background image

STAR WARS                                                                                             lata 

Michael Reaves Darth Maul - łowca z mroku   

- 32 

Terry Brooks Część I. Mroczne widmo - 

- 32 

Greg Bear Planeta życia  

- 29 

R.A. Salvatore Część II. Atak klonów  

- 21,5 

A.C. Crispin Rajska pułapka  

- 10...0 

A.C. Crispin Gambit Hunów  

- 10...0 

A.C. Crispin Świt Rebelii  

- 10...0 

L. Neil Smith Lando Carlissian i Myśloharfa Sharów  

- 4 

L. Neil Smith Lando Carlissian i Ogniowicher Oseona  

- 3 

L. Neil Smith Lando Carlfssian i Gwiazdogrota Thon Boka  

- 3 

Brian Daley Przygody Hana Solo  

- 2 

George Lucas Nowa nadzieja  

Kevin Andersen Opowieści z kantyny Mos

 

Eisley  

0...3 

Peter Schweighofer (red.) Opowieści z Imperium  

0...3 

Peter Schweighofer, Craig Carey (red.) Opowieści z Nowej Republiki  

0...3 

Alan Dean Foster Spotkanie na Mimban  

Donald F. Glut Imperium kontratakuje  

Kevin Andersen Opowieści łowców nagród  

Steve Perry Cienie Imperium  

3, 5 

K.W. Jeter Mandaloriańska zbroja  

K.W. Jeter Spisek Xizora  

K.W. Jeter Polowanie na łowcę  

James Kahan Powrót Jedi 

Kathy Tyers Pakt na Bakurze  

Michael Stackpole X-wingi. Eskadra Łotrów  

6,5...7 

Dave Wolverton Ślub księżniczki Lei  

Timothy Zahn Dziedzic Imperium 

Timothy Zahn Ciemna Strona Mocy  

Timothy Zahn Ostatni rozkaz  

Kevin J. Anderson W poszukiwaniu Jedi  

11 

Kevin J. Anderson Liczeń Ciemnej Strony  

11 

Kevin J. Anderson Władcy Mocy  

11 

background image

Michael Stackpole Ja, Jedi 

11 

Barbara Hambly Dzieci Jedi  

12 

Kevin J. Anderson Miecz Ciemności  

12 

Barbara Hambly Planeta zmierzchu  

13 

Vonda N. Mclntyre Kryształowa Gwiazda  

14 

Michael P. Kube-McDowell Przed burzą  

16 

Michael P. Kube-McDowell Tarcza kłamstw  

16 

Michael P. Kube-McDowell Próba tyrana  

17 

Kristine Kathryn Rusch Nowa Rebelia  

17 

Roger MacBride Allen Zasadzka na Korelii  

18 

Roger MacBride Allen Napaść na Selonif  

18 

Roger MacBride Allen Zwycięstwo na Centerpoint  

18 

Timothy Zahn Widmo przeszłości  

19 

Timothy Zahn Wizja przyszłości  

19 

Kevin J. Anderson, R. Moesta Spadkobiercy Mocy  

23 

Kevin J. Andersen, R. Moesta Akademia Ciemnej Strony  

23 

Kevin J. Anderson, R. Moesta Zagubieni  

23 

Kevin J. Anderson, R. Moesta Miecze świetlne  

23 

Kevin J. Anderson, R. Moesta Najciemniejszy rycerz  

23 

Kevin J. Anderson, R. Moesta Oblężenie Akademii Jedi  

23 

 

NOWA ERA JEDI 

R.A. Salvatore Wektor pierwszy  

25 

Michael Stackpole Mroczny przypływ I: Szturm  

25 

Michael Stackpole Mroczny przypływ II: Inwazja  

25 

James Luceno Agenci chaosu I: Próba bohatera  

25 

James Luceno Agenci chaosu II: Zmierzch Jedi  

25 

Troy Denning Gwiazda po gwieździe  

25 

Kathy Tyers Punkt równowagi  

26 

Greg Keyes Ostrze zwycięstwa I: Podbój  

26 

Greg Keyes Ostrze zwycięstwa II

:

 Odrodzenie  

26 

 

 

background image

ALBUMY, ENCYKLOPEDIE, PRZEWODNIKI 

Jonathan Bresman Gwiezdne Wojny: Część I. Mroczne widmo - album 

Lauren Bouzereau, Jody Duncan Gwiezdne Wojny: Część I. Mroczne widmo - jak 

powstawał film 

Pod redakcją Deborah Cali Gwiezdne Wojny: Imperium kontratakuje - album 

Pod redakcją Carol Titelman Gwiezdne Wojny: Nowa nadzieja - album 

Lawrence Kasdan, George Lucas Gwiezdne Wojny: Powrót Jedi - album 

Bill Slavicsek Gwiezdne Wojny - przewodnik encyklopedyczny 

Bill Smith Ilustrowany przewodnik po broniach i technice Gwiezdnych Wojen 

Praca zbiorowa Ilustrowany przewodnik po chronologii Gwiezdnych Wojen 

Daniel Wallace Ilustrowany przewodnik po planetach i księżycach 

Gwiezdnych Wojen 

Andy Mangels Ilustrowany przewodnik po postaciach Gwiezdnych Wojen 

Praca zbiorowa Ilustrowany przewodnik po robotach i androidach Gwiezdnych Wojen 

Bill Smith Ilustrowany przewodnik po statkach, okrętach i pojazdach Gwiezdnych 

Wojen 

Kevin J. Anderson Ilustrowany wszechświat Gwiezdnych Wojen 

Ann Margaret Lewis Ilustrowany przewodnik po rasach obcych istot wszechświata 

Gwiezdnych Wojen 

Mark Cotta Vaz Gwiezdne Wojny: Cześć II. Atak klonów - album 

background image

KEVIN J. ANDERSON 

REBECCA MOESTA 

 

 

 

OBLĘŻENIE AKADEMII 

JEDI 

(Przełożył Andrzej Syrzycki) 

background image

44 lata przed Nową nadzieją 

UCZEŃ JEDI 

33 lata przed Nową nadzieją 

Maska kłamstw 

Darth Maul: łowca z mroku 

32 lata przed Nową nadzieją 

Gwiezdne Wojny 

Część I Mroczne widmo 

29 lat przed Nową nadzieją 

Planeta życia 

Nadciągająca burza 

22 lata przed Nową nadzieją 

Gwiezdne Wojny 

Część II. Atak klonów 

20 lat przed Nową nadzieją 

Gwiezdne Wojny Część III 

10-8 lat przed Nową nadzieją 

TRYLOGIA HANA SOLO 

Rajska pułapka 

Gambit Huttów 

Świt Rebelii 

5-2 lata przed Nową nadzieją 

PRZYGODY LANDA CALRISSIANA 

Lando Calrissian i Myśloharfa Sharów 

Lando Calrissian i Ogniowicher Oseona 

Lando Calrissian i Gwiazdogrota Thon Boka 

PRZYGODY HANA SOLO 

Han Solo na Krańcu Gwiazd 

Zemsta Hana Solo 

background image

Han Solo i utracona fortuna 

Rok 0 Gwiezdne Wojny, 

Część IV. Nowa nadzieja 

Gwiezdne Wojny 

Część IV. Nowa nadzieja 

0-3 lata po Nowej nadziei 

Opowieść z kantyny Mos Eisley 

Spotkanie na Mimban 

3 lata po Nowej nadziei 

Gwiezdne Wojny 

Część V. Imperium kontratakuje 

Opowieści łowców nagród 

3,5 roku po Nowej nadziei 

Cienie Imperium 

4 lata po Nowej nadziei 

Gwiezdne Wojny 

Część VI. Powrót Jedi 

Pakt na Bakurze 

Opowieści z pałacu Hutta Jabby 

WOJNY ŁOWCÓW NAGRÓD 

Mandaloriańska zbroja 

Spisek Xizora 

Polowanie na łowcę 

6,5-7,5 roku po Nowej nadziei 

X-WINGI 

Eskadra Łotrów 

Ryzyko Wedge'a 

Pułapka z Krytos 

Wojna o Bactę 

background image

Eskadra Widm 

Żelazna Pięść 

Dowódca Solo 

8 lat po Nowej nadziei 

Ślub księżniczki Leii 

9 lat po Nowej nadziei 

X-WINGI: Zemsta Isard 

TRYLOGIA THRAWNA 

Dziedzic Imperium Ciemna Strona Mocy 

Ostatni rozkaz 

11 lat po Nowej nadziei 

Ja, Jedi 

TRYLOGIA AKADEMIA JEDI 

W poszukiwaniu Jedi 

Uczeń Ciemnej Strony 

Władcy Mocy 

12-13 lat po Nowej nadziei 

Dzieci Jedi 

Miecz Ciemności 

Planeta zmierzchu 

X-WINGI: 

Gwiezdne myśliwce z Adumara 

14 lat po Nowej nadziei 

Kryształowa Gwiazda 

16-17 lat po Nowej nadziei 

Trylogia KRYZYS CZARNEJ FLOTY 

Przed burzą 

Tarcza kłamstw 

Próba tyrana 

background image

17 lat po Nowej nadziei 

Nowa Rebelia 

18 lat po Nowej nadziei 

TRYLOGIA KORELIAŃSKA 

Zasadzka na Korelii 

Napaść na Selonii 

Zwycięstwo na Centerpoint 

19 lat po Nowej nadziei 

Duologia RĘKA THRAWNA 

Widmo przeszłości 

Wizja przyszłości 

22 lata po Nowej nadziei 

NAJMŁODSI RYCERZE JEDI 

Złota kula 

Świat Lyric 

Obietnice 

Wyprawa Anakina 

Forteca Vadera 

Ostrze Kenobiego 

23-24 lata po Nowej nadziei 

MŁODZI RYCERZE JEDI 

Spadkobiercy Mocy 

Akademia Ciemnej Strony 

Zagubieni 

Miecze świetlne 

Najciemniejszy rycerz 

Oblężenie Akademii Jedi 

Okruchy Alderaana 

Sojusz Różnorodności 

background image

Mania wielkości 

Nagroda Jedi 

Zaraza Imperatora 

Powrotna Ord Mantell 

Tarapaty w Mieście w Chmurach 

Kryzys w Crystal Reef 

25-30 lat po Nowej nadziei 

NOWA ERA JEDI 

Wektor pierwszy 

Mroczny przypływ I: Szturm 

Mroczny przypływ II: Inwazja 

Agenci chaosu I: Próba bohatera 

Agenci chaosu II: Porażka Jedi 

Punkt równowagi 

Ostrze zwycięstwa I: Podbój 

Ostrze zwycięstwa II: Odrodzenie 

Gwiazda po gwieździe 

background image

ROZDZIAŁ 1 

 

W niepewnym świetle budzącego się poranka Jaina obserwowała, jak jej wuj, Luke 

Skywalker, powoli manewruje „Ścigaczem Cieni”. Przyglądała się, jak przelatuje przez 

otwarte wrota hangaru mieszczącego lądowisko, urządzone na najniższym poziomie wielkiej 

świątyni. Młodzi rycerze Jedi powrócili z rodzimej planety Wookiech, Kashyyyku, ale ojciec 

dziewczyny, Han Solo, i jego przyjaciel Chewbacca, nie zabawili na Yavinie Cztery 

wystarczająco długo, by mieć czas na ukrycie statku. 

Wiedzieli,  że Akademia Ciemnej Strony sposobi się do walki, i nie mogli pozwolić 

sobie na marnowanie czasu. 

Jaina niemal nie mogła uwierzyć, że zaledwie przed dwoma dniami Kashyyyk został 

zaatakowany przez oddział imperialnych żołnierzy. Dowodził nimi jej przyjaciel Zekk, 

służący obecnie Drugiemu Imperium i będący Ciemnym Jedi. Kiedy w ciemnościach, 

panujących wśród gęstego poszycia dżungli, stanęła oko w oko z ciemnowłosym 

młodzieńcem, ten ostrzegł ją, żeby nie wracała na Yavin Cztery, ponieważ księżyc zostanie 

niebawem zaatakowany przez wojska Akademii Ciemnej Strony. 

Jaina musiała uznać to ostrzeżenie za dowód, że chłopaka nadal obchodzi los, jaki 

może spotkać ją i jej brata bliźniaka, Jacena. 

Wszyscy wylądowali na Yavinie Cztery zaledwie przed kilkunastoma minutami. 

Dokonanie skoku przed nadprzestrzeń zabrało tak niewiele czasu, że nawet nie zdążyli się 

porządnie wyspać, tym bardziej że po stoczonej walce w ich krwi wciąż jeszcze nie opadł 

poziom adrenaliny. Jaina miała wrażenie,  że wybuchnie, jeżeli szybko czegoś nie zrobi. 

Wiedziała, że tyle rzeczy czeka na zaplanowanie i przygotowanie. 

Jacen, stojący obok niej przy otwartych wrotach hangaru kryjącego lądowisko, 

szturchnął siostrę pod żebro. Kiedy Jaina odwróciła się ku niemu, spojrzała prosto w 

bursztynowe oczy, mające odcień koreliańskiej brandy. 

- Nie martw się, wszystko będzie w porządku - odezwał się chłopiec. - Wujek Luke 

dobrze wie, co robić. Wiele razy musiał odpierać ataki imperialnych oddziałów. 

- Pewnie, już czuję się o wiele spokojniejsza - odparła Jaina, ani przez sekundę nie 

wierząc w to, co mówi. 

Jak zwykle, Jacen postanowił uciec się do jednego z ulubionych sposobów, mających 

skierować myśli siostry na inny temat, nie związany z niemal pewną walką. 

- Hej, opowiedzieć ci jakiś dowcip? - zapytał. 

background image

- Owszem, Jacenie - odezwała się Tenel Ka, która podeszła i stanęła obok bliźniąt. - 

Uważam, że trochę humoru może nam się przydać. 

Na ciele młodej wojowniczki z Dathomiry połyskiwała warstewka potu, jaka 

utworzyła się w ciągu ostatnich dziesięciu minut szybkiego biegu, mającego rzekomo 

„rozprostować mięśnie”, a w rzeczywistości przestawić myśli na inne tory. 

- W porządku, Jacenie. Możesz strzelać - powiedziała Jaina udając, że przygotowuje 

się na najgorsze. 

Tenel Ka odgarnęła jedną  ręką  długie, zaplecione w warkocze złocistorude włosy. 

Dziewczyna straciła drugą  rękę w następstwie nieszczęśliwego wypadku, jakiemu uległa 

podczas ćwiczeń w posługiwaniu się świetlnym mieczem, ale nie zgodziła się na zastąpienie 

jej syntetyczną protezą. Kiwnęła głową i spojrzała na Ja-cena. 

- Możesz zacząć opowiadać ten dowcip. 

- Dobrze. Jaka to będzie pora, kiedy imperialny robot kroczący nadepnie na twój 

chronometr? - Jacen uniósł brwi i przez chwilę milczał, jakby czekał na odpowiedź. - 

Najwyższa, żeby sprawić sobie nowy! 

Na czas, potrzebny na jedno uderzenie serca, zapadła śmiertelna cisza, po czym Tenel 

Ka kiwnęła głową i odezwała się poważnym tonem: 

- Dziękuję ci, Jacenie. Twój dowcip był... jak najbardziej na miejscu. 

Młoda wojowniczka nigdy się nie uśmiechała, ale Jainie się wydało, że tym razem w 

jej szarych jak granit oczach zauważyła iskierki rozbawienia. Siostra Jacena wciąż jeszcze 

jęczała, udając udrękę, kiedy z pokładu „Ścigacza Cieni” zszedł wujek Luke w towarzystwie 

młodego Wookiego, Lowbaccy. 

Doszedłszy do wniosku, że nie ma ani chwili do stracenia, Jaina pospieszyła ku nim. 

Widocznie mistrz Jedi musiał czuć to samo, ponieważ kiedy Jacen i Tenel Ka podążyli 

śladami Jainy, zwrócił się do wszystkich młodych Jedi bez jakiegokolwiek wstępu. 

- Drugie Imperium musi poświęcić trochę czasu na zainstalowanie nowych urządzeń 

komputerowych, które ukradło z fabryki na Kashyyyku - powiedział. - Możliwe, że zajmie to 

kilka dni, ale nie chcę niepotrzebnie ryzykować. Tionna i Raynar wyprawili się do świątyni 

nad jeziorem, gdzie zajmują się ćwiczeniami. Chciałbym, Lowie, żebyś poleciał tam swoim 

T-23 i powiedział im, żeby z tobą wrócili. Musimy wszyscy się zająć opracowaniem planu 

walki. 

Lowbacca zaryczał na znak, że się zgadza, i pospieszył do niewielkiego skoczka, który 

dostał kiedyś w prezencie od swojego wuja, Chewbaccy. Przyczepiony do pasa młodego 

Wookiego zminiaturyzowany android-tłumacz Em Teedee natychmiast powiedział: 

background image

- Ależ oczywiście, proszę pana. Pan Lowbacca z prawdziwą przyjemnością zajmie się 

wykonaniem pańskiego polecenia. Proszę uważać tę sprawę za załatwioną. 

Lowie poufałym warknięciem zganił małego androida za to, że pozwolił sobie na 

upiększenie jego wypowiedzi, po czym wspiął się do kabiny skoczka i zamknął owiewkę. 

Mistrz Jedi odwrócił się w stronę młodej wojowniczki z Dathomiry. 

- Tenel Ka, postaraj się zebrać tylu uczniów, ilu zdołasz, i zorganizuj im 

przyspieszony kurs obrony przed atakami terrorystów. Nie jestem pewien, do jakiej taktyki 

walki przeciwko nam zechce uciec się Akademia Ciemnej Strony, ale nie znam nikogo, kto 

mógłby lepiej niż ty nauczyć nas zasad partyzanckiej walki. 

- Ta-a, była wspaniała, kiedy walczyła ze skrytobójcami Bartokkami, którzy 

zaatakowali nas na Hapes - przypomniał Jacen. 

Jaina ze zdumieniem zauważyła,  że Tenel Ka się zarumieniła. Później dygnęła i 

odeszła, żeby zająć się wykonaniem otrzymanego zadania. 

- A co z Jacenem i ze mną, wujku? - zapytała, nie potrafiąc opanować 

zniecierpliwienia. - Co my mamy robić? Także chcielibyśmy się na coś przydać. 

- Teraz, kiedy odleciał „Sokół Tysiąclecia”, musimy zainstalować i uruchomić nowe 

generatory pól siłowych, żeby chroniły nas przed atakami z powietrza - odezwał się. mistrz 

Jedi. - Chodźcie ze mną. 

 

Najważniejsze urządzenia, wytwarzające nowe ochronne pola akademii Jedi, zostały 

umieszczone na skraju dżungli porastającej przeciwległy brzeg rzeki. Mimo to o zasięgu i 

natężeniu pól można było decydować, przebywając w ośrodku  łączności. Generatory, które 

niedawno przetransportował z Coruscant Han Solo, miały stanowić doraźny  środek 

bezpieczeństwa, zapewniający ochronę do czasu, aż Nowa Republika wymyśli skuteczny 

sposób obrony przed spodziewanym atakiem oddziałów Akademii Ciemnej Strony. 

- Hej, czy nie powinienem wysłać wiadomości mamie? - zapytał Jacen, zajmując 

miejsce za pulpitem konsolety. 

- Na razie nie, dopóki nie dowiemy się czegoś więcej - odparł Luke. - Twój tata i 

Chewbacca obiecali przed odlotem, że się z nią skontaktują, kiedy znajdą się w 

przestworzach. Leia jest teraz bardzo zajęta mobilizowaniem żołnierzy, którzy założą tu stałą 

bazę i będą chronili naszą akademię. Na razie jednak powinniśmy sami zrobić wszystko, co 

możemy, żeby jej strzec i bronić. 

Jeżeli chcesz pomóc, Jacenie, zajmij się sprawdzaniem kanałów telekomunikacyjnych 

o wszystkich możliwych pasmach częstotliwości. Możliwe, że uda ci się zarejestrować jakieś 

background image

niezwykłe sygnały, które okażą się później zaszyfrowanymi imperialnymi meldunkami. A ty, 

Jaino, włącz generatory i upewnij się, że wszystko funkcjonuje prawidłowo. 

- Właśnie się tym zajmuję, wujku Luke’u - odparła dziewczyna, szczerząc zęby w 

uśmiechu, ale nie odchodząc od stanowiska kontrolnego. - Pola siłowe mają największe 

możliwe natężenie. Chyba powinnam teraz sprawdzić, czy wszystko działa, jak należy, 

choćby po to, by wiedzieć, czy nasza obrona nie ma jakichś luk. 

Jacen nałożył  słuchawki i zaczął przeszukiwać kanały należące do różnych pasm 

częstotliwości. Ledwie zaczął, usłyszał głośny trzask, po którym w słuchawkach rozległ się 

dobrze znany głos: 

- ...proszę o zgodę na lądowanie i tak dalej - to, co zwykle. Tu „Piorunochron”. Za 

chwilę ląduję. 

- Hej, zaczekaj! - krzyknął Jacen do mikrofonu, omal nie wpadając w panikę. - Nie 

możesz lądować... To znaczy, musimy wyłączyć najpierw ochronne pola. Daj mi tylko 

minutę, Peckhumie, dobrze? 

- Ochronne pola? Jakie pola? - rozległ się  głos starego pilota. -Ja i „Piorunochron” 

zaopatrujemy Yavin Cztery od wielu lat, ale nigdy przedtem nie musieliśmy się martwić o 

żadne pola. 

- Wytłumaczę ci wszystko, kiedy spotkamy się na lądowisku -odparł Jacen. - Na razie 

zaczekaj z lądowaniem. 

- Czy będę musiał podać jakiś kod, żeby wylądować? - zaniepokoił się Peckhum. - 

Kiedy odlatywałem z Coruscant, nikt nie powiedział mi niczego na temat żadnego kodu. Nikt 

nie poinformował, że macie tu jakieś pola. 

Jacen uniósł głowę i popatrzył na Luke’a. 

- To stary Peckhum - powiedział. - Przyleciał „Piorunochronem”. Czy musi znać jakiś 

kod, żeby wylądować? 

Mistrz Jedi pokręcił głową, po czym gestem polecił Jainie, żeby wyłączyła generatory 

siłowego pola. Dziewczyna przygryzła dolną wargę i pochyliła się nad pulpitem konsolety. Po 

minucie oznajmiła: 

- To powinno załatwić całą sprawę. Wyłączyłam generatory ochronnego pola. 

Teraz, kiedy pole zanikło, z jakiegoś powodu Jacen poczuł,  że  świerzbi go skóra 

pleców. Miał wrażenie, że jest całkowicie bezbronny. 

- W porządku, Peckhumie - oświadczył. - Teraz możesz lądować. Tylko pospiesz się, 

żebyśmy mogli ponownie włączyć zasilanie generatorów. 

 

background image

Kiedy weteran przestworzy w końcu zszedł z pokładu wysłużonego, 

pokiereszowanego towarowego transportowca, Jacen stwierdził,  że stary pilot wygląda 

dokładnie tak samo jak wówczas, kiedy widział go ostatnio. Chłopiec zwrócił uwagę na bladą 

cerę, długie proste włosy, pooraną siecią zmarszczek twarz i wymięty, zniszczony lotniczy 

kombinezon. 

- Witaj, Peckhumie - powiedział. - Pomogę ci wnieść towary do środka. Musimy się 

pospieszyć, bo inaczej nie zdążymy, zanim zaatakują nas imperialni żołnierze. 

- Imperialni żołnierze? - Siwowłosy mężczyzna podrapał się po głowie. - Czy właśnie 

dlatego otoczyliście akademię siłowymi polami? Jesteśmy atakowani? 

- Na razie wszystko w porządku - uspokoił go Jacen, chociaż trochę się niecierpliwił, 

pragnąc jak najszybciej rozładować „Piorunochron”. - Pola zostały znów włączone. Po prostu 

ich nie widzisz. 

Stary pilot uniósł głowę i wyciągnął szyję, usiłując przeniknąć spojrzeniem warstwę 

białawej mgiełki, unoszącej się nad porośniętym dżunglą księżycem. 

- Kto chce was zaatakować? - zapytał po chwili. 

- No cóż, słyszeliśmy pogłoski... pochodzące z wiarygodnego źródła - zaczął chłopiec, 

ale urwał, jakby się zawahał. - Dowiedzieliśmy się o tym od Zekka. To on dowodził grupą 

szturmowców, którzy napadli na Kashyyyk... na fabrykę, gdzie wytwarzano komputerowe 

podzespoły. Później ostrzegł Jainę,  że naszą uczelnię zamierza zaatakować Akademia 

Ciemnej Strony. Lepiej wejdźmy do środka. 

Stary Peckhum, wyraźnie zaniepokojony, popatrzył na Jacena. Mężczyzna traktował 

kilkunastoletniego Zekka jak własnego syna. Obaj mieszkali przez pewien czas razem w 

jednym z opuszczonych lokali, znajdującym się kilka poziomów pod powierzchnią 

Coruscant... dopóki Zekk nie został porwany przez funkcjonariuszy imperialnej uczelni. 

Jacen ponownie poczuł, że po jego plecach przebiegły dobrze znane dreszcze. W tej 

samej sekundzie Peckhum szepnął: 

- Za późno. - Uniósł rękę i skierował palec w niebo. - Już przylecieli. 

background image

ROZDZIAŁ 2 

 

Naczelnik Akademii Ciemnej Strony Brakiss, mistrz wszystkich nowych Ciemnych 

Jedi, stał na stanowisku obserwacyjnym, urządzonym w najwyższej iglicy gwiezdnej stacji, i 

spoglądał w dół, na niepozorną szmaragdowozieloną plamkę księżyca porośniętego gęstą 

dżunglą. Niedługo miał stoczyć decydującą bitwę, w trakcie której Yavin Cztery i znajdująca 

się na nim akademia Jedi zostaną zmiażdżone przez potęgę Drugiego Imperium. 

A przynajmniej powinno tak się stać. 

Krętymi korytarzami imperialnej uczelni spieszyli szturmowcy, aby zająć wyznaczone 

stanowiska bojowe. Niedawno przeszkoleni piloci myśliwców typu TIE sprawdzali stan 

maszyn, a gorliwi uczniowie, marzący o tym, aby zostać Ciemnymi Jedi, przygotowywali się 

do walki, która musiała się zakończyć pierwszym wielkim sukcesem. 

Rozstrzygająca bitwa miała się rozpocząć równoczesnym atakiem dwóch oddziałów, 

dowodzonych przez Tamith Kai, najpotężniejszą wiedźmę, należącą do nowego zakonu Sióstr 

Nocy, i ulubieńca Brakissa, ciemnowłosego Zekka. Entuzjazm, jaki wykazywał młodzieniec, 

pragnący zapewnić sobie lepszą przyszłość, pomógł funkcjonariuszom Akademii namówić go 

do przejścia na ciemną stronę. 

Mistrz Ciemnych Jedi zamknął oczy i głęboko zaciągnął się regenerowanym 

powietrzem, które z cichym szumem wpadało przez otwory wentylacyjne. Czuł, jak za 

plecami powiewają fałdy jego srebrzystego płaszcza. 

Chociaż był sam, uświadamiał sobie, że gorączka przygotowań udziela się wszystkim 

osobom, przebywającym w naszpikowanej iglicami gwiezdnej stacji. Wyczuwał, jak narasta 

podniecenie, a wraz z nim ochota do walki. Odbierał strzępki krzyżujących się myśli i 

orientował się, jakimi uczuciami darzą imperialni żołnierze wielkiego wodza, Imperatora 

Palpatine’a. Uzmysłowił sobie, że i oni czują pewien niepokój, kiedy myślą o zbliżającej się 

chwili ataku, ale na myśl o tym lekko się  uśmiechnął. Lęk powinien sprawić,  że staną do 

walki silniejsi i zręczniejsi, ale także ostrożniejsi... chociaż nie do takiego stopnia, aby 

sparaliżowała ich trwoga. 

Brakiss od dawna marzył o pokonaniu Luke’a Skywalkera. Kiedyś, przed wielu laty, 

przeniknął do akademii Jedi jako imperialny szpieg, zamierzający poznać tajniki stosowanych 

przez Nową Republikę metod nauczania. Później miał poinformować o nich garstkę ludzi, 

wciąż jeszcze dochowujących wierności pokonanemu Imperium. Nie zdołał jednak wywieść 

w pole mistrza Jedi. Luke Skywalker, który od razu zorientował się, co knuje nowy uczeń, 

background image

usiłował zawrócić go ze szlaku, wiodącego ku ciemnej stronie, i podkopać wiarę, jaką 

pokładał Brakiss w Drugim Imperium. Starał się go „nawrócić” - naczelnik Akademii 

Ciemnej Strony uśmiechał się pogardliwie, ilekroć przypominał sobie tamte chwile - ale 

osiągnął tylko tyle, że jego nowy uczeń uciekł. 

Ponieważ jednak tak ochoczo zapuszczał się na manowce ciemnej strony, nauczył się 

przez te wszystkie lata tyle, że mógł powołać do życia własną uczelnię, w której kształcił 

Ciemnych Jedi. 

A teraz wszystko zmierzało ku ostatecznej, rozstrzygającej konfrontacji. 

Naczelnik Akademii Ciemnej Strony nagle wyczuł,  że powietrze obok niego 

zamigotało i zalśniło. Otworzył łagodne, anielsko piękne oczy i stwierdził, że iskry, na jakie 

spogląda, są zakłóceniami transmisji sygnału holograficznego. Po kilku sekundach pojawił się 

w tym miejscu wizerunek oblicza Imperatora. Głowa tajemniczego wielkiego wodza 

Drugiego Imperium unosiła się przed Brakissem w postaci gigantycznego hologramu. 

Osłonięta kapturem twarz Palpatine’a miała wysokość prawie dwóch metrów, a w mistrza 

Ciemnych Jedi wpatrywały się połyskujące  żółte oczy, otoczone gęstą siecią  głębokich, 

mrocznych zmarszczek. 

- Niecierpliwie oczekuję chwili, kiedy będę mógł ponownie objąć władzę, Brakissie - 

odezwał się Imperator. 

- A ja równie niecierpliwie czekam, kiedy będę mógł przekazać jaw twoje ręce, mój 

panie - odparł mężczyzna, pochylając głowę. 

Pamiętał,  że niedawno Palpatine, któremu towarzyszyło czterech groźnych 

imperialnych strażników, przyleciał specjalnym opancerzonym wahadłowcem do jego 

gwiezdnej stacji i zamieszkał w najokazalszej komnacie. Budzący grozę strażnicy, odziani w 

szkarłatne szaty, nie pozwolili jednak nikomu nawet spojrzeć na Imperatora, który przez cały 

czas pozostawał zamknięty w nieprzezroczystej izolacyjnej komorze. Ani razu nie ukazał się 

nikomu spośród wiernych poddanych, pełniących służbę w Akademii Ciemnej Strony. Nie 

zechciał przyjąć na audiencji nawet jej naczelnika. Ilekroć przemawiał, zawsze pojawiał się w 

postaci hologramu. 

- Jesteśmy gotowi do ataku, mój panie - ciągnął tymczasem Brakiss. Odważył się 

unieść  głowę i zerknąć na budzące strach oblicze wielkiego wodza. - Moi Ciemni Jedi 

gwarantują, że walka zakończy się zwycięstwem. 

- To dobrze, ponieważ nie mam ochoty dłużej czekać - odezwał się wizerunek 

Imperatora. - Pozostałe zmodernizowane okręty mojej floty wprawdzie jeszcze nie 

przyleciały, ale spodziewam się, że zjawią się w ciągu kilku najbliższych godzin. Właśnie w 

background image

tej chwili technicy instalują na ich pokładach nowe systemy komputerowe, które udało się 

nam zdobyć w trakcie ataku na Kashyyyk. Moi strażnicy meldują, że większość statków jest 

gotowa do walki, a kilka ostatnich osiągnie pełną gotowość bojową już niedługo. 

Brakiss znów się pokłonił, a potem złączył palce jak do modlitwy. 

- Rozumiem, mój panie - powiedział. - Może jednak wykorzystajmy potęgę floty 

szturmowej do zaatakowania następnego celu, jakim z pewnością  będą o wiele lepiej 

strzeżone  światy, należące do Sojuszu Rebeliantów. Na Yavinie Cztery spotkamy się z 

oporem najwyżej kilku słabeuszy uważających się za rycerzy Jedi. Moi władający Mocą 

żołnierze rozprawią się z nimi bez trudu. 

Ukryta w cieniu kaptura twarz Imperatora przybrała sceptyczny wyraz. 

- Nie pozwól, Brakissie, żeby zgubiła cię zbytnia pewność siebie - przestrzegł 

Imperator. 

Naczelnik Akademii Ciemnej Strony odpowiedział, wkładając w słowa jeszcze więcej 

zapału niż poprzednio. Pragnąc przekonać wielkiego wodza o słuszności własnych poglądów, 

pozwolił nawet ponieść się emocjom. 

- Kiedy atak na akademię Jedi zakończy się sukcesem, Drugie Imperium zacznie być 

uważane za coś więcej niż tylko garstkę piratów, napadających na bezbronne światy i 

kradnących niezbędne urządzenia - zaczął. - Naszym celem, mój panie, jest podbój galaktyki. 

Walka, którą niedługo stoczymy, będzie starciem dwóch filozofii życia; zmaganiem się sił 

woli. Filozofii życia Rebeliantów przeciwstawimy filozofię Imperium i dlatego moi 

uczniowie muszą stanąć do walki z uczniami Skywalkera. Rycerze Jedi stoczą bój z innymi 

rycerzami Jedi. Jeżeli się zgodzisz, mój panie, dojdzie do konfrontacji sił ciemności z siłami 

światłości. Oczywiście, nie zamierzamy rezygnować z nękania przeciwników strzałami 

myśliwców typu TIE, atakujących ich z powietrza, ale najważniejsze zmagania będą miały 

charakter bezpośredni i osobisty - ponieważ tak być musi! Nie możemy się ograniczyć tylko 

do przełamania obrony! Musimy wydrzeć z tych wrażych serc przekonanie o wyższości ich 

stylu życia. 

Brakiss przerwał i uśmiechnął się, uniósł  głowę i spojrzał w iskrzące się  żółte oczy 

Imperatora. 

- A kiedy, posługując się siłami ciemnej strony, odniesiemy nad nimi całkowite 

zwycięstwo, Rebelianci, którzy ocaleją, rozproszą się i ukryją, aby odtąd drżeć na samą myśl 

o dotychczasowym życiu. My zaś odzyskamy to, co nam się prawnie należało. 

Widoczne na gigantycznym hologramie oblicze Palpatine’a uczyniło nagle coś 

zatrważająco niezwykłego. Spękane, okolone głębokimi zmarszczkami wargi rozciągnęły się 

background image

w pełnym satysfakcji uśmiechu. 

- Bardzo dobrze, Brakissie - odezwał się Imperator. - A zatem niech się stanie, jak 

mówisz. Możesz zaczynać atak, kiedy uznasz, że jesteś gotów. 

background image

ROZDZIAŁ 3 

 

Technicy Akademii Ciemnej Strony wyłączyli generatory maskującego pola i 

imperialna uczelnia przestała być niewidzialna. Kiedy najeżona spiczastymi iglicami 

obserwacyjnych wież gwiezdna stacja zbliżyła się do Yavina Cztery, z jej hangaru wyleciały 

dwa specjalnie wyposażone myśliwce typu TIE. Nie oddalając się od siebie, cichaczem 

pogrążyły się w mgiełce atmosfery księżyca. 

Kadłuby maszyn pokryto specjalną substancją maskującą, uniemożliwiającą wykrycie 

za pomocą skanerów, a potężne bliźniacze silniki jonowe zostały wyciszone. Pilotom zależało 

na wykonaniu tajnego zadania, a nie na demonstracji siły. 

Na czele leciał komandor Orvak, a drugi myśliwiec typu TIE, pilotowany przez 

Dareba, osłaniał skrzydło i ogon maszyny dowódcy. Obaj piloci zatoczyli krąg wokół 

niewielkiego księżyca i zagłębili się w warstwy atmosfery. Następnie, lecąc po spirali, 

skierowali się nad równik. Starali się wypatrzyć ruiny prastarej świątyni, w której Skywalker 

urządził akademię Jedi. 

Orvak leciał pierwszy, ściskając drążek sterowniczy dłońmi, ukrytymi w czarnych 

rękawiczkach. Wyczuwał delikatne drżenie silników imperialnej maszyny i odnosił wrażenie, 

że siedzi na grzbiecie jakiegoś nie ujarzmionego pociągowego zwierzęcia. Leciał niezwykle 

skupiony, raz po raz czując, jak maszyna zbacza z kursu pod wpływem podmuchów wiatru 

czy unoszących się znad dżungli prądów ciepłego powietrza. 

- Wyrównaj lot - mruknął do siebie w pewnej chwili. 

Wykonanie zadania wymagało wyjątkowej precyzji i opanowania sztuki pilotażu. 

Kiedy Akademia Ciemnej Strony zbliżała się w rejon Yavina, Orvak i inni niedawno 

przeszkoleni piloci maszyn typu TIE, starannie wybrani z grona młodocianych szturmowców, 

wielokrotnie ćwiczyli wszystkie szczegóły na specjalnych symulatorach. 

Tym razem nie chodziło jednak o ćwiczenia. Imperator liczył na to, że ich akcja 

zakończy się sukcesem. 

Gęstwina liści gigantycznych drzew Massassów w dole wyglądała jak splątany 

zielony kobierzec. Powyginane gałęzie wystawały nad powierzchnię oceanu zieleni niczym 

koszmarne szpony. Orvak obniżył lot maszyny i przez chwilę obserwował, jak podmuch 

gorących gazów wydechowych, wydobywających się z potężnych silników myśliwca, płoszy 

mieszkające pośród gałęzi drzew niewielkie stworzenia. 

Jego towarzysz włączył nadajnik komunikatora, umożliwiającego wysłanie 

background image

kierunkowego sygnału w niezwykle wąskim paśmie częstotliwości. Słowa pilota były 

następnie dekodowane i pozbawiane zniekształceń przez specjalny system deszyfrujący, 

zainstalowany na pokładzie maszyny Orvaka. 

- Moje czujniki dalekiego zasięgu wykrywają obecność energetycznego ochronnego 

pola - zameldował Dareb. - Generatory, wytwarzające to pole, znajdują się dokładnie tam, 

gdzie nam powiedziano. 

- Potwierdzam współrzędne celu - odezwał się Orvak, kierując usta w stronę 

mikrofonu umieszczonego w hełmie pilota. - Lord Brakiss, który spędził tu trochę czasu, miał 

okazję zapoznać się z rozmieszczeniem różnych urządzeń akademii. Miejmy nadzieję, że od 

tamtych czasów Rebelianci niczego nie przenieśli w inne miejsce. 

- Dlaczego mieliby to zrobić? - zapytał Dareb. - Są zadowoleni z siebie i zaślepieni 

wiarą we własne siły, a my niedługo obnażymy ich głupotę. 

- Uważaj tylko, żebyś nie obnażył własnej głupoty - skarcił go Orvak. - A teraz dosyć 

paplaniny. Kieruj się ku celowi. 

Niewidzialne pole siłowe osłaniało niczym czasza ochronnego parasola sektor 

dżungli, obejmujący odcinek rzeki i polanę, na której wznosiła się majestatyczna prastara 

piramida. W skrytości ducha Orvak liczył na to, że zanim ten dzień dobiegnie końca, wielki 

ziggurat zamieni się w dymiący stos kamieni. 

Zanim jednak Akademia Ciemnej Strony będzie mogła przystąpić do głównego ataku, 

Orvak i Dareb muszą wykonać tajne zadanie. Powinni uszkodzić generatory wytwarzające 

ochronne pole i w ten sposób umożliwić dokonanie dzieła zniszczenia. 

Komandor sprawdził wskazania pokładowych aparatów. Posługując się czujnikami 

wrażliwymi na podczerwień i inne zakresy widma częstotliwości, widział  śmiercionośne 

zmarszczki unoszącej się siłowej kopuły, jaka miała chronić akademię Jedi przed atakami z 

powietrza. Mimo to, zapewne z powodu wysokich drzew Massassów, pole nie zaczynało się 

przy samej ziemi, ale na poziomie jakichś pięciu metrów ponad wierzchołkiem gałęzi. 

Zaledwie pięć metrów dzieliło listowie od granicy warstwy śmiercionośnej energii, ale te pięć 

metrów stanowiło wystarczającą szczelinę, przez którą mógł przelecieć doświadczony pilot. 

Tu i ówdzie zwęglone, sczerniałe kikuty wystających konarów dowodziły, że czasami jednak 

stykały się one z krawędziami energetycznej kopuły. 

- Będzie ciasno - odezwał się Orvak, przerywając ciszę. - Jesteś gotów? 

- Czuję się tak, że mógłbym sam stawić czoło całemu Sojuszowi Rebeliantów - 

oświadczył Dareb. 

Jego dowódca postanowił nie reagować na ten przejaw zbytniej pewności siebie. 

background image

- Zaczynamy - powiedział. 

Jeszcze bardziej obniżył lot swojego niewrażliwego na sygnały skanerów myśliwca 

TIE, tak że kadłub niemal muskał gałęzie najwyższych drzew. Słyszał szmer i szelest liści, 

ocierających się o siebie i o skrzydła maszyny. W pewnej chwili wydało mu się, że powietrze 

przed dziobem migocze, i uznał to za znak, że zbliża się do granicy siłowego pola. Miał 

nadzieję, że jego czujniki się nie mylą. 

- Skup się na wykonaniu zadania - rozkazał podwładnemu. - Właściwa praca 

rozpocznie się dopiero wówczas, gdy znajdziemy się pod kopułą. 

Kiedy obie maszyny prześlizgiwały się pod krawędzią  śmiercionośnego pola, Dareb 

raptownie skręcił, starając się uniknąć zderzenia z wystającą zaledwie metr ponad baldachim 

liści omszałą gałęzią, która niespodziewanie ukazała się przed dziobem jego statku. Młody 

pilot zboczył jednak za bardzo z kursu i zawadził skrajem sześciokątnego panelu skrzydła o 

inną gałąź, wskutek czego jego myśliwiec zaczął koziołkować. 

- Nie potrafię go opanować! - krzyknął do mikrofonu komunikatora. - Straciłem 

kontrolę nad sterami! 

Nie przestając wirować w locie, maszyna Dareba wbiła się w powierzchnią 

śmiercionośnego siłowego pola i eksplodowała, po czym zamieniła się w ognistą kulę. 

Tymczasem Orvak, zdecydowany wykonać powierzone zadanie, leciał dalej. Obejrzał się 

tylko raz, aby zerknąć przez rufowy iluminator na płonące szczątki maszyny Dareba, powoli 

znikające między konarami ogromnych drzew Massassów. 

Później zacisnął zęby i korzystając z ukrytej w hermie aparatury tlenowej, zaczerpnął 

głęboki haust powietrza. 

- Wszyscy jesteśmy tylko pionkami - powiedział, jakby zamierzał przekonać o tym 

samego siebie. - Tylko pionkami. Najważniejsze jest zadanie. Muszę teraz skupić się na tym, 

żeby je wykonać. Sam. 

Z wysiłkiem przełknął  ślinę, uświadomiwszy sobie, że w tej chwili Rebelianci już 

wiedzą o jego obecności. 

Nie wahając się ani chwili, skierował się ku ustronnej polanie, na której umieszczono 

generatory wytwarzające siłowe pole. Urządzenia przypominały zbiór ogromnych talerzy, do 

połowy zanurzonych w gęstym poszyciu dżungli i umieszczonych pośrodku pozbawionej 

roślinności przestrzeni, na której mógł osiąść małym imperialnym myśliwcem. W oddali 

majaczyła wielka piramida mieszcząca akademię Skywalkera. 

Orvak wyłączył wyciszone bliźniacze silniki jonowe, otworzył drzwiczki kabiny i 

zeskoczył na ziemię. Sięgnął do schowka, umieszczonego pod fotelem pilota, i wyciągnął 

background image

plecak, wypełniony urządzeniami i ładunkami wybuchowymi, które miały zapewnić mu 

zajęcie na resztę dnia... 

Później oddalił się od maszyny, ostrożnie stawiając nogi na gąbczastej, porośniętej 

grubą warstwą mchu ziemi. Wydawało mu się, że dzika i przerażająca dżungla osacza go ze 

wszystkich stron naraz. Gdzieś z góry dolatywał skwierczący pomruk energetycznego pola, w 

którym stracił życie jego kolega. 

W porównaniu ze sterylnie odkażonymi pomieszczeniami Akademii Ciemnej Strony, 

Yavin Cztery sprawiał wrażenie miejsca obrzydliwie tętniącego życiem. Na księżycu roiło się 

od robaków, gadów i roślin wciskających się we wszystkie kąty, a także niewielkich gryzoni, 

owadów i dziwnych kąsających stworzeń, które widział dosłownie na każdym kroku -kryły 

się chyba we wszystkich zakamarkach. 

Orvak tęsknił za idealnie czystymi, symetrycznie biegnącymi korytarzami Akademii 

Ciemnej Strony, gdzie jego podkute buty mogły donośnie dźwięczeć, kiedy stąpał po zimnych 

metalowych płytach. Tęsknił za wonią wpadającego przez otwory wentylacyjne 

regenerowanego powietrza. Tęsknił za pomieszczeniami, w których wszystkie starannie 

ułożone przedmioty znajdowały się na wyznaczonych miejscach... Podobny ład zapanuje w 

Imperium, kiedy wreszcie odniesie ono zwycięstwo w walce z Rebeliantami. Cieszył się, że 

ma na dłoniach solidne skórzane rękawice, a na głowie herm, dzięki czemu może się nie 

obawiać zarazków, roznoszonych przez zwierzęta i owady żyjące na tym zacofanym świecie. 

Podniósł plecak, kryjący materiały wybuchowe, a potem puścił się biegiem w stronę 

pomrukujących generatorów ochronnego pola. Wznosiły się nad nim - potężne, ale nie 

chronione. Skazane na zagładę. 

Mimo iż same generatory sprawiały wrażenie zupełnie nowych, w pobliżu rósł 

prawdziwy gąszcz przeplatających się łodyg dzikiej winorośli, gałęzi kolczastych krzewów i 

paproci. W miejscach, gdzie ktoś wycinał roślinność, pragnąc uzyskać dostęp do płyty, na 

której zainstalował generatory, Orvak dostrzegł połamane końce gałęzi i obcięte pędy. Mimo 

to niepokonana dżungla nie zamierzała się wycofywać z odebranego jej obszaru. Orvak 

pokręcił głową, nie mogąc się pogodzić z głupotą Rebeliantów. 

Kiedy dotarł do pulsujących i pomrukujących urządzeń, kucnął i rozejrzał się na boki. 

Spodziewał się,  że w każdej chwili może ujrzeć grupę rebelianckich obrońców. Otworzył 

plecak i wyjął dwa spośród sześciu potężnych termicznych detonatorów, stanowiących 

ładunki wybuchowe. Zamierzał umieścić je pod ogniwami energetycznymi, zasilającymi 

generatory. Dwa takie urządzenia powinny wystarczyć, aby unieszkodliwić siłowe pola 

chroniące akademię Skywalkera. 

background image

Pozostałe  ładunki wybuchowe będą mu potrzebne do wykonania drugiej części 

zadania. 

Orvak uruchomił i zsynchronizował umieszczone na obudowach detonatorów 

urządzenia odmierzające upływ czasu. Później zdjął z przegubu przeprogramowany kompas i 

popatrzył na współrzędne, które wpisał do pamięci, zanim wystartował. Zanurkował i 

przedzierając się przez gąszcz roślinności, skierował się w stronę następnego celu. Znajdował 

się on w pewnej odległości od niego, na drugim brzegu rzeki, również opanowanym przez 

dziewiczą dżunglę. 

Była nim wielka świątynia. 

Przystanął tylko na krótką chwilę,  żeby przyciemnić szkła ochronnych gogli, zanim 

czasomierze detonatorów pokażą same zera. Po kilku sekundach usłyszał grzmot eksplozji. 

Łoskot niemal poraził jego uszy, a w niebo uniósł się  słup ognia i dymu. Powoli 

przedzierał się przez gałęzie potężnych drzew Massassów. Zadowolony, Orvak pogratulował 

sobie pomyślnego wykonania pierwszej części zadania. Eksplozja okazała się naprawdę 

wspaniała. Bardzo widowiskowa. 

Wiedział wszakże,  że teraz musi wywołać drugą, która powinna wyglądać jeszcze 

efektowniej. 

background image

ROZDZIAŁ 4 

 

Lowie pilotował skoczka typu T-23, mając za pasażerów Tionnę i Raynara, 

wciśniętego w kąt za fotelami. Leciał w stronę akademii Jedi z największą szybkością. 

Niewielka maszyna niemal ocierała się o wierzchołki drzew, a tymczasem Lowbacca z 

pomocą Em Teedee wyjaśniał sytuację, jak najlepiej potrafił. 

- ...i właśnie dlatego pan Skywalker poprosił pana Lowbaccę o to, żeby 

przetransportował was w takim pośpiechu - dokończył miniaturowy android. 

- Proszę, proszę - odezwał się cierpko Raynar. - Przypuszczam, że teraz, kiedy 

wróciliście, będziecie się uważali za bohaterów i zbawców akademii Jedi. Jestem pewien, że 

poradziłbym sobie równie dobrze, nawet wówczas, gdybyście nie zechcieli nam pomóc. 

Podczas gdy wy odlecieliście, by się bawić, ja intensywnie ćwiczyłem pod okiem Tionny. 

Słysząc kpiący ton głosu jasnowłosego chłopaka, Lowie mógł się domyślić, że Raynar 

nie jest zachwycony faktem, iż bezceremonialnie wepchnięto go do rufowej części skoczka, w 

której nie miał dość miejsca na rozprostowanie fałd krzykliwego, różnobarwnego ubrania. 

Rodzice chłopca byli kiedyś członkami królewskiego rodu, władającego Alderaanem, ale po 

unicestwieniu planety przez Gwiazdę  Śmierci zostali bogatymi kupcami. Chłopiec nie 

przywykł do tego, aby komukolwiek ustępować najlepsze miejsce. 

- Nie masz racji, Raynarze - zganiła go Tionna. Srebrzystowłosa instruktorka Jedi 

zamrugała powiekami perłowych oczu. - Nikt nie poradzi sobie z przeciwnikiem, kiedy staje 

do walki sam, a jeżeli zamierzamy się odpowiednio przygotować, wszystkich czeka jeszcze 

mnóstwo pracy. A bez tych przygotowań możemy przegrać walkę. 

Raynar prychnął pogardliwie, starając się rozprostować fałdy szaty. 

- Walki? - zapytał. - Nawet nie wiemy, czy dojdzie do jakiejkolwiek walki. Dlaczego 

mielibyśmy dawać wiarę słowom, wypowiedzianym przez jakiegoś młodocianego opryszka, 

który zdradził nas i przeszedł na ciemną stronę? Może skłamał, tylko w tym celu, żebyśmy 

przestali ćwiczyć i zajęli się przygotowaniami? W tej chwili zapewne się z nas wyśmiewa. 

Gniewne warknięcie Lowiego zagłuszyło nawet warkot silnika maszyny. 

- Pan Lowbacca pragnie zauważyć - pospieszył z tłumaczeniem Em Teedee - że przez 

wiele lat Zekk był bliskim przyjacielem pana Jacena i pani Jainy. 

Raynar wydął wargi. 

- W takim razie Jacen i Jaina Solo powinni bardziej uważać, z kim się przyjaźnią - 

burknął. 

background image

- Różnica miedzy przyjacielem a wrogiem nie zawsze jest taka duża, jak uważasz - 

odezwała się stanowczo Tionna. - Czasami pomoc nadchodzi z najmniej oczekiwanej strony. 

Lowie nie wiedział, dlaczego, ale nagle wszystkie zmysły nakazały mu, żeby leciał 

jeszcze szybciej. Mały skoczek zadygotał i przyspieszył, kiedy pilot obciążył silniki do granic 

możliwości, a nawet jeszcze bardziej. Prześlizgnął się między konarami drzew pod krawędzią 

śmiercionośnej energetycznej kopuły, która chroniła akademię Jedi przed atakami z 

przestworzy. 

- Hej, uważaj na tę wielką gałąź! - krzyknął Raynar w tej samej sekundzie, kiedy 

Lowie zmienił kierunek lotu. - Zachowaj odwagę na czas, kiedy pojawi się Akademia 

Ciemnej Strony... o ile w ogóle się pojawi. 

Lowie z zadowoleniem się zorientował,  że Tionna nie tylko zachowała spokój, ale 

nawet aprobowała sposób, w jaki pilotował małego skoczka. 

Popatrzył w niebo i dopiero wówczas zrozumiał, dlaczego poczuł coś, co kazało mu 

przyspieszyć. Głośno szczeknął, po czym wyciągnął  rękę i pokazał najeżony lufami dział 

złowieszczy pierścień, niewyraźnie majaczący na niebie za mgiełką warstw atmosfery. 

- Pan Lowbacca mówi... - zaczął Em Teedee. - O rety! Wygląda na to, że Akademia 

Ciemnej Strony już przyleciała! 

Raynar zamilkł, nie mając  żadnego innego powodu, by krytykować styl pilotażu 

Lowiego. Wkrótce ciszę rozdarł donośny huk, po którym rozległy się odgłosy kilku eksplozji. 

Czujniki skoczka wskazywały,  że migoczące pole siłowe nagle osłabło i zanikło. Lowie 

warknął, zamierzając podzielić się tą informacją z pozostałymi. 

Nie czekając, aż usłyszy tłumaczenie miniaturowego androida, Tionna powiedziała: 

- Nadal myślę,  że musimy wrócić do naszej akademii, ale powinniśmy zostawić 

skoczek w dżungli, na skraju polany. Coś mi mówi, że nie możemy osadzać go na lądowisku 

obok  świątyni ani ukrywać w hangarze. Oba miejsca mogą wkrótce zostać zaatakowane. - 

Instruktorka Jedi wyprostowała się na fotelu. - A zresztą, spójrzcie, atak już się zaczął. 

 

Wielka  świątynia Massassów przetrwała w niemal nie zmienionym stanie całe 

tysiąclecia. Masywne kamienne bloki, jakich u-żyto do budowy jej ścian i pomieszczeń, 

wyglądały równie solidnie jak w dniu, kiedy je ustawiono. Mimo to Jaina, przebywająca w 

ośrodku łączności akademii Jedi, wyczuwała, że posadzkę przenika dziwne drżenie. Nagle na 

konsolecie generatora zasilającego ochronne pole rozjarzyły się alarmowe światła. 

- Coś się stało, wujku Luke’u - powiedziała. - Z dżungli doleciał odgłos eksplozji... O, 

nie! Nasza energetyczna osłona zanikła! 

background image

Luke stał obok telekomunikacyjnej konsolety za krzesłem, na którym siedział Jacen. 

Kiwnął głową i ponuro się uśmiechnąwszy, zwrócił się do Jainy: 

- Czy możesz pobudzić pole do działania, posługując się aparaturą swojej konsolety? - 

zapytał. 

Starając się spełnić  tę prośbę, dziewczyna gorączkowo przestawiła kilka 

przełączników i sprawdziła poprawność paru połączeń. Nie rezygnując z przyciskania 

umieszczonych na pulpicie guzików, przyjrzała się odczytom urządzeń diagnostycznych i 

informacjom, wyświetlanym na ekranach monitorów. 

- Chyba nie - odezwała się w końcu. - Awaria zasilania. Wygląda na to, że mogły 

przestać funkcjonować wszystkie generatory. 

Jej brat ze świstem wypuścił powietrze i odepchnął krzesło od konsolety. 

- Nie podoba mi się to wszystko - powiedział, przeczesując palcami kędziory 

zmierzwionych brązowych włosów. - Jestem pełen najgorszych przeczuć. Założę się, że ktoś 

dopuścił się sabotażu. 

Luke pochwycił spojrzenie Jainy, a po chwili popatrzył na jej brata, po czym 

powiedział, jakby nagle podjął jakąś decyzję: 

- Za pięć minut zwołuję zebranie wszystkich członków akademii. Możliwe,  że 

będziemy musieli opuścić mury wielkiej świątyni i ukryć się gdzieś w dżungli, skąd lepiej 

zdołamy obronić się przed atakiem. Jacenie, wyślij wiadomość mamie, że właśnie zostaliśmy 

zaatakowani i potrzebujemy tych posiłków teraz. A później spotkamy się w wielkiej sali 

audiencyjnej świątyni. 

Przerażony chłopiec popatrzył na siostrę. Jego spojrzenie dowodziło,  że walczy z 

paniką. 

- Moje zwierzęta... - powiedział. - Nie mogę zostawić ich w klatkach, jeżeli akademii 

Jedi grozi jakieś niebezpieczeństwo. Myślę, że będą miały większą szansę przeżycia, kiedy je 

uwolnię. A jeżeli wujek Luke zamierza ewakuować wszystkich uczniów... 

- No dobrze, idź - przerwała Jaina, zamaszystym gestem wypraszając brata z 

pomieszczenia. - Zajmij się swoimi ulubieńcami. Ja wyślę tę wiadomość mamie. 

Chłopiec, który już biegł ku drzwiom, tylko obejrzał się i rzucił przez ramię: 

- Dziękuję! 

Jaina opadła na zwolnione przez brata krzesło, ustawione przed konsoletą 

komunikatora. Wybrała odpowiednią częstotliwość i u-siłowała nawiązać  łączność z 

Coruscant. Nie usłyszała jednak odpowiedzi, tylko same trzaski i szumy zakłóceń. 

Rozgoryczona niepewnym stanem przestarzałych urządzeń telekomunikacyjnych akademii, 

background image

westchnęła i spróbowała uzyskać połączenie, korzystając z innej częstotliwości. 

Bezskutecznie. 

Pomyślała,  że to dziwne. Czy możliwe, by uszkodzeniu uległ  główny ekran 

holograficznego projektora? Nałożyła słuchawki i wybrała jeszcze inną częstotliwość. 

Szumy i trzaski. 

Przełączyła nadajnik na następny kanał, ale usłyszała jeszcze głośniejsze szumy, 

zupełnie jakby coś niweczyło jej rozpaczliwe próby wysłania sygnału. Wkrótce trzaski stały 

się tak przeraźliwe, że Jaina zaczęła się obawiać, iż wypadną jej zęby. Zerwała słuchawki z 

głowy, wzdrygnęła się i odrzuciła je na bok. 

- Nasze sygnały są zakłócane! 

Pragnąc się upewnić, sprawdziła wskazania przyrządów, umieszczonych na pulpicie 

telekomunikacyjnej konsolety. Rzeczywiście, wysyłanie dalekosiężnych sygnałów 

uniemożliwiały urządzenia, umieszczone na pokładzie Akademii Ciemnej Strony. 

Musiała jak najszybciej powiadomić o tym wujka Luke’a. 

 

Kiedy Jacen dotarł do swojej komnaty, znajdującej się na jednym z poziomów 

wielkiej  świątyni, pospiesznie uniósł zapadki i pootwierał drzwiczki wszystkich klatek, 

kryjących menażerię niezwykłych zwierząt. Doszedł do wniosku, że w tym czasie, kiedy on 

przebywał na Kashyyyku, Tionna nie żałowała im pożywienia. Niemal niewidzialny 

kryształowy wąż, którego ciało pokrywały opalizujące tęczowo łuski, tylko błysnął i zniknął, 

wyraźnie zadowolony, ale tworzące rodzinę purpurowe skaczące pająki, umieszczone w 

sąsiedniej klatce, zaczęły niespokojnie skakać po okratowanym pojemniku. 

- Nie bójcie się. - Jacen zapuścił do ich mózgów wici własnych myśli. - Zachowajcie 

spokój. Będziecie bezpieczne, jeżeli znajdziecie się w dżungli. Po prostu postarajcie się trafić 

do dżungli. 

Któraś klatka zatrzeszczała, kiedy wszczęły walkę dwa umieszczone w niej stintarile - 

mieszkające na drzewach gryzonie, mające wyłupiaste oczy i wystające szczęki, pełne 

spiczastych zębów. W innej klatce, pogrążone w wilgotnym szlamie, przebywały niewielkie 

pływające kraby. Z pojemnika, wypełnionego mętną wodą, wypełzły różowe, pokryte śluzem 

salamandry, które dopiero po kilkunastu sekundach zaczęły przybierać specyficzne kształty. 

W innej klatce roiły się opalizujące niebieskie piraniożuki, obijając się o pręty i próbując je 

przegryźć, w nadziei, że w ten sposób wydostaną się na wolność. 

Jacen uwalniał po kolei wszystkie stworzenia, zanosząc klatki do okna tak ostrożnie, 

jak potrafił, ale wykonując wszelkie ruchy z kontrolowaną szybkością i precyzją. Właśnie 

background image

wypuścił ostatnich ulubieńców - pieńkowe jaszczurki - kiedy usłyszał donośny ryk 

Wookiego, po którym odezwał się piskliwy głosik miniaturowego androida-tłumacza. 

- Och, dzięki niech będą niebiosom; mimo wszystko nie jesteśmy sami w tej wielkiej 

świątyni! 

Chłopiec odwrócił się i ujrzał Lowiego, Tionnę i Raynara, stojących w drzwiach jego 

komnaty. Em Teedee wisiał, jak zwykle, przyczepiony do pasa młodego Wookiego. 

- Wszyscy udali się do wielkiej komnaty audiencyjnej - odparł Jacen. - My także 

powinniśmy znaleźć się tam jak najszybciej. Zanim dojdzie do walki, mistrz Skywalker 

pragnie udzielić nam kilku ostatnich wskazówek. 

Cała grupa opuściła kabinę turbowindy i znalazła się w wielkiej sali. Wówczas Jacen 

zobaczył,  że jego siostra rozmawia półgłosem z wujkiem Lukiem i Tenel Ka, a pozostali 

uczniowie siedzą w milczeniu, jakby sparaliżowało ich przerażenie. 

Kiedy Skywalker uświadomił sobie, że Lowie wykonał powierzone zadanie i powrócił 

szczęśliwie, głęboko odetchnął, a na jego twarzy ukazał się wyraz prawdziwej ulgi. Tionna 

podeszła do niego, wyciągając rękę, którą Luke przez chwilę ściskał na powitanie. 

- Jestem rad, że ci się nic nie stało - oświadczył, uśmiechając się ciepło. 

- Co powiedziała mama? - zainteresował się Jacen, zwracając się do siostry. 

Jaina przygryzła dolną wargę, a tymczasem Tenel Ka odpowiedziała: 

- Akademia Ciemnej Strony zakłóca wysyłane sygnały. Nie możemy zawiadomić 

nikogo ani wołać o ratunek. 

Jacen poczuł,  że krew odpłynęła z jego twarzy. Nie miał pojęcia, ile czasu może 

potrwać, zanim ktokolwiek pospieszy na odsiecz, skoro nawet nie mogli wysłać sygnału 

alarmowego. 

Luke wstąpił na podwyższenie i zwracając się do wszystkich zgromadzonych uczniów 

Jedi, powiedział głośno: 

- Nie możemy liczyć na to, że ktokolwiek przyleci, by nam pomóc. Musimy toczyć tę 

walkę, zdani wyłącznie na własne siły. Przypuszczam, że pierwszym celem ataku stanie się 

wielka  świątynia. Tenel Ka zdążyła zapoznać was z zasadami partyzanckiej walki, więc 

uważam, że powinniśmy stoczyć ją w dżungli, gdzie dla żołnierzy Akademii Ciemnej Strony 

wszystko będzie nowe i obce, a dla nas dobrze znane. Nasza walka będzie zatem miała 

charakter pojedynków. 

Przedtem jednak musimy natychmiast zarządzić ewakuację całej akademii Jedi. 

background image

ROZDZIAŁ 5 

 

Zekk przebywał w zatłoczonym hangarze Akademii Ciemnej Strony, gdzie przyglądał 

się ostatnim przygotowaniom do ataku. Odnosił wrażenie,  że udziela mu się nastrój 

podniecenia, jaki ogarnął  żołnierzy, pałających gniewem i chęcią wyrządzenia jak 

największych zniszczeń. Wydawało mu się, że wszystkie linie skupiającej się w nim ciemnej 

Mocy płoną oślepiającym blaskiem. 

Nad środkiem lądowiska unosiła się ogromna taktyczna platforma szturmowa, wokół 

której krzątało się najwięcej osób. Najeżona lufami dział i zajmująca największą przestrzeń, 

została skonstruowana specjalnie z myślą o stoczeniu z Sojuszem Rebeliantów decydującej 

bitwy. Na pokrytych pancernymi płytami pokładach przebywali szturmowcy przygotowujący 

platformę do startu. Latające urządzenie, dowodzone przez złowieszczą Siostrę Nocy Tamith 

Kai, miało stanowić pomost, z którego będą wyruszali Ciemni Jedi, żeby toczyć pojedynki z 

uczniami Skywalkera. 

Tamith Kai, stojąca za sterami bojowej platformy, również pałała  żądzą zemsty. 

Ilekroć się poruszała, jej długa, fałdzista peleryna ocierała się o materiał kombinezonu i 

syczała niczym jadowity wąż, szykujący się do ataku. Z naramienników wystawały ostre, 

długie kolce, sporządzone z pancerza gigantycznego śmiercionośnego  żuka. Głowę kobiety 

okalały podobne do hebanowych sprężyn czarne włosy, raz po raz zwijające się i skwierczące 

od nadmiaru zgromadzonej energii Mocy. Każdy sprawiał wrażenie, że żyje własnym życiem 

i okazuje wrogość pozostałym. 

Fioletowe oczy Tamith Kai zapłonęły, kiedy kobieta skupiła w sobie jeszcze więcej 

Mocy i wydała wszystkim żołnierzom rozkaz przygotowania platformy do startu. 

Sporządzony z onyksowych łusek pancerz idealnie przylegał do jej silnie umięśnionego ciała. 

Każdy ruch i gest Siostry Nocy dowodził pewności siebie, wiary we własne siły - a przede 

wszystkim niepohamowanej żądzy zniszczenia placówki wroga. 

Tymczasem Zekk zajmował się  własnymi sprawami. Pamiętał o tym, że sam bywał 

często obiektem podejrzeń  złowieszczej wiedźmy. Tamith Kai nie darzyła go zaufaniem. 

Uważała,  że nie zaprzedał się bez reszty ciemnej stronie. Podejrzewała,  że nadal 

zaślepiającego resztki przyjaźni, jaką żywił kiedyś wobec bliźniąt Jedi, Jacena i Jainy Solo. 

Zekk był ulubionym uczniem samego naczelnika Akademii Ciemnej Strony, Brakissa, 

a później, tocząc walkę na śmierć i życie, zwyciężył w pojedynku z ulubieńcem Tamith Kai, 

Vilasem. Dzięki temu zwycięstwu uzyskał prawo do tytułu Najciemniejszego Rycerza. 

background image

Tymczasem Siostra Nocy, która zapewne nie potrafiła pogodzić się ze śmiercią ulubieńca, a 

może wyczuwała tlące się w duszy Zekka iskierki wątpliwości, prawie nie spuszczała 

młodzieńca z oczu. 

Mimo to Brakiss powierzył  właśnie jemu dowództwo oddziału władających Mocą 

młodych adeptów, którzy wyruszali do pierwszej walki o odzyskanie władzy w galaktyce. 

Najciemniejszy Rycerz miał stanąć na czele grupy szturmowej składającej się z Ciemnych 

Jedi, którzy powinni spaść z nieba jak śmiercionośne duchy i pokonać uczniów mistrza 

Skywalkera. 

Młodzieniec głęboko odetchnął, czując w chłodnym powietrzu upajającą woń smarów 

i rozpuszczalników. Słyszał dudnienie pomp tłoczących chłodziwo, pomruk uruchamianych 

silników i chrzęst pancerzy szturmowców zajmujących wyznaczone miejsca. Wszystkie 

oznaki wskazywały na to, że przygotowania dobiegły końca. Szturmowa platforma była 

gotowa do startu. 

Zekk odwrócił się w stronę swojej grupy wojowników władających Mocą. Miał na 

sobie, jak zwykle, skórzany pancerz, osłonięty czarną peleryną, której krawędzie wykończono 

szkarłatną lamówką. U pasa wisiał przypięty miecz świetlny, jakby czekał na chwilę, kiedy 

właściciel zdecyduje się nim posłużyć. Młodzieniec związał długie, czarne włosy w schludny 

koński ogon. Kiedy popatrzył na cierpliwie czekających wojowników, w jego 

szmaragdowozielonych oczach ukazały się błyski. 

- Poczujcie, jak Moc przepływa przez wasze ciała - powiedział. 

Spojrzał po kolei w oczy każdego podwładnego. Wszyscy stali na baczność, 

zacisnąwszy zęby, i tylko ogień płonący w ich oczach świadczył o tym, że rwą się do walki. 

Od dawna przygotowywali się, czekając na tę chwilę. 

Zekk gestem pokazał im unoszącą się platformę i Ciemni Jedi natychmiast wskoczyli 

jak groźna fala na pokład opancerzonego statku. 

- Musimy zaatakować akademię Jedi znienacka - odezwał się Najciemniejszy Rycerz. 

- W przeciwnym razie stracimy przewagę, jaką daje zaskoczenie. 

 

Hełm pilota myśliwca typu TIE idealnie odpowiadał kształtom jego posiwiałej głowy. 

Resztę ekwipunku stanowiła maska umożliwiająca oddychanie, ochronne gogle, czarny 

lotniczy kombinezon, wyściełane rękawice i ciężkie, podkute buty. Kiedy Qorl założył 

wszystkie części stroju, wydało mu się,  że przeniósł się w inne czasy, kiedy miał o wiele 

mniej lat... i kiedy również latał jako pilot myśliwca TIE, pełniący służbę w pierwszym 

Imperium. 

background image

Przed wielu laty jego maszyna była jednym z myśliwców należących do skrzydła, 

które wyleciało z hangarów Gwiazdy Śmierci, aby wziąć udział w walce przeciwko 

ogarniętym rozpaczą pilotom rebelianckich X-skrzydłowców. Myśliwiec Qorla został jednak 

trafiony i uszkodzony, po czym, koziołkując i zataczając kręgi, zaczął się rozpadać, ale zdołał 

wylądować w porastającej powierzchnię  Yavina  Cztery  gęstej dżungli. Kiedy ranny pilot 

wydostał się z rozbitej maszyny i skierował spojrzenie w niebo, z niedowierzaniem i 

przerażeniem stwierdził,  że niezwyciężona Gwiazda Śmierci eksploduje, skazując go na 

nędzną wegetację w dzikich ostępach leśnych niewielkiego księżyca. 

Qorl powrócił do pełni sił, ale żył jak pustelnik przez następne dwadzieścia kilka lat, 

dopóki jego kryjówki nie odnaleźli przypadkiem młodzi uczniowie Jedi... Zapoczątkowało to 

całą serię wydarzeń, które w końcu przywiodły go na łono Drugiego Imperium. 

A teraz miał wsiąść do kabiny innego myśliwca typu TIE i wystartować z pokładu 

innej bojowej stacji - po to, aby raz jeszcze zmierzyć się z siłami Rebeliantów. Tym razem 

był jednak przekonany, że Imperium nie pozwoli sobie na popełnienie jakiegoś błędu. 

Stał przed frontem pilotów swojego skrzydła, w którego skład wchodziło dwanaście 

maszyn typu TIE. Stłoczone pod ścianą ogromnego lądowiska niewielkie myśliwce miały 

wystartować w chwili, kiedy szturmowa platforma wyleci z hangaru Akademii Ciemnej 

Strony. Siwowłosy pilot odwrócił się w stronę szeregu podwładnych; spośród nich żaden 

jeszcze nie brał udziału w prawdziwej walce. Wszyscy zostali wybrani z grona najbardziej 

ambitnych młodych kandydatów, którzy szkolili się, pragnąc zostać szturmowcami. Wszyscy 

byli jednak niedoświadczonymi pilotami. Spędzili wiele godzin, ćwicząc na rozmaitych 

symulatorach, i Qorl wiedział, że palą się do walki. Z niecierpliwością oczekują chwili, kiedy 

przejdą chrzest bojowy. Stali teraz przed swoimi myśliwcami, ubrani w takie same czarne 

hełmy i kombinezony. 

Zwłaszcza jeden młodociany pilot nerwowo przestępował z nogi na nogę i raz po raz 

spoglądał na swoją maszynę. Omiatał spojrzeniem wieżyczki laserowych działek, jakby już 

teraz pragnął znaleźć się w kabinie i zrobić z nich użytek. W końcu zdjął hełm i przycisnął go 

do torsu. Qorl spojrzał na nalaną, młodą twarz pilota, mimo iż już przedtem zorientował się, 

że owym niecierpliwym młodzieńcem jest barczysty Norys, były przywódca gangu 

Zagubionych. 

- Przepraszam pana, ale mam pewną propozycję - odezwał się osiłek. - Ponieważ w 

trakcie  ćwiczeń radziłem sobie bardzo dobrze, o wiele lepiej niż pozostali kandydaci, 

pomyślałem, że może powinienem zostać mianowany dowódcą tego skrzydła myśliwców. 

Qorl zdusił w sobie gniew i odparł: 

background image

- Ja... rozumiem pobudki, jakimi się kierujesz, Norysie. Rzeczywiście, w trakcie 

wszechstronnego szkolenia, jakie przeszedłeś, zamierzając zostać najpierw szturmowcem, a 

później pilotem myśliwca typu TIE, spisywałeś się doskonale. Jesteś chętny do nauki i, jak 

przypuszczam, do służenia Drugiemu Imperium. Niestety, tym razem nie mogę spełnić twojej 

prośby. 

- Z jakiego powodu? 

Czując wyzwanie, kryjące się w tonie głosu niesfornego młodzieńca, Qorl postanowił 

odpowiedzieć krótko i rzeczowo. 

- Ponieważ Brakiss mianował mnie dowódcą tej wyprawy. Jeżeli jednak uważasz, że 

nie musisz podporządkować się temu rozkazowi... 

Wzruszył ramionami, pozwalając,  żeby wszelkie możliwe konsekwencje tego 

stwierdzenia pozostały nie dopowiedziane. 

Młodzieniec był szorstki w obejściu,  źle wychowany i tak bardzo 

niezdyscyplinowany, że gdyby nie wykazywał dużych zdolności we władaniu bronią i sztuce 

walki, Qorl z pewnością zostawiłby go na pokładzie Akademii Ciemnej Strony. Stawka w tej 

grze była zbyt wysoka, by pozwolić rwącemu się do walki osiłkowi wszystko spartaczyć. 

Norys się zarumienił. 

- Wydaje mi się, że strach cię oblatuje, staruszku - powiedział. - Jesteś stary i od wielu 

lat nie siedziałeś za sterami prawdziwego myśliwca. Zamierzasz dowodzić tym skrzydłem w 

taki sposób, żebyśmy trzymali się z daleka od pola walki. Chcesz w ten sposób 

usprawiedliwić własny brak odwagi. 

- To byłoby wszystko, pilocie - odezwał się spokojnie Qorl, ale w jego cichym głosie 

kryła się taka siła,  że chyba powietrze zaskwierczało od nagromadzonej w nim energii. - 

Pozwalam ci dokonać wyboru. Jeżeli powiesz choćby słowo, pozostawię cię na tym 

lądowisku, a jeżeli udowodnisz, że umiesz trzymać język za zębami, pozwolę ci walczyć ku 

większej chwale twojego Imperatora. 

W tej chwili Qorl naprawdę nie dbał o to, co postanowi zrobić krzepki młodzik. Z 

przyjemnością dowodziłby nieco mniejszym skrzydłem, byle tylko mieć pewność, że wszyscy 

piloci zechcą słuchać jego rozkazów. 

Pieniąc się w bezsilnej złości, Norys uczynił wysiłek, by nie odpowiedzieć. Uniósł 

hełm i z wściekłością wcisnął na głowę. 

Stary pilot odezwał się znów, tym razem raczej pragnąc rozładować napięcie niż z 

jakiegokolwiek innego powodu: 

- Odnieśliśmy sukces, gdyż udało się nam zakłócić wszystkie sygnały, wysyłane z 

background image

ośrodka  łączności akademii Jedi. Nasi wrogowie nie mogą więc liczyć na to, że z pomocą 

przybędą jakiekolwiek posiłki. A ponieważ ci głupi rycerze Jedi nie widzą na orbicie żadnych 

wojennych okrętów, musieli dojść do przekonania, że do odparcia ataku wystarczy ich 

mizerne siłowe pole i wiara we własne umiejętności. 

Systemy  śledzące, jakimi dysponujemy, wskazują,  że atak pierwszego oddziału 

imperialnych komandosów zakończył się powodzeniem, dzięki czemu siłowe pole przestało 

funkcjonować. Akademia Jedi, pozbawiona energetycznej osłony, jest teraz zdana na naszą 

łaskę i niełaskę. 

Kiedy Tamith Kai wystartuje na pokładzie bojowej platformy, by dowodzić oddziałem 

żołnierzy biorących udział w akcji, Zekk i grupa jego Ciemnych Jedi zaczną toczyć pojedynki 

z rycerzami, wyszkolonymi przez Skywalkera. W tym czasie myśliwce, tworzące to skrzydło, 

rozpoczną  nękanie akademii Jedi atakami z powietrza. Mimo iż naszym celem jest 

wyrządzenie jak największych szkód, powinniśmy jedynie wspierać siły lądowe Imperium, a 

nie brać udziału w bezpośredniej walce. Czy to zrozumiałe? 

Piloci mruknęli na znak, że rozumieją zadanie. Qorl nie był jednak pewien, czy do 

chóru pomruków przyłączył się głos Norysa. 

- To bardzo dobrze - powiedział. - W takim razie... Do maszyn! 

Piloci wskoczyli do kabin. Qorl poszedł w ich ślady i po chwili siedział za pulpitem 

sterowniczym swojego myśliwca typu TIE, który miał lecieć na czele całego skrzydła. 

Wciągnął głęboki haust powietrza, które przedostawało się przez otwory w filtracyjnej masce. 

Mimo to poczuł dobrze znaną, rozkoszną woń odczynników chemicznych, umieszczonych we 

wnętrzach pochłaniaczy. 

Uśmiechnął się do swoich myśli. Czuł się doskonale, mogąc jeszcze raz zasiąść za 

sterami maszyny i polecieć w przestworza. 

 

Nie odchodząc od urządzeń sterowniczych taktycznej bojowej platformy, Tamith Kai 

zawołała: 

- Startujemy! I zanim ten dzień dobiegnie końca, powrócimy jako zwycięzcy! 

Ogromne wrota hangaru gwiezdnej stacji się otworzyły, ukazując mroki przestworzy i 

niewielki szmaragdowy księżyc. Majaczył za nim gigantyczny pomarańczowy kocioł 

kipiących gazów, tworzących planetę Yavin. Niewielki księżyc, widziany na tle panoramy 

wszechświata, wyglądał niepozornie, ale to właśnie on był najważniejszym celem ataku 

szturmowców Akademii Ciemnej Strony. Wkrótce na j ego powierzchni miała rozegrać się 

bitwa, która z pewnością zakończy się zwycięstwem sił Drugiego Imperium. 

background image

Tamith Kai wydała odpowiedni rozkaz. Natychmiast silniki repulsorów zagrały pełną 

mocą i bojowa platforma zaczęła oddalać się od gwiezdnej stacji. Wojskowa jednostka miała 

kształt wielkiej, płaskiej i zaokrąglonej na rogach dwupoziomowej barki. Ponad wyższy 

poziom wystawała mieszcząca stanowisko dowodzenia nadbudówka, która miała zostać 

rozhermetyzowana i otworzona, kiedy statek znajdzie się w atmosferze. Na górnym poziomie 

czekali szturmowcy i żołnierze stanowiący grupę operacyjną. Dolny zajmował Zekk z 

oddziałem Ciemnych Jedi, czekających obok opancerzonej klapy zapadni na właściwą chwilę. 

Pokonując odległość dzielącą  ją od celu, szturmowa platforma szybowała w 

przestworzach. Przygotowywała się do pogrążenia w otaczających zielony księżyc, cienkich 

jak paznokieć warstwach atmosfery. Niecierpliwie licząc upływające minuty, Zekk 

przechadzał się tam i z powrotem po dolnym pokładzie. Wyglądając przez iluminator, 

zauważył, że przypominająca kolczasty pierścień imperialna placówka, zajmująca dotychczas 

całą wolną przestrzeń, coraz szybciej maleje, w miarę jak platforma przyspiesza, kierując się 

ku Yavinowi Cztery. 

- Plecaki gotowe? - zapytał, zwracając się w stronę podwładnych. 

Sprawdził  własny ekwipunek, przytroczony do pleców pasami krzyżującymi się na 

piersiach i na plecach. Sam plecak skrywała czarna peleryna, której szkarłatna lamówka 

błysnęła, kiedy się obrócił. Członkowie oddziału Ciemnych Jedi zaczęli sprawdzać wiszące u 

pasów identyczne świetlne miecze, sporządzone w warsztatach Akademii Ciemnej Strony. 

Wszyscy zwrócili uwagę także na mocowanie przytroczonych do pleców pojemników, 

kryjących indywidualne repulsory. Jeden po drugim meldowali gotowość do walki. 

Kiedy bojowa platforma zagłębiła się w górne warstwy atmosfery, w widocznych za 

iluminatorami mrokach przestworzy pojawiły się pierwsze nieśmiałe pasma białej mgiełki. 

Zekk wyczuwał jednak coraz silniejszy opór, wywołany tarciem ochronnego pancerza o 

cząsteczki atmosfery. 

W miarę jak kadłub imperialnej barki zaczynał się nagrzewać, młodzieniec odnosił 

wrażenie,  że słyszy  świst powietrza rozcinanego przez platformę. Mimo to Tamith Kai 

pilotowała ją, jak osoba doświadczona, pewną  ręką. Ani przez chwilę się nie wahając, 

zmierzała prosto do wytkniętego celu. 

Nagle w odbiorniku interkomu rozległ się głęboki, chrapliwy głos Siostry Nocy: 

- Niedługo osiągniemy odpowiednią wysokość i znajdziemy się bezpośrednio nad 

celem. Zekku, przygotuj do skoku swoich Ciemnych Jedi. Klapa zapadni otworzy się 

dokładnie za standardową minutę. 

Zekk klasnął w chronione rękawicami dłonie, nakazując członkom grupy, żeby 

background image

ustawili się w dwuszeregu. 

- Silniki repulsorowe pomogą wam utrzymać siew powietrzu - powiedział - ale 

posługujcie się Mocą, żeby panować nad szybkością opadania i kierunkiem lotu. Pamiętajcie 

o tym, że musimy zadać bezpośredni cios. Tam, w dole, czekają wasi zawzięci wrogowie - 

rycerze Jedi, wyszkoleni przez mistrza Skywalkera. Od tego, czy w dzisiejszej walce 

odniesiecie zwycięstwo, zależy los całej galaktyki. 

Zekk skierował przenikliwe spojrzenie po kolei na każdego z podopiecznych, jakby 

pragnął w ten sposób przekazać wszystkim chociaż cząstkę  własnego zdecydowania. Był 

pewien,  że wszyscy są dzielnymi wojownikami, i pamiętał o tym, że przysięgali, iż nie 

spoczną, dopóki nie zwyciężą. 

Mimo to Najciemniejszy Rycerz nie zdołał jeszcze uporać się z burzą, szalejącą w 

jego piersi. W skrytości ducha nie wątpił,  że niejasne podejrzenia Tamith Kai co do jego 

lojalności nie są całkowicie bezzasadne. Rzeczywiście, z rozrzewnieniem wspominał 

serdeczną przyjaźń, jaką darzył kiedyś dobrą koleżankę Jainę Solo i jej brata Jacena. 

Pamiętał,  że kiedy przebywał w gęstwinach dżungli Kashyyyku, ostrzegł Jainę, aby 

trzymała się jak najdalej od akademii Jedi. Nie chciał,  żeby dziewczyna uczestniczyła w 

walce, jaka wkrótce miała się rozpocząć. Nie chciał,  żeby koleżance przydarzyło się coś 

złego. 

Wiedział jednak z taką samą pewnością, że Jaina Solo, którą znał i na której mu tak 

zależało, nigdy nie cofnie się przed walką, aby ocalić własne życie, podobnie jak nigdy nie 

opuści przyjaciół, znajdujących się w niebezpieczeństwie. Wzdrygnął się na myśl o tym, że 

może właśnie w tej chwili Jaina przebywa gdzieś na terenie akademii Jedi, gotowa stanąć do 

walki z nim, Zekkiem. 

Kiedy usłyszał szczęk zwalnianego zamka, był wdzięczny losowi za to, że nie musi 

dłużej zastanawiać się nad tym problemem. Klapa zapadni odchyliła się z głośnym 

skrzypnięciem. Pod stopami oddziału Ciemnych Jedi ukazała się przypominająca rozchylone 

bezzębne usta wąska świetlista szczelina, która po chwili zamieniła się w jasny kwadrat. W 

otworze majaczyły wierzchołki ogromnych drzew. Spomiędzy nich sterczały kamienne wieże 

prastarych świątyń, wzniesionych przed tysiącami lat przez tajemniczych Massassów. 

- No, dobrze, moi Ciemni Jedi! - zawołał Zekk, starając się przekrzyczeć  świst 

wichury. -Nadeszła nasza godzina. Skaczemy! 

Postanowił udowodnić,  że dowódca się nie boi, i wyskoczył pierwszy. Szybując, 

włączył silnik repulsorowego plecaka, po czym koziołkując w powietrzu, skierował się w 

stronę bezbronnej akademii Jedi. 

background image

Naśladując Najciemniejszego Rycerza, wszyscy Ciemni Jedi podążyli w jego ślady. 

Jeden po drugim odrywali się od platformy i szybowali w powietrzu niczym niosące śmierć 

drapieżne ptaki. 

Tymczasem Zekk wyrównał lot i wysunął energetyczną klingę  świetlnego miecza, a 

później wyciągnął  ją przed siebie w taki sposób, że przypominała płonące ramię 

drogowskazu. Kiedy obejrzał się za siebie, zobaczył,  że pozostali członkowie jego 

szturmowego oddziału, naśladując we wszystkim dowódcę, również wyciągnęli  świetliste 

ostrza. Lecieli za nim, a wiatr rozwiewał fałdy ich czarnych peleryn. 

Ciemni Jedi zaczęli opadać z nieba niczym krople upiornego deszczu. 

background image

ROZDZIAŁ 6 

 

Świdrujący w uszach skowyt bliźniaczych silników jonowych zakłócił względną 

ciszę, panującą w wielkiej sali audiencyjnej świątyni. Tenel Ka zareagowała odruchowo, 

jeszcze zanim uświadomiła sobie, co może być  źródłem dźwięku. Podbiegła i kucnęła przy 

najbliższej szczelinie, wyciętej w kamiennym murze i pełniącej funkcję okna. Po chwili za jej 

plecami znaleźli się Jacen, Jaina i Lowbacca. Przez szczelinę było widać nurkujące myśliwce 

typu TIE, kierujące się prosto ku akademii Jedi! 

- Mistrzu Skywalkerze, jesteśmy atakowani! - krzyknęła młoda wojowniczka z 

Dathomiry. 

Luke podniósł  głos, pragnąc, by usłyszeli go wszyscy uczniowie przebywający w 

wielkiej komnacie. 

- Uwaga! Powinniście pozostać w dżungli, dopóki bitwa nie dobiegnie końca. 

Walczcie tak, jak pozwalają na to wasze talenty i możliwości. Pamiętajcie o tym, co 

ćwiczyliście i czego się nauczyliście... I niech Moc będzie z wami. 

Jego słowa raz po raz przerywał  głuchy odgłos eksplozji. W pewnej chwili w 

ogromnym pomieszczeniu rozległ się głośny huk, podobny do ogłuszającego trzasku. Okazało 

się, że w ziemię u podnóża świątyni trafiła jakaś bomba protonowa i spowodowała powstanie 

głębokiego krateru w glebie, tuż obok wielkiej piramidy. 

Tenel Ka odwróciła się, ale nie odeszła od szczeliny w murze, obok której stała. 

Przyglądając się pozostałym uczniom Jedi, stwierdziła,  że ich reakcja na słowa i polecenia 

mistrza Skywalkera jest doprawdy godna pochwały. Kilkoro zaskoczonych kandydatów 

zachłysnęło się powietrzem. Dziewczyna wyczuła płynącą od nich falę sprzecznych emocji. 

Dominowały pośród nich nerwowe oczekiwanie, tęsknota za rodzinnym światem, wiara w 

potęgę Mocy i trwoga na myśl o tym, że może będą musieli odebrać komuś  życie. 

Wojowniczka nie wyczuwała jednak ani śladu niepewności, paniki czy zamiaru wypierania 

się własnej tożsamości. 

Nie czekając na dalsze wskazówki, uczniowie Jedi, jeden po drugim, zaczęli 

wychodzić z wielkiej sali. Luke Skywalker pospieszył do okna, przy którym stała Tenel Ka z 

przyjaciółmi, po czym gestem nakazał Peckhumowi, by się do nich przyłączył. Stary pilot 

zanurkował, kiedy po kolejnym trafieniu posypały się na jego posiwiałą głowę drobiny kurzu 

i okruchy kamieni, odrywające się od sklepienia. 

Mistrz Jedi natychmiast zaczął wydawać polecenia. Tenel Ka nie mogła wyjść z 

background image

podziwu, ujrzawszy, że zachował spokój pomimo panującego zamieszania. 

- Jacenie, weź  „Ścigacz Cieni” i poleć na orbitę. Jeżeli uda ci się przedostać przez 

strefę zakłócającą nasze sygnały, wyślij mamie wiadomość,  że jesteśmy atakowani. Artoo-

Detoo powinien w tej chwili znajdować się w hangarze, na lądowisku w pobliżu statku. 

Nigdzie nie znajdziesz lepszego drugiego pilota. 

Jaina, która uwielbiała latać statkami, właśnie zamierzała zaprotestować, kiedy wujek 

Luke nagle odwrócił się w jej stronę. 

- Chciałbym, Jaino, żebyś przeprawiła się na drugi brzeg rzeki i sprawdziła, czy nie 

uda ci się naprawić uszkodzonych generatorów. Przekonaj się, czy zdołasz ponownie włączyć 

energetyczne pole. Lowie, ty i Tenel Ka... 

Z przyczepionego do pasa Luke’a miniaturowego komunikatora rozległ się pisk, 

świadczący o pojawieniu się bardzo ważnej informacji. 

Kolejny potężny wybuch wstrząsnął murami wielkiej świątyni. Tym razem eksplozja 

musiała mieć miejsce bliżej niż poprzednie. Zaledwie Luke zdążył włączyć urządzenie, kiedy 

w głośniku rozległa się  długa seria pełnych podniecenia elektronicznych pisków i 

świergotów. 

- Co się stało, Artoo? - zapytał Skywalker. - Uspokój się i powiedz, o co chodzi. 

- Jeżeli wolno, panie Skywalkerze - odezwał się Em Teedee - zdołałem rozszyfrować 

słowa pańskiego astronawigacyjnego robota, dzięki czemu mogę teraz służyć tłumaczeniem. 

Jak pan zapewne wie, potrafię płynnie posługiwać się ponad sześcioma formami komunik... 

- Dziękuję ci, Em Teedee - odparł Luke Skywalker, przerywając paplaninę 

miniaturowego androida. - Będę wdzięczny, jeżeli zechcesz mi pomóc. 

- Artoo-Detoo melduje... o rety!... że jakaś bomba eksplodowała tuż przed wrotami 

hangaru. Płyty zostały zasypane przez lawinę odłamków kamieni. Żaden statek nie zdoła teraz 

wlecieć ani wylecieć. Oznacza to, że „Ścigacz Cieni” jest uwięziony w hangarze! 

- Hej! - zawołał Jacen po chwili, którą poświęcił na zastanawianie się nad sytuacją. - 

Peckhumie, a co z „Piorunochronem”? Nie został wprowadzony do hangaru. 

Tenel Ka poczuła,  że jej czoło przecięła głęboka zmarszczka. Jakoś nie potrafiła 

wyobrazić sobie Jacena, lecącego rozklekotanym, pokiereszowanym towarowym 

transportowcem i toczącego walkę ze znacznie szybszymi i zwrotniejszymi imperialnymi 

myśliwcami. 

- „Piorunochron” nie ma kwantowego pancerza, jakim pokryty jest kadłub „Ścigacza 

Cieni” - przypomniał Skywalker. 

- To zbyt niebezpieczne - dodała Jaina. 

background image

- Wszyscy narażamy się tu na niebezpieczeństwa - odparł Jacen półgłosem, ale bardzo 

stanowczo. - A musimy znaleźć jakiś sposób, żeby przesłać tę wiadomość. 

- Czemu nie, to mogłoby się udać - poparł go stary pilot. - Przed wielu laty nauczyłem 

się wykonywać kilka doskonałych uników. Przypuszczam, że wystarczą,  żebyśmy dolecieli 

na orbitę i nie dali się trafić. 

W tej samej chwili Lowbacca ostrzegawczo zawył i wyciągnął rękę, pokazując coś, co 

zobaczył za wąskim oknem. W oddali wisiała nad dżunglą  złowieszczo wyglądająca 

konstrukcja, podobna do najeżonej lufami laserowych dział taktycznej platformy. Wyglądała 

jak śmiercionośna tratwa, obsadzona przez oddziały imperialnych żołnierzy. 

Tenel Ka poczuła nagle, że przenikają znajome uczucie. 

- Przyleciała Tamith Kai - rzekła. - Wyraźnie wyczuwam jej obecność. 

- Wygląda na to, że przebywa na pokładzie tej platformy i dowodzi stamtąd ruchami 

naziemnych oddziałów szturmowych -stwierdził Luke. 

- A zatem musimy unieszkodliwić  tę platformę - odparła bez chwili wahania 

wojowniczka z Dathomiry. - Zgłaszam się na ochotnika. Chcę stoczyć pojedynek z tą Siostrą 

Nocy. 

Młody Wookie warknął, pragnąc podzielić się ze wszystkimi pewną informacją. 

- Pan Lowbacca chciałby przypomnieć, że jego mały skoczek typu T-23 znajduje się 

nadal na skraju polany stanowiącej lądowisko - przetłumaczył usłużnie Em Teedee. - Gdyby 

otrzymał zgodę na posłużenie się skoczkiem, on i pani Tenel Ka mogliby znaleźć się w 

pobliżu platformy w ciągu kilku minut. 

Luke kiwnął głową. 

- A zatem wszyscy mamy do wykonania jakieś zadania -powiedział. - Ja przeszukam 

pomieszczenia akademii Jedi, by upewnić się,  że nie pozostał w nich żaden uczeń. Później 

spotkamy się w dżungli; tam, gdzie się umówiliśmy. 

Schodząc szybko po wewnętrznych schodach wielkiej świątyni, Tenel Ka czuła, że jej 

myśli wybiegaj ą w przyszłość i skupiają się wokół czekającej ją walki. W żyłach dziewczyny 

płynęła krew, wzbogacona dodatkową porcją adrenaliny, dzięki czemu myśli wojowniczki 

gnały jak nigdy przedtem. Tenel Ka od najmłodszych lat była wychowywana i kształcona w 

taki sposób, żeby wyrosła na dzielną wojowniczkę. 

I chociaż posługiwanie się tylko jedną ręką stanowiło dla niej jeszcze jedno wyzwanie, 

dziewczyna nie czuła ani strachu, ani przesadnej pewności siebie. Była po prostu gotowa 

stanąć do tej walki. Wiedziała,  że rycerz Jedi musi być zawsze gotów. Mistrz Skywalker i 

Tionna także zadbali o to, aby rozwijała swoje umiejętności. Tenel Ka miała swój świetlny 

background image

miecz i potrafiła posługiwać się Mocą. Była przekonana, że jedno i drugie wystarczy, żeby 

zwyciężyć w walce z każdym przeciwnikiem. 

Kiedy wszyscy wybiegli na polanę pełniącą funkcję lądowiska, Jaina odłączyła się od 

reszty grupy. Wskoczyła w nurty rzeki i zaczęła płynąć na drugi brzeg, kierując się ku 

uszkodzonym generatorom ochronnego pola. Tenel Ka ze zdziwieniem stwierdziła, że stary 

Peckhum dotrzymuje kroku Jacenowi, biegnącemu przez polanę w stronę pokiereszowanego 

towarowego transportowca. 

Tenel Ka i Lowbacca musieli uskakiwać przed świetlistymi sztychami laserowych 

błyskawic, jakie raz po raz wyskakiwały z luf działek myśliwców TIE. Mimo to wspięli się do 

kabiny skoczka typu T-23 niemal w tej samej chwili, kiedy siwowłosy pilot i Jacen wpadli na 

pokład „Piorunochronu”. 

Przyglądając się, jak chłopiec wbiega po rampie i znika w otworze włazu statku 

Peckhuma, Tenel Ka poczuła w sercu ukłucie, którego nie potrafiłaby wytłumaczyć, nawet 

przed sobą. Zauważyła jednak, że Jacen pojawił się znów w otworze. Przez sekundę spoglądał 

na nią z poważnym wyrazem twarzy, a później wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. 

- Kiedy wrócę, opowiem ci nowy dowcip! - zawołał chcąc, by go usłyszała. - Tym 

razem naprawdę śmieszny. 

Potem znów zniknął w mrocznym prostokącie włazu. 

Słysząc,  że Lowie uruchamia silniki repulsorowe skoczka, Tenel Ka odpowiedziała, 

chociaż była pewna, że chłopiec nie może jej usłyszeć: 

- Tak, mój przyjacielu Jacenie, bardzo chętnie wysłucham twojego dowcipu. Kiedy 

wszyscy powrócimy. 

background image

ROZDZIAŁ 7 

 

Silniki „Piorunochronu” zaskowyczały i statek, pokonując siłę przyciągania, oderwał 

się od lądowiska. W chwilę później pokiereszowany kadłub wzdrygnął się, jakby przeniknięty 

lodowatym dreszczem. W głowie Jacena natychmiast rozdźwięczały się sygnały alarmowe. 

- Zostaliśmy trafieni! - zawołał, nawet nie zadając sobie trudu sprawdzenia wskazań 

mierników. 

- Nie-e - odparł spokojnie stary Peckhum. - „Piorunochron” zachowuje się tak zawsze, 

od czasu, kiedy wyłączyłem ogranicznik dopływu energii do rufowych repulsorów. Możliwe, 

że któregoś dnia ponownie rzucę okiem na to urządzenie. 

Chłopiec stwierdził, że węzeł, jaki pod wpływem paniki zasupłał się w j ego żołądku, 

stopniowo przestał się zaciskać... ale tylko do pewnego stopnia. 

- Może Jaina pomoże panu naprawić je trochę później - odezwał się po chwili. 

Powietrze za iluminatorem przecięła jaskrawa błyskawica i w następnej sekundzie, 

głośno wyjąc, śmignął jakiś myśliwiec typu TIE nurkujący w stronę akademii Jedi. 

- Hej, przeleciał bardzo blisko! - zauważył chłopiec. 

- Zbyt blisko - zgodził się z nim siwowłosy pilot. - A teraz trzymaj się, młody Solo. Za 

chwilę zaczniemy robić uniki. 

 

Lowie skupił swą uwagę na pilotowaniu skoczka typu T-23 w taki sposób, by 

maszyna przez cały czas znajdowała się pod osłoną. Przez umieszczone w dolnej części 

kadłuba szyby widział innych uczniów Jedi, starających się ukryć w dżungli. Wszyscy biegli 

zygzakami, usiłując nie dać się trafić przez laserowe błyskawice, jakimi raziły polanę 

imperialne myśliwce. Kiedy rycerze Jedi zaczęli znikać w lesie, młody Wookie szarpnął 

dźwignię i poderwał maszynę. 

Gęstwina splecionych gałęzi porośniętych prawdziwym gąszczem liści zawsze 

kojarzyła mu się z bezpieczeństwem i spokojem. Lowbacca bardzo chciałby spędzić chociaż 

kilka takich spokojnych chwil, siedząc i medytując na wierzchołku jakiegoś drzewa. Na 

najwyższych poziomach nie czekały jednak na niego i Tenel Ka ani bezpieczeństwo, ani 

spokój. A przynajmniej nie w tej chwili. 

Lowie zacisnął  dłonie na rękojeściach dźwigni sterowniczych i leciał zygzakami, 

starając się prześlizgiwać między konarami i pniami gigantycznych drzew. Spodziewał się, że 

w ten sposób zgubi prześladowców, którzy mogli puścić się w pogoń za małym skoczkiem. 

background image

Wiedział,  że tym razem niebezpieczeństwo grozi z góry, gdzie krążyły nieprzyjacielskie 

myśliwce TIE, a więc nie mógł lecieć ponad baldachimem liści. Liczył na to, że pozostanie 

nie zauważony, jeżeli będzie nadal przemykał między drzewami. 

Nagle tuż obok kadłuba skoczka błysnęła jakaś ognista nitka. Wbiła się w miękką 

glebę i zwęgliła kilka zeschłych liści, z których uniósł się obłoczek dymu. 

- Pozwól, żeby ruchami twoich dłoni kierowała Moc, Lowbacco, mój przyjacielu - 

odezwała się Tenel Ka, siedząca na ustawionym nieco z tyłu fotelu dla pasażera. 

W odpowiedzi Lowie wymruczał coś na znak, że się zgadza, a później, pragnąc się 

odprężyć, nabrał  głęboki haust powietrza. Leciał dalej, ale odtąd pozwalał,  żeby Moc 

decydowała o tym, kiedy powinien wykonać unik albo skręcić. Kierował maszynę w stronę 

leniwie toczącej zielonkawobrązowe wody rzeki, za którą on i Tenel Ka widzieli złowieszczą 

szturmową platformę Siostry Nocy. Mimo iż dzieliło ich od niej prawie pół kilometra, oboje 

młodzi rycerze Jedi widzieli sztychy laserowych strzałów, które raz po raz wyskakiwały z luf 

działek opancerzonej jednostki i spopielały drzewa porastające brzegi rzeki. 

Nagle zdumiona Tenel Ka zawołała: 

- Popatrz! O, tam! 

Z nieba zaczęły opadać jakieś dziwne obiekty. Były podobne do drapieżnych ptaków, 

ale miały ludzkie kształty. Dopiero po kilku chwilach młoda wojowniczka uświadomiła sobie, 

że spogląda na rozpraszającą się w locie grupę Ciemnych Jedi. Wojownicy ciemnej strony 

zapalili  świetlne miecze i kontrolowali kierunek lotu za pomocą ukrytych w plecakach 

indywidualnych silników repulsorowych. 

W tej samej chwili, kiedy uwagę Lowbaccy zaprzątnęło obserwowanie lecących 

napastników, w kabinie rozległ się brzęczyk czujnika zbliżeniowego, a w kadłub trafiła 

laserowa błyskawica wystrzelona z pokładu przelatującego myśliwca TIE. Z rufowych 

silników skoczka typu T-23 strzeliła fontanna iskier, a po sekundzie zaczęły się z nich 

wydobywać  kłęby dymu. Kadłub małej maszyny przebiegło dziwne drżenie, po którym 

skoczek zboczył z kursu. W następnej chwili rozległ się głośny trzask rozdzieranego metalu i 

oderwała się jedna płetwa umożliwiająca sterowanie. 

- O rety - rozległo się kwilenie miniaturowego androida-tłumacza. - Nie mogę na to 

patrzeć. 

Lowie zareagował dzięki odruchom, wyszkolonym w trakcie wykonywania ćwiczeń 

Jedi. Nie przestawał zmagać się ze sterami. Pomagając sobie Mocą, przebierał po pulpicie 

sterowniczym zakończonymi ostrymi pazurami palcami jednej dłoni, a drugą pociągał raz za 

tę, a raz za inną dźwignię. Powoli wnętrze kabiny wypełniało się gryzącym dymem. Silniki 

background image

skoczka krztusiły się i przerywały. Niezupełnie uświadamiając sobie, jak to zrobił, Lowie 

odciął dopływ energii do silników rufowych i wykorzystał resztkę siły ciągu, by poderwać 

maszynę nad baldachim liści. Później skierował  ją w stronę grupy rosnących obok siebie 

drzew i postanowił obniżyć wysokość lotu. Przesłał energię do repulsorów i pozwolił, żeby 

jeszcze przez chwilę pracowały, licząc na to, że zwolnią szybkość opadania. Miał nadzieję, że 

to wystarczy. 

Rozległ się głośny trzask i skoczek typu T-23 bezwładnie runął w gęstwinę splątanych 

gałęzi i konarów. 

 

Każdy haust wdychanego powietrza sprawiał,  że Tenel Ka czuła w płucach  żywy 

ogień. Dziewczyna słyszała dolatujące z bliska jęki i warknięcia Wookiego, ale nie potrafiła 

zrozumieć ani słowa. Niczego nie widziała. 

- Pani Tenel Ka! - Przez mgiełkę oszołomienia przedarł się donośny, piskliwy 

syntetyzowany głosik miniaturowego androida. - Pan Lowbacca usilnie nalega, żeby 

zechciała pani pospieszyć z pomocą! 

Wojowniczka spróbowała się rozejrzeć. Otworzyła oczy, ale widziała tylko wirujące 

różnobarwne plamy, składające się na przemian ze światła i cienia. Szybko zmieniające się 

kształty sprawiały ból jej oczom, więc dziewczyna po chwili je zamknęła. 

Nagle tuż obok jej ucha rozległ się tak głośny pisk, że zapewne mógłby wyrwać 

mistrza Jedi z kojącego transu. 

- Och, niech licho porwie moje ospałe procesory! Spóźniłem się. Ona nie żyje. 

Lowbacca zaryczał  głośno na znak, że nie podziela tej opinii. W tej samej chwili 

Tenel Ka poczuła, że coś wyciągnęło się i szturchnęło ją pod żebro. 

- Nie - zaskrzeczała, z wysiłkiem wymawiając słowa. - Jeszcze żyję. 

Lowbacca wydał kilka urywanych szczęknięć i tym razem dziewczyna zrozumiała od 

razu, o co chodzi. Zareagowała, nie czekając, aż usłyszy tłumaczenie Em Teedee: 

- Pan Lowbacca prosi, żeby użyła pani całej siły i wypchnęła owiewkę, równocześnie 

kierując tę siłę w stroną bakburty... wie pani, to znaczy w lewo. 

Tenel Ka wiedziała. Wyciągnęła rękę i pchnęła, a później uczyniła to samo jeszcze 

kilka razy. Mimo iż się krztusiła, nie mogąc oddychać powietrzem przesyconym kłębami 

gryzącego dymu, starała się zachować spokój i pozwalała, by przepływała przez nią energia 

Mocy. 

Miała zamknięte powieki, ale zorientowała się, że z czujników optycznych Em Teedee 

strzeliły nagle snopy jaskrawożółtego światła. Dzięki nim w kabinie małego skoczka stało się 

background image

trochę jaśniej. 

- Wygląda na to - ciągnął tymczasem miniaturowy android - że owiewka śmigacza 

zaklinowała się pomiędzy konarem a pniem drzewa. Och, jesteśmy zgubieni! 

W tej samej chwili jednak, kiedy Em Teedee skończył biadolić, coś trzasnęło i 

owiewka kabiny odskoczyła. Tenel Ka i Lowbacca wyplątali się z ochronnych sieci, a później 

wygramolili się z kabiny. Kiedy łapczywie zachłystując się powietrzem i czekając, aż oczy 

przyzwyczają się do blasku, oddalali się od płonącej maszyny, wojowniczka z Dathomiry 

odruchowo sięgnęła do pasa, by upewnić się,  że rękojeść  świetlnego miecza jest na swoim 

miejscu. Nadal była. 

- O rety! - zabrzmiał piskliwy, metaliczny okrzyk androida. - Teraz 

najprawdopodobniej zabłądzimy w tej dżungli i zostaniemy pochwyceni przez 

wełnolamandry. Proszę zachować najwyższą ostrożność, panie Lowbacco. Na myśl o tym, co 

zrobiłbym, gdybym musiał ponownie przeżywać takie straszne chwile, ogarnia mnie 

przerażenie. 

Stojąc na konarze obok Tenel Ka i usiłując utrzymać równowagę, Lowbacca odwrócił 

się, by popatrzeć na uszkodzony gwiezdny skoczek typu T-23. Z gardła młodego Wookiego 

wydobył się przeciągły,  żałosny jęk. Wojowniczka rozumiała jednak, że jej przyjaciel 

rozpacza nie z powodu żyjących w dżungli stworzeń, które mogły ucierpieć podczas 

katastrofy, ale z powodu straty ukochanej maszyny. 

Tenel Ka dobrze uświadamiała sobie, co oznacza dla niego ta strata. Wyciągnęła 

jedyną  rękę, na chwilę dotknęła ramienia Wookiego i pozwoliła,  żeby przepływająca przez 

oboje Moc przyniosła mu chociaż trochę ukojenia. Później młodzi Jedi odwrócili się, aby 

sprawdzić, co stało się z celem ich wyprawy: gigantyczną bojową platformą, dowodzoną 

przez złowieszczą Siostrę Nocy. 

Z prawdziwą ulgą Tenel Ka stwierdziła, że Lowiemu udało się wylądować w gąszczu 

gałęzi w odległości zaledwie dwustu metrów od miejsca, gdzie nad konarami drzew 

Massassów unosiła się imperialna barka. Zanim jednak zdążyła powiedzieć choć  słowo, jej 

przyjaciel Wookie ostrzegawczo szczeknął i pokazał na dół, na znak, że powinni się ukryć. 

Młoda wojowniczka natychmiast zorientowała się, o co chodzi, i zanurkowała między 

gałęzie i liście, by się przyczaić. Jeżeli ona i Lowbacca widzieli gigantyczne szturmowe 

urządzenie Akademii Ciemnej Strony, mogli sami zostać zauważeni. Musieli zatem podejść 

do platformy, przeskakując po gałęziach niższych pięter, porośniętych zielonymi, 

szeleszczącymi liśćmi. Musieli postępować jak nurkowie, którym często zdarza się  płynąć 

pod powierzchnią wody. 

background image

Dysponując tylko jedną  ręką, która pozwalała chwytać gałęzie i utrzymywać 

równowagę, Tenel Ka pomagała sobie Mocą, jeżeli chciała, by po wykonaniu następnego 

skoku jej stopy bezpiecznie lądowały na śliskim konarze. Z wdzięcznością przyjmowała także 

pomoc ze strony Lowiego, który proponował wsparcie, ilekroć skakali po próchniejących 

gałęziach albo pokonywali większe odległości. 

Tenel Ka nie wiedziała, dlaczego, ale coś zmuszało ją do mówienia. Możliwe, że był 

to bezgraniczny smutek, jaki zaczynał ogarniać jej przyjaciela Wookiego. 

- Przekonasz się, że spędzimy razem jeszcze wiele radosnych chwil, naprawiając twój 

skoczek - powiedziała, zamierzając pocieszyć przyjaciela. - Ty, Jacen, Jaina i ja. Kiedy ta 

bitwa dobiegnie końca. 

Lowie przystanął. Przez chwilę mierzył dziewczynę kpiącym spojrzeniem, a później 

zaczął sapać, co u Wookiech jest odpowiednikiem śmiechu. Wydał całą serię szczęknięć, 

natychmiast przetłumaczonych przez Em Teedee: 

- Pan Lowbacca oświadcza,  że pan Jacen z pewnością się ucieszy, mając tak duże 

grono wdzięcznych słuchaczy, które będzie mógł zabawiać opowiadaniem dowcipów. 

Tenel Ka miała wrażenie,  że na myśl o tym i jej nastrój uległ wyraźnej poprawie. 

Mogła dzięki temu szybciej i pewniej przeskakiwać z gałęzi na gałąź. Uznała jednak, że 

powinna skupić całą uwagę na osiągnięciu zamierzonego celu, jakim było pokonanie 

Drugiego Imperium. Raz na zawsze. 

Nagle poczuła, że w górę jej kręgosłupa powędrowały zimne ciarki. 

- Stop! - rozkazała. 

Nisko nad baldachimem liści  śmignął myśliwiec typu TIE. Po zielonej powierzchni 

leśnego oceanu przemknęły fale, wzbudzone przez strumień gorących gazów wydechowych. 

Zapewne pilot imperialnej maszyny leciał, aby rzucić okiem na płonący wrak gwiezdnego 

skoczka. Lowbacca warknął, ale Tenel Ka chwyciła go za kosmatą  rękę, by przyjaciel, 

kierując się impulsem chwili, nie uczynił czegoś nierozważnego. Tymczasem skowyczący 

myśliwiec zatoczył ciasny krąg nad szczątkami, jakby pilot zamierzał się upewnić, że nikt nie 

przeżył katastrofy. Młoda wojowniczka w skrytości ducha liczyła na to, że lotnik nie zechce 

dokończyć dzieła zniszczenia i nie pośle laserowych błyskawic w unieruchomiony kadłub. 

Wiedziała,  że wówczas maszyna zamieniłaby się w bezkształtną masę stopionych 

metalowych płyt i zwęglonych mechanizmów. Po kilku chwilach czekania w napięciu 

przekonała się jednak, że nieprzyjacielska maszyna oddaliła się, żeby poszukać innej ofiary. 

Pociągnęła towarzysza za rękę i oboje ruszyli w dalszą drogę. Przeskakując z konaru 

na konar, ale przez cały czas kryjąc się pod baldachimem liści, zmierzali w stronę miejsca, 

background image

gdzie czekało imperialne urządzenie. 

Wydało im się, że minęła zaledwie chwila, kiedy ponownie usłyszeli piskliwy głosik 

miniaturowego androida-tłumacza: 

- Jeśli podczas katastrofy moje czujniki nie uległy całkowitemu rozkalibrowaniu, 

właśnie w tej chwili powinniśmy znajdować się dokładnie pod czołową krawędzią 

szturmowej platformy. 

Lowbacca uniósł  rękę, nakazując Tenel Ka, by stanęła. Później wspiął się po kilku 

gałęziach i ostrożnie wystawił głowę ponad liście, żeby sprawdzić, gdzie się znajdują. Wydał 

ciche triumfujące szczeknięcie, po którym wojowniczka z Dathomiry wspięła się  śladami 

przyjaciela i także wynurzyła głowę z falującego i szeleszczącego zielonego oceanu. 

Zobaczyła unoszącą się jakieś dziesięć metrów nad nimi gigantyczną bojową stację. Zwróciła 

szczególną uwagę na opancerzony spód i wystające ze wszystkich stron lufy szerzących 

śmierć laserowych działek. 

- Zniszczenie jej nie powinno być trudne - szepnęła, zwracając się do młodego 

Wookiego. 

Z wysoka dolatywały odgłosy wykrzykiwanych rozkazów i łomot podkutych butów 

żołnierzy biegnących po metalowych płytach pokładu. Lowbacca uniósł  rękę i pokazał 

platformę, a potem wzruszył ramionami, jakby chciał zapytać: „I co teraz?” Platforma wisiała 

nad wierzchołkami drzew zbyt wysoko, by mogli skoczyć, a nie mieli repulsorowych 

silników, dzięki którym dostaliby się na pokład. Tenel Ka sięgnęła jednak do jakiejś kieszeni 

u pasa i wyciągnęła z niej cienką, ale bardzo wytrzymałą linkę, zakończoną niewielką 

rozkładaną kotwiczką. 

- Musimy wspiąć się po lince - oświadczyła. 

Szturmowa platforma unosiła się na trochę większej wysokości niż ta, na jaką 

zazwyczaj dziewczyna zarzucała kotwiczkę z przyczepioną linką, i dlatego durastalowe zęby 

zaczepiły się o opancerzoną krawędź dopiero za drugim razem. Tenel Ka kilkakrotnie 

szarpnęła linką, a później na próbę powierzyła jej ciężar własnego ciała. Przekonała się,  że 

zęby kotwiczki nawet się nie przesunęły. Potem owinęła nogi i rękę i zaczęła się podciągać. 

Ilekroć miała wrażenie, że do wspinaczki nie wystarczy siła mięśni jedynej ręki, pozwalała, 

żeby Moc pomagała unosić jej ciało. 

Wiedziała, że kiedy znajdzie się na pokładzie imperialnego statku, może spotkać się 

ze szturmowcami, potężnym uzbrojeniem i złowieszczą Siostrą Nocy, która, podobnie jak 

ona, pochodziła z Dathomiry. 

Tenel Ka z wysiłkiem przełknęła  ślinę. Wiedziała,  że Moc jest z nimi, ale 

background image

uświadamiała sobie również, że szansę zwycięstwa są doprawdy znikome. 

background image

ROZDZIAŁ 8 

 

Szeroka i głęboka rzeka, której zielonkawobrązowe wody leniwie płynęły przez 

dziewiczą  dżunglę, sprawiała wrażenie cichej i spokojnej. Łagodny prąd nawet w 

najmniejszym stopniu nie odzwierciedlał tytanicznych zmagań dobra ze złem, jakie toczyły 

się na powierzchni Yavina Cztery. 

Rzeka była ostoją wielu form życia: niewidzialnego planktonu i drapieżnych 

pierwotniaków, ale także wodnych roślin i potężnych drzew, których poskręcane korzenie 

tkwiły głęboko w mulistym dnie. Żyły w niej również doskonale zamaskowane drapieżniki; 

widząc je można było pomyśleć, że stanowią niewinne elementy krajobrazu. 

W miarę jak ciszę  dżungli zaczęły mącić odgłosy laserowych strzałów, a buczenie 

świetlnych mieczy dotarło do leśnych ostępów, pod rozłożystymi gałęziami rosnących nad 

rzeką drzew i w samej wodzie zaczęły szukać schronienia inne stworzenia... stworzenia 

umiejące świetnie władać Mocą. 

Spod spokojnej powierzchni mętnej wody wynurzyły się zaokrąglone pyski istot 

przypominających gady. Rozchyliły szczeliny oddechowe i rozszerzyły nozdrza, żeby nabrać 

nową porcję  świeżego, ożywczego tlenu. Trzy stworzenia, zanurzywszy pokryte łuskami 

ciała, płynęły tak powoli, że tylko delikatne zmarszczki na powierzchni i szmer wody 

świadczyły o tym, że w ogóle się poruszają. Dotarły na wyznaczone miejsca i zakopały się 

głęboko w rzecznym mule. Przez chwilę  węszyły, po czym znieruchomiały przy samym 

brzegu w miejscu, gdzie przebiegała wąska ścieżka. 

Ich wrogowie wkrótce mieli się pojawić. 

Rozglądając się we wszystkie strony, trzech Ciemnych Jedi, uczniów Akademii 

Ciemnej Strony, stąpało bardzo ostrożnie, ale pewnie. Wszyscy trzej pokładali bezgraniczną 

wiarę we własne siły i umiejętności. Torowali sobie drogę przez gęste poszycie, tnąc pędy 

dzikiej winorośli i kolczaste gałęzie krzewów ostrzami świetlnych mieczy, którymi 

posługiwali się jak maczetami. Kiedy dotarli do brzegu rzeki, przystanęli. Zamierzali naradzić 

się, dokąd pójść, żeby jak najszybciej znaleźć przeciwników. 

- Uczniowie Skywalkera to sami tchórze - odezwał się jeden. - Dlaczego nie wychylą 

nosów z kryjówek i nie staną do walki? Pochowali się przed nami w dżungli niczym 

przestraszone gryzonie. 

- Mają powody, żeby się nas obawiać - poparł go drugi adept imperialnej uczelni. - 

Dobrze znają potęgę ciemnej strony. 

background image

Tymczasem trzej uczniowie Luke’a Skywalkera, będący inteligentnymi gadami rasy 

Cha’a, porozumieli się po cichu, wypuszczając umowną liczbę  bąbelków powietrza. W 

pewnej chwili wszyscy unieśli pyski nad powierzchnię i plunęli strugami wody na zupełnie 

zaskoczonych przeciwników. Wykorzystując energię Mocy, zwiększyli ciśnienie i nadali 

strumieniom siłę  młotów. Kolumny sprężonej wody uniosły się jak węże, a potem 

rozprysnęły się i spłynęły na ziemię. Jarzące się klingi trzymanych przez uczniów Brakissa 

świetlnych mieczy zaskwierczały, przygasły i otoczyły się kłębami pary. Wszyscy trzej Cha’a 

radośnie zasyczeli i wybuchnęli perlistym rechotem, po czym nabrali w pyski następne porcje 

mętnej wody, a później zaczerpnęli jeszcze więcej. 

Zmoczeni do suchej nitki Ciemni Jedi zaczęli rozpaczliwie parskać, prychać, 

wypluwać wodę i bełkotać. Bezskutecznie usiłowali przywołać na pomoc energię ciemnej 

strony, za pomocą której mogliby odeprzeć atak podobnych do gadów podstępnych uczniów 

Skywalkera. 

W tej samej chwili z bezpiecznych grzęd, ukrytych głęboko w gąszczu gałęzi drzew, 

rosnących w pobliżu tamtego miejsca, zeskoczyły i zanurkowały trzy inne istoty, z wyglądu 

przypominające ptaki. Wydały przenikliwy drżący pisk, będący okrzykiem bojowym, z jakim 

zawsze wyruszały do walki. 

Ciemni Jedi przez chwilę nie mieli pojęcia, co robić. Kiedy uświadomili sobie, że 

muszą toczyć walkę na dwa fronty, nie potrafili skupić myśli. W następnej sekundzie ptaki 

wylądowały na ich głowach z takim impetem, że obaliły wojowników Akademii Ciemnej 

Strony na ziemię. Uderzenie miało taką siłę,  że ich ofiary zemdlały. Ptaki zaświergotały i 

triumfalnie zaskrzeczały, a wówczas trzej Cha’a wyszli na brzeg i ociekając strugami wody, 

poczłapali w stronę trójki leżących nieruchomo napastników. 

Pracując razem, nie będący istotami ludzkimi uczniowie mistrza Skywalkera oderwali 

kawałki podobnych do rzemieni pędów winorośli i związali ręce i nogi nieprzytomnych 

więźniów. Któryś Cha’a pozbierał wszystkie trzy wykonane w warsztatach Akademii 

Ciemnej Strony świetlne miecze, porzucone przez Ciemnych Jedi na murawie. Przez chwilę 

się im przyglądał, z niesmakiem zwracając uwagę na kiepską konstrukcję i niedbałe 

wykończenie. Później wrzucił je do wody jeden po drugim. Plusnęły i zniknęły w mętnej toni, 

nie pozostawiając żadnego śladu. 

Tymczasem podobne do ptaków istoty pochyliły się nad leżącymi bez czucia ofiarami. 

Posługując się Mocą, zaczęły penetrować ich umysły. Do każdego wysłały wzmocnione przez 

Moc sugestie, dzięki którym pokonani przeciwnicy mieli nieprędko się obudzić... 

 

background image

Tionna szarpnęła głową i odrzuciła do tyłu długie, srebrzystosiwe włosy. Nie chciała, 

by przeszkadzały jej w patrzeniu. Nie mogła dopuścić, aby rozpraszały uwagę i zakłócały 

skupienie. 

Zamrugała powiekami błyszczących oczu perłowej barwy i popatrzyła na pozostałych 

uczniów Jedi. Mistrz Skywalker dosyć często powierzał jej wykonywanie ćwiczeń z tymi 

kandydatami, a teraz instruktorka miała poprowadzić ich do walki. Mieszcząca się na Yavinie 

Cztery akademia Jedi bywała celem ataków sił  zła i ciemności, ale szlachetni rycerze Jedi 

zawsze dotąd potrafili je odpierać i zwyciężali. Tionna nie miała najmniejszych wątpliwości, 

że i teraz walka zakończy się takim samym rezultatem. 

Instruktorka i jej uczniowie stali na zarośniętej polanie wokół  płaskiej marmurowej 

płyty otoczonej zrujnowanymi kamiennymi kolumnami. Zanim polanę opanowała 

wszechobecna, zachłanna dżungla, znajdowała się tu jedna z urządzonych na wolnym 

powietrzu  świątyń Massassów. Tionna zdecydowała,  że właśnie w tym miejscu cała grupa 

młodych rycerzy Jedi stawi czoło napastnikom. 

- Czy wszyscy jesteście gotowi? - zapytała. - Pamiętajcie o tym, czego się 

nauczyliście. Prób nie ma. Musimy pokonać wojowników ciemnej strony. 

Uczniowie wznieśli okrzyki na znak, że zgadzają się z jej słowami. Skierowali na 

swoją nauczycielkę spojrzenia, w których kryła się wiara we własne możliwości i 

przeświadczenie o słuszności obmyślonego przez nią planu. Jedna z młodych kobiet kiwnęła 

głową instruktorce i głęboko odetchnęła, a później pobiegła wiodącą w głąb lasu wąską 

ścieżyną, aby odnaleźć chociaż kilku przeczesujących gąszcze i ostępy Ciemnych Jedi. 

Zaledwie po kilkunastu sekundach od chwili, kiedy zniknęła w dżungli, krzyknęła, po czym 

uczyniła to jeszcze kilka razy, rzucając w ten sposób wyzwanie adeptom Akademii Ciemnej 

Strony. 

Nagle do uszu Tionny i uczniów, czekających w zaroślach na skraju polany, doleciał 

odgłos skwierczenia klingi świetlnego miecza... Po kilku chwilach rozległ się tupot stóp 

osoby biegnącej wąską ścieżką, a po nim trzask gałęzi łamanych przez kogoś, kto przedzierał 

się przez gąszcz zarośli. Młoda kobieta wracała w pośpiechu na polanę, gdzie pozostali 

młodzi rycerze Jedi urządzili zasadzkę. Nie mówiąc ani słowa, Tionna gestem dała znak 

pozostałym członkom grupy, żeby przygotowali się do akcji. 

- Wracaj tu, ty tchórzliwa pluskwo! - krzyknął w ślad za młodą kobietą jeden z 

napastników, którego zasłaniały splątane gałęzie ciernistych krzewów. 

Czterej Ciemni Jedi przedarli się przez ostatnie krzaki i wpadli na zarośniętą polanę. 

Ujrzeli zadyszaną  młodą kobietę, stojącą po drugiej stronie, za ciężką, marmurową  płaską 

background image

płytą, unoszącą się nad ich głowami. Uciekinierka udawała,  że jest strwożona i całkowicie 

bezbronna. 

Napastnicy ochoczo ruszyli w jej stronę. 

- Zmiażdżymy twój umysł, kiedy posłużymy się siłami ciemnej strony! - odezwał się 

jeden z wojowników Brakissa. 

- Teraz! - zawołała instruktorka Jedi. 

Czterej najlepsi uczniowie Tionny, ukryci za krzakami porastającymi skraj polany, 

posłużyli się Mocą. Szybkim jak błyskawica, niemożliwym do przewidzenia ruchem wyrwali 

rękojeści świetlnych mieczy z dłoni napastników. Zaskoczeni i zdezorientowani Ciemni Jedi 

krzyknęli, kiedy uświadomili sobie, że są bezbronni. Tionna i jej uczniowie wyłonili się 

spomiędzy krzaków i otoczyli kręgiem czwórkę uczniów Akademii Ciemnej Strony tak, by 

uniemożliwić im ucieczkę. 

- Nie potrzebujemy świetlnych mieczy, żeby was pokonać. Potrafimy was zgnieść jak 

robaki za pomocą samej naszej siły! - krzyknął jeden napastnik, pewniejszy siebie niż 

pozostali. - Siły ciemnej strony! 

Wszyscy czterej Ciemni Jedi stanęli obok siebie, stykając się plecami. Zaczęli się 

skupiać i wyciągnęli ręce w stronę uczniów Tionny. 

- Nie robiłabym tego, gdybym była na waszym miejscu - odezwała się spokojnie 

instruktorka, pozwalając, by na jej bladych ustach zagościł lekki uśmiech. - Z pewnością nie 

chcielibyście zakłócać skupienia moich uczniów. Rozumiecie chyba, że jakiekolwiek, 

chociażby najlżejsze odwrócenie ich uwagi może zakończyć się waszą miażdżącą klęską. 

Dopiero wówczas Ciemni Jedi unieśli głowy. Z niedowierzaniem i przerażeniem 

przekonali się,  że marmurowy blok, który dotychczas uważali za sklepienie zrujnowanej 

świątyni, wcale nie jest podtrzymywany przez rozsypujące się kolumny. Stwierdzili, że 

masywna płyta, z pewnością ważąca wiele ton, wisi nad ich głowami, nie opierając się na 

niczym. Unosi się jak piórko, utrzymywana w stanie równowagi jedynie za pośrednictwem 

energii Mocy. Uświadomili sobie także, że uczniowie Tionny wpatrują się w ciężki monolit, 

nie przestając skupiać na nim myśli. 

Czterej osłupiali wojownicy Akademii Ciemnej Strony z wysiłkiem przełknęli ślinę. 

- Możecie próbować uciec, jeżeli chcecie - ciągnęła Tionna. - Możliwe, iż 

dysponujecie tak dużymi zasobami energii ciemnej strony, że zdołacie nas pokonać i jeszcze 

wystarczy wam jej na to, aby pochwycić  tę  płytę, zanim spadnie na wasze głowy. To 

możliwe. - Instruktorka wzruszyła ramionami. - Oczywiście, wybór należy do was. 

Uczynicie, co zechcecie. Muszę jednak oświadczyć, że nie ryzykowałabym, gdybym znalazła 

background image

się w waszej sytuacji. 

Czterej Ciemni Jedi spojrzeli po sobie, niezdolni wykrztusić choćby słowo. W końcu, 

jeden po drugim, opuścili ręce i rozprostowali palce, dotychczas zaciśnięte w pięści, a później 

poddali się uczniom akademii Jedi. 

Z piersi Tionny wyrwało się ledwo słyszalne, ale głębokie westchnienie ulgi. 

 

W głębi dżungli rosło dziwne drzewo, niskie i karłowate, ale mające gruby pień i 

długie korzenie. Wyciągało na boki gałęzie w taki sposób, że gdyby ktoś zechciał spojrzeć na 

nie z właściwej strony, przekonałby się,  że przypominają ludzkie ręce. Drzewo należało do 

grona uczniów Jedi, studiujących w akademii mistrza Skywalkera. Było inteligentną istotą, 

poruszającą się powoli i wykazującą wiele innych cech charakterystycznych dla świata roślin. 

Istota często zapuszczała się w ostępy dżungli, gdzie całymi godzinami pławiła się w 

promieniach słońca. Dzięki zjawisku fotosyntezy przyswajała unoszący się w powietrzu 

dwutlenek węgla, ale pochłaniała także minerały z gleby i wodę z rzeki. 

Czasami spędzała wiele dni bez przerwy, zajęta kontemplowaniem Mocy i 

zastanawianiem się nad własnym miejscem we wszechświecie. Drzewa żyły zazwyczaj wiele 

lat i nie spieszyły się z podejmowaniem decyzji. Jeżeli nie przemyślały wszystkiego, nie 

wkraczały do akcji. Mimo to w razie potrzeby albo w chwili zagrożenia istota potrafiła 

poruszać się wystarczająco szybko. Doskonale rozumiała potrzebę obrony akademii Jedi 

przed atakami tych, którym zależało na jej zniszczeniu. 

Postanowiła podjąć naukę i oddawała się ćwiczeniom, pragnąc dowiedzieć się czegoś 

więcej na temat Mocy. Złożyła przysięgę, że będzie broniła jasnej, świetlistej strony... a teraz 

znalazła się w samym środku walki, jaką jej koleżanki i koledzy wydali uczniom Akademii 

Ciemnej Strony. Żywiący nieprzyjazne zamiary Ciemni Jedi przemierzali wzdłuż i wszerz 

ostępy dżungli w poszukiwaniu ofiar, ale mistrz Skywalker dobrze wyszkolił swoich uczniów. 

Adepci jasnej strony stawią opór i zwyciężą w tej walce. 

Podobny do drzewa rycerz Jedi stał nieruchomo, ale rozglądał się, pragnąc 

zaobserwować, co dzieje się w dżungli... Istota wiedziała, że wcześniej czy później spotka się 

z nieprzyjaciółmi. Musiała tylko uzbroić się w cierpliwość i czekać. Zapuściła głębiej 

korzenie w bogatą,  żyzną glebę, a później pobrała z niej dodatkową porcję  ożywczych soli 

mineralnych, zwiększających zasoby Mocy. Czuła, jak energia przenika jej tkankę i pulsuje, 

niemal gotuje siew żyłach. Wiedziała, że dzięki temu osiągnie większą prędkość i precyzję, 

niezbędne podczas tej jedynej akcji... Przynajmniej taką miała nadzieję. 

Starannie wybrała najodpowiedniejsze miejsce. Znalazła się w pobliżu starego, 

background image

próchniejącego drzewa Massassów, wyjątkowo wysokiego. Z jego pnia wyrastało wiele 

grubych rosochatych konarów. Sam pień był porośnięty pędami dzikiej winorośli, koloniami 

gnijących grzybów i pasożytującą hubą, która czerpała soki z głębi rdzenia, powoli skazując 

ogromne drzewo na nieuchronny koniec. 

Podobny do drzewa rycerz Jedi zorientował się,  że rosnący obok niego staruszek 

przeżył wiele wieków, a może nawet całe tysiąclecie... Uświadomił sobie, że chylące się 

drzewo Massassów czeka los podobny do tego, jaki spotyka wszystkie inne sędziwe rośliny. 

Zgodnie z odwiecznym cyklem rozwoju rośliny kiełkowały, dojrzewały i owocowały, by 

doczekać się potomstwa. Później powoli starzały się i rozkładały, żeby w końcu przemienić 

się w próchnicę - wartościową substancję organiczną, niezbędną dla rozwoju następnych 

pokoleń. Istota widziała, jak gigantyczne drzewo Massassów coraz bardziej się pochyla... 

obserwowała otaczającą je dżunglę... i nadal czekała. 

W pewnej chwili zaczęła niespiesznie, delikatnie skupiać w sobie wici Mocy. Starała 

się czynić to tak powoli, żeby nawet najlepsi adepci Akademii Ciemnej Strony nie 

zorientowali się,  że ktokolwiek manipuluje ich umysłami. Chodźcie tutaj - myślała, 

powtarzając te słowa bez końca. Spodziewała się,  że przynajmniej jeden uczeń Braki ssą 

usłyszy ją i przybędzie na wezwanie. Możliwe, że dojdzie do przekonania, iż odbiera myśli 

jakiegoś nieprzyjaciela władającego jasną stroną Mocy. Miała nadzieję,  że w jego głowie 

nawet nie zaświta myśl, iż w rzeczywistości wzywa go rycerz Jedi, przypominający 

niskopienne, karłowate drzewo. 

Po upływie trudnej do określenia części dnia istota, która nie miała zwyczaju mierzyć 

szybkości upływu czasu za pomocą krótkich, ściśle określonych odcinków, wyczuła 

niewielkie, nie mające określonego kształtu zakłócenie Mocy. Wkrótce się przekonała,  że 

jego  źródłem jest dwóch napastników, przybyłych z Akademii Ciemnej Strony. Intruzi 

przedzierali się przez zarośla,  łamiąc gałązki krzewów, zupełnie jakby wrażliwy, delikatny 

ekosystem dżungli był dla nich co najwyżej uprzykrzonym, ale nieuniknionym złem, które z 

pewnością by wyplenili, gdyby mogli. 

Tymczasem rycerz Jedi cierpliwie czekał. Podobna do drzewa istota musiała się 

skoncentrować, aby wkroczyć do akcji w odpowiedniej chwili. Wiedziała, że kiedy ta chwila 

nadejdzie, nie będzie mogła pozwolić sobie na myślenie, gdyż w przeciwnym razie okazja 

przepadnie i może nigdy się nie powtórzyć. 

W zagłębieniu jednej z poskręcanych gałęzi, zakończonej podobnymi do palców 

wyrostkami, spoczywała sękata rękojeść  świetlnego miecza, ukształtowana tak, żeby mogła 

być pochwycona przez drewniane palce. 

background image

Na skraju polany ukazali się dwaj Ciemni Jedi. Przystanęli i zaczęli się rozglądać. 

- Niczego tu nie widzę. Przynosisz wstyd lordowi Brakissowi - stwierdził jeden, 

zwracając się do towarzysza. - Lord Zekk powinien zabronić ci noszenia świetlnego miecza. 

Po prostu marnujesz energię ciemnej strony. 

- Mówię ci, że coś poczułem - upierał się drugi wojownik Akademii Ciemnej Strony. 

Rozglądając się na prawo i lewo, ruszył przez polanę. Wsłuchiwał się w odgłosy 

napływające z cichej dżungli. Drugi Ciemny Jedi ruszył jego śladem, ale każdym gestem i 

ruchem ciała dawał do zrozumienia, że ma za złe koledze, iż go tu przyprowadził. 

W tej samej chwili rycerz Skywalkera wykorzystał wszystkie zgromadzone zasoby 

energii jasnej strony i przystąpił do działania. Wysunął ogniste ostrze świetlnego miecza i 

wyciągnąwszy podobną do gałęzi rękę, machnął klingą. Zwinięta dotąd gałąź  świsnęła, 

przecinając powietrze niczym młody pęd, pragnący się wyprostować. 

- Strasznie mi przykro, dziadku - szepnęła istota. 

Poczuła, że świetlista klinga zagłębia się w próchniejącą tkankę drzewa Massassów, 

przecina pień blisko korzeni i pozwala, żeby reszty dzieła dokończyła siła przyciągania. 

Rozłożysta korona jeszcze bardziej się przechyliła, a gigantyczny starzec, przeraźliwie 

trzeszcząc, zwalił się na niczego nie przeczuwających intruzów. Obaj mieli czas jedynie 

spojrzeć w górę. Wydali zduszone okrzyki przerażenia i w następnej sekundzie zniknęli, 

pogrzebani pod gąszczem łamanych gałęzi i rwących się pędów winorośli. 

Rycerz Jedi wyłączył świetlny miecz. Miał wrażenie, że jego drewniane ciało drży. W 

jednej chwili wyczerpał niemal całe zasoby energii, na których gromadzenie poświęcił wiele 

długich miesięcy. Istota, dobywając resztek siły, rozprostowała wszystkie gałęzie. Skierowała 

je w górę, ku słońcu, a potem jeszcze głębiej zapuściła korzenie w miękką, przesyconą 

minerałami glebę. 

Wiedziała, że musi upłynąć wiele, wiele dni, zanim przyjdzie do siebie po dzisiejszej 

akcji. 

background image

ROZDZIAŁ 9 

 

Jaina przepłynęła rzekę i zaczęła przedzierać się przez ostępy dżungli. Kierując się. w 

stronę polany, gdzie znajdowała się stacja generatorów ochronnego pola, wybierała drogę 

wśród najdzikszych chaszczy, licząc na to, że może ukryje się w nich przed spojrzeniami 

innych napastników. Wiedziała, iż w tej chwili gąszcz zarośli jest jej sprzymierzeńcem, i 

postanowiła ten fakt jak najlepiej wykorzystać. Rzecz jasna, nie obawiała się stoczyć 

pojedynku z jakimś Ciemnym Jedi, ale pamiętała o zadaniu, jakie jej powierzono... zadaniu, 

które o wiele bardziej ją pociągało. 

Uświadamiała sobie, że dopóki siłowe ochronne pole pozostaje wyłączone w wyniku 

uszkodzenia generatorów, cała okolica akademii Jedi jest narażona na nieustające ataki z 

powietrza. Nie wątpiła,  że uczniowie wujka Luke’a potrafią się obronić, ale gdyby zdołała 

jakoś naprawić te generatory i sprawić,  że energetyczna kopuła na nowo osłoni wielką 

świątynię i jej okolice, rycerze Jedi o wiele łatwiej poradzą sobie z bezczelnymi 

przeciwnikami i znacznie szybciej ich pokonają, jednego po drugim. 

Dziewczyna dotarła w końcu na skraj polany, na której niedawno jej ojciec i 

Chewbacca zainstalowali przetransportowane z Coruscant nowe generatory siłowego pola. 

Niestety, już pierwszy rzut oka pozwolił jej na wyciągnięcie wniosku, że mimo wrodzonych 

zdolności do naprawiania zepsutych mechanizmów, nie zdoła przywrócić sprawności 

zniszczonym urządzeniom. 

Zazwyczaj wystarczało coś przełączyć, wymienić uszkodzony panel albo dokonać 

prowizorycznej naprawy, by urządzenie przynajmniej przez pewien czas funkcjonowało 

prawidłowo. Tym razem jednak sytuacja wyglądała o wiele poważniej. Imperialny 

sabotażysta posłużył się termicznymi detonatorami, za pomocą których wysadził w powietrze 

zasilacze generatorów i w ten sposób zniszczył całą stację dostarczającą energii siłowemu 

polu. Wszystko zamieniło się w stos stopionego metalu i dymiących szczątków.  Żadna 

prowizoryczna naprawa nie mogła zmusić urządzeń do ponownej pracy. 

Jaina spoglądała na generatory wszakże tylko przez krótką chwilę. Spostrzegła coś, co 

zaparło jej dech w piersi. 

Na polanie spoczywał imperialny myśliwiec typu TIE. Maszyna sprawiała wrażenie 

nie uszkodzonej. 

Od czasu, kiedy Chewbacca podarował Lowiemu mały  śmigacz typu T-23 zwany 

gwiezdnym skoczkiem, Jaina marzyła o tym, aby także latać własnym powietrznym statkiem. 

background image

Chęć spełnienia tego marzenia stanowiła zresztą główny bodziec, skłaniający ją do działania. 

To właśnie dlatego postanowiła naprawić pogruchotaną maszynę typu TIE, którą  młodzi 

rycerze Jedi znaleźli kiedyś w ostępach dżungli... Myśliwiec, należący do Qorla. 

Dziewczyna stała jak sparaliżowana, ogarnięta zachwytem i podnieceniem. Nie 

słyszała niczego, jeżeli nie liczyć stłumionych odgłosów walki toczącej się w głębi dżungli, a 

także odległych okrzyków i grzmotów blasterowych strzałów, dolatujących z okolic wielkiej 

świątyni. 

Odpięła rękojeść  świetlnego miecza i przycisnęła guzik, żeby włączyć zasilanie. Z 

cylindrycznej obudowy wysunęła się świetlista klinga, płonąca jaskrawofioletowym blaskiem. 

Dziewczyna zaczęła się skradać w stronę nieruchomej maszyny. Była gotowa stanąć w każdej 

chwili do walki, gdyby z zarośli wyszedł nagle pilot myśliwca typu TIE, uzbrojony w blaster. 

Jaina nie wyczuwała jednak w gąszczach niczyjej obecności. Żadne dźwięki nie świadczyły 

również o tym, by ktokolwiek przebywał w kabinie maszyny. 

- Halo? - zawołała. - Lepiej się poddaj, jeżeli jesteś imperialnym pilotem! - Odczekała 

chwilę, a później, nie bardzo wiedząc, co robić, dodała: - Hej, czy jest tam ktoś w środku? 

Jedyną odpowiedzią, jaką usłyszała, był szmer liści drzew i krzewów rosnących w 

dżungli. 

Skradając się przez cały czas w stronę maszyny, dziewczyna w końcu pozwoliła, by 

górę nad ostrożnością wzięła chęć obejrzenia znaleziska. Podbiegła do opuszczonego 

myśliwca, który z bliska wyglądał groźnie i ponuro. Zwróciła uwagę na kabinę zawieszoną 

między dwoma sześciokątnymi płaskimi panelami ogniw energetycznych, bliźniacze silniki 

jonowe, stanowiące napęd maszyny typu TIE podczas lotów w przestworzach, i gniazda 

śmiercionośnych laserowych działek. 

Przez głowę Jainy przelatywały z szybkością  błyskawicy różne myśli. Dziewczyna 

zastanawiała się nad tym, co mogłaby zrobić, gdyby znalazła się za sterami. Jeśliby 

wystartowała i przyłączyła się do innych krążących nad wielką  świątynią i okolicą 

imperialnych maszyn, zapewne ani jeden pilot Akademii Ciemnej Strony nie powziąłby 

najmniejszych podejrzeń ani nawet nie zwrócił na nią uwagi. Mogłaby przeniknąć do ich 

szyku, a żaden nie zorientowałby się,  że w rzeczywistości jest wrogiem... dopóki nie 

zaczęłaby strzelać. 

Dziewczyna wyłączyła  świetlny miecz, otworzyła zamek owiewki i cichaczem 

wspięła się do kabiny. Poznała, jak funkcjonują urządzenia sterownicze myśliwca typu TIE, 

kiedy przy pomocy przyjaciół naprawiała należącą do pilota Qorla uszkodzoną imperialną 

maszynę. Wiedziała, do czego służą umieszczone na pulpicie sterowniczym guziki, i potrafiła 

background image

włączyć zasilanie wszystkich podsystemów i podzespołów. I mimo iż skazany na 

zapomnienie stary pilot odleciał, zanim miała szansę wystartować i odbyć chociażby próbny 

lot, Jaina była przekonana, że da sobie radę z pilotowaniem. 

Usadowiła się w fotelu pilota, mimochodem zwracając uwagę na unoszącą się w 

kabinie kwaśną woń potu i odór zastarzałych smarów. Przypomniała sobie, że Imperium 

nigdy nie troszczyło się o usuwanie nieprzyjemnych zapachów. Obok niewielkiej konsolety, 

zawierającej urządzenia do regenerowania powietrza, wisiała rezerwowa maska tlenowa. 

Kiedy Jaina zatrzasnęła owiewkę kabiny, poczuła się, jakby siedziała zamknięta w ochronnej 

muszli. Nie bardzo mogła się poruszyć, ale za to miała wszystkie urządzenia kontrolne i 

sterujące w zasięgu palców. Przez segmentowany transpastalowy iluminator mogła 

obserwować, co dzieje się na zewnątrz maszyny. 

Znalazła włącznik zasilania i nie wahając się ani chwili, przestawiła dźwigienkę. 

Poczuła, jak silniki pomrukując obudziły się do życia. Baterie zaczęły się  ładować, a 

urządzenia, jedno po drugim, zgłaszały gotowość do pracy. Na otaczających dziewczynę 

pulpitach kontrolnych i tablicach rozjarzyły się i zamrugały setki różnobarwnych lampek. 

Jaina zaczerpnęła głęboki haust powietrza, zapięła sprzączki pasów bezpieczeństwa i 

chwyciła dźwignie sterownicze. 

- Wszystkie systemy gotowe do startu - szepnęła do siebie, lekko się  uśmiechając. 

Spojrzała w niebo, starając się dostrzec na nim czarne punkciki innych nieprzyjacielskich 

maszyn. - No, dobrze, piloci imperialnych myśliwców typu TIE - dodała. - Przygotujcie się, 

bo już niedługo będziecie mieli towarzystwo! 

Pociągnęła za dźwignię i maszyna łagodnie oderwała się od ziemi. Kiedy znalazła się 

na wysokości wierzchołków drzew, Jaina poczuła, że ogarnia ją uniesienie. Cieszyła się, że 

leci. Odnosiła jednak wrażenie, że we wnętrzu kabiny panuje niewiarygodna cisza, dopóki nie 

uświadomiła sobie, że bardziej hałaśliwe silniki startowe umilkły po wykonaniu zadania. 

Zorientowała się także, że jej maszyna typu TIE leci tak cicho, ponieważ silniki wykorzystują 

jedynie ułamek mocy. A więc to dlatego nieprzyjacielski pilot mógł prześlizgnąć się pod 

krawędzią ochronnego pola, nie zauważony przez nikogo! Jaina nie miała najmniejszych 

wątpliwości,  że wszystkie urządzenia i podzespoły myśliwca funkcjonują prawidłowo, a 

komandos Akademii Ciemnej Strony przeleciał cichaczem, ponieważ bliźniacze silniki 

jonowe jego maszyny nie wydawały charakterystycznego skowytu. 

No, dobrze - pomyślała Jaina. Ona także potrafi zachowywać się cicho i śmiertelnie 

skutecznie. Wzleciała jeszcze wyżej, po czym rozejrzała się po najbliższej okolicy, 

wypatrując celów. Później wystrzeliła w przestrzeń jak wyrzucona z katapulty, nie przestając 

background image

zachwycać się faktem, że leci. Dziewicza dżungla w dole zamieniła się w rozmazaną zieloną 

plamę, upstrzoną brązowymi cętkami gałęzi i konarów. 

W górze ujrzała sześć imperialnych maszyn typu TIE, lecących w luźnym szyku i 

ostrzeliwujących drzewa w dżungli, pozostałości  świątyń, a nawet miejsca, które nigdy nie 

były wykorzystywane w procesie kształcenia młodych rycerzy Jedi. Na przykład Pałac 

Wełnolamandrów - ogromna świątynia, po której pozostały same ruiny - był raz po raz 

smagany sztychami oślepiająco jasnych błyskawic, wyskakujących z luf laserowych działek, 

mimo iż Jaina nie pamiętała, aby pośród rumowisk przebywali kiedykolwiek jacyś  młodzi 

rycerze. 

Włączyła odbiornik komunikatora i zaczęła się wsłuchiwać w chrapliwe głosy 

imperialnych pilotów. Napastnicy, nie zaprzątając sobie głów koniecznością zachowywania 

ciszy w eterze, rozmawiali na temat szczegółów planu ataku albo wskazywali kolegom nowe 

cele. Czasami także wymieniali uwagi na temat biegnących uczniów Jedi, usiłujących się 

ukryć pod rozłożystymi gałęziami ogromnych drzew Massassów. 

Jaina nie włączała jednak zasilania mikrofonu własnego nadajnika. Dołączyła do 

szyku innych myśliwców typu TIE, ale trzymała się na samym końcu. W pewnej chwili 

usłyszała,  że piloci meldują dowódcy grupy, iż  ją zauważyli. Nie zamierzała wzbudzać ich 

podejrzeń, jakie z pewnością by powzięli, gdyby usłyszeli w głośnikach dziewczęcy głosik. 

Jedynie kilkakrotnym włączeniem i wyłączeniem mikrofonu potwierdziła fakt, że usłyszała 

ich meldunek. 

A później przesłała energię do systemów uzbrojenia. 

Usłyszała, że jeden z imperialnych pilotów powiedział: 

- Wystarczy dzisiaj celów dla wszystkich. Spróbujmy narobić jak najwięcej 

zamieszania. 

Przygryzła dolną wargę i kiwnęła głową. 

- Tak - mruknęła do siebie. - Spróbujmy narobić jak najwięcej zamieszania. 

Przymknęła oczy i skupiła się, pragnąc poczuć energię przepływającej przez nią 

Mocy. Mimo iż miała do dyspozycji wiele czujników i przyrządów zainstalowanych na 

pokładzie myśliwca TIE, nic nie mogło dorównać wyostrzonym zmysłom Jedi. Dziewczyna 

chciała posłużyć się nimi, by zwiększyć szybkość i precyzję swoich ruchów. Musiała 

błyskawicznie mierzyć do celu i strzelać, i znów mierzyć, i znów strzelać... Miała tylko tę 

jedną szansę, jaką dawało zaskoczenie napastników, i zamierzała ją jak najlepiej wykorzystać. 

Chwyciła dźwignię spustową broni i skupiła spojrzenie na mechanizmie celowniczym. 

Wyrównała lot maszyny i leciała w pewnej odległości za imperialnymi myśliwcami. Musiała 

background image

unieszkodliwiać je za pomocą jednego strzału. Nie mogła ryzykować kilkakrotnego mierzenia 

do tego samego celu, ponieważ kiedy otworzy ogień do niczego nie podejrzewających 

imperialnych pilotów, ich koledzy nie będą tym zachwyceni. 

Postanowiła brać na cel najbardziej wrażliwe miejsca każdej maszyny: silniki i 

wsporniki, które łączyły je z zawierającymi energetyczne ogniwa płaskimi panelami. 

Spodziewała się, że kiedy zacznie strzelać, pozostałe imperialne myśliwce złamią szyk i pójdą 

w rozsypkę, po czym ukażą jej płaszczyzny ogniw. Wówczas zacznie mierzyć do ogromnych 

sześciokątnych płyt... dużych celów, do jakich z pewnością nie chybi. 

Zaczęła odliczać w myślach, kierując lufy laserowych działek ku najbliższej 

maszynie. Na co jeszcze czekam? - zapytała siebie. 

Zacisnęła zęby, aż zgrzytnęły, a później wypuściła krótką  błyskawicę. W następnej 

sekundzie obróciła lufę działka chyba tak szybko, jak leci gwiezdny statek w nadprzestrzeni, 

żeby wziąć na cel drugą maszynę TIE. Zanim następna ognista nitka trafiła w przytwierdzony 

do kabiny cienki wspornik i oderwała płaski panel z ogniwami, pierwszy myśliwiec TIE 

zanurkował i koziołkując w locie, zaczął opadać ku zielonemu baldachimowi liści. 

Jaina posłała następną  błyskawicę, mierząc w rufowy wspornik drugiej maszyny. 

Nieprzyjacielski myśliwiec TIE eksplodował tuż przed transpastalowym iluminatorem statku 

Jainy. Dziewczyna była pewna, że zostałaby oślepiona, gdyby w tym samym ułamku 

sekundy, jakby przeczuwając,  że imperialny myśliwiec zamieni się w ognistą kulę, nie 

odwróciła spojrzenia w inną stronę. Po krótkiej chwili, kiedy skierowała lufy działek ku 

trzeciemu celowi, usłyszała w odbiorniku komunikatora krzyki ogarniętych paniką, 

przerażonych i zdezorientowanych imperialnych pilotów. Jak przewidywała, pozostałe 

maszyny złamały szyk i poleciały w różne strony. 

Zrozumiała, że nie ma ani chwili do stracenia. 

Trzeci myśliwiec typu TIE, zataczając szeroki łuk, zwrócił się bokiem do niej. Jaina 

wykorzystała nadarzającą się okazję i przejechała ognistą nitką po powierzchni panelu. 

Sześciokątna płyta oderwała się i zahaczyła krawędzią o segment iluminatora. Trzecia 

imperialna maszyna wpadła w korkociąg i roztrzaskała się o konary drzew rosnących w dole, 

ale tymczasem trzy pozostałe myśliwce zawróciły i skierowały się ku statkowi Jainy. 

Dziewczyna zamrugała, oślepiona blaskiem laserowych błyskawic, jakie wyskoczyły 

z luf ich działek i przeleciały obok kabiny. Wprowadziła swój myśliwiec TIE w kontrolowany 

korkociąg. Posługując się Mocą, przeczuwała, którędy mogą przelecieć następne nitki. 

Pamiętała,  że w podobny sposób postępował wujek Luke, ustawiając ostrze świetlnego 

miecza tak, aby odbijać na boki nadlatujące blasterowe błyskawice. Jaina kierowała maszynę 

background image

raz w lewo, raz w prawo. Czasami wyrównywała lot, by po sekundzie znów zanurkować. W 

pewnej chwili nadała myśliwcowi największą możliwą prędkość i zaczęła oddalać się od 

miejsca walki. 

Piloci trzech pozostałych imperialnych myśliwców puścili się jednak w pogoń niczym 

psy gończe za ofiarą. Nieustannie zasypywali maszynę. Jainy seriami laserowych błyskawic. 

Postanowili zignorować różne naziemne cele, dotychczas nękane przez nich strzałami z 

laserowych działek. Skupili uwagę na pojedynczym celu, zdrajcy, który w tajemniczych 

okolicznościach przeniknął do ich eskadry. 

Jaina wymykała się im, jak umiała, i pragnąc uniknąć trafienia, raz po raz zmieniała 

kierunek lotu. Już dawno opuściło ją uniesienie, jakie odczuwała na początku walki. 

Dziewczyna  żałowała,  że kierując się impulsem chwili, postanowiła zaatakować imperialne 

maszyny. Śmigała nad falującym oceanem liści, starając się uciec zaciekłym prześladowcom. 

background image

ROZDZIAŁ 10 

 

W otaczającej wielką  świątynię cienistej dżungli Luke Skywalker i niemal wszyscy 

jego uczniowie Jedi czuli się jak w domu. Mimo szalejącej wokół nich bitwy, toczonej 

między siłami światłości i ciemności - a może właśnie z powodu tej bitwy - na myśl o tym, że 

przebywa w leśnej głuszy, mistrza Jedi ogarnął wielki spokój. Dziewicza dżungla stanowiła 

ostoję milionów żyjących zwierząt i roślin, a zatem była przesycona energią Mocy, wiążącą 

wszystko, co żyło we wszechświecie. 

Luke Skywalker sięgnął  ręką do pasa, by przekonać się, czy nie zgubił  świetlnego 

miecza. Kiedy stwierdził,  że rękojeść jest nadal przyczepiona, jak zwykle, obok 

miniaturowego komunikatora, postanowił zaczerpnąć energii Mocy. Skupił ją i pozwolił, żeby 

przepłynęła przez jego ciało i powiadomiła go o wszystkich walkach, jakie toczyły się w 

otaczającej dżungli. 

Uświadomił sobie, że odbiera emocje swoich uczniów. Zaczął wysyłać wici Mocy, 

żeby pokrzepić jednego na duchu i umocnić wiarę w jego umiejętności, ostrzec drugiego 

przed grożącym mu niebezpieczeństwem związanym z niespodziewanym atakiem, czy 

zachęcić do dalszej walki trzeciego, którego z wolna zaczynało ogarniać zniechęcenie. 

Nagle jakaś laserowa błyskawica, wystrzelona z lufy działka  śmigającego nad 

drzewami myśliwca typu TIE, przeleciała między gałęziami pobliskich drzew i wznieciła 

mały pożar, zapalając zeschnięte krzaki. Luke musiał ukryć się w zaroślach,  żeby nie za-

krztusić się gryzącym siwym dymem, buchającym z płonących roślin. 

Uwolnił myśli, starając się dotrzeć nimi do punktu, gdzie toczyły się najbardziej 

zacięte walki. Chciał odnaleźć miejsce, w którym jego pomoc mogłaby się najbardziej 

przydać. Przed dwudziestu kilku laty, kiedy Gwiazda Śmierci majaczyła nad porośniętym 

dżunglą małym księżycem, doskonale wiedział, co ma robić. Superlaser imperialnej bojowej 

stacji mógł zamieniać całe planety w ruiny i zgliszcza. Młody Luke nie miał wówczas 

najmniejszych wątpliwości, że potężna broń Imperium musi zostać zniszczona. Mając Moc za 

sprzymierzeńca, dokonał tej sztuki. 

Obecna bitwa różniła się jednak od tamtej pod tym względem, że nie miał na czym 

skupić myśli. Tym razem Akademia Ciemnej Strony nie dysponowała  żadną  śmiercionośną 

superbronią, którą powinien unieszkodliwić. Wysyłane w przestworza sygnały akademii Jedi 

były zakłócane, a imperialny sabotażysta zniszczył generatory ochronnego siłowego pola. 

Artoo-Detoo i „Ścigacz Cieni” zostali uwięzieni w hangarze wielkiej świątyni, a więc Luke 

background image

nie mógł nawet polecieć na orbitę, aby stoczyć walkę na pokładzie imperialnej gwiezdnej 

stacji. 

Szturmem oddziałów lądowych kierowała Tamith Kai, złowieszcza Siostra Nocy. 

Wiedźma przebywała na pokładzie gigantycznej szturmowej platformy, unoszącej się nad 

wierzchołkami drzew w odległości zaledwie kilku kilometrów od ogromnej piramidy. Luke 

wyczuwał jednak, że atak oddziałów naziemnych i myśliwców Akademii Ciemnej Strony ma 

na celu jedynie nękanie garstki jego uczniów. 

Piloci maszyn typu TIE skupiali się na atakowaniu wielkiej świątyni, ale oddziały 

lądowe i Ciemni Jedi zostali wysłani do walki przeciwko uczniom Luke’a z zadaniem 

toczenia z nimi pojedynków. Możliwe,  że gdyby dowódcy Akademii Ciemnej Strony 

zdecydowali się zastosować inną taktykę walki, pokonaliby przeciwników o wiele łatwiej i 

szybciej. Uważny obserwator mógłby nawet odnieść wrażenie,  że Brakiss chce, żeby 

zwycięstwo przyszło z wielkim trudem. 

Luke wiedział,  że właśnie w tym musi kryć się odpowiedź na pytanie, jak pokonać 

wojowników mistrza Ciemnych Jedi. 

Nagle z głośnika miniaturowego komunikatora wydobył się donośny pisk, świadczący 

zazwyczaj o pojawieniu się ważnej wiadomości. Mistrz Jedi poczuł, że ogarnia go zdumienie. 

Uczniowie jego akademii rzadko posługiwali się komunikatorami, ale Skywalker nie 

rozstawał się z urządzeniem. Pragnął,  żeby zwłaszcza teraz, kiedy młodzi rycerze Jedi 

przeżywali trudne chwile, mogli porozumieć się z nim jak najszybciej, gdyby musieli 

przekazać jakąś ważną informację. Mimo iż  łącznościowcy Akademii Ciemnej Strony 

zagłuszali wysyłane z terenu wielkiej świątyni dalekosiężne sygnały, Artoo-Detoo mógł 

porozumiewać się z mistrzem Jedi bez trudu. 

Luke przycisnął guzik i włączył urządzenie. 

- Pozostań tam, gdzie jesteś, Artoo - powiedział. - Uwolnimy cię, kiedy tylko bitwa 

dobiegnie końca. 

Zanim jednak zdołał dodać coś więcej, w odbiorniku miniaturowego urządzenia 

rozległ się głęboki głos jakiegoś mężczyzny. 

- ...znaczona dla Luke’a Skywalkera. Powtarzam: ta wiadomość jest przeznaczona dla 

Luke’a Skywalkera. Jeżeli ktoś mnie słyszy, proszę natychmiast o odpowiedź. 

Luke przez chwilę wpatrywał się w małe pudełko, jakby nie mógł uwierzyć własnym 

uszom. Dopiero po chwili ocknął się i zapytał: 

- Kto mówi? 

Zanim poznał odpowiedź na to pytanie, zmysły Jedi pozwoliły mu zorientować się, 

background image

kim jest jego rozmówca. 

- Możesz nazywać mnie mistrzem Brakissem - odezwał się  mężczyzna. - Powiedz 

swojemu nauczycielowi, że przekazuję  tę wiadomość na wszystkich kanałach. Z pewnością 

zechce ze mną porozmawiać. 

- Tu mówi Luke Skywalker - odpowiedział mistrz Jedi. - Jeżeli masz dla mnie jakąś 

wiadomość, możesz j ą przekazać. 

Czuł ból serca, które chyba zaczęło obijać się o żebra. Uświadomił sobie jednak, że 

przenika je zdumienie, a nie trwoga. 

W odbiorniku komunikatora zabrzmiał szczery, chociaż cichy chichot. 

- No cóż, mój stary nauczycielu... - zaczął Brakiss. - Kiedyś nazywałem ciebie 

mistrzem. Naprawdę cieszę się, że cię znów słyszę. 

- Czego chcesz ode mnie, Brakissie? - zapytał rzeczowo Skywalker. 

- Spotkać się z tobą - odparł równie rzeczowo naczelnik Akademii Ciemnej Strony. - 

Tylko z tobą. Sam na sam. Na neutralnym terenie. Jak równy z równym. Kiedy ostatnio się 

widzieliśmy, przybyłeś do mojej uczelni, by uwolnić trójkę smarkaczy Jedi. Nie mieliśmy 

wówczas okazji dokończenia naszej... rozmowy. 

Luke przez chwilę milczał, zastanawiając się nad otrzymaną propozycją. Spotkanie z 

Brakissem? Może właśnie w tym krył się klucz do rozwiązania problemu, nad którym tak 

długo się głowił. Mimo wszystko, cóż mogło mieć istotniejsze znaczenie dla przebiegu walki 

niż spotkanie z naczelnikiem Akademii Ciemnej Strony? Gdyby Luke potrafił przemówić mu 

do rozumu i przekonać, aby przestał kroczyć  ścieżkami ciemnej strony, może zdołałby 

wygrać tę walkę, zanim zginie zbyt wiele istot ludzkich. 

- Gdzie, Brakissie? - zapytał. - O jakim neutralnym miejscu myślałeś, kiedy składałeś 

mi tę propozycję? 

- Przypuszczam, że w tej chwili nie może być mowy ani o mojej, ani o twojej 

akademii - odparł Brakiss. 

- Zgadzam się z tobą. 

- A zatem niech to będzie miejsce, znajdujące się z daleka od terenu walki. Może na 

przeciwległym brzegu rzeki, w Świątyni Niebieskiego Liścia? Pamiętaj jednak o tym, że 

musisz przybyć sam. 

- A ty przybędziesz sam? - zapytał Skywalker. Brakiss wybuchnął serdecznym 

śmiechem. 

- Oczywiście. Nie potrzebuję, by ktokolwiek wspierał mnie albo bronił. Mam 

nadzieję, że dotrzymasz danego słowa. 

background image

Luke odczekał chwilę, by upewnić się, że naprawdę Moc kieruje jego poczynaniami. I 

on, i Brakiss potrafili tak precyzyjnie władać Mocą, że każdy z nich wyczułby, gdyby drugi 

żywił jakieś niecne zamiary. 

- Niech będzie, jak chcesz, Brakissie - odezwał się w końcu. - Spotkam się tam z tobą. 

Przyjdę sam, a wówczas załatwimy nasze sprawy. Raz na zawsze. 

background image

ROZDZIAŁ 11 

 

- Hej, to wcale nie było takie trudne - odezwał się uradowany Jacen. 

Pochylił się do przodu, ale nie wstał z fotela drugiego pilota. Krzesło zaskrzypiało, a 

w niezliczonych pęknięciach i szczelinach oparcia ukazała się wyściółka. Silniki 

„Piorunochronu” mruczały, jęczały i krztusiły się, ale w końcu towarowy transportowiec 

wyskoczył ponad warstwy atmosfery. 

- Musiałeś to wykrakać, prawda, chłopcze? - zapytał Peckhum, słysząc pisk 

alarmowych sygnałów, wydobywający się z pulpitu kontrolnego. Zbliżały się 

nieprzyjacielskie maszyny. Następne. - Nadlatują cztery imperialne myśliwce typu TIE. 

Wygląda na to, że dopiero wystartowały z hangarów Akademii Ciemnej Strony. 

Jacen przełknął  ślinę, przyglądając się lecącym jednostkom i zastanawiając się nad 

tym, dokąd się skierują. Pokręcił głową. 

- Och, blasterowe błyskawice! - mruknął. - Lepiej będzie, jeżeli wyślemy ten sygnał 

alarmowy, zanim zaczną nas ostrzeliwać. W przeciwnym razie pomoc dla akademii Jedi może 

przyjść za późno. 

Peckhum obdarzył go ponurym spojrzeniem. Podkrążone, przekrwione oczy starego 

pilota zdradzały, że sytuacja nie wygląda najlepiej. 

- Musisz sam zająć się wysłaniem tego sygnału, Jacenie - powiedział. - Będę bardzo 

zajęty wykonywaniem różnych manewrów i uników. Mam nadzieję, że statek to wytrzyma. - 

Poklepał pulpit kontrolnej konsolety. - Przykro mi, że ci to robię, staruszku, ale nie na darmo 

nazwałem cię „Piorunochronem”. Pokażemy tym imperialnym pilotom, co potrafimy. 

Jacen zaczął oglądać pokrętła i przełączniki przestarzałego, nieznanego komunikatora. 

Nie miał pojęcia, jak nastawić odpowiednią częstotliwość. Czuł się zagubiony. Żałował,  że 

nie ma przy nim Jainy. To ona była ekspertem, jeżeli chodziło o obsługiwanie i naprawianie 

urządzeń i systemów. Wiedziałaby, jak wysłać sygnał,  żeby przedarł się przez trzaski i 

zakłócenia, trajkotanie imperialnych pilotów i warstwę ekranującą, utrudniającą nadawanie. 

Chłopiec postanowił w końcu wysłać sygnał, korzystając ze wszystkich możliwych 

częstotliwości nadajnika i największej mocy, jaką dysponował komunikator. Miał nadzieję, że 

jej pobór nie okaże się na tyle duży, by osłabić energetyczne pola chroniące „Piorunochron” 

przed strzałami nieprzyjacielskich maszyn. 

- Tu mówi Jacen Solo - zaczął, a później kilka razy chrząknął. Nie miał pojęcia, co 

powiedzieć, ale doszedł do wniosku, że szczegóły i tak nie mają większego znaczenia. - 

background image

Uwaga, uwaga! Wzywam Nową Republikę. Znaleźliśmy się w krytycznej sytuacji. Mówi 

Jacen Solo z Yavina Cztery. Potrzebujemy natychmiastowej pomocy. Jesteśmy atakowani 

przez myśliwce i żołnierzy Akademii Ciemnej Strony! 

Powtarzam: imperialne myśliwce atakują akademię Jedi. Prosimy o natychmiastową 

pomoc. Nasze generatory pól siłowych zostały zniszczone. W tej chwili toczą się walki na 

lądzie, a z powietrza atakują myśliwce typu TIE. Sytuacja jest groźna. Prosimy o 

natychmiastową pomoc. - Wyłączył mikrofon i popatrzył na Peckhuma. - Jak mi poszło? - 

zapytał. 

- Doskonale, chłopcze - odparł stary pilot. 

W następnej sekundzie zmienił kurs, a po chwili zanurkował, i lecąc po spirali 

skierował się znów ku powierzchni Yavina Cztery. W pobliżu „Piorunochronu” śmignęły 

cztery myśliwce typu TIE, plując ogniem z luf wszystkich laserowych działek. Jeden strzał 

rozprysnął się na dolnym polu ochronnym transportowca, ale pozostałe przeleciały przez 

miejsce, w którym statek znajdował się jeszcze przed chwilą. Poszybowały w mroki 

przestworzy, nie powodując żadnych zniszczeń. 

- Kiedyś, bardzo dawno, byłem całkiem niezłym pilotem -odezwał się Peckhum. - 

Możliwe, że nadal jestem... Przynajmniej tak uważam. 

Jeden myśliwiec typu TIE odłączył się od pozostałej trójki i zatoczył ciasny łuk. Jego 

pilot zaczął strzelać, nie zawracając sobie głowy celowaniem, wskutek czego w przestworza 

poszybowały następne ogniste błyskawice. 

Peckhum obniżył lot i wszedł w górne warstwy atmosfery, na skutek czego dolna 

część kadłuba zaczęła się rozgrzewać. Później ponownie wystrzelił  świecą w górę, a kiedy 

znalazł się nad imperialną maszyną, zatoczył łuk i zawrócił. Tymczasem pilot myśliwca typu 

TIE nie dawał za wygraną i strzelał bez przerwy, powtarzając każdy manewr statku 

Peckhuma. W pewnej chwili z pulpitu sterowniczego pokiereszowanego transportowca 

strzeliły snopy iskier. Na konsoletach aparatury diagnostycznej zamrugały czerwone lampki. 

- Hmmm... Peckhumie? - zapytał Jacen. - Co oznaczają te alarmowe światełka? 

- Oznaczają, że nasze ochronne pola słabną. 

Chłopiec rozejrzał się po sterowni. Szukał jakiegoś komputera celowniczego albo 

dźwigni spustowej. 

- Czy twój statek nie jest uzbrojony? 

Peckhum chrząknął i ponownie skierował transportowiec ku powierzchni Yavina 

Cztery. 

- To jednostka przystosowana do transportu towarów, chłopcze - przypomniał cicho. - 

background image

Pamiętaj także o tym, że najlepsze dni ma już za sobą. Nie spodziewałem się,  że zostanę 

zmuszony do wzięcia udziału w walce. Do licha, cieszę się,  że przynajmniej urządzenie 

przyrządzające posiłki w ogóle jeszcze funkcjonuje. 

Pozostałe trzy jednostki imperialnej eskadry odleciały, by zająć się ostrzeliwaniem 

akademii Jedi, ale pilot czwartego myśliwca typu TIE pozostał, ogarnięty tylko jedną myślą. 

Tym razem urządzenia celownicze jego maszyny zdołały namierzyć statek i większość 

laserowych błyskawic trafiała w kadłub bezbronnego „Piorunochronu”. 

- Ten gość naprawdę chce nas wykończyć - stwierdził ponuro Jacen. 

Peckhum przyspieszył jeszcze bardziej, przeciążając silniki poza granice 

bezpieczeństwa. Wysłużony transportowiec stęknął i zatrzeszczał, po czym, raz po raz 

miotany na boki podmuchami wiatru, zaczął pogrążać się w atmosferze. 

Jacen zachwiał się i omal nie spadł z siedzenia. Ponownie chwycił mikrofon 

komunikatora. 

- Tu mówi Jacen Solo. Znaleźliśmy się w rozpaczliwym położeniu. Wzywamy 

pomocy. Jakiś myśliwiec usiłuje zestrzelić nasz transportowiec. Proszę... czy ktoś nie 

zechciałby nam pomóc? 

Nie przestając manewrować statkiem, Peckhum spojrzał na Jacena kątem oka. 

- Nikt nie przyleci tu tak szybko, żeby zdążyć, chłopcze - powiedział. 

Jacen przypomniał sobie podobnie beznadziejną sytuacje., w jakiej znalazł się kiedyś 

jego wujek. Luke Skywalker leciał wówczas wąskim korytarzem, starając się trafić protonową 

torpedą w niewielki otwór wentylacyjnego szybu Gwiazdy Śmierci. Jego X-skrzydłowiec był 

namierzany przez aparaturę celowniczą maszyny Dartha Vadera, a Luke nie potrafił zgubić 

ścigających go myśliwców typu TIE i maszyn przechwytujących. Wówczas także sytuacja 

wyglądała niewesoło... a jednak ojciec Jacena, Han Solo, pojawił się jakby znikąd i pomógł 

wujowi wykonać zadanie. 

Tym razem Jacen wiedział jednak, że ojca nie ma nigdzie w pobliżu, a nie potrafił 

sobie wyobrazić, by ktoś nieoczekiwany wyskoczył z nadprzestrzeni, żeby wziąć udział w 

walce i zatroszczyć się o nieprzyjacielską maszynę. Nie mógł liczyć na to, że będzie miał tyle 

szczęścia. 

W odbiorniku komunikatora rozległy się szumy i trzaski zakłóceń, po których odezwał 

się czyjś triumfujący, gburowaty głos. Niestety, nie należał do osoby spieszącej na ratunek. 

- Proszę, proszę... Jacen Solo! Jeden z tych nieznośnych smarkaczy Jedi, na których 

natknęliśmy się na najniższych poziomach Coruscant! Pamiętasz mnie? Nazywam się Norys. 

Byłem niegdyś przywódcą gangu Zagubionych. Kiedyś ukradłeś nam jajo 

background image

jastrzębionietoperza. Najwyższy czas, żebyśmy wyrównali nasze porachunki. Ha! 

Jacen poczuł zimny dreszcz, jaki przewędrował wzdłuż kręgosłupa. Rzeczywiście, 

pamiętał barczystego zawadiakę, który uwielbiał niszczyć wszystko, czego dotknął. 

Tymczasem Norys ciągnął: 

- Twój kolega, ten mały  śmieciarz Zekk, postanowił przejść na służbę Drugiego 

Imperium, ale ty dokonałeś niewłaściwego wyboru. Chciałem tylko, żebyś wiedział, kto za 

chwilę zamieni twoją balię w bryłę żużlu. 

- No cóż, dobrze, że znalazł trochę czasu, aby z nami pogawędzić - odezwał się 

Peckhum. Mimo iż nie przestawał zmagać się ze sterowniczymi dźwigniami, nie był w stanie 

manewrować transportowcem w taki sposób, by unikać strzałów Norysa. Wykorzystywał cały 

talent,  żeby zapobiec wpadnięciu „Piorunochronu” w nie kontrolowany lot nurkowy, który 

zakończyłby się roztrzaskaniem o powierzchnię księżyca. - Nie sądzę, by zostało nam dużo 

czasu, ale jestem pewien, że ten chłopak nie darowałby sobie do końca  życia, gdyby 

unicestwił mój statek, zanim powie kilka słów na pożegnanie. 

Z silników „Piorunochronu” zaczęły się wydobywać  kłęby dymu. Na kontrolnych 

pulpitach rozjarzyły się następne alarmowe lampki. Tymczasem pilotowany przez Norysa 

myśliwiec typu TIE nie przestawał pluć świetlistymi nitkami. Laserowe błyskawice raz po raz 

trafiały w powgniatany kadłub, jakby starały się rozerwać go na strzępy. 

Jacen popatrzył na komunikator, ale doszedł do wniosku, że wysyłanie kolejnego 

sygnału alarmowego chyba na nic by się nie zdało. 

Wierzchołki rosnących w dżungli drzew śmigały pod kadłubem transportowca. Jacen, 

nie potrafiąc opanować ogarniającej go paniki, rozejrzał się w prawo i w lewo. 

- Chyba to nie jest właściwa chwila, żeby opowiedzieć jakiś dowcip? - zapytał. 

Peckhum pokręcił głową. 

- Nie bardzo mi teraz do śmiechu, chłopcze - odparł cicho. 

background image

ROZDZIAŁ 12 

 

Grube konary i gałęzie drzew rosnących w wilgotnym, cienistym lesie otaczały Zekka 

ze wszystkich stron; niemal go przytłaczały. Przypominały mu mroczne podziemia Coruscant, 

w których spędził kiedyś tyle czasu. Powoli zaczynał się czuć jak w domu. 

Posługując się repulsorowymi plecakami, Najciemniejszy Rycerz i grupa Ciemnych 

Jedi opadli z nieba. Po kilku chwilach odpoczynku, jakie spędzili na wierzchołkach drzew, 

utorowali sobie drogę na najniższy poziom. Kiedy pierwsi wojownicy Brakissa znaleźli się na 

ziemi, rozproszyli się po dżungli, by odnaleźć i otoczyć uciekających uczniów Jedi. Chcieli 

pokonać przeciwników, których mistrz Skywalker indoktrynował tak długo, aż przyswoili 

sobie filozofię życia, wyznawaną przez Rebeliantów. 

Zekk nie bardzo znał się na polityce. Orientował się tylko, kim są jego przyjaciele i 

podwładni. Wiedział także, kogo powinien uważać za zdrajcę. Miał  tu  na  myśli przede 

wszystkim Jacena i Jainę... a zwłaszcza Jainę. Kiedyś myślał,  że może traktować  ją jak 

przyjaciółkę. Niczego przed nianie ukrywał. Dopiero później, kiedy Brakiss wszystko mu 

wyjaśnił, Zekk zrozumiał, co naprawdę myśli o nim Jaina. Dziewczyna zbyt pochopnie 

osądziła, że nie dysponuje on żadnym talentem Jedi i nie może się równać ani z nią, ani z jej 

szlachetnie urodzonym braciszkiem, Jacenem. Młodzieniec wykazał jednak, że jest wrażliwy 

na oddziaływanie Mocy. Udowodnił,  że potrafi się nią posługiwać może nie gorzej niż 

którekolwiek z bliźniąt. 

Mimo to miał nadzieję,  że  żadne nie zechce stanąć z nim do walki. W przeciwnym 

razie musiałby zademonstrować im własną potęgę i udowodnić,  że dochowuje lojalności 

Drugiemu Imperium. Pamiętał pierwszą poważną próbę, jaką przeszedł, walcząc z ulubionym 

uczniem Tamith Kai, Vilasem. Próbę, którą zarozumiały młody mężczyzna przypłacił życiem. 

Uniósł głowę i przekonał się, że jeden z jego Ciemnych Jedi zaplątał się w gałęzie na 

wierzchołku jakiegoś drzewa. Przyglądał się, jak jego podwładny wyciągnął świetlny miecz i 

machając nim w prawo i w lewo, odciął konary uniemożliwiające zejście na niższy poziom. 

Nagle względną ciszę  dżungli zakłócił piekielny skowyt. Nad głowami całej grupy 

przeleciała eskadra myśliwców typu TIE, zawzięcie ostrzeliwująca jakieś naziemne cele. 

Większość Ciemnych Jedi rozproszyła się i zaczęła przeszukiwać chaszcze. Zekk przywołał 

trzech wojowników ciemnej strony, którzy znajdowali się najbliżej. Wszyscy czterej, z 

głośnym trzaskiem przedzierając się przez gąszcze zarośli, zaczęli przeczesywać dziewiczą 

dżunglę. 

background image

Po jakimś czasie dotarli do brzegu szerokiej rzeki, powoli toczącej brązowozielone 

wody. Drobne fale pluskały, omywając brzeg i poruszając łodygami częściowo zanurzonych 

paproci. W dole rzeki, trochę bliżej ruin wysokiej świątyni Massassów, unosiła się szturmowa 

platforma, dowodzona przez złowrogą Siostrę Nocy. 

Zekk przystanął na brzegu rzeki obok trójki podkomendnych. Ciemni Jedi wymienili 

spojrzenia i wymownie popatrzyli w niebo. Dobrze wiedząc, o czym myślą, Najciemniejszy 

Rycerz kiwnął głową. 

- Tak - powiedział. - Wywołajmy burzę. Spowodujmy, że zerwie się wichura, która 

powali wszystkie drzewa i wykurzy z kryjówek tych tchórzliwych Jedi. 

Zerknął na bezchmurne błękitne niebo, po czym zajrzał w otchłań  własnego serca. 

Znalazł drzemiący w nim cień gniewu, odzwierciedlającego cały ból i wszystkie upokorzenia 

i krzywdy, jakich doznał w życiu. Wiedział, jak posługiwać się gniewem, aby stał się jego 

narzędziem albo bronią. Zaczął się skupiać i ściągać ku sobie masy powietrza. Wyczuł,  że 

stojący za jego plecami inni rycerze ciemnej strony czynią to samo. Po chwili zauważył, że 

nad horyzontem zaczynają pojawiać się  kłębiaste chmury. Obserwował, jak gromadzą się, 

ciemnieją, gęstnieją, zaczynają sunąć po niebie w jego stronę... 

Zerwała się wichura, a powietrze się ochłodziło. Rozległy się pierwsze trzaski 

wyładowań, spowodowanych istnieniem statycznych ładunków elektrycznych. Fałdy 

obrzeżonej szkarłatną lamówką peleryny Zekka załopotały za jego plecami. Wiatr wyszarpnął 

pasemka starannie związanych w koński ogon ciemnych włosów, które zaczęły smagać twarz 

młodzieńca. Między piętrzącymi się coraz wyżej burzowymi chmurami zaczynały 

przeskakiwać ogniste błyskawice. Przeciągłe grzmoty zagłuszały nawet wycie silników 

myśliwców typu TIE, raz po raz przecinających niebo nad ich głowami. 

Zekk się uśmiechnął. Tak, nadciągała potężna, zwycięska burza. 

Obserwując, jak chmury ciemnieją i nabrzmiewają, gotowe do uwolnienia niszczącej 

mocy sił przyrody, usłyszał nagle przerywane odgłosy laserowych strzałów. Popatrzył w 

niebo, na którym toczyła się dziwna bitwa. Zobaczył ciągnący za sobą warkocz dymu statek, 

ścigany przez samotny myśliwiec TIE, który bezlitośnie ostrzeliwując ofiarę, raz po raz raził 

ją sztychami laserowych błyskawic. 

Nie ukrywając zdumienia, rozpoznał toporną, nieforemną sylwetkę „Piorunochronu” - 

wysłużonego towarowego transportowca. Statek należał do starego Peckhuma, z którym 

mieszkał przez wiele lat, kiedy przebywał na Coruscant. 

Peckhum! Mimo tylu różnic, które ich dzieliły, Zekk i siwowłosy pilot byli bardzo 

dobrymi przyjaciółmi. Poniewczasie młodzieniec przypomniał sobie, że stary mężczyzna, 

background image

pragnąc zarobić kilka dodatkowych kredytów, od czasu do czasu zaopatrywał akademię 

Skywalkera w żywność i najpotrzebniejsze urządzenia. Czy możliwe,  że przebywał na 

porośniętym dżunglą księżycu tego ranka, kiedy rozpoczął się atak oddziałów Akademii 

Ciemnej Strony? 

Zekk poczuł ukłucie w sercu, a jego żołądek sparaliżowało przerażenie. Przestał się 

koncentrować i stracił władzę, jaką sprawował nad nawałnicą. 

Masy powietrza, dotychczas ściągane w stronę grupy Ciemnych Jedi, poszybowały w 

przeciwnym kierunku. Wichura szarpnęła gałęziami sąsiednich drzew, mimo iż pozostali 

wojownicy Brakissa czynili wszystko, co w ich mocy, by podtrzymać rozpraszającą się burzę. 

- Nie, Peckhumie! - szepnął Zekk, wspominając chwile spędzone ze starym 

mężczyzną. 

Zadarł  głowę i obserwował, jak myśliwiec typu TIE razi smugami laserowych 

strzałów kadłub nieszczęsnego „Piorunochronu”. Błysk niewielkiej eksplozji, który dostrzegł 

w pewnej chwili, uświadomił mu, że pokiereszowany towarowy transportowiec właśnie 

stracił ostatnie ochronne pole. 

„Piorunochron” obniżał lot, a on nie mógł zrobić nic, by zapobiec katastrofie. 

Usłyszał za plecami zdumione okrzyki i zrozumiał,  że pozostali Ciemni Jedi stracili 

całkowicie władzę nad nadciągającą burzą. Wichura wprawdzie nie przestawała łamać gałęzi i 

wyrywać z korzeniami młodych drzewek, ale w miarę jak wojownicy ciemnej strony, jeden 

po drugim, rezygnowali z manipulowania siłami przyrody, nawałnica traciła coraz szybciej 

impet, a chmury się rozpraszały. 

Tymczasem podwładni Zekka zauważyli w gąszczu zarośli młodego ucznia Jedi. 

Doszli do wniosku, że chłopiec albo usiłował ich zaskoczyć, albo po prostu ukrywał się w 

obawie, że go zauważą. 

Uczeń wstał i wyszedł z kępy chwastów. Odgarnął z czoła kosmyk blond włosów, 

którymi wiatr smagał jego zaróżowione policzki. Był ubrany w szatę tak nieprawdopodobnie 

krzykliwą - jaskrawopurpurowo-złoto-zielono-czerwoną - że Zekk zaczął się obawiać, iż 

dostanie oczopląsu. Jakim cudem chłopiec mógł chociaż przez chwilę  sądzić,  że zdoła się 

ukryć, mając na sobie takie ubranie? 

Sprawiał wrażenie przerażonego, ale zdecydowanego. Wysunął dolną wargę, stanął 

prosto i ujął się pod boki. Fałdy jego krzykliwego tęczowego stroju łopotały, tarmoszone 

przez ostatnie podmuchy gniewnej wichury. 

- No cóż, nie pozostawiacie mi wyboru - odezwał cię chłopiec, po czym chrząknął. - 

Nazywam się Raynar i jestem rycerzem Jedi... uhm, kandydatem na rycerza. Albo 

background image

natychmiast się poddacie, albo będę musiał was zaatakować. 

Dwaj towarzysze Zekka ryknęli serdecznym śmiechem, a potem, krok po kroku, 

zaczęli się zbliżać do jasnowłosego chłopca. Raynar cofał się tak długo, aż uderzył plecami o 

pień drzewa. Zacisnął powieki i zaczął się skupiać. Wstrzymał oddech, a jego twarz 

poczerwieniała, a później okryła się purpurą. 

Zekk poczuł delikatne, niewidzialne pchnięcie, i zrozumiał,  że uczeń Skywalkera, 

nieporadnie posługując się Mocą, usiłuje ich powstrzymać. Dwaj rycerze ciemnej strony, 

którzy wyciągnęli zapalone świetlne miecze, chyba nawet tego nie zauważyli. 

Najciemniejszy Rycerz stwierdził jednak, że nie mógłby stać bezczynnie i przyglądać 

się, jak jego towarzysze mordują z zimną krwią bezbronną ofiarę. Chłopiec sprawiał wrażenie 

dumnego i zuchwałego, ale Zekk dostrzegał w nim coś jeszcze... Jakąś niewinność? 

Zdecydował się błyskawicznie, zanim jego podopieczni zdążyli zrobić użytek z broni 

rycerzy Jedi. Uwolnił część własnej energii Mocy, pochwycił chłopca za połę różnobarwnej 

szaty, szarpnął w górę i uniósł w powietrze. Błyskawicznie przerzucił go nad głowami 

Ciemnych Jedi i cisnął w nurty rzeki. Raynar krzyknął, szybując w powietrzu, ale po chwili 

zanurzył się w mętnej, mulistej wodzie. 

Dwaj towarzysze Zekka odwrócili się jak użądleni i nie ukrywając gniewu, popatrzyli 

na dowódcę. Tymczasem Raynar, oblepiony szlamem i mułem, dopłynął na płyciznę i zaczął 

czyścić z błota poplamioną odzież. 

- Czasami ważniejsze jest całkowite poniżenie przeciwnika niż zwykłe zabicie - 

odezwał się Najciemniejszy Rycerz. - A my poniżyliśmy tego Jedi w sposób, którego nie 

zapomni do końca życia. 

Stojący przed nim wojownicy zachichotali, uznając trafność tej uwagi. Zekk 

zrozumiał, że ich rozbroił... Przynajmniej na razie. 

Ponownie skierował  tęskne spojrzenie w niebo. Wypatrywał  śladu „Piorunochronu”, 

ale dostrzegł tylko rozwiewającą się smugę dymu. Żałował, że nie mógł jakoś pomóc staremu 

przyjacielowi. Zastanawiał się, czy będzie musiał wliczyć  śmierć Peckhuma w koszty 

zwycięstwa nad uczniami akademii Jedi. 

Uszkodzony transportowiec zniknął z widoku, zapewne kierując się ku miejscu, gdzie 

miały rozstrzygnąć się z góry przesądzone losy bitwy. Najciemniejszy Rycerz był pewien, że 

już nigdy nie dane mu będzie oglądać ani „Piorunochronu”, ani Peckhuma. 

background image

ROZDZIAŁ 13 

 

Pilotowany przez Qorla myśliwiec typu TIE leciał nisko nad zielonym, falującym 

oceanem liści. Pilot wypatrywał celów, które mógłby wskazywać  żołnierzom Drugiego 

Imperium, przeczesującym gęstą  dżunglę. Pozostali piloci myśliwskiego skrzydła 

wykonywali inne zadania. Zapewne krążyli nad dżunglą i ostrzeliwali wielką  świątynię 

mieszczącą akademię Jedi mistrza Skywalkera. 

Qorl wątpił jednak, by jego uczeń Norys pamiętał o wykonywaniu rozkazów. 

Zwłaszcza teraz, kiedy rozpętała się bitwa, a w powietrzu zaczęły się krzyżować błyskawice 

laserowych strzałów. Obawiał się, że gburowaty osiłek zechce wybierać cele na oślep, przez 

co upodobni się do wściekłego gundarka. Prawdopodobnie zniszczy w ten sposób sporo 

rebelianckich urządzeń, ale może też pokrzyżować wiele planów. 

Stary pilot czuł w sercu chłód, który z wolna przemieniał się w bryłę twardego lodu. 

Na myśl o tym, że znów uczestniczy w powietrznej bitwie, powinien odczuwać podniecenie i 

uniesienie. Powinien być wdzięczny,  że może raz jeszcze siedzieć za sterami i walczyć, 

pilotując własny myśliwiec typu TIE, powierzony mu przez Drugie Imperium. 

Zamiast tego żywił zastrzeżenia. Ogarniały go wątpliwości. Wzdragał się na myśl o 

tym, że może dokonał niewłaściwego wyboru. Obawiał się, że Drugie Imperium może zostać 

zmuszone do zapłacenia słonej ceny za bitwę, którą właśnie rozpoczęło. 

Szczególne rozczarowanie przeżywał, kiedy myślał o Norysie. Zastanawiając się nad 

tym, czy go wybrać, wiedział,  że krzepki chłopak przeżył wiele lat w trudnych warunkach, 

walcząc z innymi o przetrwanie. Pamiętał też, że Norys był przywódcą gangu Zagubionych, 

roszczących sobie prawa do części podziemi na Coruscant. Wszystko to uczyniło z niego 

brutalnego, bezwzględnego zabijakę. Barczysty młodzieniec palił się jednak do nauki. 

Poprzysiągł sobie, że zostanie imperialnym żołnierzem. Wydawało mu się, że w ten sposób 

może nadal sprawować  władzę, nie bojąc się nikogo i niczego. Miał wszystkie cechy 

charakteru, których tak bardzo poszukiwało Drugie Imperium. 

Qorl wiedział wszakże,  że lojalny żołnierz powinien bez wahania wykonywać 

wszelkie rozkazy. Imperium nie mogło pozwolić sobie na to, aby jego słudzy zachowywali się 

jak wolni strzelcy. Nie mogło dopuścić, aby kierowali się  własnymi zachciankami, a nie 

rozkazami, otrzymywanymi od zwierzchników. W miarę jednak, jak Norys przyzwyczajał się 

do zmienionej sytuacji życiowej, stawał się coraz bardziej arogancki i zarozumiały, a czasami 

nawet nieposłuszny. 

background image

Chłopak był  żądnym krwi zabijaką. Wszystko, co robił, miało służyć niszczeniu, 

zadawaniu bólu, odnoszeniu zwycięstwa za wszelką cenę i utwierdzaniu siebie w 

przekonaniu, że sprawuje nad wszystkim władzę. Nie walczył, kierując się chwałą Drugiego 

Imperium ani potrzebą przywrócenia Nowego Ładu w galaktyce, ani jakimkolwiek innym 

politycznym celem. Walczył jedynie po to, aby walczyć. Bez względu na to, po czyjej stronie 

stawał, w takim postępowaniu mogło kryć się śmiertelne zagrożenie. 

Qorl zatoczył krąg nad miejscem w dżungli, w którym szalał pożar, wzniecony przez 

jeden z bombowców typu TIE. Później zaczął lecieć wzdłuż brzegu rzeki. Kierował się ku 

ruinom świątyni, w pobliżu której unosiła się nad koronami drzew dowodzona przez Tamith 

Kai bojowa platforma. Nagle usłyszał w odbiorniku komunikatora czyjś wyraźny, 

zrozpaczony głos, rozbrzmiewający we wszystkich możliwych pasmach częstotliwości. 

Rozpoznał go bez trudu. 

- Uwaga, uwaga! Wzywani Nową Republikę. Znaleźliśmy się w krytycznej sytuacji. 

Mówi Jacen Solo z Yavina Cztery. Potrzebujemy natychmiastowej pomocy. Jesteśmy 

atakowani przez myśliwce i żołnierzy Akademii Ciemnej Strony! 

Qorl wyprostował się, poprawił czarny hełm i wyrównał lot maszyny. Przypominał 

sobie kilkunastoletnie bliźnięta, które pomogły naprawić jego poprzedni myśliwiec typu TIE, 

uszkodzony podczas lądowania na Yavinie Cztery. Pamiętał brata i siostrę, których uwięził i z 

którymi później siedział przy ognisku płonącym obok kryjówki w dżungli. Oboje 

zaproponowali wówczas, że zostaną jego przyjaciółmi, i starali się go namówić,  żeby 

zawrócił ze złej drogi i przestał być lojalnym sługą Imperium. Przypomniał sobie, że wtedy 

oparł się pokusie. Górę wzięły przekonania, jakie wpojono mu podczas nauki w imperialnej 

wojskowej akademii. 

Poddanie się oznacza zdradę. 

Qorl odleciał z Yavina Cztery i został przyjęty na służbę w Akademii Ciemnej Strony. 

Przyglądał się później, jak porwane bliźnięta są poddawane rygorystycznym ćwiczeniom, 

prowadzonym pod nadzorem pałającej żądzą mordu Tamith Kai i bezlitosnego Brakissa. Qorl 

był do głębi serca wstrząśnięty postępowaniem i uwagami, czynionymi przez Siostrę Nocy i 

naczelnika imperialnej uczelni. Uświadomił sobie, że oboje mają za nic życie bliźniąt Jedi. 

Nikt nigdy się nie dowiedział, że to Qorl pomógł młodym rycerzom uciec z Akademii 

Ciemnej Strony. Później, starając się chociaż wobec samego siebie odpokutować za tę chwilę 

słabości, czynił wszystko, co mógł, by tym wierniej służyć Drugiemu Imperium. To on 

dowodził atakiem na rebeliancki krążownik, z którego ładowni ukradziono rdzenie jednostek 

napędu nadświetlnego i baterie do turbolaserów. To on harował w pocie czoła, aby Norys i 

background image

inni członkowie gangu Zagubionych przemienili się w sprawnych, pełnowartościowych 

szturmowców. 

Nagle ujrzał przelatujący nad głową statek, poznaczony bliznami blasterowych 

strzałów wysłużony towarowy transportowiec. Maszyna ciągnęła za sobą warkocz dymu. 

Qorl rozpoznał jej sylwetkę i przekonał się, że widzi nie uzbrojoną jednostkę o przestarzałej 

konstrukcji. Silniki statku nie dysponowały dużą mocą, a ochronne pola siłowe nie zostały 

zaprojektowane z myślą o braniu udziału w jakiejkolwiek walce. 

Stary pilot zauważył po chwili, że transportowiec jest ścigany przez pojedynczy 

myśliwiec typu TIE. 

Czując niesmak i wstyd stwierdził,  że pilot imperialnej maszyny, marnując jeden 

strzał po drugim, czasami, przez najzwyklejszy przypadek, trafia w powgniatany kadłub 

ofiary. Zorientował się,  że jedynie kwestią czasu pozostaje, kiedy statek rozleci się na 

kawałki. 

Nastawił częstotliwość nadajnika komunikatora w taki sposób, by porozumieć się 

bezpośrednio z pilotem imperialnej maszyny. 

- Pilocie myśliwca typu TIE, zamelduj się - rozkazał zwięźle. 

Gburowaty głos, który po chwili rozległ się w słuchawkach hełmu, wcale go nie 

zdumiał. 

- Tu Norys, staruszku. Nie zawracaj mi głowy. Jestem zajęty strzelaniem do celu. 

Qorl przełknął ślinę, ale mimo to poczuł, że jego gardło pozostało suche. 

- Norysie, zdołałeś już unieszkodliwić swój cel - oznajmił. - Ten transportowiec nie 

jest najważniejszym obiektem, jaki mamy zniszczyć w trakcie tej bitwy. Otrzymałeś rozkaz, 

żeby atakować akademię Jedi. Ten statek już nie zdoła wyrządzić Drugiemu Imperium żadnej 

krzywdy. 

- Odczep się ode mnie, staruszku - odparł Norys. - To mój łup i nie zamierzam z niego 

rezygnować. 

Qorl zmusił się, by zachować spokój. 

- Nie jesteśmy tu po to, żeby zbierać trofea, Norysie. Pamiętaj o tym, że walczysz ku 

chwale Drugiego Imperium, a nie po to, żeby stać się bohaterem. 

- Możesz kazać się wypchać - warknął Norys. - Nie pozwolę, żeby jakiś stary tchórz 

mówił mi, co mam robić. 

Gburowaty zabijaka wyłączył komunikator i puścił się w dalszą pogoń za płonącym 

transportowcem. Zupełnie nie mierząc, raz po raz posyłał w jego stronę laserowe błyskawice. 

Rozczarowanie, jakie dotąd ogarniało Qorla, zamieniło się we wściekłość. 

background image

Postępowanie młodocianego osiłka stało w jaskrawej sprzeczności ze wszystkim, czym 

chlubiło się Imperium. Stary pilot przypomniał sobie czasy własnego szkolenia. Wówczas on 

i inni kandydaci współdziałali jak elementy precyzyjnej maszyny. Musieli być 

zdyscyplinowani, dobrze wychowani i skłonni do wykonywania rozkazów. Swoim 

postępowaniem pomagali szerzyć Nowy Ład, który Imperator zamierzał wprowadzić w całej 

galaktyce. Warto było walczyć o takie ideały. 

Tymczasem Norys kpił w żywe oczy z takiej filozofii życia. Nie dbał, o co walczy. 

Z odbiornika komunikatora rozległ się ten sam głos, zajmujący wszystkie pasma 

częstotliwości: 

- Tu mówi Jacen Solo. Znaleźliśmy się w rozpaczliwym położeniu. Wzywamy 

pomocy. Jakiś myśliwiec usiłuje zestrzelić nasz transportowiec. Proszę... czy ktoś nie 

zechciałby nam pomóc? 

Dręczony niepokojem Qorl obniżył lot maszyny, tak że leciała teraz tuż nad 

wierzchołkami drzew. Jacen Solo należał do szlachetnych przeciwników. Był uczciwy i 

odważny, mimo iż związał swój los z grupką Rebeliantów, a nie z Drugim Imperium. Czy 

jednak mógł ponosić za to winę? Przecież jego matka sprawowała funkcję przewodniczącej 

rządu Rebeliantów. 

W przeciwieństwie do niego Norys mógł dokonać wyboru. Rozrośnięty w barach 

wyrostek wiedział, w jakim celu jest szkolony. Z ochotą przywdział imperialny mundur i robił 

wszystko, żeby zostać pilotem, a mimo to nie postępował zgodnie z regułami. Był właściwie 

tylko bezdusznym, bezlitosnym, żądnym krwi zabijaką. 

Jego myśliwiec typu TIE nie przestawał lecieć w strumieniu gazów wydechowych, 

ciągnących się za uszkodzonym, niezdolnym do walki transportowcem. Spod wsporników 

silników statku wydobywały się  kłęby dymu. W pewnej chwili Qorl zauważył,  że zanikło 

ostatnie pole siłowe, chroniące dotąd kadłub jednostki. 

Ujrzawszy to, Norys dał ognia z luf laserowych działek. Pokrył  płyty poszycia 

nowymi czarnymi bliznami. 

Qorl pstryknął przełącznikiem i przesłał energię do systemów uzbrojenia, a potem 

włączył urządzenie celownicze. Uświadamiał sobie, że rażony nie ustającymi strzałami 

Norysa „Piorunochron” może za kilka sekund eksplodować. Nie zdziwiłoby go, gdyby nawet 

wówczas zabijaka nie przestał strzelać do płonących szczątków, by upewnić się, że nikt nie 

przeżyje katastrofy. 

Poczuł,  że wzbiera w nim obrzydzenie. Wyłączył zasilanie obwodu mikrofonu 

komunikatora i mruknął do siebie: 

background image

- Czy stracę godność, jeżeli zabiję kogoś, kto swoim postępowaniem udowodnił,  że 

nie wie, czym jest honor? 

Kiedy odbywał szkolenie w imperialnej akademii, szczegółowo zapoznał się z 

podzespołami i urządzeniami myśliwca typu TIE. Dobrze znał wszystkie jego słabe punkty. 

Wiedział, co robić, by je zniszczyć. 

Wziął na cel dysze wylotowe reaktorów maszyny Norysa. 

Tymczasem młodociany zabijaka, całkowicie ignorując uwagi instruktora, nie 

przestawał zasypywać kadłuba „Piorunochronu” lawiną laserowych błyskawic. Jedyną 

różnicę stanowiło to, że teraz czekał  dłużej przed oddaniem następnego strzału, zupełnie 

jakby napawał się ostatnimi chwilami lotu starego transportowca. 

„Piorunochron” zakołysał siew locie. Zapewne jego piloci podjęli ostatnią próbę 

uniknięcia trafienia. 

Qorl namierzył myśliwiec Norysa. 

Przycisnął guzik spustowy i wystrzelił. 

Maszyna Norysa eksplodowała w locie. Zamieniła się w ognistą kulę i zniknęła tak 

szybko, że młodociany zabijaka chyba nawet nie miał czasu krzyknąć ze zdumienia. 

Zawstydzony faktem, że jego postępowanie jest zdradą interesów Drugiego Imperium, 

Qorl nawet nie usiłował porozumieć się z pilotami „Piorunochronu”. Po prostu zmienił kurs i 

skierował się w stronę głównego pola walki. Tymczasem uszkodzony transportowiec poleciał 

dalej, z trudem utrzymując siew powietrzu. Prawdopodobnie piloci walczyli, aby wylądować, 

nie rozbijając się o gałęzie i konary. 

background image

ROZDZIAŁ 14 

 

W powietrzu nad akademią Jedi i w otaczającej wielką świątynię dżungli toczyły się 

zacięte walki. Tymczasem imperialny dywersant Orvak czołgał się metr po metrze coraz 

dalej, nie rezygnując z wykonania drugiej części starannie opracowanego planu. 

Pozostawił myśliwiec typu TIE na polanie, w pobliżu generatorów siłowego pola. 

Zniszczył je, wysadzając w powietrze urządzenia zasilające, ale zamierzał tam powrócić, 

kiedy upora się z trudniejszym zadaniem. Nie zauważony przez nikogo, od kilku godzin 

przedzierał się przez najdziksze ostępy, zmierzając w kierunku ogromnej świątyni. 

W pobliżu płonęło kilka drzew, wysyłając ku niebu kłęby siwego cuchnącego dymu. Z 

oddali dolatywały odgłosy blasterowych strzałów, a od czasu do czasu także buczenie 

świetlnych mieczy. Imperialny komandos nie przestawał się czołgać, starając się zachowywać 

jak najciszej. Nie mógł ryzykować,  że przypadkowy odgłos ujawni miejsce, w którym się 

znajduje. 

Szkoleni przez Skywalkera uczniowie Jedi opuścili w popłochu wielką  świątynię i 

rozbiegli się po dżungli, żeby toczyć pojedynki z wojownikami mistrza Brakissa. Pozostawili 

obiekt bez ochrony, ułatwiając mu pracę. 

Skradając się w stronę prastarej budowli, wciąż jeszcze otoczonej przez gęstą dżunglę, 

Orvak dostrzegł na omszałych ze starości kamiennych blokach całkiem świeże czarne smugi, 

osmalone miejsca, w które trafiły laserowe strzały i protonowe ładunki wybuchowe, zrzucane 

z powietrza przez pilotów bombowców typu TIE. Wszędobylskie pędy winorośli, jeszcze 

niedawno oplatające boki kamiennej piramidy, pod wpływem płomieni sczerniały, poskręcały 

się i zeschły. Oderwały się od kamiennych bloków i spoczęły jedne na drugich u stóp 

zigguratu. Jeden ładunek wybuchowy, który eksplodował szczególnie blisko świątyni, 

zniszczył wrota hangaru, wskutek czego obronna flota Skywalkera nie mogła poderwać się do 

lotu. 

Orvak z radością pomyślał,  że wreszcie gigantyczna budowla, która przetrwała w 

niemal nie naruszonym kształcie całe tysiąclecia, została nadwerężona. Uszkodzenia nie były 

jednak zbyt duże. Musi zatem dokończyć dzieła zniszczenia. 

Poruszając się bardzo ostrożnie i raz po raz kryjąc w zaroślach osłoniętą hełmem 

głowę, imperialny sabotażysta pełznął dalej. Szarpał  pędy dzikiej winorośli i wyrywał z 

korzeniami paprocie, aż w końcu znalazł się na skraju dżungli, dochodzącej niemal do samej 

tylnej ściany wielkiej budowli. 

background image

Po niebie nie przestawały  śmigać myśliwce typu TIE, podobne do złowieszczych 

drapieżnych ptaków. Orvak popatrzył w górę. W skrytości ducha życzył pilotom powodzenia. 

Z boku wielkiej piramidy zobaczył przestronny dziedziniec, zapewne niedawno 

wybrukowany albo tylko oczyszczony z porastających go krzaków i chwastów. Przeciwległy 

koniec placu przylegał do murów kamiennej budowli, w których dostrzegł mroczny prostokąt 

drzwi. Wyobrażając sobie, jakie ćwiczenia musieli wykonywać tu uczniowie Jedi, Orvak 

ostrożnie stanął na skraju dziedzińca. 

Przekonał się,  że między kamieniami i płytami zaczęły na nowo wyrastać pierwsze 

chwasty. Niewątpliwie po kilku następnych miesiącach od chwili, kiedy zniszczy świątynię, 

dżungla triumfalnie powróci, żeby upomnieć się o to, co jej odebrano. Pomyślał, że dopiero to 

będzie oznaczało ostateczny koniec akademii Jedi. Miał nadzieję,  że do tego czasu zdąży 

wrócić na pokład Akademii Ciemnej Strony. Może nawet zostanie awansowany na oficera i 

obejmie służbę na którymś gwiezdnym niszczycielu... Wszystko zależało od tego, czy 

pomyślnie wykona drugą część zadania. 

Kiedy strzelanina się nasiliła, a w dżungli niedaleko świątyni eksplodowało kilka 

bomb protonowych, Orvak zdecydował się rozpocząć akcję. Nisko pochylony, przebiegł 

przez wybrukowany kamieniami dziedziniec. Zdążał ku ciemnemu otworowi drzwi 

wiodących do zagadkowej świątyni Rebeliantów. 

Kiedy znalazł się na progu, na chwilę przystanął. Cieszył się,  że aparatura hełmu 

przefiltruje wszystkie trujące wyziewy, jakie mogły wydostawać się z wnętrza. Któż mógł 

wiedzieć, jakie straszliwe pułapki pozakładali czarownicy Jedi? 

Posłużył się umieszczonymi w hełmie czujnikami, aby stwierdzić, w jakich miejscach 

mogły zostać ukryte owe urządzenia.  Żadnych jednak nie odnalazł... Nie zdziwił się, 

ponieważ atak oddziałów Akademii Ciemnej Strony nastąpił tak nieoczekiwanie, że z 

pewnością rycerze Jedi nie mieli czasu przygotować się do obrony. 

Poprawił pakunek na plecach i wszedł do wielkiej świątyni Massassów. Mimo iż nie 

znał rozkładu pomieszczeń, pobiegł korytarzem. Mijał komnaty mieszkalne, wielkie jadalnie, 

ale nie zauważył niczego ciekawego, co warto byłoby wysadzić w powietrze. 

Dotarł do szybu turbowindy i zjechał na najniższy poziom, na którym mieścił się 

zamknięty hangar z lądowiskiem. Liczył na to, że może właśnie tam wykorzysta najlepiej 

pozostałe  ładunki wybuchowe. Spodziewał się,  że ich eksplozje zniszczą całą flotę 

rebelianckich gwiezdnych statków. Kiedy jednak wyskoczył z kabiny turbowindy, niemal nie 

mógł uwierzyć  własnym oczom. Mimo półmroku panującego w wielkim pomieszczeniu, 

zorientował się, że na płycie lądowiska znajduje się tylko jeden mały statek. Zwrócił uwagę 

background image

na dziwne opływowe kształty i kadłub, pokryty lśniącym pancerzem. Nie zauważył niczego 

więcej.  Żadnej floty gwiezdnych statków, żadnych silnych systemów uzbrojenia. Parsknął 

pogardliwie, nie umiejąc ukryć rozczarowania. 

Nagle w hangarze rozjęczały się sygnały alarmowe. Czerwone mrugające  światła 

poraziły oczy imperialnego dywersanta. W jego kierunku, przeraźliwie gwiżdżąc i piszcząc, 

zaczął sunąć niewielki baryłkowaty robot. Z końcówki spawalniczej, wystającej z 

cylindrycznego korpusu automatu, tryskały snopy błękitnych wyładowań elektrycznych. 

Ogarnięty paniką Orvak wpadł do kabiny turbowindy i przycisnął guzik kontrolny, 

aby zamknąć drzwi klatki. Czy możliwe, by podstępni rycerze Jedi wykorzystali do obrony 

hangaru cały zastęp androidów-morderców? Śmiercionośnych, silnie uzbrojonych automatów, 

słynących z tego, że nigdy, przenigdy nie chybiały? 

Zanim skrzydła drzwi się zamknęły, a klatka zaczęła sunąć na wyższe poziomy, 

przerażony sabotażysta po raz ostatni rzucił okiem na płytę lądowiska. Uświadomił sobie, że 

napastnik był tylko samotnym astronawigacyjnym robotem, który tocząc się po metalowych 

płytach, wydawał standardowe alarmowe dźwięki, jakie konstruktorzy zapisali w pamięci 

jego komputera. Wszystko wskazywało na to, że w hangarze nie przebywał nikt, kto mógłby 

je usłyszeć. 

Komandor Orvak, wyraźnie odprężony, nerwowo zachichotał. Samotny 

astronawigacyjny robot! Zawsze zdumiewał się, ilekroć widział najzwyklejsze automaty, 

mające o sobie zbyt wysokie mniemanie. Natychmiast przestał się bać,  że może wpaść w 

pułapkę. 

Tak czy inaczej, musiał znaleźć inne miejsce, które nadawałoby się do jego celu. 

Mające większe znaczenie. 

W końcu znalazł to, czego szukał. Na najwyższym poziomie ogromnej piramidy. 

Wjechał turbowindąna samą górę, a potem wyszedł z kabiny. Trzymając blaster 

gotowy do strzału, aby móc trafić każdego, kto wyłoniłby się z mrocznego kąta, imperialny 

komandos ostrożnie wkroczył do wielkiej komnaty audiencyjnej. 

Jej  ściany wyłożono polerowanymi płytami i ozdobiono różnobarwnymi kamykami. 

W przeciwległym krańcu wznosiło się podwyższenie. Orvak wyobraził sobie, że to właśnie 

stamtąd instruktorzy Rebeliantów wygłaszali przemówienia do uczniów. Prawdopodobnie na 

tym samym podwyższeniu dekorowali jedni drugich medalami za zwycięstwa, odniesione w 

trakcie walk przeciwko prawowitym władcom galaktyki. Możliwe też,  że właśnie tam 

odprawiali swoje ohydne czary. 

Tak - pomyślał. - To miejsce nadaje się doskonale. 

background image

Zrzucił z barków plecak i przystąpił do wykonania zadania. Poruszał się szybko, 

czując przyspieszone uderzenia serca. Cieszył się na myśl o tym, że niedługo zakończy akcję, 

w której stracił  życie jego towarzysz, Dareb. Ściągnął z głowy czarny hełm,  żeby lepiej 

widzieć w niepewnym blasku promieni słonecznych, które wpadały przez umieszczone w 

sklepieniu świetliki. 

W powietrzu nad dżunglą snuły się chmury dymu, podobne do ciemnej wodnej farby, 

którą jakiś malarz usiłował zamazać błękit nieba. W wielkiej komnacie rozbrzmiewało echo 

strzałów bitew, toczących się w leśnej głuszy. Orvak nie słyszał jednak żadnych dźwięków 

dobiegających z wnętrza  świątyni. Nie widział także, by cokolwiek się w niej poruszało. 

Doszedł do przekonania, że wielka piramida jest całkowicie wyludniona. Nie musiał się 

spieszyć. Mógł poświęcić trochę więcej czasu, by jak najlepiej wykonać zadanie. 

Ruszył w stronę podwyższenia, nie przejmując się tym, że jego podkute buty głośno 

dźwięczą w zetknięciu z kamiennymi płytami posadzki. Odszukał umieszczone pośrodku 

wielkiej sali najlepsze miejsce. Pomyślał, że to właśnie stąd siła potwornej eksplozji powinna 

skierować się we wszystkie strony. Ściągnął grube skórzane rękawice,  żeby móc szybciej 

posługiwać się precyzyjnymi elektronicznymi podzespołami. 

Pracując szybko, ale uważnie, wyjął cztery ostatnie termiczne detonatory, jakie mu 

pozostały, po czym sprzągł wszystkie ze sobą. Później dołączył je do jednego urządzenia 

odmierzającego upływ czasu, a następnie umieścił w czterech punktach komnaty, mniej 

więcej w takich samych odległościach od centralnego czasomierza. Leżące na posadzce 

rozciągnięte przewody kojarzyły mu się ze szprychami ogromnego koła. 

Tak, eksplozja będzie naprawdę wspaniała. 

W idealnym przypadku, kiedy wszystkie detonatory eksplodują równocześnie, siła 

wybuchu powinna unieść w powietrze sklepienie świątyni jak ogromny głaz, wyrzucony z 

czeluści czynnego wulkanu. Fala uderzeniowa wyrwie w posadzce komnaty audiencyjnej 

wielką dziurę i przeniknie na niższe poziomy, na których rozsadzi mury prastarej budowli. 

Cała piramida runie i legnie w gruzach. Osiągnie stan, w jakim powinna znajdować się od 

dawna. 

Orvak skończył rozkładać detonatory i powrócił do centralnego czasomierza. 

Uklęknął na wypolerowanej posadzce i zaczął nastawiać pokrętła mechanizmu zegarowego. Z 

przewrotną satysfakcją pomyślał,  że w tej sali już nigdy nie wysłuchają wykładów  żadni 

Rebelianci. Ani jeden z przyszłych rycerzy Jedi nie nauczy się tu rebelianckiej filozofii życia. 

W wielkiej komnacie nie odbędzie się więcej  żadna ceremonia dekorowania medalami czy 

świętowania odniesionego zwycięstwa. 

background image

Wkrótce cała świątynia zamieni się w ruinę. 

Klęcząc na posadzce, Orvak wystukał na klawiaturze kombinację  będącą kodem 

uzbrajającym ładunki wybuchowe. Na obudowach wszystkich detonatorów, rozmieszczonych 

w czterech punktach ogromnej sali, zaczęły mrugać zielone lampki. Sygnalizowały gotowość 

do pracy i zarazem żądanie wydania ostatecznego rozkazu. 

Rzuciwszy okiem na wszystkie ładunki wybuchowe, imperialny komandos 

uśmiechnął się do siebie, po czym wcisnął guzik, oznaczony: AKTYWACJA.

 

Dopiero z tą 

chwilą czasomierz zaczął odliczać upływ czasu. Orvak musiał teraz jak najszybciej opuścić 

mury akademii Jedi. 

Poruszył się i chciał wstać z posadzki. Oparł  dłoń na wypolerowanej kamiennej 

płycie, ale kątem oka dostrzegł, że pod ścianą poruszyło się coś błyszczącego, opalizującego i 

odbijającego rozproszone światło... coś niemal przezroczystego. Zalśniło tęczowym blaskiem, 

jakby rozszczepiło jakiś promień słońca, który wpadł przez jeden ze świetlików. 

Orvak wyciągnął blaster i nie wstając z posadzki, zamarł w obronnym przysiadzie. 

- Kto tam? - zapytał, starając się nadać głosowi jak najgroźniejsze brzmienie. 

Po chwili znów ujrzał taki sam błysk. Wydało mu się,  że dostrzega opalizujący 

podłużny kształt, wijący się i pełznący ku niemu po płytach posadzki. Po chwili jednak 

ponownie stracił go z oczu. 

Kilkakrotnie wystrzelił z blastera, mierząc w miejsce, w którym ostatnio dostrzegł 

tęczowe błyski. W kamiennych płytach utworzyły się sczerniałe wgłębienia.  Śmiercionośne 

błyskawice odskoczyły od gładkiej płyty i poszybowały we wszystkie strony, aby ponownie 

odbić się od kamiennych ścian i powrócić ku środkowi komnaty. Widząc to, Orvak 

rozpłaszczył się na posadzce. Obawiał się, że w każdej chwili może zostać zaatakowany przez 

ukrytych obrońców świątyni. Stracił z widoku dziwną, opalizującą rzecz, ale nie przestał się 

zastanawiać nad tym, co właściwie widział. Doszedł do wniosku, że niewątpliwie musiała to 

być jakaś podstępna sztuczka, do jakiej uciekli się czarownicy Jedi, żeby odwrócić jego 

uwagę. Nie powinien wyciągać blastera i strzelać, ale nie zamierzał dać się pochwycić 

jakiemuś rycerzowi Jedi. 

W tej samej chwili poczuł, że coś ukłuło go w dłoń, wspierającą się o kamienną płytę. 

Spojrzał tam i zobaczył,  że w dwóch nakłutych miejscach pojawiły się kropelki krwi. 

Zauważył także trójkątny łeb jakiegoś gada - szklistego, kryształowego węża! 

- Hej! - krzyknął, nie wiedząc, co ma o tym sądzić. 

Zanim zdążył wstać z posadzki, kryształowy gad rozwarł szczęki, a później opadł na 

posadzkę i wijąc się zaczął pełznąć w kierunku szczeliny, widocznej w pobliskiej ścianie. 

background image

Orvak zauważył jeszcze błysk światła, po czym dziwaczny wąż zniknął, jakby nigdy go nie 

było. 

Imperialny dywersant stwierdził jednak, że i tak nie bardzo się tym przejmuje. Z 

wolna ogarniała go przemożna chęć ułożenia się do snu. Wywołany ukąszeniem ból zaczynał 

przemieniać się w nieszkodliwe mrowienie. Ogarnięty sennością Orvak pomyślał, że kiedy się 

obudzi, z pewnością poczuje się o wiele lepiej. 

Wyciągnął się na kamiennych płytach i zapadł w głęboki sen, nie przejmując się tym, 

że leży tuż obok odliczającego upływ czasu urządzenia. 

Tymczasem cyferki na miniaturowej tarczy nie przestawały przeskakiwać, 

nieubłaganie dążąc do osiągnięcia stanu, kiedy pokażą same zera. 

background image

ROZDZIAŁ 15 

 

Tenel Ka stała na krawędzi szturmowej platformy. Napinała mięśnie, przygotowując 

ciało i zmysły Jedi do walki. 

Zwinęła cienką linkę i złożyła ramiona kotwiczki, a potem umieściła jedno i drugie w 

kieszeni u pasa. Następnie wyciągnęła silnie umięśnioną  rękę i pochwyciła sporządzoną z 

zęba rankora rękojeść świetlnego miecza. Uniosła ją i wysunęła energetyczną klingę. Tuż za 

dziewczyną stał o wiele wyższy od niej Lowbacca. Najeżył wszystkie kłaki rudobrązowej 

sierści i cofnął ciemne wargi, by obnażyć groźne kły. Trzymał oburącz podobną do potężnej 

pałki rękojeść, z której wystawało ostrze barwy roztopionego brązu. 

Przebywający na wyższym pokładzie bojowej platformy szturmowcy, zdumieni 

pojawieniem się nieoczekiwanych gości, natychmiast ruszyli w ich stronę. Wyciągnęli 

blastery. Ani przez sekundę nie wątpili, że za chwilę ich pokonają. 

- O rety, panie Lowbacco - odezwał się na ich widok Em Teedee. - Może powinniśmy 

zaplanować tę akcję chociaż odrobinę staranniej? 

Lowie warknął, ale Tenel Ka się wyprostowała. Nie straciła wiary we własne 

umiejętności. 

- Moc jest z nami - oznajmiła. - I to jest fakt. 

Nad głowami obojga młodych rycerzy Jedi przeleciał samotny bombowiec typu TIE. 

Jego pilot właśnie zrzucił kilka protonowych ładunków wybuchowych w różnych miejscach 

dżungli. Zewsząd dobiegały odgłosy blasterowych strzałów. 

Nad pokładem szturmowej platformy wznosiła się nadbudówka mieszcząca 

stanowisko dowodzenia. Stała na nim odziana w czarną pelerynę Siostra Nocy Tamith Kai, 

podobna do ogromnego drapieżnego ptaka. Odwróciła się w stronę dwojga intruzów, a 

wówczas jej szkarłatnowiśniowe wargi cofnęły się, ukazując zęby. Tymczasem Tenel Ka i 

młody Wookie postąpili trzy kroki w kierunku czekających szturmowców. 

Jeden z zakutych w białe pancerze żołnierzy, widocznie bardziej zdenerwowany 

widokiem młodych Jedi niż pozostali, uniósł blaster i strzelił. Wojowniczka z Dathomiry 

machnęła świetlistym ostrzem i bez trudu odbiła wiązkę energii, która poszybowała ku niebu. 

Później, jakby ona i Lowie ustalili to zawczasu, oboje głośno krzyknęli i skoczyli ku 

szturmowcom. Wymachiwali tak szybko klingami świetlnych mieczy, że imperialni żołnierze, 

chociaż raz po raz strzelali z blasterów, wpadli w panikę. Młody Wookie i wojowniczka z 

Dathomiry przedarli się przez ich szeregi jak tornado. 

background image

Stojąca nieco wyżej na stanowisku dowodzenia Tamith Kai oparła ręce o poręcz 

pomostu i w milczeniu przyglądała się walce. 

- Dziewczyna należy do mnie - odezwała się w pewnej chwili. - Za chwilę osobiście 

zmiażdżę jej serce. 

Tenel Ka raz jeszcze machnęła  świetlistą klingą i wyeliminowała z dalszej walki 

następnego szturmowca. Odwróciła się, kiedy usłyszała głos Siostry Nocy. Czuła 

przyspieszone uderzenia serca, które biło w jej piersi niczym młot, ale oddychała spokojnie, 

miarowo. Przygotowała się do tej walki i pokładała zaufanie we własnej sile i fizycznej 

sprawności. Wierzyła, że odniesie zwycięstwo. 

- To oznacza, że musisz odtąd sam radzić sobie z pozostałymi szturmowcami, Lowie - 

powiedziała. 

Jednym skokiem znalazła się na pomoście dowodzenia, gotowa stoczyć pojedynek z 

groźną przeciwniczką. 

Młody Wookie zaryczał na znak, że potrafi sprostać wyzwaniu, ale przypięty do jego 

pasa miniaturowy android-tłumacz nie wyglądał na przekonanego. 

- Proszę, niech pan uważa, panie Lowbacco - zapiszczał, wyraźnie przerażony. - Nie 

byłoby rozsądnie, gdyby dał się pan opanować manii wielkości. 

Szturmowcy widząc,  że mogą walczyć teraz tylko z jednym intruzem, rzucili się na 

młodego Wookiego. Lowbacca wcale jednak nie uważał, że szala zwycięstwa przechyliła się 

na jego niekorzyść. 

Tymczasem Tenel Ka stała przed Siostrą Nocy dumnie wyprostowana, nie okazując 

ani cienia trwogi. Uniosła turkusowe ostrze świetlnego miecza. Pamiętała, że kiedy ostatnio 

walczyła z groźną wiedźmą, zaskoczyła ją niespodziewanym atakiem i omal jej nie 

obezwładniła. 

- Jak tam twoje kolano, Tamith Kai? - zapytała. 

W fioletowych oczach Siostry Nocy pojawiły się złowieszcze błyski. Wiedźma kpiąco 

pokręciła głową. 

- Powinnaś natychmiast się poddać, słabełuszko - powiedziała. - Nie jesteś na tyle 

godną przeciwniczką,  żebym miała pokazywać ci próbkę moich umiejętności. Coś takiego! 

Jednoręka dziewczyna śmie sądzić, że może stanowić dla mnie jakieś zagrożenie! 

- Zbyt dużo mówisz - odparła młoda wojowniczka. - A może przypuszczasz, że smród 

twojego oddechu może być dobrą bronią podczas walki ze mną? 

- Spędziłaś za dużo czasu, wałęsając się z tymi smarkaczami Jedi - odezwała się 

Tamith Kai. - Zapomniałaś o szacunku, jaki powinnaś okazywać zwierzchnikom. 

background image

Wiedźma dźgnęła powietrze zagiętymi palcami. Posłała w kierunku dziewczyny dwie 

niebiesko-czarne wiązki energii ciemnej strony. 

- Nie widzę tu nikogo, kogo miałabym uważać za zwierzchnika - odparła dumnie 

Tenel Ka. 

Odbiła krzaczaste błyskawice ostrzem miecza. W następnej chwili posłużyła się 

Mocą, aby wspomóc własne szlachetne myśli i uczucia. Otoczyła się nimi jak siłowym polem. 

Siostra Nocy, wyraźnie zaskoczona, cofnęła się o dwa kroki. 

Tymczasem walczący nieco niżej Lowbacca nie przestawał wymachiwać klingą 

świetlnego miecza, trzymanego w jednej dłoni. W pewnej chwili wyciągnął drugą  rękę i 

pochwycił zakutego w biały pancerz szturmowca, który miał nieszczęście znaleźć się 

najbliżej. Popchnął go na trzech innych imperialnych żołnierzy. Wszyscy czterej zwalili się 

na płyty pokładu. Pozostali szturmowcy palili się do walki z samotnym przeciwnikiem, ale 

zbytnio się tłoczyli i nie mogli zrobić  właściwego użytku z blasterów. Wyglądało na to, że 

uwierzyli, iż potrafią pokonać rozzłoszczonego Wookiego jedynie dysponując nad nim 

przewagą liczebną. 

Popełniali w ten sposób poważny błąd. 

Stojąca na pomoście dowodzenia Siostra Nocy przeszła w inny róg, ale nie odrywała 

rozbawionego spojrzenia od młodej wojowniczki z Dathomiry. Tymczasem Tenel Ka pewnie 

trzymała rękojeść  świetlnego miecza. Ona także wpijała szare jak granit oczy w fioletowe 

źrenice niebezpiecznej przeciwniczki. 

Nad głowami obu kobiet krążyło teraz co najmniej kilka bombowców typu TIE. 

Wszystko przemawiało jednak za tym, że pilotów bardziej interesuje przebieg toczącej się na 

platformie walki niż bombardowanie celów ukrytych w gąszczach dżungli. 

Siostra Nocy zgięła ręce. W każdej dłoni zaczęła się tworzyć kula oślepiającego 

błękitnego  światła. Raz po raz rozbłyskiwała jeszcze jaśniejszymi krzaczastymi 

błyskawicami. Rosła, nabierała mocy, potężniała... Tenel Ka zrozumiała,  że musi 

wykorzystać fakt, iż Tamith Kai poświęca całą uwagę przygotowaniom do następnego ataku, 

i zaskoczyć j ą czymś niespodziewanym. 

Wiedźma stała w pobliżu krawędzi pomostu dowodzenia. Kierowała spojrzenie na 

własne dłonie, a nie na położony nieco poniżej poziom, gdzie w najlepsze toczył się zacięty 

bój między Lowbacca a szturmowcami. W pewnej chwili wyprostowała i uniosła ręce. 

Między czubkami palców przeskakiwały iskry energii złej Mocy, czekającej na chwilę, kiedy 

zostanie uwolniona. 

Tenel Ka zamarkowała cios turkusową klingą  świetlnego miecza, po czym bez 

background image

ostrzeżenia posłużyła się energią jasnej Mocy. Skierowała ją przed siebie niczym wyciągniętą 

rękę, wymierzoną prosto w Siostrę Nocy. Pchnęła wiedźmę na tyle silnie, że złowieszcza 

kobieta zatoczyła się i oparła o barierkę, która jednak nie wytrzymała impetu pchnięcia i 

pękła. Tamith Kai rozpaczliwie zaskrzeczała i przewinęła się nad poręczą. Ogniste 

błyskawice poszybowały ku niebu, nie robiąc nikomu krzywdy, ale o włos chybiły 

opancerzony kadłub bombowca typu TIE, który właśnie przelatywał nad szturmową 

platformą. 

Siostra Nocy spadła na niższy poziom, gdzie Lowbacca zmagał się ze szturmowcami. 

Młody Wookie groźnie warknął, odwracając głowę w stronę wiedźmy. W tej samej chwili 

imperialni żołnierze, zamierzając w końcu obezwładnić przeciwnika, rzucili się do kolejnego 

ataku, ale Tamith Kai, zapewne rada, że ma na kim wyładować wściekłość, rozrzuciła ich we 

wszystkie strony. 

Stojąca na pomoście dowodzenia Tenel Ka usłyszała nagle narastający skowyt 

silników jakiejś maszyny. Uniosła głowę i ujrzała bombowiec typu TIE, zbliżający się 

koszącym lotem i kierujący na nią lufy laserowych działek! Obserwowała, jak wyskakują z 

nich jaskrawe błyskawice i topią metalowe płyty pomostu pod jej stopami. 

Zaczęła dziwny taniec, raz po raz przeskakując z nogi na nogę. Wykorzystując 

zespolenie własnego organizmu z Mocą, starała się przewidywać, w które miejsce trafi 

następna błyskawica. Laserowe strzały niosły zbyt duże ilości energii, żeby mogła odbijać je 

klingą miecza. Stała samotna, nie chroniona przez żaden pancerz, nie mając wielkich szans 

podczas takiej walki. 

Poczuła się nieswojo, kiedy uświadomiła sobie tę prawdę. Ponuro się  uśmiechnęła i 

postanowiła,  że podejmie to wyzwanie. Ryk silników nieprzyjacielskiej maszyny narastał i 

dziewczyna wiedziała, że za chwilę bombowiec przeleci nad jej głową. Zablokowała klingę 

świetlnego miecza tak, że pozostawała ona przez cały czas włączona, po czym postarała się 

przewidzieć trajektorię lotu imperialnej maszyny. Nagłym ruchem nadgarstka wyrzuciła w 

powietrze wykonaną z zęba rankora rękojeść broni. 

Kiedy wykonywała  ćwiczenia Jedi, wiele czasu poświęciła na rzucanie do celu. 

Posługiwała się  włóczniami i nożami tak długo i doszła do takiej wprawy, że trafiała za 

każdym razem. Teraz jednak nie starczało czasu na przygotowania, a poza tym jej broń miała 

do pokonania o wiele większą odległość niż zazwyczaj. Mimo to dzielna dziewczyna ani 

przez chwilę nie zwątpiła we własne umiejętności. 

Zauważyła,  że pilot bombowca typu TIE zaczyna zataczać  łuk i podrywa maszynę. 

Zapewne zamierzał zawrócić i przystąpić do następnej próby. 

background image

Tymczasem świetlny miecz, nie przestając wirować w locie, unosił się coraz wyżej i 

wyżej. W pewnej chwili, kiedy trafił w kadłub maszyny, rozbłysnął  oślepiającym 

turkusowym blaskiem. Tenel Ka stwierdziła, że wbrew jej oczekiwaniom nie odciął żadnego 

panelu bocznego dostarczającego energię różnym podzespołom. Mimo to świetlista klinga 

odłupała stabilizator lotu i wyszarpała sporą dziurę w kadłubie. Przecięła go i przeszła na 

drugą stronę, po czym, nie przestając koziołkować w locie, zaczęła opadać w stronę zielonego 

morza drzew rosnących w pobliżu brzegu rzeki. 

Niezdolna wymówić choćby słowa, Siostra Nocy wściekle zawyła. Odbiła się od płyty 

pokładu i jednym skokiem znalazła się na pomoście dowodzenia. Jej czarna peleryna 

zatrzepotała jak skrzydła kruka rzucającego się na ofiarę. Z oczu Tamith Kai strzelały 

fioletowe błyskawice. 

Ujrzawszy samotną jednoręką dziewczynę, nie uzbrojoną nawet w świetlny miecz, 

Siostra Nocy wybuchnęła głośnym  śmiechem. W jej gardłowym, chrapliwym, kpiącym 

rechocie kryło się szyderstwo. 

- Teraz nie tylko jesteś okaleczona, ale także zostałaś rozbrojona - parsknęła, 

krztusząc się i spoglądając wymownie na kikut ręki Tenel Ka. - Marnujesz mój czas i 

nadużywasz mojej cierpliwości, dziecko. Oszczędź sobie i mnie kłopotów. Połóż się na 

pokładzie i pogódź ze śmiercią. 

Tenel Ka spiorunowała Siostrę Nocy lodowatym spojrzeniem. Nie wahając się, 

postąpiła krok w jej stronę. 

- Możliwe, że zostałam rozbrojona - powiedziała - ale nigdy nie jestem bezbronna. 

Podeszła jeszcze bliżej. Niespodziewanym ruchem uniosła lewą nogę i obróciwszy 

stopę w stawie skokowym, zaczepiła czubek buta tuż za kostką nogi wiedźmy. Równocześnie 

pchnęła rozczapierzoną dłonią Siostrę Nocy i przewróciła ją na metalowe płyty pomostu. 

Usłyszała głośne okrzyki przerażonych i ogarniętych paniką szturmowców. Po chwili 

dołączył się do nich narastający jazgot silników uszkodzonego bombowca typu TIE. Tenel Ka 

uniosła głowę i zaryzykowała spojrzenie w niebo. Zareagowała niemal odruchowo, jeszcze 

zanim uświadomiła sobie, co się dzieje. 

Bombowiec typu TIE, który trafiła klingą świetlnego miecza, zdołał jednak utrzymać 

się w powietrzu, a nawet zawrócił. Leciał dalej, mimo iż cała rufowa część kadłuba stała w 

płomieniach. Pozbawiona zdolności manewrowania imperialna maszyna kołysała się w locie 

z boku na bok i leciała raz wyżej, a raz niżej. Ogarnięty paniką pilot kierował  ją ku 

szturmowej platformie. 

Tenel Ka wyczuwała jego przerażenie. Lotnik Akademii Ciemnej Strony nie wiedział, 

background image

co robić, i doszedł do wniosku, że platforma może być ostatnią szansą ratunku. Zapewne 

zamierzał  na  niej  wylądować, licząc na to, że w ten sposób uchroni bombowiec od niemal 

pewnej katastrofy. Tenel Ka w mgnieniu oka zorientowała się jednak, że maszyna nie słucha 

sterów i leci zbyt szybko, żeby mogła bezpiecznie osiąść na pokładzie platformy. 

Siostra Nocy, zaślepiona wściekłością i nienawiścią, nie zwracała uwagi na to, co się 

dzieje. Wyciągnęła rękę i usiłowała pochwycić kostkę Tenel Ka zagiętymi palcami, które 

były zakończone przypominającymi szpony paznokciami. Wiedźma nie przeczuwała, że i jej, 

i wszystkim innym grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. 

Młoda wojowniczka nie zamierzała tracić cennego czasu na dalszą walkę,. 

Szarpnąwszy nogę, uwolniła but z palców Siostry Nocy Przeskoczyła nad odzianą w czarne 

szaty wiedźmą i wylądowała na niższym poziomie, pośród szturmowców walczących z 

Lowbaccą. 

Imperialni  żołnierze, którzy pierwsi zauważyli nadlatujący bombowiec, rozbiegli się 

we wszystkie strony, aby pilot miał gdzie wylądować. 

- Lowbacco, musimy stąd uciekać. - Tenel Ka schwyciła kosmatą  rękę  młodego 

Wookiego. 

Lowie zaryczał. W następnej sekundzie rozległ się piskliwy głos miniaturowego 

androida. 

- Nareszcie. Uważam, że to jak najbardziej sensowna propozycja. 

Młoda wojowniczka i Lowbaccą pospieszyli do krawędzi platformy, unoszącej się nad 

falującym oceanem liści. Popatrzyli na leniwie płynącą w dole rzekę i gęstwinę gałęzi drzew, 

rosnących na brzegach. 

Tamith Kai, która pozostała na pomoście dowodzenia, w końcu zorientowała się, że 

jej  życie jest zagrożone. Skowyt silników nadlatującego bombowca typu TIE zmienił się w 

ryk, a później niemal w łoskot. Siostra Nocy krzyknęła, nakazując pełniącym służbę w środku 

platformy pilotom, by zwiększyli moc silników repulsorowych i przelecieli w inne miejsce. 

Doskonale wiedziała jednak, że nie zdążą wykonać rozkazu. 

Lowie i Tenel Ka, nie zastanawiając się  dłużej, odbili się od krawędzi i skoczyli. 

Liczyli na to, że znajdą bezpieczne miejsce, w którym będą mogli wylądować. 

Jeszcze szybowali w powietrzu, posługując się Mocą, by kontrolować prędkość 

opadania, kiedy uszkodzony bombowiec typu TIE rozbił się o górny pokład szturmowej 

platformy Akademii Ciemnej Strony i natychmiast eksplodował. Siłę eksplozji silników 

zwielokrotniły  ładunki wybuchowe, których pilot albo nie zdążył zrzucić, albo o nich 

zapomniał. Maszyna przeleciała na wylot przez oba opancerzone pokłady, po czym 

background image

roztrzaskała się o drzewa. 

Pancerne płyty platformy, wirując w powietrzu jak płatki  śniegu, pofrunęły we 

wszystkie strony. W niebo strzelił  słup ognia przedzierającego się przez kłęby czarnego 

dymu, a niezgrabna konstrukcja runęła, rozrywana siłami eksplozji zgromadzonych na 

pokładach ładunków wybuchowych. 

Nieforemna bryła niemożliwych do rozpoznania szczątków eksplodowała jeszcze 

kilka razy, po czym pogrążyła się w nurtach rzeki... 

background image

ROZDZIAŁ 16 

 

Laserowe błyskawice, wystrzeliwane z luf działek myśliwców typu TIE ścigających 

Jainę, raz po raz przelatywały koło porwanej maszyny. Jedna ognista nitka musnęła skraj 

sześciokątnego panelu z ogniwami energetycznymi. Przysmażyła go, zaskwierczała, po czym 

odbiła się w postaci snopu oślepiających iskier. 

Pilotowany przez Jainę myśliwiec zaczął koziołkować. Dziewczyna starała się 

odzyskać panowanie nad sterami, ale zorientowała się,  że jej maszyna straciła część mocy. 

Mimo to leciała dalej, napędzana przez wyciszone silniki, zaprojektowane z myślą o 

dokonywaniu zaplanowanego sabotażu, a nie lataniu z dużymi prędkościami. Piloci 

ścigających Jainę nieprzyjacielskich myśliwców natychmiast wykorzystali to i jeszcze 

bardziej przyspieszyli. 

Dziewczyna robiła rozpaczliwe uniki, to podrywając maszynę, to nurkując. Jakiś czas 

leciała tuż nad wierzchołkami drzew, aby później wznieść się niemal pionową  świecą w 

niebo. Liczyła na to, że któryś imperialny pilot popełni błąd i zawadzi o konar drzewa, zderzy 

się z myśliwcem kolegi albo wykona jakiś inny manewr, powodujący eksplozję maszyny. 

Niestety, jej nadzieje się nie spełniły. 

Tymczasem trzej prześladowcy zbliżyli się tak bardzo, że mogli trafić myśliwiec 

Jainy, nie uciekając się do pomocy urządzeń celowniczych. Dziewczyna zrozumiała,  że nie 

umknie, jeżeli szybko nie posłuży się jakąś sztuczką. Wykorzystując umiejętności, nabyte 

podczas wykonywania przez wiele tygodni ćwiczeń Jedi, zwiększyła szybkość myśli i 

precyzję ruchów. Pociągnęła za dźwignię sterowniczą i wprawiła maszynę w ruch wirowy, 

zataczając równocześnie tak ciasny łuk, że po chwili leciała w kierunku trójki nieprzyjaciół. 

W mgnieniu oka przebyła odległość dzielącą  ją od prześladowców. Miała czas na oddanie 

tylko jednego strzału. 

Nie zmarnowała okazji. 

Jej laserowa błyskawica rozszarpała podbrzusze nieprzyjacielskiej maszyny typu TIE. 

Pozbawiła ją zdolności manewrowania i rozhermetyzowała kabinę. Pilot wypadł przez otwór i 

koziołkując w locie, zniknął w gąszczu liści. 

Jaina przemknęła między dwoma pozostałymi imperialnymi myśliwcami. Z 

maksymalną szybkością poleciała w przeciwnym kierunku. Kiedy piloci Akademii Ciemnej 

Strony zorientowali się, co zrobiła, zatoczyli obszerne łuki i zawrócili. Mimo to po kilkunastu 

sekundach znów zaczęli zmniejszać odległość dzielącą ich od ofiary. 

background image

Dziewczyna przeniosła spojrzenie na pulpit sterowniczy. Usiłowała wypatrzyć pośród 

rozmieszczonych na nim przyrządów, wskaźników i przełączników taki, który mógłby w 

czymś pomóc. Miała nadzieję,  że może uda się jej znaleźć tajemniczą broń, w jaką został 

wyposażony ten egzemplarz imperialnego statku. W głębi ducha wątpiła jednak, czy znajdzie 

coś, co pozwoliłoby umknąć prześladowcom. 

Nagle jej spojrzenie spoczęło na niewielkim guziku, obok którego widniał napis: 

TŁUMIK

 

ZASILANIA

 

SILNIKÓW

 

JONOWYCH.

 

Jaina uświadomiła sobie, że przyciśnięcie 

guzika spowodowałoby przesłanie dodatkowej porcji energii do silników, które pracowały tak 

cicho, ponieważ wykorzystywały zaledwie ułamek dostępnej mocy. 

Nie wahając się ani sekundy, przycisnęła guzik i włączyła tłumiki zasilania. Usłyszała 

nasilający się charakterystyczny skowyt i poczuła,  że maszyna śmignęła jak wyrzucona z 

procy. Przyspieszenie docisnęło plecy dziewczyny do oparcia fotela i wywołało na jej twarzy 

dziwny grymas. Myśliwiec zaczął lecieć o wiele szybciej niż jakakolwiek inna jednostka, 

którą Jaina miała dotąd okazję pilotować. 

Dziewczyna pomyślała, że gdyby jeszcze bardziej przyspieszyła, może prześladowcy 

straciliby ją z pola widzenia. Mogłaby wówczas skierować maszynę ku orbicie i zatoczyć łuk 

wysoko nad księżycem, tak by nie zauważył jej żaden inny imperialny pilot. Później na jakiś 

czas zmniejszyłaby dopływ energii i korzystając z tego, że silniki pracując wiele ciszej, 

poszybowałaby w przestworza. Wykorzystałaby fakt, że kadłub jej maszyny został pokryty 

ochronną warstwą, dzięki której myśliwiec typu TIE nie mógł być wykryty przez sygnały 

skanerów... Może w taki sposób zdołałaby ocalić życie. 

Zwiększone przyspieszenie sprawiało,  że z trudem poruszała rękami. Mimo to 

wystrzeliła  świecą w górę, zamierzając jak najszybciej przelecieć przez atmosferę i znaleźć 

się na orbicie. 

Para  ścigających ją imperialnych pilotów powtórzyła ten manewr. Jaina nie miała 

pojęcia, czy przyspieszenie, jakie osiągnęła maszyna, pozwoli jej lecieć z większą prędkością 

niż ta, jaką osiągają normalne myśliwce typu TIE, ale wiedziała,  że powinna zostawić 

prześladowców jak najdalej za sobą, a później postarać się ich przechytrzyć. 

Atmosfera stawała się coraz rzadsza. Przestworza zmieniły kolor najpierw na 

ciemnopurpurowy, aby w końcu przybrać barwę nieprzeniknionej czerni. Ku swojemu 

rozczarowaniu Jaina zobaczyła jednak, że dwa ścigające ją myśliwce typu TIE znów zaczęły 

się zbliżać. Ich sylwetki powiększały się może nie tak szybko jak poprzednio, ale wciąż 

goniły za nią, zamiast maleć i niknąć. Dziewczyna zrozumiała,  że jej plan nie ma szans na 

spełnienie... Nie zdoła umknąć prześladowcom i rozpłynąć się w mrokach przestworzy. Nie 

background image

wykorzysta przewagi, jaką daj e ochronna powłoka jej maszyny. 

Zastanawiała się, czy mogłaby powtórzyć poprzedni manewr, którym już raz 

zaskoczyła imperialnych pilotów. Czy zdołałaby zawrócić i stawić czoło jednemu, tak by 

drugi jej nie trafił? Istniała niewielka szansa, że zestrzeliłaby obie maszyny, zanim zbici z 

tropu piloci zdążą przestawić celowniki. Jaina nie bardzo jednak wierzyła,  że po raz drugi 

udałaby się jej taka sztuczka. 

Sytuacja zaczynała być beznadziejna. 

Już miała poddać się zniechęceniu i rozpaczy, kiedy stwierdziła, że przestworza przed 

dziobem jej myśliwca połyskują i falują. Ujrzała statki wyłaniające się z nadprzestrzeni... i 

zrozumiała,  że oto przybywają posiłki! Okręty wojenne, zmobilizowane przez rząd Nowej 

Republiki! Serce dziewczyny skoczyło i zaczęło bić jak szalone. Flota nie była liczna, ale 

doskonale uzbrojona i gotowa stanąć do walki przeciwko Akademii Ciemnej Strony. 

Widocznie alarmowy sygnał, jaki miał wysłać Jacen, jednak dotarł do Coruscant. 

Jaina wydała radosny okrzyk, po czym zmieniła kurs i lecąc jak pocisk, skierowała się 

prosto ku gromadzie koreliańskich korwet i kanonierek. Domyśliła się,  że władze Nowej 

Republiki zdążyły przygotować tylko takie jednostki do walki w obronie akademii Jedi. 

Porwany myśliwiec typu TIE zadrżał, kiedy Jaina, przekraczając czerwone kreski, 

oznaczające granice bezpieczeństwa, popchnęła dźwignię przyspieszenia do oporu. 

Uszkodzony wskutek poprzedniego trafienia sześciokątny panel nadal nie dostarczał 

wystarczających ilości energii. 

- Szybciej, szybciej - powtarzała dziewczyna, raz po raz przygryzając dolną wargę. 

Uświadomiła sobie, że jej maszyna musi wytrzymać jeszcze tylko kilka chwil. Jeszcze 

tylko kilka sekund. 

Tymczasem kadłub lecącej na czele floty koreliańskiej korwety zaczynał olbrzymieć 

przed dziobem myśliwca. Mimo to dwaj ścigający dziewczynę imperialni piloci nie dawali za 

wygraną. Trzymali się w tej samej odległości, ale nie przestawali zasypywać jej seriami 

laserowych strzałów. 

Jaina starała się czynić uniki, by uniknąć trafienia, dopóki nie znajdzie się w zasięgu 

dział kilku najbliższych jednostek republikańskiej floty. W pewnej chwili zauważyła,  że 

otworzyły ogień. Jaskrawe smugi niosących potężną energię turbolaserowych strzałów 

przemknęły jednak tak blisko myśliwca dziewczyny, że skwierczące błyskawice omal jej nie 

oślepiły. 

Jaina dopiero po kilku sekundach uzmysłowiła sobie, że artylerzyści statków Nowej 

Republiki strzelają do niej! 

background image

Natychmiast zrozumiała, czego nie wzięła pod uwagę w swoich obliczeniach. 

Pilotując imperialny myśliwiec, leciała jak pocisk w stronę przybywającej z odsieczą floty. 

Była ścigana przez dwie inne imperialne maszyny, które zasypywały ją lawinami laserowych 

strzałów, ale nie robiły jej żadnej krzywdy. Dowódcy korwet musieli dojść do wniosku, że 

wszystkie trzy jednostki są pilotowane przez samobójców, gotowych poświęcić  życie, byle 

tylko unicestwić ich statki. 

Jaina schwyciła mikrofon, nastawiła komunikator na nadawanie w szerokim paśmie 

częstotliwości i wykorzystując całą moc, krzyknęła: 

- Wzywam flotę Nowej Republiki! Nie strzelajcie, nie strzelajcie! Mówi Jaina Solo. 

Lecę porwanym imperialnym myśliwcem! 

Ujrzała, że z boku pojawiają się następne statki, stanowiące przypadkową zbieraninę, 

ale mające na kadłubach namalowany znak orbitalnej stacji wydobywczej Landa Calrissiana. 

Jaina pamiętała,  że ciemnoskóry mężczyzna zapuszczał się w głąb kłębowiska gazów 

otaczających jądro Yavina, poszukując w nich drogocennych klejnotów corusca. 

- Jaina Solo? - W odbiorniku komunikatora myśliwca rozległ się  głos zdumionego 

Calrissiana. - Młoda damo, co właściwie tu robisz? 

- Zamieniam się w gwiezdny pył, jeżeli zaraz nie zajmiecie się tymi dwiema 

maszynami, które siedzą na moim ogonie! 

Do rozmowy włączył się admirał Ackbar. 

- Przestawiamy celowniki - powiedział. - Niczego się nie obawiaj, Jaino Solo. 

- Lecę pierwszą maszyną - przypomniała zdenerwowana dziewczyna. - Nie zestrzelcie 

niewłaściwego myśliwca! No, na co jeszcze czekacie? 

W pobliżu jednostki Jainy przemknęło chyba kilkadziesiąt turbolaserowych 

błyskawic. Leciały tak blisko siebie, że przestworza zamieniły się w utkaną z ognistych nitek 

śmiercionośną pajęczynę. Kolejne kilkanaście błyskawic wyleciało z luf dział koreliańskich 

kanonierek i statków należących do osobistej floty Landa Calrissiana. Po sekundzie oba 

myśliwce typu TIE zamieniły się w ogniste kule. Dopiero wówczas Jaina odetchnęła z 

prawdziwą ulgą. 

Admirał Ackbar, przebywający na stanowisku dowodzenia korwety lecącej na czele 

szyku, rozkazał otworzyć wrota hangaru i poinformował o tym dziewczynę, wysyłając 

specjalny sygnał. 

- Zapraszamy na pokład, Jaino Solo - powiedział. - Zaopiekujemy się tobą do czasu 

zakończenia walki z Akademią Ciemnej Strony. Uważam,  że w taki sposób najlepiej 

przyczynimy się do zapewnienia bezpieczeństwa personelowi akademii Jedi. 

background image

- Przypuszczam, że to rzeczywiście najlepszy sposób - zgodziła się dziewczyna. - 

Chciałabym jednak zaraz po tym, kiedy skończycie, znaleźć się na księżycu,  żeby wziąć 

udział w walce u boku brata i przyjaciół. 

- Jeżeli zwyciężymy - zauważył Ackbar - możesz nie mieć z kim walczyć. 

Kiedy porwany myśliwiec typu TIE osiadł na płycie lądowiska w hangarze korwety, 

Jaina wygramoliła się z kabiny. Jej czoło pokrywały ciężkie krople potu, ale uśmiech na 

twarzy dowodził,  że dziewczyna cieszy się, iż nie musi dłużej walczyć z imperialnymi 

pilotami. Zapewne nie odczuwała również potrzeby ujęcia w dłonie sterów jakiejkolwiek 

innej nieprzyjacielskiej maszyny. Co prawda, pierwsza próba okazała się podniecającym 

doświadczeniem, ale niekoniecznie takiego rodzaju, żeby Jaina chciała przystępować do 

następnej. 

Przywitała się z kilkoma żołnierzami Nowej Republiki, pospiesznie przeczesała 

palcami długie, proste brązowe włosy, a później pobiegła do szybu turbowindy. Kiedy 

znalazła się na mostku, zajęła miejsce u boku admirała Ackbara. Stamtąd najlepiej mogła 

obserwować, jak jego flota przygotowuje się do ataku na przypominającą kolczasty pierścień 

złowieszczą imperialną stację. 

Okręty Nowej Republiki zaczęły ostrzeliwać ośrodek szkolący Ciemnych Jedi, jeszcze 

zanim zbliżyły się do powierzchni Yavina Cztery. Osłaniające Akademię Ciemnej Strony 

potężne siłowe pola przejmowały energię ognistych błyskawic, ale można było się 

zorientować, że słabną pod wpływem nieustającego ostrzału. 

W pobliżu imperialnej gwiezdnej stacji znieruchomiały także statki Landa Calrissiana. 

One również zaczęły bombardować ją laserowymi błyskawicami. Jaina doszła do wniosku, że 

atakowana lawinami ognistych sztychów imperialna uczelnia z pewnością już wkrótce 

zostanie unicestwiona. 

Ackbar przycisnął guzik włączający zasilanie mikrofonu komunikatora. 

- Wzywam Akademię Ciemnej Strony - powiedział. - Poddajcie się i przygotujcie na 

przyjęcie oddziału abordażowego. 

Jaina nie miała jednak czasu, by się odprężyć. Nikt spośród personelu 

nieprzyjacielskiej gwiezdnej stacji nie odpowiedział na wezwanie, a jeden z przebywających 

na mostku korwety oficerów taktyków nagle zawołał: 

- Panie admirale! W pobliżu sterburty wykryliśmy gwałtowny skok ciśnienia 

nadprzestrzeni! Wygląda na to, że cała... 

Jaina spojrzała na iluminator i stwierdziła,  że z nadprzestrzeni wyłania się grupa 

budzących przerażenie imperialnych jednostek. Gwiezdne niszczyciele sprawiały wrażenie 

background image

pospiesznie skonstruowanych albo tylko zmodernizowanych; dziewczyna zauważyła jednak, 

że ich nowoczesne turbolaserowe działa są gotowe do strzału. 

- A oni skąd się tutaj wzięli? - usłyszała jęk Calrissiana, który wydobył się z głośnika 

komunikatora. 

Tymczasem w przestworzach nie przestawały pojawiać się kolejne statki. Wszystkie 

należały do świetnie uzbrojonej floty, dochowującej wierności Drugiemu Imperium. Nie 

czekając, aż nawigatorzy ustalą namiary, imperialni artylerzyści rozpoczynali ostrzeliwanie 

jednostek floty Nowej Republiki. 

- Włączyć ochronne pola! - rozkazał natychmiast Ackbar. Odwrócił się w stronę Jainy 

i popatrzył na nią wielkimi, okrągłymi, przerażonymi, podobnymi do rybich oczami. - 

Wygląda na to, że mimo wszystko możemy mieć kłopoty - dodał cicho. 

background image

ROZDZIAŁ 17 

 

Luke Skywalker stanął przed ruinami prastarej budowli Massassów, zwanej Świątynią 

Błękitnego Liścia, wzniesionej na przeciwległym brzegu rzeki. Konstrukcja miała kiedyś 

kształt wysmukłej piramidy, ale jeżeli nie liczyć wspierającego się na cylindrycznych 

kamiennych kolumnach frontonu, pozostał z niej jedynie stos strzaskanych bloków. Mistrz 

Jedi przybył sam, po raz kolejny licząc na to, że uda mu się przekonać Brakissa. Mimo to był 

przygotowany do walki. 

To właśnie te ruiny wybrał naczelnik Akademii Ciemnej Strony na miejsce spotkania, 

konfrontacji... a możliwe, że nawet pojedynku, gdyby osiągnięcie porozumienia okazało się 

niemożliwe. 

Luke przez chwilę wsłuchiwał się w odgłosy napływające od strony dżungli. Słyszał 

skrzeczenie stworzeń, przemykających w gęstym poszyciu, śpiew ptaków, gnieżdżących się 

nad jego głową pośród pędów winorośli, i kanonadę wystrzałów laserowych działek 

imperialnych myśliwców, bezustannie krążących po niebie w poszukiwaniu nowych celów. 

Skręcał się na myśl o tym, że musi być sam i czekać bezczynnie, aż pojawi się Brakiss. 

Tymczasem powinien przebywać razem z uczniami i walczyć wraz z nimi przeciwko 

oddziałom, wysłanym przez dowódców Akademii Ciemnej Strony. 

Miał jednak do wykonania inne zadanie - o wiele pilniejsze, ważniejsze i trudniejsze. 

Musiał powstrzymać przywódcę Ciemnych Jedi... Mężczyznę, który był kiedyś jego uczniem. 

Spostrzegł nagle, że rozchyliły się gałęzie gęstych krzaków rosnących na skraju 

polany, w pobliżu ozdobionej płaskorzeźbami kamiennej kolumny. Z zarośli wyłonił się 

młody mężczyzna. Stąpał lekko i z wdziękiem, jakby bez wysiłku, ale każdy ruch 

znamionował pewność siebie. Na nieskazitelnie gładkiej, posągowo pięknej twarzy ukazał się 

szeroki uśmiech. 

- Witaj, Luke’u Skywalkerze, mój były mistrzu Jedi - odezwał się Brakiss. - 

Przybyłeś, żeby mi się poddać, jak sądzę? Żeby w pokorze przyznać, że przewyższam cię pod 

względem umiejętności? 

Luke nie odwzajemnił jego uśmiechu. 

- Zjawiłem się, żeby z tobą porozmawiać - odparł. - Tak, jak sobie życzyłeś. 

- Obawiam się, że sama rozmowa nie wystarczy - oświadczył Brakiss. - Czy widzisz 

tam, na niebie, moją Akademię Ciemnej Strony? Właśnie w tej chwili pojawiają się obok niej 

okręty Drugiego Imperium. Mimo tych mizernych posiłków, jakie przyleciały na odsiecz 

background image

twojej uczelni, nie możesz się spodziewać, że zwyciężysz. Przyłącz się do nas, gdyż tylko w 

ten sposób zapobiegniesz dalszemu przelewowi krwi. Dobrze wiem, że gdybyś tylko zechciał 

zapoznać się z siłami, o których dotychczas nie chciałeś nic wiedzieć, także mógłbyś stać się 

potężnym mistrzem Jedi, Skywalkerze. 

Luke pokręcił głową. 

- Daj spokój, Brakissie - powiedział. - Twoje słowa i kuszenie potęgą ciemnej strony 

nie robią na mnie najmniejszego wrażenia. To prawda, byłeś kiedyś moim uczniem. Ujrzałeś 

światłość jasnej strony i uświadomiłeś sobie, że możesz czynić dobro, a jednak stchórzyłeś i 

uciekłeś. Mimo to jeszcze nie jest za późno. Zaufaj mi i przyłącz się do mnie. Poszukamy 

razem i odnajdziemy resztki światłości, jakie jeszcze drzemią w twoim sercu. 

- W moim sercu nie znajdziesz ani odrobiny światłości - oznajmił naczelnik Akademii 

Ciemnej Strony. - Nie przybyłem tu, żeby się z tobą przekomarzać. Jeżeli nie okażesz się 

rozsądny i natychmiast się nie poddasz, będę musiał cię pokonać, a potem wziąć szturmem to, 

co jeszcze pozostanie z twojej akademii Jedi. 

Jednym płynnym ruchem wyciągnął  rękojeść  świetlnego miecza, ukrytą dotąd w 

rękawie srebrzystego płaszcza. Kiedy nacisnął guzik, ukazało się świetliste ostrze. W miejscu 

zetknięcia z obudową miało kilka sterczących we wszystkie strony ognistych kolców, 

podobnych do pazurów. Mistrz Ciemnych Jedi ciężko westchnął. 

- To będzie doprawdy bezsensowna strata - powiedział. 

- Nie pragnę walki z tobą - odezwał się Skywalker. 

Mężczyzna wzruszył ramionami. 

- Uczynisz, co zechcesz. A ja oszczędzę sobie kłopotów i rozetnę cię na połowy tam, 

gdzie stoisz. 

Unosząc świetliste ostrze, ruszył w stronę przeciwnika. 

Odruchy mistrza Jedi pozwoliły mu zareagować dosłownie w ostatniej chwili. Luke 

odskoczył, pomagając sobie odrobiną Mocy, żeby zwiększyć sprężystość i długość skoku. 

Wylądował na rozstawionych i ugiętych nogach, po czym pochylił się i odpiął zawieszoną na 

biodrze rękojeść własnego miecza. 

- Będę się bronił, Brakissie - powiedział - ale jest jeszcze tyle rzeczy, jakich mógłbyś 

się nauczyć, gdybyś zechciał powrócić do akademii Jedi. 

Naczelnik imperialnej uczelni głośno się roześmiał. 

- A kto miałby być moim nauczycielem? Może ty? - zadrwił. - Przestałem uważać cię 

za mistrza, Skywalkerze. Istnieje o wiele więcej rzeczy, o których nie masz pojęcia. Uważasz, 

że jestem słaby, ponieważ opuściłem mury twojej uczelni, zanim ukończyłem naukę? Kim 

background image

jesteś,  żebyś miał prawo tak uważać? Sam zapoznałeś się tylko z cząstką wiedzy. Przez 

pewien czas szkoliłeś się pod kierunkiem Obi-Wana Kenobiego, dopóki nie zabił go Darth 

Vader. Następnie przebywałeś jeszcze krócej u mistrza Yody, ale później i jego opuściłeś... 

Kiedy służyłeś wskrzeszonemu Imperatorowi, miałeś okazję wspiąć się na wyżyny własnych 

umiejętności, ale nie wykorzystałeś jej i zrezygnowałeś. Prawdę mówiąc, nigdy nie 

doprowadzałeś do końca niczego, co zaczynałeś. 

- Nie zamierzam zaprzeczać - odezwał się Luke, unosząc ostrze miecza w obronnym 

geście. 

Brakiss zaatakował i obie klingi, głośno skwiercząc, przez chwilę się stykały. Na 

twarzy mistrza Ciemnych Jedi pojawił się grymas. Mężczyzna wykrzywił wargi i ukazując 

zęby ruszył do drugiego ataku, ale Luke zasłonił się klingą własnego miecza. 

- Nauczałeś nas, że proces stawania się rycerzem Jedi jest wyprawą mającą na celu 

odkrycie samego siebie - przypomniał Brakiss. - Od czasu, kiedy opuściłem twoją akademię, 

nie przestawałem tego robić ani na chwilę. Odrzuciłem twoje nauki, ale dowiedziałem się 

więcej... o wiele więcej. Moje poznanie własnych możliwości okazało się o całe niebo głębsze 

5 wszechstronniejsze niż twoje, Skywalkerze, ponieważ ty zamknąłeś przed sobą wiele drzwi 

wiodących do prawdziwej wiedzy. - Uniósł brwi, a w jego oczach błysnęło wyzwanie. - A ja 

otworzyłem te drzwi i dowiedziałem się, jakie kryją się za nimi skarby. 

- Osoba, która świadomie naraża się na śmiertelne niebezpieczeństwo, nie jest 

odważna, ale po prostu głupia - stwierdził Luke. 

- A zatem właśnie ty jesteś takim głupcem - odciął się Brakiss. 

Pochylił się i machnął poziomo świetlistą klingą, zamierzając przeciąć nogi Luke’a na 

wysokości kolan. Mistrz Skywalker obrócił  dłoń w nadgarstku, skierował ostrze broni ku 

ziemi i odparował cios przeciwnika. Nie przestając się bronić, bezustannie podstawiał klingę 

pod ostrze miecza Brakissa i zmuszał go do cofania. Fałdy srebrzystego płaszcza naczelnika 

Akademii Ciemnej Strony łopotały za jego plecami niczym skrzydła wielkiego kruka. 

- Nie uda ci się wygrać - zauważył w pewnej chwili Skywalker. 

- Jeszcze się o tym przekonamy - odparł mistrz Ciemnych Jedi. 

Otworzył się na przepływ energii ciemnej strony. Wzbudził w sobie jeszcze większy 

gniew i zaatakował ze zdwojoną siłą. Zadając cios za ciosem, usiłował podsycić rozpalający 

się w nim płomień nienawiści. 

Mimo jego wysiłków mistrz Skywalker, zachowując absolutną pogodę ducha, wciąż 

się bronił. Przez cały czas uważnie obserwował przeciwnika. 

- Pozwól, żeby ogarnął cię spokój, Brakissie - odezwał się w pewnej chwili. - Odpręż 

background image

się i przestań denerwować... Spraw, aby łagodność uśmierzyła twój gniew; aby cię ukoiła. 

Brakiss tylko się roześmiał. Jego nienagannie ułożone blond włosy były teraz 

zmierzwione. Przylepiły się do czoła, na które wystąpiły krople potu. 

- Skywalkerze, ile razy będziesz próbował mnie nawrócić? -zapytał. - Ścigałeś mnie 

zawsze, ilekroć uciekałem od ciebie i twoich nauk. Czy naprawdę nie potrafisz pogodzić się z 

przegraną? 

- Pamiętam, jak spotkaliśmy się w tamtej fabryce na Telti, gdzie zajmowałeś się 

produkcją androidów - odparł Luke. - Namawiałem cię wówczas, żebyś się do mnie 

przyłączył. Teraz także masz okazję. 

Brakiss parsknął, po czym lekceważąco machnął ręką. 

- Tamta fabryka nic dla mnie nie znaczyła - powiedział. - Musiałem się czymś zająć, 

do czasu, aż odkryłem w sobie prawdziwe powołanie. Porzuciłem ją,  żeby stworzyć 

Akademię Ciemnej Strony. 

- Może powinieneś rozejrzeć się za innym powołaniem - zauważył Skywalker. 

Machnął ostrzem miecza, żeby odbić kolejny cios, który zadał mistrz Ciemnych Jedi. 

Widząc, że w ten sposób nie zdoła pokonać przeciwnika, Brakiss postanowił uciec się 

do innej taktyki. Zamiast zaatakować Skywalkera, machnął mieczem, zamierzając przeciąć 

jedną z wysokich kolumn podtrzymujących część frontonu świątyni. Filar był 

wyszczerbionym marmurowym słupem, na którego powierzchni wyryto symbole 

starożytnych Sithów i litery pisma Massassów. Kiedy świetliste ostrze miecza Brakissa 

zagłębiło się w kamieniu, trysnęły fontanny oślepiających iskier. Klinga przeszła na drugą 

stronę. Pod wpływem siły ciężkości, porastających kolumnę  pędów winorośli i masy 

podtrzymywanych kamiennych bloków, filar zachwiał się i zakołysał. 

Widząc, że kamienna kolumna dzieli się na dwie części, Luke rzucił się w bok, by go 

nie zmiażdżyła. Razem z filarem runął fragment frontowego nadproża  Świątyni Błękitnego 

Liścia. Oplatane pędami winorośli kamienie, z trzaskiem zderzając się o siebie, rozleciały się 

we wszystkie strony, by potoczyć się po miękkiej murawie. Luke uskakiwał przed nimi raz w 

tę, raz w inną stronę, tak że żaden nie wyrządził mu krzywdy. 

- Wygląda na to, że potrafisz poruszać się jak baletnica, Skywalkerze - zakpił 

naczelnik imperialnej akademii. 

- Wygląda na to, że potrafisz odnosić się do starożytnych budowli bez należytego 

szacunku - odparł mistrz Jedi. Kaszląc, aby pozbyć się z gardła drobin kurzu, przeskoczył 

przez kilka kamiennych bloków i znów stanął przed Brakissem. - Może powinieneś 

sprawdzić, jak radzą sobie twoi Ciemni Jedi. Od jakiegoś czasu moi uczniowie odnoszą w 

background image

walkach z nimi same zwycięstwa. 

Słyszał odgłosy toczonych w dżungli pojedynków i z utęsknieniem oczekiwał chwili, 

kiedy będzie mógł tam wrócić i pomagać  młodym rycerzom Jedi. Spotkanie z byłym 

uczniem, który wkroczył na złą drogę, odwracało jego uwagę od ważniejszych spraw i 

prowadziło donikąd. 

- Myślę,  że poświęciłem ci wystarczająco dużo czasu - odezwał się po chwili. - 

Możesz albo się poddać, albo pokonam cię podczas walki. Muszę wracać do swoich zajęć. 

Powinienem pomóc bronić akademii Jedi. 

Kiedy po raz pierwszy ruszył do ataku, zamierzając jak najszybciej zakończyć walkę, 

w zazwyczaj pogodnych i spokojnych oczach Brakissa pojawił się ledwo zauważalny cień 

niepewności. Mistrz Jedi nacierał coraz śmielej, ani na chwilę nie tracąc jednak skupienia i 

pogody ducha. Zmienił kierunek ruchu własnego miecza w taki sposób, aby ostrze nie 

zetknęło się z ognistą klingą broni przeciwnika. Mógłby nadać ciosowi większą siłę i odciąć 

dłoń byłego ucznia - podobnie, jak Vader odciął kiedyś jego rękę - ale nie zamierzał 

okaleczać Brakissa w taki sposób. Pragnął tylko uszkodzić jego miecz świetlny. 

Energetyczna klinga broni Skywalkera przeszła przez koniec rękojeści miecza mistrza 

Ciemnych Jedi pomiędzy czubkami zaciśniętych palców a miejscem, skąd wyłaniało się 

świetliste ostrze. Końcowe dwa centymetry ciemnego cylindra, gdzie wystawały ogniste 

pazury, odłączyły się od reszty obudowy i topiąc się w bezkształtną masę, legły na murawie. 

Brakiss zaskrzeczał i wypuścił kikut rękojeści  świetlnego miecza, z którego nie 

przestawały tryskać fontanny iskier. Nie nadająca się do użytku obudowa dymiąc i płonąc 

spoczęła na trawie. Powoli zamieniała się w zbieraninę elektronicznych i optycznych 

podzespołów, z których żaden nie działał prawidłowo. 

Władca Akademii Ciemnej Strony uniósł ręce nad głowę i wycofał się na skraj polany. 

- Nie zabijaj mnie, Skywalkerze! - krzyknął. - Proszę, daruj mi życie! 

Na jego twarzy odmalowało się przerażenie nieproporcjonalnie wielkie w stosunku do 

istniejącego zagrożenia. Mistrz Ciemnych Jedi musiał z pewnością wiedzieć,  że Luke 

Skywalker nie miał nigdy zwyczaju zabijania z zimną krwią bezbronnych przeciwników. 

Zdrętwiały z przerażenia, Brakiss zaczął gorączkowo przebierać palcami przy zapince 

utrzymującej na ramionach srebrzystą szatę. 

Mistrz Jedi ruszył ku niemu, ale na wszelki wypadek nie opuszczał ostrza świetlnego 

miecza. 

- Jesteś teraz moim jeńcem, Brakissie - oznajmił surowo. - Nadszedł czas, by położyć 

kres tej bitwie. Wydaj rozkaz swoim Ciemnym Jedi, żeby się poddali. 

background image

Tymczasem jego przeciwnik odrzucił srebrzysty płaszcz na murawę. Miał pod nim 

obcisły kombinezon, a na plecach niewielki pakunek mieszczący repulsorowy silnik. 

- Nie. Muszę teraz zająć się innymi sprawami - odparł, włączając zapłon urządzenia. 

Osłupiały Luke spoglądał, jak mężczyzna startuje i po chwili szybuje w powietrzu nad 

jego głową. Zrozumiał, że nauczyciel Ciemnych Jedi musiał wylądować gdzieś w pobliżu, a 

teraz bez wątpienia zamierza wrócić na pokład swojej jednostki i odlecieć nią prosto do 

Akademii Ciemnej Strony. 

Z niedowierzaniem obserwował, jak były uczeń po raz kolejny ucieka, wprawdzie 

pokonany, ale nadal zdolny walczyć, niszczyć i przysparzać cierpień. 

Miał wrażenie,  że uczucie straty przepełnia jego umysł takim samym bólem, jaki 

odczuwał wówczas, kiedy mężczyzna po raz pierwszy opuścił mury akademii Jedi. 

- Brakissie, znów nie udało mi się ciebie uratować - jęknął cicho. 

Jego nieprzyjaciel zamienił się w ciemny punkcik i po chwili rozpłynął się na tle 

błękitu nieba. 

background image

ROZDZIAŁ 18 

 

Tymczasem wyłaniające się jakby znikąd statki floty Drugiego Imperium 

rozpoczynały ostrzeliwanie jednostek Nowej Republiki. 

- Uwaga, wszyscy członkowie personelu! - krzyknął admirał Ackbar do mikrofonu 

komunikatora, machając przypominającymi płetwy rękami. - Wzmocnić ochronne pola! 

Przygotować się do otwarcia ognia! 

Dwa imperialne zmodyfikowane niszczyciele, które pierwsze wyskoczyły z 

nadprzestrzeni, uruchomiły potężne baterie turbolaserowych dział. W przestworzach pojawiły 

się jaskrawozielone smugi energii, szybujące w stronę flagowego statku Ackbara. 

Stojąc na mostku obok Kalamarianina, Jaina zacisnęła powieki na ułamek sekundy, 

zanim oślepiające błyskawice rozprysnęły się na dziobowych osłonach energetycznych. 

- Drugie Imperium musiało budować statki swojej floty w tajemnicy - oświadczyła. - 

Te okręty sprawiają wrażenie, że konstruowano je w wielkim pośpiechu. 

- Mimo to stanowią śmiertelne zagrożenie - odparł Ackbar, poważnie kiwając głową. - 

Teraz wiadomo, co się stało z tymi rdzeniami jednostek napędu nadświetlnego i bateriami do 

turbolaserów, które ukradli z ładowni „Diamentu”. 

Odwrócił się w stronę mikrofonu komunikatora i zaczął wydawać rozkazy dowódcom 

pozostałych statków floty Nowej Republiki. 

- Wstrzymać ostrzał Akademii Ciemnej Strony i podać komputerom urządzeń 

namiarowych inne cele. Gwiezdna stacja przedstawia w tej chwili o wiele mniejsze 

zagrożenie niż okręty tej floty. Wziąć na cel imperialne gwiezdne niszczyciele. 

Nagle pełniący służbę na mostku oficer taktyk krzyknął, wyraźnie przerażony: 

- Panie admirale! Nasze systemy celownicze odmawiają namierzania tych jednostek! 

Imperialne niszczyciele nadaj ą sygnały, z których wynika, że są przyjaciółmi, a nie wrogami! 

Nie jesteśmy w stanie oddać ani jednego strzału! 

- Co takiego? - zapytał Ackbar. - Przecież wszyscy widzimy te okręty! 

- Wiem o tym, panie admirale! - krzyknął zrozpaczony mężczyzna. - Ale komputery 

celownicze nie pozwalają bateriom dział przystąpić do ostrzału. Doszły do przekonania, że 

mają do czynienia ze statkami Nowej Republiki. Ich oprogramowanie nie pozwala atakować 

przyjaciół! 

Jaina, która w lot zrozumiała, o co chodzi, odwróciła się w stronę Kalamarianina. 

- Pamięta pan? Kiedy napadli na Kashyyyk, ukradli komputerowe systemy taktyczne i 

background image

moduły umożliwiające naprowadzanie na cel! - krzyknęła. - Imperialni technicy musieli 

zainstalować je na pokładach swoich jednostek, w tym celu, aby wprowadzić w błąd 

komputery naszych systemów celowniczych. Powinniśmy albo podać im inne cele, albo jak 

najszybciej znaleźć jakieś rozwiązanie, gdyż w przeciwnym razie nie zdołamy oddać ani 

strzału. Uniemożliwią to nasze moduły odróżniające wrogów od przyjaciół. 

Lando Calrissian usłyszał jej słowa dzięki temu, że admirał Ackbar nie wyłączył 

mikrofonu komunikatora. W odbiorniku rozległ się jego donośny głos: 

- Ponieważ statki floty mojej orbitalnej stacji wydobywczej korzystają z pomocy 

innych komputerów, przypuszczam, że to ja powinienem mieć pierwsze słowo. 

Przypadkowa zbieranina jednostek należących do ciemnoskórego mężczyzny, która 

tymczasem zdążyła oskrzydlić statki floty Drugiego Imperium, natychmiast włączyła się do 

akcji. Artylerzyści wystrzelili mnóstwo protonowych torped, mierząc w najbardziej wrażliwe 

punkty gwiezdnych niszczycieli. Zamierzali osłabić natężenie siłowych pól chroniących 

imperialne jednostki. 

- To stara sztuczka, której kiedyś się nauczyłem - wyjaśnił przez komunikator 

Calrissian, podczas gdy stojąca obok Ackbara Jaina obserwowała, co dzieje się w 

przestworzach. - To wszystko przypomina mi zresztą sytuację, jaka miała miejsce podczas 

bitwy o Tanaab. 

Po chwili, kiedy następne serie protonowych torped dotarły w tym samym czasie do 

celów i eksplodowały, wydał okrzyk triumfu. Zauważył, że dwie przeniknęły przez ochronne 

pole i ozdobiły burtę jednego gwiezdnego niszczyciela łańcuchem oślepiająco białych 

płomieni. Jednostki floty Calrissiana nie przerywały ostrzału, ale artylerzyści imperialnych 

okrętów zaczynali brać na cel niewielkie statki, chwilowo zostawiać w spokoju fregaty i 

kanonierki Ackbara. 

- Panie admirale - odezwała się niespodziewanie Jaina. - Jeżeli Drugie Imperium jest 

takie przebiegłe,  że wykorzystuje przeciwko nam nasze systemy komputerowe, czy nie 

powinniśmy odpłacić im pięknym za nadobne? Czy nie moglibyśmy wykorzystać przeciwko 

nim naszych komputerów? 

Kalamarianin obrócił na nią okrągłe, wielkie oczy. 

- Co właściwie masz na myśli, Jaino Solo? - zapytał. 

Dziewczyna przygryzła dolną wargę, po czym głęboko odetchnęła. Pomysł wydawał 

się niedorzeczny, ale... 

- Jest pan naczelnym dowódcą wszystkich flot Nowej Republiki - zaczęła. - Czy 

programy komputerów nie zawierają jakiegoś rozkazu, nakazującego im honorowanie czegoś 

background image

w rodzaju sygnału o najwyższym priorytecie, który może pan wydać w nadzwyczajnych 

sytuacjach podobnych do tej, z jaką mamy teraz do czynienia? 

Admirał spoglądał na nią przez chwilę, nie mówiąc ani słowa. Otworzył usta, jakby 

chciał napić się łyk wody, a może zaczerpnąć głęboki haust wilgotnego powietrza. 

- Na Moc, masz rację, Jaino Solo! 

- No, to na co jeszcze czekamy? - zapytała dziewczyna, pocierając dłonie. - Zajmijmy 

się dokonywaniem zmian w tym oprogramowaniu! 

 

Po zniszczeniu myśliwca, pilotowanego przez ucznia Akademii Ciemnej Strony, 

Norysa, a także ocaleniu Jacena Solo, Qorl czuł, że coś w jego sercu zamarło. Miał wrażenie, 

że podobnie jak sztuczna ręka, również inne części ciała funkcjonuj ą jak mechanizmy 

androida. 

Zdradził Drugie Imperium mimo tylu lat szkolenia i wiernej służby. Zdradził! 

Dopuścił,  żeby o jego postępowaniu decydowały porywy serca. Zapomniał,  że powinien 

kierować się ślepym posłuszeństwem i niepohamowaną ambicją. 

Pamiętał jednak o tym, że młody Jacen Solo zawsze był dla niego miły i uprzejmy. 

Pomógł go uratować i starał się zostać jego przyjacielem, mimo iż Qorl nie uczynił nic, aby 

na to zasłużyć. 

Wręcz przeciwnie, uwięził chłopca i jego siostrę bliźniaczkę. Groził, że oboje zabije, i 

zmusił do ukończenia naprawy uszkodzonego myśliwca typu TIE, by móc powrócić na służbę 

Imperium. Co prawda, od tamtego czasu usiłował potajemnie odwdzięczyć się za okazaną 

życzliwość. To on, korzystając z tego, że nikt nie widzi, pomógł bliźniętom uciec z Akademii 

Ciemnej Strony. Ale żeby zabijać własnego ucznia, aby ich chronić... 

Qorl uzmysłowił sobie, że popełnił poważny błąd, ponieważ sam zadecydował o tym, 

co robić. Tymczasem powinien był uczynić wszystko, by do tego nie dopuścić. Nie miał 

prawa podejmowania żadnych decyzji. Jako pilot myśliwca typu TIE służył Drugiemu 

Imperium. Jego zadanie polegało na szkoleniu innych pilotów i szturmowców. Powinien 

dochowywać wierności Imperatorowi i członkom jego rządu. Zdyscyplinowani żołnierze nie 

mogli pozwalać sobie na luksus samodzielnego decydowania o tym, które rozkazy 

wykonywać, a które lekceważyć. 

Czując w głowie zamęt, Qorl skierował dziób myśliwca w górę i wystrzelił  świecą, 

kierując się ku orbicie. Większość maszyn tworzących jego eskadrę została albo zniszczona, 

albo latała, nie zachowując szyku, atakowana przez nieznane systemy broni, jakimi 

dysponowali obrońcy Yavina Cztery. Stary pilot uświadamiał sobie, że powinien wrócić do 

background image

bazy i zameldować o wszystkim przełożonym. Najpierw jednak musi zdecydować, czy się 

poddać, czy powrócić i przyznać się do swojego czynu, a później dzielnie stawić czoło karze, 

jaką zechce wymierzyć lord Brakiss. 

Zacisnął  zęby. Poddanie się oznacza zdradę. Jak mógł w ogóle o czymś takim 

pomyśleć? Usłyszał,  że silniki jego maszyny zaskowyczały, kiedy myśliwiec, kierując się 

prosto ku majaczącemu w górze kolczastemu pierścieniowi Akademii Ciemnej Strony, 

pokonywał górne warstwy atmosfery. 

W pewnej chwili Qorl zorientował się,  że wleciał w sam środek gromady statków, 

biorących udział w powietrznej bitwie. 

Z nadprzestrzeni wyłoniły się statki floty Nowej Republiki, które natychmiast 

przystąpiły do bezlitosnego ostrzału imperialnej stacji. Kilka chwil później pojawiła się 

jednak flota Drugiego Imperium, składająca się z naprędce skonstruowanych gwiezdnych 

niszczycieli i szturmowych krążowników, zmontowanych z części, jakie znaleziono w 

niedawno odzyskanych stoczniach. Dochowująca wierności Imperatorowi nowa flota 

dysponowała komputerowymi systemami, rdzeniami jednostek napędu nadświetlnego i 

bateriami do turbolaserów, które on sam, Qorl, pomógł zdobyć. 

Na widok statków floty Drugiego Imperium stary pilot poczuł jednak, że ogarnia go 

rozczarowanie. Jednostki nie wyglądały okazale i nie sprawiały takiego wrażenia, jak statki 

tworzące poprzednią armadę. Qorl uświadamiał sobie ten fakt, ponieważ  służył kiedyś na 

pokładzie Gwiazdy Śmierci i był członkiem personelu dowodzonej przez wielkiego moffa 

Tarkina imperialnej Gwiezdnej Floty. 

Tymczasem wchodzące w skład nowej siły bojowej okręty sprawiały cokolwiek... 

żenujące wrażenie. Wyglądały, jakby dowódcom, którzy rzucili je w wir walki, brakowało sił 

i środków, koniecznych do realizacji własnych marzeń. 

Qorl dostrzegł,  że okręty Drugiego Imperium zaczynają ostrzeliwać statki 

rebelianckiej floty, które przybyły z odsieczą akademii Jedi. Po kilku chwilach stwierdził 

jednak,  że szale bitwy przechylają się na drugą stronę. Do walki przyłączyła się zbieranina 

trudnych do opisania statków, wyłaniających się z nadprzestrzeni i znienacka atakujących 

gwiezdne niszczyciele. 

Nagle ujrzał, że ochronne pola okrętów Drugiego Imperium osłabły i zanikły. Stało się 

to tak szybko, jakby zostały wyłączone przez pokładowe systemy komputerowe, a dowódcy 

statków zamierzali się poddać! 

Rebelianckie jednostki natychmiast dały ognia ze wszystkich baterii. Kolejne salwy 

wyrządzały coraz większe spustoszenia. W kadłubach gwiezdnych niszczycieli zaczęły 

background image

pojawiać się ogromne dziury. O co w tym wszystkim mogło chodzić? Dlaczego jego koledzy, 

walczący na pokładach tych okrętów, nie robili niczego, by ponownie włączyć ochronne 

pola? 

Lecąc ku nim i gorączkowo zastanawiając się nad tym, co robić, by im pomóc, Qorl 

dostrzegł nagle, że z otwartych wrót hangarów gwiezdnych niszczycieli wylatują eskadry 

nowych myśliwców typu TIE, które dotąd nie uczestniczyły w walce. Mimo iż niewielkie 

maszyny wyglądały jak mikroskopijne komary w porównaniu z ogromnymi jednostkami floty 

admirała Ackbara, ich piloci zaczęli zasypywać rebelianckie okręty lawinami laserowych 

błyskawic. 

Qorl dostrzegł nagle szansę odkupienia własnych grzechów. Pamiętał o tym, że w 

przeszłości zawiódł najpierw młodocianych przyjaciół, którzy pomogli mu w potrzebie, a 

później zdradził mocodawców z Akademii Ciemnej Strony. A zatem zostanie wyklęty, bez 

względu na to, po czyjej stronie teraz się opowie. Już nigdy nie będzie mógł  żyć z 

podniesionym czołem, mając świadomość jednej i drugiej zdrady. 

Pomyślał,  że będzie najlepiej, jeżeli przyłączy się do walki po stronie Drugiego 

Imperium, i współdziałając z pilotami innych myśliwców typu TIE, postara się wyrządzić jak 

najwięcej zniszczeń. Możliwe, że nawet zginie w ogniu bitwy i w ten sposób odkupi swoje 

winy. Był pilotem. Od dawna ćwiczył, przygotowując się do takiej walki. Przed wielu laty 

wystartował z pokładu Gwiazdy Śmierci, aby wykonać podobne zadanie. Tym razem nie 

dopuści, by cokolwiek mu w tym przeszkodziło. 

Przesłał energię do laserowych działek, użytych przez niego ostatnio dla 

powstrzymania morderczego szału, w jaki wpadł jego uczeń, gburowaty Norys. Teraz 

zamierzał jednak wykorzystać je przeciwko celom, z myślą o których zostały zainstalowane 

na pokładzie maszyny... Przeciwko Sojuszowi Rebeliantów. 

Qorl spadł jak grom z jasnego nieba i natychmiast przyłączył się do walki. Przelatując 

obok jednej z koreliańskich korwet, ostrzelał jej kadłub, wskutek czego na burcie pojawiły się 

zwęglone, dymiące kratery. Piloci pozostałych myśliwców TIE, którzy to zauważyli, 

błyskawicznie powtórzyli jego manewr. Lecieli nieforemnym szykiem, jedynie w teorii 

przypominającym szturmowy. Było jasne, że nie mieli żadnego doświadczenia. Nie tylko 

nigdy przedtem nie brali udziału w prawdziwej walce, ale nawet nie spędzili wystarczająco 

dużo czasu, ćwicząc na symulatorach. Mimo to, wykorzystując panujący chaos, radzili sobie 

całkiem nieźle. Wprawdzie raz po raz przelatywali przed dziobami maszyn swoich kolegów, 

ale nie przestawali ostrzeliwać rebelianckich jednostek, mając na uwadze tylko jeden cel: 

wyrządzić jak najwięcej zniszczeń. 

background image

Rebeliancka flota odpowiadała oślepiającymi sztychami turbolaserowych strzałów, 

przecinających we wszystkie strony mroki przestworzy. Nagle ciemności rozjaśnił oślepiający 

błysk, który pojawił się w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą znajdowała się wieżyczka 

dowodzenia jednego z gwiezdnych niszczycieli. Drugi imperialny okręt zawirował wokół osi 

i zaczął dryfować, po czym zawrócił i lecąc powoli, umknął z pola walki. Natychmiast rzuciły 

się za nim w pościg rebelianckie statki, nie przestając razić go turbolaserowymi 

błyskawicami. 

Wszystko  świadczyło o tym, że flota Drugiego Imperium przegrywała tę bitwę. 

Przegrywała! 

Qorl postanowił polecieć śladami umykających gwiezdnych niszczycieli. Widział, że 

piloci niektórych myśliwców typu TIE kierują się ku otwartym przestworzom, chociaż nie 

miał pojęcia, dokąd zamierzają lecieć. Ich macierzyste jednostki zostały zniszczone, a 

Akademia Ciemnej Strony była znów ostrzeliwana. Czyżby zamierzali się poddać? 

- Poddanie się oznacza zdradę - mruknął do siebie, po czym zanurkował i przypuścił 

atak na flagowy okręt Rebeliantów. 

Nie zmienił kursu, mimo iż tuż koło kabiny przemknęły oślepiające błyskawice 

turbolaserowych strzałów. Raz po raz robił użytek z laserowych działek i leciał dalej, chociaż 

odnosił wrażenie,  że pogrąża się w gardziel bestii. Nigdy, przenigdy się nie podda! Raczej 

zginie w oślepiającym błysku światła, który będzie oznaczał jego ostateczne zwycięstwo. 

Rebelianci musieli lepiej ustawić celowniki albo wzięli go w krzyżowy ogień, 

ponieważ jeden ze strzałów nagle trafił w jego myśliwiec. Qorl zamknął oczy, osłonięte 

czarnym imperialnym hełmem. Spodziewał się,  że zniknie w jaskrawym rozbłysku jak 

świeca, zapalona na cześć Imperatora. 

Okazało się jednak, że nieprzyjacielski strzał tylko musnął jeden silnik i uszkodził 

część sześciokątnego panelu z energetycznymi ogniwami. 

Pilotowany przez Qorla myśliwiec typu TIE zawirował, a później zaczął oddalać się 

od miejsca bitwy. Mimo iż posiwiały pilot był oplatany ochronną siecią, raz po raz obijał się o 

ścianki małej kabiny. Wstrzymał oddech, oczekując,  że jego maszyna może zaraz 

eksplodować, ale bezustannie koziołkując, nie przestawał oddalać się od rejonu przestworzy, 

gdzie nadal wrzała zacięta bitwa. 

W pewnej chwili poczuł, że pochwyciły go szpony siły przyciągania. Widocznie jego 

maszyna, pozbawiona możliwości sterowania, miała znów się roztrzaskać. Nieuchronnie 

opadała ku porośniętemu gęstą dżunglą czwartemu księżycowi Yavina... 

background image

ROZDZIAŁ 19 

 

Brakiss leciał szybkim, zwrotnym jednoosobowym promem. Wystartował z Yavina 

Cztery i kierował się ku Akademii Ciemnej Strony. Kiedy się zbliżył, wysłał skomplikowany 

zakodowany sygnał. Sterowane automatycznym mechanizmem wrota hangaru otworzyły się, 

umożliwiając lądowanie w bezpiecznym wnętrzu imperialnej placówki szkoleniowej. 

Mistrz Ciemnych Jedi nie zwracał najmniejszej uwagi na bitwę toczącą się w pobliżu 

jego gwiezdnej stacji. Zmagania flot Nowej Republiki i Drugiego Imperium były tylko 

jeszcze jednym wydarzeniem, którego wynik okazywał się nie taki, jak zaplanowano. 

Wciąż jeszcze czuł przyspieszone bicie serca, spowodowane pojedynkiem na świetlne 

miecze, jaki stoczył z Lukiem Skywalkerem w pobliżu ruin świątyni. Czuł w głowie zamęt, 

wywołany echem, wzbudzonym przez słowa byłego nauczyciela. Gniew i rozpacz walczyły w 

umyśle mistrza Ciemnych Jedi niczym nie dające się opanować nawałnice. Starały się 

zawładnąć jego myślami i uczuciami. 

Wszystkie metody, jakie dotąd stosował, nie przywracały mu spokoju i ciszy, 

niezbędnych, aby mógł bez przeszkód czerpać energię ciemnej strony. Brakiss próbował 

uciekać się nawet do znienawidzonych technik relaksacyjnych, których nauczył się od 

Skywalkera, kiedy kształcił się w jego akademii, w rzeczywistości będąc imperialnym 

szpiegiem. Na próżno. 

Cały świat wokół niego walił się w gruzy. Zawodziły starannie układane plany, grupy 

wszechstronnie wyszkolonych Ciemnych Jedi, oddziały  żołnierzy Drugiego Imperium... 

Wszystko jakby sprzysięgło się, by pozbawić go szansy odniesienia najważniejszego 

zwycięstwa, zadania miażdżącego ciosu, który wstrząsnąłby całą galaktyką. A przecież 

zniszczenie akademii Jedi wydawało się takie łatwe. 

Brakiss wiedział,  że wielki wódz zabije go za to, iż zawiódł. W tej chwili potrafił 

jednak myśleć tylko o tym, że Imperator pozostał jego ostatnią nadzieją. Jedyną nadzieją. Był 

gotów przyjąć w pokorze wyznaczoną karę, ale później, kiedy już uczyni wszystko, co może, 

byle przechylić szalę zwycięstwa na stronę Drugiego Imperium. 

Osadził prom na niemal całkowicie opustoszałym lądowisku Akademii Ciemnej 

Strony, gdzie jeszcze niedawno stały rzędy myśliwców i bombowców typu TIE, 

przygotowywanych do walki. To właśnie stąd wystartowała w przestworza dowodzona przez 

Siostrę Nocy Tamith Kai opancerzona bojowa platforma, na której pokładach lecieli 

szturmowcy i oddział Ciemnych Jedi pod dowództwem Zekka. Wszyscy byli tacy dumni, 

background image

pewni siebie i ufni we własne siły. Nie wątpili, że z łatwością pokonają wyszkolonych przez 

Skywalkera uczniów jasnej strony. 

Brakiss z trudem wygramolił się z ciasnego wnętrza jednoosobowego promu. 

Starannie wygładził zmarszczki srebrzystego kombinezonu, bezskutecznie usiłując odzyskać 

chociaż część godności. Nie chcąc, by ktokolwiek widział go bez broni rycerza Jedi, sięgnął 

więc po jeden z wielu masowo produkowanych świetlnych mieczy, jakich jeszcze kilka 

zostało w niszy, wykonanej w metalowej ścianie hangaru. 

Ale w jaki sposób miał przemienić klęskę w zwycięstwo? Widział, jak dowodzona 

przez Tamith Kai szturmowa platforma zamienia siew płonące szczątki. Przyglądał się, jak 

bezkształtna, stopiona konstrukcja znika w nurtach rzeki. Oddani pod opiekę Zekka Ciemni 

Jedi przegrywali jeden pojedynek po drugim. Eskadry myśliwców TIE były dziesiątkowane... 

A teraz ogarnięty bezsilną złością władca imperialnej uczelni obserwował, jak potężna nowa 

flota Drugiego Imperium ginie pod ciosami rebelianckich okrętów, które pojawiły się znikąd i 

w tajemniczy sposób pozbawiły gwiezdne niszczyciele ochronnych pól siłowych! 

Brakiss opuścił  lądowisko i znalazł się na korytarzu niemal wyludnionej Akademii 

Ciemnej Strony. Wszyscy zdolni do walki żołnierze zostali wysłani na powierzchnię Yavina 

Cztery. Na pokładach imperialnej stacji pozostało tylko kilka grup dowodzenia, których 

personel miał troszczyć się ojej bezpieczeństwo. 

Sterylnie czyste, łukowato wygięte korytarze powinny rozbrzmiewać echem okrzyków 

zwycięstwa. Zamiast tego sprawiały wrażenie, jakby cała uczelnia stała się grobowcem, 

porzuconym wrakiem. Idąc korytarzem, Brakiss powtarzał sobie, że Imperator musi zrobić 

coś, by ocalić podwładnych. Musi przechylić szalę zwycięstwa tak, by pomimo wszystkich 

niepowodzeń, jego Drugie Imperium mogło w końcu zatriumfować i zapanować nad całą 

galaktyką. 

Mimo wszystko, Palpatine oszukał własną śmierć, i to nie raz, lecz dwa razy. Po raz 

pierwszy zginął podczas eksplozji jaka w trakcie bitwy o Endor unicestwiła drugą Gwiazdę 

Śmierci. Odrodził się jednak dzięki ukrytym klonom i w ten sposób przedłużył  życie. I 

chociaż można było przypuszczać,  że wszystkie klony uległy zniszczeniu, po następnych 

trzynastu latach został na nowo wskrzeszony, chociaż tym razem nikt nie miał pojęcia, w jaki 

sposób. 

Każdy człowiek, zdolny odradzać się bez końca, powinien chyba umieć zwyciężyć w 

walce z garstką kryminalistów i Rebeliantów, prawda? 

Brakiss uniósł dumnie głowę i szedł wyprostowany, starając się, aby każdy krok 

zdradzał wiarę w wielkiego wodza i zaufanie do jego umiejętności. Usiłując stąpać 

background image

bezszelestnie niczym duch, kierował się w stronę odosobnionej części gwiezdnej stacji. Tym 

razem musi się zobaczyć z Imperatorem. Nie pozwoli, by ktokolwiek miał mu w tym 

przeszkodzić. Od następnych kilku chwil będzie zależał los tej bitwy, która zmieni przyszłość 

całej galaktyki! 

Na zewnątrz zamkniętych na głucho drzwi stało dwóch imperialnych strażników, 

odzianych w szkarłatne płaszcze. Obaj mieli na głowach złowieszczo wyglądające 

opancerzone hełmy. Nakrycia głów przypominały błyszczące pociski i zostały zaopatrzone w 

wąskie, czarne prostokątne szczeliny, przez które strażnicy widzieli wszystko, co dzieje się na 

korytarzu. Na jego widok wyprężyli się na baczność, ale skrzyżowali paraliżujące włócznie 

na znak, że wzbraniają dostępu. Brakiss jednak nie wahał się i podszedł do nich. 

- Odsuńcie się - rozkazał. - Muszę natychmiast porozmawiać z Imperatorem. 

- Imperator życzy sobie, żeby nikt mu nie przeszkadzał - odezwał się jeden z 

czerwonych strażników. 

- Nie przeszkadzał? - rzekł Brakiss, zdumiony faktem, iż usłyszał to słowo. - 

Zdziesiątkowana flota ponosi klęskę. Ciemni Jedi są brani do niewoli. Myśliwce TIE są 

zestrzeliwane. Tamith Kai nie żyje. Najwyższy czas, żeby Imperatorowi ktoś przeszkodził. 

Odsuńcie się. Muszę z nim porozmawiać. 

- Imperator z nikim nie rozmawia. 

Strażnicy postąpili krok w stronę Brakissa i wyciągnęli ku niemu paraliżujące 

włócznie. 

Naczelnik Akademii Ciemnej Strony poczuł,  że w jego piersi wzbiera nowa fala 

gniewu. Wiedział, że daje mu większą siłę. Krążąca w jego żyłach Moc pozwalała połączyć 

się bezpośrednio z energią ciemnej strony. Brakiss pamiętał o tym, że to uczucie sprawiało 

Siostrze Nocy Tamith Kai taką radość i tak ją podniecało, iż kobieta zawsze starała się 

wzbudzać w sobie z trudem hamowaną wściekłość. 

Mistrz Ciemnych Jedi nie miał czasu na to, żeby dłużej wdawać się w rozmowę z 

odzianymi na czerwono, wścibskimi mężczyznami. Doszedł do przekonania, że obaj są 

zdrajcami Drugiego Imperium... i zareagował, uwalniając całą nagromadzoną energię ciemnej 

Mocy. 

Rękojeść  świetlnego miecza wysunęła się z rękawa srebrzystego kombinezonu i 

spoczęła pewnie w zaciśniętej dłoni. Jeden palec przycisnął guzik włączający zasilanie. Z 

czarnego cylindra wyskoczyła drżąca i bucząca klinga, której Brakiss nie zamierzał traktować 

jako ostrzeżenia. Stracił cierpliwość do gróźb, słownych pojedynków i wszystkiego, co 

hamowało postęp i kierowało uwagę na inne tory. Dał upust gniewowi i pozwolił  płynąć 

background image

ciemnej Mocy. 

- Mam tego dosyć! - krzyknął. 

Płonąc gniewem, machnął ognistym ostrzem w lewo i w prawo. Złość sprawiła,  że 

widział przed sobą tylko mroczny tunel, raz po raz rozjaśniany błękitnymi błyskawicami 

statycznej elektryczności i obejmujący oba cele, które nieporadnie usiłowały powstrzymać go 

za pomocą  włóczni. Brakiss był jednak wielkim Jedi. Umiał posługiwać się siłami ciemnej 

strony. Czerwoni imperialni strażnicy nie mieli podczas walki z nim najmniejszej szansy. 

Nim upłynęła sekunda, rozprawił się najpierw z pierwszym, a następnie z drugim. 

Włączył mechanizm odblokowujący drzwi apartamentu, który kiedyś przydzielił 

Imperatorowi. Kod umożliwiający otwarcie zamka, jaki podał, okazał się nieprawidłowy, 

więc posłużył się Mocą i zamienił obwody elektroniczne mechanizmu w bezkształtną, 

dymiącą masę. Gołymi rękami wyrwał drzwi z zawiasów i odrzucił na bok, po czym 

wkroczył do osobistych komnat Palpatine’a. 

- Imperatorze, musisz nam pomóc! - zawołał. Poczuł,  że w oświetlonej niepewnym 

czerwonym blaskiem komnacie jest niezwykle gorąco. Zamrugał, kiedy uświadomił sobie, że 

z trudem rozróżnia szczegóły: nie zauważył jednak nikogo. - Imperatorze Palpatine! - 

krzyknął, jak umiał najgłośniej. - Szale bitwy przechylają się na stronę Rebeliantów. Nasze 

oddziały ponoszą klęskę za klęską. Musisz coś zrobić, by nam pomóc! 

Usłyszał tylko słabe echo własnych słów. Nic więcej. Nikt się nie poruszył; nikt nie 

odpowiedział. Brakiss wbiegł do następnego pomieszczenia, ale ujrzał w nim jedynie 

ogromną izolacyjną komorę o połyskujących czarnych ścianach. Opancerzone drzwi były 

zamknięte na głucho, a w bocznych płaszczyznach błyszczały  łby ogromnych nitów. To 

właśnie tej zamkniętej komory strzegli czterej odziani w szkarłatne płaszcze strażnicy, kiedy 

Imperator opuszczał pokład osobistego trój skrzydłowego wahadłowca. Sam pojemnik 

dźwigały wówczas dwa potężne, przysadziste robocze androidy, które wyniosły go z ładowni 

i przetransportowały korytarzami do komnat, wskazanych przez naczelnika Akademii 

Ciemnej Strony. 

Brakiss wiedział o tym, że Imperator zamknął się w środku komory. Może szukał 

odosobnienia, a może chciał w ten sposób ochronić swój organizm przed wpływem 

czynników zewnętrznych. Mistrz Ciemnych Jedi obawiał się nawet, że stan zdrowia 

Imperatora uległ pogorszeniu, a Palpatine, jeżeli chciał  żyć, musiał dysponować specjalną 

aparaturą medyczną i indywidualnie dobieranymi lekarstwami. 

W tej chwili jednak niewiele go to wszystko obchodziło. Miał dosyć drzwi, które się 

przed nim zamykały. On, władca Akademii Ciemnej Strony, jeden z najważniejszych 

background image

przywódców Drugiego Imperium, nie powinien być odtrącany jak pierwszy lepszy urzędnik. 

Zaczął walić pięścią w opancerzoną płytę. 

- Imperatorze, domagam się,  żebyś zechciał udzielić mi audiencji! Nie możesz 

dopuścić, by nasze oddziały nadal przegrywały. Musisz posłużyć się własnymi siłami i pomóc 

nam wydrzeć zwycięstwo z rąk nieprzyjaciół! 

Nie usłyszał  żadnej odpowiedzi. W miarę upływu czasu odgłosy uderzeń pięścią 

stawały się coraz rzadsze i cichsze, aż w końcu zupełnie wsiąkły w czerwonawy krwisty 

półmrok, jaki panował także i w tej komnacie. Brakiss poczuł, że jego serce zamieniło się w 

bryłę lodu, upodobniło się do zagubionej komety, przelatującej raz na wiele lat przez obrzeża 

jakiegoś systemu słonecznego. 

Jeżeli Imperator ich opuścił, wszystko przepadło. Bitwa zakończy się sromotną klęską 

Drugiego Imperium... Brakiss nie miał zatem nic więcej do stracenia. 

Ponownie włączył  świetlny miecz, uniósł buczące ostrze i zadał cios. Energetyczna 

klinga rozjarzyła się i zaskwierczała, ale przecięła grubą płytę pancerza drzwi komory. Nic, 

nawet mandaloriańska zbroja czy chroniąca przed strzałami blasterów warstwa durastali nie 

mogły się oprzeć atakowi świetlnego miecza rycerza Jedi. 

Brakiss przeciął również zawiasy. Topiony metal zadymił i spłynął srebrzystymi 

strumykami po krawędzi płyty. Mistrz Ciemnych Jedi zadawał cios za ciosem, wyrąbując 

otwór w grubej metalowej płycie, podobnie jak robotnik-android rozbija ciężką skrzynię, 

służącą do transportu towarów. Uskoczył w bok na ułamek sekundy przedtem, zanim ciężka 

opancerzona tafla runęła z ogłuszającym hukiem na podłogę komnaty. 

Zamarł i stał jak sparaliżowany, nie bardzo wiedząc, co ma robić. Czekał, aż rozwieją 

się  kłęby dymu. Kiedy znów mógł cokolwiek widzieć, uniósł klingę  świetlnego miecza i 

wkroczył do komory. 

Rozglądał się, nie wierząc własnym oczom. Nie ujrzał Imperatora. Nigdzie nie widział 

także luksusowych mebli ani specjalistycznych medycznych aparatów, które miały 

utrzymywać sędziwego władcę przy życiu. 

Zamiast tego dostrzegł coś, co wprawiło go w osłupienie. 

W kącie komory zauważył trzeciego czerwonego strażnika. Mężczyzna siedział na 

skomplikowanym zautomatyzowanym fotelu, otoczony z trzech stron komputerowymi 

monitorami i kontrolnymi pulpitami. Na ekranie jednego monitora Brakiss ujrzał bogaty 

wykaz holograficznych wizerunków, sporządzonych w trakcie całego  życia Imperatora. 

Biblioteka zawierała wideohologramy z czasów, kiedy Palpatine był jeszcze senatorem, kiedy 

usiłował wprowadzić Nowy Ład i podejmował starania, mające na celu zmiażdżenie Rebelii... 

background image

Były tu nagrane przemówienia, wydawane rozkazy i polecenia, a także wszystkie słowa, jakie 

wypowiedział czy to podczas wystąpień publicznych, czy zwracając się do zaufanych 

współpracowników. Potężne generatory hologramów składały później fragmenty w żądaną 

całość, tak, by stworzyć wrażenie,  że  żyjący Imperator wygłasza całkiem nowe 

przemówienia. 

Zdrętwiały z przerażenia Brakiss zaczynał z wolna uświadamiać sobie, co to wszystko 

znaczy. 

Ujrzawszy go, czerwony strażnik zerwał się na równe nogi. Fałdy szkarłatnego 

płaszcza zawirowały i zaszeleściły za jego plecami. 

- Nie wolno ci tutaj wchodzić - powiedział. 

- Gdzie jest Imperator? - zapytał Brakiss, mimo iż zdążył się rozejrzeć po 

pomieszczeniu i znał odpowiedź. - Nie istnieje żaden Imperator, prawda? To wszystko jest 

oszustwem, pożałowania godną próbą przejęcia władzy? 

- Tak - przyznał po chwili wahania czerwony strażnik. - Muszę jednak przyznać, że 

dobrze odegrałeś swoją rolę. Imperator rzeczywiście zginął przed wielu laty, kiedy został 

zniszczony ostatni z jego klonów, ale Drugie Imperium musiało mieć jakiegoś przywódcę. 

Dlatego my, czterej najbardziej lojalni strażnicy Palpatine’a, postanowiliśmy uczynić 

wszystko, żeby miało swojego wodza. 

Dysponowaliśmy tekstami wszystkich porywających przemówień, jakie wygłosił w 

ciągu całego  życia. Mieliśmy nagrania, jakich dokonywał. Znaliśmy jego myśli. 

Wiedzieliśmy, co zamierza i jakimi środkami chce się posługiwać dla osiągania celów. 

Posiadaliśmy wszystko, co potrzebne, aby powołać do życia Drugie Imperium, ale zarazem 

uświadamialiśmy sobie, że nie przetrwałoby ani dnia, gdyby któryś z nas został jego wodzem. 

Musieliśmy dać ludziom to, czego pragną, a ludzie pragnęli, żeby wrócił Imperator. Ty także 

sobie tego życzyłeś. Dałeś się  łatwo oszukać, ponieważ sam chciałeś zostać oszukany - 

zakończył czerwony strażnik, kiwnąwszy głową Brakissowi. 

Naczelnik Akademii Ciemnej Strony postąpił dwa kroki w kierunku czerwonego 

strażnika. Uniósł jeszcze wyżej miecz świetlny, który zapłonął zimnym, bezlitosnym, 

śmiercionośnym blaskiem. 

- Nabraliście nas - powiedział, wciąż jeszcze nie umiejąc się otrząsnąć z przeżytego 

wstrząsu. - Wprowadziliście mnie w błąd. Mnie! Byłem jednym z najbardziej oddanych, 

najwierniejszych sług Imperatora, a okazuje się, że służyłem czemuś, co nie istniało. Drugie 

Imperium nigdy nie miało najmniejszej szansy, a teraz moi podwładni ponoszą klęskę, 

ponieważ ty i twoi kamraci uciekliście się do mistyfikacji. Nie umieliście niczego porządnie 

background image

zaplanować. Wasze Drugie Imperium było tworem, pozbawionym mrocznego serca. 

Zaślepiony gniewem, Brakiss w kilku skokach pokonał odległość dzielącą go od 

odzianego w szkarłatny płaszcz mężczyzny. Wydawało się.,  że przeleciał przez komorę 

niczym anioł  śmierci, wysoko unosząc klingę  świetlnego miecza. Ujrzawszy to, czerwony 

strażnik odepchnął automatyczny fotel od pulpitów sterowniczych. Usiłował wstać, 

równocześnie sięgając między fałdy jaskrawoczerwonej szaty, by wyciągnąć jakąś broń, ale 

Brakiss nie dał mu szansy. 

Rozpłatał trzeciego strażnika; obie połowy dymiąc runęły na klawiatury i kontrolne 

urządzenia, za pomocą których mężczyzna stworzył wizerunek nie istniejącego Imperatora. 

Pojawiające się. hologramy wprowadziły w błąd Brakissa, jego Ciemnych Jedi i pozostałych 

członków personelu imperialnej placówki szkoleniowej... Wszystkich, uznających odrodzenie 

Imperium za cel życia. 

- Dopiero teraz Imperium upadło na dobre - mruknął chrapliwie Brakiss. 

Powiódł nieprzytomnym spojrzeniem po całym pomieszczeniu. Nie był już posągowo 

urodziwym, opanowanym mężczyzną. W niczym nie przypominał  władczego i dumnego 

naczelnika Akademii Ciemnej Strony. 

Usłyszał nagle jakiś szelest, dolatujący spoza zmasakrowanych pancernych drzwi 

komory. Odwrócił się jak użądlony i dostrzegł krwistoczerwony błysk... płaszcza, 

okrywającego ciało czwartego i ostatniego członka grupy perfidnych szarlatanów. 

Zniechęcony i zrozpaczony Brakiss poruszał się jak we śnie. Każdy ruch sprawiał mu 

trudności, a w odrętwiałych mięśniach pulsowały ogniska bólu. Mimo to mistrz Ciemnych 

Jedi nie mógł pozwolić uciec czwartemu strażnikowi. Honor wymagał, aby wszyscy oszuści 

ponieśli zasłużoną karę. Mobilizując resztkę energii, puścił się za uciekinierem. 

Czerwony strażnik zauważył jednak dwóch kolegów, leżących bez życia przed 

drzwiami apartamentu Palpatine’a. Jeden rzut oka do wnętrza komory uświadomił mu, że 

naczelnik Akademii Ciemnej Strony widział służące do wytwarzania hologramów urządzenia 

kontrolne i sterujące, jakie znajdowały się w odizolowanym pomieszczeniu. Czwarty 

mężczyzna, nie wahając się ani sekundy, rzucił się do ucieczki. 

Dopiero wówczas Brakiss uzmysłowił sobie z absolutną pewnością, że jego marzenia 

o potężnym, odrodzonym Imperium runęły w gruzy. Ciemni Jedi, toczący walki na 

powierzchni Yavina Cztery, przegrywali i byli brani do niewoli. Imperialne myśliwce 

dziesiątkowano i strącano... Ale on, władca Akademii Ciemnej Strony, nie dopuści, żeby ten 

oszust i zdrajca uciekł i ocalił życie. Tylko wówczas, jeżeli go zabije, będzie mógł uznać, że 

do końca zaspokoił żądzę zemsty. 

background image

Sadząc długimi krokami, puścił się w pościg za mężczyzną. Czerwony strażnik biegł 

jednak zdumiewająco szybko, jakby sił dodawało mu przerażenie. Kiedy wypadł z 

odosobnionej części gwiezdnej stacji, popędził opustoszałymi korytarzami Akademii Ciemnej 

Strony. Brakiss biegł za nim, ale odziany w szkarłatny płaszcz uciekinier doskonale wiedział, 

dokąd zmierza. Doskonale. 

Ostatni pozostający przy życiu imperialny strażnik wpadł do hangaru i natychmiast 

pobiegł w kierunku pozostawionego przez Brakissa szybkiego jednomiejscowego promu. 

Tymczasem mistrz Ciemnych Jedi docierał dopiero do drzwi wiodących na lądowisko. 

- Stój! - krzyknął widząc, jak czwarty strażnik znika w kabinie niewielkiej jednostki. 

Uniósł do góry buczące ostrze świetlnego miecza, żałując, że nie może zmobilizować 

wystarczających ilości Mocy, aby mężczyzna zamarł jak sparaliżowany. Widział jednak, że 

szarlatan nawet się nie zawahał. Zatrzasnął osłonę kabiny promu i uruchomił repulsory. Przez 

chwilę unosił się nieruchomo nad płytą lądowiska, po czym wydał polecenie zlikwidowania 

energetycznego pola, strzegącego wrót hangaru i nie dopuszczającego do ucieczki atmosfery. 

Brakiss zakipiał z wściekłości. Zastanawiał się, czy zdążyłby dotrzeć w porę do 

któregoś ze stanowisk artylerii, by zamienić szarlatana w kryształki lodu i rozproszyć je po 

pustkowiach przestworzy. Wiedział jednak, że jest na to już za późno. 

Miał wrażenie, że w Akademii Ciemnej Strony nie ma nikogo oprócz niego. Czuł, że 

poniósł sromotną klęskę. Wszystko, czego próbował, obracało się przeciwko niemu. A na 

koniec doznał najgorszej zniewagi. Został zdradzony i oszukany... i to przez byle strażnika. 

Nagle w jego głowie zaświtała jakaś spontaniczna myśl. Brakiss przypomniał sobie, że 

kiedy powstawała Akademia Ciemnej Strony, rzekomo na rozkaz samego Imperatora 

Palpatine’a, we wnętrzu konstrukcji gwiezdnej stacji zainstalowano setki, a może nawet 

tysiące połączonych ze sobą potężnych  ładunków wybuchowych, mających stanowić coś w 

rodzaju zaworu bezpieczeństwa. Gdyby Palpatine kiedykolwiek powziął podejrzenie, że nowa 

grupa potężnych Ciemnych Jedi staje się dla niego zagrożeniem, mógłby wysłać zakodowany 

sygnał, który wyzwoliłby detonatory i w ten sposób zniszczyłby Akademię Ciemnej Strony, 

bez względu na to, w którym punkcie przestworzy by się znajdowała. 

Brakiss stał na progu drzwi wiodących na lądowisko i przyglądał się, jak niewielki 

prom coraz bardziej oddala się od jego gwiezdnej stacji. Nagle uzmysłowił sobie, że przecież 

nie istniał  żaden wskrzeszony Imperator. A zatem jedynymi osobami, znającymi tajemnicę 

śmiercionośnego kodu, byli czterej czerwoni imperialni strażnicy... 

 

Niewielki statek oddalał się od systemu Yavina i kolczastego pierścienia Akademii 

background image

Ciemnej Strony. Ostatni pozostający przy życiu strażnik coraz wyraźniej uświadamiał sobie, 

że siły wojskowe, które pozostawiał za sobą, są skazane na nieuchronną zagładę. Możliwe 

nawet, że kiedy kontratak floty Rebeliantów zakończy się powodzeniem, do końca bitwy nie 

dożyje ani jeden imperialny żołnierz. 

Mężczyzna był pewien, że wszystko, co zdarzyło się w przestworzach wokół Yavina 

Cztery, powinno stać się absolutną tajemnicą. On sam musi pozostać jedynym świadkiem 

tego, co się wydarzyło. Musi za wszelką cenę podtrzymywać  złudzenie, które on i jego 

towarzysze z takim trudem stworzyli. Tylko w ten sposób będzie mógł kiedyś znów wspiąć 

się na wyżyny władzy. Oznaczało to jednak, że nie może pozwolić sobie na to, aby Akademia 

Ciemnej Strony nadal istniała. Musi uczynić wszystko, co w jego mocy, żeby jak 

najdokładniej pozacierać za sobą wszystkie ślady. Jeżeli będzie miał szczęście, może stanie 

się kimś znaczącym i poważanym. Możliwe nawet, że zostanie przywódcą którejś z 

przestępczych grup czy organizacji, jakich wiele prowadziło działalność na obrzeżach 

przestworzy, opanowanych przez Nową Republikę. 

Czerwony strażnik nadał krótki sygnał, obdarzony niezwykle skomplikowanym 

kodem. Wysłał w przestworza przerażającą sekwencję impulsów, którą nigdy przedtem nie 

zamierzał się posługiwać. 

Zniszczyć! 

I kiedy jego niewielki prom zapuszczał się coraz dalej w głąb bezkresnej czerni 

przestworzy, najeżony lufami dział pierścień Akademii Ciemnej Strony rozkwitł jak ognisty 

kwiat. Po chwili jego płatki, rozchyliwszy się we wszystkie strony, zamieniły się w 

oślepiająco jasną kulę płonących gazów i metalowych szczątków. 

background image

ROZDZIAŁ 20 

 

Z trudem idąc coraz dalej, Zekk przedzierał się przez nieznaną  dżunglę porastającą 

powierzchnię Yavina Cztery. W panującym półmroku widział tylko to, co znajdowało się w 

odległości dwóch metrów przed nim. Kolczaste gałęzie krzewów zahaczały raz po raz to o 

włosy, to o fałdy peleryny. Młodzieniec z wysiłkiem oddychał duszącym, wilgotnym 

powietrzem. Koński ogon już dawno się rozwiązał, ale mimo to Zekk, potykając się o 

korzenie, brnął dalej. Od czasu do czasu oglądał się przez ramię, by zobaczyć, czy nie jest 

ścigany przez któregoś z wyszkolonych przez Skywalkera uczniów jasnej strony. Co prawda, 

nie wyczuwał, by ktokolwiek podążał jego śladami, ale nie był tego pewien. Kto wie? - 

pomyślał, trochę jednak zaniepokojony. Może jasna strona pozwalała uciekać się do sztuczek, 

o których nigdy mu się nie śniło? Może istniały sposoby, dzięki którym nie potrafił wyczuwać 

obecności ścigających go prześladowców? 

Tego dnia widział takie rzeczy, że nawet nie miał pojęcia, iż mogą istnieć. Dziwne 

rzeczy. Straszliwe rzeczy. Nie zwracał uwagi na to, że wąska i kręta ścieżka, którą szedł, raz 

po raz znika w gąszczu kolczastych zarośli. I tak nie wiedziałby, dokąd idzie. Widocznie jego 

umysł został częściowo sparaliżowany, ponieważ oczy widziały coś, czego nie oglądały nigdy 

przedtem. Były świadkami zniszczeń, terroru, klęski... i śmierci. 

Nagle stopa młodzieńca poślizgnęła się na stosie pleśniejących wilgotnych liści. Zekk 

potknął się i przyklęknął na jedno kolano. Pochwycił jakąś nisko zwieszającą się gałąź i 

dźwignął ciało, po czym jakby zbudzony z głębokiego snu, rozejrzał się po napierających ze 

wszystkich stron gąszczach. 

W którą stronę właściwie szedł? Wiedział, że zmierza do jakiegoś celu, ale nie bardzo 

potrafił przypomnieć sobie, do jakiego. W końcu podsunęła mu to chyba podświadomość, 

ponieważ młodzieniec wyprostował się i poszedł dalej. 

Nagle, tuż przed nim, z plątaniny zarośli wyskoczył jakiś duży gryzoń, sięgający 

mniej więcej kolan. Wysunął pazury i rzucił się na Zekka, jednak w tej samej chwili władzę 

nad mięśniami Najciemniejszego Rycerza przejęły doskonale wyćwiczone odruchy Jedi. 

Jednym płynnym ruchem Zekk sięgnął po rękojeść świetlnego miecza i odskoczył w 

krzaki, aby zwierzę nie rozorało go pazurami. Skóra na policzku pękła, kiedy zetknęła się z 

chropowatą purpurowobrązową korą potężnego pnia drzewa Massassów. Zanim Zekk zdążył 

mrugnąć powiekami czy zaczerpnąć następny  łyk powietrza, z rękojeści wystrzeliło 

szkarłatnoczerwone ostrze... Przecięło ciało gryzonia na dwie części, kiedy zwierzę jeszcze 

background image

szybowało w powietrzu. Gryzoń zaskrzeczał, ale dziwny odgłos trwał tylko chwilę. Później 

obie parujące połówki opadły na wilgotną ziemię, pokrytą warstwą butwiejących liści. 

Zekk przypomniał sobie, że w podobny sposób zabił ulubionego ucznia Tamith Kai, 

Yilasa, kiedy walczył z nim w pozbawionym ciążenia pomieszczeniu Akademii Ciemnej 

Strony. Wspomnienie nie należało jednak do takich, które przyniosłyby mu ukojenie. 

Z rozciętej skóry na policzku spływała strużka krwi, ale ból był zbyt nikły, żeby Zekk 

mógł go odczuwać. Na razie chroniła młodzieńca umiejętność władania Mocą... Czy nie był, 

mimo wszystko, Ciemnym Jedi? Ale co mogło się stać z jego kolegami, którzy także 

wyruszyli do walki ku chwale Drugiego Imperium? Co stało się z ich umiejętnościami? 

Dlaczego nic nie układało się tak, jak przewidywały plany? Tego dnia Zekk był świadkiem, 

jak jego Ciemni Jedi, jeden po drugim, przegrywają pojedynki albo są brani do niewoli przez 

uczniów Skywalkera. 

Miał straszliwe przeczucie, że spośród wszystkich tylko on nie został dotąd pokonany. 

Och, wojownicy ciemnej strony odnieśli kilka spektakularnych zwycięstw. 

Dywersantowi Orvakowi udało się wysadzić w powietrze generatory siłowego pola 

ochraniającego wielką  świątynię przed atakami z powietrza. Bez wątpienia imperialny 

komandos nie spoczął na laurach i po odniesieniu tego sukcesu natychmiast przystąpił do 

wykonywania drugiej części zadania. W ciągu dnia wydarzyło się także wiele innych 

przyjemnych rzeczy. Kilka razy Zekk miał świadomość, że adepci Akademii Ciemnej Strony 

zwyciężają. Zawsze jednak okazywało się, że ich sukcesy były krótkotrwałe. 

A przecież Brakiss, Tamith Kai, on i jego podopieczni byli tacy pewni tego, że 

odniosą szybkie, łatwe i zdecydowane zwycięstwo. Tak dobrze panowali nad siłami ciemnej 

strony, że nie powinni mieć z tym żadnych problemów. Przynajmniej Zekk zawsze to sobie 

powtarzał. Tego nauczał go zawsze mistrz Brakiss. 

Po kilku następnych minutach przedzierania się przez zarośla młodzieniec wyłonił się 

z ciemności, panujących w leśnych ostępach, i wkroczył na dużą polanę. Jej skrajem, wijąc 

się między drzewami, leniwie toczyła wody szeroka rzeka. Czując, że jej widok podnosi go na 

duchu, Zekk stanął na brzegu i pochylił się, by zaspokoić pragnienie. 

Mimo iż woda miała zielonkawą barwę, widział swoje odbicie całkiem wyraźnie. Z 

mąconej przez niewielkie fale powierzchni spoglądały na młodzieńca zapadnięte 

szmaragdowozielone  źrenice, otoczone ciemniejszymi obwódkami. Na obliczu malował się 

jednak tylko mizerny cień dawnej pewności siebie, z jaką przystępował do walki. Zlepione 

błotem kosmyki czarnych włosów okalały bladą twarz, podobną do księżyca krążącego wokół 

rodzimej planety, Ennth. Z rozcięcia skóry na policzku nie przestawały sączyć się krople 

background image

krwi. Radośnie kontrastowały z purpurowofioletowymi sińcami, które otaczały ranę. Ich 

widok sprawił, że Zekk zaczął myśleć o Brakissie i jego posągowo pięknej twarzy. 

Ogarnęła go taka rozpacz, że poczuł w głowie absolutną pustkę. Jęknął i opadł na 

czworaki, nie bacząc na to, że dłonie i kolana zagłębiły się w warstwę przybrzeżnego mułu. 

Nie uświadamiaj ąc sobie tego, co robi, przycisnął do uszu ubrudzone mułem dłonie. 

- Brakissie! - krzyknął, jakby właśnie j ego obarczał całą winą za poniesioną klęskę. - 

Co się stało? Co potoczyło się nie po twojej myśli? 

Nadal nie rozumiejąc, co się dzieje, uniósł  głowę ku niebu. Przez ułamek sekundy 

spoglądał na majaczący w górze kolczasty pierścień Akademii Ciemnej Strony, wiszący na 

orbicie nad porośniętym dżunglą księżycem... 

Osłupiały obserwował, jak bez widocznego powodu gwiezdna stacja zamienia się w 

ognistą kulę rozpryskujących się we wszystkie strony szczątków. Ze zdumienia otworzył usta. 

Dotychczas nie przypuszczał, że mógłby odczuwać jeszcze większy ból. 

Okazało się, że był w błędzie. 

Brakiss. To nazwisko nie przestawało powtarzać się w jego myślach. Zekk wiedział, 

że kiedy Akademia Ciemnej Strony eksplodowała, jej naczelnik przebywał na pokładzie. Czuł 

to. Odbierał rozpacz promieniującą z umysłu nauczyciela. 

Odziany w srebrzyste szaty młody, urodziwy mężczyzna przyjął do siebie Zekka, 

mimo iż  młodzieniec nie miał  żadnych perspektyw na lepszą przyszłość. Później naczelnik 

imperialnej uczelni uleczył go z depresji, nauczał i wskazał dalszą drogę. Nadał nowy sens 

jego  życiu. Przekazał umiejętności, z których chłopak mógł być dumny. Kiedy Zekk 

przebywał w Akademii Ciemnej Strony, czuł się jak w domu. Otrzymał nawet tytuł 

Najciemniejszego Rycerza. 

A teraz? Co z tego pozostało? Całą tę naukę i marzenia diabli wzięli. Duma, koledzy, 

świetlana przyszłość... wszystko się rozwiało. W myślach Zekka nie krył się nawet cień 

wątpliwości,  że Drugie Imperium właśnie tego dnia poniosło druzgocącą, nieodwracalną, 

sromotną klęskę. A teraz zginął jego nauczyciel i najlepszy przyjaciel, wychowawca i doradca 

- jedyny człowiek, który kiedykolwiek pokładał w nim nadzieję. 

Nie. Brakiss nie był jedynym mężczyzną, ufającym Zekkowi. Kiedy młodzieniec 

uświadomił sobie tę prawdę, ogarnęła go jeszcze większa udręka. Drugą osobą, która także 

zawsze w niego wierzyła, był stary Peckhum. Zekk obiecał kiedyś,  że nigdy nie uczyni 

niczego, co mogłoby sprawić ból albo zawód siwowłosemu gwiezdnemu pilotowi. Tego dnia 

Zekk walczył jednak po stronie nieprzyjaciół Peckhuma. Pomimo wszystkich innych wad, do 

których czasami się przyznawał, młodzieniec jeszcze nigdy w życiu nie okłamał starego 

background image

przyjaciela. 

Stwierdził, że w jego piersi wzbiera kolejna fala gniewu, tym razem na siebie i na to, 

że dał się zmusić do walki przeciwko wiernemu druhowi. Poczuł obrzydzenie na myśl o tym, 

że musiał dokonywać takich strasznych wyborów. Napiął mięśnie, aż poczuł ból, który wydał 

mu się niemożliwy do zniesienia. Trawiony rozpaczą, jeszcze głębiej wbił palce w warstwę 

przybrzeżnego mułu. Muł był ciemny, wilgotny, śliski i zdradliwy. Możliwe,  że właśnie 

dzięki tym cechom doskonale wyrażał to wszystko, co młodzieniec wybrał: ciemność. 

Tego dnia stał bezczynnie i przyglądał się, jak jego koledzy zestrzeliwują 

„Piorunochron”. Nie wiedział tego na pewno, ale wszystko wskazywało na to, że jedyny 

człowiek, który kiedykolwiek obdarzył go bezinteresowną przyjaźnią i zaufaniem, nie żył. 

Nie mogąc dłużej znieść udręki, Zekk zacisnął palce. Wyszarpnął dwie garście wilgotnej mazi 

i rozsmarował po całej twarzy. Muł wniknął pod rozciętą skórę i wreszcie sprawił mu trochę 

fizycznego bólu. Chłopak uświadomił sobie, że dopiero teraz naprawdę go odczuwa. Niewiele 

go to obchodziło. Zasłużył sobie na ból i cierpienia. 

Zawiódł wszystkich: Brakissa, pozostałych wojowników ciemnej strony, starego 

Peckhuma... samego siebie. Z oczu Zekka popłynęły  łzy, ale chłopak nawet tego nie 

zauważył. Nabrał następne dwie pełne garście mułu i rozprowadził miękką glinę po 

ramionach, przedramionach i szyi. Każdą odsłoniętą część ciała pokrył grubą warstwą 

ciemnej mazi. 

To... właśnie t o oddawało najtrafniej stan jego ducha. Ciemność. Sam ją wybrał i sam 

się w niej pogrążył. Był zbrukany przez ciemność. 

Mimo to nie miał wyjścia. Nie mógł zawrócić z obranej drogi. Dokonał wyboru i teraz 

musiał ponieść wszelkie konsekwencje. Był, kim był. Ciemnym Jedi. Nic nie mogło teraz 

zmienić tego faktu. I chociaż lord Brakiss poniósł  śmierć na pokładzie Akademii Ciemnej 

Strony, a jego podwładni zostali pokonani albo wtrąceni do więzienia, Zekk do końca życia 

nie zdoła uporać się z wyrzutami sumienia, bez względu na to, ile dni miałby przeżyć. 

Nawet Jacen i Jaina, o ile jeszcze żyją, nie będą mogli mu przebaczyć wszystkiego, co 

uczynił. Jeżeli wziąć pod uwagę toczącą siew przestworzach bitwę, unicestwienie Akademii 

Ciemnej Strony i walki na powierzchni Yavina Cztery, Zekk był osobiście odpowiedzialny za 

śmierć setki albo więcej ludzi. Może także za śmierć Peckhuma. Bliźnięta nigdy mu tego nie 

wybaczą. Nie rozumiały,  że decyzja, jaką podjął, kiedy postanowił rozpocząć naukę w 

imperialnym ośrodku szkoleniowym, wydawała mu się wówczas słuszna i jedyna. W ogóle 

nie wierzyły, że mógłby w przyszłości stać się kimś cenionym i poważanym. 

Zekk dokonał jednak wyboru, a później starał się, jak umiał najlepiej. Kiedy wyprawił 

background image

się na Kashyyyk i spotkał z Jainą, ostrzegł  ją, aby nie powracała na Yavin Cztery. Miał 

nadzieję, że dzięki temu ostrzeżeniu uchroni ją przed niebezpieczeństwami, jakie niósł udział 

w zaciętej walce. W głębi duszy wątpił jednak, by dziewczyna usłuchała. 

Z wysiłkiem wstał i jeszcze raz spojrzał na swoje odbicie, jakie ukazywały mu leniwie 

płynące wody rzeki. Obrzeżona szkarłatną lamówką czarna peleryna, która kiedyś stanowiła 

przedmiot największej dumy, zwisała teraz smętnie z ramion, w wielu miejscach 

podziurawiona i rozdarta, a z lamówki pozostały tylko strzępy. Jego skórę pokrywała gruba 

warstwa błota, a w zapadniętych szmaragdowych oczach malowało się przygnębienie i 

zniechęcenie. 

Zekk wiedział jednak, że to jeszcze nie koniec. Możliwe,  że nikogo już nie 

obchodziło, co postanowi i co zrobi, ale nadal mógł dokonywać wyborów. Jeszcze pokaże 

bliźniętom, co potrafi. Odwrócił się i ruszył wzdłuż brzegu rzeki. Kierował się ku wielkiej 

świątyni. 

Miał w zanadrzu jeszcze jeden atut, który musiał wykorzystać. 

background image

ROZDZIAŁ 21 

 

- Tam, w dole - odezwała się Jaina, pokazując niewielką polanę, którą Luke wybrał na 

miejsce zbiórki wszystkich uczniów akademii Jedi. 

Lando Calrissian, siedzący za sterami własnego wahadłowca, wyszczerzył w szerokim 

uśmiechu olśniewająco białe piękne zęby. 

- Wszystko jasne, młoda damo - powiedział. - Wygląda na to, że się nas spodziewają. 

Widocznie walki musiały już się skończyć. 

Kiedy ciemnoskóry mężczyzna zaczął podchodzić do lądowania, Jaina postanowiła 

posłużyć się technikami relaksacyjnymi Jedi, aby chociaż trochę się odprężyć. Stwierdziła 

jednak,  że nie przyniosło jej to żadnej ulgi. Mięśnie pozostawały tak samo zdrętwiałe i 

napięte jak wówczas, kiedy kuląc się w ciasnej kabinie myśliwca typu TIE uciekała, by ocalić 

życie. Z jakiegoś powodu nie potrafiła zapomnieć o tamtych chwilach. Tego dnia po raz 

pierwszy w życiu walczyła jak prawdziwy rycerz Jedi. Jej przeciwnikiem był inny Jedi, 

posługujący się siłami ciemnej strony. 

Przecież właśnie temu celowi miało służyć całe dotychczasowe szkolenie. 

Kiedy wahadłowiec Calrissiana w końcu znieruchomiał na lądowisku, dziewczyna nie 

traciła czasu na zbędne formalności. Opuściła szybko pokład, podbiegła do wuja i rzuciła się 

w jego objęcia. 

- Udało ci się! Żyjesz! - krzyknęła, czując uniesienie i wielką ulgę. 

- Witaj, Luke’u, stary kumplu - odezwał się Lando. - Przyleciałem, żeby choć trochę 

pomóc, ale widzę, że doskonale sobie radzisz i panujesz nad całą sytuacją. 

- Mimo to przyda mi się twoja pomoc, Lando - odparł Skywalker. Odwzajemnił uścisk 

Jainy. - Obawiam się, że niektórzy z nas nie mieli tyle szczęścia - dodał poważnie. 

Dopiero wówczas Jaina uświadomiła sobie, że nie ma pojęcia, jak układały się losy 

bitwy na powierzchni księżyca. Przygryzła dolną wargę i potoczyła wokoło nieprzytomnym 

spojrzeniem. Miała nadzieję, że dostrzeże gdzieś Jacena, Tenel Ka i młodego Wookiego. 

Na widok tego, co zobaczyła, ogarnęło ją przerażenie. Spostrzegła,  że  żaden uczeń 

akademii Jedi nie uniknął ran albo obrażeń. Kilkoro młodych rycerzy Jedi utykało. Prawa 

ręka Tionny zwisała na temblaku, a srebrzystosiwe włosy instruktorki były osmalone. 

Niektórzy uczniowie mieli tylko zadrapania i siniaki, ale inni odnieśli poważniejsze rany. 

Jaina zdumiała się, kiedy zauważyła Raynara. Twarz chłopca pokrywało błoto, a 

krzykliwa szata rozdarta i poplamiona chyba rzecznym szlamem. Chodząc między rannymi 

background image

kolegami i koleżankami, młody uczeń opatrywał rany i pomagał, jak umiał. Sprawiał 

wrażenie smutnego i przygnębionego. 

Kiedy dziewczyna zwróciła uwagę na pacjentkę, którą właśnie się zajmował, zbladła i 

rzuciła się ku niej. Tenel Ka leżała, chyba trawiona wysoką gorączką. Wyglądało na to, że 

straciła sporo krwi. Miała głęboką ranę ciętą, biegnącą przez czoło i zaczynającą się nad 

jednym szarym okiem. Inna rana cięta, trochę płytsza, szpeciła niemal całe udo i kończyła się 

tuż powyżej kolana. 

Raynar klęczał u boku dziewczyny i darł na paski materiał stosunkowo czystej szaty 

spodniej. Jaina zrobiła z resztek coś w rodzaju tamponu. Zamierzając powstrzymać dalszy 

upływ krwi, przyłożyła go do rany na czole. Tymczasem Raynar zaczął bandażować ranę na 

nodze. 

Jaina rozejrzała się po polanie, wypatrując Jacena. Dopiero teraz zauważyła, że kilka 

metrów dalej, cicho jęcząc i trzymając się za bok, leży w trawie Lowie. 

W różnych miejscach na skraju polany Tionna, Luke i Lando pomagali innym rannym 

uczniom, leżącym albo siedzącym na murawie. Nigdzie jednak nie było widać Jacena. 

- Lowie, jak się czujesz? - zapytała Jaina. 

Młody Wookie mruknął coś zdawkowo i machnął ręką, jakby chciał powiedzieć, żeby 

dziewczyna skończyła najpierw opatrywać rany wojowniczki z Dathomiry. 

- Och, pani Jaino! Dzięki niech będą niebiosom, że wreszcie pani się zjawiła! - 

krzyknął Em Teedee. Piskliwy głosik miniaturowego androida-tłumacza zabrzmiał jednak 

bardzo dziwnie, inaczej niż zazwyczaj. Jaina zauważyła,  że kratka osłaniająca niewielki 

głośnik jest wgnieciona. - Po prostu nie może pani mieć pojęcia, przez co przeszliśmy 

wszyscy troje. Pan Lowbacca i pani Tenel Ka musieli skakać z bojowej platformy, ponieważ 

nie zamierzali stracić życia w wyniku eksplozji. Mieli szczęście, gdyż platforma kilka chwil 

później i tak zniknęła w odmętach rzeki. 

Kiedy lądowaliśmy na drzewie, pan Lowbacca zdołał uchwycić się jakiegoś konaru, 

ale pani Tenel Ka uderzyła głową o wystającą gałąź. Obijając się o pień, zaczęła spadać coraz 

niżej, ale pan Lowbacca natychmiast zanurkował, pragnąc ją ocalić. Pochwycił jej rękę i 

zapobiegł katastrofie w ten sposób, że wylądował brzuchem na szerokim konarze. 

Zapewniam, pani Jaino, że zachował się jak bohater. Rzecz jasna, nie jestem medycznym 

androidem, ale obawiam się, że pan Lowbacca ma złamaną i przemieszczoną kość ramienia 

oraz pęknięte co najmniej trzy żebra. 

Raynar zmienił opatrunek na głowie Tenel Ka, a potem, pragnąc go unieruchomić, 

zaczął owijać bandażem. 

background image

- Możesz iść - odezwał się do Jainy, kiwając zarazem głową w stronę Lowbaccy. - 

Sam skończę. 

Kiedy na polanę weszło dwóch innych rannych uczniów Jedi, Jaina popatrzyła na 

nich, w nadziei, że może ujrzy brata. Żaden jednak nie był nawet podobny do Jacena. 

- Czy nie widziałeś gdzieś mojego brata? - zwróciła się do Raynara. Podeszła do 

Lowiego, zamierzając obejrzeć jego obrażenia. - On i stary Peckhum polecieli 

„Piorunochronem”, żeby wysłać sygnał alarmowy i wezwać posiłki. Powinien był już dawno 

wrócić. 

Chłopiec zmarszczył brwi i pokręcił głową. 

- No cóż... - powiedział, jakby starając się przypomnieć sobie, co się wydarzyło. - 

Widziałem towarowy transportowiec... „Piorunochron” - dodał po chwili. - Chyba został 

zestrzelony przez jakiś myśliwiec typu TIE. 

Jaina zachłysnęła się powietrzem. 

- Czy widziałeś, że eksplodował w powietrzu albo roztrzaskał się podczas lądowania? 

- zapytała, kiedy przyszła do siebie. 

Raynar odwrócił głowę i popatrzył w inną stronę. 

- Nie widziałem - odparł cicho. - Wyglądało na to, że statek jest uszkodzony i ma 

spore kłopoty z utrzymaniem się w powietrzu... - Wzruszył ramionami, jakby czuł się 

skrępowany. - Tak czy owak, to wszystko miało miejsce dawno, na początku bitwy. 

Jaina przygryzła dolną wargę i zamknęła oczy. Starając się odnaleźć Jacena, wysłała 

wici Mocy. 

- Nie umarł - stwierdziła w końcu. - Nie jestem jednak w stanie powiedzieć nic więcej. 

Nie wyczuwam natomiast obecności starego Peckhuma. Nie umiem nawiązać z nim takiej 

więzi jak z Jacenem. Wiem tylko tyle, że mój brat przebywa gdzieś tam... z daleka od polany. 

Na pyzatej, ale dziwnie poważnej twarzy Raynara pojawił się szczery uśmiech. 

- To dobrze - oznajmił chłopiec. - Bardzo dobrze. 

- To chyba już ostatni, jak mi się zdaje - odezwał się Lando, klękając obok Jainy. - Jak 

się miewasz, Lowbacco, stary kumplu? Wyglądasz, jakbyś brał udział w najbardziej zaciętych 

walkach. 

Lowie cicho warknął, przyznając mu rację. 

- Myślę, że na polanę zdążyli dotrzeć wszyscy, którzy znajdowali się w pobliżu - rzekł 

Calrissian. 

- Znaleźliśmy jeszcze jednego - powiedział Luke, przyłączając się do nich. 

Pokazał na skraj polany, gdzie Tionna opatrywała podobnego do drzewa rycerza Jedi. 

background image

Jakaś eksplozja złamała mu jedną gałąź. 

Jaina uniosła głowę i spojrzała na wuja. 

- A co z Jacenem? - zapytała. 

- Żyje... - odrzekł po chwili Luke. - Na razie nie potrafię powiedzieć nic więcej. 

- To wiem - zgodziła się dziewczyna. - Ale gdzie przebywa? Czy nie powinniśmy go 

poszukać? 

- Przede wszystkim musimy przenieść rannych do środka wielkiej świątyni - 

oświadczył Skywalker. - Jeżeli staremu Peckhumowi i Jacenowi udało się utrzymać 

„Piorunochron” w powietrzu, bez wątpienia skierowali się ku głównemu lądowisku. Nie 

zdołaliby wylądować nigdzie indziej, a z pewnością nie na takiej małej polanie. 

Jaina poczuła, że w jej serce wstępuje nowa otucha. Wuj mówił prawdę. Popatrzyła na 

Lowiego. 

- Możesz chodzić? - zapytała. 

Młody Wookie warknął coś, co chyba miało oznaczać potwierdzenie. 

- Pan Lowbacca jest gotów wyruszyć na przechadzkę, jeżeli ktoś zechciałby mu 

chociaż trochę pomóc - pospieszył z tłumaczeniem miniaturowy android. 

- Dobrze - rzekła dziewczyna. - Wracajmy do akademii Jedi. Niecierpliwie oczekiwała 

chwili, kiedy znów będzie mogła ujrzeć brata. Niepokoiła się, czy nie przydarzyło mu się coś 

złego. 

Mniej więcej po godzinie grupa rannych, utykających uczniów Jedi wyłoniła się z 

ostępów dżungli i stanęła obok wielkiej świątyni na skraju polany, zamienionej na lądowisko. 

Rozczarowana Jaina stwierdziła jednak, że na wielkiej, oczyszczonej z roślinności przestrzeni 

nie spoczywa żaden gwiezdny statek. 

- Nie martw się, młoda damo - pocieszył ją Lando. - Pomogę ci ich szukać. 

Dziewczyna ciężko westchnęła i kiwnęła głową. Chociaż wiedziała,  że Jacen żyje, 

miała wrażenie, że wydarzy się coś złego. Przeczuwała, że nadciąga niebezpieczeństwo. 

- W porządku - odezwała się w końcu. - Wprowadzimy najpierw do świątyni 

wszystkich rannych. W środku będą bezpieczni. Musimy jednak wnieść ich przez drzwi 

wiodące na dziedziniec. Wrota hangaru są wciąż zablokowane. 

Przejście przez lądowisko na wybrukowany kamiennymi płytami dziedziniec zajęło 

więcej czasu niż Jaina się spodziewała, ale wreszcie znalazła się w odległości dziesięciu 

metrów od ciemnego prostokątnego otworu. Widząc, że do przejścia pozostało zaledwie kilka 

kroków, uśmiechnęła się i przyspieszyła. 

Nagle z mrocznego wnętrza wy skoczył jakiś odziany w łachmany młody mężczyzna. 

background image

Jego posiniaczoną i zakrwawioną twarz pokrywała gruba warstwa schnącego rzecznego mułu, 

ale Jaina rozpoznałaby j ą wszędzie, gdziekolwiek by ją ujrzała. 

Zekk uniósł dumnie głowę i stanął, zagradzając przejście własnym ciałem. 

- Nikt nie wejdzie do świątyni - oświadczył stanowczo. 

background image

ROZDZIAŁ 22 

 

Jaina stała znów twarzą w twarz z przyjacielem z dawnych czasów, Zekkiem, ale 

zupełnie nie wiedziała, co powiedzieć. Miała wrażenie, że nie może oddychać. Pomyślała, iż 

zapewne powietrze w jej płucach zamieniło się w bryłę lodu. Czuła tylko przyspieszone bicie 

serca. 

Tymczasem Zekk nie uczynił żadnego ruchu. 

Luke podszedł do Jainy i stanął u jej boku. Lowbacca, który wspierał się o ramię 

dziewczyny z drugiej strony, cicho warknął. W tej samej sekundzie Jaina uświadomiła sobie, 

że wyczuwa obecność wszystkich innych uczniów Jedi, stojących na skraju dziedzińca... 

Koledzy i koleżanki z akademii ujrzeli Zekka po raz pierwszy dopiero tego dnia, kiedy objął 

dowództwo oddziału wojowników Akademii Ciemnej Strony. Widzieli w nim tylko wroga. 

Nawet nie podejrzewali, że w przeszłości mógł być kimś zupełnie innym. 

Jaina utkwiła spojrzenie w pokrytej warstwą schnącego mułu twarzy Zekka. 

- Sama się z tym uporam, wujku Luke’u - powiedziała. - Nie chcę, by ktokolwiek mi 

pomagał. 

Luke wahał się przez chwilę. Jaina zorientowała się,  że spełnienie jej prośby 

przychodzi mu z wielkim trudem. Kiedy odezwał się, w jego głosie zabrzmiał niepokój: 

- To coś innego niż rozbieranie i naprawianie uszkodzonych mechanizmów, Jaino - 

ostrzegł. 

- Wiem - odparła cicho dziewczyna. - Nie mam pojęcia, czy Zekk mnie usłucha, ale 

jestem pewna, że nie usłucha nikogo innego. 

- Pamiętam,  że przed wielu laty też tak sądziłem - oznajmił Luke. - Kiedy 

postanowiłem nawrócić Dartha Vadera na jasną stronę. Taka próba to coś bardzo 

niebezpiecznego, a prawdopodobieństwo powodzenia jest niezwykle małe. 

Westchnął, jakby wciąż zastanawiał się, czy Jaina sobie poradzi. 

Dziewczyna oderwała spojrzenie od twarzy Zekka. Z wysiłkiem odwróciła głowę i 

popatrzyła na wuja. 

- Proszę, pozwól mi spróbować - powiedziała. 

Luke przez dłuższą chwilę przyglądał się jej w milczeniu, wreszcie kiwnął głową. 

Jaina znów zwróciła oczy na twarz Zekka. Skupiła się wewnętrznie, myśląc o tym, co 

powie. Tymczasem Luke Skywalker ujął Lowiego pod rękę i odprowadził na skraj polany. 

Dziewczyna zaczerpnęła jeszcze więcej energii Mocy, ale nadal nie miała pojęcia, jak zacząć 

background image

rozmowę ze stojącym przed nią młodzieńcem, dowódcą wszystkich Ciemnych Jedi. 

To przecież Zekk, pomyślała. Był kiedyś moim przyjacielem. 

Postąpiła krok w jego stronę i odezwała się na tyle głośno, żeby mógł ją usłyszeć. 

- Bitwa dobiegła końca, Zekku. Musimy wejść do wielkiej świątyni,  żeby zająć się 

opatrywaniem rannych. 

Zekk wzdrygnął się, jakby przeniknięty wewnętrznym dreszczem. Cofnął się o krok, 

ale rozłożył ręce w taki sposób, że zablokował całe wrota. 

- Nie - odparł. - Jeżeli to uczynisz, będziesz musiała opatrywać jeszcze więcej ran i 

obrażeń. 

Jaina nie przejęła się  tą pogróżką. Postanowiła podejść do rozwiązania problemu z 

innej strony. 

Zwróciła uwagę na to, że chłopak wodzi niespokojnym spojrzeniem po skraju 

dziedzińca, jakby oceniał siłę i liczbę uczniów mistrza Skywalkera. Zapewne usiłował się 

zorientować, jak poważnie są ranni, aby stwierdzić, ilu zdoła zabić, zanim obezwładnią go 

pozostali. 

- Chciałabym nadal być twoją przyjaciółką, Zekku - zaczęła. Zauważyła,  że 

młodzieniec zamrugał i szarpnął się, jakby go uderzyła. - Wyrzeknij się ciemnej strony i wróć 

na jasną. Czy pamiętasz, jak kiedyś znalazłeś stary moduł komputerowy umożliwiający 

buszowanie w innych systemach? Pamiętasz, jak za pomocą niego przeniknęliśmy do systemu 

komputerowego holograficznego zoo? 

Zekk kiwnął niepewnie głową. 

- Przeprogramowaliśmy wówczas hologramy wszystkich zwierząt w taki sposób, żeby 

wyśpiewywały koreliańskie pijackie piosenki - ciągnęła dziewczyna. 

Na wspomnienie tamtych chwil kąciki jej ust uniosły się w tęsknym uśmiechu. 

- Przyłapano nas - przypomniał cicho Zekk. - A technicy ogrodu usunęli wszystkie 

zmiany, jakich dokonaliśmy w oprogramowaniu. 

- To prawda, ale wielu zwiedzającym gościom tak się to podobało, że kilka miesięcy 

później dyrekcja wydzieliła na ich prośbę część ogrodu i umieściła w niej hologramy naszych 

śpiewających zwierząt. 

Jaina odniosła wrażenie,  że ujrzała w szmaragdowych źrenicach Zekka przebłyski 

uznania. Oglądała je jednak tylko przez krótką chwilę, gdyż później oczy młodzieńca 

zamieniły się znów w twarde okruchy zielonego marmuru. 

- Już nie jesteśmy dziećmi, Jaino - odezwał się Najciemniejszy Rycerz. - Nie możemy 

wrócić do tamtych czasów. Wygląda na to, że tego nie rozumiesz, prawda? 

background image

Ponownie powiódł spojrzeniem po skraju dziedzińca. Później uniósł rękę i przeciągnął 

palcami po czole, jakby chciał rozsmarować jeszcze więcej błota. 

- Istotnie, nie rozumiem - rzekła Jaina. - Nie chciałbyś mi tego wytłumaczyć? 

Zekk głęboko odetchnął i zaczął spacerować przed wrotami świątyni. Wyglądał jak 

dzikie zwierzę, zamknięte w niewidocznej klatce. 

- Miejsce, które mógłbym nazwać własnym domem, już nie istnieje - zaczął cicho. - 

Takim domem stała się dla mnie Akademia Ciemnej Strony. Przestała jednak istnieć... 

zamieniła się w ognistą kulę. Co mam teraz zrobić? Dokąd pójść? Ciemna strona owładnęła 

całym moim życiem. 

- To nieprawda, Zekku - odezwała się dziewczyna. - Możesz zerwać z przeszłością. 

Jeżeli chcesz, pomogę ci wrócić na jasną stronę. 

Zekk roześmiał się, ale w jego śmiechu zabrzmiało coś pośredniego między gniewem 

a rozpaczą. Przesunął zakrzywionymi palcami po policzku, po czym wyciągnął  dłoń ku 

Jainie, aby mogła zobaczyć muł, który usunął z twarzy. Z rozdrapanej rany popłynęła na 

nowo strużka krwi, ale chłopak chyba nawet tego nie zauważył. 

- Ciemna strona w niczym nie przypomina tej mazi, Jaino - powiedział. - Nie możesz 

ubrudzić się nią tylko na chwilę, a później zmyć albo zdrapać z twarzy. Nie możesz postąpić 

jak dziecko, które wykąpało się zaraz po tym, kiedy przestało się taplać w błocie. 

Zekk opuścił rękę, a potem otarł dłoń o podartą, ubrudzoną pelerynę. 

- Jestem teraz kimś innym niż tamten niedouczony ulicznik, którego znałaś na 

Coruscant - ciągnął. - Nie ma dla mnie miejsca w twoim świecie. Nie wiem, dokąd mógłbym 

pójść. Zostałem wyszkolony w taki sposób, że stałem się Ciemnym Jedi. - Na jego twarzy 

odmalował się bezbrzeżny smutek. - A teraz zginął także mój nauczyciel. Kształcił mnie i 

wierzył we mnie. Nadał nowy sens mojemu życiu. 

- Peckhum również wierzył w ciebie, Zekku - wtrąciła cicho Jaina. 

Młodzieniec przeczesał ubłoconymi palcami zmierzwione włosy. Powiódł dzikim 

spojrzeniem po skraju dżungli. 

- On także zginął, Jaino - powiedział. - Widziałem, jak uszkodzony „Piorunochron” z 

trudem utrzymywał się w powietrzu. 

Jaina poczuła się, jakby w brzuch ubodła ją jakaś rozwścieczona rogata bestia. Czyżby 

„Piorunochron” się roztrzaskał? Jacen musiał zatem być ciężko ranny. 

- Zawiodłem swojego nauczyciela, a teraz on nie żyje - mruknął Zekk. Mówiąc, nie 

przestawał gestykulować. - Powiodłem do walki wojowników Akademii Ciemnej Strony, i 

wszyscy moi koledzy albo zostali zabici, albo dostali się do niewoli. Jeżeli Peckhum poniósł 

background image

śmierć, to także moja wina. 

Oczy młodzieńca stały się szkliste, jakby Zekk był trawiony gorączką. Raz po raz 

chwytał płytkie hausty powietrza. 

Jaina zacisnęła zęby. Uparła się i postanowiła, że dopnie celu. 

- No cóż, Zekku - powiedziała. - Nie widzę powodu, by przez ciebie miało zginąć 

jeszcze więcej ludzi. Wpuść nas do świątyni, żebyśmy mogli zatroszczyć się o rannych. 

Zekk przestał spacerować. Odwrócił się jak użądlony i popatrzył na dziewczynę. 

- Nie! Nie wolno wam tam wchodzić! 

Jaina podeszła jeszcze o krok bliżej. 

- Zekku, przestało istnieć wszystko, o co można by dalej walczyć - rzekła. - Co chcesz 

zyskać przez to, że nie wpuścisz nas do środka? 

Młodzieniec pokręcił głową. 

- Nigdy nie chciałaś  słuchać moich rad - stwierdził oschle. - Zawsze uważałaś,  że 

wiesz lepiej. 

Był wyraźnie wstrząśnięty, ale poruszał się niesamowicie szybko. Jednym płynnym 

ruchem odpiął od pasa rękojeść świetlnego miecza. Rozległ się syczący trzask i z ciemnego 

cylindra wyskoczyło krwistoczerwone świetliste ostrze. 

Niemal w tej samej chwili - tak szybko, że ułamek sekundy później Jaina nie mogła 

przypomnieć sobie, kiedy to zrobiła - ujrzała, że trzyma w wyciągniętej dłoni własny miecz 

świetlny. W pomrukującej błękitnofioletowej klindze pulsowała nagromadzona energia. 

Na twarzy Zekka pojawił się drapieżny uśmiech, zupełnie jakby młodzieniec ucieszył 

się, że w końcu dochodzi do walki. 

- Widzisz, Jaino - powiedział, podchodząc do niej i kołysząc świetlistą klingą z boku 

na bok - kiedy chociaż raz pozwolisz ciemnej stronie, żeby nad tobą zapanowała, owładnie 

tobą jak choroba, na którą nie wynaleziono leku. Nie sposób się jej pozbyć. - Skoczył ku 

dziewczynie. Klingi obu mieczy zetknęły się i zaskwierczały, a we wszystkie strony trysnęły 

fontanny czerwonych i fioletowych iskier. - A jedynym sposobem pozbycia się tej choroby -

Zekk natarł po raz drugi, trzeci i czwarty, ale Jaina bez trudu odpierała wszystkie pchnięcia -

jest zacięta walka! 

Jaina uwijała się jak w ukropie, podstawiając własną klingę pod ostrze miecza 

przeciwnika. Umiejętnie się broniła, nie spuszczając spojrzenia z twarzy Zekka. Starała się 

przewidywać, co chłopak uczyni w następnej chwili. Kątem oka zauważyła,  że stojący na 

skraju dziedzińca Luke, który uważnie przyglądał się pojedynkowi, pochwala jej sposób 

walki. 

background image

Dopiero kiedy pochwyciła spojrzenie wuja, uświadomiła sobie, że przez cały czas 

starała się siłą nawrócić Zekka na jasną stronę. Usiłowała go zmusić, by podporządkował się 

jej woli. Nie potrafiła. Zrozumiała, że Zekk musi sam dokonać wyboru. Głęboko odetchnęła. 

Otworzyła umysł na przepływ Mocy, a później odskoczyła od młodzieńca. 

- Nie będę z tobą więcej walczyła, Zekku - oświadczyła. Wyłączyła buczące ostrze i 

rzuciła rękojeść na ziemię. - Przypuszczam, że w twoim sercu kryje się dobro, ale sam musisz 

zdecydować, w którą stronę pragniesz się zwrócić. Możesz zacząć zastanawiać się nad tym 

już w tej chwili. Ponieważ musisz dokonać tego wyboru, upewnij się, że weźmiesz wszystko 

pod uwagę, żebyś później nie żałował. 

Na twarzy Zekka odmalowały się po kolei: zdumienie, gniew i niepokój. 

- Skąd wiesz, że po prostu cię nie zabiję? 

Jaina zauważyła kątem oka, że Lowbacca ruszył w jej stronę, jakby na odsiecz, ale 

Luke położył dłoń na ramieniu młodego Wookiego i pokręcił głową. 

Jaina wzruszyła ramionami. 

- Nie wiem tego - przyznała. - Mimo to nie będę walczyła z tobą. A teraz wybieraj. 

Uniosła rękę i wsunęła za ucho kosmyk prostych brązowych włosów, który w trakcie 

walki wysunął się i przesłaniał twarz. Uniosła głowę i spojrzała w oczy Zekka. W jej 

spokojnym spojrzeniu kryła się niezachwiana pewność... nie tego, że chłopak jej nie zabije, 

ale tego, że postąpiła tak, jak powinna. 

- Na co jeszcze czekasz? - szepnęła. 

Poruszając się jak we śnie, Zekk uniósł świetliste ostrze i powoli zaczął kierować je w 

stronę głowy Jainy. 

background image

ROZDZIAŁ 23 

 

Imperialny komandos Orvak w końcu się przebudził, ale nadal czuł zawroty głowy i 

nudności. Wciąż jeszcze nie mógł przyjść do siebie po koszmarach, które mu się śniły. Jak 

przez mgłę przypominał sobie jadowite węże, szczerzące długie kły i pełznące w jego stronę, 

a także gromady niewidzialnych drapieżników, wyłaniających się ze szczelin między 

kamiennymi blokami. Kiedy potrząsnął  głową, poczuł,  że zaczyna go ogarniać nowa fala 

mdłości i senności. 

Nie przypominał sobie, gdzie się znajduje i co robi. Czuł tylko, że jego ciało spoczywa 

na zimnych, twardych kamieniach posadzki. Widocznie ułożył się w niewygodnej pozycji, 

zasnął i spędził w ten sposób nie wiadomo ile czasu. Kiedy uświadomił sobie, że czuje w 

dłoni pulsujący ból, uniósł  ją do oczu i ujrzał dwie niewielkie rany podobne do ukłuć. W 

następnej chwili stracił ostrość spojrzenia i poczuł, że znów robi mu się niedobrze. 

Nie przypominał sobie, kiedy i w jakim celu zdjął hełm i rękawice. Co właściwie 

robił? I gdzie przebywał? 

Nie słyszał  żadnych odgłosów bitwy, toczącej się w sąsiedztwie akademii Jedi. Co 

mogło się wydarzyć? 

Nagle Orvak przypomniał sobie, że wbiegł do wnętrza prastarej świątyni, by wykonać 

drugą część zadania. Miał przyczynić się do zwycięstwa Drugiego Imperium... Pamiętał także 

niewidzialnego połyskującego gada, który ukąsił go w dłoń i zniknął. Zapewne stracił 

przytomność w wyniku działania jadu, jaki dostał się do organizmu. 

Ponownie uniósł  dłoń do twarzy, ale wciąż jeszcze nie odzyskał ostrości spojrzenia. 

Bez wątpienia jad... Jego organizm uległ zatruciu, a teraz powoli przezwyciężał działanie 

trucizny. Czyżby na tym miała polegać jakaś przewrotna sztuczka czarowników Jedi? 

Orvak z wysiłkiem wsparł się na dłoniach i usiadł; podczas tego ruchu cały 

wszechświat zawirował w jego głowie. Obawiając się, że mógłby upaść, przez pewien czas 

nie odrywał  dłoni od chłodnych, wyślizganych płyt posadzki. Wkradł się do świątyni, by 

umieścić ładunki wybuchowe, których eksplozje miały rozerwać na kawałki wielką kamienną 

piramidę. Wszyscy przekonaliby się wówczas, jak bezsilni są Rebelianci i chroniący ich 

rycerze Jedi. Zrezygnowaliby z dalszego oporu i zrobili miejsce dla Drugiego Imperium. 

Coś widocznie potoczyło się nie tak, jak planowano. 

Dopiero teraz Orvak uświadomił sobie, że jednak coś  słyszy. Ciche tykanie. 

Potrząsnął  głową i zwrócił  ją w kierunku, skąd napływały dziwne dźwięki. Wydawało je 

background image

umieszczone pośrodku ogromnej sali urządzenie, odmierzające upływ czasu... 

Urządzenie, odmierzające upływ czasu! 

Zamrugał i w końcu odzyskał ostrość spojrzenia. Czuł, że pieką go oczy, ale mimo to 

zauważył cyferki, zmieniające się na miniaturowym wyświetlaczu czasomierza. 

Dwanaście... jedenaście... dziesięć... 

Zerwał się na równe nogi, ale uczynił to zbyt szybko. Poczuł, że ogarnia go nowa fala 

senności, a kamienna posadzka usuwa się spod jego stóp. Stracił przytomność i upadł. 

Dziewięć... osiem... 

background image

ROZDZIAŁ 24 

 

Kiedy Zekk powoli opuszczał ostrze świetlnego miecza, coraz bardziej zbliżając je do 

głowy Jainy, dziewczyna nie słyszała nic oprócz coraz głośniejszego buczenia. 

- Nigdy tego nie rozumiałaś, Jaino - odezwał się jej były przyjaciel. - Nie potrafiłaś 

zrozumieć. Zawsze ktoś się tobą opiekował; ktoś cię chronił. Nigdy nie zapuściłaś się na 

ciemną stronę. A ciemna strona jest czymś, co pozostawia ślady na duszy. 

Spojrzenie młodzieńca wpiło się w oczy dziewczyny. Ręka Zekka znieruchomiała, ale 

palce trzymały pewnie rękojeść broni. Następne słowa, które wypowiedział, zabrzmiały tak 

cicho, że Jaina z trudem je usłyszała. 

- W przeciwieństwie do ran na ciele, te rany nie mogą się zabliźnić. Można starać się 

udawać, że ich nie ma - ostrze miecza zabuczało trochę głośniej - ale one istnieją, chociaż są 

niewidoczne. 

Jainie wydało się, że nagle koło jej ucha przeleciał rój gniewnie brzęczących owadów, 

ale to była tylko klinga świetlnego miecza. Już nie wisiała nad głową dziewczyny. Powoli, ale 

nieubłaganie kierowała się ku szyi. 

Nagle Jaina usłyszała inny dźwięk, dolatujący z większej odległości. Przez buczenie 

świetlnego miecza przebiły się trzaski i szumy zakłóceń, zastąpione po chwili przez donośny 

męski głos, wydobywający się z odbiornika komunikatora: 

- Tu „Piorunochron”. Wzywam kogokolwiek, kto mógłby mnie usłyszeć. Lepiej 

zabierzcie wszystkich z głównego lądowiska. I to szybko. Nadlatujemy. Aha, i jeżeli 

zdążyliście do tej pory ponownie włączyć choćby część ochronnych pól, jak najszybciej je 

wyłączcie. I bez tego mieliśmy dzisiaj wystarczająco dużo wrażeń. Mam złamaną rękę, więc 

pilotuje młody Jacen Solo, ale statek ma uszkodzone stery i podziurawione skrzydła. 

Naprawdę nie wiem, czy nie rozpadnie się podczas lądowania. 

W tej samej chwili, przepełnionej zdumieniem i niedowierzaniem, Jaina poczuła,  że 

trzymana przez Zekka świetlista klinga miecza zadrżała i oddaliła się od jej głowy. Uwagę 

dziewczyny przyciągało jednak narastające brzęczenie. Jaina obejrzała się przez ramię i 

ujrzała,  że nad wierzchołkami drzew ukazuje się „Piorunochron”, wysłużony towarowy 

transportowiec. 

Kołysał się w powietrzu jak pijany, ale leciał dalej, mimo iż z kaszlących silników nie 

przestawały wydobywać się kłęby dymu. 

- Halo, „Piorunochron”. Witamy w domu - rozległ się głos Luke’a, który wyciągnął 

background image

własny miniaturowy komunikator. - Możesz lądować bez obaw. 

Zekk ze zdumieniem spoglądał na pokiereszowany kadłub starego statku, który mimo 

uszkodzeń zdołał jakoś dolecieć do wielkiej świątyni. Potrząsnął  głową, jakby zbudzony z 

głębokiego snu. Wyciągnął do dziewczyny rękę, w której nie trzymał już rękojeści świetlnego 

miecza. 

- Jaino, wcale nie chciałem... 

Nagle rozległ się basowy grzmot potężnej eksplozji, który zagłuszył wszystkie inne 

dźwięki. Jaina poczuła,  że grunt pod jej nogami zadrżał, wstrząśnięty siłą wybuchu i 

rozprzestrzeniającymi się falami uderzeniowymi. 

- Padnij! - zawołał Zekk. 

Jaina rzuciła się pod mur opasujący brukowany dziedziniec. Upadła na ziemię i 

zachłysnęła się powietrzem wskutek bólu przenikającego jej ciało. Kiedy odwróciła się na 

plecy i spojrzała w górę, zobaczyła kłęby gęstego dymu. Wydobywały się z krateru, jaki 

powstał w miejscu, gdzie jeszcze przed sekundą znajdował się wierzchołek prastarej 

piramidy. Rozsadzone siłą eksplozji kamienne bloki i odłamki skał spadały na ziemię jak 

ulewa. 

Zekk odwrócił się i próbował się ukryć, ale lawiny kamieni opadały tak szybko, że nie 

zdążył uciec. Jakiś duży skalny odłamek trafił go w głowę, a wiele mniejszych kamieni 

wylądowało na plecach i ramionach. Obserwując, jak ciemnowłosy młodzieniec pada na 

ziemię, Jaina uświadomiła sobie w jednej chwili, że Zekk wiedział. 

Wiedział, iż lada chwila murami wielkiej świątyni wstrząśnie potworna eksplozja. 

I uczynił wszystko, co mógł, by ocalić ich życie. 

background image

ROZDZIAŁ 25 

 

W niezbadanych ostępach dżungli porastającej powierzchnię Yavina Cztery - ale nie 

na tej samej półkuli, na której Luke Skywalker zorganizował akademię Jedi - dopalał się wrak 

imperialnego myśliwca typu TIE. 

W pewnej chwili szczęknął zamek owiewki kabiny i ze środka, krztusząc się i kaszląc, 

zaczął gramolić się pilot Qorl. Chwycił zdrową  ręką za metalową krawędź, obrócił ciało i 

wyplątał nogi z objęć ochronnej sieci. Przypominająca kończynę androida sztuczna ręka, 

uszkodzona podczas lądowania, skwierczała, dymiła i iskrzyła. 

Qorl nie odczuwał jednak żadnego bólu. W jego żyłach wciąż jeszcze krążyła 

zwiększona dawka adrenaliny. Z wysiłkiem wydostał się z kabiny. Na szczęście nie połamał 

nóg podczas katastrofy, chociaż  uświadamiał sobie, że są zdrętwiałe i obolałe. Ostrożnie 

stanął na ziemi, a później, zataczając się i utykając, schronił pod drzewami, na wszelki 

wypadek, aby nie odnieść dodatkowych obrażeń, gdyby jego maszyna nagle eksplodowała. 

Nie widział nikogo w pobliżu, ale stał i przez dłuższy czas przyglądał się, jak z 

płonących szczątków unoszą się w niebo kłęby dymu. Obawiał się,  że może wybuchnąć 

któryś z silników. Czekał, aż wrak przestanie dymić i wyda ostatnie tchnienie. 

Wiedział,  że w wyniku katastrofy jego myśliwiec został poważnie uszkodzony. W 

wielu miejscach kadłub przedziurawiły twarde jak stal gałęzie drzew Massassów. Dwa 

płaskie sześciokątne panele z ogniwami energetycznymi się oderwały, a jeden nawet rozłamał 

się na kilka części. 

Qorl przypomniał sobie, że kiedy leciał, ostrzeliwany przez statki Rebeliantów, 

próbował unikać turbolaserowych błyskawic. W końcu jednak został trafiony i stracił 

panowanie nad sterami. Chociaż jego maszyna wpadła w coś na kształt korkociągu, widział, 

jak gwiezdne niszczyciele, jedno po drugim, są unicestwiane. Kiedy zmagał się ze sterami, 

pragnąc wyrównać lot myśliwca, dostrzegł również,  że w przestworzach eksplodował 

mroczny pierścień Akademii Ciemnej Strony. 

Zrozumiał, że w ten sposób zgasła wszelka nadzieja, iż Drugie Imperium odrodzi się i 

zapanuje nad galaktyką. Przecież na pokładzie gwiezdnej stacji przebywał nie tylko lord 

Brakiss, ale nawet sam Imperator. Bez wątpienia ci spośród Ciemnych Jedi, którzy wciąż 

jeszcze toczyli walki na powierzchni Yavina Cztery, wcześniej czy później zostaną 

pochwyceni i wtrąceni do rebelianckich lochów. 

Qorl czuł, że ma na sumieniu kilka grzechów. Zamiast pozwolić, żeby zginęło jedno z 

background image

bliźniąt Solo, zdecydował poświęcić życie owładniętego żądzą zabijania ucznia, Norysa. Jego 

postępek równał się zdradzie. Stary pilot trochę wstydził się tego, co uczynił. Ale czyż 

poddanie się również nie oznaczało zdrady? 

Qorl jednak nigdy się nie poddał. 

Stwierdził, że znów znalazł się sam w dżungli. Tym razem jego myśliwiec został tak 

poważnie uszkodzony, że nie nadawał się do naprawy. Drugie Imperium poniosło druzgocącą 

klęskę. Qorl nie miał dokąd iść, ale nie musiał wykonywać niczyich rozkazów… Nie miał do 

roboty nic poza poszukiwaniem nowej kryjówki. 

Może i lepiej, że koleje jego losu potoczyły się właśnie w taki sposób. 

Wiedział, że potrafi znaleźć miejsce, które zapewniłoby mu schronienie i spokój. Znał 

tę  dżunglę i wiedział, jakie owoce nadają się do jedzenia i które zwierzęta najłatwiej 

upolować. Uświadomił sobie także, iż mimo uniesienia, jakie czuł, kiedy służył Drugiemu 

Imperium i walczył ku chwale Imperatora, z radością wspomina wszystkie lata, które przeżył 

samotnie w zaciszu ostępów dżungli. 

Doszedł nawet do przekonania, że mimo wszystko, los okazał się dla niego łaskawy. 

Odwrócił się i utykając ruszył w głąb lasu, żeby znaleźć nową kryjówkę. Tym razem 

zamierzał spędzić w niej resztę życia. 

background image

ROZDZIAŁ 26 

 

Poranek następnego dnia, który nastał po zaciętej bitwie, jaka rozegrała się na 

powierzchni i w przestworzach wokół Yavina Cztery, okazał się rześki i pogodny. Dopiero po 

kilku godzinach jaskrawe promienie słońca rozproszyły snujące się strzępy mlecznobiałej 

mgły, aż dotąd skrywające podnóże wielkiej świątyni, brukowany dziedziniec i skraj dżungli. 

Wisząca nad głowami młodych uczniów Jedi pomarańczowa kula gazowego giganta, Yavina, 

zajmowała spora część nieba. 

Stojąc obok Lowiego i Jacena na lądowisku, Jaina nie mogła się nadziwić, jaki wpływ 

na samopoczucie może wywierać mocny sen, wypoczynek i dobry posiłek. Jeszcze 

poprzedniego wieczoru Luke, Tionna, Lando i grupa inżynierów z orbitalnej stacji 

wydobywczej stwierdzili, że eksplozja właściwie nie naruszyła dwóch najniższych poziomów 

prastarej  świątyni. Pozostali uczniowie i pracownicy akademii Jedi uprzątnęli zatem leżące 

przed wejściem kamienie i odłamki skał i weszli do środka, po czym uwolnili nie 

posiadającego się z zachwytu Aorto-Detoo, który spędził cały dzień, zamknięty w hangarze. 

Admirał Ackbar przyjął na pokład swoich transportowców najciężej rannych uczniów, by 

przewieźć ich na Coruscant. W tym czasie pozostali, którzy odnieśli tylko lekkie rany albo 

obrażenia, zostali opatrzeni i wrócili do własnych komnat znajdujących się na najniższych 

piętrach wielkiej piramidy. 

Jaina czuła wyrzuty sumienia na myśl o tym, że dopisało jej wielkie szczęście i w 

trakcie walk nie odniosła niemal żadnych obrażeń. Miała wprawdzie kilka ran ciętych i 

siniaków w miejscach gdzie trafiły ją rozrzucone siłą eksplozji odłamki kamieni, ale nie było 

to nic poważnego. 

Dziewczyna spojrzał z aprobatą na Lowbaccę. Młody Wookie miał nastawione ramię, 

a rękę unieruchamiał szeroki pas materiału. Także klatkę piersiową ciasno obandażowano, 

aby uniemożliwić przemieszczanie się  pękniętych  żeber. Zazwyczaj Lowie miał na sobie 

tylko pas, spleciony z połyskujących włókien syreniowca; temblak i opasujące tors bandaże 

sprawiały więc bardzo dziwne wrażenie. 

Jaina usłyszała nagle jakiś świergoty i piski. Odwróciła się i ujrzała, że przez pełniącą 

funkcję  lądowiska polanę kroczy wujek Luke w towarzystwie Aorto-Detoo. Wprawdzie na 

twarzy mistrza Jedi malowały się zdecydowanie i powaga, ale w oczach błyszczały iskierki 

rozbawienia. 

- Wydaje mi się - zaczął Luke bez jakiegokolwiek wstępu - że nawet ja wyglądałem 

background image

gorzej po tamtej przygodzie, jaką przeżyłem na Hoth, kiedy spotkałem się z lodowym 

stworzeniem, wampą. 

- Lowie wygląda dziś o wiele lepiej - powiedziała Jaina. 

Luke zachichotał. 

- Miałem na myśli to, że wyglądałem gorzej niż ta świątynia - oświadczył. 

Jaina odwróciła się, żeby spojrzeć na wzniesioną przez Massassów prastarą piramidę. 

Najwyższy poziom, na którym eksplodowały detonatory, praktycznie przestał istnieć. 

Fragmenty kamiennych murów, stanowiących ściany wielkiej komnaty audiencyjnej, zapadły 

się do środka. Nierówne i wyszczerbione, przypominały teraz blanki, wieńczące obronne 

mury starożytnej fortecy. 

- Z początku sądziłem,  że może będziemy musieli przenieść akademię Jedi do innej 

świątyni - ciągnął Skywalker - ale teraz… Nie jestem pewien, czy okaże się to konieczne. 

- Uważasz, że zdołamy ją odbudować? - jęknął Jacen. - Wspaniale… Jeszcze więcej 

ćwiczeń Jedi, unoszenie kamiennych bloków i dźwigania belek. 

Aorto-Detoo zaświergotał i zapikał, jakby uznał to za doskonały pomysł. Lowie 

zaryczał na znak, że chciałby jeszcze zastanowić się nad tą propozycją, ale w następnej chwili 

złapał się za bok i jęknął z bólu. 

- Tak - odparł Luke. - My wszyscy, którzy zetknęliśmy się z ciemną stroną, 

odnieśliśmy takie albo inne obrażenia. Uważam, że odbudowa wielkiej świątyni może stać się 

częścią procesu zabliźniania naszych ran, zwłaszcza duchowych. 

- To dotyczy także Zekka - mruknęła Jaina, czując w sercu bolesny skurcz na myśl o 

ciemnowłosym młodzieńcu. - Myślę,  że w jego sytuacji proces leczenia będzie szczególnie 

trudny i długotrwały. 

- Przypomniałem sobie, wujku, że chciałem zapytać cię o jedna sprawę - odezwał się 

Jacen. - Co stanie się z pochwyconymi przez nas Ciemnymi Jedi? 

- Tionna i ja będziemy musieli nad nimi popracować. Uczynimy wszystko, co 

zdołamy, by nawrócić ich na jasną stronę, ale jeżeli okaże się to niemożliwe… - Rozłożył 

ręce. - Zapewne porozmawiam na ten temat z Leią, a później… 

- Och, panie Lowbacco, niech pan spojrzy! - odezwał się Em Teedee, przyczepiony do 

pasa młodego Wookiego. 

Jaina zauważyła,  że kratka, osłaniająca głośnik miniaturowego androida, została 

wyprostowana i pieczołowicie wypolerowana. 

- Hej, wrócili! - zawołał Jacen. 

Wahadłowiec Calrissiana, holując uszkodzony skoczek typu T-23, skierował się w 

background image

stronę skraju lądowiska, aby osiąść z daleka od poznaczonego bliznami laserowych strzałów 

kadłuba „Piorunochronu”. 

Lowie radośnie zawył i pragnąc okazać wdzięczność, poklepał Em Teedee po 

srebrzystej obudowie. 

- Na co więc jeszcze czekamy? - zapytała Jaina, kiedy wahadłowiec i mały skoczek 

znieruchomiały na murawie lądowiska. 

Bliźnięta i Lowie pospieszyli na skraj polany. Zanim tam dotarli, z wahadłowca 

wysunęła się rampa. Zszedł po niej Lando Calrissian, prowadzący pod rękę Tenel Ka. 

Peleryna ciemnoskórego mężczyzny zaszeleściła i zawirowała za jego plecami, kiedy 

obdarzał pozostałych młodych Jedi najbardziej czarującym ze wszystkich uśmiechów. 

- Wasza przyjaciółka jest najwytrzymalszą  młodą damą, jaką kiedykolwiek miałem 

przyjemność poznać - powiedział, spoglądając na nią z aprobatą. 

- To fakt - przyznała dziewczyna, ale nawet się nie uśmiechnęła. 

- Mogłem ci to sam powiedzieć - rzekł Jacen. - Czy znalazłaś to, czego szukałaś? - 

dodał, zwracając się do młodej wojowniczki z Dathomiry. 

Tanel Ka kiwnęła głową, a na jej twarzy odmalowało się zadowolenie. Uwolniła rękę i 

wyjęła jakiś przedmiot z kieszeni u pasa, po czym uniosła go, by pokazać Jacenowi. Okazało 

się,  że trzyma sporządzoną z zęba rankora rękojeść  świetlnego miecza, który pomógł jej 

zniszczyć imperialny bombowiec typu TIE, na krótko przedtem, zanim szturmowa platforma 

runęła w nurty rzeki. 

-Nie miałam aż tak dużych kłopotów ze znalezieniem jej, jak się obawiałam - powiedziała. 

- Wyczułam ją i odnalazłam bez trudu, zapewne dlatego, że znałam rankora, do którego należał ten 

ząb. 

Tenel Ka wyglądała o wiele lepiej. Z pewnością już nie gorączkowała. Jaina zauważyła z 

rozbawieniem, że dziewczyna starannie zaplotła długie, złocistorude włosy w warkocze. Okalały 

jej głowę i sprawiały,  że bandaż na czole przypominał prymitywną przepaskę, jaką czasem 

przewiązywały włosy stające do walki wojowniczki. 

- Zaprosiłem Tenel Ka, żeby odwiedziła moją orbitalną stację wydobywczą, ponieważ 

poprzednio nie skorzystała z okazji - odezwał się Lando. - Mam na pokładzie kilka zbiorników z 

płynem bacta, który zabliźni ranę na jej czole, nim dziewczyna się spostrzeże. Lowbacco, 

wygląda na to, że i tobie przydałoby się spędzenie kilku dni w jednym z takich pojemników. 

Lowie szczeknął na znak, że z wdzięcznością przyjmuje propozycję i dziękuje. 

- Och, to naprawdę wyjątkowo miło z pańskiej strony, panie Calrissianie - zapiszczał Em 

Teedee. - Pan Lowbacca czeka z nie cierpliwością, kiedy wreszcie jego obrażenia się zagoją i 

background image

będzie mógł przystąpić do naprawiania statku. 

- Jego mały skoczek nie jest jedynym pojazdem, który został uszkodzony. 

Jaina aż podskoczyła, kiedy za jej plecami rozległ się donośny głos Peckhuma. 

- Z drugiej strony, doskonale wiem, co czuje - ciągnął weteran prze stworzy. - Chłopiec i ja także 

nie możemy doczekać się chwili, kiedy przystąpimy do naprawiania „Piorunochronu”. Uważam poza 

tym, że Zekk musi tu spędzić trochę czasu, aby całkowicie wyzdrowieć. 

Peckhum stał w towarzystwie ciemnowłosego młodzieńca obok kadłuba uszkodzonego 

towarowego transportowca. Trzymał jedną rękę na ramieniu Zekka, a drugą, obandażowaną, na 

temblaku. Na twarzy Zekka malowała się bladość podobna do koloru bandaża, którym 

owinięto ranę na czubku głowy. Z oczu wyzierała dziwna pustka. Młodzieniec nie odwzajemnił 

spojrzenia Jainy. 

- Myślę, że masz jeszcze dwoje innych kandydatów, którzy powinni trochę posiedzieć 

w twoich zbiornikach bacta, Lando - rzekła Jaina. - Wujku Luke’u, czyja i Jacen moglibyśmy 

polecieć z Tenel Ka i Lowbacca? 

Artoo-Detoo zaszczebiotał. 

- Och, doprawdy! To doskonały pomysł! - zapiszczał miniaturowy android. 

- Obiecuję,  że tym razem nie pozwolimy się nikomu porwać - dodał Jacen, obdarzając 

wszystkich charakterystycznym przekornym uśmiechem rodziny Solo. 

Luke zachichotał. 

- No dobrze, myślę, że to wam wszystkim dobrze zrobi - odparł w końcu. - Wy, młodzi 

rycerze Jedi, stajecie się silniejsi, kiedy przebywacie razem. Spędzicie trochę czasu, lecząc rany i 

obrażenia, ale później wrócicie, gotowi zacząć wszystko od nowa i pomóc nam w 

odbudowie. 

- Dziękujemy, wujku Luke’u - powiedziała Jaina. 

- Jacenie, mój przyjacielu - odezwała się Tenel Ka. - Może lepiej nie zwlekajmy z 

odlotem. Nie chcemy przecież,  żeby polecieli z nami wszyscy inni ranni uczniowie. Nie 

możemy dopuścić, aby mistrz Skywalker został sam. 

Jacen obdarzył młodą wojowniczkę spojrzeniem, w którym zdumienie walczyło o lepsze 

z niedowierzaniem. 

- Co właściwie masz na myśli? - zapytał. - Dlaczego mieli byśmy się o to martwić? 

- Ponieważ - odparła poważnie Tenel Ka - Jedi musi mieć pacjentów. 

Jacen zamrugał. Wciąż jeszcze nie był pewien, co o tym sądzić. Nagle ujrzał,  że na 

twarzy Tenel Ka ukazuje się szelmowski uśmiech. Po raz pierwszy widział,  żeby młoda 

wojowniczka uśmiechała się tak szeroko. 

background image

- Nie wierzę własnym uszom... - zaczął. 

Jaina także pokręciła głową. Nie mogła ochłonąć ze zdumienia. 

- Wygląda na to, że właśnie opowiedziała ci dobry dowcip - rzekła, zwracając się do 

brata. 

- To fakt - stwierdził Jacen. 

Lowie sapnął, parskając wesoło. Jaina zachichotała. 

Po chwili cała polana rozbrzmiewała radosnym, zaraźliwym śmiechem. 

background image