background image
background image

 

 

 

 

Kevin J. Anderson

Rebecca Moesta

 

Zagubieni

 

Przełożył: Andrzej Syrzycki

background image

 

 

 

Rozdział 1

 
 
Jaina Solo spoglądała, jak szmaragdowozielona bryła księżyca Yavina Cztery maleje w rufowym

iluminatorze „Sokoła Tysiąclecia”. Westchnęła, wyraźnie zadowolona.

– Jacenie, cieszysz się, że wracamy do domu? – zapytała, spoglądając w bursztynowe oczy brata

bliźniaka.

Jacen przeczesał długimi palcami rozwichrzone brązowe włosy.
–  Nigdy  nie  przypuszczałem,  że  to  powiem  –  przyznał  –  ale  cieszę  się,  że  następny  miesiąc

spędzimy z mamą, tatą i braciszkiem Anakinem.

– Zapewne wydoroślałeś – zażartowała Jaina.
– Kto, ja? – odparł Jacen, bez powodzenia udając urażonego. – Nie-e-e. – Po chwili, chcąc dać

dowód  tego,  iż  teoria  jego  siostry  jest  błędna,  błysnął  zębami  w  szelmowskim  uśmiechu,  dzięki
któremu wyglądał jak młodsze wcielenie ojca, Hana Solo, i zapytał: – Opowiedzieć ci dobry kawał?

Jaina przewróciła oczami i wsunęła za ucho niesforny kosmyk włosów, który ciągle opadał jej na

czoło.

– Domyślam się, że i tak opowiesz, nawet jeżeli się nie zgodzę – po chwili pstryknęła palcami,

udając, że nagle przyszedł jej do głowy świetny pomysł: – Dlaczego nie pójdziesz do sterowni i nie
opowiesz go Tenel Ka?

Doskonale  wiedziała,  że  ich  najlepsza  przyjaciółka  rzadko  się  uśmiecha,  a  niemal  nigdy  nie

śmieje się z dowcipów Jacena, mimo iż chłopiec niemal codziennie opowiada jakiś, pragnąc ujrzeć
na jej twarzy chociaż cień uśmiechu.

–  Chcę,  żebyś  ty  była  moją  doświadczalną  słuchaczką  –  odparł  Jacen.  –  Później  wypróbuję  ten

dowcip na Lowbacce... o ile go odnajdę. Wiesz, mimo iż jest Wookiem, ma całkiem niezłe poczucie
humoru.

– Powinieneś znaleźć go bez trudu – oświadczyła Jaina. – „Sokół” nie jest aż taki duży, a możesz

być pewien, że przesiaduje w pobliżu jakiegoś komputera.

– Hej, chcesz tylko odwrócić moją uwagę, żebym nie opowiedział tego dowcipu – obruszył się

Jacen. – Jesteś gotowa?

Jaina głęboko westchnęła.
– No dobrze, co to za dowcip? – zapytała.
– Posłuchaj: Jak długo sypia wujek Luke?
Jaina zmarszczyła brwi i popatrzyła na brata.
– Tu mnie masz – powiedziała. – Nie wiem.
– Jedną noc Jedi. – Dumny z siebie Jacen wybuchnął głośnym śmiechem.
Jaina pozwoliła, by z jej piersi wydarł się melodramatyczny jęk.

background image

– Nie sądzę, by roześmiał się z tego nawet Wookie – oświadczyła.
Jacen sprawiał wrażenie zbitego z tropu.
–  Myślałem,  że  to  najlepszy  dowcip,  jaki  kiedykolwiek  opowiedziałem  –  stwierdził.  –  Sam  go

wymyśliłem.

Nagle jego twarz rozjaśniła się w uśmiechu.
–  Hej,  ciekaw  jestem,  czy  na  Coruscant  spotkamy  jeszcze  Zekka!  –  powiedział.  –  On  zawsze

śmieje się z moich dowcipów.

Jaina uśmiechnęła się na wspomnienie przyjaciela, bezdomnego urwisa, który został przygarnięty

przez  starego  Peckhuma  zaopatrującego  akademię  Jedi  w  żywność  i  sprzęt.  Zekk  był  o  kilka  lat
starszy  od  bliźniąt,  ale  udowodnił,  że  potrafi  być  przedsiębiorczy,  mimo  iż  nie  miał  szczęścia
w  dotychczasowym  życiu.  Jaina  mogła  całymi  godzinami  siedzieć  i  słuchać,  jak  Zekk  opowiada
o  swoim  dzieciństwie.  Urodził  się  na  Ennth.  Kiedy  jego  kolonię  spustoszył  kataklizm,  uciekł
pierwszym transportowcem, jaki przyleciał tam z zapasami żywności dla kolonistów.

Jaina nie potrafiła nie podziwiać samodzielności Zekka. Nigdy w życiu nie zrobił niczego, chyba

że  sam  tego  pragnął.  Prawdę  mówiąc,  kiedy  kapitan  statku  ratowniczego  oświadczył,  że  Mekk
powinien  trafić  do  sierocińca  albo  domu  zastępczego,  przy  pierwszej  okazji  uciekł  z  jego  statku
i przedostał się na pokład innego transportowca. Później latał od jednej planety do drugiej, czasami
pracując  jako  chłopiec  okrętowy,  innym  razem  podróżując  jako  pasażer  na  gapę.  Pewnego  dnia
spotkał  jednak  starego  Peckhuma,  który  właśnie  wracał  na  Coruscant.  Chociaż  obaj  byli  samotni
i niezależni, polubili się, a nawet zaprzyjaźnili. Od tego czasu mieszkali razem.

–  Masz  rację,  może  Zekk  roześmiałby  się  z  tego  dowcipu  –  przyznała  w  końcu  Jaina.  –  On  ma

czasami dziwaczne poczucie humoru.

Bliźnięta  pozostawiały  daleko  za  sobą  znajdującą  się  na  Yavinie  Cztery  akademię  Jedi.

Spoglądając  w  milczeniu  przez  iluminator  dostrzegły,  jak  ogniki  odległych  gwiazd  zamieniają  się
w  świetliste  linie.  „Sokół  Tysiąclecia”  znalazł  się  w  nadprzestrzeni  i  podążał  w  stronę  Coruscant.
Do domu.

 
Jacen  siedział  przy  stoliku  z  holograficznymi  szachami  i  przyglądał  się  ustawieniu  figur  na

planszy. Przetrząsał mózg w poszukiwaniu strategii, która pozwoliłaby  mu  najlepiej  zareagować  na
ostatni gambit Lowiego.

– Twoja kolej – odezwała się półgłosem Tenel Ka, jak zawsze rzeczowo.
Jacen miał nadzieję, że zdoła wygrać jedną czy dwie partie, choćby po to, żeby wywrzeć dobre

wrażenie na swojej koleżance. Nie potrafił jednak skupić myśli, kiedy raz po raz spoglądał na Tenel
Ka, siedzącą obok niego. Dziewczyna, odziana w tunikę z jaszczurczej skóry, skrzyżowała na piersi
obnażone ręce i uważnie przyglądała się wszystkim posunięciom. Za każdym razem, kiedy poruszała
się  albo  coś  mówiła,  złocistorude  włosy,  zaplecione  w  mnóstwo  warkoczyków,  wirowały  za  jej
głową jak w szaleńczym tańcu.

Jaina  stała  za  plecami  Lowiego,  który  siedział  po  przeciwnej  stronie  stolika,  ustawionego

w  świetlicy  „Sokoła”.  Nieustannie  szeptała,  wymieniając  z  młodym  Wookiem  uwagi,  wskazując  to
na  jedną  holograficzną  figurę,  to  na  drugą.  Niewielkie  drżące  wizerunki,  widoczne  na  polach
szachownicy, zdawały się niecierpliwie czekać na następny ruch Jacena. Chłopiec czuł, że nad górną
wargą  i  na  czole  zaczynają  się  zbierać  kropelki  potu.  Nie  liczył  na  to,  że  będzie  miał  jakąś  szansę
w  pojedynku  z  takim  geniuszem  komputerowym,  jakim  był  Lowie...  tym  bardziej  że  młodemu

background image

Wookiemu pomagała Jaina.

– Powinniśmy wyskoczyć z nadprzestrzeni mniej więcej za pięć standardowych minut – odezwał

się. Han Solo ze sterowni. – Jesteście gotowe, dzieciaki?

– Hej, tato, czy możemy sobie postrzelać? – zawołał Jacen, zrywając się na równe nogi. Ucieszył

się, że nie musi kończyć gry. Nareszcie coś, w czym jest dobry!

Chłopiec uwielbiał zabawę, którą kiedyś wymyślił ojciec dla niego i dla siostry. Ilekroć wracali

„Sokołem  Tysiąclecia”  na  Coruscant,  Han  pozwalał,  by  bliźnięta  zajmowały  miejsca  na  fotelach
artylerzystów  obu  działek.  Gdy  zbliżali  się  do  planety,  Jacen  i  Jaina  zaczynali  przepatrywać
przestworza. Szukali zaśmiecających je kawałków metalu i szczątków, pozostałych po kosmicznych
bitwach, jakie przed laty toczono nad Coruscant, podczas wojny z Imperium.

– Nigdy nie znajdujemy tylu śmieci, żeby wystarczyło dla nas obojga – poskarżyła się Jaina.
–  Ach,  tak?  –  zapytał  Jacen,  obdarzając  siostrę  najbardziej  wyzywającym  uśmiechem,  na  jaki

potrafił  się  zdobyć.  –  Martwisz  się,  bo  ostatnio  ja  trafiłem  w  jakąś  bryłę,  a  tobie  się  nie  udało.
Jestem pewien, że nie zabraknie szczątków ani dla mnie, ani dla ciebie. Mam przeczucie, że dzisiaj
oboje sobie postrzelamy. – Wzruszył ramionami. – Rzecz jasna, jeżeli nie czujesz się na siłach...

Oczy Jainy zamieniły się w szparki na znak, że dziewczyna podjęła wyzwanie. Jeden kącik jej ust

zadrżał w lekkim uśmiechu.

– No to na co jeszcze czekamy? – zapytała.
W następnej chwili odwróciła się i pobiegła do wieżyczki najbliższego działka, nie czekając, aż

jej  brat  pospieszy  do  drugiego.  Tenel  Ka  postanowiła  towarzyszyć  Jacenowi,  a  Lowie,  jak  zawsze
uczynny, puścił się długimi susami za Jaina.

Wszyscy  czworo  pozostawili  za  sobą  stolik  z  szachownicą  i  świetlistymi  figurkami

holograficznych  potworów,  które  przycupnęły  na  polach,  jakby  czekając  na  następny  ruch  któregoś
gracza.

Jacen znalazł się w wieżyczce dolnego działka i usiadł na fotelu artylerzysty, przystosowanym do

rozmiarów ciała dorosłej osoby. Zapiął sprzączki ochronnych pasów i pochylił się do przodu, żeby
sięgnąć  po  dźwignię  mechanizmu  spustowego.  Tenel  Ka  zajęła  miejsce  u  boku  chłopca.  Jej
granitowoszare oczy zwęziły się, jakby nie chciały widzieć niczego oprócz śmiercionośnej broni.

–  Obserwuj  ten  ekran  –  odezwał  się  Jacen.  –  W  przestworzach  nie  brakuje  śmieci,  ale

przeważnie są to małe bryłki.

– Mimo iż są takie małe, stanowią poważnie zagrożenie dla nadlatujących statków – powiedziała

Tenel Ka.

–  To  jest  fakt  –  przyznał  Jacen  i  wyszczerzył  zęby  w  szerokim  uśmiechu.  Właśnie  posłużył  się

zdaniem, jakie często słyszał z ust swojej koleżanki. – Dlatego niszczymy je, ilekroć mamy okazję.

Od  strony  drugiej  wieżyczki  dobiegły  nagle  odgłosy  radosnej  kanonady  na  dowód,  że  Jaina

zaczęła  strzelać  ze  swojego  czterolufowego  działka.  Po  chwili  rozległ  się  donośny  ryk  Wookiego
zachęcającego dziewczynę.

– Hej, jakim cudem udało się jej tak szybko coś namierzyć? – zapytał zdumiony Jacen.
– Spójrz na swój celownik – zauważyła Tenel Ka, pokazując świetliste linie na ekranie.
–  Och!  –  wykrzyknął  Jacen.  –  Ja  także  mógłbym  strzelać...  gdybym  nie  odrywał  spojrzenia  od

ekranu.

Obrócił wszystkie cztery lufy w ten sposób, by skierowały się ku wybranemu punktowi, a potem

obserwował,  jak  krzyż  celowniczy  na  ekranie  coraz  bardziej  się  przybliża.  Możliwe,  że  wyśledził

background image

kawałek  płyty  poszycia  kadłuba  starego  gwiezdnego  niszczyciela,  a  może  pustą  kapsułę  towarową,
porzuconą  w  przestworzach  przez  jakiegoś  przemytnika,  który  musiał  ratować  się  ucieczką.  Jacen
uchwycił obiekt w środek krzyża...

– Cel namierzony – oznajmiła Tenel Ka. – Uwaga... Strzelaj!
Jacen  zareagował  niemal  odruchowo  i  nacisnął  guzik  spustowy.  Ze  wszystkich  czterech  luf

wystrzeliły skupione wiązki światła. Dotarły do celu i zamieniły bryłkę metalu w chmurę ognistych
cząstek.

–  Hurra!  Trafiłem!  –  wrzasnął  Jacen.  Podobny  radosny  okrzyk  doleciał  od  strony  wieżyczki

górnego działka.

– Wygląda na to, że Jaina także trafiła swój kawałek złomu – stwierdziła Tenel Ka.
–  Tylko  nie  rozpędzajcie  się  za  bardzo!  –  krzyknął  na  wpół  żartobliwie  Han  Solo  ze  sterowni.

Jego drugi pilot, Chewbacca, zaryczał, zgadzając się z tą uwagą.

– Staramy się tylko, żeby można było bezpiecznie latać po galaktyce, tato! – odkrzyknął Jacen.
–  Na  razie  mamy  remis  –  oznajmiła  Jaina.  –  Powinniśmy  mieć  szansę  jeszcze  jednego  strzału.

Zgadzasz się, tato?

– Wy, bliźnięta, zawsze remisujecie – odparł Han. – Gdybym pozwolił wam strzelać tak długo, aż

jedno  trafi,  a  drugie  nie,  musiałbym  okrążać  ten  system  gwiezdny  przez  całe  lata.  Wracajcie  do
sterowni. Już prawie jesteśmy w domu.

 
Kiedy  „Sokół  Tysiąclecia”  łagodnie  osiadł  na  płaskim  dachu  jakiegoś  wieżowca,  Lowbacca

rozpiął pasy ochronnej sieci i jęknął. Lądowanie na Coruscant przebiegło bez zakłóceń, a on spędzał
wolny czas, optymalizując parametry pokładowych komputerów, ale bardzo pragnął znów oddychać
świeżym  powietrzem.  Nie  przeszkadzało  mu  nawet  to,  iż  było  to  powietrze  wielkiego  miasta,
przesycone mnóstwem różnych woni, pod warunkiem, że mógł ponownie przebywać na dostatecznie
dużej wysokości.

Zanim  zdążył  dojść  do  wysuniętej  rampy,  Jacen  i  Jaina  także  odpięli  pasy  i  wyplątali  się  ze

swoich  sieci.  Bliźnięta  minęły  go  w  otwartym  włazie  i  zbiegły  po  rampie,  pragnąc  jak  najszybciej
znaleźć  się  w  wyciągniętych  ramionach  matki.  Leia  Organa  Solo,  przywódczyni  Nowej  Republiki,
stała  na  płycie  lądowiska  w  towarzystwie  młodszego  syna,  Anakina,  i  złocistego  androida
protokolarnego, Threepia.

Lowie  upewnił  się,  czy  jego  zminiaturyzowany  android-tłumacz,  Em  Teedee,  jest  dokładnie

przypięty do plecionego pasa, po czym także zszedł po rampie. Z niejaką zazdrością przyglądał się
radosnej  scenie  powitania,  rozgrywającej  się  przed  jego  oczami.  Ciemnowłosy  Anakin  uwijał  się
wokół  Jacena  i  Jainy.  Kierując  na  starsze  rodzeństwo  jasnobłękitne  oczy,  zasypywał  bliźnięta
pytaniami.  Leia  spoglądała  na  wszystkie  dzieci  z  macierzyńską  miłością  i  dumą.  Czasami  kręciła
głową, a wówczas drżały jej długie brązowe włosy, ułożone w kunsztowne, piękne pukle. Kiedy Han
Solo zszedł po rampie i dołączył do pozostałych członków rodziny, radosnym pocałunkom, uściskom,
poklepywaniom po plecach i wichrzeniu włosów wprost nie było końca.

Lowie tęsknił do rodziny, którą pozostawił na Kashyyyku.
– Dziękujemy, mamo, że pozwoliłaś nam przylecieć z przyjaciółmi – odezwała się Jaina.
–  Wasi  przyjaciele  są  zawsze  mile  widzianymi  gośćmi  –  odparła  Leia.  Powitała  Lowiego

ciepłym  uśmiechem.  Potem,  zwróciwszy  się  w  stronę  Tenel  Ka,  która  zeszła  po  rampie  zaraz  za
Wookiem, lekko kiwnęła głową. – Jesteśmy waszą wizytą bardzo zaszczyceni. Proszę, zechciejcie się

background image

czuć w tym pałacu jak u siebie w domu.

Chociaż Lowie nie odezwał się ani słowem, Em Teedee, przyczepiony do jego pasa, zapiszczał

z zachwytu.

– Ach, See-Threepio! – powiedział. – Mój odpowiednik, mój poprzednik, mój... mentor! Muszę

przekazać  ci  tyle  nowych  informacji.  Z  pewnością  będziesz  przerażony,  kiedy  opowiem  ci
o  niektórych  przygodach,  jakie  przeżyłem  od  chwili,  kiedy  Chewbacca  po  raz  pierwszy  uruchomił
mnie w akademii Jedi...

–  Z  całą  pewnością!  –  odezwał  się  Threepio.  –  Miło  cię  znowu  widzieć,  Em  Teedee.  Wątpię

jednak, czy twoje przeżycia dadzą się porównać z poważnymi dyplomatycznymi obowiązkami, której
a  muszę  pełnić  na  Coruscant.  Nigdy  byś  nie  uwierzył,  jak  bardzo  drażliwi  potrafią  być  niektórzy
ambasadorzy z odległych światów.

Lowie  przewrócił  wielkimi  oczami,  charakteryzującymi  Wookiech,  kiedy  usłyszał,  że  oba

androidy  wdały  się  w  dłuższą  dyskusję,  wymieniając  uwagi  niemal  identycznymi  głosami.
Chewbacca, który właśnie zakończył wszystkie procedury, związane z lądowaniem „Sokoła”, zaczął
schodzić  po  rampie.  W  tej  samej  chwili  Lowie  odczepił  Em  Teedee  od  pasa  i  podał  miniaturowe
urządzenie  See-Threepiowi,  tak  by  oba  androidy  mogły  chociaż  przez  chwilę  wyglądać  jak
„rodzina”.

Kiedy  Lowie  pomyślał  o  rodzimym  Kashyyyku,  rodzicach  i  młodszej  siostrze,  cicho  westchnął.

Jego  wuj  musiał  jednak  to  usłyszeć,  gdyż  położył  wielką  dłoń  na  włochatym  ramieniu  siostrzeńca.
Możliwe,  że  Chewbacca  wyczuł,  iż  Lowie  tęskni  za  domem.  Posługując  się  mową  Wookiech,
natychmiast  zaczął  opisywać  komnatę,  którą  wybrał  dla  siostrzeńca,  znajdującą  się  na  najwyższym
piętrze  Pałacu  Imperialnego.  I  chociaż  Lowie  nie  mógł  widzieć  koron  drzew  z  okna  swojej  nowej
sypialni, Chewbacca zapewnił go, że wysokość, na jakiej została urządzona, zapiera dech w piersi,
dzięki czemu powinna zapewnić mu bezpieczeństwo i wygodę. Chewie postarał się także, by komnatę
udekorowano  drzewami  i  bujną  zieloną  roślinnością  stanowiącą  poszycie,  a  także  zaopatrzono
w hamaki.

–  Co  prawda,  nie  będziesz  się  czuł  jak  w  domu  –  powiedział  Chewbacca  –  ale  to  wspaniałe

mieszkanie na czas wakacji.

 
Tenel  Ka  rozglądała  się  po  przestronnej  komnacie,  którą  wybrała  dla  niej  Leia  Organa  Solo.

Wszystkie  meble  były  kunsztownie  rzeźbione,  a  zasłony,  firanki  i  narzuta  na  łóżko  sporządzone
z wykwintnych materiałów. Materac sprawiał wrażenie wygodnego i miękkiego.

Wszystko to przypominało dziewczynie widok jej komnaty w Pałacu Fontann na Hapes. Tenel Ka

zadrżała.  Ponieważ  gromadą  gwiezdną  Hapes  rządził  teraz  jej  ojciec,  syn  poprzedniej  królowej,
potężnej władczyni, który poślubił jedną z dathomirskich kobiet, Tenel Ka była hapańską księżniczką.
Ukrywała jednak swoje pochodzenie przed wszystkimi przyjaciółmi, z którymi uczyła się w akademii
Jedi.  Wolała  mówić,  że  jest  zwykłą  wojowniczką,  córką  kobiety,  urodzonej  na  niegościnnej
Dathomirze.  Jej  komnata  za  bardzo  przypominała  rodzinny  pałac  królewski  na  Hapes...  a  Tenel  Ka
czuła się niepewnie, otoczona takimi luksusami.

– A – powiedziała. – Aha.
Podeszła  do  łóżka,  szarpnięciem  ściągnęła  okrycie,  po  czym  zrzuciła  materac  na  błyszczące

kamienne płyty posadzki. Usiadła na nim i zadowolona, kiwnęła głową. Jej sypialnia nie wydawała
się  już  przytulna  i  szykowna.  Dziewczyna  dopiero  teraz  poczuła  się  w  niej  pewnie  –  komnata

background image

wyglądała jak sypialnia prawdziwej, nieustępliwej wojowniczki. To był fakt.

background image

 

 

 

Rozdział 2

 
 
Jaina  usiłowała  zasnąć,  ale  myślała  o  tym,  jak  bardzo  Coruscant  różni  się  od  bujnej  dżungli

porastającej Yavin Cztery. Wielkie miasto, zajmujące niemal całą powierzchnię planety, było bardzo
hałaśliwe, a hałas ten słyszało się przez całą dobę. W przeciwieństwie do niewielkiego księżyca, na
którym  tuż  przed  świtem  zapadała  niemal  zupełna  cisza,  stolica  Nowej  Republiki  tętniła  życiem
o każdej porze dnia i nocy.

Kiedy  następnego  ranka  spotkała  się  w  jadalni  z  Jacenem,  zauważyła,  że  jej  brat  także  ciągle

mruga powiekami podkrążonych oczu. Tenel Ka i Lowbacca wstali wcześnie i siedzieli przy stole,
zajęci spożywaniem śniadania. Na widok bliźniąt kiwnęli głowami. Wokół ich stołu uwijał się See-
Threepio, złocisty android protokolarny, robiąc wszystko, by posiłek zadowolił dostojnych gości.

Lowie jadł parujące, ale na wpół surowe kawałki krwistego mięsa, które nakładał mu android ze

złotej  tacy  o  krawędziach  kunsztownie  ozdobionych  splecionymi  pętlami.  Threepio  skorzystał
z  najlepszej  zastawy,  używanej  tylko  podczas  szczególnych  okazji,  a  podawał  wykwintne  potrawy,
pięknie przyozdobione i ułożone.

Młody  Wookie  miał  jednak  pewne  kłopoty  z  odsuwaniem  na  boki  niewielkich  gałązek

i  delikatnych  kwiatów  zdobiących  potrawy.  Tenel  Ka  posługiwała  się  małym  szpikulcem,  na  który
nadziewała leżące na jej talerzu kawałki owoców.

– Ach, dzień dobry, pani Jaino i panie Jacenie – odezwał się Threepio na widok bliźniąt. – Jak to

miło, że znów jesteście z nami w domu.

Jaina  zerknęła  na  holograficzne  okno,  zajmujące  niemal  całą  powierzchnię  jednej  ściany.

Przypomniała  sobie,  że  widzi  obraz  przekazywany  ze  szczytu  jakiejś  wieży  wzniesionej  w  innym
punkcie miasta. Ponieważ matka bliźniąt była przywódczynią Nowej Republiki, prywatne komnaty jej
rodziny, znajdujące się na jednym z najniższych pięter Pałacu Imperialnego, nie miały żadnych okien.
Jaina  wiedziała,  że  w  tej  chwili  wielu  dyplomatów  i  dostojników,  mieszkających  w  innych
dzielnicach miasta, spogląda przez swoje fałszywe okna na ten sam hologram.

– Dzięki, Threepio – odezwał się Jacen. – My także cieszyliśmy się na myśl o tym, że będziemy

mogli  spędzić  wakacje  w  domu.  Wujek  Luke  uczył  nas  niesamowitych  sztuczek,  stosowanych  przez
rycerzy Jedi, ale prawdę mówiąc, jesteśmy trochę nimi zmęczeni.

Android z metalicznym dźwiękiem złączył złociste dłonie.
–  Jestem  tym  zachwycony,  panie  Jacenie  –  oznajmił.  –  Chociaż  mnóstwo  czasu  zajmuje  mi

kształcenie pana Anakina, pozwoliłem sobie na opracowanie programu pańskich zajęć wakacyjnych.
Gdyby pańscy goście pragnęli wziąć udział w tych zajęciach, są także mile widziani. Och, to byłoby
zupełnie jak za dawnych czasów!

–  Zajęć!  –  wykrzyknął  Jacen,  który  zdążył  tymczasem  opaść  na  krzesło  i  właśnie  zaczynał

background image

pałaszować śniadanie. – Chyba żartujesz!

–  Och,  bynajmniej,  panie  Jacenie  –  odparł  z  godnością  złocisty  android.  –  Nie  może  pan

zaniedbywać nauki.

– Przykro nam, Threepio – odezwała się Jaina – ale mamy na dzisiaj inne plany.
Zanim android zdążył wymienić dodatkowe argumenty na poparcie swojego zdania, do komnaty

weszła Leia.

– Dzień dobry, dzieci – powiedziała.
Jaina uśmiechnęła się do matki. Księżniczka Leia wyglądała równie pięknie jak na starym zdjęciu

z  czasów  Rebelii,  które  jej  córka  zapamiętała.  Od  tamtych  czasów  Leia  wzięła  na  swoje  barki
wyjątkowo  ciężkie  brzemię.  Rozwiązywanie  zagmatwanych  problemów  natury  dyplomatycznej
zajmowało  jej  większość  każdego  dnia,  a  czasami  także  nocy,  kiedy  powinna  spać  i  regenerować
siły.

– Co dzisiaj robisz, mamo? – zapytała Jaina.
Leia  westchnęła  i  przewróciła  ciemnobrązowymi  oczami  w  sposób,  który  Jaina  często

nieświadomie naśladowała.

– Mam spotkanie z przedstawicielami ludu Drzewnych Wyjców z Bakony... – zaczęła. – Mówią

strasznie  dziwnym  językiem,  do  którego  zrozumienia  potrzeba  całej  grupy  tłumaczy.  Sama  dyskusja
z nimi zajmie mi cały ranek. – Zamknęła oczy i uniosła ręce, żeby potrzeć czubkami palców skronie.
–  Ich  naddźwiękowa  mowa  przyprawia  mnie  zawsze  o  ból  głowy!  –  Głęboko  westchnęła
i  wykrzywiła  usta  w  wymuszonym  uśmiechu.  – Ale  to  należy  do  moich  obowiązków  –  ciągnęła.  –
Musimy przecież robić wszystko, by umacniać Nową Republikę. Jej istnieniu zagrażają potężne siły.

–  To  jest  fakt  –  burknęła  szorstko  Tenel  Ka.  –  Z  własnego  doświadczenia  wiemy,  jakie

zagrożenie stanowi Akademia Ciemnej Strony i Drugie Imperium.

Lowie warknął, przyznając jej rację. On także pamiętał trudne chwile, jakie razem z bliźniętami

spędził na pokładzie imperialnej gwiezdnej stacji, ukrytej za maskującym polem siłowym.

– Hej, mam coś, co cię rozweseli, mamo – odezwał się Jacen, sięgając do kieszeni. – Zechciej

przyjąć to ode mnie jako prezent.

Wyciągnął  błyszczący  klejnot  corusca,  który  złowił  w  głębinach  gazowego  giganta,  Yavina,

korzystając z pomocy aparatury, jaką dysponowała orbitalna stacja wydobywcza.

Leia spojrzała na niego i zdumiona, kilka razy zamrugała.
– Jacenie, to przecież klejnot corusca! Czy to ten sam, który zdobyłeś, kiedy wyprawiłeś się na

łowy z Landem Calrissianem?

Jacen wzruszył ramionami, ale było widać, że uwaga matki sprawiła mu przyjemność.
– Ta-a, i ten sam, za pomocą którego wyciąłem otwór w drzwiach, żeby wyrwać się z Akademii

Ciemnej Strony. Podoba ci się?

Leia nie ukrywała, że jest bardzo wzruszona, ale zamknęła drogocenny kryształ w dłoni syna.
–  Bardzo  cennym  prezentem  jest  dla  mnie  już  sam  fakt,  że  zechciałeś  mi  go  podarować  –

oświadczyła. – Prawdę mówiąc, nie potrzebuję więcej klejnotów ani skarbów. Chciałabym, żebyś ty
go zatrzymał i zastanowił się, do czego można go wykorzystać. Z pewnością coś wymyślisz.

Jacen  zarumienił  się,  nie  potrafiąc  ukryć  zakłopotania,  a  po  chwili,  kiedy  matka  objęła  go

i ucałowała, zaczerwienił się jeszcze bardziej.

Nagle do salonu wpadł Han Solo, wykąpany i rozbudzony.
– A zatem, dzieciaki, co chcecie dzisiaj robić? – zapytał.

background image

Jaina podbiegła i uściskała ojca.
– Cześć, tato! – odparła. – Chcemy spędzić trochę czasu z naszym przyjacielem, Zekkiem. Dawno

go nie widzieliśmy.

–  Z  tym  niechlujnie  wyglądającym  kilkunastoletnim  poszukiwaczem  szmelcu  i  złomu?  –  zapytał

Han, lekko się uśmiechając.

– On wcale nie wygląda niechlujnie – oburzyła się Jaina, ale bez większego przekonania..
– Hej, przecież żartowałem – powiedział Han.
– Tylko uważajcie, żebyście nie wpadli w jakieś tarapaty – odezwała się Leia.
– Tarapaty? – powtórzył Jacen, przewracając oczami i robiąc zdziwioną minę. – Kto, my?
Leia kiwnęła głową.
– Pamiętaj cię, że jutro wieczorem wydajemy specjalny bankiet dla uczczenia grupy dyplomatów.

Nie  chcę,  żebyście  byli  wówczas  pod  opieką  medycznego  androida  z  powodu  skręcenia  kostki  czy
czegoś jeszcze gorszego.

Threepio,  który  właśnie  usiłował  nakłonić  ciemnowłosego Anakina,  żeby  przeszedł  do  innego,

cichszego pokoju, zdecydował się wtrącić do rozmowy.

– Naprawdę, pani Leio, wolałbym, żeby pozwoliła mi pani zatrzymać ich tutaj, tak by mogli się

uczyć. To byłoby o wiele bezpieczniejsze.

Anakin sprawiał wrażenie przygnębionego faktem, że nie będzie mógł się wyprawić ze starszym

bratem i siostrą.

– No cóż, nie musisz się martwić o ich bezpieczeństwo, mój sumienny kolego – odezwał się Em

Teedee,  przyczepiony  do  pasa  Lowbaccy.  –  Osobiście  dopilnuję,  żeby  zachowali  jak  najdalej
posuniętą ostrożność. Możesz na mnie polegać.

Lowbacca  burknął  coś,  co  miało  stanowić  komentarz  do  tej  wypowiedzi,  ale  Jaina  nie  sądziła,

żeby młody Wookie zgadzał się ze zdaniem miniaturowego androida-tłumacza.

 
Jaina, Lowbacca, Tenel Ka i Jacen stali obok siebie w jednym z gwarnych ośrodków informacji

turystycznej  Coruscant,  który  był  pomostem  wystającym  z  boku  majestatycznego  pałacu  w  kształcie
piramidy.  Na  planetę,  będącą  stolicą  Nowej  Republiki,  przybywały  z  całej  galaktyki  niezliczone
rzesze  dyplomatów  i  turystów.  Wszyscy  chcieli  wydać  swoje  kredyty  na  zwiedzanie  pałaców
i muzeów, a także oglądanie dziwnych rzeźb i budowli, wzniesionych w zamierzchłych czasach przez
artystów należących do rasy obcych istot.

Obok  ośrodka  przeleciał  kanciasty  android-informator,  unosząc  się  na  repulsorach

i  entuzjastycznie  paplając  coś  metalicznym  głosem.  Radośnie  wymieniał  wszystkie  wspaniałe
widoki, które warto było obejrzeć, jak również zachwalał jadłodajnie i restauracje, gdzie podawano
posiłki  dla  istot  o  rozmaitych  metabolizmach.  Informował  o  wycieczkach,  organizowanych  z  myślą
o  przybyszach  z  różnych  planet,  mówiących  odmiennymi  językami  i  oddychających  mieszankami
przedziwnych gazów.

Jaina niespokojnie się rozglądała, obserwując tłumy istot i automatów spieszących we wszystkie

strony. Widziała ambasadorów w białych szatach, pracowite androidy, a także egzotyczne stworzenia
przywiązane  smyczami  do  innych  egzotycznych  stworzeń.  Nie  potrafiłaby  powiedzieć,  które  były
inteligentnymi istotami, a które ich domowymi ulubieńcami.

–  Gdzie  on  się  podziewa?  –  odezwał  siew  pewnej  chwili  Jacen.  Z  rozwichrzonymi  włosami

i zaróżowionymi policzkami przyglądał się tłumom, wypatrując pośród nich znajomej twarzy.

background image

Czworo młodych Jedi stało pod kamienną rzeźbą Chimery. Głośnik, umieszczony w jej paszczy,

raz  po  raz  podawał  informacje  o  terminach  lądowania  różnych  wahadłowców.  W  pewnej  chwili
Jaina  spojrzała  w  niebo,  ozdobione  pierzastymi  obłokami,  i  ujrzała  srebrzyste  kadłuby  statków
opuszczających  orbitę  i  kierujących  się  ku  różnym  lądowiskom.  Dla  zabicia  czasu  usiłowała
rozpoznać  typy  lądujących  maszyn,  ale  przez  cały  czas  zastanawiała  się,  dlaczego  ich  przyjaciel,
Zekk, tak się spóźnia. Ponownie zerknęła na chronometr i upewniła się, że upłynęły zaledwie dwie
standardowe minuty od wyznaczonego terminu spotkania. A zatem po prostu nie mogła się doczekać,
kiedy znów zobaczy przyjaciela.

Nagle  z  posągu  Chimery,  pod  którym  stali,  tuż  przed  Jaina  zeskoczył  jakiś  chłopak  –  szczupły

kilkunastolatek o długich, sięgających do ramion włosach, których barwę można byłoby określić jako
trochę  jaśniejszą  niż  czarna.  Na  jego  pociągłej  twarzy  malował  się  szeroki  uśmiech,  a  w  zielonych
oczach,  szeroko  otwartych  z  radości,  było  widać  ciemniejsze  pierścienie  otaczające  szmaragdowe
tęczówki.

– Cześć, dzieciaki!
Zaskoczona  Jaina  gwałtownie  chwyciła  powietrze,  ale  Tenel  Ka  zareagowała  z  oszałamiającą

szybkością. Młoda wojowniczka z Dathomiry w ułamku sekundy wyciągnęła cienką wytrzymałą linkę
i zarzuciła pętlę na ramiona chłopca, po czym pociągnęła za drugi koniec.

– Hej! – krzyknął chłopak. – Czy w ten sposób rycerze Jedi witają wszystkich ludzi?
Jacen się roześmiał i klepnął koleżankę po ramieniu.
– To było dobre! – powiedział. – Tenel Ka, poznaj naszego przyjaciela, Zekka.
Tenel Ka mrugnęła oczami.
– To prawdziwa przyjemność – oznajmiła.
Szczupły chłopak zaczął się gimnastykować, chcąc uwolnić się z pętli krępującej jego ciało.
– Dla mnie także – bąknął niepewnie. – A teraz czy zechciałabyś rozwiązać linkę?
Tenel Ka jednym ruchem nadgarstka rozluźniła pętlę.
Kiedy  Zekk  z  godnością  doprowadzał  ubranie  do  ładu,  Jaina  przedstawiła  mu  drugiego

przyjaciela  młodych  Jedi,  Wookiego  Lowbaccę.  Chociaż  starszy  chłopiec  nie  wyglądał  na  silnie
zbudowanego,  był  wytrzymały  jak  blasteroodporny  pancerz.  Dziewczyna  uśmiechnęła  się,
zerknąwszy  na  jego  twarz.  Pomyślała,  że  mimo  smug  brudu  i  kurzu  na  twarzy  Zekk  wygląda  raczej
sympatycznie... ale przecież nie będzie zwracała mu uwagi na to, że pobrudził sobie twarz, prawda?

Chłopak,  który  tymczasem  zdążył  dojść  do  siebie,  uniósł  brwi  i  obdarzył  młodych  Jedi

szelmowskim uśmiechem.

– Czekałem na was, dzieciaki – powiedział. – Musimy zrobić i obejrzeć mnóstwo rzeczy... a poza

tym potrzebuję waszej pomocy, by wyciągnąć jakiś przedmiot.

– Dokąd idziemy? – zainteresował się Jacen.
Zekk wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.
– Rzecz jasna, tam, dokąd nie powinniśmy – odparł. Jaina także się uśmiechnęła.
– No to na co jeszcze czekamy? – zapytała.
 
Jacen spoglądał na miasto ciągnące się jak okiem sięgnąć i myślał o wszystkich miejscach, które

powinien zobaczyć i zbadać.

Coruscant było obecnie siedzibą władz Nowej Republiki, ale przedtem także Imperium, a przed

nim Starej Republiki. Wysokościowce wyrastały dosłownie w każdym wolnym miejscu, z upływem

background image

stuleci i zmianami kolejnych rządów pnąc się coraz wyżej i wyżej. Najwyższe gmachy piętrzyły się
na  wysokość  kilku  kilometrów.  Wiele  budynków  zrujnowano  i  spalono  podczas  krwawych  walk,
toczonych  w  okresie  Rebelii,  i  dopiero  niedawno  wzniesiono  ponownie  za  pomocą  gigantycznych
robotów  budowlanych.  Najniższe  poziomy  zajmującego  niemal  całą  powierzchnię  planety  miasta
pozostały  jednak  cmentarzyskiem  gnijących  śmieci,  szczątków  i  odpadków,  zapomnianych  w  ciągu
niezliczonych stuleci.

Wieżowce  były  tak  wysokie,  że  przerwy  między  nimi  wyglądały  jak  kamienne  kaniony.  Ich  dna

ginęły  w  nieprzeniknionym  mroku,  gdyż  nie  docierał  do  nich  blask  słońca.  Wysokościowce
połączono  za  pomocą  pomostów,  chodników  i  kładek,  rozwieszonych  na  różnych  poziomach
i tworzących gigantyczny labirynt, ale umożliwiających przechodzenie z jednego gmachu do drugiego.
Poruszanie  się  po  najniższych  czterdziestu  czy  pięćdziesięciu  piętrach  było  na  ogół  zabronione.
W głąb mrocznych podziemi zapuszczali się, ryzykując życie, jedynie uchodźcy i wygnańcy. Od czasu
do czasu spotykało się tam jednak poszukiwaczy skarbów albo odważnych łowców, którzy polowali
na dzikie bestie żywiące się padliną i odpadkami.

Jak  tubylec,  znający  każde  przejście,  Zekk  wiódł  czworo  przyjaciół  ku  najniższym  poziomom

miasta.  Zjeżdżali  różnymi  windami,  schodzili  rdzewiejącymi  metalowymi  schodami,  a  także
korzystali  z  tuneli  dla  pieszych  i  pomostów,  przerzuconych  między  sąsiednimi  budynkami.
Uradowany  Jacen  podążał  za  starszym  chłopcem.  Uwielbiał  wyprawy  w  nieznane  miejsca,  gdzie
w każdej chwili mógł się natknąć na okazy dziwnych roślin albo zwierząt.

Ściany  wieżowców  piętrzyły  się  jak  metalowo-szklane  urwiska  o  pionowych  ścianach,

oświetlanych coraz słabszą poświatą dochodzącą z góry. W miarę jak Zekk sprowadzał młodych Jedi
coraz  niżej,  ściany  budowli  były  bardziej  szorstkie.  Ze  szczelin  między  masywnymi  blokami
elementów konstrukcyjnych wyrastały kolonie gąbczastych grzybów. Na wiecznie wilgotnych murach
było  widać  strzępiaste  porosty.  Niektóre  jarzyły  się  chyba  własnym  światłem.  Lowbacca  czuł  się
niepewnie.  Jacen  przypomniał  sobie,  że  młody  Wookie  wychowywał  się  na  Kashyyyku,  gdzie
najniższe poziomy niebotycznego lasu były wyjątkowo niebezpieczne.

Chłopiec  słyszał  dobiegające  z  góry  wrzaski  i  skrzeczenie  drapieżnych  skrzydlatych  stworzeń...

jastrzębionietoperzy  żyjących  chyba  tylko  na  Coruscant.  W  pewnej  chwili  poczuł  podmuch  wiatru,
który przyniósł z najniższych poziomów ciężką, duszącą woń gnijących szczątków. Miał wrażenie, że
zbiera  mu  się  na  mdłości,  ale  mimo  to  nie  poddawał  się,  tym  bardziej  że  Zekk  nie  zwracał  na  te
wonie żadnej uwagi. Za chłopcami podążali Tenel Ka, Lowie i Jaina.

W  pewnej  chwili  wszyscy  przeszli  przez  kryty  pomost  łączący  dwa  wieżowce.  Wielu

transpastalowych  płyt  sufitu  brakowało,  a  przez  oczka  rdzewiejącej  siatki,  którą  zostały  kiedyś
wzmocnione,  z  cichym  świstem  wpadały  podmuchy  wiatru.  Jacen  zwrócił  uwagę  na  dziwne  znaki,
wyryte  albo  namalowane  na  kamiennych  murach.  Wydawało  mu  się,  że  każdy  znak  kryje  w  sobie
nieokreślone  zagrożenie.  Niektóre  przypominały  mu  zakrzywione  noże  albo  groźne  paszcze,
wypełnione  ostrymi  kłami,  ale  najczęściej  powtarzającym  się  znakiem  był  rysunek  równobocznego
trójkąta,  który  otaczał  krzyż  przecinający  kilka  koncentrycznych  okręgów.  Jacen  miał  wrażenie,  że
spogląda na czubek grota strzały, wymierzonej między jego oczy.

– Hej, Zekk, co oznacza ten znak? – zapytał, pokazując trójkąt z krzyżem celowniczym.
Starszy  chłopiec  zmarszczył  brwi,  po  czym  rozejrzał  się  ukradkiem  na  boki,  jakby  chciał  się

upewnić, że go nikt nie usłyszy.

–  Oznacza,  że  musimy  zachowywać  się  bardzo  cicho  i  iść  tak  szybko,  jak  możemy  –  szepnął..–

background image

Nie powinniśmy wchodzić do żadnego budynku, ozdobionego tym znakiem.

– Dlaczego? – zdziwił się Jacen.
– Bo to znak Zagubionych – wyjaśnił Zekk. – Należących do młodzieżowego gangu dzieciaków,

którzy  uciekli  z  domów  albo  zostali  porzuceni  przez  rodziców,  bo  sprawiali  im  za  dużo  kłopotów.
Przeważnie same nieprzyjemne typy.

– Miejmy nadzieję, że pozostaną zagubieni – zauważyła Jaina.
Zekk uniósł głowę. Było widać, że jest zaniepokojony. Jego czoło przecinała pionowa bruzda.
–  Możliwe,  że  nawet  w  tej  chwili  Zagubieni  śledzą  nasze  ruchy,  ale  jeszcze  nigdy  mnie  nie

złapali – powiedział. – To coś w rodzaju gry, w jaką bawię się z nimi.

– Jakim cudem udawało ci się zawsze umknąć przed nimi? – zapytała Jaina.
–  Po  prostu  jestem  w  tym  dobry.  Jestem  doskonałym  poszukiwaczem  –  odparł  Zekk  tonem

przechwałki.  –  Zapewne  nigdy  nie  będę  się  uczył,  żeby  zostać  rycerzem  Jedi,  ale  radzę  sobie,  jak
mogę, wykorzystując to, co umiem. Myślę, że jestem po prostu spryciarzem. A jednak – ciągnął po
chwili  –  mimo  że  łączy  mnie  z  nimi  coś  w  rodzaju  niepisanej  umowy,  nie  chciałbym  niepotrzebnie
ryzykować.  Zwłaszcza  teraz,  kiedy  przebywam  w  towarzystwo  dzieci  przywódczyni  Nowej
Republiki.

–  To  jest  fakt  –  odezwała  się  ponuro  Tenel  Ka.  Trzymała  dłonie  w  pobliżu  pasa  z  wieloma

kieszeniami, gotowa w każdej chwili wyciągnąć z którejś coś, co posłużyłoby do obrony.

Zekk  pospiesznie  przeprowadził  wszystkich  czworo  zdewastowanym  korytarzem  o  ścianach

ozdobionych licznymi znakami gangu. Jacen widział ślady świadczące o niedawnej obecności ludzi:
porzucone opakowania po syntetycznej żywności i otwory w obudowach, z których wyrwano różne
części aparatury albo przyrządy.

W końcu znaleźli się na najniższych poziomach. Wszyscy odetchnęli z prawdziwą ulgą, chociaż

Zekk przyznał, że tak głęboko nawet on bardzo rzadko się zapuszczał.

– Myślę, że to jakiś skrót – powiedział. – Potrzebuję waszej pomocy, bo chciałbym zabrać stąd

coś  wartościowego.  –  Uniósł  ciemne  brwi.  –  Przypuszczam,  że  będzie  wam  się  to  podobało.
Zwłaszcza tobie, Jacenie.

Zekk zarabiał na życie, wyciągając z podziemi miasta różne cenne przedmioty. Czasami bywały

to  podzespoły  i  przyrządy,  a  kiedy  indziej  elementy  wykonane  z  drogocennych  metali,  znalezione
w  opuszczonych  pomieszczeniach.  Czasami  chłopak  odnajdywał  zagubione  skarby,  których
poszukiwał  na  zlecenie  właścicieli,  a  niekiedy  wyprawiał  się  po  części  zapasowe,  umożliwiające
naprawę  przestarzałej,  ale  drogocennej  aparatury.  Najczęściej  trafiał  jednak  na  drobiazgi,  bardzo
chętnie  kupowane  przez  turystów  i  kolekcjonerów.  Miał  niezwykłą  zdolność  wyszukiwania
przedmiotów, których inni zbieracze, przetrząsający podziemia w ciągu wielu stuleci, po prostu nie
znaleźli.  Jakimś  cudem  wiedział,  gdzie  szukać,  choćby  miejsce  ukrycia  było  najmniej
prawdopodobne.

Schodzili  kręconą  klatką  schodową  przylegającą  do  zewnętrznej  ściany  jakiegoś  gmachu.  Cała

konstrukcja  była  porośnięta  wilgotnymi  mchami  czepiającymi  się  kamiennej  ściany,  po  której
nieustannie  spływały  strużki  wody.  Jacen  musiał  mrużyć  oczy,  żeby  odnajdywać  stopnie.  Kiedy
w  końcu  znaleźli  się  na  dole  i  skręcili  za  róg,  Zekk  stanął  jak  wryty.  W  niewyraźnej  poświacie
dochodzącej  z  bardzo  wysoka  Jacen  ujrzał  dziwne  szczątki  wystające  z  boku  gmachu.  Dopiero  po
kilku chwilach zorientował się, że widzi zrujnowane elementy konstrukcyjne, obnażone durastalowe
dźwigary...  i  kadłub  wraku  towarowego  transportowca.  Sądząc  po  algach,  zwieszających  się

background image

z kadłuba, i koloniach grzybów, rosnących w szczelinach, roztrzaskany statek musiał spoczywać tu od
bardzo dawna.

– O rany! – zawołał Zekk. – Nawet nie wiedziałem, że tu leży coś takiego! – Puścił się biegiem

ku  wrakowi  i  po  chwili  stanął  u  stóp  uszkodzonej  rampy.  –  Nie  do  wiary!  Nawet  nie  tknięty  ręką
żadnego poszukiwacza. Widzicie? Znów mam szczęście!

– To wahadłowiec Starej Republiki – odezwała się Jaina. – Ma co najmniej siedemdziesiąt lat.

Nie używa się tych statków od... już sama nawet nie pamiętam. Co za odkrycie!

Kiedy Zekk wspinał się po rampie, by zajrzeć do środka, Tenel Ka i Lowie trzymali trzeszczący

kadłub.  Ciemnowłosy  chłopak  zniknął  w  ładowni,  żeby  sprawdzić,  czy  nie  znajdzie  w  niej  czegoś
wartościowego.

–  Wiele  części  jest  nadal  w  dobrym  stanie  –  zawołał  z  wnętrza.  –  Silniki  także.  No,  no,  jest  tu

nawet i pilot! Przypuszczam, że jego zezwolenie na parkowanie jest od dawna nieważne.

Jacen, który także wspiął się po rampie, zobaczył szkielet, odziany w łachmany i wciąż jeszcze

przypięty do fotela w sterowni.

– Och, niech pan będzie ostrożny! – zapiszczał Em Teedee ze swojego zwykłego miejsca u pasa

Lowiego.  –  Opuszczone  statki  mogą  być  strasznie  niebezpieczne...  a  poza  tym  może  pan  się
pobrudzić.

– Czy właśnie to chciałeś nam pokazać, Zekku? – odezwała się Tenel Ka.
Młodzieniec  się  wyprostował,  ale  przy  tej  okazji  uderzył  głową  w  odkształconą  wzdłużnicę

biegnącą pod sklepieniem sterowni.

– Nie, nie, ten wahadłowiec to coś nowego także dla mnie – oznajmił. – Będę musiał przeznaczyć

o  wiele  więcej  czasu  na  badanie  tych  najniższych  poziomów.  –  Wyszczerzył  zęby  w  uśmiechu.  Na
jego  twarzy  było  widać  teraz  nowe  smugi  smaru  pochodzące  zapewne  z  przedziału  silnikowego,
a  dłonie  miał  oblepione  brudem  wskutek  przetrząsania  pomieszczeń  statku.  –  Wrócę  tu  jeszcze
kiedyś, ale waszej pomocy potrzebuję do czegoś innego. Chodźmy.

Wygramolił  się  z  czeluści  wraku  i  stanąwszy  u  szczytu  rampy,  uchwycił  przerdzewiałą

i  obluzowaną  poręcz.  Popatrzył  w  prawo  i  w  lewo,  jakby  obawiał  się,  że  ktoś  może  go  zobaczyć,
albo  chciał  zapamiętać,  gdzie  znajduje  się  cenne  znalezisko.  Można  było  odnieść  wrażenie,  że
czaszka nieszczęsnego pilota spogląda na niego pustymi oczodołami.

– Wygląda mi na to, że naprawdę znasz te podziemia jak własną kieszeń – stwierdził Jacen, kiedy

Zekk zszedł po rampie i zaczął prowadzić młodych Jedi w inne miejsce.

– Nabrałem dużej wprawy – oznajmił starszy chłopiec. – Wiecie, niektórzy nie latają często do

gwiazd  i  nie  pełnią  przez  cały  czas  dyplomatycznych  obowiązków.  Muszę  zadowalać  się  tym,  co
znajdę.

 
Kiedy  w  końcu  dotarli  do  miejsca,  do  którego  prowadził  ich  Zekk,  zbliżało  się  południe.

Podniecony ciemnowłosy chłopak zatarł dłonie w radosnym oczekiwaniu i wskazał coś znajdującego
się o wiele niżej.

– To tu – powiedział. – Widzicie?
Jacen  wychylił  się  poza  występ  muru  i  popatrzył  w  dół  na  przerdzewiały  budowlany  dźwig,

zaklinowany między pionowymi ścianami o jakieś dziesięć metrów poniżej miejsca, w którym stali...
absolutnie niedostępny. Maszyny tego typu poruszały się kiedyś po szynach, układanych wzdłuż ścian
budowanych  albo  remontowanych  gmachów.  Czyściły  mury,  dokonywały  napraw  i  zatykały  otwory

background image

durbetonowym  szczeliwem...  ale  ten  dźwig  zapewne  wypadł  z  szyn  i  zaklinował  się  co  najmniej
przed  stu  laty.  Belki  jego  kratownic,  połączone  i  krzyżujące  się  ze  sobą,  były  niemal  niewidoczne
pod grubym kobiercem mchów i porostów.

Jacen  zmrużył  oczy.  Przez  cały  czas  zastanawiał  się,  dlaczego  jego  starszy  przyjaciel  chce

odzyskać części takiej starej maszyny... W pewnej chwili dostrzegł jednak coś, co przypominało kępę
gęstych  krzaków,  a  było  kłębowiskiem  splecionych  drutów,  kabli  i  przewodów,  poprzetykanych
włóknami izolacji cieplnej, strzępami materiałów i kawałkami plastiku. Wyglądało zupełnie jak...

– To gniazdo jastrzębionietoperza – odezwał się Zekk. – Z czterema jajami w środku. Widzę je,

ale sam nie dam rady zejść do niego. Gdybym zdobył choćby jedno takie jajo, dostałbym za nie tyle
kredytów, że mógłbym żyć jak prawdziwy król chyba cały miesiąc.

– I chcesz, żebyśmy pomogli ci je zabrać? – zapytała domyślnie Jaina.
–  Coś  w  tym  rodzaju  –  odparł  Zekk.  –  Twoja  przyjaciółka  Tenel  Ka  ma  wytrzymałą  linkę...

Przekonałem się o tym na własnej skórze. A niektórzy z was wyglądają na doskonałych wspinaczy.
Zwłaszcza Wookie.

–  Och,  nie,  Lowbacco!  –  zakwilił  Em  Teedee.  –  Po  prostu  nie  możesz  narażać  się  na  takie

niebezpieczeństwo. Kategorycznie zabraniam!

Lowie,  który  w  pierwszej  chwili  nie  miał  zamiaru  schodzić  po  pionowej  ścianie,  usłyszawszy

uwagę androida, natychmiast zmienił zdanie. Warknął, zgadzając się na plan Zekka.

Tenel Ka zaczepiła ramiona kotwiczki o solidny metalowy wspornik.
– Ja umiem się dobrze wspinać i schodzić po ścianach – oznajmiła. – To jest fakt.
– Doskonale. – Zachwycony młodzieniec ponownie zatarł dłonie.
–  Pozwólcie,  że  i  ja  zejdę  –  odezwał  się  nagle  Jacen,  który  bardzo  chciał  dotknąć  na  pozór

gładkiej, ciepłej skorupy jaja i lepiej się przyjrzeć kształtowi gniazda. – Zawsze chciałem zobaczyć
to z bliska.

Chłopiec wiedział, że taka okazja może się już nie powtórzyć. Jastrzębionietoperze widywało się

często  w  czeluściach  kanionów  rozdzielających  wieżowce  na  Coruscant,  ale  schwytanie  żywego
drapieżnika było nieprawdopodobnie trudne.

Tenel Ka przerzuciła drugi koniec linki przez występ, po czym uchwyciła ją i zaczęła opuszczać

się ku staremu budowlanemu dźwigowi. Jacen widział kiedyś, jak dziewczyna schodzi po pionowej
ścianie  wielkiej  świątyni  na  Yavinie  Cztery,  ale  i  teraz  obserwował  z  taką  samą  fascynacją,  jak
Tenel Ka zsuwa się po lince, korzystając tylko z siły mięśni rąk i nóg.

Chłopiec  podziwiał  młodą  wojowniczkę  z  Dathomiry...  ale  bardzo  chciałby  zrobić  coś,  by  się

roześmiała.  Niemal  od  pierwszej  chwili,  gdy  ją  poznał,  opowiadał  jej  różne  dowcipy,  ale  ani  razu
nie udało mu się zobaczyć na jej twarzy choćby cienia uśmiechu. Wyglądało na to, że Tenel Ka nie
ma poczucia humoru, mimo to jednak Jacen się nie poddawał.

Dziewczyna dotarła do szczątków dźwigu i stanęła na niewielkiej platformie. Przywiązała koniec

linki i machnęła, dając Jacenowi znak, że może schodzić. Chłopiec owinął linkę wokół ciała i zaczął
się  zsuwać  wzdłuż  śliskiej  ściany,  usiłując  naśladować  ruchy  Tenel  Ka.  Wkrótce  i  on  stanął  na
chwiejącej się platformie dźwigu.

–  Bułka  z  masłem  –  powiedział  nonszalancko,  chociaż  z  trudem  oddychał,  po  czym  zaczął

pocierać dłonie.

– Nie, dziękuję – odparła Tenel Ka. – Nie jestem głodna.
Jacen zachichotał, ale wiedział, że młoda wojowniczka nie zdaje sobie sprawy z tego, że właśnie

background image

opowiedziała dobry dowcip.

Po lince opuścił się bez trudu Lowie, chociaż Em Teedee przez cały czas jęczał i biadolił:
– Och, już nie mogę na to patrzeć! Chyba wyłączę zasilanie czujników optycznych!
Kiedy wszyscy znaleźli się na skrzypiącej platformie, Jacen pochylił się i wyciągnął ręce, ale nie

mógł dosięgnąć splecionego gniazda znajdującego się jeszcze niżej.

– Zejdę tam – postanowił. – Później podam wam jaja.
Zanim  ktokolwiek  zdążył  się  sprzeciwić,  chłopiec  zanurkował  między  dwie  belki  kratownicy.

Jedną  dłonią  uchwycił  poprzeczkę,  chcąc  dosięgnąć  zwory  podtrzymującej  niezwykłe  gniazdo.  Na
brązowych  skorupach  widniały  zielonkawe  cętki,  dzięki  czemu  jaja  do  złudzenia  przypominały
wybrzuszenia zaprawy murarskiej porośniętej bladozielonymi mchami. Każde miało wielkość dłoni
Jacena  i  kiedy  chłopiec  dotknął  ciepłej  skorupy,  przekonał  się,  że  jest  twarda  i  szorstka  jak
powierzchnia  skały.  Posługując  się  Mocą,  wyczuł  ukryte  we  wnętrzu  żywe  pisklę
jastrzębionietoperza. Pomyślał, że mógłby użyć Mocy, żeby unieść jajo, tak by inni młodzi Jedi mogli
je pochwycić.

Uśmiechnął się, urzeczony cudem życia, po czym sięgnął po ciepłą kulkę. Nie była wcale ciężka.

Kiedy jednak wyciągał rękę, by dotknąć drugiej, usłyszał nad głową przeraźliwe skrzeczenie, coraz
bliższe i głośniejsze.

– Jacenie, uważaj! – krzyknęła Tenel Ka.
Chłopiec  uniósł  głowę  i  na  nieco  jaśniejszym  tle  zobaczył  połyskującą  sylwetkę  samicy

jastrzębionietoperza. Rozwścieczone stworzenie skrzeczało i nadlatywało ku niemu z wyciągniętymi
szponami  i  rozłożonymi  skrzydłami,  zakończonymi  ostrymi  kolcami.  Rozpiętość  skrzydeł  wynosiła
chyba  ze  dwa  metry.  Potwór  miał  ogromny,  zrogowaciały  dziób,  pełen  ostrych  zębów  barwy  kości
słoniowej, gotowych rozerwać ofiarę na strzępy.

– Oho – odezwał się do siebie chłopiec.
Lowie ryknął, przerażony. Tenel Ka sięgnęła do kieszeni pasa i wyciągnęła sztylet, przeznaczony

do rzucania... ale Jacen wiedział, że nie może czekać bezczynnie, aż ktoś inny mu pomoże.

Samica jastrzębionietoperza nurkowała ku niemu jak śmiercionośny pocisk. Jacen zamknął oczy

i  wysłał  ku  niej  wici  Mocy.  Pamiętał  o  tym,  że  ma  specjalny  talent  do  obchodzenia  się  ze
zwierzętami. Potrafił porozumiewać się z nimi, wyczuwać ich nastroje i przekazywać swoje myśli.

–  Już  dobrze  –  szepnął.  –  Przepraszam,  że  znaleźliśmy  się  tak  blisko  twojego  gniazda.  Uspokój

się. Wszystko będzie dobrze. Spokój.

Samica jastrzębionietoperza wytraciła prędkość i chwyciła jedną z niższych poprzecznych belek

w  pobliżu  gniazda  szponami,  których  twardość  można  by  porównać  z  wytrzymałością  durastali.
Kiedy  pazury  stworzenia  zdrapały  warstwę  rdzy  z  poprzeczki,  Jacen  usłyszał  piskliwy  zgrzyt,  ale
mimo to zachował spokój.

– Nie chcieliśmy skrzywdzić twoich dzieci – powiedział cicho. – Nie zabierzemy ci wszystkich

jaj.  Wezmę  tylko  to  jedno  i  obiecuję,  że  złożę  je  w  spokojnym  i  bezpiecznym  miejscu...  pięknym
ogrodzie  zoologicznym,  gdzie  twoje  maleństwo  będzie  wychowywane  i  podziwiane  przez  miliony
ludzi przybywających ze wszystkich zakątków galaktyki.

Samica  jastrzębionietoperza  syknęła  i  wyciągnąwszy  długą  szyję,  przybliżyła  łeb  do  twarzy

Jacena.  Chłopiec  poczuł  smrodliwą  woń  jej  oddechu  wydostającego  się  spomiędzy  ostrych  zębów.
Wiedział, że stworzenie jest wyjątkowo nieufne i dlatego zaczął wysyłać ku niemu myślowe obrazy
luksusowej  ptaszarni,  w  której  młody  jastrzębionietoperz  będzie  karmiony  smakołykami.  Będzie

background image

latał,  dokąd  zechce,  bez  obawy,  że  zagrozi  mu  głód,  ataki  drapieżników...  czy  pociski  myśliwych
należących do któregoś z podziemnych gangów. Ten ostatni wizerunek, pełen niewyraźnych sylwetek
młodych  ludzi  czających  się  między  wysokimi  gmachami  i  strzelających  do  bezbronnych  stworzeń,
Jacen zaczerpnął z mózgu samicy.

Widocznie  ten  ostatni  obraz  przekonał  ją,  gdyż  samica  jastrzębionietoperza  załopotała  długimi

skrzydłami, podobnymi do skórzanych, i odsunęła się od gniazda, zapewne rezygnując z zaatakowania
Jacena... przynajmniej na razie. Chłopiec uniósł głowę i wyszczerzył zęby do przyjaciół.

Tenel Ka stała ze sztyletem, gotowym do rzutu, cała napięta, jakby zamierzała później zeskoczyć

i  walczyć.  Jacen  poczuł  falę  ciepła  na  myśl  o  tym,  że  dziewczyna  chciała  stanąć  do  walki  w  jego
obronie.  Uniósł  jaj  o  jastrzębionietoperza,  którego  nie  wypuścił,  i  posługując  się  Mocą,  bardzo
ostrożnie  pozwolił  mu  się  wznosić  do  chwili,  kiedy  znalazło  się  w  dłoniach  Jainy.  Jego  siostra
przytuliła je do siebie, ale później przekazała Zekkowi.

– Co ty zrobiłeś? – zawołał zdumiony chłopak.
– Zawarłem umowę z samicą jastrzębionietoperza – odpowiedział Jacen. – Możemy wracać.
–  A  co  z  pozostałymi  jajami?  –  zdziwił  się  Zekk,  mimo  iż  sprawiał  wrażenie  oszołomionego

skarbem, który trzymał w dłoniach.

– Bierzemy tylko jedno – odparł Jacen. – Taka była umowa. A teraz lepiej się stąd wynośmy...

i to szybko.

Wspiął się po belkach kratownicy i wkrótce dołączył do Tenel Ka i Lowiego.
Młody  Wookie  zaczął  się  gorączkowo  wspinać  po  naprężonej  lince  i  po  chwili  stanął  na

kamiennej  półce.  Jacen  przynaglał  pozostałych,  by  wspinali  się  jeszcze  szybciej.  W  końcu,  kiedy
wszyscy znaleźli się znów na górze, Zekk zapytał:

– Myślałem, że zawarłeś układ z tą samicą. Po co w takim razie ten pośpiech?
Jacen  machnął  ręką,  przynaglając  wszystkich,  by  odeszli  jak  najdalej  od  szczątków  dźwigu

budowlanego.

– Ponieważ jastrzębionietoperze mają wyjątkowo krótką pamięć.

background image

 

 

 

Rozdział 3

 
 
Kiedy  pięcioro  przyjaciół  pozostawiło  gniazdo  jastrzębionietoperza  za  sobą  i  ruszyło  w  drogę

powrotną,  Jaina  szła  obok  Zekka.  Obserwowała,  jak  ciemnowłosy  chłopak,  wiedziony  chyba
instynktem, pewnie spieszy korytarzami, tunelami, pomostami i kładkami, prowadząc całą grupę jak
najkrótszą  drogą  ku  powierzchni.  Promieniał  dumą,  spoglądając  raz  po  raz  na  jajo,  jakby  było
bezcenną nagrodą, o której marzył od bardzo dawna.

–  Peckhum  powinien  być  zachwycony!  –  odezwał  się  w  pewnej  chwili,  przenosząc  spojrzenie

z  Jainy  na  Jacena.  –  Będzie  wiedział,  co  z  nim  zrobić.  Do  niego  przychodzą  wszyscy,  którzy
poszukują czegokolwiek w tych podziemiach. – Jeszcze raz spojrzał kątem oka na Jacena. – Możesz
się  o  nie  nie  martwić  –  dodał.  –  Znajdziemy  dla  niego  dobry  dom,  jak  obiecałeś  jego  matce.
Specjalista zoolog nie powinien mieć kłopotów z zatroszczeniem się o to pisklę, aż się wykluje..

Tenel Ka chrząknęła i zauważyła złowieszczo:
– Jeżeli doniesiemy je na powierzchnię.
Jaina  uświadomiła  sobie  nagle,  że  powrócili  na  opuszczone  poziomy,  upstrzone  znakami

młodzieżowego gangu. Tereny Zagubionych.

Końce krzyża zamkniętego we wnętrzu trójkąta odcinały się teraz od tła chyba jeszcze wyraźniej

niż  poprzednio.  Jaina  zastanawiała  się,  czy  w  tak  krótkim  czasie,  jaki  upłynął  od  pierwszego
pojawienia  się  młodych  Jedi,  członkowie  gangu  mogli  oznaczyć  swoje  terytorium  na  nowo.  Jeżeli
młodociani  uciekinierzy  tak  bacznie  obserwowali  wszystko,  co  dzieje  się  na  ich  terytorium,  było
możliwe, że już wiedzą o wizycie pięciorga nieproszonych gości.

Zapewne obserwują ich z kryjówki za mrocznym rogiem jakiegoś gmachu...
Tenel  Ka  napięła  mięśnie  i  wyciągnęła  mały  sztylet,  przeznaczony  do  rzucania.  Stała,

niespokojnie rozglądając się na boki. Sprawiała wrażenie gotowej w każdej chwili stanąć w obronie
przyjaciół,  ale  mimo  to  Jaina  wcale  nie  czuła  się  pewnie.  Zmysły  Jedi  informowały  ją
o niebezpieczeństwie. Dziewczyna czuła ciarki, przechodzące wzdłuż kręgosłupa.

–  Jeżeli  Zagubieni  są  tacy  bezwzględni  i  potężni,  jak  to  możliwe,  że  ani  razu  o  nich  nie

słyszeliśmy?  –  zainteresował  się  Jacen,  także  rozglądając  się  nerwowo,  kiedy  przechodzili  przez
skrzypiące, cuchnące pleśnią budynki.

–  Ponieważ  nigdy  przedtem  nie  schodziliście  do  podziemi  –  wyjaśnił  Zekk.  –  Ilekroć  mieliśmy

się spotkać, zawsze prosiliście, żebym przyszedł do Pałacu Imperialnego. Czasami umawialiśmy się
w  jakimś  pomieszczeniu  na  najwyższych,  bezpiecznych  poziomach.  Założę  się,  że  wasi  rodzice
wściekliby się, gdyby wiedzieli, gdzie jesteśmy w tej chwili.

– Potrafimy dawać sobie radę – błyskając ostrzem sztyletu, odezwała się Tenel Ka, ale chyba bez

większego przekonania.

background image

– Wielkie nieba, na pani miejscu nie byłbym tego taki pewien – zapiszczał Em Teedee, przypięty

do pasa Lowiego. Młody Wookie głośno jęknął.

Zekk lekko się uśmiechnął.
–  Dopiero  teraz  widzicie,  jak  żyję  w  tych  podziemiach.  Nie  mam  nikogo,  kto  troszczyłby  się

o  mnie  czy  przyrządzał  posiłki.  Nie  stać  mnie  także  na  luksus  zastanawiania  się,  co  zrobić,  by
zabawić  się  albo  rozerwać.  Każdego  dnia  muszę  schodzić  na  dół  i  szukać...  ale  na  szczęście  mam
dryg do znajdywania różnych rzeczy.

Jaina ze zdziwieniem stwierdziła, że w słowach przyjaciela słyszy nutę urazy.
– Zekku, jeżeli czegokolwiek potrzebowałeś, wystarczyło najzwyczajniej w świecie poprosić –

powiedziała. – Znaleźlibyśmy ci nowe mieszkanie i dalibyśmy trochę kredytów, żebyś mógł kupić to
i owo...

– A  kto  powiedział,  że  właśnie  tego  pragnę?  –  przerwał  szorstko  chłopak,  cedząc  słowa  przez

zaciśnięte  zęby.  –  Nie  potrzebuję  niczyjej  łaski.  Żyję  tu  jak  wolny  człowiek.  Robię  to,  na  co  mam
ochotę. A poza tym wolę polegać na własnym sprycie niż być ciągle psuty i rozpieszczany.

–  Coś  takiego,  panie  Zekku!  –  zapiszczał  Em  Teedee,  wtrącając  się  do  rozmowy.  –  Może

zainteresuje pana, że nie każdemu przeszkadza, kiedy jest psuty i rozpieszczany.

Jaina zignorowała uwagę androida-tłumacza i zaczęła się zastanawiać, czy naprawdę Zekk mówił

poważnie.

– Nie chodzi mi o was – odezwał się po chwili starszy chłopak, wzruszając ramionami. Popatrzył

na  rysunek  trójkąta  otaczającego  krzyż  celowniczy.  –  Nie  zamierzam  także  zostać  członkiem  gangu.
Jego  przywódca  Norys,  który  ma  mniej  więcej  tyle  samo  lat  co  my,  jest  wielkim  tchórzem  i  tylko
usiłuje  udawać  ważniaka.  Ponieważ  biegam  szybciej  niż  wszyscy  Zagubieni,  od  dawna  namawia
mnie,  bym  przyłączył  się  do  jego  gangu.  Bardzo  chciałby,  żebym  został  jego  prawą  ręką,  ale  jeżeli
chodzi o mnie, wolę pozostać niezależny. Podoba mi się praca na własne konta.

Zatrzymali się przed wejściem do budynku o ścianach dziurawych jak rzeszoto, w pobliżu wylotu

jednego ze zrujnowanych napowietrznych tuneli, wiodącego na wyższy poziom sąsiedniego gmachu.
Na  wewnętrznych  ścianach  krytego  chodnika  było  widać  jeszcze  więcej  złowieszczych  znaków
gangu. Co najmniej połowa okien była pozbawiona szyb, a przez otwory po nich wpadały podmuchy
wiatru.  Przelatywały  z  cichym  ni  to  świstem,  ni  to  szeptem,  jakby  chciały  ostrzec  śmiałków,  żeby
zawrócili.

Zekk obejrzał się przez ramię.
–  Ten  budynek,  w  którym  teraz  przebywamy,  pełni  funkcję  kwatery  głównej  Zagubionych  –

oznajmił. – Przechodząc przez niego, niesamowicie ryzykujemy. – Jego szmaragdowe oczy błysnęły.
– To nawet podniecające, nie sądzicie?

Gmach  był  ogromny  i  ciemny,  pełen  pustych  pomieszczeń,  które  musiały  być  kiedyś  salami

konferencyjnymi i magazynami, ale teraz były podobne do mrocznych jaskiń. Jaina zastanawiała się,
czy  w  gigantycznych  archiwach  komputerowych  Imperialnego  Ośrodka  Informacyjnego  istnieją
jeszcze jakiekolwiek kopie dokumentacji technicznej tego prastarego gmachu.

– Nie sądzę, żebyście musieli przejmować się Norysem – odezwał się Zekk, podnosząc głos. –

Uważa się za przywódcę gangu, ale nie ma wielkich ambicji. Nie interesuje go nic oprócz tego, by
stać  się  panem  i  władcą  zrujnowanej  części  pojedynczego  gmachu,  wzniesionego  na  niepozornej
planecie, jednej z wielu w ogromnej galaktyce. – W głosie młodzieńca zabrzmiała wyraźna kpina. –
Nigdy do niczego nie dojdzie, ponieważ nie umie myśleć o wzniosłych sprawach.

background image

W  tej  samej  chwili  od  sufitu  odskoczyło  z  trzaskiem  kilkanaście  płyt  i  na  posadzce  sali

wylądowała  taka  sama  liczba  wymizerowanych  chłopców  i  dziewcząt.  Wszyscy  byli  obdarci
i  brudni.  Na  ich  twarzach  malowało  się  zdecydowanie.  Każdy  członek  gangu  Zagubionych  trzymał
wymyślną broń, sporządzoną z kawałków metalu, jakich nie brakowało w podziemiach.

–  Usiłujesz  wyprowadzić  mnie  z  równowagi,  śmieciami?  –  odezwał  się  najwyższy,  silnie

umięśniony  chłopak.  Miał  szeroką  twarz  o  śniadej,  niemal  ciemnej  cerze  i  wąsko  rozstawionych
oczach. Kiedy rozchylił usta w grymasie, który miał być uśmiechem, ukazał sczerniałe, krzywe zęby.

– Podsłuchiwanie świadczy o braku wychowania, Norysie – odpowiedział Zekk.
Spojrzenie przywódcy gangu spoczęło na drogocennym jaju, które chłopiec odruchowo przycisnął

do piersi.

–  Popatrzcie  tylko,  co  takiego  znalazł  ten  mały  śmieciarz!  –  zakpił  Norys.  –  Hej,  posłuchajcie

wszyscy! Wygląda na to, że dzisiaj na kolację będziemy jedli jajecznicę.

Lowbacca  warknął  tak  głośno,  że  wystraszył  kilkoro  Zagubionych.  Obnażył  długie  kły,

charakterystyczne  dla  Wookiech.  Zekk  sprawiał  jednak  wrażenie  zdenerwowanego.  Zapewne
obawiał się, że nie będzie mógł tak szybko uciekać, trzymając drogocenny przedmiot.

– Na co potrzebne wam to jajo? – odezwał się rzeczowo Jacen.
– Norys chce je mieć tylko dlatego, żebym ja go nie miał – wyjaśnił Zekk. – Prawdopodobnie je

rozbije, gdyż nie ma pojęcia, ile jest warte.

Tenel  Ka  trzymała  teraz  w  obu  dłoniach  krótkie  sztylety,  w  każdej  chwili  gotowe  do  rzucenia.

Zagubieni  spojrzeli  na  nią  i  na  Wookiego,  po  czym  przenieśli  spojrzenia  na  Zekka  i  bliźnięta,
zapewne uważając, że poradzą sobie z nimi bez trudu.

–  W  takim  razie...  –  zaczął  Zekk,  powoli  wyciągając  ręce  z  jajem  przed  siebie,  w  stronę

krzepkiego członka gangu, jakby niechętnie zamierzał je oddać – jedynym rozsądnym wyjściem jest...
ucieczka!

Obrócił  się  na  pięcie  i  jak  wicher  pomknął  ku  wlotowi  zdewastowanego  napowietrznego

chodnika. Pod wpływem drgań, wywołanych uderzeniami jego stóp, od ściany oderwała się kolejna
płyta i bezszelestnie zniknęła w mrocznej czeluści. Młodzi Jedi zareagowali równie szybko. Puścili
się  śladami  przyjaciela  i  pobiegli  chybotliwym  chodnikiem,  kończącym  się  w  ścianie  sąsiedniego
gmachu.

Członkowie gangu zawyli z wściekłości i rzucili się w pościg, dla postrachu obijając topornymi

nożami i kastetami o występy na ścianach chodnika.

Nagle  Zekk,  który  dobiegł  mniej  więcej  do  środka  zrujnowanego  krytego  przejścia,  stanął  jak

wryty. Jeszcze jedna osoba należąca do gangu, młoda kobieta wyglądająca chyba nawet groźniej niż
Tenel Ka, wyłoniła się z sąsiedniego wieżowca i złowieszczo zagrodziła wylot chodnika.

Zekk  spojrzał  najpierw  w  jedną,  a  później  w  drugą  stronę,  jakby  szukał  natchnienia,  stojąc

pośrodku chwiejącego się tunelu. Przez otwory po wybitych szybach i brakujących płytach wpadały
podmuchy chłodnego wiatru.

– Chcę być sprawiedliwy i dlatego pozwolę wam rozstrzygnąć ten problem – powiedział, udając,

że się doskonale bawi. – Macie jakiś pomysł?

Jaina starała się pomyśleć, czy nie mogłaby posłużyć się jakąś sztuczką, której nauczył ich wujek

Luke,  kiedy  przebywali  w  akademii  Jedi.  Gdyby  miała  czas  się  skupić,  zapewne  potrafiłaby
przemieścić  jakiś  przedmiot,  posługując  się  Mocą,  ale  nie  sądziła,  by  jej  wątłe  siły  mogły  pomóc
znaleźć wyjście z trudnej sytuacji.

background image

Goniący pięcioro przyjaciół Norys zwolnił, ale się nie zatrzymał. Rozpierała go duma, poczucie

siły.

–  Teraz  oddasz  mi  to  jajo,  śmieciarzu,  a  wówczas  może  nie  zrzucimy  cię  w  przepaść!  –

powiedział.

W  tej  samej  chwili  wszyscy  usłyszeli  przenikliwy  pisk  zwierzęcia,  mrożący  krew  w  żyłach.

Ogromny  cień  samicy  jastrzębionietoperza  przesunął  się  jak  ciemna  szmata  po  popękanych  szybach
okien chodnika.

Stworzenie zaskrzeczało po raz drugi, po czym zawisnęło za oknem i uderzyło dziobem w cienką

drucianą  siatkę,  pozostałą  w  otworze  po  wybitej  szybie.  Samica  zasyczała  i  zaczęła  pluć,  usiłując
rozszarpać  dziobem  strzępy  siatki.  Wpiła  szpony  w  dolną  część  ramy  i  kołysząc  z  boku  na  bok
rozdwojonym językiem, próbowała dosięgnąć Norysa. Przerażony przywódca gangu jęknął, po czym
zachwiał się i cofnął jak rażony gromem.

Zekk ponownie przytulił jajo do piersi. Tymczasem Lowbacca, który ani na chwilę nie przestał

obserwować członkini gangu w drugim końcu przejścia, zagradzającej  dalszą  drogę,  dziko  zaryczał
i puścił się w jej stronę.

–  O  rety!  –  zakwilił  Em  Teedee.  –  Czy  nikt  nie  będzie  miał  mi  za  złe,  jeżeli  znów  wyłączę

zasilanie czujników optycznych? Nie mogę patrzeć na to wszystko!

Młoda  kobieta,  oszołomiona  atakiem  samicy  jastrzębionietoperza  i  przerażona  warczącym

futrzanym pociskiem pędzącym ku niej, odwróciła się i zniknęła.

– No to na co jeszcze czekamy? – krzyknęła Jaina.
Zekk  pochylił  się  i  tuląc  kurczowo  jajo,  pobiegł  za  nią.  Tenel  Ka  odwróciła  się  w  stronę

stojących Zagubionych, uniosła oba sztylety, jakby zamierzała je rzucić, po czym, wykorzystując całą
siłę mięśni nóg, puściła się za przyjaciółmi.

Samica  jastrzębionietoperza,  ujrzawszy,  że  uciekli,  po  raz  ostatni  zaskrzeczała,  a  potem

odleciała, najwyraźniej zadowolona.

Biegnący Zekk usłyszał jeszcze okrzyk Norysa:
–  Złapiemy  cię  następnym  razem,  śmieciarzu!  Czy  mnie  słyszysz?  Wcześniej  czy  później  i  tak

przyłączysz się do naszego gangu.

Zekk  nie  odpowiedział.  Nadal  wiódł  młodych  Jedi  labiryntem  klatek  schodowych,  kołyszących

się  napowietrznych  kładek,  ruchomych  schodów  i  turbowind,  coraz  wyżej  i  wyżej,  kierując  się  ku
powierzchni. Ciężko dyszał, ale na jego zaczerwienionej twarzy malowało się uniesienie. Przez cały
czas nie przestawał triumfalnie się uśmiechać i przyciskać drogocennego jaja do piersi.

– Pamiętam, jak mówiłeś, że jastrzębionietoperze mają krótką pamięć – powiedział, kilkakrotnie

chwytając powietrze między jednym a drugim słowem.

Jacen wzruszył ramionami, po czym spojrzał na chłopaka, jakby chciał go przeprosić.
– Czy nie cieszysz się, że nie miałem racji? – zapytał.
– Tak – przyznała Jaina. – Wszyscy się cieszymy.
– Chodźcie – przynaglił Zekk młodych Jedi. – Zanieśmy to do domu.

background image

 

 

 

Rozdział 4

 
 
Czworo  młodych  Jedi,  zgłodniałych  jak  wilki,  podążyło  za  Zekkiem  do  miejsca,  które  chłopak

nazywał  swoim  domem.  Większość  mieszkańców  Coruscant  opuściła  stolicę  w  czasach  toczonych
w  okresie  Rebelii  zaciętych  walk,  wskutek  czego  wiele  lokali,  znajdujących  się  na  środkowych
poziomach  miasta,  stało  pustych,  chociaż  nadawało  się  do  zamieszkania.  W  niektórych  żyli  ludzie,
wdzięczni  za  to,  że  nie  muszą  szukać  schronienia  na  najniższych  piętrach,  wiecznie  ciemnych,
wilgotnych i zaniedbanych.

Od  wielu  lat  jedno  z  takich  mieszkań  dzielił  Zekk  ze  starym  Peckhumem.  Chudy  siwowłosy

mężczyzna nie miał stałej pracy, ale od czasu do czasu podejmował się różnych zadań. Najczęściej
dostarczał  towary  na  pokładzie  „Piorunochronu”,  pokiereszowanego  towarowego  transportowca,
albo wykonywał prace, zlecane przez władze Nowej Republiki. Stary pilot i Zekk zaprzyjaźnili się
i pomagali sobie, jak ojciec i syn. Obaj byli zadowoleni z tego, że mają gdzie mieszkać i w trudnych
chwilach mogą liczyć na wzajemną pomoc.

Chłopak  poprowadził  czworo  młodych  Jedi  ciemnymi  korytarzami  wiodącymi  do  jego

mieszkania. Kiedy w końcu wszyscy dotarli na miejsce, Jaina zauważyła, że Peckhum zainstalował na
ścianie  obok  drzwi  nowy  odbiornik  informacji.  Zapewne  liczył  się  z  możliwością,  że  ktoś  mógłby
chcieć zostawić jakąś wideowiadomość, kiedy nikogo nie będzie w domu.

–  Możemy  tu  trochę  odetchnąć  –  oświadczył  Zekk.  Przycisnął  lewą  dłonią  jajo

jastrzębionietoperza  do  piersi  i  zaczął  przebierać  zwinnymi  palcami  prawej  po  klawiaturze
urządzenia umożliwiającego wejście do mieszkania.

Metalowe  drzwi  odsunęły  się  na  bok,  ukazując  oczom  czworga  przyjaciół  wnętrze  pełne

najróżniejszych  przedmiotów.  We  wszystkich  pokojach  piętrzyły  się  stosy  znalezionych  albo
wymontowanych przyrządów i automatów, a także częściowo naprawionych zabytkowych urządzeń,
o których przeznaczeniu nikt już dzisiaj nie pamiętał. W apartamencie fruwał mały ptak o szafirowym
upierzeniu. Jaina nie potrafiłaby powiedzieć, czy był własnością mieszkańców, czy tylko zabłądził,
szukając czegoś odpowiedniego do budowy gniazda.

Przy  chwiejącym  się  stole  siedział  starszawy  mężczyzna  i  spoglądał  na  manifest  okrętowy,

widoczny  na  ekranie  zniszczonego  komputerowego  notatnika.  Miał  długie  proste  siwe  włosy
i  pomarszczoną  twarz,  porośniętą  co  najmniej  kilkudniową  szczeciną.  Na  widok  Zekka  szeroko  się
uśmiechnął, po czym wstał od stołu.

–  Jak  to  dobrze,  że  wróciłeś  –  powiedział,  a  później  przeniósł  spojrzenie  na  czworo  młodych

Jedi. – Widzę, że zaprosiłeś gości. Witajcie, młodzi przyjaciele.

Zekk  upewnił  się,  że  drzwi  wejściowe  zamknęły  się  za  nimi,  a  Jacen  natychmiast  podjął  próbę

pochwycenia latającego ptaka. Tenel Ka spoglądała podejrzliwie na stosy pudeł i urządzenia, jakby

background image

szukała  pośród  nich  ukrytych  pułapek.  Lowie,  pragnąc  zapoznać  się  z  nieznanymi  woniami
przyrządów elektronicznych, kilka razy pociągnął nosem.

Tymczasem  Zekk  podszedł  do  stołu  i  z  promiennym  uśmiechem  wyciągnął  ręce  w  stronę

Peckhuma, pokazując cętkowane jajo jastrzębionietoperza.

– Popatrz, jaki skarb znaleźliśmy – powiedział. – Jak myślisz, ile za nie dostaniemy?
Mężczyzna pokiwał entuzjastycznie głową, po czym delikatnie wyjął jajo z dłoni chłopaka.
– Przypuszczam, że ponad sto kredytów – odparł. – Słyszałem, że wiele ogrodów zoologicznych

i ośrodków biologicznych chciałoby zdobyć takie cacko.

–  Tylko  upewnijcie  się,  że  pisklę  będzie  dobrze  traktowane  –  odezwał  się  poważnie  Jacen.  –

Obiecałem to jego matce.

Peckhum roześmiał się, kręcąc głową.
– Nigdy nie zrozumiem was, rycerzy Jedi – powiedział. – Myślę jednak, że to nie będzie bardzo

trudne.  Prawdę  mówiąc,  chyba  zacznę  od  rozmowy  z  twoją  matką.  Mówiono  mi  kiedyś,  że
przywódczyni Nowej Republiki poszukuje jakiegoś niezwykłego, egzotycznego stworzenia.

Zdumiony chłopiec zamrugał powiekami bursztynowych oczu.
– Nasza matka zaczęła zbierać okazy niezwykłych zwierząt? – zapytał. – Mogła przecież poprosić

mnie...

Peckhum wzruszył ramionami.
–  Nie  pytałem,  dlaczego  tego  poszukuje  –  stwierdził.  –  Domyślam  się,  że  chodzi  o  prezent  dla

jakiegoś  dyplomaty.  Przypuszczam,  że  to  jajo  byłoby  doskonałym  upominkiem,  gdyby  zostało
umieszczone w odpowiednim inkubatorze.

Jaina  rozejrzała  się,  czy  mogłaby  gdzieś  usiąść,  i  w  końcu  zdecydowała  się  na  stos  połatanych

i wypranych pledów, które stary Peckhum bez wątpienia zamierzał sprzedać jakiemuś handlarzowi.
Zekk  pospieszył  do  pomieszczenia  pełniącego  funkcję  kuchni,  po  czym  zajął  się  przygotowaniem
obiadu.

–  Ostatnio,  kiedy  się  widzieliśmy,  Peckhumie  –  odezwała  się  Jaina  tonem  przyjacielskiej

pogawędki – starałeś się stawić czoło bestii, która wyłoniła się z ostępów dżungli na Yavinie Cztery.

Peckhum nerwowo się roześmiał. Zapewne dobrze pamiętał tamte chwile.
– Od wielu lat nie byłem tak przerażony jak wówczas – przyznał. – Miejmy nadzieję, że z każdym

dniem wasz księżyc staje się coraz bardziej cywilizowany.

–  Czy  wybierasz  się  wkrótce  z  następnym  transportem  do  akademii  Jedi?  –  zainteresował  się

Jacen.

– Nie, zlecono mi dokonanie przeglądu zwierciadeł, umieszczonych na orbicie wokół Coruscant –

odparł  mężczyzna.  –  To  niewdzięczna  praca,  ale  dobrze  płatna...  a  przecież  ktoś  musi  ją  wykonać.
A poza tym, to nic trudnego, jeżeli spojrzeć na to od tej strony.

Ponieważ  niemal  całą  powierzchnię  Coruscant  zajmowało  miasto,  inżynierowie  już  dawno

opracowali  sposób,  dzięki  któremu  ludzie  mogli  mieszkać  nawet  w  bardzo  zimnych,  południowych
i  północnych  rejonach  planety.  Na  orbicie  umieszczono  ogromne  zwierciadła,  które  odbijały
promienie  słońca,  aby  później  skupić  je  i  skierować  w  tamte  okolice.  Dzięki  temu  uzyskiwano
wystarczająco dużo ciepła, żeby stopić podbiegunowe lody i umożliwić milionom ludzi zamieszkanie
nawet w tych niegościnnych miejscach.

Jaina  dobrze  rozumiała  wszystkie  kłopoty  techniczne,  związane  z  automatycznym  kierowaniem

ogromnych  zwierciadeł  w  taki  sposób,  żeby  odbite  promienie  padały  pod  odpowiednimi  kątami.

background image

Zajęcie,  polegające  na  okresowym  sprawdzaniu  poprawności  działania  luster,  przypominało  trochę
pracę  starożytnych  latarników,  którzy  także  kontrolowali  pracę  morskich  latarń,  rozmieszczonych
wzdłuż skalistych wybrzeży.

– Taka praca może być świetną okazją do oddawania się rozmyślaniom – stwierdziła Tenel Ka.
– To prawda – przyznał Peckhum. – Chciałbym tylko, żeby jej warunki nie były tak... surowe.
–  A  właściwie  dlaczego  warunki  pracy  w  orbitalnej  stacji  kontrolnej  są  surowe?  –  zapytała

Jaina.  –  Czy  nie  ma  tam  żadnych  urządzeń  zapewniających  rozrywkę?  Żadnych  automatów,
przygotowujących posiłki?

Peckhum parsknął.
–  Projektanci  stacji  przewidzieli  i  jedne,  i  drugie.  Co  z  tego,  kiedy  nie  działają.  Stacje,

kontrolujące pracę zwierciadeł, umieszczono na orbitach bardzo dawno, jeszcze zanim całą władzę
przejął  Imperator.  W  czasach  Imperium  uważano  pracę  w  nich  za  rodzaj  kary,  na  jaką  skazywano
szturmowców odmawiających wykonania rozkazu.

Automaty  przygotowujące  posiłki,  urządzenia  dostarczające  rozrywek,  systemy  regulacji

temperatury  czy  nawet  aparatura  telekomunikacyjna  –  to  wszystko  coraz  częściej  się  psuje.  Nie
słyszałem,  żeby  jacyś  technicy  chcieli  odwiedzić  taką  stację,  by  dokonać  przeglądu  urządzeń.
Widocznie Nowa Republika musi myśleć o tylu innych sprawach, że nie ma czasu zająć się jakością
holowideogramów w jakiejś stacji kontrolującej ustawienie zwierciadeł!

Jaina zacisnęła wargi i oparła brodę na dłoniach.
–  Chyba  znam  powód  tych  usterek  i  niedomagań  –  oznajmiła.  –  Zapewne  wystarczyłoby  tylko

zainstalować nową centralną jednostkę wielozadaniową. Możliwe, że wyeliminowałoby to wszystkie
awarie.

Peckhum wyłączył komputerowy notatnik, po czym wsunął go do skórzanej torby, przewieszonej

przez oparcie krzesła.

–  Mówisz  tak,  jakbym  sam  tego  nie  wiedział  –  odparł.  –  Takie  jednostki  są  jednak  strasznie

drogie, a poza tym bardzo trudno je otrzymać. Pięciokrotnie prosiłem o przysłanie nowej i za każdym
razem spotykałem się z odmową. Odpowiadano mi, że „środki, jakimi dysponuje Nowa Republika,
muszą  być  przydzielane  tam,  gdzie  są  najbardziej  potrzebne”.  –  Peckhum  powiedział  to  tak,  jakby
cytował  słowa  oficjalnego  raportu.  –  Widocznie  moich  potrzeb  nie  uważa  się  za  najpilniejsze.  –
Potarł zarost na policzku. – No cóż, jakoś będę musiał sobie radzić. Najważniejsze, że mam pracę.
W  zeszłym  miesiącu  wydałem  kilka  własnych  kredytów  i  kupiłem  kieszonkowy  odtwarzacz
hologramów. Zabiorę go ze sobą. Będzie musiał mi wystarczyć.

Z  kuchni  wyszedł  Zekk,  trzymając  tacę  ze  stosem  samopodgrzewających  się  pojemników

z racjami żywnościowymi.

–  Chyba  wiem,  gdzie  można  zdobyć  taką  centralną  jednostkę  wielozadaniową  –  powiedział,

dotykając  brodą  puszki  umieszczonej  na  wierzchołku  stosu.  –  Pamiętacie  ten  stary  wahadłowiec,
który  znaleźliśmy?  Z  pewnością  miał  na  pokładzie  wiele  podsystemów.  Musiał  być  wyposażony
w coś, co kontrolowałoby działanie wszystkich równocześnie.

– Z pewnością był – stwierdziła Jaina, energicznie kiwając głową. – Wszystkie stare pasażerskie

wahadłowce miały podobny system. Może był nieporęczny, ale funkcjonował bez zarzutu.

Peckhum wyszczerzył zęby w uśmiechu, ale po chwili zmarszczył czoło.
– No cóż, wyruszam w drogę jutro rano, a poza tym wcale nie jestem pewien, czy umiałbym sam

zainstalować taką jednostkę, nawet gdybyście mi ją dali – powiedział.

background image

Zekk machnął lekceważąco ręką.
–  Nie  przejmuj  się  tym  –  oświadczył  beztrosko.  –  Zanim  wrócisz,  zdobędę  to  urządzenie.

Obiecuję.

– A kiedy wyprawisz się znów do takiej stacji, polecimy z tobą i pomożemy ci je zainstalować –

zaproponowała  Jaina,  czując  nadarzającą  się  okazję.  Lowbacca  także  ryknął,  wyraźnie
zainteresowany tym pomysłem.

W oczach starego mężczyzny pojawiły się iskry zdumienia i zachwytu.
– No cóż, myślę, że może się wam udać – powiedział. – Uczcijmy to porządnym obiadem.
Jednym ruchem ręki zgarnął z blatu koślawego stołu różne przedmioty, robiąc miejsce, na którym

Zekk  mógłby  postawić  tacę  ze  stosem  racji  żywnościowych.  Ciemnowłosy  chłopak  przez  chwilę
przyglądał się puszkom, po czym wręczył wszystkim po jednej. Otwarcie wieczek uruchomiło ukryte
w  dnach  podgrzewacze  i  wkrótce  ze  środka  każdego  pojemnika  zaczęły  wydobywać  się  obłoczki
pary.

Jaina kilka razy podejrzliwie pociągnęła nosem, a Jacen szturchnął widelcem zawartość puszki.

Tenel  Ka  poświęciła  uwagę  napisom,  widocznym  na  przyklejonej  do  pojemnika  etykiecie.  Lowie
wyraził swoje wątpliwości przeciągłym warknięciem.

–  Nie  powinien  pan  tak  narzekać,  panie  Lowbacco  –  odezwał  się  Em  Teedee.  –  Jestem

przekonany,  że  to  coś  pożywnego.  Widzi  pan?  Na  znak,  że  zawartość  nadaje  się  do  spożycia,  na
etykiecie odciśnięto imperialną pieczęć.

Zekk uniósł jeden z pojemników.
–  To  stare  racje  żywnościowe,  jakie  wydawano  szturmowcom  –  oznajmił  z  dumą.  –  W  jednym

z niższych budynków znaleźliśmy imperialny magazyn z zapasami żywności. Możliwe, że te racje nie
są bardzo smaczne, ale zawierają wszystkie składniki, niezbędne dla organizmu człowieka.

Tenel Ka wbiła widelec w nieapetyczną masę, po czym uniosła do ust, by po chwili mruknięciem

przyznać rację chłopakowi.

– Całkiem znośne – oświadczyła.
Jaina zamieszała szarawą, podobną do kitu substancję, po czym uśmiechnęła się na widok Zekka,

który  właśnie  próbował  zawartość  swojego  pojemnika.  Po  chwili  i  ona  wzięła  do  ust  małą  porcję
i  stwierdziła,  że  nie  czuje  w  ustach  nieprzyjemnego  smaku,  jakiego  podświadomie  oczekiwała.
Prawdę  mówiąc,  nie  poczuła  żadnego  smaku,  więc  zaczęła  jeść,  nie  chcąc  okazać  się  nieuprzejma.
Kiedy skończyła, wstała od stołu i spojrzała w zielonkawe oczy Zekka.

– Czy pozwolisz, że teraz my zaprosimy cię na obiad? – zapytała.
Zekk uśmiechał się, usłyszawszy tę propozycję.
– Bardzo chętnie – odparł. – Kiedy?
–  No  cóż  –  rzekła  Jaina.  Zastanawiając  się,  przygryzła  dolną  wargę.  –  Ponieważ  Peckhum

odlatuje  jutro  rano,  dlaczego  nie  miałbyś  przyjść  do  Pałacu  Imperialnego  jutro  wieczorem?  Przed
południem rodzice zabierają nas na wycieczkę, ale po południu wydajemy coś w rodzaju uroczystego
bankietu.  Takie  przyjęcia  są  co  prawda  strasznie  nudne,  chcemy  cię  ugościć.  Myślę,  że  uda  mi  się
załatwić ci zaproszenie.

– Naprawdę? – zapytał z nadzieją chłopak.
– Jasne – odparła Jaina.
–  To  prawda  –  przyznał  Jacen.  –  Przypuszczam,  że  Threepio,  obsługując  nas,  napracuje  się  jak

nigdy przedtem.

background image
background image

 

 

 

Rozdział 5

 
 
Padające  ogromne  płatki  śniegu  były  ledwo  widoczne  na  tle  wszechobecnej  bieli

podbiegunowych  rejonów  Coruscant.  Jak  okiem  sięgnąć  królowały  śnieg  i  lód,  pokrywające
wszystkie  góry.  Powietrze,  wypuszczane  przez  Jainę,  tworzyło  przed  jej  twarzą  obłoczki  pary.
Dziewczyna  czuła  rozkoszne  mrowienie  nosa  i  gardła,  drażnionych  przez  lodowate,  ale  czyste
i świeże powietrze, którym oddychała.

W przeciwieństwie do niego tauntaun, którego dosiadała, po prostu śmierdział. Zwierzę powinno

być porządnie wytresowane i czyste, ale Jaina nie sądziła, żeby bothański hodowca, opiekujący się
bestiami  w  podbiegunowych  stajniach,  poświęcał  tyle  samo  czasu  na  utrzymywanie  stworzeń
w czystości, co na ich trenowanie.

Tauntaun  był  porośniętym  białą  sierścią  śnieżnym  gadem,  z  którego  łba  wyrastały  zakrzywione

rogi. Zwierzę biegało na silnie umięśnionych trójpalczastych tylnych łapach, ukształtowanych w taki
sposób,  żeby  mogło  dosyć  szybko  przedzierać  się  przez  śnieżne  zaspy.  Macierzystym  światem  tych
bestii była lodowa planeta Hoth, na której Sojusz Rebeliantów założył przed wielu laty tajną bazę.
Niedawno  pewien  przedsiębiorczy  hodowca  sprowadził  kilka  takich  gadów  do  urządzonej
w  podbiegunowych  okolicach  Coruscant  stajni  i  proponował  przejażdżki  entuzjastom  sportów
zimowych,  którzy  spędzali  wolny  czas  w  tych  stronach.  Okazało  się  jednak,  że  po
przetransportowaniu na inny świat tauntauny stały się narowiste i uparte. Jaina nie mogła zrozumieć,
jakim cudem przejażdżka na grzbiecie zwierzęcia może sprawić komukolwiek przyjemność.

Kiedy starała się dogonić Jacena, jadącego przed nią także na tauntaunie, jej bestia bez przerwy

szarpała łbem, zapewne usiłując pozbyć się wędzidła z pyska. Anakin jechał za plecami ojca, który
z  kolei  podążał  śladami  Leii.  Han  Solo  uważał  się  za  specjalistę  od  jeżdżenia  na  grzbietach  tych
upartych stworzeń, ale Jaina nie mogła powstrzymać chichotu na widok kłopotów ojca z rumakiem,
skaczącym dziko po śnieżnym pustkowiu.

Dziewczyna  najbardziej  cieszyła  się  z  okazji  spędzenia  kilku  godzin  z  rodziną,  z  daleka  od

zatłoczonych i gwarnych pomieszczeń metropolii. Cieszyła się, że dzieci mogą być po prostu dziećmi,
a rodzice – zwyczajnymi rodzicami... choćby tylko przez krótki czas.

Lowie postanowił zostać w towarzystwie swojego wuja, Chewbaccy, a Threepio zaproponował

Tenel Ka, że pokaże jej najtrudniejsze tory przeszkód na Coruscant.

Niedługo  Jaina,  Jacen  i  ich  przyjaciele  mieli  wrócić  do  akademii  Jedi  na  dalszą  część  nauki,

a Han i Leia musieli znów zająć się rozwiązywaniem problemów, związanych z umacnianiem Nowej
Republiki.

Na razie jednak wszyscy przebywali na wakacjach.
– Pościągajmy się! – zaproponował Jacen, pochylając się na grzbiecie tauntauna.

background image

Jaina natychmiast postanowiła podjąć rzucone przez brata wyzwanie.
–  No,  to  na  co  jeszcze  czekamy?  –  zapytała,  po  czym  także  pochyliła  się  i  wbiła  pięty  w  boki

swojego śnieżnego gada.

Kiedy jednak Jacen wydał dziki okrzyk, chcąc zachęcić swoją bestię do pośpiechu, jego tauntaun

przystanął i za żadne skarby nie chciał zrobić ani kroku dalej.

Tymczasem wierzchowiec Jainy pogalopował tak szybko, jak potrafił, ale dziewczyna nie miała

czasu, żeby cieszyć się ze zwycięstwa. Wszystko wskazywało na to, że czeka ją tyle samo kłopotów
z powstrzymaniem swojego gada co jej brata ze zmuszeniem swojego do ruszenia w dalszą drogę.

 
–  Jeszcze  trochę  zupy?  –  zapytała  Leia,  pochylając  się  nad  wbitym  w  jakąś  zaspę  termicznym

pojemnikiem.

Jaina pokręciła głową.
– Nie sądzę, żebym mogła przełknąć chociaż łyk, mamo – powiedziała.
– Hej, a ja poproszę jeszcze trochę – odezwał się Jacen.
– I ja także – zawtórował Anakin.
–  Powiedzmy,  że  razem  ze  mną  będzie  trzech  głodnych  mężczyzn  z  rodziny  Solo  –  dodał  Han,

wręczając  swój  kubek  i  obdarzając  Leię  szelmowskim  uśmiechem.  –  Nigdy  nie  potrafię  odmówić,
kiedy częstujesz czymś, co przygotowałaś specjalnie z myślą o wycieczce.

– Tak, przypuszczam, że potrafię naciskać guziki automatu przygotowującego posiłki zręczniej niż

jakakolwiek inna znana ci osoba – odparła cierpko Leia.

Jaina  westchnęła,  zadowolona,  że  wreszcie  ma  okazję  chociaż  trochę  odpocząć.  Przez  kilka

następnych  godzin  po  zakończeniu  przejażdżki  na  grzbietach  tauntaunów  zjeżdżali  na  turbonartach,
rzucali się pigułami, a nawet budowali zamki ze śniegu. Teraz, siedząc wygodnie na grubej warstwie
izolacyjnej termopianki, dziewczyna wyciągnęła ręce i zaczęła chwytać osiadające na jej rękawicach
płatki śniegu.

– Chciałabym, żebyśmy mogli robić to częściej – powiedziała.
– Może powinniśmy – zgodziła się jej matka.
Anakin skończył siorbać resztę zupy ze swojego kubka.
–  Ja  także  niedługo  polecę  do  akademii  Jedi  –  oznajmił.  –  Będziemy  mogli  wówczas  częściej

jadać razem posiłki.

–  Och,  dobrze,  że  mi  o  tym  przypomniałeś  –  rzekła  Leia.  –  Pamiętajcie,  że  dzisiaj  wieczorem

wydaję bardzo ważne przyjęcie na cześć nowej ambasador Alfy Karnaka.

– Gdzie jest ta Alfa Karnaka? – zainteresował się Jacen. – Chyba nigdy o niej nie słyszałem.
– Jeszcze dalej niż gromada gwiezdna Hapes – odparła jego matka. – W pobliżu systemów jądra

galaktyki.

–  Czy  to  właśnie  w  pobliżu  jądra  znajdują  się  systemy  będące  ostatnimi  bastionami,  jakie

dochowują wierności Imperium? – zapytała Jaina.

– Jasne, że tak – odparł Han Solo. – To właśnie dlatego to przyjęcie jest tak ważne dla waszej

matki. Będziecie musieli zachowywać się, jak najlepiej umiecie.

Jacen jęknął.
– Jeżeli to takie ważne, dlaczego my musimy uczestniczyć w tym bankiecie?
Leia obdarzyła go ciepłym uśmiechem.
–  Zależy  mi  na  tym,  żebyście  poznali  nową  panią  ambasador.  Musicie  wiedzieć,  że

background image

w społeczeństwie Alfy Karnaka dzieci odgrywają bardzo ważną rolę. Są traktowane jak drogocenne
skarby, z każdym dniem coraz bardziej wartościowe. W społeczności Karnaka wielodzietne rodziny
cieszą  się  największym  szacunkiem.  Część  ich  rządu  stanowi  rada  zajmująca  się  tylko  problemami
dzieci.

– Blasterowe błyskawice – mruknął Jacen. – Zupełnie zapomniałem. Przecież zaprosiliśmy Zekka

na dzisiejszy wieczór.

– Czy mógłby przyjść na ten bankiet, mamo? – zapytała błagalnie Jaina.
Leia wyglądała na zakłopotaną. Jaina rzadko widywała ten wyraz na twarzy matki.
– Zekk? Wasz młody przyjaciel? – zapytała. – Ten sam, który kiedyś nie miał gdzie mieszkać?
– Czy nie mówiłaś zawsze, że liczy się charakter, a nie to, gdzie kto mieszka i skąd pochodzi? –

odezwała się Jaina, jakby chcąc się usprawiedliwić.

– No, ta-a-a-k... – odparła Leia, wyraźnie przeciągając to słowo.
–  Proszę  cię,  mamo,  zgódź  się!  –  nalegała  dziewczyna.  –  Jeżeli  się  zgodzisz,  pozwolę  nawet,

żebyś zaplotła moje włosy – dodała z nadzieją.

Spojrzała na braci, jakby szukając u nich poparcia, i zauważyła na twarzy Anakina ów szczególny

wyraz,  jaki  malował  się  na  niej  zawsze,  ilekroć  młodszy  brat  usiłował  rozwiązać  jakiś  trudny
problem.

–  Jeżeli  ci  z  Karnaka  tak  bardzo  cenią  dzieci,  czy  ich  pani  ambasador  nie  będzie  jeszcze

szczęśliwsza, jeżeli przy stole ujrzy o jedno dziecko więcej? – zapytał w końcu chłopiec.

Twarz jego matki natychmiast się rozchmurzyła.
–  Tak,  oczywiście.  Masz  rację.  Wasz  przyjaciel  Zekk  będzie  mile  widzianym  gościem.  Prawdę

mówiąc, uważam, że powinniście zaprosić także Tenel Ka i Lowiego.

Jaina roześmiała się, nie kryjąc wielkiej ulgi.
– Wspaniale! Zaproszę ich, kiedy powrócimy.
Jacen, który także skończył jeść zupę, wstał i zapytał:
– Czy musimy wracać już w tej chwili? Han zerknął na chronometr.
– Nie, została nam jeszcze godzina albo dwie – odparł.
–  No  cóż,  w  takim  razie  –  zaczął  chłopiec  –  pościgajmy  się,  kto  będzie  pierwszy  u  stóp  tamtej

góry!

Wszyscy się roześmieli, a potem zaczęli pospiesznie przypinać turbonarty.

background image

 

 

 

Rozdział 6

 
 
Tego samego wieczora o umówionej godzinie Zekk pojawił się przed bramą i został wpuszczony

do  ogromnego  pałacu.  Strażnicy  Nowej  Republiki  sprawdzili,  czy  jego  nazwisko  figuruje  na  liście
zaproszonych  gości,  po  czym  wskazali  mu  jeden  z  eleganckich,  kolebkowo  sklepionych  korytarzy.
Chociaż chłopak znał drogę do komnat Jacena i Jainy, umundurowani żołnierze nalegali, że będą jego
oficjalną „eskortą”. Zekk był tym wszystkim cokolwiek onieśmielony.

W  nowych,  odświętnych,  ale  niewygodnych  szatach  czuł  się  dziwnie  skrępowany,  wiedział

jednak, że podczas oficjalnego bankietu powinien być elegancko ubrany. Przyrzekł sobie w duchu, że
nie  wprawi  nikogo  w  zakłopotanie.  Najbardziej  zależało  mu  na  tym,  by  nie  przynieść  wstydu
bliźniętom.

Zanim  stary  Peckhum  odleciał  do  orbitalnej  stacji,  by  samotnie  dokonać  przeglądu  urządzeń

kontrolujących  ustawienie  ogromnych  zwierciadeł,  pomógł  Zekkowi  wybrać  kilka  części
odpowiedniego  na  tę  uroczystość  stroju.  Później  młodzieniec  wyruszył  na  poszukiwania  stosownej
marynarki,  którą  udało  mu  się  w  końcu  zdobyć  dzięki  temu,  że  sprzedał  kilka  najładniejszych
świecidełek  i  zabytków  ze  swojej  kolekcji.  Teraz,  kiedy  jechał  turbowindąna  wyższy  poziom,
a  potem  kroczył  labiryntem  okazałych  korytarzy,  kierując  się  ku  apartamentom,  zajmowanym  przez
przywódczynię Nowej Republiki, czuł się jak prawdziwy strojniś.

Przed  drzwiami  zauważył  go  android  protokolarny  See-Threepio.  Wprowadził  chłopaka  do

komnaty, po czym zamaszystym gestem złocistej ręki odprawił żołnierzy.

– Ach, cieszę się, że pan przyszedł, młody panie Zekku – powiedział. – Prawdę mówiąc, trochę

jednak  się  pan  spóźnił.  Będziemy  musieli  się  pospieszyć.  Trzeba  będzie  jeszcze  przygotować  to
i owo.

Zekk przeciągnął dłońmi po fałdach niewygodnego odświętnego ubrania.
–  Co  to  znaczy,  przygotować  to  i  owo?  –  zapytał.  –  Jestem  przecież  gotów.  Mam  na  sobie

uroczyste ubranie... czego jeszcze mi potrzeba?

Z  głośnika  w  głowie  Threepia  wydobyło  się  kilka  dźwięków  do  złudzenia  przypominających

cmoknięcia. Android przesunął dłonią po gorsie koszuli Zekka.

–  O  rety  –  jęknął.  –  To  ubranie  jest  naprawdę  szykowne,  ale  przede  wszystkim  bardzo...

niezwykłe. Jeżeli moje bazy danych się nie mylą, przed kilkoma dziesięcioleciami było uważane za
dosyć modne. Powiedziałbym nawet, że ma całkiem dużą wartość historyczną.

Zekk  poczuł  nagle,  że  ogarnia  go  rozczarowanie.  Poświęcił  przecież  tyle  czasu  i  trudu,  aby

prezentować  się  jak  najlepiej.  Uczynił  naprawdę  wszystko,  co  tylko  było  w  jego  mocy,  a  gderliwy
android, lekceważąc jego dobre chęci, w ciągu kilku sekund pozbawił go wszelkich złudzeń.

Z bocznej komnaty niemal wybiegła Leia Organa Solo, ale na widok Zekka stanęła w pół kroku.

background image

Jej oczy rozszerzyły się ze zdziwienia.

– Och... to znaczy, witaj, chłopcze – odezwała się po chwili. – Cieszę się, że przyszedłeś.
Obejrzała  go  od  stóp  do  głów,  jakby  chciała  przeniknąć  spojrzeniem  na  wylot.  Zekk  zgrzytnął

zębami, ale starał się nie dać poznać po sobie, że poczuł się zakłopotany. Był jednak niemal pewien,
że na jego policzkach pojawiły się szkarłatne plamy. Uroczysty strój, jaki włożył specjalnie z myślą
o bankiecie, wydawał mu się teraz równie śmieszny jak kostium pajaca.

– Mam nadzieję, że nie sprawiam nikomu kłopotu... – zaczął i urwał, nie wiedząc, co powinien

powiedzieć. – To znaczy... Nie starałem się, żeby Jacen i Jaina mnie zaprosili...

–  Nie  przejmuj  się  tym,  chłopcze  –  przerwała  mu  Leia,  a  potem  obdarzyła  chłopaka  ciepłym

uśmiechem.  –  Nowa  pani  ambasador  z  Alfy  Karnaka  przybyła  z  własną  gromadką  dzieci,  tak  że
możesz się uspokoić. Po prostu zachowuj się, jak najlepiej potrafisz.

Po chwili powrócił Threepio, niosąc kilka przedmiotów mających poprawić wygląd zewnętrzny

gościa.

–  Młody  panie  Zekku,  przypuszczam,  że  powinniśmy  zacząć  od  czesania  włosów  –  oznajmił.  –

Wszyscy  muszą  się  prezentować  jak  najbardziej  okazale.  Ten  bankiet  jest  dla  Nowej  Republiki
sprawą honoru. Jaka szkoda, że nie udało mi się dotrzeć do tych starych baz danych, które zawierały
informacje  na  temat  zwyczajów  panujących  na Alfie  Karnaka!  Wygląda  na  to,  że  moi  programiści
zupełnie  o  nich  zapomnieli.  –  Zaczął  czesać  włosy  Zekka.  –  O  rety,  z  pewnością  powinno  się  je
ostrzyc! Hmmm, jestem ciekaw, czy mielibyśmy na to chociaż trochę czasu...

Do  Zekka,  stojącego  nieruchomo  i  poddającego  się  zabiegom  przesadnie  troskliwego  androida,

podbiegły  bliźnięta,  by  powitać  przyjaciela.  Przygładzone,  proste  włosy  chłopca  wyglądały
naprawdę niezwykle, a jego twarz została tak dokładnie umyta, że Jecen tylko z trudem go rozpoznał.

–  Witaj,  Zekku!  –  zawołała  Jaina,  naprawdę  ucieszona  pojawieniem  się  gościa,  ale  na  widok

niezwykłego ubrania przyjaciela przycisnęła palce do ust, z trudem tłumiąc chichot. Chłopak poczuł,
że rumieńce wstydu na jego twarzy przybierają intensywniejszy odcień.

Spróbował wyrwać się z objęć nieustannie zrzędzącego androida, ale Threepio przypomniał mu

surowo:

–  Przecież  jestem  protokolarnym  androidem,  proszę  pana,  i  doskonale  wiem,  jak  powinno  się

wyglądać podczas takich uroczystości.

Zekk  nie  zamierzał  się  z  nim  sprzeczać,  ale  kilkakrotnie  skrzywił  się,  kiedy  Threepio  uparcie

rozczesywał jego włosy.

–  Nie  jestem  pewien,  czy  to  był  dobry  pomysł  –  powiedział,  zwracając  się  do  bliźniąt.  –

Pamiętajcie  o  tym,  że  nie  znam  się  na  dyplomacji.  Nie  wiem  niczego  na  temat  dobrych  manier  ani
etykiety.

Jaina się roześmiała.
– Nie przejmuj się tym – odrzekła. – Kieruj się zdrowym rozsądkiem we wszystkim, co będziesz

robił  albo  mówił,  i  przyglądaj  się  temu,  co  będą  robili  inni.  To  uroczysty  dyplomatyczny  bankiet,
w  trakcie  którego  będziesz  musiał  postępować  zgodnie  z  wieloma  nudnymi  ceremoniami,  ale
jedzenie powinno być wyśmienite. Z pewnością będzie ci smakowało.

Zekk nie uznał za słuszne przypomnieć dziewczynie, że bardzo łatwo było jej mówić takie rzeczy.

Przecież  uczono  ją  przez  tyle  lat  dyplomatycznych  procedur  i  ceremoniałów,  że  teraz  niemal
instynktownie  wiedziała,  jak  powinna  zachowywać  się  w  różnych  sytuacjach.  On  jednak  nie  był
wychowywany w taki sposób. Pomyślał, że cała impreza będzie jedną wielką katastrofą.

background image

See-Threepio, który w końcu chyba zrezygnował z całkowitego rozczesania włosów gościa, stał

teraz przed nim i z rozpaczą załamywał złociste ręce.

– O rety – westchnął w końcu. – Mam wrażenie, że to wszystko nie wypadnie najlepiej.
Zekk nie mógł się z nim nie zgodzić.
 
Kiedy  wszyscy  wchodzili  do  wielkiej  sali,  w  której  zwykle  urządzano  oficjalne  bankiety,  na

końcu grupy kroczyła Tenel Ka, dobrze świadoma wszystkiego, co ją czeka. Oto miała uczestniczyć
w  bardzo  ważnej  dyplomatycznej  uroczystości.  Przecież  właśnie  do  tego  przygotowały  ją  surowe
nauki  babki,  jakich  wysłuchiwała  w  komnatach  królewskiego  dworu  Hapes.  Tenel  Ka  była
księżniczką, następczynią hapańskiego tronu i przyszłą władczynią systemów gwiezdnych tworzących
gromadę  Hapes.  Dotychczas  robiła  jednak  wszystko,  żeby  unikać  takich  przyjęć.  Zamiast  tego
spędzała cały wolny czas na niegościnnej Dathomirze, rodzimej planecie matki, gdzie mogła ćwiczyć
i  żyć  jak  prawdziwa  wojowniczka.  Pochodząca  z  Hapes  babka  dziewczyny  sprzeciwiała  się
kierunkowi  wychowania,  w  jakim  zdecydowała  się  podążać  księżniczka,  ale  Tenel  Ka  miał  na  ten
temat odmienne zdanie. Wiele razy udowodniła, że potrafi być stanowcza.

Teraz kroczyła za Jacenem, Jaina i Zekkiem w towarzystwie Lowbaccy i milczącego młodszego

brata  bliźniąt,  Anakina.  Miała  na  sobie  krótki,  dopasowany  do  gibkiego  ciała  strój,  wykonany
z  barwnych  kawałków  jaszczurczej  skóry,  specjalnie  na  tę  okazję  pociągnięty  naoliwioną  szmatką
i  wypolerowany,  tak  by  połyskiwał  przy  każdym  ruchu.  Jej  silnie  umięśnione  ręce  i  nogi  były
obnażone, ale dziewczyna miała na ramionach fałdzistą pelerynę barwy ciemnej zieleni.

Przez wiele ostatnich miesięcy przebywała w akademii Jedi, znajdującej się na Yavinie Cztery,

a wcześniej mieszkała na Dathomirze w górskiej osadzie, pośród klanu kobiet ze Śpiewającej Góry.
Nie nawykła do życia w pałacowych komnatach hapańskiego dworu, a zatem traktowała wydany na
cześć pani ambasador z Alfy Karnaka uroczysty bankiet jako jeszcze jedno wyzwanie, któremu musi
stawić czoło.

Lowbaccę  przy  tej  okazji  wykąpano  i  wysuszono,  a  jego  sierść  starannie  rozczesano,  dzięki

czemu  wysoki  Wookie,  pozbawiony  sterczących  we  wszystkie  strony  kudłów,  sprawiał  wrażenie
jeszcze  chudszego  niż  w  rzeczywistości.  Zaczynające  się  nad  lewym  okiem  pasemko  ciemniejszych
włosów  zostało  również  dokładnie  uczesane.  Lowie  wyglądał  teraz  zabójczo  przystojnie...  rzecz
jasna, jąkną Wookiego.

Na  czele  procesji,  poprzedzając  Hana  i  Leię,  kroczył  poważny  i  dumny  See-Threepio,  któremu

wydawało się, że eskortuje całą grupę. Kiedy wszyscy znaleźli się przed drzwiami do wielkiej sali
bankietowej,  stojący  po  obu  stronach  strażnicy  Nowej  Republiki  rozsunęli  skrzydła  na  boki.  Leia,
wyglądająca w śnieżnobiałej szacie jak królowa, ujęła Hana pod rękę i weszła do środka. Mimo iż
przywódczyni  Nowej  Republiki  nie  była  zbyt  wysoka,  sprawiała  wrażenie  osoby  pewnej  siebie
i  wyjątkowo  energicznej.  Przypominała  baterię,  naładowaną  do  granic  możliwości.  Tenel  Kaja
podziwiała.

Okazało  się,  że  wszyscy  zaczęli  wchodzić  do  sali  bankietowej  w  najodpowiedniejszej  chwili.

Kiedy gospodarze przechodzili przez próg jednych drzwi, drugie, umieszczone po przeciwnej stronie,
właśnie się otwierały, ukazując wchodzącą panią ambasador Alfy Karnaka, kroczącą na czele grupy
ośmiorga własnych dzieci.

Dyplomatka  wyglądała  jak  stóg  siana,  z  którego  sterczały  we  wszystkie  strony  brązowe  włosy.

Przypominała  wielkie  jajo  porośnięte  sierścią  tak  długą,  że  całkowicie  ukrywała  jej  ciało.  Trudno

background image

nawet było dostrzec błyszczące wśród zmierzwionych splotów oczy pani ambasador, a kiedy istota
podchodziła do wielkiego stołu, nie było także widać ukrytych pod długimi włosami nóg. Po chwili
dyplomatka  z  Alfy  Karnaka  spoczęła  na  krześle,  ustawionym  u  szczytu  stołu  tuż  obok  krzesła,
przeznaczonego  dla  przywódczyni  Nowej  Republiki.  Po  chwili  i  Leia  zajęła  swoje  miejsce,
a z drugiej strony usiadł Han Solo.

Ośmioro dzieci pani ambasador było miniaturowymi kopiami matki, również wyglądającymi jak

włochate  stogi  siana.  Spiesząc  się,  pociechy  zaczęły  zajmować  miejsca  przy  stole.  Sierść
dziewczynek  zapleciono  w  warkoczyki,  przewiązane  różnobarwnymi  wstążkami,  a  sploty  włosów
chłopców  zakończono  niewielkimi,  dźwięczącymi  przy  –  każdym  ruchu  dzwonkami.  Wszystkie
pociechy sprawiały wrażenie doskonale wychowanych i siadając na wyznaczonych miejscach wzdłuż
dłuższego boku stołu, zachowywały się nienagannie.

Tenel  Ka  była  rada,  że  i  ona  pomyślała  o  wpleceniu  barwnych  wstążek  w  złocistorude  włosy.

Czasami,  kiedy  przebywała  w  sali  audiencyjnej  hapańskiego  dworu,  zdarzało  się  jej  widywać
przybyszów  z  Alfy  Karnaka.  Włochate  istoty,  na  ogół  bardzo  nieśmiałe  i  hołdujące  przedziwnym
obyczajom, były jednak niezwykle przyjacielskie i wyrozumiałe.

Tenel  Ka  siedziała  obok  Lowbaccy,  a  Jacen,  Jaina  oraz  ich  przyjaciel  zajęli  miejsca  bliżej

szczytu  długiego  wypolerowanego  stołu.  Młodszy  brat  bliźniąt,  Anakin,  obdarzony  niesamowitymi
jasnobłękitnymi  oczami,  sprawiał  wrażenie,  że  jest  mu  wszystko  jedno,  gdzie  usiądzie.  Cierpliwie
czekał, aż będzie mógł zająć miejsce pomiędzy Lowbaccą a Jacenem.

Zaaferowany  See-Threepio  krzątał  się  wokół  stołu,  raz  po  raz  stawiając  na  nim  różne  rzeczy

i  rozkoszując  się  wykonywanymi  czynnościami.  Był  przecież  protokolarnym  androidem,
zaprogramowanym  specjalnie  do  takich  zajęć  –  skomplikowanych  i  wymagających  wielkiego  taktu
ceremonii  dyplomatycznych,  nie  mających  nic  wspólnego  z  awanturniczymi  przygodami,  podczas
których żądano od niego, aby wykazywał się odwagą.

Przed  błyszczącymi  talerzami,  które  postawiono  na  stole  przed  każdym  z  gości,  umieszczono

kryształowy wazon z bukietem świeżych, ozdobnych i roztaczających miłe wonie egzotycznych roślin.
Hodowano  je  specjalnie  w  ogrodach  botanicznych  Coruscant  i  dobierano  w  taki  sposób,  by
wprawiały biesiadników w przyjemny nastrój.

Kiedy  wszyscy  zajęli  miejsca  przy  stole,  Leia  wstała  i  zaczęła  wygłaszać  uroczyste,  specjalnie

przygotowane  przemówienie.  Serdecznie  powitała  panią  ambasador  i  wyraziła  życzenie  długiej
i  owocnej  współpracy.  Oświadczyła,  że  ma  nadzieję,  iż  przyszłe  stosunki  będą  pełne  przyjaźni
i  wzajemnej  pomocy,  a  także  poszanowania  wzajemnych  interesów  handlowych.  W  pewnej  chwili
szepnęła  coś  do  Threepia,  a  wówczas  złocisty  android  skierował  się  do  niewielkiej  niszy,  by  po
chwili powrócić z jakimś pakunkiem. Tenel Ka natychmiast rozpoznała przenośną osłonę inkubacyjną
kryjącą dobrze znany przedmiot o zaokrąglonych kształtach.

– Hej, to przecież jajo jastrzębionietoperza, które znaleźliśmy! – wykrzyknął Jacen, nie potrafiąc

opanować zaskoczenia.

Leia uśmiechnęła się do niego i kiwnęła głową.
–  To  prawda  –  oświadczyła.  –  Mam  nadzieję,  że  pani  ambasador  zechce  przyjąć  ten  dar  tym

chętniej, że dowiedziała się, iż znalazły go te same dzieci, z którymi zasiada teraz przy stole.

Ręce  dyplomatki  z  Alfy  Karnaka  zaczęły  drżeć  z  podniecenia.  Jej  długie  włosy  zjeżyły  się

z zachwytu, a tymczasem Leia ciągnęła:

– Pani ambasador, co prawda nie znamy jeszcze wszystkich panujących na Karnaku zwyczajów,

background image

ale słyszeliśmy o pani wielkim zamiłowaniu do niezwykłych okazów flory i fauny. Przekazano nam
wiadomości  o  wspaniałych  holograficznych  dioramach  i  ogromnych  ogrodach  zoologicznych,
w  których  zwierzęta  mogą  żyć,  nawet  nie  wiedząc  o  tym,  że  nie  przebywają  na  wolności.
Pragnęłabym  zatem,  żeby  zechciała  pani  przyjąć  jako  dar  dla  siebie  i  swojego  ludu  to  drogocenne
jajo jastrzębionietoperza, jednego z najtrudniejszych do pochwycenia stworzeń żyjących w Imperial
City.  Tylko  niewiele  okazów  można  znaleźć  w  ogrodach  zoologicznych,  rozrzuconych  po  planetach
całej galaktyki.

Zachwycona ambasador Alfy Karnaka zakwiliła jak małe dziecko.
–  Ten  dar  z  całą  pewnością  stanie  się  jednym  z  najwspanialszych  okazów,  jakie  udało  nam  się

kiedykolwiek zdobyć – oświadczyła.

–  Musi  pani  jednak  otoczyć  pisklę  specjalną  opieką  –  wtrącił  się  Jacen.  –  Obiecałem  to  jego

matce.

Włochata istota wcale nie uznała uwagi chłopca za niezwykłą czy nieuprzejmą.
– Daję ci na to uroczyste słowo honoru – odparła, kierując te słowa do Jacena.
Następnie  zwróciła  się  do  Leii  i  poruszając  ustami,  ukrytymi  gdzieś  między  splotami  długich

włosów,  wygłosiła  własne,  równie  starannie  przygotowane  przemówienie.  Wyraziła  w  nim  mniej
więcej te same pragnienia, które przed chwilą wypowiedziała przywódczyni Nowej Republiki.

Tymczasem jej podobne do włochatych kulek dzieci wierciły się niespokojnie na krzesłach, nie

mogąc doczekać się chwili, kiedy będą mogły zabrać się do jedzenia. Również bliźnięta i pozostali
młodzi Jedi czuli, że ich żołądki zaczynają wyprawiać dziwne harce. Han Solo, ubrany odpowiednio
okazale,  raz  po  raz  niespokojnie  spoglądał  na  żonę,  jakby  źle  się  czuł  w  koszuli  ze  sztywnym
kołnierzykiem  i  wojskowym  mundurze,  na  którym  błyszczał  rząd  medali.  Tenel  Ka  ogarnęło
współczucie na jego widok.

Kiedy  przemówienie  pani  ambasador  dobiegło  końca,  do  sali  bankietowej  wkroczył  Threepio

w  towarzystwie  toczącego  się  na  kółkach  pomocniczego  robota  wiozącego  ogromną  wytłaczaną
srebrną  tacę.  Ustawiono  na  niej  ozdobne  talerze,  wypełnione  apetycznie  wyglądającymi,  wspaniale
ułożonymi  i  przyozdobionymi  potrawami.  Kierując  się  dobrymi  obyczajami  politycznymi,  a  także
najzwyczajniejszą  grzecznością,  złocisty  android  pomaszerował  ku  szczytowi  stołu,  gdzie  siedziała
przywódczyni  Nowej  Republiki  w  towarzystwie  ambasador  Alfy  Karnaka.  Chcąc  pokazać,  jak
wielkie wrażenie wywarł na nich widok tak wspaniałych potraw, obie dyplomatki zaczęły wydawać
odpowiednie, pełne zachwytu pomruki i jęki.

Tenel  Ka  przyglądała  się,  jak  See-Threepio  sięga  po  największy  talerz,  ustawiony  na  tacy

pomocniczego  robota,  po  czym  kieruje  się  ku  pani  ambasador.  Natychmiast  zrozumiała,  że  android
zamierza  postawić  pierwszą  porcję  przed  dyplomatką  –  co,  zgodnie  z  panującymi  na  Karnaku
zwyczajami, byłoby strasznie nieuprzejme.

Jak ukłuta szpilką zerwała się na równe nogi i nie przejmując się tym, że od złocistego androida

dzieli ją niemal cała długość stołu, zawołała:

– Przepraszam cię, Threepio! Czy pozwolisz, że ja to zrobię?
Nie  czekając  na  odpowiedź,  pospiesznie  obeszła  stół  i  przystanęła  przez  zdezorientowanym

androidem.  Zaczęła  zdejmować  z  wielkiej  tacy  talerze  z  porcjami  jedzenia  i  stawiać  je  po  kolei
przed  dziećmi  pani  ambasador.  Jak  można  było  się  spodziewać,  zaczęła  od  najmniejszej
i prawdopodobnie najmłodszej włochatej kulki.

Zdziwiona  księżniczka  Leia  popatrzyła  na  dziewczynę  z  Dathomiry,  ale  powstrzymała  się  od

background image

jakichkolwiek  uwag.  Tymczasem  ambasador  Alfy  Karnaka  uczyniła  gest,  który  chyba  oznaczał
kiwnięcie głową.

–  Bardzo  ci  dziękuję,  młoda  damo  –  powiedziała.  –  Wyświadczasz  nam  wielki  zaszczyt.  Nie

spodziewałam  się,  by  ktokolwiek  z  dostojników  Nowej  Republiki  chciał  stosować  się  do  naszych
obyczajów.

Tenel  Ka  szturchnęła  Threepia,  po  czym  obeszła  razem  z  nim  stół  i  zatrzymała  się  za  plecami

Anakina. Położyła dłoń na ramieniu chłopca, a potem pochyliła się nad nim i zaczęła coś szeptać do
jego  ucha.  Anakin  nie  zaprotestował  ani  o  nic  nie  zapytał.  Wstał  od  stołu,  wyjął  talerz  z  dłoni
androida i postawił go na stole przed panią ambasador.

Zdumiona dyplomatka radośnie zakwiliła.
–  Dziękuję  bardzo.  Jestem  wielce  zaszczycona  tym,  że  zechciała  pani  wybrać  najmłodsze

dziecko, by mi usługiwało – oznajmiła, zwracając się do Leii.

– Ja... cała przyjemność po mojej stronie – bąknęła Leia, niepewna, co powiedzieć.
Tenel  Ka,  która  stała  teraz  za  krzesłem  przywódczyni  Nowej  Republiki,  nieznacznie  kiwnęła

głową.

–  Tak  jest,  pani  ambasador  –  rzekła.  –  Chcieliśmy  okazać  pani  szacunek,  stosując  się  do

zwyczajów  obowiązujących  na  pani  macierzystym  świecie.  Dobrze  wiemy,  że  spełnianie  życzeń
dzieci  naszych  gości  należy  do  obowiązków  młodszej  osoby  spośród  domowników,  podczas  gdy
najbardziej poważanej osobie dorosłej usługuje jedno z dzieci gospodarzy bankietu.

–  Jestem  po  prostu  wzruszona  –  oświadczyła  dyplomatka  z  Alfy  Karnaka.  –  Jeżeli  wszyscy

dostojnicy  Nowej  Republiki  tak  samo  znają  nasze  obyczaje,  nie  sądzę,  żeby  nawiązanie  stosunków
dyplomatycznych między naszymi światami zajęło bardzo dużo czasu.

Drżąc z ulgi, że w ostatniej chwili udało się jej zapobiec kłopotliwej sytuacji, w jaką omal nie

wpadła  księżniczka  Leia,  uśmiechnięta  Tenel  Ka  zajęła  poprzednie  miejsce.  Natychmiast  siedzący
obok  niej  Jacen  odwrócił  głowę  i  nie  kryjąc  zdziwienia,  spojrzał  na  nią  swoimi  bursztynowymi
oczami o odcieniu koreliańskiej brandy.

– Skąd o tym wiedziałaś? – zapytał szeptem.
–  Kiedyś...  Ktoś  mi  o  tym  powiedział  –  odrzekła,  a  później  umilkła,  nie  chcąc  ujawnić,  iż

pochodzi  z  królewskiego  rodu.  Nie  chciała  wyjawić  tej  tajemnicy  nawet  komuś,  kogo  uważała  za
jednego z najlepszych przyjaciół.

 
Zekk nie odzywał się ani słowem, czuł się dziwnie skrępowany. Jedzenie było wyśmienite, ale za

każdym razem, ilekroć robił jakiś ruch ręką czy głową, zastanawiał się, czy kogoś nie obrazi albo nie
wywoła dyplomatycznego incydentu.

Tymczasem Threepio postawił na stole pozostałe talerze, a więc chłopiec mógł poświęcić całą

uwagę jedzeniu. Miało wspaniały smak, nie mówiąc o tym, że było o wiele bardziej urozmaicone niż
to, do którego przywykł.

Szczególnie smakowała mu zielenina, umieszczona w stojącym przed nim kryształowym wazonie.

Była  wyjątkowo  świeża  i  krucha.  Niektóre  listki  miały  gorzki  smak,  inne  słodkawy...  ale  przecież
w czasach, kiedy tułał się po ulicach, zdarzało mu się nieraz jadać o wiele gorsze rzeczy. Pamiętał,
jak  opiekał  nad  ogniem  odrywane  od  granitowych  ścian  ślimaki  czy  gotował  pokrojone  kawałki
grzybów rosnących na durbetonowych murach. Te warzywa były przynajmniej pachnące i pożywne.
Naprawdę mu smakowały.

background image

Miał  wrażenie,  że  i  gospodarze,  i  goście  zajęci  są  grzecznościową  rozmową  na  neutralne

polityczne tematy. Czując się coraz bardziej zagubiony, postanowił przyłączyć się do tej konwersacji.
Odsunął na bok pusty kryształowy wazon i powiedział:

– Zielenina była naprawdę doskonała. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek w życiu jadł coś równie

smacznego.

Wydawało  mu  się,  że  jego  uwaga  nie  powinna  zostać  uznana  za  coś  niestosownego.  Chcąc  dać

dowód,  że  zamierza  wziąć  udział  w  rozmowie  toczącej  się  przy  stole,  wypowiedział  uprzejmy
komplement, który z całą pewnością nie powinien nikogo urazić ani zdziwić.

Mimo to nagle uświadomił sobie, że kierują się na niego oczy wszystkich osób siedzących przy

wielkim stole. Pospiesznie rzucił okiem na przód swojej niemodnej marynarki, czy przypadkiem nie
zabrudził jej jakimś jedzeniem albo płynem.

Z  oczu  Jacena  wyzierało  zdumienie  zmieszane  z  niedowierzaniem.  Tenel  Ka  zachowywała  się

w taki sposób, jakby nawet nie usłyszała rzuconej przez Zekka uwagi. Jaina szturchnęła chłopaka pod
żebro i zachichotała.

– To nie była zielenina – szepnęła. – To był bukiet, postawiony na stole dla ozdoby! Nie nadawał

się do jedzenia.

Przerażony Zekk słuchał jej, ale na jego twarzy nie drgnął ani jeden mięsień.
– Proszę pamiętać o tym, panienko Jaino – odezwał się nagle stojący za ich plecami Threepio –

że  wiele  roślin  ozdobnych  nadaje  się  do  jedzenia.  Pośród  tych,  które  tworzyły  bukiet,  nie  było  ani
jednej niejadalnej. Jestem przekonany, że spożycie ich nie wyrządzi nikomu żadnej krzywdy...

Siedząca u szczytu stołu księżniczka Leia poruszyła się i chrząknęła.
– Cieszę się, Zekku, że ta zielenią tak ci smakowała – powiedziała na tyle głośno, żeby usłyszeli

ją  wszyscy  biesiadnicy.  Przysunęła  do  siebie  kryształowy  wazon  i  sięgnęła  po  łodygę  karbowanej
purpurowo-zielonkawej  rośliny.  Włożyła  ją  do  ust  i  zaczęła  żuć,  lekko  się  uśmiechając.  Han  Solo
popatrzył  na  żonę,  zapewne  przypuszczając,  że  postradała  wszystkie  zmysły,  ale  nagle  podskoczył,
jakby ktoś kopnął go w kostkę. On także zaczął jeść rośliny tworzące bukiet w jego wazonie. Jaina
poszła w ślady rodziców i po chwili wszyscy biesiadnicy oddawali się pałaszowaniu „zieleniny”.

Zekk siedział nieruchomo. Czuł się upokorzony, ale starał się, żeby nikt tego nie zauważył. Jego

ubranie  okazało  się  dziwaczne  i  staromodne,  maniery  przy  stole  pozostawiały  wiele  do  życzenia,
a poza tym jedząc coś, co powinien od pierwszego rzutu oka wziąć za ozdobę, stworzył niezręczną
sytuację. Żałował, że przyjął zaproszenie bliźniąt i zgodził się uczestniczyć w bankiecie.

Dotrwał  jednak  do  końca,  nie  odzywając  się  ani  słowem.  Z  ulgą  przyglądał  się,  jak  pani

ambasador  Alfy  Karnaka  i  gromadka  jej  włochatych  dzieci,  odprowadzani  przez  Leię  i  jej  męża,
opuszczają salę bankietową.

Kiedy  strażnicy  Nowej  Republiki  eskortowali  go  do  wyjścia,  chłopak  postanowił  skorzystać

z pierwszej lepszej okazji ucieczki.

– Nie martw się tym, co zdarzyło się dziś przy stole – odezwała się Jaina, pragnąc go pocieszyć.

– Liczy się tylko to, że jesteś naszym przyjacielem.

Zekk  poczuł  się  urażony  jej  uwagą.  Zdziwił  go  sam  fakt,  iż  dziewczyna  uznała  za  konieczne

powiedzieć  coś  takiego.  Nie  należał  do  jej  świata.  Czuł,  że  prawda  ta  płonie  w  jego  mózgu,  jakby
ktoś  wypisał  te  słowa  płomienistymi  literami.  Powinien  był  to  wiedzieć,  zamiast  łudzić  się,  że
mógłby czuć się swobodnie w towarzystwie osób należących do najwyższych sfer społecznych.

Kiedy  cichaczem  wyślizgnął  się  przez  tylne  drzwi  z  wielkiej  sali  bankietowej,  miał  zamiar

background image

pobiec  korytarzem  tak  szybko,  by  nie  mogli  dotrzymać  mu  kroku  nawet  zawsze  czujni  strażnicy
Nowej Republiki. Mimo to Jaina spróbowała go dogonić.

– Zaczekaj! – zawołała. – Pamiętaj o tym, że umówiliśmy się na jutro! Obiecaliśmy przecież, że

pomożemy ci wydostać tę centralną jednostkę wielozadaniową dla Peckhuma!

Zekk nie bardzo chciał wracać do domu, ale był pewien, że nie może teraz zostać z bliźniętami.

Puścił się korytarzem, ani słowem nie odpowiadając na uwagę Jainy.

background image

 

 

 

Rozdział 7

 
 
Nieco później tego samego dnia eskortowany przez statki Nowej Republiki krążownik gwiezdny

„Diament”  dotarł  do  granicy  przestrzeni  systemu  Coruscant.  Wokół  jednostki  uwijały  się  najeżone
lufami  turbolaserowych  dział  szturmowe  statki,  sugerując,  że  ładownie  krążownika  mogą  kryć
przedmioty o znaczeniu militarnym.

Czuwający  na  mostku  dowodzenia  statku  admirał  Ackbar  nie  potrafił  ukryć  niepokoju  mimo

zachowywania  wyjątkowych  środków  ostrożności.  Zgodnie  z  uprzednio  uzgodnionym  planem  jego
„Diament”  docierał  właśnie  do  strefy  ładowniczej,  znajdującej  się  w  pobliżu  orbitalnych  stacji
Coruscant.  Szturmowe  myśliwce  eskorty  jeden  po  drugim  wyłączały  zasilanie  swoich  systemów
uzbrojenia,  po  czym  kolejne  eskadry  zawracały,  życząc  szczęścia  kalamariańskiemu  admirałowi,
głównodowodzącemu floty Nowej Republiki.

–  Dziękuję  za  eskortę  –  odezwał  się Ackbar  do  mikrofonu  komunikatora.  –  Od  tej  chwili  będę

podlegał ochronie sił bezpieczeństwa Coruscant.

Wyłączył urządzenie, po czym zaczął przechadzać się po mostku. Długa podróż statku dobiegała

końca.  Nowa  Republika  tak  bardzo  potrzebowała  przedmiotów,  transportowanych  przez  „Diament”
w  opancerzonych  ładowniach:  nowoczesnych  rdzeni  jednostek  napędu  nadświetlnego  i  baterii  do
dział turbolaserowych. Krążownik miał dostarczyć ładunek do stoczni Kuat Drive, gdzie zamierzano
zainstalować wszystko na pokładach budowanych tam nowych pancerników. Ackbar otrzymał rozkaz
dokonania  formalnej  inspekcji  stoczni.  Przyjął  go  z  radością,  jako  że  zawsze  cieszył  się  z  okazji
przebywania na pokładzie każdego nowoczesnego wojennego statku.

Chociaż  największe  zagrożenie  ze  strony  złego  Imperium  właściwie  minęło,  od  czasu  do  czasu

nadal  wybuchały  drobne  konflikty,  głównie  w  systemach  gwiezdnych  nie  zrzeszonych  z  Nową
Republiką.  Wciąż  jeszcze  krucha  organizacja  polityczna,  na  czele  której  stała  przywódczyni  Leia
Organa  Solo,  musiała  być  w  każdej  chwili  gotowa  do  odparcia  ataków  grożących  jej  ze  strony
nieznanych i znanych nieprzyjaciół.

– Centrala na Coruscant przyjęła do wiadomości fakt naszego pojawienia się w ich przestrzeni –

zameldował sternik.

Admirał Ackbar kiwnął głową.
– Z pewnością przy da się nam trochę wypoczynku po podróży – powiedział, odwracając się do

oficera  i  kierując  na  niego  ogromne,  podobne  do  rybich  oczy.  –  Spędzał  pan  kiedyś  urlop  na
Coruscant, panie poruczniku?

Młody mężczyzna także kiwnął głową.
– Tak jest, panie admirale. Najchętniej spędzam czas w tej obrotowej kantynie na dachu jednego

z  najwyższych  wieżowców,  skąd  można  oglądać  panoramę  całej  metropolii.  Pracuje  w  niej  istota

background image

o dziesięciu mackach, grająca na dziesięciu klawiaturach naraz. O rany, jeszcze nigdy nie słyszałem
takiej muzyki, jaką potrafi z nich wydobywać!

Admirał Ackbar zachichotał, ale w tej samej chwili ujrzał, że siedząca przed konsoletą taktyczną

kobieta  zrywa  się  na  równe  nogi.  Kiedy  podnosiła  alarm,  zazwyczaj  blada  skóra  jej  twarzy  była
wyraźnie zaczerwieniona.

–  Panie  admirale!  Przed  dziobem  w  pobliżu  sterburty  wyłania  się  nie  wiadomo  skąd

niezidentyfikowana  flota!  Znajduje  się  w  tej  chwili  w  odległości  niespełna  pięćdziesięciu
kilometrów,  ale  z  każdą  chwilą  ten  dystans  zmniejsza  się  i  to  bardzo  szybko.  Wygląda  na  to,  że
wszystkie statki ustawiają się w szyku szturmowym!

Admirał odwrócił się jak użądlony i popatrzył przez dziobowy iluminator.
–  Szyk  szturmowy?  –  zapytał,  nie  wierząc  własnym  oczom.  –  Przecież  znajdujemy  się

w  przestworzach  chronionych  przez  patrolowce  Coruscant,  jednej  z  najlepiej  strzeżonej  przestrzeni
w całej galaktyce! Kto mógłby chcieć nas tu zaatakować?

Z  przerażeniem  uświadomił  sobie,  że  nieznana  flota,  materializująca  się  przed  dziobem  jego

krążownika, za chwilę rzuci się na „Diament” jak stado drapieżnych ptaków na ofiarę. W tej samej
chwili  poczuł  silne  wstrząsy  trafień  strzałów  z  potężnych  jonowych  dział  napastników,  po  których
wszystkie systemy uzbrojenia odmówiły posłuszeństwa.

– Alarm  bojowy!  –  ryknął  ochryple  w  tej  samej  chwili,  kiedy  następna  salwa  trafiła  w  kadłub

krążownika.

– Niewielka wyrwa w pancerzu prawej burty – zameldował oficer dyżurny. – Część pomieszczeń

została rozhermetyzowana, ale natychmiast zadziałały grodzie ciśnieniowe.

–  Wysłać  sygnał  SOS!  –  krzyknął  admirał.  –  Zażądać  pomocy  ze  strony  sił  bezpieczeństwa

Coruscant. Natychmiast!

–  Wszystkie  systemy  uzbrojenia  zostały  obezwładnione  –  zameldowała  kobieta,  która  pierwsza

dostrzegła  wrogą  flotę.  –  Nie  możemy  oddać  ani  jednego  strzału.  Silniki  funkcjonują  jednak
prawidłowo, zupełnie jakby napastnikom zależało na tym, by ich nie uszkodzić.

–  Zamierzają  porwać  nasz  krążownik!  –  powiedział  Ackbar,  uświadomiwszy  sobie  straszliwą

prawdę. – I to razem z ładunkiem.

Oficer łącznościowiec zaczął nadawać sygnał SOS. Po kilku sekundach młody mężczyzna uniósł

jednak głowę znad pulpitu i zwrócił bladą pyzatą twarz ku Ackbarowi.

–  Panie  admirale,  systemy  telekomunikacyjne  nie  funkcjonują!  Nie  możemy  przesłać  meldunku

o naszym położeniu.

Kalamarianin  przełknął  ślinę.  Z  pewnością  stacje  kontrolne  na  Coruscant  w  ciągu  kilku

następnych minut zauważą, co się dzieje. Wiedział jednak, że wówczas będzie już za późno.

Nieprzyjacielskie jednostki zaczęły zacieśniać pierścień wokół jego krążownika.
 
Zmodyfikowany  szturmowy  wahadłowiec  znajdował  się  coraz  bliżej  celu.  Atakiem  dowodził

siedzący za jego sterami pilot Qorl, który jeszcze niedawno latał imperialnym myśliwcem typu TIE.
Na  głowie  miał  czarny,  podobny  do  czerepu  hełm,  ściśle  dopasowany  i  tworzący  całość
z hermetycznym próżniowym skafandrem. Czarne, chroniące oczy gogle, umożliwiały przekazywanie
najważniejszych informacji taktycznych bezpośrednio do siatkówek.

Imperialny  pilot  obrócił  wahadłowiec  w  taki  sposób,  żeby  umieszczone  na  dziobie  koliste

uzębione urządzenie zetknęło się z opancerzoną burtą rebelianckiego krążownika zaopatrzeniowego.

background image

W  pobliżu  dziobu  statku  dostrzegł  wymalowane  słowo:  „Diament”.  Nazwa  statku  sugerowała,  że
jednostka  powinna  być  twarda,  nieugięta...  Qorl  mruknął  pod  nosem  coś,  co  zapewne  jedynie  on
rozumiał.  Potężne  zęby  urządzenia,  zainstalowanego  na  dziobie  jego  wahadłowca,  wykonano
z ogromnych kamieni corusca, mogących z łatwością przecinać najgrubsze pancerze. Pilot wiedział,
że  za  kilka  chwil  oddziały  szturmowe  Akademii  Ciemnej  Strony  opanują  pokłady  bezbronnego
rebelianckiego krążownika.

Przycisnąwszy  wielki  czerwony  guzik,  umieszczony  pośrodku  pulpitu  kontrolnej  konsolety,

wprawił  w  ruch  potężne  uzębione  tarcze  urządzenia.  Po  chwili  w  pancerzu  „Diamentu”  ukazał  się
dymiący otwór umożliwiający przedostanie się do środka.

Qorl  zacisnął  palce  mechanicznej,  okrytej  czarną  rękawicą  dłoni.  Jego  własna  ręka  uległa

złamaniu  podczas  katastrofy,  jakiej  uległ  myśliwiec  typu  TIE  przy  lądowaniu  na  powierzchni
porośniętego dżunglą czwartego księżyca planety Yavin. Imperialni inżynierowie zastąpili jednak źle
zrośniętą  kończynę  o  wiele  silniejszą  mechaniczną  protezą,  podobną  do  tych,  w  jakie  wyposażano
androidy.  Chociaż  więc  imperialny  pilot  nie  miał  czucia  w  mechanicznych  palcach,  siła  jego  ręki
została zwielokrotniona.

Gotowi do ataku szturmowcy, trzymając blasterowe karabiny, zaczęli się gromadzić we wnętrzu

rękawa  cumowniczego.  Eskorta  zaopatrzeniowego  krążownika,  składająca  się  z  czternastu  silnie
uzbrojonych  korwet  oraz  wielu  eskadr  maszyn  typu  E  i  X-skrzydłowców,  właśnie  zawróciła
i odleciała. Widocznie Rebelianci czuli się w pobliżu stolicy tak bezpieczni, że ich obrona pozwoliła
sobie  na  krótką  chwilę  nieuwagi.  Ukryty  za  siłowym  polem,  dzięki  któremu  jego  flota  była
niewidoczna, Qorl wybrał do ataku właśnie tę chwilę.

–  Połączenie  z  rebelianckim  krążownikiem  zostało  uszczelnione  –  zameldował  kapitan

szturmowców.

–  Bardzo  dobrze  –  odezwał  się  Qorl,  wstając  z  fotela.  –  Przystąpić  do  ataku.  Na  zakończenie

akcji mamy najwyżej pięć minut. Nie możemy popełnić żadnego błędu.

Z głuchym cmoknięciem otworzyła się zamykająca wylot rękawa uszczelniająca klapa i do środka

rebelianckiej  jednostki  zaczęli  wpadać  szturmowcy,  strzelając  do  wszystkiego,  co  się  poruszało.
Stożki wydobywającego się z luf ich karabinów światła dowodziły jednak, że broń była ustawiona na
ogłuszanie,  a  nie  zabijanie.  Imperialni  żołnierze  nie  mieliby  co  prawda  nic  przeciwko  temu,  żeby
zabić  wszystkich  członków  załogi  „Diamentu”,  ale  wówczas  niosące  ogromną  energię  blasterowe
smugi mogłyby uszkodzić znajdujące się na mostku delikatne systemy kontrolne i sterownicze.

Niektórzy  członkowie  załogi  rebelianckiegi  statku  próbowali  kryć  się  za  konsoletami.  Strzelali

stamtąd  do  szturmowców,  posyłając  ku  nim  śmiercionośne  błyskawice.  Jeden  imperialny  żołnierz,
trafiony takim strzałem, zwalił się na płyty pokładu. Pośrodku okrywającego tułów białego pancerza
ziała  ogromna  dymiąca  czarna  dziura.  Szturmowiec  chciał  powiedzieć  coś  do  mikrofonu
komunikatora, ale wydał tylko cichnący bulgot, po czym jego urządzenie odmówiło posłuszeństwa.

Qorl  wszedł  do  środka,  trzymając  blasterowy  pistolet  w  mechanicznej  dłoni.  Z  satysfakcją

przyglądał  się,  jak  szturmowcy  opanowują  cały  mostek.  Widział,  jak  trafiony  ogłuszającym
promieniem  rebeliancki  sternik  zostaje  odrzucony  pod  ścianę  i  bezwładnie  osuwa  się  na  pokład.
Ujrzawszy  to,  odziana  w  mundur  oficera  taktycznego  kobieta  z  głośnym  krzykiem  wyskoczyła  zza
konsolety,  po  czym  błyskawicznie  oddała  cztery  strzały  ze  swojego  blastera.  Udało  się  jej  trafić
dwóch szturmowców, ale po chwili i ona została ogłuszona.

Qorl  skierował  się  do  konsolety  sterowniczej  „Diamentu”,  Musiał  szybko  postarać  się,  żeby

background image

statek odzyskał zdolność manewrową. Jego czarne gogle, nasunięte na hełm pilota myśliwca TIE, nie
pozwalały  dobrze  widzieć,  co  dzieje  się  z  boku,  toteż  kiedy  przechodził  obok  stanowiska
dowodzenia,  nie  zauważył  rebelianckiego  oficera  dowodzącego  zaopatrzeniowym  krążownikiem.
Obdarzony  podobną  do  rybiej  głową  Kalamarianin  wyskoczył  nagle  zza  konsolety  i  zwarłszy  się
z  pilotem,  przewrócił  go  na  pokład.  Blasterowy  pistolet  Qorla  upadł  z  głośnym  grzechotem  na
metalowe płyty.

Rebeliancki  oficer  sczepił  się  z  Qorlem,  objąwszy  go  podobnymi  do  płetw  rękami,  ale  pilot

myśliwca  typu  TIE  zdołał  oswobodzić  mechaniczną  rękę.  Zacisnął  palce  w  pięść  i  uderzywszy
Kalamarianina  z  całej  siły  w  głowę,  pozbawił  go  przytomności.  Podniósł  blasterowy  pistolet,  po
czym wstał i zaczął otrzepywać czarny skafander z kurzu.

Do Qorla podszedł spiesznie kapitan szturmowców.
– Mostek został opanowany – zameldował. – Wszystko gotowe do startu.
– Bardzo dobrze – odparł pilot. Uszczelnił czarny hełm i upewnił się, że próżniowy skafander nie

został  uszkodzony  podczas  walki  z  rebelianckim  oficerem.  Chciał  być  pewien,  że  kiedy  jego
szturmowy  wahadłowiec  oderwie  się  od  kadłuba  rebelianckiego  krążownika,  on  sam  nie  zginie
wskutek  nagłej  dekompresji  mostka.  Zawahał  się  przez  chwilę,  po  czym  popatrzył  na  kapitana
i  powiedział:  –  Proszę  wepchnąć  ciała  tych  Rebeliantów  do  kapsuły  ratunkowej  i  wystrzelić
w przestworza.

– Chce pan darować im życie? – zapytał zdumiony oficer. – Nie mamy aż tyle czasu!
– A  zatem  proszę  się  pospieszyć  –  warknął  Qorl,  czując,  że  targają  nim  sprzeczne  uczucia.  Ci

ludzie byli przecież jego zawziętymi nieprzyjaciółmi. Składał kiedyś przysięgę, że nie oszczędzi ani
jednego...  a  jednak  członkowie  załogi  rebelianckiej  jednostki  walczyli  bardzo  mężnie.  Leżeli  teraz
nieprzytomni  i  bezbronni,  ale  Qorl  nie  mógł  znieść  myśli,  że  zostawiając  ich  na  pastwę  losu,
właściwie wydaje na nich wyrok śmierci.

Szturmowcy  wahali  się  tylko  sekundę,  po  czym  zaczęli  przenosić  bezwładne  ciała

i  bezceremonialnie  wrzucać  do  wnętrza  niewielkiej  i  nie  uzbrojonej  kapsuły  ratunkowej.  Później
kapitan  uszczelnił  pokrywę  włazu  i  wcisnął  czerwony  guzik  powodujący  wystrzelenie  jej
w przestworza. Rozległ się huk odpalanych silników i syk sprężonego gazu, po czym kapsuła zaczęła
oddalać się od krążownika.

Qorl  obrócił  głowę,  chcąc  popatrzeć  na  ekran  monitora  konsolety  taktycznej,  znajdującej  się  na

mostku  „Diamentu”.  Ujrzał  na  nim  symbole  maszyn  obrony  Coruscant,  opuszczających  orbitę
i zbliżających się do unieruchomionego krążownika zaopatrzeniowego.

–  Opuścić  rebeliancki  statek  –  rozkazał  swoim  żołnierzom.  –  Przejść  na  pokład  szturmowego

wahadłowca i rozpocząć odwrót. Spotkamy się ponownie w bazie.

Szturmowcy pospieszyli do otworu, wywierconego przez ostre, zębate tarcze, a kiedy znaleźli się

na  pokładzie  swojej  jednostki,  kapitan  zamknął  i  uszczelnił  śluzę  rękawa  cumowniczego.  Qorl
przypiął  się  do  fotela  i  przygotował  na  nagły  skok  ciśnienia.  Kiedy  zmodyfikowany  szturmowy
wahadłowiec oderwał się do kadłuba krążownika, przez otwór wydostało się powietrze, dotychczas
uwięzione na mostku.

Czując  się  bezpieczny  w  próżniowym  skafandrze,  Qorl  uruchomił  silniki  rebelianckiego  statku.

Na  klawiaturze  komputera  nawigacyjnego  wystukał  uprzednio  przygotowane  współrzędne,  po  czym
usiadł  wygodnie  w  fotelu,  czując,  że  statek  zaczyna  dokonywać  zwrotu.  Nie  przejmując  się
nadlatującymi maszynami Rebeliantów, podążył w ślad za imperialnymi jednostkami. Cieszył się, że

background image

zdobył bezcenny skarb, dzięki któremu Drugie Imperium będzie mogło odzyskać przewagę militarną
i ponownie zająć należne miejsce w galaktyce.

Baza Qorla znajdowała się naprawdę blisko.
 
Admirał Ackbar ocknął się i stwierdził, że przebywa wraz z członkami załogi w ciasnej kabinie

kapsuły  ratunkowej,  wystrzelonej  na  oślep  w  przestworza  i  wirującej  wokół  własnej  osi.  Czuł
w  głowie  taki  ból,  jakby  pod  czaszką  eksplodowało  setki  ładunków  wybuchowych  naraz.
Członkowie  załogi  „Diamentu”,  jęcząc  i  trzymając  się  za  głowy,  także  zaczynali  wracać  do
przytomności.

Nie wiadomo, komu ani dlaczego zawdzięczali ten fakt, ale nadal żyli. Admirał przecisnął się do

jednego z niewielkich iluminatorów i wyjrzał, szukając jednostek ratowniczych.

Mimo przyprawiającego o mdłości wirowania, dostrzegł swój krążownik, ukazujący się co kilka

chwil  w  coraz  większej  odległości.  Przyglądał  się,  jak  silniki  „Diamentu”  budzą  się  do  życia,
a porwany statek powoli obraca się i kieruje w ślad za uciekającymi maszynami imperialnymi.

Myśliwce i patrolowce Nowej Republiki rzuciły się w pościg, chcąc odzyskać krążownik wraz

z  bezcennym  ładunkiem. Admirał  uświadomił  sobie  jednak,  że  zanim  znajdą  się  w  zasięgu  strzału,
imperialne statki i krążownik zdążą zniknąć w pustce przestworzy.

Ackbar  spoglądał,  jak  „Diament”  znika,  zanim  wysłane  z  Coruscant  statki  znalazły  się  na  tyle

blisko, by spróbować choćby raz wystrzelić. Żałował, że nie może ponownie stracić przytomności,
ale uniemożliwiał mu to ostry ból, niemal rozdzierający jego czaszkę.

background image

 

 

 

Rozdział 8

 
 
Zekk przemykał się pogrążonymi w nocnych ciemnościach ulicami  Imperial  City.  Oddalając  się

od  pałacu,  wybierał  najciemniejsze  przejścia  i  napowietrzne  kładki.  Nie  chciał  widzieć  niczego
i  nikogo.  Wysoko  nad  jego  głową  przelatywały  wahadłowce,  błyskając  światełkami,  które  było
widać nawet mimo drżącej mgiełki ciepłego, przesyconego wilgocią powietrza wydobywającego się
z  szybów  wentylacyjnych  wieżowców.  Miliardy  światełek  rozciągającego  się  od  horyzontu  po
horyzont miasta szydziły z chłopca, uświadamiając mu smutny fakt, jak bardzo jest samotny.

Po  niefortunnych  wydarzeniach,  jakich  był  sprawcą  tego  wieczora,  Zekk  czuł  się  tak,  jakby  nad

jego głową unosił się wielki android, rozgłaszający wszystkim, że chłopak jest niezdarą i głupcem,
przynoszącym wstyd swoim przyjaciołom. Co właściwie sobie myślał? Że należy do wyższych sfer
i  może  rozmawiać  z  ambasadorami  i  dyplomatami  jak  z  równymi  sobie?  Za  kogo  się  uważał?  Za
przyjaciela  dzieci  samej  przywódczyni  Nowej  Republiki?  Kim  był,  że  ośmielał  się  przebywać
w towarzystwie takich ludzi?

Zwiesiwszy  głowę,  szedł  i  spoglądał  pod  nogi,  w  nadziei,  że  zobaczy  coś,  co  będzie  mógł

kopnąć,  żeby  wyładować  wściekłość.  W  końcu  dostrzegł  pustą  metalową  puszkę  po  jakimś  napoju.
Zamachnął  się  nogą  i  trafił  pojemnik  czubkiem  buta,  tego  samego,  który  tyle  czasu  polerował.
Pamiętał,  że  chciał  wyglądać  godnie  w  oczach  ludzi,  których  jeszcze  do  niedawna  uważał  za
przyjaciół. Puszka potoczyła się z grzechotem po płytach chodnika, po czym uderzyła w durbetonową
ścianę, ale ku rozpaczy Zekka nie rozbiła się ani nawet nie pękła.

Chłopak  nie  uniósł  głowy  i  nie  przestał  wpatrywać  się  w  pełne  gnijących  odpadków  mroczne

zakamarki.  Błąkał  się  po  mieście,  chodząc  wąziutkimi  uliczkami  i  nie  bacząc,  dokąd  mogą  go
zaprowadzić.  Niższe  poziomy  Coruscant  były  od  dawna  jego  domem.  Znał  je  bardzo  dobrze
i wiedział, co robić, aby przeżyć. Wszystko wskazywało na to, że spędzi w tych ponurych miejscach
resztę  życia.  Nie  miał  żadnej  nadziei,  żadnej  szansy  zmiany  stylu  życia.  Po  prostu  nie  mógł  nawet
marzyć o tym, by dorównać ludziom, przed którymi otwierała się świetlana i szczęśliwa przyszłość...
ludziom pokroju Jacena i Jainy.

Zekk był nikim.
W  oddali  ujrzał  grupkę  przekupniów,  zamykających  sklepy  na  noc.  Stali,  pogrążeni

w  przyjacielskiej  rozmowie  z  patrolującymi  ulice  miejskimi  strażnikami.  Chłopak  nie  chciał  nawet
przejść obok nich. Nie szukał niczyjego towarzystwa. Wślizgnął się do kabiny pobliskiej turbowindy
i przycisnąwszy na chybił trafił jakiś guzik, zjechał dziewiętnaście poziomów niżej. Kiedy wysiadł,
przekonał się, że znalazł się w jeszcze większych ciemnościach niż poprzednio.

Stary  Peckhum  już  odleciał  do  orbitalnej  stacji,  żeby  sprawdzić  aparaturę,  kontrolującą

ustawienie  zwierciadeł,  a  więc  jego  mieszkanie  będzie  teraz  puste  i  ciche.  Zekk  musiałby  spędzić

background image

tam  całą  noc  sam,  pocieszając  się  co  najwyżej  towarzystwem  komputerowych  gier  i  innych
rozrywek...  Perspektywa  powrotu  do  domu,  w  którym  nikt  na  niego  nie  czekał,  nie  wydała  się
zachęcająca.

Zamiast  tego  mógł  włóczyć  się  po  ulicach,  jak  długo  pragnął,  i  doszedł  do  wniosku,  że  chyba

sprawi mu to większą radość. Przynajmniej nikt nie będzie kazał mu iść spać, nikt nie skarci go za to,
że wałęsa się tam, gdzie nie powinien, ani też nikt nie będzie wsadzał nosa we wszystko, co zamierza
zrobić.

Uśmiechnął  się  z  przymusem.  Cieszył  się  swobodą,  o  jakiej  Jacen  i  Jaina  mogli  tylko  marzyć.

Pamiętał,  że  kiedy  bliźnięta  wyruszały  na  wyprawę,  nieustannie  spoglądały  na  chronometry,  chcąc
być pewne, że zdążą powrócić do domu o określonej porze. Nie wyobrażały sobie spóźnienia, nawet
wskutek  zbiegu  nieprzewidzianych  okoliczności.  Z  pewnością  nie  chciały,  żeby  z  tego  powodu
przepalił się odpowiedzialny za zmartwienia obwód opiekującego się nimi protokolarnego androida.
Musiały  postępować  według  sztywnego,  z  góry  ustalonego  harmonogramu.  Były  więźniami,  gdyż
podlegały nakładanym przez rodziców ograniczeniom i zakazom.

Cóż  z  tego,  że  Zekk  nie  miał  odpowiednich  manier,  jakich  wymagało  życie  w  świecie

dostojników i dyplomatów? Kogo obchodziło, że nie umie posługiwać się, odpowiednimi sztućcami
albo  nie  zna  właściwych  słów,  żeby  podziękować  ambasadorowi  wyglądającemu  jak  olbrzymi
owad? Zekk prychnął pogardliwie. Nie chciałby spędzić życia w taki sposób jak Jacen i Jaina. Nie
ma mowy!

Wałęsając  się  bez  celu  opustoszałymi  korytarzami  i  celowo  powłócząc  nogami  po  kamiennych

płytach,  Zekk  nie  zwrócił  uwagi,  że  zapuszcza  się  tam,  gdzie  mroki  gęstniały,  a  cisza  stawała  się
coraz  bardziej  dokuczliwa.  Przypomniawszy  sobie  upokorzenie,  jakiego  doznał  podczas  bankietu,
pociągnął nosem i zazgrzytał zębami. Nie dbał o to wszystko ani trochę. Chciał pozostać niezależny.
Chciał być sobą. Naprawdę chyba tylko na tym mu zależało.

Umieszczone  nad  jego  głową  panele  jarzeniowe  nieustannie  migotały  i  mrugały.  Dalej  była

ciemność – widocznie światła wypaliły się i zgasły. Jakiś szelest, dobiegający od sufitu, uświadomił
Zekkowi, że kanałami przebiegł jakiś duży i niezdarny gryzoń. Po chwili od strony końca korytarza
doleciał inny zgrzyt czy szelest, wydany zapewne przez większe stworzenie.

Zekk  uniósł  głowę  i  wstrzymując  powietrze  w  płucach,  zobaczył  wyłaniającą  się  z  ciemności

przed nim wysoką postać, czarniejszą niż najciemniejsze cienie.

– No, no, kogóż tutaj mamy? – usłyszał słodki głos, głęboki i nie wróżący niczego dobrego.
Kiedy  postać  podeszła  trochę  bliżej,  zdumionym  oczom  Zekka  ukazała  się  wysoka  kobieta

kierująca na niego płonące fioletowe oczy. Nieznajoma była odziana w czarny połyskujący płaszcz ze
spiczasto  zakończonymi  naramiennikami  stanowiącymi  zapewne  coś  w  rodzaju  ochronnej  zbroi.
Długie  czarne  włosy  wiły  się  na  jej  ramionach  niczym  cienkie  węże.  Miała  bladą  cerę  twarzy,  od
której  odcinały  się  szkarłatnofioletowe  usta.  Zbliżając  się  do  Zekka,  próbowała  wykrzywić  je
w uśmiechu, ale to nadało jej obliczu jeszcze bardziej złowieszczy wygląd.

– Pozdrawiam cię, młodzieńcze – powiedziała. Jej głos ociekał słodyczą, jakby kobieta chciała

wzbudzić zaufanie chłopca. – Chciałabym, żebyś poświęcił mi trochę czasu.

Kiedy zbliżyła się jeszcze o dwa kroki, Zekk zauważył, że nieznajoma wyraźnie kuleje.
– Nie sądzę, żeby... – zaczął i odwrócił się, chcąc uciec, ale nagle dostrzegł dwie inne ciemne

postacie, wyłaniające się z bocznych korytarzy, obok których niedawno przechodził. Jedną była krępa
i niska kobieta o długich jasnobrązowych włosach i śniadej cerze skóry, a drugą młody ciemnowłosy

background image

mężczyzna o krzaczastych brwiach i pociągłej twarzy.

– To potrwa tylko krótką chwilę, chłopcze – usłyszał głos kobiety za plecami. – Vilas i Garowyn

pragną  jedynie  upewnić  się,  że  nie  zrobisz  żadnego  głupstwa...  –  Ciemnowłosa  kobieta,  utykając,
podeszła jeszcze bliżej. – Ja nazywani się Tarnith Kai. Chcemy tylko poddać cię pewnemu testowi.
Zapewniam, że nie poczujesz żadnego bólu.

Młody mężczyzna i krępa kobieta pochwycili go za ręce i obrócili. Wyczuwając podświadomie,

że jego życie znalazło się w niebezpieczeństwie, Zekk zaczął szarpać się, wyrywać i krzyczeć, co nie
wywierało jednak żadnego wrażenia na trojgu nieznajomych. Chłopak uświadomił sobie przerażająco
jasno, że krzyki i wołania o pomoc nie były na tych niższych poziomach czymś niezwykłym i bardzo
rzadko spotykało się ludzi, którzy usłyszawszy je, spieszyli ofierze na ratunek.

Zekk  usiłował  wyszarpnąć  ręce  z  uchwytu  palców  napastników,  trzymających  go  jak  szponami,

ale nadaremnie. Tymczasem Tamith Kai wyciągnęła spomiędzy fałd czarnej szaty dziwne urządzenie.
Rozwinęła  przewody  łączące  z  obudową  dwie  półprzeźroczyste  srebrzyste  rękojeści,  sporządzone
zapewne  z  jakiegoś  szkliwa  i  mające  kształt  niewielkich  wioseł,  po  czym  przycisnęła  guzik
włączający zasilanie. Z obudowy wydobył się cichy pisk nakładający się na basowy pomruk.

– Puśćcie mnie! – wrzasnął Zekk, po czym zamachnął się nogą, licząc na to, że może uda mu się

kopnąć w goleń którejś z trzymających go osób.

–  Uważajcie  –  odezwała  się  Tamith  Kai  do  pomocników,  spoglądając  znacząco  na  chłopaka.  –

Niektórzy potrafią być niebezpieczni, kiedy kopią.

Pochyliła  się  nad  Zekkiem  i  powoli  zaczęła  przesuwać  kryształowymi  łopatkami  wzdłuż  jego

boków. Czując, że serce wali mu jak młotem, chłopak zgrzytnął zębami i zamknął zielonkawe oczy.
Z  niejakim  zdziwieniem  stwierdził  jednak,  że  nie  czuje  bólu,  kłucia  ani  mrowienia.  Żaden  ognisty
analizujący promień nie przeniknął przez jego ciało.

Tamith  Kai  cofnęła  się,  a  Garowyn  i  Vilas,  pragnąc  przyjrzeć  się  odczytowi,  pochylili  się  nad

szczupłym  ramieniem  wyrostka.  Nie  przestając  wyrywać  się  z  uchwytu  ich  palców,  Zekk  otworzył
oczy  i  zobaczył  świetlisty  wizerunek,  będący  mikrohologramem  sylwetki  mężczyzny,  otoczonej
roziskrzoną błękitną aureolą.

–  Hmmm,  zdumiewające  –  odezwała  się  Tamith  Kai.  –  Spójrzcie  tylko,  jakim  dysponuje

potencjałem.

– Wspaniały okaz – zgodziła się z nią Garowyn. – Mieliśmy dzisiaj wielkie szczęście.
– Ale ja nie! – odciął się chłopak. – Czego ode mnie chcecie?
–  Pójdziesz  z  nami  –  oświadczyła  fioletowooka  nieznajoma  stanowczym  tonem,  jakby  nie

przejmowała się tym, że jej ofiara może mieć na ten temat inne zdanie.

– Nigdzie nie pójdę! – krzyknął Zekk. – Bez względu na to, co we mnie znaleźliście, nie...
–  Och,  po  prostu  go  ogłuszcie  –  rzekła  zniecierpliwiona  Tamith  Kai,  po  czym  odwróciła  się

i zaczęła kuśtykać, kierując się w ciemny koniec korytarza. – W ten sposób będziemy mogli łatwiej
go przetransportować – rzuciła przez ramię.

Vilas zwolnił uchwyt palców zaciśniętych dotychczas na ramieniu chłopca. Dobrze wiedząc, że

może  to  być  ostatnia  szansa,  Zekk  postanowił  rzucić  się  do  ucieczki...  ale  nagle  w  mrocznym
korytarzu rozbłysnął stożek błękitnego światła. Trafił go w plecy i sprawił, że nieprzytomny chłopak
runął na kamienne płyty.

background image

 

 

 

Rozdział 9

 
 
Jaina  spoglądała  markotnie  na  brata.  Przygryzła  wargę,  zastanawiając  się,  co  też  powie  ich

matka,  kiedy  wróci  do  apartamentu  po  zakończeniu  wizyty,  jaką  składała  pani  ambasador  Alfy
Karnaka. Miała nadzieję, że Leia nie będzie zdenerwowana z powodu zachowania Zekka.

Jacen spacerował niespokojnie po salonie, mrucząc pod nosem coś, co tylko on rozumiał.
– Blasterowe błyskawice! – wybuchnął w końcu. – Kto mógłby się spodziewać, że Zekk weźmie

bukiet za zieleninę! Jak to dobrze, że była z nami Tenel Ka i nie dopuściła do kolejnej kłopotliwej
sytuacji. Ale i tak chyba wywarliśmy na pani ambasador nieszczególne wrażenie.

– Nie sądzę, żeby było aż tak źle – odezwał się Anakin siedzący obok drzwi na dużej poduszce. –

Zobaczycie, że mama da sobie ze wszystkim radę.

Jaina jęknęła.
– Zekk musi czuć się teraz strasznie przygnębiony – powiedziała.
– Zobaczymy się z nim jutro rano, kiedy będziemy pomagali mu wydostać tę centralną jednostkę

wielozadaniową – przypomniał Jacen. – Wówczas będziemy mogli pocieszyć go i przeprosić.

Drzwi  apartamentu  rozsunęły  się  i  do  środka  weszła  Leia.  Wyglądała  na  zdezorientowaną.  Po

chwili kłopotliwej ciszy dzieci odezwały się wszystkie naraz:

– Przepraszam cię, mamo! – wybuchnęła Jaina. – To wszystko mój a wina!
– Czy pani ambasador była bardzo zagniewana? – zapytał Jacen.
– A gdzie tata? – zainteresował się Anakin.
Kanonada pytań sprawiła, że Leia nagle ocknęła się z osłupienia.
–  Nie  masz  za  co  mnie  przepraszać,  Jaino  –  stwierdziła,  obejmując  córkę.  –  Pani  ambasador

powiedziała, że mamy trójkę wspaniałych dzieci. Podobali się jej także wasi przyjaciele. – Pochyliła
się,  żeby  przygładzić  proste  ciemne  włosy  na  głowie Anakina.  – A  jeżeli  chodzi  o  odpowiedź  na
twoje pytanie, wasz tata postanowił omówić z panią ambasador sprawę nadprzestrzennych szlaków,
którymi  można  dolecieć  do Alfy  Karnaka.  Później  chciał  zostać  u  niej  trochę  dłużej,  żeby  załatwić
inną sprawę jeszcze większej wagi.

Jaina zamrugała, zdumiona niespodziewanym obrotem spraw, po czym usiadła na skraju długiej,

wyściełanej  repulsorowej  ławy.  Leia  zajęła  miejsce  u  jej  boku,  a  Jacen  usadowił  się  na  drugim
krańcu. Leia nastawiła układ sterujący urządzenia na łagodne kołysanie, a Anakin przyciągnął swoją
poduszkę i usiadł obok nich, nie odzywając się ani słowem.

Leia uśmiechnęła się do dzieci.
–  Pani  ambasador  była  zdumiona  faktem  zaproszenia  aż  tylu  młodych  ludzi  na  bankiet,  wydany

z okazji jej przybycia. Oświadczyła także, że żadna osoba dorosła, skłonna zmienić własne obyczaje,
żeby  dziecko  nie  poczuło  się  zakłopotane,  nie  powinna  mieć  problemów  z  nawiązaniem  stosunków

background image

dyplomatycznych z jej światem. Cieszę się, że w tym czasie byliście w domu, a nie w akademii Jedi
– dodała, zwracając się do bliźniąt.

– To wspaniale, mamo – odezwała się Jaina, siadając wygodniej na repulsorowej ławie.
–  Dziś  wieczorem  dowiedziałam  się  także  czegoś  ważnego  o  sobie  –  ciągnęła  Leia.  –  Kiedy

razem  z  tatą  odprowadzałam  panią  ambasador  i  jej  dzieci  do  ich  prywatnego  apartamentu,
uświadomiłam sobie, że moje dzieci są dla mnie ważniejsze niż wszyscy dostojnicy czy dyplomaci.
Kiedy znaleźliśmy się w salonie, pani ambasador oświadczyła, że teraz jest gotowa omówić sprawę
zawarcia  przymierza  jej  planety  z  Nową  Republiką.  To  właśnie  wówczas  zdumiałam  nawet  samą
siebie.  Odparłam,  że  będę  szczęśliwa,  mogąc  porozmawiać  na  ten  temat  jutro  rano,  gdyż  dzisiaj
chciałabym poświęcić trochę czasu swoim dzieciom.

Zdumiona  Jaina  cicho  zagwizdała.  Matka  była  zawsze  tak  bardzo  pochłonięta  obowiązkami

przywódczyni Nowej Republiki, że taka odpowiedź wydawała się czymś niepojętym.

– Niemożliwe! – wykrzyknęła.
Leia zachichotała.
–  Możliwe.  I  wiecie,  co  odpowiedziała  mi  pani  ambasador?  –  W  głosie  Leii  dało  się  słyszeć

zdziwienie.  –  Odparła,  że  w  takim  razie  nie  ma  najmniejszych  wątpliwości,  iż  jej  świat  powinien
zawrzeć takie przymierze. Wszystko zostało już przygotowane.

– Jeżeli wszystko zostało przygotowane, dlaczego tata nie wrócił razem z tobą? – zapytał Anakin.

– Co takiego ważnego zmusiło go do zostania?

–  Wasz  tata  został  z  własnej  woli  –  unosząc  brwi,  odparła  Leia  –  żeby  opowiedzieć  dzieciom

pani ambasador jedną z waszych ulubionych bajek na dobranoc. Zgadnijcie, którą?

– O maleńkim zagubionym banthusiu – mruknęli wszyscy troje naraz.
– A  zatem  ty  będziesz  musiała  teraz  opowiedzieć  nam  jakąś  bajkę,  mamo  –  odezwał  się  sennie

Anakin.

Leia nie miała nic przeciwko temu.

background image

 

 

 

Rozdział 10

 
 
Następnego  ranka,  kiedy  wyszli  na  ulicę,  Jacen  nie  mógł  się  pozbyć  uczucia  nieprzyjemnego

świerzbienia  karku.  Wydawało  mu  się,  że  jego  szyja  stanowi  część  szlaku  mermynów.  Prowadziła
Jaina, ponieważ właśnie ona najlepiej znała drogę do mieszkania Zekka. W przeciwieństwie do niej
Jacen  zawsze  błądził,  kiedy  musiał  dotrzeć  w  określone  miejsce.  Tenel  Ka  podążała  za  Jainą,  nie
odzywając  się  ani  słowem.  Stąpała  nieco  przygarbiona,  machinalnie  stawiając  stopy,  jakby  i  ją
dręczyły złe przeczucia. Pochód zamykali Jacen i Lowbacca.

Schodzili  coraz  niżej  opustoszałymi  przejściami  i  korytarzami.  Docierało  tu  niewiele  światła

z wyższych poziomów miasta, a w powietrzu wyczuwało  cię  charakterystyczną  woń  rdzewiejącego
metalu  i  gnijących  odpadków.  Nieznajome  zapachy  drażniły  powonienie  wszystkich,  a  szczególnie
Wookiego – jeżeli sądzić po tym, jak marszczył nos i mrużył oczy.

– Jesteśmy na miejscu – odezwała się Jaina, skręciwszy w boczny korytarz, jeszcze węższy niż

poprzedni. Przystanęła przed niskimi drzwiami i przycisnęła guzik umożliwiający wejście do środka.
Na niewielkiej kontrolnej płytce zapaliła się jednak czerwona lampka na znak, że jest to niemożliwe.
Jaina przygryzła dolną wargę.

– Dziwne – oznajmiła. – Zekk powiedział poprzedniego dnia, że usunie blokadę zamka, żebyśmy

mogli wejść do jego mieszkania.

– Może był bardziej zdenerwowany, niż przypuszczaliśmy – odezwała się Tenel Ka.
–  To  możliwe  –  zgodziła  się  z  nią  Jaina  –  chociaż  mało  prawdopodobne.  Zdarzały  się  nam

czasami nieporozumienia, ale zawsze... – urwała, nie kończąc zdania.

Lowbacca mruknął, wtrącając jakąś uwagę, którą po chwili przetłumaczył Em Teedee:
–  Pan  Lowbacca  zastanawia  się,  czy  przypadkiem  pan  Zekk  nie  wyszedł  na  poranny  spacer.

A może postanowił wyjść, żeby zdobyć jakieś artykuły spożywcze na śniadanie?

–  Ta-a,  coś  smaczniejszego  niż  te  przeznaczone  dla  szturmowców  racje  żywnościowe,  którymi

poczęstował  nas  ostatnio  –  zauważył  Jacen.  Kiedy  przypomniał  sobie,  jak  smakowały,  poczuł,  że
w jego żołądku zaburczało na znak protestu.

– Wiedział, że dzisiaj przyjdziemy – rzekła Jaina. – Nie powinien wychodzić z domu.
–  Zaczekajmy  –  zaproponował  Jacen,  siadając  na  podłodze  i  krzyżując  nogi.  –  Z  pewnością

wkrótce wróci i uraczy nas jakąś niesamowitą opowieścią.

– Tak, to byłoby podobne do niego – przyznała Jaina.
Wiedząc, że siostra nie przestaje się martwić, Jacen próbował ją uspokoić.
– Zobaczysz, że za kilka minut powróci – powiedział, jakby był o tym absolutnie przekonany. –

A  w  tym  czasie  –  dodał  ochoczo  –  mógłbym  opowiedzieć  wam  kilka  nowych  dowcipów.
Oczywiście, jeżeli chcecie posłuchać.

background image

 
Bliźnięta postanowiły zapoznać pozostałych młodych rycerzy Jedi z historiami kilku poprzednich

przygód,  przeżytych  przez  Zekka.  Najpierw  Jacen  opowiedział  o  tym,  jak  ich  przyjaciel  zszedł
czterdzieści  dwa  piętra  nieczynnym  szybem  turbowindy,  ponieważ  w  świetle  impulsowej  latarki
laserowej  zobaczył  na  dnie  coś  błyszczącego.  Z  każdym  pokonywanym  piętrem  wyobrażał  sobie
coraz większą wartość znaleziska, ale kiedy dotarł na najniższy poziom, przekonał się, że błyszczący
przedmiot jest tylko kulą zmiętej folii, która przykleiła się do plamy smaru ściekającego po ścianie
szybu.

Jaina  podzieliła  się  z  przyjaciółmi  opowiadaniem  o  tym,  jak  Zekk  przeprogramował  osobiste

urządzenie  tłumaczące,  własność  grupy  aroganckich  turystów,  podobnych  do  gadów,  którzy
wypchnęli  go  z  kolejki  osób  czekających  na  darmowe  próbki  nowego  produktu  spożywczego.  Zekk
dokonał wówczas zmiany oprogramowania ich androida tłumaczącego  w  taki  sposób,  że  za  każdym
razem,  kiedy  gadopodobni  turyści  pytali  o  drogę  do  restauracji  czy  muzeum,  byli  kierowani  do
najbliższej szulerni albo ośrodka przetwarzania odpadów.

– Po prostu coś okropnego! – oświadczył Em Teedee.
Upływające minuty zamieniły się w godzinę, ale ich przyjaciel nie powrócił.
W końcu Jaina wstała.
– Musiało się stać coś złego – oznajmiła, przygryzając dolną wargę. – Zekk nie wyszedłby na tak

długo.

Lowie warknął, a Em Teedee przetłumaczył:
–  Pan  Lowbacca  sugeruje,  że  prawdopodobnie  pan  Zekk  potrzebuje  trochę  więcej  czasu,  żeby

przezwyciężyć  wstyd  i  zakłopotanie.  Nie  sądzę,  żebym  kiedykolwiek  zrozumiał  ludzi  –  dodał  po
chwili.

– To możliwe – odparła Jaina, ale wyraz jej twarzy świadczył o tym, że dziewczyna nie została

przekonana.

–  Hej,  a  dlaczego  nie  mielibyśmy  zostawić  mu  wideowiadomości?  –  zaproponował  Jacen.  –

Przyjdziemy tutaj jutro. Jak myślicie, ile czasu może się na nas wściekać?

 
Następnego dnia jednak także nie zastali przyjaciela. Jacen przycisnął guzik, uruchamiający drzwi

wejściowe, ale ponownie zapaliła się czerwona lampka. Młodzi Jedi wiedzieli, że niedługo przyleci
z orbitalnej stacji stary Peckhum i nie zastanie w mieszkaniu nikogo.

–  Myślę,  że  powinniśmy  poszukać  Zekka  –  odezwał  się  Jacen,  spoglądając  na  niemy  panel

informacyjny, umieszczony na ścianie.

– Zgadzam się – oświadczyła Tenel Ka.
– No cóż – rzekła Jaina, energicznie zacierając dłonie. – W takim razie na co jeszcze czekamy?

A jeżeli go nie znajdziemy, powinniśmy porozmawiać z mamą.

 
Kiedy młodzi rycerze Jedi znaleźli się w prywatnego gabinecie przywódczyni Nowej Republiki,

Leia Organa Solo sprawiała wrażenie bardzo skupionej i zajętej pracą. Mimo to uśmiechnęła się na
ich  widok.  Wstała  od  biurka,  po  czym  odgarnęła  niesforny  kosmyk  włosów  opadających  na  oczy
Jainy.

–  Cieszę  się,  że  wpadłyście  do  mnie,  dzieciaki  –  rzekła.  –  Chciałam  pokazać  wam  coś

ciekawego.

background image

Zanim  Jaina  albo  Jacen  mieli  czas  powiedzieć  jej,  że  z  Zekkiem  stało  się  coś  złego,  Leia

odtworzyła  kiepskiej  jakości  dalekosiężny  wideogram,  na  którym  było  widać,  jak  imperialne  statki
szturmowe  atakują  w  przestworzach  niedaleko  Coruscant  zaopatrzeniowy  krążownik  Nowej
Republiki.

–  Ta  jednostka  wygląda  zupełnie  tak  samo  jak  statek,  który  zaatakował  orbitalną  stację

wydobywczą Landa Carlissiana! – wykrzyknęła Jaina.

–  Tak  myślałam,  pamiętając,  jak  mi  go  opisaliście  –  odparła  Leia.  –  Teraz  będę  mogła

powiedzieć  o  tym  admirałowi  Ackbarowi.  Atak  miał  miejsce  zaledwie  przed  dwoma  dniami.
Możliwe,  że  zawisło  nad  nami  całkiem  realne  niebezpieczeństwo.  Wróg  może  pragnąć  zadać  cios,
wymierzony w samo serce Nowej Republiki.

Jaina, która właśnie odtwarzała nagranie po raz drugi, zmarszczyła brwi i oznajmiła:
– W tym wideogramie niepokoi mnie jeszcze coś innego. Nie potrafię tylko powiedzieć, co...
Leia usiadła znów za biurkiem.
– Admirał Ackbar i grupa ekspertów taktyków analizują nagranie, klatka po klatce. Możliwe, że

będą chcieli zadać wam kilka pytań. Stosujemy dodatkowe środki bezpieczeństwa, obawiając się, że
niedługo możemy być świadkami kolejnego ataku oddziałów imperialnych.

Kiedy skończyli oglądać, Jacen opowiedział matce historię zniknięcia Zekka. Leia nie wydawała

się jednak zaniepokojona. Powiodła spojrzeniem po twarzach czwórki stojących przed jej biurkiem
młodych Jedi.

–  No,  dobrze  –  odezwała  się,  kiedy  skończyli.  –  Pozwólcie,  że  zadam  wam  jedno  pytanie.  Jak

myślicie, kto zna lepiej to miasto, wy czy Zekk?

– No cóż, jasne, że Zekk – odparł Jacen, chociaż stwierdzenie tego faktu przyszło mu z niejakim

trudem. – Ale...

–  A  jeżeli  Zekk  jest  tak  bardzo  wytrącony  z  równowagi,  że  postanowił  zaszyć  się  w  mysiej

dziurze – ciągnęła Leia – czy to dziwne, że nie możecie go odnaleźć?

– Nie zrobiłby czegoś takiego – zaoponowała Jaina. – Obiecał, że się z nami spotka.
–  W  takim  razie  –  odrzekła  Leia  spokojnie,  starając  się  nadać  głosowi  rzeczowe  brzmienie  –

może już znalazł tę centralną jednostkę wielozadaniową poleciał z Peckhumem, by zainstalować jawę
wnętrzu orbitalnej stacji kontrolnej?

– Wówczas zostawiłby nam jakąś wiadomość – oświadczyła Jaina, nie dając za wygraną.
–  Ona  ma  rację,  mamo  –  poparł  siostrę  Jacen.  –  Zekk  może  sprawiać  wrażenie  nicponia,  ale

zawsze dotrzymuje danego słowa.

Leia obdarzyła bliźnięta sceptycznym spojrzeniem.
– Od jak dawna go znacie? – zapytała.
Jaina wzruszyła ramionami.
– Od pięciu lat, ale co to ma...
– A  w  ciągu  tych  pięciu  lat  –  przerwała  jej  matka  –  ile  razy  po  prostu  znikał,  by  wyruszyć  na

jakąś tajemniczą wyprawę, tylko po to, żeby pojawić się po miesiącu?

Jacen chrząknął i niespokojnie przestąpił z nogi na nogę.
– Uhm, co najmniej kilka – odparł.
– No, właśnie. Sami widzicie – stwierdziła Leia, jakby odpowiedź jej syna ostatecznie zamykała

sprawę.

– Ale wtedy ani razu nie obiecywał, że się z nami spotka – przypomniał Jacen.

background image

Leia westchnęła.
– I ani razu nie czuł się wówczas upokorzony z powodu tego, co wydarzyło się podczas bankietu,

wydanego na cześć jakiegoś dyplomaty. Posłuchajcie, Zekk jest starszy niż wy, a prawo stanowi, że
może przychodzić i odchodzić, kiedy zechce. A nawet gdybyśmy byli absolutnie pewni tego, że stało
mu się coś złego – a wcale nie jesteśmy – niewiele moglibyśmy zrobić. Galaktyka jest bardzo duża.
Któż wie, gdzie chłopak może przebywać w tej chwili?

Każdego dnia znika wielu ludzi, a my po prostu nie mamy możliwości szukania wszystkich, którzy

zaginęli. Tydzień jeszcze się nie skończył, a ja otrzymałam meldunki o zaginięciu przynajmniej trojga
innych nastolatków i to na terenie samego Imperial City. Dlaczego nie mielibyście zaczekać do jutra,
aż  powróci  Peckhum?  Może  on  będzie  wiedział,  co  stało  się  z  Zekkiem.  A  jeżeli  nie,  zapewne
podsunie wam jakiś pomysł, gdzie go szukać.

Leia wstała zza biurka i zamierzając powrócić do pracy, odprowadziła młodych Jedi do drzwi.
–  Właśnie  teraz  przygotowuję  się  do  następnego  spotkania  z  panią  ambasador Alfy  Karnaka  –

powiedziała.  –  A  wieczorem  muszę  wziąć  udział  w  koncercie,  zorganizowanym  przez  Ludzi
Wyjących Drzew... – Potarła skronie, jakby oczekując, że może dostać bólu głowy. – Bardzo lubię to,
co robię... – dodała. – No, przynajmniej większość rzeczy.

Kiedy wszyscy młodzi Jedi wychodzili z gabinetu Leii, Jacen jęknął.
– Mama nie wierzy, że Zekkowi mogło przydarzyć się coś złego – stwierdził.
– Wygląda na to, że jednak musimy sami wyruszyć na poszukiwania – oznajmiła Jaina.
Lowie warknął przeciągle, zgadzając się z jej zdaniem.
–  Wszystko  zależy  teraz  tylko  od  nas  –  rzekł  Jacen,  podkreślając  te  słowa  zdecydowanym

uderzeniem pięści w otwartą dłoń drugiej ręki.

– I to jest fakt – odezwała się Tenel Ka.

background image

 

 

 

Rozdział 11

 
 
Po  upływie  czasu,  który  wydał  mu  się  całą  wiecznością,  Zekk  z  wysiłkiem  wrócił  do

przytomności. Czuł się tak, jakby jego ciało zostało porażone napięciem o wartości miliona woltów,
co  spowodowało  zwarcie  połowy  włókien  nerwowych  i  wywołało  nieprzyjemne  mrowienie
i drżenie mięśni.

Potwornie  bolała  go  głowa,  a  od  leżenia  na  zimnych  metalowych  płytach  podłogi  cały  był

zziębnięty i zesztywniały. Jaskrawe białe światło raziło jego oczy.

Kiedy  siadał,  musiał  kilka  razy  zamrugać,  a  wówczas  ujrzał  jaskrawe  wielobarwne  plamy.

Czekał, aż odzyska ostrość wzroku, ale uświadomił sobie w końcu, że niczego nie widzi, ponieważ
niczego nie było do zobaczenia... poza gładkimi jasnoszarymi ścianami. Na jednej ujrzał okratowaną
osłonę, kryjącą zapewne głośnik, a na innej otwór wentylacyjny pełniący funkcję wlotu powietrza...
i nic więcej. Nie udało mu się dostrzec żadnych drzwi.

Zrozumiał, że zapewne został zamknięty w jakiejś celi. Pamiętał, że usiłował się wyrwać z rąk

dwojga  złowieszczo  wyglądających  ludzi,  którzy  pochwycili  go  na  jednym  z  niższych  poziomów
miasta.  Pamiętał  również,  że  wysoka  czarnowłosa  i  fioletowooka  kobieta  poddała  go  jakiemuś
testowi, po którym został ogłuszony przez stojącego za plecami młodego ciemnowłosego mężczyznę...

– Hej! – wrzasnął ochryple, kiedy przypomniał sobie to wszystko. – Hej! Gdzie jestem?
Zatoczywszy  się,  wstał  i  czując  zawroty  głowy,  podszedł  do  najbliższej  ściany.  Zaczął  uderzać

pięścią  w  metalową  płytę,  pragnąc  zwrócić  na  siebie  czyjąś  uwagę.  Obszedł  niewielkie
pomieszczenie, ale nigdzie nie ujrzał szpary wskazującej na istnienie drzwi.

Zbliżył usta do okratowanej płyty i zawołał:
– Niech ktoś powie, o co tutaj chodzi! Nie macie prawa więzić mnie w tej celi!
Buńczuczne  słowa  miały  stanowić  dowód,  że  Zekk  się  nie  boi.  Chłopak  wiedział  jednak,  że

czasami  zdarzają  się  takie  rzeczy,  o  jakich  Jacen  i  Jaina,  wychowani  w  poszanowaniu  prawa
i  pilnowani  od  najmłodszych  lat,  nigdy  nie  słyszeli.  Był  pewien,  że  jego  „prawa”  nie  będą
respektowane, jeżeli znajdzie się ktoś na tyle potężny, kto nie zawaha się ich podeptać. Był zdany na
własne  siły.  Nie  miał  nikogo,  kto  mógłby  wyciągnąć  go  z  tarapatów  albo  wysłać  oddział  wojska,
żeby go uwolnić. Niewiele osób zauważy, że zniknął. Nikt nie dowie się, co się z nim stało.

–  Hej!  –  krzyknął  ponownie,  kopiąc  ścianę.  –  Dlaczego  jestem  uwięziony?  Czego  chcecie  ode

mnie?

Nagle usłyszał szelest, dobiegający od strony przeciwległej ściany, i odwrócił się na pięcie jak

użądlony. Przekonał się, że gładka płyta odsunęła się na bok. Zobaczył młodego mężczyznę stojącego
w  mrocznym  otworze  w  towarzystwie  dwóch  uzbrojonych  szturmowców.  Wysoki  nieznajomy  był
odziany w srebrzyste szaty. Miał jasne, równo przystrzyżone włosy, a na jego nieskazitelnie pięknej

background image

twarzy  malował  się  łagodny  uśmiech.  Zekk  jeszcze  nigdy  nie  widział  nikogo  tak  harmonijnie
zbudowanego  i  przystojnego.  Młody  mężczyzna,  od  którego  emanował  niezwykły  spokój,  sprawiał
wrażenie alabastrowego posągu, wyrzeźbionego przez artystę.

–  Czy  przypadkiem  trochę  nie  przesadzasz?  –  zapytał  nieznajomy.  Z  jego  głosu  promieniowała

siła i charyzma. – Przyszliśmy, kiedy uświadomiliśmy sobie, że odzyskałeś przytomność. Uderzając
tak silnie w ścianę, mogłeś zrobić sobie jakąś krzywdę.

Zekk nie pozwolił, by łagodne słowa mężczyzny uśpiły jego czujność.
– Chcę wiedzieć, dlaczego tutaj, jestem – odparł. – Wypuśćcie mnie. Moi przyjaciele będą mnie

szukali.

– Jestem pewien, że nie będą – oznajmił nieznajomy, kręcąc głową. – Wiemy to, bo zebraliśmy

o tobie wystarczająco dużo informacji. Ale możesz pozbyć się wszelkich obaw.

– Mogę... pozbyć się obaw? – zająknął się chłopak. – Jak śmiesz mówić...
Urwał, kiedy dotarło do niego znaczenie słów, wypowiedzianych  przez  mężczyznę.  To  prawda,

przyjaciele nie będą go szukali. Bardzo wątpił, czy Jacen i Jaina w ogóle chcieliby pokazywać się
w jego towarzystwie po incydencie, jakiego dopuścił się podczas bankietu.

– O co ci właściwie chodzi? – zapytał o wiele ciszej.
Mężczyzna, odziany w fałdzistą srebrną szatę, gestem dał znak szturmowcom, żeby się nie ruszali,

po czym wszedł do celi i zamknął drzwi za sobą.

–  Widzę,  że  zostałeś  umieszczony  w  jednym  z  naszych...  najmniej  luksusowych  apartamentów  –

powiedział  i  lekko  westchnął.  –  Postaram  się  znaleźć  dla  ciebie  wygodniejsze  pomieszczenie  tak
szybko, jak będzie możliwe.

– Kim jesteście? – nalegał Zekk, nadal nie pozwalając sobie na osłabienie czujności. – Dlaczego

mnie ogłuszyliście?

– Nazywam się Brakiss – rzekł mężczyzna. – Przepraszam cię za... entuzjazm, okazany przez moją

koleżankę  Tamith  Kai.  Jestem  pewien,  iż  uciekła  się  do  użycia  siły  tylko  dlatego,  że  się  opierałeś.
Gdybyś  dobrowolnie  zechciał  zrobić  to,  o  co  prosiła,  mógłbyś  znaleźć  się  tu  w  przyjemniejszych
okolicznościach.

– Nie wiedziałem, że zgoda na porwanie może być uważana za coś przyjemnego – prychnął Zekk.
– Porwanie? – odparł Brakiss, udając, że jest przerażony. – Nie wyciągaj pochopnych wniosków,

dopóki nie usłyszysz wszystkiego, co mam do powiedzenia.

– Mam nadzieję, że zaraz zechcesz mi to powiedzieć – mruknął chłopak.
– Oczywiście. – Brakiss obdarzył go promiennym uśmiechem. – Chciałbyś może coś zjeść albo

wypić?

– Po prostu powiedz, o co chodzi.
Brakiss złączył dłonie, a iskrząca się srebrzysta szata zamigotała przy tym ruchu jak zmarszczki

na powierzchni wody, w której odbija się pochmurne niebo.

– Mam dla ciebie pewną informację – zaczął. – Nie wątpię, że sprawi ci przyjemność, chociaż

w pierwszej chwili możesz mieć trudności z otrząśnięciem się ze wstrząsu.

– Jaką informację? – zapytał chłopak, sceptycznie unosząc brwi i marszcząc czoło.
– Czy wiedziałeś o tym, że dysponujesz potencjałem Jedi?
Zielone oczy Zekka rozszerzyły się ze zdumienia.
– Ja? Potencjałem Jedi? – powtórzył. – Chyba pomyliliście mnie z kimś innym.
Brakiss wyszczerzył zęby w uśmiechu.

background image

– Przyznaję, że sami byliśmy tym zaskoczeni. Czy twoi przyjaciele Jacen i Jaina nic ci o tym nie

mówili? Nie wspominali ani słowem?

–  Nie  mam  żadnego  potencjału  Jedi  –  wymamrotał  Zekk.  –  Nie  mógłbym  przecież  mieć  czegoś

takiego...

– Dlaczego nie? – unosząc brwi, zapytał Brakiss.
Sprawiał  wrażenie  bardzo  pewnego  siebie.  Czekał,  aż  chłopak  zechce  odpowiedzieć  na  jego

pytanie. W końcu Zekk spuścił głowę i popatrzył na otwarte dłonie.

–  Ponieważ  jestem...  najzwyczajniejszym  ulicznikiem.  Tymczasem  rycerze  Jedi  są  wielkimi

obrońcami Nowej Republiki. Są potężni i silni...

Brakiss przerwał mu, niecierpliwie kiwnąwszy głową.
–  Tak,  to  prawda...  ale  dysponowanie  umiejętnościami  Jedi  nie  ma  nic  wspólnego  z  tym,  jak

żyjesz  czy  zostałeś  wychowany.  Moc  nie  zna  żadnych  granic  społecznych  ani  ekonomicznych.  Sam
Luke Skywalker był kiedyś przybranym synem zwykłego farmera na pustynnej Tatooine.

Dlaczego biedny chłopak nie miałby dysponować takim samym potencjałem Jedi jak, powiedzmy,

dzieci potężnego polityka, pławiące się w luksusie i nie muszące troszczyć się o zaspokajanie swoich
potrzeb? Prawdę mówiąc – zniżywszy głos, ciągnął Brakiss – możliwe, że zawdzięczasz to właśnie
faktowi,  iż  całe  twoje  życie  było  jednym  pasmem  udręki.  Twoje  umiejętności  zostały  wyostrzone
w większym stopniu niż zdolności tych małych rozpieszczonych bachorów.

– To nie są bachory – odciął się Zekk. – Są moimi przyjaciółmi.
Brakiss zlekceważył jego uwagę nonszalanckim gestem.
– Wszystko jedno.
–  Jak  to  się  stało,  że  nic  o  tym  nie  wiedziałem?  Jakim  cudem  nigdy...  niczego  nie  czułem?  –

zastanawiał się chłopak.

Nagle  uświadomił  sobie,  czego  poszukiwała  Tamith  Kai,  badając  go  za  pomocą  dziwnego

urządzenia.

Brakiss zakołysał się na piętach.
–  Skąd  mogłeś  wiedzieć  o  tym,  że  dysponujesz  umiejętnościami  Jedi,  jeżeli  nikt  cię  nie  uczył?

Nikt ci nawet nic nie powiedział. Sam widziałeś, że wykrycie potencjału Jedi jest niezwykle proste.
Prawdę mówiąc,  jestem  wstrząśnięty  faktem,  że  tacy  dobrzy  przyjaciele  jak  Jacen  i  Jaina  nigdy  nie
zadali  sobie  trudu  sprawdzenia  twojego  potencjału.  Czyż  nie  jest  prawdą,  że  mistrz  Skywalker
rozpaczliwie  poszukuje  nowych  kandydatów  do  swojej  uczelni,  żeby  wyszkolić  ich  na  potężnych
rycerzy Jedi?

Zekk niechętnie kiwnął głową.
– Jeżeli to prawda – ciągnął Brakiss – dlaczego twoi przyjaciele nie badają każdego, z kim się

spotykają?  Dlaczego  z  góry  założyli,  że  nie  warto  poddać  cię  testowi?  Wydaje  mi  się,  że  cię
lekceważą.  Zapewne  nawet  nie  wyobrażają  sobie,  żeby  pierwszy  lepszy  ulicznik  i  włóczęga  mógł
pobierać nauki w akademii Jedi, bez względu na to, jak dużym dysponuje potencjałem.

– To nieprawda – mruknął Zekk, ale było widać, że bez większego przekonania.
– Niech ci będzie. – Brakiss wzruszył ramionami.
Zekk  rozejrzał  się  po  celi,  chociaż  gładkie,  pozbawione  jakichkolwiek  ozdób  ściany  nie

przedstawiały miłego widoku. Wykonał szeroki gest, pokazując zimne, nagie ściany pomieszczenia.

– Gdzie jestem? – zapytał, próbując skierować rozmowę na inne tory.
–  To  miejsce  nazywa  się  Akademią  Ciemnej  Strony  –  odparł  Brakiss,  a  Zekk  ze  zdumieniem

background image

przypomniał  sobie,  że  właśnie  w  tej  ukrytej  gdzieś  w  przestworzach  orbitalnej  stacji  Jacen  i  Jaina
byli  przetrzymywani  wbrew  swojej  woli.  – A  ja  zajmuję  się  szkoleniem  nowych  Jedi  na  potrzeby
Drugiego  Imperium,  chociaż  posługuję  się  nieco  innymi  metodami  niż  te,  z  których  korzysta  mistrz
Skywalker w swoim ośrodku szkoleniowym na Yavinie Cztery. – Brakiss mrugnął porozumiewawczo
do chłopaka. – Ale ty nic przecież nie wiesz na ten temat, prawda? Twoi przyjaciele nigdy cię tam
nie zabrali? – Zabrzmiało to jak pytanie. – Prawda? Nawet na krótką wycieczkę?

Zekk pokręcił głową.
–  No  cóż,  ja  także  szkolę  nowych  Jedi  –  powtórzył  Brakiss.  –  Pragnę,  żeby  stali  się  potężnymi

wojownikami,  którzy  przywrócą  Drugiemu  Imperium  blask  i  chwałę.  Sojusz  Rebeliantów  to
organizacja  przestępcza.  Ale  ty  pewnie  tego  nie  zrozumiesz.  Jesteś  zbyt  młody,  by  pamiętać,  co
wydarzyło się w czasach panowania Imperatora Palpatine’a.

– Nienawidzę Imperium! – odparł z mocą chłopak.
–  Nieprawda  –  zapewnił  go  Brakiss.  –  Mówisz  tak,  bo  twoi  przyjaciele  powiedzieli  ci,  żebyś

nienawidził Imperium, mimo iż nie doświadczyłeś na własnej skórze, jak wyglądało życie w tamtych
czasach. Znasz tylko tę wersję historii, którą ci opowiedzieli. Z pewnością wiesz, że bez względu na
to,  jaki  rząd  obejmuje  władzę,  zawsze  stara  się  przedstawić  pokonanego  rywala  w  jak  najgorszym
świetle. Nie zdziwiłbym się, gdyby twoi przyjaciele mówili, że byliśmy potworami. Powiem ci, jak
wyglądała  prawda.  W  Imperium  nie  panował  polityczny  chaos.  Wszyscy  mieli  równe  szansę.  Nie
widywało  się  gangów  młodych  ludzi  panoszących  się  po  ulicach  Coruscant.  Każdy  miał  do
wykonania jakąś pracę, a co więcej, starał się wykonywać ją jak najlepiej.

A poza tym, młody Zekku, co właściwie obchodzi cię galaktyczna polityka? Nigdy przecież nie

zawracałeś  sobie  głowy  takimi  głupstwami.  Czy  naprawdę  twoje  życie  uległoby  jakiejkolwiek
zmianie,  gdyby  przywódczynię  Nowej  Republiki  zastąpił  jakiś  inny  polityk  wywodzący  się
z Drugiego Imperium? Jeżeli jednak powierzysz swój los w nasze ręce, twoje położenie może ulec
radykalnej poprawie.

Zekk potrząsnął głową i zacisnął zęby.
– Nie zdradzę swoich przyjaciół – burknął.
–  Ach  tak,  przyjaciół...  –  powtórzył  lekceważąco  Brakiss.  –  Tych  samych,  którzy  nigdy  nie

poddali cię testowi, żeby odkryć twój niezwykły talent. Tych samych, którzy widują się z tobą tylko
wówczas,  kiedy  mają  czas  i  ochotę.  Dobrze  wiesz,  że  kiedy  zajmą  się  jakąś  „ważniejszą”  pracą,
zostawią  cię  tu  na  łasce  losu.  Możliwe,  że  nawet  zapomną  o  tobie  szybciej,  niż  zdążysz  mrugnąć
powieką.

– Nie – szepnął chłopak. – Nie zapomną.
–  Powiedz  mi,  czy  myślałeś  o  przyszłości?  –  zapytał  urodziwy  mężczyzna.  –  Czy  wiesz,  co  cię

czeka? Zaprzyjaźniłeś się z parą dzieciaków należących do najwyższych sfer, ale czy kiedykolwiek
będziesz mógł uważać się za jednego z ich grona? Bądź szczery wobec samego siebie.

Zekk nie odpowiedział, chociaż gdzieś, w głębi serca, bardzo dobrze znał odpowiedź.
–  Będziesz  zbierał  odpadki  i  śmieci  do  końca  życia  –  ciągnął  Brakiss.  –  Będziesz  sprzedawał

świecidełka, pragnąc zarobić tyle kredytów, żeby wystarczyło na najbliższy posiłek. Czy sądzisz, że
sam, bez niczyjej pomocy, potrafisz zdobyć władzę, sławę i szacunek?

Po  raz  drugi  Zekk  zdecydował  się  nie  udzielać  odpowiedzi.  Brakiss  pochylił  się  nad  nim,

a z każdego rysu jego pięknej, jakby wyrzeźbionej twarzy promieniowała troska i współczucie.

– Daję ci szansę, chłopcze – powiedział. – Czy masz dość odwagi, by z niej skorzystać?

background image

Zekk  postarał  się  znaleźć  w  sobie  resztkę  siły,  żeby  się  sprzeciwić.  Poczuł,  jak  w  jego  piersi

zaczyna wzbierać fala złości.

–  Taką  samą  szansę,  jaką  dałeś  Jacenowi  i  Jainie?  –  zapytał,  nie  kryjąc  ironii  w  głosie.  –

Powiedzieli  mi,  jak  ich  porwaliście,  po  czym  przetransportowaliście  do Akademii  Ciemnej  Strony
i torturowaliście.

– Torturowaliśmy? – Brakiss roześmiał się i pokręcił głową, aż zafalowały jego jasne włosy. –

Przez całe życie byli rozpieszczani, więc nie dziwię się, że trochę ciężkiej pracy mogło wydać się im
torturą.  Zaproponowałem  im,  że  zajmę  się  ich  nauką,  tak  aby  mogli  kiedyś  stać  się  potężnymi  Jedi.
Przyznaję jednak, że w ich przypadku popełniłem omyłkę. Chcieliśmy szkolić młodych ludzi, którzy
mieliby  zostać  rycerzami  Jedi,  ale  oboje  zaproszeni  przez  nas  kandydaci  byli  niestety  zbyt
zarozumiali.  Ryzyko  okazało  się  wyższe,  niż  przypuszczaliśmy,  wskutek  czego  nasza  akademia
niepotrzebnie zwróciła na siebie uwagę.

W  takiej  sytuacji  postanowiliśmy  zmienić  plany.  Wspominałem  ci,  że  Moc  bywa  równie  silna

u  ludzi  potężnych  i  bogatych,  jak  i  tych,  nie  mających  w  życiu  tyle  szczęścia.  Jeżeli  chcesz  poznać
prawdę, Zekku, nie obchodzi mnie twoje pochodzenie, lecz talent oraz pragnienie, żeby go rozwijać.
Tamith  Kai  i  ja  postanowiliśmy  rozpocząć  poszukiwania  odpowiednich  kandydatów  pośród  ludzi
należących  do  najniższych  warstw  społeczeństwa.  Wiedzieliśmy,  że  niektórzy  mają  równie  silny
potencjał  jak  ci  zaliczający  się  do  warstw  najwyższych,  ale  chodziło  nam  o  to,  żeby  zniknięcie
kandydata  nie  narobiło  tyle  szumu.  Szukamy  ludzi,  którzy  będą  chcieli  uczyć  się  i  pracować  razem
z nami.

Chłopak  spojrzał  spode  łba  na  Brakissa,  ale  młody  mężczyzna  obdarzył  go  płomiennym

spojrzeniem i powiedział:

–  Jeżeli  się  do  nas  przyłączysz,  obiecuję,  że  imię  Zekk  nie  będzie  nigdy  lekceważone  ani

zapomniane.

Drzwi  celi  się  otworzyły,  ukazując  stojącego  na  progu  szturmowca.  Żołnierz  trzymał  tacę

z parującym napojem i kusząco pachnącymi pasztecikami.

– Może zechcesz coś zjeść w tym czasie, kiedy będziemy rozmawiali – zaproponował. – Wydaje

mi  się,  że  odpowiedziałem  na  większość  twoich  pytań,  ale  jeżeli  jest  jeszcze  coś,  co  chciałbyś
wiedzieć, pytaj śmiało.

Zekk uświadomił sobie, że jest głodny jak wilk. Połknął aż trzy paszteciki, po każdym oblizując

wargi. Nigdy w życiu nie jadł niczego tak pysznego.

Ukryte  znaczenie  słów  Brakissa  niepokoiło  go  i  przerażało,  ale  w  umyśle  chłopaka  raz  po  raz

pojawiały  się  pytania  na  temat  przyszłości.  I  chociaż  Zekk  nie  chciał  przyznać  tego  przed  samym
sobą,  miał  niejasne  przeczucie,  że  większość  stwierdzeń  i  obietnic  młodego  mężczyzny  nie  była
pozbawiona sensu.

 
Zanim  Brakiss  wyszedł  z  celi  i  zamknął  drzwi  za  sobą,  przystanął  w  progu  i  zwrócił  się  do

jednego ze szturmowców:

– Proszę dopilnować, żeby chłopiec został przeniesiony do bardziej luksusowego pomieszczenia.

Nie sądzę, żeby jeszcze sprawiał nam kłopoty.

Kiedy naczelnik Akademii Ciemnej Strony ruszył lekko jak duch korytarzem, podszedł do niego

stary  pilot  myśliwca  typu  TIE,  żeby  złożyć  raport.  Qorl  był  wciąż  jeszcze  ubrany  w  czarny
opancerzony skafander próżniowy, ale zdążył zdjąć czarny, podobny do czerepu hełm, który trzymał

background image

teraz w mechanicznej dłoni.

–  Lordzie  Brakissie,  pochwycony  rebeliancki  krążownik  „Diament”  znajduje  się  pod  osłoną

naszego siłowego pola – oznajmił. – Właśnie w tej chwili jest rozładowywany.

Na twarzy Brakissa pojawił się szeroki uśmiech.
– Doskonale. Czy w ładowniach było rzeczywiście aż tyle sprzętu, ile oczekiwaliśmy?
Qorl kiwnął głową.
– Potwierdzam. Dzięki rdzeniom jednostek napędu nadprzestrzennego i bateriom do turbolaserów

będziemy mogli podwoić potęgę wojskową Drugiego Imperium. Opanowanie tego statku było bardzo
mądrym posunięciem.

Brakiss złączył dłonie i opuścił je, pozwalając, żeby zniknęły w czeluściach fałdzistych rękawów

jego srebrnego płaszcza.

– Wyśmienicie – powiedział. – Wszystko potoczyło się zgodnie z planem. Zaraz złożę meldunek

samemu  wielkiemu  wodzowi  i  podzielę  się  z  nim  dobrą  nowiną.  Niedługo  Imperium  ponownie
zajaśnieje jak słońce... a rebelianckie szumowiny nie będą mogły zrobić nic, żeby temu przeszkodzić.

background image

 

 

 

Rozdział 12

 
 
– Wahadłowiec „Księżycowy Blask”, tu wieża kontrolna Coruscant Jeden. Macie zgodę na start.

Wrota hangaru lądowiska otworzą się w sektorze gamma.

Kapitan statku Narek-Ag pstryknęła przełącznikiem głównego komunikatora.
–  Dziękujemy,  wieża  Jeden.  Mówi  kapitan  wahadłowca  „Księżycowy  Blask”.  Mamy  pełne

ładownie.  Kierujemy  się  ku  wrotom  gamma.  –  Wyłączyła  komunikator  i  obdarzyła  konspiracyjnym
uśmiechem  siedzącego  na  sąsiednim  fotelu  Trebora,  drugiego  pilota  wahadłowca.  –  Jeszcze  kilka
takich ładunków jak ten – powiedziała – i będziesz mógł poprosić mnie o rękę.

W jej orzechowych oczach błyszczały figlarne ogniki.
Trebor  także  uśmiechnął  się,  zapewne  przyzwyczajony  do  swoistego  poczucia  humoru  pani

kapitan.

– Jeżeli będziesz robiła nadal tak dobre interesy, możliwe, że cię posłucham – odparł.
Z  wdziękiem,  który  zawdzięczała  wieloletniej  praktyce,  Narek  przeleciała  wahadłowcem  przez

wrota hangaru jednej ze stacji kosmicznych, umieszczonych na orbicie wokół Coruscant.

– Wszystkie współrzędne zostały wprowadzone? – zapytała, zwracając się do drugiego pilota.
–  Wprowadzone  i  potwierdzone  –  zameldował  Trebor  w  tej  samej  chwili,  kiedy  skończyła

mówić.

Narek  zachichotała  widząc,  jak  jej  wahadłowiec  oddala  się  od  lądowiska.  Po  chwili  statek

zwiększył  prędkość,  chociaż  jeszcze  nie  opuścił  systemu  Coruscant.  Pani  kapitan  zaczęła
przygotowywać  jednostkę  do  skoku  w  nadprzestrzeń,  który  miał  zakończyć  się  w  pobliżu  planety
Bespin, następnego celu ich podróży.

– Wiesz co, jeżeli chodzi o działanie na tak małą skalę... – powiedziała.
– ...nie jesteśmy wcale gorsi niż inni – dokończył zamiast niej Trebor.
– Wcale nie jesteśmy gorsi – powtórzyła pani kapitan, z zadowoleniem kręcąc głową. – Oblicz

współrzędne skoku.

–  Już  prawie  zakończyłem  –  odrzekł  drugi  pilot.  –  Jeżeli  się  pospieszymy,  może  zdążymy

dostarczyć towar do Miasta w Chmurach, a wówczas poszukamy ładunku, który można byłoby zabrać
w drogę powrotną. W ten sposób zdołalibyśmy podwoić nasze zyski.

Na twarzy Narek-Ag ukazał się błogi uśmiech. Pani kapitan wahadłowca przekrzywiła głowę, aż

zafalowały jej kasztanowate włosy.

– Uwielbiam, kiedy myślisz jak prawdziwy człowiek interesu – powiedziała.
– Istota interesu – poprawił ją Trebor. – Niedługo osiągniemy maksymalną prędkość. Przygotuj

się do wejścia w nadprzestrzeń.

Nagle  „Księżycowy  Blask”  szarpnął  się,  jakby  uderzył  w  nieprzepuszczalną  przeszkodę.  Mały

background image

statek  odbił  się  od  niej,  po  czym  zaczął  koziołkować  w  przestworzach.  Na  pulpicie  kontrolnej
konsolety zapaliły się jaskrawe ostrzegawcze światła, a w sterowni rozbrzmiało zawodzenie syren.

– Co to było? – zapytała Narek, potrząsając głową, żeby pozbyć się rozmytych plam, odbieranych

przez jej narząd wzroku. Wyjrzała przez iluminator, ale zobaczyła tylko czerń przestworzy.

– Nie mam pojęcia – odparł Trebor. – Nasze skanery niczego nie wykryły. Ekrany wskazywały,

że przelatywaliśmy przez pustą przestrzeń!

– No cóż, to najtwardsza pusta przestrzeń, przez jaką kiedykolwiek leciałam – odcięła się Narek.

– Melduj, co uległo uszkodzeniu!

–  Na  razie  nie  wiem.  Czy  nie  mogłabyś  ustabilizować  statku?  –  poprosił  drugi  pilot.  –  Teraz

lepiej. Wygląda na to, że pękł kadłub w okolicach dolnej ładowni. Niech to diabli! Cały nasz ładunek
wylatuje w przestworza! Silniki są przegrzane, a wskaźniki przekroczyły czerwone kreski. – Ciężko
przełknął ślinę. – Wygląda na to, że znaleźliśmy się w poważnych tarapatach, moja pani.

W tej samej chwili, jakby na potwierdzenie jego słów, z pulpitu głównej konsolety nawigacyjnej

wystrzelił snop jaskrawych iskier. Mały statek ponownie zaczął koziołkować.

– Wieża Coruscant Jeden, tu wahadłowiec „Księżycowy Blask” – krzyknął Trebor do mikrofonu

komunikatora. – Mamy poważną awarię na pokładzie. Zderzyliśmy się z nieznaną bryłą kosmicznego
złomu!

Trzaskom, jakie odezwały się w głośniku, towarzyszył jęk sygnału zwrotnego i kolejna fontanna

iskier z pulpitu konsolety.

Narek-Ag zakasłała, po czym zaczęła machać rękami, starając się rozpędzić kłąb ciemnego dymu.

Przycisnęła kilka guzików na pulpicie konsolety.

–  Rufowe  dysze  ciągu  nie  reagują  –  oznajmiła,  nie  na  żarty  przerażona.  –  Wciąż  obserwuję

wskazania skanerów, ale nadal niczego nie widzę. Z czym właściwie się zderzyliśmy?

–  Z  mojego  miejsca  także  nie  widać  niczego  lepszego  –  zameldował  Trebor.  –  Nic  gorszego

chyba nas nie mogło spotkać.

– Nie byłabym tego taka pewna – odparła Narek, z wysiłkiem przełykając ślinę. – Może jednak

poproszę cię o to, żebyś mimo wszystko mnie poślubił.

Drugi  pilot  rzucił  okiem  na  wskazania  przyrządów,  na  które  właśnie  spoglądała  pani  kapitan.

Głośno  jęknął.  W  rdzeniu  reaktora,  dostarczającego  energię  do  silników,  zaczęła  się  tworzyć
niemożliwa  do  opanowania  reakcja  łańcuchowa,  która  miała  zaowocować  lawiną  śmiercionośnego
promieniowania.  W  ciągu  kilku  sekund  „Księżycowy  Blask”  eksploduje  jak  miniaturowa
supernowa...

–  Zawsze  chciałem,  żeby  mój  ślub  odbył  się  pośród  gwiazd  –  odparł  Trebor,  czując  łzy

napływające do oczu. Pomyślał, że to zapewne z powodu gryzącego dymu. Uścisnął dłoń Narek-Ag.
– Przyjmuję twoją propozycję... Muszę jednak powiedzieć, że wybrałaś paskudny moment.

Koziołkujący „Księżycowy Blask” zamienił się w bezgłośną fontannę rozżarzonych metalowych

szczątków i ognistych gazów, które po chwili zgasły, pochłonięte przez czerń przestworzy.

 
Jaina  przemierzała  wielki  salon  znajdującego  się  na  jednym  z  pięter  Pałacu  Imperialnego

rodzinnego  apartamentu  jak  uwięzione  w  klatce  dzikie  zwierzę,  które  kiedyś  widziała
w holograficznym zoo z okazami wymarłych stworzeń. Nienawidziła bezczynności. Chciałaby zrobić
coś, cokolwiek.

Jacen  i  Tenel  Ka,  zabierając  See-Threepia  i  Anakina,  wyruszyli  ponownie  na  poszukiwania

background image

Zekka.  Lowie  także  wyszedł,  żeby  pomóc  w  pracy  swojemu  wujowi  Chewbacce.  Kiedy  Jacen
zauważył, że może ktoś powinien poczekać w domu, na wypadek, gdyby Zekk albo Peckhum chcieli
się z nimi porozumieć, Jaina niechętnie zgodziła się zostać.

W końcu jednak nie wytrzymała i spróbowała nawiązać łączność z Peckhumem, przebywającym

wciąż jeszcze na pokładzie orbitalnej stacji kontrolnej, mimo iż wiedziała, że stary pilot powinien za
kilka  godzin  wrócić.  Siedzący  przed  obiektywem  holoprojektora  Peckhum  zgłosił  się  bez  chwili
zwłoki,  ale  kiedy  Jaina  zaczęła  mówić  o  tym,  że  Zekk  zniknął,  holograficzny  wizerunek  mężczyzny
zamigotał  i  szybko  się  rozpłynął.  Odpowiedź  zagłuszyły  szumy  i  zakłócenia.  Dziewczyna  usłyszała
tylko:

– Nie rozumiem twojej... nie otrzyma... wiadomości... wracam wieczorem...
Widocznie centralna jednostka wielozadaniowa stacji z godziny na godzinę funkcjonowała coraz

gorzej.  Jaina  musiała  zaczekać  z  wyjaśnieniem  wątpliwości  do  chwili,  gdy  będzie  mogła
porozmawiać z Peckhumem osobiście.

Kiedy w końcu wróciła matka, by zjeść obiad, Jaina była gotowa krzyczeć z nudów i rozpaczy.

Bardzo  chciała  porozmawiać,  ale  Leia  sprawiała  wrażenie  tak  zmęczonej  i  przygnębionej,  że
dziewczyna zdecydowała, iż najlepiej będzie nie zawracać jej głowy swoimi problemami. Udała się
do automatu przygotowującego posiłki, po czym przyniosła tacę z parującymi porcjami i postawiła na
stole, a sama usiadła obok i nie mówiąc ani słowa, zabrała się do jedzenia.

Po kilku minutach wpadł zdyszany Han Solo. Podszedł szybko do stołu i powiedział:
– Przybyłem, kiedy tylko dowiedziałem się, że mnie poszukujesz. Co się stało?
Leia spojrzała na Hana, a kąciki jej ust uniosły się w lekkim, ale pełnym wdzięczności uśmiechu.
– Chciałam poznać twoje zdanie na temat pewnej sprawy – odrzekła. – Czy masz trochę czasu,

żeby usiąść z nami przy stole i zjeść obiad?

Han obdarzył ją łobuzerskim uśmiechem.
–  Popołudniowy  posiłek  z  dwiema  najpiękniejszymi  kobietami  w  całej  galaktyce?  –  zapytał.  –

Oczywiście, że mam czas. O co chodzi? Kolejna katastrofa w rodzaju ataku oddziałów imperialnych?

Nałożył sobie porcję gorącego koreliańskiego gulaszu.
–  Masz  rację,  że  katastrofa.  –  Leia  głęboko  odetchnęła.  –  Wahadłowiec,  który  dzisiaj  rano

opuszczał orbitę, z niewyjaśnionych przyczyn nagle eksplodował.

Zdumiona Jaina uniosła głowę i spojrzała na matkę, ale ojciec tylko kiwnął głową.
– Ta-a, słyszałem o tym mniej więcej przed godziną – przyznał.
Leia zmarszczyła brwi, a na jej twarzy ukazał się wyraz zamyślenia.
– Nikt nie ma pojęcia, co się stało. Co właściwie mogło być przyczyną katastrofy?
– Jakieś niesprawne urządzenie? – zasugerowała Jaina. – Może przeciążenie silników?
Na twarzy Leii odmalował się niepokój.
–  Wieża  Coruscant  Jeden  odebrała  meldunek  kilka  chwil  przed  eksplozją  „Księżycowego

Blasku”. Pani kapitan chyba przypuszczała, że jej statek z czymś się zderzył.

Zdumiony Han uniósł brwi.
– Chcesz powiedzieć, że wydarzyło się to na orbicie? Czy w pobliżu mogły znajdować się jakieś

jednostki, którym nie zezwolono na start albo lądowanie?

– Nie-e-e – odezwała się z namysłem Leia.
– Jakaś kosmiczna mina, pozostawiona celowo w tamtym miejscu? – nie dawał za wygraną Han.

– Bryła materii? Może kawał złomu?

background image

Jaina nadstawiła uszu.
–  Kiedy  lecieliśmy  do  domu,  wpadliśmy  w  całkiem  spory  śmietnik,  prawda,  tato?  –

przypomniała.

Leia się skrzywiła.
–  Tego  właśnie  się  obawiałam.  Nasz  komisarz  do  spraw  wymiany  handlowej  interesuje  się

takimi sprawami. Mówi, że szczątki pozostawionych na orbitach wokół Coruscant wraków w każdej
chwili  mogą  spowodować  katastrofę.  Od  dawna  nalega,  żeby  nadać  wyższy  priorytet  wytyczaniu
bezpieczniejszych  szlaków.  Nanieśliśmy  na  mapy  większe  bryły,  ale  przypuszczam,  że  wiele
mniejszych po prostu umknęło naszej uwadze... A niektóre szczątki zaśmiecają orbitę od co najmniej
kilku dziesięcioleci.

Han zacisnął wargi.
– Ale wypadki zdarzają się niezwykle rzadko – stwierdził. – Nie przesadzałbym, Leio.
– Z meldunku, przesłanego z pokładu „Księżycowego Blasku”, wynikało, że nie widzieli obiektu,

z którym się zderzyli – oznajmiła Leia. – Nie było go na żadnej mapie. Komisarz uważa ten problem
za  bardzo  ważny  z  uwagi  na  bezpieczeństwo  lotów.  Nie  mogę  się  z  nim  nie  zgodzić...  Po  tej
katastrofie musimy przedsięwziąć jakieś środki.

–  Ile  pracy  wymagałoby  ponowne  naniesienie  na  gwiezdne  mapy  przynajmniej  największych

szczątków wraków? – zainteresował się Han.

–  Dosyć  dużo.  I  zajęłoby  mnóstwo  czasu.  –  Leia  uszczypnęła  nasadę  nosa,  jakby  nagle  poczuła

silny ból głowy. – Nie jestem nawet pewna, czy Nowa Republika dysponuje środkami, by powierzyć
komukolwiek taką pracę...

–  Może  my  moglibyśmy  jakoś  pomóc  –  wtrąciła  się  Jaina,  zdecydowana  skupić  uwagę  na

problemie,  który  pozwoliłby  jej  przestać  myśleć  o  Zekku.  –  Przecież  wujek  Luke  powiedział,  że
powinniśmy  znaleźć  odpowiednie  zajęcie  w  czasie,  kiedy  będziemy  przebywali  z  daleka  od  jego
akademii. Lowie i ja zaznaczymy szczątki na mapach. To może być nawet doskonała zabawa.

 
Jaina  przeniosła  spojrzenie  z  elektronicznego  notatnika  na  ekran  monitora  komputera,  po  czym

popatrzyła ponownie na symulowany hologram przestworzy.

– W porządku, a teraz następna trajektoria, Lowie – powiedziała.
Przeciągnęła  się,  próbując  rozprostować  mięśnie  ramion.  Przetarła  załzawione  oczy,  ale  nie

odzyskała ostrości wzroku. Oboje zajmowali się wciąż tym samym od wielu godzin. Dziewczyna nie
potrafiła zrozumieć, jak mogła kiedykolwiek uważać, że takie monotonne zajęcie może być zabawne.

Chudy Wookie bardzo uważnie wprowadził do pamięci komputera parametry orbity, po czym na

holograficznej mapie pojawiła się jeszcze jedna świetlista linia. Dziewczyna jęknęła.

–  Nie  wątpię,  że  ta  praca  jest  niezwykle  ważna,  ale  wydawało  mi  się,  że  będzie  o  wiele

ciekawsza – powiedziała.

Lowie burknął coś w odpowiedzi, co natychmiast przetłumaczył Em Teedee:
– Pan Lowbacca uważa, że należałoby zacząć od tego, iż oznaczanie orbit brył złomu nie powinno

być uważane za coś ciekawego. Zresztą szkolne zadania domowe rzadko bywają interesujące. Jeżeli
zaś  chodzi  o  tę  pracę,  przynajmniej  można  traktować  ją  jako  bardzo  pilną.  –  Lowie  warknął,
wtrącając następną uwagę. – Co więcej – ciągnął android – mój pan pragnie podkreślić, że praca jest
zaawansowana  zaledwie  w  dwunastu  procentach.  Będzie  zachwycony,  kiedy  wreszcie  dobiegnie
końca.

background image

Jaina ciężko westchnęła i przeczesała palcami proste brązowe włosy.
– W takim razie – odparła – na co jeszcze czekamy?

background image

 

 

 

Rozdział 13

 
 
Peckhum  przewiesił  pasek  podróżnej  płóciennej  torby  przez  ramię.  Właśnie  opuszczał  pokład

„Piorunochronu” spoczywającego na jednym z tanich lądowisk obok innych statków, pozostawionych
przez  różnych  oszustów  i  przemytników.  Cieszył  się,  że  wylądował,  choćby  tylko  dlatego,  że
wszystkie  urządzenia  w  jego  mieszkaniu  działały  prawidłowo.  Nie  mógł  powiedzieć  tego  samego
o aparaturze znajdującej się na pokładzie orbitalnej stacji kontrolnej, skąd powracał.

Nie  zwracając  uwagi  na  ciężką  torbę,  stary  mężczyzna  przemykał  jak  duch  szerokimi  ulicami

i wąskimi alejkami, od czasu do czasu mrucząc do siebie:

–  Musisz  sobie  jakoś  radzić,  Peckhumie.  Mamy  kłopoty  z  zaopatrzeniem,  Peckhumie.  Nowy

sprzęt  jest  bardzo  drogi,  Peckhumie.  Centralne  jednostki  wielozadaniowe  nie  rosną  na  pędach
rozgwiezdnika, Peckhumie.

Pocierając  zarost  na  policzku  palcami  jednej  dłoni,  stary  mężczyzna  nie  przestawał  zrzędzić,

przyzwyczajony  do  prowadzenia  rozmów  z  samym  sobą  równie  często  jak  do  rozmawiania
z Zekkiem.

– Można byłoby pomyśleć, że zaczekają z przekazaniem mi tej wiadomości, aż opuszczę pokład

statku  –  ciągnął.  –  „Staraliśmy  się  skontaktować  z  tobą,  Peckhumie,  ale  nie  mogliśmy”.  Nie
zatroszczyli się o naprawienie mojego komunikatora, więc teraz mają za swoje! – Przewiesił pasek
torby  przez  drugie  ramię.  „Z  powodu  ostatniego  ataku  oddziałów  imperialnych,  Peckhumie,
przeznaczony  dla  ciebie  sprzęt  trafił  w  inne  miejsce,  ważniejsze  z  punktu  widzenia  bezpieczeństwa
Nowej  Republiki.  Chcielibyśmy  także,  żebyś  jutro  rano  wrócił  na  pokład  stacji  i  dopilnował
prawidłowego ustawienia zwierciadeł, Peckhumie”. Ha!

Stąpał  ciężko,  powłócząc  nogami  i  nie  zwracając  uwagi  na  hałaśliwych  handlarzy,  wiecznie

zdziwionych turystów czy urzędników, jak zwykle pochłoniętych własnymi problemami.

– Bardzo chciałbym, żeby administrator, odpowiedzialny za działanie stacji, chociaż raz opuścił

swoje  przytulne  biuro  i  poleciał  ze  mną  tam,  na  górę  –  mruczał.  –  Poczęstowałbym  go  tym
świństwem,  którym  karmi  mnie  automat  przygotowujący  posiłki,  a  wówczas  przekonałbym  się,  jak
będzie mu smakowało. Zobaczyłbym, jak on będzie sobie radził!

Skręcił za róg i ruszył korytarzem wiodącym prosto do mieszkania.
–  Gdybym  czekał,  aż  ci  biurokraci  coś  zrobią,  cała  stacja  rozleciałaby  się  na  części!  –

Uśmiechnął  się,  gdy  przypomniał  sobie,  że  Zekk  obiecał  mu  zdobycie  nowej  centralnej  jednostki
wielozadaniowej. – Czasami trzeba radzić sobie samemu... z niewielką pomocą przyjaciół.

Uniósł  głowę  i  z  zadowoleniem  stwierdził,  że  znalazł  się  przed  drzwiami.  Wystukał  na

klawiaturze  kombinację  liczb  umożliwiającą  wejście  do  mieszkania.  Drzwi  rozsunęły  się  z  cichym
sykiem  uciekającego  powietrza,  które  sprawiało  wrażenie  nieświeżego  i  zatęchłego,  jakby

background image

pomieszczenie  było  od  kilku  dni  nie  wietrzone.  Peckhum  pomyślał,  że  powinien  przypomnieć
Zekkowi, aby od czasu do czasu wpuścił trochę świeżego powietrza.

Wrzucił  torbę  do  jakiejś  przegrody  w  przedpokoju,  a  w  tym  czasie  drzwi  zamknęły  się  za  jego

plecami. Nie powitał go jednak żaden znajomy okrzyk.

– Hej, Zekku! – zawołał. Odpowiedziała mu przytłaczająca cisza, więc postanowił odezwać się

nieco  głośniej.  –  Po  trzech  dniach  oddychania  powietrzem  z  uszkodzonych  regeneratorów  stacji
nawet to w mieszkaniu wydaje się całkiem świeże, ale... – Urwał. Nadal nikt nie reagował na jego
słowa. – Zekku?

Rozejrzał się po zagraconym salonie, a potem zaczął rozglądać się po całym mieszkaniu. Wpadł

do  kuchni  i  sypialni  Zekka.  Nie  zapomniał  nawet  o  łazience.  Wszystkie  pomieszczenia  były  jednak
puste.

Na  czole  starego  mężczyzny  pojawiły  się  głębokie  zmarszczki.  Zekk  nie  miał  zwyczaju

wychodzić,  kiedy  wiedział,  że  Peckhum  wraca  z  pracy...  zwłaszcza  iż  obiecał  dostarczyć  mu
wygrzebaną  skądś  aparaturę.  Stary  siwowłosy  pilot  nie  widział  jednak  w  mieszkaniu  ani  śladu
obiecanej  centralnej  jednostki  wielozadaniowej.  Potrzebował  jej,  żeby  zabrać  ze  sobą,  kiedy
następnego ranka będzie znów odlatywał do orbitalnej stacji kontrolującej ustawienie zwierciadeł.

Ponownie potarł zarośnięty policzek i myślał intensywnie. Nagle wyraźnie się odprężył.
– Oczywiście! – mruknął do siebie. – Dzieciaki Solo!
Przyjaciele Zekka, Jacen i Jaina, mieli spędzić na Coruscant tylko  kilka  tygodni.  Zapewne  teraz

gdzieś się bawili, opowiadając nieprawdopodobne historie o przygodach, jakie rzekomo przeżyli na
różnych  planetach.  Peckhum  obejrzał  się  i  zobaczył  mrugające  światło  na  panelu  informacyjnym,
umieszczonym  obok  drzwi  wejściowych.  Oznaczało,  że  w  pamięci  urządzenia  została  zapisana
informacja, której nikt jeszcze nie odebrał. Peckhum pomyślał, że zapewne Zekk informuje go w ten
sposób, dokąd poszedł z przyjaciółmi.

Przekonał  się,  że  urządzenie  zawiera  trzy  informacje.  Postanowił  zapoznać  się  z  nimi  po  kolei.

Pierwsza  ukazała  mu  holograficzny  wizerunek  Jacena  i  Jainy  Solo  stojących  przed  drzwiami
w towarzystwie dwojga innych młodych rycerzy Jedi.

–  Hej,  Zekku!  –  Peckhum  usłyszał  charakterystyczny,  na  poły  kpiący  głos  Jacena.  –  Przyszliśmy

pomóc  ci  zapolować  na  to  urządzenie,  które  obiecałeś  załatwić  Peckhumowi.  Umówiliśmy  się  na
dzisiaj rano, pamiętasz? Wrócimy tu jutro wczesnym rankiem. Daj nam znać, jeżeli zmieniłeś plany.

Druga  wiadomość  ukazała  mu  wizerunek  stojącej  przed  drzwiami  Jainy  Solo.  Dziewczyna  była

trochę zaniepokojona.

–  Zekku,  to  znów  my  –  powiedziała.  –  Czy  nic  ci  się  nie  stało?  Szukamy  cię  wszędzie,  gdzie

możemy! Przepraszam, jeżeli czujesz do nas żal z powodu tego, co wydarzyło się tamtego wieczora.
Nie ma czym się przejmować. Czy mógłbyś porozumieć się z nami, kiedy wrócisz do domu?

Ostatnie  nagranie  przedstawiało  także  Jainę,  tym  razem  zmęczoną  i  przerażoną.  Dziewczyna

powoli wymawiała słowa, jakby z trudem przechodziły przez jej gardło.

– Zekku, czy się na nas pogniewałeś? Wszyscy... przepraszamy cię, jeżeli powiedzieliśmy coś, co

sprawiło,  że  podczas  tamtego  bankietu  poczułeś  się  nieswojo...  Jeżeli  odnalazłeś  już  tę  centralną
jednostkę  wielozadaniową  i  na  razie  nie  chcesz,  żebyśmy  pomogli  ci  przynieść  ją  do  mieszkania...
Potrafimy to zrozumieć. Proszę, skontaktuj się z nami, gdy otrzymasz tę wiadomość.

Stary  Peckhum  słuchał  czując,  jak  jego  żołądek  kurczy  się  z  przerażenia.  Musiało  wydarzyć  się

coś  złego.  Rozejrzał  się  po  mieszkaniu,  ale  nie  dostrzegł  żadnych  śladów  świadczących  o  tym,  że

background image

chłopiec planował wyjść na dłużej. Żadnych nagrań. Żadnych notatek. To było niepodobne do Zekka.
Chłopiec był uczciwy i słowny. Inni mogli uważać go za młodego łajdaka, ulicznika czy łobuza, ale
Zekk  znał  swoje  obowiązki  i  zawsze  się  z  nich  wywiązywał.  Dobrze  wiedział,  jakie  znaczenie  dla
pracy  w  orbitalnej  stacji  kontrolnej  ma  działająca  centralna  jednostka  wielozadaniowa  i  dlatego
obiecał  Peckhumowi,  że  dostarczy  mu  to  urządzenie.  Jeżeli  zaś  Zekk  obiecywał,  że  coś  zrobi,
dotrzymywał danego słowa. Zawsze.

To  prawda,  chłopak  był  sierotą,  żartownisiem  i  poszukiwaczem  przygód.  Często  opowiadał

nieprawdopodobne historie, ale był wiernym przyjacielem. Można było na niego liczyć w potrzebie.

Peckhum zdecydował się w jednej chwili, niemal podświadomie. Poświęcił chwilę, żeby nagrać

wideofoniczną  wiadomość  dla  Zekka,  na  wypadek  gdyby  chłopak  powrócił,  a  potem  wyszedł
z mieszkania i skierował się do pałacu.

 
– Hej, cieszę się, że cię widzę! – odezwał się Jacen, kiedy otworzył drzwi i zobaczył stojącego

na  progu  przemoczonego  i  zmęczonego  Peckhuma.  Natychmiast  zasypał  go  pytaniami:  –  Czy  nie
widziałeś ostatnio Zekka? Nie wiesz, dokąd mógł pójść? Nie miałeś od niego jakiejś wiadomości?

Wyraz twarzy mężczyzny wystarczył mu za odpowiedź.
– Miałem nadzieję, że może wy powiecie mi, co się z nim stało – odparł stary pilot.
Przypomniawszy  sobie  nagle  o  dobrych  obyczajach,  Jacen  cofnął  się  o  krok  i  gestem  zaprosił

Peckhuma do mieszkania.

– Och, przepraszam – powiedział. – Wejdź, proszę. Zaraz zawołam Jainę i pozostałych.
Jego siostra i Lowie pracowali, zajęci nanoszeniem na holograficzną mapę trajektorii szczątków

wraków  różnych  statków  krążących  po  orbicie  wokół  Coruscant.  Tenel  Ka  polerowała  jakąś  broń,
którą odczepiła od pasa.

– Hej – zwrócił się Jacen do innych młodych Jedi. – Przyszedł Peckhum. On także nie ma pojęcia,

co mogło się stać z Zekkiem.

Malująca się na twarzy Jainy powaga zamieniła się w niepokój. Lowie zerwał się na równe nogi,

po  czym  wyciągnął  rękę,  żeby  pomóc  wstać  dziewczynie.  Wszyscy  pięcioro  pochylili  się  nad
wyświetlaną  w  kącie  wielkiego  salonu  holograficzną  mapą  miasta.  Tenel  Ka  zaczęła  pokazywać
mężczyźnie niektóre jaskrawo oświetlone grupy wieżowców.

– Przeszukaliśmy teren w pobliżu twojego domu – oznajmiła, zwracając się do Peckhuma.
Jacen wskazał na inne punkty holograficznej mapy.
–  Odwiedziliśmy  również  miejsca,  gdzie  byliśmy  z  Zekkiem,  kiedy  zabrał  nas  na  wyprawę  na

niższe poziomy – dodał. – To znaczy te, do których umieliśmy sami wrócić.

Peckhum kiwnął głową. Potarł szczecinę na policzku, a na jego twarzy odmalował się niepokój.
– Anakin i Threepio wyprawili się nawet do kilku innych kryjówek, o których wspominał Zekk –

odezwała się Jaina. – Liczyliśmy na to, że powiesz nam, gdzie jeszcze można byłoby go poszukać.

Lowie  zawył  przeciągle,  wtrącając  jakąś  uwagę.  Po  sekundzie  rozległ  się  piskliwy  głosik  Em

Teedee:

–  Pan  Lowbacca  pragnie  zauważyć,  że  nasz  brak  znajomości  czegoś,  co  można  byłoby  określić

mianem  mniej  chwalebnych  aspektów  życia  na  Coruscant,  może  być  jednym  z  czynników
ograniczających skuteczność poszukiwań.

Usłyszawszy przesadnie kwieciste tłumaczenie, chudy Wookie groźnie warknął, ale powstrzymał

się od dalszych uwag.

background image

– Wiecie, on ma rację – stwierdziła Jaina. – Rzeczywiście znamy tylko lepszą część miasta.
–  A  poza  tym  aż  do  tej  chwili  nawet  nie  byliśmy  pewni,  czy  Zekk  naprawdę  zaginął  –

przypomniała Tenel Ka. – Dopiero teraz wiemy, że to fakt.

– Hej, skoro wiemy na pewno, że Zekk zaginął – odezwał się Jacen – moglibyśmy powiadomić

o tym fakcie strażników Nowej Republiki.

Peckhum raptownie uniósł głowę.
– Nie, tylko nie strażników – powiedział. – Zekk nie chciałby mieć z nimi nic wspólnego.
– Ale przecież zaginął – starał się go przekonać Jacen. – Musimy go odnaleźć.
Chłopiec ze zdumieniem zauważył łzy w oczach siostry.
– To prawda – przyznał stary pilot. – Zekk miał jednak kiedyś kilka małych... nieporozumień ze

strażnikami i nie byłby nam wdzięczny za to, gdybyśmy teraz korzystali z ich pomocy. Mimo to nie
musicie  się  martwić.  Mogę  poszukać  go  w  wielu  innych  miejscach,  o  których  wy  nawet  nie
pomyślelibyście.

–  No  cóż...  –  odparł  nie  do  końca  przekonany  Jacen.  –  To  znaczy,  że  nadal  będziemy  musieli

szukać  go  sami.  Twoje  uwagi  bardzo  nam  pomogą,  Peckhumie.  Domyślam  się,  że  wszystko  zależy
teraz od nas.

–  Zekk  umie  sobie  radzić  w  trudnych  sytuacjach  –  pocieszył  go  mężczyzna,  zmuszając  się  do

okazania  optymizmu.  –  Przeszedł  przez  niejedno  i  udowodnił,  że  potrafi  troszczyć  się  o  swoje
sprawy.  –  Nagle  urwał  i  dokończył  znacznie  ciszej:  –  Mam  tylko  nadzieję,  że  nie  spotkało  go  nic
złego.

background image

 

 

 

Rozdział 14

 
 
Zekk,  przeniesiony  do  nowej  luksusowej  komnaty  na  terenie Akademii  Ciemnej  Strony,  obudził

się dziwnie wypoczęty i ożywiony. Domyślał się, że zapadł w długi głęboki sen, jakby jego organizm
domagał się regeneracji sił i wypoczynku. Chłopak zastanawiał  się,  czy  przypadkiem  poprzedniego
dnia  Brakiss  nie  domieszał  jakiegoś  narkotyku  do  jego  jedzenia.  Doszedł  jednak  do  wniosku,  że
nawet  gdyby  tak  było,  chyba  nie  miałby  mu  tego  za  złe.  Jeszcze  nigdy  w  życiu  nie  czuł  się  tak
szczęśliwy i podniecony.

Spróbował  przestać  o  tym  myśleć.  Usiłował  wykrzesać  z  siebie  chociaż  trochę  złości  na  myśl

o tym, że wbrew własnej woli został porwany i przetransportowany na pokład imperialnej stacji. Nie
mógł  jednak  zaprzeczyć,  że  był  traktowany  z  większym  szacunkiem  niż  kiedykolwiek  przedtem.
Stopniowo zaczynał nawet uważać swoje nowe pomieszczenie nie za celę, lecz za komnatę.

Udał  się  do  łazienki  i  brał  natrysk  tak  długo,  aż  poczuł  w  całym  ciele  mrowienie,  wywołane

ciepłem  i  czystością.  Przebywał  tam  znacznie  dłużej  niż  musiał,  ale  nie  przejmował  się  tym  ani
trochę.  Jeżeli  Brakiss  chce,  niech  zaczeka.  Przynajmniej  będzie  miał  za  swoje!  Zekk  nie  zamierzał
zostawać  w  tym  miejscu,  bez  względu  na  to,  ile  czasu  i  uwagi  chciałby  poświęcić  mu  naczelnik
Akademii Ciemnej Strony.

Martwił się tym, co robi teraz stary Peckhum. Wiedział, że jego przyjaciel z pewnością bardzo

zaniepokoił się faktem jego zniknięcia. Był pewien, że na poszukiwania wyruszyli także Jacen i Jaina.
Domyślał się jednak, że Brakiss zrobił wszystko, co mógł, żeby zatrzeć ślady jego porwania. Musiał
zatem zaczekać na odpowiednią chwilę, a w tym czasie opracować plan ucieczki.

Przekonał  się,  że  kiedy  przebywał  pod  natryskiem,  ktoś  zabrał  jego  stare  zniszczone  ubranie

i zamiast niego podłożył nowiutki elastyczny kombinezon, błyszczący skórzany pancerz i połyskujący
czarny mundur, wyjątkowo elegancki. Zekk rozejrzał się po komnacie, chcąc odnaleźć stare ubranie.
Nie zamierzał wykorzystywać uprzejmości Drugiego Imperium bardziej niż to konieczne, ale nigdzie
nie  zobaczył  niczego  innego,  co  mógłby  włożyć.  Okazało  się,  że  nowe  ubranie  pasuje  na  niego  jak
ulał.

Zekk podszedł do drzwi i spróbował rozsunąć oba skrzydła. Spodziewał się, że nie będzie mógł

wyjść  z  komnaty,  ale  ze  zdumieniem  przekonał  się,  że  drzwi  otworzyły  się  natychmiast.  Chłopak
wyszedł  na  korytarz,  gdzie  ujrzał  czekającego  cierpliwie  Brakissa.  Ciało  młodego  mężczyzny
osłaniał srebrzysty płaszcz, tak zwiewny, jakby utkany z migotliwych cieni.

Na posągowo pięknej twarzy naczelnika Akademii Ciemnej Strony pojawił się lekki uśmiech.
– Witaj, młody Zekku – odezwał się Brakiss. – Jesteś, gotów przystąpić do nauki?
–  Nie  jestem  –  burknął  chłopak.  –  Nie  sądzę  jednak,  żeby  moje  zdanie  miało  być  brane  pod

uwagę.

background image

– Oczywiście, że będzie brane pod uwagę – zapewnił go Brakiss. – Twoje zdanie oznacza, że nie

wyjaśniłem  w  dostatecznym  stopniu  tego,  co  będę  mógł  dla  ciebie  zrobić.  Jeżeli  zechcesz  uczynić
chociaż mały wyłom w murze swojego uporu – tylko po to, by wysłuchać, co mam do powiedzenia –
może uda mi się ciebie przekonać.

– A co będzie, jeżeli ci się nie uda? – zapytał Zekk z większą złością, niż naprawdę odczuwał.
Młody mężczyzna wzruszył ramionami.
– To będzie oznaczało, że poniosłem klęskę – odparł. – Cóż więcej mogę powiedzieć?
Zekk  postanowił  się  nie  sprzeciwiać.  Był  ciekaw,  czy  zostałby  zabity,  gdyby  nie  zgodził  się

postępować zgodnie z planami, jakie miało wobec niego Drugie Imperium.

–  Zapraszam  cię  do  swojego  gabinetu  –  odezwał  się  Brakiss,  po  czym  odwrócił  się

i poprowadził chłopca zakręcającym korytarzem o gładkich jasnoszarych ścianach. Na pierwszy rzut
oka  mogłoby  wydawać  się,  że  są  sami,  ale  Zekk  nie  mógł  nie  zauważyć  stojących  na  baczność  na
wszystkich  skrzyżowaniach  korytarzy  i  przed  niektórymi  drzwiami  uzbrojonych  szturmowców,
gotowych  pospieszyć  z  pomocą,  gdyby  Brakiss  miał  jakiekolwiek  problemy.  Chłopak  z  trudem
powstrzymał  uśmiech  na  myśl  o  tym,  że  mógłby  stanowić  zagrożenie  dla  naczelnika  imperialnej
akademii.

W prywatnym gabinecie młodego mężczyzny panowały ciemności niemal tak nieprzeniknione jak

w przestworzach. Na wykonanych z czarnej transpastali ścianach było widać holograficzne wizerunki
astronomicznych  kataklizmów:  wybuchów  ognistych  słońc  i  zapadających  się  planet  czy  potoków
płynącej  lawy.  Zdziwiony  Zekk  rozejrzał  się  po  mrocznym  pomieszczeniu.  Pełne  dzikiej,
nieokiełznanej  energii  obrazy  ukazały  mu  inne  oblicze  wszechświata,  nie  zachwalane  w  punktach
informacji turystycznej na Coruscant.

–  Proszę,  wejdź  –  odezwał  się  Brakiss.  Jego  cichy  melodyjny  głos  nie  zdradzał  żadnych  uczuć.

Bezskutecznie usiłując usłyszeć w nim choćby cień groźby, Zekk uświadomił sobie, że w tej chwili
jakikolwiek sprzeciw nie miałby sensu. Postanowił, że uczyni to później, kiedy będzie mógł liczyć na
to, że osiągnie zamierzony skutek.

Brakiss  usiadł  z  drugiej  strony  długiego  błyszczącego  biurka,  po  czym  otworzył  ukrytą  szufladę

i  wyciągnął  z  niej  mały  cylindryczny  świecący  pręt.  Ujął  go  szczupłymi,  podobnymi  do
alabastrowych,  palcami,  a  potem  rozkręcił  na  mniej  więcej  dwie  równe  części.  Kiedy  rozłączał
połówki,  z  miejsc,  w  których  się  rozdzieliły,  wystrzeliły  w  górę  jaskrawe  błękitnozielonkawe
płomyki. Migotały i drżały, ale chyba nie dawały dużo ciepła. Zimne światło, jakie rozjaśniło ściany
gabinetu, przyćmiło nawet blask bijący od wizerunków kosmicznych katastrof.

– Co to jest? – zainteresował się chłopak.
Siedzący za biurkiem Brakiss skierował połówki pręta ku górze w ten sposób, że tworzyły trójkąt

z jego zetkniętymi palcami. Zimne płomienie złączyły się i strzeliły wyżej, jakby nabrały dodatkowej
siły.

–  Patrz  na  płomień  –  polecił  Brakiss.  –  Dam  ci  przykład  tego,  co  będziesz  mógł  robić,  jeżeli

zechcesz  wykorzystać  swoje  zdolności  posługiwania  się  Mocą.  Manipulowanie  płomieniem  jest
dziecinnie proste, ale na początek może być bardzo dobrym testem. Zrozumiesz, o czym mówię, kiedy
sam spróbujesz. A teraz popatrz.

Brakiss zagiął jeden palec, a później utkwił spojrzenie w czymś, co musiało chyba znajdować się

bardzo  daleko.  Jaskrawy  płomień  zaczął  chwiać  się  i  kołysać  najpierw  w  jedną,  a  potem  w  drugą
stronę. Z każdą chwilą stawał się coraz cieńszy i dłuższy, aż w końcu zamienił się w cienką ognistą

background image

nitkę. Po chwili rozprzestrzenił się, by utworzyć kulę, podobną do małego płonącego słońca.

–  Kiedy  już  opanujesz  takie  proste  sztuczki  –  rzekł  Brakiss  –  będziesz  mógł  zająć  się  czymś

zabawniejszym.

Rozciągnął płomień, tworząc z niego elastyczną, jakby gumową płaszczyznę, po czym uformował

z niej zniekształconą twarz o płonących oczach i otwartych ustach. Po chwili twarz przemieniła się
w smoka wykręcającego długą szyję w prawo i w lewo, by w końcu przeistoczyć się w migotliwy,
utworzony z błękitnozielonego światła wizerunek samego Zekka.

Zafascynowany  chłopak  nie  potrafił  oderwać  oczu  od  tego,  co  pokazywał  mu  mężczyzna.  Był

ciekaw, czy Jacen albo Jaina umieliby dokonać takiej samej sztuki.

Tymczasem Brakiss przerwał działanie Mocy i pozwolił, by płomienie zamieniły się w jaskrawo

świecący punkt w środku cylindra.

–  Teraz  twoja  kolej,  młody  Zekku  –  powiedział.  –  Powinieneś  tylko  się  skupić.  Poczuj  ogień

w  ten  sam  sposób,  jakbyś  dotykał  płynącej  wody  albo  pędzla  z  farbą.  Posłuż  się  niewidzialnymi
palcami myśli, a wówczas będziesz mógł ukształtować z niego, cokolwiek zechcesz. Obróć płomień
wokół osi, wtedy lepiej go poczujesz.

Zekk ochoczo pochylił się i wyciągnął rękę, ale nagle zamarł w pół ruchu.
– Dlaczego miałbym cię usłuchać? – zapytał. – Nie zamierzam wyświadczać żadnych przysług ani

Drugiemu Imperium, ani Akademii Ciemnej Strony... ani tobie.

Brakiss złączył szczupłe palce i ponownie uśmiechnął się do chłopca.
– Nie chciałbym, żebyś robił to dla mnie – powiedział. – Ani dla rządu czy instytucji, o których

właściwie  niczego  nie  wiesz.  Proszę  cię,  żebyś  zrobił  to  dla  siebie.  Zawsze  przecież  pragnąłeś
rozwijać  talent  i  doskonalić  umiejętności,  prawda?  Daję  ci  teraz  szansę,  która  może  się  nie
powtórzyć.  Dlaczego  nie  miałbyś  z  niej  skorzystać?  Dobrze  wiesz,  że  jesteś  osobą,  której
dotychczasowe życie nie należało do usłanych różami. I nawet gdybyś miał wieść je nadal, czy nie
byłbyś  szczęśliwszy,  umiejąc  władać  Mocą  zamiast  zadowalać  się  czymś,  co  kiedyś  uważałeś  za
talent do wyszukiwania cennych przedmiotów?

Brakiss pochylił się ku chłopakowi.
– Należysz do osób niezależnych, młody Zekku – ciągnął. – Widzę to w twoich oczach. Musisz

wiedzieć, że szukamy takich osób... ludzi, którzy potrafią samodzielnie myśleć i odnosić sukcesy, bez
względu  na  to,  ile  razy  ich  tak  zwani  przyjaciele  oczekują,  że  im  się  nie  powiedzie.  Stwarzam  ci
jedyną,  wielką,  niepowtarzalną  szansę.  Jeżeli  nie  jesteś  zainteresowany  doskonaleniem  swoich
umiejętności,  jeśli  nie  chcesz  zadać  sobie  trochę  trudu,  żeby  chociaż  spróbować...  wówczas  z  góry
skazujesz się na niepowodzenie.

Słowa były ostre, karcące, ale chyba odniosły zamierzony skutek.
–  No,  dobrze,  niech  będzie,  spróbuję  –  odezwał  się  Zekk.  –  Tylko  nie  spodziewaj  się  po  mnie

żadnych cudów.

Zmrużył zielonkawe oczy i postarał się skupić uwagę na płomieniu. Chociaż nie miał pojęcia, co

chce  zrobić,  zaczął  próbować  różnych  rzeczy,  pozwolił  płynąć  myślom.  Z  początku  intensywnie
wpatrywał  się  w  płomień,  ale  po  kilku  chwilach  zaczął  przyglądać  mu  się  kątem  oka.  Wyobraził
sobie,  że  nim  porusza,  trącając  niewidzialnymi  palcami  własnych  myśli.  Nie  był  pewien  tego,  co
zrobił ani w jaki sposób... ale płomień strzelił w górę!

– Dobrze – pochwalił chłopca Brakiss. – A teraz spróbuj jeszcze raz.
Zekk skupił się, próbując podążać dokładnie tymi samymi myślowymi szlakami, co poprzednio.

background image

Tym  razem  poszło  mu  znacznie  łatwiej.  Płomień  zakołysał  się  i  odchylił  na  bok,  by  po  chwili
rozjarzyć się, wydłużyć i skierować w przeciwną stronę.

– Umiem! – wykrzyknął zdziwiony.
Brakiss  wyciągnął  rękę  i  z  cichym  trzaskiem  połączył  obie  części  cylindrycznego  pręta,  gasząc

płomień. W tej samej sekundzie Zekk przeżył bolesne rozczarowanie.

– Zaczekaj! – zawołał. – Chcę spróbować jeszcze raz.
– Nie – odparł jasnowłosy mężczyzna, łagodnie się uśmiechając. – Nie możesz robić zbyt wielu

rzeczy naraz. Chodź teraz ze mną do hangaru. Chcę pokazać ci coś innego.

Czując dziwne pragnienie, Zekk przesunął językiem po wargach. Podążył za Brakissem, starając

się  nie  okazywać,  jak  bardzo  chciałby  znów  spróbować  zmierzyć  się  z  płomieniem.  Czuł,  że  jego
apetyt  został  zaostrzony.  Nie  miał  jednak  nic  przeciwko  temu,  mimo  iż  jakąś  cząstką  świadomości
podejrzewał, że właśnie taki cel zamierzał osiągnąć naczelnik Akademii Ciemnej Strony...

 
Kiedy  znalazł  się  na  lądowisku,  zobaczył  Qorla  i  oddział  szturmowców  wynoszących  cenne

przedmioty z ładowni porwanego rebelianckiego krążownika zaopatrzeniowego, „Diament”. Brakiss
szedł pierwszy, wskazując drogę Zekkowi, który nie mógł oderwać spojrzenia od wszystkich statków
zgromadzonych w hangarze imperialnej akademii.

–  Bardzo  chciałbym  pokazać  ci  naszą  najnowocześniejszą  jednostkę  „Ścigacza  Cieni”  –

powiedział  mężczyzna  takim  tonem,  jakby  pragnął  go  przeprosić  –  ale  porwał  go  Luke  Skywalker,
kiedy wdarł się do placówki, by pochwycić naszych uczniów, Jacena, Jainę i Lowbaccę.

Zekk  popatrzył  na  niego  spode  łba,  ale  powstrzymał  się  od  powiedzenia  Brakissowi,  że  jego

Akademia Ciemnej Strony, porywając troje młodych Jedi i usiłując zrobić z nich swoich uczniów, ma
tylko to, na co sama zasłużyła. Spojrzał w inną stronę.

W  umieszczonej  pod  sklepieniem  wielkiej  jaskini  sterowni,  z  której  można  było  kontrolować

wszystko, co działo się w hangarze, zobaczył czarnowłosą Tamith Kai. Kobieta kierowała fioletowe
oczy na krzątaninę w dole. Obok niej stało dwoje pomocników z Dathomiry, Vilas i Garowyn. Kiedy
Zekk  przypomniał  sobie,  że  to  właśnie  oni  ogłuszyli  go  i  porwali  z  Imperial  City,  zamrugał
powiekami i ze złością zacisnął wargi.

– Nie zwracaj na nich uwagi – odezwał się Brakiss, wykonując pełen lekceważenia ruch ręką. –

Zazdroszczą, że poświęcani ci tyle czasu.

Zaskoczony  chłopak  poczuł  w  sercu  odrobinę  ciepła.  Zaczął  się  zastanawiać,  czy  stwierdzenie

mężczyzny mogło być prawdziwe, czy tylko naczelnik akademii chciał, żeby jego nowy uczeń poczuł
się dowartościowany.

Do Brakissa podszedł jeden ze szturmowców. Przystanął przed nim, zasalutował i powiedział:
–  Chciałbym  złożyć  meldunek,  panie  naczelniku.  Naprawa  górnej  wieżyczki  cumowniczej

dobiega końca. Za dwa dni powinniśmy ukończyć wszystkie prace.

– To dobrze – oznajmił Brakiss, wyraźnie odprężony. Odwrócił się w stronę Zekka. – Nadal nie

mogę  uwierzyć,  że  pilot  rebelianckiego  transportowego  wahadłowca  mógł  być  takim  niezdarą,  iż
zderzył się z zamaskowaną Akademią Ciemnej Strony! Te rebelianckie szumowiny wyrządzają nam
szkody nawet przez własną nieuwagę!

Stojący  obok  rampy  Qorl  wyjął  z  zapieczętowanego  pojemnika  jeden  z  niewielkich  rdzeni

służących  do  zasilania  jakiegoś  systemu  uzbrojenia.  Zekk  zwrócił  uwagę  na  sczerniałe  otwory
o  nadtopionych  krawędziach,  otaczające  panel  z  urządzeniami  kontrolnymi.  Zrozumiał,  że

background image

szturmowcy,  chcąc  pokonać  cybernetyczne  zamki,  musieli  posłużyć  się  blasterami.  Rdzeń,  który
umożliwiał  także  latanie  w  nadprzestrzeni,  miał  kształt  długiego  cylindra.  Przez  półprzeźroczystą
opalizującą  obudowę  było  widać  żółte  i  pomarańczowe  smugi  skupionych,  sprzężonych  spinowo
i  obdarzonych  ładunkami  gazów  tibanna,  które  mogły  dostarczać  energię  do  silników  napędu
nadświetlnego.

–  To  doskonałe,  najnowsze  modele,  lordzie  Brakiss  –  odezwał  się  stary  pilot.  –  Możemy

wykorzystać  je  do  zasilania  naszych  systemów  uzbrojenia.  Można  byłoby  także  dokonać  zmian
w konstrukcji następnych myśliwców, takich samych, jakich dokonano w mojej dawnej maszynie typu
TIE, żeby wszystkie mogły latać w nadprzestrzeni.

Brakiss kiwnął głową.
–  Musimy  zameldować  o  tym  wodzowi  i  pozwolić,  żeby  on  o  tym  zdecydował.  Nie  wątpię,  że

będzie zadowolony, kiedy dowie się o zwiększeniu naszego potencjału wojskowego. Proszę jednak
uważać  z  tymi  urządzeniami  –  przykazał  surowo.  –  Ani  jedno  nie  może  ulec  uszkodzeniu.  Jeżeli
chcemy, żeby Drugie Imperium zajęło należne mu miejsce w galaktyce, nie możemy pozwolić sobie
na żadne marnotrawstwo.

Qorl kiwnął głową, po czym odwrócił się i odszedł.
– Widzisz więc, młody Zekku – odezwał się Brakiss, ściągając jasne brwi i marszcząc czoło –

w  tej  walce  nie  zaliczamy  się  do  faworytów.  Mimo  iż  dysponujemy  skromnymi  środkami,  a  nasza
walka  może  wydać  ci  się  beznadziejna,  jesteśmy  pewni,  że  słuszność  jest  po  naszej  stronie.
Zostaliśmy  zmuszeni  do  walki  o  to,  co  należało  kiedyś  do  nas,  a  naszym  przeciwnikiem  jest
podstępna  Nowa  Republika,  która  bez  przerwy  usiłuje  zmienić  bieg  historii  i  narzucać  wszystkim
własny, chaotyczny sposób patrzenia na różne sprawy.

Uważamy, że doprowadzi to tylko do anarchii w całej galaktyce. Wszyscy będą robili, co zechcą,

nie  licząc  się  z  pozostałymi.  Będą  napadali  na  innych,  zajmowali  ich  światy,  zakłócali  galaktyczny
porządek i utrudniali życie spokojnym obywatelom.

Zekk oparł dłonie na osłoniętych skórzanym pancerzem biodrach.
– No, dobrze, ale co ze swobodami? – zapytał. – Lubię robić to, na co mam ochotę.
– Wierzymy w to, że Drugie Imperium będzie szanowało swobody. Naprawdę w to wierzymy –

zapewnił go Brakiss. Zabrzmiało to nadzwyczaj szczerze. – Istnieje jednak granica, po przekroczeniu
której  zbyt  wiele  swobód  może  okazać  się  szkodliwe.  Zamieszkujące  galaktykę  rasy  inteligentnych
istot  potrzebują  czegoś  w  rodzaju  drogowskazu.  Muszą  dysponować  czytelnym  systemem  nakazów
i  zakazów,  żeby  mogły  zajmować  się  własnymi  sprawami  i  nie  przekreślały  marzeń  innych  istot
pragnących wcielać w życie własne ideały.

Jesteś  niezależny,  młody  Zekku.  Dobrze  wiesz,  co  robisz  i  co  pragniesz  zrobić.  Pomyśl  jednak

o  wszystkich  istotach,  błąkających  się  bez  celu  po  całej  galaktyce,  nie  mogących  znaleźć  miejsca
z powodu zmian, które w niej nastąpiły. Pomyśl o tych, którzy nie mają się gdzie podziać, nie mogą
urzeczywistniać  własnych  marzeń,  nie  mają  życiowego  celu...  i  nikogo,  kto  powiedziałby  im,  co
robić. Możesz pomóc nam zmienić ten stan rzeczy.

Zekk  chciał  się  sprzeciwić,  wykazać  jakiś  błąd  w  rozumowaniu  naczelnika Akademii  Ciemnej

Strony, ale nie był w stanie znaleźć słów, w które mógłby ubrać własne myśli. Zacisnął wargi. Mimo
iż  nie  potrafił  podać  odpowiedniego  argumentu,  aby  zadać  kłam  słowom  Brakissa,  nie  zamierzał
przyznawać mu racji.

– Nie musisz odpowiadać w tej chwili – odezwał się cierpliwie mężczyzna. Wyciągnął z kieszeni

background image

płaszcza  cylindryczny  świecący  pręt.  –  Poświęć  tyle  czasu  na  zastanawianie  się  nad  wszystkim,  co
powiedziałem, ile potrzebujesz. Odprowadzę cię teraz do komnaty.

Wręczył pręt chłopcu, a ten przyjął go z nieukrywaną wdzięcznością.
–  Jeżeli  chcesz,  możesz  przez  pewien  czas  się  tym  pobawić  –  rzekł  Brakiss,  lekko  się

uśmiechając. – A później znów porozmawiamy.

background image

 

 

 

Rozdział 15

 
 
Kiedy  Peckhum  zaczął  wymieniać  niektóre  miejsca,  gdzie  miał  zwyczaj  przebywać  Zekk,

zdezorientowana  Jaina  rozłożyła  ręce.  Wiedziała,  że  przeszukując  niższe  poziomy  Coruscant  mogli
spędzić miesiące, a nawet lata, i nie znaleźć ciemnowłosego przyjaciela – zwłaszcza wówczas, jeżeli
Zekk nie chciał być znaleziony.

– Zaczekaj chwilę – przerwała staremu pilotowi. – Nie pomożesz nam w poszukiwaniach?
Peckhum pokręcił głową.
–  Nie  mogę.  Po  ostatnim  ataku  imperialnych  oddziałów  na  krążownik  „Diament”  zarządzono

specjalną  procedurę  alarmową.  Jutro  rano  muszę  być  znów  na  pokładzie  orbitalnej  stacji
kontrolującej  ustawienie  zwierciadeł.  Kłopot  w  tym,  że  nie  mam  pojęcia,  jak  utrzymać  na  chodzie
wszystkie  urządzenia,  nie  dokonując  poważnych  napraw.  Ostatnio  zawodzi  nawet  moja  aparatura
telekomunikacyjna.  Będę  miał  pieskie  szczęście,  jeżeli  centrala  na  Coruscant  ogłosi  w  tym  czasie
czerwony  alarm.  Jaka  szkoda,  że  wciąż  nie  mam  tej  nowej  jednostki  wielozadaniowej,  obiecanej
przez Zekka.

Oburzona Jaina stwierdziła, że musi stanąć w obronie przyjaciela.
– Dobrze wiesz, że Zekk wywiązałby się z obietnicy, gdyby mógł – oznajmiła.
Peckhum  spojrzał  na  dziewczynę.  Na  jego  twarzy  odmalowało  się  zdumienie  zmieszane

z rozbawieniem.

– Nie przeczę – odparł. – Tylko nie mogę pracować na pokładzie stacji, dopóki ktoś nie naprawi

tych urządzeń. Kropka.

Nie  wiedząc,  co  robić,  młodzi  Jedi  siedzieli  w  salonie  apartamentu  Hana  i  Leii.  Nagle  Lowie

zaryczał, pragnąc za pośrednictwem Em Teedee powiedzieć coś pozostałym.

–  Och,  to  prawda  –  odezwał  się  miniaturowy  android-tłumacz.  –  To  doskonały  pomysł.  –

Piskliwy głosik urządzenia sprawił, że wszyscy unieśli głowy i popatrzyli na Lowiego. – To nawet
nie byłoby takie niebezpieczne – dodał Em Teedee.

– Co nie byłoby niebezpieczne? – zapytała Jaina.
– Pan Lowbacca sugeruje, że on i panienka Jaina, a także jego wuj Chewbacca, o ile udałoby się

go przekonać, mogliby towarzyszyć panu Peckhumowi w wyprawie do orbitalnej stacji i pomogli mu
dokonać przynajmniej tymczasowych napraw.

– To bardzo miła propozycja – odezwał się stary pilot. – Nie sądzę jednak, żebyście mogli dużo

zrobić bez pomocy nowej centralnej jednostki wielozadaniowej.

Jacen prychnął.
– Już nie pamiętam, kiedy Jaina ostatnio nie potrafiła znaleźć jakiegoś rozwiązania. O ile ją znam,

mogłaby  naprawić  wszystkie  urządzenia  tej  stacji,  nie  posługując  się  niczym  innym  poza  własną

background image

wyobraźnią.

– Bardzo dziękuję za zaufanie do moich umiejętności – burknęła dziewczyna, odwracając głowę

w  stronę  brata.  Później  zapewne  uświadomiła  sobie,  co  zrobiłby  Zekk  w  takiej  sytuacji,  gdyż
westchnęła  z  rezygnacją  i  uśmiechnęła  się  do  Peckhuma.  –  Wiesz,  właściwie  on  ma  rację  –
powiedziała.  –  Jestem  pewna,  że  potrafiłabym  naprawić  tyle  podsystemów  stacji,  żebyś  nie  miał
z nimi kłopotów, dopóki nie odnajdziemy Zekka. No, to na co jeszcze czekamy?

– Tylko dlaczego miałabyś to robić? – zapytał zdumiony Peckhum.
–  Potrzebujesz  pomocy,  prawda?  –  odrzekła  Jaina,  chociaż  przez  chwilę  nie  wiedziała,  co

odpowiedzieć.  Nie  chciała  przyznać,  że  prawdziwym  powodem,  dla  którego  to  robi,  jest  Zekk.  –
A poza tym – dodała pospiesznie – w niektórych miejscach mamy kłopoty z nanoszeniem na gwiezdne
mapy  trajektorii  szczątków  wraków.  Może  z  góry,  z  orbity,  będziemy  mieli  lepszą  perspektywę.
A tymczasem Jacen, Tenel Ka, Anakin i Threepio mogą szukać Zekka na różnych poziomach w tych
miejscach, o których nam mówiłeś.

– Niech będzie – zgodził się w końcu Peckhum. – Przekonaliście mnie, ale czy wiecie, co na to

wszystko powiedzą wasi rodzice?

Lowie warknął, wtrącając jakąś uwagę.
– Pan Lowbacca jest pewien, że dysponuje wystarczającą siłą perswazji, by przekonać swojego

wuja Chewbaccę i namówić go do udziału w wyprawie – przetłumaczył miniaturowy android.

Oczy Jainy rozjarzyły się entuzjazmem i nową wiarą we własne siły.
– Jeżeli potrafisz to zrobić, Lowie – rzekła – ja poradzę sobie z rodzicami.
 
Jacen  zmrużył  oczy  i  zaczął  wysyłać  wici  Mocy,  starając  się  usłyszeć  jakikolwiek  dźwięk

świadczący  o  tym,  że  w  opuszczonym  budynku  może  znaleźć  Zekka.  Słyszał  jednak  tylko  odgłos
kroków Tenel Ka idącej przed nim ponurym korytarzem.

Pstryknął przełącznikiem, uruchamiając komunikator.
– Hej, Anakin – powiedział. – To ja, Jacen.
– Tak? – usłyszał głos młodszego brata przeszukującego pomieszczenia w sąsiednim gmachu.
– Kieruję się do sekcji, oznaczonej siódemką na mojej mapie – oznajmił. – Na razie nie odkryłem

niczego ciekawego.

– W porządku – odezwał się Anakin.
Zanim Jacen zdążył wyłączyć urządzenie, usłyszał przerażony głos Threepia, dobiegający z nieco

większej odległości:

– Byłbym rad, gdybyśmy w końcu odnaleźli pana Zekka. Jestem pewien, że wolałbym wrócić, niż

nadal przeszukiwać takie... nieprzyjemne miejsca.

–  Ja  też  mam  nadzieję,  że  niedługo  go  znajdziemy  –  oznajmił  Jacen,  po  czym  wyłączył

komunikator  i  pospieszył  za  Tenel  Ka,  przeszukującą  puste  pomieszczenia  na  siedemdziesiątym
siódmym poziomie rozsypującej się budowli.

Podłogę zaśmiecały stare pudła, uszkodzone pojemniki i kawałki plastali, zbyt stare i zniszczone,

żeby  nadawały  się  do  czegokolwiek.  Oprócz  nich  na  podłodze  walały  się  zeschłe  liście.  Jacen  nie
miał  pojęcia,  jakim  cudem  znalazły  siew  tym  budynku  na  poziomie,  odległym  prawie  kilometr  od
powierzchni, gdzie można było ujrzeć liściaste drzewa.

Przez  szczeliny  w  murze  wpadł  nagle  podmuch  mroźnego  wichru.  Suche  liście  zaszeleściły,

przemieszczając  się  po  podłodze.  Podmuch  nie  potrafił  usunąć  panującego  w  starym  gmachu  odoru

background image

gnijących  szczątków  i  pleśni;  sprawił  jednak,  że  wzdłuż  kręgosłupa  chłopca  zaczęły  pełznąć
lodowate mrówki. Idąc powoli mrocznym korytarzem, Jacen ponownie skupił się, zamykając oczy:

Otworzył je natychmiast, kiedy poczuł, że jego ręki dotknęło coś ciepłego i lekkiego. Przekonał

się, że na rękawie jego kombinezonu spoczywa dłoń Tenel Ka.

–  Obawiam  się,  że  mógłbyś  się  potknąć  –  odezwała  się  dziewczyna,  pokazując  niewielki  stos

gruzu leżącego przed nimi w miejscu, w którym część sufitu runęła na podłogę. W starych budynkach
nigdy niczego nie naprawiano, chyba że ktoś zamierzał korzystać z jakiegoś pomieszczenia. Podłogi
i sufity nie należały do wyjątków. Gdyby Tenel Ka go nie ostrzegła, Jacen rozciągnąłby się jak długi.

–  Wielkie  dzięki  –  powiedział  chłopiec,  obdarzając  dziewczynę  krzywym  uśmiechem.  –  Miło

wiedzieć, że się tak o mnie troszczysz.

Tenel Ka tylko raz mrugnęła powiekami. Stała w milczeniu obok niego, nie zwracając uwagi na

aluzję – a może nawet w ogóle jej nie dostrzegając.

– Lepiej zapobiegać wypadkom niż później nieść rannego kolegę – odparła po chwili.
Prawdę mówiąc, Jacen oczekiwał, że usłyszy z jej ust co innego.
– Hej, no cóż, jestem rad, że nie będziesz musiała przemęczać mięśni – powiedział, kopiąc stertę

gruzu i wzniecając małą chmurę pyłu.

–  Nie  chodziło  mi  o  zmęczenie  mięśni.  –  Tenel  Ka  zakasłała,  ale  jej  głos  pozostał  obojętny

i  gderliwy.  –  Gdyby  to  okazało  się  konieczne,  mogłabym  nieść  cię  bez  wysiłku.  –  Obeszła  stertę
gruzu. – Po prostu nie chciałam, żeby stało się to potrzebne.

Jacen podążył za nią, zastanawiając się, dlaczego zawsze w obecności spokojnej i kompetentnej

Tenel Ka musi robić z siebie idiotę. Skrzywił się. Może gdyby chociaż skręcił kostkę, mógłby liczyć
na tę przyjemność, że dziewczyna objęłaby go i pomogła wyjść z podziemi...

Usunął  jednak  tę  zdumiewającą  myśl  z  głowy.  Uświadomił  sobie,  że  Tenel  Ka  zapewne  byłaby

przerażona, gdyby się dowiedziała, jaki obrót przybrały jego myśli. A poza tym jedyną sprawą, jaka
powinna teraz zaprzątać jego umysł, był problem znalezienia Zekka.

Posługując  się  mapą  zapisaną  w  pamięci  elektronicznego  notatnika,  oboje  starali  się  pracować

metodycznie. Skupiali uwagę na budynkach, wskazanych przez Peckhuma jako te, w których chłopak
najczęściej szukał wartościowych rzeczy. Przechodząc z jednego gmachu do drugiego, młodzi rycerze
korzystali  z  umiejętności  posługiwania  się  Mocą.  Starali  się  odnaleźć  przyjaciela,  szukając
jakichkolwiek śladów świadczących o tym, że kiedyś przebywał w jakimś miejscu.

Dopiero kiedy oboje byli pewni, że chłopca nie było w pobliżu, korzystali z kręconych schodów,

turbowindy czy zwykłych zjeżdżalni, żeby dostać się na niższy poziom, gdzie zaczynali poszukiwania
od  nowa.  Jeżeli  i  tam  nie  znajdywali  żadnych  śladów  przyjaciela,  szukali  w  innych  miejscach,
przechodząc  po  napowietrznych  pomostach  rozwieszonych  między  sąsiednimi  budynkami.  Wiele
takich kładek, od stuleci nie naprawianych, kołysało się i trzeszczało pod stopami dwojga młodych
Jedi.

Anakin  i  Threepio  postępowali  tak  samo,  szukając  Zekka  w  innych  gmachach.  Młodszy  brat

Jacena  był  po  prostu  szczęśliwy,  że  wreszcie  może  uwolnić  się  od  codziennej  opieki  złocistego
androida.

W  miarę  upływu  godzin  Jacen  poczuł  jednak,  że  zaczyna  ogarniać  go  zmęczenie.  Im  dłużej

przebywali w mrocznych podziemiach, tym bardziej stawał się niespokojny. Miał wrażenie, że jego
umysł  raz  po  raz  przeszywają  myśli,  przesycone  zwątpieniem  i  rozpaczą.  Od  chwili,  kiedy  Zekk
zniknął, upłynęło przecież kilka dni. Musieli odnaleźć go i to szybko. Wiedzieli, że wkrótce może być

background image

za późno, by ocalić ciemnowłosego przyjaciela. Jacen nie był pewien, dlaczego, ale miał przeczucie,
że się nie myli.

Przeszukali  dziesiątki  budynków,  przechodząc  z  jednych  do  drugich  po  dziesiątkach

napowietrznych pomostów, ale nigdzie nie natrafili na cokolwiek, co świadczyłoby o bytności Zekka.
Im głębiej jednak się zapuszczali, tym więcej dostrzegali innych śladów. Siadów życia.

Raz po raz przemykały obok nich przerażone stworzenia starające się zaszyć w najciemniejszych

kątach.  Tam,  gdzie  korytarze  były  zbyt  wąskie,  aby  iść  obok  siebie,  prowadził  raz  Jacen,  a  raz
dziewczyna. W pewnej chwili chłopiec zauważył, że niosąca jarzeniowy pręt i idąca przodem Tenel
Ka skręca w nieprzeniknioną czeluść jakiejś klatki schodowej. Kiedy nie odzywając się ani słowem,
schodziła  coraz  niżej,  jej  krokom  towarzyszyło  miarowe  kołysanie  się  drugich  złocisto-rudych,
zaplecionych na plecach warkoczy.

Nagle dziewczyna potknęła się, ale szybko odzyskała równowagę. Zanim jednak ruszyła w dalszą

drogę, odwróciła się i wskazała niebezpieczne miejsce.

– Uważaj – rzekła zwięźle. – Zmurszały stopień.
W  tej  samej  sekundzie  za  plecami  Tenel  Ka  pojawił  się  ciemny,  skrzeczący  i  trzepoczący

skrzydłami potwór. Dziewczyna natychmiast odwróciła się i machając rękami, usiłowała odstraszyć
uskrzydlone  stworzenie.  Upuściła  jednak  jarzeniowy  pręt.  Im  mocniej  machała,  próbując  odpędzić
napastnika, tym głośniej potwór skrzeczał i trzepotał skrzydłami, ale nie odlatywał.

Kiedy Jacen zrozumiał, co się stało, zareagował w jednej chwili.
– Stój spokojnie! – zawołał, zwracając się do koleżanki, po czym skoczył w stronę skrzydlatego

stworzenia, które zaplątało się w jeden z jej długich warkoczy. – Zapewne wystraszył się światła!

Tenel  Ka  posłusznie  znieruchomiała,  chociaż  Jacen  był  pewien,  że  uczyniła  to  wbrew

podświadomemu  nakazowi  kontynuowania  walki.  Chłopiec  ostrożnie  wyciągnął  myślowe  palce,
próbując  dotknąć  mózgu  stworzenia  i  przesłać  impuls,  który  by  je  uspokoił.  Stopniowo  latający
gryzoń  przestał  machać  skrzydłami  i  pozwolił,  żeby  chłopiec  objął  go  palcami.  Starając  się  nie
wykonywać  gwałtownych  ruchów,  Jacen  delikatnie  wyplątał  szpony  stworzenia  z  włosów
dziewczyny.  Później,  nie  przestając  wysyłać  kojących  myśli,  ostrożnie  postawił  zwierzę  za  sobą
i cofnął się o dwa kroki.

Pochylił się, podniósł jarzeniowy pręt i wręczył go dziewczynie.
– Nic ci się nie stało? – zapytał.
Tenel  Ka  lekko  pokręciła  głową.  Jacen  domyślał  się,  że  zapewne  jest  zakłopotana  tym,  iż  bez

jego pomocy nie potrafiła wyplątać skrzydlatego stworzenia ze swoich włosów.

Kiedy podjęli poszukiwania Zekka, chcąc odwrócić jej uwagę od tego, co się stało, postanowił

opowiedzieć jakiś dowcip.

– Czy wiesz, dlaczego samotny banth przeszedł przez całe Morze Wydm? – zapytał.
– Nie – odpowiedziała.
– Żeby znaleźć się po drugiej stronie! – Jacen wybuchnął głośnym śmiechem.
– A – odezwała się Tenel Ka, nawet na niego nie spojrzawszy. – Aha.
Chłopiec  spodziewał  się,  że  po  przygodzie  ze  skrzydlatym  gryzoniem  jego  koleżanka  będzie

speszona,  ale  stwierdził,  że  dziewczyna  ruszyła  w  dalszą  drogę  równie  pewnie  jak  poprzednio.
Zaczął  się  zastanawiać,  czy  cokolwiek  mogłoby  wytrącić  ją  z  równowagi.  Chociaż  nie  mógł  nie
podziwiać  jej  hartu  ducha,  chyba  trochę  żałował,  że  nie  była  oczarowana  szybkością,  z  jaką
pospieszył jej na ratunek.

background image

Oboje  doszli  do  następnego  wąskiego  przejścia  i  Jacen  wyprzedził  Tenel  Ka,  żeby  torować

drogę.  Kołyszący  się  pomost  był  jak  zwykle  zaśmiecony  odłamkami  kamiennych  ścian  budynków
i  kawałkami  plastali.  Przerzucony  nad  mroczną  przepaścią,  zatrzeszczał,  kiedy  chłopiec  przeszedł
kilka kroków.

–  Uważaj  –  odezwała  się  podążająca  za  nim  dziewczyna.  Jacen  uznał,  że  jej  ostrzeżenie  było

całkiem zbędne.

–  Myślę,  że  powoli  zbliżamy  się  do  miejsca,  gdzie  spoczywa  tamten  stary  wahadłowiec  –

powiedział,  postanawiając  zignorować  jej  uwagę.  –  Jestem  pewien,  że  go  zobaczymy,  kiedy
znajdziemy się po drugiej...

Pomost  pod  jego  stopami  zakołysał  się  i  zadrżał.  Kiedy  któryś  z  metalowych  wsporników

z przeraźliwym zgrzytem odłamał się od pionowej ściany, Jacen poczuł, że jego serce podskoczyło
do gardła. Wyciągnął rękę i przytrzymał się zardzewiałej poręczy.

– Nie ruszaj się! – zawołała Tenel Ka, ale było już za późno.
Rozległy się podobne do wystrzałów dźwięki wyskakujących nitów. Odgłosom tym towarzyszył

trzask  rozdzieranej  plastali.  Pozbawiony  podpory  wiekowy  pomost  obsunął  się,  a  potem  przełamał
mniej  więcej  pośrodku.  Czując,  że  chodnik  pod  jego  stopami  zaczyna  się  usuwać,  przerażony
chłopiec  obserwował,  jak  kawałki  plastali  odrywają  się  od  konstrukcji  i  spadają  w  bezdenną
czeluść. Miał wrażenie, że wszystko dzieje się niesamowicie powoli.

Coś świsnęło obok jego ucha. Po chwili usłyszał metaliczny brzęk. Poczuł, że zaczyna się zsuwać

w mroczną przepaść. Uchwycił mocniej poręcz, ale przerdzewiały metal skruszył się pod wpływem
siły  jego  palców.  Zaczął  rozpaczliwie  machać  rękami,  starając  się  uchwycić  czegokolwiek.
Krzyknął, żeby ktoś mu pomógł... i nagle poczuł, jak jego talię opasało silne ramię. Oderwało go od
pomostu  i  uniosło  ku  przeciwległej  ścianie.  Zanim  miał  czas  zorientować  się,  co  się  dzieje,
uczepiona cienkiej linki Tenel Ka przefrunęła nad przepaścią i nie wypuszczając Jacena, bezpiecznie
zeskoczyła na wy trzymała metalową płytę po drugiej stronie.

Pozostała  część  pomostu  wydała  pełen  protestu  jęk,  po  czym  oderwała  się  od  ściany.  Runęła

w czarną gardziel, gdzie została pochłonięta przez złowieszczą ciszę.

Dopiero  wtedy  Tenel  Ka  go  puściła.  Jacen  uświadomił  sobie,  że  przed  chwilą  oboje  omal  nie

zginęli. Po tym, co widział i przeżył, metalowy występ, o który dziewczyna zaczepiła kotwiczkę, nie
wydawał  mu  się  ani  trochę  bezpieczniejszy.  Mimo  to  oboje  młodzi  Jedi  stali  jeszcze  przez  kilka
chwil w milczeniu, wpatrzeni w bezdenną czeluść pod stopami.

– Myślę, że tworzymy dobraną grupę – odezwał się w końcu Jacen. – Zawsze jedno ratuje drugie

z opresji. Dziękuję.

Nie  czekając  na  odpowiedź,  odwrócił  się  i  pokonawszy  kilka  schodów,  wszedł  do  wnętrza

gmachu. Dopiero tam z ulgą usiadł na podłodze, opierając się plecami o ścianę. Cieszył się, że jest
względnie bezpieczny.

Nie  mogąc  opanować  dziwnego  drżenia  rąk,  Tenel  Ka  osunęła  się  obok  niego.  W  panującym

półmroku było widać, że na jej bladej poważnej twarzy maluje się przerażenie.

– Bałam się, że mogłabym stracić kolegę – odparła po chwili.
Omal nie straciłaś – pomyślał ponuro Jacen. Uśmiechnął się jednak i powiedział:
– Hej, nie należę do ludzi, których można się tak łatwo pozbyć.
Tenel Ka się nie uśmiechnęła, ale przynajmniej trochę rozchmurzyła.
– Tak, to jest fakt – oznajmiła.

background image

 
Dotarli do wraku wahadłowca po dziesięciu minutach od chwili wznowienia poszukiwań. Kiedy

go zobaczyli, oboje odezwali się równocześnie.

– Zekk tu był – powiedział Jacen.
–  Nie  podoba  mi  się  to  miejsce  –  rzekła  dziewczyna.  Dopiero  wówczas  chłopiec  uświadomił

sobie, że naprawdę coś jest nie tak, jak powinno. Tenel Ka zauważyła jego wahanie i postąpiła kilka
kroków  w  stronę  rampy  wraku.  –  Teraz  moja  kolej,  by  torować  drogę  –  stwierdziła.  –  Jeżeli  nie
chcesz iść, możesz tu zaczekać.

– Ani mi się śni – odciął się Jacen. – Wiesz przecież, że powinienem przebywać blisko ciebie...

na wypadek, gdybym znów musiał cię ratować.

–  A  –  sceptycznie  unosząc  brwi,  odparła  dziewczyna.  –  Aha.  –  Zniknęła  we  wnętrzu

wahadłowca. Po kilku chwilach Jacen usłyszał, jak powiedziała: – Chyba mi się wydawało. Nikogo
tu nie ma.

Kiedy  dołączył  do  koleżanki,  przekonał  się,  że  mówiła  prawdę.  Mimo  to  we  wnętrzu  znalazł

ślady czyjejś obecności. Ktoś wymontował najcenniejsze urządzenia. Po zakurzonych pulpitach wiły
się  jak  węże  wiązki  przewodów  i  kable.  Obok  nich  spoczywały  odkręcone  śruby  i  wyszczerbione
sworznie mocujące. W niektórych, miejscach, gdzie kiedyś umieszczono panele z aparaturą kontrolną
i pomiarową, widniały teraz mroczne prostokątne otwory.

–  Wygląda  na  to,  że  mimo  wszystko  Zekk  szukał  tu  czegoś  cennego  –  odezwał  się  Jacen.  –  To

dobry znak.

– Może tak – odparła Tenel Ka. Uniosła rękę i przeciągnęła palcem po złowieszczym znajomym

znaku, niezdarnie wyrytym na płycie jakiegoś panelu umożliwiającego posługiwanie się aparaturą. –
A może nie.

Jacen  spojrzał  na  rysy,  które  musiały  zostać  zrobione  całkiem  niedawno.  Przedstawiały  trójkąt

otaczający krzyż... groźny symbol gangu Zagubionych. Jacen z wysiłkiem przełknął ślinę.

– No cóż – odezwał się po chwili. – Przynajmniej teraz wiemy, gdzie szukać.

background image

 

 

 

Rozdział 16

 
 
Stary Peckhum nie przestawał martwić się, co mogło przydarzyć się jego przyjacielowi. Mimo to

pewnie  przeleciał  pokiereszowanym  transportowcem  przez  wrota  hangaru.  Gdyby  poprosił,  Nowa
Republika  zapewniłaby  mu  nowocześniejszy  frachtowiec,  ale  stary  pilot  lubił  latać  własnym
statkiem,  chociaż  ten  nawet  w  okresie  największej  świetności  zawodził  częściej  niż  „Sokół
Tysiąclecia”. A poza tym nigdy jeszcze nie leciało nim tylu pasażerów.

Lowie wcisnął się obok Jainy siedzącej w tylnej części sterowni. Kiedy z trudem usadowił się na

fotelu, przeznaczonym dla kogoś mniej więcej o połowę mniejszego niż on, przekonał się, że nie ma
gdzie  umieścić  długich  nóg,  porośniętych  rudobrązową  sierścią.  Żałował,  że  nie  może  polecieć
skoczkiem  typu  T-23,  który  otrzymał  od  wuja  Chewbaccy  tego  samego  dnia,  kiedy  przybył  do
akademii Jedi, ale mała maszyna pozostała na Yavinie Cztery.

Peckhum zazwyczaj nie zabierał na pokład żadnych pasażerów. Stary pilot uprzątnął ze sterowni

„Piorunochronu” narzędzia i pudła z różnymi przedmiotami, żeby Chewbacca mógł siedzieć na fotelu
drugiego  pilota.  Starszy  Wookie  zabrał  własny  komplet  zniszczonych  kluczy  hydraulicznych,
cyberbezpieczników, urządzeń diagnostycznych i innych rzeczy, którymi się posługiwał, kiedy razem
z Hanem Solo robił wszystko, żeby urządzenia „Sokoła” funkcjonowały prawidłowo... choćby tylko
do następnej awarii.

Kiedy pilot „Piorunochronu” porozumiał się z kontrolą lotów Coruscant i otrzymał zgodę na start,

zwiększył  przyspieszenie  i  skierował  swój  transportowiec  w  górę.  Jego  statek  przeleciał  przez
opalizującą  warstwę  atmosfery  i  wkrótce  został  pochłonięty  przez  czerń  przestworzy.  Przygarbiony
Lowie obserwował przez dziobowy iluminator, jak Peckhum, manewrując sterami, wprowadza statek
na  stabilną  orbitę.  Ogromne  zwierciadła,  odbijające  promienie  słońca  i  podobne  do  srebrzystych
reflektorów, kierowały smugę słonecznego blasku ku północnym i południowym regionom metropolii
pokrywającej niemal całą powierzchnię planety.

Z  powodu  nieprzewidzianej  zmiany  planów  nadzorców  placówki,  stacja  była  w  tej  chwili

opuszczona.  Główne  zwierciadła,  pozostawione  bez  opieki,  nie  mogły  jednak  długo  działać
prawidłowo.  Nazwisko  Peckhuma  znajdowało  się  na  początku  listy  zastępców  i  stary  pilot  musiał
stawić się do pracy, bez względu na to, czy Zekk pozostawał w domu, czy wychodził, żeby zdobyć to
czy owo.

Peckhum  osadził  statek  na  pordzewiałej  płycie  lądowiska  stacji  wyglądającej  jak  łupina,

zawieszona pod ogromną, mającą kilka kilometrów średnicy, czaszą reflektora. Chewbacca i Lowie
podziwiali wielkie zwierciadło orbitalne. Raz po raz wymieniali bekliwe uwagi, charakterystyczne
dla języka Wookiech.

Cienka  srebrzysta  folia  o  grubości  milimetra  przypominała  mieniący  się  ocean  światła.  Gdyby

background image

znalazła  się  na  poziomie  atmosfery  Coruscant,  niechybnie  zostałaby  rozerwana  na  strzępy,  ale
w  ciszy  i  bezruchu  przestworzy  nie  musiała  mieć  większej  grubości.  Pracujący  w  przestworzach
inżynierowie połączyli ją za pomocą dziesiątków superwytrzymałych kabli z orbitalną stacją, a samą
stację wyposażyli w rakiety mogące zmieniać ustawienie reflektora, by promienie słońca ogrzewały
najzimniejsze szerokości geograficzne planety.

Kiedy  „Piorunochron”  znieruchomiał  na  płycie  lądowiska,  Peckhum  otworzył  właz,  na  którym

wciąż  jeszcze  widniał  znak  Starej  Republiki.  Wszyscy  weszli  do  środka  stacji  kontrolnej,  w  której
mieli spędzić kilka najbliższych dni.

– No cóż... przytulnie tu nie jest – odezwała się Jaina.
– Jeżeli miałbym użyć sformułowania zapisanego w moim programie, powiedziałbym, że lepszym

słowem  byłoby  ciasno  –  zauważył  Em  Teedee.  –  Wiecie,  umiem  się  posługiwać  płynnie  ponad
sześcioma językami.

Pomalowany ciemnoszarą farbą sufit znajdował się tuż nad głowami. Przebiegały pod nim różne

owinięte  izolacyjną  folią  rury  doprowadzające  chłodziwo,  a  także  wiązki  kabli  kończących  się  we
wnętrzach paneli kontrolnych. Pośrodku obserwacyjnego bąbla ustawiono pojedynczy fotel. Siedząc
na  nim,  można  było  obserwować  przez  panoramiczne  okna  planetę,  widoczną  w  dole  pod  stacją.
Staromodne  komputery  błyskały  światełkami,  niechętnie  zgłaszając  gotowość  do  pracy.  Wydawało
się,  że  czekają,  aby  Peckhum  uruchomił  podprogramy  i  rozpoczął  żmudne  ustawianie  wiązki
słonecznego światła.

Przyciągnięty fascynującym widokiem przestworzy, Lowbacca wszedł do bąbla obserwacyjnego.

Uchwycił  zimną  metalową  rurę  wystającą  z  zakrzywionej  ściany,  i  pochylił  się,  żeby  spojrzeć  na
ogromną  kulę  Coruscant.  Gruba  warstwa  chmur  przesłaniała  oświetloną  część  planety,  ale  na
pogrążonej  w  ciemnościach  półkuli  było  widać  miliony  światełek  błyszczących  w  mroku  jak
różnobarwne klejnoty.

Lowie widział w życiu kilka innych planet z niewielkiej odległości, ale jeszcze nigdy przedtem

nie  został  oczarowany  przez  ich  piękno.  Przebywając  na  pokładzie  zawieszonej  wysoko
w  przestworzach  stacji  orbitalnej,  czuł  się  równocześnie  częścią  wszechświata  i  cząstką  czegoś
spoza niego. Miał wrażenie, że stanowi element kosmosu, nie przestając być jego obserwatorem. Był
zdziwiony,  że  traktuje  wszystko  w  taki  sposób.  Wydawało  mu  się,  że  galaktyka  jest  czymś
nieskończenie wielkim, ale zarazem czymś bardzo małym.

– Przestań się gapić, Lowie – odezwała się stojąca za nim Jaina. – Musimy zabierać się do pracy.

Naszym pierwszym zadaniem powinna być naprawa urządzeń telekomunikacyjnych.

Chewbacca zaryczał na znak zgody, a potem z rozmachem opuścił wielką dłoń na kosmate ramię

siostrzeńca.  Peckhum  sprawiał  wrażenie  pochłoniętego  rutynowymi  czynnościami,  związanymi
z  uruchamianiem  urządzeń  stacji.  Zapewne  starał  się,  żeby  jego  uwagi  nie  rozpraszały  żadne  myśli
o Zekku.

– Naprawdę jestem wam wdzięczny za wszystko, co robicie – rzucił przez ramię.
–  Cieszymy  się,  że  możemy  ci  pomóc  –  odparła  Jaina,  klękając,  żeby  lepiej  przyjrzeć  się  kilku

panelom. – Lowie, znasz się dobrze na komputerach. Proszę, pomóż mi sprawdzić to urządzenie.

– Och, bez wątpienia – odezwał się piskliwie Em Teedee. – Jeżeli chodzi o znajomość systemów

elektronicznych, pan Lowbacca jest wyjątkowo uzdolniony. – Lowie burknął, wtrącając jakąś uwagę,
ale miniaturowy android-tłumacz odpowiedział: – Oczywiście, że wszyscy o tym wiedzą. Chciałem
tylko im przypomnieć.

background image

–  Czy  mógłbym  prosić,  żebyście  zajęli  się  najpierw  moim  komunikatorem?  –  zapytał  Peckhum,

odwracając się i stając za ich plecami. – Kiedy próbuję się z kimś porozumieć, odbieram tylko same
szumy i trzaski.

Czoło zamyślonej Jainy pokryło się zmarszczkami.
–  Wygląda  na  to,  że  stopień  mocy  funkcjonuje  prawidłowo,  ale  uszkodzone  zostały  systemy

syntezy głosu i urządzenia kodujące.

Kiedy wszyscy stali, zastanawiając się, od czego zacząć, w pomieszczeniu było zbyt ciasno, żeby

Chewbacca mógł się zająć naprawą jakiegoś urządzenia. Starszy Wookie postanowił zatem zaczekać
i nie przeszkadzać innym w pracy. Lowie podejrzewał, że wuj jest rozbawiony, mogąc obserwować,
jak dwoje jego podopiecznych ciężko pracuje. Możliwe, że ich widok przypomniał mu czasy, kiedy
u boku Hana Solo bez końca mozolił się, naprawiając urządzenia „Sokoła”.

–  No  cóż  –  odezwała  się  Jaina.  Podrapała  się  po  policzku,  zostawiając  na  nim  smugę  smaru

i  rdzy  pochodzącej  z  jakiegoś  starego  panelu.  –  Przypuszczam,  że  pod  koniec  dnia  ten  komunikator
będzie  znów  działał  prawidłowo.  –  Uśmiechnęła  się  pogodnie  do  Peckhuma,  a  Lowie  zaryczał,
zgadzając  się  z  jej  zdaniem.  –  Rzecz  jasna,  to  będzie  tylko  prowizorka,  ale  na  jakiś  czas  powinna
wystarczyć.

Peckhum wzruszył ramionami.
–  Nie  wątpię,  że  będzie  lepiej  niż  w  tej  chwili.  Żałuję,  że  nie  mam  tej  centralnej  jednostki

wielozadaniowej  –  dodał  ponuro.  –  Niemal  tak  samo,  jak  chciałbym  wiedzieć,  co  przydarzyło  się
Zekkowi.

– Jestem przekonana, że nic złego – odparła Jaina, ale Lowie wiedział, że dziewczyna wcale tak

nie myślała.

Kiedy  grzebała  we  wnętrzu  jakiegoś  panelu,  Chewbacca  przeszedł  w  inne  miejsce  i  ryknął  do

siostrzeńca,  proponując,  żeby  zajęli  się  czymś  innym.  Lowie  ochoczo  przystał  na  tę  propozycję.
Ponieważ  zbliżała  się  pora  obiadu,  naprawa  pokładowego  automatu  przygotowującego  posiłki
wydawała  się  doskonałym  pomysłem.  Lowie  nie  mógł  narzekać  na  brak  apetytu,  a  kiedy  pomyślał
o wszystkich wspaniałych potrawach, jakie mogliby zaprogramować, mimo iż zapasy żywności stacji
były bardzo skromne, poczuł napływającą do ust ślinę.

Em Teedee kilka razy cmoknął z dezaprobatą.
– Naprawdę, panie Lowbacco! – powiedział. – Chyba nigdy pan się nie zmieni. Znów myśli pan

tylko o jedzeniu!

Chewbacca groźnie zaryczał, a przerażony android natychmiast spuścił z tonu.
– Wy, Wookie – oświadczył znacznie ciszej, nie kryjąc urazy – jesteście wszyscy tacy sami.

background image

 

 

 

Rozdział 17

 
 
Kiedy  Jacen  wędrował  po  podziemiach  Coruscant  z  Zekkiem,  poszukując  jaja

jastrzębionietoperza,  tyle  razy  tracił  orientację,  że  teraz  nigdy  sam  nie  odnalazłby  drogi
w prawdziwym labiryncie chodników, przejść i korytarzy. Na szczęście towarzysząca mu Tenel Ka
prowadziła pewnie, doskonale wiedząc, dokąd podążają... co zresztą nie dziwiło chłopca ani trochę.

Szczeliny między gmachami stawały się coraz węższe, a same budynki coraz bardziej zniszczone,

złowieszcze i zaniedbane. Ciemne ściany były upstrzone czarnymi plamami, które nadal przypominały
bryzgi  zakrzepłej  krwi  mimo  odbarwienia  wywołanego  upływem  wielu  stuleci.  Coraz  częściej
spotykało  się  także  wszechobecny  symbol  gangu  –  krzyż,  zamknięty  wewnątrz  trójkąta  –  wyryty  na
durbetonowych cegłach albo namalowany jaskrawą niezmywalną farbą.

– Aha  –  odezwała  się  Tenel  Ka.  Jej  zmysły  były  wyostrzone  jak  ostrze  włóczni  myśliwego.  –

Znaleźliśmy się na terenie, do którego roszczą sobie prawa Zagubieni.

Jacen przełknął ślinę.
– Miejmy nadzieję, że niedługo odnajdziemy Zekka – odparł. – Nie chciałbym przebywać tu zbyt

długo, zwłaszcza kiedy członkowie gangu będą w złych humorach.

– Podejrzewam, że oni nigdy nie są w dobrych humorach – zauważyła dziewczyna. – Może wciąż

jeszcze są źli na nas za to, że ostatnio im uciekliśmy.

– To prawda – przyznał chłopiec. – Możliwe, że złapali Zekka. Musimy go uwolnić. Ten Norys

nie sprawiał wrażenia życzliwego gospodarza.

Jakieś  czarne  stworzenie  przemknęło  w  ciemnościach  pod  najbliższą  ścianą.  Jacen  odwrócił

głowę i dostrzegł paskudnie wyglądającego pająkaralucha usiłującego ukryć się w kępie cherlawego
mchu. Kiedy indziej z pewnością rzuciłby siew pościg, pragnąc przyjrzeć się stworzeniu dokładniej,
ale w tej chwili chciał tylko jak najszybciej znaleźć się w bezpiecznym zaciszu swojego domu.

Tymczasem  dumna  i  nieustraszona  Tenel  Ka  maszerowała  środkiem  mrocznego,  ponurego

korytarza.  Przez  głowę  chłopca  przemknęła  przelotna  myśl,  że  chciałby  mieć  teraz  świetlny  miecz,
podobny  do  tego,  jakim  posługiwał  się  w Akademii  Ciemnej  Strony.  Wiedział  wprawdzie,  że  broń
rycerza  Jedi  może  być  niebezpieczna  i  że  w  żadnym  przypadku  nie  powinna  służyć  do  zabawy,  ale
teraz nie myślał o tym, by się bawić. Potrzebował jej na wypadek, gdyby musiał walczyć o życie.

Z  wysiłkiem  przełknął  ślinę  i  przyspieszył,  chcąc  znaleźć  się  bliżej  koleżanki.  Nie  spuszczał

spojrzenia z jej złocistorudych warkoczy, kołyszących się na plecach przy każdym kroku. Pomyślał,
że może jakiś dobry dowcip pomógłby mu przestać myśleć o członkach groźnego gangu.

– Hej, Tenel Ka – powiedział w pewnej chwili. – Czy wiesz, jaka jest różnica między machiną

typu AT-AT a pieszym szturmowcem?

Dziewczyna odwróciła się i obdarzyła go zdziwionym spojrzeniem.

background image

– Oczywiście, że wiem – odparła.
Jacen westchnął.
–  To  jest  dowcip.  Czy  wiesz,  jaka  jest  różnica  między  machiną  typu  AT-AT  a  pieszym

szturmowcem?

– Powinnam była odpowiedzieć, że nie wiem, prawda? – zapytała.
– Tak, właśnie tak – rzekł chłopiec.
– Nie wiem.
– To pierwsze jest imperialnym robotem kroczącym, a to drugie imperialnym piechurem!
Tenel Ka ze smutkiem pokręciła głową.
– Tak. Bardzo zabawne – powiedziała. – A teraz ruszajmy w dalszą drogę. – Kiedy docierała do

skrzyżowania,  zmrużyła  szare  oczy.  –  Zekk  jest  twoim  przyjacielem.  Postaraj  się  posłużyć
umiejętnościami Jedi. Wyślij wici Mocy, a wówczas może gdzieś go wyczujesz. Te korytarze mają
wiele zakrętów i bocznych odnóg.

Jacen  kiwnął  głową.  Nie  sądził,  żeby  jego  skromne  zdolności  do  posługiwania  się  Mocą

umożliwiły  mu  wykrycie  jakiejś  konkretnej  osoby.  Nie  był  pewien,  czy  czegoś  takiego  potrafiłby
dokazać  nawet  wujek  Luke,  ale  musiał  się  chwytać  każdej  nadziei,  choćby  nie  wiadomo  jak
przelotnej i złudnej. Dotychczas on i Tenel Ka wędrowali przez podziemia na oślep, a zatem każdy
ślad, każdy sposób mógł tylko zwiększyć ich szansę.

Kiedy  zaczął  się  skupiać,  zamknąwszy  oczy,  wydało  mu  się,  że  poczuł  lekkie  mrowienie,  które

pozostawiło w jego myślach wizerunek ciemnowłosego przyjaciela. Zanim uświadomił sobie, co to
znaczy, wyciągnął rękę w stronę, w którą zwrócił głowę. Wujek Luke zawsze mówił uczniom, żeby
ufali swoim instynktom rycerzy Jedi.

Pospieszył,  chcąc  dotrzymać  kroku  Tenel  Ka.  Oboje  skręcili  w  boczny  korytarz  i  zaczęli  nim

schodzić, by po chwili zagłębić się w następny. Stary wieżowiec wydawał się opuszczony. Panowała
w nim przytłaczająca cisza, chociaż z pewnością najwyższe poziomy były gwarne i rojne. Mimo to
Jacen nie mógł się oprzeć wrażeniu, że z mrocznych kryjówek obserwują ich czyjeś czujne oczy. Ufał
swoim zmysłom Jedi na tyle, że był pewien, iż nie jest to tylko gra jego wyobraźni.

– Chyba jesteśmy coraz bliżej – odezwała się dziewczyna.
Nagle usłyszeli w oddali czyjeś głosy, spośród których wybijał się jeden, głośniejszy i bardziej

stanowczy  niż  pozostałe.  Chociaż  nie  można  było  zrozumieć  żadnych  słów,  Jacen  był  pewien,  że
słyszy głos młodego mężczyzny.

– To może być Zekk – powiedział, zwracając się do koleżanki. – Chyba go znaleźliśmy.
Ogarnięty uniesieniem, zapomniał o wszystkich złowieszczych myślach i zaczął biec, zostawiając

Tenel Ka z tyłu. Dziewczyna jednak nawet nie przyspieszyła. Stąpała jak zawsze czujna i rozważna.

–  Uważaj!  –  zawołała  widząc,  że  Jacen  skręca  za  róg  korytarza.  Po  chwili  i  ona  znalazła  się

w  wielkiej,  odbijającej  echo  sali,  wypełnionej  zniszczonymi  meblami  i  na  wpół  przerdzewiałymi
belkami  stropowymi.  Na  ścianach  ujrzała  jarzeniowe  panele,  przymocowane  byle  jak
w  najróżniejszych  miejscach,  z  których  można  było  najłatwiej  dołączyć  je  do  gniazdek  sieci
elektrycznej.  Otwory  innych  korytarzy,  wiodących  do  wielkiej  sali,  były  albo  zagrodzone  kratami,
albo zamknięte drzwiami, które przed wiekami przestały obracać się na zawiasach.

Pośrodku komnaty Jacen dostrzegł młodzieńca. W jego szmaragdowych oczach odbijał się blask

umieszczonych  w  przypadkowych  miejscach  paneli.  Tak,  to  był  Zekk.  Jego  ciemne,  niemal  czarne
włosy,  były  teraz  porządnie  uczesane  i  związane  na  karku  skórzanym  rzemykiem.  Nie  spływały

background image

w nieładzie na ramiona, jak poprzednio. Jacen nigdy nie widział, żeby jego przyjaciel kiedykolwiek
wiązał  włosy  w  taki  sposób.  Zauważył,  że  dziwnej  metamorfozie  uległ  również  strój  Zekka.  Był
czysty,  czarny  i  dopasowany  do  kształtów  jego  ciała...  wyglądał  niemal  jak  mundur.  W  niczym  nie
przypominał  staromodnego  garnituru,  który  chłopak  miał  na  sobie  podczas  tamtego  pamiętnego
bankietu, wydanego na cześć pani ambasador Alfy Karnaka.

Wokół  młodzieńca  siedziało  na  koślawych  krzesłach  i  zniszczonych  tapczanach  prawie

dwadzieścioro  doświadczonych  przez  życie  dzieciaków,  na  ogół  kilkunastolatków.  Większość
stanowili chłopcy, ale Jacen zauważył także kilka dziewczyn. Wyglądały tak dziko i groźnie, że gdyby
chciały, mogłyby rozerwać go na kawałki jak zepsutego androida.

Zagubieni.
– Hej, Zekku! – zawołał Jacen. – Gdzie się podziewałeś? Martwiliśmy się, że przydarzyło ci się

coś złego!

Zaskoczony w połowie zdania ciemnowłosy chłopak odwrócił głowę i groźnie spojrzał na Jacena

i  dziewczynę.  W  jego  oczach  pojawił  się  na  chwilę  błysk  zdumienia  i  zachwytu,  ale  po  sekundzie,
jakby pragnąc zatrzeć to wrażenie, Zekk przybrał ponurą minę. Wydawało się, że przez tych kilka dni,
jakie upłynęły od jego zniknięcia, postarzał się o całe lata.

– Jacenie, to nie jest odpowiednia chwila – odparł szorstko.
Z grupy nastolatków wstał silnie umięśniony chłopak o krzaczastych brwiach i wąsko osadzonych

oczach. Spiorunował spojrzeniem oboje przybyszów.

– Nie przypominam sobie, żebym was tu zaprosił – oświadczył wojowniczo.
Jacen rozpoznał przywódcę gangu, Norysa.
Zekk machnął ręką w stronę osiłka, jakby starał się go uspokoić.
– Ja się nimi zajmę – powiedział, a na jego twarzy pojawił się grymas gniewu. Popatrzył spode

łba  na  Jacena  i  pokręcił  głową.  –  Dlaczego  nie  możecie  zostawić  mnie  w  spokoju  chociaż  przez
chwilę?

Jacen przeczesał zmierzwione włosy, kompletnie zaskoczony. Kiedy nie wiedząc, co robić, ruszył

w stronę przyjaciela, ten cofnął się, jakby chciał uchylić się przed ciosem.

– Odejdź – syknął – bo wszystko zepsujesz!
Pozostali  Zagubieni  zaczęli  wstawać  z  miejsc  i  jak  stado  zgłodniałych  wilków  okrążać  ofiary.

Jacen przełknął ślinę. Stojąca za jego plecami Tenel Ka położyła dłoń na ramieniu kolegi. Pragnęła
go w ten sposób ostrzec na wypadek, gdyby musieli walczyć.

–  Zekku,  to  my!  –  W  głosie  Jacena  zabrzmiało  błaganie.  –  Niczego  nie  zepsujemy.  Jesteśmy

twoimi przyjaciółmi!

W  tej  samej  chwili  z  głośnym  zgrzytem  i  piskiem  otworzyły  się  jakieś  drzwi,  znajdujące  się

w przeciwległym kącie wielkiej sali.

–  Oni  nie  są  twoimi  przyjaciółmi,  młody  lordzie  Zekku  –  odezwał  się  kobiecy  głos,  głęboki

i złowieszczy. – Mogą tylko mienić się nimi, ale sam widziałeś dowody na to, ile naprawdę dla nich
znaczysz.

Jacen  i  Tenel  Ka  odwrócili  głowy  i  ujrzeli  groźną  sylwetkę  odzianej  w  czarny  płaszcz  Siostry

Nocy. Jej czarne jak heban włosy iskrzyły się, jakby za chwilę miały przelecieć między nimi błękitne
błyskawice,  a  w  fioletowych  oczach  migotały  ogniste  błyski.  Zwrócone  ku  górze  spiczaste  końce
naramienników  sprawiały  wrażenie  ostrych  włóczni.  Po  obu  stronach  wiedźmy  z  Dathomiry  było
widać dwie inne osoby, ubrane także w czarne płaszcze. Jedną był młody ciemnowłosy mężczyzna,

background image

a  drugą  niewysoka,  ale  silnie  zbudowana  kobieta.  Oboje  wyglądali  równie  władczo  i  złowieszczo
jak sama Siostra Nocy.

– Tamith Kai... – Jacen lekko kiwnął głową. – Widzę, że jak zawsze czarująca.
–  I  Garowyn.  I  Vilas  –  dodała  Tenel  Ka  z  nieoczekiwanym  zimnym  uśmiechem  na  zazwyczaj

spokojnej,  opanowanej  twarzy.  –  Jak  tam  twoje  kolano?  –  dodała,  zwracając  się  do  Tamith  Kai.
Zaciskała palce na ramieniu chłopca tak silnie, że chyba mogłaby połamać jego kości.

Po  twarzy  wysokiej  kobiety  przemknęła  burzowa  chmura.  Wiśniowe  wargi  Siostry  Nocy

wykrzywiły  się  ze  złości.  Było  widać,  że  Tamith  Kai  tylko  z  trudem  powstrzymuje  wybuch
wściekłości. Dobrze pamiętała, jak wojowniczka z Dathomiry upokorzyła ją, kiedy pomagała innym
młodym rycerzom Jedi w ucieczce z Akademii Ciemnej Strony.

–  Smarkacze  Jedi  –  warknęła.  –  Powinniście  sami  nauczyć  się  do  tej  pory,  że  z  nami  nie  ma

żartów.

–  A  wy  powinniście  zostawić  nas  w  spokoju  po  tym  pierwszym  razie  –  odparł  wyzywająco

Jacen. – Zekku, dlaczego zadajesz się z tymi pajacami? Jakich głupstw nakładli do twojej głowy?

Zekk sprawiał wrażenie, że zawahał się na chwilę, ale kiedy się odezwał, jego głos zdradzał siłę

i pewność siebie.

–  Stwarzają  nam  –  wszystkim  bez  wyjątku  –  wielką  szansę  –  odparł.  –  Szansę,  której  nigdy

przedtem nie mieliśmy.

– Jaką szansę? – zapytał Jacen, szczerze zaciekawiony. – Co mogą wam zaproponować ci, którzy

przegrali?

–  Zabiorą  nas  do  Akademii  Ciemnej  Strony,  by  nas  uczyć!  –  odezwał  się  krzepki  przywódca

gangu, Norys. – Dopiero teraz mam szansę stać się kimś ważnym i potężnym.

–  Ale  przecież  nie  wszyscy  dysponujecie  umiejętnościami  Jedi  –  rzekł  Jacen,  starając  się

przemówić Zagubionym do rozumu. Chciał wciągnąć Zekka w dyskusję, by w tym czasie z pomocą
Tenel Ka zastanowić się, co robić.

–  Ja  dysponuję  –  odparł  chłopak.  –  Wiedzielibyście  o  tym,  gdybyście  zadali  sobie  trochę  trudu

i poddali mnie testom – dodał buntowniczo. – A wszyscy ci, którzy ich nie mają, zostaną wcieleni do
imperialnego  wojska.  Będą  wykonywali  powierzone  obowiązki,  dzięki  czemu  Drugie  Imperium
stworzy im szansę awansu społecznego.

–  Och,  Zekku  –  westchnął  Jacen.  –  To  wszystko  wierutne  kłamstwa  mające  odwrócić  twoją

uwagę i uśpić czujność...

– To nie są kłamstwa! – przerwała Tamith Kai. W jej silnym melodyjnym głosie kryła się jednak

straszliwa groźba. – My dotrzymujemy obietnic – dodała, zwracając się do Zagubionych. – Wszyscy
będziecie mieli równe szansę, bez względu na to, jaką pozycję społeczną zajmowaliście w świecie,
rządzonym  przez  Rebeliantów.  Drugie  Imperium  nie  będzie  oceniało  was  po  tym,  kim  jesteście...
Będzie liczyło się tylko to, co dla nas uczynicie.

–  Zekku!  –  krzyknął  zrozpaczony  Jacen.  –  Jak  możesz  wierzyć  w  to,  co  mówią!  To  są  ci  sami

ludzie, którzy porwali mnie i Jainę!

– Tak jest – przyznała Siostra Nocy. – Ale my uczymy się na błędach. Takie szlachetnie urodzone

szczeniaki  jak  wy  nie  są  godne  zostania  imperialnymi  ciemnymi  rycerzami  Jedi  bardziej  niż  inni
uczniowie Akademii Ciemnej Strony!

Jej fioletowe oczy zwróciły się na Tenel Ka, miotając groźne błyski.
–  Zekku  –  szepnął  szybko  Jacen.  –  To  twoja  ostatnia  szansa.  Uwierz  mi,  że  znalazłeś  siew

background image

śmiertelnym niebezpieczeństwie. Masz jeszcze czas, żeby zmienić zdanie. Uciekaj!

Jego  do  niedawna  beztroski  przyjaciel  obdarzył  go  jednak  spojrzeniem,  w  którym  współczucie

walczyło o lepsze z prośbą o okazanie zrozumienia. Chłopcu wydało się, że widzi w tym spojrzeniu
głęboki smutek, który przeniknął go do głębi serca.

–  Nie  rozumiesz  mnie,  Jacenie  –  odezwał  się  Zekk.  –  Nie  możesz,  ponieważ  tobie  nigdy  na

niczym  nie  zbywało.  Nigdy  niczego  nie  pragnąłeś.  Ci  ludzie  –  gestem  wskazał  Siostrę  Nocy  i  jej
dwoje towarzyszy – ofiarują mi coś, czego w dotychczasowym życiu nigdy nie miałem. Stwarzają mi
szansę, że stanę się kimś, jeżeli będę trzymał ich stronę.

– Jeżeli to oni ci ją stwarzają, nie licz na to, że będzie to wielka szansa – mruknął Jacen.
Tenel  Ka  zdjęła  dłoń  z  jego  ramienia.  Napięła  mięśnie  i  zbliżyła  ręce  do  pasa,  gotowa  do

wyciągnięcia broni.

Członkowie  gangu  Zagubionych  zaczęli  zbliżać  się  do  dwojga  młodych  Jedi,  piorunując  ich

spojrzeniami. Barczysty Norys i jego zastępcy poruszali się jak zahipnotyzowani. Jacen był ciekaw,
czy Tamith Kai albo któreś z dwojga jej pomocników nie posłużyło się sztuczką Mocy, by nakłonić
nastolatków do wcielenia swoich podstępnych planów w życie.

Usłyszał, że stojąca za jego plecami Tenel Ka szepnęła:
– Jacenie, dopóki możemy, powinniśmy wynosić się, żeby wezwać pomoc.
Jacen  także  napiął  mięśnie,  gotów  odwrócić  się  i  rzucić  do  ucieczki.  Pstryknął  przełącznikiem

komunikatora, pragnąc w ten sposób zaalarmować Anakina albo Threepia, ale zanim on albo Tenel
Ka mieli czas skoczyć do drzwi, Vilas wyszarpnął blaster.

–  Nie  możemy  ryzykować,  że  pokrzyżujecie  nasze  plany  –  odezwała  się  Garowyn.  –  Zbyt  dużo

postawiliśmy na tę kartę.

Jacen i Tenel Ka zdążyli przebiec tylko kilka kroków, zanim w ich plecy trafił stożek błękitnego

światła. Byli nieprzytomni, kiedy, przebiegłszy jeszcze krok czy dwa, runęli bez czucia na kamienną
posadzkę.

background image

 

 

 

Rozdział 18

 
 
Brakiss  uruchomił  mechanizm  zamka  drzwi  prywatnego  gabinetu  znajdującego  się  na  jednym

z  poziomów  Akademii  Ciemnej  Strony.  Chcąc  upewnić  się,  że  absolutnie  nikt  nie  będzie  mu
przeszkadzał,  zmienił  kod  umożliwiający  wejście  do  komnaty.  Nie  zamierzał  dopuścić,  żeby  nawet
Tamith  Ka,  jego  najbliższa  współpracowniczka,  podsłuchała,  o  czym  będzie  rozmawiał  z  wielkim
wodzem.

Naczelnik Akademii Ciemnej Strony zawsze znajdował natchnienie, kiedy spoglądał na mroczne

ściany gabinetu, na których widniały holograficzne wizerunki eksplodujących gwiazd, rozpadających
się  planet,  potoków  rozżarzonej  lawy  czy  jęzorów  lodowców.  To  wszystko  przypominało  mu
o  dzikiej,  nieokiełznanej  energii,  zgromadzonej  we  wszechświecie.  Posługując  się  ciemną  stroną
Mocy,  Brakiss  czerpał  z  tej  energii  niespożyte  siły,  po  czym  wykorzystywał  je  do  swoich  celów,
pragnąc utorować drogę Drugiemu Imperium.

Nastawił panele jarzeniowe w ten sposób, by dawały jak najmniej blasku, po czym rzucił okiem

na tarczę chronometru. Postanowił uzbroić się w cierpliwość. Rozmowa z potężnym i złowieszczym
władcą  zawsze  sprawiała,  że  stawał  się  podniecony  i  przerażony.  Musiał  uciekać  się  do  technik
relaksacyjnych Jedi, ale i tak osiągnięcie spokoju ducha przychodziło mu z wielkim trudem.

Brakiss wiedział, że na barkach wielkiego wodza spoczywa olbrzymi ciężar odpowiedzialności

i  obowiązków.  Przywódca  bardzo  często  nie  dotrzymywał  uprzednio  uzgodnionych  terminów
spotkań,  ale  Brakiss  nie  ośmielił  się  uczynić  na  ten  temat  najmniejszej  uwagi.  To  wódz  decydował
o tym, kiedy pragnie porozumieć się z podwładnymi. Naczelnik Akademii Ciemnej Strony był tylko
posłusznym niewolnikiem. Dobrze znał miejsce, jakie zajmował w jego wielkim planie.

Rebelianci polegali na ochronie, jaką mógł zapewnić im nowy zakon rycerzy Jedi, ale za bardzo

przeceniali ich znaczenie. Wódz Imperium także pragnął dysponować tajną bronią: armią Ciemnych
Jedi,  którzy  posługując  się  ciemną  stroną  Mocy,  pomogliby  Drugiemu  Imperium  odzyskać  należne
miejsce w historii i na mapie galaktyki.

Ciemni  Jedi  mieli  jednak  to  do  siebie,  że  bywali  często  niepewni  i  niebezpieczni.  Trudno  było

przewidzieć  ich  reakcje.  Ulegali  złudzeniom,  wskutek  czego  wydawało  im  się,  że  są  obdarzeni
nieograniczoną władzą. Uświadamiając sobie ryzyko, związane z ich szkoleniem, wielki wódz musiał
przedsięwziąć  niezbędne  środki  ostrożności.  Pragnął  ochronić  siebie  przed  zagrożeniem,  jakie
mogliby stworzyć absolwenci Akademii Ciemnej Strony. Ogromna, mająca kształt pierścienia, stacja
była  dosłownie  naszpikowana  śmiercionośnymi  materiałami  wybuchowymi,  rozmieszczonymi
w  pobliżu  urządzeń  do  regeneracji  powietrza  i  uzdatniania  wody.  Zaminowany  został  również  cały
kadłub  i  tysiące  innych  miejsc,  o  których  Brakiss  nic  nie  wiedział  ani  nawet  nie  chciał  wiedzieć.
W  tej  samej  chwili,  kiedy  jego  Ciemni  Jedi  daliby  do  zrozumienia,  że  żywią  wobec  niego  złe

background image

zamiary, wielki wódz wydałby rozkaz zdalnego zdetonowania tych urządzeń, bez skrupułów kończąc
cały eksperyment.

Pragnąc uszczęśliwić potężnego władcę, Brakiss musiał zatem składać wciąż nowe meldunki, że

odnosi  sukces  za  sukcesem.  Na  szczęście  jego  Akademia  Ciemnej  Strony  dokonała  ostatnio  kilku
spektakularnych czynów.

W  zamkniętym  pomieszczeniu  rozległ  się  nagle  pomruk,  z  jakim  włączyły  się  generatory

hologramów.  Brakiss  natychmiast  wstał,  ocknąwszy  się  z  zadumy.  Powietrze  przed  jego  biurkiem
zadrżało i zalśniło i po chwili pojawił się ogromny wizerunek, przesłany z kryjówki znajdującej się
na odległej planecie w samym sercu jądra galaktyki. Na obrzeżach osłoniętej kapturem gigantycznej
głowy  przywódcy  pojawiały  się  od  czasu  do  czasu  iskry  wyładowań  i  zakłóceń.  Ogromne  oczy
spoglądały groźnie na Brakissa.

Naczelnik  Akademii  Ciemnej  Strony  instynktownie  spuścił  oczy  i  pochylił  głowę  na  znak

szacunku  i  podziwu.  Kiedy  uznał,  że  zadowolił  władcę,  popatrzył  na  ogromne  oblicze  wielkiego
wodza Drugiego Imperium... zakapturzoną, pomarszczoną twarz samego Imperatora Palpatine’a!

Chociaż  holograficzny  obraz  był  nieostry  i  drgał  wskutek  pokonywania  wielu  systemów

gwiezdnych  należących  do  holograficznej  sieci,  a  także  wpływów  pasów  asteroid,  wybuchów  na
słońcach  i  burz  jonowych,  trudno  byłoby  nie  rozpoznać  rysów  twarzy  i  ziemistej  cery  Imperatora.
Brakiss  spoglądał  w  uwielbieniu  na  surowe,  ojcowskie  oblicze  wielkiego  wodza.  Oto  miał  przed
oczami twarz człowieka, który już wkrótce sprawi, że mieszkańcy wszystkich systemów gwiezdnych
będą  drżeli  na  samą  myśl  o  nim,  dopóki  nie  nauczą  się  żyć  na  modłę  Imperium,  okazując  szacunek
i oddając cześć jego władcy.

Na  twarzy  Imperatora  widniały  głębokie  bruzdy  i  zmarszczki  –  efekt  długotrwałego

wykorzystywania potężnych sił zła i ciemności. Osadzone w głębokich oczodołach żółte, podobne do
gadzich, oczy Palpatine’a miotały złociste błyski, a fałdy tłuszczu na szyi zwisały jak wola pod łbem
wychudzonej jaszczurki.

Brakiss  wiedział,  że  reszta  galaktyki  sądziła,  iż  Imperator  zginął  przed  wielu  lary,  najpierw

podczas eksplozji, która rozerwała na strzępy drugą Gwiazdę Śmierci, a potem po raz drugi, sześć lat
później,  kiedy  zniszczono  wszystkie  klony  Palpatine’a.  Śmierć  władcy  musiała  jednak  być
złudzeniem, skoro Brakiss oglądał teraz wizerunek jego twarzy. Nie odważyłby się nawet zgadywać,
jakim cudem Imperator przeżył. Nie miał pojęcia, do jakiej sztuczki mógł uciec się potężny władca,
żeby wywieść wszystkich w pole... ale wiedział, że jeżeli ktoś umiał posługiwać się Mocą, potrafił
dokonywać niezwykłych rzeczy.

Przynajmniej tego nauczył go mistrz Skywalker.
Kiedy  w  końcu  Imperator  przemówił,  w  prywatnym  gabinecie  Brakissa  zagrzmiały  chrapliwie

wymawiane słowa:

– A zatem, mój pokorny sługo, co dobrego chciałbyś mi dziś zakomunikować? Mam nadzieję, że

będzie  to  meldunek  o  kolejnych  sukcesach.  Mam  już  dość  wysłuchiwania  wiadomości  o  klęskach
i  niepowodzeniach,  Brakissie.  Nie  mogę  się  doczekać,  kiedy  Drugie  Imperium  się  odrodzi,  a  moja
władza dotrze do najdalszych zakątków galaktyki.

Brakiss ponownie pochylił głowę.
–  Tak  jest,  mój  panie  –  odpowiedział.  –  Mam  dla  ciebie  dobre  wieści.  Właśnie  wysyłamy

transportowiec  z  ładunkiem  baterii  do  turbolaserowych  dział  i  rdzeni  napędów  nadprzestrzennych,
które zgodnie z twoim rozkazem przechwyciliśmy, porywając rebeliancki krążownik. Mam nadzieję,

background image

że twoja okryta sławą machina wojenna wykorzysta je w słusznej sprawie.

– To oczywissste – syknął Palpatine.
– Jeżeli chodzi o nas – ciągnął Brakiss – nowa grupa Ciemnych Jedi, kształconych w Akademii

Ciemnej  Strony,  z  każdym  dniem  staje  się  coraz  liczniejsza  i  potężniejsza.  Ze  szczególną  radością
melduj  ę,  że  w  podziemiach  centralnego  ośrodka  władzy  Rebeliantów  udało  się  nam  zwerbować
wielu nowych kandydatów... dokładnie, jak przewidziałeś, mój panie. Nikt nie zauważy, że zniknęli,
a my będziemy mogli przeciągnąć ich na naszą stronę.

–  Dossskonale  –  odezwał  się  Imperator.  –  Mówiłem  ci,  że  o  wiele  łatwiej  będzie  nawracać

kandydatów  nie  żywiących  nadziei  na  lepsze  życie.  Na  szczególną  ironię  zakrawa  fakt,  że
porwaliśmy ich sprzed samych nosów rebelianckich uzurpatorów sprawujących obecnie władzę.

Brakiss kiwnął głową.
– Tak jest, mój panie, to prawda. Wystarczyło tylko zaproponować im coś, czego potrzebowali.

Prawdę mówiąc, nie mogli się doczekać, kiedy dostaną to coś właśnie od nas.

– Ach... – Twarz Imperatora wyrażała głębokie rozmarzenie. Wielki władca sprawiał wrażenie

niemal dumnego.

Naczelnik Akademii Ciemnej Strony głęboko odetchnął, po czym ciągnął:
–  Rzecz  jasna,  wielu  nowych  kandydatów  nie  dysponuje  żadnym  potencjałem  Jedi,  ale  mimo  to

z chęcią przyjęło naszą propozycję. Zaczęliśmy nawet szkolenie jednej grupy, pragnąc przekształcić
jaw  doborowy  oddział  szturmowców.  Ci  rekruci  bardzo  dobrze  znają  podziemia  Coruscant.
W  przyszłości  mogą  się  okazać  doskonałymi  szpiegami  albo  sabotażystami,  jeżeli  zechcemy
wykorzystać ich do takich zadań.

Imperator z namysłem kiwnął głową, ukrytą we wnętrzu ciemnego kaptura.
– Zgadzam się z tobą, Brakissie – powiedział. – Bardzo dobrze. – Z góry na dół wizerunku jego

twarzy przemknęła świetlista fala, a głos Palpatine’a lekko zadrżał. – Pozwalam przeżyć ci jeszcze
jeden dzień, Brakissie.

– Dziękuję ci, mój panie – odparł z ulgą naczelnik Akademii Ciemnej Strony.
Pomarszczona twarz władcy przybrała surowy, bezlitosny wyraz.
– Tylko nie zawiedź mnie, wierny sługo – ostrzegł Imperator. – Byłbym bardzo niezadowolony,

gdybym musiał wydać rozkaz zniszczenia twój ej gwiezdnej stacji.

Brakiss skłonił się jak mógł najniżej, aż zamigotały fałdy jego srebrzystoczarnego płaszcza.
– Mój panie, ja także byłbym tym niepocieszony – odpowiedział.
Holograficzny  wizerunek  twarzy  Imperatora  zadrżał  i  zalśnił,  by  w  następnej  sekundzie

rozprysnąć się na miliony srebrzystych, z wolna gasnących iskier. Rozmowa została zakończona.

Brakiss miał wrażenie, że drżą wszystkie mięśnie jego ciała, jak zresztą zawsze, kiedy rozmawiał

z  budzącym  grozę  Palpatine’em.  Wyczerpany,  opadł  na  fotel  za  biurkiem,  po  czym  zajął  się
przeglądaniem  listy  następnych  spraw  czekających  na  załatwienie.  Wiedział,  że  nie  może  popełnić
najmniejszej pomyłki.

background image

 

 

 

Rozdział 19

 
 
Młody Anakin Solo, zmęczony po długich, bezowocnych poszukiwaniach, stał w wielkim salonie

rodzinnego  apartamentu  obok  nadajnika  komunikatora,  martwiąc  się  tym,  co  mogło  przydarzyć  się
Jacenowi.  Spoglądając  na  ciemny  ekran,  czekał,  by  pojawiła  się  na  nim  twarz  starszego  brata,
chociaż wiedział, że nic takiego się nie wydarzy. Przeczuwał to.

Przed godziną on i Threepio zakończyli przeszukiwanie przydzielonego im obszaru i wrócili do

domu,  ale  i  tam  nie  czekała  na  nich  żadna  wiadomość  od  Jacena.  Anakin  wiedział,  że  nie  może
zwlekać ani chwili dłużej.

Odwrócił się i skierował do kąta, w którym siedział złocisty android. Oparty plecami o ścianę,

odpoczywał,  korzystając  z  krótkiego  okresu,  kiedy  mógł  ograniczyć  zużycie  mocy.  Chłopiec
skierował  jasnobłękitne  oczy  na  żółte  czujniki  optyczne  Threepia,  po  czym  lekko  poklepał  go  po
ramieniu.

–  Obudź  się,  Threepio  –  powiedział.  –  Już  i  tak  czekaliśmy  za  długo.  Czas  powiedzieć  komuś

o tym, co się stało.

Zdumiony Threepio zerwał się na równe nogi.
–  O  rety,  chyba  nie  zasnąłem,  prawda?  –  zapytał.  –  Wydawało  mi  się,  że  miałem  odpoczywać

jeszcze  przez  dwa  cykle,  a  dopiero  później  wyruszyć  na  dalsze  poszukiwania. A  pan  miał  zamiar
zacząć odrabiać lekcje...

– Czuję, że stało się coś złego – przerwał mu Anakin. – Jacen i Tenel Ka jeszcze nie wrócili.
– Gdyby chciał pan znać moje zdanie...
–  Nie  chciałbym  –  uciął  chłopiec.  –  Postaraj  się  porozumieć  z  nimi  za  pomocą  przenośnego

kierunkowego komunikatora.

– Jestem pewien, że nic im się nie stało, ale spróbuję – odparł Threepio.
Przechylił złocistą głowę i przez kilka sekund stał nieruchomo, wpatrując się w przeciwległy kąt

wielkiego pomieszczenia.

– Połączyłeś się z nimi? – zapytał chłopiec.
– Niestety nie, panie Anakinie – odpowiedział bardzo zaniepokojony android. – Nie otrzymałem

żadnej odpowiedzi.

W  tej  samej  chwili  do  komnaty  weszła  Leia  Organa  Solo.  Uśmiechnęła  się  pogodnie  do

najmłodszego syna, ale kiedy spojrzała na niego uważniej, zmarszczyła czoło.

– Anakinie, co się stało? – zapytała.
Chłopiec  zaczął  się  zastanawiać,  co  właściwie  powinien  powiedzieć  matce.  Mimo  wszystko

prosili  ją  o  pomoc,  ale  ona  nie  uznała  wówczas  faktu  zaginięcia  Zekka  za  coś  niezwykłego  czy
poważnego.  Może  teraz  zmieni  zdanie,  kiedy  jej  powie,  że  zniknęli  także  Tenel  Ka  i  Jacen.  Młody

background image

chłopiec zaczął więc opowiadać, połykając końcówki wyrazów, a Threepio uzupełniał jego relację
efektami dźwiękowymi i upiększał zbytecznymi komentarzami.

– Jacen odpowiedziałby nam, gdyby mógł – zakończył chłopiec.
– Z całą pewnością – dodał entuzjastycznie Threepio. – Pan Jacen może być trochę roztrzepany,

ale jest zawsze bardzo skrupulatny.

Leia miała wrażenie, że jej niepokój zaczyna wzrastać dosłownie z sekundy na sekundę.
–  Odpowiedziałby...  –  powtórzyła  –  chyba  że  wpadł  w  poważne  tarapaty.  –  Zapewne  podjęła

jakąś  decyzję,  gdyż  natychmiast  postanowiła  wprowadzić  ją  w  życie,  dowodząc,  że  naprawdę  jest
dobrą  przywódczy  nią  Nowej  Republiki.  –  Musimy  ich  odnaleźć  –  ciągnęła.  –  Tenel  Ka  nie
dopuściłaby,  żeby  Jacen  zrobił  coś  nierozważnego.  Może  jednak  sama  nie  uznała  tego  czegoś  za
niebezpieczne.

Podeszła do zawieszonego na ścianie panelu, po czym wydała kilka krótkich rozkazów.
– Wezwałam oddział strażników. Będą towarzyszyli nam w wyprawie – wyjaśniła. – Threepio,

czy potrafisz zlokalizować miejsce, w którym znajduje się komunikator Jacena?

–  No  cóż,  mój  system  lokalizacji  urządzeń  telekomunikacyjnych  nie  jest  aż  taki  precyzyjny,  jak

chciałbym, ale przypuszczam, że gdybym wysłał ciągłą falę i śledził sygnał sprzężenia zwrotnego za
pomocą przenośnego komunikatora, prawdopodobnie mógłbym...

– Na jaką odległość od niego możesz dotrzeć? – przerwała mu zniecierpliwiona Leia.
– Powinienem zlokalizować źródło sygnału z dokładnością do dziesięciu metrów.
– To wystarczy – oznajmiła kobieta.
Anakin westchnął z prawdziwą ulgą i powiedział:
– Miejmy tylko nadzieję, że Jacen i Tenel Ka nie oddalili się od tego nadajnika.
– Będziemy martwili się o to, kiedy go odnajdziemy – rzekła Leia, chwytając pakiet ze środkami

medycznymi  i  kierując  się  do  drzwi.  Na  korytarzu  czekał  już  oddział  strażników  Nowej  Republiki.
Żołnierze stanęli na baczność, chociaż nie wiedzieli, dlaczego przywódczyni ich wezwała.

–  Chodź  z  nami, Anakinie  –  powiedziała  Leia.  –  Jesteś  teraz  członkiem  wyprawy  ratunkowej.

Threepio, dokąd mamy iść? – zapytała.

Android  protokolarny  puścił  się  korytarzem  tak  szybko,  jak  pozwalały  na  to  jego  mechaniczne

nogi.

–  Skręcimy  w  lewo,  pani  Leio  –  oznajmił.  –  Musimy  znaleźć  najbliższy  szyb  turbowindy,  żeby

zjechać o czterdzieści dwa poziomy.

Anakin próbował wyobrazić sobie, dokąd podążają, ale chyba bez większego powodzenia.
– Lepiej będzie, jak ty poprowadzisz, Threepio – zdecydował.
 
Leia,  strażnicy  i  Anakin  podążali  za  złocistym  androidem,  który  torował  sobie  drogę  przez

kolejny  chwiejący  się  pomost,  zawieszony  między  gigantycznymi  budynkami.  Threepio  sprawiał
wrażenie niezwykle dumnego z powodu roli, jaką odgrywał w tej wyprawie.

Wydawało się, że wieżowce ciągną się w górę i w dół bez końca. W pewnym miejscu pomostu,

gdzie brakowało jednej belki, Anakin potknął się i omal nie runął w przepaść, ale w ostatniej chwili
podtrzymała go Leia. Przerażona matka popatrzyła na syna, po czym na chwilę objęła go i przytuliła.

– Uważaj – powiedziała. – Wszyscy musimy być bardzo ostrożni.
Anakin  się  wzdrygnął.  Ten  teren,  oglądany  na  mapie,  wcale  nie  wyglądał  na  niebezpieczny.

Kierując się ku nadajnikowi sygnału namiarowego, cała grupa pokonywała kolejne nie zamieszkane

background image

piętra, przechodząc pustymi, złowieszczymi korytarzami. Na pokrytych grubą warstwą kurzu i brudu
ścianach  można  było  dostrzec  coraz  częściej  ten  sam  wizerunek  równobocznego  trójkąta
z zamkniętym krzyżem celowniczym w środku.

– Ciekaw jestem, co oznacza ten symbol – odezwał się Anakin, wskazując najbliższą ścianę.
– Potrafię mówić płynnie ponad sześcioma milionami języków – odparł Threepio. – Niestety, nikt

nie  zapisał  tego  symbolu  w  moich  bazach  danych.  Obawiam  się,  że  nie  potrafię  pomóc,  panie
Anakinie.

Leia spojrzała na strażników.
– Czy któryś z was nie wie, co może oznaczać ten symbol? – zapytała.
Jakiś żołnierz chrząknął, po czym odpowiedział:
–  Przypuszczam,  że  to  znak  jakiegoś  gangu,  pani  prezydent.  Kilka...  nieprzyjemnych  grup  ma

zwyczaj uważać niższe, nie używane poziomy miasta za własne terytorium. Ich członków jest bardzo
trudno schwytać.

–  Słyszałem,  jak  Zekk  wspominał  Jacenowi  i  Jainie  coś  na  temat  gangu  Zagubionych  –

przypomniał sobie nagle chłopiec. – Wydaje mi się, że chodziło o to, aby Zekk został członkiem tej
grupy.

Leia  kiwnęła  głową,  postanawiając  zapamiętać  tę  informację,  żeby  zrobić  z  niej  użytek  kiedy

indziej. Na razie zależało jej tylko na odnalezieniu Jacena i Tenel Ka.

SeeThreepio przystanął, żeby zerknąć na ekran przenośnego komunikatora.
–  Och,  niech  licho  porwie  moje  mało  wrażliwe  czujniki  –  powiedział.  –  Jestem  pewien,  że

Artoo-Detoo  potrafiłby  określić  kierunek  z  większą  dokładnością.  Wydaje  mi  się  jednak,  że
znajdujemy się w odległości zaledwie dwustu metrów od miejsca, z którego dochodzą sygnały.

Kiedy cała grupa schodziła na coraz niższe i bardziej zniszczone poziomy, korytarze stawały się

węższe i ciemniejsze. Strażnicy, niespokojnie spoglądając jeden na  drugiego,  trzymali  broń  gotową
do  strzału.  Kiedy  Leia  przechodziła  przez  najciemniejsze  miejsca,  przyspieszała,  wyzywająco
unosząc  głowę.  Threepio  zwiększył  natężenie  światła,  rzucanego  przez  optyczne  czujniki,  dzięki
czemu część korytarza bezpośrednio przed nim jarzyła się łagodnym żółtym blaskiem. Anakin wyjął
jarzeniowy pręt i trzymał w pogotowiu. Miał wrażenie, że mały przyrząd dodaje mu sił. Czuł się tak,
jakby dysponował imitacją miecza świetlnego.

Threepio  skręcił  w  prawo  w  boczny,  jeszcze  węższy  korytarz,  po  czym  zanurkował,  chcąc

przecisnąć  się  pod  częściowo  złamanym  dźwigarem.  Nawet  mały Anakin  musiał  się  pochylić,  żeby
przejść od zniszczoną belką.

–  Czy  jesteś  pewien,  że  podążamy  we  właściwą  stronę,  Threepio?  –  zapytał,  trochę

zaniepokojony.

– O tak, jestem tego absolutnie pewien – oświadczył android. – Proszę pamiętać, że staram się

prowadzić najkrótszą drogą wiodącą do źródła sygnału. Zapewne młody pan Jacen i pani Tenel Ka
dotarli  tam  wygodniejszym,  ale  dłuższym  szlakiem.  Oceniam,  że  jesteśmy  teraz  w  odległości
najwyżej trzydziestu metrów.

W  końcu  znaleźli  się  na  progu  wielkiej  komnaty,  oświetlonej  złowieszczym  drżącym  blaskiem.

Źródłami migotliwego światła były dziesiątki paneli jarzeniowych, zawieszonych w przypadkowych
miejscach na ciemnych ścianach. Anakin rozejrzał się po sali. Zauważył zniszczoną klatkę schodową
ze  stopniami  wiodącymi  donikąd,  porzucone  opakowania  po  środkach  żywnościowych,  zniszczone
meble  i  poduszki,  a  także  kilkoro  różnej  wielkości  drzwi  przysłaniających  otwory  w  przeciwległej

background image

ścianie, zapewne umożliwiających wyjście z sali.

– To musi być sala zebrań członków gangu Zagubionych – powiedział.
– O rety – odezwał się Threepio. – Czy pan Zekk nie mówił kiedyś, że członkowie gangu nie są

ludźmi gościnnymi?

W  ogromnej  komnacie  panowała  martwa  cisza.  Migotliwy  blask,  rzucany  przez  panele

jarzeniowe, sprawiał, że Anakin czuł się nieswojo. Strażnicy zawahali się na progu, po czym stanęli
po  obu  stronach  niskiego  otworu  wejściowego  i  skierowali  lufy  blasterów  w  głąb  komnaty.
Pomieszczenie wyglądało na opuszczone, ale Anakin, który nie przestawał rozglądać się po kątach,
wyczuwał  w  nim  ślady  obecności  czegoś  mrocznego.  Nerwowo  podskoczył,  kiedy  Threepio
krzyknął, z przerażeniem spoglądając na coś leżącego na posadzce.

–  To  wszystko  moja  wina!  –  jęknął  android.  –  Och,  niech  licho  porwie  te  powolne  procesory.

Powinniśmy byli wyruszyć na poszukiwania o wiele wcześniej.

W  ułamku  sekundy Anakin  przeskoczył  przez  stertę  jakichś  starych  gratów  i  znalazł  się  u  boku

Threepia, nadal wymyślającego samemu sobie. Po sekundzie dołączyli do nich Leia i strażnicy.

Na posadzce leżeli obok siebie skuleni Jacen i Tenel Ka... nieprzytomni, a może nawet martwi.
Leia szybko odpięła od pasa pakiet ze środkami medycznymi. Wyciągnęła zestaw diagnostyczny

i zaczęła badać organizmy obojga młodych Jedi.

– Nic im nie jest – stwierdziła po chwili. – Żyją... Zostali tylko ogłuszeni.
Przesunęła chłodną dłonią po czole syna, chcąc odgarnąć kosmyk niesfornych włosów.
Anakinowi  i  Leii  udało  się  w  końcu  ocucić  oboje  poszukiwaczy  przygód.  Jacen  oprzytomniał

pierwszy. Spojrzawszy w oczy brata, Anakin zrozumiał, że sprawy wcale nie mają się najlepiej.

– Nic ci się nie stało? – zapytał. Zaczął intensywnie myśleć, usiłując ułożyć w mózgu wszystkie

elementy łamigłówki.

Jacen z wysiłkiem przełknął ślinę.
– Tenel Ka...? – zapytał, nie kończąc zdania. Jego głos zadrżał.
– Czuje się całkiem nieźle – odparła pospiesznie Leia, pragnąc syna uspokoić. – Wygląda na to,

że oboje zostaliście tylko ogłuszeni. Co się stało?

Jacen wzdrygnął się, jakby nagle w ogromnej sali powiał lodowaty wicher.
–  Była  tu  Tamith  Kai...  ta  Siostra  Nocy  z  Akademii  Ciemnej  Strony  –  powiedział.  –  Razem

z dwojgiem współpracowników. – Chłopiec przysłonił powiekami bursztynowe oczy, mające odcień
koreliańskiej  brandy,  jakby  przypomniał  sobie  coś,  co  napawało  go  bezbrzeżnym  przerażeniem.
Jęknął.  –  Udało  im  się  zaprzyjaźnić  z  Zekkiem!  Wydaje  mi  się...  Wydaje  mi  się,  że  nasz  przyjaciel
przeszedł na ciemną stronę.

Anakin  nie  mógłby  szybciej  wypuścić  powietrza  z  płuc  nawet  wówczas,  gdyby  został  kopnięty

w brzuch przez rozwścieczonego bantha.

– Zamierzają go kształcić, żeby został rycerzem Jedi – ciągnął Jacen. – Ciemnym Jedi.
Tenel Ka mruknęła coś i usiadła.
– Tak, to jest fakt – powiedziała.
– Były z nimi także inne dzieci – dodał chłopiec. – Członkowie gangu Zagubionych. Wydaje mi

się, że Tamith Ka zabrała wszystkich... do Akademii Ciemnej Strony.

Leia pokręciła głową, a w jej ciemnych oczach pojawiły się złowieszcze błyski.
– Myślę, że najwyższy czas, żebyśmy zrobili coś z tym Drugim Imperium – stwierdziła. – Po raz

wtóry wyrządziło krzywdę moim dzieciom.

background image

– Tak, to prawda, pani Leio! – odezwał się zaniepokojony Threepio. – Ma pani świętą rację, ale

przede wszystkim powinniśmy wrócić do domu, gdzie nie grozi nam żadne niebezpieczeństwo. Pani
Tenel Ka, czy będzie miała pani tyle sił, żeby dojść do domu?

Szare jak granit oczy dziewczyny zamieniły się w wąskie szparki. Wojowniczka z Dathomiry nie

była pewna, czy nie uznać pytania androida za zniewagę.

– Gdybym musiała, mogłabym zanieść ciebie – odparła.
Jacen zachichotał, ale w następnej sekundzie jęknął i chwycił się za obolałą głowę.
– Tak, przypuszczam, że nic jej nie jest – powiedział.

background image

 

 

 

Rozdział 20

 
 
Tymczasem  Jaina,  Lowie  i  Chewbacca,  przebywający  wysoko  w  przestworzach  na  pokładzie

orbitalnej  stacji  kontrolnej,  usiłowali  naprawić  tyle  podsystemów,  ile  mogli.  Wygrzebali
z  zakamarków  stacji  wszystkie  części  zapasowe,  jakie  znaleźli,  i  ufając  własnej  pomysłowości,
starali  się  wymyślić  alternatywne  rozwiązania.  Chociaż  Lowie  i  Chewbacca  nie  byli  w  stanie
zaprogramować  robotów  syntetyzujących  posiłki  w  taki  sposób,  żeby  przygotowywały  kulinarne
rarytasy, udało im się wycisnąć ze starych urządzeń całkiem znośne dania obiadowe.

Jaina  ukończyła  przełączanie  systemów  telekomunikacyjnych,  dzięki  czemu  można  było  teraz

przesyłać  krótkie  wiadomości.  Był  to  duży  sukces,  chociaż  transmisjom  sygnałów  towarzyszyły
czasami szumy i trzaski. Później Chewbacca zajął się naprawianiem systemów regeneracji powietrza
i uzdatniania wody, a także grzejników, wentylatorów i innych urządzeń służących do utrzymywania
odpowiedniej temperatury, ciśnienia i wilgotności na pokładzie stacji.

Peckhum  przyglądał  się,  jak  pracują,  od  czasu  do  czasu  zajmując  się  niezbędnymi  korektami

ustawienia  położenia  zwierciadeł,  których  musiał  dokonywać  podczas  dyżuru  w  stacji.  Nieustannie
dziękował wszystkim, podkreślając bez końca, jak bardzo ceni sobie pomoc, udzielaną przez Jainę,
Lowiego i Chewbaccę.

– Gdybym czekał, aż Nowa Republika zdecyduje się naprawić te wszystkie urządzenia, Zekkowi

wyrosłaby siwa broda... – zaczął i urwał, ze smutkiem kręcąc głową.

Kiedy  wszystkie  najbardziej  dokuczliwe  i  oczywiste  uszkodzenia  zostały  usunięte,  młodym

rycerzom  Jedi  nie  pozostało  nic  innego  do  roboty.  Chewbacca  zaczął  zaglądać  we  wszystkie  kąty.
Lowie  zajął  się  nanoszeniem  na  holograficzne  mapy  trajektorii  szczątków  wraków  gwiezdnych
statków, których położenie obiecała oznaczyć Jaina. Dziewczyna pomagała koledze w żmudnej pracy,
ale  śledzenie  tysięcy  kamiennych  i  metalowych  brył  okazało  się  po  jakimś  czasie  zbyt  męczące.
W  przeciwieństwie  do  niej  Lowie,  zajęty  wprowadzaniem  parametrów  trajektorii  do  pamięci
komputera, wykazywał się niezwykłą cierpliwością, nawet jak na Wookiego. Pieczołowicie nanosił
na  mapy  położenie  jednego  świetlistego  punktu  po  drugim.  Zaznaczał  niebezpieczne  szlaki  na
otaczających stolicę Nowej Republiki orbitach, po których musiała latać większość statków.

Przez jakiś czas Jaina wpatrywała siew trój wymiarową mapę, ale później postanowiła jeszcze

raz przyjrzeć się wizerunkom, zapisanym w pamięci swojego komputerowego notatnika. Nie dawały
jej  spokoju.  Dziewczyna  zaczęła  po  raz  kolejny  wyświetlać  na  ekranie  obrazy,  przekazane  przez
agencje  informacyjne  i  dotyczące  tajemniczego  ataku  jednostek  imperialnych  na  krążownik
zaopatrzeniowy „Diament”. Jeszcze tego samego dnia, kiedy miał miejsce ów podstępny napad, ona,
Jacen i Lowie bez trudu rozpoznali zmodyfikowany imperialny wahadłowiec, wyposażony w zębate,
wykonane  z  ogromnych  klejnotów  corusca,  szczęki.  Młodzi  Jedi  pamiętali,  że  załoga  tego  samego

background image

statku  pokonała  pancerz  gwiezdnej  stacji  Landa  Calrissiana  i  uprowadziła  ich  do  zamaskowanej
Akademii Ciemnej Strony.

Admirał  Ackbar  potwierdził  ich  obserwacje.  Kradzież  sprzętu,  mającego  duże  znaczenie

wojskowe,  była  niewątpliwie  dziełem  podstępnej  imperialnej  stacji.  Pamiętając  relację  Ackbara,
Jaina nie miała wątpliwości, iż imperialnym funkcjonariuszem, dowodzącym akcją, był nie kto inny
jak  były  pilot  myśliwca  typu  TIE,  Qorl.  Ona  i  Jacen  próbowali  się  z  nim  zaprzyjaźnić,  kiedy
mężczyzna  pochwycił  ich  w  dżungli Yavina  Cztery  i  kazał  ukończyć  naprawę  swojej  roztrzaskanej
maszyny.

Dziewczyna westchnęła i pokręciła głową, po czym ponownie przejrzała całe nagranie. Liczyła

kiedyś  na  to,  że  Qorl  zrozumie  swój  błąd  i  uwierzy,  iż  Imperium  go  oszukało.  Chociaż  stary  pilot
sprawiał  wrażenie,  że  się  waha,  czy  nie  uznać  argumentów  dziewczyny  za  prawdziwe,  nie  potrafił
w  końcu  wyrzec  się  poglądów,  wpojonych  podczas  rygorystycznego  szkolenia  w  imperialnej
akademii. A teraz był sprawcą kolejnej napaści, która wyrządziła tyle szkód Nowej Republice.

Odtworzyła  nagranie  relacji  z  porwania  krążownika  „Diament”  po  raz  trzeci.  Dokument,

zarejestrowany  przez  oddziały  Nowej  Republiki  spieszące  na  pomoc  napadniętemu  statkowi,  nie
cechował  się  wysoką  rozdzielczością.  Mimo  to  jakiś  szczegół  nagrania  nie  przestawał  niepokoić
Jainy, chociaż dziewczyna nie potrafiłaby powiedzieć, jaki i dlaczego. Podobnie jak wówczas, kiedy
oglądała dokument po raz pierwszy, miała wrażenie, że coś jest nie tak jak być powinno.

Przygryzła dolną wargę.
– Coś tu się nie zgadza – mruknęła do siebie.
Przyglądała się, jak wyposażony w zębate tarcze imperialny statek pojawia się właściwie znikąd.

Obserwowała,  jak  strzały  osłaniających  go  maszyn  obezwładniają  systemy  obronne  „Diamentu”
i  uszkadzają  anteny  jego  urządzeń  telekomunikacyjnych.  Jeszcze  raz  obejrzała  nagranie...  i  nagle
wyprostowała się jak porażona impulsem elektrycznym. Zwracała uwagę na pilotowany przez Qorla
szturmowy wahadłowiec...ale to inne imperialne jednostki nie pasowały do tego, co oglądała.

– To jest to! – krzyknęła. – Ale przecież to niemożliwe!
Chewbacca  warknął  pytająco,  wychyliwszy  głowę  zza  kontrolnego  modułu  urządzenia

regenerującego powietrze. Jaina pokazała mu wizerunki mniejszych statków, widoczne na ekranie jej
notatnika.

–  Dobrze  znam  imperialne  maszyny  –  oświadczyła.  –  Tata  nauczył  mnie  rozpoznawać  kształty

wszystkich  znanych  jednostek...  no,  prawie  wszystkich.  –  Pochyliła  się  nad  ekranem.  –  To  są
myśliwce krótkiego zasięgu. – Dźgnęła palcem ekran z widocznymi na nim sylwetkami imperialnych
maszyn.  –  Myśliwce  krótkiego  zasięgu!  Ich  baza  musiała  znajdować  się  w  pobliżu,  zapewne  ukryta
gdzieś w tym systemie!

Chewbacca  przeciągle  zawył,  wtrącając  jakąś  uwagę.  Lowie,  wciśnięty  w  fotel,  przeznaczony

dla istoty ludzkiej, podciągnął długie nogi niemal pod brodę. Nie bardzo wiedząc, jak ułożyć ręce,
trzymał  na  kolanach  własny  notatnik  i  przyglądał  się  holograficznej  mapie  z  naniesionymi
trajektoriami  zaśmiecających  przestworza  orbitalnych  szczątków.  Usłyszał  uwagę  wuja,  ryknął
pytająco i wyciągnąwszy rękę z notatnikiem, machnął nim w powietrzu przed głową.

–  Uwaga!  Proszę  wszystkich  o  uwagę!  –  zapiszczał  podniecony  Em  Teedee.  –  Pan  Lowbacca

przypuszcza,  że  również  odkrył  coś  niezwykle  ważnego.  Chodzi  o  pewien  fragment  holograficznej
mapy, który nie pasuje do pozostałych. Nie widzę go, ponieważ nie pokazał mi ekranu notatnika! –
Miniaturowy android-tłumacz parsknął z irytacją. – Sądząc po tym, jak jest podniecony, wydaje mi

background image

się  jednak,  że  to  coś  bardzo  niezwykłego.  Naprawdę,  panie  Lowbacco,  powinien  pan  uspokoić  się
i powiedzieć, o co chodzi.

Jaina  i  Chewbacca  podeszli  do  trójwymiarowej  mapy  przestworzy,  by  popatrzeć  na  tysiące

świetlistych punkcików krążących po orbitach wokół Coruscant.

–  To  przecież  także  niemożliwe!  –  odezwała  się  natychmiast  dziewczyna.  Nie  przestawała  się

zastanawiać,  jak  znaleźć  logiczne  wytłumaczenie  własnego  odkrycia,  a  teraz  uwaga  Lowiego
sprawiła, że zagadka stała się jeszcze bardziej tajemnicza. – To zupełne przeciwieństwo tego, czego
moglibyśmy się spodziewać!

Młody  Wookie  warknął,  zgadzając  się  z  jej  zdaniem.  Jaina  westchnęła  i  ponownie  przygryzła

dolną wargę. Nanoszenie na holograficzną mapę trajektorii tysięcy szczątków, krążących po orbitach,
miało  służyć  właściwie  tylko  jednemu  celowi.  Była  nim  chęć  odkrycia  nieznanych  obiektów
mogących  stanowić  duże  zagrożenie  dla  gwiezdnych  statków.  Tymczasem  na  mapie  Lowiego,
w  miejscu  katastrofy  „Księżycowego  Blasku”,  nie  było  żadnego  tajemniczego  obiektu.  Wręcz
przeciwnie,  przestworza,  puste  i  czyste,  sprawiały  wrażenie  wymiecionych.  Wszyscy  wiedzieli
jednak, że „Księżycowy Blask” musiał zderzyć się z czymś wielkim, co doprowadziło do eksplozji
na pokładzie...

Nagle  rozległ  się  trzask  i  w  głośniku  komunikatora  dał  się  słyszeć  szum  zakłóceń.  Po  chwili

w niewielkiej przestrzeni rozbrzmiały słowa:

– Halo? Halo, stacja kontrolna? Czy ktoś mnie słyszy? Jaino, jesteś tam?
Peckhum uniósł głowę.
–  Przynajmniej  teraz  możemy  być  pewni,  że  aparatura  telekomunikacyjna  funkcjonuje

prawidłowo.

– To chyba głos Jacena – odezwała się Jaina.
Pospieszyła  do  odbiornika  i  pstryknęła  przełącznikiem,  ale  została  powitana  fontanną  iskier,

która  wytrysnęła  z  gniazda  spalonego  cyberbezpiecznika.  Niespodziewany  żar  sparzył  opuszki  jej
palców.  Spiesząc  się,  dziewczyna  zdjęła  płytę  czołową  panelu  i  popatrzyła  na  wiązki  osmalonych
kabli.  Wysłała  delikatne  wici  Mocy  i  pozwoliła  im  podążać  w  głąb  urządzenia,  pragnąc  odkryć
przyczynę i miejsce zwarcia. Bardzo szybko je odkryła, po czym przełączyła kilka obwodów, w samą
porę, żeby móc odpowiedzieć na pytanie brata.

Głośniki zatrzeszczały i ponownie obudziły się do życia.
– ...jesteś tam? Jaino, odpowiedz, jeżeli mnie słyszysz! To bardzo ważne. Udało się nam znaleźć

Zekka...  –  Następne  słowa  chłopca  zanikły,  zagłuszone  przez  nagłe  trzaski  i  szumy.  –  ...złą
wiadomość...

– Zekk! – Peckhum podszedł szybko i pochylił się nad ramieniem Jainy. – Halo? – krzyknął do

mikrofonu. – Gdzie przebywa w tej chwili? Czy nie stało mu się nic złego?

Jaina  szarpnęła  głowę,  chcąc  odgarnąć  sprzed  oczu  kosmyk  sięgających  jej  ramion  brązowych

włosów.

– Zaczekaj – powiedziała, zwracając się do starego pilota. – Nie naprawiłam jeszcze nadajnika.
Zgrabnie  wyłuskała  przepalony  cyberbezpiecznik  z  gniazda  i  w  jego  miejsce  umieściła  nowy,

wyciągnięty z podręcznej torby z częściami zapasowymi.

– To powinno wystarczyć – rzekła. – W porządku, Jacenie... Odbieramy cię. Czy nas słyszysz?
Głos chłopca był trochę zniekształcony z powodu trzasków i szumów.
– ...jakieś zakłócenia, ale... całkiem dobrze.

background image

– Co z Zekkiem? – wstrzymując oddech, zapytała Jaina. – Czy jest...
–  Cały  i  zdrowy?  –  dokończył  za  nią  chłopiec.  Jego  głos  było  teraz  słychać  wyraźniej  i  jakby

nawet  głośniej.  –  Tak.  Znaleźliśmy  go...  zanim  Tamith  Kai  i  kilkoro  innych  z  Akademii  Ciemnej
Strony nas ogłuszyli.

–  Tamith  Kai!  –  krzyknęła  zdumiona  dziewczyna.  Lowbacca  zaryczał  i  nawet  Em  Teedee

pozwolił sobie na jęk przerażenia. – Ale czym miałaby się zajmować na...

–  Rekrutowaniem  Zekka  i  kilkorga  innych  należących  do  gangu  Zagubionych  –  odparł  Jacen.  –

Nie wiem, dokąd go zabrali, ale wszystko wskazuje na to, że nasz przyjaciel przyłączył się do nich
z własnej woli. Tamith Kai oświadczyła, że po krótkim szkoleniu zamierza zrobić z niego Ciemnego
Jedi! Przypuszczam, że wszyscy powrócili na pokład Akademii Ciemnej Strony.

Zaintrygowany Lowie warknął pytająco, ale Jaina nie czekając, aż usłyszy tłumaczenie, zapytała

o to samo:

– Jakim cudem mogliby szkolić Zekka? Przecież chłopak nie jest żadnym Jedi...
–  Wszystko  wskazywało  na  to,  że  dysponuje  sporym  potencjałem  wyjaśnił  Jacen.  –  Pamiętasz,

wujek  Luke  znalazł  wielu  kandydatów,  którzy  przedtem  nie  wiedzieli,  że  potrafią  posługiwać  się
Mocą.  Zekk  miał  dar  odnajdywania  cennych  przedmiotów  nawet  w  miejscach,  w  które  zaglądali
przedtem inni poszukiwacze. Nie zwróciliśmy na to uwagi. Nigdy nie podejrzewaliśmy, że może być
obdarzony takimi umiejętnościami.

Jaina  spuściła  głowę.  Zaczęła  przypominać  sobie  wszystkie  radosne  chwile,  które  spędzili

z Zekkiem, nie wiedząc nawet, że przyjaciel mógłby dysponować Mocą.

– Gdzie jest teraz? – zapytała po chwili.
–  Nie  wiem  –  przyznał  ze  smutkiem  chłopiec.  –  Zanim  zniknęli,  ogłuszyli  mnie  i  Tenel  Ka.  Po

jakimś  czasie  odnalazła  nas  mama  i  Anakin,  ale  to  wydarzyło  się  przed  kilkoma  godzinami.
Przypuszczam,  że  do  tej  pory  udało  im  się  odlecieć  z  planety.  Nie  mam  pojęcia,  gdzie  mogą
znajdować się w tej chwili.

Jaina ukryła twarz w dłoniach.
–  Tylko  nie  ty,  Zekku!  Tylko  nie  ty  –  rzekła  cicho.  Później  obróciła  głowę  i  ukazując  twarz

wilgotną  od  łez,  popatrzyła  w  złociste  oczy  Lowbaccy.  – Akademia  Ciemnej  Strony!  –  szepnęła.  –
Pamiętasz,  otaczające  stację  ochronne  pole  sprawia,  że  staje  się  niewidoczna.  Zamiast  niej
w  przestworzach  zieje  wielka  dziura...  podobna  do  tej,  którą  odkryłeś  na  swojej  holograficznej
mapie!

Młody Wookie zaryczał groźnie, przyznając jej rację.
– O rety! – odezwał się Em Teedee, zbyt przerażony, żeby chociaż spróbować przetłumaczyć jego

słowa.

Jaina znów pochyliła się nad mikrofonem komunikatora.
– My wiemy dokładnie, gdzie oni są, Jacenie – powiedziała.
Zerknęła na wyświetlaną przez Lowiego holograficzną mapę, skupiając uwagę na pustym miejscu

w przestworzach. Po chwili zaczęła niemal krzyczeć do mikrofonu urządzenia:

–  Powiedz  mamie,  żeby  porozumiała  się  z  admirałem Ackbarem.  Powinien  zmobilizować  flotę

Nowej  Republiki.  Za  chwilę  Lowie  poda  ci  odpowiednie  współrzędne.  Musimy  się  pospieszyć,
zanim imperialni dowódcy zorientują się, że zamierzamy schwytać ich na gorącym uczynku.

– Wspaniale – odezwał się Jacen. – Co właściwie zamierzasz zrobić?
Jaina się uśmiechnęła.

background image

– Będę chciała rzucić na to wszystko trochę więcej światła.
Stary Peckhum siedział, przypięty do fotela orbitalnej stacji kontrolnej kołyszącej się jak gondola

pod  gigantycznymi  słonecznymi  reflektorami.  Delikatnie  manewrował  dźwigniami  archaicznego
urządzenia umożliwiającego zmianę położenia ogromnych zwierciadeł. Jaina pochylała się nad nim,
niecierpliwie szepcząc do jego ucha:

– Obróć te zwierciadła. Obróć je, obróć, obróć!
–  Już  i  tak  przekroczyłem  wszelkie  granice  dopuszczalnych  zmian  położenia  –  odparł

doprowadzony  do  rozpaczy  Peckhum.  Zacisnął  mocno  zęby  i  napiął  mięśnie  karku.  Na  jego  czole
pojawiły się kropelki potu. – Te płachty, odbijające słoneczne światło, są niezwykle delikatne. Jeżeli
zaczniemy obracać je zbyt szybko, z pewnością je rozerwiemy.

Jaina  spojrzała  przez  panoramiczne  okna  orbitalnej  stacji.  Ujrzała  statki  Nowej  Republiki

opuszczające orbitę wokół Coruscant i kierujące się ku niewidocznemu celowi. Ich piloci, formując
szyk  szturmowy  i  podchodząc  ku  tajemniczemu  pustemu  obszarowi  przestworzy,  zaczęli  przesyłać
energię  do  systemów  uzbrojenia.  Jaina  wiedziała  jednak,  że  zanim  statki  się  zbliżą,  ona  i  jej
przyjaciele będą musieli ujawnić kryjówkę Akademii Ciemnej Strony.

Lowie warknął pytająco, a Em Teedee tym razem nie zwlekał z przetłumaczeniem jego pytania.
– Pan Lowbacca chciałby się dowiedzieć, czy soczewki skupiające promień odbitego światła są

ustawione na maksymalne wykorzystanie energii.

– Może być tego pewien – oznajmił Peckhum. – Kiedy obrócimy to urządzenie, tamci spocą się

jak myszy.

Zawieszone  wysoko  na  orbicie  ogromne  zwierciadła  ustawiły  się  w  końcu  w  nakazanym

położeniu.  Wiązka  oślepiająco  jasnego,  skupionego  blasku  pomknęła  ku  odległym  gwiazdom,
trafiając  w  pozorną  pustkę.  Słoneczny  promień,  przecinający  mrok  przestworzy,  przypominał  snop
światła gigantycznego reflektora.

Skoncentrowany  strumień  powinien  był  przemknąć  przez  cały  system  gwiezdny,  ale  kiedy

przecinał  puste  miejsce  o  podanych  współrzędnych,  przestworza  zalśniły  i  zamigotały  jak  chmura
złocistego  dymu.  Niosący  potężną  energię  promień  nie  przestawał  bombardować  osłoniętego
niewidocznym całunem obszaru. W końcu udało mu się przezwyciężyć energetyczne pole otaczające
imperialną Akademię Ciemnej Strony.

Lowie i Chewbacca ryknęli zgodnym chórem. Jaina z niedowierzaniem pokręciła głową.
– Przez cały ten czas ukrywali się pod naszymi nosami – stwierdziła. – To dlatego mogli posłużyć

się  myśliwcami  krótkiego  zasięgu,  żeby  zaatakować  krążownik  „Diament”.  To  dlatego  Tamith  Kai
i jej pomocnicy mogli niepostrzeżenie wylądować na Coruscant i porwać Zekka.

–  A  zatem  chłopiec  musi  przebywać  teraz  na  pokładzie  tej  stacji  –  szepnął  Peckhum.  –  To

właśnie tam go zabrali.

– Razem z grupą Zagubionych – przypomniała Jaina.
Chewbacca zawył, wyciągając rękę w stronę imperialnej stacji, która właśnie zaczynała zmieniać

położenie. Umieszczone na obwodzie wielkiego pierścienia silniki zapłonęły oślepiającym błękitnym
ogniem.  Imperialna  stacja  zaczęła  powoli  przemieszczać  się  poza  obszar,  rozjaśniony  przez  snop
słonecznego blasku.

– Obróć trochę zwierciadła – rzekła Jaina, zwracając się do Peckhuma. – Nie możemy dopuścić,

żeby umknęli, zanim nadlecą statki naszej floty.

– O rety – zakwilił Em Teedee. – Naprawdę mam nadzieję, że nasi piloci zdołają przechwycić tę

background image

Akademię  Ciemnej  Strony.  Wciąż  jeszcze  jestem  wzburzony  na  myśl  o  tym,  jak  zostałem
przeprogramowany, kiedy wszyscy przebywaliśmy tam w charakterze więźniów.

Peckhum  skorzystał  z  klawiatury  urządzenia  kontrolnego  i  wpisał  nowe  współrzędne  systemu

ustawiania  zwierciadeł.  Nagłe  szarpnięcie  i  zmiana  położenia  okazały  się  jednak  zbyt  dużym
wysiłkiem  dla  srebrzystej  folii,  nadwerężonej  poprzednimi  manewrami.  Pajęczyny  długich  kabli,
utrzymujących gigantyczne zwierciadła we właściwym położeniu, zaczęły się rwać jak cienkie nici.
Po chwili w jednolitej płaszczyźnie pojawiło się pęknięcie, z każdą chwilą coraz dłuższe i szersze.
Widoczna  pośrodku  błyszczącej  folii  mroczna  szczelina  zaczęła  się  wypełniać  setkami  świecących
punktów.

– Nie obrócę ich! – krzyknął Peckhum. – To przekracza ich możliwości! – Pokręcił głową. – I tak

zresztą nigdy nie nadążylibyśmy z oświetlaniem przemieszczającego się obiektu. – Odwrócił głowę,
popatrzył na rozdartą folię i jęknął: – Moje zwierciadła!

Tymczasem  Akademia  Ciemnej  Strony  zaczęła  zwiększać  prędkość.  Jaina  spojrzała  na  flotę

admirała Ackbara, z każdą chwilą zbliżającą się do imperialnej stacji. W myślach przynaglała ją do
pośpiechu. Z minuty na minutę stawało się jednak coraz bardziej jasne, że statki Nowej Republiki nie
zdążą.

–  Akademia  Ciemnej  Strony  z  pewnością  musiała  i  tak  przygotowywać  się  do  odlotu  –

powiedziała  dziewczyna.  –  To  oczywiste.  Mają  Zekka  i  innych  rekrutów  spośród  Zagubionych.
Porwali cały transport rdzeni jednostek napędu nadświetlnego i baterii do turbolaserów. Pozostając
dłużej w kryjówce, coraz bardziej ryzykowali.

Chociaż  mająca  kształt  pierścienia  stacja  sprawiała  wrażenie  niezdarnej  i  ociężałej,  nadal

przyspieszała.  Zapewne  kierowała  się  ku  punktowi  przestworzy,  w  którym  jej  pilot  będzie  mógł
dokonać skoku do nadprzestrzeni.

Pierwsze,  najśmiglejsze  jednostki  Nowej  Republiki  znalazły  się  w  zasięgu  strzału.  Mroki

przestworzy  przecięły  jaskrawe  błyskawice  laserowych  strzałów,  wymierzonych  w  Akademię
Ciemnej  Strony.  Kilka  dotarło  do  celu,  pozostawiając  na  kadłubie  szpetne  dymiące  kratery.
Widocznie  natężenie  słonecznego  promienia,  skupianego  przez  zwierciadła,  było  tak  duże,  iż
pokonało nawet ochronne pola imperialnej stacji.

Jaina  wysłała  myślowe  wici  Mocy,  próbując  odnaleźć  Zekka.  Wciąż  jeszcze  nie  mogła

zrozumieć,  jakim  cudem  przystojny  i  sympatyczny  ciemnowłosy  chłopak,  którego  wychowywała
ulica,  mógł  dysponować  potencjałem  umożliwiającym  mu  zostanie  rycerzem  Jedi...  albo  Ciemnym
Jedi. Czując wyrzuty sumienia, mruknęła właściwie do siebie:

– Był naszym przyjacielem, a nigdy jakoś nie pomyśleliśmy, że on też mógłby kiedyś zostać Jedi.

A teraz jest już za późno.

Kiedy także inne statki Nowej Republiki znalazły się dość blisko celu, żeby wspomóc pierwsze

ogniem  swojej  artylerii,  w  przestworza  poszybowały  całe  serie  jaskrawych  błyskawic.  Akademia
Ciemnej  Strony  rozbłysła  jednak  oślepiającym  światłem  i  raptownie  zwiększyła  prędkość.  Jej
przyspieszenie  rozciągnęło  przestrzeń  i  odkształciło  promienie  światła,  wysyłane  przez  odległe
gwiazdy.  Po  chwili  imperialna  placówka  zniknęła  w  nadprzestrzeni.  Zapewne  skierowała  się  ku
nowej  tajemnej  kryjówce  znajdującej  się  gdzieś  głęboko  wewnątrz  obszaru,  opanowanego  przez
Imperium.

Jaina  przełknęła  kluchę,  jaka  utkwiła  w  jej  gardle. Akademia  Ciemnej  Strony  zniknęła.  Jeszcze

raz  dokonała  tej  trudnej  sztuki.  Tym  razem  jednak  imperialni  funkcjonariusze  uprowadzali  jej

background image

przyjaciela.

background image

 

 

 

Rozdział 21

 
 
Jaina  stała  obok  Lowiego,  spoglądając  przez  iluminator  orbitalnej  stacji  kontrolnej.  Wyciągała

ręce  jakby  pragnęła  pochwycić  i  zatrzymać  Akademię  Ciemnej  Strony...  a  z  nią  Zekka.  A  jednak,
jeżeli nie liczyć kilku statków Nowej Republiki, przestworza w miejscu, gdzie przed chwilą zniknęła
imperialna stacja, były puste.

Dziewczyna powoli opuściła ręce w poczuciu bezsilności i żalu. Zacisnęła mocno powieki, nie

chcąc  dopuścić  do  ukazania  się  łez,  tak  u  niej  niespodziewanych  i  niezwykłych.  W  głębi  jej  serca
wezbrał niemy szloch: „Nie odchodź, Zekku! Wróć do nas”.

Nie  mogąc  się  otrząsnąć  z  przeżytego  wstrząsu,  stojący  obok  niej  Peckhum  oparł  się  o  ścianę.

Jego zwierciadła uległy zniszczeniu, a Zekk dobrowolnie przyłączył się do niedobitków Imperium.

– Odszedł ode mnie – szepnął, wciąż jeszcze nie mogąc w to uwierzyć.
Kiedy  Lowie  położył  dłoń  na  ramieniu  Jainy,  pragnąc  ją  pocieszyć,  dziewczyna  naprawdę

odczuła  przypływ  nowej  siły  i  optymizmu,  które  koiły  jej  zbolałą  duszę  niczym  chłodna  maść
zaognioną  ranę.  Głęboko  westchnęła,  po  czym  znów  spojrzała  przez  panoramiczne  okno,  zapewne
szukając w przestworzach choćby cienia nadziei.

Jej uwagę przykuł nagle jakiś poruszający się świetlisty punkcik.
– Tam! – powiedziała, odwracając się i chwytając Lowiego za kudłate ramię. – Widzisz?
Peckhum zmrużył oczy, a młody Wookie odpowiedział przeciągłym pytającym warknięciem.
–  Co  to  znaczy:  „Co  mam  widzieć?”  –  oburzyła  się  Jaina.  –  Popatrz  uważniej!  Tam  leci  jakiś

obiekt, dokładnie w tym samym miejscu, w którym zniknęła Akademia Ciemnej Strony.

Lowie  mruknął  coś,  co  mogło  być  nieco  niepewnym  przyznaniem  racji,  ale  miniaturowy  Em

Teedee natychmiast zapiszczał, spiesząc z tłumaczeniem:

– Pan Lowbacca z bólem serca pragnie zapytać, czy nie może to być po prostu jakiś statek Nowej

Republiki albo szczątek wraku, który miała pani nanieść na gwiezdną mapę?

– To absolutnie niemożliwe – odparła stanowczo dziewczyna. – A poza tym każdy wrak, którego

trajektoria przecinałaby tor lotu Akademii Ciemnej Strony, zostałby dawno zniszczony... tak samo jak
„Księżycowy Blask”, tamten nieszczęsny wahadłowiec.

Peckhum pochylił się nad odbiornikiem komunikatora.
–  To  dziwne  –  powiedział.  –  Ten  obiekt  wysyła  chyba  coś  w  rodzaju  sygnału  namiarowego.

Zupełnie jakby komuś zależało na tym, żeby ktoś go odnalazł... o ile się nie mylę, rzecz jasna.

Triumfalny  ryk  Lowiego  sprowadził  Chewbaccę,  do  tej  pory  zajętego  sprawdzaniem  głównego

stabilizatora  stacji.  Starszy  Wookie  usiłował  dokonać  prowizorycznej  naprawy  mechanizmu
ustawiania zwierciadeł w odpowiednim położeniu... niestety, bez powodzenia.

– Jest nieduży – odezwała się Jaina, spojrzawszy na wskazania topornych czujników kontrolnej

background image

stacji. – Na tyle mały, że może być kapsułą ratunkową, nie sądzisz?

Lowie spojrzał na wuja, który zaryczał przeciągle, nie zgadzając się z tym stwierdzeniem.
–  Bardziej  przypomina  pojemnik  do  przesyłania  informacji  –  zauważył  Peckhum.  – A  jeżeli  już

o tym mowa, przypominam, że nasza aparatura telekomunikacyjna jest znów sprawna. Dlaczego nie
mielibyśmy poinformować o tym obiekcie statków Nowej Republiki? Bez względu na to, czym jest,
oni go przechwycą.

– No cóż, w takim razie na co jeszcze czekamy? – zapytała Jaina. – Spróbujmy porozumieć się

z admirałem Ackbarem.

Lowie  zajął  się  przesyłaniem  wiadomości,  a  Jaina,  nie  tracąc  nadziei,  wpatrzyła  się  w  ekran

monitora.

–  Przypominam  sobie,  że  przed  wielu  laty  wujek  Luke  opowiadał  nam  o  jednym  ze  swoich

pierwszych  uczniów,  młodzieńcu  nazywającym  się  Kyp  Durron,  który  potrafił  się  zmieścić  we
wnętrzu takiego cylindra rejestracyjnego.

Dziewczyna  wysłała  w  stronę  nieznanego  obiektu  wiązkę  myśli,  próbując  za  pośrednictwem

Mocy  poznać  jego  zawartość.  Nie  poczuła  jednak  niczego.  Nie  wykryła  obecności  przyjaciela  we
wnętrzu  tajemniczego  pojemnika.  Usłyszała,  jak  stojący  obok  niej  Lowie  żałośnie  zamruczał,  ale
i bez jego pomocy wiedziała, że Zekk nie przebywał w środku cylindra.

A jeżeli tam był, nie dawał znaku życia.
 
Jaina przygryzła dolną wargę. Usiłowała spoglądać ponad ramieniem Peckhuma, który powracał

na  Coruscant,  pilotując  swój  stary  transportowiec,  „Piorunochron”.  Dziobowy  iluminator  statku
przysłaniała włochata sylwetka Chewbaccy zajmującego nie tylko fotel drugiego pilota, ale i sporo
miejsca  wokół  niego.  Dziewczyna  rozmyślała  o  przechwyconym  cylindrze  rejestracyjnym,
wystrzelonym  z  pokładu  Akademii  Ciemnej  Strony  –  nadal  szczelnie  zamkniętym  wskutek
przebywania w próżni i zapewne zawierającym jakąś wiadomość od Zekka. Nie mogła się doczekać,
kiedy statek Peckhuma wyląduje.

Żałowała,  że  nie  może  powiedzieć  staremu  pilotowi  i  Chewbaccę,  żeby  się  pospieszyli,  tak  by

„Piorunochron”  mógł  wylądować  jak  najszybciej,  a  oni  pomogli  jej  przy  otwieraniu  pojemnika.
Wiedziała  jednak,  że  byłoby  to  nierozsądne,  a  przede  wszystkim  nieuprzejme.  Obaj  sprawiali
wrażenie, że dobrze rozumieją jej podniecenie. Starali się, jak mogli, by wycisnąć z transportowca
największą  prędkość,  na  jaką  pozwalały  reguły  bezpiecznych  lotów.  Od  strony  przedziału  za  ich
plecami dobiegał niepokojący grzechot przeciążonych silników. Jaina przygryzła dolną wargę.

Obok  siedział  milczący  Lowie,  głęboko  zamyślony.  Jedynie  jego  zaciśnięte  mocno  palce

świadczyły, że młody Wookie jest nie mniej niż ona zaciekawiony i podniecony.

Kiedy  „Piorunochron”  dotarł  do  górnych  warstw  atmosfery,  Jaina  zamknęła  oczy  i  spróbowała

posłużyć  się  jedną  z  technik  relaksacyjnych,  jakich  nauczył  ich  wujek  Luke.  Chyba  jednak  nie
przyniosło to jej większej ulgi.

W  końcu  lekki  wstrząs  i  cichnący  jęk  silników  napędu  podświetlnego  „Piorunochronu”

zasygnalizowały,  że  wysłużony  transportowiec  spoczął  na  jakiejś  platformie  ładowniczej  Imperial
City.

Nie czekając, aż rampa opadnie do końca, Jaina zeskoczyła na metalową płytę lądowiska. Później

nie mogła sobie nawet przypomnieć, kiedy odpięła pasy osobistej ochronnej sieci i otworzyła właz
wejściowy.  Natychmiast  jej  spojrzenie  padło  na  rodziców,  braci  oraz  Tenel  Ka  stojących  obok

background image

kadłuba innego wahadłowca Nowej Republiki, który wylądował zapewne chwilę wcześniej. Z jego
ładowni wynoszono właśnie cylinder rejestracyjny. Dziewczyna zaczęła biec w stronę rodziny.

–  Czy  pojemnik  może  być  wyposażony  w  systemy  uzbrojenia  albo  detonatory?  –  zapytała  Leia,

zwracając  się  do  Ackbara,  który  stał  nieco  z  boku  i  przyglądał  się,  jak  jego  żołnierze  wykonują
swoje obowiązki.

–  Z  całą  pewnością  nie.  Poddaliśmy  go  szczegółowym  oględzinom  –  odparł  kalamariański

admirał. – Jest czysty. Żadnych pułapek ani niespodzianek.

– A pod względem biologicznym? – zainteresował się Han Solo.
Kalamarianin pokręcił podobną do rybiej głową.
–  Wnętrze  nie  może  kryć  niczego  niebezpiecznego  –  oświadczyła  Jaina,  zatrzymując  się  obok

rodziców. – To wiadomość od Zekka... Czuję to.

Ackbar  popatrzył  na  nią  sceptycznie,  ale  w  tej  samej  chwili  odezwały  się  głosy  trojga  innych

młodych osób:

– Hej, ona ma rację.
– Ja także to czuję.
– Tak, to jest fakt.
– Nawet jeżeli to prawda – nie dawał za wygraną admirał – mając na uwadze bezpieczeństwo,

może powinniśmy...

Nie  potrafiąc  powstrzymywać  ciekawości  ani  chwili  dłużej,  Jaina  przebiegła  obok  dwóch

strażników  Nowej  Republiki,  a  potem  uruchomiła  mechanizm  otwierający  zamek  pojemnika.  Przy
cichym  syku  uchodzącego  powietrza  obie  części  wieka  rozsunęły  się  na  boki  i  oczom  wszystkich
ukazał się przedmiot, ukryty we wnętrzu kapsuły... Było to jakieś urządzenie, zaopatrzone w mnóstwo
plastikowych  dźwigni,  przełączników  i  pokręteł,  a  także  wiązek  kabli  tworzących  prawdziwy
labirynt.

– Co to jest? – zapytała zaskoczona Leia.
–  Cofnąć  się!  –  krzyknął  admirał  Ackbar.  Strażnicy  napięli  mięśnie,  jakby  w  oczekiwaniu  na

wybuch.

Han zajrzał do wnętrza kapsuły, a potem przeniósł spojrzenie na Chewbaccę i Peckhuma, którzy

także podeszli i stanęli obok niego.

– Jak myślisz, co to może być, Chewie? – zapytał.
Starszy  Wookie  podrapał  się  po  kudłatej  głowie,  po  czym  wydał  kilka  krótkich  szczęknięć,

z których przebijało bezbrzeżne zdumienie.

– Ta-a, chyba masz rację – odezwał się Han Solo.
– Czy ktoś wreszcie powie mi, co to jest? – zapytał doprowadzony do rozpaczy Jacen, który nie

zrozumiał ani słowa z tego, co powiedział Chewbacca.

–  Centralna  jednostka  wielozadaniowa,  rzecz  jasna  –  szepnęła  zdumiona  i  zachwycona  Jaina.  –

Prezent od Zekka.

Za plecami dziewczyny rozległo się pełne zadowolenia chrząknięcie.
– Chłopak jeszcze nigdy nie złamał danego słowa – mruknął Peckhum.
W  tej  samej  chwili,  jakby  odczarowany  przez  słowa  starego  pilota,  z  cichym  miauknięciem

rozbłysnął  projektor  hologramów.  W  powietrzu  nad  pokrywą  pojemnika  zmaterializował  się
niewielki świetlisty wizerunek ciemnowłosego młodzieńca. Kiedy Zekk zaczął mówić, Jaina po raz
kolejny przygryzła dolną wargę.

background image

– Zdecydowałem się zrobić to wbrew zaleceniom moich nauczycieli – zaczął chłopak – a zatem

nie mogę mówić tak długo, jak chciałbym.

Peckhumie, mój przyjacielu, przesyłam ci obiecaną centralną jednostkę wielozadaniową. Zawsze

spodziewałeś  się  po  mnie,  że  będę  postępował  właściwie,  a  ja  usiłowałem  spełniać  twoje
oczekiwania. Wiem, jak trudno będzie ci się z tym pogodzić, ale chcę, żebyś wiedział, iż nikt mnie
nie porwał ani nie poddał praniu mózgu.

A  teraz  chciałbym  powiedzieć  kilka  słów  Jacenowi  i...  –  chłopak  zawahał  się  –  ...i  Jainie.

Okazuje  się,  że  mimo  wszystko  jednak  dysponuję  potencjałem  Jedi.  Mam  szansę  zostania  kimś  –
większą  niż  ktokolwiek  mógłby  sobie  wyobrazić.  Byliśmy  dobrymi  przyjaciółmi  i  nie  chciałbym,
żeby  moja  decyzja  zasmuciła  was.  Przepraszani  za  ten  przykry  incydent,  jaki  miałem  nieszczęście
wywołać podczas uroczystego bankietu, wydanego przez waszą matkę, ale to jeszcze jeden powód,
dla  którego  postanowiłem  zrobić  to,  co  robię.  Mam  szansę  zostać  kimś  lepszym...  szansę,  której
w Nowej Republice nikt nigdy mi nie stworzył.

Jaina jęknęła i zamknęła oczy, ale świetlisty wizerunek ciemnowłosego chłopaka nie przestawał

mówić:

–  Wiem,  że  decyduję  się  na  coś,  czego  nie  pochwalacie,  ale  robię  to  dla  siebie.  Jeżeli

kiedykolwiek wrócę, uczynię to jako człowiek, z którego będziecie mogli być naprawdę dumni.

Nie  martw  się,  Peckhumie.  Nigdy  nie  przyniosę  ci  wstydu.  Byłeś  moim  najlepszym,

najwierniejszym przyjacielem, i jeżeli nadarzy się okazja, że będę mógł powrócić, z pewnością z niej
skorzystam.

Kiedy  Jaina  otworzyła  oczy,  wizerunek  młodzieńca  właśnie  rozpadał  się  na  tysiące  powoli

gasnących iskier. Dziewczyna jednak prawie ich nie widziała przez łzy, jakie napłynęły do jej oczu.

background image

 

 

 

Rozdział 22

 
 
Wnętrze hangaru, znajdującego się na najniższym poziomie wielkiej świątyni na Yavinie Cztery,

było ciche i chłodne. Ktoś mógłby przypuszczać, że w ten sposób witało podróżnych wracających do
akademii  Jedi.  Niewielki  wahadłowiec  z  cichym  westchnieniem  osiadł  na  gładkich  kamiennych
płytach lądowiska. Luke Skywałker otworzył właz i zszedł po opuszczonej rampie. Stanął w cieniu,
czekając, aż wnętrze statku opuszczą także jego uczniowie.

W dawnych czasach ogromna świątynia, wzniesiona na niewielkim, porośniętym dżunglą księżycu

krążącym  wokół  gazowego  giganta,  pełniła  funkcję  tajnej  bazy  Rebeliantów.  Hangar  był  wówczas
miejscem  gorączkowej  krzątaniny.  Przebywali  w  nim  piloci  myśliwców  typu  X  wraz  ze  swoimi
maszynami, hałaśliwą aparaturą, androidami i robotami, a także różnymi urządzeniami służącymi do
obrony.  Ostatnio  jednak  wielka  budowla  przekształciła  się  w  ośrodek,  w  którym  szkolili  się
i medytowali przyszli obrońcy Nowej Republiki.

Luke  odwrócił  się  i  obserwował,  jak  młodzi  rycerze  Jedi  opuszczają  pokład  „Ścigacza  Cieni”,

zgrabnego  imperialnego  wahadłowca,  którym  on  i  Tenel  Ka  odlecieli  z Akademii  Ciemnej  Strony,
kiedy  ratowali  Jacena,  Jainę  i  Lowbaccę.  Myśli  mistrza  Jedi  były  przepełnione  tym  samym
niepokojem,  który  odbijał  się  na  twarzach  jego  młodych  uczniów  schodzących  po  rampie  małego
statku.

Korzystając  z  pomocy  Akademii  Ciemnej  Strony,  grupa  odszczepieńców,  nazywających  siebie

Drugim  Imperium,  stanowiła  z  każdym  dniem  coraz  większe  zagrożenie  dla  kruchego  pokoju,
ustanowionego  przez  władze  Nowej  Republiki  niemal  w  całej  galaktyce.  Wszyscy  wyczuwali,  że
chyba zanosi się na rozstrzygające starcie... jedno z tych, które zadecydują o losie galaktyki na wiele
lat, a może nawet dziesięcioleci.

Poszukując  rekrutów  dysponujących  umiejętnościami  Jedi, Akademia  Ciemnej  Strony  poczynała

sobie coraz śmielej. Co dziwniejsze, zapraszała w swoje progi także kandydatów, nie wykazujących
żadnych  zdolności...  ale  dlaczego?  Kolejnym  elementem  łamigłówki  było  porwanie  krążownika
„Diament”  z  ładunkiem  rdzeni  jednostek  napędu  nadświetlnego  i  baterii  do  turbolaserów  –  części
potrzebnych,  by  zbudować  i  uzbroić  potężną  flotę.  Wszystko  wskazywało  na  to,  że  miało  wydarzyć
się coś złego... i to wkrótce:

Luke  poleciał  na  Coruscant,  aby  zabrać  stamtąd  swoich  uczniów.  Dało  mu  to  okazję  do

zobaczenia się z siostrą, Leią, a także dowiedzenia się czegoś więcej na temat rosnącego zagrożenia,
jakie  stanowiły  siły  imperialne  dla  Nowej  Republiki.  Przez  cały  czas  podróży  młodzi  Jedi  byli
jednak  niezwykle  małomówni.  Wydawali  się  pogrążeni  we  własnych  myślach.  Powracali  na
porośnięty dżunglą księżyc, by dołączyć do innych uczniów. Mieli kontynuować naukę, żeby stworzyć
potężny nowy zakon rycerzy, który będzie stał na straży Nowej Republiki. Młoda władza już niedługo

background image

będzie potrzebowała obrońców potrafiących posługiwać się Mocą.

Przez  szeroko  otwarte  wrota  hangaru  wpadały  promienie  słońca,  oświetlając  niektóre  miejsca

lądowiska, a inne kryjąc w cieniu. Przyjaznym cieniu. Luke uniósł głowę i popatrzył na oślepiający
blask bijący od wypolerowanego kwantowego pancerza niewielkiego wahadłowca.

–  „Ścigacz  Cieni”  jest  piękną  jednostką  –  odezwała  się  Jaina,  jakby  umiała  czytać  w  myślach

Luke’a  Skywalkera.  –  Wystarczy  tylko  spojrzeć  na  te  łagodne  krzywizny  kadłuba,  opływowe
kształty...

– A  co  więcej,  jest  jeszcze  jednym  silnie  opancerzonym  i  uzbrojonym  statkiem,  którego  nie  ma

Akademia Ciemnej Strony – stwierdził Jacen, który podszedł do nich i przystanął obok wuja.

Mistrz Jedi kiwnął głową.
– Widok tego wahadłowca powinien wam uświadomić, jakie jednostki zdolni są zbudować nasi

wrogowie.  Pomyślcie  zatem,  co  zrobią,  dysponując  dużymi  ilościami  rdzeni  jednostek  napędu
nadświetlnego  i  baterii  do  turbolaserowych  dział,  które  niedawno  ukradli  razem  z  tamtym
krążownikiem.

Lowie warknął przeciągle, zgadzając się z jego zdaniem.
– Tak, to jest fakt – potwierdziła Tenel Ka.
Luke  odwrócił  się  i  przeszedł  przez  otwarte  wrota  hangaru.  Młodzi  Jedi  pospieszyli  za  nim.

Oddychając  czystym  wilgotnym  powietrzem,  cieszyli  oczy  słonecznym  blaskiem.  Krople  porannej
rosy  wciąż  jeszcze  błyszczały  na  liściach  ogromnych  drzew  Massassów  i  pnących  paproci.
W  przesyconym  wilgocią  powietrzu  unosiły  się  wonie  kwiatów  i  wonnych  roślin,  a  zewsząd
dobiegały szelesty żyjących w dżungli zwierząt, a także świergoty i trele leśnych ptaków.

Na  czole  Jacena  pojawiła  się  głęboka  bruzda.  Zapewne  chłopiec  był  przytłoczony  ciężarem

niewesołych myśli. W pewnej chwili odwrócił głowę i popatrzył w głąb ciemnego hangaru, na ukrytą
w  półmroku  sylwetkę  „Ścigacza  Cieni”.  Westchnął,  a  później  postanowił  wyjawić,  co  zaprzątało
jego myśli.

– Nadal nie mogę uwierzyć, że Zekk z własnej woli przeszedł na ciemną stronę – powiedział. –

Wujku  Luke’u,  co  teraz  z  nim  zrobimy?  Jaki  błąd  popełniliśmy?  Był  naszym  przyjacielem,  a  teraz
przeszedł na stronę wrogów.

–  To  my  jesteśmy  winni  –  odezwała  się  Jaina  przez  mocno  zaciśnięte  zęby.  –  Nie  daliśmy  mu

odczuć,  że  jest  dla  nas  równie  ważny  jak  wszyscy  inni.  Nawet  nie  podejrzewaliśmy,  że  może
dysponować potencjałem Jedi... To nasza wina – dodała z naciskiem w głosie.

Lowie zawył, zaczynając jakieś zdanie. Natychmiast jednak sięgnął do pasa, żeby wyłączyć Em

Teedee, zanim miniaturowy android zacznie tłumaczyć jego słowa.

–  Wcale  nie  jest  tak  łatwo  powiedzieć,  kto  wykazuje  talent  Jedi,  a  kto  nie  –  oznajmił  Luke,

wyczuwając rozpacz i wyrzuty sumienia dziewczyny. – Zwłaszcza wówczas, jeżeli ten ktoś nie zdaje
sobie  z  tego  sprawy.  Nawet  sam  Darth  Vader  nie  miał  pojęcia,  że  wasza  matka  także  dysponuje
umiejętnościami  Jedi,  chociaż  kiedyś  spędził  w  jej  towarzystwie  sporo  czasu.  Nie  możesz  winić
siebie za to, co się stało, Jaino.

–  Zekk  dokonał  wyboru,  kierując  się  własnymi  przesłankami  –  rzekła  Tenel  Ka.  Spojrzenie  jej

szarych poważnych oczu wskazywało, że dziewczyna także jest pogrążona w zadumie. – Wszyscy tak
robimy.

– Ale dlaczego zdradził nas w taki sposób? – wybuchnął zrozpaczony Jacen.
Jaina skrzywiła się, kiedy usłyszała to słowo.

background image

– Nie mógł tego zrobić – powiedziała. Ton jej głosu wskazywał, że nadal nie może pogodzić się

z tym, co się stało. – Nie zdradzi nas... sam nam to obiecał. I powróci. Jestem tego pewna.

–  Zew  ciemnej  strony  jest  niezwykle  silny  –  zauważył  Luke.  –  To  prawda,  że  można  mu  się

oprzeć, ale za każdym razem płaci się wysoką cenę. Wasz dziadek oddał życie...

Ale zawsze istnieje jakaś nadzieja – ciągnął po chwili. – Dla Zekka, a nawet dla Brakissa. Nie

sposób powiedzieć, jak potoczą się ich losy. Jednego tylko możemy być absolutnie pewni... – Luke
uniósł  głowę  w  taki  sposób,  żeby  na  jego  twarz  padły  promienie  słońca.  Z  przyjemnością  czuł,  jak
podmuchy  wiatru  rozwiewają  jego  włosy.  –  Siły  ciemności  przygotowują  się  do  bezpardonowej
walki.

– Czy będziemy czekali z założonymi rękami, aż uczynią następny ruch? – zapytał Jacen. – Czy nie

możemy chociaż spróbować przygotować się do rozprawy z nimi?

Luke Skywalker z dumą popatrzył po kolei na wszystkich młodych rycerzy Jedi.
– Tak, możemy – odparł. – To będzie bardzo trudna walka. – W jego głosie brzmiał smutek, ale

także  nadzieja.  –  Rycerze  Jedi  –  my  wszyscy  –  nie  mamy  innego  wyjścia.  Musimy  się  do  niej
przygotować.


Document Outline