background image

BENTE PEDERSEN 

MĘŻCZYZNA W MASCE 

background image

Była niespokojna. Bała się. Bała się po raz pierwszy od czasu, gdy dała się wplątać w 

sieć półprawd i kłamstw. 

Maja  nie  spodziewała  się,  że  ktoś  z  rodziny  będzie  szukał  u  niej  schronienia.  Z 

opowieści  Reijo  wysnuła  wniosek,  że  z  nich  wszystkich  najlepiej  się  ułożyło  Knutowi.  Był 

tym, który zdobył złoto, dobrobyt i szczęście. 

A teraz znalazł się u niej. Z żoną i dzieckiem. Niemal jak włóczęga. 

No, może nie tak całkiem biedny, miał pieniądze. Ale nie miał ziemi, w której mógłby 

zapuścić korzenie. 

Maja ulitowała się nad nim. Otworzyła szeroko drzwi posiadłości na wyspie Hailuoto, 

zadbała, by przybysze poczuli się jak w domu. Jej także było miło przebywać z rodziną. To 

prawda, że Knut zawsze pozostawał w najlepszej komitywie z Idą, ale był także bratem Mai. 

Podobał jej się mężczyzna, na którego wyrósł. Trudniej jej przyszło zaprzyjaźnić się z Anjo, 

jak zawsze zresztą z kobietami. Nie była to wina Anjo, tej miłej w obejściu, serdecznej Anjo. 

Maja to wiedziała. 

Nie nalegała, żeby zostali na długo. Ale nie mogła ich tak po prostu wyrzucić na ląd i 

zabronić odwiedzin. Knut mówił o znalezieniu czegoś własnego, ale nie spieszył się zbytnio. 

Zwlekał tak długo, że Maja zaczęła się niepokoić. 

Ona, pani na Hailuoto, bała się. 

Tak nazywali ją ludzie. 

Pani na Hailuoto. 

Wiedziała lepiej niż ktokolwiek, że nie było to tylko pochlebstwo. Te słowa zawierały 

nutę szyderstwa. Ludzie śmiali się z Williama Runefelta, że ożenił się z Panną Nikt Znikąd. 

Była więcej niż pewna, że dodawali przy tym, że nawet nie jest ładna. 

I mieli rację. 

Po  prostu  tak  się  ułożyło,  że  William  Runefelt,  najlepsza  partia  na  wschód  od  rzeki 

Torne, pokochał właśnie ją. 

Obdarzył  ją  dostatkiem  i  poczuciem  bezpieczeństwa,  którego  nikt  inny  by  jej  nie 

zapewnił. No i ochraniał jej brata. 

Jej własne uczucia schodziły wobec tego na drugi plan. 

Nadal  przebywał  w  Niemczech.  Zbyt  gorąco  marzył  o  wolnej  Finlandii.  W  kraju 

wciśniętym pomiędzy żądnych potęgi obcych władców okazało się to niebezpieczne. Łatwo 

background image

można było dowieść, że William stoi po niewłaściwej stronie. Gdy ujawniono spisek, pomógł 

mu fakt, że jest synem Marcusa Runefelta. Ojciec uratował skórę zarówno jemu, jak i Ailo. 

Z  upływem  lat  wybaczono  mu  tylko  częściowo.  Rozważano  pozwolenie  na  jego 

powrót pod warunkiem, że będzie się trzymał w cieniu. 

William pisał, że o niczym innym nie marzy. Przygotowany był na poniesienie ofiar 

po to, żeby móc ujrzeć ją i syna. Syna, którego jeszcze nigdy nie widział. 

Maja nie była przekonana, czy William dotrzyma zobowiązania, że zapomni o swoich 

przekonaniach. 

Nie była pewna, czy ona sama jest gotowa na jego powrót do domu. Na Ailo czekała z 

utęsknieniem. 

A mąż... równie dobrze mógłby pozostać tam, gdzie jest. 

Jej  dusza  stwardniała  z  upływem  czasu.  Miała  teraz  dwadzieścia  cztery  lata.  Była 

pełna  gorzkich  doświadczeń,  ale  czuła,  że  przeciwności  losu  ją  umocniły.  Sądziła,  że  jest 

wystarczająco silna, aby żyć w kłamstwie. 

Ale nie wzięła pod uwagę, że będzie gościła brata pod swym dachem. Innego brata. 

Powoli godziła się z myślą, że przetnie ostatnie więzy łączące ją z Ruiją bez względu na to, 

ile bólu jej to sprawi. Równie dużo bólu wynikało z ich podtrzymywania... 

Aż nadjechał Knut. 

I sprawił, że zaczęła się bać. 

Knut  zauważył  to  i  podzielił  się  swoim  spostrzeżeniem  z  Anjo.  Jej  też  takie  myśli 

przychodziły do głowy. 

Oddalali się od domu, kierując w stronę zatoki. Był późny wieczór. Maja pisała list do 

męża. Wydawało się, że robi to cały czas. Nie byli pewni, czy wszystkie wysyłała. Ale pisała 

je. Co wieczór do późna w noc. 

- Była taka, gdy przyjechaliśmy? - spytał Knut. - Może to nasza wina? 

Anjo  cofnęła  się  myślami  wstecz,  ale  nie  mogła  znaleźć  odpowiedzi.  Nie  wiedziała. 

Po  prostu  nie  sądziła,  że  kiedykolwiek  zdoła  zrozumieć  Maję.  Starsza  siostra  Knuta  jest  i 

pozostanie dla niej zagadką. 

Gdy przybyli, pierwszym pytaniem było: „Jak się ma Reijo?”. Poza tym nie okazała 

szczególnego zainteresowania losami rodziny. Na tej wyspie stworzyła sobie własny świat i 

wydawało się, że jest jej tu dobrze. 

Anjo  z  lekka  to  przerażało.  Ale  właściwie  rozumiała,  dlaczego  Maja  tak  uczyniła. 

Była przecież tu obca. 

Ona, Anjo, chyba inaczej by tu żyła. 

background image

Ale tajemnicza Maja była interesująca. Na pewno trzymała wiele w ukryciu. Mimo że 

nie okazywała specjalnej serdeczności, roztaczała pewien czar. 

- Maja ma wszystko - stwierdził Knut w zamyśleniu. Usiadł na trawie porastającej pas 

ziemi  nad  plażą.  Wiatr  rozwiewał  mu  włosy.  Zachęcająco  poklepał  miejsce  koło  siebie.  - 

Dlaczego więc jest mi jej żal? 

- Dlatego, że jesteś na tyle wrażliwy, żeby wyczuć w tym fałsz - odpowiedziała Anjo 

cicho. Ujęła męża pod ramię i oparła o nie policzek. Zamyślona, zapatrzyła się przed siebie. - 

Maja stara się udowodnić, że się jej powiodło. Chce, żebyśmy zauważyli to, i nic poza tym. 

Ale  w  głębi  duszy  jest  samotna  i  nieszczęśliwa.  Ma  małe  dziecko,  a  otoczona  jest  przez 

służbę, która dla niej pracuje. Za pieniądze. Mąż nie zdołał wciągnąć ją w swój świat, zanim 

odjechał. A ludzie jego stanu nie zwykli spełniać tego rodzaju dobrych uczynków, kochany 

Knucie. Nie zlitują się nad przebiegłą pannicą, która oplotła jednego z nich swoją siecią. 

- Maja zawsze była samotna - zauważył Knut zamyślony. - Tylko Rei jo, jako jedyny, 

znał ją naprawdę. I może Heino... Tak, no i Ailo. Ich łączyło coś specjalnego... 

- A ty? - spytała Anjo. - Nigdy ci nie ufała? 

-  Dawniej  tak  -  odparł.  -  Ale  gdy  Ida  dorosła,  okazało  się,  że  to  nasze  charaktery 

bardziej do siebie pasują. Ona była pogodna. Łatwiej było z nią dzielić się tajemnicami. W 

Mai czaił się mrok. A to działa odstraszająco, gdy jest się tylko chłopcem. No i Maja uznała 

Ailo za swego najlepszego na świecie brata. Widywali się tak rzadko, że częściej rozmawiała 

z nim w myślach niż twarzą w twarz. Może najwygodniej było obcować z nim w marzeniach. 

O wiele trudniej przychodziło jej przestawać z tym, który mógł mieć potrzebę podzielenia się 

z nią myślami na co dzień... 

-  To  gorzkie  słowa  -  rzuciła  Anjo,  roztrzepując  Knutowi  włosy.  Już  były  trochę  za 

długie,  czas  je  podciąć.  Uśmiechnęła  się  lekko  na  wspomnienie  wielmożów,  do  których 

musieli  zwracać  się  w  Oulu,  szukając  Mai.  Niektórzy  mieli  na  głowach  pudrowane  peruki. 

Najwyraźniej  zaczynały  obowiązywać  wśród  członków  warstwy,  do  której  należała  teraz 

Maja. Anjo wyobraziła sobie męża w czymś takim i ledwo stłumiła śmiech. 

- Nieładnie tak mówić, Knut. To nie tylko wina Mai. Na pewno nie było jej łatwo w 

ż

yciu! 

- Żadnemu z dzieci Raiji nie było łatwo w życiu - potwierdził Knut. - Jednak Ida i ja 

nie staliśmy się tacy. Maja zawsze się od nas różniła... 

Wzruszył  ramionami.  Ciasno  objął  żonę.  Dobrze  wiedział,  że  była  czymś 

najwspanialszym, co mu się zdarzyło w życia Czuł, że mógłby się stać niezłym dziwakiem, 

gdyby los lub Najwyższy nie zesłał mu jej w porę. 

background image

-  Broniłbym  Mai  gołymi  pięściami,  gdyby  zaszła  taka  potrzeba  -  wyznał  cicho.  - 

Gdyby  ktoś  jej  zagroził,  powiedział  o  niej  coś  obraźliwego...  Ale  uważam,  że  w  rodzinie 

powinniśmy  oceniać  się  uczciwie.  Myślę,  że  byłbym  w  stanie  jej  to  wszystko  powiedzieć 

wprost. 

- I zniósłbyś, gdyby ona odpłaciła ci tym samym? - spytała Anjo z nutką złośliwości. - 

Gdyby powiedziała ci prawdę o tobie, tak jak cię widzi? 

- Tak. 

Zamilkł  na  dłuższą  chwilę.  Zapatrzył  się  w  niebieską  dal.  Dalej  niż  mógł  dostrzec, 

znajdował się szwedzki brzeg. Na północy było wybrzeże fińskie, wcielone do Szwecji. 

- Myślę, że chcę tu mieszkać - powiedział z namysłem. - Chyba bym potrafił. Nie na 

tej wyspie, ale w tym kraju. Liczę się jednak z tym, że trudno będzie kupić ziemię. Przecież to 

właśnie  dlatego  tylu  ucieka  do  Norwegii,  bo  w  Suomi  nie  ma  ziemi.  Zgodnie  z  prawem 

dostaje ją najstarszy syn. - Knut nabrał powietrza i wypuścił je powoli. Podjął decyzję. - Ale z 

pewnością  nie  wyjadę  stąd,  dopóki  nie  zrozumiem  lepiej  Mai.  Zanim  nie  zdobędę 

zadowalającej odpowiedzi na pytanie, o którego zadanie prosiła mnie Ida... 

- O Ailo? - upewniła się Anjo cicho. Znała odpowiedź, napełniała ją chłodem. 

Knut skinął głową. 

-  To  nie  jest  takie  oczywiste,  jak  Maja  to  przedstawia.  Wiele  szczegółów  się  nie 

zgadza,  nie  brzmi  wiarygodnie.  Czuję  po  prostu,  że  ona  kłamie.  Na  tyle  ją  znam,  że 

wyczuwam u niej fałsz. Wiesz, moja Anjo, według mnie Maja zaczęła się bać dopiero wtedy, 

gdy się tu zjawiliśmy. Z jakiegoś powodu nie chce, żebyśmy tu z nią byli. 

-  Jak  możesz  tak  mówić?  Jest  gościnna  jak  mało  kto!  Knut  zerwał  źdźbło  trawy, 

wsunął między zęby i zaczął gryźć w zamyśleniu. 

- Nie mogła inaczej. Nie chcę powiedzieć, że nas nie lubi, bo to nieprawda. Ale się 

boi.  I  mogę  się  założyć  o  własną  duszę,  że  to  ma  związek  z  naszą  rozmową  o  Ailo. 

Oczywiście, mogła odchodzić od zmysłów, rozpaczając po ukochanym bracie. Rozumiem to. 

Ale to nie był ten rodzaj żalu. Nie czujesz tego, Anjo? Przecież zwykle świetnie wyczuwasz 

takie rzeczy... 

Nic takiego nie zauważyła. Maja nie była wylewna, ale to chyba też z powodu żałoby. 

-  Jest  coś,  co  tu  się  nie  zgadza  -  mówił  dalej  Knut.  -  Coś,  o  czym  Maja  nie  chce, 

ż

ebyśmy wiedzieli. Ailo nigdy nie opuściłby Idy. Wiem to na pewno. Mógłby za nią umrzeć, 

ale nie mógłby jej złamać serca. 

- Przychodzi ci do głowy, że on mógłby żyć?! - spytała Anjo przerażona. - Wiesz, co 

mówisz, Knut? Zdajesz sobie sprawę, co to mogłoby oznaczać? 

background image

Pokiwał głową. 

- Ale mam nadzieję, że to jednak nie to... 

-  Więc  trzymajmy  się  tej  nadziei!  -  oświadczyła  Anjo  stanowczo.  -  Idzie  jest  teraz 

dobrze  z  Sedolfem.  Nie  wiem,  czy  żyłaby  tak  spokojnie  i  zwyczajnie  z  Ailo.  Różnił  się 

bardzo od Sedolfa. 

Knut zaśmiał się, wstając. Pomógł żonie się podnieść i otrzepać z trawy. Nie żeby to 

było konieczne. Po prostu lubił jej dotykać. Wiedział, że jej także sprawia to przyjemność. 

- Ależ wy, kobiety, jesteście do siebie podobne... - naigrywał się. - Niewielu z was nie 

oczarowałyby ciemne oczy Sedolfa. Wystarczy ładny uśmiech i już topniejecie jak masło na 

słońcu! 

Anjo  wysunęła  usta  do  pocałunku  i  otrzymała  go.  Przytuliła  się  do  męża.  Jakże  go 

kochała! Miłością cichą i spokojną, ale mocną jak nigdy dotąd. 

- Tak, jesteśmy podobne, Knut! - westchnęła. - Wystarczą ciemne oczy i młodzieńczy 

czar, a padamy jak muchy! 

Zawsze  umieli  się  razem  śmiać.  Przeżywając  coś  razem,  mogli  podwajać  radości  i 

zmniejszać smutki. 

- Sedolf pasuje do Idy - twierdziła stanowczo Anjo. - Ailo był jak ogień. Ida też ma go 

pod dostatkiem. Mogliby się nawzajem w końcu zniszczyć. Nie twierdzę oczywiście, że się 

nie kochali, ale to było tak gwałtowne. Sedolf jest mniej niebezpieczny pod tym względem. 

Jest do Idy niepodobny. I wyzwala w niej nowe strony. Tak jak ona wydobyła jego dobre ce-

chy. Zmienił się w takim stopniu, że nigdy byśmy tego nie podejrzewali... 

-  To  nie  do  wiary,  jaka  ty  jesteś  mądra!  -  westchnął  Knut,  całując  jej  czoło,  nos  i 

zatrzymując się dłużej na ustach. 

- Przecież jestem tak stara, że widziałam niejedno w życiu - uśmiechnęła się. Nie bała 

się żartów na temat własnego wieku po prostu dlatego, że to nie było niebezpieczne. 

Nagle, wśród uścisków i pocałunków, Anjo spoważniała. 

-  Nie  wiem,  czy  mam  ochotę  tu  zostać...  -  stwierdziła  z  namysłem.  Jej  jasne  oczy 

przesłonił jakiś cień. Knut wiedział, że w takich chwilach na nic by się nie zdało zagadywanie 

jej i odwracanie uwagi. - A zawsze marzyłam o Finlandii... 

Uwolniła  się  z  jego  objęć.  Potrzebowała  przestrzeni,  swobody  ruchów.  Zeszła  nad 

samo  morze.  Stanęła  na  ostatnich  kamieniach.  Fale  niemal  obmywały  czubki  jej  butów. 

Ogarnęła  ją  dziecinna  ochota  na  zrzucenie  ich,  podciągnięcie  spódnicy  i  pobrodzenie  po 

wodzie. 

Nie zrobiła tego, stała tylko i czuła gładzący ją po policzkach wiatr od morza. 

background image

- Nigdy nie będzie tak jak w marzeniach - rzekła. - Nigdy całkiem tak. O marzeniach 

można decydować. A życie się przeżywa. Nie jest możliwe zmienić coś poza sobą. 

- Chcesz wracać? Do domu? - spytał Knut niepewnym głosem. 

Podszedł  do  niej  blisko  i  położył  ręce  na  jej  ramionach.  Tak  bardzo  chciał  ją 

uszczęśliwić, ale teraz nie był pewien, czy jej marzenia zgadzały się z jego marzeniami. Czy 

gdzieś po drodze się nie rozdzieliły... 

-  Do  domu?  -  powtórzyła  jego  słowa.  -  Nie  mamy  już  domu.  Nie  możemy  przecież 

wrócić  i  zażądać  od  Idy  zwrotu  gospodarstwa.  Ono  już  jest  tylko  jej  i  Sedolfa.  Do  nas  nie 

należy. Nie mamy do czego wracać, kochanie... 

-  Żałujesz?  Wolałabyś,  żeby  tak  się  nie  stało?  Wtedy  zaśmiała  się  swoim  dobrym 

ś

miechem.  Podniosła  kamień,  zamachnęła  się  ręką  mocno,  po  męsku,  i  rzuciła  najdalej  jak 

potrafiła. Niesprecyzowane marzenia znikają równie szybko, jak toną kamienie. 

- Żałuję? - Chwyciła męża za ręce i okręciła się z nim. - Żal nic nie pomoże, Knut. Nic 

a  nic.  I  nie  sądzę,  żebym  chciała  tam  wracać.  Jeżeli  w  ogóle  chciałabym  gdzieś  być,  to  w 

Alcie, gdzie czułam się jak w domu... 

- Siedzi tam namiestnik, który niechętnie nas widzi... - stwierdził Knut sztywno. - Ale 

było  to  ładne  miejsce,  które  uważałem  za  swój  dom.  Może  mógłbym  tam  żyć,  moja  Anjo. 

Razem z tobą mógłbym żyć gdziekolwiek! 

- Chyba chcę wrócić do Norwegii. Mimo wszystko - stwierdziła Anjo. - Czy to źle? 

-  Wcale  nie  -  odparł.  -  Niech  minie  kilka  lat.  Może  jednak  pomieszkamy  u  Mai. 

Przecież  niedługo  wróci  ten  jej  mąż.  Przyznaję  bez  bicia,  że  bardzo  jestem  ciekaw,  jaki  on 

jest. Jak to jest pomiędzy nimi. Może to brzydko, ale to prawda. Ciekaw jestem człowieka, 

który obdarował Maję tym wszystkim... 

- A ty byś tego nie zrobił dla kobiety, którą kochasz? - spytała Anjo, drocząc się. 

- Oczywiście - uścisnął ją znacząco. Szli plażą. - Nie o to mi chodzi. Nie rozumiem po 

prostu, jak mężczyzna z jego sfery mógł się aż tak zakochać w Mai... 

Anjo dała mu kuksańca w bok. Była zła za Maję. 

- Ona ma coś w sobie, więcej, niż jesteś w stanie dostrzec. Czasami się zastanawiam, 

czy ty nie jesteś całkiem ślepy, Knucie Karlssonie Elvejord! 

- Nie, no wiem, że jest ładna pod bliznami - stwierdził Knut zrezygnowany. - Źle mnie 

zrozumiałaś. Jednak ona nie jest miła. Zamyka się przed ludźmi. Wysuwa kolce na wszystkie 

strony. Nie jest taką kobietą, dla której można poświęcić wszystko. 

background image

-  On  tego  nie  zrobił  -  stwierdziła  Anjo.  -  Dał  jej  to,  co  miał,  ale  nic  nie  poświęcił. 

Rozzłościł ojca; nie on pierwszy, nie ostatni. Nawet w jego... sferze są tacy, którzy żenią się z 

miłości... 

- Nie sądzę, żeby on miał być lepszy od nas - odparł Knut. Zauważył znaczącą pauzę, 

jaką żona zrobiła przed słowem „sfera”. Ale nie słyszał, że sam zrobił to wcześniej. - Ma po 

prostu więcej do stracenia niż ja... 

Anjo  potrząsnęła  głową  i  pogłaskała  po  policzku  tego  swego  męża.  Knut  niedługo 

skończy dwadzieścia trzy lata, pomyślała. Chwilami wydaje się dojrzały i mądry, a chwilami 

niedorosły. Teraz słyszała chłopca. Ale nie powiedziała tego na głos, rozzłościłoby go to. 

- On ją bardzo kocha. A wtedy nie pomaga żadne lekarstwo - stwierdziła. - W Mai jest 

coś szczególnego, Knut. Nawet jako jej brat nie mogłeś tego nie zauważyć. Sądzę, że owo coś 

działa  mocniej  na  mężczyzn,  choć  i  ja  to  czuję.  Ona  nie  jest  byle  kim.  Już  to  wcześniej 

zauważyłam. 

Kopnął kamień tak mocno, aż potoczył się w stronę wody. 

- Tak, ona jest córką swojej matki - rzucił cierpko. - Mama też miała w sobie coś. Tak 

wszyscy mówili, choć nikt nie potrafił tego wyjaśnić. Ida jest równie ładna jak ona. Ja mam 

oczy i upór Raiji. A Maja odziedziczyła całą resztę, nawet jej moc... 

- Ja widziałam twoją matkę, nie zapominaj o tym - odpowiedziała żona. - W Raiji było 

coś  niewytłumaczalnego.  Nie  drwij  z  tego,  Knut.  To  było  coś  szczególnego,  mimo  że 

trudnego do nazwania. I coś takiego widzę też w twojej siostrze. Raija była nie tylko bardzo 

ładna. Miała w sobie więcej, zawsze tak twierdziłam. Maja nie jest równie uderzająco piękna, 

ale ma to coś. Przysięgam. Ufam tylko, że jej to nie unieszczęśliwi jak twojej matki. 

Knut  dotknął  ostrożnie  kosmyka  włosów,  który  wysunął  się  z  ciasno  splecionego 

warkocza żony. Sprawił, że jej twarz jeszcze zyskała na łagodności i delikatności. 

-  Tyle  w  tobie  troski  o  nas  wszystkich,  moja  Anjo.  Jesteś  zbyt  dobra  jak  na  naszą 

rodzinę. 

Jej  śmiech  zatarł  wrażenie  jego  słów;  przekonał  go,  jak  bardzo  się  myli.  Właśnie  to 

jest rodzina dla niej. Knut i jego bliscy. 

Knut po raz nie wiedzieć który dziękował wyższym siłom, że zesłały mu właśnie Anjo 

na żonę. Ciepłą, dobrą Anjo. Anjo, która uczyniła go na powrót człowiekiem. 

- Powinieneś poważnie z nią porozmawiać, Knut - stwierdziła. - Mnie się to nigdy nie 

uda. Nie dopuszcza mnie blisko, zamyka się w sobie, jeśli dotykam jakichś osobistych spraw. 

Ty jesteś jej bratem. Poza tym umiesz rozmawiać z kobietami, jesteś delikatny i czuły, gdy 

chcesz. 

background image

Skrzywił się. 

- Stare, zapomniane sztuczki - zapewnił ją. - Coś takiego nie robi wrażenia na Mai, 

zapewniam cię, moja Anjo. 

Nie potrafił przekazać żonie, jak bardzo czuje się odrzucony przez Maję. Jakby siostra 

spisała  go  na  straty  dawno  temu,  jakby  nie  przedstawiał  dla  niej  żadnej  wartości  ani  jako 

człowiek, ani brat. Nikt nie umiał tak okazać obojętności jak ona. Wystarczyło, że spojrzała 

chłodnymi oczami pozbawionymi uczuć. 

Bolało go to, bo ją kochał. Kochał od zawsze. Nic nie mogło tego zmienić. 

-  Pozostaniemy  tu,  póki  co  -  zdecydował  w  końcu.  -  Nie  wiem  tylko,  czy  to  będzie 

miły pobyt. Mam nadzieję, że mój list dotarł do Reijo i że on zdoła odpowiedzieć. 

- Jeśli on zużyje tyle samo czasu na odpowiedź, ile ty na napisanie listu, możemy się 

spodziewać wiadomości około świąt Bożego Narodzenia - zaśmiała się Anjo. 

- Pamiętasz, że Maja nic nie dopisała od siebie? Nawet nie pozdrowiła? 

Anjo pokiwała głową. 

- Maja ma swoje powody - stwierdziła. Współczuła Mai. Pragnęła z całego serca, aby 

jej mąż wkrótce powrócił. 

- Najbardziej drażni mnie właśnie ten jej upór - odparł Knut. 

Szli skarpą ciągnącą się wzdłuż plaży. Wietrzyk przyjemnie chłodził im twarze. Byli 

już na tyle blisko domu, że nie musieli trzymać się utartych ścieżek. Dobrze poznali okolice. 

Były to ramy ich świata. Albo świata Mai... 

- Musi mieć swoje powody - twierdziła uparcie Anjo. - Łatwo jest osądzać. Trudniej 

starać się kogoś zrozumieć na tyle, żeby dać mu spokój. A może wręcz zacząć podziwiać... 

Knut objął żonę, oglądając się na morze. Musiał jeszcze raz na nie popatrzeć, zanim 

wrócą.  Uświadomił  sobie,  jak  bardzo  tęskni  za  fiordem  Lyngen.  Fiordem  otoczonym 

potężnymi  skałami  niczym  strażnikami.  Zatoka  Botnicka  była  inna.  Nie  miała  w  sobie  tej 

dzikości, ale pozwalała uciszyć tęsknotę za domem choć na chwilę. 

-  Chyba  zmierza  tu  jakaś  łódź  -  zmrużył  oczy,  wpatrując  się  w  kierunku  północy.  - 

Maja nie wspominała, że oczekuje gości. 

Anjo pokręciła głową. 

-  Powinniśmy  wrócić  -  oznajmił  Knut.  -  Nigdy  nie  wiadomo,  kogo  tu  niesie  o  tak 

dziwnej porze... 

Anjo zebrała spódnicę i pobiegła, trzymając męża za rękę. 

Nie byli przyzwyczajeni do odwiedzin na Hailuoto. Może dlatego się przestraszyli. 

background image

Maja zachowywała się z godnością królowej. Nie mogła się tego od nikogo nauczyć, 

to płynęło z jej wnętrza. 

Knut i Anjo, zdyszani, powiedzieli jej o łodzi. Bali się, że to jacyś nieproszeni goście. 

Maja  na  służbie  miała  pół  tuzina  mężczyzn  i  tyle  samo  kobiet.  Jeśli  ktoś  zamierzałby 

wyrządzić  jej  krzywdę,  nie  napotkałby  szczególnego  oporu.  Obecność  Knuta  i  Anjo  w 

niewielkim stopniu zmieniała sytuację. 

Ale Maja nie okazywała strachu. Zamknęła go w sobie, jak wiele innych uczuć. Tylko 

ktoś, kto ją dobrze znał, mógł go u niej dostrzec. 

Nie  poczyniła  żadnych  przygotowań.  Poprosiła  tylko  Anjo,  żeby  poszła  na  górę  i 

zajęła się dziećmi. Knutowi pozwoliła zostać. Czekała. 

Przybysz najwidoczniej dobrze znał dom, bo bez wahania odnalazł salon. Wszedł bez 

pukania. 

Był wysokim mężczyzną. Starszym, ale nadal przystojnym, zauważył Knut. Miał siwe 

włosy,  lecz  coś  tak  żywotnego  w  sobie,  że  zapominało  się  o  wieku.  Jasne,  błękitne  oczy 

omiotły pomieszczenie. Zauważyły każdy przestawiony sprzęt. Choć wzrok przybyłego tylko 

na  krótko  zatrzymał  się  na  Knucie,  ten  wiedział,  że  przybysz  zdążył  wyrobić  sobie  o  nim 

zdanie. Z pewnością niezbyt wysokie. 

- Witam cię, teściu - rzekła Maja. Nie dygnęła, wskazała mu tylko ręką fotel, niegdyś 

jego własny. Ujrzała błysk złości w spojrzeniu niespodziewanego gościa. Bawiło ją to. Tego 

nie mógł jej odebrać. 

Marcus Runefelt nigdy nie zaakceptował wyboru partnerki dokonanego przez swego 

jedynego  syna.  Kiedyś,  gdy  była  nieustępliwą  żoną  Heino  Aalto,  nawet  ją  podziwiał.  Ale 

nigdy by nie przypuszczał, że ta kobieta zdoła zauroczyć jego syna do tego stopnia, że poprosi 

ją o rękę. Według niego Maja nie była kobietą, z którą można się żenić. Możliwe, choć nie 

rozumiał tego jako mężczyzna, że można się dać nią oczarować. W takim wypadku członek 

jego sfery zapewnia takiej kobiecie byt. Ale ożenek to gruba przesada. 

Mimo to Marcus Runefelt nie obwiniał Mai o te polityczne głupstwa, jakich dopuścił 

się jego syn. Nawet narzeczona, którą wybrał dla Williama i która dała mu kosza, też dała się 

w to wciągnąć. Ona, jej mąż i brat tkwili w tym po szyje. Brat w końcu poszedł po rozum do 

głowy. Gdyby William też tak uczynił, nie siedziałby teraz w Niemczech. 

background image

-  To  nie  jest  pewnie  wizyta  towarzyska  -  zaczęła  Maja  słodkim  tonem  -  ale  mogę 

chyba zaproponować ojcu coś do picia? 

Usiadł  ciężko.  Machnął  dłonią,  odmawiając.  Nie  chciał,  by  go  czymkolwiek 

podejmowała. Po raz pierwszy postawił tu swoje stopy od czasu ślubu syna. Gdyby nie to, że 

nie mógł zrzec się syna, swojego dziedzica, nie przybyłby i teraz. Nawet z wizytą towarzyską. 

- Kto to jest? - spytał, nie patrząc na Knuta. 

- To mój brat - odpowiedziała Maja, siadając na wprost teścia. Nie dała poznać, że się 

boi. Jej spojrzenie nie ustępowało nawet na cal. 

Knut  nie  zmienił  miejsca.  Widział  ich  oboje  jednocześnie.  To  Marcus  Runefelt 

musiałby się odwrócić, by na niego spojrzeć. Czego pewnie i tak nie zrobi. 

- Masz wielu braci? Czuła wyraźnie ironię w głosie teścia. 

- Jeszcze tylko tego - odpowiedziała z uśmieszkiem. - Możesz się mu przyjrzeć, ojcze! 

W swoim czasie mówiono, że oboje mamy oczy naszej matki. Mieliśmy tę samą matkę, ale 

nie tego samego ojca. Ailo i ja mieliśmy tego samego ojca, ale inne matki... 

Siwe, krzaczaste brwi ściągnęły się ze złością. Nie pozwoli się sprowokować. 

- Utrzymujesz kontakt z Williamem? Pokiwała głową. 

- Chce wrócić? 

-  Jeżeli  będzie  mógł  -  odparła  zdecydowanie.  Maja,  jaką  widział  przed  sobą,  była 

Knutowi  obca.  Nie  przypuszczał,  że  może  taka  być.  Teraz  wierzył,  że  mogła  zauroczyć 

każdego mężczyznę. Nie była już przygarbioną,  samotną siostrą. Nie Mają, która nigdy  nie 

miała  zalotników.  Mają,  która  niemal  nienawidziła  swoich  sióstr  za  ich  urodę  i  gładkie 

policzki. 

Anjo  mówiła  prawdę:  w  Mai  było  coś,  czego  nie  da  się  wyrazić  słowami.  Coś,  co 

wiązało  jak  lina,  może  jeszcze  mocniej,  niebezpieczniej.  Nigdy  wcześniej  nie  widział  Mai 

wychodzącej  naprzeciw  wyzwaniom  z  diabelskim  błyskiem  w  oczach,  który  sprawiał,  że 

miodowa otoczka jej źrenic błyszczała jak słońce. Albo zorza polarna. 

- Czy będzie się hamował? Trzymał język za zębami? - spytał Marcus Runefelt. Użył 

zwrotu, którego by nigdy nie użył wobec równych sobie. Coś w Mai sprawiło, że chciał być 

wulgarny. 

- Tak twierdzi - odparła. - Chce wrócić za wszelką cenę. - Uśmiechnęła się. - Ale nie 

za taką, którą byś pewnie zapłacił, by się mnie pozbyć, ojcze. Na tyle nie ma dosyć wygnania, 

ż

eby się na to zgodzić.  Nie pozbędziesz się mnie. Mam dziecko, które jest jego synem. Ty 

może wolisz o tym nie pamiętać, ale William na pewno nie zapomni. 

background image

Marcus wiedział, że Maja ma rację. Bawił się tylko taką myślą, ale nie zamierzał jej 

tego zaproponować, nawet żeby ją zirytować. 

-  Nic  mnie  nie  obchodzisz,  Mario  -  odparł.  -  Chcę  tylko,  by  mój  syn  powrócił  do 

domu. Chcę, żeby był przy mnie, gdy będę umierał. Żeby przejął mój majątek. 

- A twój wnuk? - spytała Maja niewinnie. Zmierzyli się spojrzeniami. 

- Wtedy nie będę już żył - odpowiedział jej najpotężniejszy człowiek w Tornedalen. 

Maja nie naciskała więcej. Też nauczyła się nie przekraczać pewnych granic. 

- Możesz sprowadzić Williama do domu? - spytała tylko. 

- Pod warunkiem, że nie będzie angażował się w politykę - odrzekł. - To zdecydowane 

żą

danie.  Może  zajmować  się  handlem,  może  żyć  jak  chce  i  gdzie  chce.  Nic  mu  nie  będzie 

odebrane,  zachowa  swoje  przywileje.  Ale  nie  wolno  mu  mieć  cokolwiek  do  czynienia  ze 

sprawami kraju. 

Maja pokiwała głową. To jej odpowiadało. Tak było bezpieczniej także dla niej. I tak 

Finowie niewiele mogli zmienić. I tak kosztowałoby to więcej, niż było warte. 

-  Czy  to  nie  jest  zasadzka?  -  spytała  nagle.  -  Całe  życie  ojciec  kupował  coś  i 

sprzedawał. Czy nie jest to próba sprzedania własnego syna? 

Błękitne oczy cisnęły błyskawice. Runefelt zerwał się z fotela i stanął tuż przed Mają, 

drżąc  z  tłumionych  emocji.  Knut  zrobił  krok  do  przodu,  spodziewając  się,  że  ten  człowiek 

zaraz uderzy jego siostrę. Ona jednak siedziała tak samo spokojnie, z leciutkim uśmieszkiem 

na wargach. Wybuch teścia przekonał ją o jego uczciwych intencjach. 

Marcus Runefelt wypuścił powietrze z płuc, oddychając ciężko. Odwrócił się od niej 

plecami. 

- Zapomnę, że o to spytałaś - powiedział cicho. - Zapomnę, bo pytałaś z troski o niego. 

Udowodniłaś,  że  przynajmniej  dobrze  mu  życzysz.  Mam  obietnicę  na  papierze,  że  William 

może powrócić. Nic mu się nie stanie, jeśli będzie się trzymał z dala od polityki. 

Z kieszeni surduta wyjął sztywny papier i wręczył Mai. 

Rozwiązała  jedwabną  wstążkę  i  rozprostowała  dokument.  Dłonie  jej  drżały,  gdy  go 

czytała. 

Ledwie  rozumiała  niektóre  szwedzkie  słowa,  ale ukrywała  to,  by  nie  dać  satysfakcji 

teściowi. Czytała, nie spiesząc się. Odcyfrowała nawet podpis: Karol Gustaw Tessin. 

Napotkała spojrzeniem wzrok Runefelta. 

- Obraca się ojciec w wysokich kręgach - stwierdziła nie bez podziwu. 

background image

Karol  Gustaw  Tessin  był  jedną  z  potężniejszych  osób  w  królestwie.  Był  przywódcą 

Stronnictwa  Kapeluszy.  Członkiem  Rady  Państwa.  Marszałkiem  generalnym  i  prezydentem 

kancelarii. I dobrym przyjacielem następcy tronu. 

Jeżeli  ten  człowiek  złożył  swój  podpis  pod  zapewnieniem,  że  nic  złego  nie  spotka 

Williama, gdy wróci, mogła czuć się bezpiecznie. 

Co więcej, pismo zawierało jeszcze jedno sformułowanie. Wspomniany był w nim nie 

tylko młody Runefelt, lecz także Ailo. „William Runefelt i jego przyjaciel.” 

Marcus  Runefelt  wiedział  o  tym,  lecz  mówienie  o  jakimś  tam  Lapończyku  byłoby 

poniżej jego godności. 

Serce Mai biło tak głośno, że myślała, iż wszyscy je słyszą. Gdyby Marcus Runefelt 

wiedział, jak to sformułowanie było dla niej ważne... Ale się nie domyślał. 

Maja starannie złożyła papier i znów przewiązała go wstążką. 

-  Mogę  mieć  nadzieję,  że  mój  syn  go  dostanie  -  oświadczył  sztywno  Runefelt.  - 

Przekaż mu, że nie musi się już obawiać powrotu. Że jego ojciec też mu wybaczył. 

Odwrócił się i ruszył w stronę drzwi. 

- Dziękuję - rzuciła Maja, gdy prawie wychodził. 

Zatrzymał  się  na  chwilę.  Spojrzał  jej  w  oczy.  Narodziło  się  pomiędzy  nimi 

zrozumienie. Nie przyjaźń, nawet nie szacunek. Ale zrozumienie. 

- William otrzyma to szybko - dodała. Mężczyzna opuścił pokój. 

-  Oto  mój  czarujący  teść  -  oznajmiła  Maja  z  gorzkim  uśmiechem,  odkładając 

dokument na sekretarzyk. Knut miał wielką ochotę zobaczyć pismo, ale nie chciał prosić. A 

Mai najwyraźniej nie przeszło to przez myśl. 

-  Marcus  Runefelt  we  własnej  osobie.  Ojciec  Williama.  Miłościwie  panujący  nad 

Tornedalen... 

Maja  przerwała  i  spojrzała  na  Knuta  z  rozpaczą.  Po  chwili  rzuciła  mu  się  na  szyję. 

Wtuliła twarz w jego ramię, mocząc je łzami. 

-  Nawet  nie  spytał  o  Henrika!  Nawet  nie  chciał  go  zobaczyć!  Cóż  to  za  człowiek, 

Knut? Cóż za dziadek?! 

Knut  nie  umiał  odpowiedzieć.  W  jego  rodzinie  dzieci  były  ważne.  Poświęcano  im 

wiele uwagi i miłości. Były punktem centralnym wszystkich pokoleń. 

Pozwolił  Mai  się  wypłakać.  Teraz  to  nie  była  jego  silna  siostra.  Maja,  którą  znał  z 

domu. Ani ta, którą niedawno poznał. To była jeszcze jedna Maja... 

-  Niedługo  wróci  William  -  pocieszał  ją,  gładząc  po  wstrząsanych  szlochem 

ramionach. - Może wtedy zmięknie... 

background image

Płakała bez słów. Wypłakała łzy, których by nikt nie zobaczył. Wobec Knuta mogła 

stracić opanowanie. Był jej bratem. Nikt inny by tego nie ujrzał. 

Maja miała zapuchniętą twarz, gdy go puściła. Pociągnęła nosem i uśmiechnęła się. 

- Wyglądasz zupełnie tak, jakbyś była dziewczynką - wyrwało się Knutowi. 

Maja sięgnęła do szpilek we włosach. Rozpuszczone, spłynęły jej na plecy. Były nadal 

gęste i czarne. Otarła twarz grzbietem dłoni. Nie wyglądała już godnie i po królewsku. 

-  Nikt  pewnie  nie  widział  tak  pani  na  Hailuoto  -  rzuciła  i  opadła  na  fotel,  który 

zajmował wcześniej Marcus. - Nie, on nie zmięknie - kontynuowała myśl. - Szczyci się tym, 

ż

e  jest  surowy.  Surowy,  ale  sprawiedliwy.  Gdyby  miał  więcej  synów,  odwróciłby  się  od 

Williama. Ale ponieważ William jest jedyny, a on sam zaczyna odczuwać swoje lata, to robi, 

co może. 

-  Ktoś  wysoko  postawiony?  -  Knut  skinął  głową  w  stronę  dokumentu,  krzyczącego 

bielą z blatu sekretarzyka. 

- Tak wysoko, że kolejny to następca tronu lub sam król - odparła Maja. - To Tessin - 

spojrzała na Knuta, czy to nazwisko coś mu mówi. Potrząsnął głową. - Światowy człowiek - 

cmoknęła  zamyślona.  -  On  jest  marszałkiem  generalnym,  a  jego  żona  ochmistrzynią  na 

dworze  następcy  tronu.  Przywódca  Stronnictwa  Kapeluszy.  Prezydent  kancelarii.  Jedna  z 

bardzo ważnych osób, Knut. Nikt mi nie powie, że mój teść nie umie się wkręcić we właściwe 

kręgi. Nawet nie chcę wiedzieć, jak tego dokonał. Stać go na wszystko. 

- Ale oznacza to, że William naprawdę może wrócić do domu? 

Pokiwała głową. 

-  Jeśli  zgodzi  się  na  milczenie  w  sprawie  polityki  i  porzucenie  marzeń  o  fińskiej 

Finlandii. 

-  A  czy  chce  wrócić?  Maja  długo  patrzyła  bratu  w  oczy.  Na  jej  ustach  błąkał  się 

nieodgadniony uśmiech. 

- To może zabrzmi dziwnie, Knut... To jest coś, o czym nigdy nawet nie marzyłam. O 

czym  nigdy  bym  nie  przypuszczała,  że  się  mi  przydarzy.  To  przecież  Elise  była  tą  piękną. 

Potem  Ida.  Ja  mogłam  tylko  marzyć,  że  ktoś  się  ze  mną  ożeni.  Nawet  przez  myśl  mi  nie 

przeszło,  że  ktoś  mógłby  mnie  ubóstwiać,  obdarzyć  miłością  przesłaniającą  rozsądek.  A 

jednak spotkało mnie to. I to więcej niż jeden raz... 

Oparła  się  wygodnie  w  fotelu.  Jedną  nogę  przerzuciła  mało  po  kobiecemu  przez 

poręcz. Zaszeleścił drogi materiał, wykrochmalona halka. 

background image

Knut poczuł lekkie zażenowanie. Wiedział, że rozmawia z nim w zaufaniu, że mówi 

więcej,  niż  kiedykolwiek  wcześniej.  Że  się  odsłania.  Mimo  to  czuł  się  dziwnie.  Głównie 

dlatego, że pozornie wiedział o niej wszystko. A teraz okazywało się, że nie wiedział nic. 

-  William  mnie  ubóstwia  -  rzekła  Maja.  Głowę  miała  odrzuconą  na  oparcie  fotela. 

Knut  nie  mógł  dostrzec,  czy  miała  zamknięte  oczy.  -  Gdyby  William  musiał  wybierać 

pomiędzy mną  a  Finlandią, wybrałby mnie. Oczywiście, dziecko umacnia  go w tej decyzji. 

On wróci. Wyślę ten list jutro z rana. Na pewno jakiś statek z Oulu go zabierze. A jeśli nie, są 

inne,  które  odbijają  z  innych  portów  i  płyną  do  Niemiec  czy  Danii.  Pieniądze  załatwią 

wszystko, mój drogi Knucie. 

Stała  się  tak  pewna  siebie,  tak  bezwzględnie  pewna  swojej  wartości,  że  aż 

wyrachowana. Musiała taka być, stwierdził Knut. Ale nie wiedział, czy to mu się podobało. 

Kobiety jego życia były łagodniejsze, przynajmniej z pozoru. 

- Szokuję cię? - spytała nagle, siadając prosto. Wyglądała dokładnie jak dawna Maja z 

jego wspomnień. 

Knut wziął do ręki srebrną wazę. Jego palce przebiegały wzdłuż kwiatowego wzoru u 

jej podstawy. Wydawało mu się, że rozpoznaje kwiaty z domowych traktów, ale chyba mu się 

wydawało. Pewnie twórca wazy wyrzeźbił to z wyobraźni. 

Oczy Mai śledziły z napięciem jego dłonie. Czyżby waza była aż tak cenna? 

-  Zmieniłaś  się  -  stwierdził  i  usiadł  na  brzegu  fotela.  Nadal  miał  trudności  w 

obcowaniu z tym dobrobytem. Najlepiej mu się siedziało na skrzyni z drewnem w domku na 

cyplu. 

-  To  wszystko  mnie  zmieniło  -  odparła,  obejmując  gestem  cały  pokój.  -  Musiałam, 

ż

eby  sobie  z  tym  poradzić.  Inaczej  wilki  połknęłyby  mnie  ze  smakiem.  Musiałam  stać  się 

równie twarda jak one.  A moje maski są równie dobre jak te przywdziewane przez innych, 

Knut. Tutaj nie jest ważne, kim jesteś, ale ile masz pieniędzy. Wszystko się na tym opiera. 

Knut  nie  do  końca  podzielał  zdanie  Mai.  Nie  był  równie  cyniczny.  Sam  miewał 

kontakty  z  przedstawicielami  władzy,  ale  nadal  uważał,  że  można  żyć  po  swojemu.  I  żyć 

dobrze, będąc sobą. 

-  Pewnie  chcesz,  żebyśmy  się  wyprowadzili  przed  powrotem  twojego  męża  - 

powiedział  Knut,  patrząc  Mai  prosto  w  oczy.  -  Długo  go  nie  było.  Nie  powinniście  mieć 

cudzej rodziny w domu. Będziecie potrzebować spokoju, żeby znów się zbliżyć... 

Maja uśmiechnęła się krzywo. W oczach zamigotał jej jakiś wyzywający blask. 

- William i ja nigdy nie byliśmy ze sobą blisko w ten sposób. Nawet nie wiem, czy 

potrafimy.  Miłość  pomiędzy  nami  jest  nierówno  podzielona,  mój  Knucie.  William  mnie 

background image

ubóstwia. Ja za niego wyszłam. - Zapatrzyła się przed siebie pustym spojrzeniem. - Czasem 

zastanawiam się, czy chcę, żeby on wrócił. Czy nie byłoby najlepiej, gdyby tam pozostał na 

zawsze.  Najlepiej  dla  nas.  Zanim  zaczęlibyśmy  na  siebie  źle  działać.  Zanim  byśmy  się 

znienawidzili... 

- Przecież może się zdarzyć, że go pokochasz - zauważył Knut ostrożnie. Starał się nie 

zdradzić, że dopiero teraz go zaszokowała. 

- Przecież może się zdarzyć, że mama wróci z Rosji - zażartowała smutno Maja. - Czy 

nie na to Reijo wciąż liczył? Aż wreszcie przestał... Ja nie mam takich marzeń. To bez sensu... 

-  Po  dłuższej  chwili  ciszy  dodała:  -  Sądzę,  że  powinniście  zostać.  Nie  bójcie  się  powrotu 

Williama, on łatwo się zaprzyjaźnia, lubi ludzi. A jeśli będziecie chcieli sobie kupić coś na 

własność, pewnie wam pomoże. Chyba go nie wykluczą z towarzystwa, a raczej przytulą do 

swej piersi. Nie ma to jak urodzić się ze srebrną łyżeczką opatrzoną herbem Runefeltów  w 

buzi... 

Maja  nie  wiedziała,  dlaczego  tak  mówi.  Przecież  to  było  niemal  równoznaczne  ze 

zdemaskowaniem! Jeśli William wróci, to razem z Ailo. A przecież dla Knuta i Anjo Ailo nie 

ż

ył. Sama przekazała rodzinie tę wiadomość. 

Oni  na  pewno  nie  są  głupi.  Ukryć  kogoś  w  domu,  w  którym  mieszka  tyle  osób, 

graniczyło z niemożliwością. To szaleństwo. 

Ale  nie  cofnęła  swoich  słów.  Nadeszły  z  jej  wnętrza,  stamtąd,  dokąd  nie  dotarły 

jeszcze kłamstwa. Czuła, że naprawdę tego chciała. Może miała nadzieję, że się uwolni z tej 

sieci, w którą się wplątała? Nie mogła sobie wyobrazić, jak mówi Anjo i Knutowi, że zostali 

oszukani. Ale może sami to odkryją? 

Zdała się na los. 

Maja  nauczyła  się  właściwie  dobierać  słowa,  miała  na  to  wystarczająco  dużo  czasu. 

Napisała wiele listów. Nie wszystkie wysłała, skończyły w płomieniach. Lubiła patrzeć, jak 

jej  pismo  pożera  ogień,  pozostawiając  popiół  i  dym.  Uderzyła  ją  przy  tym  myśl,  że  ogień 

bardzo często nawiedzał ich rodzinę. Zastanowiło ją to. Ale nie przestraszyło. 

Odkryła  za  to,  że  dobrą  bronią  -  mimo  swej  niewinnej  postaci  -  może  być  pióro. 

Mogło ubarwiać, dodawać, tłumaczyć na wiele sposobów... Potrzebowała tylko  właściwych 

sformułowań. 

Nigdy  nie  było  jej  łatwo  pisać  do  Williama.  A  on  miał  dar  słowa.  Pisał  tak,  że 

wszystko  mogła  sobie  z  łatwością  wyobrazić,  czuć,  jakby  sama  to  oglądała.  Ona  w  pisanie 

listów  musiała  wkładać  dodatkowy  wysiłek,  bo  wiedziała,  że  mąż  oczekuje  od  niej  równie 

prawdziwych relacji. 

background image

Nadeszła  noc.  Sama  położyła  synka  spać.  Nie  było  to  oczywiście  niezbędne.  Od 

kobiet  ze  sfery,  w  którą  weszła,  nie  oczekiwano,  żeby  zajmowały  się  dziećmi.  Potomstwo 

traktowano jak zło konieczne. Im prędzej kobiety wydały dzieci na świat, tym szybciej mogły 

znów  zacząć  żyć  beztroskim  życiem.  Dziećmi  zajmowała  się  armia  służących.  Choroba 

uzależnienia od przyjemności dotarła z salonów Europy także na północ Skandynawii. 

Dla  Mai  chłopiec  był  wszystkim.  Służba  nazywała  go  małym  Williamem.  Maja 

nazywała go Henrikiem. Nazywanie go imieniem Reijo na co dzień było ponad jej siły. Reijo 

był tylko jeden... 

Siedziała samotnie, z piórem, kałamarzem i kartką grubego papieru przed sobą. Obok 

leżał dokument od Tessina. 

Zaczęła bez specjalnego wstępu. 

Możesz wrócić do domu, William. Ty i Ailo. Twój ojciec tego dokonał. Przyjechał tu, 

pokłóciliśmy  się  w  końcu.  Nie  sądzę  jednak,  żeby  mnie  nienawidził.  To  tylko  stary  człowiek, 

który  chce  odzyskać  syna,  a  jest  zbyt  dumny,  by  powiedzieć  to  wprost.  O  wnuka  nawet  nie 

spytał. To mnie zraniło. Knut uważa, że jego stosunek do dziecka się zmieni, gdy wrócisz do 

domu. Jak widzisz, władze nie oczekują od ciebie niczego innego poza tym, żebyś poświęcił to, 

co, jak pisałeś, jesteś przygotowany poświęcić. Już wystarczająco długo cię nie było, William. 

Twój syn zasługuje na ojca. Ty zasługujesz na niego. 

Przerwała.  Siedziała,  niemal  na  strzępy  szarpiąc  pióro.  Nie  wiedziała,  jak  ma 

sformułować dalszą część... 

Jest  pewien  problem,  który  dotyczy  Ailo.  On  nie  może  zostać  w  Niemczech.  Chcę

ż

ebyś go ze sobą zabrał. 

On jest moim bratem, nie powinien pozostać w obcym kraju Ale są tu Knut i Anjo, i na 

razie nie wyjadą. Sama ich o to prosiłam. Trudno jest zerwać więzy krwi. Rozumiemy się tak 

dobrze. Byłam taka samotna. A Henrik uwielbia mieć towarzysza zabaw. Może będziesz mógł 

pomóc Knutowi kupić coś własnego. Później. 

Spróbuj  na  początek  ulokować  Ailo  gdzieś  w  Oulu.  Na  jedną  noc.  Potem  moż

mieszkać  w  odległym  skrzydle  domu  albo  w  którymś  z  domów  po  drugiej  stronie  wyspy. 

Rozejrzę  się  tam.  Knut  pod  żadnym  pozorem  nie  może  się  dowiedzieć,  że  Ailo  żyje.  Knut 

kontaktuje się z Reijo, a on z Idą. Wygląda na to, że Ida jest szczęśliwa z Sedolfem. Ailo sam 

wybrał. Już jest za późno na zmianę decyzji.  Wiem, że on  mnie zrozumie,  William.  Wiem, ż

się postara... 

Tak  wiele  napisała  o  Ailo,  o  bracie,  dla  którego  miała  tyle  serca.  Mało  słodyczy 

oczekiwania wiązała z tym, któremu była poślubiona w obliczu Boga. 

background image

Ale Maja nie mogła oszukiwać. William zresztą tego po niej nie oczekiwał. Wiedział 

doskonale, że lata rozłąki nie mogły zbudować pomiędzy nimi miłości. Mogli się tylko dzielić 

myślami. Miłością nie. 

Zresztą miłość na papierze jest niewiele warta. 

background image

Mai  udało  się  wysłać  list,  który  oznaczał  wolność  dla  Williama  i  Ailo.  Już  był  w 

drodze  na  południe.  Ona  sama  wciąż  błąkała  się  niespokojnie.  Coraz  częściej  zakładała 

proste, jednokolorowe sukienki, które Anjo bez wahania nazywała sukniami roboczymi. Ona 

o wiele bardziej wolała te w kwieciste wzory. 

Maja znikała na całe dnie. Nie mówiła im, gdzie. Knut i Anjo niepokoili się o nią. 

- Miejmy nadzieję, że to z czasem minie - powiedział Knut. 

Siedział z żoną w ogrodzie. Lato dobiegało kresu, ale nadal cieszyli się piękną pogodą. 

Jeszcze  kwitły  kwiaty,  dodając  ogrodowi  kolorów  i  uroku  jak  żadnemu  innemu 

miejscu na północy Finlandii. 

Chłopcy bawili się na trawie. Dobrze było mieć towarzysza. 

Anjo uważała, że jest aż nazbyt ciepło jak na koniec lata. Dla niej mogłoby być już 

chłodniej. Czuła się ciężka i niezgrabna, mimo że lekko znosiła ciążę. 

Knut uważał, że to dlatego, że porównywała się z Mają. A Maja była bardzo drobna. 

- Cieszysz się na to dziecko? - spytała Anjo męża. 

Knut  wyciągnął  się  na  trawie.  Dłoń  położył  delikatnie  na  wypukłym  brzuchu  żony, 

który dawał schronienie ich dziecku. Dziecku poczętemu z miłości. 

-  Oczywiście,  że  się  cieszę  -  uśmiechnął  się  czule.  Anjo  za  każdym  razem,  gdy 

patrzyła na Knuta, wciąż widziała w nim wiele z chłopaka. Kochała go za to z podwójną siłą. 

On  nigdy,  przenigdy  się  nie  zestarzeje.  Zawsze  będzie  miał  w  sobie  coś  z  dzikiej,  nie-

okiełznanej młodości, której sama nie zaznała. Nawet nie mogła sobie jej wyobrazić, bo nigdy 

czegoś takiego nie przeżyła. Czasem Knut drażnił się z nią, mówiąc, że ona chyba nigdy nie 

była młoda. Potem śmiał się do niej tak ciepło, że mu wybaczała. 

Zapominała, że jest od niego o tyle starsza. Po prostu wiedziała, że tylko ona z nich 

dwojga czasami o tym myśli. 

On nigdy. 

Jego  uczucie  nie  zależało  od  wieku.  On  kochał  ją,  i  tyle.  Nigdy  jej  nie  powiedział, 

dlaczego, choć tysiące razy błagała go o to. 

I może właśnie to było wystarczającą odpowiedzią. 

Może nie powinna go naciskać. Może nie powinno się znać uczuć kochanej osoby aż 

tak dokładnie. 

background image

Anjo zresztą też nigdy nie udało się nazwać swoich uczuć do Knuta. Wyrazić tego, co 

czuła,  a  co  było  tak  wielkie  i  niewiarygodne.  W  żadnym  z  języków,  które  znała,  nie 

znalazłaby na to słów. 

Może tak samo czuł Knut? 

- Powinniśmy mieć dom dla tego malca - rzekł z lekkim smutkiem. 

- Dobrze nam tu - zaprotestowała Anjo, ale wiedziała, co miał na myśli. 

Ona też tęskniła za czymś, własnym. 

Pogładził pieszczotliwie twardy brzuch Anjo. Uwielbiała to, mówił o tym jej uśmiech. 

Lubiła takie leniwe, powolne pieszczoty... 

Nagle brzuch zafalował, jak zawsze niespodziewanie. 

Knut  spojrzał  na  Anjo  z  szerokim  uśmiechem,  zachwycony  tak,  jakby  to  było  coś 

naprawdę niezwykłego. 

- Mój syn mocno kopie - stwierdził, przykładając ucho do brzucha żony. 

Anjo pogłaskała go po jasnej czuprynie. Nie mogła powstrzymać uśmiechu. 

- A może to twoja córka ma silne nogi? - przekomarzała się. 

Nie dał się sprowokować. Nie tym razem. Był po prostu szczęśliwy. 

- Może jest podobna do pozostałych kobiet w mojej rodzinie - zauważył. - No właśnie, 

a co też Maja robi całymi dniami? Powinna się czymś zajmować, a nie ganiać nie wiadomo 

gdzie jak jakiś włóczęga. Jest przecież panią. Wiesz, jak nazywają ją w Oulu? 

Spojrzał na Anjo. 

- Pani na Hailuoto - odpowiedział sam sobie. 

- No właśnie - rzekła. - To jej wyspa. Może tu robić, co jej się żywnie podoba. Może 

chodzić ubrana jak arystokratka lub włóczęga, wszystko wedle życzenia. 

Zerknęła na chłopców.  Byli bardzo zajęci ustawianiem zagrody z szyszek. Ciekawe, 

kiedy im się to znudzi... 

-  To  musi  być  dla  niej  trudne  -  dodała  w  zamyśleniu.  Spojrzała  na  Knuta  spod 

wpółprzymkniętych  powiek.  Zastanowiła  się,  czy  tak  naprawdę  żyła,  dopóki  on  nie  stał  się 

częścią jej życia. A nawet jeśli tak, to jak jej się to udawało? - Przecież nie wie, czy on wróci. 

Nie  wie,  kiedy.  Minęło  już  tyle  miesięcy,  od  kiedy  się  widzieli.  Tylko  Bóg  wie,  jak  było 

wcześniej między nimi. I tylko On wie, jak się między nimi ułoży. Na miejscu Mai też bym 

się włóczyła po lesie... 

Nie,  oni  nie  mogli  się  domyślać,  co  Maja  robiła  całymi  dniami,  bo  dobrze  zacierała 

ś

lady. Znalazła to, czego szukała. 

background image

Doszła do wniosku, że głupotą byłoby ulokowanie Ailo w ich domu. Każdy dom ma 

tyle własnych odgłosów. Gdy się w nim mieszka, można się ich nauczyć na pamięć. 

Zauważono by obce kroki. 

Usłyszano, że skrzypią inne drzwi. 

Anjo  i  Knut  nie  są  głupi.  Maja  wiedziała,  że  na  pewno  by  się  zorientowali,  że  ktoś 

nowy przebywa w domu. Nie potrzebowaliby na to wiele czasu. 

Po  zachodniej  stronie  wyspy  stało  kilka  domków,  niektóre  z  nich  całkiem 

odosobnione. W swoim czasie mieszkali tam służący lub ubodzy krewni. 

Jeden  z  tych  domków  był  zbudowany  z  kamienia.  W  kraju  drewna  zbudowano 

kamienny dom! 

Był ładny. 

Miał  w  sobie  coś  wyjątkowego,  czego  nie  miały  inne  domy,  które  Maja  widziała. 

Zauważała  to  za  każdym  razem:  coś  magicznego  w  jego  szarych  ścianach  obrośniętych 

pnączami.  Nawet  trudno  było  go  zauważyć  z  powodu  otaczającej  go  roślinności.  Drzewa  i 

krzewy  rosły  bardzo  blisko.  Kamienne  ściany  wtopiły  się  w  otoczenie.  Dom  współgrał  z 

naturą, mimo że postawiły go ludzkie ręce. 

Miał coś, co oczarowało Maję. 

Na tyle znała swego brata, że wiedziała, że on odczuje to samo. 

Natura zawsze przemawiała do Ailo. Wyrósł na jej łonie, był z nią ściśle związany. 

Dom  miał  kiedyś  ogród.  Maja  odnalazła  tu  rośliny,  których  nigdy  nie  widziała  tak 

daleko na północy. Nawet napotkała kilka krzewów różanych! 

Ułatwiło jej to wybór. 

To był dom dla Ailo. 

Oczywiście,  mały,  nie  miał  wielu  pokoi,  a  na  strychu  nie  można  było  się 

wyprostować. 

Ale Ailo zrozumie, że nie chciała go wygnać ze swego domu. To posłuży tylko jako 

tymczasowe schronienie. Jak tylko znajdą coś dla Kmita i Anjo, jej dom znów stanie się jego 

domem. Na zawsze. Ailo zrozumie. Zrozumie bez zbędnych słów. Poza tym on nigdy nie dbał 

o własność. 

Tam,  skąd  pochodził,  dzielenie  się  z  innymi  było  ważniejsze  od  posiadania. 

Wspólnota ważniejsza od pojedynczego człowieka. 

Ailo mieszkał w gorszych warunkach niż w tym domku, stwierdziła w końcu Maja. 

Ona też czasem tęskniła za prostotą i wolnością. Zamykała oczy i z lekką melancholią 

przywoływała w pamięci półmrok i zapach jurty gdzieś na płaskowyżach północy. 

background image

Ailo się tu spodoba, pomyślała. 

Dom był już prawie gotów. Dużo czasu i trudu kosztowało wyrzucenie niepotrzebnych 

sprzętów,  wyszorowanie  wnętrza  i  wniesienie  mebli  i  innych  rzeczy.  Jej  ludzie  spędzili  na 

tym niejeden wieczór. Ale pracowali z radością. 

Obiecali milczenie. 

Maja wtajemniczyła ich w sprawę. 

Pomogli jej. I Ailo. 

Po tym, jak poznali prawdę o jej bracie, gotowi byli dla niego na wszystko. 

Maja  nie  sądziła,  żeby  Knut  i  Anjo  coś  zauważyli.  Zastanawiali  się  pewnie,  czym 

zajmowała się całymi dniami, ale nie pytali. Przyzwyczaili się, że chadza własnymi drogami. 

Zawsze taka była. 

Maja uśmiechnęła się gorzko. 

Czasem wygodnie było mieć taką opinię, nawet wśród najbliższych. 

Praca  dobrze  jej  zrobiła.  Z  radością  pracowała  fizycznie.  Dobrze  było  się  zmęczyć. 

Podnosić, przesuwać, myć, czyścić... 

Od tak dawna tego nie czuła. 

Maja odkryła, że jej tego brakowało! Zmęczenia. 

Nigdy  nie  przypuszczała,  że  przeżyje  kiedyś  coś  takiego.  Wspaniale  było,  klęcząc, 

szorować podłogę. Z jakiegoś powodu podłogi w tym kamiennym domku były z drewna. 

Wszystkie wyszorowała piaskiem. 

Siedziała  potem,  oglądając  swoje  zaczerwienione  od  wody  dłonie.  Damy  ze  sfery 

Williama na pewno skrzywiłyby się na ich widok, może nawet wzdrygnęły z obrzydzenia. 

Maja była szczęśliwa. 

Sprawiło to nie tylko zmęczenie. 

Zrozumiała,  że  jest  jeszcze  tą  dawną  Mają,  że  jest  sobą.  Ze  potrafi  jeszcze  czegoś 

dokonać poza siedzeniem w fotelu z przyzwoleniem, żeby inni pracowali za nią. 

Uświadomiła sobie, jak niewiele razy po przybyciu na wyspę czuła się potrzebna. 

To przerażało. 

Teraz  znów  była  człowiekiem,  prawdziwym  człowiekiem,  a  nie  jakąś  ozdobą,  którą 

stawia się na stole i odkurza. W dodatku ozdobą nieszczególnie piękną... Z bliznami. 

Maja usiadła na schodach. Przed nią roztaczał się widok na Zatokę Botnicką. Sądziła, 

ż

e Ailo go polubi. 

W ogrodzie nic nie zmieniła. Powinien pozostać, jaki jest, przynajmniej z zewnątrz. 

background image

Nawet przychodziła tu różnymi drogami, aby nie wydeptać szczególnie jakiejś jednej 

ś

cieżki, która mogłaby kogoś skusić. 

Pomyślała o wszystkim. 

Maja  wsparła  głowę  na  ręku.  Była  zmęczona  i  zadowolona,  ale  także  nieco 

przestraszona. 

Oczywiście z powodu tego snu. 

Jeśli to w ogóle był sen. W życiu doświadczyła  już przedziwnych stanów, które nie 

mogły być ani snem, ani rzeczywistością. 

Nigdy nie umiała ich odróżnić. 

Stało się to podczas jednej z bezsennych nocy. Często się jej zdarzały. 

Później  Maja  sądziła,  że  nie  spała,  gdy  podniosła  się  z  łóżka.  Na  koszulę  nocną 

zarzuciła tylko szal. Boso poszła do altany. 

Wtedy też uważała, że nie śpi. 

Ale nie była pewna. To ją przerażało. Przerażało niemal na równi ze snem. 

Bo  reszty  nie  przeżyła  na  jawie,  mogła  przysiąc.  Ale  nie  mogła  określić,  jakiego 

rodzaju był to sen. Mogła o nim porozmawiać tylko z Reijo. Może jeszcze z Ailo. 

Bo obaj widzieli już ją w takim stanie. 

Obaj umieli ją uspokoić. 

Stała w obcej okolicy. Widziała otwarty krajobraz, ubogi w rośliny i dziki. Była noc. 

W  oddali  rozciągało  się  morze.  Niedaleko  płynęła  rzeka,  albo  może  była  to  zatoka. 

Jeżeli rzeka, musiała być bardzo szeroka. Coś jej jednak mówiło, że to rzeka. 

Stała przy grobie. 

Dziwnym,  obcym  grobie.  Miał  krzyż  z  jakby  jednym  ramieniem  za  dużo,  krzywo 

przyczepionym albo częściowo zerwanym przez wiatr. 

Bo wiało. 

Krajobraz sprzyjał wiatrom. 

Obróciła się nieznacznie i ujrzała dom. Duży, ze stajnią i szopą. Nie mogła dostrzec 

szczegółów, tylko ciemne zarysy. 

Jak w domu, w którym straszy. 

Było zimno. Gdy się obudziła, miała przemarznięte stopy. 

Gdzieś  daleko  na  niebie  dojrzała  odblask  zorzy  polarnej.  Zorzy,  do  której  czuła 

zawsze dziwny pociąg, jakby miała ją we krwi. 

Zorza rozbłysła na chwilę, przyciągając jej spojrzenie. Otoczyła lodowym płomieniem 

dom. Przez krótką chwilę Maja przedziwnie wyraźnie widziała jedno z okien. 

background image

Nienaturalnie wyraźnie. 

Zobaczyła w nim jakąś postać. Coś jej mówiło, że zna tę osobę. Coś pchało ją ku niej, 

ale coś innego jej tego broniło. Broniło tak mocno, że aż ją bolało. 

To była kobieta. 

Zorza rozjaśniła się po raz ostatni. I zgasła. Pochłonęła ją ciemność nocy. 

Maja widziała i czuła, jak to się dzieje. 

Marzła  i  czuła,  jak  jej  ciału  odbierana  jest  siła.  Jakby  cała  krew  spłynęła  z  jej  żył. 

Jakby uszło z niej życie. 

Ale nie bała się. Po prostu stała i pozwalała na to. Bo tak musiało to być. 

Stała tak w obcej okolicy, pod gwiazdami ułożonymi inaczej niż była przyzwyczajona, 

i ogarniał ją przedziwny spokój. 

Wszystko, co się działo, było właściwe. 

Zrozumiała to i zaakceptowała. Wiedziała, że sama była  akceptowana i  kochana.  Że 

nic nie działo się na próżno. 

Było częścią większej całości. 

Widziała wyraźnie. 

Teraz poznała pozostałe części całości. 

Ale gdy się obudziła ze swojego najdziwniejszego snu, nic nie pamiętała. 

Czuła się tylko odrętwiała, zmarznięta i zmęczona. 

Bała się. 

To niewyjaśnialne stało się częścią jej życia już dawno temu. Pogodziła się z tym, że 

zdarzają się jej dziwne rzeczy. 

A  teraz  bała  się,  że  ów  dar,  który  tyle  razy  przeklinała,  o  który  prosiła,  żeby  jej  go 

odebrano,  został  jej  odjęty.  Bała  się,  że  tak  się  stało,  choć  wcześniej  sama  błagała  o  to  na 

kolanach. Tajemnicze dziedzictwo ciążyło jej jak przekleństwo, mimo że dzięki niemu mogła 

pomagać innym. Ludziom, którzy coś dla niej znaczyli. 

Nie czekała na list od Williama. Kiedy przyjedzie, to przyjedzie. 

Chodziło  jej  o  Ailo.  Zawsze  istniała  więź  pomiędzy  nią  a  Ailo.  Dzięki  temu 

dziedzictwu po Raiji, dzięki temu czemuś, czego nienawidziła, a jednak nie nienawidziła. 

Ale teraz nie czuła nic. 

Nie  mogła  uwierzyć,  że  Ailo  o  niej  nie  myślał.  Że  nie  próbował  do  niej  dotrzeć  w 

myślach. On wiedział o łączącej ich więzi. 

A teraz nie mogła nawiązać z nim kontaktu. 

To ją przerażało. 

background image

Nie była w stanie uwierzyć, że mogła ten dar, czy przekleństwo, stracić. To tak, jakby 

ziemia usuwała się spod jej nóg. 

Jeśli nie wyczuwała Ailo, mogło to oznaczać, że go już nie ma. 

Ż

e nie żyje. 

Takie wyjaśnienie było jeszcze trudniejsze do zaakceptowania. 

Dlatego  pozwoliła  się  pochłonąć  pracy.  Dlatego  tak  często  wracała  do  tego 

kamiennego  domku.  Chciała  schować  się  przed  wszystkimi.  Nie  mogła  pozwolić,  aby  inni 

odkryli jej strach. Nie mogła się nim z nikim podzielić. 

Lękała się o kogoś, o kim wszyscy myśleli, że nie żyje. 

Maja westchnęła. Złamała gałązkę z suchym kwiatem róży. Była piękna, jednocześnie 

ż

ywa i nieżywa. Przyprawiła ją o dreszcz. 

Maja  podniosła  się.  Zamknęła  drzwi  na  klucz  i  schowała  go  w  ścianie  pomiędzy 

kamieniami. 

Z różą w ręku poszła do domu jeszcze inną ścieżką. 

Nadłożyła sporo drogi. 

Potrzebowała tego. Jej dusza tylko tak mogła się uspokoić. 

Bo Maja wiedziała, że inaczej będzie płakać. 

Przystań ukryta była przed wzrokiem Anjo i Knuta. Nie zauważyli, że przybiła łódź. 

Nie  widzieli  mężczyzny  schodzącego  na  ląd.  Mężczyzny,  który  jakby  przytulił 

wzrokiem wszystko, co zobaczył na ukochanej ziemi. 

Nie mogli widzieć jego uśmiechu. 

Byli tak zajęci sobą i chłopcami, że nie dostrzegli go nawet wtedy, gdy zaczął biec w 

kierunku  domu.  Gdy  zwolnił,  przerzucił  płaszcz  przez  ramię  i  zatrzymał  się  na  chwilę. 

Popatrzył w ich stronę zmrużonymi oczami i podjął wędrówkę stanowczym krokiem. 

Nie  mogli  wiedzieć,  że  przez  chwilę  sądził,  iż  kobieta  jest  jego  żoną,  a  mężczyzna 

obok jej kochankiem. Nie mogli wiedzieć, że jego serce przestało bić na chwilę, dopóki nie 

zrozumiał, że widzi brata i szwagierkę Marii. 

Anjo i Knut zauważyli go dopiero, gdy usłyszeli zgrzyt kamieni pod jego butami. 

Anjo  nigdy  nie  zapomni  swego  pierwszego  wrażenia.  Przybysz  był  wysokim 

mężczyzną. Stał chwilę w miejscu, a Knut zaraz rozpoznał w nim ojca Henrika. To nie mógł 

być nikt inny niż syn Marcusa Runefelta. Mąż Mai. 

Knut wstał i wyszedł mu na spotkanie. Wyciągnął rękę. Przy szwagrze  wydawał się 

niski. 

- William Runefelt, prawda? - spytał. 

background image

Mężczyzna pokiwał głową. Uśmiechnął się. 

Anjo  spodobała  się  jego  otwarta  twarz,  zauroczył  uśmiech.  Mężczyzna  był  dobrze 

zbudowany. Nietrudno było to dostrzec, a raczej trudniej odwrócić od niego wzrok, przyznała 

sama przed sobą. Był wąski w biodrach i szeroki w ramionach. Miał na sobie koloru bordo 

spodnie do kolan, kamizelkę w kwiaty i białą koszulę rozpiętą pod szyją. Fular, o ton jaśniej-

szy od koloru spodni, wisiał rozwiązany. Płaszcz przewieszony przez ramię był koloru bordo, 

a  wstążka,  którą  związał  włosy,  koloru  fulara.  Białe  pończochy  i  pantofle  z  klamrami 

dopełniały całości stroju. 

Wyglądał jak książę z bajki, zaklęty królewicz powracający do pałacu. 

Knut przedstawił mu Anjo. 

Anjo odwzajemniła silny uścisk dłoni Williama i stwierdziła, że go lubi. Wyczuwała 

w nim ciepło. 

- Gdzie jest Maria? - spytał przyjemnym, niskim głosem. 

Małżonkowie wymienili spojrzenia. 

Anjo pomyślała o tej okropnej sukience, którą Maja założyła rano. Ona nie chciałaby 

powitać Knuta w takiej. A nie rozstawali się przecież na dłużej... 

-  Maja...  Maria  -  poprawił  się  Knut  -  chadza  własnymi  drogami.  Poszła  gdzieś  z 

samego rana... 

Wzruszył ramionami. 

Uśmiech Williama był łagodny. Oczy zdradzały zrozumienie i tęsknotę. 

- Maria zawsze chadzała własnymi drogami - potwierdził. - Ma do tego prawo. Takich 

ptaków jak ona nie zamyka się w klatkach... 

Serce Anjo przepełniło wzruszenie. Ten mężczyzna wiedział, co to miłość! 

Spojrzenie  przybysza  zwróciło  się  w  stronę  malców.  Ci,  gdy  zobaczyli  obcego, 

odsunęli  się  na  bezpieczną  odległość.  Teraz  przypatrywali  mu  się  tak  badawczo,  jak  tylko 

dzieci potrafią. 

Twarz Williama złagodniała. 

Nie spoglądając w stronę Knuta i Anjo, jakby nie mógł oderwać wzroku od małego, 

spytał: 

- To on? Mój syn? 

Anjo wstała z wysiłkiem i podeszła do Henrika. Wzięła go za rączkę i podprowadziła 

do obcego olbrzyma. Przytrzymała malca przed sobą i pogładziła po włosach. 

William  opadł  na  kolana.  Twarz  miał  na  wysokości  twarzy  tego  dziecka,  które  było 

jego synem, w którym rozpoznawał siebie. I Marię. 

background image

- To twój tata - powiedziała Anjo Henrikowi. - To twój tata, Henriku, który wreszcie 

przyjechał do ciebie! 

William  podniósł  chłopca  ostrożnie,  jakby  był  zrobiony  z  delikatnej  porcelany. 

Wpatrzył się w dziecięcą zdziwioną twarzyczkę i przytulił małego. 

Po twarzy popłynęły mu łzy. 

Nawet nie próbował ich ukrywać. Pozwolił im płynąć. 

Tak długo czekał na ten moment! Tyle razy go sobie wyobrażał! Ale nie przewidział 

tej burzy uczuć, które wywołał w nim jego syn. 

Była to miłość tak wielka, że Williamowi brakło słów. 

Maja zauważyła jego przybycie. 

Już prawie doszła do altany, gdy dostrzegła postać na drodze. Od razu go poznała. 

Wyobrażała  sobie,  że  przywita  go  na  salonach,  uroczyście,  w  swej  najlepszej  sukni. 

Przygotowana na spotkanie, piękna na jego powitanie. 

Stałaby, spokojnie uśmiechnięta, i pozwoliła na uścisk. Na pocałunek, który może by 

coś w niej obudził. Powitałaby go godnie, ze świadomością, że jest panią wyspy, tą, którą w 

kręgach Williama ze śmiechem nazywali „panią na Hailuoto.” 

Los  chciał  inaczej.  Serce  znów  ścisnęło  się  jej  ze  strachu.  Lodowa  obręcz  lęku  i 

niepewności odebrała jej dech. Skoro William tu był, Ailo też musiał być w pobliżu. Bardzo 

blisko. 

Ale ona tego nie wyczuła! Ani przez chwilę. 

Nie wierzyła, żeby Ailo nie poświęcił jej ani jednej myśli. 

Bała się. 

Ale przemogła strach. 

Może nie wyglądała na panią na Hailuoto, ale mogła się tak zachować. 

Wyszła  z  cienia  lasu.  William  wyczuł  jej  obecność,  obecność  kobiety,  którą  kochał 

ponad życie. Równie mocno kochał syna, ale to był inny rodzaj miłości. Nie mógł porównać 

go do uczucia, które żywił do Marii. 

Odwrócił  się  w  stronę  altany  i  ujrzał  ją.  Ujrzał  jej  postać  dokładnie  taką,  jaką 

wyobrażał sobie co dzień i co noc przez czas rozłąki. 

I  wiedział,  że  jest  jeszcze  wspanialsza,  niż  ją  sobie  wyobrażał.  Jeszcze  piękniejsza. 

Jeszcze bardziej godna pożądania. 

Kochał ją. 

Wiedział to z niezachwianą pewnością. 

Wiedział, że jeśli idzie o niego, rozstanie nic nie zmieniło. 

background image

Znał ją teraz lepiej dzięki listom. 

Kochał ją równie mocno. 

Szła  ku  niemu  wyprostowana,  taka,  jaką  ją  zawsze  pamiętał.  Lekkim  krokiem. 

Szczupła i piękna. Z ognistym spojrzeniem. I z oczekiwaniem w oczach. 

To był jakby lęk. I pytanie. 

A przecież pamiętał Marię jako kobietę pozbawioną uczucia strachu! 

Wyszedł jej na spotkanie, nadal trzymając syna na ręku. Objął ją wolnym ramieniem. 

- Jestem w domu, Mario - powiedział. Pocałował ją w usta. Wiedział całym sobą, że 

nic już nie zdoła ich rozłączyć. 

- Ailo? - szepnęła. 

- W Oulu - odparł równie cicho. Ujrzał, jak cień znika z jej oczu. A więc bała się o 

brata... - Kocham cię - wyszeptał. - I kocham naszego syna. 

Przytulił mocno ich oboje. 

- Nareszcie jestem w domu - westchnął. - W domu... 

Anjo zdołała się odwrócić. Poczuła się jak intruz. 

- Dobry Boże - szepnęła do siebie - jakże on ją uwielbia... 

background image

Dzień  nabrał  rozmachu.  William  przywiózł  ze  sobą  skrzynie,  które  należało 

rozpakować, torby podróżne pełne nowości ze świata. Lata spędzone w Europie nie pozostały 

bez śladu. William miał pieniądze i kupował różne rzeczy. Myślał wtedy o Marii. O synu. 

Wiele  przedmiotów,  które  przywiózł,  nosiło  wyraźne  znamię  ręki  Ailo.  Maja 

zauważyła  to  i  jej  serce  się  ścisnęło.  Palcami  musiała  dotknąć  zdobień.  Jednocześnie 

pilnowała się, żeby Knut tego nie zauważył. On miał bystre oko. Znał lapońskie hafty cynową 

nitką  i  rzeźby  z  kości  równie  dobrze  jak  ona.  Może  nawet  lepiej.  Gdyby  się  dokładnie 

przyjrzeć misom, wazom i świecznikom przywiezionym z Niemiec, można by odnaleźć wiele 

z tych motywów wtopionych w zdobienia, nie tak regularnych i kanciastych jak utarte wzory. 

W delikatnych wzorach kwiatowych Maja widziała hafty zdobiące odświętny kołnierz kaftana 

babki. 

Ailo na pewno nauczył się wielu nowych rzeczy, ale nie stracił nic ze swej tożsamości 

w  obcym  kraju.  Nie  naśladował  tamtejszych  wzorów.  Ailo  dostrzegał  piękno  ozdób 

tworzonych podczas wielu zim przy nędznym oświetleniu w mrocznych jurtach przez spraco-

wane dłonie kobiet, daleko na północy. Nie odrzucał swego dziedzictwa. 

Maja była z niego dumna. Ale nie mogła tego jeszcze okazać. 

William asystował przy wieczornej kąpieli Henrika. Pierwszego wieczoru po powrocie 

taty nie mogła tego robić służąca. Maja zresztą zwykle sama kąpała synka. Służba przywykła 

do tego, że ich pani nie jest podobna do innych. Lubili ją, mimo że Maja nie była serdeczna. 

Wszystkich trzymała na odległość, mało kto mógł zajrzeć do jej serca. 

William położył syna do łóżka. Stał nieruchomo w półmroku, dopóki mały nie zasnął. 

Gdy słychać było tylko spokojny oddech śpiącego dziecka, objął Maję ramieniem i przytulił. 

Maja czuła, że ten potężny mężczyzna płacze. 

Knut  i  Anjo  wycofali  się  do  swoich  pokoi.  Wszyscy  potrzebowali  odpoczynku  od 

siebie.  Pomimo  że  dom  był  przestronny,  czasami  zbyt  często  przebywali  razem.  Czuli  to 

nawet oni, którzy wyrośli w ciasnym domku z bali. 

Teraz William siedział w głębokim fotelu i patrzył, jak Maja się przebiera. Robiła to 

szybko, lecz i tak sprawiło mu przyjemność obserwowanie jej. Patrzył na jej ruchy, starając 

się przywołać je z pamięci. Oczywiście, że marzył, by ją posiąść tu i teraz. Jednak jego słodka 

tęsknota już tak długo trwała, że kilka godzin nie grało roli. 

background image

Rozumiał, że ich wyprawa do Oulu wiele dla niej znaczyła. Maję i Ailo łączyło coś 

wyjątkowego. Zawsze tak będzie. 

Splotła włosy w gruby warkocz i za pomocą szpilek upięła go wokół głowy. Od razu 

jego łagodna Maria przemieniła się w surową guwernantkę. Nie mógł powstrzymać uśmiechu. 

Wstał  i  pomógł  jej  zapiąć  suknię  na  plecach.  Jego  palce  wydawały  się  zbyt  duże  do  tego 

rodzaju czynności. 

-  Już  dawno  nie  miałem  do  czynienia  z  damskimi  ubraniami  -  wyjaśnił,  patrząc  na 

odbicie Mai w lustrze. 

Uśmiechnęła się do męża, napotykając jego poważne spojrzenie. 

- To dobrze - powiedziała. - Byłoby źle, gdybyś w Niemczech nie robił nic innego niż 

rozpinał kobiece suknie... 

William obrócił ją ku sobie gwałtownie i przytrzymał mocno za ramiona. 

-  Naprawdę  tak  myślisz?  -  spytał  z  napięciem  w  glosie.  -  Naprawdę  tak  myślisz, 

Mario? Znaczyłoby coś dla ciebie, gdybym miał inne kobiety? Sprawiłoby ci to ból? 

Maja napotkała spojrzenie jego niebieskich, gorejących oczu. 

- Oczywiście, że sprawiłoby mi to ból - odparła. - Jesteśmy małżeństwem, Williamie. 

Powinniśmy dochowywać sobie wierności. 

Puścił ją równie nagle, jak złapał. Znów zajął się zapinaniem guzików. 

Już więcej nie pytał. Nie była to odpowiedź, którą - jak wydawało mu się - widzi w jej 

oczach. To nie była odpowiedź, którą chciał usłyszeć. 

Maria wymknęła mu się, zasłaniając się banałami... 

Miał  nadzieję, że  odkryje  jej  uczucia,  że  wedrze  się  do jej  serca,  jak  zawsze  dobrze 

zamkniętego. Przez chwilę czuł, że drzwi są leciutko uchylone. Ale zatrzasnęła je przed nim. 

Wyszli z domu ubrani w płaszcze i kapelusze i poszli po konie. Gdy oddalili się od 

domu,  pojechali  wierzchem.  Załoga  łodzi  była  już  na  przystani.  Konie  miały  zaczekać  na 

pastwisku. Zamierzali powrócić, zanim się rozjaśni i ktokolwiek się obudzi. 

W  Oulu  poszli  pieszo.  Maja  miała  spocone  dłonie.  Na  ulicach  panowała  cisza,  co 

potęgowało  echo  ich  kroków.  Mai  wydawało  się,  że  wszędzie  słychać  stuk  jej  butów  do 

konnej jazdy. 

Uścisk dłoni Williama był dobry. Zdjęła rękawice. Nigdy chyba nie przyzwyczai się 

do nich, a już na pewno nie w lecie. Jej skóra potrzebowała powietrza. 

William  zatrzymał  się  przy  jednym  z  nieoświetlonych  domów.  Niczym  się  nie 

wyróżniał. Miał zewnętrzne schody wiodące na piętro i ciemne okna. 

background image

William  poszedł  pierwszy.  Maja  nawet  nie  odważyła  się  wesprzeć  na  poręczy.  Te 

schody wyglądały tak, jakby w każdej chwili miały się rozpaść. 

Czuła, że serce podeszło jej do gardła. Biło głośno, jakby biegła przez dłuższy czas. 

Wydawało się za słabe na takie wzruszenia. 

William zapukał w solidne drzwi. Maja była pewna, że w umówiony sposób. Długo 

panowała cisza. Wreszcie ktoś przekręcił klucz w zamku. Drzwi, uchylając się, zaskrzypiały 

przeraźliwie. 

Weszli do środka. 

Było  ciemno.  Maja  stała  bez  tchu.  Mogła  dostrzec  tylko  zarys  postaci  mężczyzny. 

Poznała  go.  Poznałaby  go  wszędzie.  Gdy  William  zapalał  lampę,  rzuciła  się  na  szyję 

ukochanemu bratu. Ściskała go z całych sił i czuła, że on przeżywa powitanie równie mocno. 

Obojgiem wstrząsał szloch. Wypłakiwali całą czerń, którą nosili w duszy, płakali, bo byli już 

razem. Płakali z radości. 

Słabe światło okazało się niemal zbyt mocne. Maja położyła ręce na ramionach Ailo. 

Ailo... 

Ailo  z  lapońskiego  rodu,  ubrany  w  strój,  w  którym  według  Mai  mógłby  zostać 

przyjęty  na  każdym  dworze  w  Europie.  Ciemne  włosy  zebrane  wstążką  na  karku.  Twarz 

zakryta czarną zamszową maską. 

Maja zaczęła rozwiązywać tasiemki podtrzymujące maskę. Nie bała się widoku twarzy 

brata. Już wcześniej widziała jego blizny i chropowatą skórę. Jej nie przyprawi ona o dreszcz, 

nie odwróci się z obrzydzeniem. 

Dłonie Mai gładziły policzki Ailo. Uśmiechała się do niego poprzez zasłonę łez. On 

też  się  uśmiechał.  Oczy  jego  wyrażały  to  samo  ciepło  co  kiedyś.  Radość,  że  ją  widzi. 

Zaufanie. Porozumienie. To coś, co istniało pomiędzy nimi dlatego, że byli rodzeństwem. Na 

zawsze połączeni ze sobą więzami krwi, losu i... kłamstwa. 

- Cieszę się, że wróciliśmy - odezwał się Ailo głosem tym co zawsze. 

Maja ponownie go uściskała. Nie mogła się powstrzymać, chciała znów poczuć, że on 

naprawdę  tu  jest.  Nie  mogła  też  opanować  łez.  Po  prostu  płynęły.  Nie  musiała  się  ich 

wstydzić ani przed Ailo, ani Williamem. 

- A więc Knut mieszka u was? - spytał Ailo, nie spuszczając wzroku z Mai. 

Potwierdziła.  W  krótkich  słowach  opowiedziała  mu,  dlaczego  Knut  przyjechał  do 

Finlandii. Nie wszystko była w stanie opisać w liście. Opowiedziała Ailo historię Knuta z tą 

samą goryczą w głosie, z jaką on to robił. Niesprawiedliwość, której dopuszczono się wobec 

niego, bolała ich wszystkich. 

background image

- Nigdy bym nie przypuszczał, że Emil będzie do czegoś takiego zdolny - stwierdził 

Ailo w zadumie. - Ale Ida zawsze potrafiła wzbudzać gwałtowne emocje... Ida ma się dobrze? 

Maja  potwierdziła,  przełykając  ślinę.  Czuła,  że  Ailo  żałuje  i  że  będzie  żałował  do 

końca życia. Ale wiedziała też, że nigdy nie zmieni swej decyzji. 

Dla Idy był martwy. 

-  Idzie jest dobrze z Sedolfem - powiedziała. -  Dzieciom też. Knut mówi, że Sedolf 

jest po uszy w nich zakochany i traktuje je jak swoje własne. 

I  znów  ten  wyraz  zagubienia  w  oczach  Ailo.  Świadomość,  że  gdzieś  daleko  ma  coś 

własnego,  ale  nigdy  nie  wyciągnie  po  to  ręki.  Będzie  tylko  rozmyślał,  milczał  i...  kochał. 

Zawsze na odległość. 

Sam wydal na siebie ten wyrok. 

Ailo  spojrzał  na  swoje  nadgarstki.  Na  jednym  nadal  widoczna  była  blizna  po  cięciu 

nożem. Pamiętał wyraźnie ten moment. On i Knut w świetle ognia, ciepło bijące z paleniska, 

trzaskający mróz na zewnątrz. 

Czuli, że są razem, choć nie łączyły ich więzy krwi. 

Dlatego sami je stworzyli. Nacięli cienką skórę wielkimi, ostrymi nożami. Nie poczuli 

bólu. 

Zmieszali swoją krew. Stali się braćmi. 

Rozpaczliwie  tęsknił  za  rozmową  z  Knutem.  Knut  widział  Idę,  wiedział,  jak  żyje. 

Mógł mu opowiedzieć o niej dużo więcej niż Maja. Czul, że Maja, mówiąc o Idzie, celowo 

zachowuje obojętność. 

A on chciał uczuć! Chciał patrzeć na twarz rozmówcy i widzieć, czy płacze, czy się 

ś

mieje. Z wyrazu twarzy innego człowieka potrafił wyczytać równie dużo, jak z jego słów. 

Knut  tyle  wiedział  o  Idzie!  Był  jego  bratem  krwi,  ale  także  bratem  Idy.  Jej 

prawdziwym bratem. Więzy krwi więcej znaczyły od tych, które ludzie sami stworzyli. Knut 

na pewno silniej związany jest z siostrą niż ze swoim najlepszym przyjacielem. 

Trudno  byłoby  dopuścić  Knuta  do  tajemnicy  i  wymagać,  żeby  jej  dotrzymał.  W  ten 

sposób wciągnęliby w kłamstwo także jego. Ailo uważał, że i tak wie o nim zbyt wiele osób. 

-  Jak  długo  potrwa  moje  odosobnienie?  -  spytał.  -  Rozumiem,  że  to  dla  mojego 

bezpieczeństwa,  ale  tęsknię  za  wyspą.  Chciałbym  móc  wyjść  na  dwór,  usiąść  na  plaży  i 

patrzeć na morze. Mieć nad sobą niebo, powietrze... 

- Knut i Anjo zostaną pewnie długo - powiedział William. - Anjo oczekuje dziecka. 

Nikt nie wyrzuca z domu ciężarnej... 

background image

- Mimo to możesz wrócić na wyspę - odezwała się Maja. - Będzie to wymagało od nas 

ostrożności. Ale tam poczujesz się lepiej. W tym domu nie możesz zostać! Ja bym się w nim 

udusiła...  -  Rozejrzała  się  wokół,  a  jej  ciało  przebiegł  dreszcz.  Pokoje  były  małe  i  niskie.  - 

Wolę nie myśleć, jak się tu czułeś... 

Ailo uśmiechnął się szeroko mimo bólu gniotącego mu piersi. 

- Zdołałem przyzwyczaić się do niejednego, moja siostro - rzekł z tęsknotą w głosie. 

Tęsknotą  za  rozległymi  płaskowyżami  daleko  na  północy,  gdzie  ziemia  należała  do 

wszystkich i do nikogo. 

Maja opisała mu kamienny domek. Ailo zareagował dokładnie tak, jak oczekiwała. 

- Nic nie będzie dla mnie za ciasne, Maju - powiedział. - Nie chcę niczego posiadać. 

Wierzę,  że  wolność  wynika  między  innymi  z  tego,  że  się  nie  ma  zbyt  dużo  na  własność. 

Mimo że teraz posiadam więcej, niż potrzebuję, oddałbym to wszystko bez żalu. Nie płaczę 

za  przedmiotami.  Dla  mnie  nadal  czymś  najlepszym  jest  życie  na  północy.  Tam  cały  twój 

dom mieści się na saniach. Tam ludzie wokół ciebie znaczą więcej niż twoja własność. Tam 

jest się biednym, gdy się nie ma rodziny, a nie pieniędzy, jak u was... 

Maja spojrzała na brata z bólem. Powiedział „u was...” Wykluczył ją ze świata, który 

ona nadal uważała za swój! Na równi z nim była dzieckiem surowego płaskowyżu! 

- Zabierzcie mnie na Hailuoto jeszcze dziś w nocy! - poprosił Ailo. - Potrzebuję tylko 

kilku rzeczy, które zmieszczą się w torbie. Wystarczy mi nóż, żeby rzeźbić w drewnie. Będę 

tam  miał  co  robić.  Zawsze  mam.  Jeżeli  zechcecie  mnie  czasem  odwiedzić,  chętnie 

porozmawiam. W domu chyba nadal jest ktoś, kto mnie pamięta? 

Maja pokiwała głową. A więc przewiozą Ailo już dziś w nocy. Trochę na to liczyła. 

Bardzo chciała go zobaczyć, lecz może jeszcze ważniejsze było doprowadzić do tego, żeby na 

stałe  był  w  pobliżu.  Nie  będzie  musiała  się  zastanawiać,  dlaczego  nie  poczuła,  że  wraca. 

Przerażała ją myśl, że ich wyjątkowy kontakt może już się zerwał. A przecież istniał nawet 

wtedy, gdy Ailo ukrywał się w Niemczech... 

Ale pewnie go teraz nie potrzebowała, gdy będą żyć tak blisko siebie. 

William  chciał  się  sprzeciwić,  ale  zmilczał.  Może  ta  noc  była  dobra  jak  każda  inna. 

Resztę rzeczy Ailo ktoś ze służby przywiezie kiedy indziej, przybijając prosto na plażę przed 

kamiennym domkiem. 

Wiedział, ile to znaczy dla Marii. A on nieba by jej przychylił, byle ją zadowolić. Nic 

innego dla niego się nie liczyło. Chciał ją zdobyć za wszelką cenę. Wyszła za niego, bo nie 

widziała dla siebie innej możliwości. W czasie niezliczonych, pełnych tęsknoty bezsennych 

nocy William obiecał sobie, że zrobi wszystko, by zdobyć jej serce. Aby zdobyć zaufanie i 

background image

uczucie  wykraczające  poza  przyjaźń  i  szacunek.  W  końcu  na  pewno  go  pokocha.  Nawet 

gdyby miał na to poświęcić całe życie, dokona tego. 

Ailo wrócił na wyspę.  Z przystani pojechał z Mają na jednym koniu. Rozdzielili się 

niedaleko domu. William zaprowadził oba konie do stajni, a Maja i Ailo ruszyli przez ciemny 

las. Niełatwo było dostrzec ścieżkę, ale Maja zdołała już poznać ten las na wylot. 

- Najchętniej pojechałbyś do domu, prawda? - spytała Maja. Myśli jej krążyły wokół 

ostatnich słów brata. O wspólnocie z pobratymcami, o życiu w wolności. - Do Laponii? 

-  Tam  nie  wrócę  -  odpowiedział  stanowczo,  jakby  już  się  nad  tym  zastanawiał.  Z 

ż

alem w głosie, ale bez goryczy, której oczekiwała. - Finnmark jest za mały - dodał. - Sama 

wiesz, siostrzyczko, że słowa szybko krążą. A o mnie prędko zaczęto by mówić. Moje myśli 

zawsze będą wracać tam, ale ja pozostanę tutaj. Tu mam krewnych i tu nikogo nie krzywdzę. 

Nie wspomnieli Idy, ale oboje o niej pomyśleli. Maję przepełniła dziwna mieszanina 

miłości i nienawiści do młodszej siostry. 

Kochała ją. Tego nic nie mogło zmienić. Kochała także Ailo. Było to uczucie, którego 

nie dało się porównać czy zmierzyć. 

Jednocześnie  czuła  zarzewie  nienawiści  do  Idy.  Dlatego,  że  mogła  tak  szybko 

zapomnieć o Ailo. Dlatego, że potrafiła być szczęśliwa z Sedolfem. 

Maja wiedziała, że to nie miało ze sobą związku, że nie mogła oskarżać Idy. Ona żyła 

swoim życiem. Dla niej Ailo był martwy. 

Jednak miewała takie niedobre myśli. Raz jeszcze zapragnęła zerwać wszelkie więzy 

łączące ją z domem. 

Doszli  do  domku.  Maja  otworzyła  drzwi  kluczem.  Pokazała  bratu  wszystkie 

pomieszczenia w migoczącym świetle lampy. Napaliła w piecu i na palenisku. 

Była z siebie zadowolona. Urządziła dom tak, że stał się przytulny. Poświęciła na to 

wiele nocy. Knut i Anjo nic nie spostrzegli. 

-  Sama  to  zrobiłaś?  Maja  uśmiechnęła  się  z  dumą.  Opowiedziała  Ailo,  jak  wszyscy 

służący jej pomagali. Jak się cieszyli, że mogą zrobić to dla niego. Wszyscy mieli milczeć. 

Byli po jego stronie. 

- Jeżeli to przeciągnie się do zimy, przeniesiemy cię do domu - rzekła Maja. - Trudno 

ukrywać ślady na śniegu. A ten dom zimą pewnie nie jest szczególnie zaciszny. 

- Nie mów tak - Ailo pogłaskał ścianę. - One widziały więcej niż ty czy ja. Te ściany 

potrafią dotrzymać tajemnic. Mają duszę. Już je kocham. 

- Ty, który potrafisz obyć się bez rzeczy? - zażartowała. 

background image

Ailo pokiwał głową. Widziała po jego oczach, że mówił poważnie. Znów zdjął maskę. 

Założył ją, gdy wyszli z domu w Oulu. Osłonił dodatkowo twarz rondem kapelusza. Mimo że 

to był środek nocy, odwracał się od okien. 

Nawet  w  masce  przerażał,  ale  nieosłonięta  twarz,  która  naprawdę  nie  przypominała 

twarzy, była trudniejsza do zaakceptowania. 

Nawet Maja, która kochała go bez zastrzeżeń, zdawała sobie sprawę, że mógł budzić 

odrazę. Zarówno w masce, jak i bez niej. 

- Chyba nie jest ci tu źle? - spytał, zdejmując płaszcz. Maja pokręciła głową. Jej życie 

mogło pójść o wiele gorszymi ścieżkami. 

-  William  to  wspaniały  człowiek  -  dodał.  Wystawiał  świadectwo  Williamowi,  który 

stał mu się bliski jak brat. 

- Wiem - odparła Maja. 

- Nie wolno ci go unieszczęśliwić - powiedział Ailo ostrożnie. - On traktuje cię jak... 

boską istotę. I nikt na całym świecie nie potrafiłby go zranić dotkliwiej niż ty... 

Maja wiedziała o tym. 

- Nie zrobię tego - zapewniła z powagą. - Nie mogłam dostać tego, którego najbardziej 

chciałam. Nie zdołałam zatrzymać tego, którego dostałam. William jest dla mnie aż za dobry. 

Ale nie potrafiłabym go zranić. On jest taki wrażliwy. 

- Jak chowa się synek? 

- Henrik? - Twarz Mai od razu złagodniała. - William zyskał jego zaufanie. Chłopiec 

jest  do  niego  podobny.  Ma  moje  oczy,  ale  to  mały  Runefelt,  bez  wątpienia.  Jest  dobrym 

dzieckiem...  -  Zamilkła.  -  Szkoda,  że  tak  daleko  stąd  do  Lyngen  -  dodała.  -  Tak  daleko  do 

twoich... 

Zacisnął dłonie w pięści. 

- Mogę tylko dziękować Bogu, że to tak daleko - rzucił cicho. - Pokusa byłaby zbyt 

silna. Może zechciałbym zmartwychwstać? Nikomu nie przyniosłoby to szczęścia. Ani mnie, 

ani Idzie. Ani Sedolfowi. 

Serce Mai ścisnęło się z bólu, ale musiała się z nim zgodzić. Pewnie wiele razy o tym 

myślał. 

- Może uda mi się przyjść jutro - powiedziała. Musiała wracać. Niedługo wstanie świt. 

No i pewnie czekał na nią William. 

- Na pewno przyślę kogoś z jedzeniem. I... - zawahała się, lecz dokończyła: - ... jeśli 

chcesz, przychodź do altany, gdy będzie ciemno. Tam mogę się z tobą spotykać. William też. 

Może to ryzykowne, ale nie mogę znieść myśli, że wygnałam cię z domu! 

background image

Ailo podszedł do niej. Przyłożył swój zniszczony policzek do jej gładkiego. 

-  Nie  czuję  się  jak  wygnaniec,  siostro  -  rzekł.  -  Uważam,  że  przyjęłaś  mnie  bardzo 

ciepło. 

background image

Dom był cichy, gdy Maja nadeszła. Ciemność przybrała niebieskawy odcień, wstawał 

poranek. 

Popatrzyła na okno ich sypialni. Zasłony były do połowy zaciągnięte, tak jak wtedy, 

gdy odjeżdżali, lecz w pokoju panowała ciemność. 

Maja  zatrzymała  się,  jakby  coś  poczuła  w  powietrzu.  A  może  to  tylko  wiatr,  który 

rozwiał jej płaszcz niczym żagiel, zmusił ją, by stanęła? 

Pomyślała o dniach i nocach bez Williama. Były niczym długi sznur pereł. 

Maja wiedziała, że właśnie to ją dręczy. Bała się nocy. Bliskości Williama. Bała się 

wspólnego łoża. 

Bała się, lecz jednocześnie była ciekawa. 

Bo pamiętała. 

Dobrze pamiętała. 

William  był  wymagającym  kochankiem,  a  zarazem  czułym:  takim,  o  jakim  marzyły 

kobiety. Należał do niej. Powinna chyba czuć wyrzuty sumienia, że waha się przed wspólną 

nocą. 

Maja chciała jej. Ale jednocześnie nie chciała. 

Pora  pomiędzy  nocą  a  porankiem  była  szczególnie  cicha.  Ale  cisza  zawierała  także 

dźwięki:  szum  gałęzi,  plusk  fal  uderzających  o  brzeg,  zgrzyt  gałęzi  ocierającej  się  o  ścianę 

domu. Maja starała się zapamiętać, która to. Każe ją ściąć, bo może obudzić dzieci... 

Wtedy dostrzegła, że drzwi altany są otwarte. Nogi same ją tam zaniosły. Wiedziała, 

ż

e  to  musiał  być  William.  A  więc  on  też  nie  wszedł  do  domu.  Także  jego  zauroczył  ten 

moment. 

To dobrze. 

Altana  była  ich  miejscem,  o  wiele  bardziej  niż  pokoje.  Żadne  pierzyny  i  miękkie 

materace nie mogły zastąpić twardych ław tego szklanego domu. 

Maja  weszła  do  środka.  Zamknęła  za  sobą  drzwi.  Ujrzała  zarys  postaci  męża 

zapatrzonego w dal. Nie odwrócił się ani nie poruszył. 

- Spodobało mu się? 

- Tak - odparła. - Bywał tam samotny? Jego twarz musiała odstraszać... 

-  Zanim  nauczył  się  języka,  był  samotny.  Jeden  człowiek  nigdy  nie  wystarczy 

drugiemu. Musisz mieć jeszcze innych, aby poczuć się w pełni człowiekiem. 

background image

Usiadł.  Ramię  oparł  o  parapet.  Widział  Maję  jako  cień  wśród  innych  cieni  tej 

kończącej się nocy. 

- Sądzę, że właśnie jego maska sprawiła, że dla wielu kobiet stał się atrakcyjny. Ailo 

odnosił  większe  sukcesy,  niż  by  dokonał  tego  ze  swoim  dawnym  wyglądem!  -  Zaśmiał  się 

cicho. - Niektóre przedstawicielki płci pięknej mają kurze móżdżki, Mario. Jakże się cieszę, 

ż

e nie ożeniłem się z jedną z nich! 

Maja  nie  posądzała  Ailo  o  to,  że  pragnął  zdobywać  kobiety  w  ten  sposób.  Ale 

zrozumiała, co William chciał jej przekazać. Usłyszała pogardę w jego głosie. 

- Mężczyźni także miewają kurze móżdżki - stwierdziła, zdejmując płaszcz. Nie było 

zimno. Szklane ściany altany zatrzymywały wiatr. 

-  Ailo  jest  inny,  niż  go  pamiętasz,  Mario  -  powiedział  William.  -  Czas  spędzony  w 

Niemczech zmienił go. Tak jak życie, do którego jest zmuszony. 

- Przecież rozumiem - prychnęła Maja. Czyżby sądził, że jest głupia? Ale opanowała 

się. Nie chciała zniszczyć tej delikatnej chwili. Zaufanie, które do siebie czuli, było nad wyraz 

kruche. Łatwo je unicestwić nieostrożnym słowem. 

-  Wiele  mu  dała  nauka  u  znanych  złotników  -  mówił  dalej  William.  -  Dla  Ailo 

oznaczała ona o wiele więcej niż tylko możliwość zabicia czasu. Myślę, że on jest stworzony 

do  sztuki.  Ma  dar  w  rękach.  W  palcach.  Ma  oko,  które  dostrzega  wokół  piękno,  a  on 

przetwarza  je  w  niespotykany  sposób.  Dużo  się  teraz  dzieje  w  Europie.  Zmienia  się  styl. 

Przedtem  wszystko  miało  być  ciężkie,  solidne:  meble,  obrazy,  biżuteria.  A  teraz  jest  jasno. 

Lekko, delikatnie, miękko. Nowy styl przypomina taniec. Ailo pochwycił to w lot. Od razu 

wiedział,  jak  stworzyć  coś,  co  pozostaje  w  zgodzie  z  kanonami  mody,  a  jednocześnie  jest 

całkiem odmienne. Wytwarza ozdoby jedyne w swoim rodzaju. Nikt na świecie nie zdołałby 

go  naśladować.  Ailo  jest  urodzonym  artystą,  moja  Mario!  -  Williamowi  aż  poczerwieniały 

policzki.  -  Chciałbym  wiedzieć,  ilu  też  artystów  z  jego  narodu  otrzymało  od  życia  szansę 

rzeźbienia w czymś innym niż kości. 

- Lub haftowania cynową nitką. Także kobiety są uzdolnione, Williamie... 

Westchnął. 

- Nie utrudniaj, Mario! Nie chcę się kłócić. Po prostu cieszę się, że Ailo miał okazję 

rozwinąć swoje zdolności. 

Maja  nie  powiedziała,  co  myśli.  Ze  tak  naprawdę  Ailo  bardziej  niż  ktokolwiek  był 

przeznaczony  do  hodowania  reniferów,  do  życia  na  łonie  natury.  Tam  gdzie  zima  jest 

najdłuższą nocą, a lato dniem bez końca. 

background image

William  urodził  się  do  innego  świata.  Do  wspaniałości  stworzonych  ludzką  ręką. 

Nawet  nie  przeczuwał  istnienia  zjawisk,  które  zachwycały,  a  nie  były  skalane  dotykiem 

człowieka. 

Ailo  był  urodzony  dla  świata  przyrody.  Ona  pewnie  też.  Człowiek  nie  jest  w  stanie 

stworzyć  kwiatu  uczepionego  skały  tak  wysoko,  że  można  niemal  dłonią  dotknąć  nieba. 

Człowiek  nie  umiałby  stworzyć  mięciutkiego  jak  puch  pisklęcia  pardwy.  Nie  umiałby 

stworzyć  pączków  na  suchych  gałęziach,  które  pod  wpływem  pieszczot  słońca  i  wody 

rozwijały się w liście. 

To było wielkie. 

To była sztuka. 

Ale  tego  William  nigdy  nie  pojmie.  Dla  niego  czymś  najwspanialszym  było 

naśladowanie natury przez człowieka. 

Ale to dobrze, że Ailo  mógł wypełnić  czymś swoje życie.  Gdyby postrzegał je jako 

pozbawione sensu, byłoby naprawdę źle. 

William wstał i podszedł do Mai. Jego dłonie obejmujące jej talię wydawały się zbyt 

duże. Pokręcił głową, spoglądając na żonę. 

- Aż nie mogę uwierzyć, że to prawda - powiedział. - Lękam się, że się obudzę i znów 

znajdę się tam daleko. Ale przecież wtedy nie mógłbym cię obejmować... 

Maja uśmiechnęła się. Która kobieta nie pragnęłaby usłyszeć takich słów? On jest jej 

mężem, i tak dawno nie byli blisko... 

- Jesteś taka piękna, Mario! 

Słowa Williama ogrzewały ją, bo wiedziała, że w jego oczach jest naprawdę piękna. 

Jej  samej  nie  podobało  się  własne  odbicie  w  lustrze.  Ale  William  nie  kłamał.  Wystarczało 

usłyszeć zachwyt w jego głosie. Choć raz chciałaby ujrzeć kobietę, którą w niej widział, spoj-

rzeć na siebie jego oczami. Zobaczyć siebie jako ładną. 

Jego  wargi  pieściły  jej  twarz.  Nie  całowały,  tylko  przesuwały  się,  suche,  po  całej 

powierzchni. Lekko jak piórka, jak podmuch wiatru, jak marzenia. 

Aż dotarły do ust, napotkały je, wpółotwarte, i przykryły. Całowali się, rozniecając w 

sobie ogień. 

Byli  jak  wulkany  pełne  lawy,  pełne  tego,  co  się  w  nich  żarzyło,  a  czemu 

niebezpiecznie byłoby dać ujście od razu. 

Dlatego rozłączyli się i odsunęli od siebie tak, że stykały się tylko ich usta. Wreszcie i 

one straciły kontakt. 

background image

Stali na odległość ramienia i patrzyli na siebie. Przytomni, lecz oszołomieni. Dźwięki 

wokół nich jakby zniknęły. Stali w ciszy miękkiej niczym obłok. 

William uśmiechnął się. Złożył usta jak do pocałunku i przesłał go Mai, która wręcz 

poczuła jego dotyk. Przesunęła językiem po wargach, zwilżając je. Nie spuszczała wzroku z 

męża. Dostrzegła, że oddycha szybciej. 

Nagle schwycił jej dłonie i gorejącymi wargami całował każdy palec, wierzch dłoni i 

wreszcie wnętrze. 

Krew w Mai zawrzała. 

Nigdy wcześniej nie czuła takiego gorąca... 

Przesunęli się ku sobie niezauważenie, a może tylko się pochylili... 

Twarz  Mai  zbliżyła  się  do  szyi  Williama,  poczuła  jego  zapach.  Pachniał 

niebezpiecznie kusząco. 

Wreszcie pokonała dzielącą ich odległość, świadomie i z tęsknotą. Oplotła ramionami 

jego plecy, poczuła mięśnie i ciepło jego ciała. 

Musiała  poczuć  smak  jego  skóry.  Dotknęła  wargami  jego  szyi,  całowała,  gryzła, 

lizała... Smakował obco, po męsku. Przypominał jej o ledwo pamiętanych przyjemnościach, 

podniecał ją... 

Jej wilgotne wargi wędrowały wzdłuż linii jego szczęki, lekko uszczypnęły koniuszek 

ucha. Gorący oddech owionął jego ucho. Spuściła deszcz lekkich, gorących pocałunków na 

jego usta, a potem jej język wśliznął się pomiędzy wargi, żądając więcej. 

Dłużej  nie  mogli  się  już  powstrzymywać.  Maja  rozpięła  koszulę  Williama, 

wyszarpnęła ją ze spodni i odkryła całe obszary ciepłej skóry. Rozkoszowała się jej dotykiem 

i smakiem... 

Rozpinała mu spodnie, a on biedził się z guzikami jej sukni. Aż musiał odwrócić Maję 

i wtedy mu się udało. Dłonie wsunęły się pod materiał sukni, objęły brzuch, dotarły do piersi, 

były ich pełne, podczas gdy zęby gryzły leciutko jej białe ramiona. 

Jej dłonie bawiły się brzuchem Williama, wśliznęły w rozpięcie spodni i sprawiły, że 

niemal odszedł od zmysłów. 

Jedną  ręką  zerwał  wiązania  jej  bielizny.  Poczuł,  że  opadła  i  że  Maja  z  niej  wyszła. 

Uniósł skraj jej sukni i przycisnął ciało do jej ciała. Wiedział, że ona też go pożąda, że kieruje 

go tam, dokąd oboje chcieli, by dotarł. 

Jej  dłonie  przesunęły  się  do  tyłu,  obejmując  jego  biodra  tak  mocno,  że  niemal  nie 

mógł  się  poruszać.  Oboje  pragnęli  jak  najdłużej  powstrzymać  wybuch  wulkanu,  by  jak 

najpóźniej ich ogień przeszedł w żar. 

background image

Jego dłonie pieściły ją i nasłuchiwały jej sygnałów. Zachęcała go i prosiła o jeszcze. 

Twarz Williama zatopiona była w jedwabistych włosach Mai, o których tyle marzył. Z 

zamkniętymi oczami oboje wpłynęli w rozkosz. 

We  wspólnym  łożu  mogliby  obrócić  się  do  siebie  plecami,  zamknąć  oczy  i  udawać 

sen. 

Tu było to niemożliwe. Ale nie czuli zażenowania. 

Musieli spojrzeć sobie w oczy. I zrobili to z uśmiechem pełnym tajemnic. I czułości. 

Bo była między nimi czułość, delikatna i spokojna. I przyjaźń. 

William szybko pocałował Maję w oba policzki, a ona musnęła jego usta. 

Pieszczoty,  którymi  obdarzali  się  po  akcie  miłosnym.  Gdy  ich  ciała  były  znużone, 

leniwe i wilgotne, syte i zaspokojone. Zmęczone dobrą miłością. 

-  Kocham  cię,  Mario  -  powiedział  z  uśmiechem.  Tak  czuł,  ale  nie  oczekiwał,  że 

odpowie tak samo. 

-  Jesteś  wspaniały,  Williamie  -  odrzekła  Maja.  Wiedział,  że  ona  nie  szafuje  tego 

rodzaju słowami, dlatego znał ich wartość. 

Pomógł jej przy guzikach sukni, zapinając co drugi. W końcu mieli jeszcze iść spać. 

Maja zaśmiała się, podnosząc z ziemi koronkowe majtki. 

- I tak by się nie utrzymały - stwierdziła, zwijając je i wkładając pod pachę. Narzuciła 

na ramiona płaszcz. 

William zdjął surdut. Sięgał mu tylko do połowy uda: na południu Europy uznano by 

go za niemodny. Tam mężczyzna o jego pozycji powinien nosić surdut długi do kolan. 

Ale  na  Hailuoto  William  chodził  ubrany  jak  chciał.  Wiedział  jednak,  że  na  dworze 

szwedzkim zaraz przejmą nową modę. Przejmą nawet biało pudrowane peruki i niedługo nie 

będzie się można bez nich tam pokazać. 

Williama mierziła ta myśl. 

Złapał  płaszcz  i  kapelusz.  Rozwiązał  fular  pod  szyją.  Koszulę  na  piersi  rozpiął  już 

wcześniej. Spojrzał czule na żonę. Pogłaskał jej kark, zanim objął ją ramieniem. 

- Nie sądzisz, że powinniśmy położyć się spać? - zapytał. 

Poczuł wielkie znużenie. Zmęczyła go podróż na północ, mimo że nie mógł narzekać 

na pogodę. Poza tym ten dzień, jak mało który, dostarczył mu tyle wrażeń, że ledwo stał na 

nogach. 

Maja pokiwała głową. Jej twarz przybrała łagodny wyraz. Gruby warkocz, uwolniony 

z  surowej  fryzury,  miała  przerzucony  przez  jedno  ramię.  William  najbardziej  lubił  Maję  z 

rozpuszczonymi włosami. Zadawał sobie pytanie, czy ona o tym pamięta. 

background image

Razem  wyszli  z  altany,  z  tego  przeszklonego  domku,  niemego  świadka  ich 

najwspanialszych chwil. Altana mogła właściwie stanowić symbol ich związku: była czymś 

pięknym, lecz kruchym... 

Anjo  nie  mogła  zasnąć.  Dziecko,  które  nosiła  pod  sercem,  było  bardzo  żywotne. 

Czuła, jakby jej brzuch wypełniały ruchliwe ramiona i nogi. Gdy tylko ona sama próbowała 

ułożyć się do snu, maleństwo zaczynało się kręcić. 

Leżała wtedy cicho, wsłuchana w ten cud dziejący się w jej ciele. Składała te chwile 

do skarbca pamięci, aby móc kiedyś w przyszłości je wydobyć. Oczywiście, męczył ją brak 

wystarczającej ilości snu, ale dla Anjo fakt, że będzie miała jeszcze jedno dziecko, był cudem 

samym w sobie. Przecież jeszcze niedawno sądziła, że spędzi życie w samotności. 

Najpierw zdarzył się Knut, i był to pierwszy cud. To, że wybrał właśnie ją, nadal ją 

zadziwiało. Nigdy nie zrozumie, co w niej ujrzał. Ale była mu nieskończenie wdzięczna, że 

odwzajemnił jej uczucie. 

Knut dał jej nowe życie. Ofiarował więcej, niż kiedykolwiek odważyła się zamarzyć. 

Widziała swoje życie jako nieskończony łańcuch dni poświęconych służbie innym. Pełnych 

pracy w cudzym domu, za pieniądze, z pochylonym karkiem. 

Knut nadał życiu Anjo inny wymiar. 

Zamiast spędzić życie w samotności, stała się częścią jego rodziny. I stworzyli własną. 

Mały Karl był kolejnym cudem. A teraz to nowe dziecko. Było spełnieniem marzeń, których 

nawet nie śmiała snuć. 

Więc  mimo  że  małe  nie  dawało  jej  zasnąć,  nie odczuwała  tego  jako  ciężaru.  Raczej 

jako  wzbogacenie.  Otrzymywała  tak  wiele...  Kilka  bezsennych  nocy  było  niską  ceną  za  to 

wszystko, co zostało jej ofiarowane. 

Najczęściej leżała, nie budząc Knuta. Potrzebował snu. I nie doznawał tego cudu tak 

mocno  jak  ona.  To  przecież  działo  się  w  jej  ciele.  Oczywiście,  kładł  dłonie  na  jej  brzuchu, 

przykładał do niego ucho i policzek, ale czuł to wszystko tylko z zewnątrz. 

Anjo  mogła  czuć  dziecko  i  dłońmi,  i  od  wewnątrz.  To  podwajało  wrażenia.  A  i  tak 

były mocne. 

Tej  nocy  małe  zachowywało  się  szczególnie  niespokojnie.  Anjo  nie  zmrużyła  oka. 

Patrzyła, jak powoli jaśnieją zasłony w oknie. Niedługo będzie już ranek. W domu panowała 

jeszcze cisza. 

Mimo  zamieszania  wywołanego  powrotem  Williama  Karl  nie  obudził  się  w  nocy. 

Henrik też nie. Zwykłe wiele nie potrzeba, by wybić takich szkrabów z ich ustalonego rytmu 

dnia. 

background image

Nie  potrafiła  już  wymusić  na  sobie  snu.  Była  całkiem  wybudzona  i  nie  czuła 

zmęczenia.  Ale  wiedziała,  że  nie  jest  panią  domu  i  nie  zamierzała  wyręczać  Mai  w  jej 

obowiązkach. Prędzej czy później będzie miała swój pęk kluczy u pasa. 

Teraz starała się trzymać w cieniu. 

Cicho  wysunęła  się  z  łóżka.  Boso  przeszła  po  zimnej  podłodze.  Ubrała  się 

bezszelestnie.  Poszuka  koszulki,  którą  zaczęła  szyć  dla  maluszka.  Taka  praca  pasuje  do  tej 

pory dnia. 

Otworzyła ostrożnie drzwi do pokoju, który dla niej i dla Knuta był salonem. To Maja 

zarządziła, by jedną z sypialni przemeblować tak, by zmieniła się w przytulny salon. 

Rozumiała, że potrzebowali namiastki własnego domu. Oczywiście, mogli korzystać 

bez ograniczeń z jej domu, ale Maja rozumiała, że dla kobiety to nie to samo. 

Poranny  brzask  nie  przeniknął  jeszcze  do  wnętrza,  Anjo  jednak  nie  zapaliła  lampy. 

Wciąż tkwił w niej dawny nawyk oszczędzania. Odsunęła zasłony. Z przyjemnością zważyła 

w  dłoni  gruby,  sztywny  materiał.  Wiedziała,  że  jest  kosztowny  i  że  pamięta  jeszcze  czasy 

dzieciństwa Williama. Może będzie tu wisiał także wtedy, gdy Henrik dorośnie? 

Pozostała przy oknie. 

Szare światło poranka zawsze zachwycało Anjo. Ale lubiła też ciemność. Oczywiście 

białe noce na północy miały też swój urok, ale jednak uważała, że widok księżyca w pełni, 

oglądany ciepłą, letnią nocą to coś wspaniałego. Na północy księżyc kojarzył się z zimnem. 

Dostrzegła  ich  dopiero,  gdy  zamknęli  za  sobą  drzwi  altany.  William  szedł  w  samej 

koszuli,  ze  zwiniętymi  ubraniami  pod  pachą.  Drugą  ręką  przytulał  Maję.  Miała  warkocz 

spuszczony  na  plecy.  Obejmowała  męża  w  pasie.  Anjo  zorientowała  się,  że  William  jest  w 

butach do konnej jazdy. 

Nietrudno zgadnąć, czym zajmowali się w altanie, stwierdziła Anjo. Ale zmarszczyła 

w zamyśleniu brwi, przyglądając się ich strojom. Wydawało się, że tej nocy w ogóle nie spali 

w łóżku. Gdzie byli wcześniej? Na lądzie? 

Dlaczego? 

No i te buty do konnej jazdy... 

Nie słyszała odgłosu końskich kopyt. A może miała nie słyszeć? 

A może... no tak! Przecież nie tak dawno usłyszała, jak ktoś otwiera drzwi do stajni. 

Sądziła, że to chłopak stajenny wybrał się na nocną przechadzkę. 

Teraz mogła odrzucić to przypuszczenie. 

background image

Stała cicho przy oknie. Rozległo się słabe skrzypnięcie drzwi wejściowych. Po długiej 

chwili  odgłos  ich  ostrożnych  kroków  i  kolejne  skrzypnięcie,  tym  razem  drzwi  sypialni 

Williama i Mai. 

Powinni  posmarować  zawiasy,  jeśli  zamierzają  kontynuować  te  nocne  wyprawy, 

przemknęło Anjo przez myśl. 

Zastanawiała się, co to mogło oznaczać. 

Bo to nie był przypadek. Maja i William chcieli zachować coś w tajemnicy przed nią i 

Knutem. 

Zasiadła z robótką, a jej myśli nadal krążyły wokół tej sprawy. 

Upewniła  się  w  swoich  podejrzeniach  przed  południem,  gdy  zobaczyła,  jak  mąż 

kucharki oliwi zawiasy drzwi wejściowych. 

background image

W  czasie  następnych  nocy  Anjo  bardzo  się  starała,  by  nie  zasnąć,  ale  właśnie  to 

podziałało na nią jak środek nasenny. Nigdy jeszcze tak szybko nie zasypiała i rzadko jej sen 

bywał aż tak głęboki. Nie odkryła więc niczego niezwykłego. 

W ciągu dnia Maja zachowywała się jak dawniej. 

O Williamie trudno było Anjo coś powiedzieć, przecież wcześniej go nie znała. Ale 

nie wydawało się, żeby cokolwiek go niepokoiło. 

Anjo uważała, że to jest zastanawiające. 

Wiele razy omal nie wspomniała o swych podejrzeniach Knutowi. Wiedziała jednak, 

ż

e mąż nazwie to wścibianiem nosa w nie swoje sprawy. Nie chciała, żeby uważał, iż stała się 

jedną  z  tych,  które  pogardliwie  nazywał  plotkarami.  Taką,  która  cały  czas  poświęcała  na 

ś

ledzenie powodzeń i niepowodzeń - a zwłaszcza niepowodzeń - innych. 

Po  prostu  nie  miała  zbyt  wiele  do  roboty.  O  dom  dbała  służba.  Anjo  tylko  układała 

czyste  ubrania  na  półkach.  Czasami  zajmowały  się  z  Mają  gotowaniem,  ale  po  powrocie 

Williama robiły to coraz rzadziej. 

Aż za dużo tego leniwego życia, uważała Anjo. Głównie opiekowała się synem, a to 

przecież niekłopotliwe. 

Nie  potrafiła  być  damą.  Miała  dłonie  szorstkie  od  pracy.  Urodziła  się  po  to,  by 

pracować, a nie żeby siedzieć bezczynnie na jedwabnych poduszkach. 

W niespełna tydzień po powrocie William wybrał się do Tornio odwiedzić ojca. Nie 

miał  na  to  specjalnej  ochoty,  ale  Maja  go  przekonała.  Nie  lubiła  teścia,  ale  tłumaczyła 

Williamowi, że ojciec to ojciec. I niewątpliwie zasługą Marcusa było, że syn mógł wcześniej 

wrócić do domu. Maja nigdy by nie uzyskała podpisu Tessina na stosownym dokumencie. 

William  pojechał.  Zawiózł  prezenty,  które  nieuważnie  wybrał  spomiędzy  tych,  na 

których mu mniej zależało. Wziął też parę złotych świeczników roboty Ailo. 

Długo ważył je w dłoni, zanim je zapakował. Nie chciał rozstawać się z dziełami Ailo. 

Jednak  pokusa  była  silna.  Ojciec  niewątpliwie  znał  się  na  modzie,  pierwszy  wprowadzał 

nowinki.  Styl  Ludwika  XV  dobrze  się  przyjął  w  Szwecji.  Wiadomo  też  było,  że  właśnie 

Tessin był entuzjastą sztuki francuskiej. 

Rokoko,  lekkie  i  wdzięczne,  podobało  się  Ailo,  ale  nie  hołdował  niewolniczo  temu 

stylowi. Był artystą w najlepszym tego słowa znaczeniu. Artystą i złodziejem. Podkradał po 

background image

trochu  z  różnych  motywów,  a  jednocześnie  był  na  tyle  odważny,  że  wplatał  w  wytwory 

swoich rąk także motywy ze świata dzieciństwa i młodości. 

William zastanawiał się, czy ojciec rozpozna na świecznikach wzory lapońskie. 

Maja odmówiła towarzyszenia mu w podróży. Nie naciskał jej. 

Wiedział poza tym, że Ailo potrzebował kontaktu z siostrą. Mógł się czuć samotnie po 

latach spędzonych w niemieckim mieście. 

Właśnie tego cichego wieczoru Anjo nie mogła już dłużej milczeć. 

- Knut - zwróciła się z powagą do męża. - Coś tu się dzieje nocami. 

Siedziała,  jak zwykle  szyjąc.  Niepokój  w  jej  spojrzeniu  przywiódł  Knutowi  na  myśl 

czasy Alty, gdy Feldt rozsiewał wokół śmierć. Uznał jednak, że Anjo czuje się nieswojo, bo 

ma zbyt mało zajęć. 

- Oczywiście - odparł z uśmiechem. - Byłoby smutno, jeśli nic by się tu nie działo w 

nocy... 

Anjo  przewróciła  oczami  i  odłożyła  robótkę.  Gdyby  była  lżejsza,  zerwałaby  się  z 

fotela. Wstała z trudem i podeszła do okna. 

- Doskonale wiesz, Knucie Elvejord, że nie to mam na myśli! Czy śpisz aż tak mocno? 

- Odwróciła się do niego. - Naprawdę nic nie słyszysz? 

Wzruszył ramionami, lecz coś w wyrazie jego twarzy zdradziło, że wie, o czym ona 

mówi. W końcu nie był ani głupi, ani głuchy. 

- Widziałam ich - rzuciła Anjo i znów się odwróciła. Nie zniosłaby pogardy w jego 

spojrzeniu. - W dniu, kiedy wrócił. W nocy, już nad ranem, wyszli z altany. Maja i William. 

- Widać mają stamtąd miłe wspomnienia - powiedział Knut, stając za żoną i obejmując 

jej brzuch. - Przecież nie my będziemy decydować, gdzie mają się sobą cieszyć, prawda? 

Rozzłościła się. Przestraszyło ją to. Właściwie nie złościła się na niego jeszcze nigdy. 

-  Byli  w  strojach  podróżnych  -  rzekła  z  naciskiem.  -  Gdybyśmy  my  chcieli 

zafundować  sobie  nocną  przygodę,  nie  zakładalibyśmy  butów  do  konnej  jazdy,  płaszczy  i 

kapeluszy. 

Knut milczał. 

Słyszał nocą ostrożne otwieranie i zamykanie drzwi. Lekkie kroki... 

-  Nie  raz  zdarzyły  się  te  nocne  wędrówki  -  mówiła  dalej  Anjo.  -  Trwają  od  czasu 

powrotu Williama. 

- Może coś takiego działo się też wcześniej, tylko tego nie zauważyłaś - zaoponował 

Knut. - Tamtej nocy zobaczyłaś Maję i Williama i teraz wszystko z nimi łączysz. 

background image

Nie przekonał Anjo. Przeżywała przecież bezsenne noce i przed powrotem Williama. 

Wtedy nie słyszała żadnych nocnych wędrowców. 

- Może Maja ma romans z chłopcem stajennym - zażartował Knut. 

-  Maja  nie  jest  typem  kobiety,  która  może”  mieć  romanse  -  odcięła  się  Anjo.  -  To 

najgłupsza rzecz, jaką od ciebie usłyszałam. 

Miała rację. 

- No dobrze - przyznał. - Coś się tu dzieje nocami. No i co z tego? Czy powinniśmy 

się w to mieszać? Ja uważam, że nie powinniśmy się zdradzać z naszymi domysłami przed 

Mają i Williamem. 

- Tak uważasz? - spytała Anjo, patrząc na męża pytająco. 

- Maja wydaje się bardziej radosna niż przedtem - odparł. - Cokolwiek to jest, dobrze 

jej robi... 

Anjo milczała długą chwilę. Wiele myśli kłębiło się jej w głowie. 

- On obiecał, że nie będzie się w nic angażował po powrocie do domu, prawda? 

Knut pokiwał głową. 

-  Czy  jeszcze  ktoś  jest  tu  na  wyspie?  -  zastanawiała  się.  -  Ktoś,  kto  kontynuuje 

działalność,  z  której  powodu  William  musiał  uciekać  z  kraju?  Ludzie,  którzy  pragną 

niepodległości Finlandii? 

-  Możliwe  -  odpowiedział.  Nie  zdziwiło  go  to  przypuszczenie.  Jeszcze  raz  Anjo 

uznała, że musiał o tym wcześniej myśleć. - Można tak sądzić. Ale to wcale nie znaczy, że 

William  jest  w  coś  zamieszany.  Zbyt  wiele  mógłby  stracić.  Niełatwo  byłoby  mu  drugi  raz 

wywinąć  się  od  odpowiedzialności.  Za  pierwszym  razem  pomogła  mu  pozycja  ojca.  Może 

nazwali  to  szaleństwem  młodości.  Udało  im  się  wystarczająco  szybko  zorganizować 

ucieczkę. 

- Sądzisz, że właśnie o to chodzi? 

- Nie wiem - odparł. Anjo jednak wyczuwała, że mąż tego nie wyklucza. 

- Nie wiem - powtórzył, ocierając policzek o jej włosy. - Zresztą to nie nasza sprawa. 

Najlepiej będzie, jeśli nic nie będziemy wiedzieć. I najbezpieczniej... 

O tym Anjo nie pomyślała. Słowa męża sprawiły, że poczuła wewnętrzne zimno. Nie 

bała się o siebie, lecz o Maję. 

Maja łatwo zapalała się do różnych spraw. A sprawa niepodległości kraju na pewno by 

ją pociągnęła. Mogłaby się dla niej poświęcić. 

- On wydaje się taki szczęśliwy... - powiedziała Anjo, myśląc o Williamie. Wróciła na 

swój  fotel.  Knut  pomógł  jej  ułożyć  poduszki  za  plecami.  Pod  koniec  ciąży  właśnie  plecy  i 

background image

nogi bolały ją najbardziej. - Przecież nie będzie ryzykował? - Pytanie skierowała zarówno do 

Knuta, jak i siebie. - Ma wszystko. Maję. Henrika. Wyspę. Czegóż więcej może chcieć? 

-  Ludzie, którzy zawsze mieli wszystko, myślą trochę inaczej niż ja czy  ty - uważał 

Knut.  -  Ty  też  byłaś  gotowa  wiele  poświęcić,  gdy  deptaliśmy  Feldtowi  po  piętach.  Ty  też 

zapaliłaś się do tej sprawy, Anjo... 

Pamiętała to dobrze. Ale i tak ryzykowali mniej niż William. 

- My chcieliśmy się pozbyć namiestnika, nie króla... 

Knut uśmiechnął się przelotnie. 

- Wszyscy mieliście wiele do stracenia. Jeżeli twierdzisz, że to bez znaczenia, to tak, 

jakbyś mówiła, że Knut Olsson poszedł do Kopenhagi i z powrotem na próżno. Zdradziłabyś 

to, w co on wierzył. W co sama wierzyłaś. Zdradziłabyś tych, którzy umarli... 

- Nie mieliśmy wiele do stracenia - upierała się Anjo, zmęczona. 

- Mieliście własne życie - powiedział Knut. - Jest to coś najcenniejszego. I narażaliście 

się o wiele bardziej niż William. W cokolwiek on się zamieszał. 

-  Prawdopodobnie  byłam  wtedy  odważniejsza  -  odparła.  W  rękach  znów  trzymała 

robótkę, choć ani razu nie wbiła w nią igły. - No i miałam wtedy dużo mniej do stracenia. O 

wiele mniej, Knut... 

Spojrzała mu w oczy. Prosto w jego brązowe oczy, których natarczywe spojrzenie tak 

ją  kiedyś  irytowało.  Teraz  je  kochała.  W  jego  spojrzeniu  mogła  się  zanurzyć  i  w  nim 

pozostać. 

- Zanim się zjawiłeś, nie bardzo dbałam o Anjo - dodała z powagą. - To ty nauczyłeś 

mnie życia. Życia i radości. 

Knut  potrząsnął  głową.  Opadł  na  kolana  przed  fotelem  i  położył  głowę  na  kolanach 

swej żony. Kobiety, która była dla niego najważniejsza spośród wszystkich ludzi. 

- Nie mogłem nauczyć cię czegoś, co już umiałaś - powiedział cicho. Oparł policzek 

na udzie Anjo. Jej dłonie gładziły go po włosach, błądziły po skroni. Choć były to szorstkie i 

łatwo czerwieniejące dłonie kobiety, która całe życie ciężko pracowała, Knutowi wydawały 

się najpiękniejsze, a ich dotyk miękki i łagodny. Kobieta o skórze białej jak lilie i delikatnych 

dłoniach, które nigdy nie trzymały uchwytu wiadra z wodą, nie poruszyłaby jego serca... 

Nie wspominał już nawet tej o imieniu Anna. 

To Anjo była dla niego stworzona, a on dla niej. Po prostu nie mogło być inaczej. 

-  Kocham  cię,  i  już  -  powiedział.  -  Kocham.  Ja  cię  ani  trochę  nie  zmieniłem,  moja 

Anjo.  Jeżeli  ktoś  w  ogóle  kogoś  zmienił,  to  ty  uczyniłaś  mężczyzną  tego  szalonego 

background image

młodzieńca.  Pamiętasz,  jacy  byliśmy  tamtej  jesieni  z  Ailo?  Bóg  świadkiem,  że  niewiele 

oglądaliśmy świata poza jurtą! 

Zaśmiała się ciepło. 

- Obaj byliście przystojniakami. Knut podniósł głowę i spojrzał na Anjo. Wiedział, że 

błądzi wspomnieniami gdzieś po odległych czasach, że jej myśli wróciły na północ, na ścieżki 

wydeptane przez nich w Finnmarku. Przez niego i Anjo. 

I Heino. 

I Ailo. 

Których już nie ma. 

Pozostali tylko on i Anjo. Tylko oni mogli wspominać. 

- O Boże, jak ja tęsknię za Ailo! - wyrwało się Knutowi. - Zwłaszcza tu, gdzie i on 

przebywał.  Zupełnie  jakbyśmy  przybyli  na  Hailuoto  po  jego  śladach!  Na  próżno.  Na  tej 

wyspie nawet trudniej wyobrazić sobie, że on nie żyje. Bo nic się nie wyjaśniło! 

Anjo pokiwała głową. 

-  Może  tak  powinno  być.  Często  tak  się  dzieje  z  najlepszymi.  Heino  też  był  zbyt 

młody, żeby umrzeć. Tak jak Ailo. To ich łączyło: byli najlepszymi z nas. Jakby zbyt dobrzy 

dla tego świata. Tacy umierają młodo... 

Długo  siedzieli,  dzieląc  ciszę  i  myśli.  Było  im  niewypowiedzianie  dobrze  razem. 

Wiedzieli, że sprawa tajemniczych nocnych wędrówek ich nie dotyczy, ale nie mogli przestać 

o niej myśleć... 

Maja  czekała  na  zapadnięcie  nocy.  Na  tę  porę  doby,  w  której  mogła  dotrzymywać 

towarzystwa Ailo. Teraz, gdy tu był, uświadomiła sobie w pełni, jak bardzo jej go brakowało. 

Ile czasu zmarnowali. 

W pewien dziwny sposób ta niezwykła sytuacja zbliżyła ją z Williamem. Łączyło ich 

coś  więcej  niż  tylko  dziecko.  Obojgu  to  dobrze  zrobiło,  choć  żadne  nie  wiedziało,  co  się 

stanie, gdy wszystko wróci do normy. Tego dnia, gdy już nie będzie ich jednoczyć tajemnica. 

Zaufanie,  jakie  zrodziło  się  pomiędzy  Mają  a  Knutem,  było  krótkotrwałe  jak  taniec 

jętki przed śmiercią. 

To  Maję  bolało.  Przecież  byłoby  dobrze  mieć  blisko  swoich  krewnych.  Ale  czasem 

męczyło. 

Dom  stał  już  od  dawna  cichy,  gdy  otulona  szalem,  z  butami  w  ręku,  schodziła 

ostrożnie po schodach. W duchu przeklinała każdy trzeszczący stopień. 

Wierzyła jednak, że nikt jej nie słyszy. Kazała dokładnie naoliwić wszystkie zawiasy, 

więc drzwi nie skrzypiały. 

background image

Skradać się tak we własnym domu... 

Dla Ailo jestem gotowa na wszystko, pomyślała. 

Było to dobre usprawiedliwienie. Ale nie całkiem prawdziwe. 

Nie robiła tego tylko dla Ailo. Również dla siebie. Może najbardziej dla siebie samej. 

Już na zewnętrznych schodach założyła buty. Nocami było bardzo zimno. 

Ciemności zawsze budziły u niej tęsknotę za Norwegią. Za górami w różowej, letniej 

poświacie, za morzem płonącym pod długim, letnim pocałunkiem słońca, za głębinami, które 

mogły skrywać wszystko. 

Ale jej kraj był tutaj. 

Dla  Mai  z  racji  jej  pochodzenia  Finlandia  zawsze  była  ojczyzną.  Stała  się  nią 

naprawdę  wtedy,  gdy  przyjechali  z  Heino  na  południe.  Wydawało  się  jej,  że  to  było  wieki 

temu. Maja utwierdziła się w decyzji, gdy wybrała Williama, a nie powrót nad fiordy. 

Norwegia. Ruija. Nadmorski kraj... Były jak echo w pamięci. Wiedziała, że Norwegię 

też mogła nazywać ojczyzną. Ale nigdy tego nie zrobi. 

Suomi było jej. Nieważne, jak mocno tęskniła, jak bardzo jej marzenia ciągnęły ją na 

północ. Maja nigdy nie opuści już tego kraju. 

Należała do niego. 

Był jej przeznaczeniem. 

Ailo  pewnie  już  przyszedł.  Na  podwórzu  poczuła  dym,  musiał  mocno  palić  na  noc. 

Nawet w dzień w domku było chłodno. Dziwne, że w tym kraju pełnym drewna postawiono 

dom z kamieni... 

Jak tylko zapadał zmierzch, Ailo rozniecał ogień w kominku. 

Otworzyła drzwi altany. Siedział na ławie. Spostrzegła, że zmienił bukiet. Jej róże z 

ogrodu zastąpił leśnymi kwiatami. Były równie piękne. 

Mimo  to  ona  nadal  będzie  kochała  róże.  Stanowiły  dla  niej  symbol  nieosiągalnego 

piękna, które teraz należało do niej. 

Ailo by tego nie zrozumiał. On kochał wszystko, co dzikie i nieograniczone. 

- Udało ci się wyjść? - spytał. Niepotrzebnie, ale to stanowiło część rytuału. - Dzisiaj 

zerwałem pięć gatunków kwiatów - mówił. Ktoś postronny mógłby sądzić, że Ailo plecie od 

rzeczy. - Siedziałem na łące pełnej kwiatów. Moje palce dotykały każdego z nich. Było to jak 

dotykanie ukochanej kobiety. Teraz znam je na pamięć. Ich zapach. Kolory. Kształty. Wiem, 

które części są miękkie jak puch, które gładkie, które zagięte, znam ich liście. Zarazem, Maju, 

nie  znam  ich  wcale.  Każdy  kwiat  jest  inny.  Są  tak  różne  jak  ludzie.  To  zadziwiające,  tym 

bardziej  że  nie  można  tego  wyjaśnić.  Chciałbym  robić  łyżki,  noże  i  widelce  z  motywami 

background image

kwiatów. Półmiski o niezwykłych krawędziach. Świeczniki, jakich świat nie widział. Brosze 

dla  pięknych  kobiet  przedstawiające  kwiaty,  które  tylko  okryły  się  złotem  i  srebrem.  Chcę 

tworzyć, Maju! Rzeczy, których jeszcze nikt nie widział. Takie, które już mam w głowie. 

Wierzyła  mu.  Wierzyła,  że  był  w  stanie  tego  dokonać.  Ailo  mógł  stworzyć  rzeczy, 

których świat nie widział. Piękno, którego świat jeszcze nie mógł sobie wyobrazić. 

Może po to żyli w kłamstwie? 

-  Ktoś  mógł  cię  dojrzeć  -  powiedziała  Maja  z  ciężkim  sercem  jak  zawsze,  gdy 

uważała, że Ailo nie jest ostrożny. - Ktoś mógł cię zobaczyć na tej łące... 

- Ktoś? - powtórzył żartobliwie, jakby nie czuł powagi sytuacji. 

Maja nie rozumiała go. Przecież sam postanowił spalić za sobą mosty. Postanowił, że 

umrze dla świata, dla tych, którzy go znali. 

-  Knut  i  Anjo  -  poprawił.  -  Inni  wiedzą  o  mnie.  Nawet  przychodzą  tu,  by 

porozmawiać. Dlaczego boisz się mówić wprost, Maju? Nigdy tak nie robiłaś. To do ciebie 

niepodobne. 

-  Wiem  -  odparła.  Była  tym  wszystkim  zmęczona.  Spoczywało  na  niej  zbyt  wiele 

odpowiedzialności. - Wiem o tym, Ailo. Nie jestem już dawną Mają. Nawet nie tą, która była 

później. Bóg jeden wie, kim jestem... 

- Nie da się uciec - stwierdził cicho Ailo. - Na tym to polega. 

Maja  odwzajemniła  jego  spojrzenie  na  tyle,  na  ile  pozwalała  ciemność.  Nie  mogli 

zapalić nawet świecy. Zwróciłaby uwagę. 

Wszystko musiało pozostać tajemnicą. Kłamstwo miało być jedyną prawdą. 

- Dzieci Mikkala i Raiji nigdy nie zdołają uciec - powiedział. - To jakieś przekleństwo. 

Jesteśmy związani z przeszłością. Musimy pamiętać. Nigdy nie dostąpimy łaski zapomnienia. 

Stwarzamy  cierpienie  sobie  i  przysparzamy  go  innym.  We  wszystkim  jest  piekielnie  dużo 

cierpienia, siostro. 

- Czy myślałeś o mnie w drodze tutaj? - Maja dopiero teraz zadała bratu pytanie, które 

gnębiło ją od dawna. Krążyła wokół niego, ale nie mogła go wypowiedzieć. - Próbowałeś do 

mnie dotrzeć, Ailo? 

- Próbowałem - odparł z ociąganiem. 

- Ja tego nie odebrałam. - Co? 

-  Nie  odebrałam  tego  -  powtórzyła,  ściskając  dłonie.  -  Sądzę,  że  utraciłam  te 

zdolności, Ailo. Zobacz, kilka dni temu się oparzyłam. 

Dwoma palcami dotknęła jego dłoni. Wyczuł podeszłe osoczem pęcherze. 

- Nie mogłam ukoić bólu. Nie umiałam go stłumić ani tego wyleczyć... 

background image

- Przecież nigdy nie mogłaś kierować tej siły ku sobie™ Maja potrząsnęła głową. 

- Nie o to mi chodzi. Uważam, że straciłam swą moc. Nie widzę żadnych obrazów. 

Ż

adnych głosów, światła... Nic. To minęło, Ailo. Mimo że zwykle przeklinałam tę siłę, teraz 

się boję. Czuję się tak, jakby ktoś ze mnie... zrezygnował. 

Dłoń Ailo odszukała jej policzek. 

- Nie zrezygnował, Maju - powiedział z pewnością w głosie. Maja nie wiedziała, skąd 

ją  czerpał.  -  Po  prostu  już  tego  nie  potrzebujesz.  Siły  nigdy  nie  należały  do  ciebie,  siostro. 

Były pożyczką, taką jaką jest dziecko. Były czymś przemijającym, nie należącym do ciebie. 

Nie  są  ci  już  potrzebne.  Uważam,  że  powinnaś  się  cieszyć!  Zacząć  żyć  spokojnie  i  cicho. 

Wykonałaś swoją część dzieła. Już nie masz przed sobą wielkich zadań. Ja odbieram to jako 

sygnał, że twoje dalsze życie będzie spokojne. 

- Albo krótkie - rzuciła Maja. 

- Boisz się, że umrzesz? Nie wiedziała. Te słowa po prostu jej się wymknęły. 

Poczuła, że już jest niepotrzebna.  I to bolało. Pozostała tylko Maja, a ona nigdy  nie 

miała o sobie wygórowanego zdania. Teraz uświadomiła sobie, że może bała się właśnie tego: 

ż

e utrata mocy znaczy utratę życia. 

-  Chyba  tak  -  odparła  z  wahaniem.  Najbardziej  lękała  się  tego,  że  nie  zobaczy,  jak 

Henrik dorasta. - Tak - rzuciła zdecydowanie. Nie powinna kłamać Ailo. Byli rodzeństwem. 

- A co mogłoby ci tu grozić? - Ailo starał się przemówić jej do rozsądku. 

Zrozumiała, że brat ma rację. Ale zetknęła się już tyle razy ze śmiercią, że nie mogła 

wykluczyć, iż nie spotka jej w najmniej oczekiwanym momencie. 

Oczywiście, była młoda. Młodzi nie powinni tak myśleć... 

- No tak - odparła głucho. - Co mogłoby mi się przydarzyć... tutaj? 

Wzrok Ailo powędrował ku oknom pokojów zajmowanych teraz przez Knuta i Anjo. 

Myśli kłębiły mu się w głowie. 

Posłużenie się kłamstwem wydawało się początkowo tak łatwe. Jednak narastało tak 

szybko, jakby nawijało się grubą wełnę na kłębek. 

Ailo siedział w samym środku jednego z takich kłębków. Czuł, że się dusi, że dłużej 

tego nie zniesie. 

Podjęcie  postanowienia  było  łatwiejsze  niż  sądził.  Oczywiście,  długo  przedtem  się 

zastanawiał. Potem tylko się śmiał i nazywał siebie głupcem. 

Teraz już nie uważał się za głupca. 

Czuł,  że  to  będzie  najwłaściwsze.  Jedna  z  jego  najrozsądniejszych  decyzji.  Zdawał 

sobie sprawę, że dłużej nie może już snuć tej nici kłamstwa. To przeważyło. 

background image

Przed nimi była zima i śnieg. 

Będzie pozostawiał ślady. Łatwo je odkryć. Wyspa jest mała. 

Sprawiłoby to Knutowi i Ailo ogromny ból. 

Dobrowolne  ujawnienie  swej  obecności  także  nie  będzie  łatwe,  ale  Ailo  uświadomił 

sobie, że winny jest prawdy nie tylko wobec Mai. Kochał jeszcze innych ludzi. Wielu uważał 

za swoich krewnych. 

Tylko przed Idą nie mógł odkryć kłamstwa, bo ona zaczęła nowe życie. Nie chciał jej 

go odebrać. Na pewno zasługiwała na szczęście. 

Bóg wie, że potomkom Raiji i Mikkala nie zesłał zbyt dużo szczęścia... 

- Maju - rzekł. - Maju, chcę, żeby Knut się o mnie dowiedział. Weź mnie do domu. 

Chcę spotkać się z Knutem. 

background image

Nic nie dało przekonywanie go. Maja próbowała, ale na próżno. Jej zdaniem decyzja 

brata była nad wyraz nierozsądna. 

- Ida nie może się o tym dowiedzieć! - twierdziła. - Ty sam zacząłeś tę grę i niech Bóg 

broni, byś skrzywdził Idę! Chyba udusiłabym cię wtedy własnymi rękami... 

Ailo był spokojny i zdecydowany. 

- Knut też kocha Idę - odrzekł. Wymawianie imienia żony przychodziło mu z trudem. 

- Knut nigdy by nie zniszczył tego, co zbudowała. Ja tym bardziej nie. A wiesz przecież, że 

Knut  nie  jest  głupi.  Wcześniej  czy  później  odkryje  tajemnicę.  Przejrzy  nasze  kłamstwo. 

Wtedy o wiele trudniej będzie mu zaakceptować fakt, że mu nie zaufaliśmy. On jest twoim 

bratem,  Maju.  A  w  pewien  sposób  i  moim.  Oczywiście,  będzie  mu  trudno.  Ale  dla  mnie 

trudniej jest trzymać go z dala. Gdyby coś takiego wydarzyło się Knutowi, wolałbym o tym 

wiedzieć... 

Maja westchnęła. 

- A więc teraz? - spytała. Lepiej było mieć to już za sobą. Ailo najwyraźniej się nie 

podda. - Ale to niech Knut zdecyduje, kiedy powie o tym Anjo. Ona nie powinna cię teraz 

widzieć.  Nie  czuj  urazy,  ale  ona  niedługo  będzie  rodzić.  Mogłoby  to  być  zbyt  dużym 

szokiem. 

-  Anjo  pewnie  widziała  gorsze  rzeczy  niż  moja  twarz  -  rzucił  Ailo  lekko  -  ale 

przyznaję, że nie jestem już takim przystojniakiem jak kiedyś... 

Maja wykrzywiła usta w grymasie. On się nie bał żartować, to pomagało akceptować 

sytuację.  Dzięki  temu  mógł  żyć  dalej.  Gdyby  kogoś  innego  spotkał  taki  los,  popełniłby 

samobójstwo. 

Ona,  gdy  była  dziewczyną,  wiele  razy  płakała  z  powodu  swojego  wyglądu.  Wtedy 

wydawało się jej, że wygląd tak wiele znaczy. Teraz nadal nie przepadała za swym odbiciem 

w lustrze. Starała się unikać patrzenia w nie. 

Można  by  powiedzieć,  że  mężczyźnie  łatwiej  jest  być  brzydkim.  Pewnie  tak.  Ale  w 

przypadku Ailo było to coś więcej. Ailo nie był brzydki. On nie miał twarzy. 

- Jesteś pewien, że tego chcesz? - spytała powtórnie, gdy już wyszli w noc. Zatęskniła 

za  obecnością  Williama.  Czuła  się  bezradna  i  samotna.  Cała  odpowiedzialność  spoczywała 

tylko na niej. Jeśli coś pójdzie źle, stanie się to z jej winy. 

Ale Ailo był dorosły. 

background image

Mimo  że  nie  miał  ani  rysów  twarzy,  ani  nosa  i  ust,  mimo  że  jego  skórę  pokrywały 

blizny  i  zgrubienia,  nadal  był  czującym  człowiekiem.  Nie  przedmiotem.  Maja  jako  ostatnia 

powinna pomyśleć coś takiego. 

Wewnątrz on nadal był Ailo. Miał w sobie wszystko, co było udziałem dawnego Ailo, 

a poza tym dobre i złe doświadczenia z czasów nowego Ailo. 

Maja wiedziała już, że nie powinna się sprzeciwiać. To było jego życie. 

Nie  ponosiła  odpowiedzialności  za  brata.  To  on  odpowiadał  za  własne  życie,  jak 

każdy człowiek. 

- Oczywiście, że tak - odpowiedziała sama sobie. 

Owinęła  się  ciaśniej  szalem,  bo  poczuła,  że  marznie.  Zdziwiło  ją  to,  bo  pochodziła 

przecież z płaskowyżów północy i znała o wiele mroźniejsze wiatry. 

Poszli do domu. 

Nie starała się już zachowywać ciszy. Nawet chciała, żeby drzwi zaskrzypiały. 

Ailo  poszedł  do  salonu.  Po  drodze  zdjął  płaszcz  i  surdut  i  rzucił  je  na  stojące  w 

korytarzu krzesło. 

Maja odruchowo chciała wziąć jego ubrania i ukryć w szafie, ale opanowała się. 

Byłoby to tylko odsuwaniem tego, co nieuchronne. 

Jednak schody wiodące na piętro wydawały jej się niebywale długie. Korytarz ciągnął 

się  w  nieskończoność.  Musiała  kilkakrotnie  zaczerpnąć  oddechu,  zanim  zapukała  do  drzwi 

pokoju Knuta i Anjo. 

Odpowiedział jej Knut. Poprosił, żeby weszła. Ledwo dała radę otworzyć drzwi, czuła, 

ż

e opuściły ją siły. Wśliznęła się do pokoju, nie zamykając za sobą drzwi. 

Była  blada.  Słyszała  głośne  bicie  swego  serca.  Widziała  wpatrzone  w  nią  brązowe 

oczy brata. 

Był sam. Anjo musiała się już położyć. Może to i lepiej. 

- Coś się stało? - spytał Knut. Słyszał ją, gdy wychodziła i gdy wchodziła. Usłyszał też 

odgłos zamknięcia jeszcze jednych drzwi na dole. Coś mu mówiło, że Maja nie jest sama. 

Pokręciła głową, nadal trzymając za klamkę. 

- Chciałabym, żebyś zszedł na dół - powiedziała cicho i z powagą. 

- Możemy porozmawiać tutaj - odrzekł. Maja odwróciła się i wyszła na korytarz. 

-  Musisz  ze  mną  pójść,  Knut!  -  rzuciła  tylko.  Nie  mógł  odmówić.  Może  to  był  ten 

moment, na który czekał? Może przekroczy te niewidzialne granice, które siostra ustaliła dla 

niego i Anjo? 

background image

Poszedł za Mają. Zamknął cicho drzwi. Nie wiedział, czy Anjo usłyszała Maję, ale nie 

przekazał żonie, że wychodzi. 

Sam nie wiedział, dlaczego. 

Zeszli na dół. 

W  korytarzu  było  ciemno,  lecz  w  małym  salonie,  który  Maja  najbardziej  lubiła, 

zapalono lampę. Widział jej światło przez uchylone drzwi. 

Maja  weszła  przed  Knutem  i  zatrzymała  się.  Wyminął  ją,  ona  tymczasem  zamknęła 

drzwi i oparła się o nie. 

Jej głos dobiegł go jakby z bardzo daleka: 

- Jest tu ktoś, kto pragnie się z tobą spotkać... 

Przy  oknie,  tyłem  do  nich,  stał  mężczyzna.  Ubrany  był  w  koszulę  i  spodnie,  które 

wcisnął do długich do kolan butów. 

Włosy  miał  ciemne.  Knut  dostrzegł  w  jego  włosach  jakiś  sznurek.  Nie  był  pewien, 

kogo widzi, ale zaczął poznawać. 

Tego kogoś poznałby wszędzie. 

Stopy  ciążyły  mu  ołowiem,  ledwo  mógł  nimi  poruszać.  Wydawało  mu  się,  że 

zbliżenie się do tego mężczyzny trwa rok. W ustach miał sucho, język był jak zwiędły liść. 

Udało mu się jednak wydobyć z siebie to, co pomyślał: 

-  U  diabła,  to  nie  może  być  prawda!  Ale  jego  dłoń  opadła  na  ramię  żyjącego 

człowieka, a nie tego, który miał być martwy. 

- Cóż u diabła... Ailo odwrócił się powoli. 

Knut puścił jego ramię, gdy ujrzał maskę. Popatrzył na nią, potem na Maję. 

Zdezorientowany,  poruszał  rękami,  ale  żadne  z  nich  nie  spieszyło  z  wyjaśnieniami. 

Ż

adne nie wypowiedziało ani słowa. 

- Przecież nie żyjesz - rzekł Knut bezbarwnym głosem. Nie mógł się ruszyć. Widział 

tylko tego mężczyznę.  Mógł się założyć o wszystko, że to Ailo. - Przecież, do cholery, nie 

ż

yjesz! Ida wyszła za Sedolfa! Nie możesz tak po prostu wrócić - żywy... 

Knut przerwał i odwrócił się w stronę Mai. Podszedł do niej, schwycił ją za ramiona i 

potrząsnął  jak  lalką.  Błagał  ją  spojrzeniem,  by  powiedziała,  że  to  nieprawda.  Że  mu  się  to 

tylko wydaje, że to nieporozumienie... 

-  To  nie  jest  Ailo!  Boże,  Maju,  powiedz  mi,  że  to  nie  Ailo!  To  przecież  ty  sama 

mówiłaś, że on nie żyje! Przecież nie można zmartwychwstać... 

Jednak  Maja  milczała.  Patrzyła  tylko  na  Knuta  swoimi  niezwykłymi  oczami: 

ciemnobrązowymi, z miodową otoczką wokół źrenicy. 

background image

Patrzyła. 

Puścił ją, jakby parzyła jego dłonie. Odwrócił się od niej z wściekłością. 

Ale to uczucie szybko minęło. Przeszło w rezygnację. Już wiedział. 

Wiedział od razu, gdy ujrzał mężczyznę przy oknie. 

Knut opadł na fotel. Oparł się i jakby otworzył na to, co musiało nastąpić. 

-  Nigdy  nie  sądziłem,  że  cię  jeszcze  spotkam,  Ailo  -  powiedział,  nadal  nie  będąc 

pewien,  czy  to  wszystko  dzieje  się  naprawdę.  -  Nieczęsto  spotyka  się  umarłych,  zanim  się 

umrze. 

Ailo  nadal  nie  odpowiadał.  Wreszcie  rozwiązał  tasiemki  maski,  zanim  nawet  Knut 

spytał, dlaczego ją nosi. 

Gdy opadła, już nie musiał pytać. 

Knut  wpatrzył  się  w  jego  twarz,  oniemiały.  Gdzieś  z  głębi  świadomości  dobiegł  go 

głos Elise upominający go, że to nieładnie gapić się na ludzi. 

Gdzież jest teraz Elise? 

Ona też by się gapiła. 

Przesunął się na krawędź krzesła. Zacisnął dłonie. Poczuł nagle, że ma mokre policzki, 

chociaż nie wiedział, że płacze. 

Otwór  nad  podbródkiem  mężczyzny,  jego  usta  bez  warg,  poruszyły  się.  Dobiegł  go 

głos Ailo: 

-  Wiele  prawdy  było  w  relacji  Mai.  Choćby  to,  że  przeżyłem.  Ale  miałem  umrzeć. 

Ś

mierć została oszukana, ale ja też. W jakimś stopniu jestem umarły... 

Głos Ailo... 

I ta koszmarnie zniszczona twarz... 

Głos Ailo... 

Ailo. 

Knut nie mógł już siedzieć. Nie mógł siedzieć tak i słuchać tego  głosu, którego, jak 

sądził, nigdy nie usłyszy. Trudno było mu pogodzić się z tym, że Ailo nie żyje. Ailo był kimś 

więcej  niż  przyjacielem.  Był  tym  bratem,  którego  nigdy  nie  miał,  ale  którego  przez  całe 

dzieciństwo pragnął mieć. 

Ailo był jakby częścią niego samego. 

Objął go ramionami i przytulił swój policzek do tego, co było teraz policzkiem Ailo. 

Poczuł  lodowaty  uścisk  wokół  serca  pod  wpływem  dotyku  jego  chropawej  skóry,  który 

jednak minął. 

Największa była radość. 

background image

Radość, że jego najlepszy przyjaciel, jego brat, żyje! 

Było to jak zmartwychwstanie. 

Czas stanął w miejscu. Nic się nie liczyło. 

Maja patrzyła na nich. Zrozumiała, jak bardzo są sobie bliscy. 

Poczuła się zbędna. 

To bolało. Ale Maja była dorosła. Wiele się nauczyła. 

Ludzi nie miało się na własność. 

Nie miało się prawa wyłączności na ludzi. 

Knuta i Ailo łączyła niezwykła przyjaźń. Ten moment należał do nich. 

Wyszła, cicho zamykając za sobą drzwi. 

Ż

aden z nich tego nie zauważył. 

- A więc to ty byłeś tą tajemnicą... 

Knut potrząsnął głową i znów usiadł. 

Ailo poruszał się lekko pomiędzy eleganckimi meblami. Znał ten pokój. Znalazł wino 

w jednej z szafek. Nalał do dwóch kieliszków i podał jeden Knutowi. 

-  Jeszcze  nie  przyzwyczaiłem  się  do  tych  kryształów  -  zaśmiał  się  Knut  lekko 

zażenowany. 

Zauważył, że zniszczone usta Ailo rozciągają się w czymś w rodzaju uśmiechu. 

- Nie ma różnicy - stwierdził Ailo. - To tylko przykrywka, Knut. Oni są także ludźmi... 

Pociągnął łyk wina. Knut też. 

- Dlaczego? - zadał wreszcie pytanie Knut. Ailo usiadł w fotelu. Rozdzielał ich tylko 

niski stolik. 

-  Wróciłem  tutaj  zamiast  do  domu.  Zamiast  do  Finnmarku  -  powiedział,  obracając 

kieliszek mocnymi palcami. - Oczywiście, że powinienem był udać się do domu. Ale to los 

zrządził inaczej. Nie wiem... 

Potrząsnął głową. 

Knut  zaczął  przyzwyczajać  się  do  jego  wyglądu.  Czuł,  że  widok  przyjaciela  nadal 

będzie go szokował, ale wiedział już, czego się spodziewać. 

-  Maja  mnie  potrzebowała.  Czułem  jej  wołanie  tak  mocno,  że  nie  mogłem  tego 

zlekceważyć. No i zaangażowałem się w plan Williama. Może to też było i moje marzenie, 

choć właściwie mnie nie dotyczyło? Plan zawiódł. Wyleciał w powietrze razem ze statkiem, 

prochem i częścią mnie. Ale można uznać, że miałem szczęście. Inni stracili życie... 

- Byłeś w Niemczech z Williamem? Ailo pokiwał głową. 

background image

- To mi dużo dało. Nauczyłem się sztuki złotnictwa. Wiele dla mnie znaczy, że mogę 

tworzyć piękno, gdy mam taką twarz... 

-  Ale  dlaczego?  -  Knut  upierał  się  przy  swoim  pytaniu.  -  Dlaczego,  u  Boga,  to 

kłamstwo, że nie żyjesz? Miałeś przecież Idę... 

Ailo pokiwał głową. Oczy wyrażały bezgraniczny smutek. Jedynie one w całej twarzy 

były zdolne odzwierciedlać uczucia. 

- Tak, miałem Idę. I co, zrobiłbym jej przyjemną niespodziankę? Po co jej taki mąż? 

Mąż, którym mogłaby straszyć dzieci? I to skutecznie... 

- To nie miałoby dla Idy znaczenia! - oburzył się Knut. Tak oszukać Idę, dobrą, słodką 

Idę... Był zły i rozżalony w jej imieniu. Ona nie zasługiwała na takie potraktowanie. 

-  Wiem  -  odparł  Ailo  cicho.  Dolał  wina  z  karafki.  Wpatrzył  się  w  purpurowy  płyn. 

Zakołysał  kieliszkiem,  obserwując  odcienie  koloru  na  ściankach  kieliszka.  -  Wiem  o  tym, 

Knut. Ale to miałoby znaczenie dla mnie. Mężczyzna ma swoją dumę. 

Zamilkł na dłuższą chwilę. Wreszcie podniósł wzrok i wpatrzył się w oczy Knuta. 

-  Ona  jest  szczęśliwa  z  Sedolfem,  prawda?  O  Boże,  co  za  historia!  Knut  pokiwał 

głową. 

- Tak, jest - potwierdził. Nie mógł powiedzieć nic innego, byłoby to kłamstwo. 

- Cieszę się, że nie wyszła za Emila - rzucił Ailo. - Coś mnie w nim niepokoiło już 

wtedy,  mimo  że  stał  się  dobrym  przyjacielem.  A  gdy  Maja  powiedziała  mi,  dlaczego  tu 

przybyłeś... tak, nie zdziwiłem się. Można się było spodziewać czegoś takiego po Emilu... 

-  Ale  ja  nie  mogę  ukrywać,  że  żyjesz!  -  rzucił  Knut  gwałtownie,  o  mało  co  nie 

rozlewając wina. 

-  Nie  możesz?  -  spytał  Ailo  ze  smutkiem.  Nie  odmawiał  jednak  Knutowi  prawa  do 

podjęcia decyzji. - Nie mogę cię do tego zmusić. To ja chciałem się z tobą zobaczyć. Maja 

była przeciwna. Ale ty wiele dla mnie znaczysz, jesteś jak brat. Przecież kiedyś staraliśmy się 

nimi zostać... braćmi krwi. Obiecaliśmy sobie wzajemną uczciwość. Wsparcie. Zaufanie. 

- Ale nie obiecaliśmy, że będziemy kłamać, żeby kryć drugiego! 

Ailo wzruszył ramionami i upił nieco wina. 

- Nie - powiedział tylko. Rozstrzygnięcie problemu pozostawił Knutowi. 

-  Dlaczego  nie  zostawiliście  mnie  w  przekonaniu,  że  Maja  ma  romans  z  chłopcem 

stajennym!  -  westchnął  Knut,  uśmiechając  się  nieoczekiwanie.  -  Zastanawiały  nas  nocne 

wycieczki Mai. Zaczęliśmy się przychylać do tej wersji... 

Ś

miech Ailo. 

Dobry Boże, jak wspaniale było znów go usłyszeć! 

background image

Ailo  zawsze  miał  zaraźliwy  śmiech.  Sprawiał,  że  jego  radość  stawała  się  udziałem 

innych. Knut niemal o tym zapomniał. 

- Chciałem, żebyś wiedział - rzekł Ailo poważnie. - Prędzej czy później byś to odkrył. 

Gdyby mój brat krwi ukrywał coś takiego przede mną, bardzo by mnie to zabolało... 

Knut z trudem przełknął ślinę. Wiedział, że w słowach Ailo kryła się prawda. 

Obiecali sobie zaufanie. 

Pomiędzy nimi leżało kłamstwo, którego Ailo nawet nie starał się usprawiedliwić. 

- Ida jest twoją żoną - próbował jeszcze Knut. - To znaczy więcej niż ten, z którym 

zmieszałeś krew. 

-  Ida  jest  teraz  żoną  Sedolfa  -  przypomniał  Ailo.  Spojrzenie  miał  mroczne.  Knut 

wiedział, że uczucie Ailo do Idy nie umarło. Nadal się żarzyło. 

- Nie w oczach kościoła - Knut musiał to powiedzieć. - To ty jesteś jej mężem. Sedolf 

nie może nim być, dopóki ty żyjesz. Albo dopóki nie rozwiążesz tego małżeństwa. 

Ailo potrząsnął głową. 

-  Naprawdę  nie  rozumiesz?  -  spytał.  -  A  co  ty  byś  zrobił,  gdyby  ci  się  coś  takiego 

przydarzyło? 

- Anjo by mnie nadal kochała - stwierdził Knut stanowczo. - Tak, jak Ida by cię nadal 

kochała. 

Smutek w oczach Ailo. A jednocześnie upór. Miłość do Idy. Ból. I chęć życia. Paląca 

potrzeba tworzenia, plany na przyszłość... 

- Ida jest młoda, Knut. Pewnego dnia znudziłoby się jej życie z mężczyzną bez twarzy. 

Pewnego dnia zakochałaby się w młodzieńcu z gładką skórą i ustami, które mogą całować i 

pieścić. Może zaczęłaby nienawidzić życia ze mną, mimo że kiedyś mnie kochała, mimo że 

postanowiła  spędzić  ze  mną  życie.  Nie  stawiłbym  temu  czoła.  Nie  byłbym  w  stanie  znieść 

odrazy w jej spojrzeniu. Mieć świadomość, że jestem jej kulą u nogi. Że zagradzam drogę jej 

szczęściu.  Nie  zniósłbym  tego.  Dlatego  umarłem  dla  niej.  Dlatego  prosiłem  Maję,  żeby 

przekazała  wam  kłamstwo.  Nie  ma  w  tym  jej  winy.  Musiałem  ją  przekonywać.  Nie 

pochwalała  tego.  Ale  może  ona  wyraźniej  widzi  ciemne  strony  naszych  duszy,  Knut.  Maja 

chciała, żeby Ida była szczęśliwa. Ja też. A ty mówisz, że jest szczęśliwa. To dobrze. Nic nie 

mogło sprawić mi większej radości... 

- Poza tym, gdybyś to ty ją uszczęśliwił? Po dłuższej chwili Ailo skinął głową. 

- Ale to już niemożliwe. Miłość nie jest dla umarłych. 

Knut  przełknął  ślinę.  Zrozumiał,  ile  by  zniszczył,  gdyby  napisał  do  Idy,  że  spotkał 

Ailo. Że z nim rozmawiał. 

background image

To nie miało sensu. 

-  Gdy  Ida  wróciła  z  Finnmarku,  powiedziała,  że  zostałeś  naznaczony  przez  Roto  - 

stwierdził Knut z bladym uśmiechem. 

- Roto jest symbolem zarówno śmierci, jak i choroby - wyjaśnił Ailo. - Sam wyraźnie 

czułem,  że  Roto  chciał  mnie  schwytać.  Ale  miałem  być  ocalony.  Jeszcze  nie  nadszedł  mój 

czas. Czyjaś dłoń mnie ochroniła. Ale jestem naznaczony przez Roto... 

Knut uświadomił sobie, że Ailo w to wierzy. Dla niego to coś więcej niż tylko słowa o 

magii. Dla niego to świat równie rzeczywisty jak realny. Tylko inny. 

- To dobrze, że wiem o tobie - powiedział wreszcie suchymi ustami. Nie było łatwo 

mu to wyznać. 

Niełatwo zapewnić, że dotrzyma tajemnicy. - Cieszę się, że mnie w to włączyłeś. 

-  Nie  mogłem  ci  dać  znaku  życia,  dopóki  mieszkałeś  w  Norwegii.  To  byłoby  zbyt 

niebezpieczne,  prawda?  Dla  Idy.  Dla  mnie.  Wolałem  stracić  ją  w  ten  sposób,  niż  dać  jej 

okazję do współczucia. Może zostałaby ze mną tylko z tego powodu? Przecież ją znałeś. 

Tak... to też prawda. Ale nadal sprawiała ból. 

- Nie rozumiem, jak mogłeś przeżyć - odezwał się Knut. 

- Moja twarz przypominała kaszę - opisywał Ailo ponuro. - Reszta ciała nie wyglądała 

lepiej. Ale Maja mi pomogła. Ona jest w stanie ofiarować życie za tych, których kocha. 

- Będę milczał - powiedział Knut. Każde słowo miało gorzki posmak. 

Zdecydował się kłamać przed osobą, którą kochał. Przed Idą. 

Albo kłamstwo, albo prawda, która zniszczy życie wielu osób. Jej też. 

- Będę milczał. Zadowolony? Ailo pokiwał głową. Ale smutek nie zniknął z jego oczu. 

-  A  ty?  -  spytał  Knut.  Obracał  pusty  kieliszek  w  dłoni,  musiał  czymś  zająć  ręce. 

Kryształ był ciężki. I zimny. - Co zamierzasz robić? 

- Tworzyć. A cóż by innego? Knut nie znał innej odpowiedzi. 

- Gdzie teraz mieszkasz? Ailo opowiedział mu o kamiennym domku. 

- Możesz się tu przenieść. Nie masz się czego obawiać. 

- Dobrze mi tam - odparł Ailo zamyślony. - Lubię mieć coś mojego. I niedużego. Ale 

z chęcią tu przyjdę, kiedy będę miał ochotę. 

Rozstali się po wielu godzinach. Ailo wyszedł z domu równie cicho, jak wszedł. Knut 

pogrążony w myślach poszedł na górę, do Anjo. 

- Kto to był? - spytała. - Słyszałam Maję. Poznałeś jej tajemnicę? 

Knut pokiwał głową. Musiał objąć żonę, poczuć jej bliskość. 

background image

- Nigdy byś nie zgadła - powiedział ochrypłym głosem. - Nigdy, Anjo. Siedziałem na 

dole i rozmawiałem z Ailo. On żyje. Nie jest martwy. Stracił tylko pół twarzy. 

Opowiedział jej wszystko. Anjo słuchała. 

Płakali, wsparci o siebie nawzajem.  Oboje zgodzili się, że  Ida nigdy nie  może się o 

niczym dowiedzieć. 

background image

Ailo  rozmawiał  z  Mają  o  spotkaniu  z  Knutem.  Rozumiała,  że  nie  powinna  zadawać 

zbyt wielu pytań. To była sprawa między nimi dwoma. 

- Stałoby się o wiele gorzej, gdybym go w to nie wtajemniczył - powiedział. 

Maja zgodziła się z Ailo. Uścisnęła go, zmęczona. Przeszło jej przez myśl, że właśnie 

ona  i  Knut  byli  jedynymi  ludźmi,  którzy  przytulali  go,  gdy  nie  miał  maski  na  twarzy.  Co 

prawda, opowiadał Mai nieco cynicznym tonem o damach z wyższych sfer tam na południu. 

O  tych,  które  uważały,  że  noszenie  przez  niego  maski  było  tak  podniecające,  że  chętnie 

zadzierały przed nim spódnice. Ale żadna z nich nie widziała go bez maski. 

- Chcę nadal mieszkać w domku - stwierdził. - Jest mi tam dobrze. Nie urodziłem się 

do życia na jedwabnych prześcieradłach... 

Ś

miech Mai zabrzmiał gorzko. 

- A sądzisz, że ja tak? Zaśmiał się, nadal trzymając ją w uścisku. Czuł, jak bardzo ją 

kocha. 

-  Myślisz,  że  bylibyśmy  szczęśliwsi,  gdyby  dane  nam  było  żyć  tam,  gdzie  się 

urodziliśmy? - zastanawiał się z nutką wątpliwości w głosie. - William jest dobry dla ciebie - 

dodał. - Nie znalazłabyś kogoś takiego w domu... 

- A kto będzie dobry dla ciebie? - spytała Maja, unikając odpowiedzi. Pogładziła go po 

policzku, po czole. Rozczochrała sztywne, czarne włosy. 

- To już poza mną - stwierdził Ailo lekko. Zbyt lekko. Nadal był młody. 

Anjo płakała, gdy ujrzała twarz Ailo. Potem go pocałowała. Ailo otarł jej łzy. 

- Chyba płaczę także dlatego, że cię widzę żywego - powiedziała. - Dlatego, że byłeś 

tak bardzo przystojny, Ailo. Dlatego, że straciłeś - i my wszyscy - tak dużo. Dlatego, że Ida 

jest szczęśliwa, a ty samotny. Dlatego, że podobałeś mi się bardziej niż Knut, gdy was po raz 

pierwszy zobaczyłam... 

Ailo zaśmiał się. 

- Bałem się, że cię przestraszę, Anjo. Że dziecko się za wcześnie urodzi... 

Poklepała się po brzuchu. 

- Nie obraziłabym się, kochany Ailo! Byłby to dobry uczynek... 

Patrzyła na niego. 

- Rozumiem, dlaczego wybrałeś maskę - stwierdziła w końca - Ale czy ona nie działa 

równie odstraszająco? 

background image

Wzruszył ramionami. 

-  Ona  mnie  osłania  -  powiedział  cicho.  Anjo  zrozumiała.  Knut  zabrał  ją  ze  sobą  do 

kamiennego domku Ailo. 

Łatwo  trafili  dzięki  wskazówkom  Mai.  Wolał,  żeby  Anjo  zobaczyła  go  tam  niż  w 

domu.  Knut  obawiał  się  reakcji  dzieci.  Ailo  był  najmilszym  człowiekiem,  jakiego  znał,  ale 

jego wygląd przerażał. Malcy mogli się przestraszyć. Anjo nie chciała puścić Ailo. A tak bała 

się tego spotkania! Wyobrażała sobie Ailo gorzej, niż opisywał Knut. 

A  teraz  nie  budził  w  niej  odrazy.  Musiała  go  obejmować.  Czuła  się  tak,  jakby  po 

długiej nieobecności powrócił brat. Ailo też był dla niej bratem. Inaczej niż dla Mai, inaczej 

niż dla Knuta, ale wspólne przeżycia sprawiły, że stali się czymś więcej niż przyjaciółmi. 

- Nie możesz mnie tak trzymać - powiedział Ailo z uśmiechem w głosie. - Zaraz Knut 

oskarży mnie o uwiedzenie żony. A ja po prostu działam tak na kobiety! Wszystkie lecą tylko 

na urodę... 

W jego głosie nie było goryczy. Anjo nie miała pojęcia, jak udało mu się tego uniknąć. 

Tak łatwo byłoby czuć żal do wszystkich naokoło... 

Pocałowała go tam, gdzie kiedyś miał wargi. Lekko, jak siostra. I puściła go. 

- Cieszy cię tworzenie? - spytała po chwili. - Udaje ci się wypełnić tymi przedmiotami 

ż

ycie? 

Anjo zawsze trafiała w sedno. 

- Tak, to daje mi sens - stwierdził Ailo stanowczo. - Rzeczy nie są dla mnie ważne, ale 

sprawia  mi  przyjemność  ich  tworzenie.  To  śmieszne,  prawda?  Ale  dobrze  mi  robi 

przyczynianie  się  do  powstania  czegoś  pięknego.  Odtwarzanie  czegoś  na  mój  sposób. 

Sprawianie innym radości pięknymi przedmiotami. Rozumiesz to chyba? 

- Mówisz trochę jak Pan Bóg - przyznała. 

-  Ale  kobiety  przecież  zawsze  tworzyły  rzeczy  -  sprzeciwił  się  Ailo.  -  Robicie  na 

drutach,  tkacie,  szyjecie  ubrania.  Gotujecie  jedzenie.  To  jest  tworzenie.  Nie  sprawia  ci  to 

radości? 

Anjo  zastanowiła  się.  Chyba  nigdy  nie  czuła  takiej  radości,  jaką  słyszała  w  głosie 

Ailo. 

- My tworzymy, bo musimy - przyznała w zamyśleniu. - Oczywiście, cieszy nas, gdy 

coś ładnie wyjdzie, ale czynimy to z konieczności. Twoja twórczość jest czymś innym. 

Ailo  przyznał  Anjo  racje.  Ale  bardzo  trudno  było  mu  wytłumaczyć,  jak  to  odbierał. 

Jak bardzo czasem czuł się rozdarty, tworząc rzeczy właściwie niepotrzebne. W głębi duszy 

odczuwał  to  jako  grzech.  Ale  mimo to  musiał  tworzyć.  Błyszczące  metale  przyciągały  go  i 

background image

odpychały jednocześnie. Był to inny rodzaj złotego światła niż to, które oblało ich wtedy w 

skale. Ale miało tę samą siłę. Dawało mu taką bezbrzeżną radość. Mógł przetwarzać coś, co 

miało wartość, ale nie było piękne samo w sobie, w coś najpiękniejszego. Może cieszyło go to 

tym bardziej, ponieważ sam był oszpecony. 

-  To  jest  moje  życie  -  powiedział  w  końcu.  Po  prostu.  To  stanowiło  sedno  sprawy. 

Zawsze będzie nosił w sobie tęsknotę za tym, co było jego. Za tym, co teraz jest nieosiągalne. 

Ale jego życie nie jest pozbawione wartości, nikt nie powinien tak sądzić. Mimo że to mogło 

zabrzmieć banalnie, czuł, że lepiej było, że kochał Idę, a potem ją stracił, niż gdyby nigdy jej 

nie kochał. Przeżył niezwykłą bliskość drugiego człowieka. Doświadczył, co to znaczy być 

stworzonym dla kogoś. 

Może aniołowie im pozazdrościli? Widać zbytnio do siebie pasowali... 

- Powinieneś zamieszkać w domu - stwierdził Knut. Rozejrzał się wokół. Kamienny 

domek nie był zły, Maja, urządzając go, zrobiła kawał dobrej roboty. Ale Ailo nie powinien 

być sam. Knut odbierał to tak, jakby Ailo został skrzywdzony po raz drugi. 

Ailo tylko potrząsnął głową. Dla niego sprawa była zamknięta. 

- Rozmawialiście z dziećmi? - spytał. Widział malców z dala. Syna Knuta i syna Mai. 

Sam  odczuwał  wielką  pustkę.  -  Ostatnią  rzeczą,  jaką  bym  chciał,  to  stać  się  postrachem 

dzieci. 

-  Nigdy  nim  nie  będziesz!  -  Anjo  znów  go  uściskała.  Łatwo  jej  to  przychodziło,  po 

prostu  promieniowała  ciepłem.  W  jej  sercu  było  miejsce  dla  wszystkich,  którzy  tego 

potrzebowali. - Dzieci wszystko akceptują - stwierdziła głosem pełnym czułości. - To dorośli 

uczą je wznosić mury, Ailo. One same tego nie potrafią. To od nas uczą się, że coś może być 

dziwniejsze  czy  brzydsze  od  czegoś  innego.  To  my  odstraszamy  je  swoją  niepewnością, 

swoim  strachem.  Dzieci  chcą  wiedzieć,  dlaczego  -  a  potem  przyjmują  to  do  wiadomości. 

Dzieci  to  najwspanialsi  ludzie,  jacy  są,  Ailo.  -  Zamilkła.  Nieświadomie  gładziła  się  po 

wypukłym  brzuchu.  Sama  nie  wiedziała,  jaka  jest  przy  tym  piękna.  -  Na  pewno  będą  cię 

pytać.  Na  pewno  będziesz  musiał zdjąć  maskę.  Będą  się  wpatrywać.  Może  dotkną.  Ale  nie 

stanie się tak, że cię nie polubią z powodu twojej twarzy. Różnisz się od wszystkich, których 

widzieli, ale nie odsuną się od ciebie, chyba że dasz im powód. Ale nie sądzę, żebyś to zrobił. 

-  Myśleliście  zapewne,  co  będzie  dalej?  -  spytał  Ailo.  -  Gdy  dzieci  mnie  zobaczą, 

spalicie za sobą mosty... 

Knut i Anjo wymienili spojrzenia. Rozmawiali i o tym. 

Tylko  duże  dzieci  były  w  stanie  dotrzymać  tajemnicy.  W  ogóle  nie  należy  obarczać 

dziecka tajemnicą. Jego świat jest prawdziwy. Dorośli nie powinni uczyć dziecka kłamstwa, 

background image

nie  powinni  wprowadzać  go  w  życie  pełne  półtonów  i  cieni.  W  świat,  który  nie  jest  tak 

jednoznaczny jak ich, w którym było albo jasno, albo ciemno. Nic pomiędzy. 

- Rozumiemy to, Ailo - powiedział Knut z westchnieniem. Napotkał spojrzenie Ailo. - 

To boli. Nie będę kłamał, bracie. To bardzo boli. Ale musimy wybrać. A teraz jesteś nam o 

wiele bliższy niż ci w Lyngen. Dla nas z Anjo nie ma żadnej przyszłości w Skibotn. Już nie. 

Nie  mamy  do  czego  wracać,  nawet  gdybyśmy  chcieli.  Już  nie  chcę  zaczynać  od  początku. 

Tam. O ile wiem, nigdy nie zobaczymy żadnego z nich. To ułatwia wybór. - Knut zaczerpnął 

oddechu.  -  Chcemy  mieć  cię  pomiędzy  nami,  Ailo.  Zawsze  z  nami  byłeś  jako  jeden  z  nas. 

Brat,  przyjaciel.  Kochamy  cię  i  jesteśmy  z  ciebie  dumni.  Dlatego  nigdy  nie  powiemy  całej 

prawdy. Zawsze będziemy milczeć. Maja już do tego przywykła. Od razu to zrozumiała. Dla 

nas nie powinno być to trudniejsze... 

Następnego dnia Ailo przyszedł na obiad. On też potrzebował czasu. Bał się. Bał się 

odrzucenia, tym bardziej, że inni mieli oparcie. On nie. 

Ubrał  się  jak  na  wizytę  w  niemieckich  salonach.  To  miało  mu  pomóc  zachować 

równowagę psychiczną, gdyby go zawiodło poczucie własnej wartości. Wiedział, że to tylko 

pozory, ale wiedział także, jak bardzo się boi. 

Miał na sobie surdut, żółty z domieszką brązu. Dopasowany w pasie, rozszerzał się ku 

dołowi  i  sięgał  do  kolan.  Rękawy  zakończone  były  szerokimi  mankietami  w  kolorze 

złotobrązowym.  Długie  do  kolan  spodnie  były  nieco  ciemniejsze,  jak  kora  sosny  w  słońcu. 

Stroju dopełniały biała koszula i pończochy, jak  tego wymagała moda panująca w Europie. 

Włosy miał zebrane złotą wstążką. 

Twarz zakrył maską. Czarną, zamszową maską, osłaniającą go jak tarcza. 

Wszedł do jadalni z płaszczem przewieszonym przez ramię. Zdjął kapelusz i rzucił go 

w kierunku uśmiechniętej Mai. Koło niej stał Henrik. Oczy chłopca rozszerzyły się. 

Oczy Karla też. 

Knut trzymał syna na ręku. Czuł, jak jego ciałko sztywnieje. Wtedy Knut zrozumiał 

słowa Anjo. 

Dzieci  przyjmowały  niezwykłe  rzeczy  bardziej  naturalnie  i  swobodnie  niż  dorośli. 

Dorośli zamykali swój umysł. Pozwalali, aby kierowały nimi strach i przesądy. 

Karl i Henrik przyjęliby Ailo swobodnie, gdyby spotkali go sami. 

A teraz otaczali ich dorośli, którzy czegoś od nich oczekiwali. Dzieci to wyczuwały. 

Tylko Maja okazała, że zna tego człowieka. A dzieci robiły to, co dorośli. Patrzyły i 

naśladowały ich. Henrik złapał kapelusz obcego i ukrył za nim twarz. Ale wyglądał zza niego 

ciekawie. 

background image

Knut  nie  zastanawiał  się  dłużej.  Zrobił  to,  co  i  tak  miał  zrobić.  Podszedł  do  Ailo  i 

uściskał go jak brata. 

- Kto to jest? - spytał Karl dźwięcznym głosem. Odchylił się lekko do tyłu, żeby lepiej 

go widzieć. - Dlaczego nosi maskę? 

- Jestem Ailo - powiedział przybysz swoim miłym, ciepłym głosem i usiadł w fotelu. - 

Mam maskę, bo jestem bardzo brzydki. 

-  Aha...  Jak  bardzo?  Karl  zaczął  się  gwałtownie  wyrywać  ojcu,  aż  ten  wreszcie 

postawił  go  na  podłodze.  Malec  podbiegł  do  Ailo  i  usiadł  bardzo  blisko,  wpatrując  się  w 

maskę. 

- Jak brzydki? - powtórzył. W jego głosie brzmiała mieszanina strachu i podniecenia, 

jak wtedy gdy dzieciom opowiada się straszne bajki, które jednak zawsze się dobrze kończą. 

- Bardzo - wyjaśnił Ailo. - Moja twarz się kiedyś spaliła. Jest chropowata. Nie mam 

ust  takich  jak  twoje,  mam  tylko  otwór.  A  mój  nos  przypomina  kartofel.  Chyba  wyglądam 

jak... stallo. 

- Ja wiem, co to jest! - obwieścił Karl z dumą. - To prawie jak troll? 

Ailo potwierdził skinieniem głowy. 

Mała  rączka  dotknęła  ostrożnie  podbródka  Ailo.  Cofnęła  się.  Chłopiec  cały  czas 

patrzył Ailo w oczy. Ten siedział nieruchomo jak skała. 

-  Możesz  dotykać  -  zapewnił  małego.  Karl  przysunął  się  bliżej.  Usiadł  Ailo  na 

kolanach. 

Długo i z powagą patrzył na maskę, w oczy ukryte w jej otworach. 

Przyłożył obie dłonie w miejsca, gdzie maska pokrywała policzki Ailo. Długo je tak 

trzymał. 

- Możesz ją zdjąć? Ailo rzucił bezradne spojrzenie w stronę Knuta, ten odwrócił się do 

Anjo. Obaj mężczyźni pytali ją niemo o radę. Byli niepewni. 

Anjo pokiwała głową. Nawet mrugnęła okiem, dodając im odwagi. 

- Jeżeli się odważysz - rzucił Ailo ochryple. - Dla niektórych jest to przykry widok. 

- A dla ciebie? - spytał Karl, gdy Ailo rozwiązywał tasiemkę. 

- Już nie - odparł. - To przecież moja twarz. Przyzwyczaiłem się do niej. 

Maska opadła. 

Chłopiec gwałtownie wciągnął powietrze. 

Także  Henrik  uwolnił  się  z  objęć  matki  i  podszedł  do  tego  dziwnego  pana,  który 

rozmawiał z Karlem. Stanął koło fotela. Złapał się poręczy i wpatrzył się w obcego. 

background image

Karl dotknął twarzy Ailo samymi opuszkami palców. Bez słowa, w niemym podziwie 

zmieszanym ze strachem. 

- To boli? - spytał. Ailo potrząsnął głową. Chłopiec cofnął dłonie. Nadal wpatrywał się 

w Ailo z powagą. 

- Nie jesteś brzydki - orzekł w końcu. - Nie tak bardzo... 

Atmosfera  w  pokoju  od razu  zelżała.  Knut  odetchnął  głęboko.  Ten  chłopak  zasłużył 

sobie na wielki kawałek trzcinowego cukru, to pewne! 

- To dobrze. Cieszy mnie to - odparł Ailo, wsadzając maskę do kieszeni. - Nie muszę 

jej nosić, gdy jestem z wami, co? 

Karl potrząsnął głową. Spojrzał na Henrika. 

- Boisz się go? - spytał małego. - Boisz się Ailo, Henrik? 

Synek  Mai  potrząsnął  głową.  Przecież  nie  mógł  bać  się  tego  dziwnego  pana,  skoro 

Karl się nie bał! 

- Nie - odrzekł cicho. W jego głosie nie było jednak pewności. Ailo pogłaskał go po 

włosach. Wtedy Henrik poczuł, że ten pan o dziwnej twarzy ma miłe dłonie. 

Malec  dotknął  jego  kolana.  Przyłożył  do  niego  policzek,  po  czym  schronił  się  w 

bezpieczne objęcia mamy. Ale już się nie bal. 

I Ailo został na obiedzie. Bez maski. Był wśród ludzi, których kochał. Z tymi, którzy 

znaczyli dla niego teraz najwięcej na świecie. 

Było to dobre uczucie. 

Także to mogło być szczęściem. 

background image

William nie wrócił do domu sam. Towarzyszyła mu młoda dziewczyna.  Niewysoka, 

miała  jasne  włosy  i  szare  oczy,  i  miłą,  lecz  pozbawioną  wyrazu  twarz.  Jednak  gdy  Maja 

popatrzyła na nią, uznała, że jest w jej spojrzeniu coś znajomego. 

William pociągnął dziewczynę za sobą w kierunku Mai, obejmując gościa ramieniem. 

Uśmiechał  się  tak,  jak  tylko  on  potrafił.  Trzymał  ją  w  taki  sposób,  jakby  była  klejnotem. 

Przez sekundę coś zakłuło Maję w sercu. Strach. Ta dziewczyna była ładna. Maja od dawna 

nie przeglądała się w lustrze, ale wiedziała, że ta mała jest od niej ładniejsza... 

- To Anna Kajsa, Mario. Zamieszka u nas - obwieścił. - Jest moją siostrą. 

- Zapominasz, że poznałam twoje siostry, Williamie - odparła Maja lodowatym tonem. 

Była pewna swej porażki. Ale dlaczego jej to zrobił? Sądził, że jest taka głupia? Czy tak było 

przyjęte  w  jego  kręgach?  Jeszcze  nie  tak  dawno  wyznawał  jej  miłość.  Czy  to  nic  nie 

znaczyło? Czyżby nie dawała mu wszystkiego? 

Czuła zimny i brzydki strach. 

- To nie jest żadna z nich. Chyba nie sądzisz, że jestem ślepa, Williamie Runefelcie! 

Zaśmiał się szczerze. 

- Kocham cię - rzucił po prostu. Objął ją i zanurzył twarz w jej włosach. Powtórzył to 

po fińsku, tak jak lubiła: - Mina rakastan sinua, Mario. Kocham cię chyba najbardziej wtedy, 

gdy jesteś zazdrosna jak teraz. 

-  Zazdrosna?  Ja?!  -  Chciała  się  uwolnić  z  jego  objęć,  ale  jej  nie  puszczał.  Maja  z 

irytacją zauważyła, że William przyprawił ją o rumieniec w obecności tej dziewczyny, która 

nie mogła mieć więcej niż szesnaście lat. Nie robi się takich scen przed obcymi. On powinien 

to wiedzieć! Była zła i czuła się trochę upokorzona. 

- Ona jest moją siostrą, Mario - powtórzył z naciskiem. 

Maja przyjrzała się dziewczynie. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że to właśnie oczy 

Williama rozpoznała u Anny Kajsy. A w ogóle, to kto nadaje takie imię dziecku! 

Maja zrozumiała. Przecież relacje w jej rodzinie też były skomplikowane. Były siostry 

i bracia przyrodni, przygarnięci... 

- Z nieprawego łoża? - spytała. W kręgach Williama używano tego określenia zamiast 

słowa „bękart”, ale tylko mówiąc o własnej sferze. 

Zauważyła, jak Anna Kajsa skurczyła się na dźwięk jej słów. Spuściła wzrok, a na jej 

policzkach wykwitły gwałtownie rumieńce. 

background image

William odsunął się od Mai, a ona poczuła ukłucie wyrzutów sumienia. Jako ostatnia 

mogła  mieć  prawo  do  potępiania  tej  małej  za  to,  co  zrobili  jej  rodzice.  Anna  Kajsa 

niewątpliwie była owocem przygody Marcusa Runefelta, ale przecież w niczym nie zawiniła! 

Objęła stojącą sztywno dziewczynę. 

- Witam cię - powiedziała. - Mam nadzieję, że dobrze się u nas poczujesz. 

Anna  Kajsa  usiadła  dopiero  wtedy,  gdy  William  ją  poprosił.  Spojrzenie  nadal  nie 

zdradzało  strachu,  lecz  coś  w  jej  zachowaniu  dowodziło,  że  od  dawna  nawykła  do  ślepego 

posłuszeństwa. 

Jej  oczy  omiotły  wnętrze  pokoju,  ale  tak,  żeby  ani  Maja,  ani  William  tego  nie 

dostrzegli.  Maja  sama  długo  trenowała  takie  dyskretne  spojrzenia,  dlatego  zwróciła  na  to 

uwagę. 

William  zdążył  polubić  tę  nową  siostrę.  Swoich  urodzonych  w  uświęconym 

małżeństwem  związku  sióstr  nigdy  nie  zdołał  pokochać.  Ale  ta  mała  zdobyła  jego  serce. 

Może dlatego, że był jej potrzebny? Po prostu od razu poczuł łączące go z nią więzy krwi. 

Historię  Anny  Kajsy  opowiedział  dopiero  wieczorem,  gdy  zostali  sami  z  Anjo  i 

Knutem.  Żadne  z  nich  nie  widziało  Ailo  w  ciągu  dnia.  Uważali,  że  ma  pełne  prawo 

decydować,  kiedy  ich  odwiedzi.  Wiedzieli,  że  nadal  potrzebował  samotności  i  że  nie  lubił, 

gdy mu przeszkadzano w pracy. 

- Jest córką tatusia - rzucił William z grymasem. - Nietrudno to dostrzec. 

- Ale skąd aż taka o nią troska? - spytała Maja z pewną dozą sarkazmu w głosie. - Na 

pewno  nie  jest  jedynym,  przepraszam  za  wyrażenie,  kukułczym  jajem,  które  twój  ojciec 

podrzucił gdzieś w Szwecji i Finlandii. Nie sądzę, żeby prowadził ich rejestr. Dlaczego ona? 

William  popatrzył  długo  na  Maję  tym  swoim  spojrzeniem,  które  sprawiało,  że  w 

końcu milkła. 

-  Już?  -  spytał.  -  Ojciec  ma  pewne  poczucie  przyzwoitości,  Mario.  Pewne...  - 

uśmiechnął się krzywo, ale oczy miał poważne. - Matka Anny Kajsy skończyła piętnaście lat, 

gdy ją urodziła. Dziewczyna ma teraz siedemnaście. Jej matka pochodziła z dobrej rodziny. 

Nie z tych, które obcują z następcą tronu, ale oczko niżej... - Skrzywił się. W twarzy Mai też 

można było odczytać pogardę. 

- Tata zadbał o Annę Kajsę, ale nie chciał żenić się z tak młodą dziewczyną, jaką była 

wtedy jej matka. Znaleziono dla niej dużo starszego męża. Wdowca. Nie brzmi to wszystko 

ładnie, ale takie właśnie jest życie Anny Kajsy. Pół roku temu jej matka przyjechała z nią do 

ojca. Powiedziała, że teraz on musi się o nią zatroszczyć. Ze nie może już u nich mieszkać. 

Ojciec próbował ulokować ją u moich sióstr, ale się nie udało. Nie chciały jej, nie wiedziały, 

background image

jak  wytłumaczyć  jej  obecność.  Nie  podobało  im  się  też,  że  ojciec  tak  otwarcie  się  do  niej 

przyznaje. 

Maja uśmiechnęła się jadowicie. 

- Więc dlaczego? 

- Ładna, niemal dorosła kobieta w domu... - rzuciła Anjo przez zaciśnięte zęby. - Czyż 

nie o to chodzi? Czy tę małą spotkało to, czego się można domyślać? - spytała, utkwiwszy w 

Williamie oczy pełne współczucia. 

-  Nie  ze  strony  męża  jej  matki  -  przyznał  William  z  ciężkim  sercem.  -  Ale  on  ma 

trzech  synów  z  poprzedniego  małżeństwa.  Nadal  mieszkają  razem.  Było  tak,  jak 

przypuszczasz, Anjo. To oni, wszyscy trzej. Nikt nie wie, od jak dawna. Anna Kajsa nie chce 

o tym mówić. Twierdzi, że nie pamięta. Może i to prawda. Jej matka zapewnia, że nie miała o 

niczym  pojęcia,  że  nic  nie  wiedziała,  że  nie  mogła  sobie  tego  wyobrazić...  Sądziła,  że  to 

diabeł opętał Annę Kajsę... 

Maja aż zgrzytnęła zębami. Jej twarz ściągnęła się w nienawiści. 

William otoczył ją ramieniem. Pozwoliła, żeby pogładził ją po włosach. 

- Tak już jest, że winę zrzuca się na kobiety. To one są tymi, które kuszą, wabią... 

Maja wtuliła twarz w zagłębienie szyi męża i zmoczyła łzami jego koszulę. 

- Choć raz twój ojciec postąpił słusznie - rzuciła, pociągając nosem. 

-  Ona  potrzebuje  wiele  ciepła  -  stwierdził  William.  -  Potrzebuje  nas:  kogoś,  komu 

może zaufać. 

- Czy wie o Ailo? William westchnął. 

- Wspomniałem tylko, że mam tu brata, który lubi być sam. Który był ranny. Który nie 

lubi, gdy ludzie na niego patrzą... - Wzruszył ramionami. - Przecież nie miałem pojęcia, że 

powiedziałaś o nim Anjo i Knutowi. Zmieniasz zdanie prędzej, niż wiatry zmieniają kierunek 

w zatoce! Podobnie Ailo. Jak taki solidny człowiek jak ja może za wami nadążyć? 

- Ona musi się dowiedzieć o Ailo, spotkać się z nim - stwierdziła Anjo. Instynktownie 

czuła, że jego ciepło, jego los i cierpienie może poruszyć Annę Kajsę.  Może obudzi w niej 

poczucie wspólnoty? Coś, czego nie udało się uzyskać Williamowi. Do czego ona sama była 

chyba za stara. Maja? 

Anjo nie była pewna. Maja chciała dobrze, ale sama miała tyle zahamowań. Powinna 

najpierw zburzyć własny mur, którym odgradza się od świata, a dopiero potem cudzy... 

William pokiwał głową. Chyba wiedział, co ma na myśli Anjo. 

- Była traktowana jak uboga krewna - mówił dalej. - Nie przysługiwało jej zbyt wiele 

praw, mimo że była córką pani domu. Dopiero po wielu latach zrozumiała, że była jej córką... 

background image

Nie  spotkało  ją  wiele  ciepła  w  życiu.  Chciałbym,  żeby  doświadczyła  tego  tutaj.  Żeby  była 

szczęśliwa. Jeśli może. Nawet tego nie jestem pewny. 

- A co sądzi twój ojciec? - zastanawiała się Maja. - Czy też uważa, że to była wina 

Anny Kajsy? 

William zaprzeczył. 

-  On  ma  serce,  Maju,  mimo  że  tego  jeszcze  nie  doświadczyłaś.  Pociągnął  za  pewne 

sznurki.  Jej  przyrodni  bracia  nieoczekiwanie  utracili  część  przywilejów.  Zostali  odsunięci 

przez znajomych. To też może być karą. 

Maja  pokiwała  głową.  A  więc  teść  miał  serce.  Dla  wszystkich  ludzi  oprócz  swego 

syna. Jedynego prawowitego syna. Zdołał ją zadziwić. 

- Szkoda, że nie ma dość wpływów, żeby móc ich skazać. Na śmierć - dodała mściwie. 

-  Twoja  łagodna  i  wybaczająca  natura  zawsze  mnie  ujmowała  -  rzucił  William  z 

uśmiechem, odsuwając długą grzywkę z jej czoła. Pocałował je. Maja pozwoliła na to, dało 

jej to poczucie dobrego ciepła. Nieważne, że działo się to na oczach Anjo i Knuta. Oni także 

nie skąpili sobie pieszczot przy innych. 

- Są rzeczy, których nie można wybaczyć. - W głosie Mai czuć było siłę norweskich 

skał  smaganych  falami  morza.  -  Należy  do  nich  krzywdzenie  dzieci.  Jest  to  zbrodnia  tak 

wielka, że brak na nią słów. I nie ma kary, która mogłaby to zrównoważyć. 

- Niestety, niewiele osób dzieli twe poglądy - odparł William. - Przynajmniej nie daje 

im  wyrazu.  Ale  ten  przypadek  wzbudził  reakcję  u  tych,  którym  ojciec  go  przedstawił. 

Odsunięcie  ich  towarzysko  to  oczywiście  za  mało.  Ja  też  czuję  jak  i  ty,  kochana.  Ale  nie 

możemy zrobić nic innego poza obdarzeniem Anny Kajsy ciepłem. No i poza nauczeniem jej 

dobrych manier... 

Maja obróciła się gwałtownie w stronę męża. Spiorunowała go wzrokiem. 

- A więc to jest celem? To był właściwy powód? Marcus Runefelt nie robi niczego bez 

podtekstu,  prawda?  Mamy  jego  nieślubną  córkę  uczynić  damą!  A  wtedy  znajdzie  dla  niej 

odpowiednią partię. Piękny odwet na jej prześladowcach, nie ma co! 

William  pogłaskał  jej  blizny  na  policzkach.  Przesuwał  wzdłuż  nich  z  miłością 

opuszkami  palców.  Tylko  Anjo  to  zauważyła  i  gardło  jej  się  ścisnęło,  a  pierś  przepełniło 

ciepło. Ona też miała blizny na ciele. Tylko ona wiedziała, jakie to ważne, że nie budziły w 

Knucie odrazy. I tak ją cieszyło, że Knut nie widział nic dziwnego w tym, że William czule 

pieścił blizny Mai. A więc można nauczyć się kochać także blizny. 

-  Kiedy  to  zaczęłaś,  moja  śliczna,  przejmować  się  ukrytymi  zamiarami  swoich 

nieprzyjaciół? - zastanawiał się William. 

background image

- A ty uważasz, że to w porządku? 

- Wiem tylko, że Annie Kajsie będzie u nas lepiej niż u ojca. Lepiej niż u moich sióstr, 

niż u kogokolwiek innego. Twoja opieka jest więcej warta niż chłód, którym byłaby otoczona. 

Wierz mi, Mario. Dlatego nie obchodzą mnie motywy, jakimi kieruje się ojciec. Chcę tylko, 

ż

eby jej było dobrze. Nareszcie dobrze. 

- William ma rację - poparła go Anjo i zaśmiała się cicho. - Choć chyba sporo czasu 

minie, nim pod twoją opieką Anna Kajsa stanie się damą... 

Nawet William musiał się uśmiechnąć. 

Maja nie mogła tak łatwo przestać myśleć o losie Anny Kajsy. Gdy Anjo i Knut udali 

się  na  spoczynek,  nie  zdradzała  chęci  pójścia  w  ich  ślady.  Widziała,  że  William  jest 

zmęczony, ale wiedziała też, że bez niej się nie położy. 

-  Co  jeszcze  mówił  twój  ojciec?  -  zapytała.  -  Upominał  cię,  żebyś  nie  rozmawiał  z 

niewłaściwymi osobami? 

-  Jest  już  starym  człowiekiem  -  rzucił William, półleżąc  w  fotelu.  Rozpiął  koszulę i 

podwinął rękawy. - Oczywiście, cieszył się, że mnie widzi w domu. 

-  Ale  najchętniej  widziałby  cię  tam,  gdzie  miałby  nad  tobą  kontrolę.  Tam,  gdzie  by 

mnie nie było... Pewnie wysłałby mnie gdzieś daleko razem z dzieckiem... 

William powoli pokręcił głową. 

-  Uważam,  że  on  w  pewien  sposób  cię  podziwia,  Mario.  A  to  u  niego  coś  nowego. 

Nigdy nie podziwiał żadnej kobiety za coś innego niż ładna twarz czy figura. Sam tego nie 

rozumie. To tak go deprymuje, że wręcz się ciebie boi, moja kochana! 

- Biedny Marcus Runefelt! - prychnęła Maja. - Cóż to za cios dla mężczyzny! 

-  No  i  chce  poznać  Henrika  -  dodał  William  z  szerokim  uśmiechem.  -  W  czasie 

spotkania z tobą nie odważył się spytać. Jak mówiłem: przerażasz mojego starego ojca! 

Maja do końca w to nie uwierzyła. 

- Przypuszczam, że to ty go przekonałeś... 

- No i spodobały mu się świeczniki Ailo! - zaśmiał się głośno. - Sądził, że pochodzą z 

Niemiec, że to ostatnia moda. Nie mógł uwierzyć, gdy mu powiedziałem, kto je zrobił. 

Maja  uśmiechnęła  się.  Wiele  by  dała,  żeby  zobaczyć  na  własne  oczy  zdumienie 

Marcusa  Runefelta,  kiedy  dowiaduje  się,  że  arcydzieła  niemieckiej  sztuki  złotniczej  wyszły 

spod ręki Lapończyka, jej brata. 

- Ale chce więcej takich. Ma do tego oko. Ailo będzie miał zajęcie... 

Mai przemknęło przez myśl, że w Norwegii brat nie dostałby takiej szansy. 

- Położysz się? Potrząsnęła głową. 

background image

- Nie mogę. 

- Przeze mnie? - Aż usiadł w fotelu. Próbował pochwycić jej spojrzenie. - Było nam 

tak dobrze przed odjazdem. Dobrze nam ze sobą. Przecież jesteśmy przyjaciółmi... - Rozłożył 

bezradnie ręce. - Po tym, jak cię dzisiaj zobaczyłem, gdy przywiozłem Annę Kajsę, zacząłem 

mieć nadzieję, że pomiędzy nami obudzi się coś większego. Że to początek czegoś nowego... 

Dostrzegłem zazdrość. Możesz zaprzeczać, ile chcesz, ale to była zazdrość. Nie jestem głupi. 

Sądziłaś, że ona coś dla mnie znaczy, i nie spodobało ci się to. Nie byłaś tego w stanie ukryć, 

mimo że próbowałaś, kochana. Miałem nadzieję, że to oznacza początek... 

Maja  wstała.  Nie  mogła  usiedzieć  spokojnie  pod  tym  jego  spojrzeniem.  Nie  mogła 

wytrzymać wyrazu rozpaczy i oddania w jego oczach, chciała uciec przed jego pożądaniem. 

-  Byłam  zazdrosna  -  przyznała.  Dłonie  wbiła  w  oparcie  fotela,  a  wzrok  w  ciemność 

nocy.  Odwróciła  się  do  niego  plecami.  -  Byłam,  William.  Możliwe,  że  to  coś  znaczy. 

Możliwe, że nic. Nie chcę tego teraz roztrząsać, rozumiesz? 

Milczał. Maja nie odwróciła się, bała się wyczytać odpowiedź w jego twarzy. 

- Nie chcesz położyć się ze mną spać? 

- Tak, ale spać - odrzekła z naciskiem. - Ale ty pewnie nie o tym myślisz? 

Jego cichy śmiech wystarczył za odpowiedź. 

- Na wszystko musi przyjść odpowiedni moment, William. A teraz moje myśli błądzą 

w  bagnie  niedobrych  wspomnień.  Nie  umiem  się  od  nich  uwolnić.  A  wtedy  nie  jestem  w 

stanie ulec czyjemuś pożądaniu. To budzi niechęć, wstręt... 

Pochyliła  głowę. Patrzyła, jak jej dłonie ugniatają oparcie fotela. Wiedziała, jakie to 

poniżające  i  niszczące  być  wykorzystaną.  Jej  też  się  to  zdarzyło.  W  inny  sposób  niż  Annie 

Kajsie. Ale się zdarzyło. 

Dziewczynie  najwyraźniej  udało  się  usunąć  najgorsze  z  pamięci.  Nad  Mają  czuwał 

anioł, który zatarł wszystko. Ale gdzieś głęboko tkwiło nadal. Któregoś dnia mogło powrócić. 

Coś, co różniło się od relacji Anjo, Heino i Reijo... 

-  Czy  to  z  powodu  Anny  Kajsy?  A  więc  William  zrozumiał  to,  czego  nie  wyznała 

wprost. 

Podszedł  do  niej.  Położył  swe  dłonie  na  jej  dłoniach,  lecz  nie  narzucał  się  jej. 

Utrzymywał dystans, którego potrzebowała. 

Maja pokiwała głową. 

- Z powodu Anny Kajsy. Nie mogłabym teraz tego zrobić. Stałoby się wstrętne. A ja 

nie chcę, żeby tak było! Jest zbyt wspaniałe... 

- To przecież coś zupełnie innego! - przekonywał William cicho. 

background image

Maja spojrzała na niego przelotnie i ponownie wpatrzyła się w ciemność. 

- Oczywiście, że tak. Sądzisz, że tego nie rozumiem? Ale nie mogę oderwać myśli od 

tego,  co  ona  przeszła.  Widzę  to  w  całej  ohydzie.  Dlatego  nie  zniosłabym  czyichś  dłoni  na 

moim ciele. Mimo że to byłyby twoje dłonie, mimo że zrobiłbyś to z miłości... Potrafisz to 

zrozumieć, prawda, przyjacielu? 

Obrócił  ją  ku  sobie.  Jego  oczy  napotkały  wzrok  żony.  Dzielił  z  nią  jej  rozpacz;  w 

oczach Mai widział czarną otchłań. 

Pożądanie  znikło.  W  jego  objęciu  pozostała  tylko  czułość.  Obejmował  ją,  aby 

podzielić z nią tę czerń. Aby odjąć jakąś część jej cierpienia, aby dać jej ciepło. Był bardziej 

przyjacielem niż kochankiem. 

- Jesteś niezwykłą kobietą - wyszeptał. - Czy już ci to mówiłem? 

- Na pewno - odparła Maja, wsparta czołem o jego ramię. Nie widzieli się, ale czuli 

swoją bliskość. 

To wystarczało. 

-  Jesteś  wspaniałym  człowiekiem,  William.  Nie  powiedziała  tego  dlatego,  że  tak 

należało. To była prawda. 

-  Jestem  twoim  mężem  -  odparł.  -  Świadomość,  że  są  tacy  mężczyźni  jak  przybrani 

bracia Anny Kajsy, sprawia, że wstydzę się jako mężczyzna... 

-  To  ciebie  nie  dotyczy.  Ich  nie  jest  wielu.  Ale  i  tak  za  dużo...  -  głos  na  chwilę 

odmówił Mai posłuszeństwa. - To wprawia mnie w straszną złość, ale czuję się bezradna. To 

wszystko jest tak ohydne, brudne i wstrętne... 

William pokiwał głową. 

- Też tak czułem, gdy mi ojciec o tym opowiedział. Nie spałem dobrze tamtej nocy. 

Ale  nie  możemy  o  tym  myśleć.  Musimy  myśleć  o  niej,  wspomagać  ją.  Najważniejsza  jest 

teraz Anna Kajsa. Nasz gniew jej nie pomoże. Ona jest człowiekiem, Mario. Nie tylko kimś, 

komu współczujemy. Musi być silna. Długo przecież z tym żyła. Długo udawała, że nic się 

nie dzieje. Cicho znosiła ból. Brała na siebie wstyd i grzech, bo oczywiście tak jej wmówili. 

Nadal pewnie tak sądzi. Ona nawet nie czuła złości! Mam nadzieję, że jeśli okażemy jej dość 

ciepła, będzie w stanie to z siebie wyrzucić, pozbyć się tego balastu! 

Maja puściła Williama, bo musiała na niego spojrzeć. Z uwagą wpatrywała się w jego 

twarz. Jednocześnie wydawała jej się znajoma i obca. 

- Naprawdę tak myślisz? - spytała z niedowierzaniem w głosie. - Naprawdę? 

- Tak. Czy to dziwne? Maja pokiwała głową i uściskała go. 

- Cieszę się, że taki jesteś, Williamie - rzekła. - Cieszę się, że jesteś moim mężem. 

background image

Było to najbliższe słowom miłości wyznanie, jakie wypowiedziała. William na długo 

zachował je w pamięci. 

- Rozumiesz, dlaczego nie chcę... Dlaczego nie mogę... Pokiwał głową. Dusza ludzka 

jest zaiste labiryntem. A jego żona nie należy do nieskomplikowanych ludzi. Zresztą, William 

nawet  nie  wiedział,  czy  naprawdę  chciałby  poznać  ją  do  głębi.  Dobrze,  że  były  w  niej 

obszary, do których nigdy nie uzyska dostępu. Ona nigdy mu się nie znudzi, to pewne... 

- Co chcesz teraz zrobić? - spytał ostrożnie. 

- Myśleć. 

- Na dworze? Skinęła głową twierdząco. 

-  Chcę  być  sama  -  odpowiedziała  na  jego  niezadane  pytanie.  Mógł  to  tylko 

zaakceptować. 

- Pójdziesz do Ailo? Zaprzeczyła. 

-  Muszę  być  sama  -  wyjaśniła.  William  mógł  nie  czuć  się  odrzucony.  Pocałował  ją, 

powstrzymując  swoją  tęsknotę.  Nie  chciał,  żeby  skojarzyła  ją  z  tamtymi  obmierzłymi 

czynami. 

Maja obdarzyła go jednym z tych swoich uśmiechów, za które mógłby  oddać życie. 

Leciutko przesunęła palcem po czole męża, jakby chciała zetrzeć jego ponure myśli. William 

pogładził ją po włosach. 

-  Jesteś  taka  piękna,  moja  Mario  -  powiedział,  zanim  ją  puścił.  -  Jeżeli  będziesz 

chciała ze mną porozmawiać albo żebym cię objął, jak wrócisz, obudź mnie! 

Pokiwała głową. 

I zniknęła w ciemnościach nocy. 

Może on nigdy do tego nie przywyknie. Zawsze czuł się osamotniony, gdy tak znikała. 

Jakby  uciekała  od  niego.  William  wiedział  jednak,  że  jeśli  chce  spędzić  z  tą  kobietą  resztę 

swych  dni,  to  musi  nauczyć  się  okiełznać  te  złe  uczucia,  które  budziła  w  nim  jej  potrzeba 

samotności. Musiał to akceptować. I nie okazywać, jak bardzo czuł się wtedy opuszczony. 

On po prostu chciał być razem z nią. 

William nie wiedział tylko, że życie z żadną kobietą z rodu Alatalo nie było łatwe... 

background image

10 

Ailo  obudził  się  na  długo  przed  świtem.  Sen  nie  był  dla  niego  czymś  oczywistym. 

Miewał noce, gdy niemal nie spał. 

Ta  była  jedną  z  nich.  Nie  mógł  też  pracować.  Marnował  kolejne  godziny,  siedząc  i 

patrząc w ogień. 

Ida  była  w  Skibom.  Tam  gdzie  być  powinna.  To  tam  jej  życie  wypełni  się  tym,  co 

powinien jej ofiarować on. Ale on nie stanie się jego częścią. 

Oczywiście,  że  to  gorzkie!  Oczywiście,  że  piekło  jak  sól  sypana  na  żywe  rany.  Nie 

oszukiwał się. 

Jego los. 

Jej los. 

Różniło ich to, że ona mogła się śmiać. Ze mogła cieszyć się życiem. On miał tylko 

wspomnienia. 

Ailo już nie płakał. Jakiś czas temu nie robił nic innego. Nie pomagało. Nie łagodziło 

bólu. Łzy niczego w nim nie oczyściły, bo przelewał je w samotności. Nie mogło być inaczej. 

Może to było najbardziej gorzkie. 

Kłamstwo, które wybrali, było najlepszym rozwiązaniem. Śmierć niewiele się różniła 

od jego obecnego stanu. 

Sam dokonał wyboru. 

Nie  pomagało  mu  myślenie  o  słuszności  tej  decyzji.  Po  nocach  takich  jak  ta 

przepełniał  go  ból.  Odczuwał  go  fizycznie,  nie  mógł  się  od  niego  uwolnić,  a  jedynie  mógł 

odsunąć na chwilę. Wreszcie się przyzwyczaił, uznał go za część swego losu. 

Bywały jednak noce, gdy nie dawał mu rady. 

Wstawał świt. Nad zatoką rozpościerała się mgła. 

Ailo  wepchnął  koszulę  do  skórzanych  spodni.  W  Niemczech  zamówił  kilka  par  z 

mięciutkiej skóry jelenia, z kurtkami do kompletu. Nałożył jedną z nich, bose stopy wsunął w 

miękkie, długie buty. 

Wyglądał dobrze, ale i tak by wolał, aby jego ubranie było uszyte przez kogoś, kto zna 

się na tym lepiej niż krawcy w Europie. Przez kogoś, kto wiedział, jak je uszyć, żeby było 

wygodne po latach noszenia, i nadal ładne. Kto czynił z ubrania drugą skórę, a nie przedmiot 

mody. 

Jego odzienie nie przypominało spodni i kurtek szytych przez kobiety Północy... 

background image

Było jedynie namiastką. 

Ailo  wyszedł  w  szary  i  wilgotny  poranek.  W  nowy  dzień,  pełen  nieodkrytych 

możliwości. W taki, jakim niegdyś było jego życie. 

Kiedyś. 

Skierował się w stronę plaży. Usiadł na piasku. Czuł, że jest chłodny, ale wiedział, że 

słońce niedługo wyjdzie zza chmur i rozgoni mgłę. Sprawi, że zniknie bez śladu. 

Tak jak jego przyszłość. 

Przesiewał piasek przez palce. Zmuszał się, aby  nie myśleć. W nocy twarz Idy stała 

mu tak wyraźnie przed oczami... Sedolfa też. 

Czuł, jak spala go zazdrość. 

To  Sedolf  miał  być  ojcem  dla  jego  dzieci.  Bolało,  choć  oczywiście  mogły  trafić 

gorzej. Jego myśli wahały się pomiędzy zadowoleniem, że to jego wybrała, a złością, że w 

ogóle kogoś wybrała tak szybko po... śmierci męża. 

W  jednej  chwili  był  wspaniałomyślny  i  życzył  jej  wszystkiego  najlepszego.  Cieszył 

się, że potrafiła żyć, kochać, śmiać się. W następnej czuł, że mógłby ją zabić właśnie za to. 

Przecież  byli  dla  siebie  stworzeni!  Nawet  Reijo  to  przyznał.  Córka  Raiji  i  syn 

Mikkala: któż, jak nie oni, byli dla siebie stworzeni? 

Ona była dla niego. 

Nie dla Sedolfa. 

Ale to ramiona Sedolfa obejmowały ją w nocy. Sedolf oznaczał życie, a jego samego 

Roto naznaczył czymś, co mimo wszystko nazywał twarzą. 

Dlaczego nadal się tym katował? Dlaczego wciąż analizował to? Za każdym razem z 

innym wynikiem. Wszystko na próżno. On miał tu spędzić życie i wreszcie umrzeć. On, który 

już od dawna był martwy. Może nawet będą musieli podać dwie daty śmierci na jego grobie? 

Ailo zaśmiał się do siebie brzydkim śmiechem. 

I wtedy usłyszał nieznany kobiecy głos: 

- O Boże, tu ktoś jest?! 

Ailo odwrócił się gwałtownie w stronę głosu. Ujrzał ciemną sylwetkę, zobaczył, jak 

unosi ręce ku twarzy. Usłyszał ostry krzyk przecinający ciszę. Upadla. 

Nie  miał  maski.  Spoczywała  w  kieszeni  kurtki.  Odwrócił  się  i  zgrzytając  zębami, 

zaczął zawiązywać tasiemki. Piekło go pod powiekami, ale nie miał więcej łez. 

Któż to, u diabła, był? Nowa służąca? Nic o tym nie słyszał. Ale może przywiózł ją 

William? 

background image

Czyżby nie ostrzegli jej, żeby nie włóczyła się po wyspie? Ze może napotkać jakiegoś 

potwora? 

Ailo skrzywił się, podchodząc do obcej. Zemdlała. Jasne włosy rozsypane były wśród 

suchej trawy o tym samym kolorze. 

Ułożył ją lepiej, rozluźnił kołnierzyk sukienki. Poklepał ostrożnie po policzku. 

- Hej tam - powiedział swoim miłym, ciepłym głosem. - Wracaj, mała! 

Powoli dochodziła do siebie. 

Jej ubranie było bardzo dobrej jakości, zarówno materiał, jak i wykonanie. Spojrzał na 

jej  dłoń.  Ostrożnie  dotknął  wnętrza.  Dotyk  potwierdził  to,  co  już  zauważył:  była  szorstka. 

Dziewczyna  musiała  zajmować  się  czymś  innym  niż  tylko  haftowaniem.  Była  to  dłoń 

służącej. Ubranej w suknię pani. 

Ailo odsunął się nieco, bo nieznajoma się poruszyła. Gdy zobaczyła go, uniosła dłoń 

do ust i ugryzła ją. Nie krzyczała, ale oczy zdradzały paniczny strach. 

Ailo wyciągnął rękę. Dziewczyna chciała wstać, ale nadepnęła na brzeg sukni i znów 

się przewróciła. 

On siedział nieporuszony. 

- Nikt ci o mnie nie powiedział? Potrząsnęła głową bez słowa. Odsunęła się jeszcze 

dalej. 

- Nie jestem niebezpieczny. Po prostu poparzyłem kiedyś twarz. Widziałaś już. Wtedy 

zemdlałaś. To dlatego noszę maskę... 

- Kim jesteś? - spytała, nie spuszczając z niego wzroku. Miała głos dziewczyny. Ale 

oczy w jej młodej twarzy były oczami starej kobiety. 

-  Bratem  pani  domu  -  odparł.  -  Bratem  Mai...  Marii.  Wpatrywała  się  w  niego, 

przełykając ślinę. Zwilżyła językiem wargi. Wydawało się, że już doszła do siebie. Zacisnęła 

dłonie, aż zbielały kostki. Usta drżały. Nadal nie spuszczała z niego oczu. 

- Jej bratem? - powtórzyła. Zaśmiała się dziwnie. - Spytaj, kim ja jestem! 

-  Kim  jesteś?  -  spytał  Ailo  posłusznie.  Nie  podobał  mu  się  jednak  mroczny  ton  jej 

ś

miechu. To, że drżał niebezpiecznie blisko granicy płaczu. 

- Siostrą Williama - rzuciła. Już się nie śmiała. Potrząsnęła głową. Jasne, gęste włosy 

sięgały  jej  do  ramion.  Ailo  ucieszył  się,  że  nie  są  rude.  -  Jestem  nieślubnym  dzieckiem 

Marcusa Runefelta. Jednym z wielu. 

- Aha. 

background image

Ailo  przyjrzał  się  jej.  Dziewczyna  była  młodsza  niż  mu  się  początkowo  wydawało. 

Miała w sobie jakąś niewinność, mimo że jej słowa cięły ostro niczym nóż. W jej zachowaniu 

było coś bezbronnego... 

-  U  nas  tak  się  urodziła  Maja  -  rzucił.  -  Nie  powinnaś  sądzić,  że  jesteś  jedynym 

nieślubnym dzieckiem na całej Północy. 

Zaśmiała się nieszczerze. Spojrzała na maskę. 

- Jak się nazywasz? - spytała. Powtórzyła jego imię kilka razy, jakby je smakowała. 

- Nie jest fińskie? 

-  Lapońskie - odparł. - Ja jestem  Lapończykiem. Maja tylko w połowie.  A ty, mała, 

masz jakieś imię? 

- Anna Kajsa. Skończyłam siedemnaście lat. Ale czuję się tak, jakbym miała naraz i 

dwanaście, i seo. 

Powiedziała to z uśmiechem, ale Ailo wyczuł powagę w jej głosie. 

- Ja jestem dużo, dużo starszy - westchnął. - Mam dwadzieścia cztery lata. Ale czuję 

się stuletnim starcem. Może więc jesteśmy rówieśnikami, gdy ty przeżywasz ciężkie chwile? 

Spojrzała na niego poważnie. Stała na sztywnej,  pożółkłej trawie, stale narażonej na 

podmuchy wiatru znad zatoki. Już bez uśmiechu na bladych wargach pokiwała głową. 

- Może tak - rzekła. 

Młoda dziewczyna nie powinna mówić tak smutnym tonem, przemknęło przez głowę 

Ailo. Ale nie chciał pytać. I wiedział, że to nie jest czas na żarty. 

- Nadal się mnie boisz? - spytał. 

Anna  Kajsa  z  pewnym  wahaniem  potrząsnęła  głową.  Najwyraźniej  nie  była  całkiem 

pewna. Mimo to zaryzykowała zrobienie kilku kroków w jego stronę. 

Stanęła w odległości ramienia. Ailo czuł, że bliżej za żadne skarby nie podejdzie. 

-  Mógłbyś  zdjąć  maskę?  -  spytała.  Głos  jej  drżał,  ale  wzrok  był  stanowczy. 

Postanowiła, że będzie patrzyła prosto na to, co ją przeraziło. Chciała wyjść naprzeciw temu, 

czego się bała. On nie mógł jej nic zrobić, zresztą nie chciał. 

Może dlatego, że jego głos był cichy jak popołudniowy letni deszcz, który pozostawiał 

po sobie piękny zapach i który tylko wzmacniał życie? 

Oczywiście, był mężczyzną, ale różnił się od innych. 

- Nie będziesz się bala? 

Potrząsnęła głową, nie spuszczając z niego wzroku. Postanowiła, że nie będzie się bać. 

Była  niczym  odważny  żołnierz  walczący  w  pierwszym  szeregu.  Szła  na  spotkanie 

przeznaczenia wyprostowana i z uniesionym czołem. 

background image

Ailo  rozwiązał  tasiemki.  Maska  opadła.  Patrzył  na  Annę  Kajsę  i  dostrzegł,  jak 

pobladła. Jak jej źrenice się rozszerzyły. Jak z trudem przełykała ślinę i walczyła ze sobą. 

- Nie stanowię pięknego zjawiska, wiem - powiedział spokojnie. - Choć rzeczywiście 

kiedyś uchodziłem za przystojniaka... Ileś tam dziewczęcych serc biło mocniej na mój widok. 

I żadna z nich się nie bała. 

- To jest takie... 

-  Wina  królewskiego  prochu  -  rzucił  Ailo  sucho.  -  Pewnie  o  tym  słyszałaś.  O  tych 

okropnych  ludziach,  którzy  chcieli  sprzeciwić  się  królowi  i  ukraść  jego  broń.  Którzy 

podłożyli ogień na jego statku i wysadzili w powietrze znajdujący się tam proch. Jego część 

wypaliła w moją twarz. Pewnie tuż po tym wypadku byłem jeszcze brzydszy, ta krew... 

Dziewczynę przeszedł dreszcz. 

- Boli cię to? 

- Twarz nie. Ona tylko zastygła w tę maskę. Ale mam uszkodzone ramię. Boli mnie 

noga. Plecy nigdy nie będą zdrowe... 

Anna Kajsa oddychała z trudem. Oczywiście, on był odrażający. Ta jego chropowata 

skóra,  jakby  ktoś  formował  jego  twarz  w  glinie  i  znudził  się  tym,  zanim  zdecydował,  jakie 

będzie miała rysy... I ta bryła gliny zastygła tak, że nie mógł już nic z nią zrobić. Pozostawił 

tylko otwory na oczy, nos i usta. 

Była to twarz, która się mogła przyśnić. Nie była realna ani człowiecza. Ale płonęły w 

niej oczy: miłe, melancholijne, zmieniające kolor, przekazujące uczucia... 

No i ten głos. 

Głos, który dotarł do niej, zanim otworzyła oczy i ujrzała jego maskę. Głos, który był 

najłagodniejszy spośród tych, jakie słyszała. Miększy od puchu. 

Anna Kajsa wiedziała, że wewnątrz Ailo jest ładny. 

-  Nie  przestraszę  się  ciebie  już  więcej  -  rzuciła  niemal  pewnie.  Nadal  drżała,  ale 

wiedziała już, kim on jest. 

Wierzyła,  że  Ailo  nie  stanowi  dla  niej  niebezpieczeństwa.  Miała  doświadczenie. 

Umiała przeczuć, który z mężczyzn może ją skrzywdzić. Wielu miało w sobie coś, czego się 

bała. Nie lubiła, gdy jej dotykano, choćby całkiem niewinnie. 

Nawet  ojciec  przestraszył  ją  swoją  mocną  sylwetką.  William  też  był  potężny,  ale  z 

nim czuła się bezpiecznie. Dla niego kobiety były ludźmi. Dla jej przyrodniego brata istniała 

tylko jedna kobieta: jego żona. W jego obecności oddychała z ulgą. 

Knut pewnie też był taki, ale jeszcze nie miała co do tego pewności. 

background image

Ailo  był  jedynym  mężczyzną  poza  Williamem,  przy  którym  mogła  czuć  się 

bezpiecznie. 

Anna  Kajsa  może  była  jeszcze  dzieckiem.  Ale  miała  doświadczenie  kobiety,  która 

ż

yła długo i doznała więcej cierpienia, niż mogła znieść. 

Czuła wyraźnie, kiedy napotkała przyjaciela. 

- To dobrze - uśmiechnął się Ailo. I Anna Kajsa dostrzegła ten uśmiech. Jako jedna z 

niewielu ludzi odgadła, że ten skurcz nieuformowanej twarzy oznacza uśmiech. 

- Nie lubię straszyć ludzi - dodał. 

- Czy to dlatego tu mieszkasz, a nie w domu? Chowasz się? 

Ailo potrząsnął głową. 

- Ja sam tak chciałem. Chyba rozumiesz, dlaczego... Dziewczyna nie odpowiedziała. 

Ale może rozumiała. 

- Ja mam tu pozostać do czasu, aż się stanę damą - oznajmiła z ironią. Teraz, gdy go 

zaakceptowała,  mówiła  więcej.  Jej  wzrok  zwrócił  się  na  południe,  w  stronę  lądu.  Ailo 

dostrzegł  cień  lęku  w  jej  młodej  twarzy,  która  czasem  wydawała  się  zbyt  dojrzała.  Nie 

wiedział, skąd brały mu się takie myśli. Po prostu się pojawiały. 

- Nie sądzę, żeby to nastąpiło. Myślisz, że wtedy będę mogła tu zostać? Na zawsze? 

W jej głosie płonęła nadzieja. Ailo uderzyła myśl, że większość dziewcząt w jej wieku 

załamałaby ręce z rozpaczy, gdyby miały przebywać na wyspie, odcięte od świata. Błagałyby, 

ż

eby je stąd wywieźć. 

Ale Anna Kajsa nie była zwykłą dziewczyną. Ailo czuł, że musi o niej porozmawiać z 

Mają. 

- Naprawdę byś chciała? 

Energicznie  pokiwała  głową,  aż  frunęła  jej  grzywka.  Ale  dłonie  nadal  trzymała 

zaciśnięte.  Ciało  zdradzało  strach.  To  strach  ją  krępował.  Czegóż  to  mogła  się  bać  Anna 

Kajsa? Ailo żył w przekonaniu, że tylko on wzbudza strach. 

Musiało ją przerażać coś na lądzie. Ale nie wolno mu pytać! 

- Maja i William na pewno pozwolą ci tu pozostać tak długo, jak będziesz chciała - 

powiedział Ailo z przekonaniem. 

- Ale on... Marcus Runefelt... 

Znów  zbladła.  Czyli  jedna  z  osób,  których  się  bała,  to  Marcus  Runefelt.  Jej  ojciec. 

Ailo mógł to zrozumieć. Stary Runefelt wzbudzał takie uczucia. Ailo podejrzewał jednak, że 

w gruncie rzeczy nie o to chodzi. 

background image

- On nie jest Wszechmogącym - rzucił szorstko. Dziewczyna spuściła wzrok, jakby to 

swobodne użycie określenia Boga ją krępowało. 

- On nie może cię do niczego zmusić. Nie chce - poprawił się. Uświadomił sobie, że 

Runefelt  jest  teraz  prawnym  opiekunem  dziewczyny  i  jednak  może  ją  zmusić.  Ona  też  to 

wiedziała. 

- Kiedy przyjechałaś? Wczoraj? 

Pokiwała lękliwie głową. 

- Z Williamem... Ailo zrozumiał, że nie mieli czasu, by mu o niej powiedzieć. 

- Nie mogłam zasnąć - tłumaczyła. - Musiałam wyjść z domu. Nikt jeszcze nie wstał. 

- Cieszę się, że się spotkaliśmy. Choć pewnie byłoby lepiej, gdybyśmy poznali się w 

inny sposób... 

Anna Kajsa uśmiechnęła się. Była taka słodka, gdy się uśmiechała. Ailo czuł, że już 

wkradła się w jego serce. Stała się jakby młodszą siostrą. Jego rodzina wciąż się rozrastała! I 

więzy  krwi  niewiele  mają  z  tym  wspólnego.  Więzy  duchowe  są  ważniejsze.  Są  bardziej 

pewne. 

-  Mogę  zobaczyć  twój  dom?  Ailo  zgodził  się  i  poszedł  pierwszy.  Pozostawił  na 

kominku  płonący  ogień,  lecz  mimo  to  było  chłodno.  Dopiero  później  promienie  słońca 

wpadające przez okna pomagały w ogrzaniu wnętrza kamiennego domku. 

Jej  oczy  dostrzegły  wszystko.  Meble  z  poprzedniej  epoki,  które  Maja  tu  kazała 

przenieść  i  które  nie  pasowały  do  tego  wnętrza.  Dom  zbudowany  był  dla  grubo  ciosanych 

mebli dla służby. 

Zmarszczyła nos. 

- Co, nie podoba ci się? - zdziwił się z uśmiechem. 

- Tu nie jest jak w tym dużym domu. To nie ty to urządzałeś. 

Miała bystre spojrzenie. 

- To Maja - odpowiedział i zaśmiał się. Złapał się na myśli, że wieki całe już tak się 

nie śmiał, nie czuł takiej radości jak teraz. Teraz odkrył, że nadal umie się śmiać. 

Wszystko dzięki tej dziewczynie, która wciąż stanowiła dla niego zagadkę. 

-  Zauważyłam.  Rozglądała  się,  zmrużywszy  oczy.  Zmarszczyła  brwi.  Jej  oczy 

rozjaśniły się, były jak przejrzysta woda. 

- Ale nie zmieniła wszystkiego. Dużo zostało po staremu. To nie jest dom dla państwa. 

Nie chciała tak... 

- Nie udałoby się - stwierdził Ailo. - Dom jest za mały. 

- No i ty byś tak nie chciał? Była bystra. 

background image

- Nie chciałbym. 

- Sądzę, że o tym wiedziała - rzekła Anna Kajsa. Usiadła na stole, który stał pośrodku 

pokoju. Ailo starał się, żeby przynajmniej on był posprzątany. Poza tym mało się przejmował 

porządkiem. - Chciała, żeby on pasował do ciebie. 

Skąd taka przenikliwość u tej młodej dziewczyny? 

- Widzę takie rzeczy - odparła, mimo że Ailo nie zadał tego pytania. - Patrzę na to, 

czym ludzie się otaczają, i wtedy rozumiem ich lepiej. 

- To jest jakiś sposób - przyznał Ailo. - Ale równie dużo można uzyskać, rozmawiając. 

Umknęła mu spojrzeniem i nie odpowiedziała. 

Ailo  zrozumiał,  że  taka  rozmowa  jak  ta  z  nim  teraz  nie  jest  dla  niej  czymś 

zwyczajnym.  Nieoczekiwanie  zdobył  zaufanie  dziewczyny  i  wiedział,  że  musi  bardzo 

uważać, by go nie stracić. W niej było coś nieuchwytnego, coś trudnego do określenia. 

- Ale i tak wiele wyczytałaś z tego pokoju - pochwalił ją Ailo nie na tyle szybko, żeby 

uznała to za kłamstwo lub za zaprzeczenie wypowiedzianych słów. 

Jej twarz rozjaśniła się. 

Była tak młoda, że nie wyczuwała zmian nastroju. 

To wiedział. Ale wiedział także, że na pewno nie była przeciętna. 

-  Tyle  tu  ładnych  rzeczy...  Jej  wzrok  zatrzymał  się  na  jednej  z  jego  srebrnych  mis, 

potem  na  innej  ze  zdobieniami  kwiatowymi.  Ailo  najchętniej  czerpał  motywy  z  natury,  ze 

ś

wiata roślin i zwierząt. Tych modeli nie odpychał jego wygląd. Zawsze miał je pod ręką i nie 

musiał z nimi rozmawiać. 

- Cieszę się, że tak uważasz. Spostrzegła, że jego oczy rozjaśniły się w uśmiechu. 

- To ja je zrobiłem. Oczy dziewczyny rozszerzyły się w zdumieniu. 

Zsunęła  się  ze  stołu.  Musiała  podbiec  do  tych  przedmiotów,  dotknąć  ich 

pieszczotliwie, pogładzić... 

Ailo zrozumiał, że stworzył coś, co dawało radość. 

Zrozumiał też, że Anna Kajsa umiała dostrzegać piękno, mimo że nigdy się o nim nie 

uczyła. 

Istniało w niej, tak samo jak w nim. Miała do tego serce. Ailo poczuł nagle, że może 

jednak nie jest samotny. Ze jest ktoś, kto potrafi zrozumieć tę część jego duszy dużo lepiej niż 

Maja. Dla Mai jego prace nie znaczyły zbyt wiele... 

- Robisz też biżuterię? - spytała. 

-  Rzadko  -  odparł.  Wszystko,  co  próbował  stworzyć,  zamieniało  się  w  figurkę 

odlatującego ptaka. To bolało. 

background image

- Ale umiesz? Potwierdził. Zamilkła na dłuższą chwilę. Walczyła ze sobą, aż w końcu 

spytała: 

-  Mógłbyś  zrobić  dla  mnie  ozdobę?  Powinnam mieć  coś  takiego,  skoro  mam  zostać 

damą... Bardzo bym chciała, żebyś to ty ją zrobił. Czy mógłbyś zrobić coś, co... 

- ... byłoby tobą? - dokończył za nią. 

Anna Kajsa pokiwała głową. Jej palec błądził wzdłuż łodygi rośliny na obrzeżu misy. 

- Powinnaś być kwiatem - stwierdził. Oczy jej się rozszerzyły pytająco. 

- Dlaczego kwiatem? 

Na  pewno  nie  była  uciekającym  ptakiem,  to  wiedział,  ale  nie  mógł  jej  tego 

powiedzieć. 

- Widzę ciebie jako kwiat - odparł po prostu. - Jako bratek. Delikatny, ale taki, że gdy 

już się na niego spojrzy, nie można oczu oderwać. 

Jej policzki lekko poróżowiały. Twarz się zamknęła. Uśmiech znikł. 

Ailo zastanawiał się, czy w jego słowach było coś niewłaściwego. 

- Zrobię dla ciebie tę ozdobę - rzucił pospiesznie. - Ten kwiat... 

Nie odpowiedziała. Odstawiła misę. Spojrzała na niego tak, jakby ją zawiódł. Ailo nie 

mógł się domyślić, dlaczego. 

- Muszę wracać - oznajmiła tylko. - Sądzą pewnie, że uciekłam. 

I poszła. 

Bez słowa wyjaśnienia. 

Ailo wiedział już, że zrobi ten bratek w złocie. 

Zastanawiał  się,  co  mogło  spowodować  zmianę  w  zachowaniu  dziewczyny,  co 

przesłoniło jej twarz. 

Nie wiedział jeszcze, że sprawiło to jego jedno spojrzenie, w którym zdradził się jako 

mężczyzna. Gdy spojrzał na nią tak, jak patrzy mężczyzna na ładną kobietę. Wtedy wzniosła 

mur. On na tyle odgrodził się od tej sfery życia, że tego nie spostrzegł. Nie zrozumiał. 

Ailo nie znał przeżyć Anny Kajsy. Jeszcze nie. 

background image

11 

To  Anjo  opowiedziała  mu  o  Annie  Kajsie.  Dopiero  po  południu  poszedł  do  dużego 

domu. Przez cały dzień starał się naszkicować idealny bratek. 

Anjo  napotkał  w  altanie.  Siedziała  tam  i  szyła,  jak  zwykle.  Ailo  zachwyciła  jej 

bujność.  Była  tak  ładna,  promieniejąca  od  wewnątrz.  Przypominała  słońce,  które  dawało 

ciepło i światło. Wyglądała młodo, wydawała się szczęśliwa i spełniona. 

Ailo  cieszył  się  z  jej  powodu.  Pamiętał,  jaka  była  kiedyś.  Pamiętał  tę  Anjo,  która 

pracowała jako kucharka namiestnika w Alcie. 

Boże, jak to było dawno! 

- Ależ mnie zaskoczyłeś! - zaśmiała się do niego Anjo. Jej dłonie na chwilę przerwały 

pracę. W altanie było chłodno, ale nie zimno. Wiatr i ziąb pozostały na zewnątrz. 

Podszedł do niej i długo na nią patrzył. 

- Jesteś ładna - powiedział. - Cholernie ładna! 

Anjo roześmiała się z całego serca, aż musiała przytrzymać brzuch, który falował jak 

morze podczas burzy. 

- Łatwo dałabym się oszukać - stwierdziła, gdy się uspokoiła. W oczach nadal miała 

ogniki. - Trochę pokołysałam małe, choć i tak jest ruchliwe, powiem ci! - Położyła jedną dłoń 

tam, gdzie nosiła nowe życie. 

- Pozwalają ci tu samej siedzieć? 

Pokiwała głową i poklepała ławkę koło siebie. Ailo posłusznie usiadł. 

-  Co  gorsza,  wszyscy  odpłynęli...  Anjo  naprawdę  wyglądała  bardzo  ładnie,  gdy  się 

uśmiechała. Oczami pełnymi uśmiechu napotkała zatroskane spojrzenie Ailo. 

-  Anna  Kajsa  potrzebowała  ubrań  -  wytłumaczyła.  -  Poznałeś  ją,  prawda?  Mówiła 

nam. 

- To dziwne dziecko - pokiwał głową Ailo. Anjo nie odpowiedziała od razu. 

- Popłynęli do krawcowej, która szyje dla nich od lat. Knut się przyłączył, ponieważ 

William  dowiedział  się,  że  ktoś  sprzedaje  gospodarstwo.  A  Maja  chce  sprowadzić  lekarza, 

ż

eby tu pozostał do czasu mojego rozwiązania. 

- Ale postarasz się nie zrobić tego, gdy jestem tu sam ze służbą? 

Ś

miech Anjo jakby rozjaśnił ściany wokół nich. Spoważniała po chwili. 

- Co sądzisz o Annie Kajsie? Ona nic nie powiedziała o spotkaniu z tobą, poza tym że 

się poznaliście... 

background image

- Przyznała, że się przestraszyła? Anjo potwierdziła skinieniem głowy. 

- To dziwna dziewczyna. Młoda, a zarazem niezwykle dojrzała. I taka zalękniona... 

Spojrzał na Anjo, a potem na szklaną ścianę. Matka Williama miała poczucie piękna. 

Altana była tego dowodem, ta kobieta pozostawiła w niej cząstkę samej siebie. 

- Wydawało mi się, że się zbliżyliśmy, że mówiliśmy tym samym językiem, że mnie 

zaakceptowała.  Była  taka  ufna!  I  nagle  to  się  zmieniło,  ona  stała  się  inna,  jakby  wzniosła 

lodową ścianę pomiędzy nami. I poszła... 

Anjo odłożyła robótkę. Poczekała, aż Ailo skończy. Ujęła go za rękę i ścisnęła mocno. 

-  Mam  nadzieję,  że  odzyskasz  jej  zaufanie,  Ailo.  Ona  potrzebuje  przyjaciela, 

biedaczka. Ale nie wybierze byle kogo. Sądzę, że ty się nadajesz. Mam nadzieję, że to tobie 

okaże ufność, że do ciebie będzie mogła się zwrócić. Wierzę, że masz siłę, by jej pomóc. 

- Co jej się stało? 

Anjo  nabrała  powietrza  i  opowiedziała  mu  historię  życia  Anny  Kajsy  tak  jak  ją 

usłyszała. 

To nie była bajeczka dla grzecznych dzieci. Ailo miał 'wściekłość w spojrzeniu, gdy 

skończyła. Teraz on potrzebował dłoni Anjo. 

- Biedna mała! - rzucił z głębi serca. Teraz ją lepiej rozumiał. Ale nadal pozostawała 

dla niego bratkiem. Intensywnie niebieskim bratkiem, który zapożyczył kolor od wieczornego 

nieba i górskich jezior. - Teraz rozumiem, dlaczego tak ją cieszyło, że może tu być. - Nadal 

czuł, jak szaleją w nim gniew i bezsilność. Nie mógł znaleźć dla tych uczuć ujścia, nie był w 

stanie pomóc Annie Kajsie. Ona potrzebowała teraz kogoś godnego zaufania, kogoś, kto by 

mógł  być  dla  niej  rodziną.  Kto  potrafiłby  sprawić,  że  odzyskałaby  wiarę  w  ludzi,  w 

mężczyzn. Kogoś, kto by jej nigdy nie zawiódł, do kogo mogłaby się zawsze zwrócić. 

- Postaram się - obiecał. - Ale wiele zależy od niej. 

- Pewnie większa część - odparła Anjo mądrze. 

Ailo pozostał jeszcze razem z nią. Patrzył, jak szyje. Rozmawiali. O dziecku, które się 

miało  urodzić.  O  Mai.  O  Williamie.  Wrócili  do  czasów  spędzonych  na  płaskowyżach 

północy.  Odkryli,  że  oboje  za  nimi  tęsknią.  Ale  oboje  też  wiedzieli,  że  żadne  z  nich  nie 

odważy się na powrót tam. 

Nie  siedział  długo.  Nie  chciał  spotkać  się  z  pozostałymi.  Potrzebował  czasu  na 

przetrawienie  historii  Anny  Kajsy.  Musiał  to  zrobić,  zanim  ponownie  spojrzy  jej  w  oczy, 

inaczej dziewczyna pozna, co on teraz czuje. Miała bystre spojrzenie. Już rozumiał, dlaczego. 

To ona musiała go zaakceptować. Wszystko opierało się na jej zaufaniu. 

background image

Ailo wiedział bardzo dobrze, że właśnie on powinien okazać się godny tego zaufania. 

Chciał  zostać  jej  przyjacielem.  Stało  się  to  jego  nowym  celem  życia.  Może  nie 

najłatwiejszym, ale jego życie i tak nigdy nie było łatwe. 

- Znasz miejsca, gdzie rosną bratki? - spytał nagle Anjo. 

Spojrzała na niego ze zdziwieniem. 

- Bratki? - powtórzyła. 

- Bratki. 

- Wiosną zakwitło kilka przy schodach. Nie pamiętam, czy nadal tam rosną. Ale może 

masz na myśli dzikie bratki? 

O  nich  też  myślał.  Bujające  się  na  długich  łodyżkach,  pełne  chęci  życia,  drobne  i 

ładne. 

- Chyba na nie też jest za późno - westchnął. 

- Dlaczego bratki? - nie poddawała się Anjo. 

- Nie sądzisz, że pasują do Anny Kajsy? - odparł pytaniem. 

- Ty chyba widzisz zbyt dużo, mój Ailo - powiedziała w zamyśleniu. - Mam nadzieję, 

ż

e znajdziesz te bratki. Ona nigdy nie dostała nic pięknego, nic, co by było zrobione z myślą o 

niej... 

Gdy  Ailo  przyszedł  do  nich  następnego  dnia,  zobaczył  Annę  Kajsę  z  Henrikiem  i 

Karłem. Pięknie wyglądała,  gdy biegła z malcami po zielonej trawie. Jej jasne włosy lśniły 

niczym pole pszenicy, błękitna, prosta sukienka furkotała na wietrze. 

- Ma do nich podejście - zwierzyła się mu Anjo. - Obie z Mają już teraz jesteśmy jej 

bardzo wdzięczne. Wiem, że maluchy są słodkie, ale potrafią też mocno zmęczyć... 

Zaśmiała się. 

- No i stratą czasu byłoby posadzenie jej do haftowania. Obie z Mają zjeżyły się na 

samą propozycję. Dziewczyna nienawidzi tego równie mocno jak twoja siostra. 

Chłopcy  dostrzegli  Ailo.  Nawet  Anna  Kajsa  nie  była  ich  w  stanie  utrzymać.  Małe 

stopki popędziły do tego wujka, który wyglądał groźnie, a który był taki miły. 

Ailo  schwycił  piszczących  malców,  okręcił  ich  naokoło,  aż  krztusili  się ze  śmiechu. 

Na koniec cała trójka upadła na trawę, wyczerpana. 

Anna Kajsa z wahaniem podążyła za chłopcami. W końcu pozostawali pod jej opieką. 

A Ailo był przyjacielem. Żałowała, że tak wtedy zareagowała. On był miły. 

Ale poczuła ten dawny, dławiący strach. Po prostu uciekła. 

Ailo  nie  miał  złych  zamiarów.  Wiedziała  o  tym.  Przecież  pozwolił  jej  odejść.  To 

zawiniła jej wyobraźnia. 

background image

Ailo różnił się od innych mężczyzn. 

I to czymś więcej niż tylko oszpeconą twarzą. 

Anna Kajsa długo myślała w nocy. O nim też. Jego twarz, czy nie twarz, stawała jej 

przed oczami. Czuła wtedy, że chce krzyczeć. Ale coś w niej zastanawiało się, jak on mógł 

wyglądać kiedyś. 

Anjo  mówiła,  że  był  niezwykle  przystojny.  Chyba  najprzystojniejszy  ze  wszystkich 

mężczyzn, jakich znała. Wtedy Knut chrząknął i spytał, dlaczego w takim razie nie zagarnęła 

dla siebie tego pięknisia... 

Zaśmiali się, ale Anna Kajsa nadal nie wiedziała, jak Ailo kiedyś wyglądał. 

Patrzyła na Anjo i Knuta, na ich głowy pochylone ku sobie, na oczy niemal mówiące 

do siebie... Poczuła, jak zimny pot spływa jej po plecach. Musiała od nich odejść. 

Podeszła  teraz  z  wahaniem  do  Ailo  leżącego  w  trawie  z  malcami  na  brzuchu.  Był 

zarazem i koniem, i trollem. Miał dobry śmiech. Chłopcy go lubili. Śmiali się i piszczeli, a ich 

małe rączki próbowały go łaskotać. Nie wydawało się, żeby to specjalnie odczuwał, ale śmiał 

się i podskakiwał, żeby ich nie zawieść. 

Najpierw dostrzegł brzeg jej sukienki. Była jasnoniebieska jak styczniowe niebo tu, w 

Finlandii. Z ciemniejszym brzegiem wzdłuż dołu. 

To było jedyne przybranie, ale tak młoda dziewczyna nie potrzebowała ozdób. Była 

ładna sama w sobie. 

Młodość była ładna. 

Ailo ze śmiechem uwolnił się od natrętnych rączek. Pozwolił chłopcom zawisnąć na 

swojej szyi. Lubił bawić się z nimi. Mógł sobie wyobrażać, że naprawdę jest ojcem. Były to 

momenty otoczone złocistą poświatą. 

Ale także Anna Kajsa promieniowała taką poświatą. Także Anna Kajsa była ważna. 

Udało mu się usiąść, nie wypuszczając z objęć siostrzeńca i bratanka. 

Pozdrowił  dziewczynę  łagodnie.  Zrobił  to  pierwszy,  ponieważ  ona  od  razu  straciła 

całą odwagę i stała tylko z płonącymi policzkami i spuszczonym wzrokiem. 

- Wczoraj cały dzień szukałem bratków - powiedział. 

Zerknęła na niego szybko. Dostrzegła powagę w spojrzeniu. 

- Znalazłeś? 

- Tak, wiele. W nocy je szkicowałem. Musiałem narysować wszystkie. Żaden nie jest 

całkiem podobny do drugiego, wiesz? 

Pokręciła głową. Kąciki ust ostrożnie uniosły się w górę. 

- Co teraz robisz? 

background image

-  Wyrzeźbię  kilka  w  drewnie,  zobaczę,  jak  wyjdą.  Wybiorę  najładniejszego.  Zrobię 

formę z gipsu, potem w glinie. W końcu wytopię najładniejszego w złocie - dla ciebie. 

Anna Kajsa uciekła wzrokiem. 

Nie  mogła  temu  uwierzyć.  Ale  on  potrafił  wywołać  przed  jej  oczami  ten  obraz, 

sprawić,  żeby  zapragnęła  owego  cudeńka  równie  mocno  jak  on.  Mimo  to  nie  umiała  sobie 

wyobrazić bratka innego niż zwykły. 

Nie mogła też uwierzyć, że dostanie prezent. 

Anna Kajsa bała się doznać zawodu. 

- Możesz przyjść zobaczyć rysunki... 

Patrzyła w dal. Jej twarz była tak młoda, tak naga. Spojrzenie błądziło, by nie mógł go 

ś

ciągnąć. Chciała. I nie chciała. 

- Możesz wziąć dzieci - zaproponował. - Lubią tam przebywać. Uwielbiają bawić się 

w piasku. Nic nie szkodzi, jeśli coś stłuką w domku, to nieważne. 

Ailo chciał stworzyć wrażenie, że to ma być zwykła wycieczka. I że nie chodzi tylko o 

nią, skoro ma wziąć ze sobą chłopców. 

- Możemy poprosić o koszyk z jedzeniem i ruszamy - dodał. Gotów był odgryźć sobie 

język, bo wydało mu się, że zbytnio naciskał. 

Ona jednak prawie nie słuchała. Wreszcie jej wzrok na chwilę spoczął na Ailo. 

- Będę mogła wybrać kwiat, z którego zrobisz dla mnie ozdobę? 

Potwierdził. 

- Możemy iść teraz? Ailo z trudem podniósł się na nogi. Uśmiechnął się do malców, 

którzy  mieli  już  kwaśne  miny.  Wujek  nie  zajmował  się  nimi  od  nieskończenie  długiego 

czasu! 

- Czy te dwa urwisy mają ochotę na wyprawę z Anną Kajsą i starym wujkiem Ailo? 

Zachwycony wrzask powiedział mu, że z pewnością mają. 

Ailo pokłusował w stronę domu z jednym chłopcem na  barana,  a z drugim na ręku. 

Anna Kajsa szła kilka kroków za nimi. Z wahaniem, ale szła. 

Anjo opuściła zasłonę i odsunęła się od okna. Posłała Mai spojrzenie pełne radosnego 

triumfu. 

-  Wiedziałam!  Wiedziałam,  że  Ailo  będzie  umiał  przebić  się  przez  jej  lodową 

powłokę. 

- Nie ciesz się za wcześnie! - ostudziła ją Maja. Jednak i ona się radowała. Anna Kajsa 

potrzebowała kogoś, kto będzie ją rozumiał. Wiedziała, że sama nie potrafi do niej dotrzeć. - 

Byle tylko nie zbliżyli się za bardzo! - dodała cicho. - Byłoby to dla nich nieszczęście... 

background image

- Za wcześnie na smutki - stwierdziła Anjo. Ale i jej ta myśl przeszła przez głowę. 

- Ailo nie pozwoli na to - oznajmiła Maja. Dobiegł ich odgłos biegnących dziecięcych 

stóp. 

Skierowały się w stronę kuchni. 

- Ailo nigdy nie dopuści, żeby znów doznać zawodu - dodała. 

- Nie, Ailo nie - odparła Anjo. - Ale nic nie wiemy o dziewczynie. To,  co przeszła, 

pozostawiło głębokie ślady w jej duszy. Jak świeżo zorane bruzdy. Złe byłoby pozostawiać 

nowe... 

Maja pokiwała głową. Szwagierki spojrzały sobie w oczy. Wiedziały to samo. Myślały 

to samo. 

Oczywiście,  doznały  ulgi  na  myśl,  że  Ailo  zdobywał  zaufanie  Anny  Kajsy.  Nie 

tłumiło to jednak strachu, który obie czuły. 

Wisiał jeszcze w powietrzu, gdy Ailo wszedł do kuchni. Stanął przy drzwiach. 

- Hu, hu, czuję tu chrześcijańską krew - odezwał się słowami trolla z norweskiej bajki. 

Rozluźniło to atmosferę. Śmiech Anjo i Mai był jednak nieco wymuszony. 

- Straszek i Ponurek mają ochotę pójść ze mną na wyprawę. I z Anną Kajsą. Bierzemy 

ze sobą koszyk z jedzeniem. Więc jeśli zastaniecie pustą spiżarkę, będziecie wiedzieć, gdzie 

się to wszystko podziało. 

Był tak beztroski i zadowolony. Taki, jakim go pamiętały z bardzo, bardzo odległych 

czasów... 

Obie kobiety na to wspomnienie poczuły ukłucie w piersi. 

Może niepotrzebnie się lękały. Przecież to mogło się obrócić na dobre i dla Ailo. 

-  Znalazłem  bratki  -  zwrócił  się  Ailo  do  Anjo.  -  Całe  masy.  A  teraz  Anna  Kajsa 

wybierze sobie jednego. 

Anjo opowiedziała Mai o jego planach. Maja podeszła do brata i potargała mu włosy. 

-  Postaraj  się,  żeby  ładnie  wyszedł,  mój  Ailo!  Może  bratek  stanie  się  znakiem 

rodowym Anny Kajsy, tak jak ptak o rozpostartych skrzydłach jest naszym... 

-  Zrobię  dla  ciebie  nowego  -  odparł.  Nie  chciał  rozmawiać  o  dziewczynie  z  Mają  i 

Anjo.  Domyślał  się,  że  jeszcze  przed  chwilą  mówiły  o  nim.  A  w  spojrzeniu  Mai  czaiło  się 

coś, czego nie potrafił zdefiniować. - Gdzie Knut i William? 

-  Jeszcze  zostali  -  wyjaśniła  Anjo.  -  Oglądają  gospodarstwo,  które  może  kupimy. 

Trochę się rozluźni na Hailuoto. 

-  Dobrze  jest  tu  z  wami  -  wymknęło  się  Mai  szczerze.  Te  słowa  padły  tak 

spontanicznie, że i Ailo, i Anjo poczuli wzruszenie. 

background image

- Tak całkiem nie znikniemy - pospieszyła z odpowiedzią Anjo. 

Ailo odwrócił się w stronę Anny Kajsy. Usłyszał słaby szelest sukni, gdy dziewczyna 

schodziła ze schodów. 

Dzieciaki czekały w kuchni. Ailo miał nadzieję, że nie zdążą napsocić. 

-  Wzięłam  cieplejsze  kurtki  dla  chłopców.  -  Anna  Kajsa  pokazała  je  matkom, 

oczekując potwierdzenia. 

Maję  zabolała  pokora,  jaką  dziewczyna  wobec  nich  okazywała.  Pozwoliły  jej  na 

przejęcie  części  odpowiedzialności  za  chłopców,  żeby  miała  się  czym  zająć,  poczuć  się 

potrzebna. To nie miało być tylko zabijanie czasu jak haft. 

A tymczasem ona weszła w rolę guwernantki niczym uboga krewna. 

Nie tak miało być. Nie była przecież kimś spoza rodziny, była siostrą Williama. Jedną 

z nich. 

Ż

adną służącą. 

O Boże, a jakimi słowami właściwie poprosiła Annę Kajsę o to, by się zajęła dziećmi? 

Czy właśnie nie tak ją potraktowała? 

Maja miała nadzieję że Ailo zdoła przekonać dziewczynę, że Mai nie o to chodziło. 

Miała nadzieję, że przekona Annę Kajsę, że tu nikt nie oczekuje od niej uniżoności. 

To nie po to u nich zamieszkała. 

Ailo niósł Henrika na ramionach, w końcu syn Mai był młodszy. Karl czul się całkiem 

duży,  gdy  tak  szedł  pomiędzy  Ailo  i  Anną  Kajsą,  trzymając  ich  za  ręce.  Nie  chciał  być 

traktowany jak maluch, ale dobrze było czuć uścisk dłoni dorosłych. 

Anna  Kajsa  niosła  koszyk  z  jedzeniem.  Ailo  chciał  go  od  niej  wziąć,  ale  ona 

zaprotestowała  stanowczo,  twierdząc,  że  kwestia  jedzenia  to  domena  kobiet.  Zgodził  się 

choćby po to, by odczuła, że ma rację. 

Koszyk zresztą nie był ciężki. W końcu nie wybierali się na czterodniową wycieczkę... 

Nie  mówiła  za  dużo  podczas  drogi  przez  las.  Nie  do  niego.  Oboje  zwracali  się  do 

chłopców.  Przez  ostatni  kawałek  drogi  Ailo  niósł  już  obu.  Małe  stopy  Karla  zmęczyły  się 

długą wędrówką. I tak był dzielny. 

Gdy  dotarli  do  domku,  chłopcom  nagle  wróciły  siły.  W  końcu  przybyli  w  nowe 

miejsce,  które  natychmiast  musieli  zbadać.  Zapomnieli,  że  byli  już  tu  wcześniej.  Wszystko 

musieli zobaczyć. Musieli siadać na pieńkach, łazić na czworakach wokół kamieni, chować 

się za rogi domu, wspinać na schody i zjeżdżać z nich na krągłych zadkach. Byli niezwykle 

zajęci. 

background image

Anna  Kajsa  usadowiła  się  na  schodach  i  spojrzała  na  Ailo  wyczekująco.  Jakby  nie 

chciała pytać o coś, o czym on sam powinien pamiętać. Jakby nie chciała się narzucać. 

Ailo zrozumiał w przebłysku intuicji, że ona chce zobaczyć jego szkice. Od razu. 

To przecież przede wszystkim dlatego tu przyszła. 

Nie powinien sądzić, że miała ku temu inne powody. Przyszła tu, aby zobaczyć szkice. 

Aby wybrać bratek. Swój własny bratek. 

Ailo wszedł do środka. Zostawił za sobą otwarte drzwi, choć wiedział, że ona i tak nie 

wejdzie. Nawet gdyby chciała, to nie mogła, bo była odpowiedzialna za Karla i Henrika. A 

Anna Kajsa traktowała to zadanie z powagą. 

Po  krótkiej  chwili  wyszedł  z  teczką  pod  pachą,  niosąc  wazonik  z żywymi  bratkami. 

Postawił go koło niej, uśmiechając się ostrożnie. Kwiaty były żółte i niebieskie. 

Rozsznurował teczkę i położył otwartą na jej kolanach, aby sama mogła oglądać. Była 

tam  niezliczona  ilość  szkiców  bratków.  Niektóre  rysowane  ostrą,  grubą  kreską.  Inne 

delikatnie, niezwykle wiernie, wręcz zachęcające, by wziąć je do ręki. 

Anna Kajsa skupiła całą swoją uwagę na rysunkach. Ailo w jednej chwili poczuł się 

jak intruz, stojąc tak przed nią. 

Nie musiał pytać, co o nich sądzi. Widział to wyraźnie w twarzy dziewczyny. 

Nie zawsze udawało jej się skryć uczucia. Teraz nawet nie próbowała. 

Czuł się tak, jakby ją podglądał. Odwrócił się więc. 

Rzucił  lekkim  tonem,  że  pójdzie  zobaczyć,  co  robią  Straszek  i  Ponurek.  Obdarzył 

kiedyś  tymi  przydomkami  Karla  i  Henrika.  Chłopcy  byli  zachwyceni,  Ailo  podejrzewał 

jednak, że Maja nie podziela ich zdania, choć rozumiała jego żart. 

Dzieci  odnalazł  na  plaży.  Siedziały  tam,  szczęśliwe,  obsypując  się  nawzajem 

piaskiem. 

Zdawał  sobie  sprawę,  że  żadna  z  matek  nie  będzie  zachwycona,  kiedy  syn  wróci  z 

piaskiem  we  włosach,  ale  uległ  urokowi  chwili.  Pozwolił  malcom  obsypać  piaskiem  także 

siebie. 

Gdy  nadeszła  Anna  Kajsa,  wszyscy  trzej  zajęci  byli  budowaniem  zamku.  Ledwo 

usłyszał jej kroki. Poruszała się bardzo cicho. 

Gdy Ailo wspominał tamten ranek, wydawało mu się, że są dwie Anny Kajsy. Jedna 

przepełniona goryczą, i druga taka jak teraz. 

Miała ze sobą teczkę. Usiadła na trawie. 

Ailo pozostawił chłopców bez reszty pochłoniętych budową zamku i podszedł do niej. 

Malcy nawet nie zauważyli jego zniknięcia. Z pełną powagą wypełniali swe zadanie. 

background image

Usiadł koło dziewczyny. Nie za blisko, żeby się nie przestraszyła, ale i nie za daleko. 

- Znalazłaś coś, co ci się spodoba? 

Anna Kajsa pokiwała głową. Palce bawiły się złocistymi sznurkami teczki. Lubił ten 

kolor. Przypominał mu jesienną tundrę przybierającą złotą barwę pomiędzy soczystą zielenią 

lata  a  płonącą  czerwienią  ostatnich  wysiłków  natury,  by  przezwyciężyć  zimę.  Ailo  lubił 

płaskowyże północy w żółtej szacie. 

Zauważył, że dziewczyna ma krótkie palce. Teraz dostrzegał takie szczegóły. Kiedyś 

nie. Teraz widział dużo i mało zapominał. 

- Położyłam go na samym wierzchu - powiedziała. 

- Mogę zobaczyć? - zapytał. Nadal znajdował się w takiej odległości od niej, że sama 

mogła wybierać: dać mu teczkę albo podejść bliżej. Ailo pozostał na miejscu. 

Anna Kajsa zachowała teczkę. 

Ailo dostrzegł tylko fragment sukni. Patrzył na dzieci, nie chciał utrudniać jej decyzji 

swoim spojrzeniem. To na pewno nie było dla niej łatwe. 

Otworzyła teczkę. 

Gdy wskazała na rysunek, zauważył, że obgryzała paznokcie. Przeszedł go dreszcz. 

Ida... 

Ida też obgryzała paznokcie. 

Już wieki temu ustalił, że to z nudów. Ida nigdy nie była lękliwa czy nieśmiała. Ale i 

tak  nie  robiła  tego  tak  jak  Anna  Kajsa.  Nie  wyglądało  to  dobrze.  Dziewczyna  obgryzała 

paznokcie aż do krwi. Na każdym palcu brakowało połowy paznokcia. 

Na pewno nie robiła tego z nudów... 

Ale nic nie powiedział. 

-  To  te  -  odezwała  się  cicho.  -  Zwłaszcza  ten.  -  Palec  wskazujący  jak  przestraszony 

ptak zatoczył krąg nad jednym ze szkiców. 

Zdziwił się trochę. 

Nie przypuszczał, że ona wybierze któryś z tych rysunków. 

To  przy  nich  najmocniej  przyciskał  węgiel,  szkicując  gwałtownymi  ruchami  i  grubą 

kreską. Kwiat nie miał wielu linii, nie były miękkie. 

Ale to był bratek. I dobry wybór. Sam uważał, że w tym szkicu wydobył coś nowego i 

odmiennego. 

Styl  tego  rysunku  nie  zgadzał  się  z  najnowszymi  tendencjami  w  malarstwie 

europejskim. Nie przypominał nic, co Ailo robił wcześniej. 

Jeżeli nie brało się pod uwagę ptaszka... 

background image

Kwiat nie był do końca wierny naturze, ale miał siłę i upór. 

Jego samego korciło, by to ten był modelem dla jej klejnotu. Odsunął jednak tę myśl, 

bo  zwiodła  go  zewnętrzna  delikatność  Anny  Kajsy.  Jej  kobiecość.  Czasem  ukryta,  czasem 

wyzywająca. 

Ailo  uświadomił  sobie  teraz,  że  od  razu  powinien  był  wybrać  właśnie  ten  szkic. 

Powinien był wiedzieć, że ten kwiat to właśnie ona. 

Wiedział to intuicyjnie. Dlatego go naszkicował. 

Rysował  niemal  na  oślep,  jakby  w  napadzie  wściekłości.  Myślał  wtedy  o  niej,  o  jej 

ż

yciu. Czuł wyraźnie, że nikt nie powinien przeżywać czegoś takiego, co przeżyła ona. Nikt 

nie powinien być narażony na kontakt z ludźmi pozbawionymi zasad. 

Wiedział,  że  i  tak  okazała  się  mocna  i  silna,  skoro  przeżyła.  Że  zachowała  istotę 

siebie. Pomimo tego, co zrobili z jej duszą i ciałem. 

Zachowała istotę Anny Kajsy. 

Łatwo  byłoby  jej  się  załamać.  Była  taka  młoda  i  osamotniona.  Traktowano  ją 

nieludzko. Prześladowcom udało się sprawić, że wzięła na siebie winę. Ailo czuł to. Wzięła 

na siebie ich winę, bo jej tak wmówili. Wierzyła im. 

Ale teraz zrodziła się nadzieja. 

Wybrała ten właśnie kwiat. Ten szkic. Wyrażający najwięcej złości i uporu. 

Oczywiście, że dobrze wybrała. To była ona. 

To  właśnie  ten  kwiat  dla  niej  zrobi!  Z  najlepszego  złota.  Dwa  razy  większy  niż 

wcześniej zamierzał. Anna Kajsa zasługiwała na to, by podarować jej coś, co każdy zauważy. 

- Dostaniesz taki kwiat - powiedział głosem przepełnionym uczuciami. 

Widać zdołała dosłyszeć, że ją rozumie, że jest jej przyjacielem. 

-  To  jest  naprawdę  twój  kwiat,  Anno  Kajso.  Pokiwała  głową.  Wiedziała.  Jej  palce 

zaczęły przerzucać dalsze arkusze, owoce wielu bezsennych nocy i samotnych popołudni. Re-

zultaty galopu jego myśli, gdy nawet nie wiedział, że rysuje. 

Domek przy zatoce. Dom Mai, ogród Mai. Altana. Maja. 

Statki, przystanie. 

Kamieniste wybrzeże. Ubogą ziemię. Morze bardziej dzikie niż Zatoka Botnicka. 

Jego Rui ja. 

Rui ja Idy. 

Naszkicował rośliny tundry. Mech i górskie kwiaty. Wszystko z pamięci. Był pewien, 

ż

e  nie  zrobił  błędów.  Te  rośliny  były  częścią  niemal  całego  jego  życia.  Nie  mógł  ich 

zapomnieć, mimo że już kilka lat ich nie oglądał. 

background image

Narysował  osadę  lapońską.  Jurty.  Spiralnie  unoszący  się  dym.  Stroje.  Twarze  tych, 

których pamiętał. 

Ojciec. Babka. 

Raija. 

Zakłuło go w sercu, gdy Anna Kajsa zatrzymała się nad rysunkiem Raiji. 

Narysował ją jako dorosłą kobietę, ale w chwili, o której ojciec mu często opowiadał: 

gdy stała z chustą na głowie w padającym mokrym śniegu. Gdy jej czarne włosy porwał wiatr 

i szarpał nimi jak skrzydłami kruka. Wtedy, gdy opuszczała swoją Finlandię. Gdy stała tak, 

samotna i opuszczona. Obcy ptak. Mały Kruk. 

Ale Ailo nie umiał sobie wyobrazić Raiji jako dziecka. Dlatego narysował kobietę. 

-  Była  matką  Mai  i  Knuta  -  wyjaśnił  dziewczynie.  Cofnęła  się  do  rysunku 

przedstawiającego Mikkala. 

- Mój ojciec. 

- Byłeś do niego podobny? 

- Tak mówili. 

Zastanawiał  się,  dlaczego  o  to  spytała.  Może  chciała  go  lepiej  poznać,  nie  stawiając 

dociekliwych pytań. 

Anna Kajsa zatrzymała  się na dłużej nad portretem Mikkala. Narysował  go w stroju 

lapońskim, stojącego przed jurtą. Widać było koniec sań. W ręku trzymał linę. 

Twarz wyrażała siłę, ale usta miały wyraz łagodności. 

Ailo był do niego podobny... 

Na pewno musiał być przystojny! 

Przerzucała  arkusze  dalej.  Doszła  do  rysunku  leżącego  na  samym  spodzie.  Oglądała 

go najdłużej, siedząc na schodach. Rozumiała, że jemu poświęcił najwięcej czasu. Narysował 

go, posługując się delikatnymi cieniami. 

Przedstawiał kobietę o oczach tak żyjących, że Annie Kajsie wydawało się, że na nią 

patrzy. 

Wąska  twarz.  Odrobinę  zadarty  nos.  Brwi  wygięte  w  łuk.  Włosy  wychodzące  poza 

granice  rysunku.  Lekko  uśmiechnięte  usta,  z  grymaśnie  wydętą  dolną  wargą.  Uśmiech 

najwyraźniej przeznaczony dla kogoś, kogo kochała. 

Ailo dostrzegł rysunek. 

Do diabła! Sądził, że go wyjął... 

Był  owocem  jednej  z  tych  bolesnych  nocy,  gdy  myśli  jego  szybowały  na  północ  na 

złocistych skrzydłach. Gdy dał się prowadzić na zakazane mu obszary. 

background image

- Ona jest podobna do tej kobiety - powiedziała Anna Kajsa. - Do matki Mai i Knuta. 

- Ona też jest jej córką - odpowiedział niemal niedosłyszalnie. - Maja i ja nie jesteśmy 

prawdziwym rodzeństwem. Mamy tego samego ojca. Ona jest jej siostrą. 

-  Kochasz  ją?  Tylko  pokiwał  głową.  Nie  zauważył,  kiedy  zaczął  wyrywać  suchą 

trawę. 

- Ma na imię Ida - rzucił. - Ja... ją kochałem. 

Anna Kajsa długo patrzyła na rysunek. 

Czuła,  że  ta  Ida  musiała  kochać  Ailo.  Było  to  oczywiste.  Stanowili  parę  stworzoną 

przez bogów. Ona taka ładna, no i Ailo... 

Z całą pewnością kiedyś był przystojny. 

- To było przed wypadkiem? 

-  Przed  -  odparł.  Nie  był  w  stanie  budować  pełnych  zdań.  Głos  odmawiał  mu 

posłuszeństwa. Łzy piekły tuż pod powiekami. 

- Ona wie o tym? Pokręcił głową. 

- Ona nigdy się o tym nie dowie. Anna Kajsa długo patrzyła na Ailo. Musiał bardzo 

mocno kochać tamtą kobietę. Musiał cierpieć. A teraz był jej przyjacielem. 

background image

12 

Knut i William powrócili z Oulu. Mieli ze sobą list adresowany do Mai. 

Nadszedł  z  Norwegii.  Pokrętnymi  drogami.  Prawie  pół  roku  trwała  podróż  tego 

zapieczętowanego kawałka papieru. Wiele razy niemal zaginął. Mimo że zatrzymywał się po 

drodze, zawsze ktoś sobie o nim przypominał. I przekazywał dalej. Może tylko do sąsiedniej 

osady  leżącej  nieco  dalej  na  południe,  może  trochę  dalej.  Wreszcie  znalazł  się  w  Tornio. 

Marcus  Runefelt  był  przecież  teściem  Mai.  Przekazał  go  dalej  przez  kogoś,  kto  jechał  do 

Oulu,  zanim  syn  go  odwiedził.  Nie  wiedział  nic  o  planach  Williama.  I  zresztą  zapomniał o 

tym liście, gdy syn u niego był. 

Ale w Oulu ktoś Williama odnalazł. Z listem w dłoni. 

Adresowanym do Mai Runefelt, córki Reijo, na Hailuoto przy Oulu, w Finlandii. 

Pisany był silną dłonią. Knut rozpoznał charakter pisma Reijo. 

Użył  całej  siły  woli,  by  powstrzymać  się  przed  złamaniem  pieczęci.  Nowiny  z 

rodzinnych  stron  wzbudziły  w  nim  tęsknotę.  Nieważne,  że  źle  go  tam  potraktowano.  Nad 

fiordem stał jego dom. Coś w nim zawsze będzie za nim tęskniło. Tak samo jak na zawsze 

pozostanie w nim coś z wychowanego bez matki syna rybaka z Norwegii. 

Historia jego rodu była historią ucieczek. Dopasował się do tradycji. Wybrał ucieczkę 

zamiast pozostać i podjąć walkę. 

Jednak są sprawy, od których mimo wszystko nie ma ucieczki. 

Na przykład korzenie. 

Uświadomił  mu  to  list  od  Reijo.  Sprawił,  że  znów  poczuł  zapach  soli  morskiej  w 

nozdrzach i usłyszał krzyk mew. 

Tęsknota. 

Knut ucieszył się, że także Ailo czekał na nich  w domu. Nie miał żadnych nowin o 

własnym,  nowym  domu  dla  Anjo  i  dzieci.  Ten,  który  oglądał,  okazał  się  zbyt  duży. 

Spodziewano  się,  że  nowy  właściciel  potrafi  prowadzić  duże  gospodarstwo  i  koordynować 

pracę wielu ludzi. 

Knut  nie  zdecydował  się  na  taki  krok.  Stwierdził,  że  nie  tego  oczekiwał. 

Odpowiedziano  mu,  że  nie  będzie  miał  wielkiego  wyboru,  gdyż  w  Finlandii  nie  ma 

wystarczającej ilości ziemi uprawnej dla wszystkich. 

Knut  nie  czuł  się  najlepiej  w  rozmowie  z  panami,  którzy  zamierzali  sprzedać  ów 

majątek. Nie żeby byli niegrzeczni, ale poruszali się na granicy uprzejmości. Właściwie nic 

background image

dziwnego, nie znali go, choć z pewnością miał środki na zakup gospodarstwa. Nie należał do 

ż

adnego znanego rodu. 

Pomogło  na  pewno,  że  przyprowadził  go  William.  Mimo  iż  wmieszał  się  w  spisek, 

mimo  jego  małżeństwa,  które  zepchnęło  go  w  dół  towarzyskiej  hierarchii,  nadal  był 

Runefeltem. 

Nie byli nieuprzejmi. Ale Knut nie czuł się z nimi dobrze. 

Przeczuwał, że nie będzie mu łatwo zacząć na nowo pomimo posiadanych pieniędzy. 

Łatwiej byłoby wejść pomiędzy gorzej sytuowanych. Teraz był bogaty. Ale niewystarczająco 

znamienity.  Dobre  drzewo  genealogiczne  pomogłoby  mu  o  wiele  bardziej  niż złoto.  Gdyby 

był biedny, ale z odpowiednimi rodzicami, nie zabrakłoby wokół niego towarzyszy. 

Dało  to  Knutowi  materiał  do  przemyśleń  zabarwionych  goryczą,  choć  wcześniej  nie 

zdarzało  mu  się  nic  takiego.  Był  dumny  ze  swojego  ojca,  rybaka.  Był  dumny  ze  swoich 

korzeni, które brały swój początek w biednej osadzie w Tornedalen. Był cholernie dumny, że 

wychował go taki człowiek jak Reijo. Reijo wydawał się jak opoka w porównaniu z wieloma 

ludźmi spotkanymi w Oulu. 

Czuł gorycz, ponieważ ci ludzie nie dawali mu odczuć, że jest godny ich towarzystwa. 

Jemu to nie przeszkadzało. On znał swoją wartość. Ale odbierał to jako obraźliwe w 

stosunku do tych, spośród których się wywodził. 

Maja nie czekała, aż podróżni otrzepią kurz z ubrań. Niecierpliwymi palcami złamała 

pieczęć, aż rozsypała się w czerwonawy pył. 

Podeszła do okna. 

Nie  była  świadoma,  że  spojrzenia  obecnych  skierowały  się  na  nią  i  że  jej  twarz 

odzwierciedlała to, co czytała. Nie wiedziała, że przerazili się, gdy zbladła. Czuła, jakby ze 

sztywnego arkusza papieru dobywał się głos Reijo. Głos z dalekiego domu. 

Kolejne  słowa  Reijo  coraz  bardziej  zwiększały  szok,  jakiego  doznała.  Starał  się  ją 

oszczędzać jak mógł. Maja zdołała to dostrzec. 

Stała oparta o okno, z listem w dłoniach, i płakała. 

Podszedł  do  niej  Ailo  i  wyjął  papier  spomiędzy  jej  kurczowo  zaciśniętych  palców. 

Odłożył go na parapet i objął siostrę. 

Pocieszał ją samą bliskością, nie mając pojęcia, czemu rozpacza. Zastanawiał się, czy 

on też będzie płakać. 

- Możemy przeczytać? - spytał Knut. Spojrzał Mai w oczy. W gardle rósł mu strach. 

Bał się o bliskich, którzy zostali w domu. 

background image

Maja  pokiwała  głową  i  wparła  twarz  w  ramię  Ailo.  Palce  zacisnęła  na  szorstkiej 

skórze jego kurtki, czuła, że niemal ją przebija. 

Ailo gładził ją po włosach, przemawiając po lapońsku łagodnymi słowami. Mówił do 

niej w języku, który tylko oni i Knut mogli zrozumieć. 

-  Ty  jeszcze  nie  wiesz...  -  zdołała  wyszlochać  Maja.  Knut  zaczął  czytać  na  głos  list 

Reijo. 

Moja córko Maju, Knucie i Anjo, chłopcy... Chciałbym móc mieć was tu teraz przy 

sobie. Wolałbym opowiedzieć to, co muszę opisać

Los nas ciężko doświadczył. Ale nawet w bólu można dostrzec promyk nadziei. 

Helena i ja mieszkamy sami w domku na cyplu. Pojąłem ją za żonę w czasie trwania 

jarmarku  i  teraz  oczekujemy  dziecka.  Tak,  wasz  staruszek  znów  zostanie  ojcem!  Nawet  nie 

wiem,  czy  sam  to  pojąłem  do  końca.  Dlatego,  że  wybrałem  Helenę,  a  może  raczej  ona  mnie 

wybrała, nie mogę do was pojechać. Bardzo bym chciał, przyznaję. Ale przeważył wzgląd na 

Helenę. Jestem pewien, że rozumiesz to, Maju. 

Emil miał wypadek w górach. Poważnie się zranił i pewnie nigdy nie odzyska dawnej 

sprawności.  Ale  Sedolf  i  Emil  znów  są  przyjaciółmi.  Nawet  Ida.  Chłopcy  porozumieli  się  i 

połączyli swoje gospodarstwa. Pomagają sobie nawzajem. Myślęże to dobrze. 

Ż

ycie jest zbyt krótkie, by nosić w sercu urazę. Ja pewnie zawsze byłem zbyt łagodny. 

W  podobny  sposób  jak  Knuta  próbowano  oszukać  Sedolfa.  Z  zawiści.  Nie  będę 

wymieniał nazwisk, to niczemu nie posłuży. Sedolf musiał ukryć się w Finnmarku i przeczekać 

niebezpieczeństwo.  Ida  wszystko  załatwiła.  Pewnie  nigdy  nie  zrozumiem,  jak.  Najwyraźniej 

zrodziło  się  jakieś  porozumienie  pomiędzy  nią  a  jednym  z  ludzi,  którzy  przeszukiwali  dom 

Knuta.  On  jest  teraz  naczelnikiem  w  Bodę.  Pomógł  załatwić  sprawę  Sedolfa.  Zakończył  też 

sprawę Knuta. Odesłał Idzie to, co mu zabrano. Jeżeli Knut zechce, może wrócić do domu. 

Najsmutniejsza nowina dotyczy Idy. Wydaje siężżadne z was nie uniknie cierpienia. 

Wszystkie dzieci Raiji muszą je poznać. Miałem nadziejęże ból ominie moją Idę. Nie dlatego, 

ż

e kocham was mniej, bo nie jesteście z mojej krwi. Po prostu myślałem, że dość już cierpień 

jak na naszą rodzinę. Ale także Ida musiała zapłakać

Mała  Raija  usnęła  na  zawsze  w  połowie  kwietnia.  Nikt  nie  wie  dlaczego.  Nie  była 

chora.  Bez  bólu  pożegnała  się  z  życiem.  Tyle  wiemy.  To  się  stało  w  nocy.  Ida  ciężko  to 

przeżyła. Chyba jeszcze się z tym w pełni nie pogodziła. Tym ciężej, że Raija była dzieckiem 

Ailo.  Gdyby  nie  Sedolf,  obawiam  się,  że  postradałaby  zmysły.  Mały  Mikkal  jest  naszym 

promykiem  światła.  Oczywiście,  najbardziej  dla  Idy.  Ale  sama  mówi,  że  pragnęła  zachować 

oboje... 

background image

Knut zamilkł. 

Zapadła taka cisza, w której można by usłyszeć opadające płatki śniegu. 

Teraz Maja obejmowała Ailo. Ich czarne włosy zmieszały się ze sobą. Połączyli się w 

gwałtownym szlochu. 

Znów  Maja  okazała  swoją  siłę.  Dziedzictwo  Raiji,  którego  nie  dostrzegało  się  na 

pierwszy rzut oka. Miała siłę swojej matki. Jej zdolność zaciśnięcia zębów w najczarniejszym 

momencie życia. Chęć opieki nad tymi, których kochała. Stania przy nich ramię w ramię bez 

względu na własne uczucia. 

Maja poprowadziła Ailo do fotela i pomogła mu usiąść. Zdjęła mu maskę i położyła 

na stoliku obok. 

Nie pozostawiła go samego. Gdy tak siedział, zgięty wpół, z twarzą ukrytą w dłoniach, 

wstrząsany płaczem, trzymała dłoń na jego ramieniu. Chciała, żeby czuł, że jest razem z nim. 

Ż

e nie odejdzie. 

Cisza stała się aż gęsta. Ściskała ich wszystkich. Ból odczuwali jak otwartą ranę. 

Anjo  podeszła  do  męża  i  wzięła  list.  Musiała  go  zobaczyć  na  własne  oczy.  Ujrzeć 

pismo  Reijo.  Te  straszne  słowa.  Anjo  starała  się  wyobrazić  sobie  Reijo  piszącego.  Pewnie 

siedział pochylony nad  ciemnym stołem kuchennym. Spoglądał na fiord. Szukał pomocy w 

oczach Heleny. I formułował dalsze zdanie. Tak delikatnie, jak umiał. 

Pomimo że takich nowin nie można przekazać delikatnie. 

Anjo dostrzegała nawet, kiedy robił przerwy. Wtedy maczał pióro na nowo. Litery od 

razu stawały się mocniejsze, bardziej stanowcze. 

Biedna Ida! 

Knut  w  roztargnieniu  głaskał  żonę  po  plecach.  Wpatrywał  się  w  Ailo.  Widział,  jak 

jego ciałem nadal wstrząsa szloch. Słuchał nieuważnie słów Mai, jej nagle łagodnego głosu. 

Słów, którymi nieomal śpiewała w swoim języku. 

- Ona była tak podobna do Ailo - usłyszał Knut swój głos, jakby mówił to ktoś inny. 

Wiedział, że sypał sól w otwartą ranę, ale nie mógł się powstrzymać. - Była taka ładna... 

- Wszystkie dzieci są ładne - rzuciła Anjo. - I wszystkie dzieci powinny żyć. 

To była prawda. 

Ale nie przynosiła ulgi. 

William czuł się zbędny. Anna Kajsa też. Bardziej niż kiedykolwiek. 

Próbowała pozbierać wszystkie fakty, lecz ciągle coś jej przeszkadzało. 

Ida. To imię znała. Była to kobieta na rysunku Ailo. Najładniejsza, jaką widziała. To 

ją kochał. 

background image

Ale nie powiedział jej, że ma dzieci. 

Wszyscy znali ich imiona, tylko nie ona. 

Czuła się taka bezradna. Wcześniej czuła, że Ailo jest jej przyjacielem. Kimś bliskim. 

A  teraz  nie.  Bo  nie  mogła  nic  zrobić,  by  go  pocieszyć.  Nawet  nie  rozumiała  tego 

języka, w którym przemawiała do niego Maria. Był to jego język. 

Dziwne, nigdy o tym nie myślała. Wiedziała, że jest Lapończykiem, ale nie wiedziała, 

co to oznacza. Mówił przecież tak dobrze po fińsku. Nigdy nie pomyślała, że to nie jest jego 

ojczysty język. 

Teraz słowa jakby ich rozdzielały. A już zaczynała sądzić, że właśnie słowa mogły ich 

połączyć... 

William  odszukał  butelkę  koniaku.  Wiedział,  że  alkohol  niczego  nie  rozwiąże,  ale 

przynajmniej przytępi pierwszy ból. Pomoże znieść szok i rozpacz. 

Podał  Mai  kieliszek.  Spojrzała  na  niego  z  wdzięcznością.  Miała  zaczerwienione 

powieki. Na sekundę przyłożył dłoń do policzka żony i napotkał jej smutne wejrzenie. 

Powiedział jej, że mimo że nie zna Idy, współczuje im. Także dlatego, że Ailo tyle dla 

niego znaczy.  Ból Ailo  odczuwał jak swój własny. Wszyscy, którzy kochali Ailo, dzielili z 

nim jego cierpienie. 

Gdy  Ailo  wreszcie  odchylił  się  na  oparcie  fotela,  jakby  nie  miał  już  sił,  William 

położył mu rękę na ramieniu i uścisnął. 

Ale tamten na niego nie spojrzał. Nie patrzył na nikogo. 

Maja podniosła kieliszek do ust brata. Przełknął trunek. Czuł, jak pali go w gardle i 

grzeje w żołądku. Pił dalej. Opróżnił kieliszek. 

Trunek go oszołomił. 

- Więcej - poprosił. William zawahał się. 

- Więcej! - powtórzył Ailo z naciskiem. Spojrzał teraz prosto w oczy Williama z takim 

bólem, że ten nalał mu ponownie. 

To też nie pomoże. Ale będzie jak smarowanie rany maścią. Trochę znieczuli. 

Tym  razem  Ailo  sam  trzymał  kieliszek.  Oburącz,  gdyż  dłonie  tak  mu  drżały,  jakby 

właśnie wrócił przemarznięty z zawiei śnieżnej. 

Wypił do dna, nie odejmując kieliszka od ust. Zebrani dostrzegli grymas jego twarzy. 

Maja bez słowa odstawiła kieliszek na stolik. Nadal siedziała na poręczy fotela brata. 

William trzymał rękę na oparciu mebla. 

Trwali przy nim. 

Ailo powoli pokręcił głową. 

background image

Otaczali go sami przyjaciele. Stali wokół niego w kręgu. Nie będzie sam, chyba że o 

to poprosi. To było dobre uczucie. Dobre pomimo tego okropnego bólu. 

- Nigdy jej nie widziałem - powiedział w końcu. - Nigdy. Ale czuję straszny żal. Czy 

można czuć żal po kimś, kogo się nie znało? Nigdy nie dotykało? Nie całowało? Czy można 

kochać dziecko, nigdy go wcześniej nie widząc? 

-  Można,  Ailo  -  odpowiedziała  mu  Anjo.  -  Można.  Ona  była  twoją  córką.  Było  jej 

dobrze. Żyła dopóty, dopóki miała przeznaczone być promykiem słońca na ziemi. 

Westchnął głęboko. Łzy nadal płynęły. Nawet nie próbował ich powstrzymywać. 

Nigdy nie sądził, że jeszcze będzie mógł płakać. Uważał, że dosięgną! dna rozpaczy. 

Ż

e nie mogło go spotkać nic gorszego niż to, co przeszedł. 

Ależ się mylił! 

Zapomniał, że jest ojcem. Może w pełni tego nie rozumiał. Nie rozumiał jeszcze, że 

miłość do własnego dziecka była czymś tak wielkim, że mogła przesłonić wszystko inne. Nie 

rozumiał  tego,  bo  nigdy  nie  trzymał  bliźniąt  w  ramionach.  Bo  nigdy  nie  uśmiechał  się  do 

nich... 

Dlatego, że był jedynie ojcem na odległość. 

A teraz przeszywał go ból. 

Jego duszę ogarnęła nieprzenikniona ciemność. 

Dopiero to był prawdziwy ból. 

To, co przeżył wcześniej, nie mogło znieść porównania z obecnym cierpieniem. 

Jeszcze nie wiedział, co oznacza smutek i rozpacz... 

- Biedna Ida! - powiedział. Pomyślał, że ona przecież jest matką. Urodziła ich oboje, a 

teraz zostało jej jedno. Musiało być to dla niej jak zrównanie z ziemią domu, w którym się 

ż

yło. 

Powiedziała przecież, że chce zachować oboje... 

Ailo wydawało się, że słyszy jej głos, widzi jej usta wymawiające te słowa. Widział 

jej łzy. 

Ida miała Sedolfa! 

- Bogu niech będą dzięki, że nie jest sama - rzekł cicho. Złożył dłonie, wydawało mu 

się to naturalne. Jakby nie pozostało mu nic innego. 

Połowa kwietnia już dawno minęła. Zastanawiał się, jak teraz czuje się Ida. Jak długo 

człowiek  uczy  się  żyć  z  takim  bólem.  Jak  długo  trwa,  zanim  przestaje  go  zauważać.  Nie 

dlatego, że znika, ale dlatego, że staje się częścią życia. 

Zastanawiał się, ile czasu upłynie, zanim Ida się znów uśmiechnie. 

background image

Chciał, by się śmiała. Nie powinna zawsze nosić smutku w oczach. Nie dlatego, żeby 

zapomniała. Nie chciał, żeby Ida zapomniała o ich wspólnym dziecku, o ich córce. O Małej 

Raiji. 

O tej, która była do niego podobna... 

Ale  Ida  nie  powinna  mieć  łez  w  oczach.  Powinna  się  znów  uśmiechać.  Znów  być 

szczęśliwa. 

Tak,  czuł,  że  Ida  powinna  mieć  więcej  dzieci.  Wydawało  mu  się  to  słuszne,  gdy  ją 

sobie wyobraził. Pomimo że oczami duszy nadal widział ją jako dziewczynę, wiedział, że jest 

dobrą matką. 

Przy  jej  spódnicy  powinien  rozlegać  się  dziecięcy  śmiech.  Uważał,  że  ona  też  tego 

chce. 

Ale to już nie będą jego dzieci. 

To niemożliwe. 

Dzieci  Sedolfa.  Sedolf  jest  dla  niej  dobrym  mężem.  Musiał  w  to  wierzyć.  Musiał 

wierzyć, że Sedolf kocha ją równie mocno jak on sam. Musiał wierzyć, że Sedolf uszczęśliwi 

ją jak on. 

A może bardziej... 

Westchnął. Zacisnął zęby. Ujrzał wokół siebie zasmucone twarze. Poczuł, jak bardzo 

ich wszystkich kocha. Wiedział, że życie mogło się okazać dużo gorsze. 

-  Widzieliście  umarłego,  który  płacze  -  powiedział  lekko  drżącym  głosem.  Nie 

wyszedł  z  tego  przekonywający  żart.  Zawierał  zbyt  wiele  bólu,  żeby  ktokolwiek  mógł  się 

uśmiechnąć. 

Anna Kajsa nic nie rozumiała. 

-  Czy  coś  jeszcze  pisze?  -  zapytał.  Nie  mógł  rozluźnić  ściśniętego  gardła  ani 

powstrzymać łez. 

Dłonie  mu  nadal  drżały.  Ale  wziął  Maję  za  rękę.  Dotyk  napełnił  go  ciepłem. 

Poczuciem  wspólnoty.  Wiedział,  że  ten  ból  będzie  długo  odczuwał.  Wiedział,  że  jutrzejszy 

poranek nie zatrze śladów. Według niego - żaden. 

- Czy to cały list? Knut przejął kartkę od żony. Czytał lepiej od niej. 

Poza tym znał charakter pisma Reijo. 

- Spodziewają się z Heleną dziecka w grudniu - przekazał. Przeczytał szybko ostatnie 

zdania.  -  Dziwnie  jest  wyobrazić  sobie  Reijo  jako  młodego  ojca  -  rzucił  od  siebie  i  czytał 

dalej.  -  Dobre  połowy.  Urodzaj.  Sedolf  więcej  spędza  czasu  na  roli  niż  na  morzu  -  dodał  i 

potoczył wzrokiem po zebranych. - To wszystko. - Zerknął na Anjo. - Możemy tam wrócić - 

background image

rzucił  z  krzywym  uśmiechem.  Jednak  gorycz  kapała  z  każdego  jego  słowa.  -  Chciałbym 

wiedzieć, jak to się Idzie udało. Pamiętam tego człowieka. Nie wyglądał na takiego, którego 

mogą zmiękczyć prośby. 

Na twarz Anjo wypłynął dziwny uśmiech. Oczy nabrały wyrazu melancholii. 

-  On  był  mężczyzną  -  rzekła  w  końcu.  -  Nie  zauważyłeś,  jak  patrzył  na  Idę?  Nie 

zauważyłeś,  że  ona  przebiła  się  przez  skorupę,  w  której  się  zamknął?  Może  nie  był 

barankiem,  ale  pod  zewnętrzną  twardością  był  zwykłym  człowiekiem.  Mężczyzną,  który 

myślał i czuł, i może chciał po prostu z kimś porozmawiać. 

- On i Ida? - spytał Knut z niedowierzaniem. Zapomniał zupełnie, że nie są sami. 

Anjo nie patrzyła na męża, gdy odpowiadała. Napotkała spojrzenie Ailo. 

- Nie w ten sposób - rzuciła. - Nigdy w ten sposób. Ida nie jest łatwa. Ale łatwo jej 

zjednywać przyjaciół. I na szczęście nie osądza innych tak pochopnie jak reszta rodziny. Ja 

myślę,  że  ona  zdobyła  zaufanie  tego  człowieka.  A  on  pewnie  zakochał  się  w  niej  tak,  jak 

zakochać by się mogło wielu mężczyzn, którzy spotykają kobietę taką jak Ida. Nie dlatego, że 

ona tego chciała czy to sprowokowała. Po prostu dlatego, że jest, jaka jest. 

-  W  takim  razie  stała  się  twardsza  -  stwierdził  Ailo.  Knut  nie  wiedział,  co  mówić. 

Nadal  nie  rozumiał,  jak  mogło  do  tego  dojść.  A  już  zupełnie  nie  miał  pojęcia,  skąd  Anjo 

mogła to wiedzieć. 

-  My,  kobiety,  wiemy  o  sobie  więcej  -  odpowiedziała  Anjo  na  nie  zadane  pytanie 

męża. - Czasem rozmawiamy. Czasem kojarzymy ze sobą fakty. I dostrzegamy więcej niż wy, 

mężczyźni.  Wy  widzicie  siostry,  żony,  matki.  A  my  jesteśmy  kobietami.  Wiemy,  jak  czują 

kobiety. A wy macie raz na zawsze ustalone zdanie o kobietach, które kochacie. 

Knut oniemiał. 

- Może teraz powiesz mi - rzucił po chwili - że wolałaś wyjść za Ailo i że Heino był 

twoim sekretnym kochankiem wtedy, gdy wzdłuż i wszerz jeździliśmy po Finnmarku... 

Uśmiechnęli się do siebie. Anjo odgarnęła Knutowi włosy z czoła. 

- Mnie znasz - powiedziała. - Ale jesteś ślepy, jeśli chodzi o wszystkie inne. 

- Cieszę się, że stała się bardziej twarda - rzucił Ailo. - Łatwiej zniesie to wszystko. 

Maja uścisnęła jego dłoń. 

-  Myślę,  że  możemy  być  pewni,  że  Ida  sobie  poradzi.  W  razie  zagrożenia  zawsze 

stawała się twarda jak mała drzazga. Pazurami walczy o swoich... 

- No i ma Sedolfa - rzucił Ailo ochryple. Nikt mu na to nie odpowiedział. Ale wszyscy 

myśleli to samo. 

background image

Ze Ailo nie miał nikogo, kto mógłby być z nim tak blisko, jak Sedolf z Idą. Nikt nie 

mógł go tak wspierać. Ailo nie miał nikogo. I nie będzie miał. 

Ale  on  też  stał  się  twardszy.  Umiał  nazwać  rzeczy  po  imieniu.  I  napotkać  je  z 

podniesionym czołem. 

- Nie pójdziesz dziś do domku - stwierdziła Maja. - Mamy dosyć wolnych pokoi. 

Ale on podniósł się z fotela. Podszedł do okna. Wyjrzał w ciemność i wiedział, że ona 

na niego czeka. 

-  Boicie  się  o  mnie?  -  spytał,  nie  odwracając  się.  Pomimo  że  byli  dla  niego 

najbliższymi ludźmi na świecie, nadal czuł się źle, gdy oglądali go bez maski. Odbierało mu 

to pewność siebie. A teraz musiał być twardy. 

- Nie chcemy, żebyś był sam - rzekł Knut. - Współczujemy ci. Przecież ona była twoją 

córką... 

Ailo wstrząsnął głową. Nadal wyglądał przez okno. 

- Nic mi się nie stanie - rzucił, zaciskając pięści. - Ciemność nic mi nie zrobi. Często 

przebywałem w ciemności. Ona zawsze mnie skrywała. 

Maja objęła Ailo i przytuliła policzek do jego pleców. 

- Zbyt cię kocham, by pozwolić ci być samemu - powiedziała. - To wielki ból. Ja też 

straciłam dziecko. Nigdy go nie widziałam. Ale wiem, co przeżywasz, Ailo. Przeszłam przez 

to  sama.  Byłam  otoczona  ludźmi,  ale  ich  odepchnęłam.  Potem  bardzo  żałowałam.  Bardziej 

niż możesz przypuszczać. To tylko pogorszyło mój stan... 

Uwolnił się z jej objęć. Dłońmi objął jej policzki. 

- Chcesz dobrze, Maju. Wszyscy chcecie dobrze. Doceniam to. Ale to mój ból. Muszę 

go przeżyć na swój sposób. I nie sądzę, że moglibyście zasnąć, gdybym tu został. Może bym 

się  opanował,  ale  nie  wyszłoby  mi  to  na  dobre.  Rozumiesz  to,  Maju,  moja  najukochańsza 

siostro? 

Maja poddała się. 

W głębi duszy rozumiała go. I domyślała się, że nie tylko przedstawiciele rodu Alatalo 

są uparci. Ze strony rodziny Mikkala Ailo też mógł sporo odziedziczyć. 

- Ale przyjdę z samego rana - rzuciła. 

-  Po  południu  -  odparł  Ailo  i  puścił  ją.  Wciągnął  kurtkę  i  złapał  butelkę  koniaku.  - 

Wezmę ją. To będzie moje towarzystwo. Może nie najlepsze, ale zawsze jakieś... 

Patrzyli, jak odchodzi w mrok. Na spotkanie najdłuższej nocy swego życia. 

background image

13 

Dopiero nazajutrz późnym popołudniem ktoś zjawił się w jego samotni. Dla Ailo nie 

stanowiło to różnicy, dla niego czas stanął w miejscu. Było ciemno. Potem nastał dzień. W 

butelce po koniaku ukazało się dno. 

Zaczęło zmierzchać. 

Nie miał pojęcia, jaka jest pogoda na zewnątrz. Nie wychodził. Zamknął się w środku. 

Pił. Płakał. Bił pięściami w ściany. Przewracał meble. 

I rysował. 

Drzwi  były  zamknięte  na  klucz.  Musieli  pukać.  Musieli  mocno  walić,  by  Ailo  to 

usłyszał. Żeby usiadł. Żeby zrozumiał, że dzieje się coś poza nim. 

Chwiejąc się na nogach, w końcu otworzył. Dzień miał jeszcze w sobie światło, więcej 

niż wpadało przez okna. 

Knut i William stali na progu, patrząc na niego zatroskanym wzrokiem. 

- Dobry Boże, jak ty wyglądasz! - wykrzyknął William. 

Ailo wpuścił ich do środka. 

-  To  był  wypadek  -  wyjaśnił  z  grymasem  Ailo,  podnosząc  przewrócony  stół. 

Potłuczone talerze zostawił na podłodze. 

Przybysze ogarnęli wzrokiem kuchnię. Spojrzeli po sobie, a potem na Ailo. 

- Czy ty w ogóle spałeś tej nocy? - spytał Knut. 

Ailo opadł na fotel i odgarnął włosy z czoła. 

-  Nie  wiem  -  odparł  zmęczonym  głosem.  -  Nie  sądzę.  W  pewnej  chwili  byłem  tak 

pijany, że mogło mi się tak wydawać, ale nie wiem... 

- Żałujesz? - spytał William. 

- Żałuję czego? 

- Że tu pozostałeś. Że jesteś „umarły”. 

-  To  i  tak  nie  przywróciłoby  życia  mojemu  dziecku  -  odparł  Ailo.  -  Ale  pewnie,  że 

ż

ałuję. Każdego dnia, choć to nie ma dla nikogo znaczenia. Nawet nie warto o tym myśleć. 

Na  wszystko  jest  nieodwołalnie  za  późno.  Już  tak  długo  byłem  umarły,  że  mogę  takim 

pozostać. Nie nadaję się dla żadnej kobiety. Nie jako mężczyzna. Wiesz o tym równie dobrze 

jak ja. 

William nie odpowiedział. Rozmawiali już na ten temat wiele razy, I zawsze dostawał 

tę samą odpowiedź. 

background image

Ailo schwycił teczkę z rysunkami, przejrzał je i wyciągnął kilka z pliku. Gwałtownym 

ruchem podał je Knutowi. 

- Powiedz, czy któreś jest podobne! - zażądał. Knut, zdumiony, spojrzał na pierwszy 

rysunek. 

Czarne  kreski  układały  się  w  twarzyczkę  dziecka.  Wydała  mu  się  dziwnie  znajoma. 

Ś

ciągnął brwi. Spojrzał badawczo na Ailo. W jego oczach dojrzał takie napięcie, że wiedział, 

iż jest to sprawa wielkiej wagi. Kwestia życia lub śmierci. 

Powoli zaczynał rozumieć. 

Z trudem przełknął ślinę. Podniósł do oczu pierwszy rysunek. Przejrzał następne. 

Za  każdym  razem  twarz  dziecka.  Ailo  zmieniał,  zestawiał  inaczej  rysy  twarzy,  ale 

nadal była to ta sama twarz. 

Knut  czuł  wzbierający  płacz,  ale  zwalczył  go.  Przez  te  szkice  przezierała  bezdenna, 

czarna rozpacz Ailo. 

-  Próbowałeś  je  narysować?  -  spytał  w  końcu,  gdy  był  pewien,  że  głos  go  nie 

zawiedzie. Spojrzał na Ailo. Napotkał spojrzenie swego przyjaciela, swego brata krwi. Jakże 

by chciał dać mu to wszystko, co widział... Żałował, że nie potrafi dobrze rysować. 

-  Próbowałem...  -  odparł  Ailo  zmęczonym  głosem.  Zmęczonym  do  granic 

wytrzymałości. - Powiedz mi, czy któryś jest podobny. Co się zgadza, a co nie... 

Pochylili się nad rysunkami, które Knut rozłożył wachlarzem na stole. 

-  Raija  była  podobna  do  ciebie.  Choć  może  bardziej  do  Mikkala,  twego  ojca,  jeśli 

potrafisz wyobrazić go sobie jako dziecko. Albo siebie. Miała czarne, sztywne włosy. Brwi 

Mikkala. Jego podbródek. Tak mało przypominała Idę, że trudno było niemal uwierzyć, że to 

jej matka... 

Ailo słuchał całym sobą. 

- Tu linia jest właściwa, ale nie zgadzają się oczy. Bo narysowałeś oczy Idy, prawda? 

Ailo przytaknął. 

-  Wyobraź  sobie  oczy  Mai,  wtedy  będzie  dobrze.  No  i  te  jej  włosy...  Zawsze 

wyglądała, jakby miała na główce czarny kapturek. - Knut przerzucił kilka szkiców. - Mały 

Mikkal  jest  podobny  -  stwierdził  stanowczo.  -  Takim  go  pamiętam.  Podobny  do  małej  Idy. 

Może ma więcej uporu w spojrzeniu. Ma więcej z Raiji. Właściwie lepiej ją teraz pamiętam, 

bo  Reijo  odnajdywał  i  wskazywał  nam  podobieństwo  małego  do  niej  w  rysach  twarzy  i 

zachowaniu. Wcześniej widziałem w nim tylko Idę. 

- Ale jest podobny? - spytał Ailo ochrypłym głosem. Knut potwierdził. 

background image

-  Poza  tym  tylko,  że  narysowałeś  je  trochę  starszymi.  Mikkal  może  będzie  tak 

wyglądał za rok. No a Raija... nie. - Po dłuższej chwili ciszy dodał: - Pod względem wieku 

Mikkal jest pomiędzy Henrikiem a Karlem. 

Ailo  pochłaniał  każde  słowo  Knuta.  Zapamiętał,  które  szkice  Knut  uznał  za  udane. 

Złożył je stanowczym ruchem. Oczy płonęły mu nadal tym samym blaskiem. 

-  Musiałem  -  wyjaśnił.  -  Po  prostu  musiałem.  Widziałem  dzieci  w  mojej  głowie, 

niemal dotykałem... Ale to nie wystarczyło. Chciałem je naprawdę zobaczyć. I być pewien, że 

dobrze je narysowałem. Że to moje własne dzieci bawią się w moich marzeniach... - Zacisnął 

dłonie na teczce. 

- Masz dar w palcach - rzucił Knut. 

- Coś muszę mieć - odparł Ailo. - Coś. A moje dłonie... palce... - Spojrzał na nie. - To 

było mi przeznaczone. Teraz, gdy moje życie jest takie, jakie jest. 

W  jego  słowach  nie  było  goryczy,  tylko  pogodzenie  się  z  rzeczywistością.  Jego 

rzeczywistością. 

-  Dobrze,  że  Maja  nie  przyszła  -  stwierdził  i  usiadł.  Rozejrzał  się  wokół,  jakby 

pierwszy raz ujrzał rozmiary zniszczeń. - Ależ tu bałagan... 

William zaśmiał się, choć oczy nadal miał poważne. 

- Maria już dawno by tu przyszła - zdradził, spoglądając na Knuta - ale w drodze na 

Hailuoto  jest  nowy  mieszkaniec.  I  dlatego  nie  mogła  sobie  pójść,  bo  potrzeba  wprawnych 

położnych. Nas wygoniły za drzwi. 

Ailo spojrzał na Knuta pytająco. Ten pokiwał głową. 

-  Anjo  chyba  źle  coś  obliczyła  -  rzucił,  wzruszając  ramionami.  Ale  nie  był  tak 

spokojny, jakim się chciał wydawać. 

Anjo obudziła się nad ranem. Od czasu do czasu czuła skurcze. Jednak dopiero  gdy 

stały się regularne, wygoniła go. Ale uśmiechnęła się, mówiąc, że to pewnie potrwa. Przecież 

jest taka mała... 

- Sądziliśmy, że to nadejdzie później. Ale przecież nie można odesłać kogoś takiego z 

powrotem...  I  najgorsze  jest  to  -  rzucił  gwałtownie  -  że  wtedy  mąż  czuje  się  zupełnie 

niepotrzebny! Możesz tylko chodzić i czekać, aż to się skończy. Czujesz się jak najbardziej 

zbędna istota pod słońcem. No i tylko nie mieści ci się w głowie, jak ona to wytrzymuje... 

William i Ailo popatrzyli na niego. Obaj wiedzieli, że z nich tylko Knut  to przeżył, 

choć wszyscy byli ojcami. 

Ailo nigdy nie widział swoich dzieci. Nigdy ich nie dotykał. William wrócił do domu 

do  sporego  już  syna.  Ominęło  go  wiele  miesięcy,  które  nigdy  się  nie  powtórzą.  W  ciągu 

background image

których  on  nie  był  częścią  życia  małego.  Nieważne,  ile  Maria  mu  opowiadała,  ile  chciała 

przekazać z tego, co czuła, co przeżywała... 

Ż

aden  z  nich  nie  widział  tego  cudu.  Nie  wiedział,  jak  to  jest  trzymać  w  ramionach 

nowo narodzonego syna czy córkę. Nie słyszeli pierwszego krzyku dobywającego się z głębi 

pomarszczonego, czerwonego ciałka. 

Knut to przeżył. 

Obaj zazdrościli mu tego, ale nic nie powiedzieli. 

Knut  jednak  to  wyczuł,  bo  nie  ciągnął  tematu.  Dobrze  jednak  pamiętał  narodziny 

Karla... Pamiętał, że tamtej nocy mieli być u Idy w domku na cyplu. No i że coś wydarzyło 

się wtedy między nią a Sedolfem. 

Już wtedy. 

To  także  skłoniło  Knuta  do  milczenia.  Ailo  i  tak  bardzo  cierpiał.  Nie  było  sensu 

rozdrapywać ran. Mówić coś, czego długo by się żałowało. 

- Nic tam po mnie - rzucił tylko. - Tutaj mniej się denerwuje... 

- Dobrze, że sprowadziliście doktora - zauważył Ailo. 

- Sara z Myra odebrała  już w tym  roku wiele porodów - wzruszył  ramionami Knut. 

Ale  na  niego  obecność  lekarza  też  działała  uspokajająco.  Nie  mówiąc  już  o  Mai,  która 

najchętniej nieba przychyliłaby Anjo. 

Knut wiedział, że Anjo była w najlepszych rękach. 

Jego własne się zaś pociły ze zdenerwowania. 

Pomogli Ailo posprzątać. Zebrali potłuczone szkło do jednego wiadra. Na półkach się 

wyraźnie przerzedziło. 

Ailo potrząsnął głową z niedowierzaniem. Popatrzył na prawie pełne wiadro. 

- Nie pamiętam tego - stwierdził zdziwiony. - Przysięgam, że tego nie pamiętam! 

Wyciągnął kawałek szkła. Była to ocalała nóżka kieliszka. 

-  Jak  mogłem  zniszczyć  coś  tak  ładnego?  Jak?  William  wyjął  mu  z  dłoni  szkło  i 

wrzucił z powrotem do wiadra, które wystawił na schody. 

-  To  tylko  przedmioty  -  powiedział  do  Ailo.  -  Nie  powinieneś  teraz  płakać  nad 

potłuczonym  szkłem.  Zresztą  nie  najładniejszym.  Maja  wynalazła  to  na  strychu.  Nie  miało 

większej wartości, jeśli to cię pocieszy. Dostaniesz nowe... 

Spojrzenie Ailo nadal było bez wyrazu. 

- Po prostu tego nie rozumiem - powtarzał uparcie. - Przecież nie byłem aż tak pijany. 

Powinienem to pamiętać... 

Knut przyniósł wodę z pobliskiego źródła i nastawił kawę. 

background image

-  Cierpiałeś  -  pocieszał  szwagra  William.  -  Nie  byłeś  w  stanie  myśleć  normalnie. 

Musiałeś  dać  upust  wielkiemu  bólowi.  I  tak  lepiej,  że  wyżyłeś  się  na  przedmiotach.  Bałem 

się, że... 

Ailo spojrzał mu badawczo w oczy. 

- Czego się bałeś? - spytał. - Że zwrócę się przeciwko sobie? 

William pokiwał głową. 

Zapadła  cisza  tak  doskonała,  że  słyszeli  nawzajem  swoje  oddechy.  I  syczenie  kropli 

wody ściekających po ściance czajnika na ogień. 

- Myślałem o tym - przyznał się Ailo. - Nie mogę zaprzeczyć, że o tym myślałem. Gdy 

od  was  odchodziłem,  tylko  to  miałem  w  głowie.  Chciałem  końca.  Końca  wszystkiego. 

Potrzebowałem twojego koniaku dla odwagi. To, że ona - moje dziecko, moja córka - umarła, 

podczas  gdy  ja  żyłem  jak  umarły  dla  świata...  to  nie  miało  sensu.  Nie  widziałem  żadnego 

celu.  To  było  takie  niesprawiedliwe.  Czarne.  Była  we  mnie  otchłań.  I  siła,  która  mnie  tam 

ciągnęła, wciągała... Wydawało mi się, że to jedyna słuszna rzecz, jaką mogłem zrobić. Dla 

mnie i dla innych. Skończyć ze sobą. 

- Widziałem nóż - rzucił Knut. Zauważył go od razu, ale nic nie powiedział. Nie chciał 

wywoływać ponurych tematów. Nie w dzień, w którym rodziło się jego dziecko. 

Zauważył  nóż,  wbity  w  podłogę  po  prawej  stronie  fotela,  na  którym  siedział  Ailo. 

Wbity z taką siłą, że ostrze weszło głęboko w deski. 

- Pamiętam, że siedziałem z nożem skierowanym na przegub - przyznał się niechętnie 

Ailo, nie patrząc na żadnego z towarzyszy. Nie sądził, że się do tego przyzna. Ale to byli jego 

przyjaciele. Prawdziwi przyjaciele. Nie wszyscy mieli szczęście posiadać takich przyjaciół. - 

Ale coś zawiodło. Może odwaga. Boję się umrzeć. Mimo że właściwie nie mam po co żyć, 

coś mnie tu trzyma. Mam marzenie... 

Więcej  nie  zdradził.  Dalszą  myśl  zachował  dla  siebie.  Przyszła  mu  do  głowy 

niedawno. Nawet przed najlepszymi przyjaciółmi nie wszystko należy ujawniać. 

-  Masz  wystarczająco  dużo  odwagi,  by  żyć  -  poprawił  go  William.  Był  blady,  lecz 

stanowczy.  -  To  nie  tchórzostwo,  Ailo.  To  największa  odwaga,  na  jaką  może  się  zdobyć 

człowiek. 

Ailo zaśmiał się głucho. 

-  No,  nie  wiem,  Williamie,  czy  to  prawda...  Kawa  była  mocna  i  gorąca.  Taka,  jaką 

zawsze  robił  Knut.  Jeśli  chodziło  o  kawę,  był  bardziej  szczodry  niż  kobiety.  Aż  cierpły  od 

niej  wargi  i  piekło  w  przełyku.  Knut  wydobył  jeszcze  z  kieszeni  piersiówkę.  Z  lekkim 

background image

uśmiechem  na  twarzy  dopełnił  kubki  jej  zawartością.  Bardzo  chciał,  by  wszystko  szło 

normalnym torem, by ten list od Reijo w ogóle nie dotarł. 

- Może to odrobinę za wcześnie - rzucił - ale chyba nie zaszkodzi, żeby wypić zdrowie 

mego nowo narodzonego syna! 

Przechylili kubki. Gardła piekły ich teraz jeszcze bardziej. Ailo poczuł, że ma skurcze 

ż

ołądka. Pewnie zaraz zwymiotuję, pomyślał. Ale to nic, ból cielesny łatwiej znieść. 

Ten czarny, gęsty płyn też niósł z sobą rodzaj zapomnienia. Pomagał zepchnąć w głąb 

to, co najbardziej bolało. 

-  Takim  pewnym  siebie  mężczyznom  rodzą  się  córki  -  stwierdził  Ailo.  -  Chyba 

będziesz musiał zadowolić się tym synem, którego masz. O ile dobrze pamiętam, masz dwie 

rodzone siostry. - Raija urodziła więcej córek. 

- Zapominasz o tym w Rosji... 

Rzeczywiście. Maja kiedyś mu o nim pisała. Krótkie, pełne goryczy zdania o bracie, 

którego mieli gdzieś na wschodzie. 

Zapomniał o wydarzeniu, które dawno temu zadziwiło ludzi w osadzie. O rosyjskim 

statku,  na  który  zabrał  Raiję  jego  kapitan.  Ten,  który  był  ojcem  jej  drugiego  syna.  I  który 

przekazał im wiadomość, że ona nie żyje. 

Ailo  nigdy  nie  mógł  się  z  tym  pogodzić.  Może  dlatego  zapomniał  i  o  chłopcu.  O 

chłopcu, który nosi imię podobne do imienia jego własnego ojca... 

- Tak, zapomniałem - potwierdził. Nie chciał o tym mówić. Tak jak o swoim dziecku, 

które mu umarło, a którego nie znał. Którego nigdy nawet nie pogładził po włosach. 

Nie mógł tak żyć. 

-  No  to  wypijmy  za  twojego  syna  -  poddał  się.  -  Chociaż  chciałbym  cię  zobaczyć, 

kiedy zalotnicy zaczną krążyć wokół twego domu... 

Jego myśli w sposób nieunikniony uleciały ku domkowi na cyplu. 

Knut rozmarzył się, oparłszy się o ścianę. 

- Tak, pewnie przycinałaby natrętnym zalotnikom palce oknem, jak taka jedna, którą 

znamy...  -  urwał.  -  Przepraszam.  Nie  chciałem  rozdrapywać  starych  ran.  Ale  nie  mogę  też 

zapomnieć o mojej siostrze! Nie takiej, jak Ida. 

- Tak, niełatwo ją zapomnieć - zgodził się Ailo. Kawa w dziwny sposób stawała się 

coraz bardziej przejrzysta. A piersiówka Knuta w równie dziwny sposób pusta. Ból w piersi 

Ailo przycichł. Już nie płonął ogniem, lecz się żarzył. 

Rozmowa zeszła na bezpieczne tory. Byli w całkiem dobrych humorach, gdy nadeszła 

zdyszana Anna Kajsa. Weszła do środka, choć wyglądała, jakby wolała pozostać na dworze. 

background image

Na ławę odstawiła kankę i próbowała uspokoić oddech. 

Rozejrzała się za Knutem, choć starannie unikała jego wzroku. 

- Masz córkę - obwieściła. Nawet lęk, który zawsze czuła, zbladł na wspomnienie tej 

cudownej istotki. - Jest śliczna! Ma masę jasnych włosów. I czarne oczy. Najczarniejsze, jakie 

widziałam.  Ciemniejsze  nawet  od  węgla  Ailo...  -  Zamilkła,  przygryzając  wargi.  Musiała 

spojrzeć na Knuta. 

Jego radość nie miała granic. Rozpromieniony, młócił Ailo i Williama po ramionach. 

-  Córka?  Śliczna  córka?  Piękna  córka?  A  nie  mówiłem,  chłopaki?  Że  to  będzie 

wspaniałe dziecko, najpiękniejsze na świecie?! Najpiękniejsza na świecie córka! 

Uśmiech  Williama  sięgał  niemal  od  ucha  do  ucha.  Na  twarzy  Ailo  też  można  było 

odczytać  to  samo.  Żaden  z  nich  nie  chciał  przypominać  Knutowi,  że  jeszcze  całkiem 

niedawno był święcie przekonany, że będzie miał syna. Nie miało to teraz znaczenia. 

-  Blondyna,  mówisz?  -  Knut  przejechał  dłonią  przez  włosy.  Gdy  Anna  Kajsa 

popatrzyła na niego, nie dostrzegła w nim silnego mężczyzny. Był chłopcem o śmiejących się 

oczach. 

- Z czarnymi oczami? - Musiała mu to jeszcze raz potwierdzić. 

Przez  twarz  Anny  Kajsy  przemknął  ostrożny  uśmiech.  Pokiwała  głową.  Nieco 

silniejszym głosem powiedziała: 

- Czarne jak noc. Knut ze śmiechem pochwycił jej ramiona i okręcił wokół siebie w 

dzikim  tańcu.  Podniósł  ją  wysoko,  ściskając  wąską  talię,  i  ucałował  głośno  w  oba  policzki, 

zanim postawił ją na podłodze. 

- Blondynka z czarnymi oczami! - usłyszeli jeszcze, gdy w pląsach oddalił się ścieżką 

ku domowi. 

Anna  Kajsa  stała  oszołomiona,  zarumieniona,  ale  nie  przestraszona.  Też  chciała 

odejść, ale przypomniała sobie o kance, którą przyniosła. 

- To zupa dla ciebie, Ailo. - Jemu mogła patrzeć w oczy. Nawet musiała, gdyż tylko z 

jego oczu mogła odczytać cokolwiek. Ale też chciała. 

- Maja ugotowała? Potrząsnęła jasną głową. 

- Ja - odparła, patrząc na swoje dłonie. - Coś tam potrafię...  I tak nie mogłam wiele 

pomóc.  Maja  asystowała  lekarzowi.  Wszystko  szło  dobrze...  -  Zadrżała  lekko  i  dodała:  - 

Przynajmniej  tak  mówili.  Ale  trudno  w  to  uwierzyć.  -  Spojrzała  na  Williama  i  Ailo  swoim 

bezbronnym spojrzeniem. - To było okropne - wyznała, blada. - Ja nigdy nie chcę mieć dzieci. 

Nigdy! - rzuciła z gwałtownością, której żaden z nich się nie spodziewał. No, ale była młoda. 

background image

Nigdy  wcześniej  nie  widziała  porodu.  Mimo  że  w  domu  traktowano  ją  niemal  na  równi  ze 

służącymi, trzymano ją z dala od tych spraw. O nich tylko się szeptało. 

-  Kobiety  zawsze  rodziły  dzieci  -  stwierdził  William.  -  O  ile  wiadomo,  to  jedyny 

sposób. I już. Ale większość przez to przechodzi. I nawet mają więcej niż jedno dziecko. Nie 

może być to aż tak nie do wytrzymania... 

Anna  Kajsa,  wcale  nie  przekonana,  spojrzała  na  przyrodniego  brata.  Wiedziała,  co 

mówi, bo była kobietą. 

- To było okropne - utrzymywała. - I ja nigdy nie będę miała dzieci! 

William uśmiechnął się z pobłażaniem, jakby wiedział lepiej. Pogładził ją delikatnie 

po włosach. 

- Mam nadzieję, że życie obejdzie się z tobą łagodnie, Anno Kajso - powiedział. - Nie 

znam wielu ludzi, którzy zasługiwaliby na to bardziej niż ty! 

Podszedł do drzwi. 

- Pójdę chyba i obejrzę to cudo Knuta. Zobaczę, czy warta jest tylu pochwal, którymi 

ją już zasypywał... 

Spojrzał  na  Annę  Kajsę.  Dziewczyna  kręciła  się  niespokojnie.  Najwyraźniej  nie 

chciała iść. Ale nie mogła odważyć się zostać, a już na pewno sama tego zaproponować. 

Ailo był jak ślepy i głuchy. Ale ona była zbyt młoda, by to rozumieć. Nadal znała Ailo 

zbyt mało. William żałował teraz, że nie powiedział jej całej prawdy o Ailo. 

Ale tym razem jej pomógł. 

- Zostań tu i podgrzej zupę dla Ailo. No i zobaczymy, czy będzie na tyle rycerski, by 

odprowadzić cię do domu przez ten ciemny las... 

- Ja się nie boję! - zaprotestowała szybko. William uśmiechnął się do niej. 

-  Idę.  Będę miał na pewno okazję do wypicia za zdrowie tej dziewczynki - rzucił. - 

Przecież ostatnio piliśmy za niewłaściwą płeć... 

Zamknął za sobą drzwi. 

Anna Kajsa poszukała garnka i przelała do niego zupę. Robiła to wszystko, nie patrząc 

na  Ailo.  Zauważyła  jednak  każdy  szczegół.  Od  wczoraj  nie  zmienił  ubrania,  nie  czesał 

włosów. Pewnie nie spał ani chwili... 

Pomimo wysiłków mężczyzn od razu zauważyła też bałagan w domu. Także wiadro 

ze skorupami i szkłem. 

-  Nie  mówiłeś,  że  masz  dzieci  -  powiedziała,  zbyt  gwałtownie  mieszając  zupę. 

Musiała coś robić z rękami, na czymś skupić wzrok, by nie patrzeć na niego. 

- Nie - odparł jednym słowem. 

background image

- Nigdy ich nie widziałeś? 

Pamiętała, co mówili poprzedniego wieczora. Miała dobrą pamięć. Ćwiczyła ją przez 

całe życie. Był to sposób na uniknięcie przykrych myśli. Wypełniała głowę tym, co usłyszała. 

Ale nauczyła się, że to dobrze wiedzieć o wszystkim. 

Dobrze było umieć słuchać. 

- Nie. 

Ailo  wstał.  Niespokojnie  przeszedł  po  pokoju.  Stanął  koło  Anny  Kajsy  i  ścisnął 

krawędź stołu, aż zbielały mu kostki. 

- Pilnie słuchałaś, prawda? Zaczerwieniła się gwałtownie. 

- Nikt nie powiedział, żebym wyszła - broniła się. Czuła, jakby podłoga się pod nią 

uginała.  Nie  przypuszczała,  że  on  może  tak  zareagować.  Przecież  był  po  jej  stronie,  był 

przyjacielem... 

- Nie to miałem na myśli... - Zmitygował się Ailo. - Mam dzieci. Miałem córkę. Mam 

syna. Były bliźniętami. Nigdy ich nie widziałem. Ida jest ich matką. 

- Dlaczego więc jesteś tu? - Anna Kajsa utkwiła swe wielkie oczy w oczach Ailo. 

-  Bo  dla  nich  umarłem.  Dlatego,  że  Ida  sądzi,  że  nie  żyję.  I  tak  ma  pozostać.  Moje 

powstanie z grobu spowodowałoby zbyt dużo cierpienia. Dla mnie, dla niej, dla wszystkich. 

- Ale to twoje dziecko! Pokiwał głową. Długo patrzył na Annę Kajsę. 

- Ida jest moją żoną. 

- Jesteś żonaty?! Westchnął, potakując. 

- A kim jest ten, którego nazywali... - Anna Kajsa nie zapamiętała jego imienia. Nic 

dziwnego:  „Sedol”  brzmiało  obco  dla  fińskiego  ucha.  Dziewczyna  zupełnie  zapomniała  o 

mieszaniu zupy, chociaż z garnka już mocno parowało. - Kim on jest? 

- Sedolf jest mężem Idy - wyjaśnił Ailo spokojnie i poważnie. 

- Ale przecież to niemożliwe! - sprzeciwiła się Anna Kajsa, zaskoczona. - Przecież to 

ty jesteś jej mężem! 

Ailo  pogładził  ją  po  włosach.  Umieścił  pasmo  jej  włosów  za  uchem.  Wyglądała  tak 

przejmująco młodo i niewinnie, nie na swoje siedemnaście lat. 

-  Ale  ja  nie  żyję,  Anno  Kajso.  Ida  była  wdową.  Zamilkł.  Dziewczyna  wyglądała  na 

wzburzoną. 

Wyjął z jej dłoni drewnianą łyżkę. Cofnęła gwałtownie palce, bo musnął ją przy tym 

leciutko. 

-  Wszystko  stało  się  tak,  bo  tak  musiało  -  wytłumaczył,  mieszając  zupę  i  ratując  ją 

przed  wykipieniem.  Odsunął  garnek  z  ognia.  -  Ja  byłem  jak  umarły.  Musiałem  podjąć 

background image

decyzję. Nie mogłem być już mężem dla Idy. A ona jest taka młoda. W twoim wieku, może 

trochę starsza. Powinna zaznać szczęścia w życiu. Kochałem ją na tyle mocno, że umarłem 

dla niej. 

- Ona kochałaby cię bez względu na wszystko! Ailo pokiwał głową. 

- Pewnie tak - odparł. - Na pewno. Ale tak zdecydowałem. I tak będę żył. Dla Idy nie 

ż

yję. 

Ale nie powiedział jej, dlaczego. 

background image

14 

Fińska  córeczka  Knuta  i  Anjo  była  naprawdę  prześliczna.  Miała  gęste,  jasne  włosy, 

dłuższe niż zwykle u noworodków. A jej oczy miały kolor głębszy niż czerń nocy czy węgla. 

Były iskrząco czarne. 

Następnego dnia Knut napisał list do domu. Jak na niego, niezwykle długo opisywał 

ten ich mały cud. 

Ale  znalazł  też  słowa,  w  których  przekazał  ich  żal  z  powodu  małej  Raiji.  Długo 

zastanawiał się, jak może przemycić jakąś wieść o Ailo bez wspominania tego, czego nigdy 

nie powinien wspominać. 

Dlatego list leżał nie skończony i nie wysłany. 

Ailo poczuł, że wypełnia go coś niezwykłego, gdy pochylił się nad kołyską malutkiej. 

Skurcz w gardle nie ustąpił, gdy Knut podniósł ją i położył w jego ramionach. Długo nie mógł 

wykrztusić słowa. 

- Ładna? - spytała Anjo. Była zmęczona, lecz na policzkach wykwitły jej rumieńce. W 

oczach miała blask szczęścia, który  Ailo postanowił na długo zapamiętać. Gdy będzie sam, 

wywoła  ten  blask  z  pamięci.  Postara  się  wyobrazić  go  sobie,  ale  w  oczach  Idy.  Nie  na 

papierze, ale w swoich myślach. Taki obraz, który tylko on będzie w stanie widzieć. 

-  Prześliczna  -  odparł  z  przekonaniem.  Nie  musiał  udawać,  by  zadowolić  dumnych 

rodziców. 

Ostrożnie  przesunął  opuszkami  palców  po  mięciutkim  policzku  dziecka.  Mała 

zamrugała powiekami. Ziewnęła szeroko, pokazując bezzębne dziąsełka. Następnie skrzywiła 

się lekko, rozrzuciła małe dłonie, rozczapierzając paluszki, i znów zapadła w sen. 

-  Brwi  Raiji  -  powiedział  Ailo.  Musiał  je  pogładzić.  -  Czarne  skrzydła  kruka  się 

powtarzają. 

Potrząsnął  głową,  zadziwiony.  Czuł  się  niezwykle  i  wspaniale,  stojąc  tak  z  małym 

człowiekiem w ramionach. 

To był cud. 

Napełniła  go  melancholia,  usuwając  na  drugi  plan  jego  ból.  Odsunęła  go  tam,  gdzie 

Ailo nie tak często sięgał. Wiedział, że jeszcze nie jest z nim pogodzony. Ale najgorszy etap 

minął. Uroczyście wręczył dziewczynkę matce. Obserwował, jak Anjo przykłada ją sobie do 

piersi. Dostrzegł ich wspólnotę, która była czymś najpiękniejszym, co kiedykolwiek widział. 

Musiał mocno mrugać oczami, by się nie rozpłakać. 

background image

Zrozumiał  jasno,  dlaczego  tak  wielu  najlepszych  malarzy  przedstawiało  ten  właśnie 

motyw na swych obrazach. Matka i dziecko. 

On też czuł potrzebę uwiecznienia tego, co zaobserwował. Ale nie pędzel będzie jego 

narzędziem. 

- Nadamy jej piękne imię, wiesz? - powiedziała Anjo. 

Knut przysiadł na skraju posłania żony. Stanowili jedność. Ailo zazdrościł im tego, ale 

jednocześnie cieszył się, że mają siebie nawzajem. 

On był tak podzielony, niespójny... 

- Myśleliśmy, by nazwać ją po jej ojcu chrzestnym - dodał Knut, mrugnąwszy okiem, i 

pozwolił Anjo dokończyć. 

- No i chcemy, by był nim jej prawie wujek. Jeżeli się zgodzisz? 

Ailo zamrugał oczami. To jego mieli na myśli? Knut potwierdził skinieniem głowy. 

-  Nazwiemy  ją  Aila  -  mówiła  Anjo.  -  Musi  mieć  fińskie  imię,  skoro  urodziła  się  w 

Finlandii. Czy nie jest ładne? Najbliższe twojemu, Ailo... 

Długo na nich spoglądał. Ukucnął koło łóżka, by napatrzeć się do syta na malutką. 

- Jest śliczna - powiedział w końcu. Czul, że łzy wzruszenia pieką go pod powiekami. 

- Ale ja na to nie zasłużyłem... 

Wtedy Anjo schwyciła go za czuprynę i pociągnęła w górę, aż spojrzał jej w oczy. 

-  Kochany  Ailo  -  oznajmiła  surowo  -  należysz  do  ludzi,  których  oboje  z  Knutem 

kochamy najbardziej na ziemi. Jesteś wspaniały i dobry. Oboje poszlibyśmy za tobą w ogień. 

Tak jak ty zrobiłbyś to dla nas. Czuję, jakbyś był moim bratem. Jesteś mi bliższy niż nawet 

kiedyś Heino. Teraz już wiesz, niewdzięcznika I nie przychodź tu więcej i nie mów, że na to 

nie  zasługujesz!  Ja  nazywam  moje  dziecko  po  tym,  po  kim  chcę!  A  jeżeli  nie  będziesz 

grzeczny,  nazwę  ją  Marcusina  po  Marcusie  Runefelcie,  a  wiesz,  że  to  będzie  okropne  dla 

dziecka! 

Puściła jego włosy. Ailo pochylił się i pocałował ją w policzek. 

Zrobił  to  impulsywnie.  Pocałował  ją  ustami  pozbawionymi  warg.  Był  tym  bardziej 

zdumiony niż Anjo. 

Teraz ona płakała. Czuła, że otrzymała z jego strony największy dowód zaufania. 

-  Kocham  cię,  najmilszy  Ailo  -  powiedziała  głosem  dławionym  wzruszeniem.  -  Nie 

odmawiaj! 

Ailo  wstał.  Nie  umiał  nazwać  uczuć,  jakie  się  w  nim  burzyły.  W  oczach  Anjo  nie 

dostrzegł odrazy! Nawet cienia! 

Anjo rozumiała. 

background image

- Oczywiście, że może się nazywać Aila - rzucił. - Ja zawsze będę ją kochał. I będę 

dumny, że nosi moje imię. 

I tak się stało. Dziewczynka została ochrzczona Aila, mając Maję i Ailo za rodziców 

chrzestnych. 

Miała wtedy trzy tygodnie i czekała na swoją pierwszą zimę. 

Knut wciąż nie mógł dokończyć listu. Nadal brakowało mu ostatnich słów. 

Anjo wiele razy proponowała, że ona dokończy, ale jej nie pozwalał. Czuł, że musi to 

zrobić sam. 

Teraz wiedział już, co napisać. 

Spadł  pierwszy  śnieg.  Pokrył  ziemię  jakby  warstewką  cukru.  Topniał,  gdy  w  dzień 

ś

wieciło słońce. 

Znów dawny niepokój pochwycił Maję jak stęskniony kochanek. Nie udało jej się go 

pozbyć. Nie umiała się uspokoić. Kręciła się podenerwowana po domu, ale i to nie pomogło. 

Wreszcie  zarzuciła  płaszcz  na  ramiona  i  wyszła.  Wędrowała,  pozostawiając  za  sobą 

ś

lady na cienkiej warstwie śniegu. 

Zadrżała. Nawet nie z zimna, ale ze strachu przed zimą. 

Nie lubiła tej pory roku. Nie kojarzyła się jej z odpoczynkiem, ale ze śmiercią.. 

Gdyby mogła, przespałaby ją jak niedźwiedź. Ale ludzie nie mogą tego zrobić. Muszą 

przez to przejść, aby zasłużyć na wiosnę. 

Obok altany stały suche róże. Mróz zaskoczył je jak co roku. 

Nikt nie lubi myśli o zimie. Zawsze ma się nadzieję, że jesień będzie długa i łagodna. 

Co roku ten sam zawód. I co roku dla Mai trudny do przyjęcia. 

Złamała jedną szarozieloną gałązkę. Kolec wbił się w jej kciuk, aż zaczęła krwawić. 

Usłyszała  jego  kroki.  Wiedziała,  że  jego  ślady  odciskają  się  na  śniegu  blisko  jej 

ś

ladów. Właśnie tak, jak będą ich wiodły razem przez życie. 

Czuła, że to jest właściwe. 

William  podszedł  do  niej.  Ujął  jej  dłoń  w  swoje.  Miał  silne,  długie,  szczupłe  palce. 

Nie były to dłonie arystokraty, a raczej człowieka pracującego fizycznie. 

Wyciągnął kolec. Ucałował rankę, jaką pozostawił. Zlizał jej krew ze swoich warg. 

- Może trochę za późno na zrywanie kwiatów o tej porze roku - powiedział. Pochylił 

się jednak i ułamał zeschnięty pączek róży. Obłamał z niego kolce i podał Mai. 

- Smutno patrzeć, jak wystają spod śniegu w zimie - powiedziała. - Powinny stać w 

cieple. One też żyją... 

William położył jej ręce na ramionach. Patrzył tylko na nią. 

background image

- Ta twoja chęć opiekowania się wszystkim, co żyje, Mario! Tym, co małe... 

Pocałował ją w czoło. I puścił. Otworzył skrzypiące drzwi do altany. Powinno się je 

naoliwić przed wiosną, pomyślała. 

Maja weszła za mężem do środka. 

Wszystko się tu zmieniło za sprawą mrozu i śniegu, choć przeszklony dom był niby 

ten sam. 

Słońce lata czyniło z niego ogród. Kolorowe szybki przypominały kwiaty. 

Zima  miała  mroźne  światło.  Odsłaniała  wszystko  to,  co  lato  skrywało.  Ostre  cienie 

zamiast łagodnych. Biel i błękit. 

Maja zadrżała. 

-  Czy  kiedykolwiek  zajmiesz  się  w  ten  sposób  trochę  większymi?  -  spytał  William, 

stojąc  zwrócony  w  stronę  zatoki  i  jej  niebieskiej  wody.  -  Czy  kiedykolwiek  zajmiesz  się  z 

takim ciepłem kimś tak dużym jak ja? 

Pytanie zostało wypowiedziane cicho i z takim cierpieniem, że ostry ból przeszył serce 

Mai. 

Czyżby aż tak go zaniedbywała? 

Odłożyła suchy pączek róży. 

Wiele  czasu  poświęcała  Ailo.  Łączyły  ich  mocne  i  nierozerwalne  więzy.  Byli 

rodzeństwem. Czuła, że jej potrzebuje. Tak za nim tęskniła... 

Wiele czasu zajmowała jej Anna Kajsa. Dziewczyna była nieszczęśliwym ptaszkiem, 

który  także  potrzebował  jej  troski.  Tym  bardziej  że  broniła  się  przed  nią.  Maja  starała  się 

zdobyć jej zaufanie, okazać dziewczynie, że jej na niej zależy. Że chce jej pomóc... 

No  i  Henrik.  Wymagał  wiele  uwagi  i  miał  do  tego  prawo.  Był  ich  dzieckiem. 

Potrzebował  jej  bardziej  niż  kogokolwiek  innego.  Wydawało  jej  się,  że  William  się  z  nią 

zgadza w tej kwestii... 

Narodziny  Aili  wszystkich  odmieniło.  Jedno  przez  drugie  starali  się  zaskarbić  jej 

względy. Wszyscy byli zakochani w malutkiej. A jednocześnie pamiętali o Karlu i dbali, by 

nie czuł się odsunięty z powodu siostrzyczki. 

Dokoła  ktoś  czegoś  od  Mai  oczekiwał,  a  ona  ze  wszystkich  sił  starała  się  temu 

sprostać. 

A  czasami  wykradała  chwile  tylko  dla  siebie,  gdy  uciekała  do  lasu,  by  pomyśleć. 

Zatopić się w myślach, całkiem sama. Był to czas dla jej duszy. 

background image

Ale  gdzie  w  tym  wszystkim  był  William?  Jedli  razem,  siedząc  naprzeciwko  siebie. 

Razem cieszyli się synem. Leżeli we wspólnym łożu. Czasem się kochali w ciemności. Ale 

rzadko. Maja nie mogła sobie przypomnieć, kiedy stało się to ostatni raz. Zawstydziła się. 

To było miejsce Williama w jej życiu?! 

-  Czy  jest  dla  mnie  nadzieja,  Mario?  -  spytał.  -  Czy  jest  dla  mnie  miejsce  w  twoim 

ż

yciu? 

Chciało jej się płakać. 

William po prostu był. 

Tak  to  czuła.  Tak  było  zawsze.  Bo  William  kochał  ją  bez  zastrzeżeń.  William 

przeszedłby dla niej przez ogień. William ją uwielbiał. 

Odbierała  to  jako  rzecz  oczywistą.  Uważała,  że  tak  będzie  zawsze.  Że  będzie  się 

trzymał w cieniu. Ze nic, co ona uczyni, nie zmieni jego uczuć. 

Liczyła na to, że życie tak właśnie będzie wyglądać. Że ona będzie tęskniła za czymś, 

czego już nawet nie umiała nazwać. A William będzie się do niej dostosowywał. 

Naiwne? 

Może. 

Ale było też inne słowo, które dużo lepiej oddawało tę sytuację. Gdy przyszło Mai na 

myśl, zadrżała. 

Okrucieństwo. 

Albo chłód uczuciowy. 

Czy  to  taka  miała  być?  Czy  to  tymi  słowami  chciała  siebie  określać  w  chwilach 

szczerości? 

- Nie rozumiem, jak ty ze mną wytrzymujesz... - powiedziała. 

Może  usłyszał  w  jej  głosie,  że  właśnie  odrzuca  swą  maskę,  bo  odwrócił  się 

gwałtownie. Objął ją i przytulił mocno. 

Policzek oparł o jej głowę. Ogrzewał ją. 

-  Ja  chcę  tylko  móc  cię  kochać  -  rzucił  zdesperowany.  -  Chcę  wiedzieć,  że  jesteś 

otwarta na to, co czuję do ciebie. Jeśli nie, to wszystko traci sens... 

-  Nie  chciałam  się  od  ciebie  odsuwać  -  zapewniła  sztywno.  Słowa  jakby  raniły  jej 

wargi.  Ich  wypowiadanie  bolało,  ale  jeszcze  gorsze  byłoby  przemilczenie.  -  Skrzywdziłam 

cię, Williamie... ale musisz wiedzieć, że nigdy tego nie chciałam. Nie robiłam tego świado-

mie. To była taka bezmyślność bez serca... 

Zaśmiał się głucho. 

background image

-  Gdybym  kiedykolwiek  przypuszczał,  że  robisz  to  świadomie,  udusiłbym  cię 

własnymi rękami. A potem sam się zabił. W nadziei, że po tamtej stronie będziesz dla mnie 

łaskawsza. - Uśmiechnął się. - Wiem dobrze, że nie robiłaś tego świadomie, Mario. Ale to i 

tak strasznie boli. Bezdomnemu psu ofiarowałabyś więcej uwagi niż mnie. 

Oparł czoło o jej czoło i spojrzał prosto w oczy. 

-  Potrzebuję  więcej  niż  tylko  od  czasu  do  czasu  otwartych  ramion  i  rozsuniętych 

kolan... 

Maja zaczerwieniła się gwałtownie. 

Trafił. 

To tak właśnie było. Wiedziała o tym najlepiej. 

Czasami,  gdy  zaczynało  ją  gryźć  sumienie,  wykupywała  się  miłością  fizyczną. 

Zamykała  oczy  na  to,  że  jej  samej  sprawiała  ona  przyjemność.  Każdemu  fragmentowi  jej 

ciała. 

Była jego kobietą. I zapominała, że też potrzebowała mężczyzny. 

-  Wiem  -  odpowiedziała  suchymi  ustami.  William  pocałował  ją  lekko.  Tak  samo 

ciepło i uważnie jak zwykle. 

Maja nie zamknęła oczu. Odsunęła myśli od kochanka, który był jednocześnie Reijo i 

Simonem,  i  Heino,  i  Williamem.  Który  był  rycerzem,  bogiem  i  świętym  -  i  był  równie 

nierzeczywisty. Oderwała się od tych rojeń, które niebezpiecznie często pochłaniały ją, gdy 

obejmowały ją ramiona Williama. 

Zorientowała się ze zgrozą, że tylko w altanie kochała się z samym Williamem. Poza 

tym  zawsze  otaczały  ją  ramiona  tego  kochanka  z  marzeń.  Jemu  dawała  więcej  z  siebie  niż 

Williamowi. 

Ale teraz całowała właśnie Williama. 

- Czym ja właściwie jestem dla ciebie, Mario? - Nie puścił jej. Trzymał ją mocno przy 

sobie. - Co we mnie lubisz? Dlaczego ze mną jesteś? 

-  Dajesz  mi  bezpieczeństwo  -  odpowiedziała  ostrożnie.  Starała  się  być  naprawdę 

szczera.  Nie  chciała  go  zranić,  ale  też  nie  chciała  kłamać.  -  Jesteś  jak  opoka.  Jesteś  ojcem 

mojego syna. Dałeś mi dom, otoczyłeś dobrobytem, o jakim nigdy nie śniłam. Jesteś dobry. 

Silny... 

Uśmiechnął się smutno. 

-  Pożądasz  mnie?  Lubisz  moje  ciało?  -  spytał.  Nigdy  tak  nie  rozmawiał  z  żadną 

kobietą. Pragnął, by pomiędzy nimi powstało tyle zaufania, żeby byli w stanie i o tym mówić. 

background image

Maja  zamrugała  oczami.  Przytuliła  się  do  niego  jeszcze  mocniej,  mimo  że  teraz  nie 

mogła już na niego patrzeć. Był od niej o tyle wyższy. 

- Tak - odparła szczerze. - Gdy nie jestem tak zajęta wszystkim innym, gdy mam czas, 

by żyć i słuchać siebie, William, wtedy ciebie pożądam... 

- Czy to dlatego boisz się mieć czas? - spytał szeptem William. - Dlatego starasz się 

być zawsze zajęta? 

Dlatego jest tak, że mamy tak mało czasu tylko dla siebie? Boisz się być sama ze mną, 

Mario? Boisz się mnie pożądać? 

Maja przełknęła kilkakrotnie ślinę, zanim mogła odpowiedzieć: 

- Chyba tak... 

Czuła,  jakby  dopiero  teraz  to  sobie  wyraźnie  uświadomiła.  Rojenia  nie  były  już 

niebezpieczne. 

Łatwo  było  zakochać  się  w  osobach,  które  żyły  tylko  w  jej  marzeniach.  Robiły  to, 

czego ona po nich oczekiwała. Mogła zmieniać bieg wydarzeń, aż wszystko działo się wedle 

jej życzenia. 

Ale  życie  było  ciągiem  chwil  wplątanych  w  siebie.  Chwilami,  które  się  właśnie 

przeżywa. Można je zepsuć lub uczynić pięknymi. 

Ż

ycia nie da się przeżyć jeszcze raz. 

Nie można go cofnąć, mówiąc, że źle wyszło. Że się chce znów przeżyć te chwile, ale 

w inny sposób. 

Prawdziwi  ludzie  byli  tylko  sobą.  Nie  mogła  ich  upiększyć  ani  zmienić,  by  jej 

pasowali. 

Byli żywi. Na dobre i na złe. Także czynili dobrze i źle. 

I oni stawiali jej wymagania. 

Oczywiście, że trudno było kochać prawdziwego mężczyznę. 

Ale  zaczęła  dostrzegać,  że  mogło  to  być  także  piękne.  Że  w  tym  też  było  niebo. 

Zrozumiała to, będąc z Heino. 

On nigdy nie pozwolił jej na snucie marzeń. Zmusił ją, by go dostrzegała. I poczuła do 

niego ciepło. Dużo ciepła. 

Kochała Heino, pomimo że nie było to uczucie łatwe. Było w nim dużo bólu... 

William nigdy nie stawiał jej wymagań. William tylko czekał i miał nadzieję. Aż do 

teraz. 

- Boję się pokochać cię za mocno - wyrwało się jej. 

- Żeby nie zaznać cierpienia? Pokiwała głową. 

background image

Stanął jej przed oczami Reijo. Czekał ponad dziesięć lat na kobietę, która nigdy nie 

powróciła. 

To była jej szkoła miłości. 

-  Nigdy  bym  nie  mógł  cię  zranić  -  powiedział  William  z  powagą  w  głosie.  -  Wiele 

razy o tym myślałem, bo sprawiałaś mi taki ból. Twoje oddalenie, twój chłód... to mnie raniło, 

Mario.  I  muszę  przyznać,  że  chciałem  móc  zranić  cię  tak  samo.  Zrobić  ci  coś  takiego,  byś 

poczuła  to  samo  co  ja.  Ale  nie  mogłem.  Po  prostu  nie  mogłem.  I  nie  sądzę,  żebym 

kiedykolwiek mógł. 

-  Dlaczego?  -  spytała,  zagubiona.  Jego  wyznanie  zabolało  ją.  -  Dlaczego  jesteś  dla 

mnie taki dobry, Williamie? 

- Dlatego, że cię kocham. Moja miłość taka jest. Ale nie mogę bez końca tylko dawać 

i  dawać  bez  nadziei,  że  otrzymam  coś  w  zamian.  Coś  innego  niż  tylko  czasami  otwarte 

ramiona. To przyprawia o poczucie większej pustki niż bycie bez ciebie. 

- Szczere słowa... 

- Jesteśmy przyjaciółmi? Maja pokiwała głową. 

- Oprócz Ailo ty jesteś moim najlepszym przyjacielem - wyznała. 

Musnął ustami jej czoło. 

-  Obiecaj  mi,  kochana  Maju,  że  pozwolisz  mi  być  swoim  najlepszym  przyjacielem. 

Ailo to twój brat. Ja jestem twoim mężem. Od tej pory będę bardzo wymagającym mężem. 

Chcę ciebie całej. Chcę mieć cale twoje zaufanie. Chcę, abyś to do mnie szła jako do pierw-

szego. Ailo to zrozumie. Ucieszy się, gdy pomiędzy nami będzie więcej ciepła. Twój brat ma 

wielkie serce. 

- Czy wiesz, że nazwałeś mnie Mają? 

Spojrzał na nią zdumiony. Pamiętał, że to on właśnie zaczął mówić na nią Maria, tak 

jak była ochrzczona. Sądził, że to do niej pasowało. 

Teraz zrozumiał, że się mylił. Uśmiechnął się lekko. 

- Pewnie tak. Pozostali przecież tak cię nazywają. Czy myślisz czasem o sobie jako o 

Marii? 

Potrząsnęła głową. 

-  A  więc  zawsze  już  będziesz  dla  mnie  Mają  -  obiecał.  -  Od  tej  pory  zacznę  cię 

zdobywać,  moja  miła.  Cały  mój  czas  poświęcę  na  zaloty  do  kobiety,  w  której  się  tak 

szaleńczo zakochałem. Nie dam jej najmniejszej nawet możliwości, by się wycofała. 

Maja zaśmiała się. Poczuła się znów młoda. Pomyślała, że zima może nie będzie tak 

trudna do przetrwania. 

background image

- Przecież to nie wiosna, Williamie. Chyba pomyliły ci się pory roku... 

Potrząsnął głową. 

- Nam będzie gorąco, moja piękna. Tak gorąco, że stopimy śnieg. Będzie tak gorąco, 

ż

e  twoje  róże  rozkwitną  spod  śniegu.  Wszyscy  będą  myśleć,  że  to  noc  świętojańska,  a  nie 

Nowy Rok... 

- Ta kobieta, którą kochasz... - rzuciła Maja - ...czuję, że ona ma męża. Czy on niczego 

nie zauważy? 

Uświadomiła sobie, że z nim flirtuje! Po raz pierwszy w życiu. 

Nigdy nie było czegoś takiego pomiędzy nią a Simonem. Ani Heino. 

To było coś całkiem nowego. Nowego i ekscytującego... 

- Jej mąż jest tak zaślepiony miłością do tego wspaniałego stworzenia, że nic a nic nie 

zauważy - wyszeptał William. 

Ich pocałunki stały się bardziej gorące. Maja nie miała nic przeciwko temu. 

Przez  moment  spojrzały  na  nią  inne  oczy.  Oczy  z  marzenia.  Ale  odgoniła  je. 

Rzeczywistość okazała się tak cudownie podniecająca, że nie potrzebowała marzeń. William 

sprawiał jej więcej niespodzianek niż jakiekolwiek fantazje. 

-  Chciałbym  się  teraz  z  nią  umówić  -  wyszeptał  William.  -  Wieczorem  zamierzam 

pójść  do  jej  sypialni  i  dobrze  napalić  w  kominku.  Przemycę  butelkę  dobrego  wina  i  dwa 

kryształowe kieliszki z salonu. Czy ona się tam ze mną spotka? 

Maja pokiwała głową. 

- A co się tam stanie? - spytała, także szeptem. 

- Uwiodę ją - odparł, pewny siebie. - Sprawię, że zajdzie ze mną w ciążę. 

Uściskała go, śmiejąc się gardłowo. To było szaleństwo - umawiać się na potajemną 

schadzkę z własnym mężem jak z sekretnym kochankiem. 

Ale jeśli nawet szaleństwo, to cudowne. Cudowne i oszałamiające. 

- Ona tam będzie - obiecała. - Możesz na to liczyć. 

background image

POSŁOWIE 

Maja i William naprawdę zbliżyli się do siebie. Nie Maria i William. 

Coś  tak  banalnego  jak  inna  forma  imienia  mogło  budować  mury  pomiędzy  ludźmi, 

stwarzać różnice tam, gdzie ich być nie powinno. 

Zachowywali  się  jak  zakochani.  Posyłali  sobie  wymowne  spojrzenia  przy  innych. 

Potrafili uciec w środku dnia, by gdzieś pod schodami obejmować się namiętnie i. całować do 

utraty tchu. 

Mogli  iść  razem  wzdłuż  plaży  ze  splecionymi  dłońmi,  gonić  się  jak  dzieci  tuż  przy 

linii wody, by potem upaść na śnieg czy zeschłą trawę i poddać się pieszczotom gorętszym 

niż słońce w środku lata. 

Naprawdę się zbliżyli. 

Razem omawiali kwestie interesów. Maja już wcześniej, gdy była żoną Heino, czuła, 

ż

e ma do tego smykałkę. Potem nie miała okazji wykorzystania tych zdolności. Gdy William 

powrócił  z  wygnania,  przejął  wszystko.  Było  to  oczywiste.  Nigdy  jej  nie  spytał,  czy  może 

chciałaby dalej coś robić. 

A  Maja  nigdy  nie  zdradziła,  że  brak  jej  zajęcia.  Nie  chciała  go  kompromitować  w 

oczach  innych.  Dbała  tylko  o  to,  by  wzorowo  spełniać  obowiązki  gospodyni  domu,  bo 

myślała, że tego właśnie po niej oczekuje. 

Choć nie do końca zadowoleni, żyli tak, udając, że wszystko jest w porządku. 

Teraz byli szczęśliwi. Wspólna praca dawała im więcej okazji do rozmów. Łączyło ich 

więcej niż tylko dom i syn. 

Właściwie  mieli  ze  sobą  wiele  wspólnego.  Może  to  wcześniej  przeczuwali.  Ale  tak 

zastygli w swoich rolach, że w końcu zaczęły im ciążyć jak kajdany. 

Teraz  wszystko  się  zmieniło.  Dzielili  ze  sobą  pracę.  Razem  spędzali  czas  z  synem. 

Razem żartowali. Flirtowali ze sobą. Nie obchodziło ich, czy inni to zauważają. 

Nie istniało nic, czego powinni się wstydzić. 

To była ich mała gra. 

Ona ich związała. 

I już nie mijały tygodnie pomiędzy zbliżeniami ich ciał. I to nie dlatego, że któreś z 

nich miało wyrzuty sumienia, ale dlatego, że oboje tego chcieli. 

Coś zaczęło kiełkować w sercu Mai. Coś, o czym wprost bała się myśleć. 

background image

Był  to  kwiat,  który  długo  czekał,  by  wychylić  głowę  z  ziemi.  Ostrożny,  delikatny, 

mały kwiat. 

Ale ona ochraniała go tak, jak dbała o róże, które zasadziła matka Williama. 

Był  równie  rzadki,  ale  o  wiele  piękniejszy.  Postanowiła,  że  przetrwa  przez  całe  ich 

ż

ycie. 

Opowiedziała o nim Williamowi tak, jakby opowiadała bajkę. 

Zrozumiał ją i nie naciskał, by wyrzekła na koniec te słowa, na które tak czekał. 

Wiedział, że przyjdą same. 

Dopóki oboje będą dbali o tę delikatną roślinę w jej sercu, sama wyrośnie. 

Miał czas, by czekać. Wiedział, że ona kiedyś rozkwitnie. 

Miał teraz coś więcej niż tylko nikłą nadzieję. To już się zaczęło dziać. Ale wymagało 

czasu. Najpierw w sercu Mai musiała nastąpić wiosna. 

- Coś jeszcze we mnie rośnie - zdradziła mu dalszą część bajki. 

Był bardzo wczesny ranek. Nikt jeszcze nie wstał. Poza nimi wszyscy spali. 

William na wpół uniósł się z posłania i oparł na łokciu. Wpatrzył się w pełną napięcia 

twarz żony. Ujrzał błyszczące oczy, które teraz wydawały się bardziej miodowe niż brązowe. 

- Będziemy mieli dziecko - powiedziała, splatając dłonie na brzuchu. - Późnym latem. 

Naprawdę udało ci się. Wtedy w altanie obiecałeś mi, że mnie uwiedziesz i sprawisz, że zajdę 

w ciążę... 

-  ...  i  wszystko  mi  się  udało?  -  Uśmiechnął  się  szeroko.  Porwał  ją  w  ramiona  i 

pocałował długo i delikatnie. - Tak, ta altana to niebezpieczne miejsce... 

Zaśmiali się. To był ich cichy poranek pełen szczęścia. 

Humor  zepsuł  im  Marcus  Runefelt,  który  przybył  po  południu  z  niespodziewaną 

wizytą. 

Był jak zwykle pełen życia i siły. Niebezpiecznie energiczny, gotów do przestawiania 

ludzi jak pionki na swojej szachownicy. 

Sprawa  dotyczyła  jego  nieślubnej  córki,  ale  nawet  o  nią  nie  spytał.  Zresztą  ona 

odmówiła z nim spotkania. 

Rozmawiał z Williamem i Mają. 

- Anna Kajsa powinna wyjść za mąż - oświadczył. - Ale krążą o niej plotki. Nie mogę 

więc się spodziewać, że znajdę odpowiednią dla niej partię, nawet jeśli uznam ją oficjalnie za 

córkę. 

- Chcesz nawiązać nowe przyjaźnie poprzez jej małżeństwo? - spytała Maja niewinnie. 

Przytaknął. 

background image

-  Nie  ma  w  tym  nic  złego  -  zapewnił.  -  Wszyscy  tak  robią,  no,  prawie  wszyscy...  - 

Spojrzał znacząco na syna. 

Maja  nie  przejmowała  się  już  opinią  teścia,  bo  stanowili  z  Williamem  jedność. 

Ponieważ zawsze będą razem, związani mocniej niż tylko przysięgą złożoną w pośpiechu z 

mniejszym lub większym przekonaniem. 

Marcus Runefelt powiedział im, kogo ma na myśli. 

Ów mężczyzna niedługo skończy pięćdziesiąt lat i już zamęczył dwie żony. Urodziły 

mu tylko córki, więc teraz miał nadzieję, że młodsza żona może obdarzyć go synami. 

-  Anna  Kajsa  nie  będzie  klaczą  rozpłodową  dla  jakiegoś  starego  dziada!  -  syknęła 

Maja. 

William  przypomniał  sobie,  jak  Anna  Kajsa  z  całym  przekonaniem  zapewniała,  że 

nigdy nie będzie miała dzieci. 

Marcus Runefelt wzruszył ramionami. 

- Jeżeli znajdziecie dla niej inną partię, zanim ten rok się skończy, nie będę się upierał. 

Jeśli tak się nie stanie, wtedy dziewczyna wyjdzie za tego, kogo ja wybiorę. Jestem jej ojcem i 

ja decyduję. 

Porozmawiali o tym z Anną Kajsą. Płacząc, błagała o litość. Wolała tego, kogo oni jej 

wybiorą, niż kandydata ojca. 

Ale młodzi kandydaci na narzeczonych nie rosną na drzewach... 

Anna Kajsa wzięła sprawę w swoje ręce. Zebrała całą odwagę i poszła do Ailo. 

On wiedział o wszystkim. Myślał o dziewczynie z troską. Była już zabawką w rękach 

mężczyzn i teraz miałaby znów nią zostać? Na samą myśl o takim rozwiązaniu burzyła się w 

nim krew. 

-  Czy  ożenisz  się  ze  mną?  -  spytała  po  kilku  próbach  rozpoczęcia  rozmowy  na 

obojętne tematy. 

Ailo  spojrzał  na  nią  znad  roboty,  potem  znów  na  swoje  dłonie.  Trzymał  w  nich  jej 

bratka, za którego wreszcie się zabrał. 

- Najwyraźniej mówisz poważnie - stwierdził, odkładając pracę. Usiadł naprzeciwko 

dziewczyny i spojrzał jej prosto w oczy. Niewielu osobom się to udawało. 

Anna Kajsa pokiwała głową. 

- Dlaczego ja? - spytał. 

- Bo cię lubię. 

- Do małżeństwa potrzeba trochę więcej... 

background image

-  Ty  wiesz  o  mnie  wszystko  -  rzekła  z  trudem.  Już  nie  patrzyła  na  niego.  - 

Opowiedzieli ci. Ja też. Wiesz o mnie wszystko, Ailo. Wiesz, że nie zniosę myśli o... Każdy 

inny mężczyzna by mnie do tego zmusił. A wtedy bym go znienawidziła. Ty jesteś jedyny... 

- ... który by cię do niczego nie zmuszał? - Ailo schwycił ją za ręce. - Nawet nie wiesz, 

na ile to jest prawda, Anno Kajso! 

Popatrzyła na niego pytająco. 

- Nigdy bym cię nie zmusił, mała. Nie byłbym w stanie. 

Niezbyt dobrze go zrozumiała. 

-  Po  wypadku  miałem  kilka  kobiet.  To  nie  była  miłość,  tylko  coś  brutalnego  i 

mrocznego.  Byłem  do  tego  zdolny  tylko  wtedy,  gdy  się  mocno  upiłem,  na  granicy 

przytomności.  Te  kobiety  interesowały  się  mną  jako  mężczyzną  bez  twarzy...  -  Ścisnął  jej 

dłonie.  -  Nie  jestem  z  tego  dumny.  Nienawidzę  siebie  za  te  chwile.  Prawda  jest  taka,  moja 

przyjaciółko, że ja nie mogę... Jestem, jak to elegancko określają, impotentem. Lubię cię. Ale 

nigdy nie będę w stanie dać ci miłości fizycznej. Nigdy nie będę mógł nauczyć cię pieszczot 

ani cieszyć się tobą jako kobietą. 

- Ja tego nie potrzebuję  - odparła, nadal nie patrząc na niego. Policzki jej płonęły. - 

Nie potrzebuję. Nie dałabym rady. Nienawidzę samej o tym myśli, Ailo. 

- Jeżeli wyjdziesz za mnie, twoje życie będzie tego pozbawione. 

Pokiwała głową. 

- Wiesz, że właściwie jestem żonaty? 

- To nic nie znaczy. Ona ma innego męża. Ailo westchnął. 

- Najgorsze, że bardzo cię lubię, mała. Chciałbym chronić cię przed całym złem tego 

ś

wiata. Nienawidzę myśli, że mogłabyś stać się zabawką dla... 

- Ożenisz się ze mną? 

Długo na nią patrzył. Na swoją przyszłość. Wreszcie skinął głową. 

- Tak. 

Marcus Runefelt dotrzymał słowa. Pozwolił Annie Kajsie na to małżeństwo, bo nadal 

trwał stary rok. A może jej jednak współczuł? 

A  więc  Knut  wreszcie  dokończył  swój  list.  Opowiedział  w  nim  także,  że  Maja  i 

William spodziewają się dziecka. Ze są szczęśliwi. 

Napisał, jakie imię nadali swej córce, i po kim. I opowiedział, że niedawno wyprawiali 

wesele.  Młodsza  siostra  Williama  wyszła  za  swego  wybranka:  zdolnego  złotnika,  którego 

wszyscy bardzo lubią. 

Właśnie miał zapieczętować list, gdy nadszedł Ailo. Poprosił go o dopisek. 

background image

-  Namów  Idę  i  Sedolfa,  by  nas  odwiedzili.  By  wzięli  ze  sobą  chłopca.  Napisz,  że 

chcecie go poznać... 

- Jesteś tego pewien? Ailo pokiwał głową. 

- Rozmawialiśmy o tym z Anną Kajsą. Mikkal jest moim jedynym dzieckiem, bo nie 

będę miał ich więcej. Muszę go zobaczyć. Nie pokażę się im na oczy, to się jakoś da urządzić. 

Tylko o to proszę. Napisz, by przyjechała, Knut! Napisz tak, by nie odmówiła! 

Knut usłuchał. 

Nazwał to „ostatnią okazją ich spotkania”. Spotkania rodzeństwa. 

Nie sądził, by Ida się nie zgodziła. 

Starannie zapieczętował list przed jego długą podróżą na północ! 

Powinni go dostać przy okazji wiosennego jarmarku.