background image

@STAR WARS                                                                                            lata 

Michael Reaves Darth Maul - łowca z mroku                             

- 32 

Terry Brooks Część I. Mroczne widmo - 

- 32 

Greg Bear Planeta życia  

- 29 

R.A. Salvatore Część II. Atak klonów  

- 21,5 

A.C. Crispin Rajska pułapka  

- 10...0 

A.C. Crispin Gambit Hunów  

- 10...0 

A.C. Crispin Świt Rebelii  

- 10...0 

L. Neil Smith Lando Carlissian i Myśloharfa Sharów  

- 4 

L. Neil Smith Lando Carlissian i Ogniowicher Oseona  

- 3 

L. Neil Smith Lando Carlfssian i Gwiazdogrota Thon Boka  

- 3 

Brian Daley Przygody Hana Solo  

- 2 

George Lucas Nowa nadzieja  

Kevin Andersen Opowieści z kantyny Mos

 

Eisley  

0...3 

Peter Schweighofer (red.) Opowieści z Imperium  

0...3 

Peter Schweighofer, Craig Carey (red.) Opowieści z Nowej Republiki  

0...3 

Alan Dean Foster Spotkanie na Mimban  

Donald F. Glut Imperium kontratakuje  

Kevin Andersen Opowieści łowców nagród  

Steve Perry Cienie Imperium  

3, 5 

K.W. Jeter Mandaloriańska zbroja  

K.W. Jeter Spisek Xizora  

K.W. Jeter Polowanie na łowcę  

James Kahan Powrót Jedi 

Kathy Tyers Pakt na Bakurze  

Michael Stackpole X-wingi. Eskadra Łotrów  

6,5...7 

Dave Wolverton Ślub księżniczki Lei  

Timothy Zahn Dziedzic Imperium 

Timothy Zahn Ciemna Strona Mocy  

Timothy Zahn Ostatni rozkaz  

Kevin J. Anderson W poszukiwaniu Jedi  

11 

Kevin J. Anderson Liczeń Ciemnej Strony  

11 

Kevin J. Anderson Władcy Mocy  

11 

background image

Michael Stackpole Ja, Jedi 

11 

Barbara Hambly Dzieci Jedi  

12 

Kevin J. Anderson Miecz Ciemności  

12 

Barbara Hambly Planeta zmierzchu  

13 

Vonda N. Mclntyre Kryształowa Gwiazda  

14 

Michael P. Kube-McDowell Przed burzą  

16 

Michael P. Kube-McDowell Tarcza kłamstw  

16 

Michael P. Kube-McDowell Próba tyrana  

17 

Kristine Kathryn Rusch Nowa Rebelia  

17 

Roger MacBride Allen Zasadzka na Korelii  

18 

Roger MacBride Allen Napaść na Selonif  

18 

Roger MacBride Allen Zwycięstwo na Centerpoint  

18 

Timothy Zahn Widmo przeszłości  

19 

Timothy Zahn Wizja przyszłości  

19 

Kevin J. Anderson, R. Moesta Spadkobiercy Mocy  

23 

Kevin J. Andersen, R. Moesta Akademia Ciemnej Strony  

23 

Kevin J. Anderson, R. Moesta Zagubieni  

23 

Kevin J. Anderson, R. Moesta Miecze świetlne  

23 

Kevin J. Anderson, R. Moesta Najciemniejszy rycerz  

23 

Kevin J. Anderson, R. Moesta Oblężenie Akademii Jedi  

23 

 

NOWA ERA JEDI 

R.A. Salvatore Wektor pierwszy  

25 

Michael Stackpole Mroczny przypływ I: Szturm  

25 

Michael Stackpole Mroczny przypływ II: Inwazja  

25 

James Luceno Agenci chaosu I: Próba bohatera  

25 

James Luceno Agenci chaosu II: Zmierzch Jedi  

25 

Troy Denning Gwiazda po gwieździe  

25 

Kathy Tyers Punkt równowagi  

26 

Greg Keyes Ostrze zwycięstwa I: Podbój  

26 

Greg Keyes Ostrze zwycięstwa II

:

 Odrodzenie  

26 

 

 

background image

@ALBUMY, ENCYKLOPEDIE, PRZEWODNIKI 

Jonathan Bresman Gwiezdne Wojny: Część I. Mroczne widmo - album 

Lauren  Bouzereau,  Jody  Duncan  Gwiezdne  Wojny:  Część  I.  Mroczne  widmo  -  jak 

powstawał film 

Pod redakcją Deborah Cali Gwiezdne Wojny: Imperium kontratakuje - album 

Pod redakcją Carol Titelman Gwiezdne Wojny: Nowa nadzieja - album 

Lawrence Kasdan, George Lucas Gwiezdne Wojny: Powrót Jedi - album 

Bill Slavicsek Gwiezdne Wojny - przewodnik encyklopedyczny 

Bill Smith Ilustrowany przewodnik po broniach i technice Gwiezdnych Wojen 

Praca zbiorowa Ilustrowany przewodnik po chronologii Gwiezdnych Wojen 

Daniel Wallace Ilustrowany przewodnik po planetach i księżycach 

Gwiezdnych Wojen 

Andy Mangels Ilustrowany przewodnik po postaciach Gwiezdnych Wojen 

Praca zbiorowa Ilustrowany przewodnik po robotach i androidach Gwiezdnych Wojen 

Bill  Smith  Ilustrowany  przewodnik  po  statkach,  okrętach  i  pojazdach  Gwiezdnych 

Wojen 

Kevin J. Anderson Ilustrowany wszechświat Gwiezdnych Wojen 

Ann  Margaret  Lewis  Ilustrowany  przewodnik  po  rasach  obcych  istot  wszechświata 

Gwiezdnych Wojen 

Mark Cotta Vaz Gwiezdne Wojny: Cześć II. Atak klonów - album 

background image

KEVIN J. ANDERSON 

REBECCA MOESTA 

 

 

 

MIECZE ŚWIETLNE 

(Przełożył Andrzej Syrzycki) 

background image

@44 lata przed Nową nadzieją 

UCZEŃ JEDI 

33 lata przed Nową nadzieją 

Maska kłamstw 

Darth Maul: łowca z mroku 

32 lata przed Nową nadzieją 

Gwiezdne Wojny 

Część I Mroczne widmo 

29 lat przed Nową nadzieją 

Planeta życia 

Nadciągająca burza 

22 lata przed Nową nadzieją 

Gwiezdne Wojny 

Część II. Atak klonów 

20 lat przed Nową nadzieją 

Gwiezdne Wojny Część III 

10-8 lat przed Nową nadzieją 

TRYLOGIA HANA SOLO 

Rajska pułapka 

Gambit Huttów 

Świt Rebelii 

5-2 lata przed Nową nadzieją 

PRZYGODY LANDA CALRISSIANA 

Lando Calrissian i Myśloharfa Sharów 

Lando Calrissian i Ogniowicher Oseona 

Lando Calrissian i Gwiazdogrota Thon Boka 

PRZYGODY HANA SOLO 

Han Solo na Krańcu Gwiazd 

Zemsta Hana Solo 

background image

Han Solo i utracona fortuna 

Rok 0 Gwiezdne Wojny, 

Część IV. Nowa nadzieja 

Gwiezdne Wojny 

Część IV. Nowa nadzieja 

0-3 lata po Nowej nadziei 

Opowieść z kantyny Mos Eisley 

Spotkanie na Mimban 

3 lata po Nowej nadziei 

Gwiezdne Wojny 

Część V. Imperium kontratakuje 

Opowieści łowców nagród 

3,5 roku po Nowej nadziei 

Cienie Imperium 

4 lata po Nowej nadziei 

Gwiezdne Wojny 

Część VI. Powrót Jedi 

Pakt na Bakurze 

Opowieści z pałacu Hutta Jabby 

WOJNY ŁOWCÓW NAGRÓD 

Mandaloriańska zbroja 

Spisek Xizora 

Polowanie na łowcę 

6,5-7,5 roku po Nowej nadziei 

X-WINGI 

Eskadra Łotrów 

Ryzyko Wedge'a 

Pułapka z Krytos 

Wojna o Bactę 

background image

Eskadra Widm 

Żelazna Pięść 

Dowódca Solo 

8 lat po Nowej nadziei 

Ślub księżniczki Leii 

9 lat po Nowej nadziei 

X-WINGI: Zemsta Isard 

TRYLOGIA THRAWNA 

Dziedzic Imperium Ciemna Strona Mocy 

Ostatni rozkaz 

11 lat po Nowej nadziei 

Ja, Jedi 

TRYLOGIA AKADEMIA JEDI 

W poszukiwaniu Jedi 

Uczeń Ciemnej Strony 

Władcy Mocy 

12-13 lat po Nowej nadziei 

Dzieci Jedi 

Miecz Ciemności 

Planeta zmierzchu 

X-WINGI: 

Gwiezdne myśliwce z Adumara 

14 lat po Nowej nadziei 

Kryształowa Gwiazda 

16-17 lat po Nowej nadziei 

Trylogia KRYZYS CZARNEJ FLOTY 

Przed burzą 

Tarcza kłamstw 

Próba tyrana 

background image

17 lat po Nowej nadziei 

Nowa Rebelia 

18 lat po Nowej nadziei 

TRYLOGIA KORELIAŃSKA 

Zasadzka na Korelii 

Napaść na Selonii 

Zwycięstwo na Centerpoint 

19 lat po Nowej nadziei 

Duologia RĘKA THRAWNA 

Widmo przeszłości 

Wizja przyszłości 

22 lata po Nowej nadziei 

NAJMŁODSI RYCERZE JEDI 

Złota kula 

Świat Lyric 

Obietnice 

Wyprawa Anakina 

Forteca Vadera 

Ostrze Kenobiego 

23-24 lata po Nowej nadziei 

MŁODZI RYCERZE JEDI 

Spadkobiercy Mocy 

Akademia Ciemnej Strony 

Zagubieni 

Miecze świetlne 

Najciemniejszy rycerz 

Oblężenie Akademii Jedi 

Okruchy Alderaana 

Sojusz Różnorodności 

background image

Mania wielkości 

Nagroda Jedi 

Zaraza Imperatora 

Powrotna Ord Mantell 

Tarapaty w Mieście w Chmurach 

Kryzys w Crystal Reef 

25-30 lat po Nowej nadziei 

NOWA ERA JEDI 

Wektor pierwszy 

Mroczny przypływ I: Szturm 

Mroczny przypływ II: Inwazja 

Agenci chaosu I: Próba bohatera 

Agenci chaosu II: Porażka Jedi 

Punkt równowagi 

Ostrze zwycięstwa I: Podbój 

Ostrze zwycięstwa II: Odrodzenie 

Gwiazda po gwieździe 

background image

ROZDZIAŁ 1 

Nad  wierzchołkami  drzew,  porastających  Yavin  Cztery,  ukazała  się  w  końcu  tarcza 

słońca. Luke Skywalker wsłuchiwał się w szelesty i szmery, dolatujące od strony budzącej się 

do  życia  dżungli.  Spiętrzone  kamienne  bloki  starożytnej  świątyni,  pokryte  teraz  błyszczącą 

warstwą rosy, pochłonęły cały chłód długiej nocy.

 

Obserwując,  jak  poranne  słońce  wznosi  się  coraz  wyżej  na  bezchmurnym  niebie, 

mistrz Jedi żałował, że również szybko nie może poprawiać się jego nastrój. 

Zdrętwiały  z  zimna,  spędził  wiele  godzin  na  wierzchołku  ogromnej  budowli. 

Cierpliwie  siedział  i  rozmyślał,  nie  przejmując  się  nieprzeniknionymi  ciemnościami.  Aby 

odegnać sen, posłużył się techniką relaksacyjną Jedi. Prawdę mówiąc, tak bardzo martwił się 

narastającym zagrożeniem, jakie stwarzało  Imperium dla Nowej Republiki, że od dłuższego 

czasu nie spał dobrze ani nie wypoczywał. 

Stado barwnie upierzonych ptaków z głośnym skrzekiem poderwało się do lotu, żeby 

pożywić  się  schwytanymi  owadami.  Na  niebie  wisiała  ogromna  pomarańczowa  kula 

gazowego  giganta,  Yavina.  świecącego  odbitym  blaskiem.  Luke,  obdarzony  wyobraźnia, 

wybiegał jednak myślami jeszcze dalej. Usiłował odgadnąć, w jakim mrocznym i tajemnym 

zakątku galaktyki mogło czaić się Drugie Imperium... 

W  końcu  wstał  i  przeciągnął  się,  aby  rozprostować  zesztywniałe  mięśnie.  Nadszedł 

czas na poranną porcję ćwiczeń. Może wysiłek fizyczny pomoże mu jasno myśleć i sprawi, że 

jego serce zacznie bić żwawiej, a odruchy staną się jeszcze szybsze niż zazwyczaj. 

Przystanął  na  samym  skraju  tarasu  na  najwyższym  piętrze  i  popatrzył  w  dół,  na 

porośnięte dziką winoroślą kamienne bloki tworzące jeden z boków ogromnego zigguratu. Od 

następnego  piętra,  zajmującego  nieco  większą  powierzchnię,  dzieliła  go  bardzo  duża 

odległość.  Na  ścianach  ogromnych  prostopadłościennych  bloków  można  było  dostrzec 

rysunki i ozdobne wzory. Wyryte w kamieniu przed wieloma tysiącleciami, podczas budowy 

starożytnej  świątyni,  były  teraz  nieco  zatarte  wskutek  upływu  lat  i  pożarów  szalejących  w 

czasach, kiedy na księżycu toczono zacięte walki. Gęsta dżungla docierała niemal do samej 

tylnej  ściany  wielkiej  piramidy,  ozdabiała  ogromne  skalne  bloki  pnączami  winorośli  i 

ocieniała konarami gigantycznych drzew Massassów. 

Luke przez chwilę spoglądał w dół, stojąc na krawędzi tarasu. Głęboko odetchnął, po 

czym  zamknął  oczy,  starając  się  jak  najbardziej  skupić.  Później  odbił  się  i  skoczył  w 

przepaść. 

background image

Spadał obracając się w locie. Wykonał salto w tył, ale kiedy obrócił się o pełne trzysta 

sześćdziesiąt stopni, otworzył oczy i ujrzał popękane kamienne płyty spieszące na spotkanie z 

jego stopami. Wtedy posłużył się Mocą, żeby zwolnić prędkość opadania, po czym odbił się 

od  skalnego  progu  i  poszybował  w  stronę  najbliższego  pędu  winorośli.  Roześmiał  się 

beztrosko  i  wylądował  miękko  na  porośniętym  mchem  konarze  drzewa  Massassów.  Nie 

zatrzymując  się,  zaczął  biec  po  grubej  gałęzi,  ale  kiedy  dostrzegł  jakąś  Luke  w  listowiu, 

podskoczył i chwycił za wyższą i cieńszą gałąź. Na przemian to biegnąc, to się podciągając, 

wspinał się coraz wyżej i wyżej. 

Luke  każdego  dnia  ćwiczył  ciało  w  ten  sam  sposób.  Starał  się  wyszukiwać  coraz 

trudniejsze  przejścia,  doskonaląc  własne  umiejętności.  Rycerz  Jedi  nie  mógł  spocząć  na 

laurach nigdy, nawet w latach pokoju, gdyż wówczas mógłby stać się słaby i bezradny. 

Czasy  nie  należały  jednak  do  spokojnych.  Luke  Skywalker  nie  wątpił,  że  wkrótce 

przyjdzie mu stawić czoło niejednemu zagrożeniu. 

Przed  laty  w  jego  akademii  pojawił  się  nowy  uczeń  nazywający  się  Brakiss.  Młody 

mężczyzna okazał się podstępnym szpiegiem, wysłanym przez Imperium w celu podpatrzenia 

technik  szkolenia  rycerzy  Jedi,  aby  można  było  wykorzystać  je  dla  potrzeb  ciemnej  strony. 

Od  pierwszej  sekundy  mistrz  Skywalker  zorientował  się,  z  kim  ma  do  czynienia,  ale 

postanowił  podjąć  próbę  nawrócenia  Brakissa  na  jasną  stronę.  Jego  starania  zakończyły  się 

jednak  niepowodzeniem,  a  nowy  uczeń  bardzo  szybko  opuścił  akademię  Jedi.  Luke  przez 

dłuższy czas nie wiedział, co się z nim stało, aż do niedawna, kiedy jego były podopieczny 

porwał  Jacena, Jainę i  młodego Wookiego  Lowbaccę. Okazało  się, że Brakiss sprzymierzył 

się z Tamith Kai, członkinią nowego zakonu wiedźm zwanych Siostrami Nocy. Połączywszy 

siły, oboje założyli Akademię Ciemnej Strony i teraz szkolili w niej Ciemnych Jedi będących 

na usługach Drugiego Imperium. 

Oddychając  nieco  szybciej  niż  zwykle,  Luke  wspinał  się  po  gałęziach  drzew 

Massassów. W pewnej chwili spłoszył gromadę drapieżnych stintarilów. Gryzonie rzuciły się 

ku niemu, szczerząc długie ostre kły, ale kiedy mistrz Jedi, posługując się Mocą, zwrócił ich 

uwagę  na  coś  innego,  zapomniały  o  poprzednim  celu.  Rozbiegły  się  we  wszystkie  strony  i 

wkrótce zniknęły pośród gałęzi. 

Luke podciągnął się na najwyższy konar i po chwili znalazł się na samym wierzchołku 

drzewa.  Kiedy  wychylił  głowę  ponad  baldachim  liści,  promienie  słońca  omal  nie  poraziły 

jego  oczu.  Mrugając  powiekami,  próbował  przyzwyczaić  źrenice  do  blasku  poranka.  Po 

półmroku,  panującym  na  niższych  poziomach,  do  których  promienie  słońca  tylko  z  trudem 

przedzierały  się  przez  gąszcz  liści,  otaczający  go  świat  wydał  mu  się  morzem  jaskrawej 

background image

zieleni.  Głęboko  oddychając  wilgotnym  czystym  powietrzem  popatrzył  za  siebie,  w  stronę 

wielopiętrowej piramidy gigantycznej świątyni, w której uczyli się uczniowie Jedi. Pomyślał 

nie tylko o grupie nowych wojowników, których kształcił, ale także o uczniach szkolących się 

w Akademii Ciemnej Strony... 

Przed  kilkoma  miesiącami  instruktorzy  imperialnej  akademii  zaczęli  poszukiwać 

nowych  kandydatów  pośród  mieszkających  w  podziemiach  Coruscant  młodych  kobiet  i 

mężczyzn, którym nie wiodło się w dotychczasowym życiu. Widocznie zamierzali kształcić 

tych  „zagubionych”,  pragnąc,  żeby  służyli  kiedyś  Drugiemu  Imperium  jako  Ciemni  Jedi  i 

szturmowcy.  Jednym  z  takich  nieszczęśników  był  Zekk,  ciemnowłosy  i  zielonooki  kilku-

nastolatek, przyjaciel bliźniąt Hana i Leii, a szczególnie Jainy. 

Pomyślał też o kłopotach, jakich zaczynał przysparzać pilot myśliwca typu TIE, Qorl, 

który po zniszczeniu pierwszej Gwiazdy Śmierci ukrywał się ponad dwadzieścia lat w gęstej 

dżungli  na  Yavinie  Cztery.  Imperialny  pilot  dowodził  grupą  szturmową,  która  porwała 

transportowy  krążownik  Nowej  Republiki  wraz  z  ładunkiem  rdzeni  jednostek  napędu 

nadświetlnego i baterii do turbolaserów. 

Wszystko to doprowadziło Luke’a Skywalkera do przekonania, że Akademia Ciemnej 

Strony  sposobi  się  do  zadania  decydującego  ciosu  Nowej  Republice.  Od  czasu  śmierci 

Imperatora  Palpatine’a  słyszało  się  o  wielu  lordach  i  przywódcach  usiłujących  przywrócić 

świetność resztkom dawnego Imperium. Mistrz Jedi czuł jednak, że obecny nowy wódz był 

kimś  jeszcze  bardziej  zdeprawowanym  niż  jakikolwiek  poprzedni  kandydat  usiłujący 

przechwycić władzę... 

Jaskrawe  promienie  słońca  zaczęły  ogrzewać  zziębnięte  dłonie  Luke’a.  Wokół  jego 

głowy  krążyło  setki  różnobarwnych  owadów,  radosnym  brzęczeniem  witając  nadejście 

nowego  poranka.  Luke,  oparty  wygodnie  o  szorstki  pień  drzewa,  głęboko  zaciągnął  się 

orzeźwiającym powietrzem, pełnym woni otaczającej go gęstej dżungli. 

Akademia  Ciemnej  Strony  ukryła  się  w  nowym  miejscu,  ale  jej  instruktorzy  nie 

zrezygnowali ze szkolenia Ciemnych Jedi.  Luke  nie cierpiał przyspieszać tempa nauki  tych, 

którzy  postanowili  doskonalić  umiejętności  jasnej  strony.  Okoliczności  zmuszały  go  jednak 

do  przygotowania  zastępu  obrońców  Nowej  Republiki  szybciej  niż  imperialna  akademia 

zdoła wyszkolić oddziały nowych wrogów. Zanosiło się na walkę, do której jego uczniowie 

muszą być przygotowani. 

Mistrz  Jedi  chwycił  długą  lianę  i  zeskoczywszy  z  gałęzi,  zaczął  się  ześlizgiwać, 

ześlizgiwać... Kiedy jego stopy uderzyły o gruby konar drzewa Massassów, puścił się biegiem 

w stronę akademii. 

background image

Dzięki  porannym  ćwiczeniom  był  już  teraz  w  pełni  rozbudzony.  Czuł,  że  nadeszła 

pora działania. 

 

Ogłoszono, że odbędzie się kolejne zebranie wszystkich uczniów kształcących się w 

akademii  Jedi.  Jacen  Solo  wiedział,  że  jego  wuj,  Luke  Skywalker,  chciał  powiedzieć  coś 

ważnego. 

Zajęcia w akademii nie były nieprzerwanymi seriami wykładów i ćwiczeń, do czego 

przywykł na Coruscant, kiedy uczył się pod kierunkiem instruktorów. Akademia Jedi została 

pomyślana przede wszystkim jako miejsce indywidualnych studiów, gdzie istoty wrażliwe na 

działanie Mocy mogły oddawać się medytacjom i doskonalić własne umiejętności w tempie, 

które same uznawały za najwłaściwsze. 

Każdy potencjalny rycerz Jedi dysponował zestawem charakterystycznych zdolności. 

Jacen  wykazywał  duży  talent  do  porozumiewania  się  ze  zwierzętami.  Starał  się  poznać  ich 

uczucia  i  myśli,  wysyłając  do  ich  mózgów  wici  Mocy.  Dla  odmiany  jego  siostra  była 

prawdziwym  geniuszem,  jeżeli  chodziło  o  aparaturę  elektroniczną  i  urządzenia 

elektromechaniczne. Miała intuicję, której mógłby pozazdrościć jej niejeden inżynier. 

Lowbacca,  ich  przyjaciel  Wookie,  potrafił  doskonale  radzić  sobie  z  komputerami. 

Pozwalało  mu  to  rozumieć  działanie  skomplikowanych  urządzeń  elektronicznych,  a  także 

zajmować się ich programowaniem. Tenel Ka z kolei była silnie umięśniona i zwinna, ale na 

ogół  nie chciała posługiwać się Mocą jako jedynym  środkiem  wiodącym  do obranego celu. 

Wolała polegać przede wszystkim na sprycie, zręczności i sile własnych mięśni. 

Jacen słyszał,  jak jego egzotyczne stworzenia wiercą się w klatkach, ustawionych w 

komnacie  pod  kamienną  ścianą.  Pospiesznie  je  nakarmił,  po  czym  przesunął  palcami  po 

niesfornych brązowych, lekko kręconych włosach. Usiłował wyczesać wszystkie źdźbła mchu 

czy resztki pożywienia, jakie mogły się tam znaleźć, kiedy pochylał się nad klatkami. Później 

zajrzał do komnaty siostry bliźniaczki, Jainy, która podobnie jak on szykowała się, by wziąć 

udział w uroczystym zebraniu. Dziewczyna szybko uczesała proste brązowe włosy, a później 

umyła dokładnie twarz, żeby jej skóra stała się różowa i odświeżona. 

-  Czy  wiesz  może,  co  wujek  Luke  będzie  chciał  powiedzieć  nam  tym  razem?  - 

zapytała, ocierając krople wody z brody i nosa. 

- Miałem nadzieję, że ty mi to powiesz - odparł nieco zawiedziony Jacen. 

Ze  swojej  komnaty  wyskoczył  inny  uczeń  Jedi,  jasnowłosy  Raynar,  odziany  w 

jaskrawe szaty o barwach krzykliwej czerwieni, żółci i błękitu. Po chwili przesunął dłońmi po 

background image

tkaninie  szaty,  a  na  jego  twarzy  odmalowało  się  przerażenie.  Zakłopotany  chłopiec  głęboko 

westchnął, po czym odwrócił się i równie szybko zniknął w pokój u. 

- Idę o zakład, że to zebranie ma coś wspólnego z wyprawą na Coruscant, jaką odbył 

niedawno wujek Luke - oznajmiła Jaina. 

Jacen  przypomniał  sobie,  że  przed  kilkoma  dniami  ich  wujek  odleciał  „Ścigaczem 

Cieni” - zgrabnym wahadłowcem, na pokładzie którego uciekli z Akademii Ciemnej Strony. 

Luke  zamierzał  porozmawiać  z  przywódczynią  Nowej  Republiki,  Leią  Organa  Solo,  własną 

siostrą i matką bliźniąt. Chciał dowiedzieć się czegoś więcej na temat zagrożenia, jakie mogło 

stanowić Drugie Imperium. 

-  Istnieje  tylko  jeden  sposób,  by  się  tego  dowiedzieć  -  odparł  Jacen.  -  Większość 

pozostałych uczniów zapewne już czeka w wielkiej komnacie audiencyjnej. 

- No cóż, w takim razie na co m y jeszcze czekamy? - zapytała Jaina. 

Chwyciwszy brata za rękę, pobiegła długim korytarzem. 

W  chwilę  później  za  ich  plecami  ukazał  się  Raynar,  który  po  raz  drugi  wybiegł  ze 

swojej komnaty. Jego twarz promieniała teraz szczęściem, zapewne dlatego, iż chłopcu udało 

się znaleźć strój chyba jeszcze bardziej krzykliwy i jaskrawy niż poprzedni - tak bardzo, że 

każdy,  kto  spoglądałby  na  niego  zbyt  długo,  z  pewnością  dostałby  oczopląsu.  Raynar 

przewiązał bluzę w pasie szarfą, na której widniały pomarańczowe i zielone plamy, po czym 

pospieszył za Jacenem i Jaina. 

Kiedy  bliźnięta  wyszły  z  kabiny  turbowindy  i  znalazły  się  na  progu  komnaty 

audiencyjnej,  stanęły  i  rozejrzały  się  po  ogromnej  sali.  Dostrzegły  gwarny  tłum  ludzi  oraz 

istot nie będących ludźmi. Niektóre istoty miały po jednej parze rąk i nóg, a inne po kilka albo 

nawet kilkanaście. Niektóre chroniły ciała pod sierścią, inne pod warstwą piór albo łusek, a 

jeszcze  inne  pod  wilgotną  śluzowatą  skórą...  Wszystkie  wykazywały  jednak  talent  do 

władania Mocą. Dysponowały potencjałem, który miał pozwolić im stać się rycerzami Jedi, o 

ile będą intensywnie uczyć się i doskonalić swoje umiejętności. Mistrz Skywalker liczył na to, 

że zakon nowych rycerzy będzie z każdym rokiem stawał się coraz liczniejszy i silniejszy. 

Nagle  przez  gwar  głosów  przebił  się  głośny  ryk  Wookiego.  Jacen  obrócił  głowę  i 

wyciągnął rękę w tamtą stronę. 

- Tam jest Lowie! - powiedział. - Tenel Ka już także przyszła. 

Bliźnięta  pospieszyły  przejściem  wiodącym  środkiem  sali,  a  później  przecisnęły  się 

między  rzędami  kamiennych  ław,  aby  dotrzeć  do  miejsca,  gdzie  siedzieli  ich  przyjaciele. 

Jaina zaczekała, aż brat jak zawsze usiądzie obok dziewczyny z Dathomiry. 

background image

Jacen czasami zastanawiał się, czyjego siostra zwróciła uwagę na to, jak bardzo lubi 

on  przebywać  w  towarzystwie  Tenel  Ka.  Zawsze  przecież  starał  się  siadać  obok  młodej 

wojowniczki. Po chwili uświadomił sobie jednak, że takie rzeczy nigdy nie uchodziły uwagi 

Jainy... ale nie obchodziło go to ani trochę. 

Mimo  iż jedno było  całkowitym  przeciwieństwem  drugiego, Tenel  Ka nie miała nic 

przeciwko  temu,  że  chłopiec  lubił  spędzać  czas  w  jej  towarzystwie.  Jacen  miał  zawsze  na 

twarzy szelmowski uśmiech, a poza tym lubił płatać figle i opowiadać dowcipy. Od pierwszej 

chwili, kiedy poznał Tenel Ka, postanowił ją rozśmieszyć, opowiadając taki czy inny niezbyt 

mądry  kawał.  Starał  się,  jak  mógł,  ale  twarz  dziewczyny  pozostawała  zawsze  poważna, 

niemal ponura. Jacen wiedział jednak, że jego koleżanka jest niezwykle inteligentna, skora do 

udzielania  pomocy  w  potrzebie  i  wyjątkowo  lojalna  wobec  wszystkich,  których  uważa  za 

przyjaciół. 

- Pozdrawiam cię, Jacenie - odezwała się dziewczyna z Dathomiry. 

-  Jak  się  masz,  Tenel  Ka?  -  odparł  chłopiec.  -  Hej,  mam  dla  ciebie  jeszcze  jeden 

dowcip. 

Lowbacca jęknął, a Jacen posłał mu spojrzenie pełne urazy. 

- Nie ma czasu - stwierdziła zwięźle dziewczyna, wskazując podwyższenie, na którym 

zazwyczaj stawał mówca. - Mistrz Skywalker za chwilę zacznie przemówienie. 

Rzeczywiście, na podwyższeniu stał Luke, jak zwykle odziany w płaszcz Jedi. Zaplótł 

ręce na piersi i z powagą spoglądał na swoich uczniów. Wszyscy niemal natychmiast umilkli. 

- Przeczuwam, że już wkrótce nastaną czasy zła i ciemności - odezwał się mistrz Jedi. 

W  komnacie  audiencyjnej  zapadła  jeszcze  głębsza  cisza.  Zaniepokojony  Jacen 

wyprostował się i rozejrzał po wielkiej sali. 

- Imperium nie tylko nie przestało czynić starań, by odzyskać władzę w galaktyce, ale 

czyni  to,  wykorzystując  Moc  w  bezprecedensowy  sposób  -  ciągnął  Luke.  -  Przywódcy 

Drugiego  Imperium,  korzystając  z  usług  Akademii  Ciemnej  Strony,  zamierzają  stworzyć 

własną armię rycerzy Jedi władających ciemną stroną Mocy. Tymczasem jedynymi istotami, 

mogącymi stawić im czoło, jesteśmy m y, moi drodzy przyjaciele. 

Zrobił krótką przerwę, jakby chciał się upewnić, że ta prawda dotrze do świadomości 

wszystkich uczniów. Jacen z wysiłkiem przełknął ślinę. 

-  Chociaż  Imperator  zginął  przed  dziewiętnastu  laty,  Nowa  Republika  nadal  toczy 

walkę,  pragnąc  zjednoczyć  światy  galaktyki.  Palpatine  usiłował  osiągnąć  ten  sam  cel  za 

pomocą  gróźb  i  siły,  ale  Nowa  Republika  nie  posługuje  się  takimi  metodami.  Nie  chcemy 

uciekać  się  do  sposobów,  stosowanych  przez  Imperatora.  Przywódczyni  naszego  rządu  nie 

background image

wyśle uzbrojonych flot, żeby zmusić planety do posłuszeństwa czy wykonać wyroki śmierci 

na  przywódcach.  Niestety,  ponieważ  posługujemy  się  pokojowymi,  demokratycznymi 

metodami, jesteśmy bardziej podatni na zagrożenie ze strony Imperium. 

Słysząc  wzmiankę  o  matce  i  o  tym,  jak  sobie  radzi,  pełniąc  funkcję  przywódczyni 

Nowej Republiki, Jacen poczuł w sercu przyjemne ciepło. 

-  W  zamierzchłych  czasach  -  ciągnął  Luke,  spacerując  od  jednego  krańca 

podwyższenia  do  drugiego,  dzięki  czemu  miało  się  wrażenie,  że  zwraca  się  po  kolei  do 

wszystkich uczniów - mistrz Jedi spędzał całe lata, szukając jednego ucznia, którego mógłby 

szkolić i prowadzić szlakami rycerzy Jedi. - W głosie mistrza Skywalkera zabrzmiała jeszcze 

większa  powaga.  -  Niestety,  nasza  obecna  sytuacja  nie  pozwala  na  zachowanie  tak  daleko 

posuniętej ostrożności. Kiedy  dawne  Imperium wymordowało  wszystkich członków starego 

zakonu  rycerzy  Jedi,  odniosło  niemal  całkowity  sukces.  W  tej  chwili  nie  stać  nas  na 

okazywanie  takiej  cierpliwości.  Chciałbym  zatem  prosić  was,  żebyście  zechcieli  uczyć  się 

trochę  szybciej  i  wzrastać  w  siły  wcześniej,  niż  początkowo  zamierzaliście.  Muszę 

przyspieszyć wasze szkolenie, ponieważ Nowa Republika potrzebuje więcej rycerzy Jedi. 

Z jednego z pierwszych rzędów zerwał się nagle Raynar. Kiedy jasnowłosy chłopiec 

uniósł  rękę,  pragnąc  zabrać  głos,  Jacen  musiał  zamrugać,  chcąc  usunąć  z  siatkówki  oka 

jaskrawe plamy. 

-  My  już  jesteśmy  gotowi,  mistrzu  Skywalkerze!  -  krzyknął  Raynar.  -  Wszyscy 

jesteśmy gotowi stanąć do walki w twojej obronie! 

Luke  spiorunował  spojrzeniem  chłopca,  który  tak  bezceremonialnie  przerwał  jego 

przemówienie. 

-  Nie  proszę  cię,  żebyś  walczył  w  mojej  obronie,  Raynarze  -  powiedział  spokojnie, 

wyraźnie akcentując słowa. - Proszę cię, żebyś pomógł walczyć w obronie Nowej Republiki 

przeciwko  siłom  zła,  które,  jak  sądziliśmy,  udało  się  nam  unicestwić.  Nie  w  obronie 

jakiejkolwiek osoby. 

Siedzący  na  kamiennych  ławach  uczniowie  niespokojnie  się  poruszyli.  Na  myśl  o 

spodziewanej walce czuli podniecenie, ale nie wiedzieli, jak je ukierunkować. 

Tymczasem mistrz Skywalker nie przestawał przechadzać się po podwyższeniu. 

-  Każdy  uczeń  musi  sam  starać  się  doskonalić  swoje  umiejętności  -  ciągnął.  -  Przy 

mojej pomocy, oczywiście. Chciałbym teraz, żebyście podzielili się na małe grupy. Spotkam 

się  z  każdą,  by  opracować  plan  dalszej  nauki  i  ćwiczeń,  a  także  omówić  sposoby,  jak 

moglibyście  pomagać  jedni  drugim.  Musimy  być  silni,  ponieważ  głęboko  wierzę,  że  już 

wkrótce nastaną ciężkie, mroczne czasy. 

background image

 

Jacen  klęczał  w  chłodnym  kącie  urządzonego  na  najniższym  piętrze  ogromnego 

hangaru,  którego  ściany  odbijały  echo.  Wysyłał  myśli  w  głąb  szczeliny  istniejącej  między 

kamiennymi  blokami,  w  której  wyczuwał  obecność  bardzo  rzadkiej  czerwono-zielonej 

kolczastej  jaszczurki.  Zapuszczał  w  głąb  jej  mózgu  delikatne  palce  Mocy,  aby  wzbudzić  w 

stworzeniu  chęć  wyruszenia  na  poszukiwania  pożywienia  bez  obawy,  że  może  mu  coś 

zagrozić. Chłopiec pragnął, żeby jaszczurka dołączyła do jego kolekcji niezwykłych zwierząt. 

Lowbacca i Jaina naprawiali coś we wnętrzu kadłuba skoczka typu T-23 należącego 

do  Lowiego.  Niewielka  maszyna  latająca  stanowiła  prezent  od  wuja,  Chewbaccy,  który 

podarował  ją  siostrzeńcowi,  kiedy  przyleciał  z  młodszym  Wookiem  do  akademii  mistrza 

Skywalkera. Jacen uważał, że siostra trochę zazdrościła Łowieniu tego, że mógł dysponować 

własnym skoczkiem. Prawdą mówiąc, właśnie z powodu tej zazdrości tak bardzo starała się 

naprawić roztrzaskany imperialny myśliwiec typu TIE, który znaleźli kiedyś w dżungli. 

Tenel Ka stała przed świątynią niedaleko poziomo uniesionego skrzydła wrót hangaru. 

Trzymała  rozwidloną  włócznię,  którą  się  posługiwała,  doskonaląc  własne  umiejętności. 

Rzucała  nią  do  celu,  jakim  był  niewielki  znak,  namalowany  na  murawie  lądowiska. 

Kilkunastoletnia wojowniczka trafiała równie pewnie, bez względu na to, czy rzucała prawą, 

czy  też  lewą  ręką.  Najpierw  spoglądała  na  cel,  mrużąc  szare  oczy  barwy  granitu,  a  później 

skupiała się, żeby w końcu rzucić zaostrzoną broń dokładnie w środek znaku. 

Gdyby Tenel Ka posługiwała się Mocą, mogłaby skierować włócznię, dokąd zechce. 

Jacen  wiedział  jednak  z  doświadczenia,  że  gdyby  tylko  ośmielił  się  zaproponować  jej  coś 

takiego,  dziewczyna  obaliłaby  go  na  murawę.  Tenel  Ka  wyrabiała  siłę  mięśni,  powtarzając 

różne ćwiczenia bez końca. Niechętnie posługiwała się Mocą, gdyż sądziła, że stanowiłoby to 

coś w rodzaju oszustwa. Była niezwykle dumna ze swoich umiejętności. 

W odległej części hangaru rozległ się cichy pomruk i w następnej chwili otworzyły się 

drzwi szybu turbowindy. Z kabiny wyłonił się mistrz Skywalker. Przystanął i rozejrzał się po 

hangarze. Ujrzawszy wuja, Jacen postanowił zrezygnować z planów pochwycenia kolczastej 

jaszczurki. Wstał. Usłyszał trzask kości w stawach kolanowych i poczuł ból, co uświadomiło 

mu, ile czasu spędził, klęcząc nieruchomo w pobliżu szczeliny. 

- Cześć, wujku Luke’u - powiedział. 

Tenel Ka rzuciła włócznią jeszcze raz, po czym podeszła do celu i wyciągnęła szpic 

broni  z  murawy.  Odwróciła  się  i  ruszyła  na  spotkanie  Luke’a.  Łączyła  jaz  mistrzem  Jedi 

tajemnicza więź istniejąca jeszcze od czasów, kiedy oboje najpierw poszukiwali porwanych 

background image

bliźniąt  i  Lowbaccy,  a  potem  uwalniali  ich  z  Akademii  Ciemnej  Strony...  Jacen  wyczuwał 

jednak, że dziewczynę i wuja łączą także jakieś inne tajemnice. 

- Pozdrawiam cię, mistrzu Skywalkerze - odezwała się dziewczyna z Dathomiry. 

W  wielkim  hangarze  rozległ  się  piskliwy  głosik  Em  Teedee,  zminiaturyzowanego 

androida-tłumacza, zawieszonego u pasa młodszego Wookiego. 

- Panie Lowbacco, ma pan gościa. Przypuszczam, że już skończył pan grzebać w tych 

urządzeniach  kontrolnych.  Odnoszę  wrażenie,  że  mistrz  Skywalker  pragnąłby  z  panem 

porozmawiać. 

Lowie  zamruczał  i  uniósł  kudłatą  głowę.  Przesunął  palcami  po  paśmie  ciemniejszej 

sierści, biegnącym znad jednego oka przez czubek głowy aż do pleców. 

Jaina także wygramoliła się z wnętrza skoczka. 

- Co się stało? - zapytała. - O, cześć, wujku Luke’u! 

-  Cieszę  się,  że  widzę  was  wszystkich  w  jednym  miejscu  -odezwał  się  mistrz Jedi.  - 

Musimy  porozmawiać  na  temat  dalszego  szkolenia.  Wszyscy  czworo  mieliście  okazję 

zapoznać się z Drugim Imperium lepiej niż ktokolwiek inny spośród moich uczniów, a zatem 

uświadamiacie sobie, co nam zagraża. Co więcej, dysponujecie niezwykle dużym potencjałem 

Jedi. Przypuszczam, że jesteście gotowi stawić czoło większym wyzwaniom niż pozostali. 

- Jakim wyzwaniom? - zainteresował się natychmiast Jacen. 

-  Choćby  takim,  dzięki  którym  będziecie  mogli  stać  się  pełnowartościowymi 

rycerzami Jedi - odrzekł mistrz Skywalker. 

Kiedy chłopiec usiłował odgadnąć, co mogły oznaczać słowa wuja, poczuł w głowie 

dziwny zamęt. W tej samej chwili Jaina wykrzyknęła: 

- Chcesz, żebyśmy skonstruowali własne miecze świetlne, prawda? 

-  Tak.  -  Luke  poważnie  kiwnął  głową.  -  W  normalnych  okolicznościach  nie 

proponowałbym wam tego na tak wczesnym etapie nauki, zwłaszcza jeżeli wziąć pod uwagę 

fakt, że jesteście jeszcze bardzo młodzi. Uważam jednak, że wkrótce czeka nas trudna walka. 

Pragnąłbym, żebyście umieli posługiwać się każdą bronią, jaką będziecie dysponowali. 

W  pierwszej  chwili  Jacen  poczuł  przypływ  uniesienia,  ale  w  następnej  sekundzie 

ogarnął go niepokój. Jeszcze niedawno rozpaczliwie chciał mieć własny miecz świetlny, ale 

później, kiedy przebywał w Akademii Ciemnej Strony, został zmuszony do posługiwania się 

bronią  rycerzy  Jedi  wbrew  własnej  woli...  On  i  jego  siostra,  walcząc  ze  sobą  pod  osłoną 

maskujących hologramów, wówczas omal się nie pozabijali. 

-  Wujku  Luke’u,  pamiętam,  jak  mówiłeś,  że  to  jest  dla  nas  zbyt  niebezpieczne  - 

powiedział. 

background image

Luke kiwnął głową, nie zmieniając poważnego wyrazu twarzy. 

- To jest niebezpieczne, Jacenie - przyznał. - Pamiętam, że kiedyś przyłapałem ciebie, 

jak bawiłeś się moim mieczem, ponieważ tak bardzo pragnąłeś mieć własny. Uważam jednak, 

że od tamtych czasów nauczyłeś się, iż z bronią rycerzy Jedi nie ma żartów. 

- Tak - zgodził się z nim Jacen. - Nie sądzę, żebym kiedykolwiek potraktował miecz 

świetlny jak zabawkę. 

Luke popatrzył na chłopca, a na jego twarzy ukazał się lekki uśmiech. 

-  To  dobrze  -  powiedział.  -  Ten  pierwszy  krok  jest  niezwykle  ważny.  Broń  rycerza 

Jedi  nie  może  być  traktowana  jak  zabawka.  Miecz  świetlny  jest  instrumentem  skutecznym, 

ale  niebezpiecznym.  Jeżeli  nie  zachowasz  ostrożności,  laserowe  ostrze  może  równie  łatwo 

obezwładnić i wroga, i przyjaciela. 

- Będziemy ostrożni, wujku Luke’u - zapewniła go Jaina, gorliwie kiwając głową. 

Luke obdarzył j ą sceptycznym spojrzeniem. Nie wydawał się przekonany. 

- Pamiętajcie o tym,  że to  nie nagroda. To jeszcze jeden obowiązek, z którym  wiąże 

się konieczność wykonywania nowych, czasami bardzo trudnych ćwiczeń. Liczę jednak na to, 

że  praca,  związana  z  budową  własnego  miecza,  nauczy  was  traktować  go  z  szacunkiem. 

Jestem  pewien,  że  przy  tej  okazji  dowiecie  się,  jak  dawni  rycerze  Jedi  konstruowali  swoją 

broń w taki sposób, żeby odzwierciedlała indywidualne cechy ich osobowości. 

-  Zawsze  chciałam  się  dowiedzieć,  jak  działa  taki  miecz  -  oznajmiła  Jaina.  -  Wujku 

Luke’u, czy mogłabym rozebrać twój na części? 

Przez twarz mistrza Skywalkera przemknął lekki uśmiech. 

- Nie sądzę, Jaino - odparł Luke. - Nie wątpię jednak, że już wkrótce dowiesz się na 

ten  temat  wszystkiego,  czego  tylko  zapragniesz.  -  Popatrzył  po  kolei  na  wszystkich  czworo 

młodych rycerzy Jedi. - Chciałbym, żebyście zabrali się do pracy jak najszybciej. 

background image

ROZDZIAŁ 2 

Jaina  tylko  jednym  uchem  przysłuchiwała  się  temu,  co  mówił  wujek  Luke.  Resztę 

uwagi poświęcała zastanawianiu się, gdzie znaleźć drogocenne części do budowy świetlnego 

miecza.

 

Wszyscy czworo młodzi rycerze Jedi przebywali w jednym z solariów, urządzonych 

na  najwyższym  poziomie  wielkiej  świątyni.  Ściany  pomieszczenia,  wykonanego  z 

polerowanego  marmuru,  zostały  kiedyś  ozdobione  setkami  różnobarwnych  półszlachetnych 

kamieni. Przez wąskie świetliki, wycięte  w kamiennych blokach przez Massassów, wpadały 

jaskrawe promienie słońca. 

Luke  Skywalker  siedział  we  wgłębieniu  wnęki  jakiegoś  okna.  Sprawiał  wrażenie 

wypoczętego i odprężonego, co nadawało jego twarzy niezwykły chłopięcy wygląd. Cieszył 

się,  że  może  przebywać  w  towarzystwie  niewielkiej  grupy  uczniów,  do  której  należeli  jego 

siostrzeniec i siostrzenica oraz ich dwoje przyjaciół: Tenel Ka i Lowbacca. Z przyjemnością 

rozmawiał z nimi o interesujących go najbardziej sprawach. 

- Może słyszeliście, że w czasach wojen klonów niektórzy rycerze Jedi, korzystając z 

surowców,  którymi  akurat  dysponowali,  potrafili  konstruować  własne  miecze  świetlne  w 

ciągu dnia albo  dwóch  -  mówił.  - Nie myślcie jednak, że taką pracę uda  się wam  wykonać 

równie  łatwo  i  szybko.  Każdy  rycerz  Jedi  potrzebuje  zazwyczaj  kilku  miesięcy,  żeby 

skonstruować broń, którą będzie się posługiwał, dopóki nie umrze. Miecze świetlne staną się 

nieodłącznymi  towarzyszami  waszego  życia;  urządzeniami,  które  będziecie  wykorzystywali 

do obrony. 

Wstał z kamiennej ławy, urządzonej w niszy okna. 

- Składniki potrzebne do budowy są właściwie dosyć proste - ciągnął. - Każdy miecz 

świetlny  jest  zasilany  za  pomocą  standardowego  ogniwa  energetycznego,  podobnego  do 

stosowanych  w  niewielkich  blasterach  czy  nawet  panelach  jarzeniowych.  Takie  ogniwo 

wystarczy wam na bardzo długo, zwłaszcza że rycerze Jedi nie powinni korzystać często ze 

świetlnych mieczy. 

- Mam kilka takich źródeł energii w swojej komnacie - odezwała się Jaina. - Wiecie, w 

pojemnikach z częściami zapasowymi. 

-  Drugim  ważnym  składnikiem  jest  kryształ  skupiający  -  mówił  Luke.  - 

Najpotężniejszymi  i  najbardziej  poszukiwanymi  klejnotami  są  kryształy  kaiburr.  Ponieważ 

jednak miecze świetlne są potężną bronią, do ich budowy można użyć praktycznie każdego 

innego kryształu. Ponadto, z uwagi na to, że nie dysponuję ukrytym skarbcem, wypełnionym 

background image

po brzegi klejnotami kaiburr - Luke lekko się uśmiechnął - możecie wykorzystać do budowy 

kryształy, jakie sami zechcecie. 

Mistrz  Jedi  chwycił  rękojeść  własnego  miecza  świetlnego  i  objął  palcami  gładka 

rękojeść,  po  czym  przycisnął  guzik  wyzwalający  świetliste  ostrze.  Ze  skwierczeniem  i 

buczeniem  wysunęła  się  jaskrawożółta  klinga,  jaśniejsza  nawet  niż  blask  promieni  słońca, 

rozjaśniających komnatę. 

- To nie jest mój pierwszy świetlny miecz. - Luke wykonał ruch świetlistym ostrzem 

w  prawo  i  w  lewo,  wsłuchując  się,  jak  zmienia  się  częstotliwość  buczącego  dźwięku.  - 

Zwróćcie uwagę na barwę tego ostrza. Pierwszy miecz straciłem przed wielu laty... 

Luke  przełknął  z  wysiłkiem  ślinę,  jakby  zmagał  się  z  mrocznym  wspomnieniem  z 

przeszłości.  Jaina  wiedziała,  że  jej  wujek  stracił  pierwszy  świetlny  miecz  podczas  walki  z 

Darthem  Vaderem,  jaka  miała  miejsce  w  Mieście  w  Chmurach.  Prawdę  mówiąc,  podczas 

tamtego straszliwego pojedynku młody Luke Skywalker stracił nie tylko własną broń rycerza 

Jedi, ale także rękę. 

-  Mój  pierwszy  miecz  miał  zielonkawoniebieskie  ostrze  -  odezwał  się  po  chwili 

przerwy  mistrz  Jedi.  -  Barwa  klingi  może  być  różna,  ponieważ  zależy  od  częstotliwości 

światła,  skupianego  przez  taki  czy  inny  kryształ.  Zapewne  pamiętacie,  że  miecz  świetlny 

Dartha Vadera... - Luke urwał i głęboko odetchnął - miecz świetlny mojego ojca miał ostrze 

barwy ciemnego szkarłatu. 

Jaina z powagą kiwnęła głową. Pamiętała holograficzny wizerunek Dartha Vadera, z 

którym walczyła, kiedy przebywała w Akademii Ciemnej Strony, nie wiedząc, że pod zasłoną 

tego  hologramu  ukrywa  się  jej  brat,  Jacen.  Wrażenia,  odniesione  podczas  tamtej  walki, 

toczonej  na  pokładzie  imperialnej  stacji,  nie  zaliczały  się  do  przyjemnych...  Dziewczyna 

miała  wrażenie,  że  nie  potrafi  rozstrzygnąć,  czy  posługiwanie  się  świetlnym  mieczem  jest 

korzystne, czy szkodliwe. Pamiętała o tym, że jej przyjaciel Zekk, porwany przez Brakissa, 

kształcił  się,  żeby  zostać  wiernym  sługą  Drugiego  Imperium.  Wiedziała,  że  jeżeli  chce 

uwolnić przyjaciela, musi przygotować się do walki. 

-  Jedna  z  moich  uczennic  nazywająca  się  Cilghal  -  ciągnął  mistrz  Skywalker  -  także 

Kalamarianka, podobnie jak admirał Ackbar, wykonała rękojeść świetlnego miecza w postaci 

cylindra  o  zaokrąglonych  krzywiznach  i  wypukłościach.  Oglądając  jej  broń,  można  było 

odnieść  wrażenie,  że  została  sporządzona  z  kawałka  metalu  przypominającego  okruch  rafy 

koralowej. Cilghal wykorzystała do budowy miecza największą drogocenną perłę, jaką mogła 

znaleźć na dnie oceanu oblewającego niemal całą powierzchnię jej wodnego świata. 

background image

Jedna  z  pierwszych  porażek,  jakie  poniosłem  jako  nauczyciel,  okazał  się  uczeń  o 

nazwisku  Gantoris.  Mężczyzna  zbudował  swój  miecz  świetlny  w  ciągu  zaledwie  kilku  dni, 

wypełnionych  intensywną  pracą,  kierując  się  wskazówkami,  jakich  nie  skąpił  mu  zły  duch 

Exara Kuna. Gantoris uważał, że jest gotów posługiwać się bronią Jedi, a mój błąd polegał na 

tym, że zawczasu nie zorientowałem się w jego zamiarach. 

Ale wy, moi młodzi rycerze Jedi, musicie być inni niż wszyscy poprzedni uczniowie. 

Musicie szybko nauczyć się, jak budować miecze i jak się nimi posługiwać. Galaktyka ulega 

nieustannym zmianom, a wy musicie być gotowi stawić czoło i im, i wyzwaniom, jakie niosą 

ze  sobą.  Prawdziwy  rycerz  Jedi  powinien  umieć  dostosować  się,  gdyż  w  przeciwnym  razie 

zostanie unicestwiony. 

- Mistrzu Skywalkerze, gdzie znajdziemy te kryształy, potrzebne do budowy mieczy? 

- zapytała Tenel Ka. - Czy mamy szukać ich na ziemi? 

Mistrz Jedi obdarzył wojowniczkę ciepłym uśmiechem. 

-  Możliwe  -  odparł.  -  A  może  znajdziecie  je,  rozbierając  na  części  stare  przyrządy  i 

automaty, pozostałe z czasów, kiedy to miejsce było kryjówką Rebeliantów. Możliwe też, że 

dysponujecie innymi umiejętnościami, z których na razie nie zdajecie sobie sprawy? 

Spoglądał przez krótką chwilę na Jacena, ale Jaina nie potrafiła odgadnąć, co mogło 

oznaczać to spojrzenie. 

- Chciałbym, żebyście przystąpili do budowy mieczy świetlnych natychmiast.  -  Luke 

wyłączył skwierczące ostrze, a kiedy schowało się w obudowie, popatrzył na rękojeść broni. - 

Pozostaje  mi  tylko  mieć  nadzieję,  że  nie  będziecie  zmuszeni  używać  ich  bardzo  często...  a 

może w ogóle. 

 

Upłynęło  kilka  dni.  Jaina  siedziała  w  swojej  komnacie,  pochylona  nad  niewielkim 

stołem  warsztatowym.  Zawiesiła  nad  nim  kilka  dodatkowych  paneli  jarzeniowych.  Chciała 

mieć  wystarczająco  dużo  światła,  żeby  móc  pracować  także  w  nocy.  Na  blacie  stołu  leżało 

dziesiątki porządnie ułożonych narzędzi i części, tak by dziewczyna wiedziała, gdzie znajdzie 

każdy element, podzespół elektroniczny czy wiązkę kabli. 

Wręczyła po jednym ogniwie energetycznym każdemu z pozostałych młodych rycerzy 

Jedi, żeby mogli skonstruować własne miecze. Jej brat, Tenel Ka i Lowbacca rozdzielili się i 

próbowali znaleźć drogocenne kryształy i pozostałe elementy, niezbędne do funkcjonowania 

broni. Tymczasem Jaina pracowała, przykładając dużą wagę do tego, żeby jej miecz świetlny 

odzwierciedlał najważniejsze cechy jej charakteru; żeby stał się symbolicznym przedłużeniem 

jej osobowości. Pragnęła zbudować go od podstaw w taki sposób, który nikomu z pozostałych 

background image

nawet  nie  przyjdzie  do  głowy.  Uśmiechnęła  się  do  siebie,  zadowolona  z  własnej 

przedsiębiorczości. 

Z  przenośnego  piecyka,  który  ustawiła  na  blacie  stołu,  od  czasu  do  czasu  unosił  się 

niewielki  kłąb  czarnego  dymu.  Dziewczyna  mrugała,  pragnąc  pozbyć  się  łez,  jakie  wskutek 

chemicznych  wyziewów  napływały  do  jej  oczu.  Pochylona  nad  blatem  stołu,  starannie 

dodawała  kolejną  dawkę  przypominających  proszek  składników,  zmieszanych  dokładnie  w 

proporcjach, jakie podawał przepis, widoczny na ekranie jej komputerowego notatnika. Jaina 

posługiwała  się  Mocą.  Wspomagała  wzrok,  gdyż  pragnęła  obserwować  przebieg  reakcji 

chemicznych, wiążących wszystkie składniki w zwartą i wytrzymałą siatkę krystaliczną. 

Właśnie  zaczynał  się  precyzyjny  proces  narastania  kryształów,  pozbawionych 

jakichkolwiek zanieczyszczeń... 

Jaina  ustawiła  właściwą  temperaturę  i  nie  przestawała  wpatrywać  się  jak  urzeczona, 

mimo  iż  wiedziała,  że  proces  wzrostu  może  potrwać  nawet  kilka  godzin.  Skupiła  myśli, 

pragnąc nadać optymalny kształt ściankom, powoli ukazującym się nad powierzchnią cieczy 

we  wnętrzu  przenośnego  pieca.  Starała  się,  żeby  powierzchnie  klejnotów  były  nachylone 

względem  siebie  pod  odpowiednimi  kątami.  Wzrastające  kryształy  zaczynały  pochłaniać  i 

magazynować coraz więcej energii, dostarczanej przez piecyk do roztworu. 

W  końcu,  przed  samym  świtem,  czując  pieczenie  w  przekrwionych  oczach, 

niewyspana Jaina wyłączyła urządzenie. Poczekała, aż wnętrze ostygnie na tyle, żeby mogła 

wyjąć równe, wspaniałe skupiające światło kryształy. 

Były  ciemnopurpurowo-błękitnej  barwy  i  rzucały  ogniste  błyski,  jakby  chciały 

uwolnić  nadmiar  zgromadzonej  energii.  Miały  idealne  kształty,  jak  zresztą  dziewczyna 

oczekiwała,  kiedy  sama,  korzystając  z  umiejętności  Jedi,  kontrolowała  proces  ich  hodowli. 

Ujęła je w dwa palce, uniosła i lekko się uśmiechnęła. Musiała pomyśleć teraz o następnym 

elemencie swojego świetlnego miecza. 

 

Nie  przejmując  się,  że  koniec  języka  wystaje  spomiędzy  jego  warg,  Jacen  z 

niezwykłym  skupieniem  pracował,  rozwiązując  kolejny  problem  natury  mechanicznej. 

Zajmował się tym od tygodnia. 

Z początku zamierzał wykonać pracę byle jak. Liczył na to, że uda mu się wepchnąć 

wszystkie części do obudowy, a później przycisnąć guzik i wysunąć świetliste ostrze... ale w 

końcu postanowił potraktować poważnie przestrogi wujka Luke’a. Konstruował przecież broń 

rycerza Jedi, która miała służyć mu do końca życia. W porównaniu z tym kilka tygodni, jakie 

zamierzał poświęcić na jej wykonanie, nie wydawały mu się bardzo długim czasem. 

background image

Chociaż  robił  to  niejako  wbrew  samemu  sobie,  zmusił  się  do  cierpliwości  i 

systematyczności.  Wiedział,  że  musi  uczynić  absolutnie  wszystko,  aby  części  pasowały  do 

siebie dokładnie tak, jak powinny. 

Na  szczęście  dysponował  źródłem  energii,  które  wręczyła  mu  Jaina,  a  znalezienie 

kawałków metalu o właściwych wymiarach i kształtach, potrzebnych do wykonania rękojeści, 

nie  okazało  się  bardzo  trudne.  Posługując  się  narzędziami  siostry,  ukształtował  wszystkie 

części, w taki sposób, by się zazębiały, a później tylko wygładził ostre krawędzie. Po kilku 

dniach  takiej  pracy  mógł  wreszcie  umieścić  źródło  energii  w  obudowie.  Połączył  je  z 

obwodami, a następnie zainstalował przyciski kontrolne. 

Zapewne  Jaina  potrafiłaby  złożyć  obudowę  w  ciągu  kilku  minut,  ale  samo 

zgromadzenie wszystkich niezbędnych części zajęło Jacenowi niemal pół tygodnia, a mimo iż 

poszukiwania  potrzebnych  podzespołów  zostały  ukończone,  czekało  go  jeszcze  mozolne 

składanie ich w całość. 

Chłopiec  wolałby  być  teraz  na  dworze,  zajęty  zbieraniem  następnych  okazów 

niezwykłych zwierząt do kolekcji. Jeszcze bardziej pragnąłby się bawić z tymi; które złapał 

wcześniej, radośnie skaczącymi w klatkach. 

Chłopiec  słyszał  szelest dobiegający  z  niedawno  naprawionej  klatki  z  kryształowym 

wężem.  Po  chwili  jeden  z  gadoptaków  zaczął  wydawać  odgłosy  będące  czymś  pośrednim 

między ćwierkaniem a mlaskaniem. Mimo to Jacen, zajęty łączeniem części obudowy, zmusił 

się  do  skupienia  całej  uwagi  na  wykonywanej  pracy.  Jego  miecz  świetlny  był  już  niemal 

ukończony, niemal ukończony! Chłopiec cieszył się, że skończy pracę jako pierwszy. Wujek 

Luke będzie z niego bardzo dumny. 

Kiedy  Jacen  skończył  składać  rękojeść,  wykonał  na  zewnętrznej  powierzchni  kilka 

specjalnych  wgłębień,  dzięki  którym  uchwyt  palców  mógł  być  pewniejszy.  Zamierzał 

trzymać  obudowę  lekko  i  z  wdziękiem,  jak  przystało  na  prawdziwego  szermierza 

posługującego się Mocą. Nadszedł czas, by zainstalować kryształ skupiający. 

Udał się w kąt komnaty, gdzie trzymał w zamkniętej szufladzie różne osobiste rzeczy. 

Wyciągnął  z  niej  niewielki  połyskujący  przedmiot...  klejnot  corusca.  Pochwycił  go,  kiedy 

przebywając na pokładzie orbitalnej stacji wydobywczej Landa Calrissiana, wyprawił się na 

polowanie. Później posłużył się nim, żeby wyciąć otwór w zamkniętych drzwiach celi i uciec 

z Akademii Ciemnej Strony. Chciał podarować go matce... ale Leia namówiła syna, żeby go 

zatrzymał i spróbował wykorzystać do czegoś specjalnego. 

A cóż mogło być bardziej specjalnego od własnego miecza świetlnego? 

 

background image

Lowbacca przeszukiwał pozostawione w nieładzie przyrządy zgromadzone w dawnym 

ośrodku  dowodzenia  Rebeliantów.  Większość  pochodziła  z  czasów,  kiedy  wielka  świątynia 

pełniła  funkcję  bazy,  z  której  kierowano  walką  przeciwko  Imperium.  Kiedy  żołnierze 

opuszczali  niewielki  księżyc  porośnięty  gęstą  dżunglą,  zostawili  niemal  wszystkie  stare 

urządzenia.  W  ciągu  ponad  dwudziestu  lat,  jakie  upłynęły  od  tamtych  czasów,  wiele 

automatów i komputerów rozebrano na części albo użyto do innych celów, jako że kierowana 

przez  Luke’a  Skywalkera  akademia  Jedi  na  ogół  nie  korzystała  z  najnowszych  zdobyczy 

techniki.  I  chociaż  ostatnio  w  wielkiej  sali  buszowała  Jaina,  szukając  potrzebnych 

podzespołów,  Lowie  był  pewien,  że  pozostało  jeszcze  wiele  innych  urządzeń,  nie 

przeszukanych albo nawet nie odnalezionych. 

Zaglądając  we  wszystkie  mroczne  zakamarki,  młody  Wookie  sapał  i  mruczał,  jakby 

prowadził  dialog  z  samym  sobą.  Raz  po  raz  unosił  metalowe  obudowy  i  wsuwał  głowę  do 

wnętrza tej czy innej maszyny. Przebierał palcami między wiązkami przewodów i płytkami, 

pełnymi  elektronicznych  podzespołów.  Próbował  demontować  nawet  niemal  płaskie  ekrany 

monitorów. 

- Panie Lowbacco, po prostu nie potrafię zrozumieć, co chce pan przez to osiągnąć  - 

odezwał się gderliwie Em Teedee, jak zwykle zawieszony u pasa Wookiego. - Grzebie pan w 

tych śmieciach od dobrych kilku godzin  i nic nie wskazuje na to, żeby miał pan cokolwiek 

znaleźć. 

Lowie odpowiedział krótkim warknięciem. 

- No, nie! Nie wierzę, że potrafi pan je wyczuć, posługując się jedynie węchem. To po 

prostu absurdalne! Jak ktokolwiek mógłby wywęszyć jakiś kryształ? 

Wszystko wskazywało na to, że Em Teedee traci cierpliwość.  Lowie zastanawiał się 

nawet,  czy  baterie,  zasilające  obwody  miniaturowego  androida-tłumacza,  nie  zaczynają  się 

wyczerpywać. 

- A poza tym nie sądzę, że znajdzie pan jakiś kryształ w tym pomieszczeniu - ciągnął 

piskliwie  automat.  -  Jestem  niemal  pewien,  że  cały  ośrodek  dowodzenia  został  dokładnie 

przetrząśnięty przed wielu laty. 

Lowie  krótkim  szczeknięciem  wyraził  opinię  na  temat  stwierdzenia,  wygłoszonego 

przez androida, ale nie zaprzestał poszukiwań. 

- Wręcz przeciwnie - odparł Em Teedee. - Wcale nie jestem pesymistą, tylko próbuję 

myśleć  racjonalnie.  Nie  potrafię  zrozumieć,  dlaczego  pan  Skywalker  spodziewa  się,  że 

wszyscy po prostu znaj da odpowiednie kryształy. A co będzie, jeżeli ktoś skonstruuje miecz 

świetlny  kiepskiej  jakości?  Jaki  będzie  miał  z  niego  pożytek?  Ośmielam  się  twierdzić,  że 

background image

trzeba całkiem poważnie brać taką ewentualność pod uwagę. Naprawdę uważam, że powinien 

pan zakończyć te poszukiwania. 

W  tej  samej  chwili  Lowie  triumfująco  zaryczał.  Sięgnął  do  wnętrza  niewielkiego 

projektora,  cechującego  się  dużą  rozdzielczością,  i  spomiędzy  wepchniętych  tam  byle  jak 

płytek  wyciągnął  dwie  połyskujące  części:  niemal  płaską  soczewkę  skupiającą  i  sferyczny 

kryształ  wzmacniający.  Oba  elementy  były  wykorzystywane  do  poprawy  jakości  obrazu. 

Młody Wookie instynktownie czuł jednak, że mogą zostać użyte w podobnym celu również 

do budowy świetlnego miecza. 

Nie  kryjąc  zachwytu,  ujął  oba  elementy  we  włochate  pałce  i  przez  chwilę 

przytrzymywał  przed  czujnikami  optycznymi  miniaturowego  androida.  Jeszcze  raz  radośnie 

zaryczał... zabrzmiało to trochę chełpliwie. 

- No cóż, czasami mogę nie mieć racji - odezwał się nieco urażony Em Teedee. 

background image

ROZDZIAŁ 14 

Świt  zastał  Tenel  Ka  stojącą  na  samym  wierzchołku  wielkiej  świątyni  i 

przygotowującą  się  do  nowych  ćwiczeń.  Dziewczyna  zaplotła  rude  włosy  w  kilka  prostych 

warkoczy,  po  czym  zaczęła  rozciągać  mięśnie...  powoli,  metodycznie,  skutecznie.  Miała  na 

sobie kostium gimnastyczny, sporządzony z jaszczurczej  skóry, żeby nie  krępował  swobody 

ruchów. Strój ten był nawet jeszcze bardziej kusy niż pancerz, pokryty gadzimi łuskami, który 

zazwyczaj  nosiła.  Wypolerowana  niebieska  skóra  rzucała  błyski  przy  każdym  ruchu 

dziewczyny.

 

Stojąc boso na prastarych, spękanych kamieniach świątyni, Tenel Ka wyciągnęła ręce 

ku  niebu  i  napięła  mięśnie:  najpierw  jednej,  a  potem  drugiej.  Świadoma  bogatych  woni  i 

różnorodnych dźwięków, napływających od strony budzącej się do życia dżungli, poczuła, jak 

jej  ciało  zaczyna  się  odprężać.  Lekki  wiatr  zaszeleścił  liśćmi  drzew  i  krzaków.  Starając  się 

skupić na tym, co robi, dziewczyna głęboko odetchnęła. Miała nadzieję, że jej nowe metody 

treningowe  okażą  się  nie  mniej  wyczerpujące  i  wszechstronne  niż  ćwiczenia,  wykonywane 

każdego dnia przez mistrza Skywalkera. 

Była trochę zdumiona sposobem, w jaki zareagowała na polecenie nauczyciela, żeby 

wszyscy młodzi rycerze Jedi skonstruowali własne świetlne miecze. Poczuła dumę na myśl o 

tym,  że  już  wkrótce  zaczną  przygotowywać  się  do  prawdziwej  walki.  Mimo  to  czuła  się 

urażona sugestią, że w pewnym sensie będzie oceniana na podstawie umiejętności władania 

bronią, którą wkrótce przyjdzie jej walczyć. 

Niedawno  wspięła  się  po  murze  wielkiej  świątyni,  korzystając  tylko  z  pomocy 

kotwiczki, wytrzymałej linki i siły własnych mięśni. Nieustannie zadawała sobie pytanie, czy 

wojownik albo wojowniczka, którzy posługiwali się bronią, nie liczyli się bardziej niż sama 

broń?  Tenel  Ka  potrafiła  obezwładnić  przeciwnika  nawet  wówczas,  kiedy  walczyła 

zwyczajnym kijem, a nie świetlnym mieczem. 

Kiedy  poczuła,  że  jest  całkowicie  rozluźniona,  pochyliła  się  i  podniosła  metrowej 

długości drewniany drążek, który zabrała na wierzchołek świątyni. Przez następne trzydzieści 

minut  ćwiczyła,  rzucając  go  w  powietrze  i  chwytając  na  przemian  to  prawą,  to  znów  lewą 

dłonią. Z początku śledziła lot kijka, ale później postanowiła wykonywać to samo ćwiczenie z 

zamkniętymi oczami. Następnie chwyciła koniec drążka i zaczęła zataczać kręgi wokół ciała, 

przeskakując, ilekroć kij znajdował się pod jej stopami. 

Mimo  iż  po  jej  czole  i  karku  spływały  strużki  potu,  przystąpiła  do  następnego 

ćwiczenia.  Kiedy  w  końcu  doszła  do  wniosku,  że  jej  odruchy  stały  się  tak  szybkie,  jak 

background image

pragnęła, uchwyciła koniec drążka obiema dłońmi i zaczęła nim wywijać w ten sam sposób, 

jakby posługiwała się mieczem świetlnym. 

Po  godzinie  takiego  treningu  postanowiła  przystąpić  do  jeszcze  bardziej 

wyczerpujących ćwiczeń gimnastycznych. Kilka razy głęboko odetchnęła, a potem zbiegła po 

stopniach  wyciosanych  w  zewnętrznej  ścianie  wielkiej  piramidy.  Kiedy  stanęła  na  skraju 

polany, wystartowała do codziennego dziesięciokilometrowego biegu. 

Biegła, czując na twarzy chłodne podmuchy wiatru. Spoglądając raz po raz na ręce i 

nogi,  zachwycała  się  siłą  ich  mięśni,  wytrzymałością,  prężnością.  Miała  wrażenie,  że 

sprawuje nad nimi absolutną władzę. Jeszcze bardziej przyspieszyła, zadowolona z faktu, że 

jej mięśnie potrafią sprostać wszystkim wymaganiom, jakie im stawiała. 

Tak,  z  pewnością  miała  rację.  Najważniejsza  była  jednak  sama  wojowniczka,  a  nie 

broń, jaką posługiwała się podczas walki. 

 

Kiedy minął piąty dzień intensywnych ćwiczeń, dzięki którym siła i zręczność miały 

zastąpić jej najostrzejszą broń, Tenel Ka poczuła, że jest gotowa przystąpić do kształtowania 

rękojeści  własnego  świetlnego  miecza.  Ociekając  potem  po  zakończeniu  porcji  porannych 

ćwiczeń, dziewczyna postanowiła wykąpać się w ciepłych wodach rzeki przepływającej przez 

dżunglę, a także zastanowić się, jak najlepiej wykonać następne zadanie. 

Zdjęła kombinezon treningowy i pełna wiary we własne siły, zanurkowała, aby dać się 

ponieść  wartkiemu  prądowi.  Rozmyślała  o  różnych  materiałach,  które  mogłaby  zastosować 

do  wykonania  rękojeści.  Tenel  Ka  umiała  doskonale  pływać,  a  umiejętność  tę  zdobyła, 

trenując za namową obu babek i na Hapes, i na Dathomirze. 

Augwynne Djo, której córką była Teneniel Djo, matka dziewczyny, nauczyła pływać 

wnuczkę,  przekonując  ją,  że  najsilniejszymi  wojowniczkami  i  najdzielniejszymi  myśliwymi 

zostają  te  kobiety,  których  nie  zdoła  powstrzymać  byle  rzeka  czy  jezioro.  Z  drugiej  strony 

Ta’a Chume, matriarchini królewskiego rodu władającego gromadą gwiezdną Hapes i matka 

ojca  Tenel  Ka,  księcia  Isoldera,  utrzymywała,  że  umiejętność  pływania  jest  nieodzownym 

środkiem  obrony  przeciwko  skrytobójcom  i  porywaczom.  Prawdę  mówiąc,  hapańska  babka 

dziewczyny ocaliła kiedyś w ten sposób własne życie. Skoczyła ze ścigacza w toń jeziora i 

dopłynęła do brzegu pod wodą, podczas gdy niedoszli mordercy sądzili, że utonęła. 

Tenel  Ka  wynurzyła  się  na  powierzchnię.  Zaczerpnęła  głęboki  haust  powietrza  i 

zaczęła płynąć w górę rzeki. Jej zadanie było bardzo trudne, ale czuła, że ma więcej sił dzięki 

porannym ćwiczeniom, jakie wykonywała, wymachując kijem będącym namiastką świetlnego 

miecza... co ponownie przypomniało jej o czekającej pracy. 

background image

Ponieważ  świetliste  ostrze  nie  wydzielało  ani  trochę  ciepła,  przypuszczała,  że 

mogłaby  sporządzić  rękojeść  świetlnego  miecza  z  kawałka  metalowej  rurki  albo  nawet 

twardego drewna. Miała jednak wrażenie, że żaden z tych materiałów nie byłby odpowiedni. 

Przebierając rytmicznie rękami, posuwała się pod prąd rzeki. Starała się utrzymywać 

równe tempo. Lewa. Prawa. Lewa. Prawa. 

Kamień jako surowiec nastręczałby zbyt dużo kłopotów podczas obróbki, a poza tym 

byłby  zbyt  ciężki,  żeby  wykorzystać  go  do  sporządzenia  rękojeści.  Tenel  Ka  potrzebowała 

czegoś,  co  w  jakiś  sposób  podkreśliłoby  jej  wizerunek  wojowniczki  z  Dathomiry.  Oczami 

wyobraźni  ujrzała  dumną  Augwynne  Djo,  w  tunice  z  jaszczurczej  skóry  i  ceremonialnym 

hełmie,  dosiadającą  obłaskawionego  rankora.  Najbardziej  charakterystycznym  dowodem 

odwagi  jej  dzikiego  ludu  było  ujarzmianie  tych  dzikich  bestii  słynących  z  ogromnej  siły  i 

ostrych, śmiercionośnych szponów. 

Tenel  Ka  ponownie  zanurkowała,  po  czym  wypłynęła  i  zmieniła  styl.  Przypomniała 

sobie, że w komnacie nadal przechowuje dwa kły ulubionego rankora, które otrzymała, kiedy 

przed kilkoma laty zwierzę zdechło. Nie były największe spośród wszystkich, jakie kryły się 

w  paszczy  bestii,  ale  miały  idealne  kształty  i  rozmiary.  Dziewczyna  pomyślała,  że  z 

pewnością  będzie  mogła  wykorzystać  jeden,  by  sporządzić  rękojeść  swojego  świetlnego 

miecza... 

 

Tydzień  później  przyglądała  się  dziełu  własnych  rąk  z  prawdziwą  dumą.  Wyryła 

ostatnią linię, kończąc zawiły wzór wyżłobiony na powierzchni kła rankora. 

Lowie,  siedzący  przed  nią  na  fotelu  pilota  w  niewielkiej  kabinie  skoczka  typu  T-23, 

odwrócił  się  i  pytająco  zaryczał.  Dziewczyna  chwilę  odczekała,  aż  usłyszy  dokonane  przez 

Em Teedee tłumaczenie pytania. 

- Pan Lowbacca chciałby się dowiedzieć, czy chodzi pani o jakiś szczególny wulkan, 

do którego pragnie pani polecieć, aby znaleźć właściwy kryształ? 

Tenel Ka popatrzyła na soczystą zieleń baldachimu liści drzew porastających dżunglę. 

- Ty możesz wybrać - odparła. 

Młody Wookie odpowiedział krótkim szczeknięciem. 

- Jeżeli chodzi o pana Lowbaccę, nie sprawia mu to jakiejkolwiek różnicy  - odezwał 

się android-tłumacz. - Zgromadził już wszystkie elementy niezbędne do budowy świetlnego 

miecza. Niedawno skończył składać wszystkie części. Jego broń jest prawie gotowa. Wymaga 

jedynie ostatecznego wykończenia. 

background image

Zdumiona  Tenel  Ka  zamrugała,  nie  tylko  z  powodu  długiego  tłumaczenia  bardzo 

krótkiej  odpowiedzi  Lowiego,  ale  przede  wszystkim  zaskoczona  faktem,  że  Lowbacca  -  a 

zapewne  także  Jacen  i  Jaina  -  tak  bardzo  ją  wyprzedzili  w  pracy.  No  cóż,  będzie  musiała 

znaleźć ten kryształ jak najprędzej, a później równie szybko złożyć wszystkie elementy broni. 

-  Niech  będzie  tamten  -  odparła,  wyciągając  rękę  i  pokazując  najbliższy  stożek. 

Później  nieco  burkliwie,  ponieważ  czuła  się  głupio,  że  zawraca  głowę  Lowbaccę  swoimi 

problemami,  dodała:  -  Przepraszam.  Nie  sprawiałabym  ci  kłopotu  swoją  prośbą,  gdybym 

wiedziała, że kończysz właśnie budowę miecza. 

Wookie  zaryczał  i  zamaszystym  gestem  porośniętej  rudobrązową  sierścią  ręki 

rozproszył jej obawy. 

-  Pan  Lowbacca  pragnie  panią  zapewnić,  że  w  żaden  sposób  nie  sprawiła  mu  pani 

kłopotu - pospieszył z tłumaczeniem Em Teedee. - Od wielu dni nie przebywał w dżungli, by 

oddawać się w samotności medytacjom, a zatem będzie zachwycony, mogąc pomóc pani  w 

rozwiązaniu tego problemu. 

Lowie parsknął, po czym pstryknął jednym palcem w obudowę androida. 

-  Och,  prawdę  mówiąc,  chciałem  powiedzieć  -  poprawił  się  szybko  Em  Teedee  -  że 

pan Lowbacca zamierzał i tak zrobić sobie przerwę w pracy i jest rad, że będzie mógł pani 

pomóc. 

Młody  Wookie  głośno  sapnął,  ale  chyba  zaakceptował  to  tłumaczenie.  Wylądował 

skoczkiem  typu  T-23  na  pokrytej  ubitym  wulkanicznym  piaskiem  wolnej  przestrzeni, 

znajdującej się pomiędzy skrajem dżungli a podnóżem niewielkiego wulkanu. Szczeknął kilka 

razy, co natychmiast zostało przetłumaczone przez jego elektronicznego towarzysza: 

- Kiedy skończy pani poszukiwania, bez względu na to, z jakim rezultatem, po prostu 

proszę powrócić do skoczka. Pan Lowbacca i ja, siedząc na wierzchołku jakiegoś drzewa w 

dżungli, będziemy obserwowali, czy pani nie nadchodzi. 

Tenel Ka kiwnęła głową. 

- Zrozumiałam. Dziękuję. 

Bez dalszych ceregieli odwróciła się i zaczęła się wspinać zboczem góry. 

Chociaż żaden z wulkanów znajdujących się w pobliżu akademii Jedi od dość dawna 

nie  wybuchał,  ze  stożka  tej  góry  unosiły  się  obłoki  białej  pary.  Obchodząc  grupę  ostrych 

czerwonych skał, dziewczyna natknęła się na czarny otwór, będący zapewne pozostałością po 

korycie wyciekającej lawy. Miała nadzieję, że mroczny tunel doprowadzi ją do samego jądra. 

W  ciepłym  powietrzu  unosiła  się  gryząca  woń  siarkowych  wyziewów.  Tenel  Ka 

wyciągnęła  z  zawieszonej  u  pasa  torby  niewielki  jarzeniowy  pręt  wielkości  palca  i  zapaliła 

background image

go, aby widzieć drogę. Pod jej stopami chrzęściły kryształki czarnego wulkanicznego piasku. 

Odbijały  światło  jej  pręta  i  błyszczały  jak  tysiące  ognistych  okruchów.  W  miarę  jak 

dziewczyna  zapuszczała  się  coraz  dalej,  wulkaniczny  piasek  ustępował  miejsca  litej  skale, 

czarnej i połyskującej jak obsydian. Z głębi korytarza promieniowała czerwonawa poświata, a 

gorąco stawało się trudne do zniesienia. 

Od czasu do czasu Tenel Ka słyszała odległy głuchy pomruk, jakby uśpiony wulkan 

głęboko oddychał.  W otaczających ją kamiennych ścianach  widziała coraz więcej  pęknięć i 

szczelin.  Z  niektórych,  biegnących  od  sklepienia  do  dna  korytarza,  wydobywały  się  obłoki 

białej pary przesyconej wonią kwasu siarkowego. Nigdzie jednak nie było widać kryształów, 

zatopionych kiedyś w wulkanicznej lawie. 

Tunel wił się, zapewne nie miał końca. Straciwszy cierpliwość, Tenel Ka postanowiła, 

że niedługo zawróci, ale kiedy pokonała następny zakręt, ogarnęła ją fala ognistego żaru. W 

końcu znalazła to, czego szukała. 

- A - odezwała się do siebie. - Aha. 

Wiedziała, że długo nie zdoła znieść gorąca, ale musiała zaryzykować. Ujrzała leżący 

na  dnie  tunelu  ogromny  odłamek  połyskującej  czarnej  skały,  który  musiał  oderwać  się  od 

szczeliny  w  ścianie.  W  panującym  w  głębi  korytarza  półmroku  tańczyły  fale  nieznośnego 

żaru.  Tenel  Ka  czuła,  że  po  jej  czole  spływają  kropelki  potu,  które  wpadając  do  oczu, 

utrudniały  patrzenie.  Mimo  to  nie  mogła  pomylić  z  niczym  innym  spiczastych  kryształów, 

połyskujących i zarazem matowych, wyrastających z boku odłamanej bryły. 

Otaczające  dziewczynę  skały  były  zbyt  gorące,  aby  mogła  ich  dotknąć,  a  zatem 

musiała  się  pospieszyć.  Trzymając  jarzeniowy  pręt  w  zębach,  wyciągnęła  z  torebki 

zawieszonej  u  pasa  niewielki  strzęp  jaszczurczej  skóry.  Owinęła  go  wokół  kryształów,  a 

potem szarpnęła i oderwała kamienie od kawałka skały. 

Nie  odwijając  łupu,  schowała  klejnoty  do  torebki  u  pasa,  po  czym  odwróciła  się  i 

pobiegła w stronę wyjścia z tunelu. Trzymając jarzeniowy pręt nad głową, wydała przeciągły 

triumfalny okrzyk, który odbił się echem i poniósł w obie strony krętym korytarzem. 

Kiedy  powróciła  do  komnaty,  usiadła  przy  długim  drewnianym  stole,  na  którym 

rozłożyła  wszystkie  części  przyszłego  świetlnego  miecza.  Nie  brakowało  ani  jednego 

elementu,  potrzebnego  do  złożenia  broni.  Miała  przełączniki,  kryształy,  płytkę  ochronną, 

źródło energii, soczewkę skupiającą i rękojeść sporządzoną z kła rankora. 

Przesunęła czubkiem palca po zawiłym rytualnym wzorze, jaki wyryła na powierzchni 

kremowożółtej  rękojeści  świetlnego  miecza.  Pomyślała,  że  ryty  wyglądają  nawet  jeszcze 

lepiej, niż się spodziewała. 

background image

Kiedy  powróciła  z  wyprawy  mającej  na  celu  znalezienie  kryształu,  zaczęła  pocierać 

powierzchnię zęba rankora pastą, sporządzoną z drobin wulkanicznego piasku, który zalegał 

na  dnie  tunelu.  Później  wygładziła  wszystkie  nierówności  powierzchni  zęba  i  wówczas 

okazało  się,  że  zawarty  w  piasku  ciemny  pigment  wniknął  w  rysy,  dzięki  czemu  stały  się 

doskonale widoczne. Ozdobiony w ten sposób kieł rankora stał się prawdziwym arcydziełem, 

godnym dzielnej wojowniczki. 

Kiedy Tenel Ka zaczęła składać wszystkie części tak, jak nauczył ją mistrz Skywalker, 

nie umiała powstrzymać ziewnięcia, pełnego zadowolenia, ale i znużenia. Zmarszczyła brwi, 

kiedy  uświadomiła  sobie,  że  wydrążona  we  wnętrzu  kła  rankora  przestrzeń  jest  zbyt  mała, 

żeby  mogła  pomieścić  wszystkie  kryształy,  ułożone  dokładnie  tak,  jak  zaplanowała. 

Zmarszczyła  je  po  raz  drugi,  gdy  po  dokładnych  oględzinach  stwierdziła,  że  każdy 

półprzeźroczysty  kryształ  ma  niewielką  skazę.  Stłumiła  kolejne  ziewnięcie  i  zrezygnowana, 

pokręciła  głową.  No  cóż,  nie  miała  wyboru.  Kiedy  przebywała  w  mrocznym  tunelu, 

oddychając  powietrzem,  które  paliło  jej  płuca,  nie  miała  czasu  przyglądać  się  klejnotom,  a 

teraz było za późno, by wyprawiać się na poszukiwania innych. 

Tenel  Ka  powróciła  myślami  do  wydarzeń  ostatnich  dwóch  tygodni,  do  wysiłku  i 

ćwiczeń,  do  jakich  się  zmuszała.  Wiedziała,  że  ma  odruchy  szybkie  jak  błyskawice; 

umiejętności  i  zmysły  wyćwiczone  do  granic  możliwości.  Wzruszyła  ramionami,  usiłując 

pozbyć się zmęczenia i bólu, który zagnieździł się w mięśniach karku. Musi jej wystarczyć to, 

co ma. Mimo wszystko, o zwycięstwie decyduje wojowniczka, a nie broń, jaką się posługuje. 

Kiwnęła  głową  do  siebie,  po  czym  sięgnęła  po  rękojeść  świetlnego  miecza.  Zaczęła 

umieszczać w środku wszystkie podzespoły. 

background image

ROZDZIAŁ 4 

Polana w dżungli tętniła życiem dosłownie tysięcy - nie, milionów! - stworzeń i roślin, 

dziwnie  ubarwionych  grzybów  i  brzęczących  owadów,  z  których  każdy  przyciągał  uwagę 

Jacena.  Chłopiec  musiał  starać  się  ze  wszystkich  sił,  żeby  nie  zaprzątały  jego  myśli.  W  tej 

chwili  o  wiele  ważniejsze  było,  aby  słuchał  wujka  Luke’a  Skywalkera.  Mistrz  Jedi 

postanowił, że właśnie tego dnia rozpoczną się pierwsze pojedynki, w trakcie których młodzi 

rycerze Jedi będą posługiwali się świetlnymi mieczami.

 

Kiedy  uczniowie  konstruowali  swoje  urządzenia,  wprawiali  się,  walcząc  z 

ćwiczebnymi  androidami  albo  pojedynkowali  się,  używając  kijów  tej  samej  długości,  co 

ostrze prawdziwej broni. Ukończywszy pracę, przez następny tydzień ćwiczyli, posługując się 

prawdziwymi  mieczami.  Używali  ich  tylko  do  walki  przeciwko  nieruchomym  celom,  żeby 

nabrać wprawy i przyzwyczaić się do blasku świetlistej klingi. 

Teraz jednak mistrz Skywalker zdecydował,  że jego uczniowie są  gotowi  przystąpić 

do następnego etapu. 

Polana  była  wypalonym  miejscem,  gdzie  niedawno  szalał  krótkotrwały,  ale 

intensywny pożar, wywołany zapewne przez piorun. Wszechobecna wilgoć i bujna roślinność 

nie dopuściły, żeby ogień się rozprzestrzenił, ale jedno ogromne drzewo Massassów - o pniu 

sczerniałym  i  osłabionym  przez  żar  płomieni  -  wywróciło  się,  miażdżąc  kilka  mniejszych 

drzew i  krzewów. Pozostałą przestrzeń polany zajmował  labirynt  splątanych jasnozielonych 

porostów - chwastów i kwiatów usiłujących zapuścić korzenie w spalonej i spękanej glebie. 

Ponieważ dzisiejsze zajęcia miały być ćwiczeniami w równej mierze umysłowymi, co 

fizycznymi, Luke był ubrany w wygodny treningowy kombinezon, podobnie zresztą jak Jacen 

i  Jaina.  Ubranie  Tenel  Ka,  jak  zwykle  sporządzone  z  wytrzymałej  gadziej  skóry,  nie 

zakrywało  rąk  ani  nóg  dziewczyny,  zapewniając  jej  swobodę  ruchów.  Młoda  wojowniczka 

zaplotła  długie  złocistorude  włosy  w  fantazyjne  warkoczyki,  w  których  umieściła  mnóstwo 

ozdób.  Lowbacca  nie  miał  na  sobie  nic  oprócz  pasa  uplecionego  z  włókien,  które  ściął  z 

wnętrza śmiercionośnego syreniowca, rosnącego w gęstej dżungli na Kashyyyku. Em Teedee 

wisiał na swoim zwykłym miejscu, przyczepiony do pasa na biodrze Wookiego. 

Wszyscy  młodzi  rycerze  Jedi  mieli  jednak  tym  razem  coś  nowego  i  niezwykłego  - 

własne świetlne miecze sporządzone w ciągu kilku ostatnich tygodni mozolnej pracy. 

Jacen  stał  obok  pozostałych  uczniów,  od  czasu  do  czasu  rzucając  ukradkowe 

spojrzenia  na  boki,  gdzie  szeleszczące  liście  sugerowały  obecność  nie  znanych  stworzeń. 

Tymczasem  Luke  Skywalker  usiadł  na  pniu  powalonego  ogromnego  drzewa.  Dopiero 

background image

wówczas  zdjął  z  ramienia  tajemniczą  torbę,  którą  dźwigał  przez  cały  czas,  odkąd  opuścili 

mury wielkiej świątyni. 

-  Co  tam  masz,  wujku  Luke’u?  -  zapytał  Jacen,  nie  potrafiąc  opanować  ciekawości. 

Ponieważ nie mógł zająć się badaniem ciekawych owadów i roślin, musiał skupić uwagę na 

czymś innym. 

Mistrz  Jedi  tajemniczo  się  uśmiechnął,  po  czym  wyciągnął  z  torby  szkarłatną  kulę 

rozmiarów  dużej  piłki,  idealnie  gładką,  jeżeli  nie  liczyć  kilku  małych  przysłoniętych 

otworów, w których mogły się kryć miniaturowe silniki repulsorowe albo niewielkie lasery. 

Umieścił kulę na pochyłym sczerniałym pniu ogromnego drzewa. W jakiś dziwny sposób nie 

stoczyła  się  na  ziemię,  ale  pozostała  dokładnie  tam,  gdzie  położył  ją  Skywalker.  Po  chwili 

Luke wyjął drugą taką samą kulę, a po niej następną i następną. 

-  Zdalniaki!  -  krzyknęła  Jaina  zgadując,  czym  były  owe  dziwne  przedmioty.  -  To  są 

zdalniaki, prawda, wujku Luke’u? Do czego będą nam potrzebne? 

- Do wprawiania się w celowaniu - odpowiedział mistrz Skywalker. 

Wszystkie cztery kule spoczywały nieruchomo na pochyłym pniu drzewa Massassów. 

Nie staczały się; jakby kpiły sobie z siły przyciągania. 

Zdumiony Lowbacca szczeknął, a Tenel Ka wyprostowała się i zapytała: 

- Będziemy do nich strzelali? 

- Nie - odparł Luke. - To one będą strzelały do was. 

- A my mamy odbijać ich strzały za pomocą ostrzy świetlnych mieczy? - domyślił się 

Jacen. 

- Tak - przyznał Luke - ale to nie będzie takie proste, jak myślisz. 

- Nigdy nie powiedziałem, że będzie proste - mruknął chłopiec. 

Tenel Ka kiwnęła głową. 

-  To  jest  lekcja,  która  pozwoli  nam  na  ćwiczenie  odruchów  i  koncentracji  uwagi. 

Będziemy  musieli  reagować  tak  szybko,  żeby  przechwycić  wszystkie  strzały  laserów  tych 

zdalniaków. 

- Tak, ale przewidziałem coś, co utrudni lekcję - powiedział Luke. Sięgnąwszy znów 

do  torby,  wyjął  elastyczny  hełm,  zaopatrzony  w  opuszczaną  transpastalową  osłonę  barwy 

ciemnej  czerwieni,  po  czym  podał  go  młodej  wojowniczce.  -  Będziecie  ćwiczyli  w  takich 

hełmach. 

Wyciągnął  dwa  następne  urządzenia  i  wręczył  je  bliźniętom.  Zamiast  czwartego 

hełmu wyjął jednak tylko samą ciemnoczerwoną osłonę, zaopatrzoną w dwie najzwyklejsze 

linki, które można było zawiązać z tyłu głowy. 

background image

-  Przykro  mi,  Lowbacco  -  oznajmił  -  ale  nigdzie  nie  mogłem  znaleźć  hełmu  na  tyle 

dużego, żebyś mógł włożyć na swoją głowę. Musisz zadowolić się samą osłoną. 

Jacen  nasunął  hełm  na  wiecznie  zmierzwione  brązowe  włosy  i  nagle  ujrzał  dżunglę 

przez  szkarłatny  filtr  osłony.  Gęsty  las  wydał  mu  się  teraz  dzikszy  i  groźniejszy,  jakby 

oświetlony przez łunę szalejącego pożaru. Szczegóły krajobrazu stały się mniej ostre, jakby 

ciemniejsze.  Chłopiec  zaczął  się  zastanawiać,  jakiemu  celowi  miały  służyć  hełmy  i  osłony. 

Czy  ochronią  go  przed  przypadkowym  trafieniem  przez  promień  lasera  któregoś  ze 

zdalniaków? Spojrzał w kierunku sczerniałego pnia wielkiego drzewa, na którym spoczywały 

jasnoczerwone kule... a raczej na którym widział je przed chwilą. 

Zamrugał powiekami. 

- Hej, one zniknęły! 

- Nie zniknęły - poprawił go Skywalker.  - Stały się niewidzialne. Nie zobaczysz ich, 

kiedy będziesz spoglądał na nie przez czerwoną osłonę. - Mistrz Jedi lekko się uśmiechnął. - 

Na tym właśnie polega utrudnienie. Kiedy uczył mnie Obi-Wan Kenobi, kazał mi walczyć w 

hełmie z nasuniętą osłoną chroniącą oczy przed blaskiem blasterowych strzałów. Niczego nie 

widziałem. Wy przynajmniej będziecie mogli widzieć wszystko, co was otacza... z wyjątkiem 

zdalniaków. 

Jacen chciał zapytać, jak ma walczyć z czymś, czego nie będzie widział, ale wiedział, 

co odpowie wujek Luke. 

-  Nie  chcę,  żebyście  walczyli  zupełnie  na  oślep  -  ciągnął  tymczasem  mistrz  Jedi  - 

ponieważ  wszyscy  czworo  będziecie  ćwiczyli  tu,  na  tej  polanie,  zmagając  się  ze  strzałami 

zdalniaków. Dzięki temu możecie widzieć się nawzajem. Nie chciałbym, żeby którekolwiek 

w ferworze walki zraniło kogoś innego, kiedy będziecie odbijać laserowe błyskawice ostrzem 

miecza. 

Jego uwaga sprawiła, że Jaina i Jacen cicho zachichotali. Mistrz Skywalker obdarzył 

jednak wszystkich poważnym spojrzeniem. 

-  Nie  żartowałem  -  ostrzegł.  -  Ostrze  świetlnego  miecza  może  przeciąć  praktycznie 

każdą znaną substancję-  a zatem także ludzkie ciało. Pamiętajcie o tym,  że miecze świetlne 

nie  są  zabawkami.  To  bardzo  niebezpieczna  broń.  Posługujcie  się  nimi  z  najwyższą 

ostrożnością i rozwagą. Mam nadzieję, że czas, jaki poświęciliście na skonstruowanie mieczy, 

pozwolił  wam  dowiedzieć  się  czegoś  na  temat  mocy  tej  broni  i  zagrożeń  związanych  z  jej 

użyciem. 

Luke wyjął z torby urządzenie sterujące. 

background image

- A teraz przekonajmy się, jak umiecie posługiwać się Mocą i swoimi energetycznymi 

klingami. 

Pstryknął jakimś przełącznikiem, a Jacen usłyszał cichy syk i brzęczenie. Nie zobaczył 

jednak  niczego,  dopóki  nie  uniósł  szkarłatnej  osłony  hełmu.  Przekonał  się  wówczas,  że 

jasnoczerwone kule uniosły się w powietrze i zaczęły krążyć, jakby zamierzały zorientować 

się w położeniu. 

- Nastawiłem lasery na niewielką moc rażenia - odezwał się Luke - ale nie myślcie, że 

nie poczujecie bólu, jeżeli zostaniecie trafieni jakimś strzałem. 

-  Przynajmniej  nie  zamierza  nas  bombardować  ostrymi  odłamkami  skał  ani  nożami, 

jak Brakiss w Akademii Ciemnej Strony - mruknął Jacen, zwracając się. do siostry. 

- Opuśćcie osłony - polecił mistrz Skywalker. - Zajmijcie swoje miejsca. 

Czworo  przyjaciół,  depcząc  chwasty  i  trawą,  ustawiło  siew  czterech  wskazanych 

punktach. 

- A teraz zapalcie miecze świetlne - rzekł Luke, po czym znów usiadł na pniu drzewa. 

Wyglądało na to, że się świetnie bawi. 

Wszyscy  młodzi  rycerze  Jedi  jak  na  rozkaz  wyciągnęli  rękojeści  swoich  nowych 

urządzeń i przycisnęli guziki włączające zasilanie. W czerwonawym półmroku rozjarzyły się 

świetliste  smugi;  jaskrawe  promienie  długości  kling  zwyczajnych  mieczy.  Przecięły  ciemną 

purpurę,  na  którą  spoglądał  Jacen.  Czerwień  osłon  tłumiła  wszystkie  inne  barwy  ostrzy 

indywidualnych  mieczy,  zamieniając  je  w  świetliste  ciemnoczerwone  smugi.  Jacenowi 

przypominały kolor ostrza broni Dartha Vadera. 

- Zdalniaki krążą teraz wokół was - odezwał się Luke. - Po upływie trzydziestu sekund 

zaczną strzelać w nieregularnych odstępach czasu. Musicie się posługiwać Mocą. Postarajcie 

się  je  wyczuwać.  Powinniście  odgadnąć,  kiedy  was  zaatakują,  a  później  tak  ustawić  ostrze 

świetlnego  miecza,  żeby  odbić  laserowy  promień.  Wiele  elementów  dotychczasowej  nauki 

przygotowywało was właśnie na tę chwilę. Przekonajmy się, jak sobie poradzicie. 

Jacen  sprężył  się,  wyciągnąwszy  rękę  ze  świetlnym  mieczem.  Chociaż  nie  chciał 

przyznać się przed samym sobą, korzystał teraz z niektórych umiejętności, jakich nauczył go 

Brakiss  w  Akademii  Ciemnej  Strony.  Czuł  w  dłoni  delikatne  drżenie  pulsującej  ogromną 

energią  rękojeści.  Nozdrza  chłopca  drażniła  silna  woń  ozonu.  Jacen  słyszał,  jak  jego 

przyjaciele  poruszają  się  po  polanie;  jak  przygotowują  się  na  odparcie  ataku,  który  mógł 

nadejść z każdej strony. 

Pomruk  ostrzy  świetlnych  mieczy  zagłuszał  wszystkie  inne  dźwięki,  podobnie  jak 

szkarłatne osłony nie pozwalały widzieć żadnych innych kolorów. Nagle Jacen usłyszał huk 

background image

wystrzału, ale nie zobaczył laserowej błyskawicy. Głośny jęk Wookiego zabrzmiał o ułamek 

sekundy wcześniej niż drżący pomruk jego świetlistego ostrza, które przecięło powietrze, ale 

nie trafiło niczego. Lowie ponownie zawył. 

-  O  rety,  panie  Lowbacco,  ostrze  pańskiego  miecza  nawet  nie  musnęło  laserowej 

błyskawicy! - zapiszczał Em Teedee. - Mam nadzieję, że z czasem dojdzie pan do większej 

wprawy. 

Wookie  zaryczał  groźnie,  wyraźnie  urażony,  a  mały  android-tłumacz  odparł,  jakby 

trochę przestraszony: 

- No dobrze, niech tak będzie. Rozumiem, że to bardzo trudne, ponieważ niczego pan 

nie widzi... Mimo to radziłbym, żeby nie dał się pan trafić po raz drugi. 

Jacen  stracił  zainteresowanie  rozmową,  kiedy  za  jego  plecami  rozległ  się  syk 

wystrzału i kiedy laserowa smuga trafiła go w sam środek pośladka. Jęknął z bólu. Niewielka 

rana zapiekła, jakby został ukąszony przez żądlącą jaszczurkę. Chłopiec obrócił się i machnął 

świetlistą klingą, ale było już za późno. 

Z przeciwległego krańca polany doleciał odgłos następnego strzału, po którym rozległ 

się trzask łamanej gałęzi. Mimo osłony, Jacen ujrzał, że Tenel Ka odskoczyła. Przekonał się, 

że  trzask  wywołała  niewidoczna  laserowa  błyskawica,  która  przełamała  gałąź  w  pobliżu 

miejsca, gdzie przed kilkoma sekundami stała dziewczyna. Młoda wojowniczka przykucnęła, 

wyciągnąwszy przed siebie rękę ze świetlnym mieczem. Skupiona, przekrzywiła głowę. 

Jacen wyciągnął myślowe palce, starając się za pośrednictwem Mocy wyczuć, z której 

strony może nastąpić następny atak zdalniaka. Usłyszał odgłosy dwóch kolejnych strzałów, a 

później  dźwięczny  brzęk,  z  jakim  jego  siostrze  udało  się  odbić  jedną  z  błyskawic.  Jacen 

skupił uwagę na bólu, jaki nadal czuł w miejscu, gdzie został trafiony przez laser. Starał się 

wykorzystać go do wzmożenia własnej koncentracji. Nie chciał zostać użądlony po raz drugi. 

Usłyszał  świst  kolejnego  strzału  i  machnął  ostrzem  świetlnego  miecza,  starając  się 

odbić laserową błyskawicę. Chybił, ale ruch jego ciała wystarczył, żeby zejść z toru jej lotu, i 

świetlista  smuga  przemknęła  obok,  nie  czyniąc  chłopcu  krzywdy.  Jacen  poczuł  tylko 

podmuch ciepłego powietrza, ale nie zauważył, którędy przeleciała. 

- Prawie mnie trafiła - mruknął do siebie, a potem odruchowo machnął klingą na bok, 

kiedy usłyszał, że zdalniak wystrzelił po raz drugi. 

Tymczasem  Jaina  odbiła  kilka  laserowych  błyskawic  wystrzelonych  przez  jej 

zdalniaka,  który  zdecydował  się  strzelić  w  krótkich  odstępach  czasu  aż  pięć  razy.  Jedna  z 

laserowych smug, odbitych od świetlistego ostrza miecza, poszybowała prosto ku Jacenowi. 

Chłopiec zareagował niemal odruchowo. Posługując się Mocą i czując, jak przepływa przez 

background image

jego  ciało,  jakimś  cudem  wiedział,  co  powinien  zrobić.  Obrócił  się  i  przesunął  ostrze 

własnego  świetlnego  miecza  tylko  na  tyle,  by  przecięło  tor  lotu  zabłąkanej  błyskawicy. 

Odbita  laserowa  smuga  poszybowała  między  rosnące  na  skraju  polany  drzewa,  gdzie  z 

cichym sykiem zwęgliła kilkanaście liści. 

Nie  przestając  się  obracać,  Jacen  jednym  płynnym  ruchem  nadgarstka  przeciął 

powietrze  świetlistą  klingą.  Odbił  następny  laserowy  promień,  wystrzelony  przez  innego 

zdalniaka krążącego wokół grupy młodych Jedi. 

Lowbacca  triumfująco  zaryczał.  On  również  się  zorientował,  jak  bronić  się  przed 

strzałami. 

Jeżeli  nie  liczyć  przyspieszonego  oddechu,  Tenel  Ka  była  jak  zwykle  milcząca  i 

skupiona.  Spoglądając  przez  czerwoną  osłonę,  Jacen  widział,  jak  dziewczyna  odbiła  strzał 

jednego  z  laserów,  a  później  podskoczyła  jak  umiała  najwyżej  i  posłużyła  się  świetlnym 

mieczem jak toporem. Chłopiec ujrzał, że w powietrzu pojawił się snop iskier, który zamienił 

się  w  obłok  dymu,  otaczający  niewielką  dziurę.  Usłyszał  głuchy  stuk,  z  jakim  szczątki 

rozłupanego przez Tenel Ka zdalniaka spadły na ziemię. 

- Bardzo dobrze. Na razie wystarczy - odezwał się Luke Skywalker. 

Tenel Ka wyłączyła broń i oparłszy dłonie na biodrach, odwróciła się w stronę mistrza 

Jedi.  Jacen  uniósł  ciemnoczerwoną  osłonę  hełmu  i  przekonał  się,  że  zdalniak,  z  którym 

walczył, unosi się przed jego twarzą w odległości wyciągniętej ręki. Zdumiony, cofnął się o 

krok. 

Zdalniak Tenel Ka, przecięty na połowy, spoczywał na ziemi. 

W  jego  elektronicznych  obwodach  raz  po  raz  coś  błyskało  i  iskrzyło.  Jaina  i  Lowie 

także  wyłączyli  świetlne  miecze  i  stali  nieruchomo,  zdyszani  i  uśmiechnięci.  Jacen  potarł 

miejsce  na  pośladku,  ponieważ  nadal  czuł  tam  piekący  ból.  On  również  uśmiechnął  się 

niepewnie, licząc na to, że nikt spośród jego przyjaciół nie zauważy, gdzie został trafiony. 

- Wszyscy spisaliście się na medal, jeżeli nie liczyć faktu, że będę teraz potrzebował 

nowego zdalniaka - ciągnął mistrz Skywalker, obdarzając Tenel Ka cokolwiek wymuszonym 

uśmiechem. - Posługując się Mocą, poradziłaś sobie doskonale. 

-  Posługiwałam  się  nie  tylko  Mocą  -  odrzekła  dziewczyna,  prostując  się  i  dumnie 

unosząc głowę. - Posługiwałam się także słuchem, żeby wiedzieć, w którym miejscu znajduje 

się mój zdalniak. Kiedy się skoncentrowałam, słyszałam go, nawet mimo buczenia świetlnych 

mieczy. 

Luke zachichotał. 

background image

-  Bardzo  dobrze.  Rycerze  Jedi  powinni  korzystać  ze  wszystkich  umiejętności  i 

środków, jakimi dysponują. 

 

Jaina  uchwyciła  oburącz  rękojeść  świetlnego  miecza  i  unieruchomiła  jaskrawe 

świetliste  ostrze  przed  swoją  twarzą.  Spojrzała  poprzez  smugę  świetlistej  kontrolowanej 

energii na przeciwnika, Lowbaccę, który stał o kilka kroków przed nią, trzymając własną broń 

w kosmatej dłoni. Lowie zaryczał, dając znak, że jest także gotów. 

Dziewczyna  popatrzyła  w  złociste  oczy  młodego  Wookiego,  a  potem  przeniosła 

spojrzenie  na  pasmo  ciemniejszej  sierści,  zaczynające  się  nad  jego  okiem  i  ginące  z  tyłu 

głowy. Lowbacca, mimo iż bardzo chudy, o wiele przewyższał ją wzrostem. Jaina wiedziała 

także, że jest od niej co najmniej trzy razy silniejszy. Na porośniętej sierścią twarzy malowała 

się  jednak  niepewność  i  prawdziwe  zakłopotanie,  zapewne  dorównujące  uczuciom,  jakie 

musiały odzwierciedlać się na twarzy jego przeciwniczki. 

-  Czy  naprawdę  muszę  walczyć  z  Lowiem,  wujku...  uhm,  mistrzu  Skywalkerze?  - 

odezwała się dziewczyna. 

Luke Skywalker wstał z pnia ogromnego drzewa. 

-  Nie  będziesz  z  nim  walczyła,  Jaino  -  odparł.  -  Będziesz  tylko  z  nim  ćwiczyła. 

Sprawdzała umiejętności swojego partnera. Stosowała różne taktyki. Pamiętaj jednak o tym, 

że musisz zachować dużą ostrożność podczas pojedynku. 

Dziewczyna  przypomniała  sobie  ćwiczenie,  jakie  wykonywała,  przebywając  na 

pokładzie  Akademii  Ciemnej  Strony.  Stoczyła  wówczas  pojedynek  na  miecze  świetlne  z 

Jacenem,  nie  wiedząc,  że  ma  brata  za  przeciwnika.  Oboje  walczyli,  osłonięci  maskującymi 

hologramami. 

-  Pamiętaj  o  tym  -  napomniał  Luke.  -  Rycerz  Jedi  ucieka  się  do  walki  tylko  wtedy, 

kiedy  nie  ma  innego  wyjścia.  Wiedz,  że  jeżeli  zostaniesz  zmuszona  do  wyciągnięcia 

świetlnego  miecza,  utracisz  większą  część  przewagi,  jaką  możesz  mieć  nad  przeciwnikiem. 

Rycerz Jedi, który ufa Mocy, przede wszystkim stara się rozwiązać problem w inny sposób. 

Przywołuje na pomoc własną cierpliwość, umiejętność logicznego rozumowania, tolerancję, 

uważne słuchanie, siłę perswazji czy techniki relaksacyjne. 

Czasami jednak nadchodzi taka chwila, że rycerz Jedi nie ma wyjścia i musi szykować 

się do walki. Ponieważ Akademia Ciemnej Strony sposobi się do ataku, obawiam się, że ta 

chwila nadejdzie szybciej, niż się spodziewamy. A zatem musicie umieć władać świetlnymi 

mieczami. 

background image

Cofnął  się  i  uczynił  gest  w  stronę  Jacena  i  Tenel  Ka,  którzy  siedząc  na  pniu 

powalonego drzewa, czekali na skraju polany na swoją kolej. 

- Wy będziecie następni - ciągnął mistrz Skywalker. - Jaino, nie przejmuj się tym, że 

Wookie  jest  o  wiele  wyższy  i  silniejszy  niż  ty.  Podczas  pojedynku  na  świetlne  miecze 

największe  znaczenie  odgrywa  zręczność,  a  przypuszczam,  że  pod  tym  względem  jesteście 

sobie  równi.  Na  twoją  niekorzyść  będzie  oddziały  wał  fakt,  że  zasięg  rąk  Lowiego  jest 

większy  niż  twój.  Niestety  -  dodał,  wzdychając  -  nie  zawsze  będziemy  mogli  walczyć  z 

przeciwnikami  równymi  sobie  pod  każdym  względem.  A  jeżeli  chodzi  o  ciebie,  Lowie, 

pamiętaj, że nie wolno ci nie doceniać przeciwnika. 

Cofnął się jeszcze o kilka kroków, by przyglądać się pojedynkowi. 

- A teraz pokażcie, co potraficie. 

-  No,  i  co?  -  Jaina  podeszła  o  krok  do  Lowiego,  nie  odrywając  spojrzenia  od  jego 

twarzy. - Na co jeszcze czekamy? 

Wookie  przeciął  powietrze  ostrzem  swojego  świetlnego  miecza.  Jaina  poruszyła 

rękojeścią  w  ten  sposób,  żeby  jej  klinga  spotkała  się  z  ostrzem  przyjaciela.  Kiedy  obie 

energetyczne  klingi  się  zetknęły,  poczuła  opór,  usłyszała  skwierczenie  i  zobaczyła  snop 

jasnych  iskier,  które  rozprysnęły  się  we  wszystkie  strony.  Ujrzała,  jak  napinają  się  mięśnie 

długich rąk młodego Wookie-go. Poczuła, że Lowie próbuje pokonać opór jej broni... ale nie 

ustąpiła ani kroku. 

- No, dobrze - powiedziała. - Spróbujmy teraz czegoś innego. 

Cofnęła ostrze, a potem powoli i ostrożnie zamachnęła się, kierując świetlistą smugę 

ku  przyjacielowi.  Lowbacca  zasłonił  się  przed  ciosem  i  kiedy  oba  ostrza  ponownie  się 

zetknęły, rozległo się skwierczenie uwalnianej energii. 

Dziewczyna przemieściła ostrze, szykując się do zadania kolejnego ciosu. 

- To nawet nie jest takie trudne, jak sądziłam - oświadczyła. Lowie znów obronił się 

przed ciosem. Wszystko jednak wskazywało na to, że niechętnie bierze udział w pojedynku. 

Jaina  pamiętała,  że  jej  przyjaciel  przeżył  prawdziwe  piekło,  kiedy  przebywał  w 

Akademii Ciemnej Strony, a ona została zmuszona do walki z własnym bratem. Uzmysłowiła 

sobie,  że  Brakiss  i  fioletowooka  Tamith  Kai  nie  cofną  się  przed  niczym,  byle  tylko 

doprowadzić do upadku Nowej Republiki. Ona i Lowie będą zatem musieli bronić się przed 

atakami Ciemnych Jedi. Zdecydowała, że najlepszym sposobem, aby Lowie mógł pozbyć się 

obaw, będzie zaatakowanie przyjaciela. 

Wiedziała,  że  tym  razem  nie  będzie  się  czuła  przytłoczona  przez  siły  ciemności  - 

będzie walczyła ochoczo, świadoma, że jest obrończynią jasnej strony, orędowniczką Mocy. 

background image

Wujek Luke miał rację, kiedy wygłaszał mowę do wszystkich zebranych uczniów Jedi. Jaina 

przeczuwała,  że  Akademia  Ciemnej  Strony  dopiero  zaczyna  sprawiać  im  kłopoty.  Nie 

wątpiła, iż zostanie zmuszona do stoczenia pojedynku ze swoim przyjacielem Zekkiem. 

Najpierw jednak musi nauczyć się walczyć. 

Tymczasem  Lowbacca  odparł  jej  atak  z  większą  siłą  i  większą  wiarą  we  własne 

możliwości  niż  poprzednio.  Odparował  jej  cios,  a  potem  po  raz  pierwszy  zadał  pchnięcie. 

Jaina  musiała  zareagować  bardzo  szybko,  by  odeprzeć  atak.  Oboje  składali  się  do  ciosów  i 

bronili. Wokół sypały się fontanny iskier. 

Lowie  obrócił  się  i  ciął  z  góry  na  dół,  ale  dziewczyna,  uśmiechnięta  i  skupiona, 

odparła atak. Usłyszała, jak siedzący na skraju polany Jacen wzniósł radosny okrzyk. 

-  Znakomicie,  panie  Lowbacco!  -  odezwał  się  Em  Teedee.  -  Tylko  niech  pan  będzie 

ostrożny. Z pewnością nie chciałby pan, żebym został uszkodzony przez jakąś iskrę. 

Jaina  czuła  Moc  przepływającą  przez  jej  ciało.  Zobaczyła,  że  na  porośniętej  długą 

sierścią  twarzy  przyjaciela  maluje  się  uniesienie.  Młody  Wookie  otworzył  usta  i  ukazując 

długie  kły,  wyzywająco  zaryczał...  nie  ze  złości  czy  gniewu,  ale  po  prostu  dając  upust 

podnieceniu wywołanemu pojedynkiem. 

Uchwyciwszy  oburącz  rękojeść  świetlnego  miecza,  zamachnął  się  poziomo,  usiłując 

zaskoczyć Jainę... ale dziewczyna postanowiła odpłacić mu pięknym za nadobne. Wezwała na 

pomoc  wszystkie  siły  i  sprawiła  Wookiemu  niespodziankę,  wyskakując  w  powietrze  na 

wysokość jego głowy, tak by ostrze świetlnego miecza przeciwnika przecięło nieszkodliwie 

przestrzeń pod jej stopami. Uśmiechnięta, chociaż zdyszana, wylądowała miękko za plecami 

Lowiego na ziemi porośniętej chwastami i trawą. 

- O rety! To było coś naprawdę niespodziewanego! - zapiszczał miniaturowy android-

tłumacz. - Wspaniały manewr, pani Jaino! 

- Hej, to było doskonałe, Jaino! - krzyknął jej brat bliźniak. 

Lowie  uniósł  ostrze  świetlnego  miecza  w  geście  oznaczającym  uznanie.  Jaina 

uśmiechnęła się, jej oczy miotały radosne błyski. 

-  Coś  wspaniałego  -  przyznał  Luke,  odwracając  się  w  stronę  Tenel  Ka  i  Jacena.  -  A 

teraz przekonajmy się, jak dadzą sobie radę nasi widzowie. 

background image

ROZDZIAŁ 5 

Tenel  Ka  zawahała  się,  pocierając  palce  o  sporządzoną  z  zęba  rankora  jasnożółtą 

powierzchnię  rękojeści  świetlnego  miecza.  Głęboko  oddychając,  trzymała  przed  sobą  broń, 

ale  nie  wysuwała  świetlistego  ostrza.  Świadoma  wszystkiego,  co  ją  otaczało,  a  także 

możliwości  własnego  ciała,  napięła  mięśnie,  aby  być  gotowa  do  walki.  Wsłuchiwała  się  w 

odgłosy dobiegające z dżungli i niosące się po polanie: szmer liści drzew poruszanych lekkim 

wiatrem, brzęczenie owadów i szczebiot ptaków skaczących po gałęziach.

 

Skupiła  się,  pragnąc  być  pewna,  że  jej  odruchy  pozwolą  stawić  czoło  każdemu 

zagrożeniu. Tenel Ka polegała głównie na sile i zręczności własnego ciała. Wykorzystywała 

je  do  granic  możliwości,  ale  zawsze  pozostawała  świadoma  tego,  jak  daleko  może  się 

posunąć. Narazić jeszcze żaden mięsień jej nie zawiódł. 

Powoli  otworzyła  granitowoszare  oczy  i  spojrzała  na  stojącego  przed  nią  kolegę, 

gotowego wziąć udział w następnym pojedynku. 

Jacen uśmiechnął się szeroko. 

-  Powodzenie  w  walce  ze  zdalniakami  to  jedna  rzecz,  Tenel  Ka  -  powiedział  -  ale 

sukces w pojedynku z prawdziwym przeciwnikiem to całkiem inna sprawa, prawda? 

- To jest fakt - przyznała wojowniczka. 

Jacen przycisnął guzik na obudowie, wysuwając ostrze swojego miecza. Z buczeniem 

i sykiem ukazała się rozjarzona energią szmaragdowozielona klinga. 

- Hej, postaram się nie okazać zbyt trudnym przeciwnikiem - obiecał chłopiec. 

Tenel  Ka  przesunęła  palcem  po  sporządzonej  z  zęba  rankora  gładkiej  rękojeści,  po 

czym  także  przycisnęła  guzik  włączający  zasilanie.  Jej  ostrze  miało  barwę  srebrzystobiałą. 

Wyciągnęło się i przybrało postać roziskrzonej mgiełki naładowanej złocistymi elektrycznymi 

iskrami.  Barwa  świetlistej  klingi  przypominała  dziewczynie  kolor  półprzeźroczystych 

kryształów, które znalazła w tunelu wydrążonym przez lawę. 

- A ja postaram się nie być zbyt surowa dla ciebie, Jacenie, mój przyjacielu - odrzekła 

dziewczyna. 

Poruszyła dłonią i pragnąc wypróbować ostrze, przesunęła nim z boku na bok. Ognista 

smuga  w  zetknięciu  z  wilgocią,  jaką  było  przesycone  powietrze  w  dżungli,  rozjarzyła  się  i 

zaskwierczała. 

-  Bądźcie  ostrożni  -  przypomniał  mistrz  Skywalker  siedzący  na  pniu  powalonego 

drzewa, z którego mógł przyglądać się pojedynkowi. - Nie szarżujcie. Oboje musicie jeszcze 

wiele się nauczyć. 

background image

- Nie martw się, wujku  Luke’u - odparł Jacen.  -  Wiem, że przeżyłem bardzo ciężkie 

chwile, ale kiedy przebywałem w Akademii Ciemnej Strony, naprawdę czegoś się nauczyłem. 

-Uśmiechnął się od ucha do ucha. - Chociaż muszę przyznać, że pojedynek z Tenel Ka będzie 

dla mnie większym wyzwaniem niż walka z holograficznymi potworami. 

Jaina,  spocona  i  zmęczona  po  pojedynku  z  Lowbacca,  chrząknęła  i  nie  wstając, 

zapytała: 

- I zapewne czymś lepszym niż walka z własną zamaskowaną siostrą? 

- To prawda - stwierdził chłopiec. 

Tenel Ka cięła ostrzem świetlnego miecza w lewo i w prawo, po czym zbliżyła się o 

krok  do  Jacena.  Wiedząc,  że  jest  nieco  wyższa  niż  on,  lekko  się  zgarbiła.  Czuła  w  palcach 

drżenie wypełnionej wielką mocą rękojeści. 

-  Czy  spędzimy  resztę  dnia  na  rozmowie,  Jacenie?  -  zapytała.  -  Czy  może  dasz  mi 

trochę czasu, bym cię pokonała, zanim nastanie południe? 

Jacen głośno się roześmiał. 

- Hej, przecież nie jesteśmy wrogami, Tenel Ka - odparł. - Chodzi tylko o ćwiczenia. 

Dziewczyna kiwnęła głową. 

- To jest fakt - przyznała. - Mimo to pozostajemy przeciwnikami. 

Machnęła ostrzem na tyle powoli, żeby chłopiec nie uznał tego za prawdziwy atak, ale 

Jacen odruchowo uniósł rękę i zasłonił się ostrzem własnego miecza. Obie klingi skrzyżowały 

się ze skwierczącą siłą. 

Zaskoczony  Jacen  zamrugał,  ale  po  chwili  cofnął  się  o  krok  .i  zamachnął  się,  by 

ponownie zetknąć ostrze z przesyconą złocistymi iskrami srebrzystą klingą miecza koleżanki. 

- Dobrze, a zatem... zaczynajmy, Tenel Ka! - powiedział. 

Młoda wojowniczka uskoczyła w bok, chcąc obronić się przed atakiem, i w następnej 

chwili sama zadała cios, nie czekając, aż Jacen zdąży odzyskać równowagę. Gdyby chłopiec 

był prawdziwym przeciwnikiem, mogłaby go zabić, ale na ułamek sekundy odchyliła ostrze w 

bok... tylko na tyle, aby udowodnić, że Jacen zachował się nierozważnie. Chciała udzielić mu 

lekcji,  której  musi  nauczyć  się  każdy  rycerz  Jedi,  jeżeli  pragnie  zwyciężyć  w  walce  z 

prawdziwym przeciwnikiem. 

Tymczasem  Jacen  niespodziewanie  odwrócił  się  i  nie  wstając,  zadał  od  dołu  cios, 

który zmusił dziewczynę do obrony. 

- Wydaje mi się, że powinniśmy zrobić coś z twoim brakiem zaufania we własne siły, 

Tenel Ka - oznajmił, nie przestając się uśmiechać. 

- Nic mi na ten temat nie wiadomo - odparła wojowniczka. 

background image

Poczuła jednak, że na jej czole pojawiły się kropelki potu. Zamachnęła się, ale Jacen 

śmiejąc  się,  przyjął  cios  na  klingę  własnego  świetlnego  miecza.  Dziewczyna  nie  mogła  nie 

zwrócić  uwagi  na  siłę,  której  użył,  ani  na  szybkość,  z  jaką  poruszał  świetlistym  ostrzem. 

Klingi  ich  mieczy  ponownie  się  skrzyżowały.  Jacen,  zazwyczaj  tak  beztroski,  nieuważny  i 

roztargniony, zmuszał ją do zdumiewająco dużego wysiłku. 

- Hej,  Tenel  Ka  - odezwał  się chłopiec, kiedy zadał  kolejne dwa ciosy.  Zawsze miał 

zwyczaj rozmawiać, kiedy toczył walkę świetlnym mieczem.  - Czy wiesz, dlaczego śnieżny 

potwór  wampa  ma  takie  długie  łapy?  -  Przerwał  na  chwilę  nie  dłuższą  niż  sekunda.  - 

Ponieważ jego stopy znajdują się daleko od reszty ciała! 

Lowbacca  wydał jęk będący namiastką śmiechu, co skłoniło przyczepionego do jego 

pasa miniaturowego androida-tłumacza do zabrania głosu. 

-  Nie  dostrzegam  niczego  zabawnego  w  wyjaśnieniu  tej  zoologicznej  anomalii  - 

zapiszczało urządzenie. 

- Twoje dowcipy  nie mogą odwrócić mojej uwagi,  Jacenie  -  odezwała się Tenel Ka, 

ponownie wyprowadzając cios ostrzem miecza. Czyżby naprawdę przypuszczał, że tak łatwo 

może zakłócić jej koncentrację? - Nie uważam ich za zabawne. 

Jacen  westchnął  i  machnął  mieczem,  przyjmując  cios  dziewczyny  na  ostrze  własnej 

broni. 

- Wiem o tym  -  powiedział.  -  Usiłuję cię rozśmieszyć od pierwszej  chwili, kiedy  cię 

poznałem. 

Tymczasem  wojowniczka  uważnie  przyglądała  się  przeciwnikowi.  Obserwując  jego 

mięśnie, starała się zorientować, kiedy Jacen zamierza wykonać niespodziewany ruch albo w 

którą  stronę  chce  zwrócić  świetliste  ostrze.  Usiłowała  odgadnąć,  kiedy  machnięcie  klingą 

może oznaczać prawdziwy atak, a kiedy jest jedynie fintą obliczoną na odwrócenie jej uwagi. 

-  Doskonale  -  odezwał  się  mistrz  Skywalker  z  miejsca,  z  którego  przyglądał  się 

pojedynkowi. - Otwórzcie się na przepływ Mocy. Miecz świetlny nie jest  zwyczajną bronią. 

Jest czymś, co stanowi przedłużenie was samych. 

Jacen zaatakował energiczniej, zmuszając Tenel Ka do cofnięcia się o kilka kroków. 

Było  jasne,  że  pragnie,  aby  dziewczyna  skierowała  się  w  stronę  grupy  spiczastych  skał  na 

skraju  polany.  Zapewne  przypuszczał,  że  wojowniczka  o  nich  zapomniała,  ale  Tenel  Ka 

przechowywała w pamięci każdy najdrobniejszy szczegół krajobrazu. 

Kiedy  znalazła  się  obok  skał,  Jacen  zdradził  swoje  plany,  uśmiechając  się  jeszcze 

szerzej  niż  dotychczas.  Skoczył  ku  niej,  niewątpliwie  oczekując,  że  jego  przeciwniczka 

potknie się i upadnie. Tymczasem Tenel Ka podskoczyła, przefrunęła nad skałami i szeroko 

background image

rozstawiwszy  nogi,  miękko  wylądowała  po  drugiej  stronie.  Chłopiec,  niespodziewanie 

wyprowadzony  w  pole,  potknął  się  i  przewrócił,  omal  nie  uderzając  o  skały.  Podniósł  się 

szybko, chociaż wciąż jeszcze nie mógł uwierzyć własnym oczom. 

- Hej! - krzyknął, a po chwili nawet lekko się uśmiechnął. - To było doskonałe! 

Tenel  Ka  zaczekała,  aż  wstanie.  Jej  zlepione  potem,  misternie  splecione  włosy 

kołysały się wokół głowy. Decydując się na krótką chwilę pobłażania samej sobie, przełożyła 

rękojeść  miecza  do  lewej  dłoni.  Pragnęła  udowodnić,  że  potrafi  walczyć  równie  sprawnie, 

posługując  się  którąkolwiek  ręką.  Kiedy  ćwiczyła,  przygotowując  się  do  walki,  czyniła  to 

równie  dobrze,  trzymając  rękojeść  broni  w  jednej  albo  drugiej  dłoni.  Wiedziała,  że  owa 

umiejętność może kiedyś się jej przydać. 

- Chwalipięta - odezwał się Jacen. Po chwili wahania jednak także przełożył rękojeść 

do  lewej  ręki,  po  czym  rzucił  się  do  ataku,  uniósłszy  szmaragdowozieloną  klingę. 

Dziewczyna  zasłoniła  się  własnym  srebrzystym  ostrzem,  pełnym  złocistych  migotliwych 

iskier.  Odparła  cios,  a  potem  natarła  na  chłopca,  by  po  chwili  zaatakować  go  po  raz  drugi. 

Kiedy ich ostrza się zetknęły, trysnęły snopy iskier. 

Podniecony  walką  Jacen  głośno  się  roześmiał.  Po  chwili  także  Tenel  Ka  pozwoliła 

sobie na pełen satysfakcji uśmiech. 

- Jesteś wymagającym przeciwnikiem, Jacenie Solo - oznajmiła. 

- Możesz się założyć, że jestem - odparł chłopiec. 

Dziewczyna  wiedziała,  że  umiejętność  walki  zawdzięcza  głównie  sprawności 

fizycznej i woli zwycięstwa. I chociaż skonstruowała własny miecz świetlny, pragnęła stać się 

dzielną wojowniczką dzięki sile i zręczności, a nie pomocy jakiejkolwiek broni, bez względu 

na to, jak potężnej. 

Cofnęła się o krok, kiedy poczuła, że ostrze broni Jacena napiera na świetlistą klingę 

jej  miecza.  Oboje  stali  nieruchomo,  krzyżując  jedną  energetyczną  klingę  z  drugą,  równie 

silną.  Słychać  było  skwierczenie  ognistych  ostrzy,  a  w  powietrzu  unosiła  się  woń  ozonu. 

Tenel Ka napierała, sprężywszy mięśnie, ale Jacen przeciwstawiał się jej z równą siłą. 

Dziewczyna  uświadamiała  sobie,  że  na  palcach,  którymi  ściskała  broń,  pojawiły  się 

kropelki  potu,  ale  nie  wypuszczała  rękojeści  sporządzonej  z  zęba  rankora.  Czuła,  jak  drżą 

podzespoły umieszczone w środku zęba. Miała wrażenie, że także toczą walkę, by dostarczyć 

świetlistemu  ostrzu  pełną  moc,  wystarczającą,  żeby  sprostać  mocy  drugiej  klingi.  Tenel  Ka 

naparła z jeszcze większą siłą. Nagle we wnętrzu rękojeści jej miecza coś zagrzechotało. 

Jacen wyszczerzył zęby w uśmiechu. 

- Chyba nie oczekujesz, że tak łatwo się poddam? - powiedział. 

background image

-  Może  powinieneś  -  odparła,  ciężko  dysząc,  po  czym  naparła  jeszcze  mocniej. 

Zignorowała  dziwne,  niepokojące  dźwięki  dobywające  się  z  wnętrza  rękojeści.  Zacisnęła 

zęby, aż zazgrzytały. Czuła ból  w napiętych mięśniach ręki.  Oba miecze świetlne buczały i 

skwierczały. Jacen przeciwstawiał  się jej atakowi z równie dużą siłą. Jego oczy błyszczały, 

niemal wychodząc z orbit. 

Na  skraju  polany  stał  mistrz  Skywalker,  przyglądając  się  zaciętemu  pojedynkowi. 

Obok niego to samo czynili Jaina i Lowbacca. 

Tenel Ka zmrużyła oczy, ani przez chwilę nie zmniejszając nacisku, z jakim napierała 

na  ostrze  broni  Jacena.  Zastanawiała  się,  w  jaki  sposób  mogłaby  zakończyć  tę  próbę  sił  i 

pokonać chłopca. 

Nagle we wnętrzu rękojeści jej miecza coś się zmieniło. Dziewczyna usłyszała głośny 

trzask, po którym rozległ się syk i skwierczenie. 

Jacen  jeszcze  bardziej  zwiększył  moc,  z  jaką  atakował  koleżankę  swoim 

szmaragdowozielonym ostrzem. Przez najkrótszą z możliwych chwil złote iskry, błyskające w 

środku  srebrzystej  energetycznej  klingi  Tenel  Ka,  migotały  jak  szalone.  Później  ostrze 

świetlnego  miecza  dziewczyny  rozmyło  się  i  zbladło,  jakby  zadrżało,  przeniknięte 

wewnętrznymi zakłóceniami. 

Pochłonięty  tylko  jedną  myślą,  Jacen  zebrał  całą  energię  i  naparł  naprawdę  ze 

wszystkich sił. 

Wszystko wydarzyło się w mgnieniu oka. 

Źródło  energii,  umieszczone  we  wnętrzu  rękojeści  świetlnego  miecza  Tenel  Ka, 

wydało głośny skrzek świadczący o energetycznym przeciążeniu... po czym świetliste ostrze 

zniknęło  jak  płomień  zdmuchniętej  świecy.  Z  końca  zęba  rankora,  z  którego  powinna 

wystawać energetyczna klinga, wydobyły się iskry i chmura dymu. 

Szmaragdowozielone ostrze świetlnego miecza Jacena dobywającego resztek sił, aby 

zwyciężyć,  nie  napotkało  żadnego  oporu  w  miejscu,  gdzie  jeszcze  przed  sekundą  świeciła 

klinga broni dziewczyny. Pogrążyło się w jedynej rzeczy, którą jeszcze miało na drodze. 

Ognisty ból przeniknął rękę Tenel Ka tuż powyżej łokcia. Miała wrażenie, że jej ciało 

płonie...  ale  w  miejscu  znajdującym  się  nieco  wyżej  czuła  tylko  straszliwy  chłód, 

przyprawiający o zawrót głowy... przenikający do szpiku kości i niepodobny do żadnego, jaki 

kiedykolwiek odczuwała. 

Jakimś cudem rękojeść jej świetlnego miecza z głuchym stukiem upadła na murawę. 

Tenel Ka spojrzała na nią i nie wierząc własnym oczom, zobaczyła swoją dłoń, wciąż jeszcze 

ściskającą  ząb  rankora.  Z  nieregularnego  cylindra  sypały  się  snopy  iskier  strzelających 

background image

niczym  błyskawice.  Nagle  rękojeść  eksplodowała,  zamieniając  się  w  kulę  oślepiającego 

światła. 

Bardzo jasnego. Oślepiająco jaskrawego... 

Tenel  Ka  poczuła,  że  spowija  ją  przyprawiająca  o  mdłości  mgiełka.  Jacen  wrzasnął 

coś, czego nie zrozumiała. Dziewczyna myślała tylko o tym,  czy nie  wyrządziła mu  jakiejś 

krzywdy. 

Jaina,  Lowbacca  i  mistrz  Skywalker  biegli  ku  niej,  głośno  krzycząc.  Tenel  Ka  nie 

potrafiła  znaleźć  w  sobie  tyle  energii,  żeby  stać  prosto.  Kiedy  Jacen  wyciągał  rękę,  aby  ją 

podtrzymać, poczuła, że chwieje się i pada na murawę. 

W  następnej  chwili  ból  i  przerażenie  zniknęły,  całkowicie  pochłonięte  przez 

nieprzeniknioną ciemność. 

background image

ROZDZIAŁ 6 

Akademia  Ciemnej  Strony  znalazła  nową  kryjówkę,  na  samym  skraju  nie 

naniesionego  na  gwiezdne  mapy  obszaru  galaktyki,  w  pobliżu  płonących  szczątków  dwóch 

gwiazd, które stopniowo gasły w ciągu ostatnich pięciu tysiącleci.

 

Imperialna placówka szkoleniowa, pozbawiona ochronnego pola maskującego, wisiała 

w przestworzach jak kolczasty pierścień, omywana blaskiem rzucanym  przez dogorywające 

słońca. Mimo to snujące się obłoki wydzielanych przez nie gwiezdnych gazów całkiem nieźle 

kryły gwiezdną stację przed wścibskimi oczami Rebeliantów. 

Przed  wielkimi  iluminatorami  najwyższej  wieżyczki  obserwacyjnej  stał  Zekk, 

wpatrzony w oślepiająco jasny wir gwiezdnego ognia. Przyciemnione transpastalowe osłony 

iluminatora  nie  przepuszczały  śmiercionośnego  promieniowania,  ale  nawet  drobna  część 

blasku, jaka przedostawała się przez grubą warstwę, zapierała dech w piersi młodzieńca. 

U boku Zekka stał Brakiss, naczelnik Akademii Ciemnej Strony, wysoki i posągowo 

urodziwy  mistrz  Jedi.  Był  kiedyś  imperialnym  szpiegiem  i  przez  jakiś  czas  studiował  w 

akademii Jedi prowadzonej przez Nową Republikę. Mistrz Skywalker próbował namówić go, 

aby  się  nawrócił  i  zrezygnował  z  kroczenia  mrocznymi  szlakami  ciemnej  strony;  Brakiss 

wolał  jednak  uciec  i  powrócić  na  łono  Imperium.  Zebrał  później  grupę  chętnych  uczniów  i 

zaczął  ich  kształcić,  pragnąc,  aby  zostali  Ciemnymi  Jedi.  Chciał,  żeby  służyli  wielkiemu 

wodzowi Drugiego Imperium, samemu wskrzeszonemu Imperatorowi Palpatine’owi. 

Brakiss  uniósł  głowę  i  skierował  spojrzenie  na  płonące  gwiazdy.  Przez  chwilę 

napawał się ich widokiem. 

-  Rzeczywistość  sprawia,  że  w  porównaniu  z  nią  bledną  holograficzne  wizerunki 

kosmicznych kataklizmów, które widziałeś w moim gabinecie, prawda, Zekku? 

Młodzieniec kiwnął głową, ale nie potrafił wymówić ani słowa. 

- Denarii Nowa eksplodowała przed ponad pięcioma tysiącleciami - ciągnął Brakiss. - 

Przez cały system przemknęła wówczas fala ognia i spopieliła wszystkie sąsiednie gwiazdy. 

Ten kataklizm  został spowodowany przez potężnego  czarownika pradawnych Sithów, który 

pragnął w ten sposób zniszczyć ścigające go statki Republiki. Naga Sadów rozerwał te dwie 

gwiazdy i posłużył się gigantycznymi kulami ognia niczym dwiema dłońmi, żeby zmiażdżyć 

pomiędzy nimi tropiące go okręty. 

Zekk  ponownie  kiwnął  głową,  ale  tym  razem  nie  miał  kłopotów  z  udzieleniem 

odpowiedzi. 

- Jeszcze jeden przykład potęgi ciemnej strony Mocy - powiedział. 

background image

Brakiss obdarzył go uśmiechem pełnym nie ukrywanej dumy. 

-  To  potęga,  której  twoi  przyjaciele,  Jacen  i  Jaina,  nigdy  by  ci  nie  ukazali...  a  tym 

bardziej nigdy by nie nauczyli cię, jak z niej korzystać. 

- To prawda - przyznał młodzieniec. - Nigdy by tego nie uczynili. 

Przez  wiele  lat  uważał  się  za  przyjaciela  bliźniąt,  dzieci  Hana  i  Leii  Organy  Solo, 

mimo iż był tylko zwyczajnym ulicznikiem... właściwie nikim. Chłopakiem utrzymującym się 

dzięki własnej przebiegłości i  drogocennym  przedmiotom znajdywanym  w niebezpiecznych 

podziemiach  Coruscant  -  miasta  zajmującego  niemal  całą  powierzchnię  planety.  Marzył  o 

lepszym  życiu,  ale  jego  marzenia  nie  miały  szansy  się  ziścić,  dopóki  poszukująca  nowych 

kandydatów Siostra Nocy Tamith Kai nie porwała go i nie sprowadziła na pokład Akademii 

Ciemnej Strony. 

Podczas  poprzedniej  próby  pozyskania  uzdolnionych  kandydatów,  naczelnik  Brakiss 

popełnił  błąd,  porywając  osoby  dobrze  znane:  Jacena,  Jainę  i  Lowbaccę.  Kiedy  jego  plany 

spaliły  na  panewce,  doszedł  do  przekonania,  że  Akademia  Ciemnej  Strony  może  odnieść 

większy sukces, jeżeli zwerbuje osoby zaliczające się do innej grupy. Postanowił sprowadzić 

kilkunastu uliczników, których zniknięcia nikt nie zauważy. Spodziewał się, że młodzi ludzie 

mogą  dysponować  równie  dużymi  umiejętnościami,  dzięki  czemu  opanują  sztukę  władania 

Mocą... i będą Drugiemu Imperium bardziej wdzięczni i posłuszni. 

Z  początku  Zekk  przeciwstawiał  się  tym  zamiarom.  Opierał  się,  pragnąc  okazać  się 

lojalny wobec przyjaciół. Stopniowo jednak Brakiss przekonywał chłopca, pokazując mu, jak 

posługując się Mocą, może osiągnąć jeden mały cel, a później następny. Zekk przekonał się, 

że naprawdę ma talent do władania Mocą. Uczył się bardzo szybko. 

Doświadczenie,  jakiego  nabył,  przebywając  w  Akademii  Ciemnej  Strony,  zmieniło 

jego uczucia względem Jacena i Jainy. Dawna przyjaźń zamieniła się w pogardę. Bliźniętom 

nie przyszło do głów, że mogliby i jego poddać testowi, który ujawniłby, iż dysponuje takimi 

samymi  zdolnościami.  Zekk  nie  wątpił,  że  pod  względem  wrodzonego  talentu  dorównuje 

szlachetnie  urodzonym  przyjaciołom.  Kiedy  podjął  decyzję  o  porzuceniu  dawnego  trybu 

życia; żałował tylko tego, że nie będzie spotykał się z wiernym druhem, starym Peckhumem. 

W zamian za to czekała go o wiele lepsza przyszłość. Dopiero zaczynał pojmować, na czym 

polega  potęga  rycerza  Jedi,  a  już  dokonał  kilku  rzeczy,  o  których  nigdy  przedtem  mu  się 

nawet nie śniło. 

Nie  przestając  spoglądać  na  szalejącą  wokół  szczątków  słońc  ognistą  burzę,  Brakiss 

wyciągnął  przed  siebie  ręce  i  rozcapierzył  palce.  Srebrzysto-czarna  peleryna  otaczała  jego 

background image

ciało,  jakby  utkana  z  jedwabnych  nitek  pajęczyny.  Mistrz  Ciemnych  Jedi  wpatrzył  się  w 

wirujące płomienie pozostałości po Denarii Nowej. 

- Obserwuj, Zekku, i ucz się - powiedział. 

Zamknąwszy  oczy,  naczelnik  Akademii  Ciemnej  Strony  zaczął  lekko  poruszać 

rękami. Zekk spoglądał przez iluminator, a jego oczy rozszerzały się ze zdumienia. 

Ocean  rozrzedzonych  fosforyzujących  gazów,  zajmujący  całą  przestrzeń  pomiędzy 

gasnącymi słońcami, zaczął z wolna wirować niczym ogniste koło... wił się, zmieniał kształty 

i  tańczył,  posłuszny  każdemu  gestowi  Brakissa.  Mistrz  Ciemnych  Jedi,  jego  nauczyciel, 

potrafił manipulować nawet gwiezdnym ogniem! 

Nie  otwierając  oczu,  aby  spojrzeć  na  skutek  swojej  pracy,  Brakiss  odwrócił  się  w 

stronę Zekka. 

- Moc przenika wszystko we wszechświecie - szepnął. - Jest obecna we wszystkim, od 

najmniejszego  kamyka  do  największej  gwiazdy.  Patrzysz  tylko  na  cień  tego,  co  przed 

pięcioma tysiącleciami uczynił Naga Sadów, kiedy sięgnął myślami do gwiazd, aby zadać im 

śmiertelną ranę. 

-  Czy  ty  także  potrafiłbyś  sprawić,  żeby  eksplodowało  jakieś  słońce?  -  zapytał 

zdumiony chłopak. 

Brakiss  otworzył  oczy  i  spojrzał  na  młodego  podopiecznego.  Na  idealnie  gładkim 

czole naczelnika Akademii Ciemnej Strony pojawiła się niewielka zmarszczka. 

- Nie wiem - odparł po chwili. - I nie sądzę, żebym kiedykolwiek zechciał spróbować. 

Zekk  przypomniał  sobie,  w  jaki  sposób  Brakiss  po  raz  pierwszy  zachęcił  go  do 

wypróbowania wrodzonych zdolności Jedi. Wręczył mu wówczas świecący pręt, pokazawszy 

uprzednio, jak łatwo kształtować płomień, jeżeli umie się użyć Mocy. Tu, w pobliżu Denarii 

Nowej, Brakiss uczynił właściwie to samo... tylko na skalę gwiezdnego systemu. 

-  Czyja  także  mógłbym  spróbować?  -  zapytał  niecierpliwie  Zekk,  pochylając  się  ku 

iluminatorowi.  Dotknął  czubkami  palców  powierzchni  filtrującej  płyty  i  popatrzył  na 

podwójną  gwiazdę,  otoczoną  aureolą  płonących  gazów,  drżących  i  falujących  niczym  w 

piekielnym tańcu. 

Brakiss znów lekko się uśmiechnął. 

-  Jesteś  ambitny  jak  zawsze,  młody  Zekku  -  powiedział,  kładąc  dłoń  na  ramieniu 

ulubionego ucznia. - Nie bądź jednak niecierpliwy. Musisz jeszcze wiele się nauczyć. Jesteś 

nienasycony,  jeżeli  chodzi  o  poznawanie  nowych  rzeczy,  co  przekracza  moje  najśmielsze 

oczekiwania,  związane  z  wykorzystaniem  twoich  wrodzonych  umiejętności.  Z  łatwością 

wykonujesz  wszystkie  ćwiczenia,  jakie  dla  ciebie  przygotowuję...  ale  dla  każdego  rycerza 

background image

nadchodzi zawsze czas, kiedy musi zostać poddany ostatecznej próbie. - Brakiss uniósł brwi. - 

Tamith Kai nie przestaje chełpić się swoim najlepszym uczniem, Vilasem, którego kształci tu 

od  ponad  roku.  Ty  jednak  uczysz  się  o  wiele  szybciej  niż  on.  Wydaje  mi  się,  że  nadeszła 

odpowiednia chwila, młody Zekku. 

Wsunął dłoń  pomiędzy fałdy srebrzystego stroju  i  uchwycił coś, ale wahał  się przez 

chwilę, nie spuszczając spojrzenia z młodzieńca. 

- Wiem, że jesteś już gotów - powiedział. - Nie spraw mi zawodu. 

-  Co  to  jest,  mistrzu  Brakissie?  -  zapytał  niecierpliwie  Zekk.  Mistrz  Jedi  wyciągnął 

spomiędzy fałd płaszcza ciemny ozdobny cylinder. 

- Nadszedł czas, żebyś stał się właścicielem własnego świetlnego miecza. 

Zekk ujął rękojeść starożytnej broni i przez kilka chwil spoglądał na nią, zdumiony. 

Miał wrażenie, że broń nawet wyłączona, promieniuje energią w jego dłoni. Zacisnął palce i 

na próbę machnął cylindrem w lewo i w prawo, wyobrażając sobie, że widzi i słyszy buczące 

świetliste ostrze. Czuł się dobrze. Bardzo dobrze. 

-  W  normalnych  warunkach  zaproponowałbym  ci,  żebyś  skonstruował  własny 

świetlny miecz - ciągnął mistrz Brakiss. - Czynność ta zabiera jednak sporo czasu i wymaga 

dużego  skupienia,  koniecznego  do  złożenia  wszystkich  podzespołów  i  zrozumienia  zasady 

funkcjonowania.  Niestety,  nie  mamy  czasu.  Dzięki  ciemnej  stronie  wiele  rzeczy  jest 

łatwiejszych  i  skuteczniejszych.  Weź  ten  miecz  jako  prezent  ode  mnie  i  władaj  nim,  kiedy 

będziesz pełnił służbę ku chwale Drugiego Imperium. 

- Czy mogę włączyć zasilanie? - zapytał Zekk, wciąż jeszcze przejęty grozą. 

- Oczywiście. 

Brakiss  cofnął  się  o  krok,  a  Zekk  wcisnął  guzik  uruchamiający  świetliste  ostrze.  Z 

obudowy wysunęła się szkarłatna smuga, płonąca niczym rozpalona lawa. 

-  To  broń  wykonana  po  mistrzowsku  -  oznajmił  mistrz  Ciemnych  Jedi.  -  Została 

przystosowana do tego, aby posługiwał się nią ktoś władający ciemną stroną. 

Zekk  wykonał  ruch  nadgarstkiem  i  wsłuchując  się  w  buczenie  energetycznej  klingi, 

przemieścił świetliste ostrze w lewo i w prawo. 

-  Jeżeli  chcesz  wiedzieć,  ten  miecz  świetlny  jest  niezwykle  podobny  do  broni,  którą 

posługiwał się kiedyś Darth Vader - zauważył Brakiss. 

Zekk ponownie przeciął powietrze świetlistym ostrzem. 

- Kiedy będę mógł zacząć ćwiczenia? - zapytał. - W jaki sposób będę się uczył? 

Brakiss wyprowadził gorliwego młodzieńca z tarasu wieży obserwacyjnej. 

background image

-  Dysponujemy  hologramami  symulującymi  różnych  przeciwników  i  salami 

treningowymi  -  odparł.  -  Kiedyś  spędziłem  w  nich  trochę  czasu,  usiłując  nauczyć  czegoś 

twoich przyjaciół, Jacena i Jainę. Przeżyłem jednak rozczarowanie. Co prawda, nauczyli się 

władać świetlnymi mieczami, ale podczas każdego ćwiczenia przeciwstawiali się mojej woli. 

Spodziewam  się,  że  w  przeciwieństwie  do  nich  ty  wykonasz  każde  ćwiczenie 

doskonale. Ty, młody Zekku, bardzo szybko przewyższysz swoich przyjaciół we wszystkim, 

czego  kiedykolwiek  dokonali.  Dobrze  znam  mistrza  Skywalkera  i  wiem,  czego  się  obawia. 

Jest  człowiekiem  zbyt  nerwowym,  by  pozwolić  swoim  ulubionym  młodocianym  uczniom 

ćwiczyć  własnymi  świetlnymi  mieczami.  Uważa,  że  energetyczne  klingi  są  zbyt 

niebezpieczne. - Brakiss się roześmiał. - Jego obawy są bezpodstawne. Najniebezpieczniejszy 

jest Ciemny Jedi władający taką bronią. 

Kiedy  Zekk  w  towarzystwie  nauczyciela  kroczył  korytarzem,  schował  świetliste 

ostrze, ale nie wypuścił rękojeści z dłoni. Spoglądając na legendarną broń rycerzy Jedi, raz po 

raz przesuwał palcem po powierzchni obudowy. 

Miecz  świetlny  w  jego  palcach  sprawiał  wrażenie  ciepłego,  gotowego...  niemal 

dopominającego  się  o  to,  by  go  użył.  Wrażenie,  że  wciąż  jeszcze  widzi  szkarłatną  linię, 

pozostało długo po tym, kiedy wyłączył energetyczną klingę. 

Zekk zamrugał, ale wrażenie, że spogląda na jaskrawą smugę, nie chciało go opuścić. 

- Tak, teraz rozumiem, dlaczego taka broń może być bardzo niebezpieczna - przyznał 

w końcu. 

background image

ROZDZIAŁ 7 

Zamyślony Jacen krążył bez celu po korytarzach akademii Jedi, wybierając te, którymi 

najrzadziej przechadzali się inni uczniowie. Nie potrafił wyrwać się z odrętwienia. Od dwóch 

godzin towarzyszyła mu milcząca i równie oszołomiona Jaina. Wyraźnie szukała towarzystwa 

brata,  tak  jak  on  potrzebował  towarzystwa  siostry,  chociaż  żadne  nie  wiedziało,  co 

powiedzieć.

 

Jacen nadal nie mógł zrozumieć, dlaczego wujek  Luke nie pozwolił nikomu innemu 

przebywać z nieprzytomną Tenel Ka, kiedy opiekował się nią medyczny android. Nie zgodził 

się  również,  by  ktokolwiek  mu  towarzyszył,  gdy  udał  się  do  ośrodka  łączności,  żeby 

powiadomić rodzinę dziewczyny o wypadku. 

Wujek Luke osobiście podniósł z ziemi bezwładne ciało wojowniczki, a potem ruszył 

szybko do wielkiej świątyni. Kiedy bliźnięta niemal pobiegły za nim, Jacen czuł, jak mistrz 

Jedi czerpie energię Mocy, żeby pomóc dziewczynie zachować siły, a także aby iść jeszcze 

szybciej  i  nie  urazić  rannej.  Równocześnie  wysyłał  do  mózgu  nieprzytomnej  Tenel  Ka 

nieprzerwany strumień kojących myśli, tchnących ciszą, spokojem i pewnością, że jej rana się 

zagoi. 

Jacen  wiedział,  że  powinien  przynajmniej  spróbować  czynić  to  samo,  żeby  pomóc 

koleżance,  ale  czuł  w  myślach  straszliwy  zamęt.  Obawiał  się,  że  jego  starania  mogą  tylko 

pogorszyć  całą sprawę.  Możliwe, że właśnie z tego powodu mistrz Skywalker nie pozwolił 

nikomu z uczniów zostać z młodą wojowniczką, kiedy wszyscy wrócili do wielkiej świątyni. 

Zapewnił tylko pozostałych troje przyjaciół, że natychmiast ich powiadomi, jeżeli Tenel Ka 

będzie chciała z nimi porozmawiać. 

Od  tamtej  chwili  bliźnięta,  pogrążone  we  własnych  myślach,  błąkały  się  bez  celu 

klatkami schodowymi i słabo oświetlonymi korytarzami. Kiedy Lowie, nie mówiąc ani słowa, 

przyłączył  się  do  nich,  żadne  nie  zapytało  go,  gdzie  był  i  co  robił.  Wiedziały  przecież,  że 

młody  Wookie  bardzo  często  wyprawiał  się  samotnie  w  dżunglę.  Spędzał  czas,  siedząc  na 

wierzchołkach ogromnych drzew i rozmyślając o rodzinnym domu na odległym Kashyyyku, 

o  rodzicach,  o  młodszej  siostrze...  Teraz  miał  znów  ochotę  przebywać  w  towarzystwie 

przyjaciół.  Jacen  nie  był  jednak  zaskoczony,  kiedy  spojrzał  na  obudowę  Em  Teedee  i 

przekonał się, że miniaturowy android-tłumacz został wyłączony. 

Wszyscy  byli  wstrząśnięci  tym,  co  się  wydarzyło  -  ale  nikt  tak  bardzo  jak  Jacen. 

Krążąc  opustoszałymi  korytarzami,  chłopiec  bezustannie  odtwarzał  w  myślach  każdy 

szczegół pojedynku. Przypominał sobie syczący i skwierczący dźwięk krzyżujących się kling 

background image

świetlnych  mieczy...  wyzwanie  widoczne  w  oczach  koleżanki...  jaskrawy  zielony  blask 

własnego energetycznego ostrza przenikającego przez jej ciało... Z całej siły zacisnął powieki, 

próbując usunąć z mózgu dalszy ciąg sceny, ale przekonał się, że na próżno. Całość była zbyt 

wyraźnie wyryta w jego pamięci. Otworzył oczy. 

-  Nie  potrafię...  czekać  ani  chwili  dłużej  -  wykrztusił  w  pewnej  chwili.  -  Muszę 

zobaczyć się z Tenel Ka, by upewnić się, że nic jej nie grozi. Muszę ją przeprosić. 

- Pójdziemy z tobą - oznajmiła Jaina. Lowie zamruczał, zgadzając się z jej zdaniem. 

Kiedy wszyscy troje młodzi Jedi znaleźli się przed drzwiami komnaty, w której była 

leczona ich koleżanka, ujrzeli wychodzącego Luke’a i Artoo-Detoo. 

- Jak się czuje Tenel Ka? - spytał gorączkowo Jacen. - Czy oprzytomniała? Możemy 

się z nią widzieć? 

Mistrz Skywalker się zawahał. Jacen zwrócił uwagę na niepokój malujący się na jego 

twarzy. 

-  Wciąż  jeszcze  nie  może  się  otrząsnąć  z  przeżytego...  wstrząsu  -  odparł  cicho.  - 

Oprzytomniała, ale chyba jeszcze nie jest gotowa na spotkanie z wami. 

-  Ale  przecież  właśnie  w  tej  chwili  najbardziej  potrzebuje  towarzystwa  przyjaciół  - 

odezwała się Jaina. 

Artoo-Detoo  obrócił górną część kopułki,  by po  chwili uczynić podobny  ruch, ale  w 

przeciwną stronę. Zahuczał, wyrażając zdecydowany sprzeciw. 

- Ale ja... muszę się z nią zobaczyć  - nalegał chłopiec. - Muszę zrobić coś dla niej... 

opowiedzieć  dowcip  albo  uścisnąć  ręce...  Blasterowe  błyskawice!  Przecież  teraz  ma  tylko 

jedną rękę i ja za to odpowiadam. 

Artoo przeciągle, żałośnie zagwizdał, a Luke popatrzył współczująco na siostrzeńca. 

- Wiem, że to wszystko jest dla ciebie bardzo trudne - zaczął - ale bądź pewien, że dla 

Tenel Ka jest jeszcze trudniejsze. Przypominam sobie, o czym myślałem, kiedy sam straciłem 

dłoń  podczas  walki  z  Darthem  Vaderem,  jaką  toczyłem  w  Mieście  w  Chmurach.  Nieco 

wcześniej  dowiedziałem  się,  że  jest  moim  ojcem.  Czułem  się,  jakbym  utracił  jakąś  cząstkę 

siebie... cząstkę tego, kim jestem... a później straciłem także dłoń. 

-  Przecież  dłonie  mogą  być  przyszywane  -  stwierdził  Jacen.  -  Mogą  być  łączone  z 

pozostałą częścią ręki, a rany gojone w zbiornikach bacta. 

Luke pokręcił głową. 

- Mojej nie można było przyszyć - odparł. - Nikt nie wie, co się z nią stało. 

-  Twoja  syntetyczna  dłoń  funkcjonuje  równie  sprawnie  jak  kiedyś  prawdziwa  - 

zauważył chłopiec. 

background image

-  To  możliwe  -  przyznał  Luke,  poruszając  protezą,  która  wyglądała  jak  każda  inna 

ręka, a potem dotykając czubkiem kciuka po kolei opuszek pozostałych palców. - Ale to była 

bardzo trudna decyzja. Pamiętam, jak wówczas myślałem, że może uczyniłem kolejny krok 

na drodze, na której stanę się kimś takim jak mój ojciec, jak Darth Vader... po części żywym 

człowiekiem,  a  po  części  maszyną.  Tenel  Ka  będzie  wkrótce  musiała  podjąć  taką  samą 

decyzję.  Kiedy  eksplodowała  obudowa  jej  świetlnego  miecza,  wasza  koleżanka  straciła 

jakąkolwiek szansę przyszycia odciętej części ręki. 

- Wujku Luke’u, ale ja muszę się z nią widzieć - nie dawał za wygraną Jacen. - Muszę 

ją przeprosić. 

Luke uścisnął jego ramię. 

- Obiecuję, że zawołam cię natychmiast, kiedy Tenel Ka będzie gotowa porozmawiać 

z tobą. A teraz spróbuj chociaż trochę odpocząć. 

 

Jacen spał niespokojnie, bardzo często budząc się i obracając z boku na bok. W snach 

prześladował go wizerunek rannej Tenel Ka. 

Słyszał, jak mówiła: „Jesteśmy przeciwnikami”. 

„Nie. Jestem twoim przyjacielem” - próbował odpowiedzieć Jacen, ale głos wiązł mu 

w  gardle  i  chłopiec  nie  mógł  wymówić  ani  słowa.  Raz  po  raz  widział  przyprawiający  o 

mdłości  błysk,  z  jakim  ostrze  miecza  dziewczyny  zniknęło  niczym  płomień  zdmuchniętej 

świecy, a skwiercząca zielona klinga przecięła jej rękę. 

Znów  poczuł  swąd  smażonego  ciała.  Trzask  eksplozji  rękojeści  miecza  dziewczyny 

zagrzmiał wtedy niczym huk gromu, a umysł chłopca wypełnił wizerunek szarych jak granit 

oczu Tenel Ka, oskarżycielsko spoglądających w jego oczy. 

„Jesteśmy przeciwnikami”... 

Jacen poczuł  nagle, że coś dziwnego napiera na  jego umysł.  Obudził się, cały zlany 

zimnym potem. Przekonał się, że pojedynczy lekki koc, pod którym zasypiał, jest wilgotny i 

owinięty  wokół  jego  nóg.  Chłopiec  nie  był  pewien,  co  sprawiło,  że  się  przebudził,  ale 

wiedział, że to coś ważnego i pilnego. Tenel Ka! - pomyślał. - Potrzebuje nas. Jakimś cudem 

ta myśl pojawiła się w jego mózgu. Przez otwarte okno komnaty usłyszał cichy, zawodzący 

jęk młodego Wookiego, dobiegający gdzieś z oddali, od strony dżungli. 

Zeskoczył z pryczy i pospiesznie wygładził zmarszczki wygniecionego kombinezonu, 

którego nawet nie starał się zdjąć, kiedy udawał się na spoczynek. Z oddali doleciał kolejny 

jęk.  Jacen  zorientował  się,  że  Lowie,  pogrążony  w  medytacjach  na  wierzchołku  jakiegoś 

background image

wysokiego  drzewa  Massassów,  usiłuje  mu  coś  powiedzieć.  Nie  tracąc  czasu  na  wkładanie 

butów, wyskoczył na korytarz i pobiegł do drzwi komnaty siostry. 

- Jaino, obudź się! - zawołał. - Dzieje się coś niedobrego. 

Nie  czekając  na  odpowiedź,  pobiegł  w  stronę  wyjścia  z  wielkiej  świątyni.  Coś 

wszakże - możliwe, że wycie Lowiego - już wcześniej obudziło Jainę, gdyż jej brat nie zdążył 

nawet skręcić za róg, gdy usłyszał za sobą kroki dziewczyny. Jacen nie zwolnił biegu. Jego 

bose stopy klaskały o zimne kamienne płyty posadzki.  Chłopiec dotarł  do najbliższej  klatki 

schodowej  i  zaczął  zbiegać,  przeskakując  po  trzy  oświetlone  blaskiem  pochodni  kamienne 

stopnie. Znów poczuł, że coś napiera na jego myśli, i skierował się w kierunku lądowiska, z 

którego odbierał dziwny sygnał. 

Czując na plecach oddech goniącej go Jainy, skręcił za róg świątyni i ze zdumieniem 

dostrzegł  Lowiego  biegnącego  ku  nim  od  strony  dżungli.  Pojawił  się  w  miejscu,  w  którym 

dziwaczne  nocne  mgły  pokrywały  polanę  opalizującą  białą  mgiełką.  Jacen  spojrzał  na 

lądowisko i wówczas zobaczył coś, co zdumiało go jeszcze bardziej. 

Dostrzegł  tam  niewielki  lśniący  wahadłowiec,  mniej  więcej  o  połowę  mniejszy  niż 

„Sokół Tysiąclecia”, który oderwał się od murawy lądowiska i uniósł pośród kłębów białawej 

mgły rozstępującej się na boki. Chłopiec ujrzał także na lądowisku wujka Luke’a, skąpanego 

niebieskawą poświatą świateł statku i usiłującego przygładzić smagane wiatrem włosy. 

Mistrz Jedi, zwrócony twarzą w stronę startującego wahadłowca, uniósł rękę w geście 

pożegnania.  Wszyscy  troje  młodzi  Jedi  pobiegli  w  jego  stronę.  Jacen  i  Jaina  odezwali  się 

niemal w tej samej chwili: 

-Kto to był? 

- Co tu się dzieje? 

Wysoki chudy Wookie poparł ich, wydając pytające warknięcie. 

Luke Skywalker opuścił głowę i skierował spojrzenie na troje uczniów Jedi. 

-  To  była  Tenel  Ka,  prawda?  -  nalegał  Jacen,  chociaż  właściwie  nie  musiał  usłyszeć 

odpowiedzi. W ciemnościach nocy spoglądał w oczy wuja. Mistrz Jedi kiwnął głową. 

-  Jej  rodzina  życzyła  sobie  zabrać  ją  stąd  bez  chwili  zwłoki.  Ale  nie  martwcie  się  o 

nią. Powinna być teraz otoczona bardzo dobrą opieką. 

Jacen poczuł się tak, jakby właśnie na jego pierś nadepnął gigantyczny banth. Stoczył 

walkę ze sobą, żeby złapać chociaż trochę powietrza, które pozwoliłoby mu powiedzieć, co 

myśli. Czuł się zdradzony. 

- Odleciała! - wybuchnął w końcu. - A mówiłeś, że nas zawołasz, kiedy będzie gotowa 

zobaczyć się z nami. 

background image

Luke Skywalker chrząknął. 

- Nie była gotowa - odparł cicho. 

Z piersi Lowiego wydarło się pełne rozpaczy warknięcie. 

- Nie mieliśmy nawet szansy się pożegnać - odezwała się Jaina. 

Luke ciężko westchnął. 

- Wiem o tym. Ale wasza koleżanka przebywa teraz pod opieką rodziny. Nie wątpię, 

że jest w dobrych rękach. 

Jacen ujrzał, że siostra z niedowierzaniem kręci głową. 

- Jak to możliwe? - zapytała w końcu. 

Jacen, dla którego to pytanie było niezrozumiałe, spojrzał na nią, czekając na dalsze 

wyjaśnienia. 

-  Chodzi  mi  o  to  -  wyjaśniła Jaina  -  że  nie  widzę  sensu,  dlaczego  rodzice  Tenel  Ka, 

wojowniczki pochodzącej z Dathomiry, mieliby przylatywać po nią takim wahadłowcem. 

Jacen  wzruszył  ramionami.  Miał  wrażenie,  że  siostra  spodziewa  się,  iż  ją  zrozumie. 

On jednak niczego nie pojmował. 

- Co w tym widzisz takiego dziwnego? - zapytał w końcu. 

- To był dyplomatyczny wahadłowiec klasy Ekspres  - odparła Jaina. - A na kadłubie 

miał znaki królewskiego rodu planety Hapes. 

W stronę Luke’a Skywalkera skierowały się trzy pary pytających oczu. 

background image

ROZDZIAŁ 8 

Przedział pasażerski we wnętrzu hapańskiego królewskiego wahadłowca „Piorunujący 

Duch”  był  przestronny  i  wyposażony  we  wszelkie  wygody,  jakich  mógł  się  spodziewać 

międzyplanetarny podróżnik. Eleganckie wykończenie kabiny graniczyło z ostentacją; jedyną 

ozdobą każdej ściany była fantazyjna pozłacana rama otaczająca każdy iluminator.

 

Tenel  Ka  nie  zwracała  jednak  uwagi  na  widok,  jaki  malował  się  za  iluminatorem. 

Nieraz podróżowała w nadprzestrzeni. Nie chciała widzieć niczego. Ani nikogo. 

Nie  chciała  również  czuć  niczego.  Odrętwienie.  Jedynie  to  czuła.  Myśli,  uczucia... 

nawet jej ręka. Wszystko było odrętwiałe. 

Przez  jej  umysł  przemknęła  ulotna  myśl,  że  może  powinna  coś  zjeść.  Nie  miała  w 

ustach niczego od czasu, kiedy... od tamtego czasu. 

Nie.  Postanowiła,  że  niczego  nie  zje.  Nie  była  w  stanie  wykrzesać  z  siebie  chęci 

spożycia posiłku. 

Jej  złocistorude  włosy  zwisały  teraz  po  bokach  głowy,  rozplecione  i  zmierzwione. 

Chociaż  medyczny  android  napracował  się,  by  wykąpać  Tenel  Ka  i  zdezynfekować  ranę 

przed  skauteryzowaniem,  nie  miał  w  oprogramowaniu  niczego,  co  pozwoliłoby  mu  zapleść 

warkocze. Uprzejmie zaproponował dziewczynie, że mógłby ją ostrzyc, ale Tenel Ka sienie 

zgodziła. Możliwe, że któreś z bliźniąt wyraziłoby chęć rozczesania jej włosów i zaplecenia 

ich  na  nowo.  Młoda  wojowniczka  była  jednak  zbyt  dumna  i  nie  zamierzała  dopuścić,  żeby 

przyjaciele  zobaczyli  ją  w  takim  stanie.  Obawiała  się,  że  może  ujrzeć  na  ich  twarzach 

obrzydzenie... albo jeszcze gorzej, litość. 

Tenel  Ka  pomyślała,  że  przynajmniej  to  było  jedyną  zaletą  jej  niespodziewanego 

odlotu  z  Yavina  Cztery  w  środku  nocy.  Nie  widziała  się  z  nikim,  a  zatem  nie  musiała  ani 

wysłuchiwać słów pełnych współczucia, ani wystawiać się na pośmiewisko. 

Właśnie  tę  chwilę  wybrała  pani  ambasador  Yfra,  by  pojawić  się  w  komnacie 

dziewczyny,  jakby  chciała  usunąć  w  cień  jedyną  myśl,  jaka  jeszcze  cieszyła  Tenel  Ka. 

Starzejąca się zauszniczka babki, pomimo miłego uśmiechu i pozornie pogodnej twarzy, była 

ulepiona z tej samej gliny, co poprzednia królowa... kobieta żądna władzy  i  nie cofająca się 

przed  niczym,  co  mogłoby  ją  powiększyć.  Niedawno  Yfra  próbowała  złożyć  wizytę  na 

Yavinie Cztery, ale kiedy przyjaciele Tenel Ka zostali uprowadzeni przez Akademię Ciemnej 

Strony,  dziewczyna  poleciała  z  mistrzem  Skywalkerem,  aby  ich  ratować.  Wojowniczka  z 

Dathomiry  nie  była  rozczarowana  faktem,  że  nie  spotka  się  z  panią  ambasador  Yfra,  która 

background image

musiała  odwołać  wizytę.  Tenel  Ka  nigdy  nie  ufała  wysłanniczce  babki  ani  jej  nie  lubiła, 

chociaż nie potrafiłaby powiedzieć, dlaczego. 

-  Czy  czujesz  się  chociaż  trochę  lepiej,  moja  droga?  -  zapytała  pani  ambasador  z 

przyprawiającą o mdłości nieszczerością. - Chciałabyś ze mną porozmawiać? 

- Nie - odparła stanowczo Tenel Ka. - Dziękuję. - Po chwili jednak ciekawość zaczęła 

łaskotać jej odrętwiały umysł i dziewczyna zapytała: - Dlaczego właśnie ty zostałaś wybrana, 

żeby towarzyszyć mi w podróży do domu? 

-  Prawdę  mówiąc  -  odparła  Yfra,  unikając  spojrzenia  w  oczy  wojowniczki  -  nie  tyle 

zostałam  wybrana,  ile...  byłam  pod  ręką.  Kiedy  twoja  babka  otrzymała  wiadomość  o  tym... 

nieszczęśliwym  wypadku,  przebywałam  w  sąsiednim  systemie,  gdzie  zajmowałam  się 

sprawami wagi państwowej. 

Posłuchaj,  moja  droga  -  ciągnęła,  zmieniając  temat.  -  Za  kilka  godzin  wyjdziemy  z 

nadprzestrzeni. Jeżeli zatem jest coś, co tymczasem mogłabym dla ciebie zrobić... 

-  Owszem,  jest  -  przerwała  Tenel  Ka,  jak  zwykle  stanowcza  i  bezpośrednia.  - 

Chciałabym zostać teraz sama. 

Jeżeli  pani  ambasador  Yfra  poczuła  się  urażona  tą  nieco  obcesową  odpowiedzią, 

ukryła swoje uczucia bardzo dobrze. 

-  Ależ  oczywiście,  moja  droga  -  odrzekła  równie  wdzięcznie,  co  nieszczerze.  - 

Przeszłaś  przecież  prawdziwe  piekło.  -  Spojrzała  znacząco  na  kikut  ręki  dziewczyny  i  z 

aktorską wprawą udała, że nie wzdryga się z obrzydzenia.  - Musisz teraz czuć się po prostu 

strasznie. 

Powiedziawszy  to,  wyszła  z  pomieszczenia.  Zostawiła  Tenel  Ka  czującą  się  jeszcze 

gorzej  niż  poprzednio...  co  może  właśnie  było  zamierzonym  celem  wizyty  pani  ambasador. 

Bezlitosna zauszniczka babki dziewczyny była wyjątkowo zręczną manipulantką. 

Tenel  Ka  popatrzyła  na  kikut  lewej  ręki...  na  to,  co  z  niej  pozostało  po  eksplozji 

świetlnego miecza. Nie było żadnej szansy uratowania odciętej części, żeby później przyszyć 

ją  i  pozwolić,  by  rana  zagoiła  się  w  zbiorniku  bacta.  Dziewczyna  poczuła  się  tak,  jakby 

straciła część siebie. 

Jak  będzie  mogła  być  teraz  prawdziwą  wojowniczką?  Nie  może  nawet  twierdzić,  iż 

odniosła  tę  ranę  w  honorowej  walce.  Prawdę  mówiąc,  zawdzięczała  j  ą  własnej  dumie.  I 

pośpiechowi.  I  głupocie.  Gdyby  tylko  staranniej  wybrała  podzespoły  użyte  do  budowy 

miecza... Gdyby trochę uważniej umieściła je we wnętrzu rękojeści... 

Przekonana o tym, że zwycięstwo w walce zależy jedynie od fizycznych umiejętności, 

nie zadała sobie wystarczająco dużo trudu podczas konstruowania własnej broni rycerza Jedi. 

background image

Nawet  wówczas,  kiedy  ćwiczyła,  dumna  i  wyniosła,  polegała  wyłącznie  na  sile  fizycznej  i 

zręczności. Starała się nie posługiwać Mocą, chyba że nie miała innego sposobu osiągnięcia 

zamierzonego celu. 

A teraz? Co się stało z jej fizyczną siłą i sprawnością? Jakim cudem będzie mogła się 

wspinać po murach, posługując się jedynie cienką linką, zakończoną wytrzymałą kotwiczką? 

Jak  będzie  mogła  wejść  na  drzewo?  Albo  polować?  Albo  pływać?  Nie  potrafiła  przecież 

nawet  zapleść włosów!  Kto będzie darzył  szacunkiem rycerza Jedi  władającego tylko  jedną 

ręką? 

Pogrążona  w  ponurych  myślach,  dziewczyna  nawet  nie  zauważyła,  kiedy  zasnęła. 

Obudziła się na odgłos pukania do drzwi luksusowej kabiny. 

- Moja droga, czy nadal odpoczywasz? - usłyszała modulowany głos pani ambasador 

Yfry.  -  Najwyższy  czas,  żebyś  opuściła  kabinę.  Jesteśmy  prawie  w  domu.  Zbliżamy  się  do 

Hapes. 

Tenel  Ka  potrząsnęła  głową,  aby  szybciej  się  obudzić.  Wstała  i  spojrzała  przez 

otaczające  ją  iluminatory.  „Piorunujący  Duch”  już  nie  przelatywał  przez  nadprzestrzeń. 

Wahadłowiec  był  otoczony  przez  słońca  i  planety  tworzące  gromadę  gwiezdną  Hapes. 

Przypominały  garście  tęczowych  klejnotów  z  Gallinore,  rozrzuconych  na  kosztownym 

czarnym aksamicie. 

- W domu - powtórzyła Tenel Ka. 

Przerażenie,  jakie  czuła  do  tej  chwili,  zamieniło się  w  bryłę  lodu,  która  spoczęła  na 

samym dnie jej żołądka. Dziewczyna pomyślała, że odtąd ta planeta może naprawdę stać się 

jej domem. 

 

Potężne  wojenne  okręty,  hapańskie  Bitewne  Smoki,  pojawiły  się  jakby  znikąd,  aby 

eskortować mały wahadłowiec w drodze na lądowisko. Kiedy „Piorunujący Duch” w końcu 

wylądował, Tenel Ka zeszła po opuszczonej rampie i stanęła na płycie. Rozejrzała się, czując 

ożywienie po raz pierwszy od chwili wypadku. Wypatrując rodziców, spoglądała w prawo i w 

lewo.  Zdumiała  się,  kiedy  stwierdziła,  że  jedyną  krewną,  która  wyszła  na  jej  powitanie, 

okazała się jej babka, Ta’a Chume. 

Była  monarchini,  otoczona  dużą  grupą  strażników  odzianych  w  paradne  stroje, 

zbliżyła  się,  pragnąc  powitać  wnuczkę.  Tenel  Ka  musiała  przez  chwilę  cierpieć  katusze, 

zamknięta w jej objęciach, a później być świadkiem kilku innych gestów mających świadczyć 

o czułości. Pamiętała jednak, że babka nigdy nie brała jej w objęcia, kiedy były same. 

- Dlaczego nie przybyli moi rodzice? - zapytała. 

background image

- Zostali wysłani - odpowiedziała gładko Ta’a Chume. - W bardzo pilnej i ściśle tajnej 

dyplomatycznej... misji. Tylko ja i moja najbardziej zaufana powierniczka wiemy, gdzie teraz 

przebywają.  -  Uczyniła  gest  w  stronę  jednego  z  członków  świty,  który  natychmiast 

pospieszył, by narzucić królewski płaszcz na ramiona dziewczyny. Jego grube i miękkie fałdy 

ukryły  ręce  wojowniczki.  Tenel  Ka  poczuła,  że  nie  ma  dość  siły,  by  się  przeciwstawić.  - 

Zapewniam cię jednak - ciągnęła babka - że twoi rodzice powrócą tak szybko, jak bada mogli. 

Po  chwili  pojawiło  się  ośmiu  bardzo  skąpo  odzianych  służących,  którzy  przynieśli 

dwa ogromne wyściełane trony, przeznaczone dla księżniczki i jej babki. Tenel Ka usiadła i 

dopiero  wówczas  zauważyła  następnych  co  najmniej  dwudziestu  stojących  na  obrzeżach 

lądowiska  przystojnych  służących.  Zamknęła  oczy  i  westchnęła.  Mogła  była  tego  się 

spodziewać.  Wyglądało  na  to,  że  podczas  nieobecności  rodziców  dziewczyny,  Ta’a  Chume 

postanowiła  powitać  wnuczkę  z  wszelkimi  możliwymi  honorami  -  zapewne  dlatego,  by 

pokazać pragnącej zostać rycerzem Jedi dziewczynie, jak wspaniale jest być osobą należącą 

do królewskiego rodu. 

Tenel Ka nie była tym zachwycona. 

Trzej  krzepko  zbudowani  młodzieńcy,  odziani  tylko  w  przepaski  biodrowe,  zajęli 

miejsca na samym środku lądowiska i zaczęli dawać pokaz akrobatycznych umiejętności. Inni 

służący,  stojący  nieco  z  boku,  wyciągnęli  instrumenty  strunowe  i  flety,  by  akompaniować 

akrobatom podczas ćwiczeń. Obserwująca pokaz była monarchini pochyliła głową w stronę 

wnuczki i mruknęła: 

- Nawet nie wiesz, jakie masz szczęście. 

Zdumiona Tenel Ka zamrugała. 

Jej babka wykonała zamaszysty gest, jakby chciała objąć nim całe lądowisko. 

-  Wszystko,  co  widzisz  -  Hapes  i  sześćdziesiąt  dwa  inne  światy  -  czekaj  ą  tylko  na 

twoje  rozkazy.  -  W  głosie  kobiety  pojawiła  się  nuta  perswazji.  -  Niewielu  spośród  tych, 

którym nie udaje się zostać rycerzami Jedi, czeka taka miła perspektywa. W przeciwieństwie 

do  broni,  z  którą  trzeba  stawać  do  walki,  sprawowanie  politycznej  władzy  nie  wymaga 

posługiwania się obiema rękami. 

Tenel  Ka  skrzywiła  się,  nie  tylko  dlatego,  by  wyrazić  opinię  o  niesprawiedliwym 

stwierdzeniu  babki,  iż  nie  udało  się  jej  zostać  rycerzem  Jedi.  W  tej  samej  chwili  jeden  z 

akrobatów  wykonał  podwójne  salto  -  figurę,  którą  wykonywała  nieskończoną  ilość  razy  i 

którą  miała  zamiar  wykonać  jeszcze  nie  raz.  Kiedy  codziennie  ćwiczyła,  przebywając  w 

akademii  Jedi,  wykonywała  także  przewroty  w  tył  i  w  przód,  młynki  i  zwyczajne  salta. 

Akademia Jedi... Już teraz zaczynała za nią tęsknić. 

background image

Jeszcze jedna rzecz, jakiej nigdy nie będę mogła robić - pomyślała, zaciskając wargi w 

ponurą linię. 

Zamiast  tego  postanowiła  skupić  się  na  przyglądaniu  twarzy  akrobaty.  Młodzieniec 

był  naprawdę  urodziwy,  ale  w  tej  chwili  Tenel  Ka  zamieniłaby  widok  twarzy  wszystkich 

strażników i służących stojących na lądowisku na chociażby przelotny błysk oblicza kogoś z 

grona przyjaciół: Jacena, Jainy, Lowbaccy czy nawet mistrza Skywalkera... 

-  Wiesz,  co?  -  odezwała  się  babka,  ponownie  zbliżając  usta  do  ucha  dziewczyny, 

jakby dopiero teraz taka myśl przyszła jej do głowy. - Możliwe, że twoja rana jest sposobem, 

w  jaki  Moc  pragnie  dać  ci  do  zrozumienia,  iż  nigdy  nie  miałaś  zostać  rycerzem  Jedi...  że 

twoim przeznaczeniem było zawsze rządzenie gromadą gwiezdną Hapes. 

Tenel Ka poczuła, że powietrze z głośnym sykiem opuszcza jej płuca. Miała wrażenie, 

że  na  jej  brzuch  skoczył  wielki  rankor.  Zastanawiała  się  jednak,  czy  może  po  raz  pierwszy 

babka nie ma racji. 

background image

ROZDZIAŁ 9 

 

Ogromna komnata audiencyjna świątyni na Yavinie Cztery miała taką dobrą akustyką, 

że  do  uszu  wszystkich  słuchaczy  docierało  każde  słowo  szepnięte  na  podwyższeniu.  Dziś 

jednak  na  podium,  widocznym  w  przeciwległym  kącie  sali,  nie  zajmował  miejsca  żaden 

wykładowca. Jaina szła powoli i niepewnie. Wielkie pomieszczenie było całkiem opustoszałe, 

jeżeli nie liczyć Jacena i Lowiego, siedzących na kamiennej ławie blisko podwyższenia. 

Nie,  nie  całkiem  opustoszałe.  Umysł  Jainy  wypełniały  wizerunki  dumnej  i  pewnej 

siebie wojowniczki z Dathomiry: Tenel Ka wznoszącej czarką w geście przyjaźni, Tenel Ka 

zaplatającej  długie  włosy  i  przygotowującej  się  do  rozpoczęcia  ćwiczeń  Jedi,  Tenel  Ka 

wspinającej  się  po  zewnętrznym  murze  wielkiej  świątyni...  podciągającej  się  bez  wysiłku, 

ręka za ręką. Posługując się Mocą, Jaina wyczuwała, że podobne myśli przelatują przez głowę 

jej brata bliźniaka. 

Dosłownie  kilka  chwil  po  tym,  kiedy  dziewczyna  zajęła  miejsce  obok  Jacena,  przez 

drzwi  w  bocznej  ścianie  weszła  instruktorka  i  historyczka  Jedi,  Tionna.  Podeszła  i  stanęła 

przed trojgiem siedzących uczniów. Jaina wyczuła, że na widok srebrzystowłosej Jedi nastrój 

jej  brata  uległ  wyraźnej  poprawie.  Tionna  zawsze  uczyła  ich,  że  powinni  szukać  wielu 

rozwiązań  problemu,  starać  się  wybrać  najlepsze  rozwiązanie  i  na  wszystko  spoglądać  z 

różnej perspektywy. Jak zawsze, dziewczyna była urzeczona kryjącą się w perłowych oczach 

instruktorki  mądrością  zdobytą  w  ciągu  wielu  lat  studiowania  opowieści,  legend  i  nauk 

starożytnych rycerzy Jedi. 

Kiedy Tionna przemówiła, jej głos zabrzmiał, jak zwykle, miękko i melodyjnie. 

- Mistrz Skywalker prosił mnie, żebym... pomogła wam czynić postępy we władaniu 

świetlnymi mieczami. 

Jaina  niespokojnie  się  poruszyła,  nie  chcąc  nawet  myśleć  o  śmiercionośnej  broni, 

którą przypięła do pętli u pasa pomarańczowego kombinezonu. 

Tionna gestem ręki zachęciła troje siedzących uczniów, by wstali. 

- Proszę, wejdźcie teraz na podwyższenie, gdzie będziecie mieli więcej miejsca. 

Jacen i  Lowie  zaczęli  wchodzić po kamiennych  stopniach, ale Jaina się ociągała, nie 

będąc pewna, czy mogłaby sprzeciwić się woli instruktorki. Kiedy jednak Tionna obdarzyła 

dziewczynę cierpliwym, wyrozumiałym uśmiechem, po czym zachęciła japo raz drugi, Jaina 

poszła w ślady brata i Wookiego. 

background image

Przy  każdym  kroku  czuła,  że  rękojeść  świetlnego  miecza  obija  się  o  jej  biodro, 

przypominając o ponurej rzeczywistości. Serce przerażonej dziewczyny waliło jak młotem, a 

na  karku  i  czole  wystąpiły  krople  lodowatego  potu.  Jaina  uświadamiała  sobie  teraz  bardzo 

dobrze, że kontynuowanie ćwiczeń świetlnym mieczem będzie nawet jeszcze trudniejsze, niż 

się  spodziewała.  Spoglądając  na  mocno  zaciśnięte  zęby  brata,  rozumiała,  że  Jacen  także 

zmaga  się  z  ogarniającym  go  przerażeniem.  Chłopiec  musiał  się  zorientować,  co  odczuwa 

jego siostra, gdyż odwrócił się i obdarzył j ą niepewnym uśmiechem. 

- Chcesz usłyszeć dobry dowcip? - zapytał cicho. 

Dziewczyna zmusiła się do uśmiechu. 

- Czemu nie? 

Jej odpowiedź zdumiała Jacena, który stanął na chwilę, aby zebrać myśli. 

-  No,  dobrze  -  odezwał  się  w  końcu.  -  Dlaczego  android--mechanik  nie  jest  nigdy 

samotny? 

Jaina  wzruszyła  ramionami.  Znała  brata  tak  dobrze,  iż  wiedziała,  że  nie  powinna 

nawet próbować odpowiadać. 

- Ponieważ zawsze naprawia nowych przyjaciół! 

Dziewczyna  zachichotała,  choć  właściwie  nie  wiedziała,  dlaczego.  Była  jednak 

wdzięczna bratu za to, że pozwolił jej chociaż trochę się odprężyć. Lowie także szczeknął na 

znak, że jest rozbawiony. W policzkach Tionny pojawiły się niewielkie dołki, a jej perłowe 

oczy  rozjarzyły  się  aprobującym  błyskiem.  Było  jasne,  że  instruktorka  dobrze  rozumie,  jak 

ciężko musi być teraz wszystkim trojgu uczniom. 

Następnie Tionna rozstawiła ich co dwa metry w ten sposób, aby byli zwróceni w tę 

samą  stronę,  po  czym  poleciła  im  ćwiczyć  samymi  rękojeściami,  bez  włączania 

energetycznych kling świetlnych mieczy. Jaina oczyściła umysł ze wszystkich innych myśli i 

starała się naśladować płynne, wyraziste gesty Tionny. Miała wrażenie, że uczy się ruchów i 

kroków nowego tańca. 

Zapewne  zadowolona  z  postępów,  instruktorka  Jedi  zakończyła  ćwiczenia  i  stanęła 

przed  Lowbacca.  Gestem  dała  znak  Jainie,  by  stanęła  obok  niej,  zwrócona  twarzą  w  stronę 

Jacena. Przycisnęła guzik wyzwalający ostrze własnego świetlnego miecza. Z rękojeści broni 

wyskoczyła iskrząca się energią świetlista klinga. 

- Proszę, zapalcie teraz swoje miecze - poleciła. 

Chociaż przez twarz Jacena przemknęła zmarszczka niepewności, chłopiec po chwili 

zapalił własne szmaragdowozielone ostrze. Następnie, z cichym sykiem, ukazała się złocista 

background image

klinga  Lowiego, mająca  barwę roztopionego brązu. Młody Wookie nie uniósł  jednak ostrza 

broni. 

-  Och,  niech  pan  będzie  ostrożny,  panie  Lowbacco  -  odezwał  się  Em  Teedee, 

przyczepiony  do  pasa  na  biodrze  właściciela.  -Wie  pan  przecież,  że  moje  obwody  są 

nadzwyczaj delikatne. 

Jaina  przygryzła  dolną  wargę,  zamknęła  oczy  i  przycisnęła  guzik,  umieszczony  w 

rękojeści swojego miecza. Ostrze z głośnym sykiem obudziło się do życia. Jaskrawofloletowa 

łuna,  w  połączeniu  z  blaskiem  bijącym  od  trzech  innych  energetycznych  kling,  przeniknął 

nawet  przez jej zamknięte powieki,  zalewając umysł  dziewczyny falą oślepiająco barwnych 

wspomnień. 

Fiolet. Kolor oczu złowieszczej Siostry Nocy Tamith Kai. 

Srebro.  Barwa  fałdzistych  szat  Brakissa.  Akademia  Ciemnej  Strony.  Jacen  i  Jaina 

walczący ze sobą pod osłoną maskujących hologramów. Jakikolwiek błąd, popełniony przez 

jedno z nich, mógł zakończyć się śmiercią. 

Brąz.  Niemal  w  tym  samym  odcieniu  co  barwa  złocistorudych  włosów  Tenel  Ka. 

Odcięta  ręka  dziewczyny.  Palce  wciąż  jeszcze  zaciśnięte  na  rękojeści  świetlnego  miecza, 

który po chwili z hukiem eksploduje. Przerażenie malujące się na twarzy wojowniczki, kiedy 

szmaragdowa klinga broni przeniknęła przez jej ramię. 

Szmaragdowa  zieleń.  Odcień  otoczonych  ciemniejszymi  pierścieniami  tęczówek 

Zekka.  Jej  były  przyjaciel  z  Coruscant,  który  właśnie  teraz  przebywa  w  Akademii  Ciemnej 

Strony. Uczy się i ćwiczy, jak władać ciemną stroną Mocy i jak służyć Drugiemu Imperium. 

A  jeżeli  Drugie  Imperium  zgodnie  ze  swoim  planem  zaatakuje  Nową  Republikę  -  tę  samą 

Nową Republikę, której Jacen, Jaina i inni uczniowie Luke’a Skywalkera przysięgali bronić - 

będzie musiała przygotować się do walki. Jak mogłaby nie stanąć do walki w obronie Nowej 

Republiki, skoro jej matka pełniła funkcję przywódczyni? 

Czy będzie musiała chwycić miecz świetlny i walczyć z Zekkiem, aby obronić przed 

nim własną matkę? 

Jaina wydała cichy okrzyk i wyłączyła świetliste ostrze, a potem upuściła rękojeść na 

kamienną  płytę  podwyższenia.  Cofnęła  się,  jakby  nagle  metalowy  cylinder  zamienił  się  w 

smoka kryat. W chwilę później, jak na rozkaz, zgasły ostrza wszystkich innych mieczy. Jaina 

wzdrygnęła się, chociaż poczuła prawdziwą ulgę. 

Tionna  popatrzyła  z  powagą  na  troje  młodych  podopiecznych,  po  kolei  kierując  na 

nich  perłowe  oczy.  Pochyliła  się,  by  podnieść  porzuconą  broń  Jainy,  a  później  usiadła  na 

zimnych kamieniach podwyższenia i powiedziała: 

background image

- Usiądźcie, proszę. Chciałabym opowiedzieć wam pewną historię. 

Jacen, Jaina i Lowbacca przysiedli jak najbliżej instruktorki Jedi, zapewne ciesząc się, 

że mogą dotrzymywać jej towarzystwa. Tymczasem Tionna wyprostowała się i oparła wiotkie 

ręce  na  kolanach.  Snując  opowieść,  od  czasu  do  czasu  nimi  poruszała,  jakby  tkała  przed 

oczami słuchaczy niewidzialny gobelin. 

- Przed wieloma tysiącami lat, kiedy na świecie panowało wielkie zło i wielkie dobro - 

zaczęła Tionna, a jej głęboki, melodyjny głos rozbrzmiał echem w wielkiej sali - żyła kobieta, 

która nazywała się Nomi Sunrider. Jej mąż, Andur, ćwiczył, pragnąc zostać rycerzem Jedi. 

Pewnego  razu  Nomi  i  jej  mąż  wyruszyli  w  drogę,  aby  złożyć  garść  cennych 

adegańskich  kryształów  w  darze  nowemu  mistrzowi  Andura,  ale  zostali  napadnięci  przez 

grupę  chciwych  bandytów,  którzy  zamordowali  męża  Nomi  i  próbowali  ukraść  kryształy. 

Kiedy kobieta zorientowała się, że jej mąż nie żyje, chwyciła jego świetlny miecz i wywarła 

na  mordercach  Andura  krwawą  zemstę.  Gdy  uświadomiła  sobie,  co  zrobiła,  przepełniła  ją 

taka odraza, że przysięgła nigdy więcej nawet nie dotykać rękojeści broni. 

Pragnąc  spełnić  ostatnie  życzenie  umierającego  męża,  Nomi  przekazała  drogocenne 

kryształy  jego  mistrzowi  Jedi.  Przez  jakiś  czas  przebywała  u  niego,  opiekując  się  małą 

córeczką Vimą, po czym zaczęła ćwiczyć, pragnąc także zostać rycerzem Jedi. Uczyła się i 

wzrastała  w  mądrości  i  umiejętności  władania  Mocą,  ale  nadal  wzdragała  się  przed 

dotykaniem miecza świetlnego, mimo iż jest to broń rycerzy Jedi. 

Nadszedł  jednak  taki  dzień,  kiedy  stwierdziła,  że  sama  władza  nad  Mocą  nie 

wystarczy  do  obrony  bliskich,  kochanych  ludzi.  Pragnąc  ocalić  i  mistrza  Jedi,  i  córkę, 

ponownie sięgnęła po miecz świetlny i walczyła nim w obronie tego, co uważała za słuszne i 

sprawiedliwe. 

Tym razem dobrze rozumiała sens i znaczenie posługiwania się bronią Jedi - i od tego 

dnia  walczyła,  korzystając  z  całej  potęgi  jasnej  strony  Mocy.  Nigdy  jednak  pochopnie  nie 

wysuwała świetlistej klingi, chociaż wiedziała, że czasami bywa to konieczne. Pogodziła się z 

tym i została potężnym rycerzem Jedi. Była dzielną, waleczną wojowniczką. 

Kiedy opowiadana przez Tionnę historia dobiegła końca, Jaina wzięła głęboki oddech. 

Ocknęła się, wychodząc niemal z transu, w jaki zawsze zapadała, kiedy słuchała opowiadań 

instruktorki. Uświadomiła sobie, że gdzieś zniknęła większa część przerażenia, które jeszcze 

niedawno  odczuwała.  Mimo  to  mięśnie  miała  nadal  tak  zmęczone  i  obolałe,  jakby  sama 

stawała do wszystkich walk, toczonych mieczem świetlnym przez Nomi Sunrider. 

Poczuła, że w jej dłoń wślizguje się coś ciężkiego i masywnego. Spojrzała na palce i 

stwierdziła, że trzyma rękojeść świetlnego miecza, wsuniętą przez Tionnę. 

background image

-  Na  razie  nie  musisz  włączać  broni  -  odezwała  się  łagodnie  instruktorka  Jedi, 

spoglądając prosto w oczy Jainy. - Uważam, że na dzisiaj macie dosyć ćwiczeń. 

background image

ROZDZIAŁ 10 

 

Zirytowana Tenel Ka stwierdziła, że lekarze są urodzonymi natrętami. 

Piąta  nadworna  lekarka,  jaka  odwiedziła  ją  w  ciągu  takiej  samej  liczby  godzin,  nie 

przestawała przekonywać dziewczyny spokojnym,  protekcjonalnym  tonem.  Przyznawała, że 

Tenel  Ka  ma  absolutną  rację  nie  chcąc  mieć  topornej  kończyny  w  rodzaju  tych,  w  jakie 

wyposaża się androidy. Tłumaczyła jednak, że dziewczyna nie powinna mieć nic przeciwko 

biomechanicznej  protezie,  do  złudzenia  przypominającej  prawdziwą  rękę.  (Wszystko 

wskazywało na to, że lekarze znają ją lepiej niż ona sama.) Rozdrażniona Tenel Ka uniosła w 

końcu  kikut  ręki  na  znak,  że  się  poddaje,  i  pozwoliła  lekarce  czynić  swoją  powinność. 

Kobieta  sprawiała  wrażenie  zadowolonej  z  siebie  i  ani  trochę  nie  zdumionej  faktem,  że 

wojowniczka wreszcie wyraziła zgodę. 

Lekarka skinęła na jednego z pielęgniarzy. Mężczyzna podszedł i zaczął dokonywać 

pomiarów  długości  i  obwodu  kikuta  lewej  ręki  księżniczki.  Następnie  jakaś  pani  inżynier 

przymocowała  elektrody  czujników  na  pokrytej  bliznami  skórze  i  zajęła  się  wysyłaniem 

krótkich elektrycznych impulsów w głąb ciała - w celu zmierzenia przewodności nerwów, jak 

oznajmiła dziewczynie. 

W  tym  czasie  pielęgniarz  umieścił  prawą  rękę  Tenel  Ka  w  holograficznej  komorze 

obrazowej.  Za  każdym  razem,  kiedy  pani  inżynier  wysyłała  kolejny  impuls  w  głąb  kikuta, 

pielęgniarz  prosił,  by  siedziała  nieruchomo,  i  uspokajająco  poklepywał  wojowniczkę  po 

ramieniu.  Mężczyzna  z  prawdziwą  dumą  wyjaśnił  jej,  w  jaki  sposób  obraz,  uzyskany  w 

holograficznej  komorze,  zostanie  odwrócony  w  celu  uzyskania  wzorca,  według  którego 

sporządzi się odlew jej nowej biosyntetycznej protezy. 

Jak dzieci, pozbawione opieki starszych i pozostawione samym sobie na bazarze przy 

stoisku  z  łakociami,  lekarki  i  pielęgniarze  krążyli  po  komnacie,  wydając  polecenia  i 

przygotowując się do zabiegu. 

Tenel  Ka  nie  zwracała  uwagi  na  harmider,  wywołany  przez  wiele  osób  mówiących 

naraz, i pogrążyła się we własnych myślach. 

Jej  rodzice  wywodzili  się  z  dwóch  potężnych  rodów:  jednego  z  Hapes  i  drugiego  z 

Dathomiry.  Dziewczyna  od  dawna  zatem  wiedziała,  jaka  krew  płynie  w  jej  żyłach.  Miała 

filozofię  życia  wyrytą  w  mózgu  równie  czytelnie  jak  poglądy  na  temat  pochodzenia, 

lojalności i przyjaźni, a nawet własnych możliwości fizycznych - i, rzecz jasna, ograniczeń. 

background image

Czy  jeżeli  którykolwiek  z  tych  pewników  się  zmieni,  wszystkie  inne  także  ulegną 

zmianie? 

Od najmłodszych lat rodzice Tenel Ka wychowywali córkę w taki sposób, by umiała 

samodzielnie podejmować decyzje. Mówili jej, żeby przedtem dobrze wszystko przemyślała, 

kierując się w równej mierze faktami, rozsądkiem i osobistymi przekonaniami. Dziewczyna 

nie miała zatem zwyczaju siedzieć bezczynnie i czekać, aż inni zdecydują za nią. A jednak, 

od chwili, gdy straciła rękę, czyż właśnie nie siedziała bezczynnie i nie czekała, aż inni coś 

postanowią? 

Niemal nie zareagowała, kiedy pani ambasador Yfra przyleciała w środku nocy, żeby 

potajemnie zabrać ją z akademii Jedi i odlecieć z Yavina Cztery. W ciągu kilku ostatnich dni 

pobytu  na  Hapes  pozwoliła,  żeby  babka  decydowała  o  tym,  co  dziewczyna  będzie  robiła, 

gdzie  chodziła  i  z  kim  rozmawiała,  kiedy  szła  spać,  co  jadła  i  w  co  się  ubierała.  A  teraz 

dumna wojowniczka, która zawsze polegała na sile własnych mięśni i zawsze decydowała o 

tym, co zrobi, pozwalała dopasowywać sobie biomechaniczną protezę. 

Czy naprawdę tak bardzo się zmieniła? 

Moc stanowiła jakąś cząstkę także j ej ciała. Przepływała przez nią w ten sam sposób, 

w  jaki  płynęła  w  żyłach  rodziców.  Sztuczna  ręka  nie  była  wszakże  częścią  j  ej  organizmu. 

Jeżeli  zgodzi  się  nosić  protezę,  tym  samym  pozwoli,  by  utrata  ręki  zmieniła  ją  o  wiele 

bardziej, niż można byłoby sądzić od pierwszego rzutu oka. Co więcej, nie będzie to zmiana 

na lepsze. Dziewczyna wiedziała, że jeżeli komukolwiek pozwoli się zmienić w jakiś sposób, 

chciałaby stać się dzięki temu silniejsza albo mądrzejsza. 

Z zamyślenia wyrwało ją brzęczenie serwomotorów. Tenel Ka uniosła głowę i ujrzała 

lekarkę  i  panią  inżynier,  trzymającą  groteskową  metalową  rękę.  Kończynę  androida.  Jej 

widok  przypomniał  dziewczynie  toporną  protezę,  którą  podobno  dano  byłemu  pilotowi 

myśliwca  typu  TIE,  Qorlowi,  by  posługiwał  się  nią  od  chwili,  kiedy  wrócił  na  służbę 

Drugiego Imperium. Tenel Ka pokręciła głową, wyrażając niemy sprzeciw. 

- To, rzecz jasna, tylko prowizoryczne rozwiązanie - odezwała się lekarka tym samym 

doprowadzającym  do  szału  protekcjonalnym  tonem,  co  poprzednio.  -  Tylko  po  to,  żebyś 

przyzwyczaiła się do czasu, kiedy będziemy mogli zsyntetyzować biomechaniczną rękę. 

Tenel Ka właśnie w tej chwili uzmysłowiła sobie, że właściwie wcale tak bardzo się 

nie zmieniła. Pogodziła się z faktem, że odtąd będzie posługiwała się Mocą, jeżeli zaistnieje 

taka  potrzeba.  Nie  sprzeciwi  się,  żeby  Moc  pomagała  jej  w  tej  czy  w  innej  sprawie.  Nie 

zgadzała się jednak, aby na jej życie miała wpływ maszyna. 

background image

- Nie - wychrypiała cicho, kiedy lekarka podeszła, by przymocować metalową protezę 

do  kikuta.  Pani  inżynier  niepewnie  cofnęła  się  o  krok,  ale  lekarka  zachowywała  się,  jakby 

Tenel Ka nie odezwała się ani słowem. 

-  To  część  procesu,  dzięki  któremu  poczujesz  się  znów  sobą-rzekła  nadal  tak  samo 

protekcjonalnie. - W tej chwili właśnie takiej protezy najbardziej potrzebujesz. 

- Nie - powtórzyła Tenel Ka, buntowniczo zaciskając zęby. W jej piersi wezbrał gniew 

na  myśl  o  tym,  że  zarozumiała  i  arogancka  pani  doktor  śmie  twierdzić,  iż  wie,  co  jest  dla 

dziewczyny najodpowiedniejsze. 

Kobieta pokręciła głową i pochyliła się, jakby strofowała małe dziecko. 

- Posłuchaj - powiedziała. - Zgodziłaś się przecież, że dostaniesz nową rękę... 

-  Zmieniłam  zdanie  -  odparła  dziewczyna.  Zgrzytnęła  zębami,  usilnie  starając  się 

utrzymać gniew na wodzy. 

Usta  pani  doktor  nadal  rozciągały  się  w  uśmiechu,  ale  z  oczu  kobiety  wyzierało 

ponure zdecydowanie... dowodzące, że lekarka nigdy w życiu nie pozwoli, by ktokolwiek się 

jej sprzeciwiał - a już w żadnym wypadku nie j e j pacjentka. Nie przestając paplać, gestem 

dała  znak  pani  inżynier,  by  pomogła  jej  przymocować  kończynę  androida  do  kikuta 

dziewczyny. Zapewne uważała, że czyniąc swoją powinność, potrafi pokonać wolę pacjentki 

siłą własnej woli. 

- Posługiwanie się biomechaniczną ręką nie przynosi nikomu żadnej ujmy - ciągnęła. - 

Nawet twój wielki mistrz Jedi, Luke Skywalker, posługuje się protezą. 

Tenel Ka musiała w duchu przyznać, że wybór, jakiego dokonał mistrz Skywalker, nie 

świadczy  bynajmniej  o  słabości.  Nie  sprawia,  że  jej  nauczyciel  jest  kimś  gorszym  czy 

uboższym. Zapewne musiał także przeżyć trudne chwile, zanim podjął właśnie taką decyzję. 

Teraz  ona  musi  podjąć  swoją.  Mistrz  Jedi  nie  wymagałby  od  niej,  żeby  postąpiła  wbrew 

własnej woli... tak samo jak nie wymagałby tego od niej nikt inny spośród ludzi otaczających 

ją tu, na Hapes. 

-  Nowa  ręka  będzie  wyglądała  prawie  tak  samo  jak  prawdziwa  -  tłumaczyła  pani 

doktor  irytująco  kojącym  tonem.  -  Musisz  wiedzieć,  że  twoja  babka  zgodziła  się  pokryć 

wszystkie koszty. 

Kiedy  chłodna  metalowa  kończyna  dotknęła  kikuta  ręki  dziewczyny,  ta  straciła  w 

końcu panowanie nad własnym gniewem. 

-  Nie!  -  krzyknęła,  nieświadomie  posługując  się  Mocą,  by  odepchnąć  od  siebie  i 

lekarkę, i panią inżynier. Kończyna androida jednak pozostała, przytwierdzona do jej skóry na 

podobieństwo zrakowaciałej narośli. - Powiedziałam: NIE! 

background image

Tym  razem  Tenel  Ka  świadomie  użyła  Mocy,  by  oderwać  protezę  od  kikuta  ręki. 

Odrzuciła ją w stronę najbliższej ściany. Proteza roztrzaskała się o kamienny mur z głośnym 

brzękiem,  a  zmiażdżone  podzespoły  bezwładnie  opadły  na  wyłożoną  płytkami  posadzkę 

komnaty. 

Wszyscy  obecni  w  pomieszczeniu  ludzie zaczęli chwytać  powietrze  jak  pozbawione 

wody ryby. Na dziewczynę skierowały się dziesiątki przerażonych, zalęknionych oczu. 

Tenel  Ka  czując,  że  jej  złość  minęła,  odezwała  się  znów  spokojnie,  chociaż 

stanowczo: 

- I mówiłam to poważnie. 

background image

ROZDZIAŁ 11 

 

Jacen  czuł,  że  z  jakiegoś  powodu,  którego  sam  nie  potrafił  określić,  zawodzenie 

silnika i drgania kadłuba małego skoczka typu T-23 zarazem drażnią go i koją. 

Em  Teedee,  jak  zwykle  towarzyszący  Lowiemu  w  ciasnej  kabinie,  zwiększył  moc 

wyjściową, żeby jego piskliwy głos mógł być słyszalny pomimo jęku silników. 

-  Naprawdę,  panie  Lowbacco,  nie  rozumiem,  jaki  sens  może  mieć  takie  latanie  nad 

dżunglą, zwłaszcza że nie zmierza pan do określonego celu. 

Lowie cicho warknął, a mały android-tłumacz natychmiast odpowiedział: 

-  Leczniczy?  Nie  rozumiem.  A  jeżeli  nawet,  wydaje  mi  się,  że  wykonywanie 

jakiegokolwiek ćwiczenia byłoby o wiele korzystniejsze niż latanie nad wierzchołkami drzew. 

Zamyślona  Jaina,  siedząca  w  ciasnej  kabinie  skoczka  na  fotelu  dla  pasażera, 

ustawionym obok fotela Lowiego, bawiła się rękojeścią świetlnego miecza. 

-  Prawdę  mówiąc,  próbowaliśmy  już  tego,  Em  Teedee  -  rzekła.  -  Ostatnio  jednak 

wygląda  na  to,  że  każde  ćwiczenie,  jakie  wykonujemy,  tylko  przypomina  nam  o  różnych 

rzeczach, o których chcielibyśmy zapomnieć. 

Jacen był zaskoczony, słysząc, że jego siostra odpowiada nieznośnemu androidowi tak 

samo  cierpliwie,  jak  uczynił  to  przed  chwilą  Lowie...  bez  cienia  irytacji,  jak  prawdziwa 

przyjaciółka. 

Pamiętał  o  tym,  że  upłynął  cały  dzień  od  chwili,  kiedy  któreś  z  nich  odważyło  się 

ponownie włączyć miniaturowe urządzenie. Zapewne wszyscy mieli nadzieję, że trajkotanie 

małego androida wypełni pustkę, o której żadne nie chciało nawet myśleć. 

Jacen  doszedł  do  wniosku,  że  mimo  to  jednak  czegoś  brakowało.  W  normalnych 

okolicznościach siedziałby, wciśnięty w kąt na bagaż znajdujący się za fotelem dla pasażera... 

Z  radością  znosiłby  tę  niewygodę,  gdyby  mogła  lecieć  z  nimi  Tenel  Ka,  zajmująca  zwykle 

jego obecne miejsce. 

-  O  rety!  -  odezwał  się  Em  Teedee.  -  Nie  do  wiary,  jak  mało  wrażliwe  potrafią  być 

moje  procesory!  Wszyscy  państwo  myśleliście  o  pani  Tenel  Ka,  prawda?  Strasznie  mi 

przykro. 

Jacen  ujrzał,  że  Lowie  wyciąga  rękę,  aby  delikatnie  poklepać  obudowę  androida. 

Wyglądało  na to,  że młody Wookie pragnie pocieszyć urządzenie. Teraz, kiedy Em Teedee 

zaczął  mówić  na  temat,  którego  przyjaciele  starali  się  nie  poruszać  w  rozmowach,  Jacen 

odczuł nieobecność wojowniczki z Dathomiry z jeszcze większą siłą. 

background image

- Już dobrze, Em Teedee - odezwała się Jaina. -.Wszyscy za nią tęsknimy. 

Jacen westchnął. 

- Jaka szkoda, że nie mogę z nią porozmawiać. 

Jaina, Lowie i Em Teedee po kolei przyznawali mu rację. W następnej chwili, jakby 

wszyscy omówili to zagadnienie i wyrazili zgodę, młody Wookie zatoczył skoczkiem łuk nad 

dżunglą i skierował maszynę z powrotem w stronę akademii Jedi. 

 

Mistrz  Luke  Skywalker  popatrzył  na  małego  baryłkowatego  robota.  Obaj  stanęli 

właśnie przed wrotami hangaru znajdującego się na najniższym poziomie wielkiej świątyni. 

-  Nie,  nic  mi  nie  jest,  Artoo  -  odparł,  odpowiadając  na  pytający  gwizd  automatu.  - 

Muszę tylko podjąć decyzję w pewnej sprawie. 

Zmarszczywszy brwi, mistrz Jedi zaczął przypominać sobie szczegóły bezpośredniego 

połączenia, jakie nawiązał niedawno z królewskim Pałacem Fontann na Hapes. Niestety, nie 

udało mu się porozmawiać ani z księciem Isolderem, ani z Teneniel Djo, rodzicami Tenel Ka. 

Zamiast  nich  na  ekranie  komunikatora  pojawił  się  wizerunek  twarzy  Ta’a  Chume, 

matriarchini  królewskiego  rodu.  Kobieta  oznajmiła  mu  bardzo  stanowczo,  że  rodzice 

dziewczyny  przebywają  daleko  od  systemu  gwiezdnego  Hapes  i  rozmowa  z  nimi  jest 

niemożliwa. Stwierdziła również, że młoda księżniczka wciąż jeszcze nie może otrząsnąć się 

z szoku, jaki przeżyła, wykonując ćwiczenia Jedi. Była monarchini oświadczyła, że absolutnie 

nie może być mowy o tym, aby pozwolono jej z kimkolwiek rozmawiać. Powiedziawszy to, 

Ta’a  Chume  bez  uprzedzenia  przerwała  połączenie,  co  sprawiło,  że  Luke  zaniepokoił  się 

jeszcze bardziej. 

Babka Tenel Ka nigdy nie pochwalała drogi życia, jaką obrała wnuczka. Ascetyczna 

starszawa  kobieta  zawsze  pragnęła,  aby  dziewczyna  stała  się  przebiegłym  i  podstępnym 

politykiem, z którego mogła być naprawdę dumna... kimś podobnym do niej. 

Luke  zastanawiał  się,  co  się  stanie,  jeżeli  babka  Tenel  Ka,  zamiast  pocieszać  i 

wspierać  dziewczynę  po  przeżytym  wstrząsie,  postanowi  wykorzystać  jej  słabość  do 

własnych celów. Nie mając obok siebie ani Teneniel Djo, ani Isoldera, u których znalazłaby 

duchowe  wsparcie,  Tenel  Ka  mogła  być  zbyt  przygnębiona,  odrętwiała  albo  oszołomiona, 

żeby  osobiście  decydować  i  dokonywać  wyborów.  Możliwe,  że  bez  zastanowienia 

zaakceptuje każdą decyzję, którą w jej imieniu podejmie stara matriarchini. 

Mistrz Skywalker pokręcił głową. Nawet jeżeli pominąć problemy natury politycznej, 

dziewczyna  nie  mogła  znaleźć  u  babki  należytego  wsparcia.  Luke  przypomniał  sobie  ścisłą 

więź, jaką czworo młodych przyjaciół zadzierzgnęło w ciągu wielu godzin wspólnej nauki i 

background image

ćwiczeń  w  akademii  Jedi.  Młoda  wojowniczka  z  Dathomiry  powinna  przebywać  teraz  w 

towarzystwie właśnie takich osób. Tenel Ka potrzebowała bezinteresownej troski, którą mogli 

otoczyć ją Jacen, Jaina i Lowbacca. 

Luke nie miał zamiaru wpływać na decyzję Tenel Ka w sprawie tego, czy dziewczyna 

pozostanie na Hapes, czy  powróci  na Yavin  Cztery. To powinno zależeć tylko  od niej.  Był 

także  pewien,  że  księżniczka  może  zaufać  każdemu  kompetentnemu  medycznemu 

androidowi, iż potrafi zatroszczyć się ojej fizyczną ranę. Wojowniczka potrzebowała jednak 

przyjaźni  i  wsparcia  ze  strony  trojga  przyjaciół,  żeby  zaleczyć  ranę  zadaną  jej  duchowi  i 

samodzielnie podjąć decyzją, jak ułożyć sobie dalsze życie. 

Luke  uśmiechnął  się,  kiedy  ujrzał,  jak  Lowbacca  manewruje  gwiezdnym  skoczkiem 

typu  T-23,  by  osadzić  go  w  hangarze  na  płycie  lądowiska.  Pozostali  młodzi  Jedi  także 

odnieśli duchowe rany. Mistrz Skywalker wyprostował się i ruszył w stronę skoczka. 

-  Wydaje  mi  się,  że  powinniśmy  dokonać  kilku  podstawowych  testów  na  pokładzie 

„Ścigacza Cieni”, Artoo - powiedział. - Musimy przygotować go do lotu. 

Mały  baryłko  waty  robot  zapiszczał  i  zaświergotał,  zadając  mistrzowi  Jedi  jakieś 

pytanie. 

- Tak - odrzekł Skywalker. - Już podjąłem decyzję. 

 

Od chwili kiedy Luke oznajmił, że mimo wszystko zabierze ich, aby mogli zobaczyć 

się z Tenel Ka, Jaina czuła przypływ krążącej w żyłach adrenaliny. Jak szalona pobiegła do 

komnaty,  porwała  czysty  kombinezon  i  kilka  innych  drobiazgów,  po  czym  zapakowała 

wszystko  razem  z  mieczem  świetlnym  do  niewielkiego  płóciennego  worka.  Wybiegła  z 

pomieszczenia,  przemknęła  po  rozbrzmiewających  echem  korytarzach  i  kamiennych 

schodach, ale kiedy znalazła się na lądowisku, na którym już czekał gotowy do startu statek, 

zorientowała się, że właściwie nie ma pojęcia, co zabrała. 

Chwilę  wcześniej  przez lądowisko  śmignął  Jacen.  Trzymając  zgarnięty  w  pośpiechu 

stos  czystych  ubrań  pod  jedną  pachą  i  miecz  świetlny  pod  drugą,  wbiegł  po  opuszczonej 

rampie,  wystającej  z  lśniącego  kadłuba  „Ścigacza  Cieni”.  Jaina  nie  zwolniła,  wbiegając  po 

rampie tuż za bratem. Jak zawsze, zachwycała się widokiem niewielkiego statku, a zwłaszcza 

kadłuba  pokrytego  błyszczącym  kwantowym  pancerzem.  Maszyna  była  kiedyś 

najnowocześniejszą  jednostką  skonstruowaną  w  imperialnej  stoczni.  Po  tym,  jak  mistrz 

Skywalker i Tenel Ka skorzystali z okazji, aby zabrać na pokładzie statku bliźnięta i Lowiego 

z Akademii Ciemnej Strony, Nowa Republika przekazała „Ścigacza Cieni” mistrzowi Jedi do 

osobistego użytku. 

background image

W końcu po rampie wbiegł Lowie, przytrzymując Em Teedee i miecz świetlny. Luke 

polecił wówczas Artoo-Detoo unieść pochylnię. „Ścigacz Cieni” oderwał się od lądowiska. 

Kiedy repulsory statku pozwoliły mu wznieść się wysoko nad polanę, Jainę przeniknął 

dreszcz  podniecenia.  Po  chwili  włączyły  się  silniki  napędu  podświetlnego  i  wkrótce 

porośnięty dziewiczą dżunglą mały księżyc przemienił się w szmaragdową kulę. Dziewczyna 

nie pamiętała niemal niczego, co działo się w ciągu kilku ostatnich gorączkowych chwil przed 

startem.  Rozejrzała  się  w  nadziei,  że  może  zauważy  coś,  co  pozwoliłoby  im  lecieć  jeszcze 

szybciej. 

Siedzący  za  nawigacyjną  konsoletą  Lowie  zaryczał  gromko,  co  zabrzmiało  jak 

pytanie. 

-  Nie,  jestem  pewien,  że  nie  -  odparł  Em  Teedee.  -  Mistrz  Luke  nie  potrzebuje, 

żebyśmy pomagali mu określać parametry trajektorii lotu, która pozwoli nam jak najszybciej 

dolecieć do celu. 

Jaina ujrzała, że wuj. odwrócił głowę i uśmiechnął się do młodego Wookiego. 

-  Za  kilka  minut  powinniśmy  osiągnąć  prędkość  światła  -powiedział.  -  Dlaczego  nie 

mielibyście odprężyć się i trochę odpocząć? 

Jaina  głęboko  odetchnęła  i  zaczęła  przyglądać  się  widocznym  przez  iluminator 

gwiazdom... podobnym do błyszczących klejnotów tonących w bezkresnym czarnym oceanie. 

W pewnej sekundzie każdy świetlisty punkcik zamienił się w długą jaskrawą linię. „Ścigacz 

Cieni” gładko wślizgnął się do nadprzestrzeni. 

Troje młodych uczniów Jedi stwierdziło jednak, że są zbyt podnieceni, aby udać się na 

odpoczynek.  Wszyscy  spędzili  pozostałą  część  podróży,  usiłując  się  czymś  zająć.  Jaina  i 

Lowie  mieli  właśnie  zdjąć  czołową  płytę,  kryjącą  panel  rufowych  stabilizatorów  ciągu,  aby 

przekonać się, jak funkcjonują, kiedy  Luke Skywalker oznajmił, że zbliżają się do rodzimej 

planety Tenel Ka. 

Troje przyjaciół natychmiast rzuciło się do sterowni. Kiedy zajęli miejsca na fotelach 

ustawionych  za  plecami  mistrza  Jedi,  Lowbacca  zmrużył  oczy  i  zaczął  przepatrywać 

widoczny przez iluminator system gwiezdny. Jaina zauważyła jednak, że na porośniętej długą 

rudobrązową sierścią twarzy Wookiego maluje się zdziwienie. Spojrzała przez iluminator, ale 

w pobliżu statku nie ujrzała żadnej planety, która mogła być Dathomirą. 

-  To  dziwne  -  odezwała  się  w  końcu.  -  Na  podstawie  opisów,  i  atlasów  gwiezdnych 

mogłabym przysiąc, że znajdujemy się. w systemie gwiezdnym Hapes. 

Jej wuj obrócił fotel pilota i popatrzył w oczy swoich uczniów. 

background image

-Rzeczywiście  przelatujemy  przez  system  gwiezdny  Hapes  -  oznajmił  z  powagą.  - 

Wydaje mi się, że najwyższy czas, abym zdradził wam pewną tajemnice.. Tenel Ka jest kimś 

więcej niż tylko prostą wojowniczką pochodzącą z zacofanego świata. 

background image

ROZDZIAŁ 12 

 

Barczysty i krzepki Norys, niedawny przywódca gangu Zagubionych, a obecnie nowy 

kandydat  na szturmowca, rozłożył  przed sobą na pryczy  wszystkie  części białego pancerza. 

Przez  chwilę  uważnie  się  im  przyglądał,  po  czym  zaczął  wkładać  błyszczącą  zbroję  -jedną 

część po drugiej - ciesząc się tą czynnością jak małe dziecko. 

Najpierw  włożył  buty,  twarde  i  odporne.  Później  nagolenniki,  osłony  łydek  i  płytki 

chroniące uda, a po nich pancerz osłaniający tors, naramienniki oraz części kryjące obie ręce. 

W końcu wsunął dłonie w giętkie, ale wytrzymałe rękawice. Czuł się, jakby jego ciało zostało 

umieszczone  we  wnętrzu  androida-mordercy,  chronionego  przez  nieprzenikliwy  pancerz 

automatu do zabijania. 

Norys pozwolił sobie na pełen satysfakcji uśmiech. To wszystko było o wiele bardziej 

imponujące niż cokolwiek, czego dokonali członkowie jego gangu, kiedy jeszcze przebywali 

w  podziemnych  korytarzach  na  Coruscant.  On  sam  uchodził  wówczas  za  najgroźniejszego, 

najzłośliwszego i najbardziej brutalnego zabijakę spośród członków gangu. Teraz mianowano 

go kandydatem na szturmowca, co było jednak czymś lepszym... o wiele lepszym. 

Wszyscy jego byli podwładni stali się także kandydatami na żołnierzy i przechodzili 

intensywne szkolenie. Norys jednak nie wątpił, że ze wszystkich nowych rekrutów okaże się 

najlepszy, podobnie jak był kimś najsilniejszym spośród Zagubionych. 

Jeżeli chodziło o wady jego obecnej sytuacji, przestał być panem samego siebie. Nie 

mógł  robić  tego,  co  mu  się  podobało.  Musiał  wykonywać  rozkazy  wydawane  przez  Drugie 

Imperium.  Mając  jednak  pancerz  taki  jak  ten  i  czując  potęgę  wojskową  wszystkich,  którzy 

dobrze  służyli  Imperatorowi,  doszedł  do  przekonania,  że  niczego  nie  żałuje.  A  poza  tym, 

jeżeli  okaże  się  kimś  wartościowym,  z  pewnością  awansuje.  Będzie  mógł  wtedy  dowodzić 

oddziałem żołnierzy. Możliwe, że nawet zostanie pilotem myśliwca typu TIE. Bez wątpienia 

uzyska większą władzę i  zada o wiele więcej  strat,  niż mógłby marzyć  wówczas, kiedy był 

tylko zwyczajnym przywódcą gangu. 

Jego przyszłość malowała się w różowych barwach. 

Ostatnią częścią pancerza szturmowca był  twardy  biały hełm, wyposażony w czarne 

gogle, mikrofon i miniaturowe głośniki, dzięki którym inni mogli słyszeć jego słowa. Norys 

włożył  biały  czerep  na  głowę  i  nacisnął,  aż  usłyszał  chrupnięcie  umieszczonych  na  karku 

mocujących zatrzasków. Przez chwilę stał nieruchomo,  całkowicie opancerzony,  całkowicie 

background image

chroniony...  Już  nie  był  tchórzem  znęcającym  się  nad  słabszymi,  odzianym  w  brudne 

łachmany i dysponującym tylko tym, co udało mu się znaleźć albo ukraść w podziemiach. 

Przemienił się w kogoś, z kim musieli liczyć się wszyscy inni. Stał się szturmowcem. 

Wyszedł  na  korytarz,  starając  się  jak  najgłośniej  uderzać  opancerzonymi  butami  o 

metalowe płyty gwiezdnej stacji. Ich dźwięk sprawiał mu prawdziwą radość. 

Zapamiętał  układ  korytarzy  i  pomieszczeń  Akademii  Ciemnej  Strony.  Dobrze 

wiedział,  dokąd  iść,  aby  dotrzeć  do  prywatnej  sali  treningowej,  gdzie  kazał  mu  się  stawić 

stary  Qorl,  były  pilot  myśliwca  TIE.  Kiedy  stanął  przed  zamkniętymi  drzwiami,  wystukał 

kombinację  cyfr,  która  była  kodem  umożliwiającym  wejście.  Kiedy  Qorl  zapoznawał  go  z 

tajnym  szyfrem,  Norys  poczuł,  że  przenika  go  dreszcz  podniecenia.  Teraz  cierpliwie  stał  i 

czekał, aż komputer zarejestruje jego żądanie i wpuści do środka sali. 

W  końcu  masywne  drzwi  się  rozsunęły,  wydając  odgłos  podobny  do  syku 

rozzłoszczonego węża. Norys śmiało wkroczył do opancerzonego pomieszczenia, a podwoje 

zamknęły się za jego plecami. 

Pośrodku  sali  treningowej  czekał  Qorl.  W  owiniętej  czarną  tkaniną  lewej  dłoni 

trzymał  paskudnie  wyglądającą  włócznię.  Palce  kończyny  androida,  którą  zastąpiono  jego 

rękę,  ściskały  połyskujący  trzonek  broni  z  siłą  wystarczającą,  aby  zgnieść  metal. 

Przypominający  trójząb  koniec  włóczni  składał  się  z  głównego  szpica  i  dwóch  bocznych, 

lekko zakrzywionych i podobnych do zębatych smoczych ogonów. 

- Spóźniłeś się - przemówił Qorl. 

Cofnął  kończynę  androida...  iż  całej  siły,  jaką  zapewniały  mu  serwomotory,  cisnął 

śmiercionośną broń w Norysa! 

Młodzieniec zamarł. Zaskoczony, przyglądał się bezradnie, jak ostrze włóczni szybuje 

ku chroniącej jego tors opancerzonej płycie. Zdołał tylko wrzasnąć: 

- Hej! 

Ogarnięty  paniką,  nie  zwrócił  uwagi  na  to,  że  jego  pełen  przerażenia  głos  został 

wzmocniony przez elektroniczne obwody hełmu. W następnej chwili szpic włóczni trafił go z 

taką siłą, że Norys zachwiał się, cofnął i omal nie przewrócił. 

Uderzył  o  metalową  ścianę  tak  silnie,  że  hełm  zadźwięczał,  kiedy  zetknął  się  z 

metalowym przepierzeniem. W oczach Norysa pojawiły się dziwne błyski, zapewne pierwsze 

oznaki zbliżającego się omdlenia. Młodzieniec spodziewał się, że ujrzy trzonek sterczący ze 

środka serca, i czekał, aby nerwy przesłały do mózgu impulsy przedśmiertnego bólu. Chciał 

wrzasnąć,  że  Qorl,  jego  rzekomy  nauczyciel,  zdradził  go,  okazując  się  podstępnym 

mordercą... 

background image

W  następnym  ułamku  sekundy  jednak,  gdy  odzyskał  zdolność  trzeźwego  myślenia, 

usłyszał  grzechot,  z  jakim  ostrze  włóczni  upadło  na  płyty  posadzki.  Zdumiony,  spojrzał  na 

okrywający  jego  pierś  biały  pancerz  i  zobaczył  jedynie  niewielkie  wgniecenie  w  miejscu, 

gdzie trafiło go ostrze broni. 

- Dlaczego to zrobiłeś? - krzyknął. 

W sali treningowej rozległ się głos starego pilota; cichy, chociaż trochę burkliwy: 

- By nauczyć cię szacunku dla pancerza szturmowca  - odparł Qorl. - A także, by cię 

przestrzec,  żebyś  nie  czuł  się  nazbyt  pewny  siebie.  Tak  jest,  ta  zbroja  jest  wystarczająco 

wytrzymała,  by  ochronić  cię  przed  różnymi  broniami,  na  przykład  takimi  jak  ta  toporna 

włócznia. 

Były pilot myśliwca TIE ruchem głowy wskazał uzębiony szpic broni, spoczywającej 

teraz  na  posadzce.  Norys  schylił  się  i  chwycił  włócznię.  Zmrużył  oczy  i  ogarnięty 

wściekłością, popatrzył na nauczyciela. Stary pilot zrobił z niego wariata. Norys czuł, jak w 

jego  żyłach  zaczyna  pulsować  niebezpieczny  gniew.  Zamierzał  unieść  trójzębną  włócznię, 

żeby cisnąć w starego pompatycznego durnia. 

-  Nie  myśl  jednak,  że  twój  pancerz  jest  nieprzenikliwy  -  ciągnął  Qorl.  Sięgnął  do 

kieszeni  munduru,  wyciągnął  śmiercionośny  pistolet  blasterowy  i  wymierzył  go  prosto  w 

pierś Norysa. - Na przykład strzał z tego blastera może przedziurawić pancerz równie łatwo, 

jakbyś w ogóle nie miał go na sobie. 

Norys zdrętwiał. Czując, że jego myśli gnają jak szalone, wpatrywał się w złowieszczą 

krótką lufę. Co właściwie takiego uczynił? Dlaczego Qorl był  taki rozdrażniony? Norys się 

zastanawiał,  czy  jednak  nie  powinien  wytrącić  włócznią  blaster  z  dłoni  pilota,  a  później  go 

obezwładnić. Staruch z pewnością na to zasłużył. 

Tymczasem Qorl uchwycił pistolet za lufę, obrócił i podał No-rysowi w ten sposób, by 

młodzieniec mógł pochwycić rękojeść broni. 

- Weź to - mruknął oschle. - Od dzisiaj to będzie twój pistolet. Norys upuścił włócznię 

na posadzkę, a później niepewnie wyciągnął rękę i zacisnął palce na kolbie. Czuł się bardzo 

dobrze, kiedy trzymał broń w okrytej rękawicą dłoni. 

Qorl kiwnął głową, zachęcając go, by podszedł bliżej. 

- Będziesz ćwiczył; wprawiał się w strzelaniu do celu - oznajmił, po czym udał się w 

stronę umieszczonego obok drzwi panelu kontrolnego. 

Szare, pochłaniające światło ściany pozbawionego okien pomieszczenia nagle zalśniły 

i rozbłysnęły. 

background image

Norys stwierdził, że znajduje się w wilgotnej, mrocznej jaskini. Ujrzał zwieszające się 

ze sklepienia i ścian długie, ostro zakończone stalaktyty, z których ściekały krople wody. Z 

dna  groty  sterczały  groźne  stalagmity,  podobne  do  tępych  noży.  Gdzieś  z  oddali  dobiegał 

szmer  niewidocznej  płynącej  wody,  a  blade  światło  sprawiało  wrażenie,  że  wysącza  się  z 

głębi  szarej  skalnej  ściany.  Mimo  oczywistej  przemiany,  jaka  zaszła  w  wyglądzie 

pomieszczenia,  Norys  nie  mógł  wyczuć  żadnej  różnicy  zapachu  powietrza,  jakie 

przedostawało się przez filtry umieszczone w jego hełmie. 

-  Ściany  tej  komory  pochłaniają  energię  blasterowych  strzałów  -  odezwał  się  Qorl.  - 

Twoja  broń  już  została  nastawiona  na  największą  siłę  rażenia.  Właściwie  nie  powinno  być 

szarpnięcia  wywołanego  odrzutem,  ale  musisz  wiedzieć,  co  poczujesz,  kiedy  będziesz 

celował, strzelał i trafiał do celu. A teraz uważaj. Obserwuj je, kiedy będą cię atakowały. 

- Co mam obserwować? - zapytał Norys, rozglądając się w prawo i w lewo. - Co ma 

mnie zaatakować? 

Wygląd jaskini uległ kolejnej zmianie. Wilgotna grota sprawiała teraz jeszcze bardziej 

złowieszcze wrażenie. Gogle hełmu trochę ograniczały zdolność widzenia i Norys próbował 

wziąć  na  to  poprawkę.  Ze  wszystkich  stron  naraz  słyszał  pomruki  i  skrzeczenia  dziwnych 

stworzeń.  Nie  potrafiłby  powiedzieć,  czy  należą  do  gatunku  owadów,  czy  gryzoni,  ale 

odgłosy  brzmiały  groźnie  i  ponuro,  jakby  każde  zwierzę  w  jaskini  mogło  okazać  się 

drapieżnikiem. 

Młodzieniec  często  polował,  przemierzając  najniższe  poziomy  podziemi  Coruscant. 

Tropił  gigantyczne  ślimaki  pełzające  po  granitowych  ścianach,  obdarzone  kłami 

pająkokaraluchy,  zmutowane  ogromne  szczury...  Intuicja  mówiła  mu,  że  to  pomieszczenie 

jest tylko salą treningową, jedną z wielu w Akademii Ciemnej Strony. Nie sądził, żeby mogło 

grozić mu jakiekolwiek niebezpieczeństwo. A jednak... 

Jaskinia rzeczywiście wyglądała jak prawdziwa... 

Nagle  Norys  usłyszał  rozdzierający  uszy  pisk.  Zobaczył,  że  jakieś  stworzenie 

oderwało  się  od  sklepienia  i  zatoczywszy  krąg,  zaczęło  pikować  wprost  na  niego.  Miało 

ogromne, przecięte szczelinami ślepia. Norys wyraźnie widział spiczaste uszy i coś na kształt 

wystających z czubka łba anten. Kiedy stworzenie obniżyło lot, dostrzegł także ostre jak igły 

kolce, jakimi były zakończone końce łopoczących skrzydeł. 

Mynock.  Stworzenia  nie  cieszyły  się  opinią  groźnych  drapieżników,  ale  widząc 

paskudnie  wyszczerzone  kły  i  ostre  pazury,  Norys  doszedł  do  wniosku,  że  ten  mynock  nie 

wygląda na potulnego. 

background image

Wymierzył blaster i wypuścił ognistą smugę, ale błyskawica przeleciała dosyć daleko 

od celu. Trafiła jakiś stalaktyt i zbudziła cztery inne rozgniewane latające stwory. Mynocki, 

rozwścieczone tym, że ktoś śmiał zakłócić ich mroczny sen, rzuciły się do ataku. 

Norys strzelał, raz po raz przyciskając guzik spustowy i kierując lufę ku coraz innym 

celom.  Obserwował,  jak  jaskrawe  błyskawice  rozjaśniaj  ą  ciemności  wilgotnej  groty. 

Świetliste smugi oślepiały go, wskutek czego tylko z trudem mógł widzieć pomimo ciemnych 

gogli hełmu, chroniących jego oczy. 

Diabelskie  mynocki  pikowały  ku  niemu,  nic  sobie  nie  robiąc  ze  śmiercionośnych 

strzałów. 

To  było  niesprawiedliwe!  Miał  przecież  tylko  ćwiczyć;  wprawiać  się  w  celowaniu. 

Powinien był mierzyć do tarczy strzelniczej albo, ukryty za parapetem jakiegoś okna, strzelać 

do  idącej  ulicą  i  niczego  nie  przeczuwającej  ofiary,  jak  często  czynił,  kiedy  mieszkał  w 

podziemiach Coruscant. 

Kolejna blasterowa błyskawica chybiła celu. Mynocki krążyły teraz nad jego głową, 

machając  skrzydłami  i  drażniąc  szarpiącymi  nerwy,  przenikliwymi  piskami.  Norys 

zastanawiał  się  nawet,  czy  Qorl  złośliwie  nie  przestawił  celownika  broni,  żeby  strzały  jego 

ucznia nie trafiały stworzeń. 

Nagle uświadomił sobie, że przez cały czas niewłaściwie mierzył. A zatem to on był 

winien.  Kierował  lufę  pistoletu,  ogarnięty  panicznym  strachem.  Działając  w  pośpiechu,  nie 

miał szansy oddania celnego strzału. 

Ujrzał,  że  pierwszy  mynock  rzucił  się  na  niego,  szczerząc  długie  kły  i  wyciągając 

kolce. Norys poświęcił sekundę, by dokładnie wymierzyć, i  dopiero potem  przycisnął spust 

broni.  Posłał  długą  błyskawicę,  która  skwiercząc,  przemknęła  przez  ciało  potwora.  Mynock 

wydał dziwny bulgoczący dźwięk, a później opadł na dno jaskini, gdzie nadział się na jeden 

ze stalagmitów. 

-  Tak!  -  zawołał  triumfująco  Norys...  ale  po  chwili  zobaczył,  że  wokół  jego  głowy 

krążą  trzy  inne  mynocki,  widocznie  zwabione  okrzykiem.  Znów  strzelił  i  znów  chybił. 

Stworzenia atakowały go teraz z przodu, z tyłu i z boków. Norys odwrócił się, ale pamiętał, 

żeby najpierw pomyśleć, a potem skierować lufę broni, wymierzyć i strzelić. Trafił drugiego 

mynocka. 

Tymczasem od sklepienia oderwały się dwa następne, ale chłopak obrócił górną część 

ciała  i  zmusił  się  do  poświęcenia  sekundy  na  skupienie  uwagi.  Jedno  z  ostatniej  dwójki 

stworzeń zaatakowało go od tyłu. Ostre kolce niemal musnęły biały pancerz szturmowca. 

background image

Norys zlekceważył ten atak. Starannie wymierzył w drugiego potwora i zestrzelił go w 

locie. 

-  Mam  cię!  -  krzyknął  i  zaczął  uważnie  mierzyć  do  innych  stworzeń,  jednego  po 

drugim. Nauczył się celować. Nauczył się, jak być śmiertelnie skuteczny. 

W końcu widząc, że lampka na obudowie modułu zasilania blastera mruga na znak, że 

zasób  energii  jest  bliski  wyczerpania,  znieruchomiał  i  czekał...  ale  od  sklepienia  jaskini  nie 

oderwało  się żadne inne stworzenie. Norys zmrużył  oczy i  spoglądał  przez gogle, w każdej 

chwili gotów odeprzeć nowy atak. 

Ściany  wilgotnej  groty  znów  zalśniły  i  zniknęły,  zastąpione  przez  szary  metal  sali 

treningowej. Z wolna Norys zaczął się odprężać. 

- Dobrze - pochwalił Qorl. 

Młodzieniec  odwrócił  się  i  ujrzał  starego  pilota  stojącego  obok  pulpitu  aparatury 

kontrolnej. W podnieceniu, wywołanym ćwiczeniami, Norys zupełnie zapomniał o obecności 

wojskowego instruktora. 

- To była doskonała zabawa - powiedział. - Zaczynało mi iść całkiem dobrze. 

Rzucił okiem na blaster, zastanawiając się, kiedy znów będzie mógł się nim posłużyć. 

Był ciekaw, kiedy otrzyma zgodę na strzelanie do prawdziwego celu. 

- Poradziłeś sobie całkiem nieźle, Norysie - odezwał się znów Qorl. - Musisz wszakże 

pamiętać o jednym: Mynocki nie odpowiadają ogniem na twoje strzały. 

Stary  pilot  przycisnął  na  pulpicie  jeszcze  jeden  guzik  i  drzwi  pomieszczenia  się 

rozsunęły. 

- Chodźmy; musimy teraz udać się do sali wykładowej - oznajmił. - Zapewne wszyscy 

inni już tam czekają. Nasz wielki wódz zamierza wygłosić przemówienie do wszystkich osób 

przebywających na pokładzie Akademii Ciemnej Strony. 

Zaczekał, aż Norys przejdzie przez próg, po czym ruszył za nim. 

 

Zekk  był  pełen  wiary  we  własne  siły.  Dziesiątki  innych  uczniów,  mających  zostać 

Ciemnymi  Jedi,  zgromadziło  się  w  sali  wykładowej,  w  której  mistrz  Brakiss  i  Tamith  Kai 

zapoznawali ich z właściwościami ciemnej strony Mocy. 

Młodzieniec miał na sobie watowany kombinezon, sporządzony z czarnej wytrzymałej 

skóry.  Lekko  uniósłszy  głowę,  siedział  dumnie  wyprostowany.  Miecz  świetlny  swobodnie 

zwisał u jego boku. Po kilku miesiącach intensywnych ćwiczeń młodzieniec traktował broń 

jako  coś  oczywistego  i  swojskiego.  Miał  wrażenie,  iż  ciemny  cylinder  jest  częścią  jego 

samego, przedłużeniem jego ciała. I właśnie ten fakt, bardziej niż cokolwiek innego, upewniał 

background image

go,  że  powinien  zostać  rycerzem  Jedi.  Zawsze  był  samotnikiem,  ale  wiedział,  że  jest 

najlepszym,  najpotężniejszym  spośród  wszystkich  uczniów  mistrza  Brakissa.  Od  czasu  do 

czasu inni uczniowie rzucali na niego ukradkowe spojrzenia. Zapewne zazdrościli, że w tak 

krótkim  czasie  Zekk  wszystkich  prześcignął;  nawet  tych,  którzy  od  wielu  miesięcy 

przebywali w Akademii Ciemnej Strony. 

A przecież Zekk miał  najważniejszy powód, by  się uczyć. Pragnął  być silny. Chciał 

mieć wszystko, co mógłby uzyskać od Mocy. 

Pośród  zgromadzonych  w  wielkiej  sali  uczniów  zauważył  Wąsa,  ciemnowłosego  i 

pogrążonego  we  własnych  myślach  pupila  Tamith  Kai.  Mężczyzna,  który  podobnie  jak 

Siostra Nocy pochodził z Dathomiry, był arogancki i wiecznie zadowolony z siebie. Zawsze 

gardził Zekkiem i nigdy nie pozwalał mu zapomnieć, że to właśnie on ogłuszył chłopca, kiedy 

ten opierał  się porwaniu z Coruscant.  Zekk nie  zamierzał  mu  tego zapomnieć. Czuł, że jest 

rywalem śniadolicego młodego mężczyzny, który zbyt często się chełpił, jak przebywając na 

Dathomirze,  ujarzmiał  rankory  i  wywoływał  burze...  jakby  Zekk  powinien  być  tym 

wstrząśnięty albo przerażony. 

Obok  swojego  podopiecznego  stała  złowieszcza  Tamith  Kai.  Wespół  z  pozostałymi 

Siostrami  Nocy  zaczęła  szkolić  Vilasa  jeszcze  na  rodzimej  Dathomirze,  kiedy  Akademia 

Ciemnej  Strony  była  dopiero  konstruowana.  Kobiety  uważały  go  za  pierwszego  spośród 

nowych Ciemnych Jedi, potężniejszego niż pozostali. Na razie. 

Zekk  skrzyżował  ręce  na  okrytym  czarną  opancerzoną  skórą  torsie.  Był  pewien,  że 

Siostry Nocy są w błędzie. I któregoś dnia on, Zekk, udowodni im tę prawdę. 

Barczysty Norys i inni Zagubieni - nowi rekruci, kandydaci na szturmowców, szkoleni 

teraz  przez  wojskowego  instruktora  Qorla  -  stali  na  baczność  w  kącie  sali.  Pozostali  starsi 

stopniami żołnierze wyglądali na odprężonych, ale Zagubieni sprawiali wrażenie, że zakuci w 

osobiste pancerze, wciąż jeszcze czują się niepewnie i obco. 

Wszyscy jednak w napięciu czekali na to, co powie wielki wódz Drugiego Imperium. 

Nagle  pośrodku  wolnej  przestrzeni,  na  przeznaczonym  dla  wykładowców 

podwyższeniu, pojawił się przytłaczający rozmiarami i wzbudzający grozę wizerunek postaci 

Imperatora  Palpatine’a.  Świetlisty  hologram  miał  wysokość  większą  niż  wzrost 

któregokolwiek  ze  słuchaczy.  Wielki  wódz  sprawiał  wrażenie  dobrotliwego,  ale  surowego 

ojca. 

Trzeszczące  iskry  zakłóceń,  jakie  od  czasu  do  czasu  pojawiały  się  na  wizerunku 

osłoniętej kapturem twarzy wodza, dowodziły, że Imperator wygłasza przemówienie, ukryty 

w  samym  sercu  jądra  galaktyki.  Widoczne  pod  kapturem  podobne  do  gadzich  żółte  oczy 

background image

prześlizgiwały  się  po  twarzach  zgromadzonych  uczniów.  Oko  Palpatine’a  kierowało  się 

zawsze prosto na nich. 

- Nasze plany, dotyczące Drugiego Imperium, są bliskie realizacji - zaczął Imperator. - 

Wszystkie  istoty  robią,  co  mogą,  by  nastał  nowy  porządek  w  całej  galaktyce.  Każdy  z  nas 

pomoże,  żeby  moje  Drugie  Imperium  coraz  szybciej  potężniało.  Każdy  stanie  się  ważną 

częścią wielkiej machiny, która zmiażdży Rebelię i położy kres tak zwanej Nowej Republice. 

Holograficzny  wizerunek  obrócił  się,  dzięki  czemu  wszyscy  odnieśli  wrażenie,  że 

spojrzenie Palpatine’a kieruje się po kolei na słuchaczy. 

-  Dzięki  rdzeniom  jednostek  napędu  nadświetlnego  i  bateriom  do  turbolaserów, 

zdobytych podczas ostatniej błyskotliwej wojskowej akcji, nasza gwiezdna armada z każdym 

dniem  staje  się  coraz  liczniejsza  i  potężniejsza.  To  dzięki  tym  urządzeniom  wyposażymy 

wkrótce  całą  nową  wojenną  flotę.  Nasze  statki  będą  z  początku  mniejsze  niż  kolosy,  które 

może rzucić przeciwko nam Nowa Republika, ale staniemy do walki i zwyciężymy. Szkolenie 

nowej armii Ciemnych Jedi dobiega końca. 

Wizerunek Imperatora jakby urósł. Wydawało się, że zajął jeszcze większą przestrzeń 

i  chyba  uniósł  się,  by  górować  nad  słuchaczami.  Drżący  skraj  kaptura,  osłaniającego 

pomarszczoną twarz Palpatine’a, jakby falował w podmuchach niewidocznego wiatru. Oczy 

mężczyzny się rozszerzyły i płonęły jak dwa jaskrawe bliźniacze słońca. 

Głos  Imperatora  rozbrzmiewał  z  siłą  gromu  i  z  każdą  chwilę  nabierał  mocy.  Nawet 

Zekk odruchowo się skulił. 

- Słuchajcie mnie, rycerze Jedi i szturmowcy! Moc nie przepada za słabeuszami. M y 

jednak stanowimy wielką siłę. Moc jest z nami - i powiedzie nas do zwycięstwa! 

Transmisja dobiegła końca. Osłonięta kapturem postać Palpa-tine’a zniknęła; roztopiła 

się w morzu iskier zakłóceń. 

Wszyscy  zgromadzeni  w  sali  wykładowej  zaczęli  wznosić  ogłuszające  okrzyki,  do 

których Zekk z całego serca się przyłączył. 

background image

ROZDZIAŁ 13 

 

„Ścigacz  Cieni”,  oskrzydlony  przez  parę  należących  do  ha-pańskich  sił 

bezpieczeństwa  eskortowców  klasy  Stinger,  lekko  osiadł  na  głównym  lądowisku  Pałacu 

Fontann.  Siedzący  w  sterowni  Luke  Skywalker  cicho  westchnął,  nie  kryjąc  ulgi.  Na  chwilę 

zamknął oczy i sięgnąwszy w głąb siebie, odnalazł spokojne jądro Mocy, którą skierował na 

zewnątrz. 

Artoo-Detoo  cicho  zaświergotał.  Mistrz  Jedi  otworzył  oczy  i  stwierdził,  że  wszyscy 

troje  młodzi  Jedi  zdążyli  wyplątać  się  z  ochronnych  sieci.  Nie  potrafiąc  opanować 

zniecierpliwienia, stali teraz obok wyjściowego włazu. Jacen przestępował nerwowo z nogi na 

nogę,  a  Lowie  grabił  palcami  pasemka  rudobrązowej  sierści  w  nadziei,  że  uda  mu  się  ją 

rozczesać. Jaina spojrzała na niego i wzruszyła ramionami. 

- No cóż-powiedziała. - Na co jeszcze czekamy, wujku Luke’u? 

Chichocząc, mistrz Skywalker zwolnił rygle śluzy i po chwili wszyscy troje uczniowie 

Luke’a zaczęli zbiegać po rampie, nie czekając, aż opadnie do samego końca. Na lądowisku, 

otoczona świtą służących i strażników, czekała już Ta’a Chume, jak zwykle skrywająca twarz 

pod  półprzeźroczystą  woalką,  którą  nosiła,  ilekroć  pokazywała  się  publicznie.  Luke  z 

zadowoleniem  zauważył,  że  bliźnięta  i  Lowie  powitali  starą  matriarchinię  z  należytym 

szacunkiem i powagą. 

Była królowa obdarzyła Skywalkera zimnym spojrzeniem i nie czekając, aż skończy 

się z nią witać, oznajmiła: 

-  Przykro  mi,  mistrzu  Jedi,  ale  twoja  wyprawa  na  Hapes  jest  tylko  stratą  czasu. 

Widzisz, moja wnuczka nie będzie mogła zobaczyć się ani porozmawiać z... 

W tej samej chwili Jaina wydała radosny okrzyk, a jej brat bliźniak zawołał: 

- Hej, Tenel Ka, cieszymy się, że cię znów widzimy! 

Z gardła Lowiego także wydobył się przeciągły powitalny ryk, charakterystyczny dla 

Wookiech. Troje młodych  gości przebiegło  przez płytę lądowiska, by powitać przyjaciółkę, 

która właśnie stanęła na progu drzwi iskrzącego się pałacu. Do miejsca, w którym stał Luke, 

dobiegły jedynie strzępy ożywionej rozmowy: 

-  Pan  Lowbacca  pragnie  pochwalić  panią  za  to,  że  wygląda  pani...  ehm,  taka 

wypoczęta. 

- Myśleliśmy, że już nigdy cię nie zobaczymy. 

- Cieszę się, że przylecieliście. 

background image

- Opowiedzieć ci dobry dowcip? 

Mistrz  Jedi  ponownie  spojrzał  na  Ta’a  Chume,  która  zwróciła  się  do  najbliższego 

służącego. 

- Nie wzywałam księżniczki - powiedziała. - Jakim cudem mogła się dowiedzieć... 

- Ja ją wezwałem - oświadczył spokojnie Skywalker. 

Matriarchini pokręciła głową. 

-  Niemożliwe.  Nie  odebraliśmy  żadnej  wiadomości,  która  mogła  zostać  przesłana  z 

pokładu twojego statku. 

Luke pozwolił sobie na najlżejszy uśmiech, jakim skwitował jej zdumienie. 

-  Nie  posługiwałem  się  komunikatorem  -  odparł.  -  Wezwałem  ją  za  pośrednictwem 

Mocy. Zapewne wolałabyś, żeby nie było to prawdą, ale Tenel Ka ma większe zdolności Jedi, 

niż przypuszczasz. 

Była królowa uniosła brwi, ale z jej oczu nie można było wyczytać, o czym myśli. 

- Przekonamy się o tym, mistrzu Jedi - rzekła. - Księżniczce może jeszcze minąć ten 

niemądry kaprys. 

- Czy dla ciebie nic nie znaczy zdanie samej księżniczki? - zapytał bez ogródek Luke. 

-  Wiem,  że  to  ma  duże  znaczenie  dla  jej  rodziców.  Zgodziłem  się,  by  Tenel  Ka  przestała 

korzystać  z  mojej  opieki,  pozwoliłem  jej  odlecieć  z  Yavina  Cztery  i  wrócić  na  Hapes,  ale 

sądziłem,  że  spotka  się  tu  z  rodzicami.  Może  jednak  nie  powinienem  był  odsyłać  jej  tak 

szybko. Gdzie w tej chwili przebywaj ą Teneniel Djo i twój syn Isolder? 

Luke  zobaczył,  że  w  oczach  matriarchini  odmalowała  się  niepewność.  Wyczuł,  że 

kobieta próbuje rozstrzygnąć, czy większą korzyść przyniesie jej kłamstwo, czy wyjawienie 

prawdy. W końcu rzekła: 

-  Chociaż  przestałam  być  władczynią  gromady  gwiezdnej  Hapes,  mam  nadal  własne 

źródła  informacji.  Dowiedziałam  się,  że  na  życie  członków  królewskiej  rodziny  jest 

przygotowywany zamach, więc namówiłam syna i synową, żeby udali się z oficjalną wizytą 

do  innego  systemu...  w  celu  wynegocjowania  korzystniejszych,  bardziej  liberalnych 

warunków  handlu.  Negocjacje  wymagały  zaangażowania  królewskiego  autorytetu,  a  zatem 

udało  mi  się  bez  trudu  przekonać  syna  i  jego  żonę.  Nikt  oprócz  mnie  i  mojej  najbardziej 

zaufanej powierniczki nie wie, kiedy odlecieli i dokąd się udali. 

Wypadek,  jakiemu  uległa  księżniczka,  był  nieszczęśliwym  zbiegiem  okoliczności, 

który, niestety, może dla niej skończyć się tragicznie. Może sprawić, że jej obecność ściągnie 

nam  na  karki  morderców,  którzy  przybędą,  zwabieni  wonią  świeżej  krwi  jak  piranio-żuki. 

background image

Mimo to Tenel Ka jest bezpieczniejsza ze mną niż w twojej świątyni, mistrzu Jedi. Przestałeś 

mieć nad nią jakąkolwiek władzę. 

Luke pokręcił głową. Nie miał zamiaru tak łatwo się poddawać. 

-  O  tym,  czy  będzie  podlegała  mojej  władzy,  czy  nie,  zadecyduje  sama  Tenel  Ka, 

kiedy zechce - odpowiedział. 

 

Jacen  rozejrzał  się  po  apartamencie,  który  mu  przydzielono,  a  potem  w  zdumieniu 

pokręcił głową. Dopiero przed dwiema godzinami dowiedział się, że Tenel Ka jest prawdziwą 

księżniczką,  następczynią  tronu  całej  gromady  gwiezdnej  Hapes.  Jeszcze  nawet  nie  zdążył 

oswoić się z tą myślą. A teraz to. 

Jego apartament był bardziej luksusowy niż jakikolwiek inny w Pałacu Imperialnym 

na Coruscant. W powietrzu krzyżowały się intensywne egzotyczne wonie. Słychać było szmer 

płynącej  wody  i  dźwięki cichej muzyki,  a nawet szczebiot ptaków. W każdej  komnacie, na 

każdym  korytarzu  i  dziedzińcu  znajdowały  się  ozdobne  fontanny  wygrywające  ciche 

melodyjne kuranty. 

A więc t k wyglądało miejsce, w którym Tenel Ka się wychowywała? Nadal nie mógł 

w  to  uwierzyć.  Dlaczego  nie  powiedziała  o  tym  nikomu  z  przyjaciół?  Rzecz  jasna,  wujek 

Luke znał jej tajemnicę, ale jakiż mógł być powód, dla którego dziewczyna ukrywała prawdę 

przez tyle czasu? Jacen tego nie rozumiał; podobnie jak nie mógł pojąć, dlaczego nie chciała z 

nim rozmawiać po tym, jak ją zranił podczas pojedynku na świetlne miecze. 

Skulił się na samą myśl o tym, jaką krzywdę wyrządził koleżance. Nie miał pojęcia, 

jakim  cudem  wujek  Luke  namówił  uszczypliwą  babkę  dziewczyny  do  wyrażenia  zgody  na 

przebywanie bliźniąt i Lowiego na Hapes przez cały miesiąc. Wiedział tylko, że po upływie 

tego czasu Luke powrócj, żeby zabrać troje - a miał cichą nadzieję, że czworo - młodych Jedi 

z powrotem na Yavin Cztery. 

Cały miesiąc. Będzie musiał jak najszybciej porozmawiać z Tenel Ka o tym wypadku, 

choćby tylko po to, by poprosić ją o wybaczenie. Nie wiedział tylko tego, co ma powiedzieć. 

Dziewczyna  nie  była  tą  samą  osobą,  którą  znał,  kiedy  oboje  przebywali  na  księżycu 

porośniętym  gęstą  dżunglą.  Już  nie.  Ale  przecież  nigdy  przedtem  także  nie  była  osobą,  za 

którą ją uważał, prawda? Co mógłby jej powiedzieć? 

- Czy mogę wejść? 

Głos wyrwał Jacena z zamyślenia. Chłopiec odwrócił się i ujrzał Tenel Ka stojącą na 

progu jego apartamentu. 

background image

- Jasne... To znaczy, oczywiście - zamrugał i odparł zdumiony. - Właśnie myślałem o 

tobie. 

Księżniczka  kiwnęła  głową,  jakby  takiej  odpowiedzi  oczekiwała,  po  czyni 

majestatycznie wkroczyła do pomieszczenia. Była ubrana w długą wiśniowofioletową suknię, 

spiętą  na  ramionach  kosztowną  aksamitną  srebrzystoszarą  peleryną.  Długie  złocisto-rude 

włosy  wojowniczki  spływały  po  plecach,  gdzie  układały  się  w  miękkie  fale.  Tenel  Ka 

wyglądała jak ktoś obcy. Jacen nie miał pojęcia, co powiedzieć. 

Dziewczyna  spoglądała  na  niego  przez  dłuższą  chwilę,  jakby  także  widziała  istotę 

pochodzącą z innego świata, ale kiedy się odezwała, okazało się, że jest nadal tą samą Tenel 

Ka, co zawsze. 

- Apartament... Czy ci się podoba? - zapytała. 

Czekając na swoją kolej, w umyśle Jacena kłębiło się tysiące pytań, słów przeprosin i 

najnowszych wiadomości. Chłopiec zdołał jednak tylko wykrztusić: 

- Hej, to wspaniały apartament. Jest naprawdę zdumiewający. Te wszystkie fontanny... 

Tenel Ka ponownie kiwnęła głową. 

-To jest fakt. 

Na  dźwięk  dobrze  znanego  wyrażenia,  wielokrotnie  słyszanego  z  ust  dziewczyny, 

Jacen poczuł, że ogarnia go dziwne ciepło. Spoglądając w szare oczy Tenel Ka, usiłował się 

skupić i zebrać galopujące myśli. W końcu zdobył się na odwagę i wybuchnął: 

-  Naprawdę  przepraszam  cię,  Tenel  Ka,  za  to,  że  cię  zraniłem.  To  wszystko  moja 

wina. 

-Ja jestem winna. 

-  Nie  -  odparł  pospiesznie  chłopiec.  -  Byłem  nieprawdopodobnie  głupi.  Tak  bardzo 

chciałem  zaimponować  ci  umiejętnością  walki,  że  nawet  nie  zauważyłem,  kiedy  ostrze 

twojego miecza świetlnego zaczęło gasnąć! 

- To nie jest fakt - odparła dziewczyna, marszcząc brwi. - Do wypadku doprowadziła 

moja  duma.  Byłam  pewna,  że  umiejętnie  walcząc,  potrafię  skompensować  niedociągnięcia 

broni.  Naiwnie  przypuszczałam,  że  jakość  energetycznego  ostrza  nie  ma  znaczenia  w 

porównaniu z przymiotami wojowniczki. To również nie był fakt. 

Jacen energicznie pokręcił głową. 

- Nawet jeżeli to prawda, ten wypadek nie powinien był się nigdy wydarzyć - odrzekł. 

- Nie powinien był... 

- To ja ponoszę odpowiedzialność - wpadła mu  w słowo Tenel Ka, popierając swoje 

słowa stanowczym tupnięciem. Na jej zarumienionej twarzy malowało się podniecenie. Jakby 

background image

nagle zorientowała się, że w komnacie jest za  gorąco, odpięła pelerynę i  rzuciła na oparcie 

wyściełanej ławy, obnażając ramiona i obie ręce. 

Uniósłszy buntowniczo głowę, Jacen spojrzał na kikut jej lewej ręki. Miał wrażenie, 

że  za  chwilę  zemdleje,  i  w  pierwszej  sekundzie  chciał  odwrócić  głowę.  Po  raz  pierwszy 

naprawdę zobaczył ranę koleżanki. 

-  Ja...  nie  dopuszczę,  żebyś  przypisała  sobie  całą  winę  -  powiedział.  -  Gdybym 

pozwolił,  żeby  Moc  kierowała  moimi  ruchami,  wyczułbym,  iż  dzieje  się  coś  niedobrego.  - 

Wyciągnął rękę i pokazał koniec kikuta. - Wówczas nigdy nie wydarzyłoby się coś takiego. 

W  oczach  Tenel  Ka  zamigotały  srebrzyste  błyski.  Posługując  się  prawą  ręką, 

dziewczyna  podciągnęła  skraj  długiej  sukni  mniej  więcej  do  wysokości  kolan,  po  czym 

spoczęła na wyściełanej ławie. 

-  A  gdybym  ja  posługiwała  się  Mocą  -  rzekła  -  o  wiele  wcześniej  wiedziałabym,  że 

mój miecz został wadliwie skonstruowany. 

-  No  cóż...  -  zaczął  Jacen  i  urwał,  nie  wiedząc,  jakim  kontrargumentem  przekonać 

upartą koleżankę. - Ja... - Rozpaczliwie szukał czegoś, co mógłby powiedzieć, ale nie potrafił 

dokończyć zdania. - Uhm... Opowiedzieć ci jakiś dowcip? 

Aż  otworzył  usta  ze  zdziwienia,  kiedy  usłyszał,  że  Tenel  Ka  wybuchnęła  perlistym 

śmiechem.  Zorientował  się,  że  rozbawienie  dziewczyny  nie  wypływało  z  histerii  ani  chęci 

sprawienia  mu  przyjemności,  ale  że  jej  śmiech  płynie  z  głębi  serca.  To  był  fantastyczny 

dźwięk... taki, jaki pragnął usłyszeć od pierwszej chwili, kiedy się spotkali. 

-  Ale...  -  Zdezorientowany  Jacen  niepewnie  pokręcił  głową.  -  Jeszcze  nawet  nie 

zacząłem opowiadać. 

- A... - Tenel Ka zachłysnęła się powietrzem, a z jej oczu popłynęły łzy radości. - Aha. 

Tak się cieszę, że tu przylecieliście. 

Jacen  wzruszył  ramionami,  słysząc,  jak  dziewczyna  zmaga  się  z  kolejnym  atakiem 

śmiechu. 

- Posłuchaj, nie mam nic przeciwko temu - zaczął. - Tylko niczego nie rozumiem. Co 

w tym wszystkim widzisz takiego wesołego? 

- Tak bardzo ze sobą rywalizowaliśmy, ty i ja  - odparła dziewczyna. - Brakowało mi 

tej rywalizacji. Czy teraz także będziemy się spierali o to, które z nas ponosi większą część 

winy? 

Jacen obdarzył ją krzywym, przekornym uśmiechem. 

-  Nie-e  -  powiedział.  -  Przypuszczam,  że  wystarczy  mi,  jeżeli  przyjmiesz  moje 

przeprosiny. 

background image

Tenel  Ka  już  chciała  się  sprzeciwić,  ale  w  samą  porę  się  powstrzymała.  Z  wolna 

przestała się śmiać, a na jej twarzy odmalowała się powaga. 

-  Przeprosiny  przyjęte.  Ja...  Wybaczam  ci,  jeżeli  właśnie  tego  pragniesz.  -  Po  czym 

dodała, zniżając głos do szeptu: - Jacenie, mój przyjacielu. 

Chłopca  przeniknęło  poczucie  ogromnej  ulgi,  podobnej  do  lekkiego  wiatru 

rozwiewającego  resztki  porannej  mgiełki.  Wstrzymał  oddech  i  niemal  zakrztusił  się,  kiedy 

usłyszał jej odpowiedź. Nie potrafił znaleźć słów, by opisać lawinę wezbranych uczuć. Usiadł 

na ławie obok Tenel Ka i objął ją ramionami. 

Dziewczyna  odwzajemniła  uścisk  jak  najlepiej  umiała,  dotykając  go  także  kikutem 

ręki. Drżąc, przytuliła mokrą od łez twarz do jego ramienia. Jacen był pewien, że tym razem 

to nie były łzy rozbawienia. 

 

Kiedy  dziewczyna  i  Jacen  w  końcu  przyszli  do  siebie,  wyruszyli  na  poszukiwania 

Jainy  i  Lowbaccy.  Później  Tenel  Ka  oprowadziła  wszystkich  troje  po  niektórych 

pomieszczeniach  Pałacu  Fontann,  jako  ostatni  pokazując  własny  apartament.  Ponieważ  nie 

miała zwyczaju dużo mówić, rzucała krótkie, ale bardzo treściwe wyjaśnienia. 

Korzystając  z  tego,  że  nikt  inny  im  nie  towarzyszył,  wojowniczka  pokazała 

przyjaciołom także swój ą najbardziej ulubioną komnatę w całym Pałacu Fontann; całkowicie 

osłonięty i znajdujący się w samym środku apartamentu ogród, ozdobiony wieloma tarasami. 

Wznoszące  się  na  wysokości  trzech  pięter  sklepienie  miało  kształt  kopuły  i  mogło  być 

zmieniane w taki sposób, aby symulowało dowolną pogodę, a także porę dnia czy nocy. 

Wielki ogród miał mniej więcej pięćdziesiąt metrów średnicy, a łagodnie zaokrąglone 

ściany  ozdobiono  w  ten  sposób,  by  przypominały  krajobrazy  Dathomiry.  W  ogromnych 

donicach  rosły  krzaki  i  drzewa,  pieczołowicie  ustawione  na  tarasach  i  wyglądające  jak 

elementy namalowanego krajobrazu. 

W centralnej części ogrodu umieszczono gładkie kamienne ławy otaczające niewielki 

sztuczny  staw,  wypełniony  kryształowo  czystą  wodą.  Pośrodku  wznosiła  się  mała  wyspa, 

podobna  do  miniaturowego  wulkanu  wystającego  z  dziewiczego  oceanu.  Z  jednego  zbocza 

spływały kaskady wody, tworząc prawdziwy wodospad. 

-  Przychodzę  tu,  ilekroć  czuję,  że  ciężko  mi  na  sercu  albo  kiedy  tęsknię  za  światem 

matki - odezwała się dziewczyna. 

- Jak tu pięknie - szepnęła oczarowana Jaina. 

Zachęcona  pochwałą  przyjaciółki,  Tenel  Ka  usiadła  na  jednej  z  kamiennych  ław  i 

gestem zachęciła innych, by zajęli miejsca przy niej. 

background image

-  Możemy  rozmawiać  tu  bez  obaw,  że  ktokolwiek  nas  usłyszy  -  powiedziała.  - 

Pytajcie, a ja udzielę odpowiedzi na wasze pytania. 

Przyjaciele  zaczęli  rozmawiać  i  czynili  to  szczerzej,  niż  kiedykolwiek  przedtem  się 

ośmielili.  W  pewnej  chwili  ich  rozmowę  przerwała  babka  Tenel  Ka,  która  pojawiła  się,  by 

zaprosić wszystkich na podwieczorek. 

- Sala bankietowa została już przygotowana - oznajmiła Ta’a Chume. 

Jej wnuczka buntowniczo zacisnęła zęby. Po raz pierwszy od chwili powrotu na Hapes 

czuła, że naprawdę żyje. Jak babka śmiała przeszkadzać jej właśnie w takiej chwili? 

- Wolimy spożyć ten posiłek sami - odrzekła, doskonale wiedząc, że w ten sposób daje 

dowód rażącego braku dobrych manier. Nie dbała jednak o to ani trochę. 

Matriarchini  obdarzyła  dziewczynę  pełnym  zadowolenia  z  siebie,  przebiegłym 

uśmiechem. 

-  Już  się  o  to  zatroszczyłam  -  odparła.  -  Na  ten  wieczór  zwolniłam  wszystkich 

doradców i służących. 

To była stara gra, w którą zawsze bawiła się z wnuczką. Zwyciężała w niej ta, która 

zdołała przechytrzyć przeciwniczkę. Tenel Ka postanowiła podjąć wyzwanie. 

- A zatem nie powinnaś mieć nic przeciwko temu, że zjemy posiłek tu - oświadczyła. 

- Och, ale wysłałam już do sali bankietowej androidy, które będą usługiwały nam przy 

stole - sprzeciwiła się była monarchini. - Posiłek zostanie podany o pełnej godzinie. 

Tenel Ka zobaczyła, że Jaina spogląda na chronometr. 

-  Przecież  do  pełnej  godziny  brakuje  zaledwie  pięciu  minut  -powiedziała,  a  w  jej 

oczach  odmalowało  się  zdumienie.  -  Muszę  mieć  więcej  czasu,  choćby  po  to,  by  się 

odświeżyć. 

Lowie warknął na znak, że przyznaje jej rację. 

- Hej, ja również - odezwał się Jacen. - Wydaje mi się, że wszyscy czulibyśmy się o 

wiele  lepiej,  gdybyśmy  mogli  spędzić  nasz  pierwszy  wieczór  na  Hapes  w  sposób  mniej 

formalny.  -  Obdarzył  Ta’a  Chume  czarującym  uśmiechem.  -  A  poza  tym  jesteśmy  strasznie 

zmęczeni po podróży. 

Matriarchini  posłała  Tenel  Ka  spojrzenie,  które  mówiło,  że  następnym  razem  nie 

podda się tak łatwo, po czym kiwnęła głową. 

- Niech będzie, jak chcesz  - rzekła. - Zaraz wydam rozkaz, by przysłano tu androidy 

usługujące przy stole. 

background image

Była  monarchini  wycofała  się  z  zajmowanego  przez  wnuczkę  prywatnego 

apartamentu.  Wszyscy  wyraźnie  się  odprężyli,  zadowoleni,  że  na  razie  nic  im  nie  groziło. 

Tenel Ka spojrzała z wdzięcznością na przyjaciół. 

-  Pozwólcie,  że  zaprowadzę  was  do  pomieszczenia,  gdzie  będziecie  mogli  się 

odświeżyć, zanim zjawią się androidy i podadzą posiłek - powiedziała. 

Właśnie  wstawała,  żeby  podejść  do  drzwi,  kiedy  gładkie  kamienne  płyty  pod  jej 

stopami zatrzęsły się, poruszone potężną siłą. W pomieszczeniu rozległ się ogłuszający huk, a 

w chwilę później podmuch powietrza szarpnął dziewczyną i rzucił na kolana. 

Zaniepokojony Lowbacca przeciągle zawył, a Em Teedee pospieszył z odpowiedzią: 

- O rety, tak! Pan Lowbacca pragnie poznać powód tego hałasu i całego zamieszania. 

- Tak - poparł go Jacen, zwracając się do księżniczki. - Nie ostrzegłaś nas, że zdarzają 

się tu trzęsienia gruntu. 

Tenel  Ka  spojrzała  na  młodego  Wookiego,  właśnie  wstającego  z  ziemi  i 

pomagającego wstać bliźniętom. 

- To nie było trzęsienie gruntu - powiedziała, z ponurą determinacją ruszając do drzwi. 

- Chodźcie za mną. 

Czuła,  że  jej  serce  bije  przyspieszonym  rytmem,  ale  wiedziała,  iż  to  nie  z  wysiłku. 

Wszyscy  czworo,  biegnąc  korytarzami,  kierowali  się  ku  prywatnej  sali  bankietowej.  Z 

przeciwległego  krańca  kolebkowo  sklepionego  korytarza  napływały  kłęby  gęstego  czarnego 

dymu. 

Odczuła  prawdziwą  ulgę,  kiedy  ujrzała  dwóch  służących,  którzy  wyłonili  się  z 

obłoków  dymu,  pomagając  iść  jej  babce.  Obok  nich  przebiegli  strażnicy  z  gaśnicami,  żeby 

stłumić ogień, wciąż jeszcze szalejący w sali bankietowej. Ta’a Chume kilka razy zakasłała, 

po  czym  władczym  gestem  odprawiła  służących,  dając  im  znak,  że  może  iść  o  własnych 

siłach. 

- Nikomu nic się nie stało - wychrypiała. 

- Czy to była bomba? - zapytała Tenel Ka. 

Jej babka gestem nakazała wszystkim czworgu młodym przyjaciołom, by wrócili tam, 

skąd przyszli. 

- Tak. W sali bankietowej - powiedziała. - Musicie natychmiast odejść. 

- To my mieliśmy spożywać tam posiłek! - Jaina zbladła. -A zatem ta bomba... 

Matriarchini kiwnęła głową. 

- Tak... Była przeznaczona dla księżniczki i dla mnie. 

background image

ROZDZIAŁ 14 

 

Królewski  jacht,  hapański  Wodny Smok,  mknął z największą prędkością nad falami 

oceanu.  Repulsorowe  silniki  wznosiły  za  statkiem  tumany  wodnego  pyłu.  Przez 

transpastalowe  iluminatory  wpadały  jaskrawe  promienie  słońca,  a  w  powietrzu  unosiła  się 

intensywna woń morskiej wody i pływających po powierzchni wodorostów. 

Tenel  Ka  stała,  pochylona  przed  iluminatorem.  Zmrużywszy  oczy,  przyglądała  się 

morskim falom, tańczącym i rzucającym jasne błyski. Zawsze traktowała wyspę Reef Fortress 

jako  letni  dom;  jako  miejsce,  w  którym  mogła  cieszyć  się  słońcem,  falami  przyboju  i 

wiejącym od morza rześkim wiatrem. Wyspa była jednak prawdziwą fortecą, gdzie mogła się 

schronić, ilekroć zagrażało jej niebezpieczeństwo. 

- Czuję się nieszczególnie - oznajmiła Jaina. - Pod względem fizycznym i duchowym. 

Tenel  Ka,  ukojona  kołysaniem  mknącego  nad  falami  jachtu,  ocknęła  się  z  zadumy, 

wyprostowała i zamrugała, zdumiona. 

- Co się stało, Jaino? 

-  Czy  zdajesz  sobie  sprawę,  że  tylko  kilka  minut  decydowało  o  tym,  że  mogliśmy 

zostać rozerwani na kawałki przez bombę? - odparła niedowierzająco Jaina. - A może tylko 

czuję mdłości od tego kołysania. 

Wojowniczka popatrzyła na przyjaciół. Jaina rzeczywiście nie wyglądała dobrze. Jej 

długie  włosy,  wilgotne  od  potu,  zwisały  teraz  jak  strąki  wokół  bladej  twarzy.  Lowie,  który 

siedział  obok  Ta’a  Chume  sterującej  jachtem  z  nonszalancką  pewnością  siebie,  sprawiał 

wrażenie zbyt zainteresowanego nawigacyjnym komputerem, żeby zwracać uwagę, na fale i 

kołysanie.  W  przeciwieństwie  do  niego  Jacen  wydawał  się  cieszyć  jak  podniecone  podróżą 

małe dziecko. 

Tenel Ka odwróciła się w stronę Jainy. 

- Wkrótce przyjdziesz do siebie - obiecała. 

Siedząca za sterami Ta’a Chume również odwróciła głowę w stronę wnuczki. Mimo iż 

towarzyszyli im królewscy strażnicy, stara matriarchini wolała osobiście pilotować niewielki 

statek. 

- Za chwilę dotrzemy do fortecy - powiedziała. - Dopiero tam będziesz bezpieczna. 

Tenel Ka, usłyszawszy uwagę babki, obdarzyła ją przenikliwym spojrzeniem szarych 

oczu. 

background image

-  Czy  nie  powinnaś  była  powiedzieć,  że  my  obie  będziemy  tam  bezpieczne?  - 

zapytała. 

- Tak. Ty i twoi przyjaciele będziecie tam bezpieczni - odezwała się wymijająco była 

monarchini. 

- A dokąd ty się udasz? - zapytała dziewczyna. 

- Większą część czasu spędzę z wami, ale nie jestem pewna, czy mogłabym powierzyć 

śledztwo w sprawie podłożenia bomby komukolwiek innemu. Możliwe, że dopóki nie dotrę 

do  sedna  sprawy  i  nie  wykryję  wszystkich  spiskowców,  będę  zmuszona  dosyć  często 

podróżować między Reef Fortress a Pałacem Fontann. 

Jaina sprawiała wrażenie zaskoczonej. 

- I zostawisz nas samych na tej wyspie? 

-  Dostaniecie  do  dyspozycji  cały  oddział  królewskich  strażników  -  odparła 

uspokajająco  Ta’a  Chume.  -  A  poza  tym  podczas  mojej  nieobecności  zaopiekuje  się  wami 

pani ambasador Yfra. 

Lowbacca, zajęty obserwowaniem stanowiska nawigacyjnego, sapnął pytająco. 

-  Pan  Lowbacca  życzy  sobie  wiedzieć,  czy  ta  wyspa,  widoczna  przed  nami,  jest 

naszym ostatecznym celem - przetłumaczył Em Teedee. 

Jacen i Jaina podeszli do dziobowego iluminatora, by popatrzeć na ciemną rozmazaną 

plamę wyłaniającą się z upstrzonej słonecznymi cętkami wody. 

- Tak - odparła babka Tenel Ka. - To właśnie jest Reef Fortress. 

Wojowniczka nie przeszła na dziób, aby rzucić okiem na wyspę. Przebywała na niej 

tyle  razy,  że  doskonale  wiedziała,  co  ukaże  się  jej  oczom.  Wyspa  nigdy  się  nie  zmieniała. 

Dziewczyna  zamknęła  oczy,  próbując  przypomnieć  sobie  wystające  ze  spienionych  wód 

oceanu spiczaste wieże. Oczyma wyobraźni ujrzała znajdujący się na poziomie wody otwór 

ogromnej  groty,  strome  stopnie  wiodące  do  samej  fortecy,  a  także  zatoczkę  z  kryształowo 

przejrzystą  wodą,  w  której  tak  chętnie  niegdyś  pływała.  Wyobraziła  sobie  wykute  na 

oszałamiającej  wysokości  w  niemal  pionowych  skalnych  ścianach  wąskie  parapety,  po 

których mogła chodzić albo biegać, nie przejmując się, że wiatr rozwiewa jej długie włosy. 

Pamiętała także piwnice i  parujące źródła z ciepłą wodą, która mogła być wykorzystana do 

kąpieli, gotowania albo picia. 

Tenel  Ka  uświadomiła  sobie  nagle,  że  tęskni  do  miejsca,  z  którym  wiązało  się  tyle 

najradośniejszych  wspomnień  z  czasów  jej  dzieciństwa;  wspomnień  beztroskich  chwil, 

spędzonych  z  rodzicami.  Kąciki  ust  dziewczyny  wygięły  się  do  góry  w  lekkim  uśmiechu. 

Tenel Ka otworzyła oczy i podeszła, żeby stanąć u boku Jacena. 

background image

- Wprost nie mogę się doczekać, kiedy pokażę ci swój dom - powiedziała. 

 

Chociaż  matriarchini  zaproponowała,  że  przydzieli  komnaty  wszystkim  gościom,  jej 

wnuczka  nalegała,  że  osobiście  wybierze  najodpowiedniejsze  pomieszczenie  dla  każdego  z 

trojga młodych przyjaciół. 

Komnata  Lowbaccy  okazała  się  przestronną  salą  znajdującą  się  w  samym  rogu 

fortecy,  gdzie  zbiegały  się  dwie  grube  pionowe  kamienne  ściany.  Pomieszczenie  zostało 

bardzo  skromnie  wyposażone  i  umeblowane,  a  jedynymi  przedmiotami  nie  pełniącymi 

użytkowych  funkcji  były  zawieszona  na  jednej  z  wewnętrznych  ścian  ozdobna  włócznia  i 

podniszczony  gobelin  zajmujący  sporą  część  drugiej.  Przez  wielkie  okna,  wykute  w  dwóch 

pozostałych  zewnętrznych  ścianach,  rozciągał  się  widok  na  niemal  pionowe  skalne  urwiska 

kończące się ostrymi rafami, o które rozbijały się fale oceanu. Lowbacca stanął przy oknie i 

zaczął spoglądać przez niewidzialną zasłonę siłowego pola. Na twarzy Wookiego malował się 

taki zachwyt, że Tenel Ka była pewna, iż dokonała właściwego wyboru. 

- Niech pan będzie ostrożny, panie Lowbacco - zapiszczał zaniepokojony Em Teedee. 

-  Gdybym  przypadkiem  spadł  z  takiej  wysokości,  jestem  pewien,  że  uszkodzeń  moich 

obwodów nie dałoby się naprawić. 

Tenel  Ka  wybrała  dla  Jainy  takie  pomieszczenie,  które  zawsze  określano  mianem 

„rupieciami”.  Należało  kiedyś  do  pradziadka  dziewczyny,  który  uwielbiał  naprawiać  różne 

mechanizmy i urządzenia, a także konstruować nowe. Połowę sali zajmowały robocze stoły i 

ławy,  panele  jarzeniowe  o  zmiennej  intensywności  blasku,  androidy  energetyczne,  sprzęt 

elektryczny i wiele innych dziwacznie wyglądających urządzeń w różnym stopniu złożonych 

albo  rozebranych.  Jaina  pozostała  w  fascynującej  komnacie,  zajęta  sprawdzaniem  stanu 

inwentarza, a Tenel Ka ruszyła z Jacenem dalej, by pokazać mu pokój, jaki wybrała specjalnie 

dla niego. 

Kiedy  stanęli  przed  kolebkowo  sklepionymi  drzwiami,  dziewczyna  poczuła,  że 

opanowuje  ją  niewytłumaczalna  trema.  Co  się  stanie,  jeżeli  dokonała  wyboru 

nieodpowiedniego  pomieszczenia  dla  swojego  przyjaciela?  Co  będzie,  jeżeli  Jacen  uzna 

komnatę za posępną i ponurą, a nie przytulną i kojącą? No cóż - pomyślała w końcu. Jeżeli 

chce się tego dowiedzieć, musi zaryzykować. 

- Życzyłabym sobie - odezwała się niepewnie - żebyś zamknął oczy. 

- Jasne - odparł Jacen. - Musisz najpierw trochę posprzątać? 

Zacisnął powieki, kryjąc bursztynowe oczy o odcieniu koreliańskiej brandy. 

background image

Tenel  Ka  otworzyła  drzwi  prawą  ręką  i  chciała  wyciągnąć  lewą,  żeby  ująć  ramię 

chłopca...  ale  poniewczasie  przypomniała  sobie,  że  przecież  nie  ma  drugiej  ręki.  Mimo  iż 

Jacen  nie  mógł  tego  widzieć,  poczuła,  że  na  jej  policzkach  pojawia  się  rumieniec 

zakłopotania. Ujęła ramię chłopca prawą dłonią i wprowadziła go do pokoju. 

-  Uhm,  jeżeli  poczujesz  się  dzięki  temu  pewniej  -  zażartował  Jacen  -  mogę  trzymać 

oczy zamknięte przez cały czas, kiedy będziemy przebywali w tej fortecy. 

-  To  nie  będzie  konieczne  -  odparła  dziewczyna,  po  czym  zamknęła  drzwi  za  sobą i 

włączyła  oświetlenie.  W  komnacie  panował  nadal  półmrok,  ale  to  było  nieuniknione.  - 

Możesz już otworzyć oczy. 

Usłyszała, jak chłopiec zachłysnął się powietrzem, a później szepnął, zachwycony: 

- Blasterowe błyskawice! 

- Czy pomieszczenie... przypadło ci do gustu? - zapytała. 

Obeszła  Jacena  i  stanęła  w  ten  sposób,  żeby  mogła  widzieć  wyraz  jego  twarzy.  W 

blasku,  rzucanym  przez  fioletowe  panele  jarzeniowe,  ujrzała  usta  Jacena,  rozciągnięte  w 

szerokim uśmiechu. Z ogromnym zadowoleniem stwierdziła, że na twarzy przyjaciela, który 

posługując się wszystkimi zmysłami chłonął każdy szczegół niezwykłej komnaty, maluje się 

niekłamany zachwyt. 

Tenel  Ka  poczuła,  że  i  w  niej  budzi  się  taki  sam  zachwyt.  Naśladując  Jacena, 

rozejrzała  się  po  komnacie,  jakby  widziała  japo  raz  pierwszy.  Pomieszczenie  miało  kształt 

cylindra. Na wewnętrznej ścianie urządzono czterometrowej wysokości akwarium, zajmujące 

cały obwód z wyjątkiem drzwi, przy których właśnie stali. Nozdrza dziewczyny przyjemnie 

drażnił  zapach  słonej  morskiej  wody.  W  pomieszczeniu  słychać  było  niemal  hipnotyzujący 

szmer  i  bulgot  krążącej  wody.  W  akwarium,  oświetlonym  za  pomocą  specjalnych  paneli 

jarzeniowych  o  regulowanym  blasku,  pływały  barwne  stworzenia  różnych  wielkości  i 

kształtów.  Duszne  powietrze  było  przesycone  tropikalną  wilgocią  otaczającą  wszystko 

niczym ciepły całun. Tenel Ka z trudem powstrzymywała się, by nie ziewnąć. 

Okazało się, że Jacen czynił to samo. Zachichotał, kiedy sobie to uświadomił. 

-  Nie  sądzę,  żebym  mógł  mieć  jakikolwiek  problem  z  zaśnięciem  w  tej  komnacie  - 

oznajmił. - Jest po prostu wspaniała. 

Tenel Ka zorientowała się, że chłopiec wyciąga rękę i przez chwilę szuka jej dłoni, a 

później lekko ściska palce. Cicho westchnęła. Od ścian tej komnaty promieniował naprawdę 

niezwykły spokój. 

 

background image

Kiedy wszyscy się odświeżyli, Tenel Ka zabrała przyjaciół do jednego z ulubionych 

miejsc; do stanowiącej część skalistego wybrzeża niewielkiej zatoczki ze spokojną wodą i o 

brzegach  chłodzonych  cieniem  zdumiewająco  zielonej  roślinności.  Wszyscy  czworo  weszli 

do rzucającej jaskrawe błyski ciepłej wody i zaczęli się pluskać i ochlapywać, zadowoleni, że 

chociaż  na  kilka  chwil  mogą  zapomnieć  o  niebezpieczeństwie,  które  przywiodło  ich  w  to 

miejsce. 

Jacen  i  Jaina  byli  ubrani  tylko  w  bieliznę,  którą  nosili  pod  kombinezonami,  a  która 

mogła  z  powodzeniem  pełnić  funkcję  kostiumów  kąpielowych.  Tenel  Ka  przebrała  się  w 

sporządzony  z  elastycznej  jaszczurczej  skóry  kusy  kostium  gimnastyczny.  Czuła  się  w  nim 

bardziej sobą niż kiedykolwiek od chwili powrotu na Hapes. 

-  Jeżeli  nie  będzie  pan  potrzebował  moich  usług,  panie  Lowbacco  -  odezwał  się  Em 

Teedee  -  czy  mógłbym  pozostać  na  brzegu  i  wyłączyć  zasilanie,  by  przez  jeden  okres 

odpocząć?  Nie  mam  pojęcia,  jakie  szkody  mogłaby  wyrządzić  morska  woda  moim 

delikatnym podzespołom. 

Tenel Ka zauważyła, że Lowbacca burknął coś w odpowiedzi, po czym rozchlapując 

płytką  wodę,  wyszedł  na  brzeg,  by  położyć  androida  na  wyniosłej  suchej  skale.  Kiedy 

powrócił, czworo młodych przyjaciół udało się na głębinę. Wszyscy cieszyli się, że mogą być 

znów razem, zanurzeni w omywającej ich ciała jedwabistej wodzie. 

Kiedy Jacen, Jaina i Lowbacca obrócili się na plecy i pogrążyli w rozmowie, leniwie 

poruszając  kończynami,  Tenel  Ka  nie  zastanawiając  się  nad  tym,  co  robi,  także  wykonała 

obrót  i  zaczęła  płynąć.  Natychmiast  zorientowała  się,  że  przecież  nie  ma  jednej  ręki... 

Uzmysłowiła sobie jednak, że może płynąć równie łatwo, jeżeli tylko trochę zmieni ułożenie i 

punkt  ciężkości  ciała.  Eksperymentując,  przekonała  się,  że  potrafi  płynąć  zdumiewająco 

szybko, nawet jeżeli będzie poruszała jedynie silnie umięśnionymi nogami. 

Jacen,  który  zwrócił  uwagę  na  jej  nieporadne  próby,  podpłynął  bliżej  i  obdarzył 

dziewczynę  czymś,  co  mogła  uznać  za  uśmiech,  w  którym  kryło  się  wyzwanie.  Wiosłując 

rękami,  chłopiec  uniósł  brwi,  jakby  pragnął  ją  o  coś  zapytać.  Tenel  Ka  także  zaczęła 

odgarniać ręką wodę i płynąć... Z początku szło jej trochę niezgrabnie, ale później odnalazła 

właściwy  rytm  ruchów  ciała.  Kiedy  Jacen  zmrużył  bursztynowe  oczy  i  zmienił  styl,  by 

popłynąć na boku, wojowniczka bez namysłu także poszła w jego ślady. 

Odpowiadając na jedno wyzwanie po drugim, naśladowała wszystko, co robił, chociaż 

początkowo  ze  zmiennym  szczęściem.  Przekonała  się  jednak,  że  nawet  dysponując  tylko 

jedną  ręką,  potrafi  zrobić  więcej,  niż  kiedykolwiek  się  spodziewała.  A  nawet  kiedy  nie 

background image

wszystko  jej  się  udawało  -  jak  na  przykład  salto  pod  wodą  -  sprawiało  jej  to  bardzo  dużo 

przyjemności. 

Kiedy krztusząc się i kaszląc po kolejnej próbie, wypłynęła w końcu na powierzchnię, 

zwróciła uwagę na taksujące spojrzenie Jacena, zachęcające ją do poznania granicy własnych 

sił i umiejętności. 

- Ścigajmy się, które z nas pierwsze dopłynie do brzegu! 

Tenel Ka obdarzyła go poważnym spojrzeniem, w którym kryło się ostrzeżenie. 

- Tylko wtedy, jeżeli naprawdę będziesz zamierzał mnie pokonać - odparła. 

Na twarzy Jacena odmalowała się taka sama powaga, gdy odrzekł: 

- Dam z siebie wszystko, na co mnie stać - obiecał. 

Dziewczyna kiwnęła głową. 

- No, to w drogę! 

Wytężając  siły  i  przywołując  na  pomoc  całą  wytrzymałość,  koordynację  ruchów  i 

pomysłowość, na jakie umiała się zdobyć, puściła się ku brzegowi jak szalona. Skupiła się na 

dążeniu tylko do tego celu i płynęła, zdecydowana go osiągnąć. 

Zanim  miała  czas  zrozumieć,  co  się  stało,  znalazła  się  na  brzegu,  witana  radosnymi 

okrzykami przez Jainę i ociekającego wodą Lowbaccę, którzy zdążyli dopłynąć i stali teraz na 

występie skalnym. 

Zdezorientowana Tenel  Ka odwróciła się, szukając Jacena, i stwierdziła, że chłopiec 

właśnie  wychodzi  z  wody.  Kiedy  jednak  ujrzała  zdumienie  malujące  się  na  jego  twarzy, 

zrozumiała,  że  jej  przyjaciel  naprawdę  zamierzał  wygrać.  Dał  z  siebie  wszystko;  wcale  nie 

„pozwolił” jej zwyciężyć. 

Jaina  podbiegła  do  nich,  żeby  objąć  oboje  ramionami,  a  Lowbacca,  wydając  głośny 

ryk  Wookiech,  otrząsnął  się,  posyłając  we  wszystkie  strony  bryzgi  słonej  wody.  Jacen 

wrzasnął, a zaskoczona Jaina głośno zapiszczała. 

Tenel  Ka  była  jednak  zadowolona,  że  uwagę  przyjaciół  odwróciło  coś  innego. 

Wiedziała, że nie wszystkie błyszczące na jej twarzy słone krople zostały pozostawione przez 

morską wodę. 

background image

ROZDZIAŁ 15 

 

Dwa  dni  później,  kiedy  Tenel  Ka  buntowniczo  odrzuciła  na  bok  bogato  haftowany 

królewski  płaszcz  i  iskrzący  się  kosztowny  diadem,  matriarchini  Ta’a  Chume  popatrzyła  z 

dezaprobatą na wnuczkę. 

Była królowa nie ukrywała niezadowolenia. 

-  Musisz  ubierać  się  odpowiednio  do  swojego  stanu,  dziecko  -  odezwała  się 

oburzonym  tonem.  -  A  poza  tym  mogłabyś  okazać  trochę  więcej  szacunku  dla  swojego 

dziedzictwa.  Weź  ten  diadem.  To  oznaka  naszej  władzy,  dobrze  znana  w  całej  gromadzie 

gwiezdnej  Hapes.  -  Ujęła  delikatną  koronę,  ozdobioną  dziesiątkami  pięknych  opalizujących 

kamieni.  -  To  tęczowe  klejnoty  z  Gallinore,  warte  tyle,  że  mogłabyś  kupić  za  nie  pięć 

systemów słonecznych. 

- A zatem kup za nie te pięć systemów - odparła dziewczyna. - Nie potrzebuję takich 

bogactw. 

- Nie unikniesz obowiązków, nawet  jeżeli będziesz zachowywała się impertynencko. 

Pamiętaj, że nie spędzasz beztrosko czasu niczym na wakacjach. Czeka cię praca. Już wkrótce 

weźmiesz  udział  w  ważnym  dyplomatycznym  spotkaniu  i  musisz  być  odpowiednio 

przygotowana. 

- Nie interesują mnie twoje ważne spotkania, babciu. 

Jacen, Jaina i Lowbacca stali zakłopotani, nie wiedząc, co powiedzieć. Przysłuchiwali 

się tylko, jak Tenel Ka spiera się ze starą matriarchinią. 

-  Dopóki  pozostajesz  członkiem  królewskiego  rodu  władającego  planetą  Hapes, 

będziesz  szkolona,  żebyś  mogła  stać  się  zręczną  dyplomatką  i  wielką  królową  -  odcięła  się 

babka. 

Tenel Ka spiorunowała ją spojrzeniem i zacisnęła w pięść palce jedynej dłoni. 

-  Kto  dał  ci  prawo  przypuszczać,  że  chciałabym  tu  zostać  i  zachowywać  się  jak 

członek królewskiego rodu? Zamierzam nadal się kształcić, żeby zostać rycerzem Jedi. 

Matriarchini wybuchnęła śmiechem. 

- Oszczędź mi tych bzdur, dziecko, i staw czoło rzeczywistości. Pod wodą przebywa 

teraz mairański ambasador, który spieszy na spotkanie z nami. Musimy powitać go na brzegu. 

Włóż ten płaszcz. Obiecałam mu, że właśnie t y wyjdziesz na jego powitanie. 

- Nie zapytałaś mnie o zdanie - odparła dziewczyna. 

background image

- Nie było powodu - rzekła matriarchini. - Nie mogłaś mieć żadnych innych planów, 

więc po prostu ci o tym powiedziałam. 

-  Nie  potrzebuję,  żebyś  mnie  szkoliła.  Nie  zamierzam  zostać  dyplomatką.  Jestem 

wojowniczką,  a  nie  politykiem-  oświadczyła  Tenel  Ka,  zamaszystym  gestem  wskazując  na 

strój z jaszczurczej skóry, by podkreślić, że wybiera część dziedzictwa związaną z Dathomirą. 

- Hej, uhm, Tenel Ka? - odezwał się Jacen, pochrząkując. -Uhm... To znaczy... Wiem, 

że musisz sama podjąć decyzję i tak dalej, ale czy przypominasz sobie, co mówił nam mistrz 

Skywalker?  Każdy  Jedi  powinien  przyswajać  sobie  wszystkie  nauki,  aby  czerpać  siłę  z 

wiedzy  -  bez  względu  na  to,  gdzie  ją  znajdzie.  Moim  zdaniem,  mimo  iż  jesteś  dzielną 

wojowniczką,  pewnego  dnia  możesz  potrzebować  umiejętności,  których  chce  cię  nauczyć 

twoja babka. 

- Nie zgadzam się z jej polityką - oświadczyła dziewczyna. 

Jacen wzruszył ramionami. 

- Nikt nie mówi, że musisz robić wszystko dokładnie w taki sposób, jak ona pragnie. 

Matriarchini spojrzała z ukosa na bezczelnego młokosa Jedi, ale właśnie to spojrzenie 

sprawiło, że Tenel Ka się zdecydowała. 

- Bardzo dobrze - oznajmiła. - Uczynię to, ale na swój sposób. I to jest fakt. 

- Och, naprawdę! - ucieszył się Em Teedee, zawieszony u pasa Lowiego. - Czy mogę 

skorzystać  z  okazji  i  przypomnieć  pani,  że  spora  część  mojego  oprogramowania  została 

opracowana na podstawie programów protokolarnego androida? Gdybym mógł w jakikolwiek 

sposób pomóc pani w uczeniu się polityki, proszę pamiętać, że jestem do pani usług. 

Stara matriarchini sprawiała wrażenie przerażonej. 

Tenel Ka uśmiechnęła się w duchu do siebie. 

-  Dziękuję  ci,  Em  Teedee  -  rzekła.  -  Przyjmuję  twoją  propozycję.  Lowbacco, 

pragnęłabym,  żebyś  siedział  obok  mnie,  gdy  będę  uczestniczyła  w  spotkaniu  z  mairańskim 

ambasadorem. 

Tenel Ka sięgnęła po płaszcz i próbowała jedną ręką zarzucić go na ramiona, ale jedna 

poła  ześlizgiwała  się  z  ramienia,  pozostawiając  obnażony  kikut.  Kiedy  matriarchini 

pospieszyła, żeby pomóc wnuczce, dziewczyna odsunęła się od niej, sięgnęła po połę płaszcza 

i sama zarzuciła ją na ramię. 

-  Cieszę  się,  że  potrafisz  myśleć  samodzielnie,  moje  dziecko  -  odezwała  się  Ta’a 

Chume. - Staraj się tylko uważać, żebyś nie przesadziła. 

 

background image

Królewscy strażnicy ustawili wyściełany tron na plaży obok raf, o które rozbijały się 

białe  grzywacze  fal.  W  wilgotnym  rześkim  powietrzu  czuło  się  zapach  morskiej  soli. 

Obserwująca ceremonię stara matriarchini trzymała się nieco z tyłu. 

Odziana w fałdzisty królewski płaszcz Tenel  Ka  podeszła do tronu, nie czekając, aż 

babka  zechce  udzielić  jej  instrukcji.  Poprawiła  wysadzany  tęczowymi  klejnotami  diadem  i 

spojrzała na gnane porywistym wichrem spienione fale. 

Obok tronu stanął Lowbacca, raz po raz przygładzając rozwiewane przez wiatr długie 

rudobrązowe włosy. Tenel Ka usiadła, patrząc na wystające z wody czarne skały i bezkresne 

morze. Zmrużyła oczy, chcąc uchronić je przed jaskrawymi promieniami słońca. 

Mairanie  byli  posiadającymi  macki  inteligentnymi  istotami,  mieszkańcami  morskich 

głębin.  Pochodzili  z  oblanego  przez  ocean  świata  Maires,  należącego  także  do  gromady 

gwiezdnej Hapes. Ich ambasadorzy wznieśli konsulat na dnie oceanu stolicy całego systemu. 

Wyglądało  na  to,  że  nawet  nie  opuszczając  budynku  podwodnego  konsulatu,  mairańscy 

dyplomaci  doprowadzili  do  politycznego  konfliktu  z  odwiecznymi  rywalami  mieszkającymi 

na planecie Vergill. 

Mairanie mogli na krótko opuszczać morskie głębiny, ale tylko wówczas, kiedy ciała 

mackowatych  stworzeń  były  okresowo  spryskiwane  wodną  mgiełką  z  wypełnionych 

przefiltrowaną wodą zbiorników, jakie nosili na plecach. Starając się, żeby skóra ich ciał była 

zawsze wilgotna, istoty mogły spędzać na lądzie nawet kilka godzin. Mairańscy ambasadorzy 

oświadczyli, że ich przedstawiciel pragnie osobiście złożyć wizytę na wyspie, przekształconej 

w fortecę. Zgadzali się, żeby ich spór został rozstrzygnięty jedynie przez samą matriarchinię... 

albo członka królewskiego rodu, którego wyznaczy. 

Matriarchini wyznaczyła Tenel Ka. 

Księżniczka siedziała i czekała, spoglądając na morskie fale. Nie wzięła chronometru i 

zastanawiała się, czy przypadkiem mairański ambasador się spóźnia... czy też może tylko ona 

niecierpliwi się, pragnąc mieć to już za sobą. 

Lowbacca  stał  obok  niej,  wysoki  i  kudłaty.  Obudowa  Em  Teedee  połyskiwała 

srebrzyście  w  promieniach  słońca.  Jacen  i  Jaina,  których  nie  poinformowano,  o  co  chodzi, 

zostali nieco z tyłu. 

- Uhm... - mruknął chłopiec w pewnej chwili. - Co właściwie tu robimy? 

Tenel  Ka  odwróciła  się,  żeby  mu  odpowiedzieć,  ale  wcześniej  zabrzmiał  piskliwy 

głosik androida-tłumacza. 

- Czy pozwoli pani, że ja wyjaśnię? Przypuszczam, że potrafię zrobić to odpowiednio 

zwięźle. - Miniaturowe urządzenie wydało dźwięk, jakby chrząknęło, po czym mówiło dalej: 

background image

- A zatem. Mairański podwodny konsulat - zwieńczony kopułą budynek, wzniesiony jeszcze 

na  ich  planecie  i  później  przetransportowany  na  Hapes  -  znajduje  się  niebezpiecznie  blisko 

podwodnej  kopalni  zbudowanej  przez  Vergillów  wkrótce  po  wzniesieniu  ma-irańskiego 

konsulatu. 

Chociaż  eksploatowane  przez  Vergillów  złoża  przynoszą  spore  zyski,  Mairanie 

wystosowali formalny protest, twierdząc, że wiercenia i wydobywanie rudy powoduj ą hałas i 

zanieczyszczenia  wody  przez  muł  unoszący  się  z  dna  oceanu.  Utrzymują,  że  ponieważ  byli 

pierwsi,  Vergillowie  powinni  zostać  zmuszeni  do  oczyszczenia  morskiej  wody,  zaniechania 

wierceń i eksploatacji złoża, a także do przeniesienia kopalni w miejsce odległe o co najmniej 

pięćdziesiąt kilometrów od ich konsulatu. 

Tenel Ka kiwnęła głową. 

- Tak, właśnie tak wyglądają niektóre fakty - rzekła. - Ale nie wszystkie. 

Zanim miała czas wyjaśnić, o co jej chodzi, ujrzała niezdarną istotę, która wyłoniła się 

z  wody  i  przedzierając  się  przez  fale,  zaczęła  człapać  w  jej  kierunku.  Z  przygarbionych 

ramion istoty zwisało mniej więcej czterdzieści czarnych macek, które - jak poinformowano 

Tenel  Ka  -  pozwalały  Mairanom  poruszać się pod wodą i  chwytać ryby.  Powłócząc  obiema 

nogami,  istota  kołysała  się  z  boku  na  bok.  Kuliste  bezbarwne  narośle  na  jajowatej  głowie 

musiały  być  oczami,  częściowo  przysłoniętymi  ochronnymi  membranami.  Stworzenie 

wyglądało na oślizgłe i niezdarne. 

Kiedy Tenel Ka ujrzała istotę, pierwszym wrażeniem, jakie odniosła, było przerażenie. 

Wydawało się jej, że spogląda na cięższego od niej o połowę gigantycznego prymitywnego 

potwora,  wyłaniającego  się  z  morskich  głębin  i  sunącego  nieporadnie  w  jej  stronę. 

Dziewczyna  jednak  szybko  się  opanowała  i  przezwyciężyła  strach,  wiedząc,  że  mógłby 

przeszkodzić jej sprawiedliwie rozstrzygnąć sporny problem. 

Wokół potężnych nóg Mairanina, podobnych do pni drzew przedzierających się przez 

fale, tworzyły się wodne wiry. Nie wychodząc na brzeg, ambasador znieruchomiał w płytkiej 

wodzie.  Uniósł  ciężką  skręconą  muszlę,  w  której  wywiercono  wiele  otworów  tworzących 

zawiły wzór na powierzchni. 

Głos mairańskiego dyplomaty wydobywał się dzięki drganiom membrany znajdującej 

się  pod  mackami.  Istota  zagulgotała  i  odezwała  się  tak  głośno,  że  tylko  z  dużym  trudem 

można było ją zrozumieć. 

- Jestem w stanie porozumiewać się w basicu, gdyby okazało się to konieczne. 

Tenel Ka pokręciła głową. 

background image

- To nie będzie konieczne. Proszę posługiwać się własną mową. - Dziewczyna rzuciła 

okiem  na  srebrzysty  owal  urządzenia  przyczepionego  na  biodrze  Wookiego.  -  Dysponuję 

tłumaczącym androidem. 

-  O  rety  -  odezwał  się  Em  Teedee,  którego  zaledwie  przed  godziną  zapoznano  z 

językiem  mairańskim,  korzystając  z  zasobów  baz  danych  fortecy.  -  To  naprawdę 

podniecające! 

Mackowaty stwór zgiął się w ukłonie, a potem wyprostował. Przyłożył podziurawioną 

muszlę  do  otworu  głosowego  i  dmuchnąwszy,  wydobył  długą  serię  skomplikowanych, 

melodyjnych dźwięków, podobnych do pisków fletu. 

-  A,  tak  -  oznajmił  Em  Teedee.  -  Ten  muzyczny  język  został  naprawdę  prawidłowo 

wprowadzony  do  moich  zasobów  pamięciowych.  Dzięki  niech  będą  Stwórcy!  Mairański 

ambasador oficjalnie wita panią, księżniczko Tenel Ka! 

Mackowate  stworzenie  wydało  następną  serię  dźwięków.  Em  Teedee  pospieszył  z 

tłumaczeniem. 

-  I  gratuluje  pani  pochwycenia  i  wytresowania  tego  wspaniałego  zwierzątka, 

porośniętego jedwabistą sierścią podobną do brązowej morskiej trawy... O rety! - zapiszczał 

android. - Mam poważne podstawy, by sądzić, że mówi o panu Lowbacce! 

Lowie  warknął  groźnie  i  obnażył  kły.  Tenel  Ka  wstała  i  nie  kryjąc  oburzenia, 

pozwoliła,  by  królewski  płaszcz  zsunął  się  z  jej  ramion,  ukazując  kikut  ręki  i  tors,  okryty 

pancerzem  z  wytrzymałej  gadziej  skóry.  Stojąca  nieco  dalej  na  skałach  matriarchini 

zmarszczyła brwi na znak, że nie pochwala zachowania wnuczki. 

- Wookie należą także do istot obdarzonych inteligencją - odezwała się dziewczyna. - 

Nie są niczyimi zwierzątkami. Ta istota jest moim przyjacielem. 

Mairanin  sprawiał  wrażenie  wzburzonego.  Zaniepokojony,  zaczął  energicznie 

wymachiwać mackami, po czym wydał następną długą serię melodyjnych dźwięków. 

- Ambasador pragnie okazać skruchę i przeprosić za to, że od razu tego nie zrozumiał, 

księżniczko  Tenel  Ka  -  przetłumaczył  android.  -  Zarazem  wyraża  współczucie  z  powodu 

utracenia  przez  panią  jednej...  macki  -  przypuszczam,  że  chodzi  mu  o  pani  rękę  -i  ma 

nadzieję,  że  wywarła  pani  po  dziesięciokroć  pomstę  na  głupcu,  odpowiedzialnym  za  pani 

stratę. 

-  To,  w  jaki  sposób  poradziłam  sobie  ze  stratą  „macki”,  nie  powinno  go  wcale 

obchodzić. - Głos Tenel Ka stał się zimny i szorstki. - Jeżeli ma do omówienia jakąś sprawę 

natury dyplomatycznej,  uczyni  mądrzej,  jeżeli natychmiast  przystąpi do rzeczy. Jeśli będzie 

nadużywał mojej cierpliwości, zostawię go i odejdę. Mam do załatwienia inne ważne sprawy. 

background image

Mairański  ambasador  się  zawahał,  niepewnie  przebierając  mackami,  ale  jeszcze  raz 

uniósł muszlowy flet i wydobył z niego długą serię zagmatwanych dźwięków. 

-  Mairański  ambasador  jeszcze  raz  przeprasza.  Rozumie,  iż  matriarchini  pozwoliła 

pani  podjąć  decyzję  w  jego  sprawie  w  ramach  dyplomatycznych  ćwiczeń,  którym  panią 

poddaje. Ponieważ to ma być pierwsza poważna sprawa, w jakiej wydaje pani orzeczenie, z 

całą pewnością zechce pani poświęcić jej odpowiednio dużo czasu, aby znaleźć sprawiedliwe 

rozwiązanie. 

Tenel Ka nie zamierzała jednak spuszczać z tonu. Jej głos pozostał szorstki i surowy. 

-  Pan  ambasador  jest  źle  poinformowany  -  rzekła.  -  Zdążyłam  podjąć  bardzo  wiele 

poważnych  decyzji  w  życiu.  Możliwe,  że  ta,  którą  wkrótce  podejmę,  jest  pierwszą 

bezpośrednio  dotyczącą  j  ego  i  pozostałych  Mairan,  ale  może  być  absolutnie  pewien,  że 

potrafię radzić sobie z trudnymi sprawami. 

Niektóre  decyzje  właśnie  teraz  przelatywały  przez  jej  głowę-a  zwłaszcza  ta,  by 

powrócić do kierowanej przez Luke’a Skywalkera akademii Jedi. Inną była chęć korzystania 

od tej pory nie tylko z dziedzictwa związanego z Dathomirą, ale również z tego, które wiązało 

się z królewskim rodem władającym gromadą gwiezdną Hapes. 

-  Proszę  przedstawić  swoją  prośbę  bez  wdawania  się  w  jakiekolwiek  dygresje  - 

oświadczyła. 

Chwyciła  jedną  dłonią  za  oparcie  tronu,  ale  nie  usiadła,  pragnąc  zmniejszyć  do 

minimum różnicę wzrostu istniejącą między nią a rosłym mackowatym ambasadorem. 

- Jak pani sobie życzy, księżniczko Tenel Ka Chume Ta’ Djo - odparł ambasador. - W 

imieniu wszystkich mairańskich dyplomatów błagam panią, aby królewski ród Hapes zechciał 

interweniować w sprawie, która postawiła nas w rozpaczliwym położeniu. 

Em  Teedee  miał  niejakie  kłopoty  z  dostatecznie  szybkim  tłumaczeniem  piskliwych 

melodyjnych tonów mowy porośniętego mackami ambasadora. 

- Cicha podwodna rezydencja jest na tej planecie naszym domem, wzniesionym przez 

pierwszą  delegację  Mairan  zaledwie  przed  niespełna  sześcioma  miesiącami.  Dotychczas 

byliśmy  zachwyceni  pięknym  i  niczym  nie  zmąconym  otoczeniem  podwodnego  konsulatu. 

Gdyby wasi oddychający powietrzem przedstawiciele mogli przybyć, by go zobaczyć, jestem 

pewien, że zgodziłaby się pani... 

- Nie jestem turystką - rzuciła Tenel Ka. - Co stanowi istotę pańskiej skargi? 

Znała ją, ale pragnęła, żeby ambasador sam to powiedział. 

-  Zaledwie  po  miesiącu  od  wzniesienia  konsulatu  -  zaświstał  ambasador  -  ekipa 

górników, złożona z umysłowo niedorozwiniętych Vergillów, ustawiła pływającą platformę i 

background image

zaczęła  wiercić  w  odległości  prawie  kilometra  od  naszego  konsulatu.  Od  tego  czasu  wody 

morskie są nieustannie zamulone i zanieczyszczone. Drgania urządzeń i hałas, przekazywany 

przez cząsteczki wody, nie pozwalają nam się skupić i płoszą ryby. Vergillowie niszczą naszą 

rezydencję. 

Mairanin uniósł macki w błagalnym geście. 

-  O  wszechwiedząca  księżniczko,  my  pierwsi  wznieśliśmy  w  tamtym  miejscu  naszą 

budowlę. Błagamy cię, żebyś zechciała nakazać niegodnym Vergillom, by zechcieli przenieść 

zanieczyszczające  wodę  urządzenia  w  inne  miejsce,  położone  z  daleka  od  naszego  domu. 

Mimo  wszystko,  maj  ą  przecież  do  dyspozycji  całe  dno  oceanu.  Nie  muszą  nam  zakłócać 

spokoju. 

- Rozumiem - odezwała się Tenel Ka. 

Mackowaty ambasador zgiął się w niskim ukłonie na znak szacunku, ale dziewczyna 

dodała ostro: 

- Rozumiem również, że Vergillowie posłużyli się satelitą, by dokonać szczegółowych 

badań  dna  oceanu,  i  uczynili  to  o  wiele  wcześniej,  zanim  wznieśliście  swoje  rezydencje. 

Kiedy  zapoznawałam  się  z  bazami  danych  na  ten  temat,  stwierdziłam,  że  wy,  Mairanie, 

otrzymaliście  kopię  raportu  ukazującego  rozmieszczenie  złóż  cennych  minerałów  kilka 

miesięcy  wcześniej,  zanim  wybraliście  miejsce  na  wzniesienie  zwieńczonego  kopułą 

konsulatu. Na koniec dowiedziałam się, że odszukaliście w raporcie takie miejsce, w którym 

znajdują  się  najbogatsze  złoża  ditanu,  i  postanowiliście  wznieść  swoją  rezydencję  właśnie 

tam,  doskonale  wiedząc,  że  niedługo  Vergillowie  rozpoczną  wiercenia  i  eksploatację 

bogatego złoża. 

Tak, ambasadorze, całe dno oceanu jest do dyspozycji - ciągnęła, odgarnąwszy pasmo 

włosów, które wiatr rozwiewał niczym złociste płomienie. - Ale to właśnie pan zdecydował 

się  poruszyć  tę  sprawę.  Zbudowaliście  konsulat,  dysponując  wiarygodną  informacją,  że 

Vergillowie zechcą prowadzić wiercenia w tym samym miejscu. 

Przez chwilę czekała na odpowiedź, ale Mairanin nie odezwał się ani słowem. 

- Vergillowie także poprosili nas o interwencję- oświadczyła. - A zatem możecie albo 

zmienić  lokalizację  swojego  konsulatu  -  co  przyjdzie  wam  bez  trudu,  zważywszy  na 

modułową  konstrukcję  kopuł  -  albo  musicie  pogodzić  się  z  hałasem  i  wszystkimi  innymi 

niewygodami. 

Zdumiony  Mairanin  przez  chwilę  milczał,  a  później,  wymachując  mackami,  zaczął 

wydawać przeraźliwe piski. 

background image

-  Możesz  tego  nie  tłumaczyć  -  odezwała  się  ostro  Tenel  Ka,  zwracając  się  do 

miniaturowego androida, po czym znów obróciła głowę w stronę niezgrabnej czarnej istoty. 

-  Przybyłeś  prosić  mnie,  bym  podjęła  decyzję,  a  ja  właśnie  ci  ją  oznajmiłam.  W 

przyszłości zapewne zechcecie sami rozwiązywać własne problemy zamiast marnować nasz 

czas niemądrymi sporami. Przemówiłam. 

Usiadła  i  ponownie  okryła  ramiona  królewskim  płaszczem.  Po  kilku  chwilach 

mairański ambasador odwrócił się i poczłapał przez płytką wodę, po czym zniknął, przykryty 

przez fale. 

-  Bardzo  dobrze,  Tenel  Ka!  -  zawołał  Jacen,  już  biegnący  w  jej  stronę.  Lowbacca 

prychnął, wybuchając beztroskim śmiechem. 

Tenel Ka miała wrażenie, że z uniesienia wywołanego tym, co zrobiła, kręci się jej w 

głowie.  Zdumiało  ją,  że  mimo  wszystko  tak  łatwo  potrafiła  znaleźć  odpowiednie  słowa. 

Poprawiła diadem na głowie, ozdobiony tęczowymi klejnotami. 

Kiedy  odwróciła  głowę,  ze  zdumieniem  i  niedowierzaniem  ujrzała  babkę,  zawsze 

nieustępliwą, bezwzględną i wymagającą matriarchinię, promiennie uśmiechniętą. 

- Możliwe, że twoje metody są jeszcze cokolwiek surowe, dziecko - odezwała się Ta’a 

Chume - ale decyzja, którą właśnie podjęłaś, była ze wszech miar słuszna i sprawiedliwa. 

background image

ROZDZIAŁ 16 

 

Odpoczynek i  bezpieczeństwo były  czymś miłym  i  potrzebnym, ale po  kilku dniach 

przebywania  na  Reef  Fortress  Jacen  doszedł  do  wniosku,  że  mając  do  wyboru  albo 

przebywanie w fortecy, albo pływanie w zacisznej małej zatoczce, zaczyna odczuwać dziwny 

niepokój. Straszny niepokój. 

Tenel Ka również była osobą nie cierpiącą bezczynności. Jacen wiedział o tym chyba 

lepiej  niż  ktokolwiek  inny.  Dziewczyna  lubiła  być  w  ciągłym  ruchu,  pragnęła  przeżywać 

wciąż nowe przygody i nie chciała, żeby ktoś niańczył ją i trzymał w zamknięciu jak ulubione 

zwierzę.  Ranna  jednoręka  wojowniczka  nie  miała  zamiaru  zachowywać  się  jak  staruszka  i 

tylko przyglądać się, jak morskie fale rozbijają się o przybrzeżne skały. 

Ta’a Chume powróciła  do Pałacu  Fontann, żeby osobiście pokierować śledztwem  w 

sprawie podłożenia bomby. Pozostawiła Tenel Ka i innych młodych Jedi pod wątpliwą opieką 

pani ambasador Yfry, której wargi układały się zawsze w bardzo cienką linię. Kobieta była 

taka chuda i żylasta, jakby jej mięśnie zostały wykonane z durastali, a nie z żywej tkanki... ale 

przecież  wszystkie  osoby  należące  do  hapańskiego  dworu  wiodły  trudne  życie,  nie  ufając 

nikomu i walcząc, żeby osiągnąć jak najwięcej osobistych korzyści. Jacen spodziewał się, że 

pani  ambasador  jest  nie  gorsza  niż  ktokolwiek  inny  spośród  osób  należących  do  tej  grupy. 

Dopiero  teraz  rozumiał,  dlaczego  Tenel  Ka  wolała  uczciwe,  chociaż  ciężkie  życie,  jakie 

wiedli  ludzie  na  rodzimym  świecie  jej  matki,  Dathomirze,  od  hipokryzji  i  trucicielstwa,  do 

czego bardzo często uciekali się hapańscy politycy. 

Przekonał  się,  że  Tenel  Ka  opuściła  fortecę  górującą  nad  resztą  wyspy.  Znalazł 

dziewczynę stojącą na samym szczycie wysokiej skały. Posługując się zdrową ręką, rzucała 

kamienie,  starając  się  trafić  w  środki  wodnych  wirów,  jakie  z  sykiem  tworzyły  się  wokół 

wierzchołków raf wystających z wody. Zamyślona i skupiona, uważnie mierzyła i za każdym 

razem,  kiedy  trafiała  do  wybranego  celu,  cieszyła  się  jak  dziecko.  Jacen  stanął  w  pewnej 

odległości za jej plecami i nie chcąc wyrywać koleżanki z zadumy, tylko się przyglądał. 

Jaina i Lowie, którzy wyszli z fortecy i podążyli za Jacenem, także stanęli i patrzyli, 

jak Tenel Ka rzuca kamieniami. Wyglądało na to, że wszystkich dręczy ten sam niepokój... 

Nie mając dokąd pójść i co robić, czuli się na maleńkiej wyspie jak w więzieniu. 

Po  kilku  minutach  otworzyło  się  okno  balkonu  znajdującego  się  wysoko  nad  ich 

głowami i Jacena oślepił błysk słońca, odbity od powierzchni wypolerowanej transpastali. Na 

balkonie  pojawiła  się  chuda  jak  szczapa  ambasador  Yfra.  Kiedy  przepatrywała  skaliste 

background image

wybrzeże,  pragnąc  znaleźć  młodych  rycerzy  Jedi,  przypominała  drapieżnego  ptaka.  Zaczęła 

wymachiwać rękami, pragnąc zwrócić ich uwagę. 

Lowie  wciągnął  słone  powietrze  i  zaryczał,  wypowiadając  jakąś  uwagę.  Em  Teedee 

wydał jednak elektroniczny pisk na znak, że się z nim nie zgadza. 

-  Jestem  pewien,  że  nie  mam  pojęcia,  o  co  może  panu  chodzić,  panie  Lowbacco! 

Dlaczego doszedł pan do wniosku, iż nagle atmosfera uległa zepsuciu? Jeżeli chce pan znać 

moje zdanie, w powietrzu unosi się nadal ten sam świeży słony zapach morskiej wody, jaki 

czuło się w nim w ciągu ostatniej godziny. 

Kiedy  rozległ  się  piskliwy  głos  miniaturowego  androida,  zaskoczona  Tenel  Ka 

odwróciła  się  i  przez  chwilę  w  zdumieniu  patrzyła  na  przyjaciół  przyglądających  się  jej 

zabawie. Później zbiegła ze skały i dołączyła do pozostałych trojga młodych Jedi. 

-  Przekonajmy  się,  o  co  może  chodzić  pani  ambasador  -  odezwała  się  burkliwie,  a 

potem ruszyła do fortecy. 

- Może to będzie coś zabawnego - zasugerował Jacen. 

Tenel  Ka  przez  chwilę  kierowała  na  niego  szare  oczy,  po  czym  uniosła  brwi  i 

powiedziała: 

- Słowa: „zabawa” i „ambasador Yfra” zupełnie nie pasują do siebie. 

Jacen  parsknął  śmiechem,  zastanawiając  się,  czy  Tenel  Ka  świadomie  opowiedziała 

dobry dowcip. Wszystkie oznaki wskazywały jednak, że dziewczyna po prostu oświadczyła, 

co naprawdę myśli. 

Kiedy  znaleźli  się  w  fortecy  i  weszli  do  jasno  oświetlonej  i  przytulnej  komnaty  z 

balkonem, okazało się, że pani ambasador ma dla wszystkich niespodziankę. 

- Moi drodzy, doszłam do wniosku, że najwyższy czas, abyście trochę się rozerwali! - 

oznajmiła,  układając  rysy  twarzy  w  uśmiechu,  ale  w  głębi  ducha  nie  okazując  cienia 

wesołości. Jacen to wyczuwał. Chociaż oschła kobieta czyniła wszystkie odpowiednie ruchy 

ciała  i  gesty,  żeby  sprawiać  wrażenie  kobiety  serdecznej  i  wyrozumiałej,  chłopiec  był 

przekonany,  iż  Yfra  nie  darzy  szczególną  sympatią  dzieci...  ani  zresztą  nikogo  innego,  kto 

zajmowałby jej tyle czasu i odrywał od załatwiania ważnych spraw wagi państwowej. 

Tenel Ka oparła dłoń na biodrze. 

- Co chcesz nam zaproponować? - zapytała. 

-  Wy,  dzieciaki,  wyglądacie  na  bardzo  znudzone  -  rzekła  Yfra.  -  Doskonale  to 

rozumiem. Czasami brak zmartwień i trosk może być powodem nudy. - Na króciutką chwilę 

zmarszczyła  brwi,  nadając  twarzy  wyraz  dezaprobaty,  a  potem  znów  rozciągnęła  wargi  w 

fałszywym uśmiechu. - Pozwoliłam sobie przeprogramować jeden z wodnych ścigaczy w ten 

background image

sposób, żebyście mogły wyprawić się na wycieczkę. Popływacie po oceanie, poopalacie się i 

miło spędzicie razem trochę czasu. 

- Czy zamierza pani nam towarzyszyć? - zapytała Jaina. 

Yfra skrzywiła się, jakby połknęła coś kwaśnego, ale w następnej chwili udała, że się 

zakrztusiła. 

-  Obawiam  się,  że  nie,  młoda  damo  -  odparła.  -  Muszę  zająć  się  niezwykle  pilną 

sprawą.  O  zgrozo,  nawet  nie  możecie  sobie  wyobrazić,  ile  obowiązków  ciąży  na  mojej 

głowie. Gromada  gwiezdna Hapes liczy sześćdziesiąt  trzy światy, a to  oznacza, że mam do 

czynienia  z  wieloma  setkami  rządów  i  tysiącami  społeczeństw.  Ta’a  Chume  to  kobieta 

obdarzona  potężną  władzą,  a  w  czasie  nieobecności  rodziców  Tenel  Ka  są  problemy,  które 

wszyscy  musimy  rozwiązywać.  -  Yfra  klasnęła  w  dłonie,  szybkim  ruchem  złączywszy 

szponiaste palce. - Wy, dzieciaki, powinniście cieszyć się życiem, dopóki jesteście młode, a w 

tym czasie osoby takie jak ja będą zajmowały się wszystkimi problemami. 

Zamaszystym gestem odprawiła całą czwórkę. 

-  A  teraz  zmykajcie  -  powiedziała.  -  Na  dole,  w  jednym  z  portowych  basenów, 

znajdziecie  ścigacz,  który  przeprogramowałam.  Zapewniani  was,  że  jest  absolutnie 

bezpieczny. Wpisałam parametry zamkniętej trasy, dzięki czemu będziecie mogły wypłynąć 

w  morze  i  powrócić  do  fortecy,  jeszcze  zanim  się  ściemni.  Dopilnowałam  nawet  tego,  aby 

zaopatrzyć was w koszyki z żywnością, tak więc nie musicie wracać do fortecy, żeby zjeść 

posiłek.  -  Głęboko  odetchnęła,  po  czym  znów  rozciągnęła  rysy  twarzy  w  nieszczerym 

uśmiechu. - Jestem pewna, że będziecie świetnie się bawiły. 

Jacen  przyglądał  się  pani  ambasador,  próbując  ustalić,  czy  kobieta  nie  knuje  czegoś 

złego. Dobrze wiedział, ile czasu zajmują obowiązki wagi państwowej. Przecież jego matka 

pełniła funkcję przywódczyni Nowej Republiki. Pamiętał także, jak bardzo niespokojni stali 

się ostatnio wszyscy czworo. 

-  Blasterowe  błyskawice!  Wyruszajmy  na  tę  wyprawę  i  bawmy  się  jak  najlepiej  - 

powiedział.  -  Cieszę  się  na  samą  myśl  o  tym,  że  nie  musimy  się  przejmować  troskliwymi 

spojrzeniami  rodziców,  opiekunów  czy  ambasadorów.  Obiecuję  wam,  że  przynajmniej  nie 

będziemy się nudzili. 

Tenel Ka z powagą kiwnęła głową. 

-  To  jest  fakt  -  przyznała,  a  potem  obdarzyła  Jacena  najcenniejszym  darem,  jaki 

chłopiec kiedykolwiek od niej otrzymał. 

Uśmiechnęła się do niego. 

 

background image

Ścigacz  mknął  po  oceanie,  pokonując  doliny  i  grzbiety  fal  niczym  pojazd  kołowy 

jadący bardzo szybko po wyboistej drodze. Mimo iż autopilot nakazywał stateczkowi płynąć 

z góry określonym kursem, Jaina i Lowie na zmianę kręcili kołem sterowym, jedynie w tym 

celu, by przekonać się, czy będą mogli zboczyć z zaprogramowanej trasy. W pewnej chwili z 

gardła Wookiego wyrwało się radosne beczenie. 

-  Pan  Lowbacca  pragnie  zauważyć,  że  ten  statek  wykazuje  pewne  podobieństwo  do 

jego gwiezdnego skoczka typu T-23 - pospieszył z tłumaczeniem Em Teedee. 

Jaina spojrzała na porośniętego długą rudobrązową sierścią kolegę. 

-  Przypomina  bardziej  komputer  nawigacyjny  niż  aparaturę  sterowniczą  „Sokoła 

Tysiąclecia”  -  stwierdziła.  -  Nie  miałabym  żadnych  kłopotów  z  pilotowaniem  tego  statku, 

Lowie. 

Lowbacca zaryczał, przyznając jej rację. 

Pędzący  po  spienionych  falach  ścigacz  coraz  bardziej  oddalał  się  od  fortecy, 

wzniesionej  na  maleńkiej  wyspie  i  przypominającej  cytadelę,  omywaną  niebieskozielonymi 

wodami hapańskiego oceanu. 

Jacen  i  Tenel  Ka  siedzieli  na  rufie,  poddając  się  usypiającym  odbitym  błyskom 

słonecznego blasku i hipnotyzującemu kołysaniu morskich fal. 

- Hej,  Tenel  Ka  - odezwał  się w pewnej  chwili chłopiec.  -Mam dla ciebie wspaniały 

dowcip. Posłuchaj. Po której stronie Ewok jest porośnięty najdłuższą sierścią? 

Dziewczyna obdarzyła go pełnym powagi spojrzeniem. 

- Nigdy się nad tym nie zastanawiałam - odrzekła. 

- Po zewnętrznej! Rozumiesz? 

- Jacenie, dlaczego tak często opowiadasz mi dowcipy?  - zapytała dziewczyna. - Nie 

sądzę, żebym kiedykolwiek się z nich śmiała. 

Chłopiec wzruszył ramionami. 

- Hej, tylko staram się ciebie rozweselić. 

Tenel Ka rzuciła mu dziwne spojrzenie. 

- Uważasz, że potrzebuję, aby ktoś mnie rozweselał? 

Kiedy Jacen jej odpowiadał, przyłapał się na tym, że nie może oderwać spojrzenia od 

gojącej się różowej skóry kikuta lewej ręki. 

- No cóż, wydawałaś się taka cicha i zamyślona... 

Tenel Ka uniosła brwi. 

- Czyż nie jestem zawsze cicha i zamyślona? 

Chłopiec z przymusem się uśmiechnął. 

background image

- Tak, myślę, że jesteś - przyznał. 

-  Rozmawialiśmy  na  ten  temat,  Jacenie  -  ciągnęła  tymczasem  dziewczyna.  -  Proszę 

cię,  nie  sądź,  że  muszę  być  pocieszana;  że  jestem  bezradną  kaleką  czy  jakimś  cudem 

przemieniłam  się  w  skomlącą  słabeuszkę.  Nadal  jestem  tą  samą  uczennicą  kształcącą  siew 

akademii  mistrza  Skywalkera.  Przypuszczam,  że  jednak  uda  mi  się  zostać  rycerzem  Jedi... 

kiedy tylko rozwiążę problem, w jaki sposób. 

Jacen nieśmiało położył dłoń na jej ramieniu, a potem przesunął palcami po skórze, aż 

zamknął jej dłoń w silnym uścisku. 

- Daj mi znać, jeżeli będę mógł ci w czymkolwiek pomóc - odparł. 

Dziewczyna odwzajemniła uścisk. 

- Obiecuję. 

Ścigacz  ominął  łukiem  grupę  spiczastych  skał  wystających  z  wody.  Tenel  Ka 

ochrzciła je mianem Zębów Smoka. Rzeczywiście, przypominały zęby piły i kuliły się blisko 

siebie, a pieniące się fale uderzały w nie z hukiem, raz po raz wzbijając gejzery wodnej piany. 

Silniki  ryknęły  głośniej,  kiedy  ścigacz  zmieniał  kurs,  by  ominąć  Zęby  Smoka,  a 

później przyspieszał, by skierować się na otwarte morze. Jaina i Lowie raz po raz spoglądali 

na parametry kursu, jakim autopilot prowadził mały statek. Prowadzili obliczenia, starając się 

odgadnąć, jak daleko wypłyną w morze, zanim ścigacz zawróci. 

-  Czas  na  obiad  -  odezwał  się  w  pewnej  chwili  Jacen.  Sięgnął  do  koszyków  z 

jedzeniem i zaczął rozdawać starannie opakowane porcje. 

Kiedy  Lowie  ryknął  na  znak,  że  zgadza  się  ze  zdaniem  chłopca,  Em  Teedee 

powiedział: 

- Oczywiście, panie Lowbacco... Czy przypadkiem nie jest pan zawsze głodny? 

Młody  Wookie  zaczął  sapać  ze  śmiechu,  ale  nie  zaprzeczył  stwierdzeniu  małego 

androida. 

Pęd  powietrza,  rozcinanego  przez  dziób  statku,  opryskiwał  twarze  młodych  Jedi 

kropelkami piany. Przesycone morską solą powietrze sprawiło, że Jacen poczuł wilczy głód. 

Wszyscy  zjedli  dania  obiadowe,  jakie  znaleźli  w  automatycznie  podgrzewających  się 

pojemnikach, a potem napełnili kubki płynem z izolowanego termicznie pojemnika. 

Nie przestając jeść, Jaina spoglądała przez transpastalową ochronną szybę. W pewnej 

chwili odwróciła głowę, by ponownie zerknąć na parametry kursu, jakim płynął ścigacz. 

- Jestem ciekawa, jak daleko pozwoli nam wypłynąć autopilot - powiedziała. 

Nagle  Jacen  zauważył,  że  widoczna  na  kursie  przed  nimi  woda  ma  inną  barwę  i 

gęstość. Wydała mu się zieleńsza i jakby... bardziej szorstka. 

background image

Lowie  wciągnął  powietrze.  Po  chwili  wciągnął  je  głębiej  po  raz  drugi,  po  czym 

zaryczał pytająco. 

-  Naprawdę  nie  potrafię  panu  odpowiedzieć,  panie  Lowbacco  -  odezwał  się  Em 

Teedee.  -  Moje  analizatory  woni  nie  mogą  porównać  tego  zapachu  z  jakimkolwiek  innym 

zapisanym w mojej bazie danych, a zatem nie umiem udzielić jednoznacznej odpowiedzi. Sól, 

rzecz  jasna,  i  jodyna...  a  także  czyżby  woń  jakichś  rozkładających  się  organicznych 

szczątków? 

Jacen czuł teraz także ów zapach: przyprawiający o mdłości kwaśny odór, który wisiał 

w powietrzu niczym ciężki całun. 

- Przypomina mi zdechłe ryby - stwierdził ponuro. 

Usiłując się skoncentrować, Tenel Ka zmrużyła oczy. 

-  I  gnijącą  roślinność  -  dodała.  -  Zbliżamy  się  do  czegoś  bardzo  starego.  Czegoś... 

bardzo niezdrowego. 

Jaina ponownie sprawdziła kurs, wprowadzony do pamięci komputera ścigacza. 

- No cóż - powiedziała. - Autopilot kieruje nasz statek w sam środek tego obszaru. 

Zanim  ktokolwiek  zdążył  coś  powiedzieć,  znaleźli  się  na  skraju  wyglądającej  jak 

żelatyna  dziwnej  mazi.  Po  powierzchni  wody  pływały  liściaste  chwasty,  tak  liczne  i 

rozrośnięte, że przypominały prawdziwą podwodną dżunglę. Pod wodą połyskiwały podobne 

do gumowych ni to łodygi, ni to macki, z których sterczały długie ostre ciernie. Z najgęściej 

zarośniętych  punktów  grzęzawiska  wyrastały  olbrzymie  szkarłatne  kwiaty  wielkości  głowy 

Jacena. 

Chłopiec  wychylił  się  za  burtę,  pragnąc  lepiej  przyjrzeć  się  roślinom.  Otoczona 

mięsistymi  płatkami,  w  samym  środku  każdego  kwiatu  spoczywała  kiść  wilgotnych 

niebieskich owoców, dzięki której  cały pąk wyglądał  jak szeroko otwarte oko. To wrażenie 

spotęgowało  się  jeszcze  bardziej,  kiedy  przepływający  ścigacz  wzbudził  coś  w  rodzaju 

odruchu  obronnego.  Płatki  unoszących  się  na  wodzie  kwiatów  zaczęły  się  zamykać  jak 

powieki przysłaniające wielkie oczy. 

- Niesamowite - odezwała się Jaina stojąca obok Jacena. 

- Ciekawe - odpowiedział chłopiec. 

Splątany gąszcz kolczastych morskich roślin rozciągał się przed dziobem statku aż po 

sam  horyzont.  Ścigacz,  kierowany  przez  program  autopilota,  nie  zmieniał  kursu,  sunąc  po 

falującej powierzchni wody, i tylko przykra woń, wydzielana przez rośliny, stawała się coraz 

bardziej  intensywna.  Grube  łodygi  i  liście  morskiego  chwastu  dygotały,  jakby  przeniknięte 

background image

jakimś  podwodnym  dreszczem.  Jacen  doszedł  jednak  do  wniosku,  że zjawisko  musiało  być 

wywołane przez tworzące się w głębinach podwodne wiry. 

Nagle  niektóre  ogromne  oczokwiaty,  wyciągnąwszy  łodygi,  uniosły  się  nad 

powierzchnię wody i obróciły w ich stronę, jakby chciały się im przyjrzeć. Jacen wzdrygnął 

się i popatrzył na siostrę. 

-  Uhm...  Może  jednak  „niesamowite”  byłoby  odpowiedniejszym  słowem  -  przyznał 

cicho. 

Lowie  zerknął  w  prawo  i  w  lewo,  a  potem  niepewnie  zaskowyczał.  Jaina  spojrzała 

prosto w oczy Wookiego, po czym przygryzła dolną wargę. 

-  Tak,  ja  także  mam  niedobre  przeczucia  co  do  tego,  dokąd  podąża  ten  ścigacz  - 

powiedziała. - Sama nie wiem, czy chciałabym zapuszczać się jeszcze dalej w głąb morskiego 

pustkowia. 

- Przecież jesteśmy zdani na łaskę autopilota, prawda? - przypomniał Jacen. - Jeżeli go 

wyłączysz, jak wrócimy do fortecy? 

Młody Wookie warknął coś w odpowiedzi i w tej samej chwili Jaina powiedziała: 

-  Przez  całą  drogę  śledziłam  parametry  kursu,  jakim  płynęliśmy.  Ja  i  Lowie  chyba 

będziemy umieli wrócić do fortecy. To nie powinno być bardzo trudne. 

Tenel Ka wstała i także zaczęła przyglądać się morskim roślinom. Wyglądało na to, że 

usiłuje sobie coś przypomnieć. 

-  Jaina  ma  rację  -  odezwała  się  w  pewnej  chwili.  -  Powinniśmy  zawrócić. 

Pozostawanie w tym miejscu chyba nie byłoby rozsądne. 

Pragnąc zawrócić, Jacen i Lowie wyłączyli autopilota i przejęli stery. Zaczęli zataczać 

łuk,  zamierzając  skierować  ścigacz  na  kurs  powrotny,  kiedy  nagle  silniki  zakrztusiły  się  i 

umilkły. 

Jacen, który zawsze uwielbiał badać dziwne rośliny i zwierzęta, skorzystał z okazji i 

ponownie wychylił się za burtę. Wyciągnął rękę, żeby dotknąć wyciągniętej jak struna łodygi 

nieznanego morskiego chwastu. 

Nagle wszystkie szkarłatne oczokwiaty obróciły się i spojrzały na niego. 

- Coś takiego! - wykrzyknął zdumiony chłopiec. 

Na  próbę  machnął  ręką  w  prawo  i  w  lewo.  Wszystkie  kwiaty  obracały  się,  jakby 

śledziły mchy jego ręki. 

Zaciekawiony  Jacen  ponownie  wyciągnął  rękę,  żeby  dotknąć  płatków  najbliższego 

kwiatu...  i  nagle  nad  powierzchnię  wody  wystrzeliła  śliska  macka  podwodnej  rośliny. 

background image

Owinęła się wokół nadgarstka chłopca i pragnąc przytrzymać łup, wbiła w jego ciało długie 

kolce. 

-  Hej!  -  wrzasnął  Jacen,  czując  ból  w  miejscach,  w  których  kolce  przebiły  skórę. 

Poczuł, że gruba łodyga zaczyna ciągnąć jego dłoń. - Na pomoc! 

Wolną  ręką  uchwycił  biegnącą  wzdłuż  burty  statku  metalową  poręcz.  Nie  zamierzał 

pozwolić,  aby  plątanina  żarłocznych  chwastów  wciągnęła  go  pod  powierzchnię  wody. 

Zauważył,  że  podobne  do  macek  sąsiednie  pędy  zaczynają  falować  jak  szalone...  jak 

zgłodniałe.  Inne  także  wystrzeliły  z  wody  i  zaczęły  uderzać  o  burty  statku  albo  owijać  się 

wokół metalowej poręczy. 

Lowbacca  widząc,  co  się  dzieje,  odskoczył  od  sterowniczej  konsolety  i  pochwycił 

nogi  przyjaciela  w  chwili,  kiedy  macka,  zdwoiwszy  siły  i  szarpnąwszy,  przeciągała  Jacena 

nad  poręczą.  Przez  krótką  chwilę  chłopiec  wisiał  nad  powierzchnią  wody,  bezskutecznie 

próbując wyrwać rękę z uchwytu morskiego chwastu. 

Nagle  obok  nich  pojawiła  się  wojowniczka  z  Dathomiry.  Oplotła  nogi  wokół 

przymocowanego  do  pokładu  metalowego  słupka  i  chwyciwszy  mocno  nóż,  który  zwykle 

służył jej do rzucania, wychyliła się za burtę, aby odciąć mackę owiniętą wokół nadgarstka 

Jacena.  Giętka  łodyga  trzasnęła  i  schowała  się  pod  wodą,  a  Lowbacca  szarpnął  i  wciągnął 

chłopca na pokład. 

-  Blasterowe  błyskawice!  -  krzyknął  Jacen,  ocierając  krew  płynącą  z  ran  na  ręce.  - 

Niewiele brakowało. 

Ich kłopoty jednak dopiero teraz się zaczynały. Wszyscy z przerażeniem spoglądali na 

otaczające  ich  wody  oceanu.  Jak  okiem  sięgnąć,  łodygi  mięsożernej  rośliny  gwałtownie 

falowały.  Grube  pędy  gniewnie  smagały  powierzchnię  wody.  Owijały  się  wokół  metalowej 

poręczy,  jakby  zamierzały  wciągnąć  w  głębiny  cały  ścigacz.  Drapieżny  podwodny  chwast 

skosztował  krwi  Jacena  i  widocznie  doszedł  do  przekonania,  że  młody  rycerz  Jedi  jest 

najsmakowitszym kąskiem, jaki chciałby spożyć na kolację. 

Jeszcze jedna wijąca się macka wystrzeliła z wody tuż przy burcie ścigacza i zaczęła 

się  kołysać,  szukając  celu,  w  który  mogłaby  wbić  ostre  kolce.  Tenel  Ka  skoczyła  ku 

złowieszczemu pędowi i zamachnęła się sztyletem, przeznaczonym do rzucania. Wbiła ostrze 

w gruby pęd morskiego chwastu i przyglądała się, jak z rany popłynęła zielonkawa gęsta maź 

przypominająca syrop. 

Macka  szarpnęła  się  do  tyłu,  ale  w  następnej  sekundzie  powróciła,  żeby  smagnąć 

dziewczynę po policzku. Na twarzy Tenel Ka pojawiła się długa krwawiąca pręga. Mimo iż 

dzielna  wojowniczka  poczuła  dotkliwy  ból,  nawet  nie  krzyknęła.  W  odpowiedzi  ponownie 

background image

zamachnęła  się  nożem  i  po  chwili  następna  końcówka  grubej  macki  z  głuchym  stukiem 

upadła na deski pokładu. 

Jacen potrząsnął zranioną ręką, usiłując przywrócić krążenie krwi, po czym sięgnął po 

rękojeść wiszącego u boku świetlnego miecza. Od pewnego czasu nie posługiwał się nim, ale 

teraz nie miał ani  chwili do stracenia. Nie mógł  się wahać, jeżeli zamierzał zostać rycerzem 

Jedi...  jeżeli  chciał  ocalić  życie  swoje  i  przyjaciół.  Przycisnął  guzik  i  wysunął 

szmaragdowozielone ostrze. 

- Nie pozwolę, żeby jakiś chwast walczył ze mną i zwyciężył! - zawołał. 

Buczące ostrze odcięło jeszcze jeden koniec owiniętej wokół poręczy grubej macki. 

- Masz za swoje! - rzekł chłopiec. 

Pozostała część odciętej łodygi skryła się w wodzie, a oczy Jacena podrażniła chmura 

gryzącego dymu. 

Jak okiem sięgnąć, wszystkie macki wiły się teraz i smagały powierzchnię wody jak 

szalone.  Wyglądało  na  to,  że  odczuwają  ten  sam  ból.  Szkarłatne  oczokwiaty  mrugały  i 

rozpaczliwie kierowały  się we wszystkie strony.  W powietrzu unosił  się  swąd przypiekanej 

roślinności, zmieszany z wonią słonej morskiej wody. 

-  Postaram  się  nas  stąd  wyciągnąć!  -  zawołała  Jaina,  pochylona  nad  sterowniczą 

konsoletą.  Zamierzała  uruchomić  silniki,  ale  grube  macki  owinęły  się  także  wokół  wałów 

śrub i ścigacz nie mógł wyrwać się z ich objęć. 

Lowbacca  zaryczał,  po  czym  zapalił  własne  świetliste  ostrze.  Trzymając  rękojeść 

oburącz,  uniósł  klingę  nad  głowę  i  przez  chwilę  trzymał  nieruchomo  jak  sporządzoną  ze 

złocistego światła ognistą maczugę. 

Z  morskich  głębin  wyłaniały  się  teraz  grubsze  łodygi.  Zakończone  parami  zębatych 

muszli,  przypominały  groźne  szczypce,  gotowe  rozszarpać  łup  na  strzępy.  Potężne  łodygi 

wiły się i klekotały, szczękając ostrymi zębami. Zapewne szukały czegoś, w czym mogłyby je 

zagłębić. 

Tymczasem  Jaina  z  całej  siły  napierała  raz  na  tę,  raz  na  inną  dźwignię.  Silniki 

ścigacza  wyły,  pracując  na  wysokich  obrotach.  Usiłowały  pokonać  opór  stawiany  przez 

trzymające je macki. 

Lowie  podbiegł  do  poręczy.  Wydając  ostrzegawczy  ryk,  zaczął  machać  świetlistym 

ostrzem.  Zadając  cios  za  ciosem,  odcinał  łodygi  morskich  chwastów,  które  więziły  mały 

statek. 

- Och, proszę, niech pan uważa, panie Lowbacco! - piszczał Em Teedee. - Tam grozi 

panu jeszcze jedna! 

background image

Burknąwszy  coś  w  odpowiedzi,  młody  Wookie  przeciął  mackę,  a  wówczas 

miniaturowy android-tłumacz powiedział: 

- Doskonała robota, panie Lowbacco! Jaka to ulga dla mnie mieć świadomość, że robi 

pan,  co  może,  abym  nie  skończył  jako  przekąska  tego  paskudnego  zaślinionego  morskiego 

chwastu! 

Tenel Ka odwróciła się, żeby odeprzeć atak kolejnej  grubej macki zakończonej parą 

zębatych  muszli.  Zamachnęła  się  sztyletem,  ale  podobne  do  skorupy  małża  szczypce  z 

głośnym szczęknięciem zatrzasnęły się na czubku noża. Po chwili zębate muszle kłapnęły po 

raz drugi, by zacisnąć się nieco bliżej dłoni dzielnej wojowniczki. 

Natychmiast  u  jej  boku  pojawił  się  Jacen,  który  odciął  koniec  grubej  macki 

jaskrawozieloną  energetyczną  klingą.  Błysnął  zębami,  obdarzając  koleżankę  szelmowskim 

uśmiechem. 

- Chciałem tylko spłacić dług! - zawołał. 

- Moje podziękowania, Jacenie - odparła dziewczyna. 

Lowie  machnął  złocistym  ostrzeni,  odcinając  ostatnią  mackę  podwodnego  chwastu, 

jaka  trzymała  w  niewoli  mały  statek.  Uwolniony  ścigacz  ruszył,  ale  cierniste  pędy  nadal 

kołysały się i smagały powierzchnię wody, starając się ponownie pochwycić ofiarę. 

Jaina czyniła wszystko, by silniki nadały statkowi jak największe przyspieszenie. Już 

wkrótce  ścigacz  płynął  z  taką  prędkością,  że  kadłub  niemal  nie  stykał  się  z  oceanem 

falujących  łodyg.  Jaskrawoczerwone  kwiaty  nie  przestawały  wodzić  za  statkiem 

nieprzyjaznymi  spojrzeniami,  ale  wszystko  wskazywało  na  to,  że  podwodny  chwast  nie 

potrafi reagować dostatecznie szybko. 

Mimo to Jacen, nie wyłączając szmaragdowozielonego ostrza, nadal ściskał rękojeść 

świetlnego miecza, w każdej chwili gotów znów rzucić się w wir walki. Miał wrażenie, że ta 

rzecz jest czymś więcej niż rośliną. Wyczuwał w niej jakąś... zdolność reagowania na bodźce, 

przystosowywania  się  do  zmiany  sytuacji.  Posłużył  się  Mocą,  licząc  na  to,  że  uda mu  sieją 

uspokoić, a potem nakłonić do wyrażenia zgody na wypuszczenie ścigacza. 

-  Nie  mogę  znaleźć  jej  mózgu  -  odezwał  się  po  chwili.  -  Wygląda  na  to,  że  roślina 

reaguje, kierując się tylko odruchami. I czuję, że jest głodna, bardzo głodna. 

- Ta-a, no cóż, jeszcze przez jakiś czas pozostanie głodna - odezwała się Jaina. 

- To szczera prawda! - zapiszczał w odpowiedzi Em Teedee. - Z całego serca zgadzam 

się z pani zdaniem. 

background image

Po  kilku  chwilach  ponownie  znaleźli  się  na  otwartym  morzu.  Przeprowadzili 

niezbędne  obliczenia  i  posługując  się  aparaturą  pulpitu  sterowniczego,  wpisali  parametry 

kursu, którym mogli wrócić na Reef Fortress. 

Jacen zerknął na Tenel Ka, by upewnić się, czy nie jest ranna. Ze zdumieniem ujrzał, 

że  na  twarzy  dziewczyny  maluje  się  wielki  spokój  i  zadowolenie.  Zobaczył,  jak  Tenel  Ka 

wsuwa  do  pochwy  u  pasa  sztylet,  który  zwykle  służył  jej  do  rzucania.  Wojowniczka  z 

Dathomiry  sprawiała  wrażenie  bardziej  ożywionej  i  pewniejszej  siebie  niż  kiedykolwiek  od 

chwili  owego  niefortunnego  wypadku,  jaki  wydarzył  się  podczas  pojedynku  na  świetlne 

miecze. 

-  Jesteśmy  znakomitymi  wojownikami  -  odezwała  się  dziewczyna.  -  Nic  tak  nie 

poprawia nastroju i nie odpręża jak walka w obronie życia. 

Lowbacca  cicho  warknął.  Em  Teedee  zapiszczał,  ale  powstrzymał  się  od 

wypowiedzenia  jakiejkolwiek  uwagi.  Zdumiona  Jaina  popatrzyła  na  Tenel  Ka,  ale  jej  brat 

wybuchnął głośnym śmiechem. 

-  Ta-a,  naprawdę  tworzymy  zgraną  grupę,  prawda?  -  stwierdził.  -  Jesteśmy 

prawdziwymi młodymi rycerzami Jedi. 

Wojowniczka z Dathomiry pomogła chłopcu opatrzyć kilka niegroźnych ran ręki, po 

czym Jacen posmarował ranę na policzku Tenel Ka balsamem, który znalazł w pokładowym 

zestawie medycznym. 

- Pani ambasador Yfra chyba nie miała tego na myśli, kiedy mówiła, żebyśmy wybrali 

się ścigaczem na wycieczkę - powiedział - ale mimo to bawiłem się doskonale. 

Nagle Lowbacca zaryczał, po czym wskazał na pulpit nawigacyjnej konsolety. 

-  O  rety!  -  pisnął  Em  Teedee.  -  Pan  Lowbacca  sugeruje,  że  prawdopodobnie  jeszcze 

nie  powinniśmy  czuć  się  bezpieczni  i  odprężeni.  Uważa,  że  na  pokładzie  ścigacza  ktoś 

świadomie dopuścił się sabotażu. 

- Co chcesz przez to  powiedzieć?  - zapytał  Jacen.  -  Te cyferki na ekranie nic mi nie 

mówią. 

- Wydaje mi się, że chodzi mu o to - odezwała się Jaina, kiwnięciem głowy pokazując 

współrzędne kursu, uprzednio zaprogramowanego przez panią ambasador Yfrę. - Kurs, jakim 

prowadził  nas  autopilot,  miał  skierować  ścigacz  w  sam  środek  obszaru  tych  morderczych 

chwastów... Nie przewidziano żadnego kursu powrotnego! 

background image

ROZDZIAŁ 17 

 

W  skalnej  jaskini  rozbrzmiewał  cichy  plusk  łagodnych  fal  omywających  kamienne 

nabrzeża  i  kadłuby  zakotwiczonych  statków.  Tenel  Ka  odczuwała  wielki  spokój 

promieniujący z chłodnych kamiennych ścian i słonej woni, jaką było przesycone powietrze 

w  wielkiej  grocie.  Dziewczyna  skrzyżowała  obnażone  nogi  i  siedziała  na  pokładzie, 

posługując  się.  techniką  relaksacyjną  Jedi,  pozwalającą  jej  skupić  myśli  i  obserwować 

przyjaciół. 

Jaina, która skryła głowę pod panelem kontrolnym, sprawdzała okablowanie aparatury 

sterowniczej  ścigacza,  przebierając  w  powietrzu  nogami.  Siedzący  nieco  wyżej  Lowbacca 

zajmował się komputerem nawigacyjnym, od czasu do czasu podając dziewczynie potrzebne 

narzędzia.  Tenel  Ka  przyglądała  się,  jak  oboje  poruszają  się  zwinnie  i  pewnie,  całkowicie 

nieświadomi  tego,  jak  łatwo  przychodzi  im  posługiwać  się  raz  jedną,  a  raz  drugą  ręką.  Na 

myśl o tym, że ma tylko jedną rękę, poczuła w sercu ukłucie bólu. 

Na krawędzi pokładu obok niej leżał na brzuchu Jacen. Zanurzył głęboko prawą rękę, 

a  palcami  lewej  muskał  powierzchnię  wody.  Usiłował  przywabić  jarzące  się  stworzenie 

ziemnowodne na tyle blisko, by je złapać. 

-  Lowie,  podaj  mi  hydrauliczny  klucz  -  rozbrzmiał  nagle  stłumiony  głos  Jainy.  - 

Muszę zdjąć płytę czołową tego urządzenia. 

Młody  Wookie,  nie  odrywając  się  od  pracy,  wyciągnął  rękę.  Posługując  się  długimi 

zwinnymi palcami, wyłuskał narzędzie z pudełka stojącego za plecami i podał dziewczynie. 

Jakie  to  proste,  jeżeli  ma  się  obie  ręce  -  pomyślała  Tenel  Ka.  Natychmiast  jednak 

stłumiła kiełkujące uczucie zazdrości, ganiać się w duchu za to, że jest niemądra. Doszła do 

wniosku,  że  nawet  gdyby  miała  obie  ręce,  zapewne  i  tak  nie  potrafiłaby  wykonywać 

czynności,  które  długorękiemu  Wookiemu  nie  sprawiały  najmniejszego  kłopotu.  Lowbacca 

obracał na swoją korzyść wszystko, czym obdarzyła go natura. Wykorzystywał umysł i ciało 

jak najlepiej umiał. Podobnie postępowali Jacen i Jaina. 

Zastanawiała się, czy nadal jest tą samą stanowczą osobą, zdecydowaną robić użytek 

ze  wszystkich  umiejętności.  Czy  było  możliwe,  że  ta  osoba  przestała  istnieć,  kiedy  straciła 

lewą rękę? 

Wzdrygnęła się na samą myśl o tym, że mogło to być prawdą. Jeżeli tylko brakująca 

kończyna  nie  pozwalała  jej  być  sobą,  powinna  była  się  zgodzić  na  zaproponowaną  przez 

background image

babkę  biomechaniczną  protezę...  Może  więc  mimo  wszystko  brak  ręki  nie  był 

najważniejszym problemem? 

Nagle  wojowniczka  stwierdziła,  że  Jacen  oparł  się  na  łokciach  i  obróciwszy  głowę, 

spojrzał na nią z powagą. 

- Hej, walczyłaś wczoraj z tymi mackami naprawdę dzielnie  - powiedział. - Radziłaś 

sobie doskonale. 

- Chcesz powiedzieć, jak na dziewczynę z jedną ręką?  - dokończyła z goryczą Tenel 

Ka. 

- Ja... Nie, ja... - Na policzkach chłopca pojawiły się szkarłatne plamy. Jacen odwrócił 

głowę i kiedy się odezwał, jego głos brzmiał o wiele ciszej. - Przepraszam. Pamiętam tylko, 

jak walczyłaś z tą rośliną. Nie pomyślałem nawet o tym, że posługujesz się jedną ręką. Wiesz, 

nie byłaś ani trochę mniej zwinna ani szybka. 

Tenel Ka zmrużyła oczy i wzdrygnęła się, jakby Jacen ją spoliczkował. Uświadomiła 

sobie,  że  przyjaciel  powiedział  szczerą  prawdę:  nie  walczyła  jak  słaba,  niezdarna  kaleka. 

Podświadomie  starała  się  wykorzystywać  wszystko,  co  umiała  i  czego  nauczyła  się  jako 

wojowniczka. Posługując się każdą bronią, jaką dysponowała, była naprawdę sobą. 

-  Nie  przepraszaj,  Jacenie  -  powiedziała.  -  Nie  chciałeś  sprawić  mi  przykrości  swoją 

uwagą. Sądzę, że to ja powinnam cię przeprosić. - Tenel Ka ponownie pomyślała o stoczonej 

walce, o tym, co zrobiła i co osiągnęła. - Mogłam walczyć lepiej, gdybym. .. 

-  Gdybyś  miała  drugą  rękę?  -  dokończył  zamiast  niej  chłopiec.  -  Hej,  ja  także 

mógłbym walczyć lepiej, gdybym miał do dyspozycji laserowe działo, ale go nie miałem. Po 

prostu starałem się walczyć jak najlepiej. 

-  To  nie  to.  -  Tenel  Ka  obdarzyła  Jacena  zdumionym  spojrzeniem.  -  Chciałam  tylko 

powiedzieć, że walczyłabym lepiej, gdybym posługiwała się świetlnym mieczem. 

Na  twarzy  chłopca  pojawił  się  nieśmiały  uśmiech.  Jacen  znów  zwrócił  oczy  na 

koleżanką. 

-  Ta-a  -  przyznał.  -  Radzisz  sobie  z  nim  całkiem  dobrze.  Rzecz  jasna,  radzisz  sobie 

dobrze z wieloma rzeczami. 

Zdumiona  dziewczyna  pomyślała,  że  to  fakt.  Rzeczywiście  potrafiła  dobrze 

posługiwać się świetlnym  mieczem.  Nadal.  Umiała także świetnie pływać, walczyć, biegać. 

Straciła  jednak  wiarę  we  własne  siły;  przestała  wykorzystywać  ciało  i  umysł  do  granic 

możliwości.  To  właśnie  te  przymioty  stanowiły  integralne  cechy  jej  charakteru,  z  którego 

Tenel  Ka  była  zawsze  taka  dumna...  i  właśnie  tego  brakowało  jej  od  chwili,  kiedy  uległa 

wypadkowi. 

background image

- Dziękuję ci, mój przyjacielu - rzekła. - Zaczęłam powoli zapominać, kim jestem. 

Jacen olśnił ją jednym ze słynnych zawadiackich uśmiechów. 

- Hej, może także mógłbym spróbować zapomnieć, kim j a jestem, jeżeli to jest takie 

proste. 

- Tak, to powinno załatwić sprawę. 

Głos  Jainy,  wyłaniającej  się  z  czeluści  ścigacza,  zabrzmiał  głośno  i  wyraźnie. 

Lowbacca zaryczał i zaczął gestykulować. 

-  Jasne  -  zgodziła  się  z  nim  Jaina.  -  Sabotaż,  nie  mam  co  do  tego  najmniejszych 

wątpliwości. - Dziewczyna spojrzała na Tenel Ka i zapytała, jak zwykle bez ogródek: - Czy 

możliwe, aby za tym kryła się twoja babka? 

Jacen  przełknął  ślinę.  Doszedł  do  przekonania,  że  taka  myśl  chyba  nigdy  nie 

przyszłaby mu do głowy. Popatrzył na wojowniczkę. 

- Twoja babka? - zapytał. - Chyba nie odważyłaby się...? 

Tenel Ka potraktowała całkiem poważnie ich wątpliwości. 

- Nie - odparła po namyśle. - Gdyby babka miała takie zamiary, uczyniłaby wszystko, 

żeby...  pozbyć  się  mnie  na  długo  przedtem,  zanim  przylecieliście.  -  Lowbacca  warknął 

pytająco,  a  dziewczyna  odpowiedziała:  -  Postarajcie  się  mnie  dobrze  zrozumieć. 

Podejrzewam,  że  byłaby  zdolna  do  popełnienia  morderstwa,  ale  zarazem  czuję,  że  robi 

wszystko,  co może, aby  nie narażać mnie na niebezpieczeństwa. Próbuje mnie chronić, bez 

względu na to, czy zostanę kiedyś królową, czy Jedi. 

Młody  Wookie  zaryczał  coś  w  odpowiedzi,  a  miniaturowy  android  natychmiast 

pospieszył z tłumaczeniem: 

- Pan Lowbacca pragnie zauważyć - a muszę dodać od siebie, iż przyznaję mu rację - 

że jeżeli Ta’a Chume będzie ciągle przebywała czasem tu, a czasem w Pałacu Fontann, gdzie 

przebywa w tej chwili, nie możemy liczyć na to, że nas obroni. 

- No cóż, zostawiła z nami oddział królewskich strażników - przypomniała Jaina. 

- I panią ambasador Yfrę - dodał Jacen, przewracając oczami. - O rety. 

Jaina przygryzła dolną wargę. 

- Pamiętacie, to  właśnie Yfra zaproponowała, żebyśmy  wyprawili się tym ścigaczem 

na wycieczkę. 

Lowbacca szczeknął, wypowiadając jakąś uwagę. 

-  Nie  wspominając  o  tym,  że  powiedziała,  iż  osobiście  przeprogramowała  komputer 

nawigacyjny statku - podsunął Em Teedee. -O rety! 

background image

Tenel  Ka,  która  nigdy  nie  ufała  pani  ambasador  Yfrze,  słuchała  uwag, 

wypowiadanych  przez  przyjaciół,  ale  sama  nie  zabierała  głosu.  Nagle  usłyszała  coraz 

głośniejszy dźwięk silników wielkiego hapańskiego Wodnego Smoka. 

- Może na razie byłoby najbezpieczniej nie ufać nikomu - zaproponowała. 

Jaina i Lowie przystali na jej propozycję. 

- I może trzymajmy się od pani ambasador Yfry tak daleko, jak się da - dodał Jacen. 

Wkrótce potem, unosząc się na poduszce powietrznej o grubości opłatka, do wielkiej 

groty wpłynął jacht królewski. Za sterami stała babka Tenel Ka. Ta’a Chume unieruchomiła 

statek  przy  jednym  z  kamiennych  nabrzeży,  a  potem,  nie  czekając,  aż  jej  strażnicy 

przycumują jacht, zeskoczyła na brzeg. 

Podchodząc, by powitać babkę, Tenel Ka starała się wyczuć, czy stara matriarchini nie 

żywi wobec niej jakichś złych zamiarów. 

Stwierdziła  jednak,  że  jedynymi  uczuciami,  jakie  odbiera,  są  zmęczenie,  frustracja  i 

ponure zdecydowanie. 

- Dzisiaj rano pochwyciliśmy jedną z kobiet, które podłożyły tę bombę - odezwała się 

Ta’a  Chume  znużonym  tonem.  -  Zanim  jednak  zdążyliśmy  ją  przesłuchać,  została  otruta.  - 

Była  monarchini  pokręciła  głową.  -  Przez  cały  czas  była  strzeżona.  Nie  rozumiem,  jakim 

cudem skrytobójca zdołał ją tak szybko uśmiercić. 

- Wygląda na to,  że przydałoby ci  się trochę odpoczynku, babciu  -  stwierdziła Tenel 

Ka,  starając  się  jednak  nie  sprawiać  wrażenia  przesadnie  zainteresowanej  znużeniem 

wyzierającym  z  twarzy  matriarchini.  -  Może  powinnaś  zlecić  prowadzenie  tego  śledztwa 

komuś innemu? 

Ta’a Chume zmrużyła oczy i przebiegle się uśmiechnęła. 

-  Przez  kilkadziesiąt  lat  osobiście  rządziłam  gromadą  Hapes  -  oznajmiła,  po  czym 

westchnęła z rezygnacją, jakby ustępowała. - Może jednak masz rację. Wyślę do pałacu panią 

ambasador Yfrę, żeby dalej prowadziła tę sprawę. 

Tenel Ka ugryzła się w język, by nie zdradzić się z podejrzeniem, iż pani ambasador 

raczej  zagmatwa  dochodzenie,  niż  doprowadzi  je  do  końca.  Pomyślała  jednak,  że 

przynajmniej  takie  polecenie  pozwoli  domniemanej  sabotażystce  opuścić  Reef  Fortress  i 

wyjechać. Bardzo daleko. 

background image

ROZDZIAŁ 18 

 

Zekk nauczył się traktować miecz świetlny jak wiernego przyjaciela. 

Mimo iż nie poświęcił czasu ani trudu na skonstruowanie własnej broni, praktycznie 

nie rozstawał się z rękojeścią, w której kryła się szkarłatnoczerwona klinga. Dobrze wiedział, 

co  czynić,  by  tańczyła,  kiedy  zmagał  się  z  nierzeczywistymi  przeciwnikami.  Młodzieniec 

zwyciężał, tocząc jedną walkę po drugiej z wyimaginowanymi potworami, tworzonymi przez 

komputery sterujące pracą aparatury w jego sali treningowej. Uśmiercał mynocki, Abyssinów, 

smoki kryat, lodowe potwory wampa i piraniożuki, a nawet hordy rozwścieczonych Jeźdźców 

Tusken. 

Posługując się świetlnym mieczem, w którejś walce pokonał nawet dzikiego rankora. 

Walka  była  zacięta,  ale  kiedy  w  końcu  zwyciężył,  żałował,  że  nie  może  widzieć  wyrazu 

twarzy swojego największego rywala, Vilasa, który darzył ohydne bestie dziwną sympatią. 

W  tej  chwili  kroczył  u  boku  Brakissa.  Uświadamiał  sobie,  że  naczelnik  Akademii 

Ciemnej  Strony  kieruje  się  w  stronę  środka  stacji.  Pochłonięty  ćwiczeniami,  Zekk  nigdy 

nawet  nie  pomyślał,  aby  kiedyś  samemu  zapuścić  się  w  te  rejony.  Dawno  przestał  być 

onieśmielonym,  zalęknionym  uczniem. Odziany  w watowaną skórzaną bluzę i  uzbrojony  w 

miecz świetlny, kroczył pewnie u boku mistrza, jakby byli niemal równi sobie. 

Mimo  to  naczelnik  Akademii  Ciemnej  Strony  sprawiał  wrażenie  niespokojnego; 

zatopionego  we  własnych  myślach.  Rysy  jego  nieskazitelnie  pięknej,  podobnej  do 

wyrzeźbionej  twarzy  przypominały  teraz  kamienną  maskę.  Jedynie  na  czole  widniały 

delikatne zmarszczki. 

Zekk chrząknął, a po chwili, nie potrafiąc opanować ciekawości, zapytał: 

-  Mistrzu  Brakissie,  wyczuwam  w  tobie...  jakiś  niepokój.  Nie  powiedziałeś  mi,  na 

czym ma polegać następne ćwiczenie. Czy jest coś, czego powinienem się dowiedzieć? 

Brakiss  stanął  i  obdarzył  młodzieńca  spokojnym,  ale  przeszywającym  na  wylot 

spojrzeniem. 

- Dzisiaj  zostaniesz poddany  najtrudniejszej  próbie, Zekku  - odparł.  -  Będzie od niej 

zależała twoja przyszłość. Musisz udowodnić, jak bardzo jesteś naprawdę uzdolniony. 

Zekk  uniósł  dumnie  głowę,  po  czym  rozszerzył  nozdrza  i  głęboko  odetchnął. 

Odruchowo dotknął palcami rękojeści świetlnego miecza. 

- Jestem gotów na wszystko. 

background image

W  końcu  obaj  stanęli  przed  grubymi  metalowymi  drzwiami.  Brakiss  wystukał  kod 

nakazujący  zwolnienie  pneumatycznych  zamków.  Ciężkie  skrzydła  powoli  się  rozsunęły, 

ukazując niewielką śluzę i jeszcze jedne metalowe pancerne drzwi umożliwiające wejście do 

kolejnego pomieszczenia. 

-  Zaufaj  własnym  umiejętnościom,  Zekku  -  odezwał  się  Brakiss.  -  Otwórz  się  na 

przepływ Mocy. 

Młodzieniec poważnie kiwnął głową. 

-  Jak  zawsze,  mistrzu  Brakissie  -  odparł.  -  Pomyślnie  przejdę  i  tę  próbę.  Proszę, 

powiedz  mi  tylko,  dlaczego  uważasz  ją  za  najważniejszą?  Dlaczego  będzie  wymagała  ode 

mnie takiego wysiłku? 

Naczelnik  Akademii  Ciemnej  Strony  gestem  zaprosił  młodzieńca,  żeby  wszedł  do 

środka. Zekk usłuchał, ale zauważył, że jego nauczyciel nie przekroczył progu śluzy. 

-  Ponieważ  musisz  stoczyć  walkę  na  śmierć  i  życie  -  oznajmił  Brakiss,  po  czym 

zatrzasnął drzwi, zamykając swojego ucznia w dźwiękoszczelnym pomieszczeniu. 

Czekając, aż ucichnie huk zatrzaskiwanych drzwi, Zekk uzbroił się w cierpliwość. W 

jego  mózgu  wciąż  jeszcze  rozbrzmiewały  ostatnie  słowa  mistrza  Jedi.  Widoczne  w 

przeciwległej ścianie drugie drzwi pozostawały zamknięte i młodzieniec siłą woli zmusił się 

do  zachowania  spokoju,  chociaż  czuł  się  jak  schwytane  zwierzę  w  klatce.  Odpiął  wierny 

miecz  świetlny  i  zacisnął  palce  na  rękojeści,  aż  zbielały  kostki  palców,  ale  na  razie  nie 

włączał energetycznego ostrza. 

Sekundy upływały, a drzwi, które widział naprzeciwko siebie, nadal nie zamierzały się 

otworzyć.  Młodzieniec  poczuł,  że  w jego  sercu  wzbiera  przerażenie,  ale  postarał  się  skupić 

myśli  na  czymś  innym.  Rycerz  Jedi  nie  powinien  się  bać,  ponieważ  nie  istniało  nic,  co  by 

mogło  mu  zagrozić.  Moc  przepływała  przez  wszystko  we  wszechświecie,  a  ciemna  strona 

była jego sprzymierzeńcem. 

Chociaż  zwyciężał,  walcząc  w  sali  treningowej  z  symulowanymi  krwiożerczymi 

bestiami,  nigdy  jednak  nie  zapominał,  że  jego  przeciwnikami  były  dotychczas  tylko 

hologramy.  Wiedział,  że  prawdziwe  niebezpieczeństwa  mogą  czyhać  na  niego  dopiero 

podczas walki z żywymi wrogami. 

Popatrzył  na  zamknięte  drzwi  przed  sobą,  zastanawiając  się,  czy  nie  powinien 

zniszczyć zamka klingą świetlnego miecza i nie wydostać się z pułapki. Musiał przekonać się, 

jakie  niebezpieczeństwa  kryją  się  po  drugiej  stronie.  A  może  właśnie  to  stanowiło  jeden  z 

elementów jego próby? Zastanawiał się, jak długo powinien jeszcze czekać. 

background image

Cierpliwości - powiedział sobie. Zaczął liczyć, zamierzając czekać tak długo, dopóki 

nie osiągnie pełnej setki. Zanim jednak zdążył doliczyć do dziesięciu, zamek umieszczonych 

w przeciwległej ścianie drzwi szczęknął i brzęknął. Przez metalowe ściany śluzy przebiegło 

dziwne drżenie. Drzwi zaczęły powoli się rozsuwać. 

Zekk przeszedł przez próg i w tej samej sekundzie poczuł dezorientujące szarpnięcie. 

Nie  potrafił  się  oprzeć  wrażeniu,  że  wkroczył  w  nicość...  Podłoga,  ściany  i  sufit  zaczęły 

szybko wirować. Młodzieniec uświadomił sobie, że znalazł się w pomieszczeniu, w którym 

siła sztucznego ciążenia została zmniejszona do zera... w dużej sali, ukrytej w samym sercu 

Akademii Ciemnej Strony! Nie potrafiąc powiedzieć, gdzie jest dół, a gdzie góra, obracał się. 

w powietrzu, które wypełniało pomieszczenie mające kształt wielkiej kuli. Wydawało mu się, 

że nic nie może powstrzymać powolnego wirowania. 

Poczuł, że jego żołądek wywinął kozła, ale nabrał głęboko powietrza i przywołując na 

pomoc siłę woli,  postanowił  się nie poddawać. Zogniskował  spojrzenie  i  próbował  dostrzec 

szczegóły otaczającej  go sali,  na ułamek sekundy pojawiające się przed jego oczami, mając 

nadzieję,  że  pozwolą  mu  na  uzyskanie  odpowiedzi.  Zacisnął  palce  na  rękojeści  miecza  i 

rozłożył ręce, aby zmniejszyć prędkość wirowania, po czym zaczął się starać, żeby jego ciało 

całkowicie znieruchomiało. Dopiero wówczas zauważył miejsca siedzące, rozmieszczone na 

ścianach pomieszczenia. Zwrócił uwagę na dziesiątki hałaśliwie zachowujących się widzów, 

a także na rozmieszczone pod dziwacznymi kątami i wyposażone w poręcze balkony, które 

mogły pomieścić widzów pragnących obserwować wszystko mimo stanu nieważkości. 

Zobaczył  rzędy  stojących  szturmowców,  trzymających  się  poręczy.  Pozostali 

uczniowie Akademii Ciemnej Strony siedzieli dookoła, gotowi przyglądać się przedstawieniu. 

Zekk zesztywniał. Zastanawiał się, jak trudna okaże się próba, której zostanie poddany. O co 

mogło chodzić Brakissowi? Co on sam może teraz zrobić? 

Nagle  zwrócił  uwagę  na  wielkie  głazy,  które  unosiły  się  w  powietrzu  niczym  małe 

asteroidy. Pomiędzy nimi dostrzegł także metalowe pudła i pojemniki, niewielkie skrzynie na 

towary oraz sztucznie sporządzone geometryczne bryły, a także durastalowe rury unoszące się 

jak  nieważkie  piórka.  Młodzieniec  nie  widział  powodu,  dla  którego  większe  i  mniejsze 

przedmioty zaśmiecały wnętrze wielkiej sali. 

Nagle zrozumiał: To były przeszkody. 

Pośrodku wygiętej ściany, w przeciwległym krańcu pomieszczenia, ujrzał błyszczącą 

transpastalową bańkę kopuły obserwacyjnej. Dysponując doskonałym wzrokiem, dostrzegł w 

środku kilka osób. Rozpoznał mistrza Brakissa, odzianego w srebrzystą szatę, a także Tamith 

background image

Kai, groźną Siostrę Nocy, w czarnej pelerynie zakończonej spiczastymi naramiennikami. Nie 

brakowało również starego pilota Qorla odzianego w czarny opancerzony kombinezon. 

Mistrz  Brakiss  pochylił  się  i  zaczął  mówić  coś  do  mikrofonu.  W  amfiteatrze 

rozbrzmiał  jego  głos,  wzmocniony  przez  elektroniczną  aparaturę.  Natychmiast  ucichły 

odgłosy rozmów, a także wszystkie inne dźwięki. 

- Zgromadziliście się tu, żeby być świadkami wyboru przywódcy wszystkich nowych 

uczniów,  którzy  kształcą  się  tu,  aby  zostać  Ciemnymi  Jedi  -  zaczął  naczelnik  Akademii 

Ciemnej  Strony.  -  Przywódcy,  który  zostanie  mianowany  generałem  oddziałów  naszej 

uczelni, kiedy Drugie Imperium uczyni ruch, by odzyskać władzę w całej galaktyce. Dzisiaj 

będziecie świadkami wielkiej walki. 

W  przeciwległym  krańcu  kulistego  pomieszczenia,  którego  widok  był  częściowo 

zasłonięty przez dryfujące przeszkody, otworzyły się drzwi jeszcze jednej śluzy. Ukazała się 

w  nich  jakaś  mroczna  postać.  Z  uwagi  na  unoszące  się  przedmioty  Zekk  nie  mógł  się 

zorientować, z kim musi stoczyć pojedynek. 

- Będzie to walka na śmierć i życie - ciągnął tymczasem Brakiss - Między Zekkiem... - 

Zawiesił  głos,  ale  pozostali  uczniowie  Akademii  Ciemnej  Strony  nie  zaczęli  wydawać 

radosnych  okrzyków.  Wiedzieli,  że  to  byłoby  błędem,  gdyż  ktokolwiek  zwycięży  w  tym 

pojedynku, zostanie mianowany ich przywódcą. -...a Vilasem! 

Zekk  zwrócił  głowę  w  stronę,  w  której  ujrzał  przeciwnika.  Wyciągnął  przed  siebie 

rękojeść  świetlnego  miecza,  obserwując,  jak  ciemnowłosy  młody  mężczyzna  z  Dathomiry, 

najlepszy uczeń Tamith Kai, kieruje spojrzenie na niego. Przekonał się, że ulubieniec Siostry 

Nocy trzyma zapalony świetlny miecz, w każdej chwili gotów wziąć udział w pojedynku. 

Nagle  Vilas  odepchnął  się  od  ściany  i  poszybował  ku  skalnym  głazom  wiszącym 

nieruchomo w samym środku wielkiej sali. Zekk przycisnął guzik na obudowie, by wysunąć 

świetliste  ostrze,  po  czym  poszedł  w  jego  ślady,  starając  się  spotkać  z  przeciwnikiem  w 

miejscu,  gdzie  nie  dryfowały  żadne  przeszkody.  Poczuł,  że  serce  wali  mu  jak  młotem,  ale 

zarazem  uświadomił  sobie,  że  mimo  odczuwanego  niepokoju,  właściwie  przez  cały  czas 

pragnął  stanąć  do  tej  walki.  Ileż  to  razy  od  czasu,  kiedy  znalazł  się  w  Akademii  Ciemnej 

Strony, Vilas szydził z niego i kpił? Od dzisiaj nie będzie żadnych wątpliwości, który z nich 

jest najlepszym, najzdolniejszym uczniem. 

Nagle młody mężczyzna zawołał, jak zwykle drwiącym tonem: 

- Jeżeli natychmiast się poddasz, młodociany śmieciarzu, może daruję ci życie i tylko 

cię okaleczę. 

background image

Roześmiał  się  kpiąco,  a  Zekk  poczuł,  że  na  jego  policzkach  wykwitają  rumieńce 

wstydu. Zrozumiał, że Norys albo jakiś inny członek gangu Zagubionych wyjawił  Vilasowi 

pogardliwy przydomek, jakim go ochrzcili. Śmieciarz. 

Zekk wyciągnął rękę, aby pochwycić jakiś dryfujący przedmiot. Jego palce trafiły na 

oszpecony  dziobami  owalny  kamień;  z  pewnością  twardy  jak  durastal  kawałek  meteorytu. 

Młodzieniec uchwycił go z całej siły. 

-  Jeżeli  przypuszczasz,  że  pójdzie  ci  ze  mną  tak  łatwo,  Vilasie,  pokonam  cię,  zanim 

zdążysz mrugnąć! - krzyknął w odpowiedzi. 

Cisnął  odłamkiem,  wkładając  w  ten  rzut  wszystkie  siły.  Meteoryt,  przemierzając 

przestrzeń  pozbawioną  siły  ciążenia,  poszybował  ku  drugiemu  Ciemnemu  Jedi  jak  strzała... 

ale Zekk został zaskoczony działaniem siły reakcji, równej co do wartości sile, z jaką rzucił 

kamień, ale odwrotnie skierowanej. Młodzieniec ponownie zorientował się, że koziołkując w 

powietrzu,  zaczyna  oddalać  się  od  przeciwnika.  W  pewnej  chwili  uderzył  silnie  głową  w 

jedną z unoszących się metalowych skrzyń. W mózgu Zekka eksplodował przenikliwy ból, a 

w  jego  uszach  coś  zadzwoniło.  Kiedy  w  końcu  odzyskał  ostrość  wzroku,  zobaczył,  że 

mężczyzna bez wysiłku odpycha się, przelatując obok ogromnej skalnej bryły. 

Vilas znów kpiąco się roześmiał. 

- Czy to wszystko, na co cię stać, śmieciarzu? - zadrwił. 

Zekk  uświadomił  sobie,  że  był  nierozsądny.  Skupił  się,  usiłując  wykorzystać 

niedawno poznane techniki. Uwzględnił fakt, że jego przeciwnik nie spoglądał już na lecący 

okruch meteorytu, i posługując się Mocą, zmienił tor lotu kamiennej bryły w ten sposób, by 

skierować ją ku Vilasowi. Owalny kamień nie znajdował się wprawdzie dostatecznie daleko, 

aby  Zekk  mógł  nadać  mu  dużą  prędkość,  ale  i  tak  dosyć  silnie  uderzył  ciemnowłosego 

mężczyznę w ramię. Vilas krzyknął z bólu i zmieniwszy tor lotu, także zaczął koziołkować. 

Zekk również leciał nie tam, dokąd pragnął. Przekonał się, że nie potrafi panować nad 

trajektorią lotu ciała. Ponieważ nie mógł szybować w określonym kierunku, czuł się zupełnie 

zdezorientowany. Miał  wrażenie, że ściany kulistego pomieszczenia wirują wokół niego jak 

szalone.  W  końcu  poczuł,  że  jego  stopy  dotknęły  bocznej  powierzchni  dryfującej  skrzyni 

towarowej, więc odbił się od niej w ten sposób, by ponownie poszybować ku przeciwnikowi. 

Vilas  jednak  już  czekał  na  niego,  gotów  do  dalszej  walki.  Obrócił  się,  wyciągając 

przed siebie świetliste ostrze. Obaj przeciwnicy zbliżali się ku sobie jak dwie armatnie kule. 

Zekk zamachnął się ostrzem świetlnego miecza, ale ciemnowłosy mężczyzna zasłonił 

się,  przyjmując  cios  na  swoją  klingę.  Po  sekundzie  oba  ostrza  znów  się  spotkały  i  we 

wszystkie  strony  trysnęły  fontanny  iskier.  W  stronę  widzów  raz  po  raz  szybowały  ogniste 

background image

błyskawice.  W  pewnej  chwili  Zekk  przeleciał  obok  przeciwnika,  a  Vilas  obrócił  głowę  i 

rozglądając się w prawo i w lewo, próbował rzucić się w pościg. 

Zekk usiłował znaleźć wzrokiem jakiś przedmiot, od którego mógłby się odepchnąć... 

ale  nagle  jakiś  instynkt  Jedi  ostrzegł  go,  aby  zmienił  kierunek  lotu.  W  tej  samej  sekundzie 

obok  młodzieńca  przeleciał  Vilas,  zadając  cios  pomrukującym  ostrzem  świetlnego  miecza. 

Zekk wykonał przewrót w tył, jakby przeskakiwał przez niewysoki płot... Okazało się jednak, 

że  nie  uczynił  tego  dostatecznie  szybko.  Sam  koniec  świetlistej  klingi  przeciwnika  musnął 

skórę bluzy watowanego kombinezonu, z którego Zekk był tak dumny, pozostawiając w niej 

dymiące rozcięcie. 

Z  triumfalnym  okrzykiem  Vilas  odwrócił  się  w  locie,  a  Zekk  poczuł,  że  zaczyna 

wzbierać w nim fala gniewu. Młodzieniec wiedział, że gniew pozwoli mu jeszcze skuteczniej 

czerpać  siły  ciemnej  strony  Mocy.  Wyciągnął  rękę  w  stronę  najbliższego  dryfującego 

wielościanu.  Pochwycił  mający  kształt  piramidy  moduł  szklarniowy  i  cisnął  ciężkim 

przedmiotem w przeciwnika z siłą mogącą strzaskać transpastalowe ściany. 

Widząc  to,  Vilas  skulił  się  w  kłębek,  a  młodzieniec  w  tej  samej  chwili  machnął 

ostrzem  świetlnego  miecza,  żeby  rozciąć  moduł  szklarniowy  na  dwie  części.  Oba  kawałki, 

koziołkując w powietrzu, poszybowały w różne strony. 

Rysy twarzy ciemnowłosego mężczyzny wykrzywił grymas wściekłości. Vilas kopnął 

jedną z przelatujących obok niego części piramidy, co pozwoliło mu znów skierować się ku 

Zekkowi. Młodzieniec czekał, nie unosząc jednak ostrza świetlnego miecza. Zorientował się, 

że  mężczyzna  zamierza  ciąć  klingą  miejsce,  w  którym  w  tej  chwili  znajduje  się  jego 

przeciwnik.  Wiedział  jednak,  że  jeżeli  ich  ostrza  znów  się  zetkną,  obaj  koziołkując  w 

powietrzu,  polecą  w  przeciwne  strony.  Kiedy  ujrzał,  że  Vilas  unosi  broń,  szykując  się  do 

zadania potężnego ciosu, posłużył się Mocą, aby odepchnąć siebie... i oddalić się od wroga. 

Vilas  ciął  ze  straszliwą  siłą...  ale  jego  energetyczna  klinga  z  głośnym  pomrukiem 

przecięła  tylko  powietrze.  Ponieważ  nic  nie  zrównoważyło  siły  ciosu,  mężczyzna  zaczął 

wirować niczym trąba powietrzna. Nie umiejąc kontrolować swoich ruchów, bardzo szybko 

stracił orientację. 

Zekk  skorzystał  z  okazji,  żeby  zyskać  chociaż  trochę  czasu.  Odepchnąwszy  się  od 

jakiejś bryły, poszybował w kierunku jednego z większych meteorytów, wiszącego w samym 

środku  kulistego  amfiteatru.  Objął  go  rękami,  ale  po  chwili  obrócił  się  i  przykleił  plecy  do 

chropowatej kamiennej powierzchni. 

Mógł ukrywać się tam przez kilka chwil, ale później musi na nowo podjąć walkę. 

 

background image

Przebywający we wnętrzu obserwacyjnego bąbla Qorl stał nieruchomo, podczas gdy 

Brakiss  i  Tamith  Kai  siedzieli  na  wyściełanych  fotelach,  obserwując  przebieg  pojedynku. 

Zarówno  naczelnik  Akademii  Ciemnej  Strony,  jak  i  Siostra  Nocy  przyglądali  się  swoim 

pupilom,  licząc  na  to,  że  dzięki  ich  zwycięstwu  będą  mogli  być  z  nich  dumni.  Tymczasem 

Qorl  usiłował  ukryć  niepokój,  ale  nie  mógł  oderwać  spojrzenia  od  dwójki  młodych 

utalentowanych uczniów toczących zaciętą walkę w pomieszczeniu o zerowej sile ciążenia. 

Oczy  Tamith  Kai,  w  napięciu  obserwującej  pojedynek,  rzucały  fioletowe  błyski. 

Siostra  Nocy,  nie  odwracając  głowy,  kątem  szkarłatnowiśniowych  ust  odezwała  się  do 

Brakissa: 

- Twój chłopak nie ma żadnych szans - oznajmiła kpiącym tonem. - Vilas jest o wiele 

bardziej doświadczony. Ja go uczyłam, Vonnda Ra go szkoliła i nawet Garowyn udzielała mu 

rad.  Nasz  młody  bohater  jest  ukoronowaniem  wielu  lat  starań,  jakich  dokładamy  na 

Dathomirze. Przestań zawracać sobie głowę tym niemądrym pojedynkiem. Po prostu mianuj 

Vilasa dowódcą wszystkich nowych Ciemnych Jedi. 

Brakiss  siedział,  zachowując  pozorny  spokój.  Qorl  widział  jednak  subtelne  zmiany 

rysów jego twarzy, jakie pojawiały się za każdym razem, kiedy sytuacja walczących uczniów 

ulegała nagłym zmianom, i był pewien, że pojedynek budzi żywe emocje w sercu naczelnika 

Akademii Ciemnej Strony. 

- Ach, Tamith Kai - odparł Brakiss. - Zapominasz, że to j a uczyłem Zekka. To liczy 

się  bardziej  niż  wszystkie  nauki,  jakie  mógł  pobierać  twój  pupil,  szkolony  przez  zastępy 

Sióstr Nocy. 

Tamith  Kai  oderwała  spojrzenie  od  pola  walki  i  spiorunowała  młodego  mężczyznę 

błyskiem fioletowych oczu. Pogardliwie prychnęła. 

- Wydaje mi się - przemówił nagle Qorl - że Tamith Kai ma jednak trochę racji. Taki 

pojedynek  zakończy  się  przecież  bezsensowną  stratą.  Bez  względu  na  to,  kto  zwycięży, 

stracimy jego rywala - ucznia dysponującego o wiele większymi umiejętnościami niż wszyscy 

pozostali, których nadal będziemy szkolili w naszej akademii. 

-  Ta  walka  ma  głęboki  sens  -  odrzekł  cierpliwie  Brakiss,  jakby  mówił  do  ucznia.  - 

Pozostali kandydaci znają swoje miejsca i będą wykonywali rozkazy posłusznie jak automaty. 

Co innego tych dwóch... Każdy z nich myśli, że jest najlepszy. Mimo to tylko jeden będzie 

mógł  rozkazywać  uczniom  Jedi.  Tylko  jeden  zasługuje  na  miano  najdzielniejszego 

wojownika.  Gdybyśmy  pozwolili  przeżyć  drugiemu,  zawsze  gardziłby  zwycięzcą...  i  może 

nawet  starał  się  poderwać  jego  autorytet.  Nie,  z  całą  pewnością  będzie  lepiej,  jeżeli  się 

dowiemy, kto z tych dwóch jest silniejszy. 

background image

Tamith Kai zgodziła się z jego zdaniem. 

- Tak - oznajmiła. - Poza tym dobrze zrobi innym uczniom, jeżeli zobaczą, jak jeden z 

nich umiera. Dopiero wówczas w pełni zrozumieją głębię naszej determinacji... i uświadomią 

sobie, że Drugie Imperium także od nich może kiedyś zażądać złożenia życia w ofierze. 

Brakiss zamiast odpowiedzi tylko kiwnął głową. 

Qorl  nie  odezwał  się  ani  słowem.  Nie  miał  zamiaru  sprzeczać  się  z  przełożonymi. 

Dobrze  rozumiał,  że  zarówno  naczelnik  Akademii  Ciemnej  Strony,  jak  i  Siostra  Nocy  są 

głęboko przekonani o racji swojego postępowania. Kimże był, aby miał wątpić o słuszności 

ich opinii? A poza tym, nawet gdyby którykolwiek z dwójki młodych kandydatów chciał się 

poddać w nadziei, że ocali życie, jaki straszliwy cios poniosłoby morale wszystkich widzów? 

Mimo  wszystko,  poddanie  oznaczało  zdradę.  Qorl  pochylił  się,  by  uważniej  przyglądać  się 

pojedynkowi. 

 

Zekk  starał  się  uspokoić  oddech.  Rzecz  jasna,  nie  mógł  się  ukrywać  zbyt  długo  za 

skalną  asteroidą...  a  przynajmniej  nie  na  oczach  wiwatujących  widzów,  coraz  bardziej 

podnieconych przebiegiem walki, w miarę jak stawała się bardziej zacięta. Jego dłonie były 

mokre  od  potu,  a  Zekk  wiedział,  że  nie  może  pozwolić  sobie  na  zgubienie  broni  w 

niewłaściwej chwili, kiedy będzie jej najbardziej potrzebował. Musi zatem być czujny; musi 

ciągle  atakować.  Ponieważ  chciał  być  absolutnie  pewien,  wcisnął  guzik  na  obudowie, 

blokujący wysunięte ostrze, po czym zaczął szukać w myślach sposobu, który pozwoliłby mu 

pozbyć się Vilasa raz na zawsze. 

Nagle usłyszał ciche skwierczenie dobiegające z drugiej strony meteorytu. Odruchowo 

odepchnął  się  od  skalnej  bryły  i  w  tej  samej  sekundzie  ostrze  miecza  Vilasa  rozcięło  ją  na 

połowy. Obie części poszybowały w różne strony, ale Zekk zauważył, że jedna płaszczyzna 

każdej bryły była gładka i błyszczała jak lustrzana powierzchnia stopionego metalu. Gdyby w 

ostatniej  chwili  nie  oderwał  się  od  meteorytu,  ognista  klinga  broni  jego  przeciwnika 

rozcięłaby go na pół tak samo, jak skalną bryłę! 

Młodzieniec odwrócił się w locie i zobaczył, że  Vilas szybuje ku niemu z uniesioną 

świetlistą  klingą,  gotową  do  zadania  ciosu.  Uniósł  własne  ostrze,  żeby  odparować  atak. 

Świetliste smugi ponownie się skrzyżowały, posyłając we wszystkie strony snopy iskier. Obaj 

naparli  z  całej  siły,  ale  nie  mając  oparcia,  po  chwili  się  rozdzielili.  Nie  wyłączając 

zablokowanych  ostrzy,  zaczęli  dryfować,  i  zacisnąwszy  zęby,  wyzywająco  piorunowali  się 

spojrzeniami. 

background image

Nagle  spojrzenie  Vilasa  padło  na  jakiś  punkt  tuż  za  plecami  Zekka.  Młodzieniec  nie 

miał  jednak  czasu  zorientować  się,  co  knuje  jego  przeciwnik,  gdyż  w  następnej  sekundzie 

poczuł,  że  dryfujący  metalowy  pręt  wbił  się  w  jego  plecy,  mniej  więcej  pośrodku  między 

łopatkami.  Poczuł  dotkliwy  ból,  który  przewędrował  wzdłuż  całego  kręgosłupa.  Zachłysnął 

się powietrzem, ale później, pragnąc opanować ból, wypuścił je z głośnym sykiem. Spostrzegł 

jednak,  że  świetlny  miecz  wysunął  się  z  jego  palców  i  zaczął  koziołkować,  przecinając 

powietrze płonącym świetlnym ostrzem. 

Widząc,  jak  Zekk  rozpaczliwie  wymachuje  rękami,  usiłując  oddalić  się  od 

przeciwnika,  tłum  podnieconych  widzów  zawył  z  uciechy.  Tymczasem  Vilas  złowieszczo 

wyszczerzył  zęby  i  odepchnąwszy  się,  pofrunął  ku  niemu.  Młodzieniec  nie  mógł  nawet 

marzyć o tym, aby w porę pochwycić swoją broń. Wirując jak płonący jarzeniowy pręt, miecz 

szybował  w  kierunku  jednego  z  balkonów.  Przebywający  na  nim  widzowie  rzucili  się  do 

panicznej ucieczki, starając się zejść z toru lotu niebezpiecznego urządzenia. 

Zekk  wyciągnął  za  siebie  rękę  i  pochwycił  wciąż  jeszcze  dryfujący  metalowy  pręt. 

Posługując się nim jak włócznią, ale nie wypuszczając z dłoni, pchnął z ogromną siłą. Rozległ 

się świst rozcinanego powietrza, a metalowa dzida bez trudu pokonała odległość dzielącą ją 

od przeciwnika. Pozbawiony oparcia młodzieniec szybujący w pomieszczeniu o zerowej sile 

grawitacji zaczął jednak wirować jak szalony. 

Zamachnąwszy  się  ostrzem  własnego  miecza  świetlnego,  Vilas  smagnął  skierowaną 

ku niemu metalową dzidę. Odciął kawałek długości blisko pół metra. Tymczasem  Zekk, nie 

przestając  obracać  się  wokół  własnej  osi,  próbował  ponowić  atak  metalowym  prętem. 

Ciemnowłosy  mężczyzna  zadał  mieczem  drugi  cios,  który  jednak  chybił  celu.  Wówczas 

młodzieniec  dźgnął  włócznią  po  raz  drugi  i  tym  razem  udało  mu  się  trafić  przeciwnika. 

Rozżarzony koniec pręta przebił materiał watowanego kombinezonu Vilasa i wbił się w ciało, 

aż przypalił żebro. 

Młody mężczyzna zawył z bólu. Uchwycił pręt, wyszarpnął ; z rany, a potem wyrwał 

z rąk Zekka i odrzucił na bok. Młodzieniec znów poszybował w powietrzu, ale odbił się od 

powierzchni  jednej  z  unoszących  się  asteroid,  a  następnie,  wysyłając  myślowe  palce  Mocy, 

przywołał swój miecz świetlny. Broń przestała koziołkować, na sekundę znieruchomiała, po 

czym zmieniła kierunek lotu, by po chwili wślizgnąć się między palce. 

Kiedy  Zekk  odwrócił  się,  by  ponownie  spojrzeć  na  Vilasa,  przekonał  się,  że  jego 

przeciwnik zniknął. Knujący jakiś podstęp młody mężczyzna z Dathomiry ukrył się, podobnie 

jak  przedtem  uczynił  to  młodzieniec  z  Coruscant.  Zekk  zmrużył  oczy  i  otworzył  umysł  na 

background image

przepływ Mocy. Wsłuchiwał się we własne myśli, próbując odkryć, za którą przeszkodą ukrył 

się Vilas. 

Hałas,  napływający  ze  wszystkich  stron,  niczego  mu  nie  sugerował...  ale  mimo  to 

Zekk  usłyszał  ciche  tyk-tyk-tyk  napływające  z  drugiej  strony  dwóch  połączonych 

pojemników towarowych. Młodzieniec postanowił sprawdzić, co się dzieje. Nie wiedział, co 

planuje Vilas, ale nie zamierzał dawać przeciwnikowi czasu na wprowadzenie planu w życie. 

Posługując  się  Mocą,  ruszył  w  stronę  źródła  dźwięku.  Pochwyciwszy  krawędź 

metalowej  skrzyni,  zmienił  kierunek  lotu,  ale  kiedy  szykując  się  do  zadania  ciosu,  uniósł 

ostrze świetlnego miecza, przekonał się, że widzi tylko niewielki kawałek skały, obijający się 

o  metalową  ścianę.  Uzmysłowił  sobie,  że  Vilas,  również  używając  Mocy,  odwrócił  jego 

uwagę, a sam ukrył się gdzie indziej i przygotował do ataku... 

Tknięty  nagłym  przeczuciem,  obrócił  się  wokół  własnej  osi.  Był  pewien,  że  Vilas 

musi  zaatakować.  Reagując  odruchowo,  otworzył  umysł  na  przepływ  Mocy  i  postanowił 

działać, nie tracąc ani chwili. 

Zanim  miał  czas  uzmysłowić  sobie,  na  co  spoglądają  jego  oczy;  zanim  zdążył  się 

zastanowić, co chce zrobić, wyprostował się i uniósł ręce nad głowę, gotów do zadania ciosu. 

Zamierzał włożyć w niego całą siłę, jaką jeszcze dysponował. 

W ułamku sekundy, mimo oślepiającej szkarłatnej smugi, która przesunęła się przed 

oczami, zobaczył, że Vilas, szczerząc zęby w drapieżnym uśmiechu, wyskakuje z pojemnika. 

Ciemnowłosy mężczyzna z Dathomiry ukrył się tam, kiedy przygotowywał zasadzkę, licząc 

na to, że bez trudu zabije niczego nie podejrzewającego przeciwnika. 

A jednak Zekk okazał się sprytniejszy. 

Świetliste ostrze jego miecza napotkało Vilasa; pojawił się jaskrawy błysk, a po chwili 

straszliwy  odór.  Oślepiająco  jasna  energetyczna  klinga  przecięła  ciało,  przypalając  kości.  Z 

gardła  Vilasa  wydobył  się  bulgotliwy  dźwięk.  Mężczyzna  nie  przestał  jednak  szybować  w 

powietrzu... w dwóch oddalających się od siebie dymiących kawałkach. 

Charkot  konającego  Vilasa  został  zagłuszony  przez  ryk  triumfu,  jaki  wydarł  się  z 

piersi wszystkich widzów. 

Zekk wpatrywał się w pulsujące szkarłatne ostrze świetlnego miecza, zbyt przerażony 

tym,  co  zrobił,  żeby  zerknąć  na  ciało  przeciwnika.  Widzowie  nie  przestawali  wznosić 

radosnych okrzyków. To nie była symulacja - uświadomił sobie chłopiec. To wszystko działo 

się naprawdę. 

Młodzieniec  wiedział,  że  uczynił  kolejny  wielki  krok  na  drodze  wiodącej  go  ku 

ciemnej  stronie.  Nie  potrafiąc  znaleźć  słów,  uniósł  głowę.  Po  chwili  ponad  ryk 

background image

rozentuzjazmowanych  widzów  przebił  się  głos  Brakissa.  Z  siłą  gromu  zabrzmiał  w 

pomieszczeniu o zerowej sile grawitacji. 

- Doskonale, Zekku! - krzyknął naczelnik Akademii Ciemnej Strony. - Wiedziałem, że 

dasz sobie radę. 

Później rozległ się cokolwiek rozdrażniony głos Tamith Kai. 

- Moje gratulacje, młody lordzie Zekku. 

Nagle  wydarzyło  się  coś,  co  wprawiło  młodzieńca  w  absolutne  zdumienie, 

przewyższając  nawet  wstrząs,  jaki  przeżył  wskutek  zabicia  Vilasa.  Powietrze  pośrodku 

kulistego amfiteatru zamigotało i zalśniło, a po chwili, przesłaniając nawet widok dryfujących 

przeszkód,  pojawił  się  złowieszczy  holograficzny  wizerunek.  Ukazała  się  ogromna,  okryta 

kapturem twarz Imperatora, który także pragnął pogratulować młodzieńcowi. 

- Zwyciężyłeś w tej walce, Zekku. 

Imperator  przemówił  tonem  świadczącym  o  tak  absolutnej  władzy,  że  młodzieniec 

miał  wrażenie,  iż  krew  w  jego  żyłach  zamienia  się  w  lód.  Zachłysnął  się  powietrzem. 

Wszyscy inni uczniowie także patrzyli, chłonąc każde słowo wielkiego wodza. 

- Ty jesteś moim Najciemniejszym Rycerzem, Zekku - ciągnął Palpatine. - Osobiście 

wybieram ciebie, żebyś poprowadził moich Jedi do walki przeciwko uczniom kształcącym się 

w akademii Skywalkera. 

background image

ROZDZIAŁ 19 

 

Kiedy  Tenel  Ka,  wyrwana  z  głębokiego  snu  w  samym  środku  nocy,  obudziła  się  i 

usiadła na łóżku, stłumiony huk eksplozji z wolna cichnął. 

Wojowniczka  wytężyła  słuch,  ale  nie  usłyszała  żadnych  innych  niezwykłych 

dźwięków. Od czasu, kiedy zamieszkała w chronionej przez grube mury fortecy, kilkakrotnie 

rzucała się we śnie i obracała z boku na bok, ale nigdy jeszcze nie obudziła się bez powodu. 

Czy  naprawdę  usłyszała  huk  eksplozji?  Nie  była  pewna.  Może  tylko  uległa  złudzeniu, 

wywołanemu przez szczególnie niespokojny sen? 

Otaczały  ją  cztery  ściany  mrocznej  komnaty,  rozjaśnianej  jedynie  wpadającą  przez 

okno  srebrzystą  poświatą  księżyców.  Wszędzie  było  jednak  bardzo  cicho.  Zbyt  cicho. 

Starając się poruszać jak duch, Tenel Ka jednym płynnym ruchem zeskoczyła z łóżka. Przez 

chwilę stała nieruchomo i nasłuchiwała, po czym, stąpając na palcach, podeszła do okna. 

Czuła,  że  jej  ciało  pokrywa  się  gęsią  skórką,  ale  nie  była  to  reakcja  wywołana 

chłodem  .nocy.  Dziewczyna  uzmysłowiła  sobie,  że  w  ten  sposób  reagują  jej  zmysły  Jedi, 

informując  o  niebezpieczeństwie...  trudnym  do  określenia  niepokoju,  który  bardzo  szybko 

przeradzał  się  w  prawdziwe  przerażenie.  Doszła  do  wniosku,  że z  pewnością  dzieje  się  coś 

złego. 

Spojrzała przez okno na widoczną w dole połyskującą powierzchnię oceanu, którego 

drugi  koniec  ginął  w  nieprzeniknionych  ciemnościach  nocy.  O  spiczaste  wierzchołki  raf 

rozbijały  się  grzywacze  fal,  oświetlonych  księżycowym  blaskiem.  Wojowniczka  słyszała 

wyraźnie szum pieniących się fal oceanu... i nagle uświadomiła sobie, że przecież ten dźwięk 

nie powinien być tak intensywny. 

Co  się  stało  ze  wszechobecnym  pomrukiem  chroniących  fortecę  pól  siłowych, 

włączanych także na czas nocy? 

Tenel Ka wychyliła się przez okno i zmrużywszy oczy, zaczęła przepatrywać okolicę. 

Powinna  była  gdzieś  dostrzec  ostrzegawcze  migotanie  powietrza,  świadczące  o  obecności 

siłowego  pola...  Nigdzie  jednak  nie  zauważyła  drżącej  mgiełki.  W  pewnej  chwili  zwróciła 

uwagę na błysk światła i smugę dymu w okolicach siłowni twierdzy. 

Już miała cofnąć się, odwrócić i podnieść alarm... ale jej spojrzenie przykuło coś, co 

poruszało się u stóp fortecy. Z bijącym sercem, wytężając wszystkie zmysły Jedi, spojrzała w 

mroczną  przepaść,  gdzie  z  morza  wyrastała  pionowa  ściana,  otoczona  wyszczerbionymi 

background image

rafami.  Zobaczyła  sylwetkę  dziwnego,  długiego  i  kanciastego  zakamuflowanego  statku, 

unoszącego się tuż nad powierzchnią fal dzięki pracy repulsorów. 

- A. Aha - odezwała się do siebie. - Bez wątpienia jakaś jednostka szturmowa. 

W tej samej chwili ujrzała poruszające się sylwetki... co najmniej kilkanaście. 

Sylwetki  czarnych  wielonogich  stworzeń,  które  niczym  ogromne  insekty  roiły  się  u 

stóp  fortecy...  i  bez  trudu  wspinały  się  po  pionowych  ścianach.  Tenel  Ka  natychmiast 

rozpoznała  taktykę  ataku,  czarne  chitynowe  pancerze  i  charakterystyczne,  szybkie  ruchy, 

jakimi istoty przyczepiały do ściany segmentowane odnóża. Poczuła, że w jej żołądku tworzy 

się  bryła  lodu,  a  w  żyłach  zaczyna  pulsować  zwiększona  dawka  adrenaliny.  Bartokkowie, 

nieustępliwe,  człekokształtne  pajęczaki,  działały  zawsze  w  grupach  słynących  z 

bezwzględności  i  pomysłowości,  dzięki  którym  wynajmowano  ich  jako  płatnych 

skrytobójców. 

Tenel Ka podbiegła do komunikatora, zawieszonego na kamiennej ścianie obok drzwi 

komnaty,  i  uderzyła  otwartą  dłonią  w  przycisk  alarmu  ogólnego...  nic  jednak  się  nie 

wydarzyło.  Z  całej  siły  wcisnęła  guzik  po  raz  drugi,  lecz  cały  system  alarmowy  fortecy 

przestał funkcjonować. 

-  Światła!  -  zawołała,  ale  w  jej  komnacie  nie  zapalił  się  ani  jeden  panel  jarzeniowy. 

Zapewne wszystkie urządzenia zasilające Reef Fortress, nie wyłączając rezerwowych, zostały 

uszkodzone. 

Sytuacja wyglądała zatem jeszcze groźniej, niż przypuszczała. 

Dziewczyna  pochyliła  się  i  posługując  się  kikutem  ręki,  by  przytrzymać  sprzączkę, 

poświęciła  chwilę,  żeby  zapiąć  pas  z  kieszeniami  na  kostiumie  z  elastycznej  jaszczurczej 

skóry, w którym spała. Zaczesała włosy na tył głowy i przewiązała je rzemykiem, pozwalając, 

aby  długie  złocistorude  pukle  ułożyły  się  wokół  jej  głowy  jak  korona.  Musiała  działać  bez 

chwili zwłoki. W pierwszej kolejności powinna wszystkich obudzić. 

Wybiegła  na  korytarz  i  zaczęła  walić  pięścią  w  drzwi  komnaty  zajmowanej  przez 

Jacena. Lowbacca, który musiał obudzić się chwilę wcześniej, zaryczał i otworzył na oścież 

drzwi swojego pomieszczenia. Po chwili pojawiła się także Jaina. 

- Co się stało? - zapytał zaspany Jacen, niepewnie przeczesując palcami rozwichrzone 

włosy. 

-  Zagraża  nam...  niebezpieczeństwo  -  odparła  Jaina,  która  również  wyczuwała 

niezwykłą sytuację. - Poważne niebezpieczeństwo. 

background image

Lowbacca zaryczał.  Próbował  zapiąć pas, upleciony z błyszczących białych włókien 

syreniowca,  nie  zwracając  uwagi,  że  długie  kosmyki  jego  zmierzwionej  sierści  sterczą  we 

wszystkie strony. 

- Niebezpieczeństwo? - odezwał się Em Teedee. - Czy trochę nie przesadzamy? 

-  Nie.  Ani  trochę  -  odparła  Tenel  Ka.  -  Urządzenia  energetyczne  fortecy  zostały 

odłączone albo zniszczone, a poza tym nie funkcjonuje chroniące Reef Fortress pole siłowe. 

Zasilające je generatory są zniszczone, a my jesteśmy atakowani przez oddział skrytobójców, 

bezlitosnych Bartokków. 

Jacen się wzdrygnął. 

- Hej, słyszałem o nich! - oznajmił. - Pajęczaki, prawda? Nie cofną się przed niczym, 

aby zamordować ofiarę, a przy tym działają w grupach, obdarzonych zbiorową świadomością. 

Tenel Ka kiwnęła głową. 

- Są bezwzględnymi najemnikami i rzeczywiście wszyscy walczą jak jeden organizm. 

Usiłując zabić wskazaną osobę, nie ustają w staraniach, dopóki pozostaje przy życiu chociaż 

jeden osobnik należący do ich roju albo dopóki nie zginie ich ofiara. 

- Jestem pewien, że to bardzo skuteczna metoda - zauważył Em Teedee. - Z pewnością 

te istoty nie są przyjaźnie nastawione. 

Jaina zmarszczyła brwi. W jej spojrzeniu kryło się zdecydowanie. 

- No, to na co jeszcze czekamy? - zapytała. 

Zniknęła  za  drzwiami  rupieciarni,  by  po  chwili  powrócić  z  mieczem  świetlnym  w 

dłoni. Jacen także pobiegł do swojej komnaty-akwarium, aby wziąć swoją broń. 

Opierając  dłoń  na  rękojeści  miecza,  jak  zwykle  wiszącą  u  pasa,  Lowbacca 

wyzywająco zaryczał. 

- Bardzo proszę, niech pan nie ulega manii wielkości, panie Lowbacco - skarcił go Em 

Teedee. - To może być groźne dla pańskiego zdrowia. 

Lowie prychnął. Ciemne pasmo włosów, biegnące przez czubek głowy, zjeżyło się ze 

złości. 

Tenel  Ka  weszła  do  komnaty  zajmowanej  przez  Wookiego  i  zdjęła  ze  ściany 

ceremonialną zębatą włócznię, zawieszoną tam w charakterze ozdoby. Trzymając jaw jednej 

dłoni, oświadczyła: 

- Musimy z nimi walczyć. 

Nagle wszyscy usłyszeli trzask i krzyk, a później odgłosy strzałów. Dźwięki dobiegały 

z przeciwległego końca korytarza wiodącego do położonej nieco na uboczu wieży, w której 

znajdowały się komnaty zajmowane przez matriarchinię. 

background image

- Moja babka! - krzyknęła Tenel Ka. - Wygląda na to, że to ona jest głównym celem! 

Nie wypuszczając włóczni, puściła się biegiem po gładkich kamieniach pogrążonego 

niemal  w  całkowitych  ciemnościach  korytarza.  Nie  świecił  się  żaden  panel  jarzeniowy,  a 

widoczność  umożliwiał  jedynie  wpadający  przez  okna  fortecy  blask  księżyców.  Mimo  to 

Tenel Ka jeszcze z czasów dzieciństwa dobrze znała każdy zakręt korytarza. 

Lowbacca  biegł  za  nią,  od  czasu  do  czasu  groźnie  warcząc.  Bliźnięta  pędziły  jak 

mogły  najszybciej,  usiłując  nie  pozostawać  w  tyle.  Oboje  zapaliły  miecze  świetlne,  żeby 

lepiej  widzieć drogę w blasku, rzucanym przez świetliste klingi.  Tenel  Ka usłyszała kolejne 

okrzyki i odgłosy świadczące o tym, że gdzieś przed nią wre zacięta walka, a później dobiegł 

j ą głos babki wołającej o pomoc. 

-  Musimy  się  pospieszyć  -  powiedziała,  jeszcze  bardziej  zwiększając  tempo  biegu. 

Była pewna, że ktoś musiał wynająć oddział skrytobójców, by usunąć z drogi byłą królową. 

Czy  za  tym  wszystkim  kryła  się  pani  ambasador  Yfra?  Gdyby  Ta’a  Chume  zginęła,  zanim 

zdążą  powrócić  rodzice  jej  wnuczki,  żądna  władzy  kobieta  zapewne  nie  obawiałaby  się 

odzianej  w  strój  z  gadziej  skóry  jednorękiej  dziewczyny.  Tak,  Yfra  mogłaby  bez  wysiłku 

przejąć władzę nad całą gromadą gwiezdną Hapes. 

Mimo iż Tenel Ka czuła, że ta myśl doprowadza ją do wściekłości, w tej chwili nie 

mogła pozwolić sobie, żeby o tym myśleć. 

Ujrzała,  jak  z  bocznych  odnóg  korytarza  wyłania  się,  klekocząc  kończynami,  kilka 

czarnych  pajęczaków.  Dorównujący  wzrostem  dziewczynie  Bartokkowie  poruszali  się 

wyprostowani, wspierając się na dwóch mocarnych tylnych nogach. Środkowa para odnóży, 

wyrastająca pośrodku tułowia, służyła do chwytania i trzymania różnych przedmiotów, a para 

górnych  kończyła  się  długimi  i  zakrzywionymi  pazurami,  podobnymi  do  ostrzy  kos 

używanych kiedyś do ścinania łanów zboża. Kończyny były w ciągłym ruchu, a zębate pazury 

nieustannie  przecinały  powietrze  z  boku  na  bok,  żeby  ostre  jak  brzytwy  krawędzie  mogły 

rozszarpać wroga na kawałki. 

Bartokkowie,  ujrzawszy  niespodziewanie  nowych  przeciwników,  zaklekotali  i 

zaskrzeczeli,  usiłując  ich  przestraszyć.  Tenel  Ka  jednak  nie  zwolniła  biegu.  Wzywając  na 

pomoc  całą  siłę  mięśni  jedynej  sprawnej  ręki,  zamachnęła  się  i  przeszyła  włócznią  tułów 

najbliższego  skrytobójcy,  który  wyłonił  się  z  lewej  odnogi  korytarza.  Stworzenie  zaczęło 

wymachiwać czworgiem górnych kończyn, próbując wyrwać drzewce z ręki dziewczyny, ale 

Tenel Ka obróciła je w dłoniach i szarpnęła w ten sposób, by uzębione ostrze rozerwało ciało 

pajęczaka. Twardy  egzoszkielet  pękł  z głośnym  chrupnięciem,  a na kamienne płyty zaczęła 

background image

wyciekać  gęsta  zielonkawoniebieska  posoka.  Kiedy  Tenel  Ka  wyciągnęła  włócznię,  ciało 

Bartokka, wstrząsane przedśmiertnymi drgawkami, z grzechotem runęło na posadzkę. 

Biegnący  za  wojowniczką  Lowbacca  zmierzył  się  z  następnym  najemnikiem. 

Machnąwszy  poziomo  świetlnym  mieczem,  rozciął  ciało  pajęczaka  na  połowy.  Dymiące 

szczątki, nie przestając kurczyć się i rozkurczać, rozleciały siew przeciwne strony. 

Bliźnięta pospieszyły, żeby pomóc przyjaciołom. 

- Doskonale! - zawołał Jacen. - Dwóch już nie żyje. 

Tenel Ka, nie ustając w biegu, odwróciła głowę. 

-  Nie  możemy  być  pewni,  że  ci  dwaj  nie  żyją  -  powiedziała.  -  A  poza  tym  nie 

zapominajcie, że istoty są obdarzone zbiorową świadomością. Teraz wszyscy skrytobójcy - a 

rój  liczy  zazwyczaj  piętnastu  osobników  -  wiedzą  o  tym,  że  przybywamy  z  pomocą  mojej 

babce. 

Kiedy  skręcili  za  róg  korytarza  i  znaleźli  się  w  pobliżu  opancerzonych  drzwi 

apartamentu  matriarchini,  zobaczyli,  że  atakuje  je  pięć  innych  pajęczaków.  Progu  broniło 

dwóch osobistych strażników Ta’a Chume, ale było widać, że Bartokkom niemal udało się ich 

pokonać. 

Widząc,  że  młodzi  rycerze  Jedi  biegną  z  odsieczą,  skrytobójcy  pochwycili  obu 

słaniających  się  na  nogach  strażników  broniących  dostępu  do  komnat  matriarchini  i  zaczęli 

odciągać ich na bok. Mężczyźni opierali się i krzyczeli, ale po chwili zostali obezwładnieni. 

Mimo  iż  pokonanie  strażników  miało  umożliwić  mordercom  wdarcie  się  do 

apartamentu  matriarchini,  odwróciło  ich  uwagę  od  czworga  młodych  Jedi,  którzy  mogli 

spokojnie pokonać odległość dzielącą ich od pierwszych napastników. Bliźnięta, machnąwszy 

świetlistymi  klingami  mieczy,  rozcięły  dwóch  najbliżej  stojących  Bartokków  na  drgające 

kawałki. Niemal w tej samej chwili Lowbacca zderzył się z trzecim skrytobójcą i popchnął go 

na kamienną ścianę z taką siłą, że chitynowy pancerz istoty pękł na dwoje. 

-  Do  środka!  -  krzyknęła  Tenel  Ka.  Słyszała,  jak  jej  babka  wzywa  na  pomoc  innych 

strażników,  ale  w  pobliżu  nie  było  żadnego,  który  mógłby  pospieszyć  z  odsieczą.  Zamiast 

nich do komnaty wpadło czworo młodych Jedi. 

- Lowie, pomóż mi zamknąć te drzwi! - krzyknęła Jaina. 

Chudy  Wookie  naparł  barkiem  na  opancerzoną  płytę,  a  dziewczyna  popchnęła, 

próbując pokonać opór stawiany przez kończyny Bartokków i nie przejmując się kłapiącymi 

pazurami.  Oba  zaskoczone  tym  pajęczaki  odskoczyły,  by  nie  zostać  zmiażdżone  przez 

zamykającą się ciężką taflę, ale już w następnej sekundzie zaczęły na nowo napierać i drapać 

pazurami. Krótka chwila zaskoczenia wystarczyła jednak, żeby drzwi się zamknęły. 

background image

- Zablokujcie zamek! - wydyszała Jaina. Wojowniczka natychmiast przesunęła rygiel. 

Pozostali na korytarzu Bartokkowie walili w pancerną płytę i drapali odrzwia ostrymi 

jak brzytwy pazurami. Metalowa płyta raz po raz lekko drżała, obijając się o framugą, i Tenel 

Ka uświadomiła sobie, że niedługo ustąpi pod naporem wściekłych razów. 

Pomyślała jednak, że w tej chwili ma na głowie kilka innych zmartwień. 

Oprócz niej i trojga przyjaciół, w apartamencie jej babki zostało zamkniętych trzech 

innych  Bartokków.  Chronione  przez  czarne  pancerze  bezlitosne  pajęczaki  parły  naprzód, 

skupiwszy uwagę na głównym celu. 

Stara  matriarchini,  która  zabarykadowała  siew  rogu  komnaty,  rozpaczliwie 

wymachiwała  oderwaną  nogą  jakiegoś  mebla,  starając  się  odpędzić  napastników.  Młodzi 

rycerze Jedi skoczyli, by obronić byłą królową, ale jeden z płatnych morderców, wyciągając 

ostre jak brzytwy pazury, odwrócił się w ich stronę. 

Tenel Ka ujrzała, że bezlitosny pajęczak wybiera ją jako cel ataku, i zwróciła się ku 

niemu,  unosząc  włócznię.  Pchnęła  ozdobne  drzewce  z  taką  siłą,  że  zębaty  grot  przebił 

błyszczącą  skorupę  pancerza,  przeszedł  na  wylot  i  zaklinował  się  w  szczelinie  między 

kamieniami  muru.  Wojowniczka  pozostawiła  Bartokka  wiszącego  na  ścianie  jak  owada 

przyszpilonego  w  albumie  kolekcjonera.  Mimo  to  stworzenie  nie  przestawało  się  wić  i 

wymachiwać kończynami, bezskutecznie usiłując dosięgnąć któregoś spośród młodych Jedi. 

Tymczasem Jacen podbiegł, unosząc ostrze świetlnego miecza. Opuściwszy je, odciął 

wielooką  głowę  drugiego  potwora,  który  właśnie  szykował  się  do  skoku  na  prowizoryczną 

barykadę.  Widząc  to,  Lowbacca  głośno  ryknął,  po  czym  opuścił  posterunek  przy 

grzechoczących  drzwiach,  by  pochwycić  ostatniego  Bartokka.  Zamknąwszy  go  w  uścisku 

mocarnych  rąk,  uniósł  nad  podłogę  i  nie  przejmując  się  wymachującymi  kończynami, 

podszedł  do  otwartego  okna  i  wyrzucił  za  parapet.  Skrytobójca  koziołkując  w  powietrzu, 

spadł z wysokości prawie trzydziestu metrów i roztrzaskał się u stóp wieży o zębate rafy. 

- Hej! -  krzyknął  nagle Jacen, ujrzawszy, że Bartokk, któremu  odciął głowę, zamiast 

leżeć, wstrząsany przedśmiertnymi drgawkami, nie przestaje kroczyć w stronę zaniepokojonej 

matriarchini. - Czy ty nigdy nie umrzesz? 

Machnął  ponownie  świetlistą  klingą,  odcinając  obie  tylne  kończyny  bezgłowego 

napastnika. Tułów pajęczaka z trzaskiem runął  na kamienne płyty. Stworzenie, przebierając 

pozostałymi  odnóżami,  nadal  jednak  pełzło  w  kierunku  byłej  monarchini.  Odcięta  głowa 

spoczywała  na  posadzce  przy  ścianie,  ale  zwracając  na  cel  wielofasetkowe  oczy,  jakimś 

sposobem kierowała ruchami reszty ciała. 

background image

-  Ci  zabójcy  są  obdarzeni  zbiorową  świadomością  obejmującą  wszystkich  członków 

roju  -  przypomniała  Tenel  Ka.  -  Nie  mają  mózgów,  a  ich  funkcje  pełnią  sieci  neuronowe 

przebiegające  przez  ich  ciała.  Pojedynczego  osobnika  nie  powstrzyma  zwykłe  odcięcie 

głowy. Szczątki będą nadal wykonywać powierzone zadanie. 

Machnąwszy jeszcze raz ostrzem broni, Jacen rozciął tors stworzenia na połowy. 

- To zaczyna być absurdalne - oznajmił. 

Lowbacca  podszedł  do  miejsca  w  pobliżu  ściany,  gdzie  spoczywała  odcięta  głowa 

pajęczaka.  Z  prawdziwą  radością  uniósł  nogę  i  z  całej  siły  opuścił  ją  na  kulisty  czerep, 

rozgniatając go jak dokuczliwego żuka. 

Koścista  stara  matriarchini  odrzuciła  na  bok  odłamaną  nogę  mebla,  którą 

wymachiwała jak maczugą. 

- Dziękuję ci, wnuczko, że przybyłaś, by mnie uratować - powiedziała - ale wszystko 

wskazuje na to, że przeciwnicy zmobilizowali do walki ze mną przeważające siły. Opanowali 

niemal całą fortecę, a ja nie dysponuję żadnym środkiem, który pozwoliłby nam uciec. 

Spoczywające na kamiennej posadzce zbroczone posoką szczątki porąbanego tułowia 

skrytobójcy wciąż jeszcze zwijały się i drgały. Nadal groźne, nie przestawały na oślep pełznąć 

w stronę byłej monarchini. Przyszpilony przez Tenel Ka Bartokk, zwisający na ścianie, także 

szarpał się i wymachiwał kończynami, usiłując złamać drzewce włóczni dziewczyny. 

Pozostała na korytarzu grupa najemników, bez wątpienia należących do tego samego 

roju,  nieustannie  atakowała  pancerną  płytę  drzwi  wejściowych  komnaty.  Stojąca  obok 

macochy  Tenel  Ka  wyraźnie  dostrzegała  wyskakujące  nity  i  kruszące  się  kamienie  w 

miejscach,  gdzie  znajdowały  się  zawiasy.  Widziała,  jak  masywna  metalowa  płyta  powoli 

zaczyna się wybrzuszać... 

Z pewnością nie wytrzyma bardzo długo. 

background image

ROZDZIAŁ 20 

 

Jaina  rozejrzała  się  po  pogrążonym  w  ciemnościach  pomieszczeniu,  w  którym  się. 

zabarykadowali.  Rozpaczliwie  szukała  czegoś,  co  pomogłoby  im  w  ucieczce.  Słysząc 

nieustanne,  z  każdą  chwilą  coraz  głośniejsze  łomotanie  kończyn  atakujących  opancerzone 

drzwi  skrytobójców,  zorientowała  się,  że  nie  potrafi  trzeźwo  myśleć.  Przez  okno  wpadała 

poświata księżyców płynących po zwodniczo spokojnym niebie. Ich blask srebrzył wszystkie 

przedmioty różnymi odcieniami szarości, czerni i bieli. 

- Musimy się jakoś stąd wyrwać - oznajmiła Jaina. 

- To jest fakt. - Tenel Ka ponuro kiwnęła głową. 

Jacen odwrócił się ku matriarchini. 

- Hej, jeżeli pani coś wie na temat ukrytego przejścia, którym moglibyśmy stąd uciec - 

zaczął - może byłaby właściwa pora, żeby pani nam o nim powiedziała? 

-  Żadnego  nie  ma  -  odparła  Ta’a  Chume.  -  Komnaty  w  tej  wieży  zostały 

zaprojektowane  w  ten  sposób,  żeby  mogły  służyć  jako  bezpieczne  kryjówki.  Nie  istnieje 

ukryte  przejście,  którym  mogliby  przedostać  się  skrytobójcy.  Prawdę  mówiąc,  całą  fortecę 

wzniesiono tak, aby była niemożliwa do zdobycia. 

Jaina parsknęła. 

- Może powinna pani zwolnić z pracy królewskiego architekta - zasugerowała. 

Tenel  Ka  sięgnęła  do  pasa  i  wyciągnęła  z  kieszeni  cienką,  wytrzymałą  linkę 

zakończoną rozkładaną kotwiczką. 

- Nie widzę innego sposobu - oświadczyła. - Musimy uciec w ten sam sposób, w jaki 

istoty  przedostały  się  do  fortecy.  Nie  tylko  powinniśmy  opuścić  twierdzę,  ale  musimy 

wynieść się z tej wyspy. 

- Dokąd mamy uciekać, Tenel Ka? - zapytał Jacen. - Przebywamy tu jak w więzieniu. 

- Mam! - krzyknęła Jaina, która zrozumiała, co planuje jej przyjaciółka. - Skorzystamy 

z jakiegoś szybkiego ścigacza i popłyniemy nim w stronę lądu. To nasza jedyna szansa. 

Surowa matriarchini podeszła do okna i spojrzała na niemal pionową skalną ścianę. 

- Czy chciałaś przez to powiedzieć, że zejdziemy po linie? - zapytała, zwracając się do 

wnuczki. 

- Tak, babciu - odparła Tenel Ka, starannie zaczepiając ramiona kotwiczki o kamienny 

parapet  okna.  -  Chyba  że  wolisz  skorzystać  ze  swoich  dyplomatycznych  umiejętności,  żeby 

dojść do porozumienia z Bartokkami. 

background image

W surowych oczach matriarchini pojawiły się stanowcze błyski. 

- Jeszcze nigdy nie pozwoliłam, by ktokolwiek oprócz mnie decydował o moim losie - 

rzekła Ta’a Chume. - Wolę runąć w przepaść, uciekając, niż zginąć, zamordowana we własnej 

sypialni  przez  gigantyczne  pajęczaki.  A  zatem,  niech  tak  się  stanie.  Jak  proponowałaś, 

spróbujemy zejść po linie. 

Tenel Ka pokręciła głową. 

- Nie, babciu. Zejdziemy po linie - poprawiła. - Prób nie ma. 

Jaina szarpnęła linkę. Zaczepiona kotwiczka nie puściła. 

- W takim razie wynośmy się stąd - oświadczyła. 

Lowbacca zabeczał, wtrącając jakąś uwagę. Em Teedee natychmiast zapiszczał: 

-O rety! Czy naprawdę to konieczne? 

Kiedy  Wookie  w  odpowiedzi  groźnie  warknął,  z  głośnika  miniaturowego  androida-

tłumacza wydarło się elektroniczne westchnienie. 

-  Pan  Lowbacca  jest  zdania,  że  będzie  najrozsądniej,  jeżeli  zejdzie  pierwszy...  i, 

niestety, jestem zmuszony przyznać, że ma rację. Ma dużo doświadczenia we wspinaniu się i 

schodzeniu, a poza tym jest silny i kiedy znajdzie się na dole, będzie mógł trzymać naprężoną 

linkę, tak aby mogli zejść pozostali. 

-  Nie  sposób  sprzeciwić  się  logice  tego  rozumowania  -  przyznała  Jaina.  -  Schodź, 

Lowie. 

Podczas  gdy  Em  Teedee  nie  przestawał  piszczeć,  ostrzegając  przed 

niebezpieczeństwami,  młody  Wookie  zniknął  za  parapetem  i  zawisnął  nad  przepaścią, 

powierzając połyskującej  cienkiej  lince cały  ciężar ciała. Później, chwytając ją na przemian 

raz  jedną  długą  ręką,  a  raz  drugą,  zaczął  schodzić,  od  czasu  do  czasu  odpychając  się  od 

pionowej ściany. Stopniowo płaczliwe piski Em Teedee stawały się coraz cichsze, aż w końcu 

Lowie stanął u stóp wieży. Cofnąwszy się o krok od muru, szarpnął linkę. 

- Dobrze - odezwała się Tenel Ka. 

Wytrwałość  wreszcie  opłaciła  się  Bartokkom,  nieustannie  atakującym  opancerzone 

drzwi  komnaty.  Jeden  zawias  zgrzytnął  i  wyskoczył  z  muru,  a  róg  drzwi  z  głośnym 

skrzypnięciem  wygiął  się  do  środka  pomieszczenia.  Natychmiast  skrytobójcy,  gniewnie 

skrzecząc, wsunęli przez otwór długie pazury, ostre jak brzytwy. 

-  Nie  mamy  ani  chwili  do  stracenia  -  rzekła  Tenel  Ka,  zwracając  się  do  bliźniąt.  - 

Teraz wasza kolej. Linka utrzyma was oboje. 

- Powinniśmy być ostrożni - odezwał się Jacen. 

background image

Od strony drzwi doleciało głośniejsze grzechotanie. Gruba metalowa płyta ponownie 

zaskrzypiała, wyginając się jeszcze bardziej. 

- Chyba nie stać nas na taki luksus - odparła zwięźle Jaina. - Na co jeszcze czekamy? 

Przyklękła  na  parapecie,  chwyciła  linkę  i  zaczęła  się  opuszczać,  odbijając  się  od 

czarnych śliskich głazów muru. 

Jacen szybko poszedł w ślady siostry. Linka była cienka, a schodzenie bardzo trudne, 

ale  oboje  posługiwali  się  technikami  Jedi,  żeby  zmniejszyć  ciężary  ciał  i  utrzymać 

równowagę.  Kiedy  znaleźli  się  w  połowie  drogi,  ujrzeli  Lowbaccę,  który  stał  na  odłamku 

skały i rozstawiwszy nogi, trzymał koniec linki. 

Zanim Jaina zdążyła stanąć u stóp wieży, uniosła głowę i ujrzała Tenel Ka i jej babkę, 

stojące na krawędzi kamiennego parapetu. Matriarchini, która nie mogła wystarczająco silnie 

uchwycić  cienkiej  linki  starczymi  dłońmi,  starała  się  zachować  równowagę,  obejmując 

wnuczkę w pasie. Pragnąc zwiększyć siłę tarcia i panować nad szybkością schodzenia, młoda 

wojowniczka owinęła linkę jeden raz wokół ramienia. 

Chwyciwszy ją z całej siły, powoli odchyliła ciało do tyłu, w taki sposób, aby sploty 

prześlizgiwały  się  między  palcami.  Po  chwili  wsparła  mocno  stopy  o  zewnętrzną  ścianę 

wieży. Schodzenie po linie było dla niej niebezpieczne i trudne, gdyż mogła posługiwać się 

tylko jedną ręką, ale dziewczyna nie wahała się ani chwili. Zazwyczaj niechętnie korzystała z 

usług Mocy, ale teraz bez obaw wykorzystywała ją, jak umiała. 

- Pospiesz się, Tenel Ka! - krzyknął Jacen. 

Zanim  wojowniczka i  jej  babka zdążyły  pokonać pół  odległości dzielącej  je od stóp 

wieży, z otworu okna doleciał jednak głośny trzask. W mrocznym prostokącie ukazał się rój 

wielonogich sylwetek, triumfująco skrzeczących i wymachujących kończynami. 

Jaina usłyszała, jak Tenel Ka zawołała: 

- Trzymaj się, babciu! 

Dziewczyna zdwoiła szybkość. Po chwili ześlizgiwała się tak prędko, że Jaina zaczęła 

się obawiać, czy linka nie sparzy jej dłoni i kikuta ręki dzielnej wojowniczki. 

Tymczasem  Bartokkowie  pochwycili  koniec  cienkiej  linki  i  zaczęli  ją  przecinać, 

piłując zębatymi krawędziami ostrych jak kosy pazurów. 

Tenel Ka ześlizgiwała się teraz jeszcze szybciej, coraz szybciej... 

Nagle sploty linki pękły. Podobne do pajęczaków stworzenia triumfująco zaskrzeczały 

i zaklekotały. 

Lowbacca wydał głośny ryk i wykazując błyskawiczny refleks, wyciągnął przed siebie 

długie  ręce,  by  pochwycić  spadającą  starą  matriarchinię.  Tymczasem  Tenel  Ka,  posługując 

background image

się Mocą, żeby zmniejszyć ciężar ciała i szybkość opadania, wylądowała ciężko tuż obok, ale 

nie odniosła obrażeń. 

- Wspaniale, Tenel Ka! - krzyknął Jacen. - Udało się nam! Udało! 

- Jeszcze nie - odparła dziewczyna. 

Wyciągnęła w górę rękę, aby pokazać okno wieży. Przez parapet przelewała się horda 

czarnych  sylwetek.  Po  chwili  wszyscy  skrytobójcy  zaczęli  schodzić  głowami  w  dół  po 

pionowej ścianie. 

- Musimy się pospieszyć - przynagliła wojowniczka, wskazując mroczny otwór groty. 

- Do ścigacza! 

Jaina  dostrzegła  kanciasty  statek  szturmowy  napastników,  unoszący  się  na 

przeciwległym  krańcu  rafy,  w  pobliżu  wciąż  jeszcze  dymiących  szczątków  generatora 

siłowego pola fortecy. Przez chwilę zastanawiała się, czy nie porwać tej jednostki... ale kiedy 

przebiegając  obok  niej,  zauważyła  pełne  guzów,  powyginane  dźwignie  sterownicze, 

zaprojektowane  z  myślą  o  równoczesnym  posługiwaniu  się  czterema  kończynami,  zaczęła 

mieć  wątpliwości,  czy  ona  albo  Lowie  potrafiliby  pilotować  ten  statek.  Pomyślała,  że 

największe szansę powodzenia będą mieli, jeżeli porwą jeden z mniejszych ścigaczy. 

Wszyscy  wbiegli  do  środka  groty,  chociaż  musieli  pochylić  się,  by  nie  uderzyć 

głowami o porośniętą mchem górną krawędź otworu wejściowego. Jeden z małych ścigaczy 

łagodnie kołysał się na falach, przycumowany do kamiennego nabrzeża w pobliżu wejścia. 

-  Wszyscy  na  pokład  -  powiedziała  Jaina.  -  Ja  i  Lowie  zajmiemy  się  sterowaniem. 

Miejmy  nadzieję,  że  rozwiniemy  większą  prędkość  niż  ta,  jaką  dysponuje  jednostka 

szturmowa najemników. 

- I że pani ambasador Yfra nie dopuściła się na niej sabotażu - mruknął Jacen. 

Lowbacca  zawył  przeciągle  na  znak,  że  zgadza  się  z  jego  zdaniem.  Ponura 

matriarchini,  która  wciąż  jeszcze  nie  przyszła  do  siebie  po  upadku,  potrząsnęła  głową  i 

wspięła się na pokład. W tej samej chwili wskoczyli Jaina i Jacen, a na końcu Tenel Ka. 

W  jaskini  rozległ  się  głośny  ryk,  z  jakim  obudziły  się  do  życia  silniki  repulsorów. 

Mały  ścigacz  uniósł  się  nad  spokojną  powierzchnię  wody.  Zanim  Tenel  Ka  miała  czas 

gdziekolwiek spocząć, Jaina odeszła od nabrzeża, a potem obróciła statek dziobem w stronę 

wylotu groty. Przyspieszyła i przemknęła przez jaskinię, zostawiając za rufą wiry spienionej 

wody. Po chwili ścigacz zaczął oddalać się od pogrążonej w ciemnościach oblężonej fortecy. 

 

Lowbacca,  który  zajął  miejsce  na  fotelu  nawigatora,  odwrócił  kosmatą  głowę  i 

skierował  na  smukłą  cytadelę  przywykłe  do  widzenia  w  ciemnościach  oczy.  Zaryczał, 

background image

wyciągając  porośniętą  długą  sierścią  rękę.  Jaina  zaryzykowała  i  także  obejrzała  się  przez 

ramię.  Ujrzała  grupę  pająkopodobnych  skrytobójców  schodzących  po  murze  fortecy  i 

kierujących się do swojego szturmowego statku. 

- Lepiej wypłyńmy jak najdalej, dopóki możemy - odezwała się ponurym tonem. 

Przesunęła  do  oporu  dźwignię  akceleratora,  chociaż  i  tak  ich  ścigacz  płynął  z 

największą  możliwą  prędkością.  Mała  jednostka  kierowała  się  na  otwartą  przestrzeń,  tam 

gdzie morze było nieco bardziej wzburzone. 

Kilka chwil później uciekinierzy usłyszeli dobiegający zza ich pleców ogłuszający ryk 

potężnych  silników.  Jacen  krzyknął,  a  Jaina  ponownie  odwróciła  głowę.  Zobaczyła,  że 

wypełniony  rojem  czarnych  stworzeń  statek  szturmowy  Bartokków  oddala  się  od  raf 

otaczających małą wyspę. 

Silniki  jednostki  pracowały  tak  głośno,  że  przypominały  hałas,  wywoływany  przez 

napęd gwiezdnego superniszczyciela. 

- Kiedy podpływali do fortecy, musieli korzystać z tłumików układu wydechowego  - 

domyśliła  się  dziewczyna.  -  Teraz  maszyny  jednostki  pracują  pełną  mocą.  Najemnicy  nie 

muszą zachowywać ciszy. 

Dziewczyna  spojrzała  na  umieszczony  przed  jej  oczami  pulpit  sterowniczy  i 

przełknęła kluchę, jaką nagle poczuła w przełyku. 

Lowie warknął. 

- Pan Lowbacca uważa, że tamci dogonią nas za kilka minut -zapiszczał Em Teedee. - 

O rety, co teraz poczniemy? 

Powierzchnię  oceanu  rozjaśniał  jedynie  blask  bliźniaczych  księżyców  wiszących  na 

niebie wysoko nad głowami uciekinierów. W pewnej odległości przed dziobem ścigacza Jaina 

ujrzała  nagle  miejsce,  w  którym  fale  pieniły  się,  rozbijając  o  wystające  spod  wody  ostre 

skały... Zęby Smoka. 

-  Popłyńmy  tam  -  oznajmiła  -  i  spróbujmy  im  trochę  przeszkodzić,  kiedy  będą 

manewrowali między tymi skałami. Nasz statek jest mniejszy i bardziej zwrotny. 

- Nie sądzę, żeby zrezygnowali z pościgu tylko dlatego, że natkną się na przeszkodę - 

zauważył Jacen. 

- Ja też nie - przyznała Jaina - ale może roztrzaskają się o głazy. 

Ostre skały sterczały spod wody niczym smukłe iglice. Morskie fale rozbijały się o nie 

na  podobieństwo  śliny  ściekającej  z  paszczy  smoka,  po  czym  pieniły  się  wokół  raf, 

niewidocznych pod powierzchnią wody. Ścigająca ich jednostka Bartokków zbliżała się coraz 

szybciej. 

background image

- Uważajcie na fale... i liczcie - odezwała się Tenel Ka, pokazując wodny gejzer, jaki 

wystrzelił  między  dwiema  spiczastymi  iglicami.  Po  pięciu  sekundach  wszyscy  ujrzeli 

następną fontannę, która wzbiła się tak samo wysoko. - Wybór właściwej chwili może okazać 

się naszą jedyną szansą. 

Jaina kiwnęła głową. 

- Już wiem, o co ci chodzi. Lowie, chciałabym, żebyś pomógł mi przy sterach. 

Zwolnili, ale tylko na tyle, żeby ścigająca ich jednostka jeszcze bardziej się zbliżyła. 

Płynęli  ku  wąskiemu  przesmykowi,  widocznemu  między  dwoma  zdradzieckimi  skalnymi 

iglicami. 

- Przemkniemy się w ostatniej chwili, Jaino - ostrzegł siostrę Jacen. 

-  Jakbym  sama  o  tym  nie  wiedziała  -  odrzekła  dziewczyna.  -  No,  dobrze.  Daj  pełną 

moc, Lowie. 

Młody  Wookie  przesunął  do  oporu  dźwignię  akceleratora  w  tej  samej  chwili,  kiedy 

dziób  szturmowego  statku  Bartokków  omal  nie  wbił  się  w  rufę  ścigacza  uciekinierów. 

Podobni  do  pajęczaków  skrytobójcy  zaczęli  wymachiwać  i  klekotać  kończynami.  Jeden 

wystrzelił  nawet  z  zamontowanego  na  pokładzie  swojej  jednostki  działka.  Na  szczęście 

blasterowa  błyskawica  pogrążyła  się  w  morskich  falach,  wzbijając  fontannę  pary  tuż  obok 

burty małego statku zbiegów. 

- Coś takiego! - krzyknęła Jaina. Lowie zawył. - Tego się nie spodziewałam. 

Kiedy prześlizgiwali się między czarnymi skałami, dziewczyna odruchowo się skuliła. 

Mimo  to  nie  zmieniła  kursu,  usiłując  trafić  dziobem  statku  w  wąski  przesmyk.  Przelecieli, 

niemal ogłuszeni przeciągłym hukiem spienionych fal i opryskani delikatną wodną mgiełką. 

Ścigająca  ich  jednostka  szturmowa  płynęła,  nie  zmniejszając  prędkości.  Jaina  nie 

spodziewała  się,  żeby  statek  skrytobójców  mógł  się  zmieścić  w  szczelinie  między  dwiema 

iglicami,  ale  kanciasta  maszyna  także  przepłynęła,  prawie  ocierając  się  burtami  o  groźne 

skały. 

Zaledwie  statek  Bartokków  zdążył  pokonać  wąski  przesmyk  pomiędzy  iglicami, 

pojawiła się jakaś większa fala. Z cieśniny wystrzelił gejzer wody o takiej sile, że wyrzucił 

jednostkę pajęczaków w powietrze i obrócił jak piórko. 

Zanim kanciasta maszyna opadła na powierzchnię wody, trzech morderców wypadło 

za  burtę  i  zniknęło,  przykrytych  spienionymi  bałwanami.  Pilot  statku  Bartokków  wciąż 

jeszcze  zmagał  się  ze  sterami,  a  Jaina  z  największą  możliwą  prędkością  popłynęła  dalej, 

starając się jak najbardziej powiększyć odległość dzielącą ją od bezlitosnych stworzeń. 

Wkrótce jednak szturmowy statek zaczął się znów zbliżać. 

background image

Siedząca  na  rufie  Ta’a  Chume  przyszła  do  siebie  na  tyle,  że  sięgnęła  między  fałdy 

aksamitnej szaty i wyciągnęła miniaturowy pistolet blasterowy. 

-  Nie  wiem,  czy  do  czegoś  się  przyda  -  odezwała  się  matriarchini  -  ale  zamierzam 

zrobić z niego użytek. Niestety, można wystrzelić z niego tylko dwukrotnie. 

- Cóż wart jest błaster, z którego można oddać tylko dwa strzały? - zapytał Jacen. 

-  Pierwszy  strzał  jest  przeznaczony  dla  napastników  -  odparła  babka  Tenel  Ka.  -  A 

drugi... No cóż, czasami lepiej jest zginąć, niż wpaść w ręce wrogów. 

Jaina przełknęła głośno ślinę, ale nie przestawała kierować ścigacza na otwarte morze. 

Czuła,  że  o  dziób  statku  rozbijają  się  fale,  ale  nie  mogła  zwiększyć  mocy  silników 

repulsorowych,  żeby  unieść  kadłub  jeszcze  wyżej.  Zauważyła  jednak,  że  jednostka 

Bartokków  musiała  zostać  uszkodzona,  kiedy  przepływała  między  Zębami  Smoka,  gdyż  na 

szczęście kanciasty statek skrytobójców nie doganiał ich już tak szybko. 

Przekraczając  granice  bezpieczeństwa,  oznaczone  na  wskaźnikach  czerwonymi 

kreskami, Jaina utrzymywała odległość dzielącą  ich od jednostki nieprzyjaciół, ale udawało 

się  jej  to  z  dużym  trudem.  Upłynęła  godzina,  a  uciekinierzy  płynęli  nadal,  śmigając  nad 

czarnymi  grzbietami  fal,  oświetlonymi  jedynie  przez  blade  światło  obu  księżyców. 

Szturmowy statek Bartokków powoli, ale nieubłaganie doganiał zbiegów. 

- Czy nie ma sposobu, aby wrócić w cywilizowane strony i wezwać pomoc? - zapytał 

Jacen. 

-  Naszą  fortecę  wzniesiono  na  wyjątkowym  odludziu...  teoretycznie  w  tym  celu,  by 

zapewnić,  nam  jak  największe  bezpieczeństwo  -  odparła  stara  matriarchini.  -  A  ten  ścigacz 

pokonuje  odległość  o  wiele  za  wolno.  Upłynie  wiele  godzin,  zanim  powrócimy  w 

cywilizowane strony. Obawiam się, że do tego czasu wpadniemy w łapy Bartokków. 

- Nic z tego - odparła stanowczo Jaina. - Już ja się o to postaram. 

Zgrzytnęła zębami i skierowała ścigacz w stronę białej plamy na wodzie, widocznej w 

oddali  przed  dziobem  statku...  wodnego  pustkowia  o  nierównej,  lekko  pomarszczonej 

powierzchni, znad której napływała woń gnijących ryb. Dziewczyna doskonale zdawała sobie 

sprawę  z  tego,  dokąd  płyną.  Dobrze  znała  współrzędne  kursu,  ale  liczyła  na  to,  że  potrafi 

wykorzystać znajomość tego, co ich czeka. 

Domyślając się, co planuje uczynić Jaina, Lowbacca pytająco zaskowyczał. 

- Wiem, co robię, Lowie - uspokoiła go dziewczyna. 

Jacen  musiał  także  wyczuć  nieprzyjemny  zapach,  gdyż  wyraźnie  zaniepokojony, 

pochylił się ku siostrze. 

- Chyba nie zamierzasz popłynąć w głąb pola tych morskich chwastów, co? - zapytał. 

background image

Jaina wzruszyła ramionami. 

- Musieliby być szaleni, gdyby podążyli tam za nami, no nie? - odparła. 

- Rój najemnych Bartokków będzie podążał za nami na koniec świata  - odezwała się 

Tenel Ka. - Te stworzenia nie dbają o własne bezpieczeństwo. 

- To dobrze - powiedziała Jaina. - Może okażą się nieostrożne. 

Kiedy znaleźli się nad polem wijących się roślinnych macek drapieżnego chwastu, ton 

pracy  silników  uległ  zmianie;  stał  się  cichszy  i  jakby  bardziej  basowy.  Tuż  pod  kadłubem 

ścigacza zaczęły się poruszać i skręcać łodygi wyrwanej ze snu rośliny. Uniosły się i obróciły 

także  czuwające  nawet  mimo  środka  nocy  gromady  szkarłatnoczerwonych  oczokwiatów, 

wypatrujące  nowej  ofiary.  Macki  wodnego  chwastu  smagały  powierzchnię  wody  i  kłapały 

szczypcami, jakby doskonale pamiętały fakt, że zaledwie przed kilkoma dniami wymknęła im 

się grupa młodych rycerzy Jedi. 

-  Mam  nadzieję,  że  nadal  są  takie  głodne  -  odezwał  się  Jacen.  -  Co  powiecie  na  to, 

żebyśmy dali im trochę pożywienia? 

- Pod warunkiem, że to nie będziemy my - odparła Jaina. 

Tymczasem  nieubłagani  Bartokkowie  nie  zwracali  najmniejszej  uwagi  na  to,  jakiej 

zmianie  uległa  powierzchnia  oceanu.  Pędzili  dalej,  opanowani  tylko  jedną  myślą:  jak 

zmniejszyć odległość dzielącą ich od uciekinierów. 

Matriarchini  wstała  z  siedzenia  na  rufie  ścigacza.  Obróciła  się  i  wyciągnęła  przed 

siebie mały blaster. 

- Niech pani celuje w obudowy silników repulsorowych! - zawołała Jaina. - To jedyne 

wrażliwe miejsce szturmowych statków. 

Mały ścigacz się zakołysał, ale Ta’a Chume starannie wymierzyła i strzeliła, posyłając 

w  ciemności  jaskrawąblasterową  błyskawicę.  Struga  ognistej  energii  tylko  musnęła  spód 

kadłuba  ścigającego  ich  szturmowego  statku,  ale  nie  wyrządziła  żadnej  szkody  obudowie 

silników  repulsorowych.  Strzał  odbił  się  od  metalowego  kadłuba  jednostki  Bartokków  i  ze 

skwierczeniem zniknął w morzu, pełnym wijących się grubych macek. 

- Nawet ich nie uszkodziłam - rzekła zawiedziona Ta’a Chume. - Została mi już tylko 

jedna szansa. 

- Pani strzał nie poszedł na marne - stwierdziła Jaina. - Proszę zobaczyć, co dzieje się 

z morskim chwastem. 

Roślina  sprawiała  teraz  wrażenie  całkowicie  rozbudzonej  i  głodnej,  straszliwie 

głodnej. Zakończone kolcami macki wyskakiwały z wody i wiły się w powietrzu. Próbowały 

pochwycić kadłub statku, przemykającego nad grubymi liśćmi. 

background image

Najemni Bartokkowie zbliżali się, zapewne nie przejmując się faktem, że jedna z ich 

przyszłych  ofiar  posłużyła  się  pistoletem.  Ktoś  z  załogi  kanciastego  statku  w  odpowiedzi 

znów wystrzelił z blasterowego działka, ale tym razem Jaina posługując się Mocą, przeczuła, 

że  to  uczynią.  Szarpnąwszy  dźwignię  sterowniczą,  raptownie  skręciła  w  lewo.  Blasterowa 

smuga  ponownie  trafiła  w  pole  morskich  chwastów.  Nad  obszarem  zamieszkiwanym  przez 

roślinnego potwora poniósł się basowy gniewny pomruk. 

Ta’a  Chume  ponownie  wstała  i  uniosła  miniaturowy  blaster,  aby  wymierzyć  po  raz 

drugi... i ostatni. 

- Niech Moc będzie z tobą - mruknęła Tenel Ka. 

Matriarchini  uwolniła  pozostałą  część  energii.  Tym  razem  blasterowa  błyskawica 

trafiła w sam środek obudowy silnika repulsorowego statku skrytobójców. Chociaż broń byłej 

monarchini nie dysponowała wystarczającą mocą, by wyrządzić duże szkody, wystarczyła, by 

jednostka Bartokków zaczęła wirować wokół własnej osi. 

W pewnej chwili rufa szturmowego statku uniosła się nieco wyżej nad powierzchnię 

wody.  Podobne  do  pająków  stworzenia  rozbiegły  się  po  pokładzie,  usiłując  odzyskać 

panowanie nad statkiem. Tymczasem dziób, który pogrążył się w wodzie, musnął kilka łodyg 

żarłocznego  chwastu.  Zanim  pilot  zdołał  odzyskać  panowanie  nad  sterami,  co  najmniej 

kilkanaście zakończonych kolcami macek wystrzeliło spod powierzchni, by oplatać się wokół 

kadłuba,  wsporników  silników  repulsorowych  i  podstaw  działek  blasterowych.  Najemni 

Bartokkowie zaskrzeczeli, bardziej rozzłoszczeni niż przerażeni, jako że ich zbiorowy umysł 

nie potrafił uświadomić sobie, że zbliża się chwila śmierci całego roju. 

Kolczaste macki morskiego chwastu wyłuskiwały stworzenia ze stanowisk bojowych 

rozmieszczonych  wzdłuż  burt  jednostki,  po  czym  wciągały  po  kolei  w  głąb  pieniącej  się 

wody.  Wkrótce  tyle  potężnych  łodyg  pokryło  kanciasty  kadłub  szturmowego  statku 

najemników, że wciągnęło go pod powierzchnię oceanu. 

Zakończone  ostrymi  szczypcami  łodygi  zaczęły  kruszyć  twarde  chitynowe  pancerze 

stworzeń.  Po  chwili  Jaina  usłyszała  kilka  stłumionych  chrupnięć  świadczących  o  tym,  że 

drapieżna  roślina  łupie  egzoszkielety  na  kawałki,  żeby  dostać  się  do  miękkich  organów 

wewnętrznych.  Dziewczyna  spoglądała  na  spienione  morze  z  przerażeniem  połączonym  z 

fascynacją. 

- Wydaje mi się, że to dla nas sygnał, iż czas wracać - odezwał się Jacen. 

Wyciągnął  rękę,  żeby  szturchnąć  siostrę  pod  żebro,  a  Lowie  ryknął  na  znak,  że  jest 

tego samego zdania. 

Nabiegłe krwią oczokwiaty, wiecznie głodne, zwróciły się w ich stronę. 

background image

- W porządku, a zatem na co jeszcze czekamy? - zapytała dziewczyna. 

Lowie  zwiększył  obroty  silników,  a  potem  zmienił  kurs,  aby  ścigacz  mógł  opuścić 

obszar, zajmowany przez plątaninę drapieżnych morskich chwastów. 

Ta’a Chume przeszła na dziób statku. 

- Stąd już potrafię dopłynąć w bezpieczne miejsce - oznajmiła. 

Jaina z radością przekazała jej dźwignie sterownicze, a była królowa skierowała mały 

statek w stronę stałego lądu. 

-  To  był  doskonały  strzał,  babciu  -  odezwała  się  Tenel  Ka.  Matriarchini  kiwnęła 

głową, po czym spojrzała na wnuczkę z niekłamanym zachwytem. 

- To tyle, jeżeli chodzi o sztukę dyplomacji - rzekła. 

 

Po  mniej  więcej  pięciu  następnych  godzinach  cała  załoga  ścigacza,  niewyspana  i 

zmęczona, dowlokła się w końcu do Pałacu Fontann. 

Doprowadzona  do  wściekłości  Ta’a  Chume  stwierdziła,  że  pani  ambasador  Yfra 

zdążyła  przejąć  całą  władzę.  Ogłosiła  stan  wyjątkowy,  a  potem  zarządziła  kilkugodzinną 

żałobę, żeby wszyscy mogli opłakać śmierć ukochanej matriarchini. 

Tenel Ka, która podążała tuż za babką, wkroczyła do ogromnej sali tronowej. Słyszała 

pełne przerażenia urywane dźwięki, a także okrzyki zdumienia i zachwytu, wznoszone przez 

wiernych strażników. Najbardziej przerażone było posępne oblicze pani ambasador Yfry. 

- Ta’a Chume! - wykrzyknęła kobieta, bezskutecznie usiłując ukryć burzę sprzecznych 

uczuć wyzierających z jej oczu. - Ty... ty żyjesz? Ale... Jak to możliwe? 

-  Twój  spisek  się  nie  udał,  Yfro  -  odparła  matriarchini.  -  Strażnicy,  aresztować  tę 

zdrajczynię! 

-  Pod  jakim  zarzutem?  -  zapytała  rzeczowo  pani  ambasador  Yfra,  za  wszelką  cenę 

próbując ratować sytuację. 

- Spiskowałaś, zamierzając zabić wszystkich członków królewskiej rodziny. Cieszę się 

tylko,  że  nie  ma  tu  rodziców  Tenel  Ka,  gdyż  w  przeciwnym  razie  byłoby  zagrożone  i  ich 

życie. 

-  Ależ  Ta’a  Chume!...  Przecież  zawsze  byłam  lojalna  względem  ciebie!  -  W  głosie 

kobiety można było usłyszeć słodycz, pełną urażonej niewinności, ale Tenel Ka wyczuwała, 

że Yfra kłamie. - Dlaczego oskarżasz mnie o takie rzeczy? 

-  Ponieważ  przejęłaś  całą  władzę  -  odparła  była  monarchini.  -  Jakim  cudem 

wiedziałaś, że zagraża mi niebezpieczeństwo, jeżeli sama nie uknułaś tego spisku? 

background image

-  No  cóż,  ja...  -  Yfra  zamrugała.  -  Po  prostu  usłyszałam  twój  apel  o  pomoc,  jaki 

wysłałaś z Reef Fortress. 

-  A!  -  Matriarchini  wymierzyła  chudy  sękaty  palec  w  pierś  pani  ambasador,  a  j  ej 

cienkie  wargi  wykrzywiły  się  w  przebiegłym  uśmiechu.  -  Aha!  Tylko  że  ja  nie  wysyłałam 

żadnego  apelu.  Twoi  najemni  Bartokkowie  wysadzili  w  powietrze  generatory  dostarczające 

energię do całej fortecy. Na szczęście uciekliśmy. Dopiero teraz po raz pierwszy mówimy, co 

się stało... a jednak ty już to wiedziałaś! - Matriarchini, przeświadczona o słuszności swoich 

słów, kiwnęła głową. - Tak, ty wiedziałaś! 

Zanim Yfra zdążyła wyjąkać kolejną wymówkę, podeszli do niej strażnicy. 

-  Nie  martwcie  się,  będzie  miała  sprawiedliwy  proces  -  odezwała  się  Ta’a  Chume.  - 

Wydaje mi się jednak, że dowodów mamy pod dostatkiem... prawda, Tenel Ka? 

Uniosła brwi, spoglądając na wnuczkę. 

-  To  jest  fakt  -  odparła  młoda  wojowniczka.  -  A  poza  tym  mam  pod  dostatkiem 

dowodów także na coś innego. 

Dziewczyna stała wyprostowana; dumnie spoglądając w oczy babki. 

-  Ta  przygoda  uświadomiła  mi,  że  całkiem  odzyskałam  siły  po  tamtym  wypadku  z 

ręką - ciągnęła. - Chciałabym wrócić na Yavin Cztery. 

background image

ROZDZIAŁ 21 

 

Tenel Ka usiadła i rozejrzała się, zdezorientowana, by dopiero po chwili przypomnieć 

sobie,  gdzie  przebywa.  Pozwoliła, żeby  spojrzenie  jej  szarych  jak  granit  oczu  prześlizgnęło 

się  po  prastarych  kamiennych  murach,  kolebkowym  sklepieniu  nad  drzwiami  i  skromnej 

pryczy,  na  której  spała.  Przeniknęło  ją  ogromne  ciepło  związane  z  tym,  że  czuła  się 

bezpieczna... i radośnie podniecona. 

Cieszyła się, że może znów przebywać na Yavinie Cztery, we własnej komnacie, na 

jednym  z  pięter  wielkiej  świątyni.  Usiadła  wygodniej  na  pryczy  i  zaczęła  ćwiczyć  nową 

umiejętność: zaplatania warkoczy za pomocą tylko jednej ręki. 

W ciągu kilku ostatnich tygodni, jakie upłynęły od chwili, kiedy na Hapes powrócili 

jej  rodzice,  dziewczyna  miała  wrażenie,  że  przeczucie,  iż  coś  jest  nie  w  porządku,  z  wolna 

ustępuje. Po tym, jak Ta’a Chume udaremniła wymierzony przeciwko członkom królewskiej 

rodziny spisek pani ambasador Yfry, Teneniel Djo i Isolder spiesznie wrócili, by przekonać 

się, że ich córce i  byłej  królowej  nie stało się nic złego. Natychmiast  odnaleźli i  wydalili z 

królewskiego  dworu  wszystkie  pozostałe  konspiratorki,  wspólniczki  Yfry,  a  tymczasem 

przywódczyni spisku czekała na proces. 

Ku wielkiemu zaskoczeniu Tenel Ka, żadne z rodziców nie próbowało przekonywać 

jej,  że  powinna  nosić  syntetyczną  rękę  albo  przerwać  naukę  w  akademii  Jedi.  Prawdę 

mówiąc, kiedy wyraziła chęć powrotu na Yavin Cztery i kontynuowania studiów, jej ojciec i 

matka z ochotą się zgodzili. Nalegali tylko, żeby spędziła z nimi chociaż kilka tygodni, zanim 

powróci w mury uczelni Luke’a Skywalkera. 

-  Przypuszczam,  że  staniesz  się  silniejszą  wojowniczką  niż  mogłabyś  kiedykolwiek 

marzyć - powiedziała Teneniel Djo, zwracając się do córki. - Masz silne mięśnie nóg, szybkie 

odruchy i przede wszystkim sprawną rękę, w której trzymasz broń w czasie walki. Z tego, co 

powiedziała  twoja  babka,  możemy  wnioskować,  że  także  twój  spryt  i  bystry  umysł  nie 

pozostawiają nic do życzenia. 

- A poza tym uważam, że możesz dać nauczkę wielu przyszłym przeciwnikom, iż nie 

powinni  oceniać  wartości  wojowniczki  po  tym,  jak  wygląda  -  dodał  jej  ojciec,  czule 

obejmując dziewczynę. - Nigdy nie wstydź się tego, czym jesteś - i kim jesteś. 

Kiedy  w  końcu  przyleciał  Luke  Skywalker,  żeby  zabrać  „Ścigaczem  Cieni” 

wojowniczkę  i  pozostałych  młodych  Jedi  znów  na  Yavin  Cztery,  rodzice  Tenel  Ka  nie 

background image

ukrywali dumy. Dziewczyna wciąż jeszcze pamiętała ostatnie słowa, jakie matka szepnęła jej 

podczas pożegnania: 

- Niech Moc będzie z tobą. 

Teraz,  po  nocy  spędzonej  w  dobrze  znanej  komnacie,  Tenel  Ka  poczuła,  że  jest 

gotowa uczynić następny krok na drodze wiodącej do odzyskania własnej tożsamości. Wstała 

i zaczęła się przeciągać, czując, że panuje doskonale nad mięśniami. 

Kilka  następnych  minut  poświęciła  na  przeglądanie  osobistych  rzeczy,  aż  w  końcu 

znalazła  to,  czego  szukała.  Wyjęła  drugi,  ostatni  kieł  rankora,  owinięty  w  skrawek 

wytrzymałej  elastycznej  skóry.  Przycisnęła  go  do  ciała  kikutem  ręki,  z  niejakim 

zadowoleniem  stwierdzając,  że  pozostała  część  okaleczonej  kończyny  nie  jest  całkiem 

bezużyteczna. Następnie zajęła się szukaniem drugiego przedmiotu. Kiedy wreszcie znalazła 

zdobiony  kosztownymi  klejnotami  królewski  diadem  z  Hapes,  który  zabrała  za  namową 

babki,  położyła  oba  przedmioty  obok  siebie  na  niewielkim  stoliku  stojącym  w  kącie  jej 

komnaty, a później zaczęła się im przyglądać. 

Oba  drobiazgi  były  dowodami  tego,  kim  była;  symbolami  wychowania,  jakie 

odebrała.  Kieł  rankora  pochodził  z  Dathomiry  -  planety  dzikiej,  nieujarzmionej,  dumnej  i 

nieulękłej.  Diadem  natomiast  symbolizował  jej  dziedzictwo  związane  z  planetą  Hapes,  a 

zwłaszcza  królewskie  wychowanie,  ogładę,  bogactwo,  wojskową  potęgę  i  polityczną 

przenikliwość. 

Tenel  Ka  niemal  przez  całe  dotychczasowe  życie  sądziła,  że  honorując  jedną  część 

swojego dziedzictwa, tym samym musi gardzić pozostałą. Podobny błąd popełniła, uważając, 

że  pokładanie  wiary  w  Mocy  oznacza  brak  zaufania  we  własne  możliwości.  Skrzywiła  się, 

kiedy  o  tym  pomyślała.  Dopiero  w  tej  chwili  musiała  przyznać,  że  strata  ręki  nauczyła  ją 

czegoś  niezwykłego.  Dopiero  teraz  wiedziała,  że  musi  korzystać  ze  wszystkich  zdolności, 

jakimi została obdarzona. Jeżeli chciała zostać najwaleczniejszym rycerzem Jedi, nie powinna 

rezygnować z umiejętności władania Mocą. 

Co  zatem  mam  uczynić  z  drugą  częścią  swój  ego  dziedzictwa?  -  pomyślała 

dziewczyna,  sięgając  po  kieł  rankora  i  obracając  go  w  szczupłych  palcach.  Hapes  i 

Dathomira. Czy mogła połączyć najkorzystniejsze cechy obu światów? 

Kiedy w końcu podjęła  decyzję, zacisnęła palce  na kle rankora, po czym uniosła go 

nad  głowę  i  z  całej  siły  opuściła  na  rzucający  błyski,  ozdobiony  klejnotami,  królewski 

diadem. Delikatny przedmiot rozpadł się na kawałki. 

Tenel  Ka  uderzała  w  szczątki  jeszcze  kilka  razy,  aż  okruchy  cennego  metalu  i 

kosztowne klejnoty rozsypały się po blacie niewielkiego stołu. 

background image

Tak uczynię  - postanowiła. Pochodziła z dwóch  światów, na których urodzili  się jej 

rodzice,  i  powinna  nauczyć  się  łączyć  zalety  i  jednego,  i  drugiego.  Położyła  kieł  rankora  i 

sięgnęła po inne drobiazgi rozrzucone po blacie stołu. 

Wybrała najodpowiedniejsze klejnoty zdobiące kiedyś jej ha-pański diadem, po czym 

przystąpiła do konstruowania nowego świetlnego miecza. 

 

Oślepiające  promienie  porannego  słońca  muskały  wierzchołek  wielkiej  świątyni  i 

przenikały  przez  częściowo  zaplecione  włosy  Tenel  Ka,  otaczając  jej  głowę  złocistorudą 

aureolą.  Jacen  stał  w  odległości  metra  od  koleżanki.  Spoglądał  na  nią,  podczas  gdy  lekki 

wietrzyk rozwiewał jego i tak rozwichrzone brązowe włosy. Na twarzy chłopca malowała się 

obawa. 

- Jesteś pewna, że chcesz to zrobić? - zapytał. 

- Tak - odparła krótko dziewczyna, przezwyciężając wahanie. 

-  No  cóż,  j  a  wcale  nie  jestem  pewien,  czy  mogę  to  zrobić  -  odezwał  się  cicho 

chłopiec. 

- Ty? Ale dlaczego...? 

- Blasterowe błyskawice! Ostatni raz, kiedy to robiliśmy, skończyło się... 

Jacen urwał i tylko znacząco popatrzył na to, co pozostało z jej lewej ręki. 

- A - rzekła Tenel Ka. - Aha. 

- I dlatego zapytałem cię, czy jesteś tego pewna - wyjaśnił chłopiec. - Bo ja nie jestem. 

Spojrzenie szarych oczu skierowało się na bursztynowe oczy kolegi, przypominające 

barwę  koreliańskiej  brandy.  Dziewczyna  zastanawiała  się,  co  mogą  oznaczać  jego  słowa. 

Kiedy w końcu przemówiła, w jej ochrypłym głosie dało się wyczuć niezwykłe napięcie. 

- Jacenie, mój przyjacielu, nie znam lepszego sposobu, żeby udowodnić ci, iż darzę cię 

zaufaniem... że cię nie winie za to, co się wydarzyło. 

Jacen także z wyrazem niezwykłej powagi kiwnął głową i odparł: 

- Dziękuję. 

Przymknął oczy i pozwolił sobie na głęboki oddech. 

Tenel  Ka  uczyniła  to  samo,  czując,  że  Moc  zaczyna  przepływać  przez  jej  ciało. 

Napięła  mięśnie...  nie  dlatego,  że  się  bała,  ale  czuła,  że  przenika  ją  wspaniałe  radosne 

oczekiwanie.  Sięgnęła  po  przypięty  do  pasa  kieł  rankora.  Wyciągnęła  go  przed  siebie,  po 

czym przycisnęła guzik umieszczony na powierzchni. 

Z  kremowożółtej  rękojeści  wysunęła  się  smuga  skwierczącej  energii,  płonąca 

turkusowym  blaskiem,  który  zawdzięczała  tęczowym  klejnotom  z  Gallinore,  stanowiącym 

background image

kiedyś  ozdobę  królewskiego  diademu.  Po  upływie  ułamka  sekundy  potrzebnego  na  jedno 

uderzenie serca, z pomrukiem obudziła się do życia także szmaragdowozielona klinga broni 

Jacena. 

Poruszając  się  jak  we  śnie,  oboje  unieśli  ostrza  poziomo,  tak  że  znajdowały  się  na 

wysokości  ich  oczu  w  odległości  zaledwie  kilku  centymetrów  jedno  od  drugiego.  Po  kilku 

sekundach rozległo się skwierczenie energii, kiedy świetliste klingi się zetknęły. Po chwili ten 

sam dźwięk rozległ się po raz drugi. 

Nie kryjąc, że się waha, Tenel Ka zadała pchnięcie turkusową klingą. Jacen odbił cios, 

kwitując go ledwo zauważalnym kiwnięciem głowy. 

Moc  krążyła  wokół  nich;  przepływała  między  nimi.  Wkrótce  poruszali  się  jak  w 

transie,  wykonując  odwieczne  ruchy  i  skoki  jak  podczas  doskonale  opanowanych  ćwiczeń; 

niczym w bardzo trudnym tańcu. Jakimś cudem oboje byli pewni, że nikomu nie stanie się nic 

złego. 

Nie odrywając spojrzenia od oczu partnera, słyszeli towarzyszącą pojedynkowi cichą 

muzykę,  która  stopniowo  stawała  się  coraz  głośniejsza  i  głośniejsza.  Zaczęli  się  poruszać 

wolniej, ale zaufanie, jakim się nawzajem darzyli, ani trochę się nie zmniejszyło. 

W końcu znieruchomieli i stali z wyrazami zdumienia na twarzach, podczas gdy klingi 

ich świetlnych mieczy niemal stykały się ze sobą. Jacen otworzył usta, jakby zamierzał coś 

powiedzieć, ale żaden dźwięk nie wydobył się z jego gardła. 

W  następnej  chwili  panującą  ciszę  rozdarł  głośny  ryk.  Lowbacca  i  Jaina  przebiegli 

przez wierzchołek świątyni, by przywitać się z Tenel Ka i Jacenem. 

Jaina się uśmiechała. 

-  Zgadzam  się  z  Lowiem,  Tenel  Ka  -  oznajmiła.  -  To  wspaniale  móc  cię  znowu 

widzieć, trzymającą miecz świetlny w dłoni. Przez chwilę się obawiałam, że przypuszczasz, 

iż różnisz się czymś od nas i nie możesz być naszą przyjaciółką. 

-  Chyba  przez  jakiś  czas  tak  właśnie  myślałam  -  przyznała  wojowniczka.  - 

Przekonałam się jednak, że mogę obrócić różnice na swoją korzyść i, w połączeniu z innymi 

indywidualnymi cechami, ukształtować silniejszą osobowość. 

-  Naprawdę  różnimy  się  od  siebie  -  stwierdził  Jacen.  Jaina  przycisnęła  guzik.  Z 

pomrukiem i sykiem ukazała się ametystowa klinga jej świetlnego miecza. 

- Ale wszyscy zostaniemy rycerzami Jedi - odparła z przekonaniem. 

Lowbacca  także  zapalił  swój  miecz  świetlny,  którego  ostrze  zalśniło 

złocistobrązowym blaskiem. 

- Silniejsi razem - oznajmiła Tenel Ka, unosząc turkusową klingę wysoko nad głowę. 

background image

Młody Wookie wyciągnął w górę rękę, w ten sposób, by ostrze jego miecza zetknęło 

się z klingą broni wojowniczki z Dathomiry. 

-  Tak,  silniejsi  razem  -  rzekli  równocześnie  Jaina  i  Jacen,  po  czym  skrzyżowali 

świetliste ostrza z dwoma innymi lśniącymi nad głowami Tenel Ka i Lowiego. 

Cztery  jaskrawe  smugi  świetlnych  mieczy  płonęły,  oświetlane  promieniami 

wschodzącego słońca. 

background image