background image
background image

 

 

 

 

Kevin J. Anderson

Rebecca Moesta

 

Najciemniejszy rycerz

 

(Darkest Knight)

 

Przełożył: Andrzej Syrzycki

background image

 

 

 

Rozdział 1

 
 
Ogromne  drzewa  Massassów,  które  piętrzyły  się  nad  porastającą  Yavin  Cztery  gęstą  dżunglą,

były  co  prawda  mniejsze  niż  gigantyczne  wroszyry  porastające  rodzimą  planetę  Wookiego,  ale
Lowbacca  uważał,  że  muszą  mu  wystarczyć.  Zwłaszcza  kiedy  pragnął  być  sam  i  przebywać
w miejscu, w którym mógłby zebrać myśli.

Na  porośniętym  bujną  roślinnością  czwartym  księżycu  zapadał  zmierzch,  nadający  wszystkim

barwom  intensywniejszy  odcień.  Lowie  wspinał  się  po  grubych  konarach  najwyższego  drzewa
rosnącego w sąsiedztwie wielkiej świątyni, która była siedzibą kierowanej przez Luke’a Skywalkera
akademii  Jedi.  Świadomy,  iż  każdy  ruch  zwiększa  odległość  dzielącą  go  od  ziemi,  młody  Wookie
chwytał  gałęzie  pazurami  i  korzystając  z  siły  mięśni  długich  rąk,  przenosił  ciężar  chudego  ciała
z niższego poziomu na wyższy. Wydawało mu się, że jeżeli nie przestanie się wspinać, będzie mógł
sięgnąć gwiazd... i znajdzie się bliżej domu.

Przystanąwszy na chwilę, by odpocząć, wyciągnął rękę i pochwycił kosmaty zielony pęd dzikiej

winorośli. Szarpnął, pragnąc się upewnić, czy utrzyma ciężar jego ciała, po czym posłużył się nim,
żeby wspiąć się jeszcze wyżej. Musiał znaleźć się na samym wierzchołku. Tylko szczyt ogromnego
drzewa wydawał się najodpowiedniejszym miejscem.

Najodpowiedniejszym miejscem, aby w samotności oddawać się medytacjom.
Upłynęło wiele czasu, odkąd przebywał na rodzimej planecie, Kashyyyku. Prawdę mówiąc, nie

widział  nikogo  z  najbliższej  rodziny  od  czasu,  kiedy  odleciał  na Yavin  Cztery,  żeby  szkolić  się  na
rycerza Jedi. Podobnie jak siostra i rodzice, uwielbiał zajmować się komputerami, ale nade wszystko
pragnął  rozwijać  szczególny  i  trudny  do  określenia  talent  –  umiejętność  posługiwania  się  Mocą  –
którego nie wykazywał nikt inny spośród jego bliskich krewnych i przodków.

Kiedy  Lowie,  niepewny  i  osamotniony,  przyleciał,  żeby  uczyć  się  w  akademii  Jedi,  jego  wuj

Chewbacca podarował mu gwiezdnego skoczka typu T-23, by siostrzeniec mógł latać nad dżunglę na
dalekie wyprawy. Młody Wookie często zabierał na nie swoich przyjaciół: Jainę, Jacena i Tenel Ka,
wojowniczkę  z  Dathomiry.  Czasami  jednak  pragnął  spędzać  czas  z  daleka  od  innych  i  wówczas
wyprawiał się sam. Czuł, że właśnie teraz nadeszła taka chwila.

Bardzo  tęsknił  za  rodziną,  a  szczególnie  za  młodszą  siostrą  Sirrakuk.  Zwłaszcza  teraz,  kiedy

szybko zbliżała się bardzo trudna chwila w jej życiu...

Ciężko westchnąwszy, wyciągnął długą rękę, żeby wspiąć się jeszcze wyżej, w pobliże miejsca,

gdzie gęstwina splątanych gałęzi służyła jakimś stworzeniom za gniazdo. Spłoszył stado skrzeczących
i żarłocznych drzewnych gryzoni zwanych stintarilami. Zwierzęta żywiły się zazwyczaj wszystkim, co
spotkały  na  swojej  drodze  i  co  się  poruszało.  Kiedy  jednak  Lowbacca  ostrzegł  je  najgroźniejszym
spośród wszystkich charakterystycznych dla Wookiech ryków, stintarile w popłochu rozbiegły się we

background image

wszystkie strony, unosząc chmury kurzu i strącając mnóstwo zeschłych gałązek i liści.

W  końcu  Lowbacca  wysunął  głowę  ponad  ostatnią  warstwę  liści  baldachimu,  na  których

malowały  się  wszystkie  barwy  nadciągającego  zmierzchu.  Oparł  szerokie  płaskie  stopy  na  grubym
konarze  i  stał,  zachwycony  widokiem  ciągnącym  się  po  horyzont.  Spoglądał  na  bezkresną  dżunglę
otaczającą  go  niczym  ocean  zieleni  i  ruiny  prastarych  świątyń,  wystające  tu  i  ówdzie  nad
powierzchnię.  Zbliżający  się  wieczór  drażnił  jego  nozdrza  woniami,  pośród  których  dominował
zapach  budzących  się  do  życia  nocnych  kwiatów,  jakich  wiele  zdobiło  pędy  wijących  się  między
liśćmi  długich  winorośli.  Czuł  chłodną  wilgoć  promieniującą  od  drzew  Massassów  i  unoszącą  się
nad  baldachimem  liści  w  postaci  delikatnej  mgiełki,  podobnej  do  powietrza  wydychanego  przez
uśpioną dżunglę.

Nisko nad horyzontem wisiała miedzianobrązowa tarcza gazowego giganta, Yavina – olbrzymiej

kuli wirujących gazów, w tej chwili mającej barwę dogasających węgli. W pobliżu pomarańczowej
planety  krążyła  niewidoczna  dla  Wookiego  orbitalna  stacja  wydobywcza  Landa  Calrissiana.
Ciemnoskóry  mężczyzna,  zapuszczając  się  w  sąsiedztwo  jądra  gazowej  kuli,  zajmował  się
chwytaniem drogocennych klejnotów corusca.

Lowie  odwrócił  spojrzenie  od  zachodzącej  planety  i  skierował  je  w  przeciwną  stronę,  gdzie

horyzont przybierał ciemniejszą barwę, a granat nocnego nieba zdążyły ozdobić rozsypane niczym pył
iskierki gwiazd.

Poszukał wygodniejszego miejsca, w którym mógłby się oprzeć o jakąś rozłożystą gałąź drzewa

Massassów. Stał nieruchomo, głęboko oddychając, napawał się widokiem drzew ciągnących się bez
końca... i rozmyślał o Kaskyyyku.

Powinien być spokojny, ale nie umiał przestać martwić się o siostrę. Nie mógł uczynić nic, by jej

pomóc,  a  poza  tym  to  ona  musiała  dokonać  wyboru  –  i  ponieść  wszystkie  konsekwencje.  Mimo  to
Lowie doskonale znał niebezpieczeństwa, jakie mogły czyhać na Sirrakuk na najniższych poziomach
tropikalnych lasów porastających powierzchnię planety Wookiech.

Drugimi  silnymi  palcami  musnął  perłowe  nitki  pasa,  splecionego  z  włókien,  które  wykradł

z bezlitosnych szczęk krwiożerczej rośliny zwanej syreniowcem. Odcięcie włókien ze środka kwiatu
było bardzo trudną próbą, ale przeszedł ją zwycięsko. I to sam.

Czując,  że  powietrze  się  ochładza,  Lowie  usiadł  na  gałęzi.  Napływające  ze  wszystkich  stron

dżungli  dźwięki  stawały  się  coraz  głośniejsze  i  głośniejsze.  Do  życia  budziły  się  nocne  owady
i drapieżniki szukające nowych ofiar.

Zawieszony  u  pasa  na  biodrze  miniaturowy  android-tłumacz,  Em  Teedee,  pozostawał  niemy.

Lowie  wyłączył  urządzenie,  aby  syntetyzowany  piskliwy  głosik  nie  przeszkadzał  mu
w rozmyślaniach. Niepomny na upływ czasu, siedział na samym wierzchołku gigantycznego drzewa.
Wiedział, że nie zdąży wrócić do akademii Jedi, żeby spożyć kolację, ale nie przejmował się tym ani
trochę.

Miał na głowie inne, ważniejsze sprawy.
 
Kiedy  Jaina  Solo  skończyła  jeść  posiłek,  większość  pozostałych  uczniów  Jedi  kształcących  się

w  wielkiej  świątyni  zdążyła  opuścić  przestronną  salę  pełniącą  funkcję  jadalni.  Zaabsorbowana
własnymi  myślami,  dziewczyna  pochłaniała  ostatnie  kęsy  prażonych  krabich  orzechów  i  solonych
owoców boffa, raz po raz zbierając sos kawałkiem świeżego chleba.

Brat  bliźniak,  Jacen,  siedzący  obok  niej  przy  stole,  także  zjadł  dopiero  mniej  więcej  połowę

background image

porcji. Wyglądało na to, że nic nie wie, iż po jego policzku powoli spływają krople zielonkawego
syropu.  Chłopiec  paplał  jak  najęty,  co  chwilę  mrugając  powiekami  bursztynowych  oczu  o  odcieniu
brandy i przeczesując palcami rozwichrzone włosy.

– I w końcu udało mi się pochwycić tę żądlącą jaszczurkę w hangarze, w samym kącie lądowiska

– mówił. – Przez kilka ostatnich tygodni przekonywałem ją, by nie obawiała się wyjść z kryjówki.
Może teraz dysponować całą nową klatką, którą dla mnie zbudowałaś, ale nie mam pojęcia, czym się
żywi.

Chłopiec przerwał na chwilę, tylko po to, żeby włożyć do ust kawałek jedzenia.
Jaina kiwnęła głową, chociaż słuchała tylko jednym uchem. Niepokoiła się, dlaczego Lowbacca

nie  przyszedł  na  kolację.  Młody  Wookie  wyglądał  ostatnio  na  zatroskanego,  zamkniętego  w  sobie
i unikającego kontaktów nawet z przyjaciółmi.

–  Nie  mówiąc  już  o  tym,  że  wkrótce  wylęgnie  się  kilka  poczwarek  z  kokonów,  które

sporządziłem  dla  żukociem!  –  paplał  podniecony  Jacen.  –  Zamierzam  większość  wypuścić  na
wolność,  ale  dwie  zatrzymam  jako  okazy  doświadczalne.  Chcę  przekonać  się,  czy  będą  się
rozmnażały  w  niewoli.  No  i  powinnaś  obejrzeć  te  naprawdę  fascynujące  błękitne  grzyby,  które
znalazłem nad rzeką w szczelinie między dwoma kamieniami.

Przełknął jeszcze trochę soku, po czym uniósł rękę i wyciągnął w górę palce, jakby nagle o czymś

sobie przypomniał.

– Ach, tak, właśnie miałem cię o to zapytać. Czy mogłabyś obejrzeć klatkę kryształowego węża?

Sądzę,  że  stworzenie  szykuje  dla  mnie  jakąś  niespodziankę.  Może  nawet  stara  się  znów  umknąć
z klatki? Sama wiesz, ile zamieszania może to wywołać.

Jaina nie mogła powstrzymać krótkiego chichotu. Przypomniała sobie piekło, jakie się rozpętało,

kiedy  prawie  niewidzialny  wąż  umknął  z  niewoli.  Gad  ukąsił  wówczas  zarozumiałego  ucznia,
Raynara,  który  pod  wpływem  tego  ukąszenia  natychmiast  zasnął.  Nie  wszystkie  kryształowe  węże
sprawiały  jednak  chłopcu  kłopot.  Inne  takie  stworzenie  pomogło  odwrócić  uwagę  Qorla,
zagubionego  pilota  imperialnego  myśliwca  typu  TIE,  kiedy  mężczyzna  zamierzał  zaatakować
akademię  Jedi.  Nieco  wcześniej  bliźnięta  spotkały  Qorla,  który  po  wypadku,  jakiemu  uległa  jego
maszyna, żył jak dobrowolny pustelnik głęboko w ostępach dżungli porastającej Yavin Cztery.

Jaina  miała  nadzieję,  że  stary  pilot  Imperium  zachowa  pamięć  o  pomocy,  jakiej  starali  się  mu

udzielić.  Qorl  jednak  nie  okazał  się  ich  sprzymierzeńcem.  Rygorystyczne  szkolenie,  jakiemu  został
poddany,  kiedy  kształcił  się  w  imperialnej  akademii,  w  końcu  wzięło  górę,  a  nawet  okazało  się
bardziej  zakorzenione,  niż  ktokolwiek  mógł  sądzić.  Pilot  powrócił  w  rejony  wciąż  jeszcze
opanowane przez Imperium, a później związał swój los z Akademią Ciemnej Strony.

Przenosząc spojrzenie na brata, dziewczyna kiwnęła głową. W końcu ocknęła się z zadumy.
– Dobrze – odparła. – Mogę rzucić okiem na klatkę twojego węża.
Nagle  usłyszała  piskliwy  metaliczny  głosik  miniaturowego  androida.  Raptownie  odwróciła

głowę.

–  Panie  Lowbacco,  muszę  nalegać,  żeby  odżywiał  się  pan  w  sposób  bardziej  urozmaicony  –

mówił Em Teedee. – Znam normy żywieniowe obowiązujące dla istot pańskiej rasy, i wiem, że to, co
pan  spożywa,  nie  wystarczy,  aby  dostarczyć  dorosłemu  Wookiemu  odpowiedniej  energii...  chociaż
z  drugiej  strony  muszę  przyznać,  że  ostatnio,  zamiast  oddawać  się  ćwiczeniom  fizycznym,  jest  pan
trochę  przygnębiony.  Pańska  dieta  powinna  uwzględniać  przede  wszystkim  duże  ilości  czerwonego
mięsa,  które  zawiera  o  wiele  więcej  protein  niż  te  świeże  owoce  i  warzywa,  które  ma  pan  w  tej

background image

chwili na talerzu.

Lowbacca,  niosący  tacę  z  pożywieniem,  odpowiedział  krótkim  i  mało  przekonującym

warknięciem.  Nie  rozglądał  się  po  wielkiej  stołówce,  żeby  wypatrzyć  przyjaciół  pośród  innych
uczniów Jedi. Usiadł przy pierwszym lepszym wolnym stole w samym kącie sali, po czym oparł się
plecami o kamienną ścianę.

–  Lowie!  –  Jaina  wstała  i  pospieszyła  w  stronę  porośniętego  długą  rudobrązową  sierścią

Wookiego. – Martwiliśmy się o ciebie. Dlaczego nie przysiadłeś się do naszego stołu?

Lowbacca warknął w odpowiedzi coś tak krótkiego, że Em Teedee nawet nie zadał sobie trudu,

by to przetłumaczyć.

Jaina odsunęła drewniane krzesło i usiadła okrakiem naprzeciwko przyjaciela. Wsunęła za ucho

niesforny  kosmyk  długich  brązowych  włosów  i  nie  ukrywając  niepokoju,  spojrzała  na  zmierzwioną
sierść  na  głowie  Lowiego.  Młody  Wookie  spuścił  złociste  oczy,  po  czym  zaczął  się  przyglądać
owocom i zieleninie, leżącym na jego talerzu.

– Lowie, proszę, powiedz nam, czy stało cię coś złego? – zapytała Jaina. – Możesz zwierzyć się

nam ze wszystkich zmartwień. Jesteśmy przecież przyjaciółmi, nie pamiętasz? Przyjaciele pomagają
sobie w potrzebie.

Zanim Lowbacca miał czas się odezwać, rozległ się piskliwy głos małego androida.
–  Nie  odpowie,  pani  Jaino  –  stwierdził  Em  Teedee.  –  Nawet  ja  nie  mogę  uzyskać  od  niego

odpowiedzi.  Obawiam,  się,  że  nigdy  nie  zrozumiem  zachowania  Wookiech.  Czy  wszystkie  żywe
stworzenia miewają takie trudne do przewidzenia nastroje?

Jacen także usiadł przy stole obok siostry.
– Hej, może Lowie po prostu chce, żeby wszyscy zostawili go w spokoju? – zasugerował.
Młody  Wookie  zaryczał  i,  przygnębiony,  zaczął  kiwać  głową.  Jaina  westchnęła,  stopniowo

uzmysławiając sobie, iż może rzeczywiście stanie się najlepiej, jeżeli uszanuje życzenie przyjaciela
i  pozwoli,  żeby  sam  rozwiązywał  własne  problemy.  Mimo  wszystko,  Lowie  dobrze  wiedział,  że
zawsze może porozmawiać z Jaina albo Jacenem, kiedykolwiek będzie miał ochotę. Rozumiała, że na
razie tego nie pragnie.

–  W  porządku  –  powiedziała,  chociaż  wyraz  głębokiego  niepokoju  nie  zniknął  z  jej  twarzy.  –

Pamiętaj, że zawsze możesz liczyć na nas, ilekroć zechcesz, żebyśmy służyli ci pomocą albo radą.

Lowie  kiwnął  głową,  a  później  wyciągnął  kosmatą  rękę  i  położył  na  dłoni  dziewczyny.  Niemal

cała  dłoń  Jainy  zniknęła,  zamknięta  w  uścisku  wielkiej  łapy  Wookiego.  Korzystając  z  tego,  że  ich
ręce  się  zetknęły,  siostra  Jacena  posłużyła  się  Mocą,  licząc  na  to,  że  zdoła  odgadnąć  przyczynę
dziwnego zachowania przyjaciela, ale wyczuła tylko uczucia przyjaźni i sympatii.

Wstała i gestem zachęciła brata bliźniaka, żeby udał się w jej ślady.
– Chodźmy, Jacenie – powiedziała. – Zerkniemy na tę klatkę z kryształowym wężem.
 
Blask  zapalonych  kling  świetlnych  mieczy  rozjaśniał  mroki  nocy,  ukazując  prastare  kamienne

mury wielkiej świątyni. Wyciągnąwszy rękę, Tenel Ka ściskała sporządzoną z kła rankora rękojeść
nowej broni. Przyglądała się, jak jaskrawoturkusowa smuga pulsuje, przefiltrowana przez skupiający
kryształ – drogocenny tęczowy klejnot z Gallinore – który kiedyś ozdabiał jej królewski diadem.

Młoda  wojowniczka  stała  na  wykładanym  kamiennymi  płytami  dziedzińcu  świątyni  mającej

kształt  zigguratu.  Był  to  nowy  plac  ćwiczeń,  oczyszczony  z  chwastów  i  roślinności,  dosłownie
wydarty  wszechobecnej,  zachłannej  dżungli.  Pracowici  uczniowie  Jedi  oczyścili  i  wypolerowali

background image

kamienie,  zamierzając  wykonywać  tu  ćwiczenia.  Do  jednego  z  nich  właśnie  przygotowywała  się
dziewczyna.

Tenel  Ka  spoglądała  w  dziwne,  perłowe  oczy  istoty,  czasami  przenosząc  spojrzenie  na  elfią

sylwetkę  i  długie,  cienkie  jak  pajęczyna,  srebrzystosiwe  włosy  swojej  przeciwniczki...  Tionny,
instruktorki  i  historyczki  Jedi,  która  często  pomagała  mistrzowi  Skywalkerowi.  Jak  przystało  na
rycerza Jedi, kobieta władała mieczem z dużą precyzją i wprawą, reagując na każdy ruch świetlistej
klingi broni dziewczyny.

Podczas  wcześniejszych  ćwiczeń,  prowadzonych  także  na  terenie  akademii  Luke’a  Skywalkera,

niedbale  skonstruowany  miecz  świetlny  Tenel  Ka  eksplodował,  a  ostrze  broni  Jacena,  z  którym  się
pojedynkowała, odcięło jej lewą rękę. Teraz dziewczyna żyła i walczyła, posługując się tylko jedną
ręką. Władała jednak jarzącą się energetyczną klingą bardzo pewnie i sprawnie.

I chociaż najzdolniejsi biotechnicy zaproponowali, że wykonają najlepszą zastępczą protezę, jaką

można  było  sporządzić  w  całej  gromadzie  gwiezdnej  Hapes,  dzielna  wojowniczka  odrzuciła  ich
propozycję.  Była  dumna,  że  może  być  sobą...  polegać  na  własnych  umiejętnościach,  sile  fizycznej
i  mądrości.  Nie  chciała  korzystać  z  pomocy  sztucznej  biomechanicznej  kończyny.  Zamiast  tego
zmieniła tylko środki, za pomocą których dążyła do osiągania wyznaczonych celów. Postanowiła, że
będzie tak samo silna i sprawna jak poprzednio.

A  kiedy  Tenel  Ka  postanawiała,  że  coś  zrobi,  zazwyczaj  nie  spoczywała,  dopóki  nie  dopięła

celu.

Jaskrawe  światła,  płonące  na  obrzeżach  urządzonego  przed  wielką  świątynią  lądowiska,

oświetlały  dżunglę,  przyciągając  zarówno  tysiące  nocnych  owadów,  jak  i  uskrzydlonych
drapieżników, dla których były pożywieniem. Wyłożony kamiennymi płytami dziedziniec był jednak
rozjaśniony  tylko  blaskiem  krzyżujących  się  kling  świetlnych  mieczy,  rozpraszającymi  ciemności
różnobarwną poświatą.

Tionna sparowała jeszcze jeden cios, zadany przez młodą wojowniczkę.
– Bardzo dobrze, Tenel Ka – odezwała się instruktorka. – Uczysz się zwracać uwagę na precyzję,

a nie na brutalną siłę. Coraz lepiej przeczuwasz moje ruchy i reagujesz na nie, posługując się Mocą.

Tenel  Ka  kiwnęła  głową,  aż  zatańczyły  jej  złocistorude  warkoczyki.  Wplecione  weń  paciorki

zagrzechotały  i  zabrzęczały.  Dziewczyna  dawała  z  siebie  wszystko,  dobrze  znając  umiejętności
i opanowanie instruktorki, która od ponad dziesięciu lat kształciła się w akademii Jedi.

Z wielkiej świątyni wyłoniło się kilkoro innych uczniów, pragnących przyjrzeć się pojedynkowi.

Teraz, kiedy Nowa Republika była świadoma coraz większego niebezpieczeństwa zagrażającego jej
ze  strony  Drugiego  Imperium  i  Akademii  Ciemnej  Strony,  wszyscy  kandydaci  mistrza  Skywalkera
również zwiększyli tempo własnych ćwiczeń. Od ponad tysięcy pokoleń rycerze Jedi, posługując się
siłami jasności, strzegli ładu i prawa w całej galaktyce. Luke Skywalker zamierzał kontynuować tę
tradycję.

Nieoczekiwanie  Tionna  wykonała  świetlnym  mieczem  tak  płynny  i  spokojny  gest,  że  Tenel  Ka

tylko z trudem zdążyła odpowiedzieć na pchnięcie. Nie wyczuła, że srebrzystowłosa istota zamierza
przystąpić  do  ataku,  i  nagły  ruch  Tionny  zupełnie  ją  zaskoczył.  Ostrza  obu  mieczy  spotkały  się
i zaskwierczały... ale po krótkiej chwili instruktorka Jedi cofnęła świetlistą klingę.

–  Stop  –  oznajmiła,  po  czym  wyłączyła  broń,  pozostawiając  zaskoczoną  młodą  wojowniczkę

z zapalonym mieczem w dłoni.

Gestem  pokazała  nocne  niebo  i  gwiazdy  świecące  nad  Yavinem  Cztery.  Pozostali  uczniowie,

background image

stojący na obrzeżach wykładanego kamiennymi płytami dziedzińca, także unieśli głowy i skierowali
oczy  w  górę.  Właśnie  w  tej  chwili  przez  niewielkie,  kolebkowo  sklepione  drzwi  znajdujące  się
w bocznej ścianie ogromnej świątyni wyszli Jacen i Jaina. Bliźnięta również zamierzały przyglądać
się  ćwiczącej  koleżance.  Zamiast  tego  ujrzały  smugę  światła  przecinającą  mroczne  niebo  nad  ich
głowami niczym mały meteoryt.

– Hej, to jakiś statek! – krzyknął chłopiec.
– Ale nie pierwszy lepszy – dodała jego siostra. – Ten poznałabym na krańcu wszechświata.
– Hej, tata wcale nie uprzedzał nas o tym, że chce przylecieć!
Po  kilku  chwilach  statek  znalazł  się  tak  nisko,  że  nocną  ciszę  rozdarł  ryk  silników  napędu

podświetlnego,  po  czym  dał  się  słyszeć  basowy  pomruk  uruchamianych  repulsorów.  Z  głośnym
rykiem  spłaszczony  rozwidlony  owal  „Sokoła  Tysiąclecia”  osiadł  na  lądowisku  przed  wielkim
zigguratem.

Nie  przestając  przekrzykiwać  się  nawzajem,  Jacen  i  Jaina  przebiegli  przez  plac  ćwiczeń

i  skierowali  się  na  lądowisko  porośnięte  krótko  przyciętymi  chwastami,  by  przywitać  się  z  ojcem.
W następnej chwili z kadłuba zmodyfikowanego lekkiego frachtowca wysunęła się rampa, po której
zszedł Han Solo. Ujrzawszy biegnące ku niemu podniecone dzieci, zawadiacko się uśmiechnął.

Kiedy na opuszczonej pochylni ukazała się sylwetka Chewbaccy, Tenel Ka usłyszała za plecami

głośny ryk, niewątpliwie oznaczający powitanie. Odwróciła się i zobaczyła Lowbaccę, który stał na
jednym z kamiennych progów piramidy piętrzącej się obok placu ćwiczeń. Młody Wookie dał susa ze
skalnej  półki  i  skacząc  po  kamiennych  występach  stromej  ściany  budowli,  znalazł  się  na  ziemi.
Ujrzawszy siostrzeńca, Chewbacca także zaryczał w odpowiedzi.

Lowie był ostatnio niezwykle przygnębiony i wojowniczka z Dathomiry wyczuwała, że w umyśle

przyjaciela kłębią się niespokojne myśli. Postanowiła jednak, że uszanuje młodego Wookiego w ten
sposób,  że  pozwoli,  by  sam  rozwiązywał  własne  problemy...  chyba  że  poprosi  o  pomoc.  Kiedy
jednak  zauważyła  wyraz  twarzy  Chewbaccy,  a  potem  przeniosła  spojrzenie  na  oblicze  jego
siostrzeńca, nie mogła nie zwrócić uwagi na dziwny i ciekawy fakt.

Mimo  iż  bliźnięta  zostały  wyraźnie  zaskoczone  nieoczekiwanym  pojawieniem  się  „Sokoła

Tysiąclecia”, Lowbacca doskonale wiedział, że frachtowiec wyląduje na Yavinie Cztery.

background image

 

 

 

Rozdział 2

 
 
Jaina uświadamiała sobie, że szczerzy zęby jak idiotka, ale nie przestawała obejmować ojca.
– Co tu robisz? – zapytała. – Nie wiedzieliśmy, że zamierzałeś przylecieć!
Stojący obok niej Jacen niemal zapomniał o oddychaniu. Ze zdumieniem spoglądał na niezwykły

strój  ojca,  pełen  naszytych  łat  i  kawałków  futra.  Musiał  także  zauważyć,  że  włosy  Hana  zostały
niedawno bardzo krótko i nierówno ostrzyżone, co nadawało mu wygląd prawdziwego zabijaki.

– Blasterowe błyskawice, tato! – wykrzyknął w końcu. – Dlaczego jesteś tak dziwacznie ubrany?
Zanim  Han  miał  szansę  odpowiedzieć,  Jaina  rzuciła  okiem  na  frachtowiec.  Mimo  panującego

półmroku zauważyła, że niektóre płyty kadłuba zostały zastąpione anodyzowanymi kawałkami metalu,
na dziobie przymocowano dodatkowe pojemniki towarowe, a na rufie sterczała jeszcze jedna antena
paraboliczna nowego komunikatora. Dziewczyna miała wrażenie, że ze zdumienia opada jej szczęka.

– I co zrobiłeś z „Sokołem”? – zapytała, nie wierząc własnym oczom. – Wygląda tak... inaczej!
– Po jednym pytaniu na raz, dzieciaki! – odparł Han, uśmiechając się i unosząc na wysokość torsu

dłoń  z  wyciągniętymi  palcami,  jakby  chciał  odeprzeć  spodziewany  atak.  –  Mieliśmy  kilka
problemów z planetami znajdującymi się na Odległych Rubieżach, a zatem korzystając z oficjalnych
uprawnień, przywódczyni Nowej Republiki...

– To znaczy mama – wtrąciła Jaina.
–  Zgadza  się.  –  Twarz  Hana  rozjaśniła  się  w  chłopięcym  uśmiechu.  –  Tak  czy  owak,  Leia

poprosiła  mnie  i  Luke’a,  żebyśmy  wyruszyli  na  przeszpiegi.  Oświadczyła,  że  jeżeli  się  czymś  nie
zajmę,  zapewne  zbyt  szybko  się  zestarzeję.  A  poza  tym  chyba  sami  wiecie,  że  odkąd  wasz  wuj
założył  akademię  Jedi,  ma  zwyczaj  od  czasu  do  czasu  opuszczać Yavin  Cztery,  choćby  po  to,  żeby
upewnić  się,  że  nie  wychodzi  z  wprawy.  Mimo  to  doszliśmy  do  wniosku,  że  nie  powinniśmy  za
bardzo rzucać się w oczy, a zatem...

– Zmieniłeś wygląd i swój, i „Sokoła Tysiąclecia” – dokończył Jacen.
Tymczasem Jaina nie przestawała wpatrywać się w guzowate narośle szpecące kadłub lekkiego

frachtowca.

–  I  Luke’a.  –  Han  Solo  ruchem  głowy  wskazał  wznoszącą  się  za  plecami  bliźniąt  wielką

świątynię, z której właśnie wychodził ich wuj, odziany w pognieciony brązowy lotniczy kombinezon.

–  Cześć,  Hanie!  –  zawołał  mistrz  Skywalker.  –  Czy  zabrałeś  ze  sobą  te  brakujące  części  do

nowych generatorów siłowego pola, które mi obiecałeś?

Otarł  usmarowaną  dłoń  o  klapę  kieszeni  i  tak  wybrudzonego  stroju.  Wyglądał  zupełnie  jak

rozbitek, który właśnie stracił statek.

– Jasne, stary! – odkrzyknął Han. – Leia wie, że Drugie Imperium sposobi się do walki, i bardzo

się martwi o twoją akademię Jedi. Nalegała, żebyśmy jak najszybciej zainstalowali nowe generatory

background image

pól ochronnych i dostarczyli im tyle energii, żeby mogły powstrzymywać ataki wrogów.

– Nadal uważam, że gdyby zaatakowano akademię, moi rycerze Jedi potrafią ją obronić – odparł

Luke, uśmiechając się do uczniów stojących przed świątynią. – Przywódcy Akademii Ciemnej Strony
okazaliby się głupcami, gdyby zamierzali nas lekceważyć.

Han wzruszył ramionami.
–  Bez  względu  na  to,  co  uważasz,  Luke’u  –  odparł  –  spełnij  moją  prośbę,  gdyż  w  przeciwnym

razie Leia już nigdy nie zmruży oka.

Śmiejąc  się,  mistrz  Skywalker  skinął  na  kilkoro  młodych  Jedi,  by  pomogli  wynieść  z  ładowni

„Sokoła” ciężkie pakunki zawierające części do generatorów.

–  Poproszę  swoich  uczniów,  żeby  zainstalowali  je  w  tym  czasie,  kiedy  nas  tu  nie  będzie  –

obiecał.

Przebrany  mistrz  Jedi  podszedł  do  obu  Wookiech,  zatopionych  w  poważnej  rozmowie.

Wyglądało na to, że żegna się z Chewbaccą. Jaina odniosła wrażenie, że słyszy, jak wuj mówi coś na
temat tego, iż zostało niewiele czasu, ale zanim zdążyła zapytać, o co chodzi, uprzedził ją Jacen.

– A co z Chewiem? – zapytał, zwracając się do ojca. – Czy tym razem nie będzie twoim drugim

pilotem?

Han Solo sprawiał wrażenie trochę zakłopotanego.
– Jakoś będę musiał poradzić sobie bez niego – odparł. – On i Lowie muszą wrócić na Kashyyyk,

żeby zająć się rozwiązaniem poważnego problemu... określiłbym go mianem „rodzinnego”.

– Problemu rodzinnego? – powtórzyła zdumiona dziewczyna. – Czy komuś stało się coś złego?
– Nie-e, to coś jeszcze poważniejszego. Nigdy nie poznaliście siostry Lowiego, Sirry, prawda? –

Han uniósł głowę i uczynił ruch, wskazując Chewbaccę, pogrążonego w rozmowie z siostrzeńcem. –
Przede  wszystkim  dajcie  im  trochę  czasu,  żeby  mogli  o  tym  porozmawiać.  Mam  przeczucie,  że
później  Lowbacca  sam  powie,  o  co  chodzi.  A  tymczasem  mam  dla  was  wiadomości  od  mamy
i Anakina... jak również kilka niespodzianek, które zabrałem na pokład „Sokoła Tysiąclecia”.

– Oho! – odezwała się Jaina. – Jeszcze więcej niespodzianek?
Han zachichotał i objął jednym ramieniem córkę, a drugim syna.
– Ta-a, prezenty dla was – odparł, beztrosko się uśmiechając.
– Hej, to mi przypomina, że mam dobry dowcip – odezwał się Jacen. – Czy chcecie posłuchać? –

Zanim  którekolwiek  zdołało  go  od  tego  odwieść,  zaczął  mówić:  –  Zgadnijcie,  co  takiego  mają
Jawowie,  czego  nie  ma  żadne  inne  stworzenie  w  całej  galaktyce?  No  co,  poddajecie  się?  –  Uniósł
brwi. – Małe Jawiątka!

Nawet  ojciec  miał  trudności,  żeby  ułożyć  usta  w  nieszczerym  uśmiechu.  Jaina  przyglądała  się

przez chwilę bratu, nic nie mówiąc, po czym odwróciła się w stronę ojca, aby podjąć rozmowę na
poprzedni temat.

– Wspominałeś coś o tym, że masz dla nas jakieś prezenty? – zapytała.
–  No  cóż,  zabrałem  partnera  dla  hodowanej  przez  Jacena  pieńkowej  jaszczurki  i  trochę

kwitnących  gałązek  rozgwiezdnika,  które  służą  tym  stworzeniom  za  pożywienie.  Mam  także
zmodernizowany  mikromotywator,  ale  trzeba  przy  nim  jeszcze  trochę  pomajstrować.  Rzecz  jasna,
oboje będziecie musieli sami rozstrzygnąć, które dostanie jaki upominek.

Jaina parsknęła pogardliwie.
– To nie powinno zająć dużo czasu – oznajmiła.
 

background image

Tenel  Ka  siedziała  w  swojej  komnacie,  z  fascynacją  spoglądając  na  niewielki  holograficzny

wizerunek  ciemnowłosego  Anakina  Solo  trzymającego  kilka  jaskrawo  ubarwionych  i  splecionych
włókien.  Nie  potrafiła  zrozumieć,  dlaczego  młodszy  brat  bliźniąt  miałby  przesyłać  wiadomość
właśnie jej. Przecież widziała chłopca tylko raz w życiu i to niedawno, podczas pobytu na Coruscant.

– Dobrze wiem, Tenel Ka, jak bardzo jesteś samodzielna, ale mam nadzieję, że nie weźmiesz mi

za  złe  tego,  co  pragnę  ci  powiedzieć  –  słuchała  nagranego  głosu  Anakina.  –  Kiedy  Jacen  i  Jaina
wspomnieli o trudnościach, jakie masz z zaplataniem włosów od czasu wypadku, postanowiłem, że
pomogę ci uporać się z tym problemem. Możliwe, że wielu spośród tych rzeczy domyśliłaś się sama
– na holograficznej twarzy chłopca pojawił się nikły uśmiech – ale jeżeli nawet tak jest, rozwiązanie
łamigłówki sprawiło mi prawdziwą radość.

Bliźnięta Solo, które wręczyły Tenel Ka kasetę po drugiej rozmowie z ojcem, siedziały teraz na

kamiennej podłodze w komnacie młodej wojowniczki. Jaina przewróciła oczami.

– Cały braciszek – mruknęła.
–  To  jest  fakt  –  odezwała  się  Tenel  Ka,  po  czym  zwróciła  uwagę  ponownie  na  jarzący  się

wizerunek.

Na  hologramie  chłopiec  trzymał  różnobarwną  plecionkę  jedną  ręką  i  przebierając  palcami

drugiej, starannie rozdzielał pojedyncze włókna. Dziewczyna podświadomie uniosła rękę do głowy
i zaczęła rozczesywać palcami pasemka złocistorudych włosów.

Starając  się  poruszać  palcami  wyjątkowo  precyzyjnie,  Anakin  przesuwał  dłoń  w  dół  po

pojedynczych włóknach. Zaplatał je, posługując się tylko jedną ręką.

–  Widzisz,  to  się  da  zrobić,  jeżeli  tylko  spojrzeć  na  problem  z  innej  perspektywy  –  ciągnął

hologram.

Sekwencja ruchów się powtórzyła, chociaż w zwolnionym tempie, a tymczasem głos Anakina nie

przestawał mówić:

–  Próbowałem  kilku  sposobów,  żeby  umieścić  pośród  splotów  jakąś  ozdobę,  i  doszedłem  do

wniosku,  że  idzie  mi  najlepiej,  jeżeli  najpierw  przytrzymam  paciorek  czy  piórko  wargami.  Dzięki
temu, jeżeli pragnę coś wpleść, nie muszę odrywać palców od warkocza.

– A – Tenel Ka kiwnęła głową na znak, że uznaje logikę tego rozumowania. – Aha.
Pragnąc  sama  spróbować,  zaczęła  przekładać  w  palcach  pasma  włosów.  Starała  się  opanować

opracowaną przez Anakina technikę zaplatania warkocza jedną ręką.

Hologram zamigotał i zmienił się, by ukazać inną scenę. Anakin stał teraz obok grubego warkocza

z  pasm  długich  lśniących  brązowych  włosów,  w  które  wpleciono  kilkanaście  różnobarwnych
koralików  i  piór,  zdobiących  zazwyczaj  sploty  włosów  wojowniczek  z  Dathomiry.  Chłopiec
sprawiał wrażenie zakłopotanego, ale zarazem zadowolonego.

– Jak widzisz, mama pozwoliła mi wprawiać się na swoich włosach.
Widoczna na miniaturowym wizerunku przywódczyni Nowej Republiki odwróciła głowę i ciepło

się  uśmiechnęła,  po  czym  wykonała  wdzięczny  piruet,  żeby  wszyscy  mogli  lepiej  przyjrzeć  się  jej
warkoczom.

Kiedy  holograficzne  nagranie  dobiegło  końca,  Tenel  Ka,  zastanawiając  się  nad  nową  techniką,

z  powagą  kiwnęła  głową.  Pomyślała,  że  jeżeli  trochę  sama  poćwiczy,  z  pewnością  potrafi  ją
opanować.

Od  strony  drzwi  komnaty  wojowniczki  dobiegło  nagle  głośne  pytające  warknięcie.  Dziewczyna

uniosła głowę i spostrzegła Lowbaccę stojącego pod wieńczącym wejście kamiennym hakiem.

background image

–  Wejdź,  przyjacielu  –  powiedziała,  wskazując  wolne  miejsce  obok  siebie  na  kamiennej

posadzce. – Jeżeli chcesz, usiądź z nami.

– Lowie, czy wszystko w porządku? – odezwała się zatroskana Jaina, spoglądając na kolegę.
Chudy jak tyczka i porośnięty rudobrązową sierścią młody Wookie wolno podszedł do przyjaciół

i  usiadł  na  kamiennej  posadzce  między  Tenel  Ka  a  Jainą.  Przez  dłuższy  czas  żadne  z  czworga
młodych  Jedi  się  nie  odzywało.  Później  Lowbacca  sięgnął  do  pasa  i  pstryknął  niewielkim
przełącznikiem umieszczonym na tylnej powierzchni obudowy miniaturowego androida.

– Ach,  dziękuję  panie  Lowbacco  –  odezwał  się  natychmiast  Em  Teedee.  –  Czuję  się  naprawdę

wypoczęty,  chociaż  muszę  oświadczyć,  że  mój  cykl  przerwy  trwał  o  wiele  dłużej,  niż  się
spodziewałem. Och, niech pan spojrzy! Mamy towarzystwo!

Lowbaccca  groźnie  zaryczał  i  krótko  szczeknął,  przerywając  potok  wymowy  gadatliwego

urządzenia.

–  Ależ  oczywiście,  panie  Lowbacco  –  zapiszczał  Em  Teedee.  –  Z  przyjemnością  zajmę  się

tłumaczeniem.  Przecież  wie  pan,  że  to  mój  najważniejszy  obowiązek.  Władam  płynnie  ponad
sześcioma językami.

Lowbacca był tak zamyślony, że nawet nie zbeształ miniaturowego androida-tłumacza. Z początku

powoli, często przerywając, zaczął mówić, a Em Teedee tłumaczył jego słowa:

– Pan Lowbacca doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że okazywane ostatnio...przygnębienie nie

umknęło uwagi nikogo, wywołując całkiem poważne zaniepokojenie... Zaniepokojenie, które, pragnę
dodać, także ja podzielałem.

Jaina położyła dłoń na ramieniu Lowiego.
–  No  cóż,  martwiliśmy  się  o  ciebie  –  oznajmiła.  –  Chcieliśmy,  żebyś  zwierzył  się  ze  swoich

kłopotów.

Tenel Ka tylko kiwnęła głową i cierpliwie czekała, aż młody Wookie podejmie opowieść.
Lowbacca  zgarbił  się  i  ciągnął,  od  czasu  do  czasu  przerywając,  żeby  Em  Teedee  miał  czas

przetłumaczyć:

–  Ostatnio  wyniknął  pewien  problem  rodzinny,  który  sprawił,  że  pan  Lowbacca  zaczął  się

poważnie martwić o bezpieczeństwo swojej siostry Sirrakuk.

Możliwe, że pamiętacie, iż pośród młodych Wookiech istnieje zwyczaj podejmowania się bardzo

trudnego i niebezpiecznego przedsięwzięcia, samotnie albo z pomocą przyjaciół. Dzięki dopełnieniu
tego rytuału młodzi mogą cieszyć się szacunkiem innych, co jest bardzo istotne zwłaszcza wówczas,
kiedy mają obrać własną drogę życia.

Pan  Lowbacca  postanowił,  że  dokona  takiego  odważnego  czynu.  Wiedział,  że  innym  Wookiem

będzie trudno pogodzić się z jego decyzją rozpoczęcia nauki w akademii Jedi zamiast oddawania się
jakiemuś  bardziej  tradycyjnemu  zajęciu.  Był  tak  dumny  z  przymiotów  własnego  umysłu,  że
postanowił  zdać  się  na  swój  spryt  i  przebiegłość.  Nie  mówiąc  ani  słowa  nikomu  z  przyjaciół,
samotnie zapuścił się na najniższe poziomy gęstej dżungli. Osobiście ściął pęk błyszczących włókien
ze  środka  niebezpiecznego  kwiatu  syreniowca.  I  chociaż  pan  Lowbacca  powrócił  cały  i  zdrowy
z cennym trofeum, które pragnął zdobyć, przyznaje teraz, że ta samotna wyprawa była zbyt ryzykowna
i niemądra. Obawia się o Sirrakuk, gdyż wie, że siostra jest o wiele bardziej impulsywna, porywcza
i uparta niż on.

Lowbacca urwał, po czym przesunął palcami po błyszczących włóknach pasa okrywającego jego

biodra. Kunsztowne sploty kojarzyły się Tenel Ka z wiadomością, jaką otrzymała od Anakina, który

background image

pragnął zapoznać dziewczynę z techniką zaplatania warkoczy przy użyciu tylko jednej ręki.

Jaina obdarzyła Wookiego wyrozumiałym spojrzeniem.
–  Ach,  więc  teraz  się  obawiasz,  że  Sirra  może  wyprawić  się  sama  tylko  dlatego,  że  ty  tak

postąpiłeś?

Lowbacca  wbił  spojrzenie  w  kamienne  płyty.  Przez  chwilę  milczał,  a  potem  wydał  serię

gardłowych  warknięć  i  pomruków.  Oparł  oba  łokcie  na  kosmatych  kolanach  i  ukrył  głowę
w dłoniach, po czym ciągnął:

– Obawiam się, że sytuacja wygląda jeszcze bardziej poważnie, a pan Lowbacca uważa, że to on

ponosi  całą  odpowiedzialność  –  przetłumaczył  miniaturowy  android.  –  Widzicie,  od  czasów
dzieciństwa  najlepszą  przyjaciółką  Sirry  była  Raabakyysh  –  albo  Raaba,  jak  zwracali  się  do  niej
członkowie  rodziny  pana  Lowbaccy  –  inteligentna,  stanowcza,  urodziwa  i  uwielbiająca  przygody
koleżanka. Prawdę mówiąc, pan Lowbacca zawsze czuł, że... No, dalej! – ponaglił Em Teedee. – Co
pan czuł? Nie może pan jak gdyby nigdy nic milknąć, nie kończąc zdania.

Lowie  cicho  jęknął  i  zaczął  znów  mówić.  Ciemniejsza  sierść  nad  okiem  nastroszyła  się,  jakby

młody Wookie zaczynał być wzruszony.

–  Mniej  więcej  przed  miesiącem  Raaba  postanowiła  udowodnić,  że  potrafi  sama  stawić  czoło

niebezpieczeństwu.  Sirra  i  Raaba  zdecydowały,  że  jedna  będzie  towarzyszyła  drugiej,  ale  w  noc
poprzedzającą  tę,  kiedy  miały  wyruszyć  na  wyprawę,  Raaba,  zapewne  działając  pod  wpływem
impulsu chwili, postanowiła pójść sama.

Potajemnie  wymknęła  się  w  środku  nocy,  zostawiając  siostrze  pana  Lowbaccy  jedynie  krótką

wiadomość, co zamierza uczynić i dlaczego. Z jej treści wynikało, że Raaba liczyła, iż dorównując
bratu przyjaciółki pod względem odwagi, wywrze na nim duże wrażenie. Miała nadzieję, że pewnego
dnia, kiedy oboje dorosną, pan Lowbacca uzna ją za towarzyszkę życia godną rycerza Jedi. Niestety...

Lowbacca ponownie zawiesił głos i zanim zaczął mówić dalej, głęboko westchnął.
–  Niestety...  O  rety!  –  ciągnął  Em  Teedee.  –  Obawiam  się,  że  Raaba  nigdy  nie  wróciła

z wyprawy! Kiedy jej rodzice wyruszyli na poszukiwania, znaleźli tylko zakrwawiony plecak córki.
Nic więcej. Raaba zniknęła.

Wyczuwając ból Lowbaccy, Tenel Ka popatrzyła na przyjaciela.
– A – powiedziała. – To właśnie dlatego czujesz się taki przygnębiony.
Lowie  zaczął  znów  mówić.  Tym  razem  można  było  odnieść  wrażenie,  że  dźwięki  z  trudem

przechodzą mu przez gardło.

– Od chwili... zniknięcia Raaby, Sirra stawała się coraz bardziej nieostrożna, jakby przestało ją

obchodzić,  czy  będzie  żyła  dalej,  czy  umrze.  Odmówiła  wszystkim  innym  przyjaciółkom,  które
chciały wraz z nią zdać ten egzamin dojrzałości. Twierdziła, że Raaba była jedyną koleżanką, której
całkowicie  ufała.  Niedawno  pan  Lowbacca,  doprowadzony  do  rozpaczy,  przesłał  siostrze
wiadomość,  pytając,  czy  pozwoliłaby,  aby  on  towarzyszył  jej  zamiast  Raaby.  Pan  Chewbacca
właśnie  przekazał  mu  odpowiedź  Sirry...  –  Em  Teedee  na  chwilę  umilkł.  –  Och,  dzięki  niech  będą
niebiosom... wyraziła zgodę!

– Hej, to wspaniale! – odezwał się Jacen. W jego głosie zabrzmiała niekłamana ulga.
– Doprawdy! – zawtórował mu miniaturowy android.
Lowbacca  jednak  nie  od  razu  odpowiedział.  Wyglądało  na  to,  że  intensywnie  wpatruje  się

w jakiś okruch leżący na kamiennej posadzce.

– Jest jeszcze coś, co cię martwi, Lowie – domyśliła się Jaina.

background image

Tenel Ka spojrzała na kikut odciętej ręki, po czym obdarzyła Wookiego  spojrzeniem,  w  którym

kryło się zrozumienie.

– Obawiasz się, że nie będziesz mógł pogodzić się ze stratą – powiedziała. – Ze stratą Raaby.
–  Czy  o  to  chodzi,  Lowie?  –  zapytała  Jaina.  –  Obawiasz  się  bólu,  jaki  odczujesz,  wracając  na

Kashyyyk,  ponieważ  nie  spotkasz  tam  swojej  przyjaciółki  Raaby?  A  poza  tym  czujesz  się
odpowiedzialny za to, co się stało, ponieważ usiłowała powtórzyć twój wyczyn?

Lowie zaryczał w odpowiedzi, a Em Teedee przetłumaczył jego odpowiedź.
–  Pan  Lowbacca  jest  także  zaniepokojony  faktem,  iż  ból,  jaki  odczuwa  po  stracie  Raabakyysh,

sprawi, że w krytycznym momencie może nie będzie mógł pomóc siostrze tak, jakby pragnął... Miał
nadzieję, iż uda mu się namówić jedno z was, by zechciało towarzyszyć mu w wyprawie na rodzimą
planetę.

Tenel Ka odpowiedziała niemal natychmiast.
– Po tym, jak uległam wypadkowi, służyłeś mi pomocą, kiedy cię potrzebowałam. Nie mogłabym

nie zrobić teraz tego samego dla ciebie, przyjacielu.

Wyciągnęła rękę i położyła dłoń na dłoni Lowbaccy.
– Hej, ja także polecę! – odezwał się Jacen, kładąc dłoń na dłoniach obojga przyjaciół.
Jego siostra nie zwlekała z położeniem swojej dłoni.
– A zatem polecimy wszyscy – oznajmiła. – Razem będziemy silniejsi.
 
Lowbacca ociągał się, stojąc w pobliżu kadłuba przerobionego „Sokoła Tysiąclecia”. Czekał, aż

bliźnięta pożegnają się z ojcem.

Han Solo obdarzył dzieciaki przekornym uśmiechem.
– Ta-a, chyba miałem coś w rodzaju przeczucia, że wszyscy zechcecie towarzyszyć Lowiemu –

powiedział.  –  Kiedy  Chewie  opowiedział  mi,  o  co  chodzi,  uzgodniłem  wszystko  z  waszą  mamą.
Będziecie  miały  dobrą  okazję  nauczyć  się  mówić  językiem  Wookiech,  a  także  rozumieć,  co  oni
mówią do was, dzieciaki.

Właśnie wówczas z hangaru wyłonił się Luke Skywalker, ubrany w wymięty i zniszczony lotniczy

kombinezon.  Towarzyszył  mu  Chewbacca.  Lowie  wyczuwał  woń  zastarzałych  smarów
i rozpuszczalników, plamiących tkaninę stroju mistrza Jedi.

– Wszystko gotowe? – zapytał Skywalker.
– Już bardziej nie będzie – odparł Han, ukazując zęby w kolejnym przekornym uśmiechu. – Czy ty

i Chewie skończyliście przygotowywać do lotu „Ścigacz Cieni”?

Luke odwrócił się w stronę starszego Wookiego, idącego u jego boku, i powiedział:
– „Ścigacz” to dobry statek. Nie pozwól, żeby stała mu się jakaś krzywda.
Chewbacca wzruszył ramionami i krótko szczeknął, obiecując spełnić jego prośbę.
Han Solo klepnął go po plecach.
–  Bądźcie  ostrożni  –  powiedział.  –  Powierzam  ci  dzieciaki.  Uważaj  na  nie,  zgoda?  Do

zobaczenia za kilka tygodni.

Han uściskał Jacena i Jainę, po czym odwrócił się i wszedł na pokład „Sokoła Tysiąclecia”.
Zanim  mistrz  Skywalker  także  zniknął  w  środku  frachtowca,  obdarzył  pełnym  zaufania

spojrzeniem wszystkich czworo młodych rycerzy Jedi.

– Nie zapominajcie, że razem jesteście silniejsze – powiedział. – Niech Moc będzie z wami.
Kiedy  odlatujący  „Sokół”  zamienił  się  w  niknący  punkcik  jarzący  się  bielą  silników  napędu

background image

podświetlnego, Lowbacca głęboko westchnął i zaryczał pytająco, zwracając się do Jainy.

Dziewczyna zachichotała.
– Masz rację – odparła. – No, to na co jeszcze czekamy?

background image

 

 

 

Rozdział 3

 
 
Lśniący kadłub zaprojektowanego w jakiejś imperialnej stoczni „Ścigacza Cieni”, pokryty jakby

naoliwionym kwantowym pancerzem, połyskiwał w promieniach wschodzącego słońca. Siedzący za
pulpitem sterowniczym Chewbacca pilotował mały wahadłowiec. Ostrożnie manewrując, wylatywał
z  czeluści  hangaru  urządzonego  na  najniższym  poziomie  wielkiej  świątyni  Massassów,  mającej
kształt zigguratu.

Jacen  stał  obok  siostry  i  Tenel  Ka,  obserwując,  jak  zgrabny  statek  porusza  się,  napędzany

niesłyszalnymi silnikami. Kiedy pomyślał o przygnębieniu, jakie ostatnio dręczyło Lowiego, był rad,
że mistrz Skywalker pozwolił im lecieć właśnie „Ścigaczem Cieni” – szybką i niemal niezniszczalną
jednostką, idealnie nadającą się do wykonywania trudnych zadań. Był dumny, że Lowie poprosił ich,
by towarzyszyli mu w wyprawie. Cieszył się, że on, siostra i Tenel Ka mogą pomóc przyjacielowi
Wookiemu.

Lowie stał w przeciwległym krańcu polany i ruchami porośniętych długą sierścią rąk wskazywał

wujowi właściwy kierunek. Kiedy „Ścigacz Cieni” znieruchomiał, opuściła się rampa małego statku.
Na  szczycie  ukazał  się  Chewbacca,  który  przeciągle  zaryczał,  wymachując  porośniętymi
cynamonową sierścią, kosmatymi rękami.

–  Pan  Chewbacca  serdecznie  zaprasza  wszystkich  na  pokład  –  przetłumaczył  Em  Teedee  nieco

drżącym głosem, w miarę jak obijał się o biodro przy każdym długim kroku Lowiego.

Jacen  przerzucił  przez  ramię  pas  płóciennej  torby  z  różnymi  drobiazgami.  Odwrócił  się,  żeby

sprawdzić, czy nie mógłby jakoś pomóc Tenel Ka, ale kiedy dostrzegł zdecydowanie malujące się na
twarzy wojowniczki, doszedł do wniosku, że będzie lepiej, jeżeli o nic nie zapyta.

Wszyscy  czworo  młodzi  Jedi  weszli  na  pokład  „Ścigacza  Cieni”,  po  czym  odwrócili  się,  by

pożegnać pozostałych uczniów i Tionnę, która także uniosła rękę w geście pożegnania. Jeszcze zanim
śluza statku została uszczelniona przed odlotem, instruktorka Jedi zapędziła uczniów do codziennych
ćwiczeń,  dobrze  wiedząc,  że  Drugie  Imperium  czyniło  przygotowania  do  walki  z  Nową  Republiką.
Młodzi rycerze Jedi nie mogli tracić ani chwili.

Stopniowy  wzrost  przyspieszenia,  szybki,  ale  zarazem  bardzo  łagodny,  sprawił,  że  statek

wystartował,  jakby  naigrawał  się  z  siły  przyciągania.  Zadań  dziób  i  poszybował  prosto
w przesłonięte poranną mgiełką niebo, pozostawiając za rufą księżyc porośnięty dziewiczą dżunglą.

 
Kiedy  „Ścigacz  Cieni”  dokonał  skoku  w  nadprzestrzeń,  Jacen  nie  przestawał  obserwować

Chewbaccy  i  Lowiego,  którzy  zajmowali  dwa  przednie  fotele,  ustawione  w  wąskiej  sterowni.  Ich
rozmowa,  prowadzona  w  języku  Wookiech,  przypominała  mu  ryki  i  wycia  dwóch  groźnych,
skaczących sobie do oczu, bestii. Chociaż chłopiec potrafił zrozumieć zaledwie kilka słów, wiedział,

background image

że  obaj  Wookie  po  prostu  rozmawiają.  Em  Teedee  otrzymał  polecenie,  by  nie  troszczył  się
o tłumaczenie, tak więc Chewie i Lowie mogli zamienić ze sobą kilka zdań bez obawy, że ktokolwiek
będzie im przeszkadzał.

Widząc,  że  Jaina,  posługując  się  zestawem  uniwersalnych  narzędzi,  rozbiera  miniaturowe

mechaniczne urządzenie, jakie zabrała ze swojego warsztatu na Yavinie Cztery, Jacen postanowił, że
skorzysta  z  okazji,  by  rozweselić  wojowniczkę  z  Dathomiry.  Doszedł  jednak  do  wniosku,  że  tym
razem nie będzie opowiadał jej żadnych dowcipów, a zamiast tego wyjaśni burkliwej dziewczynie,
dlaczego  niektóre  rzeczy  są  uważane  za  zabawne.  Postara  się  wytłumaczyć,  dlaczego  powinna  się
śmiać po wysłuchaniu jego dowcipów... no, przynajmniej niektórych.  Jacen  zaczął  się  zastanawiać,
czy przypadkiem dziewczyna nie śmieje się dlatego, że po prostu ich nie rozumie.

Niemożliwe, żeby wszystkie jego dowcipy były do niczego...
Wyjaśnił  więc  Tenel  Ka,  dlaczego  absurdalne  odpowiedzi  na  niewinnie  brzmiące  pytania  są

zazwyczaj  uważane  za  zabawne.  Pokazał,  jak  wyprawianie  nieoczekiwanych  rzeczy  z  pożywieniem
czy przedmiotami codziennego użytku może wywoływać uśmiech na twarzach widzów.

Tenel  Ka  spoglądała  na  niego  poważnie,  poświęcając  jemu  i  tylko  jemu  całą  uwagę. Ani  razu

wszakże nawet się nie uśmiechnęła.

Jacen  westchnął,  po  czym  opowiedział  dziewczynie  kilka  najlepszych  dowcipów.  Po  chwili

opowiedział  kilka  najgorszych,  by  na  ich  przykładzie  wyjaśnić  różnicę  między  jednymi  a  drugimi.
Tenel Ka wysłuchała cierpliwie, ale na jej twarzy nie ukazał się uśmiech.

Zrozpaczony  chłopiec  zaczął  się  zastanawiać,  czy  nie  powinien  udać  się  do  automatu

przyrządzającego posiłki, by poprosić o porcję mrożonego deneeliańskiego musującego budyniu, po
czym na niby potknąć się w ten sposób, by potrawa rozbryznęła się po jego twarzy. Doszedł jednak
do  wniosku,  że  na  młodej  wojowniczce  nie  wywarłoby  żadnego  wrażenia  nawet  najbardziej
widowiskowe lądowanie na pośladkach.

Kręcąc głową na znak, że się poddaje, Jacen postanowił dać dziewczynie spokój. Powinien zająć

się  czymś  innym,  może  mniej  zniechęcającym.  Jego  nastrój  uległ  natychmiast  poprawie,  kiedy
wytężając  wszystkie  zmysły  Jedi,  wykrył  coś  ciekawego  w  zakamarkach  części  rufowej  „Ścigacza
Cieni”... nikły ślad, wskazujący na obecność jakiejś żywej istoty... ukrytego w przedziale silnikowym
zwierzątka,  które  znalazło  się  poza  naturalnym  środowiskiem.  Jacen  postanowił  wyruszyć  na
poszukiwania. Pomyślał, że tak czy owak, chyba nikt oprócz niego nie zainteresuje się biedactwem.

Minąwszy  kajuty  z  pryczami  do  spania  i  przedziały,  w  których  automaty  przyrządzały  posiłki,

dotarł  do  osłoniętego  i  izolowanego  przedziału  rufowego.  Słyszał  pulsujący  huk  silników
poruszającego się w nadprzestrzeni „Ścigacza Cieni”. Popatrzył na płyty czołowe skomplikowanych
paneli,  urządzenia  kontrolno-pomiarowe  i  baterie  dostarczające  energii  do  systemów  uzbrojenia,
zasilane sprzężonym spinowo i obdarzonym ładunkiem gazem tibanna, a także generatory ochronnych
pól  siłowych,  które  niczym  wymyślny  baldachim  otaczały  lśniący  kadłub  statku.  Mimo  stłumionego
hałasu  i  drżenia  pracujących  pełną  mocą  silników  nadal  wyczuwał  słabiutki  sygnał  świadczący
o obecności jakiegoś stworzenia, wystraszonego i zagubionego.

– Nie obawiaj się – powiedział na głos, równocześnie wysyłając myślowe wici, by przekazać te

same słowa za pośrednictwem Mocy. – Jestem twoim przyjacielem. Mogę ci pomóc. Musisz jednak
się pokazać. Przekonasz się, że wszystko będzie dobrze.

Pochyliwszy  się,  zniżył  głos  do  szeptu  i  zaczął  zaglądać  w  szczeliny  między  urządzeniami

kontrolnymi. Postanowił kierować się zmysłami.

background image

– Nie wyrządzę ci żadnej krzywdy – ciągnął. – Możesz mi zaufać.
Dotknął samymi opuszkami palców zimnej metalowej płyty czołowej jakiegoś panelu, delikatnie

muskając myślami obudowę generatora osłon przeciwjonowych.

Wyczuwał,  że  właśnie  tam  ukryło  się  stworzenie.  Drżało  i  kurczyło  się  ze  strachu;  zapewne

czegoś strzegło. Niewielkiego gniazda?

–  To  tylko  ja  –  odezwał  się  znów  chłopiec.  –  Nie  bój  się  mnie.  Uspokój  się.  Potrafię  się  tobą

zaopiekować.

Chcąc  uzyskać  dostęp  do  wnętrza  generatora,  pociągnął  za  uchwyty  mocujące  metalową  płytę.

W środku, w przytulnym małym gniazdku sporządzonym z różnokolorowych odpadków i śmieci, kulił
się  puchaty  ośmionogi  gryzoń;  podobne  do  małej  myszy  stworzenie  porośnięte  delikatną,  długą
jasnoszarą  sierścią.  Zwierzątko  zwróciło  na  Jacena  mikroskopijne  czarne  oczy,  które  w  panującym
półmroku zalśniły jak paciorki. Zaczęło poruszać wilgotnym nosem. Jeżeli sądzić z wyglądu dwóch
długich zębów sterczących z przedniej części pyszczka, nie wyglądało na mięsożerne.

– Chodź do mnie – odezwał się Jacen. – To miejsce nie jest dla ciebie bezpieczne.
Wyciągnął  rękę  i  łagodnie  wyciągnął  gryzonia  z  kryjówki.  Wszystkie  osiem  łapek  drżało

i  łaskotało  dłoń  chłopca.  Jacen  miał  wrażenie,  że  trzyma  tłuściutkiego  puszystego  pająka,  ale
przyjaznego, nie zamierzającego go ukąsić.

Pogłaskał zwierzątko po grzbiecie, po czym znów pochylił się i popatrzył na gniazdo. Przy jego

budowie stworzenie ogryzało kawałki różnobarwnej izolacji z kabli zasilających generator. Oprócz
tego poszarpało i powyciągało inne przewody, splatając je w ten sposób, żeby w miękkim gniazdku,
wyściełanym  strzępkami  tkanin  i  plastikowych  osłon,  mogły  zmieścić  się  cztery  pulchniutkie  kulki,
bez wątpienia potomstwo samicy.

– Och, jaki masz przytulny domek – odezwał się łagodnie chłopiec. – Chyba jednak nie powinnaś

była  budować  go  właśnie  z  takich  materiałów.  Wiesz,  nie  możemy  się  obyć  bez  generatora  osłon
przeciwjonowych. To urządzenie chroni kadłub naszego statku.

Nie  przestając  delikatnie  głaskać  grzbietu  stworzenia,  wyjął  gniazdko  w  taki  sposób,  żeby  nie

wyrządzić  krzywdy  młodym,  po  czym  umieścił  w  nim  samicę,  która  natychmiast  przytuliła  się  do
czterech puchatych kulek.

–  Przeniosę  cię  teraz  w  bezpieczne  miejsce  –  obiecał  –  ale  najpierw  muszę  powiedzieć

o wszystkim Jainie i Lowiemu, żeby mogli zająć się naprawami.

Zaabsorbowany  uspokajaniem  nowego  ulubieńca,  Jacen  powrócił  do  pomieszczeń  na  dziobie.

Podszedł do siostry, która nadal majstrowała we wnętrzu niepojętego mechanicznego urządzenia.

– Hej, posłuchaj, Jaino – zaczął. – Mam niepomyślne wieści.
Dziewczyna się odwróciła, nie wypuszczając z dłoni niewielkiego klucza hydraulicznego.
– Co się stało?
Zanim chłopiec zdążył odpowiedzieć, cały „Ścigacz Cieni” zakołysał się i szarpnął, jakby zderzył

się  z  niewidoczną  przeszkodą.  Pokład  uciekł  spod  nóg  Jacena,  który  upadł  na  kolana.  Z  trudem
utrzymywał równowagę, starając się nie upuścić gniazda.

Świetliste  różnobarwne  smugi,  oglądane  przez  iluminatory  podczas  lotu  w  nadprzestrzeni,

zawirowały  we  wszystkie  strony  jakby  wszyscy  oglądali  je  po  zażyciu  środków  halucynogennych.
Kiedy  jakaś  siła  zatrzęsła  „Ścigaczem  Cieni”  po  raz  drugi,  Jacen  upadł  na  plecy.  Z  najwyższym
wysiłkiem udało mu się jednak utrzymać cenne gniazdko.

– Uhm, to teraz nieważne – odparł. – Może poczekać na bardziej odpowiednią chwilę.

background image

 
Jaina  chwyciła  za  podłokietniki  fotela,  a  tymczasem  niewielki  statek  zataczał  się  i  trząsł  jak

pijany. Wszystkie narzędzia i elektroniczny zdalniak skanujący, który właśnie dziewczyna skończyła
naprawiać, wystrzeliły jak pociski, by roztrzaskać się o grodzie i opaść na płyty pokładu w postaci
bezużytecznych szczątków.

Kiedy  „Ścigacz  Cieni”  na  chwilę  wyrównał  lot,  jej  brat  niepewnie  się  wyprostował,  nie

wypuszczając  czegoś,  co  trzymał  w  dłoni.  Jego  włosy  sprawiały  wrażenie  jeszcze  bardziej
rozwichrzonych  niż  zazwyczaj.  Przede  wszystkim  chłopiec  spojrzał,  czy  Tenel  Ka  nie  stało  się  nic
złego. Młoda wojowniczka także wstała. Szeroko rozstawiła nogi, wparła je w pokład i starała się
utrzymać  równowagę.  Tymczasem  „Ścigacz  Cieni”  znów  się  zatrząsł,  próbując  przelecieć  przez
obszar objęty jakimiś zakłóceniami.

– Co się dzieje? – zapytała.
Siedzący  w  sterowni  Lowie  i  Chewbacca  zaczęli  ryczeć  do  siebie  i  ciągnąć  za  dźwignie,  żeby

ustabilizować mały wahadłowiec.

– Burza jonowa? – zakwilił przerażony Em Teedee, by po chwili wydać głośny elektroniczny jęk.

– Czy jest pan tego absolutnie pewien? Jesteśmy zgubieni!

Usta Jainy zacisnęły się w ponurą ciemną linię.
– Zgadza się, to burza jonowa – odezwała się dziewczyna. – Zwyczajny pech. Nie mogliśmy jej

przewidzieć.  Posługując  się  nawigacyjnym  komputerem,  wytyczyliśmy  najkrótszy  szlak,  którym
można  było  dolecieć  na  Kashyyyk.  Pokładowe  atlasy  gwiezdne  ukazują  tylko  ciągłe  zagrożenia,
w rodzaju gromad gwiazd, czarnych dziur i gromadzących olbrzymią energię mgławic... Tymczasem
burze  jonowe  pojawiają  się  i  znikają,  ale  kiedy  się  przelatuje  przez  ich  obszar,  z  pewnością
wywołują drgania nadprzestrzeni.

–  Czy  to  coś  poważnego?  –  zapytał  Jacen.  Na  jego  czole  pojawiły  się  kropelki  potu.  –  Nie

podoba mi się to. Jestem pełen najgorszych przeczuć.

– Musimy spokojnie poczekać i przekonać się, co z tego wyniknie – odparła Jaina.
Tenel  Ka  stała,  położywszy  dłoń  na  pasie  z  wieloma  kieszeniami.  Gdyby  miała  walczyć

z namacalnym wrogiem, mogłaby posłużyć się sztyletami do rzucania, świetlnym mieczem czy nawet
cienką  linką  zakończoną  rozkładaną  kotwiczką.  Żaden  z  tych  przedmiotów  nie  nadawał  się  jednak,
żeby wojowniczka mogła stawić czoło burzy jonowej.

Tymczasem  Chewbacca  i  Lowie  przebierali  włochatymi  palcami  po  pulpitach  konsolet

sterowniczych,  chwytając  za  różne  dźwignie.  „Ścigacz  Cieni”  wyskoczył  jednak  z  nadprzestrzeni
i znalazł się na obrzeżach szalejącej jonowej nawałnicy.

–  Oho  –  odezwał  się  Jacen.  –  Zapomniałem  wam  powiedzieć,  że  nasz  generator  osłon

przeciwjonowych mógł zostać trochę uszkodzony.

Uniósł  sporządzone  z  różnobarwnych  strzępków  materiałów  izolacyjnych  gniazdko,  z  którego

zwisały kawałki kabli i przewody.

Jaina natychmiast odwróciła się w jego stronę, jeszcze bardziej zmartwiona niż kiedykolwiek.
– O, nie! To mogłoby...
W miarę jak „Ścigacz Cieni” coraz bardziej pogrążał się w groźną burzę, kadłub statku zaczynały

otaczać podobne do pajęczyn krzaczaste błyskawice wyładowań elektrycznych. W ciemnościach raz
po  raz  rozbłyskiwały  potężne  wyładowania.  Ogniste  bryzgi  przecinały  wypełnione  rozżarzonymi
gazami  przestworza,  w  których  szalał  niespodziewany  huragan  międzygwiezdnych  jonów.  Mały

background image

wahadłowiec podskakiwał jak rozwścieczony banth, a jego pasażerowie obijali się o przepierzenia
i grodzie.

Jacen  oparł  się  ramieniem  o  kontrolny  rygiel.  Po  chwili  wpadła  na  niego  Tenel  Ka.  Chłopiec

pochwycił  wojowniczkę  i  nie  wypuszczając  z  drugiej  dłoni  gniazda  z  nowym  ulubieńcem,
przytrzymał i siebie, i dziewczynę, by oboje nie upadli. Tymczasem Jaina, która usiłowała przedostać
się do sterowni, rozpłaszczyła się na płytach pokładu.

W  tej  samej  chwili  włączyły  się  rufowe  silniki  „Ścigacza  Cieni”.  Potężna  siła  napędu

podświetlnego pchnęła statek ku przeciwległemu krańcowi przestrzeni, rozdzieranej przez szalejącą
jonową burzę. Siedzący na fotelu pilota Chewbacca zaryczał i zaczął chwytać dźwignie sterownicze.
Pociągając raz jedną, a raz drugą, usiłował utrzymać statek na poprzednim kursie, który pozwoliłby
jak najszybciej opuścić niebezpieczny obszar.

Lowie  głośno  zaryczał,  kiedy  dostrzegł,  jak  ogniste  palce  błękitnych  błyskawic  przeskakują

z jednego panelu kontrolnego na drugi, niszcząc kolejne podsystemy.

Nagle  zza  rufowych  grodzi,  gdzie  znajdowały  się  generatory  osłon  przeciwjonowych,  dobiegł

głośny  skowyt  oznaczający,  że  urządzenia  są  przeciążone.  Po  chwili  rozległ  się  huk  i  generatory
odmówiły posłuszeństwa.

Za  dziobowym  iluminatorem  „Ścigacza  Cieni”  kłębiło  się  morze  różnobarwnych  gazów.  Mały

wahadłowiec  leciał  dalej,  koziołkując  w  przestworzach,  kierując  się  jednak  ku  obszarowi  nie
objętemu przez jonową burzę. W końcu opuścił niebezpieczną przestrzeń,  ale  Jaina  wzdrygnęła  się,
kiedy pomyślała, jakie uszkodzenia musiały spowodować wyładowania jonowe.

Jacen otrzepał się z kurzu i uśmiechnął się z przymusem.
–  A  teraz...  –  zaczął.  –  Uhm...  Jak  mówiłem,  generator  osłon  przeciwjonowych  został

uszkodzony...  –  Ponownie  uniósł  gniazdo  z  ośmionogim  gryzoniem,  który  skulił  się,  jakby  świadom
wszystkich  kłopotów,  jakie  przysporzył  załodze.  –  Znalazłem  to  gniazdo  we  wnętrzu  urządzenia.
Wyjąłem je, ale chciałbym, żeby któreś z was zajęło się naprawą uszkodzeń.

–  Wygląda  na  to,  że  mamy  teraz  pod  dostatkiem  czasu  na  naprawy  –  odezwała  się  Tenel  Ka.  –

Potrafimy to zrobić, prawda?

Siedzący w sterowni Lowie i Chewie zaczęli się naradzać, raz po raz rycząc i warcząc.
–  Och,  to  wspaniale!  –  odezwał  się  miniaturowy  android-tłumacz.  –  Pan  Lowbacca  uważa,  że

mieliśmy wielkie szczęście. Systemy napędowe oraz urządzenia uzdatniania powietrza i wody zostały
tylko  lekko  uszkodzone  i  ich  naprawa  nie  powinna  okazać  się  bardzo  trudna.  O  rety,  to  naprawdę
cudowna wiadomość!

Em Teedee zamilkł. Obaj Wookie przez chwilę rozmawiali ze sobą, po czym głos zabrało znów

srebrzyste urządzenie.

–  Przepraszam,  ale  co  pan  powiedział,  panie  Lowbacco?  O  rety!  Wszystko  wskazuje  na  to,  że

nasz  komputer  nawigacyjny  został  całkowicie  zniszczony.  Wskutek  tego  straciliśmy  wszelkie
współrzędne,  które  pozwoliłyby  nam  dolecieć  z  tego  miejsca  do  jakiegokolwiek  innego.  Nie  do
wiary! Jesteśmy... Zagubiliśmy się w przestworzach.

Usłyszawszy  uwagę  androida-tłumacza,  Chewbacca  i  Lowie  w  tej  samej  chwili  gniewnie

zaryczeli i Em Teedee natychmiast umilkł.

– No cóż, wydaje mi się, że jednak powinienem czerpać pociechę z faktu, iż panowie pokładają

takie zaufanie w swoich umiejętnościach nawigacji – mruknął po chwili.

Obaj Wookie zaczęli gorączkowo dyskutować, po czym nastąpiło wpisywanie danych do pamięci

background image

pulpitu nawigacyjnego, a jeszcze później wzajemne sprawdzanie, czy któryś z Wookiech nie popełnił
omyłki.  Kiedy  pozostali  członkowie  załogi  uporali  się  z  mniej  skomplikowanymi  naprawami,
„Ścigacz Cieni” wyruszył w dalszą podróż.

Z  początku  Jaina  była  zaskoczona,  że  mały  statek  leci  znów  właściwym  kursem,  potem  jednak

uświadomiła  sobie,  że  nie  ma  w  tym  nic  nadzwyczajnego.  Mimo  wszystko  Kashyyyk  był  jedyną
planetą zamieszkaną przez Wookiech, a Lowie i Chewbacca bardzo tęsknili za rodzinnym światem.

Dlaczego więc miała się dziwić, że obaj zapamiętali zestaw współrzędnych, dzięki którym mogli

powrócić do domu?

background image

 

 

 

Rozdział 4

 
 
Zekk stał dumnie wyprostowany w zacisznej sali audiencyjnej, urządzonej na jednym z poziomów

Akademii Ciemnej Strony. Walczył ze sobą, usiłując ukryć zdenerwowanie. Uniósłszy lekko głowę,
czekał, kiedy otrzyma od dawna obiecaną nagrodę. Jego oczekiwanie wreszcie dobiegało końca.

W  chłodnym  powietrzu  unosiła  się  ożywcza  woń  jakichś  olejów  czy  smarów.  Z  metalowego

sufitu  padały  jaskrawe  smugi  światła,  co  zmuszało  młodzieńca  do  mrużenia  szmaragdowozielonych
oczu.  Ich  tęczówki  były  otoczone  ciemniejszymi  pierścieniami,  podobnymi  do  mrocznej  aureoli
otaczającej jego osobowość. Zekk potrząsnął głową, by odrzucić do tyłu zmierzwione ciemne włosy,
o  odcień  jaśniejsze  od  głębokiej  czerni.  Ciągle  mrugając,  spojrzał  na  lorda  Brakissa,  oświetlonego
jasnym blaskiem rzucanym przez panele jarzeniowe.

Naczelnik Akademii Ciemnej Strony był odziany w fałdzisty srebrzysty płaszcz, uszyty z tkaniny,

która  sprawiała  wrażenie,  jakby  uprzędły  ją  jadowite  pająki.  Pod  jedną  ze  ścian  sali  stała  Tamith
Kai,  nieprzejednana  przywódczyni  nowego  zakonu  Sióstr  Nocy.  Jak  zwykle,  miała  na  sobie
połyskującą czarną pelerynę, ozdobioną spiczasto zakończonymi naramiennikami. Pod bujną grzywą
jej hebanowoczarnych włosów płonęły fioletowe oczy. Obok Tamith Kai czekały dwie inne sławne
Siostry Nocy: urodziwa, chociaż niewysoka Garowyn i silnie umięśniona Vonnda Ra, ubrane w tuniki
z  opancerzonej  jaszczurczej  skóry  i  peleryny  z  czarnymi  naramiennikami.  Obie  przyleciały
z Dathomiry. Wszystkie trzy wiedźmy przywodziły Zekkowi na myśl wygłodniałe drapieżne ptaki.

Obok  kobiet  stał  na  baczność  posiwiały  pilot  myśliwca  typu  TIE,  eskortowany  przez  grupę

najbardziej obiecujących przyszłych szturmowców. Jeden z najsilniejszych spośród nich, zakuty jak
wszyscy  inni  w  biały  pancerz,  to  Norys,  były  przywódca  Zagubionych,  który  jeszcze  niedawno
wydawał  na  Coruscant  rozkazy  innym  członkom  gangu.  Podczas  gdy  pozostali  kandydaci  na
szturmowców  stali  sztywno  wyprostowani,  z  bronią  na  ramionach,  Norys  kręcił  się  i  poruszał,  zły
i  poirytowany,  iż  musi  brać  udział  w  ceremonii.  Mając  świadomość,  że  wszystkie  jego  zmysły
wyostrzyło podniecenie, Zekk słyszał, jak z białego głośnika byłego przywódcy gangu wydobywają
się ochrypłe ciche słowa:

– Ten śmieciarz... Taki ma zawsze szczęście.
Poruszając  się  cicho  i  dyskretnie,  pilot  Qorl  położył  na  ramieniu  Norysa  ciężką  i  obdarzoną

wielką siłą protezę, podobną do tych, jakie mają androidy. Ten stanowczy, niedwuznaczny gest miał
uciszyć zawadiakę. Zekk wiedział, że sztuczna ręka Qorla jest tak ciężka, iż mogłaby strzaskać biały
pancerz imperialnego żołnierza jak skorupkę jajka. Norys umilkł, ale każdym gestem dawał dowód,
że jest rozdrażniony.

Zekk nie zwracał na niego uwagi. Pragnął napawać się chwilą swojej chwały i uśmiechnął się na

myśl  o  tym,  jak  bardzo  zmienił  się  w  ciągu  zaledwie  kilku  miesięcy...  A  teraz  miał  dostąpić

background image

najwyższego zaszczytu.

Z  okazji  uroczystości  wtajemniczenia  i  mianowania  miał  na  sobie  nowiutki  skórzany  mundur.

Ciężkie  okrągłe  ćwieki  zdobiły  usztywnione  paski  naramienników,  nadając  skórze  wytrzymałość
pancerza.  Dłonie  młodzieńca  były  ukryte  w  grubych  czarnych  rękawicach,  które  przyjemnie
skrzypiały, kiedy zginał i rozginał palce.

Na  uśmiechniętej  i  gładkiej  jak  porcelana  twarzy  Brakissa  malowała  się  prawdziwa  duma.

Naczelnik  Akademii  Ciemnej  Strony  wręczył  Zekkowi  upominek  –  fałdzistą  czarną  pelerynę
obrzeżoną ciemnoszkarłatnym pasem, którego intensywny odcień przypominał barwę świeżej krwi.

–  Młody  Zekku  –  zaczął  Brakiss.  –  Wręczam  ci  ten  dar  jako  symbol  znaczenia,  jakie  masz  dla

Akademii Ciemnej Strony. Udowodniłeś, że jesteś pojętnym uczniem, dzięki czemu stanowisz cenny
nabytek  dla  Drugiego  Imperium.  Nasze  starania  nie  przyniosłyby  takich  rezultatów,  gdybyś  nie
zechciał  wziąć  udziału  w  naszej  walce.  Pojedynkując  się  z  Vilasem,  drugim  wybitnym  kandydatem
Akademii  Ciemnej  Strony,  wykazałeś,  że  jesteś  naszym  mistrzem,  naszą  nadzieją  na  przyszłość...
naszym Najciemniejszym Rycerzem.

Zekk  zamrugał,  usiłując  powstrzymać  kłujące  łzy  szczęścia  i  satysfakcji,  napływające  do  jego

oczu. Tymczasem Brakiss rozpostarł ciężką tkaninę, udrapował na watowanych ramionach munduru
młodzieńca, po czym zapiął poły peleryny z przodu szyi i zatrzasnął zapinkę w kształcie drapieżnego
srebrnego skarabeusza.

Zekk  obserwował  Tamith  Kai.  Stała  nieruchomo,  przeniknięta  śmiercionośną  energią,  podobna

do  przebiegłego  androida-mordercy.  Zauważył,  że  Siostra  Nocy  skrzywiła  się  na  wzmiankę
o  Vilasie,  który  był  przecież  jej  pupilem,  jej  kandydatem  na  przywódcę  wszystkich  Ciemnych  Jedi
kształcących się w Akademii Ciemnej Strony. Zekk zdołał jednak pokonać gburowatego, przesadnie
ufającego we własne siły młodego mężczyznę i teraz on nosił czarną pelerynę... a Was, wystrzelony
w przestworza przez otwór do usuwania śmieci, był właściwie tylko gwiezdnym pyłem.

Brakiss  cofnął  się  i  opuścił  ręce,  po  czym  zaplótł  palce.  Srebrzyste  fałdy  jego  szaty  skrywały

nadgarstki i starannie wypielęgnowane dłonie.

– Nadszedł czas, żebyś wykonał dla nas pierwsze i bardzo ważne zadanie, Zekku – powiedział. –

Aby udowodnić, co jesteś wart, zostaniesz mianowany dowódcą oddziału żołnierzy.

Zekk poczuł, że serce w jego piersi skoczyło jak szalone. Nie sądził, że jeszcze tego samego dnia

zniesie więcej zaszczytów.

– Co... – zająknął się. – Co chcesz, żebym uczynił?
– W ramach ostatnich przygotowań do ataku na umocnienia twierdzy Rebeliantów musimy zdobyć

bardzo ważne elementy. Będziesz dowodził oddziałami, które dokonają szturmu na zamieszkany przez
Wookiech świat, Kashyyyk. Właśnie tam, w jednym z zaawansowanych pod względem technicznym
drzewnych  miast,  znajduje  się  fabryka  najbardziej  skomplikowanych  urządzeń  komputerowych
instalowanych na pokładach statków naszych wrogów.

Jeżeli  wyprawa  zakończy  się  powodzeniem,  zdobędziemy  komputerowe  moduły  umożliwiające

naprowadzanie na cel i systemy taktyczne, dzięki którym uzyskamy olbrzymią przewagę i odniesiemy
zwycięstwo.  Będziemy  mogli  posiać  zamęt  we  flotach  Rebeliantów,  gdyż  wykorzystamy  ich
komputery  do  przekazywania  mylnych  sygnałów.  Możliwe,  że  zastosujemy  te  urządzenia  także  do
naśladowania  tajnych  kodów,  przesyłanych  przez  okręty  nieprzyjaciół.  Chcemy,  żeby  jednostki
wojenne  Drugiego  Imperium,  wysyłając  sygnały  identyfikujące  je  jako  statki  Rebeliantów,  mogły
bezpiecznie przelatywać przez przestworza, opanowane przez naszych wrogów.

background image

Z  uwagi  na  niezwykłą  doniosłość  misji,  zostaniesz  mianowany  dowódcą  bardzo  silnej  grupy.

Zezwalam  także  na  użycie  nowych  maskujących  hologramów,  które  opracowaliśmy  z  myślą
o przenikaniu między nieprzyjaciół. Wszystko zależy teraz od ciebie, Zekku. Czy czujesz się na siłach
podjąć to wyzwanie?

Chłopak entuzjastycznie pokiwał głową.
– Tak! Tak, uczynię to dla ciebie, mistrzu Brakissie!
Tamith  Kai  oderwała  plecy  od  ściany  i  weszła  w  krąg  jaskrawego  światła  padającego  na

młodzieńca.  Zekk  obrócił  głowę  i  popatrzył  na  wysoką  złowieszczą  kobietę.  Wygięte  w  dół  końce
szkarłatnofioletowych warg nadawały jej twarzy wyraz powagi. Sprawiając wrażenie, iż wieści jego
klęskę, Siostra Nocy oznajmiła:

–  Nasz  plan  ma  jeszcze  jeden  aspekt,  o  którym  na  razie  nic  nie  wiesz.  Przejęliśmy  sygnały,

z  których  wynika,  że  przysparzający  nam  tylu  kłopotów  smarkacze  Jedi  właśnie  w  tej  chwili  lecą
z wyprawą na Kashyyyk. Kiedy odlatywali z Yavina Cztery, przesłali wiadomość, w której żegnali
się z matką. Na szczęście Qorl śledzi wszystkie sygnały wysyłane z okolic tego księżyca do stolicy
Rebeliantów.

Spojrzała na podobne do szponów paznokcie, jakby nagle odkryła w nich coś ciekawego.
– Z początku planowaliśmy zaczekać jeszcze kilka tygodni, zanim rozpoczniemy atak – ciągnęła –

ale teraz... Chwila nie może być lepiej wybrana. – W jej fioletowych oczach błysnęły iskry radości. –
Twoim drugim zadaniem będzie upewnienie się, że Jacen, Jaina i ich kłopotliwi przyjaciele zostaną
raz  na  zawsze...  usunięci  z  drogi,  tak  żebyśmy  wyruszając  na  podbój  galaktyki,  nie  musieli  się
martwić o to, iż pokrzyżują nasze plany.

Kiedy  młodzieniec  dowiedział  się,  na  czym  ma  polegać  drugie  zadanie,  przełknął  kluchę,  jaka

utkwiła  w  gardle,  ale  nie  odpowiedział  ani  słowem.  Jacen,  a  zwłaszcza  jego  siostra  Jaina,  od
najmłodszych  lat  byli  jego  najlepszymi  przyjaciółmi.  Ich  drogi  jednak  się  rozeszły,  kiedy  bliźnięta
odleciały,  aby  kształcić  się  w  akademii  Jedi.  Pozostawiły  Zekka  na  Coruscant,  żeby  wiódł,  tak  jak
dotąd, niewesołe życie. Chłopak nie miał żadnej nadziei na lepszą przyszłość, dopóki nie odnaleźli
go przedstawiciele Akademii Ciemnej Strony.

– W porządku – odparł w końcu ochryple i ponuro. Starał się powiedzieć to jak najgłośniej, tak

by  nikt  się  nie  zorientował,  że  może  mieć  jakieś  wątpliwości.  Dokonał  przecież  wyboru  własnej
drogi  życia  i  teraz  musiał  podążać  obranym  szlakiem,  bez  względu  na  to,  co  podpowiadało  mu
sumienie. – W porządku – powtórzył. – Kiedy startujemy?

– Jak najszybciej – odparła złowieszcza kobieta.
 
Tamith  Kai  i  dwie  pozostałe  Siostry  Nocy  stały  na  płycie  wielkiego  lądowiska  Akademii

Ciemnej  Strony,  zajęte  załadunkiem  statku,  którym  miały  polecieć  na  wyprawę.  Sam  statek,
ozdobiony neutralnymi znakami, był niewielkim towarowym frachtowcem, skonfiskowanym jakiemuś
zabłąkanemu  handlarzowi,  który  miał  nieszczęście  zapuścić  się  zbyt  blisko  obszarów  tworzących
jądro  galaktyki.  Tamith  Kai  zastanawiała  się  leniwie,  czy  właściciel  statku  nadal  gnije,
przetrzymywany  w  głębi  jakiegoś  imperialnego  lochu...  czy  też  może  szturmowcy  skrócili  jego
męczarnie. Było oczywiste, że Drugie Imperium nie mogło uwolnić człowieka, który poznał systemy
gwiezdne należące do jądra galaktyki i mógł wyjawić prawdę o porwanym frachtowcu.

Pilot  Qorl,  zamknięty  w  obserwacyjnej  bańce,  którą  umieszczono  nad  lądowiskiem,  stał  obok

przełączników aparatury maskującej Akademię Ciemnej Strony i nadzorował przygotowania do startu

background image

wyprawy.  Stary  mężczyzna  nie  brał  w  niej  udziału,  ale  osobiście  wybrał  kilkanaście  niedawno
skonstruowanych  imperialnych  myśliwców  i  bombowców  typu  TIE,  które  zostały  umieszczone
w ładowniach frachtowca.

– Przekonamy się, czy Brakiss ma rację, obdarzając takim zaufaniem swojego młodego ulubieńca

– mruknęła Tamith Kai, starając się, by nikt inny nie usłyszał jej chrapliwego niskiego głosu. – Jeżeli
chodzi o mnie, nadal mu nie ufam. Jak Norys nazywa tego chłopaka... śmieciarzem? Wyczuwam, że
Zekk jeszcze całkiem nie przeszedł na ciemną stronę.

Vonnda Ra zmarszczyła brwi, a na jej kanciastej twarzy odmalowało się zakłopotanie.
–  Przecież  po  tym  wszystkim,  czego  dokonał...  –  zaczęła.  –  Spójrz  tylko,  jak  przykłada  się  do

nauki. Jak możesz podawać w wątpliwość jego umiejętności?

– Nie wątpię w jego umiejętności, tylko w motywy postępowania – odezwała się Tamith Kai. –

Nie miałam takich zastrzeżeń, jeżeli chodziło o lojalność Vilasa.

Garowyn uznała za słuszne także włączyć się do rozmowy.
–  To  możliwe,  Tamith  Kai  –  powiedziała.  –  Vilas  jednak  nie  żyje.  Zekk  okazał  się

waleczniejszym wojownikiem. Może po prostu trudno ci pogodzić się z porażką.

Oczy  Tamith  Kai  zalśniły  jak  dwa  jaskrawofioletowe  słońca,  gotowe  w  każdej  chwili

eksplodować.

– Wcale nie jest mi trudno pogodzić się z porażką! – warknęła.
– Jasne, że nie – odparła Garowyn, po czym odwróciła głowę, pragnąc ukryć ironiczny uśmiech.
Rozwścieczona Tamith Kai zacisnęła pięści.
– Mam wrażenie, że Zekk nadal żywi jakieś uczucia względem tych nieznośnych bliźniąt Jedi. Nie

może  się  powstrzymać,  by  nie  darzyć  ich  przyjaźnią  –  rzekła  Siostra  Nocy,  Powoli  zaczynała  się
uspokajać.  Jej  wargi,  ciemnowiśniowe  jak  przejrzały  owoc,  nawet  rozciągnęły  się  w  uśmiechu.  –
I właśnie dlatego postarałam się, żeby ta wyprawa była czymś więcej niż tylko zwykłym rabunkiem.
Przekonajmy się, jak Zekk poradzi sobie z wykonaniem jeszcze jednego zadania.

Vonnda  Ra  umieściła  wypełniony  bronią  okratowany  pojemnik  w  ładowni  szturmowego

wahadłowca,  po  czym  wróciła,  żeby  zabrać  ciężkie  pasy  kryjące  osobiste  generatory  maskujących
hologramów.

– Sądziłam, że komputerowe systemy taktyczne i moduły umożliwiające naprowadzanie na cel są

najważniejszym celem naszej wyprawy – stwierdziła.

–  Możliwe,  że  dla  ciebie  i  dla  Drugiego  Imperium  –  odparła  Tamith  Kai,  niedbale  kiwnąwszy

głową. – Ale nie dla mnie.

Garowyn skrzyżowała żylaste ręce na niepokaźnym torsie.
– Może jesteś oficjalną przywódczynią, Tamith Kai – oświadczyła – ale ja także chcę decydować

o tym, co jest najważniejsze dla mnie. Pomogę ci podczas tej wyprawy, ale głównym powodem, dla
którego lecę z wami, jest chęć odzyskania naszej... skradzionej własności.

–  Jakiej  skradzionej  własności?  –  zainteresowała  się  Vonnda  Ra,  nie  wypuszczając  urządzeń

kontrolnych  i  generatorów  maskujących  hologramów,  ukrytych  w  ciężkich  pasach,  których  końce
zwisały po obu stronach jej wyciągniętych rąk.

–  Naszego  najlepszego  statku  pokrytego  kwantowym  pancerzem,  dysponującego  potężnym

uzbrojeniem  i  mającego  idealnie  opływowe  kształty  –  odparła  Garowyn.  –  „Ścigacza  Cieni”.  Ten
niewielki  wahadłowiec,  jedyna  radość  mojego  życia,  stanowił  szczyt  osiągnięć  imperialnych
projektantów i inżynierów. Mimo to Luke Skywalker i ta zdrajczyni z Dathomiry podstępnie zamknęli

background image

mnie  w  kapsule  ratunkowej  i  ukradli  statek!  Od  tamtego  czasu  korzysta  z  niego  akademia  Jedi.
Niedawno jednak się dowiedziałam, że jakiś Wookie i smarkacze Jedi wyprawili się moim statkiem
na Kashyyyk. Dopiero teraz mam szansę odzyskania tego, co należało kiedyś do mnie.

– No cóż, jeżeli naprawdę uda ci się odzyskać „Ścigacz Cieni”, zostanie więcej miejsca dla nas,

kiedy będziemy wracały na pokładzie szturmowego wahadłowca – odparła Vonnda Ra.

Tamith  Kai  zmierzyła  niską,  brązowowłosą  Siostrę  Nocy  zimnym  spojrzeniem.  W  końcu  się

uśmiechnęła, tym razem trochę cieplej i szczerzej.

–  Widzę  z  tego,  że  wszystkie  mamy  do  załatwienia  własne  porachunki  –  rzekła.  –  Miejmy

nadzieję, że nasza wyprawa zakończy się powodzeniem.

background image

 

 

 

Rozdział 5

 
 
–  Ależ  oczywiście,  panie  Lowbacco.  Będę  szczęśliwy,  mogąc  służyć  panu  w  ten  sposób  –

odezwał  się  Em  Teedee,  kiedy  zbliżali  się  do  Kashyyyku.  –  Obliczenie  parametrów  dalszej
trajektorii lotu będzie dla mnie drobnostką.

Lowie zaakceptował wyniki obliczeń przeprowadzonych przez małego androida i wprowadził je

ręcznie, posługując się panelem sterowniczym „Ścigacza Cieni”. Kiedy w iluminatorze pojawiła się
zielonobrązowa kula planety, siedzący obok niego wuj odetchnął z ulgą, jakby zawczasu cieszył się
na wspomnienie wszystkich woni, smaków i dźwięków rodzinnego świata. Mimo iż Lowie powracał
z  ciężkim  sercem,  także  poczuł  nagły  przypływ  podniecenia  i  radości.  Wiedział,  że  już  wkrótce
znajdzie się na bezpiecznych, spokojnych wierzchołkach drzew rosnących tylko na Kashyyyku.

– Doskonała robota, panowie Lowbacco i Chewbacco! – zapiszczał radośnie Em Teedee.
Lowie  burknął  coś  niezobowiązującego  w  odpowiedzi,  wciąż  jeszcze  oczarowany  widokiem

rodzinnej  planety.  Wyglądała  zupełnie  tak  samo,  jak  tego  dnia,  kiedy  ją  opuszczał.  Odlatywał
wówczas  na  pokładzie  „Sokoła  Tysiąclecia”  w  towarzystwie  Hana  Solo,  aby  zostać  uczniem
akademii Jedi. Jak długo nie było go w domu?

Zbyt długo. Lowie poczuł, że pragnienie ponownego zobaczenia się z rodzicami i siostrą staje się

trudne  do  zniesienia.  Obaj  Wookie  posługiwali  się  dźwigniami  sterowniczymi  w  pośpiechu,
zrodzonym z radosnego oczekiwania. W pewnej chwili, gdy „Ścigacz Cieni” obniżał lot, kierując się
ku  gęstemu  baldachimowi  liści  w  dole,  Chewbacca  ze  wzruszeniem  wskazał  urządzone  na
wierzchołkach drzew miasto, w którym dorastał on i matka Lowiego. Lowbacca zastanawiał się, czy
wuj, podróżując po całej galaktyce, także tęskni za domem tak, jak czasem jemu zdarzało się tęsknić,
kiedy  przebywał  na  Yavinie  Cztery.  Nie  wątpił,  że  pierwszego  czy  drugiego  dnia  po  lądowaniu
Chewbacca znajdzie jakoś czas, by polecieć do swojego miasta i odwiedzić resztę rodziny.

Siedzący  za  nim  bliźnięta  i  Tenel  Ka  raz  po  raz  wykrzykiwały,  podziwiając  piękno  Kaskyyyku

i rozmiary drzew porastających planetę.

– Mimo iż już tu byłam, zawsze zapominam, jakie są wielkie – mruknęła Jaina, przyciskając palce

do transpastalowej szyby iluminatora.

– Zdumiewające – przyznała Tenel Ka. – Ale gdzie znajdują się miasta?
Chewbacca  obniżył  lot  lśniącego  statku  jeszcze  bardziej,  a  Lowie  wskazał  miejsce,  gdzie

w grupach rosnących blisko siebie drzew krzyżowały się wyższe konary, niemal przesłaniając widok
niższych pięter. Spośród gęstwiny splątanych grubych gałęzi wystawały błyszczące wieże i platformy
– ślady cywilizacji wykorzystującej wszystkie cechy naturalnego środowiska.

– A – odezwała się dziewczyna, a w jej głosie dało się słyszeć zdumienie. – Aha.
–  Sprytne,  hmmm?  –  zapytał  Jacen,  pochylając  się  w  stronę  wojowniczki.  –  Starają  się,  żeby

background image

przyroda i technika szły ręka w rękę.

Lowie zaryczał, zgadzając się z opinią chłopca.
–  Pan  Lowbacca  pragnie  zauważyć,  że  technika  i  przyroda  nie  muszą  kłócić  się  ze  sobą  –

przetłumaczył Em Teedee. – Połączenie obu może być przyjemniejsze niż wybieranie tylko jednego
albo drugiego.

Kiedy  Lowie  w  końcu  dostrzegł  rodzinne  miasto,  poczuł,  że  na  nowo  ogarnia  go

zniecierpliwienie.  Robił  wszystko,  co  mógł,  by  nie  rozpiąć  sprzączek  ochronnej  sieci.  Tymczasem
Chewbacca pilotował uszkodzony wahadłowiec, kierując go ku właściwej platformie lądowniczej.

W  tej  samej  sekundzie  kiedy  „Ścigacz  Cieni”  miękko  osiadł  na  płycie  lądowiska,  Lowbacca

zeskoczył z fotela drugiego pilota i pospieszył do włazu zamkniętej śluzy. Przez iluminator sterowni
widział czekających na platformie pozostałych członków rodziny: ojca Mahraccora, matkę Kallabow
i młodszą siostrę Sirrakuk.

Otworzył  właz  i  przez  ułamek  sekundy  stał  na  progu,  skąpany  promieniami  słońca.  Wciągał

powietrze,  chłonąc  każdy  szczegół  i  napawając  się  widokiem  intensywnej  zieleni  i  brązu
wierzchołków  gigantycznych  wroszyrów.  Później  zaryczał,  witając  swoich  bliskich,  którzy
odpowiedzieli podobnym przeciągłym rykiem. Rodzice sprawiali wrażenie zdrowych i szczęśliwych,
może  jedynie  trochę  zmęczonych.  Ciepłe  błękitne  oczy  matki,  osadzone  między  kędziorami
kasztanowatej  sierści,  promieniowały  niekłamaną  dumą.  Ciemniejsze  pasmo  zdobiące  sierść  ojca
z upływem czasu ani trochę nie posiwiało.

Jedynie jego siostra wyglądała inaczej niż zazwyczaj. Była wyższa, szczuplejsza i piękniejsza niż

podlotek,  którego  pamiętał  z  czasów  kiedy  odlatywał,  ale  na  jej  twarzy  malował  się  smutek
i  przygnębienie.  Sirra  ostrzygła  futro  w  niezwykły  sposób,  wycinając  ozdobne  ścieżki,  które
przebiegały  przez  ramiona  i  głowę.  Kły  siostry  pozostały  jednak  tak  samo  ostre  i  białe,  a  sierść
wokół nosa i ust starannie uczesana i całkiem długa. Sirrakuk stanowczo wydoroślała.

Jego ojciec uniósł ręce nad głowę i przeciągle zaryczał, pozdrawiając syna po raz drugi. Lowie

także głośno ryknął i pobiegł, by przywitać się z najbliższymi.

 
Jacen,  siedząc  przy  ogromnym  stole,  po  raz  dziesiąty  żałował,  że  nie  rozumie  lepiej  mowy

Wookiech. Wciśnięty pomiędzy Lowiego a Sirrę, od czasu do czasu spoglądał na przeciwny kraniec
stołu,  gdzie  po  obu  stronach  Chewbaccy  siedziały  Tenel  Ka  i  Jaina.  Zastanawiał  się,  czy  słuchając
prowadzonej podczas obiadu głośnej i niezrozumiałej rozmowy, obie dziewczyny czują się tak samo,
jak on, zakłopotane.

Jedynym oświetleniem był ciepły blask rzucany przez przezroczyste siatkowe klatki, zawieszone

na gałęziach tworzących sklepienie jadalni i otoczone rojami mikroskopijnych świecących owadów.
Nad głowami biesiadników unosiła się woń egzotycznych przypraw zmieszana z aromatem kadzideł,
wydostającym  się  przez  wycięte  otwory  okienne  i  mieszająca  się  z  wilgotnym  powietrzem  nocy.
Intensywny  zapach  potraw,  które  rodzice  Lowiego  przygotowali  na  powitanie  przyjaciół  syna,
pobudzał gruczoły ślinowe wszystkich gości.

Funkcję  stołu  pełniła  wielka  okrągła  drewniana  płyta  odcięta  z  pnia  gigantycznego  wroszyra.

Hipnotyzujące  wzrok  koncentryczne  kręgi  wskazywały,  ile  lat  liczyło  drzewo,  zanim  posłużyło  do
budowy  stołu.  Wszystkie  krzesła  i  inne  meble  w  domu  Lowiego  sprawiały  zresztą  wrażenie
przesadnie  dużych,  przeznaczonych  dla  istot  o  wiele  wyższych  niż  przeciętni  ludzie.  Jacen
niespokojnie poruszył się na ustawionej obok stołu wysokiej ławie.

background image

W końcu zaświtała mu pewna myśl.
– Hej, a gdzie jest Em Teedee? – zapytał. – Naprawdę przydałaby się nam teraz jego umiejętność

tłumaczenia.

Jaina zarumieniła się, by po chwili ułożyć usta w ten sposób, jakby chciała powiedzieć: „o”.
– Ja... hmmm... – zaczęła się jąkać. – Myślę, że to moja wina. Pożyczyłam go, by podłączyć do

urządzeń diagnostycznych „Ścigacza Cieni”. Chciałam, żeby powiedział nam, jakie części zapasowe
musimy  zdobyć,  by  naprawić  nasz  wahadłowiec.  –  Dziewczyna  przygryzła  dolną  wargę.  –  Nie
pomyślałam o tym, że może byłoby uprzejmiej zaczekać z tym, aż skończymy rozmawiać z rodzicami
Lowiego.

Jacen  wzruszył  ramionami  i  zamknął  oczy.  Usiłował  się  skupić  na  wszystkim,  co  go  otaczało,

mając  nadzieję,  że  może  zrozumie  znaczenie  chociaż  pojedynczych  wyrazów.  Stwierdził  jednak,  że
jeżeli  aż  pięcioro  Wookiech  naraz  rozmawia,  rycząc,  warcząc,  wyjąc  i  szczekając,  prawie  nie
sposób  zrozumieć  ani  słowa  z  ich  rozmowy.  Powoli  wypuścił  powietrze  i  postarał  się  odprężyć.
Zamierzał posłużyć się Mocą, żeby stwierdzić, czy może w ten sposób odgadnąć przynajmniej sens
dyskusji.

Zza  okien  dobiegł  go  cichy  szmer  ciepłego  popołudniowego  deszczu  zapuszczającego  delikatne

palce  między  liście  majestatycznych  wroszyrów.  W  jadalni  wszakże  nadal  krzyżowały  się  dźwięki
podobne do odgłosów trwającej bitwy, choć od czasu do czasu także mieszające się z takimi, które
chłopiec  dobrze  znał  i  nawet  trochę  rozumiał.  Wyczuwał,  że  w  tych  słowach  kryje  się  radość
i oczekiwanie; nadzieja i troska. Poczuł...

Poczuł  na  ramieniu  dotknięcie  włochatej  ręki.  Zaskoczony,  uniósł  głowę  i  zobaczył  siostrę

Lowiego  wyciągającą  ku  niemu  talerz  z  porcją  smażonego  mięsa  i  świeżych  jarzyn.  Widząc,  że
chłopiec spogląda na nią, Sirra wydała uprzejme, ale dziwaczne szczeknięcie.

–  Blasterowe  błyskawice!  –  odezwał  się  szybko  Jacen.  –  Bardzo  przepraszam,  ale  czy  to

wszystko dla mnie?

Rozbawiony Lowie sapnął, po czym zatoczył ręką zamaszysty łuk, chcąc pokazać, że wszyscy inni

siedzący  przy  stole  zostali  już  obsłużeni.  Na  talerzach,  ustawionych  przed  każdym  Wookiem,
widniały wielkie porcje świeżego mięsa i stosy surowych jarzyn. Jaina miała na talerzu mniej więcej
to  samo,  co  brat,  a  Tenel  Ka  podano  mieszaninę  jarzyn  i  mięsiw,  zarówno  surowych,  jak
i  gotowanych.  Chłopiec  z  niejakim  rozbawieniem  stwierdził,  że  apetyt  dziewczyny  pozwala  jej
spożywać  posiłki  charakterystyczne  dla  obu  tak  różnych  światów:  prymitywnej  Dathomiry
i  wyrafinowanego  Hapes.  Kallabow  i  Mahraccor  musieli  się  napracować,  pragnąc  zadowolić
kulinarne gusty wszystkich gości. Jacen przyjął talerz z rąk Sirry, po czym podziękował.

Kiedy  wszyscy  Wookie  umilkli  i  w  oczekiwaniu  popatrzyli  na  Lowbaccę,  ten  wyciągnął  jedną

rękę nad swoim talerzem z jedzeniem i wydał półgłosem kilka krótkich jękliwych dźwięków. Jacen
rozpoznał parę wygłaszanych w charakterze dziękczynienia słów okolicznościowej mowy Wookiech,
które tak często słyszał z ust Lowbaccy.

Następnie  Lowie  wstał,  uniósł  wysoko  ręce  i  odgiął  na  boki  dłonie  z  wyciągniętymi  palcami,

jakby  chciał  stworzyć  ochronny  liściasty  baldachim  nad  głowami  swoich  bliskich  i  przyjaciół,  po
czym powtórzył to samo krótkie przemówienie. W odpowiedzi jego matka wydała przeciągły żałosny
skowyt.

Po chwili jednak i Wookie, i ludzie rzucili się na jedzenie, jakby nie mieli w ustach przyzwoitego

posiłku od co najmniej kilku tygodni.

background image

 
Następnego  dnia  Jaina  z  powątpiewaniem  spojrzała  na  długą  listę  części,  którą  Em  Teedee

przepisał  do  jej  elektronicznego  notatnika,  i  mruknęła  coś  wymijająco.  W  przestronnym  pokoju
młodego  Wookiego,  wydrążonym  w  części  pnia  ogromnego  wroszyra,  siedzieli  obok  niej  Jacen
i Tenel Ka. Lowie odłączył przewody od diagnostycznego panelu, ukrył je znów w środku obudowy
małego  androida,  po  czym  z  trzaskiem  zamknął  pokrywę  kryjącą  jego  wnętrze.  Tymczasem
Chewbacca  korzystając  z  faktu,  że  Jaina  i  Lowie  współpracowali  ze  sobą,  by  ustalić  listę
uszkodzonych  podzespołów  „Ścigacza  Cieni”,  wyprawił  się  na  drugi  kraniec  planety.  Zamierzał
odwiedzić pozostałych członków rodziny, z którymi nie widział się od dłuższego czasu.

Za  otwartym  oknem  spadło  kilka  ostatnich  kropli  kolejnej  przelotnej  ulewy.  Młodym  rycerzom

Jedi  towarzyszyła  Sirra,  raz  po  raz  przygładzając  sterczące  włosy  przystrzyżonej  sierści.  Zapewne
siostra  Lowiego  nie  chciała  pozostawać  sama,  ale  siedziała,  właściwie  nie  biorąc  udziału
w rozmowach.

– Popatrz na to, Lowie – odezwała się Jaina, unosząc i obracając ekran notatnika.
Młody Wookie zaczął czytać listę zniszczonych części, a kiedy skończył, zaryczał i pogrążył się

w  zadumie.  Jacen  i  Tenel  Ka  podeszli  bliżej,  aby  także  zapoznać  się  z  wykazem.  Chłopiec  błysnął
zębami, obdarzając siostrę figlarnym uśmiechem.

– Aż trudno uwierzyć, żeby jedna malutka burza jonowa mogła wyrządzić tyle szkód, hmmm?
Jaina spiorunowała go spojrzeniem.
– Gdyby twój puszysty pieszczoch nie zżarł całej izolacji z przewodów...
–  Hej,  to  niesprawiedliwe!  –  zawołał  urażony  Jacen.  –  Nawet  o  nim  nie  wiedziałem,  zanim

wystartowaliśmy z Yavina Cztery.

Chłopiec  wyjął  puchate  stworzenie  z  prowizorycznej  klatki,  którą  sporządził  dla  samicy  i  jej

młodych. Mały ośmionogi gryzoń wydawał się bardzo zadowolony z nowego gniazda.

– Nie chciałaś wyrządzić żadnych szkód – powiedział. – Prawda, Jonko?
Zbliżył  nastroszoną  puszystą  kulkę  do  twarzy  i  pieszczotliwie  pogładził  palcem  grzbiet

stworzenia. Samica cichutko zapiszczała. Chłopiec zamierzał uwolnić gryzonia, kiedy wszyscy wrócą
na Yavin Cztery, ale na razie chciał troszczyć się o niego, jak umiał najlepiej.

–  To  nie  była  wina  Jacena  –  odezwała  się  łagodnie  Tenel  Ka.  –  A  przypisywanie  winy

stworzeniu do niczego nas nie zaprowadzi.

Jaina wzruszyła jednym ramieniem.
–  Ta-a,  wiem  –  przyznała.  –  Przepraszam.  Tylko  nie  pozwólcie,  żeby  Chewie,  kiedy  wróci

wieczorem, zobaczył to paskudne małe zwierzę.

Lowie zwrócił notatnik Jainie i okazując dużą pewność siebie, krótko warknął.
–  Pan  Lowbacca  jest  niemal  pewien,  że  w  miejscowym  zakładzie  produkcyjnym  zdobędziemy

większość  umieszczonych  na  liście  podzespołów,  albo  przynajmniej  zamówimy  wykonanie
odpowiednich urządzeń zastępczych – przetłumaczył usłużnie Em Teedee.

Jaina poczuła, że w jej serce wstępuje nadzieja.
– Chodzi ci o zakład produkcyjny, w którym pracują twoi rodzice?
–  Blasterowe  błyskawice!  –  wybuchnął  nagle  Jacen.  –  Czy  jesteś  pewien?  Ten  wykaz  zawiera

przecież bardzo dużo pozycji. A co właściwie wytwarza się w tej fabryce?

Lowie  wykonał  trudny  do  określenia  gest,  po  czym  ryknął  coś  w  odpowiedzi.  Chłopiec  mniej

więcej przeczuwał, co odrzekł jego kosmaty przyjaciel.

background image

–  W  zakładzie,  w  którym  są  zatrudnieni  rodzice  pana  Lowbaccy,  jak  również  większość  innych

mieszkańców  tego  drzewnego  miasta  –  zapiszczał  miniaturowy  android  –  produkuje  się  różne
skomplikowane podzespoły komputerowe, stosowane w transporcie i telekomunikacji.

Jaina  nadstawiła  uszu,  oczyma  wyobraźni  widząc  fabrykę  wypełnioną  egzotycznymi

i niesamowicie złożonymi podzespołami i urządzeniami.

–  Na  przykład  jakie?  –  zainteresował  się  Jacen,  umieszczając  Jonkę  z  powrotem

w prowizorycznej klatce. Mały gryzoń natychmiast sprawdził, czy potomstwu nie stało się nic złego,
po czym zaczął myszkować po wymoszczonym gnieździe.

Tym razem Lowie dość długo gestykulował i ryczał, wskutek czego tłumaczenie jego słów zajęło

więcej czasu.

– Między innymi, w fabryce są wytwarzane systemy  naprowadzania,  stosowane  w  planetarnych

stacjach kontroli lotów – zaczął mały android. – Produkowane są także podsystemy nawigacyjne i ich
moduły  rezerwowe,  a  także  systemy  taktyczne,  generatory  kodów  wysyłanych  sygnałów,
wielofazowe...

– Hej, myślę, że mniej więcej rozumiem, o co chodzi – przerwał Jacen. – Dzięki, Em Teedee.
Jaina  z  trudem  powstrzymała  się,  żeby  nie  zachichotać.  Jej  wiecznie  ciekawski  braciszek

otrzymał znacznie więcej informacji, niż pragnął.

–  Lowie,  czy  znasz  jakiś  sposób,  żebyśmy  mogli  przelecieć  „Ścigaczem  Cieni”  bliżej  twojego

domu,  tak  by  naprawy  statku  zajęły  mniej  czasu?  –  zapytała.  –  Lądowisko  w  hangarze,  gdzie  go
zostawiliśmy, znajduje się przecież na drugim krańcu miasta. Będziemy mieli kłopoty z naprawami,
jeżeli wiesz, o co mi chodzi.

Lowie pokręcił głową, ale po chwili zaryczał, widocznie pragnąc coś zaproponować.
– Pan Lowbacca chciałby zauważyć... – zaczął tłumaczyć Em Teedee.
– Ta-a, chyba wiem, o co mu chodzi – wpadła w słowo Jaina, z wysiłkiem starając się zrozumieć

chociaż  kilka  słów  spośród  tych,  które  wypowiedział  młody  Wookie.  –  Możemy  wyciągać
uszkodzone moduły po jednym albo po dwa, przynosić do domu Lowiego i dopiero tu zajmować się
naprawami. – Promiennie się uśmiechnęła. – To wspaniały pomysł. No, to na co jeszcze czekamy?

background image

 

 

 

Rozdział 6

 
 
Poranny wietrzyk rozwiewał włosy rudobrązowej sierści Lowiego, który stał obok przyjaciół na

platformie obserwacyjnej, umieszczonej na wierzchołku najwyższego drzewa. Gładka powierzchnia
zajmowała całkiem sporo miejsca, a o tak wczesnej porze nie przebywał na niej nikt oprócz czworga
młodych  Jedi.  Wszyscy  uznali,  że  jest  idealnym  miejscem,  na  którym  mogliby  rozprostować  kości
i wykonać na świeżym powietrzu kilka ćwiczeń.

Powietrze  było  przesycone  intensywnymi  zapachami  kwitnących  wiosną  roślin,  młodych  liści

i  drewna,  rozgrzanego  przez  promienie  słońca.  Na  skraju  platformy  przycupnęła  siostra  Lowiego,
Sirra.  Przyglądała  się,  jak  młodzi  Jedi  przystępują  do  wykonywania  indywidualnych  ćwiczeń
gimnastycznych.

Lowie dokładał starań, żeby nikt nie zauważył, iż dyskretnie obserwuje siostrę. Obawiał się, że

jeżeli Sirra zorientuje się, iż poświęca jej dużo uwagi, może poczuć się rozdrażniona, wskutek czego
stanie się jeszcze bardziej uparta niż dotychczas. O wielu ważnych problemach w ogóle nie mówili;
Lowie był jednak pewien, że już wkrótce będzie musiał poruszyć je w rozmowie z Sirra.

Skierował  złociste  oczy  na  środek  platformy  i  przez  chwilę  obserwował,  jak  Jacen  wykonuje

pompki, a Jaina ćwiczy przewroty. Tenel Ka, zwinniejsza niż kiedykolwiek, stanęła na jednej nodze,
a  potem  schyliła  się  i  wyprostowała  drugą  poziomo  w  tył,  pokazując,  jak  wygląda  jaskółka.  Po
chwili pochyliła się jeszcze bardziej i skierowała drugą nogę ku niebu.

Lowie  oparł  dłonie  na  ciepłej  drewnianej  powierzchni  platformy,  a  potem  odbił  się  i  stanął  na

rękach.  Kiedy  Jaina  minęła  go,  wykonując  gwiazdy,  zaryzykował  i  po  raz  kolejny  rzucił  okiem  na
Sirrę. Od czasu kiedy poprzedniego dnia przyleciał, młodsza siostra prawie wcale się nie odzywała,
chociaż instynktownie szukała jego towarzystwa. Lowie nie potrafił przestać się zastanawiać, o czym
myśli  Sirra.  Czy  może  miała  mu  za  złe  to,  że  odziedziczył  talent  Jedi,  podczas  gdy  ona  nie
wykazywała  takich  umiejętności?  Może  obwiniała  go  za  śmierć  Raaby?  Albo  obraziła  się  na
przyjaciół, których zaprosił do domu?

Oboje różnili się od siebie tak bardzo, że młody Wookie pomyślał, czy naprawdę kiedykolwiek

dobrze się rozumieli. Lowie był zamyślony, poważny i zamknięty w sobie, a Sirra rozhukana, pewna
siebie i nie ukrywająca własnych myśli. Lowbacca robił wszystko, by nie zwracać na siebie uwagi
znajomych  i  nieznajomych,  podczas  gdy  jego  siostra  uwielbiała  zaskakiwać  swoim  wyglądem
i  zachowaniem.  Z  jakiegoż  innego  powodu  wystrzygłaby  sierść  w  okolicach  kostek,  kolan
i nadgarstków w taki sposób, że utworzyły się niezwykłe wzory?

Sirra i Lowie darzyli się zawsze bezgranicznym zaufaniem... ale czy teraz siostra nadał mu ufała?
Tenel  Ka,  wykonując  w  powietrzu  zgrabne  salta,  na  chwilę  przesłoniła  pole  widzenia  młodego

Wookiego.  Lowie  poczuł,  że  traci  równowagę,  ale  szybko  ją  odzyskał,  po  czym  zaczął  uginać

background image

i prostować ręce.

–  Hej,  Lowie!  –  usłyszał  nagle  za  plecami  okrzyk  Jacena.  –  Czy  nie  zechciałbyś  nauczyć  mnie

chociaż kilku słów swojej mowy?

Młody Wookie zamruczał na znak zgody.
–  Pan  Lowbacca  mówi,  że  nie  ma  nic  przeciwko  temu,  aby  zostać  pana  nauczycielem  –

przetłumaczył miniaturowy android.

Jaina zachichotała.
–  A  to  heca,  Em  Teedee  –  powiedziała.  –  Wydawało  mi  się,  że  Lowie  powiedział  tylko:

„dobrze”.

– No cóż, przypuszczam, że naprawdę tak może brzmieć inne tłumaczenie – odparł Em Teedee,

tym razem jakby trochę zirytowany. – Uważam jednak, że wydaje się cokolwiek prozaiczne.

Lowie szczeknął, zanosząc się od śmiechu, a potem znów popatrzył na Sirrę, żeby przekonać się,

czy przysłuchiwała się rozmowie. W tej samej chwili siostra odwzajemniła jego spojrzenie, po czym
odwróciła  się  plecami  i  usiadła  na  samej  krawędzi  platformy.  Jej  kołyszące  się  nogi  zwisały  nad
przepaścią  kończącą  się  baldachimem  liści.  Zaczęła  wypatrywać  czegoś  na  niższych  poziomach...
Zapewne rozmyślała o niewidocznych głębinach, z których nie powróciła Raaba.

– No cóż, panie Lowbacco – odezwał się Em Teedee, dla odmiany urażonym tonem. – Ponieważ

nauczył pan innych swojej mowy, domyślam się, że nie zechce pan dłużej korzystać z moich usług.

–  Oczywiście,  że  będziemy  ciebie  nadal  potrzebowali,  Em  Teedee  –  rzekła  Jaina.  –  Nigdy  nie

zrozumiemy każdego słowa, które powie Lowbacca.

Młody  Wookie,  okazując  roztargnienie,  burknął  coś  na  znak,  że  przyznaje  jej  rację.  Nie

przestawał  spoglądać  na  zgarbioną  sylwetkę  Sirry.  Nagle  przyszło  mu  do  głowy,  że  chociaż
przyleciał do domu, żeby wesprzeć siostrę w trudnych chwilach, właściwie nie miał pojęcia, w jaki
sposób  to  uczynić.  Doskonale  uświadamiał  sobie,  że  sama  jego  obecność  nie  wystarczy.  Chciałby
chociaż spróbować porozmawiać z Sirrą, ale martwił się tym, co będzie, jeżeli jego siostra boryka
się z problemami, których nie potrafi rozwiązać? A co, jeżeli jednym z tych problemów jest jej brat,
który  dając  niebezpieczny  przykład,  niejako  zmusił  siostrę,  by  go  naśladowała,  mimo  iż  mogło  to
grozić śmiercią?

Nadal stojąc na rękach, Lowie przestał się skupiać na ćwiczeniu i nagle stracił równowagę, tym

razem z fatalnym rezultatem. Przez chwilę starał się ponownie stanąć prosto, niepewnie chwiejąc się
w  jedną  i  drugą  stronę.  Zdziwiony  Em  Teedee  głośno  zapiszczał.  W  tej  samej  chwili  Lowie  się
przewrócił i z głuchym hukiem wylądował na pośladkach.

Jaina  natychmiast  pospieszyła  z  pomocą,  co  wprawiło  młodego  Wookiego  w  jeszcze  większe

zakłopotanie.

– Czy nic ci się nie stało? – zapytała.
Lowie  bardzo  chciałby,  żeby  koleżanka  nie  zwracała  uwagi  na  to,  co  się  stało.  Na  korzyść

dziewczyny  przemawiał  jednak  fakt,  że  kiedy  się  przekonała,  iż  Lowie  nie  jest  ranny,  natychmiast
wróciła na środek platformy i zajęła się wykonywaniem następnych ćwiczeń. Starała się udawać, że
nie widzi, jak Lowie wstaje z drewnianych desek, a potem otrzepuje sierść z kurzu.

Młody  Wookie,  zawstydzony  własną  niezręcznością,  polecił  androidowi-tłumaczowi,  by

wyłączył się na jeden okres odpoczynku. Przeszedł na skraj platformy i usiadł obok Sirry, po czym
przełożył  nogi  przez  krawędź  i  pozwolił,  by  zwisały  nad  przepaścią.  Ponieważ  nie  wiedział,  od
czego  zacząć,  odczekał  chwilę,  licząc  na  to,  że  może  pogrążona  we  własnych  myślach  siostra

background image

odezwie się pierwsza. Obserwując ją kątem oka, ponownie zaczął się zastanawiać, co sprawiło, że
oboje  tak  bardzo  różnili  się  od  siebie.  Nie  potrafił  zrozumieć,  jakim  cudem  dwoje  tak  odmiennych
dzieci mogło mieć tych samych rodziców.

Lowie  wykazywał  duże  umiejętności,  jeżeli  chodziło  o  władanie  Mocą,  ale  Sirra  ani  nie  miała

takiego talentu, ani nie zamierzała zostać rycerzem Jedi. Cichy, pogrążony w myślach brat był zawsze
przeciwieństwem ufnej we własne siły i rozmownej siostry... rozmownej aż do niedawna, kiedy stała
się skryta i zamknięta w sobie. Poza tym Lowie potrafił całymi godzinami zgłębiać tajniki systemów
komputerowych, a Sirra bardzo szybko traciła zainteresowanie tym, co robiła, i zajmowała się czymś
innym,  byle  tylko  zaspokoić  żądzę  przygód  i  poznawania  świata.  Co  więcej,  Lowie  zawsze  chlubił
się tym, że jest posłuszny. Uważał, że łatwiej mu jest robić to, czego spodziewają się inni, niż tracić
czas i energię na bezsensowne akty buntu, wymierzonego przeciwko starszym i przełożonym.

Kiedy uświadomił sobie ten fakt, zerknął na widoczne w różnych miejscach ciała siostry pasma

krótko  przystrzyżonej  sierści.  O  ile  wiedział,  nikt  z  dorosłych  Wookiech,  których  znał,  i  tylko
nieliczni  młodzi  strzygli  sierść  w  podobnie  fantazyjne  wzory.  Postanowił  w  końcu  spytać  Sirrę
właśnie  o  to,  aby  zacząć  rozmowę.  Przełamując  wewnętrzny  opór,  zapytał,  czy  takie  wystrzyżenie
sierści chłodzi ciało podczas upałów.

Sirra wzruszyła ramionami. To nie był powód, dla którego ostrzygła sierść w taki sposób.
Czy była to oznaka żałoby? Po Raabie?
Sirra prychnęła na samą myśl o tym, że może to być jedyny powód.
Czyżby więc bunt?
Sirra przez chwilę zastanawiała się nad pytaniem, po czym niepewnie westchnęła. Zapewne sama

nie bardzo wiedziała, co powiedzieć. Uważała to za... pewien sposób okazania na zewnątrz tego, co
czuła w środku, a czego inni nie widzieli: że była inna niż wszyscy.

Lowie  wydał  gardłowy  pomruk,  zastanawiając  się  nad  tą  odpowiedzią.  Dotychczas  uważał  za

oczywiste, że każdy Wookie różni się czymś od wszystkich pozostałych.

Sirra pokręciła głową, po czym nagle zerwała się na równe nogi. Lowie natychmiast zauważył, że

jest rozdrażniona. Zapewne nie zrozumiał, o co jej chodzi, gdyż okrążyła niemal pół platformy, zanim
gestem dała mu znak, by za nią poszedł. Musiał niemal biec, by dotrzymać siostrze kroku.

W  końcu  Sirra  ponownie  przemówiła,  mimo  iż  jej  głos  wyraźnie  załamywał  się  ze  wzruszenia.

Pokazując na wystrzyżoną sierść na przegubach i łokciach, powiedziała, że uczyniła to w tym celu, by
pokazać wszystkim innym, iż nie jest taka jak oni.

Myśląc, co odrzec, Lowie figlarnie przekrzywił głowę, ale Sirra jeszcze nie skończyła wyjaśniać,

o  co  jej  chodziło.  Powiedziała,  że  nie  dysponuje  umiejętnościami  Jedi,  jak  jej  brat,  i  dlatego  ich
rodzice  dawno  postanowili,  że  będzie  pracowała  w  fabryce,  w  której  wytwarzano  komputerowe
podzespoły.  Sirra  wszakże  nie  miała  ochoty  pracować  tak,  jak  wszyscy  inni.  Nie  widziała  niczego
ciekawego w monotonnym składaniu komputerów, a poza tym nie cieszyła się opinią bardzo dobrej
programistki.  Uniosła  rękę,  zacisnęła  palce  w  pięść  i  głośno  ryknęła...  Chciała,  żeby  w  życiu
spotkało ją coś bardziej podniecającego!

Lowie  z  powagą  pokręcił  głową.  Wookie  potrafili  być  doskonałymi  inżynierami,  naukowcami

i  pilotami  –  kimkolwiek  pragnęli.  Sukcesy  nie  przychodziły  jednak  bez  trudu.  Lowbacca  kiwnął
głową w stronę przyjaciół, chcąc podkreślić, jak ciężko ćwiczą właśnie w tej chwili. Oboje Wookie
przez chwilę szli w milczeniu obok siebie.

Tymczasem Jacen, Jaina i Tenel Ka skończyli ćwiczenia i wychylili się przez krawędź platformy,

background image

by podziwiać piękno baldachimu liści. W pewnej chwili Jacen wyciągnął rękę.

– Hej, Lowie, jak nazywają się te drzewa? – zapytał.
Lowie szczeknął w odpowiedzi. Wroszyry.
Kiedy  idąc  u  boku  siostry,  minął  grupę  trojga  Jedi,  zapytał  siostrę,  co  zamierza  robić  w  życiu.

Sirra jęknęła i niepewnie wzruszyła ramionami.

Lowie przez chwilę się zastanawiał, po czym zapytał, co chciałaby robić.
Westchnęła  ciężko,  po  czym  rozłożyła  szeroko  ręce,  jakby  pragnęła  objąć  nimi  i  bezkresny  las,

i  całe  niebo.  Uwielbiała  chodzić  na  wycieczki  i  wyprawy.  Pasjonowała  się  poznawaniem  nowych
miejsc  i  zdobywaniem  wiedzy.  Cieszyła  się,  kiedy  mogła  czuć  się  wolna,  podobnie  jak  czuł  się
Lowie,  gdy  wyprawiał  się  w  przestworza  gwiezdnym  skoczkiem.  Co  więcej,  Sirra  lubiła  sama
decydować o swoim losie. Nie znosiła, kiedy ktoś mówił jej, co i kiedy robić.

Lowie zawył, wymieniając nazwy odległych miast Kashyyyku; przecież istnieją inne fabryki, inne

zawody.  Sirra  machnęła  ręką,  jakby  odpędzając  samą  myśl  o  takich  prozaicznych  obowiązkach.
Chciała robić w życiu coś ważnego, coś naprawdę niezwykłego. W jej głosie zabrzmiała nagle uraza,
jaką żywiła jednak wobec brata i jego przyjaciół Jedi. Przed nimi wszystkimi otwierały się przecież
ogromne możliwości. Sirra pragnęła mieć taką samą szansę.

Posługując  się  Mocą,  bliźnięta  i  Tenel  Ka  zaczęli  po  kolei  wzbudzać  fale  na  powierzchni

liściastego  baldachimu.  Wyglądało  to,  jakby  liście  były  muskane  podmuchem  powietrza,
wywołanego przez ruch skrzydeł niewidzialnego drapieżnika. Sirra burknęła coś, wyraźnie oburzona,
po  czym  wyciągnęła  rękę  i  pokazała  Lowiemu  młodych  Jedi,  którzy  krzyżowali  i  splatali  gałęzie
drzew, przyspieszając ruch biegnących po liściach zmarszczek Mocy.

Sirra  była  pewna,  że  nigdy  nie  marnowałaby  talentu  w  taki  sposób.  Wiedziała,  że  już  niedługo

musi  zmierzyć  się  z  kwiatem  syreniowca,  aby  udowodnić  wszystkim,  jak  jest  silna  i  odważna.
Oświadczyła, że wątpi, aby młodzi rycerze przeżyli chociaż pięć minut, przebywając na najniższym
poziomie  dżungli.  Upierała  się,  że  władanie  Mocą  nie  zapewni  im  bezpieczeństwa  ani  nie  ocali
życia, jeżeli będą wykorzystywali swoje umiejętności do takich igraszek.

Lowie  obdarzył  siostrę  prowokującym  spojrzeniem,  po  czym  podjął  próbę  wytłumaczenia  jej

trudnych  pojęć,  których  najwidoczniej  nie  rozumiała.  Oświadczył,  że  przyjaciele  tylko  „doskonalą”
własne umiejętności, a nauka i ćwiczenia nigdy nie idą na marne. Zapewnił siostrę, że Jaina, Jacen
i Tenal Ka są o wiele silniejsi, niż można byłoby sądzić po tym, co robią.

Zbyła  jego  wyjaśnienia  wzruszeniem  ramion  i  ponownie  ruszyła  skrajem  skąpanej  w  blasku

słońca platformy. Wyprowadzony z równowagi Lowie zapytał, co ma zrobić, aby pomóc jej uporać
się z problemem.

Na twarzy Sirry odmalowało się prawdziwe zdumienie: nie prosiła o pomoc w czymkolwiek!
Tym  razem  Lowie  sprawiał  wrażenie  zaskoczonego.  Zapytał,  czy  widząc  siostrę  cierpiącą  albo

zakłopotaną, nie mógł wyciągnąć wniosku, iż powinien jej pomóc?

Sirra  zmrużyła  oczy.  Wydała  całą  serię  burkliwych  dźwięków,  pragnąc  przypomnieć  bratu,  że

zaledwie przed kilkoma minutami upadł, narażając na szwank swoją... swoją godność.

Czy wówczas także pragnął, by ktoś inny pomagał mu uporać się z problemem?
Lowie pokręcił głową. Sirra uniosła brwi, pytając, czy teraz ją rozumie.
Lowie zrozumiał, co miała na myśli, ale uważał, że to nie to samo. On przecież wiedział, że Sirra

potrzebuje pomocy.

Siostra  ponownie  usiadła  na  krawędzi  platformy,  po  czym  zapatrzyła  się  w  dół,  na  sąsiednie

background image

wroszyry.  Lowie  przykucnął  obok,  szczerze  zatroskany,  i  po  chwili  wyraz  twarzy  Sirry  złagodniał.
Powiedziała, że nie chce, aby brat rozwiązywał jej problemy, ale to nie oznaczało, iż nie pragnie, by
jej pomógł.

Lowie uzmysłowił sobie, że pomaga siostrze, po prostu będąc przy niej i słuchając.
Położył dłoń na ramieniu Sirry, a ona przysunęła się bliżej. Wyglądało na to, że na razie obojgu to

wystarcza.

background image

 

 

 

Rozdział 7

 
 
Siedząc  na  niezwykłej  ruchomej  grzędzie,  Jaina  spoglądała  na  zaawansowane  pod  względem

technicznym  drzewne  miasto.  Nie  mogła  się  oprzeć  wrażeniu,  że  Kashyyyk  przypomina  organiczną
wersję Coruscant.

Dziewczyna  przebywała  na  wysokości  baldachimu  liści,  otoczona  budowlami  zakładów

przemysłowych i domami mieszkalnymi Wookiech. Widziała wysmukłe wieże, przez które uchodziły
gazy  przemysłowe,  i  krystaliczne  okna,  odbijające  przysłonięte  mgiełką  szarobiałe  niebo.
Wierzchołki najwyższych drzew wznosiły się ponad baldachim liści niczym iglice wysokościowców,
porośnięte  gąszczami  liści.  Widoczna  w  oddali  ogromna  kępa  majestatycznej  roślinności
przypominała wielką wyspę otoczoną falującą zielenią koron sąsiednich wroszyrów. Wyglądała jak
podobne do piramid wieże Pałacu Imperialnego na Coruscant.

Jaina  poczuła  w  sercu  ukłucie  nostalgii.  Doszła  do  wniosku,  że  chciałaby  znów  zobaczyć  się

z matką. Uświadomiła sobie jednak, że kiedy ostatnio ona i Jacen wrócili na planetę będącą stolicą
Nowej  Republiki,  stracili  przyjaciela,  Zekka,  który  został  porwany  i  uprowadzony  na  pokład
imperialnej stacji, Akademii Ciemnej Strony...

Pośród  gęstwiny  liści  było  widać  skupiska  domów  Wookiech,  kryjących  na  ogół  przytulne

mieszkania.  Budowle  połączono  z  kompleksem  zakładu  produkcyjnego  za  pomocą  sieci  naturalnych
dróg  przebiegających  przez  wierzchołki  drzew  i  przypominających  szprychy  ogromnego  koła.  Po
szerokich  drzewnych  drogach  człapały  sprowadzone  z  innego  świata  banthy,  od  czasu  do  czasu
ocierając  bokami  o  wystające  gałęzie  drzew,  porośnięte  zielonymi  liśćmi.  Powoli  pokonywały
odległości,  z  wysiłkiem  stąpając  po  potężnych  wygładzonych  konarach,  które  rosły  na  wysokości
kilkuset metrów powyżej zdradzieckich i nie uczęszczanych najniższych poziomów prastarego lasu.

Czworo  młodych  przyjaciół  i  Sirra  wyruszyli  z  domu  Lowiego  do  kompleksu  fabryki,  gdzie

wytwarzano komputerowe urządzenia. Zwierzę, na którego grzbiecie podróżowali, było na tyle silne
i  duże,  że  na  wyściełanych  siedzeniach  przywiązanych  do  grzbietu  mogli  jechać  wszyscy  pięcioro.
Skóra  bantha  wydzielała  intensywną  woń,  drażniąca  nozdrza  Jainy.  Przy  każdym  kroku  zwierzęcia
dźwięczały  dzwonki  sporządzone  z  wypolerowanej  mosiężnej  blachy  i  przyczepione  do
jaskrawoczerwonych taśm uprzęży.

Jacen  od  czasu  do  czasu  poklepywał  ogromną  bestię  pociągową,  porośniętą  sztywną  jak  druty

żółtobrunatną  sierścią.  Uważał,  że  przejażdżka  na  grzbiecie  bantha  jest  jak  dotąd  najciekawszą
częścią  wyprawy  do  fabryki.  Poganiacz,  podobny  do  myszy  Sullustanin  o  połyskujących
w promieniach słońca ogromnych oczach, przykucnął między dwoma prążkowanymi wielkimi rogami
zakręcającymi  się  wokół  łba  zwierzęcia.  Łagodna  bestia  kroczyła  drzewną  drogą,  nie  zwracając
uwagi na gęstwinę rosnących po obu stronach liści.

background image

–  Banthy  wyhodowano  jako  zwierzęta  pociągowe  wędrujące  po  pustyniach  –  odezwał  się

piskliwym tonem Jacen. – Wygląda jednak na to, że temu gościowi podoba się na Kashyyyku.

To  prawda  –  pomyślała  Jaina.  Zwierzę  sprawiało  wrażenie  dobrze  odkarmionego  i  zdrowego,

a  nawet  jakby  zadowolonego,  że  może  przewozić  podróżnych  z  dzielnic  mieszkaniowych  do
głównego  kompleksu  zabudowań  fabryki.  Czasami  spotykali  innych  Wookiech,  którzy  spiesząc  do
pracy, bez trudu pokonywali odległość, stawiając długie kroki.

Na wyściełanym siodle obok Jacena siedziała Tenel Ka. Gotowa na wszystko, spoglądała przed

siebie, ale z wyrazu jej twarzy nie można byłoby odgadnąć, o czym myśli. Lowie i Sirra jechali na
wygodnych siedzeniach z tyłu, pogrążeni w beztroskiej rozmowie.

Jaina  cieszyła  się  na  myśl  o  wyprawie  do  zakładu,  w  którym  produkowano  komputerowe

urządzenia. Nie mogła się doczekać, kiedy obejrzy cuda techniki i zwiedzi zakład przemysłowy, jaki
zbudowali Wookie na swoim niezwykłym świecie. Zapewne Lowie  cieszyłby się podobnie jak ona,
gdyby tak bardzo nie martwił się o siostrę.

Banth  znieruchomiał  przed  główną  bramą  i  cierpliwie  czekał,  aż  pasażerowie  zejdą  z  jego

grzbietu.  Korzystając  ze  specjalnych  uchwytów  dla  rąk,  przymocowanych  z  boku  wyściełanych
siedzeń, wszyscy zaczęli się zsuwać po owłosionych bokach zwierzęcia, by zeskoczyć na sczepione
ze sobą deski platformy. Ponieważ system transportu wykorzystujący banthy został pomyślany w ten
sposób, aby mogli korzystać z niego wysocy Wookie, platforma znajdowała się o metr niżej, niż Jaina
się spodziewała. Dziewczyna zastanawiała się, w jaki sposób drobnokościsty Sullustanin wspina się,
by zająć miejsce między rogami bestii.

Lowie  zapłacił  poganiaczowi  kilka  żetonów  kredytowych,  po  czym  banth  odwrócił  się

i  poczłapał  z  powrotem  po  oczyszczonej  z  roślinności  drzewnej  autostradzie.  Podążył  w  kierunku
kolejnej wysepki będącej dzielnicą mieszkaniową, by poszukać nowych pasażerów.

Jaina  popatrzyła  na  wielopoziomowy  kompleks  budynków  przemysłowych.  Ujrzała  platformy

i  poziomy  wznoszące  się  jedne  nad  drugimi,  sięgające  najwyższych  gałęzi.  Podniecony  Lowie
zaryczał,  wskazując  pozostałym  platformę  znajdującą  się  nad  nimi  i  za  ich  plecami.  Spoglądając
z  ukosa  i  z  dołu,  Jaina  nie  mogła  dostrzec  jej  powierzchni.  Po  chwili  zauważyła  jednak,  jak
z  drażniącym  słuch  rykiem  doładowywanych  silników  napędu  podświetlnego  oderwał  się  od  niej
mały statek.

– To przecież stary myśliwiec typu Y – powiedziała, natychmiast rozpoznając nieco przestarzałą

konstrukcję kadłuba.

Maszyny  typu  Y  miały  niewielką  sterownię  w  kształcie  zaokrąglonego  ostrosłupa,  po  którego

bokach  umieszczano  dwa  długie  cylindryczne  pojemniki  z  silnikami.  Całość  nadawała  myśliwcowi
charakterystyczny kształt litery, od której brał swoją nazwę. Statek, który oderwał się od platformy,
został  jednak  odnowiony  i  zmodernizowany,  a  jego  hałaśliwe  silniki  dysponowały  teraz  o  wiele
większą  mocą.  Kiedy  włączyły  się  dopalacze,  umieszczone  za  pojemnikami  z  silnikami,  myśliwiec
typu Y wzniósł się w niebo.

Po  chwili  z  platformy  wystartował  drugi  identyczny  statek.  Przez  jakiś  czas,  kiedy  pilot

orientował  go  w  położeniu,  wisiał  nieruchomo,  po  czym  poszybował  w  ślad  za  poprzednim.
Niedługo potem w powietrze wzniosła się trzecia i czwarta maszyna.

Jaina spoglądała na nie, nie ukrywając podziwu.
–  Zapewne  cała  eskadra  –  domyśliła  się,  po  czym  nagle  przypomniała  sobie  coś,  co  kiedyś

usłyszała.  –  Jeżeli  mamy  walczyć  przeciwko  Drugiemu  Imperium,  Nowa  Republika  będzie

background image

potrzebowała  wszystkich  maszyn,  jakie  może  zmobilizować  do  walki.  Ponieważ  nie  ma  czasu  na
konstruowanie  nowych  myśliwców,  najlepszym  wyjściem  jest  modernizowanie  starych,  które  po
upadku Imperium zostały zabezpieczone w różnych hangarach.

– Jak sądzisz, na czym polega ta modernizacja? – zainteresował się Jacen.
– No cóż, myśliwce typu Y nie były wcale złymi maszynami – odparła dziewczyna, wzruszając

ramionami.  –  W  czasach  Rebelii  spisywały  się  doskonale,  ale  teraz,  kiedy  dysponujemy  nowymi
rozwiązaniami  konstrukcyjnymi  i  technologiami,  możemy  udoskonalić  silniki  w  taki  sposób,  by
zwiększyć  możliwości  nadprzestrzennych  powielaczy.  Ponieważ  przebywamy  na  Kashyyyku,  idę
o  zakład,  że  maszyny  mają  instalowane  także  nowe  komputery  nawigacyjne,  systemy  taktyczne,
moduły umożliwiające naprowadzanie na cel, a także komputerowe centralne jednostki sterujące.

Lowie  i  Sirra  zaczęli  energicznie  kiwać  głowami,  by  potwierdzić,  że  Jaina  się  nie  myli.

Tymczasem  dziewczyna  spoglądała  w  górę  i  obserwowała,  jak  kolejne  maszyny  typu Y,  jedna  po
drugiej, wzbijają się w niebo i dołączają do poprzednich.

Sirra powiedziała coś jeszcze, co natychmiast przetłumaczył Em Teedee:
–  Pani  Sirra  sugeruje,  żebyśmy  pozostali  tu  i  patrzyli,  ponieważ  piloci  zmodernizowanych

myśliwców  bardzo  często  sprawdzają  nowe  systemy  swoich  maszyn.  Zapewnia  nas,  że  widok
dosłownie zapiera dech w piersi.

Lowie  zaryczał,  zgadzając  się  ze  zdaniem  młodszej  siostry.  Jaina  nie  potrzebowała  dalszej

zachęty, aby śledzić powietrzne akrobacje.

Kiedy  w  powietrze  wzbiło  się  dwanaście  maszyn,  utworzyły  koło  i  zaczęły  krążyć  nad

kompleksem  zabudowań  fabryki.  Leciały  jeden  za  drugim,  tworząc  krąg  potężnych  gwiezdnych
statków.  Ryk  silników  przypominał  grzmot  wyładowań  przenikających  przez  górne  warstwy
atmosfery.  Po  chwili  piloci,  naśladując  manewr  wykonany  przez  dowódcę,  obniżyli  lot  maszyn.
Przelecieli nad głowami pięciorga przyjaciół z hukiem przypominającym trzaśniecie z bicza.

Później wszystkie Y-skrzydłowce utworzyły figurę w kształcie ósemki. Leciały tak blisko siebie,

że ich kadłuby niemal się stykały. Jednak dzięki nowym systemom nawigacyjnym i silnikom idealnie
sprawowały  się  w  szyku.  Jaina  poczuła,  że  ogarniają  uniesienie.  Zdumiona  patrzyła,  prawie
zapominając o oddychaniu.

Pomyślała,  że  gdyby  Qorl  i  inni  dostojnicy  Drugiego  Imperium  mogli  oglądać  ten  wspaniały

pokaz,  zapewne  zastanowiliby  się  dwa  razy,  nim  zdecydowaliby  się  na  zaatakowanie  Nowej
Republiki.

W  jednej  z  konstrukcji  łączących  centralne  poziomy  kompleksu  przemysłowego  z  platformą,  na

której  właśnie  stali,  rozsunęły  się  nagle  jakieś  drzwi.  Ukazał  się  w  nich  wyjątkowo  wysoki
wrzecionowaty  android.  Sztywno  stawiał  nogi,  wyglądające  jak  cienkie  rurki  wsporników,
i  wyciągał  długie  ręce  barwy  wypolerowanej  miedzi.  Automat  wyposażono  w  kanciastą  głowę
o  zaokrąglonych  krawędziach,  przy  czym  czujniki  optyczne  rozmieszczono  na  wszystkich  czterech
płaszczyznach  bocznych. Android  ostrożnie  stawiał  okrągłe  stopy  i  kroczył  dumnie  wyprostowany,
z wdziękiem pająka starając się utrzymywać równowagę.

–  Pozdrawiam  was,  czcigodni  goście  –  odezwało  się  urządzenie,  niepewnie  zginając  nogi

w przegubach. – Jestem androidem-przewodnikiem i z radością oprowadzę was po fabryce. Zostałem
poinstruowany,  by  pokazać  wam  wszystkie  pomieszczenia.  Prawdę  mówiąc,  jest  to  rozszerzony
program  zwiedzania,  który  prezentujemy  tylko  bardzo  dostojnym  gościom.  Będę  rozmawiał  z  wami
w  basicu,  chyba  że  wolicie,  abym  porozumiewał  się  w  mowie  Wookiech,  Sullustan,  Bothan  czy

background image

jakimś innym języku.

Jaina pokręciła głową.
– Nie, basie w zupełności nam odpowiada, dziękujemy – oznajmiła.
Android-przewodnik  wykonał  piruet,  obracając  się  na  jednej  podobnej  do  pręta  nodze.  Jaina

domyślała  się,  że  konstruktorzy  urządzenia  postarali  się,  by  wysokość  automatu  pozwalała  mu  bez
trudu porozumiewać się z gośćmi zaliczającymi się do rasy Wookiech.

Tymczasem android ruszył przodem, stąpając sztywno jak modliszka.
– Widzieliście już nasz poranny pokaz powietrznych akrobacji – powiedział. – Przejdźmy zatem

do tego, co najciekawsze.

 
Ponieważ  Jaina  uwielbiała  przyglądać  się  i  poznawać,  jak  działają  rozmaite  mechanizmy,

interesowała się każdym stanowiskiem montażowym.  W  powietrzu  czuć  było  woń  różnych  smarów,
środków  do  zamrażania  i  substancji  przyspieszających  proces  lutowania.  W  halach  montażowych
brzęczenie i mruczenie automatów nakładało się na wszechobecny jednostajny szum, napływający od
strony tysięcy skomplikowanych laboratoriów produkcyjnych.

Jaina  spojrzała  w  górę  na  sklepienie  wysoko  nad  ich  głowami.  Dostrzegła  osadzone  w  nim

panele jarzeniowe, zalewające korytarze nieustannym mlecznym blaskiem. W regularnych odstępach,
gdzie korytarze krzyżowały się ze sobą, mijała umieszczone w podłodze zapadnie, przez które można
się było przedostać na niższe piętra fabryki, a w przypadku zagrożenia nawet na najniższe poziomy
dziewiczego lasu.

Android-przewodnik  zaprowadził  gości  do  pomieszczenia  zajmowanego  przez  ciągnące  się  od

podłogi  do  sufitu  przezroczyste  cylindry.  Ogromne  walce  przypominały  kolumny  wypełnione
bąbelkującą  cieczą,  która  omywała  matryce  z  iskrzącymi  się  przedmiotami,  podobnymi  do
diamentów.

– A  tu  widzicie  zbiorniki,  w  których  hodujemy  kryształy  –  odezwał  się  android,  zwiększywszy

natężenie  głosu,  aby  goście  mogli  go  usłyszeć  mimo  bulgotania  cieczy  i  szumu  wentylatorów
zapewniających  właściwy  obieg  powietrza.  –  Te  starannie  ukształtowane  pojemniki  poddajemy
działaniu  impulsów  elektrycznych  o  ściśle  określonej  amplitudzie  i  częstotliwości.  Impulsy  te,
przenikając  przez  roztwór  ożywczej  cieczy,  powodują  właściwe  rozmieszczenie  molekuł
w kryształach. Proces ten powoduje utworzenie precyzyjnej sieci krystalicznej o określonych kątach
ścianek  i  ścieżkach  obwodów  elektronicznych.  Wszystkie  te  elementy  są  rozmieszczone  w  taki
sposób,  aby  mogły  powstać  słynne  w  całej  galaktyce  rdzenie  pamięciowe  komputerów.  Jak
powiadamy,  budynek  jest  jedynie  tak  silny  jak  jego  fundament,  a  te  rdzenie  krystaliczne  stanowią
najważniejszy fundament architektury naszych systemów komputerowych.

Jacen przesunął czubkami palców po zaokrąglonej powierzchni zbiornika, starając się podążać za

bąbelkami, unoszącymi się w górę jak paciorki.

– Sprytne – powiedział.
–  Proszę  nie  dotykać  ścianek  cylindra  –  odezwał  się  android.  –  Słabe  wyładowania

elektrostatyczne, wywołane istnieniem ładunków na ubraniu i ciele, mogłyby zakłócić zachodzący we
wnętrzu proces krystalizacji.

Chłopiec natychmiast cofnął rękę i, speszony, popatrzył na siostrę. Jaina jednak nie skarciła go za

to, co zrobił, bo sama chciała pójść w jego ślady.

W  następnym  pomieszczeniu  panowała  wyjątkowo  niska  temperatura.  Wokół  framugi  drzwi

background image

kłębiły  się  obłoki  białej  pary,  a  w  powietrzu  unosiła  się  woń  rozpuszczalników  służących  do
odtłuszczania  powierzchni.  Wewnątrz  hali  poruszały  się  ramiona  robotów  zanurzających  cienkie
metaliczne  płytki  w  pojemnikach  wypełnionych  tlenem  –  superchłodną  cieczą  zapobiegającą
rozprzestrzenianiu się zanieczyszczeń po powierzchni.

– Te płytki to delikatne obwody elektroniczne – oznajmił z dumą android-przewodnik. – Idealnie

czyste kryształy, z których wykonujemy skomplikowane mapy pamięciowe.

Jaina  głęboko  odetchnęła  lodowatym  powietrzem,  po  czym  zatrzepotała  powiekami.  Nawet

Lowie i Sirra, porośnięci długą sierścią, drżeli z zimna. Natomiast Tenel Ka, chociaż odziana tylko
w kusą tunikę z gadziej skóry, nie reagowała na przejmujący chłód.

– Fascynujące – powiedziała.
Android-przewodnik  odwrócił  się  i  stąpając  jak  strach  na  wróble  na  długich  nogach,

przeprowadził ich przez mroźne pomieszczenie. Następna hala, w  której  wrzała  gorączkowa  praca,
okazała  się  ogromną  montażownią.  W  pomieszczeniu  przebywało  wielu  Wookiech,  odzianych
w  sporządzone  ze  splotów  cienkiego  drutu  siatkowe  kombinezony,  pod  którymi  niemal  nie  było
widać  sierści  pracowników.  Także  dolne  połowy  kosmatych  twarzy  Wookiech  zakrywały  białe
płócienne maski.

Niektórzy  Wookie  unieśli  głowy  i  sapnięciami  pozdrowili  wchodzących  gości.  Kiedy  Lowie

ujrzał  matkę  pracującą  na  jednym  ze  stanowisk  montażowych,  pomachał  jej  ręką.  Kallabow  tylko
skinęła  głową  i  zamrugała  oczami  osadzonymi  głęboko  między  kędziorami  sierści,  po  czym  znów
pochyliła się i wracając do pracy, skierowała spojrzenie na montowane podzespoły.

–  W  ciągu  ostatnich  kilku  miesięcy  nasi  montażyści  pracują  o  wiele  dłużej  niż  zazwyczaj  i  to

o różnych porach dnia i nocy – wyjaśnił android-przewodnik. – Starając się uporać z nawałem pracy,
nie  szczędzą  sił,  by  przygotować  wszystko  do  odparcia  ataku  sił  Drugiego  Imperium.  Ci  Wookie
instalują  gotowe  obwody,  a  siatkowe  kombinezony,  które  widzicie  na  ich  ciałach,  pełnią  funkcję
ekranów  elektrostatycznych.  Nie  pozwalają,  żeby  choć  najmniejsze  niepożądane  cząstki  uniosły  się
z  ich  sierści  w  powietrze.  Ponieważ  montowane  podzespoły  są  wyjątkowo  skomplikowane,
jakiekolwiek zanieczyszczenia mogą mieć katastrofalne skutki.

– Mogę sobie to wyobrazić – odezwała się Jaina.
Technicy  pochylali  się  nad  laboratoryjnymi  stołami.  Posługując  się  delikatnymi  pincetami

i  precyzyjnymi  szczypczykami,  sięgali  po  mikroskopijne  obwody,  odpowiednio  wytrawione
i  wycięte  z  większych  połyskujących  płytek,  które  przed  chwilą  zostały  poddane  kriogenicznej
kąpieli w poprzednim laboratorium.

– Te podstawowe podzespoły znajdują zastosowanie w wielu różnych systemach i urządzeniach –

ciągnął  android-przewodnik.  –  Mimo  iż  specjalizujemy  się  w  wytwarzaniu  systemów  taktycznych
i centralnych jednostek naprowadzających, a także komputerowych systemów kontrolno-sterujących,
niektóre  nasze  podzespoły  bywają  używane  również  do  budowy  specjalizowanych  androidów.
Większość takich urządzeń jest jednak wytwarzana na zaawansowanych pod względem technicznym
i zautomatyzowanych światach w rodzaju Mechisa Trzeciego.

–  Ojej,  czy  on  powiedział:  androidów?  –  zaćwierkał  Em  Teedee.  –  Czy  sądzi  pan,  że  moje

podzespoły  mogły  zostać  wyprodukowane  właśnie  w  tej  fabryce?  –  dodał,  zwracając  się  do
Lowbaccy.

Młody Wookie warknął coś w odpowiedzi, a Jaina kiwnęła głową.
–  Chewbacca  pomagał  ciebie  składać,  Em  Teedee  –  powiedziała.  –  Podejrzewam,  że  z  tego

background image

miejsca pochodzi bardzo dużo twoich podzespołów.

– O rety, chyba nie sądzi pan, że użyli części wybrakowanych albo odrzuconych podczas kontroli

parametrów, prawda? – zaniepokoił się miniaturowy android-tłumacz. Lowie zaczął sapać i krztusić
się  ze  śmiechu,  aż  urażony  Em  Teedee  uznał  za  słuszne  zganić  swojego  właściciela.  –  Pytałem  jak
najpoważniej, panie Lowbacco.

Mimo  iż  w  końcu  wyszli  z  wielkiej  montażowni,  srebrzysty  android  nie  przestał  okazywać

niezwykłej ciekawości.

–  Panie  Lowbacco,  czy  nie  zechciałby  pan  się  obrócić,  tak  bym  mógł  zobaczyć  całe

pomieszczenie? Jeżeli w tym miejscu przyszedłem na świat, chciałbym je dokładnie obejrzeć... Jakie
to fascynujące!

Lowie  usłuchał  i  obrócił  się,  tak  by  czujniki  optyczne  miniaturowego  androida-tłumacza  mogły

zarejestrować każdy szczegół.

– A ja sądziłem, że ta wycieczka będzie nudna – odezwał się w końcu Em Teedee. – Tymczasem

to, co widzę, jest o wiele bardziej podniecające niż wszystkie niebezpieczne przygody, które pan tak
uwielbia przeżywać.

 
Kiedy  zwiedzanie  fabryki  dobiegło  końca,  długonogi  android  zaprowadził  gości  na  położoną

najwyżej  na  terenie  całego  kompleksu  przemysłowego  platformę,  na  której  urządzono  wieżę
obserwacyjną  ze  stanowiskami  ośrodka  kontroli  lotów.  Ośrodek  zajmował  pomieszczenie
wypełnione  komputerami  i  stacjami  roboczymi.  Niestety,  wszystkie  urządzenia  zostały  umieszczone
tak wysoko, że znajdowały się na poziomie oczu Jainy. Dziewczyna musiałaby wspinać się na palce,
gdyby  chciała  ich  dosięgnąć.  Przy  stanowiskach  stało  kilku  Wookiech,  raz  po  raz  kierujących
spojrzenia  w  górę,  na  pełniącą  funkcję  sufitu  przezroczystą  kopułę.  Jej  konstrukcję  wzmocniono
krzyżującymi  się  dźwigarami  i  wspornikami  tworzącymi  na  tle  zamglonego  nieba  równoboczne
trójkąty, przez które prześwitywały promienie słońca.

– Ponieważ jesteśmy także ruchliwym ośrodkiem handlowym – odezwał się android-przewodnik

–  nasz  kompleks  jest  odwiedzany  przez  mnóstwo  gwiezdnych  statków.  Tu,  z  tego  miejsca,  możemy
sprawdzać  tożsamość  każdego  transportowca,  a  także  upewniać  się,  że  nie  przylatują  do  nas
nieproszeni goście. Dysponujemy również orbitalną siecią satelitów zwiadowczych, – gotowych do
obrony Kashyyyku na rozkaz, wysłany z tej kontrolnej wieży.

Kontrolerzy  ruchu  tworzyli  zgrany  zespół.  Nie  rozstawali  się  z  osobistymi  słuchawkami,

umieszczonymi  na  kudłatych  głowach,  i  mikrofonami,  przymocowanymi  w  okolicach  krtani.  Mimo
pojawienia się grupy nowych gości, ani na chwilę nie odwrócili uwagi od wykonywanej pracy.

Zanim android-przewodnik zdążył ponownie zabrać głos, do pomieszczenia wkroczył Chewbacca

w towarzystwie Mahraccora, ojca Lowiego i Sirry. Ujrzawszy dzieci, dorosły Wookie pomachał im
ręką. Pasmo ciemniejszej sierści na jego głowie zaczynało się mniej więcej w tym samym miejscu,
co nad okiem Lowiego. Chewbacca zaryczał na powitanie, po czym wyciągnął rękę, w której trzymał
spory  zniekształcony  przedmiot  –  sczerniałe  urządzenie,  które  kiedyś  było  lśniącym,  starannie
ukształtowanym kryształem.

– To rdzeń pamięciowy „Ścigacza Cieni” – odezwała się Jaina.
Chewie energicznie pokiwał głową i powiedział kilka chrapliwie brzmiących słów.
– Chewbacca i Mahraccor mówią, że szukali was, dzieciaki – rzekł android-przewodnik.
–  Przepraszam  –  zapiszczał  Em  Teedee  –  ale  to  ja  pełnię  tu  obowiązki  androida-tłumacza.  Pan

background image

Chewbacca, kiedy wrócił po złożeniu miłej wizyty swojej rodzinie, wymontował uszkodzony rdzeń
pamięciowy centralnej jednostki komputera „Ścigacza Cieni”. Jak widzicie, porozumiał się z panem
Mahraccorem  i  oboje  pomyślnie  zakończyli  poszukiwanie  odpowiednich  części  zastępczych,  dzięki
czemu statek jest znów gotów do lotu. Hurra!

Chewie  wskazał  na  wypalone  ścieżki,  widoczne  na  powierzchniach  rdzenia  pamięciowego,

wyjętego  z  komputera  nawigacyjnego  niewielkiego  wahadłowca.  Ojciec  Lowiego  także  powiedział
kilka słów w mowie Wookiech.

–  Pan  Mahraccor  oznajmia,  że  to  bardzo  ciekawe  nowoczesne  rozwiązanie.  Imperialna

konfiguracja, z którą jeszcze nigdy się nie spotkał. Na szczęście jest przekonany, że naprawienie tego
urządzenia tu, w zakładzie produkcyjnym na Kashyyyku, będzie nie tylko możliwe, ale nawet całkiem
łatwe.

Android-przewodnik zgiął w pasie długie, smukłe ciało.
– Mój kolego, całkiem dobrze potrafisz tłumaczyć mowę Wookiech – oświadczył, zwracając się

do  Em  Teedee.  –  Muszę  jednak  stwierdzić,  że  brak  ci  ogłady  i  nie  mógłbyś  zostać  prawdziwym
androidem-przewodnikiem. Wygląda na to, że nie potrafisz formułować ciekawych porównań, które
mogą być łatwo rozumiane przez ważnych gości. Na przykład mogłeś był powiedzieć: „Korzystając
z  urządzeń,  jakimi  dysponują  nasze  zakłady  produkcyjne,  umieścimy  ten  uszkodzony  rdzeń  w  jednej
z  wanien,  w  których  kąpiemy  kryształy,  by  usunąć  zanieczyszczenia  i  zwęglone  fragmenty
powierzchni.  Następnie  posłużymy  się  centralnymi  komputerami,  by  na  nowo  połączyć  obwody
elektroniczne  i  w  ten  sposób  odtworzyć  całą  mapę  skomplikowanych  połączeń.  Krótko  mówiąc,
wykąpiemy  uszkodzony  rdzeń  komputerowy  w  czymś  w  rodzaju  zbiornika  bacta,  dzięki  czemu
uleczymy jego dolegliwości”.

Długie przemówienie androida-przewodnika nie wywarło na Em Teedee większego wrażenia.
–  Oni  z  całą  pewnością  nie  muszą  wysłuchiwać  wszystkich  wyjaśnień  –  odparł  miniaturowy

android. – Rzecz jasna, ja nigdy nie pozwoliłbym sobie robić żadnych uwag na temat twojej pracy.
A poza tym czekają na nas teraz ważniejsze sprawy.

Android-przewodnik  nie  odpowiedział,  usłyszawszy  tę  zniewagę.  Niewątpliwie  jego  starannie

zaprojektowane  oprogramowanie  uwzględniało  sytuacje,  w  których  musiał  wykazać  się  dużym
taktem.

–  Dziękujemy,  że  zechciałeś  oprowadzić  nas  po  fabryce  –  odezwała  się  na  pożegnanie  Jaina.  –

Wycieczka była naprawdę bardzo ciekawa.

Android-przewodnik  się  wyprostował,  a  czujniki  optyczne,  umieszczone  na  wszystkich  czterech

ścianach bocznych kanciastej głowy, radośnie się rozjarzyły.

– To najmilszy komplement, jaki mogłem usłyszeć, pani Jaino Solo – odpowiedział.

background image

 

 

 

Rozdział 8

 
 
Brakiss  siedział  w  półmroku  prywatnego  gabinetu,  rozjaśnianego  jedynie  przez  zarejestrowany

blask gwiazd świecących w odległym zakątku galaktyki, i dumał nad planami, opracowanymi przez
Drugie Imperium.

Drogocenny  czas  uciekał,  a  naczelnik  Akademii  Ciemnej  Strony  tracił  go,  nie  mogąc  dokonać

wyboru.  Pochłonięty  myślami  o  podbojach,  starał  się  przewidzieć  wszystkie  sytuacje,  które
doprowadziłyby do całkowitego zniszczenia sił Rebeliantów i pokonania byłego nauczyciela, Luke’a
Skywalkera.  Wyobrażanie  sobie  tej  chwili  koiło  jego  nerwy.  Brakiss  oparł  łokcie  na
wypolerowanym  czarnym  blacie  wielkiego  biurka,  po  czym  złączył  czubki  palców  i  lekko  się
uśmiechnął.

Nagle  jego  spokój  został  zakłócony  przez  niespodziewany  sygnał,  który  w  ciszy  gabinetu

zabrzmiał  niczym  huk  gromu.  Zawodzenie  potężnej  syreny  alarmowej  nie  przestawało  wznosić  się
i opadać. Naczelnik imperialnej uczelni musiał uciec się do wszystkich możliwych technik Jedi, by
zachować spokój.

– Mówi Brakiss – warknął, włączywszy mikrofon wewnętrznego interkomu.
– Tu Qorl – odparł chrapliwy głos.
Na  płaskim  ekranie  urządzenia,  wbudowanym  w  biurko,  ukazała  się  twarz  starego  pilota.

Mężczyzna wydawał się wstrząśnięty i przerażony... co zdumiało Brakissa nawet jeszcze bardziej niż
sam  sygnał  alarmowy.  Qorl  zaliczał  się  przecież  do  najbardziej  opanowanych  oficerów  pełniących
służbę w Drugim Imperium.

–  Panie  naczelniku,  właśnie  odebraliśmy  zakodowaną  wiadomość,  przesłaną  bezpośrednio  do

Akademii Ciemnej Strony. Posłużono się najbardziej skomplikowanym kodem. Wszystko wskazuje na
to, że to wiadomość niezwykłej wagi. Musi pan odebrać ją sam i osobiście na nią odpowiedzieć.

Brakiss zamrugał powiekami.
– Czy wiadomo, przez kogo została nadana? – zapytał.
Czuł,  że  w  jego  głowie  wirują  setki  myśli.  Tamith  Kai  i  Zekk  zdążyli  wystartować  i  zapewne

lecieli teraz na Kashyyyk, ale nawet oni nie mogliby przesłać wiadomości o tak wysokim priorytecie.

–  Nie,  panie  naczelniku  –  odrzekł  Qorl.  –  Sugerowałbym  jednak,  by  nie  zwlekał  pan  z  jej

odebraniem.

–  Już  idę  –  rzucił  Brakiss,  po  czym  wyłączył  urządzenie.  Jednym  płynnym  ruchem  odsunął

wygodny fotel i zerwał się na równe nogi.

Podążył zakręcającymi korytarzami o metalowych ścianach, a później skorzystał z automatycznej

windy, aby dotrzeć do wieży, w której znajdował się ośrodek łączności. Umieszczono w niej także
urządzenie  generujące  siłowe  pole,  dzięki  któremu  mająca  kształt  naszpikowanego  pierścienia

background image

akademia mogła być niewidoczna.

Kiedy  Brakiss  wpadał  do  pomieszczenia,  kilku  strzegących  go  szturmowców  przyjęło  pozycję

zasadniczą.  Przy  odbiorniku  krzątał  się  już  Qorl,  przeglądając  komputerowe  dane  i  rejestrując
zakodowane informacje. Naczelnik Akademii Ciemnej Strony spostrzegł, że stary pilot posługuje się
sprawną  prawą  ręką,  podczas  gdy  toporna  lewa,  będąca  kończyną  androida,  zwisa  bezwładnie
i nieruchomo wzdłuż boku. Qorl zamrugał, kiedy ujrzał mistrza Ciemnych Jedi.

– Przed chwilą zaczęli przekazywać wiadomość, mistrzu Brakissie – oznajmił. – Wygląda na to,

że się strasznie niecierpliwią.

– W porządku, proszę uruchomić procedurę dekodowania sygnału – polecił Brakiss.
Stanąwszy  obok  posiwiałego  pilota,  musiał  przez  chwilę  pomyśleć,  aby  przypomnieć  sobie

właściwą  kombinację  cyfr  i  liter.  Później  wystukał  sekwencję  będącą  osobistym  kodem,  który
umożliwiał dostęp do urządzenia, i zarazem nakazującą komputerowi przystąpienie do dekodowania
tak ważnego sygnału.

Qorl podał Brakissowi komplet słuchawek połączonych z mikrofonem.
– Ta wiadomość jest przeznaczona tylko dla pana – oświadczył zwięźle. – Proszę wysłuchać jej

na tym kanale.

Stary  pilot  pomógł  Brakissowi  założyć  słuchawki  i  umocował  mikrofon  w  ten  sposób,  żeby

mistrz Jedi mógł udzielić odpowiedzi.

Naczelnik zaczął się wsłuchiwać w trzaski zakłóceń i szumy, a tymczasem zakodowany sygnał był

poddawany  działaniu  algorytmu  deszyfrującego,  by  po  chwili  pojawić  się  w  postaci  zrozumiałej
mowy.  Brakissowi  wydało  się,  że  głos,  który  usłyszał  –  chrapliwy,  ociekający  jadem  i  niemal
przypominający ryk – rozsadza mu bębenki w uszach.

Poczuł,  że  jego  oczy  się  rozszerzają,  a  przerażenie  przeszywa  umysł  niczym  ostry  kolec.  Zanim

zdobył się na odpowiedź, dwukrotnie chrząknął.

– Tak, mój panie – wyjąkał w końcu. – Natychmiast się tym zajmę.
Głęboko odetchnął, po czym zaczął zbierać siły niezbędne do wypowiedzenia dalszych słów, ale

nadawca wiadomości przerwał połączenie. Brakiss słyszał znów tylko trzaski i szumy.

Stanął  prosto  i  korzystając  ze  wszystkich  umiejętności  Jedi,  powstrzymywał  mięśnie,  by  nie

drżały.  Qorl  stał  w  milczeniu  obok  niego.  Ani  razu  nie  mrugnął,  a  na  jego  pomarszczonej,  jakby
skórzanej, twarzy nie malowały się żadne uczucia. Jedynie lekka zmarszczka na czole starego pilota
myśliwca typu TIE świadczyła o tym, że mężczyzna jest zaniepokojony.

Spoglądając  na  wojskowego  instruktora,  Brakiss  odezwał  się  cicho,  chociaż  wiedział,  że

słuchają go pilnie także szturmowcy strzegący wieży.

– Imperator – oznajmił chrapliwie. – Imperator przylatuje do naszej akademii!
 
Złowieszczy  transportowy  wahadłowiec  wyskoczył  z  nadprzestrzeni  w  pobliżu  Akademii

Ciemnej Strony. Niewielki statek, niewątpliwie zaprojektowany w jakiejś imperialnej stoczni, miał
kadłub  opancerzony  matowymi,  nieco  zaśniedziałymi  płytami  i  był  osobistym  eskortowcem  samego
Imperatora. Kształt jednostki przypominał trochę trójskrzydłowe promy klasy Lambda, z tym że statek
dysponował  wyjątkowo  silnym  uzbrojeniem,  specjalnymi  czujnikami  i  ultrapotężnymi  silnikami
napędu  nadświetlnego.  Mimo  to  wszystkie  niezwykłe  modyfikacje,  których  dokonano  na  pokładzie
wahadłowca,  były  niczym  w  porównaniu  ze  znaczeniem  osoby  składającej  wizytę  w  imperialnej
akademii.

background image

Brakiss czekał na skraju lądowiska w hangarze, walcząc z ogarniającym go niepokojem. Mimo iż

nienagannie służył Drugiemu Imperium, nigdy jeszcze ani razu nie stanął twarzą w twarz z wielkim
wodzem. Przed wielu laty Imperator musiał jakimś cudem uniknąć śmierci, chociaż mistrz Ciemnych
Jedi był zawsze pewien, że Palpatine został zabity... i to nie raz, lecz kilka razy. Nie wiedział, jaką
tajemnicę kryło życie wodza ani jakim sposobem Imperator został wskrzeszony, ale nie zastanawiał
się  nad  takimi  problemami.  Liczyło  się  tylko  to,  że  władza  w  Drugim  Imperium  należała  do
człowieka, który był do jej sprawowania najbardziej uprawniony.

Rozległ się brzęczyk interkomu i rozległ się głos Qorla.
–  Lordzie  Brakissie,  właśnie  z  nadprzestrzeni  wyłonił  się  osobisty  transportowiec  Imperatora.

Czekam na rozkazy.

Naczelnik pochylił się w stronę zawieszonego na ścianie urządzenia.
–  Bardzo  dobrze.  Proszę  wyłączyć  ochronne  pole  maskujące  Akademię  Ciemnej  Strony

i przekazać pozdrowienia Imperatorowi Palpatine’owi. Proszę powiedzieć, że jesteśmy zaszczyceni
jego odwiedzinami.

– Rozkaz, panie naczelniku – odparł Qorl, po czym przerwał połączenie.
Otaczające  gwiezdną  stację  ochronne  pole  zaczęło  słabnąć  i  zanikło,  ale  Brakiss  nie  odczuł

żadnej  różnicy,  mimo  iż  posługiwał  się  Mocą.  Stał  na  płycie  opróżnionego  lądowiska,  mając  za
plecami  oddział  szturmowców  pełniących  funkcję  straży  honorowej.  Nagle  przezroczysta  zasłona
siłowego pola uniemożliwiającego ucieczkę atmosfery z wnętrza stacji zamigotała i zalśniła.

Brakiss,  który  przez  cały  czas  spoglądał  na  czerń  przestworzy,  zobaczył,  że  zbliża  się  budzący

grozę  wahadłowiec.  Szturmowcy  wyprężyli  się  jak  wyciągnięte  struny.  Ich  pancerze  zachrzęściły,
a buty, nagle złączone, głośno trzasnęły.

Tymczasem  transportowiec  Imperatora  kierował  się  sygnałami,  przekazywanymi  przez  Qorla.

Trój skrzydłowa maszyna przeleciała przez pole chroniące atmosferę, które jeszcze bardziej zadrżało
i zaiskrzyło, kiedy zetknęło się z kadłubem statku. Imperialna jednostka znieruchomiała nad środkiem
przestronnego lądowiska, po czym z wolna opadła i wylądowała na metalowej płycie.

Brakiss z wysiłkiem przełknął ślinę.
–  Proszę  włączyć  ochronne  pole  maskujące  –  rzucił  w  stronę  interkomu,  wydając  rozkaz

Qorlowi. – Nie musimy pokazywać się nikomu dłużej niż to konieczne.

– Pole włączone, panie naczelniku – zameldował stary pilot myśliwca TIE.
Szturmowcy  sprezentowali  broń  i  stali  w  idealnie  równym  szeregu.  Brakiss  postąpił  kilka

kroków  ku  wahadłowcowi,  by  powitać  dostojnego  gościa,  ale  stanął,  kiedy  zorientował  się,  że  nic
się nie dzieje. Z wyjątkiem kilku skrzypnięć i stuków, jakie dobiegły od strony stygnących silników,
transportowiec Imperatora pozostawał nieruchomy i cichy. Naczelnik Akademii Ciemnej Strony nie
widział  także,  by  ktokolwiek  poruszał  się  w  środku  statku.  Właz  wejściowy  pozostawał  zamknięty.
Rampa się nie opuszczała. Brakiss czekał na jakikolwiek znak, który powiedziałby mu, co robić.

W  końcu  z  ogromnych  głośników  zainstalowanych  na  zewnątrz  wahadłowca  zagrzmiał  głos

przypominający huk gromu:

–  Uwaga,  cały  personel  Akademii  Ciemnej  Strony!  Wylądował  wasz  Imperator.  W  ramach

środków ostrożności nalegamy jednak, żeby wszyscy natychmiast opuścili płytę. Imperator dysponuje
oddziałem honorowym imperialnych strażników i w tej chwili nie życzy sobie spotykać się z innymi
osobami.

Usłyszane oświadczenie wprawiło Brakissa w kompletne osłupienie. Imperator Palpatine składał

background image

wizytę  w  Akademii  Ciemnej  Strony...  ale  rezygnował  z  honorowej  eskorty  przygotowanej  przez
Brakissa. Czyżby wielki wódz Drugiego Imperium naprawdę chciał być sam w takiej chwili?

Naczelnik  Akademii  Ciemnej  Strony  nagle  uzmysłowił  sobie,  że  zawahał  się  i  nie  wykonał

polecenia  Palpatine’a.  Wciąż  jeszcze  nie  mogąc  się  otrząsnąć  z  przeżytego  wstrząsu,  ale  pragnąc
nadrobić stracony czas, odwrócił się i szybko klasnął w dłonie.

–  Słyszeliście  rozkaz!  Wszyscy:  w  tył  zwrot!  Opuścić  lądowisko!  Nasz  Imperator  życzy  sobie,

żeby nikt mu nie przeszkadzał.

Szturmowcy  się  odwrócili.  Łomocząc  butami  o  metalowe  płyty,  przemaszerowali  przez

pomieszczenie, kierując się ku najbliższym drzwiom wiodącym na korytarz.

– Panie naczelniku – odezwał się nagle jeden ze szturmowców, który wyłamał się z szyku i stanął

przed  Brakissem.  –  Nalegałem,  żeby  zostać  członkiem  osobistej  honorowej  eskorty  Imperatora.
Chciałbym powitać go, kiedy będzie schodził z pokładu.

Osłupiały Brakiss zamrugał, nie wierząc własnym uszom. Popatrzył na numer służbowy stojącego

przed  nim  żołnierza  i  rozpoznał  Norysa,  jednego  z  nowych  uczniów  Qorla.  Stary  pilot  wspominał
kiedyś, że krzepki młodzieniec jest niezwykle ambitny i kłótliwy, ale mimo to mistrz Ciemnych Jedi
był zdumiony zuchwalstwem młodzieńca.

– Wykonacie mój rozkaz, żołnierzu – warknął groźnie. – W Drugim Imperium nie ma miejsca dla

tych, którzy nie potrafią zrozumieć, co to dyscyplina. – Odetchnął głęboko chłodnym powietrzem. –
Jeżeli jeszcze raz zauważę, że ociągacie się z wykonaniem rozkazu, zostaniecie wystrzeleni ze śluzy
w przestworza. Czy to jasne?

Widząc,  że  Norys  odwrócił  się  i  ciężko  stąpając,  odszedł,  naczelnik Akademii  Ciemnej  Strony

obejrzał się przez ramię na spoczywający nieruchomo imperialny wahadłowiec. Pomyślał, że on też
nie  może  zrozumieć,  dlaczego  Imperator  przyleciał  do  uczelni,  jeżeli  nie  zamierzał  przywitać  się
z personelem albo choćby tylko spotkać się z jej naczelnikiem.

Imperator był wszakże naczelnym wodzem i Brakiss nie mógł nawet marzyć o tym, by podawać

w wątpliwość jego rozkazy.

Widząc, że jest ostatnią osobą opuszczającą lądowisko, odwrócił się gwałtownie, aż zamigotała

i  zaszeleściła  jego  srebrzysta  szata.  Kiedy  znalazł  się  na  korytarzu,  wydał  polecenie  zamknięcia
i uszczelnienia wszystkich drzwi wiodących do hangaru.

Przystanął jednak i po chwili zastanawiania się, podjął decyzję. Był przecież dowódcą gwiezdnej

stacji,  a  jako  dowódca  powinien  wiedzieć,  co  dzieje  się  na  jej  pokładzie.  Wykonał  rozkaz
Imperatora,  ale  musiał  poznać  przyczynę  dziwnego  postępowania.  Podszedł  do  ekranu
wideomonitora  służącego  do  obserwowania  płyty  lądowiska  i  śledzenia  procesów  związanych
z załadunkiem i wyładunkiem.

Kiedy z lądowiska zniknęli ostatni szturmowcy i przedstawiciele Akademii Ciemnej Strony, właz

osobistego  wahadłowca  Imperatora  w  końcu  się  otworzył.  Brakiss,  spoglądając  na  ekran  monitora,
z podziwem zauważył, że z pokładu zeszło czterech imperialnych strażników, odzianych w szkarłatne
płaszcze.  Budzących  grozę  czerwonych  strażników  zawsze  wybierano  spośród  najbardziej
bezwzględnych, elitarnych oddziałów Palpatine’a, a teraz wodzowi towarzyszyło aż czterech takich
żołnierzy. Gładkie czerwone pancerze kryły ich ciała i głowy, przypominając Brakissowi wizerunki
widzianych kiedyś prastarych mandaloriańskich mundurów.

Czterej  imperialni  strażnicy  stanęli  w  pewnej  odległości  od  statku  i  powiewając  połami

szkarłatnych  płaszczy,  jak  ogniste  duchy  zajęli  pozycje  obronne.  Przerażony  Brakiss  poczuł,  że  po

background image

jego  kręgosłupie  zaczynają  wędrować  lodowate  mrówki.  Usiłował  wyczuć  esencję  ciemnej  strony
Mocy,  która  powinna  promieniować  z  wnętrza  transportowca  wielkiego  wodza.  Nie  wątpił,  że
imperator przebywa na pokładzie.

Przez  mikrofon  końcówki  interkomu,  zawieszonej  na  ścianie  lądowiska,  usłyszał  nagle  stuk

uderzenia czegoś ciężkiego o metalową płytę. Ujrzał dwie pary potężnych, przysadzistych roboczych
androidów  dźwigających  olbrzymią,  ciężką  komorę  izolacyjną  i  mozolnie  schodzących  po
opuszczonej  szerokiej  rampie.  Robocze  automaty,  składające  się  w  zasadzie  tylko  z  mocarnych  rąk
i nóg osadzonych w krępym tułowiu, bez szemrania niosły pękatą skrzynię.

Obchodziły się z nią bardzo delikatnie, poruszając się ostrożnie i powoli mimo ogromnych mocy

poruszających  ich  kończyny  hydraulicznych  siłowników.  Zniosły  wielki  pojemnik  po  rampie
i  postawiły  na  płycie  lądowiska.  Na  czarnych  ścianach  bocznych  izolacyjnej  komory,  pokrytych
guzami wielkich nitów, błyskały różnobarwne lampki. Umieszczone obok nich urządzenia kontrolne
i  ekrany  monitorów  ukazywały  przebiegi  umożliwiające  porozumiewanie  się  ze  światem
zewnętrznym i śledzenie najważniejszych funkcji życiowych.

Rozglądając  się  we  wszystkie  strony,  czterej  czerwoni  strażnicy  otoczyli  komorę.  Sprawiali

wrażenie,  że  się  nią  opiekują,  ale  wyglądali  groźnie.  Polecili  androidom,  żeby  niosły  ogromną
skrzynię, i zaczęli iść – dwóch przodem, a dwóch z tyłu – w głąb Akademii Ciemnej Strony.

Brakiss  rzucił  się  do  drzwi,  by  otworzyć  je  przed  strażnikami,  ale  zanim  zdążył  ich  dotknąć,

jakimś cudem zamknięte i uruchamiane przez komputer skrzydła rozsunęły się na boki. Otworzyły się
z głośnym trzaskiem, szarpnięte z taką siłą, jakby usłuchały rozkazu wydanego za pomocą ciemnych
mocy samego Imperatora.

Czerwoni  strażnicy  ruszyli  dalej,  nadal  otaczając  czwórkę  roboczych  androidów.  Ze  środka

ogromnej  skrzyni  nieustannie  wydobywały  się  różne  syki,  pomruki  i  piski,  jakby  tysiące
elektronicznych  systemów  czuwało  nad  prawidłowym  przebiegiem  funkcji  życiowych  dostojnego
użytkownika.

Brakiss przystanął przed parą idących przodem imperialnych strażników.
–  Witam  was  –  powiedział.  –  Nazywam  się  Brakiss  i  jestem  naczelnikiem Akademii  Ciemnej

Strony.

Dowódca  odzianych  na  czerwono  żołnierzy  odwrócił  głowę,  ukrytą  w  opancerzonym  hełmie.

Mistrz Jedi poczuł zimne, badawcze spojrzenie oczu spoglądających przez wąską czarną prostokątną
szczelinę.

–  Odejdź  stąd  –  usłyszał.  –  Musimy  zająć  się  ważną  sprawą  i  życzymy  sobie,  żeby  nam  nie

przeszkadzano. Możesz odprowadzić nas do komnat, ale później odejdziesz.

Brakiss z najwyższym trudem powstrzymał się, by nie okazać rozczarowania.
– Ale... – wyjąkał. – Jestem władcą Akademii Ciemnej Strony.
– A Imperator jest władcą całej galaktyki – odparł dowódca czerwonych strażników. – Pragnie

być sam. Radzimy, żebyś go nie irytował.

Brakiss cofnął się o krok, po czym szybko zgiął się w głębokim ukłonie.
–  Nie  zamierzam  sprzeciwiać  się  woli  Imperatora  –  oznajmił.  –  Nie  chciałem  go  irytować.

Wybaczcie moje zuchwalstwo.

Kiedy  wskazał  dostojnym  gościom  apartamenty,  które  dla  nich  przygotował  –  najbardziej

przestronne i wytworne spośród wszystkich, jakimi dysponowała jego gwiezdna stacja – cała grupa
wkroczyła do środka, zostawiając Brakissa na korytarzu.

background image

Mistrz Ciemnych Jedi czuł się tak poniżony, zdeptany i zlekceważony, jakby Imperator miał za nic

całą  jego  pracę  i  wszystkie  osiągnięcia.  Nie  wiedział,  co  o  tym  myśleć.  Czemu  miało  to  służyć?
Zmarszczył brwi, próbując zebrać myśli.

Pamiętał,  że  Imperator  zginął  po  raz  pierwszy  podczas  eksplozji  drugiej  Gwiazdy  Śmierci.  Po

sześciu latach wskrzeszono go jednak w postaci całej serii klonów, które później także – jak słyszał –
zostały unicestwione.

Teraz,  obserwując  znikający  izolacyjny  pojemnik,  a  także  będąc  świadkiem  tajemniczego

i  niezrozumiałego  zachowania  czterech  imperialnych  strażników,  poczuł  trwogę.  Zaczął  się
zastanawiać, czy przypadkiem nie wydarzyło się coś złego. Możliwe, że Imperator ponownie zapadł
na zdrowiu...

Jeżeli  miałoby  to  okazać  się  prawdą,  Drugie  Imperium  znalazło  się  naprawdę  w  poważnych

tarapatach.

background image

 

 

 

Rozdział 9

 
 
Zanim Qorl został pilotem myśliwca typu TIE, przeszedł szkolenie w imperialnej akademii, gdzie

wpojono  mu,  komu  okazywać  lojalność,  czyje  wykonywać  rozkazy  i  jak  wywiązywać  się
z  obowiązków.  Żadnych  pytań,  jedynie  ślepe  posłuszeństwo.  Jego  umysł  zaprogramowano  w  taki
sposób, aby mężczyzna stał się idealnym wojownikiem, niemalże automatem walczącym ku większej
chwale Imperium.

Dobrze  wiedział,  że  kamieniem  węgielnym  jego  szkolenia  była  zawsze  dyscyplina.  Wiedział

także coś innego: że stojący w tej chwili przed nim młodzieniec ani trochę nie był zdyscyplinowany.

Zastanawiał się, czy może Brakiss i Tamith Kai nie działali zbyt pospiesznie, kiedy zgadzali się,

żeby  Norys  i  jego  młodociani  złoczyńcy  z  Coruscant  odbyli  przeszkolenie  w  Akademii  Ciemnej
Strony  i  zostali  pilotami  czy  szturmowcami.  To  prawda,  że  czekająca  wszystkich  walka  o  to,  by
przywrócić  Drugiemu  Imperium  dawną  świetność  i  odzyskać  utracone  terytoria  wymagały
posługiwania  się  ludźmi  o  rozmaitych  cechach  charakteru.  A  jednak,  mimo  iż  Qorlowi  udało  się
przemienić  pozostałych  członków  gangu  Zagubionych  w  zdatnych  do  pełnienia  służby  żołnierzy
i pilotów, ten młodociany chuligan przysparzał mu samych kłopotów.

Qorl  podszedł  do  pulpitu  kontrolnego  umieszczonego  w  symulacyjnej  sali  treningowej

i zaprogramował kilka nowych celów, a tymczasem Norys przeładowywał swój karabin blasterowy.
Stary pilot poprzysiągł sobie, że będzie szkolił i ćwiczył, i trenował tego kandydata dopóty, dopóki
się nie przekona, że ambitny zabijaka rzeczywiście czyni jakieś postępy.

–  Nadal  twierdzę,  że  powinieneś  był  pozwolić  mi  polecieć  z  Tamith  Kai  na  tę  wyprawę  –

burknął Norys, wymachując bronią, jakby dzięki temu czuł się bezpieczniejszy. – Mógłbym wówczas
ustrzelić kilku wrogów; chociaż trochę przechylić szale walki na naszą korzyść. Może także podpalić
kilka wielkich drzew, pośród których podobno mieszkają Wookie.

Qorl szybko określił barwy symulowanych celów. Wybrał czarny, pomarańczowy i błękitny jako

kolory Rebeliantów, a także biały dla szturmowców.

– To mało znacząca wyprawa – odparł. – Zekk ma nauczyć się, jak dowodzić żołnierzami. Nie

było potrzeby, żeby leciało aż dwóch dowódców.

Norys wymierzył do błękitnego celu, ale chybił. Bardziej lubił wprawiać się w strzelaniu, kiedy

symulowane cele poruszały się trochę wolniej, jak na przykład mynocki. Zabijanie ich sprawiało mu
prawdziwą radość.

– A zatem powinieneś był wysłać mnie zamiast niego, staruszku – powiedział Norys. – Już teraz

jestem lepszym dowódcą, niż kiedykolwiek uda się być temu śmieciarzowi.

Będzie z nim kłopot – pomyślał Qorl. – Poważny kłopot.
– Dlaczego tak uważasz? – zapytał.

background image

–  Ponieważ  –  odparł  Norys,  mierząc  do  pomarańczowego  celu,  ale  strzał  okazał  się  niecelny  –

żołnierze tak się mnie boją, że nigdy nie odważyliby się lekceważyć moich rozkazów. – Znów strzelił
i ponownie chybił. – Czy celownik tego blastera jest na pewno dobrze ustawiony?

– Nie skupiasz się, kiedy mierzysz do celu – odparł stary pilot, a potem postanowił skomentować

ostatnią  uwagę  swojego  podopiecznego.  –  Rzeczywiście,  czasami  można  w  ten  sposób  wymuszać
posłuch u podwładnych – rzekł obojętnym tonem. – Musisz jednak jeszcze wiele się nauczyć.

Norys  zjeżył  się  i  nie  trafił  po  raz  kolejny  do  celu.  Zirytowany  i  rozgniewany,  groźnie  warknął

i odwrócił się w stronę byłego pilota myśliwca typu TIE.

– Na przykład czego, staruszku?
Qorl  nie  przestraszył  się  ani  nawet  nie  mrugnął.  Radził  sobie  w  życiu  z  trudniejszymi

przeciwnikami  niż  ten  młodociany  zabijaka,  chociaż  zapewne  nie  zetknął  się  z  nikim,  kto  byłby
równie bezwzględny i małoduszny.

– Na przykład tego, jak skupiać uwagę na broni i nie przejmować się niczym, co przeszkadza ci

w celowaniu. Mógłbyś także nauczyć się, jak mierzyć i trafiać do celu za każdym razem, a nie tylko
mówić  o  tym,  co  potrafisz  –  dodał.  –  Jeżeli  w  czasie  prawdziwej  walki  będziesz  strzelał  równie
celnie, jak w trakcie dzisiejszych ćwiczeń, w ciągu zaledwie kilku sekund zostaniesz sam trafiony.

– Naprawdę, staruszku?
Wargi Norysa rozciągnęły się w czymś pośrednim między grymasem a uśmiechem. Młodzieniec

odwrócił się w stronę symulowanych celów i nie przestając przyciskać guzika spustowego, powoli
zatoczył  szeroki  łuk  lufą  blasterowego  karabinu.  Kiedy  skończył,  każdy  cel  został  przynajmniej  raz
trafiony. Zupełne jatki. Norys popatrzył na Qorla, a na jego wargach pojawił się pełen zadowolenia
uśmieszek.

– Jak myślisz, staruszku, ile czasu muszę jeszcze wprawiać się w celowaniu? – zapytał.
– Tyle, żebyś nie pozabijał własnych ludzi, którzy także wezmą udział w wyprawie – odparł stary

pilot.

Norys wzruszył ramionami.
– Czasami trzeba poświęcić to i owo, jeżeli zależy nam na wykonaniu zadania. – Odwrócił głowę

i popatrzył na cele. – Jeżeli chcesz znać moje zdanie, cena nie wydaje mi się zbyt wygórowana.

Rzucił  rozładowany  karabin  w  stronę  Qorla,  który  pochwycił  go  w  locie,  posłużywszy  się

zdrową ręką.

Będzie z nim kłopot – pomyślał. – Poważny kłopot.

background image

 

 

 

Rozdział 10

 
 
Gwiazdy  płonęły  wysoko  na  nocnym  niebie  podobne  do  miliardów  rozżarzonych  do  białości

węgli,  błyszczących  na  powierzchni  marmurowej  czarnej  płyty.  Jacen,  Jaina  i  Tenel  Ka  już  dawno
udali  się  na  spoczynek,  ale  Lowie  jakoś  nie  mógł  zasnąć.  Siedząc  wygodnie  jak  na  grzędzie
w rozwidleniu potężnych konarów górnej werandy, wsłuchiwał się w kipiące wokół niego dźwięki
latających owadów i nocnych stworzeń przemykających po gałęziach. Od czasu do czasu wpatrywał
się również w okno komnaty siostry.

Sirra  nadal  się  upierała,  że  pragnie  powtórzyć  wyczyn  brata,  który  sam  zmierzył  się  z  kwiatem

syreniowca.  Lowie  nie  potrafił  wyperswadować  jej,  żeby  tego  nie  czyniła.  Obawiał  się,  że  Sirra
wymknie  się  cichaczem  i  nie  mówiąc  nikomu,  wyruszy  na  niebezpieczną  wyprawę...  podobnie  jak
uczyniła  Raaba.  Na  razie  jednak  nic  nie  wskazywało  na  to,  żeby  siostra  chciała  zrobić  coś  tak
nierozważnego.

Ponieważ  wojskowi  przywódcy  Nowej  Republiki  polecili  przyspieszyć  tempo  produkcji

skomplikowanych elementów, rodzice Lowiego i Sirry dobrowolnie oświadczyli, że będą pracowali
na  nocną  zmianę  w  zakładzie,  w  którym  wytwarzano  komputerowe  podzespoły.  Kallabow
i  Mahraccor  byli  zatrudnieni  od  dawna  w  fabryce,  wykonując  może  nieco  monotonną,  ale
sprawiającą im dużo satysfakcji pracę, i nie mogli zrozumieć, dlaczego żadne z ich dzieci nie chciało
podążyć w ich ślady.

Zwłaszcza  Sirra  uwielbiała  stawiać  czoło  niebezpieczeństwom  i  przeżywać  przygody.  Czasami

sama stwarzała kłopotliwe sytuacje, ilekroć uznawała, że życie staje się zbyt monotonne i nudne.

Światło  w  jej  oknie  migotało  jak  ciepły  ognik,  od  czasu  do  czasu  przesłaniany  przez  ciemne

liście.  Za  oknami  siostry  i  na  różnych  platformach,  jakich  wiele  znajdowało  się  w  dzielnicy
mieszkaniowej  Wookiech,  wisiały  małe  świecące  siatkowe  klatki  –  pojemniki  wypełnione
wydzielającymi  słodką  woń  substancjami.  Okazywały  się  one  nieodpartymi  przynętami,  wabiącymi
roje  mikroskopijnych  świecących  owadów  zwanych  fospchłami.  Wywieszenie  klatki  za  okno
sprawiało, że chmary nieszkodliwych fosforyzujących owadów oblepiały klatkę, próbując przedostać
się do środka. Stanowiły one źródło naturalnego, darmowego i nie zanieczyszczającego środowiska
światła.

Siedząc pod baldachimem świecących gwiazd, młody Wookie przyglądał się, jak cień Sirry raz

po  raz  przesłania  oświetlone  okno.  Wyglądało  to,  jakby  zaniepokojona  siostra  przechadzała  się  po
komnacie,  ale,  prawdę  mówiąc,  od  dłuższego  czasu  Lowie  jej  nie  widział.  Pomyślał,  że  zapewne
Sirra stara się zasnąć.

Mimo iż miał niejasne przeczucie, że dzieje się coś złego, uwielbiał siedzieć wysoko nad ziemią

i oddawać się rozmyślaniom w kojących ciemnościach nocy. Cieszył się, że może być znów w domu

background image

na  rodzimym  Kashyyyku.  Zaczerpnął  głęboki  haust  przesyconego  wonią  drzew  świeżego  powietrza
i zaczął ćwiczyć technikę relaksacyjną Jedi, stopniowo pozwalając odprężyć się mięśniom, napiętym
jak postronki...

...I nagle podskoczył na wysokość metra, kiedy poczuł, jak w jego szyję wpijają się zimne pazury.

Opadł na konar, potknął się, ale natychmiast odwrócił, co było jednym z błyskawicznych odruchów,
z których słynęli Wookie.

Sirra,  zanosząc  się  bezgłośnym  śmiechem,  przeszła  przez  poręcz  i  zeskoczyła  na  werandę,

a później schowała pazury i pochwaliła brata za szybkość reakcji. Oświadczyła, że dopiero teraz jest
przekonana,  iż  kiedy  wyruszy  na  niebezpieczną  wyprawę,  będzie  mógł  jej  w  czymś  pomóc.  Lowie
zaryczał,  próbując  opanować  zwiększone  wydzielanie  adrenaliny.  Zapytał  siostrę,  czy  jej
niespodziewana napaść miała na celu jedynie wypróbowanie szybkości jego odruchów.

Sirra  spoważniała  i  spuściła  głowę.  Zamierzała  udowodnić  bratu,  że  gdyby  chciała,  potrafi

wymknąć się z pokoju, nie zauważona przez nikogo, i że Lowie nie będzie mógł uczynić nic, by jej
w tym przeszkodzić. Później popatrzyła na brata i obiecała, że nie wyprawi się bez niego.

Młody Wookie ponownie usiadł na poręczy i zapatrzył się w gwiazdy. Burknął coś na temat tego,

że  czasami  siostra  ucieka  się  do  dziwacznych  metod,  pragnąc  podkreślić  wagę  własnych
argumentów.

Sirra zamruczała, dziękując za wyszukany komplement, a potem usadowiła się wygodnie u boku

brata.

Lowie  chrząknął,  gdyż  nie  był  pewien,  czy  jego  uwaga  powinna  zostać  potraktowana  jako

pochwała, ale sam fakt, że Sirra była zadowolona, przemawiał do niego silniej niż wszelkie słowa.
Siostra chlubiła się tym, że jest inna, podobnie jak ceniła to sobie jej przyjaciółka, Raaba...

Jakby wyczuwając, w jakim kierunku biegną jego myśli, Sirra zaczęła rozmowę na temat Raaby.

Pamiętała, że porośnięta ciemną sierścią, szczupła koleżanka także uwielbiała spoglądać na gwiazdy.
Nawet  kiedy  obie  Wookie  były  jeszcze  bardzo  młode,  wymykały  się  w  nocy  i  potrafiły  całymi
godzinami wpatrywać się w niebo.

Raaba nie powinna była zginąć, warknął Lowie. Wyruszając sama, niepotrzebnie ryzykowała.
Sirra zaryczała, że Lowie podjął kiedyś takie samo ryzyko.
Przyznał siostrze rację. Tak, rzeczywiście zachował się jak głupiec.
Siostra  odpowiedziała  mu  szorstkim  tonem.  Czy  gdyby  miał  to  zrobić  jeszcze  raz,  postąpiłby

inaczej? Czy raczej wyprawiłby się z przyjacielem?

Lowie kiwnął głową, szybko potakując. Sirra nie odpowiedziała, ale nawet w ciemnościach nocy

młody Wookie zauważył, że jej sierść zjeżyła się na znak niedowierzania. Po dłuższej chwili jednak
siostra westchnęła, a potem pokręciła głową.

Po  kolejnej  chwili  milczenia  wyjawiła  bratu,  jak  bardzo  Raaba  go  podziwiała  i  jak  pragnęła

zawsze być taka odważna jak Lowie.

Młody  Wookie  ponownie  spojrzał  w  niebo,  na  gwiazdy,  które  Raaba  tak  bardzo  kochała.

Pytająco zaryczał. Kiedy odlatywał z Kashyyyku, aby zacząć naukę w akademii Jedi, on i Raaba byli
zbyt  młodzi,  żeby  chociaż  snuć  plany  o  wspólnym  spędzeniu  reszty  życia.  Nadal  zresztą,  jeżeli
pragnął zostać rycerzem Jedi, czekało go mnóstwo pracy... A Raaba miała własne plany. Sirra także.

Głos jego siostry nagle się załamał. Sirra wydała żałosny jęk, a po nim następny i następny. Po

jakimś  czasie  przyłączył  się  do  niej  Lowie  i  oboje,  siedząc  pod  baldachimem  świecących  gwiazd,
okazywali w ten sposób ból po utraconej przyjaciółce.

background image

 
Po  kilku  godzinach  Lowie  poczuł  się  odprężony  bardziej  nawet  niż  gdyby  całą  noc  smacznie

przespał. Doszedł do wniosku, że zawdzięcza ten stan chwilom spędzonym w towarzystwie siostry.

Jego  rozmyślania  przerwał  chrapliwy  głos  Sirry,  która  zapytała  o  jego  przyjaciół  Jedi.  Siostra

chciałaby się dowiedzieć, czy gdyby zginął, także okazywaliby ból po nim, podobnie jak uczyniła to
ona i Lowie po utracie Raaby.

Młody Wookie z emfazą kiwnął głową, a Sirra oświadczyła, że brat ma szczęście, iż udało mu się

znaleźć takich przyjaciół.

Zachęcony zachowaniem siostry, Lowie poprosił, żeby powiedziała coś więcej na temat planów,

jakie snuła wspólnie z Raaba.

Sirra nie odzywała się tak długo, iż zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem znów nie uraził jej

albo nie rozdrapał jakiejś starej rany. W końcu siostra opowiedziała, jak ona i Raaba chciały zostać
pilotami  i  galaktycznymi  podróżnikami.  Z  początku  zamierzały  pracować  na  pokładach  gwiezdnych
frachtowców,  do  czasu,  aż  zarobią  dostatecznie  dużo  kredytów,  aby  mogły  kupić  własny  statek.
Później planowały wyruszyć nim i zająć się badaniem różnych planet. W ten sposób mogłyby zostać
bogatymi kupcami. Sirra sapnęła, wybuchając gorzkim śmiechem: Raabie marzyło się nawet, że obie
mogłyby się wsławić odkryciem nowych gwiezdnych szlaków wiodących przez nadprzestrzeń.

Lowie  odniósł  wrażenie,  że  sierść  jeży  mu  się  z  przerażenia.  Zwrócił  uwagę,  że  takie  zajęcie

byłoby bardzo niebezpieczne.

Sirra  z  przymusem  się  uśmiechnęła  i  zauważyła,  że  niebezpieczeństwa  nigdy  nie  odstraszały

Raaby. Rozłożyła ręce, po czym wyznała, że nie zamierza już zostać międzygwiezdną podróżniczką.
A przynajmniej nie teraz, gdy przyjaciółka zginęła. Nie wiedziała wprawdzie, co pragnie robić, ale
była pewna, że nie chce zostać na Kashyyyku.

Na  chwilę  umilkła  i  wpatrzyła  się  w  gwiazdy.  Lowie  podążył  za  jej  spojrzeniem.  Zastanawiał

się,  czy  Sirra  wyobraża  sobie  pośród  gwiazd  Raabę,  badającą  systemy  gwiezdne  i  przeżywającą
niezwykłe przygody, o których obie zawsze tak marzyły.

Sirra westchnęła. Powiedziała, że strata przyjaciółki boleśnie ją dotknęła.
Lowie uzmysłowił sobie, jak łatwo było traktować przyjaciół – i rodzinę – jak coś oczywistego.

Dotychczas nie wyobrażał sobie, że siostra może czuć się taka samotna.

Okazując  wahanie,  Sirra  zapytała,  czy  nie  zechciałby  spędzić  z  nią  tego  dnia,  podczas  gdy

Chewbacca i Jaina będą nadal zajęci majstrowaniem we wnętrzu „Ścigacza Cieni”.

Pamiętając o dręczącym go przeczuciu, że może wydarzyć się coś złego, Lowie z ochotą wyraził

zgodę.

background image

 

 

 

Rozdział 11

 
 
Promienie  słońca  rozpraszały  ostatnie  kłęby  porannej  mgły,  wciąż  jeszcze  wiszącej  nad

wierzchołkami  gigantycznych  wroszyrów.  Mimo  to  czterech  silnie  umięśnionych  Wookiech  bez
wahania  kierowało  się  w  stronę  wieży  kontrolnej  górującej  nad  kompleksem  zabudowań  ośrodka
przemysłowego, w którym wytwarzano komputerowe podzespoły.

Wyglądali  zupełnie  jak  inni  Wookie,  odziani  w  przepisowe  stroje,  jakie  nosili  pracownicy

fabryki. Wszyscy byli wysocy, silnie zbudowani i nie mieli broni, którą dałoby się zauważyć. Nowo
przybyli wcisnęli prawidłową kombinację klawiszy, będącą kodem umożliwiającym dostęp, i stanęli
u  stóp  pilnie  strzeżonej  wieży  wznoszącej  się  ponad  innymi  drzewnymi  platformami.  Przybywali
dokładnie o tej porze, kiedy powinni się pojawić pracownicy ośrodka kontroli lotów, przychodzący
na ranną zmianę.

Kiedy  okazali  karty  identyfikacyjne  na  wartowni  kontrolnej  wieży,  musieli  przejść  przez

elektrostatyczne  pole  usuwające  zanieczyszczenia  z  materiału  ich  kombinezonów.  Sylwetki
wszystkich czterech Wookiech, poddane działaniu niewidocznych ładunków elektrycznych, na ułamek
sekundy zamigotały, ale po chwili znów przybrały poprzednie kształty.

Nikt niczego nie zauważył.
Tymczasem  prawdziwi  pracownicy,  którzy  mieli  objąć  służbę  na  porannej  zmianie,  leżeli

ogłuszeni w niewielkim pomieszczeniu służbowym na jednej z  niższych  platform,  gdzie  znajdowały
się  magazyny.  Wookie  pełniący  służbę,  zmęczeni  po  wielogodzinnym  nadzorowaniu  przylatujących
do fabryki i opuszczających jej teren statków, cieszyli się, że już wkrótce zakończą pracę i udadzą się
do  domów.  Z  radością  podpisali  niezbędne  protokoły  i  przekazali  kontrolę  nad  urządzeniami
zmiennikom,  którzy  burkliwie  przejęli  służbę,  wydając  kilka  charakterystycznych  dla  mowy
Wookiech warknięć i pomruków.

Poprzednia załoga opuściła pomieszczenia kontrolnej wieży, pozostawiając wszystkie komputery,

zabezpieczenia,  blokady  i  systemy  orbitalnych  satelitów  obronnych  w  rękach  nowo  przybyłych
pracowników.

Jeden  z  obejmujących  służbę  Wookiech  zatrzasnął  drzwi  kontrolnej  wieży,  po  czym  wyciągnął

ukryty  blaster  i  stopił  aparaturę  alarmową  i  urządzenia  wykrywające  pojawianie  się  nieproszonych
gości.  Trysnęły  fontanny  iskier,  buchnęły  kłęby  czarnego  dymu,  a  po  pomieszczeniu  rozbryznęły  się
krople  metalu  i  plastiku.  Następnie  wszyscy  czterej  pstryknęli  przełącznikami  u  pasów,  wyłączając
ukryte  w  nich  generatory  maskujących  hologramów.  Wizerunki  Wookiech  zadrżały  i  zniknęły,
ukazując postacie czworga komandosów, przybyłych z Akademii Ciemnej Strony.

–  Holograficzne  przebrania  działały  bez  zarzutu  –  odezwał  się  Zekk,  wygładzając  zmarszczki

opancerzonego  skórzanego  munduru  i  poprawiając  przekrzywioną  pelerynę,  ozdobioną  szkarłatną

background image

lamówką. Był rad, że może być znów sobą.

Stojący przy drzwiach wieży szturmowiec odwrócił się w jego stronę.
– Systemy alarmowe unieszkodliwione – zameldował. – Nie będzie z nimi żadnych problemów.
Pozostałe  dwie  członkinie  grupy,  Siostry  Nocy:  Tamith  Kai  i  Vonnda  Ra,  stały,  wpatrzone

w  ekrany  monitorów  skomplikowanych  systemów  komputerowych.  Jeżeli  chciały  się  posługiwać
kontrolnymi  dźwigniami,  musiały  wspinać  się  na  palce,  gdyż  wszystkie  panele  umieszczono  na
wysokości  odpowiedniej  dla  Wookiech.  Vonnda  Ra  wyciągnęła  głowę  i  pragnąc  zapoznać  się
z systemami, przyglądała się odczytom na ekranach.

Zamyślona  Tamith  Kai  także  spoglądała  na  urządzenia  umożliwiające  kierowanie  ruchem

statków. Z klaśnięciem złączyła palce dłoni, zakończone długimi paznokciami.

–  Wszystko  musi  przebiegać  zgodnie  z  harmonogramem  –  oznajmiła.  –  Jeżeli  tak  się  stanie,

możemy być pewni sukcesu.

–  Odniesiemy  sukces  –  zapewnił  ją  Zekk.  –  Nie  zawiodę  zaufania,  jakim  obdarzył  mnie  mistrz

Brakiss.

Tymczasem  Vonnda  Ra,  która  zajęła  się  dwoma  kontrolnymi  panelami,  przyglądała  się

klawiaturom  i  urządzeniom  diagnostycznym.  Zadowolona,  wyciągnęła  z  pokrowca  u  pasa  osłonięte
wibroostrze,  a  potem  pstryknęła  przełącznikiem,  aby  uruchomić  urządzenie.  Słysząc  pomruk
włączonego ostrza, zanurkowała pod pulpity konsolet, po czym machnęła nożem w lewo i w prawo,
żeby przeciąć kable zasilające oba panele. Strzeliły snopy oślepiających iskier, a po chwili z wnętrz
urządzeń zaczęły się wydobywać smugi białawego dymu.

Siostra  Nocy  cofnęła  się  i  machnęła  ręką,  usiłując  odpędzić  kłęby  gryzących  oparów.

Wyprostowała się, sprawiając wrażenie jeszcze bardziej zadowolonej niż poprzednio.

– Orbitalne systemy obronne Kashyyyku zostały raz na zawsze unieszkodliwione – oświadczyła.
Zekk kiwnął głową w stronę zniszczonych paneli kontrolnych, a jego zielone oczy błyszczały.
– Rzeczywiście wygląda na to, że już nigdy nie będą działały – przyznał.
–  Ty  dowodzisz  tą  wyprawą,  Zekku  –  przypomniała  mu  Tamith  Kai,  wkładając  ręczny

komunikator  do  gniazda  w  konsolecie  urządzenia  telekomunikacyjnego.  –  Czy  nie  sądzisz,  że
najwyższy czas nadać wiadomość mającą zwabić tu smarkaczy Jedi, abyśmy mogli wreszcie z nimi
się rozprawić?

Siostra Nocy wyglądała na zadowoloną z siebie.
Zekk  przełknął  ślinę,  czując,  że  w  jego  głowie  wirują  setki  myśli.  Wiedział,  że  ta  chwila

nadejdzie i że będzie zmuszony stawić czoło problemowi.

– Czyżbym odnosiła wrażenie, że się wahasz? – warknęła Tamith Kai.
–  Nie  –  odparł  młodzieniec.  –  Staram  się  tylko  znaleźć  najlepsze  słowa,  by  powiedzieć  to,  co

pragnę. Muszę ich zaciekawić, zaniepokoić... i przekonać.

Stanął  przed  pulpitem  konsolety  telekomunikacyjnej  i  korzystając  z  klawiatury,  wystukał

wiadomość  i  przekazał  do  urządzenia  tłumaczącego,  które  miało  zamienić  ją  na  słowa  właściwego
dialektu  Wookiech,  a  później  przesłać  jako  informację  o  najwyższym  priorytecie  do  miejsca,  gdzie
Jacen i Jaina spędzali czas z przyjaciółmi.

Był pewien, że jeżeli użyje odpowiednich słów, bliźnięta pospieszą do kontrolnej wieży.
Tymczasem Jacen, przebywający wysoko na gałęziach drzewa w domu Wookiech, starał się, jak

mógł,  aby  dotrzymywać  kroku  przyjaciołom  w  zręcznościowej  grze  komputerowej,  prowadzonej
w bardzo szybkim tempie. Mimo to pozostali gracze – Lowie, Sirra i Tenel Ka – reagowali o wiele

background image

szybciej niż on na zmiany sytuacji zachodzące na holograficznej planszy. Jaina wyszła z Chewbaccą,
by jak zwykle naprawiać uszkodzone podzespoły „Ścigacza Cieni”.

Przyjaciele  siedzieli  po  czterech  stronach  kwadratowej  kontrolnej  płyty.  Każde  trzymało  jedną

dłoń  na  niewielkiej  elastycznej  dźwigni  z  czujnikami,  za  pomocą  której  zmieniali  położenie
miniaturowych  wizerunków  gwiezdnych  maszyn.  W  przestrzeni  ponad  planszą  toczyła  się  walka,
będąca odzwierciedleniem bitwy, która zakończyła się zniszczeniem pierwszej Gwiazdy Śmierci.

Lowie  i  Sirra  kierowali  ruchami  szybkich  myśliwców  typu  X,  podczas  gdy  Jacen  i  Tenel  Ka

musieli  zadowolić  się  pilotowaniem  starszych  i  wolniejszych  maszyn  typu  Y,  osłaniających  X-
skrzydłowce. Sterujący grą komputer czynił, co było w jego mocy, by kierować ogniem laserowych
działek  symulowanych  imperialnych  myśliwców  typu  TIE,  raz  po  raz  atakujących  maszyny
Rebeliantów.  W  dodatku  od  czasu  do  czasu  w  przestworzach  pojawiały  się  potężne  śmiercionośne
smugi strzałów turbolaserowych dział, umieszczonych na pokładzie Gwiazdy Śmierci.

Jacen  dobrze  radził  sobie  z  celowaniem  i  strzelaniem.  Bliźnięta  często  posługiwały  się

poczwórnymi sprzężonymi działkami „Sokoła Tysiąclecia”, by polować na bryły złomu zaśmiecające
przestworza  wokół  Coruscant.  Lowbacca  i  jego  siostra  mieli  jednak  większą  wprawę,  jeżeli
chodziło  o  branie  udziału  w  skomplikowanych  komputerowych  grach,  a  Tenel  Ka,  jak  przystało  na
młodą wojowniczkę z Dathomiry, słynęła z błyskawicznych odruchów.

Jacen przesunął palcami po czujnikach dźwigni, zmieniając kierunek lotu swojego myśliwca typu

Y.  Mimo  to  imperialna  maszyna  typu  TIE  nie  przestawała  trzymać  się  niebezpiecznie  blisko  ogona
jego  myśliwca,  gdzie  znajdowały  się  osłony  obu  silników.  Chłopiec  postanowił  wprowadzić
maszynę w lot nurkowy.

– Hej, odczep się od mojego ogona! – krzyknął.
Wskutek najzwyklejszego przypadku, myśliwiec typu TIE natknął się na jedną z turbolaserowych

błyskawic  wystrzelonych  z  pokładu  Gwiazdy  Śmierci,  dzięki  czemu  Jacen  mógł  przez  chwilę
odetchnąć.

Starając  się  odwrócić  uwagę  pozostałych  graczy  od  zmiennego  szczęścia,  z  jakim  toczył

symulowaną  bitwę,  chłopiec  uciekł  się  do  najbardziej  oczywistego  sposobu.  Korzystając  z  wolnej
chwili między zwrotami, nurkowaniem i strzelaniem, postanowił opowiedzieć jakiś dowcip.

– Hej, czy wiecie, jaki dźwięk wydają dwaj Whiphidzi, kiedy się całują? – zapytał.
– Ani nie widziałam, ani nie słyszałam żadnego Whiphida – oznajmiła Tenel Ka.
–  Pan  Lowbacca  stanowczo  oświadcza,  że  nawet  nie  chce  słyszeć  tego  dźwięku  –  odezwał  się

Em Teedee.

–  Dajcie  spokój!  –  żachnął  się  chłopiec.  –  To  dowcip.  Czy  wiecie,  jaki  dźwięk  wydają  dwaj

Whiphidzi, kiedy się całują? – Odczekał sekundę, po czym uniósł jedną brew. – Oj!

Tenel  Ka  sprawiała  wrażenie  zakłopotanej.  Lowbacca  warknął,  ale  Sirra  zaskarbiła  sobie

dozgonną  wdzięczność  Jacena,  głośno  sapiąc,  co  u  Wookiech  było  odpowiednikiem  wybuchu
śmiechu. Dopiero po dłuższej chwili zwiększyła prędkość swojego holograficznego X-skrzydłowca,
tak że prześcignęła myśliwiec pilotowany przez Jacena.

Chłopiec zauważył, że w stronę jego maszyny typu Y szybują cienkie zielone sztychy laserowych

strzałów, ale w ostatniej chwili zmienił kierunek lotu i uniknął trafienia. Dostrzegł jednak, że zbliża
się  kolejna  imperialna  jednostka,  która  strzelając  celnie  raz  po  raz  powoduje  coraz  większe
uszkodzenia. Nagle miniaturowy holograficzny myśliwiec typu TIE zamienił się w ognistą kulę, pełną
rozprzestrzeniających się rozżarzonych szczątków. Jacen zorientował się, że tym razem uratowała go

background image

Tenel Ka, która pospieszyła z odsieczą jego ostrzeliwanej maszynie.

– Wyraźnie potrzebowałeś pomocy, Jacenie – powiedziała.
– To prawda – przyznał chłopiec. – Dziękuję.
Oboje lecieli teraz obok siebie, podążając śladami mknących jak błyskawice X-skrzydłowców,

pilotowanych  przez  Lowiego  i  Sirrę.  Ich  maszyny  zbliżały  się  do  celu,  którym  był  niewielki  szyb
wentylacyjny,  jakby  czekający  na  przyjęcie  protonowych  torped.  Pociski  powinny  rozerwać  na
kawałki zbudowaną przez wielkiego moffa Tarkina śmiercionośną bojową stację...

W  pomieszczeniu  rozległ  się  nagle  melodyjny  kurant  komunikatora,  zwiastujący  pojawienie  się

niezwykle  ważnej  wiadomości.  Sirra  wyciągnęła  rękę  i  zatrzymała  grę,  dzięki  czemu  nad
symulacyjną  planszą  znieruchomiały  wszystkie  miniaturowe  wizerunki  gwiezdnych  maszyn.  Lowie
pospieszył,  by  odebrać  pilną  informację.  Popatrzył  na  ekran  komunikatora,  na  którym  pojawiły  się
słowa sygnału, po czym zamrugał powiekami.

Kiedy  zaryczał  na  znak,  że  dzieje  się  coś  złego,  Jacen  i  Tenel  Ka  także  pospieszyli  w  stronę

odbiornika.

– Panie Lowbacco, co się stało? – odezwał się Em Teedee. – Proszę pozwolić mi zapoznać się

z tą informacją. Jak mogę zająć się tłumaczeniem, skoro nawet nie daje pan mi jej przeczytać?

Lowie przycisnął guzik. Obwody komunikatora przetłumaczyły wiadomość, a na ekranie pojawiły

się słowa w basicu.

– To tylko część – stwierdził Jacen czując, że krew w jego żyłach przyjmuje temperaturę lodu. –

Ktoś zakłócił nadawanie sygnału.

– Wygląda na coś poważnego – zauważyła Tenel Ka.
–  Pilne...  –  zaczął  czytać  chłopiec.  –  Ranni  w  fabryce  komputerowych  podzespołów...

potrzebujemy  pomocy...  przybywajcie  jak  najszybciej.  My...  –  Jacen  zmarszczył  brwi.  – Ale  kto  ją
wysłał? Kto może być nadawcą?

–  Została  skierowana  tu,  do  tego  domu  –  oznajmiła  Tenel  Ka.  –  Ktoś  chciał,  żebyśmy  właśnie

myją odebrali.

– Przecież tylko Jacen i Chewbacca wiedzieli, gdzie przebywamy – odparł Jacen. – A oni udali

się,  by  naprawiać  „Ścigacz  Cieni”,  na  jedno  z  lądowisk,  a  nie  do  fabryki,  gdzie  produkuje  się
komputerowe podzespoły.

– Możliwe, że zmienili plany – zauważyła Tenel Ka.
Sirra zawyła i niemal w tej samej chwili rozległ się przeciągły ryk Lowiego.
– O rety – odezwał się piskliwie miniaturowy android-tłumacz. – W fabryce przebywają przecież

rodzice pana Lowbaccy i pani Sirry.

–  Nie  wolno  nam  zlekceważyć  tej  wiadomości  –  oświadczyła  Tenel  Ka.  –  Musimy  tam  pójść

i przekonać się, o co chodzi. To jest fakt.

– Masz rację – poparł ją Jacen.
Lowie  wcisnął  kilka  guzików,  umieszczonych  na  panelu  kontrolnym  komunikatora.  Powtórzył  tę

czynność kilka razy, by w końcu, dając upust frustracji, uderzyć pięścią w obudowę urządzenia.

–  Pan  Lowbacca  oświadcza,  że  nie  może  wysłać  odpowiedzi  –  odezwał  się  Em  Teedee.  –

Prawdopodobnie uszkodzeniu uległ odbiornik znajdujący się na terenie fabryki. Tamto urządzenie nie
odbiera żadnych sygnałów przekazywanych z zewnątrz.

Lowie  ryknął  do  siostry,  aby  wezwała  najszybszego  pociągowego  bantha,  jakiego  znajdzie

w okolicy, a sam przypiął do pasa rękojeść świetlnego miecza. To samo uczynili Jacen i Tenel Ka,

background image

przygotowując  się  na  najgorsze.  Wszyscy  wybiegli  z  pomieszczenia  domu,  urządzonego  na
wierzchołku ogromnego drzewa.

W  odpowiedzi  na  gorączkowe  wezwanie  Sirry,  do  platformy  przyczłapał  kudłaty  banth.

Sullustański  poganiacz,  który  przykucnął  na  szerokim  karku  bestii,  sprawiał  wrażenie  znużonego
wielogodzinną  pracą.  Kiedy  jednak  oboje  Wookie,  obnażywszy  długie  kły,  głośnym  rykiem
oświadczyli, że chodzi o ratowanie życia, podobna do wielkiej myszy istota natychmiast się ocknęła.
Jacen  wspiął  się  na  siedzenie  i  wyciągnął  rękę  do  Tenel  Ka  na  znak,  że  chce  jej  pomóc.
Wojowniczka  zgodziła  się  bez  wahania.  Sirra  i  Lowie  wskoczyli  na  grzbiet  wielkiej  bestii  i  banth
ruszył w stronę fabryki.

– To stworzenie może przecież iść szybciej! – krzyknął Jacen. – Kiedy przebywałem na Tatooine,

widziałem, jak spłoszone banthy gnały na złamanie karków.

Lowie  szczeknął,  wydając  polecenie  poganiaczowi.  Sullustanin  przynaglił  wierzchowca  do

pośpiechu.  Po  chwili  cała  drzewna  autostrada  drżała,  pobudzana  rytmicznym  łomotem  kopyt
zwierzęcia.

 
Najeżone  lufami  śmiercionośnej  broni  satelity  obronne,  wiszące  wysoko  nad  Kashyyykiem,

zaprojektowano  w  taki  sposób,  żeby  mogły  niszczyć  jednostki  atakujących  wrogów.  Kiedy  jednak
w  przestworzach  nad  planetą  pojawił  się  zamaskowany  wahadłowiec,  którego  załoga  otworzyła
wrota hangaru, by uwolnić eskadrę myśliwców typu TIE, satelity obrony orbitalnej pozostały ciche
i nieruchome.

Piloci nieprzyjacielskich maszyn uzbroili pokładowe działka, po czym włączyli bliźniacze silniki

jonowe  i  utworzywszy  zwarty  szyk,  z  przejmującym  skowytem  skierowali  się  ku  porośniętej  gęstą
dżunglą powierzchni planety. W pamięciach komputerów już zapisano szczegółowy plan całej akcji.
Piloci imperialnych myśliwców chcieli z chirurgiczną precyzją wyrządzić jak najwięcej szkód w jak
najkrótszym czasie. Zamierzali pochwycić łup, a potem rozpłynąć się w przestworzach.

Czujniki  satelitów  orbitalnej  obrony  Kashyyyku  zarejestrowały  fakt  pojawienia  się  intruzów.

Przekazały  informację,  po  czym  przygotowały  się  do  odbioru  sygnału,  jaki  powinny  otrzymać  ze
znajdującej  się  na  terenie  zakładów  przemysłowych  kontrolnej  wieży.  Śledziły  tory  lotu
nieprzyjacielskich  maszyn,  ale  nie  otrzymały  polecenia  przesłania  energii  do  systemów  uzbrojenia
ani  rozkazu  otwarcia  ognia.  Planeta  zachowywała  milczenie.  Lufy  działek  obronnych  satelitów  nie
obudziły się do życia.

Mimo  iż  systemy  obronne  nie  powitały  ogniem  napastników,  czujniki  nadal  gromadziły

informacje  o  rozwoju  sytuacji...  na  wszelki  wypadek,  gdyby  ktoś  na  Kashyyyku  przeżył  po  ataku
imperialnych najeźdźców.

 
Kiedy  zmęczony  banth  w  końcu  dotarł  przed  bramę  fabryki,  w  której  wytwarzano

skomputeryzowane  urządzenia,  Lowie,  Sirra,  Tenel  Ka  i  Jacen  zeskoczyli  z  grzbietu  i  pospieszyli
w stronę wejścia.

Wysoki,  wrzecionowaty  android-przewodnik  stał  nieruchomo,  jakby  przyklejony  do  ściany.

Ujrzawszy  nieoczekiwanych  przybyszów,  odłączył  się  od  urządzenia  zasilającego  i  pospieszył
w  stronę  grupy  nieznajomych.  Przyjął  postawę  obronną,  pamiętając  o  tym,  że  o  tej  porze  nie
spodziewał się żadnych gości.

– Stać! – powiedział.

background image

– Gdzie zdarzył się ten wypadek? – zawołał Jacen. – Musimy dostać się do fabryki.
– Przybywamy w odpowiedzi na wezwanie o ratunek – wyjaśniła Tenel Ka.
Lowie  i  Sirra  zaczęli  ryczeć  jedno  przez  drugie,  licząc  na  to,  że  android-przewodnik  szybciej

zrozumie słowa wypowiadane w dialekcie Wookiech niż w basicu.

–  Nie  przekazano  mi  informacji  o  żadnym  wypadku  –  oświadczył  automat.  Jego  długie  ręce

zwisały po bokach jak kołyszące się metalowe pręty.

–  Musiał  się  jakiś  wydarzyć  –  upierał  się  Jacen.  –  Otrzymaliśmy  wiadomość  obdarzoną

najwyższym priorytetem, by natychmiast przybyć do fabryki.

–  Sprawdzam  –  odezwał  się  android-przewodnik,  po  czym  umieścił  jeden  z  mających  kształt

kołków palec w gnieździe najbliższego terminala komputerowego. Na chwilę znieruchomiał, a potem
po jego ekranie przesunęły się błyskawicznie długie rzędy cyfr i liter.

–  Czy  jesteście  pewni,  że  dysponujecie  właściwymi  współrzędnymi?  –  zapytał  w  końcu.  –  Czy

mogę zaproponować wam przejrzenie kilku broszur reklamowych?

– A. Aha – odezwała się Tenel Ka, spoglądając poważnie na Jacena. – Możliwe, że zostaliśmy

celowo oszukani.

–  Blasterowe  błyskawice!  –  odparł  chłopiec.  Słysząc  dobiegający  z  góry  dziwny  dźwięk,

zrozpaczony uniósł rękę, i pokazał na niebo: – Wygląda na to, że ten wypadek dopiero się wydarzy!

Lowie przekrzywił głowę i obnażywszy długie kły, gniewnie zaryczał.
Z  chmur  wyłoniła  się  pierwsza  grupa  imperialnych  maszyn  typu  TIE.  Ich  piloci  kierowali  się

w  stronę  fabryki  komputerowych  podzespołów.  Lufy  nieprzyjacielskich  działek  plunęły  laserowym
ogniem, nie czekając, aż myśliwce znajdą się nad celem.

background image

 

 

 

Rozdział 12

 
 
Jaina  pomyślała,  że  prawdziwą  przyjemność  sprawia  jej  praca  w  towarzystwie  kogoś,  kto

podobnie jak ona kochał mechanizmy i urządzenia. Wyglądało na to, że dziewczyna i Chewbacca są
jedynymi osobami pracującymi w przestronnym hangarze.

Raz po raz przez otwarte wrota wpadały podmuchy chłodnego wiatru. Czując świeże powietrze

i  widząc  ocean  zielonych  liści,  dziewczyna  była  rada,  że  nie  zamknęła  drzwi.  Przeznaczone  do
remontowania większych statków pomieszczenie zostało zbudowane na platformie w koronie jednego
z najwyższych drzew, jakie wznosiły się ponad baldachim liści sąsiednich wroszyrów. Znajdowało
się w dość dużej odległości i od dzielnicy mieszkaniowej Wookiech, i od fabryki, gdzie montowano
komputerowe urządzenia.

W  ogromnym  hangarze  panowała  na  ogół  cisza,  jeżeli  nie  liczyć  dźwięcznych  stuków  i  innych

odgłosów  wydawanych  przez  narzędzia,  jakimi  posługiwali  się  Jaina  i  Chewbacca,  zajęci
naprawianiem  „Ścigacza  Cieni”.  Dziewczyna  była  tym  zachwycona.  Uważała,  że  nic  tak  nie  koi
nerwów  jak  odprężająca  naprawa  jakiegoś  mechanizmu,  połączona  z  dopasowywaniem  różnych
części, tak by stanowiły całość.

Zwłaszcza że „Ścigacz Cieni” był nadal szczytem osiągnięć w swojej klasie.
Kiedy  Chewbacca,  zajęty  czymś  pod  kadłubem,  ryknął  i  uniósł  głowę,  zwracając  ją  w  stronę

opuszczonej  rampy,  Jaina  wygramoliła  się  spod  pulpitu  panelu  kontrolnego,  gdzie  pracowała,
i krzyknęła w odpowiedzi:

– Niezupełnie zrozumiałam, o co ci chodziło, Chewie. Jakiego narzędzia potrzebujesz?
Obok krawędzi metalowej pochylni pojawiła się wielka kudłata głowa Wookiego i Chewbacca

pokazał, jaki przyrząd jest mu potrzebny.

– Prawie skończyłam – oznajmiła dziewczyna, przenosząc pojemnik z narzędziami w miejsce, do

którego  mógł  dosięgnąć  Wookie.  –  Resztę  zrobię,  posługując  się  kieszonkowym  zestawem
uniwersalnym.

Skończyła  pracę,  umocowała  płytę  czołową  na  poprzednim  miejscu,  a  potem  zeszła  po  rampie

pod  kadłub  statku,  gdzie  Chewbacca  czyścił  lśniące  podbrzusze  wahadłowca  z  resztek  smaru.
Burknął coś, co zabrzmiało jak pytanie.

–  Zapewne  pytałeś,  czy  nie  jestem  głodna?  –  odezwała  się  Jaina,  starając  się  zrozumieć  słowa

mowy  Wookiech.  Wyszczerzyła  zęby  w  szerokim  uśmiechu.  –  Jasne!  Naprawianie  automatycznych
urządzeń hamujących zawsze sprawia, że czuję niesamowity apetyt.

Lowie ponownie warknął, a później rozłożył szeroko ręce i wzruszył ramionami.
– No, to na co jeszcze czekamy? – chichocząc, zinterpretowała jego słowa dziewczyna. – Sama

nie mogłabym wyrazić tego dosadniej. – Po chwili usłyszała cichy pomruk, podobny do oddalonego

background image

huku  grzmotu,  i  ponownie  zachichotała.  –  Czy  to  twój  żołądek,  Chewie?  –  zapytała.  –  Musisz  być
naprawdę bardzo głodny.

Chewbacca jednak nagle umilkł i przekrzywił głowę, jakby nasłuchiwał. Zmrużył błękitne oczy.

Po  chwili  ten  sam  dźwięk  się  powtórzył,  ale  tym  razem  towarzyszyły  mu  stłumione  odgłosy
wybuchów,  podobnych  do  trzasków  blasterowych  błyskawic  trafiających  jakieś  cele.  Pojawiło  się
także basowe ni to brzęczenie, ni to zawodzenie, którego źródła Jaina nie potrafiła określić.

– To chyba coś na zewnątrz hangaru – odezwała się niepewnie. – Nie mam pojęcia, co to może...
Chewbacca  uniósł  rękę,  nakazując  jej,  by  zachowała  ciszę.  Po  chwili  krótko  szczeknął  i  puścił

się biegiem w stronę otwartych wrót hangaru. Jaina pobiegła za nim. Stanęli na progu i spojrzeli na
ocean  zielonych  liści  i  brązowych  gałęzi,  widoczny  nisko  w  dole  pod  wielką  platformą.  Potężne
konary  utrzymywały  platformę  na  poziomie  o  wiele  wyższym  niż  wierzchołki  pobliskich  drzew
rosnących w gęstej dżungli.

Spoglądając  w  zamglone  niebo,  Jaina  nie  miała  trudności  z  identyfikacją  nakładających  się  na

siebie  dźwięków.  Słyszała  odgłosy  eksplozji,  huki  blasterowych  wystrzałów  i  wyraźny  skowyt
silników gwiezdnych statków.

– Myśliwce typu TIE! – wykrzyknęła. – Co robią tu imperialne maszyny? I do czego strzelają?
Zaniepokojona, popatrzyła na Chewbaccę.
Wookie  wyciągnął  rękę  w  kierunku,  skąd  dobiegały  dźwięki.  Szczeknął  krótko,  wyjaśniając,  że

chodzi o zakłady, w których są montowane komputerowe podzespoły.

Jaina jęknęła.
–  To  musi  być  sprawka  Drugiego  Imperium.  Ale  nigdy  się  nie  spodziewaliśmy,  że  zaatakują

właśnie Kashyyyk!

Rozgniewany  Wookie  przeciągle  zaryczał.  Tym  razem  Jaina  natychmiast  zrozumiała,  co  chciał

powiedzieć.

–  Wiem.  Musimy  tam  się  udać.  Spróbujmy  wezwać  pomoc.  Gdzie  znajduje  się  najbliższy

komunikator?

Wookie  skoczył  do  panelu  urządzenia  zawieszonego  na  ścianie  obok  wrót  hangaru.  Nacisnął

guzik  i  przeciągle  zaryczał,  ogłaszając  alarm.  Jaina  jednak  odwróciła  się  jak  użądlona,  kiedy
usłyszała narastający jęk uruchamianych silników.

– A to co znowu?
Jęk  wydobywał  się  z  kadłuba  „Ścigacza  Cieni”.  Chewbacca  i  Jaina  wymienili  zaniepokojone

spojrzenia,  po  czym  puścili  się  biegiem  ku  smukłemu  wahadłowcowi,  który  niedawno  naprawiali.
Przez  transpastalową  szybę  iluminatora  sterowni  Jaina  ujrzała  niewysoką  kobietę  o  falujących
brązowych włosach, odzianą w błyszczący strój z gadziej skóry. Siostrę Nocy.

– Skąd ona się tam wzięła? – zawołała. – Hej, chyba chce porwać wahadłowiec!
Silniki  „Ścigacza  Cieni”  napełniły  cały  hangar  dźwiękiem  podobnym  do  tego,  jaki  wydają

miliony  fruwających  owadów.  Zawodzenie  ucichło,  po  chwili  znów  zabrzmiało,  ale  w  następnej
sekundzie silniki zakrztusiły się i umilkły. Twarz siedzącej w sterowni Siostry Nocy wykrzywiła się
z  wściekłości,  a  z  oczu  strzeliły  błyskawice.  Na  kremowobrązowej  skórze  pojawiły  się  jaśniejsze
cętki.

Jaina spoglądała w górę, mniej więcej tak samo rozgniewana.
– Musimy ją powstrzymać – oświadczyła.
Chewbacca  zanurkował  pod  kadłub  statku,  skąd  po  chwili  dobiegło  jego  uspokajające

background image

warknięcie.

– Jesteś pewien, że nie poleci? – zapytała Jaina. – Skąd to wiesz?
Nie  przestając  grzebać  we  wnętrzu  otwartego  panelu  umożliwiającego  dostęp  do  urządzeń

sterujących pracą silników, Chewbacca zaryczał i trącił stopą część urządzenia, leżącą na posadzce
hangaru. Jaina natychmiast rozpoznała główny motywator, który Wookie wyciągnął do naprawy.

Bez tego urządzenia „Ścigacz Cieni” nie mógł wystartować ani tym bardziej polecieć.
Przeraźliwy skowyt uruchamianych silników zabrzmiał ponownie. Chewbacca zawył. Rozległ się

stłumiony huk i silniki zamilkły, a z wnętrza panelu kryjącego urządzenia sterujące ich pracą trysnęły
iskry. Wookie wyskoczył spod kadłuba.

W następnej chwili Jaina usłyszała pomruk opadającej rampy. Zanim jednak wbiegła na pokład,

aby  stawić  czoło  niedoszłej  porywaczce,  Siostra  Nocy  zeskoczyła  na  płytę  hangaru  i  zwróciła  się
w  stronę  dziewczyny  i  Chewbaccy.  Jaina  pomyślała,  że  rozpoznaje  w  rysach  twarzy  kobiety  coś
znajomego: jakieś lodowate piękno zmieszane z niepohamowanym gniewem.

Chewbacca wyzywająco zaryczał i natychmiast niewysoka wojowniczka odwróciła się w stronę

Wookiego. Spojrzała na niego z groźnym błyskiem w oczach.

– Przybyłam odzyskać swoją własność – oświadczyła. – Postąpisz jak głupiec, jeżeli staniesz na

mojej drodze. „Ścigacz Cieni” należy do mnie.

– A  więc  ty  jesteś  tą  Siostrą  Nocy,  Garowyn  –  odezwała  się  Jaina.  –  Tenel  Ka  i  wujek  Luke

opowiadali mi o tobie.

Wiedźma  z  Dathomiry  zwróciła  oczy  na  Jainę,  a  na  jej  twarzy  odmalował  się  niesmak,  jakby

kobieta połknęła nagle coś kwaśnego.

– Dlaczego nie jesteś teraz w fabryce razem z przyjaciółmi, smarkulo Jedi? – warknęła.
–  W  fabryce?  –  powtórzyła  dziewczyna,  niczego  nie  rozumiejąc.  –  Z  jakiego  powodu  moi

przyjaciele mieliby być teraz w fabryce?

– To nieważne – odparła Garowyn. – I tak nie możecie zrobić nic, by im pomóc. – Uniosła ręce

nad  głowę,  jakby  chciała  coś  rzucić,  chociaż  nie  trzymała  w  dłoniach  żadnego  przedmiotu.  –  Zaraz
skończę z wami tu i teraz. – Roześmiała się. – Nie macie żadnej szansy.

Chewbacca obnażył długie kły i naprężył mięśnie, jak gdyby przygotowywał się do skoku.
Nagle Jaina, która dopiero teraz zrozumiała znaczenie poprzednich słów Siostry Nocy, krzyknęła:
– Musimy pomóc naszym przyjaciołom, Chewie! Zostawmy ją w spokoju!
Zanurkowała pod kadłub „Ścigacza Cieni”, licząc, że zdoła dotrzeć do drzwi windy, którą mogli

zjechać na dół, na główny poziom drzewnego miasta Wookiech.

– Nawet nie myślcie o ucieczce! – krzyknęła wiedźma z Dathomiry.
Jedna  z  ogromnych  drewnianych  skrzyń,  wypełniona  częściami  zamiennymi  do  silników

gwiezdnych  statków,  uniosła  się  w  powietrze  i  poszybowała  w  stronę  Chewiego.  Uderzyła  go
w  plecy,  wskutek  czego  rosły  Wookie  runął  na  kolana,  a  potem  z  głośnym  jękiem,  pełnym  bólu
i zdumienia, rozciągnął się na płytach posadzki.

Garowyn  stała  obok  opuszczonej  rampy  „Ścigacza  Cieni”.  Oparła  dłonie  na  biodrach,  okrytych

opancerzonymi  łuskami  stroju  z  gadziej  skóry.  W  mrocznych  głębinach  jej  oczu  zaczynały  błyskać
ogniki, podsycane przez ciemną stronę. Posługując się Mocą, wiedźma szykowała się do uniesienia
w powietrze następnych ciężkich przedmiotów, złożonych pod ścianami wielkiego hangaru.

Jaina  krzyknęła,  kiedy  ujrzała,  że  druga  masywna  drewniana  skrzynia  unosi  się  i  kieruje

w okolice jej głowy. Odruchowo skorzystała z energii Mocy, by odepchnąć ją na bok. Przez głowę

background image

dziewczyny przemknęła niesamowita myśl, że podobne ćwiczenia wykonywała, kiedy była więziona
na pokładzie Akademii Ciemnej Strony. Przeraziła się, kiedy ujrzała, że Siostra Nocy zaczyna rzucać
w  nich  beczkami,  masywnymi  sworzniami,  młotkami,  metalowymi  płytami  poszycia  kadłubów
gwiezdnych  maszyn,  hydraulicznymi  kluczami  i  wszystkimi  innymi  ciężkimi  przedmiotami,  jakie
znalazły się w zasięgu jej wzroku. Poczuła jeszcze większe przerażenie, kiedy uświadomiła sobie, że
niewysoka wiedźma czyni to wszystko bez widocznego wysiłku, nie poruszając żadnym mięśniem.

Tymczasem  Chewbacca,  któremu  udało  się  uwolnić  spod  szczątków  ciężkiej  skrzyni,  usiłował

schronić  się  za  szkieletem  częściowo  rozmontowanego  kadłuba  gwiezdnego  skoczka.  Ujrzawszy  to,
Garowyn posłała w ślad za nim następną porcję ciężkich i ostrych przedmiotów.

Starając  się  zmieniać  tory  lotu  pocisków  szybujących  ku  niej  i  Chewbacce,  Jaina  ukryła  się  za

jedną ze skrzyń, po czym postanowiła się skupić. Mimo grożącego jej niebezpieczeństwa, usiłowała
wysyłać myślowe palce Mocy, żeby nawiązać kontakt z Jacenem, Tenel Ka i Lowbaccą.

Z  pękniętego  pojemnika  wyciekało  zanieczyszczone  chłodziwo.  Po  chwili  na  posadzce  hangaru

utworzyła się spora kałuża, a w powietrze ulatywały obłoki cuchnących oparów. Jaina czuła złość, że
dotychczas  była  zdolna  jedynie  reagować  na  bieg  wydarzeń.  Zbyt  zajęta  obroną  przez  atakami,  nie
miała czasu na ułożenie żadnego planu.

Mimo  iż  Chewbacca  nie  dysponował  umiejętnościami  Jedi,  nie  zamierzał  pozostawać

nieruchomym celem. Wyciągnąwszy długie kosmate ręce, odskoczył od kadłuba gwiezdnego skoczka.
Uniósł  nad  głowę  ciężką  drewnianą  skrzynię  i  rzucił  w  ten  sposób,  żeby  zderzyła  się  w  powietrzu
z wypełnionym płynnym smarem wiadrem, ciśniętym w niego przez Siostrę Nocy. Opalizująca ciecz
wylała  się  z  kubła  i  rozprysnęła  po  płytach  posadzki  wokół  Jainy  i  Garowyn.  Widząc  to,  Chewie
sięgnął  po  porzucony  pojemnik  z  narzędziami.  Kilkoma  długimi  susami  pokonał  odległość  dzielącą
go od „Ścigacza Cieni”, po czym ukrył się w jego cieniu.

–  Powiedzcie,  co  zrobiliście  z  moim  statkiem  –  zaskrzeczała  Garowyn,  kierując  strumień

lecących pocisków w stronę Jainy. – W jaki sposób mogę go naprawić?

Masywna  skrzynia,  dotychczas  służąca  dziewczynie  za  kryjówkę,  zaczynała  trzeszczeć  i  pękać,

bombardowana  ciężkimi  przedmiotami.  Po  chwili  z  grzechotem  posypały  się  z  niej  we  wszystkie
strony zapasowe cyberbezpieczniki. Jaina poderwała się do biegu, by poszukać innego schronienia.

Ciężko dysząc i wykorzystując techniki Jedi, zmieniła tory lotu kilku cięższych pocisków, a kilka

lżejszych  odrzuciła  na  bok.  Krople  potu  spływały  jej  z  czoła  do  oczu,  utrudniając  zdolność
koncentracji.

–  Został  uszkodzony...  podczas  burzy  jonowej  –  rzekła,  zachłystując  się  powietrzem.  Otarła

przedramieniem oczy, by móc lepiej widzieć. – Nigdy nie uda ci się go naprawić.

– W takim razie do niczego nie jesteście mi potrzebni – warknęła wiedźma. – Zaraz się z wami

rozprawię.

Wyciągnęła  przed  siebie  ręce,  a  między  jej  palcami  zaczęły  ze  skwierczeniem  przelatywać

błękitne błyskawice. Jaina rozpaczliwie szukała sposobu odwrócenia uwagi kobiety z Dathomiry.

Nagle,  jakby  znikąd,  w  powietrzu  pojawił  się  lecący  w  kierunku  głowy  Siostry  Nocy  miernik

impedancji. Po chwili tym samym torem poszybował ciężki klucz hydrauliczny, a po nim cała garść
ciężkich nitów i automatycznie zakleszczających się sworzni. Chewbacca nie musiał posługiwać się
Mocą, żeby ciskać masywnymi przedmiotami.

Tym  razem  Siostra  Nocy  uskoczyła  w  bok,  by  poszukać  kryjówki.  Zwróciła  oczy  na  Wookiego

i  mrucząc  pod  nosem  jakieś  przekleństwa,  wypuściła  w  jego  kierunku  skwierczącą  błękitną

background image

błyskawicę. Chewbacca, stojący dotychczas obok „Ścigacza Cieni”, zawył i zanurkował, aby ukryć
się za kadłubem.

Odwrócenie  uwagi  wiedźmy  z  Dathomiry  nie  trwało  długo,  ale  Jainie  ten  czas  wystarczył.

Dziewczyna zamknęła oczy i skupiając energię Mocy, wysłała ją w stronę Garowyn, by odepchnąć
wiedźmę pod ścianę.

Zdumiona  i  kompletnie  zaskoczona  Siostra  Nocy  poślizgnęła  się  w  kałuży  płynnego  smaru.

Ujrzawszy  to,  Jaina  ponownie  posłużyła  się  Mocą,  by  pchnąć  silniej  i  skierować  ślizgające  się  po
posadzce ciało wiedźmy w stronę wrót hangaru.

– Poddaj się, Garowyn – powiedziała chrapliwie, ciężko oddychając ze zmęczenia. – Nigdy nie

uda ci się porwać „Ścigacza Cieni”.

– Jeszcze nie pokazałam wam, co potrafię! – odkrzyknęła w odpowiedzi Siostra Nocy.
W ostatniej chwili Garowyn uczyniła coś, co wprawiło dziewczynę w zdumienie. Zamiast starać

się zmienić kierunek, w jakim ślizgała się po posadzce ku otwartym wrotom, wiedźma z Dathomiry
pchnęła  swoje  ciało  jeszcze  silniej  w  tę  samą  stronę.  Chewbacca  rzucił  się,  próbując  ją
powstrzymać, ale posadzka była zbyt śliska i Wookie nie mógł zdążyć.

Kiedy Garowyn znalazła się na progu, wyciągnęła rękę, by uchwycić przymocowaną do framugi

metalową poręcz. Nie zwalniając, wykorzystała pęd, jaki nadała swojemu ciału. Wykonała półobrót
w powietrzu i wylądowała na tarasie, jakim była obrzeżona platforma hangaru.

Przez  otwarte  wrota  ze  świstem  wpadł  podmuch  chłodnego  wiatru.  Rozrzucone  po  posadzce

lżejsze przedmioty z grzechotem potoczyły się pod ścianę, a inne wypadły ze szczelin w drewnianych
skrzyniach  i  spoczęły  obok.  Potykając  się  co  krok  na  śliskiej  posadzce,  Jaina  pospieszyła  do  wrót,
przez  które  umknęła  Garowyn.  Zanim  jednak  zdążyła  wyjść  z  hangaru,  usłyszała  odgłosy
zapuszczanego silnika.

– Szybko, Chewie! – krzyknęła. – Musiała mieć ukryty w pobliżu powietrzny śmigacz!
Jaina  dotarła  do  wrót,  potykając  się,  i  chwyciła  za  metalową  poręcz  framugi,  żeby  nie  spaść

z tarasu w przepaść, na baldachim liści.

Kiedy  dostrzegła  powietrzny  śmigacz,  poczuła  rozpacz.  Maszyna  oderwała  się  od  tarasu

platformy, przez sekundę wisiała nieruchomo w powietrzu, a potem obróciła, by skierować w stronę
fabryki  komputerowych  podzespołów,  wciąż  jeszcze  atakowanej  przez  oddziały Akademii  Ciemnej
Strony.

Chewbacca  błyskawicznie  skoczył  na  poręcz  tarasu.  Ku  przerażeniu  Jainy,  Wookie  zawył,

a potem odbił się od poręczy i rzucił w przepaść, w stronę terkoczącego pojazdu Garowyn, który nie
zdążył  jeszcze  oddalić  się  od  platformy.  Rosły  Wookie  poszybował  łagodnym  hakiem,  z  cichym
świstem przecinając powietrze...

...i  zacisnął  palce  porośniętej  sierścią  silnej  ręki  na  masywnej  rurze  szkieletu  konstrukcji

śmigacza.

Z trudem utrzymując równowagę na tarasie i nie wypuszczając poręczy, Jaina obserwowała, jak

Chewie,  Siostra  Nocy  i  śmigacz,  wirując  w  powietrzu,  opadają  ku  morzu  zielonych  liści.  Ścisnęła
silniej  poręcz  i  odruchowo  wyciągnęła  rękę,  by  pochwycić  Chewbaccę,  ale  było  za  późno  na
wszelką pomoc.

Kiedy  powietrzny  śmigacz  uderzył  o  koronę  jakiegoś  wystającego  drzewa,  Chewie  puścił  rurę

i natychmiast odzyskał równowagę. Garowyn, nadal usmarowana chłodzącą mazią, także zeskoczyła
i pochwyciła cieńszą gałąź, żeby nie spaść jeszcze niżej. Chewie wdrapał się na solidniejszy konar

background image

i potrząsnął gałęzią, na której stała Siostra Nocy. Zaryczał, rzucając wyzwanie.

Z  usta  Garowyn  wydarł  się  chrapliwy  śmiech,  bardziej  podobny  do  krakania,  a  twarz  wiedźmy

rozjarzyła  się  triumfującym  uśmiechem.  Jaina  usłyszała  dobrze  jej  głos  nawet  z  takiej  dużej
odległości.

–  A  więc  naprawdę  chcesz  zginąć,  głupcze?  –  Siostra  Nocy  wyciągnęła  ku  Chewbaccę  rękę.

Między palcami z głośnym skwierczeniem przeskakiwały błękitne błyskawice. – Zasługujesz na to po
tym, co zrobiliście z moim statkiem!

Wookie, mimo iż bezbronny wobec wyładowania ciemnej strony Mocy, groźnie warknął.
Zrozpaczona Jaina postanowiła uciec się do jedynej sztuczki, jaka wpadła jej do głowy. Zmrużyła

oczy i skupiła się, po czym uwolniła część własnej energii w taki sposób, aby za plecami wiedźmy
pojawiła się silna zmarszczka Mocy. Liście gałęzi drzewa głośno zaszeleściły, jakby nagle smagnięte
silnym podmuchem wiatru.

Siostra  Nocy  odwróciła  się  jak  użądlona,  gotowa  stawić  czoło  atakującemu  ją  od  tyłu

przeciwnikowi.  Odruchowo  uniosła  rękę  na  wysokość  głowy,  jakby  chciała  zasłonić  się  przed
nieoczekiwaną napaścią, ale ten ruch sprawił, że poślizgnęła się na gałęzi. Upadła na plecy.

Jaina  zachłysnęła  się  powietrzem,  widząc,  że  głowa  kobiety  ze  stłumionym  hukiem  uderza

o twarde drewno. Wiedźma zaczęła spadać, koziołkując, a po chwili zniknęła w gąszczu splątanych
gałęzi i konarów.

background image

 

 

 

Rozdział 13

 
 
Świdrujący  uszy  skowyt  silników  imperialnych  myśliwców  typu  TIE,  przecinających  warstwy

atmosfery,  sprawił,  że  Jacena  ogarnęło  paniczne  przerażenie.  Chłopiec  wiedział  wprawdzie,  że
zawodzenie wydobywa się z dysz wylotowych potężnych bliźniaczych silników, ale był pewien, że
imperialni projektanci musieli być zachwyceni tym piekielnym jazgotem.

Tymczasem wszystkie platformy kompleksu przemysłowego rozbrzmiewały prawdziwą kakofonią

sygnałów  alarmowych.  W  powietrzu  krzyżowały  się  warknięcia  i  wycia  dyżurujących  strażników,
wzmocnione  przez  elektroniczne  urządzenia  i  przekazywane  przez  głośniki.  Zatrudnieni  w  fabryce
pracownicy  biegali  we  wszystkie  strony,  uruchamiając  systemy  bezpieczeństwa  albo  ewakuując
platformy.

Nisko  nad  wierzchołkami  drzew  przelatywały  raz  po  raz  bombowce  typu  TIE,  rzucając

protonowe ładunki wybuchowe, które wzniecały pożary całych grup  splątanych  gałęzi.  Z  płonących
liści unosiły się kłęby ciemnoszarego dymu.

– Musimy odeprzeć atak – stwierdziła Tenel Ka, rozglądając się w poszukiwaniu odpowiedniej

broni. Na twarzy wojowniczki z Dathomiry malowała się nieugięta determinacja.

Kiedy Sirra i Lowie ujrzeli zniszczenia domów i kompleksów fabryki, głośno zawyli, nie kryjąc

gniewu. Wrzecionowaty android-przewodnik odwrócił kanciastą głowę w ich stronę, zupełnie jakby
zapomniał, iż każdą powierzchnię zdobiły optyczne czujniki.

–  Proszę  zachować  spokój  i  nie  wpadać  w  panikę  –  odezwał  się  niepewnie.  –  Proszę  się  nie

obawiać.  To  z  pewnością  tylko  ćwiczenia.  Na  dzisiaj  nie  przewidziano  w  programie  żadnych
ataków.

Em  Teedee,  jak  zwykle  zawieszony  u  pasa  Lowiego,  usłyszawszy  tę  uwagę,  odezwał  się

piskliwie, a w jego głosie zabrzmiała nagana:

–  Ty  niemądry  androidzie-przewodniku,  może  wreszcie  włączyłbyś  czujniki  optyczne!  Czy  nie

widzisz, że sytuacja wymyka się spod kontroli? Pch!

Prychnął  pogardliwie,  po  czym  wymruczał  jakąś  niepochlebną  uwagę  na  temat  wątpliwej

inteligencji automatów usługowych i rozrywkowych.

W  tym  czasie  android-przewodnik  nie  przestawał  wypowiadać  uspokajających  uwag,  chociaż

można było się zorientować, że w jego myślach panuje kompletny zamęt.

–  Przestworzy  wokół  Kashyyyku  strzeże  wiele  orbitalnych  satelitów.  Żaden  wrogi  statek  nie

zdoła zaatakować tej fabryki. Dysponujemy zaawansowanymi systemami obronnymi, nie wyłączając
dział, rozmieszczonych na obrzeżach. W każdej chwili powinny otworzyć ogień do intruzów.

– Działa na obrzeżach? – zainteresowała się Tenel Ka. W jej szarych jak granit oczach pojawiły

się  błyski,  kiedy  skierowała  je  na  androida.  –  Gdzie?  Może  będziemy  mogli  wykorzystać  je  do

background image

obrony fabryki?

Sirra zaryczała, machnięciem długiej kosmatej ręki dając znak, że wie, którędy iść, by je znaleźć.
– To wspaniały pomysł! – zauważył Em Teedee. – Mam nadzieję, że nie zostaniemy rozerwani na

kawałki, zanim wprowadzimy plan pani Tenel Ka w życie. O rety!

– Jak powiedziałaby moja siostra – odezwał się Jacen – no, to na co jeszcze czekamy?
Chłopiec  przecisnął  się  obok  androida-przewodnika  i  wszedł  do  fabryki.  Tuż  za  nim  to  samo

uczyniła Tenel Ka i oboje młodych Wookiech.

Sirra  poprowadziła  wszystkich  napowietrznym  korytarzem,  mimo  iż  wokół  raz  po  raz  rozlegały

się huki wybuchów bomb i grzmoty laserowych błyskawic. Cała czwórka dotarła w końcu do rzędów
drugich pnączy, podobnych do lin, które umożliwiały dostanie się na wyższe poziomy. Sirra chwyciła
najbliższą lianę, umieściła stopę w specjalnej pętli i szarpnęła. Uwolniony pęd winorośli pociągnął
ją w górę, ku platformie znajdującej się nad jej głową. Po sekundzie Lowie poszedł w ślady siostry.
Jacen  także  wsunął  stopę  w  pętlę,  po  czym  popatrzył  pytająco  na  Tenel  Ka.  Dziewczyna  jednak
owinęła  pnącze  wokół  ręki  i  bez  trudu  uczyniła  to  samo.  Po  następnych  kilku  chwilach  wszyscy
znaleźli się na wyższej platformie, wzniesionej na samym skraju kompleksu zabudowań.

Ponieważ zareagowali najszybciej, dotarli do stanowisk ciężkiej artylerii wcześniej niż obrońcy

fabryki.  Jacen  dostrzegł  grupę  jonowych  dział,  obok  których  umieszczono  kuliste  pojemniki
z  bateriami  zasilającymi.  Popatrzył  na  skierowane  ku  niebu  cienkie  lufy,  przypominające  igły...  ale
jego twarz rozjaśniła się w uśmiechu, kiedy zauważył parę może nieco przestarzałych poczwórnych
sprzężonych działek, takich samych jak te, które znajdowały się na pokładzie „Sokoła Tysiąclecia”.

– Hej, skorzystajmy z tych – powiedział. Pospieszył do najbliższego stanowiska i rzucił okiem na

kontrolny pulpit. – Są podłączone do zasilaczy i gotowe do akcji!

Oboje młodzi Wookie zaczęli ryczeć, wymieniając między sobą jakieś uwagi. W pewnej chwili

Em Teedee zawołał:

–  Panie  Jacenie!  Pan  Lowbacca  i  pani  Sirrakuk  postanowili  posłużyć  się  komputerami,  aby

ustalić, w którym punkcie obrony nieprzyjaciel wdarł się do fabryki. Możliwe, że dzięki temu uda się
zapobiec  przenikaniu  następnych  eskadr  myśliwców  typu  TIE.  Och,  żywię  nadzieję,  że  ich  akcja
zakończy się powodzeniem!

–  Uczynią,  co  będą  mogli  –  rzekł  Jacen,  chwytając  dźwignię  spustową  poczwórnych  działek.

Opadł  na  ogromny  fotel,  ustawiony  przed  urządzeniem  celowniczym.  Miał  wrażenie,  że  mechanizm
przenika  drżenie  ogromnej  energii.  Ponieważ  przyciski  i  dźwignie  umieszczono  w  dosyć  dużych
odległościach,  odpowiednich  dla  większych  ciał  Wookiech,  chłopiec  musiał  zmienić  ustawienie
otoczonego koncentrycznymi kręgami krzyża celowniczego.

Tymczasem  imperialne  myśliwce  nie  przestawały  przelatywać  ze  skowytem  silników  nad  ich

głowami.  Raz  po  raz  ostrzeliwały  dzielnice  mieszkaniowe  Wookiech,  ale  dziwnym  trafem
pozostawiały  centralną  część  kompleksu  fabryki,  w  której  produkowano  skomputeryzowane
urządzenia, niemal w spokoju... chociaż ogarniętą całkowitym chaosem.

Rzut  oka  w  lewo  uświadomił  Jacenowi,  że  także  Tenel  Ka  zajęła  miejsce  na  ogromnym  fotelu

swojego  działka.  Uchwyciła  dźwignię  spustową  prawą  dłonią,  błyskawicznie  zapoznała  się
z  mechanizmami  celowniczymi.  I  zaczęła  wypatrywać  nieprzyjacielskich  maszyn  na  pochmurnym
niebie.

Na platformę obronną wpadło nagle trzech wysokich Wookiech, którzy natychmiast zajęli miejsca

przy  jonowych  działach.  Od  czasu  do  czasu  spoglądali  na  dwoje  młodych  istot  ludzkich,  zapewne

background image

zdumieni  nieoczekiwaną  odsieczą,  ale  nie  tracili  czasu  na  pytania  czy  wyjaśnienia.  Zamiast  tego
skupili uwagę na posyłaniu w niebo śmiercionośnych błyskawic.

Jedna ze skwierczących jaskrawożółtych smug poszybowała w kierunku myśliwca typu TIE. Jego

pilot  wykonał  jednak  unik  i  błyskawica  tylko  musnęła  boczny  panel  maszyny.  Mimo  to  systemy
napędowe imperialnego statku odmówiły posłuszeństwa i myśliwiec, mając unieruchomione silniki,
zaczął  koziołkować.  Pilot  nie  potrafił  odzyskać  stateczności  i  maszyna  z  głośnym,  przeciągłym
hukiem roztrzaskała się o konary drzew rosnących w dosyć dużej odległości od fabryki.

Jacen  zaczął  naprowadzać  kręgi  celownicze  na  powoli  lecący,  widocznie  przeciążony

bombowiec  typu  TIE,  wyraźnie  kierujący  się  ku  dzielnicom  mieszkaniowym  Wookiech.  Maszyna
zbliżała  się  i  przyspieszała;  zapewne  pilot  przygotowywał  się  do  zrzucenia  śmiercionośnych
ładunków wybuchowych.

Chłopiec ścisnął dźwignię spustową i zgrzytnął zębami.
– No, dalej, dalej... – mruknął.
W końcu, kiedy cel został namierzony, krzyż z wizerunkiem pochwyconego bombowca typu TIE,

otoczony koncentrycznymi kołami, zaczął pulsować jaskrawym blaskiem.

Jacen  przycisnął  oba  guziki  spustowe  naraz.  Ze  wszystkich  czterech  luf  poszybowały  w  niebo

błyskawice  laserowych  strzałów.  Oślepiające  smugi  trafiły  w  kadłub  imperialnego  bombowca  na
chwilę  przedtem,  zanim  pilot  zwolnił  zaczepy  mocujące  protonowe  ładunki  wybuchowe.  Zamiast
zniszczyć  drzewne  domostwa  setek  Wookiech,  maszyna  zamieniła  się  w  oślepiającą  kulę  ognia
i  dymu,  coraz  bardziej  rozprzestrzeniającą  się  na  niebie.  Huk  eksplozji  trwał  o  wiele  dłużej  niż
zazwyczaj, wzmocniony przez odgłosy wybuchów kolejnych bomb protonowych.

– Trafiłem go! – wykrzyknął ucieszony Jacen.
Tenel  Ka,  która  także  raz  po  raz  strzelała,  trafiła  aż  dwa  myśliwce  typu  TIE.  Obie  maszyny

Akademii Ciemnej Strony eksplodowały w locie.

– Jeszcze dwie – powiedziała.
Tymczasem  na  platformę  wpadało  coraz  więcej  Wookiech  zajmujących  wolne  miejsca  przy

jonowych  działach.  Jacen  od  czasu  do  czasu  także  strzelał,  obracając  fotel  i  sprzężone  działko,  by
móc mierzyć do szybko przelatujących celów. Zestrzelił następną imperialną maszynę.

–  To  zupełnie  jak  strzelanie  do  brył  złomu  z  pokładowych  działek  „Sokoła  Tysiąclecia”  –

stwierdził.  –  Tylko  że  tym  razem  trafienie  do  celu  jest  o  wiele  ważniejsze  niż  zwycięstwo  we
współzawodnictwie z Jainą.

– To jest fakt – przyznała rzeczowo wojowniczka z Dathomiry.
Z chmur wyłoniło się kolejne skrzydło myśliwców typu TIE. Jacen otworzył do nich ogień trochę

na oślep. Tyle imperialnych celów – pomyślał – i każdy najeżony lufami śmiercionośnej broni... Lufy
jego  sprzężonych  działek  pluły  strugami  energii,  ale  piloci  nieprzyjacielskich  maszyn  robili  uniki,
dzięki czemu ani jedna nie została zestrzelona.

– Och, blasterowe błyskawice! – krzyknął zawiedziony chłopiec.
Pojawili  się  następni  obrońcy  fabryki,  zeskakując  z  pełniących  funkcję  wind  pędów  winorośli

i  rzucając  się  w  stronę  stanowisk  ogniowych,  mimo  iż  teraz  było  więcej  chętnych  do  strzelania  niż
nie obsadzonych dział jonowych. Wzajemnie się przekrzykując, do Jacena i Tenel Ka podbiegli także
Lowie  i  Sirra.  Ich  warknięcia  i  pomruki  nakładały  się  na  siebie,  tak  że  Em  Teedee  miał  kłopoty
z nadążaniem tłumaczenia wszystkiego, co mówili.

– Po kolei, bardzo proszę – odezwał się miniaturowy android. – Tak, teraz lepiej. Mniej więcej

background image

wiem,  o  co  chodzi.  Pan  Lowbacca  i  pani  Sirrakuk  ustalili,  że  przełamanie  systemu  obronnego
nastąpiło  tylko  w  jednym  miejscu,  to  znaczy  w  wieży  kontroli  lotów  znajdującej  się  na  terenie  tej
fabryki.  Jakimś  cudem  wszystkie  urządzenia  obronne  zostały  obezwładnione.  Chyba  właśnie  tam
urządzono ośrodek kierowania atakiem.

Lowie ryknął, zgłaszając jakąś propozycję.
– O rety – odparł Em Teedee. – Pan Lowbacca sugeruje, że powinniśmy się tam udać, a strzelanie

pozostawić  obrońcom  fabryki,  którzy  są  do  tego  lepiej  przygotowani.  I  chociaż  zgadzam  się,  że
bezpieczniej  byłoby  znaleźć  się  w  jakimś  pomieszczeniu,  sceptycznie  zapatruję  się  na  pomysł
wpadania w sam środek trudnych do przewidzenia tarapatów.

–  Dobry  pomysł,  Lowie  –  odezwał  się  Jacen,  zupełnie  ignorując  ostrzeżenie  miniaturowego

androida.

Ponownie  wypuścił  laserowe  błyskawice  z  luf  poczwórnych  sprzężonych  działek,  tym  razem

jakby  od  niechcenia.  Ze  zdumieniem  zauważył  jednak,  że  oddany  trochę  na  oślep  strzał  zniszczył
boczny panel kolejnego myśliwca typu TIE, wskutek czego imperialna maszyna zaczęła koziołkować,
po czym roztrzaskała się o konary wroszyrów.

– Hej, trafiłem jeszcze jedną – powiedział.
 
Zabarykadowany  w  środku  wieży  kontroli  lotów,  Zekk  przysłuchiwał  się,  jak  rozwścieczeni

Wookie  dobijają  się  do  zamkniętych  opancerzonych  drzwi  wieży.  Dobiegający  zza  nich  syk,  tak
cichy, że trudno słyszalny, oznaczał, że szturmujący obrońcy zakładu przemysłowego, posługując się
potężnym laserowym palnikiem, zamierzają wyciąć otwór w grubej płycie. Przeciwko nim obróciły
się ich własne rozwiązania techniczne, gdyż obrońcy Kashyyyku tak zaprojektowali ośrodek, aby był
niemożliwy do zdobycia. Mimo to Wookie nie rezygnowali z powolnej, żmudnej pracy, centymetr po
centymetrze pokonując opór drzwi wieży.

Korzystając  z  monitorów  ukazujących  wszystko,  co  działo  się  na  korytarzu,  Zekk  przyglądał  się

kudłatym  stworzeniom.  Jedno  z  nich,  nagle  rozwścieczone  chyba  bardziej  niż  pozostałe,  znalazło
ciężką  metalową  rurę  i  zaczęło  raz  po  raz  walić  w  pancerną  płytę  –  rzecz  jasna,  bez  rezultatu,
z  powodu  jej  grubości.  Mimo  to  Wookie  wydawał  się  zadowolony  z  faktu,  że  miał  na  czym
wyładować wściekłość.

Tamith Kai skrzyżowała ręce na torsie, osłoniętym pancerzem z gadziej skóry.
–  Ten  potworny  hałas  zaczyna  działać  mi  na  nerwy  –  oświadczyła,  a  później  spiorunowała

spojrzeniem szturmowca strzegącego drzwi pomieszczenia. Jej fioletowe oczy nagle rozbłysły, jakby
wpadła  na  jakiś  pomysł.  –  Dlaczego  nie  mielibyśmy  zwolnić  mechanizmu  blokującego  drzwi  i  nie
pozwolić,  żeby  Wookie  wpadli  do  środka?  Można  byłoby  wówczas  wystrzelać  wszystkich,  zanim
zdążą ochłonąć z zaskoczenia i zorientują się, co się stało?

Vonnda Ra zachichotała.
– Z prawdziwą przyjemnością zobaczę, jak na to zareagują – rzekła.
Zanim oburzony Zekk zdążył zaprotestować, że to on dowodzi całą akcją, szturmowiec przycisnął

guzik i usunął blokadę zamka drzwi wieży. Ciężka płyta niespodziewanie się odsunęła, wprawiając
w osłupienie techników usiłujących wedrzeć się do środka. Pracownicy fabryki zawyli.

Szturmowiec wymierzył blaster i w ciągu kilku sekund wszystkich uśmiercił, jednego po drugim.

Przycisnął  kilka  klawiszy,  by  ponownie  zablokować  zamek.  Ciężka  płyta  się  zasunęła,  a  ciała
leżących Wookiech pozostały na korytarzu.

background image

– Nareszcie będziemy mieli ciszę i spokój – odezwała się Tamith Kai.
Tymczasem  piloci  przelatujących  po  niebie  myśliwców  i  bombowców  typu  TIE  nie  przerywali

ataku.  Raz  po  raz  robili  uniki,  aby  umknąć  przed  błyskawicami  laserowego  ognia  wystrzeliwanego
z  luf  dział,  rozmieszczonych  na  obrzeżach  zakładu  przemysłowego.  Przez  transpastalową  szybę
wzmocnionej kopuły, wieńczącej wieżę kontroli lotów, można było obserwować przebieg walki. Na
planecie  zdążyło  wylądować  kilka  nowych  oddziałów  szturmowców  z  zadaniem  osłaniania  grupy
atakującej fabrykę.

Vonnda  Ra  pracowała  przy  jednym  z  komputerowych  terminali,  zajęta  śledzeniem  obrazów,

przekazywanych  przez  kamery  rozmieszczone  w  różnych  punktach  zakładów.  W  pewnej  chwili
wydała pełen zdumienia i triumfu okrzyk.

–  Ach,  chyba  ich  znalazłam  –  powiedziała.  –  Tych  zbrodniarzy,  którzy  obsługiwali  działa,

rozmieszczone  na  obrzeżach...  Idą  teraz  korytarzem.  Chyba  podążają...  Ach!  Kierują  się  do  naszej
wieży. Mania wielkości. To może się okazać nawet całkiem szczęśliwym zbiegiem okoliczności.

– Kto idzie do wieży? – zapytał Zekk.
– Ależ oczywiście, że ci smarkacze Jedi – odparła cierpko Siostra Nocy. – Czyżbyś zapomniał

o drugim ważnym celu naszej wyprawy?

Zekk pomyślał o Jacenie, Jainie i ich przyjaciołach.
–  Nie,  wcale  nie  zapomniałem  –  burknął.  Mimo  to  nie  chciał  stawiać  czoła  bliźniętom  tu,

w obecności okrutnej i podstępnej Tamith Kai. Pomyślał, że to powinna być jego osobista sprawa;
konsekwencja  wyboru,  jakiego  dokonał  w  przeszłości.  –  Przechwycimy  ich  po  drodze.  Urządzimy
zasadzkę. Czy możesz powiedzieć mi, gdzie znajdują się w tej chwili?

– Bez problemu – oświadczyła Vonnda Ra.
Wykorzystując  do  końca  fakt,  że  został  mianowany  dowódcą  wyprawy,  Zekk  obrócił  się  do

podwładnych, po czym zaczął wydawać krótkie, zwięzłe rozkazy.

– Tamith Kai, zostaniesz w wieży i nadal będziesz czuwała nad bezpieczeństwem misji – zaczął.

– Naszym najważniejszym zadaniem jest zdobycie skomputeryzowanych podzespołów, na których tak
zależy Drugiemu Imperium. Ty – kiwnął głową w kierunku szturmowca – pozostaniesz także w wieży
i będziesz pełnił funkcję strażnika. Vonnda Ra i ja rozprawimy się z młodymi rycerzami Jedi.

Tamith  Kai  spojrzała  spode  łba.  Nie  nawykła,  by  ktokolwiek  jej  rozkazywał.  Młodzieniec

odwrócił się jednak ku niej, aż zawirowały poły jego czarnej peleryny.

– Czy zastosowanie się do tego polecenia przekracza twoje możliwości, Tamith Kai? – zapytał.
– Oczywiście, że nie – prychnęła pogardliwie Siostra Nocy. – A twoje? Upewnij się tylko, żeby

usunąć z drogi tych smarkaczy Jedi.

Kiedy  szturmowiec  ponownie  usunął  blokadę  zamka  opancerzonych  drzwi  wieży,  Vonnda  Ra

przekroczyła  próg  tuż  za  Zekkiem.  Oboje  wyszli  na  korytarz,  nie  przejmując  się,  że  muszą
przeskoczyć  przez  rozciągnięte  na  posadzce,  nieruchome  ciała  zabitych  techników.  Podążyli  na
spotkanie z byłymi przyjaciółmi Najciemniejszego Rycerza.

 
Jacen  spieszył  się,  jak  mógł,  idąc  ramię  w  ramię  obok  Lowiego  i  Sirry.  W  wewnętrznych

korytarzach fabryki unosiły się kłęby gryzącego dymu. Panował nieopisany harmider, a na posadzce
walały  się  różne  śmieci.  Umieszczone  w  suficie  panele  jarzeniowe  migotały,  raz  po  raz  to
rozjaśniając  się,  to  znów  gasnąc,  w  zależności  od  poboru  energii  zużywanej  przez  obrońców  do
odparcia ataku.

background image

Jacen  i  Lowie  wyciągnęli  świetlne  miecze  i  trzymali  w  pogotowiu  ogniste  klingi,  gotowi  do

akcji. Teneł Ka podniosła leżący w kącie metalowy pręt, zapewne część uszkodzonej podczas ataku
rury,  która  stanowiła  kiedyś  fragment  rurociągu  biegnącego  pod  sufitem.  Podążała  za  trójką
przyjaciół,  stanowiąc  coś  w  rodzaju  tylnej  straży.  Trzymała  pręt  jak  włócznię,  licząc,  że  może
dostrzeże jakiś cel, do którego będzie mogła rzucić.

Kiedy Lowie i Sirra skręcili za róg korytarza, Jacen pomyślał, że chyba poznaje drogę wiodącą

do  wieży  ośrodka  kontroli  lotów,  którą  niedawno  przebyli  w  towarzystwie  androida-przewodnika.
Nagle  idący  przodem  Lowie  wydał  pełen  zaskoczenia  ryk.  Po  sekundzie  to  samo  uczyniła
zaniepokojona Sirra. Tenel Ka uchwyciła mocniej długą metalową rurkę.

– Hej, to przecież Zekk! – zawołał Jacen. Przystanął tak nagle, że omal się nie poślizgnął.
Na  korytarzu  przed  nimi,  jakby  czekając  na  ich  przybycie,  stał  ciemnowłosy  włóczęga,  który

przez  wiele  lat  był  przyjacielem  bliźniąt...  i  który  zabrał  ich  kiedyś  na  wyprawę  po  mrocznych
korytarzach i opustoszałych pomieszczeniach podziemi Coruscant. Teraz jednak ten niegdyś obdarty
i  umorusany  chłopak  miał  na  sobie  drogocenny  skórzany  pancerz,  okryty  czarną  peleryną,  obszytą
szkarłatną lamówką... i trzymał rękojeść świetlnego miecza, z której wystawała świetlista purpurowa
klinga. Wyglądał złowieszczo.

Tenel  Ka,  dostrzegłszy  Zekka,  skierowała  koniec  metalowej  włóczni  w  jego  stronę.  W  nagłym

przebłysku  pamięć  Jacena  podsunęła  chłopcu  wspomnienie  pierwszego  spotkania  wojowniczki
z  Zekkiem.  Kiedy  młodzieniec  zeskoczył,  zamierzając  sprawić  im  niespodziankę,  Tenel  Ka
zdumiewająco  szybko  owinęła  jego  ciało  wytrzymałą  linką  i  związała,  zanim  chłopak  zdążył
odskoczyć.

Teraz  jednak  dziewczyna  miała  tylko  jedną  rękę.  Nie  zdecydowała  się  na  odrzucenie  długiego

pręta i wyciągnięcie linki czy schwycenie rękojeści świetlnego miecza.

W pierwszej chwili na twarzy Zekka pojawił się radosny uśmiech, później jednak w jego szeroko

otwartych oczach odmalowało się zmieszanie.

– Jacenie – odezwał się odziany na czarno młodzieniec. – Ja...
Tenel  Ka  spiorunowała  spojrzeniem  Siostrę  Nocy,  a  później  odezwała  się  niskim  tonem,

w którym czaiła się ukryta groźba:

–  Wiem,  jak  się  nazywasz,  Vonndo  Ra.  Widziałam,  jak  starałaś  się  zwieść  wojowniczki

z  Dathomiry,  należące  do  klanu  kobiet  ze  Śpiewającej  Góry.  W  obozie,  urządzonym  na  dnie
wielkiego  kanionu,  wybrałaś  mnie  jako  przyszłą  uczennicę  Akademii  Ciemnej  Strony.  Ja  jednak
przechytrzyłam  cię  i  pokonałam,  by  uwolnić  przetrzymywanych  tam  przyjaciół.  Teraz  także  cię
pokonam.

Silnie  umięśniona  wiedźma  z  Dathomiry  wyciągnęła  przed  siebie  ręce  i  zgięła  palce  w  ten

sposób, że upodobniły się do szponów.

– Nie tym razem, smarkacze Jedi! – rzekła. – Z przyjemnością was unicestwię.
Jacen  usłyszał,  jak  w  powietrzu  zaczyna  skwierczeć  energia  ciemnej  strony  Mocy.  Uniósł

rękojeść  świetlnego  miecza  i  przygotował  się  do  obrony.  Na  końcach  palców  Vonndy  Ra  pojawiły
się  migotliwe  jasnobłękitne  błyskawice,  które  po  kilku  chwilach  otoczyły  jej  ciało,  a  nawet
rozbłysnęły w głębi mrocznych oczu.

Przygotowując  się  do  rzucenia  ognistych  błyskawic,  złowieszcza  kobieta  zgięła  dłonie

w  przegubach...  ale  Zekk  pchnął  ją  ramieniem  w  ten  sposób,  że  zatoczyła  się  pod  ścianę.  Nie
wyrządzając  nikomu  żadnej  krzywdy,  błyskawice  ciemnej  mocy  jak  cieniste  płomienie  przeleciały

background image

obok głów przyjaciół, po czym wypaliły ciemne dziury w ścianie korytarza.

Vonnda Ra spiorunowała spojrzeniem Zekka, który jednak warknął, zwracając się do wiedźmy:
– To ja mam się z nimi rozprawić! Ja tu rozkazuję!
Nagle z przeciwległego końca korytarza dobiegł głośny łomot ciężkich butów. Po chwili pojawił

się  tam  oddział  imperialnych  szturmowców.  Jacen  uniósł  głowę  i  popatrzył  na  nich,  nie  na  żarty
przerażony.  Bez  trudu  się  zorientował,  że  przybyły  posiłki...  tylu  żołnierzy,  że  nie  mógłby  marzyć
o walce z nimi świetlnym mieczem, nawet wówczas, gdyby na pomoc przyszli mu Lowbacca, Tenel
Ka i Sirra.

Domyślił się, że szturmowcy musieli wylądować na jednej z wyższych platform. Oznaczało to, że

Drugie Imperium stara się zdobyć coś, co znajduje się na terenie ośrodka przemysłowego. Sądząc po
ilości zawodzących sygnałów alarmowych i odgłosów eksplozji, siły imperialne musiały opanować
większość platform fabryki.

Zekk  czekał,  zapewne  sposobiąc  się  do  walki  z  uczniami  Jedi.  Wyglądało  na  to,  że  wzbudza

w sobie gniew, a może zbiera się na odwagę. Skarcona Siostra Nocy stała nieruchomo, ale jej oczy
pałały wściekłością i nienawiścią. Szturmowcy wymierzyli blastery.

Jacena  ogarnęła  nagle  absolutna  pewność,  że  nigdy  nie  zwyciężą,  jeżeli  zdecydują  się  toczyć

walkę  w  tym  miejscu.  Tenel  Ka,  nie  wypuszczając  metalowego  pręta,  wysunęła  się  na  czoło  całej
grupy.

– Musimy zawrócić – odezwała się półgłosem, spoglądając przez ramię na kolegę.
– Doskonały pomysł – odparł równie cicho Jacen, także oglądając się za siebie.
– A ty, dziewczyno, jesteś prawdziwą zakałą Dathomiry – wybuchnęła nagle Vonnda Ra. W tej

samej  chwili  Tenel  Ka  rzuciła  stalowy  pręt  w  stronę  Siostry  Nocy.  Metalowa  włócznia  trafiła
wiedźmę,  która  pochwyciła  ją  w  locie,  ale  sama  zatoczyła  się  pod  ścianę  korytarza.  Stojący
dotychczas w przeciwległym krańcu korytarza szturmowcy widząc, że Lowie i Sirra uciekają, puścili
się w pościg.

– Za nimi! – zawołał Zekk, czyniąc gest dłonią, ukrytą wewnątrz czarnej rękawicy.
Kiedy  biegnący  szturmowcy  znaleźli  się  za  plecami  młodzieńca,  Vonnda  Ra  rzuciła  metalowy

pręt  na  posadzkę.  W  kilku  miejscach  był  wygięty  i  rozżarzony  do  czerwoności  wskutek  zetknięcia
z jej palcami, między którymi nie przestawały przelatywać płomieniste błyskawice.

Sirra  przeciągle  zawyła,  zwracając  się  do  brata.  Oboje  biegli  korytarzem,  od  czasu  do  czasu

oglądając się na podążających za nimi Tenel Ka i Jacena.

–  Wyjście  awaryjne?  –  przetłumaczył  Em  Teedee.  –  Ucieczka?  Tak,  to  wspaniały  pomysł!

Powinniśmy uczynić wszystko, co możemy, aby uciec.

Na  skrzyżowaniu  korytarzy  Sirra  stanęła  obok  kwadratowego  panelu,  wyraźnie  oznaczonego  na

posadzce. Wyciągnęła długą rękę i sięgnęła po niewielki okrągły uchwyt. Pociągnęła silnie w górę,
po czym odchyliła klapę będącą drzwiami awaryjnego wyjścia. Zaryczała, gestem pokazując otwór.

Nie wahając się ani chwili, Lowie skoczył, by pochwycić gruby pęd winorośli, przymocowany

od spodu do posadzki korytarza. Natychmiast rozległo się żałosne kwilenie androida-tłumacza.

– Ale  przecież  ta  droga  prowadzi  na  najniższe  poziomy  dżungli!  Panie  Lowbacco,  nie  możemy

tam schodzić! To zbyt niebezpieczne!

Lowie groźnie warknął i nie przestał schodzić po linie. Tenel Ka poszła w jego ślady. Zeskoczyła

lekko  z  płyty  posadzki  i  zaczęła  się  zsuwać,  owinąwszy  linę  wokół  silnie  umięśnionych  nóg
i pomagając sobie jedną ręką. Wkrótce zniknęła w ciemnościach panujących w głębinach dżungli.

background image

Jacen  obejrzał  się  przez  ramię,  w  samą  porę,  by  zobaczyć  Zekka  i  Vonndę  Ra,  biegnących  ku

niemu na czele oddziału szturmowców.

–  Na  najniższe  poziomy,  hmmm?  –  odezwał  się,  spoglądając  na  Sirrę.  –  Chyba  będziesz  miała

szansę przeżycia swojej niebezpiecznej przygody o wiele wcześniej niż się spodziewałaś.

Sirra ryknęła na znak, że przyznaje mu rację.
Oboje  zeskoczyli  z  posadzki  i  po  chwili  zniknęli,  otoczeni  gęstniejącym  zielonkawym  mrokiem

niższych pięter dziewiczej dżungli.

Przeciskając  się  między  splątanymi  konarami  i  gałęziami,  Jacen  spojrzał  w  górę.  W  niknącym

kwadracie  blasku  dostrzegł  sylwetki  Zekka  i  Vonndy  Ra,  pochylonych  nad  otworem  i  gorączkowo
gestykulujących. Słyszał także ich głosy, choć stłumione i cichnące, w miarę jak zapuszczał się coraz
niżej w dół gęstego lasu.

– Musimy iść za nimi – odezwał się chłopak.
–  Powinieneś  był  pozwolić,  żebym  wykończyła  smarkaczy,  kiedy  miałam  okazję  –  warknęła

Siostra Nocy. – Teraz przysporzą nam kłopotów.

–  Nie  zapominaj,  że  ja  dowodzę  wyprawą  –  odparł  ostro  Zekk.  –  Zrobimy  to  po  mojemu.  –

Odwrócił się, żeby wydać rozkaz szturmowcom. – Schodzić po linie. Wszyscy.

Zekk, Vonnda Ra i oddział imperialnych żołnierzy, pragnąc pochwycić wymykającą się zdobycz,

zapuścili się w głębiny mrocznej dżungli.

background image

 

 

 

Rozdział 14

 
 
Brakiss  przechadzał  się  korytarzami  Akademii  Ciemnej  Strony  jak  generalny  wódz  wojska,

dokonujący inspekcji oddziałów, aby upewnić się, że są gotowe do walki. Niemal bezgłośnie stawiał
stopy  na  metalowych  płytach.  Słyszał  tylko  cichy  szelest  własnej  peleryny.  Mimo  iż  został
mianowany  mistrzem  nowej  grupy  Ciemnych  Jedi,  w  jego  umyśle  kłębiły  się  same  pytania
i wątpliwości.

Brakiss  sprawił,  że  przez  jego  umysł  przemknął  impuls  gniewu...  gniewu,  ostoi  ciemnej  Mocy.

Powiedział sobie jednak, że nie może teraz przestać panować nad nerwami, gdyż jego wola mogłaby
przez to ulec osłabieniu. Brakiss musiał być silny, zwłaszcza teraz.

Dzięki wytężonej pracy przekształcił opancerzoną gwiezdną stację w placówkę, w której mogli

się  szkolić  przyszli  Ciemni  Jedi.  Uczynił  to  ku  większej  chwale  wielkiego  wodza  i  jego  Drugiego
Imperium. Pragnął, aby w galaktyce zapanował znów porządek, a władzę przejął panujący jak dobry
ojciec Imperator. Przez wiele lat harował w pocie czoła, bardzo często ryzykując nawet życie...

A teraz Imperator poniżył go i ośmieszył.
Od  czasu  kiedy  w  hangarze  Akademii  Ciemnej  Strony  wylądował  tajny  imperialny

transportowiec i czterej odziani na czerwono strażnicy przenieśli izolowaną komorę Palpatine’a do
specjalnej komnaty, mimo wielu próśb, żeby władca zechciał udzielić mu audiencji, Brakiss ani nie
widział Imperatora, ani z nim nie rozmawiał. A przecież naczelnik imperialnej placówki czuł się taki
dumny i zaszczycony, kiedy dowiedział się, że sam wielki wódz złoży mu wizytę...

Teraz  jednak  obecność  Palpatine’a  sprawiła,  że  w  myślach  mistrza  Ciemnych  Jedi  panował

kompletny chaos.

Brakiss  cicho  jak  duch  spacerował  pustymi  korytarzami.  Z  powodu  pory  wypoczynku  panele

jarzeniowe nastawiono na najmniejszą jasność. Większość uczniów mistrza przebywała we własnych
pomieszczeniach,  zapewne  oddając  się  medytacjom  albo  przygotowując  do  snu.  Po  korytarzach
przechadzały się jedynie niewielkie grupy pełniących służbę szturmowców.

Qorl  z  powodzeniem  przekształcał  w  sprawnych  żołnierzy  byłych  członków  młodzieżowego

gangu Zagubionych, którzy przylecieli z Coruscant. Pilot myśliwca typu TIE przywiązywał szczególną
wagę  do  szkolenia  przywódcy  gangu,  Norysa.  Młodzieniec  wykazywał  duży  talent  w  zakresie
imperialnych  technik  wymuszania  posłuszeństwa...  ale  był  tak  niezdyscyplinowany,  że  Brakiss
czasami  się  niepokoił.  Mimo  to  rzadko  który  kandydat  pragnący  zostać  dobrym  szturmowcem
okazywał aż taki... entuzjazm.

Naczelnik  Akademii  Ciemnej  Strony  poczuł  nagle  przelotną  chęć,  by  samemu  włożyć  pancerz

szturmowca,  tak  by  łomot  podkutych  butów  głośno  poniósł  się  po  wszystkich  korytarzach  jego
gwiezdnej  stacji.  Niestety,  takie  okazywanie  własnej  siły  zostałoby  uznane  za  niegodne  mistrza

background image

Ciemnych Jedi.

Brakiss  dysponował  ogromną  władzą...  a  przynajmniej  zawsze  tak  sądził,  dopóki  nie  przyleciał

Imperator.  Naczelnik  pomyślał,  że  czerwoni  strażnicy  uważają  go  chyba  za  najniższego  stopniem
służącego. Po tym wszystkim, co zrobił i wycierpiał dla dobra Drugiego Imperium, takie traktowanie
jest po prostu niesprawiedliwe.

Możliwe, że Imperator rzeczywiście zapadł na zdrowiu. Możliwe, że Drugie Imperium znalazło

się w większym niebezpieczeństwie, niż Brakiss się obawiał. Mistrz Jedi doszedł do przekonania, że
powinien porozmawiać na ten temat z samym Palpatine’em, by przekonać się, jak naprawdę wygląda
sytuacja.

Okazał  niezwykłą  cierpliwość.  Starał  się,  jak  mógł,  pragnąc  pomóc.  Spełniał  każdą  zachciankę

Imperatora,  o  której  informowali  go  ukrywający  twarze  czerwoni  strażnicy.  Teraz  musiał  jednak
uzyskać odpowiedzi na kilka pytań.

Głęboko odetchnął, aby móc się skuteczniej skupić. Pragnął zogniskować myśli w ten sposób, by

pomogły  mu  podjąć  decyzję.  Kiedy  doszedł  do  wniosku,  że  nabrał  wystarczającego  zaufania  do
własnych  możliwości,  odwrócił  się  i  ruszył  ku  odosobnionym  komnatom,  zamieszkanym  przez
Imperatora i jego złowieszczych opiekunów.

Tym razem nie pozwoli, by ktokolwiek odprawił go z kwitkiem.
 
Część  pomieszczeń,  przeznaczona  do  wyłącznej  dyspozycji  Imperatora,  sprawiała  wrażenie

jeszcze słabiej oświetlonych niż reszta Akademii Ciemnej Strony. Światło, wydzielane przez panele
jarzeniowe,  musiało  zostać  jakoś  spolaryzowane,  ponieważ  nabrało  czerwonawej  barwy,  dzięki
czemu  wszystkie  szczegóły  stały  się  niemal  niewidoczne.  Także  powietrze  w  sąsiedztwie  komnat,
zajmowanych przez Palpatine’a, wydawało się chłodniejsze niż gdzie indziej.

Dwaj czerwoni imperialni strażnicy stali na skrzyżowaniu korytarzy. Kiedy Brakiss podszedł do

nich,  okazało  się,  że  górują  nad  nim  wzrostem.  Fałdy  ich  szkarłatnych  płaszczy  połyskiwały
w czerwonawym blasku paneli jarzeniowych jak naoliwione. Strażnicy byli uzbrojeni w paraliżujące
włócznie. Złowieszczo wyglądająca broń mogła wprawdzie służyć tylko  jako  ozdoba...  ale  Brakiss
nie zamierzał ryzykować, aby sprawdzić słuszność tej teorii.

– Wszelkim intruzom wstęp wzbroniony – odezwał się surowo jeden z czerwonych strażników.
Mistrz Ciemnych Jedi stanął jak wryty.
–  Przypuszczam,  że  zostaliście  źle  poinformowani  –  oznajmił.  –  Nazywam  się  Brakiss  i  pełnię

funkcję naczelnika Akademii Ciemnej Strony.

–  Wiemy,  jak  się  nazywasz  i  kim  jesteś  –  odparł  strażnik.  –  Żaden  intruz  nie  może  minąć  tego

posterunku.

Brakiss postąpił jeden śmiały krok dalej, starając się nadać swoim słowom odpowiednią wagę.
–  Nie  jestem  intruzem  –  powiedział.  –  Ta  stacja  należy  do  mnie.  Jeden  strażnik  pochylił

paraliżującą włócznię w ten sposób, aby ostrze skierowało się w pierś Brakissa.

–  Ta  stacja  należy  do  Imperatora  –  oznajmił  surowo.  –  Tylko  on  ma  prawo  uważać  za  swoją

własność wszystko, co uzna za cenne dla Drugiego Imperium.

Mistrz  Ciemnych  Jedi  doszedł  do  wniosku,  że  dalsza  dyskusja  na  ten  temat  do  niczego  nie

doprowadzi.

– Muszę porozmawiać z Imperatorem – powiedział.
– To niemożliwe – odrzekł strażnik.

background image

– Nie ma rzeczy niemożliwych – nalegał naczelnik Akademii Ciemnej Strony.
– Imperator nie życzy sobie widzieć się z kimkolwiek.
– A zatem pozwólcie mi porozmawiać z nim przez interkom. Jestem pewien, że kiedy odbędziemy

krótką rozmowę, Imperator zechce się ze mną zobaczyć.

– Nasz władca nie ma ochoty odbywać żadnych krótkich rozmów – oświadczył dumnie strażnik. –

Z tobą czy z jakąkolwiek inną osobą.

Brakiss ujął się pod boki.
–  Kiedy  Imperator  upoważnił  do  decydowania  o  tym,  czy  zechce  z  kimś  rozmawiać,  czy  nie

zechce...  –  zawiesił  głos  i  postarał  się,  żeby  następne  słowa  zabrzmiały  pogardliwie  –  własnych
strażników?  Jakim  prawem  przemawiasz  w  jego  imieniu?  Nie  uznaję  twojej  władzy  nad  sobą,
strażniku!  Skąd  mam  wiedzieć,  czy  nie  trzymacie  go  jako  zakładnika?  Skąd  mam  wiedzieć,  czy
Imperator nie jest chory albo naszpikowany narkotykami?

Skrzyżował ręce na torsie, osłoniętym srebrzystym płaszczem.
– Jedynie Imperator ma prawo wydawać mi rozkazy – ciągnął z dumą. – A teraz pozwólcie mi

z  nim  porozmawiać,  gdyż  w  przeciwnym  razie  wezwę  wszystkich  żołnierzy  pełniących  służbę  na
pokładzie  tej  gwiezdnej  stacji  i  rozkażę  was  aresztować  pod  zarzutem  buntu  przeciwko  Drugiemu
Imperium.

Dwaj czerwoni strażnicy stali nieruchomo.
– Grożenie nam jest głupotą – odezwali się obaj równocześnie.
Brakiss jednak nie dawał za wygraną.
– Głupotą jest lekceważenie tego, co powiedziałem – odparł.
– Jak chcesz – odezwał się jeden ze strażników.
Odwrócił  się  i  podszedł  do  zawieszonej  na  ścianie  korytarza  czarnej  skrzynki  interkomu.

Przycisnął  guzik  i  chociaż  Brakiss  nie  usłyszał,  by  z  głośnika  opancerzonego  hełmu  strażnika
wydobyły  się  jakiekolwiek  słowa,  interkom  natychmiast  odezwał  się  głosem  Imperatora,
przypominającym syczenie całej gromady jadowitych węży.

– Brakissie, mówi twój Imperator. Twoja bezczelność zaczyna mnie irytować.
–  Pragnąłem  jedynie  porozmawiać  z  tobą,  mój  panie  –  odezwał  się  mistrz  Ciemnych  Jedi,  siłą

woli opanowując drżenie głosu. – Odkąd przyleciałeś do Akademii Ciemnej Strony, nie przemówiłeś
ani do jej personelu, ani do mnie. Niepokoję się, czy nie stało ci się nic złego.

–  Brakissie,  chyba  się  zapominasz  –  odparł  Palpatine.  –  Nie  możesz  zrobić  niczego,  by

zatroszczyć  się  o  mój  los,  czego  ja  nie  uczyniłbym,  dysponując  po  dziesięciokroć  potężniejszą
władzą.

Urodziwy  mężczyzna  poczuł,  że  jego  gniew  z  wolna  mija,  ale  podjął  ostatnią  próbę  ratowania

swojej godności.

–  Nie  zapominam  się,  mój  panie  –  odrzekł.  –  Zostałem  mianowany  naczelnikiem  Akademii

Ciemnej  Strony.  Powierzono  mi  zadanie  stworzenia  nowej  armii  Ciemnych  Jedi,  którzy  służyliby
tobie  i  twojemu  Drugiemu  Imperium.  Moje  miejsce  jest  u  twojego  boku.  Nie  powinienem  być
poniżany i traktowany jak nic nie znaczący biurokrata.

Tym razem Palpatine zwlekał kilka chwil z odpowiedzią, ale w końcu z głośnika interkomu znów

zabrzmiały jego oschłe słowa:

–  Nie  zapominaj,  Brakissie,  że  kiedy  konstruowano  tę  stację,  wydałem  rozkaz  rozmieszczenia

w newralgicznych punktach potężnych ładunków wybuchowych. Chciałem w ten sposób się upewnić,

background image

że  będziesz  posłuszny  mojej  woli.  W  każdej  chwili  mogę  zniszczyć  akademię,  choćby  tylko  dla
kaprysu. Nie kuś mnie, Brakissie.

–  Nawet  nie  ośmieliłbym  się  o  tym  marzyć,  mój  panie  –  odparł  mistrz  Jedi,  czując,  że  jego

niepokój wzrasta z sekundy na sekundę. – Jeżeli jednak mam stanowić część twojego planu podboju
galaktyki,  powinienem  wiedzieć,  co  się  dzieje.  Powinienem  być  informowany.  Powinienem  brać
udział  we  wszystkim,  ponieważ  tylko  ja  mogę  oddać  w  twoje  ręce  grupę  dzielnych  wojowników,
których  będziesz  potrzebował,  by  pokonać  Rebeliantów  z  ich  prostackim  zakonem  nowych  rycerzy
Jedi.

– Dowiesz się o moich planach, kiedy ja będę chciał, żebyś się dowiedział! – warknął Imperator.

–  Nie  potrzebuję  rady  ani  twojej,  ani  kogokolwiek  innego.  Możliwe,  że  muszę  ci  przypomnieć,  iż
jesteś tylko nic nie znaczącym sługą. Nigdy więcej nie żądaj, że chcesz mnie zobaczyć. Ukażę ci się
wówczas, kiedy uznam to za celowe.

Rozległ  się  trzask  przypominający  dźwięk  łamanej  kości  i  interkom  umilkł.  Brakiss  czuł  się

gorzej niż kiedykolwiek; jeszcze bardziej sponiewierany, jeszcze bardziej zaniepokojony.

Dwaj  imperialni  strażnicy  stanęli  nieruchomo  na  skrzyżowaniu  korytarzy.  Ponownie  skierowali

ostrza paraliżujących włóczni ku sufitowi.

– A teraz odejdź – rozkazał jeden z nich.
Nie odzywając się ani słowem, Brakiss odwrócił się na pięcie. Odszedł, cicho stawiając stopy

na metalowych płytach opustoszałego korytarza.

background image

 

 

 

Rozdział 15

 
 
W pierwszej chwili Jaina czuła się zbyt odrętwiała, by się poruszyć. Stała obok otwartych wrót

hangaru  na  skraju  platformy,  umieszczonej  o  wiele  wyżej  niż  wierzchołki  sąsiednich  wroszyrów.
Zafascynowana, spoglądała w dół na miejsce, gdzie zniknęło ciało Garowyn. Raz po raz odtwarzając
w myślach przeżytą scenę, nadal nie mogła uwierzyć w to, co się wydarzyło. Wciąż widziała Siostrę
Nocy spadającą, spadającą... spadającą.

Tymczasem  Chewbacca  wyplątał  powietrzny  śmigacz  z  gąszczu  liści,  uruchomił  silnik

i  poszybował  w  górę,  ku  platformie.  Kiedy  znalazł  się  na  wysokości  hangaru,  zaryczał,  pragnąc
podkreślić, że nie ma czasu do stracenia. Gestem kosmatej ręki wskazał odległą fabrykę, skąd nadal
dochodziły odgłosy eksplozji i błyski laserowych błyskawic. Nad fabryką i ośrodkami mieszkalnymi
Wookiech  krążyły  myśliwce  typu  TIE,  bezlitośnie  ostrzeliwując  drzewne  budowle  całymi  seriami
oślepiających sztychów.

Chewbacca  gestem  zachęcił  dziewczynę,  by  usiadła  za  jego  plecami.  Jaina  przełknęła  ślinę.

Pomyślała, że chyba Wookiemu nie chodziło o to, aby oboje lecieli na siodełku tego urządzenia? Już
teraz,  z  trudem  radząc  sobie  z  ciężarem  rosłego  Wookiego,  silnik  niewielkiej  maszyny  krztusił  się
i prychał.

Z drugiej strony, oboje odbyli długi spacer tego ranka, żeby dostać się na platformę z hangarem,

i nie dysponowali żadnym środkiem transportu, który pomógłby im dotrzeć do atakowanego zakładu
przemysłowego...  a  musieli  spieszyć  Jacenowi,  Tenel  Ka,  Lowiemu  i  jego  siostrze  na  ratunek.  Nie
było czasu, aby wezwać bantha. Jaina miała nadzieję, że bratu i przyjaciołom nie przydarzyło się nic
złego.

Chewbacca  podleciał  jeszcze  bliżej  śmigaczem,  po  czym  unieruchomił  maszynę  w  powietrzu

obok skraju platformy. Gestem przynaglił Jainę. Dziewczyna postanowiła zrezygnować z zastrzeżeń,
jakie  dotąd  żywiła,  i  wgramoliła  się  na  siodełko  za  plecami  Wookiego.  Stwierdziła,  że  miejsca
pozostało  niewiele,  a  ponieważ  wciąż  jeszcze  miała  kombinezon  poplamiony  śliskim  smarem,
rozłożyła ręce jak umiała najszerzej i objęła potężny włochaty tors Chewiego. Zacisnęła w palcach
kosmyki długiej sierści, żeby nie ześlizgnąć się z siodełka.

Powietrzny  śmigacz,  obciążony  dodatkowym  ciężarem,  natychmiast  zaczął  opadać.  Chcąc

utrzymać maszynę w powietrzu, Chewbacca zwiększył prędkość obrotową silnika, a potem oderwał
śmigacz  od  platformy.  Chociaż  lecieli  szybciej  niż  Jaina  się  spodziewała,  ich  pojazd  powoli,  ale
nieubłaganie tracił wysokość. Wkrótce leciał tak nisko, że niemal muskał wierzchołki gigantycznych
wroszyrów. Silnik ciągle krztusił się i rzęził. Dziewczyna czuła, że podeszwy jej butów ocierają się
o  najwyższe  gałęzie  porośnięte  zielonymi  liśćmi.  Pęd  powietrza  rozwiewał  we  wszystkie  strony
pasma jej długich włosów.

background image

Chcąc  uniknąć  zaczepienia  o  wystającą  gałąź,  Jaina  raptownie  uniosła  nogę,  ale  omal  nie

wywróciła  niewielkiego  śmigacza.  Chewbacca  jednak  w  porę  wyczuł  zmianę  położenia  maszyny
w powietrzu, gdyż natychmiast przechylił się w drugą stronę, by zachować równowagę. Dziewczyna
chwyciła mocniej kędziory długiej sierści Wookiego i ostrożnie usiadła znów prosto za jego plecami.

– Czy nie możemy lecieć jeszcze szybciej? – krzyknęła do porośniętego długimi włosami ucha.
Czuła  przyspieszone  bicie  serca,  ale  krople  potu,  które  pojawiły  się  na  jej  czole,  wyparowały

w  zetknięciu  z  podmuchami  chłodnego  wiatru.  Wookie  zaryczał  coś  w  odpowiedzi.  Doskonale
rozumiał niebezpieczeństwo zagrażające przyjaciołom.

Kiedy  w  końcu  znaleźli  się  nad  kompleksem  zabudowań  fabryki,  ujrzeli  taki  rozgardiasz,  że

w  pierwszej  chwili  Jaina  nie  chciała  uwierzyć  własnym  oczom.  Z  kilkunastu  okien  i  świetlików
zakładu  produkcyjnego  unosiły  się  w  niebo  kłęby  szarobiałego  dymu.  W  wielu  miejscach  leżały
rozłupane  i  sczerniałe  gałęzie  wroszyrów,  spoczywające  niczym  zabawki,  porzucone  przez
rozkapryszonego  giganta.  Na  pochmurnym  niebie  nadal  zataczały  kręgi  imperialne  maszyny,  ale
z  każdą  chwilą  ich  liczba  się  zmniejszała.  Znikały  w  chmurach;  zapewne  powracały  na  pokłady
macierzystych statków.

– Czyżby atak miał się ku końcowi? – zapytała z niedowierzaniem Jaina. Chewbacca zawtórował

jej głośnym rykiem, tak samo zaskoczony.

Rosły Wookie miał pewne trudności z osadzeniem przeciążonego śmigacza na platformie i kiedy

w  końcu  wylądował,  pasażerowie  potoczyli  się  po  płytach  lądowiska.  Nie  zadając  sobie  trudu,  by
przekonać  się,  czy  nie  są  ranni,  oboje  szybko  wstali  i  pospieszyli  do  najbliższego  wyjścia.  Nie
przestawali nawoływać Jacena, Lowiego, Tenel Ka i Sirry.

W pomieszczeniach fabryki panował trudny do opisania chaos. Korytarzami biegali we wszystkie

strony  pracownicy,  wykrzykując  polecenia,  gasząc  pożary,  ustawiając  wywrócone  stoły
laboratoryjne  i  drogocenne  urządzenia,  a  także  pomagając  rannym  albo  uwięzionym  kolegom.
Nozdrza  Jainy  drażniła  woń  zwęglonego  drewna,  zmieszana  z  odorem  tlącej  się  sierści  Wookiech.
Oczy  dziewczyny  łzawiły,  atakowane  przez  kłęby  dymu  niosącego  woń  jakichś  chemicznych
odczynników.  Większość  pożarów  została  jednak  ugaszona,  a  przez  szeroko  otwarte  okna  wpadały
podmuchy ożywczego wiatru.

Chewbacca  zaryczał,  po  czym  skoczył,  aby  przywitać  się  ze  swoją  siostrą,  Kallabow,  matką

Lowiego  i  Sirry,  która  pochylona  nad  poszkodowaną  koleżanką,  opatrywała  jej  rany.  Przebierając
długimi  delikatnymi  palcami,  strzygła  sierść  wokół  krwawiącego  rozcięcia,  aby  owinąć  ranę
bandażem, przesyconym substancją przyspieszającą krzepnięcie.

Matka  Lowiego  uniosła  głowę  i  zamrugała  powiekami  oślepionych  oczu,  osadzonych  głęboko

między  kędziorami  kasztanowatej  sierści.  Wdała  się  z  Chewbacca  w  rozmowę,  pełną  krótkich,  ale
bardzo wymownych pomruków, warknięć i szczęknięć. Jaina zrozumiała jedynie niektóre słowa, ale
to  wystarczyło,  aby  się  dowiedzieć,  iż  rzeczywiście  podstępny  atak  dobiegł  końca.  Imperialni
żołnierze,  którzy  spadli  jak  błyskawice,  wyrządzili  dużo  szkód  w  dzielnicach  mieszkaniowych
Wookiech  i  zniszczyli  niektóre  znajdujące  się  na  obrzeżach  budynki  kompleksu  przemysłowego.
Wyglądało  jednak  na  to,  że  głównym  celem  ataku  było  opanowanie  magazynów  z  gotowymi
wyrobami,  skąd  porwali  większość  skomputeryzowanych  podzespołów  i  urządzeń  służących  do
kodowania sygnałów.

Jaina  przypomniała  sobie  poprzednią  napaść  oddziałów  Qorla  na  „Diament”,  krążownik

zaopatrzeniowy  Nowej  Republiki.  Były  pilot  myśliwca  typu  TIE  porwał  wówczas  cały  transport

background image

rdzeni jednostek napędu nadświetlnego i baterii do turbolaserów. Z całą pewnością Drugie Imperium
przygotowywało się do ostatecznej bitwy... zapewne pragnęło doprowadzić do niej jak najszybciej.

Jaina kucnęła obok Kallabow.
–  Czy  widziała  pani  Lowiego  albo  Sirrę?  –  zapytała.  – Albo  może  Tenel  Ka  czy  mojego  brata

Jacena?

Matka  Lowiego  odpowiedziała,  wydając  całą  serię  zmartwionych  pomruków,  warknięć

i  szczęknięć.  Rozłożyła  szeroko  ręce,  by  pokazać  panujący  wszędzie  bałagan,  po  czym  poprosiła
dziewczynę, by odszukała jej dzieci. Nieco dalej na korytarzu zajęczał ktoś inny z personelu fabryki.
Kallabow wstała i poczłapała do rannego, żeby pomóc mu wstać z posadzki.

– Musimy ich odnaleźć – odezwała się Jaina. Chewbacca zaryczał, energicznie kiwając głową.
Zapuścił  się  w  głąb  zbombardowanej  fabryki.  Pomagał  rannym,  ilekroć  mógł,  za  każdym  razem

wydając gardłowe pomruki, których znaczenia Jaina nie rozumiała. Ponieważ dziewczyna nie miała
zwyczaju  stać  bezczynnie,  kiedy  mogła  się  na  coś  przydać,  pomagała  opatrywać  lżejsze  rany  albo
gasić resztki pożarów. Od czasu do czasu posługiwała się Mocą, żeby razem z silnie umięśnionymi
pracownikami fabryki odsuwać pod ściany szczątki zniszczonych urządzeń. Przy każdej okazji pytała
o brata i przyjaciół, ale otrzymywała tylko przeczące albo wymijające odpowiedzi.

Czuła,  że  kakofonia  dźwięków  będących  mieszaniną  warknięć,  wycia  i  chrapliwych  pomruków

z  każdą  chwilą  przybiera  na  sile.  Żałowała,  że  nie  może  skorzystać  z  usług  Em  Teedee,  który
przetłumaczyłby  wszystkie  niuanse  mowy  Wookiech.  Miała  wrażenie,  że  w  jej  głowie  panuje
kompletny zamęt. Z ulgą zauważyła, że Chewbacca przywołuje ją gestami jednej ręki, by pomogła mu
opatrywać rany pani inżynier. Kiedy podeszła bliżej, Chewie zamruczał coś, pełen podniecenia.

– Czego się dowiedziałeś? – zapytała dziewczyna.
Ranna pani inżynier odezwała się tak cicho, że jej głos przypominał mruczenie. Ponieważ Jaina

niczego  nie  zrozumiała,  odwróciła  się  do  Chewbaccy,  by  poprosić  go  o  tłumaczenie.  Gdyby  nie
powaga sytuacji, mogłaby nawet uznać tę prośbę za zabawną.

Chewie zaczął powtarzać to, co powiedziała ranna pracownica, na tyle powoli, aby Jaina mogła

go  zrozumieć.  Okazało  się,  że  pani  inżynier  widziała  dwoje  młodych  Wookiech  biegnących
korytarzem  w  towarzystwie  dwojga  młodych  istot  ludzkich.  Wkrótce  potem  dostrzegła  grupę
imperialnych  szturmowców,  którzy  przebiegli  tym  samym  korytarzem.  Dowodziło  nimi  dwoje
ubranych na czarno ludzi.

–  Czy  tam,  dokąd  się  kierowali,  jest  może  jakieś  wyjście?  –  zapytała  z  nadzieją  Jaina.  –  Czy

mogli uciec z fabryki?

Pani  inżynier  pokręciła  głową.  Niestety,  nie  było  żadnych  wyjść,  jedynie  awaryjne  panele

w  posadzce,  umożliwiające  przedostanie  się  na  niższe  i  niebezpieczniejsze  poziomy  dziewiczej
dżungli.

Wyjścia awaryjne.
Chewie skończył opatrywać rany pani inżynier i podziękował jej za informację, po czym puścił

się korytarzem, który pokazała. W pewnej chwili biegnąca Jaina się poślizgnęła, ale zdążyła stanąć
przed  sczerniałym  i  nieregularnym  otworem  w  posadzce,  niewątpliwie  wypalonym  przez  strzał
z blastera. Płyta osłaniająca kiedyś kwadratowy otwór leżała, wyszarpnięta z zawiasów i porzucona
pod ścianą korytarza. Chewbacca musiał pochwycić dziewczynę za ramię, by nie spadła w mroczną
przepaść.  Zaryczał,  po  czym  zaczął  pociągać  nosem,  pragnąc  obwąchać  osmalone  metalowe
krawędzie.

background image

Jaina kiwnęła głową.
– Ta-a, ja też myślę, że to sprawka szturmowców – powiedziała. – Zapewne doszli do wniosku,

że awaryjne wyjście musi zostać poszerzone, i postarali się dokonać pewnych poprawek. – Usiłując
się  uspokoić,  zaczęła  powoli  wypuszczać  z  płuc  powietrze.  –  Lowie  powiedział  nam,  jak
niebezpieczne są najniższe poziomy. Widocznie jednak im to nie przeszkadzało.

Chewie  otworzył  awaryjną  skrytkę  w  ścianie.  Wyciągnął  dwa  plecaki,  wypełnione  żywnością

i najważniejszym ekwipunkiem, po czym podał jeden Jainie. Następnie, wydawszy ledwo słyszalny
pomruk, wyciągnął długą rękę i pokazał otwór w posadzce.

– Jasne, ja też tak uważam – odparła dziewczyna. – No, to na co jeszcze czekamy?
Wychyliła się i przez chwilę spoglądała na atramentowe ciemności pod nogami.
–  To  twoja  dżungla  –  odezwała  się  w  końcu.  –  Domyślam  się,  że  będzie  najlepiej,  jeżeli

zejdziesz pierwszy.

background image

 

 

 

Rozdział 16

 
 
Lowbacca od najmłodszych lat wiedział o niebezpieczeństwach, związanych z zapuszczaniem się

w  zdradzieckie,  nie  ujarzmione  głębiny  dżungli  Kashyyyku.  Mroczne  poziomy  bardzo  często
okazywały się śmiertelnymi pułapkami... nawet dla tych, którzy wyprawiali się tam uzbrojeni po zęby
i wyćwiczeni.

Nikt  nie  zapuszczał  się  na  najniższe  poziomy,  jeżeli  nie  zmuszały  go  okoliczności...  Młody

Wookie  wiedział  jednak,  że  teraz,  gdy  ścigali  ich  Zekk,  Vonnda  Ra  i  szturmowcy,  mroczne  głębiny
dziewiczego lasu były jedyną szansą ocalenia.

Kiedy  ostatnio  zostawił  za  sobą  bezpieczne  drzewne  miasto,  wzniesione  na  wierzchołkach

gigantycznych wroszyrów, wyprawił się na najniższe piętra, żeby z wnętrza kwiatu śmiercionośnego
syreniowca zerwać pęk błyszczących włókien. Splótł z nich później cenny pas, osłaniający teraz jego
biodra.  Zawsze  uważał,  że  jest  wyjątkowo  odważny,  ponieważ  dokonał  tej  sztuki  sam,  nie  prosząc
o pomoc nikogo spośród przyjaciół.

Koleżanka jego siostry także wyprawiła się sama... zapewne pragnęła dorównać Lowiemu. Mimo

iż  taka  odważna  i  zręczna,  nigdy  nie  wróciła.  Tym  razem  Lowie  jednak  nie  był  sam.  Jeżeli
w  głębinach  lasu  czyhają  jakieś  niebezpieczeństwa,  on  i  jego  przyjaciele  będą  walczyli  ramię
w ramię.

Z  góry  i  zza  pleców  dobiegał  tupot  ciężkich  butów  i  trzask  łamanych  gałęzi.  Zakuci  w  białe

pancerze  imperialni  szturmowcy  nadal  ścigali  uciekinierów.  Rozjaśniając  promieniami  światła
prętów  jarzeniowych  ciemności  wilgotnych  poziomów,  pogrążonych  w  wiecznej  nocy,  raz  po  raz
płoszyli egzotyczne stworzenia, które nigdy przedtem nie widziały słonecznego blasku. Od czasu do
czasu  rozlegały  się  także  odgłosy  blasterowych  strzałów,  jakimi  żołnierze  próbowali  odstraszać
większe  zwierzęta.  Wilgotne  liście,  trafione  laserowymi  błyskawicami,  przez  jakiś  czas  się  paliły,
wydzielając strużki gęstego dymu, po czym zwijały się i gasły.

Lowie  i  Sirra  starali  się,  jak  mogli,  by  wskazywać  drogę  Jacenowi  i  Tenel  Ka.  Wykorzystując

fakt,  że  świetnie  widzieli  w  ciemności,  wyszukiwali  potężne,  grube  konary  odrastające  od  pni
prastarych  wroszyrów.  W  pewnej  chwili  zadyszany  Lowie  zacharczał,  próbując  dodać  pozostałym
odwagi.  Jego  przyjaciele  podążali  właściwie  na  oślep,  nie  kierując  się  ku  określonemu  celowi.
Wiedzieli jednak, że jeżeli chcą zgubić prześladowców w labiryncie najniższych poziomów lasu, nie
mogą ani na chwilę przystanąć.

Okrągłe,  żółte  czujniki  optyczne  Em  Teedee  jarzyły  się,  rozjaśniając  mroki  łagodną  poświatą.

Uciekinierzy  nie  mogli  pozwolić  sobie  na  lepsze  oświetlenie,  gdyż  wówczas  ryzykowaliby,  że
zostaną zauważeni.

–  Bardzo  proszę,  niech  pan  uważa  na  te  gałęzie,  panie  Lowbacco  –  odezwał  się  miniaturowy

background image

android, kiedy jakaś gałąź zarysowała powierzchnię jego srebrzystej obudowy. – Nie chciałbym się
odczepić  od  pasa  i  spaść  z  wysoka.  O  ile  pan  pamięta,  już  raz  coś  takiego  mi  się  przydarzyło.
Zapewniam pana, że to było przerażająco nieprzyjemne doświadczenie.

Lowie  jęknął,  wspomniawszy  niefortunną  przygodę,  którą  przeżył  na Yavinie  Cztery.  Zgubienie

androida-tłumacza  przysporzyło  mu  także  innych  kłopotów,  ponieważ  żaden  uczeń  ani  instruktor
akademii  Jedi  nie  mógł  zrozumieć  jego  ostrzeżenia,  że  Jacen  i  Jaina  zostali  uwięzieni  przez  pilota
myśliwca typu TIE, Qorla.

Kiedy  przeskakujący  nad  głowami  zbiegów  szturmowcy  ponownie  zaczęli  strzelać  z  blasterów,

ciemności  rozjaśniła  błyskawica,  która  spopieliła  następną  gromadę  liści.  Lowie  odruchowo  się
skulił, a Sirra zeskoczyła na niższą gałąź, nie troszcząc się o sprawdzenie, czy zdoła utrzymać ciężar
jej  ciała.  Po  chwili  w  gąszcz  liści  poszybowały  następne  laserowe  sztychy,  które  wznieciły
niewielkie pożary i wzbiły kłęby gęstego dymu.

– Hej, uważajcie! – krzyknął Jacen.
Tenel Ka chwyciła jakąś gałąź i zeskoczyła na poziom, na którym stała Sirra.
– Tędy – powiedziała. – Jest bezpiecznie.
 
Lowie,  objąwszy  w  pasie  Jacena,  zeskoczył  tuż  za  nią,  po  czym  zaczął  biec  po  porośniętej

wilgotnym  mchem  gałęzi.  Im  dalej  od  poziomów,  do  których  docierał  blask  słońca,  tym  większym
zmianom  ulegał  krajobraz  lasu.  Wyglądało  na  to,  że  każde  piętro  stanowi  odrębny  ekosystem,
charakteryzujący  się  czy  to  tworzącymi  platformy  gąszczami  splecionych  winorośli,  czy  to
zrośniętych gałęzi, czy wreszcie skupiskami zwierzęcych odchodów, w których pieniły się przeróżne
grzyby,  porosty  i  kwitnące  rośliny.  Słysząc  hałas  powodowany  przez  nieproszonych  gości,  do
ucieczki rzucało się tysiące owadów, ptaków, gadów, płazów i gryzoni.

Lowie  zaczął  sapać,  dając  znak  pozostałym,  żeby  podążali  jego  śladami.  Pewnie  stawiając

płaskie  stopy,  raz  po  raz  marszczył  czarny  nos  i  wciągał  przesycone  odorem  zgnilizny  powietrze.
W pewnej chwili pochwycił jednak elektryzujący aromat... aromat, który już kiedyś poczuł. Zapach,
którego omal nie przypłacił życiem.

W  łagodnym  blasku,  rzucanym  przez  optyczne  czujniki  Em  Teedee,  dostrzegł  szeroko  rozwarte

szczęki  kwiatu  syreniowca.  Połyskujące  żółte  płatki,  odrastające  z  krwistoczerwonej  łodygi,
przypominały  żarłoczną  paszczę,  czekającą  na  ofiarę.  Roślina  jakimś  cudem  zapuściła  korzenie
w  szczelinie  między  zrośniętymi  gałęziami  i  wegetowała,  żywiąc  się  mieszkańcami  tego  poziomu
dziewiczego  lasu.  Iskrzące  się  długie  włókna  tworzyły  wyrastający  pośrodku  kielicha  pióropusz.
Płonący kuszącym blaskiem, wespół z niebiańskim aromatem, kusił ofiary, by zechciały się zbliżyć.

Podążająca śladami brata Sirra także węszyła i również zauważyła śmiercionośną roślinę. Cicho

zaryczała,  zapewne  rada,  że  jej  marzenia  wreszcie  będą  mogły  się  spełnić.  Mimo  to  zjeżyła  włosy
wystrzyżonej  w  dziwaczne  wzory  sierści.  Lowie  jednak  położył  dłoń  na  jej  ramieniu.  Pokręcił
głową,  a  potem  pochwycił  siostrę  za  rękę.  Doskonale  wiedział,  że  Sirra  wprost  się  pali,  żeby  jak
najszybciej zdobyć bezcenne włókna i w ten sposób udowodnić sobie i wszystkim, jaka jest dorosła
i odważna.

Rozczarowana  Sirra  warknęła,  ale  świetnie  rozumiała,  co  w  tej  chwili  jest  najważniejsze.

Ścigający  ich  szturmowcy,  skaczący  po  konarach  nad  ich  głowami,  znów  strzelali,  tym  razem  do
jakiegoś dużego zwierzęcia, z trzaskiem łamanych gałęzi usiłującego ocalić życie.

To było zbyt niebezpieczne. Imperialni żołnierze w każdej chwili mogli ich pochwycić.

background image

Sirra wydała pełen rezygnacji jęk, po czym wysforowała się na czoło małej grupy, pozwalając,

żeby teraz Lowie wskazywał drogę przyjaciołom.

 
Tenel Ka przeciskała się przez plątaninę wilgotnych, porośniętych mchem i uginających się pod

ciężarem  jej  ciała  gałęzi,  od  czasu  do  czasu  pochylając  głowę,  by  nie  zaczepić  zaplecionymi
złocistorudymi  warkoczami  o  ciernie  czy  konary.  Rozkoszowała  się  swoją  zwinnością,  jakby
wykonywała  gimnastyczne  ćwiczenia,  dzięki  którym  jej  ciało  było  zawsze  takie  gibkie  i  prężne.
Wolałaby oczywiście, aby tym ćwiczeniom nie towarzyszyła obawa nagłej śmierci po trafieniu przez
blasterową błyskawicę, wystrzeloną przez jakiegoś szturmowca.

Opancerzony  kostium  z  jaszczurczej  skóry  zakrywał  jedynie  tors  dziewczyny,  pozostawiając

obnażone ręce i nogi, narażone na zadrapania i ukąszenia owadów. Młoda wojowniczka z Dathomiry
nie zamierzała jednak pozwolić, aby takie błahostki zaprzątały jej uwagę.

Widząc,  że  przyjaciele  coraz  bardziej  zapuszczają  się  w  głębiny  dżungli,  Tenel  Ka  starała  się

zachować równowagę, ale nie przestawała obserwować Jacena. Mimo iż chłopiec świetnie potrafił
wyczuwać obecność dziwnych stworzeń, ustępował dziewczynie pod względem sprawności fizycznej
i  siły.  Teraz  jednak  wszyscy  uciekali,  by  ocalić  życie.  Byli  ścigani.  Znajdowali  się  w  środowisku,
w którym ona czuła się jak w swoim żywiole.

Tyle tylko, że w tej chwili Tenel Ka nie była łowczynią, ale łupem.
Uświadamiając  sobie,  że  niczego  nie  widzi,  dziewczyna  starała  się  wytężać  wszystkie  inne

zmysły.  Mogłaby  co  prawda  zapalić  miecz,  aby  oświetlić  drogę,  ale  nie  ośmielała  się  wysunąć
energetycznego ostrza, w obawie, że ujawniłaby w ten sposób, gdzie się znajduje.

Zapuszczając  się  w  głębiny  dziewiczego  lasu,  na  coraz  niższe  konary,  wyczuwała

niebezpieczeństwa, coraz bliższe, coraz groźniejsze. Uzmysłowiła sobie, że młodzi Wookie także je
wyczuwają.  Lowie  i  Sirra  poruszali  się  ostrożniej,  i  starali  się  trzymać  blisko  siebie.  Korzystając
z tego, iż dobrze widzą w ciemnościach, wskazywali drogę przyjaciołom.

W  pobliżu  rozwidlenia  potężnych  konarów  oboje  Wookie  nagle  przystanęli.  Zmęczeni,  ciężko

dyszeli,  starając  się  złapać  oddech.  Zupełnie  wyczerpany  Jacen  osunął  się  na  konar  obok
wojowniczki z Dathomiry. Wszyscy wiedzieli jednak, że nie mogą za długo odpoczywać.

Przez  cały  czas  krótkiej  przerwy  Tenel  Ka  ani  na  chwilę  nie  usiadła.  Zmrużyła  szare  jak  granit

oczy  i  powoli  się  obracała,  chcąc  wyczuć,  czy  w  ciemnościach  coś  się  nie  porusza  albo  czy
w  gąszczu  otaczających  ich  drzew  nie  czai  się  jakiś  drapieżnik.  Jej  zmysły  Jedi  nie  wykryły
w pobliżu żadnych groźnych zwierząt. Mimo to dziewczyna poczuła dziwne świerzbienie skóry, które
z sekundy na sekundę stawało się coraz silniejsze.

W  następnej  chwili  podobna  do  rzemienia  roślinna  macka  owinęła  się  wokół  bioder  Tenel  Ka

i  zacisnąwszy  chwyt,  szarpnęła.  Ostre  kolce  przebiły  pancerz  z  jaszczurczej  skóry  i  boleśnie  wpiły
się  w  ciało.  Zaskoczona  wojowniczka  krzyknęła...  i  w  tej  samej  chwili  w  powietrzu  wokół  nich
zaroiło się od mackowatych pędów.

Oboje Wookie zawyli i zaczęli się zmagać z pnączami. Jacen wrzasnął. Cierniste pędy poderwały

w  górę  chłopca,  rozpaczliwie  wymachującego  rękami  i  nogami.  W  mgnieniu  oka  Tenel  Ka
wyciągnęła  miecz  i  ignorując  niebezpieczeństwo,  że  w  ten  sposób  ujawni  szturmowcom  miejsce,
gdzie  się  znajdują,  wysunęła  świetliste  turkusowe  ostrze.  Machnąwszy  w  lewo  i  w  prawo,  odcięła
zdradzieckie pędy, owinięte wokół jej ciała.

Jacen ponownie krzyknął i odruchowo także sięgnął do rękojeści broni. Wymachując nad głową

background image

jasnozieloną  klingą,  odciął  podstępne  pnącze,  które  puściło  go,  wydawszy  skwierczące  mlaśnięcie.
Powietrze wypełniło się intensywnym zapachem gotowanego soku roślinnego.

Lowbacca  zaryczał  i  również  zapalił  swoją  broń.  Machnął  świetlistym  ostrzem  barwy

roztopionego brązu w prawo i w lewo. Zachłanne pędy, wijąc się i skręcając, natychmiast zwróciły
się w jego stronę. Zapewne zamierzały unieść Wookiego na wyższy poziom, gdzie pośrodku gąszczu
macek widniał ciemny otwór. Wydobywały się z niego dźwięki podobne do zgrzytania, jakie wydają
odłamki  skał,  ocierające  się  o  siebie.  Mroczna  jama  przypominała  żarłoczną  paszczę,  gotową
rozdrobnić  na  nadające  się  do  przełknięcia  i  strawienia  kawałki  wszystko,  cokolwiek  do  niej
wpadnie.

Dwa pędy smagnęły Sirrakuk i owinęły się wokół jej ramion. Młoda Wookie obnażyła długie kły

i  napinając  mięśnie,  z  całej  siły  szarpnęła.  Oderwała  obie  macki  od  grubej  środkowej  łodygi
drapieżnika. Roślina chyba nawet tego nie zauważyła. Jej mackowate pędy nadal smagały powietrze,
poszukując żeru, a z otwartej paszczy nie przestało wydobywać się zgrzytanie i mlaskanie.

Po  chwili  trzy  zapalone  ostrza  świetlnych  mieczy  odcięły  wszystkie  pędy.  Pozostawało  tylko

kilkanaście konwulsyjnie drgających kikutów, odrastających od łodygi żarłocznej rośliny.

– Udało się nam! – wykrzyknął uradowany Em Teedee. – Och, to naprawdę coś wspaniałego!
–  To  jest  fakt  –  przytaknęła  Tenel  Ka.  Przyjrzała  się  czerwonym  pręgom  i  wciąż  jeszcze

broczącym  krwią  ranom,  jakie  odniosła  podczas  walki,  a  później  uniosła  głowę  i  popatrzyła  na
wyższy poziom dżungli. – Blask naszych mieczy zwabił jednak nieprzyjaciół.

Pozostali  również  unieśli  głowy  i  podążyli  za  jej  spojrzeniem.  Na  konarach,  rosnących  nad

głowami, ujrzeli cały oddział szturmowców, ze wszystkich stron otaczających czworo uciekinierów.
Imperialni żołnierze kierowali lufy blasterów w stronę Sirry i młodych rycerzy Jedi.

 
Jacen  wyłączył  szmaragdową  klingę  i  kucnął  na  gałęzi.  Ciężko  oddychając,  omiótł  spojrzeniem

krąg  szturmowców.  W  innych  okolicznościach  uznałby  głębiny  dżungli  Kashyyyku  za  fascynujące;
tętniące  życiem  milionów  nieznanych  owadów,  drzew,  paproci,  roślin,  kwiatów  i  jaszczurek.  Tak
bardzo pragnąłby wszystkie poznać i zbadać; większość okazów była mu zupełnie nie znana. Nawet
teraz,  mimo  iż  nad  jego  głową  stał  cały  oddział  podobnych  do  białych  zjaw  albo  posągów
szturmowców,  trzymających  odbezpieczone  i  wymierzone  blastery,  Jacen  wyczuwał  wokół  siebie
obecność wielu ukrytych stworzeń.

Zauważył,  że  na  uschniętym  konarze,  w  pobliżu  jednego  z  imperialnych  żołnierzy,  znajduje  się

szerokie  wilgotne  pasmo  kory,  podobne  do  owiniętego  wokół  drzewa  cętkowanego  jęzora.
Połyskujący kawałek kory lekko drżał, jakby w jego wnętrzu trwała gorączkowa praca.

Nagle pośród szturmowców pojawiły się dwie nowe osoby, odziane w czarne szaty. Złowieszczo

wyglądająca  Siostra  Nocy,  silnie  umięśniona,  krępa  i  niska  Vonnda  Ra,  odziana  w  połyskujący
pancerz  z  gadziej  skóry,  zeskoczyła  z  wyższego  konara  i  stanęła  obok  Zekka.  Młodzieniec  miał  na
sobie obrzeżoną szkarłatną lamówką fałdzistą czarną pelerynę, której nie uszkodziła żadna gałąź  ani
żaden  kolec,  a  starannie  uczesane  czarne  włosy  związał  kawałkiem  rzemyka  z  tyłu  głowy.
Szturmowcy zapalili pręty jarzeniowe i skierowali ich promienie na uciekinierów.

– Wpadliście w pułapkę, smarkacze Jedi – odezwała się Vonnda Ra z pogardliwym uśmiechem.

–  Z  prawdziwą  przyjemnością  będę  się  przyglądała,  jak  czołgacie  się  u  naszych  stóp,  błagając
o darowanie życia... Zapewniam jednak, że to wam nie pomoże.

– Nie mamy zamiaru czołgać się ani błagać – odparła Tenel Ka.

background image

Siostra Nocy spiorunowała spojrzeniem młodą wojowniczkę z Dathomiry.
Tymczasem  Jacen  skupił  uwagę  na  tajemniczym  szerokim  połyskującym  paśmie,  owiniętym

wokół konara. Ciemny przedmiot przypominał obręcz z wilgotnej skóry, a kiedy chłopiec sięgnął do
niego  myślowymi  palcami  Mocy,  wyczuł  słabe  impulsy  płynące  ze  szczątkowego  mózgu,  który
właściwie zawierał tylko zbiór odruchów. W tej chwili chłopcu nie zależało jednak na niczym innym.

– Przykro mi, że tak się musiało stać – odezwał się Zekk. – Muszę okazywać teraz posłuszeństwo

Drugiemu Imperium, a wy jesteście moimi nieprzejednanymi wrogami. Nie mogę dłużej tego ukrywać
przed wami. To konsekwencja wyboru, którego kiedyś dokonałem.

Słowom  tym  przeczył  jednak  wyraz  zakłopotania,  malujący  się  na  twarzy  Zekka.  Spoglądając

w jego zielone oczy, można było się zorientować, jak bardzo jest udręczony.

Nagle szturmowiec stojący na uschniętym konarze przeszedł w bok, by mieć lepsze pole ostrzału.
Jacen pożerał go spojrzeniem. Jeszcze trochę dalej – myślał. – Jeszcze odrobinę dalej.
Możliwe,  że  nawet  wysłał  tę  myśl,  posługując  się  Mocą,  gdyż  imperialny  żołnierz  zrobił  krok

w tę samą stronę. Jego ciężki opancerzony but nadepnął na skraj szerokiego wilgotnego jęzora.

Mózg stworzenia zareagował natychmiast, wybierając jeden z odruchów.
Za  plecami  szturmowca  pojawiło  się  pokryte  śluzem  cielsko  potwornej  bestii,  podobnej  do

olbrzymiego  wilgotnego  ślimaka.  Nagłe  smagnięcie  zrzuciło  żołnierza  z  konara.  Głośno  krzycząc
i wymachując rękami, zakuty w biały pancerz szturmowiec zniknął w gęstwinie splątanych gałęzi.

Tymczasem  gigantyczny  ślimak,  wydając  bulgoczące  dźwięki,  wspinał  się  coraz  wyżej  i  wyżej.

Miotając  w  prawo  i  w  lewo  pokrytym  śluzem  wilgotnym  cielskiem,  zrzucił  z  gałęzi  następnych
dwóch szturmowców. Pozostali żołnierze wpadli w panikę. Krzycząc i strzelając do ogromnej bestii,
uciekali, aby ratować życie.

Jacen  czynił  wszystko,  co  mógł,  żeby  wysyłać  do  szczątkowego  mózgu  stworzenia  informację

identyfikującą szturmowców jako wrogów. Zarazem starał się wszczepić pewność, że on sam, oboje
Wookie i Tenel Ka zaliczają się do najlepszych przyjaciół bezmyślnego ślimaka.

Szturmowcy nie przestawali zasypywać bestii całymi seriami blasterowych strzałów, ale ogniste

błyskawice, nie robiąc stworzeniu żadnej krzywdy, zapewne tylko jeszcze bardziej je drażniły. Kiedy
ogromny  ślimak  reagując  na  ból,  wywołany  trafieniami,  zwijał  się  i  skręcał,  z  głośnym  trzaskiem
łamiąc  kolejne  gałęzie  i  konary,  odbite  od  cielska  potwora  promienie  energii  szybowały  w  mroki
dżungli, spopielając gromady liści i pnączy.

Zafascynowany  przebiegiem  walki  i  zamieszaniem,  jakie  wywołała  bestia,  Jacen  stał  jak

sparaliżowany. Zekk i Vonnda Ra krzyczeli, wydając sprzeczne rozkazy.

W  następnej  sekundzie  chłopiec  poczuł,  że  Tenel  Ka  uderzyła  go  barkiem  i  odepchnęła  na  bok.

W  tej  samej  chwili  obok  głowy  chłopca  przemknęła  sycząca  laserowa  błyskawica.  Dziewczyna,
owinąwszy  pęd  winorośli  wokół  ramienia  i  przedramienia,  objęła  Jacena  w  pasie  i  pomogła  mu
zeskoczyć na niższy poziom. Puściła się biegiem, podążając śladami obojga Wookiech, którzy także
uciekali jak mogli najszybciej.

Wykorzystując  fakt,  że  szturmowcy  byli  zajęci  własnymi  problemami,  uciekinierzy  zapuszczali

się coraz głębiej i głębiej ku najniższym poziomom dziewiczego lasu.

background image

 

 

 

Rozdział 17

 
 
Ciemności były tak gęste, że Jaina mogła niemal ich dotknąć. Podążając za zwinnym Chewbaccą

zdawała  się  bardziej  na  słuch  niż  jakikolwiek  inny  zmysł.  Uświadomiła  sobie,  że  coraz  częściej
polega na Mocy, pozwalając, by kierowała ruchami jej rąk i nóg. Powietrze w głębinach dżungli było
trochę  chłodniejsze  niż  bezpośrednio  pod  baldachimem  liści  w  górze.  W  pewnej  chwili  Jaina  się
wzdrygnęła. Wątpiła jednak, czy uczyniła to wyłącznie z uwagi na obniżenie się temperatury.

Obdarzony doskonałym wzrokiem, pozwalającym widzieć w ciemnościach, Chewie bez wahania

wybierał  drogę  w  labiryncie  krzyżujących  się  konarów.  Od  czasu  do  czasu  krótkim  warknięciem
ostrzegał dziewczynę przed kępami śliskiego wilgotnego mchu albo spróchniałymi gałęziami. Żadne
właściwie nawet nie starało się zachowywać cicho. Oboje pragnęli tylko znaleźć przyjaciół, zanim
będzie za późno.

Stopniowo  wzrok  Jainy  na  tyle  przyzwyczaił  się  do  ciemności,  że  dziewczyna  umiała  odróżnić

grube  pnie  ogromnych  drzew,  czarne  na  tle  ciemnej  szarości.  Nie  było  to  wiele,  ale  pomagało
wyszukiwać  drogę.  Nagle  Chewbaccą  zaczął  węszyć,  a  po  chwili  wydał  ciche  triumfujące
szczeknięcie.

– Przechodzili tędy? – domyśliła się Jaina.
Chewie  zawył  twierdząco.  W  powietrzu  wciąż  jeszcze  unosiły  się  ich  wonie.  Rosły  Wookie

wyczuwał  obecność  czworga...  nie,  pięciorga  osób,  a  także  ledwo  uchwytną  woń  naoliwionego
metalu.  Jaina  doszła  do  wniosku,  że  dziwny  zapach  zapewne  wydzielała  obudowa  Em  Teedee.
W krtani Chewiego wezbrał stłumiony ryk oznaczający,  że  Wookie  wyczuwa  również  woń  plastali,
zwęglonego drewna i zapach pozostawionego przez blasterowe błyskawice ozonu, którym często jest
przesycone powietrze podczas burzy z piorunami.

Jaina miała wrażenie, że jej serce na ułamek sekundy zamiera z przerażenia.
– Z pewnością Siostry Nocy wezwały na pomoc grupę szturmowców – rzekła.
Chewbaccą,  podążając  po  niedawno  pozostawionych  śladach,  zwiększył  tempo.  W  pewnej

chwili Jaina niewłaściwie oceniła odległość i omal nie runęła, przeskakując z jednej gałęzi na drugą.

– Chewie, prawie nic nie widzę – powiedziała.
Rosły  Wookie  ze  zrozumieniem  sapnął,  po  czym  znieruchomiał.  Sięgnął  do  zawierającego

awaryjny ekwipunek plecaka, wyjętego ze skrytki w ścianie korytarza fabryki. Przez chwilę szperał
w  środku,  po  czym  wyciągnął  metalową  klatkę,  której  boki  osłonięto  delikatną  siatką.  Jaina
rozpoznała pułapkę na fospchły. Chewie złamał pieczęć na jednym boku klatki.

Po  kilkudziesięciu  sekundach  cała  powierzchnia  była  usiana  mikroskopijnymi  świecącymi

owadami.  Z  każdą  chwilą  coraz  więcej  fospcheł  materializowało  się  dosłownie  znikąd.  Rosły
Wookie umocował klatkę do sprzączki u pasa Jainy. „Latarka” kierowała teraz półokrąg różowawego

background image

blasku  bezpośrednio  pod  nogi  dziewczyny.  W  miarę  jak  Jaina  skakała  z  gałęzi  na  gałąź,  granica
światła i cienia wyprawiała szalone harce niczym ogon komety.

Nagle  Chewie  pokazał  coś  znajdującego  się  pod  nogami  Jainy.  Dziewczyna  spojrzała  w  dół

i  dostrzegła  niedawno  złamaną  gałąź  i  osmalone  miejsce  na  pniu,  w  który  trafiła  błyskawica
laserowego  światła.  A  zatem  przechodziły  tędy  także  Siostry  Nocy  ścigające  małą  grupkę
uciekinierów.

– Masz rację – powiedziała. – Ja także je czuję i to niedaleko.
Wookie  pomógł  dziewczynie  przeskoczyć  dużą  odległość  między  dwoma  konarami,  po  czym

oboje  podjęli  wędrówkę  w  głębiny  dżungli.  Jaina  podążała  za  Chewbaccą,  starając  się  uważnie
wyszukiwać  miejsca,  na  których  mogłaby  zacisnąć  palce  rąk  albo  postawić  stopy.  Cieszyła  się,  że
łagodny  blask  fospcheł  rozjaśnia  mroki  najbliższej  okolicy.  W  miarę  jak  zapuszczali  się  na  niższe
poziomy, czuła jednak coraz większe przerażenie. Wydawało się jej, że ciężar dżungli nad głowami
przytłacza ich niczym młyński kamień.

Po  porośniętych  liśćmi  gałęziach  skakały  zajęte  ściganiem  zdobyczy  niewidoczne  drapieżniki.

W głębinach nieprzeniknionego labiryntu konarów i pnączy raz po raz rozbrzmiewało echo skrzeczeń
i  jęków  ofiar,  tracących  życie  podczas  nie  kończącego  się  polowania.  Nieco  mniejsze  stworzenia
piszczały, brzęczały, ćwierkały i szczebiotały. Żaden z tych dźwięków nie wydawał się przyjazny.

Jaina  wiedziała,  że  jej  przyjaciele  są  walecznymi  wojownikami.  Pamiętała  jednak  o  tym,  że

głębin  dżungli  rodzimego  Kashyyyku  obawiał  się  nawet  obdarzony  największą  siłą  Lowie.  Już  sam
ten fakt był powodem do niepokoju, zwłaszcza że młodzi rycerze Jedi musieli czuć jeszcze większy
respekt  przed  niebezpiecznymi  roślinami  i  śmiercionośnymi  zwierzętami  żyjącymi  na  najniższych
poziomach dziewiczego lasu.

Jaina miała przeczucie, że za chwilę może wydarzyć się coś złego.
– Nie ma czasu do stracenia! – rzekła.
Zwiększyła tempo marszu. Chewbacca, zapewne wyczuwając jej niepokój, również przyspieszył.

Jego stopy spoczywały na gałęziach i konarach tylko przez krótką chwilą, potrzebną do odbicia się
i przeskoczenia na niższy poziom.

Z głębin dżungli dobiegł nagle stłumiony okrzyk, który z pewnością wydarł się z ludzkiego gardła.

Na  tle  innych  odgłosów,  wydawanych  przez  żyjące  w  lesie  dzikie  zwierzęta,  zabrzmiał  niemal  tak
samo dziko i złowieszczo. Kiedy Jaina na sekundę znieruchomiała na gałęzi, aby popatrzyć w tamtą
stronę, zauważyła błyski światła i usłyszała ciche skwierczenie blasterowych błyskawic.

W  tej  samej  chwili  spróchniała  gałąź,  na  której  niebacznie  stanęła,  zatrzeszczała,  grożąc

złamaniem. W pośpiechu, z jakim dziewczyna przeskakiwała z konaru na konar, zapomniała upewnić
się, czy utrzyma ciężar jej ciała. Stojący na pobliskim konarze Chewbacca natychmiast się odwrócił
i  wyciągnął  rękę,  aby  pomóc  Jainie  przejść  na  grubszą  gałąź,  odrastającą  nieco  niżej  od  pnia
potężnego wroszyra. Dziewczyna zachwiała się, ale szybko odzyskała równowagę.

Widocznie  jednak  cała  strona  drzewa  była  albo  spróchniała,  albo  stoczona  przez  robaki,  gdyż

w  następnej  chwili  pękł  konar,  na  którym  stał  rosły  Wookie.  Rozległ  się  głośny  trzask,  po  którym
poskręcany i porośnięty guzami kikut złamał się pod ciężarem jego ciała.

Jaina stała i jak zahipnotyzowana patrzyła, otworzywszy usta w bezgłośnym krzyku. Tymczasem

Chewbacca spadał, z trzaskiem łamiąc w ciemnościach kolejne gałęzie.

background image

 

 

 

Rozdział 18

 
 
Wyczerpany walką Zekk stał na gałęzi, nie wypuszczając z palców rękojeści świetlnego miecza.

Z trudem oddychał, raz po raz chwytając duszne, zatęchłe powietrze głębin lasu.

Dymiące  szczątki  martwej  ślimakopodobnej  bestii,  pocięte  na  kawałki  laserowymi  smugami,

leżały  porozrzucane  po  sąsiednich  gałęziach.  Z  pokrytego  lepką  mazią  ścierwa  wciąż  jeszcze
wydobywały się bąble cuchnących gazów. Ze wszystkich stron dobiegał trzask płonących niewielkich
ognisk,  wznieconych  przez  zabłąkane  blasterowe  błyskawice,  które  zapalały  nieraz  całe  gęstwiny
liści.  Szturmowcy,  którzy  przeżyli  to  piekło,  krzyczeli  i  wymachiwali  rękami.  Porozumiewając  się
przez ukryte w opancerzonych hełmach komunikatory, usiłowali ocenić własne straty.

Drżąca jak liść Vonnda Ra stała, zacisnąwszy zęby. Na jej twarzy malowało się zmęczenie, jakby

wściekłość,  którą  w  sobie  wzbudziła  do  walki  z  potwornym  ślimakiem,  nadwątliła  zasoby  jej
energii.  Należąca  do  nowego  zakonu  Sióstr  Nocy  kobieta  miała  być  w  założeniu  odporna  na
niszczące  efekty  oddziaływania  ciemnej  strony  Mocy,  ale  zacięty  bój,  jaki  toczyła  z  pomocą  Zekka
i szturmowców, zmagając się z bezmyślną bestią, pokrył jej twarz gęstą siecią zmarszczek.

Zekk  oparł  się  bezwładnie  o  pień  potężnego  drzewa,  porośniętego  miękką  warstwą

niebieskawego mchu, poplamionego teraz kroplami posoki martwej bestii.

Spośród  wszystkich  szturmowców,  którzy  zapuścili  się  w  głąb  dżungli,  pozostało  zaledwie

czterech.  Potwór  rozgniótł  pozostałych  albo  zrzucił  z  gałęzi  w  niezbadane  głębiny  najniższych
poziomów.  Płaty  cielska  ogromnego  ślimaka  zwieszały  się  z  grubych  konarów,  z  których  ściekały
krople  śluzu  zmieszanego  z  posoką.  Niknęły  w  głębinach,  skąd  dobiegały  pomruki  i  szelesty
zachłannych wszystkożernych żuków i gryzoni.

Nagle Zekk usłyszał trzask gałęzi, dolatujący z góry, z wyższych poziomów mrocznego lasu. W tej

samej chwili poczuł, że przez jego umysł, nawykły do posługiwania się zmysłami Jedi, przemknęła
jakaś  zmarszczka  Mocy.  Uzmysłowił  sobie,  że  ich  śladami  podążają  dwie  inne  osoby.  Natychmiast
ustalił  tożsamość  jednej  z  nich.  Zaskoczony,  zamrugał  powiekami,  a  potem  wysłał  w  górę,
w ciemności gęstego lasu, skupioną przez Moc wiązkę myśli.

– To Jaina Solo – powiedział, zwracając się do Siostry Nocy. – Nad naszymi głowami. Stara się

nas dogonić.

Rozstawił  nogi  i  oparł  stopy  pewniej  na  powierzchni  konaru.  Nadeszła  chwila,  w  której

powinien dokonać wyboru. Czuł jednak, że nie potrafi. Nie przypuszczał, że jego zadanie okaże się
takie trudne.

Z głębin lasu dobiegały odgłosy świadczące, że Jacen, Lowbacca, Sirra i Tenel Ka wciąż jeszcze

uciekają przed szturmowcami... ale Jaina, absolutnie nieświadoma niebezpieczeństwa, kierowała się
prosto  w  zastawioną  pułapkę.  Zekk  pomyślał,  że  chyba  powinien  osobiście  stawić  czoło  byłej

background image

przyjaciółce.

– Musimy się rozdzielić – oznajmił. – Ja zostanę tu sam i spróbuję powstrzymać Jainę. Wszyscy

inni będą nadal ścigali zbiegów.

– Tak jest! – Spoglądając na labirynt gałęzi pod stopami, kipiąca gniewem Vonnda Ra zgrzytnęła

zębami. – Postaram się, żeby zapłacili za to, co zrobili!

Zagięła  palce  niczym  szpony  i  gestem  nakazała  szturmowcom,  by  podążali  za  nią.  Wszyscy

pięcioro rzucili się znów w pościg za Sirrą i trójką młodych Jedi.

 
Jacen czynił wszystko, co mógł, by nie tracić przyjaciół z oczu. Mimo to na poziomie lasu, gdzie

przebywał, panowały takie ciemności, że chłopiec miał wrażenie, iż płynie w oceanie atramentowej
czerni.  Ze  zdziwieniem  stwierdził  jednak,  że  ciemności  w  głębinach  dżungli  zaczynają  rzednąć.
Zauważył błysk niebieskawej poświaty, wydzielanej przez fosforyzujące organizmy. Po chwili mógł
rozróżnić  świecące  owady,  rozkurczające  się  i  kurczące  opalizujące  grzyby  i  porosty  wydzielające
zimne światło, które rozjaśniało nieprzeniknione ciemności leśnych ostępów.

Także na gałęziach otaczających go drzew chłopiec widział mrugające świetliste punkciki. Miał

wrażenie,  że  nie  znajduje  się  w  głębinach  dziewiczego  lasu,  ale  stoi  na  równinie  i  wpatruje  się
w rozgwieżdżone nocne niebo. Lekko trącił ciepłą rękę Tenel Ka, żeby zwrócić uwagę dziewczyny.
Wydawało mu się, że mógłby stać i spoglądać na to wszystko bez końca. Nigdy się nie spodziewał,
że w głębi dżungli ujrzy coś tak pięknego.

Kiedy  oboje  stali  jak  urzeczeni,  bez  słowa  wpatrując  się  w  mrugające  ogniki,  ciemności

rozjaśniła  nagle  płonąca  oślepiającym  blaskiem  kula,  która  przemknęła  nad  ich  głowami  niczym
ognisty  meteor.  Okazało  się,  że  szturmowcy  wystrzelili  flarę,  która  powoli  opadała  pośród  gąszczu
drzew, posyłając we wszystkie strony ogniste bryzgi.

Ognista  kula  trafiła  pień  drzewa  w  miejscu,  gdzie  odrastał  jakiś  konar.  Zagnieździła  się  tam

i  płonęła  oślepiająco  jasno  niczym  miniaturowe  słońce,  wśród  fontanny  iskier  i  syku.  Rozjaśniając
nieprzeniknione  ciemności,  uwypuklała  czerń  miejsc  pozostających  w  cieniu  i  sprawiała,  że
przesycone parą wodną powietrze zaczęło nagle pulsować jaskrawym blaskiem.

Jacen z przerażeniem zauważył czterech szturmowców stojących na tym samym grubym konarze.

Mimo iż świetlista kula raziła także ich oczy, imperialni żołnierze wymierzyli blastery w zmęczonych
uciekinierów.

Tenel Ka odepchnęła Jacena na bok.
– Uciekaj! – krzyknęła, po czym sama zanurkowała w największy gąszcz splątanych gałęzi. Jacen

skulił się, kiedy blasterowa błyskawica odłupała płonący kawałek kory z pnia drzewa tuż nad jego
głową.

Szelest liści rosnących na innej gałęzi uświadomił chłopcu, że Lowie i Sirra również czmychnęli.

Jacen  słyszał,  jak  trochę  dalej  porusza  się  ktoś  inny,  ale  dostrzegał  jedynie  czterech  szturmowców.
Zastanawiał  się,  gdzie  może  teraz  podziewać  się  Zekk...  chociaż  wątpił,  czy  były  przyjaciel
zechciałby okazać mu łaskę.

– Och, blasterowe błyskawice! – powiedział do siebie, kiedy kolejna ognista smuga przeleciała

obok jego głowy. – Hej, z nimi nie ma żartów! – mruknął po chwili.

W  rzucanym  przez  płonącą  flarę  pulsującym  blasku  widział  tylko  tańczące  świetliste  kręgi.

Dopiero  po  jakimś  czasie  zauważył  ciemną  postać  wyskakującą  zza  pnia  drzewa  i  zapalającą
turkusowe ostrze... Tenel Ka, pewnie trzymając rękojeść świetlnego miecza, stała na gałęzi rosnącej

background image

pod konarem, na którym znajdowali się czterej szturmowcy!

Imperialni  żołnierze  także  ją  zauważyli.  Zaskoczeni,  krzyknęli  i  usiłowali  zwrócić  ku  niej  lufy

blasterów... ale było za późno.

Jednym  płynnym  ruchem  Tenel  Ka  odcięła  ostrzem  miecza  gruby  konar,  na  którym  stali.  Kiedy

klinga  przechodziła  przez  prastare  drewno,  ze  sporządzonej  z  zęba  rankora  rękojeści  trysnęły
fontanny błękitnych iskier.

Młoda wojowniczka zanurkowała, żeby konar jej nie zranił. Ogromne drzewo zatrzeszczało, pędy

winorośli  pękły  i  masywny  konar  runął  pod  ciężarem  własnym  i  czwórki  szturmowców.  Żołnierze
zaczęli strzelać na oślep, panicznie krzycząc do mikrofonów komunikatorów. Po chwili odcięta gałąź
runęła,  a  szturmowcy  zsunęli  się  w  przepaść.  Zginęli,  nie  wypuszczając  blasterów,  wciąż  jeszcze
plujących strumieniami śmiercionośnego światła.

Tymczasem  Tenel  Ka,  niezwykle  zadowolona  z  siebie,  wyłączyła  ostrze  świetlnego  miecza,

a później przypięła rękojeść do pasa. Jacen uniósł rękę w geście niemej pochwały.

 
Nieco niżej Lowbacca krył się obok Sirry pod nawisem skarłowaciałej i wygiętej w łuk gałęzi.

Młody Wookie obserwował, jak ciężki konar, na którym stało czterech szturmowców, odrywa się od
pnia  drzewa  i  szybuje  obok  niego  w  mroczną  przepaść.  Kiedy  zwrócił  nawykłe  do  patrzenia
w ciemnościach oczy na siostrę, zauważył, że Sirra węszy... jakby na coś czekała.

Wydało  mu  się,  że  jest  bez  reszty  pochłonięta  wciąganiem  powietrza  i  rozglądaniem  się  po

okolicy.  Dopiero  po  jakimś  czasie  i  on  uchwycił  najsłabszy  ze  wszystkich  charakterystycznych
zapachów... przerażający, drażniący nozdrza aromat syreniowca, zapewne bardzo dużego, rosnącego
na najniższym poziomie dżungli.

Wydawszy  cichy  jęk,  zaczął  omiatać  złocistymi  oczami  ciemności  pod  stopami  i  po  kilku

sekundach dostrzegł monstrualnej wielkości kwiat rośliny, ukrytej w gąszczu krzaków rosnących pod
najniższym  konarem  potężnego  wroszyra.  Połyskujące  żółte  płatki  były  szeroko  rozchylone,
a  znajdujący  się  pośrodku  kielicha  krwistoczerwony  słupek  wydzielał  zniewalający  aromat.  Sirra
zaczęła  zeskakiwać  z  konaru  na  konar,  aż  znalazła  się  bezpośrednio  nad  krwiożerczą  rośliną,
zastanawiając  się,  w  jaki  sposób  mogłaby  bezpiecznie  zerwać  pęk  błyszczących  jedwabistych
włókien.

Nagle  zmroków  wyższych  poziomów  pojawiła  się  jak  duch  Siostra  Nocy.  Zeskoczyła  z  gałęzi,

a potem wyciągnąwszy jak szpony palce, między którymi przeskakiwały błyskawice ciemnej Mocy,
zderzyła się z Lowiem. Błękitne wyładowania elektryczne poraziły ciało młodego Wookiego, a jego
rudobrązowa  sierść  zaczęła  dymić.  Lowbacca  głośno  zaryczał  i  zatoczył  się  do  tyłu,  odrętwiały
i zdezorientowany.

Sirra  przyłączyła  się  do  walki  jednym  błyskawicznym  skokiem,  obnażyła  długie  groźne  kły,

wyciągnęła  długie  ręce  i  odepchnęła  Siostrę  Nocy  na  bok.  Zaskoczona  Vonnda  Ra  odwróciła  się
i smagnęła młodą Wookie skwierczącą błyskawicą ciemnej złej energii.

Sirra  zawyła  z  bólu  i  potknęła  się,  ale  szybko  odzyskała  równowagę.  Ugięła  silnie  umięśnione

nogi  i  skoczyła,  zamierzając  zewrzeć  się  z  kobietą.  Obie  poślizgnęły  się  na  porośniętej  miękkim
mchem,  wilgotnej  gałęzi  i,  nie  przestając  wymierzać  sobie  ciosów,  zaczęły  spadać  w  mroczną
przepaść.

Lowie,  który  zdążył  otrząsnąć  się  ze  wstrząsu,  natychmiast  skoczył,  by  ratować  siostrę.

Wyciągnął  długą  rękę,  ale  zdołał  pochwycić  tylko  skraj  czarnej  peleryny  Siostry  Nocy.  Po  chwili

background image

jednak wytrzymała gładka tkanina wyślizgnęła się z jego palców.

Sirra i Vonnda Ra spadały.
Zrozpaczony Lowie zawył, widząc, że obie złączone w uścisku wojowniczki zmierzają prosto ku

rozchylonym szczękom płatków syreniowca.

Koziołkując  podczas  lotu  w  powietrzu,  Sirra  znalazła  się  nad  Siostrą  Nocy.  Obie  wpadły  do

środka kielicha z impetem tak silnym, że mógłby wyprzeć powietrze z płuc gundarka. Kiedy pośladki
Vonndy  Ra  zetknęły  się  z  wrażliwą  miękką  tkanką  dna  kielicha  syreniowca,  Sirra  natychmiast
zerwała  się  na  równe  nogi,  ale  podobne  do  groźnych  szczęk  ogromne  wygłodniałe  płatki,
podrażnione pojawieniem się niespodziewanego żeru, zaczęły się zamykać.

Głośno  rycząc,  Lowie  zeskoczył  na  niższy  poziom.  Gorączkowo  zastanawiał  się,  co  robić.

Usłyszał, że zeskakujący z jeszcze wyższych pięter Jacen i Tenel Ka coś do niego wołają.

Kiedy śmiertelna pułapka zaczęła się zamykać, wiedźma z Dathomiry skręciła się z bólu. Lowie

z przerażeniem zobaczył, że głowa jego siostry znika w kurczącym się otworze, jaki jeszcze pozostał
między  mięsistymi  płatkami.  Spomiędzy  krwiożerczych  szczęk  wystawała  teraz  tylko  jedna  ręka,
porośnięta ostrzyżoną w dziwaczne wzory sierścią.

Lowie  zeskoczył  na  ziemię  i  podbiegł  do  kwiatu  syreniowca.  Wysunąwszy  pazury,  chwycił

najbliższe  płatki  i  pociągnął  ku  sobie,  starając  się  dostać  do  wnętrza  kwiatu.  Roślina  drgnęła,
a później zaczęła jeszcze głębiej zapuszczać korzenie w gliniastą, śliską glebę.

Młody  Wookie  nie  odważył  się  wyciągnąć  świetlnego  miecza,  by  posiekać  syreniowiec  na

kawałki.  Doskonale  wiedział,  że  uśmierciłby  wówczas  siostrę  równie  pewnie,  jakby  uczyniła  to
roślina.  Groźnie  rycząc,  nie  przestawał  szarpać  i  ciągnąć,  i  po  chwili  mięsiste  płatki  lekko  się
rozchyliły.  Z  wnętrza  kwiatu  wydobyło  się  syczące  bulgotanie.  Z  otworu  pośrodku  kielicha  wciąż
jeszcze  wystawała  ręka  Sirry.  Palce  raz  po  raz  rozwierały  się  i  zaciskały,  jakby  siostra  Wookiego
cierpiała męczarnie.

Kiedy  Jacen  pochwycił  jakiś  pęd  winorośli  i  próbował  się  po  nim  ześlizgnąć,  Tenel  Ka

zeskoczyła na ziemię i podbiegła do Wookiego. Sięgnęła do kieszeni u pasa i wydobyła sztylet, który
służył  zazwyczaj  do  rzucania.  Zaczęła  zadawać  ciosy,  raz  po  raz  zagłębiając  ostrze  w  mięsistą
tkankę. Płatki były jednak na tyle twarde i grube, że sztylet nie wyrządzał im żadnej krzywdy.

Nagle  wnętrze  kielicha  rozjaśniła  błyskawica  mrocznej  energii,  po  której  cała  roślina

konwulsyjnie  zadrżała.  Wszystkie  płatki  rozchyliły  się  jak  w  agonii.  Uwięziona  w  środku  kwiatu
Vonnda Ra z wysiłkiem uklękła. Zgrzytnęła zębami, a z jej oczu posypały się iskry energii ciemnej
strony  Mocy.  Lowie  szybko  skorzystał  z  okazji  i  pochwycił  uniesioną  rękę  siostry.  Pociągnął  ją  ku
sobie.

Z  wysiłkiem  łapiąc  powietrze,  Sirra  jak  umiała  najszybciej,  przeciskała  się  pomiędzy  śliskimi,

zdradzieckimi płatkami. Wyciągnęła drugą rękę, którą natychmiast pochwyciła Tenel Ka. Tymczasem
szczęki kielicha syreniowca zaczęły się znów zamykać. Aby spowolnić ten ruch, Jacen chwycił skraj
jednego śliskiego płatka, po czym mrucząc kojące słowa, posłużył się jasną stroną Mocy i skierował
je do rośliny. Lowie wparł stopy w gliniastą glebę i szarpnął ze wszystkich sił. Stopy Sirry ukazały
się  w  powietrzu  w  tej  samej  chwili  kiedy  drapieżne  płatki,  nie  wypuszczając  uwięzionej  Siostry
Nocy, całkowicie się zamknęły.

Zdradziecko  piękne,  mięsiste  żółte  płatki  zacisnęły  się  niczym  szczęki  imadła,  miażdżąc  ofiarę.

Po chwili obły kształt, otulany coraz silniej zaciskającymi się płatkami, po raz ostatni konwulsyjnie
zadrżał, po czym na zawsze znieruchomiał.

background image

Lowie podtrzymywał Sirrę, dobrze wiedząc, że mogła odnieść poważne rany. Obawiał się nawet,

czy nie będzie zmuszony jej nieść, kiedy podejmie wspinaczkę na wyższe poziomy. Prawdziwy ból
sprawiał mu widok wypalonych smug na sierści siostry, w miejscach, w których trafiły wypuszczone
przez Vonndę Ra błyskawice ciemnej Mocy. Ku swojemu zaskoczeniu przekonał się jednak, że Sirra
sprawia wrażenie szczęśliwej, a nawet zachwyconej. W pewnej chwili otworzyła oczy i ryknęła na
powitanie, jakby widziała brata po raz pierwszy w życiu.

W  jej  oczach  pojawiły  się  figlarne  błyski.  Sirra  uniosła  rękę,  ukazując,  jaki  skarb  trzyma

w zaciśniętych palcach. Cierpiała męczarnie, zamknięta we wnętrzu kwiatu syreniowca do czasu, aż
płatki  znów  zaczęły  się  rozchylać.  Mimo  to  udało  się  jej  pochwycić  uwięzioną  ręką,  a  potem
szarpnąć i wyrwać z dna kielicha grubą wiązkę cienkich jak pajęcze nici włókien.

Sirra triumfująco zawyła i uniosła jedwabiste nitki nad głowę. Lowie głośno szczeknął, przejęty

prawdziwą dumą. Objął siostrę i klepnął ją po plecach z taką siłą, że mógłby bez trudu roztrzaskać
pancerz szturmowca.

background image

 

 

 

Rozdział 19

 
 
Jaina przeskoczyła na bardziej wytrzymały konar i oparła dłonie o pień potężnego wroszyra, by

zachować równowagę. Zaniepokojona, pochyliła się, żeby spojrzeć w dół, w głębiny lasu, w których
zniknął Chewbacca.

– Chewie! – zawołała.
Usłyszała,  jak  z  ciemności  niższych  poziomów  dolatuje  pełen  bólu  jęk  Wookiego.  A  zatem

Chewie żył... Był przytomny, ale z pewnością ciężko ranny.

Chwyciwszy  mocniej  korę  oplecionego  pędami  dzikiej  winorośli  potężnego  pnia,  dziewczyna

wychyliła  się  jeszcze  bardziej,  by  skierować  jasnoróżowy  blask  kłębiących  się  fospcheł  na  niższe
piętra.  Jednakże  światło  wydzielane  przez  mikroskopijne  owady  nie  było  bardzo  intensywne  i  nie
docierało tak daleko, aby mogła zorientować się, gdzie znajduje się jej przyjaciel.

– Chewie, tu jestem! – krzyknęła, posługując się Mocą, żeby wzmocnić siłę głosu. – Czy możesz

się poruszać? Możesz wspiąć się do mnie?

Usłyszała dobiegający z niższych poziomów trzask gałęzi i szelest poruszanych liści, a w chwilę

później  następny  okrzyk  pełen  bólu.  Przerażony  Wookie  stęknął,  po  czym  zaryczał,  mówiąc  coś  na
temat złamanej nogi.

Jego słowa odebrały Jainie nadzieję tak nagle jak lodowata tropikalna ulewa gasi wątły płomień

świecy. Przerażona wyprostowała się i przytuliła do pnia drzewa, a potem nawet przycisnęła twarz
do chropowatej kory.

Najniższe  poziomy  dżungli  Kashyyyku  były  wystarczająco  niebezpieczne  dla  zdrowej  istoty

ludzkiej, której towarzyszył dorosły Wookie. Jaina nie miała pojęcia, w jaki sposób mogłaby sama
wydostać się z dżungli, a co dopiero dokonać tej sztuki w towarzystwie rannego przyjaciela, którego
z  pewnością  musiałaby  przenosić  z  niższych  poziomów  na  wyższe.  Gdyby  nawet  okazało  się  to
możliwe, jak mogłaby później pospieszyć z pomocą bratu i pozostałym młodym Jedi?

W  tej  samej  chwili  uświadomiła  sobie,  że  ranny  Chewbacca  może  zwabić  wygłodniałe

drapieżniki, które licząc na łatwą zdobycz, rzucą się na niego...

Dopiero  ta  myśl  wyrwała  dziewczynę  z  chwilowego  odrętwienia.  Musiała  zacząć  myśleć,  jak

pomóc  Chewiemu.  Kształciła  się  przecież,  by  zostać  rycerzem  Jedi...  Rozwiązanie  tego  problemu
z  pewnością  nie  przekracza  granic  jej  możliwości,  ale  najpierw  powinna  pomyśleć  o  rzeczach
najważniejszych.  Musiała  jak  najszybciej  przedostać  się  na  poziom,  na  który  spadł  Chewbacca.
Zawstydziła się na myśl o tym, że wpadając w panikę straciła kilkanaście drogocennych sekund.

– Chewie! – krzyknęła po raz drugi. – Odzywaj się, dopóki cię nie znajdę!
Musiała działać, nie tracąc ani chwili. Rozejrzała się po okolicy w poszukiwaniu wystarczająco

wytrzymałego  pędu  winorośli.  Szarpnęła  kilka  najbliższych,  po  czym  zdecydowała  się  na  jeden

background image

grubszy i bardziej szorstki niż pozostałe, który powinien utrzymać ciężar jej ciała. Zaczęła schodzić
jak  po  linie,  opierając  czubki  butów  w  szczelinach  między  płatami  kory  pnia  potężnego  drzewa.
Starała się omijać kikuty gałęzi, złamanych przez spadającego Wookiego.

– Już idę! – zawołała. Chciała nie tylko uspokoić przyjaciela, ale przede wszystkim dodać sobie

odwagi.

Kiedy  w  końcu  dotarła  do  rannego  Chewiego,  czuła,  że  bolą  ją  stopy  i  pieką  palce  rąk,

a wszystkie mięśnie drżą ze zmęczenia. Odpięła od pasa klatkę ze świecącymi fospchłami i zbliżyła
do  Chewbaccy,  żeby  mu  się  lepiej  przyjrzeć.  Kiedy  poruszyła  klatką,  różowawy  blask  zatańczył  na
sąsiednich gałęziach.

Pobieżne  oględziny  obrażeń,  jakie  odniósł  przyjaciel,  uzmysłowiły  dziewczynie,  że  sytuacja

wygląda niewesoło. Wprawdzie z zadrapaniami, skaleczeniami, otarciami skóry czy siniakami można
było uporać się dość szybko, ale kość jednej nogi została złamana. Jaina zrozumiała, że Chewbacca
nie będzie mógł wydostać się z głębin dżungli o własnych siłach.

Wiedziała też, że sama sobie nie poradzi, by transportować rannego Wookiego kilkaset metrów

w  górę  pod  baldachim  liści,  nawet  wówczas,  gdyby  posłużyła  się  Mocą.  Wątpiła,  czy  potrafiłaby
dokazać tej sztuki sama. Czuła się wyczerpana, a przecież dotychczas tylko schodziła.

A poza tym, brat i przyjaciele nadal czekali na jej pomoc. Jaina nie miała pojęcia, co może dla

nich zrobić.

Uświadomiła  sobie,  że  na  razie  musi  zrezygnować  z  szukania  pozostałych  młodych  Jedi.

Przypuszczała,  że  Jacen,  Tenel  Ka  i  oboje  Wookie  wciąż  jeszcze  uciekają  przed  imperialnymi
żołnierzami.  Jaina  nie  była  wytrawną  tropicielką  śladów  i  nie  miałaby  najmniejszej  szansy
odnalezienia ich w głębinach dżungli.

Przypomniała sobie jednak, że mogłaby nawiązać z bratem myślową więź, podobną do tej, jaka

łączyła  bliźniacze  rodzeństwo,  Leię  i  Luke’a.  Gdyby  zatem  wysłała  myślowe  wołanie  o  ratunek,
może Jacen mógłby ją odnaleźć.

Skupiła się, a potem wysłała wiązkę myśli: „Pomóż mi”.
Po  chwili  otworzyła  oczy,  by  ponownie  przyjrzeć  się  złamanej  nodze  Chewbaccy.  Chociaż

odłamki  kości  nie  przebiły  skóry,  obrażenie  sprawiało  wrażenie  poważnego.  Jaina  uniosła  pułapkę
na  fospchły  jak  mogła  najwyżej  i  zaczęła  się  rozglądać  w  poszukiwaniu  czegoś  dostatecznie
wytrzymałego, co mogłoby posłużyć do sporządzenia łubków.

Nagle  różowawy  blask  padł  na  parę  czarnych  butów.  W  tej  samej  chwili  w  ciszy  rozległ  się

znajomy głos:

– Wzywałaś pomocy?
Zaskoczona  Jaina  zachwiała  się  i  omal  nie  spadła  z  konara.  Groźnie  warcząc,  Chewbacca

obnażył długie kły, mimo iż nie mógł poruszyć się ani tym bardziej zaatakować.

– Zekku, co tutaj robisz? – odezwała się Jaina.
Usiłując  zapanować  nad  zdumieniem,  dziewczyna  uniosła  źródło  naturalnego  blasku  jeszcze

wyżej, ale odziana w czarny skórzany mundur postać cofnęła się, tak aby twarz pozostała w mroku.

– Muszę załatwić tu, na Kashyyyku, bardzo ważną sprawę – odparł chłopak.
–  Zleconą  przez  Imperium?  –  zapytała  Jaina,  po  czym  ugryzła  się  w  język  prawie  w  tej  samej

chwili, kiedy skończyła mówić. Poczuła bolesny skurcz w sercu. – Zekku, jak mogłeś przyłączyć się
do Akademii Ciemnej Strony? Myślałam, że jesteśmy przyjaciółmi.

Młodzieniec zignorował jej pytanie, a zamiast odpowiedzieć, zadał dwa swoje:

background image

– A  co  ty  tutaj  robisz,  Jaino?  Dlaczego  nie  mogłaś  trzymać  się  od  tego  jak  najdalej?  Nie  chcę

wyrządzić ci krzywdy.

Chewbacca  ostrzegawczo  warknął,  ale  w  następnej  sekundzie  syknął,  kiedy  poczuł  ból

w złamanej nodze.

– A zatem nie rób mi krzywdy, Zekku – odparła rzeczowo Jaina. Ostrożne przesuwając stopy po

powierzchni  konara,  postąpiła  krok  w  stronę  byłego  przyjaciela.  –  Przecież  w  niczym  ci  nie
zagrażam. Jestem twoją przyjaciółką. Obchodzi mnie, co się z tobą stanie.

– Cofnij się i nie wchodź mi w drogę – warknął Zekk. – A jeżeli chodzi o pozostałych, jest za

późno na wszelką pomoc.

Jaina wzdrygnęła się i zamknęła oczy. Czyżby mogło to być prawdą? Czy naprawdę Zekk zdążył

zabić Jacena, Lowiego, Tenel Ka... a nawet niczego nie podejrzewającą i nieświadomą Sirrę?

Nie  –  pomyślała  po  chwili.  –  To  nie  może  być  prawdą.  Wyczułaby,  gdyby  zginęli. A  zatem  jej

brat  i  pozostali  nadal  żyli.  Musieli  żyć.  Dziewczyna  nie  wierzyła,  aby  serce  Zekka  było  takie
skamieniałe  i  mroczne,  by  młodzieniec  mógł  zamordować  z  zimną  krwią  kogoś,  kogo  jeszcze
niedawno nazywał swoim przyjacielem.

Przypomniawszy sobie, jak udało się jej niegdyś zakłócić skupienie Garowyn, Jaina postanowiła

uciec się do tej samej sztuczki. Posłużyła się Mocą, by zaszeleścić liśćmi konarów rosnących wokół
głowy  młodzieńca.  Starała  się  wywołać  wrażenie,  że  przez  nieruchome  gałęzie  najniższych  pięter
lasu, podobne do prętów przyprawiającej o klaustrofobię klatki, przelatuje niespodziewany podmuch
lodowatego wichru.

Zekk  uniósł  głowę,  żeby  sprawdzić,  co  się  dzieje.  Ruch  ten  sprawił,  że  na  chwilę  błysnęły

źrenice  jego  zielonych  oczu.  Uświadomienie  sobie,  co  knuje  Jaina,  zajęło  mu  jednak  tylko  krótką
chwilę.  Chłopak  wykrzywił  wargi  w  wymuszonym  uśmiechu,  a  potem  uczynił  nieznaczny  gest  ręką.
Natychmiast wiatr przybrał na sile. Gałęzie zaczęły z klekotem uderzać jedne o drugie, a powietrze
wypełniło  się  chmurą  liści  i  mniejszych  gałęzi,  zerwanych  siłą  wiatru  przypominającego  małe
tornado.

Jaina  skuliła  się  i  zamknęła  oczy,  pragnąc  je  chronić.  Chewie  zawył,  ale  Zekk  nie  zwracał  na

rannego Wookiego uwagi.

–  Twój  podstęp  się  nie  udał,  Jaino  –  powiedział.  –  Nie  próbuj  oszukiwać  mnie  za  pomocą

jakichkolwiek sztuczek.

Nagłe  rozległ  się  basowy  pomruk.  W  tej  samej  chwili  Jaina  mimo  zaciśniętych  powiek  ujrzała

dziwną  jasność.  Otworzyła  oczy  i  stwierdziła,  że  Zekk  trzyma  zapalony  miecz  świetlny.  Dopiero
teraz dostrzegła twarz młodzieńca, oświetloną pulsującym szkarłatnym blaskiem.

– Nie wyciągaj miecza, Jaino – ostrzegł chłopak.
Dziewczyna pokręciła głową.
–  Nie  wyciągnęłabym  broni  do  walki  z  tobą,  Zekku  –  oświadczyła.  –  I  nie  wierzę,  żebyś  mógł

mnie zabić.

Na twarzy młodzieńca odmalowała się burza sprzecznych uczuć.
– A zatem trzymaj się jak najdalej od akademii Jedi – odparł chłopak. – Jeżeli kiedykolwiek uda

ci się stąd wydostać, pod żadnym pozorem tam nie wracaj. Już niedługo Drugie Imperium zaatakuje
Yavin  Cztery...  a  ja  wezmę  udział  w  tej  akcji  jako  lojalny  żołnierz,  wykonujący  rozkazy  mojego
Imperatora.

– Twojego Imperatora? – powtórzyła zdumiona Jaina. – Zekku, chyba nie wiesz, co mówisz!

background image

–  Przestań  traktować  mnie,  jakbym  był  nadal  niczego  nieświadomym  ulicznikiem!  –  wybuchnął

chłopak. – Nigdy nie doceniałaś moich umiejętności. Nie dałaś mi szansy, żebym został kimś w życiu.
Lord Brakiss postępuje inaczej. To on uświadomił mi, do czego jestem zdolny.

Przekrzywił  głowę  i  spojrzał  ku  górze,  tak  jakby  wśród  nieprzeniknionych  ciemności  mógł

widzieć słoneczny blask panujący na najwyższych piętrach.

–  Wysłałem  sygnał,  żeby  wezwać  szybki  statek  –  ciągnął.  –  Jestem  pewien,  że  nasza  wyprawa

zakończyła się całkowitym sukcesem. Najwyższy czas powrócić do Akademii Ciemnej Strony.

Kiwnął lekko z boku na bok świetlistym ostrzem zapalonego miecza, jakby pogroził palcem.
– Na pamiątkę przyjaźni, jaka nas kiedyś łączyła, tym razem cię oszczędzę, Jaino – powiedział. –

Pamiętaj jednak nigdy więcej nie wystawiać mojej lojalności na taką ciężką próbę.

Chrapliwie się roześmiał, a później smagnął świetlistą klingą gałąź nad głową. Rozciął cienkie

gałązki  i  liście,  które  zawirowały  w  powietrzu  niczym  chmura.  Spadły  na  Chewiego  i  Jainę,
wytrącając jej pułapkę na fosforyzujące owady. Dziewczyna skuliła się i odruchowo osłoniła głowę
rękami.

W  następnej  sekundzie  Zekk  zniknął,  ale  jego  głuchy  śmiech  brzmiał  w  ciemnościach  jeszcze

przez dłuższą chwilę.

background image

 

 

 

Rozdział 20

 
 
Zdana  ponownie  na  własne  siły,  Jaina  wysłała  kolejny  myślowy  krzyk,  posługując  się  Mocą.

Miała wrażenie, że ciemności z każdą chwilą gęstnieją, coraz bardziej ją przytłaczają. Drapieżniki,
czające  się  na  porośniętych  liśćmi  gałęziach,  ostrożnie  się  zbliżały.  Zwabione  jękami  Chewiego,
wyczuwały łatwą zdobycz, bezbronną ofiarę.

– Potrzebujemy pomocy! – zawołała Jaina.
Jej słowa niemal natychmiast wsiąkły w ciemności bezlitosnej dżungli.
Nagle mroki rozbłysnęły tęczowym blaskiem. Dziewczyna rozpoznała błysk turkusowego światła,

smugę szmaragdowozielonego i błyskawicę roztopionego brązu. Świetliste ostrza rozcinały gęstwiny
liści,  jak  maczety  torując  drogę  właścicielom.  Po  chwili  obok  Jainy  pojawili  się  Jacen,  Tenel  Ka
i  Lowie.  Pochód  młodych  rycerzy  Jedi  zamykała  Sirrakuk,  uśmiechając  się  tak  szeroko,  że  jej
obnażone kły błyskały w blasku tęczowego światła.

Chewbacca zaryczał na powitanie. Oboje młodzi Wookie pospieszyli na pomoc rannemu wujowi.
– Hej, Jaino! – wykrzyknął Jacen. – Czy nic ci się nie stało?
Dziewczyna  otarła  ślady  łez  z  policzków.  Wciąż  jeszcze  nie  mogła  przyjść  do  siebie  po

przeżytym wstrząsie, wywołanym spotkaniem z byłym przyjacielem.

– Jakoś daję sobie radę – odrzekła, a potem głęboko odetchnęła. – Zekk był tutaj – oznajmiła. –

Powiedział, że Drugie Imperium zamierza zaatakować akademię Jedi, a on będzie walczył na czele
oddziałów imperialnych żołnierzy.

Lowie  ryknął  i  na  chwilę  przestał  zajmować  się  rannym  Chewbacca.  Tenel  Ka  uniosła  wysoko

rękę, nie wypuszczając sporządzonej z zęba rankora rękojeści zapalonego świetlnego miecza.

– Nic z tego – powiedziała. – Będzie miał z nami do czynienia.
Jaina wyciągnęła rękę i pokazała rannego Wookiego.
– Musimy pomóc Chewiemu wydostać się stąd – rzekła. – Chyba ma złamaną nogę. Nic groźnego,

czego  nie  mógłby  uleczyć  medyczny  android  i  kilka  godzin  spędzonych  w  zbiorniku  bacta.  Jeżeli
jednak szybko nie dotrzemy na najwyższy poziom, skończymy jako danie obiadowe jakiejś bestii.

Sirra  wyzywająco  ryknęła.  Teraz,  kiedy  zwyciężyła  w  walce  z  niebezpiecznym  syreniowcem,

sprawiała wrażenie, że mogłaby sama pokonać gołymi rękami wszystkie drapieżniki dżungli.

Kiedy  rodzeństwo  Wookiech  ostrożnie  pomagało  wujowi  wstać,  Jacen  i  Jaina,  posługując  się

Mocą, starali się jak mogli, by im ulżyć. Później Jaina zapaliła świetlny miecz i zaczęła przecierać
szlak przy pomocy Sirry.

Pomagając  sobie  nawzajem,  wszyscy  znaleźli  się  w  końcu  na  poziomach,  do  których  docierały

promienie słonecznego światła.

background image

 

 

 

Rozdział 21

 
 
W  pustce  mrocznych  przestworzy  wisiał  poobijany  szturmowy  wahadłowiec.  Statek  oczekiwał

zgody  na  lądowanie  i  wyłączenie  ochronnych  pól  kryjących  Akademię  Ciemnej  Strony.  W  końcu
najeżony  lufami  dział  złowieszczy  pierścień  imperialnej  uczelni  ukazał  się  oczom  Zekka  na  tyle
długo,  żeby  Najciemniejszy  Rycerz  mógł  wydać  rozkaz  kierowania  się  ku  lądowisku.  W  miarę  jak
jego  statek  zbliżał  się  do  otwartych  wrót  hangaru  gwiezdnej  stacji,  Zekk  odczuwał  coraz  większy
niepokój. Nie był pewien przyjęcia, jakie zgotuje mu mistrz Brakiss.

Tamith  Kai,  siedząca  obok  niego  na  stanowisku  dowodzenia,  zgrzytała  zębami  i  kipiała

z  wściekłości,  ale  milczała,  zacisnąwszy  w  cienką  linię  szkarłatno  wiśniowe  wargi.  Zekk  nie  tylko
stracił oddział doborowych szturmowców, oddany pod jego rozkazy, ale doprowadził do śmierci jej
dwóch  najlepszych  Sióstr  Nocy.  Tamith  Kai  przypuszczała,  że  zarówno  Vonnda  Ra,  jak  Garowyn
poniosły śmierć w głębinach dżungli Kashyyyku.

Tamith  Kai  winiła  właśnie  Zekka  za  ich  nieszczęście,  podobnie  jak  za  śmierć  swojego  pupila,

Vilasa.  Wiedźma  z  Dathomiry  żywiła  do  niego  urazę...  chociaż  oboje  współpracowali,  pragnąc
doprowadzić do ostatecznego zwycięstwa Drugiego Imperium. Zekk uważał, że wszystkie dotychczas
poniesione straty powinny być traktowane jak ofiary; jak cena, zapłacona za odniesienie końcowego
zwycięstwa.

Tamith Kai nie była wszakże zachwycona sposobem, w jaki radził sobie na Kashyyyku. Tak więc

w  czasie  całej  drogi  powrotnej  młodzieniec  starał  się  przebywać  sam,  z  dala  od  groźnej  Siostry
Nocy.

Siedząc  na  fotelu  dowódcy,  przeleciał  przez  wrota  hangaru  mieszczącego  lądowisko,  ale

większość czynności związanych z lądowaniem wykonywali inni imperialni piloci. Kiedy znaleźli się
nad  płytą  lądowiska,  Zekk  ujrzał  jeszcze  jeden  opancerzony  wahadłowiec...  otoczony
śmiercionośnymi polami siłowymi imperialny transportowiec. Zaczął się zastanawiać, co właściwie
wydarzyło się w Akademii Ciemnej Strony podczas jego nieobecności.

Jego pokiereszowany szturmowy wahadłowiec, kryjący w ładowniach skrzynie ze zrabowanymi

komputerowymi  podzespołami  i  urządzeniami,  osiadł  na  płycie  lądowiska  z  dźwiękiem
przypominającym westchnienie ulgi.

– Wylądowaliśmy, lordzie Zekku – zameldował jeden z imperialnych pilotów.
Oficer-taktyk wyprawy zaczął przyglądać się wyświetlaczom kontrolnych wskaźników.
–  Ochronne  pole,  maskujące  Akademię  Ciemnej  Strony,  zostało  ponownie  włączone  –

powiedział. – Naszej stacji znów nie mogą wykryć żadne rebelianckie czujniki ani skanery.

Kiedy  włazy  imperialnego  statku  się  otworzyły,  na  płytę  zaczęli  schodzić  członkowie  załogi.

Z  wnętrza  Akademii  Ciemnej  Strony  wyszedł  oddział  szturmowców.  Żołnierze  otoczyli  rampę

background image

wahadłowca  i  przygotowali  się  do  wyładowania  cennego  sprzętu,  kiedy  tylko  Zekk  otworzy  luk
ładowni.

W  sterowni  obok  młodzieńca  stanęła  Tamith  Kai.  Szybkim  ruchem  ręki  poprawiła  ozdobioną

spiczastymi  naramiennikami  pelerynę.  Z  trudem  usiłując  zapanować  nad  wściekłością,  zacisnęła
pięści.  Płomienie,  strzelające  z  jej  fioletowych  oczu,  przypominały  gotową  do  wybuchu,
naelektryzowaną lawę.

Zekk przysłonił powiekami szmaragdowe źrenice otoczone ciemniejszymi pierścieniami. Pragnąc

skupić  myśli,  nabrał  głęboko  powietrza.  Pozwolił,  żeby  fala  gniewu  zalała  jego  umysł  i  zmyła
wszystkie  zbędne  myśli.  W  tej  chwili  najbardziej  obawiał  się  mistrza  Brakissa  i  tego,  co  się
wydarzy, kiedy stanie przed jego obliczem. Nauczyciel pokładał w nim tak wielką nadzieję, że może
być  nawet  jeszcze  bardziej  zawiedziony  niż  Tamith  Kai.  Obawa,  że  mistrz  Ciemnych  Jedi  będzie
rozczarowany, sprawiała Zekkowi większy ból niż wściekłość, tak często okazywana przez nieznośną
Siostrę Nocy z Dathomiry.

Młodzieniec  wygładził  fałdy  skórzanego  watowanego  munduru  i  poprawił  obszytą  szkarłatną

lamówką  czarną  pelerynę.  Ruchem  głowy  odrzucił  do  tyłu  długie  ciemne  włosy.  Odwróciwszy  się
w  stronę  otwartego  włazu,  postarał  się  wyglądać  imponująco,  a  zarazem  groźnie  i  złowieszczo.
Nauczył  się  przyjmować  taką  postawę,  obserwując  zachowanie  samej  Tamith  Kai.  Rozbawiony,
pomyślał,  że  może  teraz  wykorzystać  przeciwko  wiedźmie  jej  własne  techniki  i  sposoby  budzenia
lęku i grozy.

Usłyszał, że Siostra Nocy podąża za nim. Zszedł po rampie, unosząc głowę dumnie jak bohater.

W głębi serca czuł jednak narastające przerażenie.

Na  skraju  płyty  lądowiska  stał  posągowo  urodziwy  naczelnik Akademii  Ciemnej  Strony.  Kiedy

ujrzał  schodzącego  po  rampie  ucznia,  zbliżył  się  jakby  płynął  w  powietrzu,  stawiając  posuwiste,
drobne kroki, a srebrzyste szaty z szelestem płyną wokół jego sylwetki.

Zekk uniósł głowę jeszcze wyżej i popatrzył w jasne, pogodne oczy nauczyciela. Mistrz Brakiss

złączył pałce uniesionych na wysokość torsu dłoni.

– Młody Zekku, mój Najciemniejszy Rycerzu – zaczął. – Właśnie wróciłeś ze swojej pierwszej

wyprawy. Czy misja zakończyła się powodzeniem?

Zekk  przełknął  tkwiącą  w  przełyku  kluchę,  po  czym  postanowił,  że  będzie  grał  z  naczelnikiem

Akademii Ciemnej Strony w otwarte karty.

– Niestety, mistrzu Brakissie, nasza akcja nie potoczyła się tak gładko, jak planowano – odparł. –

Podczas  walk,  jakie  musieliśmy  toczyć  na  terenie  doskonale  strzeżonego  kompleksu  zabudowań
przemysłowych  Kashyyyku,  straciliśmy  czternaście  myśliwców  i  bombowców  typu  TIE,  a  także
jedenastu  żołnierzy  piechoty  lądowej.  Czuję  się  w  obowiązku  zameldować,  że  z  wyprawy  nie
powróciły  także  dwie  nasze  towarzyszki,  Siostry  Nocy.  Vonnda  Ra  zginęła  gdzieś  na  najniższych
poziomach  dżungli,  a  Garowyn  została  najprawdopodobniej  zamordowana,  kiedy  starała  się
odzyskać „Ścigacz Cieni”.

Naczelnik Akademii Ciemnej Strony milczał, czekając, co jeszcze powie jego najlepszy uczeń.
– A komputerowe urządzenia? – zapytał w końcu, kiedy cisza zaczęła się przeciągać. – Moduły

naprowadzające  na  cel  i  systemy  taktyczne?  Czy  udało  ci  się  zdobyć  te  cenne  skarby,  których  tak
bardzo potrzebuje Drugie Imperium?

Zekk zamrugał powiekami.
–  Tak  jest,  mistrzu  Brakissie  –  oznajmił.  –  Wszystkie  komputerowe  podzespoły  zostały  złożone

background image

w ładowniach wahadłowca. Drugie Imperium może zrobić z nich użytek w każdej chwili.

Naczelnik z klaśnięciem złączył palce dłoni.
– Doskonale! A zatem twoja wyprawa zakończyła się sukcesem, a to usprawiedliwia poniesione

straty  w  ludziach  i  sprzęcie.  Te  wszystkie...  niedogodności  bledną  w  porównaniu  z  tym,  co
spodziewamy się osiągnąć w trakcie walki. Osiągnąłeś najważniejszy cel, młody Zekku.

Oczy  Tamith  Kai  rozszerzyły  się  z  wściekłości,  a  na  bladej  zazwyczaj  twarzy  kobiety  pojawiły

się krwistoczerwone cętki.

– Mistrzu Brakissie! – syknęła wiedźma z Dathomiry. – Zekk twierdzi również, że wyeliminował

młodych  smarkaczy  Jedi.  Muszę  jednak  powiedzieć,  że  chociaż  Vonnda  Ra  towarzyszyła  mu,  kiedy
wyruszał, by się z nimi rozprawić, Zekk powrócił sam... oświadczając, że zwyciężył.

Młodzieniec stał prosto, nieporuszony.
–  Młodzi  rycerze  Jedi  przestali  stanowić  jakikolwiek  problem  –  oznajmił.  –  Daję  na  to  swoje

słowo.

Było widać, że Tamith Kai mu nie wierzy. Brakiss miał jednak inne zdanie, a to przecież liczyło

się najbardziej.

Zekk nie miał pojęcia, jak długo uda mu się ukrywać prawdę. Wstąpił na służbę ciemnej strony

Mocy... ale starał się chronić przyjaciół. Wcześniej czy później Brakiss zorientuje się, co zrobił jego
ulubiony  uczeń...  a  wówczas  młodzieniec  stanie  przed  koniecznością  dokonania  bardzo  trudnego
wyboru.  Mimo  to,  jak  zawsze,  nie  dokona  tego  wyboru  nikt  inny  oprócz  niego...  i  nikt  inny  nie
poniesie konsekwencji.

–  Drugie  Imperium  gratuluje  ci  i  dziękuje  za  twoje  starania,  Zekku  –  odezwał  się  Brakiss.  –

Historia galaktyki będzie zawsze wspominała cię jako walecznego wojownika, oddanego bez reszty
naszej wielkiej sprawie.

Zekk  przypuszczał,  że  powinien  być  zadowolony  z  siebie,  dumny...  ale  nie  potrafił  wzbudzić

w sercu innych uczuć oprócz przerażenia. I rozczarowania, że zawiódł pokładane zaufanie. Przestał
być pewien tego, dokąd zaprowadzą go podjęte w przeszłości decyzje.

Jeden  ze  szturmowców  stojących  pośród  innych  w  szeregu  na  płycie  lądowiska  poruszył  się

niespokojnie  i  przestąpił  z  nogi  na  nogę.  W  okrytym  zbroją  żołnierzu  Zekk  rozpoznał  krzepkiego
Norysa.  W  pobliżu  osiłka  stał  pilot  Qorl,  groźnie  marszcząc  brwi  i  z  dezaprobatą  spoglądając  na
zakutego  w  biały  pancerz  ucznia.  Były  przywódca  gangu  Zagubionych  nie  przestał  chować  urazy
w sercu, wskutek czego stawał się coraz bardziej zgryźliwy i niezdyscyplinowany.

Nagle powietrze w wielkim hangarze z lądowiskiem zamigotało i zalśniło. Młodzieniec odwrócił

głowę i ujrzał, że pozostali szturmowcy się cofają. Stojący przed Zekkiem Brakiss naprężył mięśnie...
Wydawał  się  niemal  przerażony,  ale  kiedy  się  zorientował,  że  w  powietrzu  pojawia  się  hologram,
nie uczynił żadnego ruchu.

Świetlisty  wizerunek  przedstawiał  okrytą  kapturem  głowę.  W  pokrytej  gęstą  siecią  zmarszczek

twarzy, z której emanowała esencja ciemnej strony Mocy, płonęły zapadnięte żółte oczy. Obraz był
wyjątkowo wyraźny i ostry, jakby został nadany z bardzo małej odległości. Doprawdy bardzo małej.

–  Moi  wierni  poddani,  przebywający  na  terenie  Akademii  Ciemnej  Strony!  –  zagrzmiał  głos

Imperatora. – Bojownicy Drugiego Imperium! Z radością dowiaduję się, że wyprawa zakończyła się
powodzeniem.  Dzięki  tej  i  kilku  poprzednim  akcjom,  a  także  dzięki  zgromadzeniu  resztek,  jakie
pozostały po utraconej świetności mojego Imperium, dysponujemy w tej chwili potęgą umożliwiającą
przystąpienie do następnego etapu podboju galaktyki. Nowe rdzenie jednostek napędu nadświetlnego

background image

i baterie do turbolaserów już zostały zamontowane na pokładach gwiezdnych statków wchodzących
w  skład  naszej  tajnej  floty.  Wydałem  rozkazy,  żeby  bez  chwili  zwłoki  zainstalować  także  te  nowe
urządzenia komputerowe. Musimy zadać cios, zanim Rebelianci zbiorą siły.

Zekk  miał  wrażenie,  że  po  jego  plecach,  okrytych  watowanym  pancerzem  skórzanego  munduru,

wędrują lodowate mrówki.

– Naszym następnym zadaniem będzie wyeliminowanie jedynych sił, jakie mogą rzucić do walki

z  nami  Rebelianci  –  ciągnął  Imperator.  –  Brakissie,  obiecywałeś  mi  kiedyś  niezwyciężoną  armię
Ciemnych rycerzy Jedi. Nadszedł czas, żebyś wywiązał się z obietnicy.

Głównym  celem  naszej  akcji  będzie  zaatakowanie  akademii  Jedi,  kierowanej  przez  Luke’a

Skywalkera. Jego rycerze, posługujący się tylko jasną stroną Mocy, zostaną starci na pył.

Rozkazuję,  żeby  wszyscy  wyruszyli  na  wyprawę.  Rozkazuję  przygotować  do  ataku  Akademię

Ciemnej  Strony.  Musimy  natychmiast  przelecieć  gwiezdną  stacją  w  pobliże  Yavina  Cztery.  Kiedy
wyeliminujemy nowy zakon rycerzy Jedi, cała galaktyka stanie przed nami otworem.

Młodzieniec  stał,  zbyt  przerażony,  by  poruszyć  się  albo  wymówić  słowo.  Zdumiony  Brakiss

wpatrywał się w gasnący wizerunek twarzy Imperatora Palpatinę’a. Kiedy hologram ostatecznie się
rozpłynął, wszyscy szturmowcy ocknęli się jak za dotknięciem różdżki.

Personel  Akademii  Ciemnej  Strony  zaczął  przygotowywać  gwiezdną  stację  do  największej,

ostatecznej bitwy.

background image

 

 

 

Rozdział 22

 
 
Jaina  wiedziała,  że  mimo  zamieszania  i  zniszczeń,  jakie  wywołał  atak  oddziałów  Akademii

Ciemnej  Strony  na  ośrodek  przemysłowy  Wookiech,  młodzi  Jedi  nie  mogą  pozostać  na  Kashyyyku.
Stawka w tej grze była po prostu o wiele za wysoka... a liczyła się dosłownie każda chwila.

Ośrodek dowodzenia Nowej Republiki skierował kilka znajdujących się w pobliżu gwiezdnych

jednostek, żeby przebywający na ich pokładach inżynierowie i żołnierze pomogli w usuwaniu szkód
i  porządkowaniu  terenu  fabryki.  Dzięki  temu  Jaina,  Lowie  i  Chewbacca  mogli  poświęcić  się  bez
reszty naprawianiu „Ścigacza Cieni”. Wprawdzie Wookie nadal lekko utykał, ale kości prawidłowo
się zrosły, a Chewie nie zamierzał dopuścić, żeby taka błaha dolegliwość przeszkodziła mu w pracy.

Za przegrodą w zastawionej najrozmaitszymi urządzeniami maszynowni statku pracowała Jaina,

najmniejsza  spośród  trójki  istot  zajmujących  się  naprawami.  Wciśnięta  w  najciemniejszy  kąt  pod
kontrolnymi  pulpitami,  podłączała  kable  dostarczające  energię  do  urządzeń  i  usuwała  urządzenia
diagnostyczne. Wszystkie części zamienne zostały przygotowane jeszcze przed atakiem imperialnych
żołnierzy na Kashyyyk, ale teraz powinny zostać umieszczone we wnętrzu lśniącego kadłuba.

–  Włącz  zasilanie,  Lowie,  dopóki  jeszcze  siedzę  w  tym  kącie  –  odezwała  się  dziewczyna.  –

Każdy  obwód  uziemiłam  i  zaekranowałam,  ale  zanim  znajdziemy  się  w  przestworzach,  chciałabym
się upewnić, że wszystko jest w porządku.

Młody  Wookie  warknął  i  pstryknął  przełącznikiem.  Zaryczał  na  dowód,  że  urządzenia  działają

prawidłowo. Niemal w tej samej chwili to samo uczynił Chewbacca.

Jaina westchnęła z prawdziwą ulgą.
–  Cieszę  się,  że  statek  znów  funkcjonuje,  jak  powinien  –  rzekła.  –  Musimy  stąd  odlecieć

i  powrócić  na  Yavin  Cztery,  zanim  zaatakuje  go  Akademia  Ciemnej  Strony.  –  Przełknęła  ślinę.  –
Przecież od bardzo dawna ćwiczymy, przygotowując się do walki.

Lowie  ryknął,  zgadzając  się  z  jej  zdaniem,  ale  obaj  Wookie  i  Sirra  sprawiali  wrażenie  chyba

trochę przygnębionych. Sirra wydała kilka krótkich gardłowych pomruków, a Em Teedee pospieszył
z tłumaczeniem:

–  Pani  Sirrakuk  mówi,  że  zostanie  tu,  żeby  pomóc  swoim  ziomkom  uprzątać  bałagan  i  usuwać

zniszczenia,  ale  doskonale  rozumie,  że  pan  Lowbacca  musi  powrócić,  aby  walczyć  u  boku  innych
Jedi.  Na  Kashyyyku  z  pewnością  nie  zabraknie  Wookiech  chętnych  do  pracy,  ale  rycerzy  Jedi  jest
niewielu... a ona jest niezmiernie dumna z tego, że jej brat zalicza się do ich grona.

Lowie burknął, dziękując siostrze za pochwałę.
Miniaturowy android-tłumacz po chwili dodał, wyrażając swoje zdanie:
– Przypuszczam, że pani Sirrakuk jest bardzo zadowolona z tego, iż ma takiego brata.
Sirra  poklepała  Lowiego  po  kosmatym  ramieniu,  a  potem  z  dumą  przesunęła  palcami  po

background image

połyskującym pasie, uplecionym z długich włókien, jakie zerwała z wnętrza kwiatu syreniowca. Jaina
wiedziała, że dzięki temu przed siostrą Lowiego otworzyło się wiele podniecających możliwości...
co prawda, istniejących i przedtem, ale teraz o wiele łatwiejszych do wykorzystania.

Jacen  wbiegł  po  opuszczonej  rampie  „Ścigacza  Cieni”.  W  ręku  niósł  niewielką  klatkę  z  Jonką

i jej maleństwami. Cicho mruczał, wysyłając do mózgów puchatych gryzoni uspokajające myśli.

Tuż  za  nim  weszła  Tenel  Ka,  odziana  w  świeżo  wypolerowany  pancerz  z  jaszczurczej  skóry.

Wojowniczka  z  Dathomiry  sprawiała  wrażenie,  że  odzyskała  wiarę  we  własne  siły.  Starannie
zaplotła na nowo warkocze, posługując się jedną ręką i korzystając z techniki, którą opracował dla
niej Anakin Solo.

–  Jesteśmy  przygotowani  do  startu  –  oznajmiła.  –  I  jesteśmy  gotowi  walczyć  jak  prawdziwi

rycerze Jedi.

Z  gardła  Lowiego  wyrwał  się  entuzjastyczny  ryk.  Sirra  objęła  na  pożegnanie  najpierw  brata,

a później po kolei pozostałych młodych rycerzy.

Chewbacca,  lekko  utykając,  wszedł  po  rampie  i  usiadł  w  sterowni  na  fotelu  pilota,  po  czym

zapiął  pasy  ochronnej  sieci.  Lowie  opadł  na  fotel  stojący  za  fotelem  wuja.  Przyciskając  różne
klawisze, podniósł rampę, a później zajął się włączaniem  zasilania  rozmaitych  podsystemów.  Obaj
Wookie  zaczęli  się  porozumiewać  krótkimi  szczęknięciami,  sprawdzając  wszystkie  urządzenia
zgodnie z procedurą przedstartową.

Sirrakuk  opuściła  wnętrze  połyskującego  wahadłowca  i  stanąwszy  na  lądowisku,  obserwowała

przygotowania  do  odlotu.  Po  kilku  chwilach  włączyły  się  silniki  repulsorowe  i  „Ścigacz  Cieni”
uniósł się w powietrze. Jego załoga musiała ostrzec Luke’a Skywalkera i uczniów Jedi kształcących
się w jego akademii.

– Wysłaliśmy wiadomość na Yavin Cztery, ale teraz musimy sami lecieć – powiedziała Jaina do

brata.  –  Wujek  Luke  i  tata  wrócili  już  z  tamtej  zwiadowczej  wyprawy,  lecz  naszej  akademii  grozi
poważne niebezpieczeństwo.

– Nie podoba mi się to wszystko – zgodził się z nią Jacen.
Nie  przestając  mruczeć  kojących  słów,  umieścił  niewielką  klatkę  z  gryzoniami  na  kolanach

i  przyglądał  się,  jak  Tenel  Ka  zajmuje  sąsiedni  fotel.  Dziewczyna  także  pragnęła,  aby  „Ścigacz
Cieni”  jak  najszybciej  wystartował.  Musnęła  pas  z  kieszeniami,  w  których  ukrywała  różne
przedmioty mogące posłużyć jako broń. Zapewne już myślała o czekającej walce.

Chewbacca krótko zawył, oznajmiając, że wkrótce włączy silniki napędu nadświetlnego. Po kilku

minutach imperialny wahadłowiec dokonał skoku w nadprzestrzeń.

Pełną  mocą  silników  skierował  się  ku  Yavinowi  Cztery.  Wszyscy  wiedzieli,  że  muszą  się

przygotować do najważniejszej walki w życiu.

Muszą stawić czoło Akademii Ciemnej Strony.


Document Outline