background image

BENTE PEDERSEN 

LATO GRZECHU 

background image

-  Oczywiście,  że  popłyniecie!  -  parsknęła  Raija.  Krew  lała  się  gwałtownie.  Raija 

zacisnęła  ranę,  by  powstrzymać  krwotok.  Czoło  miała  spotniałe,  włosy  przyklejały  się, 

wpadały do oczu. 

Antonia  podarła  swoją  halkę  na  pasy.  Rozerwała  rękaw  bluzki  Raiji.  Żadna  z  kobiet 

nie przejmowała się rzucanymi na nie spojrzeniami. Jewgienij owszem, i dlatego ustawił się 

tak, by zasłonić żonę przed oczami ciekawskich. 

Antonii  udało  się  założyć  prowizoryczny  opatrunek,  który  jednak  szybko  przesiąkał 

krwią. Raija zacisnęła zęby. 

-  Rzućcie  moje  rzeczy  na  brzeg!  -  rozkazała.  Przybrała  dziarski  wyraz  twarzy,  ale 

czuła  zbliżający  się  płacz.  Tylko  dla  Michaiła  starała  się  go  powstrzymać.  -  Wam  nie  będą 

potrzebne. 

-  Oczywiście,  że  nie  popłyniemy!  -  Jewgienij  ukląkł  przed  żoną,  wziął  ją  za  rękę  i 

uścisnął mocno. 

-  Statek  musi  odpłynąć  -  rzuciła  Tonią,  potrząsając  kędzierzawą  głową.  Spojrzała 

twardo na Jewgienija ciemnymi oczami. - Jesteś, u diabła, mężczyzną! Pryncypałem! 

- Tonią zaopiekuje się mną - powiedziała Raija przez zaciśnięte zęby, a nawet robiąc 

grymas, który od biedy można by uznać za uśmiech. 

-  Muszę  cię  odprowadzić  -  protestował.  Tonią  tylko  utkwiła  w  nim  oczy.  Nic  nie 

powiedziała, a jednak przekazała wiele. 

-  Misza!  -  Raija  wyciągnęła  dłoń  w  stronę  chłopca.  Drugą  zakryła  czerwieniejący 

opatrunek.  -  Mama  da  sobie  radę  -  zapewniła  ochrypłym  głosem.  Uśmiechnęła  się.  Jakże 

kochała swego syna! Skończył już trzynaście lat. Może w ciągu tego lata stanie się mężczy-

zną,  a  ona  nie  będzie  tego  świadkiem.  -  Masz  patrzeć,  uczyć  się  i  dobrze  się  bawić. 

Obiecujesz? 

Misza  pokiwał  ciemnowłosą  głową.  Raija  spostrzegła  nagle,  że  syn  jest  bardziej 

podobny do niej niż do Jewgienija. No i że jest ładny. 

-  Obserwuj  także  za  mnie  -  dodała.  -  Po  powrocie,  w  czasie  zimy,  wszystko  mi 

opowiesz! 

Pokiwał głową twierdząco, ale się nie odezwał. Miał zaciśnięte gardło. Raija widziała, 

ż

e  jej  duży  syn  ma  zbyt  błyszczące  oczy,  ale  rozumiała,  że  nie  chciał,  by  ktokolwiek  to 

widział. Już teraz wolał być odbierany jako mężczyzna. 

background image

Jakże pragnęła go przytulić, pocałować - ale nie mogła tego zrobić wobec tylu ludzi... 

-  Do  widzenia  -  powiedziała  tylko,  ściskając  dłoń  Michaiła.  Pogładziła  szybko  jego 

policzek. Skóra syna nadal była miękka. Pewnie po powrocie będzie szorstka... 

Misza się cofnął. 

Jewgienij nie dostrzegał nikogo wokół nich. Nawet nie słyszał. Objął ramieniem Raiję. 

Wargami przesunął po jej czole, policzkach, ucałował usta. 

- Jestem pryncypałem - wyszeptał. - Muszę jechać. Ale moje myśli pozostaną z tobą. 

Przez całe lato będą przy tobie w Archangielsku. 

-  Wyzdrowieję  -  odparła  Raija.  Zamrugała  oczami,  by  pozbyć  się  wiszących  na  jej 

gęstych rzęsach łez. 

Jewgienij odsunął dłoń żony i zobaczył krew. 

-  Kocham  cię,  mój  aniele!  -  Pochylił  się  ku  niej.  Pocałował  jej  skroń,  potem  znowu 

usta. 

-  Jedź.  I  nie  myśl  o  mnie  zbyt  często!  -  rzuciła  Raija.  Przytulił  ją  przez  moment. 

Najchętniej by został, ale przecież nie mógł. Był pryncypałem. 

- Ktoś musi zawieźć ją  do Toni! - Jewgienij rozejrzał się po tłumie, pomagając Raiji 

stanąć na nogi. Z trudem się poruszała. 

Pechowy  woźnica  szybko  się  zbliżył.  Chciał  zadośćuczynić  krzywdzie,  którą 

wyrządził  Bykowej.  Jego  koń  był  nadal  niespokojny  po  wypadku,  gdy  to  wóz  załadowany 

skrzyniami przechylił się i jedna z nich, o brzegach i rogach obitych metalem, spadła prosto 

na Raiję. Metal rozorał jej ramię jak nóż. 

Ułożyli  ranną  Raiję  na  wozie.  Nadal  się  uśmiechała.  Pociła  się,  krwawiła,  lecz  się 

uśmiechała. 

- Opiekuj się nią! - Jewgienij przytrzymał jeszcze Antonię. 

- Oczywiście! - odparła Tonią niemal zirytowana. 

- W ranę może się wdać zapalenie. 

-  Będzie  dobrze!  Jewgienij  puścił  przyjaciółkę.  Znów  podszedł  do  Raiji.  Jeszcze  raz 

uściskał. Pocałował w czoło. 

-  Idź  już!  -  poprosiła  Raija.  -  Kocham  cię.  Idź!  Tak  zrobił.  Popłynął  na  zachód, 

zabierając  ze  sobą  ich  niemal  trzynastoletniego  syna.  Był  rok  tysiąc  siedemset  czterdziesty 

ósmy. Czternaście lat temu w Norwegii wziął Raiję na pokład. 

Tyle samo lat nie stał na pokładzie statku na prawdziwym morzu. Może to będzie jego 

ostatnia podróż. A pierwsza dla jego syna. 

Raija też chciała płynąć z nimi na zachód. Nie potrafił jej tego wyperswadować. 

background image

Ale już nie musiał. 

Nie chciał dopuścić do siebie tej myśli, ale jednak zaistniała. Wypadek był jak zesłany 

z nieba. Albo z piekła. 

- Już nie musisz się tak dzielnie uśmiechać - rzuciła Tonią, gdy wreszcie zostały same. 

Olgę  wygoniła  na  dwór.  Jej  trzynastoletnia  córka  nie  sprzeciwiała  się  zbytnio. 

Rozumiała. Też doroślała. Raija zamknęła oczy i oddychała gwałtownie. 

- Musisz to czymś ścisnąć! - wystękała. Antonia kiwnęła głową. Zaczęła rozwiązywać 

przesiąknięty krwią opatrunek. Palce zaczęły jej się lepić. 

- Muszę to umyć. Jest głęboka - dodała po chwili Tonią. 

Raija wiedziała. Bez trudu można by dotknąć kości. Krew lała się nieprzerwanie. 

Kręciło jej się w głowie, czuła mdłości. Bała się. 

- Nie umiesz tego zatrzymać? - spytała Tonią, zrezygnowana. - Jakimś zaklęciem? 

- Nic by to nie pomogło - wyszeptała Raija. - Już w nic nie wierzę. Zresztą nigdy nie 

umiałam pomóc sobie samej. Poza tym chyba nie mam już mocy. Oddałam ją komuś... 

Antonia  ścisnęła  brzegi  rany.  Przytrzymując  je,  drugą  ręką  przyłożyła  owinięty 

płótnem  kawałek  drewienka.  Nic  nie  pomogło.  Rana  otwierała  się,  gdy  tylko  cofała  dłonie. 

Nacisk tylko wzmagał cierpienie Raiji, widziała to po jej twarzy. 

Toni zrobiło się słabo. Ręce miała uwalane krwią, nie mogła na nie patrzeć. W życiu 

już dość napatrzyła się na krew. 

- Musisz to zszyć! 

Raija wbiła w przyjaciółkę oczy pociemniałe z bólu. Musiała powtórzyć swoje słowa. 

Tonią opanowała się. Nie było czasu na słabość. Ani na protesty, że nie umie. 

- To moje siostry potrafią szyć - zdołała się uśmiechnąć. Raija odpowiedziała jej tym 

samym. - Oczyszczę ranę wódką... 

Raija  krzyknęła,  gdy  polał  się  płyn.  Ciało  jej  wygięło  się  w  cierpieniu.  Nagle  krzyk 

ucichł, mimo że ciało nadal było napięte. 

Tonią  pamiętała,  jak  boli  przemycie  wódką  choćby  tylko  skaleczonego  palca.  Nie 

rozumiała, jak można było zdławić o tyle większy ból. 

Ale przypomniała sobie blizny na ciele Raiji. 

Tonią  nawlokła  igłę,  której  używała  do  zszywania  porwanych  żagli,  zgiętą  w  łuk  i 

spłaszczoną na końcu. Miała nadzieję, że będzie wystarczająco ostra. 

Nitka też powinna wytrzymać. 

Coś przewracało się w jej żołądku. Ale dłonie były spokojne. 

background image

Ś

cisnęła  brzegi  rany.  Wbiła  igłę.  Starała  się  nie  zwracać  uwagi  na  reakcję  Raiji. 

Przeciągnęła  igłę  przez  mięsień.  Jakoś  poszło.  Tonią  odgadywała,  gdzie  znajduje  się  ostrze. 

Pod  opuszkami  palców  czuła,  jak  przechodzi  od  dołu  z  drugiej  strony  rany  i  wybija  się  na 

powierzchnię skóry. 

Z trudem przeciągnęła nić. Szła opornie, była cała czerwona. 

Czy powinna zaszyć ranę do końca i dopiero potem zawiązać? Czy wiązać po każdych 

dwóch przekłuciach? 

To drugie wyjście uznała za rozsądne. 

Wydało  się  jej,  że  nie  da  rady.  Ale  zamknęła  oczy  i  na  nowo  wbiła  igłę.  Czuła,  jak 

Raija się wzdryga, jak jest spięta... Przyspieszony oddech mówił wyraźnie o jej cierpieniu. 

Zaczęła  pracować  automatycznie.  Szew  szedł  za  szwem.  Było  ich  dziesięć.  Może 

zmieściłby się i jedenasty, ale Tonią zdecydowanym ruchem zawiązała nić i odcięła resztę. 

Na ślepo sięgnęła po butelkę z wódką, przytknęła do ust i piła, piła... W żołądku czuła 

ogień, w gardle płomienie. 

Dopiero wtedy spostrzegła, że nadal w prawej dłoni trzyma igłę z zakrwawioną nicią. 

Puściła  ją.  Słyszała,  jak  upadła.  Przełknęła  więcej  wódki.  Otarła  oczy.  Nawet  nie  wiedziała, 

ż

e płacze. 

- Dasz mi wódki? - wyszeptała Raija ochryple. Wyciągnęła w stronę Toni dłoń, która 

jednak zaraz opadła. 

Antonia przytknęła kubek do ust rannej, podparła jej plecy, ale to nie pomogło. Raija 

była bezwładna. Tonią położyła ją z powrotem na siennik. 

-  A  więc  jednak  zemdlałaś  -  mruknęła.  Śmiała  się  i  płakała.  Pogładziła  swą 

zakrwawioną dłonią czoło Raiji, odsunęła jej spocone włosy. 

Raija nie słyszała. 

Tonią umyła ranę, nałożyła nowy opatrunek. Wypiła resztę wódki, ale mimo to czuła 

się trzeźwa. 

Przez okno dostrzegała kolorowe żagle „Raiji Antonii” daleko na wodzie. 

A  więc  Jewgienij  wyruszył  w  podróż.  Na  zachód,  do  Norwegii.  Jako  kapitan  „Raiji 

Antonii”. Jako pryncypał. Może zaspokoi swe tęsknoty za morzem. 

Gdyby tylko wiedział, jak niebezpieczna była ta rana, nie pojechałby. 

Wiele  można  było  powiedzieć  o  Raiji,  ale  z  całą  pewnością  kobitka  z  niej  z  piekła 

rodem!  Z  uśmiechem  przekonywała  męża  i  syna,  by  płynęli.  Antonia  chętnie  by  zobaczyła, 

jak którykolwiek z mężczyzn zdobywa się na to, co ona! 

background image

- Jesteś pijana - stwierdziła Olga po powrocie z nabrzeża. Patrzyła, jak znika statek. I 

mówiła wtedy słowa, których dziewczynka w jej wieku nie powinna wypowiadać. 

Nie było sprawiedliwości na tym świecie! Misza popłynął do Norwegii, by uczyć się o 

statkach i handlu. A ona popłynęła tylko dla rozrywki! 

Nieważne,  że  była  tam  przed  Misza.  Czuła  wyraźnie,  że  jego  podróż  jest  ważniejsza 

od jej wyprawy. 

- Zszyłam ranę Raiji - Raisy! Tonią musiała pokazać Oldze igłę i zakrwawioną nić, by 

córka jej uwierzyła. 

Dziewczynka zbladła, co jak na nią było niezwykłe. 

- Przecież wyglądała na... małą... Tonią westchnęła i objęła Olgę. 

- Jesteś na tyle dorosła, by poznać prawdę - powiedziała. - Jako kobiecie pisane jest ci 

udawanie.  Bardzo  częste.  Raija  właśnie  udawała.  Inaczej  statek  by  nie  odpłynął.  Jewgienij  i 

Misza by nie odpłynęli. 

- A nie powinni zostać, skoro rana jest poważna? 

- A powinni? - spytała Antonia, spoglądając córce w oczy. Dwie pary ciemnych oczu 

spotkały się na długą chwilę. 

Olga  przypatrzyła  się  Raiji,  jej  bladej  twarzy,  wilgotnym  włosom,  plamom  krwi  na 

skórze.  Potem  wyjrzała  przez  okno.  Nie  widziała  już  statku,  ale  gdy  zamknęła  oczy, 

wyobraziła sobie go wyraźnie. 

Misza  na  pewno  by  został,  gdyby  zdawał  sobie  sprawę  z  powagi  sytuacji.  Misza 

kochał  Raiję  -  Raisę.  Tak  bardzo  ją  kochał.  Nigdy  tego  nie  przyznał,  ale  Olga  wiedziała. 

Znała go tak dobrze, jak siebie. 

I Misza tak strasznie cieszył się na podróż na zachód... 

Olga zaczynała rozumieć, jaką to prawdą jej matka właśnie się z nią podzieliła. 

Udawanie. 

-  Raija  przyjdzie  do  siebie  -  stwierdziła  Tonią.  -  W  ranę  nie  wda  się  zakażenie,  jak 

długo  mam  wódkę.  A  Jewgienij  nigdy  się  nie  dowie,  jak  bardzo  było  to  poważne.  Raija 

opowie mu o tym, ale na pewno nie przekaże wszystkiego. 

- Będzie udawała? Tonią pokiwała głową i pogładziła córkę po policzku. 

- Szybko się uczysz, moja mała - powiedziała z uśmiechem. - Szybko! 

Coś ścisnęło się w brzuchu Olgi. Jeszcze nie chciała być dorosła! 

Widziała  ocean.  Tylko  ocean.  Zielony,  niebieski,  we  wszystkich  swoich  kolorach. 

Widziała białożółtą pianę. 

Był tylko ocean. 

background image

Głębia. 

Wokół siebie dostrzegała tylko zieleń, gdy opadała i opadała, i opadała... 

Wreszcie jej stopy niemal dosięgnęły dna. 

Mogła  chodzić po dnie,  ale nie dotykała  go. Stopy nie poruszały piasku, kamieni ani 

roślin. 

Unosiła się ponad nimi. 

Była na dnie oceanu. 

Oceanu bez śladów życia. 

Cisza. Nieskończona cisza. I tylko ta zieleń. Intensywna, przezroczysta zieleń. 

W  oceanie  był  spokój.  Niepojęty  spokój.  Otaczał  ją.  Nie  istniały  dźwięki  ani  zimno, 

ani ciepło. Ani ból. 

Tylko spokój. 

Jej  oczy  widziały  zieleń.  I  patrzyły  poprzez  zieleń.  Tkwiła  w  tej  zieleni,  na  dnie 

oceanu.  Wiedziała,  że  to  niemożliwe,  ale  przyjęła  to.  Po  prostu  znalazła  się  tam,  otoczona 

spokojem. 

Nie była sama. 

Intensywnie czuła, że nie jest sama. Ten spokój, który ją otaczał, nie był przeznaczony 

tylko  dla  niej.  Pochodził  z  czegoś  poza  nią.  Z  czegoś,  czego  nie  mogła  ujrzeć  oczami.  Z 

czegoś, co istniało. 

Nie był to ocean. 

Coś innego. 

Ale napełniało spokojem. Dobrze. Chciała tam zostać. 

Ale nie mogła dotknąć stopami dna, nie mogła pochwycić żadnej  rośliny. Bardzo się 

starała, ale one jakby uchylały się przed nią. Zagarniała tylko wodę. 

Zieloną, przezroczystą wodę. 

Płynęła. W górę. 

-  Pewnego  razu  wycięłam  kulę  z  ramienia  brata  Jewgienija  -  rzuciła  Raija 

zdecydowanym  tonem.  -  Sądzę,  że  też  musiałam  zszyć  ranę.  Widzę  to  teraz  wyraźnie.  Tak 

jest podobne... 

-  A  więc  pamiętasz?  -  spytała  Antonia  z  trudem.  Bolała  ją  głowa.  Zasnęła,  oparta  o 

stół kuchenny. 

Nie była pewna, kiedy. Wszystko spowijała mgła. 

-  Wiedziałaś  o  tym?  -  Raija  od  razu  zaostrzyła  czujność.  Ramię  ją  bolało,  ale  rozum 

nie ucierpiał w wypadku. 

background image

Antonia pokiwała głową. To jeszcze spotęgowało ból. 

- I nic mi nie mówiłaś? Teraz Tonią pokręciła głową bardzo powoli. 

- Dlaczego nie? 

Raija chciała usiąść, ale nie dała rady. Straciła przecież dużo krwi. Zakręciło jej się w 

głowie i bezwiednie wsparła się na zranionej ręce. 

-  Bo  Jewgienij  nie  chciał  -  odparła  Tonią  po  chwili.  -  Długo  milczał.  Czekał,  aż 

odzyskasz  pamięć.  A  ponieważ  nie  wracała,  zataił  wszystko.  Dla  twojego  dobra.  No  i 

własnego.  Ja  też  tak  myślałam.  A  teraz  ci  to  powiedział,  choć  naprawdę  nadal  powinien 

milczeć. 

Raiji  zaschło  w  ustach.  Słowa  Toni  zaszokowały  ją.  Antonia  była  jej  najlepszą 

przyjaciółką. Czasami sądziła, że jest jej bliższa niż Jewgienij. 

Tonią  rozumiała  niektóre  sprawy  lepiej  niż  Jewgienij.  Toni  wierzyła.  Wierzyła 

całkowicie. 

A ona wiedziała o Aleksieju! 

Raija go nie pamiętała, poza faktem wyjmowania kuli. Nie pamiętała jego twarzy. Ani 

ciała. Ani tego, czy był  więcej niż przyjacielem.  A przecież to dla niego jechała na wschód. 

Dla niego chciała rozpocząć nowe życie w obcym kraju. 

Na  pewno  był  jej  kochankiem.  Ale  ona  go  nie  pamiętała.  A  Tonią  wiedziała  o 

wszystkim. I milczała. 

- Rozumiem, dlaczego Jewgienij nic nie mówił - stwierdziła w końcu Raija. - To, co 

on  zrobił,  ja  też  bym  zrobiła.  Pewna  byłam  tylko  swojego  wieku,  a  on  mnie  nigdy  nie 

poprawiał.  Wiele  rzeczy  ułożyło  się  na  miejscu,  gdy  powiedział  mi  o  Aleksieju.  Ale  wiele 

stało się trudne. 

- Dzieci? Raija pokiwała głową. 

- Czy można zapomnieć o czworgu dzieciach? Można? 

- A pamiętasz? - odparła Tonią pytaniem. Raija zaprzeczyła. 

- Czyli można - stwierdziła Tonią. - Jeśli wierzysz Jewgienijowi. 

- Przecież muszę - westchnęła Raija, wsparta o poduszki. - Mam jakiś wybór? Jaką to 

matką  jestem  -  dodała  -  jeśli  mogłam  zapomnieć  o  swoich  dzieciach?  Gdzie  one  są?  Jaką 

jestem matką, skoro je opuściłam? 

- Jeśli spytałabyś Misze, odparłby, że najlepszą pod słońcem - odrzekła Tonią ciepło. - 

Nie umiemy spojrzeć za ciebie w przeszłość. Nic o niej nie wiemy. 

- Na pewno nie? 

- Nie wiemy - zapewniła ją Tonią. 

background image

-  Najgorsze  w  tym  jest  -  rzuciła  Raija  -  że  już  nie  wiem,  komu  mogę  wierzyć.  Nie 

wiem nawet, czy mogę wierzyć tobie. Może Jewgienij prosił cię, byś zataiła coś jeszcze? 

Antonia  poczuła  zimno  w  piersiach.  Cieszyła  się,  że  potrafiła  kłamać,  że  ma  w  tym 

doświadczenie. Ktoś mniej odporny złamałby się i wyśpiewał wszystko. 

-  Sądzę,  że  miałam  dostateczne  powody,  by  milczeć  -  odparła.  -  Jeśli  nawet  jest  coś 

więcej, powody do zachowania milczenia są równie dobre. 

- A więc jest coś więcej?! 

- O tym nie możesz nic wiedzieć - wyznała Tonią. - Nadal jestem twoją przyjaciółką. 

Nie mogę wyrwać sobie serca, złożyć go w twoich dłoniach z prośbą, byś sama je wywróciła 

na drugą stronę i sprawdziła. Mówię ci, że możesz na mnie polegać. A ty musisz wybrać, czy 

chcesz, czy nie. 

- Byłoby mi łatwiej, gdybyś odpowiedziała tak albo nie - westchnęła Raija. 

- Nie może być łatwo - stwierdziła Tonią. - Potrzebujesz teraz czegoś? 

Ranna pokręciła głową. 

Antonia musiała ruszać do codziennych obowiązków. 

Raija nawet nie wspomniała przyjaciółce o swoim zielonym śnie. O oceanie, w którym 

się zagłębiała aż do osiągnięcia spokoju. 

Wiedziała, że nigdy jej o nim nie opowie. 

Tak pragnęła popłynąć na zachód. Do Norwegii. Gorąco tego pragnęła. Wiodły ją tam 

jej  ścieżki  snów,  tego  była  pewna.  Chciała  nimi  iść,  szukać  dalszego  ciągu  wielu  ścieżek, 

którymi zaczęła wędrować w marzeniach. 

Jewgienij uznał to za wymyślony przez nią pretekst do odwiedzenia Soroya. Sądził, że 

wszystkie  jej  prośby  o  podróż  na  zachód  wypływają  z  chęci  zobaczenia  Wasilija.  Nie 

powiedział  tego  na  głos,  ale  Raija  dobrze  znała męża.  Widziała,  jak zżerają  go  wątpliwości. 

Jewgienij był przekonany, że Raija tęskni za Wasilijem. 

Rzeczywiście były chwile, gdy tęskniła za Wasią. Tęskniła aż do bólu. 

Poprzednie lato przyniosło jej tyle płomiennych przeżyć. 

Ale  teraz  Wasilij  był  na  Soroya.  W  Finnmarku.  W  Norwegii.  Bardzo  daleko.  Nie 

mogła do niego dotrzeć. 

Nazywała  go  przyjacielem.  Ale  miała  trzydzieści  osiem  lat.  Wystarczająco  wiele,  by 

być wobec siebie uczciwa. Na. tyle patrzyła trzeźwo, by wiedzieć, że wszystko wyglądałoby 

inaczej, gdyby Wasia nie wyjechał. 

Na pewno byłby jej przyjacielem. Bardzo bliskim przyjacielem. Może staliby się sobie 

tak bliscy, że zraniliby innych. Że zraniliby siebie nawzajem. 

background image

Raija cieszyła się, że Wasilij przebywał w Finnmarku. 

Pod przymkniętymi powiekami ujrzała Jewgienija. Posrebrzały mu włosy. Dostrzegła 

to, gdy nastała wiosna. Ciemność zimy ukrywała siwiznę. Wiosną brązowe włosy męża jakby 

wyblakły, obramowanie  twarzy stało się bardziej miękkie. Na samej twarzy przybyło więcej 

bruzd.  Znak  upływu  czasu.  Zimą  nie  dostrzegała  tego  wszystkiego.  Może  po  prostu  nie 

zwracała uwagi na wygląd Jewgienija. Przecież dobrze wiedziała, jak on wygląda. Można stać 

się ślepym na drugą osobę, z którą dzieli się życie... 

-  Będziesz  za  nim  tęsknić?  Tonią  stanęła  w  drzwiach,  opierając  się  o  framugę  i 

splatając ręce pod biustem. Otworzyła, by do pokoju Raiji weszło nieco ciepła z kuchni. 

-  Oczywiście  -  odparła  Raija.  Słowo  to  było  tak  gładkie,  że  wręcz  wymknęło  się  jej 

bezwiednie. - Zostałam sama. Przecież Miszy też nie będzie... 

Tonią pokiwała głową. Uśmiech błądził jej wokół ust. 

- Nie będziesz samotna w Archangielsku, Raiju - Raiso. Masz mnie. Połowa miasta je 

ci z ręki. Jewgienij czułby się o wiele bardziej samotny, gdybyś to ty wyjechała. 

Raija zamknęła oczy. Była to gorzka prawda. Tłumaczyła wiele. 

Jewgienij znajdował się w drodze na zachód. Ona nie. Tylko jej myśli szły w ślad za 

nim. 

Jej sny. 

background image

Jewgienij  pełną  piersią  wdychał  zapach  morza.  Czuł  jego  rytm  pod  stopami.  Stał 

pewnie, a ciało kołysało się wraz z falami. 

Tęsknił  za  tym.  Przez  te  wszystkie  lata  spędzone  na  lądzie  tęsknił  za  morzem. 

Wyrzekł się go dobrowolnie, ale jego serce zawsze biło dla słonej wody. Tęsknił za wiatrami, 

których nie czuło się na lądzie, za bezkresnym widnokręgiem, za nieprzewidywalnym tańcem 

fal. 

Na lądzie był szczęśliwy, ale na morzu czul jeszcze inny rodzaj szczęścia. 

Nie oznaczało to powrotu do pływania. Powiedział to Raiji. Chodziło tylko o ten jeden 

rejs.  Ostatni.  Musiał  znów  poczuć  morze,  a  nie  jakąś  jego  namiastkę  na  Morzu  Białym  czy 

Dwinie. To były tylko wody, a nie prawdziwy ocean. 

Jego ostatni rejs. Michaiła pierwszy. Dlatego tak ważny. Dlatego nie chciał, by Raija 

płynęła, ale nie starczyło mu argumentów, by ją powstrzymać. 

Czyżby jego myśli spowodowały ten wypadek? Nie miał czystego sumienia. Nie mógł 

nawet na moment zapomnieć o Raiji. 

Michaił pytał, dlaczego nie zawinęli na wyspę Soroya. Odparł, że zrobią to w drodze 

powrotnej. Może dotrzyma tej obietnicy. 

Jewgienij sam się zastanawiał, co go tu ciągnęło. To on postanowił, że zawiną do tego 

fiordu. On wyznaczył kurs na widniejące w oddali strome góry. 

Pięły  się  niemal  ku  niebu,  pokazując  im,  że  niebieski  ma  wiele  odcieni.  Już  morze 

było  niebieskie.  U  podnóża  gór  widniał  pasek  zielonego,  a  dalej  wznosiły  się  one:  góry. 

Spowite  takim  niebieskim  kolorem,  jakiego  Jewgienij  nigdzie  indziej  nie  widział.  Wiedział, 

ż

e  z  bliska  skały  są  czarne.  Kamień  wzięty  w  dłonie  byłby  czarny  albo  szary,  ale  nie  nie-

bieski. 

Ale te góry były niebieskie. Dopiero tuż pod niebem naciągały na siebie białe kołderki 

chmur.  Miejscami  cale,  a  miejscami  dziurawe.  Niebieskie  niebo  gładziło  swoje  niebieskie 

siostry, góry. 

Góry  wiodły  ich  w  obręb  zatoki,  odsłaniając  płaski  obszar  przy  ujściu  rzeki,  która 

błękitną wstęgą sięgała od słonego morza ku szerokim płaskowyżom w głębi lądu, w innych 

krajach. Jewgienij tam nigdy nie był, słyszał tylko o miejscach o wielojęzycznych nazwach. 

Wydał  polecenie  zawinięcia  do  tego  fiordu  może  dlatego,  że  właśnie  to  miejsce 

prześladowało go w snach przez te wszystkie lata... 

background image

Jego  sumienie  było  niczym  otwarta  rana.  Nadal  bolało.  Musiał  znów  zobaczyć  to 

miejsce. I może znów skłamać, po raz ostatni. 

Jewgienij skończył pięćdziesiąt lat. Zbliżał się do schyłku życia. Nadal miał nadzieję 

na wiele dobrych lat, ale w głębi serca wiedział, że nie mógł tego być pewien. Najlepsze lata 

już minęły. 

Michaił miał zostać pryncypałem. Armatorem. 

Jewgienij  zawsze  chciał  popłynąć  z  synem  w  jego  pierwszy  rejs.  I  właśnie  tak  się 

stało. 

Ze  wszystkich  fiordów,  do  których  zawijała  „Raija  Antonia”,  tego  jednego  nie  mógł 

ominąć. 

Jewgienij  pragnął,  by  Michaił  zobaczył  osadę.  Tylko  zobaczył,  nie  chciał  mu  nic 

więcej mówić. Może, by zszedł na ląd, ten sam, po którym chodziła jego matka. 

Dla Miszy wszystko nadal stanowiło przygodę, zabawę. Czas pokaże, czy to naprawdę 

polubi.  Był  jedynym  dziedzicem  części  majątku  przypadającej  na  Jewgienija.  Misza 

właściwie nie miał wyboru. Dlatego lepiej, by polubił morze i pływanie. 

Mieli  teraz  cztery  większe  statki  i  kilka  mniejszych  łodzi.  Mieli  kutry  rybackie. 

Oczywiście,  to  wiele  kosztowało  zarówno  Jewgienija,  jak  i  Olega,  ale  zapewniło  im  i  ich 

rodzinom solidne podstawy bytu. Ich spadkobiercy nie odziedziczą mało. 

Jakże  dawno  Jewgienij  widział  ten  fiord...  Wtedy  nawet  sobie  nie  wyobrażał,  jak 

bardzo zmieni się jego życie. 

Wtedy nawet nie marzył, że będzie miał syna. A Michaił zrodził się w miłości. 

To  stanowiło  argument  na  jego  obronę.  Chociaż  wątpił,  czy  będzie  jej  potrzebował. 

Wiele wody upłynęło od tego czasu. Piętnaście lat. Pewnie już dawno przestali na nią czekać. 

Mały  domek  na  cyplu  wywierał  na  Jewgienija  jakiś  magiczny  wpływ.  W  ciszy 

wieczoru  stał  oparty  o  reling  ze  wzrokiem  skierowanym  w  jego  stronę.  Widział  jakieś 

postacie, ale nie mógł stwierdzić, czy nadal mieszka tam Reijo. Równie dobrze mogli to być 

obcy ludzie. Jewgienij liczył na to. 

- Byłeś tu kiedyś, tato? 

Chłopiec podszedł do niego niepostrzeżenie. Stanął obok ojca, też oparł się o reling i 

próbował zgadnąć, na co patrzy ojciec. 

- Tak - odparł Jewgienij. - Ale to było dawno, dawno temu. 

- Znałeś tu kogoś? Pokiwał głową. 

- Dobrze znałeś? - drążył z ciekawością Misza. - Czy tylko z nim handlowałeś? 

background image

-  Naprawdę  znałem.  Wzrok  Jewgienija  ponownie  powędrował  w  stronę  zagrody  na 

cyplu. Przybyło kilka budynków. Ściany z bali drewna były dobrze utrzymane. Nad fiordem 

dostrzegł szopę i łódkę. 

- To działo się dawno temu, Michaił. Dawno przed twoim urodzeniem. Byłem wtedy 

młody. On na pewno tu już nie mieszka. 

Męczące wspomnienia. Twarze prześladujące Jewgienija w snach. 

Jak też ułożyło się im życie? Dzieci Raiji... 

Myśl  ta  męczyła  go  zwłaszcza  wtedy,  gdy  patrzył  na  rozwój  Miszy.  Rozumiał,  co  to 

znaczy szczęśliwe dzieciństwo. Rodzina. Misza dorastał otoczony miłością i matki, i ojca. A 

Jewgienij  cały  czas  wiedział,  że  Raija  ma  jeszcze  troje,  które  nigdy  nie  zaznały  jej  miłości. 

Czworo, licząc wychowankę. 

Zdarzały się chwile,  gdy Jewgienij nie był dumny  z tego, co zrobił. Stał  tu teraz, tak 

bliski odpowiedzi na swoje pytania, i nie mógł się odważyć, by je zadać. 

- Starzeję się, Michaile - rzucił zmęczony - starzeję się. 

Nie słuchał sprzeciwów syna. 

Michaił nic nie wiedział. 

Nigdy nie miał się dowiedzieć, że ojciec zbudował ich życie na kłamstwie. 

Jewgienij wrócił do swych obowiązków. Wydał rozkazy. Przepłynął na „Iwana”, inny 

statek zacumowany na wodach fiordu. Nie dogadał się z kapitanem. 

Pryncypał „Iwana” został nad Morzem Białym,  może i daleko, ale kapitan musiał po 

powrocie  przed  nim  odpowiadać.  Jewgienij  i  Oleg  mogli  się  targować,  ustępować,  gdy 

chcieli. Mogli swobodnie decydować. Byli panami siebie. 

Potem Jewgienij popłynął na ląd. 

Dziwnie  było  znów  stanąć  na  tej  ziemi.  Na  kamieniach,  po  których  chodziła  i  Raija. 

Podniósł jeden, zastanawiając się przelotnie, czy go jej nie zawieźć. 

Cisnął go do morza. 

Podeszli  do  niego  ci,  którzy  mieli  ryby  na  sprzedaż.  Mówili  po  norwesku,  fińsku  i 

lapońsku.  Posługiwali  się  gestami  i  grymasami,  słowami,  które  jakby  rozumiał.  Używali 

wyrazów, o których sądzili, że są rosyjskie. 

Rozumieli  się  nawzajem.  I  nie  rozumieli.  Ale  dogadywali  się.  Dobijali  targu. 

Wymieniali uściski dłoni. 

Miejscowi  rzucali  ukradkowe  spojrzenia  na  pusty  rękaw  koszuli  Jewgienija.  Był  do 

tego przyzwyczajony i nawet nic nie zauważał. 

Czuł się silniejszy, stojąc na jej ziemi, otoczony tym krajobrazem. Górami. 

background image

Czy ona umiałaby mu kiedykolwiek wybaczyć, gdyby wiedziała...? 

Stał tak, wysoki i wyprostowany, w  ciemnych spodniach i wysokich butach. Nosił je 

nawet  na  pokładzie  statku.  Szeroką  koszulę  miał  włożoną  w  spodnie,  w  pasie  owiązał  się 

kolorowym  szalem.  Innym,  należącym  do  Raiji,  okręcił  szyję.  Przewyższał  wzrostem 

miejscowych. Wyróżniał się nie tylko brakiem ramienia. 

Jewgienij  poczuł  nagle,  jak  spośród  tłumu  na  brzegu  dosięgło  go  szczególnie 

intensywne spojrzenie. Spojrzenie, które chciało przeniknąć go na wskroś. 

Odwrócił się. 

Serce ściął mróz, a potem ogarnął je ogień. 

Rzeczywiście upłynęło dużo czasu. Jewgienij nie dostrzegał tego na sobie ani na Raiji. 

Ona zawsze była dla niego młoda i śliczna, jak wtedy. 

Mógł ocenić upływ czasu, gdy patrzył na Misze. 

A teraz ujrzał, że ten mężczyzna się postarzał. Dostrzegł siwe pasma w gęstej, jasnej 

czuprynie  -  tej,  która  kiedyś  przypominała  łan  zboża  w  letni,  słoneczny  dzień.  Dostrzegł 

zmarszczki na jego twarzy. 

Ale oczy pozostały te same. Zielone, przejrzyste. Patrzyły na niego. Oceniały go. 

Szok był równie wielki dla nich obu. 

Drawsi, Jewgieniju Dymitrowiczu - rzucił Reijo. Jewgienij odpowiedział mu w jego 

ojczystym języku. Był mu winien chociaż to. 

Paivaa, Reijo Kesaniemi. Kopę lat. 

- Znasz go? - zdziwił się młody chłopak stojący obok Reijo. 

Jewgienij  zastanowił  się  przez  moment,  czy  to  nie  syn  Raiji.  Ale  nie,  jej  syn  miał 

jaśniejsze włosy, poza tym ten nie miał jej rysów. On przecież rozpoznałby jej dzieci. 

- Tak, znam go. Ale to było dawno temu, Emil. Dawno. 

Spojrzenie  Reijo  spoczęło  ciężko  na  Jewgieniju,  jakby  chciał  wydobyć  wzrokiem 

prawdę o minionych latach. 

-  Ci  mężczyźni  chcą  z  tobą  dobić  targu,  Jewgienij.  -  Reijo  wskazał  dłonią  jeszcze 

jednego  młodzieńca.  Jewgienijowi  spodobał  się  on:  ciemnowłosy,  z  bystrymi  oczami  i 

ciekawym  grymasem  błąkającym  się  wokół  ust.  Ten  pierwszy,  Emil,  nie  wzbudzał  w  nim 

ż

adnych  uczuć.  -  Ja  przyszedłem  tu  jako  tłumacz  -  mówił  dalej  Reijo.  Piętnaście  lat  starszy 

Reijo. 

- Dostaną dobrą cenę - zapewnił go Jewgienij ochrypłym głosem. - Potem zapraszam 

cię na mój statek, na herbatę i rum. 

Nie mógł inaczej. 

background image

Basiba - podziękował Reijo. - Mamy wiele do omówienia. 

-  Tak,  wiele,  Reijo.  Kątem  oka  Jewgienij  dostrzegł,  że  na  brzeg  dostał  się  Michaił. 

Zesztywniał. Czy ten młokos nie mógłby trzymać się z dala jeszcze przez chwilę? 

Reijo  musiałby  być  ślepy,  żeby  nie  zrozumieć.  A  zawsze  odznaczał  się  bystrością 

spojrzenia. 

-  Dzieciaki  wręcz  zwariowały  -  zaśmiał  się  Misza.  -  Chyba  nigdy  wcześniej  nie 

widziały cukierków! 

-  Bo  może  i  nie  widziały!  -  uciął  Jewgienij.  Sam  słyszał,  jak  szorstko  to  zabrzmiało. 

Chciał tylko, by Misza sobie poszedł. Przecież nawet jego  głos był podobny do  głosu Raiji! 

Jeszcze  ten  chłopięcy,  jasny.  Załamywał  się  już  czasem  w  mutacji,  ale  wciąż  przypominał 

głos matki. 

Jewgienij dostrzegł spojrzenie Reijo. I sam popatrzył na jedynaka wzrokiem Fina. 

Misza był wysoki, o długich nogach. Ciemnowłosy, niemal czarnowłosy. Ciemnooki. 

Z  brwiami  Jewgienija,  choć  z  małym  załamaniem  pośrodku  każdej.  Z  uśmiechem  Raiji. 

Prostym nosem ojca, ale z policzkami niemal dziewczęcymi. 

Jewgienij nie wiedział, jak Raija wyglądała jako dziewczynka. A Reijo wiedział. 

- Twój syn? - spytał Reijo, nie spuszczając wzroku z chłopaka. 

- Tak - potwierdził Jewgienij. Nie był w stanie dodać nic więcej. 

Milczenie Reijo uderzyło w Jewgienija niczym mocny wiatr. 

-  Mamy  wiele  do  omówienia,  Jewgienij  -  powtórzył  Reijo  ciężko.  Zaczerpnął 

powietrza i zaczął mówić o handlu. 

Michaił  zrozumiał  sytuację  na  tyle,  by  zniknąć.  Ale  zdążył  rzucić  ojcu  czupurne 

spojrzenie. Jewgienij był pewien, że Reijo rozpoznał to spojrzenie i upór. Wiedział, że w tym 

przypadku nie uniknie powiedzenia prawdy. 

Musiał to wytłumaczyć. 

Dał  Norwegom  dobrą  cenę.  Worki  z  mąką  zmieniły  właściciela.  Beczki  z  rybami 

zabrano łódką na statek. Mąka została załadowana na wózek chłopaków. 

Obserwował,  jak  Reijo  z  nimi  rozmawia.  Kładzie  rękę  na  ramieniu  ciemnowłosego, 

przekazując jakąś wiadomość. Może w ścianach domu z bali przebywa jakaś kobieta? Może 

Reijo ma żonę? 

Jewgienij życzył mu tego. 

Reijo  w  drodze  na  statek  siedział  naprzeciwko  niego.  Jewgienij  czuł  się  jak  złodziej, 

natręt, który w dodatku zacumował na wodach fiordu Reijo. 

background image

Misza  zajął  miejsce  za  jego  plecami.  Reijo  mógł  mu  się  dobrze  przyjrzeć.  Porównać 

ojca z synem i porównać syna z obrazem, który nosił w pamięci. 

Nie można jej kochać, a potem zapomnieć. 

Weszli  na  statek  i  skierowali  się  do  kajuty.  Jewgienij  przypomniał  sobie,  że  jego 

obecna kajuta nie różni się specjalnie od tej sprzed piętnastu lat. Spojrzał na nią oczami Reijo. 

Zrozumiał, że tamten też ją pamiętał. 

Ikona Maryi Panny na ścianie. Raiji zawsze podobała się ta ikona, mimo że sama nie 

była  szczególnie  wierząca.  Na  stoliku  poniżej  -  lampka  oliwna,  w  szafce  -  kieliszki  i  kubki. 

Krzesła  miały  skórzane  siedzenia.  Oboje  z  Raiją  nie  lubili  haftów.  Raija  wolała  tkać.  Kapa 

przykrywająca koję była jej dziełem. Niebieska niczym trzecia miłość Jewgienija - morze. 

Miedziana rukamojka. Taka, jak inne: zbiornik na wodę, kran i miska. 

Samowar  też  nie  był  ani  większy,  ani  bardziej  ozdobny  niż  na  innych  rosyjskich 

statkach. 

Jewgienij  wskazał  ręką  w  stronę  jednego  z  krzeseł.  Reijo  usiadł.  Michaił  wszedł  za 

nimi do kajuty, najwyraźniej ciekaw obcego. 

-  Masz  swoje  obowiązki,  mój  synu  -  powiedział  do  niego  Jewgienij.  -  Idź  do  Olega, 

powie  ci,  co  trzeba  zrobić.  Ja  muszę  porozmawiać  z  tym  panem.  O  interesach.  Możesz 

uścisnąć mu dłoń na pożegnanie. 

Michaił usłuchał ojca. Jego dłoń utonęła w dłoni Fina. 

- Muszę się pożegnać - powiedział Misza, choć nie wiedział, czy tamten go rozumie. 

Bardzo  chciał  z  nim  porozmawiać,  choć  sam  nie  wiedział,  dlaczego.  Może  przypominał  mu 

Wasię? Mieli coś podobnego w uśmiechu, w zielonych oczach... 

- Mój syn się żegna - przetłumaczył Jewgienij sztywno. - Niestety, nie mówi żadnym z 

języków, które ty znasz. Ma swoje obowiązki. 

Reijo przyjął to wyjaśnienie bez mrugnięcia okiem. 

-  Miło  było  mi  go  poznać.  Jest  świetnym  chłopakiem.  Takiego  syna  sam  miałem 

nadzieję mieć. 

Jewgienij  dokładnie  przetłumaczył  synowi  słowa  Reijo,  mimo  że  pojmował  ich 

podwójne znaczenie. Ale Reijo zasługiwał na uczciwość. 

Twarz Miszy rozjaśniła się w uśmiechu. Lubił pochwały. Jewgienij ze skurczem krtani 

dostrzegł, jak uderzająco syn podobny jest w tym momencie do matki. 

Chłopak wyszedł posłusznie. Raija dobrze go wychowała. 

Jewgienij  uroczyście  nalał  rumu  do  dwóch  kryształowych  szklanek.  Potrzebował 

czegoś na uspokojenie. Czasu na przygotowanie odpowiedzi na nieuniknione pytania. 

background image

Unieśli ku sobie naczynia i wypili w milczeniu. 

Reijo odezwał się pierwszy. 

- Jak ona się miewa? Jewgienij poczuł, jak drga mu policzek. 

- Co chcesz usłyszeć? - spytał, pragnąc zyskać na czasie. Każde słowo, o ile nie mówił 

o niej, pomagało mu w tym. 

- Prawdę - odparł Reijo. W dłoni ściskał szklankę. 

Jewgienij  wciągnął  z  drżeniem  powietrze.  To  było  nieuniknione.  Miał  tego 

ś

wiadomość, gdy wydawał rozkaz zawinięcia do fiordu Lyngen. Jednak nie zawrócił. 

- Zrozumiałeś, że chłopak jest jej synem? 

-  Nie  jestem  ślepy  -  rzucił  Reijo.  Tak,  z  pewnością  nie  był.  Jewgienij  wypił  do  dna 

swój  rum.  Dolał  im  obu.  W  końcu  skończyłby  się  i  trunek.  Musiał  coś  powiedzieć,  zanim 

kłamstwa przestaną być wiarygodne. 

- Tylko mnie możesz obarczać winą - westchnął. - Jeżeli masz kogoś nienawidzić, to 

tylko mnie. Ona nie jest winna. To ja ją uwiodłem. Ja użyłem wszelkich środków, by została. 

- A teraz? 

Czy ona wróciłaby, gdyby odzyskała pamięć? Jewgienij nie był pewien. Ale w nagłym 

olśnieniu  ujrzał  twarz  Wasilija  obok  Reijo.  Dotychczas  sądził,  że  Wasia  jest  podobny  do 

Aleksieja. Błąd! Wasia o wiele bardziej przypominał Reijo! Mogliby być braćmi. 

- Ona nie żyje. 

- Od kiedy? 

-  Chłopak  skończył  trzynaście  lat.  -  Przynajmniej  to  było  prawdą.  -  Miał  wtedy 

zaledwie  rok.  Raija  wracała  do  domu  z  Archangielska  z  przyjaciółką.  Jechały  wozem 

konnym.  Była  zima.  Jeden  z  koni  przestraszył  się  czegoś  i  gwałtownie  szarpnął.  Raiję 

wyrzuciło, a potem wóz ją przygniótł. 

Zamilkł. Niech Bóg wybaczy mu i to kłamstwo! A czy Raija wybaczyłaby? 

- Nie cierpiała - dodał. Ujrzał przed sobą twarz Raiji. Jego Raiji. Raisy Bykowej. Jego 

ż

ony. 

Nadal żywej. Starszej o piętnaście lat. Ale z gorącą krwią płynącą w żyłach. 

-  Umarła,  gdy  na  niebie  płonęła  zorza  polarna.  Reijo  podniósł  szklankę  do  ust  i 

jednym haustem wypił złocisty płyn. 

Co on teraz myślał? Czy uwierzył? A dlaczego miałby nie uwierzyć? 

- Czekałeś na nią? Wiedział, że to oczywiste, ale pytanie samo mu się wymknęło. 

- Właściwie nie - odparł Reijo z wahaniem. 

background image

Jewgienij  był  przekonany,  że  Fin  mija  się  z  prawdą.  Dostrzegał  ból  zastygły  w  jego 

twarzy. W twarzy męża Raiji. Raiji Kesaniemi. 

- Masz kogoś? 

- Nie wiedziałem, czy się mogę ożenić - uciął Reijo. - Teraz wiem. 

Jewgienij  zdawał  sobie  sprawę  z  tego,  że  Reijo  uniknął  odpowiedzi  na  jego  pytanie. 

Wiedział także, dlaczego. Minęło piętnaście lat i Reijo nie napotkał żadnej, która mogłaby się 

równać z Raiją. 

- Jak się ułożyło jej dzieciom? - Jewgienij musiał się tego dowiedzieć. 

- Dobrze - odparł Reijo z dumą. Jewgienij rozpoznał tę dumę. Także był ojcem. 

-  Stały  się  moimi  dziećmi  -  mówił  dalej  Reijo.  -  Wszystkie  założyły  rodziny.  Maja 

pojechała do Finlandii razem z mężem, który stamtąd pochodzi. Knut mieszka w pierwszym 

domu Raiji i ma miłą żonę, Finkę. A moja Ida wyszła za syna Mikkala. 

- Było jeszcze jedno? 

-  Owszem,  Elise  -  uśmiechnął  się  Reijo.  -  Przybrana  córka  Raiji.  Wyszła  za  brata 

Raiji, Mattiego. Wszystkim ułożyło się dobrze. 

Tak, to stanowiło pewne pocieszenie. 

-  Znienawidzili  ją?  Jeżeli  kiedykolwiek  powie  Raiji  prawdę,  ona  na  pewno  zada  mu 

takie pytanie. 

-  Nie,  nie  nienawidzili  -  Reijo  zastanowił  się  przez  chwilę.  -  Ale  nigdy  jej  nie 

zrozumieli. 

Zielone oczy napotkały oczy Jewgienija. I to on musiał odwrócić wzrok. 

-  Mnie  też  było  trudno.  Ale  gdy  zobaczyłem  chłopaka,  zrozumiałem.  Ona  zawiodła 

wystarczająco  wielu.  Nie  mogła  opuścić  nowo  narodzonego  dziecka!  To  była  jej  ostatnia 

szansa, rodzaj odkupienia win wobec innych. 

-  Nazwaliśmy  go  Michaił  -  wyznał  Jewgienij,  czekając  z  napięciem  na  odpowiedź 

Reijo. 

- To ma swój sens - uśmiechnął się Fin. - Świetny chłopak, Jewgienij. Czasami żałuję, 

ż

e ja nie mam syna. 

- Nadal jesteś młody. Reijo pokiwał głową, wciąż uśmiechnięty. 

- Co się stało z twoją ręką? - spytał. 

-  Spadłem  z  masztu,  a  ramię  zaczepiło  się  o  linę  i  niemal  oderwało.  -  Teraz 

uśmiechnął  się  Jewgienij.  Już  dawno  nie  musiał  opowiadać  tej  historii.  W  rejonach  nad 

Morzem Białym wszyscy słyszeli o czynach Carycy. 

Reijo dolał trunku do szklanek. 

background image

-  To  zdarzyło  się  w  drodze  stąd,  piętnaście  lat  temu.  Dopadł  nas  sztorm.  Raija 

uratowała  mi  życie.  Zatrzymała  krwotok.  Ktoś  z  załogi  odciął  mi  ramię.  Ona  mnie 

pielęgnowała. 

Jewgienij nie lubił przypominać sobie tego zdarzenia, ale był to winien Reijo. 

-  A  więc  potrzebowałeś  jej!  -  wykrzyknął  Reijo.  -  Ona  zawsze  chciała  być  komuś 

potrzebna. Inaczej nie umiała żyć. 

Jewgienij przytaknął. 

Taka była Raija. Także jego Raija. Ta cecha charakteru wciąż jej pozostała. Tylko nie 

pamiętała swego życia sprzed wypadku. 

Ta dawna Raija naprawdę umarła pod zimowym, płonącym zorzą polarną niebem nad 

Dwiną. 

To nie było kłamstwo. 

Po prostu inna Raija zaczęła wtedy nowe życie. 

Kłamstwo nie było wielkie. 

- Bóg świadkiem, że jej wtedy potrzebowałem. 

- Jak ci w ogóle poszło w życiu? 

-  Dobrze  -  Jewgienij  wzruszył  ramionami.  Ogarnęło  go  zmęczenie.  Czul,  jakby 

bardziej postarzał się dzisiaj niż przez te wszystkie lata. - Razem z przyjacielem mamy kilka 

statków. On przez te lata pływał jako kapitan na jednym z nich. Ja wypłynąłem dopiero teraz. 

Michaił będzie dobrze zabezpieczony na przyszłość. 

Nie lubił się chwalić, bo czul, jakby przekonywał tego drugiego do swojej wartości. 

- Mnie też dobrze poszło - powiedział Reijo, dorzucając tylko jedno słowo: - Złoto. 

- To dobrze. Bałem się, że może cierpicie niedostatek. 

Nastąpiła  chwila  ciszy.  Pili  rum,  zajęci  własnymi  myślami.  Nawet  nie  patrzyli  na 

siebie nawzajem. 

- Dlaczego nigdy nie przesłałeś wiadomości? Co roku przypływają tu rosyjskie statki, 

często i z Archangielska. Dlaczego nigdy nie napisałeś?! To było oskarżenie. 

-  Myślałem  o  tym  -  przyznał  Jewgienij  z  ciężkim  sercem.  Teraz  nie  musiał  udawać 

szczerości. - Myślałem o tym cholernie dużo razy. I odsuwałem to. Zostawiałem na później. 

Usprawiedliwiałem  się  tym,  że  nie  znam  waszego  alfabetu.  Czułem,  że  gdybym  to  opisał, 

zabiłbym ją jeszcze raz, wobec siebie. A zawsze myśli się najpierw o sobie. 

Znów cisza. 

- Spędziła dwa lata w Rosji - powiedział Reijo z trudem. - Jak jej było? Mówiłeś, że 

miała przyjaciółkę? 

background image

-  Tak,  Antonię  -  pokiwał  głową  Jewgienij.  -  Jest  żoną  mojego  wspólnika.  Antonia 

została przyjaciółką Raiji. Różnią się, ale dla przyjaźni to nieważne. 

Nawet nie zauważył, że powiedział to w czasie teraźniejszym, jak o żyjącej. 

-  Ten  statek  nazwaliśmy  na  cześć  ich  obu.  Mamy  jednego  „Sankt  Nikołaja”,  nie 

mogliśmy  ryzykować...  Mamy  „Raisę”,  to  imię  najbardziej  przypomina  jej  własne,  które 

wielu Rosjanom trudno byłoby wymówić. Mamy też „Tonie”, to zdrobnienie od Antonii. No i 

ten, „Raija Antonia”. 

- Czy odszukałbyś mnie sam? - spytał Reijo nagle, jakby wcale nie słuchał. 

Popatrzyli na siebie długo. Obaj byli mężczyznami o silnej woli. 

-  Nie  -  odparł  w  końcu  Jewgienij.  -  Zawinąłem  do  Lyngen,  by  Michaił  zobaczył  to 

miejsce. Zastanawiałem się, czy nadal tu mieszkasz. Godzinami wpatrywałem się w twój dom 

z nadzieją, że mieszka tu kto inny. Ze znalazłeś kogoś i zacząłeś nowe życie gdzie indziej. 

- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie - upierał się Reijo. 

Jewgienij uważał, że odpowiedział. 

-  Czy  Raija  była  szczęśliwa?  -  spytał  Reijo.  -  Czy  była  szczęśliwa?  Tylko  to  chcę 

wiedzieć.  Możesz  zachować  swoje  wspomnienia  w  spokoju,  Jewgienij.  Chcę  wiedzieć  tylko 

to. 

- Tak - odparł Rosjanin. - Była szczęśliwa. Nigdy nie sądziłem, że będę mógł dać jej 

choć  odrobinę  tego,  co  straciła.  Ale  ułożyło  się  dobrze.  Zadowoliła  się  tym,  co  mogłem  jej 

ofiarować. Pokochała mnie. I była szczęśliwa. 

- Czy nazywała to rodzajem miłości? Jewgienij pokręcił głową, zdumiony. 

-  Nie,  mówiła  tylko,  że  mnie  kocha.  Reijo  uśmiechnął  się.  Jewgienij  nie  umiał  pojąć 

jego spokoju. Nie rozumiał Reijo. 

- Ida jest w domu - rzucił. - Może Michaił spotkałby się z nią? 

Jewgienij zastanowił się. 

- Nie chcę opowiadać mu o tej części życia matki. Nie chcę, by zmienił o niej zdanie. 

Pragnę, by pamiętał ją tak, jak ja. Znał taką, jaka była u nas. Rozumiesz mnie? 

Reijo po dłuższej chwili pokiwał głową. 

- Żałuję, że nie mogę jej opowiedzieć, jak powiodło się jej dzieciom. 

Dłoń Jewgienija drżała, gdy odstawiał pustą szklankę. 

Reijo dopił swój trunek. 

- Odpływacie jutro? 

background image

Jewgienij  skinął  głową.  Reijo  wstał  i  uścisnął  dłoń  Jewgienija,  patrząc  mu  długo  w 

oczy.  Może  szukał  śladów  kłamstwa?  Oczy  Rosjanina  niczego  nie  zdradziły.  W  końcu  już 

piętnaście lat żył w tym kłamstwie... 

- Dziękuję ci, że ją uszczęśliwiłeś! Jewgienij słyszał, że Reijo mówi to szczerze. 

- Połóż ode mnie kwiaty na jej grobie. Takie drobne, które rosną na skałach. Właśnie 

takie lubiła. 

Jewgienij znów pokiwał głową, z trudem przełykając ślinę. 

-  Zawołam  kogoś,  by  cię  zawiózł  na  brzeg.  Odprowadził  Reijo  na  pokład,  wydał 

rozkazy. Na wodę spuszczono łódkę, a z burty drabinkę sznurową. 

Ponownie  Reijo  uścisnął  dłoń  Jewgienija,  pomachał  z  daleka  Michaiłowi.  Zszedł  do 

łódki i usiadł zwrócony twarzą w stronę lądu. 

Jewgienij czuł ulgę, że nie jest tej nocy Reijo Kesaniemim. 

- Kim był ten mężczyzna, tato? - spytał Michaił, stając przy ojcu i patrząc w ślad łódki 

odwożącej nieznajomego. 

Jewgienij objął ramieniem syna. 

- To jego znałem kiedyś, chłopcze. 

- To o nim myślałeś, że już tu nie mieszka? Ojciec pokiwał głową. 

-  Był  moim  dobrym  przyjacielem,  Michaił.  Dobrym  przyjacielem,  którego  kiedyś 

bardzo zawiodłem. Zawiodłem jego zaufanie. Dlatego bałem się go znów spotkać. 

- Czyli to dobrze, że się jednak spotkaliście - uznał Misza. 

W słowach syna Jewgienij odnalazł ślad mądrości życiowej Raiji. 

- Wyglądało na to, że on ci przebaczył, tato. Uważam, że był miły. Podobało mi się, 

gdy powiedział, że chciałby mieć syna takiego jak ja. Też myślisz, że on mnie polubił? 

- Jestem tego pewien. Inaczej nie powiedziałby tak. Reijo nigdy nie mówi tego, czego 

nie uważa. 

- Jak bardzo jego imię przypomina imię mamy! - zdumiał się Misza. 

- Też tak sądzę. 

-  Myślisz,  że  on  ją  znał?  Jewgienij  tylko  pokręcił  głową.  Nie  był  w  stanie 

wypowiedzieć głośno więcej kłamstw. 

- Odwiedzimy go? 

-  Nie,  Michaił.  Odpływamy  jutro.  Będzie  jeszcze  wiele  fiordów.  Jeszcze  musimy 

kupić  więcej  ryby,  zanim  zawrócimy.  Nie  sądziłem,  że  już  ci  się  znudziło.  Przecież  tak 

chciałeś popłynąć w ten rejs. Tyle musiałem prosić twoją matkę, by cię puściła... 

background image

Misza pospiesznie zaczął zapewniać ojca, że wcale mu się nie znudziło, o, nie! Chciał 

po prostu zobaczyć, jak żyją ludzie w tym kraju. 

-  Będą  inne  fiordy  -  powtórzył  Jewgienij.  Misza  zamilkł  na  chwilę,  a  potem 

oświadczył: 

- Chcę zostać kapitanem jak ty, ojcze. 

Jewgienij  uścisnął  ramiona  syna.  W  tym  momencie  poczuł,  że  wszystkie  jego 

kłamstwa były warte ceny, którą za nie zapłacił. Nawet to ostatnie było niczym wobec słów 

syna. Syna Raiji i jego, Michaiła, który powiedział mu, że chce pójść jego drogą. 

Jewgienij był pewien, że Raija też byłaby teraz dumna z syna. 

Dumna i szczęśliwa. 

Istnieją gorsze kłamstwa, pomyślał Jewgienij. Choć pewnie Raija nie wybaczyłaby mu 

tego ostatniego. 

background image

Raija  nie  pozostała  długo  w  mieście.  Antonia  mogła  ją  prosić  i  błagać,  ale  nie  miała 

władzy nad przyjaciółką. 

- Idź, porozmawiaj z gubernatorem, jeśli tak pilno ci do munduru! - prychnęła Raija. - 

Zrobię tak, jak zechcę! 

Oczywiście  dopięła  swego.  Pojechała  do  domu.  Zacisnęła  zęby,  by  oszukać 

uśmiechem przypadkowych przechodniów. Toni nie zdołała oszukać. 

Może Raija potrzebowała samotności. Już bardzo dawno nie była całkiem sama. 

Nigdy  wcześniej  własny  dom  nie  wydał  się  Raiji  tak  ogromny.  I  pusty.  Niemal 

słyszała swój oddech. Wydawał się podmuchem wiatru. 

Nie mogła też dostatecznie ogrzać domu. Było lato, jasne noce. Mimo że napaliła we 

wszystkich piecach, marzła. 

Raija  owinęła  się  szalem  i  usiadła  jak  najbliżej  paleniska  w  kuchni.  Tak  blisko,  że 

słyszała, jak ogień do niej mówi. Ale wciąż marzła. 

Nadal wędrowała ścieżkami snów. Nie była pewna, czy kiedykolwiek dotrze do celu. 

Widziała przed sobą tyle ścieżek do wyboru, tylko że nie wiedziała, czy starczy jej czasu na 

błądzenie. 

Miała trzydzieści osiem lat. Teraz była tego pewna. Kiedyś i w to wątpiła. 

Tak bardzo pragnęła, by ktoś ujął ją za rękę i zaprowadził tam, dokąd powinna dojść. 

Dokąd musiała dojść. 

Tak bardzo chciała odnaleźć samą siebie... 

Stała  na  wietrze,  z  rozpuszczonymi  włosami.  Wiatr  bawił  się  nimi  swobodnie.  Od 

zawsze  był  jej  najwierniejszym  wielbicielem.  Potrafił  pieścić  delikatnymi  palcami,  ale  także 

drapać pazurami. 

Ubrana  była  w  odświętny  strój.  Działo  się  to  teraz  i  jakby  nie  teraz.  Miała  na  sobie 

swoją  najładniejszą  suknię  i  mięciutkie  buty,  a  na  ramionach  zniszczony,  brązowy  szal. 

Trzymała go niczym największy skarb, a wiatr próbował jej go odebrać. 

Na  szyi,  na  cienkim  rzemyku,  zawiesiła  klejnot  -  figurkę  ptaka  z  rozpostartymi 

skrzydłami,  wyrzeźbionego  w  pożółkłej  kości.  Nosiła  go  z  dumą,  bo  przedstawiał  dla  niej 

większą wartość niż wszelkie perły czy bursztyn. 

Stała  w  porcie.  Obserwowała,  jak  marynarze  załadowują  statek.  Statek  noszący  jej 

imię. 

background image

Na pokładzie widziała Wasilija. To nie mogła być prawda, Raija wiedziała, że Wasia 

jest w Norwegii, na wyspie Soroya. Nie powinno go tu być! 

Nie  chciała,  by  ją  dostrzegł,  więc  ukryła  się  w  cieniu.  Stała  w  mroku  i  patrzyła  na 

niego. 

Wtedy nadeszli. Troje młodych ludzi, których nigdy wcześniej nie widziała, ale jakby 

znała. Szukali kogoś. 

Młody  mężczyzna,  czarnowłosy,  niewysoki,  ładny  w  szczególny  sposób.  Miał  bystre 

oczy.  Jego  chód  przywołał  w  Raiji  cień  wspomnienia  czegoś  z  poprzedniego  życia.  Ale 

pozostał tylko cieniem. 

Dwie  młode  kobiety.  Jedną  widziała  już  wcześniej.  Ciemnowłosa,  z  bliznami  na 

policzkach.  Druga,  młodsza,  też  dumnie  wyprostowana.  Włosy  miała  jak  ogień.  Raija 

wiedziała,  że  obie  są  siostrami,  jeszcze  zanim  młodsza  się  odwróciła.  Ujrzała  wtedy  własną 

twarz, choć oczy miały domieszkę zielonego. 

Raija wiele zrozumiała. 

Wyszła z cieni. 

-  Szukacie  mojego  grobu?  -  spytała.  -  Nie  znajdziecie  go.  Tylko  umarli  mają  groby, 

nie  wiecie?  Dlaczego  szukacie  mojego?  Ja  nigdy  nie  będę  miała  grobu.  Spocznę  na  dnie 

morza. Wtedy połączę się z tym, którego zawsze kochałam. Nie wiedzieliście tego? 

Popatrzyła na nich. Czuła, że ich kocha. 

-  Chciałam  zebrać  was  wszystkich  -  mówiła  dalej.  -  Miałam  was  więcej,  niż  mi 

przepowiedziała  Elle.  Przyczyniliście  mi  wiele  cierpienia  albo  może  to  ja  go  wam 

przysporzyłam. Nie wiem. Ale było mi ciężko. Gdzie Knut? 

-  Urodziło  mu  się  dziecko  -  odparła  płomiennowłosa  dziewczyna.  Jej  córka.  I 

mężczyzny  o  zielonych  oczach.  Innego  ojca  mieć  nie  mogła.  -  Chłopczyk.  Nazwali  go  Karl 

Rasmus. 

- Gdzie Elise? - spytała Raija. Znała te imiona. Nadeszły znikąd. 

Maja. 

Ida. 

Ailo. 

Nad nimi tańczyła zorza polarna, błogosławiąc ziemię i domy. Przecież to niemożliwe. 

W lecie nie widać zorzy! 

Ale jednak ją widziała: łuna, złoty blask, zimny i ciepły zarazem. 

Jakaś droga, ścieżka... 

- Elise wyjechała - powiedziała ruda Ida. 

background image

-  Mojego  Michaiła  tu  nie  ma.  Jewgienij  nie  chciał  go  puścić.  Michaił  jest 

ucieleśnieniem  wyrzutów  sumienia  Jewgienija,  zupełnie  jak  ja.  Jewgienij  ukradł  mi  dziecko 

Mikkala,  dlatego  nazwał  swoje  na  jego  cześć.  Także  Jewgienij  kocha  i  cierpi.  Nie  szukajcie 

mnie.  Nie  będzie  żadnego  grobu.  Nie  marznijcie  w  tym  złotym  świetle.  Dowiecie  się,  kiedy 

przyjdzie czas. Nie zapomnijcie, że chcę spocząć w morzu. Niech Reijo nie zapomni! 

Jego imię! 

Mężczyzny o zielonych oczach! 

Mikkal. 

To imię też znała. Wiedziała. 

Czuła  spokój.  Nie  bała  się  morza.  Już  nie  stanowiło  zagrożenia.  Nic  nie  było  już 

niebezpieczne. Czuła zaufanie do ognia. Jedno z jej dzieci miało włosy koloru ognia. Nie bała 

się ani ziemi, ani powietrza - wiatr ją kochał, zorza polarna stanowiła jej ścieżkę - no i morze 

było sprzymierzeńcem. Morze oznaczało spokój. 

Morze na nią czekało. 

Spojrzała na młodych i odpłynęła. Zniknęli sprzed jej oczu, zlali się z zorzą, ze złotym 

blaskiem... 

Raija ocknęła się przy palenisku. Było nadal ciepłe. Już nie marzła. Pamiętała twarze 

tych trojga, statek, Wasię. 

Pamiętała  wyrzeźbionego  ptaka,  którego  nosiła  na  szyi.  Palce  poszukały  go  tam,  ale 

nie znalazły. 

Ale słów Raija nie pamiętała. Imion też nie. Niczego z całej rozmowy. 

Obrazy, postacie, blask. 

Mogła tylko zgadywać, domyślać się, kim oni byli. Ale nie wiedziała na pewno. 

Mimo to czuła spokój. 

Ciało miała zastygłe i obolałe. Była sama. Ale spokojna. Przepełniona oczekiwaniem. 

Wiedziała,  że  odnajdzie  właściwe  ścieżki.  Miała  przewodnika:  zorza  polarna  stanowiła  jej 

drogę powrotną. Kiedyś pójdzie nią po jasnym niebie. Może trafi do domu? 

Przygotowywała  się  na  spędzenie  całego  lata  w  samotności.  Może  ta  skała,  którą 

nosiła wewnątrz, runie i u jej stóp zamieni się w gruz? 

Może. 

Ramię ją nadal bolało. Jeszcze trochę krwawiło. Przyłożyła na ranę okład z ziół. Nie 

miała pojęcia, skąd to wszystko wie. Po prostu umiała. 

A może jednak była czarownicą? 

background image

Dni mijały, nie pozostawiając za sobą śladów. Antonia czasem ją odwiedzała. Dwina 

płynęła spokojnie. Niosła ze sobą życie, wiązała ludzi z Morzem Białym. 

Raija  nocami  śniła  zwyczajne  sny.  W  czasie  dnia  nigdy.  Otwartymi  oczami  widziała 

rzeczywiste obrazy. Jej myśli goniły Michaiła, Jewgienija. Odnajdowały ich, ale nie na statku. 

Raija żałowała, że nie jest tam z nimi. Już prawie była. Tak tego pragnęła! 

Prowadziła ją tam jej świetlista ścieżka. Wszystkie ścieżki. 

Była sama. Dopiero po jakimś czasie zaczęło jej to doskwierać. 

Wtedy jej sen się spełnił. 

Nadjechał na jednym z koni Antonii. Z wiatrem we włosach i zapachem słonej wody 

w ubraniu. Szczupły, niewysoki, nieumyty i zarośnięty. 

- Nie jesteś na Soroya? - Raija nie ustała na progu, pobiegła mu na spotkanie i zadała 

pytanie, zanim on zdołał zacząć. - Coś się stało z ich statkiem? Z Jewgienijem? Michaiłem? 

Wasilij pokręcił głową. 

- Gdybym wiedział, że przypłyną, nie wracałbym. Stało się coś strasznego. Nawet nie 

wiem,  czy  sam  w  to  wierzę,  ale  nie  chciałem  zostawać  tylko  po  to,  by  się  przekonać,  że  się 

mylę. 

- O czym ty mówisz? - spytała Raija. Wasilij zacisnął dłoń na lejcach. 

- Wszyscy wrócili - rzucił. - Wszyscy rybacy. Zabraliśmy resztę połowu i łódki. Tam 

na zachodzie mieliśmy do czynienia z przedziwnymi siłami. Przedziwnymi. 

Raija  przyjrzała  mu  się  uważnie.  Słyszała,  jak  niechętnie  mówi,  z  jakim  trudem 

dobiera słowa. 

- O czym ty mówisz? - spytała ostrożnie. - Coś się tam stało? Wypadek? 

Wasilij zaśmiał się, opierając czoło o ciepłą szyję konia. 

- Wypadek? Tak, możesz tak to nazwać - zaśmiał się ponuro. 

Powoli otworzył zaciśnięte pięści i pokazał Raiji wnętrze dłoni. 

-  Jak  ty  byś  to  nazwała?  Raija  wpatrzyła  się.  Obie  dłonie  miał  pełne  pęcherzy 

podeszłych ropą. 

Niektóre popękały, ukazując czerwone ciało. 

- Poparzenie? - spytała z dreszczem grozy. Wasilij pokręcił głową. 

- To nie byłoby takie złe - odparł. - Pożar też mieliśmy. Ale nie do ugaszenia. Nasze 

szopy się spaliły. Już ich nie ma. I nie poproszę Jewgienija ani Olega, by je odbudować. Nie 

tam. 

- Skąd się wzięły te pęcherze? Zielone oczy Wasilija wpatrzyły się w ciemnobrązowe 

Raiji. Był śmiertelnie poważny. 

background image

- Dotknąłem ryby - rzucił. - Dwa miesiące temu. 

- Nie żartujesz chyba? Zaprzeczył. 

- Było gorzej niż teraz - mówił dalej. - Zaczęło się poprawiać, gdy odpłynęliśmy. Cały 

czas w drodze do domu. Chyba niedługo się zagoi, przecież jestem już w Rosji. 

- O czym ty mówisz? - wyszeptała Raija. Przeczuwała odpowiedź. Nie wiedziała, czy 

chce ją usłyszeć. 

-  Zaklęcia  -  odparł  Wasilij.  -  Czarna  magia.  Takim  siłom  się  naraziliśmy.  Zawsze 

trzeba  uważać,  komu  następuje  się  na  odciski.  I  na  zachodzie,  i  tutaj.  Tam  się  komuś 

naraziliśmy. A za pieniądze można kupić i magię. 

Raija pokręciła głową. Nie w pełni rozumiała, że to mówi właśnie Wasia. Wasia, który 

był  najbardziej  mocno  trzymającym  się  ziemi  człowiekiem.  Który  pysznił  się  tym,  że  nie 

wierzy  ani  w  Boga,  ani  w  diabła.  Że  wszystko  to,  co  spotkało  go  w  życiu,  to  jego  własne 

dzieło. 

Przywiązał konia do pala i poszedł z Raiją w stronę domu. Milczał. 

- Boli? - spytała. Wzruszył ramionami. 

- Bolało wcześniej, gdy smarowaliśmy to dziegciem... 

Raija zadrżała. - My? 

Wasia pokiwał głową i usiadł na progu. Poczekał, aż ona zrobi to samo. 

- Wszyscy to mają. Kucharz. Dzieci. Nawet ta, która u mnie sprzątała. Wszyscy. 

- Wszyscy dotknęli ryby? Przecież nie mogliście dotykać tej samej ryby! 

-  Nie  -  odparł  Wasilij  z  powagą.  -  Nie  wszyscy  dotknęli  ryby.  Ale  na  przykład 

jakiegoś przedmiotu. Wszyscy poczuliśmy, jak nas po krótkim czasie dziwnie piecze i swędzi. 

Wszystkim  ulżyło,  gdy  odpłynęliśmy.  Tym,  którzy  mieli  najmniej  pęcherzy,  pozostały  już 

tylko blizny. 

Raija  rozgrzebała  nogą  trawę.  Dokopała  się  do  czarnej,  tłustej  ziemi.  Ugniotła  ją  w 

dłoni. Ujęła dłoń Wasilija i położyła wnętrzem do góry na swoim kolanie. Przyłożyła czarną 

ziemię na pęcherze. Jej usta poruszały się, wypowiadając wciąż te same słowa. Wasilij wysilił 

słuch.  Wydawało  mu  się,  że  Raija  nie  wie,  że  coś  mówi.  Słowa  wylewały  się  z  jej  ust  jak 

wezbrana rzeka na wiosnę. 

Potem wzięła jego drugą rękę. Wklepała w rany ziemię i ucisnęła. 

Wasilij wreszcie dosłyszał jej słowa. Nie były rosyjskie. Raija mówiła po norwesku! 

- Ziemię musisz wziąć tam z powrotem. Ziemię musisz wziąć tam z powrotem... 

Powtarzała  to  z  na  wpół  przymkniętymi  oczami,  nieprzerwanie,  cichym  głosem,  jak 

modlitwę. 

background image

Wasilij  czuł,  że  ma  ciepłe  dłonie,  ale  piekły  go  inaczej.  W  gardle  mu  zaschło. 

Wpatrywał  się  w  twarz  Raiji.  Widział  ją  jako  całkiem  obcą  osobę,  choć  jednocześnie  jakże 

znajomą. 

Jej usta przestały się poruszać. Powoli otworzyła oczy. 

Powróciła. 

Wasilij  wolał  się  nie  zastanawiać,  skąd.  Istniały  takie  obszary  wokół  Raiji,  nad 

którymi nie chciał się zbyt długo zastanawiać. Takie głębie, w które nie chciał się zanurzać. 

Lękał  się,  bo  był  tylko  zwyczajnym  człowiekiem.  Raija  była  kimś  jeszcze.  Kimś 

wspaniałym i zarazem przerażającym. 

Odwróciła jego dłonie. Coś upadło na ziemię. Wasilij nie chciał uwierzyć, ale wydało 

mu się, że ziemia zmieniła kolor na bardziej czerwony. Pewnie wzrok spłatał mu figla. 

Powoli znów obróciła dłonie wnętrzem do góry. 

Sama się wzdrygnęła. Wasilij też się przeraził. 

Pęcherze  popękały.  Pozasychały.  Tam,  gdzie  dopiero  co  był  gęsty,  żółtobiały  nalot 

pod cienką błoną skóry, teraz widniał schnący strup, a pod nim nowa warstwa skóry. 

-  Powinnaś  zostać  namiestnikiem  na  Soroya!  -  odezwał  się  ochryple.  -  Co,  u  diabła, 

zrobiłaś? 

- Ja nie wiem - odparła Raija szczerze. - Naprawdę nie wiem. Po prostu zrobiłam. Nie 

wiedziałam,  że  mogę.  Może  tym  razem  nie  dałam  z  siebie  wszystkiego.  Coś  pozostało.  Ale 

przecież pomogło! 

To był argument na jej obronę. 

On też tak uważał. 

Raija nie była czarownicą! 

- Jak Jewgienij mógł pozwolić, byś została? - spytał Wasilij, pieszcząc ją spojrzeniem. 

- Boli? - spytał, dotykając ostrożnie opatrunku na jej ramieniu. 

- On musiał jechać - odparła Raija. - Misza powinien wydorośleć. Jewgienij nie mógł 

nie popłynąć. To ja miałam zostać. 

- Może i tak - zgodził się Wasilij. - To dla mnie miałaś zostać w Archangielsku... 

Raija  wolała,  by  nie  powiedział  tych  słów.  Ta  myśl  nie  dawała  jej  już  wcześniej 

spokoju. Ale los nie może być przecież tak przewrotny! 

- Myślałaś o mnie? - spytał Wasia, wchodząc za nią do domu. 

- A czy wiosna przychodzi przed latem? - odparła pytaniem. 

- Tęskniłaś za mną? 

background image

-  Wolałam,  byś  tam  pozostał!  -  rzuciła  Raija  gwałtownie,  obracając  się  do  niego.  - 

Pragnęłam,  byś  nigdy  nie  powrócił  z  Soroya!  Byś  znalazł  tam  sobie  kobietę!  Pragnęłam, 

byśmy stali się dla siebie tylko bladymi wspomnieniami! 

-  A  więc  tęskniłaś  -  uśmiechnął  się  Wasia  lekko.  Usiadł,  wciąż  trzymając  ją 

spojrzeniem. - Ja też miałem pragnienia. Także brzydkie życzenia. Choćby takie, by Jewgienij 

umarł. Wtedy płakałabyś na moim ramieniu, a ja nigdy, przenigdy bym cię nie puścił. 

Raiję bolały jego słowa. Tym bardziej że ta myśl nie była dla niej nowa. Gdy Wasilij 

ją wypowiedział, uświadomiła sobie, że i ona tak myślała. 

Myśl była brzydka. Ale nieobca. 

To ją przerażało. 

Czyżby doszła aż tak daleko? Czyżby taka się stała? A przecież zawsze sądziła, że jest 

lojalna... 

- Marzyłem, że Jewgienij oszalał. Że go zamknęli i trzymali z dala od świata. I że cię 

pocieszałem.  I  że  ludzie  mówili,  że  jesteś  dzielna  i  zasługujesz  na  szczęście  -  Wasilij 

uśmiechnął się z bólem. - Marzyłem, że Jewgienij opuścił cię dla innej. Znaczyłoby to też, że 

oszalał, ale nikt by tego tak nie rozumiał. Marzyłem, że uciekliśmy... - Westchnął. - Ale nic z 

tego nie będzie, prawda? To tylko marzenia, głupoty.,. 

- Musisz się wykąpać - rzuciła Raija. Chciała uciec od tych myśli, od rojeń, które jej 

także nie były obce. W jej głowie urodziło się wiele podobnych. I wiele niepodobnych. 

Ale nie mogła się nimi podzielić z Wasilijem. 

-  Tylko  nie  nabieraj  wody  ze  studni!  -  Wasilij  zerwał  się  na  nogi.  -  Dwina  jest 

najlepszą balią, o jakiej można zamarzyć. W dodatku całkiem blisko. Przecież nie zaszkodzi 

mi chłodna, rosyjska woda z rzeki? 

- Zostało trochę ubrań po Waleriju - rzekła Raija. - Bo zakładam, że raczej nie chcesz 

ubrań Jewgienija? Zresztą byłyby za duże dla ciebie. 

- Możesz być pewna, że nie założę ubrań twojego męża! 

Raija znalazła spodnie i koszulę. Z kpiną w oczach podała mu je. 

- Chyba wystarczy ci to? Tylko ja będę wiedziała, że nie masz na sobie nic poza tym... 

Znów ten jego uśmiech i błysk w oku, który oznaczał flirt, żarty i poczucie wspólnoty, 

które mogło być niebezpieczne. 

- A gdybyś przypadkiem nie była pewna - odrzekł - możesz zawsze to sprawdzić! 

Raija rzuciła mu kawałek płótna. 

-  Wytrzyj  się  w  to.  Może  potrzebowałbyś  czegoś  więcej  niż  zimnej  wody  z  rzeki  do 

umycia się, ale obawiam się, że ci w tym nie pomogę. 

background image

-  Nawet  nie  wyszorujesz  mi  pleców?  -  zdziwił  się.  -  Bo  wiem,  że  o  wyszorowaniu 

innych części ciała mógłbym tylko marzyć... 

Ś

miech Wasi jakby zawisł w powietrzu, gdy on wyszedł. Pokój znów stał się pusty. 

Czy  to  był  los?  Ręka  siły  wyższej?  Jakim  cudem  ta  siła  wyższa  działałaby  tak 

pokrętnie? 

Ale Wasilij zstąpił do niej prosto z jej snu. Wrócił do domu. Do niej... 

Wasia zjawił się znowu, szczękając zębami. Z mokrymi, ociekającymi wodą włosami. 

Jego stopy zostawiały mokre ślady na podłodze. Jego śmiech znów wypełnił jej puste pokoje. 

-  Mateczka  Dwina  porządnie  mnie  wychlastała  -  rzucił.  -  Najwyraźniej  nie  podobało 

się  jej,  że  pokazuję  się  taki  brudny.  Teraz  jestem  czyściutki  jak  nowo  narodzone  dziecko. 

Chcesz sprawdzić? 

Raija  odparła,  że  nie,  i  że  także  nie  chce,  by  jego  brudne  ubranie  leżało  pośrodku 

podłogi. 

- A więc na tyle starczyło ci wspaniałomyślności - westchnął Wasia. - Masz dla mnie 

coś do jedzenia? Ruszyłem tu od razu, jak się dowiedziałem, że jesteś. Powiedziałem Antonii 

tylko to najważniejsze. 

Raija wystawiła na stół chleb, masło, rybę. Kwas. 

- A kiedy mnie opowiesz? - spytała Raija cicho. Siedziała, patrząc, jak on je. 

-  Teraz  nie  -  odparł  Wasilij.  Pochłaniał  jedzenie.  Pił.  Wyglądało  na  to,  że  dłonie  mu 

już nie dokuczają. 

Raija  nie  mogła  na  nie  spokojnie  patrzeć.  Wyraźnie  pamiętała,  jak  wyglądały 

wcześniej.  Mogła  przysiąc,  że  były  pełne  ran  i  podeszłych  ropą  pęcherzy.  Nie  potrafiła 

pogodzić się ze świadomością, że umiała je uleczyć. 

Ziemią i słowami w obcym języku, którego zapomniała. 

To przerażało. 

- Dowiesz się wszystkiego - rzucił Wasilij. - Opowiem ci też o moich myślach. Tylko 

tobie. Z nikim się nimi nie dzieliłem. Tego jest tak dużo, Raiju. I wciąż się boję. 

- Łowiliście nielegalnie? Wasilij skrzywił się. 

-  Nie  bardziej  niż  inni.  Wszyscy  trochę  próbują.  Jednak  przeważnie  trzymaliśmy  się 

wyznaczonej  strefy.  Ale  było  nas  wielu  do  półmiska.  Zbyt  wielu  chciało  łowić.  Niektórzy 

zrobią  wszystko,  by  zgarnąć  łupy  tylko  dla  siebie.  Może  nie  powinniśmy  tam  mieszkać. 

Chyba  sprawiedliwiej  byłoby,  gdybyśmy  nadal  tylko  kupowali  rybę.  Morze  to  wszystko,  co 

oni mają na wybrzeżu Finnmarku. Nie wyobrażasz sobie czegoś równie jałowego! Wybrzeże 

background image

jest  nagie.  Ale  mimo  to  -  piękne.  Ja,  dorosły  mężczyzna,  płakałem,  gdy  stamtąd 

odpływaliśmy. Ale nikt poza tobą o tym nie wie. 

- Jewgienij miał tam zawinąć - rzekła Raija. 

-  Mam  nadzieję,  że  zmieni  zdanie  -  powiedział  Wasilij  z  powagą.  -  Potrafiłabyś 

uzdrowić pozostałych? Tak, jak mnie? 

Raija  zadrżała.  Odsunęła  od  siebie  wcześniej  tę  myśl,  a  teraz  Wasia  zadał  jej  to 

właśnie pytanie. 

- Nie wiem - Raija nie potrafiła powiedzieć, że wolałaby nie próbować. 

- Postarasz się? Pokiwała głową. Nie mogła inaczej. 

- A więc Caryca znów założy swoją czarną pelerynę - uśmiechnął się Wasilij. - Dziś 

powstaną nowe zwrotki pieśni o tobie, kochana. 

-  Nie  bądź  tego  taki  pewien  -  mruknęła  Raija,  lecz  owinęła  się  peleryną  i  usiadła  na 

końskim grzbiecie przed Wasilijem. On objął ją ciasno, czuła jego policzek przy swoim. 

Bała się, że nie starczy jej na to zadanie mocy. Ale nie mogła nie spróbować. 

To była jej droga. Raisa Bykowa musiała nią przejść. 

background image

Dziwnie było siedzieć przed Wasilijem w drodze do Archangielska. Raija wolała, by 

płynęli  łódką.  Bliskość  Wasi  niepokoiła  ją.  Jego  ramiona  obejmowały  ją  nie  tylko  po  to,  by 

dosięgnąć lejców, ale także, by poczuć jej ciało. 

- Prosiłem, by pozostali w porcie - powiedział Wasilij, gdy byli blisko. Nie chciał jej 

tego mówić wcześniej. - Myślałem o tobie, i nie ja jeden. Wielu w drodze do domu mówiło o 

Carycy... 

- Nie pokładajcie we mnie zbyt dużo nadziei! - zaprotestowała Raija słabo. 

Wasilij puścił lejce jedną ręką i obrócił dłoń ku niej. Raija nigdy nie widziała, by rany 

goiły się tak szybko. Przeszedł ją dreszcz. Odsunęła jego rękę. 

Czekano na nią. Gdy wspięła się na statek, usłyszała westchnienie ulgi. Nie tłoczyli się 

wokół,  tylko  wzrokiem  śledzili  każdy  jej  ruch.  Ale  gdyby  tylko  dała  znak,  rzuciliby  się  ku 

niej. 

Raiji zaschło w gardle. 

-  Nie  takiego  powrotu  się  spodziewałam  -  zaczęła  niepewnie.  Skoro  nie  było  ani 

Jewgienija, ani Olega, odpowiadała za tych ludzi. 

Usłyszała odgłos szybkich kroków. Antonia też czuła tę odpowiedzialność. W oczach 

miała rozpacz. 

-  Podarłam  na  pasy  trzy  prześcieradła  -  oznajmiła  -  ale  nikt  mi  nie  pozwolił  zrobić 

opatrunku. Czekają na ciebie. 

Raija wiedziała, że gdyby to ona chciała położyć ten sam okład z ziół, pozwoliliby jej 

na to. W nią wierzono. 

- Potrzebuję ziemi - rzuciła, patrząc prosto w zdumione oczy Antonii. 

Wasilij chwycił Tonie za rękę i pociągnął za sobą. 

- Ty i ja idziemy po ziemię - powiedział z naciskiem. - Nie pytaj o nic, tylko chodź! 

Gdy wrócili, Raija siedziała na jednej z beczek z wodą. Ciemna peleryna spływała jej 

z pleców. Odrzuciła jej poły za siebie, by nie przeszkadzały w ruchach. 

Wszyscy  stali  wokół.  Kilka  kobiet  płakało.  Na  twarzach  mężczyzn  rysowała  się 

surowość. Było z nimi dwoje dzieci. Raija trzymała jedno z nich na kolanach, drugie oparło 

się o nią. 

Wasilij  i  Antonia  zatrzymali  się  na  moment.  Mieli  ze  sobą  dwa  wiadra  pełne  ziemi. 

Wygrzebali ją gołymi rękami na skraju portu. 

background image

Tonią zbladła i zacisnęła usta, gdy Wasilij pokazał jej swoje dłonie. Przecież widziała 

na nich wcześniej pęcherze! 

- A jeśli ich zawiedzie? - spytała cicho. - Sądzisz, że ją znienawidzą? 

Podeszła do Raiji, postawiła wiadra i wycofała się. Stanęła obok Wasilija. 

- Nie wiem, czy chcę być tego świadkiem - wyszeptała. 

Wasilij  objął  ją  ramieniem.  Także  się  bał.  Bał  się,  że  Raija  nie  podoła,  że  ludzie 

skierują przeciwko niej swoje rozczarowanie i gniew. 

Nienawidził siebie za to, że sam ją o to prosił. 

Dzieci były pierwsze. 

Raija nie musiała nic mówić - dorośli i tak się odsunęli. Tylko tych dwoje objęła swoją 

troską, próbą wniknięcia w coś, czego nie rozumiała. 

Wzięła  w  palce  trochę  ziemi.  Była  wilgotna,  choć  niedaleko  było  do  zamarzniętej 

warstwy,  nawet  teraz,  na  początku  lata.  Wasilij  i  Antonia  nie  kopali  głęboko,  ale  przynieśli 

dobrą, wilgotną ziemię. 

Otworzyła  dziecięcą  piąstkę.  Małe  usiłowało  zachować  dzielny  wyraz  twarzy.  Ból 

trwał już tak długo, że stał się częścią jego życia. Nic nie mogło go ukoić. 

Raija  przycisnęła  garść  ziemi  do  pęcherzy  i  ran.  Rosyjskiej  ziemi.  Na  wierzch 

położyła  swoją  dłoń.  Siedziała  z  zamkniętymi  oczami.  Jej  ciemne  brwi  ściągnęły  się, 

przypominając zrywającego się do lotu ptaka. 

Jej usta poruszały się. 

Powtórzyła czynności z drugą dłonią. 

Cisza była przytłaczająca. 

Raija  powoli  zdjęła  warstwę  ziemi.  Ludzie  niepostrzeżenie  przysunęli  się  bliżej, 

wyciągając szyje. 

Antonia ukryła twarz na ramieniu Wasilija. 

- Chyba nie wytrzymam - szepnęła. 

Wasilij  stał  nieruchomo  jak  skała.  Niemal  nie  słyszał  bicia  własnego  serca.  Nie 

spuszczał  oczu  z  Raiji.  Była  tak  spokojna,  tak  pewna  swego!  Przepełniona  nieskończonym 

spokojem.  Nie  rozumiał,  jak  mogła  być  tak  nieporuszona.  Czyżby  nie  rozumiała,  jakich 

cudów od niej oczekiwano? 

Raija  ucałowała  dłonie  dziecka.  Uśmiechnęła  się  lekko.  Oczy  miała  przepastnie 

czarne. 

background image

Wasilij dostrzegł to i zrozumiał. Raija była tu, ale zarazem nie tu. Jej spokój udzielił 

się  i  jemu.  Rozsądek  podpowiadał  mu,  że  powinien  się  lękać,  ale  zamiast  tego  czuł,  jak 

napełnia go jej spokój. 

Westchnienie  ludzi  stanowiło  odpowiedź.  Oni  też  mieli  nadzieję  zbudowaną  na 

marzeniu,  na  legendzie,  którą  sami  stworzyli:  legendzie  o  Carycy.  Tak  samo  obcej  i 

nieosiągalnej jak anioły. 

Raija zsadziła dziecko z kolan i wzięła na nie drugie. Nałożyła ziemię na jego dłonie. 

Przycisnęła własnymi. 

Antonia mocno obejmowała Wasilija w pasie. Nie przejmowała się tym, co inni mogą 

pomyśleć. Sama nie byłaby w stanie utrzymać się na nogach. 

-  Nie  wierzę  w  to  -  powiedziała  cichym  głosem,  by  nie  przeszkadzać  Raiji. 

Jednocześnie wiedziała, że tamtej nic nie przeszkodzi, nawet krzyk. Nic, co pochodziło spoza 

niej samej. 

Nadeszli ci z drugiego statku. Ciągnęło ich jak ćmy do światła. 

W ich oczach była nadzieja, wdzięczność - i strach. 

Potem po kolei znikali, jakby czuli się czegoś współwinni. Bez podziękowania. Ona i 

tak by nie usłyszała. 

Dopiero  ostatni  człowiek  z  nią  porozmawiał.  Starzec.  Całe  życie  spędził  na  morzu. 

Wiele widział. 

Gdy Raija zdjęła ziemię z jego dłoni, pęcherze nadal tam były. 

Rany ziały czerwienią. 

Twarz starego złagodniała. Jednym palcem pogładził Raiję ostrożnie po policzku. 

- To na mnie nie działa - powiedział cicho. - Nikt nigdy nie mógł dotrzeć do mnie tego 

rodzaju siłami. Aż do teraz. - Pokazał dłonie. - To były poważne sprawy. Ale się zagoi. Teraz 

jesteśmy w domu. Czas uleczy. 

- Chciałabym ci pomóc. Pokiwał siwą głową. Poszukał wzroku Raiji. 

- Wiem. Ale nie umiesz tak wiele, by to podziałało na mnie. 

- Kim jesteś? Uśmiechnął się łagodnie. 

-  Była  kiedyś  wiosna,  gdy  moje  dłonie  grzały  i  potrafiły  koić  ból.  Było  lato,  gdy 

mogłem  sam  sprawiać  ból,  gdybym  chciał.  Czasami  chciałem.  Sprawiłem  tyle  zła,  że  nie 

mogłem  zrównoważyć  go  dobrem.  Na  jesieni  życia  zapomniałem  wszystkiego.  Teraz,  w  zi-

mie, nic już nie mam. Wierzysz mi? 

Raija pokiwała głową. Dlaczego miałaby nie wierzyć? 

- Naprawdę chciałabym ci pomóc - powtórzyła. 

background image

Starzec odszedł. 

Nawet załoga trzymała się z dala. Raija została sama. Peleryna spływała jej po plecach 

jak żagiel. Albo złożone skrzydła. 

Czarne skrzydła. 

Wasilij uwolnił się od Antonii. Już jej nie dostrzegał. Tak łatwo zapominał o innych, 

gdy tylko Raija była w pobliżu. Gdy nikt mu jej nie odbierał. 

Objął ją rękami w talii i uniósł z beczki. Dłonie już go nie bolały. Ręce Raiji w sposób 

naturalny zaplotły się na jego karku. 

- Jestem taka zmęczona - wyszeptała. 

Raija  nie  przesadzała.  Zachwiała  się.  Wasilij  poczuł  jej  ciężar,  jeszcze  zanim  zdołał 

podłożyć rękę pod jej kolana. Trzymał ją w ramionach. 

Była jego Raiją. 

Tylko jego. 

- Odpoczniesz - obiecał, dotykając lekko wargami jej czoła. 

Tylko  Tonią  to  dostrzegła.  Jej  oczy  wykrzyczały  tysiąc  ostrzeżeń,  ale  Wasilij  nie 

chciał ich zauważyć. 

Raija  położyła  ciężko  głowę  na  ramieniu  Wasi.  Już  spała.  Powiedziała,  że  jest 

zmęczona, ale była wyczerpana! 

-  Dasz  radę  zanieść  ją  aż  do  mnie?  -  spytała  Tonią.  Szła  przed  Wasilijem.  Ten  nie 

odpowiedział jej, zanim nie zeszli na ląd. 

Ludzie  trzymali  się  na  odległość.  Zresztą  Wasilij  nie  zwracał  na  nikogo  uwagi. 

Wszystko, co miało dla niego znaczenie, trzymał teraz w ramionach. 

Liczyła się tylko Raija. 

- Weź konia - rzucił, nie patrząc w stronę Toni. - Zabieram Raiję do siebie. 

Antonia wstrzymała oddech. Spojrzała uważnie na nich oboje. 

Raija spała w ramionach Wasilija. A on, przecież drobnej budowy, wydawał się teraz 

wielki  niczym  skała,  gdy  tak  trzymał  Raiję.  Tonią  zrozumiała,  że  w  tym  momencie  byłby 

gotów  pójść  za  nią  na  śmierć.  Tak  głębokie  było  jego  uczucie,  tak  prawdziwe.  Tak 

niezmienne. 

- Dobrze - powiedziała w końcu. Upomnienia były nie na miejscu. Zwłaszcza nie z jej 

ust. 

To by nie było właściwe. 

Antonia nie chciała tego nazywać po imieniu. 

background image

Wasilij zabierał Raiję na niebezpieczny rejs, ale czynił to świadomie. Antonia wątpiła, 

czy Raija by zaprotestowała przeciw temu. 

Wasilij  był  elementem  niepokoju  w  życiu  Raiji,  był  kimś  nieobliczalnym.  Niczym 

wiatr rozluźniający węzeł jej włosów. 

Antonia  patrzyła,  jak  przyjaciel  niesie  Raiję  w  stronę  miasta.  Ku  swojemu  domowi, 

który napełni ciepłem i miłością. 

Może tego właśnie Raija potrzebuje. 

Więc niech sobie to będzie niewłaściwe! 

Raija obudziła się w nocy. Było jasno, niebo różowozłote. 

Leżała w łóżku Wasilija. Wiedziała to, zanim jeszcze otworzyła oczy. Pomimo że jego 

dom od dawna stał pusty, czuła zapach Wasilija w pledzie, którym ją okrył. 

Leżała tak przez dłuższą chwilę, napawając się tym. Wszystko się zmienia, gdy tylko 

otworzy się oczy. 

- Pamiętasz coś? - spytał Wasia. Przykucnął, rozpalając w piecu. Noce były tu chłodne 

nawet  w  lecie.  Łagodność  matki  natury  ograniczała  się  tylko  do  dni.  Noce  były  ostre  bez 

względu  na  porę  roku.  Po  takich  zimach  przyroda  nie  mogła  rozpieszczać  ludzi  w  lecie. 

Jeszcze by pomyśleli, że tak powinno być zawsze... 

-  Jednemu  nie  pomogło  -  powiedziała  Raija.  Usiadła,  ale  nadal  okrywała  się  pledem 

Wasilija.  Było  w  nim  dobrze  i  bezpiecznie.  Oddzielał  ich  od  siebie.  -  Powiedział,  że  kiedyś 

też to umiał. Jak on mógł się tego pozbyć? 

Ton  głosu  Raiji  był  tak  przepełniony  bólem,  że  serce  Wasilija  się  ścisnęło.  Jej  dar 

stanowił dla niej przekleństwo. 

- Odmroził sobie kiedyś zimą palec - rzucił Wasilij. Tak mówili ludzie. Nie wiedział, 

czy to był powód. - Mówi się, że powinno się mieć wszystko na miejscu, by zachować moc. 

Raija wpatrzyła się w niego. Nie mogła w to uwierzyć. Spojrzała na swoje dłonie. 

- Jeden palec? - spytała. - I już zniknęło? To takie proste? Nie wierzę! 

Wasilij nie chciał, by ona ofiarowała choć jeden palec. Nic więcej nie powiedział, by 

nie sprowadzać na nią myśli, których nie powinna mieć. 

-  Dlaczego  ja  to  umiem?  -  rzuciła  Raija  w  przestrzeń.  -  Skąd  wiem,  jakie  słowa 

wypowiedzieć? Co powinnam zrobić? 

-  Może  to  nie  tylko  słowa  -  zaczął  Wasilij  ostrożnie.  -  Może  mogłabyś  mówić 

„zuparybna,  zuparybna”,  i  to  też  by  zadziałało?  Może  mogłabyś  złożyć  razem  dłonie  -  i  też 

ich uleczyć? Sądzę, że jest w tobie więcej mocy, niż używasz, moja Raiju. 

background image

Raija  nie  odpowiedziała.  Wasilij  nie  naciskał.  Wiedział,  że  miała  powody  do 

milczenia. 

- Co się wam zdarzyło tam na zachodzie? - spytała w końcu, szukając jego wzroku. 

Wasilij poczuł skurcz w żołądku. Nic nie jadł od czasu kolacji u Raiji. 

Ale teraz by nic nie przełknął. 

Czy miał jeszcze gdzieś wódkę? Albo kwas? Musiał poczuć ciepło w brzuchu, ale nie 

za dużo, by pamiętać każdą spędzoną z Raiją chwilę. 

Chciał pamiętać wszystkie wspólne momenty. 

Przejrzał butelki. Na dnie jednej znalazł kilka kropli. Wypił i usiadł na krawędzi łóżka. 

- Zostaniesz u mnie na noc, Raiju? - spytał. 

Pokiwała głową. Jej myśli nigdzie nie wędrowały. Były tutaj, nie na zachodzie. 

Oczywiście,  że  zdradzała  i  zawodziła  zaufanie.  To  należało  do  ciemnych  stron  jej 

ż

ycia. 

Ale teraz właśnie w nich żyła. W cieniach ciemności. One też stanowiły jej część. 

Wasia zdjął buty, rozpiął spodnie, ściągnął koszulę. 

Stanął przed Raiją. Patrzył na nią. Czekał. 

W pokoju było ciepło. Drewno trzeszczało w piecu. Ogień zabarwiał i tak różową noc 

na jeszcze mocniejszy kolor. 

Okno  wpuszczało  światło.  Mogło  również  wpuścić  spojrzenia,  jeśli  ktoś  chciałby 

patrzeć. 

To nie zawstydzało Raiji. Wasilij też o tym nie myślał. Ich świat był koloru różowego. 

Raija odrzuciła pled. Latem nie nosiła pończoch, rozwiązała więc tylko tasiemki halki, 

rozpięła  koszulę  i  wstała.  Wyszła  z  bielizny,  pozostawiając  ją  na  podłodze  niczym  białą 

wyspę. 

Stali  od  siebie  na  odległość  ramienia,  potem  bliżej.  On  zbliżył  się  do  niej.  Ona  do 

niego. 

Raiji podobało się jego ciało. Za każdym razem przyjemnie ją to zaskakiwało. Bała się 

tego,  ale  zarazem  cieszyła.  Zapominała  za  każdym  razem,  bo  chciała  zapomnieć.  Jej  życie 

stałoby się nieznośne, gdyby pamięć o Wasi krążyła ciągle gdzieś w jej podświadomości. 

Podobał się jej. Jego mięśnie. Jego jędrne ciało. Że był szczupły. Że tak różnił się od 

Jewgienija. 

Znała jego siłę. Znała jego skórę, wiedziała, jak jest gładka i ciepła pod dotykiem jej 

dłoni,  jej  skóry.  Znała  go  dobrze:  jego  kanciaste  barki,  mięśnie  ramion,  siłę  dłoni,  gładką, 

twardą pierś, płaski brzuch... Biodra, których kości dobrze wyczuwała pod skórą. Pamiętała, 

background image

ż

e lubiła obejmować jego biodra i czuć, jak mięśnie pośladków napinają się pod wpływem jej 

dotyku.  Wiedziała,  jak  mocno  Wasilij  potrafi  objąć  udami  jej  uda  i  zacisnąć  je.  Pamiętała 

błysk w jego oczach, gdy ją znajdował, otwierał i zanurzał się w nią. 

Raija  znała  go.  Pożądała.  Jeszcze  się  nie  dotknęli,  a  ona  już  była  gotowa  na  jego 

przyjęcie. Rozpalona. 

Chciała zostać u niego na noc. 

Chciała. 

Zniknęło  wszystko,  co  nazywa  się  wstydem  czy  winą.  Pomiędzy  nimi  nie  było  na  to 

miejsca.  Nie  było  miejsca  na  poczucie,  że  robią  coś  zabronionego.  Przecież  to  było  tak 

piękne. Nie mogło być złe... 

Ramiona  objęły  ciepłe  ciała.  Gorąco  i  mocno  Wasilij  przywarł  do  Raiji.  Ich  usta 

spotkały się, otworzyły. Wargi paliły. Pieszczotliwe języki drażniły. 

Przewrócili się na jego wąskie łóżko. Jej biodra opierały się o jedną krawędź, jego uda 

o drugą. Wpatrywali się w siebie. Śmiech nie dał na siebie czekać. Dobry śmiech. 

Wspólnota. 

Zabroniona wspólnota. Ale uczuciami nie można sterować. Wyrwą się. Mają przecież 

skrzydła. Ta noc doda im wiele wiatru pod skrzydła! 

- Kochaj mnie! - poprosiła z czołem wspartym o  jego czoło. U nasady włosów perlił 

mu się pot. Pot pożądania. Zielone oczy Wasilija płonęły ogniem. To Raija go budziła. To ona 

sprawiała, że tracił zmysły, że przepełniały go przedziwne marzenia. 

Wspięła  się  na  niego,  okrywając  sobą.  Była  niczym  ciepły,  żywy  pled.  On  był  jej 

siennikiem. 

Jej  czarne  włosy  spływały  strumieniami  na  jego  skórę.  Wasilij  ze  śmiechem 

przyciągnął Raiję do siebie tak, by otoczył ich mrok. 

-  Jesteś  moją  grotą!  -  westchnął.  Uśmiechnął  się  i  pocałował  swoje  słowa  i  słowa, 

które  ona  chciała  wypowiedzieć.  Całował  ciszę.  Całował  jej  usta,  aż  stały  się  czerwone  i 

nabrzmiałe, całował, aż rozpaliły się do płomieni. 

Jej  piersi  muskały  go  sterczącymi  sutkami,  dając  pole  najdzikszym  fantazjom. 

Przepływały w gorączce żyłami wraz z jego krwią. Niosła tylko pożądanie. 

Raija  była  kobietą,  ciepłem,  pasją...  była  niczym  fala,  która  go  zalewa,  przykrywa, 

połyka i kryje. Cofa się, by zaczerpnął powietrza, i znów powraca. 

On  był  piaskiem,  ubogim  wybrzeżem,  nagimi  skałami,  które  ona  omywała,  drażniła, 

pieściła. 

background image

Była niczym odpływ i przypływ, niczym kapryśne morze. Głaskała, pieściła, całowała. 

Zjadała go. Piła. Bawiła się... 

Była  równie  nieprzewidywalna  jak  morze.  Mógł  dostrzegać  coś  w  jej  płytkich 

wodach,  ale  głębia  pozostawała  jej  tajemnicą.  Nadchodziła  jak  fala,  gdy  się  tego  nie 

spodziewał. 

Jej  usta,  które  dotknęły  każdego  skrawka  skóry  Wasilija,  powróciły  ku  jego  twarzy. 

Wycałowywały  ścieżki  na  jego  ciele,  niewidzialne  ścieżki,  które  można  tylko  czuć. 

Przechodziły niczym ogień, ale nie pozostawiały popiołu, tylko rozkosz. 

- Spieszysz się? - spytała cicho. Całowała. Całowała. Wasilij uśmiechnął się szeroko. 

Twarz miał otwartą i bezbronną. 

Raija  uniosła  biodra  tak,  by  mógł  ją  znaleźć.  Wasilij  uniósł  swoje,  ona  opuściła. 

Spotykali się i oddalali. I znów, i znów... 

W takt fal uderzających o brzeg cichą nocą. 

Górowała nad nim, dopóki znów jej nie przyciągnął. Schowali się w wodospadzie jej 

kruczoczarnych włosów, które stawały się skrzydłami - ptaków, aniołów... 

Potem on był nad nią. On był morzem, wiatrem, wszystkim, co miało w sobie rytm, co 

poruszało się zgodnie z biciem serca. Co było samą muzyką i życiem. 

Wreszcie jego łokcie oparły się o siennik. Ustami spijał smak słonej skóry na jej szyi. 

Zlizywał żar z jej skroni. Całował uśmiechnięte usta. 

Jej ramiona zacisnęły się na jego plecach. Nie puszczały. Jej nogi trzymały go nadal. 

Otaczała go całkowicie. 

Uśmiechała się. 

- Zostań! - poprosiła. Nie miał wątpliwości, co ma na myśli. 

Z  dużą  dozą  zręczności  Wasilij  okrył  ich  oboje  pledem.  Nawet  w  ogrzanym  pokoju 

chłód szybko ziębił gorące ciała. Pot pożądania zastygał gęsią skórką. 

Wasilij leżał ciężko na Raiji, otaczał ją, był w niej. Kochał ją. 

- Kocham cię - powiedział, bo nie mógł zamknąć radości. Bo to była prawda. 

- Wiem o tym - odparła. 

Mimo  że  nie  dodała  nic  więcej,  nie  poczuł  się  zraniony.  Raija  ważyła  swoje  słowa. 

Nie rzucała ich lekko. Kochał ją i za to. 

-  Nie  mów  nic  więcej!  -  poprosiła.  -  Nie  teraz.  Zamknę  oczy  i  po  prostu  będę  nas 

czuła... 

background image

Wasilij uśmiechnął się. Oparł policzek na jej policzku, czuł, że jej serce bije szybciej 

niż  jego.  Rozpływał  się  w  jej  cieple.  Roztapiał  jej  miękkością.  Wdychał  jej  zapach,  ich 

zapach. 

I jak ona zamknął oczy. 

On też poczuł - ich razem... 

Była gotowa dla niego, gdy powoli się obudził ze snu. Obudził się też gotowy dla niej. 

W niej. Jeszcze nie całkiem świadomie poruszył biodrami i poczuł jej odpowiedzi Znajdowała 

odpowiedź na każde jego poruszenie. Rozmawiali swoimi ciałami. Obejmowali się leniwie. 

Przypominali  opite  nektarem  trzmiele,  które  jeszcze  szukały  kwiatów.  Szukały  i 

znajdowały. 

Napawali się sobą w spokoju. 

Razem wchodzili na wzgórza, wciąż wyżej, ku górom, ku szczytom... Razem wspięli 

się na szczyt. 

Raija zostawiła ślady zębów na jego ramieniu. On - siniaki na jej biodrach. Jego palce 

musiały trzymać ją blisko, jeszcze bliżej niż to możliwe. Byli tak nienasyceni... 

Czuli ciepło pod pledem. Swoje wspólne ciepło. Raija oparła głowę o ramię Wasilija. 

Za oknem jaśniał ranek. 

Wnętrze jego dłoni pokrywała świeża skóra. Różowa niczym u małego dziecka. 

- Opowiem ci o tym, co  się zdarzyło - powiedział Wasilij. - Już zaraz dzień, a to nie 

jest opowieść, która pasuje do nocy. 

background image

Wasilij  obejmował  Raiję  i  wpatrywał  się  w  rosyjski,  letni  poranek.  Było  mu  tak 

dobrze,  że  nie  mogło  być  lepiej.  Ale  mróz  nadal  w  nim  siedział.  Trzymał  wspomnienia,  od 

których nie umiał się uwolnić. 

- Zaczęło się już w marcu - powiedział. Zmarszczył brwi. Malował słowami opowieść, 

którą zabierał Raiję na zachód. Na Soroya. Do Norwegii. 

Do koszmaru. 

Nastał czas wiosennego połowu dorsza. Rybacy, którzy spędzili zimę w Rosji, wrócili 

na zachód. Inni, których nic nie wiązało w kraju, zostawali na wyspie przez cały rok. 

Przybywali ludzie z innych miejsc. Ludzie mieszkający wzdłuż wybrzeża ciągnęli do 

Finnmarku. Z lasów na południu zjeżdżali posępni Finowie. Niektórzy z nich stawiali własne 

szopy jak Rosjanie, ale głównie wędrowali pomiędzy domem a „nadmorskim krajem”. 

Na  wybrzeżu  Finnmarku  można  było  usłyszeć  wiele  języków.  Wielu  liczyło  na 

zarobek ukryty w głębinie morza. 

Wasilij  nie  mógł  sobie  przypomnieć,  kto  zasiał  ziarno  niezadowolenia  pośród 

podległych mu ludzi. 

Ziarno nieźle zdążyło wykiełkować, gdy je odkrył. Korzeń znalazł pożywkę. 

O  niczym  nie  wiedział,  zanim  nie  zjawiło  się  u  niego  kilku  postawnych  Norwegów, 

mieszkańców wyspy. Nadeszli z obstawą, by pokazać, że mają siłę. 

-  Twoi  ludzie  łowią  na  naszym  obszarze.  To  niezgodne  z  prawem.  Mimo  że 

mieszkacie na wyspie, nie jesteście stąd. Nie jesteście z Finnmarku ani z Norwegii. Jesteście i 

pozostaniecie Rosjanami. A Rosjanie mają się trzymać na swoim obszarze! 

- Nic o tym nie wiem - odparł Wasilij. - Porozmawiam z moimi ludźmi. Oczywiście, 

ż

e będziemy przestrzegać reguł. Nie przybyliśmy tutaj, by siać niezgodę. Nie przybyliśmy, by 

was rabować. Chcemy żyć w pokoju. Morze jest tak duże, że starczy dla wszystkich. 

- O ile będziecie się trzymać waszego terenu, to tak - zgodzili się przybysze. 

-  Zresztą  już  kiedyś  Ruscy  przybyli  tu,  by  rabować  -  rzucił  najbardziej  wymowny 

spośród  Norwegów,  śmiejąc  się  znacząco.  Szukał  poparcia  swoich  kolegów.  Stali  szeroką 

ławą  przed  Wasilijem.  -  Pewnie  nie  słyszałeś,  jak  Ruscy  chcieli  obrabować  kościół  na 

Soroya? 

Zaśmiali się. Wasilij zrozumiał, że nie będzie to historia, której wysłucha z radością. 

background image

- Przybyli, gdy wszyscy byli w kościele na nabożeństwie. Gdy ktoś wyjrzał na dwór, 

zobaczył same statki Ruskich. Uzbrojonych po zęby. Było oczywiste, że nie przybywali jako 

przyjaciele, tylko rabusie. Ale ksiądz ukląkł, za  nim wszyscy, i zaniósł modlitwę do  Boga o 

ratunek przed tymi spragnionymi krwi zbójami. I zanim statki dobiły do brzegu, rozpętała się 

straszna  burza.  Tylko  w  tym  miejscu.  Wszystkie  statki  poszły  na  dno.  Wszystkie  co  do 

jednego. Tak się dzieje, gdy Ruscy chcą tu rabować - zakończył. Wyszli, szurając butami. 

-  Dlaczego  tylko  Rosjanie  muszą  płacić  recognition,  by  łowić  ryby?  -  spytał  jeden  z 

jego ludzi. 

- To opłata, którą ustaliły władze norweskie - odparł Wasilij. - Tutejsi ludzie nie mają 

z  tym  nic  wspólnego.  Jest  powiedziane,  że  musimy  opłacać  każdą  łódź,  z  której  łowimy. 

Postanowiono, że nie możemy łowić na łowiskach norweskich. Że mamy się trzymać o milę 

od wybrzeża. Takie jest prawo. 

- Finowie łowią tam, gdzie Norwegowie. Co nas różni od nich? 

Czuło się narastającą gorycz. 

-  Przecież  też  tu  mieszkamy!  -  rzucił  jeden,  który  faktycznie  tu  mieszkał.  Żył  z 

Norweżką i czuł, że Soroya jest bardziej jego domem niż kraj nad Morzem Białym. 

A był Rosjaninem. 

-  Mamy  się  trzymać  poza  ich  obszarem!  -  rzekł  stanowczo  Wasilij.  -  Łowimy  tam, 

gdzie nam wolno! Zrozumiano? 

Popatrzył  na  nich  po  kolei.  Niektórzy  byli  od  niego  starsi.  Niektórzy  młodsi.  Z 

niektórymi sam pływał jako rybak, gdy nie miał innych widoków na przyszłość. 

Czuł  się  jak  jeden  z  nich,  ale  wiedział,  że  oni  tak  go  nie  odbierają.  Był  ich 

przełożonym. Stał ponad nimi, czy tego chciał, czy nie. 

- Ty też zarzucałbyś linę na ich terenie, gdybyś nie obmacywał żony pryncypała! 

Wasilij w zaślepieniu zerwał się na równe nogi, schwycił tego, który to powiedział, za 

kołnierz i przyłożył mu pięścią w twarz. Nic nie widział przez czerwoną mgłę. Bił dalej, póki 

ich nie rozdzielono. 

- Trzymamy się poza ich granicą! - powtórzył tylko, gdy wynieśli tamtego. - Niczego 

nie  zyskamy,  gdy  oni  złożą  skargę!  Pójdzie  prosto  do  naszej  stolicy,  a  tam  nie  spieszą  się 

zbytnio, by się za nami ująć! 

Uspokoiło  się.  Na  trochę.  Na  tyle,  że  Wasilij  nie  widział  powodu,  by  wysyłać  o  tym 

zajściu meldunek do Jewgienija. 

Nie  pierwszy  raz  zadzierali  z  mieszkańcami  wyspy.  Takie  rzeczy  musieli  brać  pod 

uwagę. Różnili się przecież. Chociaż nie aż tak bardzo, by nie móc żyć obok siebie. 

background image

Ryby  było  sporo.  Może  nie  w  obfitości,  ale  sporo.  Niektóre  z  rosyjskich  lodzi  miały 

szczęście w połowach. Trudno było się nie cieszyć. W niedzielę śpiewali, pili kwas, tańczyli. 

A  w  poniedziałek  rano  jedna  z  lin  przygotowanych  do  połowu  była  pocięta  na 

kawałki. Przypływ zatarł ślady sprawców. 

-  Ani  słowa  o  tym!  -  rozkazał  Wasilij.  -  To  z  czystej  zawiści,  nie  przejmujmy  się. 

Może ich zadowoli to, że dali upust złości. 

Mężczyźni patrzyli spode łba, ale zgodzili się. 

- Spalcie tę cholerną linę i zróbcie nową. Udajemy, że nic się nie stało. 

Następnego ranka został pocięty na strzępy żagiel na jednej z łodzi. 

- To już nie żarty! - rzucił szyper tej łodzi. - To czysta złośliwość i zamierzam znaleźć 

tego, kto to zrobił. Nie będę siedział na dupie i czekał, aż przebiją mi dziurę w dnie. Trzeba 

podjąć męską decyzję! 

- Poczekaj! - zaprotestował Wasilij. - Pozwól mi porozmawiać z Norwegami. Inaczej 

nikt na tym nie zyska. Ani my, ani oni. Za tym nie stoją odpowiedzialni ludzie. 

Zaśmiali mu się prosto w twarz. Nie obiecali, że będą trzymać złość w ryzach. 

Tej  nocy  pięciu  jego  ludzi  pobiło  trzech  norweskich  rybaków.  Pochodzili  z  głębi 

Kilfjord, o wiele bardziej na południe. Nie mieli o niczym pojęcia, ani o pociętym żaglu, ani o 

linie. 

Ich szyper i ludzie z wyspy przyszli do Wasilija następnego ranka. 

Byli bardzo wzburzeni. 

-  U  nas  nie  wolno  pobić  człowieka  niemal  na  śmierć  zupełnie  bez  powodu!  - 

powiedział  jeden  z  Norwegów.  -  Spodziewaliśmy  się  różnych  rzeczy  po  was,  ale  żebyście 

rzucali się na niewinnych ludzi... 

- Moi ludzie są podenerwowani. Zniszczono nam część sprzętu - próbował tłumaczyć 

Wasilij.  -  Pocięto  nam  żagiel.  Chłopaki  chcieli  znaleźć  sprawcę.  Pomylili  się,  bardzo 

przepraszam. Próbowałem ich powstrzymać, uspokoić. To się więcej nie powtórzy. 

- Możesz to obiecać? - spytali z szyderstwem w głosie. - Mówisz, że próbowałeś ich 

powstrzymać.  Nie  za  bardzo  ci  się  udało.  Jeżeli  nie  umiesz  spełniać  obowiązków,  które  ci 

powierzono, lepiej zabieraj się z powrotem do Rosji. 

- I weź ze sobą resztę! - dodał inny. 

-  Nam  też  się  nie  podoba,  że  ktoś  niszczy  nam  narzędzia  -  odparł  Wasilij  ostro.  - 

Będziemy  zmuszeni  zameldować  o  tym  do  waszych  władz.  Wina  nie  leży  tylko  po  naszej 

stronie. 

background image

- Trzymajcie się poza granicą na morzu! - rzucił jeden z Norwegów. - O nic więcej nie 

chodzi. 

Tej nocy Rosjanie trzymali wartę. Ale nie było całkiem jasno. Pewnie zdrzemnęli się 

na chwilę. A wystarczyła tylko chwila... 

Dwa żagle, pocięte tak dokładnie, żeby nie można ich pozszywać. 

Wasilij wziął ze sobą ich resztki i poszedł do starszyzny norweskiej. 

Po ludziach przeleciał lekki śmiech na widok nędznych strzępów. 

- Ja się nie śmieję! - stwierdził Wasilij. - Zapłaciliśmy za łowienie ryb. Otrzymaliśmy 

prawo do połowu. Nie robimy tego nielegalnie. I chcemy to robić w pokoju, jak wszyscy. Nie 

chcemy niezgody. 

-  Trzymajcie  się  poza  granicą!  -  rzucił  jeden.  Wasilij  nie  zdołał  pochwycić  jego 

spojrzenia. Jak  zresztą  wielu.  Norwegowie  uśmiechali  się  pod  nosem  i  nie  patrzyli  prosto  w 

oczy. 

- Moi ludzie mówią, że łowią poza granicą - twierdził Wasilij. - Dlaczego mam im nie 

wierzyć? 

- Dziwnie dużo ryb tam łowią - rzucił ktoś. - Cholernie dziwne, że tylko Ruscy mają 

takie szczęście. I to poza granicą! 

Zaśmiali się. 

- Diabeł pomaga swoim - zażartował inny. 

- Może i wy powinniście łowić poza granicą - rzucił Wasilij - jeśli to tamtędy płynie 

ryba! 

Nowa salwa śmiechu. 

- Nie podoba nam się to - dodał Wasia. - Raz mogliśmy wziąć całą sprawę za kiepski 

ż

art. Za drugim razem już się nie śmialiśmy. Za trzecim - jesteśmy źli. 

- Taak, Ruscy zwykle wolno myślą... Wasilij udał, że nie słyszy. 

- Jeżeli to się powtórzy, złożę skargę. Zażądam, by winni zostali złapani i ukarani. To 

niszczenie mienia. Przestępstwo! 

Zaśmiali się jeszcze, choć nie tak głośno. I nadal nie patrzyli mu w oczy. 

-  Sprawdź,  czy  to  nie  upiór  morski  wam  szkodzi  -  śmiali  się.  -  Może  on  też  was  nie 

lubi? 

Minął  tydzień  bez  nowych  szkód.  Pilnowali  siebie  nawzajem.  Patrzyli  spode  łba. 

Zresztą nastała zła pogoda i nikt nie wypływał w morze. Nie poprawiło to nikomu humoru. 

Wasilija  dochodziły  słuchy  o  bijatykach  na  pięści,  o  kłótniach.  Ale  nikt  się  mu  nie 

skarżył. 

background image

Nikt z żadnej strony. 

Sam też był ostrożny. Nie warto wchodzić na niepewny grunt. 

Gdy  wreszcie  niebo  wyjrzało  zza  chmur  i  łodzie  wyruszyły  na  połów,  ponownie 

rosyjskie załogi miały szczęście. Złowili dwa razy tyle ryb, co rybacy na łodziach norweskich 

i fińskich. 

Znów podniosły się głosy, że Ruscy oszukują i łowią w obrębie granicy. 

-  Przysięgałem,  że  wszyscy  pływacie  poza!  -  zwrócił  się  Wasilij  do  najstarszego 

szypra. 

- Zdarzało się czasem, że wpływaliśmy na ich obszar - przyznał ten niechętnie. - Nie, 

ż

eby często, ale się zdarzało. Ale wtedy nikogo nie było w pobliżu! Nie niszczyliśmy ich lin! 

Nie przeszkadzaliśmy im. 

- Ale tym razem byliście poza? Szyper zapewnił go, że tak. Nie naruszyli prawa. 

Tej nocy połamano wiosła w czterech z rosyjskich łodzi. 

Ż

adnych śladów na brzegu. 

Wasilij  napisał  skargę,  podając  także  poprzednie  wypadki.  Napisał  to,  co  uważał:  że 

ktoś  chce  zniechęcić  Rosjan  do  łowienia  ryb  wokół  Soroya.  Twierdził,  że  jego  rybacy 

trzymali się wyznaczonej strefy i że nie naruszyli prawa. 

- Sądzę, że odwiedził was upiór morski - uśmiechnął się staruszek oglądający wraz z 

Wasilijem brzeg. 

Leżało tam tylko drewno wyrzucone przez morze, wodorosty, muszle. To, co zwykle. 

- Upiór morski? - spytał Wasilij z lekceważeniem w głosie. 

-  Wiele  dusz  nie  zaznaje  spokoju  -  twierdził  starzec.  Splunął  brązową  śliną  i  znów 

uśmiechnął  się  bezzębnymi  ustami.  -  Może  nie  wiecie,  że  ten,  na  którego  ziemi  pozwolono 

wam  postawić  szopy,  zaginął  na  morzu?  Nigdy  nie  spoczął  w  grobie.  Poszedł  na  dno z  całą 

załogą. Łódź wypłynęła  na brzeg z porwanymi żaglami i połamanymi wiosłami. Nie, on nie 

spoczął w pokoju, ten Ulrik. On nie ma grobu. 

Stary zagapił się w morze. 

- Zresztą nigdy nikogo nie lubił. Nikt nie chciał  stawiać szopy na jego ziemi. Gdyby 

nie wy, byłoby tu pusto. 

Wasilij  zaniemówił.  Nie  wiedział,  co  ma  o  tym  sądzić.  Stary  twierdził,  że  jakiś 

umarlak powstał z dna morza i zrobił im te szkody! 

-  Wciąż  jeszcze  znajdzie  się  ktoś,  kto  umie  więcej  niż  inni  -  mówił  dalej  starzec.  - 

Wywołanie umarłych to nie taka trudna sprawa. Gorzej ich zawrócić. 

Wasilij postanowił nic o tym nie mówić swoim ludziom. 

background image

Nazajutrz zachorował jeden z szyprów. Leżał w gorączce i gadał od rzeczy. Przeżywał 

strachy,  które  tylko  jego  nawiedzały,  bił  się  z  tymi,  którzy  chcieli  go  przytrzymać  na  łóżku. 

Krzyczał. 

Aż trzech musiało go trzymać na zmianę. Dopiero po południu zmęczył się i uspokoił. 

Po następnych dwóch dobach wstał. Ale nie chciał wypłynąć w morze. 

Stał na brzegu, plując w fale. 

Wasilij  popłynął  jako  szyper  na  jego  łodzi.  Chciał  popracować  fizycznie,  poczuć  się 

jak inni. Może go tak nie traktowali, ale Wasilij czuł, że mu to pomoże. 

Łowili poza granicą. I mieli udany połów. 

Rosjanie  trzymali  wartę  przy  łodziach.  Rozpalili  ogniska  na  brzegu,  siedzieli  wokół, 

grzejąc się. Obchodzili łodzie. 

Wasilij  widział  światła  przy  brzegu.  Bolało  go  to.  Nie  powinno  tak  być.  Ryby 

starczyłoby dla wszystkich. Nikt nie powinien zazdrościć innym. Wszyscy zawsze coś złowią. 

Tej nocy miał sen jakby wywołany słowami starca. 

Z morza wynurzyła się  nieforemna postać. Wyglądała, jakby zarzuciła  mrok nocy na 

ramiona. 

Ogromnymi  dłońmi  cięła  żagle.  Błyskało  ostrze  noża  tnącego  liny.  Łamała  wiosła  o 

burtę. 

Potem  zbliżyła  się  do  niego.  Sprawiła,  że  nie  mógł  się  poruszyć.  Stał  i  czuł  zapach 

morskiej wody, gnijących wodorostów. 

Bezkształtna postać, bez początku i bez końca. Coś nieludzkiego, lecz jakby z zarysem 

ciała, które może kiedyś było ludzkie. 

Ziała na niego trupim odorem. Powoli się obróciła i wróciła do morza. Weszła w fale, 

stopiła się z nimi. Bez śladu. 

Dwie  łodzie  zniszczone.  Ktoś  przejechał  wiele  razy  czymś  ostrym  po  dnie.  Nabrały 

wody jak sito. Żagle wisiały w strzępach. Wiosła doszczętnie połamane. 

-  Byliśmy  tu  cały  czas!  -  twierdzili  ci,  którzy  zostali  na  warcie.  -  Byliśmy  tu.  Nie 

spaliśmy nawet przez chwilę! Nikt nie mógł tego zrobić! To niemożliwe! Nienormalne... 

Tym  razem  na  brzegu  zebrało  się  więcej  starców.  Rozmawiali  między  sobą  cicho, 

kiwając głowami i uważnie oglądając brzeg. 

Wasilij też go oglądał. 

Niczego nie znalazł. 

Starcy  posyłali  mu  znaczące  spojrzenia,  ale  nic  nie  mówili.  Uznali,  że  go 

wystarczająco ostrzegli. Gdyby czegoś chciał, niech sam pyta. 

background image

Gdy już cała załoga jednej łodzi leżała w gorączce, zaczęto się niepokoić. Ten, który 

mieszkał z Norweżką, przynosił plotki z osady. 

Wiele osób zaczęło przebąkiwać o upiorach morskich. 

Pojawiły się pierwsze pęcherze. Najpierw u szyprów. U Wasilija. W ciągu następnych 

dni dostali ich inni. Wszyscy Rosjanie mieli bolesne pęcherze na wnętrzach dłoni. 

Nie mogli wypływać w morze. 

Próbowali  wszystkich  środków  znanych  z  domu.  Śliny  i  dziegciu,  moczu  odstałego 

przez jeden dzień. Niczego nie pominęli. 

Nic nie pomogło. 

Najtwardsi  zacisnęli  zęby,  owinęli  dłonie  i  wypłynęli  w  morze.  Wasilij  też.  Ogarnął 

ich  gniew,  który  ich  zjednoczył.  Coś  zagrażało  im  z  zewnątrz  i  czy  to  człowiek,  czy  nie, 

razem stawią temu czemuś opór. 

Wypłynęli. 

I  szczęście  się  odwróciło.  Łowili  tam,  gdzie  zwykle,  i  nic  nie  złowili.  Musieli  nawet 

zdjąć ryby suszące się na żerdziach, by mieć co jeść. 

Odkryli, że zalęgły się w nich robaki. I to tylko w ich rybach, a nie złowionych przez 

Norwegów czy Finów. 

-  Nawet  robak  dobrze  wie,  którą  rybę  jeść!  -  śmiali  się  mieszkańcy  osady.  -  Może 

teraz zaczną jeść Rosjan? 

Wasilij znów miał sen o postaci z morza. Za każdym razem podchodziła bliżej. Czuł 

jej wilgoć i chłód. 

Pewnego  ranka  wydało  mu  się,  że  widzi  mokre  ślady  na  podłodze  sypialni  i  że  w 

pokoju czuje zapach morskiej wody i wodorostów. 

Jeden z rybaków upadł na własny nóż, którym czyścił ryby. Nie zdołali go uratować. 

Tuż  przed  śmiercią  krzyczał  ze  strachu,  mówiąc  o  czarnej,  bezkształtnej  zjawie,  która  sięga 

po niego. 

Pochowali  go  zgodnie  z  rosyjskim  obyczajem.  Postawili  na  grobie  prawosławny 

krzyż. 

Następnego ranka znaleźli krzyż złamany i rzucony na ziemię. Ogarnął ich gniew, ale 

krzyża nie postawili na nowo. 

Spotykało  ich  wiele  drobnych  wypadków.  Wielu  wczepiały  się  haczyki  w  dłonie  tak 

mocno, że musieli je wycinać. Płynęło sporo krwi. 

Wyskakiwały im guzy i tworzyły się dziwne rany. 

I to tylko im. 

background image

W  nocy  spaliła  się  pierwsza  łódź,  oświetlając  całe  wybrzeże.  Mimo  że  wcześnie  to 

odkryli, nie udało im się jej uratować. 

Norwegowie stali dziwnie nieruchomo, z rękami w kieszeniach i patrzyli. Gdy łódź się 

spaliła, wrócili do siebie. 

Tylko  jeden  ze  starców  podszedł  do  Wasilija.  Stał  obok  niego,  zerkając  na  zgliszcza 

łodzi. Pachniało paloną smołą. I morzem. 

- Powinniście odesłać upiora w morze jedną z waszych łodzi - poradził. - Powinniście 

poświęcić którąś łódź, z narzędziami i żaglami. Zaczekać na niego i dać mu łódź. Może wtedy 

przestanie wam to robić. Dajcie mu to, czego chce, a zostawi was w spokoju. 

- Naprawdę  w to wierzysz? - zastanawiał się Wasilij. Był zmęczony i bał się. Z jego 

pęcherzy ciekła ropa. Bolały go i swędziały. 

W nocy śnił o ogniu i czarnej postaci z morza. 

-  Jestem  stary  -  powiedział  Norweg.  -  Długo  żyłem.  Wiele  widziałem.  Także  upiory 

morskie.  Nie  sądzę,  by  to  był  Ulrik.  Aż  tak  zły  nie  był.  A  jeśli  nawet  to  jest  on,  to  nie 

przychodzi z własnej woli. Ktoś go na was nasłał. 

Wasilij słuchał, sam nie wiedząc, czy wierzy, czy nie. Był zmęczony. 

- Macie swojego umarłego - twierdził stary. - Nietrudno jest go wywołać. Jedyne, co 

może  odgonić  upiora,  to  inny  upiór.  Poprosisz  go,  o  co  chcesz.  Nie  lubią  być  na  posyłki 

ż

yjących, ale można ich do tego skłonić. 

Wasilij czuł, że zaraz zwymiotuje. 

- Nie potrzebujemy czegoś takiego - zaprotestował. 

Wytrzymali przez cały sezon połowu. Gdy pierwsze łodzie z południa zaczęły wracać 

do domu, jego ludziom rozwiązały się języki. 

Okazało  się,  że  nie  tylko  Wasilij  miał  te  sny.  Wielu  z  Rosjan  widziało  bezkształtną 

postać wynurzającą się z morza. Do wielu coś mówiła. 

Ich ryby  były  nie do odratowania. Przebrali te, które się jeszcze nadawały. Przejrzeli 

beczki z solonymi rybami. Okazało się, że niektóre zgniły. Jeszcze się nigdy nie zdarzyło, by 

ryba gniła w słonej zalewie! 

Wasilij przygotował ludzi na powrót do Archangielska. Sam chciał pozostać. 

Następny  pożar  powstał  w  środku  dnia.  Nikt  nie  zauważył,  w  jaki  sposób. 

Rozprzestrzeniał  się  z  wiatrem.  Ogień  przenosił  się  z  jednego  dachu  na  drugi.  Dopadł  kilka 

łodzi. 

- Niech się, u diabła, spalą! - zawołał któryś. Wasilij przyznał, że ma to jakiś sens. 

background image

Niewiele  uratowali.  Zostawili  płonące  szopy  i  załadowali,  co  się  dało,  na  łodzie. 

Postawili żagle i odpłynęli. 

Ostatnie, co widzieli na Soroya, to ogień pełzający po ziemi na ich terenie. 

-  Sądzisz,  że  to  czarna  magia?  -  spytała  Raija.  Marzła.  Musiała  popatrzeć  na  dłonie 

Wasilija. Zadrżała, gdy ponownie ujrzała gładką skórę. 

-  Nie  wiem  -  westchnął  Wasilij.  -  Łatwo  tak  powiedzieć,  prawda?  To  zdarzyło  się 

tylko nam. Mieliśmy te same sny. Te same choroby. Pęcherze. Chorobę morską. Mężczyźni, 

którzy  pływali  cale  życie,  całą  drogę  spędzili  przewieszeni  przez  reling.  Wielu  dręczyły 

koszmary. To tylko nasze łodzie zniszczono. Tylko nasza ryba się zepsuła. Tylko nasze szopy 

spłonęły. 

- Chcesz tam wrócić? - spytała Raija. 

-  Nigdy  w  życiu!  -  odparł  Wasia  z  przekonaniem.  -  Nigdy.  Nie  chcą  nas  tam.  Nie 

wiem, kto mógłby mieć powód, by nas tak nienawidzić, ale nie chcę się dowiedzieć. Poradzę 

Jewgienijowi  i  Olegowi,  by  zapomnieli  o  Soroya.  Zapomnieli  o  łowieniu  ryb  w  Finnmarku. 

Lepiej kupować, co potrzebujemy. Trzeba trzymać się z dala od czarnej magii. Tam coś było. 

Nie wiem, co, ale ktoś bawił się mocami, których nie wolno niepokoić. Ktoś bawił się nami. 

-  Obejmij  mnie  mocno!  -  poprosiła  Raija.  Wiedziała,  że  Jewgienij  miał  zawinąć  na 

Soroya. 

Był z nim Michaił. Jemu nic nie może się stać! 

background image

Dopłynęli do Soroya późnym wieczorem. Kolorowo pomalowany statek niemal zlewał 

się  z  wieczornym  niebem,  które  jakby  przystroiło  się  na  ich  przyjęcie.  Słońce  szczodrze 

zabarwiało  świat.  Żółty  i  czerwony  łączyły  się  z  fioletem,  wyostrzały  pomarańczowym, 

łagodniały różowym... 

Oleg i Jewgienij wpatrywali się w brzeg. Stali na pokładzie, od kiedy wyspa była tylko 

ciemniejszym skrawkiem lądu na horyzoncie. 

Jewgienij  ciekaw  był  części  tego,  co  w  żartach  nazywał  swoim  królestwem.  Oleg 

chciał  tu  powrócić,  by  pokazać  wszystko  wspólnikowi.  Uważał,  że  to  był  jego  pomysł  i 

wykonanie. Nie przeszkadzało mu, że Liny już tam nie było. 

-  To  się  nie  zgadza!  -  Oleg  niespokojnie  chodził  wzdłuż  relingu  jak  kocur  wietrzący 

kotki w rui. - To się zupełnie nie zgadza! - powtórzył i wepchnął pięści do kieszeni. 

- Coś mało łodzi - zauważył Jewgienij, osłaniając oczy przed wieczornym słońcem. 

- Naszych łodzi tam nie ma - powiedział Oleg z naciskiem. - A co gorsza, nie ma także 

naszych szop! 

Stali w milczeniu. Statek zbliżył się do brzegu na ile mógł. Nikt nie wypłynął na ich 

spotkanie.  Ludzie  stali  na  brzegu.  Nikt  nie  machał  ręką  na  powitanie,  nikt  się  nie  cieszył. 

Ż

adne dzieci nie skakały z radości, przeczuwając smak rosyjskich cukierków. 

- To dziwne - twierdził Oleg stanowczo. 

-  Czy  to  na  pewno  tu?  -  Jewgienij  chciał  nieco  rozładować  atmosferę,  choć  też  był 

niespokojny. 

Oleg nie zauważył jego pytania. 

-  Niech  Misza  zostanie  -  rzucił.  Pomiędzy  brwiami  miał  głębokie  bruzdy,  twarz 

zmienioną niepokojem. - Coś tu jest nie tak. 

Jewgienij  zaakceptował  jego  słowa.  Może  on  był  kapitanem  „Raiji  Antonii”,  ale 

właściwie to Oleg dowodził. Zwłaszcza tutaj. On znał tu wszystko. 

Łódkę spuszczono na wodę, niemal zanim zakotwiczono statek. Oleg był niespokojny. 

Nic nie mówił. Jako pierwszy wyskoczył na ląd, nie czekając na Jewgienija. 

- Co się, u diabła, tu stało? - Oleg dostrzegł twarz brata Liny w tłumie. 

Samuel wzruszył ramionami. 

- Wasi wyjechali - rzekł. - Tylko Kola został u swojej kobiety. 

- Dlaczego? 

background image

Oleg rozejrzał się wokół. Zobaczył resztki spalonych bali. Popiół był jeszcze świeży. 

- Spaliło się - rzucił Samuel niechętnie. - Twoi ludzie chyba zachorowali. 

- Wyczuwam więcej niż to - stwierdził Oleg twardo. - Więcej niż pożar. 

Zwrócił się do mężczyzn, którzy podeszli do nich: 

- Co się stało? 

Jednak  jedyną  odpowiedzią  były  tylko  umykające  spojrzenia,  odchrząkiwanie, 

drapanie czubami kumagów o ziemię, plucie brązową śliną. Nie padło ani jedno słowo. 

-  Porozmawiaj  z  Kolą  -  zaproponował  Samuel  cicho,  rozglądając  się  niespokojnie 

dokoła. Nie chciał nic więcej mówić. Trzymał Olega na dystans. 

-  Przecież  mieszkałem  tu!  -  nie  poddawał  się  Oleg.  -  Mieszkałem  razem  z  wami! 

Byłem jednym z was, do cholery! Znam was. Rozmawiajcie ze mną! 

-  Już  tu  nie  mieszkasz  -  odparł  Samuel.  -  Lina  też  nie  ani  twój  syn.  Twoje  drugie 

dziecko  zostało  tu  pochowane.  Ty  nie  jesteś  jednym  z  nas,  Oleg.  Jesteś  Ruski.  Jesteś 

armatorem. Nigdy nie byłeś jednym z nas. 

Szczere słowa. 

Oleg odwrócił się tyłem do mieszkańców wyspy. Oni stali ramię przy ramieniu, jakby 

obawiali się, że Oleg użyje siły, by wydrzeć z nich wyznanie. 

-  Bije  z  nich  nieczyste  sumienie  -  rzucił  do  Jewgienija  przez  zaciśnięte  zęby.  Nie 

przejmował  się,  czy  miejscowi  go  zrozumieją.  Posługiwali  się  tylko  rodzajem  mieszanego 

języka rosyjsko - norweskiego, ale potocznego rosyjskiego nie rozumieli. 

Podeszli do miejsca, gdzie stały szopy. Obejrzeli resztki. Ogień strawił je do cna. 

-  Nawet  nie  usiłowali  gasić  -  stwierdził  Jewgienij  z  niedowierzaniem.  Tutaj  przecież 

drewno było niezwykle cennym materiałem. 

Znaleźli grób. Krzyż był już szary i wilgotny. Przeczytali wyryte imię i datę. 

Wbili na nowo krzyż w ziemię. Najbliższy sztorm i tak go przewróci, ale nie chcieli, 

by leżał. 

- Prawie dwa miesiące - rzucił. Popatrzył na Jewgienija. - Kola nie umie pisać. To nie 

on zrobił. Musiał jeszcze tu być Wasilij. Potem odpłynęli. Dlaczego? 

- Kola nam odpowie - odparł Jewgienij. Czuł niepokój pełznący po plecach. 

Kobieta Koli, Ewa, miała przestraszony wzrok i zapadnięte policzki. Oleg nie pamiętał 

jej takiej. 

- O Boże, przyjechałeś teraz? - spytała zdumiona, ale wpuściła ich obu do środka. 

- Kto to, Ewa? - spytał Kola, ale jego głos brzmiał obco. 

background image

Ewa skinęła głową w kierunku drugiej izby. Drzwi były uchylone. Ukryła dłonie pod 

fartuchem. 

- Idźcie do niego! - rzuciła. - Porozmawiajcie z nim! 

Ale sama została w kuchni. 

Oleg  i  Jewgienij  najchętniej  by  się  wycofali  od  razu.  W  ustach  im  zaschło,  przez 

chwilę nie mogli przywitać się z tym, który leżał, okryty, na łóżku. Nie poznaliby go, gdyby 

nie wiedzieli, kto to jest. 

Kola był dobrze zbudowanym młodzieńcem około dwudziestki. Szerokim w barach, z 

silnymi  ramionami,  mocno  zarysowaną  szczęką.  Miał  siłę  niedźwiedzia,  z  łatwością 

przerzucał bale drewna. 

Oczy pozostały te same. Niebieskie. Czujne. 

- A więc przyjechaliście? Spotkaliście naszych? Wyglądają tak samo jak ja? 

Głos  Koli  był  ochrypły,  pozbawiony  siły,  zupełnie  jak  jego  ciało.  Wychudzony 

mężczyzna o obwisłej skórze na przekór wszystkiemu trzymał się życia. 

- Przybywamy z południa - odparł Oleg. - Co, u diabła ciężkiego, się tu stało? Samuel 

nie chciał powiedzieć. Nikt nie chce nic powiedzieć. Co ci się stało? 

Ś

miech Koli zabrzmiał nieprzyjemnie. Wychudzone ciało zatrzęsło się pod okryciem. 

Niemal słyszeli, jak jego kości obijają się o siebie. Jewgienija i Olega przeszedł dreszcz. 

-  Co  się  stało?  -  powtórzył  Kola  ochryple.  Z  trudem  podniósł  się  nieco  z  posłania, 

opierając  o  ścianę.  Długo  odpoczywał,  zanim  mógł  dalej  mówić.  -  Można  powiedzieć,  że 

zdarzyło  się  piekło,  Oleg.  Inaczej  nie  mogę.  Żałuję,  że  nie  pojechałem  z  nimi.  Ewa  nie 

chciała.  Teraz  i  tak  ją  opuszczę.  Lepiej  umrzeć  w  domu  niż  w  miejscu,  gdzie  będą  pluć  na 

twój  grób...  Chciałbym  wiedzieć,  czy  oni  dopłynęli.  -  Nabrał  powietrza.  -  Podobno 

naraziliśmy się upiorowi morskiemu. 

Oleg i Jewgienij wymienili szybko spojrzenia. Czyżby Kola postradał zmysły? 

- Nikt mi nic nie mówi - ciągnął chory. - Już dawno nikt ze mną nie rozmawiał. Nie 

wiem,  czy  można  się  tym  zarazić,  ale  oni  się  boją,  głupcy.  Z  Ewą  rozmawiają.  Ona  nie  jest 

nasza,  więc  jej  nie  unikają.  Niczego  nie  rozumiem,  ale  zaczynam  w  to  wierzyć.  We 

wszystko... 

Spojrzał na swoje dłonie. Kości dłoni. Już nie można nazwać ich dłońmi. 

- Dwa miesiące temu mogłem podnieść konia - rzucił gorzko. - A teraz umieram. 

Nabrał powietrza i popatrzył długo na pryncypałów. 

-  Mówią,  że  coś  zaczyna  się  w  Danii.  Nie  chcą,  byśmy  tu  łowili.  Sądzą,  że 

przybywamy,  zanim  caryca  Elżbieta  ruszy  z  armią  na  Finlandię.  Boją  się,  że  tu  zostaniemy. 

background image

Komuś  w  Norwegii  poradzono,  by  nas  przegnać  z  wybrzeża.  Przede  wszystkim  stamtąd, 

gdzie zbudowaliśmy domy. Tu im się udało. Jeżeli i gdzie indziej użyją upiorów, pewnie też 

się uda... 

- Co się wydarzyło? - Oleg zacisnął dłonie na oparciu łóżka. - Co, Kola? 

Kola opowiedział. 

-  Ktoś  zniszczył  narzędzia  i  łodzie  -  odezwał  się  Jewgienij,  gdy  ten  skończył.  -  Ktoś 

zrobił to rękami. Ktoś podpalił domy... 

-  A  choroby?  -  sprzeciwił  się  Kola.  -  Widzieliście  też  grób,  prawda?  On  upadł  na 

własny nóż, gdy czyścił rybę. Przecież robił to od małego. Widziałem chłopów ze słoną wodą 

w  żyłach  płaczących  ze  strachu  przed  wypłynięciem  w  morze.  Doświadczonych  rybaków 

wymiotujących jak koty. Widziałem, jak bredzili w gorączce. Nikt inny nie chorował. Tylko 

my. Wszyscy mieliśmy sny. Ja nadal mam. Jakaś oślizła istota powstaje z morza. Co noc. Co 

noc bliżej. Czeka. Inni też to śnili. Ja zostałem sam. Kiedyś w nocy to mnie wreszcie dotknie, 

i  wtedy  się  nie  obudzę.  Zresztą  wszystko  mi  jedno.  To  już  nie  jest  życie.  To  czekanie  na 

upiora... 

Utkwił wzrok w Olegu. Tylko oczy jeszcze żyły w ciele Koli. Była w nich wola życia, 

pomimo wszystko. Walczył. Wbrew wszystkiemu. 

- Wiesz, że nie mówię bzdur. Ty wiesz, który ze starców znał się na takich sprawach. 

Wiesz, że miał powody,  by to zrobić. Ty wiesz, Oleg. Wszyscy wiedzą, że coś za to dostał. 

Ale na pewno zrobiłby to i z własnej woli. 

Oleg nie odpowiedział. 

Jewgienij wpatrzył się w niego. Zdziwiło go, że Oleg nie protestował. 

-  Wiem  -  odezwał  się  Oleg  w  końcu.  -  Od  razu  o  nim  pomyślałem,  gdy  zobaczyłem 

ciebie. Wiedziałem, że chodzi także o mnie... 

- Nikt nie chce nam pomóc - wychrypiał Kola. - Ewa na kolanach błagała tych, którzy 

coś potrafią. Obiecywała im wszystko. Siebie też, jak sądzę... Ewa mnie kocha. Nawet teraz. 

Ale nikt nie chce nic zrobić. Nikt nie chce się jemu narazić. Trzymają razem. 

- Czy jakoś można ci pomóc? - spytał Oleg. Kola zaśmiał się ponuro. 

-  Jednego  upiora  może  wygnać  tylko  inny  upiór.  Ale  ani  ty,  ani  ja  nie  potrafimy  go 

wywołać. 

Jewgienij pomyślał o Raiji i przebiegł go dreszcz. Dobrze, że nie popłynęła z nimi. 

- Zrobię dla ciebie wszystko, co będę mógł - obiecał Oleg, prostując plecy. 

- Pewnie już za późno - odparł Kola. - Ale nie boję się śmierci. Są gorsze rzeczy. 

- Zabiorę cię do Rosji - obiecał Oleg. - Żywego czy martwego. 

background image

Kola zamknął oczy. Ulga odmalowała się na jego twarzy, ale nic nie odrzekł. 

-  Najpierw  spróbuję  -  mówił  dalej  Oleg.  -  Porozmawiam  z  nim.  Nie  będę  go  błagał. 

Ale porozmawiam z nim. 

-  Nie  jedz  niczego,  czym  cię  poczęstuje!  -  Kola  wpatrzył  się  intensywnie  w 

towarzyszy. - Nie dotykaj niczego, jeśli ci się uda! 

Oleg pokiwał głową. 

- Oni chcą jego śmierci  - powiedziała Ewa. Miała zaciętą twarz, zapadnięte policzki. 

Zacisnęła zęby. Wydawało się, że często tak robiła. Z głębi oczu wyzierała bezdenna rozpacz. 

Ale  głowę  trzymała  dumniej  uniesioną,  niż  Oleg  pamiętał.  Kobiety  na  tym  wybrzeżu  miały 

zaskakujące  zasoby  siły.  Były  ostre  i  zawzięte  jak  sama  natura.  Odpierały  ataki  naj-

silniejszych podmuchów wiatru. Wzrastały z wiatrem wiejącym w twarz. 

Przyszła mu na myśl Lina. 

Może powinien był ją bardziej kochać? Ale nie można wyhodować miłości tam, gdzie 

jej nie ma. Nie czuł do niej wystarczająco wiele. Lina nigdy nie była dla niego tą jedyną. 

Nie kochał jej wystarczająco mocno. 

To też była jego wina. Ponosił za to odpowiedzialność. 

-  Porozmawiam  ze  starym  -  powtórzył  Oleg.  Ewa  pokręciła  powoli  głową.  Jej 

spojrzenie mówiło wyraźnie, że to beznadziejne przedsięwzięcie. 

-  Żadnemu  z  nich  nawet  się  nie  śni  nam  pomóc.  Wam.  Gdy  ich  błagałam,  nawet  ze 

względu  na  mnie,  jeśli  nie  dla  niego,  powiedzieli,  żebym  raczej  znalazła  sobie  mężczyznę 

wśród swoich. Że powinnam być z Norwegiem. Wtedy mogłabym go zatrzymać. 

Zaśmiała się głucho, tak samo jak wcześniej Kola. Oboje przechodzili przez piekło. 

-  Ofiarowałam  im  siebie  -  rzuciła  gorzko,  z  zaciętością.  -  Nie  mam  nic  poza  swoim 

ciałem.  I  kiedyś  ich  łapska  chętnie  by  mnie  dotknęły,  obmacały.  Ale  teraz  wyśmiali  mnie. 

Kazali przyjść, gdy Kola już umrze. Że gdy już będę sama, chętnie mi pomogą. 

Splunęła na palenisko. 

Oleg uścisnął ją szybko, pocałował w oba policzki, otarł jej łzy. 

- Zrobię, co mogę! - obiecał. - A jeśli on umrze... - Zamilkł na chwilę. - Byłoby ci o 

wiele  lepiej  w  Rosji,  Ewo.  Pomożemy  ci  się  urządzić,  jeśli  zechcesz.  Jeśli  nastąpi  to 

najgorsze. 

Pokręciła głową. Znów ta duma kobiety z wybrzeża. Znów wyprostowany kark. 

- Nawet jeśli Kola wyzdrowieje i odpłynie z wami, ja zostanę. Tu jest mój dom. 

Uznali to. Musieli. Ona sama wiedziała, co jest dla niej dobre. Taką była kobietą. 

- Znajdź Niillasa - rzuciła. 

background image

- Lapończyka? - upewnił się Oleg. Pokiwała głową. 

-  On  jedyny  może  odważy  się  pomóc  -  powiedziała.  -  Zna  wszystkich.  Może  zna 

czarownika potężniejszego niż ci, których oni wywołali. Noaidę. 

- Prosiłaś go już? 

-  Nie  było  go  jeszcze.  A  tylko  on  może  pomóc.  Zamilkła.  Popatrzyła  na  Olega 

badawczo, czy poznał to imię. Wiedziała, że tak. 

- On kochał Linę - rzuciła. - Kochał bardziej niż ty kiedykolwiek, Oleg. 

Oleg przełknął ślinę. 

-  Tu  nie  chodzi  o  Linę  -  stwierdził.  -  Już  nie.  Lina  odjechała  stąd.  Wybrała  własne 

ż

ycie. 

Ewa nic nie odpowiedziała. Patrzyła za nimi, jak odchodzili. Miała nadzieję, że  Lina 

odnalazła szczęście. 

- Kim jest ten, do kogo idziemy? - spytał Jewgienij. 

Oleg szedł milczący i zacięty. Nie wahał się. 

-  Dziadek  Liny  -  odparł  Oleg.  -  Może  to  wszystko  prowadzi  aż  do  Kopenhagi,  nie 

wiem.  Ale  ręka,  która  tym  kieruje,  jest  tutaj.  Usta,  które  wypowiadały  zaklęcia,  są  ustami 

dziadka  Liny.  Staruch  nigdy  mnie  nie  lubił.  To  była  dla  niego  świetna  okazja  do  zemsty  i 

poigrania  z  siłami  nieczystymi.  Lina  zawsze  powtarzała,  że  on  się  nudzi,  jeśli  musi  się 

ograniczać do gojenia ran i usuwania dziecięcych wysypek. 

- Nie mógł uratować waszego drugiego dziecka? - spytał Jewgienij. 

Oleg wzruszył ramionami. 

- Może nie chciał - odpowiedział twardo. 

Z pomarszczoną, okrągłą twarzą wyglądał niewinnie jak każdy staruszek. Bystre oczy 

przebiegły  szybko  po  przybyszach.  Jego  ciało  dowodziło,  że  się  nieźle  w  życiu  napracował, 

ale  że  jeszcze  ma  nieco  sił  na  zbyciu.  Siwe  włosy  były  gęste,  okrywały  mu  głowę  niczym 

porządna warstwa śniegu. 

- Pomyśleć tylko, że mnie odwiedzasz, Olegu Jurków! - zaśmiał się na powitanie stary 

i Oleg dostrzegł, że swoje trzy zęby nadal ma na miejscu. - Przyniosłeś wódkę? 

- Czy wódka wystarczy, żebyś uzdrowił Kolę? Twarz starego rozpłynęła się w jeszcze 

szerszym uśmiechu. Wyglądał tak przyjaźnie, uznał Jewgienij. 

Nie  rozumiał  dokładnie  wszystkiego,  co  mówili,  ale  domyślał  się  po  tonie 

wypowiedzi. 

Oleg nie przybywał z kurtuazyjną wizytą, to było pewne. 

background image

- Nie sądzę, żeby Kola kiedykolwiek wyzdrowiał. - Dziadek Liny udał smutek. - Taka 

szkoda. Był silnym, młodym mężczyzną. Jak to może się szybko potoczyć... To okropne, gdy 

młodzi odchodzą przed starszymi. 

Oleg zbladł. 

-  Nie  udawaj  przede  mną,  Lars!  Obaj  wiemy,  na  czym  stoimy.  Ja  wiem,  co  ty 

potrafisz.  Wiem,  jakie  masz  o  mnie  zdanie.  Znasz  mnie.  Proszę  cię,  byś  uzdrowił  Kolę. 

Zabierzemy go do Rosji. Nic nie zyskasz na jego śmierci. 

- Nic nie zyskam także na tym, że będzie żył - odparł stary równie uprzejmym głosem. 

Ale w oczach pojawił się wyraz zaciętości. 

Jewgienij zrozumiał, że nie mają do czynienia z miłym dziadkiem. Pozory mylą. 

- Więc to ty namieszałeś? - spytał Oleg, nie spuszczając ze starego wzroku. 

Lars siedział nieporuszony. 

- Skąd ci to przyszło do głowy? - spytał z miną niewiniątka. 

- Wiele się wydarzyło - odparł Oleg. - Nie sądzę, by ktokolwiek inny to potrafił. Nie 

tylko  ty  posiadasz  taką  moc,  Larsie  Olssenie.  Ale  tylko  ty  posługujesz  się  złymi  siłami. 

Niebezpiecznymi... 

Dziadek  Liny  nadal  się  uśmiechał.  Przypominał  kota,  który  właśnie  wypił  spodek 

ś

mietany. 

On  się  świetnie  bawi,  uświadomił  sobie  Jewgienij.  Na  tę  myśl  przeszył  go 

nieprzyjemny dreszcz. 

-  Milo  usłyszeć,  że  tak  wysoko  mnie  cenisz,  Jurków  -  rzucił  Lars.  -  Rzadko  kiedy 

młodzi doceniają nas, starszych. 

Nie odpowiedział na prośbę Olega. Nie zamierzał. Napawał się ich zainteresowaniem, 

tym, że go podejrzewają. 

Jewgienij  uświadomił  sobie,  jak  słabo  zna  się  na  ludziach.  Widział  w  nim  przecież 

tylko nieszkodliwego staruszka! 

- A więc nie chcesz? - spytał wprost Oleg. - Nawet jeśli ci zapłacę? 

Stary nadal pokazywał swoje trzy zęby w uśmiechu. 

- Tyle mi nigdy nie zapłacisz, Olegu Jurków - rzucił nadspodziewanie twardo. - Nawet 

ty, który jesteś bogaty.  Ruscy nie mogą mieszkać na Soroya, rozumiesz? Ty powinieneś był 

zostać z Liną, a nie zostawić ją samą. Przez ciebie umarło jej drugie dziecko. 

- I przez ciebie? - Oleg nie spuszczał ze starego wzroku, ale nic nie mógł wyczytać z 

jego twarzy. Stanowił zamkniętą księgę. Nie zdradzał więcej, niż sam chciał. - Może mogłeś 

mu uratować życie? 

background image

Stary wzruszył ramionami i rozłożył ręce. 

-  Nie  każdemu  pisane  jest  długie  życie.  Bóg  daje  i  odbiera.  Życiem  i  śmiercią  nie 

można rządzić. Nie wszystkie dzieci rodzą się, by dorosnąć. 

Jewgienija  przeszedł  dreszcz.  Coraz  mniej  zostawało  z  miłego  staruszka.  Coraz 

bardziej zdawał sobie sprawę, kogo miał przed sobą. Bał się. 

-  Mogę  was  czymś  poczęstować?  -  zaproponował  stary.  -  Skoro  jesteś  tak  skąpy,  że 

nawet nie wziąłeś wódki, idąc do mnie z wizytą... Goście nie powinni odbierać gospodarzowi 

gościnności. 

- Niczego u ciebie nie chcemy - prychnął Oleg. - A jeśli chodzi o gościnność, nie masz 

się czego obawiać. To, czego nigdy nie było w domu, nie może zniknąć! 

Oleg otworzył drzwi i przepuścił Jewgienija. Lars zatrzymał ich, mówiąc: 

-  Uważajcie  na  chłopaka!  To  ładny  młodzieniec.  A  już  mówiłem,  że  nie  wszystkie 

dzieci rodzą się, by dorosnąć. Życie jest nie do przewidzenia, prawda? 

-  Obiecuję  ci  piekło,  Larsie  Olssenie.  Obiecuję  ogień,  śmierć  i  wszelkie  okropności, 

jeśli coś się stanie chłopakowi! 

Oleg nadal stał z dłonią zaciśniętą na klamce. 

Stary  popatrzył  na  niego  dziwnie,  poruszając  ustami.  Wyglądał,  jakby  był  gdzie 

indziej. 

Jewgienij pociągnął za sobą Olega. Nawet nie zamknęli porządnie drzwi. 

-  W  każdym  razie  dotarliśmy  do  właściwej  osoby  -  rzucił  Oleg.  -  Staruch  bardzo 

chciał  się  tym  pochwalić,  ledwo  się  powstrzymywał.  Jeszcze  nie  wie,  jak  daleko  się  może 

posunąć. Obawiam się, że nadal siedzi w nim wiele złego - westchnął. - Michaił nie powinien 

tu schodzić na ląd, tyle możemy zrobić. Zrozumiałeś, co o nim mówił? 

Jewgienij pokręcił głową. Zbladł, gdy Oleg powtórzył mu słowa starego. 

- Może coś mu zrobić? - spytał. 

- Nie wiem  - odparł  Oleg poważnie. -  Boję się,  że może. Ja wierzę Koli, rozumiesz? 

Wierzę Ewie. 

Oni wiedzą, co się za tym kryje. Wierzą w to. Ja też. 

- Upiory? 

-  Upiory  -  odparł  Oleg,  nie  mrugnąwszy  nawet  powieką.  -  Gdybyś  znał  to  wszystko, 

co tu opowiadają, nawet byś nie pytał. Oni w to wierzą. Widywali takie rzeczy. Życie i śmierć 

są tu o wiele bliżej niż u nas. 

- To wszystko sprawka starego? 

- A nie? - odparł pytaniem Oleg. 

background image

Stali na brzegu morza, wdychając zapach wodorostów. Widzieli, jak słońce delikatnie 

dotyka  morza  promieniami.  Może  myśli  już  o  zanurzeniu  się  w  nim.  A  może  zaczeka  kilka 

dni. Lato się jeszcze nie kończy. 

-  Wypłynę  stąd,  zanim  cokolwiek  się  zdarzy  Michaiłowi  -  stwierdził  Jewgienij.  Miał 

nieporuszoną twarz. 

-  Michaiłowi  nic  się  nie  stanie  -  obiecał  Oleg.  Jewgienij  nie  wiedział,  na  jakiej 

podstawie mógł to stwierdzić, jeśli znał siły, które rządziły na wyspie. 

Znów pomyślał o Raiji. Wbrew woli zapragnął,  by tu z nimi była. Może nie dlatego, 

ż

e mogłaby czemuś zapobiec. Nie chciałby jej narażać na konieczność interwencji. Zwłaszcza 

nie na to. Ale ona by zrozumiała. Bardziej niż on, bardziej niż Oleg, tego był pewien. 

Oleg  pokiwał  ręką  na  łódkę.  Znieruchomiał.  Popatrzył  na  swoją  dłoń.  Jewgienij 

podszedł do niego. 

- Ten stary... - warknął Oleg. Wnętrze dłoni pokryte miał pęcherzami. 

- Klamka - rzucił Jewgienij. Oleg pokiwał głową. Schował dłonie za plecami. 

Już czuł, jak swędzą. Wiedział, że na tym się nie skończy. 

-  Nie  mogłem  przecież  otworzyć  i  zamknąć  drzwi  bez  dotykanie  klamki!  -  rzucił 

sucho. - A ty czegoś dotknąłeś? 

Jewgienij pokręcił głową. 

-  Musimy  jak  najszybciej  odnaleźć  Niillasa  -  rzekł  Oleg.  -  Nie  sądzę,  by  staruch  dał 

nam dużo czasu. Czuję, że chce mi pokazać swoje możliwości... 

-  Jeżeli  coś  się  stanie  Miszy...  Oleg  pokręcił  głową.  Znów  złożył  obietnicę,  choć  nie 

wiedział, czy jej dotrzyma: 

- Miszy nic nie grozi! 

background image

Nie tłumaczyli, dlaczego nie zostają tu na redzie. 

- Spaliło się? - pytał Misza. - Nie było Wasilija? 

- Tylko Kola - odparł Jewgienij szorstko. - Nikt inny. Zachorowali. Domy się spaliły. 

Wszyscy wrócili do domu. 

-  W  takim  razie  dobrze,  że  mama  tam  jest  -  powiedział  chłopak  tak  naturalnie,  że 

Jewgienija przeszedł dreszcz. 

Czyżby los nie chciał, żeby Raija z nimi popłynęła? 

Nie, nie wolno mu tak myśleć! Nie chciał o tym myśleć. 

Wasilij był znów w Archangielsku. Tam gdzie Raija... 

Nie, o tym także nie wolno mu myśleć! 

Przecież  nie  wiadomo,  czy  dotarli  do  domu.  Ta myśl  też  była  straszna,  ale  Jewgienij 

uczepił się jej. 

-  Podpłyniemy  tam,  gdzie  Lapończycy  mają  obozowisko  -  wytłumaczył  Oleg.  -  Nie 

dlatego,  że  odległość  pomoże  -  dodał,  dławiąc  i  tę  nadzieję  w  Jewgieniju.  -  Dla  tych  sił 

odległości się nie liczą. 

-  Nie  znaczy  to,  że  pomogło  im,  gdy  odjechali? -  spytał  Jewgienij,  chociaż  domyślał 

się odpowiedzi. 

-  Może  nie  -  odparł  Oleg.  Spojrzał  na  Michaiła,  znów  na  Jewgienija.  Czekał,  by 

Jewgienij wypowiedział te słowa, ale one nie nadeszły. 

- Misza - odezwał się Oleg z westchnieniem. - To, co ci teraz powiem, przeznaczone 

jest tylko dla twoich uszu. Nie chcę, by załoga się o tym dowiedziała. Wierzę, że dotrzymasz 

tajemnicy. Niedługo będziesz dorosłym mężczyzną. Ty poprowadzisz wszystko dalej. To coś 

dla mężczyzn. 

Jewgienij  odwrócił  się  do  nich  plecami.  Patrzył  w  kierunku  lądu,  ściskając  mocno 

reling.  Nie  wiedział,  czy  to  właściwe,  czy  nie  złożą  zbyt  wielkiego  ciężaru  na  ramiona 

chłopaka. Nie chciał, by Misza się bał, ale jednocześnie rozumiał Olega.  To wszystko może 

też  dotknąć  Misze.  Dlaczego  tak  nastawał,  by  Michaił  popłynął  w  ten  rejs?  Dlaczego  nie 

słuchał Raiji, która chciała, by poczekali? 

Na co naraził swoje dziecko? 

-  Na  tej  wyspie  zdarzyły  się  rzeczy,  które  trudno  pojąć  -  powiedział  Oleg,  patrząc 

chłopakowi prosto w oczy. - Wiesz, że twoja matka ma niezwykłe zdolności? 

background image

Misza pokiwał głową. 

- Są tu ludzie, którzy też potrafią dziwne rzeczy - mówił dalej Oleg. - Takie, których 

twoja matka nigdy by nie zrobiła. Złe rzeczy. Nasi ludzie stąd uciekli. Są tu tacy, którzy nie 

chcą, byśmy tu łowili. Którzy chcą nas stąd wykurzyć. Dlatego to się wydarzyło. I nadal się 

dzieje.  -  Nabrał  oddechu.  -  Kola  jest  chory.  To  choroba,  którą  mogą  uleczyć  tylko  podobne 

siły. Nie ma innego lekarstwa, rozumiesz, Misza? Musimy zrobić wszystko, by odnaleźć tego, 

kto ma wystarczającą moc, by uratować Kolę. 

- Co...? - Michaił chciał spytać o wszystko naraz, lecz zabrakło mu słów. 

- Wytłumaczymy ci - obiecał Jewgienij. - Ale teraz nie mamy czasu. 

Oleg pokazał chłopakowi wnętrze swojej dłoni. 

-  Na  przykład  to  -  rzekł  z  gorzkim  uśmiechem.  -  Dotknąłem  czegoś,  czego  nie 

powinienem. 

Jewgienij  spojrzał  badawczo  na  syna.  Michaił  wyglądał  na  przestraszonego.  To 

dobrze, lepiej, by nie lekceważył niebezpieczeństwa. 

-  Jeśli  poczujesz  coś  dziwnego  -  powiedział  -  zaraz  mów  o  tym  mnie  lub  Olegowi. 

Rozumiesz? 

Ciemne  oczy  Miszy,  tak  podobne  do  oczu  Raiji, rozszerzyły  się.  Zrozumiał.  Pokiwał 

głową, zaciskając pięści. 

Dobry Boże, chroń Misze! 

Zeszli  na  ląd  w  środku  nocy.  Ani  Oleg,  ani  Jewgienij  nie  czuli  zmęczenia.  Nie  mieli 

czasu na zmęczenie. 

Gdy szli po miękkich mchach, pośród jasnej, łagodnej nocy, trudno im było pojąć, że 

niebezpieczeństwo  czai  się  tak  blisko.  Gdyby  nie  pęcherze  na  dłoni  Olega,  mogliby  uznać 

wszystko za część złego snu. 

Byli zmuszeni, by uwierzyć w to, o czym się zwykle nawet nie wspomina. 

W  obozowisku  panowała  cisza.  Psy  zwietrzyły  ich  z  daleka.  Zerwały  się  na  nogi, 

obszczekując zawzięcie. Obwąchiwały ich i odprowadzały, ostrzegając właścicieli. 

Z jurt wychylały się ciemnowłose głowy, z rzadka jasnowłose. 

Oleg rozpoznał Niillasa. 

Może ktoś jeszcze rozpoznał jego, ale wszyscy pochowali się, gdy zobaczyli, że wita 

się z Niillasem. 

Jewgienij  też  się  z  nim  przywitał.  Niillas  długo  spoglądał  na  pusty  rękaw  koszuli 

Rosjanina, ale bez zdumienia. 

background image

-  Jeżeli  jej  szukasz,  ja  nic  nie  wiem  -  odezwał  się  Lapończyk,  gdy  usiedli  w  jego 

namiocie.  Wnętrze  oświetlało  jedynie  ognisko.  Było  jasno  i  przytulnie.  Świat  Niillasa 

wewnątrz skórzanych ścian. - Często myślę, że ona miała prawo, by tak zniknąć. Tylko w ten 

sposób mogła stworzyć dla siebie nowe życie. Tutaj zawsze pozostałaby kochanką bogatego 

Ruska. 

Policzek Olega ściągnął nerwowy grymas. 

- Nie przyjechałem, by szukać Liny ani o niej rozmawiać. 

Otworzył lewą dłoń i pokazał Niillasowi. 

-  Nie  powinieneś  tu  przyjeżdżać  -  odezwał  się  Lapończyk  po  dłuższej  chwili.  Nie 

pytał, skąd ma te pęcherze. Jego oczy były mądre, widziały już wiele. Nawet wyblakły przez 

lata, jakby były już zmęczone patrzeniem. 

W  świetle  ognia  jego  jasne  włosy  wydawały  się  niemal  rude.  Cienie  wyostrzyły 

zmarszczki. Dłońmi przywykłymi do pracy obracał kawałek patyka. 

- Słyszałeś, co się tu wydarzyło? Niillas pokiwał głową. 

-  Nieprzyjemne  sprawy  -  odparł.  -  Złe.  Ktoś  służy  złym  siłom,  a  reszta  tylko  patrzy. 

Wyraża zgodę. Boją się sprzeciwić. Tak już jest. 

- Jeden z naszych umiera tam w osadzie. Powoli umiera. Mówi, że nocami przychodzi 

do niego upiór morski, co noc zbliża się coraz bardziej. 

- Weźcie go ze sobą! 

- Nie chcemy tego czegoś zabierać ze sobą. 

-  Ja  nie  mam  takiej  mocy  -  westchnął  Niillas.  -  Ja  nie  mogę  pomóc,  jeśli  ci  o  to 

chodziło. 

- A znasz kogoś, kto ma taką moc? - nie poddawał się Oleg. 

Niillas siedział nieporuszenie. Według Olega nie postarzał się przez te lata. Mógł mieć 

pomiędzy  trzydziestką  a  pięćdziesiątką.  Tylko  oczy  były  oczami  doświadczonego  starca. 

Oczy Niillasa miały tysiąc lat. 

Długo czekali na odpowiedź. 

- Tutaj nie. 

- Zaprowadzisz nas do niego? - spytał Oleg. 

- Teraz? 

- Nie mamy czasu do stracenia. Koli nie pozostało już wiele nocy. Obiecałem mu, że 

spróbuję go uratować. 

- Równie dobrze mogłeś go zabrać ze sobą i odpłynąć. 

- Nie mogliśmy ryzykować - westchnął Oleg. - Nie mieliśmy pewności... 

background image

Niillas  zaczął  pakować  plecak.  Nie  potrzebował  wiele.  Przyzwyczajony  był  do 

podróży. Cale życie to podróż. Miał mało rzeczy na własność, nie wiązały go. Ludzie też już 

nie. 

Łódką  dopłynęli  do  statku.  Zakotwiczyli  go  jak  najbliżej  lądu.  Opiekę  nad  nim 

powierzyli najstarszemu marynarzowi. 

Michaił  poszedł  z  nimi.  Jewgienij  wahał  się,  czy  to  słuszne,  ale  z  drugiej  strony 

wiedział, że bardziej by się bał o syna, gdyby nie był przy nim. Musiał wiedzieć, co się z nim 

dzieje. 

Ruszyli  wcześnie  rano.  Chociaż  i  Oleg,  i  Jewgienij  uważali  się  za  sprawnych 

fizycznie, Niillas ich prześcigał. Nawet Michaił zadyszał się, próbując dotrzymać mu kroku. 

Niillas spędził połowę wieku na tym samym płaskowyżu, przemieszczając się wraz ze 

stadem reniferów zgodnie z rytmem pór roku. 

Był  wytrzymały  jak  renifer.  Wiedział,  gdzie  mogą  zatrzymać  się  na  odpoczynek, 

znajdował  źródła  szemrzące  pod  mchem.  Ścieżki  tej  krainy  miał  wpisane  w  stopy.  To  była 

jego kraina. 

- Dotrzemy tam dopiero jutro - powiedział Niillas, zdejmując czapkę. Nie przejmował 

się  krążącymi  wokół  komarami.  Rozpalił  ognisko.  Popatrzył  na  niebo,  na  przesuwające  się 

chmury.  -  Odpocznijmy  przez  najgorętszą  część  dnia.  Nie  dotrzemy  tam  szybciej  bez 

odpoczynku. Wszyscy go potrzebujemy. 

Oleg chciał ruszać dalej, ale zrozumiał, że tutaj decyzje podejmuje Niillas. To był jego 

ś

wiat i warto było słuchać tego, który go znał. 

Lapończyk  w  zamyśleniu  z  uśmiechem  długo  wpatrywał  się  w  Michaiła.  Jewgienija 

rozpoznał z opowieści Liny o Rosji. 

- Pamiętam jego matkę - rzucił Niillas do Olega. Ten aż podskoczył. 

- Nie możesz! Mylisz się... - próbował Oleg. Niillas pokręcił głową z melancholijnym 

uśmiechem. 

-  Miała  na  imię  Raija  i  była  piękna.  Mikkal  syn  Pehra  stracił  dla  niej  głowę  i 

zmarnował  dla  niej  życie,  bo  ją  pokochał.  Nie  mylę  się.  Kobiety  takiej  jak  ona  się  nie 

zapomina. Ten dumnie wyprostowany kark... - zaśmiał się cicho. - On ma to po niej. Wokół 

niej  było  wiele  niepokoju,  taka  już  była.  Urodzona  nieco  zbyt  piękna.  Nieco  zbyt 

gorącokrwista. Nieco zbyt uparta. Miała odrobinę zbyt wiele wszystkiego. Mikkal nie był na 

tyle  mężczyzną,  by  żyć  z  taką  kobietą  -  westchnął  -  ale  nie  umiał  też  żyć  bez  niej.  Można 

nazwać  to  przekleństwem,  prawda?  Łatwo  powiedzieć,  że  nad  nią  ciążyło  przekleństwo.  To 

nie to. Ona po prostu była zanadto kobietą. Czy on daje sobie Z tym radę? 

background image

-  Raczej  tak  -  odparł  Oleg.  Cieszył  się,  że  Jewgienij  nie  rozumie  norweskiego  tak 

dobrze jak on. Że Michaił też nie. 

-  Odpowiadasz  cicho  -  rzucił  Niillas.  -  Nie  będę  o  niej  więcej  mówił.  Nie  we 

wszystkim warto grzebać, prawda? 

-  Nie  powinniśmy  teraz  jej  wspominać  -  odparł  Oleg.  -  Tak  będzie  lepiej  dla 

wszystkich. Lina coś ci opowiadała? 

Niillas pokiwał głową. 

- Trochę. Ale nie mówiliśmy dużo o innych. Nie potrzebowaliśmy. 

Oleg  spuścił  głowę.  Przełknął  ślinę.  Poczuł  się  skarcony  jak  chłopiec.  Nie  było  to 

dobre uczucie. 

- Ta, którą mam w domu, też jest zanadto kobietą - wyznał w końcu, uśmiechając się 

półgębkiem. - Dla mnie Lina nigdy taka nie była. I nie wiem, czy powinienem udawać, że tak 

było. 

Niillas też się uśmiechnął. Nie był zły. Nawet nie w imieniu Liny. Wspomnienia o niej 

i  tak  stanowiły  coś  najpiękniejszego  i  najdelikatniejszego,  co  nosił  w  sercu.  Przepełniały  go 

ciepłem niczym promienie letniego słońca. 

- Nie musisz się przede mną tłumaczyć - powiedział. - Ja też ją opuściłem. Ja też nie 

zostałem.  Ja  też  nie  poświęciłem  jej  mojego  życia.  Jeśli  sądzisz,  że  ją  zawiodłeś,  to  ja 

zrobiłem  to  samo.  Może  nawet  coś  gorszego.  Nie  chcę  się  wywyższać,  ale  dla  Liny  byłem 

kimś najważniejszym, bardziej niż kiedykolwiek ty. Ale i ja nie chciałem ofiarować dla niej 

mojego życia. 

- Dlaczego nie? - spytał Oleg. 

Wiedział, że Niillas ma rację. Wiedział, że Lina kochała tego mężczyznę bardziej niż 

kiedykolwiek jego. To wcale go nie bolało. Może tylko stanowiło mały uszczerbek dla dumy. 

Przegrał przecież z dużo starszym od siebie. 

-  Dlaczego  nie  poprosiłeś,  by  została  z  tobą?  Dlaczego  nie  ofiarowałeś  jej  swego 

ż

ycia? 

-  Bo  mało  mi  go  pozostało  -  odparł  Niillas.  -  Wkrótce  znów  byłaby  sama.  Nie 

ż

yczyłbym  jej  tego.  Lina  potrzebuje  poczucia  bezpieczeństwa  bardziej  niż  czegokolwiek 

innego. Mogłem ją kochać i zapewniać bezpieczeństwo przez jakiś czas, ale nie przez całe jej 

ż

ycie. Nie tak długo, jak na to zasługiwała. Lina powinna mieć młodego męża. I takiego ma. 

Sądzę,  że  Lina  uważa,  że  to,  co  się  stało,  było  właściwe.  Teraz  jest  szczęśliwa.  Na  swój 

sposób. 

- Zabrała ze sobą mojego syna - rzucił Oleg gorzko. - Tego jej nigdy nie wybaczę. 

background image

-  Nigdy  nie  zrobiłeś  jej  czegoś,  czego  ona  nie  mogła  ci  wybaczyć?  -  odpowiedział 

pytaniem Niillas. 

Oleg zamilkł. 

-  Macie  o  czym  rozmawiać  -  powiedział  Jewgienij,  gdy  Niillas  zasnął.  Oni  zaś  byli 

zbyt zajęci odganianiem żądnych krwi owadów krążących wokół nich całą chmarą. 

-  Obaj  mieliśmy  Linę  -  przyznał  Oleg,  przepełniony  pogardą  do  siebie  samego.  -  On 

miał na tyle rozumu, by obdarzyć ją porządnym uczuciem. Ja nie dorosłem do tego. Czy nie 

wydaje  ci  się  czasem,  Jewgienij,  że  istnieją  kobiety  zanadto  kobiece,  by  zwykły  mężczyzna 

mógł z nimi żyć? Tak sądzi Niillas. 

- Wydaje się, że w takim razie znał Raiję - zaśmiał się Jewgienij. - Jeśli któraś miałaby 

być  zanadto  kobietą,  to  tylko  ona.  No  i  Tonią.  Dlaczego  tylko  tobie  i  mnie  dostały  się  takie 

baby? Wszyscy inni mają zwyczajne... 

-  To  też  nie  jest  w  porządku  -  przyznał  Oleg.  Przemilczał,  że  Niillas  naprawdę  znał 

Raiję. 

Najlepiej, jeśli Jewgienij nie będzie o tym wiedział. Jego czara i tak jest pełna. 

Lapończyk i w tym miał rację: nie o wszystkim należy mówić. 

- Jak twoja dłoń? - spytał Jewgienij, sprowadzając rozmowę na zwykłe tory. 

- Daję sobie radę - odparł Oleg niefrasobliwie. Jednak dłoń bolała i piekła. Poprzysiągł 

sobie mimo to, że się nie da. Złośliwy staruch nie będzie igrał ze zdrowiem i życiem innych 

dla pieniędzy, zemsty czy czegokolwiek innego. 

- Czy Raija mogłaby pomóc? - spytał Jewgienij samego siebie. - Czy jej moc byłaby 

wystarczająca? Czy mogłaby coś takiego wywołać, gdyby chciała? 

Napotkał wzrok Olega. 

- Nie dowiemy się tego nigdy, prawda? Ale zastanawiać się można. 

-  Widząc  to  wszystko,  boję  się  -  wyznał  Jewgienij.  Zamilkł.  Myślał  o  Raiji.  Miał 

wyrzuty  sumienia,  bo  pragnął,  by  kilkudziesięciu  ludzi  nigdy  nie  dopłynęło  do  domu  nad 

Morzem Białym. Coś w nim wolało, by raczej zginęli, niż żeby Wasilij znalazł się blisko niej. 

Aż tak nisko upadł. Takie miał myśli. I nazywał je miłością... 

Zanim ruszyli w drogę, posilili się suszonym mięsem, które Niillas wziął ze sobą. Oni 

mieli  suszoną  rybę.  Kroili  jak  najcieńsze  kawałki  i  długo  je  żuli.  Popili  wodą  z  pobliskiego 

ź

ródła. 

Trzech  Rosjan  chętnie  zjadłoby  jeszcze  coś,  co  wypełniłoby  im  żołądki,  ale  Niillas 

wydawał się zadowolony. 

background image

Popołudnie przeszło w wieczór. Krajobraz wokół nich mało się zmieniał. Było płasko, 

gdzieniegdzie widzieli wzgórza. Kępy krzewów rzadko sięgały im powyżej kolan. Pomiędzy 

cienkimi  gałązkami  żyły  lękliwe  ptaki,  które  zrywały  się  do  lotu  na  chwilę  i  zaraz  wracały, 

ś

ledząc  ich  błyszczącymi  oczami.  Z  głębi  krzewów  dobiegały  cienkie  popiskiwania. 

Najwyraźniej  pisklęta  jeszcze  nie  wiedziały,  że  należy  zachowywać  się  cicho  w  obliczu 

niebezpieczeństwa. 

Niillas  ostrożnie  przeprowadzał  Rosjan  pomiędzy  krzewami.  Szanował  te  małe, 

skrzydlate  istoty.  Czasem  zatrzymywał  się,  kładąc  palec  na  ustach  i  każąc  towarzyszom 

słuchać.  Ptasie  gardziołka  dawały  najpiękniejsze  koncerty  lata.  Cisza  nigdy  nie  była 

całkowita. 

Wędrowali dalej. Wchodzili w głąb krainy dalej, niż Jewgienij i Oleg kiedykolwiek się 

zapuścili.  Oglądali  więcej  niż  ich  rodacy  z  innych  statków.  Otoczenie  różniło  się  bardzo  od 

wybrzeża, ubogiego w rośliny, paska lądu biegnącego wzdłuż nagich gór. Od osad leżących u 

ujścia górskich rzek. 

Ta  kraina  była  dzika,  otwarta,  piękna,  choć  też  uboga.  Stworzona  do  wędrówki,  w 

trakcie której mogło się myśleć. Stworzona dla pokojowo nastawionego ludu. Tu nie było się 

gdzie ukryć przed wrogami. 

Kraina dla cierpliwych. Wędrówki po niej trwały długo. 

Piękna kraina. 

Jewgienij myślał o tym, że to właśnie jest Finnmark Raiji. Jej pustkowie na północy. 

Nie był pewien, czy właśnie tędy chodziła, ale na pewno po podobnej okolicy. Ścigała 

się z wiatrem na podobnych płaskowyżach. Tańczyła na podobnym mchu. 

Może  spacerowała  za  rękę  z  Mikkalem  po  takiej  krainie.  Może  on  zrywał  dla  niej 

kwiat  i  wsuwał  jej  we  włosy.  Jego  Raija  wyrosła  wśród  takiego  krajobrazu.  Ale  wtedy  nie 

była jego Raiją. Była Raiją Mikkala. Młodą dziewczyną, młodą kobietą jemu, Jewgienijowi, 

obcą. 

Otoczyła  ich  letnia  noc.  Niebo  stało  się  czerwone.  Było  chłodno.  Wiatry  znad 

wybrzeża chłodziły ich spocone plecy. 

Tylko  Niillasowi  nic  nie  zdawało  się  przeszkadzać.  Jego  lud  stworzył  ubranie,  które 

pasowało  do  tego  klimatu  już  od  setek  lat.  On  się  tu  urodził.  Nic  w  tutejszej  przyrodzie  nie 

mogło go zaskoczyć. Lata całe uczył się tego, co teraz wiedział. 

To  on  wyszukiwał  opał  na  ognisko  w  towarzystwie  Michaiła,  młodego  i  szybkiego. 

Niillas już wcześniej widział podobny chód. Dziwne, jak coś takiego przechodzi z pokolenia 

background image

na  pokolenie.  W  tym  chłopaku  widział  tyle  z  Raiji  Mikkala  syna  Pehra.  W  tym  nowym 

Mikkalu. 

Nie  musieli  mu  mówić,  że  są  zmęczeni.  Niillas  zauważał  takie  rzeczy.  On  najmniej 

potrzebował odpoczynku, jednak to on pierwszy się zatrzymał. Wskazał im miejsce postoju. 

To był jego ocean. Ocean płaskowyżu. Tu był kapitanem i pryncypałem, a oni ledwo 

chłopcami pokładowymi. 

Noc  trwała  już  jakiś  czas.  Oleg  czuł,  że  nie  da  rady  iść  dalej.  Ale  wstyd  mu  było 

poddać się, zanim starszy od niego nie uzna, że czas odpocząć. 

Oleg  szedł  więc  dalej,  stawiając  lewą  nogę  przed  prawą.  Potem  prawą  przed  lewą.  I 

tak znowu. 

To już nie było trudne. 

Szedł. Zauważył, że podłoże dziwnie faluje. Nabrało odmiennych kolorów. Przecież to 

jeszcze nie jesień! 

Odkrył, że pot zalewał mu oczy i zmieniał widzenie świata. 

Oleg przetarł oczy. Zapiekło. 

Do  diabła!  To  była  dłoń  pokryta  pęcherzami!  Mrugał  oczami,  ale  pieczenie  się  tylko 

potęgowało. Spojrzał na dłoń. Niektóre pęcherze popękały i płynęła z nich gęsta, żółta ropa. 

Jakże go piekły oczy! 

Oleg  opadł  na  kolana  na  te  dziwnie  czerwone  wrzosy.  Czuł  miękkość  mchu.  Jednak 

wszystko falowało jak morze, unosiło się ku niemu jak ogromne fale... 

Usłyszał krzyk. Zdziwił się. 

Kto  mógł  tu  tak  krzyczeć?  Przecież  wokół  rozciągało  się  pustkowie.  Czyżby  dotarli 

już  do  ludzi?  Oleg  próbował  się  rozejrzeć,  ale  nie  mógł.  Nic  nie  widział  poza  czerwoną, 

pulsującą mgłą. 

Dotarło do niego, że ma otwarte usta, aż go bolą szczęki. Gardło drżało, policzki miał 

napięte. 

Zamknął usta. 

Zrobiło się dziwnie cicho. 

Wtedy zrozumiał, że to właśnie on krzyczał. To był jego głos. Brzmiał tak samo obco 

jak głos Koli. 

Oleg zanurzył się w oceanie płaskowyżu. 

Wydało mu się, że ziemia zapada się wraz z nim. Faluje, bije jak serce. 

Usłyszał kroki. 

background image

Udało mu się dostrzec cień czegoś bezkształtnego w dali czerwonej mgły. To czekało 

na niego... 

Olega  otoczyli  towarzysze.  Patrzyli  na  niego.  Jewgienij  ukląkł  przy  nim,  chciał  go 

dotknąć, podnieść... 

Oleg  leżał  niczym  umarły.  Od  dłuższej  chwili  szedł  wolniej,  został  w  tyle,  ale  nie 

całkiem. Jewgienij i Misza byli tak zmęczeni, że nie zauważyli niczego,  zanim nie usłyszeli 

krzyku. Niillas dobiegł do niego pierwszy. 

Krew spływała Olegowi po twarzy. Wydawało się, że wypływa z oczodołów. Krwawa 

piana pokrywała mu usta. Miał zaciśnięte zęby, a ciało napięte niczym struna. Drżał. 

Jewgienij  chciał  go  podnieść,  ale  Niillas  wyciągnął  nóż  i  przytrzymał  błyszczące 

ostrze  pomiędzy  Olegiem  a  Jewgienijem.  Nic  nie  powiedział,  bo  i  tak  nie  mogli  się 

porozumieć bez pomocy Olega. 

Niillas powoli potrząsnął głową. 

Jewgienij podniósł się i cofnął. Czuł, jak strach zimnymi kleszczami zaciska mu się w 

piersiach. 

-  On  nie  może  tak  leżeć!  -  Misza  był  zrozpaczony.  -  Tato,  nie  widzisz,  że  on  jest 

chory? Może umrzeć! Musimy mu pomóc! 

Jewgienij tylko pokręcił głową. Wziął syna za ramiona i pociągnął go za sobą. Daleko. 

Niillas został przy Olegu. Pokiwał głową, gdy odeszli. Cały czas trzymał ostrze noża 

między  sobą  a  leżącym.  Obejrzał  go  dokładnie,  pochylił  się  i  zbadał  podłoże.  Nic  nie  uszło 

jego uwagi. 

Ale ani razu nie dotknął Olega. 

Wreszcie się podniósł. Przyniósł opał na ognisko, ułożył je blisko Olega. Rozpalił. 

Nadal szukał czegoś dokoła leżącego. 

W  końcu  wręczył  nóż  Jewgienijowi  i  zacisnął  mu  dłoń  wokół  rękojeści.  Wskazał  na 

ognisko, na resztę opału, na Jewgienija i Olega. 

Jewgienij pokiwał głową. 

Potem  Niillas  wskazał  na  siebie,  następnie  szerokim  gestem  dał  do  zrozumienia,  że 

pójdzie  dalej.  Potem  palcami,  że  wróci  z  powrotem.  To  też  Jewgienij  zrozumiał.  Pokiwał 

głową. 

Niillas wskazał na Misze, potem na siebie. 

Jewgienij zmarszczył brwi. Czy naprawdę chłopak musi iść z Lapończykiem? 

Niillas  z  powagą  w  oczach  pokiwał  głową.  Rzucił  spojrzenie  na  Olega.  Potem  na 

Misze. Znów pokiwał głową. 

background image

- To już pewnie niedaleko, tato! - Misza też zrozumiał. - Pójdę z nim. Jeśli on da radę, 

to ja też. Jest dziwny, ale lubię go. No i chcę zobaczyć, jak mieszka ten, do kogo idziemy. 

Jewgienij  długo  patrzył  na  syna.  Michaił  najwyraźniej  nie  zrozumiał,  dlaczego  nie 

powinien  zostać.  Nie  rozumiał,  dlaczego  Niillas  oddał  nóż  ojcu.  Pozostanie  przy  Olegu 

wydawało się Jewgienijowi najprostszym zadaniem, najmniej niebezpiecznym. 

- Idź z nim - powiedział w końcu. 

Sam usiadł przy ognisku. Pomiędzy sobą a Olegiem miał stal noża i ogień. Liczył na 

to, że Niillas i Misza szybko wrócą. Myślał o Raiji. Pragnął, by mógł ściągnąć ją myślami i 

prosić, by im pomogła. 

Potrzebowali jej teraz! Nie był w stanie sprostać sytuacji. Bał się. 

Co powie Toni, jeśli Oleg umrze? 

Niillas biegł truchtem z Michaiłem u boku. Żałował, że nie może z nim porozmawiać. 

Mógł mieć syna w tym wieku. Mógł mieć wielu synów. I córki. 

Próbował  wywołać  przed  oczami  obraz  twarzy  Liny.  Lepiej  pamiętał  jej  głos.  I 

uśmiech. Nadal czuł dotyk jej dłoni na swoich skroniach. 

Mógł mieć dziecko z Liną. 

Chłopak nadążał za nim. Był wytrwały. 

Musiał go ochronić, trzymać z dala. To nie są sprawy dla dzieci. 

Zbliżali się. Najpierw widzieli tylko rozproszone sztuki zwierząt. Potem więcej. Całe 

stado. 

Renifery pasły się spokojnie. 

Niillas musiał się zatrzymać, by na nie popatrzeć. Ich widok napełnił go radością. To 

były piękne zwierzęta. Chciałby takie mieć. 

Nikt ich nie pasł. Tu nie trzeba było ich pilnować. 

Poszedł  dalej  już  wolniej.  Chłopak  u  jego  boku.  Patrzył  na  wszystko  z  ciekawością. 

Niillas polubił go. Nie zawsze ludzie potrzebują słów, by się poznać. 

Niillas myślał o Mikkalu. On nie miał w sobie wiele siły. Dużo dobrego, oczywiście, 

ale  coś  było  w  jego  spojrzeniu  poza  tą  bursztynową  otoczką  tęczówek.  Coś  zdradzającego 

słabość. Mikkal syn Pehra nie był silnym mężczyzną. Nie mógłby dać Raiji takiego syna jak 

ten chłopak. 

Doszli  do  jurty.  Słaba  smużka  dymu  sączyła  się  leniwie  z  otworu.  Nie  wznosiła  się 

wysoko, po chwili opadała ciężko na ziemię. 

Odgarnął  klapę  i  wszedł  do  środka.  Skinął  wcześniej  głową  w  stronę  chłopaka,  by 

zrobił to samo. Nie chciał tracić go z oczu. 

background image

-  Czyżbyś  miał  syna,  Niillasie?  -  spytał  zachrypnięty  głos.  -  Nie  wiedziałam  o  tym! 

Jak mogłeś trzymać to w tajemnicy tak długo? Ładny chłopak, pokaż mi go! 

Niillas  wypchnął  chłopaka  przed  siebie,  ale  nie  puszczał.  Skinął  głową  w  stronę 

cienia. Usiadł przy ogniu i pociągnął za sobą Michaiła tak, by ten wszedł w krąg światła. 

- Poznajesz, do kogo jest podobny? - rzucił Niillas. - Pamiętasz syna Pehra? 

Staruszka pokiwała głową. 

-  I  tę  dziewczynę  -  odparła.  -  To  jej  syn.  Ale  nie  twój.  Dlaczego  go  tu 

przyprowadziłeś? 

- Ktoś prosi o twoją pomoc, matko Biret. Zaśmiała się rozgłośnie. 

- A ty nie możesz pomóc? Niillas pokręcił głową. 

- Potrzebujemy tego, kto umie najwięcej. Kogoś o wielkiej mocy. Chodzi o upiory. 

Pokiwała głową. 

-  Poczułam  coś  zimnego  -  orzekła  bez  zdziwienia.  -  Widzę,  że  przybywasz  bez 

swojego noża. 

Mimo wieku wzrok jej nie szwankował. 

-  Idź za nożem - powiedział Niillas. - Zobaczysz mężczyznę z krwawiącymi oczami. 

Jego dłoń jest pokryta pęcherzami. Chyba coś go opętało. 

Kobieta siedziała nieporuszona. 

W namiocie zapadła cisza. Słychać tylko było oddechy ludzi. Niillas i Misza wpatrzyli 

się w staruszkę. 

Miała szeroko otwarte oczy, ale nie widziała ich. Była gdzie indziej. 

Cisza  trwała  długo,  przepełniona  myślami.  Dym  z  ogniska  unosił  się  tajemniczymi 

zawijasami, ginącymi w otworze wychodzącym w czerwieniejącą noc. 

Ogień prawie wygasł. Obok paleniska leżał torf i chrust, ale Niillas bal się je ruszyć, 

bo nie chciał przeszkadzać Biret. 

- Jest tam wiele sił - odezwała się nagle staruszka. Wróciła niepostrzeżenie dla nich. - 

Nie są tak bezbronni jak sądzisz, Niillas. Jednoręki jest otoczony dobrą opieką. Chłopak też. 

Jemu nie grozi niebezpieczeństwo. Ktoś robi wszystko, by go chronić. To raczej nie ty? 

-  Nie  mam  takiej  mocy  -  odparł  Niillas.  Biret  nigdy  nie  uznawała  jego  sądu  na  ten 

temat. 

Zawsze mówiła, że on kłamie, a nikt o zdrowych zmysłach by jej nie kłamał. 

-  Przenieście  go  tu  -  rzuciła  zdecydowanie.  -  Już  możecie  go  dotknąć.  Nie  ma 

niebezpieczeństwa. Tylko to mogłam teraz zrobić. 

- Chłopak zostaje? Pokiwała głową. 

background image

- Musi. Ty i jednoręki przyprowadzicie tego trzeciego. 

Niillasowi  udało  się  wytłumaczyć  Michaiłowi,  że  ma  zostać.  Nie  wydawało  się,  by 

chciał się sprzeciwiać. Dzień był długi, a intensywna wędrówka zmęczyła nogi chłopaka. 

- Uważaj na niego! Biret uśmiechnęła się. 

- Będę na niego uważać tak, jak na ciebie, Niillas. Ich przyjaźń była odwieczna. Ona 

go  wykarmiła,  zastąpiła  mu  matkę,  gdy  ta  umarła.  Należała  do  jego  przeszłości,  o  której 

niechętnie wspominał. Wydobył ją stamtąd, bo musiał. 

Niillas nie znał nikogo innego o równie wielkiej mocy. Nikogo. Wierzył jej ślepo. 

Pobiegł przez płaskowyż. 

background image

Raiję obudziło walenie w drzwi. W półśnie usiadła na łóżku. To nie był sen. Nawet nie 

zdążyła się przestraszyć, tylko wyplątała się z pościeli i boso podbiegła do drzwi. 

Jeszcze dużo brakowało do poranka. Chyba niedawno zasnęła. 

Ktoś  nadal  stukał.  Bił  pięściami.  Wołał  coś.  Z  trudem  rozpoznała  glos  Wasilija, 

zachrypnięty i jakby obcy. 

Odsunęła  zasuwę  i  przekręciła  klucz.  Wasilij  wpadł  jej  w  objęcia,  gdy  otworzyła. 

Udało  mu  się  dowlec  do  najbliższego  krzesła.  Pot  go  zalewał.  Raija  uklękła  przed  nim, 

ujmując jego dłonie w swoje. Uścisnął je tak mocno, że poznała, iż dzieje się coś poważnego. 

- O co chodzi, Wasia? Jak tu dotarłeś? Jesteś chory? 

- Przypłynąłem łódką -  wyszeptał z zamkniętymi oczami. - Weź go ode  mnie, Raiju, 

błagam! On wrócił, wrócił! Weź go ode mnie, na miłość boską! Weź go! 

-  O  czym  mówisz?  -  Strach  złapał  Raiję  za  gardło.  Ściął  mrozem  jej  żyły,  dotarł  do 

serca. Na jej czole też zaperlił się pot. Ucałowała dłonie Wasilija, oparła się o nie policzkiem. 

- O czym ty mówisz, Wasilij? Co? 

-  O  tym  potworze  z  morza  -  odparł  Wasilij,  otwierając  oczy.  Stały  się  niemal  tak 

ciemne,  jak  jej.  -  On  wrócił,  Raiju,  słyszysz?  Już  długo  czekał,  czaił  się  gdzieś  w  moich 

snach. 

- Dlaczego mi nie powiedziałeś? Wasilij pokręcił głową. Mokre włosy przykleiły mu 

się do czoła. 

- To było takie niewyraźne, tylko części snu... Boże, Raiju, weź go ode mnie! 

Raiji  łzy  napłynęły  do  oczu.  Ukryła  twarz  w  jego  dłoniach,  mieszając  łzy  z  jego 

potem. 

Czuła, że marznie. Po podłodze ciągnęło chłodem nocy.  Nie zamknęła drzwi, ale nie 

mogła teraz puścić Wasilija! Nie mogła. 

-  Jest  czarny  i  bezkształtny  -  wyszeptał  Wasilij  głosem  zduszonym  przez  płacz.  - 

Gnije. Wyciąga do mnie swoje gnijące palce. Tam, gdzie miał oczy, coś błyszczy. Czuję, że 

na  mnie  patrzy.  Jest  czarny  jak  dno  morza.  Kapie  z  niego,  paruje  zgnilizną.  Przychodzi  z 

zimnego morza. Idzie po mnie, po mnie... Weź go, Raiju! On cuchnie! Weź go, weź go! 

Raija płakała. Wasia prosił o zbyt wiele! Nie umiała mu pomóc! Może umiała leczyć i 

uśmierzać ból, ale czegoś takiego nie! Dotyczyło czegoś, do czego bała się zbliżyć. Nie miała 

tego rodzaju mocy, była tylko Raiją... 

background image

Płakała,  całując  jego  dłonie.  Chciała  mu  powiedzieć,  że  nie  jest  w  stanie  mu  pomóc. 

Nie ma mocy, by zrobić to, o co błaga, że musi go zawieść. Ale głos uwiązł jej w gardle. 

-  Przychodzi  do  mnie  we  śnie,  Raiju.  Prześladuje  mnie.  Był  za  moją  łódką,  gdy  tu 

płynąłem.  Sięgał  po  moje  wiosła!  -  Zaczerpnął  oddechu.  -  Widziałem  we  śnie  Misze.  On 

patrzył  też  na  Misze.  O  Boże,  Raiju,  weź  go!  Niech  on  nie  dosięgnie  Miszy!  Niech  nie  do-

sięgnie mnie! 

Jej strach zaostrzył się, stał się równie niebezpieczny jak ostry nóż. 

Misza. 

Ś

cisnęła dłonie Wasilija i wsparła o nie czoło. Marzła w stopy. 

Misza... 

Nic  nie  może  się  stać  jej  dziecku!  Nic  nie  dotknie  jej  syna!  On  jest  jej  dzieckiem! 

Ż

aden upiór morski nie skrzywdzi Michaiła! 

- Weź go stąd, Raiju - wyszeptał Wasilij. - Weź go. Ja już nie mogę... 

Zobaczyła przed sobą uśmiechniętą twarz syna. I jakieś cienie za jego plecami. Takie, 

jakie  opisał  jej  Wasilij.  Widziała  bezkształtne  ciała  wynurzające  się  z  morza.  Widziała  ich 

czarne oczy podobne do małży. Czuła odór rozkładu. 

Widziała, że Misza niczego się nie domyśla, że nic nie widzi. Był tak młody i radosny! 

Nic nie dotknie jej syna! 

Nadal  trzymała  ręce  Wasi.  Nie  chciała  też,  by  coś  go  skrzywdziło,  ale  Misza  był 

najważniejszy! 

Ogarnęła  ją  litościwa  ciemność.  W  ciemności  nie  istniało  ani  zimno,  ani  ciepło,  ani 

ból,  ani  radość.  Unosiła  się  w  ciemności.  Zjednoczyła  się  z  nią.  Była  silna.  Wypełniała  ją 

ciemność, stała się ciemnością. 

W  wielkiej  pustce  istniało  wszystko  i  nic.  Była  pustką  bez  granic.  Nigdzie  się  nie 

zaczynała. Nigdzie nie kończyła. Była jej częścią, częścią wszystkiego. Zjednoczona z mocą. 

Znikła. 

Wasilij  marzł  jak  pies.  Szczękał  zębami.  Cały  zdrętwiał.  Gdy  otworzył  oczy, 

uświadomił sobie, że spał. 

Drzwi były szeroko otwarte. Dobiegał go śpiew ptaków. 

Na  nogach  czuł  ciężar.  Raija  spoczywała  twarzą  na  jego  kolanach.  Wasilij  stanął  z 

trudem na zdrętwiałych nogach i zdołał ją podtrzymać, by nie upadła na ziemię. 

Dobry Boże, ona leżała na zimnej podłodze w samej koszuli! 

Jak długo? 

Kiedy on tu dotarł? 

background image

Nie  pamiętał.  Stał  z  Raiją  w  ramionach,  a  rozpacz  ściskała  mu  gardło.  Kopniakiem 

zamknął drzwi. Nie miało to teraz znaczenia, na dworze było już znacznie cieplej. 

Wniósł ją do sypialni i złożył na szerokim łożu. Dokładnie ją otulił. Rozpalił w piecu 

kaflowym. Poczekał, aż dobrze się rozpaliło. 

Zrzucił buty. Z trudem przełknął resztki dumy i wszedł do tego łoża, choć przysięgał, 

ż

e nigdy się w nim nie położy. Otoczył Raiję ramionami. Ogrzewał własnym ciałem. 

Jego serce było nią przepełnione. Płynęła wraz z jego krwią. Oddychał jej oddechem. 

Gdy zamykał oczy, widział jej postać pod powiekami. 

Powoli  sobie  wszystko  przypominał.  Przypominał  swój  koszmar.  Pamiętał,  co  ujrzał 

przy drzwiach izby, gdy otworzył oczy. 

Pamiętał, że drzwi zasłaniało coś czarnego, płynnego... 

Pamiętał  wilgotne  ślady  na  podłodze,  gdy  to  już  zniknęło.  Smród  gnijących 

wodorostów, zapach morskiej wody. Szeroko otwartymi oczami widział swój koszmar. Ręce, 

nieludzkie ręce wyciągały  się do niego.  Zaciskały  w powietrzu tuż przed nim. Wiedział już, 

co go czeka. 

Wasilij pamiętał, że śnił też Michaiła. Michaiła otoczonego tym czarnym. Ręce, albo 

nie ręce, wyciągające się ku niemu. Palce z wodorostów, które chciały dotknąć ciała chłopca. 

Bezdenne morze czekało, by się nad nim zamknąć. 

Wasilij  pamiętał,  jak  wygrzebał  się  z  łóżka,  wziął  łódkę  i  powiosłował  Dwiną  pod 

prąd. Ten czarny potwór cały czas siedział za nim na rufie... 

Czul, jak jego przepastne oczy z jakimś zadowoleniem i oczekiwaniem wwiercały mu 

się  w  kark.  Sprawiły,  że  wiosłował  jak  szalony.  Zamknął  oczy  i  wiosłował.  Ale  strach  czaił 

się pod powiekami. Widział jakąś przepaść, zionącą smrodem zgnilizny. 

Wiosłował. 

Pamiętał, jak załomotał w drzwi Raiji. Wiedział, że tylko ona może pomóc. 

A jeśli nie... 

Jeśli miał umrzeć, to tylko u niej. Wtedy nawet śmierć będzie piękna. 

Przybył do niej i prosił o tak wiele. 

Nie wiedział, co się działo potem. Zrozumiał, że ona spróbowała. I że chyba się udało. 

Zasnął. 

Nie śniło mu się nic, żaden koszmar. Nawet odpoczął... 

Oczywiście, bal się. Czuł ból i winę. On, który ją tak kocha, nie powinien jej narażać 

na coś takiego. Nie powinien prosić o coś, co jej mogło zaszkodzić! 

background image

Bóg jeden wie, gdzie Raija teraz jest. W jakiej głębinie. Zastanawiał się, czym ona to 

przypłaci. To coś, czego nie umiał nazwać słowami. A o co jednak ją poprosił. 

Zastanawiał  się,  czy  to  zabiera  Raiji  jej  czas  życia,  skraca  go.  Czy  kradnie  coś  z  jej 

ciepła. Czy ją niszczy. 

Ciemność była wiatrem. Była łagodnym, pieszczotliwym, letnim wietrzykiem. Takim, 

który pozostawiał delikatne pocałunki na skórze. 

Ciemność ją unosiła. 

Ciemność i wiatr kochały ją. 

Kochające ramiona otaczały ją także w jasności dnia. 

Czuła  jego  zapach.  Jego  ciepło.  Nie  otwierała  oczu.  Napawała  się  jego  bliskością. 

Czuła, że ten wiatr wypełnił i jego, stał się jej odwiecznym kochankiem. 

Usta Wasilija na jej czole. Ostrożne, pełne uwagi. 

-  Obudziłaś  się?  -  jego  cichy  głos.  Delikatny  niczym  czerwcowa  bryza.  Raija 

otworzyła oczy i spojrzała prosto w jego, niebieskozielone. Był zaniepokojony. 

Był taki... jej. 

- Dziękuję - z powagą powiedział to jedno słowo. 

W  oczach  iskrzyło  mu  się  światło,  jakiego  nie  miał  nikt  inny  na  świecie.  -  Zniknęło, 

przynajmniej teraz - mówił dalej Wasilij. - Spałem. Zabrałaś to. Dziękuję, Raiju! Dziękuję. 

Musiała  się  do  niego  zbliżyć.  Podciągnęła  się,  okrywając  ich  oboje  pierzyną. 

Siedziała, nadal w jego ramionach. Też go obejmowała. 

Wasilij był z nią. 

Był dla niej. 

-  Widziałam  Misze  -  wyszeptała  ustami  przy  szyi  Wasilija.  Ten  obraz  nadal  ją 

przerażał, był tak żywy... - Chciały go dopaść. Było ich wiele... Czarne, oślizgłe, wstrętne... 

-  Też  to  widziałem  -  odparł  Wasilij.  -  To  samo.  Poczuł  radość.  Wiedział,  że  to 

przegrało. Raija pokiwała głową. Wcale jej nie zdziwiło, że śnili tak samo. Mało ją dziwiło. 

Miała  na  to  zbyt  wiele  doświadczenia.  Przestała  odsuwać  od  siebie  to,  czego  nie  rozumiała; 

nie zaprzeczała temu. 

-  Sądzisz,  że  ich  powstrzymałam?  -  spytała.  -  Nic  nie  może  się  stać  Miszy!  Nic!  On 

nie powinien jechać. Mówiłam Jewgienijowi, że on jeszcze jest za młody. Ale Jewgienij mnie 

nie słuchał. Jego syn ma zostać kapitanem - zakończyła gorzko. 

-  Tutaj  to  też  mogło  dosięgnąć  Misze  -  powiedział  Wasilij  cicho,  odgarniając  pasmo 

włosów  z  jej  czoła.  Nie  chciał  bronić  Jewgienija,  nie  chciał  stać  po  jego  stronie,  ale  nic  nie 

mógł  na  to  poradzić.  -  Misza  jest  wystarczająco  duży.  Większość  z  nas  płynęła  w  rejs,  gdy 

background image

mieliśmy dziesięć, jedenaście lat. Twój syn jest niemal za duży jak na pierwszy raz. On musi 

poznać  to  życie,  do  którego  się  urodził.  Nie  możesz  mu  tego  zabronić.  Nie  możesz 

zaprzeczyć,  że  morze  będzie  jego  życiem.  Jest  synem  Jewgienija.  Jest  synem  morza, 

urodzonym  do  słonej  wody  i  łodzi.  Nie  możesz  osłaniać  go  przed  tym,  co  będzie  jego 

przyszłością. Nie możesz odciągać od tego, co kocha. 

- Swojemu synowi też byś przeznaczył taką przyszłość? 

Wasilij pokiwał głową. 

-  A  jaką  inną  mógłbym?  Co  innego  umiem?  Oczywiście,  że  pokazałbym  synowi 

morze. Morze jest czymś pięknym. Jest moim przyjacielem. Znam je. 

- Powinieneś mieć syna - powiedziała Raija, opierając głowę o bark Wasilija. 

- Nie chcę - odparł, całując jej skroń. - Nie chciałem mieć syna, który nie byłby także 

twoim. A to niemożliwe. 

- Nie mów tak! 

- Ale to prawda - odparł smutnym głosem. - Istniejesz tylko ty. Tylko ty. Nad tym nie 

panuję. Gdybym mógł wybierać, może byłoby inaczej. 

Wpatrzył się w okno. Był już jasny dzień. Słyszał trzaskanie ognia w piecu. Czuł, jak 

rozchodzi się ciepło. 

- Czasem myślę, że powinienem znaleźć inną kobietę, którą mógłbym kochać, z którą 

dzieliłbym życie. Czasem myślę, że mógłbym żyć bez tego  czegoś  wielkiego,  czym ty mnie 

napełniasz,  najdroższa  Raiju.  Żyłbym  cichą  czułością,  którą  widzę  u  innych,  także  u  was  z 

Jewgienijem. Czego mu tak zazdroszczę. - Westchnął. - A potem nie jestem tego pewny. Bo 

to, co łączy nas, jest tak wielkie, tak głębokie i wspaniałe. Jest jednocześnie pełne szaleństwa, 

czułości i bólu. Jest jak pragnienie upicia się na umór, pragnienie, by już nigdy nie być sobą. 

Potem budzisz się i jest ci źle, ale nie możesz się znów powstrzymać. To jest jak wódka, ale i 

nie. Jest tak mocne, że mnie całego przepełnia. Tak szalone, że mógłbym dla ciebie umrzeć. - 

Zamilkł na chwilę. - Dziś w nocy myślałem, że umrę. Że to czarne mnie dosięgnie i pociągnie 

za  sobą.  To  była  śmierć.  Ale  musiałem  zdążyć  do  ciebie.  Jeśli  miałem  umrzeć,  chciałem 

umrzeć u ciebie. Rozumiesz, jak mocno cię kocham, moja Raiju? Rozumiesz? 

Powoli pokiwała głową. 

On sprawił, że czuła się tak pusta. Nie w porządku. Uboga, bo nie mogła mu dać nic w 

zamian.  Złożył  słowa  w  jej  dłonie  niczym  drogocenne  dary.  Zawierały  okruchy  wieczności; 

zawierały więcej niż to, o co ona kiedykolwiek prosiła. 

Raija nie mogła ofiarować mu słów, które mogłyby się równać jego słowom. Zawsze 

pozostanie mu dłużna. Nie była w stanie ofiarować mu niczego, co miałoby podobną wartość. 

background image

- Wciąż proszę cię o zbyt wiele! - westchnął Wasilij. - Za dużo wymagam. Mówię za 

dużo. Wybaczysz mi? 

-  Co  mam  ci  wybaczyć?  -  spytała  Raija.  -  Sam  to  powiedziałeś,  Wasia:  nad  tym  nie 

panujemy.  Ani  ty,  ani  ja.  Nie  prosiłeś,  by  tak  się  stało.  Ja  też  nie.  To  po  prostu  nam  się 

zdarzyło. Płyniemy porwani tym samym prądem. On nas łączy za każdym razem. Widziałeś 

kiedyś liść walczący z wiatrem? Widziałeś, jak piana odłącza się od fal? 

Wasilij pokręcił głową. Oni płynęli tą samą rzeką. 

Może byłoby inaczej, gdyby znaleźli się na pełnym morzu. Dopiero wtedy mogliby się 

rozdzielić. 

Miał nadzieję, że nie nastąpi to prędko. 

- Mogę powiedzieć tylko to - wyznała Raija z wahaniem, ważąc każde słowo - mogę 

ci powiedzieć, że kocham cię na mój sposób. Ze to jest rodzaj miłości. 

Już to słyszał wcześniej. Tyle mogła dać. Ani mniej, ani więcej. 

Rodzaj miłości... 

Dla tego, kto nie może uzyskać więcej, i to się liczy. Nie marnował życia. 

I Wasilij był pewien, że dzielili namiętność. Szaleństwo. Pasję. 

Mimo  że  nie  uzyskał  od  Raiji  wielkiego,  nieograniczonego  uczucia,  mimo  że  nie 

dotarł  do  samego  jej  wnętrza,  to  jednak  byli  językami  ognia  z  tego  samego  ogniska.  Płonęli 

razem. Pożerali się w ogniu. 

Dzielili namiętność. 

Namiętność  była  ich  wspólną  własnością.  Była  pełna.  Nie  stanowiła  namiastki,  nie 

była „rodzajem”. 

Jego usta odszukały jej usta. Znalazły. Rozchyliły wargami. Jego język odszukał jej. 

Raija  objęła  go  ramionami  za  kark  tak  mocno,  że  by  się  nie  uwolnił,  gdyby  nawet 

chciał. 

Może  kochała  nie  tylko  Wasilija,  ale  to  on  ją  rozpalał.  Sprawiał,  że  całkowicie  się 

otwierała, miękła, żądała więcej. Była wolna. 

Wasilij był jej ekstazą. 

Raija chciała płonąć. Chciała to z nim dzielić. Chciała go za sobą pociągnąć. 

Jej  palce  umiały  obchodzić  się  z  guzikami.  Nawet  w  pośpiechu  jak  teraz,  z  ustami 

nadal na jego ustach, zręcznie rozpięła mu koszulę i spodnie, ściągnęła swoją koszulę nocną, 

ofiarowując mu siebie, swoją nagość, ciepło, żar skóry, wyprężone piersi, gorącą wilgoć łona. 

Jej  opuszki  placów  dawały  mu  przedsmak  raju.  Znaczyła  jego  skórę  swoimi  zębami. 

Wycałowywała czerwone plamy na jego szyi. 

background image

Smakował solą. Smakował Wasilijem. Jej pięknym, dzikim, ciepłym Wasilijem. 

Pieszczoty  były  pospieszne,  krótkie  i  gwałtowne.  Nie  dawali  sobie  wiele  czasu. 

Chcieli szybko osiągnąć rozkosz tak silną, że niemal bolesną. Utonęli głęboko w szaleństwie. 

To było niebo, do którego nie mieli prawa. Było wszystkim - na chwilę. 

Ich  miłość  tym  razem  była  niema.  Usta  dawały  pocałunki,  a  nie  słowa.  Całymi  sobą 

pragnęli rozkoszy, szaleństwa, tego, co zakazane, niebezpieczne... 

Raija  uniosła  się  i  opadła  na  Wasilija.  Ogarnęła  go  sobą,  a  on  jednocześnie  ją 

wypełniał. Posiadała go i była posiadana. 

Wasilij przekręcił się na nią, okrył ją sobą, był jej biciem serca, jej tętnem. 

Jego ciepłe dłonie otuliły jej policzki. Łokcie oparł obok jej ramion, jego nogi otaczały 

jej nogi. Obramował ją samym sobą. Stanowił część obrazu, jaki wspólnie tworzyli. Czuł jej 

ciepło i dawał jej swoje ciepło. 

Usta  Raiji  odnalazły  jego  usta.  Całowały  kłujące  policzki,  kąciki  warg.  Kusiły. 

Całowała go tak, aż musiał oderwać się na moment, by złapać oddech. 

Usta  Wasilija  na  jej  szyi.  Gorące  usta,  które  chłodziły.  Płonąca  skóra,  która 

przyjmowała pocałunki, i słowa, które nie miały znaczenia poza tą chwilą zatracenia. 

Jego  usta  na  jej  piersiach.  Gorący,  wilgotny  język  drażniący  brodawki.  Napęczniałe 

pąki  w  jego  ustach.  Raija  czuła,  jak  on  ssie  jej  brodawki  aż  do  bólu,  aż  tak,  że  czuje  to  w 

koniuszkach palców. 

Przywarła  do  niego,  kołysała  go,  prowadziła  i  puszczała.  Pozwalała  na  jego 

pieszczoty. Na takie, o które nie prosiła, a które wiodły ją ku rozkoszy. 

Wasilij był rytmem jej serca, a ona jego. Raija była całym ciepłem, które go otaczało. 

Ona chciała go obejmować, czuć, jak tonie w oceanie, którym się dla niego stała. 

On  był  niczym  zimorodek,  który  miał  w  tym  oceanie  zanurkować.  Jeszcze  i  jeszcze. 

Chciała pociągnąć go w siebie. 

Raija była oceanem. Głębokim oceanem. Z początku lekko pofalowanym. 

Potem wzburzonym. Chciała go pochłonąć, zatopić, posiąść. Pożreć. 

Palce nie mogły trzymać wystarczająco mocno. Usta nie mogły opić się pocałunkami. 

Skóra  nie  znajdowała  się  wystarczająco  blisko.  On  nie  zagłębiał  się  w  nią  wystarczająco 

głęboko. 

Wzburzyła  się  jeszcze  mocniej.  Była  niczym  dziewiąta  fala,  która  chciała  go 

pochłonąć, zatopić, zatrzymać na zawsze. 

Żą

dała, żądała. 

Była niepokojem, który chciał jeszcze, jeszcze... 

background image

Czuła  słodki  smak  na  ustach.  Czuła,  że  wszystkie  puste  przestrzenie  w  niej  się 

otwierają. Drzwi stoją na oścież. Wiedziała, że on potrafi je wypełnić. Wiedziała to. 

Ale nie mogła czekać. 

Rzuciła się niczym nieobliczalne morze w czasie sztormu. Trzymała go tak mocno jak 

morze. 

Trzymała  go,  była  nim  wypełniona  w  takiej  rozkoszy,  która  smakowała  bólem  i 

słodyczą. 

Jej paznokcie orały jego skórę. Gryzła jego usta aż do krwi. Kołysała się i wyginała w 

łuk falami, porwana nieskończonym szaleństwem. 

Zatopiła się w nim, patrząc na niego. Widziała, że on ma tę samą nagość w spojrzeniu, 

ż

e odpływa w ten sam sztorm, że oddaje się jej całkowicie. 

Bezbronni, objęli się ciasno. Bezbronni, zatonęli razem. 

Ciepło, które czuli, zawierało też pustkę. Ciepło, które czuli, było wspólnotą, o której 

wiedzieli, że nie potrwa długo. Istniała, dopóki się obejmowali, dopóki dawali sobie bliskość, 

siebie nawzajem. 

- A tak przyrzekałem sobie, że nigdy nie będę się z tobą kochał w tym łóżku... 

Wasilij pocałował kącik ust Raiji. Był nasycony, smutny, ciepły. 

Szczęśliwy na swój sposób. 

Raija nie mogła mówić, że to nie ma znaczenia. Miało. 

Przepełniała  ją  melancholia.  Ta  sama  melancholia,  która  zawsze  ją  doganiała.  Nie 

mogła po prostu oddać się Wasilijowi i potem być tylko szczęśliwa i przepełniona spokojem. 

Zawsze  czuła  cierń.  Nie  mogła  usunąć  go  kochaniem.  Za  każdym  razem,  gdy 

wysuwała się z gorących objęć Wasilija, czuła, że cierń zagłębia się mocniej. 

- Co będzie, jeśli poczniemy dziecko? - przerwał ciszę Wasilij. 

- Nie wiem - odparła Raija. Myślała o tym już wcześniej, ale szybko odsuwała tę myśl. 

W  głębi  duszy  czuła,  że  to  niemożliwe.  Sądziła,  że  już  nie  może  dać  życia  dziecku. 

Czuła się bezpłodna. 

Stała się niczym ubogie, kamieniste wybrzeże. Nie umiała tego wytłumaczyć, ale nie 

wierzyła, by mogła mieć więcej dzieci. To nie dlatego przepełniało ją poczucie winy. 

- Wierzysz, że Misza jest bezpieczny? - spytała. Jej myśli już odeszły od Wasilija. 

Zrozumiał to. Płacił swoją cenę. 

- Nie wiem - rzucił. - Nie możemy tego wiedzieć na pewno, prawda? 

Oddaliła  się  od  niego  jeszcze  bardziej,  mimo  że  spoczywali  w  swoich  ramionach. 

Myśli Raiji popłynęły na zachód. 

background image

Oleg  leżał  w  namiocie  Biret.  Mówił  coś  nieskładnie  po  rosyjsku.  Krzyczał 

nieprzytomnie. Siły ciemności siedziały mu na piersi, wbijając kły. Kroiły go nożami. 

Niillasowi i Jewgienijowi z trudem udało się dowlec go tutaj. Oleg nie był bynajmniej 

lekki, a Jewgienij miał tylko jedną rękę. 

Ale udało im się. 

Teraz  Biret  klęczała  przy  Olegu.  Uniosła  mu  powieki,  osłaniając  go  przed  wzrokiem 

pozostałych. Niczego nie potrafili wyczytać z jej twarzy. Była równie nieporuszona jak kora 

na stuletniej sośnie. 

Niillas  poczęstował  towarzyszy  gorącym  rosołem.  Podał  go  w  kubkach 

wyrzeźbionych  z  guzków  drzewnych  -  dziwów  natury.  Żaden  kubek  nie  był  podobny  do 

drugiego. 

Jewgienij  i  Michaił  pili  w  ciszy.  Z  wdzięcznością,  że  mogą  napełnić  żołądki  czymś 

ciepłym. I dobrym. 

-  Czy  Oleg  umiera?  -  spytał  Michaił,  przenosząc  wzrok  z  ojca  na  Olega.  Nie  mógł 

wiele wyczytać z twarzy ojca Olgi. Pomyślał o niej. O tym, jak on by zniósł, jeśli jego ojciec 

by umarł. Michaił pragnął z całego serca, by nie musiał zawieźć Oldze takiej wiadomości. Nie 

byłby w stanie jej przekazać, w jaki sposób jej ojciec pożegnał się z tym światem. 

-  Nie  wiem  -  odparł  Jewgienij.  Jego  myśli  krążyły  wokół  Toni.  Zacisnął  pięści  w 

bezsilnej złości. 

- Czy ta kobieta to czarownica? - Michaił musiał to wiedzieć. 

- Nie wiem. 

- Czy mama jest czarownicą? 

- Milcz! - parsknął Jewgienij. Michaił pochylił głowę, zawiedziony i zraniony. 

- Przepraszam - powiedział cicho Jewgienij. - Wiem tak samo niewiele jak ty, Misza. I 

nie sądzę, by ona pochwalała, że rozmawiamy. Może jej przeszkadzamy. 

Michaił przełknął ślinę, kiwając głową. Nadal czuł się tak, jakby ojciec go uderzył. 

- Mam wam pomóc, prawda? - Biret utkwiła oczy w Niillasie. 

Przytaknął.  Biret  wiedziała  więcej  niż  inni.  Zawsze  tak  było.  Mieszkała  samotnie  na 

odludziu i dawała sobie radę. Jej reny były śnieżnobiałe zarówno zimą, jak i latem. Śmiała się 

tylko,  gdy  ją  pytano,  skąd  je  ma  i  kto  zajmuje  się  zwierzętami.  Biret  nigdy  niczego  nie 

brakowało. 

background image

-  W  nocy  będzie  burza  -  dodała.  -  Prześpicie  się  tu.  Sądzę,  że  nasi  goście  zasną 

szczególnie mocno. Tak będzie najlepiej. 

Popatrzyła wymownie na Niillasa. 

- Chyba nie stchórzysz na stare lata? Zaśmiał się. Miał błysk w oku, mimo że wiedział, 

iż Biret nie żartowała. 

- Jeśli ty to zniesiesz, to ja też. Moja skóra została solidnie wygarbowana przez życie. 

Trudno o coś, co mogłoby ją skaleczyć. 

W jej oczach zagościła wielka czułość. 

- Ty masz swoich opiekunów - powiedziała. Była o niego spokojna. - Dasz sobie radę. 

Nie  wiem,  jak  nasi  goście.  Wokół  chłopca  jest  krąg.  -  Popatrzyła  mu  w  oczy.  -  To  nie  ty, 

prawda? 

- Ja tego nie potrafię. Nie mam takiej mocy. Nigdy nie miałem. 

- Ktoś bardzo kocha tego chłopca - rzuciła Biret. - To dobrze dla niego. Dla mnie też. 

Mniej troski. 

Spojrzała w stronę otworu w górze namiotu. Nie widziała wiele nieba, ale była pewna 

swego. 

- Będzie burza. 

Noc  zaczęła  się  gwałtowną  burzą.  Wieczorem  powietrze  stało  nieporuszone. 

Zgęstniało w kolorach różowym i szarym. Potem bardziej szarym niż różowym. 

Nadszedł  wiatr.  Z  prędkością  huraganu  pędził  po  równinie.  Przyniósł  ze  sobą  deszcz 

bijący ziemię. 

Biret wyszła z namiotu. Sama. 

-  Pójdę  zajrzeć  do  moich  renów  -  rzuciła  Niillasowi.  Gdy  po  chwili  wyszedł  za  nią, 

nigdzie nie zobaczył jej zwierząt. 

- Uciekły przed wiatrem? - spytał. Staruszka uśmiechnęła się. 

- Poczułam, że muszę je zaprowadzić w spokojniejszą okolicę - powiedziała tylko. 

Popatrzyła w kierunku wiatru. Wiał z północy. 

Od  strony  morza.  Niillas  niemal  czuł  woń  słonej  wody.  Wiedział,  że  to  dziwne.  Żył 

przecież  pół  wieku  w  tej  okolicy  i  nigdy  jeszcze  nie  miał  do  czynienia  z  wiatrem  o  tak 

wyraźnym zapachu morza. 

- Ktoś jeszcze nas odwiedzi tej nocy - powiedziała Biret. Jej oczy zwęziły się, patrząc 

na coś, czego Niillas nie mógł dojrzeć. Zadrżał i poszedł za nią do namiotu. 

Czekali. 

background image

Jak  Biret  przewidziała,  Michaił  i  Jewgienij  szybko  zasnęli.  Staruszka  własnoręcznie 

okryła  ich  skórami,  jak  troskliwa  babcia.  Szczególnie  dokładnie  otuliła  chłopca.  Na  jej 

pomarszczonej twarzy gościł wyraz czułości. 

Niillas  siedział  ze  skrzyżowanymi  nogami  przy  palenisku.  Spoglądał  na  Olega.  O  ile 

mógł  dostrzec,  Biret  nie  zrobiła  przy  nim  niczego  poza  oględzinami.  Ale  przynajmniej  spał 

teraz spokojniej. Chorej dłoni nie widział, a krew wokół oczu obmyli, bo wyglądała strasznie. 

- On śni - powiedziała Biret cicho. - Ale nie wszystkie sny. Tylko tak mogłam mu na 

razie pomóc. Musiałam odłączyć go na trochę od niego samego. 

Niillas  zerknął  na  nią  przelotnie.  Nie  był  pewien,  czy  chciał  znać  szczegóły. 

Niektórymi rzeczami nie powinno się dzielić ze zbyt wieloma osobami. 

- Nie żyjesz tak długo, by móc komuś zaszkodzić, nawet jeśli wiesz - uśmiechnęła się 

staruszka, zupełnie jakby zajrzała do jego myśli. 

- Jesteś niebezpiecznym przyjacielem - rzucił Niillas. - Przy tobie najlepiej nawet nie 

myśleć. 

Jej uśmiech nadal był pogodny. Wzbudzał zaufanie. Ludzie mieli zaufanie do Biret. 

-  Czy  ja  zobaczę  naszych  gości?  -  spytał  Niillas.  Zastanawiał  się,  jak  długo  jeszcze 

będą czekać. 

Burza na zewnątrz zyskała na sile. Biła w ściany jurty, szarpała nimi. Ale Niillas czuł 

się bezpieczny. 

Wiedział, że Biret zadbała o to, by jurta wytrzymała. Staruszka miała szczególny blask 

w  spojrzeniu.  Kąciki  ust  podciągnęły  się  leciutko  jak  u  małej  dziewczynki,  która  zrobiła 

komuś niewinną psotę. 

- Jeżeli jeszcze ich nie zobaczyłeś, nie sądzę, byś zobaczył ich później. 

Niillasa aż coś zakłuło. Ale pozostał na miejscu. Wiedział, że nie chce ich zobaczyć. 

-  Jeden  jest  za  tobą  -  powiedziała  Biret  przyjacielskim  tonem.  -  A  dwa  po  prawej 

stronie. 

Niillas  zerknął  szybko,  przez  sekundę,  na  prawo,  ale  nic  nie  dostrzegł.  Odetchnął  z 

ulgą. 

-  Masz  potężnych  przyjaciół  -  mówiła  dalej  staruszka.  -  Jesteś  wystarczająco 

zabezpieczony. Oni przyszli po innych. 

Nastrój  bezpieczeństwa  zniknął  bezpowrotnie.  Od  razu  zrobiło  się  nieprzyjemnie  i 

ponuro. 

Niillas  zastanawia!  się,  kiedy  oni  przybyli.  Był  pewien,  że  by  to  zauważył,  wyczuł. 

Sądził, że jest jednym z tych, którzy mają szósty zmysł. Ale zrozumiał teraz, dlaczego wciąż 

background image

patrzyła  za  niego.  Myślał,  że  zerka  na  wejście  do  namiotu,  zupełnie  jakby  to  coś  musiało 

posłużyć się wejściem! 

Oczekiwał  zaklęć,  długich  formuł,  które  zagnałyby  te  upiory  tam,  skąd  przyszły. 

Czekał na słowa. 

Tymczasem Biret siedziała nieporuszona, ze wzrokiem utkwionym poza niego. Niillas 

wolał nie wyobrażać sobie, co ona może tam widzieć. 

-  Usiądź  obok  chłopaka!  -  rozkazała  mu  Biret.  Niillas  musiał  na  nią  spojrzeć,  by  się 

upewnić, że naprawdę to usłyszał. Nie zauważył, by poruszyła ustami. 

Jednak jej oczy powiedziały mu, że się nie myli. Dreszcz przeszedł mu po plecach. 

Ona nie użyła słów. 

Dotarła do niego myślami! 

Powoli wstał, oczekując, że schwyci go jakaś zimna dłoń. 

Nic się nie zdarzyło. 

Usiadł  koło  Michaiła.  Chłopak  poruszył  się  we  śnie,  ale  twarz  miał  odprężoną  i 

spokojną. Jego ojciec był bardziej spięty, czoło miał pokryte potem. Spał, ale śnił złe sny. 

Niillas wyciągnął swój nóż i położył na kolanach. Ostrze zabłysło w odblasku żaru. 

Z twarzy  Biret wyczytał uznanie. Skrzywił się.  Doprawdy nie rozumiał, za kogo ona 

go  ma.  Nawet  dziecko  wie,  że  stal  odstrasza  złe  duchy.  To  nic,  za  co  mogła  go  chwalić. 

Jeszcze nie był tak stary, by zapomnieć naukę z dzieciństwa! Nadal mogła na nim polegać. 

Dostrzegł, że Biret także trzyma nóż pomiędzy sobą a wejściem do namiotu. 

Usiadła obok Olega. 

Czy to zagrażało Olegowi i chłopcu? I ojcu chłopca? 

Powiedziała, że są trzy. Po jednym na każdego? 

Niillas nie chciał dalej myśleć. Nie chciał wyobrażać sobie więcej niż to, co się działo. 

Ale Biret nadal czekała. 

Nie  rozumiał,  dlaczego.  Sądził,  że  ona  chce  je  odegnać.  Sądził,  że  ma  większą  moc, 

niż dotychczas pokazała. Sądził, że przyprowadził przybyszów do jedynej osoby, która sobie 

poradzi. Jedynej, która powstrzyma czarną magię. 

Teraz jednak zaczynał wątpić. Czyżby Biret się zestarzała? 

-  Przebyliście  daleką  drogę  -  odezwała  się  Biret.  Niillas  wzdrygnął  się.  Czy  to  też 

usłyszał w myślach? 

Nie,  ona  nie  zwracała  się  do  niego.  Też  nie  do  Rosjan.  Wzrok  miała  utkwiony  tam, 

gdzie wcześniej. 

background image

- Długą drogę - mówiła dalej przyjacielskim tonem, niczym do dawno nie widzianych 

krewnych. - To nie jest miejsce na odpoczynek. Zresztą nie ma tu miejsca. 

Niillas wbrew własnej woli poszedł wzrokiem za jej spojrzeniem. Jeżeli coś tam było, 

nie chciał tego widzieć. Ale dostrzegł jakby zarys czegoś... 

Czy to falowanie powietrza? Zapowiedź ruchu? Niespokojny cień? 

Ogień  rzucał  dziwne  cienie  na  ściany  jurty.  Wiatr  tworzył  dźwięki,  gwizdał,  szeptał, 

walił pięściami. 

Biret wbiła swój nóż przez skóry i warstwę gałęzi jałowca aż do ziemi. Znalazł się na 

wysokości piersi Olega. Dłonie oparła na kolanach. 

-  Jego  ja  chronię  -  powiedziała  twardo.  -  Wracajcie  do  domu,  tam  skąd  przyszliście. 

Jeszcze na wielu sieciach potańczycie, jeśli się znudzicie w głębinach. Wracajcie. Weźcie ze 

sobą to, co mu zadaliście. Weźcie jego koszmary! Weźcie jego pęcherze, ból, ślepotę! 

Nic się nie zmieniło. Nic w oczach Niillasa. 

Jewgienij poruszył się niespokojnie we śnie. Wystękał słowa, których  Lapończyk nie 

zrozumiał.  Szukał  ramienia,  którego  nie  miał.  Mówił,  wyraźnie  cierpiąc,  ale  nie  mogli  mu 

pomóc. Jego język nie był ich językiem. 

-  Powróćcie  do  morza!  -  rozkazała  Biret.  -  Naprawcie  to,  co  zrobiliście  na  wyspie. 

Zanieście to temu, kto wam to zlecił. Dajcie mu to, co zgotował innym! 

Niillas wstrzymał oddech. Teraz był już całkiem pewien, że nie są sami w jurcie. 

Na zewnątrz trochę się uspokoiło. Wiatr zelżał. Wycisnął już do sucha ostatnie ciężkie 

chmury. 

Niillas dostrzegał przez otwór w szczycie jurty, że niebo ma przebłyski niebieskiego. 

Może już nie było wcale szare, może to tylko dym z paleniska. 

- Przybywacie z ziemi - rzuciła Biret. 

Zapadła cisza. 

Przy  wejściu  do  jurty  coś  się  poruszyło.  Cienie  jakby  zgęstniały.  Niillas  intensywnie 

wpatrywał się w mrok, którego samo wnętrze by nie stworzyło, nie w lecie, nie o tej porze. 

To  nie  był  cień.  To  nie  było  nic  rzeczywistego.  Nic  takiego,  czego  mógłby  dotknąć. 

Nic, czego chciałby dotknąć... Ruch. 

- Przybywacie z ziemi - powtórzyła Biret. Niillas nie rozumiał, dlaczego to powtarza. 

Nigdy nie słyszał, by rozmawiano z upiorami, które chciano odegnać. 

Słyszał  już  wcześniej  powtarzane  szeptem  wersy,  zaklęcia  czytane  przez  szamanów, 

które  powinny  odesłać  umarłych  tam,  skąd  przyszli.  Słyszał  słowa,  których  używali,  by 

background image

zwabić  pozbawione  spokoju  dusze,  błąkające  się  poza  swoimi  grobami.  Dusze  unoszące  się 

pomiędzy niebem a ziemią, między niebem a piekłem, bo tylko takie można było przywołać. 

Umarli,  którzy  odnaleźli  spokój,  spoczywali  tam,  gdzie  ich  złożono.  Na  nich  nie 

można było ćwiczyć czarnej magii. 

- Ten, który wam to polecił, nie daje wam nic w zamian - mówiła Biret. 

Ona  jakby  targowała  się  z  tymi  cieniami,  które  ledwo  dostrzegał.  Podchodziły  bliżej 

ku niej. Biret siedziała nieporuszona. 

-  Nie  daje  wam  nic  poza  tym,  że  wrócicie  tam,  skąd  przyszliście  -  powiedziała 

przyjaznym  tonem.  Siedziała  swobodnie,  ze  skrzyżowanymi  nogami.  -  Ja  mogę  ofiarować 

wam  więcej.  Mam  większą  moc  niż  on.  Mogłabym  was  zmusić  do  odwrotu.  Siłowalibyśmy 

się, lecz to ja bym wygrała. 

Zamilkła. 

Cienie na tle jurty nie poruszały się. 

Dlaczego nie chciała ich zmuszać? Dlaczego ich nie odgania, skoro mówi, że umie? 

Niillas spojrzał na Olega. Też się poruszył. Z jego oczu spływała krew. 

Biret mówiła o jego ślepocie... Jakie życie go czeka? 

- Proszę was, byście  wrócili tam, skąd przyszliście! Obiecuję wam, że spoczniecie w 

poświęconej ziemi. Mam do tego moc. 

Niillas nie odważył się mrugnąć. O tym nie pomyślał. Nie domyślił się ze słów Biret. 

Ukrywała swoje przesłanie aż do teraz. I dopiero teraz uderzyła. 

Rozumiała  tęsknotę  błąkających  się,  pozbawionych  spokoju  dusz.  Domyślała  się  ich 

największego pragnienia. 

Spocząć w poświęconej ziemi. 

Niillas  zastanawiał  się,  skąd  Biret  czerpała  swoją  moc.  Wątpił,  by  wpłynął  na  nią 

Chrystus białego człowieka. Wątpił, czy księża z Danii i Szwecji natchnęli ją wiarą w krzyż i 

w  Boga  cierpliwego  i  osądzającego.  Tego  Boga,  dla  którego  budowano  kościoły,  palono 

inskrypcje runiczne i ścinano szamanów. Do tego rodzaju ofiary raczej nie przekonali Biret. 

Ale  ona  nie  przejmowała  się  tym.  Jeśli  mogła  używać  wiary  Norwegów  dla  siebie, 

robiła to. Jeśli mogła się posłużyć nią, by coś osiągnąć, robiła to. Jak teraz. 

Cienie zgęstniały. To już nie tylko dym z paleniska. 

Coś tu było. 

Biret wpatrywała się w to. Czekała. Miała swoją moc w pogotowiu. 

Czekała bez lęku, gotowa na użycie swojej mocy. Ale najpierw ofiarowywała ugodę. 

Cienie były gęste, niemal tworzyły kształty. 

background image

Kształty postaci. 

Cienie pochyliły się nad Olegiem Jurkowem, nad rosyjskim kolosem, który dał  Linie 

dwoje dzieci. 

Ciemny wiatr przeleciał nad Nillasem. 

Jewgienij poruszył się we śnie, mamrocząc coś niewyraźnie. 

Chłopak spał spokojnie. 

Biret utkwiła spojrzenie w wejściu do jurty. Czekała nieporuszona. 

Na zewnątrz uspokoiło się. Wiatry zawróciły, wiał teraz łagodny wiaterek z głębi lądu. 

Wiał ku morzu. 

Zabrał ze sobą zapachy morskich fal. 

Zabrał cienie. 

Ogień odżył na palenisku. Skwierczał, rzucał iskry. 

Biret odetchnęła, przekonując Niillasa, że coś się zmieniło wewnątrz ich namiotu. 

Podniosła  nóż  z  ziemi.  Wytarła  go  o  spódnicę  i  włożyła  do  pochewki.  Splunęła  na 

kciuk  i  otarła  krew  spod  oczu  Olega.  Uniosła  jego  powieki.  Znów  splunęła,  ocierając  mu 

same oczy. 

Na jej ustach zagościł lekki uśmiech. 

- Możesz schować nóż, Niillas - powiedziała. Słowami, nie myślami. - Byłeś dobrym 

pomocnikiem  -  dodała,  nie  wyjaśniając  więcej.  Nie  dziękowała.  Ale  te  słowa  z  jej  ust 

starczyły za najcieplejsze podziękowanie. - W każdym razie poszły sobie - rzuciła, kładąc się 

na  posłanie.  Pod  głowę  podłożyła  zgiętą  w  łokciu  rękę  i  otuliła  się  derką.  -  Nie  trzeba  już 

czuwać, Niillas. Nie sądzę, żeby wiatry powróciły. Ale moje reny zatrzymam jeszcze na ich 

soczystych  pastwiskach  aż  do  jutra.  Jakoś  tego  lata  wyrósł  tu  słaby  mech.  A  jak  u  was  na 

Soroya? 

- Dobrze - odparł Niillas z uśmiechem. Nie sądził, by udało mu się zasnąć. 

Mylił się. 

Nastał nowy dzień. Słońce oświetlało płaskowyż, karłowate brzozy, mchy, podmokłe 

bagna,  kamienie  i  skałki.  Łagodne  niebo  miało  błękitne  oblicze,  niezmącone  nawet 

najmniejszą chmurką. Wzrok sięgał najdalej, jak mógł. 

Biret  sprowadziła  swoje  renifery  z  ich  soczystych  pastwisk,  które  tylko  ona  znała. 

Białoskóre stado pasło się spokojnie koło skały. 

Staruszka siedziała przed jurtą, patrząc w niebo. Niillas dostrzegał w jej twarzy ślady 

niegdysiejszej  urody.  Ludzie  mówili, że  miała  najpiękniejsze  rude  włosy,  jakie  można  sobie 

background image

wyobrazić.  Teraz  wyblakły,  już  od  kilkudziesięciu  lat  były  niemal  siwe,  ale  nadal  nosiły 

poświatę ognia. 

Rzadko spotykało się taki kolor włosów wśród jego ludu. 

Pamiętał  ją  jako  chłopiec.  Teraz  patrzył  na  nią  jako  mężczyzna.  Musiała  być 

pięknością. I tak jak on została sama. 

Zastanawiał się, czy to był jej wybór, czy ktoś za nią postanowił. 

Wewnątrz  namiotu  budziło  się  życie.  Senne  głosy  mówiły  coś  po  rosyjsku,  mówiły 

coraz szybciej. Słowa toczyły się niczym lawina. 

-  Jewgienij,  ja  nie  mam  nawet  śladów  na  dłoni.  Ja  widzę!  Już  mnie  nic  nie  boli. 

Widzę! 

Oleg usiadł na posłaniu. Nie mógł się napatrzeć do syta. 

Jewgienij też usiadł. Już od pewnego czasu nie spał. Bał się przerwać ciszę. Bał się tej 

ciszy. 

-  Myślałem,  że  oślepniesz  na  zawsze  -  powiedział.  -  Krew  leciała  ci  z  oczu. 

Zachowywałeś się jak opętany. 

Oleg otworzył szeroko oczy. Dotknął ich palcami. Popatrzył na swoje dłonie. 

- Widzę! - upewnił się. 

- Nie ma nawet śladu krwi - stwierdził Jewgienij. Miał wrażenie, że powrócił z innego 

ś

wiata. Świata, który nie należał do rzeczywistości. Najchętniej pobiegłby od razu na statek i 

popłynął na wschód, do domu. 

- Co się stało? - spytał Oleg. 

Jewgienij nie wiedział, czy on powinien mu opowiedzieć o wszystkim. 

-  Porozmawiaj  z  Lapończykiem.  On  to  rozumie.  Ja  zasnąłem.  Myślę,  że  miałem 

zasnąć, Misza też. Nie wiem, co się tu działo. 

Zamilkł na chwilę. 

-  Miałem  jednak  najgorsze  sny.  Może  były  prawdziwe.  Nie  wiem,  Oleg.  Nie  wiem. 

Byłem  w  najczarniejszym  piekle  i  nie  wiedziałem,  czy  się  stamtąd  wydostanę.  To  był 

koszmar... 

- Ja też miałem koszmary. Straszliwe koszmary - przyznał Oleg. 

Wymienili spojrzenia. Nie mogli więcej o tym mówić. Wystarczyło, że pamiętali. 

Misza nada] spał. Twarz miał pogodną, uśmiechał się leciutko. 

Wyszli  z  jurty.  Napotkali  Niillasa  i  Biret.  Oleg  rozglądał  się  wokół  z 

niedowierzaniem. Wciąż otwierał lewą dłoń i patrzył na nią, jakby  chciał  sprawdzić, czy się 

nie myli. Ale wnętrze dłoni pokrywała cienka, nowa skóra. Bez pęcherzy. Bez krwi. 

background image

-  Co  się  wydarzyło?  -  spytał  Oleg.  Przenosił  spojrzenie  z  Niillasa  na  staruszkę. 

Wiedział, że właśnie jej winien wdzięczność. 

- Jak się czujesz? - spytała. - Widzisz? Pokiwał głową. Pokazał jej swoją dłoń. 

- Dziękuję ci - powiedział. Biret potrząsnęła głową. 

- Nie dziękuj mi. Nie sądzę, by cię jeszcze prześladowały. Nie byłeś jedyny, prawda? 

- Jeszcze jest jeden na Soroya - odparł Oleg. 

- One dotarły jeszcze dalej - oznajmiła. - Przybyły z daleka. 

- Morze Białe - rzucił Oleg. - Archangielsk. Rosja. A więc trafiły i do nas... 

-  Może  -  odparła  stara.  Znała  te  nazwy,  choć  nie  wiedziała  dokładnie,  gdzie  leżą 

miejsca, które oznaczają. Gdzieś daleko. To jej nie interesowało. 

- Wróciły do siebie - stwierdziła. - Nie pojawią się już, nie tak. Tego z wyspy weźcie 

ze sobą, tak dla niego najlepiej. 

Oleg nie pytał, skąd staruszka to wie. Czuł wobec niej respekt. 

-  Noc  mieliście  niespokojną  -  rzuciła.  -  Nie  mogłam  temu  zapobiec.  Już  to  się  nie 

zdarzy.  -  Spojrzała  w  oczy  Olegowi.  -  Uważałam,  że  najważniejsze,  by  chłopak  znalazł  się 

poza tym wszystkim. 

Oleg pokiwał głową. 

- Miał silną opiekę - powiedziała Biret. - Wokół niego był krąg. 

Jej  oczy  spojrzały  pytająco,  choć  może  sama  nie  chciała  pytać.  Leżało  to  poniżej  jej 

godności. 

-  Zadaję  sobie  pytanie  -  mówiła  jednak  dalej  -  zadaję  sobie  pytanie,  dlaczego  jego 

matka znalazła się tam, na wschodzie. Dlaczego tak daleko od domu. 

Oleg przełknął ślinę. 

- Uciekła przed oskarżeniem o czary. Biret pokiwała głową, uśmiechnięta. 

- A więc to tak było - westchnęła, zadowolona, że rozumie. Niewiedza ją męczyła. 

- Ona jest niezwykłą kobietą - rzekł z podziwem Oleg, gdy wracali już na Soroya. 

Otaczający  ich  krajobraz  uśmiechał  się  do  nich  przyjaźnie.  Dobrze  było  wędrować 

wieczorem, choć nieco się ochłodziło. Za to nie męczyło ich tyle owadów. 

Teraz odpoczywali. No i osiągnęli to, po co przybyli. Nieśli lekkie serca. 

- Nie sądziłem, że kobiety mogą mieć taką moc - dodał Oleg. 

- Tak, Biret jest obdarzona taką mocą - uśmiechnął się Niillas. - Zauważyłeś, że miała 

kiedyś rude włosy? 

Oleg uniósł brwi pytająco. 

background image

-  U  nas  rzadko  zdarzają  się  rudowłosi.  Mówi  się,  że  kiedyś  pewien  chłopak  wziął 

sobie  za  żonę  dziewczynę  z  podziemnego  świata,  no  i  doczekał  się  rudowłosych  dzieci. 

Później  w  obozowiskach  pojawiło  się  wiele  obcych  dziewczynek  i  chłopców.  Mówiono,  że 

przybyły z innych obozowisk, ale trudno było odnaleźć ich krewnych, a nawet kogoś, kto by 

ich znał. - Zamilkł wymownie. - Matka Biret była jedną z tych obcych dziewczynek, których 

nikt nie znał. Wyszła za mąż za ojca Biret. Nie pożyła długo, a jej ojciec ponownie się ożenił. 

Ż

adne z jego dziesięciorga dzieci nie miało rudych włosów. Ale jego nowa żona pochodziła z 

jego własnego obozowiska. Oczywiste było, kim są jej krewni. 

-  To  brzmi  niewiarygodnie  -  zauważył  Oleg.  Przetłumaczył  opowieść  Lapończyka 

towarzyszom. 

- Słyszałem jeszcze bardziej niewiarygodne historie - zapewnił go Niillas. - Widziałeś 

stado białych reniferów Biret? 

Oleg pokiwał głową. 

- Tak, piękne zwierzęta - potwierdził. - Nie wiedziałem, że mogą być białe latem! 

Niillas zaśmiał się. 

- Tak, to nie jest normalne - powiedział. - Tylko szamani mają białe reny. 

-  A  więc  Biret  jest  szamanką?  -  spytał  Oleg.  Na  tyle  długo  mieszkał  w  Norwegii,  że 

znał to słowo. 

-  Pewnie  jest  -  odparł  Niillas.  -  Białe  reny  nie  pochodzą  z  tego  świata.  Szamani 

sprowadzają je z tamtego świata. Tam renifery są białe. 

Oleg przetłumaczył. Rosjanie przetrawili nowe wiadomości. Nie wiedzieli, czy w nie 

wierzyć, ale nie mieli podstaw, by wątpić. 

-  Dlaczego  powiedziała,  byśmy  poczekali  z  odpłynięciem?  -  spytał  Oleg.  -  Dlaczego 

kazała zaczekać na przypływ? 

- Na pewno miała swoje powody - stwierdził Niillas z nieporuszoną twarzą. 

background image

10 

Gdy dotarli do statku, nadal był odpływ. Na pokładzie panował nerwowy nastrój. 

-  Działy  się  tu  dziwne  rzeczy,  kapitanie  -  mówili  Jewgienijowi.  Unikali  jego 

spojrzenia, dopóki nie przypomnieli sobie, kto jest jego żoną. - Powinieneś ją wziąć ze sobą, 

kapitanie! 

Opowiadali  o  pęcherzach  na  ciele,  które  pojawiły  się  i  zniknęły.  O  słodkiej  wodzie, 

która wydawała się zepsuta wieczorem, a całkiem dobra rano. O koszmarach sennych, które 

ich męczyły do tego stopnia, że dwóch najmłodszych marynarzy rzuciło się do morza. 

- Ledwo ich uratowaliśmy, kapitanie! 

- Co to było, kapitanie? Dlaczego odjechaliście? Kim on jest? 

Ich  spojrzenia  powędrowały  w  stronę  Niillasa.  Obcego.  Różnił  się  od  nich  i,  o  ile 

wiedzieli,  także  od  Norwegów.  Był  synem  tego  dziwnego  narodu,  który  przenosił  się  z 

miejsca  na  miejsce  ze  swoimi  jurtami  i  stadami  reniferów.  To  wśród  nich  byli  tacy,  którzy 

potrafili rzucać zaklęcia. 

- Działy się naprawdę dziwne rzeczy, kapitanie! Jakaś czarna magia! 

Jewgienij podjął decyzję sam. Już dosyć Oleg decydował. Teraz jego kolej. 

- Tak, to była czarna magia - potwierdził, gdy wszyscy zebrali się na pokładzie. - Nasi 

ludzie zostali wypędzeni z Soroya czarami. 

Przez  zebranych  przeleciało  westchnienie.  Obawy,  które  żywili,  potwierdziły  się,  ale 

to ich nie uspokoiło. 

-  Wiemy  o  tym,  co  tu  się  działo.  Kola  nam  opowiedział.  Nie  wiemy,  co  się  stało  z 

tymi, którzy odpłynęli. - Nabrał oddechu. - Ale mamy podstawy sądzić, że dotarli do domu. 

Słowa Biret o tym, że nocni goście przybyli z daleka... Jewgienij nie mówił więcej. To 

i tak było niepewne. 

Jeżeli to prawda, Wasilij był w Archangielsku. 

Raija też... 

- Co z Kolą? 

-  To  dla  niego  poszliśmy  w  głąb  lądu  -  odezwał  się  Oleg.  Wypchnął  przed  siebie 

Niillasa.  Lapończykowi  nie  spodobało  się  to,  wolał  stać  w  cieniu  i  obserwować,  niż  być 

oglądanym.  -  Ten  oto  Niillas  znal  kogoś  o  większej  mocy  niż  ten,  który  użył  swoich  prze-

ciwko naszym, przeciwko Koli i nam. 

Potoczył wzrokiem po zebranych. 

background image

- Kola był umierający. Mogłem to przed wami ukryć i powiedzieć, że się źle czuł. Ale 

mówię, jak jest. Wszyscy jesteśmy mężczyznami. Nawet Misza stał się mężczyzną. Kola był 

umierający,  gdy  go odwiedziliśmy. Wyglądał jak szkielet obleczony skórą. Wielu z was zna 

Kolę,  wielu  widziało  go  w  tańcu,  przy  kielichu,  śpiewającego.  Wiecie,  jak  kochał  życie. 

Wiecie, że potrafił się bić. Gdy go widzieliśmy, jeszcze walczył. Jedyne, co pozostało w nim 

ż

ywe, to oczy. Umierał. Teraz mamy nadzieję, że to zatrzymaliśmy. 

Zacisnęli  pięści.  Pochylili  głowy.  Przełykali  ślinę.  Nikt  nie  spojrzał  innemu  w  oczy, 

zanim wiatr nie osuszył jego łez. Żaden by nie przyznał, że płakał. 

Oleg  nie  opowiedział,  co  się  jemu  przydarzyło.  Jewgienij  też  nie  wspomniał  ani 

słowem. Nie chcieli przerażać załogi. 

To wystarczało. 

- Wracamy na wyspę - rzucił Jewgienij. 

- Musimy? Rzadko sprzeciwiano się jego rozkazom. 

- Musimy - potwierdził Jewgienij. - Już nic nam nie grozi. Jeżeli nadal nie wierzycie, 

pamiętajcie,  że  zabieram  ze  sobą  mojego  syna.  Jego  życie  znaczy  dla  mnie  najwięcej. 

Gdybym sądził, że to może być dla niego niebezpieczne, nie zawijałbym na Soroya. 

Uznali  jego  racje.  I  wielu  pomyślało  o  Koli.  On  był  jednym  z  nich.  Zrobią  to  dla 

niego. Wciągnęli kotwicę. Rozwinęli żagle. 

- Boisz się? - spytał Oleg Jewgienija. Stali ramię przy ramieniu. 

- Strasznie się boję - odparł. 

- Czy tam może być coś gorszego niż to, przez co przeszliśmy? 

- Coś mi mówi, że może tak być - rzucił Jewgienij. - Ale nie sądzę, by nas to spotkało. 

- Cały czas żałuję, że nie ma z nami Raiji!  - westchnął Oleg.  -  Załoga też tak mówi. 

Mają do niej więcej zaufania niż do świętego Nikołaja! 

Jewgienij uśmiechnął się kwaśno. 

-  Ja  też  żałuję  -  powiedział.  To  była  gorzka  prawda.  -  Ale  nawet  Biret  z  jej  białymi 

reniferami nie sprowadzi jej tutaj. Raija jest i pozostanie w Archangielsku. 

Wasilij też, pomyślał. Nie powiedział tego głośno, ale nie musiał. Był pewien, że Oleg 

myśli o tym samym. 

Tylko Jewgienij, Oleg i Niillas zeszli na ląd. Michaił chciał im towarzyszyć, ale ojciec 

z miejsca mu odmówił. Żaden z marynarzy nawet o tym nie wspomniał. Najchętniej woleliby 

zakotwiczyć  jak  najdalej  możliwe.  To,  że  jeszcze  był  odpływ,  działało  na  ich  korzyść. 

Znajdowali się dalej od lądu niż podczas przypływu. 

Nikt nie czekał na nich na brzegu, ani by się przywitać, ani by ich odgonić. 

background image

Niillas pierwszy zwrócił na to uwagę. 

- To nie jest normalne... - zauważył. 

Wreszcie  nadbiegła  jakaś  kobieta.  Walczyła  z  wiatrem  szarpiącym  jej  spódnicę, 

przytrzymując  ją  rękami,  ale  dała  spokój.  Dopiero  gdy  rzuciła  się  Olegowi  na  szyję, 

rozpoznali w niej Ewę. 

Ś

miała  się  i  płakała,  całując  policzki  Olega.  Rzuciła  się  na  szyję  Niillasowi. 

Pocałowała Jewgienija w policzek. Znów uczepiła się ramienia Niillasa. 

- Wiedziałam, że to do ciebie trzeba się było zwrócić! 

- Inni zrobili więcej - rzucił Lapończyk zażenowany. 

- Chyba nie musimy pytać, jak się ma Kola, co? - spytał Oleg. 

Ewa  potrząsnęła  głową,  prowadząc  ich  w  stronę  domku,  gdzie  żyła  ze  swoim 

Rosjaninem. 

- To cud! - twierdziła stanowczo. 

-  Może  nie  cud  -  protestował  Niillas.  Jemu  to  słowo  kojarzyło  się  z  tymi,  którzy 

najchętniej  uśmierciliby  takie  osoby  jak  Biret  i  umieścili  jej  głowę  na  drągu  jako  przestrogę 

dla tych, którzy jeszcze chcieliby oddawać się pogaństwu. 

-  Nic  mnie  to  nie  obchodzi,  jak  to  się  stało!  -  rzuciła  Ewa  stanowczo.  Nie  było  jej 

łatwo  trwać  przy  mężczyźnie,  którego  kochała  i  który  umierał.  Który  tracił  siły  równie 

nieubłaganie jak liść żółknący jesienią. - Dwa dni temu zniknęły pęcherze. Po prostu obudził 

się bez nich! I bez ran. Miał apetyt. Zjadł. Nie musiałam nic w niego wmuszać. Pił. Zatrzymał 

wszystko, nie zwrócił niczego ani jedną, ani drugą stroną, jak wcześniej. Spał! - zaśmiała się. 

Łzy nadal płynęły jej z oczu, ale nawet ich nie ocierała. - Spał spokojnie. Nie rzucał się, nie 

krzyczał  w  przerażeniu.  Spał  jak  dziecko.  Siedziałam  i  patrzyłam  na  niego.  Był  taki  ładny, 

gdy  spał!  Jego  ostatnie  zęby,  które  się  ruszały,  trzymają  się  już  mocno.  Nieważne,  jak  to 

nazwiecie!  Nie  chcę  wiedzieć,  co  się  wydarzyło.  Ale  dla  mnie  to  cud!  Kola  umierał. 

Modliłam się, by już umarł i się nie męczył. A teraz żyje. Będzie żył. Dla mnie to cud! 

Ś

miała się. Śmiała się i była piękna. Jeszcze cztery dni temu przypominała szary cień: 

wyczerpana,  zrezygnowana,  płacząca...  Wtedy  się  poddała.  Oni  stanowili  ostatnią  deskę 

ratunku, której się uczepiła. 

A teraz promieniała. 

- Słyszycie to? - spytała Ewa z uśmiechem. Zaczęli nadsłuchiwać. Teraz to usłyszeli. 

To nie był krzyk mew. To było coś nieludzkiego. Ewa, nadal z uśmiechem, skinęła głową w 

stronę domu dziadka Liny. 

background image

-  Teraz  krzyczy  on,  Lars  Olssen.  Żaden  z  jego  sposobów  nie  działa.  Gnębią  go  jego 

własne  upiory.  Leży,  otoczony  przez  nie,  pokryty  pęcherzami  i  ranami,  męczony 

koszmarami...  tym  wszystkim,  czego  życzył  innym!  -  zaśmiała  się  gorzko.  -  Wszystko  wró-

ciło do niego, podłego starucha. Może ktoś mu współczuje, ale nie ja! - Wstrząsnęła głową. - 

Wcale go nie żałuję. Dostaje to, na co zasłużył. 

- Jest sam? - spytał Oleg. Teraz wyraźnie słyszał krzyki. Czasem wydawało mu się, że 

rozpoznaje jakieś słowo, ale nie był pewien. To był tylko krzyk, krzyk udręczonej duszy. 

-  Któż  by  się  odważył  tam  pójść?  -  Wzruszyła  ramionami.  -  Zresztą  dlaczego  ktoś 

miałby  się  nim  przejmować?  Sprowadził  śmierć  i  udrękę  na  innych.  Teraz  sam  tego 

doświadczy. Spojrzy śmierci prosto w oczy, zanim ona zabierze jego nędzne szczątki. 

- To długo trwa? - spytał Niillas. 

-  Dwa  dni  -  odparła.  -  Pierwsi  słyszeli  jego  krzyki  poprzedniej  nocy.  Ale  on  często 

awanturował  się  po  pijanemu.  Gdy  w  dzień  nie  przestał,  poszło  tam  kilku  mężczyzn.  - 

Spojrzała  w  stronę  domu  starego.  Drzwi  nie  były  domknięte,  może  dlatego  tak  wyraźnie 

słyszeli  krzyki.  -  Więcej  tam  nie  pójdą,  to  pewne.  Nie  chcieli  powiedzieć,  kogo  widzieli 

wokół jego łóżka. Ale ja wiem. Kola niejeden raz mi to opisywał. 

Larssen zasłużył na to. Nikt nie powinien mu współczuć! Niech cierpi! 

- Twarda jesteś - rzucił Niillas. 

Wstrząsnęła głową. Była jeszcze młoda. Nadal miała w sobie ogień. Umiała wszystko 

dzielić tylko albo na złe, albo na dobre. 

Nadal umiała nienawidzić. 

-  On  to  zrobił  Koli.  I  pozostałym.  Wiem,  co  się  działo,  bo  byłam  z  nimi.  Wiem. 

Widziałam, jak Kola w oczach niknie. Płakałam i błagałam, ale żaden z nich nie chciał ruszyć 

palcem, by nam pomóc! - nabrała oddechu, drżąc. - Tak, jestem twarda. Jak kamień. Równie 

zimna.  To  przez  niego.  Nienawidzę  go  i  mam  nadzieję,  że  będzie  się  smażył  w  piekle  na 

wieki! Dla niego nie ma wybaczenia! To może nawet za mało... 

Oleg i Niillas wymienili spojrzenia. Oni też kiedyś widzieli świat wyłącznie na czarno 

lub na biało. Potem doszły tony szarości. 

Niillas  spojrzał  w  morze.  Dostrzegł,  że  zaczyna  się  przypływ.  Czuł  wiatry  wiejące 

przy przypływie, zapach słonej wody. Zapach przypływu. 

- To już niedługo - powiedział. Pamiętał słowa Biret. Opisała mu więcej niż Olegowi, 

wytłumaczyła, czego się mają spodziewać. 

- Też tam pójdę - zwrócił się do niego Oleg. - Ty idziesz, prawda? 

Niillas pokiwał głową. 

background image

- Nikt nie może być aż tak sam - powiedział. - Nawet on. 

Ewa potrząsnęła głową z niedowierzaniem. 

-  Ale  przynajmniej  zabieram  Jewgienija!  -  rzuciła  zdecydowanie  i  pociągnęła 

pryncypała za sobą do domu. 

Drzwi były uchylone. Krzyki dobiegające ze środka ulatywały ku niebu niczym czarne 

skrzydła. 

Domy  w  osadzie  stały  ciche,  z  zasłoniętymi  otworami  okiennymi.  I  zaryglowanymi 

drzwiami, jak domyślał się Oleg. 

Zamknęli się w strachu przed tym, co działo się z Larsem. Będą tak siedzieć, dopóki 

on nie umilknie. 

Chowają się wśród ścian, które na pewno by ich nie ochroniły przed siłami ciemności. 

Oleg  otworzył  drzwi  nogą.  Pamiętał  nadto  dobrze,  co  stało  się  ostatnim  razem,  gdy 

ujął klamkę. 

Donośne krzyki przeszywały im boleśnie uszy. 

Niillas przytrzymał Olega i wszedł pierwszy do izby. Nie bał się dotknąć klamki. 

Dziadek  Liny  był  więźniem  we  własnym  łóżku.  Stało  w  kącie  izby  i  przylegało  do 

dwóch solidnych ścian z bali. Drewno przywędrowało tu z Rosji. Lars zbierał, co wyrzuciło 

morze,  aż  wreszcie  mógł  wybudować  ten  dom.  Wyrósł  w  lepiance,  dorosłe  lata  spędził  w 

lepiance. Na starość miał dom z drewna. 

Może w lepiance udałoby mu się przebić przez ścianę. 

Tutaj próbował. 

Ale bale były grubości męskiego ramienia. Rosły na rosyjskiej ziemi przez setki lat. 

Na ścianie Niillas i Oleg dostrzegli ślady krwi. 

Lars nie mógł uciec z własnego łóżka, przywiązany do niego niewidzialnymi więzami. 

Dwa upiory stały wzdłuż boku. Jeden w nogach. 

Wokół nich unosiła się lodowata mgła. Oleg i Niillas czuli zapach wodorostów, słonej 

wody. Zapach śmierci... 

Ciemne,  bezkształtne  postacie.  Pochylone,  czekające...  Wydobyte  z  czarnej  głębi 

morza. Smród zgnilizny gęstniał w powietrzu. 

Stały nieporuszone jak posągi. Stały, a błoto kapało z nich na podłogę. 

Stary krzyczał, zaklinał. Używał wszelkich zaklęć, mieszał wersy, wynajdował nowe. 

Jego słowa nie miały już mocy. 

background image

Jego twarz zmieniła się nie do poznania, pokryta pęcherzami, z których  ciekła ropa i 

krew.  Za  każdym  razem,  gdy  krzyczał,  otwierały  się  nowe  rany.  Jego  dłonie  i  szyja  pokryte 

były ranami. 

Krzyczał. Krzyczał głosem, który już ledwie się niósł. 

Pierwszy ocknął się Niillas. Pociągnął Olega za sobą i jeszcze starczyło mu rozsądku, 

by zamknąć za nimi drzwi. 

Oleg padł na kolana i zaczął wymiotować. Płakał i wymiotował. 

-  On  na  to  nie  zasłużył!  Niillas  nie  odpowiedział.  Tego  widoku  tak  prędko  nie 

zapomni. Może nawet nigdy. 

Najbardziej przerażała go myśl, że te trzy postacie jeszcze dwie noce temu siedziały za 

jego plecami... 

-  Nikt  nie  zasługuje  na  taką  śmierć!  -  powtórzył  Oleg.  -  Wejdę  tam  i  zakłuję  go 

nożem! Okażę mu miłosierdzie! 

- Wtedy pójdziesz do więzienia za zabójstwo sprzeciwił się Niillas. - Niedługo będzie 

koniec. Biret nie mogła postąpić inaczej. Ona nie panuje nad siłami ciemności. Biret ma dobrą 

moc. Nie chciała jego śmierci. Ale on nie może przecież żyć, prawda? Jeśli zrobił coś takiego 

jeden  raz,  zrobiłby  i  drugi.  Wiedział,  że  to  potrafi.  Oszołomiła  go  jego  własna  moc.  To  zły 

przykład także dla młodych. 

- Nie zasłużył na to - powtórzył Oleg uparcie. Nadal był blady. 

Słyszeli ochrypłe krzyki. 

- On już nic nie czuje - stwierdził Niillas. - Jest nieprzytomny. Krzyczy, bo nie może 

przestać. Biret musiała obrócić jego życzenia ku niemu samemu. To, co się dzieje z nim, jest 

dokładnie tym, co sprowadził na innych. Nie zapominaj o tym, Oleg! 

Oleg nic nie odpowiedział. Odszedł stamtąd najszybciej, jak mógł. 

- Już wkrótce koniec - zapewnił Niillas. - Niedługo przypływ. 

Kola żył. Już nie tylko oczy w nim żyły. Nie mógł powstrzymać łez, choć na początku 

próbował. 

- Byłem w piekle - powiedział. - Byłem tam wiele miesięcy i chętniej bym umarł, niż 

to znów przeżył. - Spojrzał na nich. - Naprawdę. 

Spojrzał  na  Ewę.  Wzrokiem  prosił  o  wybaczenie,  ale  był  zdecydowany.  Podjął 

ostateczną decyzję. 

- Nie zostanę na tej wyspie ani nocy dłużej. 

- To już minęło - zapewnił Jewgienij. 

background image

Trudno  im  było  nie  słuchać  krzyków.  Nadal  rozbrzmiewały  głośniej  od  wrzasków 

mew. Równie przenikliwie. 

-  To  nieważne  -  odparł  Kola.  -  Ta  wyspa  nie  jest  dla  mnie.  Tutaj  poznałem,  co  to 

piekło. Nie zostanę tu. Nie mogę jeszcze sam iść, ale chyba twoi marynarze mnie doniosą do 

łódki. Owiążecie mnie liną pod pachami i wciągniecie na statek. Nie zostanę tu! Nic na całym 

ś

wiecie mnie tu nie zatrzyma! 

- Ewa? - rzucił Oleg. 

Kobieta  powoli  pokręciła  głową.  Twarz  miała  nieruchomą,  bez  śladu  uśmiechu.  Nie 

płakała. Już zabrakło jej łez. 

- To życie Koli - powiedziała, jakby nie miała w nim żadnego udziału. Stała oparta o 

framugę  i  pozwalała,  by  wymazywał  ją  ze  swojego  życia.  Nawet  go  nie  prosiła  o 

zastanowienie. 

- Wyruszymy, gdy będzie przypływ - stwierdził Oleg. 

Biret nakazała im czekać. Niillas mówił, że coś się wtedy wydarzy. 

Oleg wierzył obojgu na tyle, by ich posłuchać. 

No i czekali. Zamknęli otwory okienne jak wszyscy inni. Ukryli się za ścianami z bali. 

Zaryglowali drzwi, przekręcili klucz dwa razy, choć wiedzieli dobrze, że to wcale nie chroni. 

Ukryli się w tym samym tchórzostwie co reszta osady. W tym samym strachu. 

Może weszli w to głębiej niż pozostali i dlatego bali się bardziej. 

- Nie wiem, na co czekamy - rzucił Oleg niecierpliwie. 

Nie  przywykł  do  siedzenia  w  zamknięciu.  Nawet  nie  umiał  wytrzymać  zbyt  długo  w 

jednym miejscu. 

Miał zbyt niespokojną krew. Jego myśli zawsze wybiegały w przyszłość. 

Wyszedł na dwór. Wpatrzył się w morze. Wrócił i spojrzał na zebranych. 

-  Woda  doszła  do  najwyższego  punktu  -  obwieścił.  -  Czy  już  czekaliśmy 

wystarczająco długo? 

Stanowili  dziwny  pochód.  Jewgienij,  jednoręki  kapitan,  olbrzym  Oleg  o  plecach 

szerokich  jak  dwuskrzydłowe  drzwi  w  domach  bogaczy,  niewysoki  Niillas  w  skórzanych 

spodniach i kaftanie. No i Ewa, z potarganymi włosami i smutkiem ukrytym w oczach. 

To ona zatrzymała się pierwsza.  Byli  w połowie  drogi do brzegu, daleko  od domów. 

Pomiędzy nimi a morzem nie było nic. Tylko resztki spalonych domów Rosjan. 

- Słyszycie?! - spytała z takim napięciem w głosie, że aż przeszedł ich dreszcz. 

Nad Soroya krzyczały mewy. 

- Ucichł - powiedział Oleg, nie mając na myśli wiatru. 

background image

Stali  w  ciszy  i  nadsłuchiwali.  Pobledli.  Ich  oczy  skierowały  się  ku  domowi 

oddalonemu od pozostałych. 

Pojedyncze  mewy  krążyły  nad  jego  dachem.  Jakaś  wrona.  Mewy  odgoniły  ją,  nie 

potrzeba im konkurencji przy stole. 

Nie tylko oni zauważyli różnicę. Inni też usłyszeli, że krzyki ucichły. 

Drzwi lepianek i domów pootwierały się. 

Ludzie wyjrzeli na świat. 

Blade twarze, szybkie ruchy. Oczy podążające ku leżącemu na uboczu domowi. 

Brat Liny, Samuel, podszedł do nich czworga z rękami w kieszeniach. 

- Wygląda na to, że stary wykorkował - rzucił, pozostawiając na moment wpółotwarte 

usta jako niby uśmiech. - Czy Ewa powiedziała wam, jakie piekło mieliśmy tu przez dwa dni i 

noce? 

Oleg pokiwał głową. Zwrócił uwagę, że Samuel od razu przybrał taki ton, jakby znów 

byli jedną rodziną. Mówił do niego jak stary przyjaciel. 

- Powiedzieli, że były u niego upiory. 

Oleg  mógł  się  łatwo  domyślić,  że  Samuelowi  zabrakło  odwagi,  by  pójść  do  domu 

Larsa, który był przecież jego rodzonym dziadkiem! 

-  No  tak,  on  nigdy  nie  należał  do  grzecznych  dzieci  Boga  -  rzucił  Samuel  lekkim 

tonem. Nie wydawał się być pogrążony w żałobie. Splunął przez lewe ramię. - Nie to, żebym 

mówił  źle  o  zmarłych.  On  był  moim  dziadkiem.  Trudno  będzie  pochować  go  w  zgodzie  z 

kościołem. Od dawno tam nie chodził. Zresztą zadarł kiedyś z księdzem. Mówią, że wywołał 

burzę  na  morzu  w  pogodny  dzień,  gdy  ksiądz  właśnie  tu  płynął.  Tylko  on  o  tym  wiedział.  - 

Westchnął. - No, ale może mimo wszystko nie zasłużył na coś takiego. 

Oleg  nie  odpowiedział.  Poszedł  dalej  za  pozostałą  trójką.  Czuł,  że  Samuel  za  nim 

idzie, ale na szczęście już nic nie mówił. Nie musiał słuchać jego bezmyślnego gadania. 

Wydawało się, że po prostu szli w kierunku łódki. 

Już wiedzieli, czemu Biret kazała im zaczekać na przypływ. 

Nie mogli nie zauważyć. 

- Dobry Boże! - zatchnął się Samuel. Oderwał się od grupy, podszedł bliżej i jeszcze 

szybciej się cofnął. Odwaga nie zaliczała się do jego największych zalet. 

Niillas  i  Oleg  podeszli  bliżej.  Jewgienij  przytrzymał  Ewę,  obracając  jej  twarz  ku 

swojej piersi. 

- Nie patrz tam! - poprosił po rosyjsku. Ona i tak zrozumiała. 

- To jego część brzegu - rzucił Oleg. - Czy to przypadek? 

background image

-  Przestał  krzyczeć  przy  przypływie  -  odparł  Niillas.  -  Umarł.  Może  go  wtedy 

opuściły.  -  Przełknął  ślinę.  Przepełniała  go  wielka  pustka.  -  Wtedy,  w  jurcie  Biret,  było  ich 

trzech  -  mówił  dalej.  -  Nie  widziałem  ich,  ale  ona  mi  powiedziała.  Trzech.  No,  widziałem 

jakby cienie. 

Nie  mógł  już  patrzeć  na  to,  co  leżało  na  brzegu  Larsa  Olssena.  Wzrok  jego 

powędrował na fale, na morze, poza horyzont... 

- Ona ich nie przywołała - wspominał, czując suchość w ustach. - Rozmawiała tylko z 

nimi. Targowała się. Widziałem, jak ich cienie zagęszczają się wokół niej, pochylają się nad 

nią. Biret siedziała, nie  mrugnąwszy nawet powieką. Chroniła cię, Oleg, tylko sobą i swoim 

nożem. 

Niillas  wciągnął  z  drżeniem  powietrze.  To  nie  były  jego  najlepsze  wspomnienia,  a 

wiedział, że będą prześladować go do końca jego dni. 

Czegoś takiego się nie zapomina. 

-  Obiecała  im,  że  spoczną  w  poświęconej  ziemi  -  Niillas  spojrzał  w  oczy  Olegowi.  - 

Prosiła  ich,  by  jej  uwierzyli.  Żeby  odwrócili  działanie  ku  temu,  który  im  je  zlecił.  Biret 

obiecała im grób. 

Ż

ołądek  Olega  skurczył  się  nagle.  Rozsądek  mówił  mu,  że  coś  takiego  nie  jest 

możliwe. 

Ale przed nim na kamieniach leżały trzy ciała. 

Bardziej szkielety niż ciała. Przegniłe, nie do rozpoznania. 

Nie można było stwierdzić, do kogo należały. 

Tylko że były ciałami błąkających się dusz. 

Teraz mogły otrzymać miejsce spoczynku. Grób. Wieczny spokój. 

background image

11 

-  Nigdy  nie  sądziłam,  że  powiem  ci  coś  takiego  -  zaśmiała  się  rozbrajająco  Antonia. 

Jednak powaga w jej oczach nie zdołała przegrać ze śmiechem. - Ludzie gadają, Raiju. 

Raija  wstrząsnęła  głową.  Pozwoliła,  by  wiatr  porwał  jej  włosy,  pogładził  policzki, 

wdarł się pod bluzkę. 

Tonią przyjechała konno razem z Olgą. 

Antonia siedziała nad samym brzegiem Dwiny. Pomiędzy brwiami miała zmarszczkę, 

co u niej było rzadkością. Raija czegoś się spodziewała. Może właśnie tego. 

-  Co  gadają  ludzie?  -  spytała  hardo  Raija.  Wmawiała  sobie,  że  nie  przejmie  się  tym 

wcale. 

Nieprawda. Przejmowała się. 

- Droga Raiju - Raiso! Nie mów mi, że się nie domyślasz! Sądzisz, że noce są aż tak 

ciemne? Czy nie odprowadzałaś Wasi za próg, gdy odjeżdżał? Nie zauważyłaś, jak wtedy jest 

jasno? Zapomniałaś, jak wcześnie wstają ludzie? 

Raija westchnęła. 

Byli  lekkomyślni.  Żyli  w  oszołomieniu.  Czerpali  z  niego  pełnymi  garściami.  Żyli 

pełniej, niż mieli do tego prawo. Czerpali z życia pełnymi garściami. 

Zbytnia  zachłanność  bywała  niebezpieczna.  Była  zła,  nieważne,  jak  się  na  nią 

patrzyło. 

Raija nie wiedziała, czy mogła była przeżyć to lato inaczej. 

Może mogła... 

Ale nie chciała. Dokonała wyboru. Była w pełni świadoma swoich uczynków. 

Wasia  był  szaleństwem,  którego  by  się  nie  wyrzekła,  choć  to  grzech  tak  myśleć. 

Przecież miała wszystko. 

Miała kogoś, kto ją kocha. Kogo teraz zrani. 

Nie wiedziała, czy naprawdę sądziła, że to się utrzyma w tajemnicy. 

Prawda  była  taka,  że  nie  zastanawiała  się  nad  tym  zbytnio.  On  też.  Wciąż  jeszcze 

trwali w oszołomieniu. 

A ludzie gadali. 

-  Oni  niedługo  wrócą,  Raiju.  Antonia  najmniej  ze  wszystkich  poczuwała  się  do  roli 

strażniczki  moralności.  Nie  mogła  o  nic  prosić  Raiji.  Gdyby  jej  samej  udzielono  rad  wtedy, 

gdy porzuciła rodzinę, i tak by nie posłuchała. 

background image

Wybiera ten, do kogo należy życie. 

Podejmuje własne decyzje. Ścieżki, którymi sam będzie szedł. 

- Myślisz, że ja nie wiem? - westchnęła Raija. - Myślisz, że on nie wie? 

- On cię już nie potrzebuje - stwierdziła Tonią brutalnie. - Nie ma już koszmarów. Od 

dawna.  Sam  to  mówi.  On  cię  już  tak  nie  potrzebuje,  kochana  Raiju!  Nie  niszcz  więcej,  niż 

musisz! 

Raija z uśmiechem napawała się późnym latem. Nie niszcz więcej, niż musisz... Wielu 

powiedziałoby, że ona już zniszczyła wszystko. 

- Powiedz mu, by już nie przychodził. 

-  Nigdy  nie  prosiłam  go,  by  przychodził  -  odparła  Raija.  -  On  nigdy  nie  prosił  mnie, 

bym przyszła. Po prostu przychodziliśmy. Tak już jest pomiędzy nami. Unosi nas wiatr. Wiatr 

wolności. Nie ma żadnego przymusu, żadnych wymagań. Tylko wolność. 

-  Teraz  oszukujesz  siebie  -  zauważyła  Antonia.  -  Jak  Jewgienij  wróci,  nie  będziesz 

miała  żadnego  wiatru  wolności,  kochana.  Będziesz  żoną  Jewgienija  Bykowa.  Nie  jesteś 

wolnym  ptakiem  z  wiatrem  pod  skrzydłami.  Jesteś  żoną  i  matką.  Jesteś  żoną  pryncypała. 

Matką spadkobiercy. Nie jesteś tylko Raiją. Nie tylko Raiją - Raisą. Nie tylko tą, którą kocha 

Wasilij. Jesteś Bykowa.  Raisa Bykowa. Twoja wolność to mrzonka. Jej nie ma. Wymyśliłaś 

ją. Nie masz skrzydeł, podcięto ci je już dawno temu, moja śliczna. Bykowa nie ma skrzydeł. 

Bykowa nie umie latać. 

Raija  znów  wstrząsnęła  dumnie  głową.  Ale  nic  nie  odpowiedziała.  Zdusiła  w  sobie 

słowa. 

- Chyba nie mogę latać - przyznała. - Masz rację. A statek niedługo wróci. 

- Stanę po twojej stronie - obiecała Antonia. - Przysięgnę, że plotki są nieuzasadnione. 

Mogę zaświadczyć, że pomiędzy tobą a Wasilijem tego lata nic nie było! - nabrała powietrza. 

- Jeśli będzie potrzeba, Olga powie to samo. Jewgienij jej uwierzy. 

- Ona będzie dla mnie kłamać? 

- Olga jest już kobietą - odparła Tonią z dumą. - Ona cię kocha, Raiju. Doszły do niej 

plotki, kiedyś mnie o nie spytała. Powiedziałam jej prawie całą prawdę. Trochę zniszczyłam 

jej wyobrażenia o dorosłym życiu... 

Antonia popatrzyła długo na przyjaciółkę. 

- Tak, ona skłamie, by cię ochronić, Raiju. 

- Olga nie będzie kłamała z mojego powodu - rzuciła Raija zdecydowanie. - Nikt nie 

będzie dla mnie kłamał. Jestem na tyle silna, by za siebie odpowiadać. Dobrze czy źle, ale ja 

to zrobiłam. I zapłacę za to sama. 

background image

Tonią zawołała Olgę, a sama odeszła w stronę domu. 

-  Kocham  cię,  Raiju  -  Raiso,  niezależnie  od  tego,  co  ludzie  mówią  -  przyznała  Olga 

cicho.  Spojrzenie,  które  posłała  w  kierunku  pleców  matki,  mówiło,  że  to  wyznanie  było 

przeznaczone tylko dla uszu Raiji. 

Podjęła  decyzję.  Nabrała  głęboko  powietrza  i  zadała  Raiji  pytanie,  którego  nawet 

Antonia jej nie zadała: 

-  Bardziej  kochasz  Wasilija  niż  Jewgienija?  Raija  zapragnęła  nagle  znów  mieć 

czternaście lat. 

Nie pamiętała siebie takiej, ale jej życie na pewno było wtedy prostsze. 

-  Sama  bym  chciała  umieć  odpowiedzieć  na  to  pytanie,  Olgo  -  odparła,  gładząc 

dziewczynę po policzku. Po chwili ciszy dodała: - Będziesz o tym rozmawiała z Misza? 

- Nie wiem - odrzekła Olga wymijająco. 

- Lubisz go, prawda? 

-  Jest  jakby  moim  bratem.  Raija  pokiwała  głową.  Rodzeństwo  rzadko  ma  przed  sobą 

tajemnice.  Oczywiście,  że  Olga  będzie  o  tym  z  nim  rozmawiała.  Ale  Olga  już  rozumiała 

sprawy, na które Misza był jeszcze zbyt niedojrzały. To będzie bolało... 

- Nie chcę, żebyś milczała z mego powodu, Olgo. Ani kłamała. 

Dziewczyna spojrzała na Raiję, przekrzywiając głowę. Loki jej zatańczyły. 

- Jesteś taka ładna, Raiju - Raiso!  - powiedziała. - Chciałabym być tak ładna, jak ty! 

Rozumiem,  dlaczego  wszyscy  mężczyźni  cię  wychwalają.  Dlaczego  cię  pragną.  Dlaczego 

Wasia... Ale dlaczego ty to robisz? Przecież ciebie też to będzie bolało! - Zamilkła, opierając 

podbródek na podciągniętych kolanach. - Widzę, że Wasia jest przystojny, chociaż stary. Ale 

Jewgienij też jest przystojny, nawet bez jednej ręki. Ale przecież nie kocha się tylko za to, jak 

kto wygląda? Można kochać kilku naraz? W ten sam sposób? Jednocześnie? 

- Jakże bym chciała, żeby Misza okazał się tak mądry, jak ty... - uśmiechnęła się Raija. 

Poczuła się stara. Stara jak świat. Co najmniej jak babka. Córka Toni siedziała z nią i 

zasypywała  trudnymi  pytaniami.  A  ona  nie  miała  tyle  życiowej  mądrości,  by  na  nie 

odpowiedzieć. 

A może miała? 

- Nie wystarczy, że sprawia ci przyjemność patrzenie na kogoś - powiedziała w końcu. 

-  Nie  można  spędzić  życia,  wpatrując  się  w  kogoś,  nieważne  jak  ładnego.  Piękno  przemija. 

Ważniejsze, byś znalazła kogoś, kto jest piękny w twoich oczach. 

Westchnęła.  Zastanawiała  się,  jak  ona  sama  mogła  tak  skomplikować  swoje  życie, 

skoro umiała dać odpowiedź na trudne pytania młodej osoby. 

background image

-  Nigdy  nie  kochałam  dwóch  osób  w  ten  sam  sposób  -  mówiła  dalej.  -  Nigdy  nie 

spotkałam  dwóch  ludzi,  którzy  by  byli  tacy  sami.  A  dzisiejsza  Raija  różni  się  od  Raiji 

wczorajszej  albo  jutrzejszej.  Ja  też  się  zmieniam.  Ty  też.  Wszyscy  się  zmieniamy.  Jest  we 

mnie  Raija,  która  potrzebuje  Jewgienija.  Jewgienij  oznacza  bezpieczeństwo.  Jest  jak  skała. 

Nikt go nie skruszy. I ta Raija chce przy nim trwać. Ona lubi spokój, bezpieczeństwo, nawet 

nudę. A druga Raija uwielbia szaleństwo, oszołomienie, nieprzewidywalność. Jest jak wiatr. I 

ta Raija jest strasznie zakochana w Wasiliju. 

Spojrzała  na  Olgę.  Napotkała  wejrzenie  poważnych,  ciemnych  oczu.  Dziewczyna  ją 

rozumiała, ale widziała też w jej oczach zawód. Ona miała zaledwie czternaście lat... 

- Rozumiesz teraz trochę lepiej? Olga pokiwała głową. 

- Ale nie postąpiłabyś tak samo? Potrząsnęła głową. 

- Mam nadzieję, że ci się uda - westchnęła Raija. - Nie życzę ci tego, co ja przeżywam, 

moja Olgo. 

Wasilij  przybył  o  zmroku.  Jak  zwykle  przypłynął  łódką.  Może  sądził,  że  zniknie 

pośród innych łódek. 

Dwina była wodną drogą. 

Może sądził, że ukryje się w najbardziej otwartym miejscu. 

Mylił się. 

Raija wiedziała, że wiele par oczu śledziło go także tego wieczora. 

Wiedziała,  że  wielu  liczyło,  ile  razy  i  jak  długo  u  niej  był.  Ile  razy  ona  była  w  jego 

domku. Na pewno domyślali się, co robili. 

I nie mylili się. W większości przypadków nie odbiegało to od prawdy. 

Zamknął za sobą drzwi. To nie wystarczało. Raija czuła, że czas, by spojrzeli prawdzie 

w oczy. 

Wasilij  złapał  ją  w  pasie  i  okręcił  wokół  siebie.  Tańczył  z  nią,  nucąc  swawolną 

piosenkę. Nawet jego śmiech zawierał rytm, do którego mogli tańczyć. 

Pocałował ją mocno, nie wypuszczając z silnych objęć. Pachniał wiatrem i wodą, ale 

najbardziej wiatrem. 

-  Stęskniłem  się  za  tobą  -  powiedział,  pieszcząc  ją  spojrzeniem.  Jego  oczy  przybrały 

swój  odcień  zieleni.  Raija  nigdy  wcześniej  nie  spotkała  takiego  spojrzenia,  jak  jego.  Nawet, 

gdy patrzył na innych, było w nich to, co ją tak urzekało. Długo trwało, zanim zrozumiała, co 

to jest. 

background image

Teraz  wiedziała:  Wasilij  miał  w  oczach  ciekawość  ludzi.  Nikogo  nie  traktował  jak 

nudnego czy mało ważnego. W każdym czegoś szukał. I znajdował. Często coś, co tylko on 

dostrzegał. 

-  Dobry  Boże,  jakże  za  tobą  tęskniłem!  -  powtórzył.  Zaśmiał  się  i  oparł  czoło  o  jej 

czoło.  -  Ty  też  musiałaś  za  mną  tęsknić.  Przecież  nikt  nie  mógł  ci  powiedzieć,  jaka  jesteś 

piękna.  Nikt  ci  nie  powiedział,  że  masz  najciemniejsze,  najbardziej  myślące  oczy  w  całym 

Archangielsku. Nikt nie  wspomniał, że masz włosy niczym tkana sadza.  Nikt, że masz usta, 

które proszą o pocałunek. - Pocałował ją szybko. - Nikt ci nie powiedział, że za tobą tęskni i 

ż

e tylko ty możesz to ukoić. 

Raija  roześmiała  się.  Wasilijowi  zawsze  udawało  się  obudzić  w  niej  beztroskę:  tę 

część  jej  duszy,  która  była  równie  wolna  i  dzika  jak  on.  Równie  niedojrzała.  Równie 

dziecinnie zadufana w sobie. Równie lekkomyślna. 

-  Olga  mi  powiedziała,  że  jestem  ładna  -  rzuciła,  targając  mu  włosy.  Też  pragnęła 

szaleństwa. Chciała mówić mu takie same głupstwa, jak on jej. Chciała się beztrosko śmiać i 

być z nim wolna. 

Tak łatwo było śmiać się z Wasilijem. Tak łatwo uśmiechać się do niego. Tak łatwo 

przerzucać się niepoważnymi słowami. 

Ż

artowali w sposób zrozumiały tylko dla siebie. 

Dużo się śmiali. 

Już od tak dawna Raija z Jewgienijem nie mieli powodów do śmiechu. Tak dawno nie 

ś

miali się razem, tak dawno nie podśmiewali dobrodusznie z siebie. 

- Zawsze się rozumieliśmy z Olgą - przyznał Wasilij. 

- Ona powiedziała również, że jesteś ładny, chociaż stary - droczyła się z nim Raija. - 

Chyba zaczynasz tracić swój wpływ na kobiety, Wasia Uskow! 

Przeszedł  tanecznym  krokiem,  nadal  ją  obejmując,  i  usiadł  na  ławie.  Raiję  posadził 

sobie  na  kolanach.  Popatrzył  na  nią  z  pełnią  zaufania  w  oczach.  Dołożył  uwodzicielskie 

spojrzenie, któremu się jeszcze żadna kobieta nie oparła. Uśmiechnął się tak melancholijnie, 

ż

e każda kobieta poczułaby chęć pocieszania go. 

- Ja tracę wpływ na kobiety? - spytał. - Ja? Słynny  uwodziciel Uskow? Chyba coś ci 

się  pomyliło,  Bykowa!  Chyba  mówisz  o  kimś  innym!  Wszyscy  mi  zazdroszczą,  bo  mogę 

mieć  każdą  kobietę,  jakiej  zapragnę.  Nawet  nie  muszę  się  starać.  One  błagają  mnie,  bym 

przyszedł, wszystkie w wieku między piętnaście a pięćdziesiąt! 

Raija śmiała się i śmiała. 

background image

- Ty zarozumiały błaźnie! Pozwolił, by  pocałowała  go w  czoło. Uniósł ku niej usta i 

niemo błagał o pocałunek. Otrzymał go. Uśmiechnął się smutno i przytulił policzkiem do jej 

piersi. 

-  Tak,  moja  Raiju  -  powiedział  -  jestem  zarozumiałym  błaznem.  Zawsze  nim  byłem. 

Chyba się starzeję... 

Mrugnął do niej. Nawet w takiej chwili nie mógł być całkiem poważny. 

- Tak, moja Raiju. Wiek zaczyna ciążyć, chyba nam obojgu. 

Westchnął. 

- Zaczynam kończyć z kobietami. Wieloma kobietami. Już od jakiegoś czasu, dobrze o 

tym wiesz. Miałem wiele kobiet, a jedyna, której naprawdę pragnę, nie chce mnie. 

- Ona nie chce mieć tylko ciebie - poprawiła go Raija. - To jej przekleństwo. 

Zaśmiał się głucho. 

-  Diabeł  jeden  wie,  jak  sobie  z  tym  poradzę.  Usta  Wasilija  wkradły  się  pomiędzy 

guziki  bluzki  Raiji.  Palce  mu  pomogły.  Pocałował,  polizał  drażniąco.  Nie  chciał  podniecać, 

tylko posmakować. 

- Powinienem cię udusić - stwierdził. - Jewgienij i ja powinniśmy cię udusić. Upić się 

do nieprzytomności i zrobić to gołymi rękami. 

Zastanowił się przez chwilę. 

-  Właściwie  to  będzie  trudne  dla  Jewgienija,  bo  on  ma  przecież  tylko  jedną  rękę. 

Pewnie ja będę musiał cię udusić. 

Raija śmiała się tak, że aż popłynęły jej łzy. W śmiechu utopiła płacz, który gniótł jej 

piersi od czasu rozmowy z Antonią. 

- Kobiety takie jak ty są niebezpieczne - mówił dalej Wasilij. Ustami pieścił jej szyję. 

Raija przegięła się do tyłu, przyjmując te pieszczoty. Nie chciała, by przestał. On też nie. 

Ludzie i tak już widzieli, że przyszedł. Już i tak pomyśleli swoje. 

Gdyby poprosiła go teraz, by sobie poszedł, nie zrobiłoby to żadnej różnicy. 

- Ty i takie jak ty doprowadzacie mężczyzn do samounicestwienia. Nie robicie nic, a 

mężczyźni umierają dla was. Nawet nie uronicie łzy na żadnym z wielu grobów. 

-  Za  to  tacy  jak  ty,  Wasilij,  sprawiają,  że  mądre  kobiety  głupieją  -  odrzekła  Raija 

ochrypłym głosem. - Mężczyźni jak ty plączą losy prostych kobiet. Wywołują niebezpieczne 

marzenia. Budzą tęsknoty za niebem w ich objęciach... 

-  Chodź  -  wyszeptał  Wasilij.  Całował  ją.  Całował.  Całował.  Okrywał  całą  skórę 

pocałunkami. 

background image

- Pozwól mi obudzić twoje tęsknoty! Pozwól mi cię przekonać, że  razem stworzymy 

niebo! Ze moje ramiona są twoim niebem, że ty jesteś moim! Zamknij oczy, moja ukochana 

Raiju, i zapomnij o rozsądku! Bądź tylko moja, tylko moja, choć na chwilę. Bądźmy Raiją i 

Wasilijem w raju - choć na chwilę! 

Nietrudno było ją przekonać. 

Potem było tak dobrze. Spokój, poczucie pełni... 

- Tak powinno być zawsze - powiedział Wasilij cicho. - Czego potrzeba, byś ze mną 

ż

yła? Byś dzieliła swoje życie ze mną? 

Raija  wtuliła  się  mocniej  w  Wasię.  Oparła  głowę  na  jego  ramieniu,  czując  przez 

koszulę ciepło jego ciała. 

O tym nie rozmawiali. To były niebezpieczne tematy. 

- Nie wiem, czy bym mogła - odparła z trudem. Dużo ją to kosztowało, ale odpowiedź 

była wynikiem długich przemyśleń. Nie sądziła, by istniało inne rozwiązanie. 

- Czy to takie złe? - spytał Wasilij nieomal lekkim tonem. Pociągnął jeden z jej loków 

i nawijał na palec. - Czy ty i ja nie jesteśmy dla siebie stworzeni? Nie sądzisz, byśmy mogli 

być szczęśliwi przez resztę życia? 

- Ty tego też nie wiesz - rzuciła Raija, całując jego szyję. - Ja też nie wiem. Dziś jest 

wspaniale. Wczoraj też. Całe lato było wspaniałe. Ale nie było rzeczywiste, prawda? 

-  Nie  było  rzeczywiste?  -  Wasilij  przycisnął  ją  do  siebie  tak  mocno,  jakby  już  nigdy 

nie miał puścić. Albo właśnie dlatego, że wiedział, iż musi pozwolić jej odejść. - Czy ja nie 

jestem  rzeczywisty?  Czy  my  nie  istniejemy?  Nie  możesz  tak  myśleć!  Kochaliśmy  się  przez 

całe  lato.  Jeszcze  nigdy  nie  byłem  aż  tak  nagi  przed  żadną  kobietą.  Przed  żadnym 

człowiekiem. Nikt nie poznał mnie tak, jak ty tego lata! Nikt! I nie opowiadaj mi tu, że wielu 

widziało taką Raiję, jak ja tego lata. Nie mów mi, że byłaś taką Raiją razem z Jewgienijem! 

Nigdy nie byłem tak blisko żadnej kobiety, jak ciebie. Niewielu mężczyzn widziało cię taką, 

jaką  ja  cię  widziałem.  Nigdy  mnie  nie  przekonasz.  Możesz mówić,  co  chcesz,  ale  nie  to,  że 

nie byliśmy ze sobą naprawdę! 

Raija położyła palec na ustach Wasilija, patrząc na niego z czułością. 

- Nie słuchałeś mnie - rzuciła z wyrzutem. - Nie słyszałeś, co naprawdę powiedziałam, 

tak? 

-  Słyszałem!  Raija  potrząsnęła  głową.  Poczuła  ogarniający  ją  smutek.  Przybliżała  się 

do rzeczywistości, tej, której Wasilij nie chciał dostrzec. 

background image

- Czy żyliśmy ze sobą otwarcie, Wasia? Czy napotykaliśmy nowy dzień jak inni? Czy 

mieliśmy  wokół  nas  dzieci?  Sąsiadów?  Czy  kłóciliśmy  się  o  drobnostki? Czy  dzieliliśmy  ze 

sobą dom? Obowiązki, zmartwienia, strach, radość? Czy dzieliliśmy wszystko tak naprawdę? 

Potrząsnęła głową. Znała odpowiedź. 

- Nie było tak, Wasia. Oboje to wiemy. Żyliśmy poza tym wszystkim. Mieliśmy to, o 

czym  mówiłeś.  Tak,  nikt  inny  nie  obejmował  mnie  równie  ciasno  jak  ty.  Nikt  nie  otwierał 

przede  mną  swojej  duszy  jak  ty.  Widziałam  głębię  twojej  duszy,  a  ty  mojej.  Poznaliśmy  się 

tak dokładnie - tak szybko. Stało się to możliwe jedynie dlatego, że mieliśmy tylko siebie. Nie 

musieliśmy się nikim przejmować, najukochańszy. 

-  Tylko  siebie  -  odparł  Wasia.  -  To  też  wiele.  Pokiwała  głową.  Jakże  dziwnie  będzie 

nie czuć jego zapachu. Jego ciepła. Jego dłoni. 

Będzie za tym tęskniła. Za nim. Stali się sobie tak bliscy, że czuła się jego częścią. I 

wiedziała, że to jest niebezpieczne. Przecież nie może wierzyć, że można stać się jednością z 

innym człowiekiem. Jeszcze umiała liczyć. Zawsze dostrzegała cztery nogi, cztery ręce, dwa 

ciała. 

Ona i Wasia to dwie osoby. 

Byli rozdzieleni, nigdy całkiem razem. Dwoje. Nie jedno, mimo że często się do tego 

niebezpiecznie zbliżali. 

Jak teraz. 

- To nie wystarcza - powiedziała. Patrzyła rozsądkowi w oczy i miała ochotę tylko na 

ucieczkę. Ucieczkę w nowe lato. Lato z Wasilijem. Nie chciała być tylko Śnieżynką. 

Wspomnienia  na  zawsze  zwiążą  ich  z  tym  latem.  Słoneczne  pasma  pomieszane  z 

ognistymi,  niebezpiecznie  czerwonymi  -  które  były  nimi,  ich  namiętnością,  zabronioną 

namiętnością. 

-  To  nie  wystarczy,  Wasilij.  Istnieją  jeszcze  inni  ludzie.  Zapomnieliśmy  o  nich. 

Byliśmy głupi. 

Westchnął. Policzek trzymał przy jej czole. Wzrok wbił w belki sufitu. Szaleństwo. 

- Ludzie gadają - powiedział. - Nie musisz tego mówić. Ja wiem. 

- Gadają - powtórzyła za nim. 

- Wkrótce wróci statek - dodał Wasilij. - Wiedzieliśmy, że to się kiedyś skończy. 

Raija  pokiwała  głową.  Wpatrzyła  się  w  inną  rzeczywistość,  którą  dzielili,  ale  której 

nie dotykali słowami. Teraz też nie. 

Wiedzieli, że nie powinni nawet próbować. 

background image

12 

-  Mogę  zostać  na  noc?  -  spytał  Wasilij.  Jedli  kolację.  Był  wcześniej  w  stajni  i 

dopatrzył jej koni. Zamknął za sobą drzwi. 

- Już i tak widzieli moją łódkę - dodał. - Już i tak o nas myślą jak najgorzej, kochana. 

Raija  pokiwała  głową.  Nie  chciała  go  wyrzucać,  choć  próbowała  wyrwać  go  ze 

swojego życia. A może to samą siebie próbowała wyrwać z jego życia? 

- Pojadę, zanim się rozjaśni - obiecał, jakby to z jego winy poranek ubiegał go już tak 

wiele razy. Ona też nie chciała go puścić. 

Powinni dzielić winę. 

-  Po  prostu  muszę  tu  zostać  na  noc  -  dodał  z  takim  żarem,  jakby  całe  jego  życie  od 

tego zależało. 

Przełknął kilka łyżek zupy rybnej z kaszą. 

- Może ty masz rację - mówił dalej. - Może nie moglibyśmy żyć razem na co dzień. Za 

długo byliśmy w raju, by zadowolić się codziennością. To pewnie zada nam ból. Wcześniej o 

tym nie myślałem. Pewnie byśmy się ranili nawzajem, nie tylko tych innych. 

- Przejdzie ci - odparła Raija. Odpowiedział jej śmiech Wasilija. Sama też zaczęła się 

ś

miać. To już był ich stały powód do żartów, bo oboje wiedzieli aż nadto dobrze, że tak łatwo 

mu nie przejdzie. Ze ona też będzie cierpiała. 

Ż

e pewnie nigdy im nie przejdzie. 

-  Ale  nie  będziemy  o  tym  rozmawiać  dzisiaj!  -  Wasilij  spojrzał  na  nią  z  powagą  w 

oczach.  Wymógł  taką  samą  obietnicę  z  jej  oczu.  -  Czy  Jewgienij  ma  może  kropelkę  czegoś 

mocniejszego?  -  spytał,  pomagając  Raiji  posprzątać  ze  stołu.  Postawił  naczynia  na  miejsce, 

gdy  już  je  umyła.  -  Obiecuję,  że  po  tej  nocy  nie  będę  próbował  niczego,  co  należy  do 

Jewgienija, ale dziś potrzebuję likieru. Czuję po sobie, że to jest noc na likier. Nie na wódkę! 

Wódkę piją mężczyźni w knajpach. Trzeba czegoś słodkiego, by obejmować kobietę. Rum też 

nie pasuje, to dla mężczyzn. Daj nam dobrego, przywiezionego z Norwegii likieru! 

Raija zaśmiała się. 

- Chyba naprawdę chcesz coś uczcić! 

Sięgnęła na najwyższą półkę. Za kubkami znalazła butelkę ze złocistym płynem. 

- Zadowolony? Pokiwał głową. 

-  Nie  czujesz,  że  to  naprawdę  jest  jakaś  okazja?  -  spytał.  -  Czy  nie  czujesz,  moja 

najdroższa Raiju, że to jest noc, która już nigdy nie wróci? 

background image

-  Żadna noc się nie powtarza - odparła Raija. Starała się zachować rozsądek i umiar, 

bo  bała  się  tego  podniecenia  Wasilija.  Obawiała  się  zielonego  ognia,  który  palił  się  w  jego 

oczach. Tego grymasu ust. Bala się jego żaru. 

Wasilij kochał za bardzo. 

- Rozpalimy na palenisku - powiedział. - Rozpalimy bardzo mocno. Znajdziemy skórę, 

którą nigdy nie okrywaliście się z Jewgienijem. - Przytrzymał ją spojrzeniem. - Już zbyt długo 

się poniżałem. Jego też. Dziś w nocy nie będę cię obejmował w jego łóżku. Dziś w nocy będę 

się  z  tobą  kochał  na  skórze  przed  paleniskiem.  Na  podłodze,  którą  ty  wyszorowałaś  do 

białości. Dlatego jest bardziej twoja niż jego. On nigdy nie szorował jej wodą i żwirem. 

-  Jeżeli  chcesz  rozpalić  na  palenisku,  Wasia,  to  nanieś  drewna!  -  rzuciła  Raija, 

zdejmując fartuch. 

Podobał jej się obraz, jaki przed nią roztoczył. Pobudził jej wyobraźnię. 

Mieli  noce,  które  były  zgodne  z  jej  marzeniami.  Noce,  które  tworzyli  razem,  bez 

planowania. 

Które przeżywali razem, wsłuchani w siebie nawzajem. 

Ta noc miała należeć do Wasilija. 

Raija  znalazła  całkiem  nową  skórę.  Nieużywaną.  Pachniała  skórą  i  futrem,  niczym 

innym. Nie miała zapachu ani jej, ani Jewgienija. 

Położyła ją na podłodze przed paleniskiem. Uklękła, gładząc futro i dochodząc dłońmi 

aż do podłogi. 

Wasia miał rację. Podłoga należała do niej. Za każdym razem, gdy klęcząc szorowała 

ją, brała ją na własność. 

Mogła dać im miejsce na namiętność. 

Raija  patrzyła,  jak  Wasia  rozpala  na  palenisku.  Patrzyła  na  jego  dłonie.  Czuła,  że  je 

kocha. Kocha ich dotyk, lekki albo mocny, szukający albo wymagający. Kochała je. 

Szybko się rozebrała, drżąc nieco, gdyż powietrze się jeszcze nie ogrzało. 

Rozpuściła włosy. Lekko pofalowane od więzów warkoczy opadły jej na plecy aż do 

pasa. Okryły piersi, biodra... Ubrały ją na nowo. 

Wasilij  odwrócił  się  od ognia.  Uśmiechnął  się  do  niej.  Poczekał,  aż  ogień  dobrze  się 

rozpalił i strawił pierwsze szczapy. Dołożył  wtedy  stos  grubszych polan. Płomienie odbijały 

mu się w oczach. 

Miękkimi ruchami zdjął swoje ubranie. Nie krępowali się siebie. Znali się dobrze. 

Znane krajobrazy. 

Budzili w sobie znane sobie uczucia. 

background image

Znali się. Nie można wstydzić się kogoś, komu dało się tak wiele i od kogo otrzymało 

się równie wiele. 

Ich ubrania przypominały wyspy na białej podłodze morza. 

Stanęli na największej wyspie. Stali, z dłońmi szukającymi dłoni, z ramionami, które 

obejmowały, nie wiążąc. Z ustami szukającymi ust, z językami igrającymi ze sobą. 

Razem. 

Ze skórą pod stopami. 

Razem. 

Ze skórą pod kolanami. 

Razem. 

Ze skórą pod ciałami oplatanymi rękami i nogami. Razem. 

Razem. 

Noc okryła ich półmrokiem. Ogień na palenisku nasycił się na chwilę, zmienił w stos 

ż

arzących  się  głowni.  Niechętnie  przyjął  jeszcze  dwa  polana  i  napoczął  je  z  pewną 

ostrożnością. 

Raija  przyniosła  jeden  z  wełnianych  pledów,  których  używała  Jelizawieta.  Wasilij 

widział,  skąd  go  wzięła,  więc  nie  musiała  tłumaczyć.  Zrozumiał.  Z  uśmiechem  okryła  ich 

oboje. 

- Gdyby to była zima, źle byłoby z nami - stwierdziła Raija i zachichotała. Poczuła się 

młoda i głupia, cudownie, cudownie młoda. 

To  nieprawda,  że  ma  dorastającego  syna!  To  nieprawda,  że  jej  przeszłość  spowijały 

mroczne cienie. 

To nie była prawda. To był... 

- Przeciąg - stwierdziła, unosząc się na łokciach i wpatrując się w Wasilija. - Wiesz, że 

zimą drętwieje mi krzyż? Nigdy ci chyba nie mówiłam, prawda? Jewgienij tego nie zauważył, 

zresztą zimą ma swoje kłopoty z ramieniem. A ja zaciskam zęby i udaję, że wszystko jest w 

porządku.  On  pewnie  sądzi,  że  po  prostu  mam  zły  humor.  Czasem  rano  prawie  nie  mogę 

wstać, muszę zsuwać się z łóżka. Zauważyłbyś coś takiego? 

- Zauważyłbym - odparł Wasilij. Leżał na plecach z rękami splecionymi pod karkiem. 

Nie  dotykali  się,  lecz  jednak  dawali  sobie  nawzajem  ciepło.  Przepływało  pomiędzy  nimi 

niczym prąd tak silny, jakby się naprawdę dotykali. 

- Masz rzęsy jak dziewczyna - zauważyła nagle Raija. - Długie i gęste. I ciemne, choć 

przecież  nie  masz  ciemnych  włosów.  Nawet  nie  zimą.  Tylko  te  rzęsy.  Twoja  matka  miała 

ciemne włosy? 

background image

Pokiwał  głową,  ale  nie  chciał  mówić  o  rodzicach.  To  był  trudny  temat.  Raija  i  tak 

wiedziała więcej o jego dzieciństwie niż ktokolwiek inny. 

Ukrywało się za nowymi czasami. Najlepiej, by pozostało zapomniane. 

Wasilij  złapał  butelkę  z  likierem  i  wypił  prosto  z  niej  duży  łyk  złocistego  płynu. 

Grzało w przełyku,  grzało całą drogę do żołądka. Może nie musiał pić ognia, wystarczająco 

dużo było w nim gorących uczuć. 

Wystarczająco dużo. 

- Gdybyś tak był zwyczajnym mężczyzną, prowadzącym zwyczajne życie... 

- ...ze zwyczajną żoną? - dokończył za nią gorzkim tonem. 

Raija  pokiwała  głową.  Nie  poddała  się.  Chciała  poznać  go  jeszcze  bardziej.  Chciała 

zajrzeć w kolejne zakamarki zasłony, za którą się chronił. 

- Jak wyglądałoby twoje życie? 

- Gdybyśmy ty i ja mieli coś razem? - spytał zmęczonym tonem, zamykając oczy. 

Oczywiście,  że  marzył  na  ten  temat.  Miał  wystarczająco  dużo  marzeń  na  ich  oboje. 

Nie  brakowało  mu  ich.  Może  to  Raija  odznaczała  się  niezwykłą  wyobraźnią  i  umiała 

opisywać ją wyszukanymi słowami, ale w końcu i on umiał marzyć. 

- Nie, nigdy się nie dowiesz, jakby to było z nami - poprawił. - Spytałaś, jak wiodłoby 

się zwyczajnemu Wasilijowi Uskowowi. Temu, który nie kochałby tak szaleńczo. 

Westchnął. Zamyślił się. Takich marzeń chyba nigdy nie miał. 

Wszystkie jego marzenia związane były tylko z nią, z Raiją. Z nikim innym. 

-  Ten  Wasilij  żyłby  spokojnie  i  cicho.  Nie  wiem,  co  by  robił.  Może  byłby  rybakiem 

albo marynarzem, siedzącym po uszy w długach. A przecież teraz całkiem nieźle mi idzie! - 

zaśmiał się. Nawet na ten temat umiał żartować. - Byłby dziwny, bo wracałby jak najszybciej 

do  domu.  Nie  wymachiwałby  kuflami  w  gospodach.  Nie  przepijałby  swojej  wypłaty. 

Kupowałby piękne materiały na suknie dla żony. A ona pewnie byłaby rozsądna i szyła z nich 

ubrania dla dzieci. 

Wasilij  niemal  oczekiwał,  że  Raija  zaprzeczy  mu  i  powie,  że  wcale  nie  byłaby  taka 

rozsądna, ale ona na tyle nie dała się porwać jego wizji. 

-  Ten  zwyczajny  Wasia  -  mówił  dalej  -  miałby  całą  armię  dzieci,  bo  nie  umiałby 

trzymać łap z dala od żony. Za każdym razem, gdy wracałby z rejsu, robiłby jej dziecko. Co 

roku  rodziłby  się  mały  Wasilijewicz  lub  mała  Wasilijewna.  Jakaś  Natasza  czy  Natalia, 

Walerij, Anatolij, Stiepan... - westchnął. - Może i mała Raisa? Kto wie? Przecież nie on sam 

wybierałby dla nich imiona? Żona też pewnie miałaby coś w tej sprawie do powiedzenia. W 

końcu to ona by je wszystkie rodziła. 

background image

Raija uśmiechnęła się. Przesunęła palcem wskazującym od nasady jego włosów przez 

czoło, nos, usta, podbródek, szyję aż do piersi. Tam spoczęła jej dłoń. 

- Chyba także lubiłabym tego zwyczajnego Wasilija - powiedziała. - Ale nie sądzę, że 

naprawdę mógłbyś być zwyczajny. 

- Przecież sama o niego spytałaś! - twierdził Wasilij. - Sam nie wiem, jaki on mógłby 

być. Sądzisz, że naprawdę ktoś taki istnieje? 

- Na pewno. Raija przysunęła się bliżej niego. Leżała na brzuchu i oparła łokcie o jego 

pierś, a głowę o swoje dłonie. Stopy wsunęła pod pled, trochę zaczynała marznąć. 

-  Opisałeś  takiego  mężczyznę,  jakich  może  być  wielu.  Może  też  byłbyś  taki.  Z 

właściwą kobietą. 

Wasilij nic nie odpowiedział. Ale Raija i tak doskonale wiedziała, co on myśli. 

Wiedziała,  jak  wygląda  jego  serce.  Co  może  mieścić.  To  ona  trzymała  je  w  swoich 

dłoniach. 

- Ale ta kobieta nie byłaby taka, jaką ją opisałeś - powiedziała. 

- Nie - potwierdził. - To jeden z powodów, dla których on nie mógłby być zwyczajny. 

Może nie urodziłaby więcej dzieci niż tylko Natalię albo Stiepana. Ten zwykły Wasia miałby 

pełne ręce roboty z żoną bardziej niesforną niż całe stadko dzieci. Ten zwyczajny Wasia nie 

miałby czasu być zwyczajny... 

Raija nie rozumiała, dlaczego zbierało jej się na płacz. W końcu przecież przeżyli swój 

czas. Było im dane to przeżyć. Całe lato grzechu. 

- Nie zasłużyłeś na to wszystko... - powiedziała niezręcznie. Nie była w stanie dać mu 

więcej niż dała, niż mogła dać tej nocy. 

W  jego  śmiechu  brzmiało  odprężenie,  ciepło.  Przypominał  jej  ich  wszystkie  wspólne 

letnie noce. Wspólną namiętność. Jego śmiech to malował. 

- Sądzę, moja Raiju, przyjaciółko, ukochana, moja i nigdy nie moja kobieto... Sądzę, 

Raiju, że nie ma takiego mężczyzny, który by zasługiwał na ciebie bardziej niż ja. Jakże bym 

chciał być tak podły, by tego zażądać! 

Pogładził ją lekko po ramieniu i obrócił na plecy. 

Ś

ciągnął z niej pled. Widział ją tylko w delikatnym świetle z pieca. 

Gdy  już  skóra  przyzwyczaiła  się  do  lekkiego  chłodu,  stał  się  on  nawet  przyjemny. 

Przypominał chłód wiosny, pory nadziei. Zupełnie jakby nadal mieli przed sobą lato... 

Wasilij  otworzył  drzwiczki  pieca.  Zrobiło  się  jaśniej,  z  odcieniem  czerwieni,  jak 

rankiem wczesnym latem lub wczesną zimą. 

background image

Skóra Raiji przybrała czerwonawy odcień.  Złocisty, żarzący się. Jej włosy  wydawały 

się niemal rude, choć Wasilij dobrze wiedział, że są koloru sadzy. 

Opuszkami palców delikatnie dotknął jej blizn. Z nabożeństwem przesunął palcami po 

każdej z nich. 

Z miłością. 

-  Jakże  bym  chciał  móc  je  usunąć  -  powiedział  cicho,  z  melancholią.  Pełen  uczuć, 

których  aż  bał  się  sobie  uświadomić.  -  Chciałbym  mieć  moc,  by  sprawić,  by  nigdy  nie 

powstały. 

- Ja tego nie pamiętam - odparła Raija wzruszona. Mruganiem odgoniła łzy. 

Wasilij powiedział to w sposób tak oczywisty. Coś jej mówiło, że on kocha ją jeszcze 

bardziej właśnie z powodu tych blizn. Że jeszcze potęgowały jego uczucia. One stanowiły jej 

część.  On  to  widział  i  stawał  się  częścią  tego  bólu,  którego  nie  pamiętała,  a  który  musiał 

gdzieś w niej się kryć. 

On go czuł. 

Pocałował jej blizny. Każdą z osobna. Te na piersiach. Na brzuchu. Na udach. 

Całował je tak, jakby chciał je zetrzeć, wymazać, wygładzić znów do gładkiej skóry. 

To  było  równie  niemożliwe,  jak  wszystko  pomiędzy  nimi.  Ale  było  piękne.  Raija 

zapłakała. Wasilij ucałował jej oczy. Jej łzy. Spijał jej łzy. 

- Kocham cię, Raiju - rzekł. - Będziesz zawsze w to wierzyła? Będziesz pamiętała? 

- Jak mogłabym zapomnieć? 

Raija usiadła i objęła mocno Wasilija. Siedzieli twarzą w twarz. Czoło w czoło. 

Pomiędzy  czubkami  ich  nosów  pozostała  tylko  niewielka  przestrzeń.  Świat  skurczył 

się do powietrza między nimi. Był tak dobry, bliski. Należał do nich. 

Nagle go zapragnęli. Należał do nich dwojga. 

Usta szukały ust. Nawlekali sznury pocałunków kosztowniejszych niż perły. Bardziej 

migoczących w tym czerwonawym świetle niż cała biżuteria carycy. 

Nawet caryca Elżbieta pozazdrościłaby im takich klejnotów. 

Raija owinęła się wokół Wasilija, przesunęła stopami po jego udach, odchyliła w tył i 

zaprosiła go. 

Przyszedł. 

Ich ciała mówiły własnym językiem, oświetlone czerwonym blaskiem ognia. 

Ich pot tworzył muzykę. 

Ogień i pot. 

background image

W  ekstazie  byli  samotni.  Stanowiła  jedyną  chwilę,  której  nie  dzielili ze  sobą.  Jedyną 

chwilę,  gdy  nurzali  się  we  własnej  rozkoszy,  chwilę,  gdy  znikała  nawet  ta  druga  osoba. 

Wtedy byli Raiją i Wasilijem, osobno. Ale potem znów byli razem. Znów dzielili się ze sobą, 

pełni czci. 

Dzięki  każdemu  „potem”  jeszcze  bardziej  zbliżali  się  do  siebie.  Każde  „potem” 

utrudniało im rozstanie. Wiązało ich mocniej. 

Wasilij  otulił  ich  oboje  w  pled.  Utkany  przez  nią  z  nitek,  które  przędła,  farbowała, 

wplatała. Pełnych znaczenia ponad to, że zajmowała się tym z praktycznej potrzeby. W pracy 

Raiji każda nitka miała znaczenie. 

Wasilij o tym wiedział. Owinięty jej pledem, czuł się otoczony jej miłością. 

Wełna wchłaniała wilgoć z ich ciał, ślady ich miłości, ich namiętności. 

Pochłaniała ich oboje. 

Wasilij myślał o tym. Dobrze, że tak się. działo. 

Dobrze. 

Powinni zostawiać po sobie takie ślady. 

- Jesteś teraz zmęczona? - spytał z ustami przy jej czole. Czuł zapach jej włosów, ich 

jedwabisty dotyk na swojej skórze. 

-  Mmmm  -  zamruczała  tylko.  Była  nim  nasycona,  ale  nie  chciała  go  puścić.  Jej 

ramiona stanowiły miękkie okowy. 

- Nie musisz leżeć tak niewygodnie - powiedział. Raija pokręciła głową. Jej policzek 

był nadal wilgotny. Wtuliła się nim w jego szyję. 

-  Ja  chcę  leżeć  niewygodnie  -  odrzekła  cicho,  łaskocząc  go  ustami.  -  Chcę  leżeć  tak 

cudownie niewygodnie. Możesz być moją poduszką? 

Mógłby być i jej materacem, gdyby tylko chciała. Mógłby stać całą noc, trzymając ją 

na rękach, gdyby tak życzyła sobie spać. 

Otulił  ją  jeszcze  dokładniej,  tak  by  nawet  skrawek  skóry  poniżej  brody  nie  był 

wystawiony na chłód. 

Obejmował ją i czul, jak jej ciało się odpręża. Jak ona mu się oddaje, w takim stopniu, 

jak może. 

Nigdy bardziej niż tak. 

Nigdy nie bardziej niż jak teraz. Raija nie była w stanie ofiarować mu więcej ze swego 

ż

ycia. 

Była to gorzka prawda. 

Wasilij czuł, jak Raija usypia. Jak odpływa w sen, w nieznane marzenia, w noc. 

background image

Obejmował ją i sam nie mógł zasnąć. Zresztą nie chciał. 

Wystarczało mu to, że trzymał ją w objęciach. Większego szczęścia nie mógł zaznać 

na tej ziemi. 

Może  nie  było  dla  niego  większego  szczęścia?  Nie  był  przecież  zwyczajnym 

Wasilijem. Nigdy nie będzie zwyczajnym Wasilijem. 

Nie taki los mu przeznaczono. 

Trzymał ją w objęciach aż do schyłku nocy. Miał ją w ramionach, we krwi, w sercu. 

Czuł, jak bardzo ją kocha. 

Gdy poranek szepnął, że zaraz nadejdzie, Wasilij niechętnie ją puścił. 

Wysunął się z jej ramion, spod pledu. Opuścił posłanie, które dzielili. 

Nie było bardzo zimno. Ale i nie ciepło. Nic zresztą nie mogło wydawać mu się ciepłe 

po jej objęciach. 

Ś

wiat bez niej był zimny. 

Wasilij  ubrał  się  szybko.  Przeczesał  palcami  włosy.  Nie  miał  innego  grzebienia,  a 

poza tym nie przejmował się swoim wyglądem. Gdy od niej odchodził, nie było nikogo, dla 

kogo chciałby być schludny. 

Zdanie innych się dla niego nie liczyło. 

Jakaż ona była ładna we śnie! Wydawała się młodsza, delikatniejsza. Nie można było 

zapomnieć jej twarzy. Gdy miała otwarte oczy, była Kobietą. Gdy zamknięte, była Aniołem. 

Wszystko w jednej osobie. 

Wasilij  uniósł  ją  ostrożnie,  nadal  owiniętą  w  pled.  Ucałował  w  czoło.  Długo  na  nią 

patrzył. Cieszył się, że nadal śpi. Nic by jej nie umiał teraz powiedzieć. Zupełnie nic, a wtedy 

może źle by to zrozumiała. 

Pomiędzy  nimi  nie  powinno  być  miejsca  na  wątpliwość.  Ta  noc  powinna  wymazać 

wszystko, co nie było ładne. To, co pozostanie, powinno być dobre. 

Także dla Raiji. 

Przeniósł  ją  na  łóżko  i  położył  na  skórach.  Poprawił  okrycie  ich  pledem.  Delikatnie 

ucałował usta. 

Raija uśmiechnęła się lekko przez sen. 

Wasilij cicho wyszedł na zewnątrz. Poszedł w kierunku Dwiny, do łódki, która miała 

go zawieźć do Archangielska. 

Wstawał ranek. 

A więc ludzie znów będą mogli o czymś gadać. 

background image

13 

Wasilij nie przejmował się spojrzeniami tych kilkorga ludzi, których spotkał w porcie. 

Oni dokładnie wiedzieli, gdzie był. On wiedział, że oni wiedzieli. Ale nie chciało mu 

się do nich odzywać. Nawet pozdrowić. Niech sobie myślą swoje. 

To i tak nie miało znaczenia. 

Poszedł  do  domu.  W  izbie  było  chłodno,  ale  nie  rozpalał  w  piecu.  Nastawał  dzień, 

więc nie zmarznie. 

Zdjął kurtkę i powiesił na miejsce. Zawsze był porządny, to jedna z jego pozytywnych 

cech. 

Dziwne, że o nich teraz pomyślał. 

Przygotowanie wszystkiego nie trwało długo. Wydawać by się mogło, że coś takiego 

wymaga zaplanowania, przemyślenia. 

Nigdy nie sądził o sobie, że działa pod wpływem impulsów. 

Ale myśl nie była całkiem nowa. 

Po prostu była tego rodzaju, którego unikał. 

Mimo to była jego własna. Jego dzieckiem, nikogo innego. 

Wasilij  uśmiechnął  się,  gdy  już  był  gotów.  Dzień  dopiero  się  zaczynał.  Robiło  się 

cieplej. Słońce rozpoczynało swoją grę. 

To będzie ładny dzień. Ale późne lato nigdy nie było jego porą roku. Nie przychodziło 

dla niego. 

Wkrótce przypłynie statek z zachodu. 

Zastanawiał  się,  czy  Raija  już  się  obudziła.  Wolałby,  by  jeszcze  spała.  Powinna  być 

pogrążona w niewinnym śnie, w tym stanie, kiedy nic nie można zrobić. 

Wasilij  wyobraził  sobie  ukochaną.  Nadal  czuł  jej  zapach  na  swoich  ramionach.  Na 

każdym skrawku swojej skóry jej zapach. 

Nadal czuł jej smak na swoich ustach. Nadal była razem z nim. 

Zawsze z nim. 

Takie to proste. 

Przez sekundę żałował, że to nie będzie ładne. Ale takiego dokonał wyboru. 

Raija zrozumie. 

Raija  miała  piękne  wspomnienia.  Raija  mogła  przypomnieć  sobie  piękno  za 

zamkniętymi powiekami. Raija mogła wydostać ich czas ze schowków jej pamięci. 

background image

Mogła. 

Sznur był sztywny, nasiąknięty wodą. Zimny w dotyku. Ostatnia pieszczota... 

Wasilij zrobił krok w przód. 

- Chcę go zobaczyć - powiedziała Raija z naciskiem. 

Antonia płakała. Płakała od chwili, gdy po nią przyszli. Ona już go widziała. 

- To nie jest ładny widok. Powinnaś pamiętać go jako Wasię, a nie jako... 

- To jest Wasia - upierała się Raija. 

Zanim Antonia przyjechała, nastał już wieczór. Zanim Raija się dowiedziała. 

Nie mogła tego zrozumieć. Nie przypuszczała, że mógł być do tego zdolny. Ale wiele 

rzeczy nabrało znaczenia. 

Ich noc nabrała znaczenia. 

Była  jego  pożegnaniem.  Piękniej  by  tego  nie  wyraził  słowami.  Raija  była  mu  za  to 

wdzięczna. 

-  Chcę  go  zobaczyć  -  powtórzyła.  Nie  umiała  podnieść  głosu.  Płacz  czaił  się  za 

każdym słowem. 

Wysłuchała opowieści Antonii. 

Ktoś  spostrzegł  go  przez  okno.  Drzwi  nie  były  zamknięte.  Odcięli  go  i  pobiegli  po 

Antonię. Zanieśli jej klucz. 

- Gdybyś mieszkała w mieście, pewnie tobie by go dali - stwierdziła Tonią. - Mogę ci 

go dać. 

-  A  dlaczego?  -  zaprotestowała  Raija.  -  Nigdy  nie  miałam  jego  klucza.  Teraz  też  nie 

potrzebuję. 

Wysłuchała  opowieści  Antonii.  Słyszała,  jak  wypowiada  to  słowo  wiele  razy. 

Słyszała, jak mówi, że wszystko, co było Wasilijem, już nie istnieje. 

Ze pozostało tylko ciało. Powłoka bez życia. 

- Muszę go zobaczyć, Toniu. Jadę do Archangielska. Mogę spać u ciebie na podłodze. 

Muszę go zobaczyć. Rozumiesz? Nie boję się jego wyglądu. I tak zapamiętam go takim, jaki 

był. Ale ja muszę go zobaczyć! 

Antonia już nie powstrzymywała Raiji. W końcu nie była dzieckiem. Nie wszystko w 

jej życiu przypominało wiosenne kwiaty. 

Może właśnie dla niej śmierć nie była tym, czym dla wszystkich innych. 

A Wasilij był jej... 

-  Zniesiesz  ludzi?  -  spytała  tylko.  -  Gadają  o  tym.  I  na  pewno  nie  przestaną,  gdy  ty 

przyjedziesz... 

background image

- Co mnie to obchodzi? - spytała Raija obojętnie. - Ja chcę zobaczyć Wasilija. 

Ludzie  wiedzieli.  Myśleli  swoje.  Ale  nie  byli  nieprzyjaźni.  Raija  poczuła  silny 

przepływ  ciepła,  gdy  napotkała  grupkę  pod  domem  Wasilija.  W  spojrzeniach  ludzi  nie  było 

potępienia. 

Rozsunęli się na boki, gdy przyjechały. 

Dłonie wyciągnęły się w stronę zeskakującej z konia Raiji, przyjęły lejce i uspokoiły 

zwierzę. 

W sercach ludzi nie było potępienia. 

Nikt jej nic nie powiedział. Ale patrzyli na nią tak, jakby patrzyli na wdowę... 

Antonia otworzyła drzwi kluczem. Wepchnęła Raiję do środka i sama wśliznęła się za 

nią. Znów przekręciła klucz. 

Raija nie zdjęła płaszcza. Kilkoma krokami przemierzyła małą przestrzeń izby. 

Położyli go na łóżku. 

Raija uklękła przy nim i schwyciła jego sztywną, bladą dłoń. 

Antonia miała rację. To nie był ładny widok. Śmierć nie była ładna. Nie taka jak ta. 

Zauważyła ślad po linie. Odcięta, leżała na ziemi przy łóżku. 

Widziała  stołek.  Postawili  go  na  miejsce,  które  on  wybrał.  Zobaczyła  belkę  ponad 

nim. Wasilijowi udało się przepchnąć pod nią linę. 

Zrobił krok do przodu, a nie odepchnął stołek. To stanowiło dla niej różnicę. 

Nie umiała tego wytłumaczyć ani nazwać. Ale to było tak w jego duchu! 

Raija długo klęczała z dłonią Wasilija w swoich. Już nie było w tej dłoni siły. A tyle 

jej miał. Tyle ciepła, współczucia, tyle odwagi, śmiechu... 

Tyle do ofiarowania. 

Raija  milczała  i  pragnęła,  by  nigdy  nie  wkroczyła  w  jego  życie.  Wiedziała,  że 

przyniosła mu szczęście. Wiedziała, że była powodem tak silnego uczucia, które nie każdemu 

jest  przeznaczone.  Dla  Wasilija  miłość  do  niej  była  czymś  największym,  najważniejszym  w 

jego życiu. Jedyną rzeczą, nad którą nie umiał zapanować. 

Raija nie pragnęła takiego końca. 

Coś w niej tego nie przyjmowało. Patrzyła na niego i czuła, że to właściwie nie jest jej 

Wasilij. To, co było nim, uleciało wraz z nocą. Nie musiała wiedzieć dokładnie. 

Pewna była jedynie tego, że go tu nie ma. 

Jego pozbawione życia ciało leżało przed nią. Dowód na to, że go już nie ma. Już nie 

był żywym człowiekiem. Dla nikogo. 

Ż

ył kiedyś dla niej. Dał jej wszystko, co mógł. Chciał ofiarować jej życie. Przyszłość. 

background image

Ona nie mogła tego przyjąć. 

Dlatego nastąpiło to. 

Gorzka to prawda. 

Raija ucałowała jego dłoń i położyła na jego piersiach. Ucałowała usta. 

Wstała i spojrzała jeszcze raz na jego ciało. 

To był Wasilij. A jednocześnie nie on. 

Nie mogła płakać. Nie teraz. Jeszcze nie. Nie teraz, gdy na niego patrzyła. 

Tak  się  starał,  by  to  ładnie  zakończyć.  Pięknie  się  pożegnać.  Sprawił  jej  takie 

pożegnanie, które znaczyło więcej niż same słowa. 

Pokazał jej swoją miłość. Szczodrze nią ją obdarował. 

Nadal czuła jego zapach na swojej skórze. Jeszcze go nie zmyła. 

Teraz cieszyło ją to. 

Mógł być razem z nią jeszcze przez chwilę. 

Może też o tym tak pomyślał. 

Zawsze się dobrze rozumieli. To stanowiło jeszcze jedną z łączących ich więzi. 

Wasilij  na  pewno  by  nie  chciał,  by  płakała.  Dał  jej  w  zamian  najpiękniejsze 

wspomnienia, jakie można mieć. 

Może nawet nie chciał, by tu przyszła i go widziała... 

Ale musiał ją na tyle znać, by wiedzieć, że to zrobi. 

To wymagało odwagi. 

- Już? - spytała Antonia. Raija wzdrygnęła się. Czuła, że jest sam na sam z Wasilijem. 

Zapomniała o obecności Toni. Istniał tylko Wasilij i ona. 

Jak zawsze, gdy byli razem. Istnieli tylko oni. 

-  Kochałam  go  -  powiedziała  Raija.  On  też  o  tym  wiedział.  -  Gdy  byliśmy  razem, 

zawsze go kochałam. 

Antonia milczała. 

-  Gdzie  teraz  jestem?  -  spytała  Raija.  -  Dlaczego  jestem  taka?  Nie  mogłam  opuścić 

Jewgienija dla niego. Na swój sposób kocham i Jewgienija. Ale kochałam Wasilija. Kochałam 

go! 

Antonii zaschło w ustach. Zamknęła za nimi drzwi na klucz. 

Raija nie spała tej nocy. Siedziała przy stole kuchennym Antonii, dokładając od czasu 

do czasu polano do ognia. 

Antonia  i  Olga  położyły  się.  Raija  nie  wiedziała,  czy  śpią.  Tonią  na  pewno 

zrozumiała, że Raija potrzebuje samotności. 

background image

Dobra była świadomość, że one ją wspierają. Że myślą o niej. 

Wiedziała też, że one także opłakują Wasilija. 

To stało się tak nagle, że trudno było nazwać to żałobą. 

Raija  nadal  czuła,  że  coś  w  niej  nadal  odmawia  uznania,  że  Wasilij  nie  żyje.  Że 

odszedł na zawsze. 

Widziała jego ciało. Słyszała, jak nazywają go umarłym. 

Ale  w  niej  nadal  żył  jego  śmiech.  Nadal  słyszała  jego  głos,  widziała  błysk  w  oku, 

czuła dotyk jego palców na skórze, na włosach... Słyszała, jak on oddycha! 

Raija powąchała swoje ramiona. Wiedziała, że to jego zapach pomieszany z jej. 

Nadal dla niej istniał. 

A kilka ulic dalej leżało jego ciało. 

Wasilij  sam  dokonał  wyboru.  To  nie  była  nagła  decyzja  podjęta  po  wódce.  Nic 

takiego, co się stało spontanicznie. 

On się z nią pożegnał. 

Raija była blisko niego. Czuła, że on jest z nią. Dla niej, obok niej, blisko... 

Nie żył, ale jednak nie odszedł. 

Gorycz... 

Dokonał wyboru. 

Może mogła na niego wpłynąć... Ale teraz było już za późno. 

Trzymała się dumnie wyprostowana. Można było zgadnąć, że było jej ciężko, ale nie 

pozwalała nikomu sobie ulżyć. Kroczyła po ziemi i samotnie niosła ból. 

Nikogo do siebie nie dopuszczała. Swój ból zamknęła w sobie i ciasno otuliła. 

Chciała kupić milczenie. Chciała zapłacić za milczenie o tym, jak umarł Wasilij. 

Tylko lekarz przyjął pieniądze. 

Biedni  ludzie  mieli  swoją  dumę.  Po  śmierci  Wasilij  Uskow  znów  stał  się  jednym  z 

nich. 

Oczywiście, że nie powiedzą, że targnął się na swoje życie. Po prostu umarł. 

Został  pochowany  jak  inni,  bez  zbędnych  uroczystości.  Raija  wiedziała,  że  nie 

chciałby ich. Ale zadbała o trumnę z heblowanych desek, o to, by był ładnie ubrany, by miał 

miękko. By wziął ze sobą lok jej włosów. 

Nic więcej nie mogła zrobić. 

Szła, milcząca, ubrana na czarno, za jego trumną. Wspierała się na ramieniu Antonii. 

Była wdową po nim. 

background image

Pochowała go. I pojechała sama do domu nad Dwiną. Nie została na stypie, by piciem 

zaprowadzić go na drugą stronę. 

Nie wiedziała, czy w to wierzy. Nie wiedziała, gdzie on jest poza jej myślami. 

Widziała,  jak  opuścili  jego  trumnę  do  ziemi.  Sama  go  myła  i  ubierała.  Czesała  jego 

włosy, gdy już leżał w trumnie. 

Wiedziała, gdzie spoczywa jego ciało. 

Zamknęła  dokładnie  w  sobie  to,  co  z  niego  zachowała.  Siedziała  owinięta  w  pled, 

który dawał im ciepło ostatniej nocy, gdy Wasilij się z nią żegnał. Był wtedy tak blisko... 

Gdy nastał poranek, złożyła porządnie pled i włożyła go do swojej skrzyni. 

Zagrzała wodę. Była jeszcze niemal wrząca, gdy Raija weszła do cebrzyka. Szorowała 

skórę aż do czerwoności. Wyganiała go ze swojej skóry, włosów... 

Została sama Raija. 

Sama. 

Raija - Raisa. 

Bykowa. 

Już nie ten wolny ptak, jakim była tego lata. Nie ten ptak, który latał po niebie razem z 

Wasilijem. 

Dla niej też nadchodziła jesień. 

Raija  wyniosła  wodę  po  kąpieli.  Wyszorowała  dom,  nawet  ściany.  Uprała  swoje 

ubranie. Uprała wszystko, co miała na sobie, gdy była razem z nim. 

Uprała pościel. Wytrzepała materace, poduszki i kołdry. Wietrzyła i wietrzyła. Myła. 

Szorowała. 

Przez jej palce przepłynęło morze wody, gdy zmywała lato. 

Raiji  już  nic  się  nie  śniło.  Jej  noce  przynosiły  tylko  sen.  Była  tak  zmęczona,  gdy  się 

kładła spać, że jedynym jej marzeniem był sen. 

Nie umiała przyjąć nic innego. 

Ale chciała śnić Wasilija. Chciała. Chciała czuć, że do niej przychodzi. 

Ale tak się nie stało. 

On nie żył. 

Naprawdę nie żył. 

Ale dopiero po kilku tygodniach była w stanie pójść na jego grób i popatrzeć na krzyż, 

tak obcy i jednocześnie znajomy. Długo trwało, zanim mogła uklęknąć i powiedzieć sobie, że 

on tam jest. Zanim mogła coś do niego powiedzieć. 

background image

Czuła  ból.  Cały  czas.  Cichy,  ciężki  ból,  który  nie  kończył  się  wraz  z  granicami  jej 

ciała. Sięgał poza nią. 

Ona była bólem. 

Ż

ałobą. 

Ale budziła się co rano. 

Ż

yła. 

Zaczynała myśleć o nim w czasie przeszłym.  Zaczynała mówić, że Wasilij „był”.  Że 

coś zrobił. Kiedyś. 

I Żal wtapiał się w nią. Zajął jakieś miejsce gdzieś w głębi. 

Współistniał. 

Ale ona żyła. Dniem codziennym. Słyszała samą siebie, jak się śmieje. Dziwnie było 

zwłaszcza za pierwszym razem po jego śmierci. 

Potem śmiała się częściej. 

Przypominała sobie powiedzonka, które ze sobą przynosił. Te, które ją bawiły. 

Uśmiechała się do wspomnień o nim. 

Odkryła potem, że była w stanie czuć coś innego niż smutek i żal. 

Nie  to,  by  go  zapomniała.  Raija  nigdy  nie  zapomni  Wasilija.  Ale  gdy  się  obudziła 

pewnego ranka, pomyślała o Miszy. 

Nie  pomyślała  o  Wasiliju  aż  do  wieczora,  gdy  słońce  przedarło  się  przez  chmury, 

pogłaskało ją po twarzy i rozgoniło chmury po wieczornym niebie. 

Wasilijowi też by się spodobał ten widok, pomyślała. 

To  nie  wzbudziło  w  niej  smutku,  tylko  spokój.  Zastanawiała  się,  czy  on  gdzieś  tam 

mógł dzielić jej radość. 

Tyle było radości w Wasiliju. Nie mogła tego zapomnieć. Musiała to przekazać dalej. 

I musiała żyć dalej. 

Musiała iść w przyszłość z otwartymi oczami. Z otwartym umysłem. Z radością. 

Wkrótce przypłynie statek. 

Statek przypłynął. 

Pojawił  się  na  błękitnym  morzu,  pod  błękitnym  niebem.  Wokół  nich  świat  był 

czerwony. Złoty. Przejrzysty. 

Powietrze było przejrzyste. Niebieskie. Na niebie ani jednej chmurki. 

Przypłynęli  o  świcie.  Na  początku  dnia.  Na  początku  jesieni.  Tej  pory  roku,  gdy 

ziemia zbiera plony tego, co zostało posiane, by przygotować się na przetrwanie. 

Jesień odsłaniała. 

background image

Jesień była szczera. 

Raija stała na łagodnym wietrze i czekała. Czekała. 

Rozpoznawała postacie na pokładzie. Rozpoznała Jewgienija. Misze. 

Nie było ich tutaj latem. Długo ich nie było. 

Byli na zachodzie. 

Poza jej zasięgiem. Poza jej spojrzeniem. Daleko. 

Trochę  marzła.  Bała  się.  Nie  tego,  że  się  dowiedzą,  bo  musieli  się  dowiedzieć. 

Przeżyła swoją letnią przygodę, nie mając do niej prawa. To była jej przygoda. 

Wszystko ma swoją cenę. 

Nadal  ją  płaciła.  Bała  się.  Nie  chciała,  by  Jewgienij  usłyszał  o  tym  od  kogoś  innego 

niż ona. 

Raija patrzyła, jak opuszczają łódkę na wodę. Patrzyła, jak Misza do niej wchodzi. 

Wracali do domu. Do niej. 

Jesień ją odsłaniała. 

background image

14 

Jesień  była  szczera.  Miała  w  sobie  ogień  i  mróz.  Była  ciepłem  i  przenikającym 

chłodem. 

Jewgienij objął ją ramieniem trochę z oczekiwaniem, trochę z rezerwą. Nie umiał przy 

wszystkich okazywać swoich uczuć. 

Misza  też  odsunął  się  nieznacznie,  gdy  Raija  go  objęła.  Widać  było  zmieszanie  na 

jego twarzy, gdy go przytuliła i ucałowała w oba policzki. 

Jewgienij to przewidział. Nie chciała wtedy uwierzyć, ale teraz sama to zobaczyła. 

Jej  syn  dorósł.  Stał  się  wyższy,  jego  głos  załamywał  się.  To  lato  zabrało  go  jej. 

Zauważyła,  że  się  zmienił.  Rysy  jego  twarzy  były  niby  takie  same,  a  jednak  inne.  Inne  niż 

wtedy, wiosną, gdy odpływali. 

Kilka miesięcy życia to wiele, gdy się jest w wieku Michaiła. 

Policzki miał ogorzałe. Nigdy wcześniej nie wyglądał bardziej zdrowo. Nadal była w 

nim miękkość, pewnie nigdy nie będzie w jego twarzy surowości i zawziętości - ale teraz był 

bardziej mężczyzną niż chłopcem. 

Jak to trudno przyznać, oddalić go od siebie... 

-  Nie  masz,  mamo,  pojęcia,  przez  co  przeszliśmy!  -  wykrzyknął  przejęty  Michaił. 

Końcówka wypowiedzi przeszła w wysokie tony. Raiję ogarnęło wzruszenie. 

- Sądzę, że mama wie - rzucił Jewgienij. Pokiwała głową. 

Jak  to  jej  się  wydało  teraz  odległe!  Niezwykle  odległe.  Dopiero  oni  jej  to 

przypomnieli. 

- Chyba wiem - odparła - ale opowiecie mi. Mamy czas. Jesień się jeszcze nie zaczęła, 

a zima jest długa. 

- Czy tamci przypłynęli? Rybacy? Wasia? 

Raija znów pokiwała głową. 

Boże, jaki ból sprawiło jego imię! Poczuła, że wokół niej ludzie wymienili spojrzenia. 

Zrobiło  się  bardzo  cicho.  Raija  zrozumiała.  Poczuła  ciepło,  to  samo  ciepło,  którym  ją 

otoczyli, traktując jako wdowę po Wasiliju. 

Wspierali ją. 

Jewgienij miał rację: z wielu względów Raija w Archangielsku była bardziej u siebie 

niż on. Ona nigdy nie byłaby samotna w tym mieście. 

Ludzie przejmowali się jej losem. 

background image

Dla niej będą milczeć. Wszyscy jak jeden mąż. 

- Oni wrócili - powiedziała. - Wszystko z nimi dobrze. Na pewno ci opowiedzą, co się 

tam działo. Ja wiem tylko to, co się działo tu, potem. 

- Chcę rozmawiać z Wasilijem! - zażądał stanowczym tonem Jewgienij. 

- Nie możesz - odparła Raija, patrząc mu w oczy. Nieważne, że dostrzegł jej ból. Jej 

smutek.  Były  jej  częścią  i  nie  chciała  tego  ukrywać.  -  Wasilij  nie  żyje  -  Raija  uświadomiła 

sobie, że po raz pierwszy powiedziała te słowa na glos. 

To też był mur do zburzenia. 

Musiała przejść przez jego ruiny. Musiała rozpocząć nowy czas. - Powiesił się. 

To sprawiało ból. Na pewno żadne z nich nie wyobrażało sobie tak tego dnia. Nie tak 

wyobrażali sobie tam, na zachodzie, dzień powrotu. Raija nie tak miała ich przyjąć. 

Ale ona sama to przygotowała. Jak kto sobie pościele, tak się wyśpi... 

Miasto stanęło za nią. To poczucie wzruszało ją, budziło miłość do tych ludzi. 

Była przecież obca. A oni ją przyjęli jak jedną ze swoich. 

Otoczyli  ją  lojalnie  milczącym  kręgiem.  Nikt  jej  nie  potępił.  Nikogo  nie  zaświerzbił 

język. 

Tylko Raija nie mogła milczeć. Tylko ona musiała wszystko wyprostować. 

To bolało. Słowa raniły, rozdrapywały aż do krwi. 

To ona zawiodła. 

Opowiadała,  wyłamując  sobie  palce.  Nie  dotykała  już  żadnego  z  nich:  ani  męża,  ani 

syna.  Mając  słowa  za  żagle,  dryfowała  daleko  od  nich,  dalej  niż  kiedykolwiek  wcześniej 

dotarła. 

Zupełnie  jakby  to  ona  była  w  dalekiej  podróży,  podczas  której  przeżyła  przygody  i 

odnalazła coś wspaniałego. 

Nic  nie  ubarwiała.  Opowiadała,  jak  było.  O  ogniu,  namiętności,  szaleństwie.  O 

myślach o zdradzie, o sumieniu drącym duszę na strzępy, o wątpliwościach, o pogardzie, jaką 

do siebie czuła. 

Opowiadała, że Wasilij jej potrzebował. 

Przekazała jego opowieść z Finnmarku. O tym, co zrobiła dla załogi. 

Opowiedziała  o  nocy,  gdy  Wasilij  uciekł  do  niej,  goniony  przez  upiory  z  czarnego 

morza. Że jej potrzebował. Opowiadała, że przejmowała się nim. Ze poczuła coś do niego. 

-  Kochałaś  go  -  przerwał  jej  Jewgienij.  -  Nazwij  to  właściwym  słowem.  Nic  nie 

zmieni, jeśli tego nie nazwiesz. Kochałaś Wasię. 

background image

-  Tak  -  pokiwała  głową  Raija.  Zdziwiona,  że  mąż  mówi  o  tym  z  takim  spokojem. 

Oczekiwała gniewu. Zasługiwała na gniew. - Rodzajem miłości. 

Jewgienij uciekł wzrokiem w bok. Takich słów użył Reijo. Reijo pewnie znał ją lepiej 

niż on. Przecież ona w Norwegii była tą samą osobą. 

Nie mogła się zmienić. 

W  końcu  tylko  to  pozostanie:  rodzaj  miłości.  Może  tylko  tak  umiała  odpłacić  tym, 

którzy ją kochali. 

To bolało. 

Ale  Jewgienij  nadal  miał  świadomość,  że  nosi  w  sobie  coś,  czego  jej  nie  może 

powiedzieć. Wiele widział w Lyngen, wiele usłyszał. Wiedział to, za co ona oddałaby życie. 

Wiedział, co się dzieje z jej dziećmi. I o tym musiał milczeć. 

-  Wasia  umarł...  powiesił  się...  dlatego,  że  się  w  tobie  zakochał?  -  Misza  spojrzał  na 

Raiję z niedowierzaniem malującym się na twarzy. - Powiesił się, bo ty i on... całe lato? Jak 

mogłaś, mamo? Jak mogłaś?! 

Wpatrywał się w nią z rosnącym gniewem i z głębokim rozczarowaniem. 

Zerwał się zza stołu tak gwałtownie, że przewrócił krzesło. Nie zauważył tego. Cofał 

się, nie spuszczając z matki oczu. 

Pobladł. Zawód w jego oczach był większy od gniewu. Czuł się zdradzony. 

Wypadł za drzwi. 

Dłoń  Jewgienija  przytrzymała  Raiję.  Ona  już  wstała,  chciała  biec  za  synem, 

tłumaczyć... 

-  Niech  biegnie  -  powiedział  Jewgienij.  -  Niech  to  z  siebie  wybiega,  Raiju.  On  jest 

nadal dzieckiem. Nie rozumie tego. Ale przeżyje to i ci wybaczy... 

Raija  opadła  z  powrotem  na  krzesło.  Dłoń  męża  nadal  spoczywała  na  jej  dłoni.  Nie 

zasługiwała na takie traktowanie. Na wiele już nie zasługiwała. 

- A ty możesz wybaczyć? - spytała. - Zrozumieć? 

Dwie pary ciemnych oczu spotkały się na długo. 

Wiele  przemilczeli  wobec  tego  drugiego.  Wiele  nigdy  nie  powiedzą.  Nigdy  nie 

otworzą wszystkich drzwi przed tym drugim. Jeszcze czuli wiele winy. 

-  Zrozumieć?  - Jewgienij  potrząsnął  głową.  -  Nie  sądzę,  bym  kiedykolwiek  mógł  cię 

zrozumieć. Ofiarowałem ci wszystko. Tak to widzę. Nie wiem, czego ci mogło brakować. Nie 

rozumiem,  co  kobiety  widziały  w  Wasi.  Nie  rozumiem,  bo  on  nie  był  mężczyzną,  którego 

bym wybrał dla własnej siostry. Wiem, że dla niego kobiety traciły głowę. Nie umiały mu się 

oprzeć.  Ale  nie  rozumiem  tego.  Nie  rozumiem,  czemu  on  mógł  tyle  dla  ciebie  znaczyć.  - 

background image

Westchnął, nawet jakby się uśmiechnął. - Zresztą nie wiem, czy chcę to wiedzieć. Chyba nie. 

A  jeśli  chodzi  o  wybaczenie...  Tak,  mogę  wybaczyć.  Będę  na  tyle  mężczyzną.  Ale  ty  chyba 

nie chcesz za nim pójść? 

Raija  pokręciła  głową.  Taka  myśl  przemknęła  jej  przez  głowę,  to  prawda.  Ale  nie 

zrobiłaby tego. Wasilij by tego nie chciał. Wasilij chciał, by żyła. Ona też tego chciała. 

-  Umarli  nie  mogą  przesłonić  żyjących  -  mówił  dalej.  -  Żywe  kobiety  nie  wybierają 

umarłych na kochanków, prawda? Nawet takie kobiety jak ty, Raiju. 

Uśmiechnęła się blado. 

Co  ta  wyprawa  zrobiła  z  Jewgienijem?  Nigdy  wcześniej  nie  widziała  go  takim 

spokojnym. Nigdy wcześniej nie okazywał tyle zrozumienia... 

Ale  nie  odmówiła.  Teraz  ona  kogoś  potrzebowała.  Potrzebowała  Jewgienija.  Nie 

zasługiwała na to, ale potrzebowała jego uczucia. 

Uścisnął jej dłoń. Był z nią. 

- Kocham cię, Raiju - powiedział ciężko. - Taki mój los. Nie jestem Wasilijem. Nie o 

mnie  marzą  kobiety,  nie  do  mnie  wzdychają.  Ale  jestem  tu  dla  ciebie,  Raiju.  Jestem  twoim 

mężem. Nadal nim będę. 

Raija pochyliła głowę. 

Nie zasługiwała na Jewgienija. Nie była pewna. Ale na swój sposób pragnęła i jego. 

Michaił wiosłował. Wiosłował ile sił. Z całych sił zacisnął dłonie na wiosłach. 

A tak się cieszył na powrót do domu! A teraz wszystko było nie tak. Było brzydko. 

Tak za nią tęsknił! 

A teraz nawet nie miał ochoty mówić na nią „mama”. Nawet myśleć, że ona jest jego 

matką. 

Matki nie są takie! 

Nie robią czegoś takiego... 

Przecież ona jest stara. 

Wasilij i ona... 

Nie pomagało zamknięcie oczu. I tak widział ich wyraźnie pod powiekami. 

Gorycz. 

I ona powiedziała, że kochała Wasilija! 

To  było  ohydne.  Takie  rzeczy  mogły  się  dziać  tylko  między  mamą  i  tatą.  Wszystko 

inne było - złe. 

Nie mógł sobie nawet wyobrazić, że ona mogła się uśmiechać do Wasilija... 

A przecież go lubił! 

background image

To było najgorsze. Wszyscy lubili Wasilija. Może z wyjątkiem taty. Ale tata przecież 

jest mężczyzną. 

Nawet Olga powiedziała, że Wasia jest ładny. Misza nie był pewien. Nie wiedział, jak 

trzeba  wyglądać,  by  być  uznanym  za  ładnego.  Nie  to,  żeby  się  tym  przejmował.  Mężczyźni 

nie muszą był ładni. To takie dziewczyńskie... 

Nie  wiedział  też,  czy  to  dobrze,  żeby  dziewczyna  była  ładna.  To  mogło  być 

niebezpieczne. 

Tak, jak z mamą... 

Pozwolił łódce płynąć z prądem, czasem tylko sterując wiosłem. 

Dopłynął  na  ląd  poza  miastem.  Przemykał  się  bocznymi  uliczkami.  Nie  chciał,  by 

ktokolwiek go zauważył. Wszyscy przecież wiedzieli! 

Wszyscy myśleli o tym samym: o jego matce i o Wasiliju. 

Michaił wiedział, co sobie myśleli. 

To było ohydne! 

Szedł,  nie  pilnując  kierunku,  jak  łódka  unoszona  prądem,  ale  zaszedł  tam,  dokąd 

chciał. 

Grób Wasilija. 

Czy ona też tu przychodziła? O czym myślała, gdy tu była? Jak o nim myślała? 

Czy czuła, że to wszystko jej wina? 

Czy to była jej wina? 

Czy Wasilij powiesił się, bo ją kochał, a nie mógł żyć razem z nią? 

Czy tak się robi? 

Czy istnieją takie uczucia? 

Ogarnął go strach. Wszystko to, co się działo w Norwegii, nauczyło go strachu. 

Czy  istnieją  równie  silne  uczucia?  Dobre  uczucia,  które  jednak  tak  mogą  opętać,  że 

człowiek woli umrzeć? 

Jak można wybrać śmierć? 

To  wszystko  było  takie  trudne.  Tyle  nie  rozumiał.  Nie  był  pewien,  czy  chce 

dorosnąć... 

To było najgorsze. 

- Tak myślałam, że tu będziesz. - Olga uklękła obok Michaiła. 

Rzucił na nią pełne irytacji spojrzenie. Żałował, że nie może jej odpędzić, choć ona na 

pewno  go  rozumiała.  Rozumiała  także  to,  że  nie  chce,  by  tu  była.  Ale  Olga  nie  należała  do 

tych, których dałoby się po prostu odpędzić. 

background image

- Zobaczyłam twoją łódkę - wytłumaczyła i na tym samym oddechu dodała: - On był 

odważny. 

- Zabicie siebie nie jest odważne! Olga pokręciła głową. 

- Jest. Ty byś się odważył? Na to pytanie nie odpowiedział. 

-  W  każdym  razie  bohaterowie  tego  nie  robią  -  rzucił.  Chciał  mieć  rację.  Chciał,  by 

Olga mu ją przyznała. Chciał odnaleźć coś w Wasiliju, co potępiał. Wolał myśleć o nim jako 

o tchórzu. 

Ale Olga nie uważała go za tchórza. 

Wyrywał kępki mchu, ugniatał w kulki i rzucał przed siebie w złości. 

- Nienawidzę jej! - krzyknął. - Nienawidzę! 

- Ona ciebie przez to nie kocha mniej - odparła Olga niemal po dorosłemu. Zirytowała 

go tym. - Mama mówi, że matki też mają prawo do popełnienia błędu. 

Olga nawijała włosy na palec i gryzła je w zamyśleniu. 

Michaiłowi wydawało się to okropne. Ona była równie okropna, jak jego matka. 

- Wiedziałaś o nich? - spytał, nie spuszczając z niej spojrzenia. 

Olga  pokiwała  głową.  Policzki  jej  się  zaróżowiły,  ale  wysunęła  dumnie  podbródek  i 

potwierdziła. 

Michaił pamiętał ten gest od swojej matki. Ciekawe, czy Olga ją naśladuje? 

- To jest ohydne - wymknęło mu się. Olga z tym też się nie zgodziła. Pokręciła głową i 

poklepała ziemię na grobie Wasilija. 

- Nie jest ohydne, że ktoś kogoś kocha. Wasilij ją kochał. Mama mówi, że kochał ją, 

od kiedy ją spotkał po raz pierwszy. Nie każdy mógłby to tak długo ukrywać. Ale nie odebrał 

wam jej, prawda? Ona od was nie odeszła. 

- Jego kochała bardziej? 

To tu siedział jego lęk, zatruwając go niczym kwasem. 

-  Bardziej  niż  kogo?  Nie  chciał,  by  Olga  go  o  to  pytała.  Michaił  nie  chciał  się  przed 

nią  tłumaczyć.  Nie  chciał  nazywać  swego  strachu.  Nie  chciał,  by  go  rozumiała.  Ale  jed-

nocześnie chciał, by wiedziała. 

Olga była bystra. Wiele zauważała. I lepiej rozumiała kobiety niż on... 

- Bardziej niż tatę... niż mnie? 

-  Raija  -  Raisa  jest  właściwie  dziwna  -  odparła  Olga  po  chwili  namysłu.  -  Ona  także 

kocha  Jewgienija.  Chyba  mnie  rozumiesz.  Nie  sądzę,  by  to  sama  jakoś  mierzyła.  Mama 

mówi,  że  Raija  ma  w  sobie  wiele  ciepła.  Ze  w  jej  sercu  jest  tyle  miejsca,  że  potrafi  kochać 

wielu jednocześnie i na różne sposoby. - Wzruszyła ramionami. - Sama chciałabym wiedzieć, 

background image

co to znaczy. Jak tak można. To trudne do pojęcia, prawda? W każdym razie Raija bardzo za 

tobą  tęskniła.  Wspominała  cię  codziennie.  I  naprawdę  się  o  ciebie  bała.  Mama  i  Wasilij 

rozmawiali o tym, gdy sądzili, że ja nie słyszę. - Olga rozejrzała się wokół, mimo że byli sami 

na  cmentarzu,  i  zniżyła  głos.  -  Mówili,  że  wtedy,  gdy  tak  zachorowała,  no  wiesz,  jak... 

Mówili, że użyła czegoś ze swojej duszy, by cię ochronić. Tak, jak ona umie. Wasilij mówił, 

ż

e się o nią bał. 

- Tamci mówili, że ktoś mnie chronił - powiedział Misza zamyślony. - Wiele się tam 

wydarzyło. Nie chcę teraz o tym mówić, może później... 

Olga  pokiwała  głową.  Była  strasznie  ciekawa,  ale  wiedziała,  że  on  na  pewno  jej 

opowie.  Zresztą  tata  już  trochę  mówił.  Wystarczająco  wiele,  by  poczuła  zimne  dreszcze  na 

plecach. I by niecierpliwie czekała na opowieść Miszy. Tata potrafił z najciekawszej historii 

zrobić nudną czytankę. 

Misza przesadzał bardziej niż ona, więc jeśli zmiesza jego wersję z wersją taty, pewnie 

otrzyma coś odpowiadającego prawdzie. 

- Widziałeś te upiory morskie? - Olga jednak nie mogła się powstrzymać. 

Michaił uśmiechnął się kątem ust. Ależ ta Olga jest niemożliwa! 

- Nie - odparł. - I bardzo się z tego cieszę... Olga westchnęła. Ona żałowała, że Misza 

ich nie widział. Byłoby wspaniale słuchać jego opowieści zimą i czuć dreszcze przechodzące 

po plecach... 

- A czy norweskie dziewczęta były ładniejsze ode mnie? - spytała zaczepnie, unosząc 

ciemne brwi. 

-  Ech!  -  prychnął  Michaił.  -  Nie  widziałem  wielu  -  próbował  się  wykręcać.  -  W 

każdym  razie  były  niższe  niż  ty.  A  musiałyby  być  naprawdę  brzydkie,  byś  ty  była  od  nich 

ładniejsza! 

Misza  zaśmiał  się  z  własnego  konceptu.  Olga  nic  nie  odpowiedziała.  Myślała,  jak  to 

łatwo oszukiwać chłopców. Jak łatwo odwracać tok ich myśli. 

-  Idziesz  do  domu?  -  spytała,  podnosząc  się.  Dzień  chylił  się  ku  końcowi.  Wieczór 

przybierał niebieskawy odcień. 

Michaił poszedł za nią z rękami w kieszeniach. Na twarzy miał udawaną obojętność. 

- Zostanę pryncypałem, gdy dorosnę - obwieścił, kopiąc przydrożne kamienie. - Będę 

pływał na statkach daleko, daleko na zachód. 

- To nie tylko twoje statki! - odcięła się Olga. - Ja też będę armatorem! 

Misza uśmiechnął się do niej z wyższością. 

- Możesz być armatorem na lądzie, Olga. Ale to mężczyźni zostają pryncypałami. 

background image

Wstrząsnęła głową. Co za głupota! Wszyscy są głupi. I to niesprawiedliwe! 

-  A  może  ja  zostanę  pryncypałem!  -  zacietrzewiła  się.  -  W  końcu  pierwsza 

wypłynęłam w rejs! Widziałam Norwegię przed tobą, Misza. I nie miałam choroby morskiej! 

Trafiła w czuły punkt. 

Misza wyszczerzył do niej zęby w grymasie złości. Zmienił zdanie. Nie idzie do niej. 

- Jadę do domu - rzucił i poszedł w bok, ku Dwinie i swojej łódce. 

Olga  była  paskudna  i  głupia.  W  końcu  lepiej  mu  będzie  w  domu.  Może  sobie  pójść 

spać, jeśli rodzice nadal się będą kłócić. 

Michaił zastał tylko ojca. Jewgienij zdjął buty i oparł stopy na stole, mimo że było to 

surowo  zakazane.  Przed  nim  stała  szklanka  ze  złocistym  trunkiem,  obok  karafka.  Michaił 

zauważył jednak, że ojciec nie wypił zbyt dużo. 

- Mama? - spytał. Ściągał kurtkę, stojąc twarzą do ściany. Nikt nie może się domyślić, 

ż

e on się przejmował. Jeżeli ona nie myślała o nich, on nie musi już jej kochać. 

- Poszła się przewietrzyć - odparł Jewgienij. Spojrzał przeciągle na syna, zmuszając go 

do zajęcia miejsca za stołem. - Nie stało się tak, jak oczekiwaliśmy, prawda? 

Michaił  pokręcił  głową.  Ojciec  na  pewno  nie  przesadzał.  Ale  nie  rozumiał,  jak  on 

może siedzieć tak spokojnie, jakby nic się nie wydarzyło! 

-  Twoja  matka  nie  jest  taka  jak  inne  matki  -  powiedział  cicho  Jewgienij.  -  Sam  to 

wiesz.  Na  tyle  jesteś  dorosły.  Nie  ma  wiele  kobiet  takich  jak  Raija,  i  może  to  dobrze. 

Kochanie  jej  często  sprawia  ból.  Ale  gorzej  byłoby  żyć  bez  niej.  Ja  to  wiem.  Wasilij  też  to 

zrozumiał. 

- Jak ona mogła? - spytał Misza, pobladły. Miał tak zacięty wyraz twarzy, że Jewgienij 

widział teraz w nim więcej z siebie niż z Raiji. 

- Mogła, ponieważ nie mogła tego nie zrobić - powiedział po dłuższej chwili ciszy. - 

Nie  powiem  ci,  że  jesteś  zbyt  młody,  by  to  zrozumieć.  Można  być  starym  i  też  tego  nie 

rozumieć. Ona po prostu taka jest, ta twoja matka. 

-  Wybaczasz  jej?  Nie  jesteś  na  nią  zły?  -  Michaił  nie  mógł  uwierzyć.  -  Przecież 

puszczała się z Wasią przez całe lato! 

-  Nie  wolno  ci  używać  tego  słowa,  mówiąc  o  matce!  -  rzucił  Jewgienij  ostro.  - 

Nieważne, co robiła, ale na pewno nie to! 

Michaił milczał. Nie chciał wycofać swoich słów, ale już ich nie powtórzy. 

Dobrze,  że  mógł  je  choć  raz  powiedzieć.  Gorzej  było  myśleć  i  dusić  je  w  sobie. 

Lepiej, że ojciec tak zareagował. 

Ulżyło mu. 

background image

Jewgienij  spojrzał  na  syna.  Zobaczył  młodego  mężczyznę,  który  nadal  miał  w  sobie 

wiele z dziecka. 

Ś

wiat  to  kiepskie  miejsce.  Misza  też  się  tego  nauczy.  Nauczy  pochylać  kark. 

Wybaczać. 

Ale  miał  w  sobie  zbyt  dużo  z  Raiji,  zbyt  wiele  uporu  i  dumy.  To  niebezpieczna 

mieszanka. Sprawiała, że jest się twardym, ale nie zawsze szczęśliwym. 

Widział  po  synu,  że  potępia  Raiję.  Nie  miał  pewności,  czy  ona  to  zniesie.  Sam  był 

zawiedziony, ale nie mógł jej oskarżać. 

-  Pamiętasz  fiord  pomiędzy  wysokimi  górami,  Misza?  -  spytał  nagle  ochrypłym 

głosem, wpatrując się intensywnie w chłopaka. - Mały domek z bali na cyplu i mężczyznę o 

imieniu tak podobnym do imienia mamy? Pamiętasz go, Misza? Pamiętasz tego mężczyznę? 

-  To  ten,  który  powiedział,  że  chciałby  mieć  takiego  syna,  jak  ja?  -  Misza  nie 

rozumiał, dlaczego ojciec go wspomniał akurat teraz. 

Coś było w tym miejscu, sam to poczuł. Wróci tam, gdy będzie pryncypałem i gdy już 

będzie sam decydował o wszystkim. 

Coś go tam ciągnęło. 

-  Nie  chcę,  byś  wspominał  mamie  o  tym  fiordzie  ani  o  tej  osadzie  -  powiedział  z 

naciskiem. - Nie chcę, byś mówił o tym mężczyźnie! 

Brwi Michaiła ściągnęły się. Życie dorosłych było tak zawikłane! 

- Dlaczego nie? Jewgienij spróbował się uśmiechnąć. 

- Pytałeś, czy on znał mamę, pamiętasz? Nie musiał mu o tym przypominać! Michaił 

pamiętał wszystko stamtąd bardzo dobrze. 

-  Jesteś  już  na  tyle  dorosły,  synu,  że  możesz  dowiedzieć  się  prawdy  o  nas.  Ale  nie 

powiem ci ani słowa, dopóki nie przysięgniesz, że nic a nic nie powiesz mamie. Chcesz? 

Michaił  przełknął  ślinę.  To  brzmiało  poważnie,  niemal  przerażająco.  Chciał  być 

odbierany jako dorosły. A teraz był tak bardzo zły na mamę, że i tak nie chce z nią rozmawiać 

o czymkolwiek! 

- Przysięgam. 

-  Ten  mężczyzna,  który  mieszka  nad  tamtym  fiordem  w  Norwegii,  w  Lyngen,  Reijo, 

dobrze znał twoją matkę. Jest jej mężem. 

Michaił starał się przełknąć ślinę, ale gardło miał suche. Nic nie rozumiał! 

Jewgienij patrzył na niego poważnie. 

-  Dlatego  nie  jest  mi  trudno  wybaczyć  twojej  matce  -  powiedział.  -  Ona  nic  nie 

pamięta. Zbudowałem wszystko, co mam, właśnie na tym. Wiem, skąd pochodzi, wiem, kim 

background image

jest, wiem, kogo opuściła i dlaczego. Wiem, kiedy. Ale nie powiem jej tego, jeśli nadal będę 

mógł tego uniknąć. To długa historia i powinieneś ją poznać. Dotyczy także ciebie, Michaił. 

Jewgienij zaczął opowiadać. 

Cały  świat  Michaiła  stanął  na  głowie.  Cały  świat  zwariował.  Sądził,  że  może  ufać 

dorosłym, a przynajmniej rodzicom. 

Ale oboje kłamali. 

Michaił  nie  rozumiał,  bo  przecież  jemu  się  obrywało  przy  najniewinniejszym 

kłamstewku! 

Ojciec żył na kłamstwie. Matka bez zmrużenia oka zdradziła ojca. 

Czy już na nikim nie może polegać? 

Michaił  szedł  wzdłuż  Dwiny.  Panowała  ciemność,  chłodna  i  niebieskawa.  W  jego 

duszy też.. 

Matka  siedziała  na  brzegu,  ciasno  owinięta  szalem.  W  mroku  wyglądała  na  młodą  i 

bezbronną. Serce mu się ścisnęło. 

Zrozumiał,  że  nadal  ją  kocha.  Nic  na  to  nie  mógł  poradzić.  Nie  mógł  przestać  jej 

kochać, mimo że go zawiodła. 

Znał  ją  teraz  lepiej.  Ojciec  wtajemniczył  go  w  kłamstwo.  Sprawił,  że  czuł  się 

współwinny. 

Nie  usiadł  i  nie  powiedział  jej  tego.  Nie  mógł.  Opanował  go  ten  sam  strach,  który 

prześladował ojca. Też zaczął się bać, że ona odjedzie, jeśli się dowie. 

-  Kocham  cię,  mamo  -  powiedział.  Słowa  te  z  trudem  przeszły  mu  przez  gardło,  ale 

poczuł ulgę. I radość. 

- Nawet, jeśli wyznam, że nie wiesz wszystkiego? 

- Zawsze. 

- Będę miała dziecko - rzuciła Raija. 

- Wasi? - spytał oszołomiony. Jej dorosły syn. Jej dziecko. 

- Wasi - potwierdziła. 

- I tak cię kocham - zapewnił, siadając obok niej na brzegu. Objął ją. 

Noc ich ukryła. Nikt nie widział, że Misza płacze. Tylko Raija. 

- Powinnam była płynąć z wami - powiedziała. Michaił pokręcił głową. 

- Tak miało być, mamo - odparł. - Powinnaś była tu zostać. Tu, nad Morzem Białym. 

U nas. Nie powinnaś włóczyć się gdzieś tam, na zachodzie.