background image

BENTE PEDERSEN 

DROGA DO DOMU 

background image

Minął cały rok. Rok w oderwaniu od rzeczywistości. Antonia nie zauważyła nawet, że 

zaczął się nowy, 1743, chociaż lato było już w pełni. 

Jesień i sporą część zimy spędzili z Anastasem w Jekaterynburgu, potem w Moskwie. 

Niezwykły czas. 

Nierzeczywisty. 

Mężczyźni w mundurach traktowali ją i Anastasa z pewnego rodzaju respektem. 

Wiele razy miała ochotę roześmiać się im w twarz. Miała ochotę wstać i spytać, czy 

wiedzą, z kim mają do czynienia, kto przed nimi stoi. 

Zawsze jednak potrafiła się opanować. Wiedziała, że tak będzie lepiej. W ciągu zimy 

zdała  sobie  sprawę,  że  chce  żyć,  że  być  może  jeszcze  coś  na  tym  świecie  czeka  Antonię 

Jurkowa. 

Szczęście. 

Chociaż... nigdy nie wymawiała tego słowa. Nawet gdy rozmawiała z Anastasem. 

Zbliżał się wyjazd. Mieli ruszyć na północ. Decyzję podjęli już pierwszego dnia, kiedy 

doprowadzono  ich  przed  oblicze  komendanta  w  Jekaterynburgu.  W  pierwszych  sekundach, 

gdy  podczas  przesłuchania  musieli  myśleć  szybko  i  starać  się,  by  ich  opowieść  brzmiała 

przekonująco. 

Wtedy Antonia powiedziała, że chce jechać do domu, do Archangielska. 

Zrelacjonowali prawie całą historię, w znacznej części trzymając się prawdy. 

Jednak również wiele skłamali. 

I  już  pierwszego  dnia  wpadli  w  sieć  kłamstw,  którą  byli  zmuszeni  utkać,  żeby  im 

uwierzono, żeby mogli ujść cało. 

Teraz nie mieli wyboru. 

Sieć owinęła się ciasno wokół nich. 

Musieli jechać do Archangielska. 

Wszystko zostało przygotowane. 

Antonia  czuła  pustkę.  Nie  bala  się,  to  zbyt  łagodne  określenie.  Nadal  odnosiła 

wrażenie,  jakby  od  tych,  których  zdradziła,  dzieliła  ją  cała  nieskończoność.  Jednak  to,  co 

wydawało się tak odległe, wkrótce zacznie się zbliżać. 

Miała wrócić do domu. 

background image

Usłyszała, że otwierają się drzwi. Nawet się nie odwróciła, nie musiała. Nie mógł to 

być nikt inny jak tylko Anastas. 

-  Ładnie  wyglądasz  -  rzekł  z  uśmiechem,  obchodząc  ją  dookoła  z  rękami  w 

kieszeniach. 

To  niepojęte,  skąd  on  czerpie  tyle  dobrego  humoru,  pomyślała.  Ją  przepełniał 

wewnętrzny chłód, a on się śmiał. 

Skuliła się. Nawet komplementy nie poprawiły jej nastroju. 

- Nie wiem, czy chcę wrócić do domu - odezwała się cienkim głosem. 

- Możesz się jeszcze rozmyślić - odparł Anastas. - Idź do komendanta i powiedz, że 

mimo  wszystko  nie  możesz  jechać  do  swojego  męża.  Uroń  parę  łez.  Stary  ma  do  ciebie 

słabość. Wyjaśnij, że Oleg cię zabije. A wtedy możemy razem włóczyć się po świecie i ujeż-

dżać konie. To chyba niegłupie rozwiązanie. 

Mieszkali  przez  rok  pod  jednym  dachem.  Pierwszego  dnia,  kiedy  wpadli  w  ręce 

ż

ołnierzy, Antonia skłamała, że uciekła z domu z Anastasem. Na pytanie, kim są, oboje podali 

swoje prawdziwe imiona. 

Imienia Anastasa nigdy nie wymieniano razem z imieniem Grigorija. A teraz nikt już 

nie znajdzie Grigorija, by mógł potwierdzić lub zaprzeczyć ich słowom. 

Każdy,  kto  słuchał  opowieści  obojga,  unosił  brwi  ze  zdumienia,  zwłaszcza  w 

Moskwie. Niektórzy z tamtejszych żołnierzy pamiętali ojca Anastasa. A Anastas, wzruszając 

ramionami, wyjaśnił obojętnie, że jego rodzina zubożała. On, wtedy bardzo młody i uparty, 

nie chciał się rozstać ze swoim koniem i uciekł. Potem nie było już do czego wracać, dodał. 

Antonia  powiedziała,  że  opuściła  męża  i  dziecko  dla  Anastasa.  Zarówno  ona,  jak  i 

Anastas  kłamali  bez  mrugnięcia  okiem,  choć  opowieść  Antonii  nie  odbiegała  daleko  od 

prawdy. Grigorij nie żyje... 

-  Takie  kobiety  jak  ty  wtrącamy  do  więzienia  -  rzekł  oficer,  wpatrując  się  w  nią  i 

niemal oblizując. Zazdrościł Anastasowi. 

- Nie wszystkie takie kobiety jak ja trzymały w rękach złotą boginię. Wierzę, że mnie 

chroni - odparła Antonia. 

Dostali mieszkanie oficerskie. Najpierw w Jekaterynburgu, potem w Moskwie. Mieli 

wszystko, czego potrzebowali - jedzenie i ubrania, ale mimo to czuli się więźniami. Gdyby 

zima  nie  stała  za  drzwiami,  wcześniej  odesłano  by  ich  do  Archangielska,  a  tak  ostatnie 

miesiące spędzili razem. Przedtem wyduszono z nich wszystko, co wiedzieli o ludzie Konda, 

o Jumali, o kulcie złotej bogini i rytuałach. 

Pytano ich o ślub, który odbywał się w chwili, gdy żołnierze zaatakowali obóz. 

background image

Anastas znalazł się w prawdziwym kłopocie. 

Wyjaśnił,  że  pojechał  na  południe  z  przyjacielem  zakochanym  w  dziewczynie 

należącej do ludu Konda. Nie mieli pojęcia, że jest córką człowieka, który sam siebie zwał 

szamanem. Nie mieli pojęcia o Jumali. 

Opowiedział o ślubie tamtych dwojga i o ucieczce. O kryjówce. Rozłożono przed nim 

mapę. Musiał dokładnie wskazać miejsca, o których opowiadał. 

Ż

ołnierze przeszukali cały teren. Znaleźli ślady po obozie i skarbcu, ale nawet jednego 

ciała zmarłego czy zabitego. 

Lud  bogini  Jumali  kolejny  raz  zdołał  ją  ukryć  przed  światem,  podobnie  jak  ukrył 

swych przywódców. 

Glikeria Judina jakby zapadła się pod ziemię, nikt jej nie widział. Pewnie cała rodzina 

przeniosła  się  gdzieś  daleko.  W  całej  okolicy  krążyły  opowieści  o  obcych  przybyszach  i 

szamanie, który zginął. 

Oficer  przyznał,  że  Antonia  i  Anastas  dostarczyli  wielu  ważnych  informacji  im, 

ż

ołnierzom, a tym samym kościołowi i tronowi Rosji. 

- To powinno ucieszyć naszą carycę Elżbietę Piotrownę - dodał i wyjaśnił, że właśnie 

ona obecnie zasiada na tronie, córka Piotra Wielkiego i Katarzyny I. 

Udało  jej  się  wywieść  w  pole  ludzi  sprawujących  rządy  w  imieniu  nieletniego  cara 

Iwana  VI,  a  chłopca  wtrącić  do  więzienia  razem  z  większością  członków  starego  rządu.  W 

dynastii Romanowów tron okazał się ważniejszy niż więzy krwi i miłość do rodziny. 

Tak więc Tonią i Anastas przysłużyli się carycy i kościołowi. Grigorij przewróciłby 

się w grobie, gdzieś w bagnach na wschód od Uralu, gdyby to usłyszał. 

Władze  postanowiły,  że  gubernator  w  Archangielsku  wkrótce  dostanie  nowych 

ż

ołnierzy oraz zapasy żywności i odzieży. 

Razem z tym transportem, z całą kolumną wozów jadących na północ, mieli wyruszyć 

także Antonia i Anastas. 

Antonia nie była pewna, czy chce wracać do domu. 

Spojrzała na Anastasa. Zmienił się, odkąd zobaczyła go po raz pierwszy tej nocy, gdy 

pojawił się w jej domu w Archangielsku z wiadomością od Grigorija. 

Stał się mężczyzną. W ostatnim roku pojawiły się w jego charakterze cechy, które jej 

się  nie  podobały.  Surowość,  której  się  u  niego  nie  spodziewała.  Pewien  rodzaj  obojętności. 

Bez wahania wydał bliskich Kati, podczas gdy ona sama miała skrupuły. 

Przed  oczami  stanęli  jej  niewinni  ludzie,  którzy  na  własnej  skórze  odczują,  że 

ż

ołnierze cara szukają złotej bogini. 

background image

Anastas uważał, że dopóki Jumala istnieje, z jej powodu ucierpi wielu jej wyznawców, 

wielu, jak Kati, będzie zaledwie cieniami ludzi, którymi mogliby się kiedyś stać. 

Ś

mierć Kati to ich wina, mówił, czcicieli Jumali. 

-  Nie  zamierzam  znowu  uciekać  -  rzekła  wreszcie  Antonia.  -  Uważam,  że  dość  już 

uciekałam. Poza tym nie życzę ci źle i nie chcę być dla ciebie ciężarem  przez resztę życia. 

Nadejdzie dzień, kiedy znajdziesz inną kobietę, która będzie mogła zapełnić miejsce po Kati. 

Nie chcę stać ci wtedy na drodze, Anastas. 

- Zawsze wiedziałem, że jesteś odważna - uśmiechnął się do niej. - Nie pytaj mnie, jak 

to odgadłem, Toniu. Wiedziałem, że i tym razem nie podkulisz ogona pod siebie. 

-  Konie  są  moje!  -  rzuciła  Antonia  i  zamyśliła  się  nieoczekiwanie.  Na  jej  twarzy 

pojawiło się napięcie. 

Anastas  wiedział,  nad  czym  się  zastanawia.  Dużo  ze  sobą  rozmawiali  w  ciągu 

minionego roku, bardzo się do siebie zbliżyli. 

Stali się jak brat i siostra. 

- Konie pewnie uda mi  się odzyskać - podjęła po chwili Antonia.  - A ty mógłbyś u 

mnie  pracować  jako  stajenny.  Lepszej  pracy  nie  dostaniesz  tam  na  północy  nad  Morzem 

Białym. 

Anastas  uśmiechnął  się,  słysząc,  jak  Tonią  wyobraża  sobie  przyszłość.  Nic  nie 

powiedział.  Pozwolił,  by  zachowała  te  marzenia.  Być  może  wierzyła  w  ich  spełnienie.  A 

może nie. To nie takie ważne. W każdym razie pomagały jej utrzymać równowagę ducha po 

ś

mierci Grigorija. 

-  Jedyne,  czego  jestem  całkiem  pewna  -  dodała  z  westchnieniem  -  to  to,  że  Raija 

ucieszy się, kiedy mnie znowu zobaczy. Nie wiem, czy wybaczy mi, ale potrafi zrozumieć. 

Anastas usiadł. 

Pokój, który zajmowali, ciągle wydawał im się obcy. Umeblowany cudzymi rękami. 

Niczego  sami  tu  nie  wstawili.  Dostali  wiele  ubrań,  ale  poza  tym  w  dniu  ich  wyjazdu  dom 

wyglądał tak samo jak wtedy, kiedy tu przybyli. 

Nic się w nim nie zmieniło, chociaż mieszkali tu przez rok. 

W drogę zamierzali zabrać tylko niewielki bagaż. 

- Czy myślisz czasem, żeby do niego wrócić? Do męża? 

Antonia  skrzyżowała  ręce,  jakby  się  chciała  przed  czymś  obronić.  Objęła  dłońmi 

ramiona. 

background image

- Do Olega? - spytała. Czy potrafiłaby? Czy Oleg mógłby jej wybaczyć? Czy mógłby 

ż

yć razem z nią, mając świadomość, że był taki mężczyzna, którego kochała bardziej nawet 

niż siebie samą i który wkradł się między nich? 

Czy ona mogłaby żyć z Olegiem po latach spędzonych z Grigorijem? 

Nie zastanawiała się nad tym. Być może unikała podobnych myśli. 

- Chyba nie - odparła wreszcie. - Ale konie są moje. Spośród niewielu rzeczy, które 

posiadałam, chyba jedynie ich zwrotu mam prawo się domagać. - Uśmiechnęła się zmęczona. 

- A może nawet tego mi nie wolno. Ale jeżeli nie wrócę, nigdy się nie dowiem, prawda? 

Ogarnął ją niepokój. Nie mogła dłużej usiedzieć na miejscu, dreptała z kąta w kąt, jej 

ręce poruszały się niespokojnie. 

- Chcę znowu zobaczyć Olgę - powiedziała, odwracając się plecami do Anastasa. - Nie 

mam  do  tego  żadnego  prawa,  ponieważ  zostawiłam  ją.  Zostawiłam  moje  dziecko.  Gdybym 

mogła, zabrałabym ją ze sobą. Teraz rozumiem, że dobrze się stało, jak się stało. Po jakimś 

czasie wszystko nabiera wyrazistości, Anastas. Myślisz, że ktoś tym wszystkim kieruje? Ktoś 

poza nami? Czasami się nad tym zastanawiam. Jest wiele spraw, które w niezwykły sposób 

się  ze  sobą  wiążą,  chociaż  nikt  by  się  tego  nie  spodziewał,  bo  to  się  kłóci  ze  zdrowym 

rozsądkiem,  Anastas.  Bardzo  chciałabym  znowu  zobaczyć  Olgę.  Ona  mnie  chyba  już  nie 

pamięta. Dlaczego miałaby pamiętać? Zostawiłam ją, zdradziłam. Czy ty pamiętałbyś matkę, 

która by cię tak wcześnie opuściła? 

- Jesteś dla siebie zbyt surowa, Antoniu. Anastas nie odpowiedział na jej pytania. Na 

takie pytania nie można odpowiedzieć. 

- Dziecko może się czuć opuszczone przez rodziców również wtedy, gdy są przy nim - 

rzekł  cicho.  -  W  wielu  domach  panuje  chłód,  Toniu,  brak  zrozumienia.  Można  zdradzić 

dziecko na wiele innych sposobów, nie tylko wtedy, gdy się je opuszcza. 

- Ale ja wyjechałam! - Antonia oparła ręce na biodrach. 

Anastas na zawsze zapamięta ten jej gest, tak dla niej typowy. 

- To, że inni zdradzają w inny sposób, nie pomaga mi wcale usprawiedliwiać własnej 

zdrady. Nie wobec Olgi! 

- Ani wobec Antonii - dorzucił Anastas, pozwalając jej wytrzeć łzy w swój rękaw. 

Pogładził ją po głowie. 

-  Najsurowszym  sędzią,  którego  kiedykolwiek  spotkałaś,  jesteś  ty  sama,  Antoniu 

Jurkowa.  Nikt  inny  nie  osądziłby  cię  równie  bezlitośnie.  Nie  wydaje  mi  się,  by  Olga  tak  o 

tobie myślała, kiedy dorośnie na tyle, by zrozumieć. Teraz spotkasz dziecko, które być może 

cię nie pamięta. Po jakimś czasie twoja córka stanie się kobietą. Zakocha się. I zrozumie. 

background image

-  Może  mimo  wszystko  moglibyśmy  razem  jeździć  po  kraju  i  ujeżdżać  konie  - 

pociągnęła nosem Antonia. - Po odwiedzinach w Archangielsku... 

-  Dobrze,  jeśli  nadal  będziesz  tego  chciała,  kiedy  przekonasz  się,  co  tam  słychać  - 

rzekł poważnie. - Czuję się za ciebie odpowiedzialny, bo jesteś dla mnie jak siostra. Muszę 

mieć pewność, że dobrze ci się układa. 

Antonia  roześmiała  się  przez  łzy.  Tyle  trosk,  które  zbierały  się  jak  czarne  chmury. 

Potargała Anastasa po ciemnej czuprynie. 

-  Ty?  Niby  za  mnie  odpowiedzialny?  -  Odsunęła  się  od  niego.  Znowu  ogarnął  ją 

niepokój,  znowu  zaczęła  wędrować  tam  i  z  powrotem,  brać  do  ręki  i  odkładać  różne 

przedmioty.  -  Jestem  już  duża,  Anastas,  wystarczająco  duża,  by  sama  o  siebie  zadbać.  Od 

dawna  decyduję  o  sobie.  Możesz  pojechać  ze  mną  jako  przyjaciel.  Ale  jeżeli  chcesz  mi 

towarzyszyć, bo uważasz, że musisz mnie pilnować, możesz z powodzeniem zboczyć gdzieś 

po drodze. 

-  Do  Archangielska  jest  daleko  -  zauważył  Anastas.  Przemierzył  sporą  część  tego 

kraju, który uważał za swoją ojczyznę, by wiedzieć, że jest bezkresny. 

Tonią również zaczynała to rozumieć. 

Gdy  mieszkała  w  Archangielsku,  stara  stolica,  Moskwa,  wydawała  jej  się  daleka. 

Jednak  to,  co  działo  się  tam,  na  południu,  zawsze  odbijało  się  na  ludziach  z  najdalszych 

zakątków kraju. Z kolei to, co działo się w najodleglejszych zakątkach Rosji, nie miało zbyt 

wielkiego wpływu na sytuację w mieście, w którym historia pozostawiła głębokie ślady. 

Archangielsk  znajdował  się  bardzo  daleko  od  Moskwy,  ale  nikt  w  Moskwie  nie 

pojmował, że odległość między dawną stolicą a Archangielskiem jest co najmniej dwa razy 

większa niż w przeciwnym kierunku. 

Tego nie dało się zmierzyć. 

Antonia po prostu o tym wiedziała. 

-  Czy  zastanawiasz  się  czasami,  co  mogłoby  się  z  nami  stać,  gdyby  nie  zjawili  się 

ż

ołnierze? - spytała. 

-  Może  znaleźlibyśmy  się  w  gorszym  położeniu  -  odrzekł  Anastas.  Zamyślił  się,  a 

potem dodał: - Nie wiem, czy naprawdę chciałbym zabrać z sobą Kati. 

Był tak boleśnie szczery. Mimo że Kati tragicznie zginęła, nadal widział ją taką, jaka 

była.  Być  może  nawet  jeszcze  wyraźniej,  ponieważ  miał  odwagę  spojrzeć  w  oczy  temu 

wszystkiemu,  czego  nie  chciał  przedtem  dostrzegać.  Zrozumiał,  do  czego  chciano  go 

wykorzystać. 

background image

-  Może  tak  jak  Grigorij  już  bym  nie  żyła  -  odezwała  się  cicho  Antonia.  -  Czciciele 

Jumali  nie  lubili  zbytnio  obcych.  Myślę,  że  jako  obcy  za  dużo  wiedzieliśmy  i 

podejrzewaliśmy.  Chyba  nie  mogliby  już  nas  puścić  wolno.  Albo  zmusiliby  nas  do 

nawrócenia się na ich wiarę, albo musieliby nas zabić. 

- Widziałem wśród nich również ludzi takich jak my - przypomniał jej Anastas. - Ty 

zapamiętałaś  Judina  i  Glikerię.  Strażników.  Lecz  oni  należeli  do  wtajemniczonych,  do 

najbliższego kręgu. Zależało im na tym, by oddawano cześć Jumali. Czerpali z tego korzyści. 

Ale  pamiętaj,  że  konie  kupiliśmy  od  całkiem  zwyczajnych  ludzi,  w  wioskach  także 

spotykaliśmy  zwyczajnych  ludzi...  Wyrośli  w  wierze  w  złotą  boginię,  nie  zastanawiając  się 

nad tym, nawet nie dokonując wyboru. Ta wiara była cząstką tradycji ich ludu, ich samych... 

Antonia nie mogła się z tym pogodzić, nie chciała myśleć ciepło o tych ludziach, nie 

chciała dostrzegać w nich dobrych stron. 

-  Ty  też  się  za  nich  nie  modliłeś  -  zauważyła.  -  Bez  zająknięcia  opowiedziałeś 

wszystko, co o nich wiedziałeś. 

-  Oni  zabili  prawdziwą  Kati  -  odparł.  -  Trzeba  ich  powstrzymać,  zanim  wychowają 

więcej takich dziewcząt jak ona. Zwłaszcza tych wtajemniczonych, najbardziej gorliwych w 

swej wierze... 

- Groźni są nie tylko szamani - westchnęła Antonia. - Myślę, że twoi zwyczajni ludzie 

broniliby bogini nie mniej zaciekle. Poświęciliby dla niej wszystko, ofiarowali ostatni grosz, 

walczyli w jej obronie z narażeniem życia. Nawet gdyby zniknęli wszyscy szamani, dopóki 

istnieje Jumala, oni będą wierzyć. Potrzebują jej. Czy mają coś innego? 

Anastas nie potrafił odpowiedzieć. 

Ten złoty posążek z zamierzchłych czasów także ich dwoje będzie prześladować jak 

jakiś koszmar. Nie zapomną o niej, zostali przez nią naznaczeni, oni także. 

- Czy mówiłem już, że komendant zamierza ci ofiarować prezent? - Anastas. spojrzał 

pytająco na Antonię. 

Potrząsnęła głową. 

- Prezent? Uśmiechnął się szeroko. Odsunął myśli o Jumali, odsunął myśli o jej ludzie. 

Starał  się  też  uciec  od  Kati.  Od  bólu.  Zdołał  się  uśmiechnąć,  chociaż  czuł  pustkę,  chociaż 

przepełniał go ból. 

- Komendant cię lubi - zauważył zaczepnie. 

To  prawda.  Komendant  był  żonatym  mężczyzną  po  czterdziestce,  ojcem  gromadki 

dzieci, lecz to wcale nie przeszkadzało mu rzucać tęsknych spojrzeń za innymi kobietami. Nie 

background image

przeszkadzało mu też w umizgach do Antonii, na które sobie pozwalał od pierwszej chwili, 

kiedy ją ujrzał. 

Oczarowały  go  jej  ciemne  loki  i  uśmiech,  a  przede  wszystkim  niepowtarzalny, 

dźwięczny głos. 

Nigdy  wcześniej  nie  spotkał  kobiety  takiej  jak  ona.  Jak  wyznał  Antonii,  jego  żona 

również czasami mu się sprzeciwiała, ale nie w taki słodki i uroczy sposób. Mimochodem dał 

Antonii  do  zrozumienia,  że  taka  kobieta  jak  ona  mogłaby  otrzymać  o  wiele  więcej  od 

starszego  i  bardziej  doświadczonego  mężczyzny  niż  od  takiego  młokosa  jak  Anastas. 

Przyznawał, że Anastas jest przystojny i ma mnóstwo młodzieńczej energii i siły, ale soki w 

starych drzewach krążą równie szybko, zapewniał w zaufaniu. 

Wzdychał  do  Antonii,  tego  nie  mogła  mu  zabronić,  choć  stanowczo  odrzucała  jego 

starania. On jednak nie rezygnował. Wciąż zabiegał o jej względy. 

Antonię śmieszyły poczynania oficera. Anastas dworował sobie z komendanta; długo 

udawał  zazdrosnego  kochanka  i  nawet  dał  rzekomemu  rywalowi  do  zrozumienia,  że  gotów 

jest  posunąć  się  do  rękoczynów.  Komendant  się  wystraszył  -  bójka  o  kobietę  uwłaczałaby 

wszak mężczyźnie z jego pozycją. 

Chwalił się Antonii, że cieszy się sympatią carycy Elżbiety. A wszyscy wiedzieli, że 

na jej dworze faworyci obdarzani są wieloma przywilejami. 

W jakich okolicznościach komendant spotkał carycę, gdzie i czy to się stało przed, czy 

po objęciu przez nią tronu, tego Antonia się nie dowiedziała. Dyskretny komendant nie był 

skory do ujawniania wszystkich szczegółów. Powiedział, że o pewnych sprawach nie można 

mówić zbyt głośno. Caryca ma wrogów nawet we własnej armii, a są nimi przeciwnicy wojny 

przeciwko Szwecji. 

Tak więc Antonia nie nalegała i z powagą zapewniła, że wcale się nie dziwi, iż caryca 

darzy względami tak wiele znaczącego i zdolnego mężczyznę, jakim jest komendant. 

-  Nie  powinnam  flirtować  z  tym  starym  dziadem  -  westchnęła.  -  Jeśli  stąd  wyjadę, 

uwolnię się przynajmniej od jego oddechu na karku. Nie ma tego złego, co by na dobre nie 

wyszło! 

- Są też pewne korzyści z tego, że biega za tobą, aż mu ślina cieknie z kącików ust - 

rzekł Anastas bez cienia szacunku dla komendanta. - Jego żona nareszcie nie jest brzemienna. 

Na pewno się z tego cieszy, bo od kiedy się pobrali, rodziła co roku. 

Antonia jęknęła zgorszona. 

- Nie pojmuję, co za myśli ci krążą po głowie! Czy to Grigorij cię tego nauczył, czy 

też to kwestia twego starannego wychowania? 

background image

-  Jest  jeszcze  jedna  dobra  strona  -  mówił  dalej  Anastas  bez  mrugnięcia  okiem.  Nie 

zamierzał  odpowiadać  na  tego  typu  pytania,  nie  traktował  ich  poważnie.  -  Ofiaruje  ci  tego 

wspaniałego skoczka. Tego czarnego. 

Antonii zakręciło się w głowie. 

- Chyba nie tę klacz... której sama wybrałam imię? Anastas skinął głową. 

-  Już  mnie  pytał,  ten  stary  świntuch.  Podszedł  do  mnie.  Ślinił  się,  więc  od  razu 

odgadłem,  że  chodzi  mu  o  ciebie.  Spytał  mnie,  czy  miałbym  coś  przeciwko  temu,  żeby 

podarował ci konia... żeby dał ci Carycę. Przełknąłem ciężko i podziękowałem w twoim imie-

niu. Wspanialszego zwierzęcia nie znajdziesz po tej stronie Uralu, dziewczyno! 

-  Nie  mogę  przyjąć  takiego  podarunku!  -  rzekła.  Niewiele  brakowało,  a  jej  także 

pociekłaby ślinka. 

-  To  nie  jego  koń  -  zauważył  Anastas  sucho.  -  Pozwól,  by  ci  go  dał.  Caryca  będzie 

miała lepiej u ciebie. Czy  nie wiesz, jak się biedaczka czuje,  gdy ten  grubas posadzi na jej 

grzbiecie swój tyłek, obserwując bitwę ze wzgórza? 

- Jesteś złośliwy! Wzruszył ramionami. 

-  Los mnie nie oszczędzał - rzekł żałosnym  głosem. - Gdybyś znała moje życie, nie 

oceniałabyś mnie tak ostro, moja piękna. Miałem ciężkie życie... - Głos Anastasa zadrżał jak 

zawsze, kiedy dochodził do tego momentu przedstawienia. To jeszcze jeden z ich wspólnych 

ż

artów. - Musiałem szybko myśleć i brać to, co mi proponowano. Nie mogłem zadawać wielu 

pytań, to mogło być niebezpieczne. Widziałem chciwe dłonie, Toniu, niewiarygodnie chciwe. 

I  to  mnie  zahartowało.  Nie  boję  się  życia.  Nie  boję  się  rzucać  w  nieznane!  Ale  jest  też  we 

mnie wiele czułości. 

Antonia  za  każdym  razem  śmiała  się  równie  serdecznie.  Tym  razem  także  Anastas 

zdołał ją rozbawić. Ten chłopak był naprawdę zdolny! 

Rozległo się pukanie. Nie zdążyli odpowiedzieć, kiedy do pokoju władczym krokiem 

wszedł komendant. 

Stanął w drzwiach. Popatrzył na oboje, lecz potem przeniósł wzrok na Antonię. 

- Mam dla was dobrą wiadomość - odezwał się. - Przygotowaliśmy prawdziwy prezent 

pożegnalny. 

Anastas mrugnął porozumiewawczo do Antonii. Teraz powie o klaczy! 

-  Pojedziecie  z  naszymi  ludźmi  i  jeszcze  z  paroma  mnichami,  udającymi  się  do 

klasztorów na północy. Jest wśród nich przeor. A duchowni przywiązują wagę do pewnych 

form. Myślę, że jeśli będą zmuszeni podróżować z parą, która całkiem jawnie żyje w grzechu, 

mogą  się  zgorszyć.  Wymyśliliśmy  zatem  drobne  kłamstwo  dla  dobrotliwego  ojczulka. 

background image

Antonia, moja śliczna, postaraliśmy się o dokumenty dla ciebie, na mocy których uzyskujesz 

rozwód  ze  swoim  mężem.  Duchowny  czeka,  wszyscy  czekają.  Urządzimy  wam  ślub,  moje 

dzieci! 

background image

Znowu  w  oderwaniu  od  rzeczywistości.  To  jakiś  obłęd.  Antonia  odnosiła  wrażenie, 

jakby wszystko się działo poza nią. Przez cały czas nie dawała jej spokoju myśl, że z pozoru 

jowialny komendant z nich zadrwił. Wiedział, że skłamali, i postanowił ich za to ukarać. 

Obłęd. 

To chyba nie dzieje się naprawdę. 

Jednak Antonia była pewna, że nie śni. Wszystkie zmysły pozostały czujne. Widziała, 

słyszała, czuła zapachy, dotyk Anastasa, który stał obok. Miała na sobie swoją najładniejszą 

sukienkę, lecz pod spód włożyła wysokie buty do jazdy konnej, tak jak lubił komendant. 

Poznała po swym okrągłym zalotniku, że czuł się kimś pomiędzy Piotrem Wielkim a 

Panem  Bogiem.  Myślał  pewnie,  że  jako  wyraźnie  odtrącony  adorator  okazał  niezwykłą 

wspaniałomyślność - wszystko to przygotował dla niej, Antonii. 

-  Przybędziesz  do  Archangielska  jako  przyzwoita  kobieta  -  rzekł  poważnie.  Nawet 

uronił łzę podczas ceremonii. 

Antonia sama była bliska płaczu. 

- Przekażę papiery samemu gubernatorowi - obiecał. - Mój kapitan dostarczy je zaraz 

po  przyjeździe  do  miasta.  Jeżeli  twój  mąż  jeszcze  żyje,  dowie  się,  że  wasze  małżeństwo 

wobec prawa i kościoła zostało rozwiązane. 

- Jak ci się to udało? - syknęła, blada i bezsilna. 

- Jestem człowiekiem posiadającym niemałą władzę - odparł obłudnie słodko. 

Antonia  nie  wiedziała,  co  powiedzieć.  Oddawał  ją  formalnie  temu  młodemu 

człowiekowi, z którym, jak twierdziła, uciekła. To gest wielce wspaniałomyślny. W dodatku 

ofiarował jej klacz w prezencie ślubnym, by mogła od czegoś zacząć - opowiadała przecież o 

stajni, którą miała w Archangielsku. 

Przyjęcie trwało już długo. Przeor i zakonnicy wcześnie podziękowali i pożegnali się. 

Nie o wszystkim chcieli wiedzieć. Niemoralność nie istniała, kiedy odwracali się plecami. 

Tak było prościej. 

-  Uśmiechaj  się  -  mruknął  Anastas  do  Antonii.  -  Nasz  wspólny  przyjaciel  gotów 

pożałować  swej  decyzji,  jeżeli  będziesz  taka  smutna.  Jeszcze  się  rozmyśli,  a  może  nawet 

rozbije własne małżeństwo, by urządzić sobie z tobą wesele. Mogłaś dostać  gorszego męża 

niż ja, skoro on wybierał... 

background image

Antonia uśmiechnęła się sztywno. Nie umiała traktować tego przedstawienia z takim 

humorem jak Anastas. 

Komendant zbyt ich zaskoczył, by zdołali zaprotestować. Być może mogli odmówić, 

lecz Antonia do tej pory nie potrafiła zebrać myśli. 

Włożyła  więc  najładniejszą  sukienkę  i  zawiązała  wstążkę  Grigorija  we  włosach. 

Patrzyła,  jak  Anastas  także  wkłada  najlepszy  strój  i  przewiązuje  się  szarfą  -  prezentem 

ś

lubnym od Kati. 

Oboje rozumieli znaczenie takich drobiazgów. 

Anastas uścisnął dłoń Antonii i uśmiechnął się, pocieszając, że na pewno znajdą jakieś 

wyjście. 

Ale niewiele mogli zrobić, stojąc przed kapłanem. 

Antonia  szeptem  wypowiadała  słowa  przysięgi.  Anastas  również  mamrotał 

niewyraźnie.  W  jednej  chwili  zniknęła  cała  jego  pewność  siebie,  nie  miał  nawet  odwagi 

spojrzeć  na  Antonię.  Wydawał  się  zakłopotany,  kiedy  ją  całował  po  ceremonii  na  oczach 

wszystkich zebranych. 

Miał suche wargi i twarde dłonie. Być może pocałunek wyglądał na namiętny. Starali 

się jak mogli. Więcej nikt nie mógł od nich wymagać. 

Antonia prawie nie jadła, nie miała apetytu. Wszystko wydawało się jej tak szalone, że 

mogło być wymysłem samego nieboszczyka Judina. 

Jej odtrącony wielbiciel zdołał rzeczywiście zaskoczyć ich w ostatnim momencie. A to 

jeszcze  nie  było  wszystko.  Istniały  zwyczaje,  bez  których  nie  obyło  się  żadne  wesele. 

Zwyczaje,  które  dostarczały  rozrywki  na  każdym  przyjęciu  weselnym.  Goście  Antonii  i 

Anastasa,  z  których  większość  stanowili  mężczyźni  -  żołnierze,  hodowcy  koni,  kupcy  -  na 

pewno nie zrezygnują z takiej gratki. 

Antonia zastanawiała się, czy Anastas wiedział o tej tradycji. Nie obracał się przecież 

często w podobnym towarzystwie, nie bywał na wielu zabawach, jeżeli w ogóle brał w nich 

udział. Ufała, że nie miał o niczym pojęcia. Wystarczy, że ona boi się i denerwuje. 

Poczuła, że nienawidzi komendanta. 

Bawił się doskonale, przez jeden dzień mógł decydować o jej życiu. 

Uroczystość będzie trwała długo. Zostanie w ich pamięci na wiele lat. A potem razem 

z Anastasem wyruszą na północ. 

Nagle  powrót  do  Archangielska  wydał  się  Antonii  po  tysiąckroć  trudniejszy  niż  na 

początku. 

background image

Podejrzewała komendanta, że świetnie zdawał sobie z tego sprawę. Kto powiedział, że 

tylko kobiety są żądne zemsty? 

Ale klacz należała do niej, choć wcześniej kupowała konie po przystępniejszej cenie. 

Na przyjęciu weselnym jedzenia było w bród. A napitku jeszcze więcej. Każda okazja, 

ż

eby  się  zabawić,  wydawała  się  dobra.  Pojawili  się  śpiewacy,  wyciągnięto  instrumenty. 

Zagrano  pieśni  od  bardzo  smutnych  do  najdzikszych,  a  także  krótkie,  frywolne  piosenki. 

Atmosfera robiła się coraz bardziej gorąca. Mężczyźni odważnie zaczęli tańczyć kozaka, choć 

wielu z nich niezbyt pewnie trzymało się na nogach po wypiciu zbyt dużej ilości wódki. Po 

tym występie niektórzy stracili nieco wcześniejszego animuszu. 

Potem wyciągnęli do tańca kobiety. Obracali nimi pod ciemniejącym niebem. Ogniska 

i pochodnie rzucały niezwykłe czerwone światło na plac między żołnierskimi koszarami. 

Nikt nie zamierzał iść do domu. Zwykle wesele trwało przynajmniej trzy dni. Nie było 

powodu, by tym razem stało się inaczej. 

Antonia  źle  się  czuła.  Chciało  jej  się  wymiotować  i  płakać.  Wokół  rozbrzmiewał 

ś

miech i zabawa, a ona miała ochotę pójść stąd jak najdalej! 

Jednak nie mogła. 

Nie mogła tego zrobić, nie niszcząc samej siebie. 

Boże, jak nie znosiła, gdy ktoś decydował o jej życiu! Jakże nie znosiła przytakiwać i 

zgadzać się bez słowa! Nie cierpiała, gdy ktoś za nią decydował, co jest dla niej najlepsze! 

Uśmiechała  się.  Uśmiechała  się,  aż  bolały  ją  szczęki.  Wewnątrz  czuła  pustkę,  była 

wypalona i zmęczona. 

To chyba jakiś okrutny żart. Sen. To nie dzieje się naprawdę. Tak, to tylko sen! 

-  Tańczyć!  Tańczyć!  Tańczyć!  -  usłyszała  rytmiczne  skandowanie.  -  Chcemy 

zobaczyć, jak para młoda tańczy! 

Wokół  Antonii  powstał  szum.  Przez  moment  poczuła  się  zdezorientowana.  Nie 

całkiem rozumiała, kogo ci ludzie mają na myśli. Po chwili domyśliła się, że chodzi o nią. 

To na nią i Anastasa czekają. 

Na młodą parę! 

Cały ten ślub to tylko wielki żart! 

Gdyby wiedzieli o tym ci ludzie, którzy wołali zgodnym chórem! Wtedy ich śmiech 

brzmiałby inaczej. 

Teraz domagali się tańca. 

Anastas wstał - jeden kącik jego ust lekko uniósł się ku górze, oczy się śmiały. Co za 

niezwykły chłopak. Mężczyzna... 

background image

Przyjaciel. 

Pomógł Antonii wstać. Nie była pewna, czy nogi nie odmówią jej posłuszeństwa. 

Czy  w  ogóle  jadła  coś  w  ciągu  dnia?  Trochę  rano.  Nie  może  jednak  teraz  upaść. 

Gotowi pomyśleć, że jest w ciąży. 

Antonia omal nie parsknęła śmiechem, ale się opanowała. Na jej twarzy pojawiła się 

jednak  wesołość,  oczy  nabrały  życia.  Niech  to  sobie  tłumaczą,  jak  chcą.  Mogą  uważać,  że 

promienieje szczęściem. 

Oboje znaleźli się na środku placu, gdzie panował półmrok. Światła umieszczono na 

skraju i nie oświetlały dobrze środka. Tu królował cień. Antonię bardzo to cieszyło. 

Wszyscy goście ustawili się wokół, tworząc krąg. 

Anastas podtrzymywał ją. Objęła go. Nigdy by nie uwierzyła, że życie każe jej zagrać 

taką rolę. 

Nastrój wyczekiwania narastał. Muzykanci zaczęli od spokojnej muzyki. 

Anastas uśmiechał się - ciepło i szeroko, ale też trochę smutno. Z troską. 

- Zawsze w tańcu byłaś motylem, Antoniu. Tańczyłaś już ze mną nie raz i nic złego ci 

się nie stało. Pokażemy im, jak tańczy para młoda? 

Tak niewiele brakowało, by podjęła wyzwanie. Musiała pokazać, co potrafi. 

Z początku poruszali się miękko i powoli. Udawali uczucia, które w obojgu umarły, 

które oboje pogrzebali. Które mogli wydobyć nie dla siebie nawzajem, lecz dla innych, którzy 

znaczyli więcej. 

W  Antonii  tliło  się  wiele  ognia...  Jej  policzki  rozgrzały  się,  skóra  zapłonęła.  Oczy 

ciskały błyskawice. 

Anastas  uśmiechał  się  zachęcająco.  Antonia  nie  spodziewała  się,  że  jest  w  nim  tyle 

ż

aru.  Zawsze  wydawał  się  taki  rozsądny  i  opanowany.  Chociaż  wiedziała  również,  że  był 

gotów  umrzeć  dla  Kati.  Nie  powinna  być  zaskoczona  jego  żywiołowością,  która  rosła  w 

miarę, jak muzyka stawała się coraz bardziej skoczna. 

Wokół  rozlegało  się  rytmiczne  klaskanie.  Stopy  tupały  w  takt  muzyki.  Wielu  gości 

pewnie zapiekło w podeszwach. Ludzie nucili, zebrani w krąg. 

Stopniowo coraz więcej biesiadników włączało się do tańca. Plac, który wydawał się 

tak duży, zapełnił się. Wokół Antonii i Anastasa zrobiło się ciasno. Cieplej. Muzyka stała się 

odrobinę powolniejsza, za to bardziej namiętna. 

Mężczyźni  zaczęli  tańczyć  odbijanego.  Po  kilku  obrotach  z  partnerką  pozwalali  jej 

przechodzić w ramiona innego. 

Antonia i Anastas również nie mogli tego uniknąć. 

background image

- To wymówka, by zatańczyć z panną młodą - uśmiechnął się Anastas, wypuszczając z 

rąk Antonię. 

Antonia  zmieniała  w  tańcu  partnerów.  Niektórzy  z  nich  nie  mogli  zapanować  nad 

rękami. Skutecznie studziła ich zapędy, depcząc im po stopach. Nie sądziła, by z tego powodu 

zyskała sławę kiepskiej tancerki. Mężczyźni o tym nie mówią. 

Wszystko  wokół  wirowało.  Obejmowały  ją  wciąż  inne  ręce.  Pozwalała  się 

obejmować, pozwalała mężczyznom odczuwać radość, że ją prowadzą, pozwalała czasem na 

ukradkowe uściski, ale  miała dość siły, by sprzeciwić się większej poufałości. Od czasu do 

czasu dostrzegała w tłumie Anastasa, obejmującego w tańcu którąś z żon oficerów lub mniej 

dostojnych pań. 

Puścił do Antonii oczko i przesłał pocałunek. Dobrze grał swoją rolę. 

Po chwili znowu zniknął. 

To  szaleństwo.  Wszystko  wydawało  się  szaleństwem,  jak  choćby  ten  chaotyczny 

taniec,  w  którym  wszystko  było  przypadkowe.  Przekazywano  sobie  Antonię  z  rąk  do  rąk, 

krążyła tak bez celu. 

Wypaliło  się  wiele  pochodni,  zanim  muzyka  zaczęła  cichnąć.  Cienie  zlewały  się  w 

jedno  z  nocą.  Antonia  odchyliła  głowę  do  tyłu  i  spojrzała  w  górę  ku  niebu.  Zobaczyła 

gwiazdy. Zastanowiła się, co też sobie myślą o jej nieszczęściu. 

Lał się z niej pot, stopy piekły. Nie była pewna, czy jej buty mają jeszcze podeszwy. 

Kręciło jej się w głowie. Nagle poczuła, że ktoś chwycił ją wpół inaczej niż pozostali - 

mocno i bez pożądliwości. Po prostu ją trzymał. 

Anastas. 

Uśmiechał się szeroko. 

- Poradziłaś sobie, co? Wkoło pewnie wiele obolałych palców... 

-  Widziałeś?  Spokojnie  prowadził  ją  w  tańcu.  Miną,  sposobem,  w  jaki  ją  trzymał, 

dawał do zrozumienia innym tancerzom, że nie zamierza jej już nikomu odstąpić. Odbijany 

się skończył. 

-  Musiałem  patrzeć,  czy  nie  trzeba  ci  wsparcia.  Okazałbym  się  kiepskim  panem 

młodym, gdybym pozwolił innym zbytnio się spoufalać z moją żoną... 

Uśmiechnął się. 

-  Łatwo  ci  się  śmiać  -  westchnęła  i  oparła  głowę  na  jego  ramieniu.  -  Czy  twoje 

partnerki były równie natarczywe? 

- Wiele można powiedzieć grą ciała - odrzekł sucho, niemal z odrazą. - Niektóre były 

bardzo chętne do takich rozmów, ale okazałem się od nich silniejszy... 

background image

Antonia  nie  mogła  się  nie  uśmiechnąć.  Dobrze,  że  potrafiła  się  śmiać.  Przynajmniej 

nie płakała nad sobą. 

- Wkrótce tym, co tańczą, i tym, co grają, zachce się pić - rzekł cicho. - Może uda się 

nam wymknąć? 

- Wierzysz w to? - mruknęła Antonia. 

Anastas jednak chyba tego nie dosłyszał, ponieważ tańczył dalej, nic nie mówiąc. Nie 

było łatwo prowadzić rozmowę wśród zgiełku i wrzawy tańczących, którzy lepiej lub gorzej 

trzymali się na nogach. Cały czas ktoś ich trącał i popychał na innych. Antonia czuła ból w 

całym ciele. 

Wreszcie muzyka ucichła i rozległy się śpiewy. 

Anastas wyprowadził Antonię z placu. 

Przyniósł chleb. Kruszył go do letniego rosołu. Zmusił Antonię do jedzenia. 

- Zemdlejesz, jeśli nic nie zjesz, dziewczyno! - W jego oczach krył się smutek. 

Antonia  potrząsnęła  głową.  Jedzenie  nie  kusiło  jej,  raczej  odpychało.  Przed  oczami 

wirowały  jej  plamy  -  niezwykłe  barwne  kule,  które  tańczyły  zgrabniej  niż  niektórzy  z 

oficerów. 

- Masz słuchać swego męża! - rzekł Anastas stanowczo. Wsunął jej kawałek chleba w 

usta, kiedy je otworzyła, żeby odpowiedzieć. 

Przeżuła i połknęła. Bolał ją żołądek. Czuła mdłości. 

-  Muszę  czymś  popić  -  wykrztusiła.  Niechętnie  zjadła  jeszcze  trochę  chleba.  Nie 

mogła przełknąć nic innego, bo miała wrażenie, że zwymiotuje. 

- Coś do picia dla panny młodej! - zawołano. Ktoś przysunął jej do ust kubek, który 

pojawił się znikąd. Wypiła. 

W gardle zapiekło jak ogień, ale zamknęła oczy i przełknęła. 

Dawno nie wypiła na raz takiej ilości wódki, chociaż kiedyś, gdy była wesołą Antonią, 

która tańczyła na stołach, nie wylewała za kołnierz. 

Nie ugasiła pragnienia, ale poprawił jej się nastrój. 

Muszę  być  trzeźwa!  przebiegło  jej  przez  głowę.  Nie  pamiętała,  dlaczego,  wiedziała 

tylko, że to ważne. 

-  Wody  -  rzekła  z  naciskiem  i  spojrzała  po  zebranych  wokół.  Wydawali  się  jakby 

bardziej wyraźni. 

- Nie dostałaś nic do picia? - spytał Anastas. 

-  Dostałam,  wódkę  -  odparła  Antonia  z  uśmiechem.  Śmieszyła  ją  zdumiona  twarz 

Anastasa. 

background image

Spojrzał najpierw na nią, potem na kubek. Starał się odnaleźć tego, który podał Toni 

trunek,  ale  tamten  zniknął  w  tłumie.  Wokół  zobaczył  tylko  krąg  pełnych  wyczekiwania 

twarzy,  na  których  widniały  pogardliwe  uśmiechy,  ale  i  pewnego  rodzaju  podziw.  Ci 

mężczyźni  nieczęsto  spotykali  kobiety,  które  bez  skrzywienia  wypijały  taką  ilość  wódki 

jednym  haustem.  A  w  każdym  razie  nie  tego  pokroju,  co  Antonia  -  ona  nie  należała  do 

dziewcząt lekkich obyczajów. 

- Jeżeli ktoś ma polewać mojej żonie, to tylko ja! - zawołał gniewnie Anastas. Zacisnął 

dłonie, jedna z nich spoczęła na rękojeści noża. 

Antonia  podziwiała  go  za  to,  że  nawet  w  chwili  silnego  wzburzenia  nie  stracił 

przytomności umysłu i nazwał ją „swoją żoną”. 

- To tylko żart - zapewnił ktoś z tłumu. - Zwykły żart. Ależ ona może wypić! 

Rozległ się śmiech pełen uznania. 

-  Niech  nikt  nie  waży  się  tego  powtórzyć!  -  rzucił  Anastas,  ciągle  zły.  -  Prosiła  o 

wodę. Potraktuję nożem każdego, kto ośmieli się podać jej coś innego! 

Widać było, że nie żartuje. 

Kubek  Antonii  napełniono  wodą.  Zanim  zdążyła  go  chwycić,  Anastas  ją  uprzedził. 

Przysunął naczynie do ust i upił trochę, zanim jej podał. 

Wokół zapadła cisza. 

- Może i wy powinniście się czegoś napić - zaproponował po chwili przyjaźnie. Usiadł 

uspokojony i tylko lekko poklepał nóż. 

Mężczyźni  ochoczo  podchwycili  propozycję.  Zniknęli.  Atmosfera  została 

rozładowana.  Nikt  właściwie  nie  czuł  się  obrażony.  Na  wszystkich  weselach  muszą  być 

chwile  napięcia,  ktoś  musi  chwycić  za  nóż,  musi  zawrzeć.  Coś  musi  przyspieszyć  krążenie 

krwi. 

Nie stało się nic takiego, to właściwie nic nie znaczący drobiazg. 

- Jesteś już wystarczająco dorosła, by wiedzieć, że nie powinnaś pić na pusty żołądek - 

syknął Anastas przez zęby. - Skończy się tym, że dostaniesz torsji, moja droga. 

-  Musiałabym  wypić  dużo  więcej  -  odparła  Antonia.  Czuła  się  zmęczona.  Alkohol 

palił ją w żołądku, ale nie zamierzała przyznawać się do tego Anastasowi. Opróżniła kubek 

do dna, żeby pokazać im wszystkim, że nie pozwoli się zaskoczyć. Może głupio się zacho-

wała.  Anastas  miał  rację,  była  wystarczająco  dorosła,  by  wiedzieć,  czym  to  się  może 

skończyć... 

background image

Antonia  przełknęła.  Anastas  powinien  wkrótce  zrozumieć,  dlaczego  potrzebowała 

takiego wzmocnienia. Być może sam by wtedy nie odmówił. Powinna go ostrzec, ale nie była 

w stanie. 

Sama myśl o tym wprawiała ją w zakłopotanie. 

Najwyraźniej  Anastas  o  niczym  nie  wiedział,  najwyraźniej  trwał  w  błogiej 

nieświadomości. 

Wmusił w nią jeszcze trochę chleba. Przełknęła raczej z rozsądku. Może dzięki temu 

przestanie  jej  szumieć  w  głowie.  Przez  moment  zastanowiła  się,  czy  nie  powinna  wypić 

więcej wódki, żeby naprawdę ścięło ją z nóg. 

Ale to niczego nie rozwiąże. 

Musi zachować trzeźwość. Przynajmniej Anastasowi jest to winna. 

Na placu, bliżej środka, ustawiono pochodnie. Nowe pochodnie, które długo się będą 

paliły. 

Antonii zaschło w gardle. 

- Zrobiło się ciemno - zauważył Anastas. - Ale chyba nie zamierzają więcej tańczyć. 

Przecież to już noc. 

Antonia nie odpowiedziała. 

Wiedziała, co szykują. 

Przyszli, niosąc żerdzie. Towarzyszyły im głośne śmiechy, wymowne spojrzenia. 

Anastas wreszcie zrozumiał. 

Popatrzył na Antonię badawczo. W jego oczach czaił się strach. 

- Na coś się zanosi - stwierdził. 

-  Można  tak  powiedzieć  -  odparła  Antonia.  Mężczyźni  przynieśli  pokrycie  namiotu. 

Umocowali żerdzie w ziemi, zarzucili na nie białe płótno. 

Następnie przynieśli koce, ułożyli je w środku, starannie przykryli ziemię. Sprawdzili, 

czy posłanie jest wystarczająco miękkie. 

Potem wycofali się. Wokół rozlegał się śmiech. 

- Co to ma znaczyć, do diabła? - denerwował się Anastas. - Czy coś z tego rozumiesz, 

Tonią? 

- To stary zwyczaj stajennych - wyjaśniła łagodnie. - Wygląda na to, że i żołnierze go 

pielęgnują. Czy nigdy nie byłeś na weselu, Anastas? 

Pokręcił głową. 

-  Z  wyjątkiem  mego  własnego  -  odparł.  -  Nie  zdążyliśmy  nawet  zacząć  zabawy. 

Uśmiechnął się gorzko i ponownie spojrzał na namiot na środku placu. 

background image

Mężczyźni rozpalili w środku pochodnie. Cienkie płótno lekko powiewało na wietrze. 

Cicho  grała  muzyka.  W  powietrzu  unosiło  się  żałosne  brzmienie  strun.  Urokliwe, 

kuszące... 

- Zwykli ludzie zabawiają się na różne sposoby. Możni panowie nawet nie wiedzą, co 

tracą - rzekła ciężko Antonia. - Otóż na weselu należy zadbać o to, by młoda para stała się 

prawdziwym małżeństwem. W niektórych stronach goście rozbierają młodych, zanim zamkną 

ich  w  sypialni.  Gdzie  indziej  zabierają  prześcieradło  z  dowodem  utraty  cnoty  przez  pannę 

młodą. A jeszcze inni przygotowują coś takiego. 

Skinęła głową w stronę namiotu. 

- To dla nas, Anastas. 

Przełknął. W jednej chwili zrozumiał. Widział cienie przez płótno namiotu, przez dwie 

cienkie ściany przygotowanej sypialni. 

Roześmiał się, zwracając twarz ku niebu. Śmiał się tak serdecznie, że z oczu trysnęły 

mu łzy. 

Któryś z mężczyzn zadbał o to, by kubek Anastasa został napełniony po sam brzeg. 

Chłopak nie pytał, co mu dają. 

- Wiedziałaś przez cały czas? - spytał. Antonia skinęła głową. 

- W każdym razie obawiałam się tego. 

Objął Antonię ramieniem. Przytulił ją. Drugą ręką pogładził po policzku. 

-  Wiele  przeszliśmy  razem,  ty  i  ja,  Toniu.  Przecierpieliśmy  wiele,  żeby  tu  dotrzeć, 

prawda?  Odważyliśmy  się  na  wiele.  Napotkaliśmy  mnóstwo  niebezpieczeństw,  w  których 

mogliśmy stracić życie, a mimo to nie stchórzyliśmy. Pokonaliśmy je. Skinęła głową. 

- Czy nie sądzisz, że jesteśmy w stanie przeżyć i to? - spytał cicho i pocałował ją w 

czoło. - Nie jesteś już niewinną dziewczyną, Toniu. Miałaś w swoim życiu kilku mężczyzn. A 

i  ja  nie  żyłem  jak  mnich.  Znam  się  na  rzeczy.  Te,  które  miały  okazję  się  przekonać,  nie 

skarżyły się. Nie kochałem wszystkich kobiet, z którymi sypiałem. A ty? 

Antonia potrząsnęła głową. 

- Nie byli też przyjaciółmi - odparła. - Z kilkoma wyjątkami - dodała. 

W tej samej chwili stanęła jej przed oczami twarz Jewgienija. I Wasilija. 

Z Wasilijem nic jej nie łączyło, oboje chcieli tylko ugasić cielesne tęsknoty, wypełnić 

powstałą pustkę. 

Ś

ciśle  biorąc,  nie  znaczyli  dla  siebie  nic  więcej.  Ale  spędzili  wspólnie  miłe  chwile. 

Czekała  na  nie,  jej  skóra  żyła  pod  palcami  Wasilija.  Wyszła  mu  na  spotkanie,  zaiskrzyło 

między nimi. 

background image

Nie połączyła ich miłość, lecz chwilowe pożądanie. 

Antonia nie chciała jednak pożądać Anastasa. Nie chciała, by on jej pożądał. 

Mogłoby z tego wyniknąć coś niebezpiecznego. Nie pragnęła tego. 

Już dość wycierpiała. Wszystko, czego teraz pragnęła, to spokój. 

Nie chciała, by ożyły w niej gorące tęsknoty. 

Nie  chciała  śnić  o  żarliwej  namiętności,  o  pocałunkach,  budzących  w  jej  ciele 

pragnienia, które nie miały zostać zaspokojone. 

Grigorij umarł. 

Nie chciała już przeżywać podobnego niepokoju. 

Nie  mogła  już  więcej  dawać,  tym  bardziej  nie  przyjacielowi,  tym  bardziej  nie 

Anastasowi. 

-  Możesz  zamknąć  oczy  i  myśleć,  o  kim  chcesz  -  szepnął.  -  Ja  tak  zrobię.  Przez 

zasłonę nikt nie zobaczy, czy masz oczy otwarte, Toniu. 

On będzie myślał o Kati. 

Antonia  próbowała  przywołać  w  wyobraźni  jej  obraz:  szare  oczy  o  niezwykłej 

łagodności,  równa  grzywka  przycięta  tuż  nad  brwiami,  złocisty  kolor  włosów,  niczym 

dojrzałego zboża, ciepły uśmiech. 

A  kiedy  Anastas  otworzy  oczy,  zobaczy  ją,  Antonię,  tak  różną  od  Kati, jak  tylko  to 

możliwe. 

- Czy miałeś kogoś? - spytała nagle. - Po śmierci Kati? 

Anastas spojrzał na nią. 

- Co za pytanie? - uśmiechnął się zakłopotany. - Wiedziałem, że żony pytają o to, ale 

nie spodziewałem się tego od ciebie... 

W jej oczach nadal malowało się pytanie. 

-  Nie  -  odparł,  czując,  że  zaschło  mu  w  ustach.  Nie  patrzył  na  nią.  -  Nie  miałem 

nikogo po Kati. 

Antonia  wiedziała,  że  okazji  nadarzało  się  wiele.  W  takich  miejscach  jak  to  zawsze 

można znaleźć kobietę. Kosztuje to parę monet, ale nie tyle, by doprowadzić mężczyznę do 

ruiny. 

Ś

wiadomość, że Anastas jest ciągle wierny Kati, że trzymał się z dala od kobiet, które 

można kupić, napełniła Antonię pewnego rodzaju spokojem. 

Nie wiedziała, dlaczego, lecz nie chciała o tym myśleć. 

Kati nie żyje. 

Grigorij nie żyje. 

background image

A oni nie mają innego wyboru. 

Przed nimi jeszcze to jedno trudne zadanie. Muszą przez nie przejść, a wtedy uwolnią 

się od tych wszystkich żądnych wrażeń ludzi. Wtedy będą wolni, by znowu móc być sobą. 

Wolni, by płakać. 

background image

Goście  niecierpliwili  się.  Dla  większości  z  nich  miał  to  być  kulminacyjny  punkt 

uroczystości  weselnej.  Nawet  się  zbytnio  nie  upili,  nie  mogli  przecież  stracić  takiej  gratki. 

Potem się zabawią. 

Gdy  namiot  opadnie,  będą  mogli  zacząć  używać  na  dobre.  Potem  nie  będzie  miało 

nawet większego znaczenia, czyj to ślub. 

Ważne jednak, by małżeństwo zostało skonsumowane, by państwo młodzi spełnili ten 

obowiązek. 

Przy  głośnym  śmiechu  i  gromkich  oklaskach  młoda  para  została  zapędzona  do 

namiotu. Morze ludzi rozdzieliło się przed nimi - jak Morze Czerwone przed Mojżeszem. 

Antonia  słyszała  tylko  śmiech.  Daleko  w  tle  brzmiała  muzyka,  pełna  ognia  i 

podniecająca. 

Anastas  wypuścił  rękę  przyjaciółki.  Przytrzymał  wejście  do  namiotu  i  pozwolił 

Antonii przejść przed sobą. Poczuła muśnięcie miękkiego materiału na policzku. Znalazła się 

w środku. 

Anastas zatrzymał się na chwilę. 

-  Nie  próbujcie  tylko  wedrzeć  się  do  namiotu!  -  krzyknął  w  stronę  tłumu.  Antonia 

dosłyszała śmiech w jego głosie, ale również powagę. Nie była pewna, czy zgromadzeni na 

zewnątrz też to zauważyli. Nie traktowali Anastasa jak mężczyzny. Może nawet wątpili, że 

jest zdolny do wypełnienia małżeńskiego obowiązku. Antonia chciałaby móc powiedzieć im, 

jakim  jest  człowiekiem,  ale  nie  mogła.  -  Nasze  matki  powtarzały  nam,  że  możemy  tylko 

patrzeć,  ale  nie  dotykać!  To  obowiązuje  również  tutaj.  Szczęśliwcem,  który  może  dotykać, 

jestem tylko ja. Wszyscy inni muszą się zadowolić połowiczną przyjemnością... 

-  Czy  to  dotyczy  również  kobiet?  -  spytał  jakiś  zachrypnięty  głos,  któremu 

zawtórowały salwy śmiechu. 

-  Antonia  ma  ostre  pazurki  -  ostrzegł  Anastas.  -  Jestem  przekonany,  że  to  dotyczy 

również kobiet. Chyba że mają wystarczająco grubą skórę... 

Ś

miech wydawał się niczym ściana. 

Dotarł również do środka. 

Namiot był na tyle obszerny i wysoki, by mogli stać wyprostowani. Nawet Anastas, 

mimo że był rosły. 

Płótno namiotu powiewało. 

background image

Wyglądało jak żółte ściany - pochodnie zabarwiły je swym światłem. Gdzieniegdzie 

blask płomieni rzucał czerwonawy odcień. Sprawiały, że powstające fałdy przypominały fale 

ognia. Jak przy zachodzie słońca. 

Młodzi nie widzieli tłumów zgromadzonych na zewnątrz. Nie mogli widzieć, oślepiało 

ich światło. 

Może uda się zapomnieć, że tam są... 

Jednak  dźwięki  nie  zniknęły  -  przez  płócienne  ściany  dochodziły  głosy  i  śmiechy 

ludzi, którzy zasiedli zaledwie na wyciągnięcie ramion od kręgu pochodni. Antonia mogła ich 

niemal dostrzec - jak zbijali się w grupy, żeby możliwie najlepiej widzieć. Żeby jak najwięcej 

zobaczyć. 

Czuła wśród tej osobliwej widowni narastające napięcie. Mdliło ją. I złościło również. 

Słyszała  brzęk  kubków  wypełnionych  trunkami.  Wiedziała,  że  wędrują  z  jednej 

spoconej dłoni do drugiej. 

Muzyka zabrzmiała wyraźniej. 

Grający  też  pewnie  chcieli  zobaczyć  i  podeszli  bliżej.  Nie  chcieli  stracić  najlepszej 

części widowiska. 

Dźwięki  instrumentów  zagłuszyły  głosy.  Leniwe  rytmy  stwarzały  lepszy  nastrój  niż 

nieprzyjemny, ochrypły śmiech i rzucane półgłosem pieprzne docinki... 

Zamknąć oczy? 

Antonia nie wiedziała, czy potrafi. 

Anastas podszedł do niej. Przełknął. Uśmiechnął się ostrożnie. Wyciągnął do niej ręce, 

nie tak jednak, by jej dotknąć. 

Antonia zauważyła, że się poci. Zrozumiała, że i on się boi. Czuli się w tej klatce jak 

na wystawie. To wyjątkowo ordynarny zwyczaj. 

Na szczęście nie byli całkiem młodzi i niedoświadczeni. 

Antonii przemknęło przez myśl, że młodziutka dziewczyna musiała się panicznie bać 

tej chwili. Takie przeżycie mogło zabić małżeństwo, zanim się na dobre zaczęło. 

Antonia  chwyciła  ręce  Anastasa.  Usłyszała  szmer  dochodzący  z  zewnątrz,  zaraz 

jednak zagłuszyły go dźwięki strun. Glosy ucichły. 

- Mogę im powiedzieć, że jestem zbyt pijany - szepnął jej Anastas do ucha. 

- Wtedy nas tu przetrzymają, póki nie wytrzeźwiejesz - odparła cicho. Miała nadzieję, 

ż

e  nikt  na  zewnątrz  nie  słyszał  jej  słów.  Ludzie  nie  siedzieli  na  tyle  blisko.  W  dodatku 

muzycy  brzdąkali  im  niemal  tuż  przy  uszach.  -  Od  tego  nikt  się  nie  wymiga  -  wyjaśniła.  - 

Będą czekać tak długo, aż dostaną to, co chcą. Niezależnie od tego, ile to potrwa. I wcale nie 

background image

będą skłonni nam odpuścić, gdy bardziej sobie popiją. Słyszałam historie o tym, że stanęli z 

nożem nad panem młodym, któremu się nie udało... 

Anastas roześmiał się cicho tuż przy jej włosach. 

- Czy biedak poczuł smak noża? 

-  Powiodło  mu  się  następnej  nocy  -  szepnęła  Antonia.  -  Panna  młoda  omal  nie 

zemdlała. Nie dostali w tym czasie nic do jedzenia ani do picia. Zdążyli też po raz pierwszy w 

małżeństwie porządnie się pokłócić... 

Anastas stłumił śmiech. 

Pogładził Antonię po włosach, po plecach. Starał się ją uspokoić. Antonia zamknęła 

oczy i na chwilę odnalazła spokój. 

Udało jej się na moment zapomnieć o gapiach zgromadzonych na zewnątrz. 

- Obawiam się, że muszę cię pocałować - szepnął Anastas. - A przynajmniej udawać... 

Uniosła ku niemu twarz. 

Znowu rozległ się szmer. Niczym silny podmuch wiatru, który równie szybko zamarł. 

A muzyka cięła powietrze. Potęgowała nastrój wyczekiwania. 

-  Musimy  przez  to  przebrnąć  -  szepnęła  Antonia.  -  Zrób  to.  Zrób  to  naprawdę. 

Przecież musimy... 

Jego  usta  odnalazły  jej  usta.  Jedną  ręką  objął  ją  za  szyję,  drugą  położył  na  plecach. 

Pieścił je delikatnie. 

Antonia usiłowała zapomnieć, że stoi przed nią Anastas. 

Nie  potrafiła  jednak  przywołać  w  myśli  Grigorija.  Wspomnienia  o  nim  były  zbyt 

ś

więte. 

Nie potrafiła też wyobrazić sobie, że ma przed sobą Olega. Zdradziła go. 

Nie  zdołała  nawet  zatrzymać  przed  oczami  obrazu  Wasilija.  Żaden  z  czułych 

kochanków z przeszłości nie chciał przy niej zostać w tej chwili. Pojawiali się i znikali. 

Kiedy  otworzyła  oczy,  ujrzała  Anastasa.  To  on  ją  całował,  rozpalał  wargi.  Całował 

policzki, trzymając jej głowę w dłoniach. 

Oczy miał ciemne, ciemniejsze, niż je zapamiętała. Ciemne jak węgiel, sadza lub jak 

noc. 

-  Jesteś  śliczna  -  powiedział  cicho.  -  Rozluźnij  się,  Tonią.  Może  drzemie  w  tobie 

jeszcze jakaś tęsknota? 

Pocałował jej skroń. Suchymi ustami, delikatnie i miękko. 

background image

- Na pewno, ale nigdy nie myślałam, że ty ją rozbudzisz. Nie chciałabym też, żeby coś 

takiego kiedykolwiek się powtórzyło. Obiecaj, że to niczego między nami nie zmieni. Teraz 

jednak spróbujmy na chwilę zapomnieć, kim jesteśmy... 

Zapomnieć? 

Czy potrafią? 

Może... 

Antonia  poczuła  w  sobie  tęsknotę.  Poczuła,  że  mogłaby  ją  uwolnić.  Potrafiła  się 

otworzyć. 

Mogłaby  obudzić  owo  pragnienie  bez  przywoływania  w  myśli  twarzy,  nie  widząc 

oczu z przeszłości, które jej się zewsząd przyglądają, mimo że nie powinny na to patrzeć. Nie 

powinny jej osądzać. Nie powinny się domagać, by się tłumaczyła. 

Mogłaby ożywić w sobie to, co na wpół umarło. Obudzić do życia to, co zdusiła po 

ś

mierci  Grigorija.  Nie  wątpiła  przecież,  że  pozostała  w  niej  ta  strona  kobiecości.  Jednak  ją 

ukryła. Zamknęła za wieloma drzwiami, zapominając, gdzie położyła klucze. 

Anastas  odnajdywał  je  jeden  po  drugim.  Jego  wargi  miały  w  sobie  tyle  żaru. 

Rozpalały  jej  skórę.  Antonia  czuła,  że  jej  policzki  płoną,  pulsuje  w  wargach,  omal  ich  nie 

rozsadzi. 

Anastas ukoił je pocałunkiem. 

Antonia odniosła wrażenie, że jej kręgosłup staje się miękki, kolana także. Zarzuciła 

Anastasowi ręce na szyję. Mocniej zacisnęła. 

Zapomnieć, kim są? 

Ona jest Antonią. 

On to Anastas. 

Wiedziała o nim tak wiele, on tyle o niej wiedział. To im wystarczało. Nie pragnęli się 

poznać i od tej strony. Nie pragnęli pożądać się nawzajem. 

Zapomnieć, kim są? 

Antonia nie chciała. 

A na zewnątrz siedział tłum coraz bardziej pijanych ludzi. Czekali. Nie znali litości. 

W jaki sposób oni oboje się tu znaleźli? 

Jak z tego wybrną? 

W jeden sposób. 

Muszą zapomnieć, kim są. 

Niektórzy  mężczyźni,  których  obejmowała,  mniej  dla  niej  znaczyli  niż  Anastas. 

Bywały czasy, kiedy nie liczyła tak dokładnie. 

background image

Antonia pamiętała to. 

Przypomniała  sobie,  że  zawsze  udawało  jej  się  znaleźć  w  swych  kochankach  jakieś 

piękno, zawsze potrafiła uczynić z każdego z nich kogoś wymarzonego. 

Na przykład królewicza - jeśli nie w ogóle, to przynajmniej na tę krótką chwilę. Potem 

znowu  przeważnie  zmieniali  się  w  żaby,  ale  wtedy  już  nie  potrzebowała  ich  idealnego 

wizerunku. 

Wtedy jej się udawało. 

Teraz też mogła spróbować zapomnieć. 

Mogła ujrzeć innego mężczyznę, ukrywającego się pod postacią przyjaciela, którego 

nazywała Anastasem. Mogła go odnaleźć. Mogła znaleźć królewicza, gdyby tylko otworzyła 

oczy dość szeroko. Gdyby pozwoliła zmysłom zwyciężyć nad rozsądkiem. 

Gdyby podszepnęła Anastasowi, by uczynił z niej królewnę, potrafiłby to zrobić. 

Oboje potrafili. 

Mogli zapomnieć o sobie samych na krótką chwilę. Mogli wkraść się do bajki i stać 

się kimś innym. 

-  Jesteś  królewiczem  -  szepnęła  tuż  przy  jego  ustach.  -  Jesteś  cudownym, 

nieznajomym królewiczem. Dostaniesz zatem wszystko, czego pragniesz... 

Anastas przyłączył się do gry. Wczuł się w rolę, którą mu wyznaczyła. 

-  Jesteś  córką  księcia  -  szepnął,  pieszcząc  palcem  jej  ucho,  gładząc  wzdłuż  szyi. 

Bardzo  delikatnie...  -  Nie  wolno  ci  się  ze  mną  spotykać.  Musisz  być  nietknięta  i  niewinna, 

kiedy książę, twój ojciec, będzie cię oddawał innemu mężczyźnie. Ale ja cię uprowadziłem. 

Poszukują ciebie. Słychać tętent końskich kopyt, głosy tych, którzy gonią nas w lesie. Ale nas 

nie  znajdą.  Moje  wojsko  pełni  straż.  Zabrałem  cię  do  swego  namiotu.  Sprawię,  że  córka 

księcia stanie się kobietą... 

Jest królewiczem z obcego kraju. Mieszka w nieznanym królestwie, w którym kiedyś 

będzie panował jako król. 

Porwał ją. 

Ona jest córką księcia.  Niewinną. Nigdy przedtem nie dotykał jej żaden mężczyzna. 

Nie wiedziała, czego się może spodziewać. Bała się, lecz przede wszystkim zemsty ojca, jego 

gniewu. Tego mężczyzny nie musiała się obawiać. 

Jego palce rozpinały jej sukienkę, wargi całowały szyję, ramiona, które odsłonił. 

Chciała  poczuć  przy  sobie  jego  ciepło.  Nie  chciała  słyszeć  dochodzących  odgłosów 

pogoni.  Pragnęła  umknąć  prześladowcom.  Wierzyła  niezbicie,  że  w  ramionach  tego 

mężczyzny stanie się głucha na wszystkie inne głosy. 

background image

Antonia? Kto to taki? Anastas? 

Nie znała ich. 

Jest córką księcia. Nie ma imienia, tak jak i on. Nie pytał jej, jak się nazywa. Ona zaś 

nie śmiała go spytać. 

To nieważne. 

Ostrożnie  pociągnął  ją  na  posłanie.  Uklęknął  i  objął  ją.  Poprowadził  jej  ręce  ku 

szerokiej koszuli, dając jej do zrozumienia, żeby ją za niego rozpięła. 

Jej palce drżały. 

Tyle  było  guzików,  takich  małych.  A  jego  skóra  wydawała  się  taka  gorąca  pod 

cienkim materiałem, czuła to bardzo wyraźnie pod opuszkami palców. On zaś nie spuszczał z 

niej wzroku. 

Widziała, że wzrokiem chciał się wedrzeć pod jej suknię. Zobaczyć, co się kryje pod 

materiałem. Nadal pozostało wiele nierozpiętych guzików. Wiele... 

Miała nagie ramiona, ale nie marzła. Było jej tak gorąco, że prawie lał się z niej pot. 

Wyszarpnęła jego koszulę ze spodni. Uśmiechał się. 

Pieściła dłońmi silne ramiona, zsuwając z nich koszulę. 

Czy to wiatr tak szumi? 

Skąd pochodzą te podniecające rytmy? 

Czy to jej krew tak pulsuje? 

Był  tak  mocno  umięśniony.  Widziała  go  przedtem,  lecz  nie  myślała,  jak  to  jest  go 

dotykać. Nigdy nie przyszła jej na to ochota... 

...zaraz, tak nie zachowuje się księżniczka. Młodziutka księżniczka spuszcza skromnie 

wzrok w obecności mężczyzny z obnażonym torsem, nie poczyna sobie tak odważnie. Tylko 

robotników  w  polu,  pochylonych  nad  motyką,  widywała  rozebranych  do  pasa...  Nigdy  nie 

przystawała, żeby im się przyjrzeć. Nigdy nie zatrzymywała wzroku na męskich ciałach... 

Księżniczka dotykała ukochanego zdziwiona. Czuła, jak jego mięśnie napinają się pod 

skórą. Czuła, jak gładka i ciepła jest jego skóra. 

Musiała  się  do  niego  przysunąć,  musiała  się  przytulić  do  jego  nagiej  piersi,  musiała 

poczuć to ciepło na policzkach, na ustach, musiała poczuć smak skóry, zapach. 

Potarła  policzkiem  o  jego  pierś.  Trzymała  go  mocno  za  ramiona,  zacisnęła  na  nich 

palce. Być może zostawiła ślady, ale księżniczka by o tym nie myślała, nie chciałaby o tym 

wiedzieć. 

Potem puściła jego ramiona. Gładziła dłońmi mocną, szeroką pierś. Pod ubraniem nie 

wydawała się tak szeroka. 

background image

Poczuła pod palcami bijący puls na szyi. Musiała jej dotknąć ustami. Połaskotało. 

Poznawała jego smak. 

Na jej wargach pozostał odcisk jego skóry. Mogła to zlizać. Wchłonąć go przez usta. 

Poddał  się  jej  pragnieniom.  Uniósł  twarz  ku  zwieńczeniu  namiotu.  Z  zamkniętymi 

oczyma  pozwalał  jej  na  łakome  poszukiwania.  Pozwalał,  by  całowała  jego  skórę,  piersi, 

pozwalał, by przebiegała palcami po ramionach i plecach. Pozwalał, by przesuwała dłońmi w 

dół, w stronę brzucha - syknął, gdy zatrzymała się przy szarfie, użytej zamiast paska. 

Potem dotknęła ustami jego ust. Wilgotnymi, ciepłymi, miękkimi, które otworzyły się 

dla niego. 

Królewicz  z  dalekich  stron  rozpiął  jej  suknię.  Wszystkie  guziki.  Zsunął  ją  z  ramion 

księżniczki. Całował dziewczynę, rozluźniając wiązania koszuli i ściągając wąskie ramiączka 

przez jej okrągłe ramiona. Całował, potem mocno do siebie przytulił. 

Skórę miała rozpaloną. 

Zrobiło się jej gorąco. 

Wokół rozbrzmiewał rytm, który nie był ich własnym rytmem. Wydawał się podobny, 

ale miał inne tempo. 

Byli spokojni. 

Nikt nie mógł ich dosięgnąć. 

On jest królewiczem z innego kraju, całe królestwo będzie kiedyś należało do niego. 

Ona jest córką księcia. 

Odsunął ją od siebie na odległość ramion. Przysiadł na piętach. Jego kolana dotykały 

jej kolan. 

- Jesteś śliczna - wyszeptał. Naprawdę tak myślał. 

Rzeczywiście  podobała  mu  się:  miała  ciężkie,  pełne,  ładne  piersi,  ciemniejące  przy 

sutkach, niczym leśne jagody jesienią. 

Chciał ich skosztować. Chciał schwycić je ustami i spróbować. Nasycić się. 

Przywarł twarzą do tej obfitej miękkości. 

Ona zaś przycisnęła go do siebie. Jej ręce, choć wydawały się kruche, kryły w sobie 

dużo  siły.  Targała  jego  włosy,  przyciskała  jego  twarz  do  swych  piersi.  Chciała  go  tam 

zatrzymać. Chciała poczuć na swej skórze jego usta, poczuć, jak bardzo jest głodny... 

I pozostał. 

Pragnął tego samego. 

Potem położyła się i pociągnęła za sobą. To ona rozwiązała mu szarfę, kiedy sam już 

chciał się poddać. 

background image

Księżniczka by tego nie zrobiła, przebiegło jej przez myśl. 

Wypuściła go z objęć. 

Ale on już wpadł w sidła. Pieścił dłońmi jej piersi, obsypywał drobnymi pocałunkami, 

przesuwał palcami po jej skórze. Nie mógł się nią nasycić. 

Przez  moment  usłyszał  muzykę,  dziką  i  namiętną.  Z  zewnątrz  doszły  go  jęki.  Przez 

chwilę wyobraził sobie tych ludzi. Podekscytowane twarze. Zrozumiał, że fantazja zebranych 

wokół namiotu próbowała nadać życie i formę cieniom, pomagała zobaczyć to,  czego oczy 

nie mogły widzieć. 

Domyślił się, że może to być bardzo podniecające... 

Na  powrót  stał  się  królewiczem,  a  ona  nieznaną  księżniczką,  którą  miał  w  swej 

władzy. A może i nie. Nie do końca wiadomo, kto nad kim zapanował... 

Zsunął  niżej  jej  suknię.  Uniosła  się,  by  mógł  ją  całkiem  zdjąć.  Starał  się,  by  cienie 

powiedziały tym na zewnątrz, co się dzieje. Znowu częściowo wypadł z roli. 

Zdjął swej księżniczce buty. 

Zdjął również własne. 

Rozwiązał pasek. 

Szmer na zewnątrz przeszedł w wicher. 

Księżniczka  uśmiechała  się  do  niego.  Odwiązała  plecioną  wstążkę  z  włosów  i 

odłożyła na bok. 

On zrobił to samo z szarfą. 

Znowu  mogli  wrócić  do  bajki.  Teraz  w  pełni  mogli  się  zmienić  w  królewicza  i 

księżniczkę. Żadne więzi z przeszłości nie zdołają ich wyrwać z ról. 

Potem rozpiął halkę i zdjął ją razem z majtkami ukochanej. 

Jej ciało wygięło się, kiedy przeciągał bieliznę przez biodra. Jęk zagłuszył muzykę. 

Księżniczka przesunęła językiem po wargach. 

Siedział w kucki i przyglądał się jej. Poznawał jej ciało oczyma. 

Miała  trochę  zbyt  szczupłe  biodra,  gdyby  miał  ją  porównywać  z  ideałem  ponętnej 

kobiety. Zbyt wąskie również, by rodzić dzieci, pomyślał. 

Przez moment mignął mu w pamięci maleńki grób daleko stąd... 

Zamknął  oczy.  Nie  podoła  temu.  Ona  jest  ukochaną  Grigorija,  urodziła  mu  dziecko. 

Miała jeszcze jedno w Archangielsku. 

Miała też męża. 

Nie, nie zrobi tego. 

background image

Kiedy na powrót otworzył oczy, wyciągnęła do niego rękę. Chwycił tę dłoń i znalazł 

się blisko Antonii. 

Zamierzał jej powiedzieć, że nie chce dalej grać. Nie może. Woli ponieść śmierć. 

Miękkie palce zamknęły mu oczy, a cichy głos szepnął tuż przy uchu: 

- Jesteś królewiczem. Wszystko ci wolno. Przybyłeś z obcego kraju. Jesteś przystojny. 

Masz ramiona, których przyjemnie jest dotykać. Smakujesz jak mężczyzna. Pachniesz tak, że 

łaskocze  mnie  w  nosie.  Twoje  ręce  budzą  we  mnie  tęsknoty.  Czy  jestem  dla  ciebie 

księżniczką?  Czy  może  pasterką?  Powiedz,  że  jestem  dla  ciebie  kimkolwiek.  Jesteś 

królewiczem. Masz do wszystkiego prawo... 

Złapała wargami koniuszek jego ucha, jej język wśliznął się ostrożnie do środka. 

Poczuł,  jak  krew  mu  zawrzała.  Pulsowało  w  skroniach.  Przez  ciało  przeszła  fala 

gorąca. Poczuł ogarniające go pożądanie. Ona już o tym wiedziała, dotknęła go. 

Księżniczka? 

Pasterka? 

Pozostawiła  mu  wybór  między  niewinną  księżniczką,  której  nie  wolno  mu  tknąć,  a 

ubogą wieśniaczką, która musiała się podporządkować jego woli. 

Nie chciał żadnej z nich. 

-  Bądź  kobietą  -  mruknął,  nie  otwierając  oczu.  Nie  chciał  widzieć.  -  Bądź  dla  mnie 

tylko kobietą... 

Zacisnęła ręce na jego plecach. Uwolnił jedną z nich. Sam rozpiął spodnie i wsunął w 

nie jej dłoń. 

Ogień mu przemknął przez wargi w słowach, których nie ma w żadnym języku. 

Nie słyszał muzyki. 

Nie słyszał żadnych głosów. 

Wszystko  wokół  zabarwiło  się  na  żółtoczerwono,  jakby  znajdowali  się  w  samym 

ś

rodku zachodu słońca. Nawet skóra Antonii nabrała odcienia od pochodni na zewnątrz - i nie 

miał przed sobą ani księżniczki, ani pasterki, lecz kobietę. 

Wiedział,  że  nie  może  być  dłużej  królewiczem,  a  jedynie  mężczyzną.  Myślał,  że  to 

rozumiała. 

Wziął  ją  za  rękę  i  ucałował  palce,  które  dały  mu  tyle  przyjemności.  Wstał  i  zdjął 

spodnie. Stanął przed nią - był dla niej mężczyzną. 

Szmer na zewnątrz nie spotęgował się - w tłumie nie było wielu kobiet. Padły jakieś 

uwagi, nie przejął się tym. 

Obserwowali każdy jego ruch. 

background image

Ta świadomość w niczym mu nie przeszkadzała. 

W tym momencie byli kochankami. 

-  Jesteś  bardzo  przystojny  -  odezwała  się.  Jej  usta  uśmiechały  się.  Ułożyły  się  do 

pocałunku. 

- Myślę, że jestem gotów - powiedział i położył się. Oczy Antonii śmiały się. 

- Ja chyba też - odparła z powagą. - Od wieków nie czułam pożądania. 

Rozdzielił jej uda, gładził je po wewnętrznej, miękkiej stronie od kolan w górę. 

Uniosła się ku niemu. 

Następnie  położył  jej  rękę  na  brzuchu,  potem  drugą.  Trzymał  przez  chwilę  w 

bezruchu,  po  czym  jedną  dłoń  przesunął  niżej.  Poczuł  wilgoć  i  ciepło.  Otworzyła  się  dla 

niego. 

Uniósł nieco ciało i wszedł w nią. Został w niej. 

Był dla niej mężczyzną. 

Ona była dla niego kobietą. 

Potem opuszczono namiot nad ich głowami. 

background image

Musieli  spojrzeć  sobie  w  oczy,  zanim  zdążyli  poczuć  wstyd.  Śmiali  się,  usiłując 

wyplątać się z płótna namiotu. Z trudem włożyli ubranie. Musieli się śpieszyć. 

Wiele  rąk  próbowało  ściągnąć  z  nich  materiał,  wiele  par  oczu  czekało,  żeby  coś 

zobaczyć. 

Antonia  związywała  wstążką  włosy,  kiedy  tłum  wreszcie  ściągnął  z  nich  płótno. 

Wylądowało na jednej z pochodni i zapaliło się. Wśród śmiechów i okrzyków zmieniło się w 

ognisko. Najbardziej rozochoceni dorzucali żerdzie. 

Ich śmiech brzmiał ochryple. 

Anastas wciągnął koszulę przez głowę. Mrugnął do Antonii porozumiewawczo. Czuła, 

ż

e  jej  policzki  nadal  płoną.  Zauważyła,  że  niektóre  guziki  trafiły  do  niewłaściwej  dziurki. 

Poprawiła je - używała rąk jako tarczy. 

Oczy  gapiów  wyrażały  zachłanność,  rozbierały  ją.  To  nieludzki  obyczaj,  pomyślała. 

Ile trzeba, by zniknął na zawsze? 

Czuła się jak rzecz. 

Ale tłum był zadowolony. 

Anastas podał jej ramię i pomógł wstać. Podtrzymywał ją, kiedy zakładała buty. 

Rozległ się przeciągły gwizd, gdy ukazała kawałek łydki. Poczuła skurcz w żołądku. 

Nie podobała jej się ta zabawa! 

Antonia odniosła wrażenie, że wiele straciła w oczach tych ludzi. Nie tak powinni ją 

zapamiętać, była kimś więcej niż tylko cieniem, który dostarczył im rozrywki. 

Ale kiedy spojrzała dokoła, widziała tylko na wpół otwarte usta i rozbawione oczy. 

Nie będą pamiętali Antonii ani jako człowieka, ani jako kobiety. Nie będą pamiętali, 

kim była. 

Zachowają w pamięci tylko ciało. 

To przygnębiające. 

Anastas  podał  jej  dłoń.  Antonia  zastanawiała  się,  czy  mężczyźni  czują  podobnie. 

Znała ich tylu, miała też wielu, ale nigdy nie przyszło jej do głowy, by o to spytać. 

Nigdy też nie została tak upokorzona jak teraz. 

Oni  zapewne  jej  nie  zapamiętają,  ale  ona  zapamięta  ich  twarze.  Zapamięta  ich 

spojrzenia i z trudem tłumione westchnienia, wiele mówiące ukradkowe ruchy ręki. 

Zapamięta. 

background image

Młodych  nie  zatrzymywano  dłużej,  mogli  iść,  dokąd  zechcą.  Oni  też  nie  chcieli  z 

nikim rozmawiać. Antonia zobaczyła komendanta ze swą ruchliwą żoną, która wyglądała na 

miłą. Był czerwony na twarzy. Wydawało się, że ma kłopoty z oddychaniem. 

Antonia cofnęła wzrok. Nie chciała napotkać niczyjego spojrzenia. 

Pociągnęła  za  sobą  Anastasa.  Zobaczyła,  że  złapał  drewnianą  miskę  z  jedzeniem  i 

butelkę,  którą  wcisnął  pod  pachę.  Zamienił  słowo  z  tym  i  owym.  W  jego  głosie  brzmiał 

ś

miech i ta przeklęta pewność siebie. Jakim cudem ją zachował? 

Ona najchętniej zapadłaby się pod ziemię. A on z nimi dowcipkował. 

To niemożliwe, by mężczyźni i kobiety tak się od siebie różnili! Myślała, że całkiem 

dobrze rozumie mężczyzn. Miała wśród nich wielu przyjaciół. Anastas był również jednym z 

nich. 

Jak może się śmiać w takiej chwili? 

Plac  pozostał  w  tyle,  ale  nie  wyglądało  na  to,  by  wesoły  nastrój  przygasał.  Zabawa 

mogła się teraz zacząć na dobre. Goście nie byli zależni od pary młodej. 

Właściwie to nie ich goście. 

Antonia odczuła ulgę, gdy już ucichły śmiechy i śpiewy oraz muzyka. 

Nigdy już nie zniesie dźwięku instrumentów strunowych, nie po czymś takim! 

Wypuściła dłoń Anastasa dopiero, gdy przekręciła klucz w drzwiach do domu, który 

nigdy nie należał do nich, ale który w tej chwili stał się ich azylem. Anastas może to nazwać 

ucieczką, nie będzie próbowała zaprzeczyć. Bo tak rzeczywiście było. 

Nie chciała tam wracać. 

Nie chciała już nigdy patrzeć komukolwiek z tych ludzi w oczy. Zamierza zostać tutaj, 

za zamkniętymi drzwiami, aż do chwili, gdy trzeba będzie wsiadać do wozu. 

Pragnęła znaleźć się jak najdalej stąd. 

Anastas zasunął drzwi jedną nogą. Odstawił miskę z jedzeniem i butelkę. Wyjął klucz 

z bezwładnej ręki Antonii i zamknął nim drzwi. 

Stanął  odwrócony  do  nich  plecami.  Opuścił  ręce,  dłonie  oparł  o  drzwi.  Wzrokiem 

szukał wzroku przyjaciółki. 

Antonia  zapaliła  lampę  i  w  pokoju  zrobiło  się  jaśniej.  Nie  potrafiła  spojrzeć 

Anastasowi  w  oczy.  Chciała  się  schować  również  przed  nim.  Odnosiła wrażenie,  że  i  jemu 

wydaje  się  niewiele  warta.  Myśl  była  tak  bolesna,  że  za  wszelką  cenę  starała  się  od  niej 

uwolnić. 

- Teraz rozumiem, dlaczego tak wielu zwleka ze ślubem - odezwał się Anastas. 

background image

Antonia  rzuciła  mu  krótkie  spojrzenie.  W  jego  głębokich  brązowych  oczach  nie 

znalazła  potępienia.  Nie  patrzył  na  nią  z  góry.  Nie  odczytała  też  natarczywego  pożądania, 

które zauważyła u wielu mężczyzn stłoczonych wokół namiotu. 

Była tu bezpieczna. 

Mimo obecności Anastasa. 

- Jak się czujesz? - spytał. Ilu mężczyzn zadałoby to pytanie? Ilu martwiłoby się o nią? 

Przypomniała sobie, co mówili. 

„Czy byłem dobry?” 

„Czy spotkałaś kiedyś kogoś takiego jak ja?” 

„Jestem najlepszy z tych, których miałaś, prawda?” 

„Widać po mnie, że mam większe doświadczenie niż inni, prawda?” 

Tak, Antonia pamiętała ich pytania. 

Sprawiali,  że  czuła  pustkę.  Pozbawili  ją  wielu  naiwnych  wyobrażeń  na  temat 

mężczyzn i ich troskliwości. 

- Myślę, że powinnam się teraz napić wódki - powiedziała. - Wypędzę cię stąd, jeżeli 

okaże się, że przyniosłeś wodę! 

Przez  chwilę  mocowała  się  z  korkiem.  Pociągnęła  nosem  nad  otworem  i  doszła  do 

wniosku, że w środku w każdym razie jest alkohol. 

-  W  wiadrach  do  pojenia  koni  mają  tylko  wodę  -  rzekł  Anastas  z  krzywym,  lecz 

nieśmiałym uśmiechem. 

Podszedł do Antonii i przytrzymał jej butelkę. To nie było potrzebne, ale mile. Napił 

się po niej. 

Pogładził ją szybko po policzku. 

Antonia wzięła z półmiska kawałek mięsa. Było zbyt mocno przypieczone z zewnątrz 

i czerwone w środku, a poza tym zimne. Ale smaczne. 

Osunęła się na jedno z krzeseł. Anastas przystawił drugie całkiem blisko. Usiadł tak, 

ż

e mogli na siebie patrzeć, ale starał się zachować dystans. Mimo to dotknął jej kolanami. Ten 

przelotny dotyk zawstydził oboje. 

Antonia jadła. Nie przejmowała się tym, że chłopak zobaczy, jak potrafi być łakoma. 

Nagle chciała pokazać mu się od najgorszej strony. Chciała wydobyć wszystkie swoje wady, 

specjalnie mlaskała, chociaż zwykle tego nie robiła. 

Anastas uśmiechnął się. 

Nalał  do  szklanek.  Jego  szklanka  była  nadtłuczona,  ale  to  nie  miało  znaczenia.  Nie 

należał do tych, którzy gromadzili przedmioty dla nich samych. 

background image

Antonia  mogłaby  patrzeć  bez  końca  na  piękną  rzecz,  ale  nie  musiała  koniecznie 

posiąść jej na własność. 

Anastas nie lubił przywiązywać się do rzeczy, uciekał od nich. Jego życie było ciągłą 

ucieczką. Ucieczką od korzeni, od wszystkiego, co mu przypominało jego pochodzenie. Być 

może nigdy nie przestanie uciekać. 

Nalał oszczędnie. Antonia pomyślała, że zachowuje się jak skąpiec. 

-  To  mocny  trunek,  Toniu  -  wyjaśnił.  Zatrzymał  obie  szklanki.  -  Powinniśmy 

porozmawiać, zanim się upijemy. Nie możemy przymknąć oczu i udawać, że nic się nie stało. 

-  Nie  -  przyznała  Antonia.  Jak  dotąd  całkiem  nieźle  udawało  jej  się  nie  wracać  do 

tego, co przed chwilą zaszło. 

Poczekał, aż pogryzie mięso. Wytarła usta rękawem ślubnej sukni. Sama pomyślała, 

ż

e to obrzydliwe. Anastas jednak nie wydawał się zgorszony. 

Podał jej szklankę. 

Oboje uważali, żeby nie dotknąć się nawzajem palcami. 

Antonia  ledwie  umoczyła  usta.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  to  mocny  alkohol.  Już  po 

pierwszych łykach czuła zawroty głowy. 

Anastas  pochylił  się  do  przodu,  oparł  łokcie  na  kolanach.  Trzymał  szklankę  w  obu 

dłoniach. Kołysał nią z boku na bok, przyglądał się, jak tańczy w niej światło. 

Uśmiechał się. 

Nieznacznie i dziwnie. Zniewalająco. Nikt by nie potrafił naśladować tego uśmiechu. 

Nagle  Antonii  przebiegło  przez  głowę,  że  każdy  uśmiecha  się  na  swój  własny, 

niepowtarzalny sposób. Nie znała dwóch osób, które uśmiechałyby się tak samo. Nic nie da 

się dokładnie powtórzyć! 

- Dziękuję - odezwał się Anastas. 

Antonia  popatrzyła  na  niego  zdumiona  znad  połyskującego  napoju.  Musiała  mu  się 

przyjrzeć, przekonać, czy się nie przesłyszała. 

Lecz Anastas powtórzył: 

- Dziękuję! Antonia potrząsnęła głową i roześmiała się. 

- Sprawiłaś, że stało się to możliwe - rzekł cicho, przesuwając palcami po szklance. - 

Ułożyłaś bajkę, do której można się było uciec, wymyśliłaś królewicza i księżniczkę, którzy 

przeistoczyli  się  w  prawdziwe  postaci.  Bajka  stała  się  rzeczywistością,  sam  bym  na  to  nie 

wpadł... - Wypił. Nie spieszył się. - Bez bajki nic by się nam nie udało. Wiesz o tym, prawda? 

Antonia przytaknęła. 

background image

Na długo zapadła cisza. Oboje opróżnili szklanki. Czuli rozchodzące się ciepło, które 

tak  szybko  zniknęło,  pozostawiając  po  sobie  niepokój.  Czuli,  jak  powietrze  między  nimi 

gęstnieje. 

W pokoju było zimno. 

Anastas wstał. Dołożył torfu i drewna. Rozpalił. Czekał przed ogniem, wpatrywał się 

w płomienie, zatopił w nich wzrok. 

Antonia zastanowiła się, o czym myśli. Ale to jego myśli, nie powinna starać się do 

nich przeniknąć, nie miała do tego prawa. 

Ta noc nie dała jej tego prawa. 

Ogień przypominał pochodnie. Antonia nie musiała zamykać oczu, by ujrzeć światło 

w namiocie z prześwitującego materiału. 

Jej zmysły pozostały otwarte, wspomnienia wyraźne. 

Zdawała sobie sprawę, że trzeba powiedzieć coś więcej. Jednak to wymagało odwagi. 

Niedopowiedzenia  mogą  utworzyć  przepaść,  która  rozdzieli  ją  z  Anastasem.  Po  tym 

wszystkim,  przez  co  razem  przeszli,  nie  chciała  do  tego  dopuścić,  nie  chciała  stracić  jego 

przyjaźni. 

Za bardzo ją ceniła. 

Chciała i później móc spojrzeć mu w oczy. 

Powinni  zdobyć  się  na  szczerość,  nawet  jeśli  to  wymagało  odwagi.  Odkrywanie  się 

przed przyjacielem nie powinno rodzić obaw. Przyjaciel zrozumie. 

- Wyszliśmy z ról, Anastas - powiedziała cicho. Dopiero teraz odwrócił się od ognia. 

Ponownie usiadł. Nie wziął do ręki szklanki, złożył tylko dłonie na kolanach. 

Antonia  nadal  czuła  dotyk  tych  dłoni  na  swojej  skórze.  Sądziła,  że  i  on  dokładnie 

wszystko  pamięta.  Teraz  już  go  znała,  wiedziała,  jak  to  jest  czuć  jego  ciało  przy  swoim, 

poznała jego zapach i smak. Wiedziała o nim prawie wszystko. Poznała go o wiele lepiej, niż 

zwykle znają się przyjaciele. 

Potrafiła  rozmawiać  z  Wasilijem.  Sypiali  ze  sobą  kilka  razy.  Wykorzystywali  siebie 

nawzajem i otwarcie to przyznawali. Mimo to wiele ich łączyło. 

Nie chciała, by tak się stało z nią i Anastasem. 

Wasilij  był  zupełnie  inny.  Trudno  między  nim  a  Anastasem  doszukać  się 

podobieństwa. 

-  To  nie  księżniczka  oddala  się  królewiczowi  -  dorzuciła,  nie  spuszczając  z  niego 

wzroku. 

Anastas potrząsnął głową. Nie starał się unikać jej spojrzenia. Był spokojny. 

background image

-  Mam  nadzieję,  że  to  niczego  nie  zmienia  między  Antonią  i  Anastasem  -  odparł.  - 

Mężczyzna pożądał kobiety. Adam dostał swą Ewę - uśmiechnął się. - Czy to zabrzmiało jak 

drwina? - pokręcił głową. - Po okresie spędzonym wśród ludu Konda stałem się przeczulony, 

bo  jedno  niewłaściwe  słowo  mogło  zostać  potraktowane  przez  nich  jak  drwina.  -  Popatrzył 

długo  na  Antonię.  -  Nie  bardzo  wiem,  jak  to  powiedzieć  -  zaczął  z  wahaniem.  -  Nagle 

zacząłem się bać, by cię nie zranić, by nie nastąpić ci na odcisk... 

- Nie bój się - uspokoiła go Antonia. - Moje palce wiele zniosą, zresztą zasłużyłam na 

to. Dawno nie podeptałam tylu palców, co ostatniego wieczoru! 

Potrafili się razem śmiać. Coś między nimi pękło, znowu mogło być jak dawniej. 

-  Nie  chciałbym,  żebyś  się  mnie  obawiała  po  tym,  co  zaszło  -  rzekł  Anastas.  -  Nie 

chciałbym,  żebyś  drżała  ze  strachu,  gdy  tylko  cię  obejmę.  Nie  chciałbym  się  bać  takich 

gestów. Przedtem nie cofałem się przed nimi. Całowałem cię w policzek i oboje śmialiśmy się 

z tego. Byliśmy przyjaciółmi, Toniu! Nie chciałbym, żeby to się skończyło. Chciałbym, żebyś 

zrozumiała, że już więcej nie dopuszczę do takiej sytuacji, że nie będę próbował zaspokoić 

pożądania... 

Antonia odnosiła wrażenie, że jej głowa jest bardzo lekka, jakby unosiła się gdzieś nad 

ramionami. Musiała się roześmiać. To straszne, ale nie mogła się powstrzymać. 

Anastas popatrzył na nią nieco zdumiony, ale po chwili i on się roześmiał. 

Rozładowali śmiechem całe napięcie. 

-  Możesz  mnie  pocałować,  kiedy  tylko  chcesz  -  rzekła  Antonia  z  powagą.  -  O  ile 

uczynisz to przyzwoicie! 

Uśmiechnął się. 

-  Będziesz  o  tym  pamiętać?  -  spytał.  Antonia  potrząsnęła  głową.  Na  jej  twarzy 

malowało się niezadowolenie. 

-  Tylko  nie  pytaj  mnie,  czy  byłeś  najlepszy,  Anastas!  Wszyscy  mężczyźni  chcą  to 

wiedzieć!  Nie  znoszę  ich  głupich  pytań.  Oboje  wiemy,  jak  było.  A  ty  będziesz  pamiętał? 

Skinął z uśmiechem. 

- Myślisz, że tak bardzo różnię się od ciebie? Uśmiechnął się jeszcze szerzej. 

- Tuż przed całym przedstawieniem miałem ochotę się poddać - roześmiał się. - Jak 

myślisz, co by się stało, gdybym zawiódł? 

Antonia również się roześmiała. 

- Pewnie aż do tej pory byśmy tam tkwili - powiedziała poważnie i znowu wybuchnęła 

ś

miechem. 

background image

Dobrze było móc obrócić to w żart. Znaleźć się jakby poza namiotem i obserwować 

własne cienie. Wiedzieć, co zaszło, i próbować sobie wyobrazić, jak odbierali to inni. 

- Myślisz, że przygotowali noże? Antonia parsknęła śmiechem. 

-  W  każdym  razie  klacz  jest  nasza  -  rzekła  rozbawiona.  -  Caryca.  Raija  ją  polubi. 

Będzie zadowolona, że tak pięknego konia nazwano jej imieniem. 

Anastas uniósł brew. 

- W wąskich uliczkach  Archangielska nazywają Raiję Carycą  - wyjaśniła Antonia.  - 

Znaczy  dla  tych  biedaków  więcej  niż  którakolwiek  z  caryc  w  naszym  kraju.  Powinieneś  ją 

poznać, Anastas! 

Ujrzał  w  wyobraźni  najbliższą  przyjaciółkę  Antonii,  tak  mu  się  w  każdym  razie 

wydawało. Nie było to wcale proste, minęło tyle lat. Pozostały tylko zamglone obrazy. 

Zapamiętał jednak twarz Wasilija. 

- Tak myślisz? - spytał. - Czy to nie do niej mężczyźni mają taką słabość? Jako żonaty 

powinienem się jej strzec! 

Chciał  zażartować,  ale  nieopatrznie  przypomniał  Antonii  o  czymś,  o  czym  prawie 

zapomniała. Ukryła w rękach twarz. 

Ś

lub nie odbył się co prawda według obowiązujących reguł, ale mimo to obawiała się, 

ż

e małżeństwo jest ważne. Komendant jest skrupulatnym człowiekiem. 

Ś

miała się, kiedy opowiadał, że caryca darzy go względami. Nadal ją to bawiło. Nie 

dała  się  przekonać,  że  wpadł  w  oko  Elżbiecie  Piotrownie,  ale  niewątpliwie  posiadał 

wpływowych  znajomych.  Dzięki  odpowiednim  kontaktom  mógł  się  postarać,  żeby  papiery, 

które przed nią położył, trafiły, gdzie trzeba. 

Antonia mogła spalić poprzednie. 

I pogodzić się z tym, że została żoną Anastasa. 

- Zapomniałam o tym - powiedziała. 

- Świstek papieru nie ma dla mnie żadnego znaczenia - zapewnił. 

Antonia usłyszała odgłos wyciąganego korka, plusk wlewanego napoju, a potem brzęk 

przesuwanej w jej stronę szklanki. 

- Nie zamierzam domagać się swych małżeńskich praw - zapewnił. - Nie uważam się 

za twojego męża, Antoniu. 

Uniosła twarz. 

- Jesteś nim - odparła zmartwiona. - Ty i ja możemy sobie myśleć, co nam się podoba, 

ale te przeklęte dokumenty dotrą do gubernatora w Archangielsku, a on już zadba, by trafiły 

do Olega. 

background image

- Czy to coś zmieni? - spytał Anastas. Antonia odebrała jego słowa jak cios. 

- Uciekłaś od męża. Sama przyznajesz, że nie  wyobrażasz sobie życia  razem z nim. 

Nasz  ślub  stanowi  jakieś  rozwiązanie,  jakieś  wyjście.  Uwolniłaś  się  od  Olega  i  on  nic  nie 

może  teraz  zrobić.  Chyba  że  gotów  jest  cię  zabić,  ale  niewielu  się  na  to  zdobywa. 

Otrzymaliście  rozwód.  Oboje  wiemy,  że  dla  mnie  te  dokumenty  są  bez  znaczenia.  Słowa, 

które w nich widnieją, mają dla mnie taką wartość jak atrament, którym je skreślono. Pieczęci 

to  tylko  obrazki,  a  podpisy  to  nic  nie  znaczące  bazgroły.  Ale  tobie  te  dokumenty  mogą 

zapewnić  poczucie  bezpieczeństwa,  Toniu.  Daję  ci  absolutną  wolność  wyboru.  I  nigdy  nie 

zapragnę ożenić się ponownie. 

Jego słowa zapadły w nią. 

Ważkie  słowa  i  niebezpiecznie  kuszące.  Możliwość,  której  sama  nie  śmiała  nawet 

musnąć myślami. Musiała najpierw usłyszeć o niej od Anastasa, zanim odważyła się nad nią 

zastanowić. 

Wzięła szklankę, chciała czymś zająć ręce. Zaschło jej w ustach, ale wahała się, czy 

powinna jeszcze pić. Ciało wydawało się leniwe, ruchy niezbyt pewne. 

- Nie wiem - rzekła wreszcie drżącym głosem. 

-  Pomyśl  o  tym  -  zaproponował  Anastas.  -  Nie  musisz  podejmować  decyzji  dziś  w 

nocy  ani  jutro.  Do  Archangielska  jeszcze  daleka  droga,  maleńka.  Wiele  razy  możesz  się 

zastanawiać. Wiele razy możesz się rozmyślić. Ja nie decydowałbym się od razu, gdybym był 

tobą. Długo bym to rozważał. To twoje życie. I będzie tylko twoje. 

Niewielu  dawało  jej  takie  prezenty.  Antonia  próbowała  przywołać  twarz  Olega.  Nie 

udało jej się i trochę ją to zabolało. 

Nie starała się przywołać obrazu Olgi. 

Wiedziała,  że  dziecko  się  zmieniło.  Nie  miała  pewności,  czy  uda  jej  się  rozpoznać 

własną córkę, ale bardzo chciała ją zobaczyć. 

Tego jednego była pewna. 

- Nie wiem - powtórzyła. Ból tkwił w niej jak zadra. Nie chciała, żeby życie stało się 

jedynie bólem. 

Opróżniła szklankę. Zrzuciła buty. Siedząc boso, czuła, jak wypełnia ją ciepło bijące 

od pieca. A może ciepło płynące z alkoholu? 

Było jej wszystko jedno. 

- Nalej mi! - poprosiła. 

Anastas uniósł proste brwi i spojrzał na nią pytająco ciemnymi oczami. 

background image

-  Na  pewno  zostanie  jeszcze  dosyć  dla  ciebie  -  dodała.  -  Czułam,  że  butelka  była 

pełna. Wiem, co robię, przyjacielu, jestem od ciebie starsza. Mogę wlewać w siebie i wlewać 

w  całkiem  niekobiecy  sposób!  Wiem,  że  przewidziałeś  to,  i  dlatego  przyniosłeś  alkohol! 

Powinnam się upić. A ty mi obiecasz, że zaniesiesz mnie do łóżka. 

Napełnił jej szklankę. 

- A jeśli cię wykorzystam? - spytał, przybierając groźną minę. 

- Sam będziesz na to zbyt pijany - odcięła się niespeszona. - Tylko postaraj się mnie 

nie upuścić! 

Uśmiechnął się. Pokręcił głową. Ależ ta Antonia jest niepoprawna! 

- Wiesz, że kiedyś cię nie lubiłem? Antonia spojrzała na niego zaczepnie. 

-  Domyślałam  się  tego.  Skłamałbyś,  gdybyś  powiedział,  że  było  inaczej.  Nie 

interesowały  cię  kobiety  takie  jak  ja,  co?  Nie  rozumiałeś  też  wtedy  Grigorija.  Anastas 

potrząsnął głową. 

-  Cóż...  -  rzekł  po  długiej  przerwie.  -  Grigorija  być  może  rozumiałem.  Wiele  razy 

słyszałem,  jak  o  tobie  mówił,  jak  cię  wychwalał.  Miałem  pojęcie,  ile  dla  niego  znaczysz. 

Stawiał cię ponad wszystko. - Zaczerpnął powietrza. - Nie rozumiałem, jak tego dokonałaś. 

Nie rozumiałem też, jak mogłaś porzucić tak wiele dla niego, dla niewidomego mężczyzny, 

dla mężczyzny, który został wyjęty spod prawa i który nie mógł ci niczego zaofiarować. Nie 

sprawiałaś wrażenia tego rodzaju kobiety. A jednak to zrobiłaś. Nie rozumiałem tego, przez 

cały czas zastanawiałem się, co zamierzasz dzięki temu zyskać... 

-  ...i  byłeś  zazdrosny  -  dodała  cierpko  Antonia.  W  takiej  chwili  wiele  mogli  sobie 

powiedzieć. - Zajęłam twoje miejsce. To ty byłeś zawsze prawą ręką Grigorija, to od ciebie 

był zależny. I wtedy pojawiłam się ja, kobieta, i wykradłam twoją pozycję. Czy myślisz, że 

tego nie rozumiałam, Anastas? Przez długi, długi czas nie darzyłeś mnie sympatią. Musiałam 

udowodnić,  że  naprawdę  zależy  mi  na  Grigoriju.  Niekiedy  mówił,  że  bardziej  boję  się 

rozczarować ciebie niż jego. 

Anastas pozostawił słowa Antonii bez odpowiedzi. Nie przypuszczał, że tak wyraźnie 

dał po sobie to poznać. Ale wtedy był chłopcem. 

To miało miejsce dawno temu. 

- Teraz jednak bardzo cię lubię - rzekł. - Zawsze będę cię lubił. Chciałbym, żebyś o 

tym wiedziała. 

Stuknęła  szklanką  o  jego  szklankę,  wypiła  i  zaraz  ponownie  nalała  sobie  prawie  po 

brzegi. 

Potem na własnych nogach poszła do łóżka. 

background image

- Nie będziesz musiał mnie nosić - powiedziała. - Ja także cię lubię, Anastas, ale nigdy 

więcej nie będziesz dla mnie królewiczem lub Adamem. 

Wypiła swoją wódkę. Odstawiła szklankę na podłogę i zasnęła. 

Anastas siedział i przyglądał się jej, aż lampa całkiem się wypaliła. Widział wszystkie 

twarze Antonii. 

Antonetty. Księżniczki. Ewy. Antonii. 

Starał  się  wbić  sobie  do  głowy,  że  dla  niego  jest  Antonią,  tylko  Tonią,  tylko 

przyjacielem. 

Wkrótce i on zasnął. 

Na zewnątrz ciągle trwała zabawa. 

background image

Kiedy Antonia się obudziła, na placu ciągle kręcili się ludzie. Wszystko wskazywało 

na to, że to raczej wczesny wieczór niż ranek. 

Anastasa nie było ani obok, ani w izbie, w której zwykle sypiał. 

Antonia  znalazła  wodę  i  umyła  się.  Szklanki,  z  których  wczoraj  pili,  stały  czyste  w 

kuchni, a więc żył. 

Woda była zimna, ale to nic - najważniejsze, że pomogła się umyć i rozbudzić. Jednak 

Antonia nadał czuła się na wpół żywa. 

Zostawiła  sukienkę  na  podłodze,  tak  jak  wszystko,  co  miała  na  sobie  poprzedniego 

dnia.  Kopnęła  leżące  ubranie.  Wiedziała,  że  nigdy  nie  będzie  w  stanie  go  nosić.  Kiedy 

włożyła wytartą i wyblakłą codzienną spódnicę w kolorze niebieskim i bluzkę barwy zimo-

wego nieba, podniosła swą najlepszą sukienkę i wcisnęła ją do pieca. 

Upłynęło trochę czasu, zanim materiał się zapalił, ale kiedy ogień poczuł jego smak, 

pochłonął go łapczywie. 

Antonia siedziała przed piecem, i patrzyła, jak płonie jej ślubna suknia. 

Skrzywiła się. Znalazła zeschnięty chleb i zjadła go, popijając wodą. Nie miała ochoty 

na nic więcej. 

Gdzie jest Anastas? 

Mimo  wszystko  muszą  się  trzymać  razem.  Doszli  przecież  do  pewnego  rodzaju 

porozumienia i rozmawiali ze sobą jak dawniej, wyjaśnili wszystko. 

To, co się stało, mieli już za sobą. 

Nie ma sensu tego roztrząsać. 

Antonii  nie  mieściło  się  w  głowie,  że  Anastas  wyszedł,  żeby  przyłączyć  się  do 

zabawy, która jeszcze się nie skończyła. Ludzie nadal tańczyli, pili, śmiali się. 

Jeśli o nią chodzi, mogą się bawić ile chcą, ale ona i Anastas wyruszają nazajutrz w 

długą drogę. 

Bała się. 

Czekanie dłużyło się, nic nie mogła na to poradzić, że bała się o Anastasa. Ogarnął ją 

niepokój.  Anastas  pewnie  nie  pomyślał,  że  ona  wcześniej  się  obudzi,  choć  to  żadne 

usprawiedliwienie. Dlaczego ją zostawił? 

Zresztą nie muszą się przed sobą opowiadać, dokąd idą, nic nie są sobie winni. 

background image

Antonia znalazła swój nieduży nóż, na tyle mały, że mogła go ukryć w dłoni. Anastas 

go  kiedyś  dla  niej  zdobył  i  wręczył  w  jednej  z  niewielu  chwil,  gdy  starał  się  zachować 

powagę. W Jekaterynburgu spotkali rzemieślnika wyrabiającego noże i Anastas poprosił go, 

by  wykonał  właśnie  taki  dla  Antonii.  Rzemieślnik  wykorzystał  jako  miarę  zamkniętą  dłoń 

Toni. 

Nóż  miał  skórzaną  pochewkę,  która  mieściła  się  w  kieszeni  spódnicy,  i  był  na  tyle 

lekki, że nie wyciągał materiału. 

Antonia włożyła wysokie buty, zarzuciła szal na ramiona i wyszła. 

Było zimniej niż poprzedniej nocy. Dopiero zaczynał się wieczór, ale powietrze było 

ostre.  Na  placu  pozostali  tylko  najbardziej  wytrwali,  ale  i  oni  mieli  już  sińce  pod  oczami  i 

zapadnięte policzki z zarostem, który świadczył, że mężczyźni już jakiś czas przebywają poza 

domem. 

Antonia starała się trzymać skraju placu i przemknąć niezauważona, jednak na próżno. 

Nie należała do tych osób, które mogły zlać się z cieniem i pozostać niewidoczne. A 

tym  bardziej  dla  tak  wygłodniałych  oczu.  Na  placu  zostali  już  prawie  sami  mężczyźni. 

Nieliczne  kobiety,  które  wytrwale  im  towarzyszyły,  nie  były  ich  żonami,  nie  posiadały 

domów i dzieci, którymi musiały się zająć. 

-  Hej,  jest  z  nami  panna  młoda!  -  zawołał  któryś.  Antonię  złapały  jakieś  ręce  i 

wciągnęły między siedzących przy ogniskach. Trzymały ją z przodu niczym tarczę. 

Antonię ogarnęła rozpacz. Nie zdobyła się nawet na to, by się uwolnić. 

- Czyżby znudził ci się już pan młody? - wołali. Musiała coś odpowiedzieć. Spojrzała 

surowo na mężczyznę, który ją trzymał, i trochę rozluźnił uchwyt. 

-  Szukam  go  -  odparła  po  prostu.  -  Być  może  to  on  się  mną  znudził?  -  Wzruszyła 

ramionami i wyrzuciła w bok ręce. 

W tłumie rozległ się śmiech. 

Zrobiono dla niej miejsce. 

Antonia  zorientowała  się,  że  nie  ma  wyboru,  starała  się  więc  zachowywać  bardzo 

czujnie  w  tej  hałaśliwej  grupie  różnego  rodzaju  mężczyzn  -  żołnierzy,  kupców,  handlarzy 

końmi i innych, których zajęcia się nie domyślała. 

- Zawsze zgłosimy się na ochotnika, gdy tylko zapragniesz mężczyzny - uśmiechnął 

się jeden z siedzących najbliżej. Uśmiech bezzębnych ust nie był ani trochę pociągający, ale 

Antonia  również  się  uśmiechnęła.  Pomyślała,  że  sytuacja  przypomina  trochę  chwile,  kiedy 

razem z handlarzami oglądała zwierzęta. Potrafiła przecież rozmawiać z mężczyznami, znała 

ich język i nie unikała dosadnego tonu. Przez wiele lat dobrze sobie radziła. Kupowała konie i 

background image

w  męskim  towarzystwie  darzono  ją  szacunkiem.  Nikt  na  jarmarkach  nie  unosił  brwi,  kiedy 

wystawiała konia na sprzedaż, nikt nie odwracał się zaskoczony, kiedy klęła równie soczyście 

jak mężczyźni lub zębami wyciągała korek z butelki wódki. 

Sypała wulgarnymi żartami, które w jej ustach brzmiały jeszcze dosadniej, ponieważ 

była kobietą. 

Antonia  nie  bała  się  przebywać  wśród  mężczyzn.  Uważała,  że  im  dorównuje,  nie 

sądziła, by któryś mógł ją źle zrozumieć. 

- Nie widzieliśmy twojego męża - zapewnił ktoś z grupy. 

- Zresztą i tak nie zwrócilibyśmy na niego uwagi - dodał szczerze inny. - Mamy oko 

tylko na kobiety, ale jest ich zbyt mało! 

- Na zdrowie! - krzyknął ktoś z tłumu i podniósł do góry butelkę, w której niewiele już 

zostało. 

Antonia pomyślała, że to nie powód do zmartwienia, bo człowiek ledwie się trzymał 

na  nogach.  Nawet  gdyby  wlał  w  siebie  jeszcze  parę  łyków,  nie  zauważyłby  różnicy,  może 

prędzej by zasnął, ale nic poza tym. 

- Wspaniałe daliście przedstawienie! - przyznał jeden z bardziej trzeźwych i przecisnął 

się  do  przodu,  żeby  usiąść  obok  Antonii.  Wyglądało  na  to,  że  miejsca  po  jej  obu  stronach 

mają ogromne wzięcie, a i za nią ustawiła się kolejka, stojący w niej ścisnęli się bardziej niż 

ś

ledzie w beczce. 

-  Nigdy  nie  widzieliśmy,  żeby  ktoś  w  tak  niezwykły  sposób  wypełnił  małżeński 

obowiązek - zgodził się z nim ktoś inny. 

Antonia uśmiechnęła się, ale narastał w niej niepokój. Wokół niej zrobiło się ciasno i 

gorąco, mimo że powietrze było chłodne. 

Nie podobało jej się, że ciała obcych mężczyzn coraz bardziej na nią napierały z boku 

i z tyłu. Było ich więcej, niż mogła zliczyć. 

Przed  nią  też  nie  zostało  już  zbyt  wiele  wolnego  miejsca.  Czuła  się  niczym  oko 

tłuszczu w samym środku garnka kaszy. 

Spociły jej się dłonie, ale nie chciała, żeby poznali, że się boi. 

- To obrzydliwy zwyczaj - rzekła tylko, wzbudzając salwę śmiechu. 

- Dlaczego para młoda ma zachować całą przyjemność dla siebie? - spytał ktoś. - My 

też chcemy coś z tego mieć, no nie? Patrzenie to żaden grzech, prawda? Nikt na tym nie traci. 

Zresztą  nie  wyglądało  na  to,  żeby  ci  to  przeszkadzało.  Wszyscy  słyszeliśmy,  nawet  ci  w 

ostatnich  rzędach.  Nigdy  żadna  nie  jęczała  tak  z  rozkoszy!  Nigdy  żadnej  nie  zmusiłem,  by 

zrobiła to dla mnie. Nawet dziwki! 

background image

Jakże  miała  ochotę  splunąć  mu  w  twarz.  Swoimi  słowami  wciągał  ją  w  błoto  i 

sprawiało mu to przyjemność. Im wszystkim. 

Poznała to po ich twarzach, dostrzegła to samo okrutne wyczekiwanie, które pojawiło 

się poprzedniego wieczoru, zobaczyła pożądanie i strach. 

Tak, bali się jej. Musieli ją upodlić, żeby nie zmusiła ich do czołgania się. 

- Być może nie byłeś w stanie sprawić kobiecie tak silnej przyjemności - rzekła twardo 

i spojrzała prosto w oczy mężczyźnie, który przed chwilą mówił. - Może nie miała powodu 

wzdychać, może nie byłeś wystarczająco dobry! 

Przyjemnie  było  popatrzeć  na  pozbawione  wyrazu  twarze  skupione  wokół.  Antonia 

wstała.  Dostrzegła  w  nich  zakłopotanie,  rozkoszowała  się  tą  krótką  chwilą.  Mężczyźni 

roześmiali się, ale niepewnie, ostrożnie. Ktoś klepnął nieszczęśnika po ramieniu. 

- Nie jesteś prawdziwym mężczyzną, stary! Za słaby, by rozbudzić w babie żądzę! 

Jeden  kącik  ust  Antonii  drgnął  -  miała  ochotę  się  roześmiać,  ale  przede  wszystkim 

chciała stąd iść. 

Nie przepuścili jej. 

Krąg wokół niej się zacieśnił. 

Podeszli  bliżej,  przysunęli  się  jeszcze  bardziej.  Poczuła  ich  zapach,  zapach  potu, 

wódki, moczu. Zrobiło się jej niedobrze. 

Ten, który mówił najgłośniej, podszedł całkiem blisko. Stanął tak, że dotknął torsem 

jej piersi. Antonia cofnęła się. 

Tłum odrobinę się odsunął. Mężczyzna postąpił dalej. Tym razem stojący z tyłu nie 

ustąpili ani o cal. 

Antonia wsunęła prawą dłoń do kieszeni spódnicy i zacisnęła palce na nożu. Chwilę 

trwało, zanim wyswobodziła ostrze z pochwy. 

-  Twierdzisz,  że  nie  jestem  dobrym  kochankiem?  Że  nie  jestem  prawdziwym 

mężczyzną? - spytał cedząc słowa. 

Nie  był  stary,  ledwie  przekroczył  trzydziestkę,  ale  miał  ogromny  brzuch  i  wiotkie 

policzki.  Poza  tym  prezentował  się  nie  najgorzej,  niektórym  kobietom  mógł  się  nawet 

podobać. 

Jednak Antonia nie znalazła w nim nic, co kazałoby jej spojrzeć na niego dwa razy. 

-  Czy  właśnie  tak  uważasz,  kobieto?  -  dopytywał  się  natarczywie.  -  Że  nie  jestem 

mężczyzną? 

Antonia  przełknęła.  Nie  chciała  cofać  swych  słów,  ponieważ  powiedziała  to,  co 

naprawdę  myślała.  Jednak  zdawała  sobie  sprawę,  że  nie  ma  wyjścia.  Krytyka  pod  adresem 

background image

jednego  z  otaczających  ją  mężczyzn  oznaczała  krytykę  wszystkich.  Podała  w  wątpliwość 

męskość jednego z nich. Zrozumiała, że to najgorsze, co mogła zrobić. 

Przestraszyła się nie na żarty. 

-  Tylko  zgadywałam  -  odparła.  Wysunęła  do  przodu  brodę,  nie  chcąc  pokazać  po 

sobie, że ogarnął ją strach. - Powiedziałeś coś, a ja wysnułam własne przypuszczenia. 

- Może i ja mógłbym pokusić się o jakieś wnioski - rzekł. Położył jej rękę pod brodę i 

uniósł do góry. 

Antonia zacisnęła dłoń na nożu, ale nie wyjęła go. Oby tylko ten drań nie posunął się 

dalej. 

-  Mógłbym  na  przykład  zgadnąć,  że  jesteś  nierządnicą.  Mógłbym  pomyśleć,  że  nie 

jesteś nikim więcej niż tylko zwykłą dziwką. Co? Co wy na to,  chłopaki? Czy słyszeliście, 

ż

eby  jakaś  przyzwoita  kobieta  tak  się  zachowywała?  Czy  kiedykolwiek  słyszeliście,  żeby 

jakaś z obozowych ladacznic odczuwała w łóżku taką przyjemność? Przyzwoite kobiety tego 

nie okazują. Bogobojne  kobiety nie spełniają swych małżeńskich powinności w ten sposób. 

Ale dziwki, może one... 

Antonię ogarnęła taka złość, że na policzki wystąpiły jej czerwone plamy. 

Wyciągnęła nóż. 

Na próżno. 

Mężczyźni zauważyli błysk stali. Mieli przewagę. Ktoś chwycił Antonię za nadgarstek 

ż

elaznym uściskiem, odgiął palce. Roześmiali się, gdy zobaczyli nóż. Pozwolili, by upadł na 

ziemię. Śmiali się do rozpuku. Podeszli jeszcze bliżej. 

Antonia rozejrzała się bezradnie dokoła. Czy nikt nie stanie po jej stronie? 

Czy żaden jej nie pomoże? 

-  Tylko  dziwki  noszą  nóż  -  rzekł  mężczyzna  stojący  przed  nią  i  oblizał  pośpiesznie 

usta. - Może warto spróbować raz z dziwką - rzekł ochryple. - Dla odmiany... 

Mężczyźni przełknęli ślinę. 

- Pożałujesz tego! - zagroziła Antonia. 

- Być może. - Roześmiał się. - Ale może nam także należy się odrobina przyjemności, 

większej, niż przyglądanie się cieniom. Co wy na to, chłopaki? 

- Pewnie! - zawołali w odpowiedzi zachrypniętymi głosami, nie odrywając wzroku od 

Antonii. 

Zerwali  jej  szal  z  ramion,  nic  nie  pomogło,  że  z  całej  siły  wczepiła  w  niego  palce. 

Napastników było zbyt wielu. 

Mężczyzna znajdujący się przed nią brutalnie przesunął dłońmi po jej bluzce. 

background image

- Czy nie tak to robił, chłopaki? Wtedy jej się podobało. Tak bardzo jej się podobało, 

ż

e dla nas zaśpiewała. Czy i teraz zechcesz dla nas zaśpiewać? 

Antonia splunęła mu w twarz. 

Chwycili ją za ręce. 

Mężczyzna wytarł ślinę. Przywarł ustami do jej ust i pocałował z brutalnością, z jaką 

się jeszcze nie spotkała. Miażdżył jej usta, sprawiał ból. Pękły jej wargi. Ugryzła go. Kopnęła. 

Jęknął z bólu i odsunął się od niej, ale nie mógł przegrać tej walki. 

Musiał udowodnić swą męskość. 

Błysnęło ostrze noża. 

Antonia przeraziła się. 

Rozcięli jej bluzkę. Chciwe łapy dotykały jej nagiej skóry. Całowały ją łakome usta. 

Antonia nie mogła się bronić rękami, nie mogła kopać. Z całej siły trzymano ją za ramiona i 

za nogi. 

Podciągnięto jej spódnicę. Brutalne ręce zerwały bieliznę, wdarły się wszędzie. 

Antonia usłyszała własny krzyk. 

Zobaczyła, jak mężczyzna, którego obraziła, rozpina pasek spodni. To on miał prawo 

pierwszeństwa. 

Krzyczała z całych sił. 

Mężczyzna zakrył jej usta ręką. Antonia ugryzła go. 

Jej krzyk przeszył niebo nad ich głowami, pewnie dotarł aż do gwiazd. 

Ktoś musi ją usłyszeć! 

Krzyczała. 

Wepchnęli  jej  do  ust  zwiniętą  chustkę.  Słyszała  ich  grubiańskie  odzywki,  czuła,  jak 

ocierają się o jej nagie ciało, czuła ich męskość przez wełniane spodnie. Mężczyzna przed nią 

był już gotowy. Uśmiechał się prostacko. 

- Nie warto ze mną zaczynać - rzekł. - Teraz ci pokażę, dziwko! Już ja ci dam. Dam ci 

to,  czego  nie  mógł  ci  dać  ten  gładki  młokos.  Z  kobietami  nie  można  się  tak  cackać.  Nie 

powinny jęczeć z rozkoszy. Baby trzeba brać twardo, traktować twardym... 

Roześmiał się znacząco i wskazał wzrokiem w dół. Stłoczeni wokół zawtórowali mu 

ochrypłym śmiechem. 

Antonia  zacisnęła  uda.  Walczyła,  mimo  że  wszystko  wokół  sprzysięgło  się  przeciw 

niej. 

Siłą rozsunęli jej nogi. 

background image

Pojawiło  się  wiele  szorstkich,  ruchliwych  rąk.  Wiele  oczu,  które  chciały  zobaczyć. 

Języki oblizywały wargi. 

Antonia zacisnęła powieki i czekała na to, czemu nie mogła przeszkodzić. 

Wyszłam tylko po to, żeby poszukać Anastasa, pomyślała. To nie dzieje się naprawdę, 

jeszcze się na dobre nie przebudziłam. Nadal śnię. To sen... 

Obmacywali ją i śmiali się. Czuła, jakby rozrywali ją na kawałki. 

Nie mogą jej tego robić, nie mają prawa! To, że jest ich więcej i że są mężczyznami, 

nie daje im żadnego prawa! 

Antonia otworzyła szeroko oczy i krzyknęła mimo knebla. Krzyczała, ale z jej ust nie 

wydobył się żaden dźwięk. 

- Co, do diabła, się tu dzieje?! 

Antonia  czuła,  że  zemdleje,  ale  starała  się  zachować  przytomność.  Chciała  słyszeć 

wyjaśnienia oprawców i dodać swoje. Walczyła z falami zawrotów głowy. 

Udało jej się je przezwyciężyć. 

Widziała, jak komendant przedziera się przez tłum. Widziała, jak mężczyzna przed nią 

w największym pośpiechu poprawia spodnie. 

Inni próbowali opuścić i wygładzić jej spódnicę, ale im się nie udało, bo zbyt wiele 

rąk rzuciło się naraz, by zrobić to samo, a tak naprawdę, by jeszcze raz skorzystać z okazji i 

dotknąć nagiej skóry. 

Komendant zdążył zobaczyć. 

Nie umknęło to też uwagi mężczyzny idącemu za nim. 

Antonia ujrzała jego ciemną czuprynę ponad  ramieniem komendanta.  Zauważyła, że 

jego twarz pociemniała. 

- Kto, do diabła, wpadł na ten pomysł? - wrzasnął Anastas. Doskoczył do pierwszego, 

jaki  mu  się  nawinął,  chwycił  go  za  kołnierz  i  podciągnął  do  góry.  -  Kto,  pytam!  -  syknął 

lodowatym  głosem.  -  Chcę  dostać  tego,  który  pierwszy  położył  na  niej  swą  łapę.  To  moja 

ż

ona. Nikomu poza mną nie wolno jej tknąć! 

Jakiś  mężczyzna  wyjął  z  ust  Antonii  knebel.  Inni  dawno  już  ją  puścili.  Antonia 

widziała, jak sprawca całego zajścia powoli się wycofuje, jak wtapia się w tłum, udając, że 

wie tak samo niewiele, jak inni, jak jego spojrzenie staje się pokorne... 

- Kto?! - ryknął komendant i powiódł wokół władczym spojrzeniem. Rozpoznał kilku 

swoich  podwładnych  i  skarcił  ich  surowym  wzrokiem.  -  Ten,  kto  będzie  milczał,  może  się 

szykować do przeprawy przez góry - rzekł ostrym tonem. - Panują tam wyjątkowe mrozy, jak 

słyszałem, zwłaszcza zimą. W dodatku czciciele bożków szykują zasadzki i mordują bezlitoś-

background image

nie każdego napotkanego obcego. Straciliśmy w tych górach wielu naszych świetnych ludzi. 

Może choć raz wyślemy tam kogoś, kto nie jest tak wiele wart... 

Podczas gdy komendant mówił, Antonia wstała. Nie zwracała uwagi na to, że bielizna 

ledwie się na niej trzyma. 

Nagle przykucnęła. Jedną ręką poprawiła spódnicę, a drugą szukała czegoś w piasku. 

Jej ruchy śledziło wiele oczu. 

Nikt jednak nie odważył się opuścić kręgu. Pierwszy, który by odszedł, ściągnąłby na 

siebie podejrzenia. 

Ci,  którzy  stali  najbliżej  noża,  starali  się  go  kopnąć  dalej,  żeby  Antonia  go  nie 

znalazła. Ale ponieważ chcieli to uczynić niepostrzeżenie, nie mogli wiele zdziałać. 

Antonia  skaleczyła  się,  gdy  natrafiła  palcami  na  stal.  Sama  ją  naostrzyła  kilka  dni 

temu. 

Niewielkie krwawienie nie przeszkadzało jej. Podniosła nóż. 

Wstała i rzuciła się w stronę, gdzie stał jej oprawca. Znajdujący się w pobliżu odsunęli 

się, by nie zostać zranionym przez tę doprowadzoną do szaleństwa kobietę. Nikt nie odważył 

się  jej  zatrzymać,  nie  w  obecności  komendanta.  Wszyscy  wiedzieli,  że  ma  do  niej  słabość. 

Antonia złapała swego napastnika za kurtkę w chwili, gdy próbował się przed nią schować. 

Pchnęła, nie zastanawiając się, gdzie trafi. Pchnęła znowu. 

Usłyszała, jak krzyczy, jak ryczy niczym zarzynane zwierzę, widziała, jak pada. 

Na ostrzu pojawiła się krew. 

Antonia cofnęła się, ale nie wypuściła noża. 

Mężczyzna podniósł się. Otrzymał dwa  głębokie ciosy w lewy policzek,  jedna z ran 

przebiegała niebezpiecznie blisko oka. Antonia nie wiedziała, czy żałuje, że trafiła tak blisko, 

czy też raczej że nie udało jej się uderzyć skuteczniej. 

Nie potrafiła mu współczuć. 

Przycisnął rany dłonią, ale krew mimo to ciekła między palcami. 

Spojrzał na Antonię z grymasem i rzucił tylko pod jej adresem wiązankę przekleństw. 

-  On?  -  spytał  komendant.  Ktoś  z  tłumu  skinął  głową.  Antonia  poczuła  na  swych 

ramionach dłonie Anastasa. 

- Czy to ten człowiek? - spytał surowo. 

-  Tak,  to  on  -  odparła.  Nie  czuła  żalu,  kiedy  Anastas  puścił  ją  i  podszedł  do 

krwawiącego mężczyzny. 

Tamten cofnął się, podobnie jak przed chwilą Antonia cofała się przed nim. Ale tym 

razem tłum rozstąpił się, pozwalając mu opuścić krąg. 

background image

Mężczyzna  rzucił  się  do  ucieczki.  Jedno  spojrzenie  na  Anastasa  wystarczyło,  by 

zorientować się, że to najlepsze wyjście. 

Jednak nie zdołał umknąć. 

Nie był w stanie. 

Anastas należał do krzepkich i wytrzymałych -  od młodzieńczych lat, odkąd opuścił 

jedyny prawdziwy dom, jaki miał, żył walką. 

A tamten nie biegał, odkąd przestał być chłopcem. 

Anastas dogonił go. Nie zważając na to, że jego przeciwnik jest ranny, bił pięściami 

na oślep. Mężczyzna nawet nie próbował mu oddać, tylko zasłaniał rękami twarz. 

Antonia widziała cieknącą krew, podniesione w obronie ramiona. 

Ale nie żałowała go. 

Nie  potrafiła  się  z  niego  śmiać,  tak  jak  on  śmiał  się  z  niej,  kiedy  leżała  bezbronna 

między rozochoconymi mężczyznami, ale nie czuła też żalu. 

Anastas bił tak długo, dopóki tamten nie upadł. 

Potem na niego splunął. Wyciągnął nóż. 

-  Nie  można  mu  pozwolić  go  zabić!  -  odezwał  się  ktoś  z  tłumu,  zwracając  się  do 

komendanta. 

Jednak komendant nie zamierzał nawet kiwnąć palcem. Także nikt z pozostałych nie 

odważył się zareagować. 

Anastas przykucnął przy rannym, który wił się niczym wąż. 

Próbował się wywinąć z zasięgu ręki Anastasa, ale w rzeczywistości ledwie nieco się 

przesunął. 

Antonia usłyszała, jak błaga o życie, jak krzyczy ze strachu. 

Anastas  odwrócił  go  na  brzuch.  Tamten  krzyczał,  ale  nie  miał  odwagi  się  poruszyć, 

czekał na cios. 

Anastas  złapał  spodnie  mężczyzny  i  przeciął  nożem  materiał.  Ciął  jak  opętany, 

czasami kalecząc tu i tam skórę pośladków. Mężczyzna wył za każdym razem, jednak rany 

nie były głębokie, ledwie draśnięcia. 

- Potnie mu spodnie! - jęknął ktoś. 

Wtedy Antonia roześmiała się. 

Ś

miała się tak, że dostała spazmów. 

Anastas prawie całkiem pociął spodnie nieszczęśnika, odciął mu nogawki. Pociągnął 

nożem  wzdłuż  od  pasa  przez  środek  pośladków,  potem  szarpnął,  tak  że  materiał  całkiem 

rozdarł się z przodu. 

background image

Wtedy Anastas cofnął się, odsłaniając blade pośladki tamtego. 

Antonia  nie  mogła  powstrzymać  się  od  śmiechu.  Śmiała  się  nadal,  kiedy  Anastas 

podszedł do niej i objął ramieniem. 

Popatrzył ponuro na stojących wokół mężczyzn. 

- On nie był sam - rzekł twardo. - Otrzymał karę za was wszystkich, ponieważ zaczął. 

Jednak żaden z was, którzy się teraz uśmiechacie, nie jest bez winy. 

Zamilkł, ale jeszcze nie skończył. Oczami wodził po zebranych. 

-  Tylko  mnie  wolno  dotykać  mojej  żony  -  rzekł  z  naciskiem.  Wydawał  się  bardziej 

władczy  niż  kiedykolwiek.  -  Czy  żaden  z  was  nie  wie,  że  nie  wolno  stosować  przemocy 

wobec kobiet? Tylko nędznicy biorą kobiety gwałtem, tylko nędznik musi używać siły wobec 

istoty, która jest od niego słabsza, tylko nędznik pokazuje swą siłę za pomocą tego, co nosi w 

spodniach. To nie mężczyzna ani nawet nie zwierzę. 

Anastas zamilkł, pozwolił, by słowa zapadły w tłum. 

- Cieszę się, że stąd wyjeżdżamy - dodał. - Nawet wśród ludu Konda nie spotkałem się 

z takim bestialstwem. 

Nikt nie odezwał się słowem na swą obronę. 

- Ten drań jest jednym z moich żołnierzy - rzekł wreszcie komendant. - Wstyd mi za 

niego. Obiecuję, że nie ujdzie mu to na sucho. Uczynię tak, jak zapowiedziałem. Brakuje nam 

ludzi  na  wschodzie  za  górami.  Będzie  tam  miał  czas  na  myślenie.  Tutaj  nie  potrzeba  nam 

takich typów. Wstydzę się tak, że nie znajduję słów. 

Ujął dłoń Antonii. 

- Nie wiem, jak mam prosić o wybaczenie! 

- Nie do ciebie należy przepraszanie - odpowiedział za Antonię Anastas. - Zresztą to i 

tak nic nie pomoże. 

Komendant był nieszczęśliwy, ale  Antonia nie potrafiła mu współczuć.  Widziała, że 

pragnie jakoś naprawić to, co się stało, ale wypełniał ją tylko chłód. 

Anastas  wziął  ją  na  ręce.  Dobrze  było  przytrzymać  się  jego  ramion.  Mężczyźni 

rozstąpili się na boki. 

Jeden z nich podniósł z ziemi szal Antonii i położył go jej na kolanach. 

Anastas zaniósł ją aż do domu, do łóżka, i tam położył. 

Na jego twarzy malowała się wściekłość. 

-  Dlaczego,  do  licha,  wyszłaś  z  pokoju?  -  zagrzmiał.  -  Sądziłem,  że  się  stąd  nie 

ruszysz! Ci ludzie są pijani i nieobliczalni! Nawet tutejsze dziwki, które mają dość rozumu, 

zniknęły z placu. Zostały tylko te, które wypiły za dużo... 

background image

Pokręcił głową i opadł na kolana obok łóżka. Wziął Antonię za rękę. 

- Wybacz mi - poprosił. - Tak się o ciebie bałem. Zawsze musisz się w coś wplątać. 

Mógłbym zabić tego drania! 

- Ja także - przyznała Antonia. Dopiero teraz wypuściła nóż, który upadł z hałasem na 

podłogę.  -  Powinnam  ci  podziękować  za  ten  nóż  -  rzekła  bezbarwnie.  -  Nigdy  bym  nie 

pomyślała, że użyję go w taki sposób - uśmiechnęła się. 

-  Zjawiłem  się  w  ostatniej  chwili.  Zajrzałem  do  klaczy  i  spotkałem  w  stajni  tego 

przeklętego  komendanta.  Potrafi  zagadać  człowieka  na  śmierć...  -  Zaczerpnął  powietrza.  - 

Byłem przekonujący jako żądny zemsty małżonek? 

Antonia uśmiechnęła się smutno. Dobrze będzie stąd wyjechać. 

- Doskonały - odparła. - Dlaczego niektórzy mężczyźni są tacy? 

Anastas pokręcił głową. Usiadł u wezgłowia łóżka, objął Antonię, powoli ją kołysał. 

- Niektórzy tacy są - rzekł po prostu. - Wstyd mi za nich. Sprawiają, że czuję wyrzuty 

sumienia z tego powodu, że jestem mężczyzną. 

-  Ty  byś  nigdy  nie  zrobił  czegoś  takiego!  Anastas  nie  odpowiedział.  Milczał  przez 

dłuższą chwilę. 

- Są mężczyźni, którzy się ciebie boją. Mogą się bić z mężczyznami, ale muszą deptać 

kobiety, które ich przerażają. Są tacy mali... 

- Chcę się wykąpać - wyznała Antonia. - Chcę mnóstwa wody, mnóstwa ciepłej wody. 

Muszę wyszorować skórę w miejscach, gdzie mnie dotykali! 

Rozszlochała  się.  Anastas  pozwolił  jej  wypłakać  się  na  swym  ramieniu.  Nie  potrafił 

jednak jej pocieszyć, nie potrafił jej ulżyć, nie potrafił wymazać wspomnień. 

Mógł tylko przy niej być, jako przyjaciel i mężczyzna. 

Później przyniesie jej wody. 

background image

Grupa  udająca  się  na  północ  liczyła  około  czterdziestu  osób.  Tworzyło  ją  hałaśliwe 

zbiorowisko  żołnierzy,  przechodzących  w  służbę  u  gubernatora,  kupcy,  wiozący  towary  i 

zapasy  żywności,  oraz  garstka  mnichów  z  przełożonym,  który  udzielał  ślubu  Antonii  i 

Anastasowi. Antonia była jedyną kobietą. 

Wiele razy rozmawiano o czekającej ich trasie, w Moskwie wydawała się taka krótka. 

Najpierw  mieli  się  skierować  na  północ  do  Rybińska,  potem  na  północny  wschód  wzdłuż 

Suchony.  Antonia  miała  znowu  zobaczyć  brzegi  rzeki  swej  młodości.  Znowu  miała  ujrzeć 

Wielikij Ustiug i Kotłas. Następnie mieli pożeglować Dwiną do Archangielska. 

Mówienie  o  tym  było  niczym  machnięcie  ręką,  a  w  rzeczywistości  podróż  miała 

zabrać  całe  miesiące,  nawet  frachtowcem.  Nawet  jeśli  przyjdzie  im  czekać  na  statki,  i  tak 

dotrą szybciej, niż gdyby musieli pokonać całą drogę konnymi wozami. 

Antonia  cieszyła  się,  że  zostało  jeszcze  tak  dużo  czasu.  Potrzebowała  go,  by 

przemyśleć propozycję Anastasa. 

Rozlokowano ich w wozach. Nie było mowy o tym, żeby dostali z Anastasem osobny 

tylko dla siebie, bo oznaczałoby to marnowanie miejsca i paszy dla dodatkowych koni. 

Już kiedy Antonia przyprowadziła klacz, którą dostała w prezencie ślubnym, rozległ 

się pomruk niezadowolenia. W czasie podróży statkiem trzeba bowiem dodatkowo płacić za 

paszę dla koni. Ale komendant rzucił na stół sakiewkę wypełnioną monetami, mówiąc, że to 

na pokrycie kosztów związanych z Carycą. Do chwili, kiedy przesiądą na statki, klacz miała 

biec za wozem, w którym pojadą Antonia i Anastas. 

Jakaś  szlachetna  dusza  umieściła  w  wozie  państwa  młodych  jedynie  duchownych  w 

habitach. 

Antonia  podejrzewała,  że  sam  komendant  maczał  w  tym  palce.  Może  doszedł  do 

wniosku, że słudzy Pana nie pozwolą towarzyszącej im w podróży kobiecie sprowadzić się na 

drogę grzechu. 

Antonia nie była o tym  wcale przekonana,  gdyż  w ich wzroku dostrzegała nie tylko 

pobożność. Jednak nie obawiała się braci, wiedziała, że nie posuną się do rękoczynów. Poza 

tym ciągle miała w kieszeni nóż. 

Nie bała się. 

Dni  wydawały  się  podobne  jeden  do  drugiego.  Dłużyły  się.  Upływały  w  rytmie 

wstrząsów  i  podskakiwania  na  wybojach.  W  zapachu  innych  osób,  ciasno  stłoczonych  w 

background image

wozie.  Ich kolana trącały  kolana Antonii, ich ciała uderzały o jej ciało.  Miała sińce po obu 

stronach,  na  ramionach  i  udach.  Niektóre,  stanowiące  pamiątkę  ostatniego  wieczoru  w 

Moskwie, zaczynały żółknąć. 

Inne powstały w czasie podróży. 

W dodatku Antonia czuła się brudna. Nie przywykła do oszczędzania wody do mycia. 

Jako  jedyna  kobieta  nie  mogła  się  nawet  wykąpać,  kiedy  zatrzymywali  się  przy  oczkach 

wodnych lub strumieniach, które aż kusiły swym blaskiem i świeżością. 

Wokół kręciło się zbyt wielu mężczyzn, a Anastas przestrzegał ją, żeby uważała. 

Dlatego  siedziała  w  bluzce  zapiętej  pod  brodę,  szczelnie  okrywając  piersi  szalem. 

Włosy ciasno upięła z tyłu głowy, tak że tylko pojedyncze kosmyki wymykały się na czoło. 

Jeśli mogła, starała się unikać wzroku mężczyzn. 

I trzymała w kieszeni nóż. 

Owa  nieustanna  czujność  wyczerpywała  Antonię,  zmuszała  ją  do  zachowywania  się 

wbrew naturze. Ale zagryzła zęby i pogodziła się ze swym losem - w końcu przyjdzie pora na 

wytchnienie. Przyjadą do większych wsi, do miast, mężczyźni wypełnią gospody, będą mogli 

popatrzeć na inne kobiety. A ona na kilka godzin znowu stanie się Antonią. 

Po ponad tygodniu podróży dotarli do Rybińska nad Wołgą - rzeką, którą zwą matką 

Rosji. 

Serce Antonii wypełniło wzniosłe uczucie. Dziwnie było stanąć nad tą wielką wodą, 

wiedząc, że przepływa przez ogromną część kraju. Dziwnie też było zobaczyć znowu płynące 

rzeką  statki.  To  sprawiało,  że  krew  zaczynała  szybciej  krążyć,  serce  bilo  nowym  rytmem, 

jakby tańczyło. 

Ten ruch na rzece wydawał się taki bliski i znajomy, przypominał dom. 

Antonia  skuliła  się  i  niemal  zadrżała,  kiedy  uświadomiła  sobie,  że  pomyślała  o 

Archangielsku. To Archangielsk kojarzył jej się z domem. 

- Byłeś tu już kiedyś? - spytała Anastasa, kiedy stanęli razem na brzegu. 

- Nie tutaj - odpowiedział. - Choć naturalnie widziałem Wołgę. Zatrzymaliśmy się na 

dłużej  w  rejonach  położonych  bardziej  na  południe,  jednak  nigdy  nie  zbliżaliśmy  się  do 

większych skupisk ludzi, Tonią. Nie mieliśmy odwagi. Większość z miast, które mijamy po 

drodze, jest dla mnie nowa, widzę je po raz pierwszy, dokładnie tak jak ty. 

-  Jest  taka  ogromna  -  rzekła  Antonia.  Niełatwo  przychodziło  jej  znaleźć  słowa,  by 

opisać to, co czuje. 

-  Dobrze,  że  nie  Wołgę  musieliśmy  przepłynąć  wpław  -  uśmiechnął  się  Anastas.  - 

Wtedy na pewno nigdy nie wyruszylibyśmy w tę podróż na północ, co? 

background image

Antonia nie potrafiła się śmiać z jego żartu. W jej pamięci utkwiło wiele zdarzeń, z 

których nie potrafiła się śmiać ani żartować - jeszcze się z nimi nie uporała. 

-  Wracaj  do  wozów  -  rzucił  Anastas.  -  Pójdę  do  miasta  i  spróbuję  znaleźć  jakąś 

gospodę z miękkimi łóżkami, gdzie moglibyśmy przenocować. Chciałabyś? 

Skinęła głową. 

- I z wodą do mycia - dodała. Anastas lekko potarł jej policzek. 

-  Nie  wiem,  czy  uda  mi  się  to  wszystko  wyczarować,  ale  się  postaram,  przede 

wszystkim o wygodne łóżko. 

Zgodziła się z nim. 

Noce w ciasnych wozach stanowiły istny koszmar. Antonia spędzała je, leżąc między 

Anastasem a krawędzią wozu. Nie dotykał jej nikt obcy, ale było ciasno i gorąco. Nie mogła 

się  swobodnie  wyciągnąć  i  pozwolić  ciału  porządnie  odpocząć,  nie  mogła  się  całkiem 

odprężyć. Inni podróżni chrapali i sapali przez sen, nie pozwalając jej zasnąć. Nie mogła też 

porozmawiać z Anastasem. 

Noce mimo ciasnoty dawały poczucie samotności. 

Antonia  usiadła  przy  jednym  z  wozów.  Położyła  obok  cały  swój  dobytek,  który  bez 

trudu mieścił się w płóciennym worku. 

Na miejscu pozostali tylko żołnierze - szeregowi, którzy musieli pilnować zapasów - i 

mnisi,  którzy  w  swej  skromności  nie  uważali  za  konieczne  płacić  za  łóżko,  skoro  mieli  do 

dyspozycji wozy. 

-  Niebo  jest  naszym  dachem  -  wyjaśnił  jeden  z  nich  Antonii.  -  Nie  potrzeba  nam 

miękkich sienników, skoro możemy patrzeć w niebo naszego Pana. 

Antonia  zdecydowanie  wybrałaby  siennik,  ale  nie  przyznała  się  do  tego  głośno. 

Nauczyła się, że są takie chwile, kiedy lepiej jest milczeć. 

- Możesz się położyć, jeśli chcesz - zaproponował mnich, który nie bał się rozmawiać 

z Antonią. Nie był już młodym nowicjuszem; na jego twarzy widniały bruzdy, świadczące o 

tym, że wiele przeżył. W niebieskich oczach, czystych jak woda, malowała się łagodność. - 

Posiedzę tu. 

- Anastas poszedł poszukać dla nas noclegu - wyjaśniła. 

- Tak, musisz się wyspać - odparł mnich. - Słyszałem, że przewracałaś się z boku na 

bok i nie mogłaś zasnąć. Minęło pewnie wiele nocy od czasu, kiedy dobrze spałaś, prawda? 

Skinęła głową. Nie spytała, czy dlatego czuwał i nasłuchiwał, by się o tym przekonać. 

- Odpocznij teraz. - Uśmiechnął się ciepło. 

background image

- Jesteś miły, Wadim - zauważyła. Powiedział jej, jak się nazywa. Nic na świecie nie 

zmusiłoby Antonii, by zwracać się do niego „bracie Wadimie”. Nie mówiła też do niego po 

imieniu,  kiedy  mógł  ją  usłyszeć  przełożony  mnichów.  Wadimowi  wolno  było  z  nią 

rozmawiać na osobności. Młodzi, których jeszcze z klasztorem nie wiązały śluby, mogli się 

zbliżyć  do  Antonii  tylko  w  towarzystwie  innego  nowicjusza  i  zawsze  w  odległości  paru 

kroków znajdował się ktoś ze starszych. 

Widząc to, Antonia wiele razy gorzko się uśmiechała. 

Przez samą swą obecność była w ich oczach czymś grzesznym, niebezpieczną pokusą. 

Uważała, że to nienormalne. 

Przyjęła  propozycję  Wadima.  Położyła  się,  opierając  głowę  na  worku,  i  zamknęła 

oczy.  Próbowała  odnaleźć  spokój.  Wadim  miał rację,  że  potrzebowała  odpoczynku.  Dawno 

dobrze nie spała. Marzła w ciągu ostatnich nocy, bo cienkie koce nie chroniły wystarczająco 

przed chłodem. I chociaż przytulała się do Anastasa, nie robiło się dużo cieplej. 

Chciała spać... 

Zasypiając,  czuła  falowanie  jak  na  morzu,  niczym  w  czasie  przejażdżki  po  Morzu 

Białym. To wokół falowało morze głosów, potem wszystko ucichło. 

Mocno zasnęła, nic jej się nie śniło. Leżała jakby w obłokach - nie wyobrażała sobie, 

ż

e  wypełniony  do  połowy  worek  może  być  taki  miękki.  Gdyby  o  tym  wiedziała,  wcześniej 

używałaby go jako poduszki. 

Po chwili owo wrażenie odpłynęło... 

Dobiegały ją głosy, bliskie i bardzo dalekie, głośne śpiewy, śmiech i brzęk szkła... 

Kiedy się obudziła, nie leżała na worku, ale w łóżku. W prawdziwym łóżku! 

Usiadła i przetarła oczy, nie mogąc w to uwierzyć. 

Na podłodze siedział Anastas i uśmiechał się do niej. 

- Wyspana? - spytał. - Wadim powiedział, że poradził ci się położyć. Pomyślałem, że 

nie powinienem cię budzić, i przyniosłem na rękach aż tutaj. 

Fale... 

- Wadim niósł worek. Nawet mu nie drgnęła powieka, kiedy postawił swoją nogę w 

tym przybytku... 

Antonia  rozejrzała  się  dokoła.  Pomieszczenie  było  nieduże,  a  niewielkie  okienko 

umieszczono wysoko. Nie można było przez nie wyjrzeć ani też go otworzyć. Chyba żeby się 

wspiąć na ramiona innej osoby. 

Sufit znajdował się wyjątkowo wysoko, tak jakby ktoś pragnął powiększyć przestrzeń, 

równoważąc niewielką powierzchnię podłogi. 

background image

- Co to za miejsce? - spytała Antonia. Anastas wzruszył ramionami. 

- Nie radzę ci wychodzić samej z pokoju - rzekł z powagą. Wyglądało na to, że nie ma 

ochoty  na  żarty.  -  Nazywają  to  gospodą  -  dodał.  -  W  niektórych  izbach  śpi  mnóstwo  osób, 

ułożonych tak ciasno, jak to tylko możliwe. Nocuje tu również większość naszych towarzyszy 

podróży.  Żeby  dostać ten pokój, musiałem zafundować po  flaszce wódki zarówno naszemu 

kapitanowi, jak i gospodarzowi. Kiedy indziej izba ta służy... hm... w innych interesach, które 

także tu się prowadzi, oczywiście nielegalnie. 

Antonia skinęła głową na znak, że rozumie. 

- Tuż pod nami znajduje się szynk z wódką, a oprócz tego jest jeszcze kilka innych 

takich pokoi jak ten... 

- Mam nadzieję, że dostałeś klucz? Anastas przytaknął. 

- Przyniosę coś do jedzenia. Byłem już w kuchni i rozmawiałem z żoną gospodarza. 

- Czy ją także musiałeś przekonać butelką wódki? - spytała Antonia. 

Uśmiechnął się znacząco. 

-  Kobiety  to  kobiety,  niezależnie  od  tego,  ile  mają  lat  i  gdzie  mieszkają.  Najwięcej 

można u nich osiągnąć jakimś komplementem i niewinnym flirtem! 

Antonia roześmiała się. 

- Naprawdę nieźle sobie poczynasz! A byłeś tak miłym i niewinnym chłopcem, kiedy 

cię poznałam! 

- Teraz widać, do czego prowadzi obracanie się w złym towarzystwie - odpowiedział 

wesoło.  -  W  każdym  razie  gospodyni  obiecała  dać  nam  coś  do  jedzenia.  To,  co  miała  w 

garnkach, nie wyglądało wcale najgorzej i myślę, że zna się na kuchni. Wyprosiłem też trochę 

wody. Co prawda nie całą balię, w której można by się wykąpać, ale przynajmniej tyle... 

Skinął głową na wiadro stojące w kącie. 

- Jesteś aniołem! Antonia dźwignęła się na nogi. Zrzuciła brudne ubranie i ochlapała 

ciało. Woda była zimna, ale i tak przyjemnie było się umyć. Nareszcie! 

Anastas się położył, wyciągnął na łóżku. Zamknął oczy, by nie krępować Antonii. 

Była mu za to wdzięczna. Nie mogła go przecież poprosić wprost, by się odwrócił, ale 

i tak to zrobił. Okazał tyle taktu. 

Antonia  trzęsła  się  z  zimna,  kiedy,  stojąc  nago,  szukała  w  worku  czystego  ubrania. 

Miała  jeszcze  jedną  spódnicę  i  bluzkę  z  nieco  za  dużym  dekoltem,  jednak  się  tym  nie 

przejmowała - nie sądziła, by któryś z towarzyszy podróży mógł się na nią rzucić. Wciągnęła 

bluzkę  przez  głowę.  Założyła  też  spódnicę  i  pończochy.  Dobrze,  że  je  zabrała.  Marzła, 

background image

siedząc nieruchomo w  wozie. Jazda konna to zupełnie co innego, pomyślała i zatęskniła za 

konną przejażdżką. 

- Spisz? - spytała ostrożnie, kiedy się ubrała. - Możesz otworzyć oczy. Wyglądam już 

bardzo przyzwoicie. 

Anastas spojrzał na nią. 

- Wyglądasz tak samo - rzekł, drażniąc się z nią. - Myślałem, że ukaże mi się jakieś 

objawienie, a tymczasem wyglądasz zupełnie tak samo! Rozczarowałaś mężczyznę, który tak 

się starał, by zdobyć upragnioną wodę! 

- Żony nie są objawieniami! - odcięła się. - Myślałam, że już to zrozumiałeś, tak długo 

jesteś żonaty... 

Mogli teraz na ten temat żartować, często to robili. Czuli, jakby się śmiali na wzgórzu 

wisielców, ale poczucie humoru podtrzymywało ich na duchu w najtrudniejszych chwilach. 

Ż

arty były ucieczką. 

- Powinnam zostawić trochę wody dla ciebie - rzekła z żalem Antonia i popatrzyła na 

wiadro. 

-  Mogę  się  wykąpać  w  jakimś  strumieniu,  przy  którym  się  zatrzymamy  -  odparł 

Anastas lekko. - Ty musisz się myć w odosobnieniu. Również ze względu na mnie, żebym nie 

musiał wymachiwać nożem w twojej obronie. 

Antonia wywróciła oczami. 

- A gdzie to jedzenie, o którym wspominałeś? Anastas wstał. 

- Zapukam, jak wrócę - rzekł. - Zamknij drzwi na klucz i nikomu nie otwieraj! 

Nie musiał Antonii dwa razy tego powtarzać. Przekręciła klucz w zamku od razu, jak 

Anastas wyszedł. 

Pomyślała,  że  mogłaby  wyprać  ubranie.  Anastas  jeszcze  nie  wylał  wody,  a  przecież 

nie była tak brudna, by  nie można w niej zrobić prania. Antonia zabrała się za wygniatanie 

bielizny  i  bluzki,  spódnicę  zostawiając  na  koniec.  Potem  rozwiesiła  pranie  na  desce  u 

wezgłowia łóżka. W podróży trzeba sobie jakoś radzić, a trudno byłoby wytrzymać w jednej 

zmianie ubrania. Na samą myśl zaczęła się drapać po całym ciele. 

Wszystko wyprała i wykręciła, kiedy rozległo się potężne walenie do drzwi. 

- Czy to ty, Anastas? - spytała. Przystanęła z kluczem w ręku. Do połowy przekręciła 

go w zamku. 

- Anastas? - powtórzyła. 

-  Otwieraj  te  przeklęte  drzwi!  -  rozległ  się  ryk  na  korytarzu.  Głos  bynajmniej  nie 

należał do Anastasa. 

background image

Znowu  zadudniło.  Antonia  przekręciła  klucz  z  powrotem,  żeby  mieć  pewność,  że 

drzwi są dobrze zamknięte. 

-  Ania,  otwórz,  do  diabła!  Kimkolwiek  był  ten  człowiek,  na  pewno  nie  był 

słabeuszem. Walił w drzwi tak mocno, że Antonia przestraszyła się, iż zaraz je wepchnie do 

ś

rodka. Najwidoczniej spodziewał się, że zastanie tu kogoś innego. 

Antonia  uświadomiła  sobie  teraz,  co  Anastas  mówił  o  przeznaczeniu  tych  pokoi. 

Domyśliła się, że ten pewnie zajmowała do tej pory jakaś Ania. 

Odszukała  nóż,  ścisnęła  go  kurczowo.  Nie  odważyła  się  stać  za  blisko  -  zamek,  co 

prawda,  nadal  trzymał,  lecz  po  jakimś  czasie  puści,  jeżeli  ten  człowiek  nie  przestanie 

szturmować drzwi. 

-  Nie  jestem  Anią  -  usiłowała  tłumaczyć  Antonia.  Pomyślała,  że  nie  zaszkodzi 

spróbować, chociaż podejrzewała, że mężczyzna jest głuchy na wszelkie wyjaśnienia. Szalał 

ze złości. 

Czy  nikt  go  nie  słyszy?  Czy  nie  ma  nikogo,  kto  mógłby  go  powstrzymać?  A  może 

takie sceny nie są tu niczym niezwykłym? 

Antonia  bywała  w  różnych  gospodach,  ale  w  żadnej  z  nich  nie  musiała  się  niczego 

obawiać. 

-  Nie  zgrywaj  się!  -  zagrzmiało  za  drzwiami.  -  Przedtem  byłem  dla  ciebie 

wystarczająco  dobry!  Nie  byłaś,  do  diabła,  taka  delikatna,  kiedy  tu  przyszłaś!  Cholera, 

przecież jesteś dziwką! Zapłacę ci, Ania! Moje pieniądze nie są gorsze niż innych, słyszysz! 

Wpuść mnie! 

Antonia stała przy ścianie, nie mając odwagi nawet oddychać. Liczyła tylko na to, że 

Anastas wróci, zanim ten szaleniec wedrze się do środka. 

Dudnienie rozległo się znowu. Mężczyzna szlochał, kiedy bił pięścią w drzwi. Antonia 

w  gruncie  rzeczy  mu  współczuła,  ale  nie  była  przecież  Anią  i  nie  mogła  go  pocieszyć.  I 

właściwie nie chciała również wysłuchiwać jego skargi. Marzyła tylko o tym, by zjeść kolację 

i położyć się spać. 

Na moment zrobiło się cicho. 

Antonia  wstrzymała  oddech.  Przysunęła  ucho  do  szpary  w  drzwiach,  gotowa 

odskoczyć, gdyby ten drab znowu zaatakował. 

Zamiast tego usłyszała dziki, nieludzki ryk, choć przecież nie trzymano tu zwierząt. 

Potem dobiegł ją głos Anastasa i brzęk szkła na podłodze. 

Wtedy się przestraszyła nie na żarty. 

Słyszała głuche uderzenia, rozlegające się tuż obok, i ten straszliwy charkot. 

background image

Otworzyła. 

Korytarz był wąski. Spojrzała przez poręcz i zobaczyła coś, co pewnie było szynkiem. 

Dlatego głosy dochodziły z tak bliska. 

Mężczyzna  okazał  się  prawdziwym  olbrzymem.  Niczym  niedźwiedź  rozpłaszczył 

Anastasa na podłodze i okładał pięściami. 

Dwóch  ludzi  próbowało  go  powstrzymać,  ale  mimo  że  niemal  na  nim  wisieli,  nie 

udało się im go obezwładnić. 

Anastasowi  ciekła  krew  z  kącika  ust,  a  kolacja,  którą  przyniósł,  płynęła  grubą 

czerwonożółtą strugą po podłodze. Trudno powiedzieć, co to było, ale pachniało apetycznie. 

Antonia  zdążyła  zorientować  się  w  sytuacji  i  po  chwili  również  rzuciła się  w  stronę 

potężnego szaleńca. 

Nóż prawdopodobnie upuściła, kiedy otwierała drzwi. Zamiast niego użyła paznokci. 

Wbiła je w policzek mężczyzny i przeciągnęła w dół. Tamten krzyknął, usiłując osłonić się 

przed atakiem dziewczyny. 

Wtedy  zauważył  otwarte  drzwi.  Wypuścił  Anastasa,  przeszedł  nad  nim,  strząsnął  z 

siebie dwóch pozostałych i znalazł się w pokoju. 

Antonia  upadła  na  kolana  obok  Anastasa.  Wzięła  jego  głowę  w  swe  ręce  i  lekko 

potrząsnęła. Otworzył oczy, jęknął słabo z bólu i zemdlał. 

Zjawił  się  gospodarz,  czerwony  na  twarzy  jak  burak.  Plącząc  się,  przepraszał 

niewyraźnie. Antonia nie słuchała go. 

Olbrzym wrócił zaskoczony. Wypełniał sobą cały otwór drzwi. 

-  Gdzie  jest  Ania?  -  spytał  i  zaraz  powtórzył,  podniesionym  głosem:  -  Gdzie,  do 

diabła, jest Ania?! To jej pokój! 

Spojrzał na Antonię szeroko otwartymi oczami. 

- Kim ona jest? Skąd się tu wzięła? 

-  Ania  wyjechała  do  Sankt  Petersburga  -  wyjaśnił  szeptem  gospodarz,  stojąc  na 

schodach, gotowy w każdej chwili do ucieczki. Znał tego mężczyznę i bał się go. 

O ile Antonia wiedziała, miał ku temu wszelkie powody. 

Olbrzym  opanował  się.  Patrzył  nieruchomo  na  gospodarza,  podszedł  do  niego 

wolnymi,  ciężkimi  krokami.  Tamten  nie  cofnął  się,  raczej  dlatego,  że  z  tyłu  na  schodach 

zrobiło się tłoczno, niż dlatego, że był odważny. 

Mężczyzna  chwycił  gospodarza  za  kamizelkę  i  podniósł  go  na  wysokość  własnych 

kolan ponad podłogę. Patrzył ze złością na biedaka, który prawie nie mógł oddychać. 

background image

- Do Sankt Petersburga? - ryknął. - Czego ta mała dziwka tam szuka? Czy nie było jej 

tutaj dobrze? Poczuła się zbyt ważna, by mieszkać w tej dziurze? Czy dom, który miałem dla 

niej zbudować, okazał się za mały? 

- Nie wiem - jęknął gospodarz. - Postaw mnie wreszcie na ziemi! 

Mężczyzna jakby nie dosłyszał prośby. 

- Czego ona szuka w Sankt Petersburgu, pytam! 

- Postaw go na podłodze - wtrąciła się Antonia. Olbrzym wydawał się zaskoczony, że 

ktoś  śmie  się  do  niego  odzywać  tym  tonem,  i  opuścił  gospodarza  na  dół.  Jednak  wciąż  go 

przytrzymywał. Przysunął czoło do jego czoła. 

- Czego ona tam szuka? Znalazłeś jej inny burdel? Czy to ty jej pomogłeś wyjechać? 

-  Nie,  jakiś  człowiek  stamtąd  -  odparł  gospodarz.  -  Spodobała  mu  się  i  chciał  ją  ze 

sobą zabrać... 

Dopiero wtedy olbrzym zwolnił uchwyt. 

- I nie wiesz, jak się nazywał? Nie pytasz o nazwiska? 

Gospodarz potrząsnął głową. 

- A może jednak wiesz... 

Wielki mężczyzna zmusił gospodarza, by się cofnął w dół schodów. Nie przejmował 

się tymi, którzy mogli spaść. Parł naprzód, pytał i groził. 

Zapomniał  już,  co  się  wydarzyło  na  górze  przy  drzwiach  do  pokoju,  który  kiedyś 

należał do Ani. 

Przyglądający  się  zajściu  zaczęli  się  wycofywać.  W  końcu  Antonia  została  sama  z 

Anastasem. 

Odetchnęła kilka razy. Potem wzięła nieprzytomnego przyjaciela pod ręce i zaciągnęła 

do  maleńkiego  pokoiku.  Z  trudem  zdołała  położyć  go  na  łóżku.  Potem  znowu  wyszła  na 

korytarz. 

Na podłodze leżała wielka miska, którą przyniósł Anastas, butelka i dwie drewniane 

łyżki.  Butelka  pozostała  nienaruszona,  zaś  miska  przechyliła  się  do  połowy.  Zostało  w  niej 

trochę jedzenia. Nie ma co grymasić. 

Antonia podniosła naczynie i łyżki, które wytarła o spódnicę. Nie umrzemy chyba od 

odrobiny kurzu z korytarza, pomyślała. 

Potem dokładnie zamknęła za sobą drzwi na klucz. 

Wyjęła korek z butelki, przekonała się, że Anastas nie przyniósł w niej wody. Wylała 

trochę alkoholu na dłoń i przetarła nim pęknięty kącik ust przyjaciela. 

Poderwał się jak oparzony. Był oszołomiony i obolały. 

background image

- Co u licha...? 

- Spotkałeś trolla - odparła Antonia. - Dobrze, że okazałeś się przewidujący i zabrałeś 

z sobą lekarstwo. 

Przytknęła mu butelkę do ust, jeden łyk chyba nie zaszkodzi. 

- Kto to był? - spytał, kiedy Antonia zakorkowała butelkę. 

-  Ktoś,  kogo  oszukała  dziewczyna  -  rzekła  zmęczona.  -  Mieszkała  w  tym  pokoju. 

Wyjechała do Sankt Petersburga z jakimś mężczyzną, który jej zapłacił. - Antonia skrzywiła 

się. - W tym kraju dzieją się naprawdę dziwne historie. Zaczynam wierzyć, że moja nie jest 

wcale wyjątkowa. Nie ma o czym mówić, tylu innych ludzi płacze... 

- W każdym razie cios miał piekielnie mocny - zauważył Anastas i spróbował usiąść. - 

Boli mnie cała głowa. Widzę cię potrójnie... 

-  Leż  spokojnie!  -  poprosiła.  Zauważyła  na  brzuchu  Anastasa  wypukłość.  Kiedy 

rozpięła  mu  koszulę,  znalazła  chleb,  trochę  spłaszczony,  ale  z  pewnością  całkiem  jadalny. 

Musiała się roześmiać, kiedy strzepywała przyjacielowi z brzucha okruchy. 

- Nie udało mi się wziąć w ręce wszystkiego - rzekł i zacisnął zęby, rana w kąciku ust 

utrudniała mówienie. 

Antonia położyła mu palec na wargach, by milczał. Obmyła delikatnie obolałą twarz 

przyjaciela. Chłodna woda podziałała jak balsam, mimo że Antonia sama się wcześniej w niej 

umyła i wyprała ubranie. 

Jedno oko Anastasa spuchło. W ciągu najbliższych dni nabierze kolorów tęczy. 

- Mężowie też nie zawsze są dla swych żon objawieniami - wykrztusił, starając się nie 

poruszać ustami. 

Antonia musiała się roześmiać. 

- Zdołasz coś zjeść? - spytała. - Jeżeli ci pomogę? 

- Upuściłem miskę z jedzeniem. 

-  Trochę  uratowałam.  Antonia  przyniosła  ocaloną  kolację  i  nakarmiła  Anastasa. 

Przypomniało jej się dzieciństwo, kiedy karmiła młodsze rodzeństwo. 

Olgę... 

Zamrugała  oczami,  odgoniła  wspomnienia.  Nie  chciała  ich  zachować,  bo  wydawały 

się zbyt niebezpieczne! 

-  To  ty  powinnaś  się  położyć  w  tym  łóżku  -  odezwał  się  Anastas  zrezygnowanym 

głosem, pełen wyrzutów sumienia. 

background image

-  Możemy  je  dzielić.  -  Antonia  popatrzyła  na  wąskie  posłanie,  przypominające 

bardziej  pryczę  niż  łóżko.  -  Sypialiśmy  już  razem,  prawda?  Obiecuję,  że  nie  rzucę  się  na 

ciebie. Nie sądzę też, byś ty był do tego zdolny, nawet gdybyś chciał. 

Roześmiał się, tak że rana się odnowiła, i wąską strużką pociekła z niej krew. Antonia 

otarła ją palcem zwilżonym śliną. 

- Daj mi coś do picia - poprosił Anastas, gdy już się najadł. - I postaraj się, żeby o nas 

nie zapomniano, gdy trzeba będzie ruszać w dalszą drogę. Kapitan też miał tu nocować. Nie 

sam... 

Antonia rozumiała. 

W  takim  miejscu  jak  to,  w  takim  pokoju  jak  ten,  zawsze  można  kupić  sobie  czyjeś 

ciepłe ciało. 

Kobietę taką jak Ania. Nieznajoma, której cząstkę życia poznali. 

Antonia posmutniała. 

- Morowy chłop ten kapitan - zauważył Anastas. Napił się wódki i trochę zakręciło mu 

się w głowie. - Muszę się z nim poznać bliżej - mówił dalej. - Ta znajomość może nam się 

przydać, Toniu... 

Antonia  nie  słyszała  już,  dlaczego  mieliby  na  tym  skorzystać,  ale  zgodziła  się,  że 

kapitan jest niczego sobie. Nie wydawał się wiele starszy od niej. Poza tym dostrzegła w nim 

coś ludzkiego, a nie znajdowała tego u wielu, którzy posiadali tytuły wojskowe. Być może to 

dlatego, że jest taki młody i że ona jest kobietą. W obecności kobiet nawet najtwardsi męż-

czyźni trochę łagodnieją. 

Anastas chrapał. 

Antonia  zjadła  resztę  kolacji.  Pociągnęła  kilka  łyków  z  butelki,  nie  miała  ochoty  na 

więcej. Potem przesunęła Anastasa bliżej ściany i położyła się obok. 

Leżała w wygodnym łóżku, ale nie mogła zasnąć. 

To była długa noc. Być może Wadim miał rację, może warto przedkładać dach nieba 

nad miękkie sienniki? 

background image

Anastas  wyglądał  nieszczególnie,  kiedy  nazajutrz  o  świcie  wrócili  do  obozu. 

Rozerwany  kącik  ust  sprawiał,  że  zesztywniała  mu  cała  połowa  twarzy  i  chłopak  nie  mógł 

mówić.  Jedno  oko  spuchło  i  przybrało  najdziwniejsze  żółte  i  niebieskie  odcienie,  które  na 

krańcach brązowiały. Traf sprawił, że najwięcej ucierpiało lewe oko, a usta pękły po prawej 

stronie, tak że twarz wykrzywiała się w grymasie. 

Towarzysze podróży zerkali na Anastasa spod oka. A Wadim odezwał się: 

- Myślałem, że mieliście znaleźć spokojne miejsce na porządny odpoczynek... 

-  I  znaleźliśmy,  lecz  odpoczęliśmy  nieco  później  -  odparła  Antonia.  -  Spotkała  nas 

niemiła  przygoda.  Nie  mogę  się  nadziwić,  że  w  tym  kraju  jest  tyle  smutku  i  zła.  Czy  wy, 

mnisi, tego nie dostrzegacie? A może unikacie wszystkiego, co przykre? 

Wadim  nie  odpowiedział,  chociaż  Antonia  zauważyła,  że  już  otworzył  usta.  Na 

szczęście zorientował się, że przełożony stal zbyt blisko. Odpowiedź nie była przeznaczona 

dla jego uszu. 

- W każdym razie nie nudziliśmy się - rzekł Anastas z trudem. 

Czuł  skutki  pobicia,  kiedy  wspinał  się  na  wóz.  Antonią  musiała  mu  podać  rękę. 

Trochę go ubodło, że nie stało się odwrotnie, lecz szybko przegonił tę myśl. Nie ma się czym 

przejmować! 

Dla  Anastasa  nadeszły  ciężkie  dni.  Podskakiwanie  na  drogach,  które  trudno  było 

wypatrzyć,  sprawiało  ból  we  wszystkich  mięśniach,  nawet  tych,  których  istnienia  nie 

podejrzewał. 

Posuwali  się  wolno  na  północ.  Skręcili  nieznacznie  na  wschód,  w  stronę  Wołogdy, 

potem mieli podążyć wzdłuż Suchony, od samych jej źródeł, być może napotkać statki, które 

z Totmy zabrałyby ich na północ. 

Mijali nowe wioski, nowe krajobrazy, chociaż dzień był podobny do dnia. Równinna 

kraina wydawała się ciągnąć w nieskończoność. Horyzont miał w sobie coś wielkodusznego, 

nie zamykał się, oko mogło powędrować bezgranicznie daleko. Myśli mogły ulecieć. Ziemia 

była  zielona,  płodna,  rzeki  płynęły  z  majestatyczną  godnością.  Niebo  zdawało  się  całować 

ziemię, a w czasie deszczu nad nią płakało. 

Nie wszystko jednak było piękne. 

Oko mogło zwodzić - wybierać, co chce zobaczyć. 

Ś

wiadomość mogła zamykać się na prawdę, na to, co kryło się pod ładną powloką. 

background image

Kraina była piękna, nie ulegało wątpliwości. 

Ta urodzajna ziemia mogła wykarmić swe dzieci. 

Mimo to wielu ludzi żyło w ubóstwie. 

Przetaczając  się  wozami  obok  chłopów  pracujących  na  polach,  machali  do  nich.  W 

odpowiedzi otrzymywali uśmiech. Chłopi mogli wyprostować plecy i na moment wypuścić z 

rąk narzędzia. 

Łatwo  można  by  pomyśleć,  że  są  szczęśliwi,  że  nie  doskwiera  im  bieda,  gdyż  pola 

ciągnęły się daleko. 

Oko mogło zwodzić. 

Tak łatwo jest widzieć tylko to, co się chce zobaczyć. 

Można by pomyśleć, że ci ludzie mieszkają w owych wspaniałych domach, które od 

czasu  do  czasu  ukazywały  się  z  dala  od  polnych  dróg  przecinających  krajobraz.  Można  by 

trwać w przekonaniu, że ci ludzie są szczęśliwi. 

Może omijano wzrokiem nędzne chaty, lachy, które mieli na sobie pracujący w polu, 

dzieci, pracujące na równi z dorosłymi. 

Oko tak łatwo może zwodzić. 

Takie  drobiazgi  nie  umknęły  jednak  uwagi  Antonii.  Serce  ściskało  się  jej  na  ten 

widok, w oczach pojawiły się łzy. Nie przejmowała się, że mężczyźni wymienili spojrzenia, 

napomykając coś o babskim mazaniu się. 

-  Jak  możesz  się  temu  przyglądać  i  mimo  to  się  uśmiechać?  -  spytała  Wadima 

pewnego wieczoru, kiedy rozbili obóz, a mnich przysiadł się do ogniska. - Czy nie ogarnia cię 

złość? Czy nie zaczynasz tracić swej wiary? Czy Bóg tego nie widzi? Dlaczego nic z tym nie 

zrobi? 

- Wiem o biedzie - odparł. - Widziałem już wcześniej podobne obrazki, nawet dużo 

gorsze  niż  te.  Wiem,  jakie  różnice  dzielą  biednych  i  bogatych,  bo  sam  zaznałem  jednego  i 

drugiego: bywałem w rozświetlonych salach i mrocznych izbach. 

Wadim  nigdy  przedtem  nie  powiedział  tak  wiele  o  swej  przeszłości,  milczał  w  tym 

względzie jak skała. 

Jednak niektórzy domyślali się, że pochodzi ze znakomitego rodu. Być może dlatego 

przeor zostawiał mu większą swobodę niż innym mnichom. 

- Nie uważam, że bieda jest karą boską za grzechy - rzekł Wadim do Antonii. - Nie 

dlatego ludzie są biedni, że na to zasłużyli. Przyczyna leży gdzie indziej. 

- I Bóg nie wynagradza bogactwem? - spytała. 

- Sądziłem, że wiesz, kto sprzyja bogatym - odparł z kamienną twarzą. 

background image

To niebezpieczne myśli, a ubrane w słowa, stawały się dużo bardziej groźne. Antonia 

skinęła głową. 

- Kościół ściąga podatki - powiedziała. 

-  Istnieją  takie  miejsca,  gdzie  klasztory  pomagają  biednym  -  odparł  Wadim.  -  Nie 

wszędzie są pozłacane ołtarze... 

-  Katedra  w  Archangielsku  jest  niczym  paląc  -  zauważyła  Antonia.  -  Wszystkie 

kościoły, jakie znam, są niczym budowane dla królów! 

- Bo są - potwierdził Wadim. - Nie dla ziemskich królów, ale jednak. Są wznoszone 

dla największego ze wszystkich królów. 

-  Czy  dla  Niego  ma  to  jakieś  znaczenie,  że  ściany  i  sufit  są  pokryte  złotem  i 

błyskotkami? - Antonia zaperzyła się. Ogarnęła ją taka złość, że omal się nie rozpłakała. 

Przypomnieli  jej  się  ludzie  stojący  w  łachmanach  na  polach,  zginający  plecy  od 

najwcześniejszych godzin poranka, gdy słońce stało w zenicie i kiedy ciemność już zaczynała 

okrywać ziemię swym płaszczem. 

Przypomnieli jej się rybacy znad Morza Białego, którzy tonęli w długach.  Ich żony, 

dzieci, ich nędzne domy. 

- Zadałaś dobre pytanie  - rzekł powoli Wadim. - Odważne jak na kobietę - dodał,  a 

jego twarz rozjaśnił uśmiech. - Inny by pewnie powiedział, że tylko kobieta mogłaby wpaść 

na coś tak bezsensownego. 

- Możesz odpowiedzieć? - spytała. Wadim wrzucił do ognia gałązkę. Wpatrywał się w 

ognisko. 

- Mogę - odrzekł. - I mój Kościół także. Lecz odpowiedzi będą różne. 

Anastas rzucił Antonii szybkie spojrzenie, tak jakby chciał ją ostrzec, że nie wolno jej 

posuwać się dalej. Antonii nie przyszło to do głowy, choć wiedziała, że Wadim nie powinien 

się wypowiadać na podobne tematy, nie powinien mieć własnego zdania. 

- Myślę, że mogę zrobić coś dobrego tam na północy nad Morzem Białym - wyznał. 

Jego głos stał się nagle bardziej pokorny, pełen skruchy. 

Antonia podniosła wzrok i zobaczyła zbliżających się przeora i kapitana. 

- Dla narodu, dla mojego Zbawcy - dodał. Antonia poczuła ucisk w gardle. Nie miała 

więcej pytań ani wyzwań, które mogłaby rzucić w twarz Wadimowi. 

Bolało ją, gdy widziała, że również on robi się mały. 

Tak bardzo się wyróżniał spośród innych, ale i on pochylał  głowę, i on naginał swe 

poglądy. Żył z tym, bo dokonał takiego wyboru. 

Antonia nie umiała go zrozumieć. 

background image

Tego  wieczoru  odeszła  od  ogniska.  Poszła  sama.  Anastas  patrzył,  jak  się  oddala, 

pomyślał, że idzie do wozu, jakby szukała samotności. Nie ruszył za nią. 

Wokół  panowała  cisza.  Wydawało  się  tak  bezpiecznie.  Noc  była  cieplejsza  niż 

ostatnio  i  sucha.  Obok  płynął  strumień.  Wozy  stały  ustawione  w  koło,  a  konie  pasły  się  w 

ś

rodku. 

Od  południa  nie  spotkali  żywej  duszy.  Teren  sprawiał  wrażenie  niezamieszkałego. 

Rozpalili zatem ogniska poza kręgiem wozów. Odprężyli się, cieszyli się spokojem. Anastas 

już się niemal przyzwyczaił do obecnego sposobu podróżowania, który tak bardzo różnił się 

od jego dotychczasowego trybu życia, kiedy każdej nocy obawiał się wrogów. Wówczas spał 

bardzo czujnie - wystarczył nawet szmer ptaka, który przysiadł na cienkiej gałązce nad jego 

głową, by zerwać go ze snu, by chwytał za broń. 

Anastas pomyślał, że to byłoby chyba zbyt piękne, by tamto życie się skończyło. 

Nie mógł uwierzyć w taki cud. 

Wstał  od  ogniska  jako  pierwszy.  Zauważył,  że  nawet  nowicjusze  nie  zostali  jeszcze 

zapędzeni do spania. Może przeor również zwrócił uwagę, że Antonia poszła się położyć i nie 

chciał narażać ich niewinnych dusz na pokusę, pozwalając, by zostali sam na sam z kobietą. 

Anastas musiał się uśmiechnąć. 

Nadal czuł ból, kiedy uśmiechał się zbyt szeroko, ponieważ rana w kąciku ust trudno 

się zrastała. 

Wóz okazał się pusty. Początkowo Anastas sądził, że się pomylił - wozy były bardzo 

podobne jeden do drugiego, zwłaszcza w ciemności - ale kiedy zajrzał do obu stojących obok, 

okazało się, że dobrze trafił. 

Wszedł do właściwego wozu... Jednak Antonii w nim nie było. 

Co  za  lekkomyślne  babsko!  przebiegło  mu  przez  myśl.  Wokół  panowała 

nieprzenikniona ciemność i nigdzie nie mógł dojrzeć Antonii. 

Kopnął  jakiś  kamień,  który  uderzył  w  koło  wozu.  Na  ten  odgłos  jeden  z  żołnierzy 

pełniących wartę poderwał się. 

Anastas przeprosił z uśmiechem, kiedy tamten przybiegł zobaczyć, co się dzieje. 

- Widziałeś Tonie? - spytał spokojnie wartownika. Nie chciał wzbudzać paniki. Sam 

także starał się nie poddawać strachowi, ale serce waliło mu w piersi jak młot kowalski. 

Do diabła, co ona znowu wymyśliła? W co się wplątała? 

Ż

ołnierz nie widział jej. Anastas zresztą się tego nie spodziewał. 

- Przejdę się wzdłuż strumienia - oznajmił. - Nie strzelaj do mnie, kiedy będę wracał! 

background image

Tamten ukazał białe zęby w uśmiechu. Odparł, że nie może zagwarantować, że się nie 

pomyli. To zależy, czy Anastas, wychodząc z zarośli, nie będzie się podejrzanie zachowywał. 

Anastas się roześmiał. 

Podążył wzdłuż strumienia. 

Antonię  zawsze  jakaś  magiczna  siła  ciągnęła  ku  wodzie.  To  chyba  zrozumiałe, 

wychowała się przecież nad Morzem Białym. 

W  tej  suchej  krainie,  położonej  z  dala  od  morza,  nawet  niewielki  strumień  kusił  ją 

swym szmerem. 

Anastas kochał te rozległe płaszczyzny. Uwielbiał widok równiny falującej w stronę 

horyzontu. Wiedział, że za tą linią ziemia rozpościera się dalej. 

Zatrzymał się nad strumieniem. Nie był pewien, w którą pójść stronę, w końcu wybrał 

drogę na północ. Wiedział, że niebo podpowiedziało Antonii ten kierunek, podprowadzając ją 

kilka kroków bliżej domu. 

Poza tym gęstniały tam zarośla. Jeśli szukała ucieczki, ukrycia, wybrałaby tę drogę. 

Anastas  stąpał  cicho.  Oczy  przyzwyczaiły  się  szybko  do  ciemności  panującej  poza 

kręgiem  światła  ognisk.  Mrok  również  nadawał  światu  wiele  piękna.  Wszystko  nabierało 

innego kształtu. Zwykła gałązka wyglądała jak dzieło sztuki. 

Gwiazdy  obsypywały  srebrem  wierzbowe  witki  i  wyczarowywały  najbardziej 

niepowtarzalne wzory. 

Nawet niepozorny strumyk nabierał srebrnego blasku, wykradając poświatę niebu. 

Które Wadim nazywał dachem. 

Dziwnie było tak iść samemu. Anastas przyzwyczaił się, że zawsze wokół niego roiło 

się  od  ludzi.  Tak  się  ułożyło  w  jego  życiu.  Zawsze  w  biegu,  z  niewielkim  dobytkiem,  ale 

zawsze blisko innych. Nie przeszkadzało mu to. Widział, że Antonia z trudem to znosiła, choć 

już wcześniej prowadziła taki tryb życia. 

Widział, jak zamyka się w sobie, uznając, że to  jedyny sposób, by odgrodzić się od 

innych. 

Jednak zbyt częste przebywanie we własnym świecie może okazać się zgubne. 

Sam  tego  doświadczył.  Ledwie  się  wykaraskał.  Rzadko  mówił  o  tym  etapie  swego 

ż

ycia, ponieważ wspomnienia z tego okresu ciągle sprawiały mu ból. 

Antonia nie powinna zbytnio zagłębiać się w sobie. 

Nie zauważył jej i omal się o nią nie potknął. Ogniska wyglądały stąd jak czerwone 

gwiazdki, wozy tworzyły ciemne wzniesienia na tle nocy okrytej o ton jaśniejszą peleryną. 

background image

Antonia siedziała skulona w zaroślach.  Zaszyła się. Nie odezwała się, kiedy pojawił 

się Anastas, tylko podniosła wzrok. 

Anastas usiadł obok niej na trawie. 

-  Zacząłem  się  o  ciebie  bać  -  powiedział  cicho.  Nie  mógł  rozładować  złości,  którą 

czuł. 

-  Już  miałam  wracać  -  odparła  i  zamilkła.  Anastas  poznał  po  jej  głosie,  że  płakała. 

Przysunął się bliżej i objął ją ramieniem. 

-  Nie  możesz  brać  na  siebie  trosk  całego  świata  -  rzekł.  -  Nie  możesz  cierpieć  za 

wszystkich biedaków. To nie twoja wina, że żyją w nędzy. 

Antonia nie odpowiedziała, ale oparła głowę na jego ramieniu. Anastasowi zrobiło się 

miło, że mimo wszystko okazał się trochę potrzebny. 

-  Nawet  ci,  którzy  mienią  się  sługami  Bożymi,  nie  chcą  otworzyć  oczu  na 

niesprawiedliwość  -  rzuciła  zdławionym  głosem.  -  Jak  to  się  może  kiedykolwiek  zmienić, 

skoro  nikt  tego  nie  dostrzega?  Skoro  nikt  nie  ma  odwagi  cokolwiek  zrobić? Skoro  nikt  nie 

chce  się  odważyć  być  tym  pierwszym,  który  się  sprzeciwi,  nazwie  niesprawiedliwość  po 

imieniu... 

- Grigorij próbował - zauważył Anastas. Ujrzał przed oczami bardzo wyraźnie postać 

przyjaciela.  Silną  twarz,  białą,  niesforną  czuprynę,  koński  ogon,  skórzany  sznur  na  szyi, 

uśmiech.  Oczy,  które  nadal  potrafiły  się  śmiać  i  błyszczeć.  -  Próbowaliśmy  -  dodał.  -  I 

zadanie  okazało  się  trudniejsze,  niż  to  sobie  wyobrażaliśmy.  Wiesz,  dokąd  to  zaprowadziło 

Grigorija i jaką cenę za to zapłacił. 

Antonia westchnęła. 

Dobrze wiedziała, ale przez to nie było jej wcale łatwiej. Ktoś musiał ponieść ofiarę. 

Cena nie powinna być niska. Nie mogła. Ale pewnego dnia ludzie muszą być skłonni 

ją zapłacić. Tak jak uczynił to Grigorij i człowiek zwany Stieńką Razinem. I jeszcze wielu, 

wielu innych, których imion nie znali. 

- Czy z tego powodu płaczesz? - spytał. 

- A czy to nie wystarczy? 

- Czasem widzimy tyle nędzy, że nie jesteśmy już w stanie płakać - odparł Anastas. - 

Stajemy się nieczuli. 

Antonia nic nie odpowiedziała, tylko westchnęła. 

- Tęsknisz za domem? Myślisz o Archangielsku? O Morzu Białym? 

Antonia roześmiała się. Smutnym śmiechem, który Anastas słyszał już u niej nie raz. 

background image

- Dom to każde miejsce, gdzie rozbijamy obóz - powiedziała. - Nie śmiem nazywać 

Archangielska domem. Ale chciałabym poczuć zapach morza. Ta kraina pachnie tylko trawą. 

Nawet rzeki pachną trawą, ten strumień pachnie trawą... 

- Tęsknisz - stwierdził. 

- Tak... 

- Chcesz tam zostać? - spytał ostrożnie. Nie chciał wymuszać na niej decyzji, do której 

podjęcia nie była jeszcze gotowa. 

Ale pragnął, by Antonia potrafiła rozejrzeć się dookoła, popatrzeć w przyszłość, a nie 

tylko w głąb siebie. We wnętrzu człowieka znajduje się wiele ślepych uliczek i łatwo można 

pobłądzić,  zbyt  długo  przyglądając  się  własnej  duszy.  Podobnie  jak  łatwo  dostać  zawrotu 

głowy, gdy zbyt długo patrzy się w niebo. Pragnienie, by dotknąć gwiazd, może urosnąć do 

zbyt  wielkich  rozmiarów.  A  gdy  ktoś  trochę  za  mocno  się  wzniesie,  upadek  może  być 

bolesny. 

- Marzysz o tym, Toniu? Niechętnie skinęła głową. Zacisnęła usta, nie chcąc zdradzić 

swych myśli. 

- Jakie są twoje marzenia? - spytał nieśmiało Anastas. 

- Nie pytaj! - odparła głosem tak zbolałym, że i on poczuł ból. 

Anastas potargał jej loki. Pragnął, by Antonia znowu była wesoła, by znowu się śmiała 

jak  dawniej.  Jej  śmiech  był  niby  lekarstwo.  Brzmiała  w  nim  muzyka.  Kiedy  Antonia  się 

ś

miała, nawet deszcz miał swój urok, a dzień stawał się piękny. Ale należała do osób, które w 

ciągu  jednej  chwili  mogły  ze  stanu  najwyższej  euforii  spaść  w  najciemniejszą  czeluść 

przygnębienia. Trudno się żyje z takimi ludźmi, ale trudno też samemu sobie z tym radzić. 

Własnej  natury  nie  da  się  zmienić  lub  zdusić.  A  Antonia  pod  wieloma  względami 

przypominała  dziecko  natury,  szlachetny  kamień,  którego  nikt  jeszcze  nie  oszlifował  i  nie 

oprawił. 

- Ja marzę o małym domku - wyznał Anastas. - W jakiejś otwartej, rozległej zielonej 

okolicy.  Być może takiej jak ta, której aż po horyzont nie zakłóca nawet pojedyncza skala. 

Nad niewielką rzeką, którą można przebyć wpław. Lubię szum wody, a poza tym cudownie 

jest jechać konno brzegiem rzeki. Miałbym konie, mnóstwo koni. I nikt nie pytałby mnie, kim 

jestem.  Wymyśliłbym  sobie  nazwisko,  które  wszyscy  by  przyjęli  jako  moje  prawdziwe. 

Ż

yłbym bardzo skromnie, ale byłbym szczęśliwy. Takie jest moje marzenie. 

- Masz takie proste marzenia - westchnęła Antonia. - Ale są piękne. Może się spełnią. 

W tym kraju jest wiele bezkresnych równin. Poza tym posiadasz dokumenty na to, że oddałeś 

nieocenione usługi carycy Elżbiecie. Kto chciałby zaszkodzić takiemu człowiekowi? Możesz 

background image

napomknąć,  że  masz  wielkie  względy  u  carycy,  wspomnieć  mimochodem  o  Sankt  Pe-

tersburgu. Ludzie wiedzą, co to oznacza, a większość z nich boi się zadawać niebezpieczne 

pytania w obawie, że mają przed sobą szpiega. Kto wie... 

- Wszystkie marzenia mogą się spełnić. 

- Nie moje - rzekła smutno Antonia. 

-  Pozwól  mi  zgadnąć!  -  Spojrzał  na  strumyk  szemrzący  tuż  obok.  Ten  plusk  był 

najgłośniejszym  odgłosem,  jaki  tu  dochodził.  Anastas  mimowolnie  zniżył  głos,  żeby  nie 

zagłuszać strumienia. 

- Masz swoje konie, nie możesz bez nich żyć, Tonią. Carycę i stado innych. Jeździsz 

na Carycy, jest zbyt delikatna i zbyt uparta, by ją zaprząc do wozu. Może wykorzystasz ją w 

hodowli. Potrafię sobie wyobrazić ciebie jako hodowcę koni. Podobałoby ci się to, prawda? 

Nie odpowiedziała. 

- Masz przy sobie córkę - mówił dalej Anastas. Zdawał sobie sprawę, że wkroczył na 

niebezpieczne obszary. Zrozumiał, że Antonia dużo myślała o Oldze. 

Zastanowił się, czy Grigorijowi sprawiało to przykrość. Na pewno! 

Grigorij  był  najwspanialszym  człowiekiem,  jakiego  znał,  na  pewno  musiał  brać  pod 

uwagę  to,  że  Antonia  tęskni  za  córką.  Być  może  dlatego  prosił  Antonię,  by  wracała  do 

Archangielska.  Grigorij  miał  świadomość,  że  wykradł  Oldze  matkę.  Umierając,  pragnął  ją 

zwrócić. 

Tylko  dla  Antonii  Grigorij  zdradził  ideały,  w  które  wierzył.  Ten  jedyny  raz  odebrał 

coś komuś słabszemu, jednak oddał z powrotem. 

Za późno? 

-  Nie  możesz  żyć  w  samotności,  Antoniu  -  rzekł  Anastas.  -  Myślę,  że  nie  będziesz 

sama, widzę obok ciebie mężczyznę. 

Płakała. 

-  Chciałbym,  aby  moje  marzenie  o  tobie  się  spełniło  -  rzekł  czule.  -  Nie  życzę  ci 

niczego innego ponad to, co może uczynić cię szczęśliwą. Twoje życie dopiero się zaczyna, 

przed  tobą  jeszcze  wiele  radości.  Śmierć  Grigorija  nie  oznacza  końca  dla  ciebie...  -  Nabrał 

powietrza.  Nie  wiedział,  jak  ją  przekonać,  żeby  jednocześnie  nie  ranić  jej  uczuć,  ale  tak 

bardzo pragnął, by dostrzegła te same iskierki nadziei, które i on widział. - Nie mogłabyś być 

z  mężem  szczęśliwa.  Nie  uciekłabyś  przecież  z  Grigorijem,  gdyby  wszystko  między  tobą  a 

Olegiem dobrze się układało. 

- To prawda - przyznała. - Nie było mi łatwo. Nie wiem, czy próbowałam coś zmienić. 

Nie wiem, czy zrobiłam wystarczająco dużo... Nigdy nie dałam Olegowi szansy. Chyba się 

background image

nawet nie domyślał, że czegoś mi brakuje. Sądzę, że na swój sposób był szczęśliwy, że nie 

dostrzegał  tej  pustki  w  naszym  wspólnym  życiu.  Myślę,  że  było  mu  dobrze,  rozumiesz, 

Anastas?  Nie  wymagał  tak  wiele,  miał  to,  czego  pragnął.  Tak  mu  się  przynajmniej 

wydawało... 

Anastas  pomyślał,  że  trudno  kochać  takie  kobiety  jak  Antonia  i  być  przez  nie 

kochanym. Trzeba być bardzo silnym i pewnym siebie. 

-  Czy  widzisz  kogoś  w  swoich  marzeniach?  -  spytał  cicho.  -  Czy  jest  w  nich  jakiś 

mężczyzna? 

Skinęła głową. 

-  Nie  chcę  być  sama!  -  odparła  z  naciskiem,  jak  gdyby  spodziewała  się,  że  ktoś  jej 

zaprzeczy. - Jestem silna. Czuję się silna, Anastas. Wiem, że już nie spotkam nikogo takiego 

jak Grigorij, że po raz drugi nie przeżyję już tak wielkiej miłości, ale nie chcę żyć sama. Nie 

mogę.  Chociaż...  chyba  mogę,  mam  tę  siłę,  ale  tego  nie  pragnę.  W  moich  marzeniach  jest 

mężczyzna. 

- Ten, który został w Archangielsku? Antonia odetchnęła, drżąc. 

-  Nie  wiem  -  odparła  wreszcie.  -  Nie  widzę  jego  twarzy,  nie  potrafię  zobaczyć  jego 

postaci. Nie wiem nawet, jaki on jest. Ale istnieje. To ktoś, z kim mogę dzielić resztę mego 

ż

ycia. Może to Oleg, może ktoś, kogo znam. A może ktoś, kogo jeszcze nie spotkałam... 

- Wasilij? - spytał Anastas. - Lubiłem Wasilija... 

-  Wszyscy  lubią  Wasilija  -  rzekła  Antonia  z  nieznacznym  uśmiechem.  -  Jednak  nie 

moglibyśmy się związać na dobre i złe, po prostu nie moglibyśmy wyrządzić sobie nawzajem 

takiej krzywdy. A przede wszystkim nie moglibyśmy wyrządzić takiej krzywdy Raiji... 

Anastas ujrzał przed oczyma przyjaciółkę Antonii. Zawsze była obecna, wkradła się w 

ż

ycie  tak  wielu.  Niezwykła  kobieta,  którą  trudno  zapomnieć.  Pod  wieloma  względami 

bardziej nieobliczalna od Antonii, a jeden Bóg wie, że mało która miała bardziej zagmatwane 

ż

ycie i zawiłą duszę niż właśnie Antonia. 

- A w twoich marzeniach są kobiety, Anastas? - spytała Antonia. 

Poderwał się przestraszony. Odruchowo odsunął się, jakby się sparzył. 

- Trudno jest wymazać wspomnienia o Kati - rzekł szczerze. - Już nigdy nie pokocham 

nikogo tak mocno, a związek bez miłości wydaje się bez sensu. 

- Nie chcesz mieć dzieci? Poczuł, jakby otrzymał policzek. Uparcie unikał tych myśli, 

celowo je omijał. Zawsze uciekał wzrokiem, kiedy dotykał tego tematu. 

- Nie mógłbym dać dzieciom nawet nazwiska - rzekł głucho. - Nie posiadam nic, a nie 

potrafiłbym skazać ich na biedę i głód. 

background image

- A twoje konie? - spytała. 

- Czyż nie są tylko marzeniem? - westchnął Anastas. - Życie to droga, która biegnie 

przede mną. Nie ma takiej izby, która będzie moja, ani ziemi, którą posiadłbym na własność. 

Konie, które bym trenował, nie należałyby do mnie. Ale mnie to nie przeszkadza, nie mam 

potrzeby posiadania... Jestem chyba szczęśliwszy, niczego nie mając. Rzeczy wiążą cię. Nie 

zauważyłaś? Ludzie także cię wiążą. Kobieta mnie zwiąże, a dzieci jeszcze bardziej. Jestem 

chyba takim koniem, który wiecznie będzie wierzgał i nigdy nie da się ujarzmić. 

- To oznacza samotność - zauważyła Antonia. 

- Tak - odparł. - Ale mogę tak żyć. Myślę, że chcę tak żyć. 

Anastas  pokładał  w  Bogu  nadzieję,  że  nie  zranił  Antonii.  Jej  słowa  zaczynały  go 

przerażać. Nie spytał jej o to, czego najbardziej się obawiał, nie mógł jej tego powiedzieć. Ale 

strach miał oblicze. 

Jego własne. 

W jej marzeniach. 

- Wyobrażałam sobie prawie, że mógłbyś ujeżdżać moje konie - rzekła cicho. 

Anastas uścisnął ją ostrożnie i pocałował w czoło. 

-  Obawiałem  się  tego  -  rzekł  smutno.  -  Obawiałem  się,  że  o  tym  pomyślisz,  ale  to 

nigdy nie byłoby możliwe. 

- To prawda - przyznała po dłuższej chwili. - To nigdy nie byłoby możliwe. 

background image

Wyruszyli  w  dalszą  drogę.  Podróżowali  powoli,  krajobraz  przesuwał  się  leniwie. 

Zrobiło się chłodniej. Lato zaprezentowało już swą szatę i mogło odejść, wystarczająco długo 

tańczyło boso po kraju, wymachując kolorową spódnicą. 

Barwy  zbladły,  trawa  straciła  swą  soczystą  zieleń,  niebo  nie  potrafiło  już  wydobyć 

iskrzącej niebieskości. Wiele kwiatów zrzuciło płatki, z ciężkich główek wysiały się nasiona. 

Wszystko przygotowywało się na nadejście jesieni. 

Dotarli  do  Suchony.  Serce  Antonii  zabiło  trochę  szybciej,  kiedy  ujrzała  rzekę,  jej 

rzekę, którą Dwina nigdy się nie stanie. 

Teren nie przypominał okolic Kotłasu, gdzie Suchona wpada do Dwiny; długo jeszcze 

trzeba  jechać  na  północny  wschód,  by  tam  dotrzeć.  Upłynie  wiele  czasu,  zanim  Antonia 

rozpozna znajome strony. 

Totma,  tak  jak  Wielikij  Ustiug,  leży  po  lewej  stronie  rzeki  -  albo  północnej,  w 

zależności od tego, jak się patrzy. Kotłas natomiast zbudowano po jej wschodniej stronie. 

Rozbili obóz na obrzeżach Totmy. Nie mogli tak dużą grupą rozlokować się we wsi. 

Plotki jednak dotarły do jej mieszkańców przed nimi. 

Kiedy kapitan wybrał się do wioski, żeby się dowiedzieć o transport frachtowcem na 

północ, wszyscy wiedzieli, w jakiej sprawie przybywa. Zanim dotarł do portu, powiedziano 

mu, że musi się przygotować na czekanie. 

Frachtowce  miały  przypłynąć  za  tydzień.  We  wsi  są,  co  prawda,  mniejsze  lodzie  do 

przewozu  ludzi,  ale  wozów  i  koni  nie  udźwigną.  Poza  tym  są  przystosowane  tylko  do 

pokonywania krótkich odcinków rzeki. Lecz - jak już powiedziano - za tydzień spodziewane 

są frachtowce z Archangielska z transportem ryb z wielkiego morza na północy, i będą mogły 

ich zabrać aż nad Morze Białe. 

Kapitan wrócił do obozu, przynosząc niepomyślne wieści. 

Podróżni musieli uzbroić się w cierpliwość, nie pozostawało im nic innego. 

Większość z  nich  wyruszyła  do  wsi,  wytropili  w  niej  bowiem  karczmę,  w  której  od 

razu zawrzało. 

Antonia  nie  tęskniła  do  wioski.  Razem  z  Anastasem  wybrała  się  tam  konno  i 

zobaczyła już, co było do zobaczenia. Małe domy, ludzi umęczonych codzienną pracą, port - 

nieduże łodzie. Zaciekawione dzieci, kobiety o bojaźliwych spojrzeniach. Hałaśliwych męż-

czyzn, wśród których zauważyła sporo młodych. 

background image

Nietrudno zgadnąć, dlaczego. 

Na  początku  lata  skończyła  się  kolejna  wojna  Rosji  ze  Szwecją.  Młodzi  mężczyźni, 

którzy zostali powołani do wojska i którzy przeżyli, zaczęli wracać do domów. 

Spór  między  Szwecją  a  Rosją  trwał  już  długo.  Latem  1741  roku  Szwedzi 

wypowiedzieli  wojnę  Rosji  i  zebrali  wojska  przy  granicy.  Poprowadził  je  generał  major 

Henrik  Magnus  von  Buddenbroock.  Strona  szwedzka  nie  była  jednak  przygotowana  do 

wojny.  Rosjanie  zaatakowali  i  zdobyli  Villmanstrand.  Nie  doszło  nawet  do  poważniejszych 

walk. W listopadzie tegoż roku po kolejnym przewrocie pałacowym na tronie Rosji zasiadła 

córka Piotra I, Elżbieta. 

Na  froncie  fińskim  zawarto  ustne  zawieszenie  broni,  ponieważ  Elżbieta  Piotrowna 

potrzebowała czasu na uporządkowanie spraw we własnych kręgach. Kiedy się z tym uporała, 

w  lutym  1742  roku  zerwała  bez  wahania  zawieszenie  broni,  o  które  sama  zabiegała,  i  z 

zaskoczenia  zaatakowała  osłabionego  wroga.  Wiedziała,  że  zima  mocno  dała  się  we  znaki 

szwedzkim  wojskom.  Żołnierze  kwaterowali  w  nędznych  barakach,  gdzie  często  gościły 

choroby,  nie  dojadali,  coraz  bardziej  słabła  wśród  nich  wola  walki  i  wiara  w  zwycięstwo. 

Prowadzenie wojny pochłania mnóstwo pieniędzy. Ponieważ do zimowych kwater żołnierzy 

w Finlandii było daleko, król Fryderyk I skreślił wszystkie te wydatki na wojsko, które uznał 

za zbędne. 

Szwedzi  wysłali  do  carycy  Elżbiety  przywódcę  arystokratycznego  stronnictwa 

„kapeluszy”,  by  prowadził  pertraktacje  o  przedłużenie  zawieszenia  broni.  Pułkownik 

Lagerkrantz nie uzyskał jednak wiele. 

W  połowie  marca  1742  roku  Elżbieta  ogłosiła  manifest  do  społeczeństwa  Finlandii. 

Obiecała  Finom  wsparcie  w  ich  dążeniach  do  niepodległości,  jeżeli  nie  będą  walczyć  przy 

boku  Szwecji.  Gdyby  jednak  tak  się  nie  stało,  zagroziła,  że  zniszczy  Finlandię  ogniem  i 

mieczem. 

Niebezpieczne myśli zasiała w umysłach Finów. Szwedzi poczuli się zagrożeni. 

W tej sytuacji król szwedzki kontynuował wojnę przeciw carycy, ale Rosjanie odnosili 

kolejne  sukcesy  i  w  sierpniu  tegoż  roku  główne  siły  szwedzkie  skapitulowały.  Władze 

rosyjskie starały się pozyskać ludność fińską, która znalazła się pod ich  panowaniem,  ale o 

niepodległości Finlandii już nie wspominały. 

Na szczęście Finlandia miała piękne kobiety. Głównodowodzący wojskami rosyjskimi 

zakochał  się  w  kobiecie  z  Suomi,  Ewie  Merten.  Być  może  również  dzięki  temu  ludności 

zagarniętego kraju rządy nowego okupanta nie dały się zbytnio we znaki. 

background image

Przegrana  wstrząsnęła  Szwecją.  Surowo  ukarano  winnych  klęski  (stracono  m.  in. 

generałów  Lewenhaupta  i  Buddenbroocka),  dzięki  czemu  partia  „kapeluszy”  utrzymała  się 

przy władzy. Obok problemu odpowiedzialności za klęskę rządzące krajem stany szwedzkie 

skoncentrowały swą uwagę na sprawie następstwa tronu. 

W  1741  roku  zmarła  bowiem  bezpotomnie  królowa  Ulryka  Eleonora,  która  przed 

ponad  dwudziestu  laty  abdykowała  na  rzecz  swego  męża,  Fryderyka  margrabiego  Hessen  - 

Kassel.  Sprawa  następstwa  tronu  łączyła  się  ściśle  z  perspektywą  zawarcia  korzystnego 

pokoju  z  Rosją.  Wielu  zwolenników  miała  kandydatura  Karola  Piotra  Ulryka  av  Holstein  - 

Gottorp,  syna  siostry  Karola  XII.  Był  on  jednak  wnukiem  Piotra  Wielkiego  i  siostrzeńcem 

Elżbiety  i  nim  delegacja  szwedzka  przybyła  do  księcia  do  Petersburga,  za  sprawą  carowej 

został on już następcą na tronie Rosji. 

Szwedzi  przełknęli  tę  pigułkę.  Część  z  nich  zwróciła  teraz  uwagę  na  duńskiego 

następcę tronu, Fryderyka duńskiego. Wielkie nadzieje wiązał z nim zwłaszcza lud Dalarna, 

prowincji  leżącej  w  środkowej  Szwecji.  W  Dalarna  miała  wielu  zwolenników  idea  unii 

skandynawskiej.  Drugim  kandydatem  był  kuzyn  ojca  Karola  Piotra  Ulryka,  książę  biskup 

Adolf Fryderyk z Lubeki. 

Ten ostatni cieszył się szczególnymi względami carycy Elżbiety, gdyż pełnił funkcję 

opiekuna  następcy  tronu  rosyjskiego,  jej  siostrzeńca.  Caryca  Elżbieta  dała  Szwedom  do 

zrozumienia,  że  jeśli  Adolf  Fryderyk  zostanie  wyznaczony  na  szwedzkiego  następcę  tronu, 

stworzy to możliwość trwałego pokoju z Rosją. 

Naciski  Duńczyków  znaczyły  niewiele  wobec  żądań  sąsiada  na  wschodzie,  a  głos 

Elżbiety  rozbrzmiewał  z  coraz  większą  siłą  na  korytarzach  królewskiego  dworu  w 

Sztokholmie. 

Kiedy  Szwedzi  zaczęli  rozumieć,  na  co  się  zanosi,  w  kraju  wybuchło  powstanie. 

Rozruchy  chłopskie  ogarnęły  nie  tylko  Dalarnę,  ale  i  inne  dzielnice  kraju.  Wzburzenie 

przeciwko  dyktatowi  Rosji  zamieniło  się  w  walkę  biednych  przeciw  bogatym.  Przerażone 

władze  zaakceptowały  13  czerwca  1743  roku  kandydaturę  królewicza  duńskiego  na  tron 

szwedzki. 

W połowie roku 1743 stale rosnące wojsko powstańcze dotarło do Norrtull w pobliżu 

Sztokholmu,  gdzie  zostało  zatrzymane.  Jego  sukcesy  nie  trwały  długo.  I  tym  razem  caryca 

Elżbieta  wybrała  odpowiedni  moment,  wysyłając  kuriera  z  wiadomością  do  prowadzących 

rozmowy  w  sprawie  zawarcia  pokoju  w  Abo  -  oto  Rosjanie  zrezygnują  z  większości  tery-

torium Finlandii, jeżeli ich życzenia w konflikcie o tron szwedzki zostaną spełnione. 

background image

W  obozie  powstańczym  zwolennicy  kompromisu  stanowili  mniejszość.  Powstańcom 

udało się przedrzeć przez ogień armatni, przez barykady i pomaszerowali prosto do stolicy. 

Tu jednak zostali rozgromieni przez regularne wojsko, a przywódców aresztowano i skazano 

na śmierć. 

Książę  biskup  Adolf  Fryderyk  został  obrany  następcą  szwedzkiego  tronu.  Po 

spełnieniu  tego  warunku  Elżbiety  przedstawiciele  Szwecji  i  Rosji  7  sierpnia  1743  roku 

podpisali w Abo traktat pokojowy. Na mocy tego traktatu Rosjanie oddali Szwedom niemal 

całą Finlandię z wyjątkiem okręgów Kymen i Savonlinna. Zagrody, gminy i wsie Wielkiego 

Księstwa  zostały  nagle  podzielone.  Takimi  drobiazgami  w  Sztokholmie  jednak  się  nie 

przejmowano. 

A w Sankt Petersburgu caryca Elżbieta zacierała ręce, zadowolona z zaistniałego stanu 

rzeczy.  Pokój  zawarty  w  Abo  przyniósł  jej  dalekosiężne  korzyści.  Nie  potrzebowała  już 

wszystkich żołnierzy zwerbowanych na czas wojny do armii. Młodzi mężczyźni mogli wrócić 

do swoich wsi rozsianych po całej Rosji. 

Dlatego  i  w  Totmie  było  teraz  tak  wielu  młodych.  Przeżyli  wielką  przygodę  na 

zachodzie, zdobyli ziemie dla carycy Elżbiety! 

Antonia i Anastas nie znali całej historii ostatniej wojny ze Szwecją, ale trochę wieści 

do nich dotarło. Dowódcy byli dumni ze swych zuchów. Nawet ci spośród żołnierzy, którzy 

nie zawędrowali tak daleko na zachód, by choćby zajrzeć do Finlandii, przechwalali się tak, 

jakby sami walczyli i omal nie stracili życia. 

Opowieści  wojenne  żyły  we  wszystkich  wioskach,  które  wysłały  swoich  synów  na 

front. A caryca utwierdziła się na swym tronie w Sankt Petersburgu... 

Antonia i Anastas wrócili konno do obozu. Zatrzymali się przy wozach  i usiedli, by 

odpocząć. Nauczyli się czekać. 

- Nie szukacie we wsi jakiegoś porządnego łóżka? - spytał brat Wadim z wymownym 

uśmiechem. 

Anastas również się uśmiechnął. 

- Może i my doszliśmy do wniosku, że niebo jest lepszym dachem? 

Dni dłużyły się niemiłosiernie, nic nie można było na to poradzić. Anastas i Antonia 

sporo  czasu  poświęcali  młodej  klaczy,  ale  i  to  zajęcie  nie  mogło  wypełnić  długich  godzin 

oczekiwania.  Stopniowo  wszyscy  uczestnicy  podróży  tak  się  sobą  znużyli,  że  zaczęli  na-

wzajem się unikać. 

Gdy zbyt długo przebywali razem, łatwo wybuchały sprzeczki. 

background image

Nieprzemyślane  słowa  i  drobne  nieporozumienia  sprawiały,  że  rozdrażnienie 

narastało. Niekiedy dochodziło nawet do rękoczynów. 

Musieli  od  siebie  odpocząć,  pragnęli  przejść  się  trochę  dalej  niż  dookoła  ogniska, 

tęsknili za widokiem innych twarzy. 

Antonia  również  pragnęła  odmiany,  ale  nie  chciała  chodzić  do  wsi.  Wolała  spokój 

panujący przy wozach i wypoczynek pod gołym niebem. 

W obozie została niewielka grupka: mnisi, kilku kupców, garstka żołnierzy i kapitan, 

który  uznał  -  jak  zwierzył  się  Anastasowi  -  że  nigdy  nie  wiadomo,  kiedy  przypłyną  statki. 

Choć ludzie mówili, że za tydzień, to równie dobrze mogło to nastąpić za trzy dni lub dwa 

tygodnie. On w każdym razie zamierzał nieustannie czuwać. Pewnie miał już za sobą jakieś 

przykre doświadczenia. Może przegapił jakąś ważną sprawę... 

Antonia  denerwowała  się.  Nie  po  raz  pierwszy  podczas  tej  podróży,  ale  wcześniej 

przynajmniej  coś  się  działo.  Można  było  przynajmniej  zaplanować  następny  dzień. 

Podróżujący  wyznaczali  kolejny  odcinek  drogi  do  pokonania  i  przemierzali  go  do  nastania 

zmroku.  Robili  przerwy  na  posiłki  i  odpoczynek.  Rozbijali  obóz  na  nocleg.  Budzili  się 

nazajutrz, by pokonać kolejny etap. 

Teraz dni wypełniało czekanie. 

Nie wiedzieli, jak długo przyjdzie im tu tkwić. Nie mieli pojęcia, kiedy wyruszą dalej. 

Dla Antonii takie czekanie było katorgą. 

Nie potrafiła spokojnie usiedzieć w jednym miejscu. 

Gdyby ich obóz miał ściany, zaczęłaby po nich chodzić. 

-  Weźcie  parę  koni  i  tę  młodą  klacz  -  zaproponował  kapitan.  On  także  zauważył 

niepokój Antonii i obawiał się, że jej nastrój może się udzielić jego najmłodszym żołnierzom. 

Oni również nigdy wcześniej nie musieli czekać i teraz wprost świerzbiły ich ręce, gdy zbyt 

długo bezczynnie siedzieli. - Źrebakowi też dobrze zrobi, jeśli porządnie się wybiega. Wiecie, 

jak  się  z  nim  obchodzić.  Pojedźcie  wzdłuż  rzeki.  Popatrzcie,  czy  nie  widać  frachtowców. 

Chyba je rozpoznacie? 

-  Urodziłam  się  w  Archangielsku  -  rzekła  sucho  Antonia.  -  Widywałam  frachtowce, 

zanim zaczęłam chodzić! 

Wzięli konie. Bez siodeł, ale nie po raz pierwszy mieli pojechać na oklep. Temu, kto 

nie posiadł tej sztuki, kapitan by na to nie pozwolił, ale Antonia i Anastas dawno przestali być 

uczniakami. 

Anastas  przywiązał  Carycę  do  swego  konia,  w  razie  gdyby  klacz  zechciała  pognać 

własnymi ścieżkami. Tego nigdy nie da się przewidzieć. 

background image

Możliwość oddalenia się od obozu była dla Antonii jak wybawienie. Wiatr smagał ją 

po twarzy, po raz pierwszy od początku podróży poczuła się szczęśliwa. 

Poprowadziła  konia  pod  wiatr,  zdawało  jej  się,  że  frunie.  Jeżeli  ptaki  doznają 

podobnego wrażenia, nic dziwnego, że śpiewają. 

Na północ od wioski nie widziało się zbyt wielu zabudowań. Domy skupiły się wokół 

portu,  jakby  stamtąd  wyrastały.  Na  obrzeżach  wioski  znajdowały  się  małe  łatki  pól,  dalej 

ciągnęły się łąki i las. Cudowne równiny porośnięte trawą, na których konie mogły tańczyć do 

woli,  ponad  którymi  Antonia  mogła  polecieć.  Lasy  szumiały  liściastymi  koronami. 

Trzeszcząc,  drzewa  niechętnie  zrzucały  liście,  krwawiąc,  żaliły  się,  że  lato  minęło. 

Wypływała  z  nich  złocista  krew,  przybierając  czerwoną  i  brązową  barwę.  Potem  drzewa 

całkiem się poddawały i zamierały, do następnego lata przechowując wspomnienia o liściach i 

zieleni. 

Zimne i rześkie powietrze, sprawiło, że policzki Antonii zaczerwieniły się, że krew w 

ż

yłach zaczęła jej szybciej krążyć. Wiatr wzburzył loki Antonii, ją samą wypełnił szczęściem. 

Pragnęła  popędzić  w  nieznane,  gnać  przed  siebie  i  nigdy  się  nie  zatrzymać. 

Galopować póki i ona, i koń całkiem nie opadną z sił. 

Ale  słabym  głosem  odezwał  się  w  jej  głowie  rozsądek.  Upominał,  że  nie  należy, 

wyznaczał granice wolności, granice ucieczki. 

Antonia zatrzymała konia, gdy dotarła do zacisznej zatoczki. Zeskoczyła na ziemię i 

poprowadziła  zwierzę  do  rzeki,  by  ugasiło  pragnienie.  Położyła  się  na  brzuchu  i  sama 

chłeptała zimną, krystalicznie czystą wodę. 

Piła z Suchony, jej rzeki, rzeki Grigorija. 

Usiadła  na  brzegu  i  czekała  na  Anastasa.  Koń  pasł  się  pod  drzewami,  gdzie  znalazł 

jeszcze dość soczystą trawę. 

Anastas  długo  się  nie  pojawiał.  Z  młodą  klaczą  na  uwięzi  nie  mógł  galopować  w 

takim tempie jak Antonia. 

- Ścigałaś się z diabłem, czy co? - spytał, kiedy ją zobaczył. 

Antonia  wzruszyła  ramionami.  Przyglądała  mu  się,  jak  poi  konie,  prowadzi  je  ku 

zaroślom i przywiązuje do drzewa, jak zarzuca derkę na grzbiet swego wierzchowca. 

Potem Anastas usiadł obok Antonii. 

-  Myślałby  kto,  że  tkwiłaś  w  stajni  całą  zimę,  nie  oglądając  światła  dziennego,  i  że 

wypuszczono cię na wiosenny  wypas - dodał.  - Ale muszę przyznać, że jeździsz konno jak 

szatan! - rzekł z uznaniem. Z jego ust to prawdziwy komplement. 

background image

- Mogłabym tak galopować aż do Archangielska - westchnęła Antonia rozmarzona. - 

Nic by mi się nie stało i na pewno dotarłabym tam wcześniej niż statki. 

- Właśnie - przyznał sucho Anastas, wkładając do ust źdźbło trawy. - Dotarłabyś tam 

wcześniej niż statki, ale przecież tego nie chcesz, jeżeli się dobrze zastanowisz. 

Miał rację. 

Antonia podciągnęła kolana pod brodę. Wpatrywała się w przepływającą obok rzekę. 

Kiedyś,  nieskończenie  dawno  temu,  kochała  się  z  Grigorijem  na  jej  brzegu.  Dużo 

bardziej na północ, ale nad tą samą rzeką. 

Nad Suchoną. 

Te wody widziały, jak staje się kobietą. 

Rzeki nie patrzą... 

No, w każdym razie Suchona przepływała tuż - tuż. Antonia nadal słyszała jej szum. 

Słyszała  też  głos  Grigorija,  głos  młodego  mężczyzny,  a  oprócz  tego  swój  własny, 

przestraszony oddech i jego spokój. 

Był taki przystojny. 

Sprawił, że wszystko stało się dla niej piękne. 

Grigorij nie żyje... 

-  Powinniśmy  wcześniej  spytać,  czy  możemy  wypożyczyć  konie  -  rzekł  Anastas.  - 

Szkoda, że nie wpadliśmy na ten pomysł. 

- W czasie podróży i tak nie byłoby to możliwe - odparła Antonia, wpatrzona w dal 

nieobecnym wzrokiem. - Konie potrzebowały odpoczynku. 

Anastas zgodził się z nią. Zatem słyszała, co powiedział, choć wydawało się, że błądzi 

myślami gdzieś daleko. 

- Nie widać żadnych statków - odezwała się. - Będziemy czekać na nie rok! 

-  Twój  optymizm  zawsze  mnie  ujmował  -  rzekł  Anastas  z  przekąsem.  -  Nie 

przyciągniesz ich myślą, nie masz nawet w rękach Jumali. 

Antonia posłała mu surowe spojrzenie, nie chciała, by przypominał jej o złotej bogini. 

Zamierzała  nie  wracać  do  tego,  co  było.  Nie  zapomnieć,  bo  tych  wydarzeń  nie  można 

zapomnieć, ale zostawić je za sobą, ukryć pod otoczką mgły. 

-  Czy  powiedział,  że  statki  przypłyną  z  Archangielska?  -  spytała.  -  Czy  kapitan  tak 

powiedział? 

Znowu  jakby  ogarnęła  ją  rezygnacja.  Znowu  popatrzyła  na  rzekę,  zagryzła  dolną 

wargę, potarła brodą o kolana. 

- Tak, z transportem ryb z Archangielska - potwierdził Anastas. 

background image

Antonia zamknęła oczy. 

Tylko  nie  płacz!  upomniała  samą  siebie.  Wszystko,  tylko  nie  to.  Nie  chciała  łzami 

zburzyć tego szczęścia, które ją ogarnęło. To miał być piękny dzień. 

Tylko piękny. 

Tańczyła  z  powietrzem,  pognała  w  zawody  z  wiatrem,  znowu  poczuła  pod  sobą 

grzbiet konia. Zwierzę pozwoliło się jej prowadzić. 

Czuła się szczęśliwa. 

Nie powinna płakać i niszczyć tej cudownej chwili. 

- To frachtowce Jewgienija - rzekła cicho. - Jewgienija i Olega. Tylko oni prowadzą 

przewozy  rzeczne  z  Archangielska.  Znam  załogę  i  marynarze  też  mnie  znają.  Wiedzą,  że 

jestem żoną Olega Jurkowa. 

Roześmiała się. 

- Jak ty to nazywasz, Anastas? Czy to przeznaczenie? A może kara? 

- Nie możesz być pewna, że frachtowce, które tu płyną, należą do  Olega - odparł. - 

Długo przebywałaś poza domem, w Archangielsku wiele się mogło zmienić. W twoim życiu 

także w tym czasie wiele się wydarzyło. 

Być może miał rację. 

Ale  Antonia  była  pewna,  że  się  nie  myliła.  Śmieszyło  ją  takie  zrządzenie  losu.  Nie 

chciała dopuszczać myśli, że również przyprawiało o łzy. 

Nie chciała na to patrzeć od tej strony. 

Nie dzisiaj. 

Dzisiaj chciała być szczęśliwa. 

- Musimy wrócić przed zapadnięciem zmroku - rzekł Anastas i spojrzał w niebo, które 

na zachodzie nabierało fioletowego odcienia. - Czeka nas kawał drogi, ty się o to postarałaś. 

Ale  teraz  musisz  się  trzymać  blisko  mnie.  Chyba  że  inny  bliski  krewny  czarta  usiądzie  za 

tobą. 

Antonia wstała i przeciągnęła się. 

- Jeszcze trochę - poprosiła. - Zostańmy jeszcze tylko trochę! 

Nie miał serca odmówić. 

Niebo  zrobiło  się  ciemnoniebieskie,  potem  poszarzało.  Antonia  zeszła  nad  zatoczkę. 

Usiadła na piasku i zdjęła ciężkie buty. Weszła do zimnej wody. Roześmiała się do Anastasa. 

Miło  było  widzieć  ją  znowu  taką.  Za  tę  cenę  mógłby  nawet  wracać  do  obozu  po 

ciemku, teren był płaski i bezpieczny. 

background image

Antonia  zdjęła  kurtkę  i  rzuciła  ją  na  suchą  trawę.  Pociągnęła  za  wstążkę,  którą 

związała włosy - blednącą krajkę Grigorija. 

Rozpięła  i  zdjęła  bluzkę.  Stała  na  szeroko  rozstawionych  nogach  jak  mężczyzna  i 

rozplątywała szarfę, którą przewiązywała szerokie spodnie, używane do jazdy konnej. 

Anastas nie do końca rozumiał jej zamiary, zanim nie pozbyła się reszty ubrania i nie 

weszła do rzeki. 

Widział, że  się  trzęsie  z  zimna,  ale  nie  zatrzymała  się,  dopóki  woda  nie sięgnęła  jej 

nad piersi. Dopiero wtedy ze śmiechem odwróciła się do niego. 

-  Cudownie!  Anastas  trochę  w  to  wątpił,  ale  musiał  przyznać,  że  w  podróży  rzadko 

trafiała się im okazja do kąpieli. Czasem tu i tam pobieżnie się ochlapali, sięgając nie dalej 

niż do skraju kołnierza i do nadgarstków. Od wyruszenia z Rybińska Antonia nie myła się po-

rządnie ani razu. 

Rozumiał, że tęskniła za kąpielą. 

Sam przyzwyczaił się do brudu, choć nie czuł się z tym dobrze. 

Antonia zanurzyła głowę i umyła włosy. 

- Tchórzysz? - droczyła się. - A może wcale się nie brudzisz? 

Anastas zszedł na brzeg i włożył rękę do wody. Była zimna, nikt mu nie powie, że nie. 

Ale mimo wszystko kusiła. 

Jeżeli teraz się nie wykąpie, będzie wysłuchiwał kazań do końca podróży na północ. 

Antonia będzie mu dokuczała, że jest mazgajem. 

Nie przejmował się wcale babskim gadaniem. 

Mimo to zrzucił buty i ściągnął ubranie. 

Kiedy  dotarł  w  pobliże  Antonii,  woda  sięgała  mu  po  pas.  Rzeka  w  tym  miejscu  nie 

była głęboka. Suchona okazała się wielkoduszna, tworząc zatoczkę - rozlewała się szeroko i 

nie tworzyła niebezpiecznej głębi. Mogliby z pewnością przejść na drugi brzeg. 

Antonia zaczęła chlapać obiema rękami. Czując lodowate fontanny na suchej jeszcze 

skórze, Anastas zatrząsł się z zimna. Z równą energią opryskał Antonię. 

Zaśmiewali  się  jak  dzieci.  Już  nie  czuli,  że  woda  jest  zimna.  Czuli  tylko,  jaka  jest 

rześka, jak zbawiennie podziałała na ciała ogarnięte niepokojem, znużone czekaniem. 

Antonia podpłynęła do brzegu. Zaczęła biec, gdy poczuła piasek pod stopami. Anastas 

wyobraził sobie, że jest myśliwym, który musi ją pochwycić. Rzucił się za nią. Dopadł ją na 

porośniętej trawą polanie nieopodal zarośli, tuż przy derce. 

Oplótł swą zdobycz ramionami. 

Mocno przytrzymał. 

background image

Dopiero  teraz  uzmysłowił  sobie,  jak  bardzo  wraz  z zachodem  słońca  się  ochłodziło. 

Od Antonii biło ciepło, nie chciał jej puścić. 

Wolno  przesunął  ręce  od  jej  talii  do  piersi.  Poczuł  ich  ciężar,  wypełnił  nimi  dłonie. 

Ustami  przesuwał  wzdłuż  jej  karku  do  zaokrąglenia  ramienia.  Antonia  oparła  się  ciężko  o 

niego,  objęła  go,  przycisnęła  ręce  do  jego  chudych  bioder.  Przywarła  do  niego  mocno, 

mocno... 

To nie dzieje się naprawdę! pomyślał Anastas. Nie robię tego, nie mogę... 

Wargami  spijał  krople  wody  z  jej  skóry.  Puścił  Antonię  na  moment,  by  po  chwili 

wziąć ją na ręce i zanieść na koc. Okrył ją drugim, który zdjął z konia. Sam położył się obok. 

Pocałował ją. 

Antonia  zacisnęła  ramiona  na  jego  karku,  wsunęła  się  pod  niego.  Anastas  objął  ją 

czule. 

Nie robię tego! pomyślał. 

Ale zamknął oczy. Poczuł, jaka jest ciepła - a on marzł. 

Jej uda zamknęły się miękko na jego biodrach. Musiał się tylko nieznacznie unieść do 

góry. 

Następnie opadł w dół. Wypełnił ją. A ona go otoczyła. 

Nie było mu już zimno... 

Koc utrzymywał ciepło, długo się obejmowali. Niebo ponad nimi pociemniało, zrobiło 

się granatowe jak cesarskie szaty. 

-  Zaplanowałaś  to  -  szepnął  Anastas  przy  jej  skroni  z  wyrzutem.  W  jego  głosie 

brzmiała nuta smutku. 

- Tak. - Antonia nie zaprzeczała. - Czy z tego powodu uważasz to za coś gorszego? 

- Nie. 

Musiał przełknąć. Nie mógł wypuścić jej z objęć, ale nie mógł też dłużej trzymać jej w 

ramionach. Nic, co by zrobił, nie wydawało mu się słuszne. 

-  To  moje  małżeńskie  prawo  -  rzekł,  usiłując  obrócić  wszystko  w  żart.  -  Mam 

dokumenty, stwierdzające, że jesteś moją żoną i że nosisz moje nazwisko. Nawet nikt tam na 

górze  nie  może  nam  niczego  zarzucić.  Przeor  dał  nam  ślub  i  udzielił  wszelkich  bło-

gosławieństw na wspólną drogę. 

Popatrzył w niebo. 

To, co wydawało się takie proste, zaczynało być trudne. Nie pamiętał twarzy Kati. 

-  Boję  się  -  odezwała  się  Antonia.  -  Frachtowce  płynące  w  naszą  stronę  nagle 

sprowadziły  Olega  tak  blisko.  Boję  się.  Archangielsk  jest  już  niedaleko.  Co  prawda  zanim 

background image

tam dotrzemy, minie jeszcze parę tygodni, lecz mimo to Oleg znalazł się tak blisko nas jak te 

statki. 

Anastas rozumiał ją. 

-  Masz  czas,  żeby  zmienić  decyzję  -  usłyszał  własny  głos.  -  Nie  musisz  płynąć  do 

Archangielska, Antoniu. Może jednak moglibyśmy razem ujeżdżać konie... 

Antonia zacisnęła oczy. 

- Nie wiem - odparła nieszczęśliwa. - Zostańmy tu na noc, ale nie proś, bym zmieniła 

zdanie. Jeszcze nie. 

Anastas nie nalegał. Całą noc trzymał Antonię w ramionach. 

Ż

adne z nich nie zmarzło. 

background image

Kiedy się obudzili nazajutrz, czuli głód, a wodą nie dało się go oszukać. 

- Nadal nie widać frachtowców - rzekła Antonia, spoglądając na północ. Założyła buty 

i  wsunęła  w  nie  szerokie  nogawki  spodni,  zestawiając  czerwień  z  brązem,  a  jasnoniebieską 

bluzę z barwną szarfą w pasie. Narzuciła kurtkę  z miękkiej, garbowanej  skóry. Czarne loki 

sterczały  niesfornie. Nawet krajka, którą je mocno przewiązała, nie zdołała ich utrzymać  w 

ryzach, kiedy były świeżo umyte. 

Anastas  składał  koce.  Czuł  w  piersiach  narastający  ciężar.  Przyczyniła  się  do  tego 

również Antonia. 

Ona, Antonia, kobieta, przyjaciel. 

Kati nie żyje. 

Grigorij nie żyje. 

Anastas był zagubiony. 

Zszedł  na  brzeg  i  usiadł  obok  Antonii.  Otoczył  ją  ramieniem,  uścisnął.  Spojrzały  na 

niego  brązowe  oczy,  nie  mówiły  nic  o  nocy,  która  zapadła  w  świadomość  obojga  i  którą 

pamiętali wyraźnie, ale nie zdobyli się, by o niej rozmawiać. Nie z powodu wstydu. 

To coś innego. 

- Masz tak piękne oczy - szepnął Anastas. Uśmiechnął się do Antonii. Znał ją cztery 

lata, codziennie na nią patrzył i nie zwrócił uwagi na jej oczy. 

Nie powinien był zauważyć ich i teraz. Ich szczególnego, dzikiego piękna. 

Przypomniał sobie wzrok Wasilija. 

Nie  chciał,  by  jego  własne  spojrzenie  w  czymkolwiek  przypominało  spojrzenie 

tamtego mężczyzny, nie chciał, by zdradzało tę samą niszczącą tęsknotę. 

-  Pełne  wyrazu  -  dodał  zamyślony.  -  Mogą  podróżować  tak  daleko.  Twój  wzrok 

posługuje się tysiącem słów. Wiedziałaś o tym? 

Antonia  potrząsnęła  głową.  Dała  się  ponieść  nastrojowi  niczym  unoszony  na  falach 

statek, którym nikt nie steruje... 

- Jako niemowlę byłam krępowana powijakami - wyznała, niszcząc intymny nastrój, 

który  udało  im  się  wytworzyć.  -  Starannie,  od  szyi  w  dół.  Oczy  uczą  się  wtedy  wędrować. 

Skończyłam  rok,  kiedy  tego  zaprzestano...  -  Popatrzyła  obok.  -  Czasami  wydaje  mi  się,  że 

pamiętam.  Czuję,  jakbym  miała  związane  ręce  i  nogi.  Nie  mam  własnej  woli,  nie  pragnę 

background image

niczego  poza  tym,  żeby  uwolnić  się  z  więzów.  Ale  to  chyba  myśli  osoby  dorosłej,  uczucia 

dorosłego... - Spojrzała na Anastasa z ukosa. - A ty? Byłeś krępowany? 

-  Czy  nie  postępuje  się  tak  ze  wszystkimi  maluchami?  -  spytał.  Nie  wiedział,  nie 

pamiętał  tak  odległych  czasów.  -  Pierwsze,  co  sobie  przypominam,  to  dzień,  kiedy  ojciec 

posadził  mnie  na  końskim  grzbiecie.  Mogłem  mieć  nie  więcej  niż  dwa  lata.  Panicznie  się 

bałem. Pamiętam, że krzyczałem... 

- Nie krępowałam powijakami Olgi - powiedziała Antonia. - Nie zdobyłam się na to. 

Uważałam,  że  powinna  móc  ruszać  rączkami  i  nóżkami.  Kobiety  gadały  pewnie,  że  jestem 

okropną  matką.  Uśmiechały  się  z  politowaniem,  widząc,  ile  wysiłku  kosztuje  mnie 

wychowywanie tak ruchliwego dziecka. Na pewno dużo łatwiej jest je skrępować, by mogło 

ruszać tylko głową i oczami... 

Anastas nigdy się nad tym nie zastanawiał, dzieci nie były częścią jego świata. 

Jednak po wieczorze spędzonym z Antonią nad strumieniem wiele myślał o dzieciach. 

Antonia poruszyła w nim nieznane dotąd uczucia. 

Nikt nie powinien odbierać swobody jego dziecku... 

Anastas zadrżał. Wstał. Teraz i jego ogarnął niepokój, nie mógł go opanować. 

- Wracajmy - rzekł krótko. - Pewnie wszyscy zastanawiają się, co się z nami stało... 

Antonia uśmiechnęła się, ale ruszyła za nim. 

- Nie sądzisz, że doskonale się domyślają, po co zniknęliśmy na noc? 

Nie odpowiedział. 

Odwiązał  konie  i  podprowadził  je  do  zatoczki.  Nie  patrzył  na  Antonię,  lecz  dobrze 

wiedział,  co  robi.  Słyszał,  jak  łagodnie  przemawia  do  źrebięcia,  słyszał,  jak  je  poklepuje. 

Wiedział, jak miękki jest dotyk jej dłoni... 

Uświadomił sobie, że nagle wszystko się zmieniło. 

Czuł się zagubiony. 

Nie mógł zebrać myśli. 

Archangielsk. 

Dokumenty. 

Kati nie żyje. Kati nigdy nie wróci. Grigorijowi nie był już winien lojalności. 

Zmarli nie mają udziału w świecie żywych. Tak to już jest. 

Antonia zarzuciła derkę na konia i wspięła się na jego grzbiet. Anastas spojrzał na nią. 

Czekała. 

- Nie ucieknę ci dzisiaj - obiecała beztrosko. Jej oczy śmiały się. - Słowo honoru! 

background image

Jak mogła traktować wszystko tak lekko? Jak jej się udawało tak doskonale ukrywać 

to, co ją boli? 

Czy wszystkie kobiety są takie? 

Sądził, że wie co nieco o ludziach. O kobietach także. Pewnie wskutek młodzieńczej 

zuchwałości. 

Zarzucił derkę na konia, wskoczył na niego. Ściągnął cugle, odnalazł wzrok Antonii, 

zatrzymał go na chwilę. Chciał nakłonić ją do zachowania powagi, wiedział, że potrafi także 

być poważna, na pewno. 

Słowa,  które  powinien  wymówić,  ugrzęzły  mu  w  gardle  przy  pierwszej  próbie. 

Potwornie zaschło mu w ustach, ścisnęło w krtani, ochrypł głos... 

- Czy myślałaś o tym - wykrztusił wreszcie - że mogłaś zajść w ciążę? - Nie umknęła 

wzrokiem, nie zmieniła wyrazu twarzy. - Co wtedy zrobisz, Toniu? 

- Myślałam o tym - odparła. - Nie wiem, Anastas. 

Lekko  uderzyła  piętami  boki  konia.  I  chociaż  obiecała,  że  nie  ucieknie  jak  wczoraj, 

zrobiła dokładnie tak samo. 

Czekała  na  Anastasa  przed  obozem.  Nie  zsiadła  z  konia.  Uśmiechała  się 

przepraszająco. 

-  Widocznie  znowu  poganiał  mnie  któryś  z  krewnych  samego  diabła  -  rzekła  z 

uśmiechem. - Przykro mi, Anastas... 

Skinął głową na znak, że rozumie. Wiedział, że i ona myśli o tym samym, że i jej nie 

jest lekko. 

Wkroczyli na niebezpieczny grunt. 

-  Na  pewno  będziesz  pierwszym,  który  się  o  tym  dowie  -  padły  słowa  wyrwane  z 

kontekstu. 

Anastas przełknął. 

Dobry Boże, dokąd go to doprowadzi? Dokąd to ich doprowadzi? 

- Myślę, że i ja powinienem pogalopować przed siebie, jakbym chciał zrzucić z konia 

diabła - rzekł cicho. 

Zacisnął  mocno  szczęki,  skierował  wzrok  w  stronę  obozu.  Widział  stąd  wozy. 

Wszystko wydawało się jak przedtem. Żadnego poruszenia. 

Na  pewno  więc  ich  towarzysze  podróży  pomyśleli,  że  nie  ma  potrzeby  wszczynać 

poszukiwań  młodej  pary,  że  młodzi  po  prostu  wykorzystali  pierwszą  dogodną  okazję,  by 

pobyć sam na sam. 

Anastas widział też w oddali wioskę. 

background image

Poczuł dziwne ssanie w żołądku. Paskudne uczucie! 

Nie pozbędzie się go ani dziko galopując na końskim grzbiecie, ani ciężko pracując. 

-  W  obozie  będziesz  bezpieczna  -  rzekł  zmienionym  głosem.  -  Trzymaj  się  brata 

Wadima albo kapitana. Nie jest jeszcze stary, ale nie ostrzy sobie na ciebie zębów. Ja... muszę 

na chwilę was opuścić... 

Antonia  skinęła  głową.  Trochę  ją  dotknęło  ,  że  właśnie  teraz  zostawia  ją  samą,  ale 

widocznie uznał, że tak będzie lepiej. 

-  Chyba  znajdzie  się  jeszcze  jakieś  wolne  miejsce  w  gospodzie  -  rzekł  z  krzywym 

uśmiechem  pozbawionym  radości.  -  Wiem,  że  nie  powinienem  topić  trosk  w  kieliszku,  ale 

muszę  na  chwilę  przestać  myśleć,  rozumiesz,  Toniu?  Nie  dlatego  tam  idę,  żeby  od  ciebie 

uciec! To moje własne piekło, coś, co jest we mnie. Całe moje życie, całe to moje przeklęte 

ż

ycie, Antonia. Muszę choć na moment przestać o nim myśleć, muszę się od niego uwolnić, 

choćby na te parę godzin... Skinęła głową. 

- Zrobisz tak, jak uznasz za słuszne... Pojechali do obozu. 

Przywitała ich ogólna wesołość. Kiedy oporządzali konie, padło kilka niewybrednych 

ż

artów. 

- Domyślam się, że zaskoczyła was ciemność - zauważył kapitan. 

Anastas skinął głową. 

- Wieczory są nieprzewidywalne - odparł żartobliwie. Nawet nie wiedział, że potrafi 

tak dobrze udawać. 

Na powrót stał się beztroskim chłopakiem, promieniejącym radością, który  wiecznie 

się uśmiecha i rzuca zaczepne, śmiałe spojrzenia, zawsze pewny swych racji. 

Kapitan poszukał wzrokiem Antonii, która usiadła z boku, pragnąc uniknąć docinków 

mężczyzn. 

Teraz nie miała ochoty się przekomarzać. 

Nie chciała, by znowu ktoś opacznie odebrał jej intencje. 

- Rozumiem cię, chłopie - rzucił kapitan i klepnął Anastasa po ramieniu, mocno, po 

męsku. 

Anastas tylko się uśmiechnął. 

Nie wiedział, czy chce, by go rozumiano. Sam siebie już nie rozumiał, lecz ukrywał to 

za uśmiechem. 

Ludzi tak łatwo oszukać. 

background image

Antonia znalazła chleb. Ułamała kawałek. Szukała wzrokiem Wadima. Miała ochotę z 

nim  porozmawiać,  choć  to  mogło  nie  spodobać  się  przeorowi.  Ale  co  tam!  Najwyżej  mu 

powie, że się spowiadała. 

Skrzywiła  się  na  samą  myśl  o  kłamstwie.  A  jeśli  ten  czcigodny  ojciec  zwróci  jej 

uwagę, że w takim razie powinna przyjść do niego? 

Wadim  siedział  przy  ognisku,  jak  często  zwykł  robić.  Towarzyszyło  mu  dwóch 

nowicjuszy. Słuchali go uważnie, a on nauczał. 

Nie korzystał przy tym z żadnych ksiąg. 

Antonia stanęła w pewnej odległości, nie chcąc  przeszkadzać. Słyszała tylko urywki 

nauki.  Nie  przejmowała  się  tym,  samo  słuchanie  głosu  Wadima,  przepełnionego 

niewzruszonym spokojem, sprawiało jej przyjemność. 

Nie  znała  nikogo,  kto  miałby  w  sobie  tyle  wewnętrznej  równowagi.  Po  tej  podróży 

nigdy  więcej  pewnie  nie  zobaczy  Wadima.  Ich  drogi  rozejdą  się  w  Archangielsku.  Brat 

Wadim  pojedzie  dalej  na  zachód  do  klasztoru  na  Wyspach  Sołowieckich  przy  wejściu  do 

Zatoki Oneskiej. 

Spotkała tak wielu ludzi, których ledwie zdążyła poznać. To smutne. 

Ale  niewielu  będzie  jej  brakowało  tak  bardzo  jak  tego  mnicha,  tego  niezwykłego 

człowieka, do którego nie bardzo pasował habit i ogolona głowa. 

Antonia  była  przekonana,  że  Wadim  mógłby  osiągnąć  w  życiu  wszystko,  czego  by 

tylko zapragnął. Należał do tych nielicznych, którzy mogliby sięgnąć gwiazd. 

Zobaczył ją. Skończył naukę i odesłał młodzieńców. Spojrzeli ukradkiem na Antonię i 

zachichotali. Uznała, że pewnie i oni snuli domysły na temat zniknięcia jej i Anastasa. 

Antonia usiadła po drugiej stronie ogniska. 

Twarz Wadima przepełniała życzliwość. 

- Wróciliście. Przytaknęła. 

-  Znalazłaś  odpowiedź?  -  spytał  mnich.  Zdumiała  się,  bo  nigdy  mu  nie  mówiła  o 

swoich  rozterkach.  Anastas  również  nie.  Anastas  nikomu  o  niej  i  o  sobie  nie  opowiadał. 

Potrząsnęła głową. 

-  Za  to  pojawiły  się  nowe  pytania  -  odparła.  -  Co  z  nimi  zrobić,  Wadim?  Z  tymi 

wszystkimi pytaniami...? Czy na wszystkie trzeba odpowiedzieć? Czy można przez całe życie 

przejść, nosząc w sobie pytania bez odpowiedzi? 

- To zależy, jak bardzo są ważne. 

-  Nawet  tego  nie  wiem  -  wyznała  Antonia  szczerze.  Ugryzła  kawałek  chleba,  resztę 

podsunęła Wadimowi, ale podziękował. 

background image

- Nie mogę was zrozumieć, ciebie i Anastasa - rzekł cicho. 

Antonia szybko spojrzała w mądre oczy mnicha, które widziały wiele. 

-  Istnieje  między  wami  jakiś  dziwny  niepokój  -  wyjaśnił.  -  Jakaś  nerwowość. 

Widziałem wielu kochających się ludzi i wielu, którzy uważali, że już się nie kochają, ale wy 

nie przypominacie ani jednych, ani drugich... 

Antonia roześmiała się. 

- Nawet nie wiesz, jak bardzo masz rację - wyznała. 

-  Opowiesz  mi  o  tym?  Potrząsnęła  głową.  Spojrzała  Wadimowi  prosto  w  twarz. 

Chciała,  żeby  dostrzegł  jej  silę,  że  ma  jej  wystarczająco  dużo,  by  udźwignąć  wszystkie 

kłopoty. 

- Nie - odparła. - To długa historia. I nie dotyczy tylko mnie ani też tylko Anastasa, 

lecz  wielu  innych  osób.  Nie  mam  prawa  o  tym  opowiadać.  Muszę  sobie  sama  z  tym 

poradzić... 

- A on? 

- On także. 

-  Słyszałem  fragmenty  twojej  historii  -  uśmiechnął  się  Wadim.  -  Uważam,  że  jesteś 

niezwykłą kobietą, ale pewnie już ci to mówiono i nie oczekujesz ode mnie, że będę cię o tym 

przekonywał. Już nieraz to słyszałaś. 

Skinęła głową. 

- Uciekłaś z nim? 

-  Uciekłam,  nie  dostałam  błogosławieństwa  na  drogę  -  potwierdziła.  -  Zdarzyło  się 

wiele  złego,  ale  i  bardzo  wiele  dobrego.  Może  nie  miałam  prawa  żądać  ani  przyjąć  tyle 

szczęścia. Jednak je przyjęłam. I niewiele jest rzeczy, których żałuję. To nie z żalu wypływają 

moje pytania, rodzą się z innego powodu. 

-  Dużo  wiem  o  Anastasie  -  rzekł  Wadim  niespodziewanie.  -  Wiem,  skąd  pochodzi, 

dobrze znałem jego ojca. 

Antonia spojrzała na mnicha zdumiona. 

- Myślę, że wiem również, jak wyglądało jego życie - dodał ze smutnym uśmiechem. - 

przez  wszystkie  te  lata,  kiedy  zniknął  jako  młody  chłopiec,  aż  do  chwili,  gdy  przybył  do 

Archangielska i spotkał ciebie. To wydarzyło się nie tak dawno temu, prawda? 

- Minęły cztery lata - odpowiedziała Antonia. Nie skłamała. 

Skinął głową. 

- Na północy szerzył się wtedy niepokój - rzekł. - Dotknął on również duchownych. 

Jako mnich nie powinienem mieć na ten temat swojego zdania, ale pamiętam to. 

background image

Patrzył długo na Antonię. 

-  Jaki  on  był?  -  spytał.  -  Grigorij  Jakowlewicz?  Antonia  odniosła  wrażenie,  jakby 

zadał  jej  cios,  nie  mogła  złapać  oddechu.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  wytrzeszcza  na  niego 

oczy, ale wprawił ją w osłupienie. 

Kim jest ten człowiek? 

Skąd wie? 

Kościół stał tak blisko carskiej władzy... 

Czy to pułapka? 

Czy  Wadim  jest  człowiekiem  cara?  Czy  chce  ją  pozyskać,  by  wydała  całą  grupę  i 

zdradziła to, w co sama zaczęła wierzyć? 

Zdradzić Grigorija... 

Czy Wadim mógłby jej to zrobić? 

Kim on jest? 

- Anastas musiał z nim pojechać - rzekł Wadim spokojnym głosem, cicho, w zaufaniu. 

Rozejrzał się dokoła, żeby się upewnić, że nikt ich nie słyszy. Czy tak by się zachował, gdyby 

stał po stronie władzy? Czy nie wolałby raczej wypytywać ją przy większej liczbie świadków, 

teraz, kiedy upewnił się, że ją zdemaskował... - Ten kraj jest niezmierzony, Antonia - mówił 

dalej,  ogarniając  wzrokiem  horyzont.  -  A  mimo  to  zdaje  się,  jakby  losy  ludzkie  zostały 

nanizane na nitki niby koraliki. A nitki, które raz się spotkają, nigdy nie oddalą się zbytnio od 

siebie. Są być może skazane na ponowne spotkanie, jeśli nie w innym celu, to przynajmniej 

po to, żeby się rozplatać. Trzeba się uwolnić, żeby pójść dalej lub żeby wybrać inną drogę. To 

może  okazać  się  bolesne.  Trzeba  wrócić.  Znaleźć  ścieżki,  po  których  się  kiedyś  chodziło. 

Sobie samemu spojrzeć w oczy. Przyjrzeć się również temu, co nie było całkiem dobre. Być 

uczciwym. A to jest trudne, Antoniu. Większość ścieżek jednak zarasta. 

-  Anastas  rzeczywiście  wyjechał  razem  z  Grigorijem  Jakowlewiczem  Antonowem  - 

wyznała  Antonia.  Poczuła  się  dziwnie,  wymawiając  nazwisko  ukochanego,  rozmawiając  o 

nim z innym człowiekiem. 

-  Jaki  on  był?  -  spytał  ponownie  Wadim.  Za  jego  pytaniem  kryło  się  szczere 

zainteresowanie. - Domyślam się, że on nie żyje? 

Antonia przytaknęła. 

-  Nie  żyje  -  rzekła  bezbarwnie,  krusząc  chleb  między  palcami.  Nie  zdawała  sobie 

sprawy, że go ubywa, że spada na ziemię. - Był wielkim człowiekiem - powiedziała wreszcie. 

- To nie zdrajca, jak mówią. Nigdy nikogo nie zdradził. Może z wyjątkiem własnej rodziny... 

background image

- Antonia musiała przerwać, ponieważ zakłuło ją w piersi. - Zdrada nie jest właściwym sło-

wem - poprawiła się zamyślona. 

Nie widziała już Wadima. Widziała ogień. Widziała Grigorija. Jego matkę. 

-  Walczył  również  dla  swych  bliskich,  ale  oni  nie  dostrzegali  niczego  innego  poza 

tym, że ich porzucił. A on po prostu nie mógł z nimi zostać. Nie potrafiłby żyć z myślą, że 

mógł  zrobić  coś  dobrego  dla  innych  ludzi  i  nawet  nie  podjął  próby.  Dokonał  świadomego 

wyboru.  Nie  poszedł  najprostszą  drogą;  życie,  jakie  prowadził,  nie  było  łatwe.  Ale  musiał 

walczyć,  bo  wierzył.  I  próbował  coś  zmienić.  Takich  ludzi  nigdy  nie  będzie  wystarczająco 

wielu... 

- Rozpoczął walkę zbyt wcześnie - stwierdził Wadim. - Może pewnego dnia uda się ją 

wygrać... 

Antonia ledwie go słuchała. 

Grigorij stanął jej przed oczami jak żywy. 

- On uważał, że wszystko dzieje się za późno - szepnęła Antonia. Nie zauważyła, że 

popłynęły jej łzy. Poczuła słony smak, kiedy jedna strużka biegnąca po policzku wśliznęła się 

do kącika ust. - Grigorij Jakowlewicz musiał zginąć - mówiła dalej. - Zginął na wschód od 

Uralu.  Nie  ma  nawet  grobu,  nad  którym  wyryto  by  jego  nazwisko.  Zrezygnował  z 

normalnego życia, nigdy nie założył rodziny, a byłby chyba najczulszym ojcem w całej Rosji, 

mógłby  swoim  najbliższym  dać  tak  wiele.  Był  na  swój  sposób  bezlitosny,  ale  nie 

skrzywdziłby  nikogo  dla  własnej  korzyści...  -  Uśmiechnęła  się.  -  Dla  niego  wszystko  było 

albo czarne, albo białe. Może tak jak u was, mnichów, ale w inny sposób. Grigorij był wielki. 

Niewiele  jest  słów,  którymi  można  by  go  opisać.  Wielki,  to  jedno  z  tych,  które  wyjaśnia 

niemal  wszystko.  Człowiek  wielkiego  umysłu  i  wielkiego  serca.  Nigdy  się  nie  oszczędzał. 

On, który został okrzyknięty zdrajcą, nigdy nikogo nie zdradził. To, że wyjęto go spod prawa, 

odbiło  się  również  na  jego  rodzinie.  Grigorij  bardzo  nad  tym  cierpiał.  Skrzywdzono 

niewinnych ludzi tylko za to, że wydali go na świat. To niesprawiedliwe. Grigorij troszczył 

się o swoich towarzyszy, byli dla niego jak przyjaciele. - Antonia uśmiechnęła się do swych 

myśli. - Anastasa traktował jak syna. Wprawdzie nie mógłby naprawdę być jego ojcem, ale 

taki miał do niego stosunek. Jak do syna, którego sam... - Głos

 

jej się załamał. Nie chciała 

dalej opowiadać. 

Wadim nie musiał wiedzieć o maleńkiej mogiłce u źródeł Obu. 

- Miał wielkie serce - powtórzyła Antonia, opanowując się. - Gorące serce. Za pozorną 

surowością ukrywał ogromną czułość. Potrafił przewodzić ludziom. Nie zmieniło się to nawet 

wtedy, kiedy stracił wzrok... 

background image

- Nie wiedziałem o tym - rzekł Wadim cicho. 

-  Rosja  nie  wie  wszystkiego  o  Grigoriju  Jakowlewiczu.  -  Głos  Antonii  zabrzmiał 

twardo. - Ale nie musi dużo wiedzieć - dodała. - Nic ponad to, że był wielkim człowiekiem. 

Antonia nagle zdała sobie sprawę, że Wadim jej szczerze współczuje. 

- To z nim uciekłaś, prawda? - spytał. Antonia przytaknęła, uśmiechając się blado. 

W  którymś  momencie  przestała  kłamać.  Są  ludzie,  którym  zawsze  mówi  się  tylko 

prawdę. Wadim był jednym z nich. 

- Grigorij Jakowlewicz Antonów umarł na moich rękach - wyznała. - Kochałam go. - 

Uniosła dumnie głowę. - Nie żałuję niczego! 

- Nie potępiam cię - rzekł mnich. - Tak wiernej miłości nie można potępić... 

Antonia zerknęła na niego ukradkiem. Słowa Wadima zaskoczyły ją. 

-  Pamiętam  pewną  młodą  dziewczynę  z  Kotłasu  -  mówił,  nie  spuszczając  z  Antonii 

wzroku.  -  Córkę  pewnego  człowieka,  który  przyjechał  kupować  konie.  Było  to  latem. 

Pamiętam,  że  ludzie  mówili  o  dorosłym  mężczyźnie,  który  zakochał  się  w  młodziutkiej 

dziewczynie. Narobił dużo zamieszania, po czym zniknął i został okrzyknięty zdrajcą. 

Antonia ściągnęła brwi i zamyśliła się. 

Wadim to rzadkie imię, chłopi nie nazywają tak swoich dzieci. 

Ten tajemniczy mnich zbyt wiele wiedział o Grigoriju. Znał ojca Anastasa... 

- Wiem, kim jesteś! - przypomniała sobie wreszcie. Nie zapamiętała go, ale musiała go 

już kiedyś widzieć. - Jesteś synem właściciela ziemskiego w Kotłasie. 

Skinął głową. 

- Nikim innym - przyznał. - Teraz jestem mnichem Wadimem. Twoje tajemnice są u 

mnie bezpieczne, tak jak moje u ciebie. 

Nitki losu splatają się w zagmatwany wzór. 

background image

10 

Anastasa  przywieźli  do  obozu  żołnierze.  Dwóch  z  nich  przeniosło  go  do  wozu  i 

wrzuciło do środka jak worek. 

Nawet tego nie poczuł. 

- To nie w porządku - rzekł jeden do Antonii. - To nie do pomyślenia, mieć taką żonę 

jak ty i włóczyć się po karczmach... 

Antonia  musiała  się  uśmiechnąć.  Podziękowała  żołnierzom,  ułożyła  Anastasa 

wygodniej. 

Nie  było  go  cały  dzień  i  noc,  ale  właściwie  nawet  nie  zaczęła  się  o  niego  martwić. 

Przyzwyczaiła się, że dawał sobie radę. Poza tym nic jej do tego, że w wódce szukał ukojenia. 

Każdy miał własne sposoby. 

Anastas nie dyktował jej, jak ma postępować. Pozwalał jej żyć własnym życiem. 

Był prawdziwym przyjacielem. 

Mężczyzną. 

Kiedy się nim stał? 

Antonia przysunęła się bliżej i okryła Anastasa kocem. 

Czy  każda  kobieta  w  głębi  serca  pragnie  być  matką  albo  przynajmniej  kimś  się 

opiekować? 

Antonia głęboko skrywała to pragnienie. 

Pomyślała o Oldze... 

Płakała po stracie Grigorija. Mogła o nim głośno mówić, wdzięczna była Wadimowi 

za tę możliwość. 

Teraz traktowała mnicha jak kogoś bliskiego, jak członka rodziny, ponieważ on znał 

Grigorija. 

Z tęsknoty za Olgą nie potrafiła płakać. 

Jej córka ma osiem lat. 

Czy  Anastasowi  udało  się  uciec  od  wewnętrznych  rozterek?  Czy  kupił  w  karczmie 

zapomnienie, czy znalazł je w wódce? 

A może też kupił tam sobie kobietę? Ale jej nic do tego. 

Nie ma prawa go o to pytać, nie ma prawa niczego od niego żądać ani zabronić mu 

spotykania się z innymi kobietami. 

A czy ma prawo wrócić do ośmioletniego dziecka i nazywać się jego matką? 

background image

Czy nie opuściła Olgi na zbyt długo? 

Czy wolno jej domagać się tam na północy swych praw do dziecka? 

Czy rodzina i znajomi powinni raczej uznać, że nie żyje? 

Pytania cisnęły się zewsząd. Natarczywie. Nie znajdowała na nie odpowiedzi... 

Kiedy Anastas stał się w jej oczach mężczyzną? 

I na to pytanie nie umiała odpowiedzieć. 

A  może  nie  chciała?  Mogłaby  sobie  przypomnieć,  kiedy  to  się  stało,  gdyby  chciała 

być z sobą szczera, ale wolała tego uniknąć. 

Anastas był dla niej kimś innym niż Wasilij. 

Wasilij  potrafił  trzymać  ją  na  dystans,  zawsze  na  odległość  ramienia.  Nie  chciał,  by 

między nimi zawiązało się coś poważniejszego. 

Wiedział, kim dla siebie mają pozostać i czego od niej chce. 

Zdawała sobie z tego sprawę. Mogłaby przyznać, że i ona chce tego samego. 

Dotyku ciała, czułości. Zamykała oczy i dostawała to, czego pragnęła. 

Wasilij  nigdy  nie  dal  z  siebie  więcej,  nie  starał  się  zmniejszyć  dystansu,  jaki  oboje 

woleli zachować. 

Sam również nigdy nie żądał więcej. 

Nie, Anastas nie jest taki, jak Wasilij. 

Anastasa łatwo zranić. 

Stracił ukochaną osobę, doświadczył niewyobrażalnego bólu i był równie samotny jak 

Antonia. 

Los  złączył  ich  ze  sobą  niczym  w  wodnym  wirze,  od  początku  byli  razem,  wiele 

razem przeżyli, mogli to dzielić i wspominać w milczeniu lub w rozmowie. Wokół otaczali 

ich sami obcy, a oni wciąż razem wędrowali, razem uciekali. 

Jedynie w sobie nawzajem mogli szukać odwagi. 

Czy rzeczywiście? 

Czy to ich wybór? 

Jak głęboki mógł się stać ich związek? Na ile prawdziwy? Czy opierał się na trwałych 

podstawach? 

Dobry Boże, gdyby znała odpowiedź na te wszystkie pytania! 

Antonia się bała, panicznie się bała. Miała tylko Anastasa. 

Na  nikim  nie  mogła  polegać  tak  jak  na  nim.  Nawet  na  Wadimie,  chociaż  poznali 

nawzajem swe najgłębsze tajemnice. 

Potwornie się bała. Pragnęła, by ktoś zdjął z niej odpowiedzialność. 

background image

Nie chciała podejmować decyzji, nie chciała sama wybierać. 

Niebawem znajdzie się w miejscu, z którego rozchodzi się wiele dróg. Tylko od niej 

zależy

którą  wybierze.  Domyślała  się,  jak  wygląda  początek  każdej  z  nich,  ale  nie  mogła 

wiedzieć, dokąd prowadzą. Tego dowie się tylko wtedy, gdy już którąś pójdzie. 

Pewnie istnieją drogi, z których można zawrócić, gdy się okaże, że się zbłądziło. 

Może uda się jeszcze odnaleźć pozostałe, jednak to nic pewnego. 

Niektóre mogą zarosnąć, zanim się na nie wróci. 

To jest jej wybór. 

Nie ma prawa zrzucać tego na Anastasa, tak jak próbowała. 

Nie ma prawa wywierać na niego nacisku. 

Anastas  powinien  móc  decydować  o  sobie.  Nie  do  niej  należy  kształtowanie  jego 

przyszłości tylko dlatego, że sama się boi. Nie może być taką egoistką. 

Grigorij być może by zrozumiał, że ona i Anastas potrzebowali siebie nawzajem jak 

kobieta  i  mężczyzna,  był  na  tyle  wspaniałomyślny.  Zrozumiałby,  że  tęsknota  może  trawić 

człowieka od środka - a wtedy ramiona przyjaciela mogą pomóc ją uciszyć. 

Zrozumiałby, a przynajmniej starałby się zrozumieć. Pewnie by jej to wybaczył. 

Ale nigdy nie wybaczyłby jej, gdyby zniszczyła Anastasowi życie, gdyby zrzuciła na 

niego odpowiedzialność, której nie chciał przyjąć. 

Anastas spytał ją, czy pomyślała o tym, że mogłaby zajść w ciążę. 

Oczywiście, że o tym pomyślała! 

W  głębi  duszy  pragnęła  tego,  choć  wiedziała,  że  nie  powinna  rodzić  więcej  dzieci. 

Uświadomiła to sobie, kiedy urodziła Olgę. 

Tak bardzo pragnęła urodzić dziecko Grigorija, że nie myślała o przestrogach. 

Teraz znowu wykorzystała swe ciało, żeby uniknąć podejmowania decyzji, której nikt 

za  nią  podjąć  nie  mógł.  Wydawało  się,  że  to  takie  proste  wyjście,  jednak  świadczyło  o  jej 

słabości. 

Łatwo jest zamknąć oczy i dać się unieść z prądem. Przypomniała sobie, jak to było 

przyjemnie przez chwilę, kiedy dała się unieść z prądem Obu. 

Dawno temu. 

Wadim miał być może rację, kiedy mówił, że trzeba wrócić, żeby rozplatać nitki życia, 

które nie powinny być ze sobą związane. 

A  ją  kusiło,  żeby  je  po  prostu  przeciąć.  Można  to  zrobić  bardzo  szybko,  ale 

konsekwencje mogą okazać się bolesne. Powrót także bywa bolesny. 

Anastas ciągle spał jak kłoda, oddychał ciężko i trwał

 

w zupełnie innym świecie. 

background image

Nie obudzi się przed północą. 

Antonia wymknęła się z wozu. 

Nie czuła się już zagrożona przez mężczyzn, z którymi podróżowała. 

Tworzyli  jedną  grupę,  niezależnie  od  tego,  jak  bardzo  się  różnili.  Dla  nich  ona  i 

Anastas należeli do siebie, nie musiała się niczego z ich strony obawiać. 

Zrobili jej miejsce na pieńku przy ognisku. Siedzieli teraz w ciaśniejszym kręgu, ale 

nikomu to nie przeszkadzało. 

Kapitan podał Antonii jeszcze dość czysty kubek i nalał jej kwasu chlebowego. 

- To nie powinno zaszkodzić damie - uśmiechnął się. 

- Ta dama zniesie to i owo - odparła Antonia i wypiła. 

Smakowało jej, choć napój został przyprawiony trochę inną mieszanką ziół, niż sama 

zwykła to robić. 

- Mąż wrócił do domu? Antonia skinęła głową. 

- My mężczyźni nie powinniśmy pić - powiedział ze smutkiem kapitan. 

W  jego  oczach  pojawiła  się  jakaś  melancholia,  którą  Antonia  dostrzegła  nie  po  raz 

pierwszy. 

Tak  jak  ona  pił  tylko  kwas.  Przez  cały  czas  oczekiwania  na  frachtowce  nie  pił  nic 

mocniejszego. 

-  To  przysparza  naszym  żonom  wielu  trosk  -  dodał.  -  Twój  mąż  nie  powinien  był 

jechać do wioski... 

- Przecież już jest w obozie - rzekła beztrosko Antonia. - Nie wygląda też na to, żeby 

mu zaszkodziło. Jutro wszystko wróci do normy. 

Przyglądał się jej długo. 

- Nie rozumiem cię - rzekł. - Ale też nigdy nie rozumiałem kobiet, taki mój los. 

-  Nawet  nie  wiem,  jak  się  nazywasz  -  wyrwało  się  Antonii.  -  Może  nie  powinnam 

pytać - dodała zaraz. 

-  To  nie  tajemnica  wojskowa  -  rzekł  pogodnie.  -  Nazywam  się  Ilja  Jarosławowicz 

Budiłow. Pochodzę z Kijowa nad Dnieprem. 

- Z Ukrainy? - Antonia uniosła brwi. - Kraju dumnych Kozaków? 

Uśmiechnął się słabo. 

- Chyba już nie, ale mamy to pewnie we krwi. Jesteśmy dumni i twardzi. Jest w nas 

jakaś  dzikość.  Wiesz...  -  roześmiał  się  głośno,  zanim  zaczął  mówić  dalej  -  ...na  Ukrainie 

kobiety biją czasem swoich mężów! 

Antonia uśmiechnęła się. 

background image

- Gdyby któryś wrócił do domu w takim stanie jak twój mąż, na pewno oberwałby od 

ż

ony.  -  Jego  oczy  nabrały  dziwnej  łagodności.  -  Wielka  Rosja  zrodziła  się  na  Ukrainie. 

Słyszałaś o księciu Włodzimierzu? O świętym Włodzimierzu? 

Antonia potrząsnęła głową. 

Kapitan skwapliwie wykorzystał okazję. Tam, skąd pochodził, uwielbiano opowiadać. 

I  o  niczym  bardziej  nie  lubiano  mówić  niż  o  największym  synu  Rusi  Kijowskiej  -  księciu 

Włodzimierzu. 

- Książę Włodzimierz żył w Kijowie przed wieloma laty, około roku tysięcznego. Po 

zwycięskich  walkach  z  braćmi  zajął  tron  kijowski.  Był  mądrym  i  zapobiegliwym  władcą. 

Potrafił  czerpać  z  życia.  -  Uśmiechnął  się  szeroko.  -  Niektórzy  mówią,  że  był  wiecznie 

ciekawy  świata.  Władał  Kijowem  i  utrzymywał  pełen  przepychu  dwór.  Urządzał  uczty,  o 

których  do  dziś  opowiadają  z  podziwem.  Nie  było  bojara  czy  królewicza,  który  nie 

skorzystałby z jego zaproszenia. Swych gości podejmował chlebem i solą, miodem i winem. 

Miodu i wina nigdy nie brakowało za czasów księcia Włodzimierza, zresztą niczego tam nie 

brakowało. Włodzimierz był też niespokojnym duchem. Wysyłał ludzi za granicę, na cztery 

strony świata. Chciał wiedzieć wszystko o obcych religiach, by wybrać najlepszą z nich dla 

siebie  i  swego  narodu.  -  Ilja  Jarosławowicz  uśmiechnął  się.  -  Był  mądrym  człowiekiem. 

Pragnął,  by  jego  naród  się  weselił.  Sam  lubił  piękno  i  wszystko,  co  dodawało  barw  życiu. 

Spodobał  mu  się  grecki  obrządek.,  i  Anna,  siostra  cesarza  Bazylego  II.  Być  może  przede 

wszystkim dlatego, by ją poślubić, przyjął chrzest z Bizancjum. Ochrzcił swój naród... siłą - 

dodał Ilja ze smutkiem. - Zniszczył posągi Peruna i Wołosa i założył szkoły, by kształcić w 

nich  duchownych  dla  swego  kościoła.  Syn  księcia,  Jarosław,  wzniósł  katedrę  świętej  Zofii, 

najpiękniejszy  kościół,  jaki  widziało  ludzkie  oko,  z  trzynastoma  kopułami:  jedną  dla 

Chrystusa  i  po  jednej  dla  każdego  z  apostołów.  Księcia  Włodzimierza  uznano  za  świętego. 

Pomyśl tylko! Święty Ukrainiec! 

- Skąd to wszystko wiesz? - spytała Antonia. 

-  Jesteśmy  dumni  z  historii  naszej  Ukrainy  -  odparł.  Popił,  by  przepłukać  gardło.  - 

Mówiłem, że jesteśmy dumni i kochamy piękno. Przeżywamy całym sobą, zarówno radość, 

jak  i  smutek.  Jeżeli  widziałaś  człowieka,  który  tańczył  do  zawrotu  głowy  z  radości,  to  na 

pewno  był  Ukraińcem.  Jeżeli  widziałaś,  by  tupiąc  ze  złości  rozłupał  skałę,  to  widziałaś 

Ukraińca. - Znowu szeroko się uśmiechnął. - Nie wiem, czy powinienem to mówić kobiecie, 

ale niech tam. W całej Rosji nie ma doskonalszych kochanków nad Ukraińców... 

Antonia uniosła brwi z powątpiewaniem. 

background image

- Jesteśmy najlepsi - zapewnił Ilja Jarosławowicz. Domagał się, by mu uwierzono. - A 

nasze kobiety są najpiękniejsze, z kilkoma wyjątkami - dodał, puszczając oczko. - Poza tym 

ś

wietnie gotują, przyrządzają najlepszy barszcz w całym kraju, żaden mężczyzna się mu nie 

oprze. Może go jeść, póki nie zaśnie nad miską. 

Antonia roześmiała się. 

- Ci sławni ukraińscy kochankowie? Wzruszył ramionami. 

- Nikt nie jest bez wad, nawet Ukrainiec. 

-  Może  ukraińskie  kobiety  są  również  najbardziej  sprytne  w  całym  kraju?  - 

zasugerowała Antonia. 

Nie odpowiedział. 

- Niektórzy porównują nas do niedźwiedzi - rzekł. - Nigdy nie wiadomo, do czego te 

zwierzęta  są  zdolne.  Mogą  być  łagodne,  a  w  następnej  minucie  rozpłaszczą  cię  jednym 

ruchem łapy. Tacy są również Ukraińcy. 

- Jest w tym coś z okrucieństwa - rzekła Antonia zamyślona. 

Skinął głową. 

-  Może  dlatego  zostałem  wojskowym  -  powiedział.  -  Jednak  musiałeś  wyjechać  ze 

swej ukochanej Ukrainy. Przytaknął. 

-  Mężczyzna  nie  może  mieć  w  życiu  wszystkiego,  nie  na  raz.  Dokonałem  takiego 

wyboru i jestem zadowolony. Widziałem wiele rzeczy, których nie zobaczyłbym w Kijowie. 

Nigdy jeszcze nie byłem w Archangielsku, nigdy nie widziałem morza. 

- Ja marzę o morzu - rzekła Antonia. - O morzu i o koniach. 

-  Kobiety  powinny  marzyć  o  dzieciach  -  zauważył  Ilja  Jarosiawowicz,  Ukrainiec  z 

Kijowa.  -  Twój  mąż  powinien  dać  ci  dziecko.  Konie  to  nie  życie  dla  kobiety,  nie  możesz 

zmarnować dla nich swej urody! 

Rozpiął  kurtkę.  Rzadko  to  robił.  Antonia  ujrzała  pod  spodem  zwój  skóry.  Kapitan 

widząc, gdzie kieruje się wzrok Antonii, poklepał dłonią swój skarb. 

- Noszę te dokumenty na sercu, są starannie zabezpieczone i nie mogą zginąć. Wiem, 

jak są dla ciebie ważne. Obiecuję ci, że będę ich strzegł tak samo pilnie jak własnego życia. 

Czy cię uspokoiłem? 

- Tak - przytaknęła blado Antonia. Poczuła suchość w ustach. Archangielsk znalazł się 

nagle tak blisko. 

To było nieuniknione. 

A wyboru dokonano za nią. 

background image

Kapitan Budilow przekaże gubernatorowi dokumenty. Nie wszystkie muszą dotyczyć 

jej, ale niektóre pewnie tak. W jednym z nich napisano, że nie jest już żoną Olega Jurkowa. 

Widniało tam nazwisko tego, za którego wyszła za mąż. 

Czy może w Archangielsku wybuchł bunt przeciwko władzy w czasie, kiedy Toni tam 

nie było? 

Czy  łączono  jej  imię  z  imionami  ludzi  ściganych  za  zdradę  Rosji?  Czy  gubernator 

może wiedzieć, z kim uciekła? 

Istniał również dokument, w którym pisano o Jej nieocenionych zasługach dla carycy 

Elżbiety. 

Czy to wystarczy? 

Antonia znowu poczuła ogarniający ją strach i zmęczenie. 

- Chyba się położę - rzekła i wstała. - Bardzo miło się z tobą rozmawiało, wiele się 

dowiedziałam, Iljo Jarosławowiczu! 

Nie odpowiedział. Być może się z nią zgadzał. 

Kiedy wróciła do wozu, okazało się, że Wadim i trzech młodych nowicjuszy, którzy 

wkrótce mieli zostać mnichami, już położyli się i zasnęli. By dotrzeć do „swojego” miejsca 

koło  Anastasa,  musiała  przechodzić  nad  nimi.  Zorientowała  się,  że  nie  zdoła  się  wcisnąć 

pomiędzy Anastasa a krawędź wozu, gdzie zwykle sypiała. 

Wzięła  jeden  koc  i  położyła  się  za  plecami  Anastasa  najbliżej  jak  mogła.  Objęła  go 

ramieniem, by się ogrzać. 

Minęło  dużo  czasu,  zanim  zasnęła.  Już  się  przyzwyczaiła  do  chrapania  swoich 

towarzyszy, nawet jej nie przeszkadzało. Stopniowo zaczynała ich rozróżniać po sposobie, w 

jaki  oddychali.  Wiedziała,  który  mówi  przez  sen,  słyszała,  jak  woła  matkę,  która  została  w 

domu. Antonia zastanawiała się, dlaczego młodzi chłopcy decydują się na zakonne życie. Czy 

przesądzała  o  tym  tradycja  rodzinna?  W  niektórych  rodzinach  zwyczajowo  oddawano  na 

służbę  Panu  drugiego  syna.  Niektórzy  rodzice  wybierali  tę  drogę  dla  jednego  lub  nawet 

kilkorga dzieci, by uchronić je od życia w nędzy,  choć życie w klasztorze także wymagało 

wielu wyrzeczeń. Tak czy owak, nie zawsze wiara była tu najważniejsza. 

Antonia słyszała spokojny oddech Wadima. Pomyślała o życiu, którego się wyrzekł. 

Jedyny syn... 

Przywołała  w  pamięci  biały  pałac  dziedzica.  Niewielu  potrafiłoby  zrezygnować  z 

wygód i dostatku. 

Aksamit, jedwab i brokat zamienić na szorstki habit mnicha. 

background image

Kapitan  mówił,  że  Ukraińcy  to  ludzie  bezkompromisowi.  Na  północy  też  można 

takich spotkać. 

Anastas  poruszył  się,  przewrócił  się  na  plecy,  wyrzucił  w  bok  rękę.  Korzystając  z 

tego,  Antonia  ułożyła  się  wygodnie  na  jego  ramieniu.  Anastas  i  tak  tego  nie  zauważy,  a 

dobrze jest czasem się do kogoś przytulić. 

Była noc, kiedy znowu się obudziła. Anastas obejmował ją obiema rękami. Jego usta 

gorączkowo szukały jej ust. 

Antonia  zamknęła  oczy,  zacisnęła  palce  na  jego  karku.  Rozchyliła  wargi, 

odpowiedziała na namiętny, mocny pocałunek w taki sam sposób. 

Potem pocałunek zmienił się w łagodniejszy, bardziej czuły. 

W końcu Anastas oderwał usta od jej ust. 

Zamrugał, kiedy na niego spojrzała. 

- Dobry Boże - mruknął i przysunął czoło do jej czoła. Lał się z niego pot. - Myślałem, 

ż

e  śnię  -  wyjaśnił  szeptem.  Nie  wypuścił  jej  z  ramion,  wciąż  trzymał  mocno  i  blisko.  - 

Ś

niłem, Toniu. - Przełknął ślinę. - Jak się tu znalazłem? Chyba zasnąłem w karczmie...? 

Opowiedziała mu, że przywieźli go żołnierze. 

- Wypiłem pewnie połowę tego, co wypiłby koń w drodze na północ. 

Antonia roześmiała się w rękaw jego kurtki, żeby nie obudzić innych. 

-  Nie  ma  się  z  czego  śmiać  -  szepnął  rozdrażniony.  -  Strasznie  boli  mnie  głowa  - 

dodał. 

- Dobrze było? - spytała. - Czy można w ten sposób uciec? Pomogło? 

- A jak myślisz? - odpowiedział pytaniem. 

- To nie jest odpowiedź. 

Anastas położył się na plecach. Antonia musiała wypuścić go z objęć, ale nie zsunęła 

się z jego ramienia. 

Anastas  wpatrywał  się  w  materiał  rozciągnięty  nad  wozami,  który  lekko  falował  w 

górze. 

Na  zewnątrz  panowała  cisza.  Jedynie  rzeka  i  wiatr  rozmawiały  ze  sobą  półgłosem. 

Właściwie nie prowadziły rozmowy, wymieniały tylko jakby pojedyncze słowa, robiąc długie 

przerwy, pilnując się nawzajem, żeby nie zasnąć. 

- Szatan usiadł mi na plecach, Toniu. Nie wiem, czy się go pozbędę. W brzuchu czuję 

mrowienie.  Chciałbym  odłączyć  się  na  długo  przed  Archangielskiem.  Nie  chcę  oglądać 

znowu tego miasta, jest tysiąc innych miejsc, które wolałbym zobaczyć. 

background image

- To, które było twoim domem? - Nie. Tonią już nie miała wątpliwości. Naprawdę tak 

myślał, nie zamierzał wracać do Archangielska, to miasto należało do przeszłości. 

- Chyba zgubiłem w tańcu buty... 

- Masz je na nogach - rzekła Antonia. - Zostawiły długie ślady, kiedy żołnierze cię tu 

ciągnęli... 

Zaśmiał się ochryple. 

- Wydaje mi się, że poznałem tam kobietę... może dwie... nie pamiętam dokładnie... 

- Nie musisz mi o tym opowiadać - szepnęła Antonia. - Nie jesteś mi nic winien. 

- Nie - odetchnął. - Nic. Odwrócił twarz w jej stronę, spojrzał rozpalonym wzrokiem. 

- Nie jesteś podobna do Kati - rzekł, potrząsając lekko głową, i skrzywił się boleśnie. - 

Wcale nie jesteś podobna do Kati. 

Uśmiechał się blado, na jego twarzy malowała się rozpacz, wydawał się zagubiony. 

Antonia  nie  wiedziała,  czy  odważy  się  zatrzymać  go  przy  sobie,  stać  się  dla  niego 

przystanią. Nie wiedziała, czy Anastas zamierza zakotwiczyć, czy też wyruszy dalej. 

- Kati nie żyje - powiedział. - Potrafisz zrozumieć, dlaczego? Kochałem ją i ona mnie 

kochała. Jej rodzice zmuszali ją do robienia okropnych rzeczy

tak bardzo pragnęli wnuka... 

Ale kochała mnie. Była taka ładna. Nie rozumiem, dlaczego Kati musiała umrzeć, Toniu... 

Rozpłakał się. 

Antonia wycierała Anastasowi łzy. Pozwoliła mu się wypłakać, w końcu się uspokoił. 

-  Co  mi  po  takiej  miłości  do  kobiety,  która  nie  żyje?  -  spytał  gorzko  po  długim 

milczeniu. 

- Jesteś taki młody - szepnęła Antonia. 

- Myślałem - mówił dalej, jakby jej nie słysząc - myślałem, że będziemy mieć dziecko. 

Chciałbym mieć syna, choć nie posiadam nic, co mógłbym mu dać. 

Antonia  czule  pogładziła  Anastasa  palcem  po  nosie.  Uśmiechnęła  się  i  położyła  na 

boku, tak by móc na niego patrzeć. 

-  Wszyscy  mężczyźni  chcą  mieć  synów  -  powiedziała.  -  A  kto  będzie  miał  córki,  z 

którymi ci synowie się ożenią? Czy po nas ludzkość ma zaginąć? 

Uśmiechnął się przekornie. 

- Wszyscy inni mogą mieć córki - rzekł. - Ja chcę syna! 

Palce  Anastasa  zaczęły  wędrować  pod  cienkim  kocem,  rozluźniły  wiązania  bluzki, 

wśliznęły się pod bieliznę. Anastas nie spuszczał z Antonii wzroku, uśmiechał się. 

Przywarła do niego. 

To szaleństwo, pomyślała, wszak za jej plecami leżał mnich i trzech nowicjuszy. 

background image

Omal nie roześmiała się na głos. 

Anastas pocałował ją namiętnie. 

Rękę, którą wsunął pod jej bluzkę, zacisnął na piersi. Uśmiechnął się, kiedy brodawka 

stwardniała pod opuszkami palców. 

-  Nie!  -  zaprotestowała  Antonia,  gdy  ją  całował,  lecz  tak  naprawdę  nie  chciała,  by 

przestał. 

Trzymał ją mocno, przyciskał rękę do jej pleców, masował kolistymi ruchami. 

- Tss! - syknął. 

Wśliznął  się  między  jej  kolana,  ostrożnie  wyjął  rękę  spod  bluzki,  by  podciągnąć 

spódnicę i koszulę Antonii. Uniosła się troszkę, pomogła mu. Potem rozpiął spodnie i zsunął 

je z bioder. 

Pieścił brzuch i uda Toni, a ona pragnęła, by to  się nigdy nie skończyło. Nie trwało 

długo, nim zrozumiała, że jest gotowa... 

Przestał ją całować. 

Uśmiechnął się. 

Dookoła panowała cisza. Tylko oni dwoje nie spali. 

- Mam na ciebie ochotę - szepnął. - Czujesz to? Jeszcze bardziej się przysunął, lecz 

Antonia i tak wiedziała o tym już od dłuższej chwili. 

- Chcesz? Miała sucho w ustach. 

- Odważysz się? Rozgrzał ją i pyta, czy chce? Antonia oddychała szybko przez nos. 

Drżała. Niecierpliwymi palcami rozpinała guziki jego koszuli. 

-  Cicho  -  szepnął.  Ułożył  się  wygodniej  obok  niej,  chwycił  za  biodra,  Antonia 

naprowadziła go. Czuła, jak ją wypełnił, ugryzła go w ramię, by stłumić jęk rozkoszy. 

Nie poruszał się, tylko przycisnął ją mocno do siebie. Całował jej szyję, policzki, usta. 

Obejmował ją - był wokół niej i był w niej. 

Antonia  musiała  się  poruszyć,  biodrami  wykonywała  maleńkie  kółka.  Słyszała,  jak 

Anastas ciężko oddycha tuż przy jej uchu, czuła, jak ostrożnie, ledwie zauważalnie, zaczyna 

stawiać opór. 

Nie  okazywali  rozkoszy,  prawie  nie  oddychali.  Anastas  wsunął  rękę  między  ciało 

swoje  i  Antonii.  Sprawił,  że  z  uniesienia  zabrakło  jej  tchu,  podczas  gdy  sam  trwał 

nieporuszenie. 

Antonia  zadrżała,  gdy  poruszył  biodrami.  Wbiła  paznokcie  w  jego  ramię.  Ugryzła. 

Przyjęła go, przyjęła soki, którymi ją wypełnił. Czuła jego gorące wargi pod swoim uchem. 

Cicho wymknęli się ze swych objęć i na powrót wśliznęli w ubrania. 

background image

Antonia niemal nieświadomie, leżąc na plecach, podciągnęła do góry kolana. Dopiero 

po chwili zdała sobie sprawę, że napina dół brzucha. 

Anastas objął ją. 

- Chcę mieć dziecko - rzekł cicho. - Myślę, że się w tobie zakochałem, Toniu... 

background image

11 

Antonia obawiała się Anastasa, siły tego uczucia, które, jak sądził, w sobie odkrył. 

Czekali na frachtowce już ponad tydzień. Ów czas można by zmierzyć różną miarą. 

Tylko  mnisi  wydawali  się  przyjmować  przymusowy  postój  ze  stoickim  spokojem. 

Odmawiali modlitwy, spacerowali, niczemu się nie dziwili i nie denerwowali. 

Ilja Jarosławowicz wysłał dwóch swoich żołnierzy na konny zwiad wzdłuż Suchony. 

Mieli  wyglądać  frachtowców.  Upomniał  ich,  żeby  nie  oddalali  się  bardziej  niż  o  dwa  dni 

drogi, bo wylądują w Wielikim Ustiugu. 

Kapitan  Budiłow  teraz  również  zaczynał  się  niepokoić.  Kilka  razy  w  ciągu  dnia 

chodził do wsi, ale nigdy nie zostawał tam na długo. 

- Sterczy w porcie, bo myśli, że stamtąd lepiej zobaczy statki? - dziwił się ktoś, gdy 

kapitan od paru godzin nie wracał. 

-  Ma  pewnie  swoje  powody  -  odparł  ktoś  inny.  Wadim  pierwszy  zaczął  się  o  niego 

martwić. 

-  Ilja  Budiłow  nie  powinien  spędzać  tyle  czasu  sam  -  rzekł.  -  Pójdę  do  wsi  go 

poszukać. 

Przeor  nie  miał  nic  przeciwko  temu.  Pozostawiał  bratu  Wadimowi  pełną  swobodę, 

najwyraźniej  mu  ufał.  Nie  wyglądało  na  to,  by  brat  Wadim  kiedykolwiek  przekroczył 

wyznaczone granice. 

Sylwetka  mnicha  szybko  zniknęła  w  oddali,  jego  szary  habit  jakby  wtopił  się  w 

otoczenie. 

-  Bardziej  by  pasował  na  księcia  -  powiedział  Anastas  do  Antonii.  -  Nigdy  nie 

widziałem  mnicha,  który  by  mniej  przypominał  brata  zakonnego,  ale  też  nie  widziałem  w 

swym życiu wielu, jeśli się zastanowię. 

Antonia nie odpowiedziała. Nie mogła wyjawić tego, co wiedziała o Wadimie. 

Zapadał zmrok, lecz ani Wadim, ani kapitan się nie pokazywali. 

- Wieś nie jest tak duża - zauważyła Antonia z niepokojem. 

Wciągnęła  spodnie  pod  spódnicę,  a  potem  ją  zdjęła.  Pleciony  sznur,  który  zwykle 

nosiła we włosach, zawiązała ciasno w talii jako pasek. 

Denerwowała się coraz bardziej. 

- Nie możesz teraz iść do Totmy - rzekł Anastas. - Nie o tej porze. Kobiety nie chodzą 

tam same, nie chcę, by cię zaczepiano. Tu kobiety nie noszą spodni. 

background image

- Martwię się o nich. 

- Wadim na pewno znajdzie kapitana. Biedak też ma prawo się napić. Cały czas nad 

wszystkim czuwa, ma prawo czuć się zmęczony. 

- Jest Ukraińcem - rzuciła Antonia. - A oni są jak niedźwiedzie. 

- I tobie o tym mówił? - Anastas uśmiechnął się krzywo, ale w jego oczach pojawił się 

niepokój. 

- Opowiedział mi o Ukraińcach wiele ciekawych rzeczy - odparła Antonia zaczepnie. - 

Założę się, że nie wiedziałeś, że Ukraińcy są najlepszymi kochankami. 

Prychnął. 

- Albo że najpiękniejsze kobiety pochodzą z Ukrainy! 

- Może i ty mu się podobasz? 

- Ja się nie urodziłam nad brzegiem Dniepru - odparła Antonia. - Gdyby było inaczej, 

może  i  zwróciłby  na  mnie  uwagę  -  zażartowała,  a  potem  dodała  z  westchnieniem.  -  Zima 

nadejdzie, zanim wrócimy do domu! 

Anastas nic na to nie odpowiedział. 

Antonia ruszyła wzdłuż brzegu rzeki, nie miał innego wyjścia, jak podążyć za nią. 

Szli  długo  obok  siebie,  nic  nie  mówiąc.  Znaleźli  się  z  dala  od  wozów,  z  dala  od 

Totmy. 

Niebo  zakrywały  chmury,  noc  będzie  ciemna.  W  powietrzu  wisiała  wilgoć,  ale  nie 

zanosiło się na ochłodzenie. 

-  Powiedziałaś  „dom”  o  Archangielsku  -  nieoczekiwanie  rzucił  Anastas.  -  Czy  jest 

twoim domem? - spytał. 

- Muszę tam wrócić - odparła z uporem. 

-  To  nie  jest  odpowiedź  -  nie  dawał  za  wygraną.  Usiadł  na  trawie.  -  Ja  też  jestem 

zagubiony. Przed Kati nie kochałem żadnej kobiety, ale nic nie poradzę na to, że teraz darzę 

uczuciem  ciebie...  -  Zamilkł.  -  Chcę  wiedzieć,  co  zamierzasz  -  wyznał  wreszcie.  - 

Moglibyśmy  zapomnieć  o  frachtowcach  z  Archangielska.  Tam  na  północy  przez  pół  roku 

panuje zima. Moglibyśmy pojechać na południe i zacząć nowe życie. Mamy przecież dobre 

dokumenty... 

Roześmiał się głucho. 

- Moglibyśmy pojechać dokądkolwiek, wystarczy tylko, byśmy trzymali się tej strony 

Uralu.  Pomyśl  o  tym,  Toniu!  Mały  domek,  o  którym  mówiłem,  mógłby  się  stać 

rzeczywistością. Konie również. Oglądalibyśmy zielone łąki przez cały rok. Mogłyby po nich 

biegać dzieci... 

background image

- Twoi synowie? - spytała z błyskiem w oczach. 

- Córki także - odparł szybko. Skubał suchą trawę, wyrywał z korzeniami całe kępki. 

Nie potrafił utrzymać rąk w spokoju. 

- Możesz spełnić swe marzenia - odpowiedziała. 

- Ja? - Anastas w jednej chwili skoczył na równe nogi. Chwycił Tonie za ramiona i 

spojrzał  jej  w  oczy.  -  Ja?  -  powtórzył.  -  Moglibyśmy  razem  wyjechać  na  Ukrainę,  gdybyś 

chciała,  a  wtedy  mógłbym  zostać  najlepszym  kochankiem  w  całej  Rosji...  -  rzucił  niby  to 

ż

artem, ale i z żarliwością. - Sam nie pojadę. Cóż miałbym sam tam robić? 

Puścił Antonię i opadł z powrotem na trawę. Położył się, zakrył ręką oczy. 

- Mógłbyś znaleźć sobie kobietę. 

- Gdzie znajdę taką, która wiedziałaby tyle o koniach, co ty? - spytał, tak jakby tylko z 

tego powodu chciał z nią być. 

Antonia nabrała w płuca powietrza i drżącym głosem odpowiedziała: 

-  Chcesz  przecież  spotkać  kobietę,  która  dałaby  ci  dziecko.  Ja  z  trudem  urodziłam 

Olgę, nie jestem stworzona do rodzenia dzieci, mam za wąskie biodra. Sam wiesz najlepiej, 

jak  są  zbudowane  klacze  rozpłodowe.  -  Zamilkła,  lecz  po  chwili  mówiła  dalej:  -  Mogłam 

umrzeć  przy  narodzinach  chłopczyka.  Wiesz,  że  nie  przeżył.  Być  może  nigdy  już  nie  będę 

mogła mieć dzieci. Powinieneś znaleźć kobietę, która mogłaby spełnić twoje marzenia. 

A i ty mógłbyś jej dać wiele, Anastas... - Odgadł, że uśmiechnęła się w ciemności. - 

„chociaż nie pochodzisz z Ukrainy... 

- Nie możesz powiedzieć, że jestem dla ciebie tylko przyjacielem - rzekł rozdrażniony. 

- Pożądasz mnie, nie bronisz się przed moimi pieszczotami. Pragniesz ich równie mocno jak 

ja ciebie pragnę. Nie odtrąciłaś mnie... 

- Być może powinnam - odparła cicho. 

- Nie, Tonią! 

- Tak, pożądam cię - przyznała. - Ale boję się. Dzięki tobie spełnia się tak wiele moich 

pragnień, Anastas. Tak łatwo byłoby powiedzieć ci „tak”. Może to jest dla mnie droga, ale nie 

mam pewności. Musiałabym się odważyć... odważyć się na skok w nieznane. 

- Nie jesteś tchórzem, Tonią. 

- Ale się boję - odparła. 

-  Chodź  do  mnie!  -  poprosił  i  wyciągnął  do  niej  rękę.  Z  wahaniem  usiadła  obok. 

Anastas nie zadowolił się tym i lekko pociągnął ją, by się położyła. W jednej chwili znalazł 

się nad nią i przycisnął do ziemi swoim ciałem. Pokręcił głową. 

background image

-  Nie  rozumiem  tego,  Toniu  -  rzekł.  -  Nic  z  tego  nie  rozumiem.  Byłaś  dla  mnie  jak 

siostra i nagle stałaś się kobietą. Wcześniej nie widziałem, jak tańczą twoje loki. Traktowałem 

cię jak najlepszego przyjaciela, ale nie dostrzegałem, jak pięknie się uśmiechasz, jak kuszące 

są twoje wargi, nie zastanawiałem się nad tym, jak by to było cię całować. Teraz cały czas 

muszę ze sobą walczyć. Chcę dotykać twoich włosów, czuć twoje usta na swoich. Przedtem 

nie  zauważyłem,  jak  miękkie  są  twoje  policzki.  Nie  myślałem,  że  byłoby  dobrze  przytulić 

swój policzek do twego. - Ucałował ją ostrożnie. - Nie widziałem, jak kołyszą się twoje piersi, 

kiedy chodzisz, jak szczupła jesteś w pasie, jak gładka jest skóra twoich łydek, jak mocne są 

twoje uda... - Jego głos zabrzmiał ochryple. Palce bawiły się guzikami bluzki Antonii. - Teraz 

ciągle pragnę cię dotykać - rzekł. - Pożądam cię, Toniu. Czuję się jak kot w marcu! 

Antonia odwróciła głowę, kiedy chciał ją pocałować. 

- Nie mogę, Anastas - szepnęła. Położył się obok, jednak cały czas ją obejmował. 

Bezwiednie wsunął dłoń pod jej kurtkę. 

- Wiem, że i ty mnie pragniesz - rzekł po chwili. Antonia skinęła głową. 

- Ale ja nie mogę - trwała przy swoim. - To coś więcej, Anastas, mój przyjacielu. 

- Właśnie. Jesteśmy przyjaciółmi - odparł ponuro. - Nie wszystkich, którzy są razem, 

łączy  przyjaźń.  W  wielu  domach  panuje  nienawiść.  -  Odetchnął  z  drżeniem.  -  Nie  byłaś 

zadowolona  ze  swego  życia,  wciąż  dręczył  cię  niepokój.  Traktowałaś  dom  jak  więzienie. 

Pamiętam,  że  czekałem  w  stajni,  póki  nie  wyszedł  twój  kochanek.  Nadal  by  do  ciebie 

przychodził,  noc  w  noc,  gdyby  w  twoim  życiu  nie  pojawił  się  Grigorij.  Czy  chcesz  tego, 

Antoniu? Czy tak ma wyglądać twoje szczęście? Czy po to jedziesz do Archangielska, żeby 

znowu tak żyć? 

- Nie wykorzystuj tego przeciw mnie. 

- Chcesz tak żyć? Możesz mi odpowiedzieć? Nie chciałbym stracić tej szansy, którą 

nam dano. Odważę się na skok w nieznane. Ja też, do diabła, nie mogę wiedzieć, czy będę cię 

kochał przez resztę życia. Któż to może wiedzieć? Wiem, że bardzo będę się starał. Mnie to 

wystarczy. Potrafię się z tobą śmiać, potrafię razem z tobą płakać i nie wstydzę się łez. Wi-

działaś mnie, gdy się złoszczę, kiedy się boję, znasz moje słabe strony, poznałaś też niektóre 

zalety.  Kochaliśmy  się,  pożądamy  się  nawzajem.  Gdyby  wszyscy  posiadali  tak  wiele,  na 

czym  mogliby  budować  przyszłość,  w  tym  kraju  żyliby  tylko  szczęśliwi  ludzie.  Chciałbym 

dzielić  z tobą  resztę  moich  dni,  chciałbym  się  zestarzeć  u  twego  boku,  kobieto!  Czy  to  nie 

wystarczy? Czego więcej chcesz, Antoniu? 

Grigorij nie żyje. 

Tego nie można już odwrócić. 

background image

Już nigdy nie będzie tak samo. 

Oleg nigdy by do niej tak nie mówił jak ten młody chłopak, który teraz ją obejmował. 

Oleg nigdy nie dzieliłby z nią tyle, ile Anastas. 

Nie  kochała  Olega  tak  jak  Grigorija,  tego  była  pewna.  Ale  nie  miałaby  odwagi 

porównywać Olega z Anastasem. 

Dostrzegała różnice między Anastasem i Wasilijem, ale o mężu wolała w ten sposób 

nie myśleć. 

-  Kusisz  -  powiedziała.  -  Kusisz  bardziej,  niż  sam  jesteś  w  stanie  to  zrozumieć, 

Anastas... 

- ...ale? 

- Muszę wrócić do Archangielska - rzekła stanowczo. Jednocześnie czuła, że jej opór 

słabnie. - Nie mogę tak po prostu z tobą stąd uciec. Muszę jechać do Archangielska. Mam tam 

dziecko, Anastas... 

- Zabierz je ze sobą! - zaproponował. - Chcę być z tobą, a skoro Olga jest twoją córką, 

z  pewnością  mógłbym  ją  pokochać.  Dlaczego  nie?  A  jeśli  nie  urodzi  nam  się  dziecko,  to 

przynajmniej nie będziemy sami. 

- Naprawdę tak myślisz? - spytała Antonia ostrożnie po dłuższej chwili milczenia. 

- Chcę być z tobą. - Anastas był tego pewien. 

- Potrzebuję więcej czasu na podjęcie decyzji - rzekła powoli. - Nie mogę ci dać teraz 

odpowiedzi. Nie tutaj. 

- Zgadzam się. Poczekam. 

Wstał i pomógł jej się podnieść. Wyjął jej z włosów źdźbło trawy. 

- Teraz wszyscy sobie myślą, że zwabiłem cię na odludzie, by móc się z tobą bawić w 

mamę i tatę - uśmiechnął się i wziął jej twarz w dłonie, a potem pocałował, długo i namiętnie. 

- Nawet nie wiedzą, jak się mylą! - rzekł z szelmowskim uśmiechem. 

Jak chłopiec. 

Antonia  wzięła  go  za  rękę  i  wolno  ruszyli  do  obozu.  Anastas  wiele  razy  przystawał 

nad rzeką i rzucał kamyki do wody. Bawi się jak dziecko, pomyślała Tonią, ale jednocześnie 

zaskakiwało ją to, jak dojrzałym stał się mężczyzną. 

Dobrze było mieć go blisko. 

Anastas  miał  wiele  zalet,  nie  sądziła,  by  mógł  je  stracić,  nie  sądziła,  by  mógł  się 

zmienić i z czasem stać się innym człowiekiem. 

Wiedziała, że potrafi żyć, nie posiadając wielkiego majątku. Rzeczy go nie wiązały. 

background image

Nie  upatrywał  szczęścia  w  bogactwie.  Oboje  dzielili  tak  wiele  poglądów, 

przywiązywali wagę do tych samych spraw... 

Jakże ją kusił... 

Nagle Antonia przystanęła, chwyciła Anastasa za ramię i zatrzymała go. 

Od razu zrozumiał, że dzieje się coś złego. 

Popchnął ją na trawę, a sam błyskawicznie upadł obok. 

Przy wozach panowało jakieś zamieszanie. 

Ogniska zgasły, i to tak nagle, jakby ktoś zasypał je piaskiem. 

W powietrzu niosły się głosy. 

Wołanie. 

Krzyki. 

Rżenie koni. 

- Caryca! - rzuciła nagle Antonia i poderwała się, by pobiec w stronę obozu. 

Anastas złapał ją za kostkę i upadła twarzą w suchą trawę. 

- Puszczaj, do diabła! 

Anastas  puścił  jej  nogę,  ale  zdążył  się  unieść  i  przytrzymać  za  obie  ręce,  nie 

pozwalając wstać. 

-  Ten  ktoś  nie  przyszedł  w  odwiedziny,  Tonią  -  szepnął.  -  Nie  wszyscy  ludzie  są 

dobrzy, moja droga. Czyżbyś o tym zapomniała? 

- Caryca! Anastas skinął głową. 

- Wiem - odparł ciężko. - Najwspanialsza klacz na zachód od Uralu... 

Z obozu nadal dochodziły krzyki, od czasu do czasu mignęła pochodnia. Jeden z w o z 

ó w zajął się ogniem. 

- Zapasy dla gubernatora nie dotrą chyba do Archangielska - mruknął Anastas. 

- Kto śmiał? - spytała Antonia. - Nie zabiorą mojego konia! 

Próbowała wyrwać się Anastasowi, lecz musiała dać za wygraną. 

- Nie zdołasz im przeszkodzić! - rzekł stanowczo. - Może będą tędy uciekać - dodał. - 

A wtedy wpadną prosto na nas... 

Antonia nie odpowiedziała, wsłuchana w szum wody. 

-  Już  wcześniej  przepływaliśmy  rzekę  -  westchnęła  zrezygnowana.  -  Ale  tym  razem 

nie dostaniesz moich butów. Nigdy ci nie zapomnę, że puściłeś moje najlepsze buty z prądem 

Obu! 

- Możesz ich nie zdejmować. 

background image

Podczołgali się na brzuchach aż do brzegu. Zanurzyli się w wodzie i szli jak długo się 

dało, trzymając się za ręce. 

- Nie oddalaj się! - szepnął, gdy stracili grunt pod stopami. 

Od drugiego brzegu dzieliła ich jeszcze duża odległość. 

Buty zrobiły się ciężkie i ciągnęły Antonię na dno, ale pomagała sobie ramionami, by 

mimo wszystko utrzymać się na powierzchni i płynąć naprzód. 

Bała się nawet mrugnąć w obawie, by nie stracić Anastasa z oczu. 

Widziała,  że  on  często  się  ogląda,  by  sprawdzić,  czy  za  nim  nadąża.  Zrobiło  jej  się 

ciepło na sercu. 

Prąd  spychał  ich  trochę  w  dół,  ale  wreszcie  udało  im  się  dopłynąć  tak  daleko,  że 

znowu mogli stanąć. 

Wtedy Anastas ją objął i ruszyli w stronę brzegu, gdzie ukryli się w zaroślach. 

Wyczerpani  opadli  na  ziemię  pomiędzy  rzadkimi  krzakami.  Gdyby  noc  była 

gwiaździsta i świecił księżyc, nie udałoby im się schować. 

Ale teraz miejsce nadawało się na kryjówkę. 

Nie dochodziły tu żadne odgłosy z obozu, zagłuszał je szum rzeki. 

Ale widzieli płonące wozy. 

Czerwone, ogromne ognisko rozjaśniające całe niebo aż do Totmy. 

Widzieli  ludzi  odciągających  konie  od  wozów.  I  tych,  którzy  bronili  zwierząt. 

Widzieli, jak rabusiom udało się zabrać konie i poprowadzić je na zachód. 

Antonia usiłowała policzyć napastników na tle ognia. Doszła do dwudziestu kilku, ale 

mogło być ich więcej. 

Z tej odległości nie zdołała rozpoznać Carycy wśród innych uprowadzonych koni. 

Chciała jednak wierzyć, że pożegnała ją chociaż spojrzeniem. 

- Czy właśnie tak rabowaliście? - spytała. - Czy to budzi w tobie wspomnienia? 

-  Zdarzało  się,  że  zagarnialiśmy  zapasy  przeznaczone  dla  wojska.  -  Nie  starał  się 

usprawiedliwiać, nie próbował kłamać. 

Antonia nie pytała więcej Anastasa, nie chciała wiedzieć. 

To część jego życia. 

Grigorij nigdy nie chciał opowiadać jej o swej przeszłości, ale Tonią myślała, że jest w 

stanie ją sobie wyobrazić. Patrzyła na niego i jego towarzyszy jak na bohaterów. 

Teraz  zrozumiała,  że  również  bohaterowie  dopuszczają  się  czynów,  którymi  się  nie 

chwalą, że również Grigorij nie miał całkiem czystego sumienia. 

I Anastas także. 

background image

Antonia nie chciała wiedzieć. 

- Musimy wracać - szepnął, wychodząc z ukrycia. - Może ktoś potrzebuje pomocy... 

Antonii przyszło do głowy, że chciał powiedzieć coś innego - że trzeba sprawdzić, czy 

ktoś ten napad przeżył. 

Wcale by jej nie zdziwiło, gdyby wszyscy zginęli. 

Już nic jej nie dziwiło. 

Podeszli brzegiem niemal na wysokość obozu. Od ognia robiło się tak jasno, że bez 

trudu  wybrali  miejsce,  by  przepłynąć  na  drugą  stronę.  Rzeka  była  tu  węższa,  ale  dość 

głęboka.  Nie  dało  się  jej  przebyć  wpław.  Nic  dziwnego,  że  rabusie  wybrali  inną  drogę 

ucieczki. 

W  powietrzu  unosił  się  swąd  spalenizny.  Anastas  nie  czekał  na  Antonię.  Kiedy 

zobaczył, że wyszła z wody, rzucił się ku płonącym wozom i zniknął między nimi. 

Antonia usiadła na brzegu. Zdjęła wysokie buty, wylała z nich wodę, potem znów je 

włożyła i podążyła za Anastasem. 

Kimkolwiek byli bandyci, okazali się bardzo dokładni. Ukradli wszystko, co posiadało 

jakąkolwiek wartość. 

Kiedy  przypłyną  frachtowce,  nie  będzie  już  ładunku,  który  miały  zabrać  dla 

gubernatora w Archangielsku. 

Konie zniknęły. 

Wszystko,  co  znajdowało  się  w  wozach,  zostało  albo  skradzione,  albo  spalone. 

Bandyci nie mogli napaść na obóz w bardziej dogodnym momencie. 

Nawet  pogoda  im  sprzyjała.  Panowały  takie  ciemności,  że  tylko  tutejsi  mogli 

poprowadzić konie przez las, tylko dobrze znający okolicę mogli zakraść się niepostrzeżenie 

pod sam obóz. 

Musieli  wiedzieć,  że  większość  żołnierzy  i  kupców  wybrała  się  do  wsi.  Pewnie 

obserwowali ich przez kilka dni. 

Ale podróżujący nie zauważyli żadnego niepokojącego sygnału... 

Kiedy  Antonia  znalazła  Anastasa,  starał  się  tłumić  płomienie  wełnianymi  kocami, 

mniejsze usiłował zadeptać. Wyglądało na to, że walczy bezskutecznie. 

Przeor klęczał i modlił się, ale nawet nie ruszył palcem, żeby pomóc. 

Antonia  nigdzie  w  pobliżu  nie  widziała  żadnego  z  nowicjuszy,  choć  żaden  z  nich  z 

całą pewnością nie poszedł do wsi. 

Potrząsnęła świątobliwym starcem. 

- A chłopcy? - spytała. - Gdzie są chłopcy, nowicjusze?! 

background image

Ale on tylko spojrzał na nią błędnym wzrokiem i dalej odmawiał modlitwy. Zostawiła 

go w spokoju. 

- Czy ktoś został w wozach? - krzyknęła do Anastasa. 

Zobaczyła, że oprócz niego jeszcze dwóch innych mężczyzn próbuje zdusić ogień. 

Jeden z wozów doszczętnie spłonął i pozostały tylko czarne zgliszcza. Na ratowanie 

pozostałych także było za późno; poodpadały już od nich koła. 

- Nie wiem! - rzucił w odpowiedzi, nie miał nawet czasu spojrzeć na Antonię. 

Był czarny na twarzy, spocony, lecz na jego widok Antonię rozpierała duma. 

- Ilu was było w obozie? - zawołał do jednego z żołnierzy, nie dosłyszała jednak, co 

tamten odpowiedział. 

Biegała od wozu do wozu i tam, gdzie ogień nie buchał zbyt wysoko, sprawdzała, czy 

nikt w nich nie został. 

Na szczęście nikogo nie znalazła. 

Nie zdążyła jeszcze rozejrzeć się po placu. Kiedy odchodzili z Anastasem, w obozie 

zostało około tuzina mężczyzn. Teraz przy gaszeniu ognia widziała tylko kilku. 

Minęło sporo czasu, zanim pojawili się mieszkańcy wsi, żeby zobaczyć, co się stało, 

ż

eby zapytać, czy mogą pomóc. 

Czemu zjawili się dopiero teraz? Antonii wydało się to dziwne. 

Czyżby wiedzieli wcześniej o tym, co miało się tu wydarzyć? 

Czy czekali, aż rabusie odjadą? 

Czy może niektórzy należeli do bandy? 

Trudno  było  się  oprzeć  podejrzeniom.  Owszem,  szybko  utworzyli  łańcuch,  dzięki 

któremu  wiadra  z  wodą  czerpaną  z  Suchony  powędrowały  do  palących  się  wozów,  ale 

przybyli dziwnie późno. 

Niewiele dało się uratować. 

A  potem  można  było  tylko  zgadywać,  czy  większość  rzeczy  spłonęła,  czy  została 

skradziona. 

-  Ciągle  krążą  tu  bandy  rabusiów  -  poskarżył  się  jeden  z  mieszkańców  Totmy 

Anastasowi. - Jesteśmy zbyt słabi, by się przed nimi bronić. 

Pogodzili się z tym. 

Powoli  z  zarośli  zaczęli  wyłaniać  się  ci,  których  napastnicy  zaskoczyli  w  obozie. 

Niektórzy  spośród  wartowników,  z  ranami  na  głowie,  ogłuszeni,  dopiero  teraz  powoli 

dochodzili do siebie i zaczynali pojmować, co tu zaszło. 

Antonia usiadła zmęczona na pieńku przy tym, co pozostało z obozowego ogniska. 

background image

Pomyślała  z  ironią,  że  przynajmniej  nikt  nie  może  skarżyć  się  na  zimno.  W  żarze  z 

dogasających wozów można by upiec rybę lub świniaka. 

Nic się nie uratowało. 

Antonii pozostało tylko to, co miała na sobie. 

Nikomu nie udało się ocalić więcej. 

Tylko  przeor  uchronił  swą  Biblię.  Drżąc,  opowiedział  Antonii,  że  zły  człowiek 

próbował  mu  ją  odebrać,  ale  trzymał  świętą  księgę  przed  sobą  niczym  tarczę  i  ona  go 

uratowała - bandyta zawahał się i zostawił go w spokoju. 

- Jak wyglądał? - spytała Antonia. 

- Był młody - mruknął. - Wszyscy byli młodzi! Zabłąkane owce Pana, nie ma dla nich 

zbawienia... Tacy młodzi! - westchnął ku ciemnemu i ponuremu niebu. 

Mówił dalej, ale Antonia już go nie słuchała. Wiedziała, że niczego więcej od niego 

się nie dowie. 

Pojawili się również nowicjusze, którzy schronili się w wiosce. 

Przyszedł z nimi brat Wadim, podtrzymując kapitana Ilję Budiłowa. 

- Kapitan i ja zamówiliśmy sobie po szklaneczce - rzekł mnich przepraszająco. 

Antonia  zaczynała  rozumieć,  dlaczego  jeden  z  nich  wybrał  klasztor,  a  drugi  opuścił 

ukochaną Ukrainę. Pomyślała, że to ich ucieczka od nałogu. 

- Wszystko straciliśmy - oznajmiła Antonia. - Teraz frachtowce mogą już przypływać! 

Brat  Wadim  położył  kapitana  na  ziemi.  Usiadł  obok  Antonii  i  objął  ją  ramieniem. 

Zaskoczył tym Antonię. Zawsze jej się wydawało, że mnichom nie wolno dotykać kobiet. 

- Teraz nie musimy się już bać - rzekł. - Ten, kto nic nie posiada, nie może niczego 

stracić. 

-  Czy  zawsze  tak  pocieszasz  biednych?  -  spytała  gorzko  Antonia.  -  Czy  syn 

właściciela  ziemskiego  odwiedza  szare  izby  i  opowiada  dzierżawcom,  że  właściwie  są 

szczęśliwcami, bo nikt nie może ich okraść? To marna pociecha! 

Skinął głową. 

-  Marna  pociecha  -  powtórzył.  -  Jesteś  mądra  jak  na  kobietę,  choć  ja  zawsze 

uważałem,  że  kobiety  są  mądre.  Nie  sądzę,  byś  była  wyjątkiem,  moja  piękna.  Nigdy  nie 

umiałem kłamać. Prawdopodobnie dlatego wysłano mnie na północ, na Wyspy Sołowieckie. 

Tam  nikogo  nie  będę  gorszył.  Ale  dlaczego  wysłano  świątobliwego  przeora,  to  dla  mnie 

zagadka - rzekł z uśmiechem. - Za bardzo lubię dobre wino, jedzenie, piękno... - Potrząsnął 

głową.  -  Gdy  kiedyś  skończę  swą  ziemską  wędrówkę  i  stanę  u  bram  niebios,  mimo 

wszystkich  zasług  w  tym  życiu  mogą  mnie  tam  nie  wpuścić.  „Bracie  Wadimie!”,  powie 

background image

klucznik, „Kobiety cię zgubiły! Gdyby przestał cię cieszyć widok kobiet, wpuściłbym cię bez 

wahania!” Bluźnię. Kpię sobie. No tak... - spojrzał na kapitana. - Nasz przyjaciel Ilja nigdy 

nie mógł pić tyle, ile piją na Ukrainie. A dziś wieczorem stanowczo wypił za dużo. Odeszła 

od niego żona. Wyjechała dziesięć lat temu. On nie wie nawet, czy żyje. Nie widział od tam-

tej  pory  czwórki  swych  dzieci.  -  Pokręcił  smutno  głową.  -  W  tym  kraju  jest  wiele  zła! 

Obawiam się, że nasz przyjaciel Ilja dostał w głowę od kogoś, kto chciał go okraść z cennych 

rzeczy. Przyznam się, że przy tej okazji i ja załatwiłem pewną sprawę... - Szybko rozejrzał się 

dokoła, potem wsunął rękę pod habit i wyciągnął zwój papierów, który odwinąwszy ze skóry, 

podał Antonii. - Schowaj to! - rzekł cicho. 

Antonia ukryła dokumenty pod bluzką. Zdążyła zauważyć, że pieczęć została złamana. 

-  Dotyczą  ciebie,  moja  droga.  Zawsze  miałem  słabość  do  kobiet...  pewnej  nocy 

słyszałem w wozie ciebie i Anastasa... - mówił dalej. Antonia przełknęła. - Obawiam się, że 

Ilję okradziono ze wszystkiego, również z dokumentów, które miał przekazać gubernatorowi. 

Co za wstyd! Naturalnie szukałem ich, pytałem, ale kto chciałby wyjawić prawdę mnichowi? 

- Dziękuję - szepnęła Antonia. Poklepał ją po ramieniu i odszedł. Każdemu, kto chciał 

go słuchać, opowiadał o tym, jak się zabawiali we wsi z kapitanem. 

background image

12 

-  Dostałaś  je  od  niego? -  spytał  Anastas  zdumiony,  kiedy  Antonia  odciągnęła  go  na 

bok i pokazała dokumenty, które dał jej Wadim. 

Skinęła głową. 

- Widocznie wkradłaś się również w serce mnicha - rzekł. 

Był zmęczony i brudny, dwoił się i troił, próbując ratować z pożaru, co się da. Więcej 

nikt nie mógłby od niego wymagać. 

Poparzył sobie ręce, ale zbagatelizował to i ofuknął Antonię, kiedy chciała je obejrzeć. 

Nadszedł brudnoszary ranek. Nawet w dole nad rzeką wisiał gęsty dym. W powietrzu 

czuło  się  wilgoć,  choć  nie  padało.  Wszystko  nasiąkło  wodą,  dzięki  temu  zgasł  cały  żar  po 

pożarze. 

Antonia i Anastas razem z żołnierzami zestawili ocalałe części wozów, budując coś na 

kształt  domu.  Antonia  dostrzegła  podobieństwo  między  kształtem  tej  dziwnej  budowli  i 

kształtem  jurt  wznoszonych  przez  Lapończyków  żyjących  na  zachód  od  Morza  Białego  na 

Półwyspie Kola. 

W prymitywnym pomieszczeniu, które powstało, panowała ciasnota, ale przynajmniej 

dawało ono schronienie przed niepogodą. 

Anastas  zszedł  nad  rzekę,  tłumacząc,  że  musi  się  umyć.  Nikogo  nie  dziwiło,  że 

Antonia  poszła  za  nim.  Kiedy  znaleźli  się  nad  wodą  z  dala  od  innych,  Anastas  przeczytał 

dokumenty.  Jeden  podał  Antonii  -  ten,  który  mówił  o  zasługach  dla  carycy  Elżbiety  i  dla 

kraju. 

- Schowaj go dobrze gdzieś pod ubranie, najlepiej pod koszulę. 

Antonia starannie złożyła papier i zrobiła, jak jej poradził. 

Anastas  złożył  drugi  dokument.  Zdrapał  czerwony  lak  pieczęci,  okruchy  wrzucił  do 

rzeki,  a  potem  ukrył  cenny  akt  pod  podszewką  rękawa  kurtki.  Lepszego  schowka  nie  mógł 

wymyślić. 

- Ten twój mnich jest przebiegły jak sam szatan - powiedział, a potem przykucnął, by 

zmyć z twarzy brud i senność. Woda podziałała jak balsam na oparzenia na dłoniach. Antonia 

miała może rację, kiedy chciała je obejrzeć, chyba powinien je jej pokazać. 

Nie mieli jednak niczego, czym mogliby opatrzyć rany... 

background image

Poza tym nie chciał, by Antonia robiła cokolwiek dla niego. Nie po tym, jak pokazała 

mu  dokumenty  i  opowiedziała,  w  jaki  sposób  dostały  się  w  jej  ręce.  Czuł  się  urażony  i 

rozgoryczony. 

Sam zamierzał wykraść te papiery, ale nie chciał jej o tym mówić. Planował postawić 

kapitanowi butelkę wódki... 

A tymczasem uczynił to dla niej pobożny mnich. 

Bóg jeden wie, co sobie przy tym wyobrażał. Chyba nie z dobrego serca brat Wadim 

oddał Toni te cenne dokumenty... 

Anastas wstał, wytarł ręce w spodnie i skrzywił się z bólu. 

Antonia chwyciła go za nadgarstki. Szarpnął się, ale trzymała mocno. Obejrzała jego 

dłonie i krzyknęła: 

- Do diabła, Anastas! Nie możesz niczego dotykać takimi rękami! 

- Nie mam innych - odparł z gniewem. Puściła go i zdjęła szarfę z włosów. Rozdarła ją 

na  pasy,  a  potem  tym  prowizorycznym  bandażem  przewiązała  jego  poparzone  dłonie, 

przedtem je całując. 

Nadal piekło, ale przynajmniej nie będzie już tak bolało przy poruszaniu palcami. 

Antonia długo patrzyła Anastasowi w oczy, potem objęła go i przytuliła. 

- Jestem z ciebie dumna, Anastas! - wyznała. Nie to pragnął usłyszeć z jej ust, ale nie 

będzie jej błagał o słowa miłości. 

Przytulił ją ostrożnie, musnął wargami jej czoło. Antonia podniosła ku niemu twarz. 

Uśmiechała się. Pocałował jej uśmiech. 

- Smakujesz sadzą - rzekła głosem pełnym ciepła. - Nigdy nie całowałam nikogo, kto 

by smakował sadzą... 

- Zrób to jeszcze raz! - poprosił. 

Stali  otuleni  mgłą.  Mieli  siebie  i  nic  poza  tym.  Antonii  przebiegło  przez  głowę,  że 

Wadim chyba się nie mylił, mówiąc o tych, którzy nic nie posiadają i są szczęśliwi. 

Teraz także oni nie mogli już niczego stracić! 

Wracali objęci do osmalonego i podszytego wiatrem domu z ocalałych części wozów. 

Wśliznęli się do środka przez wąski otwór. Wewnątrz panował mrok, ale ponieważ wszyscy 

siedzieli ciasno jeden obok drugiego, nikt nie marzł. 

Nad rzeką kładła się gęsta mgła. 

Siedzieli  i  rozmawiali  o  napadzie.  Najbardziej  rozgoryczeni  byli  kupcy,  którzy 

planowali  odwiedzić  Wielikij  Ustiug  i  Archangielsk,  by  tam  sprzedać  swoje  towary.  Oni 

stracili wszystko. 

background image

- Wczoraj w Totmie wydawało się jakoś pusto - rzekł jeden spośród tych żołnierzy, 

którzy wybrali się do wsi. Może i mówił prawdę, ale nie wiadomo, czy był wtedy trzeźwy. - 

W każdym razie niewielu młodych się widziało. Powinniśmy ruszyć za nimi w pościg! 

- Kiedy wróciłeś, bandyci byli już za siedmioma górami - odparł ostro Anastas. 

- A ty co robiłeś w tym czasie? - spytał zaczepnie żołnierz. - Nasz kochaś zaciągnął 

pewnie babę do lasu, żeby sobie poużywać! 

- A nawet jeżeli tak, to moje pełne prawo - odciął się Anastas. - Poza tym przyszedłem 

przed innymi. Widziałem z daleka, jak odjeżdżają na koniach, ale i tak żaden z nas by ich nie 

dogonił. Jak? Pieszo? 

Zapadła cisza. 

- Anastas bardzo ofiarnie gasił pożar - oświadczył kapitan Budilow. 

Zrobiło się jeszcze ciszej. 

Anastas  po  kolei  patrzył  zebranym  w  oczy.  We  wzroku  niektórych  odczytał 

zrozumienie, w oczach innych wyrzut. Jeszcze inni spuścili głowy lub uciekli spojrzeniem. 

Przeor nadal odmawiał swoje modlitwy. 

- Byłem pijany - przyznał Ilja Jarosławowicz Budiłow, kapitan w armii Jej Majestatu 

Carycy Elżbiety Piotrowny. - Poszedłem do Totmy i kupiłem flaszkę wódki. Obawiam się, że 

dobremu ojcu Wadimowi nie udało się mnie nakłonić do wcześniejszego powrotu do obozu? - 

Spojrzał z ukosa na mnicha, lecz tamten siedział z kamienną twarzą. - Brat Wadim został ze 

mną.  Jestem  mu  winien  podziękowania.  Przyprowadził  mnie  potem  do  obozu,  niestety 

dotarliśmy za późno. Zresztą i tak nie mógłbym pomóc. - Westchnął ze smutkiem. - W żaden 

sposób bym się nie przydał. Nie sądzę, bym był w stanie iść. W dodatku we wsi napadnięto 

na mnie i zrabowano wszystkie dokumenty. Papiery, które dla nikogo w Totmie nie przedsta-

wiają  żadnej  wartości,  bo  wątpię,  by  ktokolwiek  wśród  pospólstwa  potrafił  czytać!  Nie 

wywiązałem się ze swego zadania i całą winę biorę na siebie. 

Antonia podziwiała go za odwagę. Mężczyzna musi mieć wiele odwagi, by przyznać 

się  do  słabości  i  powiedzieć  otwarcie,  że  popełnił  błąd,  choć  to  może  się  obrócić  przeciw 

niemu. 

Być może zyskał szacunek wśród swoich żołnierzy. Trudno powiedzieć. 

Kiedy  kapitan  zamilkł  i  usiadł,  odezwał  się  brat  Wadim.  Nie  podnosił  głosu.  Nikt 

jednak nie musiał się wysilać, żeby go słyszeć. Słuchano go z uwagą. 

- Nie ma chyba wątpliwości, że napad na nasz obóz to dzieło mieszkańców Totmy. - 

Ci  ludzie  najwyraźniej  znali  okoliczne  lasy  jak  własną  kieszeń.  Musieli  wiedzieć,  że  przy 

wozach  zostało  nas  niewielu.  Fakt,  że  kapitan Budiłow  poszedł  do  wsi,  ułatwił  im zadanie. 

background image

Wczoraj  nawet  pogoda  im  sprzyjała.  Mogli  się  szybko  zebrać  i  szybko  uderzyć.  I  równie 

szybko zniknąć. Dla mnie jest jasne, że zrobili to ludzie z Totmy. 

-  Tkwimy  tu  już  ponad  tydzień  -  zauważył  ktoś.  -  Dlaczego  napadli  na  nas  dopiero 

teraz? Mieli tyle czasu. To mi się nie zgadza, żeby czekali tak długo... 

- Udało im się? - spytał Wadim. 

- No tak... 

- Zarabiali na tym, że tu się zatrzymaliśmy? - pytał dalej mnich spokojnym głosem. - 

Czy korzystali na tym? 

Wszyscy  musieli  przyznać,  że  wieś  zyskała  na  tym,  iż  rozbili  obóz  nieopodal. 

Zostawili w Totmie sporo grosza. 

- Czy spotkaliście we wsi kogoś, kto by na nas stracił? - pytał Wadim. 

- Ale dlaczego zaatakowali teraz? Wadim uczynił lekki ruch głową. 

- Mam dobry słuch - rzekł. - Do tego całkiem dobry wzrok. Wielu młodych mężczyzn 

do  niedawna  walczyło  ze  Szwedami. Wrócili z wojny  do  domu  i  okazało  się,  że  trudno  im 

usiedzieć  na  miejscu.  Było  też  w  obozie  sporo  rzeczy,  które  kusiły.  No  i  konie.  Myślę,  że 

byliby  w  stanie  to  zrobić.  Dla  zysku  i  z  chęci  przygody.  Przypuszczam,  że  mieli  swoich 

szpiegów, którzy donosili, jak daleko znajdują się frachtowce. Rabusie czekali tylko, aż statki 

znajdą się o jeden dzień drogi stąd, nie chcąc zbyt wcześnie pozbawiać wsi pewnego zarobku. 

Mieszkańcy w małych miejscowościach trzymają się razem. Często się o tym zapomina, gdy 

samemu się nie ma korzeni... 

- A co to ma wspólnego z twoim słuchem i wzrokiem? - zapytał kapitan Ilja Budiłow. 

- Dostrzegłem ciemniejszy cień na rzece - odparł mnich. - Wydaje mi się też, że coś 

słyszałem. Przypuszczam, że moglibyście teraz zobaczyć frachtowce, jeżeli zechce wam się 

wyjść na brzeg. 

-  A  nasi  wartownicy?  -  przerwał  mu  kapitan.  Nie  udało  mu  się  wyjść  na  zewnątrz; 

przy obu wąskich otworach tłoczyli się żołnierze. 

Ś

ciany krzywego domu zachwiały się niebezpiecznie, gdy wszyscy naraz rzucili się do 

wyjścia. 

- To chłopcy bez doświadczenia - odparł Wadim. - Albo zostali zabici lub ogłuszeni, 

albo się spóźnili. 

Budiłow spojrzał na Wadima spod przymrużonych oczu. 

- Jak na Pańskiego sługę w habicie, wiesz zaskakująco dużo o życiu i jego ciemnych 

stronach, bracie Wadimie. 

background image

Wadim  nie  odpowiedział,  uśmiechnął  się  tylko  tajemniczo.  Zwykle  w  ten  sposób 

reagował na docinki lub trudne pytania, na które nie chciał odpowiadać. 

Milczenie stanowiło jego tarczę. 

Na zewnątrz zapanowała radość. Najwyraźniej mnich miał rację. 

- Niczego nie widziałam! - rzekła Antonia przygnębiona. - Byliśmy przecież nad rzeką 

i niczego nie zauważyłam. A ty, Anastas? 

Potrząsnął głową. 

- Widzicie tylko siebie nawzajem - wyjaśnił mnich łagodnie. 

Przepuścił ich przodem, nie śpieszyło mu się. Stanęli nad brzegiem Suchony. 

Z mgły wyłoniły się dwa frachtowce. 

Antonię  ogarnęła  nieopisana  radość  na  widok  statków,  które  mogła  rozpoznać. 

Statków, które przypominały znajomy widok. 

Na burtach obu widniał napis „Archangielsk”. 

Brązowe burty, łatane żagle. 

Po chwili ujrzeli także nazwy statków. 

Antonia zachwiała się, Anastas ledwie zdążył ją przytrzymać, żeby nie upadła. 

Wpatrywała się w żaglowce. Czytała nazwy - poruszała ustami, powtarzając je. 

Ukryła twarz w kurtce Anastasa. 

On także odczytał nazwy. 

Mocniej uścisnął Antonię. 

„Olga” z Archangielska. 

„Misza” z Archangielska. 

Antonia płakała na jego piersi. 

Wszyscy pośpieszyli do Totmy, choć jeszcze niedawno gotowi byli się zaklinać, że ich 

noga więcej tam nie postanie. 

Anastas widział, jak szli. 

Stał, obejmując Antonię, słuchał, jak płacze. W Archangielsku zostawiła tak wiele. 

Piekły go dłonie, ale wziął ją na ręce i zaniósł do opustoszałego schronienia. 

Nawet  przeor,  który  nie  przestawał  się  modlić,  podążył  do  portu,  by  przywitać 

frachtowce. 

- To statki Olega! - rzekła z przekonaniem w głosie Antonia, kiedy Anastas posadził ją 

na  deskach,  a  sam  uklęknął  obok  na  udeptanej  ziemi.  -  To  jego  statki  -  powtórzyła  niemal 

szeptem. - Statki mojego męża, Anastas! 

Poklepał się po kurtce. 

background image

- Mam dokumenty, które stwierdzają, że to ja jestem twoim mężem i według których 

zgodnie z prawem jesteś moją żoną. 

Antonia zamknęła oczy. 

Wszystko wokół pachniało spalenizną. 

-  Dlaczego  nie  wyjechaliśmy  wcześniej?  -  spytała,  ale  nie  pozwoliła  mu 

odpowiedzieć. - Ponieważ nie chciałam - dokończyła. - Ponieważ czułam, że nie powinnam. 

Czy  nie  nazywają  tego  moralnością...?  -  Splunęła  na  ziemię.  -  Chcę  postąpić  jak  należy, 

Anastas - rzekła łamiącym się głosem, nerwowo wyginając palce. - Chcę tylko zrobić to, co 

słuszne, nie chcę nikogo zranić. A może mimo wszystko postąpiłam tak ze względu na siebie? 

Widziałeś nazwy tych statków? 

Skinął głową. 

- Noszą imię mojego dziecka i dziecka Raiji. - Antonia westchnęła. - Oleg i Jewgienij 

nie mieli tych statków cztery lata temu. To nowe frachtowce. Zauważyłeś? 

Potrząsnął głową. 

-  Nie  mogłeś  tego  zauważyć,  ponieważ  nie  wyrosłeś  nad  morzem,  nie  dostrzegasz 

takich rzeczy. A zatem  dobrze im się powodzi.  Jeden statek nazwali imieniem mojej córki, 

Olgi, a drugi na cześć Miszy, syna Raiji... 

Anastas oparł czoło o kolana Antonii. 

Czy właśnie w tym momencie od niego odchodziła? 

Czy to w tej chwili ją tracił? 

We mgle nad rzeką, którą Antonia nazywała swoją... 

Czyżby tutaj mieli się rozstać? Zabierze z tych miejsc cudowne wspomnienia, to tutaj 

Antonia stała się jeśli nie jego własna, to przynajmniej bardzo bliska. 

Tutaj zrodziły się nadzieje. 

Czyżby i tutaj miały zostać pogrzebane? 

Czy  właśnie  teraz  zamierza  mu  powiedzieć,  że  ich  związek  nie  ma  sensu?  Czy 

zamierza mu powiedzieć, że ją źle zrozumiał? 

Nie chciał tego słuchać! 

Nie mieli nawet konia, którego mogliby dosiąść i uciec razem... 

Wcześniej istniało tak wiele możliwości. I zmarnowali je wszystkie. 

Ich przyszłością mogły być wspólny dom i konie. Ich dzieci... 

Anastas pragnął nadal w to wierzyć. 

Nie może stracić Antonii! 

Nie może! 

background image

Stracił  wszystkich,  którzy  cokolwiek  dla  niego  znaczyli.  Z  niej  nie  chciał 

zrezygnować! 

- Nie wolno ci odejść! - rzekł zdławionym głosem. - Kocham cię, Antoniu! Nie chcę, 

byś mnie opuściła. O b o - je przeżyliśmy, gdy inni zginęli. Czy nie sądzisz, że jest w tym 

jakiś zamysł? Wszystko prowadziło nas ku sobie. Kocham cię. Nie puszczę cię! Nie mogę! 

Nie chcę... 

Antonia potargała go po włosach, które także zabrudziły się od sadzy. Zauważyła, że 

jej dłoń zrobiła się szara. 

-  Nie  jesteś  mi  obojętny,  Anastas  -  rzekła.  Nigdy  przedtem  nie  była  tak  bliska 

wyznania, że go kocha. 

Słowa  powstały  w  jej  myśli,  ale  zatrzymały  się  na  wargach.  Te  słowa  należały  do 

Grigorija. 

To o nim myślała, gdy się pojawiały... 

W dodatku Archangielsk znalazł się tak blisko. 

Przyżeglował do niej. 

Oddech Archangielska dotarł do nabrzeża Totmy. 

Nosił imię jej córki, nosił imię małego Michaiła. 

Znalazł się tak blisko. 

Sięgał tak daleko. 

Oddech Archangielska. 

- Nie mogę popłynąć żadnym z tych statków - rzekła bezbarwnie. - Nie mogę... 

Anastas ucieszył się, lecz jego radość nie trwała długo. 

-  Ale  muszę  jakoś  dotrzeć  do  Archangielska  -  mówiła  dalej  równie  blado.  -  A  nie 

dojdę tam pieszo. 

Anastas zrozumiał, że nie istniało dla niej nic ważniejszego niż spotkanie z córką. 

Przysunął się bliżej i czule objął Antonię. 

Uświadomił sobie, że zbliżył się do niej bardziej niż do kogokolwiek przedtem, choć 

wcale nie zapomniał o Kati. 

Nie znał Kati tak dobrze, jak poznał Antonię, o której wiedział chyba wszystko. 

Ich przyjaźń opierała się na bezgranicznej szczerości, często się sobie zwierzali. Nigdy 

nie sądzili, że trafią w ramiona drugiego. 

Wadim powiedział, że widzą tylko siebie nawzajem... 

Anastas musiał się uśmiechnąć. 

background image

To  prawda,  że  był  ślepy  na  prawie  wszystko  poza  nią,  ale  nie  sądził,  by  Antonia 

poświęcała mu więcej uwagi niż zwykle. 

Miał nadzieję, że mnich jednak się nie mylił. 

Anastas  zdawał  sobie  sprawę,  że  miłość  do  Kati  także  go  zaślepiła,  że  w  córce 

szamana widział tylko to, co piękne i dobre. I tak pozostało do końca, nawet jeśli prawda była 

inna... 

Nawet gdy sobie to uświadomił, nie przestał jej kochać. 

Jego  uczucia  do  Kati  nie  umarły,  w  pewnym  sensie  nadal  do  niej  należał,  zawsze 

będzie zajmowała cząstkę jego serca. 

To była miłość... 

Tak jak i uczucie do Antonii. 

Odniósł wrażenie, jakby zanurzał się w lodowatej wodzie. 

Jakby biegł nago w mroźną noc. 

Doznał wstrząsu, kiedy uzmysłowił sobie, że naprawdę kocha Antonię. 

Nie tylko pożąda. 

Nie tylko uległ jej urokowi. 

To nawet nie coś tak powierzchownego jak zakochanie. 

To coś więcej. 

O wiele więcej. 

Uzmysłowił  sobie,  że  ją  lubi,  że  bardzo  ją  lubi.  Nieskończenie,  nieopisanie, 

bezgranicznie ją lubi. 

Imię  Antonii  brzmiało  jak  cudowna  muzyka,  której  mógłby  słuchać  bez  końca. 

Mógłby  powtarzać  je  w  nieskończoność,  nigdy  nie  miał  dość.  Chciałby  je  szeptać,  mówić 

normalnym głosem, wykrzyczeć. Wyśpiewać... 

Antonia... 

Kocha ją. 

Kocha Antonię. 

Powiedział jej to już wtedy, kiedy nie był jeszcze całkiem pewien tych słów. Musiał 

się do nich uciec, by uświadomić jej powagę swych uczuć, które już dawno się w nim tliły. 

Myślał o tym, by się z nią zestarzeć. 

Wyobrażał sobie, że jest matką jego dzieci, że razem budują przyszłość. 

Nie były to marzenia całkiem nierealne, dokładnie je pamiętał. 

Teraz nabrały większego znaczenia. 

Teraz jeszcze głębiej w nie wierzył, teraz był pewien, że kocha Antonię. 

background image

Nie tak, jak kochał Kati, to nie byłoby możliwe, bo każda miłość jest niepowtarzalna. 

Każda miłość powinna być nowa jak rozkwitający kolejnej wiosny kwiat. 

Anastas  poczuł  się  silny,  ponieważ  nabrał  pewności  co  do  swych  uczuć.  Potrafił  je 

nazwać. 

To miłość. 

Antonia. 

Anastas pojął, ile znaczy dziecko, jak bardzo byłby szczęśliwy, gdyby został ojcem. 

Potrafił zrozumieć tęsknotę Antonii za Olgą. 

Potrafił okazać wspaniałomyślność, dać Antonii trochę swobody. 

W tej chwili mógłby ją zatrzymać, ale nie tak chciał ją dostać. 

Antonia powinna do niego przyjść, gdy sama tego zapragnie, gdy zechce dzielić z nim 

przyszłość. Nie chciał, by z nim została tylko dlatego, że nie ma możliwości wyboru. 

Wówczas fundamenty ich wspólnego domu nie tworzyłyby solidnej podstawy. 

-  Możesz  mi  powiedzieć,  od  kiedy  to  stałaś  się  tchórzem,  Toniu?  -  spytał  wesoło.  - 

Znałem  niezwykłą  dziewczynę,  która  przepłynęła  Ob  i  Suchonę.  Pożeglowała  w  otwartej 

łodzi z Archangielska do ujścia rzeki Mezen. Walczyła z bagnami w krainie Konda i wygrała. 

Łupnęła  złotym  posążkiem  w  łeb  szaleńca.  Rzuciła  wszystko  dla  niewidomego  człowieka, 

który  potrzebował  jej  bardziej  niż  ktokolwiek  inny...  -  Zaczerpnął  powietrza.  -  Dokonała 

wielu bohaterskich czynów, nigdy nie tchórzyła. Nie widziałem, żeby się kiedyś cofnęła przed 

niebezpieczeństwem. Widziałem, jak wysuwała dumnie brodę i przeklinała. Czyżby zniknęła, 

moja Toniu? Czy jej już nie ma? 

- Co to wszystko znaczy? - spytała zmęczona. 

-  To  znaczy  -  odparł  Anastas  -  że  masz  wejść  na  pokład  „Olgi”  z  Archangielska.  I 

masz popłynąć do domu. 

- A co z tobą? - spytała. 

- Ja na pokładzie „Miszy” udam się wzdłuż Suchony na północ. 

- Rozpoznają mnie... 

- I co? 

- Chcę, żebyś popłynął ze mną, Anastas. Uśmiechnął się. 

-  Chciałem  ci  to  ułatwić.  Myślisz,  że  nikt  nie  zauważy,  że  czczę  ziemię,  po  której 

stąpasz? Pokład, na którym stoisz? Chciałem ci tego oszczędzić. 

-  Archangielsk  jest  jeszcze  daleko  -  zauważyła  Antonia.  -  Tak  się  boję.  Czuję  się 

zagubiona,  nie  podołam  temu  sama,  choć  wcale  nie  czuję  się  tchórzem.  Nie  podołam  temu 

sama... 

background image

-  Jeżeli  chcesz,  naturalnie  będę  przy  tobie  -  zapewnił.  -  Tak  jak  sobie  życzysz. 

Kocham cię. Pamiętasz o tym? 

Chwycił ją pod brodę i spojrzał głęboko w oczy. 

- Niezależnie od tego, co się wydarzy, Toniu, kocham cię. 

- Popłynę do Archangielska - rzekła bezbarwnie. - Ale nie zmuszaj mnie, bym zaraz 

biegła do portu! Pójdziemy tam tuż przed wypłynięciem. Nie wcześniej. 

Anastas przystał na jej propozycję. 

Wrócił Wadim. Trząsł się z zimna w swym habicie, który przesiąknął wilgocią i teraz, 

mokry i ciężki, bardziej chłodził niż grzał. 

-  Cała  Totma  śmierdzi  rybą  -  rzekł.  -  Nie  mam  nic  przeciwko  rybom,  ale  nie  lubię, 

kiedy zdechłe ryby wprost pełzną w moją stronę. Sam kapitan statku przyznał, że towar nie 

jest pierwszorzędnej jakości. Rzadko w tym zawodzie można spotkać tak uczciwych ludzi. To 

dość szczególny mężczyzna, ma tylko jedno ramię. 

Antonii zrobiło się słabo. 

Zemdlała. 

background image

13 

Odwaga kosztowała. Antonia czekała do wieczora. Stała w ukryciu koślawej budowli, 

czuła zapach ryb, unoszący się razem z mgłą. Widziała, jak marynarze wyładowują beczki. 

Widziała frachtowce. 

Bez  ustanku  odczytywała  nazwy  na  burtach  statków,  dopóki  nie  zrobiło  się  tak 

ciemno, że nie mogła odróżnić poszczególnych liter. 

Widziała,  że  większość  członków  załogi  wyszła  wieczorem  na  ląd.  Załadowali 

wszystkie ryby, których niewiele zostało do zawiezienia z powrotem na północ. 

Kilka nocnych godzin mieli dla siebie. 

Antonia wiedziała, że jednoręki właściciel statków nie wybierze się do gospody. 

- Nie możesz tak stać i marznąć! - Anastas objął ukochaną. - Rozchorujesz się. 

Przyjemnie jej się zrobiło, że ktoś się o nią martwi, że okazuje troskę, podczas gdy ona 

sama najchętniej przestałaby istnieć. 

Przywołał ją do rozsądku, dzięki Anastasowi nie rzuciła się w nurt Suchony. 

Takie rozwiązanie również brała pod uwagę. 

Zwątpienie złapało ją za gardło. 

Poczuła ciepłe usta Anastasa na swej skroni. 

- Kochanie... - zabrzmiał jego głos. Wspaniale, że można dla kogoś tak wiele znaczyć, 

nadawać sens czyjemuś życiu. Antonia trzęsła się z zimna. Bała się. 

- Muszę tam pójść - rzekła stanowczo. - Muszę porozmawiać z Jewgienijem... 

- Mogę pójść z tobą, jeśli chcesz. Potrząsnęła głową. 

-  Nie  teraz,  Anastas.  Niedługo  wrócę,  na  razie  nie  zostanę  na  pokładzie.  Muszę 

porozmawiać z kapitanem sama. Jeśli mam wstać z martwych, najlepiej, jeśli zrobię to sama. 

To moje życie, Anastas. Nadal tylko moje... 

Puścił ją. 

Nie  dobierała  słów,  by  celowo  go  zranić,  lecz  mimo  to  zabolały.  Ugodziły,  kiedy 

najmniej się tego spodziewał. Dotknęły otwartej rany. 

Dały  Anastasowi  do  zrozumienia,  że  nie  odgrywał  w  życiu  Antonii  tak  ważnej  roli. 

Nie pozwoliła na to. 

Antonia nie zauważyła nawet, że go zraniła. Chyba zrobił się bardziej drażliwy. Tak 

zwykle bywa, gdy dwoje ludzi z przyjaciół staje się kochankami. Łatwiej wtedy zadać ból. 

Ten, kto kocha, bardziej narażony jest na cios. 

background image

Wydawała się taka zdecydowana i jednocześnie tak bardzo się bała. 

Na  pewno  wolałaby  wejść  na  pokład,  trzymając  Anastasa  mocno  za  rękę,  ale  chyba 

nie pozwalała jej na to duma. Cokolwiek Jewgienij by powiedział, nie chciała, żeby Anastas 

to słyszał. 

Być może również dlatego, by chronić Anastasa. 

Nie  on  ponosił  winę  za  to,  że  odeszła  od  najbliższych.  To,  co  się  później  stało, 

zależało w równym stopniu od nich obojga. Jeżeli kogoś należało winić, to w każdym razie 

nie jego. Mężczyźni łatwo obarczają się nawzajem odpowiedzialnością. 

Chciała odkupić swą winę. 

Na  nabrzeżu  panowała  cisza.  Grupka  starszych  mężczyzn,  spluwając  na  ziemię 

brązową  śliną,  dyskutowała  o  sprawach,  o  których  zwykle  dyskutują  starsi  mężczyźni  na 

całym świecie. 

Urwali rozmowę, kiedy zauważyli Antonię. Wiele par oczu spojrzało na nią, podążyło 

jej śladem. Mężczyźni wiedzieli, kim jest. Zdziwili się, dlaczego przychodzi po ciemku. 

Antonia  poczuła  się  niepewnie  na  widok  statków,  dziwnie  było  znowu  wdychać 

zapach ryb - jedno i drugie przywodziło na myśl dom. 

Mogłaby zamknąć oczy i niemal uwierzyć, że jest w domu, w porcie w Archangielsku. 

Tutaj  w  głębi  lądu  nie  znano  świeżego  zapachu  morskiej  wody.  Tutaj  ludzie  żyli  i 

umierali, nie znając morza. 

To dziwne. 

I smutne. 

Jewgienij przysiągł sobie, że nigdy już nie stanie na pokładzie. Ani jako marynarz, ani 

jako pryncypał. Zatem zerwał obietnice. 

Czyżby tęsknota za morzem okazała się zbyt silna? 

Tym, którzy wcześnie zaczynali życie na morzu, pozostawał we krwi jakiś niepokój. 

Łatwo dawali się skusić do powrotu, trudno ich było zatrzymać na lądzie. 

Antonia  popatrzyła  na  frachtowiec  „Misza”.  Pomyślała,  że  Jewgienij  jest  bardzo 

sentymentalny. 

Nie zmienił się chyba zbytnio, nawet jeśli minęły cztery lata. 

Ma teraz czterdzieści pięć lat. 

Anastas wydaje się przy nim taki młody! 

Ż

eby wejść na pokład, Antonia musiała wspiąć się na górę. Energicznie zastukała w 

burtę. Nie miała odwagi zawołać. Nie chciała, by Jewgienij się zorientował, że to ona, zanim 

go nie zobaczy. 

background image

Chciała widzieć, jak zareaguje. 

Bała się. 

- Tak, tak... - rozległ się zirytowany głos, dochodzący z kokpitu. Nikt przecież w taką 

dżdżystą pogodę nie siedzi pod otwartym niebem. - Idę... 

Rozległy się kroki. 

Znad burty wychylił się mężczyzna, który jakby wrósł w niebo. Mężczyzna z jednym 

ramieniem. 

- Święta Panienko! - zawołał Jewgienij Byków. 

- No, niezupełnie - odparła Antonia i uśmiechnęła się nieśmiało. - Pomożesz mi dostać 

się na pokład? 

Wyrzucił nad barierką sznurową drabinkę. Uderzyła o burtę. 

Antonia weszła na górę i wciągnęła drabinkę. Stanęła przed Jewgienijem. 

- To ja, Jewgienij - odezwała się. - Nie spodziewałeś się mnie, co? 

Stał  jak  porażony.  Otworzył  szeroko  oczy,  jakby  nie  pojmując  tego,  co  odbierał 

zmysłami. 

Potrząsnął głową, próbując odegnać wizję. Na pewno mu się przywidziało. 

Ale  Antonia  nadal  stała  przed  nim  na  pokładzie.  Uśmiechała  się  niepewnie,  a  w  jej 

oczach czaił się strach, gotowa była w każdej chwili się cofnąć. 

- Antonia! - wykrztusił i przytulił ją. - Antonia, ty piekielna kobieto! Jak, do diabła, 

możesz nam robić coś takiego? Antonia, Tonią, czy to naprawdę ty? 

Oboje  rozpłakali  się.  Jewgienij  uściskał  ją  serdecznie.  Potem  pociągnął  za  sobą  pod 

pokład i posadził na brzegu koi w swej kajucie. 

W ciasnym pomieszczeniu paliła się jedna lampa. Panowała w nim dziwnie domowa 

atmosfera. 

Nalał Antonii rumu. Przyglądał się jej, gdy piła. Sam łyknął z butelki. 

- Pomaga na ból w ramieniu - rzekł z grymasem. - W taką pogodę dokucza mi ramię, 

którego nie mam... 

Stanął plecami do drzwi, nie mógł oderwać oczu od Antonii. 

-  Po  prostu  powiedz  to  -  rzekła  Antonia.  Ona  także  nie  umknęła  wzrokiem.  -  Pytaj! 

Wszystko zniosę... 

Westchnął. 

-  Olga  czuje  się  dobrze.  Wytarł  usta  wierzchem  dłoni.  Antonia  zamknęła  oczy,  nie 

odważyłaby się spytać. 

Nie od razu. Wiadomo, że przede wszystkim powinna odkupić swą winę... 

background image

- Olga mieszka z nami - mówił dalej Jewgienij.  Starał się dobierać słowa, jego  głos 

nieznacznie  drżał.  -  Ma  kręcone  włosy,  jest  do  ciebie  podobna.  Olga  z  czasem  stanie  się 

prześliczną młodą damą. Raija już wydala ją za Misze. Mówi, że żaden inny mężczyzna nie 

wchodzi w grę, żaden nie jest wystarczająco dobry dla Olgi... 

Antonia otworzyła oczy. Uspokoiła się, gdy się dowiedziała, że Olga ma się dobrze, że 

dziecku niczego nie brakuje. 

- Jak mogłaś? - spytał Jewgienij cicho. - Jak mogłaś, Toniu? 

Nie  zamierzała  odpowiedzieć  takimi  słowami,  ale  zwykła  się  bronić,  gdy  ją 

atakowano. 

- I ty o to pytasz?! 

Jewgienij zamilkł. Potem zrobił dwa kroki dzielące go od koi i usiadł obok Antonii. 

-  Przepraszam  -  powiedział.  -  Masz  rację,  nie  powinienem  był  o  to  pytać.  Raija  nie 

mogła ci darować, że opuściłaś Olgę. Bałem się, że nigdy ci tego nie zapomni, że wiecznie 

będzie  w  sobie  nosić  gniew.  Bardzo  to  przeżyła,  kiedy  wyjechałaś,  zostawiając  dziecko...  - 

Spojrzał na Antonię z ukosa. - Schudłaś - zauważył. - Ale nie zbrzydłaś. Wydaje się, jakbyś 

zniknęła wczoraj. Co się z tobą działo, Toniu? 

- Wiele się wydarzyło - odparła. - Opowiem ci, ale nie teraz i nie wszystko. Po prostu 

nie  mogę.  -  Uśmiechnęła  się  zmęczona.  -  Nie  spodziewałam  się,  że  to  ty  przypłyniesz 

frachtowcem.  Gdy  dowiedziałam  się,  że  płyną  frachtowce  z  Archangielska,  przygotowałam 

się na to, że zobaczę kogoś znajomego albo przynajmniej kogoś, o kim słyszałam, ale nigdy 

nie przyszło mi do głowy, że spotkam ciebie... 

- Kapitan „Miszy” stracił żonę, która zmarła przy porodzie, i nowo narodzone dziecko. 

Stało się to w dniu, kiedy odpływaliśmy. W tak krótkim czasie nie znaleźliśmy nikogo, kto 

mógłby go zastąpić. Nie mogliśmy też czekać z ładunkiem ryb... - Wzruszył ramionami. - Nie 

miałem innego wyboru. Ale co ty tu robisz? 

- Wracam do domu - odparła Antonia. 

- Wracasz? - spytał z niedowierzaniem. Antonia z powagą skinęła głową. 

- Żeby zostać? 

- Nie wiem - wyznała wreszcie. - Nie potrafię na to szczerze odpowiedzieć, Jewgienij. 

- Nie pytasz o Olega - zauważył ostrożnie. Nie chciał jej pomóc. 

Zacisnęła zęby, lecz po chwili się uśmiechnęła. Niczego nie udawała, robiła wrażenie 

tak bezbronnej, że Jewgienijowi ścisnęło się serce. Takiej Antonii jeszcze nie znał. 

- Nie wiedziałam, jakich dobrać słów - odparła po chwili zastanowienia. 

Cztery lata to dużo czasu. 

background image

Trudno było rozmawiać po tak długiej rozłące. 

- Czy Olga jest z nim? Jewgienij jakby nie dosłyszał pytania. 

-  Ja  też  nie  wiem,  jakich  dobrać  słów  -  rzekł  i  roześmiał  się  przepraszająco,  trochę 

nerwowo i niepewnie. - Pomyślałem o Olegu, kiedy cię zobaczyłem... kiedy się upewniłem, 

ż

e to ty. I zupełnie nie wiem, jak mam ci to powiedzieć... 

- Czy żyje? 

-  No  pewnie!  -  Jewgienij  spojrzał  na  nią  zaskoczony.  Bezwiednie  napełnił  jej 

szklankę.  Musiał  zaczerpnąć  powietrza,  zanim  zaczął  mówić  dalej.  -  Oleg  także  wyjechał  - 

rzekł. - Uciekł na swój sposób, Toniu. Jest teraz w Norwegii. W ciągu ostatnich lat przyjeż-

dżał do domu tylko na krótko wiosną. Łowimy w Finnmarku, wiesz, więcej zarabiamy, gdy 

sami  zdobywamy  towar.  Na  Soroya  zbudowaliśmy  baraki  i  Oleg  na  miejscu  wszystkim 

zarządza. Ma tam znajomych i dzięki temu miejscowi rybacy wpuścili nas na swe łowiska... 

- Jest także jakaś kobieta, prawda? - spytała Antonia domyślnie. - Nie wiesz, jak mi o 

niej powiedzieć... 

Skinął głową. 

-  To  prawda,  jest  kobieta.  Na  imię  jej  Lina.  Oleg  ma  z  nią  dziecko...  Syna.  Lina 

spodziewa się jeszcze jednego. 

- Czy Oleg nie zamierza jej zabrać do Archangielska? - spytała blado Antonia. - Olga 

też potrzebuje matki... 

- Ta Norweżka mieszkała u nas przez jakiś czas - odparł Jewgienij. Niełatwo mu było 

mówić  o  Linie,  dziewczynie  z  Soroya.  Nie  mógł  nawet  powiedzieć  Antonii,  że  to  nie  Lina 

związała Olega z Norwegią. - Ale nie czuła się dobrze w naszym mieście. Nie nauczyła się 

języka. Obawiam się, że nie jest zbyt mądra. 

Antonia musiała się roześmiać. 

- Nie musisz przedstawiać jej w gorszym świetle, niż na to zasługuje. Zniosę prawdę! 

- Przeciwnie, jeszcze jej dodaję zalet  - zapewnił Jewgienij. - Dzięki tej  dziewczynie 

Raija  domyśliła  się,  że  i  ona  pochodzi  z  Norwegii.  Rozumiała  jej  język  i  sama  potrafiła 

mówić po norwesku. Zaczęła się dopytywać, jak znalazła się w Rosji. Wyjaśniliśmy Raiji, że 

uratowaliśmy ją od stosu w Vardo. Była na mnie strasznie zła. Masz rację, nie powinienem 

czynić ci wyrzutów, Toniu, bo sam nie jestem bez winy. - Skrzywił się. - Oleg nie zabiera już 

Liny do Rosji. Mówi, że może weźmie syna do siebie, kiedy mały podrośnie. Przyuczy go do 

ż

ycia na morzu. Nie chce, żeby został rybakiem w Finnmarku... 

- Nie wybaczył mi? 

background image

-  Twoje  odejście  całkiem  go  załamało  -  odparł  Jewgienij  po  długim  namyśle.  -  W 

ogóle  o  tobie  nie  mówi.  Antonia  rozumiała  to,  znała  usposobienie  Olega.  Łudziła  się,  że 

znalazł szczęście z kobietą, którą spotkał za granicą, ale nie była o tym całkiem przekonana. 

Słowa Jewgienija nie rozwiały jej obaw. 

-  A  ty?  -  spytał  Jewgienij,  przyglądając  się  Antonii  badawczo.  Opuszkami  palców 

dotknął jej włosów. - Muszę się upewnić, że to naprawdę ty. Czy było warto? Czy on okazał 

się tym jedynym? 

Skinęła głową. 

- Niczego nie żałuję - rzekła z przekonaniem, nie pozostawiając Jewgienijowi żadnych 

wątpliwości.  Uśmiechnęła  się,  gdy  pomyślała  o  Grigoriju.  Przede  wszystkim  zapamiętała 

dobre  chwile,  cudowne  dni  spędzone  razem.  Zdała  sobie  sprawę,  że  dzięki  niemu  stała  się 

zupełnie  inną  Antonią  niż  ta,  którą  odnalazł  w  Archangielsku,  bardziej  cierpliwą  i 

wyrozumiałą. 

Dzięki Grigorijowi. 

-  Grigorij  był  dla  mnie  tym,  kim  dla  ciebie  jest  Raija,  Jewgienij.  Potrafisz  chyba 

zrozumieć, jak bardzo go kochałam. Zaznałam też wiele cierpienia, za życie z wyjętym spod 

prawa trzeba płacić wysoką cenę, ale każda chwila warta była wyboru, którego dokonałam. 

Drugi raz postąpiłabym tak samo. 

Wysunęła dumnie brodę. 

- Mówisz „była”? - spytał ostrożnie. 

- Grigorij nie żyje. 

Jewgienij spuścił głowę. Wydawało mu się, że rozumie. 

- Nie wyobrażałam sobie wcale, że tak po prostu wrócę - powiedziała. - Nie myślałam, 

ż

e po prostu przejdę przez drzwi i będę w domu, że życie potoczy się jak dawniej. Nie może 

być jak dawniej, nie wierzę, by mogło tak być... - Zamilkła na chwilę, po czym podjęła: - Ale 

muszę wrócić, Jewgienij. I nawet jeżeli dokładnie mi o wszystkim opowiesz, muszę pojechać 

do domu. Na własne oczy zobaczyć... 

- Olgę? Skinęła głową. 

- Jeżeli tak będzie lepiej dla dziecka, nie trzeba jej mówić, kim jestem, ale muszę ją 

zobaczyć.  Olga  pewnie  mnie  nie  pamięta...  Bardzo  za  nią  tęsknię.  Mogłam  wiele  razy 

zawrócić  z  tej  podróży,  ale  coś  mnie  pchało,  by  jechać  dalej.  Ponieważ  ona  jest  moim 

dzieckiem. Nie mogę dłużej żyć w nieświadomości, muszę ją zobaczyć... 

- Ciągle nie mogę uwierzyć, że to naprawdę ty - rzekł Jewgienij, kręcąc głową. Objął 

ją  ramieniem.  -  Naturalnie,  że  musisz  wrócić.  Niezależnie  od  wszystkiego  twój  dom  jest  w 

background image

Archangielsku!  Gdzie  indziej  miałabyś  zamieszkać?  Prowadziłem  twoją  stajnię  i  wyobraź 

sobie, nie podupadła z tego powodu, nie pozwoliłem na to. Możesz zacząć od nowa... Może 

nie  dotyczy  to  Olega,  ale  wszyscy  inni  nie  wykreślili  cię  ze  swej  pamięci.  Raija  pewnie  ci 

nawymyśla,  ale  potem  weźmie  pod  skrzydła  jak  kwoka  swe  pisklę.  Ona  nie  opuści  cię  w 

potrzebie.  Było  jej  bardzo  ciężko,  kiedy  wyjechałaś,  ale  cię  nie  wyklęła,  choć  nawet  ja  cię 

przeklinałem... - Uśmiechnął się przepraszająco. - My, mężczyźni, jesteśmy solidarni! 

Wielu przed nim już tak mówiło. 

- Twoim domem jest Archangielsk, Antonia. Oczywiście musisz wrócić! 

Uścisnął ją serdecznie swoim niedźwiedzim uściskiem. 

Nie musiała się obawiać Jewgienija. 

-  Wrócę  -  rzekła  wreszcie  z  wahaniem.  -  Ale  nie  wiem,  czy  zostanę.  -  Popatrzyła 

spokojnie  na  jego  zaskoczoną  twarz.  -  Być  może  zrobię  to,  co  zaproponowałeś:  zacznę  od 

nowa. Rozpocznę nowe życie, jeszcze raz. 

- Powiedziałaś, że on nie żyje? 

- W morzu jest wiele ryb - uśmiechnęła się szybko. Stała się śliczną, dawną Antonią, 

która tańczyła na stołach i uwodziła swoim śmiechem, przez wiele lat zawracając w głowach 

nieszczęsnym mężczyznom nad Morzem Białym. 

- Czy jest z tobą? Antonia skinęła głową. 

- Był i wtedy - odparła. - To najlepszy przyjaciel Grigorija. Znamy się bardzo dobrze. 

Wtedy był i moim najlepszym przyjacielem. Wiele razem przeżyliśmy. Mówi, że chciałby się 

ze  mną  zestarzeć.  Jednak  jest  młodszy  ode  mnie,  dużo  młodszy.  Dlatego  boję  się  z  nim 

wiązać. On także kogoś stracił... 

Uśmiechnęła się, a jej twarz stała się promienna i piękna. Jewgienij widywał kiedyś 

ten uśmiech; w przeszłości miał w sobie coś niemal diabelskiego. 

To było dawno temu. 

-  Mówi,  że  chciałby,  bym  została  matką  jego  dzieci.  Kocha  konie.  Jest  bardzo 

szlachetny. Nie wiem, czy zasłużyłam na wszystko, co dla mnie wymarzył. 

- Kochasz go? 

- On kocha mnie - odparła. 

- A ty? 

- Nie wiem - wyznała. Wiedziała, że Jewgienija nie zadowolą jej słowa, ale nie mogła 

powiedzieć  nic  innego  ani  w  inny  sposób.  Chciała  być  wobec  niego  szczera.  Postanowiła 

skończyć z udawaniem. Na pokładzie rozległy się kroki. 

background image

- Chłopaki wcześnie wracają - zauważył Jewgienij. Wstał i zaczął szukać w szafie. - 

Powinienem tu mieć jeszcze kawałek ciasta od Raiji... - mruknął. - Założę się, że dawno nie 

jadłaś niczego podobnego? 

- Ale bywało, że żyłam lepiej - odparła Raija. - Mam dokument potwierdzający moje 

wielkie zasługi dla carycy Elżbiety. 

Jewgienij nagle się odwrócił. 

- Żartujesz! - rzucił z niedowierzaniem. 

- Wcale nie, to prawda - odparła Antonia. - Opowiem ci kiedyś o wszystkim, kiedy i 

Raija  będzie  mogła  usłyszeć.  Opowiem  wam  całą  historię...  Oleg  pewnie  też  powinien  się 

dowiedzieć, co się ze mną działo przez te cztery lata, ale jego przecież nie ma... 

-  Przyjedzie  na  wiosnę  -  oznajmił  Jewgienij  sztywno.  -  Wasilij  rozmawiał  z  nim, 

zanim przypłynął do domu. 

-  Chciałabym,  żeby  Wasilij  też  przyszedł  posłuchać  -  rzekła  Antonia.  -  Czy  ma  się 

dobrze? 

Jewgienij przytaknął. 

- Dagnija nie żyje - powiedział smutno. - Wasilij zajął się jej dziećmi. W domu nad 

Dwiną  robi  się  tłoczno,  kiedy  i  on  wypływa  na  połów.  Nasz  dom  jest  wtedy  pełen  dzieci, 

ledwie starcza miejsca dla mnie. 

- U was pewnie też się sporo wydarzyło - zauważyła Antonia. 

Skinął głową. 

-  Tak,  ale  o  niektórych  sprawach  przykro  mówić.  Zresztą  Raija  potrafi  lepiej 

opowiadać. Wasia pewnie też... 

- Nie mogę się doczekać, by ich zobaczyć. 

- Zawarliśmy pewnego rodzaju układ pokojowy - rzekł. - Zawieszenie broni. Ale jakoś 

nie  mogę  całkiem  przestać  się  przejmować,  kiedy  widzę,  że  Wasilij  wcale  nie  unika  Raiji. 

Oboje bardzo dobrze się dogadują. Wiążą ich dzieci.  Lecz byłbym bestią, gdybym zabronił 

Raiji zajmować się dziećmi, które jej potrzebują. Raija otwiera ramiona, serce i swój dom dla 

maluchów, którym tego brakuje. Po prostu musi. I lubi to. Zresztą ani ja, ani Misza czy Olga 

na tym nie cierpimy. Nie zabraniam jej tego, bo niby dlaczego? 

- Myślę, że możesz jej ufać. Skinął głową. 

-  Ale  kiedy  wyjechałaś,  przestraszyłem  się  -  przyznał.  -  Nikt  na  świecie  nie 

przypuszczałby,  że  mogłabyś  odejść  od  Olega.  Wszyscy  mieli  pewność,  że  nic  was  nie 

rozdzieli. Wydawało się, że jest wam ze sobą dobrze, jak amen w pacierzu, mimo że Wasia 

przemykał  przez  uchylone  drzwi  przy  tej  czy  innej  okazji.  Kobiety  nie  odchodzą  od  swych 

background image

mężów, nie nad Morzem Białym, nie w Archangielsku. Nie te, które znałem. A ty odeszłaś. 

Możesz sobie wyobrazić, jak się przeraziłem. 

Roześmiał się. Ułamał duży kawał ciasta i podał Antonii. 

Antonia musiała je najpierw powąchać, zanim ugryzła. 

Smakowało niebem i świętami Bożego Narodzenia, i rajem. Smakowało rękami Raiji i 

najbielszą mąką w Rosji. 

- Skoro ty mogłaś opuścić męża, pomyślałem, że i moja żona byłaby do tego zdolna - 

mówił dalej Jewgienij. - Gdyby tylko znalazła wystarczający powód. 

A często widzę ten powód. Widzę, jak Wasilij uśmiecha się do mnie krzywo, widzę, 

jak rozmawia z Raiją, a w oczach ma tęsknotę, kiedy sądzi, że nikt inny nie patrzy. 

-  Nie  Raija!  -  powtórzyła  Antonia  absolutnie  przekonana.  -  Czasami  myślę,  że  nie 

znasz  jej  tak  dobrze  jak  ja,  Jewgienij.  Ona  nigdy  ci  tego  nie  uczyni.  Raija  jest  twoja  do 

ś

mierci. To proste. Za bardzo cię kocha. 

-  Przyjemnie  to  słyszeć  -  rzekł  lekko.  -  Jednak  nigdy  nie  wyzbędę  się  strachu, 

ponieważ zbudowałem nasze życie na kłamstwie. Niosę ten krzyż... z radością. 

Rozległo  się  pukanie  do  drzwi.  Uchyliły  się.  Jewgienij  otworzył  szeroko  oczy  ze 

zdumienia. 

Gość wszedł do środka. Był wysoki i gładki na twarzy. Jego jasnobrązowe włosy były 

potargane i miejscami czarne od sadzy. Ciemne oczy popatrzyły ciepło na Antonię, zmierzyły 

Jewgienija. 

-  Pomyślałem,  że  trwa  to  zbyt  długo  -  rzekł  młodzieniec,  zwracając  się  do  Antonii. 

Jego głos brzmiał dużo poważniej, niż by na to wskazywał wygląd. 

Jewgienij  domyślił  się,  że  to  o  nim  mówiła  Antonia,  wyznając,  że  właśnie  z  tym 

człowiekiem mogłaby zacząć życie na nowo. 

Jewgienij przeraził się. Nie potrafił doszukać się w obojgu jakichkolwiek wspólnych 

cech. 

Antonia  nie  była  stara,  lecz  była  już  dojrzałą  kobietą,  a  chłopak  mógł  mieć  koło 

dwudziestki. 

Wydawało się to bardzo niewiele, gdy samemu dobiegało się pięćdziesiątki. 

-  Anastas,  Jewgienij  -  przedstawiła  ich  sobie  Antonia.  -  Jewgienij  jest  mężem  Raiji. 

Anastas to mój... 

- Przyjaciel i kochanek - dokończył Anastas. 

Uścisk jego dłoni był mocny. Ucałował powietrze obok obu policzków Jewgienija. 

background image

-  Przyjaciel  i  kochanek  -  powtórzyła  Antonia.  W  spojrzeniu,  które  przesłała 

Anastasowi, widniała wdzięczność. 

Jewgienij  nie  potrafił  go  traktować  jak  mężczyzny.  Podał  Anastasowi  butelkę  rumu. 

Przekonał  się,  że  ten  w  każdym  razie  potrafi  pić  jak  mężczyzna.  Poczęstował  go  ciastem 

Raiji, nie przestając mierzyć go wzrokiem. 

Nie  można  powiedzieć,  by  Antonia  preferowała  jeden  typ  mężczyzn.  Żaden  z  jej 

partnerów nie był podobny do drugiego. 

Oleg był rosłym mężczyzną, niczym niedźwiedź. Ciemnowłosy olbrzym. 

Grigorij, choć również wysoki, był przeraźliwie chudy i miał białe włosy. 

Wasilij,  drobny  i  zwinny  jak  kot,  skory  do  żartów,  tryskający  pewnością  siebie, 

nieustraszony... 

A ten... 

Chłopiec czy mężczyzna. 

Nie  wyglądał  na  przestraszonego,  nie  zdradzał  cienia  uległości  czy  uniżenia.  Głowę 

nosił  tak  wysoko,  że  przypominał  Jewgienijowi  Raiję.  Wydawał  się  bardzo  dumny,  było  w 

nim niemal coś arystokratycznego... 

Anastas... 

Czy wśród biedoty dawano dzieciom tak na imię? 

Jewgienij  nie  wiedział,  zwrócił  jednak  uwagę,  że  chłopak  nie  wymienił  ani  swego 

nazwiska, ani imienia ojca. 

- Czy nadal jesteście wyjęci spod prawa? 

-  Służyliśmy  u  carycy  Elżbiety  -  odparł  Anastas  z  grymasem.  -  Myślę,  że  jesteśmy 

całkiem dobrymi obywatelami Rosji. I nie przechwalamy się dawnymi zasługami. 

Jewgienij  skinął  głową,  ale  nic  nie  rozumiał.  Wywnioskował  tylko,  że  Antonia  się 

zmieniła. 

- Jak się ma twoje dziecko? - spytał Anastas. 

- Dobrze. - Twarz Antonii rozjaśniła się. Anastas uścisnął ją. 

Wiek nie jest miarą tego, jak bardzo można kochać, stwierdził Jewgienij w duchu. 

Może to zdrada przyjaciela, Oleg by go za to znienawidził, lecz Jewgienij zapragnął w 

tej chwili, by Antonia mogła zacząć od nowa. 

Razem z tym młodym człowiekiem, przyjacielem i kochankiem. 

background image

14 

Antonia  nieraz  stawała  na  pokładzie.  Lubiła  pływać  statkiem.  Doznawała  wtedy 

podobnej przyjemności jak w czasie konnej jazdy. Wiatr podobnie smagał ją po twarzy. 

Rozpierało ją poczucie wolności. 

Jewgienij upierał się przy tym, by razem z Anastasem popłynęła „Misza”. 

- Chcę cię mieć blisko siebie, chcę mieć pewność, że mi nie znikniesz - przekonywał. - 

Raija zamordowałaby mnie z zimną krwią, gdybym cię zgubił po drodze do Archangielska. 

Chyba nie życzysz tego staremu przyjacielowi? 

Antonia postarała się o to, by mnisi również popłynęli „Misza”. Wadim zaś sprytnie 

przekonał przeora, by wszedł na pokład drugiego frachtowca. 

- Tam też potrzebują kogoś, kto będzie z marynarzami odmawiał modlitwy - wyjaśnił. 

Antonia spotkała się z miłym przyjęciem. Wiele osób okazało jej troskę, co pomogło 

jej  zachować  poczucie  własnej  wartości.  Nikt  jej  nie  dawał  do  zrozumienia,  że  zdradziła 

najbliższych i że powinna za to odpokutować. 

Załoga Jewgienija nie była liczna, w większości stanowili ją młodzi chłopcy. Antonii 

wydawało  się,  że  widziała  chyba  kiedyś  podobne  twarze,  ale  żadnego  z  tych  młodych  nie 

pamiętała.  Dopiero  zaczynali  dorastać,  kiedy  wyjeżdżała  z  Archangielska.  Nie  zadawali  jej 

pytań, chociaż niektórzy z nich wiedzieli, kim jest. 

Podążali  za  nią  ciekawymi  spojrzeniami.  Jednak  milczenie  Jewgienija  na  jej  temat  i 

pełen  szacunku  sposób,  w  jaki  ją  traktował,  zmusił  ich  do  zachowania  dystansu  i 

powstrzymania się od uwag. 

Antonia była im za to wdzięczna. 

Jewgienij  powiedział,  że  frachtowce  spóźniły  się  do  Totmy  mniej  więcej  o  jeden 

dzień. 

Zatrzymała je blokada na Suchonie, bo właśnie spławiano duże ilości drewna. 

Garstka młodzieży starała się oczyścić rzekę, ale zabrało to cały dzień. 

Frachtowce  musiały  zakotwiczyć.  Nie  odważyli  się  płynąć  dalej,  nawet  gdy  połowa 

rzeki została oczyszczona. Woleli nie ryzykować - wielki drewniany kloc mógłby z łatwością 

przedziurawić burtę statku. 

- Człowiek jest ostrożny, kiedy prowadzi własny statek - wyjaśnił Jewgienij. 

Antonia  i  Anastas  wymienili  porozumiewawcze  spojrzenia,  domyślili  się,  że  napad 

został dokładnie zaplanowany. Do obozu nie wróciło dwóch zwiadowców. 

background image

Jewgienij zabierał na północ mąkę. Nie po to, by ją dostarczyć dalej na zachód, lecz 

dla mieszkańców Archangielska. Na północy lato jest za krótkie, by można uprawiać zboże, 

trzeba je sprowadzać z południa. 

- Zatrzymamy się na krótko w Wielikim Ustiugu - rzekł Jewgienij do Antonii, z którą 

starał  się  jak  najwięcej  rozmawiać.  -  Możemy  tam  kupić  nieduży  kufer  dla  Olgi  - 

zaproponował. - Dorosła już na tyle, by otrzymać skrzynię na ślubną wyprawę. 

Antonia popatrzyła na niego uważnie. 

Czy mówi o jej córce? 

Skrzynię na ślubną wyprawę? 

Olga ma osiem lat! 

-  Czy  dziewczęta  nie  zbierają  wyprawy  od  chwili,  gdy  zaczną  chodzić?  -  spytał 

ż

artem. - Nie bardzo się na tym znam! Raija tkała jakieś materiały, które chowała do ślubnej 

skrzyni Jelizawiety. Pamiętasz tę dziewczynkę Dagniji? Raija nie utkała jeszcze nic dla Olgi, 

ale to tylko kwestia czasu... 

-  Nie  kupimy  ślubnej  skrzyni  dla  Olgi!  -  rzekła  Antonia.  -  Nie  zamierzam 

przekupywać swojej córki prezentami, Jewgienij. 

- W każdym razie będzie to okazja, by zejść na ląd - odparł Jewgienij niespeszony. - 

Spacer po Wielikim Ustiugu to zawsze przyjemność. Zostaniemy tam na noc. Wyśpisz się w 

porządnym łóżku... 

- Ostatnio, kiedy próbowaliśmy odpocząć w wygodnym łóżku, Anastas został pobity 

do nieprzytomności - zauważyła Antonia z uśmiechem i opowiedziała Jewgienijowi historię, 

która spotkała ich w Rybińsku. - Nasz kraj jest ogromny - myślała na głos. - Świat wydawał 

się  taki  mały,  kiedy  znałam  tylko  Archangielsk.  Nie  zastanawiałam  się  nad  losem  innych 

ludzi, zupełnie inaczej jest zobaczyć ich z bliska... 

Jewgienij przyznał jej w duchu rację. 

Pomyślał, że niewiele kobiet się nad tym zastanawia, ledwie kilka dociera dalej niż z 

własnego domu do domu męża. 

Potem nawet na to nie znajdują czasu. 

Dzień kobiet nie ma wielu wolnych chwil. 

W tym ogromnym kraju na tronie zasiada kobieta, lecz to nie znaczy, że krajem rządzą 

kobiety. 

Archangielsk zbliżał się coraz bardziej. Antonia wolała nie wierzyć, że w spadających 

liściach, nagich drzewach i bladym krajobrazie kryje się jakaś symbolika. 

background image

Dzięki  temu, że  Oleg  wyjechał  do  Norwegii  i  że  zostanie  tam  całą  zimę,  nie  będzie 

musiała od razu podejmować decyzji. 

Antonia  wiedziała,  że  winna  jest  mu  wyjaśnienia,  rozmowę  twarzą  w  twarz,  coś 

więcej niż kilka słów skreślonych na papierze. 

Do  wiosny  jeszcze  daleko.  To  długo  dla  kogoś,  kogo  dręczy  niepokój  i  tęsknota  za 

czymś niewiadomym. 

Antonię i Wadima ogarnęło podobne zdenerwowanie, kiedy ujrzeli w oddali Wielikij 

Ustiug. 

- Zmieniło się tutaj - stwierdził mnich. 

-  Dawno  temu  wyjechałeś?  -  spytała  Antonia,  choć  nie  miała  zamiaru  wypytywać  o 

jego przeszłość. 

- Przed piętnastoma laty - odrzekł twardo. - Zostałem w mieście trochę dłużej niż ten, 

który chciał coś zmienić. Może powinienem z nim wyruszyć? Miałem takie same poglądy, ale 

bardziej  się  bałem.  Piłem.  Potem  ukryłem  się  pod  tym  habitem.  -  Westchnął.  -  Miasto  się 

rozrosło,  przybyło  wiele  nowych  domów.  Myślałem,  że  tu  na  północy  coraz  trudniej  się 

utrzymać,  gdy  Sankt  Petersburg  nabiera  większego  znaczenia.  Czy  w  ogóle  do  portów  nad 

Morzem  Białym  zawijają  jakieś  statki  z  zagranicy?  Poza  statkami  handlowymi,  które 

wysyłacie do Norwegii? 

- Przypływa ich znacznie mniej - odparła Antonia. - O ile pamiętam. Ale mimo to jest 

sporo pracy dla tych, którzy prowadzą interesy w Archangielsku... 

Omal nie powiedziała „dla nas”... 

Kiedy przepływali obok domów, Antonia poczuła, jak bije jej serce. Ujrzała Grigorija 

wśród tych zabudowań, w tym mieście... 

Wspomnienia ożyły... 

Dobili do lądu. 

W porcie panował duży ruch. Zewsząd nadciągali ludzie, żeby zapytać, czy przybysze 

mają  coś  do  sprzedania,  czy  może  chcą  coś  kupić,  czy  przywieźli  jakieś  wieści  z  południa, 

czy jest na pokładzie ktoś ze znajomych... 

Nawet Antonia wreszcie się ożywiła. 

Jewgienij wsunął jej do ręki sakiewkę z pieniędzmi. 

-  Kup  sobie  sukienkę,  coś  ładnego.  Wynajmijcie  z  Anastasem  porządny  pokój. 

Potrzebujecie pewnie trochę czasu dla siebie. Przed Archangielskiem nie nadarzy się już taka 

okazja.  Zawiniemy  jeszcze  pewnie  do  jakiegoś  portu,  ale  nie  mogę  obiecać,  że  zostaniemy 

tam na noc... 

background image

Antonia nie należała do osób, które lubią brać, ale podziękowała. Nawet ucieszyła się 

z podarunku. 

Tego dnia była bogata. 

Odnalazła Anastasa, pociągnęła go za sobą na ląd i pomachała ze śmiechem Jewgienij 

owi. 

-  Jutro  odpływamy  -  przypomniał  jej.  -  I  nie  odbijemy  od  brzegu  bez  ciebie,  trollu! 

Nawet jeśli będę musiał przeszukać każdy dom w Wielikim Ustiugu! Mówię poważnie! 

-  Będę  pamiętać  -  obiecała.  Była  wzruszona,  szczęśliwa  niczym  nastolatka,  która 

mogła wydać majątek. Nie istniały dla niej żadne ograniczenia. 

Anastas śmiał się razem z nią. Szedł, obejmując ją ramieniem, i cieszył się jej radością 

na widok wszystkich pięknych rzeczy, które kusiły ze straganów. 

Odwiedzili cztery największe jarmarki w mieście. Było jeszcze kilka mniejszych, ale 

Antonia nie pamiętała, jak tam trafić. 

Kupiła chleb, sól i rum. Targowała się zawzięcie o cenę niebieskiej spódnicy. Udało 

jej  się  postawić  na  swoim  i  z  ogromnej  radości  wydała  zbyt  dużo  na  bluzkę  z  pięknym 

haftem.  Kiedy  zauważyła,  że  sprzedawca  ma  również  koszule  męskie  z  takim  samym 

kwiatowym motywem, wcisnęła dwie Anastasowi. 

Sprawiła też sobie kolorowy szal. Czuła słabość do ostrych barw, przepychu kwiatów 

wyszywanych drobnym ściegiem i zdobiących wiele ubrań. 

Wyszukała  miękkie,  szerokie  spodnie  dla  Anastasa  w  tym  samym  niebieskim 

odcieniu,  co  jej  spódnica.  Nie  chciał  przyjąć  prezentu,  ale  nie  ustąpiła,  więc  ze  śmiechem 

poddał się jej nieugiętej woli. 

-  Gdybym  nie  był  wtedy  z  tobą,  pomyślałbym,  że  to  ty  obrabowałaś  nasze  wozy  - 

uśmiechnął się, widząc, co wyprawia przy straganach. 

- Jestem bogata! - rzuciła Antonia. - To moje pieniądze. Jewgienij je dla mnie zdobył, 

zarządzając  moją  stajnią.  Postarał  się,  by  nie  przyniosła  strat.  Jestem  majętną  kobietą, 

stanowię dobrą partię. 

Nie odpowiedział. Pozwolił jej się cieszyć całą sobą, nie kosztowało go to wiele. 

-  A  teraz  wybiorę  miejsce  na  nocleg  -  powiedziała.  -  Kiedy  ty  znalazłeś  pokój, 

wynikły z tego same kłopoty. Myślę, że znasz się tylko na miejscach o wątpliwej reputacji, 

mój chłopcze... 

Miasto  zmieniło  się,  odkąd  ostatnio  była  w  tych  stronach  tego  roku,  kiedy  razem  z 

Jewgienijem wybrała się na koński targ. 

Zmieniły się fasady domów, ulice... 

background image

Szukali aż do nastania zmroku. 

Wtedy Antonia znalazła znajomą gospodę, która zresztą nie miała dużo lepszej sławy 

niż wszystkie inne mijane po drodze. 

Ale tę Antonia rozpoznała. 

Pociągnęła Anastasa za sobą. 

Nie protestował. 

Już wystarczająco długo chodzili. 

Rozpoznała brązowy półmrok. Ojciec ją tu zabierał. 

Później  również  bywała  w  tej  gospodzie,  będącej  ulubionym  miejscem  spotkań 

hodowców koni. Ściany pachniały końmi. 

Nawet Anastas pociągnął nosem. 

Tęgi mężczyzna długo przyglądał się Antonii. Następnie podszedł do nich z szeroko 

otwartymi  ramionami,  kołysząc  się  z  nogi  na  nogę.  Jego  twarz  była  jednym  wielkim 

uśmiechem. 

- Antonia Jurkowa! Mój kwiatuszek! Mój konik stepowy! Co za niespodzianka! 

Uścisnął  ją  mocno,  że  nie  mogła  złapać  oddechu,  i  bez  najmniejszego  wysiłku 

podniósł do góry. 

Był wielki i tęgi, ale miał też sporo siły. 

Ucałował Antonię w oba policzki, soczyście i głośno, oszalały z radości. 

-  Dmitrij  Borysowicz  -  uśmiechnęła  się.  -  Szukałam  twojej  gospody,  biegając  całe 

popołudnie po zakurzonych ulicach. Dobrze cię widzieć. Jak się czuje twoja żona? 

Posmutniał i opowiedział, że odeszła zeszłej zimy. Syna zaś powołano do wojska, nie 

wrócił z Finlandii. Wyznał, że zaczyna tracić nadzieję. Córka pomaga mu prowadzić gospodę, 

tak jak zawsze, a zięć to obibok, który tylko pije. Za to wnuki dostarczają swemu dziadkowi 

wiele radości. 

- Potrzebny mi pokój - rzekła Antonia. - Na noc. I woda na kąpiel. 

- Z największą radością! - Dmitrij Borysowicz przyjmował wielu gości, a wśród nich 

niedużą  grupkę,  którą  darzył  szczególną  sympatią.  Antonia  stanowiła  jego  bezsporną 

ulubienicę. 

- Mówią, że odeszłaś od męża. Czy to prawda? - spytał, ściszając głos. 

Antonia skinęła głową. Była mu wdzięczna, że starał się zachować to w sekrecie. Nie 

chciała rozgłaszać tego na cały świat. 

-  Mówiłem!  -  machnął  ramionami.  -  Mówiłem  od  razu,  kiedy  się  dowiedziałem,  że 

wyszłaś  za  mąż  za  marynarza!  Co  ją  z  nim  czeka?  zastanawiałem  się.  Wielu  to  słyszało. 

background image

Mówiłem, że powinnaś sobie wziąć chłopaka ze stadniną, a nie takiego, który marnuje życie 

na statkach! - Dopiero teraz zauważył Anastasa. - To on? - spytał, wskazując grubym palcem 

na Anastasa. 

Antonia skinęła, uśmiechając się. Mrugnęła porozumiewawczo do Anastasa. 

Gospodarz  obszedł  chłopaka  dookoła  i  wrócił  do  Antonii.  Stanął  obok  i  skrzyżował 

ręce na piersiach. 

- On nie zajmuje się statkami - rzekł tonem znawcy ludzi. - Chciałem powiedzieć, że 

mężczyzna  noszący  spodnie  tak  wytarte  na  tyłku  musiał  spędzić  wiele  godzin  na  końskim 

grzbiecie... 

- Zawsze ceniłam twoje rady - rzekła Antonia z powagą. - Masz dobre oko, Dmitriju 

Borysowiczu! Anastas prawie urodził się w stajni. Jeździł konno, zanim nauczył się chodzić. 

Gospodarz  pokiwał  głową.  Uśmiechnął  się  szeroko  i  objął  Anastasa  równie 

energicznie jak przed chwilą Antonię. Darował sobie jednak całowanie. 

- Tym razem nie zabrakło ci rozsądku, Antonia! Tym razem miałaś oczy otwarte. A to 

ważne,  kiedy  zdobywa  się  konia  do  hodowli.  I  prawie  tak  samo  ważne,  kiedy  zdobywa  się 

człowieka, z którym zamierza się razem żyć. 

Wyjął klucz, który wcisnął Antonii do ręki. 

-  Chłopaki  od  koni  to  prawdziwi  mężczyźni!  -  Mrugnął  znacząco  i  zniżył  głos:  -  I 

sądzę, że nie przesadzę zbytnio, jeśli powiem, że to najlepsi kochankowie! 

Anastas  gwizdnął  przeciągle.  Kiedy  szli  za  gospodarzem  w  górę  po  schodach,  rzekł 

cicho do Antonii: 

- A ja myślałem, że Ukraińcy... 

-  Powinienem  ci  dać  swoją  własną  sypialnię,  kwiatuszku  stepowy  -  powiedział 

gospodarz  -  ale  niestety  nie  jest  sprzątnięta.  Musisz  zadowolić  się  najlepszym  pokojem  w 

gospodzie.  I  uznam  to  za  osobistą  obrazę,  jeżeli  wpadniesz  na  pomysł,  by  za  niego  płacić, 

Antoniu! 

Roześmiała się i otworzyła drzwi: 

- Nigdy nie przyszłoby mi do głowy cię obrażać, Dmitriju Borysowiczu! 

-  Zaraz  pogonię  tego  zięcia  -  nieroba  po  wodę  -  mówił  dalej  gospodarz.  Nie  bez 

złośliwości dodał: - Najpierw jednak każę mu przynieść największą balię, jaką znajdę. Dobrze 

mu zrobi, gdy się trochę spoci! - Zatarł ręce. - A Annę poproszę, by przyrządziła najlepszy 

barszcz! Jest w tym prawdziwą mistrzynią! - Cmoknął koniuszki palców. - Czegoś ją moja 

ż

ona nauczyła! W Anny barszczu łyżka stoi! 

Antonia roześmiała się wesoło. Wiedziała, że gospodarz nawet zbytnio nie przesadza. 

background image

Czerwony barszcz zawsze wyjątkowo jej tu smakował. Gotowano  go z tych samych 

składników, co gdzie indziej, z warzyw, mięsa, buraków, i zaprawiano kwaśną śmietaną, ale 

smakował zawsze wyjątkowo. 

W  pokoju  znajdowało  się  łóżko,  krzesło  i  stół,  w  oknie  wisiały  zasłonki.  Nie  był 

urządzony  z  przepychem,  ale  za  to  dwie  osoby  mogły  się  w  nim  swobodnie  poruszać,  nie 

wpadając na siebie. 

Po jakimś czasie przyszedł zięć gospodarza z ogromną balią, a potem przez godzinę 

krążył między kuchnią a pokojem, nosząc ciepłą wodę. 

Antonii było go żal, kiedy wreszcie napełnił całą balię. Wcisnęła mu w rękę monetę, 

wyraźnie  dając  do  zrozumienia,  że  gospodarz  nie  może  się  o  tym  dowiedzieć.  Chłopak  nie 

wyglądał na takiego, który miał zamiar zaraz pochwalić się napiwkiem. 

Zamknęła drzwi na klucz, odgradzając się od reszty świata. 

- I co o tym myślisz? - spytała Anastasa. 

- Że znasz wielu dziwnych ludzi - odpowiedział. - Ale rozumiem, dlaczego wszyscy 

tak cię lubią. Jak on cię nazwał? Kwiatuszkiem stepowym? Bardzo ładne określenie. 

Pocałował Antonię. 

- Spodobałeś mu się. - Antonia spojrzała na niego z ukosa. - Hodowcy koni są tu w 

cenie. 

- Znał Grigorija? 

- Myślę, że tak. Antonia wymknęła się z ramion Anastasa. 

- Minęło tak wiele czasu, że być może już tego nie pamięta. A ja nie myślę mu o tym 

przypominać.  Nazwisko  Grigorija  przywołuje  w  tych  stronach  bolesne  wspomnienia.  To 

nazwisko zdrajcy... 

Zadrżała. 

Anastas zanurzył rękę w wodzie. 

- Jeżeli zamierzasz się wykąpać, mój kwiatuszku stepowy, powinnaś się pośpieszyć, 

zanim woda wystygnie... 

Skwapliwie podchwyciła ten pomysł, by zmienić temat. 

- Ja? - spytała niewinnie i pociągnęła Anastasa za chustkę na szyi. - A ty? Wskakuj do 

balii, przyjacielu. Nawet chłopaki od koni mają prawo być czyści! 

- Kąpiel? - spytał z niechęcią. - Nie tak dawno moczyłem się w Suchonie. Nie minęło 

więcej niż tydzień. To powinno wystarczyć o tej porze roku... 

Antonia roześmiała się. Rozpięła mu koszulę i spodnie i rozwiązała chustkę na szyi. 

background image

- Z resztą musisz poradzić sobie sam - rzuciła zaczepnie i zwinnie wymknęła mu się z 

rąk, kiedy chciał ją złapać. 

- Nie będę się kąpał w pojedynkę! Popatrzyła na niego dużymi brązowymi oczami. 

- Kto powiedział, że tak ma być? - spytała niewinnie. 

Usiadła na łóżku i zdjęła buty. 

- W takim razie - rzucił Anastas, szybko pozbywając się ubrania - na co czekamy? 

W kilku skokach znalazł się przy  Antonii. Zakręcił nią, gdy ciągle usiłowała uporać 

się z wiązaniami koszuli, porwał ją na ręce i zamierzał wrzucić do balii w spodniach, koszuli i 

całej reszcie. 

- Dokumenty, Anastas! - syknęła, wbijając mu pałce w ramię. - Nie upuść mnie! Pod 

koszulą mam dokumenty, głupcze! 

Posadził  Antonię  na  podłodze  i  spojrzał  na  nią  zbity  z  tropu.  Trwało  to  ułamek 

sekundy, po czym własnoręcznie ściągnął z niej koszulę razem z dokumentami i pomógł jej 

rozwiązać wszystkie węzły, które krępowały jej ciało. 

Potem zaniósł ją do balii i wspólnie zanurzyli się w wodzie. 

Kilka razy musieli przekładać ręce i nogi, by znaleźć dla nich dość miejsca. 

Zaśmiewali się przy tym do łez. Było im dobrze. Ciepła woda rozluźniła zesztywniałe 

mięśnie. 

Antonia siedziała między stopami Anastasa. Oparła łydki o jego uda. Ich ręce spotkały 

się na krawędzi. 

Było im dobrze. 

Anastas splótł palce z palcami Antonii. Nie mógł nasycić nią oczu. 

- Myślałaś o tym, co będzie dalej? - spytał. - Może to nie jest odpowiednie miejsce, ale 

muszę zapytać. Od tego zależy całe moje życie... 

- Oleg jest w Norwegii - powiedziała i odchyliła głowę do tyłu. Zanurzyła się głębiej, 

tak  że  mogła  oprzeć  kark  o  krawędź  balii.  -  Ma  tam  kobietę  i  nie  wróci  do  domu  przed 

wiosną. 

Wcześniej nie zdążyła Anastasowi o tym powiedzieć. 

-  Wiedziałaś  o  tym  cały  czas  od  chwili,  gdy  spotkałaś  Jewgienija?  -  spytał  z 

niedowierzaniem. - I ukrywałaś to przede mną? 

- Musiałam się zastanowić - odparła, broniąc się przed wymówkami. - Muszę zostać w 

Archangielsku do wiosny, Anastas. 

- Może Oleg nie będzie miał nic przeciwko temu, by stać się wolnym - rzekł Anastas z 

nadzieją w głosie. 

background image

- Ma z tą kobietą dziecko - mówiła dalej Antonia. - Wkrótce urodzi im się drugie... 

- Jesteś zazdrosna? - spytał nagle, przyglądając się badawczo jej twarzy. Antonia nie 

patrzyła na niego. Zamknęła oczy, lecz Anastas mimo to wiedział, co czuje. 

-  Nie  -  wyznała  wreszcie.  -  Lecz  jakoś  dziwnie  zakłuło  mnie  w  sercu.  Może  to 

zraniona duma? Ale chyba nie mam nawet prawa do zazdrości... 

- Do wiosny jeszcze daleko - zauważył Anastas. Antonia skinęła głową. 

- Daleko... Anastas przyglądał się Antonii, jedynej, której pragnął. 

Do wiosny zostało dużo czasu. 

Wiele miesięcy. 

Może  zdąży  sprawić,  by  zaszła  w  ciążę.  Wtedy  nie  pozostawi  jej  wyboru,  wtedy 

Antonia  będzie  jego.  Wtedy  otworzy  się  przed  nimi  przyszłość  -  z  zielonymi  łąkami  i 

ś

piewem końskich kopyt. 

- Nie myśl o tym dziś wieczorem! - poprosił. - Nie dziś w nocy. Teraz jesteśmy tylko 

my, Antoniu. Dziś w nocy nikt nie stanie między nami. 

Objął ją i przyciągnął do siebie. Całował jej szyję i ramiona. 

- Minęło dużo czasu, odkąd wyznałem, że cię kocham - uśmiechnął się. 

Odgarnął jej z czoła mokre włosy. Wyglądała teraz całkiem inaczej. 

Inaczej i pięknie. 

Woda  sprawiała,  że  zdawało  mu  się,  jakby  po  raz  pierwszy  dotykał  Antonię.  Ciała 

stały się ciepłe i śliskie. 

Bliskie. 

Anastas przyciągnął Antonię ku sobie i przytulił. 

- To dopiero początek - rzekł, kiedy nasyceni odsunęli się od siebie i ponownie zajęli 

kąpielą. 

Antonia czuła przyjemną ociężałość. 

Była szczęśliwa. 

Woda ostygła. 

Trzęśli się z zimna, kiedy do sucha wycierali ciała. Włożyli czyste ubrania. Długo na 

siebie patrzyli. 

Antonia miała na sobie niebieską spódnicę, wysokie buty, bluzkę z letnią łąką haftów i 

szal jeszcze bogaciej haftowany, który przewiązała w pasie, tak że zwisał w dół nad biodrem. 

Wykończony złotymi frędzlami połyskiwał przy każdym ruchu. 

-  Jesteś  cudna  -  rzekł  Anastas  z  nabożeństwem  w  głosie.  Okręcił  Antonię  wkoło.  - 

Zjem cię, a wtedy zawsze będę cię miał przy sobie! 

background image

Jego koszula nie różniła się wiele od bluzki Antonii - szeroka, biała i zdobiona haftem. 

Lecz  tam  gdzie  w  damskiej  bluzce  wycięcie  pod  szyją  było  szerokie  i  niemal  ukazywało 

ramiona, jego kołnierzyk, sterczący równiutko do góry, miał zdecydowanie męski krój. 

Antonia  kupiła  kilka  szali,  uwielbiała  je.  Anastas  wykradł  jeden  z  nich  na  pas  do 

niebieskich spodni. Owinął go i zawiązał. 

- Zapomniałaś wstążki Grigorija - zauważył, kiedy zamierzali zejść na dół, żeby zjeść 

obiecaną i zachwalaną zupę. 

Antonia potrząsnęła głową. 

- Nie zapomniałam - rzekła. 

Anastas przełknął. 

Rozwiązał  sznurek,  który  nosił  pod  szyją.  Rozplatał  go  i  położył  obok  krajki  do 

włosów od Grigorija sprzed wielu lat. 

Miłosny upominek ubogiego człowieka. 

- Kati nie żyje - rzekł. - Niepotrzebne mi takie wspomnienia. My, żywi, nie możemy 

pozwalać się wiązać umarłym. 

Antonia uśmiechnęła się. 

Jeszcze  mu  nie  powiedziała,  że  go  kocha,  lecz  Anastas  zdawał  się  czytać  to  w  jej 

oczach. 

Córka  Dmitrija  gotowała  dobry  barszcz.  Był  tak  gęsty,  że  łyżka  rzeczywiście  przez 

chwilę w nim stała, zanim powoli nie opadła na brzeg wazy. 

Gospodarz  był  zadowolony,  że  gościom  smakuje  posiłek.  Zamierzał  szczodrze 

poczęstować ich wódką, ale nie obraził się, kiedy podziękowali. 

-  Nie  zamierzam  przespać  dzisiejszej  nocy  -  wyjaśnił  Anastas  jak  mężczyzna 

mężczyźnie.  -  I  tak  trudno  będzie  nie  zasnąć  po  tak  dużej  ilości  dobrego  jedzenia!  Jeśli 

jeszcze popiję je wódką, rozczaruję Antonię! 

-  Nie,  tak  nie  może  być!  -  zgodził  się  z  nim  gospodarz.  -  Nasz  stepowy  kwiatuszek 

musi dostać wszystko co najlepsze! 

Roześmiał się w głos. 

To  był  długi  wieczór.  Opowiadano  historie,  niektóre  prawdziwe,  inne  całkiem 

nieprawdopodobne, śpiewano pieśni zdolne z kamienia wycisnąć łzy, jedzono i pito. 

Pojawiło się więcej znajomych Antonii lub znajomych jej ojca. 

I w gospodzie Dmitrija Borysewicza w Wielikim Ustiugu stwierdzono raz na zawsze, 

ż

e Antonia zasłużyła na mężczyznę kochającego konie. 

Anastas uzyskał ich pełną aprobatę. 

background image

Anastas i Antonia rozmawiali pół nocy. Usnęli, obejmując się nawzajem. Obudzili się, 

wciąż objęci. Cicho kochali się o świcie. 

Anastas wpatrywał się w nowy dzień. 

- Nie popłynę z tobą do Archangielska - rzekł. Antonia uniosła się na łokciu. 

- Musisz mieć czas na znalezienie odpowiedzi, której szukasz - wyjaśnił. - Wiem, że 

mógłbym  cię  przekonać  do  tego,  czego  sam  chcę...  -  uśmiechnął  się  szeroko  -  ale  to  nie 

byłoby właściwe. Musisz zdecydować sama. 

- Co chcesz robić? 

- Zostanę tutaj - odparł. - Może Dmitrij zna kogoś, kto potrzebuje chłopaka do koni, 

takiego jak ja. - Wciągnął powietrze. - Będę tutaj na ciebie czekał do następnego lata. Jeżeli 

do tego czasu się nie pojawisz, spalę papiery i wyjadę. 

Antonia rozumiała. 

- Kocham cię - rzekł Anastas. - Chciałbym wiedzieć, jeśli urodzisz moje dziecko. Ale 

nie wracaj do mnie tylko dlatego, by dać dziecku ojca. Jeżeli przyjedziesz, to po to, żeby się 

ze mną zestarzeć. 

Skinęła głową. 

Wtuliła się w jego ramiona, czując, jak bardzo kocha tego chłopaka. 

Jewgienij nie wydawał się nawet zaskoczony, kiedy przyszła sama. Nie  rzekł na ten 

temat ani słowa. Pozostawił jej trochę czasu, by mogła przywyknąć do nowej sytuacji. 

Antonia stała na pokładzie i patrzyła, jak Suchona zlewa się z Dwiną. Widziała przed 

sobą Dwinę. 

Drogę do domu.