background image
background image

 

 

 

 

KEVIN J. ANDERSON, REBECCA MOESTA

 

SPADKOBIERCY MOCY

 

C

YKL

: S

TAR

 W

ARS

 

TOM

 144

T

OM

 I 

SERII

 MŁODZI RYCERZE JEDI

P

RZEKŁAD

 ANDRZEJ SYRZYCKI

T

YTUŁ

 

ORYGINAŁU

 HEIRS OF THE FORCE

background image

 

 

 

Naszym rodzicom

Dorothy i Andrew Anderson

oraz Louisie i Louisowi Moesta

którzy nauczyli nas kochać książki

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ 1

 
 
Jacen Solo dopiero po mniej więcej miesiącu przebywania u akademii Jedi, prowadzonej przez

jego wuja, Luke’a Skywalkera, zdołał urządzić swoją komnatę tak, jak pragnął.

Pomieszczenia uczniów, znajdujące się w starożytnej świątyni na Yavinie Cztery, były mroczne i

wilgotne, a w dodatku zimne, zwłaszcza w nocy. Jacen i jego siostra, Jaina, poświecili sporo czasu,
by  doprowadzić  sąsiadujące  ze  sobą  komnaty  do  obecnego  stanu.  Bliźnięta  zdrapały  mech
porastający  kamienne  mury,  a  potem  wstawiły  panele  jarzeniowe  i  przenośne  piecyki,  żeby
ogrzewały chłodne kąty.

Syn  Hana  Solo  i  księżniczki  Leii  stał  teraz  w  swojej  komnacie,  skąpany  pomarańczowym

światłem  poranka,  przedostającym  się  przez  wąskie  szczeliny  w  grubych  ścianach  świątyni.  Od
strony dżungli dobiegało skrzeczenie jakichś dużych ptaków, zapewne walczących o poranne porcje
owadów.

Jacen,  jak  zwykle  każdego  ranka,  zanim  udał  się  na  zajęcia,  prowadzone  przez  wujka  Luke’a,

nakarmił  wszystkie  dziwaczne  i  egzotyczne  stworzenia,  znalezione  w  niezbadanych  gąszczach
dżungli,  porastającej  niemal  całą  powierzchnię  czwartego  księżyca  Yavina.  Pobieżnie  sprawdził
także, czy żadnego nie brakuje. Bardzo lubił zbierać nowe okazy.

Cała  przeciwległa  ściana  jego  małej  komnaty  była  zastawiona  skrzynkami  i  klatkami,

przezroczystymi  terrariami  i  akwariami,  wypełnionymi  wodą  z  bąbelkami  powietrza.  Wiele
pojemników  zostało  zaprojektowanych  i  wykonanych  przez  siostrę  Jacena,  Jainę,  wykazującą
prawdziwy  talent  w  dziedzinie  konstruowania  różnych  urządzeń  i  mechanizmów.  Jacen  doceniał
wynalazki  siostry,  ale  nie  potrafił  pojąć,  dlaczego  bardziej  interesowały  ją  same  klatki  niż
stworzenia, które w nich przebywały.

Ze środka jednej ze skrzynek dobiegały wrzaski dwóch stintarilów; mieszkających na drzewach

gryzoni  o  długich,  ostrych  zębach  i  wyłupiastych  oczach.  Gromady  tych  zwierząt  biegały  bardzo
szybko  po  drzewnych  szlakach  i  żywiły  się  wszystkim,  co  na  tyle  długo  siedziało  na  gałęziach,  by
można to było pochwycić. Jacen pamiętał, że bawił się doskonale, kiedy łapał swoje dwa okazy.

W  innym  wilgotnym,  przezroczystym  akwarium  niewielkie  pływające  kraby  lepiły  z  mułu

skomplikowane  gniazda,  pełne  miniaturowych  wież  i  zaokrąglonych  blanków.  W  cylindrycznym
wiwarium  z  mętną  wodą  pływały  różowe  śluzowate  salamandry,  ustawicznie  zmieniające  kształty.
Dopiero kiedy wypełzały na częściowo zanurzony kamień, twardniały i przemieniały się w miękką,
gąbczastą  galaretę,  pełną  wypustek  i  nibynóżek.  Otwór  gębowy  umożliwiał  im  chwytanie  owadów
kryjących się w gąszczach trzcin i chwastów.

W  klatce,  zaopatrzonej  w  solidne  grube  kraty,  spacerowały  opalizujące  niebieskie  piraniożuki.

background image

Klekocząc  ostrymi  zębami,  nie  przestawały  ponawiać  prób  wydostania  się  na  zewnątrz.  Jacen
wiedział,  że  w  dżungli  roje  dzikich  piraniożuków  opadały  ofiary  z  przeciągłym,  mrożącym  krew  w
żyłach,  świstem.  Kiedy  żuki  były  bardzo  wygłodzone,  potrafiły  w  ciągu  kilku  minut  pozostawić  z
dużego  stworzenia  same  kości.  Jacena  rozpierała  duma  na  myśl  o  tym,  że  są  to  jedyne  stworzenia,
które musi trzymać w zamknięciu.

Bardzo często najtrudniejsze zadanie chłopca nie polegało na utrzymaniu wszystkich egzotycznych

stworzeń  w  ich  klatkach  lub  pojemnikach,  ale  na  zorientowaniu  się,  czym  się  żywią.  Zwykle  ich
pożywieniem były owoce albo kwiaty.

Czasami podopieczni Jacena połykali kawałki świeżego mięsa. Zdarzało się też i tak, że większe

stworzenia  wychodziły  z  pudełek  i  pojemników  i  żywiły  się  innymi,  mniejszymi  stworzeniami  -  co
niezmiennie doprowadzało Jacena do rozpaczy.

Bliźnięta  spędziły  większość  życia  na  Coruscant,  planecie,  której  niemal  całą  powierzchnię

zajmowało  miasto.  W  przeciwieństwie  do  ich  poprzednich  nauczycieli,  Luke  Skywalker  nie
prowadził  zajęć  według  sztywnego,  rygorystycznego  planu.  Zawsze  mówił,  że  jeżeli  ktoś  pragnie
zostać  rycerzem  Jedi,  musi  rozumieć  wiele  elementów  tworzących  galaktyczną  łamigłówkę,  a  nie
tylko podążać przetartymi przez innych ludzi szlakami.

Tak  więc  Jacen  otrzymał  zgodę  na  spędzanie  większości  wolnego  czasu  w  dżungli,  gdzie  mógł

przedzierać  się  przez  gąszcze,  rozsuwając  na  boki  łodygi  chwastów  i  kwiatów.  Zbierał  okazy
pięknych owadów i niespotykanych, niezwykłych roślin. Od najmłodszych lat czuł dziwny pociąg do
wszystkiego  co  żywe,  podobnie  jak  jego  siostra  zawsze  wykazywała  talent  do  rozumienia  zasad
działania różnorakich urządzeń i mechanizmów. Jacen, posługując się Mocą, przywabiał stworzenia
do siebie, żeby oglądać je i badać.

Niektórym spośród innych uczniów Jedi, a szczególnie rozpieszczonemu i wiecznie kapryszącemu

Raynarowi, nie podobało się, że Jacen urządził w swojej komnacie małe, lecz prawdziwe zoo. Brat
Jainy jednak troszczył się o zwierzęta, karmił je i obserwował, dzięki czemu ciągle dowiadywał się
o nich czegoś nowego.

Z niewielkiego zbiornika, który Jaina urządziła we wnęce kamiennej ściany, zaczerpnął chłodnej

wody  i  napełnił  nią  umieszczone  w  klatkach  poidła.  Ruch  jego  ręki  spłoszył  rodzinę  skaczących
purpurowych pająków. Rozbiegły się we wszystkie strony, a potem zaczęły podskakiwać i obijać się
o siatkę, którą była przykryta ich klatka.

Jacen przesunął palcami po cienkich drutach pojemnika, po czym szepnął:
- Uspokójcie się. Nie dzieje się nic złego.
Pająki natychmiast przestały podskakiwać. Zgromadziły się wokół poidła i zaczęły zasysać wodę

przez długie, wydrążone w środku kły.

W innej klatce siedziały szepczące ptaki, nieruchome i ciche, zapewne głodne. Jacen wiedział, że

musi wyprawić się na drugi brzeg rzeki, żeby zebrać trochę świeżego nektaru z lejkowatych kwiatów
dzikiej winorośli, porastającej kamienne ściany rozsypującej się świątyni.

Tymczasem  zbliżał  się  czas  porannych  lekcji.  Jacen  przesunął  palcami  po  bocznych  ściankach

kilku  klatek,  żegnając  się  z  ulubieńcami.  Zanim  jednak  wyszedł  na  korytarz,  przystanął  na  krótką
chwilę.  Zajrzał  w  głąb  niemal  bezdennego  pojemnika,  w  którym  zwykle  zwinięty  na  posłaniu  z
suchych liści mieszkał prawie przezroczysty kryształowy wąż.

Był  niemal  całkowicie  niewidoczny,  a  Jacen  potrafił  go  dostrzec  tylko  wówczas,  kiedy  patrzył

pod  odpowiednim  kątem.  Teraz  jednak,  bez  względu  na  to,  w  którą  stronę  przekrzywiał  głowę,  nie

background image

widział ani błysku szklistych łusek, ani tęczowej poświaty, promieniującej od ciała przezroczystego
gada.  Zaniepokojony  pochylił  się  i  zauważył,  że  jeden  z  dolnych  rogów  klatki  jest  odgięty...
Niewiele, ale wystarczająco, by cienki wąż mógł wyślizgnąć się ze środka.

- Nie podoba mi się to wszystko - powiedział do siebie Jacen, nieświadomie powtarzając słowa,

które bardzo często słyszał z ust ojca.

Kryształowy  wąż  nie  był  bardzo  niebezpieczny...  a  przynajmniej  tak  uważał  Jacen.  Chłopiec  z

własnego doświadczenia wiedział, że ukąszenie gada bywa co prawda dosyć bolesne, ale ból trwa
zazwyczaj bardzo krótko, po czym osoba ukąszona zapada w głęboki sen i budzi się po godzinie czy
dwóch, bez żadnych dolegliwości. Jacen obawiał się jednak, że incydent mógłby zostać wykorzystany
przez  kogoś  pokroju  Raynara  w  celu  wywołania  awantury  i  zmuszenia  hodowcy  do  przeniesienia
klatek z ulubieńcami w inne miejsce, na przykład do magazynu nie opodal świątyni.

A teraz jego kryształowy wąż wydostał się z klatki.
Jacen  poczuł,  że  z  przerażenia  jego  serce  zaczęło  bić  przyspieszonym  rytmem.  W  porę

przypomniał sobie jednak o jednej z technik relaksacyjnych, stosowanych przez rycerzy Jedi, której
nauczył  go  wujek  Luke,  i  posłużył  się  nią,  żeby  odzyskać  spokój  i  jasność  myśli.  Natychmiast  się
zorientował, co ma robić. Powinien poprosić swoją siostrę, Jainę, by razem poszukali węża, zanim
ktokolwiek zorientuje się, że uciekł.

Chłopiec  wyślizgnął  się  na  kiepsko  oświetlony  korytarz  i  ukradkiem  skierował  spojrzenie

okrągłych  ciemnych  oczu  w  prawo  i  w  lewo,  żeby  upewnić  się,  że  nikt  go  nie  obserwuje.  Później
przebiegł korytarzem i zanurkował w zaokrąglony otwór w kamiennej ścianie, w którym znajdowały
się drzwi do komnaty siostry. Otworzył je i zamrugał, chcąc przyzwyczaić oczy do ciemności.

Całą  przeciwległą  ścianę  sali  Jainy  zajmowały  porządnie  ustawione  pojemniki,  wypełnione

częściami  zapasowymi,  cyberbezpiecznikami,  podzespołami  elektronicznymi  i  miniaturowymi
przekładniami, wymontowanymi zapewne z korpusów przestarzałych albo uszkodzonych androidów.
Siostra  Jacena  zabrała  także  niepotrzebne  ogniwa  energetyczne  i  systemy  kontrolno-sterujące  ze
starego  centrum  dowodzenia  Rebeliantów,  ukrytego  głęboko  we  wnętrzu  przypominającej  piramidę
budowli.

Prastara świątynia, wzniesiona w dżungli porastającej powierzchnię niewielkiego księżyca, była

najważniejszym ośrodkiem tajnej bazy powstańców na długo przed narodzinami bliźniąt. Ich matka,
księżniczka  Leia,  pomogła  Rebeliantom  obronić  centrum  przed  atakiem  straszliwej  imperialnej
Gwiazdy  Śmierci.  Ojciec  dzieci.  Han  Solo,  był  wówczas  tylko  przemytnikiem,  ale  mimo  to  ocalił
życie Luke’owi Skywalkerowi.

Teraz  jednak  większość  starych  urządzeń  dawnej  bazy  Rebeliantów  leżała  zapomniana  i  nie

używana  przez  uczniów  Jedi.  Jedynie  Jaina  spędzała  wolny  czas,  rozbierając  aparaturę  i  składając
różne  podzespoły  w  inny  sposób.  Jej  komnata  była  zawalona  tyloma  dużymi  częściami,  że  Jacen  z
trudem  mógł  się  miedzy  nimi  przecisnąć.  Rozejrzał  się  po  sali,  ale  nigdzie  nie  dostrzegł  ani  śladu
kryształowego węża.

- Jaino? - odezwał się półgłosem. - Jaino, chcę prosić cię o pomoc! Rozejrzał się jeszcze raz po

mrocznym pomieszczeniu, tym razem usiłując odnaleźć siostrę. Czuł ostry, gryzący odór przepalonych
bezpieczników i słyszał odgłosy uderzeń jakiegoś ciężkiego narzędzia o metal.

-  Za  chwilę!  Stłumiony  głos  Jainy  dobiegał  ze  środka  baryłkowatego  kadłuba  przerdzewiałego

mechanizmu,  zajmującego  niemal  połowę  komnaty.  Jacen  pamiętał,  jak  oboje  z  silnie  umięśnioną
przyjaciółką,  Tenel  Ka,  nieporadnie  posługiwali  się  Mocą,  żeby  w  samym  środku  pewnej  nocy

background image

wciągnąć ciężkie urządzenie wijącymi się korytarzami do komnaty siostry.

- Pospiesz się! - przynaglił siostrę Jacen. Miał niejasne wrażenie, że liczy się każda chwila. Jaina

wycofała  się  tyłem  na  czworakach  z  otworu  wlotowego  jakiejś  dyszy.  Jej  proste  ciemnobrązowe
włosy były przewiązane wstążką, żeby nie spadały na oczy i nie przeszkadzały w pracy. Na lewym
policzku widniały świeże smugi ciemnego smaru.

Włosy dziewczyny dosięgały ramion. Chociaż były grube i gęste jak włosy jej matki, Jaina nigdy

nie  chciała  poświęcić  czasu,  by  zakręcić  je  w  długie,  fantazyjne  pukle,  z  których  tak  słynęła
księżniczka Leia.

Jacen wyciągnął rękę i pomógł siostrze wstać z kamiennej posadzki.
- Mój kryształowy wąż znów wydostał się z klatki - oznajmił. - Musimy go odnaleźć. Czy go nie

widziałaś?

Jaina sprawiają wrażenie, że nie zwraca uwagi na jego słowa.
- Nie, przez cały czas pracowałam tutaj - odparła. - Prawdę mówiąc, już prawie  skończyłam.  -

Wskazała na oblepioną brudem obudowę dużej pompy. - Kiedy wreszcie wszystko zmontuję, będzie
można zainstalować ją w nurcie rzeki w pobliżu świątyni. Prąd  wody  będzie  obracał  łopatki,  a  my
otrzymamy energię, niezbędną do ładowania naszych baterii.

Dziewczyna z każdą chwilą coraz bardziej się zapalała. Jacen wiedział, że jego siostra uwielbia

wyjaśniać  zasady  działania  różnych  mechanizmów.  Usiłował  wpaść  jej  w  słowo,  ale  na  próżno
czekał, aż Jaina zrobi choćby krótką przerwę.

- Ale mój wąż. - zdołał tylko powiedzieć.
-  Zainstalujemy  fazowe  gniazda  odbiorcze  i  będziemy  mogli  przekazywać  energię  do  wielkiej

świątyni. Zapewni to nam możliwość podłączenia wszystkich paneli jarzeniowych i grzejników, jakie
będą  nam  potrzebne.  Gdyby  tak  jeszcze  umieścić  w  nurcie  specjalne  cedzidła  protein,  moglibyśmy
wychwytywać  z  rzeki  algi  i  przerabiać  je  na  pożywienie.  Można  byłoby  również  zasilić  wszystkie
systemy telekomunikacyjne akademii, a nawet...

Jacen w końcu przerwał potok jej słów.
-  Jamo,  dlaczego  spędzasz  cały  czas,  zajmując  się  takimi  rzeczami?  Czy  nie  mamy  dziesiątków

trwałych ogniw, pozostawionych w dawnej bazie Rebeliantów?

Jama  westchnęła,  a  chłopiec,  słysząc  to,  zorientował  się,  że  chyba  przeoczył  jakiś  niezmiernie

ważny szczegół jej argumentacji.

- Nie buduję  moich  urządzeń  dlatego,  że  są  użyteczne  -  powiedziała.  -  Robię  to,  aby  przekonać

się. Czy potrafię. Kiedy stwierdzę, że tak, nie będę musiała tracić więcej czasu na zastanawianie się,
czy cokolwiek, czego się nauczę, jest użyteczne, czy nie.

Jacen w dalszym ciągu nie był pewien, czy dobrze ją rozumie. Z drugiej strony siostra też nigdy

nie potrafiła zrozumieć jego fascynacji roślinami i zwierzętami.

- Czy mogłabyś zrobić sobie przerwę i pomóc mi w poszukiwaniach węża?  - zapytał. - Uciekł z

klatki, a ja nie wiem, gdzie go szukać.

- No, dobrze - odparła Jama, wycierając brudne ręce o poplamiony roboczy kombinezon - Jeżeli

wąż uciekł z twojego pokoju, zapewne popełznął w dół, a nie w górę.

Oboje wyszli z komnaty, i zaczęli  schodzie  drugim  korytarzem.  Idąc  obok  siebie,  rozglądali  się

po mrocznych kątach i nasłuchiwali.

Komnata Jacena była ostatnim pomieszczeniem w korytarzu świątyni, który zaraz potem kończył

się  zimną,  kamienną  popękaną  ścianą.  Żadna  ze  szczelin  nie  była  jednak  dość  szeroka,  żeby

background image

kryształowy wąż mógł się w niej ukryć.

- Będziemy musieli sprawdzić komnatę po komnacie - stwierdziła Jaina. Jacen kiwnął głową.
- Jeżeli coś będzie nie w porządku, powinniśmy to wykryć. Może mógłbym  posłużyć  się  Mocą,

by wytropić węża, bez względu na to, gdzie się zaszył.

Słyszeli, jak inni uczniowie Jedi, przebywający w swoich komnatach, ubierają się, myją albo po

prostu  poświęcają  kilka  ostatnich  chwil  na  dodatkową  drzemkę.  Jacen  nadstawiał  uszu,  nieśmiało
licząc  na  to,  że  usłyszy  jakiś  krzyk  albo  pisk,  gdyż  wówczas  wiedziałby,  gdzie  znajduje  się  jego
ulubieniec.

Przechodzili od komnaty do komnaty, zatrzymując się pod zamkniętymi drzwiami. Jacen dotykał

palcami drewnianych płyt, ale ani razu nie poczuł świerzbienia, które mogłoby mu zdradzić kryjówkę
uciekiniera.

Kiedy jednak znaleźli się przed uchylonymi drzwiami komnaty Raynara, natychmiast wyczuli, że

wydarzyło  się  w  niej  coś  niezwykłego.  Zajrzeli  do  środka  i  stwierdzili,  że  chłopiec  leży  na
wygładzonych kamiennych płytach posadzki.

Raynar  miał  na  sobie  kosztowną  purpurowo-złoto-szkarłatną  szatę.  Były  to  barwy  jego

szlacheckiego  rodu.  Mimo  delikatnych  uwag  wujka  Luke’a,  Raynar  rzadko  rozstawał  się  z
fantazyjnym  ubiorem.  Niemal  nie  widywało  się  go  w  ponurym,  ale  wygodnym  stroju  treningowym,
jaki nosili prawie wszyscy uczniowie Jedi na Yavinie Cztery.

Krótko  ostrzyżone,  podobne  do  szczeciny  blond  włosy  Raynara,  oświetlone  promieniami

porannego słońca, wpadającymi przez szczeliny okien, jaśniały jak drobiny złocistego pyłu. Policzki
chłopca  to  zapadały  się,  to  wydymały,  a  z  otwartych  ust  wydobywało  się  ciche  pochrapywanie.
Chłopiec leżał w dziwnej pozycji na zimnych kamieniach.

- Och, blasterowe błyskawice! - odezwał się Jacen. - Myślę, że nie musimy dłużej szukać mojego

węża.

Jaina zamknęła  drzwi  i  stanęła  na  straży  obok  szczeliny  pod  drewnianą  płytą,  żeby  kryształowy

wąż nie mógł wyślizgnąć się na korytarz.

Tymczasem Jacen uklęknął obok nieruchomego ciała Raynara i zamknął powieki. Wyciągnął ręce

i  wyprostował  palce,  aż  strzeliły  kostki,  po  czym  pozwolił  płynąć  myślom.  Usiłował  wyobrazić
sobie, o czym może teraz myśleć jego wąż. Jak zwykle dzięki Mocy, odczuwał kilka rzeczy naraz, ale
skoncentrował się i zaczął szukać swojego ulubieńca.

Wyczuł  wątłą,  ospałą  myślową  wić  stworzenia,  które  można  było  bardzo  łatwo  zadowolić,  a

które w tej chwili czuło się bezpieczne i zaspokojone. W myślach gada przewijały się tylko pojęcia:
ciepło, ciepło... sen, sen... oraz spokój. Zwinięty wąż drzemał pod Raynarem, ukryty w fałdach jego
purpurowej bielizny.

- Tutaj, Jaino - szepnął Jacen. Jaina  oderwała  się  od  drzwi  i  podeszła  do  brata.  Kiedy  klękała,

tkanina jej poplamionego roboczego kombinezonu syknęła, jakby była jeszcze jednym wężem.

- Przypuszczam, że ukrył się gdzieś pod ciałem śpiącego Raynara? Jacen kiwnął głową.
- Tak, bo tam jest najcieplej.
-  No,  to  mamy  poważny  problem  -  odezwała  się  Jaina.  -  Może  ja  obrócę  chłopca  na  bok,  a  ty

złapiesz węża?

- Nie, to by go spłoszyło - odparł Jacen. - Mógłby wówczas ukąsić Raynara po raz drugi.
Jaina zmarszczyła brwi.
- Przespałby wtedy cały tydzień zajęć w akademii.

background image

-  Ta-a  -  przyznał  Jacen.  -  Wujek  Luke  mógłby  skończyć  zajęcia,  nie  martwiąc  się,  że  Raynar

będzie co chwilę przerywał mu pytaniami.

- Masz rację - zachichotała Jaina. Chłopiec wyczuł śpiącego gada swoimi myślami. Zorientował

się,  że  kryształowy  wąż  leży  nieruchomo,  ale  w  tej  samej  sekundzie  Raynar  chyba  usłyszał,  że
bliźnięta o nim mówią, gdyż zachrapał głośniej i poruszył się we śnie.

Zaniepokojony  wąż  natychmiast  się  obudził.  Jacen  szybko  wysłał  ku  niemu  uspokajające  myśli,

posługując się techniką relaksacyjną, której nauczył go wujek Luke. Z myśli tych promieniowała taka
cisza i spokój, że ukoiły nie tylko węża, ale i Raynara.

-  Jeżeli  połączymy  siły  i  posłużymy  się  umiejętnościami  Jedi,  uniesiemy  śpiącego  Raynara  w

powietrze - zaproponował Jacen. - Dopiero wówczas będę mógł wyciągnąć węża.

-  No,  to  na  co  czekamy?  -  odezwała  się  Jaina,  spoglądając  zdziwiona  na  brata.  Bliźnięta

zamknęły oczy i zaczęły się skupiać. Dotknęły opuszkami palców skraju wielobarwnej szaty Raynara
i  wyobraziły  sobie,  jaki  lekki  może  być  uśpiony  chłopiec.  Zdawało  się  im,  że  jest  tylko  piórkiem,
unoszącym się w komnacie... że zaczyna być absolutnie nieważki... że potrafią unieść go w powietrze.

Jacen wstrzymał oddech widząc, jak ciało uśpionego ucznia Jedi odrywa się od posadzki. Fałdy

szaty  Raynara  zwisały  po  obu  stronach  jego  ciała  jak  zasłony,  stopniowo  odsłaniając  zwiniętego
węża.

Śpiący gad, pozbawiony dotychczasowej przytulnej kryjówki, obudził się i instynktownie zaczął

szukać  żywego  celu,  na  którym  mógłby  wyładować  gniew.  Jacen  spostrzegł,  że  kryształowy  wąż
rozwija się, gotów do ataku.

- Trzymaj Raynara! - zawołał do siostry, a sam skoczył i pochwycił śliskiego gada. Owinął palce

wokół jego ciała i zacisnął je tuż za trójkątnym łbem, a potem wysłał skupioną wiązkę myśli, kierując
ją do niewielkiego mózgu stworzenia. Starał się uspokoić go, uciszyć jego gniew.

Niespodziewany skok Jacena i uwolnienie cząstki Mocy zaskoczyły Jainę, która zdołała utrzymać

Raynara  w  powietrzu  tylko  przez  sekundę  czy  dwie.  Kiedy  chłopiec  uspokajał  węża,  władza  jego
siostry nad uśpionym ciałem kolegi stopniowo słabła, aż zanikła całkowicie.

Uczeń  Jedi  runął  na  kamienną  posadzkę  i  potoczył  się,  usiłując  wyplątać  ręce  i  nogi  z  fałd

wielobarwnej  szaty.  Łoskot  uderzenia  ciała  wystarczył,  by  wyrwać  chłopca  ze  snu,  wywołanego
działaniem jadu węża. Raynar coś mruknął, po czym usiadł, potrząsnął głową i zamrugał powiekami
błękitnych oczu.

Tymczasem  Jacen  nie  przestawał  uspokajać  ukrytego  w  jego  dłoni  ulubieńca.  Bezustannie

wysyłał kojące myśli do maleńkiego mózgu stworzenia, aż kryształowy wąż cicho zasyczał, zapewne
z  rozkoszy.  Zadowolony  owinął  się  wokół  nadgarstka  chłopca  i  oparł  przezroczysty  łeb  na
zaciśniętych palcach. Nawet przy dobrym oświetleniu był niemal całkowicie niewidoczny. Jego łuski
wyglądały jak cieniutkie diamentowe płytki, czarne oczy przypominały dwa węgielki.

Rozespany Raynar popatrzył na dwoje stojących obok niego ciemnookich dzieci.
-  Jacen?  Jaina?  -  zapytał.  -  No,  no,  no,  co  właściwie  robicie...  Hej!  Usiadł  prosto  i  zaczął

potrząsać lewą ręką, jakby nagle poczuł, że zdrętwiała.

Później zwrócił pytające spojrzenie na Jacena.
- Wydawało mi się, że przed minutą widziałem tu jedno z twoich... twoich stworzeń - powiedział.

I to jest ostatnia rzecz, którą pamiętam. Czy któryś z twoich ulubieńców przebywa na wolności?

Zakłopotany Jacen ukrył za plecami rękę z owiniętym wokół nadgarstka wężem.
- Ależ skąd - odparł. - Mogę całkiem szczerze zapewnić cię, że wiem, gdzie przebywają wszyscy

background image

moi ulubieńcy.

Jaina pochyliła się nad Raynarem i pomogła mu podnieść się z posadzki.
-  Musiałeś  po  prostu  tutaj  zasnąć  -  zasugerowała.  -  Jeżeli  byłeś  aż  tak  zmęczony,  naprawdę

powinieneś był położyć się na pryczy. - Zaczęła otrzepywać strój Raynara. Popatrz tylko, cała twoja
śliczna szata jest teraz zakurzona.

Przerażony  chłopiec  popatrzył  na  ślady  brudu  i  pyłu,  widoczne  na  krzykliwym,  kosztownym

ubraniu.

-  Będę  musiał  się  przebrać  w  coś  innego  powiedział.  -  Nie  mogę  się  pokazać  nikomu  w  takim

stroju!

Nie kryjąc obrzydzenia, wytarł utytłane ręce w fałdzisty materiał.
- No cóż, nie będziemy ci w tym przeszkadzali - oświadczył Jacen, wycofując się w stronę drzwi

komnaty. - Do zobaczenia na zajęciach!

Jacen i Jaina opuścili salę Raynara. Czując się nagle na tyle pewnie, by pozwolić sobie na żart,

chłopiec pomachał na pożegnanie ręką z owiniętym wokół niej niemal niewidocznym kryształowym
wężem.

Bliźnięta  pobiegły  koniarzem  do  swoich  komnat,  żeby  przebrać  się  i  zdążyć  na  zajęcia.  Luke

Skywalker  miał  mieć  z  nimi  kolejną  lekcję,  w  trakcie  której  będzie  ich  uczył,  jak  zostać  rycerzami
Jedi.

 

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ 2

 
 
Jacen pobiegł do twojej komnaty, by umieścić kryształowego węża w klatce, a Jaina zanurkowała

do  swojej,  żeby  przebrać  się  w  czystą  szatę  Opryskała  twarz  chłodną  wodą  z  nowego  zbiornika,
który zainstalowała w ścianie niedaleko pryczy.

Nie wycierając wilgotnej, świerzbiącej skóry, wyszła z sali.
- Pospiesz się, bo się spóźnimy - powiedziała widząc, że jej brat idzie ku niej korytarzem.
Oboje  podbiegli  do  kabiny  turbowindy,  która  zawiozła  ich  na  wyższy  poziom  świątyni  w

kształcie piramidy. Po chwili znaleźli się w ogromnej komnacie audiencyjnej, od ścian której mogło
odbijać się echo. W pomieszczeniu rozbrzmiewał gwar rozmów innych kandydatów na rycerzy Jedi,
gromadzących  się  każdego  dnia,  by  wysłuchać  lekcji  Luke`a  Skywalkera.  Na  wygładzonych
kamiennych  powierzchniach  powstawały  refleksy  promieni  słońca,  podobne  do  długich  włóczni.
Światło miało rdzawy odcień, gdyż promieniowało od tarczy pomarańczowego giganta, wiszącego na
nieboskłonie - planety Yavin, wokół której krążył niewielki księżyc, porośnięty gęstą dżunglą.

Dziesiątki  innych  uczniów  Jedi,  z  różnych  planet  i  w  różnym  wieku,  zajmowało  miejsca  na

kamiennych  ławach,  ustawionych  rzędami  na  lekko  pochyłej  podłodze.  Jaina  miała  wrażenie,  że  w
miejscu,  w  którym  znajdowało  się  podwyższenie,  ktoś  wrzucał  do  wody  ciężki  kamień,  gdyż  rzędy
stojących  równolegle  ław,  ciągnące  się  po  kraniec  sali,  przypominały  jej  kręgi,  jakie  tworzyły  się
wówczas na powierzchni wody.

Do jej uszu dobiegały słowa w różnych językach i dźwięki, za pomocą których porozumiewali się

uczniowie.  Czuła  bogatą  mieszaninę  aromatów  i  woni,  niesionych  z  wiatrem  od  strony  dżungli.
Wciągnęła  powietrze,  ale  nie  potrafiła  rozróżnić  zapachów  kwitnących  kwiatów.  Pomyślała,  że  jej
brat nie miałby z tym kłopotu, jako że znał na pamięć każdą woń. Jaina czuła także zatęchły odór ciał
różnych  obcych  istot,  zgromadzonych  w  wielkiej  sali:  zmierzwionej  sierści,  rozgrzanych  słońcem
łusek i kwaśnosłodkich feromonów.

Jacen podążał za siostrą, kierując się ku wolnym miejscom nieco bliżej podwyższenia. Po drodze

bliźnięta minęły dwa tęgie stworzenia, porośnięte różową sierścią i porozumiewające się ze sobą za
pomocą  warknięć.  Siadając  na  gładkim  chłodnym  kamieniu,  Jaina  uniosła  głowę  i  spojrzała  na
kwadratowe  sklepienie  sali,  na  którym  rozmaite  plamy  światła  i  cienie  układały  się  w  zawiłą
mozaikę.

- Za każdym razem, kiedy tu przychodzimy - powiedziała - myślę o tych starych  wideogramach,

wykonanych  podczas  uroczystości,  kiedy  mama  dekorowała  medalami  wujka  Luke’a  i  tatę.
Wyglądała wówczas tak pięknie.

Przyłożyła dłoń do prostych, nie ułożonych włosów.

background image

- Tak, a tata wyglądał... jak prawdziwy pirat - odezwał się Jacen.
-  No  cóż,  mimo  wszystko  był  wtedy  przemytnikiem  -  przypomniała  Jaina.  Pomyślała  o

rebelianckich  żołnierzach,  którzy  przeżyli  atak  na  pierwszą  Gwiazdę  Śmierci.  Walczyli  przeciwko
Imperium w wielkiej bitwie w przestworzach, pragnąc zniszczyć straszliwą bojową stację. Teraz, po
ponad  dwudziestu  latach,  Luke  Skywalker  przekształcił  opuszczoną  bazę  w  akademię  kształcącą
uczniów,  którzy  chociaż  trochę  umieli  władać  Mocą.  Chciał  w  ten  sposób  odrodzić  zakon  rycerzy
Jedi.

Luke zaczął osobiście szkolić pierwszych kandydatów, kiedy bliźnięta miały po dwa lata. Teraz

jednak  bardzo  często  opuszczał  akademię  i  wyprawiał  się  załatwiać  swoje  sprawy.  Przebywał  na
księżycu tylko przez część czasu, ale w akademii nauczali inni Jedi, wyszkoleni przez niego.

Niektórzy uczniowie nie umieli ani trochę władać Mocą. Zadowalali się badaniem historii nauk

Jedi. Inni wykazywali wielki talent, ale ich właściwe szkolenie jeszcze się nie rozpoczęło. Filozofia
mistrza  Skywalkera  polegała  bowiem  na  tym,  że  wszyscy  kandydaci  na  rycerzy  Jedi  powinni  uczyć
się jedni od drugich. Silniejsi mogli uczyć się od słabszych, starsi mogli obserwować młodszych... i
na odwrót.

Jacen  i  Jaina  przybyli  na Yavina  Cztery,  przys łani  przez  matkę,  która  chciała,  by  uczyli  się  tu

przez  część  roku.  Ich  młodszy  brat,  Anakin,  pozostał  w  stolicy  na  Coruscant,  ale  wkrótce  miał
przylecieć i dołączyć do bliźniąt.

Bardzo często, kiedy byli młodsi, Luke Skywalker pomagał dzieciom Hana Solo i księżniczki Leii

odkrywać ich wielki talent. Teraz, na czwartym księżycu Yavina, nie mieli do roboty nic innego poza
uczeniem się i studiowaniem, wykonywaniem ćwiczeń i przyglądaniem się, jak robią to inni. Na razie
było to o wiele ciekawsze niż program nauczania, opracowany dla nich przez androidy na Coruscant.

-  A  gdzie  Tenel  Ka?  -  spyta ła  nagle  Jaina.  Nie  przestawała  rozglądać  się  po  wielkiej  sali,  ale

nigdzie nie widziała przyjaciółki z Dathomiry.

-  Powinna  już  tu  być  -  odparł  Jacen.  -  Spotkałem  ją  rano,  gdy  wyprawiała  się  do  dżungli  na

ćwiczenia.

Tenel  Ka  była  utalentowaną  kandydatką,  która  bardzo  ciężko  pracowała,  chcąc  urzeczywistnić

swoje  marzenia.  Nie  interesowała  się  książkową  wiedzą,  historiami  ani  medytacjami,  ale  była
doskonała  atletką,  przedkładającą  fizyczną  siłę  nad  rozmyślania.  Luke  powiedział  kiedyś,  że  jej
umiejętności  są  cenną  zaletą  pod  warunkiem,  że  Tenel  Ka  będzie  wiedziała,  jak  i  kiedy  z  nich
korzystać.

Przyjaciółka  Jacena  i  Jainy  była  niecierpliwa,  pracowita  i  praktycznie  pozbawiona  poczucia

humoru. Bliźnięta zakładały się nawet o to, które pierwsze ją rozśmieszy.

- Powinna się pospieszyć - zauważył Jacen słysząc, że gwar rozmów w wielkiej  sali  zaczyna  z

wolna cichnąć. - Wujek Luke już niedługo zacznie lekcję.

Jego siostra dostrzegła kątem oka jakiś ruch. Uniosła głowę i spojrzała na jeden ze świetlików,

umieszczonych tuż pod sufitem wielkiej sali. W wąskim prostokątnym otworze było widać sylwetkę
szczupłej, gibkiej młodej dziewczyny.

- O, już jest - powiedziała na jej widok.
-  Musiała  wspiąć  się  po  murze  tylnej  ściany  -  stwierdził  Jacen.  -  Zawsze  mówiła,  że  chce  to

zrobić, ale nigdy nie przypuszczałem, że spróbuje.

- Rośnie tam dużo krzewów dzikiej winorośli - zauważyła logicznie Jaina, jak gdyby wspinanie

się po murach gigantycznej starożytnej świątyni było czymś, co uczniowie Jedi robili codziennie.

background image

Spoglądając w górę, bliźnięta zauważyły, że Tenel Ka wyciągnęła cienki rzemień i przewiązała

nim długie złocistorude włosy, żeby jej nie przeszkadzały, a później napięła i rozluźniła mięśnie rąk.
Zaczepiła  ramiona  srebrzystej  rozkładanej  kotwicy  o  krawędź  otworu  i  przywiązała  do  niej  cienką
linkę, wyciągniętą z kieszeni pasa.

Zaczęła  się  opuszczać  jak  pająk  na  nici,  od  czasu  do  czasu  odpychając  nogami  od  gładkiej

kamiennej ściany komnaty.

Pozostali  uczniowie  Jedi  obserwowali,  jak  schodzi  coraz  niżej.  Niektórzy  klaskali,  a  inni  tylko

podziwiali  jej  zręczność.  Dziewczyna  mogła  przyspieszyć  tempo  schodzenia,  gdyby  posłużyła  się
umiejętnościami  Jedi.  Tenel  Ka  jednak,  ilekroć  to  było  możliwe,  wolała  polegać  na  własnej
sprawności  fizycznej  i  sile  i  uciekała  się  do  użycia  Mocy  tylko  wówczas,  kiedy  było  to  absolutnie
konieczne. Zbyt częste korzystanie ze swoich niezwykłych talentów uważała za oznakę słabości.

Bez trudu wylądowała na posadzce, a jej błyszczące, pokryte łuskami buty stuknęły o wygładzoną

kamienną płytę. Ponownie napięła i rozluźniła mięśnie, po czym chwyciła zwisającą linkę. Szarpnęła,
by  odczepić  kotwicę  od  krawędzi  świetlika,  a  potem  zręcznie  ją  pochwyciła,  kiedy  spadając,
znalazła się na wysokości jej głowy.

Zwinęła sznur i umieściła z powrotem w kieszeni pasa. Obróciła się i nie zmieniając poważnego

wyrazu  twarzy,  rozwiązała  rzemyk  przytrzymujący  włosy.  Potrząsnęła  głową,  dzięki  czemu  jej
czerwonawe pukle ułożyły się na ramionach.

Tenel  Ka  ubierała  się,  podobnie  jak  inne  kobiety  z  Dathomiry,  w  dość  skąpy  sportowy  strój,

uszyty  ze  szkarłatnych  i  szmaragdowych  skór  jakichś  tamtejszych  jaszczurek.  Takie  elastyczne,  ale
wytrzymałe  ubranie,  składające  się  z  tuniki  i  krótkich  spodni,  pozostawiało  obnażone  ręce  i  nogi.
Tenel K.a nigdy nie przejmowała się ukąszeniami owadów czy zadrapaniami, chociaż bardzo często
wyprawiała się do dżungli.

Jacen wyszczerzył zęby w uśmiechu i zaczął energicznie machać do dziewczyny. Tenel Ka tylko

kiwnęła głową, dając znak, że go widzi, a potem przecisnęła się do miejsca, gdzie siedziały bliźnięta.
W końcu usiadła na chłodnej kamiennej ławie obok Jacena.

- Pozdrawiam was - mruknęła.
-  Dzień  dobry  -  odezwała  się  Jaina.  Ona  także  uśmiechnęła  się  do  przypominającej Amazonkę

dziewczyny,  która  kierowała  na  nią  spojrzenie  ogromnych  szarych  oczu,  ale  nie  odwzajemniała
uśmiechu - nie dlatego, że była nieuprzejma, ale po prostu taką miała naturę. Tenel Ka bardzo rzadko
się uśmiechała.

Jacen trącił ją lekko łokciem i powiedział półgłosem:
- Mam dla ciebie coś nowego, Tenel Ka. Myślę, że ten ci się spodoba. Jak nazywa się ktoś, kto

przynosi obiad rankorowi?

Tenel Ka wyglądała na zakłopotaną.
- Nie rozumiem - odparła oschle.
- To kawał! - oświadczył Jacen. No, dalej, zgaduj!
- A, kawał - odezwała się Tenel Ka, kiwnąwszy głową - A ty chcesz, żebym się roześmiała?
- Kiedy usłyszysz odpowiedź na to pytanie, nie zdołasz się powstrzymać - zapewnił ją chłopiec -

A zatem jak nazywa się ktoś, kto przynosi obiad rankorowi?

- Nie wiem - odrzekła Tenel Ka. Jaina założyłaby się o sto kredytów, że dziewczyna z Datbomiry

nie odważy się nawet zgadnąć.

-  Smakołyk!  -  zachichotał  Jacen.  Jaina  także  się  zakrztusiła,  ale  twarz  Tenel  Ka  przypominała

background image

wyrzeźbioną maskę.

- Będziesz musiał mi wyjaśnić, co jest w tym takiego śmiesznego... ale widzę, że zaraz rozpoczną

się zajęcia. Powiesz mi to kiedy indziej.

Jacen przewrócił oczami.
W  tej  samej  chwili,  kiedy  Luke  Skywalker  zaczął  wchodzić  na  mównicę,  z  kabiny  turbowindy

wyłonił się zdenerwowany Raynar. Zadyszany i zarumieniony puścił się długą promenadą, wiodącą
środkiem sali, rozglądając się za wolnym miejscem jak najbliżej podwyższenia. Jaina zauważyła, że
chłopiec ma na sobie zupełnie inny strój niż poprzednio, chociaż tak samo jaskrawy, wielobarwny i
krzykliwy. Raynar usiadł i zaczął się wpatrywać w mistrza Jedi. Było widać, że usiłuje wywrzeć na
nim wrażenie.

Luke  Skywalker  wstąpił  na  podwyższenie  i  popatrzył  na  przybyłych  z  najprzeróżniejszych

światów  uczniów.  Jego  przenikliwe  oczy  zdawały  się  przewiercać  każdego  na  wylot.  W  wielkiej
audiencyjnej  komnacie  zapadła  głucha  cisza,  jakby  wszystkich  słuchaczy  przytłoczył  nagle  ciężki
całun.

Luke  wciąż  jeszcze  wyglądał  bardzo  młodo;  jak  mężczyzna,  którego  Jaina  pamiętała  z

historycznych  wideogramów.  Teraz  jednak  w  jego  szczupłym  ciele  kryła  się  pewność  i  siła,  jakby
ktoś uwięził energię burzy pod powłoką łagodności, twardą jak najczystszy diament. Ze wszystkich
prób, jakim bywał poddawany, wychodził zwycięski i jeszcze silniejszy niż poprzednio. Przeżył, by
stać się kamieniem węgielnym odrodzonego zakonu rycerzy Jedi, który miał chronić Nową Republikę
przed knowaniami resztek zła, jakie nadal panoszyło się w galaktyce.

- Niech Moc będzie z wami - odezwał się cicho mistrz Skywalker, jednak jego głos docierał do

najdalszych  zakątków  audiencyjnej  komnaty.  Na  dźwięk  tych  słów,  bardzo  często  słyszanych,  Jaina
poczuła  dziwne  mrowienie  skóry.  Jej  brat,  siedzący  obok,  ukazał  zęby  w  uśmiechu,  ale  Tenel  Ka
wyprostowała się, jakby miała złożyć uroczystą przysięgę.

-  Mówiłem  wam  już  nieraz,  że  nie  wierzę,  by  szkolenie  prawdziwych  rycerzy  Jedi  polegało

wyłącznie  na  wysłuchiwaniu  przemówień  -  ciągnął  Luke.  -  Chce  nauczyć  was  działania.  Pragnę
powiedzieć  wam,  w  jaki  sposób  macie  robić  różne  rzeczy,  a  nie  tylko,  jak  o  nich  myśleć.  Nie
próbować, ponieważ prób nie ma, jak mówił mi jeden z moich nauczycieli, mistrz Yoda.

Krzykliwie odziany Raynar, siedzący w pierwszym rzędzie, uniósł nagle rękę i zaczął przebierać

w  powietrzu  palcami,  pragnąc  zwrócić  na  siebie  uwagę  Luke’a.  W  wielkiej  komnacie  rozległ  się
chóralny  jęk.  Jacen  ciężko  westchnął,  a  Jaina  wstrzymała  oddech,  zastanawiając  się,  jakie  pytanie
tym razem zechce zadać chłopiec.

-  Mistrzu  Skywalkerze  -  odezwał  się  Raynar.  -  Nie  rozumiem,  co  chcesz  powiedzieć,  kiedy

mówisz, że prób nie ma. Ty sam musiałeś próbować i zapewne kiedyś ci się nie powiodło. Nikt nie
może odnosić samych sukcesów w tym, co pragnie zrobić.

Luke  popatrzył  na  chłopca,  a  z  jego  spojrzenia  promieniowała  cierpliwość  i  wyrozumiałość.

Jaina  nigdy  nie  mogła  pojąć,  jakim  cudem  wuj  potrafi  zachowywać  taki  spokój  pomimo  częstych
przerw w lekcji, spowodowanych pytaniami Raynara. Domyślała się, że musi to być cecha charakteru
prawdziwego mistrza Jedi.

-  Nie  powiedziałem  tego,  że  zawsze  odnosiłem  sukcesy  -  odparł  Luke.  -  Żaden  Jedi  nigdy  nie

będzie doskonały. Czasami jednak to, w czym odniesiemy sukces, nie bywa dokładnie tym samym, co
chcieliśmy zrobić. Należy wówczas skupić się na tym, co się osiągnęło, a nie zwracać uwagi na to,
czego tylko zamierzało się dokonać. Albo czego się nie dokonało. To prawda, trzeba zdawać sobie

background image

sprawę ze wszystkiego, co się utraciło, ale należy ujrzeć w innym świetle to, co się uzyskało.

Luke  zaplótł  palce  dłoni  i  ruszył  posuwistymi  krokami  w  przeciwległy  kraniec  podwyższenia.

Spojrzenie  jego  przenikliwych  oczu  ani  razu  nie  oderwało  się  od  twarzy  Raynara,  ale  można  było
odnieść wrażenie, że mistrz Jedi w jakiś sposób spogląda na wszystkich uczniów i kieruje słowa do
każdego.

-  Pozwólcie,  że  dam  wam  pewien  przykład  -  mówił.  -  Przed  kilkoma  laty  miałem  w  akademii

błyskotliwego  ucznia  o  nazwisku  Brakiss.  Był  niezwykle  utalentowany  i  zachłannie  chłonął  każde
moje  słowo.  Wykazywał  niezwykle  silny  potencjał,  jeżeli  chodzi  o  władanie  Mocą.  Wydawał  się
uprzejmy  i  miły,  zafascynowany  wszystkim,  czego  chciałem  go  nauczyć.  Był  także  doskonałym
aktorem.

Luke  przerwał  i  głęboko  odetchnął,  starając  się  stawić  czoło  nieprzyjemnym  wspomnieniom  z

niedalekiej przeszłości.

-  Widzicie,  po  galaktyce  rozeszła  się  wieść,  że  utworzyłem  akademię,  w  której  kształcę

przyszłych  rycerzy  Jedi.  Nic  dziwnego  zatem,  że  ze  światów,  dochowujących  wierności  Imperium,
zaczęli  przybywać  szpiedzy,  pragnący  przeniknąć  do  mojej  uczelni.  Udało  mi  się  zdemaskować
pierwszych kilku, ponieważ byli nieporadni, pozbawieni talentu.

Brakiss  był  jednak  całkiem  inny.  Od  pierwszej  chwili,  kiedy  zszedł  po  rampie  wahadłowca  i

zaczął  się  rozglądać  po  dżungli  Yavina  Cztery,  zorientowałem  się,  że  mam  do  czynienia  z
imperialnym  szpiegiem.  Wyczuwałem  w  nim  jakiś  cień,  głęboko  ukryty  pod  maską  życzliwości  i
uprzejmości.  Dostrzegłem  także  to,  że  miał  prawdziwy  talent  do  władania  Mocą.  Jakąś  częścią
umysłu jednak zaprzedał się już dosyć dawno ciemnej stronie. Jego piękny wygląd ukrywał paskudną
wadę charakteru.

Nie wyrzuciłem  go  natychmiast  z  akademii.  Zamiast  tego  postanowiłem  go  uczyć,  żeby  pokazać

mu,  że  można  żyć  inaczej.  Zamierzałem  go  uleczyć.  Przypuszczałem,  że  jeżeli  mogło  istnieć  dobro
nawet w głębi serca mojego ojca, Dartha Vadera, musi istnieć coś podobnego w kimś tak młodym i
pięknym jak Brakiss.

Luke  przerwał  i  uniósł  głowę,  by  spojrzeć  na  sklepienie,  ale  po  chwili  znów  popatrzył  na

słuchaczy.

-  Przebywał  w  akademii  przez  wiele  miesięcy,  a  ja  dokładałem  wszelkich  starań,  by  go  uczyć.

Ukazywałem  mu  inną  drogę  życia  i  kierowałem  ku  jasnej  stronie  Mocy  w  każdy  sposób,  który
uznawałem za właściwy. Wydawało mi się, że jego charakter  zaczyna ulegać zmianie, że młodzieniec
wyrzeka się ciemnej strony... ale Brakiss okazał się bardziej bezwzględny i przebiegły, niż nawet ja
mogłem  się  spodziewać  W  trakcie  jednego  z  ćwiczeń  wysłałem  go  z  misją,  która  zdawała  mu  się
całkowicie prawdziwa. Poddałem go pewnej próbie, w ramach której musiał stawić czoło samemu
sobie. Musiał zajrzeć w głąb własnej duszy, by zobaczyć każdy zakątek w sposób, w jaki  nie  mógł
ujrzeć nikt inny oprócz niego.

Liczyłem na to, że ta próba go uleczy, ale Brakiss nie zdał tego egzaminu. Może po prostu nie był

przygotowany  na  to  wszystko,  co  ujrzał  w  głębinach  duszy.  W  pewnym  sensie  to  go  załamało.
Odleciał  z  tego  księżyca,  porośniętego  dżunglą,  i  myślę,  że  udał  się  prosto  na  jedną  z  planet
należących do Imperium... Zabrał ze sobą to wszystko, czego nauczyłem go na temat życia na modłę
rycerzy Jedi.

Wielu uczniów siedzących w ogromnej komnacie wstrzymało oddech. Jaina wyprostowała się na

swoim  miejscu.  Zaniepokojona  popatrzyła  na  brata  bliźniaka.  Nigdy  przedtem  nie  słyszała  tej

background image

opowieści.

Raynar ponownie uniósł rękę, ale Luke zwęził oczy do szparek i  skierował  na  niego  spojrzenie

przesycone taką siłą, że arogancki chłopiec zamrugał i powoli opuścił rękę.

- Wiem, co teraz myślicie - ciągnął mistrz Jedi. - Że starałem się przeciągnąć Brakissa na jasną

stronę  i  przegrałem.  Ale,  jak  mówiłem  wam  przed  kilkoma  chwilami,  zostałem  zmuszony  do
przyjrzenia się temu, w czym odniosłem sukces.

Okazałem  mu  współczucie.  Nauczyłem  go  tajemnic  jasnej  strony,  nie  skażonej  przez  to,  czego

nauczył się wcześniej, zanim przybył do akademii. Zmusiłem go, żeby przyjrzał się własnej duszy i
uświadomił  sobie,  jaka  jest  okaleczona.  Kiedy  tego  dokonałem,  reszta  nie  należała  do  mnie.
Ostateczny wybór był tylko sprawą Brakissa. I jest nadal.

Uniósł  głowę  i  popatrzył  przed  siebie,  jakby  pragnął  objąć  tym  spojrzeniem  całą  wielką  salę.

Jaina  poczuła,  że  przeszywa  ją  dziwny  dreszcz,  podobny  do  elektrycznego  wstrząsu,  jakby  została
dotknięta przez jakąś niewidzialną rękę.

-  Jeżeli  chcecie  zostać  prawdziwymi  Jedi,  musicie  dokonywać  wielu  wyborów  - powiedział

Luke.  -  Niektóre  mogą  wydać  się  wam  łatwe,  chociaż  kłopotliwe,  inne  zaś  będą  związane  ze
straszliwymi  przeżyciami.  Tu,  w  swojej  akademii  Jedi,  zapoznam  was  z  narzędziami,  którymi  się
posłużycie, kiedy przyjdzie wam dokonywać tych wyborów.  Nie  mogę  jednak  podejmować  decyzji
za was. Musicie odnosić sukcesy sami.

Zanim zdołał  powiedzieć  coś  więcej,  w  wielkiej  sali  rozbrzmiał  sygnał  alarmowy,  zwiastujący

jakieś zagrożenie.

Artoo-Detoo,  mały  robot,  z  którym  Luke  Skywalker  rzadko  się  rozstawał,  wjechał  do  komnaty,

wydając  całe  serie  niezrozumiałych  pisków  i  gwizdów.  Mistrz  Jedi  chyba  je  rozumiał,  gdyż
natychmiast zeskoczył z podwyższenia.

-  Coś  się  dzieje  na  lądowisku  -  oznajmił,  puszczając  się  biegiem  w  stronę  szybu  turbowindy.

Biegnąc,  nie  przestawał  mówić  do  twoich  uczniów.  Nie  przejmował  się,  że  poły  płaszcza  Jedi
furkoczą  za  jego  plecami.  -  Pomyślcie  o  wszystkim,  co  wam  powiedziałem,  a  potem  idźcie
doskonalić swoje umiejętności.

Jacen, Jaina i Tenei Ka spojrzeli po sobie czując, że w ich głowach świta jedna i ta sama myśl.
- Chodźmy zobaczyć, co się dzieje na lądowisku!
 

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ 3

 
 
Jacen zorientował się, że i inni uczniowie, którzy pospieszyli do wewnętrznej klatki z kręconymi

schodami albo tłoczyli się przed drzwiami szybów turbowind, zapewne wpadli na ten sam pomysł.

Tenel Ka jednak zerwała się na równe nogi, schwyciła rękę chłopca i szarpnęła, chcąc pomoc mu

wstać z kamiennej ławy.

- Będzie szybciej, jeżeli zrobimy to moim sposobem - powiedziała. - Jaino, chodź z nami.
Biegnąc  w  stronę  kamiennej  ściany  ze  świetlikami  pod  sufitem,  przecisnęła  się  między  dwoma

niskimi  stworzeniami  podobnymi  do  chodzących  jaszczurek.  Niezwykłe  istoty,  zaniepokojone
panującym  zamieszaniem,  porozumiewały  się  ze  sobą,  wydając  całe  serie  bardzo  głośnych  pisków.
Tenel Ka wyciągnęła z kieszeni pasa super lekką wytrzymałą linkę i zaczęła ją rozwijać, chwyciwszy
za kotwiczkę.

-  Wespniemy  si ę  po  murze,  przeciśniemy  przez  świetlik  i  będziemy  po  drugiej  stronie  -

oznajmiła, zaczynając kręcić młynka kawałkiem linki z przywiązanymi zębatymi hakami. Mięśnie jej
ręki się napięły W odpowiedniej chwili puściła linkę, która wystrzeliła w górę.

Jacen i Jaina pomogli jej, posługując się Mocą. Naprowadzili ramiona kotwiczki w taki sposób,

żeby zaczepiły się o omszałą krawędź świetlika. Ostre durastalowe haki zaklinowały się w szparach
między kamieniami i nie puszczały.

Tenel Ka ujęła linkę oburącz i mocno pociągnęła ku sobie po czym zaczęła się wspinać. Stawiała

czubki  butów  w  szczelinach  kamiennej  ściany  i  podciągała  się  na  lince,  w  jakiś  sposób  zawsze
znajdując miejsce do oparcia stopy.

Jacen  uchwycił  koniec  linki  i  przytrzymał,  chcąc  ułatwić  Tenel  Ka  wchodzenie.  Tymczasem

dziewczyna  z  Dathomiry  wspinała  się  zręcznie  jak  jaszczurka  po  spieczonym  przez  słońce  skalnym
urwisku.  Później  zaczął  się  wspinać  Jacen,  mimo  iż  czuł,  że  bolą  go  mięśnie  rąk.  Posługiwał  się
Mocą,  kiedy  potrzebował,  i  piął  się  coraz  wyżej.  Ilekroć  jego  stopa  ześlizgiwała  się  z  kamiennej
ściany,  nieruchomiał  i  zawisał  na  lince.  Bardzo  zależało  mu  na  tym,  by  wykazać  się  sprawnością
fizyczną i siłą, tym bardziej, że z góry jego wyczynom przyglądała się Tenel Ka.

W końcu i on przecisnął szczupłe ciało przez wąski świetlik i znalazł się na wierzchołku wielkiej

świątyni,  na  przestronnym  kwadratowym  tarasie,  wyciosanym  z  kamieni  przez  starożytnych
budowniczych.

Odwróciwszy  się,  wyciągnął  rękę  i  uchwycił  dłoń  Jainy,  żeby  pomóc  siostrze  wejść  na  taras.

Przesycone parą wodną powietrze, napływające znad dżungli, wisiało nad piramidą niczym wilgotny,
duszący całun. Kontrastowało z miłym chłodem panującym we wnętrzach świątyni.

Zanim bliźnięta zdążyły złapać oddech, Tenel Ka wciągnęła linkę, odczepiła kotwiczkę i zaczęła

background image

biec  wąskim  przejściem  wzdłuż  jednego  boku  tarasu.  Spod  jej  stóp  osuwały  się  kamyki,  ale
dziewczyna nie przejmowała się tym, że może runąć.

- Kiedy dotrzemy do rogu, zbiegniemy po schodach - oświadczyła, ani trochę nie zadyszana. - To

będzie najszybszy sposób.

Dobiegła do narożnika tarasu i zatrzymała się tam jak wryta. Spoglądała w dół, na oczyszczoną z

roślinności  polanę,  na  której  lądowały  i  z  której  startowały  wszystkie  statki.  Stała  nieruchomo  jak
wojowniczka, której przyszło się zmierzyć z groźnym przeciwnikiem.

Jacen  i  Jaina  przystanęli  tuż  za  jej  plecami.  Z  przerażeniem  i  zdumieniem  spoglądali  na  to,  co

działo się w dole, pod świątynią.

Pokiereszowany  towarowy  transportowiec „Piorunochron”,  właśnie  wylądował  na  polanie

lądowiska.  Jego  pilot,  długowłosy  stary  Peckhum,  który  zawsze  dostarczał  towary  do  akademii  i
zapoznawał  uczniów  z  galaktycznymi  nowinkami,  stał  jak  zahipnotyzowany  obok  otwartego  włazu
luku  towarowego.  Jego  szeroko  otwarte  oczy  były  niemal  całkiem  białe.  Sprawiał  wrażenie,  jakby
ochrypł od ciągłego krzyku i teraz nie potrafił wykrztusić ani słowa.

Spoglądał  na  olbrzymiego,  karykaturalnego  potwora,  który  wyłonił  się  z  dżungli  i  groźnie

warczał, zapewne szykując się do ataku... ale czekał na ruch Peckhuma.

- Co to jest? - szepnęła Jaina. Obejrzała się na brata, jak gdyby nie wątpiła, że kto jak kto, ale on

będzie z pewnością wiedział.

Jacen  zmrużył  oczy  i  przyjrzał  się  koszmarnej  bestii.  Wielkością  przypominała  wahadłowiec  i

miała kanciaste ciało porośnięte gęstą zmierzwioną sierścią, poprzetykaną pędami wiekowego mchu.
Wspierała się na sześciu cylindrycznych łapach, których wygląd przywodził na myśl pnie prastarych
drzew w dżungli. Ogromny trójkątny łeb spoczywał na mocarnych barkach jak kadłub imperialnego
gwiezdnego niszczyciela. W miejscu oczu wyrastało dwanaście długich wijących się macek. Każda
była  zakończona  okiem,  błyszczącym,  okrągłym  i  pozbawionym  powieki.  Z  pyska  wystawały
zakrzywione,  długie  i  spiczaste  kły.  Przyglądając  się  im,  odnosiło  się  wrażenie,  że  mogą
przedziurawić nawet pancerną burtę piaskoczołgu.

- Nigdy w życiu nie widziałem niczego, co byłoby podobne do tego potwora - przyznał chłopiec.
Tenel Ka spoglądała w dół na zwierza, nie zmieniając ponurego wyrazu twarzy.
- Jeżeli połączymy siły, z pewnością go pokonamy - powiedziała. - Chodźcie za mną!
Zaczęła zbiegać po wąskich, wysokich kamiennych schodach, wykutych w zewnętrznych murach

świątyni.

Tymczasem  potwór  wydał  wyzywający  ryk,  tak  głośny  i  okropny,  że  chyba  zadrżały  prastare

kamienne mury budowli. Troje młodych kandydatów na rycerzy Jedi zbiegło na dół uważając, żeby
się nie poślizgnąć i nie sturlać po schodach czy runąć na ziemię.

-  Pomóżcie  mi!  -  zawołał  Peckhum.  W  jego  piskliwym  głosie  dawało  się  wyczuć  niemal

śmiertelne przerażenie.

Szkaradny  potwór,  stojący  na  samym  skraju  lądowiska,  odwrócił  się,  jakby  coś  nagle  go

zaniepokoiło. Jacen poczuł, jak jego serce zamarło na krótką chwilę. Z początku pomyślał, że dzika
bestia zauważyła, iż wszyscy troje schodzą po schodach w murze budowli. Zorientował się jednak,
że  uwaga  potwora  jest  zwrócona  na  kogoś  innego,  kto  wyłonił  się  z  otworu  drzwi  na  najniższym
poziomie świątynnej piramidy. Samotna postać, niemal unosząc się nad kobiercem przyciętych traw i
chwastów, zaczęła śmiało iść w stronę straszliwej bestii.

Luke  Skywalker  był  jak  zwykle  odziany  w  swój  płaszcz  Jedi.  Jacen  spodziewał  się,  że  w  jego

background image

dłoni zobaczy zapalony świetlny miecz, ale obie ręce mistrza Jedi były puste.

Luke  wpatrywał  się  w  potwora,  a  zwierzę  odwzajemniało  jego  spojrzenie,  spoglądając  na

mężczyznę tuzinem oczu kołyszących się na końcach giętkich macek, wyrastających z pyska.

Mistrz Jedi nie przestawał iść prosto w stronę potwora, jakby był w transie. Zrobił jeden krok,

potem  następny.  Stworzenie  zjeżyło  sierść,  ale  nie  ruszało  się  z  miejsca,  tylko  znów  zaryczało,  tak
głośno, że zaszeleściły liście na pobliskich drzewach. Usłyszawszy ten potworny ryk, ptaki w dżungli
poderwały się z gałęzi i spłoszone, odleciały.

Widząc,  że  uwaga  bestii  jest  chwilowo  zwrócona  na  kogoś  innego,  stary  Peckhum  opadł  na

kolana  i  zaczął  wycofywać  się  na  czworakach.  Przez  otwarty  właz  luku  towarowego  wpełznął  do
środka  transportowca.  Jacen  ucieszył  się,  kiedy  ujrzał,  że  dostawca  towarów  schronił  się  w
bezpiecznych metalowych ścianach kadłuba gwiezdnego statku.

Ujrzawszy, że  łup  mu  się  wymknął,  potwór  przeraźliwie  zaryczał.  Luke  jednak  przemówił  do

zwierzęcia,  a  w  jego  głosie,  spokojnym  i  donośnym,  chociaż  trochę  stłumionym  wskutek  dużej
odległości, nie dało się usłyszeć ani odrobiny strachu.

-  Nie,  spójrz  tutaj!  -  powiedział.  -  Popatrz  na  mnie.  Tenel  Ka,  przeskoczywszy  ostatnie  cztery

kamienne stopnie, znalazła się na ziemi.

Wylądowała niemal na czworakach. Jacen i Jaina, zadyszani i zaczerwieniem, dołączyli do niej.

Wszyscy troje stali jak wryci. Przyglądali się, jak Luke Skywalker stawia czoło bestii, która wyłoniła
się z gąszczów dżungli. Oni także nie mieli żadnej broni.

Nagle, jak grom z jasnego nieba, w otworze włazu luku towarowego „Piorunochronu” pojawił się

znów Peckhum. Trzymał staromodny blasterowy karabin.

-  Ja  go  załatwię,  mistrzu  Skywalkerze!  -  zawołał.  -  Tylko  nie  ruszaj  się  z  miejsca!  Zeskoczył,

przyklęknął na jedno kolano i wymierzył w potwora.

Mistrz Jedi na chwilę znieruchomiał i wyciągnął ku niemu rękę, chcąc go powstrzymać.
-  Nie  -  powiedział.  Blasterowy  karabin  wyfrunął  z  zaciśniętych  dłoni  Peckhuma.  Stary  pilot  w

zdumieniu  patrzył,  jak  Luke  rusza  w  stronę  bestii.  Wyglądało  na  to,  że  mistrz  Jedi  nie  widzi  poza
zwierzęciem niczego innego.

-  To  stworzenie  nie  zamierza  wyrządzić  nikomu  żadnej  krzywdy  -  ciągnął.  Jego  głos  był  cichy,

ale stanowczy. Luke przez cały czas wpatrywał się w potwora. Głęboko odetchnął. - Nie ma potrzeby
go zabijać.

Kiedy wujek Jacena zbliżał się do bestii, chłopiec poczuł się jakby połknął bryłę ołowiu. Giętkie

długie  szypułki  potwora,  zakończone  oczami,  kierowały  się  na  samotnego  mężczyznę,  a  ogromne
kolumny,  z  trudem  utrzymujące  cielsko  zwierzęcia,  przemieszczały  się  i  wysiłkiem  jak  łapy
imperialnego robota kroczącego.

Potwór pochylił trójkątny łeb i jakby z namysłem pokręcił nim z boku na bok. Wydawało się, że

spiczaste kły ryją w powietrzu długie bruzdy. Stworzenie wydało dziwne ciche beczenie, świadczące
o tym, że zaczyna być zaintrygowane.

Jacen  z  sykiem  wypuścił  powietrze.  Z  trudem  panował  nad  przerażeniem  Czuł,  że  wszystkie

mięśnie  ciała  stojącej  przód  mm  siostry  są  napięte  do  ostatecznych  granic.  W  przeszłości  często
posługiwał się Mocą, gdy spotykał różne zwierzęta w dżungli. Nigdy przedtem jednak nie zetknął się
ze  stworzeniem  tak  silnym  i  ogromnym.  Nie  zdarzało  się,  by  stanął  oko  w  oko  z  czymś  równie
rozwścieczonym albo przerażonym.

Luke podszedł  do  owłosionego  potwora  i  przystanął  tak  blisko,  że  mógłby  wyciągnąć  rękę  i  go

background image

dotknąć. W porównaniu z wielką bestią mistrz Jedi wyglądał jak karzełek, ale było widać, że się nie
boi.

Stary  Peckhum,  nie  ruszając  się  od  kadłuba  transportowca,  przyklęknął  na  drugie  kolano.  Obok

niego  leżał  karabin,  ale  mężczyzna  nie  odważył  się  po  niego  sięgnąć.  Kierował  spojrzenie  to  na
potwora, to na Luke’a, od czasu do czasu zerkając w stronę trojga uczniów Jedi. Spoglądał także na
dżunglę,  jak  gdyby  obawiał  się,  że  w  każdej  chwili  z  jej  gąszczów  może  wychynąć  następny  taki
zwierz.

Tymczasem  Luke,  stojący  przed  koszmarną  bestią,  głęboko  odetchnął.  Stał  spokojnie,

nieruchomo.  Stwór  także  się  nie  poruszał,  jeżeli  nie  liczyć  kołyszących  się  wici,  zakończonych
okrągłymi oczami, które nie przestawały wpatrywać się w człowieka.

Luke wyciągnął poziomo rękę i szeroko rozłożył palce dłoni. Potwór obwąchał dłoń mistrza Jedi

i nadal stał bez ruchu. Szpikulce jego groźnych kłów znajdowały się o niespełna metr od dłoni Luke’a
Skywalkera.

Wydawało się, że w całej dżungli zapadła nagle głucha cisza. Nawet wiatr ustał. Jacen wstrzymał

oddech. Jaina chwyciła brata za rękę i mocno zacisnęła palce. Tenel Ka tylko patrzyła, zmrużywszy
szare oczy.

Cisza wydawała się tak przytłaczająca, że kiedy w końcu Luke ją przerwał, jego szept zabrzmiał

głośno niczym krzyk.

-  Odejdź  -  odezwał  się  mistrz  Jedi  do  zwierzęcia.  -  Nie  ma  tu  niczego,  co  mogłoby  cię

interesować.

Potwór  uniósł  się  na  tylnych  łapach,  podobnych  do  potężnych  kolumn,  i  zaczął  gorączkowo

machać  mackami,  zakończonymi  oczami.  Po  raz  kolejny  głośno  ryknął,  po  czym  odwrócił  się  i
zanurkował  w  gąszcz  zarośli.  Kiedy  ogromne  stworzenie  przedzierało  się  przez  dżunglę,  z  której
wyszło, rozległ się głośny trzask łamanych gałęzi, a pnie pobliskich drzew rozchyliły się na boki.

Luke Skywalker, jakby nagle coś się w nim załamało, przygarbił się i opuścił ramiona. Sprawiał

wrażenie, jakby z najwyższym trudem powstrzymywał drżenie rąk i całego ciała. Jacen, Jaina i Tenel
Ka podbiegli do niego.

- Wujku Luke’u! - zawołały bliźnięta. Stary Peckhum sięgnął po blasterowy karabin i wstał, przy

czym się potknął. W jego oczach zakręciły się łzy, które nie spłynęły po policzkach.

- Mistrzu Skywalkerze, nie mogę uwierzyć własnym oczom, że ci się udało! - powiedział. - Kiedy

ujrzałem  tę  bestię,  myślałem,  że  już  po  mnie,  ale  ty  stawiłeś  jej  czoło,  nie  mając  w  rękach  żadnej
broni!

-  Miałem  wystarczająco  silną  broń  -  odparł  z  niezłomnym  przekonaniem  Skywalker.  -

Dysponowałem Mocą.

- Chciałbym i ja dokonać kiedyś takiej samej sztuki, wujku Luke`u - odezwał się Jacen. - To było

naprawdę coś fantastycznego.

- Będziesz mógł osiągnąć wszystko, co tylko zechcesz, Jacenie - odrzekł Luke. - Masz potencjał...

musisz tylko nauczyć się go wykorzystywać.

Mistrz  Jedi  skierował  spojrzenie  na  dżunglę,  skąd  nie  przestawały  dobiegać  odgłosy  łamanych

gałęzi i krzaków. Było słychać, że potwór, oddalając się od lądowiska, przedziera się przez ostępy.

- W tych lasach żyje wiele tajemniczych stworzeń - odezwał się Luke, uśmiechając się do Tenel

Ka i bliźniąt.

Kiwnął  głową  w  stronę  transportowca  Peckhuma,  który  z  otwartym  lukiem  nadal  stał  na

background image

lądowisku.  Przez  otwór  można  było  dostrzec  ustawione  w  ładowni  skrzynie,  wypełnione  zapasami
żywności i różnymi urządzeniami.

- Myślę, że nasz przyjaciel pilot miał dzisiaj ciężki dzień - ciągnął Skywalker. - Musi wyładować

wiele dużych pak, a zapewne chce jak najszybciej znaleźć się znów na orbicie, gdzie będzie się czuł
bezpieczny.

Błysnął  zębami  w  uśmiechu,  zwracając  się  w  stronę  Peckhuma,  który  w  odpowiedzi  zaczął

energicznie kiwać głową.

-  Dlaczego  wszyscy  troje  nie  mielibyście  potraktować  tego  jako  ćwiczenia  Jedi  i  nie  pomóc?

Prawdę mówiąc, trzeba to zrobić jeszcze dzisiaj, gdyż jutro... - Przerwał i popatrzył na bliźnięta, a w
jego oczach ukazały się figlarne błyski. - Jutro przylatuje wasz ojciec z Chewbaccą i jeszcze kimś,
kto będzie nowym uczniem w naszej akademii.

- Tata przylatuje? - zapytała zdumiona, ale zachwycona Jaina.
-  Hej,  dlaczego  nie  powiedziałeś  nam  wcześniej,  wujku?  -  zawtórował  jej  Jacen.  Jego  serce

zaczęło  bić  przyspieszonym  rytmem  na  myśl  o  tym,  ze  po  miesiącu  rozłąki  będzie  mógł  znów
zobaczyć się z ojcem.

-  Chciałem  zrobić  wam  niespodziankę.  Przylatuje „Sokołem  Tysiąclecia”,  ale  po  drodze  on  i

Chewbacca muszą zatrzymać się na planecie Wookich. Myślę, że już wystartowali z Kashyyyku i są
teraz w drodze na Yavina Cztery.

Nie umiejąc powstrzymać oznak podniecenia, młodzi Jedi z ochotą zaczęli pomagać Peckhumowi

wyładowywać towary. Była to mozolna praca, wymagająca większego skupienia, uwagi i panowania
nad  umiejętnościami  unoszenia  przedmiotów  niż  przy  poprzednich  ćwiczeniach,  ale  wszyscy  troje
ukończyli  ją,  zanim  upłynęła  godzina.  Przez  cały  czas  Jacen  opowiadał  Tenel  Ka  o  wszystkich
przygodach, które przeżywał jego ojciec, Han Solo. Tylko Jaina trochę narzekała, wyobrażając sobie,
ile czasu pochłonie uporządkowanie ich komnat, tak aby można było pokazać je ojcu.

W  końcu  pokiereszowany  wysłużony  transportowiec  wystartował  w  zamglone  niebo,  na  którym

wisiała ogromna pomarańczowa kula gazowego giganta, Yanina.

Jacen  uśmiechnął  się  i  tęsknie  patrzył  na  lądowisko.  Pomyślał,  że  następnym  statkiem,  który  na

nim wyląduje, będzie „Sokół Tysiąclecia” jego ojca.

 

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ 4

 
 
- Już - odezwała się Jaina, przestając się skupiać i uwalniając wielki splątany kłąb przewodów i

kabli. Właśnie umieściła go na szczycie jednego z regałów, stojących w jej komnacie i wypełnionych
porządnie ułożonymi elektronicznymi częściami i podzespołami. - To powinno wystarczyć - dodała i
zadowolona z rezultatu, kiwnęła głową.

-  Czy  to  znaczy, że  teraz  możemy  iść  na  śniadanie?  -  zapytał  Jacen.  - Porządkowaliśmy  twój

pokój bez mała przez pół nocy.

- Chcę tylko, żeby tata mnie pochwalił - odparła, wzruszając ramionami.
- On przecież nigdy nie zostawia narzędzi w takim porządku! - roześmiał się Jacen.
- No, może trochę przesadziłam - przyznała Jaina, także się uśmiechając. - Myślę, że minie kilka

godzin, zanim przyleci tu z Chewbaccą.

Jacen parsknął i wstał z podłogi, gdzie siedział obok siostry, kiedy oboje układali elementy we

właściwych  pojemnikach.  Otrzepał  kurz  z  roboczego  kombinezonu,  po  czym  przesunął  palcami  po
ciemnobrązowych kędziorach.

- A jak ja wyglądam? - zapytał. Jaina obdarzyła go krytycznym spojrzeniem.
- Jak ktoś, kto przez całą noc nie zmrużył oka. Zaniepokojony Jacen pospieszył, by  się  przejrzeć

w  niewielkim  lustrze,  zawieszonym  przez  Jainę  nad  zbiornikiem  z  wodą.  Jego  siostra  uświadomiła
sobie,  że  chłopiec  jest  równie  jak  ona  zdenerwowany  i  podniecony  faktem,  że  już  wkrótce  oboje
zobaczą się z ojcem.

- Prawdę mówiąc, uważam, że wyglądasz nie najgorzej - zapewniła z całą powagą. - Myślę, że

bardzo  pomogło  wyczesanie  suchych  gałązek  i  liści  z  włosów.  Musisz  tylko  jeszcze  się  w  to
przebrać.  -  Z  szafki  stojącej  obok  łóżka  wyciągnęła  czysty  kombinezon.  -  Będziesz  wyglądał
schludniej.

Kiedy Jacen poszedł do swojej komnaty, by się przebrać, Jaina zajęła jego miejsce przed lustrem.

Nie  była  próżna,  ale  z  tych  samych  powodów,  z  których  sprzątała  pokój,  ona  też  chciała  wyglądać
porządnie i czysto.

Przesunęła  grzebieniem  po  prostych  brązowych  włosach,  a  potem  przyjrzała  się  odbiciu  w

zwierciadle. Po chwili ukradkiem obejrzała się przez ramię, czy jej brat nie patrzy, i ująwszy pasmo
włosów, zakręciła je w pukiel. Jaina nigdy nie zadałaby sobie tyle trudu dla jakiegoś ambasadora czy
śmiesznego dygnitarza, ale na swoim ojcu chciała wywrzeć jak najlepsze wrażenie. Miała nadzieję,
że jej brat nie zauważy tego, a przynajmniej nie będzie robił żadnych uwag.

Kiedy skończyła, wyszła na korytarz i zajrzała do komnaty Jacena.
- Nakarmiłeś już zwierzęta? - zapytała.

background image

-  Zatroszczyłem  się  o  nie  jeszcze  w  nocy  -  odparł,  ukazując  się  w  czystym,  odprasowanym

kombinezonie.  Ciężko  westchnął,  usiłując  okazać,  jak  bardzo  cierpi.  - Przynajmniej  ktoś  będzie
dzisiaj jadł śniadanie.

Jaina  przygryzła  wargę,  niecierpliwie  przepatrując  nieboskłon,  czy  nie  dojrzy  na  nim  błysku

zwiastującego  przylot „Sokoła  Tysiąclecia”.  Bliźnięta  stały  na  skraju  dużej  polany  przed  wejściem
do  wielkiej  świątyni,  niemal  w  tym  samym  miejscu,  w  którym  poprzedniego  dnia  wyłonił  się
straszliwy  potwór.  Krótka  trawa  porastająca  polanę  była  zdeptana  i  wygnieciona  wskutek  częstych
lądowań i startów różnych statków.

W  powietrzu  czuło  się  wilgotną  woń  wczesnego  poranka,  przesyconą  zapachami,  jakie  niósł

wiatr znad dżungli otaczającej polanę. Liście drzew i krzewów szeleściły i szemrały w podmuchach
wiatru,  z  którymi  dolatywały  także  ćwierkania,  szczebioty  i  trele  różnych  ptaków.  Odgłosy  te
przypominały Jainie o bogactwie zwierzęcego życia, tętniącego na tym porośniętym dżunglą księżycu.

Jacen,  stojący  obok  siostry  na  skraju  polany,  niecierpliwie  przestępował  z  nogi  na  nogę.

Zmarszczki na jego czole dowodziły, że usiłuje się skupić. Jaina westchnęła. Dlaczego zawsze tak się
działo, że bardzo długo trzeba było czekać na rzeczy, których się niecierpliwie wyglądało, podczas
gdy inne, nie chciane, zjawiały się niemal błyskawicznie?

Jakby  wyczuwając  zdenerwowanie  Jainy,  Jacen  niespodziewanie  odwrócił  się  ku  siostrze  i

spojrzał na nią z figlarnymi błyskami w oczach.

- Hej, Jaino, czy wiesz, dlaczego myśliwce typu TIE jęczą, kiedy lecą w przestworzach?
Kiwnęła głową.
- Jasne. Ich bliźniacze silniki jonowe wzbudzają akustyczną falę udarową, kiedy lecą...
-  Nieprawda!  -  Jacen  machnął  ręką  na  znak,  że  nie  uznaje  tej  odpowiedzi  za  prawidłową.  -

Ponieważ tak bardzo tęsknią za macierzystym statkiem!

Nie  chcąc  rozczarować  brata,  Jaina  jęknęła,  ale  była  mu  wdzięczna  za  to,  że  pozwolił  jej

zapomnieć o czekaniu, choćby tylko na krótką chwilę.

W  końcu  jednak  bliźnięta  usłyszały  od  dawna  oczekiwany  pomruk.  Mogło  się  wydawać,  że  ich

narastające podniecenie stało się nagle słyszalne.

- Spójrz! - odezwała się Jaina, pokazując srebrzystobiałą plamkę, która właśnie pojawiła się nad

koronami drzew dżungli.

Po  kilku  chwilach  błyszczący  punkcik  przybrał  kształt  gwiezdnego  statku.  Jaina  wypuściła

powietrze,  które  nieświadomie  zatrzymywała  w  płucach.  Ujrzała  sylwetkę „Sokoła  Tysiąclecia”,
która rosła w oczach, kiedy statek kierował się ku lądowisku.

Dobrze znany, nieco spłaszczony owal statku ich ojca przez kilka drugich jak wieczność sekund

unosił się nad głowami bliźniąt. Później włączyły się silniki repulsorowe i statek łagodnie osiadł na
ziemi  przed  Jacenem  i  Jainą.  Kiedy  pomruk  repulsorów  ucichł,  dało  się  słyszeć  charakterystyczne
trzeszczenie  i  skrzypienie  kadłuba,  który  zaczynał  się  ochładzać.  Nozdrza  bliźniąt  połaskotała  woń
ozonu.

Jaina wiedziała, że procedury lądowania koreliańskiego lekkiego frachtowca zawsze muszą zająć

trochę czasu, ale tym razem bardzo żałowała, że nie zna żadnego sposobu, aby je przyspieszyć. Kiedy
wydawało się jej, że nie potrafi czekać ani chwili dłużej, z jękiem i głuchym hukiem otworzyła się
rampa statku.

A potem zbiegł po niej ojciec i porwał bliźnięta w ramiona. Rozwichrzył ich włosy i starał się

objąć  Jacena  i  Jainę  równocześnie,  zupełnie  tak  samo,  jak  miał  zwyczaj  robić,  kiedy  jeszcze  byli

background image

dziećmi.

Później Han Solo cofnął się o krok, żeby lepiej się przyjrzeć córce i synowi.
- No cóż - odezwał się w końcu, szczerząc zęby w jednym z przekornych uśmiechów, z których

słynął chyba w całej galaktyce. - Jeżeli nie liczyć waszej matki, to najmilszy komitet powitalny, jaki
mógł wyjść na spotkanie ze mną.

- Tato - odparł Jacen, przewracając oczami. - Nie jesteśmy żadnym komitetem powitalnym.
Jego ojciec się roześmiał, a Jaina poświęciła kilka chwil, by mu się przyjrzeć. Z prawdziwą ulgą

stwierdziła, że w ciągu miesiąca, jaki upłynął od chwili ich odlotu, nie zmienił się ani trochę. Nadal
nosił  te  same  wygodne  spodnie  z  miękkiej  tkaniny,  które  leżały  na  mm  jak  ulał,  a  także  ciemną
kamizelkę i białą koszulę, rozpiętą pod szyją. Było to jego zwykłe, codzienne ubranie, które czasami
żartobliwie nazywał „roboczym mundurem”. Również stary, znajomy, poobijany  „Sokół Tysiąclecia”
wyglądał tak jak zawsze.

- No i co, tato? - zapytała Jaina. - Czy się zmieniliśmy?
- Cóż, skoro o to zapytałaś... - powiedział, przyglądając się im po kolei. - Jacenie, znów urosłeś!

Założę się, że dogoniłeś siostrę. A ty, Jaino - dodał z szelmowskim uśmiechem - gdybym wiedział, że
nie rzucisz we mnie hydraulicznym kluczem za to, co powiem, rzekłbym, że jesteś jeszcze piękniejsza
niż przed miesiącem, kiedy cię widziałem.

Jaina  zarumieniła  się  i  parsknęła,  zupełnie  nie  jak  dama,  chcąc  podkreślić,  co  sądzi  o  takich

komplementach, ale w głębi duszy była bardzo zadowolona.

Z  wnętrza  frachtowca  dobiegł  nagle  głośny  ryk,  odbity  echem  od  metalowych  ścian  kadłuba.

Zaoszczędził  Jainie  zakłopotania  związanego  z  koniecznością  udzielenia  odpowiedzi.  Po  rampie
statku,  głośno  tupiąc,  zbiegła  jakaś  ogromna  postać.  Wyciągnęła  drugie,  porośnięte  gęstą  sierścią
ręce, pochwyciła Jainę i podrzuciła ją w powietrze.

- Chewie! - pisnęła dziewczyna czując, że wielki Wookie chwyta ją, gdy leciała  ku ziemi. - Nie

jestem już małym dzieckiem!

Chewbacca powtórzył ceremonię powitalną z Jacenem, a Jaina mogła w końcu zapytać ojca o to,

co niepokoiło i ją, i jej brata.

- Tato, cieszymy się, że tu jesteś, ale właściwie, co sprowadza cię do akademii Jedi?
- Tak - zawtórował jej Jacen. - Chyba mama nie przysłała cię tylko po to, żebyś sprawdził, czy

mamy jeszcze czystą bieliznę, prawda?

- Nie-e, nic podobnego - uśmiechnąwszy się, odparł ich ojciec. - Prawdę mówiąc, Chewie i ja

zawitaliśmy  w  te  strony,  żeby  pomóc  mojemu  staremu  druhowi,  Calrissianowi,  zrealizować  nowe
przedsięwzięcie.

Jaina  zawsze  bardzo  lubiła  Landa  Calrissiana,  ciemnoskórego  i  przystojnego  przyjaciela  ojca,

chociaż znała go na tyle dobrze, by wiedzieć, że jej przyszywany wujek zawsze bywał zamieszany w
jakieś tajemnicze, ale bardzo intratne interesy. Uniosła rękę, chcąc powstrzymać ojca.

- Pozwól, niech sama zgadnę. Ma zamiar... otworzyć nowe kasyno na pokładzie kosmicznej stacji

i prosił cię, żebyś przyleciał z transportem nowych talii do gry w sabaka.

-  Nie,  nie,  ja  zgadnę  -  wtrącił  się  Jacen.  -  Zamierza  zająć  się  hodowlą  nerfów  i  chce,  żebyś

pomógł mu zbudować ogrodzenie.

Usłyszawszy to, Chewbacca zadarł głowę i ryknął serdecznym śmiechem, charakterystycznym dla

Wookiech.

-  Żadne  z  was  nie  zgadło  -  odrzekł  Han,  kręcąc  głową.  -  Tym  razem  jest  to  poszukiwanie

background image

klejnotów  corusca  w  głębinach  atmosfery  gazowego  giganta.  -  Pokazał  w  górę  na  ogromną
pomarańczową  kulę Yavina,  wiszącą  na  niebie  nad  ich  głowami.   -  Poprosił,  żebyśmy  przylecieli  i
pomogli mu rozkręcić całe przedsięwzięcie.

-  Och,  blasterowe  błyskawice!  -  wykrzyknął  Jacen,  pstrykając  głośno  palcami.  -  Właśnie  to

chciałem wymienić jako drugą możliwość.

Z  wnętrza „Sokoła  Tysiąclecia”  doleciał  następny  ryk  Wookiego,  tym  razem  jednak  trochę

cichszy. Chewbacca odwrócił się, wszedł po rampie i zniknął w czeluści frachtowca.

- Co to było? - zaniepokoiła się Jaina.
-  Och,  zapomniałem  wam  powiedzieć  -  odparł  Han.  -  Kiedy  Luke  się  dowiedział,  że  i  tak

zamierzamy  tu  przylecieć,  poprosił  nas,  byśmy  po  drodze  zatrzymali  się  na  Kashyyyku,  rodzimej
planecie Chewiego, i zabrali stamtąd nowego kandydata na ucznia Jedi. Będzie teraz waszym kolegą.

Zanim Han skończył mówić, Chewbacca ukazał się ponownie na szczycie rampy w towarzystwie

młodego  i  mniejszego  Wookiego,  który  mimo  to  był  znacznie  wyższy  niż  Jacen  czy  Jaina.  Ciało
młodego  Wookiego  było  porośnięte  gęstymi,  rudobrązowymi  kędziorami  z  wyraźnie  widocznym
wijącym  się  ciemniejszym  pasmem  szerokości  dłoni  Jainy.  Zaczynało  się  nad  lewym  okiem,
przebiegało przez czubek głowy i kończyło pośrodku pleców. Młody Wookie miał na sobie jedynie
pas, upleciony z jakiejś błyszczącej tkaniny, której Jaina nie potrafiła zidentyfikować.

- Dzieciaki, chciałbym  przedstawić  wam  siostrzeńca  Chewiego,  Lowbaccę  - powiedział  Han.  -

Lowbacco, to są moje dzieci, Jacen i Jaina.

Lowbacca  kiwnął  głową  i  warknął  coś  w  języku  Wookiech,  co  miało  być  powitaniem.  Był

kościsty  i  wyjątkowo  chudy,  nawet  jak  na  przedstawiciela  swej  rasy,  a  jego  długie  ręce  i  nogi
porastała  gęsta  kręcona  sierść.  Młody  Wookie  sprawiał  jednak  wrażenie  zakłopotanego  czy
zaniepokojonego.  Chewbacca  warknął,  pytając  o  coś  Hana,  i  wyciągnąwszy  mocarną  rękę,  pokazał
nią wielką świątynię.

- Jasne - odrzekł Han. - Możesz teraz zabrać go do Luke’a. Dzieciaki będą miały dość czasu, żeby

porozmawiać z nim trochę później.

Kiedy obaj Wookie oddalili się, by odszukać mistrza Skywalkera, Han powiedział:
-  Zaczekajcie  chwilę,  mam  dla  was  upominki.  Odwrócił  się  i  zanurkował  do  wnętrza „Sokoła

Tysiąclecia”. Po kilku chwilach powrócił, trzymając w objęciach różne pakunki i jakąś zieleninę.

- Przede wszystkim - oznajmił, rzucając każdemu z bliźniąt niewielki dysk z nagraną informacją -

wasza  matka  zarejestrowała  dla  was  obojga  holograficzne  listy.  Jest  też  trzeci,  nagrany  przez
waszego młodszego brata, Anakina. Nie może się doczekać, kiedy tu przyleci.

Jaina popatrzyła na błyszczące krążki z nagranymi wiadomościami. Niecierpliwiła się, chcąc jak

najszybciej  je  odtworzyć.  Powstrzymała  się  jednak  i  wsunęła  swój  dysk  do  jednej  z  kieszeni
kombinezonu.

-  A  teraz  -  odezwał  się  znów  Han,  wyciągając  w  stronę  Jacena  duży  bukiet  zielonych  liści,

poprzetykanych  purpurowymi  i  białym  kwiatkami  w  kształcie  małych  gwiazdek.  Szczerząc  zęby  w
uśmiechu, pomachał bukietem.

- Och, tato, pamiętałeś! - wykrzyknął chłopiec i nie posiadając się z radości, podbiegł do ojca. -

Ulubione pożywienie moich pieńkowych jaszczurek!

Z wdzięcznością przyjął bukiet i oświadczył:
-  Zaraz  biegnę  je  nakarmić.  Zobaczymy  się  później,  tato.  Odwrócił  się  i  pobiegł  w  stronę

wielkiej  świątyni.  Jaina  została  sam  na  sam  z  ojcem.  Z  nadzieją  spoglądała  na  ostatni  pokaźny

background image

pakunek, który trzymał. W tej samej chwili Han postawił go na porośniętej chwastami ziemi i cofnął
się o krok, tak by Jaina mogła odpakować go ze szmat, którymi został owinięty.

-  Hej,  nie  chcesz  zobaczyć,  co  jest  w  środku?  -  odezwał  się,  rozkładając  ręce.  Kiedy  Jaina

odwinęła  materiał,  z  wrażenia  aż  wstrzymała  oddech.  Popatrzyła  na  ojca,  który  szeroko  się
uśmiechnął i nonszalancko wzruszył ramionami.

- Jednostka napędu nad świetlnego! - wykrzyknęła.
- Prawdę mówiąc, jej stan pozostawia wiele do życzenia - przyznał Han. - A poza tym jest dosyć

stara.  Wymontowałem  ją  z  kadłuba  przestarzałego  imperialnego  promu  klasy  Delta,  rozbieranego
przez ekipy remontowe na Coruscant.

Jaina z rozrzewnieniem przypominała sobie chwile, kiedy pomagała ojcu naprawiać urządzenia i

systemy „Sokoła  Tysiąclecia”,  tak  by  zawsze  były  w  jak  najlepszym  stanie  -  a  przynajmniej
funkcjonowały prawidłowo.

- Och, Lato, nie mogłeś sprawić mi lepszego upominku! - powiedziała.
Podbiegła i uściskała go, obejmując ramionami. Widziała, że ojciec jest zadowolony, choć może

trochę zakłopotany tak jawnie okazywanym entuzjazmem.

Han popatrzył na córkę i uniósł jedną brew.
-  Wiesz,  na  pokładzie  statku  mam  kilka  innych  części.  Gdybyś  zechciała  pomóc  mi  przy

wyładunku, twój tata mógłby ci pokazać, w jaki sposób należy je poskładać.

Wbiegła za nim po rampie do wnętrza „Sokoła”.
 

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ 5

 
 
Dopiero  około  południa  Jacen  i  Jaina  mogli  w  końcu  znów  się  spotkać  z  ojcem,  Chewbaccą  i

jego  siostrzeńcem  Lowbaccą.  Bliźnięta,  które  do  tej  chwili  wykonywały  obowiązki  i  wyznaczone
ćwiczenia Jedi, wracały właśnie do komnat, kiedy zobaczyły Hana i obu Wookiech wychodzących z
pokoju, który przedtem stał pusty.

- Cześć! - odezwał się Jacen i pospieszył do Lowbaccy, tylko o krok wyprzedzając siostrę. - Czy

jesteś  bardzo  zmęczony  po  podróży?  Jeżeli  nie,  mógłbym  pokazać  ci  swoją  komnatę.  Mam  w  niej
kilka  naprawdę  niezwykłych  stworzeń.  Większość  znalazłem  w  tutejszej  dżungli.  Jaina  zrobiła  dla
nich  klatki...  Mówię  ci,  są  naprawdę  doskonałe!  Moja  siostra  także  mogłaby  pokazać  ci  swoją
komnatę. Trzyma u niej różnorakie urządzenia, z których stara się składać zupełnie inne.

Jacen, ogarnięty entuzjazmem, wyrzucił z siebie to wszystko, tylko raz przerywając dla nabrania

powietrza.

O wiele wyższy Lowbacca stał w milczeniu i spoglądał z góry na trajkoczącego chłopca.
-  Czy  lubisz  zwierzęta?  -  ciągnął  tymczasem  Jacen.  -  Czy  lubisz  automaty?  Czy  zabrałeś  z

Kashyyyku jakieś stworzenie albo urządzenie? Czy lubisz...

Han Solo zachichotał, słysząc ten nieprzerwany strumień pytań.
- Będzie na to czas później, chłopcze - powiedział - Przez większą cześć dnia rozmawialiśmy z

Luke’em  a  potem  trzeba  było  pomóc  Lowbacce  urządzić  się  w  komnacie.  Czy  nie  chcieli  byście
oboje  oprowadzić  go  po  akademii  i  pokazać  gdzie  się  co  znajduje?  W  ciągu  tego  miesiąca
poznaliście wszystko o wiele lepiej niż ja albo Chewie.

- Z przyjemnością - odezwała się Jaina, jeszcze zanim jej ojciec skończył mówić.
-  Jesteśmy  znakomitymi  przewodnikami  -  dodał  Jacen,  wzruszając  ramionami  z  ogromną

pewnością siebie. - Jaina i ja po raz pierwszy przylecieliśmy do akademii, kiedy mieliśmy zaledwie
po dwa lata.

Wyszczerzył  zęby  w  zawadiackim,  trochę  krzywym  uśmiechu,  o  którym  jego  matka  zawsze

mówiła, że wygląda zupełnie jak uśmiech ojca. Lowbacca warknął. Zabrzmiało to jak pytanie.

- Chce wiedzieć, ile razy oprowadzałeś kogokolwiek po akademii - przetłumaczył Han.
-  No...  cóż  -  zająknął  się  Jacen  i  nieznacznie  się  zarumienił.  -  Jeżeli  chcesz  wiedzieć,  ile  razy

byłem oficjalnym przewodnikiem w przeciwieństwie do... eee... hmm...

Zakłopotany urwał i umilkł.
- Prawdę mówiąc, to znaczy - wyręczyła go Jaina - że będzie pełnił tę funkcję po raz pierwszy.
Lowbacca  popatrzył  na  swojego  wuja.  Chewbacca  wyciągnął  owłosioną  rękę  i  zamaszystym

gestem pokazując długi korytarz, krótko warknął.

background image

- Ma rację - oświadczył Han. - Chodźmy.
Bliźnięta powiodły całą grupę po omszałych, kruszących się za starości kamiennych schodach na

najniższy  poziom  piramidy,  a  stamtąd  na  trawiastą  polanę  przed  wejściem  do  wielkiej  świątyni.
Jacen starał się jak mógł, by udowodnić, że naprawdę jest dobrym przewodnikiem. Wskazywał każdy
zakątek gigantycznej piramidy i udzielał wyczerpujących wyjaśnień.

- Na najwyższym poziomie znajduje się taras obserwacyjny. Właśnie stamtąd najlepiej widać tę

ogromną  planetę  zwaną  Yavinem,  która  wisi  teraz  nad  naszymi  głowami.  Prawdę  mówiąc,  lepszy
widok  można  tylko  mieć  z  wierzchołka  jednego  z  tych  ogromnych  drzew  Massassów,  rosnących  w
dżungli  -  dodał  i  beztrosko  się  roześmiał.  -  Bezpośrednio  pod  tarasem  znajduje  się  tylko  jedno
ogromne pomieszczenie, wielka komnata audiencyjna, w której mogą przebywać tysiące ludzi naraz.

- To właśnie w niej gromadzą się uczniowie Jedi, by wysłuchać wykładów, wygłaszanych przez

wujka Luke’a... to jest mistrza Skywalkera - poprawiła się szybko Jaina.

Jacen zaczął opowiadać, że niższe poziomy zostały w ciągu ostatnich kilku lat przebudowane. Na

kolejnym poziomie, mającym jeszcze większe rozmiary i znajdującym  się  bezpośrednio  pod  wielką
salą  audiencyjna,  urządzono  komnaty  tych  wszystkich,  którzy  mieszkali  w  akademii:  uczniów,
personelu  uczelni  i  samego  mistrza  Skywalkera.  Niektóre  pomieszczenia  zamieniono  na  magazyny,
inne  zaś  służyły  uczniom  pragnącym  odbywać  medytacje.  Jeszcze  inne  komnaty  przeznaczono  dla
gości i dostojników przylatujących, żeby zwiedzić akademię.

Najniższe, 

najprzestronniejsze 

piętro 

świątyni 

mieściło 

ośrodek 

telekomunikacyjny,

pomieszczenia  głównych  komputerów,  sale  zebrań  i  biura,  a  także  kuchnie  i  jadalnie,  w  których
przygotowywano  i  spożywano  posiłki.  Na  najniższym  poziomie  znajdowało  się  także  centrum
strategiczne.  Była  to  duża  komnata,  znana  jako  ośrodek  dowodzenia  w  czasach,  w  których  wielka
świątynia mieściła tajną bazę Sojuszu Rebeliantów. Pod ziemią, całkowicie niewidoczny z miejsca,
w którym stali, urządzono gigantyczny hangar z lądowiskiem. Stały teraz na nim wahadłowce, promy,
śmigacze, myśliwce i inne statki.

Po  dwóch  stronach  wielkiej  świątyni  i  wzdłuż  skraju  trawiastej  polany  toczyły  wody  szerokie

rzeki. Jeszcze dalej rozciągała się bujna dziewicza, niemal niezbadana dżungla, porastająca prawie
całą powierzchnię Yavina Cztery.

- W środku dżungli można trafić na wiele budowli - opowiadał Jacen. - Zostały wzniesione przez

Massassów,  tajemniczą  starożytną  rasę  inteligentnych  istot.  Prawdę  mówiąc,  niektóre  budowle  są
właściwie ruinami, jak na przykład Pałac Wełnolamandrów, znajdujący się na przeciwległym brzegu
rzeki.

Później  chłopiec  zaczął  opisywać  podstacje  energetyczne,  zbudowane  w  pobliżu  wielkiej

świątyni,  z  widocznymi  kilkoma  płaskimi  kołami  o  średnicach  dwukrotnie  większych  niż  wzrost
Jacena, ustawionymi pionowo i umieszczonymi na wspólnej drugiej osi.

-  Tak  wiec  widzisz  -  wtrąciła  się  Jaina,  podejmując  opowiadanie  w  tym  samym  miejscu,  w

którym przerwał Jacen - że dysponując podstacjami zasilania, wodą z rzeki i dżunglą, akademia jest
właściwie samowystarczalna. No dobrze, a teraz wejdźmy do środka.

Wycieczkę zakończyło zwiedzanie komnat bliźniąt, w których Jacen i Jaina pokazywali ojcu i obu

Wookiem  pieczołowicie  gromadzone  zwierzęta  i  części  zdemontowanych  urządzeń.  Han  Solo
promieniał  ojcowską  dumą.  Lowbacca  wykazywał  umiarkowane  zainteresowanie  stworzeniami  z
menażerii Jacena.

Kiedy cała grupa przechodziła do komnaty Jainy, jej brat umieścił kryształowego węża, którego

background image

pokazywał,  z  powrotem  w  klatce,  i  pospieszył  za  innymi.  Kiedy  jednak  przekroczył  próg  drzwi
komnaty  siostry,  Lowbacca  siedział  już  na  posadzce,  pochłonięty  podziwianiem  okablowanych
podzespołów,  wysypywanych  przez  Jainę  z  różnych  pojemników.  Okazało  się,  że  elektroniczne
urządzenia interesują go o wiele bardziej niż zwierzęta z dżungli.

- Czy lubisz majsterkować przy urządzeniach, Chewie... uhm, chciałam powiedzieć, Lowbacco? -

zapytała Jaina, pochylając się w stronę Wookiego, przerastającego ją przynajmniej o głowę.

Owłosiona  istota  wyraziła  entuzjazm  tak  długą  serią  warknięć,  parsknięć  i  pomruków,  że  Jacen

nie  potrafił  zrozumieć,  jakim  cudem  proste  pytanie,  które  można  było  skwitować  krótkim
potwierdzeniem  albo  zaprzeczeniem,  mogło  sprowokować  kogokolwiek  do  tak  wyczerpującej
odpowiedzi.

Jak zwykle, jego ojciec nie zwlekał z przetłumaczeniem słów młodego Wookiego.
-  Przede  wszystkim  musze  powiedzieć,  że  Lowbacca  uważałby  za  dowód  przyjaźni,  gdybyście

zechcieli nazywać go Lowie.

Jacen ochoczo kiwnął głową.
- Lowie, tak? Nawet mi się podoba.
- A jeżeli chodzi o ciąg dalszy - ciągnął Han - no cóż, nie jestem pewien, czy wszystko dobrze

zrozumiałem. W skrócie mogę jednak powiedzieć, że najbardziej interesują go komputery.

Jama poklepała młodego Wookiego po ramieniu.
- A zatem będziemy mogli robić wiele rzeczy razem, Lowie - powiedziała.
Chewbacca  zaczął  sapać,  zgadzając  się  z  tym  zdaniem.  Jaina  zmarszczyła  jednak  czoło,  jakby

nagle przyszła jej do głowy jakaś myśl, nie dająca spokoju.

-  Hmm...  tato?  -  zapytała.  -  Przypuszczam,  że  Lowie  uczył  się  naszego  języka  i  tak  jak  Chewie

rozumie wszystko, co mówimy. My jednak nie rozumiemy jego. Mimo wszystko tobie zajęło wiele lat
nauczenie się języka Wookiech. Jak Lowie da sobie radę tutaj, w akademii Jedi, skoro nikt nie będzie
go rozumiał?

Jacen kiwnął głową na dowód, że się zgadza z siostrą, a potem przeniósł spojrzenie na młodego

Wookiego.

- Kto będzie nam tłumaczył jego słowa, kiedy obaj odlecicie? - zapytał.
- Nie skończył mówić, kiedy rozległo się triumfalne warknięcie Chewbaccy.
- Na szczęście potrafimy odpowiedzieć na wasze pytania - oznajmił Han. Klasnął w ręce i zaczął

je  pocierać.  -  Dysponujemy  pewnym  drobiazgiem,  będącym  wspólnym  dziełem  See-Threepio  i
Chewiego.

Chewbacca odwrócił się i wyciągnął błyszczące metalowe urządzenie w ten sposób by wszyscy

mogli mu się przyjrzeć. Owalny, spłaszczony przyrząd miał srebrzystą obudowę i był nieco dłuższy
niż  dłoń  Lowiego.  Gruby  na  cztery  palce,  miał  płaską  część  tylną  i  wypukłą,  zaokrągloną  stronę
przednią.  Jego  wygląd  przypominał  twarz,  tym  bardziej  że  w  górnej  części  widniały  dwa  żółte
czujniki  optyczne,  a  ze  środka  wystawało  coś  w  kształcie  nieregularnego  ostrosłupa.  Dolna  cześć
zawierała  dziurkowaną  owalną  przestrzeń,  wewnątrz  której,  jak  domyślał  się  Jacen,  musiał  być
ukryty mały głośnik.

Chewbacca włączył jakiś przycisk na tylnej, płaskiej powierzchni urządzenia, po czym żółte oczy

obudziły się do życia. Z niewielkiego głośnika rozległ się piskliwy metaliczny głos:

- Jestem miniaturowym tłumaczem doskonałym, w skrócie MTD, i właśnie tak się nazywam.  Em

Teedee, do usług. Specjalizuję się w stosunkach miedzy ludźmi a Wookiemi. Potrafię posługiwać się

background image

płynnie  ponad  sześcioma  formami  komunikacji.  Moją  główną  zaprogramowaną  funkcją  jest
tłumaczenie mowy Wookiech na inne  języki, jakimi mogą się posługiwać ludzie. - Zawahał się, jakby
czekał na rozkazy, a potem dodał: - Czy mógłbym w czymś pomóc?

- Coś niesamowitego! - roześmiał się Jacen. Jainę zamurowało. Brzmi zupełnie jak Threepio!
- Prawie - przyznał Han Solo. Na jego twarzy malowało się rozbawienie. Niespiesznie podrapał

się po szyi pod rozpiętym kołnierzem koszuli. - Na mój gust trochę za bardzo przypomina Threepia.
Skoro  jednak  złocisty  android  zajmował  się  programowaniem  Em  Teedee,  nie  mogłem  mu  tego
wyperswadować.

Wzruszył ramionami, jakby chciał wszystkich za to przeprosić.
- Dlaczego nie mielibyście wypróbować go podczas obiadu? - zapytał, zwracając się do bliźniąt.

-  Chewbacca  i  ja  mamy  jeszcze  kilka  spraw  do  omówienia  z  Lukiem,  a  późnym  popołudniem
odlatujemy. Musimy zobaczyć się z Landem na pokładzie jego wydobywczej stacji.

Wielka  sala  służąca  uczniom  Jedi  za  jadalnię  była  zastawiona  drewnianymi  stołami  o  różnych

kształtach i wysokościach. Również siedzenia, jakie ustawiono wokół stołów: krzesła ławy, gniazda,
skalne  półki,  poduszki  i  stołki,  miały  rozmaite  rozmiary,  aby  zapewnić  jak  największą  wygodę
ludziom i obcym istotom o różnych budowach ciała.

Uczniowie  akademii  Jedi,  którzy  byli  inteligentnymi  roślinami,  przebywali  teraz  na  dworze  na

stopniach wielkiej świątyni, skąpanych w słonecznym blasku. Mogli tam chłonąć promienie białego
słońca  Yavina  i  dokonywać  fotosyntezy  składników,  koniecznych  do  rozwoju  ich  organizmów,
umieściwszy  uprzednio  w  otworach  trawiennych  niewielkie  pakiety  z  niezbędnymi  zestawami
minerałów.  Większość  uczniów  studiujących  w  akademii  przebywała  jednak  w  jadalni.  Dziesiątki
najróżniejszych istot siedziało razem i pochłaniało egzotyczne potrawy, specyficzne dla każdej rasy
czy gatunku.

Jacen  szedł  o  krok  z  tyłu,  nie  przestając  udzielać  informacji  na  temat  wiekowych  świątyń

Massassów,  podczas  gdy  Jaina  kierowała  się  w  stronę  kąta  wielkiej  sali,  gdzie  wypatrzyła  wolny
stół ze stojącym obok niego dużym krzesłem, na którym mógłby usiąść Lowbacca. Na razie Jacen nie
potrafił  wyciągnąć  z  Wookiego  niczego  więcej  poza  kilkoma  kiwnięciami  kudłatej  głowy  czy
gestami.  Lowie  sprawiał  wrażenie  głęboko  pogrążonego  we  własnych  myślach.  Chłonął  obce,
nieznane wonie i dźwięki, a także ciekawie rozglądał się po ogromnej sali.

Tymczasem Jacen, zdecydowany rozpocząć prawdziwą rozmowę z nowym uczniem, zastanawiał

się,  o  co  go  zapytać.  Powiedz  nam,  Lowie,  ile  czasu  potrzebujesz,  by  się  rozpakować?  Nie-e,  to
byłoby idiotyczne pytanie.

A  może:  Ile  masz  lat?  Także  nie,  gdyż  to  zapewniłoby  otrzymanie  tylko  bardzo  krótkiej

odpowiedzi.  A  poza  tym  i  tak  jego  ojciec  powiedział  mu  to  wcześniej  tego  ranka.  Lowie  liczył
dziewiętnaście lat, co czyniło go zaledwie młodzieńcem według standardów Wookiech. Może więc
coś w rodzaju: Skąd wiedziałeś, że chcesz zostać rycerzem Jedi? Tak, to byłoby najlepsze pytanie.

Zanim  jednak  miał  czas  je  zadać,  na  krzesło  stojące  obok  niego  opadła  muskularna  Tenel  Ka.

Zajęła miejsce naprzeciwko Lowbaccy.

-  Nowy  uczeń  -  powiedziała,  witając  go  w  nieco  szorstki,  bezpośredni  sposób,  będący  jedną  z

cech jej charakteru.

- Lowie - odezwał się Jacen. - Poznaj naszą przyjaciółkę, Tenel Ka z Dathomiry.
-  A  to  -  rzekła  siedząca  po  drugiej  stronie  stołu  Jaina,  chcąc  dokończyć  prezentacji  -  jest

Lowbacca, siostrzeniec Chewbaccy. Przyleciał z Kashyyyku, planety Wookiech.

background image

Tenel Ka wstała i pochyliła głowę. Potrząsnęła złocistorudymi włosami.
- Witam cię, Lowbacco z Kashyyyku - oznajmiła, po czym ponownie usiadła na  swoim  krześle.

Lowbacca także kiwnął głową i trzy razy krótko warknął.

Jacen czekał przez chwilę, spoglądając na zawieszonego u pasa Lowiego małego androida, który

miał tłumaczyć słowa Wookiech, ale automat nie odezwał się ani słowem.

- No i co? - zapytała Jaina. - Em Teedee, nie przetłumaczysz nam tego, co powiedział?
-  Wielkie  nieba,  panienko  Jaino,  strasznie  przepraszam!  -  odezwał  się  mały  android.  W  jego

metalicznym  głosie  brzmiało  prawdziwe  przerażenie.  -  Och,  co  za  wstyd!  Pierwsza  okazja
wywiązania się z podstawowego obowiązku względem pana Lowbaccy, a ja zawiodłem! Zapewniam
wszystkich, że od tej chwili dołożę wszelkich starań, żeby tłumaczyć tak szybko i starannie, jak tylko
możliwe...

Lowbacca  przerwał  litanię  wymówek  androida,  kierowanych  pod  własnym  adresem,  wydając

jedno krótkie, ale bardzo groźne warkniecie.

-  Przetłumaczyć?  -  zapytał  w  odpowiedzi  mały  android.  -  Co  mam  przetłumaczyć?  Ach!

Rozumiem. Tak. Natychmiast tłumaczę. - Z głośnika Em Teedee rozległ się  dźwięk,  który  w  uszach
każdego  słuchacza  zabrzmiałby  jak  chrząknięcie,  a  potem  android  zaczął:  -  Pan  Lowbacca
powiedział: „Niechaj  słońce  nie  zaświeci  żadnego  dnia  ani  księżyc  nie  ukaże  oblicza  żadnej  nocy,
której nie będę się czuł równie zaszczycony twoim  widokiem  i  możliwością  przebywania  w  twoim
towarzystwie, o pani”.

Jaina przewróciła oczami. Jacen potrząsnął głową, nie mogąc uwierzyć własnym uszom. Jedynie

twarz Tenel Ka nie zmieniła wyrazu.

Jacen  zarejestrował  kątem  oka  pojawienie  się  Raynara,  który  tyle  kłopotów  przysparzał

pytaniami  podczas  każdej  lekcji.  Młody  chłopiec,  jak  zwykle  krzykliwie  odziany,  usiadł  przy
sąsiednim stoliku i przyglądał się ich nowemu koledze. Automaty obsługujące uczniów przynosiły z
kuchni  talerze  wypełnione  po  brzegi  smakowitymi  potrawami  i  stawiały  przed  wszystkimi
kandydatami na rycerzy Jedi.

Uwagę  Jacena  przyciągnęło  jednak  bardzo  szybko  to,  co  działo  się  przy  jego  stole.  Lowie

pochylił się nad żółtymi czujnikami optycznymi androida-tłumacza i groźnie warknął.

-  No  i  co  z  tego,  jeżeli  nawet  trochę  upiększyłem?  -  zapytał  Em  Teedee,  jakby  chciał  się

usprawiedliwić  W  tej  samej  chwili  przed  Wookiem  pojawił  się  talerz  pełen  parującego  krwistego
mięsiwa. - Starałem się tylko sprawić, żeby pana wypowiedź wydała się bardziej cywilizowana.

Groźne  warknięcie  Lowbaccy  nie  pozostawiało  cienia  wątpliwości  co  do  tego,  czy  młody

Wookie jest wdzięczny małemu androidowi.

- Jak pan sobie życzy - odezwał się urażony Em Teedee. - Może powinienem był  przetłumaczyć

wypowiedź  pana  Lowbaccy  w  następujący  sposób: „Słońce  jeszcze  nigdy  nie  świeciło  nad  głową
tego pokornego Wookiego tak jasno jak w tym dniu, kiedy zobaczyłem cię po raz pierwszy”.

Jacen  przyjął  talerz  z  gorącą  zupą  z  rąk  siostry,  która  podała  mu  go  nad  blatem  stołu.  Rzucił

pytające spojrzenie na Lowiego, ale Wookie ponownie warknął coś do Em Teedee.

-  No  cóż,  jeżeli  pan  naprawdę  nalega  -  odrzekł  wyniośle  android,  ale  w  jego  głosie  brzmiała

wyraźna  rezygnacja.  -  Zapewniam  pana  jednak,  że  moje  poprzednie  tłumaczenia  brzmiały  o  całe
niebo bardziej dystyngowanie. Ehm. To, co pan Lowbacca naprawdę powiedział, brzmiało: „Miło mi
ciebie poznać”.

Kiedy  Wookie  wyda ł  w  końcu  pomruk  oznaczający  zadowolenie,  Tenel  Ka  odparła  poważnie,

background image

jakby nie słyszała żadnego wcześniejszego tłumaczenia:

- Przyjemność odwzajemniona, Lowbacco.
Kiedy automatyczny kelner mijał ich, tocząc się w stronę stolika Raynara, Tenel Ka wyciągnęła

rękę  i  zabrała  z  tacy  ostatni  dzbanek  ze  świeżym  sokiem.  Napełniła  gęstym  rubinowym  płynem
wszystkie  czarki,  po  czym  z  głuchym  stukiem  postawiła  naczynie  na  środku  stołu.  Zamrugała
powiekami szarych oczu i z powagą uniosła rękę z czarką.

-  Jacen  i  Jaina  już  są  moimi  przyjaciółmi  -  oznajmiła.  -  Proponuję  teraz  swoją  przyjaźń  tobie,

Lowbacco z Kashyyyku.

Młody Wookie zawahał się, nie będąc pewnym, co powinien zrobić. Jaina wręczyła mu czarkę z

sokiem. Jacen uniósł swoją i powiedział:

- Za przyjaźń.
- Za przyjaźń! - zawtórowała Jaina. Kiwnąwszy głową, Lowie uniósł czarkę jak potrafił najwyżej

i odchyliwszy głowę, wydał głośny ryk, który rozbrzmiał echem w wielkiej sali.

W ciszy, która zapadła później, rozległ się piskliwy głosik androida-tłumacza.
- Pan Lowbacca z całą stanowczością przyjmuje twoją propozycję i w zamian ofiaruje ci swoją

przyjaźń.

Młody Wookie, ku wielkiemu zdumieniu wszystkich, tym razem nie poprawił androida.
- Przyjmuję - odrzekła Tenel Ka i upiła łyk soku. Kiedy pozostali uczynili to samo, powiedziała:

- A zatem teraz wszyscy jesteśmy przyjaciółmi.

-  To  oznacza, że  od  tej  chwili  możesz  mówić  do  niego  Lowie  -  rzekła  Jaina.  Tenel  Ka  przez

chwilę zastanawiała się nad tą propozycją.

- Myślę, że uszanuję go bardziej, jeżeli będę wymawiała jego pełne imię - oświadczyła.
Trzy  nieduże  stworzenia  rasy  Cha’a,  podobne  do  gadów  i  siedzące  przy  sąsiednim  stole  nad

talerzami,  pełnymi  ciepłych,  drgających  jajek,  wpatrywały  się  w  nie  bez  przerwy  jak  drapieżniki,
którymi  naprawdę  były.  Kiedy  skorupka  jakiegoś  jajka  pękała,  Cha’a  rzucały  się  na  porośnięte
jaskraworóżowym puchem pisklę, które wyskakiwało ze środka.

Dwa  poświstujące  stworzenia  przypominające  ptaki  siedziały  nad  wielką  tacą  pełną  cienkich,

wijących się wici, porośniętych błękitnymi włosami - smakowitych poczwarek. Pochłaniały je jedną
po drugiej, chwytając wąskimi, zrogowaciałymi dziobami.

Jacen siedział  przy  stole  i  jadł  zupę.  Kiedy  zastanawiał  się,  czy  nie  mógłby  powiedzieć  czegoś

wesołego,  by  rozbawić  Tenel  Ka  albo  przynajmniej  nawiązać  rozmowę  z  Lowiem,  kątem  oka
uchwycił błysk czegoś, co zbliżało się po podłodze do sąsiedniego stołu. Czegoś, co wyglądało jak
szkło i wiło się po kamiennej posadzce.

Jacen  poczuł,  że  jego  serce  skoczyło  do  gardła.  Zaczął  się  zastanawiać,  czy  nie  zapomniał

zamknąć klatki z kryształowym wężem, kiedy ojciec i obaj Wookie skończyli oglądać zwierzyniec w
jego komnacie.

-  Hej  -  odezwał  się  Raynar,  pochylając  się  na  krześle  w  stronę  ich  stołu.  Kolory  jego

kosztownych  szat  były  tak  krzykliwe,  że  Jacen  poczuł,  iż  zaczynają  go  boleć  oczy.  -  Czy  nie
moglibyście oddać nam naszego dzbanka z sokiem? - Raynar posłużył się własnymi umiejętnościami
Jedi, by pochwycić dzbanek z sokiem ze stołu Jacena, unieść go w powietrze i skierować ku sobie. -
Proszę was, żebyście następnym razem nie zabierali go bez pytania.

Z wyrazem samozadowolenia na pyzatej twarzy wyprostował się i skrzyżował ręce na piersi.
W pewnej chwili na kryształowego węża padł odbity od dzbanka promień słońca i wtedy Jacen

background image

ujrzał gada w całej krasie. Wąż spoczywał na podołku Raynara. Kołysząc trójkątnym łbem, syczał i
spoglądał prosto w oczy chłopca.

Raynar  także  zobaczył  go  i  krzyknął,  przestając  skupiać  siły  Jedi.  Dzbanek  z  resztkami  soku,

szybujący  nad  jego  głową,  zakołysał  się,  a  potem  spadł  i  oblał  gęstym  ciemnoczerwonym  płynem
jaskrawe szaty chłopca.

Jacen zerwał się na równe nogi i skoczył, by pochwycić ulubieńca. Pragnął złapać go, zanim gad

narobi  jeszcze  więcej  zamieszania.  Starając  się  usunąć  go  z  podołka  Raynara,  potrącił  chłopca.
Raynar, myśląc, że został zaatakowany głośno wrzasnął, a po chwili rozdarł się na całe gardło.

Kiedy  walczył,  chcąc  odeprzeć  rzekomy  atak  Jacena,  przewrócił  stół,  przy  którym  przedtem

siedział.  Na  posadzkę  pospadały  czarki  z  ciemnobrązowym  puddingiem  i  szklane  pojemniki  z
napojami. Opryskały szaty innych uczniów, siedzących obok.

Tenel Ka, która wprawdzie nie wiedziała, o co chodzi, ale zawsze była skłonna przyjść z pomocą

przyjacielowi, włączyła się do walki. Chwyciła czarkę z resztką gorącej zupy Jacena i rzuciła ją w
sąsiada  Raynara,  który  widząc,  że  został  zaatakowany  przez  kogoś  innego,  postanowił  odpłacić
pięknym za nadobne.

W  stronę  Jainy  poszybował  talerz  makaronu,  polanego  płynnym  miodem,  ale  dziewczyna  w

ostatniej  chwili  odchyliła  głowę.  Zamiast  w  nią  talerz  trafił  w  cielsko  Talza  -  istoty,  podobnej  do
niedźwiedzia.  Długie  nitki  przykleiły  się  do  jego  białej  szczeciniastej  sierści.  Talz  wstał  i  wydał
pełen przerażenia melodyjny ryk. Kiedy Jaina zobaczyła nitki makaronu, przyklejone do białej sierści
istoty, nie mogła powstrzymać się od śmiechu.

Tymczasem  kryształowy  wąż  wyślizgnął  się  z  palców  Jacena,  który  starał  się  go  pochwycić  z

podołka  wstającego  Raynara.  Jaskrawo  odziany  chłopiec  wrzeszczał,  jakby  ktoś  obdzierał  go  ze
skóry,  ale  Jacen  już  nurkował  pod  innymi  stołami  w  pogoni  za  uciekinierem.  Kiedy  usiłował  go
pochwycić, potrącił jeden ze stołów. W pewnej chwili między palcami poczuł gładkie, śliskie łuski,
ale wąż wyślizgnął się, zapewne nie mniej przerażony niż chłopiec.

Kiedy  Lowie  wstał  i  rzucił  się  na  pomoc,  jeszcze  jeden  stół  przewrócił  się  na  posadzkę.

Stworzenia przypominające ptaki rozpaczliwie machały skrzydłami i skrzeczały, walcząc o włochate,
błękitne poczwarki, które rozpełzały się we wszystkie strony.

W powietrzu zaczęły szybować kolejne porcje pożywienia, unoszone za pomocą sił Jedi i ciskane

od jednego stołu do drugiego. Uczniowie raz po raz wybuchali beztroskim śmiechem. Doskonale się
bawili,  mogąc  wreszcie  rozładować  napięcie,  wywołane  wielogodzinnymi  ćwiczeniami  i
medytacjami, nakazanymi przez mistrza Skywalkera.

W  stronę  gadzich  pysków  Cha’a  poleciały  porcje  parujących  liści,  zakłócając  koncentrację

stworzeń.  Wszystkie  trzy  istoty  wstały  i  obróciły  się,  chcąc  stawić  czoło  napastnikom.  Zetknęły  się
plecami i utworzyły coś na kształt obronnego trójkąta, nie przestając parskać i syczeć. Mlecznobiałe
skorupki jajek spoczywających na ich tacy, nadal pękały, a wykluwające się z nich, różowe puszyste
pisklęta, wykorzystały nieuwagę gadów i rzuciły się do ucieczki.

Lowie wydał potężny ryk, od którego musiały zadrżeć kamienne mury wielkiej sali, a Em Teedee

pisnął, nie na żarty przerażony.

-  Przeocz  niczego  me  widzę,  panie  Lowbacco! Artykuły  spożywcze  przesłaniają  moje  czujniki

optyczne! Bardzo proszę je oczyścić!

W  tej  chwili  do  jadalni  wtoczył  się  Artoo-Detoo.  Zaczął  wydawać  całe  serie  elektronicznych

gwizdów  i  pisków,  które  jednak  zostały  zagłuszone  przez  wybuchy  śmiechu  i  okrzyki  istot

background image

ciskających  tace  z  pożywieniem  Zanim  Artoo  miał  czas  odwrócić  się  i  wszcząć  alarm,  w  jego
kopulastą  głowę  trafiła  duża  taca,  wypełniona  ciasteczkami  z  kremem.  Astromechaniczny  robot,
pomrukując serwomotorami, pospiesznie dał za wygraną.

Tymczasem kryształowy wąż wił się po kamiennej posadzce, poszukując szczeliny czy dziury, w

której mógłby się ukryć. Jacen rozpaczliwie starał się go dogonić. W pewnej chwili wyciągnął rękę i
pochwycił koniec wijącego się ogona. Wąż niespodziewanie się odwinął i jednym płynnym ruchem
uniósł łeb. Błysnął zębami, zamierzając ukąsić Jacena i zmusić go do rozwarcia palców trzymających
ogon.  Chłopiec  wyciągnął  jednak  drugą  rękę,  kierując  ją  w  stronę  łba  gada,  i  pomógł  sobie  Mocą.
Dotknął myślowym palcem zwojów mikroskopijnego mózgu węża.

- Hej! Ani mi się waż! - powiedział głośno. Kryształowy wąż znieruchomiał, jakby się zawahał, a

wówczas  Jacen  pochwycił  jego  ciało  za  trójkątnym  łbem  i  uniósł  w  powietrze.  Dolna  cześć  gada
rozpaczliwie  zwijała  się  i  rozwijała.  Jacen  owinął  węża  wokół  nadgarstka  i  zaczął  wysyłać
uspokajające myśli do mózgu stworzenia. Wstał i wyszczerzył zęby w uśmiechu, wyraźnie odprężony.

-  Mam  go!  -  wykrzyknął  triumfalnie.  W  tej  samej  sekundzie  w  jego  głowę  i  piersi  trafiły  trzy

dorodne,  dojrzałe  owoce  rozbijając  się  i  opryskując  go  soczystym  purpurowym  miąższem.  Jacen
zająknął się, ale po chwili serdecznie się roześmiał, nie wypuszczając jednak kryształowego węża z
uścisku swoich palców.

- Przestańcie! - zagrzmiał nagle w wielkiej sali głos, wspomagany potężną dawką Mocy. Odbił

się donośnym echem od kamiennych murów jadalni.

Uczniowie zamarli, jakby ktoś zatrzymał upływ czasu. Wszystkie szybujące w powietrzu owoce i

tace  z  pożywieniem  także  znieruchomiały.  Każda  kropla  płynu,  która  właśnie  miała  się  rozprysnąć,
zawisła nieruchomo nad blatem tego czy tamtego stołu. W sali zapanowała głucha, niemal całkowita
cisza, jeżeli nie liczyć oddechów zaskoczonych uczniów.

W drzwiach stołówki stał mistrz Skywalker i z poważną twarzą spoglądał na pole bitwy, toczonej

na  tace  z  pożywieniem.  Jacen  starał  się  przyjrzeć  wyrazowi  twarzy  wuja.  Wydało  mu  się,  że
dostrzega na niej oznaki gniewu, ale także skrywane rozbawienie.

-  Czy  naprawdę  sądzicie,  że  to  najlepszy,  najskuteczniejszy  sposób  praktykowania  tego

wszystkiego,  czego  was  nauczyłem?  -  odezwał  się  Luke.  Gestem  wskazał  jedzenie,  zawieszone
nieruchomo  w  powietrzu.  Przez  chwilę  jego  twarz  sprawiała  wrażenie  bardzo  zasmuconej.  Później
mistrz Skywalker odwrócił się, żeby wyjść, ale Jacen zdążył zobaczyć uśmiech, pojawiający się na
jego twarzy.

Luke przez chwilę stał nieruchomo w drzwiach, ale na odchodnym zawołał:
-  Zamiast  tego  może  spróbowalibyście  wykorzystać  swoje  umiejętności  Jedi...  do  posprzątania

tego bałaganu!

Uniósł prawą rękę i wykonał nieznaczny gest w stronę jadalni, a wówczas wiszące nieruchomo

tace  z  żywnością,  czarki  z  zupą,  talerze  z  deserami,  owocami  i  rozmaitymi  słodyczami  opadły,
koziołkując  jak  lawina.  Stroje  praktycznie  wszystkich  uczniów  zostały  poplamione  kroplami,  które
rozprysnęły się w powietrzu.

Jacen  popatrzył  na  pobojowisko,  pozostałe  po  walce.  Nie  puszczając  kryształowego  węża,

wierzchem drugiej dłoni otarł miąższ, który przylgnął do jego twarzy.

Pozostali  uczniowie  Jedi,  chociaż  jeszcze  przerażeni,  zaczęli  z  ulgą  chichotać,  nie  mogąc  się

powstrzymać, ale potem zabrali się do sprzątania.

 

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ 6

 
 
Kiedy  Lowbacca  towarzyszył  wujowi  i  Hanowi  Solo  w  drodze  powrotnej  do „Sokoła

Tysiąclecia”, ciepłe promienie popołudniowego słońca przenikały przez ciężką, przesyconą wilgocią
atmosferę.  Idące  za  nimi  bliźnięta  gawędziły  beztrosko,  jakby  nie  zwracały  uwagi  na  duszne
powietrze,  napływające  znad  dżungli.  Lowbacca  wyczuwał  jednak  w  ich  głosach  ukryty  smutek.
Domyślał  się,  że  Jacen  i  Jaina  będą  tęsknili  za  ojcem,  podobnie  jak  on  będzie  tęsknił  za  wujkiem
Chewbaccą, swoją matką i resztą rodziny, która pozostała na Kashyyyku.

Złociste  oczy  Lowbaccy  z  niepokojem  kierowały  się  w  stronę  polany,  znajdującej  się  przed

wejściem wielkiej świątyni. Młody Wookie wciąż nie czuł się pewnie na otwartych przestrzeniach,
nie porośniętych żadnymi drzewami. Wszystkie miasta na jego rodzimej planecie były wznoszone w
koronach  wysokich  drzew,  na  przeplatających  się  ze  sobą  gałęziach.  Wspierały  się  na  grubych
konarach.  Nawet  najodważniejsi  spośród  Wookiech  bardzo  rzadko  zapuszczali  się  na  niegościnne
niskie  piętra,  nie  mówiąc  o  najniższym  poziomie,  gdzie  nie  brakowało  najróżniejszych
niebezpieczeństw.

Dla  Lowbaccy  wysokość  kojarzyła  się  z  cywilizacją,  wygodą,  bezpieczeństwem,  domem.  I

chociaż  gigantyczne  drzewa  Massassów  dwudziestokrotnie  przewyższały  wszystkie  inne  rośliny  w
dżungli  na  Yavmie  Cztery,  w  porównaniu  z  drzewami  na  Kashyyyku  wydawały  się  karzełkami.
Lowbacca był ciekaw, czy gdziekolwiek na tym małym księżycu znajdzie miejsce, w którym będzie
się czuł bezpiecznie.

Lowie był tak pogrążony w myślach, że z prawdziwym zdumieniem stwierdził, iż znaleźli się przy

burcie „Sokoła Tysiąclecia”.

- Nigdy nie miałem okazji przeprowadzenia kontrolnych testów, dopóki nie byliśmy ostrzeliwani

- odezwał się Han Solo. - Teraz jednak mamy trochę czasu, a więc myślę, że to nie najgorszy pomysł.
- Stanął u stóp wejściowej rampy i rozbrajająco się uśmiechnął. - Jeżeli nie jesteście bardzo zajęci,
Chewiemu i mnie przydałaby się wasza pomoc - dodał, zwracając się do dzieci.

-  Wspaniale  -  podchwyciła  Jaina,  zanim  zdążył  uprzedzić  ją  ktoś  inny.  -  Ja  zajmę  się

sprawdzeniem  napędu  nadświetlnego.  -  Szybko  wbiegła  po  rampie,  zatrzymując  się  tylko  na
milisekundę, żeby musnąć ustami policzek ojca - Dziękuję, tato. Jesteś niezrównany.

Przez  dłuższą  chwile  Han  Solo  sprawiał  wrażenie  niezwykle  zadowolonego  i  oprzytomniał

dopiero wówczas, kiedy lekko potrząsnął głową.

- A ty i Lowie, czy wiecie, czym chcielibyście się zająć? - zapytał Jacena. W następnej sekundzie

popatrzył na Lowiego, który przez chwilę się zastanawiał, po czym warknął coś w odpowiedzi.

Chociaż  Han  Solo  bez  wątpienia  zrozumiał  jego  odpowiedź,  usłyszał  natrętny,  piskliwy  głosik

background image

androida-tłumacza.

- Pan Lowbacca życzy sobie dokonać inspekcji systemów komputerowych pańskiego statku, żeby

mógł wydać im polecenie, dokąd lecieć.

Han Solo popatrzył ukosa na Chewbaccę.
- A myślałem, że naprawiłeś to urządzenie - powiedział, pokazując Em Teedee.  - Jego  precyzja

tłumaczenia nadal pozostawia wiele do życzenia.

Chewbacca  wymownie  wzruszył  ramionami  i  groźnie  warknął,  po  czym  zastosował  starą

procedurę  naprawczą  numer  jeden.  Ujął  srebrzysty  owal  jedną  wielką  dłonią,  a  drugą  zaczął
poklepywać obudowę małego androida, aż zagrzechotały wszystkie podzespoły.

- Och, wielkie nieba! - zapiszczał pospiesznie Em Teedee. - Może rzeczywiście powinienem był

przetłumaczyć  to  staranniej.  Ehm...  Pan  Lowbacca  wyraził  pragnienie  przeprowadzenia  wstępnych
testów za pomocą pokładowego nawigacyjnego komputera.

- Dobry pomysł, dzieciaki - zgodził się Han Solo, z ożywieniem zacierając ręce. - Jacenie, zajmij

się zewnętrzną stroną kadłuba. Upewnij się, czy w ciągu kilku ostatnich godzin żadne stworzenie nie
uwiło  sobie  gniazda  w  zewnętrznych  otworach  dysz.  Ja  sprawdzę  systemy  uzdatniania  powietrza  i
wody. Chewie, idź do ładowni i upewnij się, że ładunek jest prawidłowo zamocowany.

Ostatniemu  poleceniu  Hana  towarzyszyło  uniesienie  głowy  i  porozumiewawcze  mrugnięcie.

Lowbacca był pewien, że i jedno, i drugie coś oznacza dla starszego Wookiego, ale nie miał pojęcia,
co  takiego.  Z  przygnębieniem  pomyślał,  że  zapewne  nigdy  nie  będzie  rozumiał  ludzi  tak  dobrze  jak
jego wujek.

Komputer  nawigacyjny  był  dla  Lowbaccy  przyjemnym  wyzwaniem.  Miody  Wookie

przeprowadził  z  jego  pomocą  wszystkie  testy  aż  dwukrotnie.  Nie  dlatego,  że  przypuszczał,  iż  za
pierwszym razem mógłby coś przeoczyć, ale wiedział, że jedynymi miejscami, które chociaż trochę
przypominały  mu  dom,  były  wierzchołki  wysokich  drzew  i  fotel,  ustawiony  przed  monitorem
komputera.

Do chwili, kiedy Lowie skończył przeprowadzać drugą serię testów. Han Solo zdążył uporać się

ze sprawdzeniem systemów uzdatniania i zajął się badaniem zapasowego generatora energetycznego
statku.  Gdy  ujrzał  Lowbaccę,  wytarł  dłonie  o  pierwszą  lepszą  przetłuszczoną  szmatę,  po  czym
odrzucił ją na bok i uniósł wskazujący palec, jakby dopiero teraz przyszła mu jakaś myśl do głowy.

-  Dlaczego  nie  miałbyś  pomóc  wujowi  w  sprawdzaniu  stanu  ładowni?  -  zapytał.  - Ja  w  tym

czasie dokończę tego, co powinienem zrobić tutaj.

Szelmowski uśmiech na jego twarzy był jeszcze bardziej wykrzywiony niż zazwyczaj.
Lowbacca zastanawiał się, co może oznaczać ten grymas i dlaczego jego wuj potrzebuje pomocy

w ładowni. Pomyślał, że czasami zupełnie nie rozumie ludzi. Wzruszył jednak ramionami i skierował
się w głąb statku.

- Przepraszam,  panie  Lowbacco  -  zapiszczał  nagle  Em  Teedee.  -  Czy  w  najbliższej  przyszłości

będzie pan potrzebował moich usług jako tłumacza?

Lowbacca burknął coś, co miało oznaczać zaprzeczenie.
-  Bardzo  dobrze,  proszę  pana  -  odrzekł  Em  Teedee.  -  W  takim  razie,  czy  nie  miałby  pan  nic

przeciwko  temu,  że  przełączę  się  na  czuwanie?  Gdyby  z  jakiegokolwiek  względu  chciał  pan  znów
skorzystać z moich usług, proszę bez wahania przerwać mój odpoczynek.

Lowie zapewnił Em Teedee, że miniaturowy android będzie pierwszym, kogo powiadomi, gdyby

czegokolwiek od niego potrzebował.

background image

Odszukał  swojego  wuja,  który  wspinał  się  na  stosy  skrzyń  i  pak  z  towarami,  sprawdzającego

siatki  i  zamocowania.  Wyglądało  na  to,  że  Lando  Calrissian  potrzebował  bardzo  dużo  zapasów
żywności i sprzętu, by rozpocząć nowe przedsięwzięcie.

Pomieszczenie  było  zatłoczone,  ale  młody  Wookie  oddychał  z  prawdziwą  przyjemnością.

Chłonął  mieszaninę  znajomych  woni:  paliwa  do  silników  śmigaczy,  naoliwionego  metalu,  smarów,
racji żywnościowych i potu Wookiech. Wszystko to sprawiało, że tym bardziej zatęsknił za koronami
drzew  na  rodzimym  Kashyyyku.  Wiedział,  że  w  czasie  zajęć  w  akademii  Jedi  nie  zetknie  się  ze
śmigaczami  czy  komputerami,  rzecz  jasna,  jeżeli  nie  liczyć  Em  Teedee.  Może  od  czasu  do  czasu
będzie mógł się pocieszać, wdrapując się na korony drzew w dżungli i rozmyślając o domu.

Może to robić jednak po odlocie „Sokoła Tysiąclecia”, a teraz musi pomóc wujowi.
Zapytał go więc, co jeszcze powinno być zrobione, po czym zajął się sprawdzaniem mocowania

stosu  pak,  wskazanego  przez  Chewbaccę.  Okazało  się,  że  zapięcia  siatki  nie  trzymały,  a  i  płótno,
którym  okryto  pakunki,  w  każdej  chwili  mogło  się  ześlizgnąć...  I  prawdę  mówiąc,  kiedy  tylko
przystąpił  do  pracy,  zsunęło  się  całkowicie.  Lowie  poczuł,  że  ze  zdumienia  opada  mu  szczęka.
Musiał cofnąć się o krok, by móc lepiej podziwiać to, co przypadkiem odkrył.

Powietrzny śmigacz,  mimo  iż  rozłożony  na  kilka  dużych  części,  nie  był  trudny  do  rozpoznania.

Okazało  się,  że  jest  to  jeden  ze  starszych  modeli,  typ  T-23,  zwany  gwiezdnym  skoczkiem.  Miał
urządzenia sterownicze podobne do tych, w jakie wyposażano myśliwce typu X, trójścienne skrzydła,
dodatkowy  fotel  dla  pasażera  i  niewielką  przestrzeń  na  ładunek,  znajdującą  się  w  tylnej  części
kabiny.  Błękitny  metalowy  kadłub  był  co  prawda  poobijany  i  nieco  zaśniedziały,  ale  silnik,
umieszczony pomiędzy skrzydłami, sprawiał wrażenie, że jest w doskonałym stanie.

Młody Wookie uniósł głowę i zobaczył, że jego wuj spogląda na niego, jakby czegoś oczekiwał.

Później Chewbacca nieoczekiwanie zapytał, co Lowie sądzi o maszynie.

Gwiezdny skoczek miał zwartą budowę i był jedną z najbardziej udanych konstrukcji tego typu.

Złożenie  wszystkich  części  w  całość  nie  powinno  być  bardzo  trudne.  Lowie  podziwiał  zgrabne
kształty starej maszyny i nawet usiłował zgadnąć, jaką może mieć prędkość i zdolność manewrową.
Rzecz  jasna,  komputer  pokładowy  z  pewnością  będzie  wymagał  dokładnego  sprawdzenia  i
testowania  programów,  a  zewnętrznej  stronie  kadłuba  trzeba  będzie  poświęcić  wiele  godzin
fizycznej pracy, ale to były drobne mankamenty. Wgniecenia i szramy na kadłubie tylko przydawały
statkowi charakteru.

Chewbacca wydał pełne satysfakcji chrząkniecie i szeroko rozłożywszy ręce, zaskoczył Lowiego.

Oznajmił  młodemu  siostrzeńcowi,  że  śmigacz  typu  T-23  jest  prezentem  pożegnalnym  od  wuja.
Gwiezdny skoczek należał zatem do Lowbaccy, pod warunkiem, że młody Wookie będzie umiał go
poskładać.

Lowie stał przy swojej maszynie typu T-23 na polanie lądowiska obok Jacena i Jainy. Wszyscy

troje  machali  na  pożegnanie.  Powoli  opadało  podniecenie,  wywołane  wymianą  uścisków,
podziękowań  i  ostatnich  informacji.  Młodzi  uczniowie  Jedi  spoglądali,  jak  Han  Solo  i  Chewbacca
wchodzą po rampie na pokład statku.

Nie przestawali machać,  dopóki „Sokół Tysiąclecia” nie uniósł się ponad wierzchołki drzew w

dżungli, a potem zmienił kurs i poszybował w bezchmurne ciemnobłękitne niebo. Wszyscy troje stali
jeszcze  przez  dłuższą  chwilę  i  pogrążeni  we  własnych  myślach  patrzyli  w  ślad  za  niknącym
frachtowcem.

W końcu Jaina głęboko westchnęła.

background image

-  No  cóż,  Lowie  -  odezwała  się,  pocierając  dłonie  i  spoglądając  w  radosnym  oczekiwaniu  na

pokiereszowany  kadłub  T-23.  -  Może  chcesz,  by  ci  pomóc,  żeby  to  stare  pudło  oderwało  się  od
ziemi?

Lowbacca  zdał  sobie  sprawę  z  tego,  że  chociaż  Jaina  jest  trochę  młodsza,  przewyższa  go

doświadczeniem przy uruchamianiu silników statków. Z wdzięcznością kiwnął głową.

Kilka  następnych  godzin  spędzili,  przygotowując  gwiezdnego  skoczka  do  pierwszego  lotu  na

księżycu Yavina. Jacen bez przerwy opowiadał dowcipy, których młody Wookie nie rozumiał, a od
czasu do czasu podawał narzędzia dwójce rozentuzjazmowanych mechaników. Jaina uśmiechała się
podczas  pracy  zadowolona,  że  nadarza  się  jej  rzadka  okazja  podzielenia  się  tym,  co  wie  o
śmigaczach, silnikach i maszynach typu T-23.

Kiedy wreszcie skończyli prace i Lowbacca pochylił się do kabiny, żeby włączyć odpowiednie

przełączniki,  silniki  zamruczały,  zakrztusiły  się,  ale  po  chwili  z  rykiem  obudziły  się  do  życia.  Gdy
włączyły  się  silniki  repulsorowe,  a  w  wylotach  dysz  dopalaczy  jonowych  pojawiło  się  jaskrawe
światło, maszyna uniosła się kilka centymetrów nad ziemię. Bliźnięta zaczęły głośno wiwatować, a
młody Wookie triumfalnie zaryczał.

- Nie  chcesz, żeby ktoś zabrał go na próbny spacer? - zapytała z nadzieją Jaina. Lowie  zająknął

się, a potem burknął coś, co miało być wymijającą odpowiedzią.

-  Pan  Lowbacca  usiłuje  powiedzieć  -  zaczął  pospiesznie  tłumaczyć  Em  Teedee,  -  że  uważa

propozycję  panienki  za  bardzo  uprzejmą,  ale  o  wiele  bardziej  woli  samemu  pilotować  maszynę
podczas pierwszego lotu. Lowbacca ponownie krótko warknął.

- I co dalej? - odezwał się mały android. - Co to znaczy: Co dalej? Ach,  rozumiem...  Ta  druga

sprawa, o której zamierzał pan powiedzieć. Ale chyba nie chodziło panu o to, żeby...

Lowbacca  stanowczo  warknął,  dając  niedwuznacznie  do  zrozumienia,  że  właśnie  o  to  mu

chodziło.

-  No  cóż,  jeżeli  pan  aż  tak  nalega...  -  rzekł  Em  Teedee.  -  Ehm.  Pan  Lowbacca  powiedział

również, że będzie zaszczycony pani towarzystwem jako pasażerki, panienko Jaino. Jednakże - dodał
pospiesznie  -  proszę  mieć  to  na  względzie,  że  to  ostatnie  stwierdzenie  zostało  wypowiedziane  z
wyraźnymi oporami.

Lowbacca  jęknął  i  uderzył  się  w  czoło  nasadą  włochatej  dłoni,  co  u  Wookiech  było  gestem

oznaczającym najwyższe zakłopotanie.

- No cóż, właśnie tak wygląda cała prawda - upierał się Em Teedee. - Jestem absolutnie pewien,

że właściwie zrozumiałem intonację wypowiedzi.

Jaina,  która  w  pierwszej  chwili  sprawiała  wrażenie  rozczarowanej  odpowiedzią  Lowbaccy,

widząc jego udrękę, wyraźnie się rozchmurzyła.

-  Rozumiem  cię,  Lowie  -  powiedziała.  -  Ja  też  chciałabym  sama  polecieć,  gdyby  to  miał  być

pierwszy lot mojego statku. Co sądzisz o zabraniu nas jutro na przejażdżkę?

Uspokojony, że  bliźnięta  nie  mają  do  niego  żalu,  Lowbacca  głośnym  rykiem  wyraził  zgodę,  po

czym  wskoczył  do  kabiny  i  zapiął  pasy  bezpieczeństwa.  Jęk  silników  pracujących  na  najwyższych
obrotach  zagłuszył  tłumaczenie  jego  odpowiedzi,  którego  usiłował  się  podjąć  Em  Teedee.  Lowie
uniósł  rękę,  zasalutował  i  zaczekał,  aż  Jacen  i  Jaina  znajdą  się  w  bezpiecznej  odległości,  a  potem
przesłał do silnik pełną moc, wystartował i skierował śmigacz nad bezkresną dżunglę.

Maszyna  typu  T-23  dawa ła  się  pilotować  bardzo  łatwo  i  Lowbacca  delektował  się  uczuciem

swobody, kiedy leciał wysoko nad drzewami. Stwierdził jednak, że nadal brakuje mu jeszcze jednej

background image

rzeczy, o której rozmyślał od samego rana.

Drzew. Wysokich, piętrzących się niemal pod chmury, bezpiecznych drzew z Kashyyyku.
Po upływie zaledwie trzydziestu minut znalazł się dosyć daleko od wielkiej świątyni i akademii

Jedi. Obniżył lot swojej maszyny, tak że szybowała tuż nad dżunglą, a potem wylądował w gąszczu
splątanych gałęzi na wierzchołkach gigantycznych drzew Massassów. Przekonał się, że gęstwina nie
znajduje się na takiej wysokości, do jakiej przywykł. Powietrze było trochę rozrzedzone, a zapachy,
napływające z podmuchami wiatru znad dżungli, nie były nieprzyjemne, chociaż różniły się od tych,
które znał z rodzimego Kashyyyku. Mimo to Lowbacca czuł się w tej chwili bardziej odprężony niż
kiedykolwiek od chwili lądowania na Yavinie Cztery.

Jacen  powiedział  kiedyś,  że  najlepszy  widok  na  pomarańczową  tarczę  gazowego  giganta

zapewniają  wierzchołki  drzew  Massassów.  Lowbacca  stwierdził,  że  jego  młody  przyjaciel
zdecydowanie  się  nie  mylił.  Rozejrzał  się  we  wszystkie  strony.  Skierował  spojrzenie  na  niebo,
korony  drzew  i  rozsypujące  się  ruiny  mniejszych  świątyń,  widoczne  przez  szczeliny  w  baldachimie
liści.  Przyjrzał  się  łożyskom  rzek,  leniwie  toczących  swoje  wody,  a  także  dziwnej  roślinności  i
zwierzętom na ich brzegach. Westchnął z ulgą. Może będzie mógł znaleźć na tym księżycu zaciszne
miejsce,  w  którym,  nie  przerywając  nauki  w  akademii  Jedi,  mógłby  w  samotności  rozmyślać  o
rodzinie i domu.

Zbliżało  się  późne  popołudnie  i  słońce  chyliło  się  ku  zachodowi.  W  pewnej  chwili  Lowbacca

zauważył jakiś błysk, kiedy promienie przedarły się przez szczelinę w gąszczu liści. Młody Wookie
był ciekaw, co spowodowało tak dziwne odbicie światła. Jeżeli sądzić po barwie, nie mogła to być
roślina ani kamień zrujnowanej świątyni. Promienie słońca odbijały się od zaplątanego w gałęziach
drzewa  kanciastego  przedmiotu  o  regularnych  kształtach.  Lowie  pochylił  się  na  fotelu,  jakby  to
pomogło mu lepiej widzieć dziwny przedmiot. Żałował, że nie zabrał makrolornetki.

Ciekawość  i  zdumienie  nakazywały  mu  wystartować  i  polecieć  dalej,  żeby  zbadać  znalezisko.

Przeważyła  jednak  przezorność.  Zaczynało  się  ściemniać. A  poza  tym,  gdyby  obiekt  był  naprawdę
godny uwagi, czy ktoś inny nie zauważyłby go wcześniej? Może nie. Młody Wookie nie sądził, żeby
można go było dostrzec z ziemi, a zapewne nikt spośród uczniów nie zapuszczał się na wierzchołki
drzew tak daleko od wielkiej świątyni. Mógł być zatem całkowicie pewien, że poza nim nikt nic nie
wie o znalezisku.

Czując, że jego serce bije przyspieszonym rytmem, Lowbacca postarał się zapamiętać miejsce, w

którym  widział  ów  błyszczący  przedmiot.  Przy  najbliższej  okazji  zamierzał  powrócić.  Musiał
przecież przekonać się, co znalazł.

 

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ 7

 
 
- Jestem bardzo ciekaw, dlaczego Lowie nie zdążył na podwieczorek - odezwał się Jacen.
Jaina i Tenel Ka siedziały po obu stronach chłopca w wielkiej komnacie audiencyjnej, do której

Luke  Skywalker  zaprosił  uczniów,  by  wygłosić  specjalne  oświadczenie.  Ukośne  promienie
zachodzącego  słońca  świeciły  jak  roztopiony  metal,  przenikając  przez  wąskie  szczeliny  świetlików
nad głowami uczniów, ale jasne, białe światło jarzeniowych paneli rozpraszało mroki kryjące się po
kątach ogromnej sali.

-  Może  tak  dobrze  się  bawi,  pilotując  swojego  T-23  -  szepnęła  Jaina.  -  Gdybym  była  na  jego

miejscu, też chyba nie wróciłabym na podwieczorek.

- Możliwe, że nie był głodny - odezwała się półgłosem Tenel Ka, jakby całkiem poważnie brała

taką możliwość pod uwagę.

Jacen popatrzył na nią, ale w jego oczach było widać niedowierzanie.
- Hej, widziałaś  kiedyś  Wookiego,  który  nie  byłby  głodny?  -  zapytał.  -  Ha! A  mówisz,  że  to  ja

opowiadam ciężkie dowcipy.

- To była tylko jedna z możliwości - odparła dziewczyna z Dathomiry, wzruszając ramionami.
- No, dobrze - zgodził się Jacen. - Teraz nie żartuję. A jeżeli z jego gwiezdnym skoczkiem stało

się coś złego i Lowie roztrzaskał się gdzieś w dżungli?

-  Wykluczone  -  oświadczyła  Jaina.  Chociaż  powiedziała  to  szeptem,  w  jej  głosie  brzmiała

pewność. - Sama sprawdzałam wszystkie urządzenia maszyny.

Brwi na czole Tenel Ka nieznacznie się uniosły.
-  A. Aha  -  powiedziała.  -  Więc  uważasz,  że  ponieważ  to  ty  je  sprawdzałaś,  żaden  system  nie

mógł ulec awarii?

Kiwnęła  głową,  a  Jacen  mógłby  przysiąc,  że  w  kącikach  jej  ust  dostrzegł  coś,  co  było  bardzo

podobne do uśmiechu.

-  W  tej  chwili  to  i  tak  nieważne  -  oznajmił  z  ulgą  Jacen.  -  Oto  Lowie.  Zaczął  wymachiwać

rękami, chcąc zwrócić na siebie uwagę młodego Wookiego.

- Widzicie? - zapytała z triumfującą miną Jaina. - Mówiłam, że nie mogło przydarzyć mu się nic

złego.

Jacen udał, że nie usłyszał jej uwagi.
- Zjawiłeś się w samą porę - powiedział, kiedy Wookie usiadł obok nich na  kamiennej ławie. -

Lada chwila powinien pojawić się mistrz Skywalker.

Nikt właściwie nie wiedział, dlaczego mistrz Jedi zwołał to wieczorne zebranie, ale większość

miała przeczucie, że chodzi o coś ważnego. Zjawili się dosłownie wszyscy, którzy pracowali, uczyli

background image

się  i  ćwiczyli  w  akademii  Luke’a,  tak  że  wielka  komnata  wypełniła  się  gwarem  rozmów,
prowadzonych szeptem lub półgłosem.

-  Gdzie  byłeś,  Lowie?  -  zapytał  cicho  Jacen.  Lowbacca  odpowiedział  równie  stłumionym

warczeniem,  o  wiele  cichszym,  niż  Jacen  kiedykolwiek  słyszał  z  ust  Wookiego.  Kiedy  warczenie
ucichło, bez żadnego ostrzeżenia rozległ się donośny, choć piskliwy głosik Em Teedee:

- Pan Lowbacca chciałby oznajmić wszem i wobec, że jego wyprawa zakończyła się całkowitym

powodzeniem, a także...

Android-tłumacz  przerwał  jednak  w  pół  zdania,  kiedy  Lowbacca  zasłonił  owłosioną,

rudobrązową dłonią dolną część obudowy, gdzie znajdował się głośnik urządzenia.

- Ćśś! - syknęła Jaina.
-  Czy  nie  można  go  wyłączyć?  -  szepnął  Jacen.  Ze  wszystkich  stron  ogromnej  audiencyjnej

komnaty skierowały się w ich stronę ciekawskie oczy. Lowbacca skulił się na ławie, a zmartwiony
wyraz  jego  twarzy  nie  wymagał  tłumaczenia.  Pochylił  głowę  i  zgiął  się,  żeby  znacząco  spojrzeć  na
przypiętego do plecionego pasa androida. Wydał całą serię cichych, ale groźnych pomruków.

-  Och!  Och,  wielkie  nieba!  -  odezwał  się  entuzjastycznie,  chociaż  o  wiele  ciszej  Em  Teedee.  -

Naprawdę  błagam  o  wybaczenie.  Nie  całkiem  zrozumiałem,  że  nie  zamierzał  pan  podzielić  się
wieścią o swoim odkryciu ze wszystkimi obecnymi w tej dużej sali.

- Odkryciu? - zapytał zaciekawiony Jacen. - Co takiego... W tej samej chwili pojawił się mistrz

Skywalker.  W  wielkiej  sali  zapadła  głucha  cisza,  ostatecznie  grzebiąc  nadzieję  Jacena,  że  zdoła
zaspokoić  ciekawość,  zanim  jego  wuj  rozpocznie  przemówienie.  Tymczasem  Luke  wstąpił  na
przestronne podwyższenie. Towarzyszyła mu szczupła kobieta o długich srebrzystosiwych włosach i
ogromnych opalizujących oczach.

-  Dziękuję  wam,  że  przyszliście,  mimo  iż  od  chwili,  kiedy  was  wezwałem,  upłynęło  tak  mało

czasu - zaczął Luke. - Dzisiaj rano otrzymałem wiadomość dotyczącą pewnej sprawy, nie cierpiącej
zwłoki, i muszę was opuścić.

Podobnie  jak  w  przypadku  kamyka,  wrzuconego  w  toń  stawu,  w  wielkiej  sali  zaczęły  się

rozchodzić  szmery  zdumionych  głosów.  Jacen  był  bardzo  ciekaw,  czy  niespodziewany  odlot  wuja
może mieć coś wspólnego z wiadomościami przekazanymi wcześniej przez jego ojca.

Błękitne  oczy,  spoglądające  na  uczniów  zebranych  w  ogromnej  sali  -  łagodne  oczy,  które

wydawały  się  mądrzejsze  niż  wskazywałby  wiek  Luke’a  -  nie  ujawniały,  co  może  być  powodem
nieoczekiwanej decyzji mistrza Jedi.

- Nie potrafię powiedzieć, jak długo mnie nie będzie, a zatem poprosiłem jedną z moich dawnych

uczennic,  Tionnę,  żeby  prowadziła  lekcje  podczas  mojej  nieobecności.  -  Gestem  wskazał  stojącą
obok niego szczupłą perłowooką kobietę. - Tionna ma wiedzę równą mojej, dysponuje też bogatymi
wiadomościami w zakresie nauk i historii rycerzy Jedi. Wkrótce sami się przekonacie, że warto jej
posłuchać.

Oświadczenie Luke’a zaintrygowało Jacena. Przypomniał sobie, że ktoś kiedyś powiedział mu, iż

kobieta  nie  dysponuje  szczególnie  dużymi  umiejętnościami  Jedi.  Zwrócił  jednak  uwagę  na  ciepłe
uśmiechy, jakie wymienili Tionna i Luke. Pomyślał, że zapewne oboje doskonale się rozumieją i że
mistrz Skywalker darzy byłą uczennicę nieograniczonym zaufaniem.

Luke  zszedł  z  podwyższenia  i  opuścił  komnatę,  pozostawiając  uczniów  sam  na  sam  z  Tionna.

Srebrzystowłosa  kobieta  wyciągnęła  zza  pleców  dziwaczny  instrument  strunowy.  Składał  się  z
dwóch rezonansowych pudeł, połączonych cienkim, smukłym gryfem. Końce kilku strun, ciągnących

background image

się w poprzek instrumentu, sterczały po obu stronach niczym dwa wachlarze.

Tionna usiadła na niskim stołku i zaczęła delikatnie trącać struny.
- Opowiem wam historię o mistrzu Jedi, który żył bardzo dawno temu, przed wiekami - zaczęła. -

Posłuchajcie ballady o mistrzu Vodo-Siosku Baasie.

Kiedy  zaczęła  śpiewać,  Jacen  pomyślał,  że  jego  wuj  miał  całkowitą  rację.  Tionny  naprawdę

warto  było  posłuchać.  Jej  melodyjny  głos  brzmiał  dźwięcznie  i  czysto.  Soczyste  akordy  bez  trudu
docierały  do  najdalszych  zakątków  wielkiej  sali,  przenosząc  słuchaczy  w  epokę,  której  nie  znali.
Muzyka omywała ich, a słowa ballady opowiadały o odwadze, poświeceniu, triumfie i udręce.

Tionna śpiewała  o  okropnych  wydarzeniach,  jakie  miały  miejsce  przed  czterema  tysiącleciami.

Opowiadała  o  tym,  jak  dawna  obca  istota,  będąca  mistrzem  Jedi,  została  zabita  przez  jednego  ze
swoich  uczniów,  Exara  Kuna,  który  przeszedł  na  służbę  ciemnej  strony  Mocy.  Mistrz  Vodo  błagał
innych mistrzów Jedi, żeby nie walczyli z Exarem Kunem. Próbował sam zawrócić go ze złej drogi,
ale jego starania doprowadziły do tragedii.

W ciszy, jaka zapadła po ostatnich akordach ballady, Jacen uzmysłowił sobie, że kobiety warto

było posłuchać dla czegoś więcej niż tylko głosu.

Tionna wstała, a z piersi zebranych uczniów wydarło się zbiorowe westchnienie. Jacen nawet nie

uzmysławiał sobie, że wstrzymywał oddech.

-  Przypuszczam, że  moja  pierwsza  lekcja  nie  sprawiła  wam  zawodu  -  odezwała  się  Tionna,

porozumiewawczo mrużąc jedno oko. - Jutro po śniadaniu zapraszam wszystkich na następną.

Tymi słowy wieczorne spotkanie zostało zakończone. Niektórzy uczniowie jednak nie wstawali.

Siedzieli  jak  sparaliżowani,  jakby  wciąż  jeszcze  chłonęli  ostatnie  dźwięki  muzyki,  błąkające  się  w
wielkiej komnacie. Inni opuszczali pomieszczenie samotnie lub w kilkuosobowych grupach, podczas
gdy jeszcze inni zostali, żeby zapytać Tionnę o to czy owo.

Jacen,  Jaina,  Tenel  Ka  i  Lowbacca  mogli  nareszcie  swobodnie  porozmawiać.  Przystanęli  w

jakimś  kącie  i  dyskutowali  na  temat  odkrycia  Lowbaccy.  Em  Teedee,  zniżywszy  głos  niemal  do
szeptu, tłumaczył każde słowo Lowiego.

Młodzi  Jedi  po  kolei  wysnuwali  najprzeróżniejsze  przypuszczenia,  czym  może  być  tajemniczy

przedmiot, który widział Lowbacca na gałęziach drzew w dżungli. Potrafili jednak zgodzić się tylko
co do jednego: że przy najbliższej okazji wszyscy polecą, by zobaczyć go na własne oczy.

Poranna  ballada  Tionny  otoczyła  słuchaczy  delikatną  muzyczną  mgiełką,  pełną  tajemniczych

historii o naukach starożytnych Jedi. Jacen siedział w drugim rzędzie, zamknąwszy bursztynowe oczy.
Skupiał  się  na  słowach  ballady,  usiłując  chłonąć  wszystko,  czego  mogła  go  nauczyć  muzyka.  Może
dobrze, że nie otwierał oczu, gdyż mogłyby zostać porażone widokiem krzykliwego wielobarwnego
stroju, w jaki odziany był siedzący w pierwszym rzędzie Raynar.

Kiedy umilkło echo ostatnich dźwięków, Jacen otworzył oczy i popatrzył na siostrę, spoglądającą

na niego w niemym rozbawieniu. Ani Lowbacca, ani siedząca obok niego Tenel Ka żadnym gestem
ani  stawem  nie  zdradzili,  że  zauważyli  zafascynowanie  chłopca  muzyką.  Po  chwili  ciszy  odezwała
się  Tionna,  zmuszając  Jacena,  by  ponownie  zwrócił  uwagę  na  srebrzystowłosą  Jedi,  stojącą  przed
uczniami na podwyższeniu.

- Największa władza rycerzy Jedi wynika nie z siły fizycznej czy dużego wzrostu - powiedziała. -

Wynika ze zrozumienia istoty Mocy; z zaufania, jakie się w niej  pokłada.  W  ramach  szkolenia  Jedi
nauczycie się, jak ćwiczyć, żeby wzbudzać i powiększać to zaufanie. Bez tych ćwiczeń możecie nie
odnieść sukcesu w chwili, w której będzie wam na tym zależało. To, co mówię, dotyczy także wielu

background image

innych życiowych umiejętności. Pozwólcie, że opowiem wam pewną historię.

Pewnego razu w chacie nad brzegiem jeziora mieszkała mała dziewczynka. Obserwowała innych,

jak pływają, i myślała, że w ten sposób i ona nauczyła się tej sztuki. Któregoś dnia, kiedy jej rodzice
byli  zajęci,  dziewczynka  wskoczyła  do  głębokiej  wody.  Chociaż  jednak  poruszała  rękami  i  nogami
dokładnie  w  taki  sam  sposób,  jak  widziała,  że  robią  to  inni,  nie  potrafiła  utrzymać  głowy  nad
powierzchnią.

Na  szczęście  do  jeziora  wskoczyła  pewna  rybaczka  i  uratowała  tonącą  dziewczynkę  od

niechybnej  śmierci.  Kobieta  doskonale  pływała  i  nie  musiała  myśleć  o  tym,  jak  poruszać  rękami  i
nogami.  Mała  dziewczynka,  która  sądziła,  że  nauczy  się  pływać,  jedynie  obserwując  innych,  nie
miała  dostatecznej  wprawy,  by  utrzymać  się  na  wodzie.  Kiedy  obie  znalazły  się  bezpiecznie  na
brzegu, rybaczka ujęła dziewczynkę za rękę i powiedziała:

-  Chodź  teraz  na  płyciznę,  moje  dziecko,  a  ja  nauczę  cię  pływać.  Tionna  zamilkła,  jakby

pogrążona we własnych myślach, i tylko wodziła po sali spojrzeniem błyszczących perłowych oczu.

- Podobnie jest z Mocą - ciągnęła po chwili. - Jeżeli nie będziecie ćwiczyli wszystkiego,  czego

się  nauczycie,  i  jeżeli  od  czasu  do  czasu  nie  sprawdzicie  swoich  umiejętności,  nigdy  się  nie
dowiecie, czy w potrzebie możecie bez reszty zaufać Mocy.

Właśnie z tego powodu akademia Jedi jest również wzywana prakseum. Jest miejscem, w którym

nie  tylko  się  uczymy,  ale  wykorzystujemy  tę  naukę  w  praktyce.  Z  Mocą  jest  podobnie  jak  z
pływaniem.  Im  więcej  będziemy  ćwiczyli,  tym  większe  zaufanie  możemy  w  niej  pokładać.  Po
pewnym czasie nasze umiejętności stają się czymś w rodzaju drugiej natury.

Chciałabym,  żeby  początkujący  i  średnio  zaawansowani  uczniowie  przez  kilka  kolejnych  dni

ćwiczyli jedną z najbardziej podstawowych umiejętności: posługiwanie się Mocą w celu unoszenia
różnych przedmiotów. Zacznijcie dzisiejsze ćwiczenia od unoszenia czegoś małego, na przykład nie
większego niż listek.

Raynar przerwał jej, zadając obcesowe pytanie:
-  Jak  możesz  oczekiwać,  że  rozwiniemy  swoje  umiejętności,  jeżeli  zalecasz  nam  wykonywanie

ćwiczeń, godnych co najwyżej małego dziecka?

Tionna uśmiechnęła się do Raynara, ale w jej uśmiechu nie kryło się rozbawienie.
-  To  dobre  pytanie  -  oświadczyła.  -  Pozwól,  że  wyjaśnię  ci  to  na  przykładne.  Gdybyś  pragnął

rozwinąć mięśnie rąk, mógłbyś dźwigać albo wiele kamieni naraz, albo podnosić jeden kamień wiele
razy. Tak samo ma się sprawa z umiejętnościami Jedi.  Dzisiaj zatem wykonujcie to ćwiczenie, które
wam zaleciłam. Przyznaję, że nie jest to jedyny sposób rozwijania waszych umiejętności, ale jest to
jakiś  sposób,  może  równie  dobry  jak  pozostałe.  Zawsze  jednak  istnieją  inne  do  wyboru.  Obiecuję
wam, że już niedługo nauczycie się czegoś więcej niż tylko unoszenia liści.

Tionna  oznajmiła  uczniom,  że  mogą  zająć  się  ćwiczeniami.  Kiedy  wszyscy  wyszli  z  wielkiej

komnaty  audiencyjnej  i  zaczęli  schodzić  po  kamiennych  wyślizganych  schodach,  Jaina  nakazała
przyjaciołom, by stanęli, i zapytała z figlarnymi błyskami w oczach:

-  Czy  myślicie  o  tym  samym  co  ja?  Jacen,  choć  nie  miał  pojęcia,  o  czym  może  myśleć  jego

siostra, wyczuwał jej podniecenie i chęć zobaczenia tajemniczego skarbu Lowiego. Jaina wzruszyła
ramionami.

- Gdzie możemy znaleźć lepsze miejsce do ćwiczenia umiejętności unoszenia liści,  jeżeli  nie  w

dżungli? - zapytała.

 

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ 8

 
 
Jesteś  pewna,  że  będę  tam  bezpieczny?  -  zapytał  Jacen,  wciskając  się  do  luku  towarowego  za

fotelem pasażera w kabinie gwiezdnego skoczka typu T-23.

-  Oczywiście  -  odparła  jego  siostra,  sadowiąc  się  na  fotelu.  - A  poza  tym  ty  i  tak  uwielbiasz

wciskać się we wszystkie kąt.

-  Tylko  po  to, żeby  łapać  robaki  -  zaprotestował  Jacen.  -  Spójrz,  tutaj  nie  ma  nawet  żadnej

wykładziny.

Luk towarowy był o wiele za mały, żeby mogła zmieścić się w nim Tenel Ka, znacznie wyższa i

bardziej atletycznie zbudowana niż którekolwiek z bliźniąt. Jacen musiał więc pogodzić się z myślą,
że poleci z tyłu, gdyż w przeciwnym razie groziło mu, że zostanie Na szczęście jego siostra obiecała,
że  w  drodze  powrotnej  zamienią  się  miejscami.  Słysząc,  że  silniki  śmigacza  typu  T-23  z  głośnym
rykiem obudziły się do życia, chłopiec pokręcił się i usiadł.

Usiłując  przekrzyczeć  szum  rozgrzewających  się  repulsorów,  Lowbacca  warknął  coś,  co

zabrzmiało jak rozkaz. Em Teedee pospieszył z tłumaczeniem.

Pan  Lowbacca życzy  sobie,  żęby  wszyscy  się  upewnili,  czy  ich  pasy  bezpieczeństwa  są  dobrze

zapięte.  Ponad  wszystko  zależy  mu  na  tym,  by  nikomu  nie  stało  się  nic  złego  Za  chwilę  startujemy.
Lowbacca warknął coś po raz drugi, a android uznał za słuszne dokonać poprawki w tłumaczeniu.

- Prawdę mówiąc, pan Lowbacca powiedział coś, co można było przetłumaczyć jako: Trzymajcie

się! Startujemy!

-  Och,  blasterowe  błyskawice!  Nie  ma  tutaj  nawet  pasów  bezpieczeństwa!  -  westchnął  Jacen

widząc, jak Jaina i Tenel Ka, siedzące z przodu, przypinają się do foteli.

Zmodernizowana maszyna typu T-23 z lekkim szarpnięciem oderwała się od ziemi. Kiedy nabrała

wysokości  i  przyspieszyła,  rozległ  się  świst  powietrza,  przeciskającego  się  przez  szczeliny  między
szybami  iluminatorów  i  kadłubem.  Jacen  czuł  uniesienie  na  myśl  o  tym,  że  leci,  tym  bardziej  że  za
plecami słyszał trzeszczenie jonowych dopalaczy. Mimo iż było mu niewygodnie, cieszył się, że jest
razem z przyjaciółmi.

Spojrzał  przez  podrapaną  szybę  iluminatora  i  przekonał  się,  że  Lowbacca  leci  tuż  nad

wierzchołkami najwyższych drzew. Oddalali się od akademii Jedi w kierunku tych rejonów dżungli,
w  których  nikt  nigdy  jeszcze  nie  przebywał.  Już  wkrótce  za  porysowaną  szybą  było  widać  jedynie
ciągnące się jak okiem sięgnąć drzewa, barwy równie soczystej zieleni jak intensywny błękit nieba
nad głowami.

Chociaż  Jacena  bardzo  cieszył  widok  bujnej  roślinności  w  dole,  chłopiec  poczuł,  że  zaczynają

drętwieć mu nogi. Wkrótce jednak T-23 zanurkował i łagodnie osiadł na niewielkiej polanie. Mimo

background image

to  Jacen  miał  wrażenie,  że  na  skutek  spowodowanego  pracą  silnika  drżenia  kadłuba,  omal  nie
powypadały mu zęby.

Jaina i Tenel Ka, siedzące w przedniej części kabiny, odpięły sprzączki pasów bezpieczeństwa i

zgrabnie wyskoczyły ze śmigacza. Jacen z trudem wygrzebał się z luku, rozprostował zdrętwiałe nogi
i niepewnie stanął na splątanych pędach poszycia dżungli. Obiema rękami zaczął masować mięśnie
nóg, by pobudzić krew do krążenia.

- Myślę, że w tej chwili nie potrafiłbym unieść nic większego niż listek - powiedział.
Lowie szybko dotarł do skraju polany i niecierpliwym gestem zachęcił innych, by szli za nim.
-  Pan  Lowbacca  mówi,  że  drzewo  z  zawieszonym  dziwnym  przedmiotem  znajduje  się  w  tamtej

stronie - odezwał się Em Teedee. - Kilka jego gałęzi jest złamanych, więc rozpoznał je z powietrza
bez trudu. Jaina popatrzyła w kierunku, w którym pokazywał Lowbacca.

-  No,  to  na  co  czekamy?  -  zapytała.  Tenel  Ka  stanęła  u  boku  młodego  Wookiego,  jakby

przygotowywała  się  do  wyrąbania  szlaku  w  zaroślach.  Jacen  posłał  długie,  tęskne  spojrzenie  w
kierunku  wszystkich  dziwnych  roślin,  które  widział  w  pobliskim  gąszczu,  ale  podążył  za  innymi  i
wkrótce zagłębił się w mroczną zieleń dżungli.

Lowbacca  wyciągnął  rękę  w  stronę  gałęzi  gigantycznego  drzewa  Massassów,  widocznego  w

oddali.  Jego  pień  sprawiał  wrażenie  niewiele  mniejszego  niż  zajmujące  niemal  całą  powierzchnię
planety  wysokościowce  na  Coruscant.  Jacen  nie  mógłby  dosięgnąć  nawet  najniższych  gałęzi
ogromnego drzewa. Tymczasem Lowbacca chciał, żeby wszyscy się na nie wspięli!

- Och - odezwała się Jaina, nieco zbita z pantałyku. - Nie zaszłabym daleko, gdybym miała się na

nie wspinać.

Korzystając  z  pomocy  androida  -  tłumacza,  Lowbacca  zapewnił  ich,  że  taka  wspinaczka  nie

stanowi  żadnego  problemu  dla  Wookiego.  Zaproponował,  że  wejdzie  sam  i  obejrzy  dziwny
przedmiot,  po  czym  zejdzie  do  pozostałych  i  złoży  sprawozdanie,  tak  by  wszyscy  mogli
zadecydować, co dalej.

-  My  tymczasem  poszukamy  na  ziemi  -  uzupełnił  jego  propozycję  Jacen.  -  Może  uda  się  nam

znaleźć inne części tego... cokolwiek to jest.

Miał nadzieję, że może znajdzie jakieś ciekawe zwierzęta, rośliny albo owady. Jaina i Tenel Ka

zgodziły  się  bez  wahania.  Lowbacca  przesunął  włochatą  dłonią  po  ciemnym  paśmie,  zaczynającym
się  nad  jego  lewym  okiem.  Zaczął  wspinać  się  po  pniu  drzewa.  Po  chwili  dotarł  do  najniższych
gałęzi, podciągnął się i wkrótce zniknął w gąszczu lisa.

Jacen poczuł, że w jego żołądku burczy z głodu. Liczył na to, że Lowbacca się pospieszy. Troje

młodych  Jedi  zaczęło  spacerować  wokół  unieruchomionego  śmigacza,  przeszukując  gąszcz  zarośli.
Bliźnięta i Tenel Ka zataczali coraz większe kręg wypatrując, czy nie znajdą czegoś ciekawego. Po
kolei wykonywali zadane ćwiczenie, polegające na unoszeniu liści. Posługując się Mocą, wyciągali
je  spod  krzaków  i  unosili.  To  samo  robili  z  suchymi  kawałkami  kory  z  drzew  i  patykami
spoczywającymi na wilgotnej, porośniętej mchem ziemi.

Lowbacca  wrócił  bardzo  szybko,  przeciskając  ciało  z  trzaskiem  łamanych  gałązek  i  szelestem

liści. Zeskoczył na ziemię obok nich i wydał gardłowy głośny ryk, charakterystyczny dla Wookiech.

Jaina podbiegła do niego, z trudem ukrywając ciekawość i podniecenie.
- Znalazłeś to, Lowie? Lowbacca zaczął energicznie kiwać głową.
- Co to jest? - niecierpliwiła się Jaina. - Możesz nam to opisać?
- Pan Lowbacca uważa, że jest to coś w rodzaju panelu z ogniwami słonecznymi  - przetłumaczył

background image

Em  Teedee,  kiedy  Wookie  skończył  mówić.  Później  mały  android  zaczął   szczegółowo  opisywać
dziwny przedmiot.

Jaina poczuła, że na jej całym ciele tworzy się świerzbiąca gęsia skórka.
- Hmmm - powiedziała. - Jeżeli się nie mylę, w okolicy powinny znajdować się inne części tego,

co zobaczył Lowie. Szukajmy dalej.

Tenel  Ka  sięgnęła  do  małej  torby  z  żywnością,  którą  zabrała  ze  sobą,  i  wyjęła  paczkę

proteinowo-węglowodanowych herbatników.

-  Proszę  -  powiedziała.  -  Posiłek  podczas  poszukiwań.  Wygłodniały  Jacen  rzucił  się  na

herbatniki.

- Czego właściwie szukamy, Jaino? - zapytał, nie przestając rozgryzać chrupiącego ciasteczka.
Zardzewiałych  kawałków  metalu,  urządzeń,  może  jeszcze  jednego  panelu  z  ogniwami

słonecznymi... - Jaina przysłoniła oczy i skierowała spojrzenie w głąb dżungli, otaczającej polanę ze
spoczywającym na niej gwiezdnym skoczkiem. - Dopóki czegoś nie znajdziemy, będziemy zataczali
coraz większe kręgi. To, czego szukamy, nie powinno być bardzo daleko.

Jacen wyciągnął z kabiny śmigacza typu T-23 płaską manierkę z wodą, upił łyk, po czym wręczył

ją  siostrze.  Jaina  przełknęła  kilka  małych  łyków,  a  potem  przekazała  manierkę  Lowbacce.  Później
puściła  się  truchtem  w  stronę  pnia  ogromnego  drzewa.  Nie  obejrzała  się,  żeby  sprawdzić,  czy  inni
podążają za nią, i ogarnięta wyrzutami sumienia, przygryzła wargę.

W  chwilach  takich  jak  ta  Jaina  zawsze  przejmowała  dowodzenie,  jak  jej  matka.  Cóż  jednak

mogła  na  to  poradzić?  Jej  rodzice  uczyli  wszystkie  troje  dzieci,  żeby  najpierw  oceniały  sytuację,
rozważały wszystkie argumenty za i przeciw, a potem podejmowały decyzje.

- Rozdzielimy się - powiedziała.
- Doskonale! - podchwycił Jacen, który obchodził potężny pień drzewa, kierując się ku gąszczom

zarośli.

Jaina się  uśmiechnęła,  dobrze  wiedząc,  że  podniecenie  jej  brata  nie  wynika  z  chęci  znalezienia

innych części tajemniczego przedmiotu, a z okazji buszowania w dżungli i przyglądania się żyjącym
tam stworzeniom.

Już miała zagłębić się w gąszcz krzaków, kiedy powstrzymało ją pytające warknięcie Lowbaccy.

Em Teedee przetłumaczył:

-  Pan  Lowbacca  jest  zdania,  a  ja  chyba  muszę  oświadczyć,  że  się  z  nim  zgadzam,  iż  gęstwiny

krzaków w dżungli nie są bezpiecznym miejscem, żeby się rozdzielać. Nawet wówczas, jeżeli chodzi
o przyspieszenie tempa poszukiwań.

Chociaż Jaina niecierpliwiła się, chcąc zacząć poszukiwania jak najszybciej, przystanęła, by się

zastanowić. Tenel Ka, która pochwyciła jej spojrzenie, oparła dłonie na biodrach i kiwnęła głową.

- To jest fakt - powiedziała. Jaina  ponownie  przygryzła  dolną  wargę.  Przez  chwilę  myślała,  po

czym postanowiła zmienić decyzję.

- No, dobrze - oznajmiła. - Rozdzielimy się, ale tylko trochę; na tyle, żeby nie tracić się z oczu.

Czy to wam odpowiada?

Pomruki,  jakie  wydali  inni  na  znak  zgody,  zostały  zagłuszone  przez  głośne  skrzeczenie,  kiedy

stado  ptaków  przypominających  gady  poderwało  się  do  lotu  z  krzaków  niedaleko  miejsca,  gdzie
szperał Jacen. Po chwili chłopiec wyczołgał się na czworakach z gąszczu zarośli. Sprawiał wrażenie
zdumionego, ale nie rozczarowanego.

-  Nie  odkryłem  niczego  istotnego  -  oświadczył  -  ale  jednak  coś  znalazłem.  Wyciągnął  rękę.

background image

Trzymał  na  dłoni  upierzone  tłuściutkie  stworzenie,  które  siedziało  pośrodku  niewielkiego  gniazda,
sporządzonego z błyszczących włókien, i trzęsło się ze strachu.

Jeszcze jedno zwierzątko. Jaina westchnęła z rezygnacją. Mogła się tego spodziewać.
-  A. Aha!  -  odezwała  się  Tenel  Ka.  Lowbacca  pochylił  się  i  przesunął  owłosionym  palcem  po

grzbiecie przerażonego stworzenia.

-  Popatrz,  Jaino  -  ciągnął  tymczasem  Jacen,  obróciwszy  puchate  gniazdo  na  dłoni.  Wskazał  na

zaśniedziałe metalowe kółko, całkiem mocno trzymające się włókien gniazda.

- Co to jest? Jakaś... sprzączka? - zapytała Jaina, która w końcu zrozumiała, o co chodzi jej bratu.
Jacen kiwnął głową.
-  Podobna  do  tej,  za  pomocą  której  mocuje  się  siatkę  bezpieczeństwa,  używaną  podczas

awaryjnego lądowania.

- Dobra robota - oznajmiła Tenel Ka, z całą powagą chwaląc chłopca.
- No, to na co jeszcze czekamy? - zapytała Jaina. - Szukajmy dalej.
Przez  kilka  następnych  godzin  nie  znaleźli  jednak  niczego.  Zbliżało  się  popołudnie  i  Jainę

zaczynało  ogarniać  zniechęcenie.  Jedynie  Jacen  był  podniecony  widokiem  każdego  nowego
pełzającego stworzenia czy robaka, jakie znajdywali.

- Bardzo proszę, żeby starał się pan chociaż trochę bardziej uważać - usłyszała Jaina nagle głosik

Em  Teedee.  -  To  już  dzisiaj  trzecie  wgniecenie  mojej  obudowy,  a  nie   liczę  zadrapań  od  gałęzi,
między którymi się pan przeciskał. A więc gdyby zechciał pan zwracać większą uwagę...

Nagle Lowbacca, stojący za dużą kępą krzaków, porośniętych pnączami dzikiej winorośli, wydał

głośne zdumione szczeknięcie, zagłuszając dalsze narzekania androida - tłumacza.

-  Och!  Och,  wielkie  nieba!  Panienko  Jaino,  paniczu  Jacenie,  panienko  Tenel  Ka!  - Głosik  Em

Teedee brzmiał tak donośnie, że wystraszył nie tylko Jainę, ale i kilka latających stworzeń. - Bardzo
proszę przyjść tutaj jak najszybciej! Pan Lowbacca dokonał ważnego odkrycia!

Nie  potrzebując  dalszej  zachęty,  wszyscy  pospieszyli,  by  przekonać  się,  co  znalazł  młody

Wookie.  Jaina  czuła,  że  jej  serce  wali  jak  młotem.  Domyślała  się,  co  zobaczy,  i  to  napawało  ją
przerażeniem.

Pracowali  w  dużym  pośpiechu,  kalecząc  i  raniąc  dłonie  podczas  ściągania  pędów  roślin,

osłaniających stertę metalowych szczątków. Jaina aż wstrzymała oddech na widok tego, co w końcu
ukazało  się  ich  oczom.  Zobaczyła  owalną,  matową  osłonę  kabiny  pilota,  przeznaczonej  tylko  dla
jednej  osoby,  oraz  jeden  kanciasty  panel  z  ogniwami  słonecznymi,  przecięty  krzyżującymi  się
wspornikami. Drugiego nie było, ale Jaina wiedziała, że znajdzie ów panel na wierzchołku drzewa,
gdzie  wypatrzył  go  Lowbacca.  Mimo  to  kształty  gwiezdnego  statku  nie  pozostawiały  żadnych
wątpliwości.

Był to roztrzaskany imperialny myśliwiec typu TIE.
 

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ 9

 
 
- Ale skąd się wzięła taka maszyna tutaj, w dżungli na Yavinie Cztery? - napytała  zaniepokojona

Tenel  Ka,  zwężając  oczy  do  szparek,  ale  nie  przestając  pomagać  przyjaciołom  w  usuwaniu
szczątków  roślin  z  kadłuba  uszkodzonego  myśliwca.  -  Czy  to  imperialny  statek  szpiegowski  Jaina
pokręciła głową.

Wykluczone - oświadczyła z całą stanowczością. - Myśliwce typu TIE były maszynami krótkiego

zasięgu,  używanymi  dosyć  dawno  przez  Imperium.  Nie  miały  napędu  umożliwiającego  latanie  w
nadprzestrzeni, a zatem istnieje tylko kilka możliwość, żeby mogły się tu pojawić.

Jacen chrząknął.
- No cóż, wydaje mi się, że znam jedną z nich - oświadcz - To by jednak oznaczało, że ten statek

musi mieć... policzmy...

-  Ponad  dwadzieścia  lat  -  westchnęła  Jaina,  kończąc  zdanie,  zaczęte  przez  brata.  Lowbacca

wydał krótkie pytające warknięci. Tenel Ka w dalszym ciągu wyglądała na zakłopotaną.

Jaina pospieszyła z wyjaśnieniem.
-  Kiedy  Imperium  zbudowało  pierwszą  Gwiazdę  Śmierci,  były  to  na  owe  czasy  najbardziej

śmiercionośna  broń,  jaką  kiedykolwiek  wynaleziono.  Wyprodukowano  ją,  niszcząc  Alderaan
rodzinną planetę mojej matki. Później Gwiazda Śmierci przyleciała tu, w okolice czwartego księżyca
Yavina, żeby zniszczyć bazę Rebeliantów.

Nie  przestając  mówić,  Jaina  usunęła  ostatni  pęd  roślinności  z  kadłuba  myśliwca  typu  TIE,  po

czym  zajrzała  w  głąb  kabiny.  Nie  zauważyła  tam  niczyich  kości.  Wślizgnęła  się  do  brudnego,
cuchnącego pleśnią pomieszczenia.

-  Bardzo  wielu  rebelianckich  pilotów  zginęło  w  pojedynkach  z  myśliwcami  TIE,  chroniącymi

Gwiazdę Śmierci - odezwał się Jacen, podejmując opowiadanie w miejscu, w którym przerwała jego
siostra. - Z pewnością wiele takich maszyn musiało zostać zestrzelonych.

Jaina  zmarszczyła  nos,  chłonąc  woń  pleśni  i  spoglądając  na  zapieczone  dzwignie  sterownicze.

Przeciągnęła  palcami  po  panelach  nawigacyjnych  w  kabinie,  po  czym  zamknęła  oczy.  Zaczęła  się
zastanawiać nad tym, jak musiały wyglądać wszystkie urządzenia, kiedy było się pilotem myśliwca,
biorącego udział w bitwie o Yavin Cztery.

Wyobraziła sobie widok nieprzyjacielskiej maszyny, nurkującej ku jej myśliwcowi. Wrogi pilot

zaczął  posyłać  ku  jej  maszynie  smugi  laserowych  błyskawic.  Trafił  w  silnik,  wskutek  czego  jej
niewielki myśliwiec wymknął się spod kontroli, zaczął koziołkować...

Tok jej myśli został przerwany przez Jacena.
-  W  końcu  jednak,  podczas  ostatniego  ataku,  nasz  ojciec  zapewnił  osłonę  X  - skrzydłowcowi,

background image

pilotowanemu przez Luke’a Skywalkera. To właśnie nasz wujek odpalił torpedy, które spowodowały
eksplozję Gwiazdy Śmierci.

Tenel Ka poważnie kiwnęła głową, a przewiązane złocisto - rude włosy zadrżały na jej głowie

niczym wieniec.

- A dlaczego nosi nazwę myśliwca typu TIE? - zapytała. Jaina uniosła głowę i nie wychodząc z

kabiny pilota, powiedziała:

- Ponieważ jest napędzany dwoma identycznymi silnikami jonowymi. T-I-E, widzisz?
Pochyliwszy  głowę,  przeczołgała  się  do  pulpitu  kontrolnego  silników,  umieszczonego  w  tylnej

części  kabiny,  zwolniła  zaczepy  i  odchyliła  zaśniedziałą  metalową  płytę.  Z  kryjówki  we  wnętrzu
panelu  wyskoczył  jakiś  mały  gryzoń  i  przeraźliwie  piszcząc,  rzucił  się  do  ucieczki,  po  czym
wyskoczył z kabiny przez niewielki otwór w kadłubie.

Jaina  zaczęła  grzebać  w  silnikach,  pragnąc  sprawdzić  ich  stan  i  przekonać  się,  czy  zbutwiałe

przewody  i  węże  doprowadzające  paliwo  będą  nadawały  się  do  użytku.  Stwierdziła,  że  główne
rozruszniki  są  w  niezłym  stanie,  choć  zapewne  będzie  musiała  przeprowadzić  kilka  testów,  by
upewnić się, czy działają. W swojej komnacie w świątyni miała mnóstwo części zapasowych.

Wycofała się z przedziału silnikowego, niespiesznie wstała, po czym wychyliła głowę z kabiny.

Przesunęła po powierzchni kadłuba uszkodzonej maszyny palcami, na których miała kilka odcisków.

- Wiecie co, myślę, że moglibyśmy to zrobić - oświadczyła. Oczy wszystkich zwróciły się w jej

stronę, a na twarzach malowało się to samo nieme pytanie.

- Uważam,  że  moglibyśmy  naprawić  ten  myśliwiec  typu  TIE  -  powiedziała.  Jej  brat,  nie  kryjąc

zdumienia, przez chwilę spoglądał w milczeniu na siostrę.

Później uderzył się otwartą dłonią w czoło.
- Nie podoba mi się to wszystko - oznajmił.
Kiedy jęk silnika gwiezdnego skoczka ucichł w oddali, przerażone stworzenia żyjące w dżungli

zaczęły z wolna się uspokajać. Przemykały po ziemi w gąszczu krzaków, a drapieżniki rozglądały się
za  nowymi  ofiarami.  Latające  stworzenia  przelatywały  i  drzewa  na  drzewo,  głośno  skrzecząc.
Całkowicie zapomniały o intruzach, którzy zakłócili ich spokój.

Najniższe  gałęzie  krzewów,  rosnące  niemal  przy  samej  ziemi,  nagle  się  rozchyliły.  Ukazała  się

zniszczona, rozdarta czarna rękawica, która odsunęła na bok ciernisty konar.

Po  chwili  z  kryjówki  na  zdeptaną  murawę  niewielkiej  polany  wyszedł  pilot  uszkodzonego

myśliwca typu TIE.

- Poddanie się  oznacza  zdradę  -  mruknął  do  siebie,  jak  czynił  to  wiele  razy  przedtem.  W  ciągu

wielu  długich  lat,  spędzonych  samotnie  w  ostępach  dżungli,  porastającej  powierzchnię  Yavina
Cztery, słowa te stały się dla niego czymś w rodzaju litanii.

Wychudzone  ciało  mężczyzny  było  okryte  strzępami  ochronnego  kombinezonu,  podobnego  teraz

bardziej  do  łachmanów.  W  czasie  wielu  lat,  spędzonych  w  dżungli,  imperialny  pilot  cerował  go  i
łatał kawałkami skór różnych zwierząt. Lewa ręka pilota, złamana podczas katastrofy, zrosła się pod
dziwnym kątem i teraz sterczała wykrzywiona ku górze jak spróchniała gałąź. Mężczyzna wyszedł na
polanę i nie zwracając uwagi na trzask gałązki pod starymi butami, skierował się ku miejscu, gdzie
rozbiła  się  jego  maszyna.  Zamaskował  ją  przed  wielu  laty,  chcąc  ukryć  przed  wścibskimi  oczami
Rebeliantów. Teraz jednak, mimo tylu starań i upływu wielu lat, została odkryta.

- Poddanie się oznacza zdradę - powtórzył do siebie. Popatrzył na kadłub maszyny, chcąc ocenić,

ile szkód wyrządzili rebelianccy szpiedzy.

background image

 

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ 10

 
 
Z  każdym  kolejnym  dniem  Tionna  zwiększała  stopień  trudności  ćwiczeń,  które  nakazywała

wykonywać  młodym  uczniom  Jedi.  Czworo  przyjaciół  spędzało  coraz  więcej  czasu,  doskonaląc
umiejętność posługiwania się Mocą.

Jaina, Jacen, Lowie i Tenel Ka korzystali z każdej  okazji,  żeby  powracać  na  miejsce  katastrofy

imperialnego  myśliwca  typu  TIE.  Za  namową  Jainy  traktowali  problem  naprawy  uszkodzonej
maszyny  jak  ćwiczenie  grupowe...  chociaż  podczas  wypraw  w  odległe  rejony  dżungli  zawsze
pamiętali o wykonywaniu zadanych ćwiczeń.

Jaina,  chociaż  nie  miała  się  czym  chlubić,  musiała  przyznać,  że  jednym  z  motywów  jej

postępowania  był  fakt,  iż  zazdrościła  Lowbacce.  Ona  też  chciała  mieć  własną  maszynę,  którą
mogłaby  latać  nad  drzewami.  Pociągało  ją  także  wyzwanie,  jakie  przedstawiał  uszkodzony
myśliwiec.  Jego  wiek  i  skomplikowana  budowa  stanowiły  jedyną  w  swoim  rodzaju  możliwość
nauczenia się czegoś więcej z zakresu mechaniki. Jaina nie mogła przepuścić tej okazji.

A  jednak  najważniejszym  powodem  podjęcia  się  tego  zadania  i  prawdopodobnie  jedynym,  dla

którego  pracowali  razem,  nie  marudząc,  było  zacieśnianie  się  więzów  przyjaźni  między  całą
czwórką.  Przyjaciele  nauczyli  się  działać  jako  zespół,  wykorzystując  swoje  zalety  i  kompensując
wzajemne  słabości.  Nici  ich  przyjaźni  splatały  się  i  wiązały,  tworząc  wzór  równie  prosty  co
wytrzymały.  Więź  ta  obejmowała  także  Em  Teedee,  który  nauczył  się  wypowiadać  odpowiednie
uwagi we właściwym czasie. Mały android stopniowo zaczął nawet być traktowany jak pełnoprawny
członek grupy.

Przez  większość  czasu  Jaina  zajmowała  się  problemami  natury  mechanicznej,  podczas  gdy

Lowbacca  skupił  się  na  systemach  komputerowych.  Jacen  miał  mnóstwo  okazji  obserwowania  i
badania  okazów  miejscowej  fauny,  chociaż  oficjalnie „przetrząsał”  pobliskie  gąszcze  i  zarośla  w
poszukiwaniu  brakujących  albo  uszkodzonych  części.  Od  czasu  do  czasu  powracał  śmigaczem
młodego  Wookiego  do  wielkiej  świątyni,  by  zabierać  stamtąd  zapasowe  części,  potrzebne  jego
siostrze  lub  Lowbacce.  Tenel  Ka  pracowała  przeważnie  w  milczeniu,  robiąc  wszystko,  co  musiało
być zrobione. Okazywała się niezastąpiona zwłaszcza wówczas, kiedy trzeba było przyciągnąć nową
plastalową płytę w celu załatania jakiegoś większego otworu w kadłubie imperialnej maszyny.

- Hej, Tenel Ka! - zawołał nagle Jacen. Czy wiesz, co wydaje dźwięk: Ha, ha, ha... łup?
Dziewczyna  z  Dathomiry  zwróciła  na  niego  poważne  szare  oczy,  lśniące  jak  wypolerowane

kamienie.

- Nie wiem.
- Android, który usłyszał dobry dowcip i stracił głowę! - wyjaśnił Jacen, a potem zaczął zanosić

background image

się od śmiechu.

- A. Aha. - odparła Tenel Ka. Przez chwilę rozmyślała, po czym dodała bez śladu rozbawienia w

głosie. - Tak, to było bardzo śmieszne.

Pochyliła się, wracając do poprzedniej pracy.
Od czasu do czasu Lowbacca wspinał się na wierzchołek jakiegoś drzewa i oddawał medytacjom

czy tylko cieszył się samotnością. Młody Wookie lubił być sam, gdyż wówczas nie musiał odzywać
się do nikogo. Także Tenel Ka robiła sobie krótkie przerwy, w czasie których gimnastykowała się i
ćwiczyła mięśnie. Przedzierała się wówczas przez gąszcze dżungli albo wspinała na drzewa.

Jaina  jednak  nie  oddalała  się  od  uszkodzonej  maszyny.  Starała  się  jak  najlepiej  poznać  jej

wszystkie  zakamarki,  żeby  móc  wyobrazić  sobie,  do  czego  będzie  mogła  jej  używać.  Kiedy
zajmowała  się  naprawami,  nie  zwracała  uwagi,  czy  pozycja  ciała  uchybia  jej  godności  czy  też  jest
niewygodna.

W  pewnej  chwili,  nie  wstając  z  fotela  pilota,  wsunęła  głowę  pod  pulpit  konsolety  kontrolnej.

Pracowała  skulona,  leżąc  na  brzuchu  i  machając  nogami,  kiedy  poczuła,  jak  ktoś  żartobliwie
szturchnął ją w łydkę.

Wyczołgała  się  spod  pulpitu,  a  wówczas  Lowbacca  wręczył  jej  komputerowy  notatnik  z

zarejestrowanymi w pamięci schematami i wykazami podzespołów myśliwca typu TIE, przepisanymi
z  głównego  archiwum  ośrodka  komputerowego  w  wielkiej  świątyni.  Jaina  rzuciła  okiem  na
urządzenie i przyjrzała się liście komputerowych części, których potrzebował Lowbacca.

-  Jacen  powinien  znaleźć  je  bez  trudu  -  powiedziała.  -  Większość  zresztą  i  tak  mam  w  swojej

komnacie.

- Pan Lowbacca chciałby wiedzieć - odezwał się metaliczny głosik Em Teedee - jakim systemem

chciałabyś się zająć w następnej kolejności.

Jaina zmarszczyła czoło, usiłując zebrać myśli.
-  Postanowiliśmy,  że  nie  będziemy  potrzebowali  uzbrojenia  -  odparła.  - Przypuszczam,  że

laserowe  działka  funkcjonują  prawidłowo,  ale  nie  zamierzam  podłączać  ich  do  pokładowej  sieci
komputerowej.  Wydaje  mi  się,  że  następnym  krokiem  mogłoby  być  zajęcie  się  systemami
energetycznymi. Prawie wcale do ruch nie zaglądałam.

Jacen i Tenel Ka postanowili przyłączyć się do rozmowy.
-  Będziesz  potrzebowała  drugiego  panelu  z  ogniwami  słonecznymi  -  oznajmiła  dziewczyna  z

Dathomiry. - Tego, który spoczywa na gałęziach drzewa.

Jacen puścił do niej perskie oko i używając jej własnych słów, zapytał:
- Czy to fakt?
Tenel Ka się nie uśmiechnęła, ale kiwnęła głową, przyznając mu rację. Jacen skrzyżował ręce na

piersi. Sprawiał wrażenie zadowolonego z siebie.

- Czy ktoś jeszcze pamięta, jakie ćwiczenie zadała nam dzisiaj Tionna?
- Unoszenie przedmiotów przez dwóch lub większą liczbę uczniów, pomagających sobie przy tej

pracy - odparła bez wahania Tenel Ka.

Jaina klasnęła w dłonie i zatarła je, po czym wyskoczyła z ciasnej kabiny pilota.
- No, to na co jeszcze czekamy? - zapytała.
Zadanie  okazało  się  trudniejsze,  niż  początkowo  przypuszczali,  ale  w  końcu  udało  im  się  je

wykonać. Najpierw Lowie i Tenel Ka wspięli się na wierzchołek drzewa, by usunąć mchy i gałęzie
utrzymujące oderwany panel. Tenel Ka zabezpieczyła go cienką linką, wyciągniętą z kieszeni pasa, a

background image

Lowbacca  dodatkowo  przewiązał  go  mocnymi  pędami  dzikiej  winorośli,  pragnąc  uchronić  ciężką
płytę przed spadnięciem. Jaina i Jacen przyglądali się ich pracy z niższych gałęzi drzewa, wyciągając
szyje, żeby lepiej widzieć.

- Wszyscy gotowi? - zapytał Jacen. - W takim razie próbujemy się skupić. Odczekał chwilę, żeby

dać  przyjaciołom  szansę  przyjrzenia  się  panelowi  z  ogniwami  słonecznymi,  połyskującemu  w
padającym  z  góry  rozproszonym  świetle.  Wszyscy  skupili  się  na  oderwanej  płycie,  starając  się
otoczyć ją myślami.

-  Teraz  -  odezwała  się  Jaina.  W  tej  samej  chwili  wszyscy  zaczęli  myśleć  o  tym,  że  popychają

ciężki przedmiot, starając się go poruszyć. Łagodnym, ostrożnym ruchem unieśli panel znad gałęzi, na
której spoczywał przez dziesięciolecia. Wielka płaska sześciokątna płyta przez chwilę kołysała się w
powietrzu, po czym zaczęła z wolna się obniżać. Tenel Ka starała się, aby jej linka była przez cały
czas  naprężona.  Równocześnie  pomagała  sobie  Mocą,  żeby  zmniejszyć  ciężar  opuszczanego
przedmiotu.

Współdziałając,  wszyscy  czworo  opuścili  panel  o  kilka  gałęzi  rosnących  poniżej  tej,  na  której

spoczywał.  Tenel  Ka  i  Lowbacca  odczepili  końce  pędów  winorośli  i  linkę  od  wyższej  gałęzi  i
ponownie przewiesili przez niższą, na której wspierał się teraz panel.

Nie  obyło  się  bez  kilku  drobnych  błędów.  Umysłowa  współpraca  czworga  przyjaciół  nie

przebiegała  tak  harmonijnie  jak  początkowo  sądzili,  i  zdarzało  się  nieraz,  że  ich  myślowy  uchwyt
słabł albo całkiem zanikał. Pędy winorośli i linka Tenel Ka spełniły jednak swoją rolę i zapobiegły
katastrofie.

Kiedy w końcu uczniowie Jedi, wyczerpani umysłową pracą opuścili panel na ziemię i przenieśli

w pobliże kadłuba myśliwca, wszyscy byli spoceni i ciężko oddychali.

Wydawszy  ni  to  jęk,  ni  to  umęczone  westchnienie,  Jaina  ciężko  opadła  na  ziemię  obok

imperialnej maszyny. Wkrótce jednak położyła się na plecach, przez chwilę nie zwracając uwagi na
to, że jej włosy będą równie rozczochrane i pełne gałązek i liści jak zazwyczaj czupryna brata.

Lowie  rzucił  każdemu  pakiet  z  jedzeniem,  wyjęty  z  koszyka  z  zapasami,  który  każdego  dnia

zabierali  ze  sobą.  Porcja,  przeznaczona  dla  Jainy,  wylądowała  na  jej  brzuchu.  Dziewczyna
przetoczyła  się  na  bok,  burknąwszy  z  udawaną  rezygnacją.  Kiedy  jednak  jej  spojrzenie  padło  na
ogromną dziurę w kadłubie uszkodzonego myśliwca typu TIE, nagle przyszedł jej do głowy pewien
pomysł.

- Wiecie, co? - zapytała, opierając brodę na dłoni. - Założyłabym się, że w tym pudle  jest  dość

miejsca na zainstalowanie jednostki napędu nadświetlnego.

- Powiedziałaś, że myśliwce TIE były maszynami krótkiego zasięgu - przypomniała jej Tenel Ka.
Lowie, kiedy zastanowił  się  nad  propozycją,  zareagował  przeciągłym  warknięciem.  Jacen  tylko

jęknął, kiedy pomyślał, że będzie to oznaczało dodatkową pracę.

- Zostały zaprojektowane jako maszyny krótkiego zasięgu - rzekła Jaina. - Nigdy nie instalowano

na  nich  jednostek  napędu  nadświetlnego,  ponieważ  Imperator  nie  chciał  ograniczać  ich  zdolności
manewrowej.

Jacen parsknął.
- A może tylko nie chciał, by piloci mogli ratować się szybką ucieczką z poła walki.
Jaina odwróciła się w jego stronę i wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu.
-  Muszę  przyznać,  że  nigdy  nie  pomyślałam  o  takiej  możliwości  -  powiedziała.  Na  jej  twarzy

malował się entuzjazm, kiedy popatrzyła po kolei na wszystkich przyjaciół.  - Nic jednak nie stoi na

background image

przeszkodzie, żeby wyposażyć tę maszynę w jednostkę napędu nadświetlnego, prawda? Tata dał mi
nawet jedną w prezencie, żebym mogła przy niej majstrować.

- Istnieje taka możliwość - przyznała Tenel Ka, ale bez przesadnego entuzjazmu. Jaina wiedziała,

że wszyscy są zmęczeni. Kiedy rozważała różne możliwości, jej myśli rwały jednak jak górski potok.
Błyskawicznie się zdecydowała.

- No, dobrze, w takim razie wracajmy do akademii - oznajmiła. - Chciałabym dokonać tam kilku

pomiarów. Dzisiaj i tak się napracowaliśmy.

Jacen westchnął z ulgą.
- Myślę, że to najlepszy pomysł, jaki miałaś w ciągu ostatnich kilku godzin.
Następnego popołudnia, kiedy znów pracowali przy imperialnym statku, Jacen leżał na brzuchu.

Wsparł  policzek  na  dłoni  i  obserwował  wilgotną  ziemię  pod  plątaniną  nisko  rosnących  gałązek
gęstych krzaków. Pamiętał, żeby jego nogi wystawały spod gałęzi, na wypadek, gdyby inni oderwali
się od pracy i chcieli szybko go odnaleźć. Nie spodziewał się jednak, żeby odczuwali taką potrzebę.
Od  strony  kadłuba  dolatywały  odgłosy  świadczące  o  tym,  że  Jaina  i  pozostali  pracują  przy
instalowaniu jednostki napędu nadświetlnego.

Stłumione  mlaśnięcie  ujawniło  chłopcu,  ze  Tenel  Ka  i  Lowbacca  posłużyli  się  pojemnikiem  z

uszczelniaczem,  by  wypełnić  szczeliny  i  zamocować  na  nowo  oderwany  panel  z  ogniwami
słonecznymi. Wszyscy byli tak zajęci, że Jacen mógł znów bez przeszkód oddawać się poszukiwaniu
„zagubionych części”, co go najbardziej pociągało.

Zafascynowany,  przyglądał  się,  jak  stworzenie  o  kształcie  liścia  i  dokładnie  takiej  samej

niebieskawozielonej  barwy,  przyczepiło  się  do  najniższej  gałązki  krzewu.  Następnie  wyciągnęło
długi  brunatny  język  i  rozpłaszczyło  go  na  łodydze  w  ten  sposób,  że  był  niemal  całkowicie
niewidoczny.  Jacen  wyczuwał  podniecenie  dziwnego  stworzenia.  Wkrótce  kilka  małych  owadów,
zapewne  zwabionych  nęcącym  zapachem,  którego  Jacen  nie  wyczuwał,  wylądowało  na „gałęzi”  i
przykleiło się na dobre. Jacen zachichotał i pokręcił głową widząc, że zwierzątko wciągnęło język z
cichym, ale słyszalnym siorbnięciem.

Kiedy  stworzenie  przypominające  liść  w  końcu  odpełzło,  Jacen,  nie  widząc  na  ziemi  niczego

ciekawego,  od  niechcenia  lekko  potrząsnął  gałęzią  krzaku.  W  nagrodę  usłyszał  cichy  szelest  i  obok
jego ręki upadł niewielki przedmiot. Jacen podniósł go i obejrzał.

Była to metalowa odznaka imperialna.
Chłopiec  obrócił  prostokątny  kawałek  metalu  w  palcach,  ale  kiedy  kątem  oka  ujrzał  znajomy

błysk,  odruchowo  zamknął  odznakę  w  dłoni.  Na  czworakach,  pełznąc  tyłem,  wycofał  się  spod
krzaków, po czym wstał i pospieszył do myśliwca.

-  Zobaczcie,  co  znalazłem!  -  krzyknął.  Biodra  i  nogi  jego  siostry  wystawały  pod  dziwacznym

kątem  z  kabiny,  w  której  zapewne  usiłowała  przymocować  jakiś  element  napędu  nadświetlnego  do
pokładu za fotelem pilota.

Jacen usłyszał jej stłumiony głos.
-  Za  chwileczkę.  Potrzebuję  teraz  punktowej  zgrzewarki.  Tenel  Ka,  stojąca  z  drugiej  strony

kabiny, wręczyła jej potrzebne urządzenie.

Dziewczyna  z  Dathomiry  i  Lowbacca,  ocierając  resztki  szczeliwa  z  dłoni,  obeszli  kadłub

myśliwca, by przekonać się, co znalazł Jacen.

- Jakaś broszka? - zapytała Tenel Ka, z uwagą obracając przedmiot we wszystkie strony.
Jacen pokręcił głową.

background image

- Odznaka imperialna. Musiała odpaść od munduru.
- Już jestem - odezwała się Jama Wygrzebała się z ciasnej kabiny pilota i zgrabnie zeskoczyła na

ziemię. To powinno wystarczyć.

Jacen podał jej odznakę, ale jego siostra obojętnie kiwnęła głową.
-  Popatrz,  co  jeszcze  znalazłem  -  ciągnął  Jacen,  pokazując,  wokół  której  było  owinięte  coś

przezroczystego i błyszczącego.

Jaina  wydała  dźwięk  będący  czymś  pośrednim  między  parsknięciem  a  śmiechem,  po  czym

cofnęła się o krok, tak na wszelki wypadek.

- Wspaniale - powiedziała. - Właśnie tego mi brakowało. Jeszcze jednego kryształowego  węża,

który mógłby uciec.

Jacen  postanowił  zastosować  taktykę,  na  którą  jego  siostra  z  pewnością  nie  będzie  mogła

pozostać obojętna.

- Och - westchnął z demonstracyjną rezygnacją. Pokazuję ci go dlatego, ponieważ zawsze  jesteś

taka  dobra  w  konstruowaniu  różnych  rzeczy.  Myślałem,  że  mogłabyś  zaprojektować  taką  klatkę,  z
której nie potrafiłby uciec. Ale, rzecz jasna, jeżeli naprawdę wydaje ci się, że nie możesz...

Zobaczył,  że  twarz  jego  siostry  rozjaśnia  się  w  odpowiedzi  na  to  wyzwanie.  Po  chwili  jednak

bursztynowopiwne oczy Jainy się zwęziły. Jacen zrozumiał, że siostra przejrzała jego podstęp.

-  To  był  cios  poniżej  pasa  -  oświadczyła.  -  Dobrze  wiesz,  że  mogłabym...  -  Pokręciła  głową,

westchnęła  z  udawanym  rozdrażnieniem,  po  czym  równie  demonstracyjnie  zaczęła  udawać
pogodzoną  z  losem.  -  No,  dobrze,  niech  ci  będzie!  Zbuduję  nową  klatkę  dla  twoich  kryształowych
węży...

-  Dziękuję  -  powiedział  szybko  Jacen,  obawiając  się,  że  Jaina  zmieni  zdanie.  -  Jesteś

najwspanialszą siostrą w całej galaktyce!

Jaina się obruszyła.
- Tylko żebyś nie przynosił nowego węża do komnaty, dopóki nie zbuduję ci tej klatki!
- Zgoda - oświadczył Jacen. - Będę trzymał go w innym bezpiecznym miejscu, na przykład w luku

towarowym. Czy mogłabyś teraz oddać mi tę imperialną odznakę?

Jaina  rzuciła  mu  blaszkę.  Jacen  schwycił  ją  w  locie,  po  czym  zaczął  polerować,  pocierając  o

rękaw bluzy.

- Zastanawiam się, czy przypadkiem nie należała do pilota - powiedział. Lowbacca popatrzył na

kadłub  maszyny  typu  TIE,  a  potem  przeniósł  spojrzenie  z  powrotem  na  Jacena  i  burknął  coś,  co
zabrzmiało jak pytanie.

-  Pan  Lowbacca  uważa  za  niemożliwe,  żeby  pilot  przeżył  katastrofę,  nawet  jeżeli  wstrząs,

wywołany  katastrofą  maszyny  został  trochę  złagodzony  przez  gałęzie  drzew  Massassów  -  odezwał
się Em Teedee. Tenel Ka, nie mrugając powiekami, rozejrzała się po miejscu katastrofy.

- Żadnych kości - stwierdziła. Jacen wzruszył ramionami.
-  Po  dwudziestu  latach  to  nic  dziwnego.  W  tej  dżungli  nie  brakuje  padlinożerców.  Na  twoim

miejscu nie dziwiłbym się, że nie zostało z niego ani śladu.

Chłodne szare oczy Tenel Ka świadczyły o tym, że dziewczyna nie została przekonana. Mimo to

kiwnęła głową.

-  To  możliwe.  Wszyscy  czworo  pracowali  w  zgodnym  milczeniu,  mocując  ostatnią  plastalową

płytę  wokół  otworu  w  uszkodzonym  kadłubie.  Potem,  kiedy  pozostałych  troje  uszczelniało  obrzeża
wolno  schnącym  szczeliwem,  Jacen  zaczął  znów  buszować  w  gąszczach  krzaków.  Wiedział,  że  nie

background image

powinien znikać z oczu trojga przyjaciół na czas dłuższy niż kilka sekund, ale przecież przeszukał już
wszystkie chaszcze widoczne z miejsca katastrofy.

Obiecując  sobie,  że  nie  będzie  go  tylko  przez  parę  minut,  Jacen  przedarł  się  przez  szczególnie

gęstą kępę krzewów o ciemnozielonych liściach. Zdumiony stwierdził, że znalazł się  na  polanie  tak
małej,  iż  mógłby  dotknąć  przeciwległych  krańców  wyciągniętymi  rękami.  Na  ziemi  nie  było  widać
żadnych roślin, jakby miejsce to deptano tak często, że stratowano wszystkie, które kiedyś wyrosły. Z
przeciwległego  krańca  odchodziła  w  głąb  dżungli...  ścieżyna!  Była  wąska,  ale  także  sprawiała
wrażenie bardzo często uczęszczanej.

Natychmiast  zapominając  o  obietnicy,  że  nie  będzie  się  oddalał,  Jacen  puścił  się  ścieżką,

wiodącą miedzy gąszczami zarośli. Drzewa Massassów, rosnące po bokach i tworzące coś w rodzaju
zagajnika, były młodsze niż gdzie indziej, a ich gałęzie sięgały do samej ziemi. Możliwe, że właśnie
dlatego żadne z przyjaciół chłopca nie zauważyło ścieżki z góry, z wierzchołka drzewa.

Kiedy  Jacen  zagłębił  się  w  las,  przekonał  się,  że  dżungla  staje  się  coraz  gęstsza,  coraz

mroczniejsza. Skrzeczenia, warczenia i wycia dobiegające z lasu z każdą chwilą wydawały się coraz
okropniejsze.

W pewnej chwili Jacen uzmysłowił sobie, że znalazł się o wiele za daleko od przyjaciół. Chciał

zawrócić, ale właśnie dotarł na skraj innej polany. Jej środkiem płynął niewielki strumień.

Jakieś stworzenie zbudowało tamę w poprzek łożyska, żeby skierować część nurtu do kolistego

płytkiego  stawu.  Na  brzegu  strumienia  rosło  wielkie  pochyłe  drzewo  Massassów.  O  jego  pień
opierało się z obu stron kilka grubych, długich gałęzi porośniętych mchem i paprociami, tworząc coś
na  kształt  prymitywnego  szałasu.  Zapewne  była  to  kryjówka  zwierzęcia,  ścieżką  którego  podążał
Jacen.

Chłopiec zapuścił myślową wić do wnętrza szałasu, ale nie wyczuł niczego większego niż owady

i robaki żyjące w pobliżu. Słysząc głośne uderzenia serca w piersi, obszedł mały staw i zbliżył się
do skleconej byle jak konstrukcji. Wiedział, że powinien zachowywać się ostrożniej. Czymże jednak
mogło być to dziwne miejsce?

A jeżeli  żyjące  tu  stworzenie  jest  drapieżnikiem?  Co  zrobiłoby,  gdyby  wróciło  i  zastało  Jacena

przyglądającego się szałasowi?

Chłopiec  podskoczył,  usłyszawszy  nagle  głośny  trzask...  ale  był  to  jedynie  odgłos  gałązki

łamiącej  się  pod  jego  stopą.  Pochylił  się,  chcąc  zajrzeć  przez  otwór  między  gałęziami...  i  aż
wstrzymał oddech na widok tego, co zobaczył.

Jedna trzecia część ogromnego pnia drzewa Massassów została wydrążona, by utworzyć solidną

suchą  jamę,  na  tyle  wysoką,  że  mógłby  wyprostować  się  w  mej  mężczyzna.  Jacen  ujrzał
podwyższenie, zarzucone suchymi liśćmi i częściowo okryte wystrzępioną płachtą. Domyślił się, że
pełniło  funkcję  łoża.  W  pobliżu  podwyższenia  zobaczył  krzesło,  sporządzone  domowym  sposobem.
Nieco dalej, pod przeciwległą ścianą jaskini ułożono stertę części zapasowych obok stosu suszonych
owoców,  winogron  i  jagód.  Na  samym  wierzchołku  stosu  umieszczono  koszmarny  czarny  czerep.
Miał trójkątne oczodoły i maskę umożliwiającą oddychanie, zakończoną parą gumowych węży. Jacen
domyślał się, że kiedyś musiały być dołączone do zbiornika z powietrzem.

Był to z całą pewnością hełm pilota imperialnego myśliwca typu TIE.
Jacen potknął się, gdy się wycofywał, żeby znaleźć się jak najdalej od jaskini. Nie mógł złapać

tchu,  niemal  się  dusił.  Potknął  się  po  raz  drugi,  po  czym  przewrócił  się  o  niewielki  kamienny  krąg
otaczający  palenisko.  Nabrał  trochę  popiołu  i  piasku,  którym  go  przysypano,  i  przez  chwilę

background image

przytrzymał w drżących dłoniach. Popioły były jeszcze ciepłe!

Jacen zerwał się na równe nogi i puścił z powrotem wąską ścieżyną. Biegł jak mógł najszybciej,

ani trochę nie zważając na gałęzie, które smagały go po twarzy, ani na ciernię czepiające się tkaniny
jego kombinezonu. Nie przejmował się zwierzętami, które płoszył z leśnych kryjówek. Nie zwolnił,
dopóki nie dobiegł do kępy gęstych zarośli w pobliżu miejsca katastrofy imperialnego myśliwca.

Przedarł się na niewielką polanę i nie przestając biec w stronę wraku, wołał:
- Jaino! Tenel Ka! Lowie! On jest tutaj. On żyje. Pilot myśliwca nie zginął podczas katastrofy!
Wszyscy troje unieśli głowy i spojrzeli na niego z bezgranicznym zdumieniem. Jednak w tej samej

chwili Jacen usłyszał za plecami szmer liści i trzask łamanych gałęzi, przez które ktoś się przedzierał.
Odwrócił  się  i  zobaczył  wynędzniałego,  obdartego  i  zarośniętego  mężczyznę,  wyłaniającego  się  z
gąszczu  zarośli.  Twarz  przybysza,  odzianego  w  poszarpany  lotniczy  kombinezon,  była  poorana
głębokimi  bruzdami.  Jedna  ręka,  wykrzywiona  pod  dziwnym  kątem,  była  okryta  opancerzoną
rękawicą, sporządzoną z czarnej skóry. Jednak palce trzymały pewnie niezgrabny staromodny blaster.
A lufa broni była wymierzona w stronę młodych uczniów Jedi.

- Tak - odezwał się chrapliwie pilot imperialnej maszyny. - Jak widzicie, nie zginąłem  podczas

katastrofy. Jesteście moimi więźniami.

 

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ 11

 
 
Kiedy  imperialny  pilot  spoglądał  przez  ułamek  sekundy  w  inną  stronę,  Tenel  Ka  zareagowała

błyskawicznie, zachowując się tak, jak nauczyły ją kiedyś inne kobiety, wojowniczki z Dathomiry.

-  Uciekajcie!  -  krzyknęła  do  przyjaciół,  doskonale  wiedząc,  co  robić.  Obróciła  się  na  piecie  i

skoczyła w sam środek najbliższego gąszczu splątanych gałęzi, chcąc uniknąć spodziewanego strzału
z blastera.

Tenel  Ka  zareagowała  tak  szybko,  że  byłyby  z  niej  dumne  nawet  dathomirskie  nauczycielki,

zahartowane w niejednym boju. To właśnie one wpoiły dziewczynie cztery główne reguły taktyki, z
których teraz skorzystała:

Wywieść  nieprzyjaciela  w  pole.  Zrobić  to,  czego  nie  oczekuje.  Zaskoczyć  go  nieprzewidzianą

reakcją. Nie tracić czasu na rozmyślania.

Tenel Ka zaczęła się przedzierać przez gęstwinę splecionych kolczastych gałęzi i błękitnolistnych

krzewów. Palcami, rozczapierzonymi jak szpony, rozsuwała gałęzie na boki, tworząc przejście, które
zamykało się tuż za jej ciałem. Oddychała z wysiłkiem, prąc wciąż naprzód. Nie zwracała uwagi na
ból  i  rany,  zadawane  przez  kolce  kaleczące  jej  obnażone  ręce  i  nogi.  Łuskowy  pancerz  wprawdzie
nieco  osłaniał  najważniejsze  części  jej  ciała,  ale  złocistoruda  grzywa  falowała  za  jej  głową,
zaczepiając  o  łodygi.  Kolczaste  gałęzie  wyrywały  całe  pasma  włosów.  Dziewczyna  raz  po  raz
syczała z bólu, ale zaciskała zęby i pędziła dalej.

Dlaczego jednak nie słyszała odgłosów świadczących o tym że inni także rzucili się do ucieczki?
Nagle  uszu  Tenel  Ka  dobiegł  głośny  huk  i  w  krzakach,  nieco  na  lewo  od  niej,  pojawił  się

jaskrawy płomień. To pilot myśliwca typu TIE wystrzelił do niej z blastera! Tenel Ka poczuła swąd
płonących  liści  i  gotujących  się  soków,  krążących  w  gałęziach  krzaków.  Upadła  na  ziemię,
przeturlała  się  kilka  razy,  po  czym  zerwała  i  zmieniwszy  kierunek,  pobiegła,  ile  sił  w  nogach.
Wiedziała, że gdyby teraz się poddała, imperialny pilot by ją zabił. Nie wątpiła w to ani trochę. Już
nie.

Myślała jedynie o tym, żeby znaleźć się jak najdalej od mężczyzny. Biegła przez las, raz po raz

zmieniając kierunek, pragnąc zmylić przeciwnika. Pod jej stopami trzaskały łamane gałązki, ale Tenel
Ka się tym nie przejmowała. Nie zwracała uwagi na to, dokąd biegnie... a kierowała się w tę stronę,
gdzie dżungla Yavina Cztery była jeszcze bardziej niedostępna.

Lowbacca wahał się tylko ułamek sekundy dłużej.
Wydawało mu się, że w jednej chwili Tenel Ka krzyknęła, żeby uciekali, i dosłownie zniknęła,

pogrążając się w najbliższych krzakach.

Pilot  myśliwca  typu  TIE  obrócił  się  i  skierował  lufę  blastera  w  miejsce,  w  którym  ostatnio

background image

widział Tenel Ka, a Lowbacca wykorzystał tę chwilę jego nieuwagi. Młody Wookie wydał zdumiony
ryk,  pełen  gniewu  i  przerażenia,  a  potem  instynktownie  zaczął  wspinać  się  po  potężnym  pniu
najbliższego prastarego drzewa Massassów. Postanowił uciekać w górę, gdyż wiedział, że tylko tam
będzie czuł się bezpieczny.

Chwytając  się  gałęzi  i  pędów  dzikiej  winorośli,  wspinał  się  coraz  wyżej,  zdążając  ku

nieprzeniknionemu baldachimowi liści, pachnących jak egzotyczne przyprawy. Imperialny pilot, który
pozostał w dole, na polanie, zaczął strzelać na oślep w górę. Odgłosy wybuchów świadczyły o tym,
że  jest  rozwścieczony.  W  pewnej  chwili  z  gałęzi  rosnącej  tuż  pod  stopami  Wookiego  jaskrawe
płomienie wystrzeliły jak balon, niespodziewanie uwolniony z uwięzi. Nozdrza Lowiego podrażniła
woń ozonu i swąd płonącej roślinności.

Dysponując  potężną  siłą,  charakterystyczną  dla  Wookiech,  Lowbacca  wspinał  się  coraz  wyżej.

Dotarł w końcu do rozłożystych konarów, z których mógł bardzo łatwo przedostać się jak po moście
do miejsca, w którym pozostawił swoją maszynę typu T-23.

Musiał sprowadzić pomoc. Musiał ocalić dwoje młodych przyjaciół. Miał nadzieję, że Tenel Ka

udało  się  uciec,  ale  Jacen  i  Jaina  nie  potrafili  szybko  zareagować  ani  poruszać  się  w  dżungli
wprawnie i zręcznie.

-  O  rety!  -  usłyszał  nagle  biadolenie  androida-tłumacza,  przyczepionego  do  splatanego  pasa.  -

Dokąd się tak spieszymy? Ten mężczyzna usiłował nas zabić! Czy może pan sobie to wyobrazić?

Lowie nadal przedzierał się między grubymi konarami. Wielkimi susami przeskakiwał z gałęzi na

gałąź, coraz bardziej oddalając się od polany, na której imperialny pilot nie przestawał strzelać.

- Panie Lowbacco, proszę odpowiedzieć! - nalegał Em Teedee. Jego podniecony metaliczny głos

wydobywał się spomiędzy otworów w dolnej części obudowy. - Nie zamierza pan chyba pozwolić,
żebym wisiał tu i nic nie robił.

Lowbacca burknął coś w odpowiedzi, ale nie przystanął, nawet nie zwolnił biegu.
- Ależ to nie ma nic do rzeczy, ponieważ i tak robię wszystko, co mogę - odparł wymijająco Em

Teedee. - Co prawda nie mam rąk ani nóg, ale to nie oznacza, że nie chcę panu pomoc.

Nagle odgłosy blasterowych strzałów na polanie w dole ucichły. Lowbacca obawiał się jednak,

że  to  znaczy,  iż  Jacen  i  Jaina  zostali  pochwyceni...  a  może  wydarzyło  się  coś  jeszcze  gorszego.
Wpadł  w  panikę,  nie  mógł  trzeźwo  myśleć.  Wiedział,  że  powinien  uwolnić  bliźnięta.  Ale  w  jaki
sposób? Nigdy przedtem nie znalazł się w takiej sytuacji. Nie sądził, żeby Tenel K.a mogła zrobić to
sama, a więc musi uczynić wszystko, co może, by jej pomóc.

Gałęzie  nad  jego  głową  zaczęły  się  przerzedzać  i  wkrótce  zobaczył  drzewo,  rosnące  na  skraju

polany,  na  której  wylądował  swoim  gwiezdnym  skoczkiem  typu  T-23.  Mały  statek  spoczywał
dokładnie w tym samym miejscu, w którym go pozostawił. Lowbacca zaczął schodzić po gałęziach,
od  czasu  do  czasu  chwytając  się  pnączy  dzikich  winorośli,  aż  znalazł  się  znów  na  ziemi.  Mały
śmigacz był jego ostatnią szansą.

Młody  Wookie  był  bardzo  dumny,  kiedy  dostawał  statek  w  prezencie  od  wuja  Chewiego,  ale

teraz gwiezdny skoczek wydawał mu się taki mały i zaniedbany, że niemal bezużyteczny przeciwko
uzbrojonemu  imperialnemu  pilotowi.  Młody  Wookie,  powłócząc  nogami,  przeszedł  po  polanie
porośniętej  chwastami  i  stanął  obok  kadłuba  maszyny.  Będzie  musiał  się  nią  posłużyć,  żeby  pomóc
przyjaciołom w ucieczce. Nie istniało lepsze rozwiązanie.

Wokół  siebie  słyszał  tylko  ciche,  drżące  brzęczenie  owadów  i  odgłosy  zwierząt  żyjących  w

dżungli. Nie dochodził doń huk blasterowych strzałów ani żadne okrzyki czy jęki bólu. Było cicho.

background image

Zbyt cicho. Musiał się pospieszyć.

-  Och,  to  doskonały  pomysł!  -  ucieszył  się  Em  Teedee,  kiedy  przekonał  się,  że  Lowbacca

podchodzi  do  śmigacza.  -  Wracamy  do  akademii  Jedi,  żeby  wezwać  pomoc,  nieprawdaż?  Jestem
pewien, że to najrozsądniejsza rzecz, jaką możemy zrobić w takiej sytuacji.

Lowbacca  wiedział  jednak,  że  wówczas  byłoby  za  późno,  by  ocalić  bliźnięta.  Musiał  zacząć

działać teraz, nie tracąc ani chwili. Powiedział małemu androidowi, co chce zrobić, ale Em Teedee
wydał piskliwy skrzek, bez wątpienia oznaczający przerażenie.

- Ależ panie Lowbacco! Pański T-23 nie jest przecież uzbrojony! Jak może pan chcieć nim lecieć

na  spotkanie  z  imperialnym  pilotem?  Ten  mężczyzna  jest  zawodowym  żołnierzem,  a  ponadto
zachowuje się jak szaleniec!

Lowbacca,  który  właśnie  wskakiwał  do  kabiny  śmigacza,  żeby  włączyć  repulsory,  musiał

przyznać,  że  i  jego  dręczą  takie  same  wątpliwości.  Zbył  jednak  obawy  androida-tłumacza
optymistycznym mruknięciem.

- Asy? - zapytał zdumiony Em Teedee. - Jakie asy może pan kryć w rękawie? A jeżeli już o tym

mowa, przecież nie ma pan żadnych rękawów!

Silniki pracowały głośno i miarowo, napełniając całą okolice wyciem i rykiem. Lowie kichnął,

wciągnąwszy  w  nozdrza  cierpką  gryzącą  woń  spalin.  Czarny  fotel  pilota  drżał,  gdy  maszyna
przygotowywała się do startu.

Będzie musiał okazać się mistrzem pilotażu, żeby wznieść się śmigaczem ponad korony drzew i

przelecieć do miejsca katastrofy imperialnej maszyny typu TIE... ale musi uratować przyjaciół. Musi
zrobić  wszystko,  by  im  pomóc.  Miał  nadzieję,  że  pilot  myśliwca,  przerażony  hałasem  silników
gwiezdnego  skoczka,  po  prostu  rzuci  się  do  ucieczki.  Bliźnięta  będą  mogły  wówczas  wskoczyć  do
kabiny i uciec.

Lowbacca trącił dźwignię i oderwał śmigacz T-23 od polany, porośniętej zdeptanym zielskiem. Z

rykiem  jonowych  dopalaczy  mały  statek  zaczął  przemykać  między  drzewami,  unikając  zwisających
łodyg  mchu  i  gałęzi.  Jego  pilot  leciał  na  ratunek  przyjaciołom...  nie  wiedząc,  na  jakie
niebezpieczeństwa się naraża.

Tymczasem Jacen i Jaina stali na polanie tylko przez krótką chwilę, a potem także odwrócili się i

rzucili do ucieczki... ale drogę zagrodził im kadłub niemal naprawionego myśliwca typu TIE. Jaina
schwyciła Jacena za rękę i trzymając ją, biegła obok brata. Bliźnięta, chociaż przerażone, wiedziały,
że muszą uciekać, uciekać.

Imperialny  pilot  wystrzelił  dwukrotnie  z  blastera  w  gąszcz  krzaków,  w  których  zniknęła

dziewczyna  z  Dathomiry.  Krzaki  zaczęły  się  palić,  a  w  powietrze  poszybowały  kawałki  łodyg  i
gałęzi.  Przez  ułamek  sekundy  Jaina  sądziła,  że  Tenel  Ka  została  zabita,  ale  później  znów  usłyszała
szelest  liści  i  trzask  łamanych  gałęzi,  świadczące  o  tym,  że  jej  przyjaciółka  nie  zrezygnowała  z
desperackiej ucieczki. Pilot myśliwca typu TIE zaczął następnie strzelać w górę, mierząc w gałęzie
najbliższego drzewa. Trafił kilka najniższych, Lowbacca zdążył jednak zniknąć. Bliźnięta, nie ustając
w biegu i ominęły kadłub uszkodzonego myśliwca, ale Jacen nagle się potknął o prostopadłościenną
skrzynkę,  wypełnioną  hydraulicznymi  kluczami,  cyberbezpiecznikami  i  innymi  narzędziami,  których
używali podczas naprawiania statku... i runął jak długi na murawę.

Jaina ponownie schwyciła rękę brata. Starała się poderwać go z ziemi, by kontynuować ucieczkę,

kiedy  nagle  tuż  obok  nich  trafiła  w  ziemię  blasterowa  błyskawica.  Od  kadłuba  uszkodzonego
myśliwca, pokrytego grubą warstwą rdzy, odbiły się trzy potężne ładunki, niosące olbrzymią energię.

background image

Jaina wahała się przez chwilę, ale potem uniosła ręce na znak, że się poddaje. Zrozumiała, że w

żaden  sposób  nie  udałoby  się  im  uciec.  Jacen  podniósł  się  z  ziemi,  stanął  obok  siostry  i  zaczął
otrzepywać kombinezon z kurzu. Pilot imperialnego myśliwca zbliżył się o dwa kroki. Był ubrany w
zniszczony opancerzony kombinezon lotniczy, a na jego twarzy malowała się wściekłość.

- Nie ruszajcie się, gdyż w przeciwnym razie zginiecie - oświadczył. - Rebelianckie szumowiny.
Jego  czarny  mundur  był  zniszczony  i  podobny  do  łachmanów.  W  wielu  miejscach  rozdarty  i

łatany,  nosił  ślady  przedzierania  się  przez  ostępy  dżungli.  Okaleczona  lewa  ręka  sterczała  do  góry,
bezwładna i sztywna jak kończyna androida, ale okrywała ją opancerzona czarna skórzana rękawica.
Można  było  przypuszczać,  że  pilot  został  ranny  podczas  katastrofy,  gdyż  ręka  sprawiała  wrażenie
złamanej  dosyć  dawno  i  zrośniętej,  chociaż  nieprawidłowo.  Mężczyzna  był  niewątpliwie
zawodowym  żołnierzem,  dobrze  wyszkolonym  i  zahartowanym  w  wielu  bojach.  Spoglądał  na
bliźnięta, jakby chciał prześwidrować je spojrzeniem.

-  Jesteście  moimi  więźniami  -  ciągnął,  wykonując  wymowny  gest  lufą  staromodnego  blastera,

trzymanego w źle zrośniętej, okrytej rękawicą dłoni.

-  Proszę  odłożyć  ten  blaster  -  odezwała  się  Jaina  cicho  i  łagodnie.  Postanowiła  wykorzystać

wszystko, co wie na temat technik przekonywania, stosowanych przez rycerzy Jedi. - Nie będzie pan
go potrzebował.

Wujek Luke powiedział bliźniętom, w jaki sposób Obi-Wan Kenobi posłużył się kiedyś techniką

oddziaływania na umysły, by zakłócić tok myślenia imperialnych szturmowców; ludzi, obdarzonych
słabym charakterem.

- Proszę odłożyć blaster - powtórzyła Jaina, tym razem usiłując nadać głosowi  bogate  głębokie

brzmienie.

Bliźnięta powtórzyły to zdanie jeszcze kilka razy, starając się za każdym razem wzmacniać siłę

głosów. Próbowali wysyłać do umysłu pilota imperialnego myśliwca typu TIE kojące, uspokajające
myśli... podobnie jak kiedyś Jacen usiłował uspokoić kryształowego węża.

Imperialny  pilot  potrząsnął  głową,  porośniętą  długimi  siwymi  włosami,  po  czym  zmrużył

rozbiegane oczy. Blaster w jego dłoni zadrżał, ale lufa obniżyła się zaledwie o kilka milimetrów.

Dlaczego to nie skutkuje? - pomyślała zrozpaczona Jaina.
-  Niech  pan  odłoży  blaster  -  powtórzyła  jeszcze  raz,  tym  razem  nieco  bardziej  stanowczo.  W

mózgu  imperialnego  pilota  natrafiła  jednak  na  istny  mur  myśli  tak  jednoznacznych,  tak  ściśle
zdefiniowanych i nieprzejednanych, że wydały się jej niezmienne niczym oprogramowanie androida.

Nagle pilot wyprostował się i spiorunował bliźnięta spojrzeniem rozbieganych oczu.
-  Poddanie  się  oznacza  zdradę  -  powiedział  machinalnie,  jakby  recytował  dobrze  wyuczoną

lekcję.

Jacen, orientując  się,  że  jedyna  szansa  ratunku  zaczyna  wymykać  się  z  ich  rąk,  wysłał  myślową

wić i używając brutalnej siły, próbował wyszarpnąć broń z ręki mężczyzny.

- Łap blaster! - szepnął, zwracając się do siostry. Jaina także posłużyła się Mocą, chcąc pomóc

bratu wyrwać staromodną broń z uchwytu palców pilota. Okazało się jednak, że czarna opancerzona
rękawica jest tak mocno zaciśnięta na rękojeści blastera, że sprawia wrażenie przyklejonej. Uchwyt
blastera  zaczepił  się  o  fragment  pancerza,  a  pilot  myśliwca  typu  TIE,  ujrzawszy,  co  się  dzieje,
schwycił broń drugą dłonią i ponownie wymierzył lufę prosto w bliźnięta.

-  Zaprzestańcie  tych  rebelianckich  sztuczek  -  rozkazał  lodowatym  tonem.  -  Jeżeli  nie

przestaniecie się opierać, będę musiał was zabić.

background image

Jacen i Jaina wiedzieli, że pilot musi tylko nacisnąć guzik spustowy i że może to zrobić o wiele

szybciej niż oboje, posługując się myślami, zdołają wyszarpnąć blaster z jego dłoni. Opuścili więc
ręce, odprężyli się i zrezygnowali z dalszej walki.

W  tej  samej  sekundzie  gdzieś  w  górze  usłyszeli  brzęczenie,  które  wkrótce  przerodziło  się  w

wycie silników. Dobiegało znad baldachimu liści ogromnych drzew, stawało się coraz głośniejsze i
głośniejsze...

- To Lowie! - wykrzyknął Jacen.
Kiedy  mały  śmigacz  przedzierał  się  przez  listowie,  w  powietrzu  rozległ  się  głośny  trzask

łamanych  gałęzi.  Nie  zmniejszając  prędkości,  gwiezdny  skoczek  typu  T-23,  jak  szarżujący  banth,
obniżał się ku polanie z uszkodzonym myśliwcem.

- Co on chce zrobić? - zapytał cicho Jacen. - Nie ma przecież żadnej broni na pokładzie.
-  Zapewne  zamierza  tylko  odwrócić  uwagę  pilota  -  szepnęła  Jaina.  -  Chce  nam  dać  szansę

ucieczki.

Imperialny żołnierz,  odziany  w  opancerzony  kombinezon,  stał  jednak  nieruchomo  na  środku

polany.  Rozstawił  nogi,  żeby  móc  lepiej  utrzymać  równowagę,  i  przyjął  wyćwiczoną  postawę
strzelecką. Bez mrugnięcia powieką skierował lufę ku nadlatującemu smigaczowi.

Jaina wiedziała, że gdyby blasterowa błyskawica przeniknęła przez osłonę niewielkiego reaktora

napędu repulsorowego, maszyna eksplodowałaby, zabijając młodego Wookiego, a prawdopodobnie i
wszystkich stojących na polanie.

Tymczasem Lowbacca obniżał lot śmigacza, jakby miał zamiar staranować pilota myśliwca typu

TIE.  Imperialny  żołnierz,  zdecydowany  walczyć  o  życie,  wymierzył  blaster  w  osłonę  silnika
gwiezdnego skoczka i przycisnął guzik spustowy.

-  Nie!  -  krzyknęła  Jaina  i  w  ostatniej  chwili  wysłała  myślową  wić,  żeby  trącić  nią  cokolwiek.

Posłużyła  się  Mocą,  by  popchnąć  uniesione  ramię  pilota  imperialnej  maszyny  i  zmienić  kąt
nachylenia  lufy  broni  chociażby  o  ułamek  stopnia.  Jaskrawa  blasterowa  błyskawica  ze
skwierczeniem  przeszyła  powietrze  i  zatańczyła  na  metalowej  osłonie  wspornika  napędu
repulsorowego.  W  boku  osłony  silnika  powstał  otwór,  przez  który  zaczęło  wyciekać  chłodziwo
zmieszane  z  paliwem.  Pojawił  się  kłąb  gryzącego  szarosinego  dymu.  Silnik  maszyny  typu  T-23
zakrztusił się, a jego dźwięk zmienił ton, stał się niższy i cichszy.

Lowie  uniósł  się  w  fotelu  pilota  i  szarpnął  dźwignię,  chcąc  zapobiec  roztrzaskaniu  maszyny  o

drzewa  Massassów.  Jego  skoczek  był  tak  poważnie  uszkodzony,  że  z  trudem  utrzymywał  się  w
powietrzu.

- Uciekaj, Lowie! - szepnął Jacen. - Ratuj się, dopóki możesz.
- Katapultuj się! - krzyknęła Jaina. - Nie czekaj, aż maszyna eksploduje! Jakimś cudem Lowbacca

zdołał  jednak  wyrównać  lot,  a  potem  zaczął  się  nawet  wznosić.  Ominął  kilka  ogromnych  drzew  i
skierował się ku baldachimowi lisa. Z silnika jego maszyny wydobywały się kłęby dymu. Ciągnęły
się  cuchnącą  smugą,  w  zetknięciu  z  którą  liście  drzew  zwijały  się,  kurczyły  i  błyskawicznie
brązowiały.

- Niedaleko poleci - odezwał się imperialny pilot, a w jego chrapliwym, monotonnym głosie nie

dało się usłyszeć żadnych emocji. - Właściwie już jest martwy.

Kiedy  Lowbacca  wzniósł  się  nad  wierzchołki  drzew,  maszyna  typu  T-23  zniknęła  bliźniętom  z

oczu.  Jaina  nadal  jednak  słyszała  odgłosy  nierównej,  przerywanej  pracy  silnika,  dowodzące,  że
uszkodzony śmigacz wciąż utrzymuje się w powietrzu. W ciszy dżungli wszystkie dźwięki niosły się

background image

bardzo  daleko.  Po  jakimś  czasie  buczenie  napędu  repulsorowego  ucichło  w  oddali.  Było  słychać
jedynie  krztuszenie  się  jonowych  dopalaczy...  aż  w  końcu  i  ten  dźwięk  ucichł  całkowicie.  Pilot
imperialnego  myśliwca  typu  TIE,  nie  zmieniwszy  obojętnego  wyrazu  twarzy,  wykonał  gest  lufą
staromodnego blasterowego pistoletu.

-  Pójdziecie  teraz  ze  mną,  rebelianccy  więźniowie  -  oznajmił.  -  Jeżeli  będziecie  próbowali

jakichkolwiek sztuczek, zginiecie.

 

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ 12

 
 
Lowbacca zmagał się ze sterami swojego gwiezdnego skoczka typu T-23. Próbując utrzymać go

nad  wierzchołkami  drzew  rosnących  w  dżungli,  korygował  szarpnięcia,  spowodowane  przerywaną
pracą silnika.

Za  maszyną  ciągnął  się  warkocz  gęstego,  smolistego  dymu,  wydobywającego  się  ze

sterburtowego silnika repulsorowego. Lowie zaryzykował i w pewnej chwili odważył się zerknąć w
prawo, by ocenić stopień uszkodzenia. Nie zauważył płomieni, ale mimo to jego sytuacja wyglądała
niewesoło.  Zbliżał  się  wieczór,  a  silne  prądy  powietrzne  tworzyły  zawirowania  i  niebezpiecznie
kołysały statkiem.

Mały  śmigacz  leciał  jednak  dalej,  chociaż  dosyć  często  tracił  wysokość.  Raz  nawet  musnął

gałęzie  jakiegoś  szczególnie  wysokiego  drzewa,  które  otarły  się  o  poszycie  spodu  kadłuba,  niczym
zachłanne  szpony,  ale  Lowbacca  szarpnął  za  dźwignię  i  jakimś  cudem  wyrównał  lot  gwiezdnego
skoczka.  Był  dobrym  pilotem  i  wiedział,  że  zdoła  powrócić  do  akademii  Jedi,  by  wezwać  pomoc,
bez względu na to, ile trudu miało go to kosztować. Nie wiedział tylko, co się stało z Tenel Ka. Był
ciekaw, czy dziewczynie udało się uciec, czy może pilot myśliwca typu TIE i ją wziął do niewoli.
Musiał zatem zakładać, że on jest jedyną nadzieją przyjaciół na ratunek.

Czuł,  że  jego  serce  mocno  bije,  a  oczy  łzawią  od  gryzącego,  zapewne  trującego  dymu,

przenikającego  do  kabiny.  Cierpka,  cuchnąca  i  coraz  intensywniejsza  woń  sprawiała,  że  zaczynało
kręcić mu się w głowie.

-  Panie  Lowbacco  -  odezwał  się  nagle  Em  Teedee.  -  Moje  czujniki  wskazują,  że  do  kabiny

przedostały się znaczące ilości szkodliwych spalin.

Lowbacca  burknął,  wyraźnie  rozdrażniony.  Czyżby  mały  android  wyobrażał  sobie,  że  zmysł

powonienia zawiódł młodego Wookiego?

- No, nie - pospieszył z odpowiedzią Em Teedee. - Na razie jeszcze nic nam nie grozi, ale jeżeli

śmigacz  zacznie  tracić  prędkość,  mniej  dymu  będzie  uciekało.  Istnieje  prawdopodobieństwo,  że
wówczas  poziom  trucizn  osiągnie  wartość  groźną...  nawet  dla  organizmu  Wookiego  -  dokończył
nieco głośniej mały android, pragnąc nadać swoim słowom większą wagę.

Kiedy  mały  skoczek  znów  otarł  się  o  gałęzie,  jeszcze  raz  szarpnął  się  i  zatrząsł.  Z  ponurą

determinacją  Lowie  trącił  dźwignię  i  uniósł  maszynę.  Pilotowanie  było  teraz  o  wiele  trudniejsze.
Młody Wookie nie był pewien, czy za chwilę silnik nie odmówi posłuszeństwa.

Musiał jednak lecieć dalej. Nie mógł przecież opuścić przyjaciół w potrzebie. Ich życie znalazło

się w niebezpieczeństwie.

Mały  śmigacz  znów  zadrżał  i  zanurkował.  Lowbacca  sapnął,  z  wysiłkiem  nabierając  powietrza

background image

przez zaciśnięte zęby. Jak gdyby w odpowiedzi na to sterburtowy silnik zakrztusił się, zająkną!...

I zamilkł.
Przywołując  na  pomoc  całe  doświadczenie,  Lowbacca  walczył,  aby  maszyna  nie  runęła

natychmiast między drzewa, a tylko opadała lotem ślizgowym. Gęste listowie, sprawiające wrażenie
zdradliwie  przytulnego  i  miękkiego,  pospieszyło  na  jego  spotkanie.  Z  trzaskiem  łamanych  gałązek
gwiezdny  skoczek  typu  T-23  wbił  się  w  gąszcz  liści  i  znieruchomiał.  Spoczywał  jak  ranny  ptak  na
wierzchołkach drzew, zanurzywszy cześć prawego skrzydła w listowie. Lewy silnik nadal pracował,
ale gesty gryzący dym, wydobywający się z prawego, kłębami wdzierał się do kabiny.

Lowbacca  czuł,  że  kreci  mu  się  w  głowie  z  powodu  wstrząsu,  jakiego  doznał  w  wyniku

katastrofy. Wiedział jednak, że musi jak najszybciej wyjść z kabiny. Zaczął nieporadnie gmerać przy
sprzączkach  pasów  bezpieczeństwa,  starając  sieje  odpiąć.  Jego  oczy  łzawiły  jednak  od  gryzącego
dymu. Z trudem łapał powietrze, niemal się dusił. Nie mógł sobie poradzić z opornymi zapięciami.

W  końcu,  doprowadzony  do  rozpaczy,  szarpnął  z  całej  siły,  pragnąc  wyrwać  pasy  z  gniazd  w

pokładzie.  Nadwerężone  szarpnięciem,  jakiego  doznały  podczas  katastrofy,  ustąpiły  dosyć  łatwo.
Dwa zostały w dłoniach Wookiego, a z pozostałych, które nie puściły, bardzo szybko wyplątał się.

Z  trudem  wygramolił  się  z  kabiny.  Nieco  później,  gdy  oddalał  się  od  miejsca  katastrofy,  skąd

unosiły  się  kłęby  smolistego  dymu,  z  ulgą  stwierdził,  że  silnik  się  nie  zapalił.  Lowie  raz  po  raz
łapczywie zaciągał się ożywczym wilgotnym powietrzem, które napływało znad dżungli porastającej
powierzchnię Yavina Cztery. Kiedy w zapadającym zmierzchu zaczął przedzierać się między grubymi
pniami  i  konarami  drzew,  poczuł  dotkliwy  ból  w  kolanie,  którym  podczas  katastrofy  uderzył  w
dźwignię sterowniczą.

Nie miał jednak czasu o tym myśleć. Możliwe, że jego pierwsza próba przyjścia przyjaciołom z

pomocą zawiodła, ale on ich nie zawiedzie. Zawsze były do wyboru inne możliwości. Musiał jednak
jak najszybciej powrócić do akademii.

Przyspieszył. Przeskakując z gałęzi na gałąź i przedzierając się przez listowie nie spostrzegł, że

złamała się zapinka mocująca Em Teedee do jego pasa.

Mały android z cichym płaczliwym jękiem pogrążył się w gęstwinie liści.
Zmierzch przerodził się szybko w nieprzeniknione ciemności nocy w dżungli na Yavinie Cztery.

Roje  nocnych  owadów  i  stada  zwierząt  obudziły  się  i  wyruszyły  na  polowanie,  ale  Lowbacca,  nie
zważając na nic, szedł wciąż dalej.

Zdrowy  rozsądek  nakazywał  mu,  aby  dalszą  drogę  odbywał  poniżej  baldachimu  liści;  młody

Wookie  zszedł  zatem  na  niższy  poziom.  Wszystkie  gałęzie  były  tu  na  tyle  grube  i  długie,  że  mogły
utrzymać  ciężar  jego  masywnego  ciała,  kiedy  przeskakiwał  z  jednego  drzewa  na  drugie.  Czasami,
kiedy  się  zmęczył  albo  wydawało  mu  się,  że  zranione  kolano  za  bardzo  mu  dokucza,  czepiał  się
konarów  mocarnymi  rękami.  Wciąż  szedł  dalej,  dzięki  temu,  że  jego  bystre  oczy,  charakterystyczne
dla Wookiech, nawet w mrokach nocy wskazywały mu najlepszą drogę.

Ani razu nie przystanął, żeby uspokoić oddech. Odpocząć będzie mógł kiedy indziej.
Jego  wszystkie  zmysły  były  wyostrzone,  skupione  jak  laserowy  promień  androida  medycznego.

Brzuśce  palców  stóp  oraz  czuły  węch  pomagały  mu  unikać  gnijących  liści,  na  których  mógłby  się
poślizgnąć,  czy  spróchniałych  gałęzi,  które  mogłyby  się  załamać  pod  jego  ciężarem.  Dzięki
znakomitemu  słuchowi  mógł  odróżnić  szelest  liści,  poruszanych  podmuchami  nocnego  wiatru,  od
takiego samego odgłosu nocnych drapieżników, kryjących się albo polujących na gałęziach. Na razie
udawało mu się trzymać od nich z daleka.

background image

Lowbacca  nie  obawiał  się  mroków  dżungli.  Lasy  na  jego  rodzimym  Kashyyyku  były  o  wiele

bardziej  niebezpieczne,  ale  Lowie  rzucił  im  wyzwanie  i  przeżył.  Pamiętał,  że  nieraz  do  późnych
godzin  nocnych  bawił  się  w  dżungli  z  kuzynami  i  przyjaciółmi,  biegał  po  najwyższych  konarach
drzew,  skakał  i  huśtał  się  na  gałęziach.  Wszyscy  zapuszczali  się  także  na  niższe,  niebezpieczne
poziomy,  by  dowieść  swej  odwagi,  a  także  dokonywać  rytualnych  obrzędów,  po  przejściu  których
młodzieńcy Wookiech mogli być uważani za dorosłych osobników.

Przeciskając  się  przez  wyjątkowy  gąszcz,  poczuł  nagle,  że  jedna  gałązka  zaczepiła  o  jego

pleciony  pas.  Wyciągnął  ją  spomiędzy  włókien,  ale  dotyk  delikatnych  skomplikowanych  splotów
przypomniał mu o nocy, kiedy on poddał się rytuałowi dojrzałości i uzyskał prawo noszenia pasa.

Doskonale to pamiętał...
Tamtej niezapomnianej nocy, kiedy schodzi ł po drzewach na najniższy poziom dżungli, czuł, że z

podniecenia jego serce bije przyspieszonym rytmem. Wcześniej Lowie znalazł się na ziemi tylko dwa
razy,  kiedy  uczestniczył  w  obrzędach,  obchodzonych  przez  przyjaciół.  Taki  był  zwyczaj,  a  zresztą
duża liczba młodocianych Wookiech stanowiła o ich sile, kiedy starali się odciąć długie jedwabiste
włókna, wyrastające z samego środka niebezpiecznego kwiatu syreniowca.

Lowbacca  postanowił  jednak,  że  wyprawi  się  sam.  Chciał  stawić  czoło  wyzwaniu,  jakie

przedstawiała żarłoczna roślina, posługując się zręcznością i sprytem, a nie siłą mięśni przyjaciół.

Tamta  noc  na  Kashyyyku  była  dżdżysta  i  bardzo  chłodna.  Lowiego  otaczało  bogactwo  różnych

świergotów,  skrzeków,  warknięć  i  gwizdów,  wskutek  czego  czuł  się  przytłoczony.  Kiedy  dotarł  do
najniższych gałęzi, zaciągnął mocniej rzemień, utrzymujący mały plecak na jego grzbiecie, i wyruszył
na polowanie.

Wytężając  wszystkie  zmysły,  ukradkiem  przemykał  się  z  gałęzi  na  gałąź,  aż  w  końcu  poczuł

nęcącą woń kwiatu dzikiego syreniowca. Kierując się niezawodnym instynktem, podążał w kierunku
źródła  charakterystycznej  woni,  czując  na  przemian  to  podniecenie,  to  znów  przerażenie.  W  końcu
przykucnął  na  konarze  rosnącym  bezpośrednio  nad  rośliną.  Pochylił  się,  żeby  popatrzyć  na
nieruchomą, ale niesamowicie złośliwą ofiarę.

Ogromny  kwiat  syreniowca  tworzyły  dwa  połyskujące  owalne  jaskrawożółte  płatki,  zrośnięte  u

nasady.  Wyrastały  z  cętkowanej,  krwistoczerwonej  łodygi  o  średnicy  dwukrotnie  większej  niż
grubość  konaru,  na  którym  przykucnął  Lowbacca.  Z  samego  środka  ogromnego  kwiatu  wyrastał
wiecheć  długich  białych  błyszczących  włókien,  wydzielających  specyficzną  woń,  która  była
mieszaniną wielu feromonów; zapachów, mających przywabiać nieostrożne zwierzęta.

Piękno gigantycznego kwiatu było jednak zdradliwe, ponieważ każde stworzenie, które znalazło

się  za  blisko  i  dotknęło  delikatnego  wewnętrznego  miąższu  płatka,  wyzwalało  w  roślinie
śmiercionośny odruch. Oba ogromne płatki jak szczeki zatrzaskiwały się wokół nieszczęsnej ofiary,
po czym roślina zaczynała wydzielać trawienne soki.

Wyruszając  samotnie,  Lowbacca  zamierzał  zagłębić  się  miedzy  płatki  rośliny  i  ściąć  kępkę

błyszczących włókien u nasady... ale w ten sposób, żeby nie wpaść w zastawione sidła.

Na  ogół  kilku  krzepkich  przyjaciół  młodzieńca,  który  poddawał  się  rytuałowi  dojrzałości,

przytrzymywało  płatki  zdradzieckiego  kwiatu,  a  wówczas  młody  Wookie  wskakiwał  do  środka  i
ścinał połyskujące włókna, wydzielające niebiańską woń, po czym jak najszybciej uciekał. Czasami
jednak nie wystarczała nawet pomoc przyjaciół. Od czasu do czasu młodzi Wookie tracili kończyny,
kiedy drapieżna roślina chwytała zbyt wolno cofającą się rękę albo nogę.

Fakt, że  młody  Lowie  postanowił  wyprawić  się  sam,  oznaczał,  że  musi  zachować  szczególną

background image

ostrożność.  Lowbacca  zdjął  plecak  z  owłosionego  grzbietu  i  ułożył  na  gałęzi  jego  zawartość:
ochronną maskę, wytrzymały długi sznur i nieco krótszą cienką linkę, a także składane wibroostrze.
Założył  maskę  w  ten  sposób,  żeby  zakrywała  nos  i  usta;  nie  chciał  czuć  zapachu  uwodzicielskich
feromonów  syreniowca.  Wiedział,  że  mieszanina  tych  woni  wywołuje  nieodpartą  chęć  dotknięcia
powierzchni płatka kwiatu albo cieszenia się jego aromatem jak najdłużej... a on nie mógł popełnić
tego błędu.

Pracując  szybko  i  nie  zwracając  uwagi  na  odgłosy  dobiegające  z  dżungli,  sporządził  na  końcu

cienkiej linki niewielką pętlę, w ten sposób, żeby mogła się zaciskać. Następnie ujął nieco grubszy i
dłuższy  sznur  i  zawiązał  na  nim  kilka  węzłów.  Owinął  jeden  koniec  liny  wokół  konara,  na  którym
siedział,  bezpośrednio  nad  syreniowcem,  zawiązał,  po  czym  chwycił  drugi  koniec  jedną  dłonią,
ześlizgnął się z gałęzi i wykorzystując całą siłę mięśni, zaczął się opuszczać.

Znieruchomiał  tak  blisko  łagodnie  falujących  płatków  wygłodzonego  kwiatu  syreniowca,  na  ile

się  odważył.  Mógł  teraz  wyciągnąć  rękę  i  dotknąć  końca  wiechcia  drogocennych  wici.  Uchwycił
potężnymi zębami koniec sznura, żeby mieć wolne ręce, a zarazem nie spaść. Następnie, posługując
się  cienką  linką  niczym  lassem,  zarzucił  pętlę  na  kępkę  błyszczących  włókien  i  opuścił  się  jeszcze
niżej,  żeby  odciąć  ją  wibroostrzem  u  nasady.  Kiedy  skończył,  triumfująco  warknął.  Równocześnie
szarpnął odcięte trofeum ku sobie i przycisnąwszy je jednym włochatym ramieniem do piersi, zaczął
wpychać do plecaka.

W podnieceniu, jakie go ogarnęło, nie zwrócił uwagi na to, że koniec długiego sznura wyślizgnął

się  z  jego  ust.  Rozwinął  się,  niepewnie  się  zakołysał,  po  czym  musnął  wnętrze  jednego  płatka
żarłocznego  kwiatu.  Czując,  że  nagłe  przerażenie  skręca  jego  wnętrzności,  Lowbacca  chwycił
przywiązany sznur i zaczął się rozpaczliwie wspinać. W tej samej sekundzie szczęki syreniowca się
zatrzasnęły.  Płatki  otarły  się  o  jedną  stopę  młodego  Wookiego,  a  potem  zamknęły  się  ze
złowieszczym siorbnięciem tak nagle, że Lowbacca poczuł podmuch powietrza.

Pomyślał, że zasłużył na tę kępkę, na każde błyszczące włókienko. Było ich tyle, że wystarczyło

do uplecenia specjalnego pasa, z którym Lowie nie rozstawał się od tamtego czasu.

Zmęczenie  szarpało  każdym  mięśniem,  ale  Lowbacca  nadal  przeskakiwał  z  jednego  ogromnego

drzewa Massassów na drugie, biegnąc przez wiele godzin w ciemnościach nocy.

Odległość  przestała  mieć  dla  niego  jakiekolwiek  znaczenie.  W  jego  głowie  kołatała  się  tylko

jedna  myśl:  Musi  dotrzeć  do  akademii  Jedi.  Przestał  słyszeć  cokolwiek  poza  własnym  chrapliwym
oddechem. Jego zraniona noga niepewnie drżała przy każdym  kroku.  Zmęczenie  przytępiało  ostrość
wzroku,  a  gałęzie  i  ciernie  plątały  włosy  gęstej  sierści.  Mimo  to  Lowie  parł  wciąż  naprzód;  noga-
ręka, noga-ręka, stopa-dłoń, stopa-dłoń...

W  pewnej  chwili  wyciągnął  rękę,  by  pochwycić  następny  konar,  ale  żadnego  nie  było.

Zdezorientowany,  stanął,  by  rozejrzeć  się  po  okolicy.  Uniósł  głowę  i  spojrzał  na  przeciwległy
kraniec  polany...  polany,  która  była  lądowiskiem!  Ujrzał  mroczną  sylwetkę  wielkiej  świątyni  z
charakterystycznymi tarasami, oświetlonymi drżącym blaskiem kilku pochodni i odcinającymi się na
tle jaśniejącego nieba.

Lowbacca  nie  pamiętał  później,  jak  zszedł  z  drzewa  i  zaczął  biec  przez  polanę.  Przed  oczami

miał tylko zapraszający, zdumiewający widok pradawnej kamiennej piramidy. Głośno ryknął, chcąc
zaalarmować  innych  uczniów.  Ryczał  tak  długo,  aż  ujrzał  strumyk  ciemnych  sylwetek,  okrytych
płaszczami  Jedi  i  trzymających  zapalone  pochodnie.  Uczniowie  Jedi  wybiegli  po  kamiennych
stopniach i puścili się w jego stronę.

background image

Zmęczenie  desperacką  wędrówką  i  bezsenność  zaczynały  brać  górę  nad  wytrzymałością

Wookiego.  Odrętwienie,  narzucone  przez  determinację,  z  wolna  ustępowało,  a  zranione  kolano
ostatecznie  odmówiło  posłuszeństwa.  Silne  nogi  Lowbaccy  się  ugięły.  Młody  Wookie  runął  na
murawę, z jękiem wypowiadając to, co pragnął powiedzieć.

Kiedy  obrócił  się  na  plecy,  na  tle  nieba  ujrzał  krąg  zaniepokojonych  twarzy.  Tionna,  która

pochyliła się nad nim, wyciągnęła rękę i odgarnęła kosmyk zmierzwionych włosów sprzed jego oczu.

- Lowbacco, martwiliśmy się o ciebie! - powiedziała poważnie i surowo. - Czy jesteś ranny?
Lowie jęknął coś w odpowiedzi, ale wyglądało na to, że Tionna go nie zrozumiała. Pochyliła się

jeszcze niżej, a jej srebrzystosiwe włosy zalśniły w blasku pochodni.

-  Czy  Jacen  i  Jaina  byli  z  tobą?  -  pytała.  A  Tenel  Ka?   Przerwała,  a  Lowbacca  znów  jęknął,

udzielając odpowiedzi.

- Czy stało się coś złego? - ciągnęła zaniepokojona Tiona. - Czy możesz powiedzieć mi, gdzie są

teraz?

Lowbacca  zdołał  w  końcu  powiedzieć,  że  jego  przyjaciele  są  w  dżungli  i  potrzebują  pomocy.

Brwi  Tionny  jednak  ściągnęły  się,  nadając  jej  twarzy  wyraz  jeszcze  większego  zmartwienia.
Nauczycielka kilka razy zamrugała, zamykając i otwierając perłowe oczy.

- Przykro mi, Lowbacco powiedziała. - Nie rozumiem ani słowa. Lowie sięgnął do pasa, chcąc

włączyć Em Teedee, ale jego palce nie natrafiły na obudowę. Miniaturowy android-tłumacz zniknął.

 

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ 13

 
 
Tenel Ka biegła w zapadających ciemnościach przez dżunglę. Czując chłód nadciągającej nocy,

starała  się  obmyślić  jakiś  plan.  Biegła,  mając  ręce  wyciągnięte  przed  sobą,  żeby  chronić  oczy  i
rozsuwać gałęzie na boki. Mimo to kolczaste łodygi raz po raz smagały jej twarz, wyrywały pasma
włosów i pozostawiały długie, krwawiące smugi na obnażonych rękach i nogach.

Dziewczyna  z  trudem  oddychała,  ale  nie  z  wysiłku,  spowodowanego  długim  biegiem.  Do  tego

była przyzwyczajona od dzieciństwa. Wciąż jednak nie mogła się otrząsnąć z przerażenia na myśl o
tym,  co  się  wydarzyło.  Miała  nadzieję,  że  podjęła  słuszną  decyzję.  Słyszała  przyspieszone  bicie
serca i pulsowanie krwi w uszach. Dźwięk ten walczył o lepsze z prawdziwą symfonią nieznanych
odgłosów,  wydawanych  przez  zwierzęta  budzące  się  do  nocnego  życia  w  głębi  dżungli.  Chociaż
starała przypomnieć sobie jakiś sposób, stosowany przez rycerzy Jedi w celu uspokojenia nerwów,
dziwnym trafem żaden nie chciał jej wpaść do głowy.

Kiedy  jakiś  głośniejszy  skrzek  latającego  stworzenia  rozległ  się  bezpośrednio  za  jej  plecami,

zaniepokojona  Tenel  Ka  obejrzała  się.  Zanim  jednak  zdążyła  przebiec  kilka  kroków,  uderzyła  się  z
całej siły o potężny pień drzewa Massassów, rosnącego na jej drodze. Niemal ogłuszona, przebiegła
chwiejnie jeszcze kilka kroków, po czym upadła na ziemię, ale nie straciła przytomności. Przyłożyła
dłoń do skroni, chcąc sprawdzić, czy rana bardzo krwawi.

Na szczęście krew nie płynęła. To dobrze - pomyślała Tenel Ka, chociaż miała wrażenie, że ta

myśl napłynęła z bardzo dużej odległości. Pod opuszkami palców czuła otarty naskórek i obrzmienie,
ciągnące się od policzka do skroni. Wiedziała, że będzie miała wielkiego sińca, a niedługo zapewne
także straszny ból głowy. Oddałaby królestwo... Skrzywiła się, kiedy ta myśl przyszła jej do głowy.
Królestwo. Chociaż nikt tego nie mógł widzieć, poczuła, że na jej policzkach pojawia się rumieniec
wstydu.

Niepewnie  wstała  i  zaczęła  oceniać  sytuację.  Stwierdziła,  że  znów  może  trzeźwo  myśleć,  i

uzmysłowiła sobie, że zabłądziła. Jacen i Jaina, a zapewne w tej chwili takie Lowbacca, liczyli na
to,  że  wróci,  aby  im  pomóc.  Zawsze  szczyciła  się  swoją  siłą,  lojalnością  wobec  przyjaciół,
niezawodnością, niepoddawaniem się nastrojom. Zaskoczona niespodziewanym niebezpieczeństwem,
potrafiła  błyskawicznie  rzucić  się  do  ucieczki,  ale  później  wpadła  w  panikę.  Potrząsnęła  głową,
chcąc usunąć z niej wszystkie myśli i wspomnienia niemądrego, bezcelowego biegu przez dżunglę.

No  cóż,  przynajmniej  znów  panuję  nad  nerwami  -  pomyślała,  zaciskając  blade  wargi  w  cienką

linię.  Postanowiła  iść  dalej  i  poszukać  bezpiecznego  miejsca,  w  którym  mogłaby  przenocować.
Później, wraz z nastaniem poranka, postara się ocenić sytuację i powróci do akademii Jedi.

Przedzierając  się  przez  zarośla,  rozglądała  się  na  boki.  W  gasnącym  świetle  wieczoru

background image

stwierdziła, że grunt zaczyna się wznosić i staje się bardziej skalisty. Drzewa także nie rosły już tak
gęsto  jak  gdzie  indziej.  Kiedy  zobaczyła  szczerbaty  cień,  wyłaniający  się  przed  nią  z  mroków,
zwolniła.  Stwierdziła,  ze  znalazła  się  u  stóp  dużego  skalnego  wypiętrzenia  porośniętego  mchami.
Szorstkie czarne powierzchnie wskazywały, że powstało przed tysiącleciami na skutek zakrzepnięcia
jęzora lawy.

Tenel  Ka  odchyliła  głowę  i  spojrzała  w  górę,  ale  w  zapadających  ciemnościach  nie  mogła

dostrzec wierzchołka wypiętrzenia. Zachowując ostrożność, ruszyła wzdłuż podnóża góry i po chwili
dotarła do szczeliny w skalnej ścianie. Mroczny, czarny jak sadza otwór dowodził, że stanęła przed
wejściem niewielkiej jaskini. Może mogłaby spędzić noc w tym bezpiecznym, nietrudnym do obrony
miejscu.  Szczelina  nie  była  szersza  ani  wyższa  niż  półtora  metra,  tak  że  Tenel  Ka  musiała  się
pochylić, jeżeli chciała wejść i zbadać wnętrze groty. W tej chwili myślała tylko o tym, żeby znaleźć
wygodne i bezpieczne miejsce, w którym mogłaby odpocząć.

Zadrżała,  kiedy  kucnęła  na  zimnym,  piaszczystym  dnie  jaskini.  Każdy  mięsień  wysyłał  impulsy

bólu, ale w tej chwili nie mogła nic na to poradzić. Potrafiła to znosić jak prawdziwa wojowniczka.
Jednak  od  popołudnia  niczego  nie  miała  w  ustach.  Sięgnęła  do  małej  torby,  przewieszonej  przez
plecy,  i  znalazła  ostatni  herbatnik  proteinowo-węglowodanowy.  A  jeżeli  chodzi  o  zimno,  mogła
przecież rozpalić ognisko, posługując się miniaturową punktową zgrzewarką, którą zwykle nosiła w
kieszeni pasa.

Uklękła i zaczęła przesuwać palcami po ziemi w pobliżu wejścia jaskini. Szukała suchych liści,

gałązek,  patyków...  wszystkiego,  co  mogłoby  posłużyć  do  rozniecenia  ognia.  W  dawnych  czasach,
kiedy  przebywała  na  Dathomirze,  bardzo  często  spędzała  noce  poza  domem  i  dobrze  umiała  radzić
sobie w lesie.

Kiedy  pomyślała  o  miłym  cieple  ogniska  i  miękkim  posłaniu  z  suchych  liści,  poczuła  się  nieco

raźniej. Koszmarne wydarzenia sprzed kilku godzin zaczynały zacierać  się  w  pamięci.  Powiedziała
sobie,  że  to  tylko  jeszcze  jedna  przygoda.  Jeszcze  jedna  próba  jej  silnej  woli,  zdecydowania  i
wytrzymałości.

Kiedy  zebrała  garść  suchych  liści  i  patyków,  zaczęła  się  rozglądać  za  grubszymi  gałęziami.  W

aksamitnych  ciemnościach  zapadającej  nocy  układała  je,  tworząc  stos,  który  miała  za  chwilę
podpalić.  Sięgnęła  do  jednej  kieszeni  pasa,  potem  do  drugiej  i  przez  chwilę  przebierała  palcami,
szukając  zgrzewarki.  Po  sekundzie  jęknęła,  przypomniawszy  sobie,  że  przecież  tego  popołudnia
pożyczyła ją Jainie. Zaczęła pocierać zziębnięte ramiona i chuchać na palce rąk, by je rozgrzać.

Ogarnięta  tęsknotą,  pomyślała  o  radosnym  cieple  trzaskających  ognisk  i  ciepłym  korzennym,

mocno przyprawionym hapańskim napoju, który nieraz piła z rodzicami.

Kiedy o nich pomyślała, o Teneniel Djo i księciu Isolderze, poczuła że jej wargi układają się w

lekki  uśmiech.  Tenel  Ka  rzadko  się  uśmiechała.  Gdyby  była  teraz  w  domu,  wystarczyłoby,  żeby
uniosła rękę, a przybiegłby jakiś służący czy lokaj hapańskiego królewskiego dworu, gotów spełnić
każde życzenie...

Tenel Ka się  skrzywiła.  Nigdy  nie  zaznała  biedy  ani  trudów  życia,  chyba  że  sama  tego  chciała.

No cóż, przecież i tym razem sama tego chciałaś, księżniczko - pomyślała z przewrotną satysfakcją. -
Chciałaś sama poznawać życie i nauczyć się pokonywać trudności.

Jej ojciec, książę Isolder z Hapes, zawsze mówił, że te dwa lata, które przeżył w towarzystwie

korsarzy i piratów, nie ujawniając swojego pochodzenia, dało mu więcej jako przyszłemu królowi,
niż mogłoby zapewnić wiele lat studiów pod opieką hapańskich królewskich nauczycieli. Jej matka,

background image

Teneniel  Djo,  wychowana  na  surowej  Dathomirze,  była  dumna,  że  jej  jedyna  córka  przez  wiele
miesięcy każdego roku uczy się żyć, jakby była jedną z kobiet klanu ze Śpiewającej Góry, i ubiera się
jak prawdziwa wojowniczka. Tenel Ka robiła to tym chętniej, iż wiedziała, że irytuje to jej hapańską
babkę, nieustannie knującą podstępne plany.

Teneniel Djo była zatem jeszcze bardziej zachwycona, kiedy jej córka oświadczyła, że poleci do

akademii Luke’a Skywalkera, aby zostać kiedyś prawdziwą Jedi. Zapisała się po prostu jako Tenel
Ka  z  Dathomiry,  gdyż  nie  chciała,  by  inni  uczniowie  traktowali  ją  inaczej  z  powodu  królewskiego
pochodzenia.

Prawdę  o  pochodzeniu  Tenel  Ka  znał  jedynie  mistrz  Skywalker,  stary  przyjaciel  jej  matki  i

mężczyzna, którego Teneniel Djo najbardziej szanowała. Dziewczyna nie zdradziła swojej tajemnicy
nawet Jacenowi i Jainie, najlepszym przyjaciołom w akademii Jedi na Yavinie Cztery.

Jacen  i  Jaina...  Bliźnięta  jej  zaufały.  Znalazły  się  w  niebezpieczeństwie  i  liczyły  na  jej  pomoc.

Tenel Ka wzdrygnęła się, kiedy o nich pomyślała. Musiała spędzić tę noc w bezpiecznej jaskini, ale
następnego ranka powinna jak najszybciej dotrzeć do akademii i sprowadzić pomoc.

Usłyszała nagle jakiś szmer w głębi groty, a po nim cichy syk i stłumione klaśnięcie. Odwróciła

głowę  i  wytężając  wzrok,  starała  się  coś  zobaczyć.  Kilka  razy  zamrugała,  usiłując  przeniknąć
ciemności.  Czyżby  naprawdę  dostrzegła  jakiś  cień  poruszający  się  w  mroku?  Może  postąpiła
nierozważnie, decydując się na spędzenie nocy w jaskini, której dobrze nie zbadała, ale zmęczenie i
chłód  wzięły  górę  nad  zwykłą  ostrożnością.  Spojrzała  nieco  wyżej  i  pomyślała,  że  chyba  widzi
ciemne,  błyszczące  kształty,  zawieszone  u  sklepienia  i  poruszające  się  niczym  fale  czarnego,
nieważkiego morza...

Nie bądź dzieckiem - skarciła się w myślach. Zawsze starała się pokazać przyjaciołom, jaka jest

samodzielna i dojrzała. Teraz jednak czuła dotkliwy chłód, a poza tym bolały ją wszystkie mięśnie.
Co  powiedziałby  Jacen,  gdyby  zobaczył  ją  w  takim  stanie?  Zapewne  opowiedziałby  jakiś  nudny
dowcip.

Tenel  Ka  zacisnęła  zęby.  Musi  rozpalić  ognisko,  nie  posługując  się  punktową  zgrzewarką.

Wykorzysta sposób, którego nauczyła się na Dathomirze.

Mimo  to  pocieranie  jednego  gładkiego  kawałka  drewna  o  drugi  zajęło  jej  silnie  umięśnionym

rękom wiele czasu. W końcu udało się jej wyczarować niewielki jarzący się punkcik, wydzielający
strużkę dymu. Leciutko dmuchnęła i natychmiast przyłożyła do niego skraj suchego liścia. Pojawił się
mikroskopijny  złocisty  płomyk,  który  zaczął  posuwać  się  w  głąb  liścia.  Z  trudem  panując  nad
podnieceniem, położyła następny liść i następny, po czym sięgnęła po kilka suchych gałązek.

Podmuch  wiatru,  który  wpadł  przez  otwór  jaskini,  omal  nie  zgasił  drżącego  płomienia,  a  więc

Tenel  Ka  otoczyła  ognisko  piaskowym  wałem,  by  ochronić  je  przed  następnymi  podmuchami.
Wrzuciła kilka kawałków suchej kory i wkrótce ogień płonął tak jasno, że zaczął ją ogrzewać, a w
jaskini pojawił się krąg krzepiącego blasku.

Tenel  Ka  uświadomiła  sobie  jednak,  że  dobiegające  z  głębi  jaskini  dziwne  odgłosy,  które

słyszała przed chwilą, nie tylko nie ucichły, ale stają się coraz głośniejsze... o wiele głośniejsze.

Nagle  od  sklepienia  oderwało  się  skrzeczące  stworzenie,  podobne  do  uskrzydlonego  gada.

Rozpostarło  błyszczące  skrzydła,  wyglądające  jakby  sporządzono  je  ze  skóry,  i  poszybowało  ku
dziewczynie.  Wyszczerzyło  kły  obu  łbów,  osadzonych  na  długich  wężowych  szyjach,  i  zaczęło
wymachiwać ogonem, zakończonym jadowitym kolcem. Widząc, że potworne stworzenie leci prosto
ku  niej,  Tenel  Ka  uniosła  rękę,  chcąc  ochronić  twarz  przed  atakiem.  Ostre  jak  brzytwy  pazury

background image

rozorały  jej  ramię,  a  siła  uderzenia  odepchnęła  ją  pod  kamienną  ścianę.  Spiczaste  kły  wpiły  się  w
łydkę  dziewczyny,  ale  szarpnęła  się  i  kopnąwszy  latającego  gada,  trafiła  go  w  jeden  łeb  butem,
sporządzonym  z  wytrzymałej  jaszczurczej  skóry.  W  drżącym  świetle  ogniska  zauważyła  z
przerażeniem,  że  z  mrocznych  czeluści  jaskini  nadlatuje  całe  stado  upiornych  stworzeń.  Wszystkie
kierowały  się  ku  niej,  łopocząc  szeroko  rozpostartymi  skrzydłami,  których  rozpiętość  dochodziła
prawie do dwóch metrów.

Starając się utrzymać równowagę na piaszczystym dnie jaskini, Tenel Ka opadła na kolana obok

kamiennej ściany. Później, wycofując się na czworakach, zaczęła kierować się ku wyjściu z groty.

Mijając  ognisko,  kopnęła  żarzące  się  węgle  w  stronę  koszmarnych  gadów,  krążących  nad  jej

głową.  Niemal  nie  zauważyła,  że  rozżarzone  gałązki  i  płonące  liście  osmaliły  jej  obnażone  nogi.
Jeden z uskrzydlonych potworów zaskrzeczał z bólu.

Tenel  Ka  uśmiechnęła  się  z  ponurą  satysfakcją  i  dała  nurka  przez  otwór  jaskini.  Znalazła  się

znów w nieprzeniknionych ciemnościach dżungli.

Skrzydlate gady wyleciały za nią.
 

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ 14

 
 
Imperialny pilot, nie przestając trzymać bliźniąt na muszce, kazał im iść na polanę z prymitywnym

szałasem i dziuplą, w której żył samotnie przez wszystkie lata.

- A wiec dlatego byłeś taki podniecony - stwierdziła Jaina, zwracając się do brata.  -  Znalazłeś

jego kryjówkę.

Jacen w odpowiedzi kiwnął głową.
-  Milczeć!  -  warknął  ochryple  imperialny  żołnierz.  Jaina,  czując,  że  zasycha  jej  w  gardle,  z

wysiłkiem przełknęła ślinę i rozejrzała się po niewielkiej polanie, na której zaczynały pojawiać się
wieczorne  cienie.  Słyszała  plusk  wody  w  płytkim  strumieniu,  płynącym  środkiem  polany.  Nie
potrafiła  wyobrazić  sobie,  jakim  cudem  pilot  myśliwca  typu  TIE  przeżył  tyle  lat  w  dżungli,
pozbawiony towarzystwa innych ludzi.

Klimat Yavina  Cztery  by ł  co  prawda  dosyć  ciepły,  a  więc  mężczyzna  nie  musiał  się  obawiać

chłodu.  Mieszkał  w  obszernej  dziupli,  wykonanej  w  wypalonym,  poskręcanym  wielkim  pniu
pochyłego  drzewa  Massassów.  Przed  wejściem  sklecił  szałas  z  gałęzi,  ułamanych  i  wbitych  w
ziemię.  Pilot  dysponował  zatem  prymitywnym,  ale  względnie  wygodnym  pomieszczeniem.  Jaina
usiłowała uzmysłowić sobie, ile czasu mogło zająć mężczyźnie wypalenie i wydrążenie wnętrza pnia,
skoro dysponował zapewne tylko ostrym kawałkiem kadłuba statku.

Pilot  myśliwca  typu  TIE,  łącząc  kawałki  wydrążonych  trzcin,  wykonał  także  wodociąg.

Doprowadzał w ten sposób bieżącą wodę do drewnianych pojemników, ustawionych pod gałęziami.
Wystrugał  również  prymitywne  sztućce  z  drewna  leśnych  dyń  i  skamieniałych  kawałków  jakichś
grzybów. Było widać, że przywykł do samotności, a ponieważ zwierzęta w dżungli się go bały, żył z
dnia  na  dzień,  nie  martwiąc  się  o  jutro.  Oczekiwał  na  rozkazy  i  liczył  na  to,  że  któregoś  dnia  ktoś
przyleci, by go zabrać... Nikt jednak nie przyleciał.

Imperialny pilot przystanął przed wejściem szałasu.
- Na ziemię - rozkazał zwięźle. - Oboje. I wyciągnąć ręce nad głowami. Kiedy bliźnięta położyły

się  na  brzuchach  na  polanie,  Jaina  zerknęła  ukradkiem  na  brata.  Nie  widziała  najmniejszej  szansy
ucieczki. Tymczasem pilot myśliwca typu TIE udał się na skraj polany i zdrową ręką zaczął gmerać
miedzy  gałęziami.  Owinął  wokół  palców  cienki  pęd  purpurowej  winorośli,  zwisający  spomiędzy
rosnących  nad  jego  głową  jaskrawych  kwiatów,  podobnych  do  orchidei.  Szarpnął  z  całej  siły  i
oderwał sprężystą łodygę.

Pęd  winorośli  zaczął  się  zwijać  w  jego  dłoni  jak  żywe  stworzenie,  usiłujące  uwolnić  się  z

uścisku  jego  palców.  Mężczyzna  wrócił  szybko  do  bliźniąt  i  zerwaną  wicią  związał  nadgarstki
najpierw  Jainy,  a  po  chwili  i  Jacena.  W  miarę,  jak  z  odciętych  końców  pędu  wyciekały

background image

ciemnofioletowe  soki,  ruchy  łodygi  powoli  zamierały,  a  giętka,  jakby  gumowa  wić  kurczyła  się  i
zaciskała, tworząc niemożliwe do rozerwania pęta.

Jacen  i  Jaina  spojrzeli  po  sobie,  a  w  swoich  bursztynowych  oczach  dojrzeli  odbicie  myśli,

których woleli nie wypowiadać. Obawiali się, że imperialny pilot byłby rozgniewany.

Bliźnięta  zgrzały  się  i  spociły  wskutek  szybkiego  marszu  przez  dżunglę  wąską  ścieżyną.  Twarz

Jainy  była  wciąż  jeszcze  ubrudzona  smarem,  pochodzącym  z  jakiejś  części  naprawianego  silnika.
Teraz jednak chłód nadciągającej nocy sprawił, że zadrżała. Jej ręce zaczęły drętwieć z zimna i bólu,
a  cienkie  pędy  winorośli,  wpijające  się  w  nadgarstki,  sprawiły,  że  ogarniało  ją  coraz  większe
przygnębienie.

W ciągu mniej więcej godziny, jaka upłynęła od ich pochwycenia, żadne z bliźniąt nie widziało

ani  śladu  Tenel  Ka  czy  Lowbaccy.  Jaina  obawiała  się,  że  mogło  przydarzyć  się  im  coś  złego;  że
dwoje przyjaciół mogło wpaść w tarapaty albo zabłądzić w dżungli. Uzmysłowiła sobie jednak, że
jej położenie jest prawdopodobnie o wiele gorsze.

Nie  odzywając  się  ani  słowem,  imperialny  pilot  trącił  czubkiem  buta  bliźnięta,  rozkazując  im,

żeby  wstały,  po  czym  gestem  nakazał,  by  usiadły  na  ogromnych  kawałkach  wulkanicznych  skał,
ułożonych  obok  wypalonego  kręgu  na  polanie.  Jacen  i  Jaina  przycupnęli  na  jednym,  chcąc  być  jak
najbliżej siebie. Siedzenia skalnych ław były gładkie, wypolerowane  od  częstego  używania,  można
też było poznać, że ostre krawędzie i szorstkie powierzchnie zostały w ciągu wielu lat wygładzone
ręką samotnego pilota.

Kiedy olbrzymia pomarańczowa tarcza planety Yavin skryła się za horyzontem, z nieba zniknęły

ostatnie  miedziane  błyski  światła.  Na  powierzchni  szybko  wirującego  księżyca  zapadła  noc.  Przez
gęste  listowe  nad  głowami  przedostawało  się  coraz  mniej  światła,  a  najniższe  poziomy  dżungli
pogrążały się w mroku czarniejszym niż ciemności najgłębszej nocy na Coruscant, rodzimej planecie
bliźniąt.

Imperialny pilot podszedł do stosu rozłupanych i suchych, chociaż omszałych kawałków drewna i

gałęzi, które pieczołowicie zbierał, i posługując się zdrową ręką, układał w kącie szałasu. Przynosił
po jednym kawałku do miejsca, w którym zazwyczaj rozpalał ognisko, i ustawiał, tworząc niewielki
stożek.

Później ze schowka w głębi jaskini wyciągnął pokiereszowaną zapalniczkę i skierował jej wylot

w stronę stosu drewna. Bateria była niemal wyczerpana i u srebrzystego wylotu pojawiło się tylko
kilka iskier. Pilot sprawiał jednak wrażenie nawykłego do takich niespodzianek. Powtarzał czynność
z  nieskończoną  cierpliwością.  Nie  złorzeczył  ani  nie  narzekał,  tylko  skupił  całą  uwagę  na  tym,  co
robił.  Kiedy  w  końcu  udało  mu  się  rozpalić  ogień,  najmniejszym  gestem  nie  okazał  radości  ani
satysfakcji.

Widząc, że płomień ogarnął drewienka, pilot myśliwca typu TIE ponownie zanurkował do dziupli

i zaczął grzebać w koszyku, uplecionym z pędów dzikich winorośli. Po chwili powrócił, niosąc duży
kulisty  owoc,  ukryty  we  wnętrzu  nieapetycznej,  porośniętej  brzydkimi  brodawkami  brązowej
skorupy. Jaina nigdy przedtem go nie widziała. Niczego takiego nie jadali w akademii Jedi.

Przytrzymując owoc wykręconą ręką, okrytą rękawicą, pilot posłużył się kawałkiem zaostrzonego

kamienia,  by  rozłupać  skorupę,  a  potem  usunąć  resztki.  Ukazał  się  żółtawo-zielonkawy  miąższ,
upstrzony  purpurowymi  cętkami.  Pilot  podzielił  owoc  na  trzy  części,  poczłapał  do  więźniów  i
wyciągnąwszy rękę, podsunął jeden kawałek pod nos Jainy.

- Jedz! - rozkazał. Jaina na chwilę zacisnęła wargi, obawiając się, że imperialny żołnierz może

background image

chcieć ją otruć. Natychmiast uświadomiła sobie jednak, że gdyby pilot myśliwca typu TIE chciał ich
zabić, mógłby zrobić to w każdej chwili - a ona jest bardzo głodna i spragniona.

Mając ręce skrępowane wysychającą winoroślą, pochyliła się, otworzyła usta i zagłębiła zęby w

pastelowym miąższu. Poczuła strumień cierpkokwaśnego, podobnego w smaku do soku z pomarańczy
płynu, który okazał się zdumiewająco smaczny i orzeźwiający. Delektując się, zaczęła powoli gryźć.
Przełknęła.

Jacen  także  jadł  swoją  porcję.  Oboje  kiwnęli  głowami,  chcąc  w  ten  sposób  podziękować

pilotowi  imperialnego  myśliwca.  Mężczyzna  nadal  ich  obserwował,  nie  zmieniając  kamiennego
wyrazu twarzy.

Jacen, licząc na to, że najgorsze mają za sobą, odważył się zapytać:
- Co zamierza pan z nami zrobić, proszę pana? Przekrzywił głowę i próbował otrzeć policzek o

ramię, by usunąć reszki soku, jakie pozostały mu na wargach.

Pilot  myśliwca  typu  TIE  spoglądał  na  niego  obojętnie  przez  kilka  sekund,  po  czym  odwrócił

głowę i wpatrzył się w zarośla.

- Jeszcze nie wiem. Jaina poczuła,  że  mięśnie  jej  torsu  zaczynają  się  kurczyć.  Wszystko  to  było

fatalną pomyłką; wydarzyło się przez zwykły przypadek. Imperialny pilot, zapewne ukryty w gąszczu
krzaków,  musiał  obserwować  przez  wiele  dni,  jak  pracują  przy  wraku  jego  statku.  Dopiero
przypadkowe odkrycie jego dziupli, dokonane przez Jacena, zmusiło go do działania.

Co mógł z nimi zrobić pilot imperialnego statku? Nie miał chyba dużego wyboru.
-  Jak  pan  się  nazywa?  -  zapytała  Jaina.  Pilot  myśliwca  typu  TIE  usiadł  prosto  i  popatrzył  na

opancerzoną  rękawice,  okrywającą  jego  wykręconą  rękę.  Obrócił  się  powoli  ku  dziewczynie,  jak
android mający uszkodzone serwomotory.

- CE3K-1977.
Jego  słowa  zabrzmiały,  jakby  recytował  dobrze  wyuczoną  lekcję.  Podał  tylko  kod  stopnia

wojskowego i numer służbowy.

-  Nie  chodzi  mi  o  pański  numer  -  nalegała  Jaina.  -  Chcielibyśmy  poznać  pańskie  nazwisko.  Ja

mam na imię Jaina, a to jest mój brat, Jacen.

-  CE3K-1977  -  powtórzył  imperialny  żołnierz,  a  w  jego  głosie  nie  dało  się  usłyszeć  żadnej

emocji.

-  Jak  brzmi  pańskie  nazwisko?  -  zapytała  po  raz  trzeci  Jaina.  Wyglądało  na  to,  że  pytanie

dziewczyny wprawiło mężczyznę w zakłopotanie.

Wbił  spojrzenie  w  ziemię,  a  potem  przeniósł  je  na  obszarpany  mundur.  Jego  usta  kilka  razy

otwierały  się  i  zamykały,  ale  nie  wydobył  się  z  nich  żaden  dźwięk.  Dopiero  po  dłuższej  chwili
imperialny pilot przemówił, ale jego głos zabrzmiał jak krakanie:

- Qorl... Qorl. Nazywałem się Qorl.
-  My  uczymy  się  w  akademii,  która  znajduje  się  w  starych  świątyniach  -  odezwał  się  Jacen  i

nieśmiało się uśmiechnął. Pamiętał, że ten uśmiech zawsze rozbrajał jego matkę, ilekroć się na niego
gniewała. Na pilocie myśliwca typu TIE nie wywarł jednak żadnego wrażenia.

- Baza Rebeliantów - powiedział Qorl.
- Nie, tam jest teraz uczelnia - oświadczyła Jaina. - Wszyscy, którzy tam przebywają, przylecieli,

by się uczyć. Od dawna nie ma tam żadnej bazy, prawdę mówiąc, od mniej więcej... dwudziestu lat -
dodała.

- To baza Rebeliantów - powtórzył Qorl tak stanowczo, że Jaina postanowiła nie upierać się przy

background image

swoim zdaniu.

- Jak pan się tutaj znalazł? - zapytała, pochylając się na siedzeniu z wygładzonej czarnej skały. W

ognisku wesoło trzaskały płonące głownie. - Od jak dawna żyje pan w dżungli?

Pędy winorośli, zaciskające się wokół jej nadgarstków, utrudniały krążenie krwi i sprawiały, że

jej  dłonie  zaczynały  drętwieć.  Jaina  poruszyła  palcami,  a  potem  pochyliła  się  w  stronę  ogniska.
Charakterystyczna woń dymu z płonących gałęzi wydała się jej niemal słodka.

Pilot imperialnego myśliwca  zamrugał  powiekami  bladoniebieskich  oczu,  po  czym  wpatrzył  się

w  płomienie.  Sprawiał  takie  wrażenie,  jakby  przeniósł  się  w  czasie  i  przeżywał  wszystko  po  raz
drugi.

- Gwiazda Śmierci - powiedział. - Byłem na pokładzie Gwiazdy Śmierci. Przylecieliśmy tu, żeby

zniszczyć bazę Rebeliantów, zaraz po tym, jak wielki moff Tarkin unicestwił Alderaan. Yavin Cztery
miał być naszym następnym celem.

Jaina  poczuła  w  sercu  ostry  ból,  kiedy  przypomniała  sobie  opowieści  matki  o  przepięknej

planecie  Alderaan,  porośniętej  trawą,  w  której  źdźbłach  wiatr  wygrywał  pieśni,  a  na  równinach
wznosiły  się  smukłe  wieże.  Rodzima  planeta  księżniczki  Leii  była  ośrodkiem  galaktycznej  kultury  i
cywilizacji,  ale  wskutek  nieprawdopodobnego  okrucieństwa  funkcjonariuszy  Imperium  została
zniszczona pojedynczym strzałem z superlasera Gwiazdy Śmierci.

-  Musimy  zniszczyć  Rebeliantów  za  wszelką  cenę  -  ciągnął  monotonnie  Qorl.  - Rebelianci

stanowią zagrożenie dla Imperium.

Imperialny  pilot  recytował  tę  litanię  jeszcze  przez  jakiś  czas.  Wyciągał  z  głębin  pamięci

wyuczone  zdania  i  myśli,  wyryte  zapewne  podczas  szkolenia,  jakie  przeszedł  w  wojskowej
imperialnej akademii.

-  Nowy  porządek,  jaki  wkrótce  zaprowadzi  Imperator,  ocali  całą  galaktykę.  Rebelianci  chcą

zniszczyć jego marzenie, a zatem my musimy zniszczyć Rebeliantów. Stanowią śmiertelne zagrożenie
dla pokoju i stabilności.

- Był pan na pokładzie Gwiazdy Śmierci - przypomniał Jacen. - To było przed ponad dwudziestu

laty. Co się stało?

Qorl  nie  przestawał  się  wpatrywać  w  płomienie  ogniska.  Jego  cichy,  chrapliwy  głos  był  tylko

nieco głośniejszy od szeptu.

-  Rebelianci  wiedzieli, że  przylatujemy.  Stawili  opór.  Walczyli.  Rzucili  swoje  siły   do  walki  z

bojową stacją. Otrzymaliśmy rozkaz, żeby wystartowały wszystkie eskadry myśliwców typu TIE.

Leciałem  razem  ze  swoją  eskadrą.  Wszyscy  moi  koledzy  zginęli,  zestrzeleni  przez  pilotów

rebelianckich maszyn typu X. Mój myśliwiec został uszkodzony... przestał funkcjonować jeden panel
z ogniwami słonecznymi. Maszyna zaczęła koziołkować, oddalać się od Gwiazdy Śmierci.

Musiałem  powrócić,  jeżeli  chciałem,  żeby  mechanicy  naprawili  uszkodzenie.  Na  wszystkich

kanałach  łączności  panował  jednak  straszny  chaos;  w  eterze  krzyżowały  się  krzyki  i  wołania  o
pomoc.  Tymczasem  mój  myśliwiec,  ciągle  koziołkując,  coraz  bardziej  zbliżał  się  do  powierzchni
czwartego  księżyca  Yavina.  Usiłowałem  nawiązać  z  kimkolwiek  łączność  przez  komunikator.  W
końcu  mi  się  to  udało.  Powiedziano  mi,  żebym  wylądował  i  czekał,  aż  ktoś  po  mnie  przyleci.
Rozkazano mi, żebym skupił całą uwagę na lądowaniu... i był cierpliwy.

- A wiec doszło do katastrofy - stwierdził Jacen.
- Gałęzie drzew nieco złagodziły mój upadek. Kiedy jedno z ogniw słonecznych zahaczyło o jakiś

konar i oderwało się od kadłuba, zostałem wyrzucony z kabiny i wylądowałem w gąszczu krzaków.

background image

Kiedy  się  z  nich  wygrzebałem,  pokuśtykałem  do  wraku  mojego  myśliwca.  Pozostałem  tak  blisko
maszyny, na ile się odważyłem. Obawiałem się, że może eksplodować. Moja ręka... - Odchylił lewą
dłoń,  ukrytą  w  czarnej,  skórzanej  rękawicy  -  doznała  ciężkich  obrażeń.  Kość  złamana  w  wielu
miejscach, ścięgna zerwane.

Spojrzałem w niebo w samą porę, żeby zobaczyć, jak Gwiazda Śmierci eksploduje. Wyglądało

to, jakby na niebie rozbłysło jeszcze jedno słońce. W przestworza wystrzeliły płonące odłamki, które
poszybowały  ku  księżycowi.  Musiały  wzniecić  w  lasach  setki  pożarów.  W  ciągu  kilku  następnych
tygodni,  kiedy  szczątki  opadały  na  powierzchnię,  na  niebie  było  widać  istny  deszcz  meteorów.
Przypominały sztuczne ognie.

W ten sposób znalazłem się tutaj.
Płomienie  ogniska  oświetlały  twarz  mężczyzny  żółtawym,  migotliwym  blaskiem.  Odgłosy

dobiegające z dżungli otaczały ich niczym monotonna, hipnotyzująca muzyka. Pilot myśliwca typu TIE
nie  dawał  żadnego  znaku,  że  jest  świadom,  iż  bliźnięta  go  słuchają.  Kiedy  ciągnął  opowieść,
poruszały się tylko jego usta.

- Czekałem tu i czekałem, jak mi rozkazano, ale nikt po mnie nie przylatywał.
- Ależ to trwało ponad dwadzieścia lat! - wykrzyknęła Jaina. - Ten księżyc został wkrótce potem

opuszczony,  a  pierwsi  ludzie  w  akademii  Jedi  pojawili  się  dopiero  przed  jedenastu  laty.  Dlaczego
nie  powiadomił  pan  nikogo  o  tym,  że  przebywa  na  księżycu?  Czy  rzeczywiście  pan  nie  wie,  co
wydarzyło się w galaktyce od czasu, kiedy pańska maszyna uległa katastrofie?

-  Poddanie  się  oznacza  zdradę!  -  wybuchnął  Qorl,  piorunując  dziewczynę  spojrzeniem.  Jego

wymizerowaną twarz wykrzywił grymas złości.

- Ależ mówimy panu prawdę! - odezwał się Jacen. - Wojna się skończyła. Imperium nie istnieje.

- Głęboko odetchnął, zrobił krótką przerwę, po czym ciągnął: - Darth Vader nie żyje. Imperator także
zginął.  Rządzi  teraz  Nowa  Republika.  Istnieje  tylko  kilka  systemów  gwiezdnych,  które  nadal
pozostaw wierne Imperium, ale kryją się gdzieś daleko, w samym środku jądra galaktyki.

- Nie wierzę wam - odezwał się stanowczo Qorl.
-  Jeżeli  zaprowadzi  nas  pan  z  powrotem  do  akademii  Jedi,  udowodnimy,  że  mówimy  prawdę.

Pokażemy panu także inne rzeczy - obiecała Jaina. - Czy nie chciałby pan powrócić do domu? Chyba
ma pan już dosyć takiego życia. Moglibyśmy też przywrócić panu władzę w ręce.

Qorl uniósł dłoń w czarnej rękawicy i przez chwilę się jej przyglądał.
- Posłużyłem się pokładowym zestawem medycznym - powiedział. - Nastawiłem złamane kości

najlepiej  jak  umiałem.  Zrosły  się  całkiem  nieźle,  chociaż  czułem  straszliwy  ból...  przez  długi  czas,
całe lata.

- W akademii są uzdrowiciele Jedi! - oświadczyła Jaina. - Mamy także medyczne androidy. Może

pan być znów wesół i szczęśliwy. Dlaczego miałby pan dłużej mieszkać w dżungli? Niczego pan nie
zdradza, bo Imperium nie istnieje!

-  Bądź  cicho!  -  rozkazał  szorstko  Qorl.  -  Imperium  będzie  istniało  zawsze.  Imperator  jest

niezwyciężony.

- Imperator nie żyje - powtórzył Jacen.
- Ale samo Imperium nigdy nie zginie - upierał się pilot.
- Jeżeli zatem nie zgadza się pan, byśmy razem powrócili, czego właściwie pan chce? - zapytała

Jaina.

Jacen kiwnął głową na znak, że i on jest tego ciekaw, po czym zapytał:

background image

-  O  co  właściwie  panu  chodzi?  Co  moglibyśmy  dla  pana  zrobić?  Pilot  myśliwca  typu  TIE

przestał wpatrywać się w płomienie i popatrzył na bliźnięta. Na jego zarośniętej, pooranej głębokimi
bruzdami twarzy, pojawił się przebiegły wyraz, jakby jakaś myśl natchnęła go nową nadzieją.

-  Skończycie  naprawiać  mój  myśliwiec  -  oświadczył.  -  Wówczas  będę  mógł  odlecieć  z  tego

przeklętego  księżyca.  Powrócę  do  Imperium  w  aureoli  sławy,  jak  bohater.  Poddanie  się  oznacza
zdradę... a ja nigdy się nie poddałem.

-  A  co  będzie,  jeżeli  panu  nie  pomożemy?  -  zapytał  Jacen,  zebrawszy  całą  odwagę,  na  jaką

potrafił się zdobyć. Jaina natychmiast poczuła przemożną chęć, żeby kopnąć go za to, że prowokuje
imperialnego pilota.

Qorl popatrzył w oczy chłopca, przybierając na nowo dobrze znany, obojętny wyraz twarzy.
- Wówczas się was pozbędę - oświadczył.
 

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ 15

 
 
Minęło kilka chwil, zanim Em Teedee dokonał ponownej kalibracji czujników, zaraz po tym, jak

odczepił się od pasa Lowbaccy. Stwierdził, że spada, obija się o konary, koziołkuje i znów spada. W
końcu wylądował w gęstwinie pędów winorośli, oplątujących najniższe gałęzie drzewa.

- Panie Lowbacco, proszę wrócić! - zawołał, nastawiwszy na największą wartość  wzmocnienie

obwodów  głośnika.  -  Niech  pan  mnie  tu  nie  zostawia!  O  rety.  Wiedziałem,  że  to  nie  jest  dobry
pomysł.

Zwiększył  wrażliwość  czujników  optycznych,  żeby  móc  lepiej  widzieć  w  panującym  na

najniższych  poziomach  dżungli  półmroku  Przekonał  się,  że  otacza  go  plątanina  gałęzi  i  pędów.
Wydała mu się zbyt gęsta nawet dla kogoś tak dużego i silnego jak młody Wookie.

-  Ratunku!  Pomocy!  -  zawołał  po  raz  drugi.  Zdecydował,  że  najlepiej  wykorzysta  swój  głos

wówczas, jeżeli będzie krzyczał co czterdzieści pięć sekund. Obliczył, że jest to najkrótszy czas, po
upływie którego pojawiłby się ktokolwiek, kto znalazłby się w zasięgu jego głosu.

Nie mogąc się poruszyć ani zorientować w swoim położeniu, Em Teedee doszedł do wniosku, że

znajduje  się  jakieś  dwadzieścia  metrów  nad  ziemią.  Liczył  na  to,  że  żaden  przypadkowy  podmuch
wiatru nie poruszy gałęzi i nie sprawi, że zacznie koziołkować jeszcze niżej. Gdyby upadł na ziemię,
mógłby  uderzyć  o  jeden  z  zakrzepłych  jęzorów  lawy,  a  wówczas  jego  obudowa  uległaby
uszkodzeniu.  Drogocenne  elektroniczne  podzespoły  rozsypałyby  się  we  wszystkie  strony  i  nie
znalazłby się nikt, kto mógłby je odszukać, a tym bardziej połączyć w prawidłowy sposób. Na samą
myśl o tym poczuł dziwne mrowienie w obwodach logicznych.

Upłynęło czterdzieści pięć sekund. Em Teedee zawołał ponownie, po czym umilkł i czekał, co się

stanie.  Wołał  tak  przez  następną  godzinę  i  jedenaście  minut.  Nie  tracił  nadziei,  że  jego  wołanie
zwróci czyjąś uwagę i pojawi się ktoś, kto go uratuje.

Kiedy  jednak  jego  nadzieje  się  ziściły,  mały  android  pożałował,  że  w  ogóle  używał  obwodów

głosowych.

W  pobliżu  przemykało  wielkie  stado  trajkoczących  wełnolamandrów,  przeskakując  z  jednego

konaru  na  drugi  i  czepiając  się  gałęzi.  Te  żyjące  na  drzewach  stworzenia,  hałaśliwe  i
nieprawdopodobnie  zręczne,  potrafiły  równie  zwinnie  wdrapywać  się  na  grube  konary  i  cienkie
gałęzie, nie tracąc równowagi. W tej chwili sprawiały wrażenie zajętych rozstrzyganiem sporu, które
z nich głośnym wyciem bardziej zmąci ciszę nadchodzącej nocy.

Mimo hałasu i jazgotu, stworzenia usłyszały wołanie Em Teedee o ratunek.
Chociaż baza danych małego androida zawierała niezbyt dużo  informacji,  Em  Teedee  wiedział,

że  wełnolamandry  są  stworzeniami  towarzyskimi  i  ciekawskimi.  Kiedy  usłyszały  jego  głos,

background image

natychmiast podjęły poszukiwania. Dysponując bystrym wzrokiem, już po kilku sekundach dostrzegły
obudowę  androida,  błyszczącą  w  mrokach  dżungli.  Całe  stado  jaskrawo  ubarwionych,  włochatych
stworzeń rzuciło się w jego stronę.

- Och, nie! - zawołał Em Teedee. - Tylko nie wy. Proszę ... Liczyłem na to, że znajdzie mnie kto

inny.

Z  szelestem  lisa  i  trzaskiem łamanych  gałązek  wełnolamandry  otoczyły  małego  androida.

Zwierzęta  szwargotały  między  sobą  i  jeżyły  jaskrawopurpurową  sierść,  częściowo  ze  strachu,  a
częściowo z podniecenia.

-  Idźcie  sobie!  Sio!  -  odezwał  się  Em  Teedee.  Wełnolamandry  zareagowały  przeciągłym

wrzaskiem, oznajmiając odkrycie czegoś nieznanego. Jakiś wielki samice wyciągnął łapę i wyłuskał
androida z gąszczu łodyg dzikiej winorośli.

- Odłóż mnie - rozkazał Em Teedee. - Nalegam, żebyś natychmiast zostawił mnie w spokoju.
Wielki  samiec  rzucił  androida  swojej  towarzyszce,  która  zręcznie  pochwyciła  srebrzysty

przedmiot  i  zaczęła  obracać  w  palcach,  podziwiając  błyszczące  kręgi.  Po  chwili  dźgnęła  brudnym
palcem jeden ze złocistych okrągłych czujników optycznych.

-  Au!  To  jest  moje  oko!  Wyjmij  z  niego  ten  brudny  paluch!  A  teraz  trzymasz  mnie   do  góry

nogami... Odwróć mnie! Odłóż na poprzednie miejsce!

Samica potrząsnęła androidem, a potem zaczęła uderzać nim o drugą dłoń, chcąc przekonać się,

czy nie wydobędzie ze środka innych dźwięków. Kiedy jednak skoczyła na grubą gałąź i zamachnęła
się, chcąc rozbić przedmiot o konar, jak zapewne postąpiłaby z dojrzałym owocem czy orzechem, Em
Teedee włączył zasilanie automatycznych alarmowych syren. Rozległo się wycie, piskliwe i głośne
skrzeczenie, tak bolesne dla organów słuchu, że przerażona samica wypuściła androida. Em Teedee
obił się o jakiś konar, porośnięty dużymi liśćmi, ale potem znów zaczepił się o gałęzie i niepewny
dalszego losu, znieruchomiał.

- Pomocy! - pisnął cicho. Jeden z mniejszych wełnolamandrów pospieszył ku niemu, pochwycił i

uwolnił  z  rozwidlenia  gałęzi  i  wydając  radosne  piski,  miody  osobnik  pognał  dalej,  skacząc  po
najniższych konarach. Trzymał swoje trofeum, jak mógł najwyżej, chociaż Em Teedee nie przestawał
wołać o ratunek. Inne młode wełnolamadry, które rzuciły się nw pościg, starały się wyrwać skarb z
łapy współplemieńca.

Android-tłumacz czuł, że ogarnia go taka panika, iż nie potrafi trzeźwo myśleć. W obawie, by nie

przegrzać obwodów logicznych, postanowił się wyłączyć. Nie chciał wiedzieć, co stanie się później.

Włączył  się  ponownie  dopiero  w  środku  nocy  i  przekonał,  że  niczego  nie  widzi.  Jego  czujniki

optyczne były przysłonięte gęstą sierścią.

Wyczuwał  jednak  delikatny  ruch...  słyszał  także  odgłosy  posapywania  i  chrapania.  W  pewnej

chwili miody wełnolamander poruszył się niespokojnie we śnie. Zmienił położenie ciała, a wówczas
Em  Teedee  mógł  się  zorientować,  że  stworzenie  śpi,  skulone  w  rozwidleniu  gałęzi  drzewa,  i
zazdrośnie tuli nową zabawkę do włochatego torsu.

Z  pobliskich  konarów  dobiegały  miarowe  westchnienia  i  pochrapywania  innych  członków

wielkiej  rodziny,  także  śpiących  na  drzewie.  Em  Teedee  chciał  w  pierwszej  chwili  znów  zawołać
pomocy. Liczył na to, że ktoś jednak usłyszy go i przybiegnie na ratunek.

Stwierdził  jednak,  że  hałaśliwe  wełnolamandry  smacznie  śpią,  i  postanowił  nie  zakłócać

panującej ciszy. Spodziewał się, że następnego dnia jego los może się odmienić. Miał nadzieje, że na
lepsze.

background image

 

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ 16

 
 
Noc ciągnęła się całą wieczność, ale w końcu nastał poranek. Od razu się ociepliło, gdyż zza kuli

Yavina,  spowitej  porannymi  mgłami,  ukazało  się  oślepiająco  jasne  słońce.  Stworzenia  żyjące  w
dżungli  obudziły  się  i  napełniły  gęstwinę  nowymi  dźwiękami.  Powietrze  ogrzewało  się  bardzo
szybko, ciężkie od wilgotnych mgieł, zalegających przez całą noc w zagłębieniach gruntu.

Jacen  i  Jaina  niemal  nie  zmrużyli  oczu,  przez  cały  czas  mając  przeguby  związane  purpurowymi

elastycznymi  łodygami.  Jacen  bardzo  żałował,  że  częściej  nie  ćwiczył  posługiwania  się  Mocą.  Nie
opanował precyzyjnej delikatnej techniki, która pozwoliłaby mu za pomocą myśli rozluźnić, a potem
rozwiązać pęta.

Kiedy  rozjaśniło  się  na  tyle,  że  można  było  zacząć  pracę,  z  jamy  we  wnętrzu  pnia  wielkiego

drzewa wyłonił się Qorl i trącił bliźnięta, by się obudziły. Pozwolił, żeby każde wypiło kilka łyków
czystej wody z czerpaka, który zanurzył w strumieniu, po czym wyjął długi kamienny nóż i przeciął
pędy winorośli, krepujące ich nadgarstki.

Jacen zaczął przebierać palcami, chcąc pobudzić krew do krążenia, a później potrząsnął rękami.

Podlił w dłoniach mrowienie, coraz słabsze w miarę, jak nerwy budziły się do życia.

Imperialny żołnierz wyciągnął blaster i wymownym gestem rozkazał bliźniętom, aby ruszyły.
- Z powrotem do mojego myśliwca - oświadczył. - Wracacie do pracy.  Jacen i Jaina poczłapali

wąską ścieżką przez dżunglę, potykając się czasem o korzenie i pędy  winorośli.  Pilot  szedł  o  kilka
kroków  za  nimi,  nie  przestając  mierzyć  z  blastera  w  ich  plecy.  Dotarli  w  ten  sposób  do  miejsca
katastrofy i ujrzeli na polanie kadłub myśliwca, połyskujący w świetle wczesnego poranka. Czując w
żołądku  dziwny  ciężar,  Jacen  zauważył  ciemne,  wypalone  plamy  w  gąszczu  krzaków,  w  miejscach,
gdzie trafiły blasterowe błyskawice, kiedy Qorl strzelał do Tenel Ka i Lowiego.

- Wiem, że prawie skończyliście - oświadczył imperialny pilot. - Przez wiele dni obserwowałem

was, ukryty w gąszczu zarośli. Pozostałe naprawy wykonacie jeszcze dzisiaj.

Jaina zamrugała powiekami bursztynowopiwnych oczu i zerknęła spode łba na Qorla.
- Nie jesteśmy w stanie pracować tak szybko, zwłaszcza teraz, kiedy nie mamy nikogo do pomocy

- odparła. - Ten wrak spoczywa tu od ponad dwudziestu lat. Nie skończyliśmy usuwać śmieci z dysz
silników napędu podświetlnego. Musimy także zmienić okablowanie przetworników mocy...

Jacen przyglądał się twarzy siostry i po jej minie zorientował się, że nie mówi prawdy.
-  Trzeba  zainstalować  nowe  cyberbezpieczniki  -  ciągnęła  tymczasem  Jaina.  - Przewody

wymienników powietrza są zatkane i wymagają...

Qorl uniósł nieco wyżej lufę blastera, ale nie zmienił intonacji głosu.
- Dzisiaj - powtórzył z naciskiem. - Skończycie naprawiać wszystko dzisiaj.

background image

- Och, blasterowe błyskawice. Myślę, Jaino, że on nie żartuje odezwał się Jacen. - Pokaż mi, co

mógłbym zrobić, by ci pomóc.

Jaina westchnęła.
- No, dobrze. Przynieś skrzynkę z narzędziami; tę samą, o którą się przewróciłeś. Wyjmij  z  niej

klucz  hydrauliczny.  Ja  skorzystam  z  uniwersalnego  zestawu,  by  dokonać  kilku  kalibracji  w
mechanizmach napędowych.

Qorl usiadł  na  dużym  porośniętym  mchami  kamieniu  i  posługując  się  zdrową  ręką,  strącił  kilka

pełznących  po  jego  nogach  liszek.  Później  się  wyprostował,  skamieniał  jak  android-strażnik  i  tylko
się przyglądał, jak bliźnięta pracują. Jacen usiłował ignorować i samego mężczyznę, i jego blaster.
Wokół  twarzy  chłopca  roiły  się  chmary  komarów  i  dokuczliwych  muszek,  zwabionych  wonią  potu,
dolatującą  z  jego  rozczochranych  włosów.  Jaina  dostała  się  do  wnętrza  kadłuba  i  zaczęła  coś
naprawiać  w  przedziale  silników.  Jacen  podawał  jej  narzędzia,  starając  się  jak  najszybciej
wyszukiwać te, których potrzebowała.

Czuł,  że  jego  siostra  staje  się  coraz  bardziej  rozdrażniona  i  zdenerwowana  faktem,  iż  nie  może

wymyślić  żadnego  planu.  Jacen  wiedział,  co  prawda,  że  oboje  mogliby  dokonać  sabotażu  podczas
naprawy  jakiegoś  mechanizmu.  Qorl  zorientowałby  się  jednak  niemal  natychmiast,  co  zrobili,  i
pewnie chciałby się później zemścić. Nie mogli pozwolić sobie na takie ryzyko.

Chłopiec teraz żałował, że jego siostra, ogarnięta podnieceniem, zainstalowała jednostkę napędu

nadświetlnego,  którą  otrzymała  w  prezencie  od  ojca.  Ubolewał  nad  tym,  że  pracowali  tak  ciężko  i
tyle zrobili w ciągu krótkiego czasu. Teraz było już za późno.

Jacen otarł wierzchem dłoni spocone czoło, nie chcąc, żeby kłujące krople potu spływały do jego

oczu.  Usłyszał  w  żołądku  burczenie.  Odwrócił  się  w  stronę  pilota  myśliwca  typu  TIE,  nadal
siedzącego  nieruchomo  na  kawałku  skały  i  bez  przerwy  mierzącego  z  blastera.  Pomyślał,  że  to
wszystko zaczyna go już męczyć.

-  Proszę  posłuchać,  panie  Qorl  -  powiedział,  świadomie  używając  rzeczywistego  nazwiska

pilota. - Czy nie moglibyśmy dostać trochę wody do picia i owoców, żebyśmy się posilili? Jesteśmy
głodni. Jeżeli coś zjemy, będziemy pracowali szybciej i wydajniej.

Qorl kiwnął lekko głową i zaczął wstawać z kamienia. Nagle jednak znieruchomiał, zawahał się,

po czym znów usiadł, tak samo wyprostowany jak poprzednio.

- Dostaniecie jedzenie i wodę, kiedy skończycie z naprawami.
- Co takiego? - zapytał Jacen, nie wierząc własnym uszom. - To zajmie cały dzień!
- A zatem będziecie  pracowali  głodni  i  spragnieni  -  oświadczył  Qorl.  Pilot  myśliwca  typu  TIE

sprawiał wrażenie zdenerwowanego, jakby zaczynał się niecierpliwić. - Gracie na zwłokę. Pracujcie
dalej.

Jacen uświadomił sobie, że Qorl może się martwić faktem, iż Tenel Ka czy Lowie powrócili do

akademii  Jedi  i  wezwali  pomoc.  Co  prawda  bliźnięta  przebywały  daleko  od  wielkiej  świątyni,
oddzielone wieloma kilometrami zdradliwej dżungli... ale zawsze istniała taka szansa.

Jaina  skończyła  ustawiać  położenie  pokrętła  zaworu  regulatora  systemu  doprowadzającego

chłodziwo. Przekręciła gałkę i słuchała, jak przewody wypełniają się superchłodnym ciekłym gazem.
Obserwowała  pojawiające  się  na  odsłoniętych  metalowych  powierzchniach  pierwsze  kryształki
szronu. Cofnęła się o krok i potarła policzek ubrudzoną smarami dłonią, zostawiając ciemną smugę
pod bursztynowopiwnym okiem.

- Panie Qorl? - zapytała. - Z kim będzie pan chciał się zobaczyć po powrocie?

background image

- Zamelduję się odpowiednim przełożonym - odparł pilot.
- Powróci pan do domu? - nalegała dziewczyna. - Ma pan jakąś rodzinę?
- Moją rodziną jest Imperium - padła szybka, dobrze wyuczona odpowiedź.
-  Ale  czy  ma  pan  kogoś,  kto  pana  kocha?  -  zapytała  Jaina.  Qorl  wahał  się  tylko  przez  ułamek

sekundy, a potem znów wykonał znaczący gest lufą staromodnego blastera.

- Wracać do pracy - warknął. Dziewczyna westchnęła i gestem poprosiła brata, by jej pomógł.
-  Chodź,  Jacenie  -  powiedziała.  -  Weź  te  trzy  pakiety  i  pojemnik  ze  szczeliwem  do   powłok

metalowych.  Musimy  jeszcze  załatać  te  otwory  w  poszyciu  kadłuba.  - Wskazała  trzy  okrągłe,
osmalone otwory w metalowych płytach poszycia; uszkodzenia, sprawcą których był sam Qorl, kiedy
strzelał poprzedniego dnia do bliźniąt.

Ująwszy gumowy młotek, Jaina zaczęła uderzać od wewnątrz we wgięte płyty, starając się nadać

im  poprzedni  kształt.  Tymczasem  jej  brat  szperał  w  skrzynce  z  narzędziami,  szukając  pojemnika  ze
szczeliwem. Pojemnik zawierał specjalną pastę, która po naniesieniu na powierzchnię pokrywała ją
równomierną warstwą, po czym zastygała. Gładka powierzchnia miała często większą wytrzymałość
niż  oryginalny  stop,  z  którego  wykonano  poszycie.  Jacen  przyłożył  pierwszy  pakiet  i  pokrył  go
warstwą szczeliwa, po czym przyglądał się, jak pasta, sycząc i parując, pokrywa osmalone miejsce.
Jaina uszczelniła w taki sam sposób drugi otwór.

Trzeci  znajdował  się  w  górnej  części  pokrywy  luku  towarowego,  w  pobliżu  przezroczystej

transpastalowej  kopuły,  chroniącej  kabinę  pilota.  Chłopiec  ujął  ostatni  pakiet  i  wspiął  się  na
wierzchołek  małego  statku.  Rozdarł  opakowanie,  przyłożył  łatę  i  czekał,  aż  uszczelniająca  pasta
dokona reszty dzieła.

Obserwując,  jak  półpłynna  substancja  zastyga  na  powierzchni,  Jacen  słyszał  odgłosy

poruszających  się  w  pobliżu  małych  zwierząt.  W  pewnej  chwili  zwrócił  uwagę  na  jedno,
szeleszczące jakby trochę bliżej niż inne. Pochylił się, zajrzał do kabiny i zauważył, że we wnętrzu
luku  towarowego  coś  się  porusza.  Coś  przezroczystego,  ledwo  widocznego...  Chłopiec  poczuł,  że
jego  serce  skoczyło  do  gardła.  Wsunął  się  do  kabiny,  sięgnął  w  głąb  luku  i  próbował  pochwycić
stworzenie. Poczuł przypływ nadziei.

- Chłopcze, wyłaź stamtąd! - wrzasnął nagle Qorl. - Wracaj tam, gdzie będę mógł mieć ciebie na

oku!

Z trudem oddychając i słysząc głośne uderzenia serca, Jacen podciągnął się i wyszedł z kabiny.

Zeskoczył  na  ziemię,  a  potem  wyciągnął  ręce  na  boki  w  ten  sposób,  żeby  pilot  myśliwca  typu  TIE
mógł je widzieć.

Podniecona i zaniepokojona Jaina pochyliła się w stronę brata i szepnęła:
-  Co  robiłeś  w  kabinie?  Po  co  tam  wskakiwałeś?  Chłopiec  wyszczerzył  zęby,  ale  natychmiast

przybrał poprzedni, poważny wyraz twarzy, zanim Qorl zdążył zauważyć jego uśmiech.

- Po coś, co może nas ocalić.
- Koniec rozmów! - warknął Qorl - Wracać do pracy!
- Pracujemy tak szybko, jak możemy - zauważyła Jaina.
-  Nie  dość  szybko!  -  odezwał  się  pilot.  -  A  może  potrzebujesz  czegoś  na  zachętę?  Jeżeli  nie

potrafisz  się  pospieszyć,  może  powinienem  zastrzelić  twojego  brata?  Będziesz  musiała  wówczas
dokończyć napraw sama.

Bliźnięta popatrzyły na żołnierza imperium z nieskrywanym przerażeniem.
- Panie Qorl, chyba nie zrobiłby pan tego - rzekła dziewczyna.

background image

-  Przeszedłem  odpowiednie  przeszkolenie  w  imperialnej  akademii  -  odparł  Qorl.  -  Zrobię

wszystko, co okaże się konieczne.

Jacen przełknął ślinę. Wiedział, że imperialny pilot mówi prawdę.
- Tak, założę się, że zrobisz - mruknął. Jaina westchnęła, po czym rzuciła hydrauliczny klucz obok

stosu  innych  narzędzi,  rozsypanych  na  murawie.  Na  jej  twarzy  malowało  się  obrzydzenie.  Chcąc
usunąć z zabrudzonych dłoni resztki smaru i kurzu, otarła je o nogawki kombinezonu.

- To w tej chwili i tak nie ma znaczenia powiedziała. - Skończyliśmy. Zrobiliśmy  wszystko,  co

było w naszej mocy. Pański myśliwiec jest gotów do startu.

 

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ 17

 
 
We  wnętrzu  wielkiej  świątyni,  oświetlonym  blaskiem  pochodni,  Lowbacca  raz  po  raz  głośno

ryczał,  dając  upust  przerażeniu  i  rozpaczy.  Chcąc  podkreślić  grozę  sytuacji,  wymachiwał  drugimi,
owłosionymi rękami. Nie wiedział, co ma zrobić, żeby inni go zrozumieli. Myślał jedynie o tym, że
powinien ostrzec pozostałych uczniów przed pilotem myśliwca TIE. Musi pomóc Jacenowi i Jainie i
odnaleźć Tenel Ka.

Tionna  i  pozostali  uczniowie  Jedi,  zgromadzeni  wokół  nauczycielki,  z  każdą  chwilą  byli  coraz

bardziej poruszeni. Nikt nie potrafił mówić jeżykiem Wookiech.

- Lowbacco, nie rozumiemy cię - mówiła Tionna. - Gdzie jest twój androidtłumacz?
Lowie znów poklepał się po udzie i warknął, jakby pragnął podkreślić, że i on się tym niepokoi.

Nigdy nie przypuściłby, że będzie taki rozdrażniony stratą trajkoczącego urządzenia.

- Gdzie są Jacen, Jaina i Tenel Ka? - nalegała Tionna. - Czy nic im się nie stało? Lowbacca znów

zaryczał i wskazał gęstwinę dżungli, wyobrażając sobie, że ten gest wystarczy za wszystkie słowa.

- Czy wydarzył się wypadek? Czy są ranni? - pytała Tionna. Jej perłowe, szeroko  otwarte  oczy

wpatrywały się w twarz Wookiego, a delikatne, srebrzystosiwe włosy poruszały się wokół jej głowy
jak żywe. Objęła szczupłymi, delikatnymi palcami owłosioną rękę Lowiego.

Kiedy śpiewała ballady uczniom, zgromadzonym w wielkiej audiencyjnej komnacie, jej głos był

delikatny,  aksamitny.  Teraz  jednak  jej  słowa  przecinały  powietrze  jak  szlachetny  kryształ,  z  siłą
charakterystyczną dla prawdziwej Jedi.

Lowbacca  usiłował  się  skupić,  by  pomyśleć,  jak  wszystko  wytłumaczyć,  ale  narastająca

frustracja  sprawiła,  że  nie  potrafił  zebrać  myśli.  Nie  znał  słów,  które  byłyby  zrozumiałe  dla
pozostałych. To prawda, mógł pokazywać gąszcz zarośli w dżungli... ale jak miał opisać myśliwiec
typu  TIE,  który  uległ  katastrofie?  Jak  miał  wytłumaczyć,  że  imperialny  pilot  przeżył,  a  bliźnięta  są
teraz jego więźniami?

Jego młodzi przyjaciele postanowili utrzymywać w absolutnej tajemnicy nie tylko fakt znalezienia

wraku  statku,  ale  także  decyzję  o  jego  naprawie.  Jaina  chciała,  żeby  naprawiony  statek  stał  się
niespodzianką, którą mogłaby pokazać innym uczniom.

Teraz jednak fakt, że nikomu nie powiedzieli ani słowa, działał na niekorzyść bliźniąt. Nikt nawet

się nie domyślał, co mówi Lowbacca; nikt nie wiedział niczego na temat katastrofy.

Młody Wookie nie miał także pojęcia, co się stało z Tenel Ka. Czy została zabita, czy może udało

się  jej  uciec?  A  może  w  tej  chwili  błąkała  się  po  dżungli,  narażona  na  ataki  drapieżników?
Lowbacca jęknął, nie potrafiąc opanować przerażenia na myśl o tym, że dziewczynie mogło stać się
coś złego.

background image

Czując,  że  za  chwilę  wybuchnie,  Lowie  opowiedział  jeszcze  raz  całą  historię,  nie  skąpiąc

gardłowych  warknięć  i  pomruków,  charakterystycznych  dla  mowy  Wookiech.  Wszyscy  uczniowie,
nie mogąc zrozumieć ani słowa, patrzyli na niego z coraz większym niepokojem. W końcu, poddając
się frustracji, Lowie wstał, uderzył pięścią w kamienną ścianę, po czym przecisnął się obok Tionny,
rozepchnął uczniów Jedi i jak pocisk wypadł za drzwi, w chłodny cień korytarzy świątyni.

- Dokąd biegniesz, Lowbacco? - zapytała za nim Tionna, ale młody Wookie nie odpowiedział.
Chociaż zmęczenie jeszcze nie ustąpiło, pozostali uczniowie nie mogli go dogonić. Nieznacznie

utykając,  Lowbacca  coraz  szybciej  przebierał  długimi,  silnie  umięśnionymi  nogami.  Biegł  krętymi
korytarzami starożytnej kamiennej budowli. Niemal bez tchu dotarł do komnaty, która pełniła funkcję
ośrodka  dowodzenia  w  czasach,  kiedy  świątynia  była  bazą  Rebeliantów.  Luke  Skywalker  zamienił
pomieszczenie w ośrodek łączności żeby utrzymywać kontakty z resztą Nowej Republiki.

Lowie wiedział, że jego wuj Chewbacca przebywa nadal w systemie Yavina. Zapewne znajduje

się teraz gdzieś w pobliżu gazowego giganta, w orbitalnej stacji wydobywczej, zajęty polowaniem na
klejnoty  corusca.  Gdyby  Lowbacca  mógł  nawiązać  łączność  z „Sokołem  Tysiąclecia”,
porozmawiałby  z  wujem,  a  ten  wyjaśniłby,  co  się  stało.  Chewbacca  i  ojciec  bliźniąt.  Han  Solo,  z
pewnością będą wiedzieli, co robić.

Wydał  głębokie,  pełne  ulgi,  westchnienie,  po  czym  opadł  na  fotel  stojący  przed  konsoletą.  Na

stanowisku  łączności  zobaczył  jedyne  urządzenia,  które  wydawały  mu  się  w  tej  chwili  znajome:
komputery i aparaty elektroniczne. Dobrze wiedział, jak się z nimi porozumieć.

Zaczął  przebierać  palcami  po  klawiaturach,  szybko  i  zdecydowanie,  przyciskając  właściwe  w

odpowiedniej  kolejności.  Do  chwili,  kiedy  do  komnaty  wpadła  Tionna  w  towarzystwie  uczniów
Jedi, zdążył nawiązać łączność z „Sokołem Tysiąclecia”.

Nauczycielka Jedi natychmiast zrozumiała, co zamierza zrobić, i kiwnęła głową.
-  Doskonały  pomysł,  Lowbacco  -  rzekła.  Czekała  obok  fotela,  aż  w  odbiorniku  komunikatora

odezwał się zaspany głos Hana Solo.

- Ta-a, tu Solo. Kto mówi? Luke? Czy to akademia Jedi?  Lowbacca  zabeczał  do  mikrofonu  jak

owca, licząc na to, że pilot-człowiek go zrozumie.

Zanim zdążył powiedzie coś więcej, do mikrofonu pochyliła się Tionna.
-  Generale  Solo,  wydarzyło  się  coś  dziwnego  -  powiedziała.  -  Bliźnięta  i  Tenel  Ka  zniknęli,  a

Lowbacca usiłuje powiedzieć nam, co się stało. Niestety, zgubił gdzieś androida-tłumacza, a my nie
rozumiemy tego, co mówi.

Z  głośnym  rykiem  świadczącym  o  zdumieniu,  do  rozmowy  przyłączył  się  Chewbacca.

Zachwycony  Lowie  jeszcze  raz  opowiedział  całą  historię,  tak  szybko  i  zwięźle,  jak  potrafił.  Kiedy
skończył, rozwścieczony Chewbacca ryknął, ale Han wtrącił się, chcąc go uspokoić.

-  Teraz  bądź  cicho,  chłopie  -  powiedział.  -  Usłyszałem  prawie  wszystko,  ale  nadal  paru

szczegółów nie rozumiem. Twój siostrzeniec mówił coś o myśliwcu typu TIE, który uległ katastrofie,
i imperialnym żołnierzu, który trzyma moje dzieci jako zakładników?

Obaj Wookie głośno zaryczeli na znak potwierdzenia.
- W porządku, bez nas niczego nie róbcie. Już lecimy! - polecił Han. - Za kilka sekund odłączamy

się od stacji Calrissiana. I tak zresztą mieliśmy zaraz wystartować. „Sokół Tysiąclecia” przyleci do
was za mniej więcej dwie godziny... to będzie przedpołudnie waszego czasu, jak sądzę. Trzymajcie
się i bądźcie gotowi pomóc mi, kiedy stanę do walki o życie dzieci.

Lowbacca  i  Chewbacca  ponownie  zaryczeli,  wyrażając  zgodę.  Tionna  spojrzała  na  młodego

background image

Wookiego, nie kryjąc zdumienia.

-  Myśliwiec  typu  TIE?  -  zapytała.  -  Imperialny  pilot  na  Yavinie  Cztery?  Szybko,   musimy

przygotować się do obrony, na wypadek, gdyby chciał nas zaatakować!

„Sokół  Tysiąclecia”  przeciął  ciemnobłękitne  niebo  i  z  oślepiająco  białym  błyskiem

wydobywającym się z dysz silników napędu podświetlnego skierował się ku starożytnym kamiennym
budowlom  Massassów.  Lowie  stał  przed  wielką  świątynią  na  środku  polany,  pełniącej  funkcję
lądowiska, i niecierpliwie czekał na przylot wuja. Ujrzawszy nadlatujący statek, zaczął energicznie
machać długimi, owłosionymi rękami.

Z  każdą  minutą  coraz  bardziej  się  ocieplało.  Dwie  godziny,  jakie  zajęło  frachtowcowi

opuszczenie stacji na orbicie gazowego giganta i dotarcie na porośnięty dżunglą księżyc, wydały się
Lowiemu najdłuższym okresem w jego życiu.

Kiedy  frachtowiec  osiadał  na  polanie  z  cichym  sykiem  zamierających  repulsorów,  Lowbacca

wycofał  się  nieco  dalej,  w  cień,  rzucany  przez  świątynię.  Łapy  ładownika  wysunęły  się  i
znieruchomiały, a po chwili jak ogromny jęzor opadła rampa statku.

U  jej  szczytu  ukazał  się  Chewbacca.  Pochylił  owłosiona  głowę,  by  nie  uderzyć  mą  o  kadłub.

Zbiegł po rampie, głośno tupiąc nogami, i skierował się ku świątyni. Lowie wybiegł mu na spotkanie,
nadal lekko utykając. Po chwili do obu Wookiech dołączył Han Solo. Jeszcze w biegu wyciągnął i
odbezpieczył blaster.

- Gotowi spieszyć dzieciakom na ratunek? Idziemy! - powiedział. Ze świątyni wybiegła Tionna w

towarzystwie kilkorga uczniów Jedi. Han spojrzał na nich, ale nie znalazł tego, którego szukał. - A
gdzie Luke? - zapytał. - Jeszcze nie powrócił?

- Mistrza Skywalkera nie ma - odparła Tionna. - Musimy bronić się sami.
-  Pomyślimy  i  o  tym  -  uspokoił  ją  Han.  -  Lando  zaopatrzył  nas  w  dodatkową  broń,  a  moje

pokładowe laserowe działka aż tryskają energią. Lowie, czy możesz pokazać nam, gdzie to wszystko
się wydarzyło?

Lowbacca kiwnął włochatą głową.
- Jeżeli w okolicy są jeszcze jakieś inne myśliwce TIE, najważniejsza jest obrona akademii Jedi,

Tionno  -  rzekł  Han.  -  Właśnie  ona  będzie  najbardziej  oczywistym  celem.  Imperium  nie  jest
zachwycone, że Nowa Republika szkoli zastępy młodych rycerzy Jedi.

-  Pozostaniemy  tu, żeby  bronić  akademii,  generale  Solo  -  obiecała  Tionna.  -  Niech  pan  leci  i

odnajdzie dzieci.

- No, dobrze. Lowie - powiedział Han. - Ruszamy! Nie mamy ani chwili do stracenia!
 

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ 18

 
 
Kiedy myśliwiec typu TIE obudził się do życia, ryk jego bliźniaczych silników jonowych rozdarł

głęboką  ciszę  wczesnego  przedpołudnia.  Przerażone  ptaki  zaskrzeczały,  poderwały  się  z  niższych
gałęzi drzew w dżungli i przeleciały na wyższe. Kadłub imperialnej maszyny otoczył się chmurą pyłu
i pokruszonych zeschłych liści.

Zamknięty  w  kabinie  pilota  Qorl  delikatnie,  niemal  pieszczotliwie  manewrował  dźwignią

przepustnicy,  jakby  trzymał  w  palcach  żywe  stworzenie.  Z  częściowo  zatkanych  rur  wydechowych,
usytuowanych  w  tylnej  części  kadłuba  jednomiejscowego  myśliwca,  wystrzeliły  kłęby  cuchnącego
ciemnobrunatnego  dymu.  Imperialna  maszyna  zadrżała,  gotowa  do  startu  po  bardzo  długim  okresie
bezczynności.

Pilot  wyskoczył  z  kabiny,  trzymając  poobijany  czarny  hełm  w  sprawnej  dłoni.  Rury  maski

tlenowej, odłączone od pustych butli, kołysały się przy każdym kroku mężczyzny. Chociaż ochronne
gogle  były  teraz  porysowane  i  matowe,  pilot  niósł  hełm  z  prawdziwą  dumą,  jakby  trzymał
drogocenny klejnot.

Qorl był gotów powrócić do służby.
- Systemy napędowe sprawdzone - oznajmił. - Dysponuję jednostką napędu nad świetlnego, którą

zainstalowaliście,  a  zatem  będę  mógł  przemierzać  galaktykę  wydłuż  i  wszerz,  żeby  dotrzeć  do
światów,  wciąż  lojalnych  wobec  Imperium.  Poprzednio  mój  myśliwiec  miał  zbyt  mały  zasięg  i  nie
mógłbym polecieć nim tak daleko.

-  Doskonale  się  spisałaś,  Jaino  -  mruknął  Jacen,  ale  natychmiast  zamilkł,  kiedy  siostra

wymierzyła mu kuksańca pod żebro.

- Co  pan  teraz  z  nami  zrobi,  panie  Qorl?  -  zapytała  Jaina.  -  Czy  musi  pan  stąd  odlatywać?  Nie

stałoby się przecież nic złego, gdyby po prostu powrócił pan razem z nami do akademii Jedi. Wojna
się już skończyła.

-  Poddanie  się  oznacza  zdradę!  -  krzyknął  Qorl,  wkładając  w  ten  okrzyk  więcej  uczucia  niż

kiedykolwiek  przedtem.  Ręka  pilota  zadrżała,  kiedy  uniósł  nieco  lufę  blastera,  którego  przez  cały
czas  nie  wypuszczał  z  dłoni.  Nie  jesteście  mi  dłużej  potrzebni  oświadczył,  a  w  jego  głosie
zabrzmiała wyraźna groźba.

Jacena  ogarnęło  przerażenie.  Chłopiec  czuł,  że  jego  żołądek  skoczył  do  gardła.  Jaina  miała

nadzieję,  że  myśliwiec  typu  TIE  będzie  jej  osobistym  statkiem.  Chciała  latać  nim  po  okolicy,
podobnie  jak  Lowbacca  wyprawiał  się  na  wycieczki  swoim  wyremontowanym  gwiezdnym
skoczkiem.  Mała  maszyna  mogła  jednak  pomieścić  tylko  jedną  osobę:  pilota.  Qorl,  nawet  gdyby
chciał,  nie  mógłby  zabrać  ich  jako  zakładników.  Czy  pozbędzie  się  jedynych  świadków  swojej

background image

obecności na Yaninie Cztery? Czy zechce usunąć przeszkodę na drodze powrotnej do Imperium? Czy
zachowa  się  jak  bezduszny,  doskonale  wyćwiczony  imperialny  żołnierz?  Czy  zastrzeli  bliźnięta  z
zimną krwią, a potem odleci, żeby wrócić do domu?

Jacen  rozpaczliwie  wysyłał  kojące  myśli.  Chciał  uśmierzyć  gniew  Qorla,  podobnie  jak  często

uspokajał kryształowego węża. Stwierdził jednak, że jego myśli nie mogą się przedrzeć przez barierę
w umyśle pilota, wzniesiona zapewne podczas szkolenia w imperialnej akademii. Myśli Qorla biegły
wciąż tymi samymi głębokimi koleinami.

Pilot myśliwca typu TIE spojrzał w bok, a wyraz jego twarzy jakby trochę złagodniał. Jacen nie

potrafiłby powiedzieć, czy jest to wynik oddziaływania Mocy na jego umysł, czy też może imperialny
żołnierz zaczął myśleć po prostu o czymś innym.

- A więc, co pan teraz z nami zrobi? - zapytał niespokojnie chłopiec. Qorl odwrócił wychudzoną

twarz i ponownie popatrzył na bliźnięta. Wyglądał staro, jakby opuściły go siły.

- Oboje bardzo mi pomogliście. Byliście jedynymi... istotami ludzkimi, jakie spotkałem w ciągu

wielu lat życia na wygnaniu. Zostawię was w dżungli.

- Chce pan nas tu... zostawić? - zapytała Jaina, nie mogąc uwierzyć własnym uszom. Tym razem

Jacen szturchnął ją pod żebro. Jemu także nie podobał się pomysł spędzenia jakiegoś czasu z daleka
od innych ludzi, ale przychodziły mu do głowy inne, mniej pociągające rozwiązania.

- Przeżyjecie, jeżeli się wykażecie pomysłowością i przedsiębiorczością - ciągnął Qorl. - Wiem,

bo  sam  się  wykazałem.  Może  w  końcu  ktoś  was  znajdzie.  Waszą  najpotężniejszą  bronią  będzie
nadzieja. Możliwe, że dotarcie do domu nie zajmie wam aż dwudziestu lat.

Przez  chwilę  o  czymś  rozmyślał,  nie  wypuszczając  ciemnego  hełmu  z  dłoni.  Za  jego  plecami

myśliwiec typu TIE cicho mruczał, jakby nie mógł się doczekać, kiedy znów poleci w przestworza.

- Macie szczęście, że jesteście tu względnie bezpieczni - powiedział w końcu. - Ja powracam do

Imperium. Ostatnią czynnością, jaką zakończę pobyt na tym przeklętym księżycu, będzie zniszczenie
bazy Rebeliantów.

- Nie! - krzyknęli równocześnie Jacen i Jaina.
- Teraz znajduje się tam zwykła szkoła - dodał chłopiec. - Już od dawna nie ma tam wojskowej

bazy.

- Proszę, niech pan tego nie robi - błagała Jaina. - Niech pan nie niszczy akademii Jedi.
Qorl sprawiał wrażenie, jakby ich nie usłyszał. Starannie włożył na głowę stary zniszczony hełm

i nasunął osłonę przeciwodblaskową.

- Niech pan zaczeka! - krzyknęła Jaina, błagalnie spoglądając na pilota.  - Świątynia jest zupełnie

bezbronna!

Uwolniła  myśli  i  starała  się  dosięgnąć  umysłu  pilota,  ale  mężczyzna  wymierzył  w  nią  lufę

blastera i cofnął się ku myśliwcowi.

Później  wspiął  się  do  kabiny  i  opadł  na  siedzenie  starego  zniszczonego  fotela,  umieszczonego

przed pulpitem z przyrządami kontrolnymi i dźwigniami. Zamknął osłonę kabiny i uszczelnił wnętrze.
Bliźnięta podbiegły do kadłuba i zaczęły uderzać pięściami w metalowe płyty.

Ryk silników przybrał na sile. Z dysz wylotowych repulsorów wydostał się strumień powietrza,

posyłając we wszystkie strony zeschłe liście, gałązki, a nawet małe kamyki.

Myśliwiec  typu  TIE  zamruczał,  oderwał  się  od  zagłębienia  w  gruncie,  w  którym  spoczywał,  i

zaczął się unosić.

Jaina  po  raz  ostatni  usiłowała  chwycić  płytę  kadłuba,  ale  jej  palce  ześlizgnęły  się  po  gładkiej

background image

powierzchni.  Słysząc,  że  ryk  silników  staje  się  coraz  głośniejszy,  Jacen  odciągnął  siostrę  na  skraj
polany.  Rozległo  się  skrzeczenie  gazów  wydechowych  myśliwca,  przeciskających  się  przez  dysze
systemu chłodzenia.

Bliźnięta wycofały się pod osłonę jednego z gigantycznych drzew Massassów. Zostały bezbronne

i same, zagubione w sercu dżungli.

Myśliwiec typu TIE, który przez ponad dwadzieścia lat uszkodzony i starannie ukryty spoczywał

w  gęstej  dżungli  Yavina  Cztery,  w  końcu  wzniósł  się  znów  w  powietrze.  Z  dysz  wylotowych
bliźniaczych  silników  jonowych  wydobył  się  charakterystyczny  jęk,  który  wzbudzał  kiedyś  taką
trwogę w sercach wielu pilotów rebelianckich maszyn.

Tymczasem myśliwiec, pilotowany przez Qorla, wzbił się nad korony drzew, przez chwilę wisiał

nieruchomo, po czym nabrał prędkości i poszybował nad dżunglą, kierując się ku akademii Jedi.

 

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ 19

 
 
Tenel  Ka,  ogarnięta  mrokami  nocy,  przedzierała  się  przez  gęstwinę  splątanych  pędów  dzikich

winorośli  i  gałęzi  kolczastych  krzewów,  licząc  na  to,  że  latające  gady  stracą  orientację  w  takim
gąszczu. Oddychała z wysiłkiem, powietrze rozsadzało jej płuca, ale dzielna dziewczyna ani razu nie
krzyknęła.

Wciąż  jednak  słyszała  łopot  potężnych,  podobnych  do  skórzanych  skrzydeł,  gdy  stworzenia

krążące  nad  jej  głową  nurkowały,  chcąc  rozerwać  ją  ostrymi  szponami.  Ochrypłe  skrzeczenie,
wydobywające się z obu paskudnych pysków, sprawiało, że krew dziewczyny zdawała się krzepnąć.
Tenel  Ka  słyszała  kiedyś,  że  przed  wielu  laty  jedna  z  takich  straszliwych  bestii  omal  nie  zraniła
mistrza  Skywalkera.  Zastanawiała  się,  jakim  cudem  potwory  radzą  sobie  z  lataniem  pośród  takich
gąszczów. Dlaczego nie mogła im uciec?

W  krzakach  obok  niej  coś  nagle  zaszeleściło  i  zasyczało,  po  czym  prężny  ogon,  zakończony

jadowitym  kolcem,  chybił  o  centymetry  jej  ramię.  A  zatem  jeden  z  potworów  znalazł  się
bezpośrednio nad jej głową. Co mogła zrobić?

Przecisnęła  się  przez  szczelinę  miedzy  dwoma  rosnącymi  blisko  siebie  drzewami.  Po  chwili

usłyszała  za  plecami  stłumiony  huk,  kiedy  jakieś  stworzenie  zaklinowało  się  pomiędzy  grubymi
pniami. To dobrze - pomyślała Tenel Ka. Wiedziała, że pozostałe będą musiały ominąć przeszkodę.
To powinno dać jej trochę czasu.

Przebiegła przez polanę, kierując się ku ciemniejszemu miejscu po przeciwległej stronie. Liczyła

na  to,  że  zdąży  dobiec  do  następnego  gąszczu  zarośli,  ale  nie  doceniła  szybkości,  z  jaką  upiorne
stworzenia  potrafiły  omijać  przeszkody  w  mrokach  dżungli.  Kiedy  jeden  z  potworów  zanurkował,
żeby  odciąć  jej  drogę  ucieczki,  dziewczynę  owiał  złowieszczy  pęd  powietrza,  wywołany  ruchem
jego wielkich skrzydeł.

Raczej wyczuła, niż zobaczyła, wyciągnięte szpony i starała się uskoczyć w bok, ale poślizgnęła

się  na  gnijących  liściach  i  upadła.  Boleśnie  uderzyła  się  o  porośnięty  grzybami  pień  zwalonego
drzewa.  Zorientowała  się,  że  druga  para  szponów  przecięła  powietrze  w  miejcu,  w  którym  jeszcze
przed chwilą znajdował się jej brzuch. Zadrżała słysząc, jak z obu paszczy nad jej głową wydobył
się  przeraźliwy,  pełen  wściekłości  i  frustracji  skrzek.  W  następnej  sekundzie  z  pobliskich  krzaków
dobiegł ją odgłos darcia pazurami grubych, splątanych pnączy dzikich winorośli.

Dlaczego nie mogła przypomnieć sobie żadnego sposobu, stosowanego przez rycerzy Jedi w celu

uspokojenia  myśli?  Przecież  teraz  najbardziej  go  potrzebowała.  Powinna  była  bardziej  przykładać
się do ćwiczeń. Zamknęła oczy, po czym zaczęła się skupiać, wysyłać myśli... i w tej samej chwili
się przeturlała, kiedy jeden latający potwór zanurkował, chcąc rozszarpać jej ciało.

background image

Łopot skrzydeł dziesiątków upiornych gadów nad jej głową sprawił, że ocknęła się z przerażenia

i  postanowiła  działać.  Przeturlała  się  jeszcze  raz,  po  czym  na  czworakach  przeczołgała  w  stronę
gąszczu niskich kolczastych krzaków, gdzie wstała i ponownie rzuciła się do ucieczki.

Wytęż zmysły - powiedziała do siebie. - Posłuż się Mocą.
Nagle,  jakby  coś  podpowiedziało  jej,  co  ma  robić,  zmieniła  kierunek  biegu.  Nie  wiedziała,

dlaczego to zrobiła, gdyż w nieprzeniknionych ciemnościach nie miała nawet pojęcia, dokąd biegnie,
ale  była  przekonana,  że  podjęła  słuszną  decyzję.  Raz  po  raz  uskakiwała,  unikając  wyciągniętych
szponów, gotowych pochwycić ją albo zranić. Uchylała się przed ogonami, zakończonymi kolcami ze
śmiercionośnym jadem które ze świstem przecinały powietrze wokół jej głowy. W końcu dotarła do
miejsca,  gdzie  potężne  drzewa  Massassów  rosły  szczególnie  gęsto.  Kiedy  skrzeczenie
rozwścieczonych  skrzydlatych  gadów  rozdarło  panującą  ciszę,  spomiędzy  gałęzi  odpowiedział  mu
chór gderliwych pisków i wrzasków.

Wełnolamandry... Sądząc po odgłosach, wielkie stado. Tenel Ka prawdopodobnie zakłóciła ich

nocną drzemkę. Może zbiorowy protest tych stworzeń odwróci uwagę uskrzydlonych gadzin?

Dziewczyna pochyliła  się  i  zanurkowała  pod  osłonę  pni  kilku  rosnących  obok  siebie  drzew.  Ze

zdumieniem stwierdziła, że żaden z potworów nie poleciał za nią. Słyszała jednak ich wrzaski, gdy
krążyły  w  górze,  i  straciwszy  poprzedni  łup  z  oczu,  zaczęły  polować  na  wełnolamandry.  W
skrzeczeniu  bestii  wyczuwało  się  żądzę  mordu,  a  wrzaski  i  piski  przerażonych  zwierząt,  z  każdą
chwilą coraz bardziej wyzywające i przeraźliwe, świadczyły o tym, że wysoko, na gałęziach drzew,
toczy się prawdziwa bitwa.

W  złocistorudych  włosach  Tenel  Ka  było  pełno  ziaren  piasku,  gałązek  i  zeschłych  liści.

Dziewczyna  potrząsnęła  głową  i  przeczesała  włosy  palcami,  chcąc  się  pozbyć  śmieci.  Była  jednak
niemal  pewna,  że  gdzieś  z  góry,  oprócz  skrzeczeń  i  wrzasków  walczących  zwierząt,  dobiegają
znajomy, piskliwy, chociaż cichy głosik.

-  Och,  proszę  was,  starajcie  się  uważać  chociaż  trochę!  Moje  obwody  i  elementy  są

niesamowicie skomplikowane i pod żadnym pozorem nie powinny...

Zdanie  się  urwało,  po  czym  uszu  dziewczyny  dobiegł  piskliwy  jęk.  Po  następnych  kilku

sekundach  Tenel  Ka  usłyszała  odgłos  stłumionego  uderzenia,  z  jakim  u  jej  stóp  wylądowało  coś
twardego.

- Em Teedee, czy to ty? - zapytała. Pochyliła się i po omacku zaczęła wodzić palcami po ziemi,

aż w końcu natrafiła na znajomą, metalową owalną obudowę.

-  Och,  panienko  Tenel  Ka,  to  naprawdę  pani!  -  zalkał  uradowany  android.  -  Jestem  pani

dozgonnie wdzięczny za to że mnie pani ocaliła. Nawet nie ma pani pojęcia, przez jakie przeszedłem
piekło - jęknął. - Poszturchiwanie, poklepywanie, potrząsanie, rzucanie. A najgorsze ze wszystkiego
to okropne...

- Moja noc wcale nie wyglądała lepiej od twojej - przerwała mu nieco oschle Tenel Ka.
- Niech pani posłucha! - odezwał się nagle Em Teedee. - Och, dzięki niech będą niebiosom! Te

okropne stworzenia się oddalają.

Dziewczyna  nie  wiedziała,  czy  małemu  androidowi  chodzi  o  wełnolamandry,  czy  wielkie

latające gady, ale uświadomiła sobie, że naprawdę odgłosy zażartej bitwy z każdą chwilą dobiegają
z coraz większej odległości.

- Powinniśmy natychmiast uciekać, proszę pani - oznajmił Em Teedee.
-  Nie  możemy  -  odparła  Tenel  Ka.  -  Będziemy  musieli  poczekać,  aż  się  rozwidni.  Czy  nie

background image

mógłbyś nas teraz popilnować, a ja w tym czasie trochę się zdrzemnę?

-  Jestem  zachwycony,  mogąc  być  pani  strażnikiem,  ale  czy  naprawdę  musimy  spędzać  noc  w

takim miejscu?

-  Tak  -  odparła  szorstko  dziewczyna,  zadowolona,  że  najgorsze  niebezpieczeństwo  minęło.  -

Muszę poczekać do nadejścia świtu, gdyż wówczas będę mogła wejść na drzewo i zorientować się,
gdzie jesteśmy.

- Aha - odparł Em Teedee. - Ale z jakiegoż to powodu chciałaby pani zrobić coś takiego?
- Ponieważ zabłądziliśmy w dżungli - burknęła oschle Tenel Ka. I to jest fakt.
- O rety - odezwał się mały android. - Czy to już wszystko, czym się pani martwi? Dlaczego nie

powiedziała  mi  pani  tego  wcześniej?  Mimo  wszystko  potrafię  przecież  mówić  płynnie  ponad
sześcioma  językami,  a  poza  tym  zostałem  wyposażony  we  wszystkie  niezbędne  czujniki:
fotooptyczne, węchowe, kierunkowe, słuchowe...

- Kierunkowe? - przerwała Tenel Ka. - Czy to może oznacza, że wiesz, gdzie jesteśmy?
- Och, z całą pewnością, proszę pani - odparł Em Teedee. - Czy przed chwilą właśnie tego nie

powiedziałem?

Tenel Ka jęknęła i pokręciła głową.
- No, dobrze, Em Teedee - oświadczyła. - W takim razie prowadź.
Nastrój Tenel Ka wyraźnie się poprawił, zwłaszcza że dwa strumienie światła, strzelające z oczu

Em Teedee, oświetlały okolicę. Chociaż mały android potrafił być czasami denerwująco gadatliwy,
dziewczyna  cieszyła  się  z  jego  towarzystwa.  Em  Teedee  sprawiał  wrażenie,  że  naprawdę  chce
dowiedzieć  się  o  wszystkim,  co  się  stało  od  tamtego  popołudnia,  kiedy  pilot  myśliwca  typu  TIE
usiłował  ich  pochwycić.  Z  drugiej  strony  Tenel  Ka  z  ciekawością  wysłuchała  jego  opowieści  o
rozbiciu  się  śmigacza  typu  T-23  w  dżungli  i  późniejszych  przeżyciach  małego  androida  w  stadzie
wełnolamandrów. Niepokoiło ją, co mogło się stać z Lowbaccą i bliźniętami.

Przystawali  tylko  kilka  razy,  kiedy  dziewczyna  chciała  wypić  łyk  wody  albo  sprawdzić  stan

opatrunków  na  kilku  niegroźnych  ranach.  Zanim  wyruszyła  w  drogę,  posłużyła  się  podręcznym
zestawem  opatrunkowym,  ukrytym  w  jednej  z  kieszeni  pasa,  i  opatrzyła  rany  od  szponów  na
przedramieniu oraz nieco większe rozcięcie na nodze.

Czuła w nich pieczenie i pulsowanie krwi, ale nie ustawała. Większą cześć drogi przebiegła, a

kiedy się męczyła i chciała odpocząć, zwalniała do szybkiego marszu.

W  końcu  przedarła  się  przez  ostatni  gąszcz  krzaków,  minęła  kępę  drzew  i  znalazła  się  przed

wielką  świątynią,  na  polanie  zamienionej  w  lądowisko.  Odległe  białe  słońce  jasno  świeciło  na
błękitnym niebie. Kamienie wielkiej budowli, oświetlone i ogrzewane jego promieniami, błyszczały
z daleka jak upragniony sygnał namiarowy.

- Och, udało się nam, proszę pani! - wykrzyknął zachwycony Em Teedee. Tenel Ka rozejrzała się

i  pośrodku  polany  dostrzegła  nieruchomy  ciemny  kształt,  który  dobrze  znała:  sylwetkę „Sokoła
Tysiąclecia”.

Ujrzała  też  dwóch  Wookiech,  młodszego  i  starszego,  pędzących  ile  sił  w  nogach  ku

zmodyfikowanemu lekkiemu frachtowcowi. Obok nich biegi Han Solo, ojciec Jainy i Jacena. Tenel
Ka  odgadła  natychmiast,  po  co  przyleciał.  Zraniła  kierunek  biegu  i  puściła  się  w  stronę „Sokoła
Tysiąclecia” głośno krzycząc i wymachując rękami.

Nad  głową  usłyszała  nagle  mrożące  krew  w  żyłach  przeraźliwe  wycie  silników  myśliwca  typu

TIE. Zorientowała się, że nadlatująca maszyna zbliża się bardzo szybko. Zebrawszy wszystkie siły,

background image

jakimi dysponowała, jeszcze szybciej puściła się w kierunku spoczywającego na polanie statku.

Obaj  Wookie  i  Han  Solo  nie  zauwa żyli  jednak  biegnącej  dziewczyny.  Spieszyli  się,  chcąc  jak

najszybciej  wystartować  i  polecieć  na  ratunek  Jacenowi  i  Jainie.  Wbiegli  po  opuszczonej  rampie
„Sokoła Tysiąclecia”, która zaraz zaczęła się unosić... Tenel Ka domyśliła się, że silniki statku muszą
być rozgrzane od pracy na jałowym biegu. Słyszała ich cichy skowyt.

Dziewczyna  chciała  wziąć  udział  w  wyprawie  ratunkowej.  Nie  mogła  po  raz  drugi  zawieść

bliźniąt.

- Zawołaj do nich, Em Teedee - powiedziała, ostatkiem sił przyspieszając, chociaż jej zmęczone

nogi niemal odmawiały posłuszeństwa.

- Czy mam przez to rozumieć, że pragnie pani porozumieć się z nimi? - chciał się upewnić mały

android.

- Tak, to jest fakt.
- Oczywiście, proszę pani. Jestem zaszczycony, mogąc być do pani dyspozycji, ale co właściwie

chciałaby pani...

-  Nieważne,  po  prostu  krzyknij!  Tenel  Ka  zgrzytnęła  zębami  i  dobywając  resztek  sił,  jeszcze

bardziej przyspieszyła.

Nagle  po  całej  polanie  poniósł  się  donośny  głos  Em  Teedee,  używającego  największej  mocy

wyjściowej:

-  Uwaga „Sokół  Tysiąclecia”.  Proszę  na  krótką  chwilę  wstrzymać  procedurę  startową  w  celu

wzięcia na pokład dwojga dodatkowych pasażerów.

Tenel  Ka,  nie  przejęła  się  dzwonieniem  w  uszach,  gdy  ujrzała,  że  rampa  koreliańskiego

frachtowca  zaczyna  się  opuszczać.  Nie  zwalniając,  wbiegła  po  niej  i  po  chwili  znalazła  się  we
wnętrzu.

- W porządku - szepnęła, z trudem łapiąc oddech. Opadła na metalowe płyty pokładu w sterowni.

- A teraz, w drogę!

Han Solo i obaj Wookie przez chwile, kr ótką jak mgnienie oka, spoglądali na nią zdumieni, ale

nie potrzebowali żadnej zachęty. Słuchając tego, co mówiła, uszczelnili właz. „Sokół Tysiąclecia” z
wyzywającym jękiem silników zaczął wznosić się coraz wyżej.

 

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ 20

 
 
Qorl  leciał  niewielkim  jednomiejscowym  myśliwcem  typu  TIE  nad  nieprzeniknionym

baldachimem  liści  z  największą  prędkością,  na  jaką  było  stać  silniki.  Słyszał  świst  powietrza
opływającego  zaokrągloną  bańkę  osłony  kabiny  pilota  i  kanciaste  panele  z  ogniwami  baterii
słonecznych.  Przypominał  sobie  czasy,  kiedy  uczył  się  latać  na  myśliwcach.  Został  później
doskonałym  pilotem,  jednym  z  najlepszych  w  swojej  eskadrze.  Niezliczone  razy  startował  w
przestworza i brał udział w pozorowanych bitwach, żeby potem móc wykonywać rozkazy ukochanego
Imperatora.

Prądy powietrzne kołysały małą maszyną, ale Qorla przepełniała radość i duma. Nie zapomniał

sztuki pilotażu, mimo upływu tylu lat, w czasie których nie trzymał dźwigni sterowych w dłoniach.

Ryk silników, wprawiających cały kadłub w lekkie drżenie, i poczucie swobody, odzyskanej po

tylu latach przebywania jakby na wygnaniu, podnosiły go na duchu.

Qorl  obserwował,  jak  splątane  gałęzie  gigantycznych  drzew  Massassów  kołyszą  się  w  dole,

smagane  podmuchami  powietrza,  rozcinanego  przez  kadłub  jego  maszyny.  Źle  zrośnięte  kości  ręki
sprawiały, że pilotowanie myśliwca typu TIE było trudniejsze, ale Qorl radził sobie całkiem dobrze.
Był  pilotem  myśliwca.  Był  znakomitym  pilotem.  Unikając  nieprzyjacielskiego  ognia,  potrafił
bezpiecznie wylądować, mimo iż silnik jego maszyny był poważnie uszkodzony. Przez dwadzieścia
kilka lat żył, nie zauważony przez wroga.

Teraz  Qorl,  lecąc  nisko  nad  koronami  drzew,  by  nie  zostać  zauważonym  przez  obrońców

rebelianckiej  bazy,  czuł,  jak  napływają  wspomnienia  dawnych  czasów,  powracają  wszystkie
umiejętności.

Imperium jest moją rodziną - myślał. - Rebelianci usiłują zniszczyć nowy porządek. Wobec tego

Rebeliantów trzeba wyeliminować... WYELIMINOWAĆ!

Największym atutem Qorla było zaskoczenie. Powinien spaść na nich jak grom z jasnego nieba.

Rebelianci zapewne czują się bezpieczni, a on zaatakuje ich jak jastrząb, strzelając ze wszystkich luf
działek  pokładowych.  Zrówna  z  ziemią  budowle  buntowników,  zamieni  je  w  stos  dymiących
szczątków. Zabije wszystkich, którzy knuli kiedyś podstępne plany, żeby zniszczyć potężną Gwiazdę
Śmierci. To oni doprowadzili do eksplozji, podczas której zginął wielki moff Tarkin i Darth Vader.
Tymczasem on, samotny żołnierz, wywrze zemstę w imieniu całego Imperium.

Tam!  Qorl  zmrużył  oczy,  ukryte  za  porysowanymi  szybami  gogli  ochronnego  hełmu.  Zobaczył

kamienną  wieżę,  wznoszącą  się  na  polanie  ponad  korony  najwyższych  drzew  w  dżungli...  ziggurat,
ogromną prostopadłościenną piramidę, będącą niewątpliwie główną budowlą rebelianckiej bazy.

Z  rykiem  silników  przeleciał  tuż  nad  wierzchołkami  kamiennych  konstrukcji  dawnej  twierdzy

background image

Rebeliantów.  W  pobliżu  świątyni  dostrzegł  przecinającą  zieleń  dżungli  szeroką  rzekę,  leniwie
toczącą  zielonobrązowawe  wody.  Na  przeciwległym  brzegu  rzeki  ujrzał  inne  niszczejące  budowle,
które  były  chyba  opuszczone.  W  pobliżu  wysmukłego  zigguratu  zauważył  jednak  potężną  siłownię
dostarczającą energię do bazy. A zatem przeczucie go nie myliło: baza była nadal wykorzystywani do
celów wojskowych.

Kiedy  zataczał  łuk,  chcąc  przygotować  się  do  ataku,  spostrzegł,  że  część  dżungli  w  pobliżu

największej  świątyni  wykarczowano,  by  utworzyć  całkiem  spore  lądowisko.  Na  polanie  zobaczył
tytko jeden statek... mający kształt dysku, rozciętego w okolicy dzibu.

W  pierwszej  chwili  nie  rozpoznał  typu  samotnej  jednostki  ani  nie  zorientował  się,  gdzie  ją

zbudowano. Wiedział tylko, że jest to lekki frachtowiec, a nie rebeliancki myśliwiec typu X. Nie była
to  także  żadna  inna  znana  wojenna  jednostka,  których  wiele  poznał  w  czasie  rygorystycznego
szkolenia, jakie przeszedł w imperialnej akademii.

Na polanie zauważył kilka sylwetek, które wyłoniły się z kamiennej piramidy i biegły w stronę

statku.  Czyżby  spieszyły  się,  żeby  zająć  stanowiska  bojowe?  Wykrzywił  usta  w  pogardliwym
grymasie. Zajmie się nimi później.

Przycisnął  guzik  na  pulpicie  sterowniczym,  by  przekazać  energię  do  pokładowych  systemów

uzbrojenia  statku.  Zanim  zdążył  jednak  wziąć  sylwetki  na  cel,  wszystkie  zniknęły  we  wnętrzu
frachtowca. Po chwili rampa statku zaczęła się unosić. Qorl zrozumiał, że nieprzyjacielska jednostka
przygotowuje się do startu.

Zrezygnował  z  zaatakowania  wrogiego  statku...  przynajmniej  na  razie.  Uświadomił  sobie,  że

zapewne Rebelianci mają wiele groźniejszych maszyn, ukrytych w podziemnym hangarze we wnętrzu
świątyni.  Jeżeli  tak,  jego  pierwszym  zadaniem  powinno  być  sprawienie,  by  te  statki  nie
wystartowały...  nawet  jeżeli  miałby  tylko  zniszczyć  albo  uszkodzić  wrota  hangaru  i  w  ten  sposób
uniemożliwić ucieczkę maszyn.

Zdecydował,  że  najlepszą  strategią  będzie  nadal  lot  poprzednim  kursem.  Kiedy  znajdzie  się  w

odpowiedniej  odległości,  użyje  wszystkich  pokładowych  działek,  żeby  zniszczyć  wielką  piramidę.
Zamieni ją w ruiny. Może uda mu się sprawić, że zapadnie się do wewnątrz. W ten sposób pozbawi
życia Rebeliantów i zniszczy wszystkie urządzenia, jakie mogą mieć w środku.

Dopiero  wówczas  zatoczy  krąg  i  będzie  mógł  się  zająć  lekkim  frachtowcem,  nawet  gdyby

samotnemu statkowi udało się oderwać od ziemi. Trzecim celem powinna się stać siłownia.

Później,  kiedy  Rebelianci  będą  całkowicie  sparaliżowani  jego  błyskawicznym  atakiem,  zatoczy

krąg  po  raz  ostatni.  Ponownie  prześle  energię  do  działek  laserowych  i  zacznie  strzelać  do
wszystkiego, czego nie zniszczył za pierwszym razem.

Realizacja  całego  planu,  od  pierwszego  podejścia  do  ostatniego,  powinna  zająć  co  najwyżej

kilka minut. Rzuci Rebeliantów na kolana.

Ustawił  lufy  działek  w  ten  sposób,  żeby  w  krzyżu  celowniczym  ukazała  się  sylwetka  wielkiej

świątyni,  po  czym  wziął  na  cel  sam  wierzchołek  kamiennej  piramidy  z  rzędami  wąziutkich
świetlików  i  rzeźbami,  porośniętymi  dziką  winoroślą.  Jego  myśliwiec  typu  TIE  był  coraz  bliżej.
Palcami  zdrowej  dłoni  Qorl  uchwycił  dźwignię  spustową.  W  idealnie  wybranej  chwili  przycisnął
czerwony  guzik.  Jego  zwykle  opanowana  twarz,  pozbawiona  wyrazu,  rozjaśniła  się  w  radosnym
oczekiwaniu.

Nic.
Przycisnął  spustowy  guzik  po  raz  drugi,  a  później  po  raz  trzeci  i  czwarty...  Nic  jednak  się  nie

background image

stało! Systemy uzbrojenia nie funkcjonowały.

Qorl  sięgnął  do  pulpitu  i  zataczając  myśliwcem  obszerne  koło,  jednym  płynnym  ruchem

przełączył wszystkie systemy na zasilanie rezerwowe. Po chwili znów wziął świątynię na cel. Raz po
raz  przyciskał  guzik,  ale  działka  laserowe  milczały.  Rzucił  okiem  na  ekran  komputera
diagnostycznego. Z wyświetlanych informacji wynikało, że wszystko jest w porządku.

Dłonią  ukrytą  w  skórzanej  rękawicy  poruszył  na  tyle,  na  ile  pozwalały  źle  zrośnięte  kości,  po

czym  uderzył  pięścią  w  pulpit,  jakby  mogło  to  cokolwiek  zmienić.  Prawdę  mówiąc,  taka  czynność
czasami  pomagała  przy  naprawach  imperialnych  mechanizmów...  Tym  razem  jednak  nie
poskutkowała.

Przelatując  nad  wielką  świątynią,  Qorl  rozpaczliwie  szarpnął  dźwignią,  po  czym  pochylił  się  i

zajrzał  pod  pulpit.  Przebierając  palcami  zdrowej  dłoni,  usiłował  znaleźć  uszkodzenie.  Później,
zatoczywszy kolejny krąg, odchylił się w fotelu i zaczął szukać czegokolwiek, czym mógłby zmusić
do działania nieposłuszne działka.

Kątem oka uchwycił jakiś błysk, który zauważył mimo ciemnych szyb gogli hełmu. Popatrzył na

płyty  pokładu  i  zauważył,  że  coś  się  tam  porusza...  pełznie,  wije  się...  coś  ledwo  widocznego,
błyszczącego i przezroczystego.

Kryształowy wąż znieruchomiał tuż za fotelem pilota. Uniesiony trójkątny łeb gada, kołyszący się

z boku na bok przypominał w blasku lampek kabiny tęczową poświatę. Qorl w czasie wieloletniego
pobytu  w  lasach  dżungli  na Yavinie  Cztery  widział  wiele  gadów,  zauważył  stworzenie  bez  trudu  i
błyskawicznie zareagował.

Obrócił  się  na  fotelu,  cicho  jęknął  i  wyciągnął  dłoń,  ukrytą  w  rękawicy,  by  osłonić  się  przed

ukąszeniem. Kryształowy wąż zaatakował. Wbił kły, podobne do włóczni, w rękawicę. Nie przebił
jednak grubej skóry i nie zranił dłoni.

Wymachując  źle  zrośniętą  ręką,  na  ile  to  było  możliwe,  Qorl  czuł  ciężar  kryształowego  węża,

wijącego się i kąsającego, ale niemal wcale go nie widział.

Pozwolił, by jego myśliwiec leciał bez kontroli. Sięgnął sprawną ręką i uchwycił ciało gada tuż

poniżej łba. Oderwał jego kły od skórzanej rękawicy i wepchnął wijące się stworzenie w głąb luku
umożliwiającego  usuwanie  śmieci.  Mruknął  z  nieukrywanym  obrzydzeniem,  po  czym  wyrzucił
kryształowego węża na zewnątrz.

Gad,  opadając  ku  wierzchołkom  drzew  rosnących  na  dole,  tylko  raz  błysnął  w  oślepiających

promieniach słońca i natychmiast zniknął.

Qorl przez chwilę zmagał się z dźwigniami sterowymi myśliwca, usiłując wyrównać lot maszyny.

Pomyślał, że bliźnięta dokonały sabotażu podczas napraw statku.

W  końcu  udało  mu  się  zapanować  nad  sterami.  Zanim  jednak  zdążył  położyć  maszynę  na  nowy

kurs,  powietrze  z  obu  stron  osłony  kabiny  przecięły  skwierczące  błyskawice  laserowych  strzałów,
które zjonizowały cząsteczki gazów w pobliżu jego statku.

Qorl  szarpnął  zdrową  dłonią  dźwignię  i  myśliwiec  raptownie  skręcił,  kładąc  się  na  sterburtę.

Rebeliancki  lekki  frachtowiec,  który  zdążył  jednak  wystartować,  wykonał  ten  sam  manewr  i  rzucił
się w pościg za Qorlem jak rozwścieczony drapieżnik. A jego systemy uzbrojenia funkcjonowały bez
zarzutu.

Imperialny  pilot  wdusił  przycisk,  aby  przesłać  całą  moc  do  bliźniaczych  silników  jonowych

myśliwca. Zdecydował, że jedyną szansą ocalenia jest w tej chwili ucieczka.

Jacen  i  Jaina  siedzieli  obok  siebie  w  samym  sercu  dżungli,  niedaleko  prymitywnego  szałasu

background image

Qorla,  skupiając  się  do  granic  możliwości.  Posługując  się  Mocą,  wybiegali  myślami  ku  akademii
Jedi. Chcieli dowiedzieć się, co się tam dzieje. Skromne umiejętności i siły pozwoliły im dostrzegać
tylko niewyraźne zarysy, odległe echa myśli różnych osób... ale to bliźniętom wystarczyło.

- Nie wiedział, że nie naprawiłam systemów uzbrojenia... ale przecież wcale o nie nie zapytał -

odezwała  się  w  końcu  Jaina.  -  Na  szczęście  udało  mi  się  trochę  zmienić  program  komputera
diagnostycznego, dzięki czemu informacje na ekranie dowodziły, że wszystko jest w porządku. Qorl
może latać, ale jego statek jest bezbronny.

-  Tak,  a  poza  tym  przypuszczam, że  znalezienie  kryształowego  węża  wyprowadziło  go  z

równowag? - stwierdził Jacen. - Ciekaw jestem, co z nim zrobił.

Bliźnięta uśmiechnęły się do siebie.
-  Myślę,  że  naszym  kolejnym  posunięciem  powinno  być  znalezienie  sposobu  powrócenia  do

akademii  -  odezwał  się  Jacen,  mrużąc  oczy  przed  blaskiem  przeświecającego  przez  gęste  listowie
słońca.

Jaina  odgarnęła  z  czoła  pukiel  brązowych  włosów,  zazwyczaj  prostych  jak  druty,  i  głęboko

westchnęła.

- Masz rację - powiedziała, po czym klasnęła i zatarła dłonie. - No, to na co jeszcze czekamy?
 

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ 21

 
- Trzymajcie się! - wrzasnął Han Solo. Tenel Ka poczuła, że „Sokół Tysiąclecia” odrywa się od

zdeptanej trawy lądowiska przed wielką świątynią. Opadła na fotel obok Lowbaccy i zaczęła zapinać
pasy bezpieczeństwa.

-  Ten  myśliwiec  typu  TIE  się  zbliża,  a  wygląda  naprawdę  paskudnie  -  stwierdził  Han  Solo,

spoglądając  na  drugiego  pilota,  Chewbacca.  Obaj  gorączkowo  przyciskali  klawisze  i  dokonywali
wzorcowania systemów celowniczych działek pokładowych. Liczę na to, że Sionna zaprowadziła w
bezpieczne miejsce wszystkich uczniów Jedi.

Kiedy „Sokół Tysiąclecia” z rykiem silników napędu podświetlnego poszybował w górę, oparcia

wszystkich foteli odchyliły się do tyłu. Imperialny myśliwiec typu TIE z wyciem silników przemknął
nad ich głowami niczym szarżujący banth.

Han Solo z ponurą  miną  chwycił  dźwignie  sterownicze.  Zacisnął  zęby,  a  każdy  napięty  mięsień

jego  ciała  świadczył  o  gotowości  do  walki.  Mężczyzna  nie  mógł  wiedzieć,  czy  w  tej  chwili  jego
dzieci są całe i zdrowe, czy może zabił je imperialny pilot w taki sam sposób, jak usiłował zastrzelić
Tenel Ka i Lowbaccę.

Dziewczyna  z  Dathomiry  bardzo  pragnęłaby  jakoś  uspokoić  ojca  Jacena  i  Jainy,  ale  przecież  i

ona nie wiedziała, co dzieje się z bliźniętami. Wciąż zdyszana po długim wyczerpującym biegu przez
dżunglę, zapinała na piersi sprzączki pasów ochronnej siatki, opinającej tunikę z jaszczurczej skóry.
Nagle usłyszała piskliwy głosik Em Teedee, dobiegający gdzieś z okolic jej pasa.

- Strasznie przepraszam, panienko Tenel Ka, ale niczego nie widzę! Pani ochronna sieć zasłoniła

moje czujniki optyczne.

Kiedy  Tenel  Ka  wyplątała  płaskie  srebrzyste  urządzenie  spomiędzy  oczek  sieci,  Em  Teedee

wydał dźwięk do złudzenia przypominający westchnienie ulgi.

-  Och  tak,  teraz  jest  o  wiele  lepiej.  Widzę  wszystko  doskonale.  O  rety!  -  W  głosie  małego

androida zabrzmiał niepokój. - Nie myślałem, że uratuje mnie pani z tej dżungli tylko po to, żebyśmy
oboje zginęli, ścigając myśliwiec typu TIE.

Zdumiony Lowbacca burknął i popatrzył na małego androida-tłumacza z niekłamaną ulgą.
- To jest twoja własność, Lowbacco - odezwała się Tenel Ka. - Znalazłam go w dżungli.
Wręczyła  Em  Teedee  młodemu  Wookiemu,  który  przyjął  androida  z  wdzięcznością,  beczeniem

dziękując dziewczynie.

Han  Solo  przyciągnął  dźwignię  i  położył „Sokoła  Tysiąclecia”  w  ciasny  skręt.  Koreliański

frachtowiec z rykiem silników napędu podświetlnego puścił się w pościg za imperialną maszyną.

- Przygotowuje się do ataku - stwierdził Han, obserwując myśliwiec typu TIE. - Nie wiem tylko,

dlaczego nie strzela.

background image

Tenel  Ka,  spoglądając  przez  segmentowany  iluminator  sterowni,  obserwowała,  jak

nieprzyjacielska maszyna, którą pomagała naprawiać, przelatuje bardzo nisko nad wielką świątynią.
Wyglądało na to, że imperialny pilot zamierza zamienić budowlę w gruzy... ale z luf jego laserowych
działek nie wystrzeliły smugi śmiercionośnych błyskawic.

- Chcę zwrócić jego uwagę na nas, Chewie - odezwał się Han. - Włącz  komunikator.  Ten  gość

zrobił coś złego moim dzieciom, a ja chcę dowiedzieć się, gdzie teraz są.

Chewbacca  warknął  na  znak  zgody,  po  czym  wyciągnął  owłosioną  rękę  i  przycisnął  kilka

przełączników na pulpicie kontrolnym „Sokoła Tysiąclecia”.

Han wystrzelił dwie ostrzegawcze smugi. Błyskawice oślepiającego światła przemknęły tuż obok

kanciastych  płaskich  skrzydeł  imperialnej  maszyny...  Zakołysały  nią,  ale  nie  wyrządziły  żadnej
krzywdy.

- Uwaga, pilocie myśliwca typu TIE - rzekł Han. - Nie pozwolę ci nigdzie odlecieć, dopóki nie

dowiem  się,  gdzie...  -  Zawahał  się  przez  chwilę.  -  Gdzie  znajduje  się  tych  dwoje  młodych  Jedi.
Trzymam  cię  dokładnie  pośrodku  krzyża  celowniczego  mojej  aparatury,  a  wiec  nie  masz  dużego
wyboru. Poddaj się albo zestrzelę twoją maszynę.

W odbiorniku komunikatora dało się słyszeć ochrypłe chrząknięcie.
- Poddanie się oznacza zdradę! - odezwał się imperialny pilot, po czym przerwał połączenie.
Myśliwiec  typu  TIE  wystrzelił  świecą  w  górę  i  niemal  natychmiast  zaczął  się  szybko  wznosić

ponad  korony  drzew  rosnących  w  dżungli.  Po  kilku  sekundach  imperialny  żołnierz,  chcąc  uniknąć
trafienia, raptownie zmienił kurs maszyny i wyrównał.

-  No,  dobrze  -  odezwał  się  Han  Solo,  wyraźnie  wyprowadzony  z  równowagi.  -  W  czasach

największej świetności moje stare pudło zestrzeliło niejedną maszynę typu TIE. Możemy zapolować
na następną. Chewie, daj pełną moc do silników.

Kiedy  Chewbacca  wcisnął  na  pulpicie  kilka  kolejnych  przełączników, „Sokół  Tysiąclecia”

poderwał się i przyspieszywszy, rzucił się w pościg.

-  Och,  nie!  -  jęknął  przerażony  Em  Teedee.  -  Nie  mogę  na  to  patrzeć.  Niech  ktoś  zakryje  moje

czujniki optyczne!

Han  poświęcił  sekundę,  rzucił  okiem  na  androida,  i  przekonał  się,  że  Lowbacca  trzyma  go  na

kolanach.

-  Zupełnie,  jakby  znów  był  z  nami  Threepio  -  powiedział.  -  Możliwe,  że  będziemy  musieli

dokonać kilku zmian w oprogramowaniu.

- O rety - odezwał się Em Teedee. Lowbacca, siedzący nieco z tyłu, mruknął coś, co miało być

propozycją, którą z całego serca poparł jego wuj.

- Świetny pomysł - przyznał Han. - Spróbujemy najpierw pochwycić go promieniem ściągającym.

Może uda się nam nakłonić go do lądowania, dzięki czemu nie będziemy musieli go niszczyć. W ten
sposób dowiemy się czegoś o losie dzieci. Jeżeli grzecznie poprosimy, może imperialny pilot wykaże
nieco więcej chęci współpracy.

Chewbacca  włączył  zasilanie  generatora  promienia  ściągającego „Sokoła  Tysiąclecia”.  W

przestworzach  pojawiła  się  niewidzialna  smuga  siłowego  pola,  jak  zarzucona  sieć,  usiłująca
pochwycić imperialny statek.

Kiedy promień ściągający otarł się o bok kadłuba myśliwca typu TIE, mały statek zakołysał się i

zwolnił.  Natychmiast  jednak  imperialny  pilot  zwiększył  siłę  ciągu  silników,  przesyłając  energię  na
przemian to do jednego, to znów do drugiego. Wyrwał się z uchwytu promienia, po czym wystrzelił

background image

w górę po spirali tak ciasnej, że Han na widok tego manewru cicho gwizdnął, niechętnie wyrażając
uznanie.

- Ten gość jest naprawdę dobry - powiedział. - Leć za nim, Chewie! Z największą prędkością.
Pilot  myśliwca  typu  TIE  chyba  się  zorientował,  że  tylko  w  ten  sposób  zdoła  uciec,  gdyż

zanurkował  ku  ciemnozielonym  wierzchołkom  drzew  Massassów.  Kiedy  znalazł  się  tuż  nad  nimi,
wyrównał lot, unikając zaczepiania o kikuty gałęzi. Osmalone pożarem, jaki szalał kiedyś w dżungli,
sterczały  jak  szpony  czarownic,  gotowe  pochwycić  nierozważnych  śmiałków.  Kiedy  imperialny
żołnierz przeleciał nad korytem rzeki, leniwie wijącej się przez dżunglę, obniżył lot maszyny jeszcze
bardziej  i  zaczął  szybować  niemal  nad  samą  taflą  wody...  ale  nie  potrafił  zgubić „Sokoła
Tysiąclecia”, zawzięcie powtarzającego każdy manewr.

Gdyby  decydowała  tylko  prędkość,  o  wiele  potężniejsze  silniki  frachtowca  pozwoliłyby  mu

doścignąć i zmusić myśliwiec typu TIE do lądowania. Większa zdolność manewrowa imperialnego
statku, przemykającego tuż nad koronami drzew, zapewniała jednak jego pilotowi przewagę.

Zdecydowany na wszystko Han Solo nie dawał za wygraną.
-  Co  zrobiłeś  z  moimi  dziećmi?  -  zawołał  w  pewnej  chwili,  pochyliwszy  się  nad  mikrofonem

komunikatora.

Było  jasne,  że  nie  oczekuje  odpowiedzi.  Ku  zdumieniu  wszystkich  w  odbiorniku  odezwał  się

jednak głos imperialnego żołnierza.

-  To  były  twoje  dzieci,  pilocie?  Jeszcze  żyły,  kiedy  odlatywałem...  ale  dżungla  jest  pełna

niebezpieczeństw.  Nie  założyłbym  się,  że  przeżyją  do  czasu,  kiedy  zdecydujesz  się  polecieć  im  na
ratunek.

Tenel Ka nie potrafiła wyjść z podziwu, zachwycając się strategią pilota myśliwca typu TIE.
- To podstęp - powiedziała, zwracając się do Hana. - Chce, żeby pan zrezygnował z pościgu.
-  Wiem  -  odparł  Han,  obdarzając  dziewczynę  przelotnym  spojrzeniem.  Jego  twarz  była  jednak

trupioblada. - A jeżeli mówi prawdę?

Imperialny żołnierz  wykorzystał  chwilę  niepewności  Hana,  uznając  ją  za  najlepszą  okazję

ucieczki. Poderwał myśliwiec i poszybował niemal pionową świecą w błękitne niebo. W powietrzu
rozległ się głośniejszy ryk bliźniaczych silników jonowych jego maszyny.

Chewbacca  wydał  zdumiony  skowyt.  Nie  czekając  na  rozkazy  Hana,  Wookie  przekazał  do

silników  całą  moc,  jaką  jeszcze  dysponował. „Sokół  Tysiąclecia”,  zionąc  oślepiającym  białym
blaskiem  z  wylotów  dysz  rufowych  silników  napędu  podświetlnego,  rzucił  się  w  pościg  za
myśliwcem typu TIE.

Nagły  skok  przyspieszenia  docisnął  plecy  Tenel  Ka  do  oparcia  fotela.  Czując,  że  na  jej  twarzy

pojawia się grymas, w jakim przyspieszenie rozciąga skórę i mięśnie, dziewczyna zacisnęła powieki.
Lowbacca,  siedzący  obok  niej,  gniewnie  burknął,  zmagając  się  z  dużą  siłą  ciążenia.  Han  i  Chewie
sprawiali jednak wrażenie nawykłych do znoszenia takich tortur.

Nie  przestawali  wznosić  się  coraz  wyżej  i  po  jakimś  czasie  stwierdzili,  że  otaczające  ich

mlecznobłękime  niebo  zaczyna  przybierać  ciemniejszą,  granatowopurpurową  barwę.  Oddalając  się
od powierzchni księżyca ku mrokom bezkresnych przestworzy, zauważyli, że widać blask pierwszych
gwiazd.  Większość  okien  segmentowanego  iluminatora  wypełniała  jednak  zamglona  pomarańczowa
kula gazowego giganta, Yavina.

- Może uda się nam uszkodzić jego statek na tyle, żeby można było go przyciągnąć - odezwał się

Han. W jego głosie dało się słyszeć napięcie.

background image

Chewbacca  zajął  się  pilotowaniem  frachtowca,  a  Han  skupił  całą  uwagę  na  systemach

uzbrojenia.

- Nie mogę unieruchomić go na ekranie celowniczym - mruknął w pewnej chwili. Pilot myśliwca

typu TIE raptownie skręcił, nie przestając oddalać  się  od  szmaragdowej  kuli  księżyca  porośniętego
gęstą dżunglą.

„Sokół Tysiąclecia” wykonał taki sam manewr. Coraz bardziej zbliżał się do małej maszyny. Han

raz  po  raz  strzelał  z  laserowych  działek,  ale  szkarłatne  błyskawice  przelatywały  obok  kadłuba
imperialnego statku.

Widząc to, Han uderzył pięścią w pulpit konsolety.
- Znieruchomiej choć na chwilę! - krzyknął. Nagle sylwetka myśliwca typu TIE, jakby słuchając

jego  rozkazu,  zamarła  na  ekranie  komputera  pokładowych  działek  pośrodku  krzyża  celowniczego,
otoczonego koncentrycznymi kręgami. Zaczęła pulsować jasnym światłem, a podniecony Han wydał
radosny okrzyk.

-  Mam  cię!  -  zawołał,  naciskając  oba  komplety  czerwonych  guzików  spustowych.  W  tej  samej

chwili,  o  włos  unikając  jaskrawych  błyskawic,  samotny  imperialny  myśliwiec  wystrzelił  jak
wyrzucony z katapulty. Rozwinął nieprawdopodobnie dużą prędkość i przemienił się w oślepiający
błysk, jasny jak kropla roztopionego metalu.

Osiągnął  prędkość  światła,  po  czym  zniknął  w  oddali,  pogrążając  się  w  bezkresnej

nadprzestrzeni. Do uszu pasażerów „Sokoła Tysiąclecia” doleciał stłumiony łoskot.

- To nie moja wina - odezwał się Han Solo, w osłupieniu wpatrując się w cel,  którego  już  nie

było. Powoli cofnąwszy drżące dłonie, oderwał je od dźwigni spustowych. - Myśliwce typu TIE nie
mają przecież silników umożliwiających latanie w nadprzestrzeni! To maszyny krótkiego zasięgu!

W odpowiedzi Lowbacca coś mruknął, a Tenel Ka kiwnęła głową.
- Jaina zamontowała... Co takiego? - powtórzył Han, nie wierząc własnym uszom. Ależ dałem jej

tę jednostkę napędu nadświetlnego do zabawy, a nie po to, aby gdziekolwiek ją montowała. Będzie
musiała wyjaśnić mi to i owo, kiedy się spotkamy...

Urwał, kiedy przypomniał sobie, gdzie w tej chwili znajdują się jego dzieci.
-  Dajmy  sobie  spokój  z  myśliwcem  typu  TIE  -  powiedział.  -  Lećmy  po  bliźnięta!  Zmienił  kurs

„Sokoła  Tysiąclecia”  i  skierował  go  z  powrotem  ku  widocznej  w  dole  szmaragdowozielonej  kuli
czwartego księżyca Yavina.

 

background image

 

 

 

ROZDZIAŁ 22

 
 
Jacen i Jama pozostali na niewielkiej polanie w sercu dżungli, gdzie przez dwa dziesięciolecia

spoczywał  myśliwiec  typu  TIE.  Bliźnięta  doszły  do  wniosku,  że  największą  szansę  ocalenia  będą
miały  wówczas,  kiedy  wdrapią  się  na  wierzchołek  dużego  drzewa  bez  względu  na  to,  jak  miałoby
okazać  się  to  trudne.  Dopiero  z  tej  wysokości  będą  mogły  zauważyć,  czy  nie  nadlatuje  jakiś  statek
Przedtem jednak wyślą sygnał.

Zanim  zaczęty  się  wspinać,  skrupulatnie  przeszukały  miejsce  katastrofy  i  polanę,  na  której

znajdowało  się  obozowisko  Qorla.  Zabrały  wszystko,  co  ich  zdaniem  mogło  się  jeszcze  przydać,  i
wepchnęły to do plecaków. Ćwiczenia Jedi nauczyły ich zaradności.

Jacen i Jaina pamiętali, jak posługiwali się Mocą, kiedy w towarzystwie Tenel Ka wspinali się

po  ścianie  wielkiej  świątyni.  Rozejrzeli  się  i  niemal  natychmiast  zauważyli  gigantyczne  drzewo
Massassów,  mające  wiele  gałęzi,  przeplatających  się  i  porośniętych  pędami  dzikiej  winorośli.
Popatrzyli  sobie  w  oczy,  po  czym  unieśli  głowy  i  spojrzeli  w  górę.  Po  chwili  rozpoczęli  mozolną
wspinaczkę. Kiedy dotarli na wierzchołek, byli spoceni, podrapani i niesamowicie ubrudzeni. Bolały
ich  mięśnie,  a  we  włosach  mieli  mnóstwo  kawałków  suchych  gałązek  i  kory...  Ze  zdumieniem
stwierdzili jednak, że osiągnięcie celu bardzo podniosło ich na duchu.

Usiedli  wygodnie  w  rozwidleniu  dużych  gałęzi,  gęsto  porośniętych  ciemnozielonymi  liśćmi,  i

zajęli się rozpalaniem ogniska. Pragnęli, by dawało jak najwięcej dymu, chcąc w ten sposób przesłać
sygnał  widoczny  z  jak  największej  odległości.  Jacen  zaczął  zbierać  gałęzie  i  łodygi  i  układać
pośrodku  wklęsłego  kawałka  plastali.  Bliźnięta  znalazły  go  na  ziemi  obok  zagłębienia,  w  którym
spoczywał kadłub naprawianego imperialnego statku.

Jaina wyciągnęła z kieszeni punktową zgrzewarkę, pożyczoną od Tenel Ka, ale przekonała się, że

bateria  jest  niemal  wyczerpana.  Kiedy  urządzenie,  nie  większe  od  jej  palca,  zakrztusiło  się  i
błysnęło,  wyrzucając  kilka  ostatnich  iskier,  dziewczyna  zdjęła  obudowę  i  posługując  się
wieloczynnościowym  narzędziem,  zaczęła  coś  regulować  w  obwodach.  Okazało  się,  że  zdołała
wykrzesać resztki energii. Pojawił się silny, chociaż krótkotrwały płomień, od którego zajął się stos
ułożony na metalowej płycie.

Połamane gałęzie, porośnięte liśćmi, paliły się dosyć wolno. Nie wydzielały takich ilości ciepła,

żeby mógł buchnąć jaskrawy płomień. Na szczęście, jak oczekiwały bliźnięta, w powietrze uniósł się
całkiem  spory  słup  szarobłękitnawego  dymu,  trudny  do  przeoczenia  dla  każdego,  kto  poszukiwałby
śladów życia.

Jacen i Jaina nie mogli być jednak pewni, że ktokolwiek będzie wiedział, gdzie ich szukać. Jeżeli

Lowbacca  albo  Tenel  Ka  nie  dotarli  do  akademii,  nikt  nie  będzie  miał  nawet  pojęcia,  w  którym

background image

miejscu zacząć poszukiwania.

-  Myślę,  że  to  niezły  pomysł,  byśmy  następnym  razem  powiedzieli  komuś,  dokąd  idziemy  i  co

zamierzamy  robić,  nie  uważasz?  -  zapytała  Jaina,  nie  przestając  wpatrywać  się  w  błękitne  niebo,
zniechęcająco bezkresne i puste.

-  Chyba  masz  rację  -  zgodził  się  Jacen,  siadając  obok  siostry  na  grubym  konarze.  Kiedy  oparł

brodę  na  ubrudzonej  dłoni,  stwierdził,  że  po  jego  twarzy  spływają  strużki  potu.  -  Chcesz,  żebym
opowiedział ci jakiś dowcip?

-  Nie  -  odparła  stanowczo  Jaina.  Nie  przestając  wpatrywać  się  w  niebo,  otarła  spocone  czoło

rękawem podartego i poplamionego kombinezonu. Usadowiła się na gałęzi i wsłuchała się w szmer
milionów liści, poruszanych podmuchami łagodnego wiatru.

Jacen wrzucił do ognia kilka gałązek.
Nagle Jaina się wyprostowała.
- Popatrz! - powiedziała, unosząc rękę. Na niebie pojawił się świetlisty punkcik, nie większy od

jasnej gwiazdy. Srebrzył się i migotał. Bliźnięta usłyszały przeciągły stłumiony grzmot fali udarowej,
powstałej wskutek przekraczania bariery dźwięku. - To statek!

Jacen  zamknął  bursztynowe  oczy,  skupił  się  i  lekko  się  uśmiechnął.  Po  sekundzie  bliźnięta

zamrugały i popatrzyły sobie w oczy.

- To „Sokół Tysiąclecia” - odezwały się w tej samej chwili.
- Czy tata może wyczuć, gdzie jesteśmy? - zapytał Jacen.
- Chyba nie - odparła Jaina. - A przynajmniej nie przy użyciu Mocy. Ale  poczekaj... - Zamknęła

oczy i posłużyła się kilkoma umiejętnościami rycerzy Jedi, których nauczyła się do tej pory. - Jest z
nim Lowie!

- I Tenel Ka! - dodał Jacen, który czynił to samo. - Oboje są cali i zdrowi! Jaina się roześmiała,

czując niewypowiedzianą ulgę.

- Czy sądziłeś, że przyszłych rycerzy Jedi nie byłoby stać na coś takiego? - zapytała.
Z pokładu „Sokoła  Tysiąclecia”  musiano  zauważyć  kłęby  dymu,  gdyż  lekki  frachtowiec  zmienił

kurs  i  zaczął  kierować  się  w  ich  stronę.  Bliźnięta  wspięły  się  na  najwyższą  gałąź  i  zaczęły
energicznie  wymachiwać  rękami.  Patrząc,  jak  sylwetka „Sokoła  Tysiąclecia”  szybko  rośnie  w
oczach,  pomyślały,  że  widok  poobijanego  kadłuba  statku,  poznaczonego  szramami  blasterowych
strzałów, jest najmilszy, jaki w życiu widziały.

Kiedy „Sokół  Tysiąclecia”  zawisnął  nieruchomo  nad  ich  głowami,  podmuch  powietrza  z  dysz

silników repulsorowych omal nie przewrócił bliźniąt. Gałęzie pod ich stopami  zaczęły  się  kołysać,
ale  Jacen  i  Jaina  nie  stracili  równowagi.  Widząc,  że  płyta  luku  towarowego  w  spodniej  części
kadłuba się otwiera, wyciągnęli ręce.

W  otworze  pojawiła  się  włochata  dłoń  Chewbaccy.  Obniżyła  się,  pochwyciła  rękę  Jacena  i

wciągnęła do wnętrza frachtowa, jakby chłopiec był nieważkim piórkiem. Po chwili ukazały się dwie
dłonie Lowbaccy, porośnięte długą rudopomarańczową sierścią, i w ten sam sposób pomogły wejść
Jainie.

Han Solo, który wybiegł ze sterowni na spotkanie dzieci, objął je i przytulił do szerokiej piersi.
- Żyjecie! Nic wam się nie stało! - zawołał, spoglądając na nie z radością i dumą. - Przepraszam,

że przyleciałem tak późno.

-  Nic  nie  szkodzi  -  odezwał  się  Jacen.  -  Wiedzieliśmy,  że  przylecisz.   Tenel  Ka  i  Lowie  także

przywitali się z bliźniętami, obejmując je i entuzjastycznie klepiąc po plecach.

background image

-  Och,  hurra!  -  odezwał  się  metaliczny,  dźwięczny  głosik  Em  Teedee.  -  To  naprawdę  wielkie

święto.

- Przede wszystkim wracajmy do akademii Jedi - powiedział Han. - Jestem pewien, że wszyscy

tam się o nas zamartwiają. Domyślam się, że musimy opowiedzieć im to i owo.

Po upływie kilku następnych dni przetransportowano „Sokołem Tysiąclecia” uszkodzony śmigacz

typu  T-23  z  wierzchołka  drzewa,  na  którym  wylądował.  Lowbacca  i  Jaina,  stojąc  na  ocienionym
lądowisku  przed  wielką  świątynią,  naprawiali  uszkodzenia  gwiezdnego  skoczka.  W  pewnej  chwili
dziewczyna  wytknęła  z  przedziału  silnikowego  głowę  i  ukazując  umazaną  twarz,  rozejrzała  się  po
polanie.

Stwierdziła, że jej brat biegnie po lądowisku nisko pochylony, usiłując pochwycić ośmionogiego

jaszczurkowego  kraba,  żeby  włączyć  do  swojej  menażerii.  Jak  zwykle,  jego  gęste  rozwichrzone
włosy były poprzetykane zeschłymi liśćmi i źdźbłami trawy. Stworzenie umykało to w tę, to w tamtą
stronę, starając się ukryć pośród niskiej, niedawno skoszonej murawy.

Jaszczurkowy krab dostrzegł nagle duże zacienione miejsce pod kadłubem śmigacza typu T-23 i

zanurkował, wymykając się w ostatniej chwili palcom chłopca. Jaina zachichotała widząc, że jej brat
znieruchomiał w samą porę, by uniknąć uderzenia głową o kadłub skoczka.

Chłopiec  wyprostował  się  i  wzruszył  ramionami,  po  czym  oparł  o  kadłub  śmigacza  i  zaczął

otrzepywać kombinezon z kurzu.

- No cóż - powiedział, szczerząc zęby w uśmiechu. - Może złapię go następnym razem.
- Jeżeli już tu jesteś, czy nie zechciałbyś podać mi klucz hydrauliczny? - poprosiła Jaina.
Jacen pochylił się i zaczął szperać w pojemniku leżącym w trawie, po czym wyprostował się i

wręczył siostrze potrzebne narzędzie.

-  Zajmij  się  systemami  pokładowych  komputerów,  Lowie  -  odezwała  się  Jaina,  chcąc

przedyskutować  z  przyjacielem  strategię  naprawy.  -  Na  tym  przecież  znasz  się  najlepiej.  -  Słysząc
oznaczające  zgodę  mruknięcie  młodego  Wookiego,  dodała:  -  I  nie  martw  się  o  silniki.  Za  chwilę
zrobię z nimi porządek.

-  Nie  będziecie  mieli  nic  przeciwko  temu,  że  i  ja  pomogę?  -  odezwał  się  zza  jej  pleców  czyjś

melodyjny, spokojny głos.

- Wujek Luke! - krzyknęła Jaina. Wyskoczyła z przedziału silnikowego i rzuciła się mu na szyję. -

Kiedy wróciłeś?

- Tego ranka - odparł Luke Skywalker, spoglądając z zachwytem na maszynę. - Przyda ci się moja

pomoc? Pewnie wiesz, że radzę sobie z takimi małymi skoczkami całkiem dobrze. - Uśmiechnął się,
jakby  szukał  w  pamięci  miłych  wspomnień.  -  Kiedy  dorastałem,  też  latałem  takim  niewielkim
statkiem... także skoczkiem, ale typu T-26.

Z  wielkich  wrót  na  najniższym  poziomie  świątyni  wyłoniła  się  Tenel  Ka.  W  podziemnych

pomieszczeniach mieściły się hangary, kryjące kiedyś eskadry rebelianckich X-skrzydłowców.

- Przepraszam was na chwilę - odezwał się Luke, po czym odwrócił się i uniósł  rękę  w  geście

serdecznego pozdrowienia. Podszedł do Tenel Ka i przez dłuższą chwilę o czymś z nią dyskutował,
jakby  dziewczyna  była  jego  dobrą  znajomą.  Rozmowa  w  cztery  oczy  z  samym  mistrzem  Jedi
sprawiła, że na twarzy dziewczyny z Dathomiry malował się wyraz niecodziennego lęku.

- No, to na co jeszcze czekamy? - odezwała się Jaina, zwracając się do pomocników. Posługując

się  uniwersalnym  kluczem,  otworzyła  metalową  płytę  umożliwiającą  dostęp,  poczym  zaczęła
realizować  procedury  diagnostyczne  silników  śmigacza.  Jacen  popatrzył  ukradkiem  na  źdźbła

background image

przystrzyżonej trawy, pomiędzy którymi zaczynały pojawiać się pierwsze chwasty. Miał nadzieję, że
dostrzeże jakieś stworzenie, które będzie mógł dołączyć do swojego zbioru.

Lowbacca wyciągnął spod kontrolnego pulpitu kłąb splątanych przewodów i zaczął porządkować

je, zwracając uwagę na barwy izolacji i łączone obwody. Podczas pracy mruczał coś do siebie. W
pewnej chwali Jaina usłyszała, jak Em Teedee zaczyna coś mówić, ale w następnej sekundzie rozległ
się  metaliczny  brzęk,  kiedy  jakiś  przedmiot  uderzył  o  płytę  pokładu.  Jacen  zajrzał  w  głąb  kabiny
śmigacza typu T-23. Lowbacca znów niechcący odczepił Em Teedee od pasa.

Miniaturowy android-tłumacz zwiększył siłę głosu i zaczął besztać młodego Wookiego.
- Naprawdę, panie Lowbacco, powinien pan bardziej uważać. Ponownie mnie pan upuścił i to po

prostu przez niedbalstwo. Ciekawe, jak pan by się czuł, gdyby pańską głowę ktoś oderwał i rzucił na
ziemię? Proszę nie zapominać, że jestem wyjątkowo cennym urządzeniem i powinien pan bardziej o
mnie  dbać.  Jeżeli  moje  obwody  ulegną  uszkodzeniu,  nie  będę  mógł  tłumaczyć,  a  wówczas  co  pan
zrobi? Nie mogę uwierzyć...

Lowbacca burknął i wyłączył Em Teedee, po czym westchnął z prawdziwą ulgą.
Jacen  się  zorientował,  że  jego  siostra  uniosła  głowę  i  wpatrzyła  się  w  ciemnobłękitne  niebo.

Podążył za jej spojrzeniem i pomyślał, że wie, o czym może myśleć Jaina.

- Zastanawiasz się, czy Qorl kiedykolwiek wróci do domu?
-  Ciekawa  jestem,  co  tam  znajdzie,  jeżeli  wróci  -  odpowiedziała.  -  Czułby  się  o  wiele  lepiej,

gdyby  został  z  nami.  Kiedy  wszyscy  troje  ujrzeli,  że  Luke  Skywalker  i  Tenel  Ka  podchodzą  do
gwiezdnego skoczka typu T-23, Lowie i Jaina wyskoczyli z kabiny i stanęli obok Jacena.

Luke popatrzył na wysłużony śmigacz i przesunął czubkami palców po metalowej płycie kadłuba.
- W dawnych czasach, kiedy mieszkałem na Tatooine, miałem zwyczaj latać Kanionem Żebraków

swoim skoczkiem typu T-26 i polować na pustynne szczury - powiedział.

Zdumione  bliźnięta  popatrzyły  na  wuja.  Nie  umiały  wyobrazić  sobie,  że  poważny  mistrz  Jedi

mógł być kiedyś postrzelonym, ryzykanckim pilotem. Usta Luke’a rozciągnęły się w melancholijnym
uśmiechu.

- To były zupełnie inne czasy, niepodobne do dzisiejszych. - Odwrócił się w stronę młodych Jedi.

- Kiedy wszystko naprawicie, zabiorę was na wycieczkę. Oczywiście, jeżeli nie będziecie mieli nic
przeciwko temu.

Uczniowie  spojrzeli  na  niego,  nie  kryjąc  zaskoczenia.  Lowbacca  mruknął  coś,  czego  nikt  nie

zrozumiał, po czym kilka razy nerwowo chrząknął.

-  Mam  nadzieję,  że  podoba  ci  się  tutaj,  Lowbacco  -  odezwał  się  mistrz  Jedi,  spoglądając  na

młodego Wookiego. - Wiem, jak tęsknisz za domem, przebywając w  nowym miejscu, ale widzę, że
masz już przyjaciół.

Popatrzył po kolei na pozostałych.
-  Jestem  z  was  naprawdę  dumny  -  oświadczył.  -  Spisaliście  się  doskonale.  Znaleźliście  się  w

bardzo  trudnej  sytuacji,  a  mnie  wówczas  nie  było,  żeby  podpowiedzieć  rozwiązanie.  Dysponujecie
ogromnym potencjałem... ale czeka was jeszcze dużo ciężkiej pracy i wiele ćwiczeń, jeżeli chcecie
zostać rycerzami Jedi.

Uczniowie kiwnęli głowami.
- I to jest fakt - odezwała się Tenel Ka.
-  Jesteście  młodzi  i  możecie  dokonać  w  życiu  wielu  rzeczy  -  ciągnął  Luke.  -  Czy  nie  macie

wątpliwości i nadal pragniecie zostać rycerzami Jedi?

background image

Entuzjastyczne okrzyki całej czwórki były jednoznaczną odpowiedzią. Głośny ryk Lowbaccy był

tak  wymowny,  że  nawet  gdyby  Em  Teedee  nie  był  wyłączony,  nikt  nie  potrzebowałby  żadnego
tłumacza.


Document Outline