background image

Rozdział 3 

 

 

Darek wyszedłszy przed budynek motelu, zastał córkę właścicielki siedzącą na schodach 

i zawiązującą trampki. Odchrząknął, przysiadłszy obok. Dziewczyna popatrzyła na niego, jak 

na  kosmitę.  Wyglądała  na  piętnaście  lat.  Miała  długie,  rude  włosy  zaplecione  w  warkocz 

sięgający jej do połowy pleców, pociągłą twarz i bardzo bystre niebieskie oczy.  

– O co biega? – zapytała. – Nie jest pan jakimś pedofilem czy kimś takim, no nie? 

– Eee… – Jak on miał z nią rozmawiać? – Nie. Pewnie, że nie.  

– To dobrze. No to o co chodzi? Czasu nie mam. Kumple czekają na mnie nad rzeką. – 

Pogłaskała psa siedzącego obok niej.  

Przypomniał  sobie,  że  to  ją  widzieli  z  Agnieszką,  kiedy  próbowali  znaleźć  drogę  do 

motelu. Biegła za psem, a ten za jakimiś chłopaczyskami, którzy gonili piłkę. Pewnie niezła z 

niej chłopczyca.  

– No? – poganiała go. Nie rozumiała, po co facet się do niej przysiadł.  

– Szukam kogoś. Nazywa się Michał Sobolewski.  

– Michaś? Nie ma go. Wyjechał do rodziców. Powinien wrócić na dniach lub za miesiąc, 

kto  go  tam  wie.  –  Zauważyła,  że  mężczyzna  się  skrzywił.  –  A  to  coś  ważnego?  Mogę 

pokazać, gdzie mieszka. Najwyżej pan tam zajdzie i zobaczy, czy wrócił. Bo tutaj, do miasta, 

to on rzadko zagląda.  

– To miejsce jest daleko stąd? Możemy podjechać samochodem.  

– Wybaczy  pan.  –  Podniosła  się  ze  schodka.  –  Z  obcymi  to  ja  do  samochodu  nie 

wsiadam. Zaprowadzę pana.  

– Dobrze. Tylko zawiadomię koleżankę i możemy iść. Daleko to? – dopytał. 

– Nie, dosyć blisko. Niedaleko rzeki.  

background image

Tak, niedaleko rzeki? Tylko gdzie ta rzeka, pomyślał Kiliński.  

Piętnaście minut później Darek żałował, że zgodził się iść pieszo. Nieprzyzwyczajony do 

długich  wędrówek,  omal  nie  wyzionął  ducha,  próbując  dorównać  kroku  Majce,  bo  tak  się 

przedstawiła. Dziewczyna szła raźno, jakby przebyte kilometry były dla niej bez znaczenia.  

– Co, kondycji brakuje? – zagadnęła. 

– Trochę. Głównie siedzę za biurkiem. Siłownię widziałem jakiś czas temu. – Przystanął, 

próbując złapać oddech. Pić mu się chciało. Dlaczego nie wziął ze sobą wody? 

 

– Ja nigdy nie widziałam. Po prostu się ruszam. Nie wie pan co to bieganie? Radzę panu 

czasami wstać zza biurka. No, idziemy dalej. Jeszcze tylko kawałek. 

– To samo mówiłaś pięć minut temu. – Ona chce go chyba zabić i niewiele jej do tego 

brakuje. 

– Naprawdę? Nie pamiętam. Barik, ty pamiętasz?  – Pies szczeknął kilka razy i pobiegł 

przodem, jakby doskonale wiedział, dokąd idą. – Widzi pan? On też nie pamięta. Tym razem 

to naprawdę kawałek. Za tymi drzewami – wskazała na niewielkie skupisko dębów i olch – 

znajduje się rzeka. Trzeba pójść w lewo jej korytem, nie kierując się pod prąd i łatwo trafi się 

do domu Michała.  

– Prowadź.  –  Spojrzał  na  niebo.  Ani  jednej  chmurki,  a  słońce  mocno  przygrzewało 

pomimo popołudnia.   

Niedługo  później  faktycznie  dotarli  do  rzeki,  której  wąski,  błękitno-zielony  strumyk 

płynął wolno. Na brzegu siedzieli trzej chłopcy w wieku Majki. Wesoło rozmawiali, a jeden z 

nich bawił się z Barikiem.  

– Hej, chłopaki – przywitała się Maja.  

– Co  tak  długo?  –  zapytał  chudy  blondyn  siedzący  na  brzegu  z  podciągniętymi  pod 

kolana spodniami, trzymając nogi w wodzie. 

background image

– A bo przewodnikiem jestem. To gość mojej mamy, oprowadzam go.  – Podała plecak 

pryszczatemu brunetowi. – Szczurek, potrzymaj i zajrzyj tam. Jest jedzonko i picie. Ja  zaraz 

wracam, tylko zaprowadzę tego tutaj do domu Michała.  

– Ale Michał wyjechał – rzucił chłopak bawiący się z psem. 

– No,  ale  pokażę  mu,  gdzie  mieszka.  Będzie  mógł  tutaj  sam  przychodzić.  Idzie  pan  ze 

mną, a potem pokażę, jak wrócić do miasteczka. Sam pan sobie poradzi. Jest pan facetem, no 

nie? Mężczyźni muszą sobie radzić. Kobiety zresztą też. Takie życie.  

Darek odetchnął głęboko. Co za dziewczyna. Jeśli w tym wieku taka jest, to co dopiero 

będzie za kilka lat. Współczuł jej przyszłemu mężowi.  

 

 

 

Agnieszka  chłonęła  uroki  miasteczka,  spacerując  po  niewielkim  ryneczku.  Po  tym,  jak 

Darek  poszedł  z  tą  dziewuchą,  ona  wybrała  się  na  długi,  powolny  spacer.  Rozglądała  się 

wszędzie,  podziwiając  niewielkie  kamieniczki,  w  których  na  piętrach  znajdowały  się 

mieszkania,  natomiast  partery  zostały  zajęte  przez  przeróżne  sklepiki  z  pamiątkami  oraz 

różnorodnymi artykułami. Przyglądała się ludziom siedzącym na ławeczkach pod miejscową 

lodziarnią i, jak zauważyła, kawiarnią w jednym. Uśmiechała się do nich, a oni odwzajemniali 

jej się tym samym. Nie wyglądali, jakby się gdzieś śpieszyli, podczas gdy w Warszawie, w 

której się przecież urodziła i wychowała, rzadko kto zwalniał tryb swojego życia. Sama tyle 

razy wstawała w ostatniej chwili, a potem biegła do pracy, pochłaniając po drodze zrobioną 

na szybko kanapkę, żeby tylko się nie spóźnić. Tutaj wszystko było takie inne. Czas zwolnił. 

Aż zapragnęła coś zmienić w swoim życiu. 

W  lodziarni  zamówiła  duży  pucharek  lodów  bakaliowych.  Zapłaciwszy  za  niego, 

postanowiła wyjść na zewnątrz. Usiadła w ogródku, pod parasolem, przy okrągłym stoliczku 

ze  szklanym  blatem.  Spokojnie  skonsumowała  deser,  nie  przestając  rozkładać  na  czynniki 

pierwsze  swojego  życia,  w  którym  ciągle  czegoś  jej  brakowało.  Jej  podążający  wszędzie 

wzrok zatrzymał się na szyldzie nad księgarnią. Nagle zapragnęła tam pójść, jakby jakaś siła 

przyciągała  ją  do  tamtego  miejsca.  Zostawiając  pusty  pucharek,  wstała  i  ruszyła  na  drugą 

background image

stronę ulicy. Stanęła przed brązowymi drzwiami sklepu z książkami wyglądającego niczym 

antykwariat.  Przygryzła  wargę  i  po  chwili  weszła  do  środka.  Otoczył  ją  zapach  nowych  i 

starych tomów wypełniających półki. Uwielbiała go. Delektowała się nim od dziecka, kiedy 

mama wpajała jej miłość do książek, prowadząc ją do najprzeróżniejszych księgarni, bibliotek 

lub czytelni, w których ona bawiła się, a rodzicielka popijała kawę, rozmawiając z innymi o 

literaturze.  Nic  dziwnego,  że  zaczęła  pracować  w  wydawnictwie.  To  było  jej  życie.  Czy  w 

takim razie mogłaby żyć bez pracy w Lunie, mieszkając w Utopii, którą chyba pokochała, jak 

tylko po raz pierwszy zobaczyła to senne miasteczko? Na szczęście nie musiała się nad tym 

głowić, bo za dwa tygodnie, a może nieco później, będzie wracała do Warszawy.  

– Jest tu kto? – zapytała głośniej, dostrzegając, że w księgarni nie ma żywej duszy.  

– Tak, jestem, chwileczkę. – Dobiegł ją męski głos dochodzący gdzieś spomiędzy półek.  

–  Poczekam.  –  Po  chwili  jednak  podskoczyła,  kiedy  usłyszała  potężny  rumor  i  jęk.  – 

Halo?  Nic  panu  nie  jest?  –  Zaczęła  krążyć  pomiędzy  półkami,  ostatecznie  natrafiając  na 

przechylony  regał  i  stos  książek  leżących  na  podłodze.  Wśród  nich  siedział  ciemnowłosy 

mężczyzna w przekrzywionych na nosie okularach, pocierając tył głowy.  

– Nic panu nie jest?  

– Chciałem tylko poukładać książki na górnej półce.  

– Mogę panu pomóc. – Zaproponowała, bo zrobiło jej się żal biedaka.  

 



 

Patrzył, jak Majka macha ręką i odchodzi. Wcześniej wytłumaczyła mu, jak ma wrócić 

do  motelu,  lecz  jej  instrukcje  na  niewiele  się  zdały.  Potrafił  poruszać  się  ulicami  wielkiego 

miasta, a tu, na odludziu, zwyczajnie się gubił. Na razie jednak problem powrotu odstawił na 

bok, bo przed sobą widział w całej swojej okazałości biały, drewniany dom, taki z dawnych 

czasów,  z  niebieskimi  okiennicami,  otoczony  ogrodem  malw  i  z  jednej  strony  murem 

background image

ułożonym  z  białych  kamieni.  Mógł  się  założyć,  że  chatka  ma  ponad  sto  lat  i  kiedyś  dach 

pokrywała strzecha zrobiona ze słomy lub trzciny, podczas gdy teraz ułożono go z niebieskiej 

dachówki. Druga strona muru została kompletnie zniszczona i tylko część leżących na stosie 

kamieni wskazywała na to, że kiedyś tam stał.  

Podszedł bliżej. Dotknął kamieni, czując pod palcami ich szorstkość oraz to, jakie były 

gorące dzięki nagrzaniu przez słońce. Podobało mu się tutaj. Gdyby był pisarzem, to miejsce 

stałoby  się  idealne  do  tego,  aby  tworzyć.  Czy  Sobolewski  tutaj  pisał?  Jakoś  nie  potrafił 

uwierzyć, że tego nie robił. Pasja zawsze pozostaje pasją. On kochał poprawiać teksty i nie 

wyobrażał sobie, że nie mógłby tego robić. Pomimo że czasami szlag go trafiał, patrząc na to, 

co autorzy – nieraz bardzo poczytni, mający wieloletni warsztat – wypisują.  

Wszedł głębiej, przekraczając granicę posesji. Wszędzie rosły malwy o różnych kolorach, 

a  wokół  nich  latały  pszczoły,  wesoło  bzycząc.  Tak  zawsze  wyobrażał  sobie  wiejski,  sielski 

krajobraz.  Kwiaty  znalazły  doskonałe  miejsce  przy  murze,  ścianach  domostwa.  Chronione 

dzięki temu przed wiatrem, mogły utrzymywać się na swoich długich łodygach. Powstrzymał 

westchnięcie,  dostrzegając  mały,  kwadratowy,  zielony  stolik  z  dwoma  krzesłami.  Stał 

pomiędzy kwiatami, na wprost okna, chowając się za murem, przez co nie mógł go wcześniej 

dojrzeć. Agnieszce by się tutaj spodobało. Rozpłynie się na widok krajobrazu jak z obrazka, 

namalowanego akwarelami, które tak lubiła i wieszała na ścianach w mieszkaniu.  

– Co pan tutaj robi i kim pan jest?  

Słysząc ostre pytanie oraz głos, którego się nie spodziewał, sądząc, że jest sam, odwrócił 

się.  Jego  serce  opuściło  jedno  bicie,  bo  właśnie  ujrzał  najpiękniejsze,  ale  i  najsmutniejsze 

oczy koloru burzowego nieba. Brązowe, lekko kręcące się na końcach, długie do szyi włosy 

rozwiewał  wiatr.  Kwadratowa  szczęka  pokryta  kilkudniowym  zarostem,  dobrze  wykrojone 

pełne usta, prosty nos – którego już mu pozazdrościł – zmarszczki na czole, które zrobiły się 

po  tym,  jak  mężczyzna  uniósł  pytająco  brwi,  postawa  wyrażająca  pewność  siebie  i  boskie 

ciało tworzyły jego ideał. Wyschło mu w gardle, gdy o tym pomyślał. Zaraz jednak odepchnął 

te niedorzeczne myśli i powiedział: 

– Nazywam się Dariusz Kiliński i szukam pana Michała Sobolewskiego.  

Mężczyzna tym razem zmarszczył brwi, przyglądając mu się z dezaprobatą. 

background image

– Czego pan od niego chce? – Cholerny dziennikarz go odnalazł. Niech ich wszystkich 

diabli wezmą!  

– A kim pan właściwie jest, że się tak dopytuje? – Darek założył ręce na piersi.  

– Właścicielem tego domu i mam zamiar dowiedzieć się, co pan robi bez pozwolenia na 

mojej posesji. Dlaczego mnie szukasz, człowieku? 

Darek  poruszył  się  niespokojnie.  Nie  spodziewał  się,  że  ten  mężczyzna  jest  tym,  kogo 

szukał. Przed wyjazdem nie chciało mu się zajrzeć do Internetu, żeby zobaczyć, jak wyglądał 

Sobolewski. Jego błąd. Nie stałby tu tak jak słup i gapił się na niego. 

– Echem… Jestem z wydawnictwa… 

– Niech  pan  wypieprza  z  mojego  terenu  –  warknął  Michał  po  tych  słowach.  – 

Powiedziałem,  że nie chcę mieć nic wspólnego  z dziennikarzami i  wydawnictwami! Proszę 

się stąd wynosić. Spadaj pan. – Przeszedł obok niego, wyjmując klucz z kieszeni. – Nigdy nie 

dacie człowiekowi spokoju! Powiedziałem, że nie wracam do pisania. Skończyłem z tym raz 

na  zawsze.  –  Spojrzał  przez  ramię.  –  Szczególnie  z  wami.  Żegnam  –  dodał  ostro,  po  czym 

otworzył  drzwi.  Wszedłszy  do  chłodnej,  ciemniej  sieni,  zatrzasnął  je,  jasno  dając  do 

zrozumienia niechcianemu gościowi, że nie jest tutaj mile widziany.  

Darek  sapnął  z  nerwów.  Co  ten  dureń  sobie  myślał,  tak  go  traktując?  Nawet  go  nie 

wysłuchał. Pajac! To nic, że bardzo seksowny, ale głupi i tyle.  

– Tylko pogadać chciałem! – krzyknął. – Wrócę tutaj.  

Ruszył z posesji. Przeszedł obok muru, dopiero wtedy zauważając, że niedaleko stoi biały 

Jeep  Grand  Cherokee.  Musiał  być  tak  zamyślony,  że  nie  usłyszał  podjeżdżającego 

samochodu.  Mógłby  się  bardziej  przygotować  na  niespodziewane  spotkanie.  Czy  aby  na 

pewno? Nie przypuszczał, że Sobolewski okaże się takim bucem!  

Skręcił w lewo, starając się odtwarzać drogę, którą tutaj przyszedł i nagle zatrzymał go 

głos pisarza:  

– Hej, ty! 

– Zmienił pan zdanie? – zapytał Dariusz, nie oglądając się za siebie.  

background image

– Chciałem tylko powiedzieć, że droga, którą pan wybrał, prowadzi naokoło. Lepiej idź 

w prawo – poradził Michał, stojąc w otwartych drzwiach. – Dojdziesz do szosy, a nią trafisz 

prosto  do  miasta.  Wolnym  krokiem  zajmie  ci  to  niecałe  pół  godziny.  W  ogóle  kto  kazał  ci, 

człowieku, iść koło rzeki? To o wiele dłuższa droga.  

– Chyba pewna nastolatka ode mnie oberwie. – Usłyszał za plecami śmiech.  

– Majka?  Lubi  pomęczyć  nowych  gości.  Szczególnie  takich,  którzy  chcą  czegoś  ode 

mnie.  

Darek pomyślał, że jeśli pisarz z nim rozmawia, to skorzysta z okazji i powie mu, po co 

tu  jest.  Jednak  zanim  otworzył  usta,  mężczyzna  ponownie  zniknął  we  wnętrzu  domu.  On 

mógł  tylko  sapnąć  z  nerwów,  a  po  chwili  wyruszyć  w  drogę  powrotną,  przeklinając  pod 

nosem  gościnność  tego  pana.  Nie  zamierzał  się  jednak  poddać  i  wróci  tu  jutro.  Najlepiej  z 

samego rana. Jak trzeba będzie, to usiądzie pod jego drzwiami i będzie koczował. Nie odpuści 

tak  łatwo.  Stanie  się  cieniem  Michała  Sobolewskiego,  czy  ten  tego  chce,  czy  nie.  Dopóki 

pisarz  z  nim  nie  porozmawia,  będzie  dla  niego  jak  wrzód  na  dupie.  Sobolewski  niech  nie 

myśli, że się go pozbędzie.  

 

 

 

 

Michał śledził przez okno, jak jego niechciany gość odchodzi. Mógłby go odwieźć, ale 

nie  chciał  sprawiać  mylnego  wrażenia,  że  w  jakikolwiek  sposób  zechce  zgodzić  się  na 

rozmowę.  Po  co?  Na  co?  Zerwał  z  tym  wszystkim,  z  dawnym  życiem  i  nie  ma  zamiaru 

utrzymywać jakiegokolwiek kontaktu z kimś, kto do nich należy. Nigdy w życiu!  

Uderzył  lekko  zaciśniętą  pięść  w  parapet.  Ukrył  się  tutaj,  bo  miał  powody.  Sądził,  że 

dostatecznie  schował  się  przed  światem.  Tymczasem  odnaleziono  go.  Podejrzewał,  kto 

skierował tego faceta do Utopii. Będzie się musiał z nią rozmówić. Najpierw jednak powinien 

przynieść plecak z samochodu, wyrzucić z niego brudy, ogarnąć dom po tym, jak nie było go 

dwa  tygodnie.  Dopiero  później  zadzwoni  do  byłej  żony,  a  najlepiej  wtedy,  gdy  już  się 

background image

uspokoi.  Teraz  mógłby  powiedzieć  o  kilka  słów  za  dużo.  Nie  chciał  się  kłócić  z  matką 

swojego dziecka, a jedynie porozmawiać.  

Udał  się do samochodu po plecak. Miał  go zabrać od razu, ale kiedy zobaczył,  że ktoś 

plącze  się  przy  jego  domu,  najpierw  wolał  to  sprawdzić.  Nadal  śmiać  mu  się  chciało,  że 

Majka tak sprytnie wykołowała tego faceta. Zuch dziewczyna. Musi postawić jej dużą porcję 

ulubionych lodów. Chociaż czy jej się należały? Przecież to ona wskazała drogę Kilińskiemu 

do jego oazy samotności. Z drugiej strony nieźle wymęczyła fizycznie pana miastowego. Tak, 

lody będą dobrą nagrodą.  

Podszedł  do bagażnika i otworzył  go. Wyjął  duży, turystyczny plecak, z  którym  nieraz 

chodził  na  leśne  wycieczki.  Założył  go  sobie  na  ramiona,  a  potem  wziął  jeszcze  pudło  z 

przetworami,  które  przygotowała  mama,  a  tata  pomógł  zapakować.  Ta  kobieta  nie  potrafiła 

wypuścić  go  z  gołymi  rękami,  kiedy  od  nich  odjeżdżał.  Podrzuciła  mu  nawet  parę  słoików 

gołąbków oraz pulpetów. Cała ona. Zresztą tata bardzo jej w tym kibicował. 

Zaniósł wszystko do kuchni, która znajdowała się na prawo od wejścia. W niej stał piec z 

kuchnią  kaflową,  ale  nigdy  go  nie  używał.  Miał  kuchenkę  gazową,  może  nie  najnowszej 

generacji,  jednak  mu  wystarczała.  Pod  oknem  stał  stół  z  dosuniętymi  do  niego  czterema 

drewnianymi krzesłami. Zawsze tutaj siadał z kubkiem porannej kawy, obserwując, jak dzień 

budzi się do życia. Stąd widział stolik, który Malwina wraz z Majką przywiozły kilka tygodni 

temu. Powiedziały, że jeszcze usiądzie przy nim z laptopem i zacznie pisać. Odpowiedział im 

wtedy, że stanie się to po jego trupie. Na razie dotrzymywał danego sobie słowa. Od długiego 

czasu  nie  otworzył  pliku  Worda,  w  którym  zawsze  tworzył  powieści.  Nie  wziął  zeszytu  do 

ręki, gdzie miał zapisane pomysły, plany kolejnych tekstów. Tęsknił za tym, jednak nigdy już 

nie  napisze  ani  jednego  zdania.  Nie  zamierzał  zburzyć  blokady,  która  pojawiła  się  po  tym 

wszystkim. Tak było dobrze i tak pozostanie. 

Sfrustrowany przesunął ręką przez włosy. Ten Kiliński sprawił, że powrócił myślami do 

tego,  czego  tak  bardzo  unikał.  Gdyby  nie  Jagoda…  Tylko  ona  wiedziała,  gdzie  go  znaleźć. 

Odstawił  plecak  pod  ścianę.  Z  małej  kieszonki  przy  koszuli  wyjął  telefon.  Warknął,  kiedy 

zobaczył,  że  znów  nie  było  zasięgu.  Dlatego  też  wyszedł  na  dwór  i  stanął  koło  tego 

cholernego stolika. Tutaj jakimś cudem zasięg zawsze był. Zadzwonił do byłej żony: 

– Halo? 

background image

– Dlaczego powiedziałaś Kilińskiemu, gdzie jestem? 

– A więc już dojechał. To dobrze.  

– Odpowiesz na moje pytanie czy będziesz… 

– Nie  piekl  się  tak.  Ja  wskazałam  tylko  drogę  do  miasteczka.  Nie  myślałam,  że  tak 

szybko cię znajdzie. Przystojny jest, prawda? 

Zmrużył niebezpiecznie oczy. Potrafił czytać z tej kobiety niczym z otwartej księgi. Nic 

dziwnego – znał ją wiele lat, przez jakiś czas była jego żoną, zanim zrozumieli swój błąd. Nie 

żałował tego, a przed ślubem dzięki jednej pijackiej nocy począł się ich syn. Jedyne, co mu 

się  udało  w  życiu  –  poza  stworzeniem  kilku  dobrych  powieści  –  to  spłodzenie  fajnego 

dzieciaka.  

– Nie zauważyłem, jak wyglądał. Byłem za bardzo wzburzony… – Dobra, może coś tam 

spostrzegł.  Na  pewno  ten  garb  na  jego  nosie,  który  tylko  dodawał  mu  męskości  i  ostrego 

wyrazu twarzy. Taki niegrzeczny chłopiec udający elegancika.  

– I potraktowałeś go jak gbur. Michał… 

– Przestań. Nie pouczaj mnie, kobieto. Nie miałaś prawda zdradzać mu czegokolwiek na 

mój temat. Wiesz, że nie chcę mieć niczego wspólnego z wydawnictwami. A co, jeśli zaraz 

przyciągnie tu dziennikarzy? Nie ufam mu.  

– Nie ufasz nikomu. 

– Ufałem  i  źle  się  to  skończyło  –  podkreślił,  podnosząc  głos.  –  Nie  waż  się  nikomu 

więcej mówić, gdzie mieszkam.  

– Nie  ma  sprawy.  To  był  wyjątek.  Czułam,  że  muszę  to  zrobić.  I  spokojnie, 

przemaglowałam go trochę. Jest w porządku.  

– Nie mówmy już o nim. Mam nadzieję, że szybko wyjedzie i zapomni o tym miejscu. 

Powiedz, jak tam Mikołaj. Wyjechał na tę kolonię?  

 

 

background image

 

Znalazła  Darka  siedzącego  na  tarasie  motelu  z  drinkiem  w  dłoni.  Szczęśliwa  jak  nigdy 

wcześniej, usiadła naprzeciwko niego, wychyliła się do tyłu na oparcie ławki i wpatrzyła w 

pomarańczowe  niebo.  Właśnie  zachodziło  słońce  i  stwierdziła,  że  taki  widok  tutaj  jest 

upajający.  

–  Spędziłam  doskonałe  popołudnie  –  powiedziała  Agnieszka.  –  A  ty  jak  tam?  Bo  ja 

spotkałam miłego mężczyznę. Trochę niezdara, ale można mu to wybaczyć. No mów coś.  – 

Lisiecka spojrzała w końcu na towarzysza. – Co się stało? Wyglądasz tak, jakbyś miał ochotę 

zetrzeć kogoś na proch. 

– Mam. Dlaczego nikt mi nie powiedział, że ten Sobolewski to kawał… chama?  

– Co? Nie, to fajny facet. Podobno. A co, widziałeś go? – Zainteresowana, pochyliła się, 

opierając łokcie o stolik. – Jest taki boski jak na zdjęciach?  

Przewrócił oczami.  

–  Jego  niczego  sobie  wygląd  psuje  nieciekawy  charakterek.  –  Wychylił  szklaneczkę  i 

wypił alkohol do dna. Potrzebował tego palącego uczucia w gardle oraz przełyku. – Na co ja 

się, głupi, zgodziłem? Zdobycie go dla Luny? Prędzej nauczę się chodzić po suficie.  

– Aż tak źle? 

– Kiepsko. Ale ten pajac nie wie, że nie lubię się poddawać. Będę jak rzep, przyczepię się 

do niego, dopóki ze mną nie porozmawia. Mam miesiąc na zdobycie go. Zrobię to. – Obrócił 

szklankę w palcach. – Dzisiaj się napiję. Zacznę od jutra. Przecież jutro też jest dzień – dodał, 

wstając. Skierował kroki do wnętrza budynku, by udać się do baru po kolejnego drinka.  

Agnieszka  została  sama,  nie  licząc  pary  siedzącej  na  drugim  końcu  tarasu.  Cmoknęła 

kilka razy, już wiedząc, że jeśli jej kolega tak się zachowuje, to może być bardzo ciekawie.