegu, by 

poszukać innego schronienia.

Ciężko   dysząc   i   wykorzystując   techniki   Jedi,   zmieniła   tory   lotu   kilku   cięższych 

pocisków, a kilka lżejszych odrzuciła na bok. Krople potu spływały jej z czoła do oczu, 

utrudniając zdolność koncentracji.

- Został uszkodzony... podczas burzy jonowej - rzekła, zachłystując się powietrzem. 

Otarła przedramieniem oczy, by móc lepiej widzieć. - Nigdy nie uda ci się go naprawić.

- W takim razie do niczego nie jesteście mi potrzebni - warknęła wiedźma. - Zaraz się 

background image

z wami rozprawię.

Wyciągnęła   przed   siebie   ręce,   a   między   jej   palcami   zaczęły   ze   skwierczeniem 

przelatywać   błękitne   błyskawice.   Jaina   rozpaczliwie   szukała   sposobu   odwrócenia   uwagi 

kobiety z Dathomiry.

Nagle, jakby znikąd, w powietrzu pojawił się lecący w kierunku głowy Siostry Nocy 

miernik impedancji. Po chwili tym samym torem poszybował ciężki klucz hydrauliczny, a po 

nim cała garść ciężkich nitów i automatycznie zakleszczających się sworzni. Chewbacca nie 

musiał posługiwać się Mocą, żeby ciskać masywnymi przedmiotami.

Tym razem Siostra Nocy uskoczyła w bok, by poszukać kryjówki. Zwróciła oczy na 

Wookiego i mrucząc pod nosem jakieś przekleństwa, wypuściła w jego kierunku skwierczącą 

błękitną   błyskawicę.   Chewbacca,   stojący   dotychczas   obok   „Ścigacza   Cieni”,   zawył   i 

zanurkował, aby ukryć się za kadłubem.

Odwrócenie   uwagi   wiedźmy   z   Dathomiry   nie   trwało   długo,   ale   Jainie   ten   czas 

wystarczył.   Dziewczyna   zamknęła   oczy   i   skupiając   energię   Mocy,   wysłała   ją   w   stronę 

Garowyn, by odepchnąć wiedźmę pod ścianę.

Zdumiona i kompletnie zaskoczona Siostra Nocy poślizgnęła się w kałuży płynnego 

smaru.  Ujrzawszy  to,  Jaina   ponownie  posłużyła  się  Mocą,  by pchnąć  silniej  i   skierować 

ślizgające się po posadzce ciało wiedźmy w stronę wrót hangaru.

- Poddaj się, Garowyn - powiedziała chrapliwie, ciężko oddychając ze zmęczenia. - 

Nigdy nie uda ci się porwać „Ścigacza Cieni”.

- Jeszcze nie pokazałam wam, co potrafię! - odkrzyknęła w odpowiedzi Siostra Nocy.

W  ostatniej   chwili   Garowyn  uczyniła   coś, co  wprawiło  dziewczynę   w  zdumienie. 

Zamiast starać się zmienić kierunek, w jakim ślizgała się po posadzce ku otwartym wrotom, 

wiedźma z Dathomiry pchnęła swoje ciało jeszcze silniej w tę samą stronę. Chewbacca rzucił 

się, próbując ją powstrzymać, ale posadzka była zbyt śliska i Wookie nie mógł zdążyć.

Kiedy Garowyn znalazła się na progu, wyciągnęła rękę, by uchwycić przymocowaną 

do framugi metalową poręcz. Nie zwalniając, wykorzystała pęd, jaki nadała swojemu ciału. 

Wykonała półobrót w powietrzu i wylądowała na tarasie, jakim była obrzeżona platforma 

hangaru.

Przez otwarte wrota ze świstem wpadł podmuch chłodnego wiatru. Rozrzucone po 

posadzce   lżejsze   przedmioty   z   grzechotem   potoczyły   się   pod   ścianę,   a   inne   wypadły   ze 

szczelin   w   drewnianych   skrzyniach   i   spoczęły   obok.   Potykając   się   co   krok   na   śliskiej 

posadzce, Jaina pospieszyła do wrót, przez które umknęła Garowyn. Zanim jednak zdążyła 

wyjść z hangaru, usłyszała odgłosy zapuszczanego silnika.

background image

- Szybko, Chewie! - krzyknęła. - Musiała mieć ukryty w pobliżu powietrzny śmigacz!

Jaina dotarła do wrót, potykając się, i chwyciła za metalową poręcz framugi, żeby nie 

spaść z tarasu w przepaść, na baldachim liści.

Kiedy   dostrzegła   powietrzny   śmigacz,   poczuła   rozpacz.   Maszyna   oderwała   się   od 

tarasu   platformy,   przez   sekundę   wisiała   nieruchomo   w   powietrzu,   a   potem   obróciła,   by 

skierować w stronę fabryki komputerowych podzespołów, wciąż jeszcze atakowanej przez 

oddziały Akademii Ciemnej Strony.

Chewbacca błyskawicznie skoczył na poręcz tarasu. Ku przerażeniu Jainy, Wookie 

zawył,  a potem odbił się od poręczy i rzucił w przepaść, w stronę terkoczącego pojazdu 

Garowyn,   który   nie   zdążył   jeszcze   oddalić   się   od   platformy.   Rosły   Wookie   poszybował 

łagodnym hakiem, z cichym świstem przecinając powietrze...

…i   zacisnął   palce   porośniętej   sierścią   silnej   ręki   na   masywnej   rurze   szkieletu 

konstrukcji śmigacza.

Z   trudem   utrzymując   równowagę   na   tarasie   i   nie   wypuszczając   poręczy,   Jaina 

obserwowała, jak Chewie, Siostra Nocy i śmigacz, wirując w powietrzu, opadają ku morzu 

zielonych   liści.   Ścisnęła   silniej   poręcz   i   odruchowo   wyciągnęła   rękę,   by   pochwycić 

Chewbaccę, ale było za późno na wszelką pomoc.

Kiedy powietrzny śmigacz uderzył o koronę jakiegoś wystającego drzewa, Chewie 

puścił   rurę   i   natychmiast   odzyskał   równowagę.   Garowyn,   nadal   usmarowana   chłodzącą 

mazią, także zeskoczyła i pochwyciła cieńszą gałąź, żeby nie spaść jeszcze niżej. Chewie 

wdrapał się na solidniejszy konar i potrząsnął gałęzią, na której stała Siostra Nocy. Zaryczał, 

rzucając wyzwanie.

Z usta Garowyn wydarł się chrapliwy śmiech, bardziej podobny do krakania, a twarz 

wiedźmy rozjarzyła  się triumfującym uśmiechem. Jaina usłyszała dobrze jej głos nawet z 

takiej dużej odległości.

- A więc naprawdę chcesz zginąć, głupcze? - Siostra Nocy wyciągnęła ku Chewbaccę 

rękę.   Między   palcami   z   głośnym   skwierczeniem   przeskakiwały   błękitne   błyskawice.   - 

Zasługujesz na to po tym, co zrobiliście z moim statkiem!

Wookie,   mimo   iż   bezbronny   wobec   wyładowania   ciemnej   strony   Mocy,   groźnie 

warknął.

Zrozpaczona   Jaina   postanowiła   uciec   się   do   jedynej   sztuczki,   jaka   wpadła   jej   do 

głowy. Zmrużyła oczy i skupiła się, po czym uwolniła część własnej energii w taki sposób, 

aby za plecami wiedźmy pojawiła się silna zmarszczka Mocy. Liście gałęzi drzewa głośno 

zaszeleściły, jakby nagle smagnięte silnym podmuchem wiatru.

background image

Siostra Nocy odwróciła się jak użądlona, gotowa stawić czoło atakującemu ją od tyłu 

przeciwnikowi. Odruchowo uniosła rękę na wysokość głowy, jakby chciała zasłonić się przed 

nieoczekiwaną napaścią, ale ten ruch sprawił, że poślizgnęła się na gałęzi. Upadła na plecy.

Jaina zachłysnęła się powietrzem, widząc, że głowa kobiety ze stłumionym hukiem 

uderza   o   twarde   drewno.   Wiedźma   zaczęła   spadać,   koziołkując,   a   po   chwili   zniknęła   w 

gąszczu splątanych gałęzi i konarów.

background image

ROZDZIAŁ 13

Świdrujący uszy skowyt silników imperialnych myśliwców typu TIE, przecinających 

warstwy   atmosfery,   sprawił,   że   Jacena   ogarnęło   paniczne   przerażenie.   Chłopiec   wiedział 

wprawdzie,   że   zawodzenie   wydobywa   się   z   dysz   wylotowych   potężnych   bliźniaczych 

silników, ale był pewien, że imperialni projektanci musieli być zachwyceni tym piekielnym 

jazgotem.

Tymczasem   wszystkie   platformy   kompleksu   przemysłowego   rozbrzmiewały 

prawdziwą kakofonią sygnałów alarmowych. W powietrzu krzyżowały się warknięcia i wycia 

dyżurujących strażników, wzmocnione przez elektroniczne urządzenia i przekazywane przez 

głośniki.   Zatrudnieni   w   fabryce   pracownicy   biegali   we   wszystkie   strony,   uruchamiając 

systemy bezpieczeństwa albo ewakuując platformy.

Nisko   nad   wierzchołkami   drzew   przelatywały   raz   po   raz   bombowce   typu   TIE, 

rzucając   protonowe   ładunki   wybuchowe,   które   wzniecały   pożary   całych   grup   splątanych 

gałęzi. Z płonących liści unosiły się kłęby ciemnoszarego dymu.

-   Musimy   odeprzeć   atak   -   stwierdziła   Tenel   Ka,   rozglądając   się   w   poszukiwaniu 

odpowiedniej   broni.   Na   twarzy   wojowniczki   z   Dathomiry   malowała   się   nieugięta 

determinacja.

Kiedy Sirra i Lowie ujrzeli zniszczenia domów i kompleksów fabryki, głośno zawyli, 

nie   kryjąc   gniewu.   Wrzecionowaty   android-przewodnik   odwrócił   kanciastą   głowę   w   ich 

stronę, zupełnie jakby zapomniał, iż każdą powierzchnię zdobiły optyczne czujniki.

- Proszę zachować spokój i nie wpadać w panikę - odezwał się niepewnie. - Proszę się 

nie  obawiać.  To  z   pewnością  tylko   ćwiczenia.  Na  dzisiaj  nie  przewidziano  w  programie 

żadnych ataków.

Em Teedee, jak zwykle zawieszony u pasa Lowiego, usłyszawszy tę uwagę, odezwał 

się piskliwie, a w jego głosie zabrzmiała nagana:

- Ty niemądry androidzie-przewodniku, może wreszcie włączyłbyś czujniki optyczne! 

Czy nie widzisz, że sytuacja wymyka się spod kontroli? Pch!

Prychnął   pogardliwie,   po   czym   wymruczał   jakąś   niepochlebną   uwagę   na   temat 

wątpliwej inteligencji automatów usługowych i rozrywkowych.

W tym czasie android-przewodnik nie przestawał wypowiadać uspokajających uwag, 

chociaż można było się zorientować, że w jego myślach panuje kompletny zamęt.

-  Przestworzy  wokół  Kashyyyku   strzeże   wiele  orbitalnych   satelitów.  Żaden   wrogi 

background image

statek   nie   zdoła   zaatakować   tej   fabryki.   Dysponujemy   zaawansowanymi   systemami 

obronnymi, nie wyłączając dział, rozmieszczonych na obrzeżach. W każdej chwili powinny 

otworzyć ogień do intruzów.

- Działa na obrzeżach? - zainteresowała się Tenel Ka. W jej szarych jak granit oczach 

pojawiły   się   błyski,   kiedy   skierowała   je   na   androida.   -   Gdzie?   Może   będziemy   mogli 

wykorzystać je do obrony fabryki?

Sirra zaryczała, machnięciem długiej kosmatej ręki dając znak, że wie, którędy iść, by 

je znaleźć.

- To wspaniały pomysł! - zauważył Em Teedee. - Mam nadzieję, że nie zostaniemy 

rozerwani na kawałki, zanim wprowadzimy plan pani Tenel Ka w życie. O rety!

- Jak powiedziałaby moja siostra - odezwał się Jacen - no, to na co jeszcze czekamy?

Chłopiec przecisnął się obok androida-przewodnika i wszedł do fabryki. Tuż za nim to 

samo uczyniła Tenel Ka i oboje młodych Wookiech.

Sirra poprowadziła wszystkich napowietrznym korytarzem, mimo iż wokół raz po raz 

rozlegały się huki wybuchów bomb i grzmoty laserowych błyskawic. Cała czwórka dotarła w 

końcu   do   rzędów   drugich   pnączy,   podobnych   do   lin,   które   umożliwiały   dostanie   się   na 

wyższe   poziomy.   Sirra   chwyciła   najbliższą   lianę,   umieściła   stopę   w   specjalnej   pętli   i 

szarpnęła. Uwolniony pęd winorośli pociągnął ją w górę, ku platformie znajdującej się nad jej 

głową. Po sekundzie Lowie poszedł w ślady siostry. Jacen także wsunął stopę w pętlę, po 

czym popatrzył pytająco na Tenel Ka. Dziewczyna jednak owinęła pnącze wokół ręki i bez 

trudu   uczyniła   to   samo.   Po   następnych   kilku   chwilach   wszyscy   znaleźli   się   na   wyższej 

platformie, wzniesionej na samym skraju kompleksu zabudowań.

Ponieważ zareagowali najszybciej, dotarli do stanowisk ciężkiej artylerii wcześniej niż 

obrońcy fabryki. Jacen dostrzegł grupę jonowych dział, obok których umieszczono kuliste 

pojemniki   z   bateriami   zasilającymi.   Popatrzył   na   skierowane   ku   niebu   cienkie   lufy, 

przypominające igły... ale jego twarz rozjaśniła się w uśmiechu, kiedy zauważył parę może 

nieco   przestarzałych   poczwórnych   sprzężonych   działek,   takich   samych   jak   te,   które 

znajdowały się na pokładzie „Sokoła Tysiąclecia”.

- Hej, skorzystajmy z tych - powiedział. Pospieszył do najbliższego stanowiska i rzucił 

okiem na kontrolny pulpit. - Są podłączone do zasilaczy i gotowe do akcji!

Oboje   młodzi   Wookie   zaczęli   ryczeć,   wymieniając   między   sobą   jakieś   uwagi.   W 

pewnej chwili Em Teedee zawołał:

- Panie Jacenie! Pan Lowbacca i pani Sirrakuk postanowili posłużyć się komputerami, 

aby ustalić, w którym punkcie obrony nieprzyjaciel wdarł się do fabryki. Możliwe, że dzięki 

background image

temu   uda   się   zapobiec   przenikaniu   następnych   eskadr   myśliwców   typu   TIE.   Och,   żywię 

nadzieję, że ich akcja zakończy się powodzeniem!

- Uczynią, co będą mogli - rzekł Jacen, chwytając dźwignię spustową poczwórnych 

działek. Opadł na ogromny fotel, ustawiony przed urządzeniem celowniczym. Miał wrażenie, 

że   mechanizm   przenika   drżenie   ogromnej   energii.   Ponieważ   przyciski   i   dźwignie 

umieszczono w dosyć  dużych  odległościach, odpowiednich dla większych ciał Wookiech, 

chłopiec   musiał   zmienić   ustawienie   otoczonego   koncentrycznymi   kręgami   krzyża 

celowniczego.

Tymczasem imperialne myśliwce nie przestawały przelatywać ze skowytem silników 

nad ich głowami. Raz po raz ostrzeliwały dzielnice mieszkaniowe Wookiech, ale dziwnym 

trafem   pozostawiały   centralną   część   kompleksu   fabryki,   w   której   produkowano 

skomputeryzowane urządzenia, niemal w spokoju... chociaż ogarniętą całkowitym chaosem.

Rzut   oka   w   lewo   uświadomił   Jacenowi,   że   także   Tenel   Ka   zajęła   miejsce   na 

ogromnym   fotelu   swojego   działka.   Uchwyciła   dźwignię   spustową   prawą   dłonią, 

błyskawicznie   zapoznała   się   z   mechanizmami   celowniczymi.   I   zaczęła   wypatrywać 

nieprzyjacielskich maszyn na pochmurnym niebie.

Na platformę obronną wpadło nagle trzech wysokich Wookiech, którzy natychmiast 

zajęli miejsca przy jonowych działach. Od czasu do czasu spoglądali na dwoje młodych istot 

ludzkich, zapewne zdumieni  nieoczekiwaną  odsieczą, ale nie tracili  czasu na pytania  czy 

wyjaśnienia. Zamiast tego skupili uwagę na posyłaniu w niebo śmiercionośnych błyskawic.

Jedna ze skwierczących  jaskrawożółtych  smug poszybowała  w kierunku myśliwca 

typu TIE. Jego pilot wykonał jednak unik i błyskawica tylko musnęła boczny panel maszyny. 

Mimo to systemy napędowe imperialnego statku odmówiły posłuszeństwa i myśliwiec, mając 

unieruchomione   silniki,   zaczął   koziołkować.   Pilot   nie   potrafił   odzyskać   stateczności   i 

maszyna z głośnym, przeciągłym hukiem roztrzaskała się o konary drzew rosnących w dosyć 

dużej odległości od fabryki.

Jacen zaczął naprowadzać kręgi celownicze na powoli lecący, widocznie przeciążony 

bombowiec   typu   TIE,   wyraźnie   kierujący   się   ku   dzielnicom   mieszkaniowym   Wookiech. 

Maszyna   zbliżała   się   i   przyspieszała;   zapewne   pilot   przygotowywał   się   do   zrzucenia 

śmiercionośnych ładunków wybuchowych.

Chłopiec ścisnął dźwignię spustową i zgrzytnął zębami.

- No, dalej, dalej... - mruknął.

W   końcu,   kiedy   cel   został   namierzony,   krzyż   z   wizerunkiem   pochwyconego 

bombowca   typu   TIE,   otoczony   koncentrycznymi   kołami,   zaczął   pulsować   jaskrawym 

background image

blaskiem.

Jacen przycisnął oba guziki spustowe naraz. Ze wszystkich czterech luf poszybowały 

w niebo błyskawice laserowych strzałów. Oślepiające smugi trafiły w kadłub imperialnego 

bombowca na chwilę przedtem, zanim pilot zwolnił zaczepy mocujące protonowe ładunki 

wybuchowe. Zamiast zniszczyć drzewne domostwa setek Wookiech, maszyna zamieniła się 

w   oślepiającą   kulę   ognia   i   dymu,   coraz   bardziej   rozprzestrzeniającą   się   na   niebie.   Huk 

eksplozji   trwał   o   wiele   dłużej   niż   zazwyczaj,   wzmocniony   przez   odgłosy   wybuchów 

kolejnych bomb protonowych.

- Trafiłem go! - wykrzyknął ucieszony Jacen.

Tenel Ka, która także raz po raz strzelała, trafiła aż dwa myśliwce typu TIE. Obie 

maszyny Akademii Ciemnej Strony eksplodowały w locie.

- Jeszcze dwie - powiedziała.

Tymczasem na platformę wpadało coraz więcej Wookiech zajmujących wolne miejsca 

przy jonowych działach. Jacen od czasu do czasu także strzelał, obracając fotel i sprzężone 

działko,   by  móc   mierzyć   do  szybko   przelatujących   celów.   Zestrzelił   następną   imperialną 

maszynę.

-   To   zupełnie   jak   strzelanie   do   brył   złomu   z   pokładowych   działek   „Sokoła 

Tysiąclecia” - stwierdził. - Tylko że tym razem trafienie do celu jest o wiele ważniejsze niż 

zwycięstwo we współzawodnictwie z Jainą.

- To jest fakt - przyznała rzeczowo wojowniczka z Dathomiry.

Z chmur wyłoniło się kolejne skrzydło myśliwców typu TIE. Jacen otworzył do nich 

ogień   trochę   na   oślep.   Tyle   imperialnych   celów   -   pomyślał   -   i   każdy   najeżony   lufami 

śmiercionośnej   broni...   Lufy   jego   sprzężonych   działek   pluły   strugami   energii,   ale   piloci 

nieprzyjacielskich maszyn robili uniki, dzięki czemu ani jedna nie została zestrzelona.

- Och, blasterowe błyskawice! - krzyknął zawiedziony chłopiec.

Pojawili się następni obrońcy fabryki, zeskakując z pełniących  funkcję wind pędów 

winorośli i rzucając się w stronę stanowisk ogniowych, mimo iż teraz było więcej chętnych 

do strzelania niż nie obsadzonych dział jonowych. Wzajemnie się przekrzykując, do Jacena i 

Tenel Ka podbiegli także Lowie i Sirra. Ich warknięcia i pomruki nakładały się na siebie, tak 

że Em Teedee miał kłopoty z nadążaniem tłumaczenia wszystkiego, co mówili.

- Po kolei, bardzo proszę - odezwał się miniaturowy android. - Tak, teraz lepiej. Mniej 

więcej wiem, o co chodzi. Pan Lowbacca i pani Sirrakuk ustalili, że przełamanie systemu 

obronnego nastąpiło tylko w jednym miejscu, to znaczy w wieży kontroli lotów znajdującej 

się na terenie tej fabryki. Jakimś cudem wszystkie urządzenia obronne zostały obezwładnione. 

background image

Chyba właśnie tam urządzono ośrodek kierowania atakiem.

Lowie ryknął, zgłaszając jakąś propozycję.

- O rety - odparł Em Teedee. - Pan Lowbacca sugeruje, że powinniśmy się tam udać, a 

strzelanie pozostawić obrońcom fabryki, którzy są do tego lepiej przygotowani. I chociaż 

zgadzam   się,   że   bezpieczniej   byłoby   znaleźć   się   w   jakimś   pomieszczeniu,   sceptycznie 

zapatruję się na pomysł wpadania w sam środek trudnych do przewidzenia tarapatów.

-   Dobry   pomysł,   Lowie   -   odezwał   się   Jacen,   zupełnie   ignorując   ostrzeżenie 

miniaturowego androida.

Ponownie wypuścił laserowe błyskawice z luf poczwórnych sprzężonych działek, tym 

razem jakby od niechcenia. Ze zdumieniem zauważył jednak, że oddany trochę na oślep strzał 

zniszczył boczny panel kolejnego myśliwca typu TIE, wskutek czego imperialna maszyna 

zaczęła koziołkować, po czym roztrzaskała się o konary wroszyrów.

- Hej, trafiłem jeszcze jedną - powiedział.

Zabarykadowany   w   środku   wieży   kontroli   lotów,   Zekk   przysłuchiwał   się,   jak 

rozwścieczeni Wookie dobijają się do zamkniętych opancerzonych drzwi wieży. Dobiegający 

zza   nich   syk,   tak   cichy,   że   trudno   słyszalny,   oznaczał,   że   szturmujący   obrońcy   zakładu 

przemysłowego, posługując się potężnym laserowym palnikiem, zamierzają wyciąć otwór w 

grubej płycie. Przeciwko nim obróciły się ich własne rozwiązania techniczne, gdyż obrońcy 

Kashyyyku tak zaprojektowali ośrodek, aby był niemożliwy do zdobycia. Mimo to Wookie 

nie rezygnowali z powolnej, żmudnej pracy, centymetr po centymetrze pokonując opór drzwi 

wieży.

Korzystając  z monitorów ukazujących  wszystko,  co działo  się na korytarzu,  Zekk 

przyglądał się kudłatym stworzeniom. Jedno z nich, nagle rozwścieczone chyba bardziej niż 

pozostałe, znalazło ciężką metalową rurę i zaczęło raz po raz walić w pancerną płytę - rzecz 

jasna, bez rezultatu, z powodu jej grubości. Mimo to Wookie wydawał się zadowolony z 

faktu, że miał na czym wyładować wściekłość.

Tamith Kai skrzyżowała ręce na torsie, osłoniętym pancerzem z gadziej skóry.

-   Ten   potworny   hałas   zaczyna   działać   mi   na   nerwy   -   oświadczyła,   a   później 

spiorunowała spojrzeniem szturmowca strzegącego drzwi pomieszczenia. Jej fioletowe oczy 

nagle   rozbłysły,   jakby   wpadła   na   jakiś   pomysł.   -   Dlaczego   nie   mielibyśmy   zwolnić 

mechanizmu   blokującego   drzwi   i   nie   pozwolić,   żeby   Wookie   wpadli   do   środka?   Można 

byłoby wówczas wystrzelać wszystkich, zanim zdążą ochłonąć z zaskoczenia i zorientują się, 

co się stało?

background image

Vonnda Ra zachichotała.

- Z prawdziwą przyjemnością zobaczę, jak na to zareagują - rzekła.

Zanim   oburzony   Zekk   zdążył   zaprotestować,   że   to   on   dowodzi   całą   akcją, 

szturmowiec   przycisnął   guzik   i   usunął   blokadę   zamka   drzwi   wieży.   Ciężka   płyta 

niespodziewanie się odsunęła, wprawiając w osłupienie techników usiłujących wedrzeć się do 

środka. Pracownicy fabryki zawyli.

Szturmowiec wymierzył blaster i w ciągu kilku sekund wszystkich uśmiercił, jednego 

po  drugim.  Przycisnął  kilka  klawiszy,   by  ponownie   zablokować   zamek.  Ciężka  płyta  się 

zasunęła, a ciała leżących Wookiech pozostały na korytarzu.

- Nareszcie będziemy mieli ciszę i spokój - odezwała się Tamith Kai.

Tymczasem piloci przelatujących po niebie myśliwców i bombowców typu TIE nie 

przerywali ataku. Raz po raz robili uniki, aby umknąć przed błyskawicami laserowego ognia 

wystrzeliwanego z luf dział, rozmieszczonych na obrzeżach zakładu przemysłowego. Przez 

transpastalową  szybę   wzmocnionej   kopuły,   wieńczącej  wieżę  kontroli   lotów,  można   było 

obserwować   przebieg   walki.   Na   planecie   zdążyło   wylądować   kilka   nowych   oddziałów 

szturmowców z zadaniem osłaniania grupy atakującej fabrykę.

Vonnda Ra pracowała przy jednym  z komputerowych  terminali, zajęta śledzeniem 

obrazów, przekazywanych przez kamery rozmieszczone w różnych punktach zakładów. W 

pewnej chwili wydała pełen zdumienia i triumfu okrzyk.

- Ach, chyba ich znalazłam - powiedziała. - Tych zbrodniarzy,  którzy obsługiwali 

działa, rozmieszczone na obrzeżach... Idą teraz korytarzem. Chyba podążają... Ach! Kierują 

się   do   naszej   wieży.   Mania   wielkości.   To   może   się   okazać   nawet   całkiem   szczęśliwym 

zbiegiem okoliczności.

- Kto idzie do wieży? - zapytał Zekk.

- Ależ oczywiście, że ci smarkacze Jedi - odparła cierpko Siostra Nocy. - Czyżbyś 

zapomniał o drugim ważnym celu naszej wyprawy?

Zekk pomyślał o Jacenie, Jainie i ich przyjaciołach.

- Nie, wcale nie zapomniałem - burknął. Mimo to nie chciał stawiać czoła bliźniętom 

tu, w obecności okrutnej i podstępnej Tamith Kai. Pomyślał, że to powinna być jego osobista 

sprawa;   konsekwencja   wyboru,   jakiego   dokonał   w   przeszłości.   -   Przechwycimy   ich   po 

drodze. Urządzimy zasadzkę. Czy możesz powiedzieć mi, gdzie znajdują się w tej chwili?

- Bez problemu - oświadczyła Vonnda Ra.

Wykorzystując do końca fakt, że został mianowany dowódcą wyprawy, Zekk obrócił 

się do podwładnych, po czym zaczął wydawać krótkie, zwięzłe rozkazy.

background image

- Tamith Kai, zostaniesz w wieży i nadal będziesz czuwała nad bezpieczeństwem misji 

-zaczął.   -Naszym   najważniejszym   zadaniem  jest   zdobycie   skomputeryzowanych 

podzespołów, na których tak zależy Drugiemu Imperium. Ty - kiwnął głową w kierunku 

szturmowca - pozostaniesz także w wieży i będziesz pełnił funkcję strażnika. Vonnda Ra i ja 

rozprawimy się z młodymi rycerzami Jedi.

Tamith   Kai   spojrzała   spode   łba.   Nie   nawykła,   by   ktokolwiek   jej   rozkazywał. 

Młodzieniec odwrócił się jednak ku niej, aż zawirowały poły jego czarnej peleryny.

- Czy zastosowanie się do tego polecenia przekracza twoje możliwości, Tamith Kai? - 

zapytał.

- Oczywiście, że nie - prychnęła pogardliwie Siostra Nocy. - A twoje? Upewnij się 

tylko, żeby usunąć z drogi tych smarkaczy Jedi.

Kiedy   szturmowiec   ponownie   usunął   blokadę   zamka   opancerzonych   drzwi   wieży, 

Vonnda Ra przekroczyła próg tuż za Zekkiem. Oboje wyszli na korytarz, nie przejmując się, 

że muszą przeskoczyć przez rozciągnięte na posadzce, nieruchome ciała zabitych techników. 

Podążyli na spotkanie z byłymi przyjaciółmi Najciemniejszego Rycerza.

Jacen   spieszył   się,   jak   mógł,   idąc   ramię   w   ramię   obok   Lowie-go   i   Sirry.   W 

wewnętrznych korytarzach fabryki unosiły się kłęby gryzącego dymu. Panował nieopisany 

harmider, a na posadzce walały się różne śmieci. Umieszczone w suficie panele jarzeniowe 

migotały,  raz po raz to rozjaśniając się, to znów gasnąc, w zależności od poboru energii 

zużywanej przez obrońców do odparcia ataku.

Jacen i Lowie wyciągnęli  świetlne  miecze  i trzymali  w pogotowiu ogniste klingi, 

gotowi   do   akcji.   Teneł   Ka   podniosła   leżący   w   kącie   metalowy   pręt,   zapewne   część 

uszkodzonej podczas ataku rury, która stanowiła kiedyś fragment rurociągu biegnącego pod 

sufitem. Podążała za trójką przyjaciół, stanowiąc coś w rodzaju tylnej straży. Trzymała pręt 

jak włócznię, licząc, że może dostrzeże jakiś cel, do którego będzie mogła rzucić.

Kiedy Lowie i Sirra skręcili za róg korytarza, Jacen pomyślał, że chyba poznaje drogę 

wiodącą do wieży ośrodka kontroli lotów, którą niedawno przebyli w towarzystwie androida-

przewodnika. Nagle idący przodem Lowie wydał pełen zaskoczenia ryk. Po sekundzie to 

samo uczyniła zaniepokojona Sirra. Tenel Ka uchwyciła mocniej długą metalową rurkę.

-   Hej,   to   przecież   Zekk!   -   zawołał   Jacen.   Przystanął   tak   nagle,   że   omal   się   nie 

poślizgnął.

Na   korytarzu   przed   nimi,   jakby   czekając   na   ich   przybycie,   stał   ciemnowłosy 

włóczęga,   który   przez   wiele   lat   był   przyjacielem   bliźniąt...   i   który   zabrał   ich   kiedyś   na 

background image

wyprawę po mrocznych korytarzach i opustoszałych pomieszczeniach podziemi Coruscant. 

Teraz jednak ten niegdyś obdarty i umorusany chłopak miał na sobie drogocenny skórzany 

pancerz, okryty czarną peleryną, obszytą szkarłatną lamówką... i trzymał rękojeść świetlnego 

miecza, z której wystawała świetlista purpurowa klinga. Wyglądał złowieszczo.

Tenel Ka, dostrzegłszy Zekka, skierowała koniec metalowej włóczni w jego stronę. W 

nagłym   przebłysku   pamięć   Jacena   podsunęła   chłopcu   wspomnienie   pierwszego   spotkania 

wojowniczki   z   Zekkiem.   Kiedy   młodzieniec   zeskoczył,   zamierzając   sprawić   im 

niespodziankę,   Tenel   Ka   zdumiewająco   szybko   owinęła   jego   ciało   wytrzymałą   linką   i 

związała, zanim chłopak zdążył odskoczyć.

Teraz jednak dziewczyna miała tylko jedną rękę. Nie zdecydowała się na odrzucenie 

długiego pręta i wyciągnięcie linki czy schwycenie rękojeści świetlnego miecza.

W pierwszej chwili na twarzy Zekka pojawił się radosny uśmiech, później jednak w 

jego szeroko otwartych oczach odmalowało się zmieszanie.

- Jacenie - odezwał się odziany na czarno młodzieniec. - Ja...

Tenel   Ka   spiorunowała   spojrzeniem   Siostrę   Nocy,   a   później   odezwała   się   niskim 

tonem, w którym czaiła się ukryta groźba:

-   Wiem,   jak   się   nazywasz,   Vonndo   Ra.   Widziałam,   jak   starałaś   się   zwieść 

wojowniczki   z   Dathomiry,   należące   do   klanu   kobiet   ze   Śpiewającej   Góry.   W   obozie, 

urządzonym na dnie wielkiego kanionu, wybrałaś mnie jako przyszłą uczennicę Akademii 

Ciemnej Strony. Ja jednak przechytrzyłam cię i pokonałam, by uwolnić przetrzymywanych 

tam przyjaciół. Teraz także cię pokonam.

Silnie umięśniona wiedźma z Dathomiry wyciągnęła przed siebie ręce i zgięła palce w 

ten sposób, że upodobniły się do szponów.

- Nie tym razem, smarkacze Jedi! - rzekła. - Z przyjemnością was unicestwię.

Jacen usłyszał, jak w powietrzu zaczyna skwierczeć energia ciemnej strony Mocy. 

Uniósł rękojeść świetlnego miecza i przygotował się do obrony. Na końcach palców Vonndy 

Ra pojawiły się migotliwe jasnobłękitne błyskawice, które po kilku chwilach otoczyły jej 

ciało, a nawet rozbłysnęły w głębi mrocznych oczu.

Przygotowując się do rzucenia ognistych błyskawic, złowieszcza kobieta zgięła dłonie 

w przegubach... ale Zekk pchnął ją ramieniem w ten sposób, że zatoczyła się pod ścianę. Nie 

wyrządzając   nikomu   żadnej   krzywdy,   błyskawice   ciemnej   mocy   jak   cieniste   płomienie 

przeleciały obok głów przyjaciół, po czym wypaliły ciemne dziury w ścianie korytarza.

Vonnda Ra spiorunowała spojrzeniem Zekka, który jednak warknął, zwracając się do 

wiedźmy:

background image

- To ja mam się z nimi rozprawić! Ja tu rozkazuję!

Nagle z przeciwległego końca korytarza dobiegł głośny łomot  ciężkich butów. Po 

chwili pojawił się tam oddział imperialnych szturmowców. Jacen uniósł głowę i popatrzył na 

nich, nie na żarty przerażony. Bez trudu się zorientował, że przybyły posiłki... tylu żołnierzy, 

że nie mógłby marzyć o walce z nimi świetlnym mieczem, nawet wówczas, gdyby na pomoc 

przyszli mu Lowbacca, Tenel Ka i Sirra.

Domyślił   się,   że   szturmowcy   musieli   wylądować   na   jednej   z   wyższych   platform. 

Oznaczało to, że Drugie Imperium stara się zdobyć coś, co znajduje się na terenie ośrodka 

przemysłowego. Sądząc po ilości zawodzących sygnałów alarmowych i odgłosów eksplozji, 

siły imperialne musiały opanować większość platform fabryki.

Zekk czekał, zapewne sposobiąc się do walki z uczniami Jedi. Wyglądało na to, że 

wzbudza   w   sobie   gniew,   a   może   zbiera   się   na   odwagę.   Skarcona   Siostra   Nocy   stała 

nieruchomo, ale jej oczy pałały wściekłością i nienawiścią. Szturmowcy wymierzyli blastery.

Jacena ogarnęła nagle absolutna pewność, że nigdy nie zwyciężą, jeżeli zdecydują się 

toczyć walkę w tym miejscu. Tenel Ka, nie wypuszczając metalowego pręta, wysunęła się na 

czoło całej grupy.

- Musimy zawrócić - odezwała się półgłosem, spoglądając przez ramię na kolegę.

- Doskonały pomysł - odparł równie cicho Jacen, także oglądając się za siebie.

- A ty, dziewczyno, jesteś prawdziwą zakałą Dathomiry - wybuchnęła nagle Vonnda 

Ra. W tej  samej  chwili Tenel  Ka rzuciła  stalowy pręt w stronę Siostry Nocy.  Metalowa 

włócznia trafiła wiedźmę, która pochwyciła ją w locie, ale sama zatoczyła się pod ścianę 

korytarza.   Stojący   dotychczas   w  przeciwległym   krańcu   korytarza   szturmowcy   widząc,   że 

Lowie i Sirra uciekają, puścili się w pościg.

- Za nimi! - zawołał Zekk, czyniąc gest dłonią, ukrytą wewnątrz czarnej rękawicy.

Kiedy biegnący szturmowcy znaleźli się za plecami młodzieńca, Vonnda Ra rzuciła 

metalowy pręt na posadzkę. W kilku miejscach był wygięty i rozżarzony do czerwoności 

wskutek zetknięcia z jej palcami, między którymi nie przestawały przelatywać płomieniste 

błyskawice.

Sirra przeciągle zawyła, zwracając się do brata. Oboje biegli korytarzem, od czasu do 

czasu oglądając się na podążających za nimi Tenel Ka i Jacena.

-   Wyjście   awaryjne?   -   przetłumaczył   Em   Teedee.   -   Ucieczka?   Tak,   to   wspaniały 

pomysł! Powinniśmy uczynić wszystko, co możemy, aby uciec.

Na   skrzyżowaniu   korytarzy   Sirra   stanęła   obok   kwadratowego   panelu,   wyraźnie 

oznaczonego na posadzce. Wyciągnęła długą rękę i sięgnęła po niewielki okrągły uchwyt. 

background image

Pociągnęła silnie w górę, po czym  odchyliła  klapę będącą drzwiami awaryjnego wyjścia. 

Zaryczała, gestem pokazując otwór.

Nie   wahając   się   ani   chwili,   Lowie   skoczył,   by   pochwycić   gruby   pęd   winorośli, 

przymocowany od spodu do posadzki korytarza. Natychmiast rozległo się żałosne kwilenie 

androida-tłumacza.

- Ale przecież ta droga prowadzi na najniższe poziomy dżungli! Panie Lowbacco, nie 

możemy tam schodzić! To zbyt niebezpieczne!

Lowie groźnie warknął i nie przestał schodzić po linie. Tenel Ka poszła w jego ślady. 

Zeskoczyła   lekko   z   płyty   posadzki   i   zaczęła   się   zsuwać,   owinąwszy   linę   wokół   silnie 

umięśnionych   nóg   i   pomagając   sobie   jedną   ręką.   Wkrótce   zniknęła   w   ciemnościach 

panujących w głębinach dżungli.

Jacen   obejrzał   się   przez   ramię,   w   samą   porę,   by   zobaczyć   Zekka   i   Vonndę   Ra, 

biegnących ku niemu na czele oddziału szturmowców.

- Na najniższe poziomy, hmmm? - odezwał się, spoglądając na Sirrę. - Chyba będziesz 

miała   szansę   przeżycia   swojej   niebezpiecznej   przygody   o   wiele   wcześniej   niż   się 

spodziewałaś.

Sirra ryknęła na znak, że przyznaje mu rację.

Oboje zeskoczyli z posadzki i po chwili zniknęli, otoczeni gęstniejącym zielonkawym 

mrokiem niższych pięter dziewiczej dżungli.

Przeciskając się między splątanymi konarami i gałęziami, Jacen spojrzał w górę. W 

niknącym   kwadracie   blasku   dostrzegł   sylwetki   Zekka   i   Vonndy   Ra,   pochylonych   nad 

otworem i gorączkowo gestykulujących. Słyszał także ich głosy, choć stłumione i cichnące, w 

miarę jak zapuszczał się coraz niżej w dół gęstego lasu.

- Musimy iść za nimi - odezwał się chłopak.

- Powinieneś był  pozwolić, żebym  wykończyła  smarkaczy,  kiedy miałam okazję - 

warknęła Siostra Nocy. - Teraz przysporzą nam kłopotów.

- Nie zapominaj, że j a dowodzę wyprawą  - odparł ostro Zekk.  - Zrobimy to po 

mojemu. - Odwrócił się, żeby wydać rozkaz szturmowcom. - Schodzić po linie. Wszyscy.

Zekk, Vonnda Ra i oddział imperialnych żołnierzy, pragnąc pochwycić wymykającą 

się zdobycz, zapuścili się w głębiny mrocznej dżungli.

background image

ROZDZIAŁ 14

Brakiss przechadzał się korytarzami Akademii Ciemnej Strony jak generalny wódz 

wojska, dokonujący inspekcji oddziałów, aby upewnić się, że są gotowe do walki. Niemal 

bezgłośnie stawiał stopy na metalowych płytach. Słyszał tylko cichy szelest własnej peleryny. 

Mimo iż został mianowany mistrzem nowej grupy Ciemnych Jedi, w jego umyśle kłębiły się 

same pytania i wątpliwości.

Brakiss   sprawił,   że   przez   jego   umysł   przemknął   impuls   gniewu...   gniewu,   ostoi 

ciemnej Mocy. Powiedział sobie jednak, że nie może teraz przestać panować nad nerwami, 

gdyż jego wola mogłaby przez to ulec osłabieniu. Brakiss musiał być silny, zwłaszcza teraz.

Dzięki wytężonej  pracy przekształcił opancerzoną  gwiezdną stację w placówkę, w 

której mogli się szkolić przyszli Ciemni Jedi. Uczynił to ku większej chwale wielkiego wodza 

i jego Drugiego Imperium. Pragnął, aby w galaktyce zapanował znów porządek, a władzę 

przejął panujący jak dobry ojciec Imperator. Przez wiele lat harował w pocie czoła, bardzo 

często ryzykując nawet życie...

A teraz Imperator poniżył go i ośmieszył.

Od czasu kiedy w hangarze Akademii Ciemnej Strony wylądował tajny imperialny 

transportowiec   i   czterej   odziani   na   czerwono   strażnicy   przenieśli   izolowaną   komorę 

Palpatine’a  do specjalnej  komnaty,  mimo  wielu próśb, żeby władca zechciał  udzielić  mu 

audiencji, Brakiss ani nie widział Imperatora, ani z nim nie rozmawiał. A przecież naczelnik 

imperialnej placówki czuł się taki dumny i zaszczycony, kiedy dowiedział się, że sam wielki 

wódz złoży mu wizytę...

Teraz jednak obecność Palpatine’a sprawiła, że w myślach mistrza Ciemnych Jedi 

panował kompletny chaos.

Brakiss cicho jak duch spacerował pustymi korytarzami. Z powodu pory wypoczynku 

panele   jarzeniowe   nastawiono   na   najmniejszą   jasność.   Większość   uczniów   mistrza 

przebywała   we   własnych   pomieszczeniach,   zapewne   oddając   się   medytacjom   albo 

przygotowując do snu. Po korytarzach przechadzały się jedynie niewielkie grupy pełniących 

służbę szturmowców.

Qorl   z   powodzeniem   przekształcał   w   sprawnych   żołnierzy   byłych   członków 

młodzieżowego gangu Zagubionych, którzy przylecieli z Coruscant. Pilot myśliwca typu TIE 

przywiązywał   szczególną   wagę   do   szkolenia   przywódcy   gangu,   Norysa.   Młodzieniec 

wykazywał duży talent w zakresie imperialnych technik wymuszania posłuszeństwa... ale był 

background image

tak niezdyscyplinowany, że Brakiss czasami się niepokoił. Mimo to rzadko który kandydat 

pragnący zostać dobrym szturmowcem okazywał aż taki... entuzjazm.

Naczelnik Akademii Ciemnej Strony poczuł nagle przelotną chęć, by samemu włożyć 

pancerz   szturmowca,   tak   by   łomot   podkutych   butów   głośno   poniósł   się   po   wszystkich 

korytarzach jego gwiezdnej stacji. Niestety, takie okazywanie własnej siły zostałoby uznane 

za niegodne mistrza Ciemnych Jedi.

Brakiss dysponował ogromną władzą... a przynajmniej zawsze tak sądził, dopóki nie 

przyleciał   Imperator.   Naczelnik   pomyślał,   że   czerwoni   strażnicy   uważają   go   chyba   za 

najniższego stopniem służącego. Po tym wszystkim, co zrobił i wycierpiał dla dobra Drugiego 

Imperium, takie traktowanie jest po prostu niesprawiedliwe.

Możliwe, że Imperator rzeczywiście zapadł na zdrowiu. Możliwe, że Drugie Imperium 

znalazło się w większym niebezpieczeństwie, niż Brakiss się obawiał. Mistrz Jedi doszedł do 

przekonania, że powinien porozmawiać na ten temat z samym Palpatine’em, by przekonać 

się, jak naprawdę wygląda sytuacja.

Okazał niezwykłą cierpliwość. Starał się, jak mógł, pragnąc pomóc. Spełniał każdą 

zachciankę Imperatora, o której informowali go ukrywający twarze czerwoni strażnicy. Teraz 

musiał jednak uzyskać odpowiedzi na kilka pytań.

Głęboko odetchnął, aby móc się skuteczniej skupić. Pragnął zogniskować myśli w ten 

sposób,   by   pomogły   mu   podjąć   decyzję.   Kiedy   doszedł   do   wniosku,   że   nabrał 

wystarczającego zaufania do własnych możliwości, odwrócił się i ruszył ku odosobnionym 

komnatom, zamieszkanym przez Imperatora i jego złowieszczych opiekunów.

Tym razem nie pozwoli, by ktokolwiek odprawił go z kwitkiem.

Część   pomieszczeń,   przeznaczona   do   wyłącznej   dyspozycji   Imperatora,   sprawiała 

wrażenie   jeszcze   słabiej   oświetlonych   niż   reszta   Akademii   Ciemnej   Strony.   Światło, 

wydzielane przez panele jarzeniowe, musiało zostać jakoś spolaryzowane, ponieważ nabrało 

czerwonawej barwy, dzięki czemu wszystkie szczegóły stały się niemal niewidoczne. Także 

powietrze w sąsiedztwie komnat, zajmowanych przez Palpatine’a, wydawało się chłodniejsze 

niż gdzie indziej.

Dwaj czerwoni imperialni strażnicy stali na skrzyżowaniu korytarzy. Kiedy Brakiss 

podszedł do nich, okazało się, że górują nad nim wzrostem. Fałdy ich szkarłatnych płaszczy 

połyskiwały   w   czerwonawym   blasku   paneli   jarzeniowych   jak   naoliwione.   Strażnicy   byli 

uzbrojeni w paraliżujące włócznie. Złowieszczo wyglądająca broń mogła wprawdzie służyć 

tylko jako ozdoba... ale Brakiss nie zamierzał ryzykować, aby sprawdzić słuszność tej teorii.

background image

- Wszelkim intruzom wstęp wzbroniony - odezwał się surowo jeden z czerwonych 

strażników.

Mistrz Ciemnych Jedi stanął jak wryty.

- Przypuszczam, że zostaliście źle poinformowani - oznajmił. - Nazywam się Brakiss i 

pełnię funkcję naczelnika Akademii Ciemnej Strony.

- Wiemy, jak się nazywasz i kim jesteś - odparł strażnik. - Żaden intruz nie może 

minąć tego posterunku.

Brakiss   postąpił   jeden   śmiały   krok   dalej,   starając   się   nadać   swoim   słowom 

odpowiednią wagę.

- Nie jestem intruzem -powiedział. - Ta stacja należy do mnie. Jeden strażnik pochylił 

paraliżującą włócznię w ten sposób, aby ostrze skierowało się w pierś Brakissa.

- Ta stacja należy do Imperatora - oznajmił surowo. - Tylko on ma prawo uważać za 

swoją własność wszystko, co uzna za cenne dla Drugiego Imperium.

Mistrz Ciemnych Jedi doszedł do wniosku, że dalsza dyskusja na ten temat do niczego 

nie doprowadzi.

- Muszę porozmawiać z Imperatorem - powiedział.

- To niemożliwe - odrzekł strażnik.

- Nie ma rzeczy niemożliwych - nalegał naczelnik Akademii Ciemnej Strony.

- Imperator nie życzy sobie widzieć się z nikim.

- A zatem pozwólcie mi porozmawiać z nim przez interkom. Jestem pewien, że kiedy 

odbędziemy krótką rozmowę, Imperator zechce się ze mną zobaczyć.

- Nasz władca nie ma ochoty odbywać żadnych krótkich rozmów - oświadczył dumnie 

strażnik. - Z tobą czy z jakąkolwiek inną osobą.

Brakiss ujął się pod boki.

- Kiedy Imperator upoważnił do decydowania o tym, czy zechce z kimś rozmawiać, 

czy nie zechce... - zawiesił głos i postarał się, żeby następne słowa zabrzmiały pogardliwie - 

własnych strażników? Jakim prawem przemawiasz w jego imieniu? Nie uznaję twojej władzy 

nad sobą, strażniku! Skąd mam wiedzieć, czy nie trzymacie go jako zakładnika? Skąd mam 

wiedzieć, czy Imperator nie jest chory albo naszpikowany narkotykami?

Skrzyżował ręce na torsie, osłoniętym srebrzystym płaszczem.

- Jedynie  Imperator   ma  prawo wydawać  mi  rozkazy -  ciągnął   z  dumą.   - A teraz 

pozwólcie mi z nim porozmawiać, gdyż w przeciwnym razie wezwę wszystkich żołnierzy 

pełniących służbę na pokładzie tej gwiezdnej stacji i rozkażę was aresztować pod zarzutem 

buntu przeciwko Drugiemu Imperium.

background image

Dwaj czerwoni strażnicy stali nieruchomo.

- Grożenie nam jest głupotą - odezwali się obaj równocześnie.

Brakiss jednak nie dawał za wygraną.

- Głupotą jest lekceważenie tego, co powiedziałem - odparł.

- Jak chcesz - odezwał się jeden ze strażników.

Odwrócił   się   i   podszedł   do   zawieszonej   na   ścianie   korytarza  czarnej   skrzynki 

interkomu.  Przycisnął  guzik i  chociaż  Brakiss nie  usłyszał,  by z głośnika  opancerzonego 

hełmu strażnika wydobyły się jakiekolwiek słowa, interkom natychmiast odezwał się głosem 

Imperatora, przypominającym syczenie całej gromady jadowitych węży.

- Brakissie, mówi twój Imperator. Twoja bezczelność zaczyna mnie irytować.

- Pragnąłem jedynie porozmawiać z tobą, mój panie - odezwał się mistrz Ciemnych 

Jedi, siłą woli opanowując drżenie głosu. - Odkąd przyleciałeś do Akademii Ciemnej Strony, 

nie przemówiłeś ani do jej personelu, ani do mnie. Niepokoję się, czy nie stało ci się nic 

złego.

- Brakissie, chyba się zapominasz - odparł Palpatine. - Nie możesz zrobić niczego, by 

zatroszczyć się o mój los, czego ja nie uczyniłbym, dysponując po dziesięciokroć potężniejszą 

władzą.

Urodziwy mężczyzna poczuł, że jego gniew z wolna mija, ale podjął ostatnią próbę 

ratowania swojej godności.

-   Nie   zapominam   się,   mój   panie   -   odrzekł.   -   Zostałem   mianowany   naczelnikiem 

Akademii Ciemnej Strony. Powierzono mi zadanie stworzenia nowej armii Ciemnych Jedi, 

którzy służyliby tobie i twojemu Drugiemu Imperium. Moje miejsce jest u twojego boku. Nie 

powinienem być poniżany i traktowany jak nic nie znaczący biurokrata.

Tym  razem Palpatine zwlekał  kilka chwil z odpowiedzią, ale w końcu z głośnika 

interkomu znów zabrzmiały jego oschłe słowa:

-   Nie   zapominaj,   Brakissie,   że   kiedy   konstruowano   tę   stację,   wydałem   rozkaz 

rozmieszczenia w newralgicznych punktach potężnych ładunków wybuchowych. Chciałem w 

ten sposób się upewnić, że będziesz posłuszny mojej woli. W każdej chwili mogę zniszczyć 

akademię, choćby tylko dla kaprysu. Nie kuś mnie, Brakissie.

- Nawet nie ośmieliłbym się o tym marzyć, mój panie - odparł mistrz Jedi, czując, że 

jego niepokój wzrasta z sekundy na sekundę. - Jeżeli jednak mam stanowić część twojego 

planu podboju galaktyki, powinienem wiedzieć, co się dzieje. Powinienem być informowany. 

Powinienem brać udział we wszystkim, ponieważ tylko ja mogę oddać w twoje ręce grupę 

dzielnych   wojowników,   których   będziesz   potrzebował,   by   pokonać   Rebeliantów   z   ich 

background image

prostackim zakonem nowych rycerzy Jedi.

- Dowiesz się o moich planach, kiedy j a będę chciał, żebyś się dowiedział! - warknął 

Imperator. - Nie potrzebuję rady ani twojej, ani kogokolwiek innego. Możliwe, że muszę ci 

przypomnieć, iż jesteś tylko nic nie znaczącym sługą. Nigdy więcej nie żądaj, że chcesz mnie 

zobaczyć. Ukażę ci się wówczas, kiedy uznam to za celowe.

Rozległ się trzask przypominający dźwięk łamanej kości i interkom umilkł. Brakiss 

czuł   się   gorzej   niż   kiedykolwiek;   jeszcze   bardziej   sponiewierany,   jeszcze   bardziej 

zaniepokojony.

Dwaj imperialni strażnicy stanęli nieruchomo na skrzyżowaniu korytarzy. Ponownie 

skierowali ostrza paraliżujących włóczni ku sufitowi.

- A teraz odejdź - rozkazał jeden z nich.

Nie   odzywając   się   ani   słowem,   Brakiss   odwrócił   się   na   pięcie.   Odszedł,   cicho 

stawiając stopy na metalowych płytach opustoszałego korytarza.

background image

ROZDZIAŁ 15

W   pierwszej   chwili   Jaina   czuła   się   zbyt   odrętwiała,   by   się   poruszyć.   Stała   obok 

otwartych wrót hangaru na skraju platformy,  umieszczonej o wiele wyżej niż wierzchołki 

sąsiednich wroszyrów. Zafascynowana, spoglądała w dół na miejsce, gdzie zniknęło ciało 

Garowyn. Raz po raz odtwarzając w myślach przeżytą scenę, nadal nie mogła uwierzyć w to, 

co się wydarzyło. Wciąż widziała Siostrę Nocy spadającą, spadającą... spadającą.

Tymczasem Chewbacca wyplątał powietrzny śmigacz z gąszczu liści, uruchomił silnik 

i   poszybował   w   górę,   ku   platformie.   Kiedy   znalazł   się   na   wysokości   hangaru,   zaryczał, 

pragnąc podkreślić, że nie ma czasu do stracenia. Gestem kosmatej  ręki wskazał odległą 

fabrykę, skąd nadal dochodziły odgłosy eksplozji i błyski laserowych błyskawic. Nad fabryką 

i ośrodkami mieszkalnymi Wookiech krążyły myśliwce typu TIE, bezlitośnie ostrzeliwując 

drzewne budowle całymi seriami oślepiających sztychów.

Chewbacca gestem zachęcił dziewczynę, by usiadła za jego plecami. Jaina przełknęła 

ślinę. Pomyślała, że chyba Wookiemu nie chodziło o to, aby oboje lecieli na siodełku tego 

urządzenia? Już teraz, z trudem radząc sobie z ciężarem rosłego Wookiego, silnik niewielkiej 

maszyny krztusił się i prychał.

Z drugiej strony, oboje odbyli długi spacer tego ranka, żeby dostać się na platformę z 

hangarem, i nie dysponowali żadnym środkiem transportu, który pomógłby im dotrzeć do 

atakowanego zakładu przemysłowego... a musieli spieszyć Jacenowi, Tenel Ka, Lowiemu i 

jego siostrze na ratunek. Nie było czasu, aby wezwać bantha. Jaina miała nadzieję, że bratu i 

przyjaciołom nie przydarzyło się nic złego.

Chewbacca podleciał jeszcze bliżej śmigaczem, po czym  unieruchomił maszynę w 

powietrzu   obok   skraju   platformy.   Gestem   przynaglił   Jainę.   Dziewczyna   postanowiła 

zrezygnować   z   zastrzeżeń,   jakie   dotąd   żywiła,   i   wgramoliła   się   na   siodełko   za   plecami 

Wookiego.   Stwierdziła,   że   miejsca   pozostało   niewiele,   a   ponieważ   wciąż   jeszcze   miała 

kombinezon   poplamiony   śliskim   smarem,   rozłożyła   ręce   jak   umiała   najszerzej   i   objęła 

potężny   włochaty   tors   Chewiego.   Zacisnęła   w   palcach   kosmyki   długiej   sierści,   żeby   nie 

ześlizgnąć się z siodełka.

Powietrzny śmigacz, obciążony dodatkowym ciężarem,  natychmiast zaczął opadać. 

Chcąc utrzymać maszynę w powietrzu, Chewbacca zwiększył prędkość obrotową silnika, a 

potem oderwał śmigacz od platformy. Chociaż lecieli szybciej niż Jaina się spodziewała, ich 

pojazd powoli, ale nieubłaganie tracił wysokość. Wkrótce leciał tak nisko, że niemal muskał 

background image

wierzchołki gigantycznych wroszyrów. Silnik ciągle krztusił się i rzęził. Dziewczyna czuła, 

że podeszwy jej butów ocierają się o najwyższe gałęzie porośnięte zielonymi  liśćmi. Pęd 

powietrza rozwiewał we wszystkie strony pasma jej długich włosów.

Chcąc uniknąć zaczepienia o wystającą gałąź, Jaina raptownie uniosła nogę, ale omal 

nie wywróciła niewielkiego śmigacza. Chewbacca jednak w porę wyczuł zmianę położenia 

maszyny   w   powietrzu,   gdyż   natychmiast   przechylił   się   w   drugą   stronę,   by   zachować 

równowagę. Dziewczyna  chwyciła  mocniej  kędziory długiej  sierści Wookiego  i ostrożnie 

usiadła znów prosto za jego plecami.

-   Czy   nie   możemy   lecieć   jeszcze   szybciej?   -   krzyknęła   do   porośniętego   długimi 

włosami ucha.

Czuła   przyspieszone   bicie   serca,   ale   krople   potu,   które   pojawiły   się   na   jej   czole, 

wyparowały   w   zetknięciu   z   podmuchami   chłodnego   wiatru.   Wookie   zaryczał   coś   w 

odpowiedzi. Doskonale rozumiał niebezpieczeństwo zagrażające przyjaciołom.

Kiedy   w   końcu   znaleźli   się   nad   kompleksem   zabudowań   fabryki,   ujrzeli   taki 

rozgardiasz, że w pierwszej chwili Jaina nie chciała uwierzyć własnym oczom. Z kilkunastu 

okien i świetlików zakładu produkcyjnego unosiły się w niebo kłęby szarobiałego dymu. W 

wielu   miejscach   leżały   rozłupane   i   sczerniałe   gałęzie   wroszyrów,   spoczywające   niczym 

zabawki, porzucone przez rozkapryszonego giganta. Na pochmurnym niebie nadal zataczały 

kręgi imperialne maszyny, ale z każdą chwilą ich liczba się zmniejszała. Znikały w chmurach; 

zapewne powracały na pokłady macierzystych statków.

- Czyżby atak miał się ku końcowi? - zapytała z niedowierzaniem Jaina. Chewbacca 

zawtórował jej głośnym rykiem, tak samo zaskoczony.

Rosły   Wookie   miał   pewne   trudności   z   osadzeniem   przeciążonego   śmigacza   na 

platformie i kiedy w końcu wylądował, pasażerowie potoczyli się po płytach lądowiska. Nie 

zadając sobie trudu, by przekonać się, czy nie są ranni, oboje szybko wstali i pospieszyli do 

najbliższego wyjścia. Nie przestawali nawoływać Jacena, Lowiego, Tenel Ka i Sirry.

W pomieszczeniach fabryki panował trudny do opisania chaos. Korytarzami biegali 

we   wszystkie   strony   pracownicy,   wykrzykując   polecenia,   gasząc   pożary,   ustawiając 

wywrócone  stoły laboratoryjne  i drogocenne  urządzenia,  a  także  pomagając  rannym  albo 

uwięzionym kolegom. Nozdrza Jainy drażniła woń zwęglonego drewna, zmieszana z odorem 

tlącej   się   sierści   Wookiech.   Oczy   dziewczyny   łzawiły,   atakowane   przez   kłęby   dymu 

niosącego   woń   jakichś   chemicznych   odczynników.   Większość   pożarów   została   jednak 

ugaszona, a przez szeroko otwarte okna wpadały podmuchy ożywczego wiatru.

Chewbacca zaryczał, po czym skoczył, aby przywitać się ze swoją siostrą, Kallabow, 

background image

matką Lowiego i Sirry, która pochylona nad poszkodowaną koleżanką, opatrywała jej rany. 

Przebierając długimi delikatnymi palcami, strzygła sierść wokół krwawiącego rozcięcia, aby 

owinąć ranę bandażem, przesyconym substancją przyspieszającą krzepnięcie.

Matka Lowiego uniosła głowę i zamrugała powiekami oślepionych oczu, osadzonych 

głęboko między kędziorami kasztanowatej sierści. Wdała się z Chewbacca w rozmowę, pełną 

krótkich, ale bardzo wymownych pomruków, warknięć i szczęknięć. Jaina zrozumiała jedynie 

niektóre   słowa,   ale   to   wystarczyło,   aby   się   dowiedzieć,   iż   rzeczywiście   podstępny   atak 

dobiegł końca. Imperialni żołnierze, którzy spadli jak błyskawice, wyrządzili dużo szkód w 

dzielnicach   mieszkaniowych   Wookiech   i   zniszczyli   niektóre   znajdujące   się   na   obrzeżach 

budynki kompleksu przemysłowego. Wyglądało jednak na to, że głównym celem ataku było 

opanowanie   magazynów   z   gotowymi   wyrobami,   skąd   porwali   większość 

skomputeryzowanych podzespołów i urządzeń służących do kodowania sygnałów.

Jaina   przypomniała   sobie   poprzednią   napaść   oddziałów   Qorla   na   „Diament”, 

krążownik zaopatrzeniowy Nowej Republiki. Były pilot myśliwca typu TIE porwał wówczas 

cały   transport   rdzeni   jednostek   napędu   nadświetlnego   i   baterii   do   turbolaserów.   Z   całą 

pewnością Drugie Imperium przygotowywało się do ostatecznej bitwy... zapewne pragnęło 

doprowadzić do niej jak najszybciej.

Jaina kucnęła obok Kallabow.

- Czy widziała pani Lowiego albo Sirrę? - zapytała. - Albo może Tenel Ka czy mojego 

brata Jacena?

Matka   Lowiego   odpowiedziała,   wydając   całą   serię   zmartwionych   pomruków, 

warknięć i szczęknięć. Rozłożyła szeroko ręce, by pokazać panujący wszędzie bałagan, po 

czym poprosiła dziewczynę, by odszukała jej dzieci. Nieco dalej na korytarzu zajęczał ktoś 

inny z personelu fabryki. Kallabow wstała i poczłapała do rannego, żeby pomóc mu wstać z 

posadzki.

-   Musimy   ich   odnaleźć   -   odezwała   się   Jaina.   Chewbacca   za-ryczał,   energicznie 

kiwając głową.

Zapuścił   się   w   głąb   zbombardowanej   fabryki.   Pomagał   rannym,   ilekroć   mógł,   za 

każdym razem wydając gardłowe pomruki, których znaczenia Jaina nie rozumiała. Ponieważ 

dziewczyna nie miała zwyczaju stać bezczynnie, kiedy mogła się na coś przydać, pomagała 

opatrywać lżejsze rany albo gasić resztki pożarów. Od czasu do czasu posługiwała się Mocą, 

żeby   razem   z   silnie   umięśnionymi   pracownikami   fabryki   odsuwać   pod   ściany   szczątki 

zniszczonych urządzeń. Przy każdej okazji pytała o brata i przyjaciół, ale otrzymywała tylko 

przeczące albo wymijające odpowiedzi.

background image

Czuła, że kakofonia dźwięków będących mieszaniną warknięć, wycia i chrapliwych 

pomruków z każdą chwilą przybiera na sile. Żałowała, że nie może skorzystać z usług Em 

Teedee, który przetłumaczyłby wszystkie niuanse mowy Wookiech. Miała wrażenie, że w jej 

głowie panuje kompletny zamęt. Z ulgą zauważyła, że Chewbacca przywołuj e j ą gestami 

jednej ręki, by pomogła mu opatrywać rany pani inżynier. Kiedy podeszła bliżej, Chewie 

zamruczał coś, pełen podniecenia.

- Czego się dowiedziałeś? - zapytała dziewczyna.

Ranna   pani   inżynier   odezwała   się   tak   cicho,   że   jej   głos   przypominał   mruczenie. 

Ponieważ   Jaina   niczego   nie   zrozumiała,   odwróciła   się   do   Chewbaccy,   by   poprosić   go   o 

tłumaczenie. Gdyby nie powaga sytuacji, mogłaby nawet uznać tę prośbę za zabawną.

Chewie zaczął powtarzać to, co powiedziała ranna pracownica, na tyle powoli, aby 

Jaina mogła go zrozumieć. Okazało się, że pani inżynier widziała dwoje młodych Wookiech 

biegnących   korytarzem  w   towarzystwie   dwojga   młodych   istot   ludzkich.   Wkrótce   potem 

dostrzegła   grupę   imperialnych   szturmowców,   którzy   przebiegli   tym   samym   korytarzem. 

Dowodziło nimi dwoje ubranych na czarno ludzi.

- Czy tam, dokąd się kierowali, jest może jakieś wyjście? - zapytała z nadzieją Jaina. - 

Czy mogli uciec z fabryki?

Pani inżynier pokręciła głową. Niestety, nie było żadnych wyjść, jedynie awaryjne 

panele w posadzce, umożliwiające przedostanie się na niższe i niebezpieczniejsze poziomy 

dziewiczej dżungli.

Wyjścia awaryjne.

Chewie skończył opatrywać rany pani inżynier i podziękował jej za informację, po 

czym puścił się korytarzem, który pokazała. W pewnej chwili biegnąca Jaina się poślizgnęła, 

ale zdążyła  stanąć przed sczerniałym  i nieregularnym  otworem w posadzce, niewątpliwie 

wypalonym   przez   strzał   z   blastera.   Płyta   osłaniająca   kiedyś   kwadratowy   otwór   leżała, 

wyszarpnięta z zawiasów i porzucona pod ścianą korytarza. Chewbacca musiał pochwycić 

dziewczynę za ramię, by nie spadła w mroczną przepaść. Zaryczał, po czym zaczął pociągać 

nosem, pragnąc obwąchać osmalone metalowe krawędzie.

Jaina kiwnęła głową.

- Ta-a, ja też myślę, że to sprawka szturmowców - powiedziała. - Zapewne doszli do 

wniosku,   że   awaryjne   wyjście   musi   zostać   poszerzone,   i   postarali   się   dokonać   pewnych 

poprawek. - Usiłując się uspokoić, zaczęła powoli wypuszczać z płuc powietrze. - Lowie 

powiedział   nam,   jak   niebezpieczne   są   najniższe   poziomy.   Widocznie   jednak   im   to   nie 

przeszkadzało.

background image

Chewie otworzył  awaryjną skrytkę w ścianie. Wyciągnął dwa plecaki, wypełnione 

żywnością i najważniejszym ekwipunkiem, po czym podał jeden Jainie. Następnie, wydawszy 

ledwo słyszalny pomruk, wyciągnął długą rękę i pokazał otwór w posadzce.

- Jasne, ja też tak uważam - odparła dziewczyna. - No, to na co jeszcze czekamy?

Wychyliła się i przez chwilę spoglądała na atramentowe ciemności pod nogami.

- To twoja dżungla - odezwała się w końcu. - Domyślam się, że będzie najlepiej, jeżeli 

zejdziesz pierwszy.

background image

ROZDZIAŁ 16

Lowbacca   od   najmłodszych   lat   wiedział   o   niebezpieczeństwach,   związanych   z 

zapuszczaniem   się   w   zdradzieckie,   nie   ujarzmione   głębiny   dżungli   Kashyyyku.   Mroczne 

poziomy   bardzo   często   okazywały   się   śmiertelnymi   pułapkami...   nawet   dla   tych,   którzy 

wyprawiali się tam uzbrojeni po zęby i wyćwiczeni.

Nikt nie zapuszczał się na najniższe poziomy, jeżeli nie zmuszały go okoliczności... 

Młody Wookie wiedział jednak, że teraz, gdy ścigali ich Zekk, Vonnda Ra i szturmowcy, 

mroczne głębiny dziewiczego lasu były jedyną szansą ocalenia.

Kiedy   ostatnio   zostawił   za   sobą   bezpieczne   drzewne   miasto,   wzniesione   na 

wierzchołkach gigantycznych wroszyrów, wyprawił się na najniższe piętra, żeby z wnętrza 

kwiatu śmiercionośnego syreniowca zerwać pęk błyszczących włókien. Splótł z nich później 

cenny   pas,   osłaniający   teraz   jego   biodra.   Zawsze   uważał,   że   jest   wyjątkowo   odważny, 

ponieważ dokonał tej sztuki sam, nie prosząc o pomoc nikogo spośród przyjaciół.

Koleżanka   jego   siostry   także   wyprawiła   się   sama...   zapewne   pragnęła   dorównać 

Lowiemu. Mimo iż taka odważna i zręczna, nigdy nie wróciła. Tym razem Lowie jednak nie 

był sam. Jeżeli w głębinach lasu czyhaj ą jakieś niebezpieczeństwa, on i jego przyjaciele będą 

walczyli ramię w ramię.

Z góry i zza pleców dobiegał tupot ciężkich butów i trzask łamanych gałęzi. Zakuci w 

białe pancerze imperialni szturmowcy nadal ścigali uciekinierów. Rozjaśniając promieniami 

światła   prętów   jarzeniowych   ciemności   wilgotnych   poziomów,   pogrążonych   w   wiecznej 

nocy,   raz   po   raz   płoszyli   egzotyczne   stworzenia,   które  nigdy   przedtem   nie   widziały 

słonecznego blasku. Od czasu do czasu rozlegały się także odgłosy blasterowych strzałów, 

jakimi   żołnierze   próbowali   odstraszać   większe   zwierzęta.   Wilgotne   liście,   trafione 

laserowymi błyskawicami, przez jakiś czas się paliły, wydzielając strużki gęstego dymu, po 

czym zwijały się i gasły.

Lowie   i   Sirra   starali   się,   jak   mogli,   by   wskazywać   drogę   Jacenowi   i   Tenel   Ka. 

Wykorzystując fakt, że świetnie widzieli w ciemności, wyszukiwali potężne, grube konary 

odrastające od pni prastarych  wroszyrów.  W pewnej  chwili zadyszany Lowie zacharczał, 

próbując dodać pozostałym odwagi. Jego przyjaciele podążali właściwie na oślep, nie kierując 

się   ku   określonemu   celowi.   Wiedzieli   jednak,   że   jeżeli   chcą   zgubić   prześladowców   w 

labiryncie najniższych poziomów lasu, nie mogą ani na chwilę przystanąć.

Okrągłe, żółte czujniki optyczne Em Teedee jarzyły się, rozjaśniając mroki łagodną 

background image

poświatą.   Uciekinierzy   nie   mogli   pozwolić   sobie   na   lepsze   oświetlenie,   gdyż   wówczas 

ryzykowaliby, że zostaną zauważeni.

-   Bardzo   proszę,   niech   pan   uważa   na   te   gałęzie,   panie   Lowbacco   -   odezwał   się 

miniaturowy android, kiedy jakaś gałąź zarysowała powierzchnię jego srebrzystej obudowy. - 

Nie chciałbym się odczepić od pasa i spaść z wysoka. O ile pan pamięta, już raz coś takiego 

mi się przydarzyło. Zapewniam pana, że to było przerażająco nieprzyjemne doświadczenie.

Lowie jęknął, wspomniawszy niefortunną przygodę, którą przeżył na Yavinie Cztery. 

Zgubienie androida-tłumacza przysporzyło mu także innych kłopotów, ponieważ żaden uczeń 

ani instruktor akademii Jedi nie mógł zrozumieć jego ostrzeżenia, że Jacen i Jaina zostali 

uwięzieni przez pilota myśliwca typu TIE, Qorla.

Kiedy przeskakujący nad głowami zbiegów szturmowcy ponownie zaczęli strzelać z 

blasterów, ciemności rozjaśniła błyskawica, która spopieliła następną gromadę liści. Lowie 

odruchowo się skulił, a Sirra zeskoczyła na niższą gałąź, nie troszcząc się o sprawdzenie, czy 

zdoła utrzymać  ciężar jej ciała.  Po chwili w gąszcz liści poszybowały następne laserowe 

sztychy, które wznieciły niewielkie pożary i wzbiły kłęby gęstego dymu.

- Hej, uważajcie! - krzyknął Jacen.

Tenel Ka chwyciła jakąś gałąź i zeskoczyła na poziom, na którym stała Sirra.

- Tędy - powiedziała. - Jest bezpiecznie.

Lowie,   objąwszy   w   pasie   Jacena,   zeskoczył   tuż   za   nią,   po   czym   zaczął   biec   po 

porośniętej   wilgotnym   mchem   gałęzi.   Im   dalej   od   poziomów,   do   których   docierał   blask 

słońca,  tym   większym   zmianom   ulegał   krajobraz  lasu.  Wyglądało   na  to, że  każde   piętro 

stanowi odrębny ekosystem, charakteryzujący się czy to tworzącymi  platformy gąszczami 

splecionych   winorośli,   czy   to   zrośniętych   gałęzi,   czy   wreszcie   skupiskami   zwierzęcych 

odchodów, w których pieniły się przeróżne grzyby, porosty i kwitnące rośliny. Słysząc hałas 

powodowany przez nieproszonych gości, do ucieczki rzucało się tysiące owadów, ptaków, 

gadów, płazów i gryzoni.

Lowie   zaczął   sapać,   dając   znak   pozostałym,   żeby   podążali   jego   śladami.   Pewnie 

stawiając   płaskie   stopy,   raz   po   raz   marszczył   czarny   nos   i   wciągał   przesycone   odorem 

zgnilizny powietrze. W pewnej chwili pochwycił jednak elektryzujący aromat... aromat, który 

już kiedyś poczuł. Zapach, którego omal nie przypłacił życiem.

W łagodnym blasku, rzucanym przez optyczne czujniki Em Teedee, dostrzegł szeroko 

rozwarte szczęki kwiatu syreniowca. Połyskujące żółte płatki, odrastające z krwistoczerwonej 

łodygi, przypominały żarłoczną paszczę, czekającą na ofiarę. Roślina jakimś cudem zapuściła 

background image

korzenie w szczelinie między zrośniętymi gałęziami i wegetowała, żywiąc się mieszkańcami 

tego poziomu dziewiczego lasu. Iskrzące się długie włókna tworzyły wyrastający pośrodku 

kielicha   pióropusz.   Płonący   kuszącym   blaskiem,   wespół   z   niebiańskim   aromatem,   kusił 

ofiary, by zechciały się zbliżyć.

Podążająca   śladami   brata   Sirra   także   węszyła   i   również   zauważyła   śmiercionośną 

roślinę. Cicho zaryczała, zapewne rada, że jej marzenia wreszcie będą mogły się spełnić. 

Mimo to zjeżyła włosy wystrzyżonej w dziwaczne wzory sierści. Lowie jednak położył dłoń 

na jej ramieniu. Pokręcił głową, a potem pochwycił siostrę za rękę. Doskonale wiedział, że 

Sirra wprost się pali, żeby jak najszybciej zdobyć bezcenne włókna i w ten sposób udowodnić 

sobie i wszystkim, jaka jest dorosła i odważna.

Rozczarowana   Sirra   warknęła,   ale   świetnie   rozumiała,   co   w   tej   chwili   jest 

najważniejsze.   Ścigający   ich   szturmowcy,   skaczący   po   konarach   nad   ich   głowami,   znów 

strzelali, tym razem do jakiegoś dużego zwierzęcia, z trzaskiem łamanych gałęzi usiłującego 

ocalić życie.

To   było   zbyt   niebezpieczne.   Imperialni   żołnierze   w   każdej   chwili   mogli   ich 

pochwycić.

Sirra wydała pełen rezygnacji jęk, po czym wysforowała się na czoło małej grupy, 

pozwalając, żeby teraz Lowie wskazywał drogę przyjaciołom.

Tenel   Ka   przeciskała   się   przez   plątaninę   wilgotnych,   porośniętych   mchem   i 

uginających się pod ciężarem jej ciała gałęzi, od czasu do czasu pochylając głowę, by nie 

zaczepić zaplecionymi złocistorudymi warkoczami o ciernie czy konary. Rozkoszowała się 

swoją zwinnością, jakby wykonywała gimnastyczne ćwiczenia, dzięki którym jej ciało było 

zawsze takie gibkie i prężne. Wolałaby oczywiście, aby tym ćwiczeniom nie towarzyszyła 

obawa nagłej śmierci po trafieniu przez blasterową błyskawicę, wystrzeloną przez jakiegoś 

szturmowca.

Opancerzony   kostium   z   jaszczurczej   skóry   zakrywał   jedynie   tors   dziewczyny, 

pozostawiając obnażone ręce i nogi, narażone na zadrapania i ukąszenia owadów. Młoda 

wojowniczka z Dathomiry nie zamierzała jednak pozwolić, aby takie błahostki zaprzątały jej 

uwagę.

Widząc, że przyjaciele coraz bardziej zapuszczają się w głębiny dżungli, Tenel Ka 

starała się zachować równowagę, ale nie przestawała obserwować Jacena. Mimo iż chłopiec 

świetnie   potrafił   wyczuwać   obecność   dziwnych   stworzeń,   ustępował   dziewczynie   pod 

względem sprawności fizycznej i siły. Teraz jednak wszyscy uciekali, by ocalić życie. Byli 

background image

ścigani. Znajdowali się w środowisku, w którym ona czuła się jak w swoim żywiole.

Tyle tylko, że w tej chwili Tenel Ka nie była łowczynią, ale łupem.

Uświadamiając sobie, że niczego nie widzi, dziewczyna starała się wytężać wszystkie 

inne zmysły. Mogłaby co prawda zapalić miecz, aby oświetlić drogę, ale nie ośmielała się 

wysunąć energetycznego ostrza, w obawie, że ujawniłaby w ten sposób, gdzie się znajduje.

Zapuszczając się w głębiny dziewiczego  lasu, na coraz niższe konary,  wyczuwała 

niebezpieczeństwa, coraz bliższe, coraz groźniejsze. Uzmysłowiła sobie, że młodzi Wookie 

także je wyczuwają. Lowie i Sirra poruszali się ostrożniej, i starali się trzymać blisko siebie. 

Korzystając z tego, iż dobrze widzą w ciemnościach, wskazywali drogę przyjaciołom.

W   pobliżu   rozwidlenia   potężnych   konarów   oboje   Wookie   nagle   przystanęli. 

Zmęczeni, ciężko dyszeli, starając się złapać oddech. Zupełnie wyczerpany Jacen osunął się 

na konar obok wojowniczki z Dathomiry. Wszyscy wiedzieli jednak, że nie mogą za długo 

odpoczywać.

Przez cały czas krótkiej przerwy Tenel Ka ani na chwilę nie usiadła. Zmrużyła szare 

jak granit oczy i powoli się obracała, chcąc wyczuć, czy w ciemnościach coś się nie porusza 

albo czy w gąszczu otaczających ich drzew nie czai się jakiś drapieżnik. Jej zmysły Jedi nie 

wykryły   w   pobliżu   żadnych   groźnych   zwierząt.   Mimo   to   dziewczyna   poczuła   dziwne 

świerzbienie skóry, które z sekundy na sekundę stawało się coraz silniejsze.

W następnej chwili podobna do rzemienia roślinna macka owinęła się wokół bioder 

Tenel Ka i zacisnąwszy chwyt, szarpnęła. Ostre kolce przebiły pancerz z jaszczurczej skóry i 

boleśnie wpiły się w ciało. Zaskoczona wojowniczka krzyknęła... i w tej samej  chwili w 

powietrzu wokół nich zaroiło się od mackowatych pędów.

Oboje Wookie zawyli i zaczęli się zmagać z pnączami. Jacen wrzasnął. Cierniste pędy 

poderwały w górę chłopca, rozpaczliwie wymachującego rękami i nogami. W mgnieniu oka 

Tenel   Ka   wyciągnęła   miecz   i   ignorując   niebezpieczeństwo,   że   w   ten   sposób   ujawni 

szturmowcom miejsce, gdzie się znajdują, wysunęła świetliste turkusowe ostrze. Machnąwszy 

w lewo i w prawo, odcięła zdradzieckie pędy, owinięte wokół jej ciała.

Jacen ponownie krzyknął i odruchowo także sięgnął do rękojeści broni. Wymachując 

nad   głową   jasnozieloną   klingą,   odciął   podstępne   pnącze,   które   puściło   go,   wydawszy 

skwierczące mlaśnięcie. Powietrze wypełniło się intensywnym zapachem gotowanego soku 

roślinnego.

Lowbacca zaryczał i również zapalił swoją broń. Machnął świetlistym ostrzem barwy 

roztopionego brązu w prawo i w lewo. Zachłanne pędy, wijąc się i skręcając, natychmiast 

zwróciły się w jego stronę. Zapewne zamierzały unieść Wookiego na wyższy poziom, gdzie 

background image

pośrodku gąszczu macek widniał ciemny otwór. Wydobywały się z niego dźwięki podobne do 

zgrzytania, jakie wydają odłamki skał, ocierające się o siebie. Mroczna jama przypominała 

żarłoczną paszczę, gotową rozdrobnić na nadające się do przełknięcia i strawienia kawałki 

wszystko, cokolwiek do niej wpadnie.

Dwa pędy smagnęły Sirrakuk i owinęły się wokół jej ramion. Młoda Wookie obnażyła 

długie   kły   i   napinając   mięśnie,   z   całej   siły   szarpnęła.   Oderwała   obie   macki   od   grubej 

środkowej łodygi drapieżnika. Roślina chyba nawet tego nie zauważyła. Jej mackowate pędy 

nadal smagały powietrze, poszukując żeru, a z otwartej paszczy nie przestało wydobywać się 

zgrzytanie i mlaskanie.

Po   chwili   trzy   zapalone   ostrza   świetlnych   mieczy   odcięły   wszystkie   pędy. 

Pozostawało   tylko   kilkanaście   konwulsyjnie   drgających   kikutów,   odrastających   od  łodygi 

żarłocznej rośliny.

-   Udało   się   nam!   -   wykrzyknął   uradowany   Em   Teedee.   -   Och,   to   naprawdę   coś 

wspaniałego!

-  To   jest   fakt   -   przytaknęła   Tenel   Ka.  Przyjrzała   się   czerwonym   pręgom   i   wciąż 

jeszcze broczącym  krwią ranom, jakie odniosła podczas walki, a później uniosła głowę i 

popatrzyła na wyższy poziom dżungli. - Blask naszych mieczy zwabił jednak nieprzyjaciół.

Pozostali również unieśli głowy i podążyli za jej spojrzeniem. Na konarach, rosnących 

nad głowami, ujrzeli cały oddział szturmowców, ze wszystkich stron otaczających czworo 

uciekinierów. Imperialni żołnierze kierowali lufy blasterów w stronę Sirry i młodych rycerzy 

Jedi.

Jacen wyłączył szmaragdową klingę i kucnął na gałęzi. Ciężko oddychając, omiótł 

spojrzeniem   krąg   szturmowców.   W   innych   okolicznościach   uznałby   głębiny   dżungli 

Kashyyyku za fascynujące; tętniące życiem milionów nieznanych owadów, drzew, paproci, 

roślin, kwiatów i jaszczurek. Tak bardzo pragnąłby wszystkie poznać i zbadać; większość 

okazów była mu zupełnie nie znana. Nawet teraz, mimo iż nad jego głową stał cały oddział 

podobnych   do   białych   zjaw   albo   posągów   szturmowców,   trzymających   odbezpieczone   i 

wymierzone blastery, Jacen wyczuwał wokół siebie obecność wielu ukrytych stworzeń.

Zauważył, że na uschniętym konarze, w pobliżu jednego z imperialnych żołnierzy, 

znajduje   się   szerokie   wilgotne   pasmo   kory,   podobne   do   owiniętego   wokół   drzewa 

cętkowanego jęzora. Połyskujący kawałek kory lekko drżał, jakby w j ego wnętrzu trwała 

gorączkowa praca.

Nagle pośród szturmowców pojawiły się dwie nowe osoby, odziane w czarne szaty. 

background image

Złowieszczo wyglądająca Siostra Nocy, silnie umięśniona, krępa i niska Vonnda Ra, odziana 

w połyskujący pancerz z gadziej skóry, zeskoczyła z wyższego konara i stanęła obok Zekka. 

Młodzieniec miał na sobie obrzeżoną szkarłatną lamówką fałdzistą czarną pelerynę, której nie 

uszkodziła żadna gałąź ani żaden kolec, a starannie uczesane czarne włosy związał kawałkiem 

rzemyka z tyłu głowy. Szturmowcy zapalili pręty jarzeniowe i skierowali ich promienie na 

uciekinierów.

- Wpadliście w pułapkę, smarkacze Jedi - odezwała się Vonnda Ra z pogardliwym 

uśmiechem. - Z prawdziwą przyjemnością będę się przyglądała, jak czołgacie się u naszych 

stóp, błagając o darowanie życia... Zapewniam jednak, że to wam nie pomoże.

- Nie mamy zamiaru czołgać się ani błagać - odparła Tenel Ka.

Siostra Nocy spiorunowała spojrzeniem młodą wojowniczkę z Dathomiry.

Tymczasem   Jacen   skupił   uwagę   na   tajemniczym   szerokim   połyskującym   paśmie, 

owiniętym wokół konara. Ciemny przedmiot przypominał obręcz z wilgotnej skóry, a kiedy 

chłopiec   sięgnął   do   niego   myślowymi   palcami   Mocy,   wyczuł   słabe   impulsy   płynące   ze 

szczątkowego mózgu, który właściwie zawierał tylko zbiór odruchów. W tej chwili chłopcu 

nie zależało jednak na niczym innym.

- Przykro mi, że tak się musiało stać - odezwał się Zekk. - Muszę okazywać teraz 

posłuszeństwo Drugiemu Imperium, a wy jesteście moimi nieprzejednanymi wrogami. Nie 

mogę dłużej tego ukrywać przed wami. To konsekwencja wyboru, którego kiedyś dokonałem.

Słowom   tym   przeczył   jednak   wyraz   zakłopotania,   malujący   się   na   twarzy   Zekka. 

Spoglądając w jego zielone oczy, można było się zorientować, jak bardzo jest udręczony.

Nagle szturmowiec stojący na uschniętym konarze przeszedł w bok, by mieć lepsze 

pole ostrzału.

Jacen pożerał go spojrzeniem. Jeszcze trochę dalej - myślał. - Jeszcze odrobinę dalej.

Możliwe, że nawet wysłał tę myśl, posługując się Mocą, gdyż imperialny żołnierz 

zrobił krok w tę samą  stronę. Jego ciężki  opancerzony but nadepnął  na skraj szerokiego 

wilgotnego jęzora.

Mózg stworzenia zareagował natychmiast, wybierając jeden z odruchów.

Za   plecami   szturmowca   pojawiło   się   pokryte   śluzem   cielsko   potwornej   bestii, 

podobnej do olbrzymiego wilgotnego ślimaka. Nagłe smagnięcie zrzuciło żołnierza z konara. 

Głośno   krzycząc   i   wymachując   rękami,   zakuty   w   biały   pancerz   szturmowiec   zniknął   w 

gęstwinie splątanych gałęzi.

Tymczasem   gigantyczny   ślimak,   wydając   bulgoczące   dźwięki,   wspinał   się   coraz 

wyżej i wyżej. Miotając w prawo i w lewo pokrytym śluzem wilgotnym cielskiem, zrzucił z 

background image

gałęzi  następnych  dwóch szturmowców.  Pozostali żołnierze  wpadli  w panikę. Krzycząc  i 

strzelając do ogromnej bestii, uciekali, aby ratować życie.

Jacen czynił wszystko, co mógł, żeby wysyłać do szczątkowego mózgu stworzenia 

informację identyfikującą szturmowców jako wrogów. Zarazem starał się wszczepić pewność, 

że on sam, oboje Wookie i Tenel Ka zaliczają się do najlepszych przyjaciół bezmyślnego 

ślimaka.

Szturmowcy nie przestawali zasypywać bestii całymi seriami blasterowych strzałów, 

ale ogniste błyskawice, nie robiąc stworzeniu żadnej krzywdy, zapewne tylko jeszcze bardziej 

je drażniły. Kiedy ogromny ślimak reagując na ból, wywołany trafieniami, zwijał się i skręcał, 

z głośnym trzaskiem łamiąc kolejne gałęzie i konary, odbite od cielska potwora promienie 

energii szybowały w mroki dżungli, spopielając gromady liści i pnączy.

Zafascynowany przebiegiem walki i zamieszaniem, jakie wywołała bestia, Jacen stał 

jak sparaliżowany. Zekk i Vonnda Ra krzyczeli, wydając sprzeczne rozkazy.

W   następnej   sekundzie   chłopiec   poczuł,   że   Tenel   Ka   uderzyła   go   barkiem   i 

odepchnęła na bok. W tej samej chwili obok głowy chłopca przemknęła sycząca laserowa 

błyskawica. Dziewczyna, owinąwszy pęd winorośli wokół ramienia i przedramienia, objęła 

Jacena w pasie i pomogła mu zeskoczyć na niższy poziom. Puściła się biegiem, podążając 

śladami obojga Wookiech, którzy także uciekali jak mogli najszybciej.

Wykorzystując fakt, że szturmowcy byli zajęci własnymi problemami, uciekinierzy 

zapuszczali się coraz głębiej i głębiej ku najniższym poziomom dziewiczego lasu.

background image

ROZDZIAŁ 17

Ciemności były tak gęste, że Jaina mogła niemal ich dotknąć. Podążając za zwinnym 

Chewbaccą zdawała się bardziej na słuch niż jakikolwiek inny zmysł. Uświadomiła sobie, że 

coraz częściej polega na Mocy, pozwalając, by kierowała ruchami jej rąk i nóg. Powietrze w 

głębinach dżungli było trochę chłodniejsze niż bezpośrednio pod baldachimem liści w górze. 

W pewnej chwili Jaina się wzdrygnęła. Wątpiła jednak, czy uczyniła to wyłącznie z uwagi na 

obniżenie się temperatury.

Obdarzony doskonałym wzrokiem, pozwalającym widzieć w ciemnościach, Chewie 

bez  wahania  wybierał   drogę  w  labiryncie   krzyżujących  się  konarów.  Od  czasu  do  czasu 

krótkim warknięciem ostrzegał dziewczynę przed kępami śliskiego wilgotnego mchu albo 

spróchniałymi gałęziami. Żadne właściwie nawet nie starało się zachowywać cicho. Oboje 

pragnęli tylko znaleźć przyjaciół, zanim będzie za późno.

Stopniowo wzrok Jainy na tyle przyzwyczaił się do ciemności, że dziewczyna umiała 

odróżnić grube pnie ogromnych drzew, czarne na tle ciemnej szarości. Nie było to wiele, ale 

pomagało  wyszukiwać  drogę.  Nagle  Chewbaccą  zaczął  węszyć,   a  po chwili   wydał  ciche 

triumfujące szczeknięcie.

- Przechodzili tędy? - domyśliła się Jaina.

Chewie zawył twierdząco. W powietrzu wciąż jeszcze unosiły się ich wonie. Rosły 

Wookie wyczuwał obecność czworga... nie, pięciorga osób, a także ledwo uchwytną woń 

naoliwionego   metalu.   Jaina   doszła   do   wniosku,   że   dziwny   zapach   zapewne   wydzielała 

obudowa Em Teedee. W krtani Chewiego wezbrał stłumiony ryk  oznaczający, że Wookie 

wyczuwa   również   woń   plastali,   zwęglonego   drewna   i   zapach   pozostawionego   przez 

blasterowe   błyskawice   ozonu,   którym   często   jest   przesycone   powietrze   podczas   burzy   z 

piorunami.

Jaina miała wrażenie, że jej serce na ułamek sekundy zamiera z przerażenia.

- Z pewnością Siostry Nocy wezwały na pomoc grupę szturmowców - rzekła.

Chewbaccą, podążając po niedawno pozostawionych  śladach, zwiększył  tempo.  W 

pewnej chwili Jaina niewłaściwie oceniła odległość i omal nie runęła, przeskakując z jednej 

gałęzi na drugą.

- Chewie, prawie nic nie widzę - powiedziała.

Rosły   Wookie   ze   zrozumieniem   sapnął,   po   czym   znieruchomiał.   Sięgnął   do 

zawierającego awaryjny ekwipunek plecaka, wyjętego ze skrytki w ścianie korytarza fabryki. 

background image

Przez chwilę szperał w środku, po czym wyciągnął metalową klatkę, której boki osłonięto 

delikatną siatką. Jaina rozpoznała pułapkę na fospchły. Chewie złamał pieczęć na jednym 

boku klatki.

Po   kilkudziesięciu   sekundach   cała   powierzchnia   była   usiana   mikroskopijnymi 

świecącymi owadami. Z każdą chwilą coraz więcej fospcheł materializowało się dosłownie 

znikąd. Rosły Wookie umocował klatkę do sprzączki u pasa Jainy. „Latarka” kierowała teraz 

półokrąg różowawego blasku bezpośrednio pod nogi dziewczyny. W miarę jak Jaina skakała 

z gałęzi na gałąź, granica światła i cienia wyprawiała szalone harce niczym ogon komety.

Nagle Chewie pokazał coś znajdującego się pod nogami Jainy. Dziewczyna spojrzała 

w  dół   i   dostrzegła   niedawno   złamaną   gałąź   i   osmalone   miejsce   na   pniu,   w  który   trafiła 

błyskawica laserowego światła. A zatem przechodziły tędy także Siostry Nocy ścigające małą 

grupkę uciekinierów.

- Masz rację - powiedziała. - Ja także je czuję i to niedaleko.

Wookie pomógł dziewczynie przeskoczyć dużą odległość między dwoma konarami, 

po czym oboje podjęli wędrówkę w głębiny dżungli. Jaina podążała za Chewbaccą, starając 

się uważnie wyszukiwać miejsca, na których mogłaby zacisnąć palce rąk albo postawić stopy. 

Cieszyła  się, że łagodny blask fospcheł rozjaśnia mroki  najbliższej  okolicy.  W miarę jak 

zapuszczali się na niższe poziomy, czuła jednak coraz większe przerażenie. Wydawało się jej, 

że ciężar dżungli nad głowami przytłacza ich niczym młyński kamień.

Po   porośniętych   liśćmi   gałęziach   skakały   zajęte   ściganiem   zdobyczy   niewidoczne 

drapieżniki.   W   głębinach   nieprzeniknionego  labiryntu   konarów   i   pnączy   raz   po   raz 

rozbrzmiewało echo skrzeczeń i jęków ofiar, tracących  życie  podczas nie kończącego się 

polowania. Nieco mniejsze stworzenia piszczały, brzęczały, ćwierkały i szczebiotały. Żaden z 

tych dźwięków nie wydawał się przyjazny.

Jaina wiedziała, że jej przyjaciele są walecznymi wojownikami. Pamiętała jednak o 

tym, że głębin dżungli rodzimego Kashyyyku obawiał się nawet obdarzony największą siłą 

Lowie. Już sam ten fakt był powodem do niepokoju, zwłaszcza że młodzi rycerze Jedi musieli 

czuć   jeszcze   większy   respekt   przed   niebezpiecznymi   roślinami   i   śmiercionośnymi 

zwierzętami żyjącymi na najniższych poziomach dziewiczego lasu.

Jaina miała przeczucie, że za chwilę może wydarzyć się coś złego.

- Nie ma czasu do stracenia! - rzekła.

Zwiększyła tempo marszu. Chewbacca, zapewne wyczuwając jej niepokój, również 

przyspieszył.   Jego   stopy   spoczywały   na   gałęziach   i   konarach   tylko   przez   krótką   chwilą, 

potrzebną do odbicia się i przeskoczenia na niższy poziom.

background image

Z głębin dżungli dobiegł nagle stłumiony okrzyk,  który z pewnością wydarł się z 

ludzkiego gardła. Na tle innych odgłosów, wydawanych przez żyjące w lesie dzikie zwierzęta, 

zabrzmiał niemal tak samo dziko i złowieszczo. Kiedy Jaina na sekundę znieruchomiała na 

gałęzi, aby popatrzyć w tamtą stronę, zauważyła błyski światła i usłyszała ciche skwierczenie 

blasterowych błyskawic.

W   tej   samej   chwili   spróchniała   gałąź,   na   której   niebacznie   stanęła,   zatrzeszczała, 

grożąc   złamaniem.   W   pośpiechu,   z   jakim   dziewczyna   przeskakiwała   z   konaru   na   konar, 

zapomniała   upewnić   się,   czy   utrzyma   ciężar   jej   ciała.   Stojący   na   pobliskim   konarze 

Chewbacca natychmiast się odwrócił i wyciągnął rękę, aby pomóc Jainie przejść na grubszą 

gałąź, odrastającą nieco niżej od pnia potężnego wroszyra. Dziewczyna zachwiała się, ale 

szybko odzyskała równowagę.

Widocznie   jednak   cała   strona   drzewa   była   albo   spróchniała,   albo   stoczona   przez 

robaki, gdyż w następnej chwili pękł konar, na którym stał rosły Wookie. Rozległ się głośny 

trzask, po którym poskręcany i porośnięty guzami kikut złamał się pod ciężarem jego ciała.

Jaina stała i jak zahipnotyzowana patrzyła, otworzywszy usta w bezgłośnym krzyku. 

Tymczasem Chewbacca spadał, z trzaskiem łamiąc w ciemnościach kolejne gałęzie.

background image

ROZDZIAŁ 18

Wyczerpany   walką   Zekk   stał   na   gałęzi,   nie   wypuszczając   z   palców   rękojeści 

świetlnego   miecza.   Z   trudem   oddychał,   raz   po  raz   chwytając   duszne,   zatęchłe   powietrze 

głębin lasu.

Dymiące  szczątki  martwej  ślimakopodobnej  bestii,  pocięte  na kawałki  laserowymi 

smugami,  leżały porozrzucane  po sąsiednich  gałęziach.  Z pokrytego  lepką mazią  ścierwa 

wciąż jeszcze wydobywały się bąble cuchnących gazów. Ze wszystkich stron dobiegał trzask 

płonących niewielkich ognisk, wznieconych  przez zabłąkane blasterowe błyskawice, które 

zapalały   nieraz   całe   gęstwiny   liści.   Szturmowcy,   którzy   przeżyli   to   piekło,   krzyczeli   i 

wymachiwali   rękami.   Porozumiewając   się   przez   ukryte   w   opancerzonych   hełmach 

komunikatory, usiłowali ocenić własne straty.

Drżąca   jak   liść   Vonnda   Ra   stała,   zacisnąwszy   zęby.   Na   jej   twarzy   malowało   się 

zmęczenie, jakby wściekłość, którą w sobie wzbudziła do walki z potwornym ślimakiem, 

nadwątliła zasoby jej energii. Należąca do nowego zakonu Sióstr Nocy kobieta miała być w 

założeniu odporna na niszczące efekty oddziaływania ciemnej strony Mocy, ale zacięty bój, 

jaki toczyła z pomocą Zekka i szturmowców, zmagając się z bezmyślną bestią, pokrył jej 

twarz gęstą siecią zmarszczek.

Zekk oparł się bezwładnie o pień potężnego drzewa, porośniętego miękką warstwą 

niebieskawego mchu, poplamionego teraz kroplami posoki martwej bestii.

Spośród   wszystkich   szturmowców,   którzy   zapuścili   się   w   głąb   dżungli,   pozostało 

zaledwie czterech. Potwór rozgniótł pozostałych albo zrzucił z gałęzi w niezbadane głębiny 

najniższych poziomów. Płaty cielska ogromnego ślimaka zwieszały się z grubych konarów, z 

których ściekały krople śluzu zmieszanego z posoką. Niknęły w głębinach, skąd dobiegały 

pomruki i szelesty zachłannych wszystkożernych żuków i gryzoni.

Nagle   Zekk   usłyszał   trzask   gałęzi,   dolatujący   z   góry,   z   wyższych   poziomów 

mrocznego lasu. W tej samej chwili poczuł, że przez jego umysł, nawykły do posługiwania 

się zmysłami Jedi, przemknęła jakaś zmarszczka Mocy. Uzmysłowił sobie, że ich śladami 

podążają   dwie   inne   osoby.   Natychmiast   ustalił   tożsamość   jednej   z   nich.   Zaskoczony, 

zamrugał powiekami, a potem wysłał w górę, w ciemności gęstego lasu, skupioną przez Moc 

wiązkę myśli.

- To Jaina Solo - powiedział, zwracając się do Siostry Nocy. - Nad naszymi głowami. 

Stara się nas dogonić.

background image

Rozstawił  nogi i oparł  stopy pewniej  na powierzchni  konaru. Nadeszła  chwila,  w 

której   powinien  dokonać   wyboru.  Czuł  jednak,  że  nie   potrafi.   Nie  przypuszczał,  że   jego 

zadanie okaże się takie trudne.

Z głębin lasu dobiegały odgłosy świadczące, że Jacen, Lowbacca, Sirra i Tenel Ka 

wciąż   jeszcze   uciekają   przed   szturmowcami...   ale   Jaina,   absolutnie   nieświadoma 

niebezpieczeństwa,  kierowała  się prosto w zastawioną  pułapkę.  Zekk  pomyślał,  że  chyba 

powinien osobiście stawić czoło byłej przyjaciółce.

- Musimy się rozdzielić - oznajmił. - Ja zostanę tu sam i spróbuj ę po wstrzymać Jainę. 

Wszyscy inni będą nadal ścigali zbiegów.

- Tak jest! - Spoglądając na labirynt gałęzi pod stopami, kipiąca gniewem Vonnda Ra 

zgrzytnęła zębami. - Postaram się, żeby zapłacili za to, co zrobili!

Zagięła palce niczym szpony i gestem nakazała szturmowcom, by podążali za nią. 

Wszyscy pięcioro rzucili się znów w pościg za Sirrą i trójką młodych Jedi.

Jacen czynił wszystko, co mógł, by nie tracić przyjaciół z oczu. Mimo to na poziomie 

lasu, gdzie przebywał, panowały takie ciemności, że chłopiec miał wrażenie, iż płynie w 

oceanie atramentowej czerni. Ze zdziwieniem stwierdził jednak, że ciemności w głębinach 

dżungli   zaczynają   rzednąć.   Zauważył   błysk   niebieskawej   poświaty,   wydzielanej   przez 

fosforyzujące   organizmy.   Po   chwili   mógł   rozróżnić   świecące   owady,   rozkurczające   się   i 

kurczące   opalizujące   grzyby   i   porosty   wydzielające   zimne   światło,   które   rozjaśniało 

nieprzeniknione ciemności leśnych ostępów.

Także   na   gałęziach   otaczających   go   drzew   chłopiec   widział   mrugające   świetliste 

punkciki.   Miał   wrażenie,   że   nie   znajduje   się   w   głębinach   dziewiczego   lasu,   ale   stoi   na 

równinie i wpatruje się w rozgwieżdżone nocne niebo. Lekko trącił ciepłą rękę Tenel Ka, 

żeby   zwrócić   uwagę   dziewczyny.   Wydawało   mu   się,   że   mógłby   stać   i   spoglądać   na   to 

wszystko bez końca. Nigdy się nie spodziewał, że w głębi dżungli ujrzy coś tak pięknego.

Kiedy   oboje   stali   jak   urzeczeni,   bez   słowa   wpatrując   się   w   mrugające   ogniki, 

ciemności rozjaśniła nagle płonąca oślepiającym  blaskiem kula, która przemknęła nad ich 

głowami niczym ognisty meteor. Okazało się, że szturmowcy wystrzelili flarę, która powoli 

opadała pośród gąszczu drzew, posyłając we wszystkie strony ogniste bryzgi.

Ognista kula trafiła pień drzewa w miejscu, gdzie odrastał jakiś konar. Zagnieździła 

się tam i płonęła oślepiająco jasno niczym miniaturowe słońce, wśród fontanny iskier i syku. 

Rozjaśniając nieprzeniknione ciemności, uwypuklała czerń miejsc pozostających w cieniu i 

sprawiała, że przesycone parą wodną powietrze zaczęło nagle pulsować jaskrawym blaskiem.

background image

Jacen   z   przerażeniem   zauważył   czterech   szturmowców   stojących   na   tym   samym 

grubym   konarze.   Mimo   iż   świetlista   kula   raziła   także   ich   oczy,   imperialni   żołnierze 

wymierzyli blastery w zmęczonych uciekinierów.

Tenel Ka odepchnęła Jacena na bok.

- Uciekaj! - krzyknęła, po czym sama zanurkowała w największy gąszcz splątanych 

gałęzi. Jacen skulił się, kiedy blasterowa błyskawica odłupała płonący kawałek kory z pnia 

drzewa tuż nad jego głową.

Szelest liści rosnących na innej gałęzi uświadomił chłopcu, że Lowie i Sirra również 

czmychnęli.   Jacen   słyszał,   jak   trochę   dalej   porusza   się   ktoś   inny,   ale   dostrzegał   jedynie 

czterech   szturmowców.   Zastanawiał   się,   gdzie   może   teraz   podziewać   się   Zekk...   chociaż 

wątpił, czy były przyjaciel zechciałby okazać mu łaskę.

- Och, blasterowe błyskawice! - powiedział do siebie, kiedy kolejna ognista smuga 

przeleciała obok jego głowy. - Hej, z nimi nie ma żartów! - mruknął po chwili.

W rzucanym przez płonącą flarę pulsującym blasku widział tylko tańczące świetliste 

kręgi. Dopiero po jakimś  czasie zauważył  ciemną  postać wyskakującą  zza pnia drzewa i 

zapalającą turkusowe ostrze... Tenel Ka, pewnie trzymając rękojeść świetlnego miecza, stała 

na gałęzi rosnącej pod konarem, na którym znajdowali się czterej szturmowcy!

Imperialni żołnierze także j ą zauważy li. Zaskoczeni, krzyknęli i usiłowali zwrócić ku 

niej lufy blasterów... ale było za późno.

Jednym płynnym ruchem Tenel Ka odcięła ostrzem miecza gruby konar, na którym 

stali.   Kiedy   klinga   przechodziła   przez   prastare   drewno,   ze   sporządzonej   z   zęba   rankora 

rękojeści trysnęły fontanny błękitnych iskier.

Młoda   wojowniczka   zanurkowała,   żeby   konar   jej   nie   zranił.   Ogromne   drzewo 

zatrzeszczało, pędy winorośli pękły i masywny konar runął pod ciężarem własnym i czwórki 

szturmowców.   Żołnierze   zaczęli   strzelać   na   oślep,   panicznie   krzycząc   do   mikrofonów 

komunikatorów. Po chwili odcięta gałąź runęła, a szturmowcy zsunęli się w przepaść. Zginęli, 

nie wypuszczając blasterów, wciąż jeszcze plujących strumieniami śmiercionośnego światła.

Tymczasem Tenel Ka, niezwykle zadowolona z siebie, wyłączyła ostrze świetlnego 

miecza, a później przypięła rękojeść do pasa. Jacen uniósł rękę w geście niemej pochwały.

Nieco niżej Lowbacca krył się obok Sirry pod nawisem skarłowaciałej i wygiętej w 

łuk   gałęzi.   Młody   Wookie   obserwował,   jak   ciężki   konar,   na   którym   stało   czterech 

szturmowców, odrywa się od pnia drzewa i szybuje obok niego w mroczną przepaść. Kiedy 

zwrócił nawykłe do patrzenia w ciemnościach oczy na siostrę, zauważył, że Sirra węszy... 

background image

jakby na coś czekała.

Wydało mu się, że jest bez reszty pochłonięta wciąganiem powietrza i rozglądaniem 

się   po   okolicy.   Dopiero   po   jakimś   czasie   i   on   uchwycił   najsłabszy   ze   wszystkich 

charakterystycznych   zapachów...   przerażający,   drażniący   nozdrza   aromat   syreniowca, 

zapewne bardzo dużego, rosnącego na najniższym poziomie dżungli.

Wydawszy cichy jęk, zaczął omiatać złocistymi oczami ciemności pod stopami i po 

kilku sekundach dostrzegł monstrualnej wielkości kwiat rośliny, ukrytej w gąszczu krzaków 

rosnących   pod   najniższym   konarem   potężnego   wroszyra.   Połyskujące   żółte   płatki   były 

szeroko rozchylone, a znajdujący się pośrodku kielicha krwistoczerwony słupek wydzielał 

zniewalający   aromat.   Sirra   zaczęła   zeskakiwać   z   konaru   na   konar,   aż   znalazła   się 

bezpośrednio nad krwiożerczą rośliną, zastanawiając się, w jaki sposób mogłaby bezpiecznie 

zerwać pęk błyszczących jedwabistych włókien.

Nagle zmroków wyższych poziomów pojawiła się jak duch Siostra Nocy. Zeskoczyła 

z gałęzi, a potem wyciągnąwszy jak szpony palce, między którymi przeskakiwały błyskawice 

ciemnej   Mocy,   zderzyła   się   z   Lowiem.   Błękitne   wyładowania   elektryczne   poraziły   ciało 

młodego Wookiego, a jego rudobrązowa sierść zaczęła dymić. Lowbacca głośno zaryczał i 

zatoczył się do tyłu, odrętwiały i zdezorientowany.

Sirra   przyłączyła   się   do   walki   jednym   błyskawicznym   skokiem,   obnażyła   długie 

groźne kły, wyciągnęła długie ręce i odepchnęła Siostrę Nocy na bok. Zaskoczona Vonnda Ra 

odwróciła się i smagnęła młodą Wookie skwierczącą błyskawicą ciemnej złej energii.

Sirra zawyła z bólu i potknęła się, ale szybko odzyskała równowagę. Ugięła silnie 

umięśnione   nogi   i   skoczyła,   zamierzając   zewrzeć   się   z   kobietą.   Obie   poślizgnęły   się   na 

porośniętej   miękkim   mchem,   wilgotnej   gałęzi   i,   nie   przestając   wymierzać   sobie   ciosów, 

zaczęły spadać w mroczną przepaść.

Lowie,   który   zdążył   otrząsnąć   się   ze   wstrząsu,   natychmiast   skoczył,   by   ratować 

siostrę.  Wyciągnął   długą  rękę,   ale   zdołał   pochwycić   tylko  skraj  czarnej   peleryny   Siostry 

Nocy. Po chwili jednak wytrzymała gładka tkanina wyślizgnęła się z jego palców.

Sirra i Vonnda Ra spadały.

Zrozpaczony   Lowie   zawył,   widząc,   że   obie   złączone   w   uścisku   wojowniczki 

zmierzają prosto ku rozchylonym szczękom płatków syreniowca.

Koziołkując  podczas   lotu  w  powietrzu,   Sirra  znalazła  się  nad   Siostrą   Nocy.   Obie 

wpadły   do   środka   kielicha   z   impetem   tak   silnym,   że   mógłby   wyprzeć   powietrze   z   płuc 

gundarka. Kiedy pośladki Vonndy Ra zetknęły się z wrażliwą miękką tkanką dna kielicha 

syreniowca, Sirra natychmiast zerwała się na równe nogi, ale podobne do groźnych szczęk 

background image

ogromne wygłodniałe płatki, podrażnione pojawieniem się niespodziewanego żeru, zaczęły 

się zamykać.

Głośno rycząc, Lowie zeskoczył na niższy poziom. Gorączkowo zastanawiał się, co 

robić. Usłyszał, że zeskakujący z jeszcze wyższych pięter Jacen i Tenel Ka coś do niego 

wołają.

Kiedy śmiertelna pułapka zaczęła się zamykać, wiedźma z Dathomiry skręciła się z 

bólu. Lowie z przerażeniem zobaczył, że głowa jego siostry znika w kurczącym się otworze, 

jaki   jeszcze   pozostał   między   mięsistymi   płatkami.   Spomiędzy   krwiożerczych   szczęk 

wystawała teraz tylko jedna ręka, porośnięta ostrzyżoną w dziwaczne wzory sierścią.

Lowie zeskoczył na ziemię i podbiegł do kwiatu syreniowca. Wysunąwszy pazury, 

chwycił najbliższe płatki i pociągnął ku sobie, starając się dostać do wnętrza kwiatu. Roślina 

drgnęła, a później zaczęła jeszcze głębiej zapuszczać korzenie w gliniastą, śliską glebę.

Młody   Wookie   nie   odważył   się   wyciągnąć   świetlnego   miecza,   by   posiekać 

syreniowiec na kawałki. Doskonale wiedział, że uśmierciłby wówczas siostrę równie pewnie, 

jakby   uczyniła   to   roślina.   Groźnie   rycząc,   nie   przestawał   szarpać   i   ciągnąć,   i   po   chwili 

mięsiste płatki lekko się rozchyliły. Z wnętrza kwiatu wydobyło się syczące bulgotanie. Z 

otworu pośrodku kielicha wciąż jeszcze wystawała ręka Sirry. Palce raz po raz rozwierały się 

i zaciskały, jakby siostra Wookiego cierpiała męczarnie.

Kiedy Jacen pochwycił jakiś pęd winorośli i próbował się po nim ześlizgnąć, Tenel Ka 

zeskoczyła  na ziemię  i podbiegła  do Wookiego. Sięgnęła  do kieszeni u pasa i wydobyła 

sztylet, który służył zazwyczaj do rzucania. Zaczęła zadawać ciosy, raz po raz zagłębiając 

ostrze w mięsistą tkankę. Płatki były jednak na tyle twarde i grube, że sztylet nie wyrządzał  

im żadnej krzywdy.

Nagle wnętrze kielicha rozjaśniła błyskawica mrocznej energii, po której cała roślina 

konwulsyjnie zadrżała. Wszystkie płatki rozchyliły się jak w agonii. Uwięziona w środku 

kwiatu Vonnda Ra z wysiłkiem uklękła. Zgrzytnęła zębami, a z jej oczu posypały się iskry 

energii ciemnej strony Mocy. Lowie szybko skorzystał z okazji i pochwycił uniesioną rękę 

siostry. Pociągnął ją ku sobie.

Z wysiłkiem łapiąc powietrze, Sirra jak umiała najszybciej, przeciskała się pomiędzy 

śliskimi,   zdradzieckimi   płatkami.   Wyciągnęła   drugą   rękę,   którą   natychmiast   pochwyciła 

Tenel   Ka.   Tymczasem   szczęki   kielicha   syreniowca   zaczęły   się   znów   zamykać.   Aby 

spowolnić ten ruch, Jacen chwycił skraj jednego śliskiego płatka, po czym mrucząc kojące 

słowa, posłużył się jasną stroną Mocy i skierował je do rośliny. Lowie wparł stopy w gliniastą 

glebę i szarpnął ze wszystkich sił. Stopy Sirry ukazały się w powietrzu w tej samej chwili 

background image

kiedy drapieżne płatki, nie wypuszczając uwięzionej Siostry Nocy, całkowicie się zamknęły.

Zdradziecko   piękne,   mięsiste   żółte   płatki   zacisnęły   się   niczym   szczęki   imadła, 

miażdżąc ofiarę. Po chwili obły kształt, otulany coraz silniej zaciskającymi się płatkami, po 

raz ostatni konwulsyjnie zadrżał, po czym na zawsze znieruchomiał.

Lowie podtrzymywał Sirrę, dobrze wiedząc, że mogła odnieść poważne rany. Obawiał 

się   nawet,   czy   nie   będzie   zmuszony   jej   nieść,   kiedy   podejmie   wspinaczkę   na   wyższe 

poziomy.   Prawdziwy   ból   sprawiał   mu   widok   wypalonych   smug   na   sierści   siostry,   w 

miejscach, w których trafiły wypuszczone przez Vonndę Ra błyskawice ciemnej Mocy. Ku 

swojemu zaskoczeniu przekonał się jednak, że Sirra sprawia wrażenie szczęśliwej, a nawet 

zachwyconej. W pewnej chwili otworzyła oczy i ryknęła na powitanie, jakby widziała brata 

po raz pierwszy w życiu.

W jej oczach pojawiły się figlarne błyski.  Sirra uniosła rękę, ukazując, jaki skarb 

trzyma   w   zaciśniętych   palcach.   Cierpiała   męczarnie,   zamknięta   we   wnętrzu   kwiatu 

syreniowca do czasu, aż płatki znów zaczęły się rozchylać. Mimo to udało się jej pochwycić 

uwięzioną ręką, a potem szarpnąć i wyrwać z dna kielicha grubą wiązkę cienkich jak pajęcze 

nici włókien.

Sirra   triumfująco   zawyła   i   uniosła   jedwabiste   nitki   nad   głowę.   Lowie   głośno 

szczeknął, przejęty prawdziwą dumą. Objął siostrę i klepnął ją po plecach z taką siłą, że 

mógłby bez trudu roztrzaskać pancerz szturmowca.

background image

ROZDZIAŁ 19

Jaina przeskoczyła na bardziej wytrzymały konar i oparła dłonie o pień potężnego 

wroszyra, by zachować równowagę. Zaniepokojona, pochyliła się, żeby spojrzeć w dół, w 

głębiny lasu, w których zniknął Chewbacca.

- Chewie! - zawołała.

Usłyszała, jak z ciemności niższych poziomów dolatuje pełen bólu jęk Wookiego. A 

zatem Chewie żył... Był przytomny, ale z pewnością ciężko ranny.

Chwyciwszy   mocniej   korę   oplecionego   pędami   dzikiej   winorośli   potężnego   pnia, 

dziewczyna wychyliła się jeszcze bardziej, by skierować jasnoróżowy blask kłębiących się 

fospcheł na niższe piętra. Jednakże światło wydzielane przez mikroskopijne owady nie było 

bardzo intensywne i nie docierało tak daleko, aby mogła zorientować się, gdzie znajduje się 

jej przyjaciel.

- Chewie, tu jestem! - krzyknęła, posługując się Mocą, żeby wzmocnić siłę głosu. - 

Czy możesz się poruszać? Możesz wspiąć się do mnie?

Usłyszała dobiegający z niższych poziomów trzask gałęzi i szelest poruszanych liści, a 

w chwilę później następny okrzyk pełen bólu. Przerażony Wookie stęknął, po czym zaryczał, 

mówiąc coś na temat złamanej nogi.

Jego słowa  odebrały Jainie  nadzieję  tak  nagle jak lodowata  tropikalna  ulewa  gasi 

wątły płomień świecy.  Przerażona wyprostowała się i przytuliła do pnia drzewa, a potem 

nawet przycisnęła twarz do chropowatej kory.

Najniższe poziomy dżungli Kashyyyku były wystarczająco niebezpieczne dla zdrowej 

istoty ludzkiej, której towarzyszył dorosły Wookie. Jaina nie miała pojęcia, w jaki sposób 

mogłaby   sama   wydostać   się   z   dżungli,   a   co   dopiero   dokonać   tej   sztuki   w   towarzystwie 

rannego   przyjaciela,   którego   z   pewnością   musiałaby   przenosić   z   niższych   poziomów   na 

wyższe. Gdyby nawet okazało się to możliwe, jak mogłaby później pospieszyć z pomocą 

bratu i pozostałym młodym Jedi?

W tej samej chwili uświadomiła sobie, że ranny Chewbacca może zwabić wygłodniałe 

drapieżniki, które licząc na łatwą zdobycz, rzucą się na niego...

Dopiero   ta   myśl   wyrwała   dziewczynę   z   chwilowego   odrętwienia.   Musiała   zacząć 

myśleć, jak pomóc Chewiemu. Kształciła się przecież, by zostać rycerzem Jedi... Rozwiązanie 

tego   problemu   z   pewnością   nie   przekracza   granic   jej   możliwości,   ale   najpierw   powinna 

pomyśleć o rzeczach najważniejszych. Musiała jak najszybciej przedostać się na poziom, na 

background image

który   spadł   Chewbacca.   Zawstydziła   się   na   myśl   o   tym,   że   wpadając   w   panikę   straciła 

kilkanaście drogocennych sekund.

- Chewie! - krzyknęła po raz drugi. - Odzywaj się, dopóki cię nie znajdę!

Musiała  działać,   nie   tracąc   ani  chwili.  Rozejrzała  się   po  okolicy  w  poszukiwaniu 

wystarczająco   wytrzymałego   pędu   winorośli.   Szarpnęła   kilka   najbliższych,   po   czym 

zdecydowała się na jeden grubszy i bardziej szorstki niż pozostałe, który powinien utrzymać 

ciężar jej ciała. Zaczęła schodzić jak po linie, opierając czubki butów w szczelinach między 

płatami   kory   pnia   potężnego   drzewa.   Starała   się   omijać   kikuty   gałęzi,   złamanych   przez 

spadającego Wookiego.

- Już idę! - zawołała. Chciała nie tylko uspokoić przyjaciela, ale przede wszystkim 

dodać sobie odwagi.

Kiedy w końcu dotarła do rannego Chewiego, czuła, że bolą ją stopy i pieką palce rąk, 

a wszystkie mięśnie drżą ze zmęczenia. Odpięła od pasa klatkę ze świecącymi fospchłami i 

zbliżyła  do Chewbaccy,  żeby mu  się lepiej  przyjrzeć.  Kiedy poruszyła  klatką,  różowawy 

blask zatańczył na sąsiednich gałęziach.

Pobieżne oględziny obrażeń, jakie odniósł przyjaciel, uzmysłowiły dziewczynie, że 

sytuacja wygląda niewesoło. Wprawdzie z zadrapaniami, skaleczeniami, otarciami skóry czy 

siniakami można było uporać się dość szybko, ale kość jednej nogi została  złamana. Jaina 

zrozumiała, że Chewbacca nie będzie mógł wydostać się z głębin dżungli o własnych siłach.

Wiedziała   też,   że   sama   sobie   nie   poradzi,   by   transportować   rannego   Wookiego 

kilkaset metrów w górę pod baldachim liści, nawet wówczas, gdyby posłużyła się Mocą. 

Wątpiła,   czy   potrafiłaby   dokazać   tej   sztuki   sama.   Czuła   się   wyczerpana,   a   przecież 

dotychczas tylko schodziła.

A poza tym, brat i przyjaciele nadal czekali na jej pomoc. Jaina nie miała pojęcia, co 

może dla nich zrobić.

Uświadomiła sobie, że na razie musi zrezygnować z szukania pozostałych młodych 

Jedi.   Przypuszczała,   że   Jacen,   Tenel   Ka   i   oboje   Wookie   wciąż   jeszcze   uciekają   przed 

imperialnymi   żołnierzami.   Jaina   nie   była   wytrawną   tropicielką   śladów   i   nie   miałaby 

najmniejszej szansy odnalezienia ich w głębinach dżungli.

Przypomniała sobie jednak, że mogłaby nawiązać z bratem myślową więź, podobną 

do tej, jaka łączyła bliźniacze rodzeństwo, Leię i Luke’a. Gdyby zatem wysłała myślowe 

wołanie o ratunek, może Jacen mógłby j ą odnaleźć.

Skupiła się, a potem wysłała wiązkę myśli: „Pomóż mi”.

Po chwili otworzyła  oczy,  by ponownie przyjrzeć się złamanej nodze Chewbaccy. 

background image

Chociaż odłamki kości nie przebiły skóry, obrażenie sprawiało wrażenie poważnego. Jaina 

uniosła pułapkę  na fospchły jak mogła  najwyżej  i zaczęła  się rozglądać  w poszukiwaniu 

czegoś dostatecznie wytrzymałego, co mogłoby posłużyć do sporządzenia łubków.

Nagle różowawy blask padł na parę czarnych  butów. W tej samej  chwili w ciszy 

rozległ się znajomy głos:

- Wzywałaś pomocy?

Zaskoczona   Jaina   zachwiała   się   i   omal   nie   spadła   z   konara.   Groźnie   warcząc, 

Chewbacca obnażył długie kły, mimo iż nie mógł poruszyć się ani tym bardziej zaatakować.

- Zekku, co tutaj robisz? - odezwała się Jaina.

Usiłując zapanować nad zdumieniem, dziewczyna uniosła źródło naturalnego blasku 

jeszcze   wyżej,   ale  odziana  w  czarny  skórzany  mundur  postać  cofnęła   się,  tak  aby  twarz 

pozostała w mroku.

- Muszę załatwić tu, na Kashyyyku, bardzo ważną sprawę - odparł chłopak.

- Zleconą przez Imperium? - zapytała Jaina, po czym ugryzła się w język prawie w tej 

samej chwili, kiedy skończyła mówić. Poczuła bolesny skurcz w sercu. - Zekku, jak mogłeś 

przyłączyć się do Akademii Ciemnej Strony? Myślałam, że jesteśmy przyjaciółmi.

Młodzieniec zignorował jej pytanie, a zamiast odpowiedzieć, zadał dwa swoje:

- A co ty tutaj robisz, Jaino? Dlaczego nie mogłaś trzymać się od tego jak najdalej? 

Nie chcę wyrządzić ci krzywdy.

Chewbacca ostrzegawczo warknął, ale w następnej sekundzie syknął, kiedy poczuł ból 

w złamanej nodze.

- A zatem nie rób mi krzywdy, Zekku - odparła rzeczowo Jaina. Ostrożne przesuwając 

stopy po powierzchni konara, postąpiła krok w stronę byłego przyjaciela. - Przecież w niczym 

ci nie zagrażam. Jestem twoją przyjaciółką. Obchodzi mnie, co się z tobą stanie.

- Cofnij się i nie wchodź mi w drogę - warknął Zekk. - A jeżeli chodzi o pozostałych, 

jest za późno na wszelką pomoc.

Jaina wzdrygnęła się i zamknęła oczy. Czyżby mogło to być prawdą? Czy naprawdę 

Zekk   zdążył   zabić   Jacena,   Lowiego,   Tenel   Ka...   a   nawet   niczego   nie   podejrzewającą   i 

nieświadomą Sirrę?

Nie - pomyślała po chwili. - To nie może być prawdą. Wyczułaby, gdyby zginęli. A 

zatem jej brat i pozostali nadal żyli. Musieli żyć. Dziewczyna nie wierzyła, aby serce Zekka 

było takie skamieniałe i mroczne, by młodzieniec mógł zamordować z zimną krwią kogoś, 

kogo jeszcze niedawno nazywał swoim przyjacielem.

Przypomniawszy sobie, jak udało się jej niegdyś zakłócić skupienie Garowyn, Jaina 

background image

postanowiła   uciec   się   do   tej   samej   sztuczki.   Posłużyła   się   Mocą,   by   zaszeleścić   liśćmi 

konarów   rosnących   wokół   głowy   młodzieńca.   Starała   się   wywołać   wrażenie,   że   przez 

nieruchome   gałęzie   najniższych   pięter   lasu,   podobne   do   prętów   przyprawiającej   o 

klaustrofobię klatki, przelatuje niespodziewany podmuch lodowatego wichru.

Zekk uniósł głowę, żeby sprawdzić, co się dzieje. Ruch ten sprawił, że na chwilę 

błysnęły źrenice jego zielonych oczu. Uświadomienie sobie, co knuje Jaina, zajęło mu jednak 

tylko krótką chwilę. Chłopak wykrzywił wargi w wymuszonym uśmiechu, a potem uczynił 

nieznaczny gest ręką. Natychmiast wiatr przybrał na sile. Gałęzie zaczęły z klekotem uderzać 

jedne o drugie, a powietrze wypełniło się chmurą liści i mniejszych gałęzi, zerwanych siłą 

wiatru przypominającego małe tornado.

Jaina skuliła się i zamknęła oczy, pragnąc je chronić. Chewie zawył, ale Zekk nie 

zwracał na rannego Wookiego uwagi.

- Twój podstęp się nie udał, Jaino - powiedział. - Nie próbuj oszukiwać mnie  za 

pomocą jakichkolwiek sztuczek.

Nagłe rozległ się basowy pomruk. W tej samej chwili Jaina mimo zaciśniętych powiek 

ujrzała   dziwną   jasność.   Otworzyła   oczy   i   stwierdziła,   że   Zekk   trzyma   zapalony   miecz 

świetlny.   Dopiero   teraz   dostrzegła   twarz   młodzieńca,   oświetloną   pulsującym   szkarłatnym 

blaskiem.

- Nie wyciągaj miecza, Jaino - ostrzegł chłopak.

Dziewczyna pokręciła głową.

- Nie wyciągnęłabym broni do walki z tobą, Zekku - oświadczyła. - I nie wierzę, żebyś 

mógł mnie zabić.

Na twarzy młodzieńca odmalowała się burza sprzecznych uczuć.

-   A   zatem   trzymaj   się   jak   najdalej   od   akademii   Jedi   -   odparł   chłopak.   -   Jeżeli 

kiedykolwiek uda ci się stąd wydostać, pod żadnym pozorem tam nie wracaj. Już niedługo 

Drugie   Imperium   zaatakuje   Yavin   Cztery...   a   ja   wezmę   udział   w   tej   akcji   jako   lojalny 

żołnierz, wykonujący rozkazy mojego Imperatora.

- Twojego Imperatora? - powtórzyła zdumiona Jaina. - Zekku, chyba nie wiesz, co 

mówisz!

- Przestań traktować mnie, jakbym był nadal niczego nieświadomym ulicznikiem! - 

wybuchnął chłopak. - Nigdy nie doceniałaś moich umiejętności. Nie dałaś mi szansy, żebym 

został kimś w życiu. Lord Brakiss postępuje inaczej. To on uświadomił mi, do czego jestem 

zdolny.

Przekrzywił głowę i spojrzał ku górze, tak jakby wśród nieprzeniknionych ciemności 

background image

mógł widzieć słoneczny blask panujący na najwyższych piętrach.

- Wysłałem sygnał, żeby wezwać szybki statek - ciągnął. - Jestem pewien, że nasza 

wyprawa   zakończyła   się   całkowitym   sukcesem.   Najwyższy   czas   powrócić   do   Akademii 

Ciemnej Strony.

Kiwnął lekko z boku na bok świetlistym ostrzem zapalonego miecza, jakby pogroził 

palcem.

- Na pamiątkę przyjaźni, jaka nas kiedyś łączyła, tym razem cię oszczędzę, Jaino - 

powiedział. - Pamiętaj jednak nigdy więcej nie wystawiać mojej lojalności na taką ciężką 

próbę.

Chrapliwie się roześmiał, a później smagnął świetlistą klingą gałąź nad głową. Rozciął 

cienkie gałązki i liście, które zawirowały w powietrzu niczym chmura. Spadły na Chewiego i 

Jainę, wytrącając jej pułapkę na fosforyzujące owady. Dziewczyna skuliła się i odruchowo 

osłoniła głowę rękami.

W następnej sekundzie Zekk zniknął, ale jego głuchy śmiech brzmiał w ciemnościach 

jeszcze przez dłuższą chwilę.

background image

ROZDZIAŁ 20

Zdana ponownie na własne siły, Jaina wysłała kolejny myślowy krzyk, posługując się 

Mocą. Miała wrażenie, że ciemności z każdą chwilą gęstnieją, coraz bardziej ją przytłaczają. 

Drapieżniki, czające się na porośniętych liśćmi gałęziach, ostrożnie się zbliżały. Zwabione 

jękami Chewiego, wyczuwały łatwą zdobycz, bezbronną ofiarę.

- Potrzebujemy pomocy! - zawołała Jaina.

Jej słowa niemal natychmiast wsiąkły w ciemności bezlitosnej dżungli.

Nagle   mroki   rozbłysnęły   tęczowym   blaskiem.   Dziewczyna   rozpoznała   błysk 

turkusowego   światła,   smugę   szmaragdowozielonego   i   błyskawicę   roztopionego   brązu. 

Świetliste ostrza rozcinały gęstwiny liści, jak maczety torując drogę właścicielom. Po chwili 

obok Jainy pojawili się Jacen, Tenel Ka i Lowie. Pochód młodych rycerzy Jedi zamykała 

Sirrakuk, uśmiechając  się tak szeroko, że jej obnażone kły błyskały w blasku tęczowego 

światła.

Chewbacca   zaryczał   na   powitanie.   Oboje   młodzi   Wookie   pospieszyli   na   pomoc 

rannemu wujowi.

- Hej, Jaino! - wykrzyknął Jacen. - Czy nic ci się nie stało?

Dziewczyna otarła ślady łez z policzków. Wciąż jeszcze nie mogła przyjść do siebie 

po przeżytym wstrząsie, wywołanym spotkaniem z byłym przyjacielem.

- Jakoś daję sobie radę - odrzekła, a potem głęboko odetchnęła. - Zekk był tutaj - 

oznajmiła.   -   Powiedział,   że   Drugie   Imperium   zamierza   zaatakować   akademię   Jedi,   a   on 

będzie walczył na czele oddziałów imperialnych żołnierzy.

Lowie ryknął i na chwilę przestał zajmować się rannym Chewbacca. Tenel Ka uniosła 

wysoko rękę, nie wypuszczając sporządzonej z zęba rankora rękojeści zapalonego świetlnego 

miecza.

- Nic z tego - powiedziała. - Będzie miał z nami do czynienia.

Jaina wyciągnęła rękę i pokazała rannego Wookiego.

- Musimy pomóc Chewiemu wydostać się stąd - rzekła. - Chyba ma złamaną nogę. 

Nic groźnego, czego nie mógłby uleczyć medyczny android i kilka godzin spędzonych w 

zbiorniku bacta. Jeżeli jednak szybko nie dotrzemy na najwyższy poziom, skończymy jako 

danie obiadowe jakiejś bestii.

Sirra   wyzywająco   ryknęła.   Teraz,   kiedy   zwyciężyła   w   walce   z   niebezpiecznym 

syreniowcem,   sprawiała   wrażenie,   że   mogłaby   sama   pokonać   gołymi   rękami   wszystkie 

background image

drapieżniki dżungli.

Kiedy   rodzeństwo   Wookiech   ostrożnie   pomagało   wujowi   wstać,   Jacen   i   Jaina, 

posługując się Mocą, starali się jak mogli, by im ulżyć. Później Jaina zapaliła świetlny miecz i 

zaczęła przecierać szlak przy pomocy Sirry.

Pomagając sobie nawzajem, wszyscy znaleźli się w końcu na poziomach, do których 

docierały promienie słonecznego światła.

background image

ROZDZIAŁ 21

W pustce mrocznych przestworzy wisiał poobijany szturmowy wahadłowiec. Statek 

oczekiwał zgody na lądowanie i wyłączenie ochronnych pól kryjących Akademię Ciemnej 

Strony. W końcu najeżony lufami dział złowieszczy pierścień imperialnej uczelni ukazał się 

oczom Zekka na tyle długo, żeby Najciemniejszy Rycerz mógł wydać rozkaz kierowania się 

ku lądowisku. W miarę jak jego statek zbliżał się do otwartych wrót hangaru gwiezdnej stacji, 

Zekk odczuwał coraz większy niepokój. Nie był pewien przyjęcia, jakie zgotuje mu mistrz 

Brakiss.

Tamith   Kai,   siedząca   obok   niego   na   stanowisku   dowodzenia,   zgrzytała   zębami   i 

kipiała z wściekłości, ale milczała, zacisnąwszy w cienką linię szkarłatno wiśniowe wargi. 

Zekk   nie   tylko   stracił   oddział   doborowych   szturmowców,   oddany   pod   jego   rozkazy,   ale 

doprowadził do śmierci jej dwóch najlepszych Sióstr Nocy. Tamith Kai przypuszczała, że 

zarówno Vonnda Ra, jak Garowyn poniosły śmierć w głębinach dżungli Kashyyyku.

Tamith Kai winiła właśnie Zekka za ich nieszczęście, podobnie jak za śmierć swojego 

pupila, Vilasa. Wiedźma z Dathomiry żywiła do niego urazę... chociaż oboje współpracowali, 

pragnąc   doprowadzić   do   ostatecznego   zwycięstwa   Drugiego   Imperium.   Zekk   uważał,   że 

wszystkie   dotychczas   poniesione   straty   powinny   być   traktowane   jak   ofiary;   jak   cena, 

zapłacona za odniesienie końcowego zwycięstwa.

Tamith   Kai   nie   była   wszakże   zachwycona   sposobem,   w   jaki   radził   sobie   na 

Kashyyyku. Tak więc w czasie całej drogi powrotnej młodzieniec starał się przebywać sam, z 

dala od groźnej Siostry Nocy.

Siedząc na fotelu dowódcy, przeleciał przez wrota hangaru mieszczącego lądowisko, 

ale większość czynności związanych z lądowaniem wykonywali inni imperialni piloci. Kiedy 

znaleźli   się   nad   płytą   lądowiska,   Zekk   ujrzał   jeszcze   jeden   opancerzony   wahadłowiec... 

otoczony   śmiercionośnymi   polami   siłowymi   imperialny   transportowiec.   Zaczął   się 

zastanawiać,   co   właściwie   wydarzyło   się   w   Akademii   Ciemnej   Strony   podczas   jego 

nieobecności.

Jego   pokiereszowany   szturmowy   wahadłowiec,   kryjący   w   ładowniach   skrzynie   ze 

zrabowanymi  komputerowymi  podzespołami i urządzeniami,  osiadł na płycie  lądowiska z 

dźwiękiem przypominającym westchnienie ulgi.

- Wylądowaliśmy, lordzie Zekku - zameldował jeden z imperialnych pilotów.

Oficer-taktyk   wyprawy   zaczął   przyglądać   się   wyświetlaczom   kontrolnych 

background image

wskaźników.

- Ochronne pole, maskujące Akademię Ciemnej Strony, zostało ponownie włączone - 

powiedział. - Naszej stacji znów nie mogą wykryć żadne rebelianckie czujniki ani skanery.

Kiedy włazy imperialnego statku się otworzyły, na płytę zaczęli schodzić członkowie 

załogi.   Z   wnętrza   Akademii   Ciemnej   Strony   wyszedł   oddział   szturmowców.   Żołnierze 

otoczyli rampę wahadłowca i przygotowali się do wyładowania cennego sprzętu, kiedy tylko 

Zekk otworzy luk ładowni.

W sterowni obok młodzieńca stanęła Tamith Kai. Szybkim ruchem ręki poprawiła 

ozdobioną   spiczastymi   naramiennikami   pelerynę.   Z   trudem   usiłując   zapanować   nad 

wściekłością, zacisnęła pięści. Płomienie, strzelające z jej fioletowych oczu, przypominały 

gotową do wybuchu, naelektryzowaną lawę.

Zekk   przysłonił   powiekami   szmaragdowe   źrenice   otoczone   ciemniejszymi 

pierścieniami. Pragnąc skupić myśli, nabrał głęboko powietrza. Pozwolił, żeby fala gniewu 

zalała  jego  umysł  i   zmyła   wszystkie  zbędne   myśli.  W   tej   chwili   najbardziej   obawiał  się 

mistrza   Brakissa   i   tego,   co   się   wydarzy,   kiedy   stanie   przed   jego   obliczem.   Nauczyciel 

pokładał w nim tak wielką nadzieję, że może być nawet jeszcze bardziej zawiedziony niż 

Tamith   Kai.   Obawa,   że   mistrz   Ciemnych   Jedi   będzie   rozczarowany,   sprawiała   Zekkowi 

większy ból niż wściekłość, tak często okazywana przez nieznośną Siostrę Nocy z Dathomiry.

Młodzieniec  wygładził  fałdy skórzanego  watowanego munduru i poprawił obszytą 

szkarłatną lamówką czarną pelerynę. Ruchem  głowy odrzucił do tyłu długie ciemne włosy. 

Odwróciwszy się w stronę otwartego włazu, postarał się wyglądać imponująco, a zarazem 

groźnie i złowieszczo. Nauczył się przyjmować taką postawę, obserwując zachowanie samej 

Tamith   Kai.   Rozbawiony,   pomyślał,   że   może   teraz   wykorzystać   przeciwko   wiedźmie   jej 

własne techniki i sposoby budzenia lęku i grozy.

Usłyszał, że Siostra Nocy podąża za nim. Zszedł po rampie, unosząc głowę dumnie 

jak bohater. W głębi serca czuł jednak narastające przerażenie.

Na   skraju   płyty   lądowiska   stał   posągowo   urodziwy   naczelnik   Akademii   Ciemnej 

Strony. Kiedy ujrzał schodzącego po rampie ucznia, zbliżył się jakby płynął w powietrzu, 

stawiając posuwiste, drobne kroki, a srebrzyste szary z szelestem płyną wokół jego sylwetki.

Zekk  uniósł  głowę jeszcze  wyżej  i  popatrzył   w  jasne,  pogodne  oczy  nauczyciela. 

Mistrz Brakiss złączył pałce uniesionych na wysokość torsu dłoni.

- Młody Zekku, mój Najciemniejszy Rycerzu - zaczął. - Właśnie wróciłeś ze swojej 

pierwszej wyprawy. Czy misja zakończyła się powodzeniem?

Zekk przełknął tkwiącą w przełyku  kluchę, po czym  postanowił, że będzie grał z 

background image

naczelnikiem Akademii Ciemnej Strony w otwarte karty.

- Niestety, mistrzu Brakissie, nasza akcja nie potoczyła się tak gładko, jak planowano 

-   odparł.   -   Podczas   walk,   jakie   musieliśmy   toczyć   na   terenie   doskonale   strzeżonego 

kompleksu   zabudowań   przemysłowych   Kashyyyku,   straciliśmy   czternaście   myśliwców   i 

bombowców typu TIE, a także jedenastu żołnierzy piechoty lądowej .

Czuję się w obowiązku zameldować, że z wyprawy nie powróciły także dwie nasze 

towarzyszki, Siostry Nocy. Vonnda Ra zginęła gdzieś na najniższych poziomach dżungli, a 

Garowyn   została   najprawdopodobniej   zamordowana,   kiedy   starała   się   odzyskać   „Ścigacz 

Cieni”.

Naczelnik   Akademii   Ciemnej   Strony   milczał,   czekając,   co   jeszcze   powie   jego 

najlepszy uczeń.

- A komputerowe urządzenia? - zapytał w końcu, kiedy cisza zaczęła się przeciągać. - 

Moduły naprowadzające na cel i systemy taktyczne? Czy udało ci się zdobyć te cenne skarby, 

których tak bardzo potrzebuje Drugie Imperium?

Zekk zamrugał powiekami.

- Tak jest, mistrzu Brakissie - oznajmił. - Wszystkie komputerowe podzespoły zostały 

złożone w ładowniach wahadłowca. Drugie Imperium może zrobić z nich użytek w każdej 

chwili.

Naczelnik z klaśnięciem złączył palce dłoni.

- Doskonale! A zatem twoja wyprawa zakończyła się sukcesem, a to usprawiedliwia 

poniesione straty w ludziach i sprzęcie. Te wszystkie... niedogodności bledną w porównaniu z 

tym,  co spodziewamy się osiągnąć w trakcie  walki. Osiągnąłeś najważniejszy cel, młody 

Zekku.

Oczy Tamith Kai rozszerzyły się z wściekłości, a na bladej zazwyczaj twarzy kobiety 

pojawiły się krwistoczerwone cętki.

- Mistrzu Brakissie! - syknęła wiedźma z Dathomiry.  - Zekk twierdzi również, że 

wyeliminował młodych smarkaczy Jedi. Muszę jednak powiedzieć, że chociaż Vonnda Ra 

towarzyszyła   mu,   kiedy   wyruszał,   by   się   z   nimi   rozprawić,   Zekk   powrócił   sam... 

oświadczając, że zwyciężył.

Młodzieniec stał prosto, nieporuszony.

- Młodzi rycerze Jedi przestali stanowić jakikolwiek problem - oznajmił. - Daję na to 

swoje słowo.

Było  widać, że Tamith Kai mu nie wierzy.  Brakiss miał jednak inne zdanie, a to 

przecież liczyło się najbardziej.

background image

Zekk nie miał  pojęcia,  jak długo uda mu  się ukrywać  prawdę. Wstąpił  na służbę 

ciemnej   strony   Mocy...   ale   starał   się   chronić   przyjaciół.   Wcześniej   czy   później   Brakiss 

zorientuje   się,   co   zrobił   jego   ulubiony   uczeń...   a   wówczas   młodzieniec   stanie   przed 

koniecznością dokonania bardzo trudnego wyboru. Mimo to, jak zawsze, nie dokona tego 

wyboru nikt inny oprócz niego... i nikt inny nie poniesie konsekwencji.

- Drugie Imperium  gratuluje ci i dziękuje za twoje starania, Zekku - odezwał się 

Brakiss. - Historia  galaktyki  będzie zawsze wspominała  cię jako walecznego  wojownika, 

oddanego bez reszty naszej wielkiej sprawie.

Zekk przypuszczał, że powinien być zadowolony z siebie, dumny... ale nie potrafił 

wzbudzić w sercu innych uczuć oprócz przerażenia. I rozczarowania, że zawiódł pokładane 

zaufanie. Przestał być pewien tego, dokąd zaprowadzą go podjęte w przeszłości decyzje.

Jeden   ze   szturmowców   stojących   pośród   innych   w   szeregu   na   płycie   lądowiska 

poruszył  się niespokojnie i przestąpił  z nogi na nogę. W okrytym  zbroją żołnierzu  Zekk 

rozpoznał krzepkiego  Norysa. W pobliżu osiłka stał pilot Qorl, groźnie marszcząc brwi i z 

dezaprobatą   spoglądając   na   zakutego   w   biały   pancerz   ucznia.   Były   przywódca   gangu 

Zagubionych nie przestał chować urazy w sercu, wskutek czego stawał się coraz bardziej 

zgryźliwy i niezdyscyplinowany.

Nagle   powietrze   w   wielkim   hangarze   z   lądowiskiem   zamigotało   i   zalśniło. 

Młodzieniec   odwrócił   głowę   i   ujrzał,   że   pozostali   szturmowcy   się   cofają.   Stojący   przed 

Zekkiem   Brakiss   naprężył   mięśnie...   Wydawał   się   niemal   przerażony,   ale   kiedy   się 

zorientował, że w powietrzu pojawia się hologram, nie uczynił żadnego ruchu.

Świetlisty wizerunek przedstawiał okrytą kapturem głowę. W pokrytej  gęstą siecią 

zmarszczek twarzy, z której emanowała esencja ciemnej strony Mocy, płonęły zapadnięte 

żółte   oczy.   Obraz   był   wyjątkowo   wyraźny   i   ostry,   jakby   został   nadany   z   bardzo   małej 

odległości. Doprawdy bardzo małej.

- Moi wierni poddani, przebywający na terenie Akademii Ciemnej Strony! - zagrzmiał 

głos Imperatora. - Bojownicy Drugiego Imperium! Z radością dowiaduję się, że wyprawa 

zakończyła   się   powodzeniem.   Dzięki   tej   i   kilku   poprzednim   akcjom,   a   także   dzięki 

zgromadzeniu   resztek,   jakie   pozostały   po   utraconej   świetności   mojego   Imperium, 

dysponujemy w tej chwili potęgą umożliwiającą przystąpienie do następnego etapu podboju 

galaktyki.   Nowe   rdzenie   jednostek   napędu   nadświetlnego   i   baterie   do   turbolaserów   już 

zostały zamontowane na pokładach gwiezdnych statków wchodzących w skład naszej tajnej 

floty.   Wydałem   rozkazy,   żeby   bez   chwili   zwłoki   zainstalować   także   te   nowe   urządzenia 

komputerowe. Musimy zadać cios, zanim Rebelianci zbiorą siły.

background image

Zekk miał wrażenie, że po jego plecach, okrytych watowanym pancerzem skórzanego 

munduru, wędrują lodowate mrówki.

-   Naszym   następnym   zadaniem   będzie   wyeliminowanie   jedynych   sił,   jakie   mogą 

rzucić do walki z nami Rebelianci - ciągnął Imperator. - Brakissie, obiecywałeś mi kiedyś 

niezwyciężoną armię Ciemnych rycerzy Jedi. Nadszedł czas, żebyś wywiązał się z obietnicy.

Głównym celem naszej akcji będzie zaatakowanie akademii Jedi, kierowanej przez 

Luke’a Skywalkera. Jego rycerze, posługujący się tylko jasną stroną Mocy, zostaną starci na 

pył.

Rozkazuję, żeby wszyscy wyruszyli na wyprawę. Rozkazuję przygotować do ataku 

Akademię Ciemnej Strony. Musimy natychmiast przelecieć gwiezdną stacją w pobliże Yavina 

Cztery. Kiedy wyeliminujemy nowy zakon rycerzy Jedi, cała galaktyka stanie przed nami 

otworem.

Młodzieniec stał, zbyt przerażony, by poruszyć się albo wymówić słowo. Zdumiony 

Brakiss wpatrywał się w gasnący wizerunek twarzy Imperatora Palpatinę’a. Kiedy hologram 

ostatecznie się rozpłynął, wszyscy szturmowcy ocknęli się jak za dotknięciem różdżki.

Personel   Akademii   Ciemnej   Strony   zaczął   przygotowywać   gwiezdną   stację   do 

największej, ostatecznej bitwy.

background image

ROZDZIAŁ 22

Jaina   wiedziała,   że   mimo   zamieszania   i   zniszczeń,   jakie   wywołał   atak   oddziałów 

Akademii   Ciemnej   Strony   na   ośrodek   przemysłowy   Wookiech,   młodzi   Jedi   nie   mogą 

pozostać na Kashyyyku. Stawka w tej grze była po prostu o wiele za wysoka... a liczyła się 

dosłownie każda chwila.

Ośrodek dowodzenia Nowej Republiki skierował kilka znajdujących się w pobliżu 

gwiezdnych jednostek, żeby przebywający na ich pokładach inżynierowie i żołnierze pomogli 

w usuwaniu szkód i porządkowaniu terenu fabryki. Dzięki temu Jaina, Lowie i Chewbacca 

mogli   poświęcić   się   bez   reszty   naprawianiu   „Ścigacza   Cieni”.   Wprawdzie   Wookie   nadal 

lekko utykał, ale kości prawidłowo się zrosły, a Chewie nie zamierzał dopuścić, żeby taka 

błaha dolegliwość przeszkodziła mu w pracy.

Za   przegrodą   w   zastawionej   najrozmaitszymi   urządzeniami   maszynowni   statku 

pracowała Jaina, najmniejsza spośród trójki istot zajmujących się naprawami. Wciśnięta w 

najciemniejszy  kąt   pod  kontrolnymi  pulpitami,  podłączała  kable   dostarczające  energię  do 

urządzeń   i   usuwała   urządzenia   diagnostyczne.   Wszystkie   części   zamienne   zostały 

przygotowane jeszcze przed atakiem imperialnych żołnierzy na Kashyyyk, ale teraz powinny 

zostać umieszczone we wnętrzu lśniącego kadłuba.

-   Włącz   zasilanie,   Lowie,   dopóki   jeszcze   siedzę   w   tym   kącie   -odezwała   się 

dziewczyna.   -   Każdy   obwód   uziemiłam   i   zaekranowałam,   ale   zanim   znajdziemy   się   w 

przestworzach, chciałabym się upewnić, że wszystko jest w porządku.

Młody Wookie warknął i pstryknął przełącznikiem. Zaryczał na dowód, że urządzenia 

działają prawidłowo. Niemal w tej samej chwili to samo uczynił Chewbacca.

Jaina westchnęła z prawdziwą ulgą.

-   Cieszę   się,   że   statek   znów   funkcjonuje,   jak   powinien   -   rzekła.   -   Musimy   stąd 

odlecieć   i   powrócić   na   Yavin   Cztery,   zanim   zaatakuje   go   Akademia   Ciemnej   Strony.   - 

Przełknęła ślinę. - Przecież od bardzo dawna ćwiczymy, przygotowując się do walki.

Lowie ryknął, zgadzając się z jej zdaniem, ale obaj Wookie i Sirra sprawiali wrażenie 

chyba   trochę   przygnębionych.   Sirra   wydała   kilka   krótkich   gardłowych   pomruków,   a   Em 

Teedee pospieszył z tłumaczeniem:

- Pani Sirrakuk mówi, że zostanie tu, żeby pomóc swoim ziomkom uprzątać bałagan i 

usuwać zniszczenia, ale doskonale rozumie, że pan Lowbacca musi powrócić, aby walczyć u 

boku innych Jedi. Na Kashyyyku z pewnością nie zabraknie Wookiech chętnych do pracy, ale 

background image

rycerzy Jedi jest niewielu... a ona jest niezmiernie dumna z tego, że jej brat zalicza się do ich 

grona.

Lowie burknął, dziękując siostrze za pochwałę.

Miniaturowy android-tłumacz po chwili dodał, wyrażając swoje zdanie:

- Przypuszczam, że pani Sirrakuk jest bardzo zadowolona z tego, iż ma takiego brata.

Sirra poklepała Lowiego po kosmatym ramieniu, a potem z dumą przesunęła palcami 

po   połyskującym   pasie,   uplecionym   z   długich   włókien,   jakie   zerwała   z   wnętrza   kwiatu 

syreniowca.   Jaina   wiedziała,   że   dzięki   temu   przed   siostrą   Lowiego   otworzyło   się   wiele 

podniecających   możliwości...   co   prawda,   istniejących   i   przedtem,   ale   teraz   o   wiele 

łatwiejszych do wykorzystania.

Jacen wbiegł po opuszczonej rampie „Ścigacza Cieni”. W ręku niósł niewielką klatkę 

z   Jonką   i   jej   maleństwami.   Cicho   mruczał,   wysyłając   do   mózgów   puchatych   gryzoni 

uspokajające myśli.

Tuż za nim weszła Tenel Ka, odziana w świeżo wypolerowany pancerz z jaszczurczej 

skóry. Wojowniczka z Dathomiry sprawiała wrażenie, że odzyskała wiarę we własne siły. 

Starannie zaplotła na nowo warkocze, posługując się jedną ręką i korzystając z techniki, którą 

opracował dla niej Anakin Solo.

-   Jesteśmy   przygotowani   do   startu   -   oznajmiła.   -   I   jesteśmy   gotowi   walczyć   jak 

prawdziwi rycerze Jedi.

Z gardła Lowiego wyrwał się entuzjastyczny ryk. Sirra objęła na pożegnanie najpierw 

brata, a później po kolei pozostałych młodych rycerzy.

Chewbacca, lekko utykając, wszedł po rampie i usiadł w sterowni na fotelu pilota, po 

czym zapiął pasy ochronnej sieci. Lowie opadł na fotel stojący za fotelem wuja. Przyciskając 

różne   klawisze,   podniósł   rampę,   a   później   zajął   się   włączaniem   zasilania   rozmaitych 

podsystemów. Obaj Wookie zaczęli się porozumiewać krótkimi szczęknięciami, sprawdzając 

wszystkie urządzenia zgodnie z procedurą przedstartową.

Sirrakuk   opuściła   wnętrze   połyskującego   wahadłowca   i   stanąwszy   na   lądowisku, 

obserwowała przygotowania do odlotu. Po kilku chwilach włączyły się silniki repulsorowe i 

„Ścigacz Cieni” uniósł się w powietrze. Jego załoga musiała ostrzec Luke’a Skywalkera i 

uczniów Jedi kształcących się w jego akademii.

- Wysłaliśmy wiadomość na Yavin Cztery, ale teraz musimy sami lecieć - powiedziała 

Jaina do brata. - Wujek Luke i tata wrócili już z tamtej zwiadowczej wyprawy, lecz naszej 

akademii grozi poważne niebezpieczeństwo.

- Nie podoba mi się to wszystko - zgodził się z nią Jacen.

background image

Nie przestając mruczeć  kojących  słów, umieścił  niewielką  klatkę z gryzoniami  na 

kolanach i przyglądał się, jak Tenel Ka zajmuje sąsiedni fotel. Dziewczyna także pragnęła, 

aby   „Ścigacz   Cieni”   jak   najszybciej   wystartował.   Musnęła   pas   z   kieszeniami,   w  których 

ukrywała różne przedmioty mogące posłużyć jako broń. Zapewne już myślała o czekającej 

walce.

Chewbacca   krótko   zawył,   oznajmiając,   że   wkrótce   włączy   silniki   napędu 

nadświetlnego. Po kilku minutach imperialny wahadłowiec dokonał skoku w nadprzestrzeń.

Pełną mocą silników skierował się ku Yavinowi Cztery. Wszyscy wiedzieli, że muszą 

się przygotować do najważniejszej walki w życiu.

Muszą stawić czoło Akademii Ciemnej Strony.

background image