background image

BENTE PEDERSEN

POD OBCYM NIEBEM

background image

1

Wszystko się skończyło. Wszystko.

Wszystko   przepadło   w   chwili,   w   której   Mikkal   wydał   ostatnie   tchnienie   w   jej 

ramionach.

Wokół tej chwili krążyła każda myśl Raiji.

To koniec.

Tamta kula jej była przeznaczona, ją powinna trafić. Gdyby tak się stało, ominąłby ją 

wielki ból. Nie zostałaby skazana na życie, które straciło już sens.

Szczęście...

Każdą sekundę życia Raiji przenikała nadzieja na szczęście. Każdy kolejny oddech brała 

z przekonaniem, że nie czyni tego nadaremnie. Elle obiecała to kiedyś szczupłej dziewczynce. 

Na dziecięcej wówczas dłoni dojrzała szczęście, o które Raija miała zawzięcie walczyć.

Niebo świadkiem, iż walczyła. Zawzięcie.

A jej szczęściu było na imię Mikkal. Teraz Mikkal nie żyje. Tylko żyjący mogą być 

szczęśliwi.

Wszystkie   łzy,   tęsknoty   i   marzenia   okazały   się   nadaremne.   A   przecież   od 

najwcześniejszej młodości płakała, tęskniła i marzyła. O Mikkalu.

Wierzyła, że mają przed sobą wspólną przyszłość, i oczekiwała jej.

Wszystkie   nadzieje   Raiji   wiązały   się   z   ową   przepowiednią,   która   była   jednym   ze 

wspomnień z dzieciństwa.

Wydawało   jej   się,   że   ma   prawo   oczekiwać   spełnienia   tej   mglistej   obietnicy 

wypowiedzianej ustami starej kobiety.

Wydawało jej się, że ma prawo do szczęścia. Jeśli ktokolwiek ma prawo do szczęścia, to 

właśnie ona.

A tymczasem wszystko przepadło.

Wszystko przepadło w mgnieniu oka, w chwili gdy Mikkal zginął od kuli mordercy na 

zaśnieżonym targowisku pośród pokrzywionych przez wiatry straganów.

Bezsensowny koniec życia.

Przerażająco bezsensowny koniec życia Mikkala.

Koniec jej życia.

Trudno to było wytłumaczyć Jewgienijowi.

- Jeśli tego nie rozumiesz - mówiła mu Raija - to znaczy, że nigdy nie kochałeś.

Wciąż miała zapłakane oczy. Odbili od brzegu już trzy dni temu, a ona bez przerwy 

background image

płakała.

Podążali na wschód. Po raz kolejny. Raija była pewna, że tym razem dotrze do celu. Nie 

zamierzała znów stać samotnie na nagim wybrzeżu i patrzeć na znikającą na horyzoncie szkutę.

Nadeszła pora, by udać się w tę podróż. Raija postanowiła uciec z Ruiji. Uciec przed 

władzą państwową i przed człowiekiem, który pragnął jej śmierci.

Opuściła   kraj,   który   obdarował   ją   prawie   wszystkim,   by   później   odebrać   to,   co 

najważniejsze.

Wolność mogła odzyskać tylko w kraju nieskończenie wielkim. I bardziej obcym niż 

można to sobie wyobrazić.

W Rosji.

Przyszłość Raiji zależała od Jewgienija. Nie znała nikogo innego. Tylko z nim mogła 

porozmawiać.

Ale Jewgienij nie potrafił jej zrozumieć.

- Chciałbym, żebyś się wreszcie wypłakała, wyżaliła i zostawiła to wszystko za sobą. 

Raz na zawsze.. Krzycz. Wściekaj się. Wyrzuć to z siebie, Raiju. Nie ma sensu, byś skazywała 

się na śmierć za życia. Dla niego nie ma to żadnego znaczenia. On umarł. I nie przywrócisz mu 

życia, niszcząc własną przyszłość.

- Jesteś największym barbarzyńcą, jakiego kiedykolwiek spotkałam - mruknęła Raija. 

Było to jedno z ulubionych słów Aleksieja. Raija kolekcjonowała różne słowa. Przyswajała je 

po to, by ich używać. Nawet w takiej chwili potrafiła odnaleźć właściwy zwrot.

- Nie jestem większym barbarzyńcą niż ty, moja droga. Widzę tylko, że sama sobie 

szkodzisz. Jeśli twoje życie już się skończyło, to dlaczego uciekasz? - zapytał wyzywająco. - 

Dlaczego   wsiadłaś   na pokład mojego  statku, jeśli  naprawdę masz  dość życia?  Nie  byłoby 

prościej zostać tam i pozwolić, by cię zabili? Zdaje się, że znalazłaś się tu całkiem dobrowolnie. 

Reijo nie przyprowadził cię siłą. Coś trzyma cię przy życiu, Raiju. A więc w twoim zachowaniu 

jest trochę obłudy. Żałoba jest rzeczą ludzką. Pozwolę ci go opłakiwać. Ale nie mów mi, że 

twoje życie się skończyło tylko dlatego, że on umarł.

- Kochałam go - powiedziała Raija buńczucznie. - Kochałam go bardziej, niż możesz 

sobie   wyobrazić.   Do   szaleństwa.   Tego   nie   da   się   z   niczym   porównać.   Z   żadnym   innym 

uczuciem. On był sensem mojego życia. On był moim życiem, Jewgienij.

Jewgienij słuchał uważnie. Był to przystojny mężczyzna o melancholijnym spojrzeniu 

brązowych oczu, z blizną na brodzie, która uwydatniała się wówczas, gdy zagryzał zęby z bólu.

Raija wcale tego nie zauważyła. Była całkiem zaślepiona własnym nieszczęściem. Na 

Jewgienija Dymitrowicza Bykowa nie zwracała uwagi i on świetnie o tym wiedział.

background image

-   Żaden   człowiek   nie   może  być   życiem   kogoś   innego,   Raiju  -  tłumaczył   Rosjanin 

łagodnie swym głębokim głosem. - Nie wolno nikogo kochać w ten sposób. Nie wolno żyć 

wyłącznie życiem tego drugiego. Traci się wówczas własne, policzone przecież godziny i dni... 

- Jewgienij mówił długo i miał nadzieję, że Raija nie słyszy tej dziwnej nuty w jego głosie. 

Mówił bowiem tyleż do niej, co i do siebie. Słowa te w równym stopniu dotyczyły tego, co sam 

robił ze swoim życiem, z przypisanym sobie czasem.

- Życie, moja droga, to nie to, o czym marzysz. Nie to, czego pragniesz, by się zdarzyło 

jutro czy w przyszłym roku. Albo za dziesięć lat. Życie to nie to, co może się wydarzyć, jeśli 

tylko... Życie jest tu i teraz. Na przekór wszystkim twoim „jeśli” i „może”, które nigdy się nie 

spełnią. Życie toczy się niezależnie od twoich marzeń. Niezależnie od twoich tęsknot. I takie 

właśnie jest: pełne goryczy. Ale twoje. Masz je we własnych rękach w każdej chwili. Życie nie 

zacznie się z dniem jutrzejszym, choć wierzysz, że on będzie jaśniejszy. Powtarzam: życie jest 

tu i teraz. I dopiero wtedy, gdy to rozumiesz, zaczynasz naprawdę żyć.

Raija   milczała.   Jewgienij   wiedział,   że   ona   nie   może   się   pogodzić   z  jego   słowami. 

Jeszcze nie teraz.

Ale powiedział jej prawdę. Prawdę, której sam nie potrafił udźwignąć.

Rosjanin był takim samym marzycielem jak Raija. Strumień życia płynął obok niego jak 

fala przypływu, jak fale, które obmywały burty jego statku.

Miał zamiar zacząć żyć zgodnie z tą prawdą. W teraźniejszości.  Postanowił  jednak 

poczekać, aż i Raija to pojmie. Na razie karmił się marzeniami i bolesnymi tęsknotami.

Raija tego jednak nie dostrzegała.

- Jesteś zbyt młoda, by pozwolić, aby ból zawładnął twoim życiem.

- Czy to zależy od wieku? - zapytała.

- Spójrz w przyszłość! - wykrzyknął.

- Widzę mrok. Przede mną jest tylko mrok, Jewgienij! - Raija zamrugała powiekami i na 

chwilę wróciła do teraźniejszości, muskając swą drobną dłonią ogorzały, wysmagany wiatrem 

policzek mężczyzny siedzącego koło niej. Jewgienij był przystojny. Nigdy dotąd nie myślała o 

nim w ten sposób, ale w tej chwili przyszło jej do głowy, że to słowo nad wyraz do niego 

pasuje.

- Wiem, że robisz dla mnie, co możesz, mój drogi przyjacielu - ciągnęła. - Wiem, że 

pragniesz mojego dobra, ale zdaje się, że nikt nie może mnie uleczyć. Wcale nie chcę tonąć we 

łzach. Wcale tego nie chcę. Niczego nie gram. Wolałabym umieć znosić cierpienie z większą 

godnością.   On   zresztą   najprawdopodobniej   życzyłby   sobie   tego...   -   głos   Raiji   zadrżał 

niebezpiecznie. Z trudem przełykała ślinę, ocierając łzy z oczu. - Nie potrafię wymówić jego 

background image

imienia, Jewgienij. Ono wzbiera we mnie jak wiosenna powódź. Ale nie potrafię go wymówić. 

Nie potrafię znieść tej pustki z godnością.

Jewgienij chwycił się mocno krawędzi stołu. Odwrócił się do niej plecami.

Zapadła ciężka cisza. Raija podniosła oczy, by spojrzeć na Rosjanina, by spojrzeć na 

jego szerokie plecy skryte pod cieniutką koszulą. Koszula była tak bardzo znoszona, że bez 

trudu można było zobaczyć mięśnie pracujące pod tkaniną. Jewgienij pochylił głowę. Raija 

słyszała jego ciężki, przyspieszony oddech. Rwący się oddech cierpiącego człowieka.

Na kark spływały mu długie, wijące się włosy. Właśnie to spostrzegła Raija. Spostrzegła 

to, co nie miało żadnego znaczenia.

- Mówisz o miłości, Raiju - powiedział Jewgienij po chwili. Wyprostował silne ramiona 

oparte o stół, tak jakby chciał przepchnąć go przez ścianę. - Musisz wiedzieć, że nie ty jedna 

kochałaś. Cały świat cierpi na tę samą chorobę. Mówisz, że kochałaś do szaleństwa. Że nie 

potrafisz tego wyrazić. Obawiam się, że to również nic niezwykłego. - Jego oddech wciąż był 

przyspieszony. - Nie mówiłem ci jeszcze o tym. Nie rozmawiałem o tym z nikim. Nawet z 

Aleksiejem, choć w owym czasie był mi bardzo bliski. Gdybym cokolwiek zdradził, byłoby mu 

to ciężarem. Musiałem dźwigać to sam.

Jewgienij obrócił się gwałtownie. Spojrzał na Raiję płonącymi oczami.

- Ja również kochałem do szaleństwa. Byłem gotów umrzeć dla niej. W wyobraźni 

namalowałem już całe swoje życie, a ona była na każdym obrazie. Patrzyłem w przyszłość, 

tylko   w   przyszłość.   Widziałem   szczęście,   śmiech   i   miłość.   Widziałem   pięcioro,   sześcioro 

dzieci, widziałem ją...

W Raiji ożyło jakieś na poły zatarte wspomnienie. Aleksiej mówił jej kiedyś o tym. 

Dawno, dawno temu. Z pewnością już to kiedyś słyszała.

- Ona umarła - powiedział Jewgienij. - Umarła, a moje życie się skończyło. Tak mi się 

wydawało. Ja również chciałem umrzeć. Nie pamiętam nawet, ile razy przykładałem nóż do 

przegubu. Upijałem się do nieprzytomności co najmniej tyle samo razy. Sądziłem, że to jest 

jakieś rozwiązanie. Że po pijanemu łatwiej mi będzie skończyć ze sobą... Jewgienij pokręcił 

głową.

- Ale to nie było żadne rozwiązanie. Nic mi się nie układało aż do chwili, w której 

zdołałem na nowo podnieść głowę. Dopóki nie nauczyłem się patrzeć życiu prosto w oczy. 

Dopóki nie nauczyłem się żyć z godnością.

- Ona miała na imię Walda, prawda? - zapytała cichutko Raija.

Jewgienij zmarszczył brwi.

- Aleksiej ci o tym opowiadał? - zdziwił się. Raija skinęła głową.

background image

- Miał poczucie, że to była jego wina - dodała. Jewgienij wykrzywił się nieco.

- To nie ułatwiło mi sprawy, prawda? Ona była nim zafascynowana, a ja nie mogłem na 

to patrzeć. Wydawało mi się jednak, że to przejdzie. Wszystkie kobiety zachowywały się tak 

samo na początku znajomości z Aleksiejem. Był zbyt przystojny. Ale jej nie przeszło. I nie 

zdołała tego znieść. Wybrała więc śmierć. Straciłem kobietę, która miała zostać moją żoną, i 

niewiele brakowało, a straciłbym brata, który z upodobaniem nurzał się we własnym poczuciu 

winy. Nie było już miejsca dla mnie i dla mojego bólu. Ja także kochałem, Raiju. Kochałem i 

cierpiałem. - Jewgienij uśmiechnął się blado. - Wówczas miałem niewiele więcej lat niż ty 

dzisiaj.

- A teraz? - zagadnęła Raija. - Wcale nie jesteś taki stary, Jewgienij.

- Mam trzydzieści pięć lat, czy to niemało? A może trzydzieści sześć. Nie liczyłem 

dokładnie. Ale tragiczna miłość nie oznacza wcale, że nie można pokochać jeszcze raz. Życie 

toczy się dalej.

- Ale ty wciąż jesteś sam - przypomniała mu Raija, zmęczona już jego pouczeniami.

- Tak, jestem sam - przyznał ze smutkiem, a w jego przepastnych brunatnych oczach 

błysnął dziwny płomień. - Ale żyję. I znowu kocham. Nie chciałbym jednak o tym mówić. Nie 

teraz.

Raija skinęła głową. Wcale nie była ciekawa jego zwierzeń. Nawet przez chwilę nie 

zastanawiała się, dla kogo bije serce Jewgienija. Obchodził ją tylko jej własny ból.

A poza tym przecież to tylko słowa.

Kochać... miłość...

Wcale nie wiadomo, czy ona i Jewgienij  mieli to samo na myśli, wypowiadając te 

słowa. Raija wiedziała doskonale, że sama używała tych określeń wiele razy - nie tylko w 

stosunku do Mikkala. I nigdy nie kłamała. Zawsze chodziło o pewien rodzaj miłości. Przynaj-

mniej częściowo. Zawsze chodziło o związek, w który angażowała swoje serce.

Owo uczucie przypominało wątły kwiatek, gdy tak młodo wychodziła za mąż za Karla. 

Oboje, choć bardzo różni, po omacku zbudowali wówczas coś w rodzaju wspólnoty. Związek 

pełen   ciepła.   Łączyło   ich   coś,   co   wcale   nie   było   brzydkie.   Nawet   dziś   z   rozczuleniem 

wspominała tego bladego młodzieńca, który był jej pierwszym mężem.

Cień prawdziwie wielkiego uczucia pojawił się między Raiją a Aleksiejem, młodszym 

bratem   Jewgienija.   Aleksiej   był   bez   wątpienia   najprzystojniejszym   mężczyzną,   jakiego 

kiedykolwiek spotkała. Za sprawą jakiegoś błogosławieństwa albo przekleństwa oboje mieli w 

sobie dar przyciągania innych ludzi - i właśnie to ich połączyło. Ów niezwykły dar rzadko 

kiedy przynosił szczęście innym. Nie przyniósł też wielkiego szczęścia żadnemu z tych dwojga. 

background image

Raija   zapatrzyła   się   w   czarną   pustkę,   którą   nazwała   przyszłością.   Aleksiej   pozwolił,   by 

zawładnęło nim szaleństwo, i zginął w tragicznym wypadku. Przekroczył granice nicości w 

czasie   bójki   z   Jewgienijem.   Zarówno   Raija,   jak   i   Jewgienij   dręczyli   się   poczuciem   winy. 

Łączyła ich tylko piękna przyjaźń, ale Aleksiej podejrzewał, że chodzi o coś więcej. A przecież 

Raija miała wyruszyć z Aleksiejem do Rosji, tak daleko zaszły sprawy między nimi. I nie były 

to tylko czcze słowa. Mimo wszystko Raija wiedziała dobrze, że w tym związku nie chodziło o 

prawdziwie wielką miłość.

Za sprawą ironii losu zmuszona była ruszyć na wschód z Jewgienijem. Miało to w sobie 

szczyptę goryczy, której Raija wolała na razie nie smakować.

Dobrze, że ona i Jewgienij są tylko przyjaciółmi...

Raija skierowała swe myśli ku trzem następnym mężczyznom, którzy zakradli się do jej 

serca.

Aleksanteri.   Dziki,   niepochwytny   Santeri,   który   potrafił   stopić   jej   serce   tak,   jak 

pierwsze promienie wiosennego słońca topią zimowe śniegi. Pełen pożądania, pełen tęsknoty. 

Ale z tego wszystkiego zostało mniej więcej tyle, co z zimowego śniegu. Słodka pustka. Coś w 

rodzaju przyjaźni. Najbardziej płynnej z możliwych. Czy można ją nazwać miłością? Raija nie 

była tego pewna. Ale ceniła to piękne doświadczenie. Chwile nasycone słońcem.

Santeri  był  niczym wiosenny wiatr,  który porywał  jej  serce.  Dlatego,  że zjawił   się 

wiosną, dlatego, że był równie nieobliczalny jak wiatr.

Petri.   Skała.   I   jak   skała   niewzruszony.   W   jego   oczach   odbijały   się   wody   Zatoki 

Botnickiej, jego dłonie dotykały złocistych zbóż z Tornedalen, a jego ciało wiło się z głodu, gdy 

mróz niszczył uprawy. Pochodził z tej samej ziemi, co i Raija. Patrzył na ten sam skrawek 

nieba. W jego żyłach płynęła ta sama krew. Gdyby nie było Mikkala, gdyby Mikkal się nigdy 

nie narodził, wówczas Raija mogłaby przeżyć życie z Petrim i wierzyć, że na tym polega 

szczęście. Sądzić, że to właśnie jest miłość.

Jeszcze Reijo...

Dobry, drogi Reijo. Ten, który ciągle trwał przy niej. I nigdy jej nie zdradził. Ten, który 

uwielbiał ją z młodzieńczą konsekwencją, który dał jej czułość i ciepło, który ofiarował swoje 

życie. Choć kochał ją inaczej...

Reijo był jej jedynym prawdziwym przyjacielem. Jedynym prawdziwym przyjacielem, 

który   w   razie   potrzeby   zawsze   stał   u   jej   boku.   Raija   początkowo   sądziła,   że   ta   część 

przepowiedni starej Elle dotyczyła Mikkala, ale potem zrozumiała, że nie chodziło o niego, 

tylko o Reijo.

Raija wiedziała, że Reijo gotów byłby oddać za nią życie, i wydawało jej się, że ona 

background image

zrobiłaby dla niego to samo. Taką postać przybrało ich uczucie.  Raija kochała go - za tę 

przyjaźń. Za jego wierność, za to, że nigdy jej nie zdradził, za jego cudowny charakter, który 

czynił z Reijo jednego z najwspanialszych ludzi, jakich znała. Za to, że był sobą. Ale nie miało 

to   nic   wspólnego   z   uczuciem,   które   łączyło   ją   z   Mikkalem.   Między   nią   a   Mikkalem   był 

spieniony ocean namiętności. I choć Raija nie przepadała za morzem, nie potrafiła znaleźć 

lepszego porównania.

Ocean albo niebo.

Uczucie, które się zrodziło między nią a Mikkalem, nie miało żadnych granic. Było 

równie nieskończone jak ocean czy niebo.

Gotujące się do burzy niebo pomieściłoby zaledwie cząstkę tego, co Raija przeżyła.

Ani czas, ani odległość nie zdołały ich rozdzielić. Myśl potrafiła pokonać ograniczenia 

ciał. Każde z nich było w stanie dotrzeć do tego drugiego, choćby nawet w rzeczywistości nie 

mogli się dotknąć. Ich miłość unieważniła wszelkie ziemskie przeszkody.

Tego uczucia nie można z niczym porównać.

Raija nie sądziła, by inni ludzie doświadczali tak wielkiej i głębokiej miłości. Wydawało 

jej się, że tylko ona i Mikkal przeżyli coś takiego. Gdyby to dotyczyło wszystkich, zwykli 

ludzie   nie   mogliby   znieść   miłości.   Było   w   niej   bowiem   tyle   samo   cierpienia,   co   i 

wszechogarniającej radości. A może cierpienia więcej. Płacili drogo za każdą radosną chwilę, 

ale każda z nich była warta tej ceny.

Raija rozumiała, że ten ostatni ból również został wliczony w cenę. W bardzo wysoką 

cenę...

Ale   nawet   teraz   nie  pozwoliłaby   sobie   tego  odebrać.  Jeśli   tyle   miała  kosztować  ta 

miłość, to Raija była gotowa płacić za nią każdą gorzką minutą swego życia.

To właśnie miała na myśli, mówiąc „miłość”. Mówiąc o kochaniu.

Niemożliwe, by Jewgienij rozumiał tak samo te słowa. Raija nie mogła w to uwierzyć. 

To, co połączyło ją i Mikkala, nie mogło się przydarzyć nikomu innemu. Było wyjątkowe.

I nigdy się już nie powtórzy. Raija dobrze znała ból, który był ceną takiej miłości.

Gdy Raija po raz pierwszy weszła na pokład „Sankt Nikołaja”, nie mogła opanować 

ciekawości. Obejrzała dokładnie każdy kąt, do którego udało jej się dostać. Oglądała wszystko, 

pozwalała   sobie   zaimponować,   pozwoliła   się   nawet   przestraszyć   i   rozzłościć.   Z   wielkim 

respektem myślała o tym, że ten niezgrabny, niezbyt urodziwy stateczek potrafił odbyć tak 

długą podróż z ogromnego kraju na wschodzie aż do najdalszych przystani rybackich w głębi 

pięknych fiordów w północnej Norwegii. Rosyjskie szkuty były nie tyle pięknymi damami 

morza, co jego wiernymi służebnicami. Tak przynajmniej sądziła Raija. Rzetelnie wykonywały 

background image

swoje zadania.

Raija wiedziała też, jak ważną rolę odgrywają rosyjskie statki w życiu mieszkańców 

wybrzeża Ruiji. Z własnego doświadczenia znała kłopoty z utrzymaniem rodziny. Pamiętała, 

jak wytrwale muszą oszczędzać ubodzy, by móc płacić podatki i spłacać swe długi, które jakoś 

nigdy się nie zmniejszały.

Prości ludzie wiecznie byli coś winni wielkim panom. A to pieniądze, a to dziesięcinę, a 

to własną duszę...

Dlatego traktowali Rosjan jak dar niebios. Nie znali niczego piękniejszego niż widok 

niezgrabnych rosyjskich żaglowców na morskich falach. Mąka była dla nich zbyt droga. Ziarno 

też kosztowało zbyt wiele. Tylko handel z Rosjanami ratował biedaków. Przybysze ze wschodu 

chętnie zamieniali towar na towar. A przy tym nie byli drobiazgowi, nawet jeśli trafiała się im 

trochę nadpsuta ryba.

Ludzie ze wschodu obchodzili tyle świąt, podczas których nie mogli jeść mięsa, że 

zapotrzebowanie na rybę było ogromne. Niezależnie od jakości.

Raija dobrze o tym wszystkim wiedziała.

Zobaczyła jednak również rzeczy, od których cierpła jej skóra. Bo czuła się bezsilna.

Marynarze żyli w fatalnych warunkach. Mieli do dyspozycji tylko jedną wspólną kajutę, 

a w niej niewiele miejsca. Mniej niż potrzebowali. Raija widywała w swym życiu zwierzęta 

traktowane lepiej niż ci marynarze. Widok mężczyzn śpiących na zmianę rozdziera! jej serce. 

Ich ubrania były w opłakanym stanie. Chyba że wybierali się na ląd. Wówczas zakładali strój 

odświętny. Jedyny, jaki posiadali.

Odżywiali się kiepsko, rybą i żytnim chlebem. Gotowali na pokładzie. Raija zawsze 

zastanawiała się, jakim cudem przetrzymują tak trudne podróże. Jak mogą tak pracować o takim 

pożywieniu. Nie było to jedzenie, od którego ciężko pracujący człowiek mógłby nabrać sił.

Zarabiali niewiele. To zależało zresztą od kapitana. Jewgienij nie był pod tym względem 

najgorszy. Miał zbyt miękkie serce, w każdym ze swych marynarzy widział  człowieka.  A 

jednak ich zarobki nie były wysokie. Raija zapytała Jewgienija, dlaczego ci ludzie godzą się na 

takie warunki. Jewgienij popatrzył na nią trochę dłużej. W jego spojrzeniu pojawił się cień 

melancholii. Odpowiedział jej bardzo cicho, jakby miał nieczyste sumienie:

- W moim kraju żyje bardzo wielu ludzi, Raiju. Gdyby ci chłopcy nie zgodzili się na 

takie warunki, znalazłoby się mnóstwo innych chętnych. Zawsze jest ktoś, kto głoduje jeszcze 

bardziej niż ty...

Raija doświadczyła tego na własnej skórze. Miała przy tym świadomość, że w Rosji 

również   niewiele   się   zmieniło.   Tam   także   nigdy   nie   zabraknie   biedaków.   Ludzi,   którzy 

background image

potrzebują chleba.

Różnica pomiędzy dobrze, a nawet przesadnie dostatnio wyposażoną kajutą kapitana a 

ciemną i ciasną norą zwykłych marynarzy zawsze będzie uderzająca.

Raija   nie   była   tym   zachwycona.   Ale   jej   własny   żal,   jej   własny   przejmujący   ból 

wygrywał ze współczuciem dla innych.

Pogodziła się więc z tym, co powiedział Jewgienij. Uspokoiła ją myśl, że tak już musi 

być. Że taki już jest ten świat. Że zawsze znajdzie się ktoś głodniejszy niż ty...

Jej ciało pokryło się gęsią skórką na samą myśl o jedzeniu. Nie jadła jeszcze obiadu. Na 

sam widok ryby, choć z pewnością była przyrządzona lepiej niż ta, którą jedli marynarze, 

dostała torsji. Do tej pory ogarniały ją mdłości, ledwo pomyślała o jedzeniu.

Powinna była wiedzieć, że choroba morska nie przechodzi tak łatwo!

Raija zachwiała się. Jewgienij przyskoczył do niej w mgnieniu oka. Delikatne ręce 

objęły jej talię. Rosjanin podparł ją, podtrzymując za łokieć.

- Źle się czujesz? - zapytał. W jego głosie słychać było niepokój. Mówił jak człowiek 

zatroskany, ale zarazem bardzo zdecydowany. - Mówiłem ci już, że powinnaś jeść - ciągnął 

prawie   rozkazującym   tonem.   -  To   wszystko   z  głodu.   Nie   zwalczysz   żadnej   choroby,   jeśli 

będziesz żyć tylko o wodzie. Jesteś chuda jak szczapa i nie życzę sobie, byś jeszcze chudła. 

Rozumiesz?

Raija skinęła głową. Znów poczuła mdłości. Skuliła się w sobie i osłoniła usta. Gdy 

próbowała powstrzymać się od wymiotów, miała takie wrażenie, jakby jej klatkę piersiową i 

żołądek wypełniły kamienie. Do gardła podeszła fala letniego płynu. Obrzydliwego płynu. W 

uszach jej szumiało, gdy zbliżał się kolejny atak torsji.

- Jewgienij, pomóż mi wyjść na pokład - wydusiła Raija.

Jewgienij trochę ciągnął ją za sobą, trochę zaś niósł. Gdy już wydostali się na pokład, 

oparł Raiję o burtę, wciąż ją podtrzymując. Pochylona Raija czuła, jak gładkie drewno uciska 

jej przeponę, i wymiotowała tak długo, aż w ustach pozostał już tylko nieprzyjemny smak. 

Dopiero wtedy otworzyła oczy i popatrzyła na szarozieloną wodę pokrytą żółtobiałą pianą. 

Zdawało jej się, że sama jest równie zielona jak ta woda.

Wciągała łapczywie powietrze. Jednocześnie grzbietem dłoni osuszyła oczy.

- Gdybyś jadła cokolwiek, nie chwytałyby cię takie mdłości - powiedział Jewgienij z 

łagodnością   starszego   brata.   W   kąciku   jego   ust   czaił   się   uśmiech,   choć   Rosjanin   dobrze 

wiedział, jak źle Raija znosi podróż. Jako rasowy wilk morski nie mógł się jednak powstrzymać 

od uśmiechu, gdy widział ludzi karmiących ryby w ten sposób.

- Gdybym cokolwiek zjadła - odparła z trudem Raija - wymiotowałabym jeszcze więcej. 

background image

Trwałoby to dłużej. Czułabym się gorzej.

Jewgienij pokręcił głową. Miał ochotę pogłaskać ją po włosach rozwianych przez wiatr, 

ale zrezygnował. Z zadowoleniem skonstatował, że panuje nad sobą. Ze wciąż jeszcze się 

kontroluje.   Że   potrafi   okiełznać   swoją   namiętność.   Dzięki   temu   czuł   się   silniejszym   i 

dumniejszym mężczyzną.

- Nie chcesz się niczego nauczyć, Raiju. Dziś wieczorem zatroszczę się osobiście, byś 

coś zjadła. Choćbym nawet miał ci siedzieć na głowie.

Raija wyobraziła sobie przez moment taką scenę i prawie się uśmiechnęła.

- Będę ci siedział na głowie i opowiadał o rosyjskich » carach.

- Nie dziś - mruknęła. W jej głosie pojawiła się nutka ożywienia. Pierwsza od chwili, w 

której Reijo wprowadził ją na pokład. - Nie o carach. Dziś zaczniesz mnie uczyć twojego 

języka, Jewgienij. Spędzę w twoim kraju ładnych parę miesięcy. Czułabym się beznadziejnie, 

gdyby przez ten czas nikt mnie nie rozumiał i gdybym ja nikogo nie rozumiała. Szybko się 

uczę. Wystarczy krótka lekcja codziennie podczas podróży na wschód. I parę lekcji na miejscu, 

o ile znajdziesz dla mnie czas. Nauczę się twojego języka, Jewgienij.

Rosjanin poczuł, jak ogarnia go fala niewytłumaczalnej radości.  Miał ochotę wziąć 

Raiję w ramiona i puścić się w tany po pokładzie. Ale ona była w żałobie. A i jemu, kapitanowi, 

nie wypadało robić takich rzeczy na oczach załogi.

Jewgienij wyprostował się. Spojrzał jej prosto w oczy.

- To wielki honor dla mnie, Raiju. Będziesz mówiła po rosyjsku jak rodowita Rosjanka.

Jewgienij nie przypuszczał nawet, że to iście prorocze słowa.

background image

2

Reijo szybko się zorientował, że podjął się zadania z góry skazanego na niepowodzenie. 

Troje dorosłych, pięcioro dzieci i ciało Mikkala. Podróżowali jak Lapończycy, przygotowani na 

wszelkie niespodzianki natury, ale i tak nie szło im najlepiej.

Przed  sobą  mieli   najzimniejszą  porę   roku.   Aleksanteri   wcale   nie  był   tak  silny,   jak 

twierdził.   Podczas   podróży   na   północ   mróz   niemal   odebrał   mu   życie.   Nabawił   się   wielu 

odmrożeń. Reijo wiedział doskonale, że odmrożenia lubią się odnawiać, gdy tylko nadarza się 

okazja.

Sam był przyzwyczajony do mrozu. Nie przejmował się pogodą. Podczas wielu zim 

spędzonych na połowach czy na wędrówkach przekonał się, ile może wytrzymać. Nauczył się 

troszczyć o siebie i szanować siły przyrody. Potrafił przewidzieć niepogodę. Potrafił czytać w 

księdze natury.

Podróżowali razem z innymi wędrowcami, wmieszali się w wielką gromadę, co dało im 

poczucie   bezpieczeństwa.   Jemu,   Santeriemu,   Mattiemu,   którego   zaliczył   już   do   dorosłych, 

Elise, Mai, Knutowi, Idzie i Ailo.

Gromada topniała jednak, w miarę jak posuwali się na wschód. Tu trzeba było dobrze 

znać   kierunek   wędrówki,   bo   wiatr   od   morza,   którego   zresztą   wcale   nie   było   widać,   starł 

wszystkie ślady z puszystego śniegu, pokrywającego lodową skorupę.

W tej śnieżnej krainie, w której wszystko wyglądało podobnie, łatwo było zbłądzić. 

Reijo nie znał tej okolicy zbyt dobrze. Dlatego powoli ogarniał go strach.

Tym   razem   nie   mógł   sobie   pozwolić   na   pomyłkę.   Nadciągała   mroczna   pora   roku, 

zbliżała się noc polarna i nie wolno im było zmitrężyć ani chwili. Reijo nie mógł odstąpić od 

planu, bo przecież musieli uciekać. Powinien jednak przede wszystkim mieć wzgląd na dzieci. 

Nie miał zamiaru narażać ich zdrowia, choć wiedział, że nie będzie to łatwe.

Rozłożyli   obozowisko,   by   nieco   odpocząć.   Zafundowali   sobie   dwa   dni   słodkiego 

lenistwa. Od dwóch dni się nie posunęli, choć Reijo wiedział, że szkoda takiej pogody na 

odpoczynek. Miał świadomość, że nadejdą dni o wiele gorsze, kiedy będą musieli wędrować 

bez względu na pogodę. Nie mogli sobie pozwolić na taką stratę czasu. Ale dzieci były u kresu 

sił.   Podobnie   zresztą   jak   Santeri.   Santeri   marzł   tak   szybko.   Zamieniał   się   w   roztrzęsiony 

tłumoczek, który sam potrzebował opieki, zamiast ofiarować ją innym.

Dlatego Reijo zadecydował, że odpoczną.

Matti   zastawił   sidła.   Chłopak,   który   większą   część   swego   życia   spędził   na 

gospodarstwie pod znacznie łaskawszym niebem, przystosował się do warunków panujących na 

background image

północy, do koczowniczego trybu życia. Reijo cieszył się z tego i był dumny z Mattiego. Trak-

tował Mattiego jak brata, choć w rzeczywistości chłopak był przecież bratem Raiji.

Piętnastolatek udowodnił, że jest dorosły.

Reijo był w niezłym humorze. Narzucił na siebie ciepłe ubranie, wsunął dłonie w grube 

rękawice   i   wyszedł   na   dwór,   by   się   rozejrzeć   za   Mattim.   Nie   zapadły   jeszcze   całkowite 

ciemności i dało się dostrzec tańczące cienie i zarysy krajobrazu, które pobudzały wyobraźnię.

Mattiego nigdzie nie było.

Reijo wydobył swoje narty i wsunął nogę między skórzane rzemienie. Spostrzegł dwa 

zagłębienia w śniegu na drodze, którą najprawdopodobniej poszedł chłopak. Reijo nie potrafił 

usiedzieć spokojnie w jurcie. Kusiła go biała równina. Musiał posłuchać jej wezwania. Musiał 

się w nią zagłębić, stać się częścią tej bieli. Reijo uległ pokusie, nie przyznając się do tego sam 

przed sobą. Twierdził, że zamierza tylko poszukać Mattiego. Dzieci pilnował Santeri.

Reijo z przyjemnością mknął po powierzchni śnieżnego oceanu. Nawet wiatr, który 

smagał mu policzki, miał w sobie coś przyjaznego. Reijo odpychał się kijkiem, by nabrać 

prędkości. Ciało, które zaczął już trawić niepokój spowodowany bezczynnością, wypełniło się 

znów rozkoszą działania. Dobry Boże, jak cudownie! Reijo całą duszą należał do tej ziemi i 

kochał   ją   do   szaleństwa,   niezależnie   od   tego,   jak   nieprzyjemne   i   niegościnne   oblicze   mu 

pokazywała. Kochał Raiję!

Z   głębin   ciemniejącego   granatowego   wieczoru   zbliżała   się   ku   niemu   jakaś   postać, 

poruszająca się równie energicznie i radośnie.

Matti zatrzymał się w obłoczku śnieżnego puchu, uśmiechnął się do szwagra.

- Potrzebowałeś się przewietrzyć, prawda? Reijo oparł się o kij. Pokiwał głową.

- Zrobiło mi się za ciepło. Złapałeś coś?

-   Dziesięć   pardw   -   odparł   Matti.   Nie   potrafił   ukryć   swego   zadowolenia.   -   Nie 

zastawiłem nowych sideł - dodał. W powietrzu zawisły jakieś nie dopowiedziane słowa.

Reijo wykrzywił się nieco:

- Musimy ruszać w drogę, nie możemy tak często się zatrzymywać. Pogoda nam na 

razie dopisuje, zwłaszcza w porównaniu z tym, co nas może czekać.

- Wiem o tym - uśmiechnął się Matti. - Santeri również to wie, ale woli o tym nie 

mówić. Czuje, że to jego wina. Że to on nas wstrzymuje.

- W pewnym sensie ma rację - stwierdził Reijo. - Ale z drugiej strony, dobrze, że jest z 

nami. Potrzebny mi ktoś, z kim mogę dzielić odpowiedzialność. Mam jego. I ciebie.

Matti poczuł, że jest ważny. Jego imię padło wśród imion dorosłych mężczyzn. Od tej 

chwili myślał o Reijo z jeszcze większym szacunkiem.

background image

- Wszystko się może zdarzyć - ciągnął Reijo. - Niepogoda, brak jedzenia, atak dzikich 

zwierząt... Możemy zabłądzić...

- Czy wiesz, gdzie jesteśmy?

- Gdzieś na północy - odrzekł Reijo z gorzkim uśmiechem. - Tylko z taką dokładnością 

mogę  to określić.  Wiem jednak, że zmierzamy  w dobrym kierunku. Ale nie dodam wiele 

więcej. Mogę obliczyć, ile uszliśmy w ciągu dnia. Czasem uda mi się rozpoznać jakąś odnogę 

fiordu, gdy się zbliżymy do wybrzeża. Mogę powiedzieć co nieco na podstawie położenia 

gwiazd. I nic więcej. Właśnie dlatego tak bardzo się boję, Matti, mój chłopcze.

- Mikkal znałby drogę... - rzucił chłopak prawie bezgłośnie.

-   Tak.   Bardzo   przydałby   się   nam   tu   żywy   Mikkal   -   westchnął   Reijo.   I   dodał 

natychmiast:   -   Ale   gdyby   Mikkal   był   żywy,   nie   musielibyśmy   wcale   wędrować.   Boże, 

chciałbym cofnąć czas i znów ujrzeć go żywego, sprawić, by uniknął swego losu...

Matti pokiwał głową. On również lubił Mikkala.

- Gdzie teraz jest Raija, jak sądzisz? Reijo spojrzał w ciemne oczy chłopca, które do złu-

dzenia przypominały oczy Raiji.

- Nie wiem. Na pewno nie dotarła jeszcze na miejsce. To o wiele dłuższa podróż... 

Mikkal i ja byliśmy tam kiedyś, płynęliśmy wiele tygodni.

- Ona jest taka samotna - powiedział Matti, pochylając głowę. - Nie chcę nawet o tym 

myśleć. To niesprawiedliwe, bo przecież Raija jest taka dobra. Najlepsza na świecie.

Reijo uśmiechnął się nieznacznie. W słowach chłopca tkwiła pewna przesada, ale Reijo 

ich nie sprostował.

- To niesprawiedliwe, ale to jej własne życie. Raija jest silniejsza, niż ci się wydaje. 

Silniejsza, niż możesz sobie wyobrazić. Jeśli ktokolwiek potrafi znieść takie życie, taki los, to 

tylko twoja siostra.

Matti nie zapytał, jak Reijo to wszystko znosi. Nie rozumiał związku Raiji i Reijo, ale 

pogodził się z tym. Pewnie zrozumie, gdy dorośnie. Świat dorosłych wciąż przerażał go ilością 

zagadek i zatrzaśniętych drzwi, przez które nie dało się wślizgnąć. Matti był dopiero częściowo 

dorosły. Przyznawał się do tego w duchu, ale głośno nie powiedziałby tego nigdy.

- Tam jest jakaś rzeczka - Matti wskazał głową kierunek, z którego nadszedł. - Albo 

niewielki fiord. Nigdy nie mieszkałem nad morzem, nie znam się na tym.

-   I   dopiero   teraz   mi   to   mówisz?   -   Reijo   popędził   naprzód   śladem   pozostawionym 

wcześniej przez Mattiego.

Zorientował  się,  że chłopak jedzie  za nim.  Słyszał  narty  ślizgające  się  po śniegu  i 

chrzęst pękającej skorupy tam, gdzie Matti wbijał swój kij.

background image

- Widziałem też jakieś domki! - krzyknął Matti. - Nie za wiele. Kilka. I darniowe chaty.

- Boże - mruknął Reijo. - I ten chłopak wspomina o tym ot, tak sobie!

Obaj   jechali   po   śladach   chłopaka,   choć   granatowe   do   niedawna   niebo   zrobiło   się 

ciemnoszare. Matti wyszedł z jurty znacznie wcześniej, niż sądził Reijo.

- Gdzieś tu niedaleko jest niewielkie urwisko - przestrzegł Matti, ale Reijo już dawno 

zwolnił.

Nawet w ciemnościach to zauważył.

Odpiął narty i podszedł na skraj urwiska. Zapadł się w śnieg aż po uda, ale nie zwracał 

na to uwagi.

Stał w milczeniu, wpatrując się w ciemność. Dojrzał zarysy pagórków i niewielki fiord. 

Odgadł, że ciemniejsze plamy to domki. Spostrzegł również łodzie, zacumowane przy brzegu.

Matti stanął koło niego. On również odpiął narty. Był wyższy niż Reijo, zapadł się więc 

tylko po kolana.

-   Będziesz   mógł   wyznaczyć   kierunek   marszu   jeszcze   dokładniej   -   uśmiechnął   się 

chłopak. - Nieźle się spisałem, prawda?

- Lepiej, niż sobie możesz wyobrazić - przyznał Reijo. - Na pewno zdołam wyznaczyć 

kierunek marszu, Matti. Mieszkałem tu kiedyś. Trzy spośród zacumowanych tam łodzi należały 

do mnie.

- To jest osada rybacka, w której mieszkaliście? Reijo skinął głową.

Wskazał jedną z ciemnych plam, położoną najbliżej wzgórza.

- W tym domu. Raija zwała go „domem nad morzem”. Przez pewien czas była tu 

szczęśliwa. Ale ani ja, ani ona nie potrafimy zapuścić korzeni. Nie wiem, czy któreś z nas 

byłoby w stanie przebywać dłużej w jednym miejscu. Oboje o tym marzymy, ale pewnie nigdy 

nam się to nie uda. To coś w rodzaju przekleństwa.

- Zejdziemy tam? - zagadnął Matti. - Pewnie masz tam znajomych...

Reijo świsnął przez zęby.

- Owszem, mam znajomych, ale nie mam ochoty spotykać się z nimi właśnie teraz. 

Rozstaliśmy się z tą osadą mniej przyjaźnie, niż zamierzaliśmy. Obawiam się, że ci ludzie nie 

mają o mnie zbyt wysokiego mniemania. Zostawiłem tu Raiję, gdy się spodziewała Idy. Nie 

powiedziała  mi o  tym. Pozwoliła,   bym  odszedł. Kiedy wróciłem,  było  za późno.  Ona  już 

wyruszyła na wschód... Ludzie obwiniali mnie o wszystkie nieszczęścia, które przypadły jej w 

udziale. I w pewnym sensie mieli rację.

- Tak czy inaczej, wiesz, gdzie jesteśmy. Reijo kilkakrotnie kiwnął głową.

- Wiem. Wiem także, jak będziemy dalej podróżować, by nie zabłądzić, Matti, mój 

background image

staruszku.

-   Wzdłuż   wybrzeża?   Reijo   roześmiał   się.   Jego   śmiech   odbił   się   echem   między 

pagórkami.

- Owszem, Matti. Te łodzie należały do mnie. Kiepską dostałem za nie zapłatę. W 

pewnym sensie zostałem okradziony. Odbiorę więc sobie jedną z nich.

Reijo nie wyjaśnił, jak to zrobi. A Matti powstrzymał się od jakichkolwiek uwag.

Obaj patrzyli na pogrążoną w ciszy osadę rybacką, na łodzie zacumowane przy brzegu i 

nie dzielili się swymi myślami.

Wreszcie Reijo ruszył z powrotem po swoich głębokich śladach.

- Pora wracać, prawda? - zagadnął niefrasobliwie, jakby nie mówił nic na temat łodzi.

Nieco skonfundowany Matti przytaknął. Miał nadzieję, że Reijo tylko żartował.

Ale nie dałby sobie za to ręki uciąć.

Reijo zdradził swoje plany dopiero wtedy, gdy zapadła głęboka noc. Trzej mężczyźni 

siedzieli   razem   przy   palenisku.   Słyszeli   równe   oddechy   pięciorga   dzieci.   „Wszyscy 

znieruchomieli, gdy jeden z maluchów obrócił się przez sen. Nie chcieli ich obudzić.

Dzieci potrzebowały snu.

- W dalszą drogę wyruszymy łodzią - oznajmił Reijo. Spojrzał na Aleksanteriego: - 

Mam nadzieję, że nie zapomniałeś sztuki żeglowania.

Santeri uniósł swe wąskie brwi.

- Niczego nie zapomniałem, Reijo. Ale nie mamy żadnej łodzi.

Matti uznał, że i on powinien coś powiedzieć:

- Reijo zamierza ukraść łódź. Na wybrzeżu, niedaleko stąd jest osada...

- Nie zamierzam nic ukraść - poprawił go Reijo. - Zamierzam jedynie odzyskać moją 

własną łódź. To było tylko coś w rodzaju pożyczki. Nils nie potrzebuje tylu łodzi. Dostał 

więcej, niż powinien...

Aleksanteri nic a nic nie rozumiał.

- Chcesz odzyskać swoją łódź?

Reijo przeczesał włosy silną dłonią. Dawno już ich nie obcinał.

- Matti natknął się przypadkiem na osadę, w której mieszkałem kiedyś z Raiją. Raija 

zajmowała się wtedy handlem. Nie szło jej najlepiej. A ja miałem łódź o sześciu przedziałach 

wiosłowych i trzy łodzie towarowe. Mnie również nie szło dobrze. Oddałem łodzie, ale to w 

gruncie rzeczy było oszustwo, które popełnił ktoś, kogo uważałem za przyjaciela... - Reijo 

wzruszył ramionami i zacisnął pięść. Powolnym ruchem uderzył pięścią w drugą dłoń. - Ale 

Nils miał dobrą rękę do łodzi, więc sądzę, że dbał o nie jak trzeba. Zamierzam teraz odebrać... 

background image

dług.

Santeri popatrzył uważnie na Reijo. W jego zielonych oczach dojrzał zdecydowanie i 

powagę. Spostrzegł znamionujące upór linie wokół ust, usłyszał stanowczość w jego glosie.

Z uśmiechem potrząsnął głową:

- A mówią, że to ja jestem nieobliczalny i nieodpowiedzialny. Przecież to szaleństwo!

- Być może - Reijo skłonny był się zgodzić nawet na takie określenie. - Ale drogą 

wodną będziemy podróżować znacznie szybciej niż lądem. Płynąłem już tędy. Bez trudu znajdę 

drogę. Wiem, gdzie jestem, i wiem, dokąd zmierzam. Nie mam tej samej pewności, siedząc w 

saniach. Płaskowyż to nie to samo co morze.

- A czy oni nie będą nas ścigać? - Matti nie był zachwycony taką perspektywą.

- Oczywiście, że będą - potwierdził jego przypuszczenia Reijo. - Ale nie zgadną, dokąd 

popłynęliśmy. Skąd mogliby to wiedzieć. Wyruszymy nocą. Jutro.

Nie domyśla się nawet, że mają do czynienia z ludźmi, którym nieobce jest morze...

- Ale ja nigdy nie byłem na morzu. Pływałem tylko po rzece Torne! - wykrzyknął Matti.

- Santeri i ja płynęliśmy kiedyś łodzią, mając żołnierzy z twierdzy Vardohus na karku - 

zaczął opowiadać Reijo. - Oni mieli broń, my nie. A jednak daliśmy sobie radę. No więc 

poradzimy sobie ze zwyczajnymi rybakami.

Santeri uśmiechnął się, w jego oczach pojawił się diabelski błysk. Już od dawna czuł się 

jak trup. Spoważniał tak bardzo, że z trudem rozpoznawał samego siebie. W oczach Raiji nie 

różniłby się teraz od innych.

W tej chwili nie miało to żadnego znaczenia. Santeri zrozumiał, że takie spokojne życie 

to nie dla niego. Miał świadomość, że nic nie zdoła zmienić Aleksanteriego Kilpi.

Pomysł Reijo przypadł mu do gustu.

- Wydaje mi się, że damy sobie radę, Reijo - potwierdził.

Radosne podniecenie ogarniało już całe jego ciało.

- Trochę nas mało, ale jakoś damy sobie radę na morzu. Jeśli coś się musi udać, to 

przeważnie się udaje. Nie może się nam przytrafić nic gorszego niż wędrówka pośród tej bieli. 

Jestem za.

Reijo spojrzał pytająco na Mattiego. Chłopak wziął głęboki oddech. Wiedział, że nie 

może jeszcze uważać się za ich partnera, że pytają go tylko z grzeczności...

Ostrożnie pokiwał głową.

Skoro   Santeri   i   Reijo   sądzą,   że   wszystko   pójdzie   dobrze...   Ale   Matti   nie   był 

zachwycony.

- Jutro - powiedział zadowolony Reijo - jutro ruszamy w dalszą drogę.

background image

Następnego   popołudnia   podczas   pakowania   Reijo   milczał.   Na   nim   ciążyła 

odpowiedzialność... Był tego świadom aż za dobrze. Odpowiedzialność za los całej ósemki. To 

istne szaleństwo wciągać ich wszystkich w coś, co nieoczekiwanie przyszło mu do głowy w 

chwili, w której rozpoznał osadę, stojąc na wzgórzu.

Dzięki temu pomysłowi podróż będzie krótsza. Szybciej dotrą na miejsce. Będzie mógł 

złożyć część odpowiedzialności na barki Ravny...

Reijo chętnie by z nią porozmawiał w tej chwili. Zapytałby, czy postępuje słusznie. Ailo 

i Maja to jej wnuczęta. Miałaby chyba coś do powiedzenia w tej sprawie...

Mądra,   rozsądna   Ravna.   Mała,   mądra   matka   Mikkala.   Reijo   darzył   ją   wielkim 

szacunkiem. Poczułby się znacznie lepiej, gdyby mógł dzielić z nią odpowiedzialność.

- Długo będziemy jechać? - dopytywała się Maja. Zawsze trzymała się niedaleko Reijo. 

A w jej cieniu dreptał Ailo. Reijo nie był pewien, czy darzą się sympatią, ale zauważył, że łączy 

ich coś, czego nie potrafią zlekceważyć.

- Niezbyt długo - odrzekł Reijo. - Jeszcze chwilkę pociągną nas renifery. A potem 

przesiądziemy się na łódź.

Maja podskoczyła do góry z radości.

- Popłyniemy łodzią! Popłyniemy łodzią! Popłyniemy łodzią! - wrzeszczała na całe 

gardło.

Ailo przyłączył się do niej natychmiast. Chórek zabrzmiał jeszcze doskonalej, gdy Knut 

również poszedł w ich ślady i także zaczął tańczyć po śniegu. Elise uśmiechnęła się wprawdzie, 

ale nie wstała z miejsca. Delikatny rumieniec przemknął przez jej policzki. Przez chwilę ujrzała 

w   wyobraźni   samą   siebie   w   tym   radośnie   roztańczonym   i   rozśpiewanym   chórku.   To 

wystarczyło, by nieśmiałe dziecko się zawstydziło. Matti wywrócił oczami.

- Do szczęścia trzeba nam tylko, by ktoś to usłyszał - jęknął ponuro. Prześladowało go 

coraz silniejsze przeczucie, że cała historia źle się skończy. W wyobraźni widział już siebie w 

lochu wójta.

Santeri jednak rzucił z uśmiechem:

- Wszystko pójdzie jak z płatka, Matti. Gdybyś miał moje lata i moje doświadczenie, nie 

dałbyś się ponieść nerwom.

Ale nawet Santeri nie potrafił się powstrzymać od zadawania pytań, gdy Reijo kazał im 

ruszyć w kierunku, z którego tu przyszli parę dni temu.

- Nie zamierzam kwestionować twoich decyzji, Reijo, ale coś mi mówi, że tam już 

byliśmy.

- Masz całkowitą rację, Aleksanteri Kilpi - odparł Reijo, uśmiechając się tajemniczo.

background image

- To dlaczego, u diabła, wracamy?

-   Ponieważ   właśnie   tam   leży   śliczna,   niewielka   zatoczka,   Santeri.   Nie   twierdziłem 

wcale, że będziemy ładować dzieciaki i rzeczy na pokład w samym środku osady. Wystarczy, 

że musimy świsnąć stamtąd łódź...

- Ale w takim razie będziemy musieli popłynąć do tej twojej zatoczki, a potem jeszcze 

raz wydostać się na wody fiordu, ryzykując, że ktoś nas zauważy...

- Masz słuszność - przytaknął Reijo. - Ale to jedyny sposób. Mało kto zagląda do tej 

zatoki zimą. Leży na tyle daleko, że dzieciaki się w to miejsce nie zapuszczają. A przystań w 

osadzie jest całkiem niezła. Rybacy nie muszą zawijać do zatoki. O tej porze roku nie natrafimy 

tam także na rosyjski statek, choć Rosjanie często tam cumują.

- Nie moglibyśmy pójść w przeciwnym kierunku?

- zapytał Matti.

- Następna zatoka leży za daleko - wyjaśnił Reijo.

- Znam dobrze tę okolicę. Pamiętajcie o tym. Znam ten skrawek wybrzeża jak swoją 

własną kieszeń.

Nikt nie miał już nic do dodania.

Matti   zdziwił   się,   widząc,   jak   niewiele   śniegu   leży   nad   samym   morzem.   W   głębi 

płaskowyżu zapadali się niemal po pas, nad brzegiem natomiast dostrzegł tylko tu i ówdzie 

białe płaty.

- Na razie jest tu niewiele śniegu - wytłumaczył mu Santeri. - Ale poczekaj tylko do 

lutego albo do marca. Gdy w naszych stronach zaczyna się wiosna, tu pada śnieg.

Santeri przez wiele lat zajmował się rybołówstwem u wybrzeża Finnmarku, wiedział 

więc dobrze, o czym mówi.

Reijo w milczeniu ustawiał jurtę. Pracował szybko, ale nie tak starannie jak zazwyczaj.

- Nie zabawimy tu długo - uspokoił Ailo, gdy chłopiec bez ogródek wyraził swoje 

zdanie na temat takiego partactwa.

Był pogodny dzień. Niebo nieco zbladło, jakby lodowaty błękit wstrzymał oddech nad 

górami i morzem. Krajobraz mienił się innymi, znacznie wyrazistszymi, bardziej ponurymi i 

dzikimi odcieniami błękitu. Moc, przysługująca przedtem zimowemu niebu, objawiła się w 

naturze, nad którą owo niebo królowało.

Reijo stanął między kamieniami i zapatrzył się na zatokę. Podniósł wzrok na tak dobrze 

znajome skały!

W tej właśnie zatoce w ich życie wkroczył Aleksiej. Na tych skalach Reijo ryzykował 

wszystko, by uratować Maję. Na szczęście ani Maja, ani Elise nie pamiętały owych bolesnych 

background image

doświadczeń.

Rany się zabliźniają. Na szczęście.

Minęła już najjaśniejsza część dnia. Zmrok czaił się nieopodal.

Reijo wydobył nóż. Musnął ostrze kciukiem i stwierdził, że jest wystarczająco ostre.

- Co u licha? - zapytał Santeri, ale po chwili umilkł. Zrozumiał. I wydobył swój własny 

nóż.

- Nie potrzebujemy już reniferów - powiedział Reijo, spoglądając na Mattiego. - Dalej 

popłyniemy łodzią. Potrzebujemy natomiast jedzenia. Musimy zarżnąć renifery. Nauczyłeś się 

chyba tego od Mikkala, chłopcze?

Matti skinął głową. W gardle mu całkiem zaschło. Ociągając się, poszedł za swymi 

towarzyszami. Nogi ciążyły mu niczym kamienie. Nie bał się zabijania. Nie o to chodziło. 

Szlachtował już renifery. I nie to go tak poruszyło.

- Co będzie, jeśli nie zdołamy zdobyć łodzi?

Reijo   stanął   już   okrakiem   nad   jednym   z   renów.   Santeri   pomagał   mu   go   trzymać. 

Wielkie ostrze noża dotknęło szyi przerażonego zwierzęcia.

Reijo   napotkał   spojrzenie   Mattiego   i   nie   mrugnął   nawet   okiem.   Stalowym   głosem 

powiedział:

- Musi nam się udać. Nie mamy wyjścia. Każdy z nas powinien zrobić wszystko, co w 

jego mocy. W żaden inny sposób się stąd nie wydostaniemy.

Reijo   użył   całej   swej   siły   i   zadał   cios   nożem.   Parująca   krew   trysnęła   gwałtownie, 

barwiąc na czerwono dłoń i nóż Reijo oraz leżące na ziemi kamienie.

Reijo i Santeri ruszyli w stronę następnego zwierzęcia.

Matti w milczeniu podążył za nimi.

Gdzieś za plecami mężczyzn rozległ się przeraźliwy krzyk Mai:

- Nie, Reijo! Nie możesz zabić renifera! Reijo podniósł się. Jego roziskrzone zazwyczaj 

oczy   zachmurzyły   się.   Matti   zrozumiał,   że   Reijo   najchętniej   wziąłby   Maję   w   ramiona. 

Mężczyzna   obrzucił   czułym   spojrzeniem   dziewczynkę   i   pozostałe   dzieci,   które   stanęły 

szeregiem między wybrzeżem a jurtą.

- Wejdźcie do namiotu, jeśli nie możecie na to patrzeć - powiedział, siląc się na spokój. 

- Potrzebujemy mięsa. A renifery tylko by się pochorowały na morzu.

Maja zacisnęła wargi. Skryła się w bezpiecznym półmroku jurty, za nią podążyła reszta 

maluchów, z wyjątkiem Ailo. Chłopiec podszedł do Reijo i dźwięcznym głosem oświadczył, że 

może pomóc trzymać zwierzę.

Uśmiech, który Reijo posłał małemu, mógłby roztopić lód.

background image

Zapadł wieczorny niebieskawy półmrok, zanim zdołali poćwiartować mięso.

- Pomyślą pewnie, że ktoś zaszlachtował ukradzione zwierzę i uciekł na morze - orzekł 

Santeri, uśmiechając się na tę myśl.

- To bez sensu - stwierdził Matti. Ręce miał pokrwawione aż po łokcie i czuł się nie 

najlepiej, choć wydawało mu się, że świetnie zna się na takiej robocie. - Nie zdążymy wysuszyć 

mięsa. Zgnije, nie zdołamy go wykorzystać.

- Mięso zamarznie i będzie twarde jak kamień, zanim wypłyniemy na wody fiordu - 

uspokoił go Reijo. - Nie powinieneś widzieć wszystkiego w czarnych barwach, chłopcze!

Zaczęli pakować mięso. Skóry postanowili zostawić. Podczas podróży nie mogliby ich 

wyprawić. Mieli zresztą dość skór ze sobą. Reijo wziął do ręki kilka kawałków mięsa.

- Z tego zrobimy dziś obiad - powiedział. - Jesteśmy tak głodni, że z pewnością będzie 

nam bardzo smakowało. Głowę dam sobie uciąć, że spałaszujecie wszystko z apetytem.

- Ty się niczym nie przejmujesz - mruknął Matti. - Kiedy podejmiemy próbę zdobycia 

łodzi?

Reijo zrzucił czapkę z głowy Mattiego.

- Najpierw musimy zjeść. To konieczne. A poza tym najlepiej będzie, jeśli zabierzemy 

się do dzieła dopiero w całkowitych ciemnościach. To przecież ciemne sprawki.

- Jestem za młody na przestępcę!

Dzieciaki nie miały wcale ochoty zostać same w jurcie. Bały się samotności. Bały się 

obcego miejsca, nocy i tego, co się mogło czaić w mroku...

- A jeśli ktoś przyjdzie! - Elise pobladła na samą myśl o tym.

-   Nikt   nie   przyjdzie.   Kto   mógłby   się   tu   zjawić?   -   Reijo  wiedział   dobrze,   że   Elise 

pamiętała zbyt wiele. Gdy była maleńka, często pojawiali się źli ludzie - zawsze wtedy, gdy się 

ich nikt nie spodziewał. Jasnoniebieskie oczy tej dziewczynki widziały tyle zła.

-   Chcemy   iść   z   wami!   -   powiedział   Knut,   wypinając   pierś   do   przodu.   Starał   się 

naśladować Reijo we wszystkim.

- Przyjedziemy tu po was - powtórzył Reijo tysięczny raz. - Teraz nie możecie iść z 

nami. Czeka nas zbyt długa droga. Na dworze jest zimno. Ciemno. Któreś z was mogłoby się 

przewrócić, skaleczyć.

- A dlaczego wy musicie tam iść po ciemku? - Maja zadała pytanie, którego Reijo tak 

się bał. Trudno wszak wyjawić gromadce dzieci, że ich opiekun zamierza coś ukraść. - Nawet 

nie obejrzycie tej łodzi, Reijo. Na pewno dadzą wam jakąś dziurawą, która spadnie na dno 

morza.

- Utonie - poprawił ją machinalnie Reijo. - Ten człowiek jest w domu tylko wtedy, gdy 

background image

na dworze jest ciemno - zaczął wyjaśniać, unikając dziecięcych spojrzeń.

- Musicie  szybko wrócić.  -  Tym  razem  odezwał  się  Ailo.  - Ruszajcie.   Ja  się nimi 

wszystkimi zaopiekuję.

Tego Maja się zupełnie nie spodziewała. To przecież ona była zawsze najodważniejsza. 

To ona miała najwięcej śmiałości.

Ściągnęła ciemne brwi. Zmarszczyła nos i w zamyśleniu przygryzła dolną wargę. I 

odrzuciła głowę do tyłu. Reijo znał ten gest. Wiedział, po kim mała go odziedziczyła i co on 

oznacza.

- Sama się sobą zaopiekuję - rzuciła. - Idźcie sobie. Wcale się nie boimy. Wcale a wcale.

Mężczyźni poszli.

Reijo czuł się podle. Zdawało mu się, że nie jest godzien zajmować się dziećmi.

Ani własnym, ani cudzymi.

Dopiero po pewnym czasie Reijo odnalazł właściwą ścieżkę, która powiodła ich poprzez 

wzgórza do osady. Matti i Santeri kpili z niego:

-   Znasz   tę   okolicę   jak   własną   kieszeń,   prawda?   Całe   szczęście,   że   nie   musimy 

podróżować po twojej kieszeni.

Gdy  wreszcie  natrafił  na ścieżkę,   wydało  mu  się,  że pamięta każdy  leżący  na  niej 

kamień. Prowadził ich całkiem pewnie, choć panowały nieprzeniknione ciemności.

Dotarli do domu położonego na skraju osady. Reijo ominął go szerokim łukiem. Gdyby 

w dalszym ciągu szli ścieżką, wpadliby na ścianę tego domu.

- Mieszkaliście tu? - szepnął Matti. - O rany, wy chyba całkiem zwariowaliście! Jak 

można   zrezygnować   z   takiego   domu!   I   wplątać   się   w   taką   kabałę,   w   jaką   ty   i   Raija   się 

wplątaliście.

Reijo mruknął coś pod nosem. Zarówno Matti, jak i Santeri usłyszeli:

- Można tak powiedzieć...

Posuwali się dalej, przez cały czas trzymając się z dala od zabudowań. Poruszali się 

najciszej, jak potrafili. Tak, by nikt ich nie spostrzegł. Pojawienie się obcego było w tej okolicy 

wielkim wydarzeniem. A gdyby ktoś ich zobaczył tej nocy, mogłaby z tego wyniknąć praw-

dziwa awantura.

W milczeniu dotarli do brzegu. Zejście do morza było tu łagodne. Płycizna ciągnęła się 

dość daleko. Byli już bardzo blisko łodzi.

- Czy nadeszła już pora wypraw na południe? - zaczął się zastanawiać Santeri.

- Nie - odparł Reijo szeptem. Wydawało im się, że ich głosy odbijają się echem, że 

wszyscy ich słyszą. - Mamy wyjątkowe szczęście, że Nils trzyma jedną z łodzi towarowych na 

background image

wodzie. Nie wiadomo dlaczego. Uważam, że to prawdziwe zrządzenie losu. Żebym mógł ją 

sobie odebrać. Dwie pozostałe zimują przecież na lądzie. Nils nieprędko wybierze się znów na 

południe, do Bergen.

Matti miał mokre stopy. Mokre i przemarznięte.

- W jaki sposób dostaniemy się do łodzi? - zapytał. - Ja nie zamierzam tam płynąć!

- Możesz tam dojść, jeśli chcesz - zadrwił z niego Santeri. - Nie sądzę, by woda sięgała 

wyżej niż jakieś dwa czy trzy cale ponad twoją głową, zważywszy na twój wzrost...

Reijo przeciął cumę jednej z mniejszych łódek.

- Na razie się niczego nie boją - powiedział, szukając czegoś na dnie łódki. Wydobył 

stamtąd parę wioseł. - Od tej pory nie będą tak zostawiać wioseł. Ale dziś nie będziesz musiał 

zanurzać się w morzu, Matti.

Wszyscy trzej pospiesznie wsiedli do łódki.

- Czy nie powinniśmy obwiązać czymś wioseł? - Santeri rozejrzał się wokół, otaczały 

ich jednak zupełne ciemności. - Żeby nikt nas nie usłyszał. To stłumiłoby pluskanie.

- Na razie jesteśmy po prostu trzema mężczyznami, którzy płyną łodzią - powiedział 

Reijo lodowatym, spokojnym tonem. - Wyglądalibyśmy dziwnie dopiero wtedy, gdybyśmy 

płynęli łodzią bez plusku wioseł. Na razie wcale nie wyglądamy szczególnie podejrzanie.

Santeri zaakceptował tę odpowiedź. Mattiego oblewały zimne poty. Na razie wszystko 

szło gładko. Zbyt gładko. Na pewno zdarzy się jakaś wpadka. Matti wyraźnie to przeczuwał. 

Coś się wydarzy. Na razie mają za wiele szczęścia.

Z ciemności wyłoniła się już burta innej łodzi. Podpłynęli do niej z zacienionej strony. 

Reijo wiedział, że jest za niski, ale wstał z nadzieją, że znajdzie jakiś punkt zaczepienia na 

burcie. Wsparłszy o coś jedną stopę, zaczął obmacywać burtę. Cal po calu. Serce w nim niemal 

zamarło, gdy wreszcie dotknął palcami kawałka liny. Chwycił ją czym prędzej, wiedząc, że nie 

wypuści jej z ręki za żadne skarby świata. Spłynęło na niego poczucie ulgi. Tylko po to, by po 

chwili zniknąć, ktoś bowiem pociągnął za linę z drugiej strony.

-   Co   się   dzieje,   u   diabła?   -   Reijo   usłyszał   swój   własny   głos.   Chwycił   się   mocno 

okrężnicy. Jakieś silne dłonie chwyciły go za ramiona i wrzuciły na pokład. Zapłonęła latarnia. 

Światło go oślepiło na tyle, że zamknął oczy.

Bez trudu jednak rozpoznał głos.

- Do diaska.  Nie  sądziłem,  że kiedykolwiek  cię  jeszcze zobaczę,  Reijo  Kesaniemi! 

Chcesz ukraść moją łódź? Chyba ci się noga powinęła.

To był Nils.

background image

3

Reijo   powoli   odzyskiwał   rezon.   W   pierwszej   chwili   pomyślał   o   zaszlachtowanych 

reniferach. Potem o tym, że Matti ma jednak najwięcej rozumu z nich wszystkich. Tyle że teraz 

wszyscy razem są pod wozem.

- Witaj, Nils - powiedział, sadowiąc się trochę wygodniej. - Nieźle mnie wystraszyłeś.

- Jakie to ma znaczenie, skoro jesteś zwykłym złodziejem. - Nils oparł się plecami o 

burtę. Wystarczyło jedno spojrzenie w dół, by zdemaskować współwinnych.

- Wydaje się wam, że we trójkę dacie sobie radę z tą łajbą? Ona ma wprawdzie tylko 

dziesięć wioseł, ale...

- Dobra załoga dałaby sobie radę. - Ponieważ do żeglowania dużą łodzią handlową 

trzeba przynajmniej siedmiu osób, Reijo pragnął zdobyć nieco mniejszą. Łodzi na dziesięć 

wioseł używano przeważnie tylko do transportu różnych przyrządów rybackich do osad albo do 

przewożenia ryb z mniejszych wiosek rybackich porozrzucanych po wybrzeżu.

Nils zaśmiał się ironicznie.

- Tak czy inaczej, mógłbyś wpuścić moich przyjaciół na pokład - odezwał się Reijo.

- Żebyście mnie wrzucili do morza? Za kogo ty mnie masz, Reijo?

Reijo wzruszył ramionami.

- Gdybym miał zamiar to zrobić, sam dałbym sobie radę.

-   Przyszedłeś   zabrać   dziesięciowiosłową   łódź?   Reijo   skinął   głową.   Nie   było   sensu 

zaprzeczać. Został wszak przyłapany na gorącym uczynku.

- Jest z tobą Raija? - Nie.

- Znalazłeś ją? Reijo ponownie przytaknął. Teraz wiedział trochę więcej o Nilsie niż 

przed paru laty. Nils zawsze miał słabość do Raiji. A on niegdyś ślepo mu ufał!

- Nic dziwnego, że nie chciała mieć z tobą do czynienia. Po tym, jak ją potraktowałeś.

- Raiji już nie ma - rzekł Reijo. Tylko na takie kłamstwo było go stać. Nie potrafiłby 

powiedzieć,   że   umarła.   Lękał   się,   że   kłamstwo   mogłoby   stać   się   prawdą,   gdyby   je 

wypowiedział.

- Nie żyje? - szepnął Nils z przerażeniem.

- Już jej nie ma - powtórzył Reijo, spoglądając na własne dłonie. Dobry Boże, wybacz 

mi to, modlił się po cichu.

- Jak to się stało? Kiedy?

- Podczas jarmarku - rzekł Reijo. - A zresztą nie chcę teraz o tym mówić.

- A ty włóczysz się po okolicy i kradniesz łodzie? Reijo westchnął ciężko.

background image

- Nils, opiekuję się piątką dzieci. Jest ze mną jeszcze brat Raiji i nasz przyjaciel, jedyny 

dorosły oprócz mnie. Muszę zawieźć martwe ciało tam, gdzie powinno spocząć, i nie mogę 

sobie pozwolić na błądzenie po płaskowyżu. Nie znam płaskowyżu, za to dobrze znam morze i 

wybrzeże. Owszem, próbowałem ukraść twoją łódź, Nils. A właściwie moją łódź, jeśli się nad 

tym dobrze zastanowić. Zrobiłeś wówczas bardzo dobry interes.

- Wieziesz... ją? Nils źle go zrozumiał. Wydawało mu się, że Raija nie żyje i że to jej 

ciało wiezie Reijo.

Reijo nie starał się nawet wyjaśnić nieporozumienia. Wiedział, że Santeri i Matti słyszą 

każde słowo wypowiadane na pokładzie. Wiedział też, że żaden z nich nie zdradzi prawdy, jeśli 

to nieporozumienie ma do czegoś doprowadzić.

- Potrzebuję łodzi - powiedział Reijo zmęczonym głosem. - Ta bardzo nam pasowała. 

Myślałem sobie, że zadaszenie bardzo by się przydało ze względu na maluchy.

- I że trzech mężczyzn wystarczy za załogę?

- Nie mogłem przecież sprawić, by było nas więcej, prawda?

-   Mam   także   łódź   na   osiem   wioseł   -   powiedział   z   ociąganiem   Nils.   -   Nic 

nadzwyczajnego. Jest dość stara, ale nie przecieka. Żagiel jest jeszcze całkiem dobry. Połatany, 

ale całkiem niezły. Tylko że przydałby się wam czwarty człowiek do załogi...

- Biorę - zadecydował Reijo. - Biorę wszystko, czym da się wypłynąć na morze.

Reijo spojrzał na Nilsa. Pamiętał, że niegdyś traktował tego człowieka jak najbliższego 

przyjaciela. Czas jednak oddala nas od ludzi, choćby nawet wydawało nam się, że ich dobrze 

znamy.

- Jesteś mi co nieco winien, Nils. A przede wszystkim jesteś coś winien Raiji. - To była 

ryzykowna gra. Ale Reijo patrzył Nil sowi prosto w twarz. Nie miał przecież nic do stracenia. 

Zarżnął renifery. Za wszelką cenę potrzebował łodzi. Nie istniało żadne inne wyjście. Nils 

spoglądał gdzieś w bok.

- Nie mieszkam w tym domu - powiedział wymijająco. - Nie potrafiłbym tam mieszkać. 

Jeśli chcesz wrócić...

- Nie zamierzam wracać - odrzekł Reijo ostro. - Potrzebna mi łódź, Nils. Chcę się stąd 

jak najszybciej wydostać.

- ...mógłbyś odzyskać swój dom - dokończył Nils. - Nigdy się tam dobrze nie czułem. Z 

tym domem jest coś nie w porządku. Ludzie mówią, że to przez kobietę, która tam kiedyś 

mieszkała. Że w tym domu mogą żyć jedynie kobiety. Że tylko Raija mogłaby tam mieszkać... 

A skoro ona... - Nilsowi głos się załamał.

- No więc jak będzie z łodzią? - zapytał Reijo bez ogródek. Lękał się, że mu się nie uda, 

background image

że prawda wyjdzie na jaw.

Nils podniósł wzrok. Reijo mógłby przysiąc, że na policzkach tamtego zalśniły łzy, Nils 

zadbał jednak o to, by przygasić płomień lampy i odsunąć ją od siebie na tyle, by nic nie 

zdradzić.

- Dostaniesz tę przeklętą łódź. Nils odwrócił się plecami do Reijo i spuścił z burty 

sznurową drabinkę. Reijo czuł, że nogi się pod nim uginają. W okamgnieniu stanął tuż obok 

Nilsa. Uśmiechnął się z wysiłkiem i pomachał do Santeriego i Mattiego.

Udało im się szczęśliwie utrzymać mniejszą łódkę tuż przy burcie większej. Na ich 

twarzach odmalował się wyraz ulgi, gdy ujrzeli Reijo u boku tego obcego.

Słyszeli większą część rozmowy. Niektóre słowa utonęły wprawdzie w szumie fal i 

plusku wody, najważniejsze fragmenty dotarły jednak do ich uszu.

Obaj wstrzymali oddech.

- Do licha, ten to potrafi zachować zimną krew! - mruknął Matti, gdy Reijo schodził po 

sznurowej drabince przed Nilsem. - Już myślałem, że związani wylądujemy u najbliższego 

lensmana.

- To znaczy w Alcie - oświecił go Santeri. - Wygląda na to, że nasz Kesaniemi wie, o 

czym mówi. Zna słabe strony tych, z którymi walczy. Dobrze mieć kogoś takiego po swojej 

stronie. Ale ja wciąż jestem zlany potem, Matti, staruszku. I chyba mi nie przejdzie aż do 

chwili, w której dostaniemy wreszcie tę nieszczęsną łajbę.

Reijo   usiadł,   zanim   Nils   zszedł   na   pokład.   Siedzieli   zwróceni   twarzami   do   siebie. 

Santeri chwycił za wiosła.

- Steruj, ja będę wiosłował - powiedział Santeri swym śpiewnym norweskim.

Nils wydał lakoniczne komendy, nie odwracając się nawet w stronę Santeriego. Patrzył 

przez cały czas na Reijo.

Ośmiowiosłowa   łódź   nie   była   jeszcze   zwodowana.   Nie   zobaczyli   zbyt   wiele   w 

ciemnościach. Reijo obejrzał jednak łódź, pożyczywszy lampę od Nilsa. Santeri szedł tuż za 

nim. Rozmawiali ze sobą szeptem po fińsku. Ku zaskoczeniu Mattiego wcale nie rozmawiali o 

łodzi. Pletli jakieś bzdury. Reijo powiedział:

- Mów. Mów, co ci ślina na język przyniesie. Nils nie zna fińskiego. A ja chciałbym 

napędzić mu trochę strachu. Zachowuje się jak łaskawca, choć wciska nam tego przeżartego 

przez robaki grata. Z pewnością ta stara łajba jest tak kiepska, że sam boi się do niej wsiąść. I 

ma nadzieję, że pójdziemy na dno. Niech się przynajmniej trochę spoci, nic mu nie będzie.

- Sądziłem, że jesteś przyzwoitym człowiekiem - powiedział Santeri z wielce poważnym 

wyrazem   twarzy.   -   Kto   by   przypuszczał,   ile   demonów   kryje   się   za   twoim   pozornie 

background image

dobrodusznym uśmieszkiem, Reijo.

- Łódź jest całkiem w porządku. - Nils sądził, że to zapewnienie wystarczy. Wyrwał 

lampę z rąk Reijo. - Wracam do domu. Nie mam czasu na pogaduszki ze złodziejami.

Nils wsiadł do łódki, którą przypłynęli Reijo, Santeri i Matti.

- Bierz, co ci daję, Reijo. Jeśli jutro zniknie łódź handlowa, to twoje życie nie będzie 

warte funta kłaków. Będę cię ścigał razem ze wszystkimi mężczyznami z osady. Nie będziemy 

pytać wójta o pozwolenie. I nie będziemy zwracać uwagi na prawo. Załatwimy to po swojemu. 

I wówczas już nic nie utargujesz.

- Wspaniała! - Reijo poklepał dłonią maszt łodzi podarowanej mu przez Nilsa. - Nie 

widziałem takiego cacka od dawna - ironizował. - Gdybym ją zauważył wcześniej, od razu bym 

się do niej zabrał.

- Możesz sobie drwić ile wlezie! - uśmiechnął się pogardliwie Nils. - Jak się czujesz, 

stojąc znów za sterem, Kesaniemi? Jak się czujesz znów w roli kapitana?

Reijo musnął ster, patrząc w ślad za odpływającą od nich łódką. Poczekał, aż plecy 

Nilsa oddalą się na tyle, by ich właściciel nie usłyszał jego słów.

Wtedy się uśmiechnął:

- Dziękuję, całkiem nieźle się czuję w roli kapitana. Całkiem nieźle.

Także Santeri uśmiechnął się od ucha do ucha. Białe zęby błysnęły pośród nocy.

-   Rozdzielamy   stanowiska?   W   takim   razie   ja,   Aleksanteri   Kilpi,   obwołuję   się 

dziobowym. Będę marynarzem „na oku”. To prawdziwy zaszczyt płynąć z samym kapitanem 

Kesaniemi.

- A co ze mną? - chciał wiedzieć Matti, któremu udzielił się zapał towarzyszy. - Czy ja 

też nie mógłbym być kimś?

-   Możesz   być   majtkiem   pokładowym   -   powiedział   zadowolony   Santeri.   -   Czyli 

chłopcem na posyłki. Szczury lądowe nie mogą zajmować wyższego stanowiska.

- Możesz być rufowym - złagodził wyrok Reijo. - Zresztą to nie ma żadnego znaczenia. 

I tak nie będziesz wiedział, co robić. Musimy cię wszystkiego nauczyć.

- Ale po tej wyprawie staniesz się marynarzem pełną gębą, mój chłopcze - dorzucił 

Santeri.

- Jeśli wrócimy cało z tej wycieczki - stwierdził Matti. Wciąż nie był przekonany, że ich 

plan się powiedzie. Niezależnie od tego, co o nim myśleli. - Powinniśmy wziąć tamtą większą 

łódź. Podobała mi się o wiele bardziej.

- Patrzcie go - zaśmiał się Reijo. - To ten sam, który na początku nie chciał żadnej łodzi. 

A teraz najchętniej żeglowałby prawdziwą łodzią handlową, i to w pojedynkę!

background image

Reijo poklepał chłopca po ramieniu.

- Nils miał rację co do jednego: rzeczywiście jest nas za mało, byśmy dali sobie radę z 

łodzią na dziesięć wioseł. Powinno nas być co najmniej pięciu. Pięciu mężczyzn, którzy znają 

się na żeglowaniu. Z tą łajbą damy sobie radę, o ile jesteś równie pojętny jak twoja siostra. 

Brakuje nam jednego członka załogi. A że ty nie masz pojęcia o marynarskiej robocie, można 

powiedzieć, że brakuje aż dwóch. To może być niebezpieczne. A nam naprawdę nie wolno 

ryzykować. Dlatego ufam ci ślepo, mój chłopcze. Ufam, że będziesz chciał się uczyć i że się 

nauczysz. Matti poczuł, że spociły mu się ręce.

- Postaram się. Najlepiej jak potrafię. Co teraz zrobimy?

- Postawimy żagiel   -  powiedział  Santeri.   -  Tylko  nie wyobrażaj  sobie,  że  to łatwa 

sprawa. Choć to jedno z łatwiejszych zadań, które tu cię czekają. Może się zdarzyć, że będziesz 

klęczał w lodowatej wodzie i wylewał wodę czerpakiem z dna łodzi, żebyśmy nie zatonęli. Rę-

ce ci będą mdlały i całkiem opadniesz z sił, ale będziesz musiał wylewać wodę. I wiele czasu 

upłynie, zanim nadarzy się okazja, by trochę odpocząć i zejść na ląd...

- Nie strasz chłopaka! - poprosił Reijo. - To będzie ciężka praca, Matti, ale dzięki temu 

staniesz się mężczyzną. Po tej wyprawie nikt już nie nazwie cię dzieckiem.

Wiał dość porywisty wiatr, więc gdy po wielu wysiłkach udało im się postawić żagiel, 

nie mieli żadnych kłopotów z wydostaniem się z osady. Nie musieli wiosłować.

Przedsięwzięcie było doprawdy ryzykowne, bo choć Reijo znał tu każdą skałę wystającą 

z wody i każdą mieliznę, panowały nieprzeniknione ciemności. Ich oczy przyzwyczaiły się 

wprawdzie do mroku, ale i tak nie widzieli nic przed sobą.

- Przypuszczam, że nieco dalej jest występ skalny - rzucił Reijo.

-   Czułbym   się   znacznie   pewniej,   gdybyś   wiedział,   a   nie   przypuszczał   -   zauważył 

Santeri.

Reijo nic mu nie odrzekł. Na poły stał, na poły siedział na ławeczce szypra na rufie. 

Uważnie   wpatrywał   się   w   mrok,   przez   który   płynęli.   Polegał   jednak   głównie   na   swych 

wspomnieniach i doświadczeniach i częściej domyślał się, niż widział, co się przed nimi znaj-

duje. W prawej ręce trzymał drążek steru, połączony z płetwą sterową umieszczoną na stewie 

rufowej.

- Nie ma chyba żadnego powodu, żeby żeglować po nocy - denerwował się Matti. - 

Siedział  na tylnej ławce, zwrócony twarzą w stronę Reijo. Nie miał pojęcia,  dlaczego ma 

siedzieć właśnie w ten sposób. Nie wiedział, co należy do obowiązków rufowego. Nie odrywał 

oczu od pełnej napięcia twarzy Reijo i modlił się w duchu do swego Stwórcy o szczęśliwe 

zakończenie tej wyprawy. - Przecież on wie, że mamy łódź - ciągnął Matti, gdy nikt mu nie 

background image

odpowiedział. - Nie ukradliśmy jej przecież, tylko dostaliśmy. Nie mamy nic do ukrycia. To 

przecież bardzo niebezpiecznie płynąć nocą.

Santeri wisiał niemal na dziobie, wypatrując niebezpieczeństw, o których Reijo mógł 

zapomnieć. Pełnił wprawdzie odpowiedzialną funkcję marynarza „na oku”, który był prawą 

ręką kapitana, ale wiązała się ona z wieloma niedogodnościami. Właśnie na dziób najpierw 

wdzierały   się   fale   i   dlatego   właśnie   członek   załogi   pełniący   tę   funkcję   bywał   najczęściej 

przemoczony do suchej nitki.

- Nie byłbym taki pewien, że Nils będzie równie hojny jutro rano, gdy się obudzi - rzekł 

ze złością Reijo. - Dziwne, że w ogóle zdecydował się dać nam tę łódź. Przyznam, że trochę się 

wystraszyłem. Ale wygląda na to, że nie jest uszkodzona. Sprawia wrażenie całkiem niezłej 

łajby...

-   Czy   to   znaczy,   że   wypłyniemy   już   tej   nocy?   Reijo   odpowiedział   mu   krótko   i 

stanowczo:

- Właśnie. Nie miałbym odwagi tu zostać. Bałbym się tego o wiele bardziej niż żeglugi 

w ciemnościach.

Rozumiesz? Ale gdy już wypłyniemy z fiordu i popłyniemy czas jakiś wzdłuż lądu, 

natrafimy na maleńką zatoczkę, do której powinniśmy zdołać wpłynąć nawet po ciemku. Tam 

możemy zaczekać, aż zaświta.

- O ile światło dzienne nie zaskoczy nas w drodze. - Santeri podzielał wprawdzie obawy 

Reijo,   nie   oznaczało   to   jednak,   że   zachwycała   go   perspektywa   nocnej   żeglugi.   Nie   był 

tchórzem, ale też nie grzeszył taką lekkomyślnością, o jaką go wielu posądzało. Zbyt cenił 

sobie życie.

Było już bardzo późno, gdy dotarli do jurty. Mężczyźni sądzili, że dzieciaki dawno 

zasnęły, ale się pomylili.

Reijo z uśmiechem zgodził  się z Santerim, że nie zaszkodzi im odrobina gorącego 

rosołu z renifera z kawałkiem kości do obgryzienia. Na nic więcej nie mieli jednak czasu.

Przepuścił Mattiego i Santeriego przed sobą i nie mógł zrozumieć, dlaczego zatrzymali 

się nagle, tarasując mu wejście. Musiał się więc przecisnąć między nimi.

Elise płakała. Oczy miała czerwone od łez i przytulała do siebie maleńką Idę. Knut 

pobladł bardzo, ale wciąż trzymał się dzielnie. Wpatrywał się w Reijo tak, jak wierni wpatrują 

się w swego Pana.

- Tak się boję - łkała Elise. - Mówiłam im, żeby nigdzie nie szli. Ale nie chcieli mnie 

słuchać. A ja bałam się wyjść za nimi. I nie pozwoliłam na to Knutowi...

- Uderzyła mnie - poinformował ich Knut swym cienkim głosikiem. - Tutaj. - Paluszek 

background image

chłopca dotknął policzka.

Do Reij o dotarło wreszcie to, co zauważył, zanim Elise otworzyła usta. Maja i Ailo 

zniknęli.

Reijo usiadł naprzeciwko Elise. Pogłaskał ją po włosach, po policzku i wziął od niej Idę. 

Maleńka spała mocno. Reijo ułożył ją pomiędzy skórami, po czym obrócił się w stronę Elise.

- Dawno temu wyszli? Zastanów się, Elise. - Policzki dziewczynki drżały, łzy płynęły 

ciurkiem. Pociągała nosem i ocierała oczy bez szczególnych rezultatów.

- Kłócili się - załkała. - Kto jest odważniejszy. Prawie się pobili. A potem Ailo się ubrał. 

Powiedział, że on ma najwięcej odwagi, bo jest chłopcem. Maja też się ubrała i mówiła, że 

wcale nie boi się bardziej niż on...

- I wyszli - dokończył Knut. Przysunął się tak, by być jak najbliżej Reijo. Poczuł się 

znacznie lepiej, gdy dłoń opiekuna spoczęła na jego ramieniu. Dzięki temu nie było już tak 

okropnie.

- Chcieli was odnaleźć. Tak długo was nie było. Mówili, że wcale się nie boją wyjść na 

dwór, chociaż jest tak ciemno.

Matti zacisnął pięści. Czego te dzieciaki nie wymyślą!

- A więc długo już na nas czekaliście? - zapytał Santeri z obawą.

Knut i Elise pokiwali głowami.

- To nic nie znaczy - mruknął Reijo. - Dzieciakom zdaje się, że nie ma cię długo, gdy 

idziesz po drewno. Czy to było strasznie dawno temu? Dużo o tym rozmawialiście? Ida spała 

już, gdy wychodzili?

Elise pokręciła głową.

- Ida jeszcze nie spała. Reijo, oni wyszli strasznie dawno temu. Znaleźli wasze ślady na 

śniegu. Myślę, że poszli w tym samym kierunku co wy... - Łzy znów popłynęły strumieniami. - 

Wołałam za nimi, Reijo. Mówiłam, że nie wolno im tego robić, ale mnie nie słuchali. Pobiegli 

sobie. Nie mogłam ich zatrzymać! Nie mogłam zostawić Knuta i Idy! Nie mogłam pozwolić, 

żeby Knut poszedł za nimi!

- Bardzo dobrze zrobiłaś - pochwalił ją Reijo. - To nie twoja wina. Ani twoja, ani Knuta.

Reijo   podniósł   się.   Popatrzył   na   Santeriego   i   Mattiego.   Zatrzymał   wzrok   na   tym 

pierwszym.

- Dziś już nie powinieneś wychodzić na mróz. Elise za długo musiała sama opiekować 

się dziećmi. Zostaniesz z nią. Ja i Matti pójdziemy szukać Mai i Ailo.

- Jest całkiem ciemno - powiedział Santeri cicho. - Zupełnie tak, jakbyście szukali w 

czarnym worku. Reijo przygryzł wargę.

background image

- Znajdę jakieś dłuższe drwa i potnę jedną z moich koszul. Mamy jeszcze trochę oleju. 

Zrobimy więc sobie pochodnie. Noc nie trwa wiecznie. W każdym razie nie dla nas, nie dla 

dorosłych. Ale gdzieś tam, na wzgórzu, siedzą dwa maluchy, którym noc wydaje się długa jak 

wieczność. Oboje z pewnością nieźle przemarzli. Na szczęście ten mały ma sporo rozumu. Ma-

ja też, o ile nie jest w przekornym nastroju...

Reijo wyszedł na dwór. Matti podążył za nim bez słowa, ale czuł, że coś go zmroziło od 

wewnątrz. Mimo że miał wciąż mokre nogi i ręce, nie marzł w nie tak, jak w środku.

Dzieciaki potrafią wymyślić najgłupszą rzecz pod słońcem!

Dwoje siedmiolatków spędza samotnie noc na dworze.

Reijo znalazł jakieś wilgotne drwa między nadbrzeżnymi kamieniami. Gdy owijał je 

płótnem   i   nasączał   olejem,   Matti   wykrzykiwał   na   całe   gardło   imiona   dwojga   odważnych 

uciekinierów. Obszedł wszystkie pagórki otaczające zatoczkę, ale nikt mu nie odpowiedział...

Po   kilku   nieudanych   próbach   pochodnie   zrobione   przez   Reijo   wreszcie   zapłonęły. 

Płomyki drżały bardzo długo.

- Starczy na jakiś czas - stwierdził Reijo. - Zostały jeszcze dwie takie pochodnie i na 

tym koniec. Miejmy nadzieję, że zdążymy ich odnaleźć.

- Dokąd mogli pójść?

-   Gdzieś   daleko   -   odparł   Reijo.   -   Ta   dwójka   nie   zatrzymałaby   się   za   pierwszymi 

napotkanymi kamieniami.

Rozglądali się uważnie w poszukiwaniu śladów na śniegu, nie dostrzegli jednak odbić 

niewielkich nóżek. Reijo wypatrywał skrytej w śniegu ścieżki,  którą sami nieco wcześniej 

poszli.

- Maja prawdopodobnie zauważyła, gdzie zniknęliśmy. I postanowiła pójść za nami. To 

w jej stylu.

- I w stylu Ailo - dorzucił Matti. - Nie na darmo są rodzeństwem.

Reijo i Matti ruszyli za dziećmi.

Światło   rzucane   przez   pochodnie   było   dość   nikłe,   ale   na   tle   nieprzeniknionych 

ciemności przypominało blednące gwiazdy. Obaj mężczyźni co jakiś czas zbaczali ze ścieżki, 

każdy po  innej   jej  stronie.   Rozświetlali   ciemności   pochodniami   i  wypatrywali   dwóch  nie-

wielkich, przyodzianych w skóry ciał. Nie dostrzegli jednak nic poza kamieniami i splątanymi 

zaroślami.

Zatrzymywali się i wołali dzieci po imieniu. Nasłuchiwali. Cisza raniła ich uszy aż do 

bólu. Nawoływali więc jeszcze raz.

Nadaremnie.

background image

Dotarli już prawie do osady, gdy pochodnie się wypaliły, parząc ich w palce na samym 

końcu. Najpierw pochodnia Reijo, potem Mattiego.

Reijo raz jeszcze zawołał dzieci. W odpowiedzi usłyszeli tylko cichy szum morza.

- Czy mogli wpaść do morza?

- Nie oboje - odparł Reijo. - Jedno z nich odpowiedziałoby na nasze nawoływania.

Reijo popatrzył w dół, na osadę. Wiedział, że słychać go doskonale nawet na drugim jej 

krańcu. Krzyknął jeszcze raz. Obaj stanęli nieruchomo, nasłuchując. Potem zawołał Matti. I 

znów żadnej odpowiedzi.

- Chyba tędy nie poszli - zastanawiał się Reijo. Nie mógł zagłuszyć wątpliwości, ale 

musiał podjąć jakąś decyzję. Musiał zaryzykować. Zaufać swemu instynktowi. - A jeśli ruszyli 

w złą stronę? Oba brzegi zatoki są bardzo do siebie podobne. Może nie zapamiętali, gdzie 

poszliśmy.

- Może spierali się o to... - zamyślił się Matti.

- Mogli wybrać niewłaściwy kierunek.

Pobiegli z powrotem. Matti zajrzał do jurty. Nie zasnął jeszcze nikt oprócz Idy. Cała 

trójka siedząca w namiocie przywitała go pełnymi napięcia spojrzeniami.

- Nie znaleźliśmy ich. Ale wydaje się nam, że nie poszli  w stronę osady, tylko w 

przeciwnym kierunku.

Znowu ruszyli na poszukiwania.

Reijo zaczął już wspinać się pod górę. Zgubił gdzieś rękawice, ale nie czuł zimna. Matti 

zapalił drugą pochodnię jeszcze w jurcie. Reijo swoją oszczędzał.

- Dokąd tędy dojdziemy? - dopytywał się chłopiec.

- W góry - odparł Reijo. Jego usta na moment zacisnęły się, tworząc jedną linię. - I na 

płaskowyż. Powinno tam być trochę śniegu. A na nim ślady dziecięcych butów, jeśli poszli 

tędy.

Matti odniósł wrażenie, że Reijo wie, którędy iść. Prawie się nie zastanawiał, jakby była 

tylko jedna droga. I nie potrzebował pochodni.

Śnieg sięgał im nieco powyżej kostek. Uszli ledwie kawałek, gdy Reijo padł na kolana i 

poprosił Mattiego o pochodnię. Ogień roztopił tu i ówdzie cienką warstewkę śniegu, gdy Matti 

pochylił płomień.

Okazało się, że intuicja nie zawiodła Reijo. Dwie pary niewielkich stopek odcisnęły się 

na pokrytej śniegiem dzikiej równinie.

- Dzięki Bogu! - wyrwało się Reijo. Drżał cały, gdy się podnosił. Nie odrywał oczu od 

łańcuszka małych śladów. - To musi wciąż w niej tkwić jak zadra - powiedział jakby do siebie. 

background image

- Nikt by nie przypuszczał, że może cokolwiek pamiętać, a jednak to jakoś w niej tkwi...

- Co takiego? - zapytał Matti. Zaczął już niemal przypuszczać, że Reijo majaczy.

- Wydaje mi się, że wiem, gdzie mogą być - stwierdził Reijo. - Idź za mną.

background image

4

- Wcale nie wierzę, że tu kiedyś byłaś. - Głos Ailo drżał tak bardzo, że uleciała z niego 

zwykła pewność siebie.

- Właśnie, że byłam - odrzekła Maja.

Siedzieli bardzo blisko, w ciemnościach i przenikliwym chłodzie spletli ręce. Żadne z 

nich nie chciało puścić drugiego.

A mimo to się kłócili.

- Byłam w tej jaskini. Zapytaj Reijo. On też tu był. Tylko że ja byłam bardzo, bardzo 

mała.

- Też coś - parsknął Ailo. - Wcale ci nie wierzę. W każdym razie to nie była ta jaskinia. 

Nigdy przedtem tu nie byłaś. Nikt z nas tu nie był.

- Elise uważa, że mieszkaliśmy kiedyś w miejscu, które było bardzo podobne do tego - 

oznajmiła Maja. - To mogło być tutaj. Nie możesz mówić, że nie. Mnie się wydaje, że to tu.

- Skąd ty to możesz wiedzieć? Jest tak ciemno, że nic nie widać. Wcale byśmy nie 

znaleźli tej jaskini, gdybym nie potknął się o wejście. Nie ty je znalazłaś.

- A jak tu dotarliśmy? To ja znałam drogę.

Ailo nic nie odpowiedział. Nie podobało mu się tutaj. Było ciemniej niż na dworze. Nie 

pamiętał, którędy przyszli. Czy on szedł pierwszy, czy Maja. Czy to on siedział teraz przodem 

do wyjścia, czy może ona. Maja też tego nie pamiętała.

Zgadzali się tylko co do jednego: muszą siedzieć. Żadne z nich nie miało odwagi ruszyć 

w drogę w obawie, by nie pójść w niewłaściwym kierunku. Może ten korytarz się nigdy nie 

skończy, może zaprowadzi ich w głąb góry, tam gdzie nikt ich już nie odnajdzie?

- Nie powinniśmy wychodzić - rzekł Ailo tak cicho, że ledwo go było słychać.

- To twoja wina - ostro zareagowała Maja. - To ty pierwszy wyszedłeś.

- Boisz się? - zapytał dziarskim tonem, choć wcale nie czuł się dziarsko. - Założę się, że 

się boisz. Dziewczyny są tchórzami. Wystarczy tylko odrobina ciemności.

- Wcale się nie boję! - zaprotestowała Maja. - Wcale a wcale. Ale założę się, że ty masz 

stracha. Nie oszukasz mnie, Ailo. Boisz się tak bardzo, że się o mało co nie posikasz.

Ailo   postanowił   to  przemilczeć.   Nie   musi   przecież   z  nią   dyskutować.   Jeśli   się   nie 

odezwie, Maja zrozumie chyba, jaka jest głupia. Przecież on się niczego nie boi!

Choć tu jest dość okropnie...

- Czujesz coś w nogach? - zapytała Maja, przerywając ciszę, która trwała co najmniej 

tysiąc lat.

background image

- Czuję. - Ailo zdziwił się tym pytaniem. Tak beznadziejnie głupim pytaniem.

- A ja nie czuję - powiedziała Maja. Słyszała, że jej własny głos trochę drży. Bała się. - 

Ruszam stopami, ale ich nie czuję.

Ailo odważył się puścić jej rękę. Szukał po omacku stóp siostry, aż wreszcie zacisnął 

ręce na kumagach.

- Nic nie czuję - powtórzyła dziewczynka. - Musisz ścisnąć porządnie.

Ailo wymacał palcami wełnę wystającą spod sznurowania.

- Masz turzycę w kumagach?

- Fuj! - Maja skrzywiła się z obrzydzeniem. - Ona tak drapie. Coś okropnego. Mam 

dwie pary pończoch. Chciałam założyć jeszcze trzecie, ale się nie zmieściły.

-   Taka   jesteś   głupia,   że   wcale   mi   cię   nie   żal   -   skomentował   Ailo   i   zabrał   się   do 

rozsznurowywania wilgotnych rzemyków. - Wokół stopy musi być trochę powietrza. Wcale byś 

nie zmarzła, gdybyś miała gołe nogi i turzycę w kumagach. Tylko smarkule uważają, że turzyca 

drapie.

Maja powstrzymała się od komentarza. To okropne stracić czucie w nogach. Ailo był 

Lapończykiem. Zawsze mieszkał w jurcie. Znał się na takich rzeczach...

Chłopiec ściągnął kumagi z jej stóp. Były przemoczone. Przypomniał sobie, że pod 

Mają załamał się lód i wpadła do strumienia, zanim on potknął się o wejście do jaskini.

Ailo ściągnął Mai także przemoczone wełniane pończochy. Rzucił je na bok ze złością. 

Jak można się zachowywać tak głupio! Położył dłonie na stopach dziewczynki. Były mokre i 

zimne. Nie zdołał ich rozgrzać rękami. Sam od dawna marzł w ręce.

Pospiesznie rozpiął pas i wcisnął stopy Mai pod swoje ubranie. Pokryła go gęsia skórka, 

gdy lodowate nogi dotknęły jego brzucha, zagryzł jednak zęby.

- Po co to robisz? - Maja nie była już taka pewna siebie jak wcześniej. Inaczej nigdy nie 

zadałaby takiego pytania.

- Trzeba powoli rozgrzać twoje stopy. Ty nie możesz przyłożyć ich sobie do brzucha, 

więc ja to muszę zrobić.

- Nie mogę ich po prostu rozetrzeć?

- Nie rozgrzeją się w ten sposób - powiedział Ailo. Miał na końcu języka, że przecież 

każdy głupi to wie. Ale jakoś to przełknął. - Tak jest dużo lepiej. Trzymać je tuż przy ciele. W 

ten sposób najlepiej się rozgrzeją.

Maja   zaakceptowała   jego   wyjaśnienie.   Była   przemarznięta   i   przerażona.   Ailo   z 

pewnością także się bał, choć w wielu sprawach orientował się lepiej.

-   Myślisz,   że   przyjdą   po   nas   niedługo?   -   zapytała.   Ailo   nie   odpowiedział.   Oboje 

background image

pomyśleli to samo:

jakże głupio postąpili, wychodząc z jurty.

Nikt nie wiedział, gdzie się znajdują. Na dworze było całkiem ciemno. Może zaczną ich 

szukać dopiero rano. Może dopiero wtedy ktoś ich znajdzie.

Może wtedy będą już martwi.

Maja  wbiła   palce   stóp  w  brzuch  Ailo.   Chłopiec   zagryzł   wargi,   żeby  nie   krzyknąć. 

Poczuł się jak mały dzieciak i zapragnął, by to się wcale nie wydarzyło, by wcale nie zaczęli się 

kłócić. Gdyby przestali w porę, nie zabłądziliby.

Gdyby tylko tata był tu z nimi...

Kamień w gardle Ailo zrobił się tak wielki, że o mało go nie udusił. Robił się coraz 

większy, sięgał już do żołądka, do miejsca, na którego wysokości Maja trzymała swoje stopy. 

Chłopiec z trudem złapał oddech. Całe jego ciało drżało. Z zimna i z płaczu.

Miał przecież o tym nie myśleć... Miał o tym wcale nie myśleć...

Tato nie przyjdzie.

Tato nie żyje.

Rozpłakał   się   i   musiał   oddychać   ustami,   choć   coś   go   kłuło   w   piersi.   Nie   potrafił 

powstrzymać się od łez, mimo że bardzo tego pragnął. Nie chciał wszak, by Maja pomyślała, że 

on   się   boi.   Że   płacze   ze   strachu.   Zabrakło   mu   jednak   siły,   by   tłumaczyć   jej   prawdziwą 

przyczynę.

Maja   nic   nie   mówiła.   Na   końcu   języka   miała   wprawdzie   ostry   docinek,   ale   usta 

odmówiły posłuszeństwa, gdy chciała go wypowiedzieć. Pochyliła głowę, splotła dłonie i ufała, 

że Reijo nadejdzie wkrótce.

Była taka przerażona.

Zapalili już pochodnię Reijo. Ślady odbijały się wyraźnie od powierzchni śniegu. Słaby 

wietrzyk nie zdołał ich zatrzeć.

- Wygląda na to, że się nie myliłem - rzucił Reijo przez ramię.

Pozostawało im jeszcze zejść w dół po stromym zboczu, by dotrzeć do niewielkiego 

otworu. U podnóża sporego wzniesienia leżało mnóstwo kamieni, pomiędzy którymi widać 

było maleńkie ślady.

Reijo ostatni odcinek drogi pokonał biegiem, pochylił się i zajrzał do otworu w skale.

- Jaskinia? Reijo skinął głową, odgarniając śnieg gołymi rękami.

- Mam nadzieję, że nie weszli za głęboko. Ten korytarz prowadzi do morza. Poziom 

wody w jaskini zależy od przypływów i odpływów.

Matti pobladł.

background image

- Skąd oni wiedzieli o tej jaskini? Reijo popatrzył na swego towarzysza.

- Sam chciałbym to wiedzieć, Matti. Maja tu kiedyś była, ale miała wtedy zaledwie dwa 

lata. Przeżyła w tej jaskini coś przerażającego i nie powinna tego pamiętać. Nie rozumiem, jak 

tu trafili. O ile nie był to zwyczajny przypadek. - Reijo spojrzał w głąb pieczary. - Wejdę do 

środka. Ty czekaj tu z pochodnią.

- Idę z tobą. Reijo pokręcił głową.

- Tam jest ciasno. Trzeba się przeciskać. A teraz jest tam jeszcze ciemniej niż zwykle. 

Byłem tam kiedyś...

-   Reijo   wpełzł   do   środka.   Dłonie   niemal   mu   zamarzały,   gdy   dotykał   lodowatego, 

nierównego podłoża, ale nie zwracał na to uwagi. Uderzył głową w wystającą skałę i musiał się 

jeszcze bardziej schylić, by przedostać się dalej.

Po co wchodzili jeszcze głębiej? Oni także musieli tędy pełznąć. I muszą wciąż tu być. 

Nie spostrzegł przecież śladów wychodzących z jaskini.

Reijo dotarł do miejsca, w którym musiał już położyć się na brzuchu, na boleśnie go 

uwierających   kamieniach.   Przez   dłuższą   chwilę   słyszał   tylko   swój   własny   przyspieszony 

oddech. Leżał spokojnie i nasłuchiwał, aż w ciążącej mu ciszy rozległ się krzyk:

- Reijo? Reijo, tutaj jesteśmy. Usłyszał także łkanie. - Już idę! - krzyknął z ulgą. - Idę. 

Jesteście tam oboje?

- Tak. Tak, Reijo. Ale Ailo płacze. Reijo w dalszym ciągu pełzł na kolanach i łokciach, 

choć korytarz rozszerzył się i nie był już taki ciasny. Nie miał po prostu czasu się wyprostować, 

a poza tym się bał, że nadepnie na dzieci.

Po chwili rzeczywiście natrafił na nie. Siedziały razem. Reijo przytulił je i zapłakał, 

kryjąc twarz w ich mokrych włosach. Uczepiły się jego ramion, niemal go przewracając. Musiał 

przygarniać je po wielekroć i uspokajać.

- Nie złość się na nas! - błagała Maja. - Nie możesz się na nas gniewać!

- Nie gniewam się. Ale musimy się stąd wydostać. W jurcie czekają na was ciepłe skóry.

Uszczęśliwiony Ailo pociągnął nosem.

- Maja ma gołe stopy - powiedział. - Nie wiem, gdzie są jej kumagi.

- Zdjęłaś kumagi?

- Teraz czuję własne nogi! - wykrzyknęła Maja. - Już je czuję.

- Zmarzły jej nogi - wyjaśnił Ailo. Chłopiec ukląkł i szukał po omacku. Nie pamiętał, 

gdzie rzucił te przeklęte kumagi. - A ja rozgrzałem jej stopy. Ale nie mogę znaleźć kumagów.

- Obciągnij spodnie tak nisko, jak tylko zdołasz - polecił Reijo Mai. - Zrobiłaś to już?

- Tak. Zimno mi.

background image

- Wiem. Ale nie przejmuj się tym. Pełznijcie przede mną. Tędy. Ailo pierwszy. Potem 

Maja. Powiedz natychmiast, gdy cię zaczną boleć stopy. Na nic nie czekaj. Jasne?

- Tak, Reijo - odparła potulnie.

- Idziemy. Matti czeka na nas na zewnątrz. Mattiemu wydawało się, że czeka już całą 

wieczność.

Pochodnia zmniejszała się coraz bardziej. Nie miał pojęcia, co zrobi, jeśli Reijo nie 

wyjdzie z jaskini.

Nagle ich usłyszał.

Najpierw   tylko   niewyraźny   szmer.   Potem   głos   Reijo.   Spokojny.   Podtrzymujący   na 

duchu. Wreszcie w otworze pojawiły się dwie małe dłonie i poszarzała buzia. Matti z radości 

omal nie upuścił pochodni. Opanował się jednak i umieściwszy pochodnię między dwoma 

kamieniami, wyciągnął Ailo z jaskini i mocno go przytulił. Ramiona chłopca zacisnęły się 

wokół szyi Mattiego. Po chwili Ailo pociągnął nosem i wydostał się z objęć chłopaka.

- Musisz wyciągnąć stamtąd Maję. Ona ma gołe nogi. Matti wziął na ręce dziewczynkę, 

która ukazała się w otworze. Maja lała łzy strumieniami. Była tak przemarznięta, że Matti czym 

prędzej ściągnął kurtkę i otulił nią dziewczynkę, ale nawet to nie powstrzymało drżenia jej 

wątłego ciałka.

Na końcu z jaskini wydostał się Reijo. Stracił czapkę, ale na szczęście był cały i zdrowy. 

Maja od razu wyciągnęła ku niemu ręce, a Reijo bez słowa wziął ją z ramion Mattiego i 

przytulił.

-   Pójdę  sam  -   powiedział   dziarsko   Ailo.   -  To  mnie   najlepiej   rozgrzeje.   Weź   tylko 

pochodnię, Matti. Ja dam sobie radę.

Matti nie mógł powstrzymać się od uśmiechu. Chwycił pochodnię i przepuściwszy do 

przodu Reijo z Mają, starał się oświetlać im drogę. Wyciągnął rękę do chłopca.

- Ale możesz chyba trzymać mnie za rękę, bracie? Na to odważny maluch przystał.

Dopiero późną nocą Reijo zdołał ściągnąć z siebie ubranie. Uciekinierzy potrzebowali 

sporo  czasu,   by się   uspokoić.  Najpierw  musieli   opowiedzieć  o wszystkim,  wysuszyć  się  i 

rozgrzać, zjeść coś. A gdy już wreszcie położyli się na skórach, wciąż nie mogli się opędzić od 

niedobrych myśli.

Ailo poruszył Reijo prawie do łez. Chłopiec chwycił wielką dłoń opiekuna obiema 

rączkami i spojrzał mu prosto w oczy.

- Lubię  cię - powiedział,  uśmiechając się zupełnie tak jak Mikkal,  z prześwietloną 

ciepłem twarzą. - Lubię cię prawie tak samo jak tatę.

Reijo w wielkiej ciszy trawił to wyznanie. Ailo jednak jeszcze nie skończył. Podciągnął 

background image

skórę, którą był przykryty, aż pod brodę. Wciąż patrzył prosto w oczy Reijo. I, szlochając, 

zapytał:

- Teraz... gdy tato... nie żyje... może mógłbyś być moim tatą?

Reijo   musiał   zamrugać   kilkakrotnie   oczami   i   przełknąć   ślinę,   zanim   zdołał   coś 

powiedzieć. Ścisnął chłopca za rękę, poczochrał jego niesforne włosy.

- Oczywiście, Ailo, mój chłopcze. Mogę być twoim tatą tak długo, jak długo będziesz 

tego pragnął.

Ailo uśmiechnął się uszczęśliwiony i zasnął, trzymając opiekuna za rękę. Gdy Reijo 

uwolnił   swą   dłoń   z   uścisku   chłopca   i   ponownie   przełknął   ślinę,   uświadomił   sobie,   że   ta 

obietnica nakłada na niego jeszcze większą odpowiedzialność. Chodziło tu o coś  znacznie 

poważniejszego niż o doraźne uspokojenie małego chłopca.

Obietnica złożona dziecku waży równie wiele, co obietnica złożona dorosłemu. A może 

nawet więcej, bo przecież dziecko pokłada w niej znacznie większą nadzieję.

Takich słów nie rzuca się na wiatr.

- Wygląda na to, że od tej chwili masz syna - uśmiechnął się Santeri.

Rozmowa Reijo z Ailo wywarła na nim duże wrażenie. Po raz pierwszy w życiu zadał 

sobie pytanie, jak to jest mieć dziecko. Jak to jest być ojcem.

- Nie wyruszymy w drogę tej nocy - powiedział Reijo sucho i wyciągnął gołe stopy 

bliżej ciepłego paleniska. - Och, czegóż to dzieci nie potrafią!

Okrzyk   wyrwał   mu   się   prosto   z   serca.   Był   całkiem   wyczerpany   i   roztrzęsiony   ze 

zmęczenia, głowa wprost mu pękała, a w oczach czuł piasek. Trwoga, która zawładnęła Reijo, 

gdy wróciwszy do jurty nie zastali w niej Mai i Ailo, do tej pory go nie opuściła. Teraz 

pomieszała się z radością i ulgą, którą poczuł, gdy odnaleźli dzieci. Wszystko to sprawiło, że 

ogarnął go przedziwny nastrój.

Miał   ochotę   płakać   i   śmiać   się,   niewiele   brakowało,   a   szalałby   z   wściekłości, 

jednocześnie zaś był bliski wybuchnięcia niepohamowanym śmiechem, miał ochotę tańczyć z 

twarzą zwróconą ku niebu, czuł się wolny i szczęśliwy, a jednocześnie paraliżowała go trwoga, 

która przecież powinna była już ustąpić.

Potrzebował przede wszystkim snu. Sen jednak nie nadchodził.

- Jak długa podróż nas jeszcze czeka? - zapytał Santeri. - Kiedy dotrzemy do miejsca, w 

którym zimują krewni Mikkala?

-   Mniej   więcej   za   tydzień.   A   jeśli   wiatry   nam   będą   sprzyjać,   to   jeszcze   szybciej. 

Gdybyśmy dalej podróżowali lądem, potrzebowalibyśmy co najmniej dwóch tygodni. I kto wie, 

co mogłoby się wydarzyć...

background image

Wszyscy rozumieli, co Reijo ma na myśli.

- Powinieneś się przespać - powiedział Matti. - Jesteś najważniejszy. Bez ciebie nigdzie 

nie dotrzemy.

Reijo dobrze o tym wiedział.

- Jesteś zmęczony? - spytał Mattiego.

- Zmęczony, ale nie śpiący - chłopak uśmiechnął się krzywo. - Czuję się tak, jakbym 

zaraz miał zemdleć. Ale zasnąć nie potrafię.

- Właśnie - westchnął Reijo. Ułożył się tak, że stopami sięgał niemalże rozżarzonych 

kamieni, które otaczały palenisko.

W końcu jednak zasnął w takiej właśnie pozycji. Obudził się dopiero wtedy, gdy ogień 

już całkiem wygasł. Zmarzły mu stopy.

Wszystkie mięśnie mu zdrętwiały, mimo to zmusił się, by usiąść i rozbudzić całkowicie. 

Przez otwór w dachu dojrzał, że niebo przybrało nieco jaśniejszą, szarawą barwę.

Po cichutku, by nie obudzić pozostałych, rozniecił ogień, wykorzystując resztę drew. 

Potem ubrał się i wyszedł powitać budzący się dzień.

Całe ciało bolało go przy każdym ruchu, ale Reijo się przemógł. Pociągnął sanie bliżej 

brzegu i zaczął je rozładowywać. Nie mogli sobie pozwolić na pozostawienie czegokolwiek, co 

ze sobą wzięli.

Dwie pary sań wniósł na pokład. Sanie, na których leżało ciało zmarłego, i te, które 

opróżnił w pierwszej kolejności.

Na   dnie   łodzi   mogła   pojawić   się   woda,   dzięki   saniom  zaś   maluchy   będą  w   stanie 

przetrwać suche i zdrowe. Trzeba będzie usadzić je nieco wyżej i opatulić. Nic innego nie da się 

wymyślić.

Dlaczego   nikt   nie   wpadł   na   pomysł,   by   również   na   mniejszych   łodziach   budować 

zadaszenie? pomyślał. Wiedział jednak, że zazwyczaj nikt nie zabiera dzieci w podróż taką 

łajbą.

Reijo ładował bagaże na pokład równie starannie i ostrożnie jak wówczas, gdy wyruszał 

na połów. Równie porządnie.

Na lądzie pozostało tylko to, co znajdowało się w jurcie. Niebo przybrało już barwę 

dymu.

Santeri uchylił zasłony namiotu i wyszedł na dwór. Pokręcił rudą głową.

- Musisz robić to sam? Mogłeś nas przecież obudzić.

- Może i tak. Ale potrzebowałem trochę samotności. Czasami muszę być sam. A w 

najbliższych dniach nie będę miał raczej okazji. Można powiedzieć, że już jesteśmy w drodze.

background image

Santeri zapatrzył się w punkt, w którym fiord spotykał się z otwartym morzem.

Ogarnęło go podniecenie. Morze nie powinno w ten sposób kusić człowieka urodzonego 

w głębi lądu, a jednak kusiło go.

- Jesteśmy w drodze - potwierdził.

background image

5

Raija również była w drodze. Zacisnąwszy dłoń na relingu sterburty „Sankt Nikołaja”, 

spoglądała na ostatni widoczny fragment wybrzeża Ruiji, której miała nie oglądać przez długi 

czas.

A wszystko mogło się potoczyć inaczej. Raija wiedziała o tym doskonale i zagryzając 

zęby, starała się nie wspominać ostatnich wydarzeń.

Krajobraz wyglądał równie mało pociągająco jak ostatnim razem, gdy Raija opuszczała 

te strony.

Zmusiła się, by spojrzeć na kamienne wzgórze, na którym leżała twierdza Vardohus.

Zdołała to uczynić tylko dlatego, że doświadczyła znacznie większego bólu niż ten, 

który jej zadano w tamtym miejscu.

Utrata Mikkala bolała ją bardziej niż to, co przeżyła w Vardohus. Koszmarne sny o 

lochach więziennych nie miały jednak jej opuścić tylko dlatego, że znów ujrzała twierdzę. Raija 

rozumiała, że to nie stanie się tak łatwo.

Poczuła się jednak silniejsza, gdy spojrzała w stronę Vardohus z podniesionym czołem i 

szeroko otwartymi oczami.

Mdłości, które mogły powrócić wraz ze wspomnieniami, nie powróciły. Tym razem 

zdołała je pokonać. Nadejdzie dzień, gdy będzie na tyle silna, by przywoływać wspomnienie po 

wspomnieniu i długo je rozpamiętywać, by wreszcie się od nich uwolnić. Nie tyle zapomnieć, 

ile doprowadzić do tego, by nie sprawiały jej za każdym razem tyle bólu.

Na razie uczyniła jeden krok w tym kierunku.

Nadejdzie dzień, w którym w ten sam sposób będzie umiała wspominać Mikkala. Stanąć 

w miejscu, w którym z nim była, i odtwarzać sekundę po sekundzie z podniesionym czołem.

Będzie to o wiele trudniejsze. I nie nastąpi zbyt prędko.

Do tego trzeba bowiem znacznie więcej. Na to jej teraz nie stać.

Raija zadrżała na wietrze. Próbowała spojrzeć w głąb fiordu Varanger, choć wiedziała, 

że czyni to nadaremnie.

Mikkala tam przecież nie było.

Reijo nie wyruszyłby tak pospiesznie, nie w środku zimy. Zaczekałby do wiosny. Taki 

jest przecież rozsądny.

Mikkal   z   pewnością   w   dalszym   ciągu   pozostaje   na   półwyspie.   Daleko,   daleko   na 

zachodzie...

Mikkal...

background image

Nie. Tylko jego ciało. Skorupka, która go otaczała. Która otaczała jej Mikkala...

Jej Mikkal nie żyje.

Nie ma go.

Zamknęła oczy z bólu. Znów zaatakowały ją nudności. Nudności i ból. Nie!

To był krzyk z głębi duszy.

On nie mógł odejść. Nie mógł odejść na zawsze. Raija nie potrafiła tego znieść. Sama 

myśl o tym była nie do wytrzymania. Natychmiast ją dławiła.

Pochyliła się nad wodą, trzymając się mocno relingu. Paznokcie wbiła w drewno, jak 

tyle razy przedtem.

Wymiotowała tak długo, aż nic w niej już nie pozostało.

Mikkal odszedł, ale ona nie straciła go na zawsze. Kusiły ją kojące myśli o życiu po 

życiu. O życiu po śmierci.

Nigdy przedtem nie potrzebowała tego tak bardzo jak teraz.

Nie potrafiła jednak o tym myśleć. Nawet jej wyobraźnia nie sięgała tak daleko.

O   wiele   łatwiej   przychodziło   jej   wplatanie   Mikkala   w   piękne  wizje.   Wizje   równie 

mgliste i podobne do snu jak teraz jej myśli. Raija chciała wierzyć, że to, co żyło w Mikkalu, to, 

czym on w istocie był, wciąż żyje. I że może wciąż przynosić jej radość, choćby poprzez polne 

kwiaty, które tak kochała, poprzez letni wiatr...

Pragnęła wierzyć, że Mikkal jest częścią zorzy polarnej.

To było jej najgorętsze pragnienie.

Pewnego dnia, gdy i po niej zostanie na ziemi tylko pusta skorupka, spotkają się znów 

na niebiańskim moście światła. Nie jako ludzie, lecz jako duchy. W postaci, której na razie nie 

da się nazwać. Nie przywykła jeszcze do tych myśli. Nigdy przedtem nie rozmyślała o śmierci. 

Śmierć była czymś niezmiernie odległym.

Bardzo pragnęła, by te marzenia się spełniły. By śmierć nie odebrała jej Mikkala na 

zawsze. By ich ponowne połączenie było tylko kwestią czasu.

I cierpliwości. Takie myśli inni mogli uznać za szaleństwo, Raija więc nie dzieliła się 

nimi z nikim.

Tym „nikim” był oczywiście Jewgienij. Tylko z nim mogła w ogóle rozmawiać. Bała 

się jednak, by nie zaczął się z niej śmiać.

A ona musiała w coś wierzyć. Gdyby ktoś zniszczył tę osnowę, którą sobie stworzyła, 

nie pozostałoby jej zupełnie nic.

Zostałaby sam na sam z żałobą, której nie umiałaby znieść bez osnowy tych marzeń.

Raija splunęła prosto do morza.

background image

Barentsewo   Morie,   tak   je   nazywał   Jewgienij.   Morze   Barentsa.   Po   fińsku   Jaameri. 

Barentsewo Morie, powtórzyła Raija. Nie zabrzmiało to dokładnie tak samo, jak w ustach 

Jewgienija, zabrakło rytmu i śpiewności.

Raija   obawiała   się,   że   zanim   zacznie   rozmawiać   w   języku   Jewgienija,   będzie 

potrzebowała wielu godzin nauki. Znała nazwy wszystkich części i przyrządów okrętowych. 

Nauczyła   się   zwrotów   grzecznościowych.   Zachwycało   ją   brzmienie   i   melodia   rosyjskiego. 

Bardzo pragnęła, by ten język stał się jej własnym, i wkładała wiele wysiłku w to, by słowa w 

jej ustach brzmiały tak samo, jak wymawiał je jej nauczyciel.

-   Nie   powinnaś   tu   stać.   -   Jewgienij   zszedł   już   z   mostku   kapitańskiego.   Objął   ją 

ramieniem,   ona   zaś   dopiero   wtedy   uzmysłowiła   sobie,   że   marznie.   -   Znów   cię   męczyły 

nudności. - To nie było pytanie, ale stwierdzenie. - Widziałem, moja droga. Mówiłem przecież, 

że nie powinnaś się wysilać. Nie powinnaś wychodzić na pokład. Kiepsko to znosisz.

- Nie jestem taka wątła, jak ci się wydaje - zaprotestowała. Odgarnęła włosy z twarzy. - 

Musiałam tu przyjść, Jewgienij. Musiałam popatrzeć...

Raija wskazała głową oddalający się ląd.

Jewgienij zrozumiał. Ostatni skrawek Ruiji. Vardo.

- Już sobie popatrzyłaś, mój aniele. - Pieszczotliwe określenie, którym nazywał ją w 

myślach, wyrwało mu się całkiem bezwiednie. Wypowiedział je tak naturalnie, że Raija nie 

zwróciła na nie uwagi. Stosunki między nimi były tak ciepłe i przyjacielskie, że odczytała to 

zupełnie inaczej, niż powinna.

Jewgienij napomniał sam siebie w duchu.

- Teraz  możesz wejść do kajuty - powiedział  swobodnie. - Nie mogę jednocześnie 

prowadzić statku i martwić się o ciebie. Zejdź z pokładu i zajmij się lekcjami!

- Rozkaz kapitana? - zapytała. Jewgienij przytaknął z powagą:

- Rozkaz. - Popatrzył na nią nieco dłużej, niż powinien. - Raiju, dziecko moje, jesteś 

szczuplejsza niż wtedy, gdy wsiadałaś na pokład. A dobrze wiemy, że i wtedy byłaś bardzo 

chuda.

- Nie zniknę tak prędko - Raija uśmiechnęła się blado. - Nie jestem taka chuda...

- Nie straciłem jeszcze oczu - przerwał jej Rosjanin. - Zwłaszcza gdy w grę wchodzi 

piękna dziewczyna...

Raija i Jewgienij mieszkali w tej samej kajucie. Nie było innego wyjścia. Marynarze 

mieli całkiem fałszywe przekonanie o tym, co łączyło tych dwoje.

- Gdy się zabiera na pokład taką kobietę jak ty z mężczyznami, którzy od dawna nie 

widzieli żadnej dziewczyny, nie wystarczy im przykazać, by trzymali ręce z dala od niej - 

background image

tłumaczył jej Jewgienij. - Żaden z nich nie tknie jednak kobiety kapitana.

Raija i Jewgienij rozmawiali o najróżniejszych sprawach. Raija wiedziała, że niewiele 

zdoła ukryć przed Rosjaninem.

- Będę wyglądać trochę lepiej, gdy zsiądę na ląd. - Na jej twarzy pojawił się cień 

uśmiechu. - Ludzie tacy jak ja nie są stworzeni do życia na morzu. Chorujemy od tego.

- Cierpisz na wyjątkowo paskudną chorobę morską - orzekł Jewgienij. - Zazwyczaj 

objawy ustępują po pewnym czasie.

- Mnie przejdzie dopiero wtedy, gdy zsiądę na ląd - zapewniła go Raija. - Jak nazwałeś 

następną krainę, którą zobaczymy?

Jewgienij nie mógł się powstrzymać od uśmiechu. Raija bardzo łaknęła wiedzy. Nie 

było rzeczy, o którą by nie zapytała. Pytała tyle razy, ile potrzebowała, żeby zapamiętać.

-   Połuostrow   Rybaczij   -   powiedział   Jewgienij.   I   znów   się   uśmiechnął,   gdy   Raija 

powtórzyła jego słowa tak, jakby smakowała jakieś nowe danie, danie wyborne i smakowite. - 

Zdaje się, że moja przepowiednia się spełni - stwierdził  Rosjanin, otwierając  jej drzwi do 

kajuty.

- Jaka przepowiednia?

- Że będziesz mówić po rosyjsku jak rodowita Rosjanka.

Raija lubiła pochwały, ale nie przyjmowała ich bezkrytycznie.

- Może mam zdolnego nauczyciela? - spytała. - A może będzie mi to bardzo potrzebne, 

może będę musiała mówić po rosyjsku tak, jakby to był mój język ojczysty.

Jewgienij rozłożył ramiona:

- Na to nie mogę ci odpowiedzieć, mój aniele. Nie codziennie snuję przepowiednie.

Całe popołudnie Raija spędziła w samotności. Większość dni tak właśnie wyglądała. 

Jewgienij przebywał na pokładzie nieco dłużej, niż powinien. Należał do osób, które czują się 

niezastąpione albo mają pracę we krwi.

Do Jewgienija pasowały oba określenia. Po śmierci Aleksieja pozwolił, by całkowicie 

pochłonęła go praca.

Trudno mu było zmienić teraz ten rytm.

Raija wiedziała, że chętnie by to uczynił specjalnie dla niej. Zauważył przecież, że ona 

nie czuje się najlepiej, spędzając tyle godzin samotnie. Okazywał jej zresztą tyle troski, że Raija 

pragnęła wyrazić swoją wdzięczność jeszcze wyraźniej.

Jewgienij wskoczyłby dla niej w ogień.

Wieczorami miał trochę wolnego czasu. Wówczas rozmawiali. Jedli wspólnie kolację. 

Milczeli razem. Wtedy też Jewgienij udzielał jej lekcji rosyjskiego.

background image

Raija czekała na te lekcje. Stanowiły miłą odmianę w jej monotonnym trybie życia.

Jewgienij dość wcześnie chodził spać. Często brał wachtę o świcie. A że dzielili kajutę, 

Raija nie mogła siedzieć przy zapalonej lampie, gdy on spał. Kładła się równie wcześnie, 

wstawała zaś chwilę po nim. Dnie dłużyły się jej niemiłosiernie...

Gdy   pewnego   razu   Rosjanin   wsunął   głowę   przez   drzwi   kajuty   nieco   później   niż 

zazwyczaj, pomyślała, że wreszcie zamierza odpocząć już po pracy.

Myliła się jednak. Wyglądał na zmęczonego i z pewnością był zmęczony, ale ukrywał to 

najlepiej, jak potrafił.

-   Strasznie   wieje   -   rzekł,   przekładając   przez   próg   kajuty   jedną   tylko   nogę   i 

przytrzymując drzwi ręką. - Zdaje się, że zmierzamy prosto w obszar, na którym panuje sztorm. 

Próbujemy zmienić kurs, może to poprawi naszą sytuację. Niewykluczone, że będziemy się 

trzymać bliżej brzegu.

-   Nie   powinieneś   się   przemęczać   -   zauważyła   Raija,   choć   wiedziała,   że   robi   to 

nadaremnie. Jakby rzucała grochem o ścianę.

-   Poradzę   sobie   -   uspokoił   ją.   -   Chciałem   tylko   powiedzieć,   że   nie   powinnaś   stąd 

wychodzić. Jeśli zacznie jeszcze silniej wiać, to pod żadnym pozorem nie wolno ci wychodzić 

na   pokład.   Nie   chciałbym,   żeby   cię   stamtąd   zmiotło.   Jeśli   będziesz   wymiotować,   rób   to 

gdziekolwiek. Na przykład do samowara!

Raija uśmiechnęła się.

- Zrozumiałam polecenie, kapitanie. Pod żadnym pozorem nie wyjdę na pokład podczas 

sztormu.

- Nikt tu nie mówił o sztormie - próbował ją uspokoić.

-   Nie   przyszedłbyś   tu   przecież,   gdyby   chodziło   tylko   o   trochę   silniejszy   wiatr   - 

zauważyła   Raija   trzeźwo.   -   Wystraszyłeś   mnie   wystarczająco.   Wracaj   na   swój   kapitański 

mostek, zmień kurs i popłyń ze mną na spokojniejsze wody!

- Działasz na mnie równie orzeźwiająco jak sztorm z północnego zachodu, Raiju! - 

Jewgienij puścił do niej oko i zniknął.

Raija nie była tego taka pewna. Nie czuła się najlepiej. Po paru godzinach komplement 

nabrał w jej oczach innego sensu.

Wcale nie uważała, że sztorm z północnego zachodu jest orzeźwiający.

Był okropny.

Siedziała na koi, otulona kocem, opierając plecy o schowek, a nogi o brzeg koi. Oczy 

miała   mocno   zaciśnięte,   wolała   bowiem   tylko   czuć,   jak   wszystko   się   kołysze   i   przechyla 

gwałtownie, niż patrzeć na to.

background image

Są w życiu chwile, gdy mrok jest błogosławieństwem.

Cały czas słyszała morze. Ryk, który ranił jej uszy. I złowieszcze skrzypienie. Raija 

przyłapała się na rozmyślaniach o solidności „ Sankt Nikołaja”.

Podczas wielu lat spędzonych w Ruiji nie słyszała o zatonięciu rosyjskiego statku, choć 

przecież musiało się to czasem zdarzać. „Sankt Nikołaj” nie był z pewnością najnowszym i 

najlepiej wyposażonym statkiem, który przemierzał trasę między Norwegią a Rosją.

Raija czuła każdy cios, który morze zadawało jego burtom, on zaś za każdym razem 

jakby coraz bardziej kapitulował. Wystarczy dostateczna liczba takich ciosów...

Wszystko to jednak było grą żywej wyobraźni Raiji. Żaglowce takie jak „Sankt Nikołaj” 

budowano przecież z myślą o tej trasie. Ma się rozumieć, że były solidne. Czy Jewgienij 

ryzykowałby własne życie i życie załogi?

A zresztą to pewnie nie jest prawdziwy sztorm. Raija nigdy nie przeżyła sztormu na 

morzu.   Nie   płynęła   też   przy   porywistym   wietrze,   nie   miała   więc   żadnej   możliwości 

porównania.

Wrodzony lęk przed wielką wodą sprawiał zapewne, iż wyolbrzymiała zjawiska, które 

były całkiem normalne.

Jewgienij będzie się później nieźle bawił jej opowieścią o tym, co sobie wyobrażała, i o 

tym, jak bardzo pobladła... Przez jakiś czas wszystko wydawało jej się nawet do zniesienia. 

Raija siedziała i nasłuchiwała.

Rzeczywiście zrobiło się całkiem cicho. Dał się słyszeć tylko całkiem przyjazny plusk 

wody o burty.

Już po wszystkim?

To zbyt piękne, by mogło być prawdziwe. Trudno to w ogóle nazwać sztormem. Jeśli 

już jest po wszystkim, to niepotrzebnie się bała.

Odpowiedź nadeszła nader szybko.

Raija nie zdołała nawet odetchnąć z ulgą.

Po chwili ogarnęło ją poczucie, że toną. I że będą tak tonąć przez całe wieki.

Cisza była wręcz nie do zniesienia.

Raija skrzyżowała ramiona, jakby chciała utulić samą siebie. Rozejrzała się po kajucie. 

Lampa zamrugała i zgasła.

Czy właśnie tak się idzie na dno? Czy o to chodzi? Czy statek zawsze tonie w ciszy?

Raija nie znała odpowiedzi na te pytania.

Jewgienij prosił, by została w kajucie, by nie opuszczała jej pod żadnym pozorem.

Nie chciał chyba jednak, by siedziała pod pokładem, jeśli statek rzeczywiście idzie na 

background image

dno?

Dlaczego nie słychać żadnych głosów?

Dlaczego nikt nie krzyczy? Czy nie ma tam już nikogo żywego?

Do kajuty jak dotąd nie zaczęła się wdzierać woda. Może jednak trzeba trochę czasu, by 

to się stało.

Raija wiedziała doprawdy niewiele na temat morza i statków.

Wydawało jej się, że „Sankt Nikołaj” tonie już całą wieczność.

Wtedy zaczęło się wszystko od nowa.

Raija spadła z koi. W szafce zabrzęczało szkło, choć przecież każda szklanka stała w 

osobnym otworze.

Raija poczuła się tak, jakby miała uszy zalepione watą. Tylko pogłos tego wielkiego 

huku dźwięczał w jej głowie.

Najprawdopodobniej leżą już na dnie.

Ale wszystko w dalszym ciągu się kołysało. Unosiło się po to, by spadać i spadać 

równie długo jak poprzednim razem.

Raiją rzucało od ścianki do ścianki i czuła, że jest posiniaczona na całym ciele. Nie 

oberwała w ten sposób od czasów, gdy Hans Fredrik Feldt zaszczycił ją swą wizytą w lochu 

czarownic w twierdzy Vardohus!

Czy istnieją fale zdolne spowodować coś takiego?

Najwyraźniej tak!

Między dwiema następnymi falami Raija próbowała wysunąć szufladę z komody. Przed 

kolejnym uderzeniem zdołała tylko zaczepić o coś palce.

Tym razem rzuciło ją na komodę.

Przywarła do tego mebla z całej siły. Nie wątpiła, że teraz walczy o życie.

Czegoś takiego nie da się przeżyć. To zbyt straszne, zbyt przerażające.

Nigdy nie przypuszczała, że siły natury mogą być tak potężne. Przetrwała niejedną 

zimową burzę na płaskowyżu, gdy śnieg i wiatr jednoczyły swe siły, by rozpętać istne białe 

piekło.

Nie sądziła, że może być coś jeszcze gorszego.

Teraz zmieniła zdanie, choć przecież ona siedziała pod pokładem.

Wolała nawet nie zastanawiać się nad tym, co też się dzieje tam na górze.

Czy Jewgienij i jego marynarze wciąż są na pokładzie?

Może została całkiem sama na tym statku...

Nie wolno tak myśleć!

background image

Płakała i modliła się, gryzła palce aż do krwi, by nie krzyczeć, gdy „Sankt Nikołaj” 

mierzył się z kolejną falą.

Fale nie wydawały się jej już tak niesamowicie wysokie, ale dla Raiji, która potwornie 

się bała, nie miało to już żadnego znaczenia.

Nawet łagodne kołysanie przyprawiłoby ją o drżenie serca.

Raija   wczepiła   się   w   komodę   resztką   sił.   Znów   zacisnęła   powieki   i   płakała   z 

przerażenia.

Nagle  nieoczekiwanie  statek  prawie  znieruchomiał.  Zapanowała wielka  cisza,  jakby 

sztorm rozegrał się tylko w wyobraźni Raiji.

Raija przez dłuższą chwilę leżała nieruchomo, nim ośmieliła się uwierzyć, że jest już po 

wszystkim. Podejrzliwie czekała na następną falę, która rzuci ją na ściankę komody.

Nic takiego się jednak nie wydarzyło.

„Sankt Nikołaj” z Archangielska kołysał się w normalnym rytmie. Raija zwilżyła wargi 

językiem i poczuła smak krwi. Usta były spuchnięte tam, gdzie się sama ugryzła.

Oczy zaczęły ją swędzieć. Potarła je. Zdawało jej się, że twarz również ma spuchniętą. 

Z wielką ostrożnością wstała. Dobry Boże, ależ oberwała!

Zaczęła szukać lampy, znalazła jednak tylko odłamki szkła. Poza tym i tak nie miała 

pojęcia, gdzie jest oliwa. Może i dobrze, że nie zobaczy, jakie szkody sztorm wyrządził w tej 

kajucie i jak poturbował jej ciało. Raija czuła, że wygląda potwornie.

To jednak nie miało znaczenia.

Jewgienij  nie pozwolił  jej opuszczać  kajuty. Raija jednak uznała, że ma prawo się 

dowiedzieć, co się stało z nim i z jego załogą.

Naciągnęła   jedną   z   kurtek   Jewgienija,   zarzuciła   na   nią   własną   pelerynę.   Potem 

otworzyła drzwi i po omacku szukała drogi przez ciemny korytarz. Znalazła drabinę i zaczęła 

się wspinać.

Luk był zamknięty, a ona nie miała siły go otworzyć.

Stukała więc, sprawiając jeszcze więcej bólu swym obolałym dłoniom. Niemal straciła 

głos, nim wreszcie ktoś ją usłyszał.

Jeden z marynarzy odsunął pokrywę luku.

Przemoczony do suchej nitki człowiek powiedział coś do niej w locie. Raija nic nie 

zrozumiała, a on zniknął, zanim zdołała znaleźć odpowiednie słowa i poprosić go, by powtórzył 

to powoli i wyraźnie.

Wdrapała się na pokład.

Wszystko wyglądało znacznie lepiej, niż sobie wyobrażała. Oczami duszy widziała już 

background image

połamane maszty, poszarpane na strzępy żagle i ładunek porozrzucany po pokładzie.

Panował tu wprawdzie chaos, ale wedle jej oceny sytuacja powinna wrócić do normy.

Rosyjskie statki są zatem znacznie solidniejsze, niż przypuszczałam, stwierdziła Raija, 

stawiając parę chwiejnych kroków w stronę relingu.

Dopiero   wówczas   dotarło   do   niej,   że   większość   marynarzy   zebrała   się   w   jednym 

miejscu.

Chłopak, który pomógł jej otworzyć pokrywę, opuścił na chwilę tę grupkę, po czym 

natychmiast do niej wrócił.

Na pokładzie panowała zastanawiająca cisza. Marynarze mówili niewiele.

Jewgienij.

Gdzie jest Jewgienij?

Raija rzuciła okiem w stronę mostka, ale tam stał sternik, przemoczony do suchej nitki, 

blady i posępny.

Co ten marynarz powiedział? Dlaczego nie nauczyła się lepiej rosyjskiego?

Raija   nerwowo   przełykała   ślinę,   podchodząc   do   gromadki   mężczyzn.   Marynarze 

rozsunęli się, gdy się zbliżyła, zupełnie tak, jakby roztaczała wokół siebie jakiś magiczny czar.

Raija wreszcie zrozumiała, co marynarz chciał jej powiedzieć. Nie znała wprawdzie 

jego języka, ale teraz zrozumiała go doskonale.

Jewgienij leżał nieruchomo na pokładzie. Po jego prawej stronie powiększała się ciągle 

kałuża krwi.

Gdy Raija uklękła koło rannego, zorientowała się, skąd płynie ta krew.

Jewgienij miał prawie oderwane ramię. Umierał.

Raija,   nie   zastanawiając   się,   przystąpiła   do   działania.   Zacisnęła   obie   ręce   na   tym 

ramieniu i dzikim spojrzeniem ogarnęła stojących dokoła mężczyzn.

- Macie zamiar tak stać? - krzyknęła gniewnie. - Macie zamiar stać i patrzeć, jak się 

wykrwawia na śmierć?

Uzmysłowiła sobie  natychmiast,  że oni  nie rozumieją  fińskiego.  Zaczęła szperać  w 

pamięci. Znalazła kilka potrzebnych słów.

- Pomóżcie mu! Pomóżcie mu! Jewgienij żyć! Jewgienij nie mógł umrzeć! Tylko w nim 

była jej nadzieja!

background image

6

Raija robiła to już przedtem. Zdarzyło się jej już zatrzymywać krwotok.

Boże, niech się uda jeszcze raz!

Nigdy nie zrozumiała do końca, co się właściwie stało. Nie posłużyła się żadnymi 

zaklęciami ani słowami. Wyłącznie dłońmi. Dłońmi i przedziwną mocą, której te dłonie stały 

się narzędziem. Mocą, z którą ona sama nie miała nic wspólnego. Raija nie pojmowała, skąd się 

ta moc wzięła. Nie wiedziała, jak nazwać to, co wstępowało w jej dłonie od czasu do czasu, 

czyniąc   ją   zdolną   do   ratowania   ludzkiego   życia.   Nie   wiedziała   też,   czy   można   ową   moc 

przywołać.

Teraz jednak bardzo chciała, by się pojawiła.

- Dobry Boże - modliła się, gdy jej dłonie pokrywały się krwią Jewgienija. - Dobry 

Boże, niech ta moc na mnie spłynie! Nieważne, czy to przekleństwo, czy błogosławieństwo. 

Nieważne, co się ze mną później stanie. Pozwól mi tylko uratować życie Jewgienija! Pozwól mi 

zatrzymać ten krwotok! Zatrzymać! Zatrzymać! Pozwól mu przeżyć!

Raija   zamknęła   oczy   i   powtarzała   bez   przerwy   tę   samą   prośbę,   z   której   w   końcu 

pozostało tylko: „Pozwól mu żyć, pozwól mu żyć, pozwól mu żyć...”

I wydawało się jej, iż tonie w głębinie co najmniej równie groźnej jak ta, którą wzburzył 

sztorm.

Tonęła   coraz   bardziej   i   bardziej,   aż   wreszcie   całkowicie   straciła   świadomość.   Aż 

zaczęła płynąć przez cudowną nicość, nie ważąc ani grama. Aż zjednoczyła się z zorzą polarną, 

w  którą chciała  się  wtopić po śmierci,  aż zaczęła  wirować  za  sprawą  sił  potężniejszych i 

dziwniejszych niż to, co była w stanie pojąć.

Zapadała się coraz głębiej i głębiej. Aż wreszcie zamknęła się nad nią łagodna, wełnista 

ciemność.

Załoga  pogodziła  się  już z  myślą  o śmierci  kapitana. Każdy z  marynarzy wiedział 

doskonale, że z takim krwotokiem niewiele da się zrobić. Krew tryskała strumieniem.

Wtedy zjawiła się ta kobieta.

Niewysoka   i   drobna,   prawie   przezroczysta   zdaniem   mężczyzn,   którzy   woleli 

postawniejsze niewiasty. Spódnicą zamiatała pokład. Tkanina nasiąkła wodą i stała się jeszcze 

cięższa. Wielka kurtka Jewgienija sięgała jej prawie do kolan. Musiała podwinąć rękawy, by 

nie utonąć w niej bez reszty.

Twarz   miała   zapłakaną   i   bladą,   jeden   policzek   opuchnięty.   Sztorm   rzucał   nią 

najprawdopodobniej po kajucie. Nieliczne porywy wiatru, które kołysały od czasu do czasu 

background image

statkiem, wzburzyły jej czarne włosy i czarną znoszoną pelerynę. Wyglądała tak, jakby stała w 

czarnej chmurze.

Najbardziej przesądni członkowie załogi często później wspominali tę chwilę. Wtedy 

wszystko się zaczęło, mówili. Wtedy jej twarz się rozświetliła. I choć była opuchnięta, choć 

miała zaczerwienione oczy, to stała się piękniejsza niż wszystko, co w swoim życiu widzieli.

To był znak, że coś się wydarzy.

Ci marynarze, którzy mocniej stąpali po ziemi, nie zobaczyli nic poza drobną kobietą 

spowitą w czerń, o tym jednak nie wspominali. Rosjanie uwielbiają piękne opowieści. Po latach 

historia ocalenia Jewgienija stała się jedną z najpiękniejszych, jakie znali.

Biało - czarna kobieta zbliżyła się do kapitana, który leżał bez czucia na pokładzie. 

Opadła przy nim na kolana. Jej dłonie dotknęły nieznacznie twarzy rannego, musnęły jego 

zamknięte oczy.

Krew wciąż z niego tryskała, wciąż zalewała wilgotny, śliski pokład.

Wtedy kobieta rzuciła się na niego. Wszyscy spodziewali się histerycznych, babskich 

łez, gradu pocałunków na twarzy umarłego... Ale ona zacisnęła obie dłonie na jego ramieniu. 

Przycisnęła je całym ciężarem swego ciała, leżała prawie na nim, z pełną rozpaczy twarzą, 

zwróconą ku marynarzom. Wykrzykiwała słowa, których nie rozumieli. Przekleństwa, a może 

oskarżenia skierowane przeciwko nim. Po chwili jednak ucichła i zaczęła szeptać modlitwę.

Wreszcie padły słowa, które mogli zrozumieć. Słowa urwane, bo przecież mówiła w 

obcym języku:

- Pomóżcie mu! Pomóżcie mu! Jewgienij żyć!

Pomóc mu?

Najświętsza Panienka wie najlepiej, że niczego bardziej nie pragnęli.

Ale jak przywrócić życie komuś, kto leży w kałuży własnej krwi?

Stracił za wiele krwi. Ramię było prawie oderwane.

Od samego początku wiedzieli, że to szaleństwo. Kapitan nie miał nic do roboty na 

maszcie. Nie do niego należało spuszczanie żagli!

Ale   Byków   nigdy   nie   był   zwyczajnym   kapitanem.   Wykonywał   wszelkie   prace   na 

pokładzie.

Lina zacisnęła się na jego barku, ogromna fala uderzyła w statek, kapitan stracił punkt 

oparcia... i zawisł na ramieniu.

To był przerażający widok, gdy ramię odrywało się coraz bardziej, aż wreszcie przetarła 

się lina i kapitan spadł na pokład.

Ale ta kobieta tego nie widziała. Nie widziała, jak został skazany na śmierć, i nie chciała 

background image

tego przyjąć do wiadomości.

Wciąż ściskała nieszczęsne ramię. Patrzyli na poruszające się usta Raiji, ale nie słyszeli 

ani nie rozumieli jej słów.

Leżała na ciele kapitana z zamkniętymi oczami. Jej usta poruszały się bez ustanku. 

Widzieli, jak ciało kobiety napina się niczym cięciwa luku i jak opada na Jewgienija.

Dopiero wtedy oprzytomnieli. Każdy z osobna był skłonny to przyznać. Do tej chwili 

nie byli w stanie działać. Teraz pospiesznie odciągnęli Raiję od kapitana. Nie ważyła prawie 

nic, więc nie wymagało to wielkiego wysiłku.

Oddychała bardzo powoli, ale na jej twarzy malował się spokój. Mimo to obawiali się 

trochę o jej zdrowie. Jeden z marynarzy wziął ją na ręce i zaniósł do kajuty kapitana.

Jewgienijowi nie poświęcili wiele uwagi. W ich oczach był już martwy.

- Przestał krwawić - zauważył nagle jeden z marynarzy.

Natychmiast skupili się wokół kapitana.

- Już po wszystkim - powiedział inny, czyniąc znak krzyża.

Ten, który stał najbliżej, pochylił się nad Jewgienijem, przyłożył dłoń do jego ust i 

zamarł z niedowierzania.

- On oddycha - szepnął, spoglądając na otaczających go towarzyszy. - On naprawdę 

oddycha! Żyje!

- Ale przecież nie krwawi...

Wszyscy po kolei zaczęli przyklękać przy swym kapitanie. Wszyscy przykładali mu 

dłoń do ust i wszyscy czuli to samo. Słaby, spokojny, ciepły oddech.

Spoglądali na siebie nawzajem. Żaden nie miał odwagi uwierzyć w to, co zobaczył. 

Żaden nie ważył się odezwać.

Wszyscy wiedzieli, że kapitan żyje, choć przecież powinien był wyzionąć ducha.

Czuli się zbyt mali i słabi, by postawić sobie pytanie, jak to się stało, jakie siły się za 

tym kryją. Woleli zająć się sprawami praktycznymi.

- Z tego na pewno będzie gangrena - powiedział jeden z nich.

Nie   było   nikogo,   kogo   można   by   się   poradzić.   Nikt   nie   mógł   zdjąć   z   nich 

odpowiedzialności.   Byli   prostymi   marynarzami,   którzy   wiedli   nieskomplikowane   życie,   i 

jedyny cud, jaki znali, to przyjazny wyraz twarzy kobiety kupionej za pieniądze.

W   cudzie,   który   tu   się   wydarzył,   nie   brali   udziału.   Wydarzył   się   jednak   w   ich 

przytomności. Postanowili zadbać więc o to, by kapitan zachował życie.

-   Przestał   krwawić.   A   tego   ramienia   i   tak   nie   da   się   uratować.   Wisi   całkiem 

bezwładnie...

background image

Ciągnęli losy, by wyznaczyć tego, który to zrobi.

Nieszczęśnik, na którego wypadło, dostał szklaneczkę gorzałki. Potem zanurzył ostrze 

siekiery w tej samej gorzałce i odciął nim rękę do końca.

Ramię  kapitana zniknęło za burtą. Resztką alkoholu zdezynfekowali  ranę,  po czym 

przewiązali prawie czystą niedzielną koszulą.

Potem dwaj marynarze podnieśli kapitana i zataszczyli do kajuty.

Byków wciąż żył i krwawił bardzo nieznacznie.

Dwaj członkowie załogi zostali w kajucie, by czuwać nad kapitanem i jego kobietą. W 

powietrzu czuć było cud.

Następnego ranka zaczęła dyżur następna dwójka. Ani kapitan, ani jego kobieta nie 

obudzili się z długiego, dziwnego snu.

Załoga  szeptała o  tym  z  lekkim przerażeniem.  Nie wiedzieli,   co  począć.  Odpłynęli 

daleko od lądu. Od zamieszkanych obszarów Rosji dzieliło ich co najmniej parę dni żeglugi.

Mruczeli między sobą coś na temat lekarza, ale nikt nie wspomniał głośno o możliwości 

powrotu do Norwegii. Czy znaleźliby tam jakiegoś doktora? Może noaidę, ale przecież kobieta 

kapitana umiała tyle samo, co on.

Woleli nie wtajemniczać nikogo w to, co się wydarzyło na pokładzie. W każdym razie 

nie wcześniej niż w chwili, gdy będzie wiadomo, jak się to wszystko zakończy.

Dopóki kapitan i jego kobieta leżą bez czucia, lepiej trzymać całą sprawę w tajemnicy.

Raija wróciła do świadomości w równie dziwny sposób, jak ją straciła. Niosła ją ta sama 

fala, tyle że tym razem w górę. W uszach jej szumiało, palce drętwiały, cale ciało pulsowało... 

Ciepło rozlewało się z wolna po wszystkich jej członkach. Tak długo marzła. Wydawało się jej 

już, że nie wyrwie się z mroźnego uścisku...

Raija ostrożnie otworzyła oczy, lękając się tego, co ujrzy. Nie pamiętała chwili, w której 

pochłonęła ją ta fala wieczności. Wiedziała tylko, że było to ważne, bardzo ważne.

Widziała sama siebie.

Jak w szalonym śnie widziała własne ciało, skulone na koi. U jej stóp leżał zwinięty 

koc. Ubranie było w wielkim nieładzie. Nie rozumiała, jak mogła położyć się do łóżka w kurtce 

Jewgienija i własnej pelerynie.

Nie było chyba aż tak zimno...

Raija uczepiła się tej myśli, jakby to było dziwniejsze niż fakt, że widzi sama siebie. Że 

patrzy we własne, szeroko otwarte oczy i wie, że to właśnie ona... Spróbowała zmienić pozycję. 

Ciało, na które patrzyła, poruszyło jednym ramieniem, ale Raija nie czuła nic a nic. Słyszała 

męskie głosy mówiące po rosyjsku. Nic nie rozumiała. To nie był Jewgienij...

background image

Gdy pomyślała o nim, przeszył ją potworny ból...

Wiedziała, że fala, która poniosła ją w nicość, miała związek z Jewgienijem...

Cierpiała tak, że aż zamknęła oczy. Wydawało jej się, że tonie. Powieki ciążyły jej tak 

bardzo,   iż   obawiała   się,   że   nie   zdoła   ich   unieść.   Wreszcie   odzyskała   czucie   w   ramieniu. 

Wiedziała, że unosi je i rusza palcami. A gdy ponownie otworzyła oczy, ujrzała sufit, a nie 

samą siebie.

Ujrzała sufit i dwie zmartwione twarze. Gdy marynarze dostrzegli, że Raija próbuje 

wstać, rzucili się na pomoc. Ich uśmiechy wypełniły pole widzenia Raiji.

Kręciło się jej w głowie, gdy próbowała ją unieść. Było to na tyle nieprzyjemne, że 

położyła się ponownie.

Marynarze cofnęli się zawstydzeni, zupełnie jakby przyznawali, że to ich wina.

Raija usiłowała dać im do zrozumienia uśmiechem, że wszystko jest w porządku. Nawet 

w pewnym stopniu jej się to udało.

- Jewgienij? - zapytała.

Spojrzenia, które wymienili, przyprawiły ją o dreszcze. Przepełniał ich wstyd, poczucie 

winy i coś, czego nie potrafiła nazwać. Gdzie jest Jewgienij?

Przypomniała sobie sztorm.

Ale co było potem? Coś się zdarzyło, ale nie pamiętała co.

Dlaczego  coś  przesłaniało  jej  pamięć,  gdy próbowała  przywołać obraz tego,  co  się 

zdarzyło po sztormie? Co się z nią właściwie stało? Dlaczego ci marynarze tutaj stoją?

Raija wiedziała, że statek płynie. Docierały do niej odgłosy morza. Czuła kołysanie. A 

zatem są w drodze.

Czy Jewgienij mógłby kazać aż dwóm marynarzom jej pilnować? To nie do wiary. 

Jewgienij troszczył się o nią, robił dla niej wszystko, ale nawet on uznałby, że w najgorszym 

razie wystarczy jeden.

Raija była niemal pewna, że to nie Jewgienij dowodzi teraz statkiem.

- On nie żyje? - zapytała. Wolała już wiedzieć, nawet jeśli to miałaby być prawda. Do 

szaleństwa doprowadzało ją to, że musiała mówić, używając zaledwie słowa czy dwóch. Nigdy 

przedtem nie doświadczyła tak wielkiego ograniczenia. Do tej pory zawsze znała język, którego 

potrzebowała.

Teraz uświadomiła sobie z całą mocą, że świat jest o wiele większy, niż jej się zdawało. 

I że  ona sama jest  zaledwie  pionkiem  w wielkiej,  nieogarnionej  grze.  Jewgienij  nie  mógł 

umrzeć.

Obaj marynarze pokręcili głowami.

background image

Nawet gdyby to było kłamstwo, nie zorientowałaby się.

Przez   ułamek   sekundy   ujrzała   Jewgienija   leżącego   na   pokładzie   w   kałuży   krwi. 

Widziała jego prawe ramię, ułożone nienaturalnie wysoko w stosunku do całej reszty ciała. 

Widziała jego bladą twarz i zamknięte oczy...

- On nie żyje!

Raija z trudem usiadła. Zachwiała się, ale nie upadła. Wczepiła się dłońmi w brzeg koi, 

spuszczając w dół nogi, jedną po drugiej.

Marynarze   wciąż   wszystko   jej   zasłaniali.   Raija   zrozumiała   nagle,   dlaczego   jest   ich 

dwóch. Dlaczego nie pozwalają jej zobaczyć koi Jewgienija...

Jewgienij nie żyje. Nie żyje, a oni nie chcą, by się o tym dowiedziała. Chcą to przed nią 

ukryć.

Raija puściła brzeg koi i chwiejnym krokiem ruszyła w głąb kajuty. Jeszcze jeden krok. 

Dobrze by było mieć coś do podparcia! Raija próbowała się czegoś chwycić, próbowała złapać 

jednego z marynarzy za ramię, ale nie udało się jej. Chłopak się cofnął. Jej dłoń zacisnęła się w 

powietrzu i Raija runęła na podłogę.

Dopiero wtedy znalazły się czyjeś ręce. Wtedy chcieli jej pomóc się podnieść, ale Raija 

machnęła   na  nich   gniewnie.   Próbowała  przedrzeć   się  do   przodu,   przedostać   się   przez  coś 

wełnistego i szarego, choć wiedziała, że to coś istnieje tylko w jej wyobraźni, bo skąd by się 

wziął dym w kapitańskiej kajucie.

Spływała potem, gdy wreszcie dotarła do celu. Czas się zatrzymał. Gdy się znalazła koło 

koi Jewgienija, uniosła głowę. Oddychała nierówno, oczy zachodziły mgłą. Jakaś jej cząstka 

wcale tego nie pragnęła, ale silna Raija dążyła do prawdy za wszelką cenę. Chciała mieć 

pewność.

Twarz Jewgienija, widziana z profilu, była wciąż biała. Oczy miał zamknięte, zwróciła 

uwagę  na  jego   nieprawdopodobnie  długie   rzęsy.   Nigdy   przedtem  tego  nie  zauważyła.  Nie 

przyglądała mu się w ten sposób. Wygląd zewnętrzny znaczył dla niej tak niewiele. Zawsze tak 

było... zawsze więcej wagi przykładała do ludzkiego wnętrza.

Usta Jewgienija były lekko rozchylone.

Raija zmusiła się do tego, by unieść jedną rękę, przyłożyć ją do ust Rosjanina i poczuć, 

że nie została okłamana. On rzeczywiście żył.

Świadczył o tym słabiutki oddech. Raija wciąż nie miała pojęcia, jaką rolę odegrała w 

tym, co się zdarzyło, nie pamiętała, że to przede wszystkim dzięki niej udało się uratować 

Jewgienija.

Leżał zwrócony prawą stroną do ściany. Raija patrzyła na jego lewe ramię i nie mogła 

background image

wiedzieć, co się kryje pod kocem naciągniętym aż pod brodę leżącego.

Chciała się podnieść, ale w połowie drogi nogi odmówiły jej posłuszeństwa.

Wtedy przyskoczył jeden z marynarzy. Złapał ją i wsparł o własną pierś, podtrzymując 

tak długo, aż wreszcie kajuta przestała tańczyć w jej oczach.

Raija   przełknęła   ślinę   i   dała   znak,   że   chce   wrócić   na   swoją   koję.   To   było 

najrozsądniejsze  wyjście.   Stan   Jewgienija   był   bardzo   poważny.  Tyle   rozumiała.   Nie   miała 

pojęcia, co może dla niego zrobić, ale wiedziała, że nie pozwoli mu umrzeć.

Bardziej niż kiedykolwiek potrzebowała swej własnej siły.

Marynarz, który jej pomagał, zatrzymał się pierwszy. Raija nie rozumiała, skąd jego 

wahanie. Czyżby nie pojął, o co jej chodzi?

Wówczas to zobaczyła.

Jej własna koja była zalana krwią.

Nie zastanawiając się wiele, pochyliła się, a w głowie zawirowało jej tak, że upadłaby 

na podłogę, gdyby marynarz nie przytrzymał jej w porę. Z trudem chwytała powietrze, ale tym 

razem nie pozwoliła sobie pomóc.

Wszystkie elementy układanki zaczęły nagle pasować do siebie.

Na Boga, dlaczego się nie domyśliła?

Nie była przecież wstydliwym podlotkiem, powinna była zrozumieć wszystkie znaki...

Podciągnęła w górę brzeg spódnicy i zobaczyła, że krew spływa jej po nogach.

Nie miała siły na to patrzeć.

Obaj młodzieńcy obserwowali ją z przerażeniem. Bali się z pewnością znacznie bardziej 

niż ona. Musiała zacząć działać, choć w głowie huczało jej tak, iż prawie nie słyszała własnych 

myśli.

Skinęła dłonią w stronę fotela, który przykręcony był do podłogi. Jeden z marynarzy 

podprowadził ją tam i posadził. Jego wzrok wędrował nieustannie w stronę zalanej krwią koi.

- Wody - poprosiła Raija cichym głosem. - Dużo wody.

Obaj rzucili się w stronę drzwi.

Raija doskonale ich rozumiała.

Skrzyżowała dłonie na brzuchu. Chciała się pomodlić, choć nie robiła tego za często. 

Słowa nie układały się, tak jak tego chciała. Ale przecież także uczucie może być modlitwą... 

niemy krzyk zbolałej duszy...

To był początek życia.

Powinna była zrozumieć...

Nudności, brak łaknienia, zmęczenie...

background image

Zaślepiła ją żałoba.

Teraz nie chciała, by Mikkal dojrzał to ze swego miejsca w zorzy polarnej. Nie chciała, 

by się o tym dowiedział.

To było dziecko. Dziecko jej i Mikkala, poczęte najprawdopodobniej owej przeraźliwie 

zimnej nocy pod rozjarzonym polarnym niebem...

A teraz pozostała po nim tylko krew zmieszana ze śluzem.

Sztorm i morze odebrały jej to dziecko.

Złożone dłonie zacisnęły się w pięści. Zaczęła bębnić nimi w oparcie fotela, w swoje 

łono, którego nienawidziła za to, że jest puste. Poczuła się oszukana, okradziona z czegoś, do 

czego miała prawo.

Straciła Mikkala. Straciła dzieci. Czy nie zasłużyła przynajmniej na to maleństwo?

Jeden z marynarzy przyniósł wiadro wody. Raija spostrzegła, że nad wiadrem unosi się 

para, a więc ktoś zatroszczył się o to, by ją zagrzać. Nie miała pojęcia, czy zdoła się umyć, 

wiedziała jednak, że musi to zrobić.

Dała marynarzowi znak, by wyszedł, co też on skwapliwie uczynił, czerwieniąc się przy 

tym.

Raija została sama z Jewgienijem, który przebywał gdzieś w krainie pomiędzy życiem a 

śmiercią. I z własnymi myślami, z marzeniem o dziecku, które nigdy się nie urodzi.

Straciła poczucie czasu, gdy zaczęła się rozbierać i obmywać z krwi.

Czas nic już nie znaczył.

Zmagała się z nudnościami, z każdą sekundą opadała z sił.

To   ja   powinnam   umrzeć,   myślała,   siedząc   otulona   wełnianym   kocem   w   fotelu 

Jewgienija.

Nie miała zbyt wielu ubrań, a poza tym zabrakło jej siły, by szukać czegokolwiek.

Każdy inny człowiek, któremu by przypadło w udziale takie życie, już dawno by się 

poddał, myślała. Dlaczego ja muszę znieść tyle ciosów i dalej żyć?

Doznała już wielu cierpień. Ostatni cios był szczególnie bolesny. Z dzieckiem Mikkala 

zrodziłaby się w niej nadzieja. Mogłaby patrzeć w przyszłość z podniesionym czołem.

To byłoby szczęście. Szczęście, które Elle dojrzała na jej dłoni wiele lat temu.

Tymczasem straciła wszystko. Zupełnie wszystko.

Nawet żałoba minie.

A  teraz  trzeba  odzyskać  siły.  Raija  nie  wiedziała,  jak  to osiągnąć.   Nigdy   tego  nie 

wiedziała, ale zawsze potrafiła to zrobić, jeśli dostatecznie się starała.

Jewgienij miał być jej skałą, ale ta skała się rozkruszyła. Teraz on kogoś potrzebował. 

background image

Raija wiedziała, że to ona musi być tym kimś.

Jewgienij zrobiłby dla niej to samo. Zrobiłby wszystko, i to bezwarunkowo.

Raija   nigdy   nie   odmówiłaby   przyjacielowi,   który   potrzebuje   pomocy.   Potrafiłaby 

wskoczyć w ogień dla tych, na których jej zależało.

Postanowiła więc, że będzie skałą dla Jewgienija.

background image

7

Na początku pogoda sprzyjała ósemce podróżującej łodzią Nilsa. Wiatr wydymał żagiel, 

zimowe niebo uśmiechało się nad nimi. Każdy, kto raz ujrzał takie niebo, pragnął mieć je 

zawsze nad głową.

Matti   nie   posmakował   katorżniczej   pracy   i   niebezpieczeństw,   którymi   straszyli   go 

Santeri i Reijo. Po paru dniach zaczął uważać się za prawie marynarza. Rzeczywiście nieźle 

poruszał się po pokładzie. A i choroba morska go nie dręczyła. Niewiele pożytku miały z niego 

wodne stworzenia.

Ma się rozumieć, że było zimno. Trudno nazwać tę wyprawę podróżą dla przyjemności. 

Zimą wybrzeże Finnmarku było srogie i jałowe. Przez dziesiątki tysięcy lat szalejące zimowe 

wichry smagały linię brzegową, a jednak nie zdołały jej wyrównać. Nie znały spoczynku, wciąż 

atakowały ląd, który bronił się jak tylko potrafił.

Biedna  łódź,   wydana  na  łaskę  morza,   wiatru   i  natury,   nie  miała  czym  się   osłonić. 

Musiała tańczyć, jak jej morze zagrało, wsłuchiwać się w życzenia wiatru i cieszyć wydętym 

żaglem.

Załodze   nie   pozostawało   więc   nic   innego,   jak   rozgrzewać   jakoś   dłonie   i   stopy   i 

przetrzymać to wszystko.

Taki już był ten kraj. W ten sposób się uśmiechała jego zimowa twarz.

Powinni złożyć przemarznięte ręce do modlitwy i dziękować swemu Stwórcy za to, że 

nie odwrócił się od nich i nie pozwolił, by wichry i morze tak do końca igrały z nimi, jak im się 

podoba.

Reijo martwił się pierwszego dnia. Wiedział, że z Santeriego będzie miał pożytek. Nie 

miał jednak pojęcia, jak to będzie z Mattim. Nie wiedział też, czy łódź zda egzamin. Bał się 

również, że dzieci przemarzną i przemokną w czasie tej podróży.

Stan łodzi mile ich zaskoczył - był lepszy, niż można by się spodziewać. Nils przesadził 

chyba w jej krytyce. Reijo przypomniał sobie słowa Nilsa o tym, że jakoś nie mógł mieszkać w 

odziedziczonym po nim i Raiji domu. Reijo zastanawiał się, czy ta łódź nie miała być formą 

zwrotu długu, który ciążył Nilsowi, a którego nie dało się spłacić otwarcie. Ciekawe, czy teraz 

Nils śpi już spokojnie w domu nad morzem.

Santeri sprawdził się. Ludzie jego pokroju zawsze dają sobie radę, zawsze spadną na 

cztery łapy. Santeri okazał się lepszym marynarzem, niż Reijo przypuszczał. Na morzu nawet 

mróz nie dokuczał mu tak bardzo, choć właśnie on najczęściej był przemoczony i przemarznię-

ty. Wilgotne morskie powietrze działało jednak na Santeriego całkiem inaczej niż lodowate 

background image

powietrze na płaskowyżu. W inny sposób nie można tego wytłumaczyć.

A dzieci?

Z ich powodu Reijo wybrał drogę morską. To dla nich podjął to ryzyko.

Nie nadawał się na przewodnika przeprawy przez płaskowyż: wolał nawet nie myśleć, 

jak mogła się skończyć.

Nie mógł jednak udawać ślepego. Widział doskonale, że dzieci nie mają w tej podróży 

odpowiednich   warunków.   Jednak   tylko   Ida   wrzeszczała   jak   opętana   i   okazywała   swoje 

niezadowolenie na wszelkie sposoby. Widać było, że jej maleńkie ciałko bardzo się męczy, że 

chętnie poraczkowałaby sobie swobodnie, zamiast leżeć nieruchomo, opatulona w ubrania i 

skóry, przez większą część dnia - jak więzień umieszczony w niewielkiej drewnianej łodzi.

Pozostałe dzieci milczały. Okazywały zrozumienie.

Dzieci nie powinny zachowywać się w ten sposób. Reijo wcale nie chciał, by milczały, 

wolałby, żeby się buntowały przeciwko temu, co je boli.

Nie zachowywały się naturalnie. Sam nigdy nie był takim dzieckiem. Tym bardziej 

Raija - to Reijo mógłby zeznać pod przysięgą. Żadne z nich nie potrafiłoby też wychować 

dzieci do takiego posłuszeństwa.

Tymczasem nawet Maja ukrywała, że szczęka z zimna zębami.

Reijo nienawidził sam siebie.

Czuł też nienawiść w stosunku do tego poszarpanego, surowego wybrzeża. Nienawidził 

wiatru, który ranił skórę, wdzierał się między ubrania i z radością kłuł ludzi najboleśniej, jak 

potrafił.

Czuł nienawiść wobec kraju, który kochał. Nie lubił samego siebie.

Gdy tylko miał czas, by myśleć, snuł marzenia o rozżarzonych paleniskach, o ścianach 

chroniących   przed   wiatrem.   W   fantazji   widział   się   otulonego   w   skóry   przed   ogniem,   w 

marzeniach czuł ciepło rozlewające się po ciele i błogość, podsycaną świadomością, że na 

zewnątrz króluje surowa zima.

Czwartego dnia powietrze zaczęło się zagęszczać. Niebo zasnuło się szarzyzną. Zbliżyło 

się do morza, skryło gdzieś horyzont, uciszyło wiatr...

Zaczęli dryfować, zamiast żeglować. Niosły ich nieznane prądy.

Zarysy lądu były coraz mniej widoczne, spowijała je szaroczarna mgła. Gęsta, lepka i 

nieprzyjazna...

- Nie damy rady przybić do brzegu - zameldował Santeri  ze swego posterunku na 

dziobie. - Tylko kruk albo mewa mogą się tam przedostać.

Reijo dawno już to zrozumiał. Po prawej stronie wznosiły się strome skały - widzieli to 

background image

wyraźnie, zanim zasnuła je mgła. Teraz z trudem mogli dojrzeć siebie nawzajem.

- Uważaj! - krzyknął Reijo. - W tej mgle możemy w coś uderzyć.

- Gdzieś trochę dalej musi być przecież jakieś miejsce, w którym możemy przybić do 

brzegu. - Głos Mattiego drżał nieznacznie.

Reijo wzruszył ramionami. Wystarczy, że Santeri i on wiedzą, że w tej chwili wcale nie 

mogą być pewni, czy trzymają właściwy kurs. Teraz, gdy nie widzieli ani linii brzegowej, ani 

horyzontu, gdy niebo zlało się w wełnistą masę ze wszystkim innym, nie mieli żadnego punktu 

odniesienia.

Pozostawało mieć nadzieję, że prąd płynie wzdłuż lądu. Pozostawało zaufać intuicji. 

Wierzyć, że mają rację w sprawach, w których powinni byli mieć pewność.

Reijo rozumiał, że to istne szaleństwo, ale nie miał wyboru.

Może pogoda się zmieni, nim osiądą na jakiejś mieliźnie.

Trzeba zachować spokój, myślał. Wiedział przecież, że wszyscy inni są przerażeni. Tak 

samo jak i on.

- To jest niebezpieczne, prawda? - dopytywała się Elise.

- Skąd wiesz, gdzie jest ląd? - zastanawiała się Maja, trzeźwo jak zawsze. Jej pytanie 

obudziło czujność Mattiego. Reijo zauważył, ze chłopak wyraźnie pobladł.

On zaś nie był w stanie kłamać.

- Nie wiem, gdzie jest ląd, Maju. Przypuszczam, gdzie jest, ale nie jestem tego pewien. 

Mam nadzieję, że Santeri coś widzi. Że zobaczy niebezpieczeństwo, nim na nie...

W łodzi zapadła cisza.

Elise przytuliła małą Idę z całej siły. Przysunęła się bliżej Knuta. Kiedy siedzieli tak 

blisko siebie, czuli się troszkę bezpieczniej. Maja i Ailo też się do siebie przybliżyli. I tak jak w 

tej mrocznej jaskini, chwycili się za ręce.

-   Mgła   nas   zaskoczyła   -   wyjaśnił   Reijo   Mattiemu.   -   Ani   ja,   ani   Santeri   nie 

potraktowaliśmy zapowiadających ją znaków wystarczająco poważnie. To przede wszystkim 

moja wina. Nie przypuszczałem, że ten wiatr ucichnie. Dlaczego miałby to zrobić? Wiał prze-

cież cały czas. Ale pomyliłem się. Sam to widziałeś. Byliśmy za daleko od lądu, brzeg był zbyt 

skalisty i mgła dopadła nas szybciej, niż się spodziewaliśmy.

Matti wysłuchał tego wyjaśnienia, ale wciąż się bal.

Dryfowali...

Reijo zastanawiał się, czy powinni zacząć wiosłować, ale nikomu o tym nie powiedział.

We mgle  zamajaczył  jakiś  prześwit,  zwinięty żagiel   zaczął  furkotać nieco  bardziej. 

Reijo nie odważył się jednak skorzystać z tego słabiutkiego wiatru, pozwolił, by łódź wciąż 

background image

dryfowała. Nie ośmielił się postawić żagla, skoro nie wiedzieli, co się znajduje przed nimi.

Mógłby   ryzykować   na   znanych   sobie   wodach,   ale   teraz   zupełnie   stracił   orientację. 

Wolał więc zachować rozwagę.

Mglista ściana nie będzie przecież otaczać ich wiecznie. Nie na tych wodach. Pogoda 

zmieniała się tu zazwyczaj tak szybko, że człowiek nie miał czasu się do niej przyzwyczaić.

Dzień dłużył się w nieskończoność.

Wszyscy milczeli. Reijo był pod tym względem surowy. Przedtem rozmawiali za dużo i 

za głośno.

To   mogło   być   niebezpieczne.   Gdyby   tak   załoga   nie   dosłyszała   jakiegoś   rozkazu? 

Rezultaty byłyby doprawdy opłakane.

Reijo lubił ich wszystkich, ale na pokładzie, gdy stał za sterem, był przede wszystkim 

kapitanem. Odpowiadał za ich bezpieczeństwo i traktował to bardzo poważnie.

Morze zachowywało się zawsze kapryśnie. Potrafiło zaskakiwać co chwila. Mgła była 

najlepszym tego dowodem.

Podczas   żeglugi   na   pokładzie   mógł   rozbrzmiewać   tylko,   głos   kapitana.   Wszyscy 

powinni wykonywać jego rozkazy. Los całej ósemki zależał od tego, czy załoga błyskawicznie, 

bez zastanowienia wykona polecenie. Chodziło o zaufanie, o spokój, o to, by każdy znał swoje 

miejsce i zadania. Przede wszystkim zaś o to, by każdy usłyszał wydany rozkaz.

Reijo przyzwolił na krótkie, ciche pogaduszki, zabronił jednak niepotrzebnego głośnego 

gadania. Gdy zaś sytuacja zrobiła się trudna, zażądał całkowitej ciszy.

-   Ster   w   prawo!   -   krzyknął   nagle   Santeri,   rzucając   się   na   przeciwległą   burtę,   by 

przywrócić równowagę łodzi, gdy przechyliła się niebezpiecznie. Matti skoczył w ślad za nim, 

a Reijo szybko zrobił to, co do niego należało.

Przy tej pogodzie nie widział zupełnie, co się dzieje przed dziobem. Musiał zawierzyć 

Santeriemu.

Reijo zauważył jakiś nieco ciemniejszy kształt za lewą burtą. Santeri i Matti przestali 

wisieć na relingu.

- Spora wysepka - orzekł Santeri. - Zaryzykujemy?

- Jasne - powiedział Reijo. Wiedział równie dobrze jak Santeri, że to o wiele bardziej 

bezpieczne niż dalsza żegluga we mgle. Gdyby nie natrafili na tę wysepkę, musieliby zarzucić 

kotwicę i mieć nadzieję, że nie zdryfują zanadto w tej szarej zasłonie.

Powoli   posuwali   się   w   stronę   lądu.   Cień   stal   się   wyraźniejszy,   nabrał   bardziej 

zdecydowanego kształtu. Reijo domyślał się, że znajdą tam tylko skały, w najlepszym razie 

trochę mchu, ale tak czy inaczej postawią nogę na stałym gruncie. Północne wybrzeże nie 

background image

należało do najurodzajniejszych krain, zwłaszcza że mróz codziennie szarpał tę ziemię swymi 

pazurami.

- Długo tu zostaniemy? - dopytywała się Maja. - Tu jest okropnie.

Widok zbyt dużej ilości skał przyprawiał ją zawsze o dreszcze. Była to pamiątka po 

przeżyciach w jaskini.

- Rozstawimy jurtę - obiecał Reijo. - Wtedy będzie trochę lepiej.

Doskwierał im chłód.

Wysepka okazała się niewielka, Reijo mógł z powodzeniem ogarnąć wzrokiem oba jej 

końce albo rozmawiać z kimś stojącym na drugim krańcu.

Na szczęście na samym środku skalisto - kamiennej wysepki wznosił się pagórek, który 

ich osłonił przed wiatrem od morza.

Znaleźli nawet całkiem płaski kawałek terenu, na którym udało się rozstawić jurtę. 

Wyłożyli podłoże skórami, zasłonili wszystkie szpary tak starannie jak się dało. Paleniska nie 

budowali, bo brakło im drew na podpałkę.

Między wydanymi na siły natury śliskimi kamieniami nie rosło zupełnie nic. Nawet 

mech nie zdołał wczepić się w nieliczne, jałowe grudki ziemi.

-  Zrobimy,   co  się   da  -  powiedział  Reijo  pogodnie,   tonem,  który  nie  oddawał   jego 

prawdziwego nastroju. - Jeśli przytulimy się do siebie, będzie nam cieplej.

Pospiesznie zmienili mokre ubrania na suche i skupili się w bezładną gromadkę wokół 

Reijo. Wszystkie dzieci chciały siedzieć jak najbliżej niego. Wszystkie chciały czuć jego ciepło 

i siłę.

Reijo wziął Idę na kolana. Była najmniejsza. Jego malutka dziewczynka. Potrzebowała 

najwięcej ciepła. Maja nie dała jednak za wygraną. Wślizgnęła się pod jego ramię i zasnęła, nim 

zdołała przeżuć suszone mięso, które dał im Reijo. Wcześniej z zazdrością patrzyła na Idę, 

która dostała odrobinę chleba i roztartych w dłoni jagód.

Pozostałe dzieci musiały się zadowolić przytuleniem do części ramienia czy nogi Reijo. 

I nie wymagały wcale, by ktokolwiek poświęcał im uwagę.

Matti i Santeri dołączyli do tej gromadki.

Z zewnątrz otulili się sporą ilością skór.

Ścianki jurty osłaniały ludzi przed najgorszym wiatrem i wilgocią, a jednak chłód zdołał 

się zakraść pomiędzy nich.

Ida zasnęła. Reijo ułożył ją pod kurtką, na cienkiej koszuli, tak by mogła grzać się 

ciepłem jego ciała. Jego mała dziewczynka nie powinna marznąć.

Miarowy,   spokojny   oddech   dziecka   przyniósł   i   jemu   odrobię   wytchnienia.   Nikomu 

background image

innemu nie było dane odpoczywać tak wygodnie, jak jej. Wszyscy wprawdzie zasnęli i spali 

przez jakiś czas, ale obudzili się, zanim ich umysły i ciała zdołały odzyskać sprawność.

Reijo nawet nie próbował zasnąć. Wiedział  dobrze, że nie zazna spokoju, póki nie 

zniknie mgła, póki nie ruszą w dalszą drogę.

Z jakiegoś niejasnego powodu wysepka nie wydała mu się bezpieczna.

Uśmiechnął się sam do siebie, gdy to pomyślał. Gdyby tylko powiedział coś takiego 

Raiji! Przecież to on zawsze śmiał się z jej przeczuć.

Raija... co też się z nią dzieje?

Jakże często zadawał sobie to pytanie. Wiele razy chciał je wypowiedzieć na głos, 

zawsze jednak się od tego powstrzymywał.

Reijo tęsknił za nią. Tęsknił za nią przez cały czas, nie mógł jednak o tym mówić, bo ani 

Santeri, ani Matti nie zrozumieliby go.

Nie tęsknił za Raiją jako swoją żoną. Nie za kochanką.

A wszyscy podejrzewaliby go właśnie o to.

On tymczasem tęsknił za inną Raiją. Za tym, kim ona dla niego była. Za przyjacielem i 

człowiekiem.   Przede   wszystkim   za   najbliższym   mu   człowiekiem.   Za   kimś,   kogo   dobrze 

rozumiał i kto rozumiał jego bez niepotrzebnego gadania. Za najwspanialszym towarzyszem, 

jakiego można sobie wyobrazić.

Mało kto uwierzyłby w jego zapewnienia. Dla innych była piękną, atrakcyjną kobietą, 

kobietą nieosiągalną.

Reijo wcale im się nie dziwił. Przez wiele lat dla niego również była taką kobietą, lecz z 

czasem przygasa nawet największa namiętność. Pojął to dopiero po fakcie.

Dziś nie potrafiłby trzymać jej w ramionach tak jak niegdyś.

Jako przyjaciel - i owszem. Ale nie jako kochanek.

Brakowało mu tej przyjaźni. Bliskości, intymności, istniejącej pomiędzy przyjaciółmi, 

którzy wiedzą o sobie prawie wszystko, którzy mogą sobie zaufać w każdej sytuacji i są w 

stanie wiele dla siebie poświęcić, którzy są gotowi oddać za siebie życie.

Raija zawsze była mu takim przyjacielem. Od czasów, gdy był niezręcznym chłopcem, 

który ją uwielbiał.

W swym wieku męskim nie miał już takich przyjaciół.

- Czy nie powinniśmy zabrać tu trochę więcej jedzenia? - zastanawiał się Matti. - Nie 

przemoknie w łodzi?

Matti był młody. Pięty go swędziały. Nie potrafił usiedzieć w miejscu bezczynnie.

Nie znosił chwil, w których nie było nic do zrobienia. Takie chwile nie miały dla niego 

background image

sensu.

- Nie - odpowiedział mu Reijo. To on był kapitanem. Przywódcą. Nie musiał mówić nic 

więcej. Ale wziąwszy pod uwagę fakt, iż pytanie zadał Matti, dodał: - Jedzenie jest porządnie 

zapakowane. Mięso nie zepsuje się od wilgoci. Łódź jest dobrze zacumowana.

To wyjaśnienie uspokoiło chłopca.

Santeri i Matti wymienili spojrzenia. Nie zdradzili się jednak z tym, że w pewnym 

sensie obaj czują podobny niepokój. Obaj przecież byli jeszcze młodzi.

Reijo wyglądał od czasu do czasu przez otwór w dachu. Mgła wciąż była gęsta. Gdy 

wreszcie zdołał dojrzeć niebo, stało się już czarne.

Nadeszła noc.

Okazało się, że mgła stanowiła zaledwie zapowiedź zmiany pogody.

Nocą nadszedł prawdziwy wiatr. Gradobicie. I sztorm.

Porywy wiatru szarpały  jurtą.  Reijo żałował,  że rozstawili  ją na chybcika.   Pagórek 

wznoszący się na wysepce osłaniał ich trochę przed wichrem, ale Reijo nie dałby sobie głowy 

uciąć za to, że ich schronienie przetrzyma tę niepogodę.

- Powinienem był to przewidzieć - mruknął do siebie. - Pomyśleć przynajmniej, że to się 

może zdarzyć. A ja uspokoiłem się, sądząc, że to tylko mgła. I że będzie po kłopocie, gdy się 

rozrzedzi.

- Nie jesteś Panem Bogiem - stwierdził  Matti. - Nikt  nie oczekuje, że przewidzisz 

wszystko.

- Ja tego od siebie oczekuję.

Matti nie wiedział, co na to odpowiedzieć.

Wiało   coraz   bardziej.   Grad   wielkości   jajek   bombardował   ściany   jurty.   Dzieci   się 

przestraszyły, szukały u Reijo ciepła i schronienia. Musiał pomieścić w objęciach całą piątkę. 

Powinien dać im poczucie bezpieczeństwa, a tymczasem i jego ogarnęła wyjątkowa trwoga.

Jeśli wiatr porwie jurtę znad ich głów, nie pozostanie im żadna nadzieja. Wówczas ich 

przyszłość będzie można określić tylko jednym słowem: straceni.

- Muszę wyjść - powiedział, gdy wydało mu się, że wichura trochę ucichła. Wyglądało 

na to, że tylko on ma takie wrażenie, bo wszyscy próbowali odwieść go od tego zamiaru.

- Lepiej będzie, jeśli ja wyjdę - oświadczył Santeri. - Dzieci czują się bezpieczniej przy 

tobie.

- I zdołasz wzmocnić jurtę, nic nie widząc? Będziesz w stanie pracować gołymi rękami?

Santeri spuścił oczy. Rzeczywiście nie był zbyt odporny na zimno...

- Stawiałem tyle samo jurt, co i ty - powiedział Matti. Wreszcie pojawiło się zadanie, 

background image

które potrafił wykonać po mistrzowsku. Przydały się doświadczenia z czasu spędzonego z Raiją 

i Mikkalem.

- Ale to ja jestem kapitanem - uciął dyskusję Reijo. - I dlatego wyjdę. Wy musicie grzać 

dzieci. Zrobię, co trzeba. Bywałem już na dworze przy takiej pogodzie. Podczas pierwszej 

wyprawy do Finnmarku przy takiej pogodzie klęczałem w łodzi i wybierałem wodę całymi 

godzinami.   Zdawało   mi   się,   że   umrę,   trzymając   czerpak   w   rękach.   Jeśli   nie   stało   się   to 

wówczas, to nie stanie się i teraz. Wtedy odpowiadałem tylko za siebie. Dzisiaj ciąży na ranie 

znacznie   większa   odpowiedzialność.   Sądzę,   że   ten,   który   pociąga   za   sznurki,   też   o   tym 

pamięta...

Reijo dobrze nasunął skórzaną czapkę na czoło i wymknął się na dwór między dwoma 

uderzeniami   szkwału.   To   była   jedyna   możliwość.   Szalejący   wicher   prawie   uniemożliwiał 

wyjście na zewnątrz.

Reijo musiał się mocno pochylić, aby utrzymać się na nogach.

Kiedy udało mu się wykonać połowę roboty, jurta o mało co się nie zawaliła. Musiał za 

wszelką cenę zamocować jedną z lin między kamieniami. Ale najpierw powinien ich poszukać.

Z trudem czołgał się po wysepce, zbierając odpowiednie kamienie, które transportował 

potem w tej samej pozycji. Wiele razy zawracał. Należało też zamocować solidniej skórzaną 

płachtę. Dłonie odmawiały mu posłuszeństwa, nie był w stanie rozprostować palców. Jedna 

ręka krwawiła, skaleczył ją bowiem, usiłując rozbić kamień, potrzebny do umocnienia jurty.

Gdy wreszcie uznał, że namiot stoi dość pewnie i że nic więcej nie zdoła zrobić, był 

naprawdę wycieńczony. Czołgał się po lodowatym, kamienistym zboczu, raniąc się jeszcze 

bardziej. Nie mógł wstać, by nie dać się porwać wichurze.

Reijo rzucił okiem na łódź. Była lepsza, niż się zdawało Nilsowi. Szkoda tylko, że nie 

zabezpieczył jej lepiej. Gdy ją przywiązywał, nie spodziewał się sztormu.

Matti miał też trochę racji, lękając się o jedzenie. Poza tym pozostawili na pokładzie 

mnóstwo sprzętu.

Reijo nie miał już jednak na nic siły.

Takie burze nie trwają wiecznie nawet w Finnmarku. Gdy nastanie ranek, będzie po 

burzy. I ruszą w dalszą drogę.

Trzeba jakoś przetrzymać tę noc. Pokonać chłód i wszystkie niepotrzebne, zdradliwe 

myśli.

Reijo uchylił  zasłonę jurty. Dzięki  wysiłkowi rozgrzał  ręce na tyle,  że wróciło mu 

czucie w koniuszkach palców - zorientował się też, że ma połamane paznokcie.

- Boże - jęknął Matti. - Co, u diabła, się tam dzieje? Wyglądasz tak, jakbyś wracał z 

background image

bijatyki podczas jarmarku!

Reijo nie  zrozumiał,  o  co  mu  chodzi.   I  wtedy napotkał  spojrzenie  Mai.  Spojrzenie 

brązowo - żółtych oczu.

- Reijo, masz zakrwawioną buzię. Reijo uniósł dłonie i przyłożył je do policzków. Nie 

czuł zupełnie nic, ani w dłoniach, ani w policzkach. Ale gdy spojrzał na swoje ręce, zobaczył, 

że są zakrwawione. Teraz zrozumiał.

- To grad - powiedział i osunął się w sam środek kręgu, który stworzyli. Pozwolił, by 

otoczyli go. Teraz on ich potrzebował, potrzebował ciepła, bliskości i siły. Sam nie był w stanie 

nic im dać.

- Grad wielkości jajek. O ostrych brzegach... - pokręcił głową. - Nic nie czułem. Przy 

takim gradobiciu człowiek traci czucie. Mróz całkowicie uśmierza ból. Mam jednak nadzieję, 

że jurta nie zwali się nam na głowy tej nocy.

Elise przyłożyła obie ręce do policzków Reijo. Trzymała je tak długo, aż jego skóra się 

zagrzała. Ucieszyła się, że może zrobić coś dla swego opiekuna, któremu tyle zawdzięczała. 

Elise   zapragnęła,   by   była   z   nimi   Raija.   Wówczas   wszystko   byłoby   w   porządku.   Tak   jak 

przedtem.   Tworzyli   rodzinę,   choć   przez   całe   życie   byli   w   drodze.   To,   że   wciąż   skądś 

odchodzili, nie bolało nawet po części tak, jak rozstanie z Raiją.

- Czy kiedykolwiek się stąd wydostaniemy? - zapytała Elise po cichu.

- Obiecuję wam to - powiedział Reijo. - Oczywiście, że się stąd wydostaniemy. Co za 

pytanie?

Elise uśmiechnęła się blado. Nie umiała się zdobyć na prawdziwy uśmiech.

- Tak się boję, Reijo.

- Ja też - zdradził jej, choć widział, że wcale mu nie uwierzyła. Dzieci nie potrafiły sobie 

wyobrazić, że Reijo może się czegoś bać. Gdyby tak było, wystraszyłyby się jeszcze bardziej i 

dlatego nie przyjmowały tego do wiadomości.

Mówił tak tylko, żeby się nie wstydziły swojego strachu. Reijo nie może się bać!

- Będziemy trzymać się za ręce - zaproponował Reijo. - Wyobrazimy sobie, że jest 

ciepło, i zaśpiewamy coś.

Noc   jakoś   minęła.   Burza   ustała   równie   niespodziewanie,   jak   się   zaczęła.   Ranek 

przyniósł całkowitą ciszę. Nie słychać było ani jednego podmuchu wiatru.

Zupełnie zesztywniali Reijo i Santeri jakoś zdołali wstać. Matti wciąż spał, obejmując 

ramionami   Elise   i   Knuta.   Maja   i   Ailo   leżeli   mu  prawie   na  kolanach.   Ida  spędziła   noc  w 

ramionach Reijo. Otulił ją ostrożnie skórami, zanim się podniósł.

- No, nareszcie się stąd ruszymy! - westchnął Aleksanteri. - Nie czułem się tak fatalnie 

background image

od czasu, gdy ostatnio oberwałem.

Reijo stał już przed jurtą.

-   Nie   ruszymy   się   stąd   -   powiedział   martwym   głosem.   Santeri   wypadł   na   dwór. 

Zobaczył to samo, co Reijo. Łódź zniknęła. Nie widać było nawet jej szczątków. Nigdzie jej nie 

było. Otaczało ich morze. Nad sobą mieli tylko niebo. Kamienna wysepka stała się ich całym 

światem.

- Mieliśmy nieboszczyka na pokładzie - wyrwało się Santeriemu.

Reijo spojrzał na niego surowo bez słowa.

background image

8

- Mam ochotę przekląć samego siebie - mruknął Reijo. - Co za cholerna bezmyślność! 

Moja własna głupota...

- Nie bądź takim obłudnikiem! - Santeri kopnął jakiś kamień. Kamień nie ruszył się z 

miejsca i ucierpiała tylko noga Santeriego. - To nie twoja wina. Robiłeś, co mogłeś. Licho wie, 

gdzie bylibyśmy teraz, gdybyś się nie zdecydował na podróż łodzią.

- Licho wie, gdzie teraz jesteśmy - odparł Reijo cierpko. W oddali majaczył zarys lądu, 

ale poza tym otaczało ich tylko morze i niebo. - Nie przypuszczałem, że oddaliliśmy się aż tak 

bardzo od brzegu. Płyną tu chyba jakieś przedziwne i wartkie prądy. Inaczej nie można tego 

wytłumaczyć. Miałem nadzieję, że prądy płyną wzdłuż lądu. Pomyliłem się.

Reijo zapatrzył się w cieniutki pasek ziemi. Nigdzie nie dostrzegł dymu. Żadnego domu. 

Nikogo, kto mógłby ich zobaczyć. Skoro są tu tak silne prądy, to zapewne nie ma żadnej osady.

Ugrzęźli na dobre.

- Powinienem był posłuchać Mattiego, gdy mówił o jedzeniu.

- Skąd mogłeś wiedzieć - pocieszał go Santeri. - Ja też się z niego śmiałem. Żaden z nas 

nie potraktował tego poważnie. Chyba nie powiesimy się z tego powodu.

Reijo spojrzał na niego.

- Nie mamy na czym.

Santeri musiał się uśmiechnąć w tej powodzi nieszczęść.

- Gdybym to wiedział, raczej spaliłbym łódź. - Reijo nie mógł oderwać wzroku od 

horyzontu. - Straciłem łódź. Większość zapasów. Prace Mikkala. Dobry Boże, Raija nigdy mi 

tego nie wybaczy: straciłem Mikkala...

- Jego martwe ciało - sprecyzował bezlitośnie Santeri. - To było tylko martwe ciało, 

Reijo. Mikkal odszedł dawno temu. Nie potrzebował już tego ciała. Może zresztą taki pogrzeb 

jest równie dobry jak każdy inny.

- Raija chciała go pochować - powiedział Reijo. - On tak kochał płaskowyż. To był jego 

świat, jego ziemia. Płaskowyż był ich życiem. Myślę, że chciała go tam pochować dla Ailo i 

Mai.

- Grób to tylko odrobina ziemi - uściślił Santeri. Nigdy przedtem nie zastanawiał się nad 

tymi sprawami, ale te słowa przyszły mu na myśl tak, jakby przygotowywał się do tego przez 

całe życie. - A morze jest wszędzie.

Reijo   rozumiał,   co   chce   przez   to   powiedzieć,   ale   nic   nie   mogło   pomniejszyć   jego 

rozpaczy. On, Reijo, zawiódł Raiję. Nie miał pojęcia, w jaki sposób jej to kiedyś wyjaśni.

background image

- Tak czy inaczej musimy odnaleźć Ravnę - westchnął. - Ona ma prawo wiedzieć. 

Mikkal był jej jedynym synem. Teraz zostali jej tylko Maja i Ailo.

- Ale najpierw ktoś musi nas odnaleźć. - Santeri przypatrywał się każdej morskiej fali, 

ale to nie zmieniło faktu, że znajdowali się na samym środku morza.

Powrót do jurty był bardzo trudny. Ciężko im było spojrzeć w pełne nadziei oczy.

Wszyscy oczekiwali na wieść o tym, że odpłyną stąd. A tu padły straszne słowa:

- Straciliśmy łódź. Roztrzaskała się. Musimy tu czekać, aż ktoś nas odnajdzie.

Olai   Mikkelsen   mieszkał   samotnie   od   czasu,   gdy   żona   go   odumarła   zeszłego   lata. 

Daleko miał do sąsiadów, ale lubił takie życie. Nigdy nie przepadał za ludźmi. Jego zdaniem 

morze, niebo i góry z powodzeniem starczały za towarzystwo. Poza tym były jeszcze ptaki, a 

nawet   renifery,   które   czasem   docierały   na  brzeg,   gdzie   postawił   swój   domek  o  krzywych 

oknach. Zbudował go własnymi rękami - z rosyjskich bali i z pozostałości rozbitych statków, 

które dryfowały po morzu. Gdy człowiek mieszka niedaleko zdradliwej Trupiej Wysepki, nie 

może narzekać na brak czegokolwiek. Mikkelsen miał wszystko, czego potrzebował. I spało mu 

się całkiem nieźle, nawet nocami, choć żył z plądrowania wraków. Brał przecież tylko to, co 

było  mu  potrzebne.   I   gdy   tylko   mógł,   ratował   rozbitków.   Nie   robił   interesów  na  cudzym 

nieszczęściu. Alina zarzuciła mu to wprawdzie kiedyś, ale nigdy więcej tego nie powtórzyła, a 

przecież przeżyli razem czterdzieści lat. To były dobre lata.

Nie mieli dzieci. Bóg tak chciał. Olai myślał sobie zawsze, że mieli przynajmniej siebie 

nawzajem, choć wiedział, że to nie była prawda.

On miał tylko siebie. Dlatego bez trudu pogodził się ze śmiercią Aliny. Zupełnie jakby 

wyszła, żeby nigdy już nie wrócić.

Olai widział, że nadciąga burza. Miał tę pewność, zanim pojawiła się mgła.

Cale   życie   spędzone   nad   morzem   wiele   go   nauczyło.   Za   jego   niebieskim, 

nieprzeniknionym spojrzeniem kryło się sporo doświadczenia.

Tego ranka, gdy wiatr jeszcze nie ustał, zobaczył łódź.

Wiatr zmienił nagle kierunek. Wspomagany przez prąd, pochwycił łódź i pognał ją na 

podwodne skały nieopodal wysepki.

Olai stał i patrzył, jak łódź tonie. Poszła na dno natychmiast i Olai wiedział, że jest 

stracona już na zawsze. W tym miejscu podwodny prąd był tak silny, że wciągał wszystko i nic 

nie dało się uratować. Gdyby na pokładzie byli ludzie, nie pozwoliliby jednak porwać łodzi tak 

łatwo.

Olai czuł niepokój. Z niecierpliwością czekał chwili, gdy wiatr ucichnie na tyle, by 

można było wypłynąć na morze.

background image

Mówił do siebie, że potrzebuje ryby na obiad, ale to był tylko pretekst.

Ciągnęła go ta wysepka. Wiedział, że nic dla siebie tam nie znajdzie. Ale pamiętał oczy 

Aliny. Nigdy nie spojrzała na niego z dumą.

Teraz było już za późno, by tego doświadczyć, ale Olai wierzył, że jego żona tak czy 

inaczej patrzy na niego.

Nie chciał, by się wstydziła za męża.

Jego wprawne ręce chwyciły za wiosła. Płynął wzdłuż brzegu aż do chwili, gdy znalazł 

się na wysokości wysepki. Znał dobrze bezpieczne i niebezpieczne miejsca.

Kiedy ujrzał lapońską jurtę, chciał zawrócić.

Uratowanie Lapończyków nie wydawało mu się czynem wielkim i bohaterskim.

Olai nie przepadał za Lapończykami. Włóczyli się z miejsca na miejsce i korzystali z 

tego, czego akurat potrzebowali, nie zwracając uwagi na prawowitych właścicieli tej ziemi.

Ale i Olai przez całe życie jadł mięso cudzych zwierząt. Nie dręczyły go z tego powodu 

żadne wyrzuty sumienia.

Mimo wszystko nie zawrócił.

Oczy żony śledziły przecież jego ruchy.

Co robili Lapończycy w łodzi na tym wybrzeżu?

Olai nie miał pojęcia. Zapytam ich, pomyślał. Jego zdaniem wciąż był tam ktoś, kogo 

można spytać.

Znalazł   przetartą   cumę.   Wystarczył   mu   rzut   oka,   by   stwierdzić,   że   cumowaniem 

zajmowała się wprawna ręka. Ręka obcego. Nie mógł wiedzieć, że przywiązuje łódź w miejscu, 

w którym płynie zdradliwy prąd. Nie mógł wiedzieć, że wiatr wiejący od lądu dopełni dzieła 

zniszczenia.

Mikkelsen wciągnął swoją łódkę na brzeg. Odgłosy zwabiły ludzi. Z namiotu wyłonili 

się   dwaj   mężczyźni.   Ich   widok   wprawił   Olaia   w   zadziwienie.   Żaden   bowiem   nie   był 

Lapończykiem.

Jeden niewysoki, dobrze zbudowany, jasnowłosy i zielonooki.

Drugi niewiele wyższy, ale szczuplejszy. Z rudą grzywką i niespokojnymi oczami.

- Co za niespodzianka! - zawołał Reijo. - A ja sądziłem, że będziemy tu tkwić ładnych 

parę dni.

Olai zmarszczył brwi. Obcy mówił po norwesku z dziwnym akcentem. Finowie?

Ale przecież o tej porze roku nie ma tu żadnych ryb...

- Jest was tylko dwóch?

- I jeszcze jeden chłopak - wyjaśnił Reijo. - Oraz pięcioro dzieci.

background image

Mikkelsen wytrzeszczył oczy.

-   Dzieci?   -   zapytał.   Przekroczył   siedemdziesiątkę   i   nie   słyszał   już   tak   dobrze   jak 

dawniej.

Reijo przytaknął.

Olai nic nie powiedział, ale ciągle kręcił głową.

- To nie była wielka łódź. - Wskazał głową kierunek. - Poszła na dno. Tu jest strasznie 

głęboko. Widziałem, jak tonęła.

Reijo westchnął. Tego właśnie się spodziewał, skoro nigdzie nie było widać łodzi.

- Najpierw zabiorę dzieci, dobrze? Reijo się zgodził. Wszedł do jurty i, nie dowierzając 

własnym słowom, oznajmił, że zostali uratowani.

Niewiele   czasu   potrzebowali   na  złożenie   namiotu.   Rzeczy,   które   im   pozostały,   nie 

zajmowały wiele miejsca.

Olai   śledził   ich   wzrokiem.   Przyglądał   się   zwłaszcza   hałasującym   dzieciom.   Potem 

zaczął się przypatrywać Reijo. On był tu z pewnością najważniejszy. Młody, ale rozsądny. 

Urodzony przywódca. Tyle zobaczył Olai.

-   Niemożliwe,   żeby   wszystkie   były   twoje?   Reijo   uśmiechnął   się.   Objął   ramionami 

maluchy.

- Moje - oświadczył zdecydowanie. - Wszystkie są moje.

- Młodo zacząłeś - skomentował Olai.

- Można tak powiedzieć - odparł Reijo. - Można tak śmiało powiedzieć.

Reijo najpierw wysłał ze staruszkiem Mattiego z dziećmi - z wyjątkiem Idy. Polecił 

Mattiemu po fińsku, by chłopak pomógł staremu wiosłować.

Olai odrzucił jednak tę propozycję z prychnięciem.

- Jestem wprawdzie stary, ale nie ułomny!

- Dziwny człowiek - orzekł Santeri, gdy czekali na powrót staruszka.

- Uratował nas - powiedział Reijo, choć w zasadzie był skłonny zgodzić się z Santerim.

Namiot i skóry nie zmieściły się w łodzi. Reijo nie miał jednak ochoty ich tu zostawiać.

- Nikt nie przybije do tej wysepki - uspokoił go staruszek - zabierzesz to kiedy indziej. 

Teraz wszyscy musicie się zagrzać. Tam za wzgórzem jest mój dom. - Wskazał głową kierunek 

północny.

Reijo przystał na tę propozycję.

Udało mu się także przekonać mężczyznę, by oddał mu wiosła. Olai zgodził się w 

końcu, acz nie bez oporu.

Domyślał się, że ten Fin jest starym wygą morskim. Chłopaka zaś o to nie podejrzewał.

background image

- Nazywam się Olai - rzekł. - Olai Mikkelsen. Co was tu przywiodło? Jesteście Finami?

Reijo przytaknął. Widział, którędy przypłynął do nich staruszek. Teraz nie musiał więc 

go o nic pytać.

- Reijo Kesaniemi - przedstawił się. - A to Aleksanteri Kilpi. Santeri. Mieszkałem w 

Ruiji, w Norwegii, przez prawie całe życie. Głównie w Lyngen. Santeri dołączył do nas tej 

zimy. Przedtem zajmował się rybactwem na wybrzeżu. Chłopak jest moim szwagrem.  Matti. 

Matti Alatalo. Żona... odeszła.

Znów to samo kłamstwo. Reijo nie lubił się do niego uciekać, ale te słowa jakoś same 

mu się wyrwały. I zostały zrozumiane tak, że nie trzeba było już nic wyjaśniać.

Reijo czuł jednak, że im częściej używa tego kłamstwa, tym szybciej może stać się ono 

prawdą.

- Jej przybrana rodzina mieszka na półwyspie Varanger - kontynuował Reijo. - Właśnie 

tam zmierzamy. Straciliśmy coś więcej niż łódź...

Olai wlepił wzrok w Reijo. Potrzebował trochę czasu, by te słowa do niego dotarły. 

Czyżby ci ludzie wypłynęli na morze ze zwłokami? Aż z Lyngen?

- Ona tak  kochała płaskowyż - kontynuował  Reijo. Santeri  spojrzał   w stronę  lądu. 

Uznał, że tym razem Reijo posunął się za daleko. Jemu również nie podobało się to kłamstwo. 

Nie lubił tego wyjaśnienia. Podobnie jak Reijo wiedział, że dzięki niemu mogą sporo osiągnąć. 

Ale nie lubił go.

Raija żyła.

Raija była najbardziej żywotną istotą, jaką znał.

Olai splunął za burtę. Nic nie powiedział, ale pomyślał swoje.

Mężczyzna nie powinien za bardzo kochać swojej żony. Bo mogło się to skończyć 

właśnie   w   ten   sposób.   Olai   nie   rozumiał   tego   człowieka.   Lubił   swoją   Alinę.   Przez   te 

czterdzieści lat nie kłócili się za wiele. Dlatego tak dobrze pamiętał wszystkie złe słowa, które 

między nimi padły.

Ale przecież nigdy nie zrobiłby czegoś takiego...

- Daleka droga do Varanger - powiedział po chwili. - A przed nami najgorszy okres 

zimy!

Jakby Reijo nie był tego aż nadto świadomy!

Olai chrząknął kilka razy. Splunął czarną śliną i spojrzał na obcego...

Może i dorobił się gromadki dzieciaków, ale sam miał jeszcze mleko pod nosem. Musiał 

być strasznie młody, gdy urodziło mu się pierwsze dziecko. Najstarszy niemal dorównywał 

wzrostem ojcu. No i trzeba mieć nie po kolei w głowie, żeby się wybierać na morze w takim 

background image

towarzystwie...

A jednak Olai go polubił.

Za otwarte spojrzenie. Za sposób mówienia. Za sposób, w jaki wiosłował. Za spokój...

Nie potrafił wskazać konkretnej przyczyny. Ale polubił tego obcego. Tak po prostu.

- Mój dom nie jest zbyt wielki - powiedział. - Ale jest w nim ciepło. Pusto się tam 

zrobiło, kiedy mnie żona odumarła. - Olai musiał o tym wspomnieć, choć bał się, że to nie 

najlepiej podziała na tego młodego. - Jestem sam. A miejsca starczy dla wielu. W morzu nie 

brakuje jedzenia Ten, kto potrafi pracować, nie będzie głodował.

- Proponujesz, żebyśmy zostali? Żebyśmy przezimowali u ciebie?

Olai przytaknął. Ten obcy człowiek nie lubił owijać spraw w bawełnę. To też przypadło 

staruszkowi do gustu.

- Santeri? - zapytał Reijo. Santeri wzruszył ramionami. Ta kamienista kraina nie podbiła 

jego serca. Ale równie dobrze jak Reijo wiedział, że ich wyprawa ma w zimie nikłe szanse po-

wodzenia.

Zarżnęli renifery. Stracili łódź. Pieniądze się im skończyły. Nie mieli prawie nic na 

wymianę. A zaczynała się właśnie najgorsza pora roku.

- Niezła propozycja - uznał Santeri. - Ja się pracy nie boję.

- Powinienem zapytać też Mattiego. Jest już na tyle dorosły, że mógłby uczestniczyć w 

podejmowaniu decyzji. Ale tu chodzi o moje dzieci... - Spojrzał spokojnie na Olaia. Na chwilę 

przestał wiosłować. - Skorzystamy z zaproszenia - zadecydował. - To bardzo miło z twojej 

strony, Olai. Chętnie zostaniemy. Mam nadzieję, że tego nie pożałujesz.

Olai nic nie odpowiedział. Uśmiechnął się do siebie i spojrzał w niebo, jakby chciał 

zerknąć na chmury. Tak naprawdę uśmiechał się do Aliny.

W naszym domu są dzieci, powiedział jej w myślach. Nasz dom jest pełen dzieci, Alina. 

Co ty na to?

Alina mu nie odpowiedziała.

Jej obraz zatarł się w jego pamięci na tyle, że nie potrafił sobie wyobrazić jej pełnego 

podziwu spojrzenia.

Dom był za mały dla nich wszystkich, ale nikt się tym nie przejmował. Przybyszom 

wystarczyła na razie odrobina ciepła. Olai nie wiedział, co powinien zrobić dla gości. Ustąpił 

swe małżeńskie łóżko dzieciom.

- Ja go nie potrzebuję - powiedział zwyczajnie. - Jestem już stary. Nie potrzebuję tyle 

miejsca. Kiedyś zresztą też nie byłem do tego przyzwyczajony. Dzieciom należy się wszystko, 

co najlepsze.

background image

Byli mu bardzo wdzięczni. A parę godzin później przybyło im jeszcze więcej powodów 

do wdzięczności.

Kiedy nastał wieczór, staruszek zrobił się rozmowniejszy.

Mówił   powoli,   starannie   ważył   słowa.   Najwyraźniej   nie   miał   wielu   okazji,   by 

rozmawiać z ludźmi. Często ociągał się z odpowiedzią. Długo przeżuwał swoje myśli, nim je 

wypowiedział na głos.

Widać jednak było, że cieszy go obecność ludzi. Odtajał nieco. Jego pomarszczona, 

okrągła twarz pojaśniała. Przygarbione ciało jakby się wyprostowało.

- Nie wy pierwsi utknęliście na tej wysepce - rzekł. - Wiele łodzi się tam roztrzaskało. I 

nie wszyscy mieli tyle szczęścia.

Zarówno Santeri, jak i Reijo dziwili się ilości rzeczy, jakie leżały w tym niewielkim 

domu.

Zwyczajne, znane przedmioty mieszały się z rzeczami dziwnymi, których żaden z nich 

nie potrafił nazwać.

A więc to Trupia Wysepka jest źródłem tego wszystkiego.

Santeri i Reijo wymienili spojrzenia. Sądzili, że starzec tego nie spostrzeże.

- Nie zrobiłem nic złego! - Jego głos się zaostrzył, gdy zauważył tę wymianę spojrzeń. - 

Mieszkałem tu całe życie. Żywiłem się tym, co mi dało morze. Łowiłem ryby jak wszyscy inni. 

I wyławiałem z morza to, czego potrzebowałem. Niczego nie kradłem, brałem to, co należało 

do umarłych. To Bóg umieścił tu tę wysepkę i sądzę, że miał w tym jakiś cel. Ratowałem tych, 

których się dało uratować. Często narażałem swoje życie, żeby ocalić nieznajomych. I nie 

brałem za to pieniędzy. Brałem tylko to, czego potrzebowałem. Nigdy nikogo nie okradłem.

- Wcale tak nie sądziliśmy - powiedział Reijo. - To musi być straszne, mieszkać blisko 

takiego miejsca.

Olai uspokoił się, słysząc te słowa.

- Ja zawsze tu mieszkałem. Gorzej było z Aliną. Z moją żoną. Ona się tu przeprowadziła 

z  wioski   w  głębi   lądu.   I   nigdy  się   do   tego   nie   przyzwyczaiła.   Mówiła,   że   mieszkamy  w 

przedsionku śmierci. Kobiety nie powinny myśleć za dużo. Ale ona miała tyle czasu...

- A co z dziećmi? - zapytał Reijo. Olai pokręcił głową.

- Bóg nas nie pobłogosławił w ten sposób. Alina miała za dużo czasu. Za mało zajęć. Za 

wiele myślała.

Reijo zaczął lepiej rozumieć tego człowieka.

Trzej dorośli goście mieli spać w największej izbie. Znać było w niej wciąż kobiecą 

rękę. Na stołach leżały serwety ze zwykłego, niebieskiego samodziału.

background image

Reijo nie pamiętał nawet, kiedy po raz ostatni widział coś takiego.

- Dziwny człowieczyna - stwierdził Santeri. - Sam nie wiem, co o nim myśleć. Nie 

wiem, czy go lubię.

- Pirat - syknął Matti przez zęby. - Ciekawe, czy nie zwabił paru łodzi na mieliznę. Na 

przykład za pomocą latarni...

- Nie masz prawa go o to posądzać! - Głos Reijo był bardzo ostry. - Wiemy tylko, że jest 

starym, samotnym człowiekiem, który stracił żonę. Musimy mu wierzyć. Mówił, że robił tylko 

to, co uważał za stosowne, i musimy mu wierzyć.

-   To   była   bez   wątpienia   mowa   obrończa   -   zaczął   się   zastanawiać   Santeri.   -   Sam 

mówiłbym takim tonem, gdybym miał nieczyste sumienie.

Reijo odniósł podobne wrażenie.

- Tak czy inaczej, wiele mu zawdzięczamy - stwierdził. - Siedział w samej koszuli i miał 

świadomość, gdzie by się teraz znajdowali, gdyby nie ten człowiek. - Nie wiadomo, kim byśmy 

byli, gdybyśmy mieszkali koło tej wysepki... Łatwo kogoś osądzić, jeśli się nie przeżyło tego 

samego, co on.

Żaden z jego towarzyszy nie odpowiedział.

- A nawet jeśli naprawdę to robił? Zwabiał statki na mieliznę, a potem rabował, co się 

dało... Przecież może teraz tego żałować. Czy człowiek, który czegoś żałuje, nie zasługuje na 

szansę? Może właśnie w ten sposób próbuje spłacić dług. Mógł nas tam przecież zostawić. 

Widział, jak łódź tonie. Wiedział dobrze, że nie możemy mieć przy sobie wiele rzeczy. A 

jednak przypłynął na wyspę, choć jest staruszkiem. Wcale nie musiał tego robić. Mógłby udać, 

że nie miał pojęcia, że żyjemy. Jesteśmy obcy. Tylu marynarzy przed nami zakończyło życie na 

tej wysepce. Jej nazwa nie jest zapewne przypadkowa.

Matti wzniósł oczy do nieba.

- Zaraz powiesz jeszcze, że on tak lubi dzieci!

- Może. - Reijo uważał, że to wcale niewykluczone. - Nie dotrzemy do Varanger o tej 

porze roku. Dobrze o tym wiemy. Mamy szczęście, że go spotkaliśmy. Będziemy okazywać mu 

szacunek tak długo, jak jesteśmy pod jego dachem.

Ani Matti, ani Santeri nie mieli nic do dodania. Ale myśleli swoje. Podobnie jak Reijo.

Trupia Wysepka nie zostawiła im jednak żadnego wyboru.

background image

9

Raija   musiała   długo   odpoczywać,   nim   poczuła   się   dość   silna,   by   zmienić   ubranie. 

Odszukała jedną z koszul Jewgienija i jego znoszone, ale czyste spodnie. Postanowiła się obejść 

bez bielizny.

Koszula   sięgała   jej   do   kolan,   spodnie   musiała   podwinąć,   ale   zupełnie   się   tym   nie 

przejmowała.

Jewgienij w dalszym ciągu się nie ruszał.

To było przerażające.

Gdy   wpatrywała   się   w   niego   wystarczająco   długo,   widziała,   że   Rosjanin   oddycha. 

Oddech   był   jednak   tak  słaby,   że   bardziej   martwił   ją,   niż   pocieszał.   Raija   nie   pojmowała, 

dlaczego nic nie pamięta. Była tam przecież. Dowodził tego ułamek obrazu, który sobie przy-

pomniała. Poza tym jej pamięć przesłaniał mrok. Bez najmniejszego prześwitu. Raija na próbę 

stanęła na bosych stopach. Wciąż kręciło jej się w głowie. Czuła się gorzej niż powinna, nawet 

jeśli utraciła sporo krwi.

Musiał istnieć jakiś związek pomiędzy jej samopoczuciem i tym brakiem pamięci.

Ostrożnie   postąpiła   parę   kroków.   Zdołała   utrzymać   się   na   nogach,   nie   musiała   się 

nigdzie podpierać.

Zagryzła zęby i przekonywała samą siebie, że ma więcej siły, niż się jej wydaje. Że to 

tylko kwestia woli.

Koje były wpuszczone w ścianę, tworząc coś w rodzaju dziupli czy nisz.

Raija oparła się o brzeg koi Rosjanina.

Wielkie nieba, ależ on blady!

Wcześniej   zwracała   uwagę   tylko   na   różnice   między   nim   a   Aleksiejem. 

Najprawdopodobniej dlatego, że bardzo pragnęła, by się od siebie różnili.

Teraz spostrzegła podobieństwa.

Nie były uderzające, ale istniały. Jewgienij miał o wiele ciekawszą twarz niż Aleksiej. 

Raija zastanawiała się, dlaczego kobiety tego nie zauważały. Cóż, najłatwiej zobaczyć to, co 

samo rzuca się w oczy, choćby to były tylko pozory. Tak łatwo ulec czarowi urody. Tak łatwo 

dać się zaślepić zewnętrznemu pięknu i odrzucić całą resztę.

Trzeba trochę wysiłku, by zajrzeć głębiej. Dostrzec wartość tego, co nie błyszczy i nie 

przyciąga wszystkich spojrzeń.

Po raz pierwszy Raija zaczęła się zastanawiać, kim była dziewczyna, która sprawiła, że 

Jewgienij miał tak nieobecne spojrzenie. O kim myślał, mówiąc, że jego serce do kogoś należy. 

background image

Powiedział przecież, że można wyleczyć się z miłości, znajdując inną, która wcale nie jest 

gorsza niż poprzednia.

Raija zastanawiała się, dzięki komu posiadł tę wiedzę.

Miała nadzieję, że Jewgienij spotka tamtą znowu. Że będzie ją trzymał w ramionach, 

niezależnie od tego, kim ona jest. Skoro ją kocha, musi być warta jego miłości. Raija delikatnie 

musnęła palcem wygiętą w ostry łuk brew rannego. Leciutko dotknęła nieprawdopodobnie 

długich rzęs. Nie zdając sobie z tego sprawy, pieszczotliwie pogłaskała wychudzony, blady po-

liczek.

Skóra, którą był przykryty, leżała tak, że futerko zaczęłoby go łaskotać, gdyby głowa 

mu trochę opadła.

Raija pochyliła się, żeby to poprawić.

Gdy otulała skórą ramiona Jewgienija, jedna z jej dłoni trafiła w pustkę.

Raija zesztywniała z przerażenia.

Musiała to sprawdzić.

Po jednej stronie znalazła ramię i rękę.

Po drugiej tylko ramię.

Strwożona odkryła chorego. Zobaczyła kompletnie zakrwawiony bandaż.

Z trudem przełknęła ślinę.

Przykryła na powrót Jewgienija, zamknęła oczy, po czym podniosła się chwiejnie i 

odeszła tyłem od jego koi. Pod powiekami miała wciąż ten straszny obraz.

Rozpłakała się. Nie szlochała nawet, ale łzy płynęły po jej policzkach strumieniami. 

Wypełnił ją ból silniejszy niż cokolwiek innego.

Otworzyła oczy i wybiegła. Chciała uciec przed tym obrazem. Uciec przed prawdą.

Oślepiona łzami wspięła się po drabince na pokład, wpadła między marynarzy i zaczęła 

ich przeklinać.

Przeklinała ich we wszystkich trzech językach, które znała. Próbowała to zrobić również 

po rosyjsku.

To oni go skrzywdzili.

Pamięć wciąż jej nie wracała, ale Raija miała pewność, że sama nie byłaby zdolna do 

takiej potworności.

Powstrzymał ją w końcu sternik, Oleg. Ten potężny mężczyzna pochwycił ją w swoje 

niedźwiedzie ramiona i nie puścił, póki gniew z niej nie wyparował.

Wreszcie pozostał tylko płacz.

- On żyje - rzekł sternik.

background image

- Tak, ale jak długo jeszcze?

Olbrzym milczał.

Raija wiedziała, że Oleg nie może jej odpowiedzieć na to pytanie. Ona sama też nie jest 

w stanie tego przewiedzieć.

- Ty zrobiłaś swoje - wyjaśnił Oleg - a my... swoje.

Raija   nie   zapytała,   co   takiego   ona   zrobiła.   Nie   znała   aż   tylu   rosyjskich   słów. 

Dowiedziała się jednak, że rzeczywiście miała w tym wszystkim swój udział.

- Nie przeżyje - wykrztusiła, walcząc ze łzami. - To niemożliwe. Krew. Wykrwawi się. 

Umrze...

Milczeli.

Wszyscy   marynarze   przerwali   pracę.   W   ich   spojrzeniach   czaiło   się   milczące 

oczekiwanie. Jakby ona mogła zrobić to, czego nikt inny nie potrafił.

Jewgienij umrze.

Dopiero wtedy zauważyli, że Raija jest bosa.

Ona tego nie spostrzegła. Nie czuła chłodu. Nie czuła, że marznie.

Oleg   pokręcił   głową   i   wziął   ją  na  ręce.   Raija   nie  rozumiała,   dlaczego,   dopóki   nie 

spojrzała na swoje stopy. Były sine, ale ona nic nie czuła.

Sternik zniósł ją na dół, do kajuty.

Marynarze uprzedzili go, co tam zobaczy, ale i tak na widok zakrwawionej koi poczuł 

mdłości.

Pospiesznie posadził Raiję w fotelu, po czym zebrał brudną pościel i ubrania w jeden 

tobołek, który wyrzucił z kajuty. Wyniósł też wiadro z wodą, w której myła się Raija.

Wciąż jednak czuł zapach krwi. Potrzebował trochę czasu, by zrozumieć, że ten zapach 

dochodzi z koi kapitana. Raija powiedziała przecież, że on wciąż krwawi.

Oleg zmusił się, by rzucić okiem na ranę. Kobieta miała rację. Podszedł do drzwi i coś 

krzyknął, a po chwili marynarze przynieśli ciepłą wodę, buteleczkę alkoholu i parę czystych 

koszul.

Raija rozpłakała się znowu, ale wstała z fotela i chwiejnym krokiem podeszła do koi 

rannego. Łagodnym, ale zdecydowanym ruchem odepchnęła sternika.

Nie miała wątpliwości, że to jej obowiązkiem jest opiekować się Jewgienijem.

Powinien krwawić jeszcze mocniej, pomyślała, usuwając zaplamiony opatrunek. Rana 

jest tak rozległa, że krwi powinno być znacznie więcej. A jednak...

Czy to jej zasługa?

Raija nie chciała o tym myśleć, wiedziała przecież,  że są sprawy, nad którymi nie 

background image

panuje. Żyła w niej tajemna moc, ale to nie Raija decydowała o tym, czy może jej użyć.

To się po prostu zdarzało albo nie.

Raija zwilżyła skórę wokół rany, zmyła zaschniętą krew.

Oleg podał jej spirytus. Raija tylko pokręciła głową. Nie była w stanie go użyć. Nie 

chciała przysparzać Jewgienijowi cierpienia.

Sternik pobladł i na jego twarzy pojawiły się kropelki potu, choć w kajucie wcale nie 

było gorąco.

Jego silne ramię zadrżało, gdy zwilżył czystą koszulę zawartością buteleczki i przyłożył 

ją do otwartej rany.

Raija odwróciła się, nie mogła na to patrzeć.

Kapitan jęknął cicho.

Raija oparła się o ścianę. Jej paznokcie zostawiły ślad w drewnie. Ledwie trzymała się 

na nogach. Przed omdleniem uratowało ją to, że ściana była zimna.

Gdy wreszcie odważyła się podnieść wzrok, Oleg nakładał już na ranę kolejną warstwę 

płótna.

Raija   z   wdzięcznością   śledziła   jego   ruchy.   Nie   od   razu   ośmieliła   się   spojrzeć   na 

Jewgienija, na jego ściągniętą bólem twarz.

Czuła swą bezsilność.

Gdyby miała dostęp do ziół, mogłaby mu prawdopodobnie pomóc. Nie była jednak tego 

pewna, bo nigdy przedtem nie widziała tak rozległej rany.

Uratowała kiedyś Santeriego, ale on sam miał w tym równie wielki udział.

Ale skąd wziąć zioła? Wokół królowała zima. Ziemia zamieniła się w twardą skorupę, a 

poza tym od lądu dzieliła ich cała wieczność.

Na twarzy Olega również malowała się bezradność. Długo wpatrywał się w kapitana, 

nim wreszcie podjął decyzję. Położył swą wielką dłoń na ramieniu Raiji, ze spokojem spotkał 

jej spojrzenie.

- Czekaj - powiedział i zniknął. Raija posłusznie czekała.

Wrócił, trzymając w wielkich dłoniach maleńki dzbanuszek. Podał go Raiji.

- Daj mu to.

Dzbanuszek był zrobiony z pięknego szkła.

Z porcelany.

Słowo „ porcelana” podobało jej się prawie tak samo jak materiał. Po raz pierwszy 

usłyszała je od Olego - Edvarda.

Biała   porcelana   w   niezwykłe   niebiesko   -   żółte   wzorki,   namalowane   delikatnymi 

background image

pociągnięciami pędzla. Faktura farby była ledwo wyczuwalna pod palcami.

Raija uniosła pokrywkę.

Dzbanuszek był napełniony do połowy białym proszkiem, drobniejszym niż mąka.

- Co to jest? - zapytała Raija, śliniąc palec, by posmakować proszku.

Oleg chwycił ją za rękę.

- Ostrożnie! - ostrzegł. - To lekarstwo. Ze wschodu. Nie będzie bólu. Będą piękne sny...

Oleg celowo szukał słów na tyle prostych, by Raija go zrozumiała.

Raija popatrzyła na proszek i nasypała sobie trochę na rękę. Zastanawiała się, w jaki 

sposób poda go Jewgienijowi.

Oleg   wziął   szczyptę   proszku   z   dłoni   Raiji,   otworzył   kapitanowi   usta   i   posypał 

lekarstwem jego język.

- Tyle wystarczy? - zdziwiła się Raija. Sternik z powagą pokiwał głową.

- To bardzo silne - powiedział. - Można to także wdychać.

Zademonstrował jej, jak to się robi, nie używając specyfiku. Nie przyznał się, że ten 

właśnie proszek dawał mu szczęście i doprowadzał do szaleństwa.

Dostał ów środek od przyjaciela, który handlował z cudzoziemcami ze wschodu. Tam 

na wschodzie uznawano, że to świetne lekarstwo na wszelkie dolegliwości. A jeśli człowiek 

chce   o   wszystkim   zapomnieć   albo   po   prostu   się   zabawić,   jest   o   wiele   skuteczniejsze   niż 

alkohol.

Przyjaciel miał rację.

Cudowne   wizje,   które   wywoływał   proszek,   przewyższały   wszystko,   czego   Oleg 

doświadczył w swoim życiu.

Ale przerażało go, że zaczął odczuwać przemożną potrzebę używania tego środka.

Potrzebę silniejszą niż jego własna wola.

Zrozumiał,   że   to   lekarstwo   może   być   niebezpieczne,   i   zdołał   pokonać   w   sobie 

pragnienie wywoływania wizji.

Nie próbował białego proszku już od wielu lat. Nie używał go nawet wówczas, gdy był 

ranny. Wytrzymywał jakoś ból i wiedział, że czyni słusznie.

Ale tu chodziło o coś więcej.

Raija miała rację. Niewykluczone, że kapitan umiera. Nie ma potrzeby, by męczył się 

jeszcze bardziej.

Sternikowi zostało jeszcze trochę niezwykłego proszku. Wiele go kosztowało, by go 

oddać Raiji. Ale gdy nauczył kobietę kapitana, jak go stosować, gdy napomknął, jakie mogą 

być tego konsekwencje, poczuł, że już nie na nim spoczywa odpowiedzialność. Razem z małym 

background image

dzbanuszkiem pozbył się wielkiego ciężaru.

- Jak jest spokojny - powiedział - nie dawaj mu więcej. Jeśli zobaczysz, że go znów boli, 

daj. Nie za często. Nie za dużo.

Raija   pokiwała   głową.   Poczuła,   jak   jej   dłonie,   w   których   trzymała   porcelanowy 

dzbanuszek, lodowacieją.

- I... - Oleg zawahał się przez chwilę. - Zrób to samo, co na pokładzie.

Raija spojrzała na niego pytająco.

- Połóż na nim ręce - powiedział cicho, wyraźnie zakłopotany. - To mu nie zaszkodzi. 

Trzeba spróbować wszystkiego.

Raija skinęła głową.

Oleg wyszedł. Bardziej przyda się na pokładzie niż tutaj.

„Połóż na nim ręce...”

A więc to właśnie zrobiła.

Raija postawiła dzbanuszek na stole, na którym Jewgienij zwykł uzupełniać dziennik 

pokładowy. Uniosła ręce i spostrzegła, że drżą. I nic więcej.

Ale to jej dłonie zatrzymały krwotok. Marynarze byli tego świadkami.

Oleg nie chciał przyznać, że wierzy w skuteczność tego rodzaju zabiegów. Ale widział 

to.

Całe wydarzenie kryło się głęboko w pamięci Raiji.

Nie miała pewności, czy odważy się ponownie położyć ręce na ciele rannego. Luka w 

świadomości bardzo ją przeraziła.

Ale przecież tyle Jewgienijowi zawdzięcza. O wiele więcej, niż zdoła kiedykolwiek 

spłacić...

Dłonie jej drżały, gdy na próbę przykładała je do wilgotnego bandaża. Teraz nie wolno 

jej myśleć o niczym innym, jak tylko o tym, by Jewgienij wreszcie przestał krwawić...

Raiji wydawało się, że trzyma swe ręce w ten sposób przez całą wieczność. I nic się nie 

wydarzyło.

Poczuła coś w rodzaju ulgi, gdy w końcu odjęła dłonie od jego ramienia i stwierdziła, że 

wyglądają zupełnie normalnie. Dwie całkiem zwyczajne dłonie. Jej własne dłonie. Pozbawione 

mocy, której Raija wcale nie pragnęła. Czyżby straciły już tę moc...?

Twarz Jewgienija wydała jej się mniej napięta.

Dziwny proszek prawdopodobnie zaczął działać.

Raija   przysunęła   fotel   do   koi   Rosjanina.   Sięgnęła   po   porcelanowy   dzbanuszek   i 

usadowiła się w fotelu.

background image

Chciała być blisko na wypadek, gdyby Jewgienij jej potrzebował.

Przez kilka następnych dni i nocy wszyscy odczuwali wielkie napięcie. Chodzili na 

palcach.

Jewgienij leżał w kajucie, bliższy śmierci niż życia. Przestał jednak krwawić. Załoga u 

znała to za kolejny cud.

Gdy to się stało, Raija pomyślała, że Jewgienij nie żyje.

Ale on wciąż oddychał. Cichutko. Spokojniej i wolniej niż należy, ale oddychał.

Twarz rannego się wygładziła. Z jego ust nie wydobył się ani jeden dźwięk. Proszek był 

chyba silniejszy, niż Oleg sobie wyobrażał. Raija usiłowała się dowiedzieć, co to za specyfik. 

Ale Oleg wiedział równie niewiele jak i ona, a chyba nawet wystraszył się skuteczności jego 

działania.

- Zaczyna się goić - szepnęła Raija sama do siebie, zmieniając bandaż czwartego dnia.

Nie miała odwagi dotknąć delikatnego naskórka, który zaczął zarastać powierzchnię 

rany,   poczynając   od   brzegów...   Namówiła   sternika,   by   następnym   razem   to   on   zmienił 

opatrunek. Chciała, by ktoś inny potwierdził tę wielką nowinę. Chciała mieć pewność, że nie 

daje się ponieść fantazji.

Oleg zobaczył to samo co ona.

- Nie mogę w to uwierzyć - powiedział. - Nie mogę uwierzyć.

Raija stała tuż obok niego. Popatrzyli na siebie: ich spojrzenia były jak lustrzane odbicia 

strachu i niedowierzania.

- Ja też tego nie rozumiem - przyznała. - Ale to prawda.

- Dajesz mu proszek? Raija skinęła głową. Oleg przełknął ślinę.

-  Nie   dawaj   za  dużo -   rzekł  po  chwili   zastanowienia.   -  Niech   poczuje  ból...   Musi 

odzyskać przytomność.

W Raiji również dziwny sen Jewgienija budził lęk. Przez te wszystkie dni ranny nie 

poruszył się ani razu. Leżał tak, jak go położono. Wolałaby chyba, żeby odebrała go jej śmierć 

niż ten dziwny stan.

Proszek   musi   się   kiedyś   skończyć,   pocieszała   się   Raija.   Z  lękiem   używała  środka, 

którego nie znała.

Czuwała przy koi Jewgienija. Kuliła się w kłębek w fotelu, spała w nim, jadła w nim - o 

ile w ogóle coś jadła, i czuwała nad rannym. Dzień przestał się różnić od nocy. Spała od czasu 

do czasu. Oleg zaglądał do niej, gdy tylko miał wolną chwilę. Marynarze rzucali w jej stronę 

spojrzenia pełne przerażenia i czegoś jeszcze, czego Raija nie potrafiła nazwać.

Doby zlewały się ze sobą.

background image

Siódmego dnia Jewgienij otworzył oczy i wypowiedział jej imię.

- Raija...

Przyspieszony   oddech   zdradzał   ból.   Raija   starała   się   coraz   rzadziej   podawać   mu 

proszek.   Ostatnią   porcję   dostał   w   środku   nocy.   Potem   zdołała   napoić   go   odrobiną   wody. 

Uniosła mu głowę i wlewała po parę kropel do jego ust. Większość ciekła mu po brodzie, ale 

trochę połknął.

- Jestem tu, Jewgienij - powiedziała przerywanym głosem i natychmiast podbiegła. Nie 

pozwoliła mu się podnieść. - Musisz odpoczywać. Leż, Jewgienij!

Nie miała pojęcia, czy ją słyszy. Patrzył gdzieś w dal. Jakby na kogoś, kto stał za jej 

plecami, choć byli zupełnie sami.

- Raija! - Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale słowa zawisły w powietrzu. Znów zapadł 

się w siebie i pogrążył we śnie, którego Raija tak bardzo się lękała.

Padła na kolana koło jego koi. Oparła o jej brzeg złożone ręce i modliła się bez słów. 

Dziękowała za poprawę jego stanu i błagała, by wyzdrowiał.

I wsypała następną maleńką porcję białego proszku na jego język.

Głos Jewgienija nabrzmiał tak wielkim bólem, że nie mogła znieść nawet wspomnienia 

tego dźwięku.

Chwilę   później   zjawił   się   Oleg,   ale   nie   powiedziała   mu,   co   się   zdarzyło.   Wolała 

zachować to dla siebie. Nie chciała przedwcześnie rozbudzać oczekiwań sternika i załogi.

- Za dzień będziemy na miejscu - powiedział Oleg. - W domu.

- Nie wolno nam go ruszyć.

- On ma dom, w którym będzie mu o wiele lepiej niż w tej kajucie.

- I ja będę za to odpowiadać? - zapytała Raija. W ciągu minionego tygodnia nauczyła się 

nieprawdopodobnie wielu słów.

Oleg nie mógł rozpoznać sam siebie, gdy zaproponował:

- Mogę dzielić z tobą odpowiedzialność. Raija zaczerpnęła powietrza.

- Wolę na razie nie decydować... Zaczekajmy z tym, aż będziemy na miejscu.

Oleg kiwnął głową. Rozumiał to dobrze. Pamiętnej nocy w Lyngen na pokładzie „Sankt 

Nikołaja”   znalazła   się   naprawdę   niezwykła   kobieta.   Ludzie   mówili,   że   zastrzeliła   kogoś 

podczas jarmarku. Teraz Oleg był skłonny uwierzyć, że miałaby dość siły, by to zrobić. Gdy 

zobaczył ją po raz pierwszy, zupełnie w to nie wierzył. Wtedy wydawało mu się, że to tylko 

nałożnica kapitana. Była przecież dość ładna...

- Dlaczego tu jesteś? - zapytał nagle. To pytanie po prostu mu się wyrwało.

Raija aż drgnęła. Wydawało jej się, że tak strasznie dawno już nie myślała o sobie, 

background image

chociaż od tej pory minęło zaledwie parę dni. Przed nieledwie paru tygodniami jej życie legło w 

gruzach.

Ostatnio nie miała czasu o tym myśleć. Nie myślała o Mikkalu od chwili, w której 

obmyła się z krwi...

- Czy to ty strzelałaś? - zapytał Oleg. Pokręciła głową. Kruczoczarna grzywka opadła jej 

na czoło, a ona zmęczonym ruchem odgarnęła ją do tyłu.

- To on strzelał do mnie - powiedziała cicho. - Człowiek, którego kochałam, zginął. A ja 

musiałam uciekać.

- Dlaczego? - Oleg nie bardzo rozumiał. Czy władze mogły mieć coś przeciwko takiej 

niepozornej kobiecie jak Raija?

Raija rozpięła swą zbyt obszerną koszulę. Oleg próbował odwrócić wzrok. Nie o to mu 

przecież chodziło...

Ale ona wcale nie chciała mu się oddać. Pokazała tylko bliznę na piersi.

- Co to jest? - zapytał. - Kto ci to zrobił? Było to wypalone znamię.

- Nazwali mnie czarownicą - wyznała. - I chcieli spalić na stosie.

Oleg chwycił się krawędzi stołu.

Czarownica?

Bzdury. Każdy przecież wie, że czarownice nie istnieją. Ale ona zatamowała krwotok 

Jewgienija... Utrzymała go przy życiu, chociaż wszyscy sądzili, że umrze... Oddała mu życie za 

życie... Czarne włosy, błyszczące, ciemne oczy i ta tajemna wiedza...

A z drugiej strony: ciepło, współczucie, ofiarność... Oleg odrzucił myśl o tym, że Raija 

mogłaby służyć siłom nieczystym.

- Pomylili się - powiedział. - Nie jesteś czarownicą, jesteś kobietą.

Poruszona Raija pochyliła głowę. Życzliwe słowa nie były jej chlebem powszednim.

Ten prosty człowiek uwierzył jej natychmiast. To ją podniosło na duchu. Pomyślała, że 

może najmroczniejsze czasy już przemijają.

Jeśli zwyczajni ludzie myślą tak jak Oleg, to w przyszłości rzekome czarownice nie 

będą już płonąć na stosach. Ludzie, którzy potrafią pomóc innym, nie będą musieli ukrywać 

swego daru. Wiedza przestanie być niebezpieczna, gdy stanie się dostępna.

- Dzięki - rzekła Raija.

Nie było czasu na nic więcej.

Raija kazała przynieść na dół miskę zupy. Powiedziała, że to dla niej, ale wszyscy 

domyślili się, że dla Jewgienija. Nikomu nie wspomniała o jego słowach i szeroko otwartych 

oczach, ale marynarze i tak odgadli, że coś się musiało wydarzyć. Nie potrafiła tego ukryć. 

background image

Zdradzał to jej głos, jej spojrzenie, gesty...

Uznali, że stan kapitana najwyraźniej się poprawił.

Raija nie odważyła się mieć nadziei. Ale prośba o miskę zupy była dobrym znakiem.

Następnego ranka zupa stała nie ruszona. Wokół łyżki zastygła warstewka tłuszczu.

Raija przetarła oczy. Tej nocy wiele jej się śniło. Były to bezładne, pourywane sny bez 

końca. Wszystkie wirowały wokół nadziei.

Oleg się nie poddawał. Raija spostrzegła, że sternik nie traci wiary w sytuacjach, w 

których ona nie może się opędzić od wątpliwości. Modliła się, nie wierząc w skuteczność 

swych próśb. I wtedy Jewgienij podniósł głowę. Zamrugał oczami, spoglądając w stronę lampy, 

która przez cały czas się paliła.

- Raiju, Raiju, gdzie ja jestem? Jesteś tutaj? Czy ja śnię? - Mówił szeptem z wielkim 

trudem. Nie używany od dawna głos niemal zgrzytał.

Raija wstrzymała oddech.

O Boże - to niemożliwe!

A jednak naprawdę słyszała jego głos. Jewgienij! Jewgienij odezwał się do niej. Wyrwał 

się z tego strasznego snu, który tak ją przerażał.

Raija usiadła na brzegu jego łóżka. Położyła obie dłonie na jego twarzy. Jakże  on 

schudł! Policzki całkiem się zapadły. Raija się rozpłakała, nie zdołała się powstrzymać.

- Witaj w domu - szepnęła łamiącym się głosem.

- Jestem w niebie i w piekle jednocześnie, Raiju. Czy to prawda? Czy ja żyję? Jesteś tu 

ze mną?

- Tak, tak - pokiwała głową. - Żyjesz. Żyjesz. Jestem przy tobie. - Raija spojrzała w 

górę, jakby dziękowała komuś, kto jest gdzieś wysoko. Nie wiedziała, czy postępuje słusznie, 

ale zrobiła to.

- Chce mi się pić. Raija zerwała się na równe nogi. Przyłożyła kubek do ust Jewgienija i 

ostrożnie podtrzymywała jego brodę. Ranny przełykał wodę z wielką ostrożnością.

- Ależ to boli, Raiju - westchnął i znów opadł na poduszki. - Co mi jest, czemu wszystko 

mnie tak cholernie boli?

Raija wzięła głęboki oddech. On nie może teraz odkryć prawdy. Wszystko, tylko nie to.

Szybko sięgnęła po dzbanuszek. Trzymała go w kieszeni. Drżącymi palcami nabrała 

szczyptę proszku i wsypała go do wody.

- To twoje lekarstwo - powiedziała wymijająco. - Żebyś jak najszybciej wyzdrowiał.

Jewgienij wypił wodę i zapomniał o swoim pytaniu.

Był wycieńczony. Ból paraliżował jego zdolność do jasnego myślenia.

background image

Po chwili cisza rozjarzyła się kolorami. Ból odpłynął, po wszystkich jego członkach 

rozlała się błogość. Wiedział, że już od dawna doznaje takich chwil.

- Teraz znów jestem w niebie - rzekł niewyraźnie. - Teraz jest pięknie, Raiju. Bądź tam 

ze mną! Bądź razem ze mną w tym niebie.

Raija musiała się oprzeć o ścianę. Tym razem się powiodło. Nie wiedziała jednak, jak 

długo będzie ukrywać przed nim prawdę. Ale wszystko wskazywało na to, że cud się wydarzył.

Jewgienij był coraz bliższy życia. Powoli wracał do świata. Ale potrzebował jeszcze tyle 

siły, by móc spojrzeć prawdzie prosto w oczy. Raija lękała się, że ranny może umrzeć, gdy 

dowie się o swym kalectwie.

Nie miała pojęcia, co zrobi, gdy prawda wyjdzie na jaw.

Jewgienij wspominał o piekle, które zaczynało się wówczas, gdy proszek przestawał 

działać. Do nieba prowadził go właśnie ten proszek.

Wkrótce nie będzie mogła zapewnić mu tego nieba.

- Jesteś przy mnie, Raiju?

- Tak, Jewgienij. Jestem przy tobie. Kapitan odetchnął z ulgą. Leżał z zamkniętymi 

oczami. Na jego twarzy malował się zupełny spokój. I swoiste piękno, które nie rzucało się w 

oczy, ale Raija dostrzegła je podczas minionych dni.

- Tak często o tym śniłem - powiedział szeptem. - Że jesteś przy mnie. Nie wiem nawet, 

kiedy zacząłem o tym marzyć. Kiedyś byłaś marzeniem Aleksieja. Bez przerwy o tobie mówił. 

O tej, której nie może zdobyć. Potem poddałaś się jego uczuciu, a ja cię polubiłem. Tak jak po-

winno   się   lubić   kobietę,   którą   kocha   brat.   Mogłem   cię   wtedy   dotykać,   ale   należałaś   do 

Aleksieja. A zresztą wcale o tym wówczas nie myślałem. Nie myślałem, że mogę to poczuć...

Raija przełknęła ślinę.

Dobry Boże, a więc to przed nią ukrywał? Nie chciała tego słuchać, ale nie mogła 

przecież odejść. Musiała pozwolić mu mówić.

- Dla mnie byłaś jeszcze bardziej niedosiężna niż dla Aleksieja. Dwa razy bardziej. 

Raiju, mój aniele, nie byłem wart, by o tobie marzyć. W każdej napotkanej kobiecie szukałem 

ciebie.   W   każdej,   którą   obejmowałem,   widziałem   ciebie.   Byłaś   światłem   mego   życia   i 

przekleństwem mego życia. Nie znalazłem radości w ramionach żadnej kobiety od chwili, gdy 

cię pokochałem... Raiju, jesteś tu?

Raija   położyła   dłoń   na  jego   policzku.   Był   bardzo   gorący.   Jewgienij   majaczył.   Nie 

powinna traktować jego słów poważnie. On wcale tak nie myśli...

- Jestem tu, Jewgienij.

- Znów mi się wydawało, że to tylko sen. Mam takie piękne sny, kiedy jestem w niebie.

background image

-   Jesteś   na   pokładzie   „Sankt   Nikołaja”.   Wkrótce   będziemy   w   Archangielsku. 

Przeniesiemy cię do twojego domu... Musisz odpoczywać. Będę cię pielęgnować...

- Czy możesz mi coś obiecać? - jego głos zrobił się nagle przytomny.

- Co tylko chcesz.

- Zostań ze mną tak długo, jak długo cię będę potrzebował. Zostaniesz, Raiju?

- Obiecuję. Zasypiał z uśmiechem szczęścia na twarzy. To był już całkiem inny sen.

Raija usiadła w swym fotelu i rozpłakała się. Za niego.

background image

10

Archangielsk

Miasto, którego nazwa rozbrzmiewa muzyką.

Raija powtarzała sobie to słowo tyle razy, że zamieniło się dla niej w melodię.

Inaczej wyobrażała sobie spotkanie z Archangielskiem.

Aleksiej tak bardzo kochał to miasto. Jewgienij miał tu swój dom. Nie ukrywał jednak, 

że nie czuje się dobrze w żadnym mieście.

Musiał jednak tam mieszkać. Był przecież kapitanem. Jego życiem były statki. Nie mógł 

więc mieszkać w żadnym innym miejscu niż Archangielsk, miasto założone w 1583 roku, które 

było jedynym dużym rosyjskim portem do czasu, gdy dwadzieścia lat później powstał Sankt 

Petersburg. Jewgienij opowiadał jej, że w 1712 roku car Piotr Wielki przeniósł stolicę do tego 

nowego portu. Wówczas Archangielsk stracił swoje znaczenie.

Łatwiej było dotrzeć do Europy z miasta leżącego u wybrzeży Zatoki Fińskiej niż z 

Archangielska, położonego tak blisko bieguna północnego.

Port leżący nad Morzem Białym stał się peryferyjnym miastem wielkiego kraju.

Dla   ludzi,   którzy   mieszkali   w   tamtej   okolicy,   pozostał   jednak   najważniejszym 

ośrodkiem. Właśnie stąd pochodziła znaczna większość statków handlowych, które docierały 

do Norwegii. Stąd wyruszali ci, którzy zaopatrywali w zboże norweską biedotę mieszkającą na 

wybrzeżu.

Raiję przeszedł dreszcz na samą myśl o tym.

Nie powinna stać u boku Olega w chwili, gdy „Sankt Nikołaj” zbliżał się do portu, 

rozciągającego się w dorzeczu Dwiny.

Ale Jewgienij poprosił ją, by wyszła na pokład.

- Powinienem tam stać razem z tobą, Raiju - szepnął. - Ale nie mogę. Zrób to dla mnie, 

moja droga. Zobacz i pozdrów moje miasto. Popatrz na katedrę świętego Michała. Popatrz na 

statki w porcie, na żaglowce, na tratwy rzeczne, popatrz na Dwinę tam, gdzie wygładza się jej 

nurt i gdzie łączy się w jedno z Morzem Białym...

Raija zrobiła to, o co ją poprosił.

Przywitała Archangielsk. Nie potrafiła jednak pozdrowić tego miasta, które miało na 

jakiś czas stać się jej domem.

Było zbyt wielkie. Gdyby mogła wybierać, wolałaby zamieszkać w lesie albo w tundrze, 

która rozciągała się tuż za granicami Archangielska.

- Mojemu losowi częściowo jest winien Piotr Wielki - powiedziała kiedyś Jewgienijowi.

background image

Spojrzał na nią wówczas ze zdziwieniem i wyjaśnił, że car umarł w 1725 roku.

Raija nie wiedziała o tym. Wiedziała tylko, że Piotr Wielki zwyciężył w wielkiej wojnie 

północnej. A gdyby nie ta wojna, nigdy nie ruszyłaby się z Tornedalen. Podatki, nałożone na 

poddanych w związku z wojną, oraz rok nieurodzaju, który się z tym zbiegł, zmusiły Erkkiego 

Alatalo do wysłania starszej córki do Ruiji.

Raija urodziła się w roku 1710. Do Ruiji przybyła zaś w 1718. Wojna skończyła się trzy 

lata później, w 1721. Być może Erkki i Marja daliby sobie jakoś radę bez tej ofiary. Ale 

wówczas, w 1718 roku, wszystkim się wydawało, że wojna potrwa znacznie dłużej.

- A kto teraz jest carem? - zapytała Raija Olega. - Jewgienij mówił, że Piotr Wielki nie 

żyje.

Oleg zacisnął pięści. Przygotowywali się do wejścia do portu.

- Tak, on umarł. Po nim rządziła Katarzyna. Potem Piotr II. A teraz Anna. Wszyscy z 

tego samego rodu. Romanowowie zrobili sobie zabawkę z wielkiej Rosji. Piotr Wielki był 

wujem Anny.

- Kobieta carycą - Raija rozmarzyła się nieco. - To chyba dobrze.

- Czy ja wiem - mruknął sternik.

- Nie przypuszczałam, że jadę do takiego kraju - ciągnęła Raija. - W Ruiji wszyscy na 

mnie krzywo patrzyli, bo zajmowałam się handlem, choć byłam kobietą.

- W Rosji byłoby tak samo - wyjaśnił jej Oleg cierpko. - To Piotr Wielki zdecydował, że 

kobiety mogą dziedziczyć. Ale ludzie się tym nie przejmują. I takich ludzi jest najwięcej. A 

Anna Iwanowna wcale nie przypomina księżniczek z bajek. Ludzie opowiadają niesamowite 

historie o jej dworze. Nawet w Archangielsku się o tym mówi.

Marzenia Raiji od razu przyblakły.

- Wyobraziłam sobie prawdziwą księżniczkę - wyznała. - Piękną i dobrą. I wspaniały 

zamek. I wspaniałego księcia.

- Ona ma ze czterdzieści lat - tłumaczył jej Oleg. - Prości ludzie, tacy jak ja, nigdy jej 

nie widzieli. Tylko ci, co mieszkają w Sankt Petersburgu i są dobrze urodzeni. Ale słyszałem, 

że jest potworem w kobiecej postaci. Że jest źle wychowana, że brak jej kultury, że jest bardziej 

okrutna niż niejeden mężczyzna. Jej mąż zmarł po roku małżeństwa. Teraz ona rządzi, jak się 

jej podoba. Rządzi żelazną ręką, a pomaga jej szlachcic kurlandzki, jej faworyt Biron.

-  A  więc   nie  ma  nawet   księcia   z  bajki  -  westchnęła  Raija.   -  Z  jakich   cudownych 

wyobrażeń będę musiała jeszcze zrezygnować?

- Są dwie Rosje - ciągnął Oleg, wpatrując się w dal. - Jedna dla szlachetnie urodzonych i 

druga dla zwykłych ludzi.

background image

- Tak jest we wszystkich krajach - zauważyła Raija.

- U nas jest gorzej. To przepaść bez dna. Głębsza niż piekło. - Oleg spojrzał na Raiję i 

uśmiechnął się blado. - Nie powinienem narzekać. My, marynarze, nie mamy wcale tak źle. Pod 

warunkiem, że trafimy na nie najgorszego kapitana. Jewgienij nie jest krwiopijcą. Jest raczej po 

naszej   stronie.   Wychował   się   wśród   zwykłych   ludzi.   Najciężej   żyje   się   chłopom.   Wielcy 

panowie   jak   zawsze   spijają   śmietankę,   nie   przybywa   ich   tak   szybko.   Ten,   kto   zostaje 

urzędnikiem   państwowym,   zostaje   nobilitowany.   Dzięki   Piotrowi   Wielkiemu.   Wiedział,   co 

robi,   kiedy   mieszał   się   do   wszystkiego.   Teraz   szlachta   rządzi   wszędzie,   gdziekolwiek   się 

obrócisz.  W państwie. W armii.  Nawet kościół  podlega  carowi albo carycy. A z chłopów 

wysysa się krew i odbiera im się wszystko, co zdołają zebrać czy uchować. Nie mają żadnych 

praw. Panowie robią, co im się podoba, i to w majestacie prawa. Lepiej chyba umrzeć, niż być 

biedakiem w tym kraju.

Raija nie zrozumiała wszystkich słów, ale pojęła to, co najważniejsze.

- I nikt przeciwko temu nie protestuje? - zapytała wielce poruszona. - Przecież taka 

niesprawiedliwość nie może trwać wiecznie...

- Co ty mówisz? - zdziwił się Oleg. - Zapominasz, że car i państwo to jedno. Anna 

Iwanowna ma całą władzę...

- Ale przecież zwykłych ludzi jest znacznie więcej!

- Czy chłopi zdołaliby sobie poradzić z wyszkoloną armią? Równie dobrze możesz ich 

od razu powyrzynać.

- Ale nie można się godzić z taką niesprawiedliwością...

- Nie wszyscy się z tym godzą. - Nieoczekiwanie Oleg zanucił smętną melodię. Smutną 

i piękną, zdaniem Raiji. - Słyszałaś o Stieńce Razinie, Raiju?

Nie słyszała.

- Czy to jakiś bohater z bajki? - zapytała. Znała słabość Rosjan do baśni i sag.

- Owszem. Ale  on naprawdę istniał. Żył  jakieś   pięćdziesiąt,  sześćdziesiąt   lat  temu. 

Nazywał się Stiepan Timofiejewicz Razin i pochodził znad Donu, z południa. Był Kozakiem. 

Chyba słyszałaś o Kozakach?

Raija skinęła głową. Jewgienij opowiadał jej o tym wolnym ludzie.

-   To   był   człowiek,   który   by   ci   się   spodobał   -   uśmiechnął   się   Oleg.   -   Dowodził 

powstaniem   przeciwko   wielkim   panom   i   carowi.   Stworzył   armię   z   chłopów   i   Kozaków. 

Powstańcy zdobyli fortecę cara nad Wołgą, potem miasta Carycyn i Astrachań. I popłynęli dalej 

w górę Wołgi. W ludziach obudziła się nadzieja. Chłopi nadwołżańscy i ci, którzy żyli nad 

Donem, zaczęli się burzyć.

background image

Ludzie mieszkający na obszarach wyzwolonych przez Stieńkę odzyskali godność. Mogli 

decydować o swoim losie, bo Stieńka zniósł przywiązanie chłopów do ziemi. Ofiarował im 

wolność.

- I co się z nim stało?

- Zginął - powiedział Oleg. - Car nie mógł przecież pozwolić, by Stieńka bez przeszkód 

wtargnął do jego pałacu. Powstańcy zdobyli Saratów. Ale pod Symbirskiem ich wojska zostały 

wyrżnięte. Sam Stieńka uciekł, ciężko ranny. Zdradzili go Kozacy, którzy trzymali stronę cara. 

Zawieźli go do Moskwy. I tam został stracony. Tak kończą wszyscy buntownicy w tym kraju, 

Raiju.

- Podoba mi się ten Stieńka - powiedziała Raija. - Jaka to była melodia?

Oleg pokiwał głową.

- Śpiewają o nim wiele różnych pieśni. I opowiadają mnóstwo historii.

- W takim razie nie zginął na darmo - powiedziała Raija. - Wciąż jest kimś więcej niż 

tylko martwym bohaterem. Bohaterem, któremu się nie udało. Jest kimś, z kogo ludzie w twoim 

kraju   mogą   być   dumni.   Dzięki   niemu   mają   o   czym   marzyć.   Mogą   go   naśladować.   Mieć 

nadzieję...

- Nie sądziłem, że kobieta jest w stanie to zrozumieć - wyznał Oleg. - Stieńka Razin 

zawsze był moim bohaterem. Nie przypuszczałem jednak, że kobiety mogą mieć podobne 

ideały... • Raija uśmiechnęła się nieznacznie.

- Mógłbyś jeszcze raz zaśpiewać tę piosenkę? Całą. Ze słowami. Nieważne, że nie 

wszystko zrozumiem. Ona i tak jest piękna.

Raija zwlekała aż do chwili, w której przybili do kei. Wówczas znów zeszła na dół, do 

Jewgienija.   Dała   mu   trochę   tego   białego   pudru,   zanim   wdrapała   się   na   pokład,   żeby   się 

przywitać z Rosją.

Powinien mocno spać, pomyślała.

Kapitan   siedział   na   swej   koi,   bledszy   niż   kiedykolwiek.   Raiji   wystarczyło   jedno 

spojrzenie,  by się przekonać,  że Jewgienij  już wie. Powoli  podeszła do fotela. Usiadła na 

brzeżku. Rosjanin śledził ją wzrokiem. Spojrzenie miał nieco zamglone z powodu działania 

proszku.

- Jak długo miałem nic nie wiedzieć?

- Do czasu, gdy będziesz dość silny.

- Kto tak postanowił?

- Ja.

- Pamiętam, jak to się stało - wyznał Jewgienij. - Jak się wdrapywałem na maszt. Jak 

background image

spadałem. I jak zraniłem się w ramię. Potem już nic nie pamiętam.

- Zatrzymałam krwotok - wyjaśniła mu Raija. Zdołała już pogodzić się ze swą rolą w 

tych   dramatycznych   wydarzeniach.   -   Myślałam,   że   umrzesz.   Potem   sama   zemdlałam.   Nie 

wiem, co się działo później. Ocknęłam się dopiero po upływie całej doby.

- Nikt nie mdleje na całą dobę.

- Nie. To było coś innego. - Raija nie chciała o tym mówić. Jewgienij nie powinien się 

denerwować.

- Kto to zrobił?

Raija ucieszyła się, że naprawdę tego nie wie. Pokręciła głową.

- Oleg twierdzi, że wszyscy razem. I że uważali, że to jedyne wyjście. Nigdy ci nie 

powiedzą, na kogo wypadło.

- Lepiej by było, gdyby ucięli mi głowę!

- Znajdziemy ci lekarza - uspokajała go Raija. - Gdy tylko spuścimy trap, Oleg pośle po 

lekarza.

- A ty? Co będzie z tobą, Raiju? Czeka cię zupełnie inne życie, niż się spodziewałaś. Ja 

będę kaleką. O ile w ogóle przeżyję.

- Zostanę z tobą tak długo, jak długo będziesz mnie potrzebował - oświadczyła Raija.

- Zastanawiałem się, czy o tym pamiętasz - mruknął pod nosem. Na jego ustach zaigrał 

uśmiech. - Pomożesz mi się położyć? Chciałbym zasnąć.

Gdy Oleg wślizgnął się do kajuty, wydawało jej się, że minęła cała wieczność. Jewgienij 

wciąż spał. Wszystko wskazywało na to, że ten proszek działa w sposób, którego nie da się 

przewidzieć. Czasami Jewgienij był całkiem przytomny po zażyciu określonej dawki, innym 

razem po takiej samej porcji spał przez wiele godzin.

- Wyładowujemy ryby - wyjaśnił sternik. - Co z kapitanem?

-   Siedział   na  koi,   kiedy   tu   przyszłam.   Już   wie,   co   się   stało.   Pewnie   próbował   się 

podeprzeć...

- Był przytomny?

- Dałam mu proszek. Ale był przytomny. To był dla niego straszny cios.

Oleg usadowił się na poręczy fotela.

-   Musiał   to   wreszcie   zauważyć.   Liczę   się   z   tym,   że   wyrzuci   całą   załogę.   To   ja 

odpowiadałem za statek, gdy to się stało. I byłem tego samego zdania, co wszyscy...

- Jewgienij nie zrobiłby czegoś takiego! Nigdy bym mu na to nie pozwoliła!

Oleg spojrzał na nią i pomyślał swoje. W przeszłości kapitan miał wiele kobiet. A potem 

zamknął się w sobie i żył jak mnich.

background image

- Od dawna znasz kapitana?

- Tak - powiedziała Raija. - Kiedyś płynęłam już na tym statku. Miałam zostać żoną 

jego brata.

Oleg nie chciał wiedzieć nic więcej. To wszystko było wystarczająco skomplikowane. 

Ale rozumiał już, że po kobiecie takiej jak Raija wszystkiego się można spodziewać.

- Biały proszek sprawia, że człowiekowi rozwiązuje się język - rzekł Oleg.

Raija uśmiechnęła się:

- Tak się rzeczywiście stało. On nie ma już przede mną żadnych tajemnic. I zostanę z 

nim tak długo, jak będzie mnie potrzebował.

- Obiecałaś to? Raija pokiwała głową.

- Może wcale tego nie pamięta.

- Pamięta. - Raija odrzuciła włosy z czoła. - Wiem, co masz na myśli. Może nie byłam 

w   pełni   świadoma   konsekwencji,   gdy   wypowiadałam   te   słowa.   Ale   co   powiedziałam,   to 

powiedziałam. Dotrzymuję obietnic. A poza tym wiele mu zawdzięczam.

- Niektóre obietnice są bardziej wiążące niż inne. Dlatego lepiej ich nie wypowiadać...

- Nie mam nikogo poza nim. Ciebie też mogę nazwać przyjacielem, Oleg. Ale nikogo 

więcej. Bez Jewgienija jestem nikim.

- On potrafi być ogromnie wymagający. I być może po twojej obietnicy spodziewa się 

więcej, niż miałaś na myśli.

- Jewgienij wie, przed czym uciekłam. Nigdy by mnie nie skrzywdził.

- Znaleźliśmy medyka - Oleg postanowił zmienić temat. - Ale był pijany. Niedaleko 

domu Jewgienija mieszka inny lekarz. Zamówiłem wóz, który was tam zawiezie. Zresztą pojadę 

z wami. Ruszamy, jak tylko skończymy wyładowywać towar.

- Uważasz, że możemy go stąd ruszyć? To się źle skończy. On tego nie przeżyje.

Oleg westchnął.

- Wolałbym, żeby nie było go na pokładzie, gdy rozniosą się plotki. Chłopcy zejdą na 

ląd, gdy tylko skończymy. Niektórzy mają do kogo wracać, ale inni będą krążyć od gospody do 

gospody. Oboje dobrze wiemy, o czym będą opowiadać. Dlatego musicie stąd zniknąć, ty i 

kapitan. Wiem, co o tobie mówią na pokładzie, Raiju. A my, Rosjanie, jesteśmy znani z tego, że 

potrafimy nagiąć prawdę, by ubarwić opowiadaną historię...

- Znowu zostanę czarownicą?

- Broń Boże. Dla nich jesteś jak Madonna, Raiju. Możesz się spodziewać, że będziesz 

równa rangą samemu Archaniołowi Michałowi. A to nie byle co! To pod jego wezwaniem jest 

nasza katedra!

background image

- Rzeczywiście najlepiej będzie, jeśli stąd znikniemy! - Raija nie była pewna, jak zniesie 

porównanie z Madonną. To przecież bluźnierstwo.

Oleg przez cały czas trzymał w dłoniach jakieś zawiniątko. Był wyraźnie zmieszany i 

nie bardzo wiedział, co z nim zrobić. Wreszcie podał je Raiji z przepraszającym uśmiechem.

- Jeden z marynarzy ma siostrę twojego wzrostu. Pozwoliłem mu zajrzeć do domu. 

Mieszka nieopodal portu. Wyrzuciliśmy twoje ubranie do morza. Nie pomyśleliśmy, że można 

to wyprać...

Raija rozpakowała tobołek, wzruszona okazaną jej troską.

Wyjęła pięknie haftowaną, szeroką bluzkę, jasnobrązową spódnicę i grubą pelerynę z 

kapturem oraz wysokie buty. Miękkie buty do jazdy konnej!

- Antonia nie ma innych butów. Straszny z niej dzikus. Szaleje za końmi. Nie wiem, czy 

kiedykolwiek widziałem ją w innym obuwiu...

- Muszę ją poznać - powiedziała Raija. - Kiedyś zwrócę jej to wszystko. Z czasem 

uszyję sobie jakieś ubrania...

-  To  nie  jest   pożyczka,  tylko  prezent...  -  Oleg  zawahał  się  chwilę.  -  Swego  czasu 

Antonia sądziła, że owinie sobie Jewgienija wokół palca. Ale to już przeszłość. A ona żyje 

teraźniejszością. Obawiam się, że Piotr dał jej do zrozumienia, że ty i kapitan... no wiesz...

- To piękny gest z jej strony - uznała Raija. - Chętnie ją poznam.

Oleg zapewnił ją, że tak się stanie. Antonia nie jest nieśmiałą osobą. Przeciwnie!

- Ich ojciec nie żyje - wyjaśnił Raiji. - Piotr jest jej jedynym bratem. Rzadko bywa w 

domu, więc Antonii nie ma kto przypilnować. Ona nie potrafi się ustatkować. Nauczy się tego z 

pewnością, gdy już wyjdzie za mąż.

Swoją opinię na temat kobiet Oleg wygłosił z całym przekonaniem. Kobieta powinna 

zachowywać się tak, jak to sobie wyobrażają mężczyźni. Raiję słowa sternika zirytowały, ale 

przyjęła je w milczeniu. On pewnie wcale nie zastanawiał się nad tym, co mówi...

- Bardzo dziękuję za ubrania - powiedziała. - Przygotuję siebie i Jewgienija do zejścia 

na ląd w czasie, gdy wy będziecie rozładowywać towar. Ty na pewno masz ważniejsze sprawy 

do załatwienia?

- Może i ważniejsze - zgodził się Oleg - ale nie przyjemniejsze...

Sternik wyszedł, a Raija przystąpiła do dzieła. Z błogością zanurzyła rękę w ciepłej 

wodzie. Była to prawdziwa pieszczota dla jej ciała. Zamknęła drzwi na haczyk na wypadek, 

gdyby któryś z marynarzy okazał się zbyt ciekawski. Nikomu z załogi jednak nic takiego nie 

przyszłoby do głowy, wszyscy bowiem starali się jak najszybciej wykonać, co do nich należy, 

gdyż spieszno im było do domu.

background image

Czekały na nich nie widziane od miesięcy żony, dzieci, kochanki. Nic dziwnego, że się 

spieszyli.

Najpierw Raija zajęła się Jewgienijem. Tym razem nie pożałowała mu białego proszku, 

choć zostało go już niewiele. Coś jej jednak mówiło, że lepiej pozbyć się całkowicie tego leku, 

który z pozoru rozwiązywał wszelkie problemy. Raija nie lubiła patrzeć na Jewgienija, gdy był 

pod jego wpływem.

Proszek nie przestał jeszcze działać, gdy Raija zaczęła rozbierać kapitana.

Ciało Jewgienija było mocne i jędrne. Spostrzegła na nim wiele blizn, których istnienia 

nie   podejrzewała.   Rosjanin   nigdy   o   nich   nie   wspominał.   Raija   zastanawiała   się,   jakie   też 

historie się kryją za nimi.

Gdy leżał przed nią już całkiem nagi, zakasała rękawy koszuli i zaczęła go myć.

Cieszyła   się,   że   Jewgienij   śpi.   Sytuacja   mogła   być   kłopotliwa   dla   nich   obojga. 

Zwłaszcza dla niego. Raija nie mogła zapomnieć o tajemnicy, którą jej zdradził pod wpływem 

lekarstwa.

Kiedy spotkali się przed laty, mówił jej, że nie potrafiłby nawet sobie wyobrazić, że jej 

pożąda.

Wtedy nazywał ją drogą siostrą, zapewniał, że łączy ich przyjaźń ze szczerego złota.

Gdybyż życie było takie proste!

Raija   zmieniła   bandaże.   Teraz   była   już   w   stanie   patrzeć   na   straszną   ranę,   którą 

powolutku zarastała cieniuteńka skóra.

Wciąż jednak coś ją ściskało za gardło, a później długo nie mogła wymazać tego obrazu 

z pamięci.

Z wielką ostrożnością naciągnęła na Jewgienija świeże ubranie. Przychodziło jej to z 

trudem, był przecież ciężki, a poza tym przez cały czas musiała uważać, by nie urazić jego 

ramienia. Właściwie powinien się tym zająć silny mężczyzna, ale Raija zagryzła zęby, otarła 

pot i doprowadziła rannego do jako takiego stanu.

Wyglądał prawie tak, jak powinien wyglądać kapitan „Sankt Nikołaja”, gdy założyła mu 

szeroką białą koszulę, wąskie spodnie z miękkiej skóry, a zamiast paska zawiązała czerwoną 

chusteczkę.

Jego   kurtka   z   grubej,   niebieskiej   wełny   i   miękkie   buty   leżały   na   koi   Raiji.   Mógł 

nazywać sam siebie kaleką, ale dla Raiji wcale nim nie był.

Raija, spocona i zgrzana, przyniosła drugą porcję ciepłej wody. Nie była to prawdziwa 

kąpiel, ale nawet to, że mogła się umyć w wiadrze, wydało jej się błogosławieństwem.

Z wielką radością patrzyła na ubrania, które dostała od nieznajomej Antonii. Nie były 

background image

wcale zniszczone, choć przecież ich właścicielka to siostra prostego marynarza. Może Oleg 

miał rację, gdy mówił, że marynarzom żyje się wcale nie najgorzej w porównaniu z innymi 

Rosjanami.

Raija cieszyła się jak dziecko. Czuła się tak, jakby miała założyć prawdziwie odświętny 

strój. Choć nigdy nie należała do kobiet, które przywiązują wagę do fatałaszków i ozdób, tym 

razem chciała wyglądać ładnie.

Ciepła woda pieściła jej skórę. Raija czuła się odnowiona i oczyszczona na ciele i na 

duszy. Umyła wreszcie włosy, które zaczęły się już sklejać i straciły połysk. Stały się czyste, 

wytarła je prześcieradłem i przeczesała palcami.

Wyprostowała się, przeciągnęła i poczuła, że żyje. Powietrze osuszyło jej nagą, ciepłą 

skórę.

Potem wzięła do rąk bluzkę, by przyjrzeć się zdobiącym ją haftom. Czyżby ta dzika 

Antonia wykonała je własnoręcznie? Raija uznała, że ta bluzka jest zbyt piękna, by mogła ją 

założyć.

A może przejrzeć się w szklanych drzwiach szafki, które jakoś przetrwały sztorm?

Pospiesznie naciągnęła bluzkę przez głowę i zatańczyła przed szklaną szybą. Wilgotne 

włosy spoczywały  na jej  ramionach,  a  w białej   bluzce  było jej  bardzo do twarzy.  Dekolt 

ozdabiały czerwone i brązowe wzorki, z połyskującymi akcentami zieleni i niebieskiego, zupeł-

nie jakby hafciarka patrzyła na ukwieconą letnią łąkę.

Raija poczuła się piękna.

- Jesteś piękna. Jewgienij powiedział to bardzo cicho, ale wyraźniej

niż wcześniej. Raija zawstydziła się, bo nie była do końca ubrana, ale zaraz z ulgą 

stwierdziła, że bluzka sięga jej do kolan.

Jewgienij uśmiechnął się boleśnie.

- Obudziły mnie ciepłe dłonie, które zapinały moją koszulę. Patrzyłem na ciebie, ale 

nawet się tego nie wstydzę. To podziałało lepiej niż lekarstwo, które mi podajesz.

Raija poczuła, że oblewa się rumieńcem jak podlotek. Nie umiała zachować się całkiem 

swobodnie w obecności Jewgienija, skoro wiedziała już, co on do niej czuje.

- Jesteś na mnie zła?

- Jestem!

- Oglądałaś mnie w taki sam sposób - powiedział. - I nawet nie byłem w stanie cię 

prosić, byś tego nie robiła. Mogę to sobie tylko wyobrazić...

- Tego się nie da porównać.

-   Wiem,   że   prosiłem   cię,   byś   ze   mną   została   -   mówił   dalej   Jewgienij,   próbując 

background image

pochwycić jej spojrzenie. - Znam też twoją odpowiedź. Ale czy powiedziałem coś więcej?

Atmosfera wyraźnie się zagęściła.

-   Tak,   powiedziałeś   coś   więcej,   Jewgienij.   Ranny   wstrzymał   oddech,   czekając,   co 

jeszcze usłyszy.

- Nie chciałem tego - rzekł po chwili przepraszająco. - Nie powinnaś wiedzieć...

- Tak czy inaczej dotrzymam obietnicy. Potrzebujesz mnie teraz, Jewgienij. Wolałabym 

nie wiedzieć, ale przecież nie mówiłeś tego świadomie...

- I nie czuję tego świadomie - rzucił spontanicznie. Był zbyt oszołomiony bólem, by 

zrozumieć, jak ostre słowa wypowiedział. A więc żałuje, że ją pokochał...

background image

11

Zbliżał   się   moment   opuszczenia   „Sankt   Nikołaja”.   Raija   miała   zamiar   podać 

Jewgienijowi lekarstwo, by lepiej zniósł przenosiny. On jednak odmówił.

- Jedzenie owszem, ale nie lekarstwo. Postawiła więc przed nim miskę zimnej zupy.

Chciała, żeby choć trochę się wzmocnił.

- Wolę czuć ból - powiedział - niż to błogie otępienie, które przesłania mi wszystkie 

myśli.

Kiedy do kajuty wszedł Oleg, Jewgienij już stał, opierając się całym ciężarem o Raiję, 

która go podtrzymywała.

- Kiepsko wyglądasz, kapitanie!

- Jeśli to ty odrąbałeś mi rękę, Oleg, to nie popisałeś się.

- Jestem niewinny! - Sternik zatrzymał się w drzwiach. - Równie niewinny jak każdy z 

nas.

- I nie powiesz mi, kto to zrobił, nawet jeśli wydam taki rozkaz?

Oleg pokręcił głową.

- Mianuję cię kapitanem - powiedział Jewgienij. - Już nigdy nie wejdę na pokład. Ty 

będziesz moim człowiekiem na statku.

Oleg nie wiedział, co o tym sądzić.

- Nie będę chyba brał poważnie twoich słów, dopóki nie staniesz na własnych nogach.

- I na pokładzie - dodała Raija. Ocierała właśnie choremu pot z czoła, gdy ten spytał 

nieoczekiwanie:

- Jakie  lekarstwo podawałaś  mi,  Raiju?  Raija  i Oleg  wymienili  szybkie spojrzenia. 

Zauważywszy to, Jewgienij powoli przeniósł wzrok na sternika.

- Czy to był ten twój proszek, Oleg? Ten, który omal nie zrujnował ci życia?

- Dzięki temu nic cię nie bolało - wtrąciła pospiesznie Raija. - Dzięki temu spałeś, a tego 

właśnie potrzebowałeś najbardziej...

- Ten proszek sprawił, że jakiś czas temu Oleg zamienił się w zupełny wrak. Dziś masz 

przed sobą silnego mężczyznę. Ale ja pamiętam czasy, gdy był snującym się po pokładzie 

trupem. Wciągał wtedy ten biały proszek przez nos. Łykał go. Palił. I był bliski zstąpienia do 

piekieł. Chińskie opium.

Raija nigdy wcześniej nie słyszała tej nazwy.

- Człowiek się do tego przyzwyczaja. Jak do wódki - wyjaśnił jej Jewgienij. Spływał 

potem, ale zdawał się tego nie zauważać. Uznał, że musi wytrzymać, że to tylko kwestia silnej 

background image

woli. - Dlaczego nie wyrzuciłeś tego świństwa? - zapytał Olega.

- Żeby wiedzieć, że jestem dość silny, by się przeciwstawić pokusie. Choć miałem ten 

proszek, potrafiłem mu się oprzeć. Wtedy poczułem, że znowu jestem człowiekiem.

- Zostało coś jeszcze? Raija zaprzeczyła.

- Wyrzuciłam ten dzbanuszek - skłamała bez mrugnięcia okiem.

- Ale jeszcze niedawno go miałaś, skoro chciałaś mi podać następną dawkę?

- I zatrzymam aż do chwili, gdy będę pewna, że go nie potrzebujesz - powiedziała 

ostrym tonem, przyłapana na kłamstwie. - Patrzyłam na ciebie, gdy byłeś bliższy śmierci niż 

życia. Ty nie mogłeś się wtedy widzieć. Zostało ci oszczędzone również trochę bólu. Dzięki 

chińskiemu opium. Zamierzam bronić tej odrobiny, która została, za wszelką cenę!

- Bardziej upartej ze świecą szukać - mruknął Jewgienij. Nie miał siły, by się spierać z 

Raiją.

Nieoczekiwanie nad ich głowami rozległ się donośny głos kobiety:

- Oleg! Chyba nie wyprowadziłeś mnie w pole?

- Jeszcze jedna! - westchnął Jewgienij. Oleg stał już przy drzwiach.

- Tutaj, Antonia. Słychać cię chyba nad Dwiną.

- Matko Boża - mruknął Jewgienij. - Antonia i ty, Raiju, mój aniele! Żaden mężczyzna 

chyba nie zniesie takiego towarzystwa. Czy musicie znęcać się nad biednym kaleką?

Antonia weszła do kajuty i Raija zrozumiała, dlaczego bluzka i spódnica wydały jej się 

prawie nie używane. Antonia najprawdopodobniej nigdy ich nie nosiła. Miała na sobie męskie 

ubranie: spodnie i koszulę, i wyglądało na to, że świetnie się w tym czuje.

Była to drobna kobieta wzrostu Raiji. Niesforne, ciemne loki otaczały okrągłą, żywą 

twarz, rozjaśnioną szerokim uśmiechem i roziskrzonymi niebieskimi oczami.

Ku zaskoczeniu Raiji Antonia rzuciła się na kolana przed Jewgienijem, chwyciła go za 

zdrową rękę i ucałowała jego dłoń.

- Mój drogi! Płakałam rzewnymi łzami, gdy usłyszałam, co się zdarzyło. Nie wierzyłam 

Piotrowi, kiedy mówił, że żyjesz. Zabiłabym ich wszystkich za to, co ci zrobili. Żaden inny 

mężczyzna nie miał takich rąk jak ty! - wykrzyknęła.

Jewgienij tylko westchnął.

Antonia uniosła głowę i spojrzała mu w twarz.

- Po prostu mówię, co myślę, ty głuptasie. - Potem z zaciekawieniem spojrzała na Raiję. 

- Czy ona nas rozumie?

- Trochę - odpowiedziała jej Raija.

- Dużo - poprawił ją Oleg. - Bardzo szybko uczysz się rosyjskiego, Raiju.

background image

- Cieszę się, że jesteś taka piękna - oznajmiła Antonia. - Nie byłabym zadowolona, 

gdybyś była brzydka. Nie lubię przegrywać z brzydkimi kobietami - paplała. - Nie ma żadnego 

innego mężczyzny, który miałby z tym przy mnie kłopoty. Jewgienij tłumaczył się, że był 

pijany...

- Bądźże cicho!

- Ale - ciągnęła nie zrażona Antonia - od razu zrozumiałam, że chodzi o inną kobietę. U 

innych przy Antonii wszystko jest jak należy, nawet jeśli wypiło się morze wódki.

Raija zaniemówiła z wrażenia. Spodziewała się, co prawda, że spotka niezwykłą osobę, 

ale żeby do tego stopnia...

- Co ta gaduła tu robi? - spytał surowo Jewgienij.

- Przyjechała wozem konnym - wyjaśnił Oleg, z trudem kryjąc uśmiech. - Chciałem 

ewakuować cię stąd po cichu, kapitanie.

- Po cichu? - powtórzył Jewgienij i spojrzał błagalnie na Raiję. - Może jednak mógłbym 

dostać trochę opium. Zdaje się, że przyda mi się nieco pięknych snów i nieba.

Raija dala mu szczyptę proszku. Teraz musieli zaczekać, aż położy się na koi i zaśnie.

Oleg wziął śpiącego Jewgienija na ręce bez specjalnego wysiłku. Jewgienij skrzywił się 

przez sen, ale oczu nie otworzył.

- Dobrze, że już się poznałyście - rzekł Oleg do kobiet. - Im szybciej, tym lepiej. I mogę 

przysiąc, że się polubicie.

Antonia rzuciła Raiji grubą pelerynę.

- Zdaje się, że masz rację, Oleg - powiedziała. - I zdaje się, że jesteś kimś więcej niż 

piękną kobietą Jewgienija - dodała, zwracając się do Raiji.

Po wyjściu na pokład Raija natknęła się na istną ścianę mrozu. Zimowa noc tu w 

Archangielsku była bardzo ostra i czarna.

W ciemnościach postukiwały już końskie kopyta. Zwierzę czekało na nich cierpliwie. 

Antonia pochwaliła konia, pogłaskała i nagrodziła kawałkami cukru.

Naciągnęła na uszy grubą wełnianą czapkę, wciskając pod nią loki, i zapięła futrzaną 

kurtkę pod samą szyję.

Oleg ułożył Jewgienija w głębi wozu i ostrożnie otulił go kocem.

Trzęsąc się z zimna, Raija podała rękę Olegowi i pozwoliła, by pomógł jej wsiąść do 

wozu i umościć się pod tym samym kocem.

- Możesz jechać, Toniu - krzyknął Oleg, sadowiąc się w pobliżu rannego.

- Kim ona jest? - zapytała Raija. - Antonia. Nie jest tylko siostrą marynarza. Nie jest 

zwyczajną dziewczyną.

background image

-   W   pewnym   sensie   jest   zwyczajną   dziewczyną   -   uśmiechnął   się   Oleg.   -   Można 

powiedzieć, że Antonia jest typowym rosyjskim wyjątkiem. Jej ojciec zajmował się końmi. I 

transportem towarów i ludzi. Kiedy umarł, Piotr nie chciał przejąć tego interesu. Zajęła się tym 

Tonią.   To   świadczy   samo   za  siebie.   Tonią   nie  będzie   przykładną  żoną,   chyba  że   trafi   na 

właściwego mężczyznę. Ale ma dobre serce, gorącą krew i jest cholernie piękną kobietą.

- A co ludzie o niej mówią?

- Tak zwani porządni ludzie nie chcą mieć z nią do czynienia.

-   To   ja  nie  chcę   mieć   do  czynienia   z  porządnymi   ludźmi   -  dobiegł   ich   głos   Toni 

siedzącej na koźle.

-  A  co  ją  łączy  z  Jewgienijem?  -  spytała  szeptem  Raija.   Nie  chciała,  by  Tonią   ją 

słyszała.

Oleg uśmiechnął się. On również zniżył głos.

- Słyszałaś, co mówiła. Było w tym wiele prawdy. Miała na niego ochotę. Wszyscy o 

tym  wiedzieli.   A  potem   zaczęli   drzeć   koty.   Domyślaliśmy   się,   co  się   stało.   Nazywała  go 

impotentem, babą. A on mówił, że nikt nie zechce kobiety, z którą spała połowa mieszkańców 

Archangielska. A ściślej rzecz biorąc, wszyscy z wyjątkiem kobiet.

Oleg podrapał się po nie golonej od tygodnia brodzie.

- Najgorsze, że Jewgienij najprawdopodobniej miał rację. Ale to nieważne. Właśnie 

dlatego, że Tonią jest Tonią.

Raija domyślała się, co chciał przez to powiedzieć. Antonia nie była frywolna. W jej 

żyłach płynęła gorąca krew. A to zupełnie coś innego.

Jechali długo, wozem trochę trzęsło na wertepach. Raija siedziała jak na szpilkach. 

Założyła Jewgienijowi  grubą kurtkę, nie mogła więc sprawdzić,  czy jego rana nie zaczęła 

znowu krwawić.

Ale obawiała się tego.

Gdy   wreszcie   dotarli   na   miejsce   i   Raija   usłyszała   przeciągle   „prrrr”   Toni,   poczuła 

wielką ulgę.

Tym razem opium całkiem ścięło Jewgienija z nóg. Tylko na moment uniósł powieki, 

gdy Oleg przenosił go z wozu do małego domku.

Antonia popędziła przodem, pobrzękując pękiem kluczy. Z wielką wprawą otworzyła 

drzwi.

- Zawsze mam u siebie klucze Jewgienija - paplała. - Nie pójdą z nim na dno.

Raija podążyła za nimi.

Właściwie nie wiedziała, czego się spodziewać, wchodząc do środka. Ponieważ jednak 

background image

Jewgienij   był  właścicielem   statku  i   kapitanem,   oczekiwała,   że  jego  dom  będzie   wspaniale 

urządzony. No, może nie aż taki jak dom wójta czy sędziego.

Okazało się jednak, że w swoim życiu widziała znacznie bardziej przestronne domy niż 

ten, który stał u ujścia majestatycznej Dwiny.

Raija policzyła pokoje i doszła do wniosku, że miała ich więcej w swym domu nad 

morzem.

Została   nieco   w   tyle,   rozglądając   się   wokół.   Znalazła   kuchnię   z   wielkim   piecem. 

Uradowana,   że   wreszcie   trafiła   na   coś   dobrze   znanego,   uklękła   czym   prędzej   i   usiłowała 

rozpalić ogień. Gdy pojawiły się pierwsze iskry, usłyszała jakiś nieznany głos dobiegający z 

drugiego końca domu. Zdjęła pelerynę i powiesiwszy ją na kołku, pospieszyła w tamtą stronę.

Był to lekarz - starszy, okrąglutki, łysy jegomość o bardzo ruchliwych dłoniach. Z tonu 

jego głosu, ze sposobu, w jaki mówił o Jewgieniju, Raija wywnioskowała, że dobrze się znają.

Stanęła w drzwiach.

Antonia rozpięła kurtkę, ale nie zdjęła jej. Siedziała na skrzyni z ubraniami, machając 

nogami niczym rozwydrzony dzieciak.

Oleg stał u wezgłowia łóżka i czuł się dość niepewnie. To on musiał rozmawiać z 

lekarzem, gdyż środek, który Raija podała Jewgienijowi, wciąż działał.

Kapitan nie obudził się nawet wówczas, gdy lekarz opuścił już rękawy i zapiął mankiety 

koszuli. Potem równie starannie pozapinał guziki kurtki. Dopiero wtedy, gdy odstawił swą 

torbę, spostrzegł Raiję.

- Czy to ten kwiatuszek zatrzymał krwotok? Oleg przytaknął.

Lekarz tylko pokręcił głową, sięgając po swoją skórzaną czapkę.

- Nie chcę nic o tym wiedzieć. Nic a nic. Jewgienij powinien był umrzeć. Przy takiej 

opiece powinien był umrzeć nawet kilkakrotnie. To prawda, że jest twardy. I uparty jak te stare 

kobyły Antonii. Ale to nie wyjaśnia wszystkiego. O, nie. Nie chcę wiedzieć, jak to się stało. Nie 

mówcie mi, jakie siły się za tym kryją. Nie chcę wiedzieć...

Lekarz przeszedł szybko koło Raiji.

- I nie dawajcie mu już tego proszku, którym go naszpikowaliście. Mogliście go otruć.

Pokręcił głową i na koniec dorzucił, stojąc już w drzwiach:

- Przyjdę jutro.  Muszę sprawdzić,  w jakim  będzie  stanie. Cięższego  przypadku nie 

widziałem nigdy w życiu...

Antonia pierwsza przerwała ciszę. Wstała ze skrzyni i podeszła do Raiji.

- Głowa do góry, moja mała. - Objęła Raiję ramieniem. - Jestem prawie tak bardzo 

ciekawa jak stary Schwarzberg, ale jeśli nie chcesz powiedzieć, jakim cudem uratowałaś życie 

background image

Jewgienija, skoro powinien był umrzeć ze trzy czy cztery razy.... to cóż, nie będę płakać.

Wyprowadziła Raiję do kuchni, w której zrobiło się już ciepło. Było to bardzo przytulne 

pomieszczenie: na tle białych ścian stały tu niebieskie meble.

-   Gdy   Schwarzberg,   lekarz,   on  jest   Żydem,   pewnie   zauważyłaś,   przyjdzie   tu  jutro, 

udawaj, że nie rozumiesz po rosyjsku. Wtedy nie będzie cię wypytywał. Gdy twierdzi, że nic go 

nie obchodzi, znaczy to, że umiera z ciekawości.

- Zostawił jakąś maść na ranę. - Oleg podał Raiji słoiczek. - I wspomniał coś o ziołach, 

które powinnaś mu podawać. Przyniesie je jutro.

- Miejmy nadzieję, że Jewgienij już się ocknie i będzie mógł mówić za siebie. - Tonią 

poruszyła głową tak gwałtownie, że loki zatańczyły jej wokół twarzy. - Nie chciałabym, żeby 

wypytywał... nazywasz się Raija, tak? Nie chcę, żeby wypytywał Raiję. Lepiej by było, gdybym 

została tu z tobą. Ale nie mogę. Piotr wrócił do domu. I jeśli nie przypilnuję, to zaraz przepije 

wszystko, co zarobił. Chociaż jeszcze nie dostał pieniędzy. O tym też muszę porozmawiać z 

Jewgienijem.   O   tylu   sprawach   trzeba   pamiętać.   Ale   doktor   twierdzi,   że   Jewgienij   z   tego 

wyjdzie. „Skoro tyle razy próbowaliście go uśmiercić, a on to przeżył, to na pewno z tego 

wyjdzie.” - Tonią zaczęła mówić, naśladując głos lekarza. - „Jest giętki jak zużyta podeszwa.

To go uratowało, chłopcze. Nie chcę wiedzieć, jak to się stało”.

Nawet Raija nie mogła powstrzymać uśmiechu, tak zabawnie to brzmiało.

- Dasz sobie radę sama? - spytał Raiję zatroskany Oleg. - Wszystko jest dla ciebie nowe. 

Ale masz Tonie...

- Będzie dobrze - powiedziała Raija cicho. - Dam sobie radę. Tak samo jak na statku. 

Będę przy nim czuwać. Spać, kiedy się da...

- Na statku nie byłaś sama...

-   Ale   przecież   mieliście   pełne   ręce   roboty.   Owszem,   było   tam   wielu   ludzi,   ale   w 

odczuciu Raiji wszyscy oni przebywali w innym świecie.

- Powinienem chyba zostać... Raija zorientowała się, że Oleg niemal przestępuje z nogi 

na nogę. Tak pilno było mu wyjść. Kto też na niego czeka? pomyślała. Wiedziała, że nie jest 

żonaty. Pewnie jakaś dziewczyna...

- Zrobiłeś już więcej niż trzeba, Oleg. Jewgienij podziękuje ci za to, jak tylko będzie 

mógł.

- Oleg może zostać z Jewgienijem któregoś dnia, kiedy będzie miał czas - powiedziała 

Antonia. - A my postaramy się o jakieś ubrania dla ciebie. Umiesz szyć, Raiju? Szkoda - 

ciągnęła Tonią, gdy Raija pokręciła głową. - Ja też jestem w tym kiepska. Ale moje młodsze 

siostry mają do tego dryg. Coś załatwimy. Ja chodzę tylko w spodniach, więc nie mogę ci 

background image

podarować ani jednej sukni.

- Toniu, za dużo mówisz! Raija ma dość zmartwień w tej chwili. A i do miasta jest dość 

daleko. Ja też potrzebuję trochę snu...

- Pośpisz sobie na wozie - orzekła Antonia. - Jeśli cię dobrze znam, to wcale nie sen ci 

teraz w głowie, ty stary capie.

Raiji przyszło do głowy, że być może Oleg i Tonią spędzą razem tę noc. Bez wątpienia 

dobrze się znali, a ich spojrzenia i słowa zdradzały coś w rodzaju szczególnej bliskości.

- Jeśli o mnie chodzi, możecie iść - powiedziała. - Niczego mi nie potrzeba. Zamknę za 

wami drzwi i przysunę fotel bliżej łóżka Jewgienija.

- Na twoim miejscu położyłabym się raczej razem z nim - zasugerowała Antonia. - 

Łóżko jest szerokie. Mówię to nie dlatego, że sama próbowałam... - zaczęła, ale zaraz się 

zająknęła. - Cholera! Oczywiście, że próbowałam. I stanowczo twierdzę, że jest aż za szerokie.

Oleg pociągnął Antonię za sobą.

- Musisz jej wybaczyć, Raiju. Jak do tej pory nikt jej nie wychował. Może właściwy 

mężczyzna mógłby trochę ją okiełznać...

Sternik wycofał się za próg. Raija usłyszała jeszcze pełne urazy prychnięcie Antonii, 

gdy sadzał ją na koźle.

Przez szparę w drzwiach Raija zauważyła, że Oleg na moment przytulił policzek do 

kolana dziewczyny. Antonia strzeliła tymczasem lejcami tak, że koń gwałtownie ruszył, i Oleg 

musiał gonić wóz. Raija słyszała jego przekleństwa jeszcze długo po tym, jak wóz zniknął w 

ciemnościach.

Nie miała wątpliwości co do tego, że Oleg kocha tę szczerą i gorącokrwistą dziewczynę. 

Może nie był tego świadom, ale każdy jego gest, każde spojrzenie to zdradzało.

Tonią z pewnością to odgadła.

Raija nie wiedziała, co sądzić o tej niezwykłej osobie.

Polubiła   ją   od   pierwszego   wejrzenia.   Antonia   była   jak   ożywczy   figlarny   wietrzyk, 

którego czarowi nie sposób nie ulec. Raija przypuszczała jednak, że w głębi duszy Tonią jest 

znacznie poważniejsza, niż się to wydaje na pierwszy rzut oka.

Zamknąwszy   drzwi   na   haczyk,   ze   skrzyżowanymi   na   piersiach   ramionami   zaczęła 

oglądać   cały   dom   Jewgienija.   Niewielka   kuchnia,   w   której   spora   ilość   garnków  zdradzała 

zamiłowanie gospodarza do gotowania. Największy pokój był prawie pusty. Raija uznała, że 

kajuta na statku była urządzona bardziej komfortowo.

Gdy przyglądała się nagim ścianom, przyszło jej do głowy, że Jewgienij z pewnością 

spędzał znacznie więcej czasu na pokładzie „Sankt Nikołaja” niż w tym domu.

background image

Pozostałe izby także były niemal puste, ale mimo to wydały się Raiji przytulne. Pewnie 

dlatego, że znajdujące się w nich nieliczne meble były dość stare. Odnosiło się wrażenie, że 

każda rzecz ma tu swoją duszę.

Po cichutku weszła do sypialni. Jewgienij leżał tak, jak ułożył go Oleg: w samej koszuli, 

pod dobrze naciągniętym kocem.

Raija zdjęła spódnicę i buty. Stwierdziła, że palce u nóg zsiniały jej z zimna. Pomyślała, 

że z ubraniami można poczekać, ale porządne buty potrzebne są jej natychmiast. Wszak ona nie 

urodziła się na końskim grzbiecie i jej nogi nie były stworzone do tego rodzaju obuwia, jakie 

nosiła Tonią.

Do sypialni nie dotarło jeszcze ciepło z kuchni, choć Raija otworzyła drzwi do tych 

pokoi, z których miała zamiar korzystać. W sypialni również był piec, ale Raiji nie udało się w 

nim   rozpalić.   Może   jednak   Jewgienij   nie   powinien   leżeć   w   zbyt   wysokiej   temperaturze, 

pomyślała.

Tymczasem marzła w swojej cienkiej bluzce. W końcu uznała, że Antonia ma rację: 

łóżko Jewgienija było aż nadto szerokie dla dwóch osób. Zdecydowała się z niego skorzystać, 

zwłaszcza że nie udało jej się przysunąć ciężkiego fotela do posłania Jewgienija.

Położyła się po lewej stronie rannego, tak by nawet przez sen go nie urazić.

Potem wślizgnęła się pod koc tak daleko od Jewgienija, jak tylko się dało.

Wyciągnęła się zadowolona. Spała na siedząco od tak dawna, że niemal już zapomniała, 

iż może być inaczej.

Zapatrzyła się w mrok, wsłuchana w oddech leżącego obok mężczyzny.

Właśnie przywitał ją nowy kraj. Ma w nim już dwoje nowych przyjaciół. I kapitan 

wyzdrowieje.

Wszystko jakoś się ułoży, pomyślała Raija, zasypiając.

Od pewnego czasu przestało już ją dręczyć wspomnienie o śmierci Mikkala. Nieco 

pogodniej spoglądała w przyszłość.

Ten rok minie szybko. Wygląda na to, że będzie się nieźle czuła tu, nad Dwiną. Jeden 

rok to przecież mniej niż sekunda wieczności...

background image

12

Raija obudziła się z poczuciem, że ktoś na nią patrzy. Uniosła powieki i ujrzała obcy 

sufit. Powietrze było chłodne, za to łóżko cudownie ciepłe.

- To było diabelsko bolesne przebudzenie - powiedział Jewgienij. - A zarazem cudowne. 

Rozumiesz, Raiju?

Chory miał ściągniętą twarz. Raija pomyślała, że pewnie tak będzie wyglądał jako stary 

człowiek.

Powinna być zawstydzona, budząc się koło niego, skoro wiedziała, że Jewgienij ją 

kocha.   Nic   takiego   się   jednak   w   niej   nie   zrodziło.   Ich   przyjaźń   stanowiła   siłę   zdolną   do 

przezwyciężenia tego rodzaju uczuć.

Obróciła się na bok, podparła na łokciu i spojrzała na Jewgienija.

- Chciałabym wziąć na siebie część twojego bólu, Jewgienij.

- Jak to mówisz, od razu robi mi się lżej...

-   Lekarz   powiedział,   że   będziesz   żył.   -   Raija   uśmiechnęła   się.   Musnęła   delikatnie 

palcem jego profil, zatrzymując palec na jego ustach. Potem szybko cofnęła dłoń, pocałowała 

palec i ponownie przyłożyła mu go do ust.

- Dzień dobry, Jewgienij. Twoje miasto mnie przeraża. Ale jednocześnie bardzo mnie 

pociąga.

- Dom jest niewielki - odrzekł tonem usprawiedliwienia.

- Jestem do tego przyzwyczajona.

- Powinnaś mieszkać w pałacu. Nie chciałem ci nawet mówić, że ten dom jest taki 

mały...

- Podoba mi się. - Raija ułożyła się wygodniej. Wiedziała, że za chwilę trzeba będzie 

zmusić się do wstania pomimo chłodu, który panował w pokoju. Ciepło z kuchni nie zdołało się 

rozprzestrzenić po domu. - Przede wszystkim bałam się nieznanego, Jewgienij. Rosja... Sama 

nazwa ma w sobie wielkość. Wszystko tu jest takie ogromne. Bardzo się boję, że się tu zagubię. 

Choć tak naprawdę jestem przyzwyczajona do bycia kimś z zewnątrz, kimś obcym. Zawsze 

byłam obca, przez całe życie. Raija - obca. Nowa wszędzie, gdzie się pojawiłam. Gdzieś w 

głębi serca zawsze bałam się innych, a inni bali się mnie. Samotność czyni człowieka silnym, 

ale nie przynosi szczęścia.

-  A teraz?  -  zapytał  z  wysiłkiem.  - Czy  Rosja  jest  taka  wielka  i  przerażająca,  jak 

myślałaś?

- Gorzej! O tylu sprawach mi nie powiedziałeś! Dopiero Oleg...

background image

- Oleg ma za wiele marzeń - stwierdził Jewgienij. - On wierzy, że nadejdzie dzień, gdy 

wszyscy   będą   sobie   równi.   Gdy   nikt   nie   będzie   miał   za   dużo,   tylko   dokładnie   tyle,   ile 

potrzebuje. Oleg nie jest zwolennikiem władzy cara. I za dużo mówi. Dobrze wie, jakie to 

niebezpieczne, ale nie potrafi trzymać języka za zębami.

- Oleg  ma rację  -  zawołała poruszona  Raija.  - Oleg  myśli  sercem,  tak  jak należy! 

Opowiadał mi o Stieńce Razinie. Uważam, że to był wspaniały człowiek!

- Bohater Olega - westchnął Jewgienij. - A kto jest twoim bohaterem? Co powinien 

uczynić zwykły śmiertelnik, żeby zwrócić na siebie twoją uwagę? Rozumiem, że nie wystarczy 

stracić ramię? Może lepiej by było, gdyby odcięli mi obydwa....

- Lubię Olega. Nie masz pojęcia, jak wiele dla mnie znaczyło to, że się o ciebie tak 

martwił wtedy, gdy leżałeś w kajucie bliższy śmierci niż życia. Bez jego wsparcia z pewnością 

wyskoczyłabym za burtę. Poddałabym się. Byłam pewna, że umrzesz.

Jewgienij nic nie powiedział.

- A poza tym nie przypuszczałam, że twój język jest taki łatwy. Bez trudu rozmawiałam 

z Olegiem i Antonią.

Jewgienij uśmiechnął się nieznacznie.

- Tak, Raiju - rzekł, starając się utrzymać powagę. - Ten rodzaj rosyjskiego nie jest 

specjalnie trudny.

- „Ten rodzaj rosyjskiego”?

Raija pokręciła głową. Przecież mówienie przychodziło jej z taką łatwością. Wiele dla 

niej znaczyła możliwość swobodnego dzielenia się z innymi swoimi myślami. Czułaby się jak 

żywcem pogrzebana, gdyby została tego pozbawiona.

- Mówisz tak, jak mówimy wtedy, gdy kupujemy rybę czy sprzedajemy mąkę albo 

pytamy o pogodę. Posługujesz się cudowną mieszanką wszystkich języków, jakie znasz, mój 

aniele. I dorzucasz do tego tych parę rosyjskich słów...

- Ale oni mnie rozumieją?

- Oleg zna trochę norweski. Zna także parę słów po lapońsku. Musiał się nauczyć tego 

rosyjsko - norweskiego, którym się posługujemy, handlując na wybrzeżu. A Antonia? Tonią 

jest bardzo pojętna. Słucha, jak mówi Piotr...

-   Mogła   się   tego   nauczyć   również   od   kogoś   innego,   prawda?   -   zapytała   Raija   ze 

spojrzeniem niewiniątka.

Jewgienij odwrócił ku Raiji swoją twarz, na której przez moment odmalowało się coś na 

kształt gniewu.

Zaraz   jednak   jego   twarz   się   wypogodziła   i   znów   był   po   prostu   Jewgienijem. 

background image

Jewgienijem, który pragnie przezwyciężyć ból i okazać przyjaźń. Który chce ukryć coś więcej 

niż ból.

- Antonia nie potrafi niczego utrzymać w tajemnicy. To jej siła. I jej słabość zarazem. 

Jeśli ktoś był częścią jej życia, nie zdoła tego ukryć.

- Ja ją polubiłam. Nie spodziewałam się, że będę tu miała jakichkolwiek przyjaciół. 

Życie mnie pod tym względem nie rozpieszczało, do tej pory zawsze byłam obcym ptakiem i 

niełatwo mi było zbliżyć się do innych. Ale Oleg stał się moim przyjacielem. I Antonia też. I to 

jest dla mnie bardzo ważne.

- Próbowała z całych sił - przyznał Jewgienij, patrząc prosto w twarz Raiji. - Zanim 

popłynąłem na zachód z Aleksie jem, wtedy gdy cię spotkałem po raz pierwszy, byłem tylko 

jednym z wielu mężczyzn w jej życiu. Żadne z nas nie podchodziło do tego poważnie. Była w 

tym pewna niewinność, o ile takie stosunki mogą być niewinne. W każdym razie Antonia nie 

traktowała mnie w sposób szczególny. Należała  do wszystkich i do nikogo. Bardzo mi to 

odpowiadało, a i ona chyba dobrze się z tym czuła.

Raija słuchała, co mówi Jewgienij, ale potrafiła spojrzeć na całą tę sytuację również 

oczami   Antonii.   Nie   raz   zastanawiała   się,   czy  mężczyźni   w  ogóle   myślą.   Zadawała   sobie 

pytanie, skąd się bierze ich niewzruszona pewność, że tylko oni mają rację. Że to, co widzą w 

kobiecie, jest w niej naprawdę.

Jewgienij   może   i   był   kochankiem   Toni,   ale   Raija   wątpiła   w   to,   czy   kiedykolwiek 

widział prawdziwą twarz tej dziewczyny. Czy rzeczywiście ją zna. Czy próbował ją poznać.

- Potem, kiedy wróciłem, cały świat stanął na głowie. Aleksiej już nie żył. Pamiętam, co 

mi wtedy mówiłaś, Raiju, ale ja nigdy nie przestałem myśleć, że mogłem temu zapobiec. Cały 

czas czułem się winny. Wydawało mi się, że wszystko potoczyło się tak nieszczęśliwie właśnie 

przeze mnie. Miałem wiele kobiet, nie potrafiłbym nawet ich zliczyć. Były przy mnie przez 

chwilę. Czasem przez parę godzin, czasem przez parę tygodni. Wcale ich nie lubiłem, ale też 

nie potrzebowałem ciepła ani bliskości, próbowałem uwolnić się od demona. Nie lubiłem nawet 

samego siebie. Antonia? Nie chciałem jej w to mieszać...

- Przynajmniej tyle szacunku zdołałeś jej okazać... - mruknęła Raija cierpko.

Jewgienij skrzywił się trochę.

- Nigdy nie twierdziłem, że zachowywałem się jak mnich. Wiesz zresztą o tym, prawda? 

Chcę,   żeby   wszystko   było   jasne.   Nie   lubię   pływać   pod   fałszywą   banderą.   Mówiłem,   że 

wszystkiemu   winna   była   śmierć   Aleksiej   a.   To   takie   proste   wyjaśnienie.   Takiego   potrze-

bowałem. Wydawało mi się, że zrzucę z siebie cały ciężar winy. Ale nic się we mnie nie 

rozjaśniło. Gdy żałoba się skończyła, pojawiło się coś innego. Coś, czego bałem się jeszcze 

background image

bardziej. Więc piłem, piłem i piłem, a to nie znikało. Wtedy znalazła mnie Antonia. Siedziała 

mi na głowie tak długo, aż wytrzeźwiałem. Poprzysięgła, że zrobi ze mnie mężczyznę. I udało 

jej się. I wyobraziła sobie, że skoro tak dobrze jej poszło, to może będzie z tego coś więcej. Nie 

może przecież być namiętną Tonią przez całe życie, prawda?

Gdyby nie stan Jewgienija, Raija wymierzyłaby mu policzek. Antonia udawała może 

beztroską dziewczynę, ale Raija domyślała się, że jej nowa rosyjska przyjaciółka kryje w sobie 

takie uczucia, których Jewgienij nigdy nie zdoła zrozumieć.

Antonia mogła przecież go po prostu pokochać. Jewgienij nie brał tego pod uwagę. A 

może nie chciał?

- Zrozumiałem, że to, co mnie dręczyło, to była tęsknota. Człowiek próbuje ją w sobie 

ugasić. Tak jak potrafi. W sposób, który zawsze przedtem skutkował... Ale tym razem nie 

poskutkował. Gdy wreszcie zrozumiałem, o co chodzi, pojąłem też, za czym tęsknię. Za kim...

Wolałaby go nie słuchać. Cierpiała razem z nim, choć przecież niczemu nie była winna.

Mówił dalej, a oczy mu pociemniały. Może sprawił to cielesny ból, a może cierpienie 

innego rodzaju.

- Nie będę się nad tym rozwodził. To nie w smak żadnemu z nas. Nie musisz wiedzieć, 

co wtedy myślałem. O czym marzyłem, co sobie wyobrażałem. Zawsze o tobie. Ty byłaś 

światłem, pięknem, ciepłem, kobiecością, dobrocią i szczęściem - wszystkim, do czego nie 

miałem dostępu. I nie mogły temu zaradzić ani inne kobiety, ani wódka. Ty jesteś jedyna w 

swoim rodzaju. Ty albo żadna inna. Antonia była szczera do bólu. Żaden mężczyzna nie lubi 

tego słuchać. Każdy by kłamał i zaprzeczał. Ale miała rację. Nie jestem już mężczyzną ani z 

nią, ani z żadną inną kobietą.

Raija zamknęła oczy. Wolałaby o tym nie wiedzieć. Jak miała go pocieszyć? Że to z 

pewnością przejdzie?

Nie mogła tego wiedzieć. Podobnie jak i on nie mógł wiedzieć, czy jego kłopoty znikną 

razem z nią.

- Nie mów nic więcej! - poprosiła Raija. - Nie zmuszaj mnie do niczego!

- Nie sądzę, bym się na to zdobył. Czasem wydaje mi się, że chciałbym... że jestem 

gotów uciec się do wszelkich sposobów. Ale nie wiem, czy potrafiłbym z tym żyć.

- Nie potrafiłbyś - rzuciła szybko i z wielką pewnością. - Co chciałbyś usłyszeć? Że 

jestem zachwycona? Nie wiem, czy jestem. Nie dlatego, że cię nie lubię. Wiesz, że tak nie jest. 

W dalszym ciągu uważam, że jesteś wspaniałym przyjacielem. Ze nic, nawet to, nie jest w 

stanie nas rozdzielić. Zawsze będziemy przyjaciółmi. Obiecuję ci tylko przyjaźń. Nie masz 

prawa oczekiwać niczego więcej.

background image

Jego słaby uśmiech zdradzał, że doskonale o tym wie.

- Bardzo cię lubię. Masz w sobie coś, jesteś przystojny. I to ramię... Kryje się za tym 

tragedia, to pociąga wiele kobiet. Wiem, że mnie potrzebujesz. Nie musisz nawet tego mówić, 

ja i tak o tym wiem. Ale mnie to nie wystarczy. Nie chodzi mi o mężczyznę, który mnie po 

prostu potrzebuje...

- Mój Boże, Raiju... - westchnął Jewgienij. - Przecież ja cię kocham. Miałem nadzieję, 

że nie zmusisz mnie do tego wyznania. To mnie tak bardzo upokarza. Ale dobrze: kocham cię. 

Nie tylko cię potrzebuję, ale cię kocham. A ty potrzebujesz mnie. Potrzebujesz mężczyzny...

- ... ja również cię potrzebuję, Jewgienij. Ale nie na zawsze. Potrafię sobie wyobrazić 

samotność. Nie wydaje mi się już to takie beznadziejne. Potrzebuję twojej przyjaźni, potrzebuję 

twego wsparcia nie dlatego, że jesteś mężczyzną, ale dlatego, że jesteś człowiekiem, że jesteś 

tym, kim jesteś. Nie mogłabym wejść w związek, w którym nie ma miłości. Nie potrafiłabym 

oszukać samej siebie. Za dobrze mi było. Za bardzo kochałam. Trzeba nie lada mężczyzny, by 

moje wspomnienia przyblakły. Mikkal był moim życiem.

Jewgienij leżał dość długo z zamkniętymi oczami.

- Rozumiem - powiedział w końcu. - Teraz ze mną jest tak samo.

Nie mieli już nic więcej do dodania. Nie na ten temat. Raija wyślizgnęła się z ciepłego 

łóżka.

Deski podłogowe poskrzypywały, gdy już w spódnicy, ale boso maszerowała do kuchni. 

Zręcznie rozpaliła ogień. Ileż to już razy rozpoczynała dzień w ten sposób: na kolanach, przed 

piecem. Wielu mężczyzn wstawało w ciepłym domu na śniadanie, które ona przygotowała.

Raija skrzyżowała ręce na piersiach i podeszła do okna. Musiała pochuchać na szybę, 

żeby móc wyjrzeć przez maleńką dziurkę.

Był szary ranek. Mgła wędrowała tuż nad powierzchnią wody. Dwina. Rzeka. Znów 

zamieszkała nad rzeką. Jej życie zaczęło się nad rzeką Torne, pośród otwartego krajobrazu, 

gdzie żadne ciemne góry nie zasłaniały widoku. Można było bez przeszkód sięgnąć oczyma aż 

do nieba.

Jej nowy maleńki domek stal również nad rzeką tak szeroką, że wzięłaby ją za fiord albo 

jezioro, gdyby nie wiedziała, jak jest naprawdę. Nowa kraina była płaska i otwarta, zimniejsza 

niż jej rodzinna Finlandia, ale przestronna, znacznie przestronniejsza. Wiatry mogły hulać tu do 

woli. Inny kraj, inne niebo.

Ciemna   kropeczka,   którą   Raija   dostrzegła   nad   brzegiem   Dwiny,   stawała   się   coraz 

większa i większa. Zbliżała się też coraz bardziej.

Raija potarła szybę, by mieć lepszy widok.

background image

Do domku w szalonym tempie zbliżał  się jakiś  jeździec.  Gdy zeskoczył z grzbietu 

wierzchowca,   Raija   rozpoznała   Antonię.   Zanim   zdołała   otworzyć   drzwi,   Tonią   już   w   nie 

zadudniła, a potem niemal wpadła na Raiję.

- Jeszcze jest wcześnie - rzuciła zdziwiona Raija. Antonia nic na to nie odpowiedziała 

Była spocona i zarumieniona, ale twarz miała poważną. Pachniała dymem.

- Jewgienij nie śpi?

- Już się obudził - odrzekła Raija. Antonia pobiegła w głąb domu, już po drodze coś 

głośno i szybko mówiąc. Raija zrozumiała od razu, dlaczego Jewgienij żartował sobie z niej, 

gdy chwaliła się, że ma tak wielki talent do języków. Teraz rozumiała zaledwie pojedyncze 

słowa. Antonia bowiem mówiła naprawdę po rosyjsku.

Chodziło o coś ważnego.

Krew odpłynęła z twarzy Jewgienija. Chciał się podnieść, ale przyjaciółka przytrzymała 

go na miejscu.

Zapadł się w siebie. Jakby się poddał. I zaczął płakać.

Niepewna i niespokojna Raija podeszła do dwojga Rosjan. Znów czuła się jak obca.

Nieśmiało, jak intruz, usadowiła się na skraju łóżka.

Jewgienij spojrzał na Raiję.

- „Sankt Nikołaj” płonie.

Raija nie mogła w to uwierzyć. Popatrzyła na gościa. Dziewczyna pokiwała głową.

- Pół portu płonie - powiedziała ostro. - Czternaście statków stało w płomieniach, gdy tu 

wyruszyłam. Będzie jeszcze więcej. Wieje bardzo niekorzystny wiatr, roznosi ogień. Niektóre 

statki stoją tak blisko tych, które się palą, że załoga nie ma odwagi wejść na pokład. A jeśli 

zacznie wiać jeszcze bardziej, pożar może się przenieść na okoliczne domy.

Zapach dymu, który przywiozła ze sobą Antonia, wydal się Raiji znacznie wyraźniejszy. 

Raija zauważyła, że dziewczyna nie przebrała się od wczorajszego wieczoru. Miała na sobie to 

samo ubranie. Nie spała...

- Jak to się stało? - chciała wiedzieć Raija. - Statek nie mógł się przecież zapalić sam z 

siebie. Nie o tej porze roku... nie na wodzie...

- Właśnie - potwierdziła Tonią. - Masz rację, Raiju. Statek nie mógł się zapalić sam z 

siebie. Ktoś podłożył ogień.

- Przecież to szaleństwo! - Raija nie mogła w to uwierzyć. - Chyba że jakiś chory 

człowiek.   Takie   zniszczenie!   Tak   zniszczyć   cudzą   pracę.   Odebrać   komuś   wszystko,   co 

posiada...

- Istnieją tacy szaleńcy - rzekła Antonia. - W każdym razie ktoś oszalał tej nocy. Gdy 

background image

Oleg i ja dotarliśmy do miasta, pierwsze statki już płonęły. W porcie było jasno jak w dzień. 

Nie my pierwsi tam przybyliśmy. Oleg chciał ratować „Sankt Nikołaja”, ale ci, którzy widzieli 

wszystko od początku, mówili, że to właśnie ten statek pierwszy zaczął się palić.

Raija wprost nie wierzyła własnym uszom.

- Dlaczego? - zapytała ponownie.

- Nie wiem - odparła Antonia z wielkim smutkiem. - Gdybym wiedziała dlaczego, 

wiedziałabym   też   kto.   I   mogę   was   zapewnić,   że   bym   mu   nie   darowała.   Własnoręcznie 

poderżnęłabym mu gardło.

Raija nie była aż tak żądna krwi. Nie w pełni pojmowała to, co mówiła Antonia. Nie 

rozumiała do końca, co się wydarzyło. Nie wiedziała, co to oznacza.

- Oleg tam został - ciągnęła Antonia. - On i Piotr oraz część załogi. Mieli szukać przez 

cały dzień i przez całą noc...

- I co? Co będzie, jeśli znajdą winnego?

Tonią   popatrzyła   na   Raiję.   Nie   było   to   spojrzenie   dziewczyny,   która   się   modli   za 

własnych wrogów.

- Oleg nie jest chyba bardziej tchórzliwy niż ja - powiedziała.

- Tego nie wolno robić! Jewgienij, nie sądzisz chyba, że to słuszne? Nie możesz tego 

popierać!

- Dzięki „Sankt Nikołajowi” miałem co jeść.

- Nie wolno podpalać cudzej własności - rzekła surowo Antonia. - Niezależnie od tego, 

kto to był, zasłużył w pełni na to, co go spotka.

Raija nie umiała znaleźć argumentów, ale uważała, że Tonią posuwa się za daleko.

Ludzkie życie jest wiele warte.

Okoliczności sprawiły, że ona sama odebrała życie dwóm mężczyznom.

Nie lubiła o tym myśleć. Były to najmroczniejsze momenty w jej własnych dziejach.

Żaden z tych mężczyzn nie był aniołem w ludzkiej skórze, ale życie zawsze jest życiem.

Raija wiele myślała o tym, co to znaczy - żyć. I wydawało jej się, że nikt nie powinien 

decydować o cudzym życiu. Nie znała nikogo, kto by był tego godzien.

Ale to przecież inny kraj...

- Zostaniesz tu? - spytała cicho Antonię. - Chyba i tak niewiele możesz tam zrobić....

- Muszę przecież pracować... Dziewczyna spostrzegła nieszczęśliwą minę Raiji.

- ...  choć może niekoniecznie dziś. Z powodu pożaru niewiele się będzie działo w 

porcie. Chyba moje wozy na nic się nie przydadzą.

Raija poczuła, że jej ulżyło.

background image

Jewgienij popadł w coś znacznie gorszego niż tamten niedobry sen po opium. Leżał bez 

czucia i tępo patrzył przed siebie.

Opowiadał jej kiedyś o rosyjskiej melancholii.

Ale to było coś jeszcze gorszego. A ona nie mogła mu pomóc. Wiedziała tylko, że 

najważniejsze to obudzić w nim chęć życia.

- Straciłem wszystko - powiedział tylko. - Wszystko. I ani słowa więcej. Chwilami 

przysypiał. Potem budził się i patrzył w tę samą pustkę.

Antonia zdjęła wierzchnie ubranie i poplamione spodnie i rzuciła się na łóżko obok 

Jewgienija.

- Muszę się przespać - powiedziała tylko i zasnęła. Raija niewiele mogła zrobić, ale 

próbowała pocieszać Jewgienija.

- Przecież na tym nie kończy się świat - rzekła z przekonaniem.

Wówczas po raz pierwszy i jedyny zareagował na jej słowa: popatrzył na nią z wielkim 

rozczarowaniem.

Raija zrozumiała, że jego świat właśnie się skończył.

Po cichutku wyszła z sypialni. Bolało ją to, że straciła z Jewgienijem kontakt.

Tak bardzo pragnęła mu pomóc, ale nie wiedziała, jak to zrobić.

Sama nie jadła nic od wczesnego ranka dnia poprzedniego, ale nie miała jednak ochoty 

nawet myśleć o jedzeniu. Nie przemogła się również na tyle, by wrócić do sypialni i zapytać 

Jewgienija, czy nie zjadłby czegoś.

Była przekonana, że i tak jej nie odpowie.

Przesunęła ławeczkę pod okno, oparła łokcie na niewielkim parapecie i zapatrzyła się na 

rzekę.

Wydawało jej się, że nieco dalej na północy widzi poblask łuny pożaru. Na niebie 

pojawiło się bowiem jaśniejsze pasemko, które nie mogło zapowiadać wschodu słońca.

Rankiem,   zanim   Antonia   wstała,   zjawił   się   lekarz.   Policzki   miał   zarumienione   z 

pośpiechu. Od razu zaczął mówić o pożarze, ale Raija z trudem rozumiała szybko wypowiadane 

przez niego słowa.

- Na szczęście nikomu się nic nie stało - oznajmił na koniec. - A jak pacjent?

Raija wskazała głową półotwarte drzwi do sypialni. Sama nawet się nie odwróciła, 

słyszała tylko, jak lekarz rozciera ręce przed piecem, żeby je rozgrzać, nim pójdzie do chorego. 

Nie przejmowała się tym, co sobie pomyśli medyk, gdy zobaczy Jewgienija i Antonię w jednym 

łóżku.

To nie był jej kraj. Nie musiała się przejmować plotkami, ludzkim gadaniem, niczym. 

background image

Zamierzała tu zostać tylko chwilę.

Raija usłyszała głos lekarza, po chwili odezwała się również Antonia. Tylko Jewgienij 

milczał.

Po chwili Antonia wyszła z sypialni razem z doktorem. On mówił cicho, ona głośno.

Dziewczyna miała na sobie tylko koszulę, która sięgała jej wprawdzie do kolan, ale ten 

skąpy strój wprawił doktora w wyraźne zakłopotanie. Tonią jednak nie zwróciła na to uwagi.

- Jasne, że jest zrozpaczony! - zawołała. - Stracił  rękę, nie jest w stanie stanąć na 

własnych nogach. I jakby tego było mało, to teraz spalono mu statek, którym zarabiał na chleb. 

Jest tak słaby, że nie może nawet unieść palca. Nie jest w stanie się zemścić. Na miły Bóg, któż 

by nie był zrozpaczony w takiej sytuacji?

- Przypilnujcie, żeby sobie czegoś nie zrobił. - rzekł wyraźnie zmartwiony lekarz. - Nie 

wrócił jeszcze do sil. To nieszczęście może pogorszyć jego stan...

Antonia niemal wypchnęła biednego doktora za drzwi.

- Poślemy po ciebie, jeśli będzie taka potrzeba! - zawołała. - Damy sobie radę. Kobiety 

mają przynajmniej zdrowy rozsądek! Jewgienijowi nie starczy sił, żeby odebrać sobie życie - 

powiedziała, siadając koło Raiji.

- W przeciwnym razie uczyniłby to.

- Wiem.

- Dlaczego nic nie zrobisz? Dlaczego nic nie mówisz? Gdyby był mój, postarałabym się, 

żeby chociaż uniósł powieki.

Raija odwróciła się od okna. Oparła się o ścianę i nie patrząc na Antonię, powiedziała:

- On nie jest mój!

- O rany! - Antonia podniosła oczy do nieba. Najwyraźniej myślała swoje. - Nie musisz 

mi współczuć. Zniosę tyle, ile trzeba. Zrozumiałam, że to nie o mnie marzył z wypiekami na 

twarzy. Nie jestem już taka naiwna, moja droga.

- Może nawet chciałabym, żeby było tak, jak myślisz.

- Raija znała już każdą deskę w suficie tego pomieszczenia. - Wówczas miałabym mu 

coś do zaofiarowania. Wówczas mogłabym mu pomóc. A tak, nie mogę.

- Nie przyjechałaś z tak daleka po to, żeby liczyć deski w suficie maleńkiej izby nad 

Dwiną!

- Jestem mężatką - powiedziała Raija. - Na zachodzie zostawiłam dzieci. Uciekłam 

przed   lensmanem   i   szalonym   mordercą,   który   zabił   mego   ukochanego   i   chce   zabić   mnie. 

Oskarżyli mnie o czary... Nie, Toniu, nie przyjechałam tu po to, by liczyć deski w suficie. Ale 

nie przyjechałam też po to, by rzucić  się w ramiona mężczyzny, który jest  moim drogim 

background image

przyjacielem. Uciekłam, by uratować swoje życie.

Antonia otworzyła usta ze zdziwienia. Po raz pierwszy zapomniała języka w gębie.

Nie trwało to jednak długo.

- Powiadają, że mnie trudno zrozumieć - mruknęła.

- Pojęcia nie mają, co mówią. Musisz mi opowiedzieć kiedyś o tym wszystkim - dodała. 

- Kiedy nauczymy cię porządnie rosyjskiego. I kiedy postawimy go znowu na nogi. - Antonia 

zmarszczyła nos w zamyśleniu.

- Może w takim razie nie powinnam tracić nadziei? Raija uśmiechnęła się blado:

- Wydaje mu się, że mnie kocha. Antonia westchnęła.

- Tak przypuszczałam - powiedziała. - Ale dlaczego on miałby mieć wszystko, skoro 

nikt z nas tego nie ma?

Jewgienij wciąż trwał w ponurym milczeniu. Tuż przed zapadnięciem zmroku nadjechał 

Oleg. Miał ściągniętą twarz i podkrążone oczy.

- Pożar przeniósł się jednak na niektóre domy - powiedział i przymknął powieki. - Nie 

wszystkich udało się uratować. Trzy rodziny spłonęły żywcem. Mam jeszcze w uszach krzyk 

dzieci.

- Ile statków?

- Siedemnaście. Jeden tylko częściowo. „Sankt Nikołaj” zatonął. I pociągnął za sobą 

dwa,   które   stały   najbliżej.   Potworny   widok.   Rozpłakałem   się,   kapitanie.   Nie   płakałem   od 

czasów dzieciństwa, ale wówczas się rozpłakałem.

- Znaleźliście go? - Antonia przeszła do rzeczy. Oleg kiwnął głową.

- Kto to taki?

Oleg milczał.

- Mam nadzieję, że dostał, co mu się należało - rzuciła twardo Antonia. - Kto to był?

Oleg nie patrzył na nią. Powiedział do Jewgienija:

- To był Piotr, kapitanie.

Raija wlepiła wzrok w Antonię.

Piotr?

Brat Toni?

Raija poczuła mdłości.

Rosjanka stała nieruchomo. Chwyciła się mocno ramy łóżka, jej twarz pobielała, ale 

była równie zacięta jak przed chwilą.

- Czy potraktowaliście go tak, jak na to zasługiwał?

- zapytała.

background image

- Próbowałem temu zapobiec. - Oleg zwiesił głowę.

- Ale gdy wieść się rozniosła... Ludzie byli bardzo wzburzeni... Tyle nienawiści... Wciąż 

mieliśmy w uszach krzyki dzieci ginących w płomieniach. Ludzie rzucili się na niego. Cisnęli 

go na jeden z palących się jeszcze statków. Nie wiem, czy zatratowali go na śmierć, czy spłonął 

żywcem.

Twarz Jewgienija była pozbawiona wyrazu, Antonia oddychała ciężko.

- Dostał to, na co zasłużył! - rzuciła wreszcie, a potem wyszła z domu, nie spojrzawszy 

na nikogo.

Raija chciała pobiec za nią, gdy usłyszała trzaśniecie wyjściowych drzwi, ale Oleg ją 

powstrzymał.

- Sama sobie z tym poradzi! Antonia leczy się z wielkich trosk i cieszy się z wielkich 

radości na końskim grzbiecie. To jej sposób.

- Dlaczego? - zapytała Raija. - Dlaczego on to zrobił?

Ledwo go pamiętała. Młodego chłopaka, który właściwie niczym się nie wyróżniał.

- Udało mi się z nim porozmawiać. - Oleg śledził Antonię wzrokiem, wyglądając przez 

okienko. Galopowała brzegiem rzeki, byle dalej od nich, dalej od miasta, prosto w otwarty 

pejzaż, w którym nie brakowało miejsca na wielkie troski i na wielkie radości.

- Upił się. I wystraszył się, gdy ludzie zaczęli trochę za dużo gadać o tobie i o tym, jak 

uratowałaś   Jewgienija.   Zamiast   ciebie   zwidywał   mu   się   diabeł.   A   na   dodatek   uważał,   że 

Antonia powinna zostać żoną kapitana. I w ten sposób zemścił się za to, że Jewgienij wziął 

sobie piękną, obcą czarodziejkę zamiast jego siostry.

Raija zwiesiła głowę.

- Znowu to samo - wyszeptała. - Przynoszę ból i cierpienie wszędzie, gdzie się pojawię.

background image

13

Raija coraz lepiej radziła sobie z rosyjskim, zaczęła nawet myśleć w tym języku.

Oswajała się powoli z nieznanym.

Tutejszy   żytni   chleb   przypominał   jej   domowy,   fiński.   Antonia   pomagała   jej 

przygotowywać   jedzenie,   obie   starały   się,   by   Jewgienij   jak   najszybciej   odzyskał   siły. 

Najmłodsza siostra Antonii, Tatiana, uszyła Raiji dwie codzienne suknie oraz kilka prostych 

spódnic i bluzek.

Sama Antonia nauczyła ją jeździć konno.

Jewgienij wstał z łóżka.

Raija nie wiedziała nawet, jak wiele „Sankt Nikołaj” znaczył dla Bykowa. Jewgienij był 

jedynym   właścicielem   statku   i   teraz   stracił   najważniejsze   źródło   dochodów.   Na   szczęście 

załodze   udało   się   rozładować   towar   przed   pożarem.   Zarobione   pieniądze   umożliwiły   mu 

opłacenie załogi.

Wypłacił nawet pensję Piotra. Antonia długo się opierała.

- Zniszczył wszystko, co miałeś, i nie zasłużył na zapłatę. Niech zgnije w piekle!

- Dobrze się spisywał na pokładzie. I za to należy mu się zapłata. - Każde z nich trwało 

przy swoim, ale w końcu Antonia przyjęła pieniądze.

Od tamtej pory Raija nie słyszała, by Tonią wspominała o swoim bracie. Wymazała go 

ze swego życia.

Zniknął tak, jak jego ciało wydane na pastwę ognia, który sam podłożył w porcie w 

Archangielsku. Jewgienijowi zostało trochę pieniędzy, gdy spłacił już załogę. Za mało jednak 

na nowy podobny statek.

Raija dowiedziała się, że właśnie szkuty są największymi jednostkami handlowymi.

Trzeba wielu dobrych sezonów, by zarobić na taki statek jak „Sankt Nikołaj”.

Jewgienij  miał jeszcze dwie lodzie handlowe, o wiele mniejsze niż spalona szkuta. 

„Sankt Nikołaj” miał trzy maszty, łodzie handlowe tylko dwa. Raija pojąć nie mogła, że ktoś 

ma dość odwagi, by wypłynąć na nich na morze. Deski kadłuba nie były nawet porządnie zbite, 

zachodziły tylko na siebie, wzmocnione poprzecznymi obręczami.

Jewgienij i Oleg długo rozmawiali o tych dwóch jednostkach.

- Trzeba zacząć wszystko od nowa. - W głosie Jewgienija pobrzmiewała gorycz. - Te 

dwie łajby zarobiły na „Sankt Nikołaja”. Za parę lat znów kupię nowy podobny żaglowiec.

- Zdobędziemy jakieś łodzie rybackie i zaczniemy łowić! - Oleg uważał, ze wszystko 

jest możliwe.

background image

Był sternikiem w załodze Jewgienija i jego podwładnym, ale także jego przyjacielem i 

wspólnikiem w interesach. Razem snuli plany na przyszłość. Jewgienij traktował Olega jak 

równego sobie.

- Na Morzu Białym? Nie chcesz chyba wybrać się aż do Finnmarku z jednorękim 

kaleką?

Oleg uważał, że jest to możliwe.

- Po Nowym Roku, na wiosnę, kiedy lody na morzu stopnieją, możemy zacząć sezon...

Zdarzało   się,   że   Rosjanie   łowili   ryby   u   wybrzeży   Finnmarku.   Zaczynali   często   od 

połowów wiosennego dorsza w marcu i kwietniu, a czasem nawet w lutym. I zostawali tam na 

całe lato, łowiąc mintaja, dorsza i halibuta. Bywało, że do domu wracali dopiero we wrześniu. 

Rybacy z Norwegii i Laponii robili sobie przerwę między tymi dwoma sezonami. Rosjanie 

mieszkali   jednak   za   daleko,   by   dwukrotnie   przemierzać   odległość   między   łowiskami   i 

macierzystym portem.

W   Morzu   Białym   też   łowiło   się   ryby,   przede   wszystkim   dorsze   i   śledzie.   Ale   w 

najzimniejszym okresie roku nie było to możliwe. Wodę pokrywał wówczas gruby lód.

- Noga moja nie postanie na pokładzie. - Jewgienij był co do tego zdecydowany. - W 

każdym razie nie w łodzi rybackiej. Czy ktoś słyszał kiedykolwiek o jednorękim rybaku? A co 

z Raiją?

- Ona i Antonia świetnie dadzą sobie radę. Są naprawdę wyjątkowe.

Jewgienij nie dodał, że właśnie tego się obawiał. Że poradzą sobie aż za dobrze, choć 

Raija, złamana bólem, nie interesowałaby się poznanymi tu w Rosji mężczyznami.

Raija jednak nie patrzyła już tak czarno na świat. Nie mówiła tak dużo o Mikkalu. 

Potrafiła się uśmiechać. Jewgienij słyszał, jak się śmiała razem z Tonią.

Jewgienij nie zostawiłby śmiejącej się Raiji w towarzystwie Toni na całą wiosnę i na 

całe lato.

Antonia znała bardzo wielu mężczyzn.

Oleg i Jewgienij zarzucili myśl o połowach. Postanowili jednak wykorzystać łodzie 

handlowe.

W tym celu obaj pojechali do Onegi, nieco dalej na zachód, żeby zawrzeć parę umów z 

kupcami, których tam znali.

Nie było ich tydzień, Raija w tym czasie gościła u Antonii. Podczas gdy Tonią wbrew 

temu, co przystoi porządnej rosyjskiej  kobiecie,  zajmowała się interesami, Raija zwiedzała 

miasto. Wędrowała po zasypanych śniegiem ulicach i dziwiła się, że można żyć w ten sposób, 

w takiej ciasnocie, bez powietrza.

background image

Na łonie natury człowiek miał zawsze tak blisko do nieba.

Gdy Raija stała pomiędzy domami w Archangielsku i patrzyła w górę, niebo zdało jej 

się odleglejsze niż kiedykolwiek.

Wspomniała o tym Antonii, ale ta tylko się śmiała.

- Za dużo myślisz - powiedziała.  - Czy masz jakąkolwiek korzyść z nieba? Ja nie 

pamiętam, bym w ogóle spojrzała w tym kierunku ostatnimi czasy. I nie wydaje mi się, że 

cokolwiek straciłam. Podoba ci się chyba przynajmniej to, że tyle tu ludzi? Człowiek nigdy nie 

czuje się samotny.

Raija potrząsnęła głową.

- Ja lubię być sama. Potrzebuję trochę ciszy, by myśleć.

- No właśnie! Za dużo myślisz!

Te dwie kobiety różniły się od siebie jak ogień i woda, a zarazem istniało między nimi 

przedziwne   podobieństwo.   Antonia   żyła   tak,   jakby   każdy   dzień   miał   być   jej   ostatnim. 

Korzystała z życia, jak tylko mogła. Przepełniały ją radość i pogoda, choć jednocześnie nikt nie 

potrafił nienawidzić tak intensywnie jak ona i tak czarno patrzeć na świat. Nikt nie umiał śmiać 

się ani płakać w ten sposób.

W jej życiu nie było żadnego „pomiędzy”. Albo bujała wysoko w chmurach aż do 

zawrotów głowy, albo spadała w przepaść bez dna.

Raija żałowała, że nie jest taka. Ona uważała, że mimo wszystko istnieją pewne granice. 

I choć patrzyła w przyszłość, to czuła się związana z przeszłością i nie potrafiła tak łatwo 

zapomnieć o tym, co się zdarzyło.

Istniało jednak między nimi podobieństwo. Każda z nich chadzała własnymi ścieżkami. 

Obie były mocne, dumne i nieustraszone, delikatne, a jednak zdolne do wielkich namiętności. 

Budziły oburzenie, czasem przerażenie. Żadna z nich nie nawiązywała z łatwością kontaktów z 

innymi kobietami.

Antonia była pierwszą kobietą, którą Raija mogła nazwać swoją przyjaciółką. Tonią zaś, 

która już od lat darła koty ze wszystkimi kobietami w okolicy, zaprzyjaźniła się z Raiją.

- Może chciałabyś pójść ze mną na tańce? Raija spojrzała na Antonię zdziwiona.

- Żeby mnie wzięli za dziewkę? Jewgienij nigdy by mi tego nie darował.

- A myślisz, że w jakich okolicznościach mnie spotkał?

Raija wolała o tym nie myśleć.

- Nie chcę się mieszać w ten tłum brudnych mężczyzn - powiedziała z odrazą w głosie. - 

Czy to dzień święty czy nie, to większość z nich i tak nie wie, co to porządna kąpiel. Śmierdzą. 

Nie chcę, żeby się na mnie gapili. Nie chcę, żeby mnie podszczypywali w tłumie, bo nawet nie 

background image

będę wiedziała, komu wymierzyć policzek...

Antonia się roześmiała.

- Ależ z ciebie porządnisia! Jak nie chcesz, to nie! Wiesz, co mi właśnie przyszło do 

głowy? Możemy wziąć jeden z wozów i wyjechać z miasta. Ty przecież lubisz rozmyślać w 

spokoju i ciszy. Możemy siedzieć tam sobie przez całą noc i sączyć ten świetny, zagraniczny 

likierek Jewgienija. Pogadamy sobie, powygłupiamy się...

- Jewgienijowi potrzebny jest ten likier...

- On i tak za dużo pije - spoważniała Antonia. - Widziałam go kiedyś w tym stanie. 

Wtedy pilnowałam go przez parę tygodni bez przerwy. Groził, że mnie zabije, ale nie dawałam 

za wygraną. Nie żałuję tego oczywiście, ale wściekłabym się, gdyby cały mój wysiłek poszedł 

na marne. Nie chcę patrzeć, jak on niszczy swoje zdrowie...

Raiji również nie podobało się to, że Jewgienija ciągnie do alkoholu. Rozmawiała z nim 

nawet na ten temat. Ale w jego spojrzeniu wyczytała, że jeśli pije, to nie ma w tym jego winy...

Kobiety ubrały się ciepło. Antonia jak zwykle założyła spodnie, ale zabrała też całkiem 

nową sukienkę, którą uszyła jej Tatiana. Dała się skusić na sukienkę wtedy, gdy siostra szyła 

ubrania dla Raiji. Raija zastanawiała się, czy Tonią nie zabrała tego stroju ze sobą, żeby zrobić 

wrażenie na Jewgieniju. Podejrzewała bowiem, że jej nowa przyjaciółka nie całkiem pożegnała 

się z nadzieją...

Mimo  mroku  i  chłodu  miasto  tchnęło  ciepłem.  Męski   śmiech   odbijał   się   echem w 

cichych uliczkach, okna karczem były rozświetlone. Wszyscy odłożyli robotę do poniedziałku. 

Mężczyźni wędrowali po gospodach, pili, tańczyli. A kobiety siedziały w domach.

Porządne kobiety.

Ten i ów wołał coś do Antonii i Raiji, gdy jechały ulicami. Dobrze, że były we dwie w 

taki wieczór.

-   Życie   jest   dla   mężczyzn!   -   westchnęła   Antonia.   -   Śmiech   jest   dla   mężczyzn! 

Zastanawiałaś się kiedyś nad tym, Raiju? Co wieczór dziękuję Bogu, że nie jestem porządną 

kobietą. Nie na wiele się to zda i na pewno będę się smażyć w piekle przez całą wieczność, ale 

uważam, że powinnam Mu powiedzieć, że jestem zadowolona z obrotu spraw.

- Sporo myślisz, Toniu! - Raija nie mogła się powstrzymać przed odrobiną złośliwości. - 

Wciąż masz ochotę na Jewgienija, prawda?

Przez chwilę słychać było tylko stukot końskich kopyt.

- Nie wiem! Sama już nie wiem! Wcale nie z powodu ręki. Nie do wiary, że tak świetnie 

z tego wyszedł, prawda? W życiu bym w to nie uwierzyła. Myślałam, że umrze... Trudno 

pragnąć jednego mężczyzny przez dłuższy czas. Zdaje się, że ja nie jestem do tego zdolna. A 

background image

Jewgienij prawie nie zauważa, że istnieję. Nawet kiedy mnie obejmował, nic to dla niego nie 

znaczyło. Równie dobrze mógłby objąć deskę. Nie tego oczekuję od męża.

- Tak mówił...

- Co takiego? - wykrzyknęła zaskoczona Antonia. - Powiedział ci o nas? Nigdy bym się 

tego po nim nie spodziewała.

Dobrze, że już wyjechałyśmy z miasta i nikt nas nie słyszy, pomyślała Raija. Tonią 

mówi tak głośno...

- Cóż, to prawda. - Antonia nie zwykła niczego owijać w bawełnę. - Natura nieźle go 

obdarzyła, ale co z tego. Nic podobnego w życiu mnie nie spotkało. Żadna siła nie zdołałaby go 

podniecić. A niebo świadkiem, że próbowałam wszystkich sposobów!

Raija nie mogła powstrzymać się od śmiechu. Antonia była taka bezpośrednia. Ona 

sama mogłaby wprawdzie coś takiego pomyśleć, ale żeby mówić głośno...

- Za to Oleg... - Antonia zagwizdała. - No cóż, gdybym tylko zechciała...

- Ale nie wiesz, czy chcesz?

- Nie jest zbyt bystry. - Antonia nie znała litości. - No i mógłby się nauczyć tego i 

owego o kobietach. Na przykład jak się zachować pod kołdrą... - Z grobową miną zwierzyła się 

Raiji: - Wydaje mu się, że podnieca cię do szaleństwa, a tymczasem jest równie atrakcyjny jak 

ta deska, którą Jewgienij mógłby z powodzeniem trzymać zamiast mnie.

- Nie możesz mu tego powiedzieć?

- Żeby wystraszyć go na zawsze? Nie zrobię tego, dopóki nie podejmę decyzji. Jeśli się 

na niego zdecyduję, to muszę nauczyć go co nieco, prawda?

Antonia,   zajęta   rozmową,   zbytnio   popuściła   lejce.   Zwierzęta   jakby   na   to   czekały. 

Ruszyły z kopyta, pragnąć skorzystać ze swobody.

Antonia ściągnęła lejce, ale nie zdołała opanować koni.

Pędziły coraz szybciej, a wóz niebezpiecznie podskakiwał i skrzypiał.

Raija jedną ręką objęła Antonię w pasie, drugą zaś chwyciła się krawędzi wozu.

W ciemności jeden z koni zboczył nieco z drogi i jego kopyta trafiły w pustkę. Zsunął 

się w dół po stromym brzegu rzeki, a drugi tuż za nim.

Raija pojęła, co się stało, dopiero wtedy, kiedy i wóz gwałtownie staczał się po zboczu.

W ciemności rozległo się dzikie rżenie koni, przekleństwa Antonii i jej własny krzyk.

Raija wypadła z wozu. Leciała w mrok, chłód i nicość. Coś ją uderzyło w głowę.

I wszystko zamieniło się w czerń.

Antonia nie wypuściła lejców. Trzymała je tak mocno, że aż paznokciami poraniła sobie 

dłonie.

background image

Wóz przygniótł jednego konia, zabijając go na miejsca Drugi próbował się podnieść, 

bez powodzenia walcząc ze śniegiem, ciężarem martwego towarzysza i wozu.

- Raija? Raiju, gdzie jesteś u diabła? Antonia zaczęła szukać przyjaciółki po omacku.

W tej chwili oddałaby wszystko za jedną latarnię!

Ostrożnie pochyliła się do przodu i próbowała wypatrzyć coś w mroku, pod szczątkami 

wozu.

Wydawało jej się, że wóz stracił jedno koło. Dyszel był nadwerężony, mógł się więc 

złamać.

Antonia nie ucierpiała  zbytnio, bo spadła na konia, a potem po prostu się z niego 

ześlizgnęła.

Ale co z Raiją? Gdzież ona może być?

Jewgienij nigdy jej nie wybaczy, jeśli Raiji przydarzy się coś złego.

Na niebie nie było nawet księżyca, wysoko połyskiwały tylko jakieś dalekie gwiazdy. 

Czy   ten   przeklęty   księżyc   nie   mógłby   się   pojawić   przynajmniej   tej   nocy?   Czy   to   takie 

wygórowane żądanie?

Antonia uspokajała konia. Miała nóż w kieszeni kurtki, ale gdyby przecięła uprząż i 

wyswobodziła zwierzę, wóz mógłby runąć do rzeki.

- Raiju, odezwij się, do cholery! Jewgienij mnie zabije, jeśli coś ci się stało. Raiju!

Zdumiona Antonia zamrugała oczami.

Nagle zrobiło się jasno.

Czyżby zaczynała tracić zmysły?

Zdziwiona   uniosła   głowę.   Niebo   ponad   nią   płonęło   kaskadą   mroźnych   kolorów, 

rozbłysło pasmami lodowatego światła.

Zrobiło się prawie tak jasno, jak w dzień.

Zorza   polarna.   Antonia   nie   pamiętała,   by   zorza   polarna   pojawiła   się   kiedyś   tak 

niespodziewanie.

Jakby nad którąś z nich czuwał anioł.

Nie sądziła, by jakikolwiek anioł zadał sobie tyle trudu, by czuwać nad nią.

Antonia   wślizgnęła   się   pod   wóz,   który   zaczął   już   niebezpiecznie   trzeszczeć.   Ten 

przedziwny spektakl, w którym grała cała natura, musiał mieć jakiś  sens. Dziewczyna nie 

widziała żadnego innego wytłumaczenia.

Bez światła zorzy polarnej nie znalazłaby przyjaciółki, która leżała za martwym koniem. 

Oderwane koło uderzyło Raiję w głowę. Z rany za uchem sączyła się krew.

- Nie możesz umrzeć! - krzyczała Antonia, czołgając się po śniegu. Złapała Raiję za 

background image

pelerynę i wydostała ją spod wozu. - Nie możesz umrzeć! W tym wszystkim musi być jakiś 

sens! Ktoś przecież nad tobą czuwa!

Antonia była silna i zwinna. Odciągnęła Raiję dalej.

A potem, brnąc po kolana w śniegu, podźwignęła Raiję i pociągnęła ją w górę po 

nadrzecznym zboczu. Nie wiedziała, jak długo to trwało. Z wysiłku bolały ją wszystkie mięśnie, 

ale przecież musiała to zrobić. Wniosła ranną do połowy wzgórza i tam zatrzymała się na 

chwilę, by trochę odpocząć. Ostrożnie położyła przyjaciółkę na śniegu.

Musiała zejść na dół jeszcze raz, by uratować konia. Nie mogła go przecież zostawić na 

pastwę losu.

Przerażone zwierzę rżało i miotało się.

Zorza polarna przygasła.

I całkiem zniknęła.

Antonia szarpała się z uprzężą. By pomóc Raiji, potrzebowała również konia.

Pozwól   mi   uwolnić   konia,   dopóki   widzę   cokolwiek!   prosiła   tajemną   siłę,   która   jej 

pomogła.

Wóz runął na martwe zwierzę, gdy ocalały koń wreszcie się wyplątał z uprzęży. Całe 

szczęście, że najpierw wyciągnęłam stąd Raiję, pomyślała Antonia.

Po wielu zachętach ze strony Antonii, dodatkowo przez nią popychany, koń wspiął się 

na drogę. Brzeg rzeki był tu bardzo stromy, a sypki śnieg nie ułatwiał zwierzęciu poruszania 

się.

Raija leżała tak, jak ją Antonia zostawiła. Tonią panicznie bała się widoku krwi. Choć 

nie posiadała się z wdzięczności, gdy rozbłysła zorza polarna, ucieszyła się również teraz, gdy 

po zorzy pozostał tylko maleńki pasek światła pomiędzy gwiazdami.

Antonia wolała nie patrzeć na to wszystko.

Koń, choć zaniepokojony, słuchał swojej pani, która zajmowała się nim od źrebięcia. 

Kazała   mu   stać  w  miejscu,   więc   stał.   Waśka   doskonale   wiedział,   do   kogo   należy   i   kogo 

powinien słuchać.

Antonia mogła zająć się Raiją. Choć przyjaciółka nie ważyła zbyt wiele, niełatwo było 

ją unieść. Tonią zacisnęła mocno zęby i wytężyła wszystkie siły, aż w oczach jej pociemniało. 

Przez   chwilę   odpoczywała,   oparłszy  bezwładną  Raiję   o  siebie.   Czuła  jej   ciepły  oddech   w 

okolicy ucha i to dodało jej sił.

Znacznie trudniej było wsadzić Raiję na konia. Dokładniej mówiąc, musiała przewiesić 

przyjaciółkę przez koński grzbiet niczym pusty worek. Potem usadowiła się za Raiją i ruszyła 

ku domowi Jewgienija.

background image

Tę jazdę Antonia miała zapamiętać na całe życie.

Droga do domu Jewgienija wydała jej się strasznie długa, a lęk nie opuszczał jej nawet 

na chwilę.

Tyle razy tędy jeździła dla rozrywki.

A teraz ta sama droga wydała jej się długa jak całe życie.

Gdy dotarła na miejsce, nie miała czasu zajmować się zwierzęciem. Poklepała je tylko z 

wdzięcznością po grzbiecie i pochwaliła.

Przede wszystkim musiała się zająć Raiją.

Zaabsorbowana zdejmowaniem nieprzytomnej przyjaciółki z końskiego grzbietu, nawet 

nie zauważyła, że w domu Jewgienija pali się lampa. Nie spostrzegła świeżych śladów na 

śniegu i nie usłyszała rżenia koni, które już stały w stajni.

Cholera,   pomyślała   sobie.   Kiedy   raz   na   jakiś   czas   rzeczywiście   przydałby   się 

mężczyzna, to oczywiście nie ma go na podorędziu. Ku swemu zaskoczeniu usłyszała wtedy 

głos Jewgienija.

-   A  gdzież   to  miłe   panie   były?  -   Głos   Jewgienija   brzmiał   niemal   pogardliwie,   ale 

Antonia wybaczyła mu natychmiast.

- Wielkie nieba! Nigdy tak się nie ucieszyłam na twój widok!

Jewgienij wyszedł z oświetlonego domu, więc jego oczy musiały się przyzwyczaić do 

ciemności.

- Co się dzieje z Raiją? - zapytał ostro. - Czyżbyście jechały na jednym koniu?

Antonia dowlokła Raiję do Jewgienija i oparła o jego zdrowe ramię.

- Wyjechałyśmy wozem - powiedziała z nieszczęśliwą miną. - Ale wóz wyleciał z drogi 

i nie wiem, co się stało z Raiją. Ma ranę na głowie. I bardzo krwawi. Boję się, Jewgienij. 

Zabierz ją do domu! Boję się, nie słyszysz?! Nic się jej nie może stać! Tak bardzo ją lubię, do 

cholery!

Antonia, pociągając nosem, pomogła mu wnieść Raiję do domu.

- Ja też ją lubię. - Jewgienij starał się nie myśleć zbyt wiele, wiedział, że powinien 

przede wszystkim działać. - Do mojego pokoju!

Antonia poszła przodem, żeby otworzyć drzwi. Wiedziała równie dobrze jak Jewgienij, 

że on i Raija nie śpią we wspólnym łóżku. Od kiedy kapitan wyzdrowiał i nie potrzebował 

opieki nocą, mieli osobne pokoje.

Ale skoro Jewgienij chciał ją tam mieć, Antonia się nie sprzeciwiała.

Zrozumiała   tylko,   że   może   porzucić   wszelkie   nadzieje,   jakie   wiązała   z   nim   jako 

mężczyzną.

background image

Jewgienij obchodził się z Raiją tak, jakby była zrobiona z najpiękniejszej i najbardziej 

kruchej porcelany. Antonia pomogła mu ułożyć ranną na łóżku, ale nie pozwolił jej nawet 

dotknąć butów ani peleryny Raiji. Zajął się tym sam.

Każdy jego ruch był pieszczotą.

Antonia nie pamiętała, by dotykał jej kiedykolwiek w taki sposób. Nawet w czasach, 

gdy miał jeszcze dwie czułe dłonie.

W drzwiach pojawił się Oleg. Antonia zarzuciła mu ręce na szyję. Potrzebowała kogoś. 

Potrzebowała skryć się w czyichś ramionach.

- Wody - zakomenderował Jewgienij. Ostrożnie badał ranę na głowie Raiji. Antonia 

poszła do kuchni.

- Spora rana - powiedział, gdy już stanęła przed nim z kubkiem letniej wody.

Delikatnie   przemył   ranę.   Starł   krew,   która   wyglądała   tak   groźnie   w   świetle   zorzy 

polarnej.

- To był poważny wypadek. Toni zrobiło się słabo.

- To wszystko moja wina! Nie uważałam, jak należało. Powinnam była wziąć sanie...

- Rana nie jest zbyt głęboka. A głowa zawsze bardzo krwawi.

Jewgienij obrócił się na chwilę i spojrzał w twarz rozdzieranej wyrzutami sumienia 

Antonii.

-   To   nie   twoja   wina.   Co   się   stało,   to   się   nie   odstanie.   Wszystko   będzie   dobrze. 

Przywiozłaś ją stamtąd, prawda? Teraz się nią zaopiekujemy. Niedługo znów będzie tą samą 

Raiją.

Antonia bardzo pragnęła w to uwierzyć.

- Pomogła nam zorza polarna - powiedziała z przekonaniem. - Rozbłysła tuż nad nami 

dokładnie wtedy, gdy tak bardzo potrzebowałam światła, żeby odnaleźć Raiję. Tuż nad naszymi 

głowami. Zrobiło się jasno jak za dnia. A gdy już wyniosłam ją w bezpieczne miejsce i miałam 

zamiar uwolnić konia, zorza zgasła. Nic równie dziwnego nie przydarzyło mi się nigdy w życiu. 

Jakby natura stanęła po naszej stronie.

Jewgienij i Oleg wymienili spojrzenia. Nie oczekiwali tego rodzaju słów od Antonii. 

Dowodziło to najdobitniej, że wszystkie kobiety są w gruncie rzeczy takie same, nawet te, które 

chodzą w męskim ubraniu i klną jak dziesięciu marynarzy razem wziętych.

Jewgienij łagodnym ruchem odgarnął ciemne włosy ze zranionego miejsca na głowie 

Raiji.   Na   jego   ustach   igrał   uśmiech.   Palce   mu   drżały,   gdy   delikatnie   muskał   twarz 

nieprzytomnej. Dotykał jej tak, jakby była święta.

Tonią wstrzymała oddech. Czuła, że nie ma prawa stać tu i patrzeć na nich oboje. Nie 

background image

potrafiła jednak wyjść.

Gdyby   nawet   miała   jeszcze   w   sobie   resztki   nadziei   na  miłość   Jewgienija,   to   teraz 

straciłaby ją zupełnie.

Niebiosa świadkiem, że sama patrzyła w oczy bardzo wielu mężczyzn, patrzyła również 

w   oczy   Jewgienija.   Nigdy   jednak   nie   widziała   w   nich   takiego   uwielbienia,   takiego 

bezgranicznego oddania, jakie malowało się w jego oczach w tej chwili.

I nie ona była jego przedmiotem.

Raija.

-   Wyzdrowiejesz,   mój   aniele   -   powiedział.   Z   naciskiem.   Jakby   chciał   zaczarować 

rzeczywistość.

- Chętnie przy niej posiedzę. - Antonia czuła, że musi coś zrobić, naprawić jakoś własną 

lekkomyślność. Niezależnie od tego, co mówił Jewgienij, wiedziała, że to wszystko jej wina.

Ale on nie przyjął jej pomocy.

- Przyjechaliśmy wiele godzin temu, Toniu. Jesteśmy wypoczęci. Zajmij się koniem i 

sama odetchnij. Ja posiedzę przy Raiji.

- Wezwiemy Schwarzberga? Jewgienij się zawahał.

- Jeśli się nie obudzi tej nocy - powiedział po chwili. - Sądzę, że dojdzie do siebie. 

Myślę, że poradzę sobie z tym nie gorzej niż lekarz.

Antonia długo patrzyła na przyjaciela. Jego twarz była jej tak droga. I na zawsze taka 

pozostanie. Odczuwała ból na myśl, że to nie jej dłonie będą pieścić tę wyrazistą, mocną twarz. 

Jego usta nigdy nie wyznają jej miłości.

Czuła   się   tak,   jakby   zbierała   róże.   Ich   łodygi   jednak   mają   kolce.   Świadomość,   że 

bezpowrotnie utraciła Jewgienija, była jak kolec, który utkwił głęboko w jej palcu. Ale Tonią 

zdoła go wyrwać.

- Nie pozwoliłbyś nikomu innemu nad nią czuwać, prawda? - zapytała, wiedząc dobrze, 

jaką odpowiedź usłyszy.

- Nie. Ona również przy mnie czuwała, gdy tego potrzebowałem. A przecież nie żywi 

do mnie tego rodzaju uczucia. Dla niej jestem tylko przyjacielem. A ona dla mnie całym 

życiem. Jakże mógłbym nie czuwać nad nią?

- Jesteś nie tylko przyjacielem Raiji - rzekła Antonia bardzo poważnie. - Jesteś jej 

najlepszym przyjacielem. A to bardzo duża różnica, Jewgienij. Nie zapominaj o tym.

Uśmiechnął się ze smutkiem.

- Ale różnica nie jest taka wielka, jak bym sobie tego życzył. Tyle pragnąłbym jej 

ofiarować. Ale ona tego nie chce. Tonie we własnej przeszłości. A ja nie mogę rywalizować z 

background image

duchami.

- Przeszłość to coś więcej niż duchy. - Antonia popatrzyła na Raiję. - Raija zrozumie to 

pewnego dnia, Jewgienij. I ty przy niej wtedy będziesz.

Jewgienij miał nadzieję, że Tonią się nie myli. Wiedział jednak, że przeszłość jest wciąż 

dla Raiji przerażająco żywa.

background image

14

Antonia odprowadziła Waśkę do stajni, gdzie stały już inne konie, i nakarmiła go, po 

czym wróciła po cichu do domu.

Oleg   rozpalił   ogień   we  wszystkich  piecach:   w  kuchni,   w największym  pokoju i   w 

sypialni.

Teraz siedział przy piecu kuchennym ze szklanką w dłoniach.

- Mnie też dobrze zrobi odrobina rumu. - Antonia rzuciła kurtkę i czapkę na oparcie 

krzesła.

Oleg   skinął   głową   w   stronę   stołu,   na  którym   stała   opróżniona   do   połowy   butelka. 

Mężczyźni najwyraźniej wypili już wcześniej po kieliszeczku.

- Jak wam poszło w Onedze?

Antonia przysunęła swoje krzesło bliżej ognia. I bliżej Olega.

- Dobrze. Mamy zamówienia na pewien czas. Znów wypływam na morze. Jewgienij nie 

chce.

- Pamiętasz, by kiedyś tak się zachowywał? - zapytała Antonia.

Oleg opróżnił swoją szklaneczkę i napełnił ją na nowo. Antonia sięgnęła po butelkę.

- Nie. To przerażające, prawda? Zastanawiam się, czy on będzie umiał tak żyć... Znieść 

to, że ona go nie kocha.

- Nie bądź taki pewien. Kto wie...

- Wiedziałaś o tym, że ona miała wyjść za Aleksieja? - Oleg popatrzył na Tonie. - 

Kłócili się o nią, kiedy Aleksiej tak tragicznie umarł. Jewgienij twierdzi, że wówczas traktował 

ją jak siostrę, ale ja wiem swoje. Antonia słyszała o tym po raz pierwszy.

- A więc zna ją od tak dawna? - szepnęła. - Nie miałam o tym pojęcia. Szkoda, że nie 

mogę rzucić na nią czaru. Żeby spojrzała na niego...

- ... tak jak ty? - dokończył za nią Oleg, unosząc jedną brew.

- Tak - potwierdziła Antonia i nie umknęła spojrzeniem. - Tak jak ja na niego patrzę. 

Ale   przejdzie   mi   to.   Jestem   zupełnie  inna  niż  Jewgienij.   Wkrótce   zostanie   tylko   słodko  - 

gorzkie wspomnienie. Ja nie jestem z natury taka poważna. Myślałam, że o tym wiesz, Oleg.

- Może wtedy zechcesz porozmawiać ze mną? - zapytał. - Teraz nie jesteś w stanie.

- Może - uśmiechnęła się Tonią. - Jeśli zechcesz czekać tak długo. Wydaje mi się, że się 

pożegnałam z Jewgienijem. I nie jesteś mi niemiły. Zauważyłeś to, prawda? Chyba możemy już 

teraz porozmawiać o naszej przyszłości.

-   Moim   zdaniem   jeszcze   się   z   nim   nie   pożegnałaś.   Mnie   nie   chodzi   o   jedną   noc, 

background image

Antonia. - Oleg mówił bardzo poważnie. - Jeśli wszystko pójdzie dobrze, może już następnej 

jesieni   będziemy   mogli   kupić   inną   szkutę.   Jako   kapitan   statku   handlowego,   jako   jego 

współwłaściciel, będę chyba nieźle zarabiał. Będę zarabiał tak dobrze, że może powrócę do 

planów, które na razie od siebie odsuwałem. Żeby kupić dom. Żeby mieć w nim kogoś...

- W takim razie nie powinieneś rozmawiać z dziewczyną, którą zna pól Archangielska. - 

Antonia spuściła wzrok i miała ochotę utopić się w złotym płynie. - Powinieneś rozejrzeć się 

wśród pięknych dziewcząt, które haftują swoją wyprawę i wiedzą, jak dbać o dom, dzieci i 

męża.

- Żadnej z nich nie lubię - powiedział spokojnie. - Tak się składa, że ta, która mi się 

najbardziej podoba, zawsze była trochę zwariowana. Myślałem, że zdołam ją poskromić. Ale 

nie sądzę, by mi się udało. I zacząłem marzyć o niej takiej, jaka jest. Nigdy nie przepadałem za 

haftowaną pościelą. To strata czasu.

Antonia westchnęła:

- A ja miałam ze sobą piękną suknię. Jedyną, jaką posiadam. Chciałam być dla was 

piękna. Ale suknia leży teraz pod roztrzaskanym wozem...

- Pojadę tam, gdy zacznie świtać - obiecał Oleg. - Znajdę ją dla ciebie. Ale musisz mi 

obiecać, że ją założysz.

- Oczywiście.

- Tonią w sukience! Za żadne skarby nie chciałbym tego przegapić. - Oleg wskazał 

głową drzwi stojące otworem. - On będzie tam czuwał niezależnie od tego, co zrobimy?

- Tak. Proponowałam, że posiedzę przy niej, ale nie pozwolił mi. On ją tak kocha.

- On ją uwielbia!

-   Chętnie   poszłabym   spać.   -   Antonia   była   naprawdę   wyczerpana.   -   Taka   jestem 

zmęczona   i   tak   się   boję   samotności.   Przytulisz   mnie,   Oleg?   Pozwolisz   mi   spać   z   tobą   i 

przytulisz mnie?

- Oczywiście - powiedział i rozłożył pod piecem ławę, na której zmieścili się oboje.

Antonia przylgnęła mocno do Olega, zwinęła w kłębek i zasnęła z westchnieniem.

Jewgienij natomiast nie zasnął. Jakże by mógł? Usiłował zachować spokój i pewność 

siebie w obecności Antonii.

Gdybyż jednak Tonią wiedziała!

Gdyby ujrzała dławiący kamień, który dusił go od środka. Gdyby poczuła, jaki jest 

zimny i jak nieustannie rośnie.

Jewgienij bal się tak samo jak Antonia. Nie mogą teraz stracić Raiji. Teraz, gdy on 

wreszcie znów stanął na nogi. Gdy się przekonał, że jego życie nie jest jeszcze stracone. Gdy 

background image

znów zaczął czuć się jak mężczyzna.

Uda się, uda się jeszcze raz wspiąć na szczyt. Tym razem nie jest sam. Oleg będzie o to 

walczył z równą zaciętością.

Potrzeba tylko trochę czasu. By odbudować w sobie odwagę. By stać się dla Raiji kimś, 

bez kogo nie może się obejść.

Nie może jej teraz stracić!

Antonia wspominała coś o zorzy polarnej. Raija zawsze kochała to światło. Działało na 

nią w przedziwny sposób. Nie, nie wolno mu o tym myśleć, jeśli nie chce oszaleć.

Jewgienij zerwał się na równe nogi i zasłonił malutkie okienko. Nie chciał nic widzieć. 

Nie chciał patrzeć ani na gwiazdy, ani na zorzę polarną.

Dorzucił parę drew do ognia. „W pokoju stał kaflowy piec, który Jewgienij kupił kiedyś 

od Niemca. Ów Niemiec wiele  podróżował i często zaglądał  do Archangielska,  zanim car 

uczynił Sankt Petersburg największym rosyjskim portem.

Skończyły się czasy, gdy w mieście Jewgienija roiło się od cudzoziemców. Jewgienij 

kochał piękne przedmioty. Zwłaszcza te, które miały duszę. Nie kupował byle czego, kierując 

się tylko wyglądem danej rzeczy.

Każda rzecz, którą posiadał, miała swoją historię. I podwójną wartość: oprócz ceny 

liczyła się też historia związana z tym przedmiotem.

Umeblował dom nader oszczędnie. Antonia, która na przekór swemu ascetycznemu 

stylowi  ubierania się  uwielbiała  otaczać  się tysiącem  drobiazgów,  nazywała ten  dom  nagą 

kryjówką.

Nigdy nie lubiła pokoju Jewgienija, ale jego właściciel wiedział doskonale, że ten pokój 

to w gruncie rzeczy on sam.

Łóżko z pomalowanego na złoty kolor drewna przyjechało z zachodniej Europy. Miało 

pięknie rzeźbione nogi, choć cała reszta była utrzymana w prostym stylu.

Zamówił   je   niegdyś   pewien   kupiec   z   Archangielska.   Ożenił   się   z   młodą   i   piękną 

dziewczyną i chciał jej pokazać, że zna się na smaczkach z wielkiego świata.

Kupiec przeniósł się niestety na tamten świat, nim łóżko zdołało dotrzeć do miejsca 

przeznaczenia. A młoda i zadowolona wdowa za nic w świecie nie pozwoliłaby wnieść tak 

niegustownego mebla do swego domu.

Jewgienijowi spodobała się ta historyjka. Potem zaś przypadło mu do gustu samo łóżko 

i dlatego je kupił.

W pokoju stały jeszcze dwie skrzynie na ubrania. Jedna zrobiona z dziwnego drewna, 

które odstraszało mole. Pochodziła z Dalekiego Wschodu i, rzecz jasna, dotarła tu, na daleką 

background image

północ,   drogą   morską.   Zdobiły   ją   sceny   z   życia   na   wschodzie,   wyrzeźbione   w   ciemnym 

drewnie. Przedstawiały pracujących w polu, zgrabnych ludzi o egzotycznych rysach. Ptaki z 

długimi dziobami i cienkimi, długimi szyjami.

Drzewa, których Jewgienij nie potrafił nawet sobie wyobrazić...

Z tą skrzynią nie wiązała się żadna historia. Jewgienij wymyślał jednak niezliczone 

opowieści o ludziach na niej przedstawionych.

Druga  skrzynia pochodziła  z posagu  jego  matki.  Zrobiono ją  w Wielikim   Ustiugu, 

mieście  znanym z wyrobu pięknych przedmiotów  z  drewna. W skrzyni  spoczywało  wciąż 

mnóstwo rzeczy, które matka Jewgienija uszyła własnoręcznie, gdy była młodą dziewczyną. Na 

malowanych   obrazkach,   które   zdobiły   ten   sprzęt,   przedstawieni   byli   Rosjanie.   Matczyna 

skrzynia była najdroższa sercu Jewgienija.

Fotel kupił swego czasu na aukcji. Jeden z miejscowych bogaczy nadepnął kiedyś na 

odcisk swoim sąsiadom, ci zaś postarali się, by go zrujnować. Fotel stał niegdyś w domu tego 

człowieka przed kominkiem. Jewgienij pamiętał do tej pory poczucie triumfu, z jakim przebił 

najwyższą ofertę podczas aukcji. On, prosty chłopak, miał siedzieć sobie równie wygodnie jak 

wielki pan.

I to już całe umeblowanie pokoju. Bardzo proste. Jak i on sam. Tylko zasłony wnosiły 

do tej sypialni odrobinę luksusu. Jewgienij potrzebował od czasu do czasu odgrodzić się od 

świata. Uszyła mu je siostra Antonii z resztek materiału po jakiejś sukni. A jej suknie nosiły 

najelegantsze panie w mieście.

Jewgienija bawiła również ta historia.

Głosy Olega i Antonii ucichły czas jakiś temu. Jewgienij odrzucił grzywkę z czoła. 

Pragnął szczerze, by Antonia czym prędzej otrząsnęła się z młodzieńczego zadurzenia. Czuł 

bowiem, że przytłaczają go jej uczucia, gdyż sam nie miał jej nic do zaofiarowania.

Nawet sama myśl o tej sytuacji przysparzała mu cierpienia.

Jewgienij z niechęcią uświadomił sobie, że przecież Raija może odczuwać dokładnie to 

samo względem niego.

Jednak Antonia była w zupełnie innej sytuacji. Oleg kochał ją tak bezgranicznie. Tyle 

tylko, że paraliżowała go duma. Mógłby ją mieć, ale nie chciał, dopóki stawiała go na drugim 

miejscu.

Dobry Boże, dlaczego życie musi być tak zagmatwane!

Raija poruszyła się na łóżku. Dotknęła ręką twarzy, potem położyła dłoń na poduszce....

Serce Jewgienija zatrzymało się na parę sekund. Jej  policzki zarumieniły się chyba 

odrobinę? Była tak strasznie blada. Blada jak... Nie, tylko nie to.

background image

Czy jej także przychodziły do głowy takie myśli, gdy on leżał nieprzytomny? Nigdy mu 

nie opowiadała o tym, co jej wtedy w duszy grało.

Jewgienij uzmysłowił sobie, że chciałby to usłyszeć. Raija musi mu to opowiedzieć!

Usadowił się najwygodniej jak się dało na krawędzi fotela. Z wielkim uczuciem ujął 

maleńką dłoń rannej swą wielką ręką. Gdy tak leżała, trudno było sobie nawet wyobrazić, jaka 

siła kryje się w jej drobnych dłoniach. To one trzymały przecież jego serce. Bał się ogromnie, 

że Raija zechce odrzucić ten ciężar.

- Musisz do nas wrócić, Raiju - powiedział stanowczym głosem. Cisza działała mu na 

nerwy. - Musisz napełnić ten dom życiem, tak jak tylko ty potrafisz. Musisz napełnić go swoim 

śmiechem.   Ukryć   mnóstwo   uśmiechów   w   każdym   kącie.   Niechaj   twoje   ręce   dotkną 

wszystkiego, co jest drogie mojemu sercu. Niech twoja stopa muśnie każdą deskę... A jeśli, 

mimo   wszystkiego,   co   dla   ciebie   uczynię,   zechcesz   mnie   opuścić   i   wrócić   do   tego,   co 

zostawiłaś w tamtym świecie, zostaną mi przynajmniej wspomnienia. Będę wiedział, że dotknę-

łaś tu każdej rzeczy. Będę wspominał twój śmiech dźwięczący między ścianami... Ale nie 

możesz odjechać! Nie  możesz! Moje życie  będzie  puste bez ciebie.  Tak  niewiele  miałem, 

dopóki cię nie odnalazłem i nie przywiozłem tutaj. Wydawało mi się, że jestem najuboższym 

człowiekiem na ziemi. Teraz mam jeszcze mniej. Przestałem nawet być dobrą partią. Ci, którzy 

posiadają troszeczkę więcej, przestali mi się kłaniać. Kobiety już o mnie nie marzą. Mężczyzna, 

któremu zostało tylko lewe ramię, nie jest dla nich wiele wart... A zresztą ja i tak nie chcę 

żadnej z nich. To nie ma znaczenia. Rozumiem teraz, co czuł Aleksiej. Rozumiem, co go zże-

rało od środka. Rozumiem, że marzenie o drugim człowieku może tak bardzo opętać. Wiem już, 

dlaczego nie potrafił żyć bez ciebie... Jeśli on naprawdę sądził, że coś nas łączy, to świetnie 

rozumiem, że nie potrafiłby również żyć z tobą. Nie miał innego wyjścia...

Musiał zaczerpnąć trochę powietrza, ale nie wypuścił jej dłoni.

- Siedzę tu i gadam, a ty mnie nie słyszysz. Na Boga, Raiju, otwórz oczy! Powiedz 

cokolwiek!

Czy sprawiła to jego modlitwa? Czy stałość jego pragnień?

Czyżby udało mu się poruszyć w niej coś, czego inaczej poruszyć nie można było?

Raija otworzyła oczy. Wcale nie tak ostrożnie i niechętnie jak wówczas, gdy witała 

nowy dzień.

Po prostu otworzyła oczy.

Brązowe,   czyste   oczy   patrzyły   na   Jewgienija.   Raija   zamrugała.   Uśmiechnęła   się 

nieznaczne.

- Jewgienij? - zapytała, jakby zdziwiła ją jego obecność. - Dlaczego, do cholery, tak 

background image

bardzo mnie boli głowa, Jewgienij?

Ucałował jej dłoń. Bogu dziękował, że się do niego odezwała. Choć Bogu nie spodobały 

się zapewne jej słowa.

- Jewgienij! Tylko nie kręć! Co się stało? Nie powinieneś być w Onedze? Gdzie jest 

Antonia?

Raija usiłowała usiąść, ale wówczas coś zahuczało jej w uszach tak, jakby głowa miała 

się za chwilę rozpaść na kawałki.

Musiała przełknąć ślinę, żeby nie zwymiotować, i grzecznie położyła się z powrotem.

- Niewiele brakowało, a wylądowałybyście w Dwinie - wyjaśnił jej. - Koń zboczył z 

drogi. Tylko głupie baby mogą wybrać się w kompletnych ciemnościach na taką wycieczkę! Ty 

i Antonia razem stajecie się wprost niemożliwe!

Raija starała się myśleć, ale w głowie strasznie się jej kręciło, szumiało i stukało. Miała 

poczucie, że jej czaszka jest trzykrotnie większa niż zazwyczaj.

- Miałyśmy zamiar opróżnić twoją buteleczkę likieru - uśmiechnęła się z wysiłkiem. - 

Miło   było   wyjechać   z   Archangielska.   Mężczyźni   wykrzykiwali   jakieś   paskudne   rzeczy   za 

nami...

- Nie pamiętasz wypadku?

-   Pamiętam   światło...   -   Raija   zapatrzyła   się   w   dal,   jakby   widziała   przez   ścianę. 

Spojrzenie jej powędrowało w sferę, do której on nie miał dostępu. - Ale to chyba niemożliwe, 

prawda? Na niebie nie świecił nawet księżyc. Wydawało mi się, że niebo jest takie dziwne. Że 

gwiazdy są dziwne. Dlaczego tak mi się wydawało, Jewgienij? Gwiazdy to gwiazdy, prawda?

Rosjanin nie odpowiedział.

Czyżby pamiętała zorzę polarną?

Dlaczego   zrobiło   mu   się   tak   chłodno?   Przecież   to   nie   ma   żadnego   szczególnego 

znaczenia.

Po prostu pojawiła się wówczas  zorza. Jewgienij  podobnie jak Raija uważał, że to 

piękne zjawisko. Ale nic jej o tym nie powiedział.

- A Antonia? - zapytała Raija.

- Jest bardzo nieszczęśliwa. Mówi, że to jej wina. Myślę jednak, że już śpi. Od pewnego 

czasu, nie słyszałem ani jej, ani Olega.

- Jak wam poszło w Onedze? - Raija zadała to pytanie, a dopiero potem zastanowiła się, 

skąd wiedziała, że on tam był.

- Dobrze. Zdobyliśmy zamówienia. Oleg tam popłynie.

Raija zamrugała.

background image

Wiedziała, o czym on mówi. Ale nie pamiętała nic, dopóki jej o tym nie powiedział.

Tak dziwnie bolała ją głowa.

Wszystkie myśli zdawały się takie nowe. Wszystko, co jej się zjawiało, gdy zamknęła 

oczy, było takie świeże.

Każda myśl sprawiała jej zresztą tyle bólu.

- Czy uderzyłam w coś głową? - Obmacawszy swą czaszkę, znalazła ranę. A więc to 

ona tak ją swędzi.

- Koło - wyjaśnił Jewgienij. - Koło wozu uderzyło cię w głowę. Odpadło i poleciało w 

górę. Rano pojadę na miejsce wypadku razem z Olegiem. Zobaczymy wówczas dokładnie, co 

się stało.

- Co ze zwierzętami?

- Jeden z koni zginął. Antonia twierdzi, że na miejscu. Raija odetchnęła z ulgą. Nie 

mogła patrzeć na cierpienie zwierząt.

Wiedziała   o   tym,   choć   nie   mogła   sobie   przypomnieć,   by   kiedykolwiek   widziała 

cierpiące zwierzę.

Jewgienij przysiadł na brzegu łóżka, bliżej Raiji. Teraz mógł trzymać ją za rękę.

- O co chodzi? - zapytał łagodnie. - Co cię dręczy? Wiesz przecież, że możesz mi to 

powiedzieć.

Zauważył,   że   przełknęła   ślinę.   Coś   ją   naprawdę   dręczyło,   ale   usiłowała   to 

zbagatelizować.

-   Nic   takiego.   Nie   myśl   o  tym.  To   drobnostka.   Jestem   taka   zmęczona.   Straszliwie 

zmęczona. Czuję się tak, jakby ktoś mnie obił.

- Wóz upadł na ciebie. Nic dziwnego, że tak się czujesz. Cała jesteś posiniaczona.

- Widziałeś? - zarumieniła się. Jewgienij uśmiechnął się i powiedział również z pewnym 

zawstydzeniem:

- Antonia mi powiedziała. Prosiłem ją, by sprawdziła, czy nie masz jakichś ran poza tą, 

którą widać.

- Dziękuję - szepnęła. - Nie chciałabym, żebyś ty to robił.

Spuściła wzrok i zamknęła oczy.

Zasnęła tak szybko, jak zasypiają dzieci.

Jewgienij długo trzymał ją za rękę.

On również był zmęczony, ale zarazem poruszony. Nie mógł zasnąć, skoro do niego 

wróciła.

Zbudziła się w nim nadzieja. Zjawiła się wraz ze smutną melodią, która współbrzmiała z 

background image

bolesną nutą tęsknoty.

Raija, Raija, brzmiały słowa tej pieśni. Jewgienij wiedział już, że statek, który kupi w 

przyszłości, tak właśnie się będzie nazywać.

Oleg może sobie mówić, co mu się podoba. Ale to przecież Jewgienij dał większą część 

pieniędzy potrzebnych, by znów rozpocząć drogę ku marzeniom.

Następny statek może się nazywać „Antonia”.

Raija wyglądała jak anioł, włosy rozrzucone na poduszce przypominały skrzydła.

Z miejsca, na którym siedział, nie widział rany na jej głowie.

Raija wyglądała nieprawdopodobnie młodo. Jasna twarz, pokryta leciutkim rumieńcem, 

prawie czarne rzęsy i brwi. Miękkie i długi rzęsy opierały się niemal na policzkach, a brwi 

przypominały skrzydła, ptasie skrzydła w locie.

Lekko rozchylone usta, czerwone jak pąk kwiatu, który ma właśnie rozkwitnąć. Usta 

pełne, kuszące, zapraszające...

Jewgienij nie zdołał się powstrzymać.

Powoli, powolutku przysunął się do niej. Jego wola stopniała niczym wosk.

Widział tylko te czerwone usta stworzone do pocałunków.

Zamknął oczy i dotknął jej ust swymi wargami. Ledwo je musnął.

Cofnął się pospiesznie jak oparzony. Wypuścił dłoń dziewczyny. Musiał czym prędzej 

wstać i odejść. Nie powinien przebywać tak blisko niej. To mogło być niebezpieczne dla nich 

obojga.

Czuł   bowiem,   że   ogarnia   go   słabość,   że   nie   potrafi   przeciwstawić   się   swym 

pragnieniom. A przecież miało być zupełnie inaczej.

Zatrzymał się koło pieca i spojrzał na Raiję.

Dobry   Boże,   jaka   ona   piękna!   Wprost   promieniała   pięknem.   Jasnością.   Czy   tylko 

dlatego, że kochał ją do szaleństwa? Czy tylko on widział ją w ten sposób?

Tego nie wiedział. I nie chciał wiedzieć.

Raija była jego rajem, choć doskonale zdawał sobie sprawę, że ów raj może zamienić 

się w piekło.

Będzie   spała   tak   długo,   aż   jej   ciało   odpocznie.   Był   tego   pewien.   Wierzył   już,   że 

wyzdrowieje.

Pamiętał, że zostało jeszcze trochę rumu, który pili tego wieczoru razem z Olegiem. 

Potrzebował wypić coś mocniejszego. Coś, co zdoła rozluźnić jego ściśnięte gardło.

Jeszcze raz rzucił okiem na Raiję, nim zamknął drzwi. Miłość do niej niemal rozsadzała 

mu piersi.

background image

Raija.

Wszystko w nim śpiewało.

Raija! Raija! Raija!

Nie mógł wykrzyczeć tej pieśni. Ból zamknął mu usta.

Odwrócił się i ruszył do kuchni.

Oleg i Antonia zgasili lampę.

Jewgienij   wpadł   na   krzesło,   które   stało   nieopodal   pieca.   Niewiele   brakowało,   a 

wywróciłby butelkę. Chwycił ją w locie, wyciągnął korek zębami, wypluł go na podłogę i 

zaczął pić.

Trunek podziałał na niego tak, jak się spodziewał. Tyle że zostało go niewiele. Oleg i 

Antonia nie oszczędzali rumu.

Antonia wydawała się Jewgienijowi taka drobna, gdy leżała koło zwalistego Olega. We 

śnie była taka bezbronna - ta drapieżna Antonia. Oleg obejmował ją ramionami, jedno trzymał 

pod jej szyją, drugie w talii.

A on nigdy nie będzie trzymał w ten sposób Raiji...

Nie pamiętał zresztą, co czuł, gdy podobnie obejmował Antonię.

Skrzywiwszy się, przyłożył flaszkę do ust i wysączył kilka ostatnich kropli.

Jewgienij zazdrościł Olegowi.

Nie dlatego, że Oleg miał Antonię.

Nie Antonii zazdrościł swemu wspólnikowi.

Chodziło o to, że tamten zdobył tę jedyną. Wybraną. Tonią była tą jedyną i wybraną dla 

Olega.

Jewgienij odstawił butelkę na stół. Narobił przy tym trochę hałasu.

To   wystarczyło,   by   dziewczyna   gwałtownie   usiadła.   Popatrzyła   w   mrok   i   dojrzała 

kontury Jewgienija w nikłym świetle dochodzącym zza okna.

- Jewgienij?

- Nie przejmuj się mną! Nie słuchała go. Zwinnie przedostała się przez ciało Olega i w 

tej samej chwili stanęła u boku Jewgienija.

- Co z Raiją?

Przyjaciel otoczył ją ramieniem i poklepał uspokajająco.

- Odzyskała przytomność. Rozmawiała ze mną. Zaklęła nawet i to mnie utwierdziło w 

przekonaniu, że wszystko będzie dobrze...

Antonia odetchnęła z ulgą. Chwycił ją jeszcze mocniej za ramię.

- O Boże! - wyrwało mu się. - Wielkie nieba!

background image

- Co się z tobą dzieje? Jewgienij! Ty drżysz! Co się z tobą dzieje, do licha?

Jewgienij puścił Antonię i opadł na krzesło.

Nie zauważył tego wcześniej, tak oszołomiło go poczucie ulgi. Tak go ogłupiło, że 

prawie nic nie słyszał...

- Co wiesz o jej życiu, Toniu? Co wiesz o życiu Raiji?

- Co nieco - wzruszyła ramionami Antonia. - Mąż, dzieci, zamordowany mężczyzna. 

Oskarżenia o czary. Żadnych szczegółów. I jeszcze jakaś historia pomiędzy nią a Aleksiejem, 

prawda? Dlaczego pytasz?

Jewgienij wciąż wsłuchiwał się w to świeże wspomnienie.

- Kiedy się do mnie odezwała, Toniu, nie mówiła po lapońsku. Użyła rosyjskiego. 

Mówiła płynniej niż przedtem. Jakby znała go lepiej. Jakby nie znała żadnego innego języka.

Jewgienij umilkł i popatrzył na Tonie.

- Czy można zapomnieć część swego życia? Antonia nie odpowiedziała na to pytanie. 

W głosie Jewgienija pobrzmiewała nadzieja.

- Chcesz, żebym na wszelki wypadek trzymała język za zębami?

Pokiwał głową.

- Myślisz, że zdobędziesz ją w ten sposób?

- Chcę spróbować. Bez niej moje życie nie ma żadnego sensu. Wiem, że ja jeden na 

całym świecie nie powinienem cię prosić o coś takiego. Ale ty znasz ją najlepiej, jeśli nie liczyć 

mnie i Olega. Oleg będzie milczał, gdy go o to poproszę. Wszystko zależy więc od ciebie.

- Nie jesteś taki niezastąpiony, Jewgienij. - Antonia uśmiechnęła się nieznacznie. - 

Wyleczę się z ciebie. Lubię cię jednak tak bardzo, że będę milczeć. Przynajmniej tyle jestem ci 

winna. Jeśli sama sobie nie przypomni, ja jej na pewno nic nie powiem.

- Czy jestem złym człowiekiem, skoro tego pragnę? Czy to zbrodnia?

- Być może. - Antonia potargała mu trochę grzywkę. - Ale jeśli tak się stało i jeśli dzięki 

temu   będziecie   mogli   być   razem,   to   chyba   nie   jest   to   aż   tak   straszna   zbrodnia.   Gorsze 

popełniane są każdego dnia.

- A co z nią? Sądzisz, że może być ze mną szczęśliwa?

- Zobaczymy.

background image

15

Tej nocy Jewgienij nie zmrużył oka. Jak lunatyk wrócił do Raiji i usiadł na krawędzi 

łóżka.   Nie   spuszczał   z   rannej   wzroku,   jakby   w   ten   sposób   chciał   przeniknąć   wszystkie 

tajemnice jej umysłu.

Gdy   się   obudziła,   zachowała   się   tak   jak   zawsze.   Zacisnęła   powieki.   Zamrugała   i 

przywitała dzień spod spuszczonych rzęs. Potem jeszcze raz zacisnęła powieki, odwróciła się 

od światła, skuliła w kłębuszek, ale nie było jej wygodnie.

Widział to wyraźnie. Serce waliło mu jak młotem, wszystko w nim drżało. Mógł się 

przecież pomylić, sam był bardzo zmęczony...

Może to tylko jego pobożne życzenia.

Cóż z tego, że odezwała się po rosyjsku? Zna już przecież dość dobrze ten język.

To nic nie musi znaczyć.

Nadzieja Jewgienija ma bardzo słabe korzenie.

Raija z trudem się rozbudziła.

Czuła się fatalnie. Nie od razu przypomniała sobie wczorajszy wypadek, który mógł ją 

kosztować życie.

Bolała ją jednak każda kość. Głowa ciążyła jak kamień, nie potrafiła nawet dźwignąć jej 

z poduszki. Z trudem uniosła powieki, żeby rozejrzeć się wokół siebie.

To przecież nie jej pokój. To łóżko Jewgienija.

Czyżby coś między nimi zaszło?

Ale przecież Jewgienij był w Onedze, a ona w Archangielsku.

Wtedy przypomniała sobie dźwięki.

Rżenie koni. Zgrzytanie kół. Poczuła chłód bijący od śniegu. I uderzenie w głowę.

Jej dłoń powędrowała w stronę rany.

Gdy dotknęła jej palcami, wiedziała już, co to jest. Przypomniała sobie rozmowę z 

Jewgienijem.

Mrużąc oczy, poszukała go spojrzeniem.

- Wciąż tu siedzisz? Wcale nie spałeś? Jewgienij oddychał szybko i w napięciu. Drżał, 

siedząc w fotelu.

- Nie, nie spałem - powiedział. Musiał zebrać się w sobie za wszelką cenę. - Ale to nie 

szkodzi. Nie jestem zmęczony. To ty potrzebowałaś snu, mój aniele.

- Głowę mam ciężką jak kamień - westchnęła. - Nie mam odwagi jej unieść. Nie wiem 

nawet, czy dałabym radę.

background image

Jewgienij   musiał   na   chwilę   zamknąć   oczy.   Pragnął,   by   wciąż   mówiła.   By   nie 

przestawała mówić. Jej słowa brzmiały jak muzyka w jego uszach.

Rosyjski.

Bez wątpienia rosyjski.

Gdyby tak ją wypróbował... gdyby powiedział parę słów w języku, który znała znacznie 

lepiej niż rosyjski...

Ale nie odważył się.

- Jestem zbita na kwaśne jabłko - powiedziała. - Nigdy w życiu tak nie oberwałam. 

Chyba koń mnie stratował. Antonia o tym nie wspominała? Chociaż ona nie powiedziałaby nic 

złego na temat konia...

Jewgienij zaśmiał się cicho.

- Pewnie masz rację. Ale wydaje mi się, że koń trzyma się z daleka od ciebie, moja miła. 

Spadł na ciebie wóz.

Antonia usłyszała ich głosy. Od dawna już nie spała, choć wciąż leżała.

Oleg obudził się pierwszy i już wstał. Obudziło ją trzaśniecie drzwi, gdy wychodził. 

Usłyszała tętent końskich kopyt o zmrożony grunt.

Antonia wolała nie zastanawiać się, co to oznacza. Olega trudniej jej było zrozumieć niż 

większość mężczyzn, których znała. Jeśli nie liczyć Jewgienija.

Wsłuchiwała się w głosy zza ściany. Rozpoznała głos Raiji. I Jewgienija. Nie zdołała 

wyłapać słów, ale wyczuła ich rytm. Kapitan miał rację.

Rozmawiali po rosyjsku.

Raija nie zacinała się tak, jak przedtem. Słowa płynęły równie wartko jak Dwina.

Antonia przez całe życie zachowywała się spontanicznie. Zerwała się na równe nogi i 

boso pobiegła po lodowatej podłodze. Ściągnęła skarpety po rozmowie z Jewgienijem. Niech 

licho porwie Olega! Czemu nie napalił w piecu przed wyjściem? Mężczyźni nigdy nie myślą o 

takich rzeczach.

- Gołąbeczki już się obudziły? - spytała, otwierając drzwi na oścież.

Jewgienij spojrzał na nią ostro. Raija - pytająco. Niepewnie.

- Ależ okropnie wyglądasz, Raiju! - Tonią wdrapała się na łóżko i usadowiła u nóg 

chorej. - To moja wina. Tak bardzo żałuję i błagam o przebaczenie!

Raija zmusiła się do uśmiechu:

- Co tu wybaczać? Nie pamiętam wszystkiego, ale nie wydaje mi się, żebyś zrobiła coś 

niewłaściwie. Po prostu miałyśmy pecha. - Zmarszczyła czoło. - Zdaje się, że została tam twoja 

sukienka... Antonia się roześmiała.

background image

- Moja sukienka, tak. Ale przecież ja nie potrzebuję sukienek. Najlepiej mi w spodniach. 

Nigdy nie będę porządną rosyjską kobietą. Ty masz na to większe szanse.

Raija   się   znów  uśmiechnęła.   Nawet   nie   zmarszczyła  brwi.   Przez   jej   spojrzenie   nie 

przemknął żaden cień.

- Musisz zdjąć te brudne ubrania - ciągnęła Antonia. - Czuć je koniem aż tutaj. Leżałaś 

przyklejona niemal do końskiego boku. Chociaż zazwyczaj to ja tak śmierdzę.

- Nie wiem, czy zdołam usiąść.

- Nie spiesz się. Jewgienij i ja roztopimy trochę śniegu i przygotujemy ci porządną 

kąpiel. Tak gorącą jak tylko się da. To ci dobrze zrobi.

Antonia   uśmiechnęła   się   i   zlekceważyła   wszelkie   sprzeciwy   Raiji.   Zeskoczyła   na 

podłogę i pociągnęła Jewgienija w stronę drzwi.

- Nie zjem ci go. Nie bój się.

- Co to za przedstawienie? - syknął, gdy już byli w kuchni. - Chcesz jej zasugerować, że 

między mną a Raiją coś jest? Czego się spodziewasz?

- A zaprzeczyła? Jewgienij umilkł.

- Wygląda na to, że ona nie pamięta wielu rzeczy - powiedziała Antonia z naciskiem. - 

Spłoszyła się, lecz nie zaprzeczyła. Powinieneś się nad tym zastanowić, podczas gdy ja pójdę 

po śnieg, a ty będziesz rozpalał w piecach.

Raija   zdołała   usiąść,   gdy   Jewgienij   wtoczył   do   sypialni   wielką   drewnianą   balię   i 

postawił ją na podłodze. Uśmiechnął się, ale nic nie powiedział.

Raija również go nie zagadywała, gdy rozpalał w piecu.

Antonia grzała wodę i przynosiła garnek za garnkiem do sypialni. Para unosiła się aż do 

sufitu, powietrze zrobiło się wilgotne i gorące.

Tonią wyprosiła Jewgienija z sypialni, gdy przyniosła już ostatnią porcję wody.

- Prawdziwe damy nie zawsze potrzebują obecności mężczyzn - oznajmiła. - Pamiętaj, 

że masz do czynienia z dwiema cnotliwymi rosyjskimi dziewczynami.

Raija przesunęła się na brzeg łóżka i spuściła nogi na podłogę. Musiała siedzieć tak 

przez chwilę, nim zdołała uspokoić kiwającą się głowę.

- Czuję się jak wysokie drzewo - prychnęła. - A głowa ciąży mi jak głaz. Nie wiem, czy 

potrafię ją utrzymać.

Antonia pomagała jej jak umiała. Jej zręczne palce rozpięły wszystkie guziki. Ściągnęła 

też z Raiji gorsecik i pończochy.

Raija   niepewnym   krokiem   zbliżyła   się   do   balii   i   weszła   do   wody.   Zamruczała   z 

rozkoszy, gdy woda znieczuliła odrobinę jej obolałe ciało.

background image

Długo leżała z zamkniętymi oczami i napawała się ciepłem.

Antonia   siedziała   na   jednej   z   cennych   skrzyń   Jewgienija.   Machała   nogami   w 

oczekiwaniu na decydującą chwilę.

Wielka szkoda, że nie ma tu Jewgienija, że nie będzie świadkiem tego, co przesądzi o 

jego przyszłości.

- Kto by pomyślał, że woda potrafi czynić takie cuda! - westchnęła Raija. - Teraz 

mogłabym nawet umrzeć.

- Kąpiel bywa czasem lepsza od chłopa - zgodziła się Antonia. - Ale przyznam, że ja 

jednak przeważnie wolę chłopa.

Raija się uśmiechnęła.

- Dużo myślisz o mężczyznach, Antonia. Masz trochę mydła?

Antonia podała jej kawałek mydła, podciągnęła kolana i objęła je ramionami. Wsparła o 

nie brodę i zagryzła dolną wargę.

Raija namydliła sobie ramiona. Woda i mydło przyjemnie pieściły jej skórę.

Zabierając się do mycia szyi, zażartowała:

- Wszystkie dzieci przy tym wrzeszczały, prawda? Szyja i uszy!

Antonia uśmiechnęła się blado.

Raija masowała sobie ramiona. Piersi...

Nagle jej dłonie zamarły.

Z przerażeniem spojrzała na swoje ciało. Mydło wpadło do wody, ręce powędrowały 

nieco niżej i natrafiły na blizny.

Rozszerzonymi z przerażenia oczami spojrzała na Antonię.

- Matko Boska! Co to takiego, Antonia? Co się stało z moim ciałem? Skąd te blizny?

Antonia spojrzała Raiji w oczy. Raija pokazała jej już kiedyś blizny i twardym głosem 

opowiedziała co nieco o swych cierpieniach. Teraz kłamstwo przeszło bez trudu przez gardło 

Antonii.

- Nie wiem. To blizny z innego życia.

- Co masz na myśli? - zapytała Raija ostro. Zasłoniła piersi skrzyżowanymi rękami, 

jakby chciała się obronić.

- Nie pamiętasz? Nic nie pamiętasz?

- Z innego życia? - Raija pokręciła głową. - Z jakiego życia? Co mam pamiętać?

Antonia wzruszyła ramionami. Była pewna, że Raija nie udaje. Sama musiała jednak 

odegrać komedię.

- Zjawiłaś się tu jako obca - powiedziała. - Pojawiłaś się w Archangielsku nie wiadomo 

background image

skąd i Jewgienij się tobą zaopiekował. Nigdy nie mówiłaś, skąd jesteś. Kim byłaś. Nie wiem nic 

o twoim życiu, Raiju. Nie wiem, kim byłaś, zanim stałaś się jedną z nas.

Raija przyjęła te wyjaśnienia bez sprzeciwu.

Palce  wciąż   dotykały  blizn.  Muskały  je  tak,  jakby były to jakieś  znane  litery.  Nie 

znalazła jednak odpowiedzi na swe pytania.

Koło, które odpadło od wozu, zrobiło coś z jej głową. Uderzenie zamazało w jej pamięci 

wspomnienia. Zniszczyło całą przeszłość.

Antonia zastanawiała się, jak długo to może potrwać.

- Ale nie jestem jego... jego...

- ... kochanką? - Antonia wzruszyła ramionami. - O tym nie rozmawiałyśmy. Ale na 

twoim miejscu wcale bym się nie wahała.

- Byłam przy nim, kiedy stracił ramię...

- Jasne. Niewiele kobiet ma to szczęście, by pływać statkiem.

- Tego nie pamiętam...

- Nie wysilaj się! - rzekła Antonia z udawaną troską. - Nie powinnaś się zmuszać do 

wspomnień. One wrócą powoli. Koło, które cię uderzyło, nie należało do najmniejszych. Masz 

szczęście, że żyjesz.

Raija zamrugała oczami. Zaczęła szukać śliskiego mydła. Znalazła je i myła się dalej, 

ale jej ruchy przypominały teraz ruchy lunatyka.

Antonia wstała.

- Znajdę ci jakieś ubranie. Wymknęła się z sypialni, starannie zamykając drzwi.

Jewgienij   dreptał   tam   i   z   powrotem   pod   kuchennym   piecem.   Zbudował   go 

własnoręcznie z kamieni, które przywoził ze swych podróży.

Tonią uwiesiła się mu na szyi i zatańczyła dookoła niego.

- Ona nie pamięta - szepnęła. - Ona naprawdę nie pamięta.

Szybko powtórzyła mu, co mówiła Raija. Jewgienij pobladł.

- Jesteś kompletną wariatką, Tonią! Nie musiałaś przecież tak kłamać.

- Zrobiłam to z twojego powodu. - Antonia nic sobie nie robiła z jego protestów. - I 

teraz wszystko zależy od ciebie. Ona nic nie pamięta. Jest zagubiona.

- Nie w ten sposób chciałem ją zdobyć. Teraz nie ma wyboru. Na tym nie można 

zbudować szczęścia.

Antonia puściła go.

- Myślę, że to nie stało się przypadkiem - powiedziała cicho i poważnie. - Ty i Oleg 

możecie śmiać się ze mnie do woli, ale wciąż uważam, że ta zorza polarna była bardzo dziwna. 

background image

Moim zdaniem, Raiji było pisane stracić pamięć. Wspomnienia, które dźwigała, byłyby zbyt 

wielkim ciężarem dla każdego. A ona jest taka młoda. Może chodzi o to, by dać jej nową szan-

sę. Nowe życie pod obcym niebem. Czy to takie niezwykłe?

Jewgienij nie odpowiedział. Uznał, że Antonia też zaczęła zbyt wiele myśleć. O wiele 

łatwiej postępować z kobietami, które niewiele myślą. Choć może nie byłoby to takie ciekawe.

- Zaniosę jej ubranie - powiedział. Raija wyszła już z kąpieli. Mokre ślady wiodły od 

balii do pieca. Teraz stała przed piecem nago, z rękami skrzyżowanymi na piersiach.

Jewgienij zamknął drzwi i stanął, z trudem przełykając ślinę.

Nigdy przedtem nie widział jej w ten sposób.

Coś go zakłuło w piersiach, gdy zobaczył blizny, o których mu opowiadała.

Nie wiedział, że jest ich aż tyle.

Dobry Boże, przez co ona musiała przejść!

Jeśli na tym świecie jest jakaś sprawiedliwość, to ona naprawdę zasługuje na życie, w 

którym nie będzie miejsca na koszmarne wspomnienia. Na życie bez przeszłości.

- Twoje ubranie - powiedział zupełnie niepotrzebnie, wieszając spódnicę i bluzkę na 

oparciu łóżka.

Nie ruszył się jednak z miejsca. Nie mógł oderwać od niej wzroku.

- Jak to jest ze mną, Jewgienij? - zapytała. - Jestem jedną z was, czy jestem obca?

- Jedno i drugie.

- Słyszę, jak mówię. Ale wiem, że nie mówię tak samo jak ty ani jak Antonia. To nie 

jest mój język. Szukam słów, ale innych nie ma w mojej głowie...

- Byłaś obca - powiedział. - Przyjechałaś tu. Nie wiemy skąd. Nie wiemy, przed czym 

uciekłaś. Nie wiemy kiedy. Mówiłaś, że masz na imię Raija. - Jewgienij rozłożył ręce i nie 

chciał mówić nic więcej. Nie chciał jej więcej okłamywać.

- Nie wszyscy przyjmują obcych tak serdecznie jak wy.

- Nie - przytaknął. - Pojechałaś ze mną na zachód. Do Norwegii. Chciałaś się tam 

rozejrzeć. Ale zdecydowałaś się jednak wrócić.

Raija zaakceptowała to wyjaśnienie.

-   Czy   między   nami   coś   jest?   Coś,   czego   nie   pamiętam?   Pamiętam   ostatnie   dni. 

Pamiętam, jak chodziłam po Archangielsku. Pamiętam twoje ramię. I pożar...

- Spalił się mój statek - wszedł jej w słowo. - Nie - kontynuował drżącym głosem - nic 

między nami nie było, Raiju. W każdym razie nic takiego, co masz na myśli.

- Ale Antonia...

- Bardzo tego pragnę - powiedział. - Ale wiem także, że jestem kaleką. Niewiele kobiet 

background image

spojrzałoby na mnie drugi raz...

Raija wciąż stała. Jej ciało jeszcze nie wyschło, ale ciepło pieca sprawiało, że dobrze się 

czuła.

- Chodzi ci o mnie, prawda? - zapytała spokojnie. - Wydaje mi się, że wiem, że mnie 

kochasz.  Gdy to słyszę,   budzą  się  we mnie  jakieś   wspomnienia.   Niewiele   innych  słów  je 

wywołuje. Sama nie wiem, co czuję. Wydaje mi się, że znam cię całe życie, a jednocześnie 

mam poczucie, że jesteś mi kompletnie obcy.

- Możemy zacząć od tego? - zapytał. - Od samego początku? Spojrzeć na to jak na 

całkiem nowe życie?

Tym razem się nie uśmiechnęła. Skinęła tylko głową z wielką powagą.

- To dziwne - zamyśliła się. - Rozumiem, że jestem kimś, kogo sama nie znam. Ale 

wcale mi to nie przeszkadza. Kiedy zamykam oczy, widzę mnóstwo czarnych plam. Plam, 

których nie potrafię w żaden sposób zmazać. I w gruncie rzeczy wcale nie mam ochoty ich 

zmazywać. Wiem, że tam są, i jakoś się z tym pogodziłam.

Napotkała spojrzenie Jewgienija.

- Rozumiesz, co to może znaczyć? Moja pamięć ukrywa chyba coś strasznego.

Nie potrafił spojrzeć jej prosto w oczy. Odwrócił wzrok. Przez cały czas czekał na jej 

śmiech. Czekał, aż powie, że go przejrzała, że wszystko pamięta i tylko się z nim bawiła...

Ale nie zrobiła tego.

Jewgienij musiał wreszcie przerwać milczenie.

- Mnie to nie przeszkadza - rzekł. - Wcale nie sądzę, że zrobiłaś coś strasznego, Raiju. 

Nie wydaje mi się, byś była do tego zdolna.

Raija podziękowała mu za zaufanie nikłym uśmiechem. Spojrzała na siebie.

- Zdaje się, że nie powinieneś tu teraz stać? Chyba nie byliśmy ze sobą tak blisko?

Jewgienij pokręcił głową.

- Już idę.

- Nic nie szkodzi - uśmiechnęła się. - Nie jestem aż taka wstydliwa.

Tymczasem z miejsca wypadku wrócił Oleg. Przywiózł suknię Antonii.

- Nie rozumiem, jakim cudem to się tak dobrze skończyło - powiedział do dziewczyny. - 

Wóz się zatrzymał na moment przed tym, jak powinien wpaść na lód. Miałyście niebywale 

szczęście.

Antonia wolała o tym nie myśleć.

- To się nazywa przeznaczenie - rzuciła szybko.

Jewgienij wyszedł ze swego pokoju. Antonia natychmiast dostrzegła w jego oczach 

background image

blask i zrozumiała, że oto zaczął nowe życie. Chciała wierzyć, że ten płomień nadziei w jego 

oczach nie zgaśnie.

Pospiesznie, ściszając głos, wprowadziła Olega w tajniki sytuacji. Pouczyła go, co mu 

wolno powiedzieć i o czym ma nie wspominać pod żadnym pozorem.

- Hazard - mruknął tylko Oleg i pokręcił głową. Jewgienij, oparty o framugę, zaczął 

mówić zachrypniętym głosem:

- Mam nadzieję, że nigdy nie będziesz skazany na taki hazard, Oleg. Że nie będziesz 

musiał budować swojej nadziei na przyszłość na kłamstwie, które w każdej chwili może zostać 

odkryte. Ja zdecydowałem się na ten krok.

Oleg zastanawiał się przez moment, a potem rzekł:

- Jeśli kiedykolwiek spokój ducha Raiji będzie zależał od prawdy, wszystko jej powiem. 

Czy zgadzasz się na to?

Jewgienij skinął głową.

Nowe życie może się już zacząć...

Raija   zajęła   niewielką   izbę   koło   sypialni   Jewgienija.   Nie   chciała   widzieć   żadnego 

lekarza.

- Rana się zagoi sama - powiedziała. - Wszystko przejdzie. Nie jestem chora.

Gdzieś w głębi ducha drzemało w niej pragnienie poznania własnej przeszłości, ale 

wspomnienia nie powróciły. Raija zaakceptowała to, tym bardziej że nie miała poczucia, iż 

zdarzyło się coś strasznego. Po prostu wszystko gdzieś zniknęło.

- Musisz zacząć żyć - tłumaczył jej Jewgienij. - Liczy się tylko dzień dzisiejszy. Ja się 

tego nauczyłem. Oboje coś straciliśmy. Ludzie widzą od razu, co ja straciłem, ale nikt nie wie, 

czego ty nie możesz sobie przypomnieć.

- Chcesz powiedzieć, że pasujemy do siebie? Jewgienij zaczął się bawić swoją szklanką. 

Zawsze   zajmował   czymś   swą   jedyną   dłoń.   Od   kiedy   stracił   prawą   rękę,   rzadko   dawał 

wytchnienie lewej.

- Powinnaś zacząć widywać się z ludźmi - przekonywał. - Śmiać się razem z tymi, 

którzy potrafią się śmiać. Nie powinnaś siedzieć w zamknięciu z kaleką.

- Nie wiem, czy chciałabym kogokolwiek poznać, Jewgienij. Jeszcze nie. Nie znam 

przecież sama siebie. I nie chodzi tu o to, że nie mam przeszłości. Tak czy inaczej, nie jestem 

jeszcze... cala.

-   Może   chciałabyś   pojechać  na  targ?   -  spytał,   choć  wiedział,   jak  bardzo  ryzykuje. 

Przecież właśnie podczas jarmarku Raija straciła wszystko.

Jewgienij żył w ciągłym poczuciu winy i dlatego musiał wyzywał los. Wiedział, że 

background image

prowokuje ją do wspomnień, mówiąc o rzeczach, które mogły naprowadzić ją na zagubiony 

ślad. Czynił to z pełną świadomością.

Ale i tym razem nic się w niej nie obudziło.

-   Wielikij   Ustiug   -   proponował.   -   Albo   Kołmogory.   Nie   masz   ochoty?   Coś   kupić, 

potańczyć...

- Czy lubiłam to przedtem?

- Nigdy cię tam nie zabierałem.

- Nie wiem, czy mam ochotę - wykręcała się Raija.

- Dobrze mi tutaj.

Antonia rozumiała ją jeszcze mniej niż Jewgienij.

- Powiedziałaś, że nie chcesz jechać na jarmark? Jewgienij na pewno zasypałby cię 

prezentami. I mogłabyś powiedzieć, że chcesz jechać razem ze mną. Nudzę się okropnie, gdy 

Oleg wypływa na morze. Nie tęskniłam tak za Piotrem, ale Olega mi brak. Kto wie, może 

niedługo się zakocham! - roześmiała się głośno.

- A ty nie chcesz jechać na jarmark... - Antonia pokręciła głową z rezygnacją. - To 

właśnie tam sprzedają takie piękne skrzynie...

- Jewgienij nie to miał na myśli - powiedziała Raija. - Chodziło mu o to, żebym zaczęła 

spotykać się z ludźmi.

- Ale on zrobił się miękki - orzekła Antonia. - Już prawie wiosna. Nigdy przedtem nie 

chodził tak długo z głową w chmurach. Stawiam wszystkie konie na to, że nigdy jeszcze nie 

zapukał do twoich drzwi. Na pewno nie dotknął cię nawet w sposób dwuznaczny... Nie mam 

racji?

Raija przyznała, że Antonia się nie myli.

- Jewgienij nie jest taki. - Zabrzmiało to jak mowa obrońcy. - Zachowuje się... po 

rycersku.

-   Akurat!   -   prychnęła   Antonia.   -   W   swoim   czasie   powiedziałabym,   że   zwykł 

zachowywać się lubieżnie.

Raija nie lubiła ciągłych napomknień Antonii o tym, co ją kiedyś łączyło z kapitanem. 

Wiedziała, że nie miało to dla niego wielkiego znaczenia, ale jakoś tego nie lubiła.

- On uważa, że brak ramienia dyskwalifikuje go jako kochanka - orzekła Tonią. - A 

przecież my dobrze wiemy, że w tym nie chodzi o ręce, prawda? Wpuściłabyś go, gdyby 

zapukał.

Raija milczała.

- W moim życiu musieli być jacyś mężczyźni - powiedziała niechętnie. - To się po 

background image

prostu  wie,   choć  nic   nie  pamiętam.   Moje   ciało   nie   jest   dziewczęce.   Gdy  dotykam   siebie, 

przypominam sobie pieszczoty mężczyzn... - Raija ośmieliła się spojrzeć w oczy Antonii i 

mówiła dalej: - Nie jestem taka bezpośrednia jak ty. Tęsknię za tym... Za dotykiem mężczyzny. 

Za męskim ciałem. Ale nie chcę zachowywać się jak byle kto. Nie chcę się napraszać. Nie chcę 

wykorzystać Jewgienija. On czuje coś znacznie więcej, nie chodzi mu wyłącznie o moje ciało.

Antonia złapała przyjaciółkę za ręce.

- Założę się, że nie odmówiłby, gdyby chodziło wyłącznie o ciało - zaśmiała się. - Jest 

tylko mężczyzną. Ze mną nie poszło mu najlepiej, ale gotowa jestem postawić swoje konie, że 

wszystko będzie w porządku, gdy to ciebie znajdzie pod kołdrą.

- A co potem? - zapytała Raija. - Potem nie będziemy mogli spojrzeć sobie w oczy. Nie 

chcę stracić w nim przyjaciela.

- Wielkie nieba! - jęknęła Antonia, zakładając ręce na kark i wyciągając się wygodniej 

w fotelu. W jej niebieskich oczach igrały ogniki. - Skoro tobie na tym nie zależy może ja 

mogłabym podjąć jeszcze jedną próbę. Wprawdzie nie zaprosi mnie na jarmark, żebym sobie 

wybrała skrzynię, ale może przynajmniej będę miała jakąś przyjemność. Oleg wymyślił sobie, 

że nie będzie się ze mną kochał, póki nie zgodzę się zostać jego żoną. Dawno już nie miałam 

chłopa w łóżku...

- Tylko nie Jewgienij! - wyrwało się Raiji.

- A jednak trochę ci na nim zależy! Raija poczuła się zagubiona. Wcale nie było tak, jak 

się wydawało Antonii. Ale na samą myśl o tym, że tych dwoje mogło się znaleźć razem w 

łóżku, dostała gęsiej skórki. To nie było w porządku.

- W życiu nie leżałabym pod ścianą, za którą śpi jeden z najwspanialszych kochanków 

w całej okolicy, tęskniąc za męskim ciałem! - wykrzyknęła Antonia. - Zapukałabym po prostu 

do jego drzwi. Albo weszłabym bez pukania.

- Nie jestem taka jak ty, Toniu - Raija szukała właściwych słów. - Nie znam siebie do 

końca. Mieszkamy pod jego dachem. Wszystko mu zawdzięczam. Od ubrań począwszy, na 

jedzeniu skończywszy. I wiem, dlaczego on to wszystko dla mnie robi. Sama nie mam zupełnie 

nic. Jewgienij jest moim przyjacielem, ale to wszystko. Jestem zupełnie sama w świecie, który 

niby to znam, ale jednocześnie wydaje mi się taki obcy. Potrzebuję kogoś, na kim można się 

oprzeć. Wszystkie kobiety o tym marzą - o rodzinie. Mój Boże, jak to głupio brzmi! Ale za tym 

właśnie tęsknię. Za kimś, kogo będę mogła trzymać w ramionach. A nie mam nikogo...

- Nie widzisz, że przez jego pokój prowadzi droga do tego, o czym marzysz? - zapytała 

Antonia cicho.

- Nie wiem. On ma rację, mówiąc, że nie znam prawie nikogo. Widuję tylko jego.

background image

- Widujesz jeszcze Olega - zauważyła Tonią cierpko. - I nie podnieca cię jego widok. 

Zdaje się, że nie marzysz o jego pieszczotach...

Raija się uśmiechnęła. Antonia potrafiła być szczera aż do bólu.

- Jedynym mężczyzną, którego dostrzegasz, jest Jewgienij. I nie mów mi, proszę, że nie 

masz na niego ochoty! Bo to byłoby wielkie kłamstwo, moja mila!

Tonią postanowiła zostać na noc. Posunęła się jeszcze dalej: kokieteryjnie zaczesała swe 

ciemne loki do góry, tak iż sterczały niczym czarna chmura nad jej zabawną twarzyczką. Nie 

była piękna, ale słodsza niż cukierek w tej fryzurze.

Wieczorem Jewgienij wrócił z Archangielska. Załatwiał jakieś interesy na lądzie, nie 

chciał natomiast wejść na pokład.

Znać było po nim zmęczenie. Od czasu do czasu dokuczała mu blizna po ramieniu. 

Mówił, że czuje wtedy rękę, której już dawno nie ma.

Ożywił  się  jednak w towarzystwie  Antonii.  Na  jego twarzy  pojawił  się  tak  rzadko 

widywany przez Raiję uśmiech. Zdarzyło mu się nawet roześmiać raz i drugi. Od dawna już się 

nie śmiał.

Raiję zabolało to, że ktoś inny potrafił wywołać ten śmiech.

- Zanosi się na ślub? - zapytał Jewgienij, patrząc na Tonie.

Wzruszyła ramionami.

- Nic mi o tym nie wiadomo. Ale może ty masz jakieś plany?

- Miałem na myśli ciebie, Toniu. Oleg jest taki ostrożny. Ale zdołałby już utrzymać 

żonę.

- Wiesz, jaki on jest, Jewgienij. W głębi duszy wciąż marzy o jakiejś cnotliwej panience. 

A mnie nie poprosi o nic, dopóki nie będzie pewien, że nic lepszego mu się nie trafi.

- A ty?

- Ja nie mam żadnych dziecinnych marzeń. Biorę to, co dają. Pewnie w końcu wezmę 

Olega. Jeśli mnie kiedyś o to poprosi. Nie mam jednak zamiaru robić pierwszego kroku.

Raija   miała   złe   przeczucia.   I   wcale   się   nie   uspokoiła,   gdy   Antonia   postanowiła 

przenocować na ławie w kuchni.

W   jej   pokoju   było   przecież   dość   miejsca.   Antonia   nigdy   przedtem   nie   miała   nic 

przeciwko nocnym pogaduszkom.

A Jewgienij nic nie rozumiał.

background image

16

Antonia wiedziała, że to, co zamierza przedsięwziąć, jest poniżej jej godności. Oleg 

wściekłby się na nią okropnie. Może nawet byłby gotów dać sobie z nią spokój na zawsze. I 

rzeczywiście   rozejrzeć   się   za   porządną   dziewczyną.   Taką,   która   nie   wie,   jak   wygląda 

mężczyzna bez spodni.

Ale Oleg najprawdopodobniej się o tym nie dowie.

Antonia   nasłuchiwała,   czekając,   aż   Raija   i   Jewgienij   pójdą   do   siebie.   Słyszała   ich 

powolne kroki. Stali razem bardzo długo i rozmawiali o błahostkach.

Czy byli świadomi, że próbują w ten sposób odwlec chwilę rozstania? Na pewno nie. 

Ten obyczaj stał się już czymś w rodzaju rytuału, którego nie chcieli przerywać.

Antonia zastanawiała się nad granicami ludzkiej ślepoty.

Czy z nią i z Olegiem było w gruncie rzeczy tak samo? Sądziła, że kto jak kto, ale ona z 

pewnością wie coś na temat miłości. Może się jednak myliła.

W domu zapadła cisza. Nie powinno być aż tak cicho. Raija nie powinna zasnąć.

Antonia podniosła się z ławy. Lepiej się na niej leżało w objęciach Olega.

Może i był kawałkiem drewna, ale jej własnym kawałkiem drewna!

W jednej z szafek znalazła likier Jewgienija. Ostatnimi czasy pił niewiele. Tonią dodała 

sobie odwagi za pomocą kilku łyków. Może raczej nie tyle odwagi, co fantazji.

Wiedziała dobrze, które deski podłogowe skrzypią, i celowo na nie następowała.

Otworzyła drzwi bez pukania.

Jewgienij nie zgasił lampy. Rzadko zdarzało mu się zasnąć od razu. Co wieczór leżąc w 

łóżku wsłuchiwał się w dźwięki dochodzące z pokoju Raiji. Dzieliła ich tylko cienka ściana. 

Nie do pokonania. W drzwiach pojawiła się nagle drobna postać. Bardzo pragnął, by była to 

Raija, ale wiedział, że to Antonia. Dzisiejszego wieczoru zachowywała się nader dwuznacznie.

Jewgienij spodziewał się jej. Był ciekaw, czy zdoła uczynić go znowu mężczyzną.

Jeśli po to przychodzi.

Antonia oparła się o drzwi. Pozwoliła, by się za nią zatrzasnęły.

- Nie śpisz jeszcze? Nikt w tym domu nie śpi. Boisz się zacząć żyć, Jewgienij?

Jewgienij usiadł na łóżku. Popatrzył na nią. Miała na sobie jeden z nocnych strojów 

Raiji, który sięgał jej ledwo do kolan. Jej ciało prześwitywało przez cienką tkaninę.

Czy można spędzić noc z dziewczyną, która zawsze była najlepszym kumplem?

- Czego chcesz, Antonia?

Uśmiechając się pod nosem, podeszła do łóżka i usadowiła się na nim.

background image

- Przywrócić cię do życia - odpowiedziała mu z powagą. - Za bardzo cię lubię, żeby 

patrzeć, jak się starzejesz.

- Myślałem, że już się z tego wyleczyłaś... Antonia uklękła przed nim. Dwa guziki pod 

szyją miała rozpięte. Ramiona nagie i miękkie.

- I wyleczyłam się. Ale nawet kobiety czują czasem pożądanie. Oleg postanowił żyć jak 

mnich. A ja nie mam ochoty sprowadzać sobie chłopa z gospody... - Antonia przez chwilę 

milczała wymownie. - Raija też jest kobietą - ciągnęła. - I na pewno nie należy do kobiet 

oziębłych.

Jewgienij poczerwieniał.

- Do diabła, Toniu! Nie wolno ci mówić o niej w ten sposób.

- Powinieneś zabrać ją na jarmark. - Tonią była bezlitosna. - Tam mogłaby spotkać 

mężczyzn, którzy odważyliby się na coś więcej niż myślenie o niej. Dobrze by jej to zrobiło.

- Ona nie jest taka!

- A pytałeś ją? - Spojrzała na niego wyzywająco. Usiadła mu na kolanach z rozłożonymi 

nogami. Dzieliła ich tylko kołdra. Tonią obnażyła się aż do bioder. - Pytałeś, czy przypadkiem 

nie ma ochoty przespać się z mężczyzną? Pytałeś, czy przypadkiem sama nie pieści swego ciała 

wieczorami?

Jewgienij   odepchnął   dziewczynę.   Usiadł   gwałtownie   i   zacisnął   powieki.   Jego   ciało 

drżało. Antonia leżała na łóżku, kiedy drzwi się otworzyły.

- Niech cię diabli porwą, Toniu! Ustaliłyśmy przecież, że Jewgienij nie jest zabawką! 

Nie dla ciebie. Dla nikogo!

Raija stała w drzwiach z płonącymi oczami i zaciśniętymi pięściami.

- Wyjdziesz stąd szybko, nawet gdybym miała cię wyrzucić!

Antonia się roześmiała. Lekko zeskoczyła na podłogę.

-   Wyjdę   sama,   Raiju.   -   Zatrzymała   się   w   drzwiach   i   mrugnęła   do   przyjaciółki.   - 

Mówiłam ci przecież, że nie tak trudno przekroczyć ten próg.

- Zostań! - poprosił Jewgienij, który nie patrzył na starcie obu kobiet. Teraz podniósł 

głowę i napotkał spojrzenie Raiji. - Mamy sobie sporo do powiedzenia. Nie możesz odejść, 

póki sobie wszystkiego nie wyjaśnimy.

Raija zbliżyła się do niego powoli i usiadła obok. Z zakłopotaniem usiłowała obciągnąć 

przykrótką koszulę.

Jego spojrzenie spoczęło na jej okrągłych kolanach.

- Uknułyście to razem? - zapytał ciężko.

-   Uknułyśmy?   -   Raija   ze   złości   zapomniała   natychmiast   o   swych   kolanach.   - 

background image

Uknułyśmy? Dlaczego tak myślisz? Wcale mi nie żal ciebie tak bardzo, żebym musiała prosić 

Tonie, by poszła z tobą do łóżka.

- Żal ci mnie, Raiju?

- Nie, Jewgienij. Bardziej żal mi siebie.

- Czy rozmawiałaś z Tonią? O mnie? Raija odwróciła się od niego. Podniosła nogi z 

zimnej podłogi i objęła kolana rękami.

- Oczywiście, że rozmawiamy również o tobie.

- Nie lubię być niczyją zabawką - powiedział dziwnie spokojnie. - Co do tego masz 

rację. Ani Toni. Ani twoją. Tonią sugerowała, że..

Raija spojrzała na swe stopy. Łóżko zakołysało się, gdy Jewgienij się poruszył. Czuła 

jego bliskość.

- Wiem, co Tonią sugerowała. Nie jestem głucha. A ona nie zwykła mówić szeptem. 

Wszystko słychać przez tę ścianę. Nie zauważyłeś? Gdy panuje całkowita cisza, słyszę nawet 

twój oddech.

Jewgienij położył rękę na ramieniu Raiji. Pomimo chłodu, który panował w pokoju, 

ramię było ciepłe. Napawał się miękkością jej skóry. Wiedział, że ściska ją mocno, ale nie był 

w stanie cofnąć dłoni.

Przysunął się nieco bliżej. Tak blisko, że prawie dotykał swym ciałem jej pleców i 

włosów.

- Co jeszcze robisz przed zaśnięciem? - szepnął. - Opowiadasz Toni o czymś, co mnie 

dotyczy?

- Nie jestem święta - Raija odchyliła głowę do tyłu. Dotknęła głową jego piersi, przez 

chwilę ich spojrzenia się spotkały. Nie potrafiła jednak patrzeć mu w oczy. Pospiesznie się 

wyprostowała. Uścisk Jewgienija stał się trochę mocniejszy, czuła jego oddech na swoim uchu.

- A zatem ona ma rację? O kim wtedy myślisz? Czy nie ma znaczenia, kto się pojawia w 

twoich marzeniach?

- Nie robiłam tego świadomie. To znaczy nie wyobrażałam sobie ciebie jako kochanka 

świadomie. To było ciało bez twarzy...

Jewgienij puścił jej ramię. Dotknięty do żywego, odsunął się.

- Dzięki!

- To Tonią zmusiła mnie do przyjrzenia się tym fantazjom - ciągnęła Raija. - Nie 

wierzyła w to, co jej mówiłam. Zmuszała mnie do czegoś więcej. Wtedy zobaczyłam to, co ona 

już przedtem wiedziała, właśnie dlatego, że jest Tonią. Ciało, które miało twarz. W moich 

marzeniach nigdy nie było rąk. Tylko jedna.

background image

Jewgienij nie miał odwagi dotknąć Raiji. Słyszał, co mówiła, ale może to wcale nic nie 

znaczy. Mówiła przecież tylko o fantazjach.

- Nie wiesz, co za sobą zostawiłaś - powiedział. Raija odwróciła się ku niemu. Tak jak 

przedtem Antonia.

Jewgienij widział, że nie mógłby objąć Antonii. Nie teraz. I to nie ze względu na Olega, 

ale ze względu na Raiję.

- Nie przeszkadza mi to - powiedziała. - Antonia powtarzała mi to tyle razy, że sama w 

to prawie uwierzyłam. Ze może w tym wszystkim jest jakiś głębszy sens. Może tak właśnie 

miało być. Że muszę żyć. Człowiek, który stracił swą przeszłość, żyje tak, jakby nie miał cienia. 

Ale czy cień jest nam do czegoś potrzebny? Byłoby znacznie gorzej, gdyby odebrano mi przy-

szłość. Teraźniejszość....

- Nie raz i nie dwa burzyłem tę ścianę pomiędzy nami - szepnął Jewgienij namiętnie. - 

W myślach byłem przy tobie tysiąc razy.

- Ale mój próg był za wysoki? Jewgienij skinął głową.

- Boję się  powiedzieć,  że cię  kocham. - Raija bardzo pobladła. - To mogłaby być 

pomyłka. Ale nikogo nie lubię tak bardzo jak ciebie, Jewgienij.

Nie miał odwagi uwierzyć w jej słowa. A jednak usprawiedliwiały one kłamstwo, na 

którym oparł swe życie.

Wyciągnął drżącą rękę i dotknął jej jedwabistych włosów. Nie pamiętał, że były tak 

miękkie. Ich jedwabistość przewyższała nawet jego marzenia.

- Nie będę nic mówić - szepnął. - I tak wszystko wiesz. Nie powtórzę tego, dopóki nie 

zechcesz tego usłyszeć. Ale pragnę cię obejmować, przytulać, całować...

- Ja też tego pragnę.

Przed oczami Jewgienija przez chwilę przemknęła twarz brata. Ciemne, zazdrosne oczy 

Aleksieja...

Ale to należało już do przeszłości. Aleksiej nie żyje. Jewgienij nigdy nie odważył się 

wymówić jego imienia w obecności Raiji.

Przeszłość zamieniła się dla niej w gęstą mgłę. Jewgienij postanowił w ten sam sposób 

traktować własną przeszłość.

Nigdy w życiu nie czuł się bardziej bezbronny niż teraz. Nigdy tak bardzo nie drżał z 

lęku przed porażką...

Sporo czasu minęło od ostatniego razu. Wiele dni upłynęło od nocy, podczas której 

Antonia wszelkimi sposobami próbowała rozbudzić w nim pożądanie.

Marzenia   uczyniły   go   znów   mężczyzną.   Ale   Raija   była   teraz   czymś   więcej   niż 

background image

marzenie. Siedziała tu we własnej osobie. Żywa i tak kusząca. Jewgienij chwycił ją za ramię i 

pociągnął ku sobie. Jego otwarta dłoń prześlizgnęła się po jej szyi, po miękkiej skórze.

Usta Raiji zadrżały i rozchyliły się, jej twarz uniosła się ku górze. Jewgienij przełknął 

ślinę i poczuł, że musi dotknąć tych ust swymi wargami.

Raija przysunęła się do niego, objęła kolanami jego udo. Wszystkie jego mięśnie się 

napięły  pod   naciskiem   jej   nóg.   Dopiero   po  chwili   odważył   się   rozluźnić   całe  ciało   i   być 

naprawdę blisko niej.

Jej spragnione usta szukały jego warg. Dwa miękkie ramiona opasały jego szyję...

Wślizgnęła się na jego kolana. Usiadła całym swym ciężarem i objęła go nieco mocniej, 

gdy pocałunek stał się bardziej namiętny. Jewgienij objął ją ramieniem w talii.

Jego usta żyły swym własnym życiem w czasie spotkania z jej gorącymi wargami.

Napór jej miękkiego ciała sprawił, że zaczęło szumieć mu w uszach. Przekonał się, że 

Raija potrafi zrobić z nim wszystko to, czego nie zdołała zrobić Antonia ani żadna inna kobieta.

Ona też o tym wiedziała.

Nie sposób było tego nie zauważyć.

Okazało się jednak, że to nie miała być taka delikatna zabawa jak w jego snach.

W  marzeniach   i   fantazjach  tęsknota  nie  była  tak  bardzo  bolesna.  Nie   przypuszczał 

nawet, że pożądanie może osiągnąć aż tak wielkie natężenie. Nie przypuszczał też, że ona może 

być podobna płomieniom, które go trawiły od dawna.

Jewgienij przewrócił Raiję na łóżko, nie odrywając warg od jej ust. Pocałunek miał 

trwać wiecznie.

Dłoń wędrująca w górę po jej udzie nie natrafiła na żadne przeszkody.

Jewgienij   podniósł   oczy   i   napotkał   jej   roześmiane   spojrzenie.   Jego   usta   niechętnie 

oderwały się od jej warg.

- Antonia tego nie powiedziała... Raija pozwoliła mu sięgać tam, gdzie chciał. Pozwo-

liła, by dotykał jej tak, jak chciał. Sama tego pragnęła...

Jego usta parzyły niemal jej szyję. Jewgienij wiedział, że sztuka panowania nad sobą ma 

swoje granice...

- Nie mogę czekać już dłużej - mruknął, kryjąc twarz w jej szyi. Oczy mu pociemniały, 

gdy uniósł swą twarz ku niej. - Nie mogę już czekać...

Raija ucałowała jego skroń, wsunęła dłoń pomiędzy ich ciała i pomogła mu znaleźć to, 

czego szukał.

- Żadne z nas już nie musi czekać, Jewgienij - szepnęła. - J u ż nie...

Wszystko potoczyło się szybko i gwałtownie i skończyło się, nim się naprawdę zaczęło. 

background image

Oboje byli jednak wyczerpani, rozgorączkowani, spoceni i... nasyceni.

Pozwolili,  by ich ciała rozdzieliły się - na razie. Natychmiast jednak spletli dłonie, 

dotknęli się udami. Nawet ich czoła nieomalże dotykały się nawzajem.

- Nie nadzwyczajny ze mnie kochanek - mruknął Jewgienij z pewnym zawstydzeniem.

-   Niedawno   wydawało   ci   się,   że   w   ogóle   nie   jesteś   w   stanie   się   kochać.   -   Raija 

uśmiechnęła się do niego ciepło. - Nie mogłeś nie zauważyć, że mnie było równie dobrze jak 

tobie.

- Niektóre potrafią udawać...

- Nie ja. Jewgienij uwierzył jej. Dreszczu rozkoszy, który przeszył Raiję, nie dało się z 

pewnością udawać.

- Nasze ciała lubią się nawzajem.

-  I ja  też cię   lubię,  Jewgienij.   Ale  to słowo,  które  chciałbyś  usłyszeć,   wciąż  mnie 

przerasta. Coś mnie od niego odgradza. Nie mogłabym go wypowiedzieć. Jeszcze nie.

- Czy to znaczy, że ze mną zostaniesz?

- A czy mam dokąd pójść? Jewgienij pieszczotliwie dotknął jej czoła u nasady włosów. 

Musnął palcem jej czarne brwi.

- To nie może być decydujący powód. Musisz chcieć tu zostać albo nic z tego nie 

będzie.

- Czy potrafisz czekać na słowa, które być może nigdy nie padną? - zapytała i spojrzała 

mu prosto w oczy.

Jewgienij mógł jej powiedzieć, że potrafi wiele więcej niż to, że potrafi zbudować swe 

życie na kłamstwie.

- Potrafię. Ale nie możesz wrócić już do swego pokoiku. Muszę cię obejmować każdej 

nocy. Będę cię uszczęśliwiał tak często, jak tylko zdołam.

Zrodziło się między nimi coś w rodzaju wspólnoty. Tak bardzo potrzebnej, by wypełnić 

pustkę, którą Raija w sobie nosiła.

Wielbił ją całym sobą. Nigdy nie miała zwątpić w jego szczerość.

Obudził w niej tę dziwną melodię. Gdzieś bardzo głęboko zrodziła się w niej muzyka.

Antonia powiedziałaby, że na tym polega życie teraźniejszością. Trzeba zaufać chwili i 

temu, co przyniesie jutro i następny dzień...

Raija nie miała zresztą wyboru. Nie miała na czym budować swego życia. Jewgienij nie 

chciał na to patrzeć z tej strony, ale Raija wolała mieć oczy szeroko otwarte.

Ciągnęło ich ku sobie.

- Tej nocy nie zmrużę oka - powiedział cicho. Usłyszała wyraźnie, że w jego głosie 

background image

pobrzmiewa śmiech. Tym razem to ona zbudziła w nim ten śmiech, nie Antonia i nie żadna 

inna.

- Poczucie szczęścia rozsadza mi niemal pierś. Obawiam się, że serce mi pęknie, nim 

nadejdzie dzień.

- Noc jeszcze na dobre nie zapadła, Jewgienij. Myślę, że szczęście cię nie rozsadzi. 

Szczęście to łagodne, miłe uczucie. Jakby człowiek chodził boso po trawie albo siedział na 

gałęzi, machając nogami...

Jewgienij pocałował ją. Ucałował jej usta, czubek nosa, policzki. Rozpiąwszy koszulę 

Raiji, całował jej piersi tak długo, aż nabrzmiały pożądaniem.

- Zdejmij koszulę - poprosił. - Niech tym razem nic nas nie dzieli. Tym razem zrobimy 

to pięknie i powoli, tak jak w moich marzeniach. Tak jak w twoich snach.

Raija usiadła i ściągnęła koszulę przez głowę. On zdjął spodnie.

- Zrobimy wszystko, o czym nawet nie marzyliśmy - powiedział. - Wszystko, od czego 

nawet myśli się rumieniły.

Jego usta pomknęły w dół po jej brzuchu, zastąpiły dłoń, która nie mogła już nikogo 

pieścić.

I Raija oddała mu się. Całkowicie.

Stal się jej teraźniejszością.

A może nawet przyszłością.

Na niebie lśniła zorza polarna.

background image

EPILOG

Ravna wiedziała, że żałoba po dziecku nigdy nie przemija. Przybiera inne formy, staje 

się mniej bolesna z latami, ale nigdy się nie kończy. Niektórzy znajdują jakąś ulgę, gdy mają 

grób, który mogą odwiedzać. Miejsce, w którym przystoi żałoba. Miejsce wspomnień.

Miała kiedyś dwoje dzieci.

Laila na zawsze pozostała dzieckiem.

Ból po jej stracie nigdy nie opuścił Ravny. Fakt, iż dziewczynka została w obcej ziemi, 

na której noga Ravny nigdy nie postanie, nie łagodził tego bólu.

Mikkal odszedł tak dawno, ale matka nigdy nie wątpiła, że wróci.

Wiedziała, że tylko tu, na wysuniętym daleko na północ płaskowyżu, czuł się jak w 

domu.

Ale zamiast niego zjawił się Reijo.

Kwen, który nie był już chłopcem, który stał się mężczyzną. Mąż Raiji, który pogodził 

się z tym, co ją łączyło z Mikkalem.

Reijo przybył tu razem z jej wnuczętami, Ailo i Mają, pozostałymi dziećmi Raiji, jej 

bratem oraz Finem, który patrzył na świat przez różowe okulary.

Raija musiała uciekać.

Mikkal zginął.

- Nikt nie przypuszczał, że to się tak skończy. - Ravna znalazła pewną pociechę we 

wspominaniu. - Od dziecka zachęcałam go, by się do niej zbliżył. Robiłam wszystko, żeby im 

ułatwić spotkania. Raija była mi jak córka. Nie urodziłam jej, ale stała się moją córką. Ko-

chałam ją tak samo jak Lailę. W pewnym sensie była dla mnie druga Lailą. Moim dzieckiem. I 

wydawało mi się, że nie stracę jej tylko wówczas, gdy kiedyś się pobiorą. Mój Mikkal z moją 

Raiją...

Straciła ich oboje.

Raija nigdy nie zadomowiła się w Lyngen. Nigdy nie stała się dobrą żoną dla nikogo 

innego.

Mikkal   nigdy   nie   był   do   końca   zrównoważony   bez   Raiji.   Doprowadził   Siggę   do 

szaleństwa, a od Ingi wziął znacznie więcej, niż mogła mu ofiarować. Sam zaś nigdy nic nie 

dawał. Do chwili, w której zaczął dzielić codzienność z Raiją i w której Ravna straciła z oczu 

syna i wnuka.

Mikkal zostawił wszystko.

To były trudne lata dla Ravny. Niełatwo jej było zwracać się o pomoc do innych, 

background image

choćby to była rodzina.

Przecież syn powinien się nią opiekować.

- Nie cierpiał? Wiele razy o to pytała. Za każdym razem słyszała to samo.

Reijo był cierpliwy. Chciałaby mieć takiego syna.

- Był szczęśliwy w chwili śmierci. Umarł w ramionach Raiji. Umarł dla niej. Tak samo 

jak żył. Tylko dla niej. Uratował jej życie. Myślę, że to go uszczęśliwiło. Nie sądzę, by zdawał 

sobie sprawę z tego, co się z nim dzieje.

Tak uważał Reijo, ale przecież nie mógł wiedzieć.

- Powinien mieć grób... Reijo miał wyrzuty sumienia. Ravna nie potrafiła jednak go 

pocieszyć w żaden sposób. Morze było jej zupełnie obce. Niewykluczone, że nic nie mógł na to 

poradzić. Ale Ravna miała obarczać go winą za tę stratę przez cale swoje życie. Podobnie 

zresztą jak i on sam.

- Raija nigdy mi nie przebaczy. Chciała, żeby spoczął w ziemi, którą tak kochał. Ale 

prądy podwodne są tam takie wartkie. Staruszek, który nas uratował, mówił, że nie wiadomo 

gdzie szukać tego, co tam utonęło. Ciało nigdy nie wypłynęło na ląd. A i na morzu nikt niczego 

nie znalazł.

Ravna zawsze powtarzała to samo:

- Powinien mieć swój grób.

Nadchodziła pora wiosennej wędrówki. Mieli w niej uczestniczyć Reijo, Matti i Santeri.

Tyle przynajmniej Reijo był winien Ravnie.

Nie odrzuciła jego propozycji.

Cieszyła się z obecności wnuków. Ailo i Maja byli dziećmi Mikkala. Mikkal nie żył 

więc na próżno, choć tak krótko.

Ravna spodziewała się nieco łagodniejszej jesieni życia. I innego lata. Zawsze miała 

nadzieję, że los połączy Raiję i Mikkala. Że ujrzy na własne oczy, jak marzenia, które snuła 

dawno  temu,   gdy   podróżowali   na   północ   z   ośmioletnią   córką   Erkkiego   Alatalo,   staną   się 

rzeczywistością.

Ich spokojne życie zmieniło się wraz z przybyciem Raiji. Wszystko nabrało tempa.

Raija wywoływała burze. Wcale tego nie chciała, ale było w niej coś, co przyciągało 

katastrofy.

Są tacy ludzie i już.

Na   szczęście   nie   jest   ich   za   wielu.   Nikt   nie   zapomina   spotkania   z   nimi.   Zawsze 

wpływają na los wszystkich, z którymi się stykają. Na dobre i na złe.

Sami przeważnie nie są źli.

background image

Ale sieją wokół siebie zniszczenie.

Ravna nie obarczała Raiji winą za wszystkie nieszczęścia.

Wcale nie.

Jednak uczucie, które zrodziło się między tą dziewczyną a Mikkalem, było stanowczo 

zbyt wielkie.

Ludzie nie potrafią sprostać takim uczuciom. Ravna wyobrażała sobie, że tak będzie w 

niebie. Dla zwykłych śmiertelników było to jednak za wiele. Nic dziwnego, że anioły zaczęły 

im zazdrościć i wszystko przerwały.

Przeganiali stado. Dzieci Raiji biegały boso po zazielenionym płaskowyżu, po którym 

tańczyła Raija. Syn Mikkala nosił pasterską laskę w miejscu, w którym jego ojciec wystrugał 

ptaszka, pasąc renifery.

Lato rozkwitło, potem przybladło, aż wreszcie jesień pozbawiła je barwnych szatek.

Reijo był coraz bardziej niespokojny.

- Zdaje się, że odjedziesz stąd przed nami - powiedziała Ravna pewnego wieczoru, gdy 

siedzieli przy ognisku między jurtami. - Nie powinieneś mieć wyrzutów sumienia. Pomogłeś 

już więcej, niż trzeba. Ty także w pewien sposób stałeś się moim synem.

Popatrzyła na niego uważniej:

- Ailo mówił mi, że obiecałeś być jego tatą.

- Bałem się, że o tym pamięta.

- Nie przejmuj się - uśmiechnęła się Ravna. - Nie pozwolę, by źle o tobie myślał. Jest 

tylu różnych ojców...

- Każdy inny.

- Właśnie. Przez pewien czas zamierzałam ci go oddać. Wysłać go razem z tobą. Ale nie 

mogę. Jest jeszcze mały, ale mam przecież tylko jego i Maję. A ona nie chce zostać. Mój wnuk 

nie może stać się Norwegiem czy Finem. Ma być Lapończykiem. Żyć tak jak my, przejąć to, co 

miał jego ojciec i dziad... Musi zaopiekować się babką. O tym też muszę myśleć. Nie mam 

przecież nikogo innego.

Reijo wiedział, że tak musi być.

- Mógłbym zostać - przyznał. - Nie wiem, jak z Santerim czy Mattim, ale ja mógłbym 

zostać. Podoba mi się to życie. Ale muszę wracać. Nadchodzi czas, gdy przypływają Rosjanie. 

Musimy wracać do domu. Raija zastanie pusty dom, gdy wróci.

- Raija jest całym twym życiem, prawda? Reijo pokiwał głową z zakłopotaniem.

- Owszem. Ale to nie znaczy, że moje życie było stracone. Nigdy nie poświęciłem dla 

niej więcej niż ona dla mnie.

background image

- Czy ona wie, jakie ma szczęście, że zostałeś jej mężem?

-   Oboje   mamy   szczęście   -   stwierdził   Reijo.   -   Święty   nie   jestem.   Zawsze   byliśmy 

przyjaciółmi. I nigdy nie zawiedliśmy swego zaufania.

-   Zasługujesz   na   szczęście,   Reijo   -   powiedziała   Ravna   poważnie.   -   Ty   i   Raija 

zasługujecie na szczęście.

- Kto wie? - uśmiechnął się. - Może ono nas kiedyś spotka?

Ravna   nie   odpowiedziała.   Patrzyła   gdzieś   w   dal   ponad   jego   głową.   Tam   gdzie 

majaczyły góry, pojawiły się pierwsze zwiastuny zorzy polarnej.

Nadciągała chłodna noc.