background image
background image

 

 

 

 

Kevin J. Anderson

Rebecca Moesta

 

Oblężenie Akademii Jedi

 

(Jedi Under Siege)

 

Przekład: Andrzej Syrzycki

background image

 

 

 

Rozdział 1

 
 
W niepewnym świetle budzącego się poranka Jaina obserwowała, jak jej wuj, Luke Skywalker,

powoli  manewruje  „Ścigaczem  Cieni”.  Przyglądała  się,  jak  przelatuje  przez  otwarte  wrota  hangaru
mieszczącego lądowisko, urządzone na najniższym poziomie wielkiej świątyni. Młodzi rycerze Jedi
powrócili  z  rodzimej  planety  Wookiech,  Kashyyyku,  ale  ojciec  dziewczyny,  Han  Solo,  i  jego
przyjaciel Chewbacca, nie zabawili na Yavinie Cztery wystarczająco długo, by mieć czas na ukrycie
statku.

Wiedzieli,  że  Akademia  Ciemnej  Strony  sposobi  się  do  walki,  i  nie  mogli  pozwolić  sobie  na

marnowanie czasu.

Jaina niemal nie mogła uwierzyć, że zaledwie przed dwoma dniami Kashyyyk został zaatakowany

przez oddział imperialnych żołnierzy. Dowodził nimi jej przyjaciel Zekk, służący obecnie Drugiemu
Imperium  i  będący  Ciemnym  Jedi.  Kiedy  w  ciemnościach,  panujących  wśród  gęstego  poszycia
dżungli, stanęła oko w oko z ciemnowłosym młodzieńcem, ten ostrzegł ją, żeby nie wracała na Yavin
Cztery, ponieważ księżyc zostanie niebawem zaatakowany przez wojska Akademii Ciemnej Strony.

Jaina musiała uznać to ostrzeżenie za dowód, że chłopaka nadal obchodzi los, jaki może spotkać

ją i jej brata bliźniaka, Jacena.

Wszyscy wylądowali na Yavinie Cztery zaledwie przed kilkunastoma minutami. Dokonanie skoku

przed  nadprzestrzeń  zabrało  tak  niewiele  czasu,  że  nawet  nie  zdążyli  się  porządnie  wyspać,  tym
bardziej że po stoczonej walce w ich krwi wciąż jeszcze nie opadł poziom adrenaliny. Jaina miała
wrażenie,  że  wybuchnie,  jeżeli  szybko  czegoś  nie  zrobi.  Wiedziała,  że  tyle  rzeczy  czeka  na
zaplanowanie i przygotowanie.

Jacen, stojący obok niej przy otwartych wrotach hangaru kryjącego lądowisko, szturchnął siostrę

pod żebro. Kiedy Jaina odwróciła się ku niemu, spojrzała prosto w bursztynowe oczy, mające odcień
koreliańskiej brandy.

– Nie martw się, wszystko będzie w porządku – odezwał się chłopiec. – Wujek Luke dobrze wie,

co robić. Wiele razy musiał odpierać ataki imperialnych oddziałów.

–  Pewnie,  już  czuję  się  o  wiele  spokojniejsza  –  odparła  Jaina,  ani  przez  sekundę  nie  wierząc

w to, co mówi.

Jak zwykle, Jacen postanowił uciec się do jednego z ulubionych sposobów, mających skierować

myśli siostry na inny temat, nie związany z niemal pewną walką.

– Hej, opowiedzieć ci jakiś dowcip? – zapytał.
– Owszem, Jacenie – odezwała się Tenel Ka, która podeszła i stanęła obok bliźniąt. – Uważam,

że trochę humoru może nam się przydać.

Na  ciele  młodej  wojowniczki  z  Dathomiry  połyskiwała  warstewka  potu,  jaka  utworzyła  się

background image

w  ciągu  ostatnich  dziesięciu  minut  szybkiego  biegu,  mającego  rzekomo  „rozprostować  mięśnie”,
a w rzeczywistości przestawić myśli na inne tory.

–  W  porządku,  Jacenie.  Możesz  strzelać  –  powiedziała  Jaina  udając,  że  przygotowuje  się  na

najgorsze.

Tenel Ka odgarnęła jedną ręką długie, zaplecione w warkocze złocistorude włosy. Dziewczyna

straciła  drugą  rękę  w  następstwie  nieszczęśliwego  wypadku,  jakiemu  uległa  podczas  ćwiczeń
w posługiwaniu się świetlnym mieczem, ale nie zgodziła się na zastąpienie jej syntetyczną protezą.
Kiwnęła głową i spojrzała na Jacena.

– Możesz zacząć opowiadać ten dowcip.
– Dobrze. Jaka to będzie pora, kiedy imperialny robot kroczący nadepnie na twój chronometr? –

Jacen  uniósł  brwi  i  przez  chwilę  milczał,  jakby  czekał  na  odpowiedź.  –  Najwyższa,  żeby  sprawić
sobie nowy!

Na czas, potrzebny na jedno uderzenie serca, zapadła śmiertelna cisza, po czym Tenel Ka kiwnęła

głową i odezwała się poważnym tonem:

– Dziękuję ci, Jacenie. Twój dowcip był... jak najbardziej na miejscu.
Młoda wojowniczka nigdy się nie uśmiechała, ale Jainie się wydało, że tym razem w jej szarych

jak  granit  oczach  zauważyła  iskierki  rozbawienia.  Siostra  Jacena  wciąż  jeszcze  jęczała,  udając
udrękę,  kiedy  z  pokładu  „Ścigacza  Cieni”  zszedł  wujek  Luke  w  towarzystwie  młodego  Wookiego,
Lowbaccy.

Doszedłszy do wniosku, że nie ma ani chwili do stracenia, Jaina pospieszyła ku nim. Widocznie

mistrz Jedi musiał czuć to samo, ponieważ kiedy Jacen i Tenel Ka podążyli śladami Jainy, zwrócił
się do wszystkich młodych Jedi bez jakiegokolwiek wstępu.

–  Drugie  Imperium  musi  poświęcić  trochę  czasu  na  zainstalowanie  nowych  urządzeń

komputerowych, które ukradło z fabryki na Kashyyyku – powiedział. – Możliwe, że zajmie to kilka
dni, ale nie chcę niepotrzebnie ryzykować. Tionna i Raynar wyprawili się do świątyni nad jeziorem,
gdzie zajmują się ćwiczeniami. Chciałbym, Lowie, żebyś poleciał tam swoim T-23 i powiedział im,
żeby z tobą wrócili. Musimy wszyscy się zająć opracowaniem planu walki.

Lowbacca  zaryczał  na  znak,  że  się  zgadza,  i  pospieszył  do  niewielkiego  skoczka,  który  dostał

kiedyś  w  prezencie  od  swojego  wuja,  Chewbaccy.  Przyczepiony  do  pasa  młodego  Wookiego
zminiaturyzowany android-tłumacz Em Teedee natychmiast powiedział:

–  Ależ  oczywiście,  proszę  pana.  Pan  Lowbacca  z  prawdziwą  przyjemnością  zajmie  się

wykonaniem pańskiego polecenia. Proszę uważać tę sprawę za załatwioną.

Lowie  poufałym  warknięciem  zganił  małego  androida  za  to,  że  pozwolił  sobie  na  upiększenie

jego wypowiedzi, po czym wspiął się do kabiny skoczka i zamknął owiewkę.

Mistrz Jedi odwrócił się w stronę młodej wojowniczki z Dathomiry.
–  Tenel  Ka,  postaraj  się  zebrać  tylu  uczniów,  ilu  zdołasz,  i  zorganizuj  im  przyspieszony  kurs

obrony przed atakami terrorystów. Nie jestem pewien, do jakiej taktyki walki przeciwko nam zechce
uciec się Akademia Ciemnej Strony, ale nie znam nikogo, kto mógłby lepiej niż ty nauczyć nas zasad
partyzanckiej walki.

– Ta-a, była wspaniała, kiedy walczyła ze skrytobójcami Bartokkami, którzy zaatakowali nas na

Hapes – przypomniał Jacen.

Jaina  ze  zdumieniem  zauważyła,  że  Tenel  Ka  się  zarumieniła.  Później  dygnęła  i  odeszła,  żeby

zająć się wykonaniem otrzymanego zadania.

background image

– A co z Jacenem i ze mną, wujku? – zapytała, nie potrafiąc opanować zniecierpliwienia. – Co

my mamy robić? Także chcielibyśmy się na coś przydać.

– Teraz, kiedy odleciał „Sokół Tysiąclecia”, musimy zainstalować i uruchomić nowe generatory

pól siłowych, żeby chroniły nas przed atakami z powietrza – odezwał się mistrz Jedi. – Chodźcie ze
mną.

 
Najważniejsze  urządzenia,  wytwarzające  nowe  ochronne  pola  akademii  Jedi,  zostały

umieszczone na skraju dżungli porastającej przeciwległy brzeg rzeki. Mimo to o zasięgu i natężeniu
pól  można  było  decydować,  przebywając  w  ośrodku  łączności.  Generatory,  które  niedawno
przetransportował  z  Coruscant  Han  Solo,  miały  stanowić  doraźny  środek  bezpieczeństwa,
zapewniający  ochronę  do  czasu,  aż  Nowa  Republika  wymyśli  skuteczny  sposób  obrony  przed
spodziewanym atakiem oddziałów Akademii Ciemnej Strony.

–  Hej,  czy  nie  powinienem  wysłać  wiadomości  mamie?  –  zapytał  Jacen,  zajmując  miejsce  za

pulpitem konsolety.

– Na razie nie, dopóki nie dowiemy się czegoś więcej – odparł Luke. – Twój tata i Chewbacca

obiecali  przed  odlotem,  że  się  z  nią  skontaktują,  kiedy  znajdą  się  w  przestworzach.  Leia  jest  teraz
bardzo zajęta mobilizowaniem żołnierzy, którzy założą tu stałą bazę i będą chronili naszą akademię.
Na razie jednak powinniśmy sami zrobić wszystko, co możemy, żeby jej strzec i bronić.

Jeżeli  chcesz  pomóc,  Jacenie,  zajmij  się  sprawdzaniem  kanałów  telekomunikacyjnych

o  wszystkich  możliwych  pasmach  częstotliwości.  Możliwe,  że  uda  ci  się  zarejestrować  jakieś
niezwykłe  sygnały,  które  okażą  się  później  zaszyfrowanymi  imperialnymi  meldunkami. A  ty,  Jaino,
włącz generatory i upewnij się, że wszystko funkcjonuje prawidłowo.

– Właśnie się tym zajmuję, wujku Luke’u – odparła dziewczyna, szczerząc zęby w uśmiechu, ale

nie odchodząc od stanowiska kontrolnego. – Pola siłowe mają największe możliwe natężenie. Chyba
powinnam  teraz  sprawdzić,  czy  wszystko  działa,  jak  należy,  choćby  po  to,  by  wiedzieć,  czy  nasza
obrona nie ma jakichś luk.

Jacen nałożył słuchawki i zaczął przeszukiwać kanały należące do różnych pasm częstotliwości.

Ledwie  zaczął,  usłyszał  głośny  trzask,  po  którym  w  słuchawkach  rozległ  się  dobrze  znany  głos:  –
...proszę o zgodę na lądowanie i tak dalej – to, co zwykle. Tu „Piorunochron”. Za chwilę ląduję.

–  Hej,  zaczekaj!  –  krzyknął  Jacen  do  mikrofonu,  omal  nie  wpadając  w  panikę.  –  Nie  możesz

lądować...  To  znaczy,  musimy  wyłączyć  najpierw  ochronne  pola.  Daj  mi  tylko  minutę,  Peckhumie,
dobrze?

–  Ochronne  pola?  Jakie  pola?  –  rozległ  się  głos  starego  pilota.  –  Ja  i  „Piorunochron”

zaopatrujemy  Yavin  Cztery  od  wielu  lat,  ale  nigdy  przedtem  nie  musieliśmy  się  martwić  o  żadne
pola.

– Wytłumaczę ci wszystko, kiedy spotkamy się na lądowisku – odparł Jacen. – Na razie zaczekaj

z lądowaniem.

–  Czy  będę  musiał  podać  jakiś  kod,  żeby  wylądować?  –  zaniepokoił  się  Peckhum.  –  Kiedy

odlatywałem  z  Coruscant,  nikt  nie  powiedział  mi  niczego  na  temat  żadnego  kodu.  Nikt  nie
poinformował, że macie tu jakieś pola.

Jacen uniósł głowę i popatrzył na Luke’a.
– To stary Peckhum – powiedział. – Przyleciał „Piorunochronem”. Czy musi znać jakiś kod, żeby

wylądować?

background image

Mistrz Jedi pokręcił głową, po czym gestem polecił Jainie, żeby wyłączyła generatory siłowego

pola.  Dziewczyna  przygryzła  dolną  wargę  i  pochyliła  się  nad  pulpitem  konsolety.  Po  minucie
oznajmiła:

– To powinno załatwić całą sprawę. Wyłączyłam generatory ochronnego pola.
Teraz, kiedy pole zanikło, z jakiegoś powodu Jacen poczuł, że świerzbi go skóra pleców. Miał

wrażenie, że jest całkowicie bezbronny.

– W porządku, Peckhumie – oświadczył. – Teraz możesz lądować. Tylko pospiesz się, żebyśmy

mogli ponownie włączyć zasilanie generatorów.

 
Kiedy  weteran  przestworzy  w  końcu  zszedł  z  pokładu  wysłużonego,  pokiereszowanego

towarowego  transportowca,  Jacen  stwierdził,  że  stary  pilot  wygląda  dokładnie  tak  samo  jak
wówczas,  kiedy  widział  go  ostatnio.  Chłopiec  zwrócił  uwagę  na  bladą  cerę,  długie  proste  włosy,
pooraną siecią zmarszczek twarz i wymięty, zniszczony lotniczy kombinezon.

– Witaj, Peckhumie – powiedział. – Pomogę ci wnieść towary do środka. Musimy się pospieszyć,

bo inaczej nie zdążymy, zanim zaatakują nas imperialni żołnierze.

– Imperialni żołnierze? – Siwowłosy mężczyzna podrapał się po głowie. – Czy właśnie dlatego

otoczyliście akademię siłowymi polami? Jesteśmy atakowani?

– Na razie wszystko w porządku – uspokoił go Jacen, chociaż trochę się niecierpliwił, pragnąc

jak  najszybciej  rozładować  „Piorunochron”.  –  Pola  zostały  znów  włączone.  Po  prostu  ich  nie
widzisz.

Stary  pilot  uniósł  głowę  i  wyciągnął  szyję,  usiłując  przeniknąć  spojrzeniem  warstwę  białawej

mgiełki, unoszącej się nad porośniętym dżunglą księżycem.

– Kto chce was zaatakować? – zapytał po chwili.
–  No  cóż,  słyszeliśmy  pogłoski...  pochodzące  z  wiarygodnego  źródła  –  zaczął  chłopiec,  ale

urwał,  jakby  się  zawahał.  –  Dowiedzieliśmy  się  o  tym  od  Zekka.  To  on  dowodził  grupą
szturmowców, którzy napadli na Kashyyyk... na fabrykę, gdzie wytwarzano komputerowe podzespoły.
Później  ostrzegł  Jainę,  że  naszą  uczelnię  zamierza  zaatakować  Akademia  Ciemnej  Strony.  Lepiej
wejdźmy do środka.

Stary  Peckhum,  wyraźnie  zaniepokojony,  popatrzył  na  Jacena.  Mężczyzna  traktował

kilkunastoletniego  Zekka  jak  własnego  syna.  Obaj  mieszkali  przez  pewien  czas  razem  w  jednym
z opuszczonych lokali, znajdującym się kilka poziomów pod powierzchnią Coruscant... dopóki Zekk
nie został porwany przez funkcjonariuszy imperialnej uczelni.

Jacen  ponownie  poczuł,  że  po  jego  plecach  przebiegły  dobrze  znane  dreszcze.  W  tej  samej

sekundzie Peckhum szepnął:

– Za późno. – Uniósł rękę i skierował palec w niebo. – Już przylecieli.

background image

 

 

 

Rozdział 2

 
 
Naczelnik Akademii  Ciemnej  Strony  Brakiss,  mistrz  wszystkich  nowych  Ciemnych  Jedi,  stał  na

stanowisku obserwacyjnym, urządzonym w najwyższej iglicy gwiezdnej stacji, i spoglądał w dół, na
niepozorną szmaragdowozieloną plamkę księżyca porośniętego gęstą dżunglą. Niedługo miał stoczyć
decydującą  bitwę,  w  trakcie  której  Yavin  Cztery  i  znajdująca  się  na  nim  akademia  Jedi  zostaną
zmiażdżone przez potęgę Drugiego Imperium.

A przynajmniej powinno tak się stać.
Krętymi korytarzami imperialnej uczelni spieszyli szturmowcy, aby zająć wyznaczone stanowiska

bojowe.  Niedawno  przeszkoleni  piloci  myśliwców  typu  TIE  sprawdzali  stan  maszyn,  a  gorliwi
uczniowie,  marzący  o  tym,  aby  zostać  Ciemnymi  Jedi,  przygotowywali  się  do  walki,  która  musiała
się zakończyć pierwszym wielkim sukcesem.

Rozstrzygająca  bitwa  miała  się  rozpocząć  równoczesnym  atakiem  dwóch  oddziałów,

dowodzonych przez Tamith Kai, najpotężniejszą wiedźmę, należącą do nowego zakonu Sióstr Nocy,
i  ulubieńca  Brakissa,  ciemnowłosego  Zekka.  Entuzjazm,  jaki  wykazywał  młodzieniec,  pragnący
zapewnić sobie lepszą przyszłość, pomógł funkcjonariuszom Akademii namówić go do przejścia na
ciemną stronę.

Mistrz  Ciemnych  Jedi  zamknął  oczy  i  głęboko  zaciągnął  się  regenerowanym  powietrzem,  które

z  cichym  szumem  wpadało  przez  otwory  wentylacyjne.  Czuł,  jak  za  plecami  powiewają  fałdy  jego
srebrzystego płaszcza.

Chociaż  był  sam,  uświadamiał  sobie,  że  gorączka  przygotowań  udziela  się  wszystkim  osobom,

przebywającym  w  naszpikowanej  iglicami  gwiezdnej  stacji.  Wyczuwał,  jak  narasta  podniecenie,
a  wraz  z  nim  ochota  do  walki.  Odbierał  strzępki  krzyżujących  się  myśli  i  orientował  się,  jakimi
uczuciami darzą imperialni żołnierze wielkiego wodza, Imperatora Palpatine’a. Uzmysłowił sobie, że
i oni czują pewien niepokój, kiedy myślą o zbliżającej się chwili ataku, ale na myśl o tym lekko się
uśmiechnął. Lęk powinien sprawić, że staną do walki silniejsi i zręczniejsi, ale także ostrożniejsi...
chociaż nie do takiego stopnia, aby sparaliżowała ich trwoga.

Brakiss od dawna marzył o pokonaniu Luke’a Skywalkera. Kiedyś, przed wielu laty, przeniknął

do  akademii  Jedi  jako  imperialny  szpieg,  zamierzający  poznać  tajniki  stosowanych  przez  Nową
Republikę  metod  nauczania.  Później  miał  poinformować  o  nich  garstkę  ludzi,  wciąż  jeszcze
dochowujących  wierności  pokonanemu  Imperium.  Nie  zdołał  jednak  wywieść  w  pole  mistrza  Jedi.
Luke Skywalker, który od razu zorientował się, co knuje nowy uczeń, usiłował zawrócić go ze szlaku,
wiodącego ku ciemnej stronie, i podkopać wiarę, jaką pokładał Brakiss w Drugim Imperium. Starał
się  go  „nawrócić”  –  naczelnik  Akademii  Ciemnej  Strony  uśmiechał  się  pogardliwie,  ilekroć
przypominał sobie tamte chwile – ale osiągnął tylko tyle, że jego nowy uczeń uciekł.

background image

Ponieważ  jednak  tak  ochoczo  zapuszczał  się  na  manowce  ciemnej  strony,  nauczył  się  przez  te

wszystkie lata tyle, że mógł powołać do życia własną uczelnię, w której kształcił Ciemnych Jedi.

A teraz wszystko zmierzało ku ostatecznej, rozstrzygającej konfrontacji.
Naczelnik Akademii Ciemnej Strony nagle wyczuł, że powietrze obok niego zamigotało i zalśniło.

Otworzył  łagodne,  anielsko  piękne  oczy  i  stwierdził,  że  iskry,  na  jakie  spogląda,  są  zakłóceniami
transmisji sygnału holograficznego. Po kilku sekundach pojawił się w tym miejscu wizerunek oblicza
Imperatora.  Głowa  tajemniczego  wielkiego  wodza  Drugiego  Imperium  unosiła  się  przed  Brakissem
w  postaci  gigantycznego  hologramu.  Osłonięta  kapturem  twarz  Palpatine’a  miała  wysokość  prawie
dwóch  metrów,  a  w  mistrza  Ciemnych  Jedi  wpatrywały  się  połyskujące  żółte  oczy,  otoczone  gęstą
siecią głębokich, mrocznych zmarszczek.

– Niecierpliwie oczekuję chwili, kiedy będę mógł ponownie objąć władzę, Brakissie – odezwał

się Imperator.

– A  ja  równie  niecierpliwie  czekam,  kiedy  będę  mógł  przekazać  ją  w  twoje  ręce,  mój  panie  –

odparł mężczyzna, pochylając głowę.

Pamiętał,  że  niedawno  Palpatine,  któremu  towarzyszyło  czterech  groźnych  imperialnych

strażników,  przyleciał  specjalnym  opancerzonym  wahadłowcem  do  jego  gwiezdnej  stacji
i  zamieszkał  w  najokazalszej  komnacie.  Budzący  grozę  strażnicy,  odziani  w  szkarłatne  szaty,  nie
pozwolili jednak nikomu nawet spojrzeć na Imperatora, który przez cały czas pozostawał zamknięty
w  nieprzezroczystej  izolacyjnej  komorze.  Ani  razu  nie  ukazał  się  nikomu  spośród  wiernych
poddanych, pełniących służbę w Akademii Ciemnej Strony. Nie zechciał przyjąć na audiencji nawet
jej naczelnika. Ilekroć przemawiał, zawsze pojawiał się w postaci hologramu.

– Jesteśmy gotowi do ataku, mój panie – ciągnął tymczasem Brakiss. Odważył się unieść głowę

i  zerknąć  na  budzące  strach  oblicze  wielkiego  wodza.  –  Moi  Ciemni  Jedi  gwarantują,  że  walka
zakończy się zwycięstwem.

–  To  dobrze,  ponieważ  nie  mam  ochoty  dłużej  czekać  –  odezwał  się  wizerunek  Imperatora.  –

Pozostałe  zmodernizowane  okręty  mojej  floty  wprawdzie  jeszcze  nie  przyleciały,  ale  spodziewam
się, że zjawią się w ciągu kilku najbliższych godzin. Właśnie w tej chwili technicy instalują na ich
pokładach  nowe  systemy  komputerowe,  które  udało  się  nam  zdobyć  w  trakcie  ataku  na  Kashyyyk.
Moi strażnicy meldują, że większość statków jest gotowa do walki, a kilka ostatnich osiągnie pełną
gotowość bojową już niedługo.

Brakiss znów się pokłonił, a potem złączył palce jak do modlitwy.
– Rozumiem, mój panie – powiedział. – Może jednak wykorzystajmy potęgę floty szturmowej do

zaatakowania następnego celu, jakim z pewnością będą o wiele lepiej strzeżone światy, należące do
Sojuszu  Rebeliantów.  Na  Yavinie  Cztery  spotkamy  się  z  oporem  najwyżej  kilku  słabeuszy
uważających się za rycerzy Jedi. Moi władający Mocą żołnierze rozprawią się z nimi bez trudu.

Ukryta w cieniu kaptura twarz Imperatora przybrała sceptyczny wyraz.
– Nie pozwól, Brakissie, żeby zgubiła cię zbytnia pewność siebie – przestrzegł Imperator.
Naczelnik Akademii Ciemnej Strony odpowiedział, wkładając w słowa jeszcze więcej zapału niż

poprzednio. Pragnąc przekonać wielkiego wodza o słuszności własnych poglądów, pozwolił nawet
ponieść się emocjom.

– Kiedy atak na akademię Jedi zakończy się sukcesem, Drugie Imperium zacznie być uważane za

coś  więcej  niż  tylko  garstkę  piratów,  napadających  na  bezbronne  światy  i  kradnących  niezbędne
urządzenia  –  zaczął.  –  Naszym  celem,  mój  panie,  jest  podbój  galaktyki.  Walka,  którą  niedługo

background image

stoczymy, będzie starciem dwóch filozofii życia; zmaganiem się sił woli. Filozofii życia Rebeliantów
przeciwstawimy  filozofię  Imperium  i  dlatego  moi  uczniowie  muszą  stanąć  do  walki  z  uczniami
Skywalkera. Rycerze Jedi stoczą bój z innymi rycerzami Jedi. Jeżeli się zgodzisz, mój panie, dojdzie
do konfrontacji sił ciemności z siłami światłości. Oczywiście, nie zamierzamy rezygnować z nękania
przeciwników  strzałami  myśliwców  typu  TIE,  atakujących  ich  z  powietrza,  ale  najważniejsze
zmagania  będą  miały  charakter  bezpośredni  i  osobisty  –  ponieważ  tak  być  musi!  Nie  możemy  się
ograniczyć  tylko  do  przełamania  obrony!  Musimy  wydrzeć  z  tych  wrażych  serc  przekonanie
o wyższości ich stylu życia.

Brakiss przerwał i uśmiechnął się, uniósł głowę i spojrzał w iskrzące się żółte oczy Imperatora.
–  A  kiedy,  posługując  się  siłami  ciemnej  strony,  odniesiemy  nad  nimi  całkowite  zwycięstwo,

Rebelianci, którzy ocaleją, rozproszą się i ukryją, aby odtąd drżeć na samą myśl o dotychczasowym
życiu. My zaś odzyskamy to, co nam się prawnie należało.

Widoczne  na  gigantycznym  hologramie  oblicze  Palpatine’a  uczyniło  nagle  coś  zatrważająco

niezwykłego. Spękane, okolone głębokimi zmarszczkami wargi rozciągnęły się w pełnym satysfakcji
uśmiechu.

–  Bardzo  dobrze,  Brakissie  –  odezwał  się  Imperator.  – A  zatem  niech  się  stanie,  jak  mówisz.

Możesz zaczynać atak, kiedy uznasz, że jesteś gotów.

background image

 

 

 

Rozdział 3

 
 
Technicy Akademii Ciemnej Strony wyłączyli generatory maskującego pola i imperialna uczelnia

przestała  być  niewidzialna.  Kiedy  najeżona  spiczastymi  iglicami  obserwacyjnych  wież  gwiezdna
stacja zbliżyła się do Yavina Cztery, z jej hangaru wyleciały dwa specjalnie wyposażone myśliwce
typu TIE. Nie oddalając się od siebie, cichaczem pogrążyły się w mgiełce atmosfery księżyca.

Kadłuby maszyn pokryto specjalną substancją maskującą, uniemożliwiającą wykrycie za pomocą

skanerów,  a  potężne  bliźniacze  silniki  jonowe  zostały  wyciszone.  Pilotom  zależało  na  wykonaniu
tajnego zadania, a nie na demonstracji siły.

Na czele leciał komandor Orvak, a drugi myśliwiec typu TIE, pilotowany przez Dareba, osłaniał

skrzydło  i  ogon  maszyny  dowódcy.  Obaj  piloci  zatoczyli  krąg  wokół  niewielkiego  księżyca
i zagłębili się w warstwy atmosfery. Następnie, lecąc po spirali, skierowali się nad równik. Starali
się wypatrzyć ruiny prastarej świątyni, w której Skywalker urządził akademię Jedi.

Orvak leciał pierwszy, ściskając drążek sterowniczy dłońmi, ukrytymi w czarnych rękawiczkach.

Wyczuwał delikatne drżenie silników imperialnej maszyny i odnosił wrażenie, że siedzi na grzbiecie
jakiegoś  nie  ujarzmionego  pociągowego  zwierzęcia.  Leciał  niezwykle  skupiony,  raz  po  raz  czując,
jak  maszyna  zbacza  z  kursu  pod  wpływem  podmuchów  wiatru  czy  unoszących  się  znad  dżungli
prądów ciepłego powietrza.

– Wyrównaj lot – mruknął do siebie w pewnej chwili.
Wykonanie  zadania  wymagało  wyjątkowej  precyzji  i  opanowania  sztuki  pilotażu.  Kiedy

Akademia  Ciemnej  Strony  zbliżała  się  w  rejon Yavina,  Orvak  i  inni  niedawno  przeszkoleni  piloci
maszyn  typu  TIE,  starannie  wybrani  z  grona  młodocianych  szturmowców,  wielokrotnie  ćwiczyli
wszystkie szczegóły na specjalnych symulatorach.

Tym  razem  nie  chodziło  jednak  o  ćwiczenia.  Imperator  liczył  na  to,  że  ich  akcja  zakończy  się

sukcesem.

Gęstwina  liści  gigantycznych  drzew  Massassów  w  dole  wyglądała  jak  splątany  zielony

kobierzec.  Powyginane  gałęzie  wystawały  nad  powierzchnię  oceanu  zieleni  niczym  koszmarne
szpony.  Orvak  obniżył  lot  maszyny  i  przez  chwilę  obserwował,  jak  podmuch  gorących  gazów
wydechowych,  wydobywających  się  z  potężnych  silników  myśliwca,  płoszy  mieszkające  pośród
gałęzi drzew niewielkie stworzenia.

Jego towarzysz włączył nadajnik komunikatora, umożliwiającego wysłanie kierunkowego sygnału

w niezwykle wąskim paśmie częstotliwości. Słowa pilota były następnie dekodowane i pozbawiane
zniekształceń przez specjalny system deszyfrujący, zainstalowany na pokładzie maszyny Orvaka.

–  Moje  czujniki  dalekiego  zasięgu  wykrywają  obecność  energetycznego  ochronnego  pola  –

zameldował  Dareb.  –  Generatory,  wytwarzające  to  pole,  znajdują  się  dokładnie  tam,  gdzie  nam

background image

powiedziano.

–  Potwierdzam  współrzędne  celu  –  odezwał  się  Orvak,  kierując  usta  w  stronę  mikrofonu

umieszczonego w hełmie pilota. – Lord Brakiss, który spędził tu trochę czasu, miał okazję zapoznać
się  z  rozmieszczeniem  różnych  urządzeń  akademii.  Miejmy  nadzieję,  że  od  tamtych  czasów
Rebelianci niczego nie przenieśli w inne miejsce.

– Dlaczego mieliby to zrobić? – zapytał Dareb. – Są zadowoleni z siebie i zaślepieni wiarą we

własne siły, a my niedługo obnażymy ich głupotę.

– Uważaj tylko, żebyś nie obnażył własnej głupoty – skarcił go Orvak. – A teraz dosyć paplaniny.

Kieruj się ku celowi.

Niewidzialne  pole  siłowe  osłaniało  niczym  czasza  ochronnego  parasola  sektor  dżungli,

obejmujący  odcinek  rzeki  i  polanę,  na  której  wznosiła  się  majestatyczna  prastara  piramida.
W skrytości ducha Orvak liczył na to, że zanim ten dzień dobiegnie końca, wielki ziggurat zamieni się
w dymiący stos kamieni.

Zanim  jednak  Akademia  Ciemnej  Strony  będzie  mogła  przystąpić  do  głównego  ataku,  Orvak

i  Dareb  muszą  wykonać  tajne  zadanie.  Powinni  uszkodzić  generatory  wytwarzające  ochronne  pole
i w ten sposób umożliwić dokonanie dzieła zniszczenia.

Komandor  sprawdził  wskazania  pokładowych  aparatów.  Posługując  się  czujnikami  wrażliwymi

na  podczerwień  i  inne  zakresy  widma  częstotliwości,  widział  śmiercionośne  zmarszczki  unoszącej
się siłowej kopuły, jaka miała chronić akademię Jedi przed atakami z powietrza. Mimo to, zapewne
z  powodu  wysokich  drzew  Massassów,  pole  nie  zaczynało  się  przy  samej  ziemi,  ale  na  poziomie
jakichś  pięciu  metrów  ponad  wierzchołkiem  gałęzi.  Zaledwie  pięć  metrów  dzieliło  listowie  od
granicy warstwy śmiercionośnej energii, ale te pięć metrów stanowiło wystarczającą szczelinę, przez
którą  mógł  przelecieć  doświadczony  pilot.  Tu  i  ówdzie  zwęglone,  sczerniałe  kikuty  wystających
konarów dowodziły, że czasami jednak stykały się one z krawędziami energetycznej kopuły.

– Będzie ciasno – odezwał się Orvak, przerywając ciszę. – Jesteś gotów?
–  Czuję  się  tak,  że  mógłbym  sam  stawić  czoło  całemu  Sojuszowi  Rebeliantów  –  oświadczył

Dareb.

Jego dowódca postanowił nie reagować na ten przejaw zbytniej pewności siebie.
– Zaczynamy – powiedział.
Jeszcze bardziej obniżył lot swojego niewrażliwego na sygnały skanerów myśliwca TIE, tak że

kadłub  niemal  muskał  gałęzie  najwyższych  drzew.  Słyszał  szmer  i  szelest  liści,  ocierających  się
o  siebie  i  o  skrzydła  maszyny.  W  pewnej  chwili  wydało  mu  się,  że  powietrze  przed  dziobem
migocze, i uznał to za znak, że zbliża się do granicy siłowego pola. Miał nadzieję, że jego czujniki się
nie mylą.

–  Skup  się  na  wykonaniu  zadania  –  rozkazał  podwładnemu.  –  Właściwa  praca  rozpocznie  się

dopiero wówczas, gdy znajdziemy się pod kopułą.

Kiedy  obie  maszyny  prześlizgiwały  się  pod  krawędzią  śmiercionośnego  pola,  Dareb  raptownie

skręcił,  starając  się  uniknąć  zderzenia  z  wystającą  zaledwie  metr  ponad  baldachim  liści  omszałą
gałęzią, która niespodziewanie ukazała się przed dziobem jego statku. Młody pilot zboczył jednak za
bardzo z kursu i zawadził skrajem sześciokątnego panelu skrzydła o inną gałąź, wskutek czego jego
myśliwiec zaczął koziołkować.

–  Nie  potrafię  go  opanować!  –  krzyknął  do  mikrofonu  komunikatora.  –  Straciłem  kontrolę  nad

sterami!

background image

Nie  przestając  wirować  w  locie,  maszyna  Dareba  wbiła  się  w  powierzchnią  śmiercionośnego

siłowego  pola  i  eksplodowała,  po  czym  zamieniła  się  w  ognistą  kulę.  Tymczasem  Orvak,
zdecydowany  wykonać  powierzone  zadanie,  leciał  dalej.  Obejrzał  się  tylko  raz,  aby  zerknąć  przez
rufowy  iluminator  na  płonące  szczątki  maszyny  Dareba,  powoli  znikające  między  konarami
ogromnych drzew Massassów.

Później  zacisnął  zęby  i  korzystając  z  ukrytej  w  hełmie  aparatury  tlenowej,  zaczerpnął  głęboki

haust powietrza.

–  Wszyscy  jesteśmy  tylko  pionkami  –  powiedział,  jakby  zamierzał  przekonać  o  tym  samego

siebie.  –  Tylko  pionkami.  Najważniejsze  jest  zadanie.  Muszę  teraz  skupić  się  na  tym,  żeby  je
wykonać. Sam.

Z wysiłkiem przełknął ślinę, uświadomiwszy sobie, że w tej chwili Rebelianci już wiedzą o jego

obecności.

Nie wahając się ani chwili, skierował się ku ustronnej polanie, na której umieszczono generatory

wytwarzające  siłowe  pole.  Urządzenia  przypominały  zbiór  ogromnych  talerzy,  do  połowy
zanurzonych  w  gęstym  poszyciu  dżungli  i  umieszczonych  pośrodku  pozbawionej  roślinności
przestrzeni,  na  której  mógł  osiąść  małym  imperialnym  myśliwcem.  W  oddali  majaczyła  wielka
piramida mieszcząca akademię Skywalkera.

Orvak  wyłączył  wyciszone  bliźniacze  silniki  jonowe,  otworzył  drzwiczki  kabiny  i  zeskoczył  na

ziemię.  Sięgnął  do  schowka,  umieszczonego  pod  fotelem  pilota,  i  wyciągnął  plecak,  wypełniony
urządzeniami i ładunkami wybuchowymi, które miały zapewnić mu zajęcie na resztę dnia...

Później  oddalił  się  od  maszyny,  ostrożnie  stawiając  nogi  na  gąbczastej,  porośniętej  grubą

warstwą  mchu  ziemi.  Wydawało  mu  się,  że  dzika  i  przerażająca  dżungla  osacza  go  ze  wszystkich
stron  naraz.  Gdzieś  z  góry  dolatywał  skwierczący  pomruk  energetycznego  pola,  w  którym  stracił
życie jego kolega.

W  porównaniu  ze  sterylnie  odkażonymi  pomieszczeniami  Akademii  Ciemnej  Strony,  Yavin

Cztery sprawiał wrażenie miejsca obrzydliwie tętniącego życiem. Na księżycu roiło się od robaków,
gadów i roślin wciskających się we wszystkie kąty, a także niewielkich gryzoni, owadów i dziwnych
kąsających  stworzeń,  które  widział  dosłownie  na  każdym  kroku  –  kryły  się  chyba  we  wszystkich
zakamarkach.

Orvak  tęsknił  za  idealnie  czystymi,  symetrycznie  biegnącymi  korytarzami  Akademii  Ciemnej

Strony,  gdzie  jego  podkute  buty  mogły  donośnie  dźwięczeć,  kiedy  stąpał  po  zimnych  metalowych
płytach.  Tęsknił  za  wonią  wpadającego  przez  otwory  wentylacyjne  regenerowanego  powietrza.
Tęsknił  za  pomieszczeniami,  w  których  wszystkie  starannie  ułożone  przedmioty  znajdowały  się  na
wyznaczonych  miejscach...  Podobny  ład  zapanuje  w  Imperium,  kiedy  wreszcie  odniesie  ono
zwycięstwo w walce z Rebeliantami. Cieszył się, że ma na dłoniach solidne skórzane rękawice, a na
głowie  hełm,  dzięki  czemu  może  się  nie  obawiać  zarazków,  roznoszonych  przez  zwierzęta  i  owady
żyjące na tym zacofanym świecie.

Podniósł  plecak,  kryjący  materiały  wybuchowe,  a  potem  puścił  się  biegiem  w  stronę

pomrukujących  generatorów  ochronnego  pola.  Wznosiły  się  nad  nim  –  potężne,  ale  nie  chronione.
Skazane na zagładę.

Mimo iż same generatory sprawiały wrażenie zupełnie nowych, w pobliżu rósł prawdziwy gąszcz

przeplatających  się  łodyg  dzikiej  winorośli,  gałęzi  kolczastych  krzewów  i  paproci.  W  miejscach,
gdzie  ktoś  wycinał  roślinność,  pragnąc  uzyskać  dostęp  do  płyty,  na  której  zainstalował  generatory,

background image

Orvak dostrzegł połamane końce gałęzi i obcięte pędy. Mimo to niepokonana dżungla nie zamierzała
się  wycofywać  z  odebranego  jej  obszaru.  Orvak  pokręcił  głową,  nie  mogąc  się  pogodzić  z  głupotą
Rebeliantów.

Kiedy  dotarł  do  pulsujących  i  pomrukujących  urządzeń,  kucnął  i  rozejrzał  się  na  boki.

Spodziewał  się,  że  w  każdej  chwili  może  ujrzeć  grupę  rebelianckich  obrońców.  Otworzył  plecak
i wyjął dwa spośród sześciu potężnych termicznych detonatorów, stanowiących ładunki wybuchowe.
Zamierzał umieścić je pod ogniwami energetycznymi, zasilającymi generatory. Dwa takie urządzenia
powinny wystarczyć, aby unieszkodliwić siłowe pola chroniące akademię Skywalkera.

Pozostałe ładunki wybuchowe będą mu potrzebne do wykonania drugiej części zadania.
Orvak  uruchomił  i  zsynchronizował  umieszczone  na  obudowach  detonatorów  urządzenia

odmierzające  upływ  czasu.  Później  zdjął  z  przegubu  przeprogramowany  kompas  i  popatrzył  na
współrzędne,  które  wpisał  do  pamięci,  zanim  wystartował.  Zanurkował  i  przedzierając  się  przez
gąszcz roślinności, skierował się w stronę następnego celu. Znajdował się on w pewnej odległości
od niego, na drugim brzegu rzeki, również opanowanym przez dziewiczą dżunglę.

Była nim wielka świątynia.
Przystanął  tylko  na  krótką  chwilę,  żeby  przyciemnić  szkła  ochronnych  gogli,  zanim  czasomierze

detonatorów pokażą same zera. Po kilku sekundach usłyszał grzmot eksplozji.

Łoskot niemal poraził jego uszy, a w niebo uniósł się słup ognia i dymu. Powoli przedzierał się

przez  gałęzie  potężnych  drzew  Massassów.  Zadowolony,  Orvak  pogratulował  sobie  pomyślnego
wykonania  pierwszej  części  zadania.  Eksplozja  okazała  się  naprawdę  wspaniała.  Bardzo
widowiskowa.

Wiedział wszakże, że teraz musi wywołać drugą, która powinna wyglądać jeszcze efektowniej.

background image

 

 

 

Rozdział 4

 
 
Lowie pilotował skoczka typu T-23, mając za pasażerów Tionnę i Raynara, wciśniętego w kąt za

fotelami. Leciał w stronę akademii Jedi z największą szybkością. Niewielka maszyna niemal ocierała
się  o  wierzchołki  drzew,  a  tymczasem  Lowbacca  z  pomocą  Em  Teedee  wyjaśniał  sytuację,  jak
najlepiej potrafił.

– ...i właśnie dlatego pan Skywalker poprosił pana Lowbaccę o to, żeby przetransportował was

w takim pośpiechu – dokończył miniaturowy android.

–  Proszę,  proszę  –  odezwał  się  cierpko  Raynar.  –  Przypuszczam,  że  teraz,  kiedy  wróciliście,

będziecie się uważali za bohaterów i zbawców akademii Jedi. Jestem pewien, że poradziłbym sobie
równie dobrze, nawet wówczas, gdybyście nie zechcieli nam pomóc. Podczas gdy wy odlecieliście,
by się bawić, ja intensywnie ćwiczyłem pod okiem Tionny.

Słysząc  kpiący  ton  głosu  jasnowłosego  chłopaka,  Lowie  mógł  się  domyślić,  że  Raynar  nie  jest

zachwycony faktem, iż bezceremonialnie wepchnięto go do rufowej części skoczka, w której nie miał
dość  miejsca  na  rozprostowanie  fałd  krzykliwego,  różnobarwnego  ubrania.  Rodzice  chłopca  byli
kiedyś  członkami  królewskiego  rodu,  władającego Alderaanem,  ale  po  unicestwieniu  planety  przez
Gwiazdę  Śmierci  zostali  bogatymi  kupcami.  Chłopiec  nie  przywykł  do  tego,  aby  komukolwiek
ustępować najlepsze miejsce.

–  Nie  masz  racji,  Raynarze  –  zganiła  go  Tionna.  Srebrzystowłosa  instruktorka  Jedi  zamrugała

powiekami  perłowych  oczu.  –  Nikt  nie  poradzi  sobie  z  przeciwnikiem,  kiedy  staje  do  walki  sam,
a jeżeli zamierzamy się odpowiednio przygotować, wszystkich czeka jeszcze mnóstwo pracy. A bez
tych przygotowań możemy przegrać walkę.

Raynar prychnął pogardliwie, starając się rozprostować fałdy szaty.
–  Walki?  –  zapytał.  –  Nawet  nie  wiemy,  czy  dojdzie  do  jakiejkolwiek  walki.  Dlaczego

mielibyśmy  dawać  wiarę  słowom,  wypowiedzianym  przez  jakiegoś  młodocianego  opryszka,  który
zdradził  nas  i  przeszedł  na  ciemną  stronę?  Może  skłamał,  tylko  w  tym  celu,  żebyśmy  przestali
ćwiczyć i zajęli się przygotowaniami? W tej chwili zapewne się z nas wyśmiewa.

Gniewne warknięcie Lowiego zagłuszyło nawet warkot silnika maszyny.
– Pan Lowbacca pragnie zauważyć – pospieszył z tłumaczeniem Em Teedee – że przez wiele lat

Zekk był bliskim przyjacielem pana Jacena i pani Jainy.

Raynar wydął wargi.
– W takim razie Jacen i Jaina Solo powinni bardziej uważać, z kim się przyjaźnią – burknął.
– Różnica miedzy przyjacielem a wrogiem nie zawsze jest taka duża, jak uważasz – odezwała się

stanowczo Tionna. – Czasami pomoc nadchodzi z najmniej oczekiwanej strony.

Lowie  nie  wiedział,  dlaczego,  ale  nagle  wszystkie  zmysły  nakazały  mu,  żeby  leciał  jeszcze

background image

szybciej.  Mały  skoczek  zadygotał  i  przyspieszył,  kiedy  pilot  obciążył  silniki  do  granic  możliwości,
a  nawet  jeszcze  bardziej.  Prześlizgnął  się  między  konarami  drzew  pod  krawędzią  śmiercionośnej
energetycznej kopuły, która chroniła akademię Jedi przed atakami z przestworzy.

– Hej, uważaj na tę wielką gałąź! – krzyknął Raynar w tej samej sekundzie, kiedy Lowie zmienił

kierunek  lotu.  –  Zachowaj  odwagę  na  czas,  kiedy  pojawi  się  Akademia  Ciemnej  Strony...  o  ile
w ogóle się pojawi.

Lowie  z  zadowoleniem  się  zorientował,  że  Tionna  nie  tylko  zachowała  spokój,  ale  nawet

aprobowała sposób, w jaki pilotował małego skoczka.

Popatrzył  w  niebo  i  dopiero  wówczas  zrozumiał,  dlaczego  poczuł  coś,  co  kazało  mu

przyspieszyć. Głośno szczeknął, po czym wyciągnął rękę i pokazał najeżony lufami dział złowieszczy
pierścień, niewyraźnie majaczący na niebie za mgiełką warstw atmosfery.

–  Pan  Lowbacca  mówi...  –  zaczął  Em  Teedee.  –  O  rety!  Wygląda  na  to,  że Akademia  Ciemnej

Strony już przyleciała!

Raynar  zamilkł,  nie  mając  żadnego  innego  powodu,  by  krytykować  styl  pilotażu  Lowiego.

Wkrótce ciszę rozdarł donośny huk, po którym rozległy się odgłosy kilku eksplozji. Czujniki skoczka
wskazywały,  że  migoczące  pole  siłowe  nagle  osłabło  i  zanikło.  Lowie  warknął,  zamierzając
podzielić się tą informacją z pozostałymi.

Nie czekając, aż usłyszy tłumaczenie miniaturowego androida, Tionna powiedziała:
–  Nadal  myślę,  że  musimy  wrócić  do  naszej  akademii,  ale  powinniśmy  zostawić  skoczek

w dżungli, na skraju polany. Coś mi mówi, że nie możemy osadzać go na lądowisku obok świątyni
ani  ukrywać  w  hangarze.  Oba  miejsca  mogą  wkrótce  zostać  zaatakowane.  –  Instruktorka  Jedi
wyprostowała się na fotelu. – A zresztą, spójrzcie, atak już się zaczął.

 
Wielka  świątynia  Massassów  przetrwała  w  niemal  nie  zmienionym  stanie  całe  tysiąclecia.

Masywne  kamienne  bloki,  jakich  użyto  do  budowy  jej  ścian  i  pomieszczeń,  wyglądały  równie
solidnie jak w dniu, kiedy je ustawiono. Mimo to Jaina, przebywająca w ośrodku łączności akademii
Jedi, wyczuwała, że posadzkę przenika dziwne drżenie. Nagle na konsolecie generatora zasilającego
ochronne pole rozjarzyły się alarmowe światła.

–  Coś  się  stało,  wujku  Luke’u  –  powiedziała.  –  Z  dżungli  doleciał  odgłos  eksplozji...  O,  nie!

Nasza energetyczna osłona zanikła!

Luke  stał  obok  telekomunikacyjnej  konsolety  za  krzesłem,  na  którym  siedział  Jacen.  Kiwnął

głową i ponuro się uśmiechnąwszy, zwrócił się do Jainy:

– Czy możesz pobudzić pole do działania, posługując się aparaturą swojej konsolety? – zapytał.
Starając  się  spełnić  tę  prośbę,  dziewczyna  gorączkowo  przestawiła  kilka  przełączników

i  sprawdziła  poprawność  paru  połączeń.  Nie  rezygnując  z  przyciskania  umieszczonych  na  pulpicie
guzików,  przyjrzała  się  odczytom  urządzeń  diagnostycznych  i  informacjom,  wyświetlanym  na
ekranach monitorów.

–  Chyba  nie  –  odezwała  się  w  końcu.  –  Awaria  zasilania.  Wygląda  na  to,  że  mogły  przestać

funkcjonować wszystkie generatory.

Jej brat ze świstem wypuścił powietrze i odepchnął krzesło od konsolety.
–  Nie  podoba  mi  się  to  wszystko  –  powiedział,  przeczesując  palcami  kędziory  zmierzwionych

brązowych włosów. – Jestem pełen najgorszych przeczuć. Założę się, że ktoś dopuścił się sabotażu.

Luke pochwycił spojrzenie Jainy, a po chwili popatrzył na jej brata, po czym powiedział, jakby

background image

nagle podjął jakąś decyzję:

– Za pięć minut zwołuję zebranie wszystkich członków akademii. Możliwe, że będziemy musieli

opuścić mury wielkiej świątyni i ukryć się gdzieś w dżungli, skąd lepiej zdołamy obronić się przed
atakiem. Jacenie, wyślij wiadomość mamie, że właśnie zostaliśmy zaatakowani i potrzebujemy tych
posiłków teraz. A później spotkamy się w wielkiej sali audiencyjnej świątyni.

Przerażony chłopiec popatrzył na siostrę. Jego spojrzenie dowodziło, że walczy z paniką.
– Moje zwierzęta... – powiedział. – Nie mogę zostawić ich w klatkach, jeżeli akademii Jedi grozi

jakieś niebezpieczeństwo. Myślę, że będą miały większą szansę przeżycia, kiedy je uwolnię. A jeżeli
wujek Luke zamierza ewakuować wszystkich uczniów...

– No dobrze, idź – przerwała Jaina, zamaszystym gestem wypraszając brata z pomieszczenia. –

Zajmij się swoimi ulubieńcami. Ja wyślę tę wiadomość mamie.

Chłopiec, który już biegł ku drzwiom, tylko obejrzał się i rzucił przez ramię:
– Dziękuję!
Jaina opadła na zwolnione przez brata krzesło, ustawione przed konsoletą komunikatora. Wybrała

odpowiednią  częstotliwość  i  usiłowała  nawiązać  łączność  z  Coruscant.  Nie  usłyszała  jednak
odpowiedzi,  tylko  same  trzaski  i  szumy  zakłóceń.  Rozgoryczona  niepewnym  stanem  przestarzałych
urządzeń  telekomunikacyjnych  akademii,  westchnęła  i  spróbowała  uzyskać  połączenie,  korzystając
z innej częstotliwości.

Bezskutecznie.
Pomyślała,  że  to  dziwne.  Czy  możliwe,  by  uszkodzeniu  uległ  główny  ekran  holograficznego

projektora? Nałożyła słuchawki i wybrała jeszcze inną częstotliwość.

Szumy i trzaski.
Przełączyła  nadajnik  na  następny  kanał,  ale  usłyszała  jeszcze  głośniejsze  szumy,  zupełnie  jakby

coś niweczyło jej rozpaczliwe próby wysłania sygnału. Wkrótce trzaski stały się tak przeraźliwe, że
Jaina  zaczęła  się  obawiać,  iż  wypadną  jej  zęby.  Zerwała  słuchawki  z  głowy,  wzdrygnęła  się
i odrzuciła je na bok.

– Nasze sygnały są zakłócane!
Pragnąc  się  upewnić,  sprawdziła  wskazania  przyrządów,  umieszczonych  na  pulpicie

telekomunikacyjnej  konsolety.  Rzeczywiście,  wysyłanie  dalekosiężnych  sygnałów  uniemożliwiały
urządzenia, umieszczone na pokładzie Akademii Ciemnej Strony.

Musiała jak najszybciej powiadomić o tym wujka Luke’a.
 
Kiedy Jacen dotarł do swojej komnaty, znajdującej się na jednym z poziomów wielkiej świątyni,

pospiesznie  uniósł  zapadki  i  pootwierał  drzwiczki  wszystkich  klatek,  kryjących  menażerię
niezwykłych  zwierząt.  Doszedł  do  wniosku,  że  w  tym  czasie,  kiedy  on  przebywał  na  Kashyyyku,
Tionna nie żałowała im pożywienia. Niemal niewidzialny kryształowy wąż, którego ciało pokrywały
opalizujące  tęczowo  łuski,  tylko  błysnął  i  zniknął,  wyraźnie  zadowolony,  ale  tworzące  rodzinę
purpurowe  skaczące  pająki,  umieszczone  w  sąsiedniej  klatce,  zaczęły  niespokojnie  skakać  po
okratowanym pojemniku.

– Nie bójcie się. – Jacen zapuścił do ich mózgów wici własnych myśli. – Zachowajcie spokój.

Będziecie bezpieczne, jeżeli znajdziecie się w dżungli. Po prostu postarajcie się trafić do dżungli.

Któraś  klatka  zatrzeszczała,  kiedy  wszczęły  walkę  dwa  umieszczone  w  niej  stintarile  –

mieszkające  na  drzewach  gryzonie,  mające  wyłupiaste  oczy  i  wystające  szczęki,  pełne  spiczastych

background image

zębów.  W  innej  klatce,  pogrążone  w  wilgotnym  szlamie,  przebywały  niewielkie  pływające  kraby.
Z  pojemnika,  wypełnionego  mętną  wodą,  wypełzły  różowe,  pokryte  śluzem  salamandry,  które
dopiero  po  kilkunastu  sekundach  zaczęły  przybierać  specyficzne  kształty.  W  innej  klatce  roiły  się
opalizujące niebieskie piraniożuki, obijając się o pręty i próbując je przegryźć, w nadziei, że w ten
sposób wydostaną się na wolność.

Jacen uwalniał po kolei wszystkie stworzenia, zanosząc klatki do okna tak ostrożnie, jak potrafił,

ale  wykonując  wszelkie  ruchy  z  kontrolowaną  szybkością  i  precyzją.  Właśnie  wypuścił  ostatnich
ulubieńców  –  pieńkowe  jaszczurki  –  kiedy  usłyszał  donośny  ryk  Wookiego,  po  którym  odezwał  się
piskliwy głosik miniaturowego androida-tłumacza.

– Och, dzięki niech będą niebiosom; mimo wszystko nie jesteśmy sami w tej wielkiej świątyni!
Chłopiec odwrócił się i ujrzał Lowiego, Tionnę i Raynara, stojących w drzwiach jego komnaty.

Em Teedee wisiał, jak zwykle, przyczepiony do pasa młodego Wookiego.

–  Wszyscy  udali  się  do  wielkiej  komnaty  audiencyjnej  –  odparł  Jacen.  –  My  także  powinniśmy

znaleźć się tam jak najszybciej. Zanim dojdzie do walki, mistrz Skywalker pragnie udzielić nam kilku
ostatnich wskazówek.

Cała grupa opuściła kabinę turbowindy i znalazła się w wielkiej sali. Wówczas Jacen zobaczył,

że  jego  siostra  rozmawia  półgłosem  z  wujkiem  Lukiem  i  Tenel  Ka,  a  pozostali  uczniowie  siedzą
w milczeniu, jakby sparaliżowało ich przerażenie.

Kiedy  Skywalker  uświadomił  sobie,  że  Lowie  wykonał  powierzone  zadanie  i  powrócił

szczęśliwie, głęboko odetchnął, a na jego twarzy ukazał się wyraz prawdziwej ulgi. Tionna podeszła
do niego, wyciągając rękę, którą Luke przez chwilę ściskał na powitanie.

– Jestem rad, że ci się nic nie stało – oświadczył, uśmiechając się ciepło.
– Co powiedziała mama? – zainteresował się Jacen, zwracając się do siostry.
Jaina przygryzła dolną wargę, a tymczasem Tenel Ka odpowiedziała:
–  Akademia  Ciemnej  Strony  zakłóca  wysyłane  sygnały.  Nie  możemy  zawiadomić  nikogo  ani

wołać o ratunek.

Jacen poczuł, że krew odpłynęła z jego twarzy. Nie miał pojęcia, ile czasu może potrwać, zanim

ktokolwiek pospieszy na odsiecz, skoro nawet nie mogli wysłać sygnału alarmowego.

Luke  wstąpił  na  podwyższenie  i  zwracając  się  do  wszystkich  zgromadzonych  uczniów  Jedi,

powiedział głośno:

– Nie możemy liczyć na to, że ktokolwiek przyleci, by nam pomóc. Musimy toczyć tę walkę, zdani

wyłącznie  na  własne  siły.  Przypuszczam,  że  pierwszym  celem  ataku  stanie  się  wielka  świątynia.
Tenel  Ka  zdążyła  zapoznać  was  z  zasadami  partyzanckiej  walki,  więc  uważam,  że  powinniśmy
stoczyć  ją  w  dżungli,  gdzie  dla  żołnierzy Akademii  Ciemnej  Strony  wszystko  będzie  nowe  i  obce,
a dla nas dobrze znane. Nasza walka będzie zatem miała charakter pojedynków.

Przedtem jednak musimy natychmiast zarządzić ewakuację całej akademii Jedi.

background image

 

 

 

Rozdział 5

 
 
Zekk przebywał w zatłoczonym hangarze Akademii Ciemnej Strony, gdzie przyglądał się ostatnim

przygotowaniom  do  ataku.  Odnosił  wrażenie,  że  udziela  mu  się  nastrój  podniecenia,  jaki  ogarnął
żołnierzy, pałających gniewem i chęcią wyrządzenia jak największych zniszczeń. Wydawało mu się,
że wszystkie linie skupiającej się w nim ciemnej Mocy płoną oślepiającym blaskiem.

Nad  środkiem  lądowiska  unosiła  się  ogromna  taktyczna  platforma  szturmowa,  wokół  której

krzątało  się  najwięcej  osób.  Najeżona  lufami  dział  i  zajmująca  największą  przestrzeń,  została
skonstruowana  specjalnie  z  myślą  o  stoczeniu  z  Sojuszem  Rebeliantów  decydującej  bitwy.  Na
pokrytych  pancernymi  płytami  pokładach  przebywali  szturmowcy  przygotowujący  platformę  do
startu. Latające urządzenie, dowodzone przez złowieszczą Siostrę Nocy Tamith Kai, miało stanowić
pomost, z którego będą wyruszali Ciemni Jedi, żeby toczyć pojedynki z uczniami Skywalkera.

Tamith  Kai,  stojąca  za  sterami  bojowej  platformy,  również  pałała  żądzą  zemsty.  Ilekroć  się

poruszała,  jej  długa,  fałdzista  peleryna  ocierała  się  o  materiał  kombinezonu  i  syczała  niczym
jadowity wąż, szykujący się do ataku. Z naramienników wystawały ostre, długie kolce, sporządzone
z  pancerza  gigantycznego  śmiercionośnego  żuka.  Głowę  kobiety  okalały  podobne  do  hebanowych
sprężyn  czarne  włosy,  raz  po  raz  zwijające  się  i  skwierczące  od  nadmiaru  zgromadzonej  energii
Mocy. Każdy sprawiał wrażenie, że żyje własnym życiem i okazuje wrogość pozostałym.

Fioletowe  oczy  Tamith  Kai  zapłonęły,  kiedy  kobieta  skupiła  w  sobie  jeszcze  więcej  Mocy

i  wydała  wszystkim  żołnierzom  rozkaz  przygotowania  platformy  do  startu.  Sporządzony
z  onyksowych  łusek  pancerz  idealnie  przylegał  do  jej  silnie  umięśnionego  ciała.  Każdy  ruch  i  gest
Siostry  Nocy  dowodził  pewności  siebie,  wiary  we  własne  siły  –  a  przede  wszystkim
niepohamowanej żądzy zniszczenia placówki wroga.

Tymczasem  Zekk  zajmował  się  własnymi  sprawami.  Pamiętał  o  tym,  że  sam  bywał  często

obiektem  podejrzeń  złowieszczej  wiedźmy.  Tamith  Kai  nie  darzyła  go  zaufaniem.  Uważała,  że  nie
zaprzedał  się  bez  reszty  ciemnej  stronie.  Podejrzewała,  że  nadal  zaślepiającego  resztki  przyjaźni,
jaką żywił kiedyś wobec bliźniąt Jedi, Jacena i Jainy Solo.

Zekk  był  ulubionym  uczniem  samego  naczelnika Akademii  Ciemnej  Strony,  Brakissa,  a  później,

tocząc  walkę  na  śmierć  i  życie,  zwyciężył  w  pojedynku  z  ulubieńcem  Tamith  Kai,  Vilasem.  Dzięki
temu zwycięstwu uzyskał prawo do tytułu Najciemniejszego Rycerza. Tymczasem Siostra Nocy, która
zapewne nie potrafiła pogodzić się ze śmiercią ulubieńca, a może wyczuwała tlące się w duszy Zekka
iskierki wątpliwości, prawie nie spuszczała młodzieńca z oczu.

Mimo  to  Brakiss  powierzył  właśnie  jemu  dowództwo  oddziału  władających  Mocą  młodych

adeptów,  którzy  wyruszali  do  pierwszej  walki  o  odzyskanie  władzy  w  galaktyce.  Najciemniejszy
Rycerz miał stanąć na czele grupy szturmowej składającej się z Ciemnych Jedi, którzy powinni spaść

background image

z nieba jak śmiercionośne duchy i pokonać uczniów mistrza Skywalkera.

Młodzieniec  głęboko  odetchnął,  czując  w  chłodnym  powietrzu  upajającą  woń  smarów

i rozpuszczalników. Słyszał dudnienie pomp tłoczących chłodziwo, pomruk uruchamianych silników
i chrzęst pancerzy szturmowców zajmujących wyznaczone miejsca. Wszystkie oznaki wskazywały na
to, że przygotowania dobiegły końca. Szturmowa platforma była gotowa do startu.

Zekk  odwrócił  się  w  stronę  swojej  grupy  wojowników  władających  Mocą.  Miał  na  sobie,  jak

zwykle,  skórzany  pancerz,  osłonięty  czarną  peleryną,  której  krawędzie  wykończono  szkarłatną
lamówką.  U  pasa  wisiał  przypięty  miecz  świetlny,  jakby  czekał  na  chwilę,  kiedy  właściciel
zdecyduje  się  nim  posłużyć.  Młodzieniec  związał  długie,  czarne  włosy  w  schludny  koński  ogon.
Kiedy  popatrzył  na  cierpliwie  czekających  wojowników,  w  jego  szmaragdowozielonych  oczach
ukazały się błyski.

– Poczujcie, jak Moc przepływa przez wasze ciała – powiedział.
Spojrzał  po  kolei  w  oczy  każdego  podwładnego.  Wszyscy  stali  na  baczność,  zacisnąwszy  zęby,

i tylko ogień płonący w ich oczach świadczył o tym, że rwą się do walki. Od dawna przygotowywali
się, czekając na tę chwilę.

Zekk gestem pokazał im unoszącą się platformę i Ciemni Jedi natychmiast wskoczyli jak groźna

fala na pokład opancerzonego statku.

–  Musimy  zaatakować  akademię  Jedi  znienacka  –  odezwał  się  Najciemniejszy  Rycerz.  –

W przeciwnym razie stracimy przewagę, jaką daje zaskoczenie.

 
Hełm  pilota  myśliwca  typu  TIE  idealnie  odpowiadał  kształtom  jego  posiwiałej  głowy.  Resztę

ekwipunku stanowiła maska umożliwiająca oddychanie, ochronne gogle, czarny lotniczy kombinezon,
wyściełane rękawice i ciężkie, podkute buty. Kiedy Qorl założył wszystkie części stroju, wydało mu
się,  że  przeniósł  się  w  inne  czasy,  kiedy  miał  o  wiele  mniej  lat...  i  kiedy  również  latał  jako  pilot
myśliwca TIE, pełniący służbę w pierwszym Imperium.

Przed wielu laty jego maszyna była jednym z myśliwców należących do skrzydła, które wyleciało

z  hangarów  Gwiazdy  Śmierci,  aby  wziąć  udział  w  walce  przeciwko  ogarniętym  rozpaczą  pilotom
rebelianckich  X-skrzydłowców.  Myśliwiec  Qorla  został  jednak  trafiony  i  uszkodzony,  po  czym,
koziołkując  i  zataczając  kręgi,  zaczął  się  rozpadać,  ale  zdołał  wylądować  w  porastającej
powierzchnię  Yavina  Cztery  gęstej  dżungli.  Kiedy  ranny  pilot  wydostał  się  z  rozbitej  maszyny
i  skierował  spojrzenie  w  niebo,  z  niedowierzaniem  i  przerażeniem  stwierdził,  że  niezwyciężona
Gwiazda  Śmierci  eksploduje,  skazując  go  na  nędzną  wegetację  w  dzikich  ostępach  leśnych
niewielkiego księżyca.

Qorl  powrócił  do  pełni  sił,  ale  żył  jak  pustelnik  przez  następne  dwadzieścia  kilka  lat,  dopóki

jego  kryjówki  nie  odnaleźli  przypadkiem  młodzi  uczniowie  Jedi...  Zapoczątkowało  to  całą  serię
wydarzeń, które w końcu przywiodły go na łono Drugiego Imperium.

A teraz miał wsiąść do kabiny innego myśliwca typu TIE i wystartować z pokładu innej bojowej

stacji – po to, aby raz jeszcze zmierzyć się z siłami Rebeliantów. Tym razem był jednak przekonany,
że Imperium nie pozwoli sobie na popełnienie jakiegoś błędu.

Stał przed frontem pilotów swojego skrzydła, w którego skład wchodziło dwanaście maszyn typu

TIE. Stłoczone pod ścianą ogromnego lądowiska niewielkie myśliwce miały wystartować w chwili,
kiedy  szturmowa  platforma  wyleci  z  hangaru Akademii  Ciemnej  Strony.  Siwowłosy  pilot  odwrócił
się w stronę szeregu podwładnych; spośród nich żaden jeszcze nie brał udziału w prawdziwej walce.

background image

Wszyscy  zostali  wybrani  z  grona  najbardziej  ambitnych  młodych  kandydatów,  którzy  szkolili  się,
pragnąc  zostać  szturmowcami.  Wszyscy  byli  jednak  niedoświadczonymi  pilotami.  Spędzili  wiele
godzin,  ćwicząc  na  rozmaitych  symulatorach,  i  Qorl  wiedział,  że  palą  się  do  walki.
Z  niecierpliwością  oczekują  chwili,  kiedy  przejdą  chrzest  bojowy.  Stali  teraz  przed  swoimi
myśliwcami, ubrani w takie same czarne hełmy i kombinezony.

Zwłaszcza jeden młodociany pilot nerwowo przestępował z nogi na nogę i raz po raz spoglądał

na  swoją  maszynę.  Omiatał  spojrzeniem  wieżyczki  laserowych  działek,  jakby  już  teraz  pragnął
znaleźć  się  w  kabinie  i  zrobić  z  nich  użytek.  W  końcu  zdjął  hełm  i  przycisnął  go  do  torsu.  Qorl
spojrzał  na  nalaną,  młodą  twarz  pilota,  mimo  iż  już  przedtem  zorientował  się,  że  owym
niecierpliwym młodzieńcem jest barczysty Norys, były przywódca gangu Zagubionych.

–  Przepraszam  pana,  ale  mam  pewną  propozycję  –  odezwał  się  osiłek.  –  Ponieważ  w  trakcie

ćwiczeń radziłem sobie bardzo dobrze, o wiele lepiej niż pozostali kandydaci, pomyślałem, że może
powinienem zostać mianowany dowódcą tego skrzydła myśliwców.

Qorl zdusił w sobie gniew i odparł:
–  Ja...  rozumiem  pobudki,  jakimi  się  kierujesz,  Norysie.  Rzeczywiście,  w  trakcie

wszechstronnego szkolenia, jakie przeszedłeś, zamierzając zostać najpierw szturmowcem, a później
pilotem myśliwca typu TIE, spisywałeś się doskonale. Jesteś chętny do nauki i, jak przypuszczam, do
służenia Drugiemu Imperium. Niestety, tym razem nie mogę spełnić twojej prośby.

– Z jakiego powodu?
Czując  wyzwanie,  kryjące  się  w  tonie  głosu  niesfornego  młodzieńca,  Qorl  postanowił

odpowiedzieć krótko i rzeczowo.

– Ponieważ Brakiss mianował mnie dowódcą tej wyprawy. Jeżeli jednak uważasz, że nie musisz

podporządkować się temu rozkazowi...

Wzruszył  ramionami,  pozwalając,  żeby  wszelkie  możliwe  konsekwencje  tego  stwierdzenia

pozostały nie dopowiedziane.

Młodzieniec był szorstki w obejściu, źle wychowany i tak bardzo niezdyscyplinowany, że gdyby

nie wykazywał dużych zdolności we władaniu bronią i sztuce walki, Qorl z pewnością zostawiłby go
na pokładzie Akademii Ciemnej Strony. Stawka w tej grze była zbyt wysoka, by pozwolić rwącemu
się do walki osiłkowi wszystko spartaczyć.

Norys się zarumienił.
– Wydaje mi się, że strach cię oblatuje, staruszku – powiedział. – Jesteś stary i od wielu lat nie

siedziałeś  za  sterami  prawdziwego  myśliwca.  Zamierzasz  dowodzić  tym  skrzydłem  w  taki  sposób,
żebyśmy  trzymali  się  z  daleka  od  pola  walki.  Chcesz  w  ten  sposób  usprawiedliwić  własny  brak
odwagi.

– To byłoby wszystko, pilocie – odezwał się spokojnie Qorl, ale w jego cichym głosie kryła się

taka  siła,  że  chyba  powietrze  zaskwierczało  od  nagromadzonej  w  nim  energii.  –  Pozwalam  ci
dokonać  wyboru.  Jeżeli  powiesz  choćby  słowo,  pozostawię  cię  na  tym  lądowisku,  a  jeżeli
udowodnisz,  że  umiesz  trzymać  język  za  zębami,  pozwolę  ci  walczyć  ku  większej  chwale  twojego
Imperatora.

W tej chwili Qorl naprawdę nie dbał o to, co postanowi zrobić krzepki młodzik. Z przyjemnością

dowodziłby nieco mniejszym skrzydłem, byle tylko mieć pewność, że wszyscy piloci zechcą słuchać
jego rozkazów.

Pieniąc  się  w  bezsilnej  złości,  Norys  uczynił  wysiłek,  by  nie  odpowiedzieć.  Uniósł  hełm

background image

i z wściekłością wcisnął na głowę.

Stary  pilot  odezwał  się  znów,  tym  razem  raczej  pragnąc  rozładować  napięcie  niż

z jakiegokolwiek innego powodu:

–  Odnieśliśmy  sukces,  gdyż  udało  się  nam  zakłócić  wszystkie  sygnały,  wysyłane  z  ośrodka

łączności  akademii  Jedi.  Nasi  wrogowie  nie  mogą  więc  liczyć  na  to,  że  z  pomocą  przybędą
jakiekolwiek  posiłki.  A  ponieważ  ci  głupi  rycerze  Jedi  nie  widzą  na  orbicie  żadnych  wojennych
okrętów,  musieli  dojść  do  przekonania,  że  do  odparcia  ataku  wystarczy  ich  mizerne  siłowe  pole
i wiara we własne umiejętności.

Systemy  śledzące,  jakimi  dysponujemy,  wskazują,  że  atak  pierwszego  oddziału  imperialnych

komandosów  zakończył  się  powodzeniem,  dzięki  czemu  siłowe  pole  przestało  funkcjonować.
Akademia Jedi, pozbawiona energetycznej osłony, jest teraz zdana na naszą łaskę i niełaskę.

Kiedy Tamith Kai wystartuje na pokładzie bojowej platformy, by dowodzić oddziałem żołnierzy

biorących  udział  w  akcji,  Zekk  i  grupa  jego  Ciemnych  Jedi  zaczną  toczyć  pojedynki  z  rycerzami,
wyszkolonymi przez Skywalkera. W tym czasie myśliwce, tworzące  to  skrzydło,  rozpoczną  nękanie
akademii Jedi atakami z powietrza. Mimo iż naszym celem jest wyrządzenie jak największych szkód,
powinniśmy jedynie wspierać siły lądowe Imperium, a nie brać udziału w bezpośredniej walce. Czy
to zrozumiałe?

Piloci  mruknęli  na  znak,  że  rozumieją  zadanie.  Qorl  nie  był  jednak  pewien,  czy  do  chóru

pomruków przyłączył się głos Norysa.

– To bardzo dobrze – powiedział. – W takim razie... Do maszyn!
Piloci  wskoczyli  do  kabin.  Qorl  poszedł  w  ich  ślady  i  po  chwili  siedział  za  pulpitem

sterowniczym  swojego  myśliwca  typu  TIE,  który  miał  lecieć  na  czele  całego  skrzydła.  Wciągnął
głęboki haust powietrza, które przedostawało się przez otwory w filtracyjnej masce. Mimo to poczuł
dobrze znaną, rozkoszną woń odczynników chemicznych, umieszczonych we wnętrzach pochłaniaczy.

Uśmiechnął  się  do  swoich  myśli.  Czuł  się  doskonale,  mogąc  jeszcze  raz  zasiąść  za  sterami

maszyny i polecieć w przestworza.

 
Nie odchodząc od urządzeń sterowniczych taktycznej bojowej platformy, Tamith Kai zawołała:
– Startujemy! I zanim ten dzień dobiegnie końca, powrócimy jako zwycięzcy!
Ogromne wrota hangaru gwiezdnej stacji się otworzyły, ukazując mroki przestworzy i niewielki

szmaragdowy  księżyc.  Majaczył  za  nim  gigantyczny  pomarańczowy  kocioł  kipiących  gazów,
tworzących  planetę  Yavin.  Niewielki  księżyc,  widziany  na  tle  panoramy  wszechświata,  wyglądał
niepozornie,  ale  to  właśnie  on  był  najważniejszym  celem  ataku  szturmowców  Akademii  Ciemnej
Strony.  Wkrótce  na  jego  powierzchni  miała  rozegrać  się  bitwa,  która  z  pewnością  zakończy  się
zwycięstwem sił Drugiego Imperium.

Tamith  Kai  wydała  odpowiedni  rozkaz.  Natychmiast  silniki  repulsorów  zagrały  pełną  mocą

i  bojowa  platforma  zaczęła  oddalać  się  od  gwiezdnej  stacji.  Wojskowa  jednostka  miała  kształt
wielkiej, płaskiej i zaokrąglonej na rogach dwupoziomowej barki. Ponad wyższy poziom wystawała
mieszcząca stanowisko dowodzenia nadbudówka, która miała zostać rozhermetyzowana i otworzona,
kiedy  statek  znajdzie  się  w  atmosferze.  Na  górnym  poziomie  czekali  szturmowcy  i  żołnierze
stanowiący grupę operacyjną. Dolny zajmował  Zekk  z  oddziałem  Ciemnych  Jedi,  czekających  obok
opancerzonej klapy zapadni na właściwą chwilę.

Pokonując  odległość  dzielącą  ją  od  celu,  szturmowa  platforma  szybowała  w  przestworzach.

background image

Przygotowywała  się  do  pogrążenia  w  otaczających  zielony  księżyc,  cienkich  jak  paznokieć
warstwach  atmosfery.  Niecierpliwie  licząc  upływające  minuty,  Zekk  przechadzał  się  tam
i  z  powrotem  po  dolnym  pokładzie.  Wyglądając  przez  iluminator,  zauważył,  że  przypominająca
kolczasty pierścień imperialna placówka, zajmująca dotychczas całą wolną przestrzeń, coraz szybciej
maleje, w miarę jak platforma przyspiesza, kierując się ku Yavinowi Cztery.

– Plecaki gotowe? – zapytał, zwracając się w stronę podwładnych.
Sprawdził własny ekwipunek, przytroczony do pleców pasami krzyżującymi się na piersiach i na

plecach.  Sam  plecak  skrywała  czarna  peleryna,  której  szkarłatna  lamówka  błysnęła,  kiedy  się
obrócił.  Członkowie  oddziału  Ciemnych  Jedi  zaczęli  sprawdzać  wiszące  u  pasów  identyczne
świetlne  miecze,  sporządzone  w  warsztatach  Akademii  Ciemnej  Strony.  Wszyscy  zwrócili  uwagę
także  na  mocowanie  przytroczonych  do  pleców  pojemników,  kryjących  indywidualne  repulsory.
Jeden po drugim meldowali gotowość do walki.

Kiedy  bojowa  platforma  zagłębiła  się  w  górne  warstwy  atmosfery,  w  widocznych  za

iluminatorami  mrokach  przestworzy  pojawiły  się  pierwsze  nieśmiałe  pasma  białej  mgiełki.  Zekk
wyczuwał  jednak  coraz  silniejszy  opór,  wywołany  tarciem  ochronnego  pancerza  o  cząsteczki
atmosfery.

W miarę jak kadłub imperialnej barki zaczynał się nagrzewać, młodzieniec odnosił wrażenie, że

słyszy  świst  powietrza  rozcinanego  przez  platformę.  Mimo  to  Tamith  Kai  pilotowała  ją,  jak  osoba
doświadczona, pewną ręką. Ani przez chwilę się nie wahając, zmierzała prosto do wytkniętego celu.

Nagle w odbiorniku interkomu rozległ się głęboki, chrapliwy głos Siostry Nocy:
– Niedługo osiągniemy odpowiednią wysokość i znajdziemy się bezpośrednio nad celem. Zekku,

przygotuj  do  skoku  swoich  Ciemnych  Jedi.  Klapa  zapadni  otworzy  się  dokładnie  za  standardową
minutę.

Zekk  klasnął  w  chronione  rękawicami  dłonie,  nakazując  członkom  grupy,  żeby  ustawili  się

w dwuszeregu.

– Silniki repulsorowe pomogą wam utrzymać siew powietrzu – powiedział – ale posługujcie się

Mocą, żeby panować nad szybkością opadania i kierunkiem lotu. Pamiętajcie o tym, że musimy zadać
bezpośredni  cios.  Tam,  w  dole,  czekają  wasi  zawzięci  wrogowie  –  rycerze  Jedi,  wyszkoleni  przez
mistrza  Skywalkera.  Od  tego,  czy  w  dzisiejszej  walce  odniesiecie  zwycięstwo,  zależy  los  całej
galaktyki.

Zekk skierował przenikliwe spojrzenie po kolei na każdego z podopiecznych, jakby pragnął w ten

sposób  przekazać  wszystkim  chociaż  cząstkę  własnego  zdecydowania.  Był  pewien,  że  wszyscy  są
dzielnymi wojownikami, i pamiętał o tym, że przysięgali, iż nie spoczną, dopóki nie zwyciężą.

Mimo  to  Najciemniejszy  Rycerz  nie  zdołał  jeszcze  uporać  się  z  burzą,  szalejącą  w  jego  piersi.

W  skrytości  ducha  nie  wątpił,  że  niejasne  podejrzenia  Tamith  Kai  co  do  jego  lojalności  nie  są
całkowicie bezzasadne. Rzeczywiście, z rozrzewnieniem wspominał serdeczną przyjaźń, jaką darzył
kiedyś dobrą koleżankę Jainę Solo i jej brata Jacena.

Pamiętał, że kiedy przebywał w gęstwinach dżungli Kashyyyku, ostrzegł Jainę, aby trzymała się

jak  najdalej  od  akademii  Jedi.  Nie  chciał,  żeby  dziewczyna  uczestniczyła  w  walce,  jaka  wkrótce
miała się rozpocząć. Nie chciał, żeby koleżance przydarzyło się coś złego.

Wiedział  jednak  z  taką  samą  pewnością,  że  Jaina  Solo,  którą  znał  i  na  której  mu  tak  zależało,

nigdy nie cofnie się przed walką, aby ocalić własne życie, podobnie jak nigdy nie opuści przyjaciół,
znajdujących się w niebezpieczeństwie. Wzdrygnął się na myśl o tym, że może właśnie w tej chwili

background image

Jaina przebywa gdzieś na terenie akademii Jedi, gotowa stanąć do walki z nim, Zekkiem.

Kiedy  usłyszał  szczęk  zwalnianego  zamka,  był  wdzięczny  losowi  za  to,  że  nie  musi  dłużej

zastanawiać  się  nad  tym  problemem.  Klapa  zapadni  odchyliła  się  z  głośnym  skrzypnięciem.  Pod
stopami  oddziału  Ciemnych  Jedi  ukazała  się  przypominająca  rozchylone  bezzębne  usta  wąska
świetlista  szczelina,  która  po  chwili  zamieniła  się  w  jasny  kwadrat.  W  otworze  majaczyły
wierzchołki  ogromnych  drzew.  Spomiędzy  nich  sterczały  kamienne  wieże  prastarych  świątyń,
wzniesionych przed tysiącami lat przez tajemniczych Massassów.

–  No,  dobrze,  moi  Ciemni  Jedi!  –  zawołał  Zekk,  starając  się  przekrzyczeć  świst  wichury.  –

Nadeszła nasza godzina. Skaczemy!

Postanowił udowodnić, że dowódca się nie boi, i wyskoczył pierwszy. Szybując, włączył silnik

repulsorowego  plecaka,  po  czym  koziołkując  w  powietrzu,  skierował  się  w  stronę  bezbronnej
akademii Jedi.

Naśladując  Najciemniejszego  Rycerza,  wszyscy  Ciemni  Jedi  podążyli  w  jego  ślady.  Jeden  po

drugim odrywali się od platformy i szybowali w powietrzu niczym niosące śmierć drapieżne ptaki.

Tymczasem  Zekk  wyrównał  lot  i  wysunął  energetyczną  klingę  świetlnego  miecza,  a  później

wyciągnął  ją  przed  siebie  w  taki  sposób,  że  przypominała  płonące  ramię  drogowskazu.  Kiedy
obejrzał się za siebie, zobaczył, że pozostali członkowie jego szturmowego oddziału, naśladując we
wszystkim dowódcę, również wyciągnęli świetliste ostrza. Lecieli za nim, a wiatr rozwiewał fałdy
ich czarnych peleryn.

Ciemni Jedi zaczęli opadać z nieba niczym krople upiornego deszczu.

background image

 

 

 

Rozdział 6

 
 
Świdrujący w uszach skowyt bliźniaczych silników jonowych zakłócił względną ciszę, panującą

w  wielkiej  sali  audiencyjnej  świątyni.  Tenel  Ka  zareagowała  odruchowo,  jeszcze  zanim
uświadomiła  sobie,  co  może  być  źródłem  dźwięku.  Podbiegła  i  kucnęła  przy  najbliższej  szczelinie,
wyciętej w kamiennym murze i pełniącej funkcję okna. Po chwili za jej plecami znaleźli się Jacen,
Jaina i Lowbacca. Przez szczelinę było widać nurkujące myśliwce typu TIE, kierujące się prosto ku
akademii Jedi!

– Mistrzu Skywalkerze, jesteśmy atakowani! – krzyknęła młoda wojowniczka z Dathomiry.
Luke  podniósł  głos,  pragnąc,  by  usłyszeli  go  wszyscy  uczniowie  przebywający  w  wielkiej

komnacie.

– Uwaga! Powinniście pozostać w dżungli, dopóki bitwa nie dobiegnie końca. Walczcie tak, jak

pozwalają  na  to  wasze  talenty  i  możliwości.  Pamiętajcie  o  tym,  co  ćwiczyliście  i  czego  się
nauczyliście... I niech Moc będzie z wami.

Jego  słowa  raz  po  raz  przerywał  głuchy  odgłos  eksplozji.  W  pewnej  chwili  w  ogromnym

pomieszczeniu  rozległ  się  głośny  huk,  podobny  do  ogłuszającego  trzasku.  Okazało  się,  że  w  ziemię
u  podnóża  świątyni  trafiła  jakaś  bomba  protonowa  i  spowodowała  powstanie  głębokiego  krateru
w glebie, tuż obok wielkiej piramidy.

Tenel Ka odwróciła się, ale nie odeszła od szczeliny w murze, obok której stała. Przyglądając się

pozostałym  uczniom  Jedi,  stwierdziła,  że  ich  reakcja  na  słowa  i  polecenia  mistrza  Skywalkera  jest
doprawdy  godna  pochwały.  Kilkoro  zaskoczonych  kandydatów  zachłysnęło  się  powietrzem.
Dziewczyna  wyczuła  płynącą  od  nich  falę  sprzecznych  emocji.  Dominowały  pośród  nich  nerwowe
oczekiwanie, tęsknota za rodzinnym światem, wiara w potęgę Mocy i trwoga na myśl o tym, że może
będą  musieli  odebrać  komuś  życie.  Wojowniczka  nie  wyczuwała  jednak  ani  śladu  niepewności,
paniki czy zamiaru wypierania się własnej tożsamości.

Nie  czekając  na  dalsze  wskazówki,  uczniowie  Jedi,  jeden  po  drugim,  zaczęli  wychodzić

z wielkiej sali. Luke Skywalker pospieszył do okna, przy którym stała Tenel Ka z przyjaciółmi, po
czym  gestem  nakazał  Peckhumowi,  by  się  do  nich  przyłączył.  Stary  pilot  zanurkował,  kiedy  po
kolejnym  trafieniu  posypały  się  na  jego  posiwiałą  głowę  drobiny  kurzu  i  okruchy  kamieni,
odrywające się od sklepienia.

Mistrz  Jedi  natychmiast  zaczął  wydawać  polecenia.  Tenel  Ka  nie  mogła  wyjść  z  podziwu,

ujrzawszy, że zachował spokój pomimo panującego zamieszania.

–  Jacenie,  weź  „Ścigacz  Cieni”  i  poleć  na  orbitę.  Jeżeli  uda  ci  się  przedostać  przez  strefę

zakłócającą nasze sygnały, wyślij mamie wiadomość, że jesteśmy atakowani. Artoo-Detoo powinien
w  tej  chwili  znajdować  się  w  hangarze,  na  lądowisku  w  pobliżu  statku.  Nigdzie  nie  znajdziesz

background image

lepszego drugiego pilota.

Jaina, która uwielbiała latać statkami, właśnie zamierzała zaprotestować, kiedy wujek Luke nagle

odwrócił się w jej stronę.

– Chciałbym, Jaino, żebyś przeprawiła się na drugi brzeg rzeki i sprawdziła, czy nie uda ci się

naprawić  uszkodzonych  generatorów.  Przekonaj  się,  czy  zdołasz  ponownie  włączyć  energetyczne
pole. Lowie, ty i Tenel Ka...

Z  przyczepionego  do  pasa  Luke’a  miniaturowego  komunikatora  rozległ  się  pisk,  świadczący

o pojawieniu się bardzo ważnej informacji.

Kolejny  potężny  wybuch  wstrząsnął  murami  wielkiej  świątyni.  Tym  razem  eksplozja  musiała

mieć  miejsce  bliżej  niż  poprzednie.  Zaledwie  Luke  zdążył  włączyć  urządzenie,  kiedy  w  głośniku
rozległa się długa seria pełnych podniecenia elektronicznych pisków i świergotów.

– Co się stało, Artoo? – zapytał Skywalker. – Uspokój się i powiedz, o co chodzi.
–  Jeżeli  wolno,  panie  Skywalkerze  –  odezwał  się  Em  Teedee  –  zdołałem  rozszyfrować  słowa

pańskiego  astronawigacyjnego  robota,  dzięki  czemu  mogę  teraz  służyć  tłumaczeniem.  Jak  pan
zapewne wie, potrafię płynnie posługiwać się ponad sześcioma formami komunik...

–  Dziękuję  ci,  Em  Teedee  –  odparł  Luke  Skywalker,  przerywając  paplaninę  miniaturowego

androida. – Będę wdzięczny, jeżeli zechcesz mi pomóc.

–  Artoo-Detoo  melduje...  o  rety!...  że  jakaś  bomba  eksplodowała  tuż  przed  wrotami  hangaru.

Płyty  zostały  zasypane  przez  lawinę  odłamków  kamieni.  Żaden  statek  nie  zdoła  teraz  wlecieć  ani
wylecieć. Oznacza to, że „Ścigacz Cieni” jest uwięziony w hangarze!

–  Hej!  –  zawołał  Jacen  po  chwili,  którą  poświęcił  na  zastanawianie  się  nad  sytuacją.  –

Peckhumie, a co z „Piorunochronem”? Nie został wprowadzony do hangaru.

Tenel Ka poczuła, że jej czoło przecięła głęboka zmarszczka. Jakoś nie potrafiła wyobrazić sobie

Jacena,  lecącego  rozklekotanym,  pokiereszowanym  towarowym  transportowcem  i  toczącego  walkę
ze znacznie szybszymi i zwrotniejszymi imperialnymi myśliwcami.

–  „Piorunochron”  nie  ma  kwantowego  pancerza,  jakim  pokryty  jest  kadłub  „Ścigacza  Cieni”  –

przypomniał Skywalker.

– To zbyt niebezpieczne – dodała Jaina.
–  Wszyscy  narażamy  się  tu  na  niebezpieczeństwa  –  odparł  Jacen  półgłosem,  ale  bardzo

stanowczo. – A musimy znaleźć jakiś sposób, żeby przesłać tę wiadomość.

–  Czemu  nie,  to  mogłoby  się  udać  –  poparł  go  stary  pilot.  –  Przed  wielu  laty  nauczyłem  się

wykonywać kilka doskonałych uników. Przypuszczam, że wystarczą, żebyśmy dolecieli na orbitę i nie
dali się trafić.

W tej samej chwili Lowbacca ostrzegawczo zawył i wyciągnął rękę, pokazując coś, co zobaczył

za wąskim oknem. W oddali wisiała nad dżunglą złowieszczo wyglądająca konstrukcja, podobna do
najeżonej  lufami  laserowych  dział  taktycznej  platformy.  Wyglądała  jak  śmiercionośna  tratwa,
obsadzona przez oddziały imperialnych żołnierzy.

Tenel Ka poczuła nagle, że przenikają znajome uczucie.
– Przyleciała Tamith Kai – rzekła. – Wyraźnie wyczuwam jej obecność.
– Wygląda na to, że przebywa na pokładzie tej platformy i dowodzi stamtąd ruchami naziemnych

oddziałów szturmowych – stwierdził Luke.

–  A  zatem  musimy  unieszkodliwić  tę  platformę  –  odparła  bez  chwili  wahania  wojowniczka

z Dathomiry. – Zgłaszam się na ochotnika. Chcę stoczyć pojedynek z tą Siostrą Nocy.

background image

Młody Wookie warknął, pragnąc podzielić się ze wszystkimi pewną informacją.
–  Pan  Lowbacca  chciałby  przypomnieć,  że  jego  mały  skoczek  typu  T-23  znajduje  się  nadal  na

skraju polany stanowiącej lądowisko – przetłumaczył usłużnie Em Teedee. – Gdyby otrzymał zgodę
na  posłużenie  się  skoczkiem,  on  i  pani  Tenel  Ka  mogliby  znaleźć  się  w  pobliżu  platformy  w  ciągu
kilku minut.

Luke kiwnął głową.
–  A  zatem  wszyscy  mamy  do  wykonania  jakieś  zadania  –  powiedział.  –  Ja  przeszukam

pomieszczenia akademii Jedi, by upewnić się, że nie pozostał w nich żaden uczeń. Później spotkamy
się w dżungli; tam, gdzie się umówiliśmy.

Schodząc  szybko  po  wewnętrznych  schodach  wielkiej  świątyni,  Tenel  Ka  czuła,  że  jej  myśli

wybiegają  w  przyszłość  i  skupiają  się  wokół  czekającej  ją  walki.  W  żyłach  dziewczyny  płynęła
krew,  wzbogacona  dodatkową  porcją  adrenaliny,  dzięki  czemu  myśli  wojowniczki  gnały  jak  nigdy
przedtem.  Tenel  Ka  od  najmłodszych  lat  była  wychowywana  i  kształcona  w  taki  sposób,  żeby
wyrosła na dzielną wojowniczkę.

I  chociaż  posługiwanie  się  tylko  jedną  ręką  stanowiło  dla  niej  jeszcze  jedno  wyzwanie,

dziewczyna nie czuła ani strachu, ani przesadnej pewności siebie. Była po prostu gotowa stanąć do
tej walki. Wiedziała, że rycerz Jedi musi być zawsze gotów. Mistrz Skywalker i Tionna także zadbali
o to, aby rozwijała swoje umiejętności. Tenel Ka miała swój świetlny miecz i potrafiła posługiwać
się  Mocą.  Była  przekonana,  że  jedno  i  drugie  wystarczy,  żeby  zwyciężyć  w  walce  z  każdym
przeciwnikiem.

Kiedy  wszyscy  wybiegli  na  polanę  pełniącą  funkcję  lądowiska,  Jaina  odłączyła  się  od  reszty

grupy.  Wskoczyła  w  nurty  rzeki  i  zaczęła  płynąć  na  drugi  brzeg,  kierując  się  ku  uszkodzonym
generatorom  ochronnego  pola.  Tenel  Ka  ze  zdziwieniem  stwierdziła,  że  stary  Peckhum  dotrzymuje
kroku Jacenowi, biegnącemu przez polanę w stronę pokiereszowanego towarowego transportowca.

Tenel  Ka  i  Lowbacca  musieli  uskakiwać  przed  świetlistymi  sztychami  laserowych  błyskawic,

jakie raz po raz wyskakiwały z luf działek myśliwców TIE. Mimo to wspięli się do kabiny skoczka
typu  T-23  niemal  w  tej  samej  chwili,  kiedy  siwowłosy  pilot  i  Jacen  wpadli  na  pokład
„Piorunochronu”.

Przyglądając się, jak chłopiec wbiega po rampie i znika w otworze włazu statku Peckhuma, Tenel

Ka  poczuła  w  sercu  ukłucie,  którego  nie  potrafiłaby  wytłumaczyć,  nawet  przed  sobą.  Zauważyła
jednak, że Jacen pojawił się znów w otworze. Przez sekundę spoglądał na nią z poważnym wyrazem
twarzy, a później wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu.

–  Kiedy  wrócę,  opowiem  ci  nowy  dowcip!  –  zawołał  chcąc,  by  go  usłyszała.  –  Tym  razem

naprawdę śmieszny.

Potem znów zniknął w mrocznym prostokącie włazu.
Słysząc, że Lowie uruchamia silniki repulsorowe skoczka, Tenel Ka odpowiedziała, chociaż była

pewna, że chłopiec nie może jej usłyszeć:

–  Tak,  mój  przyjacielu  Jacenie,  bardzo  chętnie  wysłucham  twojego  dowcipu.  Kiedy  wszyscy

powrócimy.

background image

 

 

 

Rozdział 7

 
 
Silniki  „Piorunochronu”  zaskowyczały  i  statek,  pokonując  siłę  przyciągania,  oderwał  się  od

lądowiska. W chwilę później pokiereszowany kadłub wzdrygnął się, jakby przeniknięty lodowatym
dreszczem. W głowie Jacena natychmiast rozdźwięczały się sygnały alarmowe.

– Zostaliśmy trafieni! – zawołał, nawet nie zadając sobie trudu sprawdzenia wskazań mierników.
– Nie-e – odparł spokojnie stary Peckhum. – „Piorunochron” zachowuje się tak zawsze, od czasu,

kiedy wyłączyłem ogranicznik dopływu energii do rufowych repulsorów. Możliwe, że któregoś dnia
ponownie rzucę okiem na to urządzenie.

Chłopiec stwierdził, że węzeł, jaki pod wpływem paniki zasupłał się w jego żołądku, stopniowo

przestał się zaciskać... ale tylko do pewnego stopnia.

– Może Jaina pomoże panu naprawić je trochę później – odezwał się po chwili.
Powietrze za iluminatorem przecięła jaskrawa błyskawica i w następnej sekundzie, głośno wyjąc,

śmignął jakiś myśliwiec typu TIE nurkujący w stronę akademii Jedi.

– Hej, przeleciał bardzo blisko! – zauważył chłopiec.
– Zbyt blisko – zgodził się z nim siwowłosy pilot. – A teraz trzymaj się, młody Solo. Za chwilę

zaczniemy robić uniki.

 
Lowie skupił swą uwagę na pilotowaniu skoczka typu T-23 w taki sposób, by maszyna przez cały

czas  znajdowała  się  pod  osłoną.  Przez  umieszczone  w  dolnej  części  kadłuba  szyby  widział  innych
uczniów Jedi, starających się ukryć w dżungli. Wszyscy biegli zygzakami, usiłując nie dać się trafić
przez  laserowe  błyskawice,  jakimi  raziły  polanę  imperialne  myśliwce.  Kiedy  rycerze  Jedi  zaczęli
znikać w lesie, młody Wookie szarpnął dźwignię i poderwał maszynę.

Gęstwina splecionych gałęzi porośniętych prawdziwym gąszczem liści zawsze kojarzyła mu się

z bezpieczeństwem i spokojem. Lowbacca bardzo chciałby spędzić chociaż kilka takich spokojnych
chwil, siedząc i medytując na wierzchołku jakiegoś drzewa. Na najwyższych poziomach nie czekały
jednak na niego i Tenel Ka ani bezpieczeństwo, ani spokój. A przynajmniej nie w tej chwili.

Lowie  zacisnął  dłonie  na  rękojeściach  dźwigni  sterowniczych  i  leciał  zygzakami,  starając  się

prześlizgiwać między konarami i pniami gigantycznych drzew. Spodziewał się, że w ten sposób zgubi
prześladowców,  którzy  mogli  puścić  się  w  pogoń  za  małym  skoczkiem.  Wiedział,  że  tym  razem
niebezpieczeństwo  grozi  z  góry,  gdzie  krążyły  nieprzyjacielskie  myśliwce  TIE,  a  więc  nie  mógł
lecieć  ponad  baldachimem  liści.  Liczył  na  to,  że  pozostanie  nie  zauważony,  jeżeli  będzie  nadal
przemykał między drzewami.

Nagle tuż obok kadłuba skoczka błysnęła jakaś ognista nitka. Wbiła się w miękką glebę i zwęgliła

kilka zeschłych liści, z których uniósł się obłoczek dymu.

background image

– Pozwól, żeby ruchami twoich dłoni kierowała Moc, Lowbacco, mój przyjacielu – odezwała się

Tenel Ka, siedząca na ustawionym nieco z tyłu fotelu dla pasażera.

W  odpowiedzi  Lowie  wymruczał  coś  na  znak,  że  się  zgadza,  a  później,  pragnąc  się  odprężyć,

nabrał głęboki haust powietrza. Leciał dalej, ale odtąd pozwalał, żeby Moc decydowała o tym, kiedy
powinien  wykonać  unik  albo  skręcić.  Kierował  maszynę  w  stronę  leniwie  toczącej
zielonkawobrązowe  wody  rzeki,  za  którą  on  i  Tenel  Ka  widzieli  złowieszczą  szturmową  platformę
Siostry Nocy. Mimo iż dzieliło ich od niej prawie pół kilometra, oboje młodzi rycerze Jedi widzieli
sztychy  laserowych  strzałów,  które  raz  po  raz  wyskakiwały  z  luf  działek  opancerzonej  jednostki
i spopielały drzewa porastające brzegi rzeki.

Nagle zdumiona Tenel Ka zawołała:
– Popatrz! O, tam!
Z nieba zaczęły opadać jakieś dziwne obiekty. Były podobne do drapieżnych ptaków, ale miały

ludzkie kształty. Dopiero po kilku chwilach młoda wojowniczka uświadomiła sobie, że spogląda na
rozpraszającą się w locie grupę Ciemnych Jedi. Wojownicy ciemnej strony zapalili świetlne miecze
i  kontrolowali  kierunek  lotu  za  pomocą  ukrytych  w  plecakach  indywidualnych  silników
repulsorowych.

W  tej  samej  chwili,  kiedy  uwagę  Lowbaccy  zaprzątnęło  obserwowanie  lecących  napastników,

w  kabinie  rozległ  się  brzęczyk  czujnika  zbliżeniowego,  a  w  kadłub  trafiła  laserowa  błyskawica
wystrzelona  z  pokładu  przelatującego  myśliwca  TIE.  Z  rufowych  silników  skoczka  typu  T-23
strzeliła  fontanna  iskier,  a  po  sekundzie  zaczęły  się  z  nich  wydobywać  kłęby  dymu.  Kadłub  małej
maszyny przebiegło dziwne drżenie, po którym skoczek zboczył z kursu. W następnej chwili rozległ
się głośny trzask rozdzieranego metalu i oderwała się jedna płetwa umożliwiająca sterowanie.

– O rety – rozległo się kwilenie miniaturowego androida-tłumacza. – Nie mogę na to patrzeć.
Lowie  zareagował  dzięki  odruchom,  wyszkolonym  w  trakcie  wykonywania  ćwiczeń  Jedi.  Nie

przestawał  zmagać  się  ze  sterami.  Pomagając  sobie  Mocą,  przebierał  po  pulpicie  sterowniczym
zakończonymi  ostrymi  pazurami  palcami  jednej  dłoni,  a  drugą  pociągał  raz  za  tę,  a  raz  za  inną
dźwignię.  Powoli  wnętrze  kabiny  wypełniało  się  gryzącym  dymem.  Silniki  skoczka  krztusiły  się
i  przerywały.  Niezupełnie  uświadamiając  sobie,  jak  to  zrobił,  Lowie  odciął  dopływ  energii  do
silników  rufowych  i  wykorzystał  resztkę  siły  ciągu,  by  poderwać  maszynę  nad  baldachim  liści.
Później  skierował  ją  w  stronę  grupy  rosnących  obok  siebie  drzew  i  postanowił  obniżyć  wysokość
lotu. Przesłał energię do repulsorów i pozwolił, żeby jeszcze przez chwilę pracowały, licząc na to,
że zwolnią szybkość opadania. Miał nadzieję, że to wystarczy.

Rozległ  się  głośny  trzask  i  skoczek  typu  T-23  bezwładnie  runął  w  gęstwinę  splątanych  gałęzi

i konarów.

 
Każdy  haust  wdychanego  powietrza  sprawiał,  że  Tenel  Ka  czuła  w  płucach  żywy  ogień.

Dziewczyna słyszała dolatujące z bliska jęki i warknięcia Wookiego, ale nie potrafiła zrozumieć ani
słowa. Niczego nie widziała.

–  Pani  Tenel  Ka!  –  Przez  mgiełkę  oszołomienia  przedarł  się  donośny,  piskliwy  syntetyzowany

głosik  miniaturowego  androida.  –  Pan  Lowbacca  usilnie  nalega,  żeby  zechciała  pani  pospieszyć
z pomocą!

Wojowniczka  spróbowała  się  rozejrzeć.  Otworzyła  oczy,  ale  widziała  tylko  wirujące

różnobarwne plamy, składające się na przemian ze światła i cienia. Szybko zmieniające się kształty

background image

sprawiały ból jej oczom, więc dziewczyna po chwili je zamknęła.

Nagle  tuż  obok  jej  ucha  rozległ  się  tak  głośny  pisk,  że  zapewne  mógłby  wyrwać  mistrza  Jedi

z kojącego transu.

– Och, niech licho porwie moje ospałe procesory! Spóźniłem się. Ona nie żyje.
Lowbacca  zaryczał  głośno  na  znak,  że  nie  podziela  tej  opinii.  W  tej  samej  chwili  Tenel  Ka

poczuła, że coś wyciągnęło się i szturchnęło ją pod żebro.

– Nie – zaskrzeczała, z wysiłkiem wymawiając słowa. – Jeszcze żyję.
Lowbacca wydał kilka urywanych szczęknięć i tym razem dziewczyna zrozumiała od razu, o co

chodzi. Zareagowała, nie czekając, aż usłyszy tłumaczenie Em Teedee:

– Pan Lowbacca prosi, żeby użyła pani całej siły i wypchnęła owiewkę, równocześnie kierując tę

siłę w stroną bakburty... wie pani, to znaczy w lewo.

Tenel  Ka  wiedziała.  Wyciągnęła  rękę  i  pchnęła,  a  później  uczyniła  to  samo  jeszcze  kilka  razy.

Mimo iż się krztusiła, nie mogąc oddychać powietrzem przesyconym kłębami gryzącego dymu, starała
się zachować spokój i pozwalała, by przepływała przez nią energia Mocy.

Miała  zamknięte  powieki,  ale  zorientowała  się,  że  z  czujników  optycznych  Em  Teedee  strzeliły

nagle snopy jaskrawożółtego światła. Dzięki nim w kabinie małego skoczka stało się trochę jaśniej.

– Wygląda na to – ciągnął tymczasem miniaturowy android – że owiewka śmigacza zaklinowała

się pomiędzy konarem a pniem drzewa. Och, jesteśmy zgubieni!

W tej samej chwili jednak, kiedy Em Teedee skończył biadolić, coś trzasnęło i owiewka kabiny

odskoczyła.  Tenel  Ka  i  Lowbacca  wyplątali  się  z  ochronnych  sieci,  a  później  wygramolili  się
z  kabiny.  Kiedy  łapczywie  zachłystując  się  powietrzem  i  czekając,  aż  oczy  przyzwyczają  się  do
blasku, oddalali się od płonącej maszyny, wojowniczka z Dathomiry odruchowo sięgnęła do pasa, by
upewnić się, że rękojeść świetlnego miecza jest na swoim miejscu. Nadal była.

–  O  rety!  –  zabrzmiał  piskliwy,  metaliczny  okrzyk  androida.  –  Teraz  najprawdopodobniej

zabłądzimy  w  tej  dżungli  i  zostaniemy  pochwyceni  przez  wełnolamandry.  Proszę  zachować
najwyższą  ostrożność,  panie  Lowbacco.  Na  myśl  o  tym,  co  zrobiłbym,  gdybym  musiał  ponownie
przeżywać takie straszne chwile, ogarnia mnie przerażenie.

Stojąc  na  konarze  obok  Tenel  Ka  i  usiłując  utrzymać  równowagę,  Lowbacca  odwrócił  się,  by

popatrzeć  na  uszkodzony  gwiezdny  skoczek  typu  T-23.  Z  gardła  młodego  Wookiego  wydobył  się
przeciągły,  żałosny  jęk.  Wojowniczka  rozumiała  jednak,  że  jej  przyjaciel  rozpacza  nie  z  powodu
żyjących  w  dżungli  stworzeń,  które  mogły  ucierpieć  podczas  katastrofy,  ale  z  powodu  straty
ukochanej maszyny.

Tenel Ka dobrze uświadamiała sobie, co oznacza dla niego ta strata. Wyciągnęła jedyną rękę, na

chwilę dotknęła ramienia Wookiego i pozwoliła, żeby przepływająca przez oboje Moc przyniosła mu
chociaż trochę ukojenia. Później młodzi Jedi odwrócili się, aby sprawdzić, co stało się z celem ich
wyprawy: gigantyczną bojową platformą, dowodzoną przez złowieszczą Siostrę Nocy.

Z  prawdziwą  ulgą  Tenel  Ka  stwierdziła,  że  Lowiemu  udało  się  wylądować  w  gąszczu  gałęzi

w odległości zaledwie dwustu metrów od miejsca, gdzie nad konarami drzew Massassów unosiła się
imperialna barka. Zanim jednak zdążyła powiedzieć choć słowo, jej przyjaciel Wookie ostrzegawczo
szczeknął i pokazał na dół, na znak, że powinni się ukryć.

Młoda  wojowniczka  natychmiast  zorientowała  się,  o  co  chodzi,  i  zanurkowała  między  gałęzie

i  liście,  by  się  przyczaić.  Jeżeli  ona  i  Lowbacca  widzieli  gigantyczne  szturmowe  urządzenie
Akademii  Ciemnej  Strony,  mogli  sami  zostać  zauważeni.  Musieli  zatem  podejść  do  platformy,

background image

przeskakując  po  gałęziach  niższych  pięter,  porośniętych  zielonymi,  szeleszczącymi  liśćmi.  Musieli
postępować jak nurkowie, którym często zdarza się płynąć pod powierzchnią wody.

Dysponując tylko jedną ręką, która pozwalała chwytać gałęzie i utrzymywać równowagę, Tenel

Ka  pomagała  sobie  Mocą,  jeżeli  chciała,  by  po  wykonaniu  następnego  skoku  jej  stopy  bezpiecznie
lądowały  na  śliskim  konarze.  Z  wdzięcznością  przyjmowała  także  pomoc  ze  strony  Lowiego,  który
proponował  wsparcie,  ilekroć  skakali  po  próchniejących  gałęziach  albo  pokonywali  większe
odległości.

Tenel  Ka  nie  wiedziała,  dlaczego,  ale  coś  zmuszało  ją  do  mówienia.  Możliwe,  że  był  to

bezgraniczny smutek, jaki zaczynał ogarniać jej przyjaciela Wookiego.

– Przekonasz się, że spędzimy razem jeszcze wiele radosnych chwil, naprawiając twój skoczek –

powiedziała,  zamierzając  pocieszyć  przyjaciela.  –  Ty,  Jacen,  Jaina  i  ja.  Kiedy  ta  bitwa  dobiegnie
końca.

Lowie przystanął. Przez chwilę mierzył dziewczynę kpiącym spojrzeniem, a później zaczął sapać,

co  u  Wookiech  jest  odpowiednikiem  śmiechu.  Wydał  całą  serię  szczęknięć,  natychmiast
przetłumaczonych przez Em Teedee:

–  Pan  Lowbacca  oświadcza,  że  pan  Jacen  z  pewnością  się  ucieszy,  mając  tak  duże  grono

wdzięcznych słuchaczy, które będzie mógł zabawiać opowiadaniem dowcipów.

Tenel Ka miała wrażenie, że na myśl o tym i jej nastrój uległ wyraźnej poprawie. Mogła dzięki

temu  szybciej  i  pewniej  przeskakiwać  z  gałęzi  na  gałąź.  Uznała  jednak,  że  powinna  skupić  całą
uwagę na osiągnięciu zamierzonego celu, jakim było pokonanie Drugiego Imperium. Raz na zawsze.

Nagle poczuła, że w górę jej kręgosłupa powędrowały zimne ciarki.
– Stop! – rozkazała.
Nisko  nad  baldachimem  liści  śmignął  myśliwiec  typu  TIE.  Po  zielonej  powierzchni  leśnego

oceanu  przemknęły  fale,  wzbudzone  przez  strumień  gorących  gazów  wydechowych.  Zapewne  pilot
imperialnej  maszyny  leciał,  aby  rzucić  okiem  na  płonący  wrak  gwiezdnego  skoczka.  Lowbacca
warknął, ale Tenel Ka chwyciła go za kosmatą rękę, by przyjaciel, kierując się impulsem chwili, nie
uczynił  czegoś  nierozważnego.  Tymczasem  skowyczący  myśliwiec  zatoczył  ciasny  krąg  nad
szczątkami,  jakby  pilot  zamierzał  się  upewnić,  że  nikt  nie  przeżył  katastrofy.  Młoda  wojowniczka
w  skrytości  ducha  liczyła  na  to,  że  lotnik  nie  zechce  dokończyć  dzieła  zniszczenia  i  nie  pośle
laserowych  błyskawic  w  unieruchomiony  kadłub.  Wiedziała,  że  wówczas  maszyna  zamieniłaby  się
w  bezkształtną  masę  stopionych  metalowych  płyt  i  zwęglonych  mechanizmów.  Po  kilku  chwilach
czekania w napięciu przekonała się jednak, że nieprzyjacielska maszyna oddaliła się, żeby poszukać
innej ofiary.

Pociągnęła  towarzysza  za  rękę  i  oboje  ruszyli  w  dalszą  drogę.  Przeskakując  z  konaru  na  konar,

ale  przez  cały  czas  kryjąc  się  pod  baldachimem  liści,  zmierzali  w  stronę  miejsca,  gdzie  czekało
imperialne urządzenie.

Wydało  im  się,  że  minęła  zaledwie  chwila,  kiedy  ponownie  usłyszeli  piskliwy  głosik

miniaturowego androida-tłumacza:

– Jeśli podczas katastrofy moje czujniki nie uległy całkowitemu rozkalibrowaniu, właśnie w tej

chwili powinniśmy znajdować się dokładnie pod czołową krawędzią szturmowej platformy.

Lowbacca  uniósł  rękę,  nakazując  Tenel  Ka,  by  stanęła.  Później  wspiął  się  po  kilku  gałęziach

i  ostrożnie  wystawił  głowę  ponad  liście,  żeby  sprawdzić,  gdzie  się  znajdują.  Wydał  ciche
triumfujące  szczeknięcie,  po  którym  wojowniczka  z  Dathomiry  wspięła  się  śladami  przyjaciela

background image

i  także  wynurzyła  głowę  z  falującego  i  szeleszczącego  zielonego  oceanu.  Zobaczyła  unoszącą  się
jakieś  dziesięć  metrów  nad  nimi  gigantyczną  bojową  stację.  Zwróciła  szczególną  uwagę  na
opancerzony spód i wystające ze wszystkich stron lufy szerzących śmierć laserowych działek.

– Zniszczenie jej nie powinno być trudne – szepnęła, zwracając się do młodego Wookiego.
Z  wysoka  dolatywały  odgłosy  wykrzykiwanych  rozkazów  i  łomot  podkutych  butów  żołnierzy

biegnących  po  metalowych  płytach  pokładu.  Lowbacca  uniósł  rękę  i  pokazał  platformę,  a  potem
wzruszył ramionami, jakby chciał zapytać: „I co teraz?” Platforma wisiała nad wierzchołkami drzew
zbyt wysoko, by mogli skoczyć, a nie mieli repulsorowych silników, dzięki którym dostaliby się na
pokład. Tenel Ka sięgnęła jednak do jakiejś kieszeni u pasa i wyciągnęła z niej cienką, ale bardzo
wytrzymałą linkę, zakończoną niewielką rozkładaną kotwiczką.

– Musimy wspiąć się po lince – oświadczyła.
Szturmowa  platforma  unosiła  się  na  trochę  większej  wysokości  niż  ta,  na  jaką  zazwyczaj

dziewczyna  zarzucała  kotwiczkę  z  przyczepioną  linką,  i  dlatego  durastalowe  zęby  zaczepiły  się
o opancerzoną krawędź dopiero za drugim razem. Tenel Ka kilkakrotnie szarpnęła linką, a później na
próbę  powierzyła  jej  ciężar  własnego  ciała.  Przekonała  się,  że  zęby  kotwiczki  nawet  się  nie
przesunęły.  Potem  owinęła  nogi  i  rękę  i  zaczęła  się  podciągać.  Ilekroć  miała  wrażenie,  że  do
wspinaczki nie wystarczy siła mięśni jedynej ręki, pozwalała, żeby Moc pomagała unosić jej ciało.

Wiedziała,  że  kiedy  znajdzie  się  na  pokładzie  imperialnego  statku,  może  spotkać  się  ze

szturmowcami,  potężnym  uzbrojeniem  i  złowieszczą  Siostrą  Nocy,  która,  podobnie  jak  ona,
pochodziła z Dathomiry.

Tenel  Ka  z  wysiłkiem  przełknęła  ślinę.  Wiedziała,  że  Moc  jest  z  nimi,  ale  uświadamiała  sobie

również, że szansę zwycięstwa są doprawdy znikome.

background image

 

 

 

Rozdział 8

 
 
Szeroka  i  głęboka  rzeka,  której  zielonkawobrązowe  wody  leniwie  płynęły  przez  dziewiczą

dżunglę,  sprawiała  wrażenie  cichej  i  spokojnej.  Łagodny  prąd  nawet  w  najmniejszym  stopniu  nie
odzwierciedlał tytanicznych zmagań dobra ze złem, jakie toczyły się na powierzchni Yavina Cztery.

Rzeka była ostoją wielu form życia: niewidzialnego planktonu i drapieżnych pierwotniaków, ale

także  wodnych  roślin  i  potężnych  drzew,  których  poskręcane  korzenie  tkwiły  głęboko  w  mulistym
dnie. Żyły w niej również doskonale zamaskowane drapieżniki; widząc je można było pomyśleć, że
stanowią niewinne elementy krajobrazu.

W  miarę  jak  ciszę  dżungli  zaczęły  mącić  odgłosy  laserowych  strzałów,  a  buczenie  świetlnych

mieczy  dotarło  do  leśnych  ostępów,  pod  rozłożystymi  gałęziami  rosnących  nad  rzeką  drzew
i w samej wodzie zaczęły szukać schronienia inne stworzenia... stworzenia umiejące świetnie władać
Mocą.

Spod  spokojnej  powierzchni  mętnej  wody  wynurzyły  się  zaokrąglone  pyski  istot

przypominających  gady.  Rozchyliły  szczeliny  oddechowe  i  rozszerzyły  nozdrza,  żeby  nabrać  nową
porcję świeżego, ożywczego tlenu. Trzy stworzenia, zanurzywszy pokryte łuskami ciała, płynęły tak
powoli, że tylko delikatne zmarszczki na powierzchni i szmer wody świadczyły o tym, że w ogóle się
poruszają.  Dotarły  na  wyznaczone  miejsca  i  zakopały  się  głęboko  w  rzecznym  mule.  Przez  chwilę
węszyły, po czym znieruchomiały przy samym brzegu w miejscu, gdzie przebiegała wąska ścieżka.

Ich wrogowie wkrótce mieli się pojawić.
Rozglądając się we wszystkie strony, trzech Ciemnych Jedi, uczniów Akademii Ciemnej Strony,

stąpało  bardzo  ostrożnie,  ale  pewnie.  Wszyscy  trzej  pokładali  bezgraniczną  wiarę  we  własne  siły
i  umiejętności.  Torowali  sobie  drogę  przez  gęste  poszycie,  tnąc  pędy  dzikiej  winorośli  i  kolczaste
gałęzie krzewów ostrzami świetlnych mieczy, którymi posługiwali się jak maczetami. Kiedy dotarli
do  brzegu  rzeki,  przystanęli.  Zamierzali  naradzić  się,  dokąd  pójść,  żeby  jak  najszybciej  znaleźć
przeciwników.

–  Uczniowie  Skywalkera  to  sami  tchórze  –  odezwał  się  jeden.  –  Dlaczego  nie  wychylą  nosów

z kryjówek i nie staną do walki? Pochowali się przed nami w dżungli niczym przestraszone gryzonie.

–  Mają  powody,  żeby  się  nas  obawiać  –  poparł  go  drugi  adept  imperialnej  uczelni.  –  Dobrze

znają potęgę ciemnej strony.

Tymczasem  trzej  uczniowie  Luke’a  Skywalkera,  będący  inteligentnymi  gadami  rasy  Cha’a,

porozumieli  się  po  cichu,  wypuszczając  umowną  liczbę  bąbelków  powietrza.  W  pewnej  chwili
wszyscy  unieśli  pyski  nad  powierzchnię  i  plunęli  strugami  wody  na  zupełnie  zaskoczonych
przeciwników. Wykorzystując energię Mocy, zwiększyli ciśnienie i nadali strumieniom siłę młotów.
Kolumny sprężonej wody uniosły się jak węże, a potem rozprysnęły się i spłynęły na ziemię. Jarzące

background image

się klingi trzymanych przez uczniów Brakissa świetlnych mieczy zaskwierczały, przygasły i otoczyły
się kłębami pary. Wszyscy trzej Cha’a radośnie zasyczeli i wybuchnęli perlistym rechotem, po czym
nabrali w pyski następne porcje mętnej wody, a później zaczerpnęli jeszcze więcej.

Zmoczeni  do  suchej  nitki  Ciemni  Jedi  zaczęli  rozpaczliwie  parskać,  prychać,  wypluwać  wodę

i  bełkotać.  Bezskutecznie  usiłowali  przywołać  na  pomoc  energię  ciemnej  strony,  za  pomocą  której
mogliby odeprzeć atak podobnych do gadów podstępnych uczniów Skywalkera.

W  tej  samej  chwili  z  bezpiecznych  grzęd,  ukrytych  głęboko  w  gąszczu  gałęzi  drzew,  rosnących

w  pobliżu  tamtego  miejsca,  zeskoczyły  i  zanurkowały  trzy  inne  istoty,  z  wyglądu  przypominające
ptaki.  Wydały  przenikliwy  drżący  pisk,  będący  okrzykiem  bojowym,  z  jakim  zawsze  wyruszały  do
walki.

Ciemni Jedi przez chwilę nie mieli pojęcia, co robić. Kiedy uświadomili sobie, że muszą toczyć

walkę  na  dwa  fronty,  nie  potrafili  skupić  myśli.  W  następnej  sekundzie  ptaki  wylądowały  na  ich
głowach  z  takim  impetem,  że  obaliły  wojowników Akademii  Ciemnej  Strony  na  ziemię.  Uderzenie
miało  taką  siłę,  że  ich  ofiary  zemdlały.  Ptaki  zaświergotały  i  triumfalnie  zaskrzeczały,  a  wówczas
trzej  Cha’a  wyszli  na  brzeg  i  ociekając  strugami  wody,  poczłapali  w  stronę  trójki  leżących
nieruchomo napastników.

Pracując  razem,  nie  będący  istotami  ludzkimi  uczniowie  mistrza  Skywalkera  oderwali  kawałki

podobnych  do  rzemieni  pędów  winorośli  i  związali  ręce  i  nogi  nieprzytomnych  więźniów.  Któryś
Cha’a pozbierał wszystkie trzy wykonane w warsztatach Akademii Ciemnej Strony świetlne miecze,
porzucone przez Ciemnych Jedi na murawie. Przez chwilę się im przyglądał, z niesmakiem zwracając
uwagę na kiepską konstrukcję i niedbałe wykończenie. Później wrzucił je do wody jeden po drugim.
Plusnęły i zniknęły w mętnej toni, nie pozostawiając żadnego śladu.

Tymczasem podobne do ptaków istoty pochyliły się nad leżącymi bez czucia ofiarami. Posługując

się  Mocą,  zaczęły  penetrować  ich  umysły.  Do  każdego  wysłały  wzmocnione  przez  Moc  sugestie,
dzięki którym pokonani przeciwnicy mieli nieprędko się obudzić...

 
Tionna  szarpnęła  głową  i  odrzuciła  do  tyłu  długie,  srebrzystosiwe  włosy.  Nie  chciała,  by

przeszkadzały jej w patrzeniu. Nie mogła dopuścić, aby rozpraszały uwagę i zakłócały skupienie.

Zamrugała  powiekami  błyszczących  oczu  perłowej  barwy  i  popatrzyła  na  pozostałych  uczniów

Jedi. Mistrz Skywalker dosyć często powierzał jej wykonywanie ćwiczeń z tymi kandydatami, a teraz
instruktorka  miała  poprowadzić  ich  do  walki.  Mieszcząca  się  na  Yavinie  Cztery  akademia  Jedi
bywała  celem  ataków  sił  zła  i  ciemności,  ale  szlachetni  rycerze  Jedi  zawsze  dotąd  potrafili  je
odpierać  i  zwyciężali.  Tionna  nie  miała  najmniejszych  wątpliwości,  że  i  teraz  walka  zakończy  się
takim samym rezultatem.

Instruktorka  i  jej  uczniowie  stali  na  zarośniętej  polanie  wokół  płaskiej  marmurowej  płyty

otoczonej zrujnowanymi kamiennymi kolumnami. Zanim polanę opanowała wszechobecna, zachłanna
dżungla,  znajdowała  się  tu  jedna  z  urządzonych  na  wolnym  powietrzu  świątyń  Massassów.  Tionna
zdecydowała, że właśnie w tym miejscu cała grupa młodych rycerzy Jedi stawi czoło napastnikom.

– Czy wszyscy jesteście gotowi? – zapytała. – Pamiętajcie o tym, czego się nauczyliście. Prób nie

ma. Musimy pokonać wojowników ciemnej strony.

Uczniowie  wznieśli  okrzyki  na  znak,  że  zgadzają  się  z  jej  słowami.  Skierowali  na  swoją

nauczycielkę  spojrzenia,  w  których  kryła  się  wiara  we  własne  możliwości  i  przeświadczenie
o  słuszności  obmyślonego  przez  nią  planu.  Jedna  z  młodych  kobiet  kiwnęła  głową  instruktorce

background image

i głęboko odetchnęła, a później pobiegła wiodącą w głąb lasu wąską ścieżyną, aby odnaleźć chociaż
kilku przeczesujących gąszcze i ostępy Ciemnych Jedi. Zaledwie po kilkunastu sekundach od chwili,
kiedy  zniknęła  w  dżungli,  krzyknęła,  po  czym  uczyniła  to  jeszcze  kilka  razy,  rzucając  w  ten  sposób
wyzwanie adeptom Akademii Ciemnej Strony.

Nagle  do  uszu  Tionny  i  uczniów,  czekających  w  zaroślach  na  skraju  polany,  doleciał  odgłos

skwierczenia  klingi  świetlnego  miecza...  Po  kilku  chwilach  rozległ  się  tupot  stóp  osoby  biegnącej
wąską ścieżką, a po nim trzask gałęzi łamanych przez kogoś, kto przedzierał się przez gąszcz zarośli.
Młoda  kobieta  wracała  w  pośpiechu  na  polanę,  gdzie  pozostali  młodzi  rycerze  Jedi  urządzili
zasadzkę.  Nie  mówiąc  ani  słowa,  Tionna  gestem  dała  znak  pozostałym  członkom  grupy,  żeby
przygotowali się do akcji.

–  Wracaj  tu,  ty  tchórzliwa  pluskwo!  –  krzyknął  w  ślad  za  młodą  kobietą  jeden  z  napastników,

którego zasłaniały splątane gałęzie ciernistych krzewów.

Czterej  Ciemni  Jedi  przedarli  się  przez  ostatnie  krzaki  i  wpadli  na  zarośniętą  polanę.  Ujrzeli

zadyszaną młodą kobietę, stojącą po drugiej stronie, za ciężką, marmurową płaską płytą, unoszącą się
nad ich głowami. Uciekinierka udawała, że jest strwożona i całkowicie bezbronna.

Napastnicy ochoczo ruszyli w jej stronę.
–  Zmiażdżymy  twój  umysł,  kiedy  posłużymy  się  siłami  ciemnej  strony!  –  odezwał  się  jeden

z wojowników Brakissa.

– Teraz! – zawołała instruktorka Jedi.
Czterej najlepsi uczniowie Tionny, ukryci za krzakami porastającymi skraj polany, posłużyli się

Mocą. Szybkim jak błyskawica, niemożliwym do przewidzenia ruchem wyrwali rękojeści świetlnych
mieczy z dłoni napastników. Zaskoczeni i zdezorientowani Ciemni Jedi krzyknęli, kiedy uświadomili
sobie,  że  są  bezbronni.  Tionna  i  jej  uczniowie  wyłonili  się  spomiędzy  krzaków  i  otoczyli  kręgiem
czwórkę uczniów Akademii Ciemnej Strony tak, by uniemożliwić im ucieczkę.

– Nie potrzebujemy świetlnych mieczy, żeby was pokonać. Potrafimy was zgnieść jak robaki za

pomocą samej naszej siły! – krzyknął jeden napastnik, pewniejszy siebie niż pozostali. – Siły ciemnej
strony!

Wszyscy  czterej  Ciemni  Jedi  stanęli  obok  siebie,  stykając  się  plecami.  Zaczęli  się  skupiać

i wyciągnęli ręce w stronę uczniów Tionny.

–  Nie  robiłabym  tego,  gdybym  była  na  waszym  miejscu  –  odezwała  się  spokojnie  instruktorka,

pozwalając,  by  na  jej  bladych  ustach  zagościł  lekki  uśmiech.  –  Z  pewnością  nie  chcielibyście
zakłócać  skupienia  moich  uczniów.  Rozumiecie  chyba,  że  jakiekolwiek,  chociażby  najlżejsze
odwrócenie ich uwagi może zakończyć się waszą miażdżącą klęską.

Dopiero wówczas Ciemni Jedi unieśli głowy. Z niedowierzaniem i przerażeniem przekonali się,

że  marmurowy  blok,  który  dotychczas  uważali  za  sklepienie  zrujnowanej  świątyni,  wcale  nie  jest
podtrzymywany przez rozsypujące się kolumny. Stwierdzili, że masywna płyta, z pewnością ważąca
wiele  ton,  wisi  nad  ich  głowami,  nie  opierając  się  na  niczym.  Unosi  się  jak  piórko,  utrzymywana
w stanie równowagi jedynie za pośrednictwem energii Mocy. Uświadomili sobie także, że uczniowie
Tionny wpatrują się w ciężki monolit, nie przestając skupiać na nim myśli.

Czterej osłupiali wojownicy Akademii Ciemnej Strony z wysiłkiem przełknęli ślinę.
–  Możecie  próbować  uciec,  jeżeli  chcecie  –  ciągnęła  Tionna.  –  Możliwe,  iż  dysponujecie  tak

dużymi zasobami energii ciemnej strony, że zdołacie nas pokonać i jeszcze wystarczy wam jej na to,
aby  pochwycić  tę  płytę,  zanim  spadnie  na  wasze  głowy.  To  możliwe.  –  Instruktorka  wzruszyła

background image

ramionami. – Oczywiście, wybór należy do was. Uczynicie, co zechcecie. Muszę jednak oświadczyć,
że nie ryzykowałabym, gdybym znalazła się w waszej sytuacji.

Czterej Ciemni Jedi spojrzeli po sobie, niezdolni wykrztusić choćby słowo. W końcu, jeden po

drugim,  opuścili  ręce  i  rozprostowali  palce,  dotychczas  zaciśnięte  w  pięści,  a  później  poddali  się
uczniom akademii Jedi.

Z piersi Tionny wyrwało się ledwo słyszalne, ale głębokie westchnienie ulgi.
 
W  głębi  dżungli  rosło  dziwne  drzewo,  niskie  i  karłowate,  ale  mające  gruby  pień  i  długie

korzenie.  Wyciągało  na  boki  gałęzie  w  taki  sposób,  że  gdyby  ktoś  zechciał  spojrzeć  na  nie
z  właściwej  strony,  przekonałby  się,  że  przypominają  ludzkie  ręce.  Drzewo  należało  do  grona
uczniów Jedi, studiujących w akademii mistrza Skywalkera. Było inteligentną istotą, poruszającą się
powoli i wykazującą wiele innych cech charakterystycznych dla świata roślin.

Istota  często  zapuszczała  się  w  ostępy  dżungli,  gdzie  całymi  godzinami  pławiła  się

w promieniach słońca. Dzięki zjawisku fotosyntezy przyswajała unoszący się w powietrzu dwutlenek
węgla, ale pochłaniała także minerały z gleby i wodę z rzeki.

Czasami  spędzała  wiele  dni  bez  przerwy,  zajęta  kontemplowaniem  Mocy  i  zastanawianiem  się

nad  własnym  miejscem  we  wszechświecie.  Drzewa  żyły  zazwyczaj  wiele  lat  i  nie  spieszyły  się
z  podejmowaniem  decyzji.  Jeżeli  nie  przemyślały  wszystkiego,  nie  wkraczały  do  akcji.  Mimo  to
w  razie  potrzeby  albo  w  chwili  zagrożenia  istota  potrafiła  poruszać  się  wystarczająco  szybko.
Doskonale  rozumiała  potrzebę  obrony  akademii  Jedi  przed  atakami  tych,  którym  zależało  na  jej
zniszczeniu.

Postanowiła podjąć naukę i oddawała się ćwiczeniom, pragnąc dowiedzieć się czegoś więcej na

temat  Mocy.  Złożyła  przysięgę,  że  będzie  broniła  jasnej,  świetlistej  strony...  a  teraz  znalazła  się
w  samym  środku  walki,  jaką  jej  koleżanki  i  koledzy  wydali  uczniom  Akademii  Ciemnej  Strony.
Żywiący  nieprzyjazne  zamiary  Ciemni  Jedi  przemierzali  wzdłuż  i  wszerz  ostępy  dżungli
w poszukiwaniu ofiar, ale mistrz Skywalker dobrze wyszkolił swoich uczniów. Adepci jasnej strony
stawią opór i zwyciężą w tej walce.

Podobny  do  drzewa  rycerz  Jedi  stał  nieruchomo,  ale  rozglądał  się,  pragnąc  zaobserwować,  co

dzieje  się  w  dżungli...  Istota  wiedziała,  że  wcześniej  czy  później  spotka  się  z  nieprzyjaciółmi.
Musiała tylko uzbroić się w cierpliwość i czekać. Zapuściła głębiej korzenie w bogatą, żyzną glebę,
a  później  pobrała  z  niej  dodatkową  porcję  ożywczych  soli  mineralnych,  zwiększających  zasoby
Mocy.  Czuła,  jak  energia  przenika  jej  tkankę  i  pulsuje,  niemal  gotuje  siew  żyłach.  Wiedziała,  że
dzięki temu osiągnie większą prędkość i precyzję, niezbędne podczas tej jedynej akcji... Przynajmniej
taką miała nadzieję.

Starannie  wybrała  najodpowiedniejsze  miejsce.  Znalazła  się  w  pobliżu  starego,  próchniejącego

drzewa  Massassów,  wyjątkowo  wysokiego.  Z  jego  pnia  wyrastało  wiele  grubych  rosochatych
konarów.  Sam  pień  był  porośnięty  pędami  dzikiej  winorośli,  koloniami  gnijących  grzybów
i  pasożytującą  hubą,  która  czerpała  soki  z  głębi  rdzenia,  powoli  skazując  ogromne  drzewo  na
nieuchronny koniec.

Podobny do drzewa rycerz Jedi zorientował się, że rosnący obok niego staruszek przeżył wiele

wieków,  a  może  nawet  całe  tysiąclecie...  Uświadomił  sobie,  że  chylące  się  drzewo  Massassów
czeka  los  podobny  do  tego,  jaki  spotyka  wszystkie  inne  sędziwe  rośliny.  Zgodnie  z  odwiecznym
cyklem  rozwoju  rośliny  kiełkowały,  dojrzewały  i  owocowały,  by  doczekać  się  potomstwa.  Później

background image

powoli starzały się i rozkładały, żeby w końcu przemienić się w próchnicę – wartościową substancję
organiczną,  niezbędną  dla  rozwoju  następnych  pokoleń.  Istota  widziała,  jak  gigantyczne  drzewo
Massassów coraz bardziej się pochyla... obserwowała otaczającą je dżunglę... i nadal czekała.

W pewnej chwili zaczęła niespiesznie, delikatnie skupiać w sobie wici Mocy. Starała się czynić

to  tak  powoli,  żeby  nawet  najlepsi  adepci  Akademii  Ciemnej  Strony  nie  zorientowali  się,  że
ktokolwiek  manipuluje  ich  umysłami.  Chodźcie  tutaj  –  myślała,  powtarzając  te  słowa  bez  końca.
Spodziewała się, że przynajmniej jeden uczeń Braki usłyszy ją i przybędzie na wezwanie. Możliwe,
że dojdzie do przekonania, iż odbiera myśli jakiegoś nieprzyjaciela władającego jasną stroną Mocy.
Miała nadzieję, że w jego głowie nawet nie zaświta myśl, iż w rzeczywistości wzywa go rycerz Jedi,
przypominający niskopienne, karłowate drzewo.

Po upływie trudnej do określenia części dnia istota, która nie miała zwyczaju mierzyć szybkości

upływu  czasu  za  pomocą  krótkich,  ściśle  określonych  odcinków,  wyczuła  niewielkie,  nie  mające
określonego  kształtu  zakłócenie  Mocy.  Wkrótce  się  przekonała,  że  jego  źródłem  jest  dwóch
napastników,  przybyłych  z Akademii  Ciemnej  Strony.  Intruzi  przedzierali  się  przez  zarośla,  łamiąc
gałązki  krzewów,  zupełnie  jakby  wrażliwy,  delikatny  ekosystem  dżungli  był  dla  nich  co  najwyżej
uprzykrzonym, ale nieuniknionym złem, które z pewnością by wyplenili, gdyby mogli.

Tymczasem rycerz Jedi cierpliwie czekał. Podobna do drzewa istota musiała się skoncentrować,

aby wkroczyć do akcji w odpowiedniej chwili. Wiedziała, że kiedy ta chwila nadejdzie, nie będzie
mogła pozwolić sobie na myślenie, gdyż w przeciwnym razie okazja przepadnie i może nigdy się nie
powtórzyć.

W  zagłębieniu  jednej  z  poskręcanych  gałęzi,  zakończonej  podobnymi  do  palców  wyrostkami,

spoczywała sękata rękojeść świetlnego miecza, ukształtowana tak, żeby mogła być pochwycona przez
drewniane palce.

Na skraju polany ukazali się dwaj Ciemni Jedi. Przystanęli i zaczęli się rozglądać.
– Niczego tu nie widzę. Przynosisz wstyd lordowi Brakissowi – stwierdził jeden, zwracając się

do towarzysza. – Lord Zekk powinien zabronić ci noszenia świetlnego miecza. Po prostu marnujesz
energię ciemnej strony.

– Mówię ci, że coś poczułem – upierał się drugi wojownik Akademii Ciemnej Strony.
Rozglądając  się  na  prawo  i  lewo,  ruszył  przez  polanę.  Wsłuchiwał  się  w  odgłosy  napływające

z cichej dżungli. Drugi Ciemny Jedi ruszył jego śladem, ale każdym gestem i ruchem ciała dawał do
zrozumienia, że ma za złe koledze, iż go tu przyprowadził.

W tej samej chwili rycerz Skywalkera wykorzystał wszystkie zgromadzone zasoby energii jasnej

strony i przystąpił do działania. Wysunął ogniste ostrze świetlnego miecza i wyciągnąwszy podobną
do gałęzi rękę, machnął klingą. Zwinięta dotąd gałąź świsnęła, przecinając powietrze niczym młody
pęd, pragnący się wyprostować.

– Strasznie mi przykro, dziadku – szepnęła istota.
Poczuła,  że  świetlista  klinga  zagłębia  się  w  próchniejącą  tkankę  drzewa  Massassów,  przecina

pień  blisko  korzeni  i  pozwala,  żeby  reszty  dzieła  dokończyła  siła  przyciągania.  Rozłożysta  korona
jeszcze bardziej się przechyliła, a gigantyczny starzec, przeraźliwie trzeszcząc, zwalił się na niczego
nie  przeczuwających  intruzów.  Obaj  mieli  czas  jedynie  spojrzeć  w  górę.  Wydali  zduszone  okrzyki
przerażenia i w następnej sekundzie zniknęli, pogrzebani pod gąszczem łamanych gałęzi i rwących się
pędów winorośli.

Rycerz  Jedi  wyłączył  świetlny  miecz.  Miał  wrażenie,  że  jego  drewniane  ciało  drży.  W  jednej

background image

chwili  wyczerpał  niemal  całe  zasoby  energii,  na  których  gromadzenie  poświęcił  wiele  długich
miesięcy. Istota, dobywając resztek siły, rozprostowała wszystkie gałęzie. Skierowała je w górę, ku
słońcu, a potem jeszcze głębiej zapuściła korzenie w miękką, przesyconą minerałami glebę.

Wiedziała, że musi upłynąć wiele, wiele dni, zanim przyjdzie do siebie po dzisiejszej akcji.

background image

 

 

 

Rozdział 9

 
 
Jaina  przepłynęła  rzekę  i  zaczęła  przedzierać  się  przez  ostępy  dżungli.  Kierując  się  w  stronę

polany,  gdzie  znajdowała  się  stacja  generatorów  ochronnego  pola,  wybierała  drogę  wśród
najdzikszych  chaszczy,  licząc  na  to,  że  może  ukryje  się  w  nich  przed  spojrzeniami  innych
napastników.  Wiedziała,  iż  w  tej  chwili  gąszcz  zarośli  jest  jej  sprzymierzeńcem,  i  postanowiła  ten
fakt  jak  najlepiej  wykorzystać.  Rzecz  jasna,  nie  obawiała  się  stoczyć  pojedynku  z  jakimś  Ciemnym
Jedi, ale pamiętała o zadaniu, jakie jej powierzono... zadaniu, które o wiele bardziej ją pociągało.

Uświadamiała  sobie,  że  dopóki  siłowe  ochronne  pole  pozostaje  wyłączone  w  wyniku

uszkodzenia generatorów, cała okolica akademii Jedi jest narażona na nieustające ataki z powietrza.
Nie  wątpiła,  że  uczniowie  wujka  Luke’a  potrafią  się  obronić,  ale  gdyby  zdołała  jakoś  naprawić  te
generatory i sprawić, że energetyczna kopuła na nowo osłoni wielką świątynię i jej okolice, rycerze
Jedi  o  wiele  łatwiej  poradzą  sobie  z  bezczelnymi  przeciwnikami  i  znacznie  szybciej  ich  pokonają,
jednego po drugim.

Dziewczyna  dotarła  w  końcu  na  skraj  polany,  na  której  niedawno  jej  ojciec  i  Chewbacca

zainstalowali przetransportowane z Coruscant nowe generatory siłowego pola. Niestety, już pierwszy
rzut  oka  pozwolił  jej  na  wyciągnięcie  wniosku,  że  mimo  wrodzonych  zdolności  do  naprawiania
zepsutych mechanizmów, nie zdoła przywrócić sprawności zniszczonym urządzeniom.

Zazwyczaj  wystarczało  coś  przełączyć,  wymienić  uszkodzony  panel  albo  dokonać

prowizorycznej naprawy, by urządzenie przynajmniej przez pewien czas funkcjonowało prawidłowo.
Tym  razem  jednak  sytuacja  wyglądała  o  wiele  poważniej.  Imperialny  sabotażysta  posłużył  się
termicznymi  detonatorami,  za  pomocą  których  wysadził  w  powietrze  zasilacze  generatorów  i  w  ten
sposób  zniszczył  całą  stację  dostarczającą  energii  siłowemu  polu.  Wszystko  zamieniło  się  w  stos
stopionego metalu i dymiących szczątków. Żadna prowizoryczna naprawa nie mogła zmusić urządzeń
do ponownej pracy.

Jaina spoglądała na generatory wszakże tylko przez krótką chwilę. Spostrzegła coś, co zaparło jej

dech w piersi.

Na  polanie  spoczywał  imperialny  myśliwiec  typu  TIE.  Maszyna  sprawiała  wrażenie  nie

uszkodzonej.

Od  czasu,  kiedy  Chewbacca  podarował  Lowiemu  mały  śmigacz  typu  T-23  zwany  gwiezdnym

skoczkiem, Jaina marzyła o tym, aby także latać własnym powietrznym statkiem. Chęć spełnienia tego
marzenia  stanowiła  zresztą  główny  bodziec,  skłaniający  ją  do  działania.  To  właśnie  dlatego
postanowiła  naprawić  pogruchotaną  maszynę  typu  TIE,  którą  młodzi  rycerze  Jedi  znaleźli  kiedyś
w ostępach dżungli... Myśliwiec, należący do Qorla.

Dziewczyna stała jak sparaliżowana, ogarnięta zachwytem i podnieceniem. Nie słyszała niczego,

background image

jeżeli  nie  liczyć  stłumionych  odgłosów  walki  toczącej  się  w  głębi  dżungli,  a  także  odległych
okrzyków i grzmotów blasterowych strzałów, dolatujących z okolic wielkiej świątyni.

Odpięła rękojeść świetlnego miecza i przycisnęła guzik, żeby włączyć zasilanie. Z cylindrycznej

obudowy wysunęła się świetlista klinga, płonąca jaskrawofioletowym blaskiem. Dziewczyna zaczęła
się  skradać  w  stronę  nieruchomej  maszyny.  Była  gotowa  stanąć  w  każdej  chwili  do  walki,  gdyby
z zarośli wyszedł nagle pilot myśliwca typu TIE, uzbrojony w blaster. Jaina nie wyczuwała jednak
w  gąszczach  niczyjej  obecności.  Żadne  dźwięki  nie  świadczyły  również  o  tym,  by  ktokolwiek
przebywał w kabinie maszyny.

– Halo? – zawołała. – Lepiej się poddaj, jeżeli jesteś imperialnym pilotem! – Odczekała chwilę,

a później, nie bardzo wiedząc, co robić, dodała: – Hej, czy jest tam ktoś w środku?

Jedyną odpowiedzią, jaką usłyszała, był szmer liści drzew i krzewów rosnących w dżungli.
Skradając  się  przez  cały  czas  w  stronę  maszyny,  dziewczyna  w  końcu  pozwoliła,  by  górę  nad

ostrożnością wzięła chęć obejrzenia znaleziska. Podbiegła do opuszczonego myśliwca, który z bliska
wyglądał  groźnie  i  ponuro.  Zwróciła  uwagę  na  kabinę  zawieszoną  między  dwoma  sześciokątnymi
płaskimi panelami ogniw energetycznych, bliźniacze silniki jonowe, stanowiące napęd maszyny typu
TIE podczas lotów w przestworzach, i gniazda śmiercionośnych laserowych działek.

Przez głowę Jainy przelatywały z szybkością błyskawicy różne myśli. Dziewczyna zastanawiała

się nad tym, co mogłaby zrobić, gdyby znalazła się za sterami. Jeśliby wystartowała i przyłączyła się
do  innych  krążących  nad  wielką  świątynią  i  okolicą  imperialnych  maszyn,  zapewne  ani  jeden  pilot
Akademii  Ciemnej  Strony  nie  powziąłby  najmniejszych  podejrzeń  ani  nawet  nie  zwrócił  na  nią
uwagi.  Mogłaby  przeniknąć  do  ich  szyku,  a  żaden  nie  zorientowałby  się,  że  w  rzeczywistości  jest
wrogiem... dopóki nie zaczęłaby strzelać.

Dziewczyna  wyłączyła  świetlny  miecz,  otworzyła  zamek  owiewki  i  cichaczem  wspięła  się  do

kabiny.  Poznała,  jak  funkcjonują  urządzenia  sterownicze  myśliwca  typu  TIE,  kiedy  przy  pomocy
przyjaciół naprawiała należącą do pilota Qorla uszkodzoną imperialną maszynę. Wiedziała, do czego
służą  umieszczone  na  pulpicie  sterowniczym  guziki,  i  potrafiła  włączyć  zasilanie  wszystkich
podsystemów  i  podzespołów.  I  mimo  iż  skazany  na  zapomnienie  stary  pilot  odleciał,  zanim  miała
szansę  wystartować  i  odbyć  chociażby  próbny  lot,  Jaina  była  przekonana,  że  da  sobie  radę
z pilotowaniem.

Usadowiła się w fotelu pilota, mimochodem zwracając uwagę na unoszącą się w kabinie kwaśną

woń  potu  i  odór  zastarzałych  smarów.  Przypomniała  sobie,  że  Imperium  nigdy  nie  troszczyło  się
o  usuwanie  nieprzyjemnych  zapachów.  Obok  niewielkiej  konsolety,  zawierającej  urządzenia  do
regenerowania  powietrza,  wisiała  rezerwowa  maska  tlenowa.  Kiedy  Jaina  zatrzasnęła  owiewkę
kabiny, poczuła się, jakby siedziała zamknięta w ochronnej muszli. Nie bardzo mogła się poruszyć,
ale  za  to  miała  wszystkie  urządzenia  kontrolne  i  sterujące  w  zasięgu  palców.  Przez  segmentowany
transpastalowy iluminator mogła obserwować, co dzieje się na zewnątrz maszyny.

Znalazła  włącznik  zasilania  i  nie  wahając  się  ani  chwili,  przestawiła  dźwigienkę.  Poczuła,  jak

silniki pomrukując obudziły się do życia. Baterie zaczęły się ładować, a urządzenia, jedno po drugim,
zgłaszały  gotowość  do  pracy.  Na  otaczających  dziewczynę  pulpitach  kontrolnych  i  tablicach
rozjarzyły  się  i  zamrugały  setki  różnobarwnych  lampek.  Jaina  zaczerpnęła  głęboki  haust  powietrza,
zapięła sprzączki pasów bezpieczeństwa i chwyciła dźwignie sterownicze.

–  Wszystkie  systemy  gotowe  do  startu  –  szepnęła  do  siebie,  lekko  się  uśmiechając.  Spojrzała

w  niebo,  starając  się  dostrzec  na  nim  czarne  punkciki  innych  nieprzyjacielskich  maszyn.  –  No,

background image

dobrze,  piloci  imperialnych  myśliwców  typu  TIE  –  dodała.  –  Przygotujcie  się,  bo  już  niedługo
będziecie mieli towarzystwo!

Pociągnęła  za  dźwignię  i  maszyna  łagodnie  oderwała  się  od  ziemi.  Kiedy  znalazła  się  na

wysokości  wierzchołków  drzew,  Jaina  poczuła,  że  ogarnia  ją  uniesienie.  Cieszyła  się,  że  leci.
Odnosiła  jednak  wrażenie,  że  we  wnętrzu  kabiny  panuje  niewiarygodna  cisza,  dopóki  nie
uświadomiła  sobie,  że  bardziej  hałaśliwe  silniki  startowe  umilkły  po  wykonaniu  zadania.
Zorientowała się także, że jej maszyna typu TIE leci tak cicho, ponieważ silniki wykorzystują jedynie
ułamek  mocy.  A  więc  to  dlatego  nieprzyjacielski  pilot  mógł  prześlizgnąć  się  pod  krawędzią
ochronnego  pola,  nie  zauważony  przez  nikogo!  Jaina  nie  miała  najmniejszych  wątpliwości,  że
wszystkie  urządzenia  i  podzespoły  myśliwca  funkcjonują  prawidłowo,  a  komandos  Akademii
Ciemnej  Strony  przeleciał  cichaczem,  ponieważ  bliźniacze  silniki  jonowe  jego  maszyny  nie
wydawały charakterystycznego skowytu.

No, dobrze – pomyślała Jaina. Ona także potrafi zachowywać się cicho i śmiertelnie skutecznie.

Wzleciała  jeszcze  wyżej,  po  czym  rozejrzała  się  po  najbliższej  okolicy,  wypatrując  celów.  Później
wystrzeliła  w  przestrzeń  jak  wyrzucona  z  katapulty,  nie  przestając  zachwycać  się  faktem,  że  leci.
Dziewicza dżungla w dole zamieniła się w rozmazaną zieloną plamę, upstrzoną brązowymi cętkami
gałęzi i konarów.

W górze ujrzała sześć imperialnych maszyn typu TIE, lecących w luźnym szyku i ostrzeliwujących

drzewa  w  dżungli,  pozostałości  świątyń,  a  nawet  miejsca,  które  nigdy  nie  były  wykorzystywane
w  procesie  kształcenia  młodych  rycerzy  Jedi.  Na  przykład  Pałac  Wełnolamandrów  –  ogromna
świątynia,  po  której  pozostały  same  ruiny  –  był  raz  po  raz  smagany  sztychami  oślepiająco  jasnych
błyskawic,  wyskakujących  z  luf  laserowych  działek,  mimo  iż  Jaina  nie  pamiętała,  aby  pośród
rumowisk przebywali kiedykolwiek jacyś młodzi rycerze.

Włączyła  odbiornik  komunikatora  i  zaczęła  się  wsłuchiwać  w  chrapliwe  głosy  imperialnych

pilotów.  Napastnicy,  nie  zaprzątając  sobie  głów  koniecznością  zachowywania  ciszy  w  eterze,
rozmawiali  na  temat  szczegółów  planu  ataku  albo  wskazywali  kolegom  nowe  cele.  Czasami  także
wymieniali  uwagi  na  temat  biegnących  uczniów  Jedi,  usiłujących  się  ukryć  pod  rozłożystymi
gałęziami ogromnych drzew Massassów.

Jaina  nie  włączała  jednak  zasilania  mikrofonu  własnego  nadajnika.  Dołączyła  do  szyku  innych

myśliwców typu TIE, ale trzymała się na samym końcu. W pewnej chwili usłyszała, że piloci meldują
dowódcy  grupy,  iż  ją  zauważyli.  Nie  zamierzała  wzbudzać  ich  podejrzeń,  jakie  z  pewnością  by
powzięli,  gdyby  usłyszeli  w  głośnikach  dziewczęcy  głosik.  Jedynie  kilkakrotnym  włączeniem
i wyłączeniem mikrofonu potwierdziła fakt, że usłyszała ich meldunek.

A później przesłała energię do systemów uzbrojenia.
Usłyszała, że jeden z imperialnych pilotów powiedział:
– Wystarczy dzisiaj celów dla wszystkich. Spróbujmy narobić jak najwięcej zamieszania.
Przygryzła dolną wargę i kiwnęła głową.
– Tak – mruknęła do siebie. – Spróbujmy narobić jak najwięcej zamieszania.
Przymknęła oczy i skupiła się, pragnąc poczuć energię przepływającej przez nią Mocy. Mimo iż

miała do dyspozycji wiele czujników i przyrządów zainstalowanych na pokładzie myśliwca TIE, nic
nie  mogło  dorównać  wyostrzonym  zmysłom  Jedi.  Dziewczyna  chciała  posłużyć  się  nimi,  by
zwiększyć  szybkość  i  precyzję  swoich  ruchów.  Musiała  błyskawicznie  mierzyć  do  celu  i  strzelać,
i znów mierzyć, i znów strzelać... Miała tylko tę jedną szansę, jaką dawało zaskoczenie napastników,

background image

i zamierzała ją jak najlepiej wykorzystać.

Chwyciła  dźwignię  spustową  broni  i  skupiła  spojrzenie  na  mechanizmie  celowniczym.

Wyrównała  lot  maszyny  i  leciała  w  pewnej  odległości  za  imperialnymi  myśliwcami.  Musiała
unieszkodliwiać je za pomocą jednego strzału. Nie mogła ryzykować kilkakrotnego mierzenia do tego
samego celu, ponieważ kiedy otworzy ogień do niczego nie podejrzewających imperialnych pilotów,
ich koledzy nie będą tym zachwyceni.

Postanowiła brać na cel najbardziej wrażliwe miejsca każdej maszyny: silniki i wsporniki, które

łączyły  je  z  zawierającymi  energetyczne  ogniwa  płaskimi  panelami.  Spodziewała  się,  że  kiedy
zacznie strzelać, pozostałe imperialne myśliwce złamią szyk i pójdą w rozsypkę, po czym ukażą jej
płaszczyzny ogniw. Wówczas zacznie mierzyć do ogromnych sześciokątnych płyt... dużych celów, do
jakich z pewnością nie chybi.

Zaczęła  odliczać  w  myślach,  kierując  lufy  laserowych  działek  ku  najbliższej  maszynie.  Na  co

jeszcze czekam? – zapytała siebie.

Zacisnęła  zęby,  aż  zgrzytnęły,  a  później  wypuściła  krótką  błyskawicę.  W  następnej  sekundzie

obróciła lufę działka chyba tak szybko, jak leci gwiezdny statek w nadprzestrzeni, żeby wziąć na cel
drugą maszynę TIE. Zanim następna ognista nitka trafiła w przytwierdzony do kabiny cienki wspornik
i  oderwała  płaski  panel  z  ogniwami,  pierwszy  myśliwiec  TIE  zanurkował  i  koziołkując  w  locie,
zaczął opadać ku zielonemu baldachimowi liści.

Jaina  posłała  następną  błyskawicę,  mierząc  w  rufowy  wspornik  drugiej  maszyny.

Nieprzyjacielski  myśliwiec  TIE  eksplodował  tuż  przed  transpastalowym  iluminatorem  statku  Jainy.
Dziewczyna  była  pewna,  że  zostałaby  oślepiona,  gdyby  w  tym  samym  ułamku  sekundy,  jakby
przeczuwając, że imperialny myśliwiec zamieni się w ognistą kulę, nie odwróciła spojrzenia w inną
stronę. Po krótkiej chwili, kiedy skierowała lufy działek ku trzeciemu celowi, usłyszała w odbiorniku
komunikatora  krzyki  ogarniętych  paniką,  przerażonych  i  zdezorientowanych  imperialnych  pilotów.
Jak przewidywała, pozostałe maszyny złamały szyk i poleciały w różne strony.

Zrozumiała, że nie ma ani chwili do stracenia.
Trzeci  myśliwiec  typu  TIE,  zataczając  szeroki  łuk,  zwrócił  się  bokiem  do  niej.  Jaina

wykorzystała nadarzającą się okazję i przejechała ognistą nitką po powierzchni panelu. Sześciokątna
płyta oderwała się i zahaczyła krawędzią o segment iluminatora. Trzecia imperialna maszyna wpadła
w  korkociąg  i  roztrzaskała  się  o  konary  drzew  rosnących  w  dole,  ale  tymczasem  trzy  pozostałe
myśliwce zawróciły i skierowały się ku statkowi Jainy.

Dziewczyna  zamrugała,  oślepiona  blaskiem  laserowych  błyskawic,  jakie  wyskoczyły  z  luf  ich

działek  i  przeleciały  obok  kabiny.  Wprowadziła  swój  myśliwiec  TIE  w  kontrolowany  korkociąg.
Posługując się Mocą, przeczuwała, którędy mogą przelecieć następne nitki. Pamiętała, że w podobny
sposób  postępował  wujek  Luke,  ustawiając  ostrze  świetlnego  miecza  tak,  aby  odbijać  na  boki
nadlatujące  blasterowe  błyskawice.  Jaina  kierowała  maszynę  raz  w  lewo,  raz  w  prawo.  Czasami
wyrównywała  lot,  by  po  sekundzie  znów  zanurkować.  W  pewnej  chwili  nadała  myśliwcowi
największą możliwą prędkość i zaczęła oddalać się od miejsca walki.

Piloci trzech pozostałych imperialnych myśliwców puścili się jednak w pogoń niczym psy gończe

za  ofiarą.  Nieustannie  zasypywali  maszynę.  Jainy  seriami  laserowych  błyskawic.  Postanowili
zignorować  różne  naziemne  cele,  dotychczas  nękane  przez  nich  strzałami  z  laserowych  działek.
Skupili uwagę na pojedynczym celu, zdrajcy, który w tajemniczych okolicznościach przeniknął do ich
eskadry.

background image

Jaina wymykała się im, jak umiała, i pragnąc uniknąć trafienia, raz po raz zmieniała kierunek lotu.

Już  dawno  opuściło  ją  uniesienie,  jakie  odczuwała  na  początku  walki.  Dziewczyna  żałowała,  że
kierując  się  impulsem  chwili,  postanowiła  zaatakować  imperialne  maszyny.  Śmigała  nad  falującym
oceanem liści, starając się uciec zaciekłym prześladowcom.

background image

 

 

 

Rozdział 10

 
 
W  otaczającej  wielką  świątynię  cienistej  dżungli  Luke  Skywalker  i  niemal  wszyscy  jego

uczniowie  Jedi  czuli  się  jak  w  domu.  Mimo  szalejącej  wokół  nich  bitwy,  toczonej  między  siłami
światłości i ciemności – a może właśnie z powodu tej bitwy – na myśl o tym, że przebywa w leśnej
głuszy,  mistrza  Jedi  ogarnął  wielki  spokój.  Dziewicza  dżungla  stanowiła  ostoję  milionów  żyjących
zwierząt  i  roślin,  a  zatem  była  przesycona  energią  Mocy,  wiążącą  wszystko,  co  żyło  we
wszechświecie.

Luke Skywalker sięgnął ręką do pasa, by przekonać się, czy nie zgubił świetlnego miecza. Kiedy

stwierdził,  że  rękojeść  jest  nadal  przyczepiona,  jak  zwykle,  obok  miniaturowego  komunikatora,
postanowił  zaczerpnąć  energii  Mocy.  Skupił  ją  i  pozwolił,  żeby  przepłynęła  przez  jego  ciało
i powiadomiła go o wszystkich walkach, jakie toczyły się w otaczającej dżungli.

Uświadomił  sobie,  że  odbiera  emocje  swoich  uczniów.  Zaczął  wysyłać  wici  Mocy,  żeby

pokrzepić jednego na duchu i umocnić wiarę w jego umiejętności, ostrzec drugiego przed grożącym
mu  niebezpieczeństwem  związanym  z  niespodziewanym  atakiem,  czy  zachęcić  do  dalszej  walki
trzeciego, którego z wolna zaczynało ogarniać zniechęcenie.

Nagle  jakaś  laserowa  błyskawica,  wystrzelona  z  lufy  działka  śmigającego  nad  drzewami

myśliwca typu TIE, przeleciała między gałęziami pobliskich drzew i wznieciła mały pożar, zapalając
zeschnięte krzaki. Luke musiał ukryć się w zaroślach, żeby nie zakrztusić się gryzącym siwym dymem,
buchającym z płonących roślin.

Uwolnił  myśli,  starając  się  dotrzeć  nimi  do  punktu,  gdzie  toczyły  się  najbardziej  zacięte  walki.

Chciał odnaleźć miejsce, w którym jego pomoc mogłaby się najbardziej przydać. Przed dwudziestu
kilku laty, kiedy Gwiazda Śmierci majaczyła nad porośniętym dżunglą małym księżycem, doskonale
wiedział,  co  ma  robić.  Superlaser  imperialnej  bojowej  stacji  mógł  zamieniać  całe  planety  w  ruiny
i  zgliszcza.  Młody  Luke  nie  miał  wówczas  najmniejszych  wątpliwości,  że  potężna  broń  Imperium
musi zostać zniszczona. Mając Moc za sprzymierzeńca, dokonał tej sztuki.

Obecna bitwa różniła się jednak od tamtej pod tym względem, że nie miał na czym skupić myśli.

Tym  razem  Akademia  Ciemnej  Strony  nie  dysponowała  żadną  śmiercionośną  superbronią,  którą
powinien  unieszkodliwić.  Wysyłane  w  przestworza  sygnały  akademii  Jedi  były  zakłócane,
a  imperialny  sabotażysta  zniszczył  generatory  ochronnego  siłowego  pola.  Artoo-Detoo  i  „Ścigacz
Cieni”  zostali  uwięzieni  w  hangarze  wielkiej  świątyni,  a  więc  Luke  nie  mógł  nawet  polecieć  na
orbitę, aby stoczyć walkę na pokładzie imperialnej gwiezdnej stacji.

Szturmem  oddziałów  lądowych  kierowała  Tamith  Kai,  złowieszcza  Siostra  Nocy.  Wiedźma

przebywała na pokładzie gigantycznej szturmowej platformy, unoszącej się nad wierzchołkami drzew
w  odległości  zaledwie  kilku  kilometrów  od  ogromnej  piramidy.  Luke  wyczuwał  jednak,  że  atak

background image

oddziałów  naziemnych  i  myśliwców Akademii  Ciemnej  Strony  ma  na  celu  jedynie  nękanie  garstki
jego uczniów.

Piloci  maszyn  typu  TIE  skupiali  się  na  atakowaniu  wielkiej  świątyni,  ale  oddziały  lądowe

i  Ciemni  Jedi  zostali  wysłani  do  walki  przeciwko  uczniom  Luke’a  z  zadaniem  toczenia  z  nimi
pojedynków.  Możliwe,  że  gdyby  dowódcy  Akademii  Ciemnej  Strony  zdecydowali  się  zastosować
inną taktykę walki, pokonaliby przeciwników o wiele łatwiej i szybciej. Uważny obserwator mógłby
nawet odnieść wrażenie, że Brakiss chce, żeby zwycięstwo przyszło z wielkim trudem.

Luke wiedział, że właśnie w tym musi kryć się odpowiedź na pytanie, jak pokonać wojowników

mistrza Ciemnych Jedi.

Nagle z głośnika miniaturowego komunikatora wydobył się donośny pisk, świadczący zazwyczaj

o pojawieniu się ważnej wiadomości. Mistrz Jedi poczuł, że ogarnia go zdumienie. Uczniowie jego
akademii  rzadko  posługiwali  się  komunikatorami,  ale  Skywalker  nie  rozstawał  się  z  urządzeniem.
Pragnął,  żeby  zwłaszcza  teraz,  kiedy  młodzi  rycerze  Jedi  przeżywali  trudne  chwile,  mogli
porozumieć  się  z  nim  jak  najszybciej,  gdyby  musieli  przekazać  jakąś  ważną  informację.  Mimo  iż
łącznościowcy  Akademii  Ciemnej  Strony  zagłuszali  wysyłane  z  terenu  wielkiej  świątyni
dalekosiężne sygnały, Artoo-Detoo mógł porozumiewać się z mistrzem Jedi bez trudu.

Luke przycisnął guzik i włączył urządzenie.
– Pozostań tam, gdzie jesteś, Artoo – powiedział. – Uwolnimy cię, kiedy tylko bitwa dobiegnie

końca.

Zanim  jednak  zdołał  dodać  coś  więcej,  w  odbiorniku  miniaturowego  urządzenia  rozległ  się

głęboki głos jakiegoś mężczyzny.

–  ...znaczona  dla  Luke’a  Skywalkera.  Powtarzam:  ta  wiadomość  jest  przeznaczona  dla  Luke’a

Skywalkera. Jeżeli ktoś mnie słyszy, proszę natychmiast o odpowiedź.

Luke  przez  chwilę  wpatrywał  się  w  małe  pudełko,  jakby  nie  mógł  uwierzyć  własnym  uszom.

Dopiero po chwili ocknął się i zapytał:

– Kto mówi?
Zanim poznał odpowiedź na to pytanie, zmysły Jedi pozwoliły mu zorientować się, kim jest jego

rozmówca.

–  Możesz  nazywać  mnie  mistrzem  Brakissem  –  odezwał  się  mężczyzna.  –  Powiedz  swojemu

nauczycielowi,  że  przekazuję  tę  wiadomość  na  wszystkich  kanałach.  Z  pewnością  zechce  ze  mną
porozmawiać.

– Tu mówi Luke Skywalker – odpowiedział mistrz Jedi. – Jeżeli masz dla mnie jakąś wiadomość,

możesz ją przekazać.

Czuł ból serca, które chyba zaczęło obijać się o żebra. Uświadomił sobie jednak, że przenika je

zdumienie, a nie trwoga.

W odbiorniku komunikatora zabrzmiał szczery, chociaż cichy chichot.
–  No  cóż,  mój  stary  nauczycielu...  –  zaczął  Brakiss.  –  Kiedyś  nazywałem  ciebie  mistrzem.

Naprawdę cieszę się, że cię znów słyszę.

– Czego chcesz ode mnie, Brakissie? – zapytał rzeczowo Skywalker.
–  Spotkać  się  z  tobą  –  odparł  równie  rzeczowo  naczelnik  Akademii  Ciemnej  Strony.  –  Tylko

z  tobą.  Sam  na  sam.  Na  neutralnym  terenie.  Jak  równy  z  równym.  Kiedy  ostatnio  się  widzieliśmy,
przybyłeś  do  mojej  uczelni,  by  uwolnić  trójkę  smarkaczy  Jedi.  Nie  mieliśmy  wówczas  okazji
dokończenia naszej... rozmowy.

background image

Luke przez chwilę milczał, zastanawiając się nad otrzymaną propozycją. Spotkanie z Brakissem?

Może właśnie w tym krył się klucz do rozwiązania problemu, nad którym tak długo się głowił. Mimo
wszystko,  cóż  mogło  mieć  istotniejsze  znaczenie  dla  przebiegu  walki  niż  spotkanie  z  naczelnikiem
Akademii Ciemnej Strony? Gdyby Luke potrafił przemówić mu do rozumu i przekonać, aby przestał
kroczyć  ścieżkami  ciemnej  strony,  może  zdołałby  wygrać  tę  walkę,  zanim  zginie  zbyt  wiele  istot
ludzkich.

–  Gdzie,  Brakissie?  –  zapytał.  –  O  jakim  neutralnym  miejscu  myślałeś,  kiedy  składałeś  mi  tę

propozycję?

– Przypuszczam, że w tej chwili nie może być mowy ani o mojej, ani o twojej akademii – odparł

Brakiss.

– Zgadzam się z tobą.
–  A  zatem  niech  to  będzie  miejsce,  znajdujące  się  z  daleka  od  terenu  walki.  Może  na

przeciwległym  brzegu  rzeki,  w  Świątyni  Niebieskiego  Liścia?  Pamiętaj  jednak  o  tym,  że  musisz
przybyć sam.

– A ty przybędziesz sam? – zapytał Skywalker. Brakiss wybuchnął serdecznym śmiechem.
–  Oczywiście.  Nie  potrzebuję,  by  ktokolwiek  wspierał  mnie  albo  bronił.  Mam  nadzieję,  że

dotrzymasz danego słowa.

Luke  odczekał  chwilę,  by  upewnić  się,  że  naprawdę  Moc  kieruje  jego  poczynaniami.  I  on,

i Brakiss potrafili tak precyzyjnie władać Mocą, że każdy z nich wyczułby, gdyby drugi żywił jakieś
niecne zamiary.

– Niech będzie, jak chcesz, Brakissie – odezwał się w końcu. – Spotkam się tam z tobą. Przyjdę

sam, a wówczas załatwimy nasze sprawy. Raz na zawsze.

background image

 

 

 

Rozdział 11

 
 
– Hej, to wcale nie było takie trudne – odezwał się uradowany Jacen.
Pochylił  się  do  przodu,  ale  nie  wstał  z  fotela  drugiego  pilota.  Krzesło  zaskrzypiało,

a w niezliczonych pęknięciach i szczelinach oparcia ukazała się wyściółka. Silniki „Piorunochronu”
mruczały,  jęczały  i  krztusiły  się,  ale  w  końcu  towarowy  transportowiec  wyskoczył  ponad  warstwy
atmosfery.

–  Musiałeś  to  wykrakać,  prawda,  chłopcze?  –  zapytał  Peckhum,  słysząc  pisk  alarmowych

sygnałów,  wydobywający  się  z  pulpitu  kontrolnego.  Zbliżały  się  nieprzyjacielskie  maszyny.
Następne. – Nadlatują cztery imperialne myśliwce typu TIE. Wygląda na to, że dopiero wystartowały
z hangarów Akademii Ciemnej Strony.

Jacen  przełknął  ślinę,  przyglądając  się  lecącym  jednostkom  i  zastanawiając  się  nad  tym,  dokąd

się skierują. Pokręcił głową.

– Och, blasterowe błyskawice! – mruknął. – Lepiej będzie, jeżeli wyślemy ten sygnał alarmowy,

zanim zaczną nas ostrzeliwać. W przeciwnym razie pomoc dla akademii Jedi może przyjść za późno.

Peckhum  obdarzył  go  ponurym  spojrzeniem.  Podkrążone,  przekrwione  oczy  starego  pilota

zdradzały, że sytuacja nie wygląda najlepiej.

–  Musisz  sam  zająć  się  wysłaniem  tego  sygnału,  Jacenie  –  powiedział.  –  Będę  bardzo  zajęty

wykonywaniem różnych manewrów i uników. Mam nadzieję, że statek to wytrzyma. – Poklepał pulpit
kontrolnej  konsolety.  –  Przykro  mi,  że  ci  to  robię,  staruszku,  ale  nie  na  darmo  nazwałem  cię
„Piorunochronem”. Pokażemy tym imperialnym pilotom, co potrafimy.

Jacen  zaczął  oglądać  pokrętła  i  przełączniki  przestarzałego,  nieznanego  komunikatora.  Nie  miał

pojęcia, jak nastawić odpowiednią częstotliwość. Czuł się zagubiony. Żałował, że nie ma przy nim
Jainy.  To  ona  była  ekspertem,  jeżeli  chodziło  o  obsługiwanie  i  naprawianie  urządzeń  i  systemów.
Wiedziałaby, jak wysłać sygnał, żeby przedarł się przez trzaski i zakłócenia, trajkotanie imperialnych
pilotów i warstwę ekranującą, utrudniającą nadawanie.

Chłopiec  postanowił  w  końcu  wysłać  sygnał,  korzystając  ze  wszystkich  możliwych

częstotliwości  nadajnika  i  największej  mocy,  jaką  dysponował  komunikator.  Miał  nadzieję,  że  jej
pobór  nie  okaże  się  na  tyle  duży,  by  osłabić  energetyczne  pola  chroniące  „Piorunochron”  przed
strzałami nieprzyjacielskich maszyn.

– Tu mówi Jacen Solo – zaczął, a później kilka razy chrząknął. Nie miał pojęcia, co powiedzieć,

ale doszedł do wniosku, że szczegóły i tak nie mają większego znaczenia. – Uwaga, uwaga! Wzywam
Nową  Republikę.  Znaleźliśmy  się  w  krytycznej  sytuacji.  Mówi  Jacen  Solo  z  Yavina  Cztery.
Potrzebujemy  natychmiastowej  pomocy.  Jesteśmy  atakowani  przez  myśliwce  i  żołnierzy  Akademii
Ciemnej Strony!

background image

Powtarzam:  imperialne  myśliwce  atakują  akademię  Jedi.  Prosimy  o  natychmiastową  pomoc.

Nasze  generatory  pól  siłowych  zostały  zniszczone.  W  tej  chwili  toczą  się  walki  na  lądzie,
a z powietrza atakują myśliwce typu TIE. Sytuacja jest groźna. Prosimy o natychmiastową pomoc. –
Wyłączył mikrofon i popatrzył na Peckhuma. – Jak mi poszło? – zapytał.

– Doskonale, chłopcze – odparł stary pilot.
W  następnej  sekundzie  zmienił  kurs,  a  po  chwili  zanurkował,  i  lecąc  po  spirali  skierował  się

znów ku powierzchni Yavina Cztery. W pobliżu „Piorunochronu” śmignęły cztery myśliwce typu TIE,
plując  ogniem  z  luf  wszystkich  laserowych  działek.  Jeden  strzał  rozprysnął  się  na  dolnym  polu
ochronnym  transportowca,  ale  pozostałe  przeleciały  przez  miejsce,  w  którym  statek  znajdował  się
jeszcze przed chwilą. Poszybowały w mroki przestworzy, nie powodując żadnych zniszczeń.

– Kiedyś, bardzo dawno, byłem całkiem niezłym pilotem – odezwał się Peckhum. – Możliwe, że

nadal jestem... Przynajmniej tak uważam.

Jeden myśliwiec typu TIE odłączył się od pozostałej trójki i zatoczył ciasny łuk. Jego pilot zaczął

strzelać,  nie  zawracając  sobie  głowy  celowaniem,  wskutek  czego  w  przestworza  poszybowały
następne ogniste błyskawice.

Peckhum obniżył lot i wszedł w górne warstwy atmosfery, na skutek czego dolna część kadłuba

zaczęła  się  rozgrzewać.  Później  ponownie  wystrzelił  świecą  w  górę,  a  kiedy  znalazł  się  nad
imperialną  maszyną,  zatoczył  łuk  i  zawrócił.  Tymczasem  pilot  myśliwca  typu  TIE  nie  dawał  za
wygraną  i  strzelał  bez  przerwy,  powtarzając  każdy  manewr  statku  Peckhuma.  W  pewnej  chwili
z  pulpitu  sterowniczego  pokiereszowanego  transportowca  strzeliły  snopy  iskier.  Na  konsoletach
aparatury diagnostycznej zamrugały czerwone lampki.

– Hmmm... Peckhumie? – zapytał Jacen. – Co oznaczają te alarmowe światełka?
– Oznaczają, że nasze ochronne pola słabną.
Chłopiec  rozejrzał  się  po  sterowni.  Szukał  jakiegoś  komputera  celowniczego  albo  dźwigni

spustowej.

– Czy twój statek nie jest uzbrojony?
Peckhum chrząknął i ponownie skierował transportowiec ku powierzchni Yavina Cztery.
– To jednostka przystosowana do transportu towarów, chłopcze – przypomniał cicho. – Pamiętaj

także o tym, że najlepsze dni ma już za sobą. Nie spodziewałem się, że zostanę zmuszony do wzięcia
udziału  w  walce.  Do  licha,  cieszę  się,  że  przynajmniej  urządzenie  przyrządzające  posiłki  w  ogóle
jeszcze funkcjonuje.

Pozostałe  trzy  jednostki  imperialnej  eskadry  odleciały,  by  zająć  się  ostrzeliwaniem  akademii

Jedi,  ale  pilot  czwartego  myśliwca  typu  TIE  pozostał,  ogarnięty  tylko  jedną  myślą.  Tym  razem
urządzenia  celownicze  jego  maszyny  zdołały  namierzyć  statek  i  większość  laserowych  błyskawic
trafiała w kadłub bezbronnego „Piorunochronu”.

– Ten gość naprawdę chce nas wykończyć – stwierdził ponuro Jacen.
Peckhum  przyspieszył  jeszcze  bardziej,  przeciążając  silniki  poza  granice  bezpieczeństwa.

Wysłużony  transportowiec  stęknął  i  zatrzeszczał,  po  czym,  raz  po  raz  miotany  na  boki  podmuchami
wiatru, zaczął pogrążać się w atmosferze.

Jacen zachwiał się i omal nie spadł z siedzenia. Ponownie chwycił mikrofon komunikatora.
–  Tu  mówi  Jacen  Solo.  Znaleźliśmy  się  w  rozpaczliwym  położeniu.  Wzywamy  pomocy.  Jakiś

myśliwiec usiłuje zestrzelić nasz transportowiec. Proszę... czy ktoś nie zechciałby nam pomóc?

Nie przestając manewrować statkiem, Peckhum spojrzał na Jacena kątem oka.

background image

– Nikt nie przyleci tu tak szybko, żeby zdążyć, chłopcze – powiedział.
Jacen przypomniał sobie podobnie beznadziejną sytuacje., w jakiej znalazł się kiedyś jego wujek.

Luke  Skywalker  leciał  wówczas  wąskim  korytarzem,  starając  się  trafić  protonową  torpedą
w  niewielki  otwór  wentylacyjnego  szybu  Gwiazdy  Śmierci.  Jego  X-skrzydłowiec  był  namierzany
przez  aparaturę  celowniczą  maszyny  Dartha  Vadera,  a  Luke  nie  potrafił  zgubić  ścigających  go
myśliwców  typu  TIE  i  maszyn  przechwytujących.  Wówczas  także  sytuacja  wyglądała  niewesoło...
a jednak ojciec Jacena, Han Solo, pojawił się jakby znikąd i pomógł wujowi wykonać zadanie.

Tym  razem  Jacen  wiedział  jednak,  że  ojca  nie  ma  nigdzie  w  pobliżu,  a  nie  potrafił  sobie

wyobrazić,  by  ktoś  nieoczekiwany  wyskoczył  z  nadprzestrzeni,  żeby  wziąć  udział  w  walce
i zatroszczyć się o nieprzyjacielską maszynę. Nie mógł liczyć na to, że będzie miał tyle szczęścia.

W odbiorniku komunikatora rozległy się szumy i trzaski zakłóceń, po których odezwał się czyjś

triumfujący, gburowaty głos. Niestety, nie należał do osoby spieszącej na ratunek.

– Proszę, proszę... Jacen Solo! Jeden z tych nieznośnych smarkaczy Jedi, na których natknęliśmy

się  na  najniższych  poziomach  Coruscant!  Pamiętasz  mnie?  Nazywam  się  Norys.  Byłem  niegdyś
przywódcą  gangu  Zagubionych.  Kiedyś  ukradłeś  nam  jajo  jastrzębionietoperza.  Najwyższy  czas,
żebyśmy wyrównali nasze porachunki. Ha!

Jacen  poczuł  zimny  dreszcz,  jaki  przewędrował  wzdłuż  kręgosłupa.  Rzeczywiście,  pamiętał

barczystego zawadiakę, który uwielbiał niszczyć wszystko, czego dotknął. Tymczasem Norys ciągnął:

– Twój kolega, ten mały śmieciarz Zekk, postanowił przejść na służbę Drugiego Imperium, ale ty

dokonałeś niewłaściwego wyboru. Chciałem tylko, żebyś wiedział, kto za chwilę zamieni twoją balię
w bryłę żużlu.

– No cóż, dobrze, że znalazł trochę czasu, aby z nami pogawędzić – odezwał się Peckhum. Mimo

iż  nie  przestawał  zmagać  się  ze  sterowniczymi  dźwigniami,  nie  był  w  stanie  manewrować
transportowcem w taki sposób, by unikać strzałów Norysa. Wykorzystywał cały talent, żeby zapobiec
wpadnięciu „Piorunochronu” w nie kontrolowany lot nurkowy, który zakończyłby się roztrzaskaniem
o powierzchnię księżyca. – Nie sądzę, by zostało nam dużo czasu, ale jestem pewien, że ten chłopak
nie  darowałby  sobie  do  końca  życia,  gdyby  unicestwił  mój  statek,  zanim  powie  kilka  słów  na
pożegnanie.

Z  silników  „Piorunochronu”  zaczęły  się  wydobywać  kłęby  dymu.  Na  kontrolnych  pulpitach

rozjarzyły się następne alarmowe lampki. Tymczasem pilotowany przez Norysa myśliwiec typu TIE
nie  przestawał  pluć  świetlistymi  nitkami.  Laserowe  błyskawice  raz  po  raz  trafiały  w  powgniatany
kadłub, jakby starały się rozerwać go na strzępy.

Jacen  popatrzył  na  komunikator,  ale  doszedł  do  wniosku,  że  wysyłanie  kolejnego  sygnału

alarmowego chyba na nic by się nie zdało.

Wierzchołki  rosnących  w  dżungli  drzew  śmigały  pod  kadłubem  transportowca.  Jacen,  nie

potrafiąc opanować ogarniającej go paniki, rozejrzał się w prawo i w lewo.

– Chyba to nie jest właściwa chwila, żeby opowiedzieć jakiś dowcip? – zapytał.
Peckhum pokręcił głową.
– Nie bardzo mi teraz do śmiechu, chłopcze – odparł cicho.

background image

 

 

 

Rozdział 12

 
 
Grube  konary  i  gałęzie  drzew  rosnących  w  wilgotnym,  cienistym  lesie  otaczały  Zekka  ze

wszystkich stron; niemal go przytłaczały. Przypominały mu mroczne podziemia Coruscant, w których
spędził kiedyś tyle czasu. Powoli zaczynał się czuć jak w domu.

Posługując  się  repulsorowymi  plecakami,  Najciemniejszy  Rycerz  i  grupa  Ciemnych  Jedi  opadli

z  nieba.  Po  kilku  chwilach  odpoczynku,  jakie  spędzili  na  wierzchołkach  drzew,  utorowali  sobie
drogę na najniższy poziom. Kiedy pierwsi wojownicy Brakissa znaleźli się na ziemi, rozproszyli się
po dżungli, by odnaleźć i otoczyć uciekających uczniów Jedi. Chcieli pokonać przeciwników, których
mistrz  Skywalker  indoktrynował  tak  długo,  aż  przyswoili  sobie  filozofię  życia,  wyznawaną  przez
Rebeliantów.

Zekk nie bardzo znał się na polityce. Orientował się tylko, kim są jego przyjaciele i podwładni.

Wiedział  także,  kogo  powinien  uważać  za  zdrajcę.  Miał  tu  na  myśli  przede  wszystkim  Jacena
i Jainę... a zwłaszcza Jainę. Kiedyś myślał, że może traktować ją jak przyjaciółkę. Niczego przed nią
nie  ukrywał.  Dopiero  później,  kiedy  Brakiss  wszystko  mu  wyjaśnił,  Zekk  zrozumiał,  co  naprawdę
myśli  o  nim  Jaina.  Dziewczyna  zbyt  pochopnie  osądziła,  że  nie  dysponuje  on  żadnym  talentem  Jedi
i nie może się równać ani z nią, ani z jej szlachetnie urodzonym braciszkiem, Jacenem. Młodzieniec
wykazał jednak, że jest wrażliwy na oddziaływanie Mocy. Udowodnił, że potrafi się nią posługiwać
może nie gorzej niż którekolwiek z bliźniąt.

Mimo to miał nadzieję, że żadne nie zechce stanąć z nim do walki. W przeciwnym razie musiałby

zademonstrować  im  własną  potęgę  i  udowodnić,  że  dochowuje  lojalności  Drugiemu  Imperium.
Pamiętał  pierwszą  poważną  próbę,  jaką  przeszedł,  walcząc  z  ulubionym  uczniem  Tamith  Kai,
Vilasem. Próbę, którą zarozumiały młody mężczyzna przypłacił życiem.

Uniósł  głowę  i  przekonał  się,  że  jeden  z  jego  Ciemnych  Jedi  zaplątał  się  w  gałęzie  na

wierzchołku  jakiegoś  drzewa.  Przyglądał  się,  jak  jego  podwładny  wyciągnął  świetlny  miecz
i machając nim w prawo i w lewo, odciął konary uniemożliwiające zejście na niższy poziom.

Nagle  względną  ciszę  dżungli  zakłócił  piekielny  skowyt.  Nad  głowami  całej  grupy  przeleciała

eskadra myśliwców typu TIE, zawzięcie ostrzeliwująca jakieś naziemne cele. Większość Ciemnych
Jedi  rozproszyła  się  i  zaczęła  przeszukiwać  chaszcze.  Zekk  przywołał  trzech  wojowników  ciemnej
strony, którzy znajdowali się najbliżej. Wszyscy czterej, z głośnym trzaskiem przedzierając się przez
gąszcze zarośli, zaczęli przeczesywać dziewiczą dżunglę.

Po  jakimś  czasie  dotarli  do  brzegu  szerokiej  rzeki,  powoli  toczącej  brązowozielone  wody.

Drobne  fale  pluskały,  omywając  brzeg  i  poruszając  łodygami  częściowo  zanurzonych  paproci.
W  dole  rzeki,  trochę  bliżej  ruin  wysokiej  świątyni  Massassów,  unosiła  się  szturmowa  platforma,
dowodzona przez złowrogą Siostrę Nocy.

background image

Zekk  przystanął  na  brzegu  rzeki  obok  trójki  podkomendnych.  Ciemni  Jedi  wymienili  spojrzenia

i  wymownie  popatrzyli  w  niebo.  Dobrze  wiedząc,  o  czym  myślą,  Najciemniejszy  Rycerz  kiwnął
głową.

–  Tak  –  powiedział.  –  Wywołajmy  burzę.  Spowodujmy,  że  zerwie  się  wichura,  która  powali

wszystkie drzewa i wykurzy z kryjówek tych tchórzliwych Jedi.

Zerknął  na  bezchmurne  błękitne  niebo,  po  czym  zajrzał  w  otchłań  własnego  serca.  Znalazł

drzemiący  w  nim  cień  gniewu,  odzwierciedlającego  cały  ból  i  wszystkie  upokorzenia  i  krzywdy,
jakich  doznał  w  życiu.  Wiedział,  jak  posługiwać  się  gniewem,  aby  stał  się  jego  narzędziem  albo
bronią. Zaczął się skupiać i ściągać ku sobie masy powietrza. Wyczuł, że stojący za jego plecami inni
rycerze  ciemnej  strony  czynią  to  samo.  Po  chwili  zauważył,  że  nad  horyzontem  zaczynają  pojawiać
się kłębiaste chmury. Obserwował, jak gromadzą się, ciemnieją, gęstnieją, zaczynają sunąć po niebie
w jego stronę...

Zerwała  się  wichura,  a  powietrze  się  ochłodziło.  Rozległy  się  pierwsze  trzaski  wyładowań,

spowodowanych  istnieniem  statycznych  ładunków  elektrycznych.  Fałdy  obrzeżonej  szkarłatną
lamówką  peleryny  Zekka  załopotały  za  jego  plecami.  Wiatr  wyszarpnął  pasemka  starannie
związanych  w  koński  ogon  ciemnych  włosów,  które  zaczęły  smagać  twarz  młodzieńca.  Między
piętrzącymi  się  coraz  wyżej  burzowymi  chmurami  zaczynały  przeskakiwać  ogniste  błyskawice.
Przeciągłe grzmoty zagłuszały nawet wycie silników myśliwców typu TIE, raz po raz przecinających
niebo nad ich głowami.

Zekk się uśmiechnął. Tak, nadciągała potężna, zwycięska burza.
Obserwując,  jak  chmury  ciemnieją  i  nabrzmiewają,  gotowe  do  uwolnienia  niszczącej  mocy  sił

przyrody,  usłyszał  nagle  przerywane  odgłosy  laserowych  strzałów.  Popatrzył  w  niebo,  na  którym
toczyła  się  dziwna  bitwa.  Zobaczył  ciągnący  za  sobą  warkocz  dymu  statek,  ścigany  przez  samotny
myśliwiec  TIE,  który  bezlitośnie  ostrzeliwując  ofiarę,  raz  po  raz  raził  ją  sztychami  laserowych
błyskawic.

Nie  ukrywając  zdumienia,  rozpoznał  toporną,  nieforemną  sylwetkę  „Piorunochronu”  –

wysłużonego  towarowego  transportowca.  Statek  należał  do  starego  Peckhuma,  z  którym  mieszkał
przez wiele lat, kiedy przebywał na Coruscant.

Peckhum!  Mimo  tylu  różnic,  które  ich  dzieliły,  Zekk  i  siwowłosy  pilot  byli  bardzo  dobrymi

przyjaciółmi.  Poniewczasie  młodzieniec  przypomniał  sobie,  że  stary  mężczyzna,  pragnąc  zarobić
kilka  dodatkowych  kredytów,  od  czasu  do  czasu  zaopatrywał  akademię  Skywalkera  w  żywność
i  najpotrzebniejsze  urządzenia.  Czy  możliwe,  że  przebywał  na  porośniętym  dżunglą  księżycu  tego
ranka, kiedy rozpoczął się atak oddziałów Akademii Ciemnej Strony?

Zekk  poczuł  ukłucie  w  sercu,  a  jego  żołądek  sparaliżowało  przerażenie.  Przestał  się

koncentrować i stracił władzę, jaką sprawował nad nawałnicą.

Masy  powietrza,  dotychczas  ściągane  w  stronę  grupy  Ciemnych  Jedi,  poszybowały

w  przeciwnym  kierunku.  Wichura  szarpnęła  gałęziami  sąsiednich  drzew,  mimo  iż  pozostali
wojownicy Brakissa czynili wszystko, co w ich mocy, by podtrzymać rozpraszającą się burzę.

– Nie, Peckhumie! – szepnął Zekk, wspominając chwile spędzone ze starym mężczyzną.
Zadarł  głowę  i  obserwował,  jak  myśliwiec  typu  TIE  razi  smugami  laserowych  strzałów  kadłub

nieszczęsnego  „Piorunochronu”.  Błysk  niewielkiej  eksplozji,  który  dostrzegł  w  pewnej  chwili,
uświadomił mu, że pokiereszowany towarowy transportowiec właśnie stracił ostatnie ochronne pole.

„Piorunochron” obniżał lot, a on nie mógł zrobić nic, by zapobiec katastrofie.

background image

Usłyszał  za  plecami  zdumione  okrzyki  i  zrozumiał,  że  pozostali  Ciemni  Jedi  stracili  całkowicie

władzę  nad  nadciągającą  burzą.  Wichura  wprawdzie  nie  przestawała  łamać  gałęzi  i  wyrywać
z  korzeniami  młodych  drzewek,  ale  w  miarę  jak  wojownicy  ciemnej  strony,  jeden  po  drugim,
rezygnowali z manipulowania siłami przyrody, nawałnica traciła coraz szybciej impet, a chmury się
rozpraszały.

Tymczasem  podwładni  Zekka  zauważyli  w  gąszczu  zarośli  młodego  ucznia  Jedi.  Doszli  do

wniosku,  że  chłopiec  albo  usiłował  ich  zaskoczyć,  albo  po  prostu  ukrywał  się  w  obawie,  że  go
zauważą.

Uczeń wstał i wyszedł z kępy chwastów. Odgarnął z czoła kosmyk blond włosów, którymi wiatr

smagał  jego  zaróżowione  policzki.  Był  ubrany  w  szatę  tak  nieprawdopodobnie  krzykliwą  –
jaskrawopurpurowo-złoto-zielono-czerwoną  –  że  Zekk  zaczął  się  obawiać,  iż  dostanie  oczopląsu.
Jakim  cudem  chłopiec  mógł  chociaż  przez  chwilę  sądzić,  że  zdoła  się  ukryć,  mając  na  sobie  takie
ubranie?

Sprawiał wrażenie przerażonego, ale zdecydowanego. Wysunął dolną wargę, stanął prosto i ujął

się pod boki. Fałdy jego krzykliwego tęczowego stroju łopotały, tarmoszone przez ostatnie podmuchy
gniewnej wichury.

– No cóż, nie pozostawiacie mi wyboru – odezwał cię chłopiec, po czym chrząknął. – Nazywam

się  Raynar  i  jestem  rycerzem  Jedi...  uhm,  kandydatem  na  rycerza.  Albo  natychmiast  się  poddacie,
albo będę musiał was zaatakować.

Dwaj  towarzysze  Zekka  ryknęli  serdecznym  śmiechem,  a  potem,  krok  po  kroku,  zaczęli  się

zbliżać  do  jasnowłosego  chłopca.  Raynar  cofał  się  tak  długo,  aż  uderzył  plecami  o  pień  drzewa.
Zacisnął  powieki  i  zaczął  się  skupiać.  Wstrzymał  oddech,  a  jego  twarz  poczerwieniała,  a  później
okryła się purpurą.

Zekk  poczuł  delikatne,  niewidzialne  pchnięcie,  i  zrozumiał,  że  uczeń  Skywalkera,  nieporadnie

posługując  się  Mocą,  usiłuje  ich  powstrzymać.  Dwaj  rycerze  ciemnej  strony,  którzy  wyciągnęli
zapalone świetlne miecze, chyba nawet tego nie zauważyli.

Najciemniejszy Rycerz stwierdził jednak, że nie mógłby stać bezczynnie i przyglądać się, jak jego

towarzysze  mordują  z  zimną  krwią  bezbronną  ofiarę.  Chłopiec  sprawiał  wrażenie  dumnego
i zuchwałego, ale Zekk dostrzegał w nim coś jeszcze... Jakąś niewinność?

Zdecydował  się  błyskawicznie,  zanim  jego  podopieczni  zdążyli  zrobić  użytek  z  broni  rycerzy

Jedi. Uwolnił część własnej energii Mocy, pochwycił chłopca za połę różnobarwnej szaty, szarpnął
w  górę  i  uniósł  w  powietrze.  Błyskawicznie  przerzucił  go  nad  głowami  Ciemnych  Jedi  i  cisnął
w nurty rzeki. Raynar krzyknął, szybując w powietrzu, ale po chwili zanurzył się w mętnej, mulistej
wodzie.

Dwaj  towarzysze  Zekka  odwrócili  się  jak  użądleni  i  nie  ukrywając  gniewu,  popatrzyli  na

dowódcę.  Tymczasem  Raynar,  oblepiony  szlamem  i  mułem,  dopłynął  na  płyciznę  i  zaczął  czyścić
z błota poplamioną odzież.

–  Czasami  ważniejsze  jest  całkowite  poniżenie  przeciwnika  niż  zwykłe  zabicie  –  odezwał  się

Najciemniejszy Rycerz. – A my poniżyliśmy tego Jedi w sposób, którego nie zapomni do końca życia.

Stojący  przed  nim  wojownicy  zachichotali,  uznając  trafność  tej  uwagi.  Zekk  zrozumiał,  że  ich

rozbroił... Przynajmniej na razie.

Ponownie  skierował  tęskne  spojrzenie  w  niebo.  Wypatrywał  śladu  „Piorunochronu”,  ale

dostrzegł  tylko  rozwiewającą  się  smugę  dymu.  Żałował,  że  nie  mógł  jakoś  pomóc  staremu

background image

przyjacielowi.  Zastanawiał  się,  czy  będzie  musiał  wliczyć  śmierć  Peckhuma  w  koszty  zwycięstwa
nad uczniami akademii Jedi.

Uszkodzony  transportowiec  zniknął  z  widoku,  zapewne  kierując  się  ku  miejscu,  gdzie  miały

rozstrzygnąć się z góry przesądzone losy bitwy. Najciemniejszy Rycerz był pewien, że już nigdy nie
dane mu będzie oglądać ani „Piorunochronu”, ani Peckhuma.

background image

 

 

 

Rozdział 13

 
 
Pilotowany przez Qorla myśliwiec typu TIE leciał nisko nad zielonym, falującym oceanem liści.

Pilot  wypatrywał  celów,  które  mógłby  wskazywać  żołnierzom  Drugiego  Imperium,  przeczesującym
gęstą  dżunglę.  Pozostali  piloci  myśliwskiego  skrzydła  wykonywali  inne  zadania.  Zapewne  krążyli
nad dżunglą i ostrzeliwali wielką świątynię mieszczącą akademię Jedi mistrza Skywalkera.

Qorl  wątpił  jednak,  by  jego  uczeń  Norys  pamiętał  o  wykonywaniu  rozkazów.  Zwłaszcza  teraz,

kiedy  rozpętała  się  bitwa,  a  w  powietrzu  zaczęły  się  krzyżować  błyskawice  laserowych  strzałów.
Obawiał  się,  że  gburowaty  osiłek  zechce  wybierać  cele  na  oślep,  przez  co  upodobni  się  do
wściekłego  gundarka.  Prawdopodobnie  zniszczy  w  ten  sposób  sporo  rebelianckich  urządzeń,  ale
może też pokrzyżować wiele planów.

Stary  pilot  czuł  w  sercu  chłód,  który  z  wolna  przemieniał  się  w  bryłę  twardego  lodu.  Na  myśl

o  tym,  że  znów  uczestniczy  w  powietrznej  bitwie,  powinien  odczuwać  podniecenie  i  uniesienie.
Powinien  być  wdzięczny,  że  może  raz  jeszcze  siedzieć  za  sterami  i  walczyć,  pilotując  własny
myśliwiec typu TIE, powierzony mu przez Drugie Imperium.

Zamiast tego żywił zastrzeżenia. Ogarniały go wątpliwości. Wzdragał się na myśl o tym, że może

dokonał  niewłaściwego  wyboru.  Obawiał  się,  że  Drugie  Imperium  może  zostać  zmuszone  do
zapłacenia słonej ceny za bitwę, którą właśnie rozpoczęło.

Szczególne rozczarowanie przeżywał, kiedy myślał o Norysie. Zastanawiając się nad tym, czy go

wybrać,  wiedział,  że  krzepki  chłopak  przeżył  wiele  lat  w  trudnych  warunkach,  walcząc  z  innymi
o  przetrwanie.  Pamiętał  też,  że  Norys  był  przywódcą  gangu  Zagubionych,  roszczących  sobie  prawa
do części podziemi na Coruscant. Wszystko to uczyniło z niego brutalnego, bezwzględnego zabijakę.
Barczysty  młodzieniec  palił  się  jednak  do  nauki.  Poprzysiągł  sobie,  że  zostanie  imperialnym
żołnierzem. Wydawało mu się, że w ten sposób może nadal sprawować władzę, nie bojąc się nikogo
i niczego. Miał wszystkie cechy charakteru, których tak bardzo poszukiwało Drugie Imperium.

Qorl wiedział wszakże, że lojalny żołnierz powinien bez wahania wykonywać wszelkie rozkazy.

Imperium nie mogło pozwolić sobie na to, aby jego słudzy zachowywali się jak wolni strzelcy. Nie
mogło  dopuścić,  aby  kierowali  się  własnymi  zachciankami,  a  nie  rozkazami,  otrzymywanymi  od
zwierzchników.  W  miarę  jednak,  jak  Norys  przyzwyczajał  się  do  zmienionej  sytuacji  życiowej,
stawał się coraz bardziej arogancki i zarozumiały, a czasami nawet nieposłuszny.

Chłopak był żądnym krwi zabijaką. Wszystko, co robił, miało służyć niszczeniu, zadawaniu bólu,

odnoszeniu  zwycięstwa  za  wszelką  cenę  i  utwierdzaniu  siebie  w  przekonaniu,  że  sprawuje  nad
wszystkim władzę. Nie walczył, kierując się chwałą Drugiego Imperium ani potrzebą przywrócenia
Nowego Ładu w galaktyce, ani jakimkolwiek innym politycznym celem. Walczył jedynie po to, aby
walczyć.  Bez  względu  na  to,  po  czyjej  stronie  stawał,  w  takim  postępowaniu  mogło  kryć  się

background image

śmiertelne zagrożenie.

Qorl  zatoczył  krąg  nad  miejscem  w  dżungli,  w  którym  szalał  pożar,  wzniecony  przez  jeden

z bombowców typu TIE. Później zaczął lecieć wzdłuż brzegu rzeki. Kierował się ku ruinom świątyni,
w  pobliżu  której  unosiła  się  nad  koronami  drzew  dowodzona  przez  Tamith  Kai  bojowa  platforma.
Nagle  usłyszał  w  odbiorniku  komunikatora  czyjś  wyraźny,  zrozpaczony  głos,  rozbrzmiewający  we
wszystkich możliwych pasmach częstotliwości. Rozpoznał go bez trudu.

– Uwaga, uwaga! Wzywani Nową Republikę. Znaleźliśmy się w krytycznej sytuacji. Mówi Jacen

Solo  z Yavina  Cztery.  Potrzebujemy  natychmiastowej  pomocy.  Jesteśmy  atakowani  przez  myśliwce
i żołnierzy Akademii Ciemnej Strony!

Qorl  wyprostował  się,  poprawił  czarny  hełm  i  wyrównał  lot  maszyny.  Przypominał  sobie

kilkunastoletnie  bliźnięta,  które  pomogły  naprawić  jego  poprzedni  myśliwiec  typu  TIE,  uszkodzony
podczas  lądowania  na Yavinie  Cztery.  Pamiętał  brata  i  siostrę,  których  uwięził  i  z  którymi  później
siedział przy ognisku płonącym obok kryjówki w dżungli. Oboje zaproponowali wówczas, że zostaną
jego przyjaciółmi, i starali się go namówić, żeby zawrócił ze złej drogi i przestał być lojalnym sługą
Imperium. Przypomniał sobie, że wtedy oparł się pokusie. Górę wzięły przekonania, jakie wpojono
mu podczas nauki w imperialnej wojskowej akademii.

Poddanie się oznacza zdradę.
Qorl odleciał z Yavina Cztery i został przyjęty na służbę w Akademii Ciemnej Strony. Przyglądał

się  później,  jak  porwane  bliźnięta  są  poddawane  rygorystycznym  ćwiczeniom,  prowadzonym  pod
nadzorem  pałającej  żądzą  mordu  Tamith  Kai  i  bezlitosnego  Brakissa.  Qorl  był  do  głębi  serca
wstrząśnięty  postępowaniem  i  uwagami,  czynionymi  przez  Siostrę  Nocy  i  naczelnika  imperialnej
uczelni. Uświadomił sobie, że oboje mają za nic życie bliźniąt Jedi.

Nikt  nigdy  się  nie  dowiedział,  że  to  Qorl  pomógł  młodym  rycerzom  uciec  z Akademii  Ciemnej

Strony. Później, starając się chociaż wobec samego siebie odpokutować za tę chwilę słabości, czynił
wszystko,  co  mógł,  by  tym  wierniej  służyć  Drugiemu  Imperium.  To  on  dowodził  atakiem  na
rebeliancki  krążownik,  z  którego  ładowni  ukradziono  rdzenie  jednostek  napędu  nadświetlnego
i  baterie  do  turbolaserów.  To  on  harował  w  pocie  czoła,  aby  Norys  i  inni  członkowie  gangu
Zagubionych przemienili się w sprawnych, pełnowartościowych szturmowców.

Nagle  ujrzał  przelatujący  nad  głową  statek,  poznaczony  bliznami  blasterowych  strzałów

wysłużony  towarowy  transportowiec.  Maszyna  ciągnęła  za  sobą  warkocz  dymu.  Qorl  rozpoznał  jej
sylwetkę i przekonał się, że widzi nie uzbrojoną jednostkę o przestarzałej konstrukcji. Silniki statku
nie  dysponowały  dużą  mocą,  a  ochronne  pola  siłowe  nie  zostały  zaprojektowane  z  myślą  o  braniu
udziału w jakiejkolwiek walce.

Stary pilot zauważył po chwili, że transportowiec jest ścigany przez pojedynczy myśliwiec typu

TIE.

Czując  niesmak  i  wstyd  stwierdził,  że  pilot  imperialnej  maszyny,  marnując  jeden  strzał  po

drugim,  czasami,  przez  najzwyklejszy  przypadek,  trafia  w  powgniatany  kadłub  ofiary.  Zorientował
się, że jedynie kwestią czasu pozostaje, kiedy statek rozleci się na kawałki.

Nastawił częstotliwość nadajnika komunikatora w taki sposób, by porozumieć się bezpośrednio

z pilotem imperialnej maszyny.

– Pilocie myśliwca typu TIE, zamelduj się – rozkazał zwięźle.
Gburowaty głos, który po chwili rozległ się w słuchawkach hełmu, wcale go nie zdumiał.
– Tu Norys, staruszku. Nie zawracaj mi głowy. Jestem zajęty strzelaniem do celu.

background image

Qorl przełknął ślinę, ale mimo to poczuł, że jego gardło pozostało suche.
–  Norysie,  zdołałeś  już  unieszkodliwić  swój  cel  –  oznajmił.  –  Ten  transportowiec  nie  jest

najważniejszym  obiektem,  jaki  mamy  zniszczyć  w  trakcie  tej  bitwy.  Otrzymałeś  rozkaz,  żeby
atakować akademię Jedi. Ten statek już nie zdoła wyrządzić Drugiemu Imperium żadnej krzywdy.

–  Odczep  się  ode  mnie,  staruszku  –  odparł  Norys.  –  To  mój  łup  i  nie  zamierzam  z  niego

rezygnować.

Qorl zmusił się, by zachować spokój.
–  Nie  jesteśmy  tu  po  to,  żeby  zbierać  trofea,  Norysie.  Pamiętaj  o  tym,  że  walczysz  ku  chwale

Drugiego Imperium, a nie po to, żeby stać się bohaterem.

– Możesz kazać się wypchać – warknął Norys. – Nie pozwolę, żeby jakiś stary tchórz mówił mi,

co mam robić.

Gburowaty  zabijaka  wyłączył  komunikator  i  puścił  się  w  dalszą  pogoń  za  płonącym

transportowcem. Zupełnie nie mierząc, raz po raz posyłał w jego stronę laserowe błyskawice.

Rozczarowanie,  jakie  dotąd  ogarniało  Qorla,  zamieniło  się  we  wściekłość.  Postępowanie

młodocianego  osiłka  stało  w  jaskrawej  sprzeczności  ze  wszystkim,  czym  chlubiło  się  Imperium.
Stary pilot przypomniał sobie czasy własnego szkolenia. Wówczas on i inni kandydaci współdziałali
jak  elementy  precyzyjnej  maszyny.  Musieli  być  zdyscyplinowani,  dobrze  wychowani  i  skłonni  do
wykonywania  rozkazów.  Swoim  postępowaniem  pomagali  szerzyć  Nowy  Ład,  który  Imperator
zamierzał wprowadzić w całej galaktyce. Warto było walczyć o takie ideały.

Tymczasem Norys kpił w żywe oczy z takiej filozofii życia. Nie dbał, o co walczy.
Z odbiornika komunikatora rozległ się ten sam głos, zajmujący wszystkie pasma częstotliwości:
–  Tu  mówi  Jacen  Solo.  Znaleźliśmy  się  w  rozpaczliwym  położeniu.  Wzywamy  pomocy.  Jakiś

myśliwiec usiłuje zestrzelić nasz transportowiec. Proszę... czy ktoś nie zechciałby nam pomóc?

Dręczony niepokojem Qorl obniżył lot maszyny, tak że leciała teraz tuż nad wierzchołkami drzew.

Jacen Solo należał do szlachetnych przeciwników. Był uczciwy i odważny, mimo iż związał swój los
z grupką Rebeliantów, a nie z Drugim Imperium. Czy jednak mógł ponosić za to winę? Przecież jego
matka sprawowała funkcję przewodniczącej rządu Rebeliantów.

W  przeciwieństwie  do  niego  Norys  mógł  dokonać  wyboru.  Rozrośnięty  w  barach  wyrostek

wiedział, w jakim celu jest szkolony. Z ochotą przywdział imperialny mundur i robił wszystko, żeby
zostać  pilotem,  a  mimo  to  nie  postępował  zgodnie  z  regułami.  Był  właściwie  tylko  bezdusznym,
bezlitosnym, żądnym krwi zabijaką.

Jego  myśliwiec  typu  TIE  nie  przestawał  lecieć  w  strumieniu  gazów  wydechowych,  ciągnących

się  za  uszkodzonym,  niezdolnym  do  walki  transportowcem.  Spod  wsporników  silników  statku
wydobywały  się  kłęby  dymu.  W  pewnej  chwili  Qorl  zauważył,  że  zanikło  ostatnie  pole  siłowe,
chroniące dotąd kadłub jednostki.

Ujrzawszy to, Norys dał ognia z luf laserowych działek. Pokrył płyty poszycia nowymi czarnymi

bliznami.

Qorl  pstryknął  przełącznikiem  i  przesłał  energię  do  systemów  uzbrojenia,  a  potem  włączył

urządzenie  celownicze.  Uświadamiał  sobie,  że  rażony  nie  ustającymi  strzałami  Norysa
„Piorunochron”  może  za  kilka  sekund  eksplodować.  Nie  zdziwiłoby  go,  gdyby  nawet  wówczas
zabijaka nie przestał strzelać do płonących szczątków, by upewnić się, że nikt nie przeżyje katastrofy.

Poczuł,  że  wzbiera  w  nim  obrzydzenie.  Wyłączył  zasilanie  obwodu  mikrofonu  komunikatora

i mruknął do siebie:

background image

–  Czy  stracę  godność,  jeżeli  zabiję  kogoś,  kto  swoim  postępowaniem  udowodnił,  że  nie  wie,

czym jest honor?

Kiedy  odbywał  szkolenie  w  imperialnej  akademii,  szczegółowo  zapoznał  się  z  podzespołami

i urządzeniami myśliwca typu TIE. Dobrze znał wszystkie jego słabe punkty. Wiedział, co robić, by
je zniszczyć.

Wziął na cel dysze wylotowe reaktorów maszyny Norysa.
Tymczasem  młodociany  zabijaka,  całkowicie  ignorując  uwagi  instruktora,  nie  przestawał

zasypywać kadłuba „Piorunochronu” lawiną laserowych błyskawic. Jedyną różnicę stanowiło to, że
teraz  czekał  dłużej  przed  oddaniem  następnego  strzału,  zupełnie  jakby  napawał  się  ostatnimi
chwilami lotu starego transportowca.

„Piorunochron”  zakołysał  się  w  locie.  Zapewne  jego  piloci  podjęli  ostatnią  próbę  uniknięcia

trafienia.

Qorl namierzył myśliwiec Norysa.
Przycisnął guzik spustowy i wystrzelił.
Maszyna  Norysa  eksplodowała  w  locie.  Zamieniła  się  w  ognistą  kulę  i  zniknęła  tak  szybko,  że

młodociany zabijaka chyba nawet nie miał czasu krzyknąć ze zdumienia.

Zawstydzony faktem, że jego postępowanie jest zdradą interesów Drugiego Imperium, Qorl nawet

nie  usiłował  porozumieć  się  z  pilotami  „Piorunochronu”.  Po  prostu  zmienił  kurs  i  skierował  się
w  stronę  głównego  pola  walki.  Tymczasem  uszkodzony  transportowiec  poleciał  dalej,  z  trudem
utrzymując  się  w  powietrzu.  Prawdopodobnie  piloci  walczyli,  aby  wylądować,  nie  rozbijając  się
o gałęzie i konary.

background image

 

 

 

Rozdział 14

 
 
W  powietrzu  nad  akademią  Jedi  i  w  otaczającej  wielką  świątynię  dżungli  toczyły  się  zacięte

walki.  Tymczasem  imperialny  dywersant  Orvak  czołgał  się  metr  po  metrze  coraz  dalej,  nie
rezygnując z wykonania drugiej części starannie opracowanego planu.

Pozostawił myśliwiec typu TIE na polanie, w pobliżu generatorów siłowego pola. Zniszczył je,

wysadzając  w  powietrze  urządzenia  zasilające,  ale  zamierzał  tam  powrócić,  kiedy  upora  się
z  trudniejszym  zadaniem.  Nie  zauważony  przez  nikogo,  od  kilku  godzin  przedzierał  się  przez
najdziksze ostępy, zmierzając w kierunku ogromnej świątyni.

W  pobliżu  płonęło  kilka  drzew,  wysyłając  ku  niebu  kłęby  siwego  cuchnącego  dymu.  Z  oddali

dolatywały  odgłosy  blasterowych  strzałów,  a  od  czasu  do  czasu  także  buczenie  świetlnych  mieczy.
Imperialny  komandos  nie  przestawał  się  czołgać,  starając  się  zachowywać  jak  najciszej.  Nie  mógł
ryzykować, że przypadkowy odgłos ujawni miejsce, w którym się znajduje.

Szkoleni przez Skywalkera uczniowie Jedi opuścili w popłochu wielką świątynię i rozbiegli się

po dżungli, żeby toczyć pojedynki z wojownikami mistrza Brakissa. Pozostawili obiekt bez ochrony,
ułatwiając mu pracę.

Skradając  się  w  stronę  prastarej  budowli,  wciąż  jeszcze  otoczonej  przez  gęstą  dżunglę,  Orvak

dostrzegł  na  omszałych  ze  starości  kamiennych  blokach  całkiem  świeże  czarne  smugi,  osmalone
miejsca,  w  które  trafiły  laserowe  strzały  i  protonowe  ładunki  wybuchowe,  zrzucane  z  powietrza
przez  pilotów  bombowców  typu  TIE.  Wszędobylskie  pędy  winorośli,  jeszcze  niedawno  oplatające
boki kamiennej piramidy, pod wpływem płomieni sczerniały, poskręcały się i zeschły. Oderwały się
od kamiennych bloków i spoczęły jedne na drugich u stóp zigguratu. Jeden ładunek wybuchowy, który
eksplodował  szczególnie  blisko  świątyni,  zniszczył  wrota  hangaru,  wskutek  czego  obronna  flota
Skywalkera nie mogła poderwać się do lotu.

Orvak  z  radością  pomyślał,  że  wreszcie  gigantyczna  budowla,  która  przetrwała  w  niemal  nie

naruszonym kształcie całe tysiąclecia, została nadwerężona. Uszkodzenia nie były jednak zbyt duże.
Musi zatem dokończyć dzieła zniszczenia.

Poruszając  się  bardzo  ostrożnie  i  raz  po  raz  kryjąc  w  zaroślach  osłoniętą  hełmem  głowę,

imperialny  sabotażysta  pełznął  dalej.  Szarpał  pędy  dzikiej  winorośli  i  wyrywał  z  korzeniami
paprocie,  aż  w  końcu  znalazł  się  na  skraju  dżungli,  dochodzącej  niemal  do  samej  tylnej  ściany
wielkiej budowli.

Po  niebie  nie  przestawały  śmigać  myśliwce  typu  TIE,  podobne  do  złowieszczych  drapieżnych

ptaków. Orvak popatrzył w górę. W skrytości ducha życzył pilotom powodzenia.

Z  boku  wielkiej  piramidy  zobaczył  przestronny  dziedziniec,  zapewne  niedawno  wybrukowany

albo tylko oczyszczony z porastających go krzaków i chwastów. Przeciwległy koniec placu przylegał

background image

do  murów  kamiennej  budowli,  w  których  dostrzegł  mroczny  prostokąt  drzwi.  Wyobrażając  sobie,
jakie ćwiczenia musieli wykonywać tu uczniowie Jedi, Orvak ostrożnie stanął na skraju dziedzińca.

Przekonał  się,  że  między  kamieniami  i  płytami  zaczęły  na  nowo  wyrastać  pierwsze  chwasty.

Niewątpliwie  po  kilku  następnych  miesiącach  od  chwili,  kiedy  zniszczy  świątynię,  dżungla
triumfalnie  powróci,  żeby  upomnieć  się  o  to,  co  jej  odebrano.  Pomyślał,  że  dopiero  to  będzie
oznaczało ostateczny koniec akademii Jedi. Miał nadzieję, że do tego czasu zdąży wrócić na pokład
Akademii Ciemnej Strony. Może nawet zostanie awansowany na oficera i obejmie służbę na którymś
gwiezdnym niszczycielu... Wszystko zależało od tego, czy pomyślnie wykona drugą część zadania.

Kiedy  strzelanina  się  nasiliła,  a  w  dżungli  niedaleko  świątyni  eksplodowało  kilka  bomb

protonowych,  Orvak  zdecydował  się  rozpocząć  akcję.  Nisko  pochylony,  przebiegł  przez
wybrukowany  kamieniami  dziedziniec.  Zdążał  ku  ciemnemu  otworowi  drzwi  wiodących  do
zagadkowej świątyni Rebeliantów.

Kiedy  znalazł  się  na  progu,  na  chwilę  przystanął.  Cieszył  się,  że  aparatura  hełmu  przefiltruje

wszystkie  trujące  wyziewy,  jakie  mogły  wydostawać  się  z  wnętrza.  Któż  mógł  wiedzieć,  jakie
straszliwe pułapki pozakładali czarownicy Jedi?

Posłużył  się  umieszczonymi  w  hełmie  czujnikami,  aby  stwierdzić,  w  jakich  miejscach  mogły

zostać  ukryte  owe  urządzenia.  Żadnych  jednak  nie  odnalazł...  Nie  zdziwił  się,  ponieważ  atak
oddziałów Akademii  Ciemnej  Strony  nastąpił  tak  nieoczekiwanie,  że  z  pewnością  rycerze  Jedi  nie
mieli czasu przygotować się do obrony.

Poprawił  pakunek  na  plecach  i  wszedł  do  wielkiej  świątyni  Massassów.  Mimo  iż  nie  znał

rozkładu  pomieszczeń,  pobiegł  korytarzem.  Mijał  komnaty  mieszkalne,  wielkie  jadalnie,  ale  nie
zauważył niczego ciekawego, co warto byłoby wysadzić w powietrze.

Dotarł do szybu turbowindy i zjechał na najniższy poziom, na którym mieścił się zamknięty hangar

z  lądowiskiem.  Liczył  na  to,  że  może  właśnie  tam  wykorzysta  najlepiej  pozostałe  ładunki
wybuchowe. Spodziewał się, że ich eksplozje zniszczą całą flotę rebelianckich gwiezdnych statków.
Kiedy  jednak  wyskoczył  z  kabiny  turbowindy,  niemal  nie  mógł  uwierzyć  własnym  oczom.  Mimo
półmroku panującego w wielkim pomieszczeniu, zorientował się, że na płycie lądowiska znajduje się
tylko  jeden  mały  statek.  Zwrócił  uwagę  na  dziwne  opływowe  kształty  i  kadłub,  pokryty  lśniącym
pancerzem.  Nie  zauważył  niczego  więcej.  Żadnej  floty  gwiezdnych  statków,  żadnych  silnych
systemów uzbrojenia. Parsknął pogardliwie, nie umiejąc ukryć rozczarowania.

Nagle w hangarze rozjęczały się sygnały alarmowe. Czerwone  mrugające  światła  poraziły  oczy

imperialnego dywersanta. W jego kierunku, przeraźliwie gwiżdżąc i piszcząc, zaczął sunąć niewielki
baryłkowaty robot. Z końcówki spawalniczej, wystającej z cylindrycznego korpusu automatu, tryskały
snopy błękitnych wyładowań elektrycznych.

Ogarnięty paniką Orvak wpadł do kabiny turbowindy i przycisnął guzik kontrolny, aby zamknąć

drzwi  klatki.  Czy  możliwe,  by  podstępni  rycerze  Jedi  wykorzystali  do  obrony  hangaru  cały  zastęp
androidów-morderców? Śmiercionośnych, silnie uzbrojonych automatów, słynących z tego, że nigdy,
przenigdy nie chybiały?

Zanim  skrzydła  drzwi  się  zamknęły,  a  klatka  zaczęła  sunąć  na  wyższe  poziomy,  przerażony

sabotażysta po raz ostatni rzucił okiem na płytę lądowiska. Uświadomił sobie, że napastnik był tylko
samotnym  astronawigacyjnym  robotem,  który  tocząc  się  po  metalowych  płytach,  wydawał
standardowe  alarmowe  dźwięki,  jakie  konstruktorzy  zapisali  w  pamięci  jego  komputera.  Wszystko
wskazywało na to, że w hangarze nie przebywał nikt, kto mógłby je usłyszeć.

background image

Komandor  Orvak,  wyraźnie  odprężony,  nerwowo  zachichotał.  Samotny  astronawigacyjny  robot!

Zawsze  zdumiewał  się,  ilekroć  widział  najzwyklejsze  automaty,  mające  o  sobie  zbyt  wysokie
mniemanie. Natychmiast przestał się bać, że może wpaść w pułapkę.

Tak czy inaczej, musiał znaleźć inne miejsce, które nadawałoby się do jego celu. Mające większe

znaczenie.

W końcu znalazł to, czego szukał. Na najwyższym poziomie ogromnej piramidy.
Wjechał  turbowindą  na  samą  górę,  a  potem  wyszedł  z  kabiny.  Trzymając  blaster  gotowy  do

strzału, aby móc trafić każdego, kto wyłoniłby się z mrocznego kąta, imperialny komandos ostrożnie
wkroczył do wielkiej komnaty audiencyjnej.

Jej  ściany  wyłożono  polerowanymi  płytami  i  ozdobiono  różnobarwnymi  kamykami.

W przeciwległym krańcu wznosiło się podwyższenie. Orvak wyobraził sobie, że to właśnie stamtąd
instruktorzy  Rebeliantów  wygłaszali  przemówienia  do  uczniów.  Prawdopodobnie  na  tym  samym
podwyższeniu  dekorowali  jedni  drugich  medalami  za  zwycięstwa,  odniesione  w  trakcie  walk
przeciwko prawowitym władcom galaktyki. Możliwe też, że właśnie tam odprawiali swoje ohydne
czary.

Tak – pomyślał. – To miejsce nadaje się doskonale.
Zrzucił  z  barków  plecak  i  przystąpił  do  wykonania  zadania.  Poruszał  się  szybko,  czując

przyspieszone uderzenia serca. Cieszył się na myśl o tym, że niedługo zakończy akcję, w której stracił
życie jego towarzysz, Dareb. Ściągnął z głowy czarny hełm, żeby lepiej widzieć w niepewnym blasku
promieni słonecznych, które wpadały przez umieszczone w sklepieniu świetliki.

W powietrzu nad dżunglą snuły się chmury dymu, podobne do ciemnej wodnej farby, którą jakiś

malarz  usiłował  zamazać  błękit  nieba.  W  wielkiej  komnacie  rozbrzmiewało  echo  strzałów  bitew,
toczących się w leśnej głuszy. Orvak nie słyszał jednak żadnych dźwięków dobiegających z wnętrza
świątyni. Nie widział także, by cokolwiek się w niej poruszało. Doszedł do przekonania, że wielka
piramida jest całkowicie wyludniona. Nie musiał się spieszyć. Mógł poświęcić trochę więcej czasu,
by jak najlepiej wykonać zadanie.

Ruszył  w  stronę  podwyższenia,  nie  przejmując  się  tym,  że  jego  podkute  buty  głośno  dźwięczą

w zetknięciu z kamiennymi płytami posadzki. Odszukał umieszczone pośrodku wielkiej sali najlepsze
miejsce. Pomyślał, że to właśnie stąd siła potwornej eksplozji powinna skierować się we wszystkie
strony.  Ściągnął  grube  skórzane  rękawice,  żeby  móc  szybciej  posługiwać  się  precyzyjnymi
elektronicznymi podzespołami.

Pracując szybko, ale uważnie, wyjął cztery ostatnie termiczne detonatory, jakie mu pozostały, po

czym  sprzągł  wszystkie  ze  sobą.  Później  dołączył  je  do  jednego  urządzenia  odmierzającego  upływ
czasu,  a  następnie  umieścił  w  czterech  punktach  komnaty,  mniej  więcej  w  takich  samych
odległościach od centralnego czasomierza. Leżące na posadzce rozciągnięte przewody kojarzyły mu
się ze szprychami ogromnego koła.

Tak, eksplozja będzie naprawdę wspaniała.
W  idealnym  przypadku,  kiedy  wszystkie  detonatory  eksplodują  równocześnie,  siła  wybuchu

powinna  unieść  w  powietrze  sklepienie  świątyni  jak  ogromny  głaz,  wyrzucony  z  czeluści  czynnego
wulkanu. Fala uderzeniowa wyrwie w posadzce komnaty audiencyjnej wielką dziurę i przeniknie na
niższe poziomy, na których rozsadzi mury prastarej budowli. Cała piramida runie i legnie w gruzach.
Osiągnie stan, w jakim powinna znajdować się od dawna.

Orvak  skończył  rozkładać  detonatory  i  powrócił  do  centralnego  czasomierza.  Uklęknął  na

background image

wypolerowanej  posadzce  i  zaczął  nastawiać  pokrętła  mechanizmu  zegarowego.  Z  przewrotną
satysfakcją pomyślał, że w tej sali już nigdy nie wysłuchają wykładów żadni Rebelianci. Ani jeden
z  przyszłych  rycerzy  Jedi  nie  nauczy  się  tu  rebelianckiej  filozofii  życia.  W  wielkiej  komnacie  nie
odbędzie  się  więcej  żadna  ceremonia  dekorowania  medalami  czy  świętowania  odniesionego
zwycięstwa.

Wkrótce cała świątynia zamieni się w ruinę.
Klęcząc  na  posadzce,  Orvak  wystukał  na  klawiaturze  kombinację  będącą  kodem  uzbrajającym

ładunki wybuchowe. Na obudowach wszystkich detonatorów, rozmieszczonych w czterech punktach
ogromnej sali, zaczęły mrugać zielone lampki. Sygnalizowały gotowość do pracy i zarazem żądanie
wydania ostatecznego rozkazu.

Rzuciwszy  okiem  na  wszystkie  ładunki  wybuchowe,  imperialny  komandos  uśmiechnął  się  do

siebie,  po  czym  wcisnął  guzik,  oznaczony: AKTYWACJA.   Dopiero  z  tą  chwilą  czasomierz  zaczął
odliczać upływ czasu. Orvak musiał teraz jak najszybciej opuścić mury akademii Jedi.

Poruszył się i chciał wstać z posadzki. Oparł dłoń na wypolerowanej kamiennej płycie, ale kątem

oka  dostrzegł,  że  pod  ścianą  poruszyło  się  coś  błyszczącego,  opalizującego  i  odbijającego
rozproszone światło... coś niemal przezroczystego. Zalśniło tęczowym blaskiem, jakby rozszczepiło
jakiś promień słońca, który wpadł przez jeden ze świetlików.

Orvak wyciągnął blaster i nie wstając z posadzki, zamarł w obronnym przysiadzie.
– Kto tam? – zapytał, starając się nadać głosowi jak najgroźniejsze brzmienie.
Po chwili znów ujrzał taki sam błysk. Wydało mu się, że dostrzega opalizujący podłużny kształt,

wijący się i pełznący ku niemu po płytach posadzki. Po chwili jednak ponownie stracił go z oczu.

Kilkakrotnie  wystrzelił  z  blastera,  mierząc  w  miejsce,  w  którym  ostatnio  dostrzegł  tęczowe

błyski.  W  kamiennych  płytach  utworzyły  się  sczerniałe  wgłębienia.  Śmiercionośne  błyskawice
odskoczyły  od  gładkiej  płyty  i  poszybowały  we  wszystkie  strony,  aby  ponownie  odbić  się  od
kamiennych ścian i powrócić ku środkowi komnaty. Widząc to, Orvak rozpłaszczył się na posadzce.
Obawiał się, że w każdej chwili może zostać zaatakowany przez ukrytych obrońców świątyni. Stracił
z widoku dziwną, opalizującą rzecz, ale nie przestał się zastanawiać nad tym, co właściwie widział.
Doszedł do wniosku, że niewątpliwie musiała to być jakaś podstępna sztuczka, do jakiej uciekli się
czarownicy  Jedi,  żeby  odwrócić  jego  uwagę.  Nie  powinien  wyciągać  blastera  i  strzelać,  ale  nie
zamierzał dać się pochwycić jakiemuś rycerzowi Jedi.

W tej samej chwili poczuł, że coś ukłuło go w dłoń, wspierającą się o kamienną płytę. Spojrzał

tam i zobaczył, że w dwóch nakłutych miejscach pojawiły się kropelki krwi. Zauważył także trójkątny
łeb jakiegoś gada – szklistego, kryształowego węża!

– Hej! – krzyknął, nie wiedząc, co ma o tym sądzić.
Zanim  zdążył  wstać  z  posadzki,  kryształowy  gad  rozwarł  szczęki,  a  później  opadł  na  posadzkę

i  wijąc  się  zaczął  pełznąć  w  kierunku  szczeliny,  widocznej  w  pobliskiej  ścianie.  Orvak  zauważył
jeszcze błysk światła, po czym dziwaczny wąż zniknął, jakby nigdy go nie było.

Imperialny dywersant stwierdził jednak, że i tak nie bardzo się tym przejmuje. Z wolna ogarniała

go  przemożna  chęć  ułożenia  się  do  snu.  Wywołany  ukąszeniem  ból  zaczynał  przemieniać  się
w nieszkodliwe mrowienie. Ogarnięty sennością Orvak pomyślał, że kiedy się obudzi, z pewnością
poczuje się o wiele lepiej.

Wyciągnął się na kamiennych płytach i zapadł w głęboki sen, nie przejmując się tym, że leży tuż

obok odliczającego upływ czasu urządzenia.

background image

Tymczasem cyferki na miniaturowej tarczy nie przestawały przeskakiwać, nieubłaganie dążąc do

osiągnięcia stanu, kiedy pokażą same zera.

background image

 

 

 

Rozdział 15

 
 
Tenel  Ka  stała  na  krawędzi  szturmowej  platformy.  Napinała  mięśnie,  przygotowując  ciało

i zmysły Jedi do walki.

Zwinęła  cienką  linkę  i  złożyła  ramiona  kotwiczki,  a  potem  umieściła  jedno  i  drugie  w  kieszeni

u  pasa.  Następnie  wyciągnęła  silnie  umięśnioną  rękę  i  pochwyciła  sporządzoną  z  zęba  rankora
rękojeść  świetlnego  miecza.  Uniosła  ją  i  wysunęła  energetyczną  klingę.  Tuż  za  dziewczyną  stał
o  wiele  wyższy  od  niej  Lowbacca.  Najeżył  wszystkie  kłaki  rudobrązowej  sierści  i  cofnął  ciemne
wargi,  by  obnażyć  groźne  kły.  Trzymał  oburącz  podobną  do  potężnej  pałki  rękojeść,  z  której
wystawało ostrze barwy roztopionego brązu.

Przebywający na wyższym pokładzie bojowej platformy szturmowcy, zdumieni pojawieniem się

nieoczekiwanych gości, natychmiast ruszyli w ich stronę. Wyciągnęli blastery. Ani przez sekundę nie
wątpili, że za chwilę ich pokonają.

–  O  rety,  panie  Lowbacco  –  odezwał  się  na  ich  widok  Em  Teedee.  –  Może  powinniśmy

zaplanować tę akcję chociaż odrobinę staranniej?

Lowie warknął, ale Tenel Ka się wyprostowała. Nie straciła wiary we własne umiejętności.
– Moc jest z nami – oznajmiła. – I to jest fakt.
Nad  głowami  obojga  młodych  rycerzy  Jedi  przeleciał  samotny  bombowiec  typu  TIE.  Jego  pilot

właśnie  zrzucił  kilka  protonowych  ładunków  wybuchowych  w  różnych  miejscach  dżungli.  Zewsząd
dobiegały odgłosy blasterowych strzałów.

Nad  pokładem  szturmowej  platformy  wznosiła  się  nadbudówka  mieszcząca  stanowisko

dowodzenia.  Stała  na  nim  odziana  w  czarną  pelerynę  Siostra  Nocy  Tamith  Kai,  podobna  do
ogromnego  drapieżnego  ptaka.  Odwróciła  się  w  stronę  dwojga  intruzów,  a  wówczas  jej
szkarłatnowiśniowe  wargi  cofnęły  się,  ukazując  zęby.  Tymczasem  Tenel  Ka  i  młody  Wookie
postąpili trzy kroki w kierunku czekających szturmowców.

Jeden  z  zakutych  w  białe  pancerze  żołnierzy,  widocznie  bardziej  zdenerwowany  widokiem

młodych Jedi niż pozostali, uniósł blaster i strzelił. Wojowniczka z Dathomiry machnęła świetlistym
ostrzem i bez trudu odbiła wiązkę energii, która poszybowała ku niebu.

Później,  jakby  ona  i  Lowie  ustalili  to  zawczasu,  oboje  głośno  krzyknęli  i  skoczyli  ku

szturmowcom. Wymachiwali tak szybko klingami świetlnych mieczy, że imperialni żołnierze, chociaż
raz  po  raz  strzelali  z  blasterów,  wpadli  w  panikę.  Młody  Wookie  i  wojowniczka  z  Dathomiry
przedarli się przez ich szeregi jak tornado.

Stojąca  nieco  wyżej  na  stanowisku  dowodzenia  Tamith  Kai  oparła  ręce  o  poręcz  pomostu

i w milczeniu przyglądała się walce.

– Dziewczyna należy do mnie – odezwała się w pewnej chwili. – Za chwilę osobiście zmiażdżę

background image

jej serce.

Tenel  Ka  raz  jeszcze  machnęła  świetlistą  klingą  i  wyeliminowała  z  dalszej  walki  następnego

szturmowca. Odwróciła się, kiedy usłyszała głos Siostry Nocy. Czuła przyspieszone uderzenia serca,
które biło w jej piersi niczym młot, ale oddychała spokojnie, miarowo. Przygotowała się do tej walki
i pokładała zaufanie we własnej sile i fizycznej sprawności. Wierzyła, że odniesie zwycięstwo.

–  To  oznacza,  że  musisz  odtąd  sam  radzić  sobie  z  pozostałymi  szturmowcami,  Lowie  –

powiedziała.

Jednym  skokiem  znalazła  się  na  pomoście  dowodzenia,  gotowa  stoczyć  pojedynek  z  groźną

przeciwniczką.

Młody  Wookie  zaryczał  na  znak,  że  potrafi  sprostać  wyzwaniu,  ale  przypięty  do  jego  pasa

miniaturowy android-tłumacz nie wyglądał na przekonanego.

–  Proszę,  niech  pan  uważa,  panie  Lowbacco  –  zapiszczał,  wyraźnie  przerażony.  –  Nie  byłoby

rozsądnie, gdyby dał się pan opanować manii wielkości.

Szturmowcy  widząc,  że  mogą  walczyć  teraz  tylko  z  jednym  intruzem,  rzucili  się  na  młodego

Wookiego.  Lowbacca  wcale  jednak  nie  uważał,  że  szala  zwycięstwa  przechyliła  się  na  jego
niekorzyść.

Tymczasem  Tenel  Ka  stała  przed  Siostrą  Nocy  dumnie  wyprostowana,  nie  okazując  ani  cienia

trwogi. Uniosła turkusowe ostrze świetlnego miecza. Pamiętała, że kiedy ostatnio walczyła z groźną
wiedźmą, zaskoczyła ją niespodziewanym atakiem i omal jej nie obezwładniła.

– Jak tam twoje kolano, Tamith Kai? – zapytała.
W fioletowych oczach Siostry Nocy pojawiły się złowieszcze błyski. Wiedźma kpiąco pokręciła

głową.

–  Powinnaś  natychmiast  się  poddać,  słabełuszko  –  powiedziała.  –  Nie  jesteś  na  tyle  godną

przeciwniczką,  żebym  miała  pokazywać  ci  próbkę  moich  umiejętności.  Coś  takiego!  Jednoręka
dziewczyna śmie sądzić, że może stanowić dla mnie jakieś zagrożenie!

– Zbyt dużo mówisz – odparła młoda wojowniczka. – A może przypuszczasz, że smród twojego

oddechu może być dobrą bronią podczas walki ze mną?

– Spędziłaś za dużo czasu, wałęsając się z tymi smarkaczami Jedi – odezwała się Tamith Kai. –

Zapomniałaś o szacunku, jaki powinnaś okazywać zwierzchnikom.

Wiedźma dźgnęła powietrze zagiętymi palcami. Posłała w kierunku dziewczyny dwie niebiesko-

czarne wiązki energii ciemnej strony.

– Nie widzę tu nikogo, kogo miałabym uważać za zwierzchnika – odparła dumnie Tenel Ka.
Odbiła  krzaczaste  błyskawice  ostrzem  miecza.  W  następnej  chwili  posłużyła  się  Mocą,  aby

wspomóc  własne  szlachetne  myśli  i  uczucia.  Otoczyła  się  nimi  jak  siłowym  polem.  Siostra  Nocy,
wyraźnie zaskoczona, cofnęła się o dwa kroki.

Tymczasem  walczący  nieco  niżej  Lowbacca  nie  przestawał  wymachiwać  klingą  świetlnego

miecza,  trzymanego  w  jednej  dłoni.  W  pewnej  chwili  wyciągnął  drugą  rękę  i  pochwycił  zakutego
w  biały  pancerz  szturmowca,  który  miał  nieszczęście  znaleźć  się  najbliżej.  Popchnął  go  na  trzech
innych  imperialnych  żołnierzy.  Wszyscy  czterej  zwalili  się  na  płyty  pokładu.  Pozostali  szturmowcy
palili się do walki z samotnym przeciwnikiem, ale zbytnio się tłoczyli i nie mogli zrobić właściwego
użytku  z  blasterów.  Wyglądało  na  to,  że  uwierzyli,  iż  potrafią  pokonać  rozzłoszczonego  Wookiego
jedynie dysponując nad nim przewagą liczebną.

Popełniali w ten sposób poważny błąd.

background image

Stojąca  na  pomoście  dowodzenia  Siostra  Nocy  przeszła  w  inny  róg,  ale  nie  odrywała

rozbawionego  spojrzenia  od  młodej  wojowniczki  z  Dathomiry.  Tymczasem  Tenel  Ka  pewnie
trzymała  rękojeść  świetlnego  miecza.  Ona  także  wpijała  szare  jak  granit  oczy  w  fioletowe  źrenice
niebezpiecznej przeciwniczki.

Nad  głowami  obu  kobiet  krążyło  teraz  co  najmniej  kilka  bombowców  typu  TIE.  Wszystko

przemawiało jednak za tym, że pilotów bardziej interesuje przebieg toczącej się na platformie walki
niż bombardowanie celów ukrytych w gąszczach dżungli.

Siostra  Nocy  zgięła  ręce.  W  każdej  dłoni  zaczęła  się  tworzyć  kula  oślepiającego  błękitnego

światła. Raz po raz rozbłyskiwała jeszcze jaśniejszymi krzaczastymi błyskawicami. Rosła, nabierała
mocy,  potężniała...  Tenel  Ka  zrozumiała,  że  musi  wykorzystać  fakt,  iż  Tamith  Kai  poświęca  całą
uwagę przygotowaniom do następnego ataku, i zaskoczyć ją czymś niespodziewanym.

Wiedźma  stała  w  pobliżu  krawędzi  pomostu  dowodzenia.  Kierowała  spojrzenie  na  własne

dłonie,  a  nie  na  położony  nieco  poniżej  poziom,  gdzie  w  najlepsze  toczył  się  zacięty  bój  między
Lowbacca  a  szturmowcami.  W  pewnej  chwili  wyprostowała  i  uniosła  ręce.  Między  czubkami
palców przeskakiwały iskry energii złej Mocy, czekającej na chwilę, kiedy zostanie uwolniona.

Tenel  Ka  zamarkowała  cios  turkusową  klingą  świetlnego  miecza,  po  czym  bez  ostrzeżenia

posłużyła się energią jasnej Mocy. Skierowała ją przed siebie niczym wyciągniętą rękę, wymierzoną
prosto w Siostrę Nocy. Pchnęła wiedźmę na tyle silnie, że złowieszcza kobieta zatoczyła się i oparła
o  barierkę,  która  jednak  nie  wytrzymała  impetu  pchnięcia  i  pękła.  Tamith  Kai  rozpaczliwie
zaskrzeczała  i  przewinęła  się  nad  poręczą.  Ogniste  błyskawice  poszybowały  ku  niebu,  nie  robiąc
nikomu  krzywdy,  ale  o  włos  chybiły  opancerzony  kadłub  bombowca  typu  TIE,  który  właśnie
przelatywał nad szturmową platformą.

Siostra  Nocy  spadła  na  niższy  poziom,  gdzie  Lowbacca  zmagał  się  ze  szturmowcami.  Młody

Wookie  groźnie  warknął,  odwracając  głowę  w  stronę  wiedźmy.  W  tej  samej  chwili  imperialni
żołnierze, zamierzając w końcu obezwładnić przeciwnika, rzucili się do kolejnego ataku, ale Tamith
Kai, zapewne rada, że ma na kim wyładować wściekłość, rozrzuciła ich we wszystkie strony.

Stojąca na pomoście dowodzenia Tenel Ka usłyszała nagle  narastający  skowyt  silników  jakiejś

maszyny. Uniosła głowę i ujrzała bombowiec typu TIE, zbliżający się koszącym lotem i kierujący na
nią  lufy  laserowych  działek!  Obserwowała,  jak  wyskakują  z  nich  jaskrawe  błyskawice  i  topią
metalowe płyty pomostu pod jej stopami.

Zaczęła  dziwny  taniec,  raz  po  raz  przeskakując  z  nogi  na  nogę.  Wykorzystując  zespolenie

własnego  organizmu  z  Mocą,  starała  się  przewidywać,  w  które  miejsce  trafi  następna  błyskawica.
Laserowe strzały niosły zbyt duże ilości energii, żeby mogła odbijać je klingą miecza. Stała samotna,
nie chroniona przez żaden pancerz, nie mając wielkich szans podczas takiej walki.

Poczuła  się  nieswojo,  kiedy  uświadomiła  sobie  tę  prawdę.  Ponuro  się  uśmiechnęła

i  postanowiła,  że  podejmie  to  wyzwanie.  Ryk  silników  nieprzyjacielskiej  maszyny  narastał
i  dziewczyna  wiedziała,  że  za  chwilę  bombowiec  przeleci  nad  jej  głową.  Zablokowała  klingę
świetlnego  miecza  tak,  że  pozostawała  ona  przez  cały  czas  włączona,  po  czym  postarała  się
przewidzieć trajektorię lotu imperialnej maszyny. Nagłym ruchem nadgarstka wyrzuciła w powietrze
wykonaną z zęba rankora rękojeść broni.

Kiedy wykonywała ćwiczenia Jedi, wiele czasu poświęciła na rzucanie do celu. Posługiwała się

włóczniami i nożami tak długo i doszła do takiej wprawy, że trafiała za każdym razem. Teraz jednak
nie  starczało  czasu  na  przygotowania,  a  poza  tym  jej  broń  miała  do  pokonania  o  wiele  większą

background image

odległość  niż  zazwyczaj.  Mimo  to  dzielna  dziewczyna  ani  przez  chwilę  nie  zwątpiła  we  własne
umiejętności.

Zauważyła,  że  pilot  bombowca  typu  TIE  zaczyna  zataczać  łuk  i  podrywa  maszynę.  Zapewne

zamierzał zawrócić i przystąpić do następnej próby.

Tymczasem  świetlny  miecz,  nie  przestając  wirować  w  locie,  unosił  się  coraz  wyżej  i  wyżej.

W  pewnej  chwili,  kiedy  trafił  w  kadłub  maszyny,  rozbłysnął  oślepiającym  turkusowym  blaskiem.
Tenel  Ka  stwierdziła,  że  wbrew  jej  oczekiwaniom  nie  odciął  żadnego  panelu  bocznego
dostarczającego  energię  różnym  podzespołom.  Mimo  to  świetlista  klinga  odłupała  stabilizator  lotu
i  wyszarpała  sporą  dziurę  w  kadłubie.  Przecięła  go  i  przeszła  na  drugą  stronę,  po  czym,  nie
przestając  koziołkować  w  locie,  zaczęła  opadać  w  stronę  zielonego  morza  drzew  rosnących
w pobliżu brzegu rzeki.

Niezdolna wymówić choćby słowa, Siostra Nocy wściekle zawyła. Odbiła się od płyty pokładu

i jednym skokiem znalazła się na pomoście dowodzenia. Jej czarna peleryna zatrzepotała jak skrzydła
kruka rzucającego się na ofiarę. Z oczu Tamith Kai strzelały fioletowe błyskawice.

Ujrzawszy samotną jednoręką dziewczynę, nie uzbrojoną nawet w świetlny miecz, Siostra Nocy

wybuchnęła  głośnym  śmiechem.  W  jej  gardłowym,  chrapliwym,  kpiącym  rechocie  kryło  się
szyderstwo.

–  Teraz  nie  tylko  jesteś  okaleczona,  ale  także  zostałaś  rozbrojona  –  parsknęła,  krztusząc  się

i  spoglądając  wymownie  na  kikut  ręki  Tenel  Ka.  –  Marnujesz  mój  czas  i  nadużywasz  mojej
cierpliwości, dziecko. Oszczędź sobie i mnie kłopotów. Połóż się na pokładzie i pogódź ze śmiercią.

Tenel  Ka  spiorunowała  Siostrę  Nocy  lodowatym  spojrzeniem.  Nie  wahając  się,  postąpiła  krok

w jej stronę.

– Możliwe, że zostałam rozbrojona – powiedziała – ale nigdy nie jestem bezbronna.
Podeszła  jeszcze  bliżej.  Niespodziewanym  ruchem  uniosła  lewą  nogę  i  obróciwszy  stopę

w  stawie  skokowym,  zaczepiła  czubek  buta  tuż  za  kostką  nogi  wiedźmy.  Równocześnie  pchnęła
rozczapierzoną dłonią Siostrę Nocy i przewróciła ją na metalowe płyty pomostu.

Usłyszała głośne okrzyki przerażonych i ogarniętych paniką szturmowców. Po chwili dołączył się

do  nich  narastający  jazgot  silników  uszkodzonego  bombowca  typu  TIE.  Tenel  Ka  uniosła  głowę
i  zaryzykowała  spojrzenie  w  niebo.  Zareagowała  niemal  odruchowo,  jeszcze  zanim  uświadomiła
sobie, co się dzieje.

Bombowiec  typu  TIE,  który  trafiła  klingą  świetlnego  miecza,  zdołał  jednak  utrzymać  się

w  powietrzu,  a  nawet  zawrócił.  Leciał  dalej,  mimo  iż  cała  rufowa  część  kadłuba  stała
w  płomieniach.  Pozbawiona  zdolności  manewrowania  imperialna  maszyna  kołysała  się  w  locie
z  boku  na  bok  i  leciała  raz  wyżej,  a  raz  niżej.  Ogarnięty  paniką  pilot  kierował  ją  ku  szturmowej
platformie.

Tenel Ka wyczuwała jego przerażenie. Lotnik Akademii Ciemnej Strony nie wiedział, co robić,

i  doszedł  do  wniosku,  że  platforma  może  być  ostatnią  szansą  ratunku.  Zapewne  zamierzał  na  niej
wylądować, licząc na to, że w ten sposób uchroni bombowiec od niemal pewnej katastrofy. Tenel Ka
w mgnieniu oka zorientowała się jednak, że maszyna nie słucha sterów i leci zbyt szybko, żeby mogła
bezpiecznie osiąść na pokładzie platformy.

Siostra  Nocy,  zaślepiona  wściekłością  i  nienawiścią,  nie  zwracała  uwagi  na  to,  co  się  dzieje.

Wyciągnęła rękę i usiłowała pochwycić kostkę Tenel Ka zagiętymi palcami, które były zakończone
przypominającymi szpony paznokciami. Wiedźma nie przeczuwała, że i jej, i wszystkim innym grozi

background image

śmiertelne niebezpieczeństwo.

Młoda  wojowniczka  nie  zamierzała  tracić  cennego  czasu  na  dalszą  walkę,.  Szarpnąwszy  nogę,

uwolniła but z palców Siostry Nocy Przeskoczyła nad odzianą w czarne szaty wiedźmą i wylądowała
na niższym poziomie, pośród szturmowców walczących z Lowbaccą.

Imperialni  żołnierze,  którzy  pierwsi  zauważyli  nadlatujący  bombowiec,  rozbiegli  się  we

wszystkie strony, aby pilot miał gdzie wylądować.

– Lowbacco, musimy stąd uciekać. – Tenel Ka schwyciła kosmatą rękę młodego Wookiego.
Lowie zaryczał. W następnej sekundzie rozległ się piskliwy głos miniaturowego androida.
– Nareszcie. Uważam, że to jak najbardziej sensowna propozycja.
Młoda wojowniczka i Lowbaccą pospieszyli do krawędzi platformy, unoszącej się nad falującym

oceanem  liści.  Popatrzyli  na  leniwie  płynącą  w  dole  rzekę  i  gęstwinę  gałęzi  drzew,  rosnących  na
brzegach.

Tamith Kai, która pozostała na pomoście dowodzenia, w końcu zorientowała się, że jej życie jest

zagrożone. Skowyt silników nadlatującego bombowca typu TIE zmienił się w ryk, a później niemal
w  łoskot.  Siostra  Nocy  krzyknęła,  nakazując  pełniącym  służbę  w  środku  platformy  pilotom,  by
zwiększyli moc silników repulsorowych i przelecieli w inne miejsce.

Doskonale wiedziała jednak, że nie zdążą wykonać rozkazu.
Lowie i Tenel Ka, nie zastanawiając się dłużej, odbili się od krawędzi i skoczyli. Liczyli na to,

że znajdą bezpieczne miejsce, w którym będą mogli wylądować.

Jeszcze szybowali w powietrzu, posługując się Mocą, by kontrolować prędkość opadania, kiedy

uszkodzony bombowiec typu TIE rozbił się o górny pokład szturmowej platformy Akademii Ciemnej
Strony  i  natychmiast  eksplodował.  Siłę  eksplozji  silników  zwielokrotniły  ładunki  wybuchowe,
których pilot albo nie zdążył zrzucić, albo o nich zapomniał. Maszyna przeleciała na wylot przez oba
opancerzone pokłady, po czym roztrzaskała się o drzewa.

Pancerne płyty platformy, wirując w powietrzu jak płatki śniegu, pofrunęły we wszystkie strony.

W niebo strzelił słup ognia przedzierającego się przez kłęby czarnego dymu, a niezgrabna konstrukcja
runęła, rozrywana siłami eksplozji zgromadzonych na pokładach ładunków wybuchowych.

Nieforemna bryła niemożliwych do rozpoznania szczątków eksplodowała jeszcze kilka razy, po

czym pogrążyła się w nurtach rzeki...

background image

 

 

 

Rozdział 16

 
 
Laserowe błyskawice, wystrzeliwane z luf działek myśliwców typu TIE ścigających Jainę, raz po

raz  przelatywały  koło  porwanej  maszyny.  Jedna  ognista  nitka  musnęła  skraj  sześciokątnego  panelu
z  ogniwami  energetycznymi.  Przysmażyła  go,  zaskwierczała,  po  czym  odbiła  się  w  postaci  snopu
oślepiających iskier.

Pilotowany  przez  Jainę  myśliwiec  zaczął  koziołkować.  Dziewczyna  starała  się  odzyskać

panowanie  nad  sterami,  ale  zorientowała  się,  że  jej  maszyna  straciła  część  mocy.  Mimo  to  leciała
dalej,  napędzana  przez  wyciszone  silniki,  zaprojektowane  z  myślą  o  dokonywaniu  zaplanowanego
sabotażu,  a  nie  lataniu  z  dużymi  prędkościami.  Piloci  ścigających  Jainę  nieprzyjacielskich
myśliwców natychmiast wykorzystali to i jeszcze bardziej przyspieszyli.

Dziewczyna robiła rozpaczliwe uniki, to podrywając maszynę, to nurkując. Jakiś czas leciała tuż

nad wierzchołkami drzew, aby później wznieść się niemal pionową świecą w niebo. Liczyła na to, że
któryś imperialny pilot popełni błąd i zawadzi o konar drzewa, zderzy się z myśliwcem kolegi albo
wykona jakiś inny manewr, powodujący eksplozję maszyny.

Niestety, jej nadzieje się nie spełniły.
Tymczasem  trzej  prześladowcy  zbliżyli  się  tak  bardzo,  że  mogli  trafić  myśliwiec  Jainy,  nie

uciekając  się  do  pomocy  urządzeń  celowniczych.  Dziewczyna  zrozumiała,  że  nie  umknie,  jeżeli
szybko  nie  posłuży  się  jakąś  sztuczką.  Wykorzystując  umiejętności,  nabyte  podczas  wykonywania
przez  wiele  tygodni  ćwiczeń  Jedi,  zwiększyła  szybkość  myśli  i  precyzję  ruchów.  Pociągnęła  za
dźwignię sterowniczą i wprawiła maszynę w ruch wirowy, zataczając równocześnie tak ciasny łuk,
że po chwili leciała w kierunku trójki nieprzyjaciół. W mgnieniu oka przebyła odległość dzielącą ją
od prześladowców. Miała czas na oddanie tylko jednego strzału.

Nie zmarnowała okazji.
Jej laserowa błyskawica rozszarpała podbrzusze nieprzyjacielskiej maszyny typu TIE. Pozbawiła

ją  zdolności  manewrowania  i  rozhermetyzowała  kabinę.  Pilot  wypadł  przez  otwór  i  koziołkując
w locie, zniknął w gąszczu liści.

Jaina  przemknęła  między  dwoma  pozostałymi  imperialnymi  myśliwcami.  Z  maksymalną

szybkością  poleciała  w  przeciwnym  kierunku.  Kiedy  piloci Akademii  Ciemnej  Strony  zorientowali
się,  co  zrobiła,  zatoczyli  obszerne  łuki  i  zawrócili.  Mimo  to  po  kilkunastu  sekundach  znów  zaczęli
zmniejszać odległość dzielącą ich od ofiary.

Dziewczyna  przeniosła  spojrzenie  na  pulpit  sterowniczy.  Usiłowała  wypatrzyć  pośród

rozmieszczonych  na  nim  przyrządów,  wskaźników  i  przełączników  taki,  który  mógłby  w  czymś
pomóc. Miała nadzieję, że może uda się jej znaleźć tajemniczą broń, w jaką został wyposażony ten
egzemplarz  imperialnego  statku.  W  głębi  ducha  wątpiła  jednak,  czy  znajdzie  coś,  co  pozwoliłoby

background image

umknąć prześladowcom.

Nagle  jej  spojrzenie  spoczęło  na  niewielkim  guziku,  obok  którego  widniał  napis: TŁUMIK

ZASILANIA  SILNIKÓW  JONOWYCH. Jaina  uświadomiła  sobie,  że  przyciśnięcie  guzika
spowodowałoby  przesłanie  dodatkowej  porcji  energii  do  silników,  które  pracowały  tak  cicho,
ponieważ wykorzystywały zaledwie ułamek dostępnej mocy.

Nie wahając się ani sekundy, przycisnęła guzik i włączyła tłumiki zasilania. Usłyszała nasilający

się charakterystyczny skowyt i poczuła, że maszyna śmignęła jak wyrzucona z procy. Przyspieszenie
docisnęło plecy dziewczyny do oparcia fotela i wywołało na jej twarzy dziwny grymas. Myśliwiec
zaczął  lecieć  o  wiele  szybciej  niż  jakakolwiek  inna  jednostka,  którą  Jaina  miała  dotąd  okazję
pilotować.

Dziewczyna pomyślała, że gdyby jeszcze bardziej przyspieszyła, może prześladowcy straciliby ją

z  pola  widzenia.  Mogłaby  wówczas  skierować  maszynę  ku  orbicie  i  zatoczyć  łuk  wysoko  nad
księżycem, tak by nie zauważył jej żaden inny imperialny pilot. Później na jakiś czas zmniejszyłaby
dopływ energii i korzystając z tego, że silniki pracując wiele ciszej, poszybowałaby w przestworza.
Wykorzystałaby fakt, że kadłub jej maszyny został pokryty ochronną warstwą, dzięki której myśliwiec
typu TIE nie mógł być wykryty przez sygnały skanerów... Może w taki sposób zdołałaby ocalić życie.

Zwiększone przyspieszenie sprawiało, że z trudem poruszała rękami. Mimo to wystrzeliła świecą

w górę, zamierzając jak najszybciej przelecieć przez atmosferę i znaleźć się na orbicie.

Para  ścigających  ją  imperialnych  pilotów  powtórzyła  ten  manewr.  Jaina  nie  miała  pojęcia,  czy

przyspieszenie,  jakie  osiągnęła  maszyna,  pozwoli  jej  lecieć  z  większą  prędkością  niż  ta,  jaką
osiągają  normalne  myśliwce  typu  TIE,  ale  wiedziała,  że  powinna  zostawić  prześladowców  jak
najdalej za sobą, a później postarać się ich przechytrzyć.

Atmosfera stawała się coraz rzadsza. Przestworza zmieniły kolor najpierw na ciemnopurpurowy,

aby  w  końcu  przybrać  barwę  nieprzeniknionej  czerni.  Ku  swojemu  rozczarowaniu  Jaina  zobaczyła
jednak, że dwa ścigające ją myśliwce typu TIE znów zaczęły się zbliżać. Ich sylwetki powiększały
się może nie tak szybko jak poprzednio, ale wciąż goniły za nią, zamiast maleć i niknąć. Dziewczyna
zrozumiała, że jej plan nie ma szans na spełnienie... Nie zdoła umknąć prześladowcom i rozpłynąć się
w mrokach przestworzy. Nie wykorzysta przewagi, jaką daje ochronna powłoka jej maszyny.

Zastanawiała  się,  czy  mogłaby  powtórzyć  poprzedni  manewr,  którym  już  raz  zaskoczyła

imperialnych  pilotów.  Czy  zdołałaby  zawrócić  i  stawić  czoło  jednemu,  tak  by  drugi  jej  nie  trafił?
Istniała niewielka szansa, że zestrzeliłaby obie maszyny, zanim zbici z tropu piloci zdążą przestawić
celowniki. Jaina nie bardzo jednak wierzyła, że po raz drugi udałaby się jej taka sztuczka.

Sytuacja zaczynała być beznadziejna.
Już miała poddać się zniechęceniu i rozpaczy, kiedy stwierdziła, że przestworza przed dziobem

jej myśliwca połyskują i falują. Ujrzała statki wyłaniające się z nadprzestrzeni... i zrozumiała, że oto
przybywają posiłki! Okręty wojenne, zmobilizowane przez rząd Nowej Republiki! Serce dziewczyny
skoczyło i zaczęło bić jak szalone. Flota nie była liczna, ale doskonale uzbrojona i gotowa stanąć do
walki  przeciwko  Akademii  Ciemnej  Strony.  Widocznie  alarmowy  sygnał,  jaki  miał  wysłać  Jacen,
jednak dotarł do Coruscant.

Jaina wydała radosny okrzyk, po czym zmieniła kurs i lecąc jak pocisk, skierowała się prosto ku

gromadzie  koreliańskich  korwet  i  kanonierek.  Domyśliła  się,  że  władze  Nowej  Republiki  zdążyły
przygotować tylko takie jednostki do walki w obronie akademii Jedi.

Porwany  myśliwiec  typu  TIE  zadrżał,  kiedy  Jaina,  przekraczając  czerwone  kreski,  oznaczające

background image

granice  bezpieczeństwa,  popchnęła  dźwignię  przyspieszenia  do  oporu.  Uszkodzony  wskutek
poprzedniego trafienia sześciokątny panel nadal nie dostarczał wystarczających ilości energii.

– Szybciej, szybciej – powtarzała dziewczyna, raz po raz przygryzając dolną wargę.
Uświadomiła sobie, że jej maszyna musi wytrzymać jeszcze tylko kilka chwil. Jeszcze tylko kilka

sekund.

Tymczasem  kadłub  lecącej  na  czele  floty  koreliańskiej  korwety  zaczynał  olbrzymieć  przed

dziobem  myśliwca.  Mimo  to  dwaj  ścigający  dziewczynę  imperialni  piloci  nie  dawali  za  wygraną.
Trzymali się w tej samej odległości, ale nie przestawali zasypywać jej seriami laserowych strzałów.

Jaina starała się czynić uniki, by uniknąć trafienia, dopóki nie znajdzie się w zasięgu dział kilku

najbliższych  jednostek  republikańskiej  floty.  W  pewnej  chwili  zauważyła,  że  otworzyły  ogień.
Jaskrawe  smugi  niosących  potężną  energię  turbolaserowych  strzałów  przemknęły  jednak  tak  blisko
myśliwca dziewczyny, że skwierczące błyskawice omal jej nie oślepiły.

Jaina  dopiero  po  kilku  sekundach  uzmysłowiła  sobie,  że  artylerzyści  statków  Nowej  Republiki

strzelają do niej!

Natychmiast  zrozumiała,  czego  nie  wzięła  pod  uwagę  w  swoich  obliczeniach.  Pilotując

imperialny myśliwiec, leciała jak pocisk w stronę przybywającej z odsieczą floty. Była ścigana przez
dwie inne imperialne maszyny, które zasypywały ją lawinami laserowych strzałów, ale nie robiły jej
żadnej  krzywdy.  Dowódcy  korwet  musieli  dojść  do  wniosku,  że  wszystkie  trzy  jednostki  są
pilotowane przez samobójców, gotowych poświęcić życie, byle tylko unicestwić ich statki.

Jaina  schwyciła  mikrofon,  nastawiła  komunikator  na  nadawanie  w  szerokim  paśmie

częstotliwości i wykorzystując całą moc, krzyknęła:

–  Wzywam  flotę  Nowej  Republiki!  Nie  strzelajcie,  nie  strzelajcie!  Mówi  Jaina  Solo.  Lecę

porwanym imperialnym myśliwcem!

Ujrzała, że z boku pojawiają się następne statki, stanowiące przypadkową zbieraninę, ale mające

na kadłubach namalowany znak orbitalnej stacji wydobywczej Landa Calrissiana. Jaina pamiętała, że
ciemnoskóry  mężczyzna  zapuszczał  się  w  głąb  kłębowiska  gazów  otaczających  jądro  Yavina,
poszukując w nich drogocennych klejnotów corusca.

– Jaina Solo? – W odbiorniku komunikatora myśliwca rozległ się głos zdumionego Calrissiana. –

Młoda damo, co właściwie tu robisz?

–  Zamieniam  się  w  gwiezdny  pył,  jeżeli  zaraz  nie  zajmiecie  się  tymi  dwiema  maszynami,  które

siedzą na moim ogonie!

Do rozmowy włączył się admirał Ackbar.
– Przestawiamy celowniki – powiedział. – Niczego się nie obawiaj, Jaino Solo.
–  Lecę  pierwszą  maszyną  –  przypomniała  zdenerwowana  dziewczyna.  –  Nie  zestrzelcie

niewłaściwego myśliwca! No, na co jeszcze czekacie?

W  pobliżu  jednostki  Jainy  przemknęło  chyba  kilkadziesiąt  turbolaserowych  błyskawic.  Leciały

tak blisko siebie, że przestworza zamieniły się w utkaną z ognistych nitek śmiercionośną pajęczynę.
Kolejne  kilkanaście  błyskawic  wyleciało  z  luf  dział  koreliańskich  kanonierek  i  statków  należących
do  osobistej  floty  Landa  Calrissiana.  Po  sekundzie  oba  myśliwce  typu  TIE  zamieniły  się  w  ogniste
kule. Dopiero wówczas Jaina odetchnęła z prawdziwą ulgą.

Admirał  Ackbar,  przebywający  na  stanowisku  dowodzenia  korwety  lecącej  na  czele  szyku,

rozkazał otworzyć wrota hangaru i poinformował o tym dziewczynę, wysyłając specjalny sygnał.

– Zapraszamy na pokład, Jaino Solo – powiedział. – Zaopiekujemy się tobą do czasu zakończenia

background image

walki  z  Akademią  Ciemnej  Strony.  Uważam,  że  w  taki  sposób  najlepiej  przyczynimy  się  do
zapewnienia bezpieczeństwa personelowi akademii Jedi.

–  Przypuszczam,  że  to  rzeczywiście  najlepszy  sposób  –  zgodziła  się  dziewczyna.  –  Chciałabym

jednak  zaraz  po  tym,  kiedy  skończycie,  znaleźć  się  na  księżycu,  żeby  wziąć  udział  w  walce  u  boku
brata i przyjaciół.

– Jeżeli zwyciężymy – zauważył Ackbar – możesz nie mieć z kim walczyć.
Kiedy  porwany  myśliwiec  typu  TIE  osiadł  na  płycie  lądowiska  w  hangarze  korwety,  Jaina

wygramoliła się z kabiny. Jej czoło pokrywały ciężkie krople potu, ale uśmiech na twarzy dowodził,
że  dziewczyna  cieszy  się,  iż  nie  musi  dłużej  walczyć  z  imperialnymi  pilotami.  Zapewne  nie
odczuwała również potrzeby ujęcia w dłonie sterów jakiejkolwiek innej nieprzyjacielskiej maszyny.
Co  prawda,  pierwsza  próba  okazała  się  podniecającym  doświadczeniem,  ale  niekoniecznie  takiego
rodzaju, żeby Jaina chciała przystępować do następnej.

Przywitała się z kilkoma żołnierzami Nowej Republiki, pospiesznie przeczesała palcami długie,

proste brązowe włosy, a później pobiegła do szybu turbowindy. Kiedy znalazła się na mostku, zajęła
miejsce u boku admirała Ackbara. Stamtąd najlepiej mogła obserwować, jak jego flota przygotowuje
się do ataku na przypominającą kolczasty pierścień złowieszczą imperialną stację.

Okręty  Nowej  Republiki  zaczęły  ostrzeliwać  ośrodek  szkolący  Ciemnych  Jedi,  jeszcze  zanim

zbliżyły  się  do  powierzchni Yavina  Cztery.  Osłaniające Akademię  Ciemnej  Strony  potężne  siłowe
pola  przejmowały  energię  ognistych  błyskawic,  ale  można  było  się  zorientować,  że  słabną  pod
wpływem nieustającego ostrzału.

W  pobliżu  imperialnej  gwiezdnej  stacji  znieruchomiały  także  statki  Landa  Calrissiana.  One

również zaczęły bombardować ją laserowymi błyskawicami. Jaina doszła do wniosku, że atakowana
lawinami ognistych sztychów imperialna uczelnia z pewnością już wkrótce zostanie unicestwiona.

Ackbar przycisnął guzik włączający zasilanie mikrofonu komunikatora.
– Wzywam Akademię Ciemnej Strony – powiedział. – Poddajcie się i przygotujcie na przyjęcie

oddziału abordażowego.

Jaina  nie  miała  jednak  czasu,  by  się  odprężyć.  Nikt  spośród  personelu  nieprzyjacielskiej

gwiezdnej  stacji  nie  odpowiedział  na  wezwanie,  a  jeden  z  przebywających  na  mostku  korwety
oficerów taktyków nagle zawołał:

–  Panie  admirale!  W  pobliżu  sterburty  wykryliśmy  gwałtowny  skok  ciśnienia  nadprzestrzeni!

Wygląda na to, że cała...

Jaina  spojrzała  na  iluminator  i  stwierdziła,  że  z  nadprzestrzeni  wyłania  się  grupa  budzących

przerażenie  imperialnych  jednostek.  Gwiezdne  niszczyciele  sprawiały  wrażenie  pospiesznie
skonstruowanych  albo  tylko  zmodernizowanych;  dziewczyna  zauważyła  jednak,  że  ich  nowoczesne
turbolaserowe działa są gotowe do strzału.

–  A  oni  skąd  się  tutaj  wzięli?  –  usłyszała  jęk  Calrissiana,  który  wydobył  się  z  głośnika

komunikatora.

Tymczasem w przestworzach nie przestawały pojawiać się kolejne statki. Wszystkie należały do

świetnie  uzbrojonej  floty,  dochowującej  wierności  Drugiemu  Imperium.  Nie  czekając,  aż
nawigatorzy ustalą namiary, imperialni artylerzyści rozpoczynali ostrzeliwanie jednostek floty Nowej
Republiki.

–  Włączyć  ochronne  pola!  –  rozkazał  natychmiast  Ackbar.  Odwrócił  się  w  stronę  Jainy

i popatrzył na nią wielkimi, okrągłymi, przerażonymi, podobnymi do rybich oczami. – Wygląda na to,

background image

że mimo wszystko możemy mieć kłopoty – dodał cicho.

background image

 

 

 

Rozdział 17

 
 
Luke  Skywalker  stanął  przed  ruinami  prastarej  budowli  Massassów,  zwanej  Świątynią

Błękitnego  Liścia,  wzniesionej  na  przeciwległym  brzegu  rzeki.  Konstrukcja  miała  kiedyś  kształt
wysmukłej  piramidy,  ale  jeżeli  nie  liczyć  wspierającego  się  na  cylindrycznych  kamiennych
kolumnach  frontonu,  pozostał  z  niej  jedynie  stos  strzaskanych  bloków.  Mistrz  Jedi  przybył  sam,  po
raz kolejny licząc na to, że uda mu się przekonać Brakissa. Mimo to był przygotowany do walki.

To  właśnie  te  ruiny  wybrał  naczelnik  Akademii  Ciemnej  Strony  na  miejsce  spotkania,

konfrontacji...  a  możliwe,  że  nawet  pojedynku,  gdyby  osiągnięcie  porozumienia  okazało  się
niemożliwe.

Luke przez chwilę wsłuchiwał się w odgłosy napływające od strony dżungli. Słyszał skrzeczenie

stworzeń,  przemykających  w  gęstym  poszyciu,  śpiew  ptaków,  gnieżdżących  się  nad  jego  głową
pośród  pędów  winorośli,  i  kanonadę  wystrzałów  laserowych  działek  imperialnych  myśliwców,
bezustannie krążących po niebie w poszukiwaniu nowych celów. Skręcał się na myśl o tym, że musi
być  sam  i  czekać  bezczynnie,  aż  pojawi  się  Brakiss.  Tymczasem  powinien  przebywać  razem
z  uczniami  i  walczyć  wraz  z  nimi  przeciwko  oddziałom,  wysłanym  przez  dowódców  Akademii
Ciemnej Strony.

Miał  jednak  do  wykonania  inne  zadanie  –  o  wiele  pilniejsze,  ważniejsze  i  trudniejsze.  Musiał

powstrzymać przywódcę Ciemnych Jedi... Mężczyznę, który był kiedyś jego uczniem.

Spostrzegł nagle, że rozchyliły się gałęzie gęstych krzaków rosnących na skraju polany, w pobliżu

ozdobionej płaskorzeźbami kamiennej kolumny. Z zarośli wyłonił się młody mężczyzna. Stąpał lekko
i  z  wdziękiem,  jakby  bez  wysiłku,  ale  każdy  ruch  znamionował  pewność  siebie.  Na  nieskazitelnie
gładkiej, posągowo pięknej twarzy ukazał się szeroki uśmiech.

– Witaj, Luke’u Skywalkerze, mój były mistrzu Jedi – odezwał się Brakiss. – Przybyłeś, żeby mi

się poddać, jak sądzę? Żeby w pokorze przyznać, że przewyższam cię pod względem umiejętności?

Luke nie odwzajemnił jego uśmiechu.
– Zjawiłem się, żeby z tobą porozmawiać – odparł. – Tak, jak sobie życzyłeś.
–  Obawiam  się,  że  sama  rozmowa  nie  wystarczy  –  oświadczył  Brakiss.  –  Czy  widzisz  tam,  na

niebie,  moją  Akademię  Ciemnej  Strony?  Właśnie  w  tej  chwili  pojawiają  się  obok  niej  okręty
Drugiego Imperium. Mimo tych mizernych posiłków, jakie przyleciały na odsiecz twojej uczelni, nie
możesz się spodziewać, że zwyciężysz. Przyłącz się do nas, gdyż tylko w ten sposób zapobiegniesz
dalszemu przelewowi krwi. Dobrze wiem, że gdybyś tylko zechciał zapoznać się z siłami, o których
dotychczas nie chciałeś nic wiedzieć, także mógłbyś stać się potężnym mistrzem Jedi, Skywalkerze.

Luke pokręcił głową.
– Daj spokój, Brakissie – powiedział. – Twoje słowa i kuszenie potęgą ciemnej strony nie robią

background image

na mnie najmniejszego wrażenia. To prawda, byłeś kiedyś moim uczniem. Ujrzałeś światłość jasnej
strony  i  uświadomiłeś  sobie,  że  możesz  czynić  dobro,  a  jednak  stchórzyłeś  i  uciekłeś.  Mimo  to
jeszcze nie jest za późno. Zaufaj mi i przyłącz się do mnie. Poszukamy razem i odnajdziemy resztki
światłości, jakie jeszcze drzemią w twoim sercu.

– W moim sercu nie znajdziesz ani odrobiny światłości – oznajmił naczelnik Akademii Ciemnej

Strony.  –  Nie  przybyłem  tu,  żeby  się  z  tobą  przekomarzać.  Jeżeli  nie  okażesz  się  rozsądny
i  natychmiast  się  nie  poddasz,  będę  musiał  cię  pokonać,  a  potem  wziąć  szturmem  to,  co  jeszcze
pozostanie z twojej akademii Jedi.

Jednym  płynnym  ruchem  wyciągnął  rękojeść  świetlnego  miecza,  ukrytą  dotąd  w  rękawie

srebrzystego  płaszcza.  Kiedy  nacisnął  guzik,  ukazało  się  świetliste  ostrze.  W  miejscu  zetknięcia
z obudową miało kilka sterczących we wszystkie strony ognistych kolców, podobnych do pazurów.
Mistrz Ciemnych Jedi ciężko westchnął.

– To będzie doprawdy bezsensowna strata – powiedział.
– Nie pragnę walki z tobą – odezwał się Skywalker.
Mężczyzna wzruszył ramionami.
–  Uczynisz,  co  zechcesz.  A  ja  oszczędzę  sobie  kłopotów  i  rozetnę  cię  na  połowy  tam,  gdzie

stoisz.

Unosząc świetliste ostrze, ruszył w stronę przeciwnika.
Odruchy  mistrza  Jedi  pozwoliły  mu  zareagować  dosłownie  w  ostatniej  chwili.  Luke  odskoczył,

pomagając  sobie  odrobiną  Mocy,  żeby  zwiększyć  sprężystość  i  długość  skoku.  Wylądował  na
rozstawionych  i  ugiętych  nogach,  po  czym  pochylił  się  i  odpiął  zawieszoną  na  biodrze  rękojeść
własnego miecza.

–  Będę  się  bronił,  Brakissie  –  powiedział  –  ale  jest  jeszcze  tyle  rzeczy,  jakich  mógłbyś  się

nauczyć, gdybyś zechciał powrócić do akademii Jedi.

Naczelnik imperialnej uczelni głośno się roześmiał.
– A kto miałby być moim nauczycielem? Może ty? – zadrwił. – Przestałem uważać cię za mistrza,

Skywalkerze. Istnieje o wiele więcej rzeczy, o których nie masz pojęcia. Uważasz, że jestem słaby,
ponieważ opuściłem mury twojej uczelni, zanim ukończyłem naukę? Kim jesteś, żebyś miał prawo tak
uważać? Sam zapoznałeś się tylko z cząstką wiedzy. Przez pewien czas szkoliłeś się pod kierunkiem
Obi-Wana  Kenobiego,  dopóki  nie  zabił  go  Darth  Vader.  Następnie  przebywałeś  jeszcze  krócej
u mistrza Yody, ale później i jego opuściłeś... Kiedy służyłeś wskrzeszonemu Imperatorowi, miałeś
okazję  wspiąć  się  na  wyżyny  własnych  umiejętności,  ale  nie  wykorzystałeś  jej  i  zrezygnowałeś.
Prawdę mówiąc, nigdy nie doprowadzałeś do końca niczego, co zaczynałeś.

– Nie zamierzam zaprzeczać – odezwał się Luke, unosząc ostrze miecza w obronnym geście.
Brakiss zaatakował i obie klingi, głośno skwiercząc, przez chwilę się stykały. Na twarzy mistrza

Ciemnych Jedi pojawił się grymas. Mężczyzna wykrzywił wargi i ukazując zęby ruszył do drugiego
ataku, ale Luke zasłonił się klingą własnego miecza.

–  Nauczałeś  nas,  że  proces  stawania  się  rycerzem  Jedi  jest  wyprawą  mającą  na  celu  odkrycie

samego  siebie  –  przypomniał  Brakiss.  –  Od  czasu,  kiedy  opuściłem  twoją  akademię,  nie
przestawałem  tego  robić  ani  na  chwilę.  Odrzuciłem  twoje  nauki,  ale  dowiedziałem  się  więcej...
o  wiele  więcej.  Moje  poznanie  własnych  możliwości  okazało  się  o  całe  niebo  głębsze,
wszechstronniejsze  niż  twoje,  Skywalkerze,  ponieważ  ty  zamknąłeś  przed  sobą  wiele  drzwi
wiodących  do  prawdziwej  wiedzy.  –  Uniósł  brwi,  a  w  jego  oczach  błysnęło  wyzwanie.  –  A  ja

background image

otworzyłem te drzwi i dowiedziałem się, jakie kryją się za nimi skarby.

– Osoba, która świadomie naraża się na śmiertelne niebezpieczeństwo, nie jest odważna, ale po

prostu głupia – stwierdził Luke.

– A zatem właśnie ty jesteś takim głupcem – odciął się Brakiss.
Pochylił się i machnął poziomo świetlistą klingą, zamierzając przeciąć nogi Luke’a na wysokości

kolan.  Mistrz  Skywalker  obrócił  dłoń  w  nadgarstku,  skierował  ostrze  broni  ku  ziemi  i  odparował
cios  przeciwnika.  Nie  przestając  się  bronić,  bezustannie  podstawiał  klingę  pod  ostrze  miecza
Brakissa i zmuszał go do cofania. Fałdy srebrzystego płaszcza naczelnika Akademii Ciemnej Strony
łopotały za jego plecami niczym skrzydła wielkiego kruka.

– Nie uda ci się wygrać – zauważył w pewnej chwili Skywalker.
– Jeszcze się o tym przekonamy – odparł mistrz Ciemnych Jedi.
Otworzył  się  na  przepływ  energii  ciemnej  strony.  Wzbudził  w  sobie  jeszcze  większy  gniew

i  zaatakował  ze  zdwojoną  siłą.  Zadając  cios  za  ciosem,  usiłował  podsycić  rozpalający  się  w  nim
płomień nienawiści.

Mimo  jego  wysiłków  mistrz  Skywalker,  zachowując  absolutną  pogodę  ducha,  wciąż  się  bronił.

Przez cały czas uważnie obserwował przeciwnika.

–  Pozwól,  żeby  ogarnął  cię  spokój,  Brakissie  –  odezwał  się  w  pewnej  chwili.  –  Odpręż  się

i przestań denerwować... Spraw, aby łagodność uśmierzyła twój gniew; aby cię ukoiła.

Brakiss  tylko  się  roześmiał.  Jego  nienagannie  ułożone  blond  włosy  były  teraz  zmierzwione.

Przylepiły się do czoła, na które wystąpiły krople potu.

–  Skywalkerze,  ile  razy  będziesz  próbował  mnie  nawrócić?  –  zapytał.  –  Ścigałeś  mnie  zawsze,

ilekroć uciekałem od ciebie i twoich nauk. Czy naprawdę nie potrafisz pogodzić się z przegraną?

–  Pamiętam,  jak  spotkaliśmy  się  w  tamtej  fabryce  na  Telti,  gdzie  zajmowałeś  się  produkcją

androidów  –  odparł  Luke.  –  Namawiałem  cię  wówczas,  żebyś  się  do  mnie  przyłączył.  Teraz  także
masz okazję.

Brakiss parsknął, po czym lekceważąco machnął ręką.
– Tamta fabryka nic dla mnie nie znaczyła – powiedział. – Musiałem się czymś zająć, do czasu,

aż  odkryłem  w  sobie  prawdziwe  powołanie.  Porzuciłem  ją,  żeby  stworzyć  Akademię  Ciemnej
Strony.

– Może powinieneś rozejrzeć się za innym powołaniem – zauważył Skywalker.
Machnął ostrzem miecza, żeby odbić kolejny cios, który zadał mistrz Ciemnych Jedi.
Widząc, że w ten sposób nie zdoła pokonać przeciwnika, Brakiss postanowił uciec się do innej

taktyki. Zamiast zaatakować Skywalkera, machnął mieczem, zamierzając przeciąć jedną z wysokich
kolumn podtrzymujących część frontonu świątyni. Filar był wyszczerbionym marmurowym słupem, na
którego powierzchni wyryto symbole starożytnych Sithów i litery pisma Massassów. Kiedy świetliste
ostrze  miecza  Brakissa  zagłębiło  się  w  kamieniu,  trysnęły  fontanny  oślepiających  iskier.  Klinga
przeszła  na  drugą  stronę.  Pod  wpływem  siły  ciężkości,  porastających  kolumnę  pędów  winorośli
i masy podtrzymywanych kamiennych bloków, filar zachwiał się i zakołysał.

Widząc,  że  kamienna  kolumna  dzieli  się  na  dwie  części,  Luke  rzucił  się  w  bok,  by  go  nie

zmiażdżyła.  Razem  z  filarem  runął  fragment  frontowego  nadproża  Świątyni  Błękitnego  Liścia.
Oplatane pędami winorośli kamienie, z trzaskiem zderzając się o siebie, rozleciały się we wszystkie
strony, by potoczyć się po miękkiej murawie. Luke uskakiwał przed nimi raz w tę, raz w inną stronę,
tak że żaden nie wyrządził mu krzywdy.

background image

–  Wygląda  na  to,  że  potrafisz  poruszać  się  jak  baletnica,  Skywalkerze  –  zakpił  naczelnik

imperialnej akademii.

–  Wygląda  na  to,  że  potrafisz  odnosić  się  do  starożytnych  budowli  bez  należytego  szacunku  –

odparł  mistrz  Jedi.  Kaszląc,  aby  pozbyć  się  z  gardła  drobin  kurzu,  przeskoczył  przez  kilka
kamiennych bloków i znów stanął przed Brakissem. – Może powinieneś sprawdzić, jak radzą sobie
twoi Ciemni Jedi. Od jakiegoś czasu moi uczniowie odnoszą w walkach z nimi same zwycięstwa.

Słyszał  odgłosy  toczonych  w  dżungli  pojedynków  i  z  utęsknieniem  oczekiwał  chwili,  kiedy

będzie  mógł  tam  wrócić  i  pomagać  młodym  rycerzom  Jedi.  Spotkanie  z  byłym  uczniem,  który
wkroczył na złą drogę, odwracało jego uwagę od ważniejszych spraw i prowadziło donikąd.

– Myślę, że poświęciłem ci wystarczająco dużo czasu – odezwał się po chwili. – Możesz albo

się poddać, albo pokonam cię  podczas  walki.  Muszę  wracać  do  swoich  zajęć.  Powinienem  pomóc
bronić akademii Jedi.

Kiedy  po  raz  pierwszy  ruszył  do  ataku,  zamierzając  jak  najszybciej  zakończyć  walkę,

w  zazwyczaj  pogodnych  i  spokojnych  oczach  Brakissa  pojawił  się  ledwo  zauważalny  cień
niepewności. Mistrz Jedi nacierał coraz śmielej, ani na chwilę nie tracąc jednak skupienia i pogody
ducha. Zmienił kierunek ruchu własnego miecza w taki sposób, aby ostrze nie zetknęło się z ognistą
klingą  broni  przeciwnika.  Mógłby  nadać  ciosowi  większą  siłę  i  odciąć  dłoń  byłego  ucznia  –
podobnie, jak Vader odciął kiedyś jego rękę – ale nie zamierzał okaleczać Brakissa w taki sposób.
Pragnął tylko uszkodzić jego miecz świetlny.

Energetyczna klinga broni Skywalkera przeszła przez koniec rękojeści miecza mistrza Ciemnych

Jedi  pomiędzy  czubkami  zaciśniętych  palców  a  miejscem,  skąd  wyłaniało  się  świetliste  ostrze.
Końcowe  dwa  centymetry  ciemnego  cylindra,  gdzie  wystawały  ogniste  pazury,  odłączyły  się  od
reszty obudowy i topiąc się w bezkształtną masę, legły na murawie.

Brakiss  zaskrzeczał  i  wypuścił  kikut  rękojeści  świetlnego  miecza,  z  którego  nie  przestawały

tryskać  fontanny  iskier.  Nie  nadająca  się  do  użytku  obudowa  dymiąc  i  płonąc  spoczęła  na  trawie.
Powoli zamieniała się w zbieraninę elektronicznych i optycznych podzespołów, z których żaden nie
działał prawidłowo.

Władca Akademii Ciemnej Strony uniósł ręce nad głowę i wycofał się na skraj polany.
– Nie zabijaj mnie, Skywalkerze! – krzyknął. – Proszę, daruj mi życie!
Na  jego  twarzy  odmalowało  się  przerażenie  nieproporcjonalnie  wielkie  w  stosunku  do

istniejącego zagrożenia. Mistrz Ciemnych Jedi musiał z pewnością wiedzieć, że Luke Skywalker nie
miał nigdy zwyczaju zabijania z zimną krwią bezbronnych przeciwników. Zdrętwiały z przerażenia,
Brakiss  zaczął  gorączkowo  przebierać  palcami  przy  zapince  utrzymującej  na  ramionach  srebrzystą
szatę.

Mistrz Jedi ruszył ku niemu, ale na wszelki wypadek nie opuszczał ostrza świetlnego miecza.
– Jesteś teraz moim jeńcem, Brakissie – oznajmił surowo. – Nadszedł czas, by położyć kres tej

bitwie. Wydaj rozkaz swoim Ciemnym Jedi, żeby się poddali.

Tymczasem  jego  przeciwnik  odrzucił  srebrzysty  płaszcz  na  murawę.  Miał  pod  nim  obcisły

kombinezon, a na plecach niewielki pakunek mieszczący repulsorowy silnik.

– Nie. Muszę teraz zająć się innymi sprawami – odparł, włączając zapłon urządzenia.
Osłupiały  Luke  spoglądał,  jak  mężczyzna  startuje  i  po  chwili  szybuje  w  powietrzu  nad  jego

głową.  Zrozumiał,  że  nauczyciel  Ciemnych  Jedi  musiał  wylądować  gdzieś  w  pobliżu,  a  teraz  bez
wątpienia  zamierza  wrócić  na  pokład  swojej  jednostki  i  odlecieć  nią  prosto  do Akademii  Ciemnej

background image

Strony.

Z niedowierzaniem obserwował, jak były uczeń po raz kolejny ucieka, wprawdzie pokonany, ale

nadal zdolny walczyć, niszczyć i przysparzać cierpień.

Miał  wrażenie,  że  uczucie  straty  przepełnia  jego  umysł  takim  samym  bólem,  jaki  odczuwał

wówczas, kiedy mężczyzna po raz pierwszy opuścił mury akademii Jedi.

– Brakissie, znów nie udało mi się ciebie uratować – jęknął cicho.
Jego nieprzyjaciel zamienił się w ciemny punkcik i po chwili rozpłynął się na tle błękitu nieba.

background image

 

 

 

Rozdział 18

 
 
Tymczasem  wyłaniające  się  jakby  znikąd  statki  floty  Drugiego  Imperium  rozpoczynały

ostrzeliwanie jednostek Nowej Republiki.

– Uwaga, wszyscy członkowie personelu! – krzyknął admirał Ackbar do mikrofonu komunikatora,

machając  przypominającymi  płetwy  rękami.  –  Wzmocnić  ochronne  pola!  Przygotować  się  do
otwarcia ognia!

Dwa  imperialne  zmodyfikowane  niszczyciele,  które  pierwsze  wyskoczyły  z  nadprzestrzeni,

uruchomiły  potężne  baterie  turbolaserowych  dział.  W  przestworzach  pojawiły  się  jaskrawozielone
smugi energii, szybujące w stronę flagowego statku Ackbara.

Stojąc  na  mostku  obok  Kalamarianina,  Jaina  zacisnęła  powieki  na  ułamek  sekundy,  zanim

oślepiające błyskawice rozprysnęły się na dziobowych osłonach energetycznych.

– Drugie Imperium musiało budować statki swojej floty w tajemnicy – oświadczyła. – Te okręty

sprawiają wrażenie, że konstruowano je w wielkim pośpiechu.

–  Mimo  to  stanowią  śmiertelne  zagrożenie  –  odparł Ackbar,  poważnie  kiwając  głową.  –  Teraz

wiadomo, co się stało z tymi rdzeniami jednostek napędu nadświetlnego i bateriami do turbolaserów,
które ukradli z ładowni „Diamentu”.

Odwrócił  się  w  stronę  mikrofonu  komunikatora  i  zaczął  wydawać  rozkazy  dowódcom

pozostałych statków floty Nowej Republiki.

– Wstrzymać ostrzał Akademii Ciemnej Strony i podać komputerom urządzeń namiarowych inne

cele.  Gwiezdna  stacja  przedstawia  w  tej  chwili  o  wiele  mniejsze  zagrożenie  niż  okręty  tej  floty.
Wziąć na cel imperialne gwiezdne niszczyciele.

Nagle pełniący służbę na mostku oficer taktyk krzyknął, wyraźnie przerażony:
– Panie admirale! Nasze systemy celownicze odmawiają namierzania tych jednostek! Imperialne

niszczyciele  nadają  sygnały,  z  których  wynika,  że  są  przyjaciółmi,  a  nie  wrogami!  Nie  jesteśmy
w stanie oddać ani jednego strzału!

– Co takiego? – zapytał Ackbar. – Przecież wszyscy widzimy te okręty!
– Wiem o tym, panie admirale! – krzyknął zrozpaczony mężczyzna. – Ale komputery celownicze

nie pozwalają bateriom dział przystąpić do ostrzału. Doszły do przekonania, że mają do czynienia ze
statkami Nowej Republiki. Ich oprogramowanie nie pozwala atakować przyjaciół!

Jaina, która w lot zrozumiała, o co chodzi, odwróciła się w stronę Kalamarianina.
–  Pamięta  pan?  Kiedy  napadli  na  Kashyyyk,  ukradli  komputerowe  systemy  taktyczne  i  moduły

umożliwiające naprowadzanie na cel! – krzyknęła. – Imperialni technicy musieli zainstalować je na
pokładach  swoich  jednostek,  w  tym  celu,  aby  wprowadzić  w  błąd  komputery  naszych  systemów
celowniczych. Powinniśmy albo podać im inne cele, albo jak najszybciej znaleźć jakieś rozwiązanie,

background image

gdyż w przeciwnym razie nie zdołamy oddać ani strzału. Uniemożliwią to nasze moduły odróżniające
wrogów od przyjaciół.

Lando  Calrissian  usłyszał  jej  słowa  dzięki  temu,  że  admirał  Ackbar  nie  wyłączył  mikrofonu

komunikatora. W odbiorniku rozległ się jego donośny głos:

–  Ponieważ  statki  floty  mojej  orbitalnej  stacji  wydobywczej  korzystają  z  pomocy  innych

komputerów, przypuszczam, że to ja powinienem mieć pierwsze słowo.

Przypadkowa  zbieranina  jednostek  należących  do  ciemnoskórego  mężczyzny,  która  tymczasem

zdążyła  oskrzydlić  statki  floty  Drugiego  Imperium,  natychmiast  włączyła  się  do  akcji. Artylerzyści
wystrzelili  mnóstwo  protonowych  torped,  mierząc  w  najbardziej  wrażliwe  punkty  gwiezdnych
niszczycieli. Zamierzali osłabić natężenie siłowych pól chroniących imperialne jednostki.

–  To  stara  sztuczka,  której  kiedyś  się  nauczyłem  –  wyjaśnił  przez  komunikator  Calrissian,

podczas  gdy  stojąca  obok  Ackbara  Jaina  obserwowała,  co  dzieje  się  w  przestworzach.  –  To
wszystko przypomina mi zresztą sytuację, jaka miała miejsce podczas bitwy o Tanaab.

Po  chwili,  kiedy  następne  serie  protonowych  torped  dotarły  w  tym  samym  czasie  do  celów

i eksplodowały, wydał okrzyk triumfu. Zauważył, że dwie przeniknęły przez ochronne pole i ozdobiły
burtę  jednego  gwiezdnego  niszczyciela  łańcuchem  oślepiająco  białych  płomieni.  Jednostki  floty
Calrissiana  nie  przerywały  ostrzału,  ale  artylerzyści  imperialnych  okrętów  zaczynali  brać  na  cel
niewielkie statki, chwilowo zostawiać w spokoju fregaty i kanonierki Ackbara.

–  Panie  admirale  –  odezwała  się  niespodziewanie  Jaina.  –  Jeżeli  Drugie  Imperium  jest  takie

przebiegłe,  że  wykorzystuje  przeciwko  nam  nasze  systemy  komputerowe,  czy  nie  powinniśmy
odpłacić  im  pięknym  za  nadobne?  Czy  nie  moglibyśmy  wykorzystać  przeciwko  nim  naszych
komputerów?

Kalamarianin obrócił na nią okrągłe, wielkie oczy.
– Co właściwie masz na myśli, Jaino Solo? – zapytał.
Dziewczyna  przygryzła  dolną  wargę,  po  czym  głęboko  odetchnęła.  Pomysł  wydawał  się

niedorzeczny, ale...

–  Jest  pan  naczelnym  dowódcą  wszystkich  flot  Nowej  Republiki  –  zaczęła.  –  Czy  programy

komputerów nie zawierają jakiegoś rozkazu, nakazującego im honorowanie czegoś w rodzaju sygnału
o  najwyższym  priorytecie,  który  może  pan  wydać  w  nadzwyczajnych  sytuacjach  podobnych  do  tej,
z jaką mamy teraz do czynienia?

Admirał spoglądał na nią przez chwilę, nie mówiąc ani słowa. Otworzył usta, jakby chciał napić

się łyk wody, a może zaczerpnąć głęboki haust wilgotnego powietrza.

– Na Moc, masz rację, Jaino Solo!
–  No,  to  na  co  jeszcze  czekamy?  –  zapytała  dziewczyna,  pocierając  dłonie.  –  Zajmijmy  się

dokonywaniem zmian w tym oprogramowaniu!

 
Po zniszczeniu myśliwca, pilotowanego przez ucznia Akademii Ciemnej Strony, Norysa, a także

ocaleniu  Jacena  Solo,  Qorl  czuł,  że  coś  w  jego  sercu  zamarło.  Miał  wrażenie,  że  podobnie  jak
sztuczna ręka, również inne części ciała funkcjonują jak mechanizmy androida.

Zdradził  Drugie  Imperium  mimo  tylu  lat  szkolenia  i  wiernej  służby.  Zdradził!  Dopuścił,  żeby

o  jego  postępowaniu  decydowały  porywy  serca.  Zapomniał,  że  powinien  kierować  się  ślepym
posłuszeństwem i niepohamowaną ambicją.

Pamiętał  jednak  o  tym,  że  młody  Jacen  Solo  zawsze  był  dla  niego  miły  i  uprzejmy.  Pomógł  go

background image

uratować i starał się zostać jego przyjacielem, mimo iż Qorl nie uczynił nic, aby na to zasłużyć.

Wręcz przeciwnie, uwięził chłopca i jego siostrę bliźniaczkę. Groził, że oboje zabije, i zmusił do

ukończenia  naprawy  uszkodzonego  myśliwca  typu  TIE,  by  móc  powrócić  na  służbę  Imperium.  Co
prawda,  od  tamtego  czasu  usiłował  potajemnie  odwdzięczyć  się  za  okazaną  życzliwość.  To  on,
korzystając z tego, że nikt nie widzi, pomógł bliźniętom uciec z Akademii Ciemnej Strony. Ale żeby
zabijać własnego ucznia, aby ich chronić...

Qorl uzmysłowił sobie, że popełnił poważny błąd, ponieważ sam zadecydował o tym, co robić.

Tymczasem powinien był uczynić wszystko, by do tego nie dopuścić. Nie miał prawa podejmowania
żadnych decyzji. Jako pilot myśliwca typu TIE służył Drugiemu Imperium. Jego zadanie polegało na
szkoleniu  innych  pilotów  i  szturmowców.  Powinien  dochowywać  wierności  Imperatorowi
i członkom jego rządu. Zdyscyplinowani żołnierze nie mogli pozwalać sobie na luksus samodzielnego
decydowania o tym, które rozkazy wykonywać, a które lekceważyć.

Czując w głowie zamęt, Qorl skierował dziób myśliwca w górę i wystrzelił świecą, kierując się

ku  orbicie.  Większość  maszyn  tworzących  jego  eskadrę  została  albo  zniszczona,  albo  latała,  nie
zachowując  szyku,  atakowana  przez  nieznane  systemy  broni,  jakimi  dysponowali  obrońcy  Yavina
Cztery.  Stary  pilot  uświadamiał  sobie,  że  powinien  wrócić  do  bazy  i  zameldować  o  wszystkim
przełożonym.  Najpierw  jednak  musi  zdecydować,  czy  się  poddać,  czy  powrócić  i  przyznać  się  do
swojego czynu, a później dzielnie stawić czoło karze, jaką zechce wymierzyć lord Brakiss.

Zacisnął  zęby.  Poddanie  się  oznacza  zdradę.  Jak  mógł  w  ogóle  o  czymś  takim  pomyśleć?

Usłyszał, że silniki jego maszyny zaskowyczały, kiedy myśliwiec, kierując się prosto ku majaczącemu
w górze kolczastemu pierścieniowi Akademii Ciemnej Strony, pokonywał górne warstwy atmosfery.

W  pewnej  chwili  Qorl  zorientował  się,  że  wleciał  w  sam  środek  gromady  statków,  biorących

udział w powietrznej bitwie.

Z  nadprzestrzeni  wyłoniły  się  statki  floty  Nowej  Republiki,  które  natychmiast  przystąpiły  do

bezlitosnego  ostrzału  imperialnej  stacji.  Kilka  chwil  później  pojawiła  się  jednak  flota  Drugiego
Imperium,  składająca  się  z  naprędce  skonstruowanych  gwiezdnych  niszczycieli  i  szturmowych
krążowników,  zmontowanych  z  części,  jakie  znaleziono  w  niedawno  odzyskanych  stoczniach.
Dochowująca  wierności  Imperatorowi  nowa  flota  dysponowała  komputerowymi  systemami,
rdzeniami jednostek napędu nadświetlnego i bateriami do turbolaserów, które on sam, Qorl, pomógł
zdobyć.

Na  widok  statków  floty  Drugiego  Imperium  stary  pilot  poczuł  jednak,  że  ogarnia  go

rozczarowanie. Jednostki nie wyglądały okazale i nie sprawiały takiego wrażenia, jak statki tworzące
poprzednią armadę. Qorl uświadamiał sobie ten fakt, ponieważ służył kiedyś na pokładzie Gwiazdy
Śmierci  i  był  członkiem  personelu  dowodzonej  przez  wielkiego  moffa  Tarkina  imperialnej
Gwiezdnej Floty.

Tymczasem  wchodzące  w  skład  nowej  siły  bojowej  okręty  sprawiały  cokolwiek...  żenujące

wrażenie.  Wyglądały,  jakby  dowódcom,  którzy  rzucili  je  w  wir  walki,  brakowało  sił  i  środków,
koniecznych do realizacji własnych marzeń.

Qorl  dostrzegł,  że  okręty  Drugiego  Imperium  zaczynają  ostrzeliwać  statki  rebelianckiej  floty,

które  przybyły  z  odsieczą  akademii  Jedi.  Po  kilku  chwilach  stwierdził  jednak,  że  szale  bitwy
przechylają  się  na  drugą  stronę.  Do  walki  przyłączyła  się  zbieranina  trudnych  do  opisania  statków,
wyłaniających się z nadprzestrzeni i znienacka atakujących gwiezdne niszczyciele.

Nagle  ujrzał,  że  ochronne  pola  okrętów  Drugiego  Imperium  osłabły  i  zanikły.  Stało  się  to  tak

background image

szybko,  jakby  zostały  wyłączone  przez  pokładowe  systemy  komputerowe,  a  dowódcy  statków
zamierzali się poddać!

Rebelianckie jednostki natychmiast dały ognia ze wszystkich baterii. Kolejne salwy wyrządzały

coraz  większe  spustoszenia.  W  kadłubach  gwiezdnych  niszczycieli  zaczęły  pojawiać  się  ogromne
dziury. O co w tym wszystkim mogło chodzić? Dlaczego jego koledzy, walczący na pokładach tych
okrętów, nie robili niczego, by ponownie włączyć ochronne pola?

Lecąc  ku  nim  i  gorączkowo  zastanawiając  się  nad  tym,  co  robić,  by  im  pomóc,  Qorl  dostrzegł

nagle, że z otwartych wrót hangarów gwiezdnych niszczycieli wylatują eskadry nowych myśliwców
typu  TIE,  które  dotąd  nie  uczestniczyły  w  walce.  Mimo  iż  niewielkie  maszyny  wyglądały  jak
mikroskopijne  komary  w  porównaniu  z  ogromnymi  jednostkami  floty  admirała Ackbara,  ich  piloci
zaczęli zasypywać rebelianckie okręty lawinami laserowych błyskawic.

Qorl  dostrzegł  nagle  szansę  odkupienia  własnych  grzechów.  Pamiętał  o  tym,  że  w  przeszłości

zawiódł  najpierw  młodocianych  przyjaciół,  którzy  pomogli  mu  w  potrzebie,  a  później  zdradził
mocodawców  z Akademii  Ciemnej  Strony. A  zatem  zostanie  wyklęty,  bez  względu  na  to,  po  czyjej
stronie teraz się opowie. Już nigdy nie będzie mógł żyć z podniesionym czołem, mając świadomość
jednej i drugiej zdrady.

Pomyślał,  że  będzie  najlepiej,  jeżeli  przyłączy  się  do  walki  po  stronie  Drugiego  Imperium,

i  współdziałając  z  pilotami  innych  myśliwców  typu  TIE,  postara  się  wyrządzić  jak  najwięcej
zniszczeń. Możliwe, że nawet zginie w ogniu bitwy i w ten sposób odkupi swoje winy. Był pilotem.
Od  dawna  ćwiczył,  przygotowując  się  do  takiej  walki.  Przed  wielu  laty  wystartował  z  pokładu
Gwiazdy Śmierci, aby wykonać podobne zadanie. Tym razem nie dopuści, by cokolwiek mu w tym
przeszkodziło.

Przesłał  energię  do  laserowych  działek,  użytych  przez  niego  ostatnio  dla  powstrzymania

morderczego szału, w jaki wpadł jego uczeń, gburowaty Norys. Teraz zamierzał jednak wykorzystać
je  przeciwko  celom,  z  myślą  o  których  zostały  zainstalowane  na  pokładzie  maszyny...  Przeciwko
Sojuszowi Rebeliantów.

Qorl  spadł  jak  grom  z  jasnego  nieba  i  natychmiast  przyłączył  się  do  walki.  Przelatując  obok

jednej z koreliańskich korwet, ostrzelał jej kadłub, wskutek czego na burcie pojawiły się zwęglone,
dymiące kratery. Piloci pozostałych myśliwców TIE, którzy to zauważyli, błyskawicznie powtórzyli
jego  manewr.  Lecieli  nieforemnym  szykiem,  jedynie  w  teorii  przypominającym  szturmowy.  Było
jasne, że nie mieli żadnego doświadczenia. Nie tylko nigdy przedtem nie brali udziału w prawdziwej
walce,  ale  nawet  nie  spędzili  wystarczająco  dużo  czasu,  ćwicząc  na  symulatorach.  Mimo  to,
wykorzystując  panujący  chaos,  radzili  sobie  całkiem  nieźle.  Wprawdzie  raz  po  raz  przelatywali
przed  dziobami  maszyn  swoich  kolegów,  ale  nie  przestawali  ostrzeliwać  rebelianckich  jednostek,
mając na uwadze tylko jeden cel: wyrządzić jak najwięcej zniszczeń.

Rebeliancka 

flota 

odpowiadała 

oślepiającymi 

sztychami 

turbolaserowych 

strzałów,

przecinających we wszystkie strony mroki przestworzy. Nagle ciemności rozjaśnił oślepiający błysk,
który  pojawił  się  w  miejscu,  gdzie  jeszcze  przed  chwilą  znajdowała  się  wieżyczka  dowodzenia
jednego z gwiezdnych niszczycieli. Drugi imperialny okręt zawirował wokół osi i zaczął dryfować,
po  czym  zawrócił  i  lecąc  powoli,  umknął  z  pola  walki.  Natychmiast  rzuciły  się  za  nim  w  pościg
rebelianckie statki, nie przestając razić go turbolaserowymi błyskawicami.

Wszystko świadczyło o tym, że flota Drugiego Imperium przegrywała tę bitwę. Przegrywała!
Qorl  postanowił  polecieć  śladami  umykających  gwiezdnych  niszczycieli.  Widział,  że  piloci

background image

niektórych  myśliwców  typu  TIE  kierują  się  ku  otwartym  przestworzom,  chociaż  nie  miał  pojęcia,
dokąd  zamierzają  lecieć.  Ich  macierzyste  jednostki  zostały  zniszczone,  a Akademia  Ciemnej  Strony
była znów ostrzeliwana. Czyżby zamierzali się poddać?

–  Poddanie  się  oznacza  zdradę  –  mruknął  do  siebie,  po  czym  zanurkował  i  przypuścił  atak  na

flagowy okręt Rebeliantów.

Nie zmienił kursu, mimo iż tuż koło kabiny przemknęły oślepiające błyskawice turbolaserowych

strzałów.  Raz  po  raz  robił  użytek  z  laserowych  działek  i  leciał  dalej,  chociaż  odnosił  wrażenie,  że
pogrąża się w gardziel bestii. Nigdy, przenigdy się nie podda! Raczej zginie w oślepiającym błysku
światła, który będzie oznaczał jego ostateczne zwycięstwo.

Rebelianci musieli lepiej ustawić celowniki albo wzięli go w krzyżowy ogień, ponieważ jeden ze

strzałów nagle trafił w jego myśliwiec. Qorl zamknął oczy, osłonięte czarnym imperialnym hełmem.
Spodziewał się, że zniknie w jaskrawym rozbłysku jak świeca, zapalona na cześć Imperatora.

Okazało  się  jednak,  że  nieprzyjacielski  strzał  tylko  musnął  jeden  silnik  i  uszkodził  część

sześciokątnego panelu z energetycznymi ogniwami.

Pilotowany przez Qorla myśliwiec typu TIE zawirował, a później zaczął oddalać się od miejsca

bitwy.  Mimo  iż  posiwiały  pilot  był  oplatany  ochronną  siecią,  raz  po  raz  obijał  się  o  ścianki  małej
kabiny.  Wstrzymał  oddech,  oczekując,  że  jego  maszyna  może  zaraz  eksplodować,  ale  bezustannie
koziołkując, nie przestawał oddalać się od rejonu przestworzy, gdzie nadal wrzała zacięta bitwa.

W  pewnej  chwili  poczuł,  że  pochwyciły  go  szpony  siły  przyciągania.  Widocznie  jego  maszyna,

pozbawiona  możliwości  sterowania,  miała  znów  się  roztrzaskać.  Nieuchronnie  opadała  ku
porośniętemu gęstą dżunglą czwartemu księżycowi Yavina...

background image

 

 

 

Rozdział 19

 
 
Brakiss  leciał  szybkim,  zwrotnym  jednoosobowym  promem.  Wystartował  z  Yavina  Cztery

i  kierował  się  ku Akademii  Ciemnej  Strony.  Kiedy  się  zbliżył,  wysłał  skomplikowany  zakodowany
sygnał.  Sterowane  automatycznym  mechanizmem  wrota  hangaru  otworzyły  się,  umożliwiając
lądowanie w bezpiecznym wnętrzu imperialnej placówki szkoleniowej.

Mistrz  Ciemnych  Jedi  nie  zwracał  najmniejszej  uwagi  na  bitwę  toczącą  się  w  pobliżu  jego

gwiezdnej  stacji.  Zmagania  flot  Nowej  Republiki  i  Drugiego  Imperium  były  tylko  jeszcze  jednym
wydarzeniem, którego wynik okazywał się nie taki, jak zaplanowano.

Wciąż  jeszcze  czuł  przyspieszone  bicie  serca,  spowodowane  pojedynkiem  na  świetlne  miecze,

jaki stoczył z Lukiem Skywalkerem w pobliżu ruin świątyni. Czuł w głowie zamęt, wywołany echem,
wzbudzonym przez słowa byłego nauczyciela. Gniew i rozpacz walczyły w umyśle mistrza Ciemnych
Jedi niczym nie dające się opanować nawałnice. Starały się zawładnąć jego myślami i uczuciami.

Wszystkie  metody,  jakie  dotąd  stosował,  nie  przywracały  mu  spokoju  i  ciszy,  niezbędnych,  aby

mógł  bez  przeszkód  czerpać  energię  ciemnej  strony.  Brakiss  próbował  uciekać  się  nawet  do
znienawidzonych  technik  relaksacyjnych,  których  nauczył  się  od  Skywalkera,  kiedy  kształcił  się
w jego akademii, w rzeczywistości będąc imperialnym szpiegiem. Na próżno.

Cały  świat  wokół  niego  walił  się  w  gruzy.  Zawodziły  starannie  układane  plany,  grupy

wszechstronnie  wyszkolonych  Ciemnych  Jedi,  oddziały  żołnierzy  Drugiego  Imperium...  Wszystko
jakby  sprzysięgło  się,  by  pozbawić  go  szansy  odniesienia  najważniejszego  zwycięstwa,  zadania
miażdżącego  ciosu,  który  wstrząsnąłby  całą  galaktyką.  A  przecież  zniszczenie  akademii  Jedi
wydawało się takie łatwe.

Brakiss wiedział, że wielki wódz zabije go za to, iż zawiódł. W tej chwili potrafił jednak myśleć

tylko  o  tym,  że  Imperator  pozostał  jego  ostatnią  nadzieją.  Jedyną  nadzieją.  Był  gotów  przyjąć
w pokorze wyznaczoną karę, ale później, kiedy już uczyni wszystko, co może, byle przechylić szalę
zwycięstwa na stronę Drugiego Imperium.

Osadził  prom  na  niemal  całkowicie  opustoszałym  lądowisku  Akademii  Ciemnej  Strony,  gdzie

jeszcze niedawno stały rzędy myśliwców i bombowców typu TIE, przygotowywanych do walki. To
właśnie  stąd  wystartowała  w  przestworza  dowodzona  przez  Siostrę  Nocy  Tamith  Kai  opancerzona
bojowa platforma, na której pokładach lecieli szturmowcy i oddział Ciemnych Jedi pod dowództwem
Zekka.  Wszyscy  byli  tacy  dumni,  pewni  siebie  i  ufni  we  własne  siły.  Nie  wątpili,  że  z  łatwością
pokonają wyszkolonych przez Skywalkera uczniów jasnej strony.

Brakiss z trudem wygramolił się z ciasnego wnętrza jednoosobowego promu. Starannie wygładził

zmarszczki srebrzystego kombinezonu, bezskutecznie usiłując odzyskać chociaż część godności. Nie
chcąc,  by  ktokolwiek  widział  go  bez  broni  rycerza  Jedi,  sięgnął  więc  po  jeden  z  wielu  masowo

background image

produkowanych  świetlnych  mieczy,  jakich  jeszcze  kilka  zostało  w  niszy,  wykonanej  w  metalowej
ścianie hangaru.

Ale w jaki sposób miał przemienić klęskę w zwycięstwo? Widział, jak dowodzona przez Tamith

Kai szturmowa platforma zamienia się w płonące szczątki. Przyglądał się, jak bezkształtna, stopiona
konstrukcja  znika  w  nurtach  rzeki.  Oddani  pod  opiekę  Zekka  Ciemni  Jedi  przegrywali  jeden
pojedynek  po  drugim.  Eskadry  myśliwców  TIE  były  dziesiątkowane...  A  teraz  ogarnięty  bezsilną
złością  władca  imperialnej  uczelni  obserwował,  jak  potężna  nowa  flota  Drugiego  Imperium  ginie
pod  ciosami  rebelianckich  okrętów,  które  pojawiły  się  znikąd  i  w  tajemniczy  sposób  pozbawiły
gwiezdne niszczyciele ochronnych pól siłowych!

Brakiss  opuścił  lądowisko  i  znalazł  się  na  korytarzu  niemal  wyludnionej  Akademii  Ciemnej

Strony.  Wszyscy  zdolni  do  walki  żołnierze  zostali  wysłani  na  powierzchnię  Yavina  Cztery.  Na
pokładach imperialnej stacji pozostało tylko kilka grup dowodzenia, których personel miał troszczyć
się ojej bezpieczeństwo.

Sterylnie  czyste,  łukowato  wygięte  korytarze  powinny  rozbrzmiewać  echem  okrzyków

zwycięstwa. Zamiast tego sprawiały wrażenie, jakby cała uczelnia stała się grobowcem, porzuconym
wrakiem.  Idąc  korytarzem,  Brakiss  powtarzał  sobie,  że  Imperator  musi  zrobić  coś,  by  ocalić
podwładnych.  Musi  przechylić  szalę  zwycięstwa  tak,  by  pomimo  wszystkich  niepowodzeń,  jego
Drugie Imperium mogło w końcu zatriumfować i zapanować nad całą galaktyką.

Mimo  wszystko,  Palpatine  oszukał  własną  śmierć,  i  to  nie  raz,  lecz  dwa  razy.  Po  raz  pierwszy

zginął podczas eksplozji jaka w trakcie bitwy o Endor unicestwiła drugą Gwiazdę Śmierci. Odrodził
się  jednak  dzięki  ukrytym  klonom  i  w  ten  sposób  przedłużył  życie.  I  chociaż  można  było
przypuszczać,  że  wszystkie  klony  uległy  zniszczeniu,  po  następnych  trzynastu  latach  został  na  nowo
wskrzeszony, chociaż tym razem nikt nie miał pojęcia, w jaki sposób.

Każdy  człowiek,  zdolny  odradzać  się  bez  końca,  powinien  chyba  umieć  zwyciężyć  w  walce

z garstką kryminalistów i Rebeliantów, prawda?

Brakiss uniósł dumnie głowę i szedł wyprostowany, starając się, aby każdy krok zdradzał wiarę

w  wielkiego  wodza  i  zaufanie  do  jego  umiejętności.  Usiłując  stąpać  bezszelestnie  niczym  duch,
kierował  się  w  stronę  odosobnionej  części  gwiezdnej  stacji.  Tym  razem  musi  się  zobaczyć
z Imperatorem. Nie pozwoli, by ktokolwiek miał mu w tym przeszkodzić. Od następnych kilku chwil
będzie zależał los tej bitwy, która zmieni przyszłość całej galaktyki!

Na  zewnątrz  zamkniętych  na  głucho  drzwi  stało  dwóch  imperialnych  strażników,  odzianych

w  szkarłatne  płaszcze.  Obaj  mieli  na  głowach  złowieszczo  wyglądające  opancerzone  hełmy.
Nakrycia głów przypominały błyszczące pociski i zostały zaopatrzone w wąskie, czarne prostokątne
szczeliny,  przez  które  strażnicy  widzieli  wszystko,  co  dzieje  się  na  korytarzu.  Na  jego  widok
wyprężyli  się  na  baczność,  ale  skrzyżowali  paraliżujące  włócznie  na  znak,  że  wzbraniają  dostępu.
Brakiss jednak nie wahał się i podszedł do nich.

– Odsuńcie się – rozkazał. – Muszę natychmiast porozmawiać z Imperatorem.
–  Imperator  życzy  sobie,  żeby  nikt  mu  nie  przeszkadzał  –  odezwał  się  jeden  z  czerwonych

strażników.

–  Nie  przeszkadzał?  –  rzekł  Brakiss,  zdumiony  faktem,  iż  usłyszał  to  słowo.  –  Zdziesiątkowana

flota ponosi klęskę. Ciemni Jedi są brani do niewoli. Myśliwce TIE są zestrzeliwane. Tamith Kai nie
żyje.  Najwyższy  czas,  żeby  Imperatorowi  ktoś  przeszkodził.  Odsuńcie  się.  Muszę  z  nim
porozmawiać.

background image

– Imperator z nikim nie rozmawia.
Strażnicy postąpili krok w stronę Brakissa i wyciągnęli ku niemu paraliżujące włócznie.
Naczelnik  Akademii  Ciemnej  Strony  poczuł,  że  w  jego  piersi  wzbiera  nowa  fala  gniewu.

Wiedział, że daje mu większą siłę. Krążąca w jego żyłach Moc pozwalała połączyć się bezpośrednio
z energią ciemnej strony. Brakiss pamiętał o tym, że to uczucie sprawiało Siostrze Nocy Tamith Kai
taką radość i tak ją podniecało, iż kobieta zawsze starała się wzbudzać w sobie z trudem hamowaną
wściekłość.

Mistrz Ciemnych Jedi nie miał czasu na to, żeby dłużej wdawać się w rozmowę z odzianymi na

czerwono,  wścibskimi  mężczyznami.  Doszedł  do  przekonania,  że  obaj  są  zdrajcami  Drugiego
Imperium... i zareagował, uwalniając całą nagromadzoną energię ciemnej Mocy.

Rękojeść świetlnego miecza wysunęła się z rękawa srebrzystego kombinezonu i spoczęła pewnie

w  zaciśniętej  dłoni.  Jeden  palec  przycisnął  guzik  włączający  zasilanie.  Z  czarnego  cylindra
wyskoczyła drżąca i bucząca klinga, której Brakiss nie zamierzał traktować jako ostrzeżenia. Stracił
cierpliwość do gróźb, słownych pojedynków i wszystkiego, co hamowało postęp i kierowało uwagę
na inne tory. Dał upust gniewowi i pozwolił płynąć ciemnej Mocy.

– Mam tego dosyć! – krzyknął.
Płonąc gniewem, machnął ognistym ostrzem w lewo i w prawo. Złość sprawiła, że widział przed

sobą  tylko  mroczny  tunel,  raz  po  raz  rozjaśniany  błękitnymi  błyskawicami  statycznej  elektryczności
i obejmujący oba cele, które nieporadnie usiłowały powstrzymać go za pomocą włóczni. Brakiss był
jednak wielkim Jedi. Umiał posługiwać się siłami ciemnej strony. Czerwoni imperialni strażnicy nie
mieli podczas walki z nim najmniejszej szansy.

Nim upłynęła sekunda, rozprawił się najpierw z pierwszym, a następnie z drugim.
Włączył  mechanizm  odblokowujący  drzwi  apartamentu,  który  kiedyś  przydzielił  Imperatorowi.

Kod umożliwiający otwarcie zamka, jaki podał, okazał się nieprawidłowy, więc posłużył się Mocą
i zamienił obwody elektroniczne mechanizmu w bezkształtną, dymiącą masę. Gołymi rękami wyrwał
drzwi z zawiasów i odrzucił na bok, po czym wkroczył do osobistych komnat Palpatine’a.

– Imperatorze, musisz nam pomóc! – zawołał. Poczuł, że w oświetlonej niepewnym czerwonym

blaskiem komnacie jest niezwykle gorąco. Zamrugał, kiedy uświadomił sobie, że z trudem rozróżnia
szczegóły: nie zauważył jednak nikogo. – Imperatorze Palpatine! – krzyknął, jak umiał najgłośniej. –
Szale bitwy przechylają się na stronę Rebeliantów. Nasze oddziały ponoszą klęskę za klęską. Musisz
coś zrobić, by nam pomóc!

Usłyszał  tylko  słabe  echo  własnych  słów.  Nic  więcej.  Nikt  się  nie  poruszył;  nikt  nie

odpowiedział.  Brakiss  wbiegł  do  następnego  pomieszczenia,  ale  ujrzał  w  nim  jedynie  ogromną
izolacyjną komorę o połyskujących czarnych ścianach. Opancerzone drzwi były zamknięte na głucho,
a  w  bocznych  płaszczyznach  błyszczały  łby  ogromnych  nitów.  To  właśnie  tej  zamkniętej  komory
strzegli czterej odziani w szkarłatne płaszcze strażnicy, kiedy Imperator opuszczał pokład osobistego
trójskrzydłowego wahadłowca. Sam pojemnik dźwigały wówczas dwa potężne, przysadziste robocze
androidy,  które  wyniosły  go  z  ładowni  i  przetransportowały  korytarzami  do  komnat,  wskazanych
przez naczelnika Akademii Ciemnej Strony.

Brakiss wiedział o tym, że Imperator zamknął się w środku komory. Może szukał odosobnienia,

a  może  chciał  w  ten  sposób  ochronić  swój  organizm  przed  wpływem  czynników  zewnętrznych.
Mistrz Ciemnych Jedi obawiał się nawet, że stan zdrowia Imperatora uległ pogorszeniu, a Palpatine,
jeżeli  chciał  żyć,  musiał  dysponować  specjalną  aparaturą  medyczną  i  indywidualnie  dobieranymi

background image

lekarstwami.

W tej chwili jednak niewiele go to wszystko obchodziło. Miał dosyć drzwi, które się przed nim

zamykały.  On,  władca  Akademii  Ciemnej  Strony,  jeden  z  najważniejszych  przywódców  Drugiego
Imperium, nie powinien być odtrącany jak pierwszy lepszy urzędnik.

Zaczął walić pięścią w opancerzoną płytę.
– Imperatorze, domagam się, żebyś zechciał udzielić mi audiencji! Nie możesz dopuścić, by nasze

oddziały nadal przegrywały. Musisz posłużyć się własnymi siłami i pomóc nam wydrzeć zwycięstwo
z rąk nieprzyjaciół!

Nie  usłyszał  żadnej  odpowiedzi.  W  miarę  upływu  czasu  odgłosy  uderzeń  pięścią  stawały  się

coraz rzadsze i cichsze, aż w końcu zupełnie wsiąkły w czerwonawy krwisty półmrok, jaki panował
także i w tej komnacie. Brakiss poczuł, że jego serce zamieniło się w bryłę lodu, upodobniło się do
zagubionej komety, przelatującej raz na wiele lat przez obrzeża jakiegoś systemu słonecznego.

Jeżeli Imperator ich opuścił, wszystko przepadło. Bitwa zakończy się sromotną klęską Drugiego

Imperium... Brakiss nie miał zatem nic więcej do stracenia.

Ponownie  włączył  świetlny  miecz,  uniósł  buczące  ostrze  i  zadał  cios.  Energetyczna  klinga

rozjarzyła  się  i  zaskwierczała,  ale  przecięła  grubą  płytę  pancerza  drzwi  komory.  Nic,  nawet
mandaloriańska  zbroja  czy  chroniąca  przed  strzałami  blasterów  warstwa  durastali  nie  mogły  się
oprzeć atakowi świetlnego miecza rycerza Jedi.

Brakiss przeciął również zawiasy. Topiony metal zadymił i spłynął srebrzystymi strumykami po

krawędzi płyty. Mistrz Ciemnych Jedi zadawał cios za ciosem, wyrąbując otwór w grubej metalowej
płycie,  podobnie  jak  robotnik-android  rozbija  ciężką  skrzynię,  służącą  do  transportu  towarów.
Uskoczył w bok na ułamek sekundy przedtem, zanim ciężka opancerzona tafla runęła z ogłuszającym
hukiem na podłogę komnaty.

Zamarł i stał jak sparaliżowany, nie bardzo wiedząc, co ma robić. Czekał, aż rozwieją się kłęby

dymu. Kiedy znów mógł cokolwiek widzieć, uniósł klingę świetlnego miecza i wkroczył do komory.

Rozglądał  się,  nie  wierząc  własnym  oczom.  Nie  ujrzał  Imperatora.  Nigdzie  nie  widział  także

luksusowych mebli ani specjalistycznych medycznych aparatów, które miały utrzymywać sędziwego
władcę przy życiu.

Zamiast tego dostrzegł coś, co wprawiło go w osłupienie.
W  kącie  komory  zauważył  trzeciego  czerwonego  strażnika.  Mężczyzna  siedział  na

skomplikowanym  zautomatyzowanym  fotelu,  otoczony  z  trzech  stron  komputerowymi  monitorami
i  kontrolnymi  pulpitami.  Na  ekranie  jednego  monitora  Brakiss  ujrzał  bogaty  wykaz  holograficznych
wizerunków,  sporządzonych  w  trakcie  całego  życia  Imperatora.  Biblioteka  zawierała
wideohologramy z czasów, kiedy Palpatine był jeszcze senatorem, kiedy usiłował wprowadzić Nowy
Ład  i  podejmował  starania,  mające  na  celu  zmiażdżenie  Rebelii...  Były  tu  nagrane  przemówienia,
wydawane  rozkazy  i  polecenia,  a  także  wszystkie  słowa,  jakie  wypowiedział  czy  to  podczas
wystąpień  publicznych,  czy  zwracając  się  do  zaufanych  współpracowników.  Potężne  generatory
hologramów  składały  później  fragmenty  w  żądaną  całość,  tak,  by  stworzyć  wrażenie,  że  żyjący
Imperator wygłasza całkiem nowe przemówienia.

Zdrętwiały z przerażenia Brakiss zaczynał z wolna uświadamiać sobie, co to wszystko znaczy.
Ujrzawszy  go,  czerwony  strażnik  zerwał  się  na  równe  nogi.  Fałdy  szkarłatnego  płaszcza

zawirowały i zaszeleściły za jego plecami.

– Nie wolno ci tutaj wchodzić – powiedział.

background image

– Gdzie jest Imperator? – zapytał Brakiss, mimo iż zdążył się rozejrzeć po pomieszczeniu i znał

odpowiedź.  –  Nie  istnieje  żaden  Imperator,  prawda?  To  wszystko  jest  oszustwem,  pożałowania
godną próbą przejęcia władzy?

–  Tak  –  przyznał  po  chwili  wahania  czerwony  strażnik.  –  Muszę  jednak  przyznać,  że  dobrze

odegrałeś swoją rolę. Imperator rzeczywiście zginął przed wielu laty, kiedy został zniszczony ostatni
z  jego  klonów,  ale  Drugie  Imperium  musiało  mieć  jakiegoś  przywódcę.  Dlatego  my,  czterej
najbardziej  lojalni  strażnicy  Palpatine’a,  postanowiliśmy  uczynić  wszystko,  żeby  miało  swojego
wodza.  Dysponowaliśmy  tekstami  wszystkich  porywających  przemówień,  jakie  wygłosił  w  ciągu
całego życia. Mieliśmy nagrania, jakich dokonywał. Znaliśmy jego myśli. Wiedzieliśmy, co zamierza
i  jakimi  środkami  chce  się  posługiwać  dla  osiągania  celów.  Posiadaliśmy  wszystko,  co  potrzebne,
aby powołać do życia Drugie Imperium, ale zarazem uświadamialiśmy sobie, że nie przetrwałoby ani
dnia,  gdyby  któryś  z  nas  został  jego  wodzem.  Musieliśmy  dać  ludziom  to,  czego  pragną,  a  ludzie
pragnęli,  żeby  wrócił  Imperator.  Ty  także  sobie  tego  życzyłeś.  Dałeś  się  łatwo  oszukać,  ponieważ
sam chciałeś zostać oszukany – zakończył czerwony strażnik, kiwnąwszy głową Brakissowi.

Naczelnik Akademii Ciemnej Strony postąpił dwa kroki w kierunku czerwonego strażnika. Uniósł

jeszcze wyżej miecz świetlny, który zapłonął zimnym, bezlitosnym, śmiercionośnym blaskiem.

– Nabraliście nas – powiedział, wciąż jeszcze nie umiejąc się otrząsnąć z przeżytego wstrząsu. –

Wprowadziliście mnie w błąd. Mnie! Byłem jednym z  najbardziej  oddanych,  najwierniejszych  sług
Imperatora,  a  okazuje  się,  że  służyłem  czemuś,  co  nie  istniało.  Drugie  Imperium  nigdy  nie  miało
najmniejszej szansy, a teraz moi podwładni ponoszą klęskę, ponieważ ty i twoi kamraci uciekliście
się  do  mistyfikacji.  Nie  umieliście  niczego  porządnie  zaplanować.  Wasze  Drugie  Imperium  było
tworem, pozbawionym mrocznego serca.

Zaślepiony  gniewem,  Brakiss  w  kilku  skokach  pokonał  odległość  dzielącą  go  od  odzianego

w  szkarłatny  płaszcz  mężczyzny.  Wydawało  się.,  że  przeleciał  przez  komorę  niczym  anioł  śmierci,
wysoko unosząc klingę świetlnego miecza. Ujrzawszy to, czerwony strażnik odepchnął automatyczny
fotel  od  pulpitów  sterowniczych.  Usiłował  wstać,  równocześnie  sięgając  między  fałdy
jaskrawoczerwonej szaty, by wyciągnąć jakąś broń, ale Brakiss nie dał mu szansy.

Rozpłatał trzeciego strażnika; obie połowy dymiąc runęły na klawiatury i kontrolne urządzenia, za

pomocą  których  mężczyzna  stworzył  wizerunek  nie  istniejącego  Imperatora.  Pojawiające  się
hologramy  wprowadziły  w  błąd  Brakissa,  jego  Ciemnych  Jedi  i  pozostałych  członków  personelu
imperialnej placówki szkoleniowej... Wszystkich, uznających odrodzenie Imperium za cel życia.

– Dopiero teraz Imperium upadło na dobre – mruknął chrapliwie Brakiss.
Powiódł nieprzytomnym spojrzeniem po całym pomieszczeniu. Nie był już posągowo urodziwym,

opanowanym  mężczyzną.  W  niczym  nie  przypominał  władczego  i  dumnego  naczelnika  Akademii
Ciemnej Strony.

Usłyszał  nagle  jakiś  szelest,  dolatujący  spoza  zmasakrowanych  pancernych  drzwi  komory.

Odwrócił  się  jak  użądlony  i  dostrzegł  krwistoczerwony  błysk...  płaszcza,  okrywającego  ciało
czwartego  i  ostatniego  członka  grupy  perfidnych  szarlatanów.  Zniechęcony  i  zrozpaczony  Brakiss
poruszał się jak we śnie. Każdy ruch sprawiał mu trudności, a w odrętwiałych mięśniach pulsowały
ogniska bólu. Mimo to mistrz Ciemnych Jedi nie mógł pozwolić uciec czwartemu strażnikowi. Honor
wymagał,  aby  wszyscy  oszuści  ponieśli  zasłużoną  karę.  Mobilizując  resztkę  energii,  puścił  się  za
uciekinierem.

Czerwony  strażnik  zauważył  jednak  dwóch  kolegów,  leżących  bez  życia  przed  drzwiami

background image

apartamentu Palpatine’a. Jeden rzut oka do wnętrza komory uświadomił mu, że naczelnik Akademii
Ciemnej Strony widział służące do wytwarzania hologramów urządzenia kontrolne i sterujące, jakie
znajdowały  się  w  odizolowanym  pomieszczeniu.  Czwarty  mężczyzna,  nie  wahając  się  ani  sekundy,
rzucił się do ucieczki.

Dopiero  wówczas  Brakiss  uzmysłowił  sobie  z  absolutną  pewnością,  że  jego  marzenia

o  potężnym,  odrodzonym  Imperium  runęły  w  gruzy.  Ciemni  Jedi,  toczący  walki  na  powierzchni
Yavina Cztery, przegrywali i byli brani do niewoli. Imperialne myśliwce dziesiątkowano i strącano...
Ale on, władca Akademii Ciemnej Strony, nie dopuści, żeby ten oszust i zdrajca uciekł i ocalił życie.
Tylko wówczas, jeżeli go zabije, będzie mógł uznać, że do końca zaspokoił żądzę zemsty.

Sadząc  długimi  krokami,  puścił  się  w  pościg  za  mężczyzną.  Czerwony  strażnik  biegł  jednak

zdumiewająco  szybko,  jakby  sił  dodawało  mu  przerażenie.  Kiedy  wypadł  z  odosobnionej  części
gwiezdnej  stacji,  popędził  opustoszałymi  korytarzami  Akademii  Ciemnej  Strony.  Brakiss  biegł  za
nim, ale odziany w szkarłatny płaszcz uciekinier doskonale wiedział, dokąd zmierza. Doskonale.

Ostatni  pozostający  przy  życiu  imperialny  strażnik  wpadł  do  hangaru  i  natychmiast  pobiegł

w kierunku pozostawionego przez Brakissa szybkiego jednomiejscowego promu.

Tymczasem mistrz Ciemnych Jedi docierał dopiero do drzwi wiodących na lądowisko.
– Stój! – krzyknął widząc, jak czwarty strażnik znika w kabinie niewielkiej jednostki.
Uniósł  do  góry  buczące  ostrze  świetlnego  miecza,  żałując,  że  nie  może  zmobilizować

wystarczających ilości Mocy, aby mężczyzna zamarł jak sparaliżowany. Widział jednak, że szarlatan
nawet się nie zawahał. Zatrzasnął osłonę kabiny promu i uruchomił repulsory. Przez chwilę unosił się
nieruchomo  nad  płytą  lądowiska,  po  czym  wydał  polecenie  zlikwidowania  energetycznego  pola,
strzegącego wrót hangaru i nie dopuszczającego do ucieczki atmosfery.

Brakiss  zakipiał  z  wściekłości.  Zastanawiał  się,  czy  zdążyłby  dotrzeć  w  porę  do  któregoś  ze

stanowisk  artylerii,  by  zamienić  szarlatana  w  kryształki  lodu  i  rozproszyć  je  po  pustkowiach
przestworzy. Wiedział jednak, że jest na to już za późno.

Miał  wrażenie,  że  w  Akademii  Ciemnej  Strony  nie  ma  nikogo  oprócz  niego.  Czuł,  że  poniósł

sromotną  klęskę.  Wszystko,  czego  próbował,  obracało  się  przeciwko  niemu.  A  na  koniec  doznał
najgorszej zniewagi. Został zdradzony i oszukany... i to przez byle strażnika.

Nagle  w  jego  głowie  zaświtała  jakaś  spontaniczna  myśl.  Brakiss  przypomniał  sobie,  że  kiedy

powstawała  Akademia  Ciemnej  Strony,  rzekomo  na  rozkaz  samego  Imperatora  Palpatine’a,  we
wnętrzu konstrukcji gwiezdnej stacji zainstalowano setki, a może nawet tysiące połączonych ze sobą
potężnych  ładunków  wybuchowych,  mających  stanowić  coś  w  rodzaju  zaworu  bezpieczeństwa.
Gdyby  Palpatine  kiedykolwiek  powziął  podejrzenie,  że  nowa  grupa  potężnych  Ciemnych  Jedi  staje
się dla niego zagrożeniem, mógłby wysłać zakodowany sygnał, który wyzwoliłby detonatory i w ten
sposób zniszczyłby Akademię Ciemnej Strony, bez względu na to, w którym punkcie przestworzy by
się znajdowała.

Brakiss stał na progu drzwi wiodących na lądowisko i przyglądał się, jak niewielki prom coraz

bardziej oddala się od jego gwiezdnej stacji. Nagle uzmysłowił sobie, że przecież nie istniał żaden
wskrzeszony Imperator. A zatem jedynymi osobami, znającymi tajemnicę śmiercionośnego kodu, byli
czterej czerwoni imperialni strażnicy...

 
Niewielki  statek  oddalał  się  od  systemu  Yavina  i  kolczastego  pierścienia  Akademii  Ciemnej

Strony.  Ostatni  pozostający  przy  życiu  strażnik  coraz  wyraźniej  uświadamiał  sobie,  że  siły

background image

wojskowe, które pozostawiał za sobą, są skazane na nieuchronną zagładę. Możliwe nawet, że kiedy
kontratak  floty  Rebeliantów  zakończy  się  powodzeniem,  do  końca  bitwy  nie  dożyje  ani  jeden
imperialny żołnierz.

Mężczyzna  był  pewien,  że  wszystko,  co  zdarzyło  się  w  przestworzach  wokół  Yavina  Cztery,

powinno  stać  się  absolutną  tajemnicą.  On  sam  musi  pozostać  jedynym  świadkiem  tego,  co  się
wydarzyło. Musi za wszelką cenę podtrzymywać złudzenie, które on i jego towarzysze z takim trudem
stworzyli. Tylko w ten sposób będzie mógł kiedyś znów wspiąć się na wyżyny władzy. Oznaczało to
jednak, że nie może pozwolić sobie na to, aby Akademia Ciemnej Strony nadal istniała. Musi uczynić
wszystko, co w jego mocy, żeby jak najdokładniej pozacierać za sobą wszystkie ślady. Jeżeli będzie
miał  szczęście,  może  stanie  się  kimś  znaczącym  i  poważanym.  Możliwe  nawet,  że  zostanie
przywódcą  którejś  z  przestępczych  grup  czy  organizacji,  jakich  wiele  prowadziło  działalność  na
obrzeżach przestworzy, opanowanych przez Nową Republikę.

Czerwony  strażnik  nadał  krótki  sygnał,  obdarzony  niezwykle  skomplikowanym  kodem.  Wysłał

w  przestworza  przerażającą  sekwencję  impulsów,  którą  nigdy  przedtem  nie  zamierzał  się
posługiwać.

Zniszczyć!
I  kiedy  jego  niewielki  prom  zapuszczał  się  coraz  dalej  w  głąb  bezkresnej  czerni  przestworzy,

najeżony lufami dział pierścień Akademii Ciemnej Strony rozkwitł jak ognisty kwiat. Po chwili jego
płatki,  rozchyliwszy  się  we  wszystkie  strony,  zamieniły  się  w  oślepiająco  jasną  kulę  płonących
gazów i metalowych szczątków.

background image

 

 

 

Rozdział 20

 
 
Z trudem idąc coraz dalej, Zekk przedzierał się przez nieznaną dżunglę porastającą powierzchnię

Yavina  Cztery.  W  panującym  półmroku  widział  tylko  to,  co  znajdowało  się  w  odległości  dwóch
metrów przed nim. Kolczaste gałęzie krzewów zahaczały raz po raz to o włosy, to o fałdy peleryny.
Młodzieniec  z  wysiłkiem  oddychał  duszącym,  wilgotnym  powietrzem.  Koński  ogon  już  dawno  się
rozwiązał,  ale  mimo  to  Zekk,  potykając  się  o  korzenie,  brnął  dalej.  Od  czasu  do  czasu  oglądał  się
przez  ramię,  by  zobaczyć,  czy  nie  jest  ścigany  przez  któregoś  z  wyszkolonych  przez  Skywalkera
uczniów  jasnej  strony.  Co  prawda,  nie  wyczuwał,  by  ktokolwiek  podążał  jego  śladami,  ale  nie  był
tego  pewien.  Kto  wie?  –  pomyślał,  trochę  jednak  zaniepokojony.  Może  jasna  strona  pozwalała
uciekać się do sztuczek, o których nigdy mu się nie śniło? Może istniały sposoby, dzięki którym nie
potrafił wyczuwać obecności ścigających go prześladowców?

Tego  dnia  widział  takie  rzeczy,  że  nawet  nie  miał  pojęcia,  iż  mogą  istnieć.  Dziwne  rzeczy.

Straszliwe rzeczy. Nie zwracał uwagi na  to,  że  wąska  i  kręta  ścieżka,  którą  szedł,  raz  po  raz  znika
w  gąszczu  kolczastych  zarośli.  I  tak  nie  wiedziałby,  dokąd  idzie.  Widocznie  jego  umysł  został
częściowo  sparaliżowany,  ponieważ  oczy  widziały  coś,  czego  nie  oglądały  nigdy  przedtem.  Były
świadkami zniszczeń, terroru, klęski... i śmierci.

Nagle stopa młodzieńca poślizgnęła się na stosie pleśniejących wilgotnych liści. Zekk potknął się

i przyklęknął na jedno kolano. Pochwycił jakąś nisko zwieszającą się gałąź i dźwignął ciało, po czym
jakby zbudzony z głębokiego snu, rozejrzał się po napierających ze wszystkich stron gąszczach.

W którą stronę właściwie szedł? Wiedział, że zmierza do jakiegoś celu, ale nie bardzo potrafił

przypomnieć  sobie,  do  jakiego.  W  końcu  podsunęła  mu  to  chyba  podświadomość,  ponieważ
młodzieniec wyprostował się i poszedł dalej.

Nagle,  tuż  przed  nim,  z  plątaniny  zarośli  wyskoczył  jakiś  duży  gryzoń,  sięgający  mniej  więcej

kolan.  Wysunął  pazury  i  rzucił  się  na  Zekka,  jednak  w  tej  samej  chwili  władzę  nad  mięśniami
Najciemniejszego Rycerza przejęły doskonale wyćwiczone odruchy Jedi.

Jednym płynnym ruchem Zekk sięgnął po rękojeść świetlnego miecza i odskoczył w krzaki, aby

zwierzę  nie  rozorało  go  pazurami.  Skóra  na  policzku  pękła,  kiedy  zetknęła  się  z  chropowatą
purpurowobrązową korą potężnego pnia drzewa Massassów. Zanim Zekk zdążył mrugnąć powiekami
czy zaczerpnąć następny łyk powietrza, z rękojeści wystrzeliło szkarłatnoczerwone ostrze... Przecięło
ciało  gryzonia  na  dwie  części,  kiedy  zwierzę  jeszcze  szybowało  w  powietrzu.  Gryzoń  zaskrzeczał,
ale  dziwny  odgłos  trwał  tylko  chwilę.  Później  obie  parujące  połówki  opadły  na  wilgotną  ziemię,
pokrytą warstwą butwiejących liści.

Zekk przypomniał sobie, że w podobny sposób zabił ulubionego ucznia Tamith Kai, Yilasa, kiedy

walczył z nim w pozbawionym ciążenia pomieszczeniu Akademii Ciemnej Strony. Wspomnienie nie

background image

należało jednak do takich, które przyniosłyby mu ukojenie.

Z  rozciętej  skóry  na  policzku  spływała  strużka  krwi,  ale  ból  był  zbyt  nikły,  żeby  Zekk  mógł  go

odczuwać. Na razie chroniła młodzieńca umiejętność władania Mocą... Czy nie był, mimo wszystko,
Ciemnym  Jedi? Ale  co  mogło  się  stać  z  jego  kolegami,  którzy  także  wyruszyli  do  walki  ku  chwale
Drugiego  Imperium?  Co  stało  się  z  ich  umiejętnościami?  Dlaczego  nic  nie  układało  się  tak,  jak
przewidywały  plany?  Tego  dnia  Zekk  był  świadkiem,  jak  jego  Ciemni  Jedi,  jeden  po  drugim,
przegrywają pojedynki albo są brani do niewoli przez uczniów Skywalkera.

Miał straszliwe przeczucie, że spośród wszystkich tylko on nie został dotąd pokonany.
Och,  wojownicy  ciemnej  strony  odnieśli  kilka  spektakularnych  zwycięstw.  Dywersantowi

Orvakowi  udało  się  wysadzić  w  powietrze  generatory  siłowego  pola  ochraniającego  wielką
świątynię przed atakami z powietrza. Bez wątpienia imperialny komandos nie spoczął na laurach i po
odniesieniu  tego  sukcesu  natychmiast  przystąpił  do  wykonywania  drugiej  części  zadania.  W  ciągu
dnia  wydarzyło  się  także  wiele  innych  przyjemnych  rzeczy.  Kilka  razy  Zekk  miał  świadomość,  że
adepci  Akademii  Ciemnej  Strony  zwyciężają.  Zawsze  jednak  okazywało  się,  że  ich  sukcesy  były
krótkotrwałe.

A przecież Brakiss, Tamith Kai, on i jego podopieczni byli tacy pewni tego, że odniosą szybkie,

łatwe  i  zdecydowane  zwycięstwo.  Tak  dobrze  panowali  nad  siłami  ciemnej  strony,  że  nie  powinni
mieć  z  tym  żadnych  problemów.  Przynajmniej  Zekk  zawsze  to  sobie  powtarzał.  Tego  nauczał  go
zawsze mistrz Brakiss.

Po  kilku  następnych  minutach  przedzierania  się  przez  zarośla  młodzieniec  wyłonił  się

z  ciemności,  panujących  w  leśnych  ostępach,  i  wkroczył  na  dużą  polanę.  Jej  skrajem,  wijąc  się
między  drzewami,  leniwie  toczyła  wody  szeroka  rzeka.  Czując,  że  jej  widok  podnosi  go  na  duchu,
Zekk stanął na brzegu i pochylił się, by zaspokoić pragnienie.

Mimo  iż  woda  miała  zielonkawą  barwę,  widział  swoje  odbicie  całkiem  wyraźnie.  Z  mąconej

przez  niewielkie  fale  powierzchni  spoglądały  na  młodzieńca  zapadnięte  szmaragdowozielone
źrenice,  otoczone  ciemniejszymi  obwódkami.  Na  obliczu  malował  się  jednak  tylko  mizerny  cień
dawnej pewności siebie, z jaką przystępował do walki. Zlepione błotem kosmyki czarnych włosów
okalały  bladą  twarz,  podobną  do  księżyca  krążącego  wokół  rodzimej  planety,  Ennth.  Z  rozcięcia
skóry  na  policzku  nie  przestawały  sączyć  się  krople  krwi.  Radośnie  kontrastowały
z  purpurowofioletowymi  sińcami,  które  otaczały  ranę.  Ich  widok  sprawił,  że  Zekk  zaczął  myśleć
o Brakissie i jego posągowo pięknej twarzy.

Ogarnęła go taka rozpacz, że poczuł w głowie absolutną pustkę. Jęknął i opadł na czworaki, nie

bacząc  na  to,  że  dłonie  i  kolana  zagłębiły  się  w  warstwę  przybrzeżnego  mułu.  Nie  uświadamiając
sobie tego, co robi, przycisnął do uszu ubrudzone mułem dłonie.

–  Brakissie!  –  krzyknął,  jakby  właśnie  jego  obarczał  całą  winą  za  poniesioną  klęskę.  –  Co  się

stało? Co potoczyło się nie po twojej myśli?

Nadal nie rozumiejąc, co się dzieje, uniósł głowę ku niebu. Przez ułamek sekundy spoglądał na

majaczący  w  górze  kolczasty  pierścień  Akademii  Ciemnej  Strony,  wiszący  na  orbicie  nad
porośniętym dżunglą księżycem...

Osłupiały obserwował, jak bez widocznego powodu gwiezdna stacja zamienia się w ognistą kulę

rozpryskujących  się  we  wszystkie  strony  szczątków.  Ze  zdumienia  otworzył  usta.  Dotychczas  nie
przypuszczał, że mógłby odczuwać jeszcze większy ból.

Okazało się, że był w błędzie.

background image

Brakiss.  To  nazwisko  nie  przestawało  powtarzać  się  w  jego  myślach.  Zekk  wiedział,  że  kiedy

Akademia  Ciemnej  Strony  eksplodowała,  jej  naczelnik  przebywał  na  pokładzie.  Czuł  to.  Odbierał
rozpacz promieniującą z umysłu nauczyciela.

Odziany  w  srebrzyste  szaty  młody,  urodziwy  mężczyzna  przyjął  do  siebie  Zekka,  mimo  iż

młodzieniec nie miał żadnych perspektyw na lepszą przyszłość. Później naczelnik imperialnej uczelni
uleczył  go  z  depresji,  nauczał  i  wskazał  dalszą  drogę.  Nadał  nowy  sens  jego  życiu.  Przekazał
umiejętności,  z  których  chłopak  mógł  być  dumny.  Kiedy  Zekk  przebywał  w  Akademii  Ciemnej
Strony, czuł się jak w domu. Otrzymał nawet tytuł Najciemniejszego Rycerza.

A teraz? Co z tego pozostało? Całą tę naukę i marzenia diabli wzięli. Duma, koledzy, świetlana

przyszłość... wszystko się rozwiało. W myślach Zekka nie krył się nawet cień wątpliwości, że Drugie
Imperium  właśnie  tego  dnia  poniosło  druzgocącą,  nieodwracalną,  sromotną  klęskę.  A  teraz  zginął
jego  nauczyciel  i  najlepszy  przyjaciel,  wychowawca  i  doradca  –  jedyny  człowiek,  który
kiedykolwiek pokładał w nim nadzieję.

Nie.  Brakiss  nie  był  jedynym  mężczyzną,  ufającym  Zekkowi.  Kiedy  młodzieniec  uświadomił

sobie  tę  prawdę,  ogarnęła  go  jeszcze  większa  udręka.  Drugą  osobą,  która  także  zawsze  w  niego
wierzyła, był stary Peckhum. Zekk obiecał kiedyś, że nigdy nie uczyni niczego, co mogłoby sprawić
ból  albo  zawód  siwowłosemu  gwiezdnemu  pilotowi.  Tego  dnia  Zekk  walczył  jednak  po  stronie
nieprzyjaciół  Peckhuma.  Pomimo  wszystkich  innych  wad,  do  których  czasami  się  przyznawał,
młodzieniec jeszcze nigdy w życiu nie okłamał starego przyjaciela.

Stwierdził, że w jego piersi wzbiera kolejna fala gniewu, tym razem na siebie i na to, że dał się

zmusić  do  walki  przeciwko  wiernemu  druhowi.  Poczuł  obrzydzenie  na  myśl  o  tym,  że  musiał
dokonywać  takich  strasznych  wyborów.  Napiął  mięśnie,  aż  poczuł  ból,  który  wydał  mu  się
niemożliwy do zniesienia. Trawiony rozpaczą, jeszcze głębiej wbił palce w warstwę przybrzeżnego
mułu.  Muł  był  ciemny,  wilgotny,  śliski  i  zdradliwy.  Możliwe,  że  właśnie  dzięki  tym  cechom
doskonale wyrażał to wszystko, co młodzieniec wybrał: ciemność.

Tego  dnia  stał  bezczynnie  i  przyglądał  się,  jak  jego  koledzy  zestrzeliwują  „Piorunochron”.  Nie

wiedział  tego  na  pewno,  ale  wszystko  wskazywało  na  to,  że  jedyny  człowiek,  który  kiedykolwiek
obdarzył  go  bezinteresowną  przyjaźnią  i  zaufaniem,  nie  żył.  Nie  mogąc  dłużej  znieść  udręki,  Zekk
zacisnął palce. Wyszarpnął dwie garście wilgotnej mazi i rozsmarował po całej twarzy. Muł wniknął
pod  rozciętą  skórę  i  wreszcie  sprawił  mu  trochę  fizycznego  bólu.  Chłopak  uświadomił  sobie,  że
dopiero teraz naprawdę go odczuwa. Niewiele go to obchodziło. Zasłużył sobie na ból i cierpienia.

Zawiódł  wszystkich:  Brakissa,  pozostałych  wojowników  ciemnej  strony,  starego  Peckhuma...

samego  siebie.  Z  oczu  Zekka  popłynęły  łzy,  ale  chłopak  nawet  tego  nie  zauważył.  Nabrał  następne
dwie  pełne  garście  mułu  i  rozprowadził  miękką  glinę  po  ramionach,  przedramionach  i  szyi.  Każdą
odsłoniętą część ciała pokrył grubą warstwą ciemnej mazi.

To... właśnie to oddawało najtrafniej stan jego ducha. Ciemność. Sam ją wybrał i sam się w niej

pogrążył. Był zbrukany przez ciemność.

Mimo  to  nie  miał  wyjścia.  Nie  mógł  zawrócić  z  obranej  drogi.  Dokonał  wyboru  i  teraz  musiał

ponieść wszelkie konsekwencje. Był, kim był. Ciemnym Jedi. Nic nie mogło teraz zmienić tego faktu.
I  chociaż  lord  Brakiss  poniósł  śmierć  na  pokładzie  Akademii  Ciemnej  Strony,  a  jego  podwładni
zostali pokonani albo wtrąceni do więzienia, Zekk do końca życia nie zdoła uporać się z wyrzutami
sumienia, bez względu na to, ile dni miałby przeżyć.

Nawet Jacen i Jaina, o ile jeszcze żyją, nie będą mogli mu przebaczyć wszystkiego, co uczynił.

background image

Jeżeli wziąć pod uwagę toczącą się w przestworzach bitwę, unicestwienie Akademii Ciemnej Strony
i  walki  na  powierzchni  Yavina  Cztery,  Zekk  był  osobiście  odpowiedzialny  za  śmierć  setki  albo
więcej ludzi. Może także za śmierć Peckhuma. Bliźnięta nigdy mu tego nie wybaczą. Nie rozumiały,
że  decyzja,  jaką  podjął,  kiedy  postanowił  rozpocząć  naukę  w  imperialnym  ośrodku  szkoleniowym,
wydawała mu się wówczas słuszna i jedyna. W ogóle nie wierzyły, że mógłby w przyszłości stać się
kimś cenionym i poważanym.

Zekk  dokonał  jednak  wyboru,  a  później  starał  się,  jak  umiał  najlepiej.  Kiedy  wyprawił  się  na

Kashyyyk i spotkał z Jainą, ostrzegł ją, aby nie powracała na Yavin Cztery. Miał nadzieję, że dzięki
temu ostrzeżeniu uchroni ją przed niebezpieczeństwami, jakie niósł udział w zaciętej walce. W głębi
duszy wątpił jednak, by dziewczyna usłuchała.

Z wysiłkiem wstał i jeszcze raz spojrzał na swoje odbicie, jakie ukazywały mu leniwie płynące

wody  rzeki.  Obrzeżona  szkarłatną  lamówką  czarna  peleryna,  która  kiedyś  stanowiła  przedmiot
największej  dumy,  zwisała  teraz  smętnie  z  ramion,  w  wielu  miejscach  podziurawiona  i  rozdarta,
a  z  lamówki  pozostały  tylko  strzępy.  Jego  skórę  pokrywała  gruba  warstwa  błota,  a  w  zapadniętych
szmaragdowych oczach malowało się przygnębienie i zniechęcenie.

Zekk  wiedział  jednak,  że  to  jeszcze  nie  koniec.  Możliwe,  że  nikogo  już  nie  obchodziło,  co

postanowi  i  co  zrobi,  ale  nadal  mógł  dokonywać  wyborów.  Jeszcze  pokaże  bliźniętom,  co  potrafi.
Odwrócił się i ruszył wzdłuż brzegu rzeki. Kierował się ku wielkiej świątyni.

Miał w zanadrzu jeszcze jeden atut, który musiał wykorzystać.

background image

 

 

 

Rozdział 21

 
 
– Tam, w dole – odezwała się Jaina, pokazując niewielką polanę, którą Luke wybrał na miejsce

zbiórki wszystkich uczniów akademii Jedi.

Lando Calrissian, siedzący za sterami własnego wahadłowca, wyszczerzył w szerokim uśmiechu

olśniewająco białe piękne zęby.

–  Wszystko  jasne,  młoda  damo  –  powiedział.  –  Wygląda  na  to,  że  się  nas  spodziewają.

Widocznie walki musiały już się skończyć.

Kiedy ciemnoskóry mężczyzna zaczął podchodzić do lądowania, Jaina postanowiła posłużyć się

technikami  relaksacyjnymi  Jedi,  aby  chociaż  trochę  się  odprężyć.  Stwierdziła  jednak,  że  nie
przyniosło jej to żadnej ulgi. Mięśnie pozostawały tak samo zdrętwiałe i napięte jak wówczas, kiedy
kuląc  się  w  ciasnej  kabinie  myśliwca  typu  TIE  uciekała,  by  ocalić  życie.  Z  jakiegoś  powodu  nie
potrafiła zapomnieć o tamtych chwilach. Tego dnia po raz pierwszy w życiu walczyła jak prawdziwy
rycerz Jedi. Jej przeciwnikiem był inny Jedi, posługujący się siłami ciemnej strony.

Przecież właśnie temu celowi miało służyć całe dotychczasowe szkolenie.
Kiedy  wahadłowiec  Calrissiana  w  końcu  znieruchomiał  na  lądowisku,  dziewczyna  nie  traciła

czasu  na  zbędne  formalności.  Opuściła  szybko  pokład,  podbiegła  do  wuja  i  rzuciła  się  w  jego
objęcia.

– Udało ci się! Żyjesz! – krzyknęła, czując uniesienie i wielką ulgę.
– Witaj, Luke’u, stary kumplu – odezwał się Lando. – Przyleciałem, żeby choć trochę pomóc, ale

widzę, że doskonale sobie radzisz i panujesz nad całą sytuacją.

– Mimo to przyda mi się twoja pomoc, Lando – odparł Skywalker. Odwzajemnił uścisk Jainy. –

Obawiam się, że niektórzy z nas nie mieli tyle szczęścia – dodał poważnie.

Dopiero  wówczas  Jaina  uświadomiła  sobie,  że  nie  ma  pojęcia,  jak  układały  się  losy  bitwy  na

powierzchni  księżyca.  Przygryzła  dolną  wargę  i  potoczyła  wokoło  nieprzytomnym  spojrzeniem.
Miała nadzieję, że dostrzeże gdzieś Jacena, Tenel Ka i młodego Wookiego.

Na widok tego, co zobaczyła, ogarnęło ją przerażenie. Spostrzegła, że żaden uczeń akademii Jedi

nie uniknął ran albo obrażeń. Kilkoro młodych rycerzy Jedi utykało. Prawa ręka Tionny zwisała na
temblaku,  a  srebrzystosiwe  włosy  instruktorki  były  osmalone.  Niektórzy  uczniowie  mieli  tylko
zadrapania i siniaki, ale inni odnieśli poważniejsze rany.

Jaina zdumiała się, kiedy zauważyła Raynara. Twarz chłopca pokrywało błoto, a krzykliwa szata

rozdarta  i  poplamiona  chyba  rzecznym  szlamem.  Chodząc  między  rannymi  kolegami  i  koleżankami,
młody uczeń opatrywał rany i pomagał, jak umiał. Sprawiał wrażenie smutnego i przygnębionego.

Kiedy dziewczyna zwróciła uwagę na pacjentkę, którą właśnie się zajmował, zbladła i rzuciła się

ku niej. Tenel Ka leżała, chyba trawiona wysoką gorączką. Wyglądało na to, że straciła sporo krwi.

background image

Miała głęboką ranę ciętą, biegnącą przez czoło i zaczynającą się nad jednym szarym okiem. Inna rana
cięta, trochę płytsza, szpeciła niemal całe udo i kończyła się tuż powyżej kolana.

Raynar  klęczał  u  boku  dziewczyny  i  darł  na  paski  materiał  stosunkowo  czystej  szaty  spodniej.

Jaina  zrobiła  z  resztek  coś  w  rodzaju  tamponu.  Zamierzając  powstrzymać  dalszy  upływ  krwi,
przyłożyła go do rany na czole. Tymczasem Raynar zaczął bandażować ranę na nodze.

Jaina  rozejrzała  się  po  polanie,  wypatrując  Jacena.  Dopiero  teraz  zauważyła,  że  kilka  metrów

dalej, cicho jęcząc i trzymając się za bok, leży w trawie Lowie.

W  różnych  miejscach  na  skraju  polany  Tionna,  Luke  i  Lando  pomagali  innym  rannym  uczniom,

leżącym albo siedzącym na murawie. Nigdzie jednak nie było widać Jacena.

– Lowie, jak się czujesz? – zapytała Jaina.
Młody  Wookie  mruknął  coś  zdawkowo  i  machnął  ręką,  jakby  chciał  powiedzieć,  żeby

dziewczyna skończyła najpierw opatrywać rany wojowniczki z Dathomiry.

–  Och,  pani  Jaino!  Dzięki  niech  będą  niebiosom,  że  wreszcie  pani  się  zjawiła!  –  krzyknął  Em

Teedee. Piskliwy głosik miniaturowego androida-tłumacza zabrzmiał jednak bardzo dziwnie, inaczej
niż zazwyczaj. Jaina zauważyła, że kratka osłaniająca niewielki głośnik jest wgnieciona. – Po prostu
nie  może  pani  mieć  pojęcia,  przez  co  przeszliśmy  wszyscy  troje.  Pan  Lowbacca  i  pani  Tenel  Ka
musieli skakać z bojowej platformy, ponieważ nie zamierzali stracić życia w wyniku eksplozji. Mieli
szczęście, gdyż platforma kilka chwil później i tak zniknęła w odmętach rzeki.

Kiedy  lądowaliśmy  na  drzewie,  pan  Lowbacca  zdołał  uchwycić  się  jakiegoś  konaru,  ale  pani

Tenel Ka uderzyła głową o wystającą gałąź. Obijając się o pień, zaczęła spadać coraz niżej, ale pan
Lowbacca  natychmiast  zanurkował,  pragnąc  ją  ocalić.  Pochwycił  jej  rękę  i  zapobiegł  katastrofie
w ten sposób, że wylądował brzuchem na szerokim konarze. Zapewniam, pani Jaino, że zachował się
jak bohater. Rzecz jasna, nie jestem medycznym androidem, ale obawiam się, że pan Lowbacca ma
złamaną i przemieszczoną kość ramienia oraz pęknięte co najmniej trzy żebra.

Raynar zmienił opatrunek na głowie Tenel Ka, a potem, pragnąc go unieruchomić, zaczął owijać

bandażem.

–  Możesz  iść  –  odezwał  się  do  Jainy,  kiwając  zarazem  głową  w  stronę  Lowbaccy.  –  Sam

skończę.

Kiedy na polanę weszło dwóch innych rannych uczniów Jedi, Jaina popatrzyła na nich, w nadziei,

że może ujrzy brata. Żaden jednak nie był nawet podobny do Jacena.

–  Czy  nie  widziałeś  gdzieś  mojego  brata?  –  zwróciła  się  do  Raynara.  Podeszła  do  Lowiego,

zamierzając obejrzeć jego obrażenia. – On i stary Peckhum polecieli „Piorunochronem”, żeby wysłać
sygnał alarmowy i wezwać posiłki. Powinien był już dawno wrócić.

Chłopiec zmarszczył brwi i pokręcił głową.
– No cóż... – powiedział, jakby starając się przypomnieć sobie, co się wydarzyło. – Widziałem

towarowy transportowiec... „Piorunochron” – dodał po chwili. – Chyba został zestrzelony przez jakiś
myśliwiec typu TIE.

Jaina zachłysnęła się powietrzem.
–  Czy  widziałeś,  że  eksplodował  w  powietrzu  albo  roztrzaskał  się  podczas  lądowania?  –

zapytała, kiedy przyszła do siebie.

Raynar odwrócił głowę i popatrzył w inną stronę.
– Nie widziałem – odparł cicho. – Wyglądało na to, że statek jest uszkodzony i ma spore kłopoty

z utrzymaniem się w powietrzu... – Wzruszył ramionami, jakby czuł się skrępowany. – Tak czy owak,

background image

to wszystko miało miejsce dawno, na początku bitwy.

Jaina przygryzła dolną wargę i zamknęła oczy. Starając się odnaleźć Jacena, wysłała wici Mocy.
–  Nie  umarł  –  stwierdziła  w  końcu.  –  Nie  jestem  jednak  w  stanie  powiedzieć  nic  więcej.  Nie

wyczuwam  natomiast  obecności  starego  Peckhuma.  Nie  umiem  nawiązać  z  nim  takiej  więzi  jak
z Jacenem. Wiem tylko tyle, że mój brat przebywa gdzieś tam... z daleka od polany.

Na pyzatej, ale dziwnie poważnej twarzy Raynara pojawił się szczery uśmiech.
– To dobrze – oznajmił chłopiec. – Bardzo dobrze.
–  To  chyba  już  ostatni,  jak  mi  się  zdaje  –  odezwał  się  Lando,  klękając  obok  Jainy.  –  Jak  się

miewasz, Lowbacco, stary kumplu? Wyglądasz, jakbyś brał udział w najbardziej zaciętych walkach.

Lowie cicho warknął, przyznając mu rację.
–  Myślę,  że  na  polanę  zdążyli  dotrzeć  wszyscy,  którzy  znajdowali  się  w  pobliżu  –  rzekł

Calrissian.

– Znaleźliśmy jeszcze jednego – powiedział Luke, przyłączając się do nich.
Pokazał  na  skraj  polany,  gdzie  Tionna  opatrywała  podobnego  do  drzewa  rycerza  Jedi.  Jakaś

eksplozja złamała mu jedną gałąź.

Jaina uniosła głowę i spojrzała na wuja.
– A co z Jacenem? – zapytała.
– Żyje... – odrzekł po chwili Luke. – Na razie nie potrafię powiedzieć nic więcej.
– To wiem – zgodziła się dziewczyna. – Ale gdzie przebywa? Czy nie powinniśmy go poszukać?
–  Przede  wszystkim  musimy  przenieść  rannych  do  środka  wielkiej  świątyni  –  oświadczył

Skywalker.  –  Jeżeli  staremu  Peckhumowi  i  Jacenowi  udało  się  utrzymać  „Piorunochron”
w  powietrzu,  bez  wątpienia  skierowali  się  ku  głównemu  lądowisku.  Nie  zdołaliby  wylądować
nigdzie indziej, a z pewnością nie na takiej małej polanie.

Jaina poczuła, że w jej serce wstępuje nowa otucha. Wuj mówił prawdę. Popatrzyła na Lowiego.
– Możesz chodzić? – zapytała.
Młody Wookie warknął coś, co chyba miało oznaczać potwierdzenie.
–  Pan  Lowbacca  jest  gotów  wyruszyć  na  przechadzkę,  jeżeli  ktoś  zechciałby  mu  chociaż  trochę

pomóc – pospieszył z tłumaczeniem miniaturowy android.

– Dobrze – rzekła dziewczyna. – Wracajmy do akademii Jedi. Niecierpliwie oczekiwała chwili,

kiedy znów będzie mogła ujrzeć brata. Niepokoiła się, czy nie przydarzyło mu się coś złego.

Mniej  więcej  po  godzinie  grupa  rannych,  utykających  uczniów  Jedi  wyłoniła  się  z  ostępów

dżungli i stanęła obok wielkiej świątyni na skraju polany, zamienionej na lądowisko. Rozczarowana
Jaina stwierdziła jednak, że na wielkiej, oczyszczonej z roślinności przestrzeni nie spoczywa żaden
gwiezdny statek.

– Nie martw się, młoda damo – pocieszył ją Lando. – Pomogę ci ich szukać.
Dziewczyna  ciężko  westchnęła  i  kiwnęła  głową.  Chociaż  wiedziała,  że  Jacen  żyje,  miała

wrażenie, że wydarzy się coś złego. Przeczuwała, że nadciąga niebezpieczeństwo.

–  W  porządku  –  odezwała  się  w  końcu.  –  Wprowadzimy  najpierw  do  świątyni  wszystkich

rannych. W środku będą bezpieczni. Musimy jednak wnieść ich przez drzwi wiodące na dziedziniec.
Wrota hangaru są wciąż zablokowane.

Przejście przez lądowisko na wybrukowany kamiennymi płytami dziedziniec zajęło więcej czasu

niż  Jaina  się  spodziewała,  ale  wreszcie  znalazła  się  w  odległości  dziesięciu  metrów  od  ciemnego
prostokątnego  otworu.  Widząc,  że  do  przejścia  pozostało  zaledwie  kilka  kroków,  uśmiechnęła  się

background image

i przyspieszyła.

Nagle  z  mrocznego  wnętrza  wyskoczył  jakiś  odziany  w  łachmany  młody  mężczyzna.  Jego

posiniaczoną  i  zakrwawioną  twarz  pokrywała  gruba  warstwa  schnącego  rzecznego  mułu,  ale  Jaina
rozpoznałaby ją wszędzie, gdziekolwiek by ją ujrzała.

Zekk uniósł dumnie głowę i stanął, zagradzając przejście własnym ciałem.
– Nikt nie wejdzie do świątyni – oświadczył stanowczo.

background image

 

 

 

Rozdział 22

 
 
Jaina  stała  znów  twarzą  w  twarz  z  przyjacielem  z  dawnych  czasów,  Zekkiem,  ale  zupełnie  nie

wiedziała, co powiedzieć. Miała wrażenie, że nie może oddychać. Pomyślała, iż zapewne powietrze
w jej płucach zamieniło się w bryłę lodu. Czuła tylko przyspieszone bicie serca.

Tymczasem Zekk nie uczynił żadnego ruchu.
Luke  podszedł  do  Jainy  i  stanął  u  jej  boku.  Lowbacca,  który  wspierał  się  o  ramię  dziewczyny

z  drugiej  strony,  cicho  warknął.  W  tej  samej  sekundzie  Jaina  uświadomiła  sobie,  że  wyczuwa
obecność  wszystkich  innych  uczniów  Jedi,  stojących  na  skraju  dziedzińca...  Koledzy  i  koleżanki
z  akademii  ujrzeli  Zekka  po  raz  pierwszy  dopiero  tego  dnia,  kiedy  objął  dowództwo  oddziału
wojowników Akademii  Ciemnej  Strony.  Widzieli  w  nim  tylko  wroga.  Nawet  nie  podejrzewali,  że
w przeszłości mógł być kimś zupełnie innym.

Jaina utkwiła spojrzenie w pokrytej warstwą schnącego mułu twarzy Zekka.
– Sama się z tym uporam, wujku Luke’u – powiedziała. – Nie chcę, by ktokolwiek mi pomagał.
Luke  wahał  się  przez  chwilę.  Jaina  zorientowała  się,  że  spełnienie  jej  prośby  przychodzi  mu

z wielkim trudem. Kiedy odezwał się, w jego głosie zabrzmiał niepokój:

– To coś innego niż rozbieranie i naprawianie uszkodzonych mechanizmów, Jaino – ostrzegł.
–  Wiem  –  odparła  cicho  dziewczyna.  –  Nie  mam  pojęcia,  czy  Zekk  mnie  usłucha,  ale  jestem

pewna, że nie usłucha nikogo innego.

–  Pamiętam,  że  przed  wielu  laty  też  tak  sądziłem  –  oznajmił  Luke.  –  Kiedy  postanowiłem

nawrócić  Dartha  Vadera  na  jasną  stronę.  Taka  próba  to  coś  bardzo  niebezpiecznego,
a prawdopodobieństwo powodzenia jest niezwykle małe.

Westchnął, jakby wciąż zastanawiał się, czy Jaina sobie poradzi.
Dziewczyna oderwała spojrzenie od twarzy Zekka. Z wysiłkiem odwróciła głowę i popatrzyła na

wuja.

– Proszę, pozwól mi spróbować – powiedziała.
Luke przez dłuższą chwilę przyglądał się jej w milczeniu, wreszcie kiwnął głową.
Jaina  znów  zwróciła  oczy  na  twarz  Zekka.  Skupiła  się  wewnętrznie,  myśląc  o  tym,  co  powie.

Tymczasem  Luke  Skywalker  ujął  Lowiego  pod  rękę  i  odprowadził  na  skraj  polany.  Dziewczyna
zaczerpnęła  jeszcze  więcej  energii  Mocy,  ale  nadal  nie  miała  pojęcia,  jak  zacząć  rozmowę  ze
stojącym przed nią młodzieńcem, dowódcą wszystkich Ciemnych Jedi.

To przecież Zekk, pomyślała. Był kiedyś moim przyjacielem.
Postąpiła krok w jego stronę i odezwała się na tyle głośno, żeby mógł ją usłyszeć.
–  Bitwa  dobiegła  końca,  Zekku.  Musimy  wejść  do  wielkiej  świątyni,  żeby  zająć  się

opatrywaniem rannych.

background image

Zekk wzdrygnął się, jakby przeniknięty wewnętrznym dreszczem. Cofnął się o krok, ale rozłożył

ręce w taki sposób, że zablokował całe wrota.

– Nie – odparł. – Jeżeli to uczynisz, będziesz musiała opatrywać jeszcze więcej ran i obrażeń.
Jaina nie przejęła się tą pogróżką. Postanowiła podejść do rozwiązania problemu z innej strony.
Zwróciła uwagę na to, że chłopak wodzi niespokojnym spojrzeniem po skraju dziedzińca, jakby

oceniał siłę i liczbę uczniów mistrza Skywalkera. Zapewne usiłował się zorientować, jak poważnie
są ranni, aby stwierdzić, ilu zdoła zabić, zanim obezwładnią go pozostali.

–  Chciałabym  nadal  być  twoją  przyjaciółką,  Zekku  –  zaczęła.  Zauważyła,  że  młodzieniec

zamrugał  i  szarpnął  się,  jakby  go  uderzyła.  –  Wyrzeknij  się  ciemnej  strony  i  wróć  na  jasną.  Czy
pamiętasz,  jak  kiedyś  znalazłeś  stary  moduł  komputerowy  umożliwiający  buszowanie  w  innych
systemach?  Pamiętasz,  jak  za  pomocą  niego  przeniknęliśmy  do  systemu  komputerowego
holograficznego zoo?

Zekk kiwnął niepewnie głową.
–  Przeprogramowaliśmy  wówczas  hologramy  wszystkich  zwierząt  w  taki  sposób,  żeby

wyśpiewywały koreliańskie pijackie piosenki – ciągnęła dziewczyna.

Na wspomnienie tamtych chwil kąciki jej ust uniosły się w tęsknym uśmiechu.
– Przyłapano nas – przypomniał cicho Zekk. – A technicy ogrodu usunęli wszystkie zmiany, jakich

dokonaliśmy w oprogramowaniu.

–  To  prawda,  ale  wielu  zwiedzającym  gościom  tak  się  to  podobało,  że  kilka  miesięcy  później

dyrekcja wydzieliła na ich prośbę część ogrodu i umieściła w niej hologramy naszych śpiewających
zwierząt.

Jaina  odniosła  wrażenie,  że  ujrzała  w  szmaragdowych  źrenicach  Zekka  przebłyski  uznania.

Oglądała  je  jednak  tylko  przez  krótką  chwilę,  gdyż  później  oczy  młodzieńca  zamieniły  się  znów
w twarde okruchy zielonego marmuru.

– Już nie jesteśmy dziećmi, Jaino – odezwał się Najciemniejszy Rycerz. – Nie możemy wrócić do

tamtych czasów. Wygląda na to, że tego nie rozumiesz, prawda?

Ponownie powiódł spojrzeniem po skraju dziedzińca. Później uniósł rękę i przeciągnął palcami

po czole, jakby chciał rozsmarować jeszcze więcej błota.

– Istotnie, nie rozumiem – rzekła Jaina. – Nie chciałbyś mi tego wytłumaczyć?
Zekk  głęboko  odetchnął  i  zaczął  spacerować  przed  wrotami  świątyni.  Wyglądał  jak  dzikie

zwierzę, zamknięte w niewidocznej klatce.

–  Miejsce,  które  mógłbym  nazwać  własnym  domem,  już  nie  istnieje  –  zaczął  cicho.  –  Takim

domem  stała  się  dla  mnie  Akademia  Ciemnej  Strony.  Przestała  jednak  istnieć...  zamieniła  się
w ognistą kulę. Co mam teraz zrobić? Dokąd pójść? Ciemna strona owładnęła całym moim życiem.

–  To  nieprawda,  Zekku  –  odezwała  się  dziewczyna.  –  Możesz  zerwać  z  przeszłością.  Jeżeli

chcesz, pomogę ci wrócić na jasną stronę.

Zekk roześmiał się, ale w jego śmiechu zabrzmiało coś pośredniego między gniewem a rozpaczą.

Przesunął  zakrzywionymi  palcami  po  policzku,  po  czym  wyciągnął  dłoń  ku  Jainie,  aby  mogła
zobaczyć muł, który usunął z twarzy. Z rozdrapanej rany popłynęła na nowo strużka krwi, ale chłopak
chyba nawet tego nie zauważył.

– Ciemna strona w niczym nie przypomina tej mazi, Jaino – powiedział. – Nie możesz ubrudzić

się nią tylko na chwilę, a później zmyć albo zdrapać z twarzy. Nie możesz postąpić jak dziecko, które
wykąpało się zaraz po tym, kiedy przestało się taplać w błocie.

background image

Zekk opuścił rękę, a potem otarł dłoń o podartą, ubrudzoną pelerynę.
– Jestem teraz kimś innym niż tamten niedouczony ulicznik, którego znałaś na Coruscant – ciągnął.

–  Nie  ma  dla  mnie  miejsca  w  twoim  świecie.  Nie  wiem,  dokąd  mógłbym  pójść.  Zostałem
wyszkolony w taki sposób, że stałem się Ciemnym Jedi. – Na jego twarzy odmalował się bezbrzeżny
smutek.  – A  teraz  zginął  także  mój  nauczyciel.  Kształcił  mnie  i  wierzył  we  mnie.  Nadał  nowy  sens
mojemu życiu.

– Peckhum również wierzył w ciebie, Zekku – wtrąciła cicho Jaina.
Młodzieniec przeczesał ubłoconymi palcami zmierzwione włosy. Powiódł dzikim spojrzeniem po

skraju dżungli.

–  On  także  zginął,  Jaino  –  powiedział.  –  Widziałem,  jak  uszkodzony  „Piorunochron”  z  trudem

utrzymywał się w powietrzu.

Jaina  poczuła  się,  jakby  w  brzuch  ubodła  ją  jakaś  rozwścieczona  rogata  bestia.  Czyżby

„Piorunochron” się roztrzaskał? Jacen musiał zatem być ciężko ranny.

– Zawiodłem swojego nauczyciela, a teraz on nie żyje – mruknął Zekk. Mówiąc, nie przestawał

gestykulować.  –  Powiodłem  do  walki  wojowników  Akademii  Ciemnej  Strony,  i  wszyscy  moi
koledzy albo zostali zabici, albo dostali się do niewoli. Jeżeli Peckhum poniósł śmierć, to także moja
wina.

Oczy młodzieńca stały się szkliste, jakby Zekk był trawiony gorączką. Raz po raz chwytał płytkie

hausty powietrza.

Jaina zacisnęła zęby. Uparła się i postanowiła, że dopnie celu.
–  No  cóż,  Zekku  –  powiedziała.  –  Nie  widzę  powodu,  by  przez  ciebie  miało  zginąć  jeszcze

więcej ludzi. Wpuść nas do świątyni, żebyśmy mogli zatroszczyć się o rannych.

Zekk przestał spacerować. Odwrócił się jak użądlony i popatrzył na dziewczynę.
– Nie! Nie wolno wam tam wchodzić!
Jaina podeszła jeszcze o krok bliżej.
– Zekku, przestało istnieć wszystko, o co można by dalej walczyć – rzekła. – Co chcesz zyskać

przez to, że nie wpuścisz nas do środka?

Młodzieniec pokręcił głową.
– Nigdy nie chciałaś słuchać moich rad – stwierdził oschle. – Zawsze uważałaś, że wiesz lepiej.
Był  wyraźnie  wstrząśnięty,  ale  poruszał  się  niesamowicie  szybko.  Jednym  płynnym  ruchem

odpiął  od  pasa  rękojeść  świetlnego  miecza.  Rozległ  się  syczący  trzask  i  z  ciemnego  cylindra
wyskoczyło krwistoczerwone świetliste ostrze.

Niemal w tej samej chwili – tak szybko, że ułamek sekundy później Jaina nie mogła przypomnieć

sobie,  kiedy  to  zrobiła  –  ujrzała,  że  trzyma  w  wyciągniętej  dłoni  własny  miecz  świetlny.
W pomrukującej błękitnofioletowej klindze pulsowała nagromadzona energia.

Na  twarzy  Zekka  pojawił  się  drapieżny  uśmiech,  zupełnie  jakby  młodzieniec  ucieszył  się,  że

w końcu dochodzi do walki.

– Widzisz, Jaino – powiedział, podchodząc do niej i kołysząc świetlistą klingą z boku na bok –

kiedy chociaż raz pozwolisz ciemnej stronie, żeby nad tobą zapanowała, owładnie tobą jak choroba,
na  którą  nie  wynaleziono  leku.  Nie  sposób  się  jej  pozbyć.  –  Skoczył  ku  dziewczynie.  Klingi  obu
mieczy  zetknęły  się  i  zaskwierczały,  a  we  wszystkie  strony  trysnęły  fontanny  czerwonych
i  fioletowych  iskier.  – A  jedynym  sposobem  pozbycia  się  tej  choroby  –  Zekk  natarł  po  raz  drugi,
trzeci i czwarty, ale Jaina bez trudu odpierała wszystkie pchnięcia – jest zacięta walka!

background image

Jaina  uwijała  się  jak  w  ukropie,  podstawiając  własną  klingę  pod  ostrze  miecza  przeciwnika.

Umiejętnie  się  broniła,  nie  spuszczając  spojrzenia  z  twarzy  Zekka.  Starała  się  przewidywać,  co
chłopak uczyni w następnej chwili. Kątem oka zauważyła, że stojący na skraju dziedzińca Luke, który
uważnie przyglądał się pojedynkowi, pochwala jej sposób walki.

Dopiero kiedy pochwyciła spojrzenie wuja, uświadomiła sobie, że przez cały czas starała się siłą

nawrócić Zekka na jasną stronę. Usiłowała go zmusić, by podporządkował się jej woli. Nie potrafiła.
Zrozumiała, że Zekk musi sam dokonać wyboru. Głęboko odetchnęła. Otworzyła umysł na przepływ
Mocy, a później odskoczyła od młodzieńca.

–  Nie  będę  z  tobą  więcej  walczyła,  Zekku  –  oświadczyła.  Wyłączyła  buczące  ostrze  i  rzuciła

rękojeść na ziemię. – Przypuszczam, że w twoim sercu kryje się dobro, ale sam musisz zdecydować,
w  którą  stronę  pragniesz  się  zwrócić.  Możesz  zacząć  zastanawiać  się  nad  tym  już  w  tej  chwili.
Ponieważ  musisz  dokonać  tego  wyboru,  upewnij  się,  że  weźmiesz  wszystko  pod  uwagę,  żebyś
później nie żałował.

Na twarzy Zekka odmalowały się po kolei: zdumienie, gniew i niepokój.
– Skąd wiesz, że po prostu cię nie zabiję?
Jaina zauważyła kątem oka, że Lowbacca ruszył w jej stronę, jakby na odsiecz, ale Luke położył

dłoń na ramieniu młodego Wookiego i pokręcił głową.

Jaina wzruszyła ramionami.
– Nie wiem tego – przyznała. – Mimo to nie będę walczyła z tobą. A teraz wybieraj.
Uniosła  rękę  i  wsunęła  za  ucho  kosmyk  prostych  brązowych  włosów,  który  w  trakcie  walki

wysunął się i przesłaniał twarz. Uniosła głowę i spojrzała w oczy Zekka. W jej spokojnym spojrzeniu
kryła się niezachwiana pewność... nie tego, że chłopak jej nie zabije, ale tego, że postąpiła tak, jak
powinna.

– Na co jeszcze czekasz? – szepnęła.
Poruszając  się  jak  we  śnie,  Zekk  uniósł  świetliste  ostrze  i  powoli  zaczął  kierować  je  w  stronę

głowy Jainy.

background image

 

 

 

Rozdział 23

 
 
Imperialny  komandos  Orvak  w  końcu  się  przebudził,  ale  nadal  czuł  zawroty  głowy  i  nudności.

Wciąż  jeszcze  nie  mógł  przyjść  do  siebie  po  koszmarach,  które  mu  się  śniły.  Jak  przez  mgłę
przypominał sobie jadowite węże, szczerzące długie kły i pełznące w jego stronę, a także gromady
niewidzialnych  drapieżników,  wyłaniających  się  ze  szczelin  między  kamiennymi  blokami.  Kiedy
potrząsnął głową, poczuł, że zaczyna go ogarniać nowa fala mdłości i senności.

Nie  przypominał  sobie,  gdzie  się  znajduje  i  co  robi.  Czuł  tylko,  że  jego  ciało  spoczywa  na

zimnych,  twardych  kamieniach  posadzki.  Widocznie  ułożył  się  w  niewygodnej  pozycji,  zasnął
i spędził w ten sposób nie wiadomo ile czasu. Kiedy uświadomił sobie, że czuje w dłoni pulsujący
ból,  uniósł  ją  do  oczu  i  ujrzał  dwie  niewielkie  rany  podobne  do  ukłuć.  W  następnej  chwili  stracił
ostrość spojrzenia i poczuł, że znów robi mu się niedobrze.

Nie przypominał sobie, kiedy i w jakim celu zdjął hełm i rękawice. Co właściwie robił? I gdzie

przebywał?

Nie  słyszał  żadnych  odgłosów  bitwy,  toczącej  się  w  sąsiedztwie  akademii  Jedi.  Co  mogło  się

wydarzyć?

Nagle  Orvak  przypomniał  sobie,  że  wbiegł  do  wnętrza  prastarej  świątyni,  by  wykonać  drugą

część  zadania.  Miał  przyczynić  się  do  zwycięstwa  Drugiego  Imperium...  Pamiętał  także
niewidzialnego  połyskującego  gada,  który  ukąsił  go  w  dłoń  i  zniknął.  Zapewne  stracił  przytomność
w wyniku działania jadu, jaki dostał się do organizmu.

Ponownie  uniósł  dłoń  do  twarzy,  ale  wciąż  jeszcze  nie  odzyskał  ostrości  spojrzenia.  Bez

wątpienia  jad...  Jego  organizm  uległ  zatruciu,  a  teraz  powoli  przezwyciężał  działanie  trucizny.
Czyżby na tym miała polegać jakaś przewrotna sztuczka czarowników Jedi?

Orvak  z  wysiłkiem  wsparł  się  na  dłoniach  i  usiadł;  podczas  tego  ruchu  cały  wszechświat

zawirował w jego głowie. Obawiając się, że mógłby upaść, przez pewien czas nie odrywał dłoni od
chłodnych,  wyślizganych  płyt  posadzki.  Wkradł  się  do  świątyni,  by  umieścić  ładunki  wybuchowe,
których eksplozje miały rozerwać na kawałki wielką kamienną piramidę. Wszyscy przekonaliby się
wówczas, jak bezsilni są Rebelianci i chroniący ich rycerze Jedi. Zrezygnowaliby z dalszego oporu
i zrobili miejsce dla Drugiego Imperium.

Coś widocznie potoczyło się nie tak, jak planowano.
Dopiero  teraz  Orvak  uświadomił  sobie,  że  jednak  coś  słyszy.  Ciche  tykanie.  Potrząsnął  głową

i  zwrócił  ją  w  kierunku,  skąd  napływały  dziwne  dźwięki.  Wydawało  je  umieszczone  pośrodku
ogromnej sali urządzenie, odmierzające upływ czasu...

Urządzenie, odmierzające upływ czasu!
Zamrugał i w końcu odzyskał ostrość spojrzenia. Czuł, że pieką go oczy, ale mimo to zauważył

background image

cyferki, zmieniające się na miniaturowym wyświetlaczu czasomierza.

Dwanaście... jedenaście... dziesięć...
Zerwał się na równe nogi, ale uczynił to zbyt szybko. Poczuł, że ogarnia go nowa fala senności,

a kamienna posadzka usuwa się spod jego stóp. Stracił przytomność i upadł.

Dziewięć... osiem...

background image

 

 

 

Rozdział 24

 
 
Kiedy  Zekk  powoli  opuszczał  ostrze  świetlnego  miecza,  coraz  bardziej  zbliżając  je  do  głowy

Jainy, dziewczyna nie słyszała nic oprócz coraz głośniejszego buczenia.

– Nigdy tego nie rozumiałaś, Jaino – odezwał się jej były przyjaciel. – Nie potrafiłaś zrozumieć.

Zawsze  ktoś  się  tobą  opiekował;  ktoś  cię  chronił.  Nigdy  nie  zapuściłaś  się  na  ciemną  stronę.
A ciemna strona jest czymś, co pozostawia ślady na duszy.

Spojrzenie  młodzieńca  wpiło  się  w  oczy  dziewczyny.  Ręka  Zekka  znieruchomiała,  ale  palce

trzymały pewnie rękojeść broni. Następne słowa, które wypowiedział, zabrzmiały tak cicho, że Jaina
z trudem je usłyszała.

– W przeciwieństwie do ran na ciele, te rany nie mogą się zabliźnić. Można starać się udawać, że

ich nie ma – ostrze miecza zabuczało trochę głośniej – ale one istnieją, chociaż są niewidoczne.

Jainie  wydało  się,  że  nagle  koło  jej  ucha  przeleciał  rój  gniewnie  brzęczących  owadów,  ale  to

była tylko klinga świetlnego miecza. Już nie wisiała nad głową dziewczyny. Powoli, ale nieubłaganie
kierowała się ku szyi.

Nagle Jaina usłyszała inny dźwięk, dolatujący z większej odległości. Przez buczenie świetlnego

miecza  przebiły  się  trzaski  i  szumy  zakłóceń,  zastąpione  po  chwili  przez  donośny  męski  głos,
wydobywający się z odbiornika komunikatora:

–  Tu  „Piorunochron”.  Wzywam  kogokolwiek,  kto  mógłby  mnie  usłyszeć.  Lepiej  zabierzcie

wszystkich  z  głównego  lądowiska.  I  to  szybko.  Nadlatujemy. Aha,  i  jeżeli  zdążyliście  do  tej  pory
ponownie  włączyć  choćby  część  ochronnych  pól,  jak  najszybciej  je  wyłączcie.  I  bez  tego  mieliśmy
dzisiaj  wystarczająco  dużo  wrażeń.  Mam  złamaną  rękę,  więc  pilotuje  młody  Jacen  Solo,  ale  statek
ma uszkodzone stery i podziurawione skrzydła. Naprawdę nie wiem, czy nie rozpadnie się podczas
lądowania.

W  tej  samej  chwili,  przepełnionej  zdumieniem  i  niedowierzaniem,  Jaina  poczuła,  że  trzymana

przez  Zekka  świetlista  klinga  miecza  zadrżała  i  oddaliła  się  od  jej  głowy.  Uwagę  dziewczyny
przyciągało  jednak  narastające  brzęczenie.  Jaina  obejrzała  się  przez  ramię  i  ujrzała,  że  nad
wierzchołkami drzew ukazuje się „Piorunochron”, wysłużony towarowy transportowiec.

Kołysał  się  w  powietrzu  jak  pijany,  ale  leciał  dalej,  mimo  iż  z  kaszlących  silników  nie

przestawały wydobywać się kłęby dymu.

–  Halo,  „Piorunochron”.  Witamy  w  domu  –  rozległ  się  głos  Luke’a,  który  wyciągnął  własny

miniaturowy komunikator. – Możesz lądować bez obaw.

Zekk  ze  zdumieniem  spoglądał  na  pokiereszowany  kadłub  starego  statku,  który  mimo  uszkodzeń

zdołał  jakoś  dolecieć  do  wielkiej  świątyni.  Potrząsnął  głową,  jakby  zbudzony  z  głębokiego  snu.
Wyciągnął do dziewczyny rękę, w której nie trzymał już rękojeści świetlnego miecza.

background image

– Jaino, wcale nie chciałem...
Nagle rozległ się basowy grzmot potężnej eksplozji, który zagłuszył wszystkie inne dźwięki. Jaina

poczuła,  że  grunt  pod  jej  nogami  zadrżał,  wstrząśnięty  siłą  wybuchu  i  rozprzestrzeniającymi  się
falami uderzeniowymi.

– Padnij! – zawołał Zekk.
Jaina rzuciła się pod mur opasujący brukowany dziedziniec. Upadła na ziemię i zachłysnęła się

powietrzem wskutek bólu przenikającego jej ciało. Kiedy odwróciła się na plecy i spojrzała w górę,
zobaczyła  kłęby  gęstego  dymu.  Wydobywały  się  z  krateru,  jaki  powstał  w  miejscu,  gdzie  jeszcze
przed  sekundą  znajdował  się  wierzchołek  prastarej  piramidy.  Rozsadzone  siłą  eksplozji  kamienne
bloki i odłamki skał spadały na ziemię jak ulewa.

Zekk  odwrócił  się  i  próbował  się  ukryć,  ale  lawiny  kamieni  opadały  tak  szybko,  że  nie  zdążył

uciec.  Jakiś  duży  skalny  odłamek  trafił  go  w  głowę,  a  wiele  mniejszych  kamieni  wylądowało  na
plecach i ramionach. Obserwując, jak ciemnowłosy młodzieniec pada na ziemię, Jaina uświadomiła
sobie w jednej chwili, że Zekk wiedział.

Wiedział, iż lada chwila murami wielkiej świątyni wstrząśnie potworna eksplozja.
I uczynił wszystko, co mógł, by ocalić ich życie.

background image

 

 

 

Rozdział 25

 
 
W niezbadanych ostępach dżungli porastającej powierzchnię Yavina Cztery – ale nie na tej samej

półkuli,  na  której  Luke  Skywalker  zorganizował  akademię  Jedi  –  dopalał  się  wrak  imperialnego
myśliwca typu TIE.

W  pewnej  chwili  szczęknął  zamek  owiewki  kabiny  i  ze  środka,  krztusząc  się  i  kaszląc,  zaczął

gramolić  się  pilot  Qorl.  Chwycił  zdrową  ręką  za  metalową  krawędź,  obrócił  ciało  i  wyplątał  nogi
z  objęć  ochronnej  sieci.  Przypominająca  kończynę  androida  sztuczna  ręka,  uszkodzona  podczas
lądowania, skwierczała, dymiła i iskrzyła.

Qorl nie odczuwał jednak żadnego bólu. W jego żyłach wciąż jeszcze krążyła zwiększona dawka

adrenaliny.  Z  wysiłkiem  wydostał  się  z  kabiny.  Na  szczęście  nie  połamał  nóg  podczas  katastrofy,
chociaż  uświadamiał  sobie,  że  są  zdrętwiałe  i  obolałe.  Ostrożnie  stanął  na  ziemi,  a  później,
zataczając się i utykając, schronił pod drzewami, na wszelki wypadek, aby nie odnieść dodatkowych
obrażeń, gdyby jego maszyna nagle eksplodowała.

Nie  widział  nikogo  w  pobliżu,  ale  stał  i  przez  dłuższy  czas  przyglądał  się,  jak  z  płonących

szczątków  unoszą  się  w  niebo  kłęby  dymu.  Obawiał  się,  że  może  wybuchnąć  któryś  z  silników.
Czekał, aż wrak przestanie dymić i wyda ostatnie tchnienie.

Wiedział,  że  w  wyniku  katastrofy  jego  myśliwiec  został  poważnie  uszkodzony.  W  wielu

miejscach  kadłub  przedziurawiły  twarde  jak  stal  gałęzie  drzew  Massassów.  Dwa  płaskie
sześciokątne  panele  z  ogniwami  energetycznymi  się  oderwały,  a  jeden  nawet  rozłamał  się  na  kilka
części.

Qorl przypomniał sobie, że kiedy leciał, ostrzeliwany przez statki Rebeliantów, próbował unikać

turbolaserowych błyskawic. W końcu jednak został trafiony i stracił panowanie nad sterami. Chociaż
jego  maszyna  wpadła  w  coś  na  kształt  korkociągu,  widział,  jak  gwiezdne  niszczyciele,  jedno  po
drugim,  są  unicestwiane.  Kiedy  zmagał  się  ze  sterami,  pragnąc  wyrównać  lot  myśliwca,  dostrzegł
również, że w przestworzach eksplodował mroczny pierścień Akademii Ciemnej Strony.

Zrozumiał, że w ten sposób zgasła wszelka nadzieja, iż Drugie Imperium odrodzi się i zapanuje

nad  galaktyką.  Przecież  na  pokładzie  gwiezdnej  stacji  przebywał  nie  tylko  lord  Brakiss,  ale  nawet
sam  Imperator.  Bez  wątpienia  ci  spośród  Ciemnych  Jedi,  którzy  wciąż  jeszcze  toczyli  walki  na
powierzchni Yavina Cztery, wcześniej czy później zostaną pochwyceni i wtrąceni do rebelianckich
lochów.

Qorl  czuł,  że  ma  na  sumieniu  kilka  grzechów.  Zamiast  pozwolić,  żeby  zginęło  jedno  z  bliźniąt

Solo,  zdecydował  poświęcić  życie  owładniętego  żądzą  zabijania  ucznia,  Norysa.  Jego  postępek
równał się zdradzie. Stary pilot trochę wstydził się tego, co uczynił. Ale czyż poddanie się również
nie oznaczało zdrady?

background image

Qorl jednak nigdy się nie poddał.
Stwierdził,  że  znów  znalazł  się  sam  w  dżungli.  Tym  razem  jego  myśliwiec  został  tak  poważnie

uszkodzony, że nie nadawał się do naprawy. Drugie Imperium poniosło druzgocącą klęskę. Qorl nie
miał  dokąd  iść,  ale  nie  musiał  wykonywać  niczyich  rozkazów...  Nie  miał  do  roboty  nic  poza
poszukiwaniem nowej kryjówki.

Może i lepiej, że koleje jego losu potoczyły się właśnie w taki sposób.
Wiedział, że potrafi znaleźć miejsce, które zapewniłoby mu schronienie i spokój. Znał tę dżunglę

i wiedział, jakie owoce nadają się do jedzenia i które zwierzęta najłatwiej upolować. Uświadomił
sobie  także,  iż  mimo  uniesienia,  jakie  czuł,  kiedy  służył  Drugiemu  Imperium  i  walczył  ku  chwale
Imperatora, z radością wspomina wszystkie lata, które przeżył samotnie w zaciszu ostępów dżungli.

Doszedł nawet do przekonania, że mimo wszystko, los okazał się dla niego łaskawy.
Odwrócił się i utykając ruszył w głąb lasu, żeby znaleźć nową kryjówkę. Tym razem zamierzał

spędzić w niej resztę życia.

background image

 

 

 

Rozdział 26

 
 
Poranek  następnego  dnia,  który  nastał  po  zaciętej  bitwie,  jaka  rozegrała  się  na  powierzchni

i  w  przestworzach  wokół Yavina  Cztery,  okazał  się  rześki  i  pogodny.  Dopiero  po  kilku  godzinach
jaskrawe promienie słońca rozproszyły snujące się strzępy mlecznobiałej mgły, aż dotąd skrywające
podnóże  wielkiej  świątyni,  brukowany  dziedziniec  i  skraj  dżungli.  Wisząca  nad  głowami  młodych
uczniów Jedi pomarańczowa kula gazowego giganta, Yavina, zajmowała spora część nieba.

Stojąc  obok  Lowiego  i  Jacena  na  lądowisku,  Jaina  nie  mogła  się  nadziwić,  jaki  wpływ  na

samopoczucie  może  wywierać  mocny  sen,  wypoczynek  i  dobry  posiłek.  Jeszcze  poprzedniego
wieczoru  Luke,  Tionna,  Lando  i  grupa  inżynierów  z  orbitalnej  stacji  wydobywczej  stwierdzili,  że
eksplozja  właściwie  nie  naruszyła  dwóch  najniższych  poziomów  prastarej  świątyni.  Pozostali
uczniowie  i  pracownicy  akademii  Jedi  uprzątnęli  zatem  leżące  przed  wejściem  kamienie  i  odłamki
skał  i  weszli  do  środka,  po  czym  uwolnili  nie  posiadającego  się  z  zachwytu  Aorto-Detoo,  który
spędził cały dzień, zamknięty w hangarze. Admirał Ackbar przyjął na pokład swoich transportowców
najciężej  rannych  uczniów,  by  przewieźć  ich  na  Coruscant.  W  tym  czasie  pozostali,  którzy  odnieśli
tylko lekkie rany albo obrażenia, zostali opatrzeni i wrócili do własnych komnat znajdujących się na
najniższych piętrach wielkiej piramidy.

Jaina czuła wyrzuty sumienia na myśl o tym, że dopisało jej wielkie szczęście i w trakcie walk

nie  odniosła  niemal  żadnych  obrażeń.  Miała  wprawdzie  kilka  ran  ciętych  i  siniaków  w  miejscach
gdzie trafiły ją rozrzucone siłą eksplozji odłamki kamieni, ale nie było to nic poważnego.

Dziewczyna  spojrzał  z  aprobatą  na  Lowbaccę.  Młody  Wookie  miał  nastawione  ramię,  a  rękę

unieruchamiał  szeroki  pas  materiału.  Także  klatkę  piersiową  ciasno  obandażowano,  aby
uniemożliwić  przemieszczanie  się  pękniętych  żeber.  Zazwyczaj  Lowie  miał  na  sobie  tylko  pas,
spleciony  z  połyskujących  włókien  syreniowca;  temblak  i  opasujące  tors  bandaże  sprawiały  więc
bardzo dziwne wrażenie.

Jaina usłyszała nagle jakiś świergoty i piski. Odwróciła się i ujrzała, że przez pełniącą funkcję

lądowiska  polanę  kroczy  wujek  Luke  w  towarzystwie Aorto-Detoo.  Wprawdzie  na  twarzy  mistrza
Jedi malowały się zdecydowanie i powaga, ale w oczach błyszczały iskierki rozbawienia.

– Wydaje mi się – zaczął Luke bez jakiegokolwiek wstępu – że nawet ja wyglądałem gorzej po

tamtej przygodzie, jaką przeżyłem na Hoth, kiedy spotkałem się z lodowym stworzeniem, wampą.

– Lowie wygląda dziś o wiele lepiej – powiedziała Jaina.
Luke zachichotał.
– Miałem na myśli to, że wyglądałem gorzej niż ta świątynia – oświadczył.
Jaina  odwróciła  się,  żeby  spojrzeć  na  wzniesioną  przez  Massassów  prastarą  piramidę.

Najwyższy  poziom,  na  którym  eksplodowały  detonatory,  praktycznie  przestał  istnieć.  Fragmenty

background image

kamiennych  murów,  stanowiących  ściany  wielkiej  komnaty  audiencyjnej,  zapadły  się  do  środka.
Nierówne i wyszczerbione, przypominały teraz blanki, wieńczące obronne mury starożytnej fortecy.

–  Z  początku  sądziłem,  że  może  będziemy  musieli  przenieść  akademię  Jedi  do  innej  świątyni  –

ciągnął Skywalker – ale teraz... Nie jestem pewien, czy okaże się to konieczne.

–  Uważasz,  że  zdołamy  ją  odbudować?  –  jęknął  Jacen.  –  Wspaniale...  Jeszcze  więcej  ćwiczeń

Jedi, unoszenie kamiennych bloków i dźwigania belek.

Aorto-Detoo zaświergotał i zapikał, jakby uznał to za doskonały pomysł. Lowie zaryczał na znak,

że  chciałby  jeszcze  zastanowić  się  nad  tą  propozycją,  ale  w  następnej  chwili  złapał  się  za  bok
i jęknął z bólu.

–  Tak  –  odparł  Luke.  –  My  wszyscy,  którzy  zetknęliśmy  się  z  ciemną  stroną,  odnieśliśmy  takie

albo  inne  obrażenia.  Uważam,  że  odbudowa  wielkiej  świątyni  może  stać  się  częścią  procesu
zabliźniania naszych ran, zwłaszcza duchowych.

–  To  dotyczy  także  Zekka  –  mruknęła  Jaina,  czując  w  sercu  bolesny  skurcz  na  myśl

o ciemnowłosym młodzieńcu. – Myślę, że w jego sytuacji proces leczenia będzie szczególnie trudny
i długotrwały.

– Przypomniałem sobie, wujku, że chciałem zapytać cię o jedna sprawę – odezwał się Jacen. –

Co stanie się z pochwyconymi przez nas Ciemnymi Jedi?

–  Tionna  i  ja  będziemy  musieli  nad  nimi  popracować.  Uczynimy  wszystko,  co  zdołamy,  by

nawrócić  ich  na  jasną  stronę,  ale  jeżeli  okaże  się  to  niemożliwe...  –  Rozłożył  ręce.  –  Zapewne
porozmawiam na ten temat z Leią, a później...

–  Och,  panie  Lowbacco,  niech  pan  spojrzy!  –  odezwał  się  Em  Teedee,  przyczepiony  do  pasa

młodego Wookiego.

Jaina  zauważyła,  że  kratka,  osłaniająca  głośnik  miniaturowego  androida,  została  wyprostowana

i pieczołowicie wypolerowana.

– Hej, wrócili! – zawołał Jacen.
Wahadłowiec Calrissiana, holując uszkodzony skoczek typu T-23, skierował się w stronę skraju

lądowiska,  aby  osiąść  z  daleka  od  poznaczonego  bliznami  laserowych  strzałów  kadłuba
„Piorunochronu”.

Lowie  radośnie  zawył  i  pragnąc  okazać  wdzięczność,  poklepał  Em  Teedee  po  srebrzystej

obudowie.

–  Na  co  więc  jeszcze  czekamy?  –  zapytała  Jaina,  kiedy  wahadłowiec  i  mały  skoczek

znieruchomiały na murawie lądowiska.

Bliźnięta  i  Lowie  pospieszyli  na  skraj  polany.  Zanim  tam  dotarli,  z  wahadłowca  wysunęła  się

rampa.  Zszedł  po  niej  Lando  Calrissian,  prowadzący  pod  rękę  Tenel  Ka.  Peleryna  ciemnoskórego
mężczyzny  zaszeleściła  i  zawirowała  za  jego  plecami,  kiedy  obdarzał  pozostałych  młodych  Jedi
najbardziej czarującym ze wszystkich uśmiechów.

– Wasza przyjaciółka jest najwytrzymalszą młodą damą, jaką kiedykolwiek miałem przyjemność

poznać – powiedział, spoglądając na nią z aprobatą.

– To fakt – przyznała dziewczyna, ale nawet się nie uśmiechnęła.
–  Mogłem  ci  to  sam  powiedzieć  –  rzekł  Jacen.  –  Czy  znalazłaś  to,  czego  szukałaś?  –  dodał,

zwracając się do młodej wojowniczki z Dathomiry.

Tanel Ka kiwnęła głową, a na jej twarzy odmalowało się zadowolenie. Uwolniła rękę i wyjęła

jakiś przedmiot z kieszeni u pasa, po czym uniosła go, by pokazać Jacenowi. Okazało się, że trzyma

background image

sporządzoną  z  zęba  rankora  rękojeść  świetlnego  miecza,  który  pomógł  jej  zniszczyć  imperialny
bombowiec typu TIE, na krótko przedtem, zanim szturmowa platforma runęła w nurty rzeki.

– Nie  miałam  aż  tak  dużych  kłopotów  ze  znalezieniem  jej,  jak  się  obawiałam  –  powiedziała.  –

Wyczułam ją i odnalazłam bez trudu, zapewne dlatego, że znałam rankora, do którego należał ten ząb.

Tenel  Ka  wyglądała  o  wiele  lepiej.  Z  pewnością  już  nie  gorączkowała.  Jaina  zauważyła

z  rozbawieniem,  że  dziewczyna  starannie  zaplotła  długie,  złocistorude  włosy  w  warkocze.  Okalały
jej  głowę  i  sprawiały,  że  bandaż  na  czole  przypominał  prymitywną  przepaskę,  jaką  czasem
przewiązywały włosy stające do walki wojowniczki.

–  Zaprosiłem  Tenel  Ka,  żeby  odwiedziła  moją  orbitalną  stację  wydobywczą,  ponieważ

poprzednio  nie  skorzystała  z  okazji  –  odezwał  się  Lando.  –  Mam  na  pokładzie  kilka  zbiorników
z płynem bacta, który zabliźni ranę na jej czole, nim dziewczyna się spostrzeże. Lowbacco, wygląda
na to, że i tobie przydałoby się spędzenie kilku dni w jednym z takich pojemników.

Lowie szczeknął na znak, że z wdzięcznością przyjmuje propozycję i dziękuje.
–  Och,  to  naprawdę  wyjątkowo  miło  z  pańskiej  strony,  panie  Calrissianie  –  zapiszczał  Em

Teedee.  –  Pan  Lowbacca  czeka  z  nie  cierpliwością,  kiedy  wreszcie  jego  obrażenia  się  zagoją
i będzie mógł przystąpić do naprawiania statku.

– Jego mały skoczek nie jest jedynym pojazdem, który został uszkodzony.
Jaina aż podskoczyła, kiedy za jej plecami rozległ się donośny głos Peckhuma.
– Z drugiej strony, doskonale wiem, co czuje – ciągnął weteran przestworzy. – Chłopiec i ja także

nie możemy doczekać się chwili, kiedy przystąpimy do naprawiania „Piorunochronu”. Uważam poza
tym, że Zekk musi tu spędzić trochę czasu, aby całkowicie wyzdrowieć.

Peckhum  stał  w  towarzystwie  ciemnowłosego  młodzieńca  obok  kadłuba  uszkodzonego

towarowego  transportowca.  Trzymał  jedną  rękę  na  ramieniu  Zekka,  a  drugą,  obandażowaną,  na
temblaku. Na twarzy Zekka malowała się bladość podobna do koloru bandaża, którym owinięto ranę
na czubku głowy. Z oczu wyzierała dziwna pustka. Młodzieniec nie odwzajemnił spojrzenia Jainy.

– Myślę, że masz jeszcze dwoje innych kandydatów, którzy powinni trochę posiedzieć w twoich

zbiornikach bacta, Lando – rzekła Jaina. – Wujku Luke’u, czyja i Jacen moglibyśmy polecieć z Tenel
Ka i Lowbacca?

Artoo-Detoo zaszczebiotał.
– Och, doprawdy! To doskonały pomysł! – zapiszczał miniaturowy android.
–  Obiecuję,  że  tym  razem  nie  pozwolimy  się  nikomu  porwać  –  dodał  Jacen,  obdarzając

wszystkich charakterystycznym przekornym uśmiechem rodziny Solo.

Luke zachichotał.
– No dobrze, myślę, że to wam wszystkim dobrze zrobi – odparł w końcu. – Wy, młodzi rycerze

Jedi, stajecie się silniejsi, kiedy przebywacie razem. Spędzicie trochę czasu, lecząc rany i obrażenia,
ale później wrócicie, gotowi zacząć wszystko od nowa i pomóc nam w odbudowie.

– Dziękujemy, wujku Luke’u – powiedziała Jaina.
– Jacenie, mój przyjacielu – odezwała się Tenel Ka. – Może lepiej nie zwlekajmy z odlotem. Nie

chcemy  przecież,  żeby  polecieli  z  nami  wszyscy  inni  ranni  uczniowie.  Nie  możemy  dopuścić,  aby
mistrz Skywalker został sam.

Jacen  obdarzył  młodą  wojowniczkę  spojrzeniem,  w  którym  zdumienie  walczyło  o  lepsze

z niedowierzaniem.

– Co właściwie masz na myśli? – zapytał. – Dlaczego mieli byśmy się o to martwić?

background image

– Ponieważ – odparła poważnie Tenel Ka – Jedi musi mieć pacjentów.
Jacen zamrugał. Wciąż jeszcze nie był pewien, co o tym sądzić. Nagle ujrzał, że na twarzy Tenel

Ka ukazuje się szelmowski uśmiech. Po raz pierwszy widział, żeby młoda wojowniczka uśmiechała
się tak szeroko.

– Nie wierzę własnym uszom... – zaczął.
Jaina także pokręciła głową. Nie mogła ochłonąć ze zdumienia.
– Wygląda na to, że właśnie opowiedziała ci dobry dowcip – rzekła, zwracając się do brata.
– To fakt – stwierdził Jacen.
Lowie sapnął, parskając wesoło. Jaina zachichotała.
Po chwili cała polana rozbrzmiewała radosnym, zaraźliwym śmiechem.


Document Outline