background image

Rozdział 5 

 

 

Michał bezmyślnie zamrugał. Opadł na wolne krzesło. 

–  Że…  Że  co?  –  Czy  tylko  jemu  skojarzyło  się  to  z  jednym?  Czy  mężczyzna  siedzący 

naprzeciwko coś o nim wie?  

Darek  odchrząknął,  zreflektowawszy  się.  Jego  słowa  mogły  zabrzmieć  dwuznacznie. 

Potarł  dłonią  po  karku.  W  końcu  usiadł  prosto.  Przecież  Sobolewski  nie  wiedział  o  jego 

orientacji,  więc  na  pewno  nie  zrozumiał  tego  w  ten  sposób.  Tylko  dlaczego  tak  patrzy… 

Jakoś tak… Jakby wiedział.  

–  Chodziło  mi  o  to,  że  wydawnictwo,  w  którym  pracuję,  chce  ciebie  jako  autora.  Tak, 

właśnie.  

Michał  zmarszczył  brwi.  Jego  zdaniem  facet  bardzo  się  zmieszał.  Jego  przypuszczenia 

mogą być słuszne. Rzadko kiedy się mylił. Już wcześniej to w nim wyczuwał. Zaśmiał się w 

duchu, delikatnie unosząc kąciki ust. Zaraz jednak spoważniał. Przysłali mu geja? Po co? Co 

miał  niby  zrobić  z  nim  ten  facet?  Może  go  uwieść  i…  Nie,  przecież  prawie  nikt o  nim  nie 

wiedział.  Byłoby  inaczej,  ale  nie  stało  się  tak,  jak  tego  oczekiwał.  To,  że  Kiliński  jest 

homoseksualistą,  niczego  nie  oznacza.  Zwykły  zbieg  okoliczności.  Prawdopodobnie 

mężczyzna myśli o nim, że jest heteroseksualny – przecież miał żonę. Stare dzieje z czasów, 

kiedy był dzieciakiem.  

– To dla  jakiego wydawnictwa pracujesz?  – zapytał po dłuższej chwili ciszy pomiędzy 

nimi. Bo tak naprawdę wokół było całkiem gwarno. Pszczoły latały, bzycząc, a gdzieś trzmiel 

zapewnie  oblatywał  kwiaty.  Jego  bzyczenie  zdecydowanie  wybijało  się  na  pierwszy  plan. 

Ogród żył, a lekki wiaterek igrał pomiędzy malwami.  

– Dla Luny. Nie jest tak duża jak Tygrys, ale ściąga dobrych autorów. Dajemy całkiem 

korzystne  warunki  współpracy.  Mój  szef,  Jerzy  Lasek,  jest  bardzo  zainteresowany  tym,  by 

podjąć  z  tobą  współpracę.  –  Dlaczego  czuje  się  spięty  i  zdenerwowany?  A  jeszcze  chwilę 

temu  tego  nie  odczuwał.  Wszystko  przez  dwa  głupie  słowa.  No  jak  mógł  palnąć  „chcę 

background image

ciebie”. Nie mógł po prostu powiedzieć tego normalnie? Po jaką cholerę o tym myśli? Dobra, 

nie  pogardziłby  siedzącym  naprzeciwko  mężczyzną.  Zdecydowanie  to  był  jego  typ.  Jednak 

musiał się obejść smakiem.  

–  Współpracę?  Niby  jaką?  –  Pochylił  się  bardziej  w  stronę  rozmówcy.  –  Mam  pisać 

książki,  jakich  sobie  zażyczy  twój  szef?  Zawierać  w  nich to,  co  jemu  się  podoba?  A  swoje 

pomysły odkładać na bok, bo są niby nie na czasie lub niemoralne? 

– Ale… – zamilkł, widząc chmurne oblicze Sobolewskiego.  

– Już powiedziałem, że nie wracam do pisania. A na pewno nie wrócę do pracy z kimś, 

kto nie akceptuje… Facet, lepiej będzie, jak wrócisz do swojej Warszawy i powiesz szefowi, 

że nici ze zdobycia mnie. Będę uprzejmy i zamiast spadaj, powiem żegnaj. 

W  Darku  zawrzało.  Niepewność  i  zakłopotanie  natychmiast  uleciały.  W  chwili,  kiedy 

mężczyzna wstał, on poderwał się z krzesła i złapał Michała za nadgarstek. 

– Człowieku, marnujesz talent przez jakieś swoje fanaberie. I czym się tłumaczysz? Jakąś 

niby-blokadą.  Jesteś  idiotą  i  patentowanym  leniem.  Pewnie  nie  próbujesz  pisać,  bo  obecny 

stan jest dla ciebie bardzo wygodny. Po co się męczyć, myśleć? Lepiej zrezygnować z tego, 

co kochasz. Oczywiście, pójście na łatwiznę to zawsze najlepsze wyjście.  

Michał  spojrzał  na  jego  rękę  trzymającą  go  w  stalowym  uścisku,  a  potem  na  twarz 

Kilińskiego. Facet nie wie, o czym mówi. On niby poszedł na łatwiznę?  

– Gówno o mnie wiesz – syknął. Wyrwał rękę. – Wracaj do swojego przytulnego domku, 

swojej pracy. Powiedziałem, że skończyłem z pisaniem. – Ruszył w stronę drzwi. – I wynoś 

się z mojej parceli, bo zadzwonię po gliny.  

–  Tak  świetny  pisarz  jak  ty…  –  urwał,  bo  pisarz  ponownie  wbił  w  niego  wściekłe 

spojrzenie. 

–  Powiedz  mi,  marny  korektorze,  czy  kiedykolwiek  przeczytałeś  przynajmniej  rozdział 

mojej powieści? Którejkolwiek?  

Darek  zaciął  się,  zaciskając  usta  w  wąską  linię.  Tym  samym  odpowiedział 

Sobolewskiemu na jego pytanie. 

background image

– No właśnie. Nie mów więc, że mam jakiś talent, skoro nawet nie sprawdziłeś tego, jak 

pisałem. Może to tylko wymysł ludzi. – Chwycił za klamkę.  

– Sprzedałeś  swoje  powieści  w  milionach  egzemplarzy.  Są  tłumaczone  na  kilka 

języków… 

–  To  nie  ma  znaczenia.  Chcesz  zwerbować  pisarza,  ale  nie  masz  pojęcia  o  czym  i  jak 

pisze.  Raczej  nie  licz  sukces  –  odparł  spokojnie  Michał.  –  Wracaj  do  Warszawy.  Nic  tu  po 

tobie.  –  Wszedł  do  domu,  zatrzaskując  drzwi.  Oparł  się  o  nie  z  ciężkim  westchnieniem  i 

zamknął oczy. 

Tymczasem Dariusz zacisnął pięści.  

–  To  jeszcze  nie  koniec!  –  krzyknął,  a  potem  wrócił  do  stolika,  aby  pozbierać  swoje 

rzeczy.  Zapozna  się  z  jakąś  powieścią  pisarza  i  dowie  się,  dlaczego  ten  się  ukrył  na  tym 

pustkowiu. Sobolewski nie uciekłby bez powodu. Coś się musiało stać i z pomocą Agnieszki 

na pewno to odkryje. 

Wracał  do  motelu  z  przekonaniem,  że  nie  podda  się.  Sobolewski  będzie  jego…  To 

znaczy  wydawnictwa  Luna.  Tak,  o  to  mu  chodziło.  Zacisnął  dłonie  na  kierownicy,  kręcąc 

głową z politowaniem dla samego siebie.  

W  jego  kieszeni  zaczął  dzwonić  telefon.  Mimo  że  znajdował  się  na  pustkowiu,  w 

otoczeniu  rozległych  łąk,  którym  towarzyszyła  wąska  wstęga  rzeki  majacząca  w  oddali, 

zjechał na pobocze.  

Odebrał rozmowę: 

– Dariusz Kiliński, słucham? 

– Znalazłeś go? – zapytał Jerzy Lasek. Tubalny głos szefa Darek rozpoznałby wszędzie. 

– Tak. 

– Świetnie. Kiedy go do nas przywieziesz? 

– Obawiam się… Obawiam się, że to na razie niemożliwe.  

– Co?! O czym ty mówisz?  

background image

– Szefie,  nie  powiedziałem,  że  tego  nie  zrobię,  tylko  że  to  na  razie  –  podkreślił 

głośniejszym tonem te dwa ostatnie słowa – niemożliwe. Facet jest uparty jak osioł. Nie chce 

ze mną rozmawiać.  

–  Dobra,  dałem  ci  miesiąc  na  zdobycie  go,  więc  nie  zmienię  terminu.  Ale  masz  go 

zdobyć, bo inaczej pożegnasz się z pracą – warknął szef i rozłączył się.  

Kiliński uderzył pięścią w kierownicę. Jeszcze tego mu brakowało. Groźba zwolnienia z 

pracy  była  na  tyle  realna,  że  przestraszył  się  jej.  Nie  mógł  sobie  pozwolić  na  utratę  pracy. 

Nadal spłacał kredyt za  mieszkanie.  Wyląduje pod mostem,  jeśli Michał Sobolewski  będzie 

się opierał. Musiał znaleźć sposób na tego mężczyznę.  

Ruszył dalej. Tutaj wąska droga miała kilka trudnych zakrętów, a pobocza były  bardzo 

wysokie.  Wyminięcie  się  w  tych  miejscach  z  innym  samochodem  wymagało  magicznych 

zdolności. Na szczęście nie spotkał innego pojazdu. Niby czemu miałby? Przecież nikt głupi 

nie zapuszcza się na te dróżki, woląc korzystać z głównych. Po chwili odetchnął, pokonawszy 

ostatni  zakręt.  Zmrużył  oczy,  kiedy  kilka  metrów  przed  sobą  zobaczył  idącą  z  psem  postać. 

Rozpoznał ją od razu.  

Dziewczyna  zatrzymała  się,  widząc,  jak  do  niej  podjeżdża.  Odsunął  szybę  –  wszystkie 

miał pozasuwane z powodu cudownej, jego zdaniem, klimatyzacji.  

– Musimy pogadać, młoda.  

–  Pfi.  –  Domyślała  się,  o  co  chodzi.  Już  wczoraj  mama  skarciła  ją  za  wyprowadzenie 

gościa w pole.  –  Nie  ma co pan narzekać. Dotarł pan na  miejsce? Dotarł. Droga była nieco 

dłuższa, ale jak mówiłam, każdemu przyda się spacerek.  – Odrzuciła zapleciony warkocz na 

plecy. – Poza tym mógł pan podziwiać widoki. Wraca pan do miasteczka?  

– Mhm. 

– To  super.  Podrzuci  nas  pan.  –  Wskazała  na  siebie  i  psa,  który  usiadł  obok  jej  nóg, 

ziając. Z języka skapnęła mu na asfalt ślina. – Barik jest zmęczony.  

–  Wybraliście  się  w  południe  na  spacer?  –  Uniósł  brwi.  –  I  podobno  nie  wsiadasz  do 

samochodów obcych mężczyzn – przypomniał to, co mu wczoraj powiedziała. 

background image

– Pana już znam. Byłam u koleżanki. O tam mieszka. – Pokazała palcem gdzieś w stronę 

widniejących na horyzoncie gór. 

– W górach? 

– Zwariował pan? Zaraz panu opowiem. Barik, wsiadamy. – Otworzyła psu tylne drzwi. 

Zwierzak wpakował się na kanapę, ku niezadowoleniu Darka. – Tylko bądź grzeczny. Niech 

się pan nie  boi. Barik  już nie  linieje, to  sierści  nie zostawi. A  jakby coś, to  się posprząta.  – 

Obeszła  samochód  i  po  chwili  usiadła  na  przednim  siedzeniu,  stawiając  swój  plecak  na 

kolanach.  

– Zapnij pas – upomniał ją. 

– Już się robi. Co pan myśli, że jak jestem ze wsi, to zaraz jakaś głupia? 

– Na pewno pyskata – burknął pod nosem. 

– Trzeba  sobie  w  życiu  jakoś  radzić  i  nie  dać  innym  wejść  na  głowę  –  odpowiedziała 

niezrażona, zapinając pas. – To co, jedziemy do domu? Mam jeszcze dużo roboty. Mamcia i 

tak zabije mnie, że wracam od Amelii tak późno. A pan był u Michała? Pogadał z panem czy 

kazał się wynosić?  

Darek  jęknął  w  duchu.  Potrzebował  ciszy,  spokoju,  żeby  ułożyć  jakiś  plan  zdobycia 

pisarza, a piętnastoletnia gaduła  nie przestawała  mówić. Żałował, że  ją zabrał. I jeszcze ten 

pies. Miał nadzieję, że nie zaślini mu kanapy.  

– Odpowie pan czy woli pomilczeć? Ja milczeć nie lubię. Dobra, to opowiem panu, gdzie 

byłam.  

Zerknął na dziewczynę, dziękując Bogu, że byli coraz bliżej motelu.  

 

 

 

background image

Agnieszka siedziała na tarasie razem z właścicielką motelu, Malwiną. Kobieta widząc jej 

przygnębienie, przyniosła po pomarańczowej herbacie  i usiadła. Lisiecka opowiedziała  jej o 

Kubie i jego dziadku, o tym jak została potraktowana i o swojej babci. 

– Nie wiem. To musi być zbieg nazwisk. Przecież jest wiele osób, które nazywają się tak 

samo. U nas na osiedlu chyba trzech mężczyzn ma to samo nazwisko i imię.  

–  Tak,  ale  sama  wspomniałaś,  że  pan  Knopiński  powiedział,  że  wyglądasz  tak  jak 

kobieta, którą znał. – Podsunęła w jej stronę kruche ciasteczka. Sama je piekła dzisiaj rano.  

– I  to  nie  daje  mi  spokoju.  Chciałabym  się  czegoś  dowiedzieć.  Najchętniej  to 

porozmawiałabym z tym panem.  

–  Nazywa  się  Ambroży  Knopiński.  Całe  życie  mieszkał  w  Utopii.  Tutaj  poznał  swoją 

żonę, która zmarła rok temu. Ma wnuka  Kubę. Z żoną wychowali  chłopca, którego rodzice 

zginęli w wypadku samochodowym. Kuba podobno też prawie zginął. Cudem było to, że tam 

gdzie on siedział, auto nie miało nawet rysy. Chłopiec miał wtedy cztery latka. Kuba kocha 

dziadka. Kiedy zobaczył, że źle się poczuł i to ty byłaś temu winna, wyrzucił cię. 

– Dużo wiesz. – Aga nadgryzła ciastko.  

– To  małe  miasteczko.  Tu  ludzie  wszystko  wiedzą  o  innych.  Z  jednej  strony  to  źle,  z 

drugiej dobrze. Zależy jak na to patrzeć. Kiedy pięć lat temu przybyłam do Utopii, byłam w 

naprawdę  kiepskim  stanie.  Dziesięcioletnia  córka  musiała  myśleć  za  mnie,  bo  ja  miałam 

ochotę nie wstawać z łóżka i gapić się w ścianę. Nie widziałam przed sobą przyszłości. Mąż, 

którego kochałam, zmarł, a ja chciałam iść za nim. Nawet Maja się nie liczyła. Przyjaciółka 

zmusiła mnie do przyjazdu tutaj. Stąd pochodziła i powiedziała, że to miejsce mnie uratuje. – 

Odgoniła  latającą przed jej twarzą muchę.  – Nie wierzyłam  jej. Jednak stał się cud. Nie tak 

szybko, bo chyba dopiero po miesiącu wyszłam z pokoju. Mieszkałam w domu ciotki mojej 

przyjaciółki.  Potem  wszystko  potoczyło  się  jakby  samo.  Czas  mijał,  rany  się  zaleczyły. 

Postanowiłam  tutaj  zostać.  Zauważyłam,  że  w  miasteczku  brakuje  motelu.  Dużo  ludzi 

przyjeżdżało tutaj, by odpocząć, ale miejscowa gospoda miała za mało pokoi, aby wszystkich 

pomieścić.  Wtedy  kupiłam  ten  dom.  Przerobiłam  go  i  od  czterech  lat  prowadzę ten  interes. 

Żyję. Moja córka tu dorasta. Mamy wspaniałych przyjaciół, których kochamy. Mogę śmiało 

powiedzieć, że moje drugie życie zaczęło się w Utopii. 

– W tak pięknym miejscu chyba każdy powróciłby do życia – odparła Agnieszka.  

background image

–  Podoba  ci  się  tutaj.  –  O  Kubie  nie  wspomniała,  bo  nie  było  takiej  potrzeby.  Gołym 

okiem było widać, że dziewczyna się w nim zadurzyła.  

– Tak.  

– Ale wracając do tego, o czym mówiłaś. Nie mogłabyś zapytać babci, czy w młodości 

nie  zajrzała  do  Utopii?  Bo  pan  Ambroży  nie  powiedział,  że  pochodziła  stąd,  prawda?  – 

zapytała, chcąc mieć pewność. – Mogła tu zatem przyjechać. 

– Babcia nie żyje. Ale mogłabym zapytać ojca. Może coś wie. – Zamyśliła się.  

– Spotkaj się też z Jakubem. Może go wreszcie odciągniesz od książek. O, widzę, że twój 

kolega i moja łobuziara wrócili.  

Na  taras  wyszedł  Darek  z  Majką.  Pies  dziewczyny  natychmiast  podbiegł  do  kobiet  i 

zaczął obwąchiwać wszystko, by dowiedzieć się, co ciekawego mają na stole.  

– Miałaś wrócić dwie godziny temu. 

– Mamo, oglądałam filmy z Amelią i tak jakoś nam zleciało. Po drodze spotkałam pana 

Darka, to nas podwiózł. – Potarmosiła psa za uchem.  

– Dobra,  chodź  na  obiad.  –  Uśmiechnęła  się  jeszcze  do  swoich  gości,  prowadząc 

niesforną, ale kochaną córkę i jej psa na tyły motelu, gdzie miały małe mieszkanko. 

– Co masz taką minę? – zapytała Agnieszka Darka, podjadając kolejne ciastko. 

– Ta dziewczyna potrafi zagadać  na śmierć.  – Usiadł  na  ławce, zrezygnowany.  – Znam 

chyba  każdą  jej  koleżankę  i  kolegę.  Nie  śmiej  się  –  dodał,  kiedy  koleżanka  roześmiała  się, 

niemal krztusząc ciastkiem.  

– A jak tam Sobolewski? 

– Nie pytaj. W tej chwili to bym go najchętniej udusił. Po obiedzie ci opowiem. Jestem 

głodny jak wilk.  

– Gadaj teraz. Obiad już jadłam, a muszę zadzwonić do domu i pogadać z tatą.  

– Słuchaj, czytałaś kiedy jakąś książkę Sobolewskiego? 

background image

– No pewnie. – Zrobiła minę, jakby zadał jej najgłupsze pytanie na świecie. – A co? 

– Mogłabyś jakąś polecić?  

– Kilka. Ale jedną mam nawet ze sobą. Potem ci ją dam, tylko przypomnij mi o tym. Ale 

co, ty nigdy nie przeczytałeś którejś z jego powieści?  

– Przecież wiesz, że do pewnego momentu nawet nie wiedziałem o istnieniu tego faceta. 

Zapytał, czy czytałem coś, co on napisał. Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. 

–  I  znów  wygrał  waszą  kolejną  potyczkę?  –  zadrwiła  przyjaźnie.  Miała  ochotę  poznać 

pisarza. Ale to później, na razie nie zamierzała przeszkadzać im w tej ich małej wojnie.  

– Idę coś zjeść. – Wstał. – Dzisiaj wygrał, ale dam sobie parę dni, przygotuję się i będzie 

mój.  –  Już  miał  odejść,  ale  pochylił  się  do  niej.  –  Poszukałabyś  o  nim  czegoś,  czego  nie 

wiemy? Może coś gdzieś  jest na temat zerwania jego współpracy  z Tygrysem. Ot tak sobie 

tego  nie  zrobił.  Chociaż  w  jego  przypadku  wszystko  jest  możliwe.  Wiesz,  co  mnie 

zastanawia? 

– Hm? – Właśnie grzebała w torebce w poszukiwaniu komórki.  

– Kiedy jego oczy nie ciskają piorunów… A nawet wtedy, kiedy uśmiecha się, co raz się 

zdarzyło,  jego  oczy  wciąż  pozostają  smutne.  Jeśli  możesz,  to  dowiedz  się  czegoś.  Jesteś  w 

tym mistrzynią.  

– Aha. To idź na ten obiad, bo nawet z tego miejsca słyszę, jak ci w brzuchu burczy.  – 

Poczekała, aż Darek odejdzie i zadzwoniła do ojca. – Hej, tatku, mam ważne pytanie.  

 

 

 

 

Od  dwóch  dni  Michał  miał  spokój.  Jego  niechciany  gość  go  nie  odwiedził.  Gdyby  nie 

Majka  i  jej  wiadomości,  to  sądziłby,  że  facet  wyjechał.  Niestety,  wciąż  przebywał  w 

miasteczku. Jeśli chciał coś ugrać, to nie uda mu się.  

background image

–  Teraz  wszystko  powinno  działać  jak  należy  –  powiedział,  odkręcając  kran  w  zlewie. 

Woda leciała idealnym, mocnym strumieniem.  

–  Dziękuję  ci,  Michałku.  –  Starsza  pani  sięgnęła  po  portfel.  –  Gdyby  nie  ty,  nadal 

musiałabym się męczyć. – Podała mu pięćdziesiąt złotych.  

– Proszę  schować  te  pieniądze.  –  Nie  zamierzał  brać  od  niej  zapłaty,  wiedząc,  że 

kobiecina ma małą emeryturę i ledwie starcza jej od pierwszego do pierwszego. – Zrobiłem to 

charytatywnie.  

–  Dobry  z  ciebie  chłopak.  –  Kobieta  miała  na  sobie  kwiecistą  bluzkę  i  szarą  spódnicę. 

Białe,  długie  włosy  upięła  nad  karkiem.  Jej  pokryta  zmarszczkami  twarz  budziła  ufność  i 

sympatię. – Usiądź. – Nalała mu do szklanki soku pomarańczowego. – Nasza Majeczka była 

u mnie wczoraj i zdradziła, że przyjechali jacyś państwo z Warszawy, aby się z tobą spotkać. 

– Państwo? Rozmawiałem tylko z jednym mężczyzną. – Zajął miejsce na krześle, którego 

siedzenie wyściełano miękką gąbką i obszyto zielonym materiałem.  

–  Jest  jeszcze  kobieta.  Widziałam  ją.  Taka  ładna  dziewczyna.  Codziennie  spaceruje  po 

naszym  miasteczku.  Widzę  ją  z  mojego  okna.  –  Mieszkała  na  pierwszym  piętrze  tuż  nad 

spożywczym sklepem, a jej kuchenne okno wychodziło idealnie na ulicę. – Dwa razy zajrzała 

do  naszej  księgarni,  ale  od  dwóch  dni  tylko  przechodzi  koło  niej  i  nie  wchodzi.  Może  nie 

polubiła  naszego  Kuby.  W  każdym  razie  Majeczka  powiedziała,  że  mężczyzna,  który  z  nią 

przyjechał, koniecznie chciał się z tobą zobaczyć. 

– To prawda. Jest z wydawnictwa z Warszawy. Ciociu – mówił tak do niej, bo znał ją od 

dziecka.  Kobieta  była  przyjaciółką  jego  cioci,  właścicielki  domu,  w  którym  mieszka  –  nie 

patrz tak na mnie. Wiesz, że moje pisanie to już przeszłość.  

– To przez to, co się stało?  

Przesunął  ręką  przez  włosy.  Dzisiaj  spiął  je  w  mały  kucyk,  a  i  tak  kilka  kosmyków 

opadło mu na twarz. 

– Oni  wszyscy  są  tacy  sami.  Wiesz,  co  chciałem  zrobić.  Wiesz  też,  co  się  stało. 

Naprawdę wolę żyć w spokoju.  

– Samotnie? Jesteś jeszcze bardzo młody.  

background image

– Skończyłem już trzydziestkę.  

– Dla mnie na zawsze pozostaniesz tym małym chłopcem, który spędzał wakacje u Róży. 

Zawsze chodziłeś umorusany, w krótkich spodniach, koszulce, jakby była zdarta ze starszego 

brata.  

Tęsknił  za  tamtymi  beztroskimi  czasami.  Gdyby  mógł  cofnąć  czas,  a  potem  go 

zatrzymać, wróciłby właśnie do tamtych lat. Do chwil, gdy wybierał się na wędrówki z ciotką 

Różą, albo kiedy towarzyszył jej w kuchni podczas pieczenia cynamonowych ciasteczek. Ich 

zapach czuje do dzisiaj. Wypiekała je w piecu, który teraz stoi nieczynny. Miały wyjątkowy 

smak, którego już nigdy nie spotka. Mama czasami takie piecze, gdy on zagląda do rodziców, 

korzystając  z  tego  właśnie  przepisu,  ale  ciasteczka  i  tak  smakują  inaczej.  Podobno  dwie 

gospodynie  piekąc  coś  z  tego  samego  przepisu,  dodając  dokładnie  takie  same  składniki, 

upieką ciasta smakujące zupełnie inaczej. Zgadzał się z tym.  

– To były dobre czasy.  

– Teraz  też  są.  –  Wyciągnęła  rękę,  kładąc  dłoń  na  jego  dłoni.  –  Może  czas  pójść  do 

przodu i dać sobie kolejną szansę? Innym również. 

Nie miał takiego zamiaru. Pokręcił tylko głową. 

– A twój syn, Michałku? Chciałbyś, aby on uciekł od życia tak jak ty?  

– On wie, że nie mogłem mieszkać w Warszawie. Wie, że nie mogę pisać. Jest za mały, 

aby zrozumieć dlaczego.  

–  Za  mały?  Ma  trzynaście  lat.  Ostatnio  mi  powiedział,  że  chce  być  tak  sławnym 

pisarzem, jak jego tata.  

– Ciociu, nie podpuszczaj  mnie.  – Wskazał na nią palcem.  – Ja wiem, co kombinujesz. 

Znam cię.  

– Może w takim razie powiesz mi chociaż, dlaczego ten mężczyzna cię szukał? Dam ci 

spokój. 

– Obawiam się, że nie dasz. Poza tym Majka na pewno ci wszystko powiedziała. 

– A nie. Tego ona jeszcze nie wie, jednak usilnie próbuje się dowiedzieć.  

background image

– Chce mnie zdobyć dla takiego jednego wydawnictwa. Nie uda mu się.  

– Uparty z ciebie osioł. – Wstała. Jak na swoje siedemdziesiąt sześć lat, Leonora Ząbek 

była dość dziarską staruszką.  

– Uparty tak samo, jak ty. – Podszedł do niej. Pocałował ją w policzek. – Lecę. Jakby coś 

działo się z kranem, to dzwoń.  

–  Odwiedzaj  mnie  częściej.  –  Odprowadziła  go  do  drzwi.  Tam,  zanim  je  otworzyła, 

spojrzała  na  mężczyznę  piwnymi  oczami.  –  Nie  stój  w  miejscu,  nie  marnuj  talentu,  idź  do 

przodu. Przemyśl sobie wszystko. Zostaw za sobą ból.  

–  Do  widzenia  –  powiedział  i  wyszedł,  nie  mając  ochoty  słuchać  czegoś,  co  miało  za 

zadanie przewrócić mu w głowie.  

Zszedł  na  dół  i  wyszedł  z  klatki,  przechodząc  tuż  obok  sklepu  spożywczego.  Raz  w 

tygodniu robił w nim zakupy. Dzisiaj nawet tam nie zaglądał, bo nie miał pojęcia, kiedy zje to 

całe  jedzenie,  którym  obdarowała  go  mama.  Przeszedł  na  drugą  stronę  ulicy.  Wstąpił  do 

banku, gdzie zapłacił rachunki. Potem zajrzał jeszcze do księgarni, ale było zamknięte, a na 

drzwiach  wisiała  kartka  z  informacją,  o  której  wróci  właściciel.  Nie  zamierzał  czekać  na 

niego  godziny.  Z  Kubą  skontaktuje  się  choćby  jutro.  Udał  się  w  kierunku  lodziarni,  obok 

której  zostawił  samochód.  Musiał  jeszcze  podjechać  do  państwa  Nowików,  którzy  mieli 

problemy z rynną. W deszczowe dni lało się po ścianach ich domu.  

Gdy  dotarł  do  lodziarni,  odskoczył  na  bok,  kiedy  grupka  dzieciaków  biegnąc,  prawie 

wpadła na niego. Zaśmiał się. Znał te dzieci, tak jak połowę mieszkańców Utopii.  

– Szkoda, że nie potrafisz się tak śmiać, gdy rozmawiasz ze mną.  

Michał drgnął, słysząc znajomy głos. Ten, którego miał nadzieję nigdy już nie usłyszeć. 

Odwrócił  się,  spostrzegając  Darka  Kilińskiego  siedzącego  z  jakąś  kobietą  w ogródku  przed 

lodziarnią.  Obok  mężczyzny  na  stoliku  leżała  jedna  z  jego  książek.  Ta  ostatnia,  po  której 

miało być wydane to, co wciąż trzyma niedokończone na dysku.  

– Widzę,  że  wziąłeś  sobie  do  serca  to,  aby  odrobić  lekcję  na  mój  temat.  Nie  musiałeś. 

Naprawdę.  Nawet  przeczytanie  tego  –  wskazał  brodą  na  swoją  powieść  –  nie  sprawi,  że 

zmienię zdanie. Wyjedź, człowieku. – Miał zamiar odejść, ale zatrzymał go głos kobiety: 

background image

–  Może  pan  usiądzie  i  porozmawiamy  –  odezwała  się  uprzejmie.  –  Nie  odmówi  pan 

kobiecie i swojej fance, prawda?