background image

STAR WARS                                                                                            lata 

Michael Reaves Darth Maul - łowca z mroku                             

- 32 

Terry Brooks Część I. Mroczne widmo - 

- 32 

Greg Bear Planeta życia  

- 29 

R.A. Salvatore Część II. Atak klonów  

- 21,5 

A.C. Crispin Rajska pułapka  

- 10...0 

A.C. Crispin Gambit Hunów  

- 10...0 

A.C. Crispin Świt Rebelii  

- 10...0 

L. Neil Smith Lando Carlissian i Myśloharfa Sharów  

- 4 

L. Neil Smith Lando Carlissian i Ogniowicher Oseona  

- 3 

L. Neil Smith Lando Carlfssian i Gwiazdogrota Thon Boka  

- 3 

Brian Daley Przygody Hana Solo  

- 2 

George Lucas Nowa nadzieja  

Kevin Andersen Opowieści z kantyny Mos

 

Eisley  

0...3 

Peter Schweighofer (red.) Opowieści z Imperium  

0...3 

Peter Schweighofer, Craig Carey (red.) Opowieści z Nowej Republiki  

0...3 

Alan Dean Foster Spotkanie na Mimban  

Donald F. Glut Imperium kontratakuje  

Kevin Andersen Opowieści łowców nagród  

Steve Perry Cienie Imperium  

3, 5 

K.W. Jeter Mandaloriańska zbroja  

K.W. Jeter Spisek Xizora  

K.W. Jeter Polowanie na łowcę  

James Kahan Powrót Jedi 

Kathy Tyers Pakt na Bakurze  

Michael Stackpole X-wingi. Eskadra Łotrów  

6,5...7 

Dave Wolverton Ślub księżniczki Lei  

Timothy Zahn Dziedzic Imperium 

Timothy Zahn Ciemna Strona Mocy  

Timothy Zahn Ostatni rozkaz  

Kevin J. Anderson W poszukiwaniu Jedi  

11 

Kevin J. Anderson Liczeń Ciemnej Strony  

11 

Kevin J. Anderson Władcy Mocy  

11 

background image

Michael Stackpole Ja, Jedi 

11 

Barbara Hambly Dzieci Jedi  

12 

Kevin J. Anderson Miecz Ciemności  

12 

Barbara Hambly Planeta zmierzchu  

13 

Vonda N. Mclntyre Kryształowa Gwiazda  

14 

Michael P. Kube-McDowell Przed burzą  

16 

Michael P. Kube-McDowell Tarcza kłamstw  

16 

Michael P. Kube-McDowell Próba tyrana  

17 

Kristine Kathryn Rusch Nowa Rebelia  

17 

Roger MacBride Allen Zasadzka na Korelii  

18 

Roger MacBride Allen Napaść na Selonif  

18 

Roger MacBride Allen Zwycięstwo na Centerpoint  

18 

Timothy Zahn Widmo przeszłości  

19 

Timothy Zahn Wizja przyszłości  

19 

Kevin J. Anderson, R. Moesta Spadkobiercy Mocy  

23 

Kevin J. Andersen, R. Moesta Akademia Ciemnej Strony  

23 

Kevin J. Anderson, R. Moesta Zagubieni  

23 

Kevin J. Anderson, R. Moesta Miecze świetlne  

23 

Kevin J. Anderson, R. Moesta Najciemniejszy rycerz  

23 

Kevin J. Anderson, R. Moesta Oblężenie Akademii Jedi  

23 

 

NOWA ERA JEDI 

R.A. Salvatore Wektor pierwszy  

25 

Michael Stackpole Mroczny przypływ I: Szturm  

25 

Michael Stackpole Mroczny przypływ II: Inwazja  

25 

James Luceno Agenci chaosu I: Próba bohatera  

25 

James Luceno Agenci chaosu II: Zmierzch Jedi  

25 

Troy Denning Gwiazda po gwieździe  

25 

Kathy Tyers Punkt równowagi  

26 

Greg Keyes Ostrze zwycięstwa I: Podbój  

26 

Greg Keyes Ostrze zwycięstwa II

:

 Odrodzenie  

26 

 

 

background image

ALBUMY, ENCYKLOPEDIE, PRZEWODNIKI 

Jonathan Bresman Gwiezdne Wojny: Część I. Mroczne widmo - album 

Lauren  Bouzereau,  Jody  Duncan  Gwiezdne  Wojny:  Część  I.  Mroczne  widmo  - jak 

powstawał film 

Pod redakcją Deborah Cali Gwiezdne Wojny: Imperium kontratakuje - album 

Pod redakcją Carol Titelman Gwiezdne Wojny: Nowa nadzieja - album 

Lawrence Kasdan, George Lucas Gwiezdne Wojny: Powrót Jedi - album 

Bill Slavicsek Gwiezdne Wojny - przewodnik encyklopedyczny 

Bill Smith Ilustrowany przewodnik po broniach i technice Gwiezdnych Wojen 

Praca zbiorowa Ilustrowany przewodnik po chronologii Gwiezdnych Wojen 

Daniel Wallace Ilustrowany przewodnik po planetach i księżycach 

Gwiezdnych Wojen 

Andy Mangels Ilustrowany przewodnik po postaciach Gwiezdnych Wojen 

Praca zbiorowa Ilustrowany przewodnik po robotach i androidach Gwiezdnych Wojen 

Bill  Smith  Ilustrowany  przewodnik  po  statkach,  okrętach  i  pojazdach Gwiezdnych 

Wojen 

Kevin J. Anderson Ilustrowany wszechświat Gwiezdnych Wojen 

Ann  Margaret  Lewis  Ilustrowany  przewodnik  po  rasach  obcych  istot  wszechświata 

Gwiezdnych Wojen 

Mark Cotta Vaz Gwiezdne Wojny: Cześć II. Atak klonów - album 

background image

KEVIN J. ANDERSON 

REBECCA MOESTA 

 

 

 

ZAGUBIENI 

(Przełożył Andrzej Pyrzycki) 

background image

44 lata przed Nową nadzieją 

UCZEŃ JEDI 

33 lata przed Nową nadzieją 

Maska kłamstw 

Darth Maul: łowca z mroku 

32 lata przed Nową nadzieją 

Gwiezdne Wojny 

Część I Mroczne widmo 

29 lat przed Nową nadzieją 

Planeta życia 

Nadciągająca burza 

22 lata przed Nową nadzieją 

Gwiezdne Wojny 

Część II. Atak klonów 

20 lat przed Nową nadzieją 

Gwiezdne Wojny Część III 

10-8 lat przed Nową nadzieją 

TRYLOGIA HANA SOLO 

Rajska pułapka 

Gambit Huttów 

Świt Rebelii 

5-2 lata przed Nową nadzieją 

PRZYGODY LANDA CALRISSIANA 

Lando Calrissian i Myśloharfa Sharó

Lando Calrissian i Ogniowicher Oseona 

Lando Calrissian i Gwiazdogrota Thon Boka 

PRZYGODY HANA SOLO 

Han Solo na Krańcu Gwiazd 

Zemsta Hana Solo 

background image

Han Solo i utracona fortuna 

Rok 0 Gwiezdne Wojny, 

Część IV. Nowa nadzieja 

Gwiezdne Wojny 

Część IV. Nowa nadzieja 

0-3 lata po Nowej nadziei 

Opowieść z kantyny Mos Eisley 

Spotkanie na Mimban 

3 lata po Nowej nadziei 

Gwiezdne Wojny 

Część V. Imperium kontratakuje 

Opowieści łowców nagród 

3,5 roku po Nowej nadziei 

Cienie Imperium 

4 lata po Nowej nadziei 

Gwiezdne Wojny 

Część VI. Powrót Jedi 

Pakt na Bakurze 

Opowieści z pałacu Hutta Jabby 

WOJNY ŁOWCÓW NAGRÓD 

Mandaloriańska zbroja 

Spisek Xizora 

Polowanie na łowcę 

6,5-7,5 roku po Nowej nadziei 

X-WINGI 

Eskadra Łotrów 

Ryzyko Wedge'a 

Pułapka z Krytos 

Wojna o Bactę 

background image

Eskadra Widm 

Żelazna Pięść 

Dowódca Solo 

8 lat po Nowej nadziei 

Ślub księżniczki Leii 

9 lat po Nowej nadziei 

X-WINGI: Zemsta Isard 

TRYLOGIA THRAWNA 

Dziedzic Imperium Ciemna Strona Mocy 

Ostatni rozkaz 

11 lat po Nowej nadziei 

Ja, Jedi 

TRYLOGIA AKADEMIA JEDI 

W poszukiwaniu Jedi 

Uczeń Ciemnej Strony 

Władcy Mocy 

12-13 lat po Nowej nadziei 

Dzieci Jedi 

Miecz Ciemności 

Planeta zmierzchu 

X-WINGI: 

Gwiezdne myśliwce z Adumara 

14 lat po Nowej nadziei 

Kryształowa Gwiazda 

16-17 lat po Nowej nadziei 

Trylogia KRYZYS CZARNEJ FLOTY 

Przed burzą 

Tarcza kłamstw 

Próba tyrana 

background image

17 lat po Nowej nadziei 

Nowa Rebelia 

18 lat po Nowej nadziei 

TRYLOGIA KORELIAŃSKA 

Zasadzka na Korelii 

Napaść na Selonii 

Zwycięstwo na Centerpoint 

19 lat po Nowej nadziei 

Duologia RĘKA THRAWNA 

Widmo przeszłości 

Wizja przyszłości 

22 lata po Nowej nadziei 

NAJMŁODSI RYCERZE JEDI 

Złota kula 

Świat Lyric 

Obietnice 

Wyprawa Anakina 

Forteca Vadera 

Ostrze Kenobiego 

23-24 lata po Nowej nadziei 

MŁODZI RYCERZE JEDI 

Spadkobiercy Mocy 

Akademia Ciemnej Strony 

Zagubieni 

Miecze świetlne 

Najciemniejszy rycerz 

Oblężenie Akademii Jedi 

Okruchy Alderaana 

Sojusz Różnorodności 

background image

Mania wielkości 

Nagroda Jedi 

Zaraza Imperatora 

Powrotna Ord Mantell 

Tarapaty w Mieście w Chmurach 

Kryzys w Crystal Reef 

25-30 lat po Nowej nadziei 

NOWA ERA JEDI 

Wektor pierwszy 

Mroczny przypływ I: Szturm 

Mroczny przypływ II: Inwazja 

Agenci chaosu I: Próba bohatera 

Agenci chaosu II: Porażka Jedi 

Punkt równowagi 

Ostrze zwycięstwa I: Podbój 

Ostrze zwycięstwa II: Odrodzenie 

Gwiazda po gwieździe 

background image

ROZDZIAŁ 1

 

 

Jaina Solo spoglądała, jak szmaragdowozielona bryła księżyca Yavina Cztery maleje 

w rufowym iluminatorze „Sokoła Tysiąclecia”. Westchnęła, wyraźnie zadowolona. 

- Jacenie, cieszysz się, że wracamy do domu? - zapytała, spoglądając w bursztynowe 

oczy brata bliźniaka. 

Jacen przeczesał długimi palcami rozwichrzone brązowe włosy. 

-  Nigdy  nie  przypuszczałem,  że  to  powiem  -  przyznał  -  ale  cieszę  się,  że  następny 

miesiąc spędzimy z mamą, tatą i braciszkiem Anakinem. 

- Zapewne wydoroślałeś - zażartowała Jaina. 

-  Kto,  ja?  -  odparł  Jacen,  bez  powodzenia  udając  urażonego.  - Nie-e-e.  -  Po  chwili, 

chcąc  dać  dowód  tego,  iż  teoria  jego  siostry  jest  błędna,  błysnął  zębami  w  szelmowskim 

uśmiechu,  dzięki  któremu  wyglądał  jak  młodsze  wcielenie  ojca,  Hana  Solo,  i  zapytał:  - 

Opowiedzieć ci dobry kawał? 

Jaina  przewróciła  oczami  i  wsunęła  za  ucho  niesforny  kosmyk  włosów,  który  ciągle 

opadał jej na czoło. 

-  Domyślam  się,  że  i  tak  opowiesz,  nawet  jeżeli  się  nie  zgodzę-po  chwili  pstryknęła 

palcami, udając, że nagle przyszedł jej do głowy świetny pomysł: - Dlaczego nie pójdziesz do 

sterowni i nie opowiesz go Tenel Ka? 

Doskonale  wiedziała,  że  ich  najlepsza  przyjaciółka  rzadko  się  uśmiecha,  a  niemal 

nigdy nie śmieje się z dowcipów Jacena, mimo iż chłopiec niemal codziennie opowiada jakiś, 

pragnąc ujrzeć na jej twarzy chociaż cień uśmiechu. 

-  Chcę,  żebyś  ty  była  moją  doświadczalną  słuchaczką  -  odparł  Jacen.  -  Później 

wypróbuję  ten  dowcip  na  Lowbacce...  o  ile  go  odnajdę.  Wiesz,  mimo  iż  jest  Wookiem,  ma 

całkiem niezłe poczucie humoru. 

- Powinieneś znaleźć go bez trudu - oświadczyła Jaina. - „Sokół” nie jest aż taki duży, 

a możesz być pewien, że przesiaduje w pobliżu jakiegoś komputera. 

-  Hej,  chcesz  tylko  odwrócić  moją  uwagę,  żebym  nie  opowiedział  tego  dowcipu  - 

obruszył się Jacen. - Jesteś gotowa? 

Jaina głęboko westchnęła. 

- No dobrze, co to za dowcip? - zapytała. 

- Posłuchaj: Jak długo sypia wujek Luke? 

Jaina zmarszczyła brwi i popatrzyła na brata. 

background image

- Tu mnie masz - powiedziała. - Nie wiem. 

- Jedną noc Jedi. - Dumny z siebie Jacen wybuchnął głośnym śmiechem. 

Jaina pozwoliła, by z jej piersi wydarł się melodramatyczny jęk. 

- Nie sądzę, by roześmiał się z tego nawet Wookie - oświadczyła. 

Jacen sprawiał wrażenie zbitego z tropu. 

- Myślałem, że to najlepszy dowcip, jaki kiedykolwiek opowiedziałem - stwierdził. - 

Sam go wymyśliłem. 

Nagle jego twarz rozjaśniła się w uśmiechu. 

-  Hej,  ciekaw  jestem,  czy  na  Coruscant  spotkamy  jeszcze  Zekka!  -  powiedział.  -  On 

zawsze śmieje się z moich dowcipów. 

Jaina  uśmiechnęła  się  na  wspomnienie  przyjaciela,  bezdomnego  urwisa,  który  został 

przygarnięty przez starego Peckhuma zaopatrującego akademię Jedi w żywność i sprzęt. Zekk 

był o kilka łat starszy od bliźniąt, ale udowodnił, że potrafi być przedsiębiorczy, mimo iż nie 

miał  szczęścia  w  dotychczasowym  życiu.  Jaina  mogła  całymi  godzinami  siedzieć  i  słuchać, 

jak  Zekk  opowiada  o  swoim  dzieciństwie.  Urodził  się  na  Ennth.  Kiedy  jego  kolonię 

spustoszył  kataklizm,  uciekł  pierwszym  transportowcem,  jaki  przyleciał  tam  z  zapasami 

żywności dla kolonistów. 

Jaina  nie  potrafiła  nie  podziwiać  samodzielności  Zekka.  Nigdy  w  życiu  nie  zrobił 

niczego,  chyba  że  sam  tego  pragnął.  Prawdę  mówiąc,  kiedy  kapitan  statku  ratowniczego 

oświadczył,  że  Mekk powinien  trafić  do  sierocińca  albo  domu  zastępczego,  przy  pierwszej 

okazji  uciekł  z  jego  statku  i  przedostał  się  na  pokład  innego  transportowca.  Później  latał  od 

jednej planety do drugiej, czasami pracując jako chłopiec okrętowy, innym razem podróżując 

jako pasażer na gapę. Pewnego dnia spotkał jednak starego Peckhuma, który właśnie wracał 

na Coruscant. Chociaż obaj byli samotni i niezależni, polubili się, a nawet zaprzyjaźnili. Od 

tego czasu mieszkali razem. 

- Masz rację, może Zekk roześmiałby się z tego dowcipu -przyznała w końcu Jaina. - 

On ma czasami dziwaczne poczucie humoru. 

Bliźnięta  pozostawiały  daleko  za  sobą  znajdującą  się  na  Yavinie  Cztery  akademię 

Jedi.  Spoglądając  w  milczeniu  przez  iluminator  dostrzegły,  jak  ogniki  odległych  gwiazd 

zamieniają się w świetliste linie. „Sokół Tysiąclecia” znalazł się w nadprzestrzeni i podążał w 

stronę Coruscant. Do domu. 

 

Jacen  siedział  przy  stoliku  z  holograficznymi  szachami  i  przyglądał  się  ustawieniu 

figur na planszy. Przetrząsał mózg w poszukiwaniu strategii, która pozwoliłaby mu najlepiej 

background image

zareagować na ostatni gambit Lowiego. 

- Twoja kolej - odezwała się półgłosem Tenel Ka, jak zawsze rzeczowo. 

Jacen  miał  nadzieję,  że  zdoła  wygrać  jedną  czy  dwie  partie,  choćby  po  to,  żeby 

wywrzeć dobre wrażenie na swojej koleżance. Nie potrafił jednak skupić myśli, kiedy raz po 

raz spoglądał na Tenel Ka, siedzącą obok niego. Dziewczyna, odziana w tunikę z jaszczurczej 

skóry,  skrzyżowała  na  piersi  obnażone  ręce  i  uważnie  przyglądała  się  wszystkim 

posunięciom.  Za  każdym  razem,  kiedy  poruszała  się  albo  coś  mówiła,  złocistorude  włosy, 

zaplecione w mnóstwo warkoczyków, wirowały za jej głową jak w szaleńczym tańcu. 

Jaina  stała  za  plecami  Lowiego,  który  siedział  po  przeciwnej  stronie  stolika, 

ustawionego  w  świetlicy  „Sokoła”.  Nieustannie  szeptała,  wymieniając  z  młodym  Wookiem 

uwagi, wskazując to na jedną holograficzną figurę, to na drugą. Niewielkie drżące wizerunki, 

widoczne na polach szachownicy, zdawały się niecierpliwie czekać na następny ruch Jacena. 

Chłopiec czuł, że nad górną wargą i na czole zaczynają się zbierać kropelki potu. Nie liczył 

na to, że będzie miał jakąś szansę w pojedynku z takim geniuszem komputerowym, jakim był 

Lowie... tym bardziej że młodemu Wookiemu pomagała Jaina. 

- Powinniśmy wyskoczyć z nadprzestrzeni mniej więcej za pięć standardowych minut 

- odezwał się. Han Solo ze sterowni. - Jesteście gotowe, dzieciaki? 

-Hej, tato, czy możemy sobie postrzelać? - zawołał Jacen, zrywając się na równe nogi. 

Ucieszył się, że nie musi kończyć gry. Nareszcie coś, w czym jest dobry! 

Chłopiec  uwielbiał  zabawę,  którą  kiedyś  wymyślił  ojciec  dla  niego  i  dla  siostry. 

Ilekroć  wracali  „Sokołem  Tysiąclecia”  na  Coruscant,  Han pozwalał,  by  bliźnięta  zajmowały 

miejsca  na  fotelach  artylerzystów  obu  działek.  Gdy  zbliżali  się  do  planety,  Jacen  i  Jaina 

zaczynali  przepatrywać  przestworza.  Szukali  zaśmiecających  je  kawałków  metalu  i 

szczątków,  pozostałych  po  kosmicznych  bitwach,  jakie  przed  laty  toczono  nad  Coruscant, 

podczas wojny z Imperium. 

- Nigdy nie znajdujemy tylu śmieci, żeby wystarczyło dla nas obojga - poskarżyła się 

Jaina. 

- Ach, tak? - zapytał Jacen, obdarzając siostrę najbardziej wyzywającym uśmiechem, 

na jaki potrafił się zdobyć. - Martwisz się, bo ostatnio ja trafiłem w jakąś bryłę, a tobie się nie 

udało.  Jestem  pewien,  że  nie  zabraknie  szczątków  ani  dla  mnie,  ani  dla  ciebie.  Mam 

przeczucie,  że  dzisiaj  oboje  sobie  postrzelamy.  -  Wzruszył  ramionami.  -  Rzecz  jasna,  jeżeli 

nie czujesz się na siłach... 

Oczy Jainy zamieniły się w szparki na znak, że dziewczyna podjęła wyzwanie. Jeden 

kącik jej ust zadrżał w lekkim uśmiechu. 

background image

- No to na co jeszcze czekamy? - zapytała. 

W  następnej  chwili  odwróciła  się  i  pobiegła  do  wieżyczki  najbliższego  działka,  nie 

czekając,  aż  jej  brat  pospieszy  do  drugiego.  Tenel  Ka  postanowiła  towarzyszyć  Jacenowi,  a 

Lowie, jak zawsze uczynny, puścił się długimi susami za Jaina. 

Wszyscy  czworo  pozostawili  za  sobą  stolik  z  szachownicą  i  świetlistymi  figurkami 

holograficznych  potworów,  które  przycupnęły  na  polach,  jakby  czekając  na  następny  ruch 

któregoś gracza. 

Jacen  znalazł  się  w  wieżyczce  dolnego  działka  i  usiadł  na  fotelu  artylerzysty, 

przystosowanym  do  rozmiarów  ciała  dorosłej  osoby.  Zapiął  sprzączki  ochronnych  pasów  i 

pochylił się do przodu, żeby sięgnąć po dźwignię mechanizmu spustowego. Tenel Ka zajęła 

miejsce  u  boku  chłopca.  Jej  granitowoszare  oczy  zwęziły  się,  jakby  nie  chciały  widzieć 

niczego oprócz śmiercionośnej broni. 

- Obserwuj ten ekran - odezwał się Jacen. - W przestworzach nie brakuje śmieci, ale 

przeważnie są to małe bryłki. 

-  Mimo  iż  są  takie  małe,  stanowią  poważnie  zagrożenie  dla  nadlatujących  statków  - 

powiedziała Tenel Ka. 

-  To  jest  fakt  -  przyznał  Jacen  i  wyszczerzył  zęby  w  szerokim  uśmiechu.  Właśnie 

posłużył  się  zdaniem,  jakie  często  słyszał  z  ust  swojej  koleżanki.  -  Dlatego  niszczymy  je, 

ilekroć mamy okazję. 

Od strony drugiej wieżyczki dobiegły nagle odgłosy radosnej kanonady na dowód, że 

Jaina zaczęła strzelać ze swojego czterolufowego działka. Po chwili rozległ się donośny ryk 

Wookiego zachęcającego dziewczynę. 

- Hej, jakim cudem udało się jej tak szybko coś namierzyć? - zapytał zdumiony Jacen. 

- Spójrz na swój celownik - zauważyła Tenel Ka, pokazując świetliste linie na ekranie. 

-  Och!  -  wykrzyknął  Jacen.  -  Ja  także  mógłbym  strzelać...  gdybym  nie  odrywał 

spojrzenia od ekranu. 

Obrócił  wszystkie  cztery  lufy  w  ten  sposób,  by  skierowały  się  ku  wybranemu 

punktowi, a potem obserwował, jak krzyż celowniczy na ekranie coraz bardziej się przybliża. 

Możliwe,  że  wyśledził  kawałek  płyty  poszycia  kadłuba  starego  gwiezdnego  niszczyciela,  a 

może pustą kapsułę towarową, porzuconą w przestworzach przez jakiegoś przemytnika, który 

musiał ratować się ucieczką. Jacen uchwycił obiekt w środek krzyża... 

- Cel namierzony - oznajmiła Tenel Ka. - Uwaga... Strzelaj! 

Jacen  zareagował  niemal  odruchowo  i  nacisnął  guzik  spustowy. Ze  wszystkich 

czterech luf wystrzeliły skupione wiązki światła. Dotarły do celu i zamieniły bryłkę metalu w 

background image

chmurę ognistych cząstek. 

-  Hurra!  Trafiłem!  -  wrzasnął  Jacen.  Podobny  radosny  okrzyk  doleciał  od  strony 

wieżyczki górnego działka. 

- Wygląda na to, że Jaina także trafiła swój kawałek złomu -stwierdziła Tenel Ka. 

-  Tylko  nie  rozpędzajcie  się  za  bardzo!  -  krzyknął  na  wpół  żartobliwie  Han  Solo  ze 

sterowni. Jego drugi pilot, Chewbacca, zaryczał, zgadzając się z tą uwagą. 

-  Staramy  się  tylko,  żeby  można  było  bezpiecznie  latać  po  galaktyce,  tato!  - 

odkrzyknął Jacen. 

- Na razie mamy remis - oznajmiła Jaina. - Powinniśmy mieć szansę jeszcze jednego 

strzału. Zgadzasz się, tato? 

-  Wy,  bliźnięta,  zawsze  remisujecie  -  odparł  Han.  -  Gdybym  pozwolił  wam  strzelać 

tak  długo,  aż  jedno  trafi,  a  drugie  nie,  musiałbym  okrążać  ten  system  gwiezdny  przez  całe 

lata. Wracajcie do sterowni. Już prawie jesteśmy w domu. 

 

Kiedy  „Sokół  Tysiąclecia”  łagodnie  osiadł  na  płaskim  dachu  jakiegoś  wieżowca, 

Lowbacca  rozpiął  pasy  ochronnej  sieci  i  jęknął.  Lądowanie  na  Coruscant  przebiegło  bez 

zakłóceń,  a  on  spędzał  wolny  czas,  optymalizując  parametry  pokładowych  komputerów,  ale 

bardzo pragnął znów oddychać świeżym powietrzem. Nie przeszkadzało mu nawet to, iż było 

to  powietrze  wielkiego  miasta,  przesycone  mnóstwem  różnych  woni,  pod  warunkiem,  że 

mógł ponownie przebywać na dostatecznie dużej wysokości. 

Zanim zdążył dojść do wysuniętej rampy, Jacen i Jaina także odpięli pasy i wyplątali 

się ze swoich sieci. Bliźnięta minęły go w otwartym włazie i zbiegły po rampie, pragnąc jak 

najszybciej znaleźć  się w  wyciągniętych ramionach  matki. Leia  Organa  Solo,  przywódczyni 

Nowej  Republiki,  stała  na  płycie  lądowiska  w  towarzystwie  młodszego  syna,  Anakina,  i 

złocistego androida protokolarnego, Threepia. 

Lowie  upewnił  się,  czyjego  zminiaturyzowany  android-tłumacz,  Em  Teedee,  jest 

dokładnie  przypięty  do  plecionego  pasa,  po  czym  także  zszedł  po  rampie.  Z  niejaką 

zazdrością  przyglądał  się  radosnej  scenie  powitania,  rozgrywającej  się  przed  jego  oczami. 

Ciemnowłosy  Anakin  uwijał  się  wokół  Jacena  i  Jainy.  Kierując  na  starsze  rodzeństwo 

jasnobłękitne  oczy,  zasypywał  bliźnięta  pytaniami.  Leia  spoglądała  na  wszystkie  dzieci  z 

macierzyńską miłością i dumą. Czasami kręciła głową, a wówczas drżały jej długie brązowe 

włosy, ułożone w kunsztowne, piękne pukle. Kiedy Han Solo zszedł po rampie i dołączył do 

pozostałych członków rodziny, radosnym pocałunkom, uściskom, poklepywaniom po plecach 

i wichrzeniu włosów wprost nie było końca. 

background image

Lowie tęsknił do rodziny, którą pozostawił na Kashyyyku. 

-  Dziękujemy,  mamo,  że  pozwoliłaś  nam  przylecieć  z  przyjaciółmi  -  odezwała  się 

Jaina. 

-  Wasi  przyjaciele  są  zawsze  mile  widzianymi  gośćmi  -  odparła  Leia.  Powitała 

Lowiego  ciepłym  uśmiechem.  Potem,  zwróciwszy  się  w  stronę  Tenel  Ka,  która  zeszła  po 

rampie  zaraz  za  Wookiem,  lekko  kiwnęła  głową.  -  Jesteśmy  waszą  wizytą  bardzo 

zaszczyceni. Proszę, zechciejcie się czuć w tym pałacu jak u siebie w domu. 

Chociaż Lowie nie odezwał się ani słowem, Em  Teedee, przyczepiony do jego pasa, 

zapiszczał z zachwytu. 

- Ach,  See-Threepio!  - powiedział.  - Mój  odpowiednik,  mój  poprzednik,  mój... 

mentor! Muszę przekazać ci tyle nowych informacji. Z pewnością będziesz przerażony, kiedy 

opowiem  ci  o  niektórych  przygodach,  jakie  przeżyłem  od  chwili,  kiedy  Chewbacca  po  raz 

pierwszy uruchomił mnie w akademii Jedi... 

-  Z  całą  pewnością!  -  odezwał  się  Threepio.  -  Miło  cię  znowu  widzieć,  Em  Teedee. 

Wątpię  jednak,  czy  twoje  przeżycia  dadzą  się  porównać  z  poważnymi  dyplomatycznymi 

obowiązkami,  której  a  muszę  pełnić  na  Coruscant.  Nigdy  byś  nie  uwierzył,  jak  bardzo 

drażliwi potrafią być niektórzy ambasadorzy z odległych światów. 

Lowie przewrócił wielkimi oczami, charakteryzującymi Wookiech, kiedy usłyszał, że 

oba  androidy  wdały  się  w  dłuższą  dyskusję,  wymieniając  uwagi  niemal  identycznymi 

głosami. Chewbacca, który właśnie zakończył wszystkie procedury, związane z lądowaniem 

„Sokoła”, zaczął schodzić po rampie. W tej samej chwili Lowie odczepił Em Teedee od pasa i 

podał  miniaturowe  urządzenie  See-Threepiowi,  tak  by  oba  androidy  mogły  chociaż  przez 

chwilę wyglądać jak „rodzina”. 

Kiedy  Lowie  pomyślał  o  rodzimym  Kashyyyku,  rodzicach  i  młodszej  siostrze,  cicho 

westchnął.  Jego  wuj  musiał  jednak  to  usłyszeć,  gdyż  położył  wielką  dłoń  na  włochatym 

ramieniu siostrzeńca. Możliwe, że Chewbacca wyczuł, iż Lowie tęskni za domem. Posługując 

się  mową  Wookiech,  natychmiast  zaczął  opisywać  komnatę,  którą  wybrał  dla  siostrzeńca, 

znajdującą się na najwyższym piętrze Pałacu Imperialnego. I chociaż Lowie nie mógł widzieć 

koron  drzew  z  okna swojej  nowej  sypialni,  Chewbacca  zapewnił  go, że  wysokość,  na jakiej 

została urządzona, zapiera dech w piersi, dzięki czemu powinna zapewnić mu bezpieczeństwo 

i  wygodę.  Chewie  postarał  się  także,  by  komnatę  udekorowano  drzewami  i  bujną  zieloną 

roślinnością stanowiącą poszycie, a także zaopatrzono w hamaki. 

-  Co  prawda,  nie  będziesz  się  czuł  jak  w  domu  -  powiedział  Chewbacca  -  ale  to 

wspaniałe mieszkanie na czas wakacji. 

background image

 

Tenel Ka rozglądała się po przestronnej komnacie, którą wybrała dla niej Leia Organa 

Solo.  Wszystkie  meble  były  kunsztownie rzeźbione,  a  zasłony,  firanki  i  narzuta  na  łóżko 

sporządzone z wykwintnych materiałów. Materac sprawiał wrażenie wygodnego i miękkiego. 

Wszystko  to  przypominało  dziewczynie  widok  jej  komnaty  w  Pałacu  Fontann  na 

Hapes.  Tenel  Ka  zadrżała.  Ponieważ  gromadą  gwiezdną  Hapes  rządził  teraz  jej  ojciec,  syn 

poprzedniej królowej, potężnej władczyni, który poślubił jedną z dathomirskich kobiet, Tenel 

Ka  była  hapańską  księżniczką.  Ukrywała  jednak  swoje  pochodzenie  przed  wszystkimi 

przyjaciółmi,  z  którymi  uczyła  się  w  akademii  Jedi.  Wolała  mówić,  że  jest  zwykłą 

wojowniczką,  córką  kobiety,  urodzonej  na  niegościnnej  Dathomirze.  Jej  komnata  za  bardzo 

przypominała rodzinny pałac królewski na Hapes... a Tenel Ka czuła się niepewnie, otoczona 

takimi luksusami. 

- A - powiedziała. - Aha. 

Podeszła  do  łóżka,  szarpnięciem  ściągnęła  okrycie,  po  czym  zrzuciła  materac  na 

błyszczące  kamienne  płyty  posadzki.  Usiadła  na  nim  i  zadowolona,  kiwnęła  głową.  Jej 

sypialnia nie wydawała się już przytulna i szykowna. Dziewczyna dopiero teraz poczuła się w 

niej  pewnie  -  komnata  wyglądała  jak  sypialnia  prawdziwej,  nieustępliwej  wojowniczki.  To 

był fakt. 

background image

ROZDZIAŁ 2 

 

Jaina  usiłowała  zasnąć,  ale  myślała  o  tym,  jak  bardzo  Coruscant  różni  się  od  bujnej 

dżungli  porastającej  Yavin  Cztery.  Wielkie  miasto,  zajmujące  niemal  całą  powierzchnię 

planety, było bardzo hałaśliwe, a hałas ten słyszało się przez całą dobę. W przeciwieństwie do 

niewielkiego  księżyca,  na  którym  tuż  przed  świtem  zapadała  niemal  zupełna  cisza,  stolica 

Nowej Republiki tętniła życiem o każdej porze dnia i nocy. 

Kiedy następnego ranka spotkała się w jadalni z Jacenem, zauważyła, że jej brat także 

ciągle mruga powiekami podkrążonych oczu. Tenel Ka i Lowbacca wstali wcześnie i siedzieli 

przy  stole,  zajęci  spożywaniem  śniadania.  Na  widok  bliźniąt  kiwnęli  głowami.  Wokół  ich 

stołu  uwijał  się  See-Threepio,  złocisty  android  protokolarny,  robiąc  wszystko,  by  posiłek 

zadowolił dostojnych gości. 

Lowie jadł parujące, ale na wpół surowe kawałki krwistego mięsa, które nakładał mu 

android  ze  złotej  tacy  o  krawędziach  kunsztownie  ozdobionych  splecionymi  pętlami. 

Threepio  skorzystał  z  najlepszej  zastawy,  używanej  tylko  podczas  szczególnych  okazji,  a 

podawał wykwintne potrawy, pięknie przyozdobione i ułożone. 

Młody Wookie miał jednak pewne kłopoty z odsuwaniem na boki niewielkich gałązek 

i delikatnych kwiatów zdobiących potrawy. Tenel Ka posługiwała się małym szpikulcem, na 

który nadziewała leżące na jej talerzu kawałki owoców. 

-  Ach,  dzień  dobry,  pani  Jaino  i  panie  Jacenie  -  odezwał  się  Threepio  na  widok 

bliźniąt. - Jak to miło, że znów jesteście z nami w domu. 

Jaina  zerknęła  na  holograficzne  okno,  zajmujące  niemal  całą  powierzchnię  jednej 

ściany.  Przypomniała  sobie,  że  widzi  obraz  przekazywany  ze  szczytu  jakiejś  wieży 

wzniesionej  w  innym  punkcie  miasta.  Ponieważ  matka  bliźniąt  była  przywódczynią  Nowej 

Republiki,  prywatne  komnaty  jej  rodziny,  znajdujące  się  na  jednym  z  najniższych  pięter 

Pałacu  Imperialnego,  nie  miały  żadnych  okien.  Jaina  wiedziała,  że  w  tej  chwili  wielu 

dyplomatów i dostojników, mieszkających w innych dzielnicach miasta, spogląda przez swoje 

fałszywe okna na ten sam hologram. 

- Dzięki, Threepio - odezwał się Jacen. - My także cieszyliśmy się na myśl o tym, że 

będziemy  mogli  spędzić  wakacje  w  domu.  Wujek  Luke  uczył  nas  niesamowitych  sztuczek, 

stosowanych przez rycerzy Jedi, ale prawdę mówiąc, jesteśmy trochę nimi zmęczeni. 

Android z metalicznym dźwiękiem złączył złociste dłonie. 

- Jestem tym zachwycony, panie Jacenie - oznajmił. - Chociaż mnóstwo czasu zajmuje 

background image

mi  kształcenie  pana  Anakina,  pozwoliłem  sobie  na  opracowanie  programu  pańskich  zajęć 

wakacyjnych.  Gdyby  pańscy  goście  pragnęli  wziąć  udział  w  tych  zajęciach,  są  także  mile 

widziani. Och, to byłoby zupełnie jak za dawnych czasów! 

-  Zajęć!  -  wykrzyknął  Jacen,  który  zdążył  tymczasem  opaść  na  krzesło  i  właśnie 

zaczynał pałaszować śniadanie. - Chyba żartujesz! 

- Och, bynajmniej, panie Jacenie - odparł z godnością złocisty android. - Nie może pan 

zaniedbywać nauki. 

- Przykro nam, Threepio - odezwała się Jaina - ale mamy na dzisiaj inne plany. 

Zanim  android  zdążył  wymienić  dodatkowe  argumenty  na  poparcie  swojego  zdania, 

do komnaty weszła Leia. 

- Dzień dobry, dzieci - powiedziała. 

Jaina  uśmiechnęła  się  do  matki.  Księżniczka  Leia  wyglądała  równie  pięknie  jak  na 

starym zdjęciu z czasów Rebelii, które jej córka zapamiętała. Od tamtych czasów Leia wzięła 

na  swoje  barki  wyjątkowo  ciężkie  brzemię.  Rozwiązywanie  zagmatwanych  problemów 

natury  dyplomatycznej  zajmowało  jej  większość  każdego  dnia,  a  czasami  także  nocy,  kiedy 

powinna spać i regenerować siły. 

- Co dzisiaj robisz, mamo? - zapytała Jaina. 

Leia westchnęła i przewróciła ciemnobrązowymi oczami w sposób, który Jaina często 

nieświadomie naśladowała. 

- Mam spotkanie z przedstawicielami ludu Drzewnych Wyjców z Bakony... - zaczęła. 

- Mówią strasznie dziwnym językiem, do którego zrozumienia potrzeba całej grupy tłumaczy. 

Sama  dyskusja  z  nimi  zajmie  mi  cały  ranek.  -  Zamknęła  oczy  i  uniosła  ręce,  żeby  potrzeć 

czubkami palców skronie. - Ich naddźwiękowa mowa przyprawia mnie zawsze o ból głowy! - 

Głęboko westchnęła i wykrzywiła usta w wymuszonym uśmiechu. - Ale to należy do moich 

obowiązków - ciągnęła. - Musimy przecież robić wszystko, by umacniać Nową Republikę. Jej 

istnieniu zagrażaj ą potężne siły. 

- To jest fakt - burknęła szorstko Tenel Ka. - Z własnego doświadczenia wiemy, jakie 

zagrożenie stanowi Akademia Ciemnej Strony i Drugie Imperium. 

Lowie  warknął,  przyznając  jej  rację.  On  także  pamiętał  trudne  chwile,  jakie  razem  z 

bliźniętami spędził na pokładzie imperialnej gwiezdnej stacji, ukrytej za maskującym polem 

siłowym. 

-  Hej,  mam  coś,  co  cię rozweseli,  mamo  -  odezwał  się  Jacen,  sięgając do  kieszeni.  - 

Zechciej przyjąć to ode mnie jako prezent. 

Wyciągnął  błyszczący  klejnot  corusca,  który  złowił  w  głębinach  gazowego  giganta, 

background image

Yavina, korzystając z pomocy aparatury, jaką dysponowała orbitalna stacja wydobywcza. 

Leia spojrzała na niego i zdumiona, kilka razy zamrugała. 

-  Jacenie,  to  przecież  klejnot  corusca!  Czy  to  ten  sam,  który  zdobyłeś,  kiedy 

wyprawiłeś się na łowy z Landem Calrissianem? 

Jacen wzruszył ramionami, ale było widać, że uwaga matki sprawiła mu przyjemność. 

- Ta-a, i ten sam, za pomocą którego wyciąłem otwór w drzwiach, żeby wyrwać się z 

Akademii Ciemnej Strony. Podoba ci się? 

Leia  nie  ukrywała,  że  jest  bardzo  wzruszona,  ale  zamknęła  drogocenny  kryształ  w 

dłoni syna. 

- Bardzo cennym prezentem jest dla mnie już sam fakt, że zechciałeś mi go podarować 

- oświadczyła. - Prawdę mówiąc, nie potrzebuję więcej klejnotów ani skarbów. Chciałabym, 

żebyś  ty  go  zatrzymał  i  zastanowił  się,  do  czego  można  go  wykorzystać.  Z  pewnością  coś 

wymyślisz. 

Jacen zarumienił się, nie potrafiąc ukryć zakłopotania, a po chwili, kiedy matka objęła 

go i ucałowała, zaczerwienił się jeszcze bardziej. 

Nagle do salonu wpadł Han Solo, wykąpany i rozbudzony. 

- A zatem, dzieciaki, co chcecie dzisiaj robić? - zapytał. 

Jaina podbiegła i uściskała ojca. 

-  Cześć,  tato!  -  odparła.  -  Chcemy  spędzić  trochę  czasu  z  naszym  przyjacielem, 

Zekkiem. Dawno go nie widzieliśmy. 

- Z tym niechlujnie wyglądającym kilkunastoletnim poszukiwaczem szmelcu i złomu? 

- zapytał Han, lekko się uśmiechając. 

-  On  wcale  nie  wygląda  niechlujnie  -  oburzyła  się  Jaina,  ale  bez  większego 

przekonania. . 

- Hej, przecież żartowałem - powiedział Han. 

- Tylko uważajcie, żebyście nie wpadli w jakieś tarapaty - odezwała się Leia. 

-  Tarapaty?  -  powtórzył  Jacen,  przewracając  oczami  i  robiąc  zdziwioną  minę.  -  Kto, 

my? 

Leia kiwnęła głową. 

-  Pamiętaj  cię,  że  jutro  wieczorem  wydajemy  specjalny  bankiet  dla  uczczenia  grupy 

dyplomatów.  Nie  chcę,  żebyście  byli  wówczas  pod  opieką  medycznego  androida  z  powodu 

skręcenia kostki czy czegoś jeszcze gorszego. 

Threepio, który właśnie usiłował nakłonić ciemnowłosego Anakina, żeby przeszedł do 

innego, cichszego pokoju, zdecydował się wtrącić do rozmowy. 

background image

- Naprawdę, pani Leio, wolałbym, żeby pozwoliła mi pani zatrzymać ich tutaj, tak by 

mogli się uczyć. To byłoby o wiele bezpieczniejsze. 

Anakin  sprawiał  wrażenie  przygnębionego  faktem,  że  nie  będzie  mógł  się  wyprawić 

ze starszym bratem i siostrą. 

-  No  cóż,  nie  musisz  się  martwić  o  ich  bezpieczeństwo,  mój  sumienny  kolego  - 

odezwał  się  Em  Teedee,  przyczepiony  do  pasa  Lowbaccy.  -  Osobiście  dopilnuję,  żeby 

zachowali jak najdalej posuniętą ostrożność. Możesz na mnie polegać. 

Lowbacca burknął coś, co miało stanowić komentarz do tej wypowiedzi, ale Jaina nie 

sądziła, żeby młody Wookie zgadzał się ze zdaniem miniaturowego androida-tłumacza. 

 

Jaina, Lowbacca, Tenel Ka i Jacen stali obok siebie w jednym z gwarnych ośrodków 

informacji turystycznej Coruscant, który był pomostem wystającym z boku majestatycznego 

pałacu w kształcie piramidy. Na planetę, będącą stolicą Nowej Republiki, przybywały z całej 

galaktyki niezliczone rzesze dyplomatów i turystów. Wszyscy chcieli wydać swoje kredyty na 

zwiedzanie pałaców i muzeów, a także oglądanie dziwnych rzeźb i budowli, wzniesionych w 

zamierzchłych czasach przez artystów należących do rasy obcych istot. 

Obok  ośrodka  przeleciał  kanciasty  android-informator,  unosząc  się  na  repulsorach  i 

entuzjastycznie  paplając  coś  metalicznym  głosem.  Radośnie  wymieniał  wszystkie  wspaniałe 

widoki,  które  warto było  obejrzeć,  jak  również  zachwalał  jadłodajnie  i  restauracje,  gdzie 

podawano  posiłki  dla  istot  o  rozmaitych  metabolizmach.  Informował  o  wycieczkach, 

organizowanych z myślą o przybyszach z różnych planet, mówiących odmiennymi językami i 

oddychających mieszankami przedziwnych gazów. 

Jaina niespokojnie się rozglądała, obserwując tłumy istot i automatów spieszących we 

wszystkie  strony.  Widziała  ambasadorów  w  białych  szatach,  pracowite  androidy,  a  także 

egzotyczne  stworzenia  przywiązane  smyczami  do  innych  egzotycznych  stworzeń.  Nie 

potrafiłaby  powiedzieć,  które  były  inteligentnymi  istotami,  a  które  ich  domowymi 

ulubieńcami. 

-  Gdzie  on  się  podziewa?  -  odezwał  siew  pewnej  chwili  Jacen.  Z  rozwichrzonymi 

włosami  i  zaróżowionymi  policzkami  przyglądał  się  tłumom,  wypatrując  pośród  nich 

znajomej twarzy. 

Czworo  młodych  Jedi  stało  pod  kamienną  rzeźbą  Chimery.  Głośnik,  umieszczony  w 

jej paszczy, raz po raz podawał informacje o terminach lądowania różnych wahadłowców. W 

pewnej chwili Jaina spojrzała w niebo, ozdobione pierzastymi obłokami, i ujrzała srebrzyste 

kadłuby statków opuszczających orbitę i kierujących się ku różnym lądowiskom. Dla zabicia 

background image

czasu  usiłowała  rozpoznać  typy  lądujących  maszyn,  ale  przez  cały  czas  zastanawiała  się, 

dlaczego ich przyjaciel, Zekk, tak się spóźnia. Ponownie zerknęła na chronometr i upewniła 

się,  że  upłynęły  zaledwie  dwie  standardowe  minuty  od  wyznaczonego terminu  spotkania.  A 

zatem po prostu nie mogła się doczekać, kiedy znów zobaczy przyjaciela. 

Nagle z posągu Chimery, pod którym stali, tuż przed Jaina zeskoczył jakiś chłopak - 

szczupły  kilkunastolatek  o  długich,  sięgających  do  ramion  włosach,  których  barwę  można 

byłoby  określić  jako  trochę  jaśniejszą  niż  czarna.  Na  jego  pociągłej  twarzy  malował  się 

szeroki uśmiech, a w zielonych oczach, szeroko otwartych z radości, było widać ciemniejsze 

pierścienie otaczające szmaragdowe tęczówki. 

- Cześć, dzieciaki! 

Zaskoczona  Jaina  gwałtownie  chwyciła  powietrze,  ale  Tenel  Ka  zareagowała  z 

oszałamiającą  szybkością.  Młoda  wojowniczka  z  Dathomiry  w  ułamku  sekundy  wyciągnęła 

cienką  wytrzymałą  linkę  i  zarzuciła  pętlę  na  ramiona  chłopca,  po  czym  pociągnęła  za  drugi 

koniec. 

- Hej! - krzyknął chłopak. - Czy w ten sposób rycerze Jedi witają wszystkich ludzi? 

Jacen się roześmiał i klepnął koleżankę po ramieniu. 

- To było dobre! - powiedział. - Tenel Ka, poznaj naszego przyjaciela, Zekka. 

Tenel Ka mrugnęła oczami. 

- To prawdziwa przyjemność - oznajmiła. 

Szczupły chłopak zaczął się gimnastykować, chcąc uwolnić się z pętli krępującej jego 

ciało. 

- Dla mnie także - bąknął niepewnie. - A teraz czy zechciałabyś rozwiązać linkę? 

Tenel Ka jednym ruchem nadgarstka rozluźniła pętlę. 

Kiedy  Zekk  z  godnością  doprowadzał  ubranie  do  ładu,  Jaina  przedstawiła  mu 

drugiego  przyjaciela  młodych  Jedi,  Wookiego  Lowbaccę.  Chociaż  starszy  chłopiec  nie 

wyglądał  na  silnie  zbudowanego,  był  wytrzymały  jak  blasteroodporny  pancerz.  Dziewczyna 

uśmiechnęła  się,  zerknąwszy  na  jego  twarz.  Pomyślała,  że  mimo  smug  brudu  i  kurzu  na 

twarzy Zekk wygląda raczej sympatycznie... ale przecież nie będzie zwracała mu uwagi na to, 

że pobrudził sobie twarz, prawda? 

Chłopak, który tymczasem zdążył dojść do siebie, uniósł brwi i obdarzył młodych Jedi 

szelmowskim uśmiechem. 

-  Czekałem  na  was,  dzieciaki  -  powiedział.  -  Musimy  zrobić  i  obejrzeć  mnóstwo 

rzeczy... a poza tym potrzebuję waszej pomocy, by wyciągnąć jakiś przedmiot. 

- Dokąd idziemy? - zainteresował się Jacen. 

background image

Zekk wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu. 

- Rzecz jasna, tam, dokąd nie powinniśmy - odparł. Jaina także się uśmiechnęła. 

- No to na co jeszcze czekamy? - zapytała. 

 

Jacen  spoglądał  na  miasto  ciągnące  się  jak  okiem  sięgnąć  i  myślał  o  wszystkich 

miejscach, które powinien zobaczyć i zbadać. 

Coruscant  było  obecnie  siedzibą  władz  Nowej  Republiki,  ale  przedtem  także 

Imperium,  a  przed  nim  Starej  Republiki.  Wysokościowce  wyrastały  dosłownie  w  każdym 

wolnym  miejscu,  z  upływem  stuleci  i  zmianami  kolejnych  rządów  pnąc  się  coraz  wyżej  i 

wyżej.  Najwyższe  gmachy  piętrzyły  się  na  wysokość  kilku  kilometrów.  Wiele  budynków 

zrujnowano  i  spalono  podczas  krwawych  walk,  toczonych  w  okresie  Rebelii,  i  dopiero 

niedawno wzniesiono ponownie za pomocą gigantycznych robotów budowlanych. Najniższe 

poziomy  zajmującego  niemal  całą  powierzchnię  planety  miasta  pozostały  jednak 

cmentarzyskiem  gnijących  śmieci,  szczątków  i  odpadków,  zapomnianych  w  ciągu 

niezliczonych stuleci. 

Wieżowce  były  tak  wysokie,  że  przerwy  między  nimi  wyglądały  jak  kamienne 

kaniony. Ich dna ginęły w nieprzeniknionym mroku, gdyż nie docierał do nich blask słońca. 

Wysokościowce  połączono  za  pomocą  pomostów,  chodników  i  kładek,  rozwieszonych  na 

różnych poziomach i tworzących gigantyczny labirynt, ale umożliwiających przechodzenie z 

jednego  gmachu  do  drugiego.  Poruszanie  się  po  najniższych  czterdziestu  czy  pięćdziesięciu 

piętrach  było  na  ogół  zabronione.  W  głąb  mrocznych  podziemi  zapuszczali  się,  ryzykując 

życie,  jedynie  uchodźcy  i  wygnańcy.  Od  czasu  do  czasu  spotykało  się  tam  jednak 

poszukiwaczy skarbów albo odważnych łowców, którzy polowali na dzikie bestie żywiące się 

padliną i odpadkami. 

Jak  tubylec,  znający  każde  przejście,  Zekk  wiódł  czworo  przyjaciół  ku  najniższym 

poziomom  miasta.  Zjeżdżali  różnymi  windami,  schodzili  rdzewiejącymi  metalowymi 

schodami,  a  także  korzystali  z  tuneli  dla  pieszych  i  pomostów,  przerzuconych  między 

sąsiednimi budynkami. Uradowany Jacen podążał za starszym chłopcem. Uwielbiał wyprawy 

w nieznane miejsca, gdzie w każdej chwili mógł się natknąć na okazy dziwnych roślin albo 

zwierząt. 

Ściany wieżowców piętrzyły się jak metalowo-szklane urwiska o pionowych ścianach, 

oświetlanych  coraz  słabszą  poświatą  dochodzącą  z  góry.  W  miarę  jak  Zekk  sprowadzał 

młodych  Jedi  coraz  niżej,  ściany  budowli  były  bardziej  szorstkie.  Ze  szczelin  między 

masywnymi  blokami  elementów  konstrukcyjnych  wyrastały  kolonie  gąbczastych  grzybów. 

background image

Na  wiecznie  wilgotnych  murach  było  widać  strzępiaste  porosty.  Niektóre  jarzyły  się  chyba 

własnym światłem. Lowbacca czuł się niepewnie. Jacen przypomniał sobie, że młody Wookie 

wychowywał się na Kashyyyku, gdzie najniższe poziomy niebotycznego lasu były wyjątkowo 

niebezpieczne. 

Chłopiec  słyszał  dobiegające  z  góry  wrzaski  i  skrzeczenie  drapieżnych  skrzydlatych 

stworzeń... jastrzębionietoperzy żyjących chyba tylko na Coruscant. W pewnej chwili poczuł 

podmuch  wiatru,  który  przyniósł  z  najniższych  poziomów  ciężką,  duszącą  woń  gnijących 

szczątków.  Miał  wrażenie,  że  zbiera  mu  się  na  mdłości,  ale  mimo  to  nie  poddawał  się,  tym 

bardziej  że  Zekk  nie  zwracał  na  te  wonie  żadnej  uwagi.  Za  chłopcami  podążali  Tenel  Ka, 

Lowie i Jaina. 

W pewnej chwili wszyscy przeszli przez kryty pomost łączący dwa wieżowce. Wielu 

transpastalowych  płyt  sufitu  brakowało,  a  przez oczka  rdzewiejącej  siatki,  którą  zostały 

kiedyś  wzmocnione,  z  cichym  świstem  wpadały  podmuchy  wiatru.  Jacen  zwrócił  uwagę  na 

dziwne znaki, wyryte albo namalowane na kamiennych murach. Wydawało mu się, że każdy 

znak  kryje  w  sobie  nieokreślone  zagrożenie.  Niektóre  przypominały  mu  zakrzywione  noże 

albo  groźne  paszcze,  wypełnione  ostrymi  kłami,  ale  najczęściej  powtarzającym  się  znakiem 

był rysunek równobocznego trójkąta, który otaczał krzyż przecinający kilka koncentrycznych 

okręgów. Jacen miał wrażenie, że spogląda na czubek grota strzały, wymierzonej między jego 

oczy. 

-  Hej,  Zekk,  co  oznacza  ten  znak?  -  zapytał,  pokazując  trójkąt  z  krzyżem 

celowniczym. 

Starszy  chłopiec  zmarszczył  brwi,  po  czym  rozejrzał  się  ukradkiem  na  boki,  jakby 

chciał się upewnić, że go nikt nie usłyszy. 

-  Oznacza,  że  musimy  zachowywać  się  bardzo  cicho i  iść tak  szybko,  jak  możemy  - 

szepnął..- Nie powinniśmy wchodzić do żadnego budynku, ozdobionego tym znakiem. 

- Dlaczego? - zdziwił się Jacen. 

-  Bo  to  znak  Zagubionych  -  wyjaśnił  Zekk.  -  Należących  do  młodzieżowego  gangu 

dzieciaków, którzy uciekli z domów albo zostali porzuceni przez rodziców, bo sprawiali im za 

dużo kłopotów. Przeważnie same nieprzyjemne typy. 

- Miejmy nadzieję, że pozostaną zagubieni - zauważyła Jaina. 

Zekk uniósł głowę. Było widać, że jest zaniepokojony. Jego czoło przecinała pionowa 

bruzda. 

- Możliwe, że nawet w tej chwili Zagubieni śledzą nasze ruchy, ale jeszcze nigdy mnie 

nie złapali - powiedział. - To coś w rodzaju gry, w jaką bawię się z nimi. 

background image

- Jakim cudem udawało ci się zawsze umknąć przed nimi? - zapytała Jaina. 

-  Po  prostu  jestem  w  tym  dobry.  Jestem  doskonałym  poszukiwaczem  -  odparł  Zekk 

tonem przechwałki. - Zapewne nigdy nie będę się uczył, żeby zostać rycerzem Jedi, ale radzę 

sobie,  jak  mogę,  wykorzystując  to,  co  umiem.  Myślę,  że  jestem  po  prostu  spryciarzem.  A 

jednak - ciągnął po chwili - mimo że łączy mnie z nimi coś w rodzaju niepisanej umowy, nie 

chciałbym  niepotrzebnie  ryzykować.  Zwłaszcza  teraz,  kiedy  przebywam  w  towarzystwo 

dzieci przywódczyni Nowej Republiki. 

-  To  jest  fakt  -  odezwała  się  ponuro  Tenel  Ka.  Trzymała  dłonie  w  pobliżu  pasa  z 

wieloma  kieszeniami,  gotowa  w  każdej  chwili  wyciągnąć  z  którejś  coś,  co  posłużyłoby  do 

obrony. 

Zekk  pospiesznie  przeprowadził  wszystkich  czworo  zdewastowanym  korytarzem  o 

ścianach ozdobionych licznymi znakami gangu. Jacen widział ślady świadczące o niedawnej 

obecności ludzi: porzucone opakowania po syntetycznej żywności i otwory w obudowach, z 

których wyrwano różne części aparatury albo przyrządy. 

W  końcu  znaleźli  się  na  najniższych  poziomach.  Wszyscy  odetchnęli  z  prawdziwą 

ulgą, chociaż Zekk przyznał, że tak głęboko nawet on bardzo rzadko się zapuszczał. 

-  Myślę,  że  to  jakiś  skrót  -  powiedział.  -  Potrzebuję  waszej  pomocy,  bo  chciałbym 

zabrać stąd coś wartościowego. -Uniósł ciemne brwi. - Przypuszczam, że będzie wam się to 

podobało. Zwłaszcza tobie, Jacenie. 

Zekk  zarabiał  na  życie,  wyciągając  z  podziemi  miasta  różne  cenne  przedmioty. 

Czasami  bywały  to  podzespoły  i  przyrządy,  a  kiedy  indziej  elementy  wykonane  z 

drogocennych  metali,  znalezione  w  opuszczonych  pomieszczeniach.  Czasami  chłopak 

odnajdywał  zagubione  skarby,  których  poszukiwał  na  zlecenie  właścicieli,  a  niekiedy 

wyprawiał  się  po  części  zapasowe,  umożliwiające  naprawę  przestarzałej,  ale  drogocennej 

aparatury. Najczęściej trafiał jednak na drobiazgi, bardzo chętnie kupowane przez turystów i 

kolekcjonerów. Miał niezwykłą zdolność wyszukiwania przedmiotów, których inni zbieracze, 

przetrząsający  podziemia  w  ciągu  wielu  stuleci,  po  prostu  nie  znaleźli.  Jakimś  cudem 

wiedział, gdzie szukać, choćby miejsce ukrycia było najmniej prawdopodobne. 

Schodzili  kręconą  klatką  schodową  przylegającą  do  zewnętrznej  ściany  jakiegoś 

gmachu.  Cała  konstrukcja  była  porośnięta  wilgotnymi  mchami  czepiającymi  się  kamiennej 

ściany,  po  której  nieustannie  spływały  strużki  wody.  Jacen  musiał  mrużyć  oczy,  żeby 

odnajdywać  stopnie.  Kiedy  w  końcu  znaleźli  się  na  dole  i  skręcili  za  róg,  Zekk  stanął  jak 

wryty. W niewyraźnej poświacie dochodzącej z bardzo wysoka Jacen ujrzał dziwne szczątki 

wystające  z  boku  gmachu.  Dopiero  po  kilku  chwilach  zorientował  się,  że  widzi  zrujnowane 

background image

elementy  konstrukcyjne,  obnażone  durastalowe  dźwigary...  i  kadłub  wraku  towarowego 

transportowca.  Sądząc  po  algach,  zwieszających  się  z  kadłuba,  i  koloniach  grzybów, 

rosnących w szczelinach, roztrzaskany statek musiał spoczywać tu od bardzo dawna. 

- O rany! - zawołał Zekk. - Nawet nie wiedziałem, że tu leży coś takiego! - Puścił się 

biegiem ku wrakowi i po chwili stanął u stóp uszkodzonej rampy. - Nie do wiary! Nawet nie 

tknięty ręką żadnego poszukiwacza. Widzicie? Znów mam szczęście! 

-  To  wahadłowiec  Starej  Republiki  -  odezwała  się  Jaina.  -  Ma  co  najmniej 

siedemdziesiąt  lat.  Nie  używa  się  tych  statków  od...  już  sama  nawet  nie  pamiętam.  Co  za 

odkrycie! 

Kiedy Zekk wspinał się po rampie, by zajrzeć do środka, Tenel Ka i Lowie trzymali 

trzeszczący  kadłub.  Ciemnowłosy  chłopak  zniknął  w  ładowni,  żeby  sprawdzić,  czy  nie 

znajdzie w niej czegoś wartościowego. 

- Wiele części jest nadal w dobrym stanie - zawołał z wnętrza. - Silniki także. No, no, 

jest  tu  nawet  i  pilot!  Przypuszczam,  że  jego  zezwolenie  na  parkowanie  jest  od  dawna 

nieważne. 

Jacen,  który  także  wspiął  się  po  rampie,  zobaczył  szkielet,  odziany  w  łachmany  i 

wciąż jeszcze przypięty do fotela w sterowni. 

-  Och,  niech  pan  będzie  ostrożny!  -  zapiszczał  Em  Teedee  ze  swojego  zwykłego 

miejsca u pasa Lowiego. - Opuszczone statki mogą być strasznie niebezpieczne... a poza tym 

może pan się pobrudzić. 

- Czy właśnie to chciałeś nam pokazać, Zekku? - odezwała się Tenel Ka. 

Młodzieniec  się  wyprostował,  ale  przy  tej  okazji  uderzył  głową  w  odkształconą 

wzdłużnicę biegnącą pod sklepieniem sterowni. 

-  Nie,  nie,  ten  wahadłowiec  to coś nowego także dla mnie - oznajmił. - Będę musiał 

przeznaczyć o wiele więcej czasu na badanie tych najniższych poziomów. - Wyszczerzył zęby 

w  uśmiechu.  Na  jego  twarzy  było  widać  teraz  nowe  smugi  smaru  pochodzące  zapewne  z 

przedziału silnikowego, a dłonie miał oblepione brudem wskutek przetrząsania pomieszczeń 

statku. - Wrócę tu jeszcze kiedyś, ale waszej pomocy potrzebuję do czegoś innego. Chodźmy. 

Wygramolił  się  z  czeluści  wraku  i  stanąwszy  u  szczytu  rampy,  uchwycił 

przerdzewiałą i obluzowaną poręcz. Popatrzył w prawo i w lewo, jakby obawiał się, że ktoś 

może go zobaczyć, albo chciał zapamiętać, gdzie znajduje się cenne znalezisko. Można było 

odnieść wrażenie, że czaszka nieszczęsnego pilota spogląda na niego pustymi oczodołami. 

- Wygląda mi na to, że naprawdę znasz te podziemia jak własną kieszeń - stwierdził 

Jacen, kiedy Zekk zszedł po rampie i zaczął prowadzić młodych Jedi w inne miejsce. 

background image

-  Nabrałem  dużej  wprawy  -  oznajmił  starszy  chłopiec.  -  Wiecie,  niektórzy  nie  latają 

często  do  gwiazd  i  nie  pełnią  przez  cały  czas  dyplomatycznych  obowiązków.  Muszę 

zadowalać się tym, co znajdę. 

 

Kiedy  w  końcu  dotarli  do  miejsca,  do  którego  prowadził  ich  Zekk,  zbliżało  się 

południe. Podniecony ciemnowłosy chłopak zatarł dłonie w radosnym oczekiwaniu i wskazał 

coś znajdującego się o wiele niżej. 

- To tu - powiedział. - Widzicie? 

Jacen wychylił się poza występ muru i popatrzył w dół na przerdzewiały budowlany 

dźwig, zaklinowany między pionowymi ścianami o jakieś dziesięć metrów poniżej miejsca, w 

którym  stali...  absolutnie  niedostępny.  Maszyny  tego  typu  poruszały  się  kiedyś  po  szynach, 

układanych  wzdłuż  ścian  budowanych  albo  remontowanych  gmachów.  Czyściły  mury, 

dokonywały  napraw  i  zatykały  otwory  durbetonowym  szczeliwem...  ale  ten  dźwig  zapewne 

wypadł z szyn i zaklinował się co najmniej przed stu laty. Belki jego kratownic, połączone i 

krzyżujące się ze sobą, były niemal niewidoczne pod grubym kobiercem mchów i porostów. 

Jacen zmrużył oczy. Przez cały czas zastanawiał się, dlaczego jego starszy przyjaciel 

chce  odzyskać  części  takiej  starej  maszyny...  W  pewnej  chwili  dostrzegł  jednak  coś,  co 

przypominało  kępę  gęstych  krzaków,  a  było  kłębowiskiem  splecionych  drutów,  kabli  i 

przewodów,  poprzetykanych  włóknami  izolacji  cieplnej,  strzępami  materiałów  i  kawałkami 

plastiku. Wyglądało zupełnie jak... 

- To gniazdo jastrzębionietoperza - odezwał się Zekk. - Z czterema jajami w środku. 

Widzę  je,  ale  sam  nie  dam  rady  zejść  do  niego.  Gdybym  zdobył  choćby  jedno  takie  jajo, 

dostałbym za nie tyle kredytów, że mógłbym żyć jak prawdziwy król chyba cały miesiąc. 

-I chcesz, żebyśmy pomogli ci je zabrać? - zapytała domyślnie Jaina. 

-  Coś  w  tym  rodzaju  -  odparł  Zekk.  -  Twoja  przyjaciółka  Tenel  Ka  ma  wytrzymałą 

linkę...  Przekonałem  się  o  tym  na  własnej  skórze.  A  niektórzy  z  was  wyglądają  na 

doskonałych wspinaczy. Zwłaszcza Wookie. 

-  Och,  nie,  Lowbacco!  -  zakwilił  Em  Teedee.  -  Po  prostu  nie  możesz  narażać  się  na 

takie niebezpieczeństwo. Kategorycznie zabraniam! 

Lowie,  który  w  pierwszej  chwili  nie  miał  zamiaru  schodzić  po  pionowej  ścianie, 

usłyszawszy  uwagę  androida,  natychmiast  zmienił  zdanie.  Warknął,  zgadzając  się  na  plan 

Zekka. 

Tenel Ka zaczepiła ramiona kotwiczki o solidny metalowy wspornik. 

- Ja umiem się dobrze wspinać i schodzić po ścianach - oznajmiła. - To jest fakt. 

background image

- Doskonale. - Zachwycony młodzieniec ponownie zatarł dłonie. 

-  Pozwólcie,  że  i  ja  zejdę  -  odezwał  się  nagle  Jacen,  który  bardzo  chciał  dotknąć  na 

pozór  gładkiej,  ciepłej  skorupy  jaja  i  lepiej  się  przyjrzeć  kształtowi  gniazda.  -  Zawsze 

chciałem zobaczyć to z bliska. 

Chłopiec  wiedział,  że  taka  okazja  może  się  już  nie  powtórzyć.  Jastrzębionietoperze 

widywało  się  często  w  czeluściach  kanionów  rozdzielających  wieżowce  na  Coruscant,  ale 

schwytanie żywego drapieżnika było nieprawdopodobnie trudne. 

Tenel Ka przerzuciła drugi koniec linki przez występ, po czym uchwyciła ją i zaczęła 

opuszczać  się  ku  staremu  budowlanemu  dźwigowi.  Jacen  widział  kiedyś,  jak  dziewczyna 

schodzi  po  pionowej  ścianie  wielkiej  świątyni  na  Yavinie  Cztery,  ale  i  teraz  obserwował  z 

taką samą fascynacją, jak Tenel Ka zsuwa się po lince, korzystając tylko z siły mięśni rąk i 

nóg. 

Chłopiec podziwiał młodą wojowniczkę z Dathomiry... ale bardzo chciałby zrobić coś, 

by się roześmiała. Niemal od pierwszej chwili, gdy ją poznał, opowiadał jej różne dowcipy, 

ale ani razu nie udało mu się zobaczyć na jej twarzy choćby cienia uśmiechu. Wyglądało na 

to, że Tenel Ka nie ma poczucia humoru, mimo to jednak Jacen się nie poddawał. 

Dziewczyna  dotarła  do  szczątków  dźwigu  i  stanęła  na  niewielkiej  platformie. 

Przywiązała  koniec  linki  i  machnęła,  dając  Jacenowi  znak,  że  może  schodzić.  Chłopiec 

owinął linkę wokół ciała i zaczął się zsuwać wzdłuż śliskiej ściany, usiłując naśladować ruchy 

Tenel Ka. Wkrótce i on stanął na chwiejącej się platformie dźwigu. 

-  Bułka  z  masłem  -  powiedział  nonszalancko,  chociaż  z  trudem  oddychał,  po  czym 

zaczął pocierać dłonie. 

- Nie, dziękuję - odparła Tenel Ka. - Nie jestem głodna. 

Jacen zachichotał, ale wiedział, że młoda wojowniczka nie zdaje sobie sprawy z tego, 

że właśnie opowiedziała dobry dowcip. 

Po  lince  opuścił  się  bez  trudu  Lowie,  chociaż  Em  Teedee  przez  cały  czas  jęczał  i 

biadolił: 

- Och, już nie mogę na to patrzeć! Chyba wyłączę zasilanie czujników optycznych! 

Kiedy  wszyscy  znaleźli  się  na  skrzypiącej  platformie,  Jacen  pochylił  się  i  wyciągnął 

ręce, ale nie mógł dosięgnąć splecionego gniazda znajdującego się jeszcze niżej. 

- Zejdę tam - postanowił. - Później podam wam jaja. 

Zanim  ktokolwiek  zdążył  się  sprzeciwić,  chłopiec  zanurkował między  dwie  belki 

kratownicy.  Jedną  dłonią  uchwycił  poprzeczkę,  chcąc  dosięgnąć  zwory  podtrzymującej 

niezwykłe gniazdo. Na brązowych skorupach widniały zielonkawe cętki, dzięki czemu jaja do 

background image

złudzenia  przypominały  wybrzuszenia  zaprawy  murarskiej  porośniętej  bladozielonymi 

mchami.  Każde  miało  wielkość  dłoni  Jacena  i  kiedy  chłopiec  dotknął  ciepłej  skorupy, 

przekonał się, że jest twarda i szorstka jak powierzchnia skały. Posługując się Mocą, wyczuł 

ukryte  we wnętrzu  żywe  pisklę jastrzębionietoperza.  Pomyślał, że  mógłby  użyć Mocy,  żeby 

unieść jajo, tak by inni młodzi Jedi mogli je pochwycić. 

Uśmiechnął  się,  urzeczony  cudem  życia,  po  czym  sięgnął  po  ciepłą  kulkę.  Nie  była 

wcale  ciężka.  Kiedy  jednak  wyciągał  rękę,  by  dotknąć  drugiej,  usłyszał  nad  głową 

przeraźliwe skrzeczenie, coraz bliższe i głośniejsze. 

- Jacenie, uważaj! - krzyknęła Tenel Ka. 

Chłopiec  uniósł  głowę  i  na  nieco  jaśniejszym  tle  zobaczył  połyskującą  sylwetkę 

samicy jastrzębionietoperza. Rozwścieczone stworzenie skrzeczało i nadlatywało ku niemu z 

wyciągniętymi  szponami  i  rozłożonymi  skrzydłami,  zakończonymi  ostrymi  kolcami. 

Rozpiętość  skrzydeł  wynosiła  chyba  ze  dwa  metry.  Potwór  miał  ogromny,  zrogowaciały 

dziób, pełen ostrych zębów barwy kości słoniowej, gotowych rozerwać ofiarę na strzępy. 

- Oho - odezwał się do siebie chłopiec. 

Lowie  ryknął,  przerażony.  Tenel  Ka  sięgnęła  do  kieszeni  pasa  i  wyciągnęła  sztylet, 

przeznaczony do rzucania... ale Jacen wiedział, że nie może czekać bezczynnie, aż ktoś inny 

mu pomoże. 

Samica  jastrzębionietoperza  nurkowała  ku  niemu  jak  śmiercionośny  pocisk.  Jacen 

zamknął  oczy  i  wysłał  ku  niej  wici  Mocy.  Pamiętał  o  tym,  że  ma  specjalny  talent  do 

obchodzenia  się  ze  zwierzętami.  Potrafił  porozumiewać  się  z  nimi,  wyczuwać  ich  nastroje  i 

przekazywać swoje myśli. 

- Już dobrze - szepnął. - Przepraszam, że znaleźliśmy się tak blisko twojego gniazda. 

Uspokój się. Wszystko będzie dobrze. Spokój. 

Samica  jastrzębionietoperza  wytraciła  prędkość  i  chwyciła  jedną  z  niższych 

poprzecznych  belek  w  pobliżu  gniazda  szponami,  których  twardość  można  by  porównać  z 

wytrzymałością  durastali.  Kiedy  pazury  stworzenia  zdrapały  warstwę  rdzy  z  poprzeczki, 

Jacen usłyszał piskliwy zgrzyt, ale mimo to zachował spokój. 

-  Nie  chcieliśmy  skrzywdzić  twoich  dzieci  -  powiedział  cicho.  - Nie  zabierzemy  ci 

wszystkich  jaj.  Wezmę  tylko  to  jedno  i  obiecuję,  że  złożę je  w  spokojnym  i  bezpiecznym 

miejscu...  pięknym  ogrodzie  zoologicznym,  gdzie  twoje  maleństwo  będzie  wychowywane  i 

podziwiane przez miliony ludzi przybywających ze wszystkich zakątków galaktyki. 

Samica  jastrzębionietoperza  syknęła  i  wyciągnąwszy  długą  szyję,  przybliżyła  łeb  do 

twarzy  Jacena.  Chłopiec  poczuł  smrodliwą  woń  jej  oddechu  wydostającego  się  spomiędzy 

background image

ostrych zębów.  Wiedział, że stworzenie jest wyjątkowo nieufne i dlatego zaczął wysyłać ku 

niemu  myślowe  obrazy  luksusowej  ptaszarni,  w  której  młody  jastrzębionietoperz  będzie 

karmiony  smakołykami.  Będzie  latał,  dokąd  zechce,  bez  obawy,  że  zagrozi  mu  głód,  ataki 

drapieżników... czy pociski myśliwych należących do któregoś z podziemnych gangów. Ten 

ostatni  wizerunek,  pełen  niewyraźnych  sylwetek  młodych  ludzi  czających  się  między 

wysokimi  gmachami  i  strzelających  do  bezbronnych  stworzeń,  Jacen  zaczerpnął  z  mózgu 

samicy. 

Widocznie ten ostatni obraz przekonał ją, gdyż samica jastrzębionietoperza załopotała 

długimi  skrzydłami,  podobnymi  do  skórzanych,  i  odsunęła  się  od  gniazda,  zapewne 

rezygnując  z  zaatakowania  Jacena...  przynajmniej  na  razie.  Chłopiec  uniósł  głowę  i 

wyszczerzył zęby do przyjaciół. 

Tenel Ka stała ze sztyletem, gotowym do rzutu, cała napięta, jakby zamierzała później 

zeskoczyć i walczyć. Jacen poczuł falę ciepła na myśl o tym, że dziewczyna chciała stanąć do 

walki w jego obronie. Uniósł jaj o jastrzębionietoperza, którego nie wypuścił, i posługując się 

Mocą,  bardzo  ostrożnie  pozwolił  mu  się  wznosić  do  chwili,  kiedy  znalazło  się  w  dłoniach 

Jainy. Jego siostra przytuliła je do siebie, ale później przekazała Zekkowi. 

- Co ty zrobiłeś? - zawołał zdumiony chłopak. 

-  Zawarłem  umowę  z  samicą  jastrzębionietoperza  -  odpowiedział  Jacen.  -  Możemy 

wracać. 

-  A  co  z  pozostałymi  jajami?  -  zdziwił  się  Zekk,  mimo  iż  sprawiał  wrażenie 

oszołomionego skarbem, który trzymał w dłoniach. 

-  Bierzemy  tylko  jedno  -  odparł  Jacen.  -  Taka  była  umowa.  A  teraz  lepiej  się  stąd 

wynośmy... i to szybko. 

Wspiął się po belkach kratownicy i wkrótce dołączył do Tenel Ka i Lowiego. 

Młody Wookie zaczął się gorączkowo wspinać po naprężonej lince i po chwili stanął 

na kamiennej półce. Jacen przynaglał pozostałych, by wspinali się jeszcze szybciej. W końcu, 

kiedy wszyscy znaleźli się znów na górze, Zekk zapytał: 

- Myślałem, że zawarłeś układ z tą samicą. Po co w takim razie ten pośpiech? 

Jacen  machnął  ręką,  przynaglając  wszystkich,  by  odeszli  jak  najdalej  od  szczątków 

dźwigu budowlanego. 

- Ponieważ jastrzębionietoperze mają wyjątkowo krótką pamięć. 

background image

ROZDZIAŁ 3 

 

Kiedy  pięcioro  przyjaciół  pozostawiło  gniazdo jastrzębionietoperza  za  sobą  i ruszyło 

w  drogę  powrotną,  Jaina  szła  obok  Zekka.  Obserwowała,  jak  ciemnowłosy  chłopak, 

wiedziony  chyba  instynktem,  pewnie  spieszy  korytarzami,  tunelami,  pomostami  i  kładkami, 

prowadząc całą grupę jak najkrótszą drogą ku powierzchni. Promieniał dumą, spoglądając raz 

po raz na jajo, jakby było bezcenną nagrodą, o której marzył od bardzo dawna. 

-  Peckhum  powinien  być  zachwycony!  -  odezwał  się  w  pewnej  chwili,  przenosząc 

spojrzenie  z  Jainy  na  Jacena.  -  Będzie  wiedział,  co  z  nim  zrobić.  Do  niego  przychodzą 

wszyscy,  którzy  poszukują  czegokolwiek  w  tych  podziemiach.  -  Jeszcze  raz  spojrzał  kątem 

oka na Jacena. - Możesz się o nie nie martwić - dodał. - Znajdziemy dla niego dobry dom, jak 

obiecałeś jego matce. Specjalista zoolog nie powinien mieć kłopotów z zatroszczeniem się o 

to pisklę, aż się wykluje.. 

Tenel Ka chrząknęła i zauważyła złowieszczo: 

- Jeżeli doniesiemy je na powierzchnię. 

Jaina  uświadomiła  sobie  nagle,  że  powrócili  na  opuszczone  poziomy,  upstrzone 

znakami młodzieżowego gangu. Tereny Zagubionych. 

Końce krzyża zamkniętego we wnętrzu trójkąta odcinały się teraz od tła chyba jeszcze 

wyraźniej  niż  poprzednio.  Jaina  zastanawiała  się,  czy  w  tak  krótkim  czasie,  jaki  upłynął  od 

pierwszego pojawienia się młodych Jedi, członkowie gangu mogli oznaczyć swoje terytorium 

na nowo. Jeżeli młodociani uciekinierzy tak bacznie obserwowali wszystko, co dzieje się na 

ich terytorium, było możliwe, że już wiedzą o wizycie pięciorga nieproszonych gości. 

Zapewne obserwują ich z kryjówki za mrocznym rogiem jakiegoś gmachu... 

Tenel Ka napięła mięśnie i wyciągnęła mały sztylet, przeznaczony do rzucania. Stała, 

niespokojnie  rozglądając  się  na  boki.  Sprawiała wrażenie  gotowej  w  każdej  chwili stanąć  w 

obronie przyjaciół, ale mimo to Jaina wcale nie czuła się pewnie. Zmysły Jedi informowały ją 

o niebezpieczeństwie. Dziewczyna czuła ciarki, przechodzące wzdłuż kręgosłupa. 

- Jeżeli Zagubieni są tacy bezwzględni i potężni, jak to możliwe, że ani razu o nich nie 

słyszeliśmy?  -  zainteresował  się  Jacen,  także  rozglądając  się  nerwowo,  kiedy  przechodzili 

przez skrzypiące, cuchnące pleśnią budynki. 

-  Ponieważ  nigdy  przedtem  nie  schodziliście  do  podziemi  - wyjaśnił  Zekk.  -  Ilekroć 

mieliśmy się spotkać, zawsze prosiliście, żebym przyszedł do Pałacu Imperialnego. Czasami 

umawialiśmy się w jakimś pomieszczeniu na najwyższych, bezpiecznych poziomach. Założę 

background image

się, że wasi rodzice wściekliby się, gdyby wiedzieli, gdzie jesteśmy w tej chwili. 

- Potrafimy dawać sobie radę - błyskając ostrzem sztyletu, odezwała się Tenel Ka, ale 

chyba bez większego przekonania. 

- Wielkie nieba, na pani miejscu nie byłbym tego taki pewien - zapiszczał Em Teedee, 

przypięty do pasa Lowiego. Młody Wookie głośno jęknął. 

Zekk lekko się uśmiechnął. 

-  Dopiero  teraz  widzicie,  jak  żyję  w  tych  podziemiach.  Nie  mam  nikogo,  kto 

troszczyłby się o mnie czy przyrządzał posiłki. Nie stać mnie także na luksus zastanawiania 

się, co zrobić, by zabawić się albo rozerwać. Każdego dnia muszę schodzić na dół i szukać... 

ale na szczęście mam dryg do znajdywania różnych rzeczy. 

Jaina ze zdziwieniem stwierdziła, że w słowach przyjaciela słyszy nutę urazy. 

-  Zekku,  jeżeli  czegokolwiek  potrzebowałeś,  wystarczyło  najzwyczajniej  w  świecie 

poprosić  -  powiedziała.  -  Znaleźlibyśmy  ci  nowe  mieszkanie  i  dalibyśmy  trochę  kredytów, 

żebyś mógł kupić to i owo... 

- A kto powiedział, że właśnie tego pragnę? - przerwał szorstko chłopak, cedząc słowa 

przez zaciśnięte zęby. - Nie potrzebuję niczyjej łaski. Żyję tu jak wolny człowiek. Robię to, 

na  co  mam  ochotę.  A  poza  tym  wolę  polegać  na  własnym  sprycie  niż  być  ciągle  psuty  i 

rozpieszczany. 

-  Coś  takiego,  panie  Zekku!  -  zapiszczał  Em  Teedee,  wtrącając  się  do  rozmowy.  - 

Może zainteresuje pana, że nie każdemu przeszkadza, kiedy jest psuty i rozpieszczany. 

Jaina zignorowała uwagę androida-tłumacza i zaczęła się zastanawiać, czy naprawdę 

Zekk mówił poważnie. 

- Nie chodzi mi o was - odezwał się po chwili starszy chłopak, wzruszając ramionami. 

Popatrzył  na  rysunek  trójkąta  otaczającego  krzyż  celowniczy.  -  Nie  zamierzam  także  zostać 

członkiem  gangu.  Jego  przywódca  Norys,  który  ma  mniej  więcej  tyle  samo  lat  co  my,  jest 

wielkim  tchórzem  i  tylko  usiłuje  udawać  ważniaka.  Ponieważ  biegam  szybciej  niż  wszyscy 

Zagubieni,  od  dawna  namawia  mnie,  bym  przyłączył  się  do  jego  gangu.  Bardzo  chciałby, 

żebym został jego prawą ręką, ale jeżeli chodzi o mnie, wolę pozostać niezależny. Podoba mi 

się praca na własne konta 

Zatrzymali  się  przed  wejściem  do  budynku  o  ścianach  dziurawych  jak  rzeszoto,  w 

pobliżu  wylotu  jednego  ze  zrujnowanych  napowietrznych  tuneli,  wiodącego  na  wyższy 

poziom sąsiedniego gmachu. Na wewnętrznych ścianach krytego chodnika było widać jeszcze 

więcej  złowieszczych  znaków  gangu.  Co  najmniej  połowa  okien  była  pozbawiona  szyb,  a 

przez otwory po nich wpadały podmuchy wiatru. Przelatywały z cichym ni to świstem, ni to 

background image

szeptem, jakby chciały ostrzec śmiałków, żeby zawrócili. 

Zekk obejrzał się przez ramię. 

-  Ten  budynek,  w  którym  teraz  przebywamy,  pełni  funkcję  kwatery  głównej 

Zagubionych  -  oznajmił.  -  Przechodząc  przez  niego,  niesamowicie  ryzykujemy.  -  Jego 

szmaragdowe oczy błysnęły. - To nawet podniecające, nie sądzicie? 

Gmach był ogromny i ciemny, pełen pustych pomieszczeń, które musiały być kiedyś 

salami  konferencyjnymi  i  magazynami,  ale  teraz  były  podobne  do  mrocznych  jaskiń.  Jaina 

zastanawiała  się,  czy  w  gigantycznych  archiwach  komputerowych  Imperialnego  Ośrodka 

Informacyjnego istnieją jeszcze jakiekolwiek kopie dokumentacji technicznej tego prastarego 

gmachu. 

- Nie sądzę, żebyście musieli przejmować się Norysem - odezwał się Zekk, podnosząc 

głos.  -  Uważa  się  za  przywódcę  gangu,  ale  nie  ma  wielkich  ambicji.  Nie  interesuje  go  nic 

oprócz  tego,  by  stać  się  panem  i  władcą  zrujnowanej  części  pojedynczego  gmachu, 

wzniesionego  na  niepozornej  planecie,  jednej  z  wielu  w  ogromnej  galaktyce.  -  W  głosie 

młodzieńca  zabrzmiała  wyraźna  kpina.  - Nigdy  do  niczego  nie  dojdzie,  ponieważ  nie  umie 

myśleć o wzniosłych sprawach. 

W tej samej chwili od sufitu odskoczyło z trzaskiem kilkanaście płyt i na posadzce sali 

wylądowała taka sama liczba wymizerowanych chłopców i dziewcząt. Wszyscy byli obdarci i 

brudni.  Na  ich  twarzach  malowało  się  zdecydowanie.  Każdy  członek  gangu  Zagubionych 

trzymał  wymyślną  broń,  sporządzoną  z  kawałków  metalu,  jakich  nie  brakowało  w 

podziemiach. 

-  Usiłujesz  wyprowadzić  mnie  z  równowagi,  śmieciami?  -  odezwał  się  najwyższy, 

silnie  umięśniony  chłopak.  Miał  szeroką  twarz  o  śniadej,  niemal  ciemnej  cerze  i  wąsko 

rozstawionych  oczach.  Kiedy  rozchylił  usta  w  grymasie,  który  miał  być  uśmiechem,  ukazał 

sczerniałe, krzywe zęby. 

- Podsłuchiwanie świadczy o braku wychowania, Norysie - odpowiedział Zekk. 

Spojrzenie  przywódcy  gangu  spoczęło  na  drogocennym  jaju,  które  chłopiec 

odruchowo przycisnął do piersi. 

-  Popatrzcie  tylko,  co  takiego  znalazł  ten  mały  śmieciarz!  -  zakpił  Norys.  -  Hej, 

posłuchajcie wszyscy! Wygląda na to, że dzisiaj na kolację będziemy jedli jajecznicę. 

Lowbacca  warknął  tak  głośno,  że  wystraszył  kilkoro  Zagubionych.  Obnażył  długie 

kły,  charakterystyczne  dla  Wookiech.  Zekk  sprawiał  jednak  wrażenie  zdenerwowanego. 

Zapewne  obawiał  się,  że  nie  będzie  mógł  tak  szybko  uciekać,  trzymając  drogocenny 

przedmiot. 

background image

- Na co potrzebne wam to jajo? - odezwał się rzeczowo Jacen. 

-  Norys  chce  je  mieć  tylko  dlatego,  żebym  ja  go  nie  miał  -  wyjaśnił  Zekk.  - 

Prawdopodobnie je rozbije, gdyż nie ma pojęcia, ile jest warte. 

Tenel Ka trzymała teraz w obu dłoniach krótkie sztylety, w każdej chwili gotowe do 

rzucenia. Zagubieni spojrzeli na nią i na Wookiego, po czym przenieśli spojrzenia na Zekka i 

bliźnięta, zapewne uważając, że poradzą sobie z nimi bez trudu. 

- W takim razie... - zaczął Zekk, powoli wyciągając ręce z jajem przed siebie, w stronę 

krzepkiego  członka  gangu,  jakby  niechętnie  zamierzał  je  oddać  -jedynym  rozsądnym 

wyjściem jest... ucieczka! 

Obrócił  się  na  pięcie  i  jak  wicher  pomknął  ku  wlotowi  zdewastowanego 

napowietrznego  chodnika.  Pod  wpływem  drgań,  wywołanych  uderzeniami  jego  stóp,  od 

ściany  oderwała  się  kolejna  płyta  i  bezszelestnie  zniknęła  w  mrocznej  czeluści.  Młodzi  Jedi 

zareagowali  równie  szybko.  Puścili  się  śladami  przyjaciela  i  pobiegli chybotliwym 

chodnikiem, kończącym się w ścianie sąsiedniego gmachu. 

Członkowie gangu zawyli z wściekłości i rzucili się w pościg, dla postrachu obijając 

topornymi nożami i kastetami o występy na ścianach chodnika. 

Nagle  Zekk,  który  dobiegł  mniej  więcej  do  środka  zrujnowanego  krytego  przejścia, 

stanął  jak  wryty.  Jeszcze  jedna  osoba  należąca  do  gangu,  młoda  kobieta  wyglądająca  chyba 

nawet  groźniej  niż  Tenel  Ka,  wyłoniła  się  z  sąsiedniego  wieżowca  i  złowieszczo  zagrodziła 

wylot chodnika. 

Zekk  spojrzał  najpierw  w  jedną,  a  później  w  drugą  stronę,  jakby  szukał  natchnienia, 

stojąc  pośrodku  chwiejącego  się  tunelu.  Przez  otwory  po  wybitych  szybach  i  brakujących 

płytach wpadały podmuchy chłodnego wiatru. 

-  Chcę  być  sprawiedliwy  i  dlatego  pozwolę  wam  rozstrzygnąć  ten  problem  - 

powiedział, udając, że się doskonale bawi. - Macie jakiś pomysł? 

Jaina  starała  się  pomyśleć,  czy  nie  mogłaby  posłużyć  się  jakąś  sztuczką,  której 

nauczył  ich  wujek  Luke,  kiedy  przebywali  w  akademii  Jedi.  Gdyby  miała  czas  się  skupić, 

zapewne potrafiłaby przemieścić jakiś przedmiot, posługując się Mocą, ale nie sądziła, by jej 

wątłe siły mogły pomóc znaleźć wyjście z trudnej sytuacji. 

Goniący pięcioro przyjaciół Norys zwolnił, ale się nie zatrzymał. Rozpierała go duma, 

poczucie siły. 

- Teraz oddasz mi to jajo, śmieciarzu, a wówczas może nie zrzucimy cię w przepaść! - 

powiedział. 

W  tej  samej  chwili  wszyscy  usłyszeli  przenikliwy  pisk  zwierzęcia,  mrożący  krew  w 

background image

żyłach.  Ogromny  cień  samicy  jastrzębionietoperza  przesunął  się  jak  ciemna  szmata  po 

popękanych szybach okien chodnika. 

Stworzenie  zaskrzeczało  po  raz  drugi,  po  czym  zawisnęło  za  oknem  i  uderzyło 

dziobem w cienką drucianą siatkę, pozostałą w otworze po wybitej szybie. Samica zasyczała i 

zaczęła pluć, usiłując rozszarpać dziobem strzępy siatki. Wpiła szpony w dolną część ramy i 

kołysząc  z  boku  na  bok  rozdwojonym  językiem,  próbowała  dosięgnąć  Norysa.  Przerażony 

przywódca gangu jęknął, po czym zachwiał się i cofnął jak rażony gromem. 

Zekk ponownie przytulił jajo do piersi. Tymczasem Lowbacca, który ani na chwilę nie 

przestał obserwować członkini gangu w drugim końcu przejścia, zagradzającej dalszą drogę, 

dziko zaryczał i puścił się w jej stronę. 

-  O  rety!  -  zakwilił  Em  Teedee.  -  Czy  nikt  nie  będzie  miał  mi  za  złe,  jeżeli  znów 

wyłączę zasilanie czujników optycznych? Nie mogę patrzeć na to wszystko! 

Młoda  kobieta,  oszołomiona  atakiem  samicy  jastrzębionietoperza  i  przerażona 

warczącym futrzanym pociskiem pędzącym ku niej, odwróciła się i zniknęła. 

- No to na co jeszcze czekamy? - krzyknęła Jaina. 

Zekk  pochylił  się  i  tuląc  kurczowo  jajo,  pobiegł  za  nią.  Tenel  Ka  odwróciła  się  w 

stronę  stojących  Zagubionych,  uniosła  oba  sztylety,  jakby  zamierzała  je  rzucić,  po  czym, 

wykorzystując całą siłę mięśni nóg, puściła się za przyjaciółmi. 

Samica  jastrzębionietoperza,  ujrzawszy,  że  uciekli,  po  raz  ostatni  zaskrzeczała,  a 

potem odleciała, najwyraźniej zadowolona. 

Biegnący Zekk usłyszał jeszcze okrzyk Norysa: 

-  Złapiemy  cię  następnym  razem,  śmieciarzu!  Czy  mnie  słyszysz?  Wcześniej  czy 

później i tak przyłączysz się do naszego gangu. 

Zekk  nie  odpowiedział.  Nadal  wiódł  młodych  Jedi  labiryntem  klatek  schodowych, 

kołyszących  się  napowietrznych  kładek,  ruchomych  schodów  i  turbowind,  coraz  wyżej  i 

wyżej,  kierując  się  ku  powierzchni.  Ciężko  dyszał,  ale  na  jego  zaczerwienionej  twarzy 

malowało się uniesienie. Przez cały czas nie przestawał triumfalnie się uśmiechać i przyciskać 

drogocennego jaja do piersi. 

-  Pamiętam,  jak  mówiłeś,  że  jastrzębionietoperze  mają  krótką  pamięć  -  powiedział, 

kilkakrotnie chwytając powietrze między jednym a drugim słowem. 

Jacen wzruszył ramionami, po czym spojrzał na chłopaka, jakby chciał go przeprosić. 

- Czy nie cieszysz się, że nie miałem racji? - zapytał. 

- Tak - przyznała Jaina. - Wszyscy się cieszymy. 

- Chodźcie - przynaglił Zekk młodych Jedi. - Zanieśmy to do domu. 

background image
background image

ROZDZIAŁ 4 

 

Czworo młodych Jedi, zgłodniałych jak wilki, podążyło za Zekkiem do miejsca, które 

chłopak  nazywał  swoim  domem.  Większość  mieszkańców  Coruscant  opuściła  stolicę  w 

czasach  toczonych  w  okresie  Rebelii  zaciętych  walk,  wskutek  czego  wiele  lokali, 

znajdujących  się  na  środkowych  poziomach  miasta,  stało  pustych,  chociaż  nadawało  się  do 

zamieszkania. W niektórych żyli ludzie, wdzięczni za to, że nie muszą szukać schronienia na 

najniższych piętrach, wiecznie ciemnych, wilgotnych i zaniedbanych. 

Od  wielu  lat  jedno  z  takich  mieszkań  dzielił  Zekk  ze  starym  Peckhumem.  Chudy 

siwowłosy  mężczyzna  nie  miał  stałej  pracy,  ale  od  czasu  do  czasu  podejmował  się  różnych 

zadań.  Najczęściej  dostarczał  towary  na  pokładzie  „Piorunochronu”,  pokiereszowanego 

towarowego  transportowca,  albo  wykonywał  prace,  zlecane  przez  władze  Nowej  Republiki. 

Stary pilot i Zekk zaprzyjaźnili się i pomagali sobie, jak ojciec i syn. Obaj byli zadowoleni z 

tego, że mają gdzie mieszkać i w trudnych chwilach mogą liczyć na wzajemną pomoc. 

Chłopak poprowadził czworo młodych Jedi ciemnymi korytarzami wiodącymi do jego 

mieszkania.  Kiedy  w  końcu  wszyscy  dotarli  na  miejsce,  Jaina  zauważyła,  że  Peckhum 

zainstalował  na  ścianie  obok  drzwi  nowy  odbiornik  informacji.  Zapewne  liczył  się  z 

możliwością,  że  ktoś  mógłby  chcieć  zostawić  jakąś  wideowiadomość,  kiedy  nikogo  nie 

będzie w domu. 

-  Możemy  tu  trochę  odetchnąć  -  oświadczył  Zekk.  Przycisnął  lewą  dłonią  jajo 

jastrzębionietoperza  do  piersi  i  zaczął  przebierać  zwinnymi  palcami  prawej  po  klawiaturze 

urządzenia umożliwiającego wejście do mieszkania. 

Metalowe  drzwi  odsunęły  się  na  bok,  ukazując  oczom  czworga  przyjaciół  wnętrze 

pełne najróżniejszych przedmiotów. We wszystkich pokojach piętrzyły się stosy znalezionych 

albo  wymontowanych  przyrządów  i  automatów,  a  także  częściowo  naprawionych 

zabytkowych urządzeń, o których przeznaczeniu nikt już dzisiaj nie pamiętał. W apartamencie 

fruwał  mały  ptak  o  szafirowym  upierzeniu.  Jaina  nie  potrafiłaby  powiedzieć,  czy  był 

własnością  mieszkańców,  czy  tylko  zabłądził,  szukając  czegoś  odpowiedniego  do  budowy 

gniazda. 

Przy  chwiejącym  się  stole  siedział  starszawy  mężczyzna  i  spoglądał  na  manifest 

okrętowy,  widoczny  na  ekranie  zniszczonego  komputerowego  notatnika.  Miał  długie  proste 

siwe włosy i pomarszczoną twarz, porośniętą co najmniej kilkudniową szczeciną. Na widok 

Zekka szeroko się uśmiechnął, po czym wstał od stołu. 

background image

-  Jak  to  dobrze,  że  wróciłeś  -  powiedział,  a  później  przeniósł  spojrzenie  na  czworo 

młodych Jedi. - Widzę, że zaprosiłeś gości. Witajcie, młodzi przyjaciele. 

Zekk  upewnił  się,  że  drzwi  wejściowe  zamknęły  się  za  nimi,  a  Jacen  natychmiast 

podjął próbę pochwycenia latającego ptaka. Tenel Ka spoglądała podejrzliwie na stosy pudeł i 

urządzenia,  jakby  szukała  pośród  nich  ukrytych  pułapek.  Lowie,  pragnąc  zapoznać  się  z 

nieznanymi woniami przyrządów elektronicznych, kilka razy pociągnął nosem. 

Tymczasem  Zekk  podszedł  do  stołu  i  z  promiennym  uśmiechem  wyciągnął  ręce  w 

stronę Peckhuma, pokazując cętkowane jajo jastrzębionietoperza. 

- Popatrz, jaki skarb znaleźliśmy - powiedział. - Jak myślisz, ile za nie dostaniemy? 

Mężczyzna  pokiwał  entuzjastycznie  głową,  po  czym  delikatnie  wyjął  jajo  z  dłoni 

chłopaka. 

-  Przypuszczam,  że  ponad  sto  kredytów  -  odparł.  -  Słyszałem,  że  wiele  ogrodów 

zoologicznych i ośrodków biologicznych chciałoby zdobyć takie cacko. 

-  Tylko  upewnijcie  się,  że  pisklę  będzie  dobrze  traktowane  - odezwał  się  poważnie 

Jacen. - Obiecałem to jego matce. 

Peckhum roześmiał się, kręcąc głową. 

-  Nigdy  nie  zrozumiem  was,  rycerzy  Jedi  -  powiedział.  -  Myślę  jednak,  że  to  nie 

będzie  bardzo  trudne.  Prawdę  mówiąc,  chyba  zacznę  od rozmowy  z  twoją  matką. Mówiono 

mi kiedyś, że przywódczyni Nowej Republiki poszukuje jakiegoś niezwykłego, egzotycznego 

stworzenia. 

Zdumiony chłopiec zamrugał powiekami bursztynowych oczu. 

- Nasza  matka  zaczęła  zbierać  okazy  niezwykłych  zwierząt?  -  zapytał.  - Mogła 

przecież poprosić mnie... 

Peckhum wzruszył ramionami. 

-  Nie  pytałem,  dlaczego  tego  poszukuje  -  stwierdził.  -  Domyślam  się,  że  chodzi  o 

prezent  dla jakiegoś  dyplomaty.  Przypuszczam,  że  to  jajo  byłoby  doskonałym  upominkiem, 

gdyby zostało umieszczone w odpowiednim inkubatorze. 

Jaina  rozejrzała  się,  czy  mogłaby  gdzieś  usiąść,  i  w  końcu  zdecydowała  się  na  stos 

połatanych  i  wypranych  pledów,  które  stary  Peckhum  bez  wątpienia  zamierzał  sprzedać 

jakiemuś  handlarzowi.  Zekk  pospieszył  do  pomieszczenia  pełniącego  funkcję  kuchni,  po 

czym zajął się przygotowaniem obiadu. 

-  Ostatnio,  kiedy  się  widzieliśmy,  Peckhumie  -  odezwała  się  Jaina  tonem 

przyjacielskiej  pogawędki  -  starałeś  się  stawić  czoło  bestii,  która  wyłoniła  się  z  ostępów 

dżungli na Yavinie Cztery. 

background image

Peckhum nerwowo się roześmiał. Zapewne dobrze pamiętał tamte chwile. 

- Od wielu lat nie byłem tak przerażony jak wówczas - przyznał. - Miejmy nadzieję, że 

z każdym dniem wasz księżyc staje się coraz bardziej cywilizowany. 

-  Czy  wybierasz  się  wkrótce  z  następnym  transportem  do  akademii  Jedi?  - 

zainteresował się Jacen. 

- Nie, zlecono mi dokonanie przeglądu zwierciadeł, umieszczonych na orbicie wokół 

Coruscant - odparł mężczyzna. - To niewdzięczna praca, ale dobrze płatna... a przecież ktoś 

musi ją wykonać. A poza tym, to nic trudnego, jeżeli spojrzeć na to od tej strony. 

Ponieważ  niemal  całą powierzchnię  Coruscant  zajmowało  miasto,  inżynierowie  już 

dawno  opracowali  sposób,  dzięki  któremu  ludzie  mogli  mieszkać  nawet  w  bardzo  zimnych, 

południowych i północnych rejonach planety. Na orbicie umieszczono ogromne zwierciadła, 

które  odbijały  promienie  słońca,  aby  później  skupić  je  i  skierować  w  tamte  okolice.  Dzięki 

temu  uzyskiwano  wystarczająco  dużo  ciepła,  żeby  stopić  podbiegunowe  lody  i  umożliwić 

milionom ludzi zamieszkanie nawet w tych niegościnnych miejscach. 

Jaina  dobrze  rozumiała  wszystkie  kłopoty  techniczne,  związane  z  automatycznym 

kierowaniem  ogromnych  zwierciadeł  w  taki  sposób,  żeby  odbite  promienie  padały  pod 

odpowiednimi kątami. Zajęcie, polegające na okresowym sprawdzaniu poprawności działania 

luster,  przypominało  trochę  pracę  starożytnych  latarników,  którzy  także  kontrolowali  pracę 

morskich latarń, rozmieszczonych wzdłuż skalistych wybrzeży. 

-  Taka  praca  może  być  świetną  okazją  do  oddawania  się  rozmyślaniom  -  stwierdziła 

Tenel Ka. 

- To prawda - przyznał Peckhum. - Chciałbym tylko, żeby jej warunki nie były tak... 

surowe. 

-  A  właściwie  dlaczego  warunki  pracy  w  orbitalnej  stacji  kontrolnej  są  surowe?  - 

zapytała  Jaina.  -  Czy  nie  ma  tam  żadnych  urządzeń  zapewniających  rozrywkę?  Żadnych 

automatów, przygotowujących posiłki? 

Peckhum parsknął. 

- Projektanci stacji przewidzieli i jedne, i drugie. Co z tego, kiedy nie działają. Stacje, 

kontrolujące  pracę  zwierciadeł,  umieszczono  na  orbitach  bardzo  dawno,  jeszcze  zanim  całą 

władzę przejął Imperator. W czasach Imperium uważano pracę w nich za rodzaj kary, na jaką 

skazywano szturmowców odmawiających wykonania rozkazu. 

Automaty  przygotowujące  posiłki,  urządzenia  dostarczające  rozrywek,  systemy 

regulacji temperatury czy nawet aparatura telekomunikacyjna - to wszystko coraz częściej się 

psuje. Nie słyszałem, żeby jacyś technicy chcieli odwiedzić taką stację, by dokonać przeglądu 

background image

urządzeń. Widocznie Nowa Republika musi myśleć o tylu innych sprawach, że nie ma czasu 

zająć się jakością holowideogramów w jakiejś stacji kontrolującej ustawienie zwierciadeł! 

Jaina zacisnęła wargi i oparła brodę na dłoniach. 

-  Chyba  znam  powód  tych  usterek  i  niedomagań  -  oznajmiła.  - Zapewne 

wystarczyłoby  tylko  zainstalować  nową  centralną  jednostkę  wielozadaniową.  Możliwe,  że 

wyeliminowałoby to wszystkie awarie. 

Peckhum  wyłączył  komputerowy  notatnik,  po  czym  wsunął  go  do  skórzanej  torby, 

przewieszonej przez oparcie krzesła. 

-  Mówisz  tak,  jakbym  sam  tego  nie  wiedział  -  odparł.  -  Takie  jednostki  są  jednak 

strasznie  drogie,  a  poza  tym  bardzo  trudno  je  otrzymać.  Pięciokrotnie  prosiłem  o  przysłanie 

nowej  i  za  każdym  razem  spotykałem  się  z  odmową.  Odpowiadano  mi,  że  „środki,  jakimi 

dysponuje Nowa Republika, muszą być przydzielane tam, gdzie są najbardziej potrzebne”. - 

Peckhum  powiedział  to  tak,  jakby  cytował  słowa  oficjalnego  raportu.  -  Widocznie  moich 

potrzeb nie uważa się za najpilniejsze. - Potarł zarost na policzku. - No cóż, jakoś będę musiał 

sobie  radzić.  Najważniejsze,  że  mam  pracę.  W  zeszłym  miesiącu  wydałem  kilka  własnych 

kredytów i kupiłem kieszonkowy odtwarzacz hologramów. Zabiorę go ze sobą. Będzie musiał 

mi wystarczyć. 

Z  kuchni  wyszedł  Zekk,  trzymając  tacę  ze  stosem  samopodgrzewających  się 

pojemników z racjami żywnościowymi. 

-  Chyba  wiem,  gdzie  można  zdobyć  taką  centralną  jednostkę  wielozadaniową  - 

powiedział, dotykając brodą puszki umieszczonej na wierzchołku stosu. - Pamiętacie ten stary 

wahadłowiec, który znaleźliśmy? Z pewnością miał na pokładzie wiele podsystemów. Musiał 

być wyposażony w coś, co kontrolowałoby działanie wszystkich równocześnie. 

-  Z  pewnością  był  -  stwierdziła  Jaina,  energicznie  kiwając  głową.  -  Wszystkie  stare 

pasażerskie wahadłowce miały podobny system. Może był nieporęczny, ale funkcjonował bez 

zarzutu. 

Peckhum wyszczerzył zęby w uśmiechu, ale po chwili zmarszczył czoło. 

-  No  cóż,  wyruszam  w  drogę  jutro  rano,  a  poza  tym  wcale  nie  jestem  pewien,  czy 

umiałbym sam zainstalować taką jednostkę, nawet gdybyście mi ją dali - powiedział. 

Zekk machnął lekceważąco ręką. 

-  Nie  przejmuj  się  tym  -  oświadczył  beztrosko.  -  Zanim  wrócisz,  zdobędę  to 

urządzenie. Obiecuję. 

-  A  kiedy  wyprawisz  się  znów  do  takiej  stacji,  polecimy  z  tobą  i  pomożemy  ci  je 

zainstalować  -  zaproponowała  Jaina,  czując  nadarzającą  się  okazję.  Lowbacca  także  ryknął, 

background image

wyraźnie zainteresowany tym pomysłem. 

W oczach starego mężczyzny pojawiły się iskry zdumienia i zachwytu. 

-  No  cóż,  myślę,  że  może  się  wam  udać  -  powiedział.  -  Uczcijmy  to  porządnym 

obiadem. 

Jednym  ruchem  ręki  zgarnął  z  blatu  koślawego  stołu  różne  przedmioty,  robiąc 

miejsce,  na  którym  Zekk  mógłby  postawić  tacę  ze  stosem  racji  żywnościowych. 

Ciemnowłosy chłopak przez chwilę przyglądał się puszkom, po czym wręczył wszystkim po 

jednej.  Otwarcie  wieczek  uruchomiło  ukryte  w  dnach  podgrzewacze  i  wkrótce  ze  środka 

każdego pojemnika zaczęły wydobywać się obłoczki pary. 

Jaina  kilka  razy  podejrzliwie  pociągnęła  nosem,  a  Jacen  szturchnął  widelcem 

zawartość  puszki.  Tenel  Ka  poświęciła  uwagę  napisom,  widocznym  na  przyklejonej  do 

pojemnika etykiecie. Lowie wyraził swoje wątpliwości przeciągłym warknięciem. 

- Nie powinien pan tak narzekać, panie Lowbacco - odezwał się Em Teedee. - Jestem 

przekonany, że to coś pożywnego. Widzi pan? Na znak, że zawartość nadaje się do spożycia, 

na etykiecie odciśnięto imperialną pieczęć. 

Zekk uniósł jeden z pojemników. 

- To stare racje żywnościowe, jakie wydawano szturmowcom - oznajmił z dumą. - W 

jednym  z  niższych  budynków  znaleźliśmy  imperialny  magazyn  z  zapasami  żywności. 

Możliwe, że te racje nie są bardzo smaczne, ale zawierają wszystkie składniki, niezbędne dla 

organizmu człowieka. 

Tenel  Ka  wbiła  widelec  w  nieapetyczną  masę,  po  czym  uniosła  do  ust,  by  po  chwili 

mruknięciem przyznać rację chłopakowi. 

- Całkiem znośne - oświadczyła. 

Jaina  zamieszała  szarawą,  podobną  do  kitu  substancję,  po  czym  uśmiechnęła  się  na 

widok Zekka, który właśnie próbował zawartość swojego pojemnika. Po chwili i ona wzięła 

do  ust  małą  porcję  i  stwierdziła,  że  nie  czuje  w  ustach  nieprzyjemnego  smaku,  jakiego 

podświadomie  oczekiwała.  Prawdę  mówiąc,  nie  poczuła  żadnego  smaku,  więc  zaczęła  jeść, 

nie chcąc okazać się nieuprzejma. Kiedy skończyła, wstała od stołu i spojrzała w zielonkawe 

oczy Zekka. 

- Czy pozwolisz, że teraz my zaprosimy cię na obiad? - zapytała. 

Zekk uśmiechał się, usłyszawszy tę propozycję. 

- Bardzo chętnie - odparł. - Kiedy? 

-  No  cóż  -  rzekła  Jaina.  Zastanawiając  się,  przygryzła  dolną  wargę.  -  Ponieważ 

Peckhum  odlatuje  jutro  rano,  dlaczego  nie  miałbyś  przyjść  do  Pałacu  Imperialnego  jutro 

background image

wieczorem? Przed południem rodzice zabierają nas na wycieczkę, ale po południu wydajemy 

coś  w  rodzaju  uroczystego  bankietu.  Takie  przyjęcia  są  co  prawda  strasznie  nudne,  chcemy 

cię ugościć. Myślę, że uda mi się załatwić ci zaproszenie. 

- Naprawdę? - zapytał z nadzieją chłopak. 

- Jasne - odparła Jaina. 

- To prawda - przyznał Jacen. - Przypuszczam, że Threepio, obsługując nas, napracuje 

się jak nigdy przedtem. 

background image

ROZDZIAŁ 5 

 

Padające  ogromne  płatki  śniegu  były  ledwo  widoczne  na  tle  wszechobecnej  bieli 

podbiegunowych rejonów Coruscant. Jak okiem sięgnąć królowały śnieg i lód, pokrywające 

wszystkie góry. Powietrze, wypuszczane przez Jainę, tworzyło przed jej twarzą obłoczki pary. 

Dziewczyna czuła rozkoszne mrowienie nosa i gardła, drażnionych przez lodowate, ale czyste 

i świeże powietrze, którym oddychała. 

W  przeciwieństwie  do  niego  tauntaun,  którego  dosiadała,  po  prostu  śmierdział. 

Zwierzę powinno być porządnie wytresowane i czyste, ale Jaina nie sądziła, żeby bothański 

hodowca, opiekujący się bestiami w podbiegunowych stajniach, poświęcał tyle samo czasu na 

utrzymywanie stworzeń w czystości, co na ich trenowanie. 

Tauntaun  był  porośniętym  białą  sierścią  śnieżnym  gadem,  z  którego  łba  wyrastały 

zakrzywione  rogi.  Zwierzę  biegało  na  silnie  umięśnionych  trójpalczastych  tylnych  łapach, 

ukształtowanych  w  taki  sposób,  żeby  mogło  dosyć  szybko  przedzierać  się  przez  śnieżne 

zaspy.  Macierzystym  światem  tych  bestii  była  lodowa  planeta  Hoth,  na  której  Sojusz 

Rebeliantów założył przed wielu laty tajną bazę. Niedawno pewien przedsiębiorczy hodowca 

sprowadził kilka takich gadów do urządzonej w podbiegunowych okolicach Coruscant stajni i 

proponował  przejażdżki  entuzjastom  sportów  zimowych,  którzy  spędzali  wolny  czas  w  tych 

stronach.  Okazało  się  jednak,  że  po  przetransportowaniu  na  inny  świat  tauntauny  stały  się 

narowiste  i  uparte.  Jaina  nie  mogła  zrozumieć,  jakim  cudem  przejażdżka  na  grzbiecie 

zwierzęcia może sprawić komukolwiek przyjemność. 

Kiedy starała się dogonić Jacena, jadącego przed nią także na tauntaunie, jej bestia bez 

przerwy  szarpała  łbem,  zapewne  usiłując  pozbyć  się  wędzidła  z  pyska.  Anakin  jechał  za 

plecami  ojca,  który  z  kolei  podążał  śladami  Leii.  Han  Solo  uważał  się  za  specjalistę  od 

jeżdżenia na grzbietach tych upartych stworzeń, ale Jaina nie mogła powstrzymać chichotu na 

widok kłopotów ojca z rumakiem, skaczącym dziko po śnieżnym pustkowiu. 

Dziewczyna  najbardziej  cieszyła  się  z  okazji  spędzenia  kilku  godzin  z  rodziną,  z 

daleka od zatłoczonych i gwarnych pomieszczeń metropolii. Cieszyła się, że dzieci mogą być 

po prostu dziećmi, a rodzice - zwyczajnymi rodzicami... choćby tylko przez krótki czas. 

Lowie  postanowił  zostać  w  towarzystwie  swojego  wuja,  Chewbaccy,  a  Threepio 

zaproponował Tenel Ka, że pokaże jej najtrudniejsze tory przeszkód na Coruscant. 

Niedługo Jaina, Jacen i ich przyjaciele mieli wrócić do akademii Jedi na dalszą część 

nauki,  a  Han  i  Leia  musieli  znów  zająć  się  rozwiązywaniem  problemów,  związanych  z 

background image

umacnianiem Nowej Republiki. 

Na razie jednak wszyscy przebywali na wakacjach. 

- Pościągajmy się! - zaproponował Jacen, pochylając się na grzbiecie tauntauna. 

Jaina natychmiast postanowiła podjąć rzucone przez brata wyzwanie. 

- No, to na co jeszcze czekamy? - zapytała, po czym także pochyliła się i wbiła pięty 

w boki swojego śnieżnego gada. 

Kiedy  jednak  Jacen  wydał  dziki  okrzyk,  chcąc  zachęcić  swoją  bestię  do  pośpiechu, 

jego tauntaun przystanął i za żadne skarby nie chciał zrobić ani kroku dalej. 

Tymczasem wierzchowiec Jainy pogalopował tak szybko, jak potrafił, ale dziewczyna 

nie miała czasu, żeby cieszyć się ze zwycięstwa. Wszystko wskazywało na to, że czeka ją tyle 

samo  kłopotów  z  powstrzymaniem  swojego  gada  co  jej  brata  ze  zmuszeniem  swojego  do 

ruszenia w dalszą drogę. 

 

-  Jeszcze  trochę  zupy?  -  zapytała  Leia,  pochylając  się  nad  wbitym  w  jakąś  zaspę 

termicznym pojemnikiem. 

Jaina pokręciła głową. 

- Nie sądzę, żebym mogła przełknąć chociaż łyk, mamo - powiedziała. 

- Hej, a ja poproszę jeszcze trochę - odezwał się Jacen. 

- I ja także - zawtórował Anakin. 

-  Powiedzmy,  że  razem  ze  mną  będzie  trzech  głodnych  mężczyzn  z  rodziny  Solo  - 

dodał  Han,  wręczając  swój  kubek  i  obdarzając  Leię  szelmowskim  uśmiechem.  -  Nigdy  nie 

potrafię odmówić, kiedy częstujesz czymś, co przygotowałaś specjalnie z myślą o wycieczce. 

- Tak, przypuszczam, że potrafię naciskać guziki automatu przygotowującego posiłki 

zręczniej niż jakakolwiek inna znana ci osoba - odparła cierpko Leia. 

Jaina westchnęła, zadowolona, że wreszcie ma okazję chociaż trochę odpocząć. Przez 

kilka  następnych  godzin  po  zakończeniu  przejażdżki  na  grzbietach  tauntaunów  zjeżdżali  na 

turbonartach,  rzucali  się  pigułami,  a  nawet  budowali  zamki  ze  śniegu.  Teraz,  siedząc 

wygodnie na grubej warstwie izolacyjnej termopianki, dziewczyna wyciągnęła ręce i zaczęła 

chwytać osiadające na jej rękawicach płatki śniegu. 

- Chciałabym, żebyśmy mogli robić to częściej - powiedziała. 

- Może powinniśmy - zgodziła się jej matka. 

Anakin skończył siorbać resztę zupy ze swojego kubka. 

-  Ja  także  niedługo  polecę  do  akademii  Jedi  -  oznajmił.  -  Będziemy  mogli  wówczas 

częściej jadać razem posiłki. 

background image

-  Och,  dobrze,  że  mi  o  tym  przypomniałeś  -  rzekła  Leia.  -  Pamiętajcie,  że  dzisiaj 

wieczorem wydaję bardzo ważne przyjęcie na cześć nowej ambasador Alfy Karnaka. 

-  Gdzie  jest  ta  Alfa  Karnaka?  -  zainteresował  się  Jacen.  -  Chyba  nigdy  o  niej  nie 

słyszałem. 

-  Jeszcze  dalej  niż  gromada  gwiezdna  Hapes  -  odparła  jego  matka.  -  W  pobliżu 

systemów jądra galaktyki. 

-  Czy  to  właśnie  w  pobliżu  jądra  znajdują  się  systemy  będące  ostatnimi  bastionami, 

jakie dochowują wierności Imperium? - zapytała Jaina. 

- Jasne, że tak - odparł Han Solo. - To właśnie dlatego to przyjęcie jest tak ważne dla 

waszej matki. Będziecie musieli zachowywać się, jak najlepiej umiecie. 

Jacen jęknął. 

- Jeżeli to takie ważne, dlaczego my musimy uczestniczyć w tym bankiecie? 

Leia obdarzyła go ciepłym uśmiechem. 

- Zależy mi na tym, żebyście poznali nową panią ambasador. Musicie wiedzieć, że w 

społeczeństwie  Alfy  Karnaka  dzieci  odgrywają bardzo  ważną rolę.  Są  traktowane  jak 

drogocenne  skarby,  z  każdym  dniem  coraz  bardziej  wartościowe.  W  społeczności  Karnaka 

wielodzietne  rodziny  cieszą  się  największym  szacunkiem.  Część  ich  rządu  stanowi  rada 

zajmująca się tylko problemami dzieci. 

-  Blasterowe  błyskawice  -  mruknął  Jacen.  -  Zupełnie  zapomniałem.  Przecież 

zaprosiliśmy Zekka na dzisiejszy wieczór. 

- Czy mógłby przyjść na ten bankiet, mamo? - zapytała błagalnie Jaina. 

Leia wyglądała na zakłopotaną. Jaina rzadko widywała ten wyraz na twarzy matki. 

-  Zekk?  Wasz  młody  przyjaciel?  -  zapytała.  -  Ten  sam,  który  kiedyś  nie  miał  gdzie 

mieszkać? 

-  Czy  nie  mówiłaś  zawsze,  że  liczy  się  charakter,  a  nie  to,  gdzie  kto  mieszka  i  skąd 

pochodzi? - odezwała się Jaina, jakby chcąc się usprawiedliwić. 

- No, ta-a-a-k... - odparła Leia, wyraźnie przeciągając to słowo. 

- Proszę cię, mamo, zgódź się! - nalegała dziewczyna. - Jeżeli się zgodzisz, pozwolę 

nawet, żebyś zaplotła moje włosy - dodała z nadzieją. 

Spojrzała na braci, jakby szukając u nich poparcia, i zauważyła na twarzy Anakina ów 

szczególny wyraz, jaki malował się na niej zawsze, ilekroć młodszy brat usiłował rozwiązać 

jakiś trudny problem. 

-  Jeżeli  ci  z  Karnaka  tak  bardzo  cenią  dzieci,  czy  ich  pani  ambasador  nie  będzie 

jeszcze  szczęśliwsza,  jeżeli  przy  stole  ujrzy  o  jedno  dziecko  więcej?  -  zapytał  w  końcu 

background image

chłopiec. 

Twarz jego matki natychmiast się rozchmurzyła. 

- Tak, oczywiście. Masz rację. Wasz przyjaciel Zekk będzie mile widzianym gościem. 

Prawdę mówiąc, uważam, że powinniście zaprosić także Tenel Ka i Lowiego. 

Jaina roześmiała się, nie kryjąc wielkiej ulgi. 

- Wspaniale! Zaproszę ich, kiedy powrócimy. 

Jacen, który także skończył jeść zupę, wstał i zapytał: 

- Czy musimy wracać już w tej chwili? Han zerknął na chronometr. 

- Nie, została nam jeszcze godzina albo dwie - odparł. 

- No cóż, w takim razie - zaczął chłopiec - pościgajmy się, kto będzie pierwszy u stóp 

tamtej góry! 

Wszyscy się roześmieli, a potem zaczęli pospiesznie przypinać turbonarty. 

background image

ROZDZIAŁ 6 

 

Tego  samego  wieczora o  umówionej  godzinie  Zekk  pojawił  się  przed  bramą  i  został 

wpuszczony do ogromnego pałacu. Strażnicy Nowej Republiki sprawdzili, czyjego nazwisko 

figuruje na liście zaproszonych gości, po czym wskazali mu jeden z eleganckich, kolebkowo 

sklepionych korytarzy. Chociaż chłopak znał drogę do komnat Jacena i Jainy, umundurowani 

żołnierze  nalegali,  że  będą  jego  oficjalną  „eskortą”.  Zekk  był  tym  wszystkim  cokolwiek 

onieśmielony. 

W  nowych,  odświętnych,  ale  niewygodnych  szatach  czuł  się  dziwnie  skrępowany, 

wiedział jednak, że podczas oficjalnego bankietu powinien być elegancko ubrany. Przyrzekł 

sobie w duchu, że nie wprawi nikogo w zakłopotanie. Najbardziej zależało mu na tym, by nie 

przynieść wstydu bliźniętom. 

Zanim  stary  Peckhum  odleciał  do  orbitalnej  stacji,  by  samotnie  dokonać  przeglądu 

urządzeń  kontrolujących  ustawienie  ogromnych  zwierciadeł,  pomógł  Zekkowi  wybrać  kilka 

części  odpowiedniego  na  tę  uroczystość  stroju.  Później  młodzieniec  wyruszył  na 

poszukiwania  stosownej  marynarki,  którą  udało  mu  się  w  końcu  zdobyć  dzięki  temu,  że 

sprzedał kilka najładniejszych świecidełek i zabytków ze swojej kolekcji. Teraz, kiedy jechał 

turbowindąna wyższy poziom, a potem kroczył labiryntem okazałych korytarzy, kierując się 

ku  apartamentom,  zajmowanym  przez  przywódczynię  Nowej  Republiki,  czuł  się  jak 

prawdziwy strojniś. 

Przed  drzwiami  zauważył  go  android  protokolarny  See-Threepio.  Wprowadził 

chłopaka do komnaty, po czym zamaszystym gestem złocistej ręki odprawił żołnierzy. 

-  Ach,  cieszę  się,  że  pan  przyszedł,  młody  panie  Zekku  -  powiedział.  -  Prawdę 

mówiąc,  trochę  jednak  się  pan  spóźnił.  Będziemy  musieli  się  pospieszyć.  Trzeba  będzie 

jeszcze przygotować to i owo. 

Zekk przeciągnął dłońmi po fałdach niewygodnego odświętnego ubrania. 

-  Co  to  znaczy,  przygotować  to  i  owo?  -  zapytał.  -  Jestem  przecież  gotów.  Mam  na 

sobie uroczyste ubranie... czego jeszcze mi potrzeba? 

Z  głośnika  w  głowie  Threepia  wydobyło  się  kilka  dźwięków  do  złudzenia 

przypominających cmoknięcia. Android przesunął dłonią po gorsie koszuli Zekka. 

- O rety - jęknął. - To ubranie jest naprawdę szykowne, ale przede wszystkim bardzo... 

niezwykłe.  Jeżeli  moje  bazy  danych  się  nie  mylą,  przed  kilkoma  dziesięcioleciami  było 

uważane za dosyć modne. Powiedziałbym nawet, że ma całkiem dużą wartość historyczną. 

background image

Zekk poczuł nagle, że ogarnia go rozczarowanie. Poświęcił przecież tyle czasu i trudu, 

aby prezentować się jak najlepiej. Uczynił naprawdę wszystko, co tylko było w jego mocy, a 

gderliwy android, lekceważąc jego dobre chęci, w ciągu kilku sekund pozbawił go wszelkich 

złudzeń. 

Z bocznej komnaty niemal wybiegła Leia Organa Solo, ale na widok Zekka stanęła w 

pół kroku. Jej oczy rozszerzyły się ze zdziwienia. 

-  Och...  to  znaczy,  witaj,  chłopcze  -  odezwała  się  po  chwili.  - Cieszę  się,  że 

przyszedłeś. 

Obejrzała  go  od  stóp  do  głów,  jakby  chciała  przeniknąć  spojrzeniem  na  wylot.  Zekk 

zgrzytnął zębami, ale starał się nie dać poznać po sobie, że poczuł się zakłopotany. Był jednak 

niemal  pewien,  że  na  jego  policzkach  pojawiły  się  szkarłatne  plamy.  Uroczysty  strój,  jaki 

włożył  specjalnie  z  myślą o  bankiecie,  wydawał  mu  się  teraz  równie  śmieszny  jak  kostium 

pajaca. 

- Mam nadzieję, że nie sprawiam nikomu kłopotu... - zaczął i urwał, nie wiedząc, co 

powinien powiedzieć. - To znaczy... Nie starałem się, żeby Jacen i Jaina mnie zaprosili... 

-  Nie  przejmuj  się  tym,  chłopcze  -  przerwała  mu  Leia,  a  potem  obdarzyła  chłopaka 

ciepłym  uśmiechem.  -  Nowa  pani  ambasador  z  Alfy  Karnaka  przybyła  z  własną  gromadką 

dzieci, tak że możesz się uspokoić. Po prostu zachowuj się, jak najlepiej potrafisz. 

Po  chwili  powrócił  Threepio,  niosąc  kilka  przedmiotów  mających  poprawić  wygląd 

zewnętrzny gościa. 

-  Młody  panie  Zekku,  przypuszczam,  że  powinniśmy  zacząć  od  czesania  włosów  - 

oznajmił.  -  Wszyscy  muszą  się  prezentować  jak  najbardziej  okazale.  Ten  bankiet  jest  dla 

Nowej Republiki sprawą honoru. Jaka szkoda, że nie udało mi się dotrzeć do tych starych baz 

danych,  które  zawierały  informacje  na  temat  zwyczajów  panujących  na  Alfie  Karnaka! 

Wygląda na to, że moi programiści zupełnie o nich zapomnieli. - Zaczął czesać włosy Zekka. 

-  O  rety,  z  pewnością  powinno  sieje  ostrzyc!  Hmmm,  jestem  ciekaw,  czy  mielibyśmy  na  to 

chociaż trochę czasu... 

Do Zekka, stojącego nieruchomo i poddającego się zabiegom przesadnie troskliwego 

androida,  podbiegły  bliźnięta,  by  powitać  przyjaciela.  Przygładzone,  proste  włosy  chłopca 

wyglądały  naprawdę  niezwykle,  a  jego  twarz  została  tak  dokładnie  umyta,  że  Jecen  tylko  z 

trudem go rozpoznał. 

- Witaj, Zekku! - zawołała Jaina, naprawdę ucieszona pojawieniem się gościa, ale na 

widok  niezwykłego  ubrania  przyjaciela  przycisnęła  palce  do  ust,  z  trudem  tłumiąc  chichot. 

Chłopak poczuł, że rumieńce wstydu na jego twarzy przybierają intensywniejszy odcień. 

background image

Spróbował  wyrwać  się  z  objęć  nieustannie  zrzędzącego  androida,  ale  Threepio 

przypomniał mu surowo: 

- Przecież  jestem  protokolarnym  androidem,  proszę  pana,  i  doskonale  wiem,  jak 

powinno się wyglądać podczas takich uroczystości. 

Zekk nie zamierzał się z nim sprzeczać, ale kilkakrotnie skrzywił się, kiedy Threepio 

uparcie rozczesywał jego włosy. 

- Nie jestem pewien, czy to był dobry pomysł - powiedział, zwracając się do bliźniąt. - 

Pamiętajcie o tym, że nie znam się na dyplomacji. Nie wiem niczego na temat dobrych manier 

ani etykiety. 

Jaina się roześmiała. 

- Nie przejmuj się tym - odrzekła. - Kieruj się zdrowym rozsądkiem we wszystkim, co 

będziesz  robił  albo  mówił,  i  przyglądaj  się  temu,  co  będą  robili  inni.  To  uroczysty 

dyplomatyczny  bankiet,  w  trakcie  którego  będziesz  musiał  postępować  zgodnie  z  wieloma 

nudnymi  ceremoniami,  ale  jedzenie  powinno  być  wyśmienite.  Z  pewnością  będzie  ci 

smakowało. 

Zekk nie uznał za słuszne przypomnieć dziewczynie, że bardzo łatwo było jej mówić 

takie rzeczy. Przecież uczono ją przez tyle lat dyplomatycznych procedur i ceremoniałów, że 

teraz niemal instynktownie wiedziała, jak powinna zachowywać się w różnych sytuacjach. On 

jednak nie był wychowywany w taki sposób. Pomyślał, że cała impreza będzie jedną wielką 

katastrofą. 

See-Threepio,  który  w  końcu  chyba  zrezygnował  z  całkowitego  rozczesania  włosów 

gościa, stał teraz przed nim i z rozpaczą załamywał złociste ręce. 

- O rety - westchnął w końcu. - Mam wrażenie, że to wszystko nie wypadnie najlepiej. 

Zekk nie mógł się z nim nie zgodzić. 

 

Kiedy  wszyscy  wchodzili  do  wielkiej  sali,  w  której  zwykle  urządzano  oficjalne 

bankiety, na końcu grupy kroczyła Tenel Ka, dobrze świadoma wszystkiego, co j ą czeka. Oto 

miała uczestniczyć w bardzo ważnej dyplomatycznej uroczystości. Przecież właśnie do tego 

przygotowały ją surowe nauki babki, jakich wysłuchiwała w komnatach królewskiego dworu 

Hapes.  Tenel  Ka  była  księżniczką,  następczynią  hapańskiego  tronu  i  przyszłą  władczynią 

systemów gwiezdnych tworzących gromadę Hapes. Dotychczas robiła jednak wszystko, żeby 

unikać  takich  przyjęć.  Zamiast  tego  spędzała  cały  wolny  czas  na  niegościnnej  Dathomirze, 

rodzimej planecie matki, gdzie mogła ćwiczyć i żyć jak prawdziwa wojowniczka. Pochodząca 

z  Hapes  babka  dziewczyny  sprzeciwiała  się  kierunkowi  wychowania,  w  jakim  zdecydowała 

background image

się  podążać  księżniczka,  ale  Tenel  Ka  miał  na  ten  temat  odmienne  zdanie.  Wiele  razy 

udowodniła, że potrafi być stanowcza. 

Teraz kroczyła za Jacenem, Jaina i Zekkiem w towarzystwie Lowbaccy i milczącego 

młodszego brata bliźniąt, Anakina. Miała na sobie krótki, dopasowany do gibkiego ciała strój, 

wykonany  z  barwnych  kawałków  jaszczurczej  skóry,  specjalnie  na  tę  okazję  pociągnięty 

naoliwioną  szmatką  i  wypolerowany,  tak  by  połyskiwał  przy  każdym  ruchu.  Jej  silnie 

umięśnione ręce i nogi były obnażone, ale dziewczyna miała na ramionach fałdzistą pelerynę 

barwy ciemnej zieleni. 

Przez  wiele  ostatnich  miesięcy  przebywała  w  akademii  Jedi,  znajdującej  się  na 

Yavinie Cztery, a wcześniej mieszkała na Dathomirze w górskiej osadzie, pośród klanu kobiet 

ze Śpiewającej Góry. Nie nawykła do życia w pałacowych komnatach hapańskiego dworu, a 

zatem  traktowała  wydany  na  cześć  pani  ambasador  z  Alfy  Karnaka  uroczysty  bankiet  jako 

jeszcze jedno wyzwanie, któremu musi stawić czoło. 

Lowbaccę przy tej okazji wykąpano i wysuszono, a jego sierść starannie rozczesano, 

dzięki czemu wysoki Wookie, pozbawiony sterczących we wszystkie strony kudłów, sprawiał 

wrażenie  jeszcze  chudszego  niż  w  rzeczywistości.  Zaczynające  się  nad  lewym  okiem 

pasemko  ciemniejszych  włosów  zostało  również  dokładnie  uczesane.  Lowie  wyglądał  teraz 

zabójczo przystojnie... rzecz jasna, jąkną Wookiego. 

Na czele procesji, poprzedzając Hana i Leię, kroczył poważny i dumny See-Threepio, 

któremu wydawało się, że eskortuje całą grupę. Kiedy wszyscy znaleźli się przed drzwiami do 

wielkiej  sali  bankietowej,  stojący  po  obu  stronach  strażnicy  Nowej  Republiki  rozsunęli 

skrzydła na boki. Leia, wyglądająca w śnieżnobiałej szacie jak królowa, ujęła Hana pod rękę i 

weszła do środka. Mimo iż przywódczyni Nowej Republiki nie była zbyt wysoka, sprawiała 

wrażenie osoby pewnej siebie i wyjątkowo energicznej. Przypominała baterię, naładowaną do 

granic możliwości. Tenel Kaja podziwiała. 

Okazało się, że wszyscy zaczęli wchodzić do sali bankietowej w najodpowiedniejszej 

chwili.  Kiedy  gospodarze  przechodzili  przez  próg  jednych  drzwi,  drugie,  umieszczone  po 

przeciwnej  stronie,  właśnie  się  otwierały,  ukazując  wchodzącą  panią  ambasador  Alfy 

Karnaka, kroczącą na czele grupy ośmiorga własnych dzieci. 

Dyplomatka  wyglądała  jak  stóg  siana,  z  którego  sterczały  we  wszystkie  strony 

brązowe  włosy.  Przypominała  wielkie  jajo  porośnięte  sierścią  tak  długą,  że  całkowicie 

ukrywała  jej  ciało.  Trudno  nawet  było  dostrzec  błyszczące  wśród  zmierzwionych  splotów 

oczy  pani  ambasador,  a  kiedy  istota  podchodziła  do  wielkiego  stołu,  nie  było  także  widać 

ukrytych  pod  długimi  włosami  nóg.  Po  chwili  dyplomatka  z  Alfy  Karnaka  spoczęła  na 

background image

krześle,  ustawionym  u  szczytu  stołu  tuż  obok  krzesła,  przeznaczonego  dla  przywódczyni 

Nowej Republiki. Po chwili i Leia zajęła swoje miejsce, a z drugiej strony usiadł Han Solo. 

Ośmioro  dzieci  pani  ambasador  było  miniaturowymi  kopiami  matki,  również 

wyglądającymi  jak  włochate  stogi  siana.  Spiesząc  się,  pociechy  zaczęły  zajmować  miejsca 

przy  stole.  Sierść  dziewczynek  zapleciono  w  warkoczyki,  przewiązane  różnobarwnymi 

wstążkami, a sploty włosów chłopców zakończono niewielkimi, dźwięczącymi przy - każdym 

ruchu  dzwonkami.  Wszystkie  pociechy  sprawiały  wrażenie  doskonale  wychowanych  i 

siadając  na  wyznaczonych  miejscach  wzdłuż  dłuższego  boku  stołu,  zachowywały  się 

nienagannie. 

Tenel Ka była rada, że i ona pomyślała o wpleceniu barwnych wstążek w złocistorude 

włosy.  Czasami,  kiedy  przebywała  w  sali  audiencyjnej  hapańskiego  dworu,  zdarzało  się  jej 

widywać przybyszów z Alfy Karnaka. Włochate istoty, na ogół bardzo nieśmiałe i hołdujące 

przedziwnym obyczajom, były jednak niezwykle przyjacielskie i wyrozumiałe. 

Tenel  Ka  siedziała  obok  Lowbaccy,  a  Jacen,  Jaina  oraz  ich  przyjaciel  zajęli  miejsca 

bliżej  szczytu  długiego  wypolerowanego  stołu.  Młodszy  brat  bliźniąt,  Anakin,  obdarzony 

niesamowitymi jasnobłękitnymi oczami, sprawiał wrażenie, że jest mu wszystko jedno, gdzie 

usiądzie. Cierpliwie czekał, aż będzie mógł zająć miejsce pomiędzy Lowbaccą a Jacenem. 

Zaaferowany See-Threepio krzątał się wokół stołu, raz po raz stawiając na nim różne 

rzeczy  i  rozkoszując  się  wykonywanymi  czynnościami.  Był  przecież  protokolarnym 

androidem,  zaprogramowanym  specjalnie  do  takich  zajęć  -  skomplikowanych  i 

wymagających  wielkiego  taktu  ceremonii  dyplomatycznych,  nie  mających  nic  wspólnego  z 

awanturniczymi przygodami, podczas których żądano od niego, aby wykazywał się odwagą. 

Przed  błyszczącymi  talerzami,  które  postawiono  na  stole  przed  każdym  z  gości, 

umieszczono  kryształowy  wazon  z  bukietem  świeżych,  ozdobnych  i  roztaczających  miłe 

wonie  egzotycznych  roślin.  Hodowano  je  specjalnie  w  ogrodach  botanicznych  Coruscant  i 

dobierano w taki sposób, by wprawiały biesiadników w przyjemny nastrój. 

Kiedy  wszyscy  zajęli  miejsca  przy  stole,  Leia  wstała  i  zaczęła  wygłaszać  uroczyste, 

specjalnie  przygotowane  przemówienie.  Serdecznie  powitała  panią  ambasador  i  wyraziła 

życzenie  długiej  i  owocnej  współpracy.  Oświadczyła,  że  ma  nadzieję,  iż  przyszłe  stosunki 

będą  pełne  przyjaźni  i  wzajemnej  pomocy,  a  także  poszanowania  wzajemnych  interesów 

handlowych.  W  pewnej  chwili  szepnęła  coś  do  Threepia,  a  wówczas  złocisty  android 

skierował  się  do  niewielkiej  niszy,  by  po  chwili  powrócić  z jakimś  pakunkiem.  Tenel  Ka 

natychmiast  rozpoznała  przenośną  osłonę  inkubacyjną  kryjącą  dobrze  znany  przedmiot  o 

zaokrąglonych kształtach. 

background image

- Hej, to przecież jajo jastrzębionietoperza, które znaleźliśmy! - wykrzyknął Jacen, nie 

potrafiąc opanować zaskoczenia. 

Leia uśmiechnęła się do niego i kiwnęła głową. 

- To prawda - oświadczyła. - Mam nadzieję, że pani ambasador zechce przyjąć ten dar 

tym chętniej, że dowiedziała się, iż znalazły go te same dzieci, z którymi zasiada teraz przy 

stole. 

Ręce dyplomatki z Alfy Karnaka zaczęły drżeć z podniecenia. Jej długie włosy zjeżyły 

się z zachwytu, a tymczasem Leia ciągnęła: 

-  Pani  ambasador,  co  prawda  nie  znamy  jeszcze  wszystkich  panujących  na  Karnaku 

zwyczajów,  ale  słyszeliśmy  o  pani  wielkim  zamiłowaniu  do  niezwykłych  okazów  flory  i 

fauny.  Przekazano  nam  wiadomości  o wspaniałych holograficznych dioramach i ogromnych 

ogrodach  zoologicznych,  w  których  zwierzęta  mogą  żyć,  nawet  nie  wiedząc  o  tym,  że  nie 

przebywają na wolności. Pragnęłabym zatem, żeby zechciała pani przyjąć jako dar dla siebie i 

swojego  ludu  to  drogocenne  jajo  jastrzębionietoperza,  jednego  z  najtrudniejszych  do 

pochwycenia  stworzeń  żyjących  w  Imperial  City.  Tylko  niewiele  okazów  można  znaleźć  w 

ogrodach zoologicznych, rozrzuconych po planetach całej galaktyki. 

Zachwycona ambasador Alfy Karnaka zakwiliła jak małe dziecko. 

- Ten dar z całą pewnością stanie się jednym z najwspanialszych okazów, jakie udało 

nam się kiedykolwiek zdobyć - oświadczyła. 

- Musi pani jednak otoczyć pisklę specjalną opieką - wtrącił się Jacen. - Obiecałem to 

jego matce. 

Włochata istota wcale nie uznała uwagi chłopca za niezwykłą czy nieuprzejmą. 

- Daję ci na to uroczyste słowo honoru - odparła, kierując te słowa do Jacena. 

Następnie zwróciła się do Leii i poruszając ustami, ukrytymi gdzieś między splotami 

długich  włosów,  wygłosiła  własne,  równie  starannie  przygotowane  przemówienie.  Wyraziła 

w  nim  mniej  więcej  te  same  pragnienia,  które  przed  chwilą  wypowiedziała  przywódczyni 

Nowej Republiki. 

Tymczasem  jej  podobne  do  włochatych  kulek  dzieci  wierciły  się  niespokojnie  na 

krzesłach, nie mogąc doczekać się chwili, kiedy będą mogły zabrać się do jedzenia. Również 

bliźnięta i pozostali młodzi Jedi czuli, że ich żołądki zaczynają wyprawiać dziwne harce. Han 

Solo,  ubrany  odpowiednio  okazale,  raz  po raz niespokojnie  spoglądał  na  żonę,  jakby  źle  się 

czuł w koszuli ze sztywnym kołnierzykiem i wojskowym mundurze, na którym błyszczał rząd 

medali. Tenel Ka ogarnęło współczucie na jego widok. 

Kiedy  przemówienie  pani  ambasador  dobiegło  końca,  do  sali  bankietowej  wkroczył 

background image

Threepio w towarzystwie toczącego się na kółkach pomocniczego robota wiozącego ogromną 

wytłaczaną  srebrną  tacę.  Ustawiono  na  niej  ozdobne  talerze,  wypełnione  apetycznie 

wyglądającymi,  wspaniale  ułożonymi  i  przyozdobionymi  potrawami.  Kierując  się  dobrymi 

obyczajami  politycznymi,  a  także  najzwyczajniejszą  grzecznością,  złocisty  android 

pomaszerował  ku  szczytowi  stołu,  gdzie  siedziała  przywódczyni  Nowej  Republiki  w 

towarzystwie ambasador Alfy Karnaka. Chcąc pokazać, jak wielkie wrażenie wywarł na nich 

widok  tak  wspaniałych  potraw,  obie  dyplomatki  zaczęły  wydawać  odpowiednie,  pełne 

zachwytu pomruki i jęki. 

Tenel Ka przyglądała się, jak See-Threepio sięga po największy talerz, ustawiony na 

tacy pomocniczego robota, po czym kieruje się ku pani ambasador. Natychmiast zrozumiała, 

że android zamierza postawić pierwszą porcję przed dyplomatką - co, zgodnie z panującymi 

na Karnaku zwyczajami, byłoby strasznie nieuprzejme. 

Jak ukłuta szpilką zerwała się na równe nogi i nie przejmując się rym, że od złocistego 

androida dzieli ją niemal cała długość stołu, zawołała: 

- Przepraszam cię, Threepio! Czy pozwolisz, że ja to zrobię? 

Nie  czekając  na  odpowiedź,  pospiesznie  obeszła  stół  i  przystanęła  przez 

zdezorientowanym androidem. Zaczęła zdejmować z wielkiej tacy talerze z porcjami jedzenia 

i stawiać je po kolei przed dziećmi pani ambasador. Jak można było się spodziewać, zaczęła 

od najmniejszej i prawdopodobnie najmłodszej włochatej kulki. 

Zdziwiona księżniczka Leia popatrzyła na dziewczynę z Dathomiry, ale powstrzymała 

się od jakichkolwiek uwag. Tymczasem ambasador Alfy Karnaka uczyniła gest, który chyba 

oznaczał kiwnięcie głową. 

-  Bardzo  ci  dziękuję,  młoda  damo  -  powiedziała.  -  Wyświadczasz  nam  wielki 

zaszczyt.  Nie  spodziewałam  się,  by  ktokolwiek  z  dostojników  Nowej  Republiki  chciał 

stosować się do naszych obyczajów. 

Tenel Ka szturchnęła Threepia, po czym obeszła razem z nim stół i zatrzymała się za 

plecami Anakina. Położyła dłoń na ramieniu chłopca, a potem pochyliła się nad nim i zaczęła 

coś  szeptać  do  jego  ucha.  Anakin  nie  zaprotestował  ani  o  nic  nie  zapytał.  Wstał  od  stołu, 

wyjął talerz z dłoni androida i postawił go na stole przed panią ambasador. 

Zdumiona dyplomatka radośnie zakwiliła. 

-  Dziękuję  bardzo.  Jestem  wielce  zaszczycona  tym,  że  zechciała  pani  wybrać 

najmłodsze dziecko, by mi usługiwało - oznajmiła, zwracając się do Leii. 

- Ja... cała przyjemność po mojej stronie - bąknęła Leia, niepewna, co powiedzieć. 

Tenel  Ka,  która  stała  teraz  za  krzesłem  przywódczyni  Nowej  Republiki,  nieznacznie 

background image

kiwnęła głową. 

- Tak jest, pani ambasador - rzekła. - Chcieliśmy okazać pani szacunek, stosując się do 

zwyczajów  obowiązujących  na  pani  macierzystym  świecie.  Dobrze  wiemy,  że  spełnianie 

życzeń  dzieci  naszych  gości  należy  do  obowiązków  młodszej  osoby  spośród  domowników, 

podczas  gdy  najbardziej  poważanej  osobie  dorosłej  usługuje  jedno  z  dzieci  gospodarzy 

bankietu. 

-  Jestem  po  prostu  wzruszona  -  oświadczyła  dyplomatka  z  Alfy  Karnaka.  -  Jeżeli 

wszyscy  dostojnicy  Nowej  Republiki  tak  samo  znają nasze  obyczaje,  nie  sądzę,  żeby 

nawiązanie stosunków dyplomatycznych między naszymi światami zajęło bardzo dużo czasu. 

Drżąc z ulgi, że w ostatniej chwili udało się jej zapobiec kłopotliwej sytuacji, w jaką 

omal  nie  wpadła  księżniczka  Leia,  uśmiechnięta  Tenel  Ka  zajęła  poprzednie  miejsce. 

Natychmiast siedzący obok niej Jacen odwrócił głowę i nie kryjąc zdziwienia, spojrzał na nią 

swoimi bursztynowymi oczami o odcieniu koreliańskiej brandy. 

- Skąd o tym wiedziałaś? - zapytał szeptem. 

- Kiedyś... Ktoś mi o tym powiedział - odrzekła, a później umilkła, nie chcąc ujawnić, 

iż  pochodzi  z  królewskiego  rodu.  Nie  chciała  wyjawić  tej  tajemnicy  nawet  komuś,  kogo 

uważała za jednego z najlepszych przyjaciół. 

 

Zekk  nie  odzywał  się  ani  słowem,  czuł  się  dziwnie  skrępowany.  Jedzenie  było 

wyśmienite,  ale  za  każdym  razem,  ilekroć  robił  jakiś  ruch  ręką  czy  głową,  zastanawiał  się, 

czy kogoś nie obrazi albo nie wywoła dyplomatycznego incydentu. 

Tymczasem  Threepio  postawił  na  stole  pozostałe  talerze,  a  więc  chłopiec  mógł 

poświęcić  całą  uwagę  jedzeniu.  Miało  wspaniały  smak,  nie  mówiąc  o  tym,  że  było  o  wiele 

bardziej urozmaicone niż to, do którego przywykł. 

Szczególnie  smakowała  mu  zielenina,  umieszczona  w  stojącym  przed  nim 

kryształowym wazonie. Była wyjątkowo świeża i krucha. Niektóre listki miały gorzki smak, 

inne  słodkawy...  ale przecież  w  czasach,  kiedy  tułał  się  po  ulicach,  zdarzało  mu  się  nieraz 

jadać  o  wiele  gorsze  rzeczy.  Pamiętał,  jak  opiekał  nad  ogniem  odrywane  od  granitowych 

ścian ślimaki czy gotował pokrojone kawałki grzybów rosnących na durbetonowych murach. 

Te warzywa były przynajmniej pachnące i pożywne. Naprawdę mu smakowały. 

Miał  wrażenie,  że  i  gospodarze,  i  goście  zajęci  są  grzecznościową  rozmową  na 

neutralne  polityczne tematy.  Czując się  coraz  bardziej  zagubiony,  postanowił  przyłączyć  się 

do tej konwersacji. Odsunął na bok pusty kryształowy wazon i powiedział: 

- Zielenina była naprawdę doskonała. Nie sądzę, żebym kiedykolwiek w życiu jadł coś 

background image

równie smacznego. 

Wydawało  mu  się,  że  jego  uwaga  nie  powinna  zostać  uznana  za  coś  niestosownego. 

Chcąc  dać  dowód,  że  zamierza  wziąć  udział  w  rozmowie  toczącej  się  przy  stole, 

wypowiedział uprzejmy komplement, który z całą pewnością nie powinien nikogo urazić ani 

zdziwić. 

Mimo  to  nagle  uświadomił  sobie,  że  kierują  się  na  niego  oczy  wszystkich  osób 

siedzących  przy  wielkim  stole.  Pospiesznie  rzucił  okiem  na  przód  swojej  niemodnej 

marynarki, czy przypadkiem nie zabrudził jej jakimś jedzeniem albo płynem. 

Z  oczu  Jacena  wyzierało  zdumienie  zmieszane  z  niedowierzaniem.  Tenel  Ka 

zachowywała się w taki sposób, jakby nawet nie usłyszała rzuconej przez Zekka uwagi. Jaina 

szturchnęła chłopaka pod żebro i zachichotała. 

- To  nie  była  zielenina  -  szepnęła.  -  To  był  bukiet,  postawiony  na  stole  dla  ozdoby! 

Nie nadawał się do jedzenia. 

Przerażony Zekk słuchał jej, ale na jego twarzy nie drgnął ani jeden mięsień. 

-  Proszę  pamiętać  o  tym,  panienko  Jaino  -  odezwał  się  nagle  stojący  za  ich  plecami 

Threepio - że  wiele  roślin  ozdobnych  nadaje  się  do  jedzenia.  Pośród  tych,  które  tworzyły 

bukiet,  nie  było  ani  jednej  niejadalnej.  Jestem  przekonany,  że  spożycie  ich  nie  wyrządzi 

nikomu żadnej krzywdy... 

Siedząca u szczytu stołu księżniczka Leia poruszyła się i chrząknęła. 

- Cieszę się, Zekku, że ta zielenią tak ci smakowała - powiedziała na tyle głośno, żeby 

usłyszeli  ją  wszyscy  biesiadnicy.  Przysunęła  do  siebie  kryształowy  wazon  i  sięgnęła  po 

łodygę karbowanej purpurowo-zielonkawej rośliny. Włożyła ją do ust i zaczęła żuć, lekko się 

uśmiechając.  Han  Solo  popatrzył  na  żonę,  zapewne  przypuszczając,  że  postradała wszystkie 

zmysły,  ale  nagle  podskoczył,  jakby  ktoś  kopnął  go  w  kostkę.  On  także  zaczął  jeść  rośliny 

tworzące  bukiet  w  jego  wazonie.  Jaina  poszła  w  ślady  rodziców  i  po  chwili  wszyscy 

biesiadnicy oddawali się pałaszowaniu „zieleniny”. 

Zekk  siedział  nieruchomo.  Czuł  się  upokorzony,  ale  starał  się,  żeby  nikt  tego  nie 

zauważył. Jego ubranie okazało się dziwaczne i staromodne, maniery przy stole pozostawiały 

wiele  do  życzenia,  a  poza  tym  jedząc  coś,  co  powinien  od  pierwszego  rzutu  oka  wziąć  za 

ozdobę,  stworzył  niezręczną  sytuację.  Żałował,  że  przyjął  zaproszenie  bliźniąt  i  zgodził  się 

uczestniczyć w bankiecie. 

Dotrwał  jednak  do  końca,  nie  odzywając  się  ani  słowem.  Z  ulgą  przyglądał  się,  jak 

pani  ambasador  Alfy  Karnaka i  gromadka  jej  włochatych  dzieci,  odprowadzani  przez  Leię  i 

jej męża, opuszczają salę bankietową. 

background image

Kiedy  strażnicy  Nowej  Republiki  eskortowali  go  do  wyjścia,  chłopak  postanowił 

skorzystać z pierwszej lepszej okazji ucieczki. 

- Nie martw się tym, co zdarzyło się dziś przy stole - odezwała się Jaina, pragnąc go 

pocieszyć. - Liczy się tylko to, że jesteś naszym przyjacielem. 

Zekk  poczuł  się  urażony  jej  uwagą.  Zdziwił  go  sam  fakt,  iż  dziewczyna  uznała  za 

konieczne powiedzieć coś takiego. Nie należał do jej świata. Czuł, że prawda ta płonie w jego 

mózgu,  jakby  ktoś  wypisał  te  słowa  płomienistymi  literami.  Powinien  był  to  wiedzieć, 

zamiast  łudzić  się,  że  mógłby  czuć  się  swobodnie  w  towarzystwie  osób  należących  do 

najwyższych sfer społecznych. 

Kiedy  cichaczem  wyślizgnął  się  przez  tylne  drzwi  z  wielkiej  sali  bankietowej,  miał 

zamiar pobiec korytarzem tak szybko, by nie mogli dotrzymać mu kroku nawet zawsze czujni 

strażnicy Nowej Republiki. Mimo to Jaina spróbowała go dogonić. 

-  Zaczekaj!  -  zawołała.  -  Pamiętaj  o  tym,  że  umówiliśmy  się  na  jutro!  Obiecaliśmy 

przecież, że pomożemy ci wydostać tę centralną jednostkę wielozadaniową dla Peckhuma! 

Zekk  nie  bardzo  chciał  wracać  do  domu,  ale  był  pewien,  że  nie  może  teraz  zostać  z 

bliźniętami. Puścił się korytarzem, ani słowem nie odpowiadając na uwagę Jainy. 

background image

ROZDZIAŁ 7 

 

Nieco później tego samego dnia eskortowany przez statki Nowej Republiki krążownik 

gwiezdny  „Diament”  dotarł  do  granicy  przestrzeni  systemu  Coruscant.  Wokół  jednostki 

uwijały  się  najeżone  lufami  turbolaserowych  dział  szturmowe  statki,  sugerując,  że  ładownie 

krążownika mogą kryć przedmioty o znaczeniu militarnym. 

Czuwający na mostku dowodzenia statku admirał Ackbar nie potrafił ukryć niepokoju 

mimo zachowywania wyjątkowych środków ostrożności. Zgodnie z uprzednio uzgodnionym 

planem  jego  „Diament”  docierał  właśnie  do  strefy  ładowniczej,  znajdującej  się  w  pobliżu 

orbitalnych  stacji  Coruscant.  Szturmowe  myśliwce  eskorty  jeden  po  drugim  wyłączały 

zasilanie swoich systemów uzbrojenia, po czym kolejne eskadry zawracały, życząc szczęścia 

kalamariańskiemu admirałowi, głównodowodzącemu floty Nowej Republiki. 

-  Dziękuję  za  eskortę  -  odezwał  się  Ackbar  do  mikrofonu  komunikatora.  -  Od  tej 

chwili będę podlegał ochronie sił bezpieczeństwa Coruscant. 

Wyłączył urządzenie, po czym zaczął przechadzać się po mostku. Długa podróż statku 

dobiegała  końca.  Nowa  Republika  tak  bardzo  potrzebowała  przedmiotów,  transportowanych 

przez  „Diament”  w  opancerzonych  ładowniach:  nowoczesnych  rdzeni  jednostek  napędu 

nadświetlnego  i  baterii  do  dział  turbolaserowych.  Krążownik  miał  dostarczyć  ładunek  do 

stoczni Kuat Drive, gdzie zamierzano zainstalować wszystko na pokładach budowanych tam 

nowych pancerników. Ackbar otrzymał rozkaz dokonania formalnej inspekcji stoczni. Przyjął 

go  z  radością,  jako  że  zawsze  cieszył się  z  okazji  przebywania  na  pokładzie  każdego 

nowoczesnego wojennego statku. 

Chociaż największe zagrożenie ze strony złego Imperium właściwie minęło, od czasu 

do  czasu  nadal  wybuchały  drobne  konflikty,  głównie  w  systemach  gwiezdnych  nie 

zrzeszonych z Nową Republiką. Wciąż jeszcze krucha organizacja polityczna, na czele której 

stała  przywódczyni  Leia  Organa  Solo,  musiała  być  w  każdej  chwili  gotowa  do  odparcia 

ataków grożących jej ze strony nieznanych i znanych nieprzyjaciół. 

-  Centrala  na  Coruscant  przyjęła  do  wiadomości  fakt  naszego  pojawienia  się  w  ich 

przestrzeni - zameldował sternik. 

Admirał Ackbar kiwnął głową. 

-  Z  pewnością  przy  da  się  nam  trochę  wypoczynku  po  podróży  - powiedział, 

odwracając się do oficera i kierując na niego ogromne, podobne do rybich oczy. - Spędzał pan 

kiedyś urlop na Coruscant, panie poruczniku? 

background image

Młody mężczyzna także kiwnął głową. 

-  Tak  jest,  panie  admirale.  Najchętniej  spędzam  czas  w  tej  obrotowej  kantynie  na 

dachu  jednego  z  najwyższych  wieżowców,  skąd  można  oglądać  panoramę  całej  metropolii. 

Pracuje w niej istota o dziesięciu mackach, grająca na dziesięciu klawiaturach naraz. O rany, 

jeszcze nigdy nie słyszałem takiej muzyki, jaką potrafi z nich wydobywać! 

Admirał Ackbar zachichotał, ale w tej samej chwili ujrzał, że siedząca przed konsoletą 

taktyczną kobieta zrywa się na równe nogi. Kiedy podnosiła alarm, zazwyczaj blada skóra jej 

twarzy była wyraźnie zaczerwieniona. 

-  Panie  admirale!  Przed  dziobem  w  pobliżu  sterburty  wyłania  się  nie  wiadomo  skąd 

niezidentyfikowana  flota!  Znajduje  się  w  tej  chwili  w  odległości  niespełna  pięćdziesięciu 

kilometrów, ale z każdą chwilą ten dystans zmniejsza się i to bardzo szybko. Wygląda na to, 

że wszystkie statki ustawiają się w szyku szturmowym! 

Admirał odwrócił się jak użądlony i popatrzył przez dziobowy iluminator. 

- Szyk szturmowy? - zapytał, nie wierząc własnym oczom. - Przecież znajdujemy się 

w  przestworzach  chronionych  przez  patrolowce  Coruscant,  jednej  z  najlepiej  strzeżonej 

przestrzeni w całej galaktyce! Kto mógłby chcieć nas tu zaatakować? 

Z  przerażeniem  uświadomił  sobie,  że  nieznana  flota,  materializująca  się  przed 

dziobem jego krążownika, za chwilę rzuci się na „Diament” jak stado drapieżnych ptaków na 

ofiarę. W tej samej chwili poczuł silne wstrząsy trafień strzałów z potężnych jonowych dział 

napastników, po których wszystkie systemy uzbrojenia odmówiły posłuszeństwa. 

- Alarm bojowy! - ryknął ochryple w tej samej chwili, kiedy następna salwa trafiła w 

kadłub krążownika. 

-  Niewielka  wyrwa  w  pancerzu  prawej  burty  -  zameldował  oficer  dyżurny.  -  Część 

pomieszczeń została rozhermetyzowana, ale natychmiast zadziałały grodzie ciśnieniowe. 

-  Wysłać  sygnał  SOS!  -  krzyknął  admirał.  -  Zażądać  pomocy  ze  strony  sił 

bezpieczeństwa Coruscant. Natychmiast! 

-  Wszystkie  systemy  uzbrojenia zostały obezwładnione - zameldowała  kobieta, która 

pierwsza dostrzegła wrogą flotę. - Nie możemy oddać ani jednego strzału. Silniki funkcjonują 

jednak prawidłowo, zupełnie jakby napastnikom zależało na tym, by ich nie uszkodzić. 

-  Zamierzają  porwać  nasz  krążownik!  -  powiedział  Ackbar,  uświadomiwszy  sobie 

straszliwą prawdę. - I to razem z ładunkiem. 

Oficer  łącznościowiec  zaczął  nadawać  sygnał  SOS.  Po  kilku  sekundach  młody 

mężczyzna uniósł jednak głowę znad pulpitu i zwrócił bladą pyzatą twarz ku Ackbarowi. 

-  Panie  admirale,  systemy  telekomunikacyjne  nie  funkcjonują!  Nie  możemy  przesłać 

background image

meldunku o naszym położeniu. 

Kalamarianin  przełknął  ślinę.  Z  pewnością  stacje  kontrolne  na  Coruscant  w  ciągu 

kilku  następnych  minut  zauważą,  co  się  dzieje.  Wiedział  jednak,  że  wówczas  będzie  już  za 

późno. 

Nieprzyjacielskie jednostki zaczęły zacieśniać pierścień wokół jego krążownika. 

 

Zmodyfikowany  szturmowy  wahadłowiec  znajdował  się  coraz  bliżej  celu.  Atakiem 

dowodził  siedzący  za  jego  sterami  pilot  Qorl,  który  jeszcze  niedawno  latał  imperialnym 

myśliwcem typu TIE. Na głowie miał czarny, podobny do czerepu hełm, ściśle dopasowany i 

tworzący  całość  z  hermetycznym  próżniowym  skafandrem.  Czarne,  chroniące  oczy  gogle, 

umożliwiały  przekazywanie  najważniejszych  informacji  taktycznych  bezpośrednio  do 

siatkówek. 

Imperialny  pilot  obrócił  wahadłowiec  w  taki  sposób,  żeby  umieszczone  na  dziobie 

koliste  uzębione  urządzenie  zetknęło  się  z  opancerzoną  burtą  rebelianckiego  krążownika 

zaopatrzeniowego.  W  pobliżu  dziobu  statku  dostrzegł  wymalowane  słowo:  „Diament”. 

Nazwa  statku  sugerowała,  że  jednostka  powinna  być  twarda,  nieugięta...  Qorl  mruknął  pod 

nosem  coś,  co  zapewne  jedynie  on  rozumiał.  Potężne  zęby  urządzenia,  zainstalowanego  na 

dziobie  jego  wahadłowca,  wykonano  z  ogromnych  kamieni  corusca,  mogących  z  łatwością 

przecinać  najgrubsze  pancerze.  Pilot  wiedział,  że  za  kilka  chwil  oddziały  szturmowe 

Akademii Ciemnej Strony opanują pokłady bezbronnego rebelianckiego krążownika. 

Przycisnąwszy  wielki  czerwony  guzik,  umieszczony  pośrodku  pulpitu  kontrolnej 

konsolety,  wprawił  w  ruch  potężne  uzębione  tarcze  urządzenia.  Po  chwili  w  pancerzu 

„Diamentu” ukazał się dymiący otwór umożliwiający przedostanie się do środka. 

Qorl  zacisnął  palce  mechanicznej,  okrytej  czarną  rękawicą  dłoni.  Jego  własna  ręka 

uległa  złamaniu  podczas  katastrofy,  jakiej  uległ  myśliwiec  typu  TIE  przy  lądowaniu  na 

powierzchni  porośniętego  dżunglą  czwartego  księżyca  planety  Yavin.  Imperialni 

inżynierowie zastąpili jednak źle zrośniętą kończynę o wiele silniejszą mechaniczną protezą, 

podobną  do  tych,  w  jakie  wyposażano  androidy.  Chociaż  więc  imperialny  pilot  nie  miał 

czucia w mechanicznych palcach, siła jego ręki została zwielokrotniona. 

Gotowi  do  ataku  szturmowcy,  trzymając  blasterowe  karabiny,  zaczęli  się  gromadzić 

we  wnętrzu  rękawa  cumowniczego.  Eskorta  zaopatrzeniowego  krążownika,  składająca  się  z 

czternastu  silnie  uzbrojonych  korwet  oraz  wielu  eskadr  maszyn  typu  E  i  X-skrzydłowców, 

właśnie  zawróciła  i  odleciała.  Widocznie  Rebelianci  czuli  się  w  pobliżu  stolicy  tak 

bezpieczni,  że  ich  obrona  pozwoliła  sobie  na  krótką  chwilę  nieuwagi.  Ukryty  za  siłowym 

background image

polem, dzięki któremu jego flota była niewidoczna, Qorl wybrał do ataku właśnie tę chwilę. 

- Połączenie z rebelianckim krążownikiem zostało uszczelnione - zameldował kapitan 

szturmowców. 

-  Bardzo  dobrze  -  odezwał  się  Qorl,  wstając  z  fotela.  -  Przystąpić  do  ataku.  Na 

zakończenie akcji mamy najwyżej pięć minut. Nie możemy popełnić żadnego błędu. 

Z głuchym cmoknięciem otworzyła się zamykająca wylot rękawa uszczelniająca klapa 

i do środka rebelianckiej jednostki zaczęli wpadać szturmowcy, strzelając do wszystkiego, co 

się poruszało. Stożki wydobywającego się z luf ich karabinów światła dowodziły jednak, że 

broń  była  ustawiona  na  ogłuszanie,  a  nie  zabijanie.  Imperialni  żołnierze  nie  mieliby  co 

prawda  nic  przeciwko  temu,  żeby  zabić  wszystkich  członków  załogi  „Diamentu”,  ale 

wówczas  niosące  ogromną  energię  blasterowe  smugi  mogłyby  uszkodzić  znajdujące  się  na 

mostku delikatne systemy kontrolne i sterownicze. 

Niektórzy członkowie załogi rebelianckiegi statku próbowali kryć się za konsoletami. 

Strzelali  stamtąd  do  szturmowców,  posyłając  ku  nim  śmiercionośne  błyskawice.  Jeden 

imperialny  żołnierz,  trafiony  takim  strzałem,  zwalił  się  na  płyty  pokładu.  Pośrodku 

okrywającego  tułów  białego  pancerza  ziała  ogromna  dymiąca  czarna  dziura.  Szturmowiec 

chciał powiedzieć coś do mikrofonu komunikatora, ale wydał tylko cichnący bulgot, po czym 

jego urządzenie odmówiło posłuszeństwa. 

Qorl  wszedł  do  środka,  trzymając  blasterowy  pistolet  w  mechanicznej  dłoni.  Z 

satysfakcją  przyglądał  się,  jak  szturmowcy  opanowują  cały  mostek.  Widział,  jak  trafiony 

ogłuszającym  promieniem  rebeliancki  sternik  zostaje  odrzucony  pod  ścianę  i  bezwładnie 

osuwa się na pokład. Ujrzawszy to, odziana w mundur oficera taktycznego kobieta z głośnym 

krzykiem wyskoczyła zza konsolety, po czym błyskawicznie oddała cztery strzały ze swojego 

blastera. Udało się jej trafić dwóch szturmowców, ale po chwili i ona została ogłuszona. 

Qorl skierował się do konsolety sterowniczej „Diamentu”, Musiał szybko postarać się, 

żeby  statek  odzyskał  zdolność  manewrową.  Jego  czarne  gogle,  nasunięte  na  hełm  pilota 

myśliwca  TIE,  nie  pozwalały  dobrze  widzieć,  co  dzieje  się  z  boku,  toteż  kiedy  przechodził 

obok  stanowiska  dowodzenia,  nie  zauważył  rebelianckiego  oficera  dowodzącego 

zaopatrzeniowym  krążownikiem.  Obdarzony  podobną  do  rybiej  głową  Kalamarianin 

wyskoczył nagle zza konsolety i zwarłszy się z pilotem, przewrócił go na pokład. Blasterowy 

pistolet Qorla upadł z głośnym grzechotem na metalowe płyty. 

Rebeliancki oficer sczepił się z Qorlem, objąwszy go podobnymi do płetw rękami, ale 

pilot  myśliwca  typu  TIE  zdołał  oswobodzić  mechaniczną  rękę.  Zacisnął  palce  w  pięść  i 

uderzywszy  Kalamarianina  z  całej  siły  w  głowę,  pozbawił  go  przytomności.  Podniósł 

background image

blasterowy pistolet, po czym wstał i zaczął otrzepywać czarny skafander z kurzu. 

Do Qorla podszedł spiesznie kapitan szturmowców. 

- Mostek został opanowany - zameldował. - Wszystko gotowe do startu. 

-  Bardzo  dobrze  -  odparł  pilot.  Uszczelnił  czarny  hełm  i  upewnił  się,  że  próżniowy 

skafander nie został uszkodzony podczas walki z rebelianckim oficerem. Chciał być pewien, 

że kiedy jego szturmowy wahadłowiec oderwie się od kadłuba rebelianckiego krążownika, on 

sam  nie  zginie  wskutek  nagłej  dekompresji  mostka.  Zawahał  się  przez  chwilę,  po  czym 

popatrzył  na  kapitana  i  powiedział:  -  Proszę  wepchnąć  ciała  tych  Rebeliantów  do  kapsuły 

ratunkowej i wystrzelić w przestworza. 

- Chce pan darować im życie? - zapytał zdumiony oficer. - Nie mamy aż tyle czasu! 

-  A  zatem  proszę  się  pospieszyć  -  warknął  Qorl,  czując,  że  targają  nim  sprzeczne 

uczucia. Ci ludzie byli przecież jego zawziętymi nieprzyjaciółmi. Składał kiedyś przysięgę, że 

nie  oszczędzi  ani  jednego...  a  jednak  członkowie  załogi  rebelianckiej  jednostki  walczyli 

bardzo  mężnie.  Leżeli  teraz  nieprzytomni  i  bezbronni,  ale  Qorl  nie  mógł  znieść  myśli,  że 

zostawiając ich na pastwę losu, właściwie wydaje na nich wyrok śmierci. 

Szturmowcy  wahali  się  tylko  sekundę,  po  czym  zaczęli  przenosić  bezwładne  ciała  i 

bezceremonialnie  wrzucać  do  wnętrza  niewielkiej  i  nie  uzbrojonej  kapsuły  ratunkowej. 

Później kapitan uszczelnił pokrywę włazu i wcisnął czerwony guzik powodujący wystrzelenie 

jej  w  przestworza.  Rozległ  się  huk  odpalanych  silników  i  syk  sprężonego  gazu,  po  czym 

kapsuła zaczęła oddalać się od krążownika. 

Qorl  obrócił  głowę,  chcąc  popatrzeć  na  ekran  monitora  konsolety  taktycznej, 

znajdującej  się  na  mostku  „Diamentu”.  Ujrzał  na  nim  symbole  maszyn  obrony  Coruscant, 

opuszczających orbitę i zbliżających się do unieruchomionego krążownika zaopatrzeniowego. 

-  Opuścić  rebeliancki  statek  -  rozkazał  swoim  żołnierzom.  -Przejść  na  pokład 

szturmowego wahadłowca i rozpocząć odwrót. Spotkamy się ponownie w bazie. 

Szturmowcy pospieszyli do otworu, wywierconego przez ostre, zębate tarcze, a kiedy 

znaleźli  się  na  pokładzie  swojej  jednostki,  kapitan  zamknął  i  uszczelnił  śluzę  rękawa 

cumowniczego.  Qorl  przypiął  się  do  fotela  i  przygotował  na  nagły  skok  ciśnienia.  Kiedy 

zmodyfikowany  szturmowy  wahadłowiec  oderwał  się  do  kadłuba  krążownika,  przez  otwór 

wydostało się powietrze, dotychczas uwięzione na mostku. 

Czując  się  bezpieczny  w  próżniowym  skafandrze,  Qorl  uruchomił  silniki 

rebelianckiego  statku.  Na  klawiaturze  komputera  nawigacyjnego  wystukał  uprzednio 

przygotowane  współrzędne,  po  czym  usiadł wygodnie  w  fotelu,  czując,  że  statek  zaczyna 

dokonywać  zwrotu.  Nie  przejmując  się  nadlatującymi  maszynami  Rebeliantów,  podążył  w 

background image

ślad  za  imperialnymi  jednostkami.  Cieszył  się,  że  zdobył  bezcenny  skarb,  dzięki  któremu 

Drugie  Imperium  będzie  mogło  odzyskać  przewagę  militarną  i  ponownie  zająć  należne 

miejsce w galaktyce. 

Baza Qorla znajdowała się naprawdę blisko. 

 

Admirał  Ackbar  ocknął  się  i  stwierdził,  że  przebywa  wraz  z  członkami  załogi  w 

ciasnej  kabinie  kapsuły  ratunkowej,  wystrzelonej  na  oślep  w  przestworza  i  wirującej  wokół 

własnej  osi.  Czuł  w  głowie  taki  ból,  jakby  pod  czaszką  eksplodowało  setki  ładunków 

wybuchowych naraz. Członkowie załogi „Diamentu”, jęcząc i trzymając się za głowy, także 

zaczynali wracać do przytomności. 

Nie  wiadomo,  komu  ani  dlaczego  zawdzięczali  ten  fakt,  ale  nadal  żyli.  Admirał 

przecisnął  się  do  jednego  z  niewielkich  iluminatorów  i  wyjrzał,  szukając  jednostek 

ratowniczych. 

Mimo  przyprawiającego  o  mdłości  wirowania,  dostrzegł  swój  krążownik,  ukazujący 

się co kilka chwil w coraz większej odległości. Przyglądał się, jak silniki „Diamentu” budzą 

się do życia, a porwany statek powoli obraca się i kieruje w ślad za uciekającymi maszynami 

imperialnymi. 

Myśliwce  i  patrolowce  Nowej  Republiki  rzuciły  się  w  pościg,  chcąc  odzyskać 

krążownik wraz z bezcennym ładunkiem. Admirał uświadomił sobie jednak, że zanim znajdą 

się w zasięgu strzału, imperialne statki i krążownik zdążą zniknąć w pustce przestworzy. 

Ackbar spoglądał, jak „Diament” znika, zanim wysłane z Coruscant statki znalazły się 

na  tyle  blisko,  by  spróbować  choćby  raz  wystrzelić.  Żałował,  że  nie  może  ponownie  stracić 

przytomności, ale uniemożliwiał mu to ostry ból, niemal rozdzierający jego czaszkę. 

background image

ROZDZIAŁ 8 

 

Zekk  przemykał  się  pogrążonymi  w  nocnych  ciemnościach  ulicami  Imperial  City. 

Oddalając się od pałacu, wybierał najciemniejsze przejścia i napowietrzne kładki. Nie chciał 

widzieć  niczego  i  nikogo.  Wysoko  nad  jego  głową  przelatywały  wahadłowce,  błyskając 

światełkami, które było widać nawet mimo drżącej mgiełki ciepłego, przesyconego wilgocią 

powietrza  wydobywającego  się  z  szybów  wentylacyjnych  wieżowców.  Miliardy  światełek 

rozciągającego  się  od  horyzontu  po  horyzont  miasta  szydziły  z  chłopca,  uświadamiając  mu 

smutny fakt, jak bardzo jest samotny. 

Po niefortunnych wydarzeniach, jakich był sprawcą tego wieczora, Zekk czuł się tak, 

jakby  nad  jego  głową  unosił  się  wielki  android,  rozgłaszający  wszystkim,  że  chłopak  jest 

niezdarą  i  głupcem,  przynoszącym  wstyd  swoim  przyjaciołom.  Co  właściwie  sobie  myślał? 

Że należy do wyższych sfer i może rozmawiać z ambasadorami i dyplomatami jak z równymi 

sobie? Za kogo się uważał? Za przyjaciela dzieci samej przywódczyni Nowej Republiki? Kim 

był, że ośmielał się przebywać w towarzystwie takich ludzi? 

Zwiesiwszy  głowę,  szedł  i  spoglądał  pod  nogi,  w  nadziei, że  zobaczy coś,  co  będzie 

mógł  kopnąć,  żeby  wyładować  wściekłość.  W  końcu  dostrzegł  pustą  metalową  puszkę  po 

jakimś napoju. Zamachnął się nogą i trafił pojemnik czubkiem buta, tego samego, który tyle 

czasu  polerował.  Pamiętał,  że  chciał  wyglądać  godnie  w  oczach  ludzi,  których  jeszcze  do 

niedawna  uważał  za  przyjaciół.  Puszka  potoczyła  się  z  grzechotem  po  płytach  chodnika,  po 

czym  uderzyła  w  durbetonową  ścianę,  ale  ku  rozpaczy  Zekka  nie  rozbiła  się  ani  nawet  nie 

pękła. 

Chłopak  nie  uniósł  głowy  i  nie  przestał  wpatrywać  się  w  pełne  gnijących  odpadków 

mroczne zakamarki. Błąkał się po mieście, chodząc wąziutkimi uliczkami i nie bacząc, dokąd 

mogą go zaprowadzić. Niższe poziomy Coruscant były od dawna jego domem. Znał je bardzo 

dobrze  i  wiedział,  co  robić,  aby  przeżyć.  Wszystko  wskazywało  na  to,  że  spędzi  w  tych 

ponurych miejscach resztę życia. Nie miał żadnej nadziei, żadnej szansy zmiany stylu życia. 

Po prostu nie mógł nawet marzyć o tym, by dorównać ludziom, przed którymi otwierała się 

świetlana i szczęśliwa przyszłość... ludziom pokroju Jacena i Jainy. 

Zekk był nikim. 

W oddali ujrzał grupkę przekupniów, zamykających sklepy na noc. Stali, pogrążeni w 

przyjacielskiej  rozmowie  z  patrolującymi  ulice  miejskimi  strażnikami.  Chłopak  nie  chciał 

nawet  przejść  obok  nich.  Nie  szukał  niczyjego  towarzystwa.  Wślizgnął  się  do  kabiny 

background image

pobliskiej  turbowindy  i  przycisnąwszy  na  chybił  trafił  jakiś  guzik,  zjechał  dziewiętnaście 

poziomów  niżej.  Kiedy  wysiadł,  przekonał  się,  że  znalazł  się  w  jeszcze  większych 

ciemnościach niż poprzednio. 

Stary  Peckhum  już  odleciał  do  orbitalnej  stacji,  żeby  sprawdzić  aparaturę, 

kontrolującą ustawienie zwierciadeł, a więc jego mieszkanie będzie teraz puste i ciche. Zekk 

musiałby  spędzić  tam  całą  noc  sam,  pocieszając  się  co  najwyżej  towarzystwem 

komputerowych  gier  i  innych  rozrywek...  Perspektywa  powrotu  do  domu,  w  którym  nikt  na 

niego nie czekał, nie wydała się zachęcająca. 

Zamiast tego mógł włóczyć się po ulicach, jak długo pragnął, i doszedł do wniosku, że 

chyba sprawi mu to większą radość. Przynajmniej nikt nie będzie kazał mu iść spać, nikt nie 

skarci go za to, że wałęsa się tam, gdzie nie powinien, ani też nikt nie będzie wsadzał nosa we 

wszystko, co zamierza zrobić. 

Uśmiechnął się z przymusem. Cieszył się swobodą, o jakiej Jacen i Jaina mogli tylko 

marzyć.  Pamiętał,  że  kiedy  bliźnięta  wyruszały  na  wyprawę,  nieustannie  spoglądały  na 

chronometry,  chcąc  być  pewne,  że  zdążą  powrócić  do  domu  o  określonej  porze.  Nie 

wyobrażały  sobie  spóźnienia,  nawet  wskutek  zbiegu  nieprzewidzianych  okoliczności.  Z 

pewnością  nie  chciały,  żeby  z  tego  powodu  przepalił  się  odpowiedzialny  za  zmartwienia 

obwód  opiekującego  się  nimi  protokolarnego  androida.  Musiały  postępować  według 

sztywnego,  z  góry  ustalonego  harmonogramu.  Były  więźniami,  gdyż  podlegały  nakładanym 

przez rodziców ograniczeniom i zakazom. 

Cóż z tego, że Zekk nie miał odpowiednich manier, jakich wymagało życie w świecie 

dostojników  i  dyplomatów?  Kogo  obchodziło,  że  nie  umie  posługiwać  się,  odpowiednimi 

sztućcami  albo  nie  zna  właściwych  słów,  żeby  podziękować  ambasadorowi  wyglądającemu 

jak olbrzymi owad? Zekk prychnął pogardliwie. Nie chciałby spędzić życia w taki sposób jak 

Jacen i Jaina. Nie ma mowy! 

Wałęsając  się  bez  celu  opustoszałymi  korytarzami  i  celowo  powłócząc  nogami  po 

kamiennych płytach, Zekk nie zwrócił uwagi, że zapuszcza się tam, gdzie mroki gęstniały, a 

cisza  stawała  się  coraz  bardziej  dokuczliwa.  Przypomniawszy  sobie  upokorzenie,  jakiego 

doznał  podczas  bankietu,  pociągnął  nosem  i  zazgrzytał  zębami.  Nie  dbał  o  to  wszystko  ani 

trochę.  Chciał  pozostać  niezależny.  Chciał  być  sobą.  Naprawdę  chyba  tylko  na  tym  mu 

zależało. 

Umieszczone nad jego głową panele jarzeniowe nieustannie migotały i mrugały. Dalej 

była ciemność - widocznie światła wypaliły się i zgasły. Jakiś szelest, dobiegający od sufitu, 

uświadomił  Zekkowi,  że  kanałami  przebiegł  jakiś  duży  i  niezdarny  gryzoń.  Po  chwili  od 

background image

strony  końca  korytarza  doleciał  inny  zgrzyt  czy  szelest,  wydany  zapewne  przez  większe 

stworzenie. 

Zekk  uniósł  głowę  i  wstrzymując  powietrze  w  płucach,  zobaczył  wyłaniającą  się  z 

ciemności przed nim wysoką postać, czarniejszą niż najciemniejsze cienie. 

-  No,  no,  kogóż  tutaj  mamy?  -  usłyszał  słodki  głos,  głęboki  i  nie  wróżący  niczego 

dobrego. 

Kiedy  postać  podeszła  trochę  bliżej,  zdumionym  oczom  Zekka  ukazała  się  wysoka 

kobieta  kierująca  na  niego  płonące  fioletowe  oczy.  Nieznajoma  była  odziana  w  czarny 

połyskujący  płaszcz ze spiczasto  zakończonymi  naramiennikami  stanowiącymi  zapewne  coś 

w  rodzaju  ochronnej  zbroi.  Długie  czarne  włosy  wiły  się  na  jej  ramionach  niczym  cienkie 

węże. Miała bladą cerę twarzy, od której odcinały się szkarłatnofioletowe usta. Zbliżając się 

do  Zekka,  próbowała  wykrzywić  je  w  uśmiechu,  ale  to  nadało  jej  obliczu  jeszcze  bardziej 

złowieszczy wygląd. 

- Pozdrawiam cię, młodzieńcze - powiedziała. Jej głos ociekał słodyczą, jakby kobieta 

chciała wzbudzić zaufanie chłopca. - Chciałabym, żebyś poświęcił mi trochę czasu. 

Kiedy  zbliżyła  się  jeszcze  o  dwa  kroki,  Zekk  zauważył,  że  nieznajoma  wyraźnie 

kuleje. 

- Nie sądzę, żeby... - zaczął i odwrócił się, chcąc uciec, ale nagle dostrzegł dwie inne 

ciemne postacie, wyłaniające się z bocznych korytarzy, obok których niedawno przechodził. 

Jedną  była krępa  i  niska  kobieta  o długich  jasnobrązowych  włosach  i  śniadej  cerze  skóry,  a 

drugą młody ciemnowłosy mężczyzna o krzaczastych brwiach i pociągłej twarzy. 

- To potrwa tylko krótką chwilę, chłopcze - usłyszał głos kobiety za plecami. - Vilas i 

Garowyn  pragną jedynie  upewnić  się,  że  nie  zrobisz  żadnego  głupstwa...  -  Ciemnowłosa 

kobieta,  utykając,  podeszła  jeszcze  bliżej.  -  Ja  nazywani  się  Tarnith  Kai.  Chcemy  tylko 

poddać cię pewnemu testowi. Zapewniam, że nie poczujesz żadnego bólu. 

Młody  mężczyzna  i  krępa  kobieta  pochwycili  go  za  ręce  i  obrócili.  Wyczuwając 

podświadomie,  że  jego  życie  znalazło  się  w  niebezpieczeństwie,  Zekk  zaczął  szarpać  się, 

wyrywać  i  krzyczeć,  co  nie  wywierało  jednak  żadnego  wrażenia  na  trojgu  nieznajomych. 

Chłopak uświadomił sobie przerażająco jasno, że krzyki i wołania o pomoc nie były na tych 

niższych  poziomach  czymś  niezwykłym  i  bardzo  rzadko  spotykało  się  ludzi,  którzy 

usłyszawszy je, spieszyli ofierze na ratunek. 

Zekk usiłował wyszarpnąć ręce z uchwytu palców napastników, trzymających go jak 

szponami, ale nadaremnie. Tymczasem Tamith Kai wyciągnęła spomiędzy fałd czarnej szaty 

dziwne urządzenie. Rozwinęła przewody łączące z obudową dwie półprzeźroczyste srebrzyste 

background image

rękojeści,  sporządzone  zapewne  z  jakiegoś  szkliwa  i  mające  kształt  niewielkich  wioseł,  po 

czym przycisnęła guzik włączający zasilanie. Z obudowy wydobył się cichy pisk nakładający 

się na basowy pomruk. 

- Puśćcie mnie! - wrzasnął Zekk, po czym zamachnął się nogą, licząc na to, że może 

uda mu się kopnąć w goleń którejś z trzymających go osób. 

-  Uważajcie  -  odezwała  się  Tamith  Kai  do  pomocników,  spoglądając  znacząco  na 

chłopaka. - Niektórzy potrafią być niebezpieczni, kiedy kopią. 

Pochyliła  się  nad  Zekkiem  i  powoli  zaczęła  przesuwać  kryształowymi  łopatkami 

wzdłuż  jego  boków.  Czując,  że  serce  wali  mu  jak  młotem,  chłopak  zgrzytnął  zębami  i 

zamknął  zielonkawe  oczy.  Z  niejakim  zdziwieniem  stwierdził  jednak,  że  nie  czuje  bólu, 

kłucia ani mrowienia. Żaden ognisty analizujący promień nie przeniknął przez jego ciało. 

Tamith Kai cofnęła się, a Garowyn i Vilas, pragnąc przyjrzeć się odczytowi, pochylili 

się  nad  szczupłym  ramieniem  wyrostka.  Nie  przestając  wyrywać  się  z  uchwytu  ich  palców, 

Zekk  otworzył  oczy  i  zobaczył  świetlisty  wizerunek,  będący  mikrohologramem  sylwetki 

mężczyzny, otoczonej roziskrzoną błękitną aureolą. 

-  Hmmm,  zdumiewające  -  odezwała  się  Tamith  Kai.  -  Spójrzcie  tylko,  jakim 

dysponuje potencjałem. 

- Wspaniały okaz - zgodziła się z nią Garowyn. - Mieliśmy dzisiaj wielkie szczęście. 

- Aleja nie! - odciął się chłopak. - Czego ode mnie chcecie? 

- Pójdziesz z nami - oświadczyła fioletowooka nieznajoma stanowczym tonem, jakby 

nie przejmowała się tym, że jej ofiara może mieć na ten temat inne zdanie. 

-  Nigdzie  nie  pójdę! -  krzyknął Zekk. - Bez względu na to,  co we  mnie znaleźliście, 

nie... 

-  Och,  po  prostu  go  ogłuszcie  -  rzekła  zniecierpliwiona  Tamith  Kai,  po  czym 

odwróciła  się  i  zaczęła  kuśtykać,  kierując  się  w  ciemny  koniec  korytarza.  -  W  ten  sposób 

będziemy mogli łatwiej go przetransportować - rzuciła przez ramię. 

Vilas  zwolnił  uchwyt  palców  zaciśniętych  dotychczas  na  ramieniu  chłopca.  Dobrze 

wiedząc, że może to być ostatnia szansa, Zekk postanowił rzucić się do ucieczki... ale nagle w 

mrocznym  korytarzu  rozbłysnął  stożek  błękitnego  światła.  Trafił  go  w  plecy  i  sprawił,  że 

nieprzytomny chłopak runął na kamienne płyty. 

background image

ROZDZIAŁ 9 

 

Jaina  spoglądała  markotnie  na  brata.  Przygryzła  wargę,  zastanawiając  się,  co  też 

powie  ich  matka,  kiedy  wróci  do  apartamentu  po  zakończeniu  wizyty,  jaką  składała  pani 

ambasador  Alfy  Karnaka.  Miała  nadzieję,  że  Leia  nie  będzie  zdenerwowana  z  powodu 

zachowania Zekka. 

Jacen  spacerował  niespokojnie  po  salonie,  mrucząc  .pod  nosem  coś,  co  tylko  on 

rozumiał. 

-  Blasterowe  błyskawice!  -  wybuchnął  w  końcu.  -  Kto  mógłby  się  spodziewać,  że 

Zekk weźmie bukiet za zieleninę! Jak to dobrze, że była z nami Tenel Ka i nie dopuściła do 

kolejnej  kłopotliwej  sytuacji.  Ale  i tak  chyba  wywarliśmy  na  pani  ambasador  nieszczególne 

wrażenie. 

- Nie sądzę, żeby było aż tak źle - odezwał się Anakin siedzący obok drzwi na dużej 

poduszce. - Zobaczycie, że mama da sobie ze wszystkim radę. 

Jaina jęknęła. 

- Zekk musi czuć się teraz strasznie przygnębiony - powiedziała. 

- Zobaczymy się z nim jutro rano, kiedy będziemy pomagali mu wydostać tę centralną 

jednostkę  wielozadaniową-  przypomniał  Jacen.  -  Wówczas  będziemy  mogli  pocieszyć  go  i 

przeprosić. 

Drzwi  apartamentu  rozsunęły  się  i  do  środka  weszła  Leia.  Wyglądała  na 

zdezorientowaną. Po chwili kłopotliwej ciszy dzieci odezwały się wszystkie naraz: 

- Przepraszam cię, mamo! - wybuchnęła Jaina. - To wszystko mój a wina! 

- Czy pani ambasador była bardzo zagniewana? - zapytał Jacen. 

- A gdzie tata? - zainteresował się Anakin. 

Kanonada pytań sprawiła, że Leia nagle ocknęła się z osłupienia. 

-  Nie  masz  za  co  mnie  przepraszać,  Jaino  -  stwierdziła,  obejmując  córkę.  -  Pani 

ambasador  powiedziała,  że  mamy  trójkę  wspaniałych  dzieci.  Podobali  się  jej  także  wasi 

przyjaciele.  -  Pochyliła  się,  żeby  przygładzić  proste  ciemne  włosy  na  głowie  Anakina.  -  A 

jeżeli chodzi o odpowiedź na twoje pytanie, wasz tata postanowił omówić z panią ambasador 

sprawę nadprzestrzennych szlaków, którymi można dolecieć do Alfy Karnaka. Później chciał 

zostać u niej trochę dłużej, żeby załatwić inną sprawę jeszcze większej wagi. 

Jaina  zamrugała,  zdumiona  niespodziewanym  obrotem  spraw,  po  czym  usiadła  na 

skraju  długiej,  wyściełanej  repulsorowej  ławy.  Leia  zajęła  miejsce  u  jej  boku,  a  Jacen 

background image

usadowił  się  na  drugim  krańcu.  Leia  nastawiła  układ  sterujący  urządzenia  na  łagodne 

kołysanie,  a  Anakin  przyciągnął  swoją poduszkę  i  usiadł  obok  nich,  nie  odzywając  się  ani 

słowem. 

Leia uśmiechnęła się do dzieci. 

- Pani ambasador była zdumiona faktem zaproszenia aż tylu młodych ludzi na bankiet, 

wydany z okazji jej przybycia. Oświadczyła także, że żadna osoba dorosła, skłonna zmienić 

własne obyczaje, żeby dziecko nie poczuło się zakłopotane, nie powinna mieć problemów z 

nawiązaniem stosunków dyplomatycznych z jej światem. Cieszę się, że w tym czasie byliście 

w domu, a nie w akademii Jedi - dodała, zwracając się do bliźniąt. 

- To wspaniale, mamo - odezwała się Jaina, siadając wygodniej na repulsorowej ławie. 

-  Dziś  wieczorem  dowiedziałam  się  także  czegoś  ważnego  o  sobie  -  ciągnęła  Leia.  - 

Kiedy  razem  z  tatą  odprowadzałam  panią  ambasador  i  jej  dzieci  do  ich  prywatnego 

apartamentu,  uświadomiłam  sobie,  że  m  o  j  e  dzieci  są  dla  mnie  ważniejsze  niż  wszyscy 

dostojnicy czy dyplomaci. Kiedy znaleźliśmy się w salonie, pani ambasador oświadczyła, że 

teraz  jest  gotowa  omówić  sprawę  zawarcia  przymierza  jej  planety  z  Nową  Republiką.  To 

właśnie  wówczas  zdumiałam  nawet  samą  siebie.  Odparłam,  że  będę  szczęśliwa,  mogąc 

porozmawiać na ten temat jutro rano, gdyż dzisiaj chciałabym poświęcić trochę czasu swoim 

dzieciom. 

Zdumiona  Jaina  cicho  zagwizdała.  Matka  była  zawsze  tak  bardzo  pochłonięta 

obowiązkami  przywódczyni  Nowej  Republiki,  że  taka  odpowiedź  wydawała  się  czymś 

niepojętym. 

-Niemożliwe! - wykrzyknęła. 

Leia zachichotała. 

-  Możliwe.  I  wiecie,  co  odpowiedziała  mi  pani  ambasador?  - W  głosie  Leii  dało  się 

słyszeć zdziwienie. - Odparła, że w takim razie nie ma najmniejszych wątpliwości, iż jej świat 

powinien zawrzeć takie przymierze. Wszystko zostało już przygotowane. 

-  Jeżeli  wszystko  zostało  przygotowane,  dlaczego  tata  nie  wrócił  razem  z  tobą?  - 

zapytał Anakin. - Co takiego ważnego zmusiło go do zostania? 

-  Wasz  tata  został  z  własnej  woli  -  unosząc  brwi,  odparła  Leia  - żeby  opowiedzieć 

dzieciom pani ambasador jedną z waszych ulubionych bajek na dobranoc. Zgadnijcie, którą? 

- O maleńkim zagubionym banthusiu - mruknęli wszyscy troje naraz. 

- A zatem ty będziesz musiała teraz opowiedzieć nam jakąś bajkę, mamo - odezwał się 

sennie Anakin. 

Leia nie miała nic przeciwko temu. 

background image
background image

ROZDZIAŁ 10 

 

Następnego  ranka,  kiedy  wyszli  na  ulicę,  Jacen  nie  mógł  się  pozbyć  uczucia 

nieprzyjemnego  świerzbienia  karku.  Wydawało  mu  się,  że  jego  szyja  stanowi  część  szlaku 

mermynów.  Prowadziła  Jaina,  ponieważ  właśnie  ona  najlepiej  znała  drogę  do  mieszkania 

Zekka.  W  przeciwieństwie  do  niej  Jacen  zawsze  błądził,  kiedy  musiał  dotrzeć  w  określone 

miejsce.  Tenel  Ka  podążała  za  Jainą,  nie  odzywając  się  ani  słowem.  Stąpała  nieco 

przygarbiona,  machinalnie  stawiając  stopy,  jakby  i  ją  dręczyły  złe  przeczucia.  Pochód 

zamykali Jacen i Lowbacca. 

Schodzili  coraz  niżej opustoszałymi  przejściami i korytarzami.  Docierało tu niewiele 

światła z wyższych poziomów miasta, a w powietrzu wyczuwało cię charakterystyczną woń 

rdzewiejącego  metalu  i  gnijących  odpadków.  Nieznajome  zapachy  drażniły  powonienie 

wszystkich, a szczególnie Wookiego -jeżeli sądzić po tym, jak marszczył nos i mrużył oczy. 

- Jesteśmy  na  miejscu  -  odezwała  się  Jaina,  skręciwszy  w  boczny  korytarz,  jeszcze 

węższy niż poprzedni. Przystanęła przed niskimi drzwiami i przycisnęła guzik umożliwiający 

wejście  do  środka.  Na  niewielkiej  kontrolnej  płytce  zapaliła  się  jednak  czerwona lampka  na 

znak, że jest to niemożliwe. Jaina przygryzła dolną wargę. 

- Dziwne - oznajmiła. - Zekk powiedział poprzedniego dnia, że usunie blokadę zamka, 

żebyśmy mogli wejść do jego mieszkania. 

- Może był bardziej zdenerwowany, niż przypuszczaliśmy - odezwała się Tenel Ka. 

- To możliwe - zgodziła się z nią Jaina - chociaż mało prawdopodobne. Zdarzały się 

nam czasami nieporozumienia, ale zawsze... - urwała, nie kończąc zdania. 

Lowbacca mruknął, wtrącając jakąś uwagę, którą po chwili przetłumaczył Em Teedee: 

-  Pan  Lowbacca  zastanawia  się,  czy  przypadkiem  pan  Zekk  nie  wyszedł  na  poranny 

spacer. A może postanowił wyjść, żeby zdobyć jakieś artykuły spożywcze na śniadanie? 

- Ta-a, coś smaczniejszego niż te przeznaczone dla szturmowców racje żywnościowe, 

którymi  poczęstował  nas  ostatnio  -  zauważył  Jacen.  Kiedy  przypomniał  sobie,  jak 

smakowały, poczuł, że w jego żołądku zaburczało na znak protestu. 

- Wiedział, że dzisiaj przyjdziemy - rzekła Jaina. - Nie powinien wychodzić z domu. 

-  Zaczekajmy  -  zaproponował  Jacen,  siadając  na  podłodze  i  krzyżując  nogi.  - Z 

pewnością wkrótce wróci i uraczy nas jakąś niesamowitą opowieścią. 

- Tak, to byłoby podobne do niego - przyznała Jaina. 

Wiedząc, że siostra nie przestaje się martwić, Jacen próbował ją uspokoić. 

background image

-  Zobaczysz,  że  za  kilka  minut  powróci  -  powiedział,  jakby  był  o  tym  absolutnie 

przekonany.  -  A  w  tym  czasie  -  dodał  ochoczo  - mógłbym  opowiedzieć  wam  kilka  nowych 

dowcipów. Oczywiście, jeżeli chcecie posłuchać. 

 

Bliźnięta  postanowiły  zapoznać  pozostałych  młodych  rycerzy  Jedi  z  historiami  kilku 

poprzednich  przygód,  przeżytych  przez  Zekka.  Najpierw  Jacen  opowiedział  o  tym,  jak  ich 

przyjaciel zszedł czterdzieści dwa piętra nieczynnym szybem turbowindy, ponieważ w świetle 

impulsowej  latarki  laserowej  zobaczył  na  dnie  coś  błyszczącego.  Z  każdym  pokonywanym 

piętrem  wyobrażał  sobie  coraz  większą  wartość  znaleziska,  ale  kiedy  dotarł  na  najniższy 

poziom, przekonał się, że błyszczący przedmiot jest tylko kulą zmiętej folii, która przykleiła 

się do plamy smaru ściekającego po ścianie szybu. 

Jaina  podzieliła  się  z  przyjaciółmi  opowiadaniem  o  tym,  jak  Zekk  przeprogramował 

osobiste urządzenie tłumaczące, własność grupy aroganckich turystów, podobnych do gadów, 

którzy  wypchnęli  go  z  kolejki  osób  czekających  na  darmowe  próbki  nowego  produktu 

spożywczego. Zekk dokonał wówczas zmiany oprogramowania ich androida tłumaczącego w 

taki sposób, że za każdym razem, kiedy gadopodobni turyści pytali o drogę do restauracji czy 

muzeum, byli kierowani do najbliższej szulerni albo ośrodka przetwarzania odpadów. 

- Po prostu coś okropnego! - oświadczył Em Teedee. 

Upływające minuty zamieniły się w godzinę, ale ich przyjaciel nie powrócił. 

W końcu Jaina wstała. 

-  Musiało  się  stać  coś  złego  -  oznajmiła,  przygryzając  dolną  wargę.  -  Zekk  nie 

wyszedłby na tak długo. 

Lowie warknął, a Em Teedee przetłumaczył: 

-  Pan  Lowbacca  sugeruje,  że  prawdopodobnie  pan  Zekk  potrzebuje  trochę  więcej 

czasu,  żeby przezwyciężyć  wstyd  i  zakłopotanie.  Nie  sądzę, żebym  kiedykolwiek  zrozumiał 

ludzi - dodał po chwili. 

- To możliwe - odparła Jaina, ale wyraz jej twarzy świadczył o tym, że dziewczyna nie 

została przekonana. 

-  Hej,  a  dlaczego  nie  mielibyśmy  zostawić  mu  wideowiadomości?  -  zaproponował 

Jacen. - Przyjdziemy tutaj jutro. Jak myślicie, ile czasu może się na nas wściekać? 

 

Następnego  dnia  jednak  także  nie  zastali  przyjaciela.  Jacen  przycisnął  guzik, 

uruchamiający  drzwi  wejściowe,  ale  ponownie  zapaliła  się  czerwona  lampka.  Młodzi  Jedi 

wiedzieli, że niedługo przyleci z orbitalnej stacji stary Peckhum i nie zastanie w mieszkaniu 

background image

nikogo. 

-  Myślę,  że  powinniśmy  poszukać  Zekka  -  odezwał  się  Jacen,  spoglądając  na  niemy 

panel informacyjny, umieszczony na ścianie. 

- Zgadzam się - oświadczyła Tenel Ka. 

-  No  cóż -  rzekła  Jaina, energicznie zacierając  dłonie.  -  W  takim  razie  na  co  jeszcze 

czekamy? A jeżeli go nie znajdziemy, powinniśmy porozmawiać z mamą. 

 

Kiedy młodzi rycerze Jedi znaleźli się w prywatnego gabinecie przywódczyni Nowej 

Republiki,  Leia  Organa  Solo  sprawiała  wrażenie  bardzo  skupionej  i  zajętej  pracą.  Mimo  to 

uśmiechnęła  się  na  ich  widok.  Wstała  od  biurka,  po  czym  odgarnęła  niesforny  kosmyk 

włosów opadających na oczy Jainy. 

- Cieszę się, że wpadłyście do mnie, dzieciaki - rzekła. - Chciałam pokazać wam coś 

ciekawego. 

Zanim  Jaina  albo  Jacen  mieli  czas  powiedzieć  jej,  że  z  Zekkiem  stało  się  coś  złego, 

Leia  odtworzyła  kiepskiej  jakości  dalekosiężny  wideogram,  na  którym  było  widać,  jak 

imperialne  statki  szturmowe  atakują  w  przestworzach  niedaleko  Coruscant  zaopatrzeniowy 

krążownik Nowej Republiki. 

- Ta jednostka wygląda zupełnie tak samo jak statek, który zaatakował orbitalną stację 

wydobywczą Landa Carlissiana! - wykrzyknęła Jaina. 

- Tak myślałam, pamiętając, jak mi go opisaliście - odparła Leia. -Teraz będę mogła 

powiedzieć o tym admirałowi Ackbarowi. Atak miał miejsce zaledwie przed dwoma dniami. 

Możliwe, że zawisło nad nami całkiem realne niebezpieczeństwo. Wróg może pragnąć zadać 

cios, wymierzony w samo serce Nowej Republiki. 

Jaina, która właśnie odtwarzała nagranie po raz drugi, zmarszczyła brwi i oznajmiła: 

-  W  tym  wideogramie  niepokoi  mnie  jeszcze  coś  innego.  Nie  potrafię  tylko 

powiedzieć, co... 

Leia usiadła znów za biurkiem. 

-  Admirał  Ackbar  i  grupa  ekspertów  taktyków  analizują  nagranie,  klatka  po  klatce. 

Możliwe,  że  będą  chcieli  zadać  wam  kilka pytań.  Stosujemy  dodatkowe  środki 

bezpieczeństwa,  obawiając  się,  że  niedługo  możemy  być  świadkami  kolejnego  ataku 

oddziałów imperialnych. 

Kiedy skończyli oglądać, Jacen opowiedział matce historię zniknięcia Zekka. Leia nie 

wydawała  się  jednak  zaniepokojona.  Powiodła  spojrzeniem  po  twarzach  czwórki  stojących 

przed jej biurkiem młodych Jedi. 

background image

-  No,  dobrze  -  odezwała  się,  kiedy  skończyli.  -  Pozwólcie,  że  zadam  wam  jedno 

pytanie. Jak myślicie, kto zna lepiej to miasto, wy czy Zekk? 

- No cóż, jasne, że Zekk - odparł Jacen, chociaż stwierdzenie tego faktu przyszło mu z 

niejakim trudem. - Ale... 

-  A  jeżeli  Zekk  jest  tak  bardzo  wytrącony  z  równowagi,  że  postanowił  zaszyć  się  w 

mysiej dziurze - ciągnęła Leia - czy to dziwne, że nie możecie go odnaleźć? 

- Nie zrobiłby czegoś takiego - zaoponowała Jaina. - Obiecał, że się z nami spotka. 

-  W  takim  razie  -  odrzekła  Leia  spokojnie,  starając  się  nadać  głosowi  rzeczowe 

brzmienie - może już znalazł tę centralną jednostkę wielozadaniową! poleciał z Peckhumem, 

by zainstalować jawę wnętrzu orbitalnej stacji kontrolnej? 

-  Wówczas  zostawiłby  nam  jakąś  wiadomość  -  oświadczyła  Jaina,  nie  dając  za 

wygraną. 

- Ona ma rację, mamo - poparł siostrę Jacen. - Zekk może sprawiać wrażenie nicponia, 

ale zawsze dotrzymuje danego słowa. 

Leia obdarzyła bliźnięta sceptycznym spojrzeniem. 

- Od jak dawna go znacie? - zapytała. 

Jaina wzruszyła ramionami. 

- Od pięciu lat, ale co to ma... 

-  A  w  ciągu  tych  pięciu  lat  - przerwała  jej  matka  -  ile  razy  po  prostu  znikał,  by 

wyruszyć na jakąś tajemniczą wyprawę, tylko po to, żeby pojawić się po miesiącu? 

Jacen chrząknął i niespokojnie przestąpił z nogi na nogę. 

- Uhm, co najmniej kilka - odparł. 

- No, właśnie. Sami widzicie - stwierdziła Leia, jakby odpowiedź jej syna ostatecznie 

zamykała sprawę. 

- Ale wtedy ani razu nie obiecywał, że się z nami spotka - przypomniał Jacen. 

Leia westchnęła. 

-  I  ani  razu  nie  czuł  się  wówczas  upokorzony  z  powodu  tego,  co  wydarzyło  się 

podczas bankietu, wydanego na cześć jakiegoś dyplomaty. Posłuchajcie, Zekk jest starszy niż 

wy,  a  prawo  stanowi,  że  może  przychodzić  i  odchodzić,  kiedy  zechce.  A  nawet  gdybyśmy 

byli  absolutnie  pewni  tego,  że  stało  mu  się  coś  złego  -  a  wcale  nie  jesteśmy  -  niewiele 

moglibyśmy zrobić. Galaktyka jest bardzo duża. Któż wie, gdzie chłopak może przebywać w 

tej chwili? 

Każdego  dnia  znika  wielu  ludzi,  a  my  po  prostu  nie  mamy  możliwości  szukania 

wszystkich,  którzy  zaginęli.  Tydzień  jeszcze  się  nie  skończył,  a  ja  otrzymałam  meldunki  o 

background image

zaginięciu  przynajmniej  trojga  innych  nastolatków  i  to  na  terenie  samego  Imperial  City. 

Dlaczego nie mielibyście zaczekać do jutra, aż powróci Peckhum? Może on będzie wiedział, 

co stało się z Zekkiem. A jeżeli nie, zapewne podsunie wam jakiś pomysł, gdzie go szukać. 

Leia  wstała zza  biurka  i  zamierzając  powrócić do  pracy,  odprowadziła  młodych  Jedi 

do drzwi. 

-  Właśnie  teraz  przygotowuję  się  do  następnego  spotkania  z  panią  ambasador  Alfy 

Karnaka  -  powiedziała.  -  A  wieczorem  muszę  wziąć  udział  w  koncercie,  zorganizowanym 

przez  Ludzi  Wyjących  Drzew...  -  Potarła  skronie,  jakby  oczekując,  że  może  dostać  bólu 

głowy. - Bardzo lubię to, co robię... - dodała. - No, przynajmniej większość rzeczy. 

Kiedy wszyscy młodzi Jedi wychodzili z gabinetu Leii, Jacen jęknął. 

- Mama nie wierzy, że Zekkowi mogło przydarzyć się coś złego -stwierdził. 

- Wygląda na to, że jednak musimy sami wyruszyć na poszukiwania - oznajmiła Jaina. 

Lowie warknął przeciągle, zgadzając się z jej zdaniem. 

-  Wszystko  zależy  teraz  tylko  od  nas  -  rzekł  Jacen,  podkreślając  te  słowa 

zdecydowanym uderzeniem pięści w otwartą dłoń drugiej ręki. 

- I to jest fakt - odezwała się Tenel Ka. 

background image

ROZDZIAŁ 11 

 

Po upływie czasu, który wydał mu się całą wiecznością, Zekk z wysiłkiem wrócił do 

przytomności.  Czuł  się  tak,  jakby  jego  ciało  zostało  porażone  napięciem  o  wartości  miliona 

woltów,  co  spowodowało  zwarcie  połowy  włókien  nerwowych  i  wywołało  nieprzyjemne 

mrowienie i drżenie mięśni. 

Potwornie bolała go głowa, a od leżenia na zimnych metalowych płytach podłogi cały 

był zziębnięty i zesztywniały. Jaskrawe białe światło raziło jego oczy. 

Kiedy  siadał,  musiał  kilka  razy  zamrugać,  a  wówczas  ujrzał  jaskrawe  wielobarwne 

plamy.  Czekał,  aż  odzyska  ostrość  wzroku,  ale  uświadomił  sobie  w  końcu,  że  niczego  nie 

widzi, ponieważ niczego nie było do zobaczenia... poza gładkimi jasnoszarymi ścianami. Na 

jednej  ujrzał  okratowaną  osłonę,  kryjącą  zapewne  głośnik,  a  na  innej  otwór  wentylacyjny 

pełniący funkcję wlotu powietrza... i nic więcej. Nie udało mu się dostrzec żadnych drzwi. 

Zrozumiał,  że  zapewne  został  zamknięty  w  jakiejś  celi.  Pamiętał,  że  usiłował  się 

wyrwać  z  rąk  dwojga  złowieszczo  wyglądających  ludzi,  którzy  pochwycili  go  na  jednym  z 

niższych poziomów miasta. Pamiętał również, że wysoka czarnowłosa i fioletowooka kobieta 

poddała go jakiemuś testowi, po którym został ogłuszony przez stojącego za plecami młodego 

ciemnowłosego mężczyznę... 

- Hej! - wrzasnął ochryple, kiedy przypomniał sobie to wszystko. - Hej! Gdzie jestem? 

Zatoczywszy się, wstał i czując zawroty głowy, podszedł do najbliższej ściany. Zaczął 

uderzać  pięścią  w  metalową  płytę,  pragnąc zwrócić  na  siebie  czyjąś  uwagę.  Obszedł 

niewielkie pomieszczenie, ale nigdzie nie ujrzał szpary wskazującej na istnienie drzwi. 

Zbliżył usta do okratowanej płyty i zawołał: 

- Niech ktoś powie, o co tutaj chodzi! Nie macie prawa więzić mnie w tej celi! 

Buńczuczne  słowa  miały  stanowić  dowód,  że  Zekk  się  nie  boi.  Chłopak  wiedział 

jednak,  że  czasami  zdarzają  się  takie  rzeczy,  o  jakich  Jacen  i  Jaina,  wychowani  w 

poszanowaniu prawa i pilnowani od najmłodszych lat, nigdy nie słyszeli. Był pewien, że jego 

„prawa”  nie  będą  respektowane,  jeżeli  znajdzie  się  ktoś  na  tyle  potężny,  kto  nie  zawaha  się 

ich  podeptać.  Był  zdany  na  własne  siły.  Nie  miał  nikogo,  kto  mógłby  wyciągnąć  go  z 

tarapatów albo wysłać oddział wojska, żeby go uwolnić. Niewiele osób zauważy, że zniknął. 

Nikt nie dowie się, co się z nim stało. 

-  Hej!  -  krzyknął  ponownie,  kopiąc  ścianę.  -  Dlaczego  jestem  uwięziony?  Czego 

chcecie ode mnie? 

background image

Nagle  usłyszał  szelest,  dobiegający  od  strony  przeciwległej  ściany,  i  odwrócił  się  na 

pięcie  jak  użądlony.  Przekonał  się,  że  gładka  płyta  odsunęła  się  na  bok.  Zobaczył  młodego 

mężczyznę  stojącego  w  mrocznym  otworze  w  towarzystwie  dwóch  uzbrojonych 

szturmowców.  Wysoki  nieznajomy  był  odziany  w  srebrzyste  szaty.  Miał  jasne,  równo 

przystrzyżone  włosy,  a  na  jego  nieskazitelnie  pięknej  twarzy  malował  się  łagodny  uśmiech. 

Zekk jeszcze nigdy nie widział nikogo tak harmonijnie zbudowanego i przystojnego. Młody 

mężczyzna,  od  którego  emanował  niezwykły  spokój,  sprawiał  wrażenie  alabastrowego 

posągu, wyrzeźbionego przez artystę. 

-  Czy  przypadkiem  trochę  nie  przesadzasz?  -  zapytał  nieznajomy.  Z  jego  głosu 

promieniowała  siła  i  charyzma.  -  Przyszliśmy,  kiedy  uświadomiliśmy  sobie,  że  odzyskałeś 

przytomność. Uderzając tak silnie w ścianę, mogłeś zrobić sobie jakąś krzywdę. 

Zekk nie pozwolił, by łagodne słowa mężczyzny uśpiły jego czujność. 

-  Chcę  wiedzieć,  dlaczego  tutaj,  jestem  -  odparł.  - Wypuśćcie  mnie.  Moi  przyjaciele 

będą mnie szukali. 

-  Jestem  pewien,  że  nie  będą  -  oznajmił  nieznajomy,  kręcąc  głową.  -  Wiemy  to,  bo 

zebraliśmy o tobie wystarczająco dużo informacji. Ale możesz pozbyć się wszelkich obaw. 

- Mogę... pozbyć się obaw? - zająknął się chłopak. - Jak śmiesz mówić... 

Urwał,  kiedy  dotarło  do  niego  znaczenie  słów,  wypowiedzianych  przez  mężczyznę. 

To  prawda,  przyjaciele  nie  będą  go  szukali.  Bardzo  wątpił,  czy  Jacen  i  Jaina  w  ogóle 

chcieliby  pokazywać  się  w  jego  towarzystwie  po  incydencie,  jakiego  dopuścił  się  podczas 

bankietu. 

- O co ci właściwie chodzi? - zapytał o wiele ciszej. 

Mężczyzna,  odziany  w  fałdzistą  srebrną  szatę,  gestem  dał  znak szturmowcom,  żeby 

się nie ruszali, po czym wszedł do celi i zamknął drzwi za sobą. 

-  Widzę,  że  zostałeś  umieszczony  w  jednym  z  naszych...  najmniej  luksusowych 

apartamentów - powiedział i lekko westchnął. - Postaram się znaleźć dla ciebie wygodniejsze 

pomieszczenie tak szybko, jak będzie możliwe. 

- Kim jesteście? - nalegał Zekk, nadal nie pozwalając sobie na osłabienie czujności. - 

Dlaczego mnie ogłuszyliście? 

- Nazywam się Brakiss - rzekł mężczyzna. - Przepraszam cię za... entuzjazm, okazany 

przez moją koleżankę Tamith Kai. Jestem pewien, iż uciekła się do użycia siły tylko dlatego, 

że się opierałeś. Gdybyś dobrowolnie zechciał zrobić to, o co prosiła, mógłbyś znaleźć się tu 

w przyjemniejszych okolicznościach. 

-  Nie  wiedziałem,  że  zgoda  na  porwanie  może  być  uważana  za  coś  przyjemnego  - 

background image

prychnął Zekk. 

- Porwanie? - odparł Brakiss, udając, że jest przerażony. - Nie wyciągaj pochopnych 

wniosków, dopóki nie usłyszysz wszystkiego, co mam do powiedzenia. 

- Mam nadzieję, że zaraz zechcesz mi to powiedzieć - mruknął chłopak. 

-  Oczywiście.  -  Brakiss  obdarzył  go  promiennym  uśmiechem.  - Chciałbyś  może  coś 

zjeść albo wypić? 

- Po prostu powiedz, o co chodzi. 

Brakiss złączył  dłonie, a  iskrząca  się  srebrzysta szata  zamigotała  przy  tym  ruchu  jak 

zmarszczki na powierzchni wody, w której odbija się pochmurne niebo. 

- Mam dla ciebie pewną informację - zaczął. - Nie wątpię, że sprawi ci przyjemność, 

chociaż w pierwszej chwili możesz mieć trudności z otrząśnięciem się ze wstrząsu. 

- Jaką informację? - zapytał chłopak, sceptycznie unosząc brwi i marszcząc czoło. 

- Czy wiedziałeś o tym, że dysponujesz potencjałem Jedi? 

Zielone oczy Zekka rozszerzyły się ze zdumienia. 

- Ja? Potencjałem Jedi? - powtórzył. - Chyba pomyliliście mnie z kimś innym. 

Brakiss wyszczerzył zęby w uśmiechu. 

- Przyznaję, że sami byliśmy tym zaskoczeni. Czy twoi przyjaciele Jacen i Jaina nic ci 

o tym nie mówili? Nie wspominali ani słowem? 

- Nie mam żadnego potencjału Jedi - wymamrotał Zekk. - Nie mógłbym przecież mieć 

czegoś takiego... 

- Dlaczego nie? - unosząc brwi, zapytał Brakiss. 

Sprawiał  wrażenie  bardzo  pewnego  siebie.  Czekał,  aż  chłopak  zechce  odpowiedzieć 

na jego pytanie. W końcu Zekk spuścił głowę i popatrzył na otwarte dłonie. 

- Ponieważ  jestem...  najzwyczajniejszym  ulicznikiem.  Tymczasem  rycerze  Jedi  są 

wielkimi obrońcami Nowej Republiki. Są potężni i silni... 

Brakiss przerwał mu, niecierpliwie kiwnąwszy głową. 

-  Tak,  to  prawda...  ale  dysponowanie  umiejętnościami  Jedi  nie  ma  nic  wspólnego  z 

tym,  jak  żyjesz  czy  zostałeś  wychowany.  Moc  nie  zna  żadnych  granic  społecznych  ani 

ekonomicznych.  Sam  Luke  Skywalker  był  kiedyś  przybranym  synem  zwykłego  farmera  na 

pustynnej Tatooine. 

Dlaczego biedny chłopak nie miałby dysponować takim samym potencjałem Jedi jak, 

powiedzmy, dzieci potężnego polityka, pławiące się w luksusie i nie muszące troszczyć się o 

zaspokajanie  swoich  potrzeb?  Prawdę  mówiąc  -  zniżywszy  głos,  ciągnął  Brakiss  - możliwe, 

że zawdzięczasz to właśnie faktowi, iż całe twoje życie było jednym pasmem udręki. Twoje 

background image

umiejętności  zostały  wyostrzone  w  większym  stopniu  niż  zdolności  tych  małych 

rozpieszczonych bachorów. 

- To nie są bachory - odciął się Zekk. - Są moimi przyjaciółmi. 

Brakiss zlekceważył jego uwagę nonszalanckim gestem. 

- Wszystko jedno. 

-  Jak  to  się  stało,  że  nic  o  tym  nie  wiedziałem?  Jakim  cudem  nigdy...  niczego  nie 

czułem? - zastanawiał się chłopak. 

Nagle  uświadomił  sobie,  czego  poszukiwała  Tamith  Kai,  badając  go  za  pomocą 

dziwnego urządzenia. 

Brakiss zakołysał się na piętach. 

- Skąd mogłeś wiedzieć o tym, że dysponujesz umiejętnościami Jedi, jeżeli nikt cię nie 

uczył?  Nikt  ci  nawet  nic  nie  powiedział.  Sam  widziałeś,  że  wykrycie  potencjału  Jedi  jest 

niezwykle proste. Prawdę mówiąc, jestem wstrząśnięty faktem, że tacy dobrzy przyjaciele jak 

Jacen  i  Jaina  nigdy  nie  zadali  sobie  trudu  sprawdzenia  twojego  potencjału.  Czyż  nie  jest 

prawdą, że mistrz Skywalker rozpaczliwie poszukuje nowych kandydatów do swojej uczelni, 

żeby wyszkolić ich na potężnych rycerzy Jedi? 

Zekk niechętnie kiwnął głową. 

- Jeżeli to prawda - ciągnął Brakiss - dlaczego twoi przyjaciele nie badaj ą każdego, z 

kim się spotykają? Dlaczego z góry założyli, że nie warto poddać cię testowi? Wydaje mi się, 

że  cię  lekceważą.  Zapewne  nawet  nie  wyobrażają  sobie,  żeby  pierwszy  lepszy  ulicznik  i 

włóczęga  mógł  pobierać  nauki  w  akademii  Jedi,  bez  względu  na  to,  jak  dużym  dysponuje 

potencjałem. 

- To nieprawda - mruknął Zekk, ale było widać, że bez większego przekonania. 

- Niech ci będzie. - Brakiss wzruszył ramionami. 

Zekk  rozejrzał  się  po  celi,  chociaż  gładkie,  pozbawione  jakichkolwiek  ozdób  ściany 

nie  przedstawiały  miłego  widoku.  Wykonał  szeroki  gest,  pokazując  zimne,  nagie  ściany 

pomieszczenia. 

- Gdzie jestem? - zapytał, próbując skierować rozmowę na inne tory. 

-  To  miejsce  nazywa  się  Akademią  Ciemnej  Strony  -  odparł  Brakiss,  a  Zekk  ze 

zdumieniem  przypomniał  sobie,  że  właśnie  w  tej  ukrytej  gdzieś  w  przestworzach  orbitalnej 

stacji  Jacen  i  Jaina  byli  przetrzymywani  wbrew  swojej-woli.  -  A  ja  zajmuję  się  szkoleniem 

nowych Jedi na potrzeby Drugiego Imperium, chociaż posługuję się nieco innymi metodami 

niż  te,  z  których  korzysta  mistrz  Skywalker  w  swoim  ośrodku  szkoleniowym  na  Yavinie 

Cztery. - Brakiss mrugnął porozumiewawczo do chłopaka. - Ale ty nic przecież nie wiesz na 

background image

ten temat, prawda? Twoi przyjaciele nigdy cię tam nie zabrali? - Zabrzmiało to jak pytanie. - 

Prawda? Nawet na krótką wycieczkę? 

Zekk pokręcił głową. 

-  No  cóż,  ja  także  szkolę  nowych  Jedi  -  powtórzył  Brakiss.  - Pragnę,  żeby  stali  się 

potężnymi  wojownikami,  którzy  przywrócą  Drugiemu  Imperium  blask  i  chwałę.  Sojusz 

Rebeliantów  to  organizacja  przestępcza.  Ale  ty  pewnie  tego  nie  zrozumiesz.  Jesteś  zbyt 

młody, by pamiętać, co wydarzyło się w czasach panowania Imperatora Palpatine’a. 

- Nienawidzę Imperium! - odparł z mocą chłopak. 

- Nieprawda - zapewnił go Brakiss. - Mówisz tak, bo twoi przyjaciele powiedzieli ci, 

żebyś  nienawidził  Imperium,  mimo  iż  nie  doświadczyłeś  na  własnej  skórze,  jak  wyglądało 

życie  w  tamtych  czasach.  Znasz  tylko  tę  wersję  historii,  którą  ci  opowiedzieli.  Z  pewnością 

wiesz,  że  bez  względu  na  to,  jaki  rząd  obejmuje  władzę,  zawsze  stara  się  przedstawić 

pokonanego  rywala  w  jak  najgorszym  świetle.  Nie  zdziwiłbym  się,  gdyby  twoi  przyjaciele 

mówili, że byliśmy potworami. Powiem ci, jak wyglądała prawda. W Imperium nie panował 

polityczny  chaos.  Wszyscy  mieli  równe  szansę.  Nie  widywało  się  gangów  młodych  ludzi 

panoszących  się  po  ulicach  Coruscant.  Każdy  miał  do  wykonania  jakąś  pracę,  a  co  więcej, 

starał się wykonywać ją jak najlepiej. 

A  poza  tym,  młody  Zekku,  co  właściwie  obchodzi  cię  galaktyczna  polityka?  Nigdy 

przecież nie zawracałeś sobie głowy takimi głupstwami. Czy naprawdę twoje życie uległoby 

jakiejkolwiek  zmianie,  gdyby  przywódczynię  Nowej  Republiki  zastąpił  jakiś  inny  polityk 

wywodzący się z Drugiego Imperium? Jeżeli jednak powierzysz swój los w nasze ręce, twoje 

położenie może ulec radykalnej poprawie. 

Zekk potrząsnął głową i zacisnął zęby. 

- Nie zdradzę swoich przyjaciół - burknął. 

- Ach tak, przyjaciół... - powtórzył lekceważąco Brakiss. - Tych samych, którzy nigdy 

nie poddali cię testowi, żeby odkryć twój niezwykły talent. Tych samych, którzy widują się ż 

tobą  tylko  wówczas,  kiedy  mają  czas  i  ochotę.  Dobrze  wiesz,  że  kiedy  zajmą  się  jakąś 

„ważniejszą”  pracą,  zostawią  cię  tu  na  łasce  losu.  Możliwe,  że  nawet  zapomną  o  tobie 

szybciej, niż zdążysz mrugnąć powieką. 

- Nie - szepnął chłopak. - Nie zapomną. 

-  Powiedz  mi,  czy  myślałeś  o  przyszłości?  -  zapytał  urodziwy  mężczyzna.  -  Czy 

wiesz,  co  cię  czeka?  Zaprzyjaźniłeś  się  z  parą  dzieciaków  należących  do  najwyższych  sfer, 

ale czy kiedykolwiek będziesz mógł uważać się za jednego z ich grona? Bądź szczery wobec 

samego siebie. 

background image

Zekk nie odpowiedział, chociaż gdzieś, w głębi serca, bardzo dobrze znał odpowiedź. 

-  Będziesz  zbierał  odpadki  i  śmieci  do  końca  życia  -  ciągnął  Brakiss.  -  Będziesz 

sprzedawał  świecidełka,  pragnąc  zarobić  tyle  kredytów,  żeby  wystarczyło  na  najbliższy 

posiłek.  Czy  sądzisz,  że  sam,  bez  niczyjej  pomocy,  potrafisz  zdobyć  władzę,  sławę  i 

szacunek? 

Po  raz  drugi  Zekk  zdecydował  się  nie  udzielać  odpowiedzi.  Brakiss  pochylił  się  nad 

nim,  a  z  każdego  rysu  jego  pięknej,  jakby  wy-rzeźbionej  twarzy  promieniowała  troska  i 

współczucie. 

- Daję ci szansę, chłopcze - powiedział. - Czy masz dość odwagi, by z niej skorzystać? 

Zekk postarał się znaleźć w sobie resztkę siły, żeby się sprzeciwić. Poczuł, jak w jego 

piersi zaczyna wzbierać fala złości. 

- Taką samą szansę, jaką dałeś Jacenowi i Jainie? - zapytał, nie kryjąc ironii w głosie. - 

Powiedzieli  mi,  jak  ich  porwaliście,  po  czym  przetransportowaliście  do  Akademii  Ciemnej 

Strony i torturowaliście. 

- Torturowaliśmy? - Brakiss roześmiał się i pokręcił głową, aż zafalowały jego jasne 

włosy.  - Przez  całe  życie  byli  rozpieszczani,  więc  nie  dziwię  się,  że  trochę  ciężkiej  pracy 

mogło  wydać  się  im  torturą.  Zaproponowałem  im,  że  zajmę  się  ich  nauką,  tak  aby  mogli 

kiedyś  stać  się  potężnymi  Jedi.  Przyznaję  jednak,  że  w  ich  przypadku  popełniłem  omyłkę. 

Chcieliśmy szkolić młodych ludzi, którzy mieliby zostać rycerzami Jedi, ale oboje zaproszeni 

przez  nas  kandydaci  byli  niestety  zbyt  zarozumiali.  Ryzyko  okazało  się  wyższe,  niż 

przypuszczaliśmy, wskutek czego nasza akademia niepotrzebnie zwróciła na siebie uwagę. 

W  takiej  sytuacji  postanowiliśmy  zmienić  plany.  Wspominałem  ci,  że  Moc  bywa 

równie  silna  u  ludzi  potężnych  i  bogatych,  jak  i  tych,  nie  mających  w  życiu  tyle  szczęścia. 

Jeżeli chcesz poznać prawdę, Zekku, nie obchodzi mnie twoje pochodzenie, lecz talent oraz 

pragnienie,  żeby  go  rozwijać.  Tamith  Kai  i  ja  postanowiliśmy  rozpocząć  poszukiwania 

odpowiednich  kandydatów  pośród  ludzi  należących  do  najniższych  warstw  społeczeństwa. 

Wiedzieliśmy,  że  niektórzy  mają  równie  silny  potencjał  jak  ci  zaliczający  się  do  warstw 

najwyższych,  ale  chodziło  nam  o  to,  żeby  zniknięcie  kandydata  nie  narobiło  tyle  szumu. 

Szukamy ludzi, którzy będą chcieli uczyć się i pracować razem z nami. 

Chłopak  spojrzał  spode  łba  na  Brakissa,  ale  młody  mężczyzna  obdarzył  go 

płomiennym spojrzeniem i powiedział: 

- Jeżeli się do nas przyłączysz, obiecuję, że imię Zekk nie będzie nigdy lekceważone 

ani zapomniane. 

Drzwi celi się otworzyły, ukazując stojącego na progu szturmowca. Żołnierz trzymał 

background image

tacę z parującym napojem i kusząco pachnącymi pasztecikami. 

- Może zechcesz coś zjeść w tym czasie, kiedy będziemy rozmawiali - zaproponował. 

- Wydaje mi się, że odpowiedziałem na większość twoich pytań, ale jeżeli jest jeszcze coś, co 

chciałbyś wiedzieć, pytaj śmiało. 

Zekk uświadomił sobie, że jest głodny jak wilk. Połknął aż trzy paszteciki, po każdym 

oblizując wargi. Nigdy w życiu nie jadł niczego tak pysznego. 

Ukryte znaczenie słów Brakissa niepokoiło go i przerażało, ale w umyśle chłopaka raz 

po  raz  pojawiały  się  pytania  na  temat  przyszłości.  I  chociaż  Zekk  nie  chciał  przyznać  tego 

przed  samym  sobą,  miał  niejasne  przeczucie,  że  większość  stwierdzeń  i  obietnic  młodego 

mężczyzny nie była pozbawiona sensu. 

 

Zanim Brakiss wyszedł z celi i zamknął drzwi za sobą, przystanął w progu i zwrócił 

się do jednego ze szturmowców: 

-  Proszę  dopilnować,  żeby  chłopiec  został  przeniesiony  do  bardziej  luksusowego 

pomieszczenia. Nie sądzę, żeby jeszcze sprawiał nam kłopoty. 

Kiedy  naczelnik  Akademii  Ciemnej  Strony  ruszył  lekko  jak  duch  korytarzem, 

podszedł do niego stary pilot myśliwca typu TIE, żeby złożyć raport. Qorl był wciąż jeszcze 

ubrany  w  czarny  opancerzony  skafander  próżniowy,  ale  zdążył  zdjąć  czarny,  podobny  do 

czerepu hełm, który trzymał teraz w mechanicznej dłoni. 

-  Lordzie  Brakissie,  pochwycony  rebeliancki  krążownik  „Diament”  znajduje  się  pod 

osłoną naszego siłowego pola - oznajmił. - Właśnie w tej chwili jest rozładowywany. 

Na twarzy Brakissa pojawił się szeroki uśmiech. 

- Doskonale. Czy w ładowniach było rzeczywiście aż tyle sprzętu, ile oczekiwaliśmy? 

Qorl kiwnął głową. 

-  Potwierdzam.  Dzięki  rdzeniom  jednostek  napędu  nadprzestrzennego  i  bateriom  do 

turbolaserów  będziemy  mogli  podwoić  potęgę  wojskową  Drugiego  Imperium.  Opanowanie 

tego statku było bardzo mądrym posunięciem. 

Brakiss  złączył  dłonie  i  opuścił  je,  pozwalając,  żeby  zniknęły  w  czeluściach 

fałdzistych rękawów jego srebrnego płaszcza. 

- Wyśmienicie - powiedział. - Wszystko potoczyło się zgodnie z planem. Zaraz złożę 

meldunek  samemu  wielkiemu  wodzowi  i  podzielę  się  z  nim  dobrą  nowiną.  Niedługo 

Imperium ponownie zajaśnieje jak słońce... a rebelianckie szumowiny nie będą mogły zrobić 

nic, żeby temu przeszkodzić. 

background image

ROZDZIAŁ 12 

 

-  Wahadłowiec  „Księżycowy  Blask”,  tu  wieża  kontrolna  Coruscant  Jeden.  Macie 

zgodę na start. Wrota hangaru lądowiska otworzą się w sektorze gamma. 

Kapitan statku Narek-Ag pstryknęła przełącznikiem głównego komunikatora. 

-  Dziękujemy,  wieża  Jeden.  Mówi  kapitan  wahadłowca  „Księżycowy  Blask”.  Mamy 

pełne  ładownie.  Kierujemy  się  ku  wrotom  gamma.  -  Wyłączyła  komunikator  i  obdarzyła 

konspiracyjnym  uśmiechem  siedzącego  na  sąsiednim  fotelu  Trebora,  drugiego  pilota 

wahadłowca. - Jeszcze kilka takich ładunków jak ten - powiedziała - i będziesz mógł poprosić 

mnie o rękę. 

W jej orzechowych oczach błyszczały figlarne ogniki. 

Trebor także uśmiechnął się, zapewne przyzwyczajony do swoistego poczucia humoru 

pani kapitan. 

- Jeżeli będziesz robiła nadal tak dobre interesy, możliwe, że cię posłucham - odparł. 

Z  wdziękiem,  który  zawdzięczała  wieloletniej  praktyce,  Narek  przeleciała 

wahadłowcem  przez  wrota  hangaru  jednej  ze  stacji  kosmicznych,  umieszczonych  na  orbicie 

wokół Coruscant. 

- Wszystkie współrzędne zostały wprowadzone? - zapytała, zwracając się do drugiego 

pilota. 

-  Wprowadzone  i  potwierdzone  -  zameldował  Trebor  w  tej  samej  chwili,  kiedy 

skończyła mówić. 

Narek  zachichotała  widząc,  jak  jej  wahadłowiec  oddala  się  od  lądowiska.  Po  chwili 

statek  zwiększył  prędkość,  chociaż  jeszcze  nie  opuścił  systemu  Coruscant.  Pani  kapitan 

zaczęła  przygotowywać jednostkę  do  skoku  w  nadprzestrzeń,  który  miał  zakończyć  się  w 

pobliżu planety Bespin, następnego celu ich podróży. 

- Wiesz co, jeżeli chodzi o działanie na tak małą skalę... - powiedziała. 

- ... nie jesteśmy wcale gorsi niż inni - dokończył zamiast niej Trebor. 

- Wcale nie jesteśmy gorsi - powtórzyła pani kapitan, z zadowoleniem kręcąc głową. - 

Oblicz współrzędne skoku. 

-  Już  prawie  zakończyłem  -  odrzekł  drugi  pilot.  -  Jeżeli  się  pospieszymy,  może 

zdążymy  dostarczyć  towar  do  Miasta  w  Chmurach,  a  wówczas  poszukamy  ładunku,  który 

można byłoby zabrać w drogę powrotną. W ten sposób zdołalibyśmy podwoić nasze zyski. 

Na twarzy Narek-Ag ukazał się błogi uśmiech. Pani kapitan wahadłowca przekrzywiła 

background image

głowę, aż zafalowały jej kasztanowate włosy. 

- Uwielbiam, kiedy myślisz jak prawdziwy człowiek interesu - powiedziała. 

-  Istota  interesu  -  poprawił  ją  Trebor.  -  Niedługo  osiągniemy  maksymalną prędkość. 

Przygotuj się do wejścia w nadprzestrzeń. 

Nagle  „Księżycowy  Blask”  szarpnął  się,  jakby  uderzył  w  nieprzepuszczalną 

przeszkodę. Mały statek odbił się od niej, po czym zaczął koziołkować w przestworzach. Na 

pulpicie  kontrolnej  konsolety  zapaliły  się  jaskrawe  ostrzegawcze  światła,  a  w  sterowni 

rozbrzmiało zawodzenie syren. 

- Co to było? - zapytała Narek, potrząsając głową, żeby pozbyć się rozmytych plam, 

odbieranych  przez  jej  narząd  wzroku.  Wyjrzała  przez  iluminator,  ale  zobaczyła  tylko  czerń 

przestworzy. 

-  Nie  mam  pojęcia  -  odparł  Trebor.  -  Nasze  skanery  niczego  nie  wykryły.  Ekrany 

wskazywały, że przelatywaliśmy przez pustą przestrzeń! 

- No cóż, to najtwardsza pusta przestrzeń, przez jaką kiedykolwiek leciałam - odcięła 

się Narek. - Melduj, co uległo uszkodzeniu! 

-  Na  razie  nie  wiem.  Czy  nie  mogłabyś  ustabilizować  statku? -poprosił  drugi  pilot.  - 

Teraz lepiej. Wygląda na to, że pękł kadłub w okolicach dolnej ładowni. Niech to diabli! Cały 

nasz  ładunek  wylatuje  w  przestworza!  Silniki  są  przegrzane,  a  wskaźniki  przekroczyły 

czerwone kreski. - Ciężko przełknął ślinę. - Wygląda na to, że znaleźliśmy się w poważnych 

tarapatach, moja pani. 

W  tej  samej  chwili,  jakby  na  potwierdzenie  jego  słów,  z  pulpitu  głównej  konsolety 

nawigacyjnej wystrzelił snop jaskrawych iskier. Mały statek ponownie zaczął koziołkować. 

- Wieża Coruscant Jeden, tu wahadłowiec „Księżycowy Blask” - krzyknął Trebor do 

mikrofonu komunikatora. - Mamy poważną awarię na pokładzie. Zderzyliśmy się z nieznaną 

bryłą kosmicznego złomu! 

Trzaskom,  jakie  odezwały  się  w  głośniku,  towarzyszył  jęk  sygnału  zwrotnego  i 

kolejna fontanna iskier z pulpitu konsolety. 

Narek-Ag  zakasłała,  po  czym  zaczęła  machać  rękami,  starając  się  rozpędzić  kłąb 

ciemnego dymu. Przycisnęła kilka guzików na pulpicie konsolety. 

-  Rufowe  dysze  ciągu  nie  reagują-  oznajmiła,  nie  na  żarty  przerażona.  -  Wciąż 

obserwuję  wskazania  skanerów,  ale  nadal  niczego  nie  widzę.  Z  czym  właściwie  się 

zderzyliśmy? 

-  Z  mojego  miejsca  także  nie  widać  niczego  lepszego  -  zameldował  Trebor.  -  Nic 

gorszego chyba nas nie mogło spotkać. 

background image

- Nie byłabym tego taka pewna - odparła Narek, z wysiłkiem przełykając ślinę. - Może 

jednak poproszę cię o to, żebyś mimo wszystko mnie poślubił. 

Drugi  pilot rzucił okiem  na  wskazania  przyrządów, na które właśnie spoglądała  pani 

kapitan. Głośno jęknął. W rdzeniu reaktora, dostarczającego energię do silników, zaczęła się 

tworzyć  niemożliwa  do  opanowania  reakcja  łańcuchowa,  która  miała  zaowocować  lawiną 

śmiercionośnego promieniowania. W ciągu kilku sekund „Księżycowy Blask” eksploduje jak 

miniaturowa supernowa... 

- Zawsze chciałem, żeby mój ślub odbył się pośród gwiazd - odparł Trebor, czując łzy 

napływające  do  oczu.  Pomyślał,  że  to  zapewne  z  powodu  gryzącego  dymu.  Uścisnął  dłoń 

Narek-Ag. - Przyjmuję twój ą propozycję... Muszę jednak powiedzieć, że wybrałaś paskudny 

moment. 

Koziołkujący  „Księżycowy  Blask”  zamienił  się  w  bezgłośną  fontannę  rozżarzonych 

metalowych  szczątków  i  ognistych  gazów,  które  po  chwili  zgasły,  pochłonięte  przez  czerń 

przestworzy. 

 

Jaina  przemierzała  wielki  salon  znajdującego  się  na jednym  z  pięter  Pałacu 

Imperialnego  rodzinnego  apartamentu  jak  uwięzione  w  klatce  dzikie  zwierzę,  które  kiedyś 

widziała w holograficznym zoo z okazami wymarłych stworzeń. Nienawidziła bezczynności. 

Chciałaby zrobić coś, cokolwiek. 

Jacen  i  Tenel  Ka,  zabierając  See-Threepia  i  Anakina,  wyruszyli  ponownie  na 

poszukiwania  Zekka.  Lowie  także  wyszedł,  żeby  pomóc  w  pracy  swojemu  wujowi 

Chewbacce. Kiedy Jacen zauważył, że może ktoś powinien poczekać w domu, na wypadek, 

gdyby Zekk albo Peckhum chcieli się z nimi porozumieć, Jaina niechętnie zgodziła się zostać. 

W  końcu  jednak  nie  wytrzymała  i  spróbowała  nawiązać  łączność  z  Peckhumem, 

przebywającym wciąż jeszcze na pokładzie orbitalnej stacji kontrolnej, mimo iż wiedziała, że 

stary  pilot  powinien  za  kilka  godzin  wrócić.  Siedzący  przed  obiektywem  holoprojektora 

Peckhum zgłosił się bez chwili zwłoki, ale kiedy Jaina zaczęła mówić o tym, że Zekk zniknął, 

holograficzny wizerunek mężczyzny zamigotał i szybko się rozpłynął. Odpowiedź zagłuszyły 

szumy i zakłócenia. Dziewczyna usłyszała tylko: 

- Nie rozumiem twojej... nie otrzyma... wiadomości... wracam wieczorem... 

Widocznie  centralna  jednostka  wielozadaniowa  stacji  z  godziny  na  godzinę 

funkcjonowała  coraz  gorzej.  Jaina  musiała  zaczekać  z  wyjaśnieniem  wątpliwości  do  chwili, 

gdy będzie mogła porozmawiać z Peckhumem osobiście. 

Kiedy w końcu wróciła matka, by zjeść obiad, Jaina była gotowa krzyczeć z nudów i 

background image

rozpaczy.  Bardzo  chciała  porozmawiać,  ale  Leia  sprawiała  wrażenie  tak  zmęczonej  i 

przygnębionej,  że  dziewczyna  zdecydowała,  iż  najlepiej  będzie  nie  zawracać  jej  głowy 

swoimi  problemami.  Udała  się  do  automatu  przygotowującego  posiłki,  po  czym  przyniosła 

tacę z parującymi porcjami i postawiła na stole, a sama usiadła obok i nie mówiąc ani słowa, 

zabrała się do jedzenia. 

Po kilku minutach wpadł zdyszany Han Solo. Podszedł szybko do stołu i powiedział: 

- Przybyłem, kiedy tylko dowiedziałem się, że mnie poszukujesz. Co się stało? 

Leia spojrzała na Hana, a kąciki jej ust uniosły się w lekkim, ale pełnym wdzięczności 

uśmiechu. 

- Chciałam poznać twoje zdanie na temat pewnej sprawy - odrzekła. - Czy masz trochę 

czasu, żeby usiąść z nami przy stole i zjeść obiad? 

Han obdarzył ją łobuzerskim uśmiechem. 

-  Popołudniowy  posiłek  z  dwiema  najpiękniejszymi  kobietami  w  całej  galaktyce?  - 

zapytał.  -  Oczywiście,  że  mam  czas.  O  co  chodzi?  Kolejna  katastrofa  w  rodzaju  ataku 

oddziałów imperialnych? 

Nałożył sobie porcję gorącego koreliańskiego gulaszu. 

-  Masz  rację,  że  katastrofa.  -  Leia  głęboko  odetchnęła.  -  Wahadłowiec,  który  dzisiaj 

rano opuszczał orbitę, z niewyjaśnionych przyczyn nagle eksplodował. 

Zdumiona Jaina uniosła głowę i spojrzała na matkę, ale ojciec tylko kiwnął głową. 

- Ta-a, słyszałem o tym mniej więcej przed godziną - przyznał. 

Leia zmarszczyła brwi, a na jej twarzy ukazał się wyraz zamyślenia. 

- Nikt nie ma pojęcia, co się stało. Co właściwie mogło być przyczyną katastrofy? 

- Jakieś niesprawne urządzenie? - zasugerowała Jaina. - Może przeciążenie silników? 

Na twarzy Leii odmalował się niepokój. 

-  Wieża  Coruscant  Jeden  odebrała  meldunek  kilka  chwil  przed  eksplozją 

„Księżycowego Blasku”. Pani kapitan chyba przypuszczała, że jej statek z czymś się zderzył. 

Zdumiony Han uniósł brwi. 

- Chcesz powiedzieć, że wydarzyło się to na orbicie? Czy w pobliżu mogły znajdować 

się jakieś jednostki, którym nie zezwolono na start albo lądowanie? 

- Nie-e-e - odezwała się z namysłem Leia. 

-  Jakaś  kosmiczna  mina,  pozostawiona  celowo  w  tamtym  miejscu?  -  nie  dawał  za 

wygraną Han. - Bryła materii? Może kawał złomu? 

Jaina nadstawiła uszu. 

-  Kiedy  lecieliśmy  do  domu,  wpadliśmy  w  całkiem  spory  śmietnik,  prawda,  tato?  - 

background image

przypomniała. 

Leia się skrzywiła. 

- Tego właśnie się obawiałam. Nasz komisarz do spraw wymiany handlowej interesuje 

się takimi sprawami. Mówi, że szczątki pozostawionych na orbitach wokół Coruscant wraków 

w  każdej  chwili  mogą  spowodować  katastrofę.  Od  dawna  nalega,  żeby  nadać  wyższy 

priorytet  wytyczaniu  bezpieczniejszych  szlaków.  Nanieśliśmy  na  mapy  większe  bryły,  ale 

przypuszczam, że wiele mniejszych po prostu umknęło naszej uwadze... A niektóre szczątki 

zaśmiecają orbitę od co najmniej kilku dziesięcioleci. 

Han zacisnął wargi. 

- Ale wypadki zdarzają się niezwykle rzadko - stwierdził. - Nie przesadzałbym, Leio. 

-  Z  meldunku,  przesłanego  z  pokładu  „Księżycowego  Blasku”,  wynikało,  że  nie 

widzieli  obiektu,  z  którym  się  zderzyli  -  oznajmiła  Leia.  -  Nie  było  go  na  żadnej  mapie. 

Komisarz uważa ten problem za bardzo ważny z uwagi na bezpieczeństwo lotów. Nie mogę 

się z nim nie zgodzić... Po tej katastrofie musimy przedsięwziąć jakieś środki. 

-  Ile  pracy  wymagałoby  ponowne  naniesienie  na  gwiezdne  mapy  przynajmniej 

największych szczątków wraków? - zainteresował się Han. 

- Dosyć dużo. I zajęłoby mnóstwo czasu. - Leia uszczypnęła nasadę nosa, jakby nagle 

poczuła  silny  ból  głowy.  -  Nie  jestem  nawet  pewna,  czy  Nowa  Republika  dysponuje 

środkami, by powierzyć komukolwiek taką pracę... 

- Może my moglibyśmy jakoś pomóc - wtrąciła się Jaina, zdecydowana skupić uwagę 

na  problemie,  który  pozwoliłby  jej  przestać  myśleć  o  Zekku.  -  Przecież  wujek  Luke 

powiedział,  że  powinniśmy  znaleźć  odpowiednie  zajęcie  w  czasie,  kiedy  będziemy 

przebywali z daleka od jego akademii. Lowie i ja zaznaczymy szczątki na mapach. To może 

być nawet doskonała zabawa. 

 

Jaina przeniosła spojrzenie z elektronicznego notatnika na ekran monitora komputera, 

po czym popatrzyła ponownie na symulowany hologram przestworzy. 

- W porządku, a teraz następna trajektoria, Lowie - powiedziała. 

Przeciągnęła  się,  próbując  rozprostować  mięśnie  ramion.  Przetarła  załzawione  oczy, 

ale nie odzyskała ostrości wzroku. Oboje zajmowali się wciąż tym samym od wielu godzin. 

Dziewczyna  nie  potrafiła  zrozumieć,  jak  mogła  kiedykolwiek  uważać,  że  takie  monotonne 

zajęcie może być zabawne. 

Chudy  Wookie bardzo uważnie wprowadził do pamięci komputera parametry orbity, 

po  czym  na  holograficznej  mapie  pojawiła  się  jeszcze  jedna  świetlista  linia.  Dziewczyna 

background image

jęknęła. 

- Nie wątpię, że ta praca jest niezwykle ważna, ale wydawało mi się, że będzie o wiele 

ciekawsza - powiedziała. 

Lowie burknął coś w odpowiedzi, co natychmiast przetłumaczył Em Teedee: 

- Pan Lowbacca uważa, że należałoby zacząć od tego, iż oznaczanie orbit brył złomu 

nie powinno być uważane za coś ciekawego. Zresztą szkolne zadania domowe rzadko bywają 

interesujące. Jeżeli zaś chodzi o tę pracę, przynajmniej można traktować ją jako bardzo pilną. 

- Lowie warknął, wtrącając następną uwagę. - Co więcej -ciągnął android - mój pan pragnie 

podkreślić,  że  praca  jest  zaawansowana  zaledwie  w  dwunastu  procentach.  Będzie 

zachwycony, kiedy wreszcie dobiegnie końca. 

Jaina ciężko westchnęła i przeczesała palcami proste brązowe włosy. 

- W takim razie - odparła - na co jeszcze czekamy? 

background image

ROZDZIAŁ 13 

 

Peckhum przewiesił pasek podróżnej płóciennej torby przez ramię. Właśnie opuszczał 

pokład „Piorunochronu” spoczywającego na jednym z tanich lądowisk obok innych statków, 

pozostawionych przez różnych oszustów i przemytników. Cieszył się, że wylądował, choćby 

tylko  dlatego,  że  wszystkie  urządzenia  w  jego  mieszkaniu  działały  prawidłowo.  Nie  mógł 

powiedzieć tego samego o aparaturze znajdującej się na pokładzie orbitalnej stacji kontrolnej, 

skąd powracał. 

Nie zwracając uwagi na ciężką torbę, stary mężczyzna przemykał jak duch szerokimi 

ulicami i wąskimi alejkami, od czasu do czasu mrucząc do siebie: 

- Musisz sobie jakoś radzić, Peckhumie. Mamy kłopoty z zaopatrzeniem, Peckhumie. 

Nowy sprzęt jest bardzo drogi, Peckhumie. Centralne jednostki wielozadaniowe nie rosną na 

pędach rozgwiezdnika, Peckhumie. 

Pocierając  zarost  na  policzku  palcami  jednej  dłoni,  stary  mężczyzna  nie  przestawał 

zrzędzić,  przyzwyczajony  do  prowadzenia  rozmów  z  samym  sobą  równie  często  jak  do 

rozmawiania z Zekkiem. 

-  Można  byłoby  pomyśleć,  że  zaczekają  z  przekazaniem  mi  tej  wiadomości,  aż 

opuszczę  pokład  statku -  ciągnął. - „Staraliśmy się skontaktować z tobą, Peckhumie, ale nie 

mogliśmy”.  Nie  zatroszczyli  się  o  naprawienie  mojego  komunikatora,  więc  teraz  mają za 

swoje!  -  Przewiesił  pasek  torby  przez  drugie  ramię.  „Z  powodu  ostatniego  ataku  oddziałów 

imperialnych, Peckhumie, przeznaczony dla ciebie sprzęt trafił w inne miejsce, ważniejsze z 

punktu  widzenia  bezpieczeństwa  Nowej  Republiki.  Chcielibyśmy  także,  żebyś  jutro  rano 

wrócił na pokład stacji i dopilnował prawidłowego ustawienia zwierciadeł, Peckhumie”. Ha! 

Stąpał  ciężko,  powłócząc  nogami  i  nie  zwracając  uwagi  na  hałaśliwych  handlarzy, 

wiecznie  zdziwionych  turystów  czy  urzędników,  jak  zwykle  pochłoniętych  własnymi 

problemami. 

-  Bardzo  chciałbym,  żeby  administrator,  odpowiedzialny  za  działanie  stacji,  chociaż 

raz opuścił swoje przytulne biuro i poleciał ze mną tam, na górę - mruczał. - Poczęstowałbym 

go  tym  świństwem,  którym  karmi  mnie  automat  przygotowujący  posiłki,  a  wówczas 

przekonałbym się, jak będzie mu smakowało. Zobaczyłbym, jak o n będzie sobie radził! 

Skręcił za róg i ruszył korytarzem wiodącym prosto do mieszkania. 

- Gdybym czekał, aż ci biurokraci coś zrobią, cała stacja rozleciałaby się na części! - 

Uśmiechnął  się,  gdy  przypomniał  sobie,  że  Zekk  obiecał  mu  zdobycie  nowej  centralnej 

background image

jednostki  wielozadaniowej.  -  Czasami  trzeba  radzić  sobie  samemu...  z  niewielką  pomocą 

przyjaciół. 

Uniósł głowę i z zadowoleniem stwierdził, że znalazł się przed drzwiami. Wystukał na 

klawiaturze  kombinację  liczb  umożliwiającą  wejście  do  mieszkania.  Drzwi  rozsunęły  się  z 

cichym  sykiem  uciekającego  powietrza,  które  sprawiało  wrażenie  nieświeżego  i  zatęchłego, 

jakby  pomieszczenie  było  od  kilku  dni  nie  wietrzone.  Peckhum  pomyślał,  że  powinien 

przypomnieć Zekkowi, aby od czasu do czasu wpuścił trochę świeżego powietrza. 

Wrzucił torbę do jakiejś przegrody w przedpokoju, a w tym czasie drzwi zamknęły się 

za jego plecami. Nie powitał go jednak żaden znajomy okrzyk. 

-  Hej,  Zekku!  -  zawołał.  Odpowiedziała  mu  przytłaczająca  cisza,  więc  postanowił 

odezwać  się  nieco  głośniej.  -  Po  trzech  dniach  oddychania  powietrzem  z  uszkodzonych 

regeneratorów stacji nawet to w mieszkaniu wydaje się całkiem świeże, ale... - Urwał. Nadal 

nikt nie reagował na jego słowa. - Zekku? 

Rozejrzał  się  po  zagraconym  salonie,  a  potem  zaczął  rozglądać  się  po  całym 

mieszkaniu.  Wpadł  do  kuchni  i  sypialni  Zekka.  Nie  zapomniał  nawet  o  łazience.  Wszystkie 

pomieszczenia były jednak puste. 

Na  czole  starego  mężczyzny  pojawiły  się  głębokie  zmarszczki.  Zekk  nie  miał 

zwyczaju  wychodzić,  kiedy  wiedział,  że  Peckhum  wraca z  pracy...  zwłaszcza  iż  obiecał 

dostarczyć  mu  wygrzebaną  skądś  aparaturę.  Stary  siwowłosy  pilot  nie  widział  jednak  w 

mieszkaniu  ani  śladu  obiecanej  centralnej  jednostki  wielozadaniowej.  Potrzebował jej,  żeby 

zabrać  ze  sobą,  kiedy  następnego  ranka  będzie  znów  odlatywał  do  orbitalnej  stacji 

kontrolującej ustawienie zwierciadeł. 

Ponownie  potarł  zarośnięty  policzek  i  myślał  intensywnie.  Nagle  wyraźnie  się 

odprężył. 

- Oczywiście! - mruknął do siebie. - Dzieciaki Solo! 

Przyjaciele  Zekka,  Jacen  i  Jaina,  mieli  spędzić  na  Coruscant tylko  kilka  tygodni. 

Zapewne teraz gdzieś się bawili, opowiadając nieprawdopodobne historie o przygodach, jakie 

rzekomo  przeżyli  na  różnych  planetach.  Peckhum  obejrzał  się  i  zobaczył  mrugające  światło 

na panelu informacyjnym, umieszczonym obok drzwi wejściowych. Oznaczało, że w pamięci 

urządzenia została zapisana informacja, której nikt jeszcze nie odebrał. Peckhum pomyślał, że 

zapewne Zekk informuje go w ten sposób, dokąd poszedł z przyjaciółmi. 

Przekonał się, że urządzenie zawiera trzy informacje. Postanowił zapoznać się z nimi 

po kolei. Pierwsza ukazała mu holograficzny wizerunek Jacena i Jainy Solo stojących przed 

drzwiami w towarzystwie dwojga innych młodych rycerzy Jedi. 

background image

-  Hej,  Zekku!  -  Peckhum  usłyszał  charakterystyczny,  na  poły  kpiący  głos  Jacena.  - 

Przyszliśmy  pomóc  ci  zapolować  na  to  urządzenie,  które  obiecałeś  załatwić  Peckhumowi. 

Umówiliśmy się na dzisiaj rano, pamiętasz? Wrócimy tu jutro wczesnym rankiem.  Daj nam 

znać, jeżeli zmieniłeś plany. 

Druga  wiadomość  ukazała  mu  wizerunek  stojącej  przed  drzwiami  Jainy  Solo. 

Dziewczyna była trochę zaniepokojona. 

- Zekku, to znów my - powiedziała. - Czy nic ci się nie stało? Szukamy cię wszędzie, 

gdzie  możemy!  Przepraszam,  jeżeli  czujesz  do  nas  żal  z  powodu  tego,  co  wydarzyło  się 

tamtego wieczora. Nie ma czym się przejmować. Czy mógłbyś porozumieć się z nami, kiedy 

wrócisz do domu? 

Ostatnie  nagranie  przedstawiało  także  Jainę,  tym  razem  zmęczoną  i  przerażoną. 

Dziewczyna powoli wymawiała słowa, jakby z trudem przechodziły przez jej gardło. 

-  Zekku,  czy  się  na  nas  pogniewałeś?  Wszyscy...  przepraszamy  cię,  jeżeli 

powiedzieliśmy coś, co sprawiło, że podczas tamtego bankietu poczułeś się nieswojo... Jeżeli 

odnalazłeś już tę centralną jednostkę wielozadaniową i ha razie nie chcesz, żebyśmy pomogli 

ci przynieść  ją do  mieszkania...  Potrafimy  to  zrozumieć.  Proszę,  skontaktuj  się  z  nami,  gdy 

otrzymasz tę wiadomość. 

Stary  Peckhum  słuchał  czując,  jak  jego  żołądek  kurczy  się  z  przerażenia.  Musiało 

wydarzyć  się  coś  złego.  Rozejrzał  się  po  mieszkaniu,  ale  nie  dostrzegł  żadnych  śladów 

świadczących  o  tym,  że  chłopiec  planował  wyjść  na  dłużej.  Żadnych  nagrań.  Żadnych 

notatek. To było niepodobne do Zekka. Chłopiec był uczciwy i słowny. Inni mogli uważać go 

za młodego łajdaka, ulicznika czy łobuza, ale Zekk znał swoje obowiązki i zawsze się z nich 

wywiązywał.  Dobrze  wiedział,  jakie  znaczenie  dla  pracy  w  orbitalnej  stacji  kontrolnej  ma 

działająca  centralna  jednostka  wielozadaniowa  i  dlatego  obiecał  Peckhumowi,  że  dostarczy 

mu  to  urządzenie.  Jeżeli  zaś  Zekk  obiecywał,  że  coś  zrobi,  dotrzymywał  danego  słowa. 

Zawsze. 

To  prawda,  chłopak  był  sierotą,  żartownisiem  i  poszukiwaczem  przygód.  Często 

opowiadał  nieprawdopodobne  historie,  ale  był  wiernym  przyjacielem.  Można  było  na  niego 

liczyć w potrzebie. 

Peckhum  zdecydował  się  w  jednej  chwili,  niemal  podświadomie.  Poświęcił  chwilę, 

żeby  nagrać  wideofoniczną  wiadomość  dla  Zekka,  na  wypadek  gdyby  chłopak  powrócił,  a 

potem wyszedł z mieszkania i skierował się do pałacu. 

 

-  Hej, cieszę  się,  że cię  widzę! - odezwał się Jacen, kiedy otworzył drzwi i zobaczył 

background image

stojącego  na  progu  przemoczonego  i  zmęczonego  Peckhuma.  Natychmiast  zasypał  go 

pytaniami: - Czy nie widziałeś ostatnio Zekka? Nie wiesz, dokąd mógł pójść? Nie miałeś od 

niego jakiejś wiadomości? 

Wyraz twarzy mężczyzny wystarczył mu za odpowiedź. 

- Miałem nadzieję, że może wy powiecie mi, co się z nim stało - odparł stary pilot. 

Przypomniawszy sobie nagle o dobrych obyczajach, Jacen cofnął się o krok i gestem 

zaprosił Peckhuma do mieszkania. 

- Och, przepraszam - powiedział. - Wejdź, proszę. Zaraz zawołam Jainę i pozostałych. 

Jego siostra i Lowie pracowali, zajęci nanoszeniem na holograficzną mapę trajektorii 

szczątków  wraków  różnych  statków  krążących  po  orbicie  wokół  Coruscant.  Tenel  Ka 

polerowała jakąś broń, którą odczepiła od pasa. 

- Hej - zwrócił się Jacen do innych młodych Jedi. - Przyszedł Peckhum. On także nie 

ma pojęcia, co mogło się stać z Zekkiem. 

Malująca się na twarzy Jainy powaga zamieniła się w niepokój. Lowie zerwał się na 

równe  nogi,  po  czym  wyciągnął  rękę,  żeby  pomóc  wstać  dziewczynie.  Wszyscy  pięcioro 

pochylili się nad wyświetlaną w kącie wielkiego salonu holograficzną mapą miasta. Tenel Ka 

zaczęła pokazywać mężczyźnie niektóre jaskrawo oświetlone grupy wieżowców. 

-  Przeszukaliśmy  teren  w  pobliżu  twojego  domu  -  oznajmiła,  zwracając  się  do 

Peckhuma. 

Jacen wskazał na inne punkty holograficznej mapy. 

-  Odwiedziliśmy  również  miejsca,  gdzie  byliśmy  z  Zekkiem,  kiedy  zabrał  nas  na 

wyprawę na niższe poziomy - dodał. - To znaczy te, do których umieliśmy sami wrócić. 

Peckhum kiwnął głową. Potarł szczecinę na policzku, a na jego twarzy odmalował się 

niepokój. 

-  Anakin  i  Threepio  wyprawili  się  nawet  do  kilku  innych  kryjówek,  o  których 

wspominał  Zekk  -  odezwała  się  Jaina.  -  Liczyliśmy  na  to,  że  powiesz  nam,  gdzie  jeszcze 

można byłoby go poszukać. 

Lowie  zawył  przeciągle,  wtrącając  jakąś  uwagę.  Po  sekundzie  rozległ  się  piskliwy 

głosik Em Teedee: 

- Pan Lowbacca pragnie zauważyć, że nasz brak znajomości czegoś, co można byłoby 

określić  mianem  mniej  chwalebnych  aspektów  życia  na  Coruscant,  może  być  jednym  z 

czynników ograniczających skuteczność poszukiwań. 

Usłyszawszy  przesadnie  kwieciste  tłumaczenie,  chudy  Wookie  groźnie  warknął,  ale 

powstrzymał się od dalszych uwag. 

background image

-  Wiecie,  on  ma  rację  -  stwierdziła  Jaina.  -  Rzeczywiście  znamy  tylko  lepszą  część 

miasta. 

- A poza tym aż do tej chwili nawet nie byliśmy pewni, czy Zekk naprawdę zaginął - 

przypomniała Tenel Ka. - Dopiero teraz wiemy, że to fakt. 

-  Hej,  skoro  wiemy  na  pewno,  że  Zekk  zaginął  -  odezwał  się  Jacen  -  moglibyśmy 

powiadomić o tym fakcie strażników Nowej Republiki. 

Peckhum raptownie uniósł głowę. 

-  Nie,  tylko  nie  strażników  -  powiedział.  -  Zekk  nie  chciałby  mieć  z  nimi  nic 

wspólnego. 

- Ale przecież zaginął-starał się go przekonać Jacen. - Musimy go odnaleźć. 

Chłopiec ze zdumieniem zauważył łzy w oczach siostry. 

-  To  prawda  -  przyznał  stary  pilot.  -  Zekk  miał  jednak  kiedyś  kilka  małych... 

nieporozumień ze strażnikami i nie byłby nam wdzięczny za to, gdybyśmy teraz korzystali z 

ich pomocy. Mimo to nie musicie się martwić. Mogę poszukać go w wielu innych miejscach, 

o których wy nawet nie pomyślelibyście. 

-  No  cóż... -  odparł  nie do  końca  przekonany Jacen. - To znaczy, że nadal  będziemy 

musieli  szukać  go  sami.  Twoje  uwagi  bardzo  nam  pomogą,  Peckhumie.  Domyślam  się,  że 

wszystko zależy teraz od nas. 

- Zekk umie sobie radzić w trudnych sytuacjach - pocieszył go mężczyzna, zmuszając 

się do okazania optymizmu. - Przeszedł przez niejedno i udowodnił, że potrafi troszczyć się o 

swoje  sprawy.  - Nagle  urwał  i  dokończył  znacznie  ciszej:  -  Mam  tylko  nadzieję,  że  nie 

spotkało go nic złego. 

background image

ROZDZIAŁ 14 

 

Zekk,  przeniesiony  do  nowej  luksusowej  komnaty  na  terenie  Akademii  Ciemnej 

Strony, obudził się dziwnie wypoczęty i ożywiony. Domyślał się, że zapadł w długi głęboki 

sen, jakby jego organizm domagał się regeneracji sił i wypoczynku. Chłopak zastanawiał się, 

czy  przypadkiem  poprzedniego  dnia  Brakiss  nie  domieszał  jakiegoś  narkotyku  do  jego 

jedzenia. Doszedł jednak do wniosku, że nawet gdyby tak było, chyba nie miałby mu tego za 

złe. Jeszcze nigdy w życiu nie czuł się tak szczęśliwy i podniecony. 

Spróbował przestać o tym myśleć. Usiłował wykrzesać z siebie chociaż trochę złości 

na  myśl  o  rym,  że  wbrew  własnej  woli  został  porwany  i  przetransportowany  na  pokład 

imperialnej  stacji.  Nie  mógł  jednak  zaprzeczyć,  że  był  traktowany  z  większym  szacunkiem 

niż  kiedykolwiek  przedtem.  Stopniowo  zaczynał  nawet  uważać  swoje  nowe  pomieszczenie 

nie za celę, lecz za komnatę. 

Udał  się  do  łazienki  i  brał  natrysk  tak  długo,  aż  poczuł  w  całym  ciele  mrowienie, 

wywołane  ciepłem  i  czystością.  Przebywał  tam  znacznie  dłużej  niż  musiał,  ale  nie 

przejmował się tym ani trochę. Jeżeli Brakiss chce, niech zaczeka. Przynajmniej będzie miał 

za swoje! Zekk nie zamierzał zostawać w tym miejscu, bez względu na to, ile czasu i uwagi 

chciałby poświęcić mu naczelnik Akademii Ciemnej Strony. 

Martwił  się  tym,  co  robi  teraz  stary  Peckhum.  Wiedział,  że  jego  przyjaciel  z 

pewnością  bardzo  zaniepokoił  się  faktem  jego  zniknięcia.  Był  pewien,  że  na  poszukiwania 

wyruszyli także Jacen i Jaina. Domyślał się jednak, że Brakiss zrobił wszystko, co mógł, żeby 

zatrzeć ślady jego porwania. Musiał zatem zaczekać na odpowiednią chwilę, a w tym czasie 

opracować plan ucieczki. 

Przekonał  się,  że  kiedy  przebywał  pod  natryskiem,  ktoś  zabrał  jego  stare  zniszczone 

ubranie  i  zamiast  niego  podłożył  nowiutki  elastyczny  kombinezon,  błyszczący  skórzany 

pancerz i połyskujący czarny mundur, wyjątkowo elegancki. Zekk rozejrzał się po komnacie, 

chcąc odnaleźć stare ubranie. Nie zamierzał wykorzystywać uprzejmości Drugiego Imperium 

bardziej  niż  to  konieczne,  ale  nigdzie  nie  zobaczył  niczego  innego,  co  mógłby  włożyć. 

Okazało się., że nowe ubranie pasuje na niego jak ulał. 

Zekk  podszedł  do  drzwi  i  spróbował  rozsunąć  oba  skrzydła.  Spodziewał  się,  że  nie 

będzie  mógł  wyjść  z  komnaty,  ale  ze  zdumieniem  przekonał  się,  że  drzwi  otworzyły  się 

natychmiast.  Chłopak  wyszedł  na  korytarz,  gdzie  ujrzał  czekającego  cierpliwie  Brakissa. 

Ciało  młodego  mężczyzny  osłaniał  srebrzysty  płaszcz,  tak  zwiewny,  jakby  utkany  z 

background image

migotliwych cieni. 

Na  posągowo  pięknej  twarzy  naczelnika  Akademii  Ciemnej  Strony  pojawił  się  lekki 

uśmiech. 

- Witaj, młody Zekku - odezwał się Brakiss. - Jesteś, gotów przystąpić do nauki? 

- Nie jestem - burknął chłopak. - Nie sądzę jednak, żeby moje zdanie miało być brane 

pod uwagę. 

-  Oczywiście,  że  będzie  brane  pod  uwagę-  zapewnił  go  Brakiss.  -  Twoje  zdanie 

oznacza,  że  nie  wyjaśniłem  w  dostatecznym  stopniu  tego,  co  będę  mógł  dla  ciebie  zrobić. 

Jeżeli  zechcesz  uczynić  chociaż  mały  wyłom  w  murze  swojego  uporu  -  tylko  po  to,  by 

wysłuchać, co mam do powiedzenia - może uda mi się ciebie przekonać. 

-  A  co  będzie,  jeżeli  ci  się  nie  uda?  -  zapytał  Zekk  z  większą  złością,  niż  naprawdę 

odczuwał. 

Młody mężczyzna wzruszył ramionami. 

- To będzie oznaczało, że poniosłem klęskę - odparł. - Cóż więcej mogę powiedzieć? 

Zekk  postanowił  się  nie  sprzeciwiać.  Był  ciekaw,  czy  zostałby  zabity,  gdyby  nie 

zgodził się postępować zgodnie z planami, jakie miało wobec niego Drugie Imperium. 

-  Zapraszam  cię  do  swojego  gabinetu  -  odezwał  się  Brakiss,  po  czym  odwrócił  się  i 

poprowadził  chłopca  zakręcającym  korytarzem  o  gładkich  jasnoszarych  ścianach.  Na 

pierwszy  rzut  oka  mogłoby  wydawać  się,  że  są  sami,  ale  Zekk  nie  mógł  nie  zauważyć 

stojących na baczność na wszystkich skrzyżowaniach korytarzy i przed niektórymi drzwiami 

uzbrojonych szturmowców, gotowych pospieszyć z pomocą, gdyby Brakiss miał jakiekolwiek 

problemy.  Chłopak  z  trudem  powstrzymał  uśmiech  na  myśl  o  tym,  że  mógłby  stanowić 

zagrożenie dla naczelnika imperialnej akademii. 

W  prywatnym  gabinecie  młodego  mężczyzny  panowały  ciemności  niemal  tak 

nieprzeniknione  jak  w  przestworzach.  Na  wykonanych  z  czarnej  transpastali  ścianach  było 

widać  holograficzne  wizerunki  astronomicznych  kataklizmów:  wybuchów  ognistych  słońc  i 

zapadających  się  planet  czy  potoków  płynącej  lawy.  Zdziwiony  Zekk  rozejrzał  się  po 

mrocznym  pomieszczeniu.  Pełne  dzikiej,  nieokiełznanej  energii  obrazy  ukazały  mu  inne 

oblicze wszechświata, nie zachwalane w punktach informacji turystycznej na Coruscant. 

- Proszę, wejdź - odezwał się Brakiss. Jego cichy melodyjny głos nie zdradzał żadnych 

uczuć. Bezskutecznie usiłując usłyszeć w nim choćby cień groźby, Zekk uświadomił sobie, że 

w tej chwili jakikolwiek sprzeciw nie miałby sensu. Postanowił, że uczyni to później, kiedy 

będzie mógł liczyć na to, że osiągnie zamierzony skutek. 

Brakiss  usiadł  z  drugiej  strony  długiego  błyszczącego  biurka,  po  czym  otworzył 

background image

ukrytą  szufladę  i  wyciągnął  z  niej  mały  cylindryczny  świecący  pręt.  Ujął  go  szczupłymi, 

podobnymi do alabastrowych, palcami, a potem rozkręcił na mniej więcej dwie równe części. 

Kiedy  rozłączał  połówki,  z  miejsc,  w  których  się  rozdzieliły,  wystrzeliły  w  górę  jaskrawe 

błękitnozielonkawe  płomyki.  Migotały  i  drżały,  ale  chyba  nie  dawały  dużo  ciepła.  Zimne 

światło,  jakie  rozjaśniło  ściany  gabinetu,  przyćmiło  nawet  blask  bijący  od  wizerunków 

kosmicznych katastrof. 

- Co to jest? - zainteresował się chłopak. 

Siedzący  za  biurkiem  Brakiss  skierował  połówki  pręta  ku  górze  w  ten  sposób,  że 

tworzyły  trójkąt  z  jego zetkniętymi  palcami.  Zimne  płomienie  złączyły  się  i  strzeliły  wyżej, 

jakby nabrały dodatkowej siły. 

- Patrz na płomień - polecił Brakiss. - Dam ci przykład tego, co będziesz mógł robić, 

jeżeli  zechcesz  wykorzystać  swoje  zdolności  posługiwania  się  Mocą.  Manipulowanie 

płomieniem  jest  dziecinnie  proste,  ale  na  początek  może  być  bardzo  dobrym  testem. 

Zrozumiesz, o czym mówię, kiedy sam spróbujesz. A teraz popatrz. 

Brakiss  zagiął  jeden  palec,  a  później  utkwił  spojrzenie  w  czymś,  co  musiało  chyba 

znajdować się bardzo daleko. Jaskrawy płomień zaczął chwiać się i kołysać najpierw w jedną, 

a  potem  w  drugą  stronę.  Z  każdą  chwilą  stawał  się  coraz  cieńszy  i  dłuższy,  aż  w  końcu 

zamienił się w cienką ognistą nitkę. Po chwili rozprzestrzenił się, by utworzyć kulę, podobną 

do małego płonącego słońca. 

-  Kiedy  już  opanujesz  takie  proste  sztuczki  - rzekł  Brakiss - będziesz mógł  zająć się 

czymś zabawniejszym. 

Rozciągnął płomień, tworząc z niego elastyczną, jakby gumową płaszczyznę, po czym 

uformował  z  niej  zniekształconą  twarz  o  płonących  oczach  i  otwartych  ustach.  Po  chwili 

twarz  przemieniła  się  w  smoka  wykręcającego  długą  szyję  w  prawo  i  w  lewo,  by  w  końcu 

przeistoczyć  się  w  migotliwy,  utworzony  z  błękitnozielonego  światła  wizerunek  samego 

Zekka. 

Zafascynowany  chłopak  nie  potrafił  oderwać  oczu  od  tego,  co  pokazywał  mu 

mężczyzna. Był ciekaw, czy Jacen albo Jaina umieliby dokonać takiej samej sztuki. 

Tymczasem  Brakiss  przerwał  działanie  Mocy  i pozwolił,  by  płomienie  zamieniły  się 

w jaskrawo świecący punkt w środku cylindra. 

- Teraz twoja kolej, młody Zekku - powiedział. - Powinieneś tylko się skupić. Poczuj 

ogień  w  ten  sam  sposób,  jakbyś  dotykał  płynącej  wody  albo  pędzla  z  farbą.  Posłuż  się 

niewidzialnymi  palcami  myśli,  a  wówczas  będziesz  mógł  ukształtować  z  niego,  cokolwiek 

zechcesz. Obróć płomień wokół osi, wtedy lepiej go poczujesz. 

background image

Zekk ochoczo pochylił się i wyciągnął rękę, ale nagle zamarł w pół ruchu. 

-  Dlaczego miałbym cię  usłuchać? - zapytał. - Nie zamierzam  wyświadczać  żadnych 

przysług ani Drugiemu Imperium, ani Akademii Ciemnej Strony... ani tobie. 

Brakiss złączył szczupłe palce i ponownie uśmiechnął się do chłopca. 

- Nie chciałbym, żebyś robił to dla mnie - powiedział. - Ani dla rządu czy instytucji, o 

których właściwie niczego nie wiesz. Proszę cię, żebyś zrobił to dla siebie. Zawsze przecież 

pragnąłeś rozwijać talent i doskonalić umiejętności, prawda? Daję ci teraz szansę, która może 

się  nie  powtórzyć.  Dlaczego  nie  miałbyś  z  niej  skorzystać?  Dobrze  wiesz,  że  jesteś  osobą, 

której  dotychczasowe  życie  nie  należało  do  usłanych  różami.  I  nawet  gdybyś  miał  wieść  je 

nadal,  czy  nie  byłbyś  szczęśliwszy,  umiejąc  władać  Mocą  zamiast  zadowalać  się  czymś,  co 

kiedyś uważałeś za talent do wyszukiwania cennych przedmiotów? 

Brakiss pochylił się ku chłopakowi. 

- Należysz do osób niezależnych, młody Zekku - ciągnął. - Widzę to w twoich oczach. 

Musisz  wiedzieć,  że  szukamy  takich  osób... ludzi,  którzy  potrafią  samodzielnie  myśleć  i 

odnosić sukcesy, bez względu na to, ile razy ich tak zwani przyjaciele oczekują, że im się nie 

powiedzie.  Stwarzam  ci  jedyną,  wielką,  niepowtarzalną  szansę.  Jeżeli  nie  jesteś 

zainteresowany doskonaleniem swoich umiejętności, jeśli nie chcesz zadać sobie trochę trudu, 

żeby chociaż spróbować... wówczas z góry skazujesz się na niepowodzenie. 

Słowa były ostre, karcące, ale chyba odniosły zamierzony skutek. 

- No, dobrze, niech będzie, spróbuję - odezwał się Zekk. - Tylko nie spodziewaj się po 

mnie żadnych cudów. 

Zmrużył zielonkawe oczy i postarał się skupić uwagę na płomieniu. Chociaż nie miał 

pojęcia,  co  chce  zrobić,  zaczął  próbować  różnych  rzeczy,  pozwolił  płynąć  myślom.  Z 

początku intensywnie wpatrywał się w płomień, ale po kilku chwilach zaczął przyglądać mu 

się  kątem  oka.  Wyobraził  sobie,  że  nim  porusza,  trącając  niewidzialnymi  palcami  własnych 

myśli. Nie był pewien tego, co zrobił ani w jaki sposób... ale płomień strzelił w górę! 

- Dobrze - pochwalił chłopca Brakiss. - A teraz spróbuj jeszcze raz. 

Zekk  skupił  się,  próbując  podążać  dokładnie  tymi  samymi  myślowymi  szlakami,  co 

poprzednio. Tym razem poszło mu znacznie łatwiej. Płomień zakołysał się i odchylił na bok, 

by po chwili rozjarzyć się, wydłużyć i. skierować w przeciwną stronę. 

- Umiem! - wykrzyknął zdziwiony. 

Brakiss  wyciągnął  rękę  i  z  cichym  trzaskiem  połączył  obie  części  cylindrycznego 

pręta, gasząc płomień. W tej samej sekundzie Zekk przeżył bolesne rozczarowanie. 

- Zaczekaj! - zawołał. - Chcę spróbować jeszcze raz. 

background image

-  Nie  -  odparł  jasnowłosy  mężczyzna,  łagodnie  się  uśmiechając.  -  Nie  możesz  robić 

zbyt wielu rzeczy naraz. Chodź teraz ze mną do hangaru. Chcę pokazać ci coś innego. 

Czując  dziwne  pragnienie,  Zekk  przesunął  językiem  po  wargach.  Podążył  za 

Brakissem,  starając  się  nie  okazywać,  jak  bardzo  chciałby  znów  spróbować  zmierzyć  się  z 

płomieniem.  Czuł,  że  jego  apetyt  został  zaostrzony.  Nie  miał  jednak  nic  przeciwko  temu, 

mimo  iż  jakąś  cząstką  świadomości  podejrzewał,  że.  właśnie  taki  cel  zamierzał  osiągnąć 

naczelnik Akademii Ciemnej Strony... 

 

Kiedy znalazł się na lądowisku, zobaczył Qorla i oddział szturmowców wynoszących 

cenne  przedmioty  z  ładowni  porwanego rebelianckiego  krążownika  zaopatrzeniowego, 

„Diament”.  Brakiss  szedł  pierwszy,  wskazując  drogę  Zekkowi,  który  nie  mógł  oderwać 

spojrzenia od wszystkich statków zgromadzonych w hangarze imperialnej akademii. 

- Bardzo chciałbym pokazać ci naszą najnowocześniejszą jednostkę, „Ścigacza Cieni” 

-  powiedział  mężczyzna  takim  tonem,  jakby  pragnął  go  przeprosić  -  ale  porwał  go  Luke 

Skywalker,  kiedy  wdarł  się  do  placówki,  by  pochwycić  naszych  uczniów,  Jacena,  Jainę  i 

Lowbaccę. 

Zekk popatrzył na niego spode łba, ale powstrzymał się od powiedzenia Brakissowi, 

że  jego  Akademia  Ciemnej  Strony,  porywając  troje  młodych  Jedi  i  usiłując  zrobić  z  nich 

swoich uczniów, ma tylko to, na co sama zasłużyła. Spojrzał w inną stronę. 

W  umieszczonej  pod  sklepieniem  wielkiej  jaskini  sterowni,  z  której  można  było 

kontrolować wszystko, co działo się w hangarze, zobaczył czarnowłosą Tamith Kai. Kobieta 

kierowała  fioletowe  oczy  na  krzątaninę  w  dole.  Obok  niej  stało  dwoje  pomocników  z 

Dathomiry, Vilas i Garowyn. Kiedy Zekk przypomniał sobie, że to właśnie oni ogłuszyli go i 

porwali z Imperial City, zamrugał powiekami i ze złością zacisnął wargi. 

-  Nie  zwracaj  na  nich  uwagi  -  odezwał  się  Brakiss,  wykonując  pełen  lekceważenia 

ruch ręką. - Zazdroszczą, że poświęcani ci tyle czasu. 

Zaskoczony  chłopak  poczuł  w  sercu  odrobinę  ciepła.  Zaczął  się  zastanawiać,  czy 

stwierdzenie  mężczyzny  mogło  być  prawdziwe,  czy  tylko  naczelnik  akademii  chciał,  żeby 

jego nowy uczeń poczuł się dowartościowany. 

Do  Brakissa  podszedł  jeden  ze  szturmowców.  Przystanął  przed  nim,  zasalutował  i 

powiedział: 

-  Chciałbym  złożyć  meldunek,  panie  naczelniku.  Naprawa  górnej  wieżyczki 

cumowniczej dobiega końca. Za dwa dni powinniśmy ukończyć wszystkie prace. 

- To dobrze - oznajmił Brakiss, wyraźnie odprężony. Odwrócił się w stronę Zekka. - 

background image

Nadal  nie  mogę  uwierzyć,  że  pilot  rebelianckiego  transportowego  wahadłowca  mógł  być 

takim  niezdarą,  iż  zderzył  się  z  zamaskowaną  Akademią  Ciemnej  Strony!  Te  rebelianckie 

szumowiny wyrządzają nam szkody nawet przez własną nieuwagę! 

Stojący  obok  rampy  Qorl  wyjął  z  zapieczętowanego  pojemnika  jeden  z  niewielkich 

rdzeni służących do zasilania jakiegoś systemu uzbrojenia. Zekk zwrócił uwagę na sczerniałe 

otwory  o  nadtopionych  krawędziach,  otaczające  panel  z  urządzeniami  kontrolnymi. 

Zrozumiał,  że  szturmowcy,  chcąc  pokonać  cybernetyczne  zamki,  musieli  posłużyć  się 

blasterami.  Rdzeń,  który  umożliwiał  także  latanie  w  nadprzestrzeni,  miał  kształt  długiego 

cylindra.  Przez  półprzeźroczystą  opalizującą  obudowę  było  widać  żółte  i  pomarańczowe 

smugi  skupionych,  sprzężonych  spinowo  i  obdarzonych  ładunkami  gazów  tibanna,  które 

mogły dostarczać energię do silników napędu nadświetlnego. 

-  To  doskonałe,  najnowsze  modele,  lordzie  Brakiss  -  odezwał  się  stary  pilot.  - 

Możemy  wykorzystać  je  do  zasilania  naszych  systemów  uzbrojenia.  Można  byłoby  także 

dokonać  zmian  w  konstrukcji  następnych  myśliwców,  takich  samych,  jakich  dokonano  w 

mojej dawnej maszynie typu TIE, żeby wszystkie mogły latać w nadprzestrzeni. 

Brakiss kiwnął głową. 

-  Musimy  zameldować  o  tym  wodzowi  i  pozwolić,  żeby  on  o  tym  zdecydował.  Nie 

wątpię,  że  będzie  zadowolony,  kiedy  dowie  się  o  zwiększeniu  naszego  potencjału 

wojskowego. Proszę jednak uważać z tymi urządzeniami - przykazał surowo. - Ani jedno nie 

może ulec uszkodzeniu. Jeżeli chcemy, żeby Drugie Imperium zajęło należne mu miejsce w 

galaktyce, nie możemy pozwolić sobie na żadne marnotrawstwo. 

Qorl kiwnął głową, po czym odwrócił się i odszedł. 

- Widzisz więc, młody Zekku - odezwał się Brakiss, ściągając jasne brwi i marszcząc 

czoło  -  w  tej  walce  nie  zaliczamy  się  do  faworytów.  Mimo  iż  dysponujemy  skromnymi 

środkami, a nasza walka może wydać ci się beznadziejna, jesteśmy pewni, że słuszność jest 

po  naszej  stronie.  Zostaliśmy  zmuszeni  do  walki  o  to,  co  należało  kiedyś  do  nas,  a  naszym 

przeciwnikiem  jest  podstępna  Nowa  Republika,  która  bez  przerwy  usiłuje  zmienić  bieg 

historii i narzucać wszystkim własny, chaotyczny sposób patrzenia na różne sprawy. 

Uważamy, że doprowadzi to tylko do anarchii w całej galaktyce. Wszyscy będą robili, 

co  zechcą,  nie  licząc  się  z  pozostałymi.  Będą  napadali  na  innych,  zajmowali  ich  światy, 

zakłócali galaktyczny porządek i utrudniali życie spokojnym obywatelom. 

Zekk oparł dłonie na osłoniętych skórzanym pancerzem biodrach. 

- No, dobrze, ale co ze swobodami? - zapytał. - Lubię robić to, na co mam ochotę. 

-  Wierzymy  w  to,  że  Drugie  Imperium  będzie  szanowało  swobody.  Naprawdę  w  to 

background image

wierzymy  -  zapewnił  go  Brakiss.  Zabrzmiało  to  nadzwyczaj  szczerze.  -  Istnieje  jednak 

granica,  po  przekroczeniu  której  zbyt  wiele  swobód  może  okazać  się  szkodliwe. 

Zamieszkujące galaktykę rasy inteligentnych istot potrzebują czegoś w rodzaju drogowskazu. 

Muszą  dysponować  czytelnym  systemem  nakazów  i  zakazów,  żeby  mogły  zajmować  się 

własnymi  sprawami  i  nie  przekreślały  marzeń  innych  istot  pragnących  wcielać  w  życie 

własne ideały. 

Jesteś  niezależny,  młody  Zekku.  Dobrze  wiesz,  co  robisz  i  co  pragniesz  zrobić. 

Pomyśl  jednak  o  wszystkich  istotach,  błąkających  się  bez  celu  po  całej  galaktyce,  nie 

mogących znaleźć miejsca z powodu zmian, które w niej nastąpiły. Pomyśl o tych, którzy nie 

mają  się  gdzie  podziać,  nie  mogą  urzeczywistniać  własnych  marzeń,  nie  mają  życiowego 

celu... i nikogo, kto powiedziałby im, co robić. Możesz pomóc nam zmienić ten stan rzeczy. 

Zekk chciał się sprzeciwić, wykazać jakiś błąd w rozumowaniu naczelnika Akademii 

Ciemnej  Strony,  ale  nie  był  w  stanie  znaleźć  słów,  w  które  mógłby  ubrać  własne  myśli. 

Zacisnął  wargi.  Mimo  iż  nie  potrafił  podać  odpowiedniego  argumentu,  aby  zadać  kłam 

słowom Brakissa, nie zamierzał przyznawać mu racji. 

- Nie musisz odpowiadać w tej chwili - odezwał się cierpliwie mężczyzna. Wyciągnął 

z kieszeni płaszcza cylindryczny świecący pręt. - Poświęć tyle czasu na zastanawianie się nad 

wszystkim, co powiedziałem, ile potrzebujesz. Odprowadzę cię teraz do komnaty. 

Wręczył pręt chłopcu, a ten przyjął go z nieukrywaną wdzięcznością. 

- Jeżeli chcesz, możesz przez pewien czas się tym pobawić - rzekł Brakiss, lekko się 

uśmiechając. - A później znów porozmawiamy. 

background image

ROZDZIAŁ 15 

 

Kiedy  Peckhum  zaczął  wymieniać  niektóre  miejsca,  gdzie  miał  zwyczaj  przebywać 

Zekk,  zdezorientowana  Jaina  rozłożyła  ręce.  Wiedziała,  że  przeszukując  niższe  poziomy 

Coruscant  mogli  spędzić  miesiące,  a  nawet  lata,  i  nie  znaleźć  ciemnowłosego  przyjaciela  - 

zwłaszcza wówczas, jeżeli Zekk nie chciał być znaleziony. 

-  Zaczekaj  chwilę  -  przerwała  staremu  pilotowi.  -  Nie  pomożesz  nam  w 

poszukiwaniach? 

Peckhum pokręcił głową. 

-  Nie  mogę.  Po  ostatnim  ataku  imperialnych  oddziałów  na  krążownik  „Diament” 

zarządzono  specjalną  procedurę  alarmową.  Jutro  rano  muszę  być  znów  na  pokładzie 

orbitalnej stacji kontrolującej ustawienie zwierciadeł. Kłopot w tym, że nie mam pojęcia, jak 

utrzymać  na  chodzie  wszystkie  urządzenia,  nie  dokonując  poważnych  napraw.  Ostatnio 

zawodzi nawet moja aparatura telekomunikacyjna. Będę miał pieskie szczęście, jeżeli centrala 

na Coruscant ogłosi w tym czasie czerwony alarm. Jaka szkoda, że wciąż nie mam tej nowej 

jednostki wielozadaniowej, obiecanej przez Zekka. 

Oburzona Jaina stwierdziła, że musi stanąć w obronie przyjaciela. 

- Dobrze wiesz, że Zekk wywiązałby się z obietnicy, gdyby mógł - oznajmiła. 

Peckhum  spojrzał  na  dziewczynę.  Na  jego  twarzy  odmalowało  się  zdumienie 

zmieszane z rozbawieniem. 

- Nie przeczę - odparł. - Tylko nie mogę pracować na pokładzie stacji, dopóki ktoś nie 

naprawi tych urządzeń. Kropka. 

Nie wiedząc, co robić, młodzi Jedi siedzieli w salonie apartamentu Hana i Leii. Nagle 

Lowie zaryczał, pragnąc za pośrednictwem Em Teedee powiedzieć coś pozostałym. 

- Och, to prawda - odezwał się miniaturowy android-tłumacz. - To doskonały pomysł. 

- Piskliwy głosik urządzenia sprawił, że wszyscy unieśli głowy i popatrzyli na Lowiego. - To 

nawet nie byłoby takie niebezpieczne - dodał Em Teedee. 

- Co nie byłoby niebezpieczne? - zapytała Jaina. 

- Pan Lowbacca sugeruje, że on i panienka Jaina, a także jego wuj Chewbacca, o ile 

udałoby się. go przekonać, mogliby towarzyszyć panu Peckhumowi w wyprawie do orbitalnej 

stacji i pomogli mu dokonać przynajmniej tymczasowych napraw. 

-  To  bardzo  miła  propozycja  -  odezwał  się  stary  pilot.  -  Nie  sądzę  jednak,  żebyście 

mogli dużo zrobić bez pomocy nowej centralnej jednostki wielozadaniowej. 

background image

Jacen prychnął. 

- Już nie pamiętam, kiedy Jaina ostatnio nie potrafiła znaleźć jakiegoś rozwiązania. O 

ile  ją  znam,  mogłaby  naprawić  wszystkie  urządzenia  tej  stacji,  nie  posługując  się  niczym 

innym poza własną wyobraźnią. 

-  Bardzo  dziękuję  za  zaufanie  do  moich  umiejętności  -  burknęła  dziewczyna, 

odwracając  głowę  w  stronę  brata.  Później  zapewne  uświadomiła  sobie,  co  zrobiłby  Zekk  w 

takiej  sytuacji,  gdyż  westchnęła  z  rezygnacją  i  uśmiechnęła  się  do  Peckhuma.  -  Wiesz, 

właściwie  on  ma  rację  -  powiedziała.  -  Jestem  pewna,  że  potrafiłabym  naprawić  tyle 

podsystemów stacji, żebyś nie miał z nimi kłopotów, dopóki nie odnajdziemy Zekka. No, to 

na co jeszcze czekamy? 

- Tylko dlaczego miałabyś to robić? - zapytał zdumiony Peckhum. 

- Potrzebujesz pomocy, prawda? - odrzekła Jaina, chociaż przez chwilę nie wiedziała, 

co  odpowiedzieć.  Nie  chciała  przyznać,  że  prawdziwym  powodem,  dla  którego  to  robi,  jest 

Zekk.  -  A  poza  tym  -dodała  pospiesznie  -  w  niektórych  miejscach  mamy  kłopoty  z 

nanoszeniem  na  gwiezdne  mapy  trajektorii  szczątków  wraków.  Może  z  góry,  z  orbity, 

będziemy mieli lepszą perspektywę. A tymczasem Jacen, Tenel Ka, Anakin i Threepio mogą 

szukać Zekka na różnych poziomach w tych miejscach, o których nam mówiłeś. 

- Niech będzie - zgodził się w końcu Peckhum. - Przekonaliście mnie, ale czy wiecie, 

co na to wszystko powiedzą wasi rodzice? 

Lowie warknął, wtrącając jakąś uwagę. 

- Pan Lowbacca jest pewien, że dysponuje wystarczającą siłą perswazji, by przekonać 

swojego wuja Chewbaccę i namówić go do udziału w wyprawie - przetłumaczył miniaturowy 

android. 

Oczy Jainy rozjarzyły się entuzjazmem i nową wiarą we własne siły. 

- Jeżeli potrafisz to zrobić, Lowie - rzekła -ja poradzę sobie z rodzicami. 

 

Jacen  zmrużył  oczy  i  zaczął  wysyłać  wici  Mocy,  starając  się  usłyszeć  jakikolwiek 

dźwięk świadczący o tym, że w opuszczonym budynku może znaleźć Zekka. Słyszał jednak 

tylko odgłos kroków Tenel Ka idącej przed nim ponurym korytarzem. 

Pstryknął przełącznikiem, uruchamiając komunikator. 

- Hej, Anakin - powiedział. - To ja, Jacen. 

-  Tak?  -  usłyszał  głos  młodszego  brata  przeszukującego  pomieszczenia  w  sąsiednim 

gmachu. 

- Kieruję się do sekcji, oznaczonej siódemką na mojej mapie - oznajmił. - Na razie nie 

background image

odkryłem niczego ciekawego. 

- W porządku - odezwał się Anakin. 

Zanim  Jacen  zdążył  wyłączyć  urządzenie,  usłyszał  przerażony  głos  Threepia, 

dobiegający z nieco większej odległości: 

- Byłbym rad, gdybyśmy w końcu odnaleźli pana Zekka. Jestem pewien, że wolałbym 

wrócić, niż nadal przeszukiwać takie... nieprzyjemne miejsca. 

- Ja też mam nadzieję, że niedługo go znajdziemy - oznajmił Jacen, po czym wyłączył 

komunikator  i  pospieszył  za  Tenel  Ka,  przeszukującą  puste  pomieszczenia  na 

siedemdziesiątym siódmym poziomie rozsypującej się budowli. 

Podłogę zaśmiecały stare pudła, uszkodzone pojemniki i kawałki plastali, zbyt stare i 

zniszczone, żeby nadawały się do czegokolwiek. Oprócz nich na podłodze walały się zeschłe 

liście.  Jacen  nie  miał  pojęcia,  jakim  cudem  znalazły  siew  tym  budynku  na  poziomie, 

odległym prawie kilometr od powierzchni, gdzie można było ujrzeć liściaste drzewa. 

Przez  szczeliny  w  murze  wpadł  nagle  podmuch  mroźnego  wichru.  Suche  liście 

zaszeleściły,  przemieszczając  się  po  podłodze.  Podmuch  nie  potrafił  usunąć  panującego  w 

starym  gmachu  odoru  gnijących  szczątków  i  pleśni;  sprawił  jednak,  że  wzdłuż  kręgosłupa 

chłopca  zaczęły  pełznąć  lodowate  mrówki.  Idąc  powoli  mrocznym  korytarzem,  Jacen 

ponownie skupił się, zamykając oczy: 

Otworzył je natychmiast, kiedy poczuł, że jego ręki dotknęło coś ciepłego i lekkiego. 

Przekonał się, że na rękawie jego kombinezonu spoczywa dłoń Tenel Ka. 

-  Obawiam  się,  że  mógłbyś  się  potknąć  -  odezwała  się  dziewczyna,  pokazując 

niewielki stos gruzu leżącego przed nimi w miejscu, w którym część sufitu runęła na podłogę. 

W  starych  budynkach  nigdy  niczego  nie  naprawiano,  chyba  że  ktoś  zamierzał  korzystać  z 

jakiegoś  pomieszczenia.  Podłogi  i  sufity  nie  należały  do  wyjątków.  Gdyby  Tenel  Ka  go  nie 

ostrzegła, Jacen rozciągnąłby się jak długi. 

- Wielkie dzięki - powiedział chłopiec, obdarzając dziewczynę krzywym uśmiechem. - 

Miło wiedzieć, że się tak o mnie troszczysz. 

Tenel Ka tylko raz mrugnęła powiekami. Stała w milczeniu obok niego, nie zwracając 

uwagi na aluzję - a może nawet w ogóle jej nie dostrzegając. 

- Lepiej zapobiegać wypadkom niż później nieść rannego kolegę - odparła po chwili. 

Prawdę mówiąc, Jacen oczekiwał, że usłyszy z jej ust co innego. 

-  Hej,  no  cóż,  jestem  rad,  że  nie  będziesz  musiała  przemęczać  mięśni  -  powiedział, 

kopiąc stertę gruzu i wzniecając małą chmurę pyłu. 

-  Nie  chodziło  mi  o  zmęczenie  mięśni.  -  Tenel  Ka  zakasłała,  ale  jej  głos  pozostał 

background image

obojętny  i  gderliwy.  -  Gdyby  to  okazało  się  konieczne,  mogłabym  nieść  cię  bez  wysiłku.  - 

Obeszła stertę gruzu. - Po prostu nie chciałam, żeby stało się to potrzebne. 

Jacen  podążył  za  nią,  zastanawiając  się,  dlaczego  zawsze  w  obecności  spokojnej  i 

kompetentnej Tenel Ka musi robić z siebie idiotę. Skrzywił się. Może gdyby chociaż skręcił 

kostkę,  mógłby  liczyć  na  tę  przyjemność,  że  dziewczyna  objęłaby  go  i  pomogła  wyjść  z 

podziemi... 

Usunął  jednak  tę  zdumiewającą  myśl  z  głowy.  Uświadomił  sobie,  że  Tenel  Ka 

zapewne byłaby przerażona, gdyby się dowiedziała, jaki obrót przybrały jego myśli. A poza 

tym jedyną sprawą, jaka powinna teraz zaprzątać jego umysł’, był problem znalezienia Zekka. 

Posługując  się  mapą zapisaną w  pamięci  elektronicznego  notatnika,  oboje  starali  się 

pracować metodycznie. Skupiali uwagę na budynkach, wskazanych przez Peckhuma jako te, 

w których chłopak najczęściej szukał wartościowych rzeczy. Przechodząc z jednego gmachu 

do  drugiego,  młodzi  rycerze  korzystali  z  umiejętności  posługiwania  się  Mocą.  Starali  się 

odnaleźć  przyjaciela,  szukając  jakichkolwiek  śladów  świadczących  o  tym,  że  kiedyś 

przebywał w jakimś miejscu. 

Dopiero kiedy oboje byli pewni, że chłopca nie było w pobliżu, korzystali z kręconych 

schodów,  turbowindy  czy  zwykłych  zjeżdżalni,  żeby  dostać  się  na  niższy  poziom,  gdzie 

zaczynali  poszukiwania  od  nowa.  Jeżeli  i  tam  nie  znajdywali  żadnych  śladów  przyjaciela, 

szukali  w  innych  miejscach,  przechodząc  po  napowietrznych  pomostach  rozwieszonych 

między sąsiednimi budynkami. Wiele takich kładek, od stuleci nie naprawianych, kołysało się 

i trzeszczało pod stopami dwojga młodych Jedi. 

Anakin  i  Threepio  postępowali  tak  samo,  szukając  Zekka  w  innych  gmachach. 

Młodszy  brat  Jacena  był  po  prostu  szczęśliwy,  że  wreszcie  może  uwolnić  się  od  codziennej 

opieki złocistego androida. 

W miarę upływu godzin Jacen poczuł jednak, że zaczyna ogarniać go zmęczenie. Im 

dłużej  przebywali  w  mrocznych  podziemiach,  tym  bardziej  stawał  się  niespokojny.  Miał 

wrażenie,  że  jego  umysł  raz  po  raz  przeszywają  myśli,  przesycone  zwątpieniem  i  rozpaczą. 

Od chwili, kiedy Zekk zniknął, upłynęło przecież kilka dni. Musieli odnaleźć go i to szybko. 

Wiedzieli, że wkrótce może być za późno, by ocalić ciemnowłosego przyjaciela. Jacen nie był 

pewien, dlaczego, ale miał przeczucie, że się nie myli. 

Przeszukali  dziesiątki  budynków,  przechodząc  z  jednych  do  drugich  po  dziesiątkach 

napowietrznych pomostów, ale nigdzie nie natrafili na cokolwiek, co świadczyłoby o bytności 

Zekka.  Im  głębiej  jednak  się  zapuszczali,  tym  więcej  dostrzegali  innych  śladów.  Siadów 

życia. 

background image

Raz  po  raz  przemykały  obok  nich  przerażone  stworzenia  starające  się  zaszyć  w 

najciemniejszych  kątach.  Tam,  gdzie  korytarze  były  zbyt  wąskie,  aby  iść  obok  siebie, 

prowadził  raz  Jacen,  a  raz  dziewczyna.  W  pewnej  chwili  chłopiec  zauważył,  że  niosąca 

jarzeniowy  pręt  i  idąca  przodem  Tenel  Ka  skręca  w  nieprzeniknioną  czeluść  jakiejś  klatki 

schodowej.  Kiedy  nie  odzywając  się  ani  słowem,  schodziła  coraz  niżej,  jej  krokom 

towarzyszyło  miarowe  kołysanie  się  drugich  złocisto-rudych,  zaplecionych  na  plecach 

warkoczy. 

Nagle  dziewczyna  potknęła  się,  ale  szybko  odzyskała  równowagę.  Zanim  jednak 

ruszyła w dalszą drogę, odwróciła się i wskazała niebezpieczne miejsce. 

- Uważaj - rzekła zwięźle. - Zmurszały stopień. 

W  tej  samej  sekundzie  za  plecami  Tenel  Ka  pojawił  się  ciemny,  skrzeczący  i 

trzepoczący  skrzydłami  potwór.  Dziewczyna  natychmiast  odwróciła  się  i  machając  rękami, 

usiłowała  odstraszyć  uskrzydlone  stworzenie.  Upuściła  jednak  jarzeniowy  pręt.  Im mocniej 

machała, próbując odpędzić napastnika, tym głośniej potwór skrzeczał i trzepotał skrzydłami, 

ale nie odlatywał. 

Kiedy Jacen zrozumiał, co się stało, zareagował w jednej chwili. 

-  Stój  spokojnie!  -  zawołał,  zwracając  się  do  koleżanki,  po  czym  skoczył  w  stronę 

skrzydlatego  stworzenia,  które  zaplątało  się  w  jeden  z  jej  długich  warkoczy.  -  Zapewne 

wystraszył się światła! 

Tenel Ka posłusznie znieruchomiała, chociaż Jacen był pewien, że uczyniła to wbrew 

podświadomemu  nakazowi  kontynuowania  walki.  Chłopiec  ostrożnie  wyciągnął  myślowe 

palce, próbując dotknąć mózgu stworzenia i przesłać impuls, który by je uspokoił. Stopniowo 

latający  gryzoń  przestał  machać  skrzydłami  i  pozwolił,  żeby  chłopiec  objął  go  palcami. 

Starając  się  nie  wykonywać  gwałtownych  ruchów,  Jacen  delikatnie  wyplątał  szpony 

stworzenia z włosów dziewczyny. Później, nie przestając wysyłać kojących myśli, ostrożnie 

postawił zwierzę za sobą i cofnął się o dwa kroki. 

Pochylił się, podniósł jarzeniowy pręt i wręczył go dziewczynie. 

- Nic ci się nie stało? - zapytał. 

Tenel Ka lekko pokręciła głową. Jacen domyślał się, że zapewne jest zakłopotana tym, 

iż bez jego pomocy nie potrafiła wyplątać skrzydlatego stworzenia ze swoich włosów. 

Kiedy  podjęli  poszukiwania  Zekka,  chcąc  odwrócić  jej  uwagę  od  tego,  co  się  stało, 

postanowił opowiedzieć jakiś dowcip. 

- Czy wiesz, dlaczego samotny banth przeszedł przez całe Morze Wydm? - zapytał. 

- Nie - odpowiedziała. 

background image

- Żeby znaleźć się po drugiej stronie! - Jacen wybuchnął głośnym śmiechem. 

- A - odezwała się Tenel Ka, nawet na niego nie spojrzawszy. - Aha. 

Chłopiec spodziewał się, że po przygodzie ze skrzydlatym gryzoniem jego koleżanka 

będzie  speszona,  ale  stwierdził,  że  dziewczyna  ruszyła  w  dalszą  drogę  równie  pewnie  jak 

poprzednio.  Zaczął  się  zastanawiać,  czy  cokolwiek  mogłoby  wytrącić  ją  z  równowagi. 

Chociaż  nie  mógł  nie  podziwiać  jej  hartu  ducha,  chyba  trochę  żałował,  że  nie  była 

oczarowana szybkością, z jaką pospieszył jej na ratunek. 

Oboje  doszli  do  następnego  wąskiego  przejścia  i  Jacen  wyprzedził  Tenel  Ka,  żeby 

torować  drogę.  Kołyszący  się  pomost  był  jak zwykle  zaśmiecony  odłamkami  kamiennych 

ścian  budynków  i  kawałkami  plastali.  Przerzucony  nad  mroczną  przepaścią,  zatrzeszczał, 

kiedy chłopiec przeszedł kilka kroków. 

- Uważaj - odezwała się podążająca za nim dziewczyna. Jacen uznał, że jej ostrzeżenie 

było całkiem zbędne. 

-  Myślę,  że  powoli  zbliżamy  się  do  miejsca,  gdzie  spoczywa  tamten  stary 

wahadłowiec  -  powiedział,  postanawiając  zignorować  jej  uwagę.  -  Jestem  pewien,  że  go 

zobaczymy, kiedy znajdziemy się po drugiej... 

Pomost  pod  jego  stopami  zakołysał  się  i  zadrżał.  Kiedy  któryś  z  metalowych 

wsporników z przeraźliwym zgrzytem odłamał się od pionowej ściany, Jacen poczuł, że jego 

serce podskoczyło do gardła. Wyciągnął rękę i przytrzymał się zardzewiałej poręczy. 

- Nie ruszaj się! - zawołała Tenel Ka, ale było już za późno. 

Rozległy  się  podobne  do  wystrzałów  dźwięki  wyskakujących nitów.  Odgłosom  tym 

towarzyszył trzask rozdzieranej plastali. Pozbawiony podpory wiekowy pomost obsunął się, a 

potem  przełamał  mniej  więcej  pośrodku.  Czując,  że  chodnik  pod  jego  stopami  zaczyna  się 

usuwać, przerażony chłopiec obserwował, jak kawałki plastali odrywają się od konstrukcji i 

spadają w bezdenną czeluść. Miał wrażenie, że wszystko dzieje się niesamowicie powoli. 

Coś świsnęło obok jego ucha. Po chwili usłyszał metaliczny brzęk. Poczuł, że zaczyna 

się zsuwać w mroczną przepaść. Uchwycił mocniej poręcz, ale przerdzewiały metal skruszył 

się pod wpływem siły jego palców. Zaczął rozpaczliwie machać rękami, starając się uchwycić 

czegokolwiek. Krzyknął, żeby ktoś mu pomógł... i nagle poczuł, jak jego talię opasało silne 

ramię.  Oderwało  go  od  pomostu  i  uniosło  ku  przeciwległej  ścianie.  Zanim  miał  czas 

zorientować się, co się dzieje, uczepiona cienkiej linki Tenel Ka przefrunęła nad przepaścią i 

nie wypuszczając Jacena, bezpiecznie zeskoczyła na wy trzymała metalową płytę po drugiej 

stronie. 

Pozostała część pomostu wydała pełen protestu jęk, po czym oderwała się od ściany. 

background image

Runęła w czarną gardziel, gdzie została pochłonięta przez złowieszczą ciszę. 

Dopiero  wtedy  Tenel  Ka  go  puściła.  Jacen  uświadomił  sobie,  że  przed  chwilą  oboje 

omal  nie  zginęli.  Po  tym,  co  widział  i  przeżył,  metalowy  występ,  o  który  dziewczyna 

zaczepiła kotwiczkę, nie wydawał mu się ani trochę bezpieczniejszy. Mimo to oboje młodzi 

Jedi stali jeszcze przez kilka chwil w milczeniu, wpatrzeni w bezdenną czeluść pod stopami. 

-  Myślę,  że  tworzymy  dobraną  grupę  -  odezwał  się  w  końcu  Jacen.  -  Zawsze  jedno 

ratuje drugie z opresji. Dziękuję. 

Nie  czekając  na  odpowiedź,  odwrócił  się  i  pokonawszy  kilka  schodów,  wszedł  do 

wnętrza  gmachu.  Dopiero  tam  z  ulgą  usiadł  na  podłodze,  opierając  się  plecami  o  ścianę. 

Cieszył się, że jest względnie bezpieczny. 

Nie  mogąc  opanować  dziwnego  drżenia  rąk,  Tenel  Ka  osunęła  się  obok  niego.  W 

panującym półmroku było widać, że na jej bladej poważnej twarzy maluje się przerażenie. 

- Bałam się, że mogłabym stracić kolegę - odparła po chwili. 

Omal nie straciłaś - pomyślał ponuro Jacen. Uśmiechnął się jednak i powiedział: 

- Hej, nie należę do ludzi, których można się tak łatwo pozbyć. 

Tenel Ka się nie uśmiechnęła, ale przynajmniej trochę rozchmurzyła. 

- Tak, to jest fakt - oznajmiła. 

 

Dotarli  do  wraku  wahadłowca  po  dziesięciu  minutach  od  chwili  wznowienia 

poszukiwań. Kiedy go zobaczyli, oboje odezwali się równocześnie. 

- Zekk tu był - powiedział Jacen. 

-  Nie  podoba  mi  się  to  miejsce  -  rzekła  dziewczyna.  Dopiero  wówczas  chłopiec 

uświadomił  sobie,  że  naprawdę  coś  jest  nie  tak,  jak  powinno.  Tenel  Ka  zauważyła  jego 

wahanie  i  postąpiła  kilka  kroków  w  stronę  rampy  wraku.  -  Teraz  moja  kolej,  by  torować 

drogę - stwierdziła. - Jeżeli nie chcesz iść, możesz tu zaczekać. 

- Ani mi się śni - odciął się Jacen. - Wiesz przecież, że powinienem przebywać blisko 

ciebie... na wypadek, gdybym znów musiał cię ratować. 

-  A  -  sceptycznie  unosząc  brwi,  odparła  dziewczyna.  -  Aha.  - Zniknęła  we  wnętrzu 

wahadłowca.  Po  kilku  chwilach  Jacen  usłyszał,  jak  powiedziała:  -  Chyba  mi  się  wydawało. 

Nikogo tu nie ma. 

Kiedy dołączył do koleżanki, przekonał się, że mówiła prawdę. Mimo to we wnętrzu 

znalazł ślady czyjejś obecności. Ktoś wymontował najcenniejsze urządzenia. Po zakurzonych 

pulpitach  wiły  się  jak  węże  wiązki  przewodów  i  kable.  Obok  nich  spoczywały  odkręcone 

śruby  i  wyszczerbione  sworznie  mocujące.  W  niektórych,  miejscach,  gdzie  kiedyś 

background image

umieszczono panele z aparaturą kontrolną i pomiarową, widniały teraz mroczne prostokątne 

otwory. 

-  Wygląda  na  to,  że  mimo  wszystko  Zekk  szukał  tu  czegoś  cennego  -  odezwał  się 

Jacen. - To dobry znak. 

- Może tak - odparła Tenel Ka. Uniosła rękę i przeciągnęła palcem po złowieszczym 

znajomym  znaku,  niezdarnie  wyrytym  na  płycie  jakiegoś  panelu  umożliwiającego 

posługiwanie się aparaturą. - A może nie. 

Jacen  spojrzał  na  rysy,  które  musiały  zostać  zrobione  całkiem  niedawno. 

Przedstawiały  trójkąt  otaczający  krzyż...  groźny  symbol  gangu  Zagubionych.  Jacen  z 

wysiłkiem przełknął ślinę. 

- No cóż - odezwał się po chwili. - Przynajmniej teraz wiemy, gdzie szukać. 

background image

ROZDZIAŁ 16 

 

Stary  Peckhum  nie  przestawał  martwić  się,  co  mogło  przydarzyć  się  jego 

przyjacielowi.  Mimo  to  pewnie  przeleciał  pokiereszowanym  transportowcem  przez  wrota 

hangaru. Gdyby poprosił, Nowa Republika zapewniłaby mu nowocześniejszy frachtowiec, ale 

stary pilot lubił latać własnym statkiem, chociaż ten nawet w okresie największej świetności 

zawodził  częściej  niż  „Sokół  Tysiąclecia”.  A  poza  tym  nigdy  jeszcze  nie  leciało  nim  tylu 

pasażerów. 

Lowie  wcisnął  się  obok  Jainy  siedzącej  w  tylnej  części  sterowni.  Kiedy  z  trudem 

usadowił się na fotelu, przeznaczonym dla kogoś mniej więcej o połowę mniejszego niż on, 

przekonał  się,  że  nie  ma  gdzie  umieścić  długich  nóg,  porośniętych  rudobrązową  sierścią. 

Żałował, że nie może polecieć skoczkiem typu T-23, który otrzymał od wuja Chewbaccy tego 

samego dnia, kiedy przybył do akademii Jedi, ale mała maszyna pozostała na Yavinie Cztery. 

Peckhum zazwyczaj nie zabierał na pokład żadnych pasażerów. Stary pilot uprzątnął 

ze  sterowni  „Piorunochronu”  narzędzia  i  pudła  z  różnymi  przedmiotami,  żeby  Chewbacca 

mógł siedzieć na fotelu drugiego pilota. Starszy Wookie zabrał własny komplet zniszczonych 

kluczy  hydraulicznych,  cyberbezpieczników,  urządzeń  diagnostycznych  i  innych  rzeczy, 

którymi się posługiwał, kiedy razem z Hanem Solo robił wszystko, żeby urządzenia „Sokoła” 

funkcjonowały prawidłowo... choćby tylko do następnej awarii. 

Kiedy  pilot  „Piorunochronu”  porozumiał  się  z  kontrolą  lotów  Coruscant  i  otrzymał 

zgodę na start, zwiększył przyspieszenie i skierował swój transportowiec w górę. Jego statek 

przeleciał  przez opalizującą  warstwę  atmosfery  i  wkrótce  został  pochłonięty  przez  czerń 

przestworzy.  Przygarbiony  Lowie  obserwował  przez  dziobowy  iluminator,  jak  Peckhum, 

manewrując  sterami,  wprowadza  statek  na  stabilną  orbitę.  Ogromne  zwierciadła,  odbijające 

promienie  słońca  i  podobne  do  srebrzystych  reflektorów,  kierowały  smugę  słonecznego 

blasku  ku  północnym  i  południowym  regionom  metropolii  pokrywającej  niemal  całą 

powierzchnię planety. 

Z  powodu  nieprzewidzianej  zmiany  planów  nadzorców  placówki,  stacja  była  w  tej 

chwili  opuszczona.  Główne  zwierciadła,  pozostawione  bez  opieki,  nie  mogły  jednak  długo 

działać prawidłowo. Nazwisko Peckhuma znajdowało się na początku listy zastępców i stary 

pilot  musiał  stawić  się  do  pracy,  bez  względu  na  to,  czy  Zekk  pozostawał  w  domu,  czy 

wychodził, żeby zdobyć to czy owo. 

Peckhum  osadził  statek  na  pordzewiałej  płycie  lądowiska  stacji  wyglądającej  jak 

background image

łupina,  zawieszona  pod  ogromną,  mającą kilka  kilometrów  średnicy,  czaszą  reflektora. 

Chewbacca i Lowie podziwiali wielkie zwierciadło orbitalne. Raz po raz wymieniali bekliwe 

uwagi, charakterystyczne dla języka Wookiech. 

Cienka srebrzysta folia o grubości milimetra przypominała mieniący się ocean światła. 

Gdyby  znalazła  się  na  poziomie  atmosfery  Coruscant,  niechybnie  zostałaby  rozerwana  na 

strzępy, ale w ciszy i bezruchu przestworzy nie musiała mieć większej grubości. Pracujący w 

przestworzach  inżynierowie  połączyli  ją  za  pomocą  dziesiątków  superwytrzymałych  kabli  z 

orbitalną stacją, a samą  stację wyposażyli w rakiety mogące zmieniać ustawienie reflektora, 

by promienie słońca ogrzewały najzimniejsze szerokości geograficzne planety. 

Kiedy „Piorunochron” znieruchomiał na płycie lądowiska, Peckhum otworzył właz, na 

którym  wciąż  jeszcze  widniał  znak  Starej  Republiki.  Wszyscy  weszli  do  środka  stacji 

kontrolnej, w której mieli spędzić kilka najbliższych dni. 

- No cóż... przytulnie tu nie jest - odezwała się Jaina. 

- Jeżeli miałbym użyć sformułowania zapisanego w moim programie, powiedziałbym, 

że  lepszym  słowem  byłoby  ciasno  -  zauważył  Em  Teedee.  -  Wiecie,  umiem  się  posługiwać 

płynnie ponad sześcioma językami. 

Pomalowany ciemnoszarą farbą sufit znajdował się tuż nad głowami. Przebiegały pod 

nim  różne  owinięte  izolacyjną  folią  rury  doprowadzające  chłodziwo,  a  także  wiązki  kabli 

kończących się we wnętrzach paneli kontrolnych. Pośrodku obserwacyjnego bąbla ustawiono 

pojedynczy fotel. Siedząc na nim, można było obserwować przez panoramiczne okna planetę, 

widoczną  w  dole  pod  stacją.  Staromodne  komputery  błyskały  światełkami,  niechętnie 

zgłaszając  gotowość  do  pracy.  Wydawało  się,  że  czekają,  aby  Peckhum  uruchomił 

podprogramy i rozpoczął żmudne ustawianie wiązki słonecznego światła. 

Przyciągnięty  fascynującym  widokiem  przestworzy,  Lowbacca  wszedł  do  bąbla 

obserwacyjnego. Uchwycił zimną metalową rurę wystającą z zakrzywionej ściany, i pochylił 

się, żeby spojrzeć na ogromną kulę Coruscant. Gruba warstwa chmur przesłaniała oświetloną 

część  planety,  ale  na  pogrążonej  w  ciemnościach  półkuli  było  widać  miliony  światełek 

błyszczących w mroku jak różnobarwne klejnoty. 

Lowie widział w życiu kilka innych planet z niewielkiej odległości, ale jeszcze nigdy 

przedtem  nie  został  oczarowany  przez  ich  piękno.  Przebywając  na  pokładzie  zawieszonej 

wysoko  w  przestworzach  stacji  orbitalnej,  czuł  się  równocześnie  częścią  wszechświata  i 

cząstką czegoś spoza niego. Miał wrażenie, że stanowi element kosmosu, nie przestając być 

jego obserwatorem. Był zdziwiony, że traktuje wszystko w taki sposób. Wydawało mu się, że 

galaktyka jest czymś nieskończenie wielkim, ale zarazem czymś bardzo małym. 

background image

- Przestań się gapić, Lowie - odezwała się stojąca za nim Jaina. - Musimy zabierać się 

do 

pracy. 

Naszym 

pierwszym 

zadaniem 

powinna 

być 

naprawa 

urządzeń 

telekomunikacyjnych. 

Chewbacca  zaryczał  na  znak  zgody,  a  potem  z  rozmachem  opuścił  wielką  dłoń  na 

kosmate  ramię  siostrzeńca.  Peckhum  sprawiał  wrażenie  pochłoniętego  rutynowymi 

czynnościami,  związanymi  z  uruchamianiem  urządzeń  stacji.  Zapewne  starał  się,  żeby  jego 

uwagi nie rozpraszały żadne myśli o Zekku. 

- Naprawdę jestem wam wdzięczny za wszystko, co robicie - rzucił przez ramię. 

- Cieszymy się, że możemy ci pomóc - odparła Jaina, klękając, żeby lepiej przyjrzeć 

się kilku panelom. - Lowie, znasz się dobrze na komputerach. Proszę, pomóż mi sprawdzić to 

urządzenie. 

- Och, bez wątpienia - odezwał się piskliwie Em Teedee. - Jeżeli chodzi o znajomość 

systemów  elektronicznych,  pan  Lowbacca  jest  wyjątkowo  uzdolniony.  - Lowie  burknął, 

wtrącając jakąś  uwagę,  ale  miniaturowy  android-tłumacz  odpowiedział: - Oczywiście,  że 

wszyscy o tym wiedzą. Chciałem tylko im przypomnieć. 

-  Czy  mógłbym  prosić,  żebyście  zajęli  się  najpierw  moim  komunikatorem?  -  zapytał 

Peckhum,  odwracając  się  i  stając  za  ich  plecami.  - Kiedy  próbuję  się  z  kimś  porozumieć, 

odbieram tylko same szumy i trzaski. 

Czoło zamyślonej Jainy pokryło się zmarszczkami. 

-  Wygląda  na  to,  że  stopień  mocy  funkcjonuje  prawidłowo,  ale  uszkodzone  zostały 

systemy syntezy głosu i urządzenia kodujące. 

Kiedy wszyscy stali, zastanawiając się, od czego zacząć, w pomieszczeniu było zbyt 

ciasno,  żeby  Chewbacca  mógł  się  zająć  naprawą  jakiegoś  urządzenia.  Starszy  Wookie 

postanowił zatem zaczekać i nie przeszkadzać innym w pracy. Lowie podejrzewał, że wuj jest 

rozbawiony, mogąc obserwować, jak dwoje jego podopiecznych ciężko pracuje. Możliwe, że 

ich widok przypomniał mu czasy, kiedy u boku Hana Solo bez końca mozolił się, naprawiając 

urządzenia „Sokoła”. 

-  No  cóż - odezwała  się  Jaina. Podrapała się  po  policzku, zostawiając na nim  smugę 

smaru i rdzy pochodzącej z jakiegoś starego panelu. - Przypuszczam, że pod koniec dnia ten 

komunikator  będzie  znów  działał  prawidłowo.  -  Uśmiechnęła  się  pogodnie  do  Peckhuma,  a 

Lowie zaryczał, zgadzając się z jej zdaniem. - Rzecz jasna, to będzie tylko prowizorka, ale na 

jakiś czas powinna wystarczyć. 

Peckhum wzruszył ramionami. 

-  Nie  wątpię,  że  będzie  lepiej  niż  w  tej  chwili.  Żałuję,  że  nie  mam  tej  centralnej 

background image

jednostki  wielozadaniowej  -  dodał  ponuro.  - Niemal  tak  samo,  jak  chciałbym  wiedzieć,  co 

przydarzyło się Zekkowi. 

- Jestem przekonana, że nic złego - odparła Jaina, ale Lowie wiedział, że dziewczyna 

wcale tak nie myślała. 

Kiedy  grzebała  we  wnętrzu  jakiegoś  panelu,  Chewbacca  przeszedł  w  inne  miejsce  i 

ryknął do siostrzeńca, proponując, żeby zajęli się czymś innym. Lowie ochoczo przystał na tę 

propozycję.  Ponieważ  zbliżała  się  pora  obiadu,  naprawa  pokładowego  automatu 

przygotowującego posiłki wydawała się doskonałym pomysłem. Lowie nie mógł narzekać na 

brak  apetytu,  a  kiedy  pomyślał  o  wszystkich  wspaniałych  potrawach,  jakie  mogliby 

zaprogramować,  mimo  iż zapasy  żywności  stacji  były  bardzo  skromne,  poczuł  napływającą 

do ust ślinę. 

Em Teedee kilka razy cmoknął z dezaprobatą. 

- Naprawdę, panie Lowbacco! - powiedział. - Chyba nigdy pan się nie zmieni. Znów 

myśli pan tylko o jedzeniu! 

Chewbacca groźnie zaryczał, a przerażony android natychmiast spuścił z tonu. 

-  Wy,  Wookie - oświadczył znacznie ciszej, nie kryjąc urazy -jesteście wszyscy tacy 

sami. 

background image

ROZDZIAŁ 17 

 

Kiedy  Jacen  wędrował  po  podziemiach  Coruscant  z  Zekkiem,  poszukując  jaja 

jastrzębionietoperza,  tyle  razy  tracił  orientację,  że  teraz  nigdy  sam  nie  odnalazłby  drogi  w 

prawdziwym labiryncie chodników, przejść i korytarzy. Na szczęście towarzysząca mu Tenel 

Ka prowadziła pewnie, doskonale wiedząc, dokąd podążają... co zresztą nie dziwiło chłopca 

ani trochę. 

Szczeliny między gmachami stawały się coraz węższe, a same budynki coraz bardziej 

zniszczone,  złowieszcze  i  zaniedbane.  Ciemne  ściany  były  upstrzone  czarnymi  plamami, 

które  nadal  przypominały  bryzgi  zakrzepłej  krwi  mimo  odbarwienia  wywołanego  upływem 

wielu  stuleci.  Coraz  częściej  spotykało  się  także  wszechobecny  symbol  gangu  -  krzyż, 

zamknięty wewnątrz trójkąta - wyryty na durbetonowych cegłach albo namalowany jaskrawą 

niezmywalną farbą. 

-  Aha  -  odezwała  się  Tenel  Ka.  Jej  zmysły  były  wyostrzone  jak  ostrze  włóczni 

myśliwego. - Znaleźliśmy się na terenie, do którego roszczą sobie prawa Zagubieni. 

Jacen przełknął ślinę. 

-  Miejmy  nadzieję,  że  niedługo  odnajdziemy  Zekka  -  odparł.  - Nie  chciałbym 

przebywać tu zbyt długo, zwłaszcza kiedy członkowie gangu będą w złych humorach. 

-  Podejrzewam,  że  oni  nigdy  nie są w dobrych  humorach - zauważyła dziewczyna. - 

Może wciąż jeszcze są źli na nas za to, że ostatnio im uciekliśmy. 

-  To  prawda  -  przyznał  chłopiec.  -  Możliwe,  że  złapali  Zekka.  Musimy  go  uwolnić. 

Ten Norys nie sprawiał wrażenia życzliwego gospodarza. 

Jakieś  czarne  stworzenie  przemknęło  w  ciemnościach  pod  najbliższą  ścianą.  Jacen 

odwrócił  głowę  i  dostrzegł  paskudnie  wyglądającego  pająkaralucha  usiłującego  ukryć  się  w 

kępie  cherlawego  mchu.  Kiedy  indziej  z  pewnością  rzuciłby  siew  pościg,  pragnąc  przyjrzeć 

się  stworzeniu  dokładniej,  ale  w  tej  chwili  chciał  tylko  jak  najszybciej  znaleźć  się  w 

bezpiecznym zaciszu swojego domu. 

Tymczasem  dumna  i  nieustraszona  Tenel  Ka  maszerowała  środkiem  mrocznego, 

ponurego korytarza. Przez głowę chłopca przemknęła przelotna myśl, że chciałby mieć teraz 

świetlny  miecz,  podobny  do  tego,  jakim  posługiwał  się  w  Akademii  Ciemnej  Strony. 

Wiedział wprawdzie, że broń rycerza Jedi może być niebezpieczna i że w żadnym przypadku 

nie powinna służyć do zabawy, ale teraz nie myślał o tym, by się bawić. Potrzebował jej na 

wypadek, gdyby musiał walczyć o życie. 

background image

Z  wysiłkiem  przełknął  ślinę  i  przyspieszył,  chcąc  znaleźć  się  bliżej  koleżanki.  Nie 

spuszczał spojrzenia z jej złocistorudych warkoczy, kołyszących się na plecach przy każdym 

kroku.  Pomyślał,  że  może  jakiś  dobry  dowcip  pomógłby  mu  przestać  myśleć  o  członkach 

groźnego gangu. 

-Hej,  Tenel  Ka  -  powiedział  w  pewnej  chwili.  -  Czy  wiesz,  jaka  jest  różnica  między 

machiną typu AT-AT a pieszym szturmowcem? 

Dziewczyna odwróciła się i obdarzyła go zdziwionym spojrzeniem. 

- Oczywiście, że wiem - odparła. 

Jacen westchnął. 

- To jest dowcip. Czy wiesz, jaka jest różnica między machiną typu AT-AT a pieszym 

szturmowcem? 

- Powinnam była odpowiedzieć, że nie wiem, prawda? - zapytała. 

- Tak, właśnie tak - rzekł chłopiec. 

- Nie wiem. 

-  To  pierwsze  jest  imperialnym  robotem  kroczącym,  a  to  drugie  imperialnym 

piechurem! 

Tenel Ka ze smutkiem pokręciła głową. 

-  Tak.  Bardzo  zabawne  -  powiedziała.  -  A  teraz  ruszajmy  w  dalszą  drogę.  -  Kiedy 

docierała do skrzyżowania, zmrużyła szare oczy. - Zekk jest twoim przyjacielem. Postaraj się 

posłużyć umiejętnościami Jedi. Wyślij wici Mocy, a wówczas może gdzieś go wyczujesz. Te 

korytarze mają wiele zakrętów i bocznych odnóg. 

Jacen  kiwnął  głową.  Nie  sądził,  żeby  jego  skromne  zdolności  do  posługiwania  się 

Mocą umożliwiły mu wykrycie jakiejś konkretnej osoby. Nie był pewien, czy czegoś takiego 

potrafiłby  dokazać  nawet  wujek  Luke,  ale  musiał  się  chwytać  każdej  nadziei,  choćby  nie 

wiadomo  jak  przelotnej  i  złudnej. Dotychczas on  i  Tenel  Ka  wędrowali  przez  podziemia  na 

oślep, a zatem każdy ślad, każdy sposób mógł tylko zwiększyć ich szansę. 

Kiedy  zaczął  się  skupiać,  zamknąwszy  oczy,  wydało  mu  się,  że  poczuł  lekkie 

mrowienie, które pozostawiło w jego myślach wizerunek ciemnowłosego przyjaciela. Zanim 

uświadomił sobie, co to znaczy, wyciągnął rękę w stronę, w którą zwrócił głowę. Wujek Luke 

zawsze mówił uczniom, żeby ufali swoim instynktom rycerzy Jedi. 

Pospieszył,  chcąc  dotrzymać  kroku  Tenel  Ka.  Oboje  skręcili  w  boczny  korytarz  i 

zaczęli  nim  schodzić,  by  po  chwili  zagłębić  się  w  następny.  Stary  wieżowiec  wydawał  się 

opuszczony. Panowała w nim przytłaczająca cisza, chociaż z pewnością najwyższe poziomy 

były gwarne i rojne. Mimo to Jacen nie mógł się oprzeć wrażeniu, że z mrocznych kryjówek 

background image

obserwują ich czyjeś czujne oczy. Ufał swoim zmysłom Jedi na tyle, że był pewien, iż nie jest 

to tylko gra jego wyobraźni. 

- Chyba jesteśmy coraz bliżej - odezwała się dziewczyna. 

Nagle usłyszeli w oddali czyjeś głosy, spośród których wybijał się jeden, głośniejszy i 

bardziej stanowczy niż pozostałe. Chociaż nie można było zrozumieć żadnych słów, Jacen był 

pewien, że słyszy głos młodego mężczyzny. 

- To może być Zekk - powiedział, zwracając się do koleżanki. - Chyba go znaleźliśmy. 

Ogarnięty uniesieniem, zapomniał o wszystkich złowieszczych myślach i zaczął biec, 

zostawiając Tenel Ka z tyłu. Dziewczyna jednak nawet nie przyspieszyła. Stąpała jak zawsze 

czujna i rozważna. 

-  Uważaj!  -  zawołała  widząc,  że  Jacen  skręca  za  róg  korytarza.  Po  chwili  i  ona 

znalazła  się w  wielkiej, odbijającej echo  sali,  wypełnionej  zniszczonymi  meblami  i  na  wpół 

przerdzewiałymi belkami stropowymi. Na ścianach ujrzała jarzeniowe panele, przymocowane 

byle  jak  w  najróżniejszych  miejscach,  z  których  można  było  najłatwiej  dołączyć  je  do 

gniazdek sieci elektrycznej. Otwory innych korytarzy, wiodących do wielkiej sali, były albo 

zagrodzone kratami, albo zamknięte drzwiami, które przed wiekami przestały obracać się na 

zawiasach. 

Pośrodku  komnaty  Jacen  dostrzegł  młodzieńca.  W  jego  szmaragdowych  oczach 

odbijał się blask umieszczonych w przypadkowych miejscach paneli. Tak, to był Zekk. Jego 

ciemne, niemal czarne włosy, były teraz porządnie uczesane i związane na karku skórzanym 

rzemykiem.  Nie  spływały  w  nieładzie  na  ramiona,  jak  poprzednio.  Jacen  nigdy  nie  widział, 

żeby  jego  przyjaciel  kiedykolwiek  wiązał  włosy  w  taki  sposób.  Zauważył,  że  dziwnej 

metamorfozie uległ również strój Zekka. Był czysty, czarny i dopasowany do kształtów jego 

ciała...  wyglądał  niemal  jak  mundur.  W  niczym  nie  przypominał  staromodnego  garnituru, 

który chłopak miał na sobie podczas tamtego pamiętnego bankietu, wydanego na cześć pani 

ambasador Alfy Karnaka. 

Wokół  młodzieńca  siedziało  na  koślawych  krzesłach  i  zniszczonych  tapczanach 

prawie  dwadzieścioro  doświadczonych  przez  życie  dzieciaków,  na  ogół  kilkunastolatków. 

Większość stanowili chłopcy, ale Jacen zauważył także kilka dziewczyn. Wyglądały tak dziko 

i groźnie, że gdyby chciały, mogłyby rozerwać go na kawałki jak zepsutego androida. 

Zagubieni. 

-  Hej,  Zekku!  -  zawołał  Jacen.  -  Gdzie  się  podziewałeś?  Martwiliśmy  się,  że 

przydarzyło ci się coś złego! 

Zaskoczony  w  połowie  zdania  ciemnowłosy  chłopak  odwrócił  głowę  i  groźnie 

background image

spojrzał  na  Jacena  i  dziewczynę.  W  jego  oczach  pojawił  się  na chwilę  błysk  zdumienia  i 

zachwytu, ale po sekundzie, jakby pragnąc zatrzeć to wrażenie, Zekk przybrał ponurą minę. 

Wydawało się, że przez tych kilka dni, jakie upłynęły od jego zniknięcia, postarzał się o całe 

lata. 

- Jacenie, to nie jest odpowiednia chwila - odparł szorstko. 

Z grupy nastolatków wstał silnie umięśniony chłopak o krzaczastych brwiach i wąsko 

osadzonych oczach. Spiorunował spojrzeniem oboje przybyszów. 

- Nie przypominam sobie, żebym was tu zaprosił - oświadczył wojowniczo. 

Jacen rozpoznał przywódcę gangu, Norysa. 

Zekk machnął ręką w stronę osiłka, jakby starał się go uspokoić. 

-  Ja  się  nimi  zajmę  -  powiedział,  a  na  jego  twarzy  pojawił  się  grymas  gniewu. 

Popatrzył  spode  łba  na  Jacena  i  pokręcił  głową.  - Dlaczego  nie  możecie  zostawić  mnie  w 

spokoju chociaż przez chwilę? 

Jacen przeczesał zmierzwione włosy, kompletnie zaskoczony. Kiedy nie wiedząc, co 

robić, ruszył w stronę przyjaciela, ten cofnął się, jakby chciał uchylić się przed ciosem. 

- Odejdź - syknął - bo wszystko zepsujesz! 

Pozostali Zagubieni zaczęli wstawać z miejsc i jak stado zgłodniałych wilków okrążać 

ofiary.  Jacen  przełknął  ślinę.  Stojąca  za  jego  plecami  Tenel  Ka  położyła  dłoń  na  ramieniu 

kolegi. Pragnęła go w ten sposób ostrzec na wypadek, gdyby musieli walczyć. 

-Zekku,  to  my!  - W  głosie  Jacena  zabrzmiało  błaganie.  - Niczego  nie  zepsujemy. 

Jesteśmy twoimi przyjaciółmi! 

W  tej  samej  chwili  z  głośnym  zgrzytem  i  piskiem  otworzyły  się  jakieś  drzwi, 

znajdujące się w przeciwległym kącie wielkiej sali. 

-  Oni  nie  są  twoimi  przyjaciółmi,  młody  lordzie  Zekku  -  odezwał  się  kobiecy  głos, 

głęboki  i  złowieszczy.  -  Mogą  tylko  mienić  się  nimi,  ale  sam  widziałeś  dowody  na  to,  ile 

naprawdę dla nich znaczysz. 

Jacen i Tenel Ka odwrócili głowy i ujrzeli groźną sylwetkę odzianej w czarny płaszcz 

Siostry  Nocy.  Jej  czarne  jak  heban  włosy  iskrzyły  się,  jakby  za  chwilę  miały  przelecieć 

między nimi błękitne błyskawice, a w fioletowych oczach migotały ogniste błyski. Zwrócone 

ku  górze  spiczaste  końce  naramienników  sprawiały  wrażenie  ostrych  włóczni.  Po  obu 

stronach wiedźmy z Dathomiry było widać dwie inne osoby, ubrane także w czarne płaszcze. 

Jedną był młody ciemnowłosy mężczyzna, a drugą niewysoka, ale silnie zbudowana kobieta. 

Oboje wyglądali równie władczo i złowieszczo jak sama Siostra Nocy. 

- Tamith Kai... - Jacen lekko kiwnął głową. - Widzę, że jak zawsze czarująca. 

background image

-I  Garowyn.  I  Vilas  -  dodała  Tenel  Ka  z  nieoczekiwanym  zimnym  uśmiechem  na 

zazwyczaj spokojnej, opanowanej twarzy. - Jak tam twój e kolano? - dodała, zwracając się do 

Tamith Kai. Zaciskała palce na ramieniu chłopca tak silnie, że chyba mogłaby połamać jego 

kości. 

Po  twarzy  wysokiej  kobiety  przemknęła  burzowa  chmura.  Wiśniowe  wargi  Siostry 

Nocy  wykrzywiły  się  ze  złości.  Było  widać,  że  Tamith  Kai  tylko  z  trudem  powstrzymuje 

wybuch  wściekłości.  Dobrze  pamiętała,  jak  wojowniczka  z  Dathomiry  upokorzyła  ją,  kiedy 

pomagała innym młodym rycerzom Jedi w ucieczce z Akademii Ciemnej Strony. 

- Smarkacze Jedi - warknęła. - Powinniście sami nauczyć się do tej pory, że z nami nie 

ma żartów. 

-  A  wy  powinniście  zostawić  nas  w  spokoju  po  tym  pierwszym  razie  -  odparł 

wyzywająco Jacen. - Zekku, dlaczego zadajesz się. z tymi pajacami? Jakich głupstw nakładli 

do twojej głowy? 

Zekk  sprawiał  wrażenie,  że  zawahał  się  na  chwilę,  ale  kiedy  się  odezwał,  jego  głos 

zdradzał siłę i pewność siebie. 

-  Stwarzają  nam  -  wszystkim  bez  wyjątku  -  wielką  szansę  - odparł.  -  Szansę,  której 

nigdy przedtem nie mieliśmy. 

- Jaką szansę? - zapytał Jacen, szczerze zaciekawiony. - Co mogą wam zaproponować 

ci, którzy przegrali? 

-  Zabiorą  nas  do  Akademii  Ciemnej  Strony,  by  nas  uczyć!  - odezwał  się  krzepki 

przywódca gangu, Norys. - Dopiero teraz mam szansę stać się kimś ważnym i potężnym. 

-  Ale  przecież  nie  wszyscy dysponujecie umiejętnościami Jedi - rzekł Jacen, starając 

się przemówić Zagubionym do rozumu. Chciał wciągnąć Zekka w dyskusję, by w tym czasie 

z pomocą Tenel Ka zastanowić się, co robić. 

-  Ja  dysponuję  -  odparł  chłopak.  -  Wiedzielibyście  o  tym,  gdybyście  zadali  sobie 

trochę trudu i poddali mnie testom - dodał buntowniczo. - A wszyscy ci, którzy ich nie mają, 

zostaną  wcieleni  do  imperialnego  wojska.  Będą  wykonywali  powierzone  obowiązki,  dzięki 

czemu Drugie Imperium stworzy im szansę awansu społecznego. 

-  Och,  Zekku  -  westchnął  Jacen. -  To  wszystko  wierutne kłamstwa  mające  odwrócić 

twoją uwagę i uśpić czujność... 

- To nie są kłamstwa! - przerwała Tamith Kai. W jej silnym melodyjnym głosie kryła 

się  jednak  straszliwa  groźba.  -  My  dotrzymujemy  obietnic  -  dodała,  zwracając  się  do 

Zagubionych.  -  Wszyscy  będziecie  mieli  równe  szansę,  bez  względu  na  to,  jaką  pozycję 

społeczną  zajmowaliście  w  świecie,  rządzonym  przez  Rebeliantów.  Drugie  Imperium  nie 

background image

będzie oceniało was po tym, kim jesteście... Będzie liczyło się tylko to, co dla nas uczynicie. 

- Zekku! - krzyknął zrozpaczony Jacen. - Jak możesz wierzyć w to, co mówią! To są 

ci sami ludzie, którzy porwali mnie i Jainę! 

- Tak jest - przyznała Siostra Nocy. - Ale my uczymy się na błędach. Takie szlachetnie 

urodzone  szczeniaki  jak  wy  nie  są  godne  zostania  imperialnymi  ciemnymi  rycerzami  Jedi 

bardziej niż inni uczniowie Akademii Ciemnej Strony! 

Jej fioletowe oczy zwróciły się na Tenel Ka, miotając groźne błyski. 

-  Zekku  -  szepnął  szybko  Jacen.  -  To  twoja  ostatnia  szansa. Uwierz  mi,  że  znalazłeś 

siew śmiertelnym niebezpieczeństwie. Masz jeszcze czas, żeby zmienić zdanie. Uciekaj! 

Jego  do  niedawna  beztroski  przyjaciel  obdarzył  go  jednak  spojrzeniem,  w  którym 

współczucie  walczyło  o  lepsze  z  prośbą  o  okazanie  zrozumienia.  Chłopcu  wydało  się,  że 

widzi w tym spojrzeniu głęboki smutek, który przeniknął go do głębi serca. 

- Nie rozumiesz mnie, Jacenie - odezwał się Zekk. - Nie możesz, ponieważ tobie nigdy 

na  niczym  nie  zbywało.  Nigdy  niczego  nie  pragnąłeś.  Ci  ludzie  -  gestem  wskazał  Siostrę 

Nocy  i  jej  dwoje  towarzyszy  -  ofiarują  mi  coś,  czego  w  dotychczasowym  życiu  nigdy  nie 

miałem. Stwarzaj ą mi szansę, że stanę się k i m ś, jeżeli będę trzymał ich stronę. 

-  Jeżeli  to  oni  ci  ją  stwarzają,  nie  licz  na  to,  że  będzie  to  wielka  szansa  -  mruknął 

Jacen. 

Tenel Ka zdjęła dłoń z jego ramienia. Napięła mięśnie i zbliżyła ręce do pasa, gotowa 

do wyciągnięcia broni. 

Członkowie  gangu  Zagubionych  zaczęli  zbliżać  się  do  dwojga  młodych  Jedi, 

piorunując  ich  spojrzeniami.  Barczysty  Norys  i  jego  zastępcy  poruszali  się  jak 

zahipnotyzowani. Jacen był ciekaw, czy Tamith Kai albo któreś z dwojga jej pomocników nie 

posłużyło  się  sztuczką  Mocy,  by  nakłonić  nastolatków  do  wcielenia  swoich  podstępnych 

planów w życie. 

Usłyszał, że stojąca za jego plecami Tenel Ka szepnęła: 

- Jacenie, dopóki możemy, powinniśmy wynosić się, żeby wezwać pomoc. 

Jacen  także  napiął  mięśnie,  gotów  odwrócić  się  i  rzucić  do  ucieczki.  Pstryknął 

przełącznikiem komunikatora, pragnąc w ten sposób zaalarmować Anakina albo Threepia, ale 

zanim on albo Tenel Ka mieli czas skoczyć do drzwi, Vilas wyszarpnął blaster. 

-  Nie  możemy  ryzykować,  że  pokrzyżujecie  nasze  plany  -  odezwała  się  Garowyn.  - 

Zbyt dużo postawiliśmy na tę kartę. 

Jacen i Tenel Ka zdążyli przebiec tylko kilka kroków, zanim w ich plecy trafił stożek 

błękitnego  światła.  Byli  nieprzytomni,  kiedy,  przebiegłszy  jeszcze  krok  czy  dwa,  runęli  bez 

background image

czucia na kamienną posadzkę. 

background image

ROZDZIAŁ 18 

 

Brakiss uruchomił mechanizm zamka drzwi prywatnego gabinetu znajdującego się na 

jednym  z  poziomów  Akademii  Ciemnej  Strony.  Chcąc  upewnić  się,  że  absolutnie  nikt  nie 

będzie  mu  przeszkadzał,  zmienił  kod  umożliwiający  wejście  do  komnaty.  Nie  zamierzał 

dopuścić,  żeby  nawet  Tamith  Ka,  jego  najbliższa  współpracowniczka,  podsłuchała,  o  czym 

będzie rozmawiał z wielkim wodzem. 

Naczelnik  Akademii  Ciemnej  Strony  zawsze  znajdował  natchnienie,  kiedy  spoglądał 

na  mroczne  ściany  gabinetu,  na  których  widniały  holograficzne  wizerunki  eksplodujących 

gwiazd,  rozpadających  się  planet,  potoków  rozżarzonej  lawy  czy  jęzorów  lodowców.  To 

wszystko  przypominało  mu  o  dzikiej,  nieokiełznanej  energii,  zgromadzonej  we 

wszechświecie.  Posługując  się  ciemną  stroną  Mocy,  Brakiss  czerpał  z  tej  energii  niespożyte 

siły,  po  czym  wykorzystywał  je  do  swoich  celów,  pragnąc  utorować  drogę  Drugiemu 

Imperium. 

Nastawił  panele  jarzeniowe  w  ten  sposób,  by  dawały  jak  najmniej  blasku,  po  czym 

rzucił  okiem  na  tarczę  chronometru.  Postanowił  uzbroić  się  w  cierpliwość.  Rozmowa  z 

potężnym  i  złowieszczym  władcą  zawsze  sprawiała,  że  stawał  się  podniecony  i  przerażony. 

Musiał  uciekać  się  do  technik  relaksacyjnych  Jedi,  ale  i  tak  osiągnięcie  spokoju  ducha 

przychodziło mu z wielkim trudem. 

Brakiss  wiedział,  że  na  barkach  wielkiego  wodza  spoczywa  olbrzymi  ciężar 

odpowiedzialności  i  obowiązków.  Przywódca  bardzo  często  nie  dotrzymywał  uprzednio 

uzgodnionych  terminów  spotkań,  ale  Brakiss  nie  ośmielił  się  uczynić  na  ten  temat 

najmniejszej  uwagi.  To  wódz  decydował  o  tym,  kiedy  pragnie  porozumieć  się z 

podwładnymi.  Naczelnik  Akademii  Ciemnej  Strony  był  tylko  posłusznym  niewolnikiem. 

Dobrze znał miejsce, jakie zajmował w jego wielkim planie. 

Rebelianci polegali na ochronie, jaką mógł zapewnić im nowy zakon rycerzy Jedi, ale 

za bardzo przeceniali ich znaczenie. Wódz Imperium także pragnął dysponować tajną bronią: 

armią  Ciemnych  Jedi,  którzy  posługując  się  ciemną  stroną  Mocy,  pomogliby  Drugiemu 

Imperium odzyskać należne miejsce w historii i na mapie galaktyki. 

Ciemni  Jedi  mieli  jednak  to  do  siebie,  że  bywali  często  niepewni  i  niebezpieczni. 

Trudno  było  przewidzieć  ich  reakcje.  Ulegali  złudzeniom,  wskutek  czego  wydawało  im  się, 

że  są  obdarzeni  nieograniczoną  władzą.  Uświadamiając  sobie  ryzyko,  związane  z  ich 

szkoleniem,  wielki  wódz  musiał  przedsięwziąć  niezbędne  środki  ostrożności.  Pragnął 

background image

ochronić  siebie  przed  zagrożeniem,  jakie  mogliby  stworzyć  absolwenci  Akademii  Ciemnej 

Strony.  Ogromna,  mająca  kształt  pierścienia,  stacja  była  dosłownie  naszpikowana 

śmiercionośnymi  materiałami  wybuchowymi,  rozmieszczonymi  w  pobliżu  urządzeń  do 

regeneracji  powietrza  i  uzdatniania wody.  Zaminowany  został również cały  kadłub i  tysiące 

innych miejsc, o których Brakiss nic nie wiedział ani nawet nie chciał wiedzieć. W tej samej 

chwili,  kiedy  jego  Ciemni  Jedi  daliby  do  zrozumienia,  że  żywią  wobec  niego  złe  zamiary, 

wielki  wódz  wydałby  rozkaz  zdalnego zdetonowania tych urządzeń,  bez skrupułów kończąc 

cały eksperyment. 

Pragnąc  uszczęśliwić  potężnego  władcę,  Brakiss  musiał  zatem  składać  wciąż  nowe 

meldunki,  że  odnosi  sukces  za  sukcesem.  Na  szczęście  jego  Akademia  Ciemnej  Strony 

dokonała ostatnio kilku spektakularnych czynów. 

W  zamkniętym  pomieszczeniu  rozległ  się.  nagle  pomruk,  z  jakim  włączyły  się 

generatory  hologramów.  Brakiss  natychmiast  wstał,  ocknąwszy  się  z  zadumy.  Powietrze 

przed jego biurkiem zadrżało i zalśniło i po chwili pojawił się ogromny wizerunek, przesłany 

z kryjówki znajdującej się na odległej planecie w samym sercu jądra galaktyki. Na obrzeżach 

osłoniętej  kapturem  gigantycznej  głowy  przywódcy  pojawiały  się  od  czasu  do  czasu  iskry 

wyładowań i zakłóceń. Ogromne oczy spoglądały groźnie na Brakissa. 

Naczelnik  Akademii  Ciemnej  Strony  instynktownie  spuścił  oczy  i  pochylił  głowę  na 

znak  szacunku  i  podziwu.  Kiedy  uznał,  że  zadowolił  władcę,  popatrzył  na  ogromne  oblicze 

wielkiego  wodza  Drugiego  Imperium...  zakapturzoną,  pomarszczoną  twarz  samego 

Imperatora Palpatine’a! 

Chociaż  holograficzny  obraz  był  nieostry  i  drgał  wskutek  pokonywania  wielu 

systemów gwiezdnych należących do holograficznej sieci, a także wpływów pasów asteroid, 

wybuchów  na  słońcach  i  burz  jonowych,  trudno  byłoby  nie  rozpoznać  rysów  twarzy  i 

ziemistej  cery  Imperatora.  Brakiss  spoglądał  w  uwielbieniu  na  surowe,  ojcowskie  oblicze 

wielkiego  wodza.  Oto  miał  przed  oczami  twarz  człowieka,  który  już  wkrótce  sprawi,  że 

mieszkańcy  wszystkich  systemów  gwiezdnych  będą  drżeli  na  samą  myśl  o  nim,  dopóki  nie 

nauczą się żyć na modłę Imperium, okazując szacunek i oddając cześć jego władcy. 

Na  twarzy  Imperatora  widniały  głębokie  bruzdy  i  zmarszczki  - efekt  długotrwałego 

wykorzystywania  potężnych  sił  zła  i  ciemności.  Osadzone  w  głębokich  oczodołach  żółte, 

podobne do gadzich, oczy Palpatine’a miotały złociste błyski, a fałdy tłuszczu na szyi zwisały 

jak wola pod łbem wychudzonej jaszczurki. 

Brakiss  wiedział,  że  reszta  galaktyki  sądziła,  iż  Imperator  zginął  przed  wielu  lary, 

najpierw  podczas  eksplozji,  która  rozerwała  na  strzępy  drugą  Gwiazdę  Śmierci,  a  potem  po 

background image

raz  drugi,  sześć  lat  później,  kiedy  zniszczono  wszystkie  klony  Palpatine’a.  Śmierć  władcy 

musiała  jednak  być  złudzeniem,  skoro  Brakiss  oglądał  teraz  wizerunek  jego  twarzy.  Nie 

odważyłby się nawet zgadywać, jakim cudem Imperator przeżył. Nie miał pojęcia, do jakiej 

sztuczki mógł uciec się potężny władca, żeby wywieść wszystkich w pole... ale wiedział, że 

jeżeli ktoś umiał posługiwać się Mocą, potrafił dokonywać niezwykłych rzeczy. 

Przynajmniej tego nauczył go mistrz Skywalker. 

Kiedy  w  końcu  Imperator  przemówił,  w  prywatnym  gabinecie  Brakissa  zagrzmiały 

chrapliwie wymawiane słowa: 

- A zatem,  mój pokorny sługo, co dobrego chciałbyś mi dziś zakomunikować? Mam 

nadzieję,  że  będzie  to  meldunek  o  kolejnych  sukcesach.  Mam  już  dość  wysłuchiwania 

wiadomości o klęskach i niepowodzeniach, Brakissie. Nie mogę się doczekać, kiedy Drugie 

Imperium się odrodzi, a moja władza dotrze do najdalszych zakątków galaktyki. 

Brakiss ponownie pochylił głowę. 

-  Tak  jest,  mój  panie  -  odpowiedział.  -  Mam  dla  ciebie  dobre  wieści.  Właśnie 

wysyłamy  transportowiec  z  ładunkiem  baterii  do  turbolaserowych  dział  i  rdzeni  napędów 

nadprzestrzennych, które zgodnie z twoim rozkazem przechwyciliśmy, porywając rebeliancki 

krążownik. Mam nadzieję, że twoja okryta sławą machina wojenna wykorzysta je w słusznej 

sprawie. 

- To oczywissste - syknął Palpatine. 

-  Jeżeli  chodzi  o  nas -  ciągnął  Brakiss - nowa grupa Ciemnych Jedi, kształconych w 

Akademii  Ciemnej  Strony,  z  każdym  dniem  staje  się  coraz  liczniejsza  i  potężniejsza.  Ze 

szczególną  radością  melduj  ę,  że  w  podziemiach  centralnego  ośrodka  władzy  Rebeliantów 

udało  się  nam  zwerbować  wielu  nowych  kandydatów...  dokładnie,  jak  przewidziałeś,  mój 

panie. Nikt nie zauważy, że zniknęli, a my będziemy mogli przeciągnąć ich na naszą stronę. 

-  Dossskonale  -  odezwał  się  Imperator.  -  Mówiłem  ci,  że  o  wiele  łatwiej  będzie 

nawracać kandydatów nie żywiących nadziei na lepsze życie. Na szczególną ironię zakrawa 

fakt,  że  porwaliśmy  ich  sprzed  samych  nosów  rebelianckich  uzurpatorów  sprawujących 

obecnie władzę. 

Brakiss kiwnął głową. 

-  Tak  jest,  mój  panie,  to  prawda.  Wystarczyło  tylko  zaproponować  im  coś,  czego 

potrzebowali. Prawdę mówiąc, nie mogli się doczekać, kiedy dostaną to coś właśnie od nas. 

-  Ach...  -  Twarz  Imperatora  wyrażała  głębokie  rozmarzenie.  Wielki  władca  sprawiał 

wrażenie n i e m a l - niemal - dumnego. 

Naczelnik Akademii Ciemnej Strony głęboko odetchnął, po czym ciągnął: 

background image

- Rzecz jasna, wielu nowych kandydatów nie dysponuje żadnym potencjałem Jedi, ale 

mimo  to  z  chęcią przyjęło  naszą  propozycję.  Zaczęliśmy  nawet  szkolenie  jednej  grupy, 

pragnąc  przekształcić  jaw  doborowy  oddział  szturmowców.  Ci  rekruci  bardzo  dobrze  znają 

podziemia  Coruscant.  W  przyszłości  mogą  się  okazać  doskonałymi  szpiegami  albo 

sabotażystami, jeżeli zechcemy wykorzystać ich do takich zadań. 

Imperator z namysłem kiwnął głową, ukrytą we wnętrzu ciemnego kaptura. 

-  Zgadzam  się  z  tobą,  Brakissie  -  powiedział.  -  Bardzo  dobrze.  - Z  góry  na  dół 

wizerunku  jego  twarzy  przemknęła  świetlista  fala,  a  głos  Palpatine’a  lekko  zadrżał.  - 

Pozwalam przeżyć ci jeszcze jeden dzień, Brakissie. 

- Dziękuję ci, mój panie - odparł z ulgą naczelnik Akademii Ciemnej Strony. 

Pomarszczona twarz władcy przybrała surowy, bezlitosny wyraz. 

-  Tylko  nie  zawiedź  mnie,  wierny  sługo  -  ostrzegł  Imperator.  - Byłbym  bardzo 

niezadowolony, gdybym musiał wydać rozkaz zniszczenia twój ej gwiezdnej stacji. 

Brakiss  skłonił  się  jak  mógł  najniżej,  aż  zamigotały  fałdy  jego  srebrzystoczarnego 

płaszcza. 

- Mój panie, ja także byłbym tym niepocieszony - odpowiedział. 

Holograficzny  wizerunek  twarzy  Imperatora  zadrżał  i  zalśnił,  by  w  następnej 

sekundzie  rozprysnąć  się  na  miliony  srebrzystych,  z  wolna  gasnących  iskier.  Rozmowa 

została zakończona. 

Brakiss miał wrażenie, że drżą wszystkie mięśnie jego ciała, jak zresztą zawsze, kiedy 

rozmawiał z budzącym grozę Palpatine’em. Wyczerpany, opadł na fotel za biurkiem, po czym 

zajął się przeglądaniem listy następnych spraw czekających na załatwienie. Wiedział, że nie 

może popełnić najmniejszej pomyłki. 

background image

ROZDZIAŁ 19 

 

Młody  Anakin  Solo,  zmęczony  po  długich,  bezowocnych  poszukiwaniach,  stał  w 

wielkim salonie rodzinnego apartamentu obok nadajnika komunikatora, martwiąc się tym, co 

mogło przydarzyć się Jacenowi. Spoglądając na ciemny ekran, czekał, by pojawiła się na nim 

twarz starszego brata, chociaż wiedział, że nic takiego się nie wydarzy. Przeczuwał to. 

Przed godziną on i Threepio zakończyli przeszukiwanie przydzielonego im obszaru i 

wrócili do domu, ale i tam nie czekała na nich żadna wiadomość od Jacena. Anakin wiedział, 

że nie może zwlekać ani chwili dłużej. 

Odwrócił się i skierował do kąta, w którym siedział złocisty android. Oparty plecami o 

ścianę,  odpoczywał,  korzystając  z  krótkiego  okresu,  kiedy  mógł  ograniczyć  zużycie  mocy. 

Chłopiec  skierował  jasnobłękitne  oczy  na  żółte  czujniki  optyczne  Threepia,  po  czym  lekko 

poklepał go po ramieniu. 

- Obudź się, Threepio - powiedział. - Już i tak czekaliśmy za długo. Czas powiedzieć 

komuś o tym, co się stało. 

Zdumiony Threepio zerwał się na równe nogi. 

-  O  rety,  chyba  nie  zasnąłem,  prawda?  -  zapytał.  -  Wydawało  mi  się,  że  miałem 

odpoczywać jeszcze przez dwa cykle, a dopiero później wyruszyć na dalsze poszukiwania. A 

pan miał zamiar zacząć odrabiać lekcje... 

-  Czuję,  że  stało się coś  złego -  przerwał mu Anakin. - Jacen i Tenel Ka jeszcze nie 

wrócili. 

- Gdyby chciał pan znać moje zdanie... 

-  Nie  chciałbym  -  uciął  chłopiec.  -  Postaraj  się  porozumieć  z  nimi  za  pomocą 

przenośnego kierunkowego komunikatora. 

- Jestem pewien, że nic im się nie stało, ale spróbuję - odparł Threepio. 

Przechylił  złocistą  głowę  i  przez  kilka  sekund  stał  nieruchomo,  wpatrując  się  w 

przeciwległy kąt wielkiego pomieszczenia. 

- Połączyłeś się z nimi? - zapytał chłopiec. 

-  Niestety  nie,  panie  Anakinie  -  odpowiedział  bardzo  zaniepokojony  android.  - Nie 

otrzymałem żadnej odpowiedzi. 

W tej samej chwili do komnaty weszła Leia Organa Solo. Uśmiechnęła się pogodnie 

do najmłodszego syna, ale kiedy spojrzała na niego uważniej, zmarszczyła czoło. 

- Anakinie, co się stało? - zapytała. 

background image

Chłopiec  zaczął  się  zastanawiać,  co  właściwie  powinien  powiedzieć  matce.  Mimo 

wszystko  prosili  ją  o  pomoc,  ale  ona  nie  uznała  wówczas  faktu  zaginięcia  Zekka  za  coś 

niezwykłego  czy  poważnego.  Może  teraz  zmieni  zdanie,  kiedy  jej  powie,  że  zniknęli  także 

Tenel  Ka  i  Jacen.  Młody  chłopiec  zaczął  więc  opowiadać,  połykając  końcówki  wyrazów,  a 

Threepio  uzupełniał  jego  relację  efektami  dźwiękowymi  i  upiększał  zbytecznymi 

komentarzami. 

- Jacen odpowiedziałby nam, gdyby mógł - zakończył chłopiec. 

-  Z  całą  pewnością-  dodał  entuzjastycznie  Threepio.  -  Pan  Jacen  może  być  trochę 

roztrzepany, ale jest zawsze bardzo skrupulatny. 

Leia  miała  wrażenie,  że  jej  niepokój  zaczyna  wzrastać  dosłownie  z  sekundy  na 

sekundę. 

-  Odpowiedziałby...  -  powtórzyła  -  chyba  że  wpadł  w  poważne  tarapaty.  -  Zapewne 

podjęła  jakąś  decyzję,  gdyż  natychmiast  postanowiła  wprowadzić  ją  w  życie,  dowodząc,  że 

naprawdę jest  dobrą  przywódczy  nią  Nowej  Republiki.  -  Musimy  ich  odnaleźć  -  ciągnęła.  - 

Tenel  Ka  nie  dopuściłaby,  żeby  Jacen  zrobił  coś  nierozważnego.  Może  jednak  sama  nie 

uznała tego czegoś za niebezpieczne. 

Podeszła  do  zawieszonego  na  ścianie  panelu,  po  czym  wydała  kilka  krótkich 

rozkazów. 

-  Wezwałam  oddział  strażników.  Będą  towarzyszyli  nam  w  wyprawie  -  wyjaśniła.  - 

Threepio, czy potrafisz zlokalizować miejsce, w którym znajduje się komunikator Jacena? 

-No  cóż,  mój  system  lokalizacji  urządzeń  telekomunikacyjnych  nie  jest  aż  taki 

precyzyjny,  jak  chciałbym,  ale  przypuszczam,  że  gdybym  wysłał  ciągłą  falę  i  śledził  sygnał 

sprzężenia zwrotnego za pomocą przenośnego komunikatora, prawdopodobnie mógłbym... 

- Na jaką odległość od niego możesz dotrzeć? - przerwała mu zniecierpliwiona Leia. 

- Powinienem zlokalizować źródło sygnału z dokładnością do dziesięciu metrów. 

- To wystarczy - oznajmiła kobieta. 

Anakin westchnął z prawdziwą ulgą i powiedział: 

- Miejmy tylko nadzieję, że Jacen i Tenel Ka nie oddalili się od tego nadajnika. 

- Będziemy martwili się o to, kiedy go odnajdziemy - rzekła Leia, chwytając pakiet ze. 

środkami  medycznymi  i  kierując  się  do  drzwi.  Na  korytarzu  czekał  już  oddział  strażników 

Nowej  Republiki.  Żołnierze  stanęli  na  baczność,  chociaż  nie  wiedzieli,  dlaczego 

przywódczyni ich wezwała. 

-  Chodź  z  nami,  Anakinie  -  powiedziała  Leia.  -  Jesteś  teraz  członkiem  wyprawy 

ratunkowej. Threepio, dokąd mamy iść? - zapytała. 

background image

Android  protokolarny  puścił  się  korytarzem  tak  szybko,  jak  pozwalały  na  to  jego 

mechaniczne nogi. 

-  Skręcimy  w  lewo,  pani  Leio  -  oznajmił.  -  Musimy  znaleźć  najbliższy  szyb 

turbowindy, żeby zjechać o czterdzieści dwa poziomy. 

Anakin  próbował  wyobrazić  sobie,  dokąd  podążają,  ale  chyba  bez  większego 

powodzenia. 

- Lepiej będzie, jak ty poprowadzisz, Threepio - zdecydował. 

 

Leia, strażnicy i Anakin podążali za złocistym androidem, który torował sobie drogę 

przez kolejny chwiejący się pomost, zawieszony między gigantycznymi budynkami. Threepio 

sprawiał wrażenie niezwykle dumnego z powodu roli, jaką odgrywał w tej wyprawie. 

Wydawało się, że wieżowce ciągną się w górę i w dół bez końca. W pewnym miejscu 

pomostu, gdzie brakowało jednej belki, Anakin potknął się i omal nie runął w przepaść, ale w 

ostatniej  chwili  podtrzymała  go  Leia.  Przerażona  matka  popatrzyła  na  syna,  po  czym  na 

chwilę objęła go i przytuliła. 

- Uważaj - powiedziała. - Wszyscy musimy być bardzo ostrożni. 

Anakin  się  wzdrygnął.  Ten  teren,  oglądany  na  mapie,  wcale  nie  wyglądał  na 

niebezpieczny.  Kierując  się  ku  nadajnikowi  sygnału  namiarowego,  cała  grupa  pokonywała 

kolejne  nie  zamieszkane  piętra,  przechodząc  pustymi,  złowieszczymi  korytarzami.  Na 

pokrytych grubą warstwą kurzu i brudu ścianach można było dostrzec coraz częściej ten sam 

wizerunek równobocznego trójkąta z zamkniętym krzyżem celowniczym w środku. 

-  Ciekaw  jestem, co  oznacza ten symbol  - odezwał się Anakin, wskazując najbliższą 

ścianę. 

-  Potrafię  mówić  płynnie  ponad  sześcioma  milionami  języków  - odparł  Threepio.  - 

Niestety, nikt nie zapisał tego symbolu w moich bazach danych. Obawiam się, że nie potrafię 

pomóc, panie Anakinie. 

Leia spojrzała na strażników. 

- Czy któryś z was nie wie, co może oznaczać ten symbol? -zapytała. 

Jakiś żołnierz chrząknął, po czym odpowiedział: 

-  Przypuszczam,  że  to  znak  jakiegoś  gangu,  pani  prezydent.  Kilka...  nieprzyjemnych 

grup  ma  zwyczaj  uważać  niższe,  nie  używane  poziomy  miasta  za  własne  terytorium.  Ich 

członków jest bardzo trudno schwytać. 

- Słyszałem, jak Zekk wspominał Jacenowi i Jainie coś na temat gangu Zagubionych - 

przypomniał  sobie  nagle  chłopiec.  - Wydaje  mi  się,  że  chodziło  o  to,  aby  Zekk  został 

background image

członkiem tej grupy. 

Leia  kiwnęła  głową,  postanawiając  zapamiętać  tę  informację,  żeby  zrobić  z  niej 

użytek kiedy indziej. Na razie zależało jej tylko na odnalezieniu Jacena i Tenel Ka. 

SeeThreepio przystanął, żeby zerknąć na ekran przenośnego komunikatora. 

- Och, niech licho porwie moje mało wrażliwe czujniki - powiedział. - Jestem pewien, 

że  Artoo-Detoo  potrafiłby  określić  kierunek  z  większą  dokładnością.  Wydaje  mi  się  jednak, 

że  znajdujemy  się  w  odległości  zaledwie  dwustu  metrów  od  miejsca,  z  którego  dochodzą 

sygnały. 

Kiedy cała grupa schodziła na coraz niższe i bardziej zniszczone poziomy, korytarze 

stawały  się  węższe  i  ciemniejsze.  Strażnicy,  niespokojnie  spoglądając  jeden  na  drugiego, 

trzymali  broń  gotową  do  strzału.  Kiedy  Leia  przechodziła  przez  najciemniejsze  miejsca, 

przyspieszała, wyzywająco unosząc głowę. Threepio zwiększył natężenie światła, rzucanego 

przez  optyczne  czujniki,  dzięki  czemu  część  korytarza  bezpośrednio  przed  nim  jarzyła  się 

łagodnym  żółtym  blaskiem.  Anakin  wyjął  jarzeniowy  pręt  i  trzymał  w  pogotowiu.  Miał 

wrażenie,  że  mały  przyrząd  dodaje  mu  sił.  Czuł  się  tak,  jakby  dysponował  imitacją miecza 

świetlnego. 

Threepio  skręcił  w  prawo  w  boczny,  jeszcze  węższy  korytarz,  po  czym  zanurkował, 

chcąc  przecisnąć  się  pod  częściowo  złamanym  dźwigarem.  Nawet  mały  Anakin  musiał  się 

pochylić, żeby przejść od zniszczoną belką. 

-  Czy  jesteś  pewien,  że  podążamy  we  właściwą  stronę,  Threepio?  -  zapytał,  trochę 

zaniepokojony. 

-  O  tak,  jestem  tego  absolutnie  pewien  -  oświadczył  android.  - Proszę  pamiętać,  że 

staram się prowadzić najkrótszą drogą wiodącą do źródła sygnału. Zapewne młody pan Jacen 

i  pani  Tenel  Ka  dotarli  tam  wygodniejszym,  ale  dłuższym  szlakiem.  Oceniam,  że  jesteśmy 

teraz w odległości najwyżej trzydziestu metrów. 

W końcu znaleźli się na progu wielkiej komnaty, oświetlonej złowieszczym drżącym 

blaskiem. Źródłami migotliwego światła były dziesiątki paneli jarzeniowych, zawieszonych w 

przypadkowych  miejscach  na  ciemnych  ścianach.  Anakin  rozejrzał  się  po  sali.  Zauważył 

zniszczoną  klatkę  schodową  ze  stopniami  wiodącymi  donikąd,  porzucone  opakowania  po 

środkach  żywnościowych,  zniszczone  meble  i  poduszki,  a  także  kilkoro  różnej  wielkości 

drzwi przysłaniających otwory w przeciwległej ścianie, zapewne umożliwiających wyjście z 

sali. 

- To musi być sala zebrań członków gangu Zagubionych - powiedział. 

-  O  rety  -  odezwał  się  Threepio.  -  Czy  pan  Zekk  nie  mówił  kiedyś,  że  członkowie 

background image

gangu nie są ludźmi gościnnymi? 

W ogromnej komnacie panowała martwa cisza. Migotliwy blask, rzucany przez panele 

jarzeniowe, sprawiał, że Anakin czuł się nieswojo. Strażnicy zawahali się na progu, po czym 

stanęli  po  obu  stronach  niskiego  otworu  wejściowego  i  skierowali  lufy  blasterów  w  głąb 

komnaty.  Pomieszczenie  wyglądało  na  opuszczone,  ale  Anakin,  który  nie  przestawał 

rozglądać  się  po  kątach,  wyczuwał  w  nim  ślady  obecności  czegoś  mrocznego.  Nerwowo 

podskoczył,  kiedy  Threepio  krzyknął,  z  przerażeniem  spoglądając  na  coś  leżącego  na 

posadzce. 

-  To  wszystko  moja  wina!  - jęknął  android.  -  Och,  niech  licho  porwie  te  powolne 

procesory. Powinniśmy byli wyruszyć na poszukiwania o wiele wcześniej. 

W  ułamku  sekundy  Anakin  przeskoczył  przez  stertę  jakichś  starych  gratów  i  znalazł 

się  u  boku  Threepia,  nadal  wymyślającego  samemu  sobie.  Po  sekundzie  dołączyli  do  nich 

Leia i strażnicy. 

Na posadzce leżeli obok siebie skuleni Jacen i Tenel Ka... nieprzytomni, a może nawet 

martwi. 

Leia  szybko  odpięła  od  pasa  pakiet  ze  środkami  medycznymi.  Wyciągnęła  zestaw 

diagnostyczny i zaczęła badać organizmy obojga młodych Jedi. 

- Nic im nie jest - stwierdziła po chwili. - Żyją... Zostali tylko ogłuszeni. 

Przesunęła  chłodną  dłonią  po  czole  syna,  chcąc  odgarnąć  kosmyk  niesfornych 

włosów. 

Anakinowi  i  Leii  udało  się  w  końcu  ocucić  oboje  poszukiwaczy  przygód.  Jacen 

oprzytomniał  pierwszy.  Spojrzawszy  w  oczy  brata,  Anakin  zrozumiał,  że  sprawy  wcale  nie 

mają się najlepiej. 

- Nic ci się nie stało? - zapytał. Zaczął intensywnie myśleć, usiłując ułożyć w mózgu 

wszystkie elementy łamigłówki. 

Jacen z wysiłkiem przełknął ślinę. 

- Tenel Ka...? - zapytał, nie kończąc zdania. Jego głos zadrżał. 

-  Czuje  się  całkiem  nieźle  -  odparła  pospiesznie  Leia,  pragnąc  syna  uspokoić.  - 

Wygląda na to, że oboje zostaliście tylko ogłuszeni. Co się stało? 

Jacen wzdrygnął się, jakby nagle w ogromnej sali powiał lodowaty wicher. 

-  Była  tu  Tamith  Kai...  ta  Siostra  Nocy  z  Akademii  Ciemnej  Strony  -  powiedział.  - 

Razem z dwojgiem współpracowników. - Chłopiec przysłonił powiekami bursztynowe oczy, 

mające  odcień  koreliańskiej  brandy,  jakby  przypomniał  sobie  coś,  co  napawało  go 

bezbrzeżnym przerażeniem. Jęknął. - Udało im się zaprzyjaźnić z Zekkiem! Wydaje mi się... 

background image

Wydaje mi się, że nasz przyjaciel przeszedł na ciemną stronę. 

Anakin nie mógłby szybciej wypuścić powietrza z płuc nawet wówczas, gdyby został 

kopnięty w brzuch przez rozwścieczonego bantha. 

- Zamierzają go kształcić, żeby został rycerzem Jedi - ciągnął Jacen. - Ciemnym Jedi. 

Tenel Ka mruknęła coś i usiadła. 

- Tak, to jest fakt - powiedziała. 

-  Były  z  nimi  także  inne  dzieci  -  dodał  chłopiec.  -  Członkowie  gangu  Zagubionych. 

Wydaje mi się, że Tamith Ka zabrała wszystkich... do Akademii Ciemnej Strony. 

Leia pokręciła głową, a w jej ciemnych oczach pojawiły się złowieszcze błyski. 

-  Myślę,  że  najwyższy  czas,  żebyśmy  zrobili  coś  z  tym  Drugim  Imperium  - 

stwierdziła. - Po raz wtóry wyrządziło krzywdę moim dzieciom. 

- Tak, to prawda, pani Leio! - odezwał się zaniepokojony Threepio. - Ma pani świętą 

rację,  ale  przede  wszystkim  powinniśmy  wrócić  do  domu,  gdzie  nie  grozi  nam  żadne 

niebezpieczeństwo. Pani Tenel Ka, czy będzie miała pani tyle sił, żeby dojść do domu? 

Szare  jak  granit  oczy  dziewczyny  zamieniły  się  w  wąskie  szparki.  Wojowniczka  z 

Dathomiry nie była pewna, czy nie uznać pytania androida za zniewagę. 

- Gdybym musiała, mogłabym zanieść ciebie - odparła. 

Jacen zachichotał, ale w następnej sekundzie jęknął i chwycił się za obolałą głowę. 

- Tak, przypuszczam, że nic jej nie jest - powiedział. 

background image

ROZDZIAŁ 20 

 

Tymczasem  Jaina,  Lowie  i  Chewbacca,  przebywający  wysoko  w  przestworzach  na 

pokładzie  orbitalnej  stacji  kontrolnej,  usiłowali  naprawić  tyle  podsystemów,  ile  mogli. 

Wygrzebali  z  zakamarków  stacji  wszystkie  części  zapasowe,  jakie  znaleźli,  i  ufając  własnej 

pomysłowości,  starali  się  wymyślić  alternatywne  rozwiązania.  Chociaż  Lowie  i  Chewbacca 

nie  byli  w  stanie  zaprogramować  robotów  syntetyzujących  posiłki  w  taki  sposób,  żeby 

przygotowywały  kulinarne  rarytasy,  udało  im  się  wycisnąć  ze  starych  urządzeń  całkiem 

znośne dania obiadowe. 

Jaina  ukończyła  przełączanie  systemów  telekomunikacyjnych,  dzięki  czemu  można 

było teraz przesyłać krótkie wiadomości. Był to duży sukces, chociaż transmisjom sygnałów 

towarzyszyły czasami szumy i trzaski. Później Chewbacca zajął się naprawianiem systemów 

regeneracji  powietrza  i  uzdatniania  wody,  a  także  grzejników,  wentylatorów  i  innych 

urządzeń  służących  do  utrzymywania  odpowiedniej  temperatury,  ciśnienia  i  wilgotności  na 

pokładzie stacji. 

Peckhum  przyglądał  się,  jak  pracują,  od  czasu  do  czasu  zajmując  się  niezbędnymi 

korektami  ustawienia  położenia  zwierciadeł,  których  musiał  dokonywać  podczas  dyżuru  w 

stacji.  Nieustannie  dziękował  wszystkim,  podkreślając  bez  końca,  jak  bardzo  ceni  sobie 

pomoc, udzielaną przez Jainę, Lowiego i Chewbaccę. 

-  Gdybym  czekał,  aż  Nowa  Republika  zdecyduje  się  naprawić  te  wszystkie 

urządzenia, Zekkowi wyrosłaby siwa broda... - zaczął i urwał, ze smutkiem kręcąc głową. 

Kiedy  wszystkie  najbardziej  dokuczliwe  i  oczywiste  uszkodzenia  zostały  usunięte, 

młodym  rycerzom  Jedi  nie  pozostało  nic  innego do  roboty.  Chewbacca  zaczął  zaglądać  we 

wszystkie  kąty.  Lowie  zajął  się  nanoszeniem  na  holograficzne  mapy  trajektorii  szczątków 

wraków  gwiezdnych  statków,  których  położenie  obiecała  oznaczyć  Jaina.  Dziewczyna 

pomagała  koledze  w  żmudnej  pracy,  ale  śledzenie  tysięcy  kamiennych  i  metalowych  brył 

okazało  się  po  jakimś  czasie  zbyt  męczące.  W  przeciwieństwie  do  niej  Lowie,  zajęty 

wprowadzaniem  parametrów  trajektorii  do  pamięci  komputera,  wykazywał  się  niezwykłą 

cierpliwością,  nawet  jak  na  Wookiego.  Pieczołowicie  nanosił  na  mapy  położenie  jednego 

świetlistego punktu po drugim. Zaznaczał niebezpieczne szlaki na otaczających stolicę Nowej 

Republiki orbitach, po których musiała latać większość statków. 

Przez jakiś czas Jaina wpatrywała siew trój wymiarową mapę, ale później postanowiła 

jeszcze  raz  przyjrzeć  się  wizerunkom,  zapisanym  w  pamięci  swojego  komputerowego 

background image

notatnika. Nie dawały jej spokoju. Dziewczyna zaczęła po raz kolejny wyświetlać na ekranie 

obrazy,  przekazane  przez  agencje  informacyjne  i  dotyczące  tajemniczego  ataku  jednostek 

imperialnych na krążownik zaopatrzeniowy „Diament”. Jeszcze tego samego dnia, kiedy miał 

miejsce  ów  podstępny  napad,  ona,  Jacen  i  Lowie  bez  trudu  rozpoznali  zmodyfikowany 

imperialny wahadłowiec, wyposażony w zębate, wykonane z ogromnych klejnotów corusca, 

szczęki.  Młodzi  Jedi  pamiętali,  że  załoga  tego  samego  statku  pokonała  pancerz  gwiezdnej 

stacji Landa Calrissiana i uprowadziła ich do zamaskowanej Akademii Ciemnej Strony. 

Admirał  Ackbar  potwierdził  ich  obserwacje.  Kradzież  sprzętu,  mającego  duże 

znaczenie  wojskowe,  była  niewątpliwie  dziełem  podstępnej  imperialnej  stacji.  Pamiętając 

relację Ackbara, Jaina nie miała wątpliwości, iż imperialnym funkcjonariuszem, dowodzącym 

akcją, był nie kto inny jak były pilot myśliwca typu TIE, Qorl. Ona i Jacen próbowali się z 

nim zaprzyjaźnić, kiedy mężczyzna pochwycił ich w dżungli Yavina Cztery i kazał ukończyć 

naprawę swojej roztrzaskanej maszyny. 

Dziewczyna  westchnęła  i  pokręciła  głową,  po  czym  ponownie  przejrzała  całe 

nagranie.  Liczyła  kiedyś  na  to,  że  Qorl  zrozumie  swój  błąd  i  uwierzy,  iż  Imperium  go 

oszukało.  Chociaż  stary  pilot  sprawiał  wrażenie,  że  się  waha,  czy  nie  uznać  argumentów 

dziewczyny  za  prawdziwe,  nie  potrafił  w  końcu  wyrzec  się  poglądów,  wpojonych  podczas 

rygorystycznego  szkolenia  w  imperialnej  akademii.  A  teraz  był  sprawcą  kolejnej  napaści, 

która wyrządziła tyle szkód Nowej Republice. 

Odtworzyła  nagranie  relacji  z  porwania  krążownika  „Diament”  po  raz  trzeci. 

Dokument,  zarejestrowany  przez  oddziały  Nowej  Republiki  spieszące  na  pomoc 

napadniętemu  statkowi,  nie  cechował  się  wysoką  rozdzielczością.  Mimo  to  jakiś  szczegół 

nagrania nie przestawał niepokoić Jainy, chociaż dziewczyna nie potrafiłaby powiedzieć, jaki 

i dlaczego. Podobnie jak wówczas, kiedy oglądała dokument po raz pierwszy, miała wrażenie, 

że coś jest nie tak jak być powinno. 

Przygryzła dolną wargę. 

- Coś tu się nie zgadza - mruknęła do siebie. 

Przyglądała  się,  jak  wyposażony  w  zębate  tarcze  imperialny  statek  pojawia  się 

właściwie znikąd. Obserwowała, jak strzały osłaniających go maszyn obezwładniają systemy 

obronne  „Diamentu”  i  uszkadzają  anteny  jego  urządzeń  telekomunikacyjnych.  Jeszcze  raz 

obejrzała nagranie... i nagle wyprostowała się jak porażona impulsem elektrycznym. Zwracała 

uwagę na pilotowany przez Qorla szturmowy wahadłowiec...ale to inne imperialne jednostki 

nie pasowały do tego, co oglądała. 

- To jest to! - krzyknęła. - Ale przecież to niemożliwe! 

background image

Chewbacca warknął pytająco, wychyliwszy głowę zza kontrolnego modułu urządzenia 

regenerującego  powietrze.  Jaina  pokazała  mu  wizerunki  mniejszych  statków,  widoczne  na 

ekranie jej notatnika. 

- Dobrze znam imperialne maszyny - oświadczyła. - Tata nauczył mnie rozpoznawać 

kształty wszystkich znanych jednostek... no, prawie wszystkich. - Pochyliła się nad ekranem. 

-  To  są myśliwce  krótkiego  zasięgu.  -  Dźgnęła  palcem  ekran  z  widocznymi  na  nim 

sylwetkami imperialnych maszyn. - Myśliwce krótkiego zasięgu! Ich baza musiała znajdować 

się w pobliżu, zapewne ukryta gdzieś w tym systemie! 

Chewbacca  przeciągle  zawył,  wtrącając  jakąś  uwagę.  Lowie,  wciśnięty  w  fotel, 

przeznaczony  dla  istoty  ludzkiej,  podciągnął  długie  nogi  niemal  pod  brodę.  Nie  bardzo 

wiedząc, jak ułożyć ręce, trzymał na kolanach własny notatnik i przyglądał się holograficznej 

mapie  z  naniesionymi  trajektoriami  zaśmiecających  przestworza  orbitalnych  szczątków. 

Usłyszał  uwagę  wuja,  ryknął  pytająco  i  wyciągnąwszy  rękę  z  notatnikiem,  machnął  nim  w 

powietrzu przed głową. 

-  Uwaga!  Proszę  wszystkich  o  uwagę!  -  zapiszczał  podniecony  Em  Teedee.  -  Pan 

Lowbacca  przypuszcza,  że  również  odkrył  coś  niezwykle  ważnego.  Chodzi  o  pewien 

fragment holograficznej mapy, który nie pasuje do pozostałych. Nie widzę go, ponieważ nie 

pokazał mi ekranu notatnika! - Miniaturowy android-tłumacz parsknął z irytacją. - Sądząc po 

tym,  jak  jest  podniecony,  wydaje  mi  się  jednak,  że  to  coś  bardzo  niezwykłego.  Naprawdę, 

panie Lowbacco, powinien pan uspokoić się i powiedzieć, o co chodzi. 

Jaina  i  Chewbacca  podeszli  do  trójwymiarowej  mapy  przestworzy,  by  popatrzeć  na 

tysiące świetlistych punkcików krążących po orbitach wokół Coruscant. 

-  To  przecież  także  niemożliwe!  -  odezwała  się  natychmiast  dziewczyna.  Nie 

przestawała się zastanawiać, jak znaleźć logiczne wytłumaczenie własnego odkrycia, a teraz 

uwaga  Lowiego  sprawiła,  że  zagadka  stała  się  jeszcze  bardziej  tajemnicza.  -  To  zupełne 

przeciwieństwo tego, czego moglibyśmy się spodziewać! 

Młody  Wookie  warknął,  zgadzając  się  z  jej  zdaniem.  Jaina  westchnęła  i  ponownie 

przygryzła  dolną  wargę.  Nanoszenie  na  holograficzną mapę  trajektorii  tysięcy  szczątków, 

krążących po orbitach, miało służyć właściwie tylko jednemu celowi. Była nim chęć odkrycia 

nieznanych  obiektów  mogących  stanowić  duże  zagrożenie  dla  gwiezdnych  statków. 

Tymczasem  na  mapie  Lowiego,  w  miejscu  katastrofy  „Księżycowego  Blasku”,  nie  było 

żadnego  tajemniczego  obiektu.  Wręcz  przeciwnie,  przestworza,  puste  i  czyste,  sprawiały 

wrażenie  wymiecionych.  Wszyscy  wiedzieli jednak,  że  „Księżycowy Blask”  musiał  zderzyć 

się z czymś wielkim, co doprowadziło do eksplozji na pokładzie... 

background image

Nagle rozległ się trzask i w głośniku komunikatora dał się słyszeć szum zakłóceń. Po 

chwili w niewielkiej przestrzeni rozbrzmiały słowa: 

- Halo? Halo, stacja kontrolna? Czy ktoś mnie słyszy? Jaino, jesteś tam? 

Peckhum uniósł głowę. 

- Przynajmniej teraz możemy być pewni, że aparatura telekomunikacyjna funkcjonuje 

prawidłowo. 

- To chyba głos Jacena - odezwała się Jaina. 

Pospieszyła do odbiornika i pstryknęła przełącznikiem, ale została powitana fontanną 

iskier, która wytrysnęła z gniazda spalonego cyberbezpiecznika. Niespodziewany żar sparzył 

opuszki  jej  palców.  Spiesząc  się,  dziewczyna  zdjęła  płytę  czołową  panelu  i  popatrzyła  na 

wiązki  osmalonych  kabli.  Wysłała  delikatne  wici  Mocy  i  pozwoliła  im  podążać  w  głąb 

urządzenia, pragnąc odkryć przyczynę i miejsce zwarcia. Bardzo szybko je odkryła, po czym 

przełączyła kilka obwodów, w samą porę, żeby móc odpowiedzieć na pytanie brata. 

Głośniki zatrzeszczały i ponownie obudziły się do życia. 

-...  jesteś  tam?  Jaino,  odpowiedz,  jeżeli  mnie  słyszysz!  To  bardzo  ważne.  Udało  się 

nam  znaleźć  Zekka...  -  Następne  słowa  chłopca  zanikły,  zagłuszone  przez  nagłe  trzaski  i 

szumy. - ...złą wiadomość... 

-  Zekk!  -  Peckhum  podszedł  szybko  i  pochylił  się  nad  ramieniem  Jainy.  -  Halo?  - 

krzyknął do mikrofonu. - Gdzie przebywa w tej chwili? Czy nie stało mu się nic złego? 

Jaina  szarpnęła  głowę,  chcąc  odgarnąć  sprzed  oczu  kosmyk  sięgających  j  ej  ramion 

brązowych włosów. 

-  Zaczekaj  -  powiedziała,  zwracając  się  do  starego  pilota.  -  Nie  naprawiłam  jeszcze 

nadajnika. 

Zgrabnie wyłuskała przepalony cyberbezpiecznik z gniazda i w jego miejsce umieściła 

nowy, wyciągnięty z podręcznej torby z częściami zapasowymi. 

-  To  powinno  wystarczyć  -  rzekła.  -  W  porządku,  Jacenie...  Odbieramy  cię.  Czy  nas 

słyszysz? 

Głos chłopca był trochę zniekształcony z powodu trzasków i szumów. 

- ...jakieś zakłócenia, ale... całkiem dobrze. 

-Co z Zekkiem? -wstrzymując oddech, zapytała Jaina. - Czy jest... 

- Cały i zdrowy? - dokończył za nią chłopiec. Jego głos było teraz słychać wyraźniej i 

jakby nawet głośniej. - Tak. Znaleźliśmy go... zanim Tamith Kai i kilkoro innych z Akademii 

Ciemnej Strony nas ogłuszyli. 

-  Tamith  Kai!  -  krzyknęła  zdumiona  dziewczyna.  Lowbacca  zaryczał  i  nawet  Em 

background image

Teedee pozwolił sobie na jęk przerażenia. - Ale czym miałaby się zajmować na... 

- Rekrutowaniem Zekka i kilkorga innych należących do gangu Zagubionych - odparł 

Jacen.  -  Nie  wiem,  dokąd  go  zabrali,  ale  wszystko  wskazuje  na  to,  że  nasz  przyjaciel 

przyłączył  się  do  nich  z  własnej  woli.  Tamith  Kai  oświadczyła,  że  po  krótkim  szkoleniu 

zamierza  zrobić  z  niego  Ciemnego  Jedi!  Przypuszczam,  że  wszyscy  powrócili  na  pokład 

Akademii Ciemnej Strony. 

Zaintrygowany  Lowie  warknął  pytająco,  ale  Jaina  nie  czekając,  aż  usłyszy 

tłumaczenie, zapytała o to samo: 

- Jakim cudem mogliby szkolić Zekka? Przecież chłopak nie jest żadnym Jedi... 

-  Wszystko  wskazywało  na  to,  że  dysponuje  sporym  potencjałem  wyjaśnił  Jacen.  - 

Pamiętasz, wujek Luke znalazł wielu kandydatów, którzy przedtem nie wiedzieli, że potrafią 

posługiwać się Mocą. Zekk miał dar odnajdywania cennych przedmiotów nawet w miejscach, 

w  które  zaglądali  przedtem  inni  poszukiwacze.  Nie  zwróciliśmy  na  to  uwagi.  Nigdy  nie 

podejrzewaliśmy, że może być obdarzony takimi umiejętnościami. 

Jaina  spuściła  głowę.  Zaczęła  przypominać  sobie  wszystkie  radosne  chwile,  które 

spędzili z Zekkiem, nie wiedząc nawet, że przyjaciel mógłby dysponować Mocą. 

- Gdzie jest teraz? - zapytała po chwili. 

- Nie wiem - przyznał ze smutkiem chłopiec. - Zanim zniknęli, ogłuszyli mnie i Tenel 

Ka.  Po  jakimś  czasie  odnalazła  nas  mama  i  Anakin,  ale  to  wydarzyło  się  przed  kilkoma 

godzinami. Przypuszczam, że do tej pory udało im się odlecieć z planety. Nie mam pojęcia, 

gdzie mogą znajdować się w tej chwili. 

Jaina ukryła twarz w dłoniach. 

- Tylko nie ty, Zekku! Tylko nie ty - rzekła cicho. Później obróciła głowę i ukazując 

twarz wilgotną od łez, popatrzyła w złociste oczy Lowbaccy. - Akademia Ciemnej Strony! - 

szepnęła.  -  Pamiętasz,  otaczające  stację  ochronne  pole  sprawia,  że  staje  się  niewidoczna. 

Zamiast niej w przestworzach zieje wielka dziura... podobna do tej, którą odkryłeś na swojej 

holograficznej mapie! 

Młody Wookie zaryczał groźnie, przyznając jej rację. 

-  O  rety!  -  odezwał  się  Em  Teedee,  zbyt  przerażony,  żeby  chociaż  spróbować 

przetłumaczyć jego słowa. 

Jaina znów pochyliła się nad mikrofonem komunikatora. 

- My wiemy dokładnie, gdzie oni są, Jacenie - powiedziała. 

Zerknęła  na  wyświetlaną  przez  Lowiego  holograficzną  mapę, skupiając  uwagę  na 

pustym  miejscu  w  przestworzach.  Po  chwili  zaczęła  niemal  krzyczeć  do  mikrofonu 

background image

urządzenia: 

-  Powiedz  mamie,  żeby  porozumiała  się  z  admirałem  Ackbarem.  Powinien 

zmobilizować  flotę  Nowej  Republiki.  Za  chwilę  Lowie  poda  ci  odpowiednie  współrzędne. 

Musimy  się  pospieszyć,  zanim  imperialni  dowódcy  zorientują  się,  że  zamierzamy  schwytać 

ich na gorącym uczynku. 

- Wspaniale - odezwał się Jacen. - Co właściwie zamierzasz zrobić? 

Jaina się uśmiechnęła. 

- Będę chciała rzucić na to wszystko trochę więcej światła. 

Stary Peckhum siedział, przypięty do fotela orbitalnej stacji kontrolnej kołyszącej się 

jak  gondola  pod  gigantycznymi  słonecznymi  reflektorami.  Delikatnie  manewrował 

dźwigniami  archaicznego  urządzenia  umożliwiającego  zmianę  położenia  ogromnych 

zwierciadeł. Jaina pochylała się nad nim, niecierpliwie szepcząc do jego ucha: 

- Obróć te zwierciadła. Obróć j e, obróć, obróć! 

- Już i tak przekroczyłem wszelkie granice dopuszczalnych zmian położenia - odparł 

doprowadzony do rozpaczy Peckhum. Zacisnął mocno zęby i napiął mięśnie karku. Na jego 

czole  pojawiły  się  kropelki  potu.  -  Te  płachty,  odbijające  słoneczne  światło,  są  niezwykle 

delikatne. Jeżeli zaczniemy obracać je zbyt szybko, z pewnością j e rozerwiemy. 

Jaina  spojrzała  przez  panoramiczne  okna  orbitalnej  stacji.  Ujrzała  statki  Nowej 

Republiki opuszczające orbitę wokół Coruscant i kierujące się ku niewidocznemu celowi. Ich 

piloci,  formując  szyk  szturmowy  i  podchodząc  ku  tajemniczemu  pustemu  obszarowi 

przestworzy,  zaczęli  przesyłać  energię  do  systemów  uzbrojenia.  Jaina  wiedziała  jednak,  że 

zanim  statki  się  zbliżą,  ona  i  jej  przyjaciele  będą  musieli  ujawnić  kryjówkę  Akademii 

Ciemnej Strony. 

Lowie  warknął  pytająco,  a  Em  Teedee  tym  razem  nie  zwlekał  z  przetłumaczeniem  j 

ego pytania. 

-  Pan  Lowbacca  chciałby się  dowiedzieć,  czy soczewki skupiające promień odbitego 

światła są ustawione na maksymalne wykorzystanie energii. 

- Może być tego pewien - oznajmił Peckhum. - Kiedy obrócimy to urządzenie, tamci 

spocą się jak myszy. 

Zawieszone  wysoko  na  orbicie  ogromne  zwierciadła  ustawiły  się  w  końcu  w 

nakazanym położeniu. Wiązka oślepiająco jasnego, skupionego blasku pomknęła ku odległym 

gwiazdom,  trafiając  w  pozorną  pustkę.  Słoneczny  promień,  przecinający  mrok  przestworzy, 

przypominał snop światła gigantycznego reflektora. 

Skoncentrowany  strumień  powinien  był  przemknąć  przez  cały  system  gwiezdny,  ale 

background image

kiedy przecinał puste miejsce o podanych współrzędnych, przestworza zalśniły i zamigotały 

jak chmura złocistego dymu. Niosący potężną energię promień nie przestawał bombardować 

osłoniętego  niewidocznym  całunem  obszaru.  W  końcu  udało  mu  się  przezwyciężyć 

energetyczne pole otaczające imperialną Akademię Ciemnej Strony. 

Lowie  i  Chewbacca  ryknęli  zgodnym  chórem.  Jaina  z  niedowierzaniem  pokręciła 

głową. 

-  Przez  cały  ten  czas  ukrywali  się  pod  naszymi  nosami  -  stwierdziła.  -  To  dlatego 

mogli  posłużyć  się  myśliwcami  krótkiego  zasięgu,  żeby  zaatakować  krążownik  „Diament”. 

To  dlatego  Tamith  Kai  i  jej pomocnicy  mogli  niepostrzeżenie  wylądować  na  Coruscant  i 

porwać Zekka. 

- A zatem chłopiec musi przebywać teraz na pokładzie tej stacji - szepnął Peckhum. - 

To właśnie tam go zabrali. 

- Razem z grupą Zagubionych - przypomniała Jaina. 

Chewbacca  zawył,  wyciągając  rękę  w  stronę  imperialnej  stacji, która  właśnie 

zaczynała  zmieniać  położenie.  Umieszczone  na  obwodzie  wielkiego  pierścienia  silniki 

zapłonęły  oślepiającym  błękitnym  ogniem.  Imperialna  stacja  zaczęła  powoli  przemieszczać 

się poza obszar, rozjaśniony przez snop słonecznego blasku. 

- Obróć trochę zwierciadła - rzekła Jaina, zwracając się do Peckhuma. - Nie możemy 

dopuścić, żeby umknęli, zanim nadlecą statki naszej floty. 

-  O  rety  -  zakwilił  Em  Teedee.  -  Naprawdę  mam  nadzieję,  że  nasi  piloci  zdołaj  ą 

przechwycić tę Akademię Ciemnej Strony. Wciąż jeszcze jestem wzburzony na myśl o tym, 

jak zostałem przeprogramowany, kiedy wszyscy przebywaliśmy tam w charakterze więźniów. 

Peckhum skorzystał z klawiatury urządzenia kontrolnego i wpisał nowe współrzędne 

systemu ustawiania zwierciadeł. Nagłe szarpnięcie i zmiana położenia okazały się jednak zbyt 

dużym  wysiłkiem  dla  srebrzystej  folii,  nadwerężonej  poprzednimi  manewrami.  Pajęczyny 

długich  kabli,  utrzymujących  gigantyczne  zwierciadła  we  właściwym  położeniu,  zaczęły  się 

rwać  jak  cienkie  nici.  Po  chwili  w  jednolitej  płaszczyźnie  pojawiło  się  pęknięcie,  z  każdą 

chwilą  coraz  dłuższe  i  szersze.  Widoczna  pośrodku  błyszczącej  folii  mroczna  szczelina 

zaczęła się wypełniać setkami świecących punktów. 

-  Nie  obrócę  ich!  -  krzyknął  Peckhum.  -  To  przekracza  ich  możliwości!  -  Pokręcił 

głową.  -  I  tak  zresztą  nigdy  nie  nadążylibyśmy  z  oświetlaniem  przemieszczającego  się 

obiektu. - Odwrócił głowę, popatrzył na rozdartą folię i jęknął: - Moje zwierciadła! 

Tymczasem Akademia Ciemnej Strony zaczęła zwiększać prędkość. Jaina spojrzała na 

flotę  admirała  Ackbara,  z  każdą  chwilą  zbliżającą  się  do  imperialnej  stacji.  W  myślach 

background image

przynaglała j ą do pośpiechu. Z minuty na minutę stawało się jednak coraz bardziej jasne, że 

statki Nowej Republiki nie zdążą. 

- Akademia Ciemnej Strony z pewnością musiała i tak przygotowywać się do odlotu - 

powiedziała  dziewczyna.  -  To  oczywiste.  Mają  Zekka  i  innych  rekrutów  spośród 

Zagubionych.  Porwali  cały  transport  rdzeni  jednostek  napędu  nadświetlnego  i  baterii  do 

turbolaserów. Pozostając dłużej w kryjówce, coraz bardziej ryzykowali. 

Chociaż  mająca  kształt  pierścienia  stacja  sprawiała  wrażenie  niezdarnej  i  ociężałej, 

nadal  przyspieszała.  Zapewne  kierowała  się  ku  punktowi  przestworzy,  w  którym  jej  pilot 

będzie mógł dokonać skoku do nadprzestrzeni. 

Pierwsze,  najśmiglejsze  jednostki  Nowej  Republiki  znalazły  się  w  zasięgu  strzału. 

Mroki  przestworzy  przecięły  jaskrawe  błyskawice  laserowych  strzałów,  wymierzonych  w 

Akademię Ciemnej Strony. Kilka dotarło do celu, pozostawiając na kadłubie szpetne dymiące 

kratery. Widocznie natężenie słonecznego promienia, skupianego przez zwierciadła, było tak 

duże, iż pokonało nawet ochronne pola imperialnej stacji. 

Jaina wysłała myślowe wici Mocy, próbując odnaleźć Zekka. Wciąż jeszcze nie mogła 

zrozumieć,  jakim  cudem  przystojny  i  sympatyczny  ciemnowłosy  chłopak,  którego 

wychowywała  ulica,  mógł  dysponować  potencjałem  umożliwiającym  mu  zostanie  rycerzem 

Jedi... albo Ciemnym Jedi. Czując wyrzuty sumienia, mruknęła właściwie do siebie: 

- Był naszym przyjacielem, a nigdy jakoś nie pomyśleliśmy, że on też mógłby kiedyś 

zostać Jedi. A teraz jest już za późno. 

Kiedy także inne statki Nowej Republiki znalazły się dość blisko celu, żeby wspomóc 

pierwsze  ogniem  swojej  artylerii,  w  przestworza  poszybowały  całe  serie  jaskrawych 

błyskawic.  Akademia  Ciemnej  Strony  rozbłysła  jednak  oślepiającym  światłem  i  raptownie 

zwiększyła  prędkość.  Jej  przyspieszenie  rozciągnęło  przestrzeń  i  odkształciło  promienie 

światła,  wysyłane  przez  odległe  gwiazdy.  Po  chwili  imperialna  placówka  zniknęła  w 

nadprzestrzeni.  Zapewne  skierowała  się  ku  nowej  tajemnej  kryjówce  znajdującej  się  gdzieś 

głęboko wewnątrz obszaru, opanowanego przez Imperium. 

Jaina  przełknęła  kluchę,  jaka  utkwiła  w  jej  gardle.  Akademia  Ciemnej  Strony 

zniknęła.  Jeszcze  raz  dokonała  tej  trudnej  sztuki.  Tym  razem  jednak  imperialni 

funkcjonariusze uprowadzali jej przyjaciela. 

background image

ROZDZIAŁ 21 

 

Jaina  stała  obok  Lowiego,  spoglądając  przez  iluminator  orbitalnej  stacji  kontrolnej. 

Wyciągała  ręce jakby  pragnęła  pochwycić i  zatrzymać  Akademię  Ciemnej  Strony...  a  z  nią 

Zekka.  A jednak,  jeżeli  nie  liczyć  kilku  statków  Nowej  Republiki,  przestworza  w  miejscu, 

gdzie przed chwilą zniknęła imperialna stacja, były puste. 

Dziewczyna  powoli  opuściła  ręce  w  poczuciu  bezsilności  i  żalu.  Zacisnęła  mocno 

powieki, nie chcąc dopuścić do ukazania się łez, tak u niej niespodziewanych i niezwykłych. 

W głębi jej serca wezbrał niemy szloch: „Nie odchodź, Zekku! Wróć do nas”. 

Nie mogąc się otrząsnąć z przeżytego wstrząsu, stojący obok niej Peckhum oparł się o 

ścianę.  Jego  zwierciadła  uległy  zniszczeniu,  a  Zekk  dobrowolnie  przyłączył  się  do 

niedobitków Imperium. 

- Odszedł ode mnie - szepnął, wciąż jeszcze nie mogąc w to uwierzyć. 

Kiedy  Lowie  położył  dłoń  na  ramieniu  Jainy,  pragnąc  ją  pocieszyć,  dziewczyna 

naprawdę  odczuła  przypływ  nowej  siły  i  optymizmu,  które  koiły  jej  zbolałą  duszę  niczym 

chłodna  maść  zaognioną  ranę.  Głęboko  westchnęła,  po  czym  znów  spojrzała  przez 

panoramiczne okno, zapewne szukając w przestworzach choćby cienia nadziei. 

Jej uwagę przykuł nagle jakiś poruszający się świetlisty punkcik. 

-  Tam!  -  powiedziała,  odwracając  się  i  chwytając  Lowiego  za  kudłate  ramię.  - 

Widzisz? 

Peckhum  zmrużył  oczy,  a  młody  Wookie  odpowiedział  przeciągłym  pytającym 

warknięciem. 

- Co to znaczy: „Co mam widzieć?” - oburzyła się Jaina. - Popatrz uważniej! Tam leci 

jakiś obiekt, dokładnie w tym samym miejscu, w którym zniknęła Akademia Ciemnej Strony. 

Lowie  mruknął  coś,  co  mogło  być  nieco  niepewnym  przyznaniem  racji,  ale 

miniaturowy Em Teedee natychmiast zapiszczał, spiesząc z tłumaczeniem: 

-  Pan  Lowbacca  z  bólem  serca  pragnie  zapytać,  czy  nie  może  to  być  po  prostu  jakiś 

statek Nowej Republiki albo szczątek wraku, który miała pani nanieść na gwiezdną mapę? 

-  To  absolutnie  niemożliwe  -  odparła  stanowczo  dziewczyna.  - A  poza  tym  każdy 

wrak,  którego  trajektoria  przecinałaby  tor  lotu  Akademii  Ciemnej  Strony,  zostałby  dawno 

zniszczony... tak samo jak „Księżycowy Blask”, tamten nieszczęsny wahadłowiec. 

Peckhum pochylił się nad odbiornikiem komunikatora. 

-  To  dziwne  -  powiedział.  -  Ten  obiekt  wysyła  chyba  coś  w  rodzaju  sygnału 

background image

namiarowego.  Zupełnie  jakby  komuś  zależało  na  tym,  żeby  ktoś  go  odnalazł...  o  ile  się  nie 

mylę, rzecz jasna. 

Triumfalny  ryk  Lowiego  sprowadził  Chewbaccę,  do  tej  pory  zajętego  sprawdzaniem 

głównego  stabilizatora  stacji.  Starszy  Wookie  usiłował  dokonać  prowizorycznej  naprawy 

mechanizmu ustawiania zwierciadeł w odpowiednim położeniu... niestety, bez powodzenia. 

-  Jest  nieduży  -  odezwała  się  Jaina,  spojrzawszy  na  wskazania  topornych  czujników 

kontrolnej stacji. - Na tyle mały, że może być kapsułą ratunkową, nie sądzisz? 

Lowie  spojrzał  na  wuja,  który  zaryczał  przeciągle,  nie  zgadzając  się  z  tym 

stwierdzeniem. 

- Bardziej przypomina pojemnik do przesyłania informacji - zauważył Peckhum. -  A 

jeżeli  już  o  tym  mowa,  przypominam,  że  nasza  aparatura  telekomunikacyjna  jest  znów 

sprawna. Dlaczego nie mielibyśmy poinformować o tym obiekcie statków Nowej Republiki? 

Bez względu na to, czym jest, oni go przechwycą. 

-  No  cóż,  w  takim  razie  na  co  jeszcze  czekamy?  -  zapytała  Jaina.  -  Spróbujmy 

porozumieć się z admirałem Ackbarem. 

Lowie zajął się przesyłaniem wiadomości, a Jaina, nie tracąc nadziei, wpatrzyła się w 

ekran monitora. 

-  Przypominam  sobie,  że  przed  wielu  laty  wujek  Luke  opowiadał  nam  o  jednym  ze 

swoich  pierwszych  uczniów,  młodzieńcu  nazywającym  się  Kyp  Durron,  który  potrafił  się 

zmieścić we wnętrzu takiego cylindra rejestracyjnego. 

Dziewczyna  wysłała  w  stronę  nieznanego  obiektu  wiązkę  myśli,  próbując  za 

pośrednictwem  Mocy  poznać  jego  zawartość.  Nie  poczuła  jednak  niczego.  Nie  wykryła 

obecności  przyjaciela  we  wnętrzu  tajemniczego  pojemnika.  Usłyszała,  jak  stojący  obok  niej 

Lowie żałośnie zamruczał, ale i bez jego pomocy wiedziała, że Zekk nie przebywał w środku 

cylindra. 

A jeżeli tam był, nie dawał znaku życia. 

 

Jaina przygryzła dolną wargę. Usiłowała spoglądać ponad ramieniem Peckhuma, który 

powracał  na  Coruscant,  pilotując  swój  stary  transportowiec,  „Piorunochron”.  Dziobowy 

iluminator  statku  przysłaniała  włochata  sylwetka  Chewbaccy  zajmującego  nie  tylko  fotel 

drugiego pilota, ale i sporo miejsca wokół niego. Dziewczyna rozmyślała o przechwyconym 

cylindrze  rejestracyjnym,  wystrzelonym  z  pokładu  Akademii  Ciemnej  Strony  -  nadal 

szczelnie  zamkniętym  wskutek  przebywania  w  próżni  i  zapewne  zawierającym  jakąś 

wiadomość od Zekka. Nie mogła się doczekać, kiedy statek Peckhuma wyląduje. 

background image

Żałowała,  że  nie  może  powiedzieć  staremu  pilotowi  i  Chewbaccę,  żeby  się 

pospieszyli, tak by „Piorunochron” mógł wylądować jak najszybciej, a oni pomogli jej przy 

otwieraniu  pojemnika.  Wiedziała jednak,  że  byłoby  to  nierozsądne,  a  przede  wszystkim 

nieuprzejme.  Obaj  sprawiali  wrażenie,  że  dobrze  rozumieją jej  podniecenie.  Starali  się,  jak 

mogli,  by  wycisnąć  z  transportowca  największą  prędkość,  na  jaką  pozwalały  reguły 

bezpiecznych  lotów.  Od  strony  przedziału  za  ich  plecami  dobiegał  niepokojący  grzechot 

przeciążonych silników. Jaina przygryzła dolną wargę. 

Obok  siedział  milczący  Lowie,  głęboko  zamyślony.  Jedynie  jego  zaciśnięte  mocno 

palce świadczyły, że młody Wookie jest nie mniej niż ona zaciekawiony i podniecony. 

Kiedy  „Piorunochron”  dotarł  do  górnych  warstw  atmosfery,  Jaina  zamknęła  oczy  i 

spróbowała  posłużyć  się  jedną  z  technik  relaksacyjnych,  jakich  nauczył  ich  wujek  Luke. 

Chyba jednak nie przyniosło to jej większej ulgi. 

W  końcu  lekki  wstrząs  i  cichnący  jęk  silników  napędu  podświetlnego 

„Piorunochronu” zasygnalizowały, że wysłużony transportowiec spoczął na jakiejś platformie 

ładowniczej Imperial City. 

Nie  czekając,  aż  rampa  opadnie  do  końca,  Jaina  zeskoczyła  na  metalową  płytę 

lądowiska.  Później  nie  mogła  sobie  nawet  przypomnieć,  kiedy  odpięła  pasy  osobistej 

ochronnej  sieci  i  otworzyła  właz  wejściowy.  Natychmiast  jej  spojrzenie  padło  na  rodziców, 

braci  oraz  Tenel  Ka  stojących  obok  kadłuba  innego  wahadłowca  Nowej  Republiki,  który 

wylądował  zapewne  chwilę  wcześniej.  Z  jego  ładowni  wynoszono  właśnie  cylinder 

rejestracyjny. Dziewczyna zaczęła biec w stronę rodziny. 

-  Czy  pojemnik  może  być  wyposażony  w  systemy  uzbrojenia  albo  detonatory?  - 

zapytała  Leia,  zwracając  się  do  Ackbara,  który  stał  nieco  z  boku  i  przyglądał  się,  jak  jego 

żołnierze wykonują swoje obowiązki. 

-  Z  całą  pewnością  nie.  Poddaliśmy  go  szczegółowym  oględzinom  -  odparł 

kalamariański admirał. - Jest czysty. Żadnych pułapek ani niespodzianek. 

- A pod względem biologicznym? - zainteresował się Han Solo. 

Kalamarianin pokręcił podobną do rybiej głową. 

-  Wnętrze  nie  może  kryć  niczego  niebezpiecznego  -  oświadczyła  Jaina,  zatrzymując 

się obok rodziców. - To wiadomość od Zekka... Czuję to. 

Ackbar popatrzył na nią sceptycznie, ale w tej samej chwili odezwały się głosy trojga 

innych młodych osób: 

- Hej, ona ma rację. 

- Ja także to czuję. 

background image

- Tak, to jest fakt. 

-  Nawet  jeżeli  to  prawda  -  nie  dawał  za  wygraną  admirał  -  mając  na  uwadze 

bezpieczeństwo, może powinniśmy... 

Nie  potrafiąc  powstrzymywać  ciekawości  ani  chwili  dłużej,  Jaina  przebiegła  obok 

dwóch  strażników  Nowej  Republiki,  a  potem  uruchomiła  mechanizm  otwierający  zamek 

pojemnika. Przy cichym syku uchodzącego powietrza obie części wieka rozsunęły się na boki 

i  oczom  wszystkich  ukazał  się  przedmiot,  ukryty  we  wnętrzu  kapsuły...  Było  to  jakieś 

urządzenie, zaopatrzone w mnóstwo plastikowych dźwigni, przełączników i pokręteł, a także 

wiązek kabli tworzących prawdziwy labirynt. 

- Co to jest? - zapytała zaskoczona Leia. 

-  Cofnąć  się!  -  krzyknął  admirał  Ackbar.  Strażnicy  napięli  mięśnie,  jakby  w 

oczekiwaniu na wybuch. 

Han  zajrzał  do  wnętrza  kapsuły,  a  potem  przeniósł  spojrzenie  na  Chewbaccę  i 

Peckhuma, którzy także podeszli i stanęli obok niego. 

- Jak myślisz, co to może być, Chewie? - zapytał. 

Starszy  Wookie  podrapał  się  po  kudłatej  głowie,  po  czym  wydał  kilka  krótkich 

szczęknięć, z których przebijało bezbrzeżne zdumienie. 

- Ta-a, chyba masz rację - odezwał się Han Solo. 

- Czy ktoś wreszcie powie mi, co to jest? - zapytał doprowadzony do rozpaczy Jacen, 

który nie zrozumiał ani słowa z tego, co powiedział Chewbacca. 

- Centralna jednostka wielozadaniowa, rzecz jasna - szepnęła zdumiona i zachwycona 

Jaina. - Prezent od Zekka. 

Za plecami dziewczyny rozległo się pełne zadowolenia chrząknięcie. 

- Chłopak jeszcze nigdy nie złamał danego słowa - mruknął Peckhum. 

W  tej  samej  chwili,  jakby  odczarowany  przez  słowa  starego  pilota,  z  cichym 

miauknięciem  rozbłysnął  projektor  hologramów.  W  powietrzu  nad  pokrywą  pojemnika 

zmaterializował  się  niewielki  świetlisty  wizerunek  ciemnowłosego  młodzieńca.  Kiedy  Zekk 

zaczął mówić, Jaina po raz kolejny przygryzła dolną wargę. 

- Zdecydowałem się zrobić to wbrew zaleceniom moich nauczycieli - zaczął chłopak - 

a zatem nie mogę mówić tak długo, jak chciałbym. 

Peckhumie,  mój  przyjacielu,  przesyłam  ci  obiecaną  centralną  jednostkę 

wielozadaniową.  Zawsze  spodziewałeś  się  po  mnie,  że  będę  postępował  właściwie,  a  ja 

usiłowałem  spełniać twoje oczekiwania. Wiem, jak trudno będzie ci się z tym pogodzić, ale 

chcę, żebyś wiedział, iż nikt mnie nie porwał ani nie poddał praniu mózgu. 

background image

A  teraz  chciałbym  powiedzieć  kilka  słów  Jacenowi  i...  -  chłopak  zawahał  się -  ...i 

Jainie.  Okazuje  się,  że  mimo  wszystko  jednak  dysponuję  potencjałem  Jedi.  Mam  szansę 

zostania  kimś  -  większą  niż  ktokolwiek  mógłby  sobie  wyobrazić.  Byliśmy  dobrymi 

przyjaciółmi i nie chciałbym, żeby moja decyzja zasmuciła was. Przepraszani za ten przykry 

incydent, jaki miałem nieszczęście wywołać podczas uroczystego bankietu, wydanego przez 

waszą matkę, ale to jeszcze jeden powód, dla którego postanowiłem zrobić to, co robię. Mam 

szansę zostać kimś lepszym... szansę, której w Nowej Republice nikt nigdy mi nie stworzył. 

Jaina jęknęła i zamknęła oczy, ale świetlisty wizerunek ciemnowłosego chłopaka nie 

przestawał mówić: 

- Wiem, że decyduję się na coś, czego nie pochwalacie, ale robię to dla siebie. Jeżeli 

kiedykolwiek  wrócę,  uczynię  to  jako  człowiek,  z  którego  będziecie  mogli  być  naprawdę 

dumni. 

Nie  martw  się,  Peckhumie.  Nigdy  nie  przyniosę  ci  wstydu.  Byłeś  moim  najlepszym, 

najwierniejszym  przyjacielem,  i  jeżeli  nadarzy  się  okazja,  że  będę  mógł  powrócić,  z 

pewnością z niej skorzystam. 

Kiedy  Jaina  otworzyła  oczy,  wizerunek  młodzieńca  właśnie  rozpadał  się  na  tysiące 

powoli  gasnących  iskier.  Dziewczyna  jednak  prawie  ich  nie  widziała  przez  łzy,  jakie 

napłynęły do jej oczu. 

background image

ROZDZIAŁ 22 

 

Wnętrze  hangaru,  znajdującego  się  na  najniższym  poziomie  wielkiej  świątyni  na 

Yavinie  Cztery,  było  ciche  i  chłodne.  Ktoś  mógłby  przypuszczać,  że  w  ten  sposób  witało 

podróżnych wracających do akademii Jedi. Niewielki wahadłowiec z cichym westchnieniem 

osiadł na gładkich kamiennych płytach lądowiska. Luke Skywałker otworzył właz i zszedł po 

opuszczonej  rampie.  Stanął  w  cieniu,  czekając,  aż  wnętrze  statku  opuszczą  także  jego 

uczniowie. 

W  dawnych  czasach  ogromna  świątynia,  wzniesiona  na  niewielkim,  porośniętym 

dżunglą  księżycu  krążącym  wokół  gazowego  giganta,  pełniła  funkcję  tajnej  bazy 

Rebeliantów.  Hangar  był  wówczas  miejscem  gorączkowej  krzątaniny.  Przebywali  w  nim 

piloci  myśliwców  typu  X  wraz  ze  swoimi  maszynami,  hałaśliwą  aparaturą,  androidami  i 

robotami,  a  także  różnymi  urządzeniami  służącymi  do  obrony.  Ostatnio  jednak  wielka 

budowla  przekształciła  się  w  ośrodek,  w  którym  szkolili  się  i  medytowali  przyszli  obrońcy 

Nowej Republiki. 

Luke odwrócił się i obserwował, jak młodzi rycerze Jedi opuszczają pokład „Ścigacza 

Cieni”,  zgrabnego  imperialnego  wahadłowca,  którym  on  i  Tenel  Ka  odlecieli  z  Akademii 

Ciemnej  Strony,  kiedy  ratowali  Jacena,  Jainę  i  Lowbaccę.  Myśli  mistrza  Jedi  były 

przepełnione  tym  samym  niepokojem,  który  odbijał  się  na  twarzach  jego  młodych  uczniów 

schodzących po rampie małego statku. 

Korzystając  z  pomocy  Akademii  Ciemnej  Strony,  grupa  odszczepieńców, 

nazywających siebie Drugim Imperium, stanowiła z każdym dniem coraz większe zagrożenie 

dla kruchego pokoju, ustanowionego przez władze Nowej Republiki niemal w całej galaktyce. 

Wszyscy wyczuwali,  że  chyba  zanosi  się  na  rozstrzygające  starcie...  jedno  z  tych,  które 

zadecydują o losie galaktyki na wiele lat, a może nawet dziesięcioleci. 

Poszukując rekrutów dysponujących umiejętnościami Jedi, Akademia Ciemnej Strony 

poczynała sobie coraz śmielej. Co dziwniejsze, zapraszała w swoje progi także kandydatów, 

nie wykazujących żadnych zdolności... ale dlaczego? Kolejnym elementem łamigłówki było 

porwanie krążownika „Diament” z ładunkiem rdzeni jednostek napędu nadświetlnego i baterii 

do  turbolaserów  -  części  potrzebnych,  by  zbudować  i  uzbroić  potężną  flotę.  Wszystko 

wskazywało na to, że miało wydarzyć się coś złego... i to wkrótce: 

Luke  poleciał  na Coruscant,  aby zabrać  stamtąd swoich uczniów. Dało  mu to okazję 

do zobaczenia się z siostrą, Leią, a także dowiedzenia się czegoś więcej na temat rosnącego 

background image

zagrożenia,  jakie  stanowiły  siły  imperialne  dla  Nowej  Republiki.  Przez  cały  czas  podróży 

młodzi  Jedi  byli  jednak  niezwykle  małomówni.  Wydawali  się  pogrążeni  we  własnych 

myślach.  Powracali  na  porośnięty  dżunglą  księżyc,  by  dołączyć  do  innych  uczniów.  Mieli 

kontynuować naukę, żeby stworzyć potężny nowy zakon rycerzy, który będzie stał na straży 

Nowej  Republiki.  Młoda  władza  już  niedługo  będzie  potrzebowała  obrońców  potrafiących 

posługiwać się Mocą. 

Przez szeroko otwarte wrota hangaru wpadały promienie słońca, oświetlając niektóre 

miejsca lądowiska, a inne kryjąc w cieniu. Przyjaznym cieniu. Luke uniósł głowę i popatrzył 

na  oślepiający  blask  bijący  od  wypolerowanego  kwantowego  pancerza  niewielkiego 

wahadłowca. 

-  „Ścigacz  Cieni”  jest  piękną  jednostką -  odezwała  się  Jaina,  jakby  umiała  czytać  w 

myślach  Luke’a  Skywalkera.  -  Wystarczy  tylko  spojrzeć  na  te  łagodne  krzywizny  kadłuba, 

opływowe kształty... 

-  A  co  więcej,  jest  jeszcze  jednym  silnie  opancerzonym  i  uzbrojonym  statkiem, 

którego  nie  ma  Akademia  Ciemnej  Strony  -  stwierdził  Jacen,  który  podszedł  do  nich  i 

przystanął obok wuja. 

Mistrz Jedi kiwnął głową. 

-  Widok  tego  wahadłowca  powinien  wam  uświadomić,  jakie  jednostki  zdolni  są 

zbudować  nasi  wrogowie.  Pomyślcie  zatem,  co  zrobią,  dysponując  dużymi  ilościami  rdzeni 

jednostek  napędu  nadświetlnego  i  baterii  do  turbolaserowych  dział,  które  niedawno  ukradli 

razem z tamtym krążownikiem. 

Lowie warknął przeciągle, zgadzając się z jego zdaniem. 

- Tak, to jest fakt - potwierdziła Tenel Ka. 

Luke odwrócił się i przeszedł przez otwarte wrota hangaru. Młodzi Jedi pospieszyli za 

nim.  Oddychając  czystym  wilgotnym  powietrzem,  cieszyli  oczy  słonecznym  blaskiem. 

Krople  porannej  rosy  wciąż  jeszcze  błyszczały  na  liściach  ogromnych  drzew  Massassów  i 

pnących paproci. W przesyconym wilgocią powietrzu unosiły się wonie kwiatów i wonnych 

roślin,  a  zewsząd  dobiegały  szelesty  żyjących  w  dżungli  zwierząt,  a  także  świergoty  i  trele 

leśnych ptaków. 

Na  czole  Jacena  pojawiła  się  głęboka  bruzda.  Zapewne  chłopiec  był  przytłoczony 

ciężarem niewesołych myśli. W pewnej chwili odwrócił głowę i popatrzył w głąb ciemnego 

hangaru, na ukrytą w półmroku sylwetkę „Ścigacza Cieni”. Westchnął, a później postanowił 

wyjawić, co zaprzątało jego myśli. 

-  Nadal  nie  mogę  uwierzyć,  że  Zekk  z  własnej  woli  przeszedł  na  ciemną  stronę  - 

background image

powiedział.  -  Wujku  Luke’u,  co  teraz  z  nim  zrobimy?  Jaki  błąd  popełniliśmy?  Był  naszym 

przyjacielem, a teraz przeszedł na stronę wrogów. 

-  To  my  jesteśmy  winni  -  odezwała  się  Jaina  przez  mocno  zaciśnięte  zęby.  -  Nie 

daliśmy  mu  odczuć,  że  jest  dla  nas  równie  ważny  jak  wszyscy  inni.  Nawet  nie 

podejrzewaliśmy,  że  może  dysponować  potencjałem  Jedi...  To  nasza  wina  -  dodała  z 

naciskiem w głosie. 

Lowie  zawył,  zaczynając  jakieś  zdanie.  Natychmiast  jednak  sięgnął  do  pasa,  żeby 

wyłączyć Em Teedee, zanim miniaturowy android zacznie tłumaczyć jego słowa. 

-  Wcale  nie  jest tak łatwo  powiedzieć, kto wykazuje talent Jedi, a kto nie  - oznajmił 

Luke, wyczuwając rozpacz i wyrzuty sumienia dziewczyny. - Zwłaszcza wówczas, jeżeli ten 

ktoś nie zdaje sobie z tego sprawy. Nawet sam Darth Vader nie miał pojęcia, że wasza matka 

także dysponuje umiejętnościami Jedi, chociaż kiedyś spędził w jej towarzystwie sporo czasu. 

Nie możesz winić siebie za to, co się stało, Jaino. 

-  Zekk  dokonał  wyboru,  kierując  się  własnymi  przesłankami  - rzekła  Tenel  Ka. 

Spojrzenie  jej  szarych  poważnych  oczu  wskazywało,  że  dziewczyna  także  jest  pogrążona  w 

zadumie. - Wszyscy tak robimy. 

- Ale dlaczego zdradził nas w taki sposób? - wybuchnął zrozpaczony Jacen. 

Jaina skrzywiła się, kiedy usłyszała to słowo. 

- Nie  mógł  tego  zrobić  - powiedziała.  Ton  jej  głosu  wskazywał,  że  nadal  nie  może 

pogodzić  się  z  tym,  co  się  stało.  -  Nie  zdradzi  nas...  sam  nam  to  obiecał.  I  powróci.  Jestem 

tego pewna. 

-  Zew  ciemnej  strony  jest  niezwykle  silny  -  zauważył  Luke.  -  To  prawda,  że  można 

mu się oprzeć, ale za każdym razem płaci się wysoką cenę. Wasz dziadek oddał życie... 

Ale  zawsze  istnieje  jakaś  nadzieja -  ciągnął  po  chwili.  -  Dla  Zekka,  a  nawet  dla 

Brakissa.  Nie  sposób  powiedzieć,  jak  potoczą  się  ich  losy.  Jednego  tylko  możemy  być 

absolutnie  pewni...  - Luke  uniósł  głowę  w  taki  sposób,  żeby  na  jego  twarz  padły  promienie 

słońca. Z przyjemnością czuł, jak podmuchy wiatru rozwiewaj ą j ego włosy. - Siły ciemności 

przygotowują się do bezpardonowej walki. 

-  Czy  będziemy  czekali  z  założonymi  rękami,  aż  uczynią  następny  ruch?  -  zapytał 

Jacen. - Czy nie możemy chociaż spróbować przygotować się do rozprawy z nimi? 

Luke Skywalker z dumą popatrzył po kolei na wszystkich młodych rycerzy Jedi. 

-  Tak,  możemy  -  odparł.  -  To  będzie  bardzo  trudna  walka.  - W  jego  głosie  brzmiał 

smutek, ale także nadzieja. - Rycerze Jedi - my wszyscy - nie mamy innego wyjścia. Musimy 

się do niej przygotować. 

background image
background image