background image

BENTE PEDERSEN 

CHŁODNY BLASK 

background image

- Witaj w domu, Raiju Kesaniemi! Reijo uśmiechnął się łagodnie, objął żonę mocniej i 

na moment przytulił się czołem do jej czoła. 

Tego  grudniowego dnia  1751 roku rankiem wzięli ślub. W obecności pastora złożyli 

uroczystą przysięgę małżeńską. Z rodziny towarzyszyli im jedynie Ida i Matti, bo Raija, która 

nigdy  nie  przejmowała  się  tym,  co  powiedzą  ludzie,  nie  zgodziła  się,  by  zabierać  z  sobą 

dzieci. O tej porze roku wyprawa na drugą stronę fiordu nie należała do przyjemności. 

-  A  więc  znów  powróciliśmy  do  punktu  wyjścia  -  powiedziała  Raija,  kiedy  łódź 

przybiła  do  wschodniego  brzegu  fiordu  Lyngen.  Na  niewielkim  pagórku  na  cyplu  stała 

drewniana chata, która od teraz miała stać się także jej domem, tak jak była już kiedyś, dawno 

temu, w innym życiu, zanim po raz pierwszy została panią Kesaniemi. 

Miała nadzieję, że tym razem ich związek przetrwa po grób, choć niczego już nie była 

pewna.  Z  południowego  wschodu  wiał  silny,  kłujący  w  policzki  wiatr  od  lądu.  Lodowaty 

oddech Finlandii. Taki wiatr sprowadza siarczysty mróz i przywołuje zorzę polarną, barwiącą 

pastelami  pogodne  niebo.  Mieniąca  się  kolorami  przejrzysta  poświata  rozbłyska  na 

granatowym aksamicie nieba jakby w odpowiedzi na błagania ciemnej nocy. 

Raija  ocknęła  się  z  chwilowego  zamyślenia.  Przepełniona  oczekiwaniem  podała 

mężowi otuloną rękawicą dłoń i odciskając w śniegu głębokie ślady, razem ruszyli pod górkę 

w stronę zabudowań. 

Tego pierwszego wieczoru nie zamierzali urządzać hucznego przyjęcia. Ale gdy zeszli 

się  najbliżsi,  niewielka  chata  ożywiła  się  gwarem.  Przy  starym,  wysłużonym  stole  zasiadła 

rodzina, dość liczna, by wypełnić chatę na cyplu. 

-  Weselisko  możecie  urządzić  na  Boże  Narodzenie  -  stwierdził  Sedolf  i  mrugnął  do 

Idy. - Na święta i tak przyrządza się dużo jedzenia, więc się nie wykosztujecie... 

Wszyscy  wybuchnęli  śmiechem.  Ogólna  wesołość  i  pogodny  nastrój  zdawały  się 

rozjaśniać wnętrze starej chaty. 

-  Ale  za  to  noc  poślubną  spędzicie  tu  tylko  we  dwoje  -  uśmiechnęła  się  Ida,  a  w  jej 

oczach pojawiły się błyski. Dla niej ten dzień był wyjątkowy. Przecież pobrali się jej rodzice! 

Co  prawda  formalnie  poślubieni  byli  już  wcześniej,  ale  po  tak  długich  latach  rozłąki 

postanowili  uczynić  to  na  nowo.  Raija  wystąpiła  w  kościele  w  Lyngen  jako  Raisa  Bykowa, 

Rosjanka.  Odbyło  się  to  niezupełnie  zgodnie  z  prawem,  być  może  dopuścili  się  grzechu,  w 

którym  i  ona  miała  swój  udział,  ale  ta  świadomość  nie  rzucała  cienia  na  jej  radość.  Nic  nie 

background image

przesłaniało jej uczucia spełnienia, uczucia, że oto w jej domu wszystko znalazło się wreszcie 

na swoim miejscu. 

-  Niepotrzebnie  postanowiliście  uciec  stąd  na  noc  -  uśmiechnął  się  łagodnie  Reijo,  a 

jego  dłoń  przykrywająca  ufnie  dłoń  Raiji  najlepiej  uzewnętrzniała  łączącą  ich  wspólnotę. 

Przyjaźń.  Przynależność  do  siebie,  której  nie  były  w  stanie  zniszczyć  nawet  długie  lata 

rozłąki. 

-  Nie  bądź  tego  taki  pewien!  -  odparł  Sedolf  znany  z  poczucia  humoru.  Zawsze  był 

duszą towarzystwa. Słowa płynęły z jego ust niczym na wiosnę lawiny w górach. - Kto wie? 

Może żenisz się już po raz ostatni? Postaraj się, byś miał co wspominać na stare lata, kiedy 

pokręci cię reumatyzm i nie będziesz mógł pozwolić sobie na te sprawy. 

-  Już  ja  zadbam  o  to,  by  żelazo  nie  zardzewiało  -  zapewniła  Raija,  podchwytując 

ż

artobliwy  ton.  -  A  co  do  reumatyzmu,  to  podejrzewam,  że  niejednego  młodzika  pokręci 

wcześniej niż mojego Reijo. 

Ś

miali się z tego, kiedy już zostali we dwoje, Raija i Reijo. Siedzieli przytuleni przy 

ogniu, wpatrując się w czerwonozłote płomienie i grzejąc się w ich cieple. 

- Nie powinniśmy się byli zgodzić, by zabrali Ivara - rzekła Raija. - Tak tu cicho bez 

niego! Nie chciałabym, żeby mały odniósł wrażenie, że go wypędziłam z domu. 

-  Ależ  on  jest  szczęśliwy!  Dla  niego  to  prawdziwe  święto,  że  może  przenocować  u 

Idy. 

Reijo ścisnął ramię Raiji. Nie było takie krągłe, jak zapamiętał. 

- Trzeba cię trochę podtuczyć. Obiecuję, że jak tylko znów będziemy mieli mleko od 

krowy, codziennie na śniadanie dostaniesz śmietankę. Co ty na to, mamuśka? 

-  Może  jeszcze  tran?  -  dodała  z  błyskiem  w  oku.  Nie  chciała,  by  w  ich  wzajemne 

relacje  wkraczała  zbytnia  powaga.  -  Wiesz  co,  Reijo  -  odezwała  się  po  chwili,  chwytając 

myśl, która ją nagle naszła, pewna, że Reijo zrozumie, o co jej chodzi. - Spośród wszystkich 

mężczyzn, z którymi przyszło mi żyć, najpogodniejsze wspomnienia zachowałam o tobie. To 

prawda,  choć  nie  raz  przeżywaliśmy  ciężkie  chwile.  Te  wspomnienia  mnie  uskrzydlają.  A 

teraz po latach znów rozświetliłeś moje życie i uczyniłeś mnie szczęśliwą. 

-  Naprawdę?  -  Reijo  objął  ją,  nie  zamykając  jej  jednak  w  uścisku.  Kąciki  jego  ust 

zrazu uniosły się lekko, a potem wargi rozchyliły się w szerokim uśmiechu. 

Ten mężczyzna miał takie szczere serce. Było w nim tyle ciepła. 

- Jak myślisz, czy czeka nas pogodna starość, Raiju? - zapytał. - Tyle już różnych pór 

roku  przeżyliśmy!  Zawsze  marzyłem  o  tym,  żeby  u  schyłku  mojego  życia  zapanowała 

background image

łagodna wiosna, nadzieja na słońce i ciepło. Nie jesień, z którą często kojarzy się starość. Jak 

myślisz, czy uda nam się uczynić z naszej starości wiosnę, Raiju Kesaniemi? 

- Podoba mi się ta myśl - odpowiedziała cicho, dojrzalsza niż za czasów ich pierwszej 

wiosny życia. 

Ten  nowy  początek  jest  inny.  Oboje  są  bowiem  bogatsi  o  doświadczenia,  które 

ofiarowało  im  życie.  Ubożsi  zaś  o  marzenia,  którymi  wypełnione  są  głowy  młodych  ludzi. 

Odarci  z  tylu  złudzeń.  Raija  za  wszystko  zapłaciła  wysoką  cenę.  Pogodziła  się  z  tym,  że  u 

Wielkiego Kupca nie można mieć kredytu. Walczyła o przetrwanie jak kwiat wyrosły wśród 

skał, nawet z cierpienia czerpiąc pożywienie. Powstawała za każdym razem, gdy spadały na 

nią  nieszczęścia.  Odpowiedzią  na  ciosy  były  nowe  pąki.  Kwitła  na  przekór  wszystkiemu 

nawet  podczas  ciemnej  polarnej  nocy.  Podnosiła  głowę  do  gwiazd,  zadowalając  się  nikłym 

blaskiem, jaki od nich bił, i zawsze dodawało jej to sił. 

Ale  teraz  potrzebuje  słońca!  Będzie  nadal  wypuszczać  pąki  i  rozkwitać.  Jednak  swe 

kwiaty pragnie przekazać wiośnie. 

-  Nie  będziemy,  Reijo,  przez  cały  czas  oglądać  się  za  siebie!  Byłoby  co  wspominać, 

ale to przecież już przeszłość. Nie wiem, czy chciałabym do tego sięgać... 

Od  czasu  gdy  Raija  wróciła  nad  fiord,  musieli  ożywić  wiele  upiorów  i  spojrzeć  im 

prosto w oczy. Dobrze by było więc w ciemnościach polarnej nocy zapalić świecę, skupić się 

na tym, co jest teraz, i popatrzeć przed siebie. 

Trudno  jednak  całkiem  przestać  oglądać  się  wstecz,  gdy  wokół  tylu  ludzi,  którzy 

wiązali ich z przeszłością, ludzi wprost z ich wspólnych wspomnień, i przebłyski życia, jakie 

dzielili. 

-  Tyle  jest  różnych  odmian  miłości  -  uśmiechnął  się  Reijo,  wtulając  twarz  we  włosy 

ż

ony,  świadom,  że  używa  jej  własnych  słów.  Może  wyrzekł  je  do  otaczających  ich  cieni, 

pragnąc,  by  zblakły  pod  wpływem  owej  magicznej  formuły?  -  Potem  nastanie  wiosna  i 

pójdziemy  w  stronę  światła,  Raiju.  Jak  myślisz,  zdążymy  ze  wszystkim,  co  powinniśmy 

zrobić? 

-  Ty  także  czujesz,  że  nie  pozostało  nam  dużo  czasu?  -  Pytanie  padło  znienacka, 

dotykając tego, czego Reijo nie chciał wiedzieć. 

- Dość dawno już mieliśmy po piętnaście i siedemnaście lat, kochanie! Wprawdzie z 

tobą czas obszedł się łaskawie, ale nie ma co się oszukiwać. 

Nie  pomyślała  o  tym.  Minęły  czasy  kłamstw,  przemilczeń,  zdrady.  To  był  nowy 

początek, otwarcie ku światłu, ku harmonii. 

background image

-  Mało  komu  dane  jest  spróbować  tylu  odmian  życia  -  rzekła  Raija,  uśmiechając  się 

lekko. I chociaż nie chciała oglądać się wstecz, to przecież miała w pamięci wszystkie swoje 

początki, a także schyłki każdej z tych rzeczywistości. 

Rany. 

Nie pielęgnowała ich, a jednak udało jej się uniknąć zakażenia i bólu. 

Zrastały  się  i  zabliźniały  za  każdym  razem,  gdy  postanawiała  o  nich  zapomnieć  i 

zacząć wszystko od nowa. 

Ż

yła, istniała, oddychała - na przekór wszystkiemu. 

Zachrzęścił śnieg, rozległy się kroki na schodach, a potem usłyszeli pukanie. 

Raija nie ruszyła się z miejsca, Reijo niechętnie skierował się do drzwi. Nocny chłód 

uderzył go w twarz. Naoliwione świeżo zawiasy nie sprzeciwiły się głośnym jękiem. 

Na progu stali zakłopotani dwaj mężczyźni, Nikołaj i Henrik. Dotknęli czapek, ale nie 

zdjęli ich, bo na dworze panował siarczysty mróz. Obaj mężczyźni byli  dostatecznie leciwi, 

by  pamiętać  zdarzenia  sprzed  wielu  lat.  Na  ich  oczach  Reijo  wyrósł  na  mężczyznę.  Dobrze 

znali  Anttiego  Kesaniemi.  Należeli  do  załogi  Kristiana  Elvejorda.  Pamiętali  nieszczęście, 

jakie  dotknęło  jego  syna.  Pamiętali  też  dziewczynę,  którą  wzięło  na  wychowanie  stare 

bezdzietne  małżeństwo  z  wioski.  Dziewczyna  żyła  we  wspomnieniach  miejscowych  ludzi 

przez minione lata. 

Nikołaj i Henrik rozpoznali ją. I nie oni jedyni. 

- Przyszliśmy tutaj, żeby życzyć wam szczęścia - odezwał się Henrik, odchrząknąwszy 

kilkakrotnie. Zwykle był bardzo rozmowny, ale trudno mu było dobrać właściwe słowa w tak 

podniosłej chwili. Mimo przejmującego mrozu czuł, jak ogarnia go uroczysty nastrój. 

Reijo  stał  nieporuszony  i  wpuszczał  do  środka  mroźną  noc.  Zima  pieściła  ściany  z 

drewnianych bali. Do otwartych drzwi powoli podeszła Raija. Na schodach zobaczyła dwóch 

mężczyzn w podeszłym wieku. Z nimi związane były jej pierwsze wspomnienia ze Skibotn. 

-  Postąpiłeś,  Reijo,  odważnie  i  pięknie!  Twój  ojciec  byłby  z  ciebie  dumny  -  rzekł 

Nikołaj bardziej z podziwem niż z przekonaniem. 

- Chcieliśmy wam powiedzieć, że wieś stoi po waszej stronie - dodał Henrik. - Nikt z 

zewnątrz nie dowie się o niczym. 

- Potrafimy troszczyć się o swoich - wtrącił Nikołaj. Zwykle niezbyt rozmowny, teraz 

w ciemności wyraźnie rozgadał się. 

Reijo  uścisnął  mocno  dłoń  Raiji.  Poczuła  ciepło  płynące  od  niego,  a  także  od  tych 

dwóch staruszków, którzy pomimo skrępowania przybyli z taką wieścią. 

background image

Raija  i  Reijo  mieli  nadzieję,  że  wieś  ich  nie  odrzuci,  czuli  to,  słyszeli  krążące 

opowieści. Zaryzykowali, zresztą nie mogli postąpić inaczej. 

-  Dzięki!  -  rzekła  Raija  wzruszona  i  ucałowała  zarówno  Henrika,  jak  i  Nikołaja, 

wprawiając ich w jeszcze większe zakłopotanie. 

- Tak, no to właściwie tyle chcieliśmy rzec... 

Czarno odziani, już się zbierali, by zatopić się ponownie w ciemnościach grudniowej 

nocy. Wrócić do domu, zanim całkiem wygaśnie żar w palenisku. Obaj byli wdowcami. Nikt 

już  na  nich  nie  czekał  w  chałupie.  Może  chłód  w  żołądku  rozgrzeją  kilkoma  łykami 

lodowatego ognia z butelki. 

-  O,  nie  wypuścimy  was  bez  weselnego  toastu!  -  wyrzekł  Reijo  zbawienne  słowa, 

które rozładowały sytuację. 

Pośpiesznie  podszedł  do  szafki  w  kącie  izby,  gdzie  specjalnie  na  tę  okazję  ukrył  coś 

mocniejszego. 

- Wejdźcie, chłopy! 

Krygując  się  nieco,  przyjęli  zaproszenie.  Zatrzymali  się  jednak  tuż  za  progiem, 

tłumacząc, że nie chcą zadeptać wyszorowanej do białości podłogi. 

- Jeszcze by tego brakowało, żeby gospodyni w noc poślubną czyściła po nas plamy! - 

oznajmił Henrik stanowczo i obaj zaśmiali się serdecznie z tych śmiałych słów. 

Raija  roześmiała  się  wraz  z  nimi.  Podała  im  kubki,  które  Reijo  napełnił 

wspaniałomyślnie po brzegi. 

- Nie co dzień człek się żeni - wyjaśnił. Sam przechylił butelkę i dodał: - Chociaż ja 

nie mogę narzekać, bo dostałem więcej niż przeciętni śmiertelnicy. 

Wznieśli toast za szczęście i powodzenie. Za ryby w morzu i dobre plony. Za smołę z 

drewna  i  sidła  pełne  zwierzyny.  Potem  jeszcze  dołączyli  toast  za  upadek  wójta  i  za  to,  by 

szlag trafił poborców podatkowych. 

W mrocznych ścianach chaty zrobiło się jakby jaśniej. 

- A może doczekamy, że na cyplu znów rozlegnie się dziecięcy gwar? Reijo przecież 

jeszcze  jest  taki  dziarski  i  młody!  -  rzucił  Nikołaj  lekko  już  podchmielony  weselnym 

bimbrem. 

-  Chyba  nie  powinniście  robić  sobie  zbytnich  nadziei  -  odparła  Raija.  -  Tym  razem 

Reijo wziął sobie ciut za starą żonę. 

Zaśmiali  się  szczerze,  po  czym  goście  ruszyli  ku  drzwiom,  nie  czekając,  aż  Reijo 

zakorkuje butelkę. 

background image

-  Nie  będziemy  wam  przeszkadzać  przez  całą  noc  -  mrugnął  Henrik,  wyraźnie 

ożywiony wizytą, przed którą tak się wzbraniał. - Dobrze cię znów widzieć, Raiju - wyrwało 

mu się. - Dobrze, że wróciłaś. Przecież tu jest twoje miejsce! Tutaj, wśród swoich. 

- Tego się nie spodziewałam! - powiedziała Raija, chuchając w okno. Biały obłoczek 

pary  zblakł  powoli,  rozpuszczając  kwiaty  namalowane  przez  mróz.  Dłońmi  potarła  szybę  i 

wyjrzała przez okrągły prześwit, jaki się utworzył. W izbie panowała ciemność, więc można 

było dokładnie zobaczyć, co dzieje się na zewnątrz. 

Fiord  mienił  się  granatowo,  a  fale,  jakby  gawędząc  cicho,  uderzały  o  czarny  po 

ostatnim  przypływie  brzeg.  Okryte  białą  śnieżną  szatą  szczyty  u  podnóża  ściskała  obręcz 

ponurego sosnowego lasu. 

-  Spodziewałem  się  tego,  pamiętasz?  -  Reijo  uznał,  że  powinien  przypomnieć  Raiji 

swoje słowa. 

-  Rzeczywiście  -  odparła,  dotykając  zarostu  na  jego  policzkach.  -  Może  powinnam 

wymazać z pamięci niektóre przykre wspomnienia związane ze Skibom. Pozwolić, by okryły 

się mgłą. Może powinnam myśleć o przeszłości jak o pogodnej nocy rozświetlonej blaskiem 

księżyca w pełni, gdzieniegdzie tylko nad polami zasnutej oparami mgły... 

-  Nie  mam  nic  przeciwko  temu,  bylebyś  nie  patrzyła  mgliście  w  przyszłość,  Raiju. 

Miałem  rację,  przekonując  cię,  że  tu,  nad  fiordem  Lyngen,  czas  także  nie  zatrzymał  się  w 

miejscu. Nie trzeba wcale wyjeżdżać daleko, kochanie, żeby posunąć się  do przodu. Inaczej 

byłoby to szyderstwem wobec tych wszystkich, którzy nigdy nie dotarli dalej, niż dociera ich 

wzrok z miejsca, gdzie przyszli na świat. 

- Zawsze potrafiłeś wyrazić słowami to, o czym myślę. 

Przez moment wywołała w wyobraźni obraz Mikkala. 

Mikkala ze snu, prawdziwego Mikkala z przeszłości. W jednej chwili znalazł się tak 

blisko niej. Magia myśli także może być niebezpieczna. 

Poczuła  na  policzku  zarost  Reijo.  Tak,  Reijo  był  rzeczywisty.  On  był  życiem  i 

teraźniejszością. 

Otoczył  ją  ramionami.  Ich  dłonie  splotły  się  na  jej  piersi.  Gorące  wargi  dotknęły  jej 

ucha.  Jego  pocałunek  przypominał  muśnięcie  letniego  wietrzyka.  Nad  szczytami  falowała 

ognista wstęga, prowadząc ją do miejsc, do których udać się nie chciała. 

Nie teraz. 

Raija znalazła się twarzą w twarz z Reijo. Był jej kotwicą. Gdyby nie on, niczym łódź 

bez wioseł popłynęłaby niesiona falami daleko, daleko. Może dotarłaby na inne wody, może 

background image

pochłonęłaby  ją  toń.  Reijo  ją  tutaj  zatrzymał,  w  spokojnej  przystani,  za  którą  tak  tęskniła  i 

której potrzebowała. W ciszy, którą wyczuwała między skalistymi wzniesieniami. 

-  Zmęczona?  -  zapytał  w  samym  środku  tego,  co  zdawało  się  ich  z  wolna  oplatać 

niczym miękka pajęcza nić. 

Raija  skinęła  głową.  Była  znużona,  czuła  zmęczenie  w  nogach  i  w  rękach.  Ciepło 

rozleniwiało  ją,  usypiało.  Na  przekór  temu,  co  powinna  czuć.  Noce  poślubne  winny 

przywoływać całkiem inne oczekiwanie. 

-  Idziemy  spać!  Światło  polarnej  zorzy,  która  utopiła  niebo  w  lodowatym  złocie, 

pozwoliło Raiji zobaczyć każdy rys twarzy męża. W jego oczach dostrzegła wesołe ogniki. 

-  Nie  musimy  przecież  zdawać  nikomu  relacji  z  tego,  jak  nam  upłynęła  ta  noc  - 

powiedział ze śmiechem i pocałował czubek jej nosa. - Mamy wystarczająco dużo dzieci, by 

nawet najmniej rozgarnięci domyślili się, że wiemy, jak to jest. Zdaje się, że ubrałem w słowa 

to,  o  czym  myślałaś  -  rzekł  i  wziąwszy  ją  na  ręce,  wniósł  do  alkierza.  -  A  to,  żeby  tradycji 

stało się zadość - wyjaśnił, zapalając lampę. 

Wpatrzeni  w  siebie,  zdjęli  ubrania,  ale  nie  wyczuwało  się  między  nimi  zmysłowego 

napięcia. Położyli się, okryli, ułożyli wygodnie głowy na poduszkach. 

- Są rzeczy, które czynią życie wygodniejszym - westchnął Reijo, dotykając z lubością 

pierzyny,  którą  miał  od  niedawna.  -  Można  bez  nich  żyć,  ale  kiedy  już  człowiek  sobie  je 

sprawi, trudno mu się później bez nich obejść. 

- Pod pierzyną rzeczywiście dobrze się śpi - uśmiechnęła się Raija, delikatnie wodząc 

palcem  wzdłuż  mężowskiego  policzka.  Spływał  na  nią  taki  spokój,  gdy  wkroczyła  znów  na 

znajome,  choć  prawie  zapomniane  ścieżki.  -  Ale  jeśli,  mój  mężu,  ułożymy  się  w  łożu  spra-

gnieni  innych  przyjemności,  to  nie  ukryjesz  się  przede  mną  pod  żadną  pierzyną.  Musisz 

bowiem  wiedzieć,  że  dostała  ci  się  bardzo  wymagająca  małżonka,  Reijo  Kesaniemi!  Nie 

zadowolę się byle czym. Muszę widzieć i czuć, dotykać twojego ciała i ocierać się o nie. Chcę 

poznać jego smak i zapach. I wsłuchać się w każde słowo, jakie będziesz mi szeptał... 

Reijo  wybuchnął  niepohamowanym  śmiechem,  aż  zadudniło  pod  powałą.  Nagie 

ramię, na którym się ociera ich wzrok z miejsca, gdzie przyszli na świat. 

- Zawsze potrafiłeś wyrazić słowami to, o czym myślę. 

Przez moment wywołała w wyobraźni obraz Mikkala. 

Mikkala ze snu, prawdziwego Mikkala z przeszłości. W jednej chwili znalazł się tak 

blisko niej. Magia myśli także może być niebezpieczna. 

Poczuła  na  policzku  zarost  Reijo.  Tak,  Reijo  był  rzeczywisty.  On  był  życiem  i 

teraźniejszością. 

background image

Otoczył  ją  ramionami.  Ich  dłonie  splotły  się  na  jej  piersi.  Gorące  wargi  dotknęły  jej 

ucha.  Jego  pocałunek  przypominał  muśnięcie  letniego  wietrzyka.  Nad  szczytami  falowała 

ognista wstęga, prowadząc ją do miejsc, do których udać się nie chciała. 

Nie teraz. 

Raija znalazła się twarzą w twarz z Reijo. Był jej kotwicą. Gdyby nie on, niczym łódź 

bez wioseł popłynęłaby niesiona falami daleko, daleko. Może dotarłaby na inne wody, może 

pochłonęłaby  ją  toń.  Reijo  ją  tutaj  zatrzymał,  w  spokojnej  przystani,  za  którą  tak  tęskniła  i 

której potrzebowała. W ciszy, którą wyczuwała między skalistymi wzniesieniami. 

-  Zmęczona?  -  zapytał  w  samym  środku  tego,  co  zdawało  się  ich  z  wolna  oplatać 

niczym miękka pajęcza nić. 

Raija  skinęła  głową.  Była  znużona,  czuła  zmęczenie  w  nogach  i  w  rękach.  Ciepło 

rozleniwiało  ją,  usypiało.  Na  przekór  temu,  co  powinna  czuć.  Noce  poślubne  winny 

przywoływać całkiem inne oczekiwanie. 

-  Idziemy  spać!  Światło  polarnej  zorzy,  która  utopiła  niebo  w  lodowatym  złocie, 

pozwoliło Raiji zobaczyć każdy rys twarzy męża. W jego oczach dostrzegła wesołe ogniki. 

-  Nie  musimy  przecież  zdawać  nikomu  relacji  z  tego,  jak  nam  upłynęła  ta  noc  - 

powiedział ze śmiechem i pocałował czubek jej nosa. - Mamy wystarczająco dużo dzieci, by 

nawet najmniej rozgarnięci domyślili się, że wiemy, jak to jest. Zdaje się, że ubrałem w słowa 

to,  o  czym  myślałaś  -  rzekł  i  wziąwszy  ją  na  ręce,  wniósł  do  alkierza.  -  A  to,  żeby  tradycji 

stało się zadość - wyjaśnił, zapalając lampę. 

Wpatrzeni  w  siebie,  zdjęli  ubrania,  ale  nie  wyczuwało  się  między  nimi  zmysłowego 

napięcia. Położyli się, okryli, ułożyli wygodnie głowy na poduszkach. 

- Są rzeczy, które czynią życie wygodniejszym - westchnął Reijo, dotykając z lubością 

pierzyny,  którą  miał  od  niedawna.  -  Można  bez  nich  żyć,  ale  kiedy  już  człowiek  sobie  je 

sprawi, trudno mu się później bez nich obejść. 

- Pod pierzyną rzeczywiście dobrze się śpi - uśmiechnęła się Raija, delikatnie wodząc 

palcem  wzdłuż  mężowskiego  policzka.  Spływał  na  nią  taki  spokój,  gdy  wkroczyła  znów  na 

znajome,  choć  prawie  zapomniane  ścieżki.  -  Ale  jeśli,  mój  mężu,  ułożymy  się  w  łożu  spra-

gnieni  innych  przyjemności,  to  nie  ukryjesz  się  przede  mną  pod  żadną  pierzyną.  Musisz 

bowiem  wiedzieć,  że  dostała  ci  się  bardzo  wymagająca  małżonka,  Reijo  Kesaniemi!  Nie 

zadowolę się byle czym. Muszę widzieć i czuć, dotykać twojego ciała i ocierać się o nie. Chcę 

poznać jego smak i zapach. I wsłuchać się w każde słowo, jakie będziesz mi szeptał... 

background image

Reijo  wybuchnął  niepohamowanym  śmiechem,  aż  zadudniło  pod  powałą.  Nagie 

ramię,  na  którym  się  opierała,  zatrzęsło  się.  Raija  nie  pojmowała,  co  go  tak  rozbawiło.  Nie 

dostrzegała w swoich słowach niczego, co mogłoby wywołać taką salwę śmiechu. 

Powoli jednak, jak każdy żywioł, ucichł także śmiech Reijo. Tylko jeszcze na twarzy 

malowało  się  rozbawienie.  Otarłszy  łzy,  które  mu  popłynęły,  gdy  śmiał  się  tak  serdecznie, 

wstał  i  chwycił  pierzynę,  po  czym  wyszedł  z  alkierza,  pozostawiając  na  łóżku  nic  nie 

rozumiejącą Raiję. Po chwili wrócił już z pustymi rękami. Stanął w drzwiach bosy i spojrzał 

na żonę, która przeczesywała palcami włosy. 

- Wszystko przez ten twój niewyparzony język! - uśmiechnął się Reijo. Sięgał głową 

prawie  do  futryny.  Tu  nad  fiordem  domy  budowało  się  według  wzrostu  mieszkańców,  a 

Kesaniemi  nigdy  nie  należeli  do  najwyższych.  -  Powinienem  już  spać,  kobieto.  Byłem  taki 

zmęczony  i  myślałem  tylko  o  tym,  by  przyłożyć  głowę  do  poduszki.  A  tymczasem  zobacz, 

jakie myśli zasiałaś mi w głowie. 

Zobaczyła. 

I zaśmiała się głośno, odrzucając w tył głowę w charakterystyczny dla siebie sposób. 

Ten  gest  podziałał  dodatkowo  na  jego  zmysły.  Czy  Raija  uczyniła  to  nieświadomie,  czy  z 

premedytacją? 

Nagle  wydała  mu  się  bardziej  zagadkowa,  mimo  że  przecież  tak  dobrze  ją  znał  i 

rozumiał. 

Bez  zadawania  dalszych  pytań  chwyciła  do  ręki  lampę  i  podążyła  za  nim.  W  kuchni 

nadal było ciepło. 

Rozłożona  przy  palenisku  pierzyna  przypominała  równinę,  niemal  niewidocznie 

pofalowany krajobraz, który zapraszał, by się weń zanurzyć. 

Reijo zdjął spodnie i podał Raiji dłoń. Poczekał chwilę, aż żona uwolni się z miękkiej 

flanelowej koszuli. 

-  Czy  moja  wymagająca  małżonka  pozwoli  -  odezwał  się  dwornie  -  że  wraz  z  nią 

ułożę się na pierzynie? 

Uśmiechał się, mrużąc oczy. 

Raija zamknęła Reijo w objęciach, wodząc zaś dłońmi po jego ciele, wyraźnie dawała 

do zrozumienia, jak bardzo jest wymagającą kobietą. 

-  A  ja  marzyłem  tylko  o  tym,  by  położyć  się  spać  -  wyszeptał  Reijo  i  utopił  resztkę 

zdumienia w pocałunku. 

Kiedyś, dotykając się ustami, nie odczuwali żaru. Pożar uczuć szalał gdzieś poza nimi, 

rozchodził się w przeciwnych kierunkach. 

background image

Teraz  zaś  pocałunki  były  zwiastunem  prawdziwej  burzy.  Już  porwały  ich  pierwsze 

gwałtowne porywy zawieruchy. Ich ciała zanurzyły się w tym, co było i równiną, i morzem: 

miękkie, falujące, ciepłe. Jakby żyło. 

Zdawało się, że niewidzialne skrzydła uniosły ich na wietrze, że płyną po niebie wśród 

obłoków. 

A  potem  pierzyna  stała  się  pierwszym  upragnionym  śniegiem,  który  z  miłością 

okrywał wszystko białym puchem. 

Zasnęli wtuleni w siebie. Obudzili się zmarznięci, skostniali z zimna, gdy już świtało. 

W błękicie poranka kryła się obietnica słonecznego dnia. 

Wiatr zawiewał zza węgła chaty, zacierając ślady na śniegu, zapis wydarzeń minionej 

nocy. 

- Do łóżka! - odezwała się Raija, drżąc z zimna i wspinając się na palce, bo od podłogi 

strasznie ciągnęło. 

- Biegnij szybko! - zawołał Reijo, okrywając ją pierzyną. Sam czym prędzej rozpalił w 

piecu, dołożył polan, a potem pospieszył ogrzać się do żony. 

- Tu jest stanowczo zbyt cicho - stwierdziła Raija, kiedy już oboje przestali szczękać 

zębami z zimna. 

Spletli dłonie. 

- Nigdy więcej nie powinno być tutaj tak cicho, Reijo. Nie chcę, żebyśmy byli sami! 

Te izby muszą wypełnić się gwarem. 

- Obiecuję, że tak się stanie - odparł, unosząc się na łokciach. Popatrzył na jej twarz 

okoloną  bujnymi  włosami,  noszącą  ślady  tego,  co  przeżyła.  Na  żar  i  siłę  bijącą  z  jej 

spojrzenia. 

- Pojedziemy do Finlandii, Raiju, ty i ja. Słowa cięły niczym ostrze noża. Z otwartej 

rany popłynęła struga krwi. 

- Dobrze - odpowiedziała Raija, patrząc w bok. Rana broczyła krwią. 

background image

W  wypowiedzianych  słowach  kryła  się  chyba  jakaś  magia,  bo  podziałały  niczym 

zaklęcie, otwierając drzwi, których dotąd nikt nie ośmielił się nawet tknąć. 

Kolejne  tygodnie  upłynęły  na  układaniu  planów.  Nawet  święta  Bożego  Narodzenia 

zeszły  w  cień  wobec  czekającej  ich  podróży  do  Finlandii.  Jadą  do  Finlandii!  Tyle  razy  już 

powtarzali te słowa, że stały się przygodą samą w sobie. 

Reijo  usuwał  cierpliwie  wszystkie  piętrzone  przez  Raiję  trudności,  niemożliwe,  jej 

zdaniem, do pokonania. Rozbierał niczym wieżę cegła po cegle. 

Nadeszły święta, a potem nowy 1752 rok. Swój inwentarz Reijo umieścił w oborze u 

Mattiego i Elise. Wprawdzie Matti zdążył przed zimą wykończyć oborę tylko częściowo, ale 

miejsca w niej było dość dla większej liczby zwierząt. Reijo gotów był pomóc Mattiemu przy 

budowie, ale nie narzucał się. Dobrze znał dumę rodu Alatalo. Rozumiał, że Matti chce tego 

dokonać sam. 

Ida  zadeklarowała,  że  do  ich  powrotu  zaopiekuje  się  Ivarem,  utrzymując,  że  taka 

podróż jest dla małego dziecka zbyt uciążliwa. Wiedziała, co mówi, bo przecież przebyła ten 

szlak  z  małym  Mikkalem,  nikt  więc  nie  traktował  jej  słów  jako  próby  wtrącania  się  w  nie 

swoje sprawy. Ale ani Raija, ani Reijo nie dali się przekonać. Nie zamierzali jechać bez Ivara 

i  nie  ustąpili  pomimo  przekonujących  argumentów  córki.  Obiecali  jednak,  że  nie  będą 

pokonywać zbyt długich odcinków w ciągu jednego dnia, że będą poruszać się wzdłuż rzek i 

zatrzymywać  na  nocleg  w  gościnnych  domostwach.  Mają  przecież  czym  zapłacić.  Wezmą 

broń,  by  się  w  razie  czego  obronić,  ale  są  na  tyle  rozsądni,  by  trzymać  się  z  dala  od 

najgorszych głupstw. 

-  Na  pogodę  nie  mamy  żadnego  wpływu!  -  Reijo  odpierał  argumenty  swej  upartej 

córki. - Nie raz już pokonywaliśmy ten szlak. Podróżowaliśmy z Raiją w takie zawieruchy, o 

jakich wam się nawet nie śniło. Mamy swoje lata. Znamy życie. 

- Pojadę z wami! - postanowił Matti po naradzie z Elise. - Ja także mam liczną rodzinę 

w tamtych stronach - dodał, napotykając wzrok Reijo. 

Reijo  nie  zaprotestował,  przeciwnie  -  w  głębi  serca  ucieszył  się,  że  przybędzie  im 

towarzysz podróży. 

- Ale czy Elise poradzi sobie z dziećmi? - zapytał zatroskany. 

-  Sedolf  pomoże  jej  w  najcięższych  pracach  w  gospodarstwie  -  odrzekł  Matti, 

zdradzając, że ta sprawa została wcześniej omówiona w szerszym gronie. 

background image

- Namawiają się za naszymi plecami, staruszko - mrugnął Reijo do żony. - Nie ma już 

dziś szacunku dla siwych włosów. 

-  Przecież  nasza  matka  mieszka  w  tamtych  stronach  -  rzucił  Matti  do  Raiji.  -  No  i 

przyrodni brat. Ciekaw jestem, co wyrosło z Kariego! 

Maja spała niespokojnie, rzucała się na łóżku i mamrotała coś bez związku w trzech 

różnych językach. 

Williama  obudził  jej  głos.  Nie  rozumiał  dokładnie,  co  mówi  żona,  bo  w  większości 

była  to  mieszanka  lapońskiego  i  norweskiego.  Nie  mógł  uchwycić  w  jej  słowach  żadnego 

sensu.  Żadnego  wątku.  Bał  się  jednak  zbudzić  Maję.  Nigdy  nie  był  w  stanie  pojąć  jej 

dziwnych snów i nadzwyczajnych zdolności. 

Ale choć napełniało go to lękiem i ściskało za serce, musiał się z tym pogodzić, skoro 

należało do jej życia. 

-  Maju,  Maju!  -  wyszeptał,  dotykając  leciutko  jej  ramienia,  nadal  nie  do  końca 

przekonany, czy powinien ją budzić. 

Z drugiej strony wydawało mu się, że nie może tak zostawić żony. Przerażał go potok 

obcych słów płynący w ciemnościach z jej ust. 

Wzdrygnęła  się,  stopniowo  wracała  jej  świadomość,  jak  zwykle  gdy  otrząsała  się  ze 

zbyt natrętnych snów, które próbowały ją pochłonąć. 

- Coś ci się śniło, Maju, kochanie. 

William objął ją mocno. Uwielbiał ją tulić w ramionach i nigdy nie miał tego dość. W 

ciągu dnia musiał się nią dzielić z innymi, a noce wydawały mu się zbyt krótkie. Kiedy tak 

leżała w jego objęciach, zawsze żałował, że nie spotkał jej wcześniej. Żałował, że tyle czasu 

stracili, gdy musiał uchodzić za granicę. 

-  Śniła  mi  się  matka  -  powiedziała  Maja  spocona  i  drżąca.  Mrugała  powiekami, 

próbując odpędzić resztki snu, ale nadal była tak przerażona, że najchętniej skryłaby się pod 

jego skórą. 

-  Już  dobrze,  obudziłaś  się  -  szeptał  jej  do  ucha  William  i  muskał  wargami  jej 

policzek, całował i pieścił szramę. - Jestem przy tobie, mogę cię wysłuchać - dodał. 

Wiedział aż nazbyt dobrze, że Maję trzeba nakłonić do zwierzeń. Nie należała

 

do tego 

typu ludzi, którzy chętnie odkrywają własne tajemnice. 

- Właściwie nie ma co opowiadać - odparła Maja, uchylając się od pocałunku. William 

czuł jednak, że nadal drży na całym ciele. Sen kompletnie wytrącił ją z równowagi. 

background image

Maja jednak nie chciała się do tego przyznać, choć musiała chyba pojmować, że mąż 

się  wszystkiego  domyślił.  Siedziała  przez  chwilę  otoczona  jego  opiekuńczymi  ramionami, 

póki jej oddech nie stał się spokojniejszy. Wtedy uwolniła się z jego objęć i wstała. 

Kiedy  William  zobaczył,  że  Maja  się  ubiera,  oniemiał.  Tymczasem  ona  związała 

włosy na karku. W jej oczach żarzył się płomień, błysnęła miodowa otoczka wokół źrenicy. 

Spojrzenie  wyrażało  zdecydowanie,  choć  znać  w  nim  było  resztki  strachu  i  niepewności. 

Maja ukrywała w oczach obraz samotnego dziecka. 

- Muszę porozmawiać z Ailo. 

- Teraz? Ależ, Maju, kochanie, w środku nocy? 

- Muszę porozmawiać z Ailo - powtórzyła z uporem. Nic nie skłoniłoby jej do zmiany 

postanowienia. 

Uznał,  że  pocieszanie  Mai  i  przekonywanie,  iż  nie  powinna  sobie  tym  zaprzątać 

głowy,  nie  ma  sensu.  Nie  powiedział  więc  już  ani  słowa.  Zbyt  dobrze  ją  znał.  Zbyt  mocno 

kochał. Wiedział, że straciłby ją, gdyby tylko poczuła się osaczona. Opuściłaby go w jednej 

chwili, gdyby nie zostawił jej swobody. Maja może sama nawet nie była tego świadoma, ale 

William miał co do tego niezachwianą pewność. 

- Jest środek nocy - powtórzył bez przekonania, dobrze jednak wiedział, że Maja nie 

przywiązuje znaczenia do zasad, które jemu wpajano od dziecka. 

-  Przecież  idę  do  Ailo  -  odpowiedziała  i  odwrócona  do  Williama  plecami 

zasznurowała trzewiki. 

- Załóż chociaż ciepły kaftan. 

Przynajmniej w tym posłuchała męża. A potem zarzuciła na ramiona ciemną pelerynę 

i zniknęła w mroku nocy. 

Ailo nie spał. Siedział i przy migotliwym płomieniu lampy odtwarzał obrazy kwiatów 

zapamiętane  z  dzieciństwa.  Ich  kształty  nanosił  na  białe  arkusze  papieru.  Tworzył 

kompozycje,  jakich  nie  spotkałby  w  naturze  wśród  zarośli  i  wrzosowisk  Rysował  kwietne 

kobierce. Kłamał na papierze, ale dobrze wiedział, że i tak obcy tu, na południu, nie dopatrzą 

się żadnej nieścisłości. 

- Czekałem na ciebie - powiedział, gdy Maja stanęła w progu chaty. Nie wydawał się 

zdziwiony jej przybyciem. Mai także nie zaskoczyły otwarte drzwi. 

Zaczerwieniona  od  chłodu,  zdjęła  z  siebie  pelerynę  i  kaftan,  zsunęła  z  głowy  szal, 

którym się otuliła. 

- Zimno - stwierdziła, grzejąc dłonie przy kamiennym palenisku. 

background image

Ailo pokiwał  głową, ale nie przerywał  rysowania. Wiedział, że noc jest  mroźna. Był 

wcześniej  na  dworze  i  podziwiał  księżyc,  który  wyglądał  tak,  jakby  miał  się  stoczyć  z 

nieboskłonu. 

-  Co  to  będzie?  -  Maja  zerknęła  mu  przez  ramię.  -  Ładne  -  pochwaliła  brata, 

rozpoznając znajome kwiaty. - Choć w rzeczywistości są trochę inne. 

Ailo roześmiał się. Pozbawiona rysów twarz wykrzywiła się, a oczy rozbłysły. 

- Zamierzam opleść nimi dno półmiska. Chciałem sprawdzić, czy to będzie pasowało. 

- Powinieneś podpatrzyć wzory na kołnierzach swetrów - podpowiedziała Maja. - Są 

piękne! 

Nie odpowiedział. Narysował nowe liście. Cieszył się, że ma przy sobie Maję, która, 

choć  czasem  bardzo  zgryźliwa,  była  na  wskroś  lojalną  siostrą  i  przyjacielem.  W  ich  żyłach 

płynęła  ta  sama  krew,  ich  myśli  błądziły  tymi  samymi  rozdrożami.  Oboje  mieli  równie 

mroczną naturę. 

- Śniła mi się mama - odezwała się Maja, sadowiąc się przy stole naprzeciwko brata. 

Wpatrywała się w niego intensywnie, póki nie podniósł wzroku i nie napotkał jej spojrzenia. 

- Do mnie też przemówiła - odparł Ailo. - A może to nie ona? Nie wiem, to było takie 

niejasne. Może to ojciec. W każdym razie chodziło o nią. 

Po chwili milczenia powiedział na głos to, o czym myślała Maja. 

- Nie wierzę, że ona umarła. Sądzę, że jest w drodze do nas. 

- Skąd wiesz? - wyrwało się Mai. 

-  Nie  wiem  -  odrzekł  z  niezmąconym  spokojem.  -  Ale  tak  mi  się  zdaje.  Czuję  to. 

Słyszę głosy. Ona mi to mówi, ojciec także. 

- Przecież on nie żyje! 

- To tylko nam się tak wydaje. 

-  Śniła  mi  się,  jak  wchodzi  po  schodach.  Maja  była  oszczędna  w  słowach.  Nie 

opisywała szczegółów, jak to czynił Ailo. Oboje byli do siebie podobni, a zarazem całkowicie 

różni. 

- Ona przybędzie - rzekł Ailo. 

-  Mam  nadzieję,  że  się  mylisz!  -  Maja  poczuła  dreszcz  przebiegający  jej  po  całym 

ciele.  Nie  była  w  stanie  zaakceptować  nawet  takiej  myśli.  -  Ida  napisałaby  -  dodała 

pośpiesznie. - Gdyby ona... mama... żyła. Reijo by napisał. Dobry Boże! Biedny Reijo! 

Maja  nieświadomie  zaprzeczała  samej  sobie.  Ailo  zwrócił  na  to  uwagę,  ale  nie 

wytknął jej tego. 

- Dlaczego stąd tak daleko do domu? - westchnęła Maja, dudniąc palcami w blat stołu. 

background image

-  Kiedyś  błogosławiliśmy  tę  odległość  -  przypomniał  jej  Ailo,  nadal  pochłonięty 

rysowaniem linii, które układały się w kwiaty i liście. 

- Często powracasz tam myślami? - spytała Maja, wpatrując się w niego. Szukała jego 

spojrzenia i nie ustąpiła, póki nie podniósł wzroku. 

-  Codziennie  -  odparł  Ailo.  -  Myślami  jestem  na  równi  tam,  jak  i  tu.  Czasem  mi  się 

zdaje,  że  kiedyś  ode  mnie  ulecą  i  uwiją  tam,  na  północy,  gniazdo  wśród  skał  nad  fiordem. 

Może na jakiejś starej sośnie, na wzgórzach od strony morza? Uspokaja mnie to. Moje myśli 

krążą niczym złoty ptak. Jak czujne oko nad nimi... nad moim synem... 

- To ciebie męczy - rzuciła Maja. Zauważyła, że pióro w dłoni Ailo znieruchomiało, a 

na papier skapnęła, niczym czarna łza, kropla atramentu. Może uda się ją przerobić w kroplę 

rosy na płatkach kwiatów z najdalszych północnych zakątków świata? 

-  Trapi  cię,  Ailo,  że  nie  możesz  pilnować  swojego  stada.  Pomyśl,  gdybyś  dokonał 

innego  wyboru...  -  Umilkła  na  krótką  chwilę,  a  potem  spytała:  -  Czy  gdybyś  wiedział  o 

dzieciach, zadecydowałbyś inaczej? 

-  Wiedziałaś  o  nich?  -  Ailo  skierował  na  nią  przenikliwe  spojrzenie.  Sposób,  w  jaki 

Maja  do  niego  mówiła,  zrodził  w  jego  sercu  niepewność.  Ale  na  twarzy  Mai  nie  wyczytał 

odpowiedzi. Błyskały tylko jej oczy, jej miodowe źrenice. Dziedzictwo ich wspólnego ojca. 

- Skąd mogłabym wiedzieć? - odrzekła, a Ailo nabrał pewności, że nigdy nie otrzyma 

od  niej  odpowiedzi.  Nie  ma  więc  sensu  tego  drążyć.  Ale  w  jego  głowie  zrodziły  się  nowe 

wątpliwości.  Natrętnie  powracało  pytanie,  jak  mogłoby  potoczyć  się  jego  życie,  gdyby... 

Wiedział, że nie da mu ono spokoju. 

- No tak, skąd mogłabyś wiedzieć... - powtórzył, urywając temat, a po chwili dodał: - 

Ida  na  pewno  by  napisała.  Chyba  pozwalamy  ponosić  się  fantazji,  Maju.  Gdyby  ktoś  z 

Lyngen wybierał się do nas, z pewnością uprzedziłby o tym wcześniej. Nie przybyłby tak bez 

zapowiedzi. Nie stamtąd. Nie ona... 

-  Powinieneś  ją  namalować  pod  postacią  Maryi  Dziewicy  i  umieścić  na  którejś  ze 

swych  waz  -  prychnęła  Maja.  -  Albo  na  świeczniku.  Mógłbyś  go  podarować  kościołowi. 

Znalazłaby się wówczas naprawdę na ołtarzu, na tym samym miejscu, jakie zajmuje w twoich 

myślach. Nie, Ailo! Aż taka troskliwa to ona nie była. 

- Zdawało mi się, że odnalazłaś spokój, Maju. 

-  Mnie  też  się  tak  zdawało  -  odparła  z  goryczą,  nie  wstając  z  miejsca,  choć  jej  nogi 

poruszały  się  niespokojnie  pod  stołem.  W  oczach  czaiła  się  bezradność  i  ból.  Odrzuciła 

głowę. Odgarnęła z czoła włosy. Ukryła twarz w dłoniach. 

Ailo już kiedyś widział te same gesty. U niej. 

background image

U Idy. 

U Raiji... 

Tak, wszystkie tropy prowadziły ku niej. Istniała między nimi wszystkimi silna więź, 

a  zarazem  każde  stanowiło  indywidualność.  Tyle  ich  było,  rozproszonych  niczym  liście  na 

wietrze.  Kiedy  zniknęła  Raija,  tak  niewiele  mogło  ochronić  jej  dzieci  przed  uderzeniami 

wichru. To Raija była centralną postacią. Ona była słońcem, w którego promieniach się grzali. 

Troszczyła się o nich wszystkich - pomimo wszystko. 

Kiedy była. 

Pustka,  którą  po  sobie  pozostawiła,  wydawała  się  bezmierna.  Dlatego  też  siedzieli 

teraz z Mają tacy zatrwożeni, oddaleni o  wiele tygodni zimowej podróży  od  Lyngen.  Tylko 

dlatego, że sny przepowiadały im, że ona niebawem przybędzie, że jest w drodze, że żyje i ich 

odwiedzi... 

- A jeśli ona naprawdę żyje... Jeśli przybędzie...  - odezwał się Ailo. Odłożył  rysunki 

na bok. Nie patrzył na nie, chyba nawet nie zauważył tej plamy atramentu, która spłynęła na 

papier. 

- Nie wiem. 

- W czym ona może ci zaszkodzić, Maju? Czegoś od niej oczekujesz? 

- Nie wiem. 

-  Wyjaśnienia?  -  podpowiedział  Ailo.  -  Nie  poprosiłabyś  jej,  by  ci  wszystko 

wytłumaczyła?  Nie  przyniosłoby  ci  to  ulgi?  Czy  potrafiłabyś  jej  wybaczyć,  gdybyś 

zrozumiała? 

- Może. - Maja patrzyła na swoje dłonie, którymi stukała w blat stołu. 

- Nie zabrzmiało to jak gorąca modlitwa! - stwierdził Ailo z uśmiechem w głosie. Jego 

twarz nie odzwierciedlała od dawna takich nastrojów. 

- Dawno już się nie modliłam - odparła Maja ponuro. - Nie wiem, Ailo. Nie potrafię 

określić,  czego  oczekuję,  jeśli  ona  żyje.  Jeśli  przybędzie.  I  nie  wiem,  czego  mogę  od  niej 

żą

dać. Nie wiem, czego od niej chcę, czego ona chce ode mnie. 

- Twój sen był tak intensywny, że w niego uwierzyłaś - stwierdził Ailo. Nie dodał, co 

sam  o  tym  sądzi,  ale  łatwo  dało  się  to  wyczuć.  -  Tak,  Maju,  ty  wierzysz,  że  Raija  żyje! 

Wierzysz, że tutaj przybędzie. Czekasz na to. 

- Tak. 

- Czy taka myśl nie pojawiła ci się w głowie przez wszystkie te lata, które minęły od 

jej wyjazdu? 

Maja pokręciła przecząco głową. 

background image

-  Jeśli  więc  mamy  rację?  -  zawiesił  głos  Ailo.  -  Niech  Bóg  ma  nas  wszystkich  w 

opiece. Jej powrót oznaczałby w życiu wielu ludzi gwałtowne zmiany. 

-  Mama  zawsze  siała  zamęt  -  stwierdziła  Maja  cynicznie.  -  Rozpętywała  burzę, 

zrywała cumy łodzi i gnała je na pełne morze. Dlaczego więc nagle miałaby się okazać inna? 

- A przyszło ci do głowy, że może przybywa po to, by się z nami pogodzić? 

- Oczywiście. 

- Czy to niczego nie zmienia? Maja westchnęła: 

-  Ta  myśl  jest  dla  mnie  całkiem  nowa,  Ailo.  Zrodziła  się  w  mojej  głowie  dzisiejszej 

nocy.  Przybiegłam  do  ciebie,  nim  zdołałam  się  porządnie  obudzić.  Nie  mogłam  zostać  i 

pozwolić na to, by William mnie pocieszał. On nie rozumie źródeł moich skomplikowanych 

uczuć do matki. Co prawda jako dziecko żył w cieniu dorosłych, których kochał, a którzy nie 

okazywali  mu  zbytniego  zainteresowania,  ale  oni  mimo  wszystko  istnieli  w  jego  życiu. 

William  nie  potrafi  więc  zrozumieć,  co  czuję  wobec  mamy.  Ale  ty  rozumiesz,  bo  ty  to 

widziałeś. Ty znałeś ją lepiej niż ja, bo jesteś synem człowieka, którego ona ukochała ponad 

wszystko. Nikogo nie obdarzyła tak wielką miłością. Nas wszystkich przysłaniał jego cień. Ja 

dorastałam w cieniu Mikkala. 

- Raija kochała cię bardziej, Maju, niż przypuszczasz. 

- Tak, dlatego, że byłam jego dzieckiem, córką Mikkala! Dzieckiem zrodzonym z ich 

miłości.  Wolałabym,  żeby  mnie  ominęła  taka  miłość!  To  napawa  mnie  największą  goryczą. 

Być kochana ze względu na kogoś innego! 

-  Raija  kochała  cię  ze  względu  na  ciebie  samą,  Maju  -  rzekł  Ailo,  choć  wiedział,  że 

ż

adne wyjaśnienia nie poskutkują. Nie było w jego mocy przekonać Maję. 

Raija sama będzie musiała to uczynić. Dreszcz przebiegł mu po plecach. 

- Jesteśmy tak daleko od domu - wyrwało mu się. 

Chlupnął  atrament  w  kałamarzu,  gdy  Ailo  gwałtownie  odsunął  stół,  żeby  wstać. 

Bezradny krążył wokół izby: od drzwi do paleniska i do okna. Gdyby nie kamienna posadzka, 

pewnie wydeptałby ścieżkę. 

- Wszystko to napawa mnie okropnym strachem, Maju! 

Zatrzymał się i gestami usiłował wyrazić to, na co nie znajdował słów, a czego też nie 

potrafiła wyrazić okaleczona twarz. 

-  Gdybyśmy  byli  w  rodzinnych  stronach,  łatwiej  byłoby  mi  to  zaakceptować.  Tam 

otaczaliby mnie ludzie, którzy dostrzegają często to, co niewidoczne dla oka. Którzy miewają 

prorocze  sny,  którzy  potrafią  opuszczać  swoje  ciało,  którzy  w  rytm  bębna  wprawiają  się  w 

trans  i  wędrują  do  świata,  niedostrzegalnego  dla  innych.  Kiedy  wśród  mojego  ludu  Raija 

background image

opuściła  swoje  ciało,  nikt,  kto  ją  znał,  nie  okazał  najmniejszego  zdziwienia.  Tam  daleko  na 

północy takie rzeczy są możliwe, Maju. Tam takie nadzwyczajne zdolności, jakie posiadasz, 

jakie i ja odkrywam w sobie, nie są przyjmowane z niedowierzaniem. To, co miała w sobie 

Raija, a może co nadal ma. To, co ma w sobie Ida. Stykałem się z tym, żyjąc we wspólnocie, 

a także już później, gdy  pomieszkiwałem w wioskach nad fiordem. Nie wydawało mi się to 

wtedy  ani  dziwne,  ani  groźne.  Było  wszak  trwałym  elementem  tamtej  rzeczywistości.  Tam 

czuło  się,  jak  bije  serce  ziemi.  Może  dlatego,  że  powietrze  tam  klarowniejsze,  ludzie 

postrzegają więcej. 

Ailo wzdrygnął się. 

- Ja tu marznę - wyznał. 

- A ja po nocach wychodzę z domu - odparła Maja. Jej głos także zabrzmiał głucho. 

Ailo pogłaskał ją po głowie, zatrzymując na chwilę dłoń na jej policzku. 

- Siostro moja - westchnął. - To wszystko nas zanadto przytłacza. Musimy powiedzieć 

o tym Knutowi. 

-  Knut  jest  taki  rozsądny  -  odparła  Maja  z  szyderczą  nutą  w  głosie.  -  On  jest  synem 

rybaka, Ailo! On wierzy w to, co widzi. Jest moim bratem, ale nie jest podobny do nas. 

-  Ale  mnie  łączy  z  nim  braterstwo  krwi!  -  Głos  Ailo  nabrał  ciepła.  -  Nie  masz  racji, 

Maju, Knut nie zawsze jest taki na wskroś  rozsądny.  Nadal dostrzegasz tylko to,  co chcesz. 

Wyrabiasz sobie opinię, nim otworzysz dobrze oczy. To twoja największa wada. 

-  Z  taką  łatwością  przychodzi  ci  upominanie  innych,  Ailo  synu  Mikkala.  Nie  jestem 

wcale pewna, czy to jest wada. Powiedz lepiej, co z tobą! Ukrywasz się pod tą twoją cienką 

nową  skórą.  Unikasz  wszystkiego,  z  czym  inni  muszą  się  zmagać.  Czy  swojej  żonie 

pokazujesz  te  strony  samego  siebie,  które  odsłaniasz  przede  mną?  Czy  przed  nią  też  się 

chowasz? 

-  Anna  Kajsa  nie  narzeka  -  odparł  Ailo  i  odwrócił  się  do  niej  plecami.  Podszedł  do 

okna. Nie przejmował się tym, że w szybie odbija się jego twarz. 

Maja miała rację. 

Ukrywał  się  za  swoją  twarzą  pozbawioną  rysów.  Niewiele  go  to  kosztowało.  W 

pewnym sensie łagodziło to jego ból. Tłumiło gorączkę, która nadal w nim tkwiła. Usuwało w 

kąt wiele wspomnień. Bez nich łatwiej mu było żyć. 

-  Czasami  szukam  tego  Ailo,  którego  znałam  -  powiedziała  Maja.  -  I  nie  znajduję 

mojego brata.  Obce wydają mi się pewne strony  twojego  charakteru. Sama nie wiem, kiedy 

ich nabyłeś. 

background image

-  Wszystko  to,  co  we  mnie  wydaje  ci  się  obce,  Maju,  to  przebranie,  kostium,  który 

nałożyłem, żeby stłumić cierpienia. Nie potrafię nazwać wszystkiego. Są takie, które odczuwa 

ciało, ale są i inne. 

- Dlaczego o tym nie rozmawiasz? 

- A po co? 

Maja zdarła do krwi kawałek paznokcia. Ale nie dość zabolało. 

-  Moje  życie  zamknięte  jest  tutaj,  Maju!  Ailo  oparł  czoło  o  zimną  szybę  i  poczuł  na 

skórze dotyk nocy. 

- Nie jestem niewdzięcznikiem. Nie myśl tak, proszę! Ty i William tak wiele dla mnie 

uczyniliście.  Nigdy  nie  zdołam  się  wam  odwdzięczyć.  Twoją  też  zasługą  jest  to,  że  żyję, 

Maju. Że mam ten dom. Jest mi tutaj jak u Pana Boga za piecem. Mam widok na morze i na 

ląd.  Kiedy  pracuję  w  srebrze,  czuję  się  jak  Stwórca.  Pod  moimi  palcami  z  zimnego  metalu 

wyrastają  kwiaty  i  liście,  a  na  zimne  niebo  wzlatują  ptaki.  Pozwalam  moim  dłoniom 

wyczarowywać piękno. Żyję dzięki temu. Ale nie jestem użyteczny, Maju! 

- Jak możesz tak mówić? - oburzyła się. 

Nie chciała dłużej tego słuchać. Te ich nocne rozmowy były niebezpieczne. Nawzajem 

wdzierali się na bardzo drażliwe obszary. Cierpieli, ale szczerość bardzo ich ze sobą wiązała i 

chroniła przed obłędem. 

-  Przecież  tworzysz  piękno!  -  głos  Mai  brzmiał  cicho,  ale  intensywnie.  -  Sam  to 

powiedziałeś,  Ailo.  Jak  więc  możesz  za  chwilę  zaprzeczać  sobie  i  twierdzić,  że  nie  jesteś 

użyteczny? 

- A kto korzysta z tego, co tworzę? - zapytał. - Chodzi mi o pożytek, Maju. Nie mówię 

o radości. Srebro cieszy oczy. Jest dla ozdoby. Błyska bogactwem. Nie jestem pewien, czy to 

lubię. 

- Mam broszkę z twojego rodowego srebra, po twoim ojcu, po moim ojcu. 

Maja poczuła rumieniec na policzkach. Ailo nie patrzył na nią, ale słuchał, co mówiła. 

Zauważył w jej głosie wzruszenie. 

Maja  nic  nie  mogła  na  to  poradzić.  Dla  niej  Mikkal  był  bardziej  ojcem  Ailo  niż  jej 

własnym.  Taki  podział  istniał  w  jej  głowie.  Dobrze  wiedziała,  że  łączące  ją  z  Mikkalem 

pokrewieństwo  krwi  jest  tak  samo  silne  jak  związek  Ailo z  ojcem,  ale  nie  zgadzało  się  to z 

rzeczywistością, w której dorastała. Z którą nadal była do bólu związana. 

- Nawet twój lud, wędrujący po płaskowyżu w zgodzie z porami roku, potrafi docenić 

piękno.  Nawet  oni,  Ailo,  mają  srebro.  Rozumieją,  że  nie  wszystko  musi  być  użyteczne.  Że 

background image

istnieje  jeszcze  radość.  Piękno.  W  pięknie  także  ukryty  jest  sens,  Ailo,  mój  bracie.  Nie 

znaczysz mniej tylko dlatego, że zamiast wypasać renifery, tworzysz ozdobne przedmioty. 

-  Mój  lud?  -  spytał  ze  smutkiem,  westchnąwszy  głęboko.  -  Czy  to  tylko  mój  lud, 

Maju?  -  Odwrócił  się  i  spojrzał  na  nią.  -  Czy  ty  czasem  też  nie  oddaliłaś  się  od  tego,  co 

ważne?  Czy  i  ty  w  drodze  do  tych  salonów,  które  nazywasz  swoimi,  nie  utraciłaś  praw-

dziwych wartości? 

- Lapończycy nigdy nie byli moim ludem - odparła hardo Maja. - Ja mieszkałam nad 

fiordem, wdychałam słone morskie powietrze. Wspinałam się po skałach. Miałam nad głową 

czubki  sosen,  słyszałam  szum  w  ich  koronach.  Noszę  w  swoim  sercu  wspomnienia,  ale  nie 

czuję tego niepokoju. Nie muszę bez przerwy wędrować. 

- Ja byłem bardziej użyteczny, pilnując stada na równinie - odrzekł Ailo bez goryczy. 

Już dawno uświadomił sobie tę prawdę. 

- Ale tu mieszka ktoś, za kogo jesteś odpowiedzialny - wtrąciła Maja. - Masz przecież 

Annę Kajsę. 

Ailo pokiwał głową. 

- Tak, mam Annę Kajsę. 

Maja nagle zawahała się. Kierując się nagłym impulsem, rzekła: 

-  Przecież  równina  jest  taka  ogromna.  Może  to  by  się  dało  jakoś  urządzić.  Ida  ma 

dokument  potwierdzający  twój  zgon.  Daleko  na  wschodzie  odnalazłbyś  swoich  krewnych. 

Stare  nieporozumienia  może  zostały  ci  już  zapomniane.  Wziąłbyś  ze  sobą  trochę  złota  na 

początek. Przecież dobrobyt i bogactwo cenione jest także wśród twojego ludu, Ailo! 

Drażniła go, roztaczając przed nim taką wizję. 

W  oczach  Ailo  pojawiła  się  rozpacz  granicząca  z  szaleństwem.  Chciał  z  powrotem 

zamknąć się w sobie. Bezskutecznie. Maja pokazała mu jego własne marzenie. Udowodniła, 

ż

e nie jest wcale niemożliwe do spełnienia, jak sobie zwykł wmawiać. 

-  Mam  Annę  Kajsę  i  życie  tutaj  -  rzekł.  -  A  tamto  to  są  tylko  mrzonki,  na  krótką 

chwilę, by uciszyć tęsknotę, by ogrzać nią serce. Nic poza tym. Nie może być niczym więcej. 

Ż

yję  tu  w  dobrobycie  i  mam  swoje  radości.  To  więcej  niż  dane  jest  innym.  Wiem  o  tym. 

Jestem wdzięczny... 

- Twój język jest gładszy niż zużyte wiosło - uśmiechnęła się Maja. 

- A może życie się odmieni? - rzucił, pragnąc zmienić temat rozmowy. 

- Może przyjedzie mama? - dodała Maja. 

background image

Zatrzymywali  się  po  drodze  w  wielu  miejscach.  Wszędzie  chętnie  udzielano  im 

gościny  i  odstępowano  na  noc  izbę.  Mogli  więc  wypocząć  po  trudach  podróży,  a  i  koniom 

dawali wytchnąć. 

Płacili za siebie, choć często gospodarze wzbraniali się przed przyjęciem zapłaty. Tak 

już było w tych stronach, że drzwi zawsze stały otworem dla wędrowców. Ci, którzy nie mieli 

grosza przy duszy, zadowalali się miejscem w stajni, nie odważając się prosić o więcej. 

Bogatsi zwykle wchodzili do chaty bez pukania i korzystali z wygód, często nawet się 

nie rozliczając. 

Podróżnych, którzy grzecznie pytali o nocleg, miło rozmawiali z gospodarzami, a do 

tego  jeszcze  zostawiali  zapłatę,  przyjmowano  więc  serdecznie  i  przyjaźnie.  Mieszkańcy 

południowych  traktów  wiodących  ku  Zatoce  Botnickiej,  choć  z  pozoru  chłodni,  w 

rzeczywistości  okazywali  się  bardzo  gościnni.  Chętnie  słuchali  nowin  ze  świata.  Obojętnie 

czy przynoszono je z południa, czy z dalekiej północy. 

Dobrze  znali  takie  nazwy  miejscowości,  jak  Jykeanpera  i  Skibotn,  gdzie  z  dawien 

dawna odbywały się jarmarki. Tutejsi ludzie jeździli w stronę morza, by wymienić się swoimi 

wyrobami. Nie traktowali więc przybyszów stamtąd jako całkiem obcych. 

Stali  przy  grobie.  Odgarnęli  śnieg  z  prostego  drewnianego  krzyża,  tu  i  ówdzie 

spróchniałego. 

-  Musimy  ustawić  na  grobie  ojca  krzyż  z  żelaza  -  oznajmiła  Raija.  -  To wstyd,  żeby 

nie można było nawet odczytać jego nazwiska. Przecież matka nie jest znów taka biedna! Stać 

ją,  by  zadbać  o  grób  pierwszego  męża.  Tak  łatwo  o  nim  zapomniała?  Jeśli  krzyż  do  reszty 

spróchnieje, całkiem zginie pamięć o ojcu... 

- Nie bądź taka surowa, Raiju - upomniał ją Reijo, obejmując za ramię. Usadowiony 

na jego drugim ramieniu Ivar uśmiechał się, nie bardzo pojmując, co się wokół niego dzieje. 

Tyle  czasu  już  jechali,  a  ciągle  nie  byli  na  miejscu.  -  Nie  osądzaj  jej  życia!  Nie  wiesz,  jaki 

musiała dźwigać los. Przecież ciebie tutaj nie było. Ona także wiele poświęciła. 

- Nie ona jedyna - odparła twardo Raija. 

Odsłoniętymi  palcami  dotykała  krzyża,  bezskutecznie  usiłując  wyczuć  wyryte  litery. 

Gdyby tu wcześniej nie była, nie domyśliłaby się, że to grób ojca. 

- Jesteśmy ich dziećmi, nie wyłącznie jego - odezwał się cicho Matti, gdy Rei jo nie 

zdołał udobruchać Raiji. Ukucnął obok siostry, tłumacząc: -  Nie zapominaj, że jako kobieta 

background image

nie  miała  większego  wpływu  na  bieg  zdarzeń.  Decydowali  za  nią  mężczyźni.  Nie  mogła 

inaczej postąpić, kiedy została sama. Nie miała wyboru. Ja byłem za młody, żeby prowadzić 

gospodarkę,  za  młody,  żeby  zarobić  na  codzienną  strawę.  Mama  zajmowała  się  domem,  ale 

nie  potrafiłaby  pracować  u  obcych  i  wykonywać  cudzych  poleceń.  Nie  lubiła,  kiedy  jej 

rozkazywano. Nie pamiętasz? 

Raija pokręciła głową. 

- Wyszła więc za mąż. Gdyby miała mniej szczęścia, zostałaby znów żoną wyrobnika. 

A tu wtedy panowała taka bieda! Dobrze pamiętam. Ty niewiele o tym wiesz, bo mieszkałaś 

wówczas  już  w  Ruiji,  a  tam  przynajmniej  nie  brakowało  jedzenia.  Mieliście  ryby,  mięso  z 

reniferów. My tu tylko mogliśmy liczyć na łaskę Boga, który kapryśnie obdzielał nas plonami 

z nieurodzajnych spłachetków ziemi, na których harowaliśmy nieludzko. Nigdy nie miało się 

pewności, czy ten trud przyniesie pożytek. Mama wyszła za mąż z rozsądku, żeby zapewnić 

sobie i mnie przetrwanie. 

- Czyżbyś już zapomniał chłopca, który ukradkiem opuścił dom, by pojechać razem ze 

mną i Mikkalem? - zapytała Raija już bez goryczy. 

- Ten mały chłopiec dorósł i wiele zrozumiał - odparł Matti, dotykając dłońmi krzyża, 

który  niegdyś  sam  wykonał.  -  Masz  rację,  Raiju,  trzeba  ustawić  na  grobie  ojca  porządny 

krzyż. 

Mogli  się  zatrzymać  na  nocleg  gdzieś  bliżej,  tym  bardziej  że  dzień  chylił  się  ku 

końcowi.  Ale  zdecydowali,  że  pojadą  jeszcze  kawałek.  Choć  żadne  z  nich  nie  powiedziało 

tego na głos, wiadomo było, gdzie spożyją wieczorną strawę. 

Dotarli  na  miejsce  późnym  wieczorem.  Matti  pierwszy  wyskoczył  z  sań  i  pomógł 

wysiąść Raiji. 

Trzymając  się  za  ręce,  rodzeństwo  podeszło  do  obszernego  budynku.  Rozejrzeli  się 

wokół, obserwując obejście. Raija dostrzegła wiele zmian, Matti nieco mniej, ale i on potrafił 

wyczytać z nich historię tego dworu. 

-  Byłem  tu  razem  z  Elise  w  drodze  na  południe  -  powiedział.  -  Owszem,  pozwolili 

nam przenocować, ale nic poza tym. Wydaje mi się, że mamie Elise nie przypadła do gustu. 

Może uznała, że jest zbyt urodziwa? A może po prostu nie potrafiła mi wybaczyć, że wtedy 

uciekłem?  -  Westchnął.  -  Niewiele  miłych  wspomnień  pozostało  mi  z  tego  miejsca,  Raiju. 

Zresztą  w  ogóle  w  Tornedalen  czuję  się  obco.  Właściwie  żadna  cząstka  mnie  nie  tęskni  do 

tych stron. To przerażające... 

background image

Zapukał do drzwi. Objąwszy Raiję ramieniem, czekał, aż ktoś im otworzy. Drzwi się 

uchyliły i stanęła w nich młoda dziewczyna w wykrochmalonym fartuchu. Popatrzyła na nich 

pytająco. Nie poznała, kim są. Zresztą nie płacono jej za zbytnią ciekawość. 

- Czy zastaliśmy Marję Kivijarvi? - zapytał Matti. 

-  Pani  nie  czuje  się  dobrze  -  odparła  służąca,  nie  wpuszczając  gości  do  środka. 

Spojrzała  na  nich  jednak  w  taki  sposób,  jakby  powiedzieli  coś  niewłaściwego,  wręcz 

obraźliwego. 

- A Kari? - zapytał Matti. 

- Jest w stajni - odparła dziewczyna, ale zaraz zacisnęła usta, jakby zreflektowała się, 

ż

e nie powinna za wiele mówić. 

-  W  takim  razie  zajdziemy  tam  do  niego.  Korona  nam  z  głowy  nie  spadnie!  -  Matti 

mrugnął  do  dziewczyny  w  fartuszku,  która  oblała  się  rumieńcem  i  pośpiesznie  zniknęła  za 

drzwiami. - Mój urok osobisty wciąż działa - stwierdził Matti i ruszył w stronę stajni, ciągnąc 

za sobą Raiję. - Rozumiem Kariego. Ja też się czułem zawsze najlepiej wśród koni - dodał. - 

Zauważyłaś,  Raiju,  że  on  tu  nic  specjalnie  nie  rozbudował?  Kiedy  byłaś  z  Mikkalem, 

wyglądało tu właściwie tak samo. Jedynie spichlerz jest nowy i wędzarnia. Nic poza tym. Nie 

ś

wiadczy to najlepiej o synu Akiego Kivijarvi! Nie pomnożył dziedzictwa po swoim ojcu! 

- Nie bądź taki złośliwy, bracie! Matti uśmiechnął się do Raiji i odparł: 

-  Ho,  ho,  kobieto!  Widzę  tę  samą  złośliwą  satysfakcję  w  twoich  oczach!  Na  dnie 

swojej  grzesznej  duszy  z  pewnością  odczuwasz  zadowolenie,  że  Kari  nie  spełnił  oczekiwań 

swojego ojca. A przypomnij sobie, jakie nadzieje pokładał w nim Aki! 

Zastali swojego przyrodniego brata przy koniach. W stajni stało ich sześć. Musieli w 

duchu  sprawiedliwie  przyznać,  że  konie  są  zadbane,  a  w  stajni  panuje  porządek,  co 

przemawiało na korzyść Kariego. 

- Dobry wieczór, bracie! - przywitał się Matti, wychodząc z mroku. 

Na twarzy Kariego odmalowało się zdumienie. 

Gdy ostatnio Matti odwiedził dwór matki, Kari był wyrostkiem. Urodziwym na swój 

sposób, ale jego aroganckie zachowanie wydawało się nie do zniesienia. 

Teraz  stał  przed  nim  wysoki,  dobrze  zbudowany  mężczyzna  w  wieku  około 

dwudziestu  trzech  lat.  Szeroki  w  barkach  i  silny  w  rękach.  Pod  obcisłymi  spodniami 

odznaczały  się  umięśnione  uda.  Odgarnął  z  czoła  jasną  grzywkę,  z  uwagą  przyglądając  się 

nieoczekiwanym gościom. Rozpoznał Mattiego. 

background image

- Co ty tu, u diabła, robisz? - zapytał, odkładając na bok to, co miał w ręce. Poklepał 

konia,  wytarł  dłonie  w  spodnie,  po  czym  wyszedł  Mattiemu  na  spotkanie.  Wtedy  dopiero 

zauważył Raiję i popatrzył ze zdziwieniem. 

-  Wydawało  mi  się,  że  twoja  żona  miała  jasne  włosy  -  rzekł,  witając  się  z  Mattim. 

Uścisk jego dłoni był równie mocny, a spojrzenie błękitnych oczu zdecydowane. - Co to, nie 

powiodło ci się na południu? 

- Nie obawiaj się, bracie, nie przyjechałem się tu o nic upominać. - Matti uśmiechnął 

się  szeroko.  -  Nie  zamierzam  się  starać  o  kawałek  ziemi.  Potrzebuję  jedynie  schronienia  na 

jedną  noc  dla  siebie  i  dla  moich  towarzyszy  podróży.  Chyba  nie  odmówisz  tego  rodzinie, 

Kari? 

Kari  uśmiechnął  się,  ale  jego  twarz  wyrażała  raczej  zdziwienie  niż  pewność  siebie. 

Nie pojmował triumfalnej miny Mattiego. 

- A co się stało z tą drobną blondynką, którą przedstawiłeś jako swoją żonę, kiedy tu 

byłeś ostatnio? 

- Ta drobna blondynka ma na imię Elise. Została w Ruiji razem z czworgiem naszych 

dzieci. Wróciliśmy tam. 

- Więc co ty tu robisz? 

- Przyjechałem odwiedzić rodzinę - odparł Matti, a na jego twarzy nie drgnął ani jeden 

mięsień. 

Chwycił Raiję za rękę i pociągnął lekko przed siebie. 

- Zobacz, jaki mężczyzna wyrósł z tego brzdąca  - zwrócił się do niej, przytrzymując 

jej ramiona. - No, co o nim sądzisz? 

-  Uważam,  że  mam  bardzo  przystojnych  braci  -  odparła  Raija,  wyciągając  dłoń  na 

powitanie.  -  Jesteś  podobny  do  mamy,  Kari!  Nie  znasz  mnie.  Kiedy  ostatnio  was 

odwiedziłam, byłeś jeszcze maleńkim dzieckiem. Raija, twoja siostra - przedstawiła się. 

-  Przecież  ty  nie  żyjesz  -  odparł  Kari,  nie  cofając  dłoni.  -  Tak  przynajmniej  mówił 

Matti... I Maja. - Popatrzył zdezorientowany na brata, nic nie pojmując. 

-  Żyję,  choć  rzeczywiście  zniknęłam  na  wiele  lat  -  odparła  Raija.  -  Spotykasz  się  z 

Mają? A z Knutem? 

-  Czasami  -  odparł,  wzruszając  ramionami.  -  Zimą  rzadko  bywają  w  tych  stronach. 

Poza  tym  oni  obracają  się  teraz  w  wyższych  sferach.  My  w  porównaniu  z  nimi  jesteśmy 

ubogimi chłopami. 

Wychodząc ze stajni, nie przestawał kręcić głową z niedowierzaniem. W mężczyźnie, 

który stał przy koniach, rozpoznał Reijo. 

background image

- Reijo jest nadal moim mężem - wyjaśniła Raija. - Ale chłopiec jest jego synem, nie 

moim. 

- Czy tam na północy wszyscy mają tak zawikłane relacje rodzinne? - zdziwił się Kari. 

Przypomniał sobie, jaki zamęt wprowadziła Maja, kiedy przybyła w te strony. Zresztą 

nadal  krążą  o  niej  różne  plotki.  Przez  arystokrację,  do  której  od  pokoleń  należy  ród 

Runefeltów, nigdy nie została zaakceptowana. Zresztą chyba niewiele ją to obchodziło. Kari 

nie pojmował, jak ona może z tym żyć. 

- Nie, tylko Raija i jej dzieci - odpowiedział na pytanie Kariego Reijo, uśmiechając się 

serdecznie. - Ale Matti też jest niespokojnym duchem. W nich wszystkich daje o sobie znać 

krew Alatalo. 

-  Tobie,  szczęśliwie,  zostało  to  zaoszczędzone  -  Matti  nie  bez  złośliwości  pocieszył 

przyrodniego brata i poklepał po ramieniu. 

- Mamo! - zawołał nagle Kari i podbiegł do stąpającej ostrożnie po podwórzu ubranej 

na  czarno  kobiety,  która  nie  miała  na  sobie  ani  płaszcza,  ani  ciepłego  kaftana,  a  na  nogach 

jedynie lekkie trzewiki. 

-  Ona  nie  jest  taka  jak  dawniej  -  rzucił  Kari  pośpiesznie  i  pobiegł  w  stronę  matki. 

Otoczył ją ramieniem i skierował w stronę domu. Każdy jego gest zdradzał głęboką troskę. 

- On ją kocha - stwierdziła Raija wzruszona. 

Marja  postarzała  się.  Niegdyś  szczupła  i  wyprostowana,  teraz  zaokrągliła  się  i 

przygarbiła. Na widok matki z Raiji uszła gorycz. By przywołać pielęgnowaną w sobie przez 

lata  niechęć,  przypomniała  sobie  ów  mroźny  dzień,  kiedy  smagana  przez  wiatr  brnęła  w 

głębokim  śniegu  pokrytym  warstwą  lodu,  wbijającym  się  jej  w  kumagi.  Zapamiętała  plecy 

ojca  i  jego  znikającą  w  oddali  postać,  czarny  punkt  na  białym  śniegu.  Obraz  rozmyty  za 

zasłoną łez. 

To  było  tak  dawno.  Marzenia  matki  o  szczęściu  czekającym  na  Raiję  na  wybrzeżu 

Ruiji okazały się tylko mrzonkami. 

Minęły  trzydzieści  cztery  lata.  Raija  nie  mogła  sobie  darować,  że  nie  zdążyła 

powiedzieć ojcu, iż go rozumie i mu wybacza. Matce nie potrafiła jednak wybaczyć. 

- Weź Ivara! - Reijo podał Raiji śpiące dziecko. - Muszę wprowadzić konie pod dach. 

A ty idź już do środka, jeśli chcesz. 

- Poczekam na was - odparła. Nie chciała sama  wchodzić do tego domu. Nie mogła. 

Poszła  więc  za  Reijo  do  stajni.  Domyślała  się,  czemu  Matti  czuł  się  najlepiej  właśnie  tam. 

Zwierzęta nie są zakłamane, niczego nie udają. Nie sprawiają zawodu. 

background image

Marja Kivijarvi nie była już tą samą osobą co kiedyś. Przywitała się, bardzo uważnie 

im  się  przyglądając,  ale  ich  nie  rozpoznała,  mimo  że  długo  nie  spuszczała  z  nich  swoich 

jasnych oczu. 

- Raija? - zdziwiła się, podając rękę. - To piękne imię. Rzadkie. Tak nazwałam swoją 

córkę. Ale jej już nie ma przy mnie. Nie wiem, jak potoczyły się jej losy. Erkki coś wiedział. 

Erkki  to  mój  pierwszy  mąż,  prawda,  Kari?  Kari  to  mój  syn.  Wiedziała  pani?  To  dobry 

chłopak, jest jeszcze młody, ale dobrze opiekuje się swoją matką. Tylko on mi pozostał. 

Pomrugała  przez  chwilę  powiekami,  bezradna  i  zdezorientowana.  Spojrzała  na 

Mattiego. 

On także się przedstawił. 

-  Czy  to  nie  dziwne,  Kari?  -  Marja  rozpromieniła  się.  Kiedy  się  uśmiechała,  była 

piękna. Miała takie szczere i czyste spojrzenie. 

- Straciłam także syna - wyjaśniła. - Nazywał się właśnie Matti. - Wspięła się na palce 

i pogłaskawszy Mattiego po głowie, dodała: - Miał najjaśniejsze włosy w całym Tornedalen, a 

tak  brązowych  oczu  jak  jego  jeszcze  nie  widziałam.  Pewnie  jest  już  dorosły.  Nie  mam 

pojęcia,  gdzie  teraz  jest.  Może  razem  z  Erkkim?  Bo  Erkki  także  zniknął.  Wszyscy  znikają, 

jedynie Kari mi pozostał! 

-  Nie  martw  się,  mamo,  zawsze  będę  przy  tobie  -  powiedział  Kari  i  poprowadził 

staruszkę do stojącego przy piecu fotela. - Raija jest razem z mężem, Reijo Kesaniemi, i ich 

synem, Ivarem. 

- Ach, tak? Czemu mu nie dali jakiegoś porządnego fińskiego imienia? 

- Nazywa się Ivar Antti po moim ojcu - odparł Reijo z uśmiechem. Podniósł syna, by 

Marja mogła mu się dokładnie przyjrzeć. Długo patrzyła na dziecko. 

- Podobny jest do swojego ojca - stwierdziła w końcu. - Niewiele ma z matki, z tego 

co widzę. 

Raija uśmiechnęła się, nie mogąc się powstrzymać. 

-  Moje  pozostałe  dzieci  są  podobne  do  mnie  -  rzekła.  -  Czas  więc,  by  któreś 

odziedziczyło wygląd po ojcu. Pochodzę z silnego rodu, ale mamy jedną słabość: nosi nas po 

ś

wiecie. 

Spojrzeniem  napotkała  wzrok  Mattiego,  a  potem  Kariego.  Na  jego  twarzy  malowała 

się wdzięczność. Rodzaj ulgi, że nie prostowali tego, co mówiła matka, i nie zmuszali jej do 

poznania  prawdy.  Ona  wszak  i  tak  nie  była  w  stanie  jej  przyjąć.  Żyła  odgrodzona  od 

rzeczywistości we własnym świecie. 

background image

-  Masz  dużo  dzieci?  -  zapytała  Marja,  przyciągając  Raiję  bliżej.  Nabrała  ochoty,  by 

porozmawiać z tą obcą kobietą. 

- Jedną dziewczynkę wzięłam na wychowanie po śmierci jej rodziców. Wyszła potem 

za mąż za mojego brata. Urodziło im się sześcioro dzieci, ale przeżyło czworo. Jestem więc 

już babcią. 

Starsza kobieta roześmiała się. 

- Poza tym mam dwie córki - ciągnęła dalej Raija. - Jedna osiadła w Finlandii. 

- Naprawdę? Może ją znam? Wyszła za mąż? 

- Tak, poślubiła Williama Runefelta. 

- Runefelt? O, to wysoko postawiona rodzina! Zrobiła dobrą partię. Możesz być z niej 

dumna. 

-  Ona  mnie  także  uczyniła  babcią.  Ma  synka  -  uśmiechnęła  się  Raija,  z  trudem 

powstrzymując  łzy.  -  Druga  córka  mieszka  w  Norwegii,  gospodaruje  razem  z  mężem.  Też 

mają synka. Tu, w Finlandii, mieszka również jeden z moich synów, on ma dwoje dzieci. A 

drugi  syn  jest  szyprem  na  żaglowcu.  Miałam  jeszcze  jedną  córeczkę,  najmłodszą.  Była  taka 

ś

liczna... Taka mała - Raija pokazała ręką. - Niestety, umarła. 

- No, no - Marja nie kryla podziwu dla Raiji. - Nie próżnowałaś, moja droga! A przy 

tym nadal jesteś piękną kobietą. Jeszcze możesz urodzić niejedno dziecko! 

- Nie, już chyba wystarczy - roześmiała się Raija. 

- Nie mów tak. Może jeszcze dobry Bóg cię pobłogosławi. Mnie został już tylko Kari. 

Ciężko jest staremu człowiekowi, który wszystkich stracił. Nie wiem, co się z nimi stało. Po 

prostu zniknęli. Nie wiem, dlaczego nie zabrali ze sobą mnie i Kariego. Nie rozumiem... 

Po  kolacji  służąca  zaprowadziła  Marję  do  sypialni,  mimo  że  staruszka  miała  ochotę 

jeszcze zostać. Policzki jej się zaróżowiły, oczy błyszczały. Miło spędziła czas. Brała udział 

w toczącej się przy stole rozmowie, goście słuchali tego, co mówiła, i sami opowiadali różne 

historie. Podzieliła się najwspanialszymi wspomnieniami ze swojego życia. 

- Tak rzadko przyjmujemy gości - westchnęła. - Proszę, nie odjeżdżajcie jutro, zanim 

wstanę! 

Obiecali, że nie wyjadą bez pożegnania. 

- Dzięki za zrozumienie - odezwał się Kari blady i spocony. Poczęstował ich miodem 

pitnym. 

- Od dawna jest z nią tak źle? 

-  Od  roku  -  odpowiedział,  nie  patrząc  na  nikogo.  Spojrzenie  utkwił  w  mocnym, 

zaprawionym goryczką trunku. - Choroba posuwała się szybko. Z początku mama zapominała 

background image

o  drobiazgach.  Potem  nie  poznawała  ludzi,  codziennych  spraw,  przeszłości.  Nie  wiem,  ile 

pamięta z tego,  co wydarzyło się poprzedniego dnia. Nigdy nie mam pewności, co pamięta. 

Nie rozumiem, dlaczego tak się stało. Zresztą ona też tego nie pojmuje. 

-  Gorzej  by  było,  gdyby  zdawała  sobie  z  tego  sprawę  -  odparła  mu  Raija  tak  samo 

blada.  Gdzieś  ulotniła  się  z  niej  cała  złość  i  gorycz.  Trudno  było  nienawidzić  matkę 

bezbronną jak dziecko. 

Spojrzenie, jakie Kari posłał Raiji, połączyło ich bardziej niż więzy krwi. 

- Ona nie mogłaby was sobie przypomnieć, nawet gdyby się starała. 

-  A  co  z  tobą?  Nie  ożeniłeś  się?  -  zapytała  Raija  już  później,  kiedy  opowiedziała 

znaczną  część  swoich  dziejów.  Ominęła  jedynie  te  najboleśniejsze  ze  zdarzeń,  z  których 

zwierzyć się mogła jedynie Reijo. 

-  Mężczyzna,  który  musi  opiekować  się  starą  matką,  nie  jest  traktowany  jako 

interesująca partia - odparł Kari lakonicznie. W czasie tego wieczoru wypił sporo miodu, ale 

jego wzrok pozostał niezmącony. Podniósł oczy na Raiję i westchnął z podziwem: - Rosja! - 

Starsza  siostra,  której  ani  nie  pamiętał,  ani  nie  darzył  sympatią,  wyraźnie  urosła  w  jego 

oczach. - Szkoda, że mama nie jest taka jak kiedyś. Ciągle o was opowiadała. Matti i Raija, 

tylko  wy  się  liczyliście.  Tacie  się  to  nie  podobało,  więc  wychodził,  gdy  zbierało  jej  się  na 

wspomnienia.  Nie  mogła  z  nim  rozmawiać  o  was,  więc  to  ja  musiałem  jej  wysłuchiwać. 

Wciąż tylko powtarzała: Matti i Raija... 

Kari uśmiechnął się. Uniósł kąciki ust i potrząsnął głową. Zupełnie jak Matti. 

Matti poczuł ukłucie w sercu. Rozpoznał w tym grymasie przyrodniego brata cząstkę 

siebie. 

- Ja nigdy nie byłem dla mamy dość dobry - ciągnął Kari. - Dzieci, które straciła, były 

dla niej o wiele cenniejsze. Karmiła się wciąż tym, co o was słyszała. Dumna z możliwości, 

jakie  się  przed  wami  otworzyły.  Snuła  fantazje  o  waszym  życiu.  Westchnął  i  wypił  kilka 

łyków. 

-  Z  tego  co  wiem,  nadal  żyje  marzeniami.  Nigdy  was  tutaj  nie  było,  ale  bardziej  ją 

absorbowaliście niż ja. Ja nigdy nie byłem dość mądry, dość zdolny, dość zręczny, by móc się 

zmierzyć  z  waszym  obrazem,  jaki  ona  nosi  w  swoim  sercu.  Dla  mamy  jestem  dzieckiem 

drugiej kategorii. Synem, który nigdy nie dorastał do jej wyobrażeń... 

- A twój ojciec? - zapytała Raija ostrożnie. Już od dawna nie moczyła ust w miodzie, 

który na jej głowę był stanowczo zbyt mocny. 

background image

- Ojciec umarł - odparł Kari. - On z kolei chciał, żebym był najlepszy. Ale nie wiem, 

czy  sprostałem  jego  oczekiwaniom.  Pewnie  jego  też  zawiodłem,  chociaż  nigdy  mi  tego  nie 

powiedział. Ale przecież nie mówi się takich rzeczy swojemu synowi, prawda? 

- Zazdrościłeś nam? - spytała Raija. 

- Pewnie, że tak! Kari potrząsnął długą grzywką i uśmiechnął się. 

Był przystojny. Ale inaczej niż Matti. Matti był zbyt podobny do swojego ojca, żeby 

podobieństwo między przyrodnimi braćmi rzucało się od razu w oczy. Ale to podobieństwo 

istniało. 

Rysy twarzy, okolice ust, policzki. Uśmiech. 

Bardziej  dostrzegalne  było  jednak  pomiędzy  Karim  a  Raiją.  Oboje  mieli  w  oczach 

przekorne błyski. Prostowali plecy w taki sam sposób. Nosili w sobie tę samą dumę. 

-  Mama  nie  pamięta  ojca  -  rzucił  Kari  nieoczekiwanie,  wlewając  w  siebie  resztki 

zawartości karafki. 

Przełknął miód. Otarł rękawem koszuli usta. Nie przywiązywał wagi do manier. 

-  Ona  nie  wie,  kim  był  Aki  Kivijarvi  -  ciągnął  podniesionym  głosem  i  zaśmiał  się 

przez  łzy.  -  Tak,  ojciec  zniknął  z  jej  życia  jeszcze  bardziej  niż  wszyscy  pozostali.  Kiedy 

matka  patrzy  na  mnie,  jest  przekonana,  że  jestem  synem  Erkkiego  Alatalo.  Nie  może 

zrozumieć,  dlaczego  zmieniliśmy  nazwisko.  Powiedziałem  jej,  że  pochodzi  ono  od  nazwy 

dworu,  ale  nie  była  z  tego  zadowolona.  Ludziom  mówi,  że  nazywa  się  Marja  Alatalo.  Tak 

słabo zapisał się jej w pamięci mój ojciec, tak niewiele po sobie zostawił. 

- To nie jej wina, że straciła pamięć! - Raija bezwiednie wzięła matkę w obronę. 

- Mawia się, że poruszając się na nartach, każdy pozostawia po sobie jakiś ślad. I tak 

samo jest z ludzkim życiem - rzekł Kari Kivijarvi. - Ale w przypadku mojego ojca to się nie 

sprawdziło. 

- Ważne, że ty pamiętasz - wtrącił spokojnie Reijo. - Twój ojciec pozostawił po sobie 

ciebie, Kari. Pomyśl, ilu jest mężczyzn, którzy umierają bezpotomnie! Syn zaś zachowuje nie 

tylko pamięć o swym ojcu, ale i nazwisko. 

Kari westchnął zmęczony. Nie przywykł do takich rozmów. Nieoczekiwanie zamknął 

się w sobie. Jakby obawiał się, że powiedział zbyt wiele, znów ukrył się za długą  grzywką, 

wyraźnie zawstydzony. 

Reijo  pierwszy  dostrzegł  tę  zmianę,  mrugnął  porozumiewawczo  do  Raiji  i 

zaproponował, że czas się położyć. 

background image

-  Przed  nami  jeszcze  długa  droga  -  wyjaśnił.  -  Dobrze  jest  spotkać  się z rodziną,  ale 

nie znaczy to, że mamy przesiedzieć całą noc. Kariego czeka jutro ciężki dzień, my jedziemy 

dalej... 

Matti  poderwał  się  i  podziękował  za  gościnę.  Raija  wychodziła  z  salonu  ostatnia. 

Pogasiła  lampy  i  pogłaskawszy  po  głowie  Kariego,  który  przysypiał  na  krześle,  zapytała 

łagodnie: 

-  Nie  powinieneś  się  także  położyć?  Obudził  w  niej  macierzyńskie  uczucia  ten  brat, 

młodszy wiekiem niż jej własne dzieci. 

- Tak - odparł i wstał, lekko się chwiejąc. Na szczęście utrzymał się na nogach. Jednak 

duża ilość wypitego miodu nie pozostała całkiem bez wpływu, choć Kari przez cały wieczór 

tak  dobrze  się  maskował.  -  Wydaje  mi  się,  że  cię  lubię  -  rzekł,  starając  się  nie  wykonywać 

zbyt gwałtownych ruchów. 

Raija trochę się o niego martwiła. Był jeszcze taki młody i taki sympatyczny, a przy 

tym bliski jej jako przyrodni brat!  Bardzo jej zależało na tym, żeby ułożyło mu się jakoś  w 

ż

yciu. 

-  To  dobrze,  Kari!  -  odparła,  starając  się  podnieść  go  na  duchu.  -  Ja  także  cię  lubię. 

Cieszę się, że jesteś moim bratem. Wspaniale opiekujesz się mamą. Nikt nie uczyniłby tego 

lepiej. Poza tym jestem przekonana, że nikt nie poprowadziłby tak dobrze gospodarstwa jak 

ty. 

- O, Matti z pewnością uczyniłby to lepiej. Raija pokręciła głową. 

- Matti jest zbyt niespokojnym duchem. Nie zauważyłeś? W jego żyłach płynie także 

krew Alatalo. Naprawdę nie zwróciłeś na to uwagi? 

Pomogła mu położyć się do łóżka, a potem znalazła izbę, w której posłano dla gości. 

To  był  ten  sam  pokój,  który  kiedyś,  całe  wielki  temu,  dzieliła  z  Mikkalem.  Stanęła  w 

drzwiach,  nasłuchując  przez  chwilę.  Ivar  oddychał  miarowo.  Zawsze  z  obawą  nasłuchiwała 

oddechu śpiących dzieci, lękając się, że niespodziewanie ustanie. A przecież Natalię straciła 

w inny sposób. 

Reijo nie spał. W milczeniu czekał w ciemnościach, aż Raija się rozbierze. Przytuliła 

się do niego i od razu zrobiło jej się cieplej. Czując spokojne uderzenia jego serca, i ona się 

uspokoiła. W końcu ich serca zrównały się rytmem. Było to cudowne uczucie. 

- Nie tak to sobie wyobrażałaś, prawda? - zapytał w końcu. 

Przez cały wieczór trzymał się na uboczu, pozostawał w cieniu. Ale był przy niej i ją 

wspierał. Raija czuła emanujący z niego spokój. 

- Okazuje się, że jest zupełnie inna, prawda, Raiju? Nikt z nas tego nie przypuszczał. 

background image

- Ogarnia mnie wzruszenie, gdy o niej myślę - wyszeptała Raija. - Troska... Tak jakby 

to ona stała się moim dzieckiem. Chociaż gdzieś głęboko w moim sercu tli jeszcze niechęć do 

niej.  Mam  nadzieję  jednak,  że  wnet  zgaśnie.  Wstyd  mi!  Jak  mogłam  tak  źle  o  niej  myśleć? 

Przecież ona nawet nie może się bronić. Nie wie, kim jestem. Mogłabym jej wykrzyczeć całą 

prawdę.  Mogłabym  ją  oskarżyć  o  najgorszą  krzywdę.  Mogłabym  jej  zadawać  pytania  i 

wygrażać,  ale  przecież  ona  nic  by  nie  rozumiała.  Tylko  by  się  zasmuciła.  Tak...  zasmuciła, 

Reijo. Doprawdy, wstyd mi! 

-  Ona  ma  najlepszego  obrońcę!  Kari  ją  kocha.  Troszczy  się  o  to,  by  była  zadbana  i 

syta. Niewiele więcej można jej pomóc. 

- Gdybym nadal czuła do niej żal, musiałabym być podłym człowiekiem. Nie można 

nienawidzić matki, która jest bezbronna jak dziecko. 

- A więc przestań ją nienawidzić. Nie pojmujesz, jakie to niszczące uczucie? 

-  Skąd  w  tobie  tyle  łagodności?  -  westchnęła  Raija,  wtulona  w  jego  szyję.  Wsunięta 

pod wełniane koce czuła jego zapach. Zapachy zawsze silnie działały na jej zmysły. 

- O, to przyszło z czasem - wyjaśnił Reijo. 

-  Spałam  w  tym  łożu  razem  z  Mikkalem  -  wyznała  nieoczekiwanie  Raija.  -  Mikkal 

nigdy  wcześniej  nie  spał  pod  pierzyną.  A  oni  już  wtedy  je  mieli.  Dobry  Boże,  jak  to  było 

strasznie dawno! Dlaczego mnie nie przytulasz, Reijo? 

- Myślałem, że wolałabyś sobie w spokoju powspominać Mikkala. 

Raija uniosła głowę i spojrzała na niego w ciemnościach. 

- Wiesz, Reijo, mój mężu, jesteś wspaniałomyślny, ale na stare lata trochę pomieszało 

ci się w głowie. Czy ja kiedykolwiek byłam taka subtelna? 

-  Może  Mikkal  mi  wybaczy  -  rzekł  Reijo,  rozpinając  płócienną  koszulę  Raiji  i 

dotykając rozgrzanej skóry. - W końcu wtedy byłaś przecież moją żoną - dodał, nie przestając 

pieścić Raiji. 

Kochali się po cichu, łagodnie, i zasnęli ciasno przytuleni. 

Byli w domu matki Raiji, nazajutrz mieli ruszyć w dalszą drogę. 

background image

- Ale odwiedzicie nas w drodze powrotnej? - upewniał się Kari. 

Raija pokiwała głową twierdząco i obiecała w imieniu wszystkich, że zajrzą na pewno. 

Bardzo  żałowała,  że  nie  mogą  zostać  dłużej.  Nie  były  to  tylko  puste  słowa.  Ją  samą 

zaskoczyła  własna  reakcja.  Naprawdę  chętnie  zatrzymałaby  się  tu  na  parę  dni,  żeby  lepiej 

poznać  przyrodniego  brata,  któremu  do  tej  pory  nie  poświęcała  żadnej  uwagi.  Oczywiście 

wiedziała o jego istnieniu, ale traktowała go jedynie jako element nowego życia matki. Nigdy 

nie myślała o nim jak o odrębnej osobie. 

Popełniła błąd. 

-  Mamę  bardzo  ucieszyła  wasza  wizyta  -  rzekł  Kari.  -  Wprawiliście  ją  w  taki  dobry 

nastrój. A ona bywa czasami kapryśna, ma swoje humory... 

Raija  pokiwała  głową.  Zrozumiała,  że  jej  przyrodni  brat  nie  żartował,  mówiąc,  że 

okoliczne  panny  nie  uważają  go  za  atrakcyjnego  kandydata  na  męża.  Przecież  ludzie 

wiedzieli, co się dzieje z Mar ją. Tego nie dało się ukryć. A gospodarstwo nie było na tyle du-

ż

e,  by  zaślepione  bogactwem  dziewczęta  nie  dostrzegały  ujemnych  stron  małżeństwa  z 

Karim,  który,  skądinąd  przystojny  i  urodziwy,  miał  jedną  słabość:  bardzo  kochał  swoją 

matkę. 

Raiję  niezmiernie  tym  wzruszył.  Była  dumna  z  młodszego  brata  i  serce  jej  rosło  na 

myśl o nim. Zdawała sobie jednak sprawę, że niełatwo mu będzie znaleźć żonę. Kto wie, czy 

nie przyjdzie mu się zadowolić pierwszą lepszą. 

Miała nadzieję, że los uśmiechnie się w końcu do tego młodzieńca. 

Zapragnęła  coś dla niego uczynić. Niestety, czuła, że jej zdolności są jakby uśpione. 

Nie zniknęły całkiem, ale pewnie nie dałoby się ich teraz przywołać. 

Zresztą nie ona o tym decydowała. 

- Czy ja też stanę się kiedyś taka jak mama? - zastanawiała się Raija, kiedy już jechali 

dalej w stronę Tornio. -  Skoro ty, Matti, który widziałeś się z mamą stosunkowo niedawno, 

nie przypuszczałeś, że może się tak zmienić, to skąd mnie miało to przyjść do głowy? 

Matti,  przepełniony  uczuciem  bezradności,  rozmyślał,  jaka  matka  była  zawsze  dla 

niego dobra, jak się starała. Niestety, Raija nie miała takich wspomnień. 

Podróż zimą była o tyle dogodna, że jej tempo nie zależało od przeprawy promowej. 

Na  Zatoce  Botnickiej,  pokrytej  grubą  warstwą  lodu,  sanie  wiozące  gości  z  wybrzeży  Ruiji 

background image

sunęły  bezpiecznie,  pozostawiając  niezbyt  głębokie  ślady,  które  szybko  zacierała  śnieżna 

zadymka. 

Zatrzymali  się  na  nocleg  w  Tornio.  Reijo  zaproponował  żartobliwie,  by  zapukać  do 

pałacu  Runefeltów,  ale  Raija  posłała  mu  gniewne  spojrzenie  i  kazała  Mattiemu  poszukać  w 

miarę porządnego zajazdu, gdzie mogliby przenocować. Ich uszy musiały ścierpieć niejedno 

tej  nocy,  ale  Raija  nawet  nie  uniosła  brwi.  Matti  zaś  zapewniał,  że  to  najporządniejsze 

miejsce,  jakie  udało  mu  się  znaleźć,  a  zabrało  mu  to  sporo  czasu.  Raija  i  Reijo 

wspaniałomyślnie nie czynili mu wyrzutów, że kiedy wrócił, cuchnęło od niego piwem. 

- Znów przypominasz mi nicponia, jakim niegdyś byłeś - stwierdziła tylko Raija. 

Brat  w  odpowiedzi  uśmiechnął  się  czarująco,  ale  powaga  w  spojrzeniu  świadczyła  o 

tym,  że  od  dawna  nie  jest  już  niesfornym  młodzieńcem,  którego  starsza  siostra  musiała  od 

czasu do czasu wytargać za uszy. 

- Czy to tutaj? - zapytała Raija, ujrzawszy dom otulony białą pierzyną, wokół którego 

rosły ośnieżone drzewa. A gdy dostrzegła letnią altanę z kolorowymi szybami, ów magiczny 

ogród z kawałków szkła, ścisnęła Reijo za ramię i westchnęła: 

- Nawet w Archangielsku nie mieszkałam tak pięknie. Ależ się wybiła ta nasza Maja! 

Słysząc te słowa, Reijo poczuł, że spływa nań radość. Sam zawsze traktował Maję jak 

swoje dziecko, ale Raija często dawała mu odczuć, że to nieprawda. 

-  Może  nie  powinniśmy  tu  jednak  przyjeżdżać!  -  rzekła  nagle  Raija,  wczepiając  się 

palcami w ramię Reijo. - Chyba trzeba było wysłać z Tornio wiadomość! 

-  Już  tu  jesteśmy  -  odparł  Reijo.  -  Nie  obawiaj  się!  Przecież  żadna  córka  nie 

zamknęłaby drzwi przed matką w samym środku zimy. 

Raija roześmiała się z przymusem. 

- Własnoręcznie przełożę twoją córkę przez kolano i spiorę na kwaśne jabłko, jeśli nas 

wyrzuci  -  obiecał  Reijo.  -  Ale  ona  tego  nie  zrobi.  Zapewniam  cię,  Raiju.  Przynajmniej  tyle 

przyzwoitości zdążyłem jej wpoić. 

Maja  dostrzegła  moment  ich  przybycia.  Przez  tydzień  odczuwała  niepokój.  Czekała. 

Prawie się nie kładła spać. 

Całymi dniami przesiadywała przy oknie i obserwowała drogę. Domyślała się, z której 

strony  nadjadą.  Uznała,  że  Reijo  wybierze  tę  samą  trasę  co  ostatnio.  Bo  co  do  tego,  że  i  on 

przybędzie, nie miała żadnych wątpliwości. 

Jeśli bowiem ma się tu zjawić Raija, on musi przy tym być. 

William,  zaniepokojony  dziwnym  zachowaniem  żony,  zastanawiał  się  już,  czy  nie 

wezwać lekarza. Tłumaczył, że niepotrzebnie ulega lękom z powodu jakiegoś snu. 

background image

Tak niewiele z tego wszystkiego pojmował! 

Tymczasem, proszę, goście stoją niemal u progu. 

Maja  posłała  chłopaka  ze  służby  z  wiadomością  do  Ailo.  Kazała  mu  powtórzyć,  że 

przybyła ta, której oczekiwali. 

Sama  zaś  wezwała  Williama,  który  siedział  w  swoim  gabinecie  i,  jak  twierdził, 

zajmował  się  interesami.  Maja  podejrzewała,  że  tak  naprawdę  mąż  zamyka  się  tam,  żeby 

wypalić fajkę. Nie pochwalała tego obyczaju, dlatego William wymykał się do pokojów, do 

których  rzadko  zaglądała.  Maja  udawała,  że  niczego  się  nie  domyśla,  i  nie  zabierała  na  ten 

temat głosu. 

Henrik  bawił  się  poza  domem.  Konie  kochał  ponad  wszystko,  chodził  więc  krok  w 

krok za stajennym. 

-  Mamy  gości  -  oznajmiła  Maja,  kiedy  nadszedł  William,  roztaczając  aromatyczną 

woń tytoniu. Domysły Mai nie były więc bezpodstawne. 

-  Gości?  -  zdziwił  się,  unosząc  brew,  i  pospiesznie  zbliżył  się  do  okna.  - 

Zapraszaliśmy kogoś? 

Maja uśmiechnęła się znacząco. 

-  Dobrze,  że  zatroszczyłam  się  o  to,  by  uprzątnąć  pokoje  gościnne!  Przecież  już  od 

ponad tygodnia mówię ci, Williamie, że będziemy mieć gości. I oto przybyli. 

Przemknęła  obok  niego  niczym  wiosenna  powódź,  pozostawiając  drzwi  otwarte  na 

oścież.  William  ruszył  za  nią,  ciągle  nie  wiedząc,  co  o  tym  wszystkim  sądzić.  Prawdę 

mówiąc, nie traktował poważnie jej snów... 

Maja  zbiegła  po  schodach,  wyprostowana,  z  dumnie  uniesioną  głową.  Jeszcze  jej 

takiej nie widział, choć przecież przy wielu okazjach dane mu było poznać jej upór i dumę. 

Na dziedziniec wjechały właśnie sanie zaprzężone w małe koniki z północy. Wysiadło 

troje dorosłych. 

Wśród nich kobieta. 

William zatrzymał się na szczycie schodów, jakby nie był w stanie dać kroku w dół. 

Jego spojrzenie zatrzymała o się na dwóch kobietach. Na Mai i na tej drugiej. 

Raija dostrzegła córkę i rozpoznała. Jej policzki nadal szpeciły blizny, ale poznałaby 

Maję  i  bez  nich.  Włosy  miała  gładko  uczesane,  a  wokół  głowy  upiętą  koronę  z  ciasno 

splecionego warkocza. Była taka podobna do Mikkala... 

Raija  ujrzała  w  córce  ukochanego  mężczyznę,  Mikkala  w  młodości.  Może  nie 

odziedziczyła  po  ojcu  owej  niezwykłej  urody,  ale  miała  w  sobie  jego  siłę  i  to  coś 

nieuchwytnego, na co trudno znaleźć określenie, a co odróżniało ją od innych. 

background image

-  Oczekiwałam  cię  -  powiedziała  Maja,  zatrzymując  się  przed  Raiją.  Glos  miała 

identyczny jak ona w młodości. 

Maja, ich córka. Córka Mikkala. 

-  Miałam  nadzieję,  że  odbierzesz  wiadomość  -  odpowiedziała  Raija,  poruszając 

drżącymi wargami. 

Stały  naprzeciwko  siebie.  Jednakowo  niewysokie.  Tak  samo  ciemnowłose,  równie 

dumnie wyprostowane. 

- Witaj! - Maja wyciągnęła rękę na przywitanie, ale zachowała dystans. 

Raija  zdjęła  rękawicę  i  uścisnęła  dłoń  córki,  nie  próbując  zburzyć  muru,  jakim 

odgrodziła się od niej. 

Jakże  miała  ochotę  przytulić  swoją  córkę!  Maja  jednak  wyraźnie  sobie  tego  nie 

ż

yczyła.  Przypominało  to  jako  żywo  spotkanie  z  Idą.  Raija  miała  nadzieję,  że  tym  razem 

szybciej  puszczą  lody,  a  odzyskanie  zaufania  córki  nie  będzie  wymagać  od  niej  takiego 

wysiłku. Była zbyt stara, by ryzykować życie dla każdego ze swych dzieci. 

Tymczasem Reijo chwycił Maję w objęcia, nie zważając na jej chłodną rezerwę. Ona 

też go mocno objęła, jakby nie chciała wypuścić. I pewnie by nie wypuściła, gdyby nie Ivar. 

-  Tato!  -  zawołał  malec,  pragnąc  mieć  Reijo  z  powrotem  dla  siebie.  Patrzył  szeroko 

otwartymi oczami na obcą kobietę, która, nie wiedzieć czemu, rościła sobie jakieś prawa do 

jego taty. 

- To twoja siostra, syneczku - wyjaśnił mu Reijo. - Ivar, to właśnie jest Maja. 

-  Słodki  brzdąc  -  powiedziała  Maja  i  dwoma  palcami  pogładziła  go  po  policzku.  A 

zerknąwszy ukradkiem na Raiję, zapytała: - Co na to wszystko Helena? 

Twarz Reijo stężała. 

- Helena nie żyje - odparł cicho. - Porozmawiamy o tym później. 

Oniemiała Maja wpatrywała się w niego. Nagle poczuła na ramionach czyjeś dłonie, a 

obróciwszy się, stanęła twarzą w twarz z roześmianym i rozradowanym Mattim. 

- I co, może mi powiesz, że nie jesteś zaskoczona? - zawołał. 

- Jestem! 

Przywitali się serdecznie. 

Raija  przyglądała  się  temu  pociemniałym  wzrokiem.  Spodziewała  się  wprawdzie 

niechęci  córki,  ale  mimo  to  Maja  zraniła  ją  do  żywego  swoim  zachowaniem.  Raija  zawsze 

bardzo cierpiała, gdy ją odtrącano. 

background image

Tymczasem nadszedł William, prowadząc synka. Żeby wyciągnąć go ze stajni, musiał 

użyć podstępu. Mały dał się przekonać dopiero wówczas, gdy usłyszał, że na dziedzińcu stoją 

konie z samej Ruiji. 

William  został  przedstawiony.  Jego  tytuły  i  nazwisko,  które  w  tych  stronach  wiele 

znaczyło,  zawsze  trochę  ich  wszystkich  peszyły.  Na  szczęście  sam  William  był  bardzo 

serdeczny i bezpośredni. 

Teraz  nie  mógł  oderwać  oczu  od  Raiji.  Wiedział,  kim  jest.  Był  pewien  jednak,  że 

przykułaby jego wzrok, gdziekolwiek by ją spotkał. 

Włosy  i  karnacja  zupełnie  jak  u  Mai,  tak samo  dumna  sylwetka,  to  samo  spojrzenie, 

które przenikało na wskroś. W jej postawie zauważało się królewskie dostojeństwo. 

William  teraz  już  wiedział,  po  kim Maja  odziedziczyła  wygląd  i  charakter.  Zaczynał 

się domyślać, dlaczego jego żona nie przywitała się serdecznie z matką. 

-  A  ja  mam  przyjemność...  -  zaczął  kurtuazyjnie,  wywołując  uśmiech  na  niezwykłej 

urody twarzy Raiji. 

Taka  uroda  nie  blaknie  wraz  z  upływem  czasu.  Bo  stanowią  o  niej  nie  tylko  piękne 

rysy,  ale  przede  wszystkim  wnętrze.  Tak...  ta  kobieta  emanowała  wewnętrzną  urodą, 

dokładnie tak samo jak Maja. Obie miały w sobie rzadkie połączenie czaru i siły. 

-  Wyszłam  za  niego  za mąż  wyłącznie  dla  pieniędzy  i  dla  nazwiska  -  wtrąciła  Maja, 

ś

miejąc się sztucznie. 

Uchwyciła wolne ramię Williama, a drugą ręką poprawiła ubranko syna. William nie 

poznawał jej. 

- Oto mój mąż William Samuli Hugo Runefelt. Moja mama, Raija... Nie wiem, jakie 

teraz nosisz nazwisko? 

Raija z uśmiechem odebrała kolejny cios, nie dając po sobie poznać, jak bardzo córka 

ją uraziła. 

- Kesaniemi - odparła. 

-  Oczywiście  -  Maja  uśmiechnęła  się  niemal  lustrzanym  odbiciem  matki.  -  Przecież 

nie przestaliście być małżeństwem. 

- Pobraliśmy się ponownie - wyjaśnił Reijo. - Na wszelki wypadek - dodał, otaczając 

Raiję ramieniem, by w ten sposób dać Mai do zrozumienia, po czyjej

 

jest stronie. 

Maja domyśliła się, co chciał jej powiedzieć. Zastanawiała się tylko, czy Rei jo nadal 

wierzy, że ktoś może mieć Raiję na własność. 

- Domyślam się, że list od nas zaginął gdzieś po drodze i do was nie dotarł - odezwał 

się Reijo. - Wszystko wam jednak wyjaśnimy. 

background image

- Rozumiem, że właśnie w tym celu przybyliście - odpowiedziała Maja, obrzucając ich 

chłodnym spojrzeniem. 

Jej słowa zmroziły ich. 

- Dlatego - odparła Raija, domyślając się, że odpychające zachowanie córki wypływa 

z jej zagubienia i niepewności. 

- A gdzie Knut i Anjo? - zapytał Matti. - A Ailo? 

-  Ailo  zaraz  się  zjawi  -  odparła  Maja  łagodniej  niż  wówczas,  gdy  zwracała  się  do 

Raiji.  -  Wysłałam  po  niego,  gdy  tylko  zobaczyłam,  że  jedziecie.  Czekałam  na  was.  Knut  i 

Anjo  natomiast  wyjechali  w  listopadzie.  Nie  mogli  sobie  tutaj  znaleźć  miejsca.  Zwłaszcza 

Knut. Potrzebował zająć się czymś konkretnym. Pożytecznym. 

-  Knut  próbuje  swych  sił  jako  właściciel  zajazdu  w  Kengis  -  wtrącił  William.  -  Jaka 

szkoda, że go tu dzisiaj nie ma! 

-  Posłałam  po  niego  -  oznajmiła  lakonicznie  Maja.  -  Uprzedziłam,  że  jesteście  w 

drodze. 

- A skąd mogłaś wiedzieć? Skoro nie dostałaś listu... - przerwał jej Matti. 

- Wiedziałam - odparła Maja, nie wyjaśniając. - Wyślę im ponownie wiadomość. 

- Możemy się u nich zatrzymać w drodze powrotnej do domu - zaproponował Reijo. - 

Musimy stać na dworze, Maju? Co to, nie zapraszasz na pokoje takich skromnych gości jak 

my, dziecko? Czy tak cię wychowałem? 

Maja  żachnęła  się,  ale  widząc  łagodne  spojrzenie  Reijo,  uśmiechnęła  się  i 

wprowadziła gości do pałacu. 

Raija  widywała  równie  bogate  wnętrza.  Przedmioty  nigdy  nie  wywoływały  w  niej 

przesadnego  uwielbienia.  Nigdy  nie  odczuwała  w  sobie  potrzeby  posiadania  czegokolwiek. 

Przeciwnie,  gdy  miała  zbyt  dużo,  czuła  się  osaczona.  Ale  teraz,  widząc,  jakie  możliwości 

otworzyły  się przed jej  dzieckiem, poczuła przypływ dumy. Maja z taką swobodą poruszała 

się w tych wspaniałych salonach, odziana w szeleszczącą suknię, jakby nigdy innych nie nosi-

ła.  Kryształowe  kieliszki  podawała  z  taką  samą  naturalnością,  z  jaką  brała  do  ręki  cynowe 

naczynia, gdy była dzieckiem. 

Maja zawsze szybko się uczyła, naśladując innych. Przydało jej się to w życiu. Raiję 

rozpierała matczyna duma, mimo że córka nadal odnosiła się do niej bardzo chłodno i mroziła 

ją spojrzeniem. 

Ale oto zapanowało poruszenie, bo w drzwiach pojawił się Ailo. Miał na sobie ubranie 

ze  skóry  i  ciemną  pelerynę  na  ramionach.  Poruszał  się  zupełnie  jak  Mikkal.  Gdy  zdjął 

zsunięty  na  czoło  skórzany  kapelusz,  Raija  zachwiała  się,  ujrzawszy  zakrytą  maską  twarz. 

background image

Wbiła  paznokcie  w  dłonie,  żeby  nie  krzyknąć.  Ailo  tymczasem  odłożył  na  bok  kapelusz  i 

rękawice, stanął na szeroko rozstawionych nogach, osłoniętych butami,  które sięgały mu do 

pół łydki, i odpiął pelerynę. 

Raija o niczym nie wiedziała. Nikt jej nie uprzedził. Przypomniała sobie jednak słowa 

opowiadanej  przez  Idę  baśni  o  mężczyźnie  w  masce.  Była  to  baśń  bez  szczęśliwego 

zakończenia.  Nikt  z  jej  bohaterów  wprawdzie  nie  zginął,  ale  nie  żyli  też  razem  długo  i 

szczęśliwie.  Teraz  dopiero  Raija  pojęła  sens  tej  baśni.  Ida  co  prawda  odnalazła  swoje 

szczęście  u  boku  Sedolfa,  ale  czy  Ailo  potrafił  sobie  jakoś  ułożyć  życie?  Raija  nie  miała 

pewności. 

Spotkali się na środku pokoju. Raija ujęła w dłonie okryte maską policzki, a z jej oczu 

popłynęły łzy. Ailo nie odgrodził się od niej murem. Przytulił się do niej mocno i rozpłakał 

się wraz z nią. 

- Tak się cieszę, że udało ci się ujść z życiem - powiedziała Raija. 

- Byłem pewien, że żyjesz - odparł jej na to po lapońsku. Odwykł trochę od tego, bo 

nieczęsto trafiała mu się sposobność mówienia w rodzinnym języku. Ale Raija zrozumiała i 

odpowiedziała mu w jego mowie. Słowa w języku, który darzyła miłością, zmysłowo pieściły 

jej usta. 

-  Co  z  twoją  twarzą?  Ailo  lekko  pokręcił  głową.  Dobrze  wiedział,  jak  przerażająco 

wygląda. 

- Mogłabym być twoją matką, chłopcze! Popatrzyła na niego surowo, wywołując jego 

uśmiech.  Poprowadził  ją  więc  do  sąsiedniego  pokoju,  a  kiedy  zamknął  za  sobą  drzwi,  zdjął 

maskę. 

Raija  oniemiała.  Opadła  na  krzesło,  które  na  szczęście  stało  obok.  Ścisnęła  Ailo  za 

ręce, tak że był zmuszony siąść na oparciu. 

- Może lepiej by było, gdybym umarł - rzucił Ailo. - Nieładnie to wygląda, prawda? A 

przecież kiedyś byłem dość urodziwy. Okazuje się, że czasem trzeba doświadczyć jednego i 

drugiego. 

Raija  pogłaskała  pomarszczoną  twarz,  która  w  żaden  sposób  nie  przypominała 

ludzkiego oblicza. 

Usiłowała wyobrazić sobie ból, poparzone do żywego ciała rany, swąd spalenizny. Nie 

była w stanie. Przekraczało to jej możliwości. 

Wspomnienia,  które  zamknęła  głęboko,  do  których  nie  chciała  wracać,  znów 

wynurzyły  się  na  powierzchnię.  Za  każdym  razem,  gdy  je  w  sobie  tłumiła,  traciła  jakąś 

cząstkę siebie. 

background image

W pewnym sensie Raija także doświadczyła dwoistości życia, choć inaczej niż Ailo. 

- Powinnam była tu być! - westchnęła ciężko. 

-  A  co,  może  potrafiłabyś  odtworzyć  moje  dawne  rysy  twarzy?  -  zapytał  Ailo  ze 

smutkiem. - A może umiałabyś sprawić, że pokryłaby ją skóra równie gładka jak kiedyś? 

Raija musiała przyznać z pokorą, że to nie leży w ludzkiej mocy. 

- Gdybym nie znalazł się tutaj, u Mai, dawno już bym nie żył. A co u Idy? - dorzucił, 

zawieszając głos. - Jak chłopiec? 

Raija tylko pokiwała głową. Wyczuła napięcie w jego głosie, domyśliła się, jak trudno 

przeszły mu te słowa przez gardło. Nie miała sumienia mówić o tym, jak pełny miłości dom 

stworzyli Ida i Sedolf. O łączącej ich bliskości i szczerości. 

Raija kochała Ailo. Był jej równie bliski jak jej własne dzieci. 

-  Wszystko  u  nich  dobrze  -  odparła.  -  Opowiem  ci  później  o  Mikkalu.  To  wspaniałe 

dziecko. Takie radosne. Ma rysy twarzy Idy i moje, ale z usposobienia podobny jest bardziej 

do  ciebie.  Mam  nadzieję,  że  nie  odziedziczył  po  Mikkalu  skłonności  do  melancholii.  Tak, 

twój ojciec czasami zamykał się w sobie. 

-  Wiem  o  tym.  Ze  mną  jest  podobnie  -  odrzekł  Ailo  z  powagą  w  oczach.  -  Czasami 

najchętniej schowałbym  się w wydrążonej w skale jaskini i w ogóle stamtąd nie wychodził. 

Na Hailnoto też mam swoje kryjówki, choć tutejszy krajobraz nie stwarza wielu możliwości 

ucieczki. Chowam się czasem w lesie, przemierzam plaże i ulatuję stąd myślami. Rozumiesz 

mnie, Raiju? Czy także kochałaś tak mocno płaskowyż? 

- Chętnie pobiegałabym boso po tamtejszych pastwiskach - uśmiechnęła się Raija, nie 

przestając dotykać twarzy Ailo okrytej przezroczystą, cienką niczym jedwab skórą. Zdawało 

się, że lekkie muśnięcie palców może ją niechcący przerwać. 

- Mieszkam w kamiennej chacie, Raiju. Mam dom, cztery ściany, dach - ciągnął Ailo, 

na przemian śmiejąc się i płacząc. Wiedział, że ona potrafi spojrzeć na to jego oczami. - Mogę 

się poruszać,  ale nie żyję w zgodzie z tradycją  mojego ludu. Słońce wędruje po niebie,  a ja 

siedzę  przy  oknie  i  rysuję  cienie.  Utrwalam  wspomnienia  z  północnego  płaskowyżu,  póki 

jeszcze jestem w stanie je uchwycić. Obawiam się bowiem, że któregoś dnia utoną w gęstej 

mgle.  Najbliższy  memu  sercu  krajobraz  zastyga  w  srebrze.  Ozdabiam  pałace  arystokracji. 

Drogo sprzedaję moje łąki, po których oni sami nigdy nie będą stąpać, do których nie mają 

ż

adnego prawa, chociaż ich królowie ciągle nazywają krainę na północy swoim państwem... 

- Miałeś wiele czasu na rozmyślanie. Może człowiek musi wyjechać gdzieś daleko, by 

zrozumieć  to,  co  najważniejsze?  -  odrzekła  Raija,  pobladłszy.  -  Kiedy  wraz  z  zorzą  polarną 

wróciła mi pamięć, także moja głowa napełniła się nowymi myślami. To niemal przekleństwo 

background image

być do tego zdolnym. Często pragnęłam, by tyle nie rozmyślać. Znajdowałam wytchnienie w 

tkaniu. Ty masz swoje srebro. 

-  Maja  także  tka  -  powiedział  Ailo,  podnosząc  się.  -  Poza  tym  po  kryjomu  szoruje 

podłogi.  Kłóci  się  z  kucharką,  żeby  jej  pozwoliła  coś  ugotować.  We  własnej  kuchni  musi 

prosić  o  pozwolenie!  Dlatego  często  przychodzi  do  nas  i  piecze  razem  z  Anną  Kajsą. 

Wygląda wówczas jak mała dziewczynka z policzkami białymi od mąki. Maja także znalazła 

się w sidłach, ale ona nie ma za czym tęsknić, dlatego z nią jest inaczej. 

Raija  milczała.  Ailo  odsłonił  przed  nią  tajemnicę  Mai.  Raija  potrzebowałaby  wiele 

czasu, by ją odkryć. 

- Ona nadal mnie nienawidzi - odezwała się ze smutkiem. 

- Nie, to nie nienawiść - odrzekł Ailo, przesuwając srebrny półmisek, który, jak Raija 

się domyśliła, sam wykonał. 

Skinieniem poprosiła, by jej pokazał. 

Kiedy  uchwyciła  w  dłonie  naczynie,  w  jednej  chwili  pojęła  bezmiar  jego  tęsknoty. 

Dostrzegła  ból  i  głęboki  niemy  smutek  w  tych  wszystkich  detalach,  nad  których  pięknem 

rozpływali się inni. 

- Mikkal powinien zobaczyć, jak wysoko uleciały jego ptaki - uśmiechnęła się Raija. 

Przypomniała  sobie  tego  najpierwszego  ptaka,  którego  Mikkal  wyrzeźbił  w  kości  renifera, 

kiedy  pilnował  stada.  Rzeźbił  dla  zabicia  czasu.  Tak  dobrze  pamiętała  tamte  dni.  Niemal 

czuła,  jak  jej  twarz  smaga  letni  wiatr.  Kiedy  Mikkal  udawał,  że  wyrzeźbiona  figurka 

przeznaczona jest dla Siggi, ogarnęła ją straszliwa zazdrość. 

Opowiedziała tę historię Ailo. Pewnie Mikkal też mu ją opowiadał. Musiał to zrobić. 

- Uczyniłem ptaka symbolem naszej tęsknoty, naszej ucieczki, naszych marzeń. Ptak z 

rozpostartymi  skrzydłami  uosabia  wolność,  za  którą  tak  tęsknię.  Uosabia  poniekąd  mnie, 

ojca...  My  wszyscy,  którzy  jesteśmy  z  tobą  związani,  nosimy  w  sobie  tę  wielką  tęsknotę, 

niepokój, który nie pozwala nam osiąść w jednym miejscu. 

- Nie mam Mikkalowego ptaka. Zrobisz go dla mnie? 

-  Już  zrobiłem.  Frunie  na  rozpostartych  złotych  skrzydłach.  Właściwie  chciałem  go 

wyrzeźbić  w  macicy  perłowej,  bo  uważam,  że  powinnaś  mieć  białego  ptaka,  ale  w  tak 

krótkim czasie nie udało mi się zdobyć tworzywa. - A po chwili znacząco dodał: - Wziąłem 

się do pracy,  gdy tylko  Maja odebrała wiadomość. Do mnie także docierały znaki,  choć nie 

tak  wyraźne.  Inaczej  niż  kiedyś  postrzegam  teraz  otaczający  mnie  świat,  ale  nadal  potrafię 

odbierać ledwie uchwytne cienie, ruchy, symbole... 

- Mikkal mówił, że mój ptak powinien być czarny - uśmiechnęła się Raija znużona. 

background image

Uchyliły się drzwi i Rei jo, wsunąwszy tylko głowę, powiedział: 

- Chodźcie już, czekamy na was. 

Nie upomniał jej, ale w jego głosie wyczuła cień zawodu. 

Raija  dobrze  wiedziała,  o  co  mu  chodzi.  Znów  potraktowała  niejednakowo  dzieci 

Mikkala.  Zawsze tak postępowała. Ale też Ailo  nie był tak skomplikowany jak Maja, łatwo 

nawiązywało  się  z  nim  kontakt.  Zawsze  lepiej  rozumiała  się  z  Ailo  niż  z  Mają.  Bo  Maja 

nawet jako małe dziecko zamykała się w sobie. 

Może  właśnie  dlatego  Maja  i  Ailo  tak  do  siebie  przylgnęli.  Byli  tak  odmienni,  że 

wzbudzali w sobie nawzajem ciekawość. Uzupełniali się. 

Oczywiście pomijając pokrewieństwo, które niewątpliwie także miało znaczenie. 

-  Maja  nie  czuje  do  ciebie  nienawiści  -  powiedział  Ailo,  odstawiając  półmisek  na 

miejsce.  -  Ale  wiesz,  że  niełatwo  ją  zrozumieć.  Zawsze  żyła  w  cieniu:  Elise,  Idy,  ale 

najbardziej  w  twoim  cieniu.  Wszyscy  aż  nadto  dobrze  pamiętali,  czyją  jest  córką.  Ale 

nienawiści z pewnością do ciebie nie czuje. 

background image

Zima  nie  była  najlepszą  porą  roku  na  prowadzenie  zajazdu,  a  tym  bardziej  na 

rozkręcanie  interesu.  A  jednak  Knut  i  Anjo  wyruszyli  z  Hailuoto  w  krótkim  czasie  po 

otrzymaniu tej propozycji, na którą Knut zgodził się bez wahania. Czuł, że otwierają się przed 

nim  nowe  możliwości.  Ktoś  inny  może  uznałby  ją  za  jałmużnę  ojca  Williama, 

wszechmocnego  Marcusa  Runefelta,  ale  Knut  stwierdził,  że  nie  pora  dawać  się  ponosić 

fałszywym ambicjom. 

Do  grona  starych  znajomych  Runefelta  należał  Johan  Grapę,  sędzia  z  Nederkalix. 

Poniekąd był osobiście zainteresowany zakładami hutniczymi w Kengis, jako że jego dziadek 

ze strony ojca, Arendt Grapę, był jednym z pierwszych ich właścicieli. Niestety, nie dopisało 

mu  szczęście.  Kiepski  był  z  niego  fabrykant,  choć  przyświecały  mu  dobre  chęci,  co 

ś

wiadczyło na jego korzyść. 

Johan  Grapę  martwił  się,  że  trudno  znaleźć  chętnych  do  prowadzenia  zajazdu.  Nie 

dość że brakowało fachowej siły roboczej do pracy przy wytopie rudy, to jeszcze zajazd przez 

długi  czas  pozostawał  bez  właściciela.  A  przecież  właśnie  ów  zajazd  ożywiał  tę  niewielką 

społeczność  daleko  na  końcu  świata,  gdyż,  jak  wiadomo,  złoża  rud  rzadko  znajdują  się  w 

pobliżu ludzkich osad. 

Złoża  rudy  żelaza  w  Junosuando  nad  rzeką  Tornio  zostały  odkryte  w  1644  roku.  W 

okresie toczących się wojen zapotrzebowanie na żelazo było ogromne. Nie bacząc więc na to, 

ż

e nowo odkryte złoża znajdują się na odległych krańcach Norrland, nakazano ich wydobycie 

i pozyskiwanie. 

Jako  pierwszy  został  zobowiązany  do  tego  zwierzchnik  dystryktu,  Frans  Crusebiórn. 

Ale  urzędnicy  rzadko  miewają  zmysł  do  interesów.  Crusebiórn  przyczynił  się  do 

uruchomienia  pierwszej  odlewni,  ale  w  kilka  lat  później  przekazał  ją  obywatelom  miasta 

Tornio, którzy być może byli zdolnymi kupcami, ale na wydobyciu rudy i wytopie żelaza nie 

bardzo się znali. Dlatego też równie gorliwie szukali kogoś, kto przejąłby od nich hutę, która 

według  nich  nie  rokowała  zysków.  Rzeczywiście,  Junosuando  leżało  daleko  od  portu  w 

Tornio. W tamtych rejonach brakowało dróg. Zimą trudno było dowieźć surowiec do portów, 

skąd mógłby popłynąć na rynki do odbiorców, którzy się go wręcz domagali. 

Rudy z północy uznane zostały mianowicie za jedne z najlepszych na świecie. Znawcy 

twierdzili, że tylko hiszpańskie rudy żelaza z Bilbao są lepsze od tych z północnych zakątków 

Szwecji. 

background image

Frans Crusebiórn pochodził z Lubeki, starego hanzeatyckiego miasta. Jego dziadek był 

tam  kupcem.  Kiedy  więc  obywatele  miasta  Tornio  zrezygnowali  z  kopalni,  Crusebiórn  był 

zmuszony  znaleźć  chętnych,  którzy  potrafiliby  poprowadzić  taki  interes.  Polecając 

sztokholmskiego kupca Arendta Grape'a, był przekonany, że trafił na właściwego człowieka. 

Młody Grapę, syn kupca i właściciela gorzelni w Lubece, przybył do Sztokholmu jako 

siedemnastolatek, by nauczyć się kupiectwa. Już w dwanaście lat później został obywatelem 

Sztokholmu,  a  gdy  miał  trzydzieści  cztery  lata,  otrzymał  od  królowej  Krystyny  listy 

uwierzytelniające, które go uprawniały do przejęcia kopalni w Junosuondo. 

Ale  w  sześć  lat  później  Arendt  Grapę  musiał  szukać  wsparcia  obcego  kapitału  i 

obcych  fachowców.  Sprowadził  z  Holandii  braci  Abrahama  i  Jakoba  Momma,  których 

później Korona szwedzka uhonorowała szlachectwem, nadając im herb Reenstierna. 

Właśnie  Grapę  założył  późniejsze  Masugnsbyn.  Sprowadził  specjalny  piec  hutniczy 

do  wytopu  żelaza  skonstruowany  na  wzór  francuski.  Dalsze  uszlachetnianie  żelaza 

następowało  w  kuźniach  około  siedemdziesiąt  kilometrów  na  południe  w  okolicach 

Tornionjoki,  mniej  więcej  tam,  gdzie  rzeka  Tornio  łączy  się  z  Muonjonjoki,  w  niewielkiej 

osadzie zwanej Kengis. 

Ale  hutnictwo  nie  było  jednak  powołaniem  Arendta  Grape'a,  a  współpraca  z  braćmi 

herbu Reenstierna skończyła się licznymi procesami i nieporozumieniami. Wyroki ogłoszone 

w  tych  sprawach  okazały  się  zawikłane  i  nawet  spadkobiercy  zwaśnionych  stron  nie  byli  w 

stanie ich pojąć. Zresztą niewielu ich było. Urodzony w Lubece kupiec, który zamieszkał na 

północy, dokończył swego żywota jako nadzorca hodowli renów i wójt dziesiątki kilometrów 

od Kengis. 

Ale  nie  ma  ludzi  niezastąpionych.  Kengis  ostało  się.  Znaleziono  innych  zarządców, 

zwłaszcza że nadal istniało duże zapotrzebowanie na żelazo. 

W Europie wciąż toczyły się wojny. 

Ostatni  odcinek  długiej  drogi  Anjo  i  Knut  zmuszeni  byli  pokonać  zaprzęgiem 

reniferów.  Ale  nie  narzekali  z  tego  powodu.  Dobrze  wiedzieli,  na  co  się  porwali.  Nie 

zaskoczyły ich ani zaspy, ani mróz. Wiedzieli, jak daleko od siebie bywają położone osady w 

Laponii.  Przemierzyli  już  kiedyś  niezaludnione  północne  trakty  i  w  obojgu  na  całe  życie 

pozostał sentyment do podobnych krajobrazów. 

Inni  na  ich  miejscu  westchnęliby  ciężko,  narzekając,  że  z  tego  pustkowia  trudno 

będzie się wyrwać do Tornio, zwłaszcza zimą. Ale im taka myśl nawet nie zaświtała. 

Dotarłszy  do  kresu  podróży  owego  zimowego  poranka,  wysiedli  z  pułków  i  stanęli 

wpółobjęci. Dzieci spały starannie otulone skórami. 

background image

Popatrzyli  na  lekko  pofałdowaną,  otwartą  przestrzeń,  szeroką,  skutą  lodem  rzekę 

Tornio i zakochali się w Kengis. Była to miłość od pierwszego wejrzenia. 

Przeszli się na sam cypel, gdzie spotykały się rzeki z północy i zachodu, i wyobrazili 

sobie, jaką siłę mogą ujawnić masy wody, kiedy ruszą wiosenne roztopy. 

Ciemne  świerkowe  lasy  wznosiły  się  dumnie,  a  nagie  brzozy  wyciągały  ku  niebu 

gałęzie, w ściśniętych pąkach ukrywając zalążki, które wraz z wiosną ożyją na nowo. 

Anjo i Knut zachwycili się okolicą i nawet jeśli wcześniej odczuwali lekki niepokój, 

ż

e  może  zbyt  pochopnie  przyjęli  propozycję,  to  w  tym  momencie  pozbyli  się  wszelkich 

wątpliwości. 

Byli pewni, że chcą tu zostać i osiąść na stałe. 

Wyobrazili  sobie,  jak  o  różnych  porach  roku  będą  spoglądać  ku  horyzontowi.  Staną 

się częścią tego pejzażu. Zapuszczą korzenie w tej żyznej ziemi u zbiegu rzek. 

Zajazd,  który  mieli  objąć,  nie  wydawał  im  się  taki  duży.  Byli  pewni,  że  z  pomocą 

kilku par najemnych rąk z łatwością sobie poradzą. Żadne z nich nie bało się ciężkiej pracy. 

Dysponowali też pewnymi środkami na początek. Knut miał wewnętrzne przekonanie, że  w 

ten interes warto włożyć złoto i związać z zajazdem przyszłość. Czuł, że to coś dla niego. 

Po raz pierwszy od bardzo dawna pragnął czegoś tak gorąco. Pierwszy raz od czasów 

poszukiwania  złota  w  Finnmarku  znów  rozpierał  go  zapał.  Dostrzegł  sens  życia,  który  w 

ostatnich latach zniknął mu z oczu. 

- Czy nie powinniśmy napisać paru słów do Mai? - zapytał Knut wczesnym rankiem. 

Jak  zwykle  zdawał  się  na  rozsądek  i  takt  żony.  Nie  lubił  podejmować  decyzji  bez 

porozumienia z Anjo. Chciał znać jej punkt widzenia. Uważał, że lepiej wspólnie decydować 

o czymś, niż każde z nich miałoby to czynić osobno. - Maja musiała być bardzo poruszona, 

skoro  zdecydowała  się  wysłać  wiadomość  przez  posłańca  aż  tutaj.  Uważam,  że  przesadza. 

Ż

eby sen tak wytrącił ją z równowagi?! 

- Z Kengis do Tornio regularnie jeżdżą transporty żelaza. Twoja siostra dobrze o tym 

wie. Nie jest głupia ani naiwna, mój drogi. Już ona wszystko sprawdziła - odparła spokojnie 

Anjo. 

- To co, wysłać jej krótki list? 

-  Oczywiście.  Napisz,  że  przyjedziesz  natychmiast,  gdy  tylko  u  niej  zjawią  się 

oczekiwani  goście  -  odpowiedziała,  nawet  nie  mrugnąwszy  powieką.  Zawsze  znajdowała 

właściwe rozwiązania, a przy tym imponowała opanowaniem. 

- Skąd się bierze w tobie taki spokój? - uśmiechnął się Knut i pocałował ją w nos. 

Musnął także wargami jej zmarszczki. Kochał ją, czego nie omieszkał jej wyznać. 

background image

- Ja także cię kocham, Knucie Elvejord, ale chyba nie za twoją mądrość. 

- Pewnie pociąga cię bardziej moje ciało? - zażartował. 

- Nie, twoja młodość - odparła ze śmiechem, pozwalając się pocałować. 

Poczucie  humoru  stanowiło  mocny  filar  ich  związku.  Knut  miał  dwadzieścia  cztery 

lata, a ona trzydzieści osiem, a mimo to układało im się cudownie i wierzyli, że nic tego nie 

zmieni. 

Anjo krzątała się po kuchni, ugotowała posiłek i zaniosła furmanom, którzy nocowali 

w zajeździe. Zimą na przejechanie trasy z Kengis do Tornio potrzeba było całego dnia, ale z 

ładunkiem dzień czasem okazywał się za krótki. Nikt jednak nie ośmieliłby się zatrzymać po 

drodze, żeby się przespać. 

Knut  biedził  się  nad  listem  do  siostry.  Nie  lubił  kreślić  liter  i  przelewać  myśli  na 

papier. Posiadł tę sztukę tylko dlatego, że Reijo się uparł, iż jego dzieci muszą umieć czytać i 

pisać. 

Knut czynił to niechętnie i niezbyt starannie,  ale w razie potrzeby nie musiał nikogo 

prosić o pomoc. 

Zdążył już w połowie napisać list do Mai, gdy nagle z hukiem otworzyły się drzwi i 

wtargnął  jakiś  człowiek,  wpuszczając  do  środka  zawieję.  Podłoga  między  stołem  a  ławami 

pokryła  się  cienką  warstwą  śniegu.  -  Kuźnia  się  pali!  -  wrzasnął  przybysz.  -  Rozpętało  się 

czerwone piekło! 

Rzeczywiście, to było czerwone piekło. 

Zdawało  się  niemożliwe,  by  w  mroźnym  styczniu  pożar  mógł  być  taki  groźny.  Ale 

czasem  żywioł  potrafi  zaskoczyć  i  to,  co  z  pozoru  niemożliwe,  staje  się  rzeczywistością. 

Mieszkańcy  tych  stron  zwykli  przyjmować  wszystko,  co  zsyłał  im  los,  bez  zadawania 

zbędnych pytań. 

Nastał sądny dzień. 

Ludzie  walczyli  z  pożarem  przez  całe  przedpołudnie  aż  do  wieczora.  Trzymali  się 

ostatkiem  sił,  ale  nie  dane  im  było  odpocząć,  bo  wiatr  zmienił  kierunek  i  powiał  w  stronę 

lasów i zabudowań. 

Ogień  nie  odpoczywał.  Wiatr  także  nie  zamierzał  ustąpić.  Sprzysięgły  się  dwa 

niszczące żywioły. Zespoliły swoje siły i pokazały swą moc. 

Kto  żyw,  rzucił  się  do  walki  z  pożarem.  Nakładano  śnieg  do  wiader  i  ciskano  go  w 

płomienie. Świerki porastające zbocza ogołocono z gałęzi. 

Ludzie  kopali  rowy,  by  zatrzymać  ogień,  ale  wiatr  niweczył  ich  wysiłki,  śmiejąc  im 

się lodowato w twarze. Rowy nie spełniały swojego zadania, bo wicher pluł ognistymi kulami 

background image

na  wierzchołki  okolicznych  drzew.  I  zdawało  się,  że  nie  nic  go  już  nie  powstrzyma  przed 

zajęciem zabudowań huty. 

Knut myślał tylko o tym, by zdusić płomienie. Okiełznać je, jak się ujarzmia dzikiego 

konia, a może raczej niebezpiecznego drapieżnika. Ciskał wiadra śniegu, tracąc powoli wiarę 

w  zwycięstwo  nad  żarłocznymi  językami  ognia.  W  niebo  unosił  się  czarny  gęsty  dym, 

ciemniejszy niż noc. 

Pożar  wciąż  malował  na  nim  czerwone  smugi,  grożąc,  że  pochłonie  wszystko, 

rozprzestrzeni się, zniszczy, unicestwi. 

Czerwone i złote płomienie! Jakby na ziemię zstąpiła polarna zorza. Ale polarna zorza 

nie  jest  groźna  dla  nikogo  poza  głupimi  wyrostkami,  którzy  igrają  z  niebezpieczeństwem, 

wymachując czymś białym. Tych zorza może poparzyć w ręce. Tak przynajmniej powtarzały 

z  powagą  mądre  kobiety,  które  w  osadach  nad  fiordem  Lyngen  opowiadały  zimową  porą 

podobne historie w ciasnych izbach, grzejąc się przy palenisku. 

Ale  ten  ogień  był  ziemski  i  prawdziwy.  Buchał  od  niego  żar  taki,  że  Knut  stał  na 

dworze  w  ten  styczniowy  dzień  w  samej  tylko  cienkiej  koszuli  z  podwiniętymi  do  łokcia 

rękawami. Oczy go piekły i łzawiły, policzki paliły jak poparzone do żywego ciała. Pot żłobił 

w skórze słone ścieżki. 

Stali ramię w ramię: mężczyźni, trochę kobiet, wyrostki. 

Nieważne, czy to był zarządca, czy ten, który uderzał w kowadło. Wszyscy walczyli z 

ż

ywiołem: buchalterzy, stajenni, ci, co dmuchali w miechy, i palacze. Walczyli o hutę, której 

częścią  była  ta  kuźnia,  o  podstawę  swej  egzystencji.  Łączył  ich  wspólny  cel.  Walczyli  z  tą 

samą  desperacją  wypisaną  na  twarzach,  czarnych,  osmolonych,  spoconych,  wykrzywionych 

grymasem, śmiertelnie zmęczonych. 

Przerażeni i bezsilni wobec tego wroga, który nie dawał się okiełznać. 

Zdesperowani  i  gotowi  na  wszystko,  narażali  własne  życie,  żeby  powstrzymać 

niszczące płomienie, które zajęły kuźnię i próbowały przenieść się na pozostałe zabudowania 

huty. Robili wszystko, by ocalić podstawę swego utrzymania i dom na tym odludziu. 

Zima  była  najgorszą  porą  na  utratę  pracy.  Piekielną  porą,  by  zostać  bez  dachu  nad 

głową. 

Do  zajazdu  przyniesiono  trzynastu  ciężko  poparzonych  mężczyzn  w  stanie 

zawieszenia między życiem a śmiercią. Wyli z bólu w chwilach, gdy wracała im świadomość. 

Nieprzytomni, wcale nie zaznawali ukojenia. 

W izbie unosił się swąd niemal identyczny, ale jeszcze intensywniejszy niż w lochach 

twierdzy Vardo, gdzie przesłuchiwano i torturowano kobiety podejrzane o czary. 

background image

Anjo  powstrzymywała  mdłości,  a  okropne  wspomnienia  z  przeszłości  powróciły  ze 

zdwojoną  siłą.  Z  własnym  bólem  umiała  sobie  poradzić,  gorzej  znosiła  ból  innych.  Zawsze 

odznaczała  się  wielką  wrażliwością  na  ludzką  krzywdę.  Na  szczęście  nie  odebrało  jej  to 

rozsądku i woli działania. 

Teraz  jednak  czuła  się  bezradna,  bo  jedyne,  co  mogła,  to  być  przy  tych  biedakach  i 

pielęgnować  ich,  by  złagodzić  nieco  ich  cierpienia.  Łzy  cisnęły  jej  się  do  oczu,  gdy 

pomyślała,  ilu  ludzi  walczących  z  pożarem  pochłonęły  płomienie.  Ilu  zginęło  w  tym 

piekielnym  ogniu.  Bała  się  ich  liczyć,  choć  czyniła  to  mimo  woli.  Ale  wiedziała,  że  nawet 

największa rozpacz nie wróci im życia. 

Minęło popołudnie i zapadł wieczór, ale od płomieni jaśniało jak w dzień. Ogień nie 

dał się zdusić, choć ludzie nie przestawali z nim walczyć. 

Anjo uznała, że nie może dłużej siedzieć bezczynnie. Zawiązała na plecach chustę, w 

której  umieściła  Ailę,  i  trzymając  mocno  za  rączkę  małego  Karla,  ruszyła  na  poszukiwanie 

Knuta.  Nie  miała  odwagi  zostawić  dzieci  pod  opieką  obcych.  Nie  wiadomo,  co  się  jeszcze 

może stać. Dzieci kochała ponad wszystko. Były jej droższe niż własne życie. 

Musi odnaleźć Knuta i poradzić się, co robić w tej sytuacji. 

Wszyscy  mężczyźni  z  osmolonymi  twarzami  wyglądali  tak  samo.  Mieli  czarne, 

przemoczone nogawki spodni, przepocone na grzbietach koszule i swetry. Anjo rozglądała się 

zdesperowana, potykając się o leżące na ziemi kapelusze, rzucone na bok, a może zgubione 

przez mężczyzn. Przypominały wielkie grzyby na udeptanym śniegu: czarne, szare, brązowe. 

Przez cały czas słyszała krzyki i jęki cierpiących, choć od zajazdu, który zamienił się 

w  lazaret,  odeszła  już  spory  kawałek.  Prześladowały  ją  nawet  wśród  gwaru  i  wrzasków 

walczących  z  pożarem  ludzi.  Przedzierały  się  przez  głośny  trzask  płomieni,  które,  zdawało 

się,  szeptały  ostrzegawczo,  zanosiły  się  złowieszczym  śmiechem,  ochrypłym  wołaniem 

groziły, że wnet wielkie czerwone gardło pochłonie wszystko. 

Anjo nie wiedziała już, czy te krzyki dochodzą z zewnątrz, czy są w niej. 

Tak jak zapach. 

Nosiła w sobie swąd spalenizny i związany z nim ból. 

Wbiegła pomiędzy ludzi. Wpatrywała się w ich  czarne od sadzy twarze,  szukając tej 

jedynej,  ukochanej.  Zdawało  jej  się,  że  to  jakieś  szyderstwo.  Zawsze  sądziła,  że  Knuta 

rozpoznałaby  wszędzie.  Że  ich  miłość,  tak  silna,  sprawiłaby,  iż  ukochany  mężczyzna 

błyszczałby niczym Gwiazda Polarna na niebie, tłumiąc swym blaskiem wszystkie inne. 

Tymczasem  ów  mroźny  styczniowy  wieczór  uświadomił  jej,  że  gwiazdy  są 

zadziwiająco podobne do siebie. 

background image

Anjo  była  zdesperowana,  w  ustach  czuła  smak  krwi.  Niosła  na  plecach  śpiącą 

córeczkę, a synka mocno trzymała za rękę. Nie miała pojęcia, czy mały Karl da radę nadążyć 

za nią. Jeśli nie, będzie musiała i jego wziąć na ręce. 

A nie wiedziała, czy temu podoła. Czyż jednak miała inne wyjście? 

To są przecież jej dzieci, jest za nie odpowiedzialna, nie może ich stracić. Cierpła na 

samą myśl, co by się stało, gdyby wypuściła je z rąk. W tym tłumie, ślepym na wszystko poza 

ogniem, nie miałyby żadnych szans. 

Mężczyźni, niczym jeden organizm, zmagali się z ognistym potworem rozrzucającym 

iskry i płomienie, plującym czerwonym żarem. Bijąca od niego złota poświata sprawiała, że 

blakły gwiazdy. 

Wydawali  się  identyczni.  Jakby  już  nie  byli  pojedynczymi  ludźmi,  ale  kończynami 

wielkiego  cielska,  usiłującego  pokonać  ognistego  bożka,  który,  nienasycony,  pożerał  nawet 

ś

nieg. 

- Knut! -  wypróbowała swego  głosu  Anjo. Miała nadzieję, że mąż ją usłyszy, ale jej 

wiara okazała się daremna. Ponownie zawołała go po imieniu: - Knut! 

W  jej  stronę  odwróciły  się  zdumione  twarze.  Tu,  na  lapońskich  pustkowiach  w 

granicach szwedzkiej Korony, mężczyźni najczęściej nosili inne imiona: 

Henrik,  Nils,  Jon  czy  Jons.  Spotykało  się  też  Larsów,  Johanów  czy  Jakobów.  Imię 

Knut w tych stronach brzmiało obco. 

- Knut! - wołała Anjo. 

-  Tato!  -  wtórował  jej  mały  Karl,  ale  jego  cienki  głosik  ledwie  dochodził  do  niej. 

Zresztą z trudem też słyszała własny głos, mimo że krzyczała z całej siły. 

Znalazła męża niemal przy samej ścianie ognia. Gdy tylko go ujrzała, zrozumiała, że 

niepotrzebnie wołała go wcześniej. Znała przecież Knuta na tyle, by się domyślić, że kto jak 

kto, ale on się nie oszczędza. 

Stał  oczywiście  w 

pierwszym  szeregu.  Tam  gdzie  groziło  największe 

niebezpieczeństwo i potrzebna była odwaga i determinacja. 

Powinna była wiedzieć. 

Przepychając  się  naprzód,  krzyczała  w  złości  i  rozpaczy,  by  się  do  niego  przebić. 

Nawet  nie  słyszała  tego,  co  wykrzykuje.  W  ogóle  nie  zastanawiała  się  nad  słowami,  na 

zmianę  fińskimi,  szwedzkimi,  norweskimi.  Były  niczym  ostrze  dzidy  torujące  jej  drogę 

naprzód. 

background image

Szeroko rozpychała się łokciami, nie pozwalając, by ścisnął ją tłum. Gotowa pazurami 

bronić  dziecka  uczepionego  jej  spódnicy.  Nawet  w  tych  okolicznościach  nie  darowałaby 

nikomu, kto by przez nieuwagę zrobił krzywdę jej pociechom. 

Anjo  uchwyciła  się  Knuta,  zanim  zdążył  zauważyć  jej  obecność.  W  jego  oczach 

odbijał  się  blask  płomieni,  gdy  się  odwrócił,  a  na  twarzy  malowała  irytacja.  Ściągnął 

gniewnie brwi, usiłując uwolnić się od Anjo. Dopiero po chwili zreflektował się, że to ona. 

-  Gdzie  dzieci?  -  wyczytała  z  ruchu  jego  warg.  Anjo  bardziej  widziała  słowa,  niż  je 

słyszała. Stali zbyt blisko ognia. Nie dało się tam rozmawiać. Płomienie, jakby chciały mieć 

ostatnie słowo, zagłuszały ich głosy trzaskiem. 

Anjo pokazała więc na migi, że na plecach ma Ailę. Dziewczynka spała najspokojniej 

w świecie, trzymając w buzi kciuk. Mały Karl stał zaś uczepiony matczynej nogi, nie widział 

nawet polowy tego co Anjo, ale bał się dwa razy mocniej. 

- O mój Boże! Uciekaj stąd! - wyczytała z ust Knuta, który popatrzył na nią błagalnie. 

Anjo  szarpnęła  nim,  denerwując  się,  że  on  jej  nie  rozumie.  Przecież  przyszła  z  nim 

porozmawiać! 

Knut niechętnie poszedł za nią. Ciągnęła go za rękę przez tłum na tyły. Ale choć i tam 

ż

ar bił tak mocny, że zdawało się upalnie jak w  noc świętojańską,  Knut trząsł się z zimna i 

musiał  zabijać  ręce,  by  się  rozgrzać.  Bo  przecież  tam,  skąd  go  Anjo  odciągnęła,  przez  cały 

czas gotowało się powietrze. 

- To beznadziejne - powiedział, prostując się. 

Wiedział, że musi wracać z powrotem gasić płomienie. Nie wolno mu zrezygnować! 

Nikomu nie wolno! Toczyli przecież bój o przetrwanie. 

- Ludzie gadają, że takiego pożaru nie było tu od tysiąc siedemset siedemnastego roku, 

kiedy  to  Rosjanie,  którzy  zajęli  te  tereny,  podpalili  wszystko  -  rzucił,  uśmiechając  się 

półgębkiem. 

A  może  to  wcale  nie  był  uśmiech,  a  jedynie  grymas  zmęczenia,  jaki  odmalował  się 

przelotnie na jego twarzy. 

- Wtedy ocalały tylko wychodki. Wyraził tym zdaniem swoje najczarniejsze myśli. 

Anjo rozejrzała się wokół siebie, nie chcąc uwierzyć, że to wszystko, co tu widziała, 

może zostać pochłonięte przez ogień. 

Przecież  dopiero  co  tutaj  przybyli.  Tu  chcieli  osiąść.  Chcieli  się  stać  cząstką  tej 

społeczności, chcieli, by ich przyjęto i zaakceptowano. To w tych ramach miał powstać obraz 

ich wspólnego życia. 

background image

- W zajeździe leży trzynastu ciężko poparzonych mężczyzn. Umierają mi na rękach. - 

Anjo  mówiła  szybko,  nie  upiększając  prawdy.  -  Co  z  nimi  robić,  Knut?  Nie  ma  żadnych 

lekarstw. Jest zima. W żaden sposób nie mogę pomóc! 

Gdyby nie gruba warstwa śniegu przykrywająca wrzosowiska, Anjo nazbierałaby ziół. 

Nie  powiedziała  tego,  ale  Knut  zrozumiał,  o  czym  myślała.  Anjo  potrafiła  pomóc  sobie  i 

najbliższym, choć się nie afiszowała z tego rodzaju umiejętnościami, zwłaszcza po tym, jak 

została oskarżona o czary. 

Nie była czarownicą, posiadła jedynie rozległą mądrość. A dla kobiety niebezpiecznie 

jest być mądrą. Mężczyźni sprawujący władzę obawiają się mądrych kobiet. 

- Już posłano po pomoc do Junosuando - powiedział jej Knut. - Myślenie przychodziło 

mu z trudem. Zdawało mu się, że składa się jedynie z ciała, cały wysiłek koncentrując na tym, 

by stawić czoło pożarowi. 

„Zatrzymać  ogień,  zatrzymać”  -  dudniło  mu  w  skroniach.  Zabijał  ręce,  bo  kiedy  stał 

choćby przez chwilę nieruchomo, potwornie marzł. 

Nie miał czasu z nią rozmawiać. Nie pojmował, po co tu przyszła i zabierała mu czas. 

Chyba rozumie, że oni tam go potrzebują, że tam z przodu większy jest z niego pożytek niż 

tu. 

Nie  czas  na  odpoczynek.  Jeśli  on  stanie  z  boku,  inni  mogą  pomyśleć,  że  im  też  się 

należy chwila oddechu. Nie może tu zostać. Czego ona od niego chce? 

Jacy ranni? 

Powoli docierał do niego sens słów wypowiedzianych przez żonę. 

- Trzynastu ludzi? Jest dla nich jakaś nadzieja? - zapytał wreszcie. Był tak zmęczony, 

ż

e ledwie widział na oczy żonę zza mgły. Knut bardziej słyszał niż dostrzegał jej gniew. Bo 

Anjo mówiła po fińsku, kiedy była bardzo zdenerwowana. 

-  Nadzieja?  Knucie  Elvejord!  Mam  w  izbie  trzynastu  mężczyzn  wyjących  z  bólu. 

Jeszcze  żyją,  ale  strasznie  cierpią.  Rozumiesz,  człowieku?  Nie  pytaj  mnie,  czy  jest  dla  nich 

jakaś nadzieja! Ja niewiele mogę im pomóc. Doszło to wreszcie do ciebie? 

Nie był pewien, czy ją rozumie. Nie pojmował, dlaczego Anjo tak się piekli. Zupełnie 

jak wulkan ciskający rozżarzoną lawę. 

Ogień dosięgał go ze wszystkich stron. Knuta rozśmieszyła ta myśl i uniósłszy kąciki 

ust, roześmiał się. 

Anjo nie miała ani czasu, ani cierpliwości. Pojmowała, ile przeszedł jej mąż, jaki był 

ś

miertelnie  zmęczony.  Ale  przecież  nie  on  jeden!  Ona  też  padała  już  z  nóg,  chociaż  nie 

walczyła bezpośrednio ze ścianą ognia. 

background image

Wymierzyła mu siarczysty policzek, jeden, drugi. I biła go po twarzy, póki nie przestał 

się  śmiać.  Wreszcie,  mrużąc  oczy,  popatrzył  na  nią  zdziwiony,  jakby  dopiero  teraz  ją 

naprawdę zobaczył. 

-  Przepraszam  -  powiedziała  Anjo.  -  Ale  nie  ma  czasu.  Co  mam  zrobić  z  rannymi, 

Knut? 

- Nie ma innych kobiet do pomocy? 

Potrzebowała innej rady. Nagle nabrała wątpliwości, czy mąż jej może udzielić. Może 

się  myliła,  sądząc,  że  on  zdoła  wypełnić  tę  pustkę,  którą  czuła  w  sobie.  Miał  dość  swoich 

kłopotów. 

- Nie ma lekarstw, Knut! Inne kobiety więc nic nie poradzą. Pastor też nic nie pomoże. 

Skąd  wziąć  anioły,  które  ześlą  zapomnienie  i  ukoją  ból  tym  trzynastu  cierpiącym?  Jestem 

sama,  nie  mogę  znieść  ich  krzyków  i  jęków.  Nie  mogę  nic  dla  nich  zrobić,  Knut.  Czy  ten 

lekarz z Junosuando przywiezie lekarstwa? 

Knut nie wiedział. 

- A z Tornio nikt nie przyjedzie z pomocą? Knut nie miał pojęcia, czy ktoś wysłał do 

miasta  posłańca.  Może  z  uwagi  na  odległość  uznano,  że  to  nie  ma  sensu?  Pomoc  stamtąd 

mogłaby  dotrzeć  najwcześniej  następnego  dnia  wieczorem.  Tym  bardziej  że  drogi  zawiało  i 

gdzieniegdzie trzeba się było przekopywać przez głębokie zaspy. 

Ale  nazwa  „Tornio”  niczym  klucz  otworzyła  Knuta  na  nową  myśl.  Może  i  Anjo 

przyszło to do głowy, ale nie miała odwagi wymówić tego na głos? 

- Napisz do Mai! - powiedział nagle. - Trzeba ją tu sprowadzić. 

- Do Hailuoto jest jeszcze dalej niż do Tornio! - sprzeciwiła się, ale zaraz umilkła. 

Czy właśnie to chciała usłyszeć? Czy dlatego odszukała Knuta wśród zmagających się 

z pożarem mężczyzn? 

- Maja - powtórzyła tylko i uśmiechnęła się do męża. Pokiwała głową. Pocałowała go 

w  oba  policzki,  nim  go  z  powrotem  wysłała  na  pierwszą  linię  do  walki  z  płomieniami,  tam 

gdzie pomimo nocy panowała jasność jak w letni poranek. 

Anjo  wróciła  do  zajazdu,  przemknęła  się  między  pojękującymi  rannymi.  Trzęsącymi 

się  rękoma  wyszukała  papier.  Poplamiła  go  palcami  czarnymi  od  sadzy,  ale  nawet  tego  nie 

zauważyła. 

Drapiącą stalówką skreśliła pośpiesznie cztery linijki. Pomieszały jej się słowa w kilku 

językach, które znała. Złożyła papier i zapieczętowała lakiem. 

Starała się nie słuchać krzyków poparzonych. Chciała ochronić przed nimi też swoje 

dzieci, Ailę i Karla. Ochronić je przed cierpieniem. Ale czyż była w stanie? 

background image

Ż

ycie  czasem  bywa  brzydkie  i  straszne.  Nie  mogła  im  opowiadać  bajek,  kiedy  za 

ś

cianą ludzie krzyczeli, wijąc się z bólu. 

Wyjść stąd jak najszybciej i zanurzyć się w mroku wieczoru! 

Wyjść. 

Anjo znów ruszyła na poszukiwanie. 

Teraz  musiała  znaleźć  kogoś,  kto  potrafiłby  znieść  trudy  podróży  nocą,  wysiłek  i 

mróz. Kogoś, kto umie poruszać się według gwiazd, odnajdując drogę pomimo zasp. Kogoś, 

komu za kompas służy mapa nieba, kto potrafi stawić czoło wichrom i zamieci. 

Znów przeciskała się przez ciżbę, kotłującą się niczym morskie fale. Zdawało się jej, 

ż

e jest łupiną przemykającą się pomiędzy innymi łodziami. 

Znalazła  go  przy  ścianie  ognia,  tam  gdzie  wcześniej  odnalazła  Knuta.  Stał 

nieustraszony  w  ubraniu  ze  skór,  nie  zważając  na  gorąco  i  żar.  Gasił  płomienie  gałęziami, 

nadpalonymi niemal do dłoni nie okrytych rękawicami. 

Anjo bez słowa wyjaśnienia pociągnęła go za sobą. Przemknęło jej tylko przez myśl, 

ż

e powinni go widzieć teraz ci wszyscy, którzy szydzili z Lapończyków, twierdząc, że nie ma 

z nich pożytku w kuźni, bo boją się ognia. 

-  Masz  zaprzęg?  -  zapytała,  a  on  tylko  pokiwał  twierdząco  głową,  tak  samo 

wyczerpany jak Knut. 

Pomachała mu przed nosem listem. 

- Chcę, żebyś dostarczył go siostrze Knuta. Lapończyk nabrał powietrza w płuca, ale 

nim zdążył cokolwiek rzec, Ailo odpowiedziała mu: 

- Pojedziesz do Mai na Hailuoto. Słyszałeś kiedyś o niej? Pamiętasz wypadek podczas 

spławu  drewna  przed  czterema  czy  pięcioma  laty?  A  tę  kobietę,  która  ocaliła  życie  tylu 

poszkodowanym  tamtej  strasznej  nocy  i  ukoiła  ich  ból?  Tu  także  umierają  mężczyźni. 

Potrzebujemy jej tutaj. 

-  Maja  na  Hailuoto?  Maja  Runefelt?  -  upewnił  się  Lapończyk  chrapliwym  głosem. 

Wziął list i schował za pazuchę. 

Anjo pokiwała głową, pewna już, że odnalazła właściwego człowieka. 

- Nie spocznę, póki jej tu nie sprowadzę - zapewnił. 

- Sowicie cię za to wynagrodzę - obiecała Anjo. 

- Za taką przysługę Johan nie weźmie zapłaty! 

background image

Odnosili się do siebie uprzejmie. Skrywali prawdziwe uczucia, by się  wzajemnie nie 

ranić. Nie tylko Ailo nosił maskę w te dni. 

Opowiedzieli  o  swoim  życiu,  jedni  barwnie,  inni  powściągliwie,  zostawiając 

słuchaczom pole do domysłów. 

Starali się do siebie zbliżyć, ale tylko na tyle, by nie rozdrapywać ran. 

Raija spała niespokojnie, rzucała się przez sen. Na szczęście łóżko było dostatecznie 

szerokie, że mogła odsunąć się na brzeg, żeby nie zbudzić Reijo. 

Czuła nasilający się lęk. 

Jej myśli krążyły wokół ognia. 

Nie wiedziała, skąd się biorą. Wywoływały jednak coraz większy niepokój. 

Nie chciała budzić męża, wstała więc i nie zapalając lampy, sięgnęła po ułożone przy 

łóżku ubrania. Po cichu założyła je, przeczesała palcami włosy i z butami w ręce wymknęła 

się z pokoju. 

Niech sobie spokojnie śpią, pomyślała, zerkając jeszcze na Reijo i Ivara. 

Dni na Hailuoto dostarczały wielu wrażeń, więc wieczorami, gdy kładli się spać, byli 

bardzo zmęczeni. A przecież już niebawem, choć starała się nie liczyć dni, wyruszą w drogę 

powrotną. Dlatego potrzebny im wypoczynek. 

Sama jednak nie mogła spać. 

W jej głowie tłukły się myśli i przewijały obrazy związane z pożarem. 

Ostrożnie  wymknęła  się  na  korytarz  i  w  półmroku  zeszła  na  dół,  do  salonów,  gdzie 

zawsze było nieco zimniej. 

Potrzebowała ochłody. 

Maja obudziła się zlana potem. Wyswobodziła się z wełnianych koców, ale po chwili 

zaczęła szczękać zębami z zimna. Obok spał spokojnie William. 

Gdzieś głęboko, niczym cierń róży, tkwił w niej niepokój. Niepokój wywołany snem. 

Sen,  taki  niepojęty,  z  pogranicza  koszmaru,  niejasny,  trudny  do  wyrażenia  słowami, 

był ważny. Co do tego miała pewność. 

Niemal fizycznie doświadczała ognia, odczuwała ból, jakby parzyły ją płomienie. 

Ostatnie  dni  bardzo  ją  zmęczyły.  Cierpiała,  ukryta  za  murem,  który  sama  wzniosła. 

Nie  potrafiła  otworzyć  się  przed  matką.  Zastanawiała  się,  czy  Raija  także  otoczyła  się 

skorupą, ale nie miała odwagi przyjrzeć się matce dokładniej. 

background image

Wydawało jej się, że pozostali członkowie rodziny wspaniale się rozumieją. William 

nie ustawał w zachwytach nad Raiją. Chwalił jej mądrość, ciepło, wyrozumiałość, czar. 

No i urodę. 

To  Maja  słyszała  już  wcześniej.  Słowa  te  powróciły  niczym  echo  z  dzieciństwa. 

Wszyscy znajdowali się pod urokiem Raiji, tylko Maja czuła w sobie gorycz jak po wypiciu 

wina. 

Cierpiała. 

A równocześnie gdzieś głęboko, za murami, które sama wzniosła, skrywała tęsknotę. 

Czuła się taka zraniona. 

Maja  ubrała  się.  Wiedziała  aż  nadto  dobrze,  że  tej  nocy  już  nie  zmruży  oka. 

Wytrącona raz ze snu, nie potrafiła zasnąć ponownie. Sen nie wróci. Przypominał ptaka, który 

wyleciał przez otwarte okno. Nie było nadziei, by z powrotem zwabić go w niewolę. 

Maja  nie  rozumiała,  czemu  właśnie  ogień  przenika  wszystkie  jej  myśli.  Sen  nie 

wyjaśniał niczego. 

Po  cichu  przemknęła  się  po  schodach  na  dół  do  salonu.  Do  eleganckiego 

pomieszczenia, którego nawet nie potrafiłaby sobie wyobrazić, kiedy jako dziecko wędrowała 

po lesie i po górach nad fiordem Lyngen. 

Maja wzdrygnęła się, natychmiast wyczuwając w salonie czyjąś obecność. 

Raija  podkręciła  lampę.  Wiedziała  jednak,  zanim  jeszcze  zrobiło  się  jaśniej,  kto 

wszedł  do  pomieszczenia.  Nie  zaskoczyło  jej  to  wcale,  raczej  potwierdziło  wcześniejsze 

przypuszczenia. 

Maja żyła w jej, Raiji, cieniu. Tak to ujął Ailo. 

Córka odziedziczyła także po matce brzemię ponadnaturalnych zdolności. 

- Jakiś wielki ogień - odezwała się Raija. 

- Ogień - powtórzyła Maja. - Też go wyczuwasz? Raija pokiwała głową. Siedziała w 

fotelu niespokojna. Odsłoniła zasłony, mimo że od okien ciągnęło chłodem. Pragnęła wpuścić 

do środka trochę światła, gdy tylko wstanie świt. 

Maja, przepełniona lękiem, zapaliła pozostałe lampy. 

- Nie potrafię tego dokładnie określić - odezwała się Raija. - Czuję ogień większy, niż 

jestem  w  stanie  sobie  wyobrazić.  Ścianę  ognia.  Parzą  mnie  policzki,  dłonie,  ale  kiedy  ich 

dotykam, są chłodne. Takie jak zwykle... 

Maja  pokiwała  głową,  doskonale  rozumiejąc,  o  czym  mówi  matka.  Sama  odbierała 

podobne doznania. 

background image

-  Ja  z  kolei  się  pocę  -  rzekła  bezbarwnym  tonem,  rozpalając  w  kominku.  Dmuchała 

lekko w lichy płomyk. - Tak, to jakiś wielki ogień - powtórzyła słowa matki. 

Mimo  że  otrząsnęła  się  ze  snu,  nadal  nie  mogła  pozbyć  się  wrażenia,  że  wznosi  się 

przed nią ściana płomieni. Pociła się i marzła na przemian. Bała się. 

-  Ogień  często  boleśnie  doświadczał  naszą  rodzinę  -  odezwała  się  Raija, 

przypominając  sobie  zdarzenia  z  przeszłości.  Zawsze  lękała  się  niszczycielskiej  siły  tego 

ż

ywiołu. 

- Wydaje mi się, że to może mieć jakiś związek z Knutem - rzekła Maja, ale jej głos 

brzmiał niepewnie. Przypuszczenia te dyktował jej bowiem bardziej rozum niż intuicja. 

Wiedziała, że w Kengis, dokąd udał się Knut z rodziną, znajdują się zakłady hutnicze, 

gdzie od dziesiątków lat wytapia się i uszlachetnia żelazo. 

- Tak, tu chyba chodzi o kogoś z nas - zgodziła się Raija, bo nigdy nie odbierała tak 

intensywnych  przekazów,  gdy  nieszczęście  dotykało  ludzi,  z  którymi  nie  łączyły  jej  więzy 

krwi.  -  Ale  pewności  nie  ma  -  dodała,  gestem  zachęcając  Maję,  by  usiadła  obok  niej.  Maja 

usiadła. Raija pogłaskała ją delikatnie po plecach. Wiedziała, co czuje córka. Ostatecznie żyła 

z tym brzemieniem dłużej niż ona. 

- Pewności nie ma - powtórzyła. - Możemy się tylko domyślać i czekać. 

- Jakiś Lapończyk stoi w progu! 

Młodziutka  służąca  sprawiała  wrażenie  bardzo  poruszonej.  Ubrana  była  w  błękitną 

spódnicę i bluzkę, biały fartuszek, a włosy miała zaczesane gładko w kok. 

- Mówi, że chce rozmawiać z Mają z Hailuoto - wyjąkała. 

Tylko najbliżsi zwracali się do pani: „Maja”, obcy mówili o niej „pani Maria”. Może 

jedynie  z  wyjątkiem  Josefa  Hapali  i  jego  bliskich.  Ale  oni  w  hierarchii  zajmowali 

pocześniejsze  miejsce  niż  reszta  służby.  Przybyli  tu  razem  z  panią.  Łączyły  ich  niemal 

rodzinne stosunki... 

Maja  i  Raija,  które  zasnęły  przytulone  do  siebie,  zdążyły  się  ocknąć,  nim  do  salonu 

weszła służąca. Mimo że przemarznięte, nadal czuły bliskość ognia. 

Maja  zerwała  się  na  równe  nogi.  Nawet  nie  poprawiła  fryzury  ani  nie  wygładziła 

sukni. 

- Gdzie on jest? Nie miałaś dość rozumu, by go wpuścić do środka? Boże drogi, czy za 

was  wszystkich  trzeba  ciągle  myśleć?  -  ofuknęła  dziewczynę,  wprawiając  ją  w  jeszcze 

większe zakłopotanie. 

background image

-  Przecież  to  Lapończyk  -  wydukała  służąca,  odsuwając  się  na  bok,  by  zrobić  Mai 

przejście. - Musimy być ostrożni i uważać na to, kogo wpuszczamy do środka - usiłowała się 

bronić, ale robiła to tak nieśmiało, że Maja pewnie wcale nie usłyszała jej wyjaśnień. 

- Nie zrobiłaś nic złego - odezwała się Raija i uśmiechnęła się do służącej. - Możesz 

odejść. Zachowałaś się tak, jak należało. Jest jeszcze bardzo wcześnie. - Dziewczyna usunęła 

się z wdzięcznością, pocieszona uśmiechem, jakim obdarowała ją matka pani Marii. 

Zupełnie  pojąć  nie  mogła,  że  obie  kobiety  wiąże  tak  bliskie  pokrewieństwo.  Z 

wyglądu  owszem,  matka  i  córka  były  do  siebie  bardzo  podobne.  Ale  na  tym  kończyło  się 

podobieństwo. Raiję Kesaniemi wszyscy uwielbiali. Może nie była wysoko urodzona, nie wy-

wodziła  się  z  arystokracji,  ale  potrafiła  się  zachować  bardzo  wytwornie.  A  przy  tym 

troszczyła się o wszystkich jednakowo i zwracała się do każdego niezwykle przyjacielsko. 

Oczarowała  mieszkańców  Hailuoto  swoją  dobrocią,  która  równoważyła  brak 

arystokratycznych  korzeni  i  nazwiska.  Raija  Kesaniemi  nie  potrzebowała  eleganckich, 

drogich toalet, by wybić się z tłumu. Nie sposób było jej nie dojrzeć i nie pokochać. 

Ż

ona  pana  Williama  była  z  natury  bardziej  nieprzystępna,  nie  zwykła  okazywać 

ciepła. Nie każdego obdarzała uśmiechem. Ludzie to zauważali. 

Maja wróciła do salonu, prowadząc śmiertelnie zmęczonego mężczyznę w skórzanym 

dorku i nagolennikach. Utkane z kolorowych wełen taśmy pokryte były warstwą lodu. 

Maja  posadziła  gościa  na  miękkim  fotelu  i  podała  mu  w  kryształowym  kieliszku 

koniak. 

Napił się. 

- Maja Runefelt? - upewnił się po paru łykach. 

Pokiwała głową. 

Wsunął  za  pazuchę  drżącą  rękę  i  wyjął  schowany  pod  ubraniem  list,  dla  którego 

pokonał długą drogę aż z Kengis. 

- Jechałem całą noc - wyjaśnił chrapliwie. Maja złamała pieczęć. 

- Pali się kuźnia - wyjaśnił Lapończyk. 

- Co z Knutem? - spytała Raija. Przybyły dopiero teraz ją zauważył. 

- Knut nie jest ranny? - powtórzyła pytanie po lapońsku i podeszła do fotela, w którym 

siedział. Zdjęła mu z głowy czapkę i przyłożyła dłonie do policzków. 

- Musisz powoli i ostrożnie rozgrzewać skórę - rzekła. - Mało brakowało, a byś sobie 

całkiem odmroził twarz. 

background image

-  Anjo  prosi,  żebym  przyjechała  -  oznajmiła  Maja,  podsuwając  matce  list.  Raija 

pośpiesznie przebiegła wzrokiem parę linijek. Zrozumiała podobnie jak córka, że list pisany 

był w wielkim pośpiechu. Plamy sadzy na papierze wyjaśniały niejedno. 

- Kto to jest? - zapytał mężczyzna wpatrzony w Raiję. 

- Moja mama - odparła Maja. - I matka Knuta - dodała. 

- Ona zna mój język. 

Raija uśmiechnęła się, nie odrywając dłoni od policzków Lapończyka. 

-  Żyłam  wśród  twojego  ludu  i  pokochałam  go.  Stałam  się  jego  częścią.  Ale  to  było 

dawno, na północy, w Norwegii. 

- Potrafisz to samo, co twoja córka? 

- Mama potrafi więcej - odpowiedziała Maja. 

Dwie  pary  oczu  spotkały  się  ponad  głową  przybysza,  reagując  na  to  samo  słowo: 

„mama”.  Raija  uśmiechnęła  się  do  Mai.  Choć  wiedziała,  że  teraz  nie  miejsce  ani  pora  na 

wielkie  wzruszenia,  zrobiło  jej  się  cieplej  na  sercu.  Maja  zwróciła  się  do  niej  w  ten  sposób 

bez  przymusu,  z  własnej  woli.  Ta  noc  je  do  siebie  zbliżyła.  Już  nie  były  sobie  tak  bardzo 

obce. 

-  To  proszę  jechać  z  nami  do  Kengis!  Na  miłość  boską,  proszę  jechać!  Ludzie 

umierają. Bóg raczy wiedzieć, co się tam jeszcze wydarzyło od wczorajszego wieczora. Kiedy 

stamtąd wyjeżdżałem, ciągle się paliło, w niebo buchał straszliwy żar. 

- A co z Knutem? - dopytywała się Raija. 

-  Na  pewno  wszystko  dobrze!  -  prychnęła  Maja.  -  Gdyby  mu  się  coś  stało,  Anjo 

błagałaby, by mu pomóc. Tymczasem nie wspomniała o nim nawet słowem. Jedziesz? 

Raija  przytaknęła.  Przecież  to  oczywiste.  Pomyślała  jednak,  że  Maja  słusznie  ją 

upomniała.  Nie  powinna  myśleć  tylko  o  swoim  synu,  gdy  nieszczęście  dotknęło  tak  wielu 

innych. Maja myślała szybciej niż ona. 

Kiedyś i ona była młoda i bystra. Miała ten sam ognisty temperament co córka. 

-  Musisz  odpocząć  -  zwróciła  się  do  Lapończyka,  który  kazał  mówić  na  siebie 

„Johan”. 

-  Nie  mogę!  -  jęknął  i  wlał  w  siebie  resztkę  koniaku.  Czuł,  jak  go  rozgrzewa  od 

ś

rodka. - Obiecałem, że bez zwłoki przywiozę Maję z Hailuoto. Przyrzekłem, że nigdzie się 

nie będę zatrzymywał na odpoczynek. 

- Potrzebujemy trochę czasu, żeby się przygotować do podróży - odparła Raija. - A ty 

wypocznij i najedz się! 

background image

Maja  już  zdążyła  zadzwonić  po  służbę  i  zarządziła,  by  podano  gościowi  gorący  i 

pożywny posiłek oraz by posłano mu łóżko. 

-  Łóżko?  -  zapytała  służąca  w  błękitnym  stroju,  zerkając  ukradkiem  na  przybysza.  - 

Czy pan o tym wie? 

- Poślij łóżko! - Raija uśmiechnęła się do dziewczyny, pokonując w jednej chwili jej 

opór. 

Ale służąca Emma myślała swoje, kiedy wyszła z salonu, by dopilnować wszystkiego, 

co nakazała jej pani domu. 

Hailuoto  straciło  swoją klasę!  Nazwisko  Runefelt  nie  brzmi już  równie  dostojnie  jak 

kiedyś, zanim pani Maria poślubiła młodego pana Williama. 

Maja! Prychnęła w duchu. Takie imię noszą służące, a nie arystokratki. A teraz jeszcze 

ten  wymysł,  żeby  zawszawionego  Lapończyka  kłaść  w  pościeli!  Trzeba  będzie  potem 

gruntownie wyszorować  i przewietrzyć pokój, w  którym spał. Przypilnować, żeby pchły nie 

rozeszły  się  po  całym  domu.  Dopiero  by  to  było,  gdyby  w  pałacu  Runefeltów  pojawiło  się 

robactwo. Dopiero rozniosłyby się plotki! 

Zachichotała  cicho.  Bała się, że straciłaby pracę, gdyby pani domyśliła się, co o niej 

myśli. 

Ale  ta  mama  pani  Marii  jest  czarującą  damą,  mimo  wszystko.  Zresztą  od  niej  nie 

można  zbyt  wiele  wymagać.  To  prosta  kobieta,  jej  jeszcze  jakoś  uchodzi  zadawać  się  z 

Lapończykami,  chociaż  porządni  ludzie  tego  nie  robią.  Ale  to  tylko  potwierdzenie  na  to,  że 

pani Raija ma dobre serce dla wszystkich. 

- Nie możecie jechać same! - Reijo i William byli co do tego zgodni. Matti zresztą też 

podzielał ich zdanie, ale w przeciwieństwie do mężów obu kobiet wiedział, że z osobami płci 

pięknej lepiej nie wdawać się w sprzeczki. 

- Pomyślcie, Johan jechał przez całą noc. Z dwoma dodatkowymi osobami w pułkach 

pokonanie  tej  samej  drogi  zajmie  mu  więcej  czasu.  Jest  środek  zimy  i  pogoda  się  pogarsza. 

Popatrzcie przez okno, to się przekonacie! 

Reijo  i  William  na  zmianę  przekonywali  żony,  gwałtownie  protestując  przeciwko 

planowanej przez nie wyprawie. 

Ponieważ czas był na wagę złota, Raija ucięła dyskusję. 

-  Ty,  Reijo,  nie  możesz  jechać  z  nami.  A  co  z  Ivarem  Anttim?  To  jeszcze  małe 

dziecko.  Znalazł  się  w  nowym  miejscu  i  nie  można  go  zostawić  pod  opieką  obcych.  Do 

Kengis tym bardziej go nie zabierzemy. 

Zapadła cisza. Reijo, choć niechętnie, musiał przyznać jej rację. Ustąpił. 

background image

- Anjo nie prosi o liczną pomoc - tłumaczyła Maja, podczas gdy list z Kengis krążył z 

rąk do rąk, wywołując poruszenie i chęć pomocy. 

-  Anjo  prosi  mnie,  bym  przybyła  -  podkreśliła  Maja.  -  Chyba  rozumiecie,  dlaczego 

właśnie mnie. 

Rozumieli. 

- Pojedzie ze mną mama. Z nikogo więcej nie będzie pożytku. Nie takiego, o jaki teraz 

tam chodzi. 

- Bardzo dziękujemy za uznanie! - stwierdził sarkastycznie William, ale zdobył się na 

uśmiech. 

Nie chciał puścić Mai w tak ciężką podróż i narażać jej na niebezpieczeństwo, ale nie 

miał wyboru. 

-  Wyślij  do  Kengis  lekarstwa  i  opatrunki!  -  odparła  na  to  Maja,  stanowczo  trwając 

przy swoim. - Wyjedziemy, zanim je przygotują. Musimy ruszać. Obie z mamą czułyśmy, że 

coś się stało. Czekałyśmy tylko na wiadomość. 

Reijo  i  William  wymienili  porozumiewawcze  spojrzenia.  Każdy  z  nich  znał  swoją 

towarzyszkę życia. Wiedzieli, co Maja miała na myśli. 

- Tylko mama i ja możemy być w jakiś sposób pomocne tym ludziom. 

William  i  Reijo  ustąpili,  choć  nie  do  końca  pozbyli  się  wątpliwości.  Nie  szczędzili 

więc upomnień dwóm dzielnym kobietom, nie mając, niestety, wpływu na ich decyzję. 

Wyruszyli  za  dnia,  a  kiedy  zostawili  za  sobą  pokrytą  lodem  Zatokę  Botnicką  i 

położone u jej brzegów miasto Tornio, miało się już ku wieczorowi. Droga nie była łatwa, w 

wielu miejscach natykali się na głębokie zaspy. Johan okazał się doskonałym przewoźnikiem. 

Starał się, jak mógł. Anjo wyłuskała z tłumu właściwego człowieka. 

Był  nieustraszony.  Nie  lękał  się  ani  buchającego  żaru,  ani  mrozu.  Ani  ciężkiej 

harówki, ani duchów. 

Wyskakiwał  z  sań  i  pchał  je,  gdy  śnieg  był  za  głęboki,  a  ciężar  za  duży.  Kierował 

renifery  tam,  gdzie  znajdowały  się  ścieżki,  a  gdzie  ich  nie  było,  wyszukiwał  zlodowaciałą 

powierzchnię albo miejsca, gdzie leżała najcieńsza warstwa śniegu. 

Gdy Raija chciała mu pomóc, kazał jej czym prędzej wracać do pułków i dobrze okryć 

się skórami. Nie podnosił głosu, ale jego słowa brzmiały bardzo stanowczo. 

- Kiedy będę potrzebował pomocy, poproszę - wyjaśnił, wdrapując się z powrotem do 

sań.  -  Na  razie  to  niepotrzebne.  Tym  bardziej  że  musicie  mieć  siły,  żeby  sprostać  temu,  co 

tam zastaniecie. Kuźnia spłonęła doszczętnie, a kto wie, czy pożar nie rozprzestrzenił się na 

inne budynki. Przy takim wietrze! 

background image

Maja i Raija też się tego obawiały, bo i one czuły  wyraźnie, że wiatr zaczął mocniej 

smagać. Na szczęście mróz jakby nieco zelżał. 

Odnosiły wrażenie, że zrobiło się dużo cieplej, choć nie miały odwagi wypowiedzieć 

tego  na  głos.  Zapadła  czarna  noc.  Na  niebie  lśniły  gwiazdy,  gdzieniegdzie  kryjąc  się  za 

chmurami. Jednak Johan nawet wtedy nie tracił orientacji w terenie. 

Raija czekała na zorzę polarną. 

Ale ona się nie pojawiała na niebie. 

Pozostawiła ją w wielkiej pustce. 

Nie  pojmowała  tego.  Przecież  zawsze  towarzyszyła  jej  zorza.  Przypomniała  sobie 

obietnicę, jaką Mikkal złożył jej we śnie podczas ostatniej podróży, jaką odbyła. 

Uprzedził, że nie zobaczą się przez dłuższy czas. 

Przybędzie dopiero, gdy wypełni się czas, by towarzyszyć Raiji w jej ostatniej długiej 

drodze. 

Czuła się taka osamotniona. Nie miała pojęcia, czy nie straciła swojej mocy. Jeśli tak, 

to może stanowi tylko zbędny ciężar w saniach? 

Raija rozmyślała, wpatrzona w mrok, czując ogarniający ją chłód, i nie mogła pozbyć 

się lęku. 

Nie zdążyła powiedzieć Reijo czegoś ważnego, nim wyjechała. Nie rozstała się z nim 

tak, jak powinna. To nie było właściwe pożegnanie. 

Raija nie wiedziała, co ją czeka. Nigdy nie odmawiała nikomu pomocy. Nie mogłaby 

odmówić, gdyby miała świadomość, że jest w stanie pomóc. 

Pozostaje pytanie, jaką będzie musiała za to zapłacić cenę. Na granatowym niebie, w 

które wpatrywała się intensywnie, nie wyczytała odpowiedzi. 

Czterech spośród pielęgnowanych przez Anjo rannych umarło. 

W  miejscu,  gdzie  wcześniej  stała  kuźnia,  nadal  tlił  się  żar,  ale  nadludzkim  wręcz 

wysiłkiem  zdołano  ugasić  pożar.  Z  położonych  na  północ  od  Kengis  osad  Junosuando  i 

Masugnsbyn,  oddalonych  o  siedemdziesiąt  kilometrów  wzdłuż  rzeki  Tornio,  przybyli  na 

pomoc tamtejsi robotnicy. Dzięki ich wsparciu udało się ugasić pożar. 

Po kuźni pozostały tylko osmalone zgliszcza. 

Aż trudno było uwierzyć, że to ta sama okolica, która tak urzekła Anjo i Knuta owego 

ranka, gdy tu przybyli. 

Nim rozpętało się piekło. 

Anjo  nie  potrafiła  wyrazić  tego,  co  czuje.  Wydarzenia  minionych  dni,  cierpienie  i 

ś

mierć, o które się ocierała, całkiem ją zdruzgotały. 

background image

Milczała, tłumiąc w sobie rozpacz i ból. 

Ale  nie  siedziała  bezczynnie.  Robiła  to,  co  w  takiej  chwili  nakazywało  jej  sumienie. 

Była  przez  cały  czas  na  nogach  i  doglądała  ciężko  rannych.  Widząc,  jak  nieludzko  jest 

zmęczona,  Knut  zmusił  ją,  by  położyła  się  na  parę  godzin.  Tłumaczył,  że  powinna  trochę 

odpocząć, wyspać się, nabrać sił. 

Położyła się, ale nawet we śnie prześladowały ją krzyki cierpiących i swąd spalenizny. 

Wstała,  kiedy  już  dłużej  nie  mogła  tego  znieść.  Czuła  się  odpowiedzialna  za  ludzi, 

którzy znaleźli się pod jej dachem. 

Zwłoki  czterech  robotników  owinięto  w  płócienne  prześcieradła  i  ułożono  w 

trumnach. Miejscowi mieli nadal pełne ręce roboty, mimo że pożar został stłumiony. Pastor 

odmawiał modlitwy nad zmarłymi. A spod zgliszcz wydobywano wciąż kolejne zwłoki ludzi, 

którzy zginęli w płomieniach. Niektórych nawet nie dało się rozpoznać. 

Anjo walczyła z mdłościami. Bała się, a zarazem miotała nią wściekłość. 

Wszyscy byli tacy zmęczeni, bez trudu dało się to wyczytać z ich twarzy. 

Nie odzywali się do siebie. 

Nikt  nie  wiedział,  dlaczego  wybuchł  pożar.  Wszyscy  się  nad  tym  zastanawiali,  ale 

mało kto mówił, co myśli, chyba że w bardzo wąskim gronie przyjaciół. 

W zajeździe podawano strawę dla górników, którzy przybyli z pomocą aż z kopalni w 

Masugnsbyn.  Śmiertelnie  wyczerpanych  ludzi  nie  można  było  przecież  puścić  w  drogę 

powrotną bez posiłku i odpoczynku. 

Wodzili  nieprzytomnym  wzrokiem,  bezradni,  przyglądając  się  swoim  czarnym  od 

sadzy twarzom. 

Zza  ściany  dochodziły  jęki  i  krzyki  ciężko  poparzonych  kolegów.  Mimowolnie 

myśleli, że to oni mogli się znaleźć na ich miejscu, że otarli się o śmierć. 

Jedli w milczeniu, bez apetytu. Posilali się, by zebrać w sobie siły. Ci twardzi ludzie 

wiedzieli,  że  nie  wolno  im  popadać  w  przygnębienie.  Muszą  na  nowo  stawić  czoło 

codzienności. 

Nic im nie da bezczynne siedzenie z rękami złożonymi do modlitwy. 

Kopalnia  i  huta  nie  przerwie  przecież  pracy.  Robotnicy  są  potrzebni.  Wnet  pożar 

pozostanie tylko we wspomnieniach. 

Już  od  dłuższego  czasu  widzieli  wzbijający  się  w  niebo  słup  dymu.  Kiedy  dotarli  na 

miejsce, nadal czuło się tam żar. 

Pobliskie świerki miały osmalone

 

wierzchołki, a spod szarej brei wokół pogorzeliska 

wystawała goła ziemia. 

background image

Johan  podjechał  zaprzęgiem  pod  sam  zajazd.  Raija  nawet  nie  zdążyła  się  przyjrzeć 

budynkowi,  nie  wiedziała,  kiedy  znalazła  się  w  środku  wśród  swądu  spalenizny  i  jęków 

cierpiących. 

-  Boże  święty!  Mama.'  -  zawołał  Knut  z  niedowierzaniem,  wychodząc  im  na 

spotkanie. 

Słaniał się ze zmęczenia. Mrugał powiekami, niepewny, czy to, co widzi, jest prawdą, 

czy tylko wytworem jego wyobraźni. 

Raiji chciało się spać. Podczas jazdy jedynie drzemała, chociaż w pułkach można się 

było w miarę wygodnie ułożyć. 

Uśmiechnęła  się  jednak  na  widok  syna.  Doznała  niewiarygodnego  wręcz  uczucia 

szczęścia. 

A  więc  to  jest

 

Knut,  mój  syn!  pomyślała.  Oczywiście,  że  tak  właśnie  powinien 

wyglądać!  Nie  jak  Kalle  w  młodości  ani  jak  spadkobierca  jej  urody.  Ale  właśnie  tak,  jak 

wysoki mężczyzna, który otwierał przed nią ramiona i nazywał „mamą”! 

Knut. 

Do  oczu  napłynęły  jej  długo  tłumione  łzy.  Były  wyrazem  nadziei  i  tęsknoty,  bólu  z 

powodu rozstania, nie opuszczającego jej poczucia winy. 

- Teraz nie czas na to - wydobyła wreszcie z siebie, oswobodziwszy się z objęć syna 

pachnącego dymem. Popatrzyła w jego zmęczoną twarz i zauważyła, że na nogach utrzymuje 

się wyłącznie siłą woli. 

-  Zabrałam  ją  ze  sobą  -  odezwała  się  Maja  i  zwichrzyła  Knutowi  czuprynę  w 

siostrzanym geście. Blada, wodziła niespokojnie wzrokiem. 

- Wyruszyłyśmy z mamą, gdy tylko nadeszła wiadomość o pożarze. A ty dostałeś list, 

w którym opisywałam ci mój sen? 

Knut potwierdził, ciągle nie mogąc uwierzyć w to, co widział. Zdawało mu się to tak 

samo nierzeczywiste, jak to, co oglądał w ciągu ostatnich dób. 

-  Jak  to  się  stało?  Przecież  podobno  umarłaś!  -  zapytał  wpatrzony  w  matkę.  Przez 

wszystkie te lata tłumił w sobie wszelkie pytania i wątpliwości. Nie miał siły doszukiwać się 

ich teraz. Interesowało go tylko jedno: Dlaczego? 

-  Później  ci  wszystko  opowiem  -  obiecała  Raija,  kładąc  mu  dłoń  na  ramieniu,  i 

uśmiechnęła się tak jak mama, którą zapamiętał z dzieciństwa. 

-  Nie  zmieniłaś  się  wiele  -  wymknęło  mu  się,  a  w  jego  głosie  zabrzmiała  synowska 

duma. 

background image

-  Zmieniłam  się  bardziej,  niż  możesz  przypuszczać  -  odparła  Raija,  której  twarz 

ż

łobiły zmarszczki. - Ale teraz nie ma czasu, by ci wszystko opowiedzieć. 

Zdjęły  z  Mają  z  siebie  wierzchnią  odzież:  futrzane  kurtki  i  ciepłe  spodnie,  czapki, 

ż

akiety i szale. 

- Tam w środku jest Anjo - rzekł Knut, wskazując skinieniem głowy. 

Nie miał ochoty tam wchodzić. Nie lubił widoku ran i krwi. I choć wiele przeżył, nie 

potrafił nad tym zapanować. 

Ale  matka  z  córką,  nie  zwlekając,  weszły  do  środka  i  stanęły  twarzą  w  twarz  z 

niewyobrażalnym cierpieniem. 

background image

Straciły poczucie czasu, wszystko przestało istnieć. Teraz najważniejsi byli poparzeni 

i ranni. Stały tak ramię przy ramieniu, raz po raz wymieniając spojrzenia, kiwając albo kręcąc 

lekko głową. 

Raija  uważnie  przyglądała  się  poczynaniom  Mai.  Domyśliła  się,  jaką  trudną  drogę 

musiała  przejść  córka,  by  zaakceptować  tkwiące  w  niej  siły,  a  potem  nauczyć  się  nimi 

kierować. 

Obserwowała  dłonie  Mai,  które  podlegały  przedziwnej  przemianie:  żarzyły  się  i  biło 

od nich gorąco. Raija czuła, że mają one moc uzdrawiania, i budziło to w niej głęboki respekt. 

Ona  sama  zupełnie  nie  była  w  stanie  wykrzesać  swojej  mocy,  choć  niczego  mocniej 

nie pragnęła. Tak bardzo chciała koić ból i sprawić, by rany szybciej się goiły. 

Dotykała  dłońmi  poparzonych  dotkliwie  biedaków,  którzy  kurczowo  trzymali  się 

ż

ycia. Dla każdego znajdowała dobre słowo, pocieszała, żartowała, uśmiechała się, spoglądała 

z powagą, napełniała nadzieją. Ale choć niczego nie obiecywała, oni czuli, że gotowa jest ich 

wspierać, i uczyni wszystko, by im ulżyć w cierpieniu. 

Anjo  tymczasem  nie  dała  za  wygraną  i  udała  się  wprost  do  zarządców  zakładu 

hutniczego.  Nie  miała  zamiaru  nikogo  obwiniać.  Ustalenie  przyczyny  pożaru  kuźni 

pozostawiła  tym,  którzy  się  na  takich  sprawach  znali. Jej  chodziło  o  coś innego.  W  imieniu 

nieszczęśników,  którzy  znaleźli  się  pod  jej  dachem,  błagała  na  wszystkie  świętości,  by 

sprowadzono do nich lekarza. 

-  Pani  chyba  rozumie  -  tłumaczyli  się  zarządcy.  -  Do  tej  pory  najważniejsze  było 

gaszenie  kuźni.  Należało  przede  wszystkim  powstrzymać  ogień,  by  nie  zajęły  się  pozostałe 

budynki. Nikt nie miał czasu na nic innego! 

-  Ja  zdążyłam  zawiadomić  przez  posłańca  krewnych  z  Hailuoto  i  sprowadziłam  ich 

tutaj - odpowiedziała im Anjo. - Mój posłaniec powiadomił o pożarze także w Tornio. Czemu 

tam nikt nie potraktował go poważnie? 

Anjo  wiedziała,  dlaczego  tak  się  stało!  Dlatego,  że  wiadomość  nie  nadeszła  od 

zarządców huty. 

- Czy kazaliście sprowadzić lekarza? - zapytała  wprost, nie speszona, że rozmawia z 

najważniejszymi osobami w tych stronach. 

Nie znosiła tytułów. Dość poznała w swym życiu takich, którzy nadużywali tytułów i 

nazwisk. 

background image

Odpowiedziano jej, że lekarz został wezwany, ale kiedy Anjo dalej naciskała, wyszło 

na jaw, że posłano po niego dopiero co. 

- Jak mogliście tak długo zwlekać? - zapytała oburzona. Nie miała siły  wysłuchiwać 

mętnych wyjaśnień, którymi chcieli się usprawiedliwić. 

- Na was spada odpowiedzialność za śmierć tych nieszczęśników - powiedziała tylko 

przez zaciśnięte zęby i wyszła, trzaskając drzwiami. Po tym zdarzeniu Anjo urosła w oczach 

niewielkiej  społeczności  Kengis.  Wszyscy  zapamiętali,  kto  w  obronie  poszkodowanych 

odważył się podnieść głos na miejscowych dostojników. 

Anjo zaś nie mogła się pogodzić z taką nieodpowiedzialnością i brakiem wrażliwości 

na ludzkie cierpienie. 

W  nocy  umarło  trzech  kolejnych  poparzonych.  Ani  Maja,  ani  Raija  nie  mogły  temu 

zaradzić. Ulżyły im nieco w cierpieniach, ale zmienić wyroków losu się nie dało. Obrażenia 

były zbyt rozległe. 

Uwolnienie  ich  od  męczarni  wydawało  się  większym  miłosierdziem  ze  strony 

Stwórcy. 

Z  trzynastu  rannych  w  pożarze  mężczyzn  pozostało  przy  życiu  sześciu.  Raija  miała 

nadzieję,  że  pięciu  uda  się  uratować,  szósty  doznał  jednak  bardzo  rozległych  poparzeń  na 

całym ciele łącznie z twarzą. Bała się, że jego godziny są policzone. 

Kiedy  na  niego  patrzyła,  mimowolnie  przywoływała  w  myślach  Ailo.  Pojmowała 

teraz, co zobaczyła Maja, kiedy wezwano ją do rannego brata. 

- Musicie trochę odpocząć - rzekła Anjo, kładąc Raiji dłoń na ramieniu. - Nie możecie 

czuwać przy nich bez przerwy na sen. 

Nikt ich sobie nie przedstawił. 

Anjo pamiętała Raiję z twierdzy Vardo. Ale Raija nic nie wiedziała o Anjo, mimo to 

od  pierwszej  chwili  poczuła  do  niej  sympatię.  Była  od  niej  tylko  o  trzy  lata  starsza.  Obie 

pochodziły z ubogich rodzin. Wprawdzie Anjo nie przybyła do Ruiji jako dziecko, ale i ona 

znalazła  się  tam  w  nadziei  na  lepsze  życie.  Obie  przeszły  w  młodości  przez  piekło, 

doświadczając na własnym ciele okrucieństwa inkwizytora. 

Polubiłyby się nawet bez pośrednictwa Kmita, ale dzięki niemu stały się rodziną. 

Raija błądziła wzrokiem po jęczących nieszczęśnikach i czuła, że powinna uczynić dla 

nich coś

 

więcej. Nie potrafiła jednak wykrzesać z siebie mocy, która przecież w niej tkwiła, a 

której już nie raz używała. 

Tak  bardzo  chciała  pomóc,  ale  nie  miała  wpływu  na  tę  pochodzącą  z  niewiadomego 

ź

ródła siłę. 

background image

- Przeżyliście tu koszmar - stwierdziła Raija. 

- Mam wrażenie, że ten dzień nie ma końca. Od chwili, kiedy wybuchł pożar, prawie 

nie spałam. Gdy  ugaszony został ogień, Knut był taki wyczerpany, że zasypiał na stojąco. - 

Anjo  uśmiechnęła  się  i  dodała:  -  A  kiedy  się  obudził,  znów,  jak  to  on,  gotów  był  oddać 

wszystko, by pomóc innym. 

Raija  nie  spodziewała  się,  że  Knut  okaże  się  bardziej  podobny  z  charakteru  do 

Kristiana Elvejorda niż do własnego ojca. A może Kalle przez całe swoje życie zmagał się z 

poczuciem,  że  nie  dorównuje  swojemu  ojcu?  Kto  wie,  czy  nie  lepiej  jest  drzewu,  które 

wyrosło  w  miejscu,  gdzie  nikt  nie  zna  jego  przodków.  Nie  dojrzewa  bowiem  w  niczyim 

cieniu.  Może  swobodnie  wyciągać  swoje  konary  ku  niebu  roztaczającemu  się  nad  jego 

koroną. 

-  Tak  mało  można  dla  nich  zrobić  -  rzekła  cicho  Anjo,  odwracając  się  plecami  do 

leżących,  jakby  chciała  ukryć  swoją  rozpacz  przed  tymi,  którzy  byli  na  tyle  przytomni,  że 

słyszeli i rozumieli, co się wokół nich dzieje. 

- Potrzebny jest lekarz i lekarstwa! - odpowiedziała Raija. 

Anjo pokiwała głową. Myślała o tym samym. Zatrzymała spojrzenie na siedzącej przy 

jednym z łóżek Mai. Szwagierka miała zamknięte oczy, a na jej bladej twarzy malowała się 

zaciętość.  Gdyby  jej  wola  mogła  ratować  życie,  nie  straciliby  tylu  rannych.  Niewiele  się 

odzywała.  Każdą  chwilę  poświęcała  sześciu  poparzonym.  Zdawało  się,  że  nie  dostrzega 

niczego poza nimi. 

- To ją wyczerpuje - wyjaśniła Raija bezbarwnym tonem. - Widziałaś już kiedyś, jak 

ona to robi? 

Anjo pokiwała głową, nie ukrywając, że i ją to przeraża. 

-  Nie  miałam  wyboru  -  usprawiedliwiła  się  cicho.  -  Nie  wiedziałam,  do  kogo  się 

zwrócić. Nie mogłam przyglądać się bezczynnie cierpieniu tych ludzi. Od razu pomyślałam o 

Mai. Podobno ktoś z tutejszych robotników posłał po szamanów. Niestety, żaden nie przybył. 

Ale może pomagają na swój sposób, wiesz... 

Raija westchnęła głęboko. 

- Lapońscy szamani powtarzają zaklęcia i uderzeniami w bęben wprawiają się w trans. 

Przepełnia ich silna wiara w bóstwa. 

- Maja łączy szamańskie zaklęcia z uzdrawiającą mocą - wtrąciła Anjo. - Nie potrafi 

wyjaśnić, skąd bierze właściwe słowa. Ale i ona czerpie siłę z głębokiej wiary. 

background image

- Maja? - zdumiała się Raija, nie dowierzając, że Anjo mówi o jej córce. Nigdy by się 

nie  domyśliła  takiej  duchowości  u  dziecka,  które  zostało  poczęte  z  wielkiej  miłości  jej  i 

Mikkala. 

-  To  ujawniało  się  w  niej  stopniowo  -  wyjaśniała  Anjo.  -  Potrzebowała  jakiegoś 

oparcia.  W  Norwegii  Reijo  był  dla  niej  opoką.  Ale  tutaj  musiała  znaleźć  coś  innego, 

potężniejszego. Szukała w sobie. 

Raija słuchała w milczeniu. 

Ona też szukała jakiejś ostoi przez całe swoje życie. Ale w odróżnieniu od Mai nigdy 

nie znalazła. 

Teraz  wróciła  do  Reijo.  Ale  ona  nie  widziała  w  nim  skały,  opoki.  Widziała  w  nim 

mężczyznę,  przyjaciela,  kochanka  i  człowieka.  Chyba  najbardziej  tego  ostatniego.  Znalazła 

kogoś  równie  ludzkiego  jak  ona  sama.  Z  wieloma  wadami,  ale  i  z  równoważącymi  je 

zaletami. 

Reijo - opoka Mai. 

Raija poczuła, jak oblewa ją gorąco. 

Doznała olśnienia. 

-  Sprawiam  wam  zawód  -  odezwała  się  wreszcie  cicho,  myśląc  nie  tylko  o 

nieszczęściu, które ich otaczało. 

Anjo wiele rozumiała. Raiji zdawało się, że zna ją od dawna. 

- To nie ja kieruję tą siłą - wyjaśniła, spoglądając na swoje dłonie, ale nie dostrzegła w 

nich nic szczególnego. 

Kiedyś spływało z nich uzdrawiające ciepło, teraz jednak nie czuła żadnych oznak, by 

miało to nadejść. 

- To cena, jaką płacę - dodała z lekką goryczą. 

Uzdrawiające  zdolności  nie  przyniosły  Raiji  wiele  radości,  to  pewne.  Co  prawda 

dzięki nim mogła pomóc najbliższym i uratować życie tym, których kochała. Zdarzało jej się 

też  parę  razy  uratować  obcych,  którzy  potem  znaczyli  coś  w  jej  życiu.  Ale  ile  ją  to 

kosztowało!  Za  każdym  razem  traciła  jakby  cząstkę  siebie.  Walczyła  z  tym,  co  nazywała 

swoim  brzemieniem.  Wielokrotnie  pragnęła,  by  moc  nie  spływała  na  nią  znienacka,  kiedy 

indziej zaś błagała na kolanach, by nauczyć się nią kierować. Modliła się, by móc pomagać 

innym, bo życie uważała za największą świętość. 

Ale i ona swój czas tu, na ziemi, zawdzięczała poświęceniu innych ludzi. Pocieszało ją 

jedynie, że nie ona o tym decydowała. Widocznie taki los był jej pisany. Stanowiło to nędzne 

background image

usprawiedliwienie.  Nadal  przywołując  wspomnienia  z  niedalekiej  przeszłości,  odczuwała 

gorycz. 

- Tylko Maja może tu coś zdziałać - westchnęła Raija. - Pragnęłabym to z nią dzielić, 

ale  nie  znajduję  w  sobie  siły.  Nie  potrafię  nic  wykrzesać  z  tych  rąk,  nie  ma  w  nich  nic 

nadzwyczajnego. Nie mogę uczynić więcej niż ty, Anjo... 

- I to musi ktoś robić... 

- Ale ja powinnam pomóc inaczej! Anjo uśmiechnęła się ze zrozumieniem. 

- Dlaczego to dla was takie ważne? Dlaczego musicie robić zawsze dwa razy więcej 

niż  inni?  Przecież  nikt  tego  od  was  nie  wymaga.  Wy  sami  bierzecie  na  własne  barki 

najcięższe brzemię! Maja, Knut, ty.  Żaden człowiek nie może uczynić więcej, niż leży to w 

jego mocy. Ale dla was to za mało. 

Pokręciła głową. 

- Rozsądek też mi tak podpowiada - odpowiedziała z głęboką powagą Raija. - Ale w 

sercu... - położyła rękę na piersi - ...czuję inaczej. 

Raiji zdawało się, że nie spełnia pokładanych w niej oczekiwań. 

-  Idź  się  trochę  przewietrzyć!  -  zaproponowała  Anjo,  niemal  wypychając  Raiję  za 

drzwi. 

Knut wyszedł za matką, przyniósł szal i okrył ją. 

Raija oparła się o jeden z drewnianych słupów podtrzymujących ganek. Fasada chaty 

miała  swój  urok,  ale  w  niczym  nie  była  podobna  do  bogato  zdobionych  rzeźbionymi 

kolumnami i licznymi ornamentami budynków w Rosji. Tam drewniane chaty przypominały 

baśniowe pałace. 

Tu,  na  północy,  budownictwo  było  solidne.  Dominowały  proste  linie.  Znać  w  nim 

było większą surowość, daleką od słowiańskiej radości. 

- Możesz być dumny ze swojej żony, Knut. Gdybym mogła doradzać, nie wybrałabym 

ci lepszej towarzyszki życia, synu. 

- Żadnej innej też nie chciałbym mieć - odparł Knut, stanąwszy obok Raiji. 

Nie  przypuszczała,  że  urośnie  taki  wysoki.  Kalle  był  przecież,  tak  jak  ona, 

niewysokiego  wzrostu.  Zdawało  jej  się,  że  sylwetką  Knut  przypominał  bardziej  jej  ojca. 

Postanowiła  zapytać  Mattiego,  czy  ma  rację.  Zdumiewające  było  odkrywać  we  własnych 

dzieciach cechy przodków. 

- Kiedy opowiesz mi o sobie? - zapytał. -  Bardzo się cieszę, że nie umarłaś, ale tyle 

pytań rodzi się w mojej głowie. Dlaczego poświęciłaś nas i wybrałaś Rosję? 

- Straciłam pamięć. Od przeszłości oddzieliła mnie czarna ściana. 

background image

Raija oparła się o słup i nie spuszczając wzroku z syna, opowiedziała mu wszystko. 

- Mnie także trudno byłoby uwierzyć w taką historię - rzekła, widząc  w  jego oczach 

powątpiewanie. - Nigdy tak naprawdę nie uwierzyłam w zanik pamięci Kallego. Myślałam, że 

nie  mógł  już  dłużej  wytrzymać  ze  mną.  Pogodziłam  się  z  tym,  że  szukał  ucieczki  od 

dotychczasowego  życia,  ale  nie  mogłam  zrozumieć,  dlaczego  wymyślił  taką  historię.  Teraz 

wiem, że to mogła być prawda. Ja w każdym razie nie kłamię. 

- Ale teraz wróciła ci pamięć? 

Raija  tak  bardzo  pragnęła  rozwiać  jego  wątpliwości,  odpowiedzieć  na  pytania,  które 

czytała w jego oczach. 

Był przecież krwią z jej krwi. Jej rodzonym synem. 

Musi jej uwierzyć. Nie można kogoś kochać, nie mając do niego zaufania. 

- Tak, odzyskałam pamięć. 

W  jej  życiu  roiło  się  od  niewiarygodnych  wydarzeń,  ale  przecież  może  o  nich 

zaświadczyć.  Kto  wie  jednak,  czy  i  jej  nie  naszłyby  wątpliwości,  gdyby  o  tym  wszystkim 

usłyszała od kogoś innego. 

Może  też  doszukiwałaby  się  w  tym  wybujałej  fantazji.  Może  kazałaby  sobie 

przedstawić dowody. 

- Jewgienij nie żyje - powiedziała. - W Rosji zostawiłam syna. Pochowałam tam córkę 

i dwóch mężczyzn, których bardzo kochałam. Wszystko to zostawiłam i wróciłam, a to także 

było moje życie. 

- I co teraz? 

- Helena, żona Reijo, nie żyje. Reijo i ja na nowo się pobraliśmy. 

- Jak to? - Knut nie dowierzał własnym uszom. - Co na to, u diabła, pastor? - wyrwało 

mu  się.  -  Wybacz,  że  tak  się  wyrażam!  A  ludzie  w  Skibotn?  Pewnie  musieliście  stamtąd 

wyjechać? Boże święty! Reijo żył zawsze tak spokojnie. 

Raija  wyjaśniła,  do  jakich  musieli  się  uciec  wybiegów.  Wyraźnie  wzruszona 

opowiedziała o tym, jak cała wieś ujęła się za nią. 

- A co na to Maja? Raija popatrzyła Knutowi w oczy, pragnąc dotrzeć do jego serca. 

Był  taki  otwarty  i  bezpośredni.  Poczuła  dumę,  że  jej  syn  odznacza  się  takimi 

wspaniałymi cechami. Reijo ofiarował jej dzieciom solidne podstawy. I choć to ona była ich 

rodzoną matką, ona wydała je na świat, to tak naprawdę z Reijo łączyła dzieci silniejsza więź. 

-  Utrzymywałyśmy  chłodny  dystans  aż  do  chwili,  gdy  przybył  posłaniec  z  Kengis  - 

odparła  Raija,  czując  przypływ  znużenia.  -  Ale  Ailo  mówi,  że  ona  nie  żywi  do  mnie 

nienawiści. 

background image

-  Ailo  zna  ją  lepiej  niż  ktokolwiek.  Łącznie  z  jej  wszystkimi  wadami  i  mrocznymi 

stronami  osobowości.  Ailo  wie  więcej  niż  William.  Łączą  go  z  Mają  bardzo  silne  więzy. 

Wydaje  mi  się,  że  dzielą  się  ze  sobą  każdą  swoją  myślą.  Przez  wszystkie  te  lata  nawzajem 

podtrzymywali się na duchu. 

-  Jak  ona  radzi  sobie  z  tymi  nadprzyrodzonymi  zdolnościami?  -  zainteresowała  się 

Raija. 

- No cóż, nie może się przecież tak po prostu od nich uwolnić - odparł Knut. 

On także bardzo kochał Maję. Dorastał wśród sióstr i czul się za nie odpowiedzialny. 

-  Nie  chciałam  przekazać  żadnemu  z  moich  dzieci  tego  dziedzictwa.  Lepiej  byłoby, 

gdyby umarło wraz ze mną. Ty też zostałeś obciążony? 

Knut pokręcił głową. 

- Nie, tylko Maja. Ida z kolei wyczuwa nastroje, ale to coś innego. Ja nic nie potrafię. 

- Misza także nie - rzekła Raija i wyjaśniła zaraz: - Mój syn. Ale Natalia miała wizje. 

Natalia wiedziała zbyt wiele. Była niczym anioł, którego nam na chwilę użyczono... 

Knut nie domagał się wyjaśnień. Po prostu wsłuchiwał się w to, co matka sama chciała 

mu  opowiedzieć.  Zauważył,  jak  jej  twarz  tężeje,  gdy  wspomina  Natalię.  Zrozumiał,  że 

sprawia jej to wielki ból i nie potrafi o tym mówić. Na razie. 

- Co z tymi ludźmi? - zapytał, żeby zmienić temat na bezpieczniejszy. 

- Wszystko w rękach Boga - odparła Raija, która dla jednego z najciężej rannych nie 

widziała  już  ratunku.  -  No  i  może  w  rękach  Mai.  Ja  niestety  nie  jestem  w  stanie  sterować 

mocą uzdrawiania. Mam wrażenie, że Anjo bardziej pomaga tym nieszczęśnikom niż ja. 

- Pomimo tego wszystkiego, co się tu wydarzyło... - zaczął Knut i zaczerpnął parę razy 

rześkiego  powietrza  -  ...mimo  wszystko  chcę  tu  zostać.  Ta  okolica  mnie  urzekła.  Kiedy 

przyjechaliśmy  tu  z  Anjo,  poczuliśmy  się  jak  w  domu.  Oboje  odnieśliśmy  wrażenie,  że  to 

miejsce czekało na nas. 

- Na pewno jest tu pięknie latem - odrzekła Raija, rozglądając się wokół. Tam, gdzie 

jeszcze parę dni temu stała kuźnia, nadal tlił się żar. Robotnicy na zmianę pilnowali, by ogień 

nie buchnął z nową siłą. - Rzeczywiście jest tu swojsko - uśmiechnęła się. - Ale prawdę mó-

wiąc, tyle było domów w moim życiu, Knut. 

- Gdzie czułaś się najlepiej? 

Ten  chłopak  był  wyjątkowo  bystry.  Potrafił  pytać  o  to,  co  naprawdę  ważne,  i  nie 

obawiał się tego. Nie cofał się nawet przed trudnymi, bardzo osobistymi pytaniami. 

- Mój dom jest tam, gdzie ja - odparła Raija i to była najszczersza odpowiedź, jakiej 

mogła udzielić. - Ale ze wszystkich krajobrazów, wśród których przyszło mi żyć, najbardziej 

background image

ukochałam  płaskowyż.  Wszędzie  indziej  brakowało  mi  przestrzeni,  nawet  na  wschodzie,  w 

Rosji,  mimo  że  i  tam  ciągnęły  się  rozległe  równiny.  Tylko  na  płaskowyżu  rosną  mchy,  po 

których  w  dzieciństwie  biegałam  boso.  Do  tamtych  stron  często  wracam  myślami.  Gdybym 

umarła, chciałabym być pochowana właśnie tam. 

-  A  nie  w  morzu?  -  zapytał  Knut.  Raija  pokręciła  gwałtownie  głową.  Nie  zapytała 

jednak, skąd mu to przyszło do głowy, a Knut wolał jej tego nie wyjaśniać. 

Westchnęła. Dobrze było zaczerpnąć rześkiego powietrza, mimo że w powietrzu nadal 

unosił się zapach spalenizny. Doprawdy, straszna historia z tym pożarem. 

-  Muszę  wracać  -  powiedziała  niechętnie,  myśląc  o  tych  nieszczęśnikach,  którzy 

pojękiwali w izbie. 

- Może najpierw coś zjedz! - poprosił Knut i poprowadził ją do kuchni. 

W  zajeździe  nie  mieli  teraz  wielu  gości.  Większość  wróciła  już  do  Junosuando  i 

Masugnsbyn.  Ci,  którzy  mieszkali  w  Kengis,  spali  teraz  we  własnych  łóżkach.  Część 

robotników  została  tymczasowo  przeniesiona  do  Masugnsbyn.  W  najbliższych  tygodniach 

Kengis opustoszeje i ucichnie. 

Kuźnię trzeba będzie odbudować. Ona bowiem była sercem zakładu. 

Knut  przyniósł  Raiji  pieczonego  łososia,  chleb,  masło  i  piwo.  Usiadł  przy  stole 

naprzeciwko matki i posilał się razem z nią. Nie mógł się nacieszyć jej widokiem. 

- A gdzie są wasze dzieci? - zapytała Raija. 

-  Umieściliśmy  je  u  żony  buchaltera  -  wyjaśnił  Knut.  -  Tu  jest  tak  niespokojnie. 

Woleliśmy oszczędzić im widoku umierających. 

Raija uznała, że postąpili mądrze, chroniąc dzieci przed cierpieniem. 

Nie mogła jeść. Straciła apetyt, kiedy pomyślała, że za ścianą wiją się w bólach ludzie, 

a jeden z nich nie jest w stanie niczego wziąć do ust. Kiedy próbowały  go napoić, krzyczał 

rozdzierająco, bo poparzone wargi przy najlżejszym dotknięciu sprawiały mu taki ból, jakby 

go torturowano. 

Raija  pomyślała,  że  oddałaby  część  swoich  dni,  żeby  mu  tylko  przynieść  ulgę  w 

cierpieniu, żeby uratować mu życie. 

Ale  jakiś  wewnętrzny  głos  zapytał  ją,  jakiego  życia  pragnie  dla  tego  nieznajomego 

mężczyzny. Czy takiego, jakie jest udziałem Ailo? 

Nie potrafiła odpowiedzieć. 

Ale wiedziała jedno: życie jest święte. 

- Czy ci ludzie nie mają rodzin? - zapytała gwałtownie. 

background image

Przecież  przy  nich  powinni  teraz  siedzieć  najbliżsi.  Nie  zauważyła  jednak  ani 

pomocnych dłoni, ani zatroskanych twarzy. 

- Większość to samotni  mężczyźni - odpowiedział Knut. - Tylko  ci, którzy sprawują 

nadzór nad produkcją, mają własne domy i mieszkają tu z rodzinami. Robotnicy przybywają 

do  Kengis  przeważnie  sami  i  nie  zagrzewają  nigdzie  miejsca.  To  poszukiwacze  przygód. 

Wywodzą  się  spośród  chłopskich  synów.  Bardzo  trudno  pozyskać  fachową  siłę  roboczą, 

zwłaszcza że niechętnie przyjmuje się tu do pracy Lapończyków. - Knut wzruszył ramionami. 

- Panuje powszechna opinia, że Lapończycy nie nadają się do pracy w kuźni, bo są za niscy i 

boją się gorąca. Tak słyszałem, ale nie sądzę, by można było dawać temu wiarę - dodał tonem 

usprawiedliwienia. 

- A więc ci ludzie są tu zupełnie sami - westchnęła Raija. - I zostaną pochowani z dala 

od swoich rodzinnych stron. 

-  Mamy  tu  bardzo  ładny  cmentarz  -  rzekł  Knut,  uświadamiając  sobie,  że  wyraził  się 

już jako członek miejscowej społeczności. 

- Są jeszcze tacy młodzi... - westchnęła ze smutkiem Raija i poczuła ucisk w piersiach. 

- To prawda. Starych tu nikt nie przyjmie. Praca przy wytopie i uszlachetnianiu żelaza 

to ciężka harówka. 

Raija  podziękowała  za  jedzenie  i  wstała.  Zjadła  niewiele,  ale  Knut,  zajęty  rozmową, 

nie  zwrócił  na  to  uwagi.  Nie  miała  siły  udać  się  wprost  od  stołu  do  izby,  gdzie  ulokowano 

rannych. 

Chciała jeszcze przez chwilę odwlec ten moment. Wyszła przed dom, by popatrzeć na 

mrok okrywający krajobraz. Było mroźno i klarownie. 

Objęła  czworokątny  słup  podtrzymujący  ganek.  Pod  wpływem  jej  ciepłych  dłoni 

roztopił się pokrywający go szron. 

Nad ich głowami rozpościerało się rozgwieżdżone niebo. Lśniące i bajeczne, igrało z 

granatem  zapadającej  nocy.  Pofalowany  krajobraz  pod  lampami  wieczności  wtopił  się  w 

mrok. Zdawało się, że słychać szept pociemniałego lasu. 

Raija wpatrywała się z zachwytem, chłonąc ten widok wszystkimi zmysłami. 

Nagle  na  północnym  zachodzie,  gdzie  rzeka  Tornio  niknęła  w  ciemnościach,  a 

wzgórza opierały się o aksamit nieba, Raija dostrzegła jakiś zielonkawy blask. 

Serce jej zamarło. 

Otwartymi ustami łapczywie wdychała powietrze, a ręką szukała po omacku oparcia. 

Upadłaby, gdyby nie Knut. 

background image

-  Widzisz  to  co  ja?  -  wyszeptała,  bojąc  się  oderwać  wzrok  od  zielonkawego  blasku 

jakby w obawie, że zniknie. Zastanawiała się gorączkowo, czy to jest znak dla niej. 

- Mówisz o zorzy polarnej? - zapytał. Kochany chłopak! Jej przyziemny syn, który ją 

podtrzymywał,  który  ją  wspierał.  Nie  pojmował,  dlaczego  dłonie  matki  stały  się  nagle  takie 

gorące, a krew w nich pulsuje jak u młodej dziewczyny. 

Knut nigdy nie był w stanie pojąć tej strony osobowości matki. 

- Tak, o zorzy - odpowiedziała. 

- Jest piękna - rzekł Knut. - Może nie tak ruchliwa jak w naszych stronach, ale piękna. 

Niech Bóg ma cię w swojej opiece, pomyślała Raija, ściskając mocno syna. Przytuliła 

twarz do jego piersi, wyczuwając spokojne bicie serca. 

Knut  nie  miał  powodów  do  egzaltacji,  on  nie  rozumiał  znaczenia  faktu,  że  właśnie 

teraz pojawiła się zorza. 

Raija wyprostowała się. 

-  Muszę  wracać  -  rzekła  bardziej  do  połyskującej  zielenią  i  bladym  złotem  wstęgi 

daleko na zachodzie niż do syna. 

Ale  wtedy  zorza  jakby  ożyła.  Rozbłysła,  zaiskrzyła  się,  a  pastelowe  odcienie  żółci  i 

zieleni  stały  się  bardziej  soczyste.  Oświetliły  okryte  śniegiem  wzgórza,  a  potem  przesunęły 

się na niebie ku wschodowi, jakby rozwierając świetliste ramiona. 

- Nie tak ruchliwa jak w naszych stronach? - zaśmiała się Raija. 

- Cudowna! - odparł Knut i podążył za Raiją, która wyszła na dziedziniec, by lepiej się 

przyjrzeć niezwykłemu zjawisku. 

Zorza  rozciągnęła  się  nad  nimi  i  niczym  lśniąca  pajęczyna  pokryła  całe  niebo  nad 

Kengis. 

Knut  gotów  był  przysiąc,  że  jest  żywa.  Wiła  się  jak  świetlisty  wątek  na  krosnach  z 

granatową osnową. Połyskujące barwne ramiona splotły się i zatrzymały tuż nad ich głowami, 

układając we wzór, jakiego jeszcze nigdy nie oglądali. 

Knut  poczuł  się  jak  król.  Obudziło  się  w  nim  dziecko,  które  uwierzyło,  że  zorza 

rozpaliła niebo wyłącznie dla niego i dla mamy. 

Uchwycił się tej cudownej myśli, doznając wrażeń nieskończonego piękna. 

Jaka szkoda, że Anjo nie ogląda tego razem z nami, pomyślał. 

I to przywołało go do rzeczywistości. 

Polarna  zorza  rozświetlała  niebo  nad  Kengis.  Ale  przecież  nie  był  wybrańcem.  Ten 

widok przeznaczony był tak samo dla jego, jak i dla oczu innych. Ot, taki kaprys natury. 

background image

Nad  ich  głowami  rozpościerała  się  lśniąca  korona  mieniąca  się  chłodnym  żółtym  i 

zielonym blaskiem, wysadzana klejnotami z migoczących gwiazd. 

Stali w milczeniu, nie czując mrozu. Matka i syn. Objęci, zapatrzeni w niebo. 

Dopiero gdy zorza zblakła i zmatowiała, Raija wyrwała się spod jej uroku. 

- Muszę wracać, Knut! - oznajmiła stanowczo. Jej oczy błyszczały, jakby w nich nadal 

odbijała się zorza, a głos przemawiał z mocą, jaką zapamiętał z dzieciństwa. 

Posłusznie  ruszył  za  Raiją,  nadal  oszołomiony  pięknem,  które  stało  się  też  jego 

udziałem. 

background image

W  izbie  zmienionej  na  lazaret  nie  zaszły  żadne  zmiany.  Maja  i  Anjo  nie  pytały, 

dlaczego Raija tak długo nie wracała. Rozumiały, że każdy w pewnym momencie może mieć 

dość  widoku  krwi  i  odoru  ropiejących  ran.  Czasem  trudno  zapanować  nad  własnymi 

reakcjami. 

Raija,  wnosząc  rześki  chłód,  skierowała  się  wprost  do  łóżka  najciężej  poparzonego 

młodego mężczyzny, który trząsł się cały, a opatrunki wciąż na nowo przesiąkały mu krwią. 

Przy  każdej  zmianie  bandaży  zadawano  nieszczęśnikowi  nowe  cierpienie.  Ale  i  tak 

większości rozległych poparzeń nie dało się osłonić. Jego twarz była jedną wielką raną. 

- Boję się, że wda się zakażenie - odezwała się po cichu Anjo, patrząc razem z Mają na 

Raiję, która uklęknęła obok łóżka poparzonego. 

-  Ona  zawsze  wybiera  sobie  tych,  którzy  najbardziej  potrzebują  pomocy...  - 

wyszeptała Maja. 

Anjo w duchu przyznała jej rację. Raija przez całe życie kierowała się tą zasadą. 

Ranny stracił przytomność, ale ból mimo to nie dawał mu wytchnienia. Nieszczęśnik 

majaczył, jęczał, raz po raz wydając z siebie zwierzęcy niemal skowyt. 

Raija wiedziała, że jeśli ten człowiek natychmiast nie uzyska pomocy, umrze jeszcze 

tej nocy. 

Poczuła się silna. 

Napełniona mocą. 

Uniosła  dłonie,  szukając  wzrokiem  jakiegoś  nienaruszonego  skrawka  skóry  na  jego 

twarzy.  Ale  dopiero  gdy  odgarnęła  na  bok  mokre  od  potu  włosy,  znalazła  gładką  skórę  za 

uszami. 

Opuszkami palców dotknęła właśnie tych miejsc. Działała instynktownie, nie próbując 

niczego dociekać. 

Stała się znów narzędziem, tak jak już niejednokrotnie wcześniej. Otworzyła się na to, 

co niepojęte, pogodzona z tym, co przerasta jej rozum, i pozwoliła nieznanym siłom działać 

poprzez siebie. 

Nie potrafiła nimi sterować, ale tak bardzo pragnęła, by spłynęły na nią, że jej prośby 

zostały  wysłuchane.  Pochyliła  głowę  i  przymknęła  oczy.  Czoło  oparła  o  drewniany  kant 

łóżka, a łokcie ułożyła na miękkim kocu. Ranny drżał, a jego jęki zdawały się coraz słabsze. 

Dochodziły jakby z oddali. 

background image

Raija czuła, jak przez zaciśnięte na głowie nieszczęśnika palce przechodzą, biorące się 

nie wiadomo skąd, fale światła, ciepła, gorące prądy. Kierowała je dalej, dalej, dalej... 

Oślepił ją niezwykły blask. 

W jasności rozległ się głos: 

- Nie powinnaś tu przybywać. Umówiliśmy się przecież! Sądziłem, że zrozumiałaś. 

Raija  nie  miała  pojęcia,  gdzie  się  znajduje.  Nic  nie  czuła,  zanurzona  w  chłodnym 

blasku. 

Nie powinno tak być! Nigdy tak nie było! 

Słyszała jednak głos. 

Jego głos. 

Głos Mikkala... 

Dziwnie blisko, a zarazem jakby z oddali. 

Ona sama unosiła się pośród jasności uwolniona od własnego ciała. Nie miała pojęcia, 

gdzie się kończy, a gdzie zaczyna. 

Nie była pewna, kim jest. 

Ale znała jego głos. 

Głos Mikkala... 

- Nie powinnaś tu była przybywać, Mały Kruku. Jest za wcześnie! Nie wolno ci igrać 

z tkwiącymi w tobie siłami. Nie możesz przywoływać ich nie w porę... 

Jak to nie w porę? Przecież chodzi o życie! 

Wprawdzie  nie  zna  poszkodowanego  w  pożarze  mężczyzny,  ale  bardzo  pragnie  mu 

przyjść z pomocą. Nie robi tego dla poklasku. 

- A nie pomyślałaś, że śmierć może być dla niego wybawieniem? 

Głos  Mikkala  otaczał  ją  ze  wszystkich  stron,  płynął  z  jej  wnętrza  niczym  głos 

sumienia. 

- Wówczas nie musiałabyś zapłacić tak wysokiej ceny! 

Nie  troszczyła  się  o  to.  Wpłynęła  wprost  w  świetlisty  tunel.  Przejmujący  chłód 

przeniknął ją na wskroś. 

- Nie spodziewałem się tego! Nie brałem pod uwagę. Dlaczego zawsze poświęcasz się 

dla tych, dla których już nie ma nadziei? Czy nie mogłaś wybrać sobie kogoś, komu można 

by pomóc? Następnym razem... o ile będzie jakiś następny raz... 

Nie  zwracała  uwagi  na  to,  co  mówi  głos,  mimo  że  dudnił  jej  w  uszach.  Wypływał 

jakby  z  jej  własnego  gardła.  Miał  jej  za  złe,  że  zrobiła  to,  co  uważała  za  słuszne,  tylko 

dlatego, że szukała pomocy na zewnątrz. 

background image

Ale  nie  troszczyła  się  o  to.  Nie  słuchała  upomnień.  W  tej  chwili  Mikkal  nie  był  dla 

niej najważniejszy. 

Pragnęła tylko jednego: zanurzyć się całkowicie w chłodnym blasku... 

Maja pierwsza zorientowała się, co się dzieje. Bez słowa zostawiła rannego, któremu 

właśnie zmieniała opatrunki. 

Raija z palcami zaciśniętymi na ocalałych kawałkach skóry umierającego opierała się 

czołem o kant łóżka. Blada i zimna, oddychała ledwo wyczuwalnie... 

Po  raz  pierwszy  Maja  zobaczyła  to,  czego  w  związku  z  jej  osobą  doświadczali  inni. 

Przeraziło ją to bardziej, niż dała po sobie poznać. Nie chciała wywoływać paniki. 

- Sprowadź Knuta - poprosiła, odszukawszy wzrokiem Anjo. 

Anjo  po  jej  głosie  poznała,  że  sytuacja  jest  poważna.  Knut  przybiegł  natychmiast 

rozdygotany, a za nim Anjo. 

- Połóżcie ją gdzieś w osobnej izbie i otulcie ciepło - poprosiła Maja. - Widziałeś już 

coś takiego wcześniej - dodała, uchwyciwszy spojrzenie brata. 

Pokiwał  głową  i,  nie  kryjąc  strachu,  przełknął  ciężko  ślinę.  Nie  ogarniał  tego 

rozumem. 

-  To  nic  groźnego  -  uspokajała  go  Maja,  choć  wcale  nie  była  tego  pewna.  -  Mama 

zrobiła, co było w jej mocy. W tym stanie nie może już więcej zdziałać. A lepiej chyba, żeby 

nikt jej teraz nie oglądał, prawda? 

Knut  przyznał  jej  rację.  Wziął  matkę  na  ręce  i  przeniósł  do  izby,  w  której  sypiał  z 

Anjo. Położył ją w ich łóżku, okrył dokładnie kilkoma kocami i usiadł przy niej. 

- Zatroszcz się, żeby sprowadzić do pomocy kobiety z osady - zwrócił się do Anjo. - I 

nie rozpowiadaj o tym, co się stało. Powiedz tylko, że wy musicie odpocząć. Zresztą, wymyśl 

cokolwiek.  Byle  tylko  ktoś  przyszedł  nas  wesprzeć.  Do  diabła,  przecież  inni  także  mogą 

pielęgnować rannych! Maja jest mi potrzebna tutaj. 

Anjo pobiegła. 

-  Na  pewno  powiesz  mi,  że  nie  ma  się  czego  bać  -  odezwał  się  Knut,  poznając  po 

krokach, że do pokoju weszła siostra. 

Siedział w ciemnościach. 

Nie chciał zapalać lampy, bo kiedy widział, że matka leży niezmiennie nieruchoma i 

zimna, czuł jeszcze większy strach. 

- A ja i tak się boję - dodał przygnębiony. - Jak sądzisz, jak zareaguje Reijo, jeśli coś 

jej się stanie? Boże, Maju, nigdy sobie tego nie wybaczę! 

background image

-  Ciii  -  uspokajała  go  Maja.  Pochyliła  się  nad  Raiją,  dotknęła  jej  czoła  i  policzków. 

Przez  chwilę  trzymała  wnętrze  dłoni  przy  jej  ustach.  Poczuła  słaby  oddech.  -  Co  się  stało, 

kiedy  wyszła  z  izby,  w  której  leżą  ranni?  -  zapytała  Maja  Knut  dostrzegł,  jak  błysnęła 

miodowa otoczka jej źrenic. 

-  Jak  to,  co  się  stało?  -  nie  pojmował  jej  pytania  Knut.  -  Nic  się  nie  stało. 

Rozmawialiśmy. Jedliśmy. Poszliśmy się przewietrzyć na dwór. Co miało się stać? 

-  Zanim  wyszła,  niewiele  była  w  stanie  zdziałać  -  wyjaśniła  Maja  opanowanym 

głosem. - Dobrze to widziałam. Tych nieszczęśników cieszyło jednak, że troszczy się o nich, 

ż

e do nich przemawia... Pod tym względem była wspaniała. Sprawiła, że każdy z nich czuł się 

najważniejszy  na  świecie.  Nawet  ten  siedemnastolatek,  który  tam  leży,  patrzył  na  nią  z 

uwielbieniem.  Ale  prócz  tego,  że  zdołała  odciągnąć  ich  myśli  od  bólu,  niewiele  mogła  im 

pomóc.  -  Maja  westchnęła.  -  A  potem  wyszła,  długo  jej  nie  było,  a  kiedy  wróciła,  w  jednej 

chwili jakby odpłynęła... 

- Naprawdę nic się nie wydarzyło! - zapewniał Knut nieszczęśliwy. 

- Rozmawialiście z kimś? 

- Nie, z nikim. 

- Opowiedz po kolei - poprosiła raz jeszcze cierpliwie Maja. 

Knut  dobrze  znal  ten  jej  pozorny  spokój,  doskonale  wiedział,  jaka  po  nim  następuje 

reakcja. Maja aż tak bardzo nie zmieniła się przez te wszystkie lata. 

- Tylko dokładnie! - powtórzyła. 

Knut  opowiedział  więc  ze  szczegółami,  co  się  zdarzyło  od  chwili,  kiedy  wyszedł  z 

Raiją  na  dwór.  Powtórzył  treść  ich  rozmowy.  Potem  wspomniał  o  wspólnym  posiłku  i  o 

pogawędce  przy  stole.  Na  koniec  dodał,  że  mama  miała  ochotę  raz  jeszcze  zaczerpnąć 

ś

wieżego powietrza. 

- Było strasznie zimno - mówił. - Może zmarzła? Uwierz mi, Maju, nie wydarzyło się 

nic nadzwyczajnego. Czyżbyś nie mogła się pogodzić z faktem, że twoja matka doświadcza 

tego samego co ty? Nigdy nie pytałaś, jak to wygląda. Teraz sama widzisz. Wydaje mi się, że 

nie ma czego zazdrościć. 

- To wszystko? - zapytała Maja, nie reagując na złośliwy ton Knuta. 

-  Potem  jeszcze  podgrzałem  jej  wodę,  bo  chciała  umyć  ręce.  Ale  krótko  przed  tym 

staliśmy razem na dziedzińcu i przyglądaliśmy się zorzy polarnej. Falująca wstęga na niebie 

ułożyła  się  nad  nami  na  kształt  korony  i  zajaśniała  wszystkimi  odcieniami  zieleni. 

Niesamowity  widok. Taki obraz zostaje w pamięci na zawsze. Szkoda, że nie widziałaś. Na 

pewno też byś się zachwyciła. 

background image

- Zorza polarna... - rzekła Maja z namysłem. 

-  Nie  fantazjuj  -  uprzedził  jej  dalsze  słowa  Knut.  -  Nie  jesteśmy  już  dziećmi,  by 

wierzyć w baśnie, których słuchaliśmy, gdy byliśmy mali. 

- O łabędzich skrzydłach? - spytała łagodnie Maja. 

-  Albo  o  duszach  umarłych  powracających  pod  postacią  polarnej  zorzy.  -  Knut 

wspomniał  swoją  ulubioną  baśń,  jedną  z  tych,  które  często  opowiadano  w  długie  zimowe 

wieczory w ubogich chatach w Ruiji. 

- A zatem nie zdarzyło się nic nadzwyczajnego - stwierdziła Maja, choć w głębi serca 

poczuła  niepewność.  W  jej  bowiem  snach  bardzo  często  pojawiała  się  roztańczona  zorza 

polarna... 

Podeszła do okna i odsłoniła zasłony. Ale na niebie usłanym gęsto gwiazdami niczym 

leśne  poszycie  borówkami  w  rodzinnym  Skibotn  nie  jaśniała  falująca  wstęga.  Maja  poczuła 

się zawiedziona. 

Przecież  i  ona  zapadała  w  ów  chłodny  sen,  ale  nigdy  jeszcze  z  tego  powodu  zorza 

polarna nie ułożyła się w królewską koronę. 

Skarciła  się  jednak  w  myślach.  Knut  miał  rację.  Nie  było  czego  zazdrościć.  Pod 

ż

adnym względem. 

Wiedziała najlepiej, jak to wyczerpuje. Już teraz czuła się bardzo zmęczona, a przecież 

bardzo pilnowała, by nie stracić kontroli. 

- Musi być ciepło okryta - powiedziała. - Na pewno się wkrótce obudzi. Przecież ja też 

zawsze się budziłam, a wyglądało to tak samo, prawda? 

Knut milczał. 

Następnego  dnia  przed  południem  z  Tornio  przybył  wreszcie  lekarz,  po  którego 

posłano. 

Kiedy  w  zajeździe  zobaczył  Maję,  uniósł  brwi.  Oczywiście  wiedział,  z  kim  ma 

przyjemność. Doskonale znał wszystkie krążące na jej temat plotki. 

Ludzie  z  Tornio  pamiętali  wypadek  na  rzece  podczas  spławu  drewna  w  1747  roku. 

Gdy Heino Aalto wrócił z Ruiji z czarnowłosą żoną, spadały na niego same nieszczęścia. 

Co prawda uratowała życie wielu poszkodowanym, ale czyż jego nie pozostawiła bez 

opieki tamtej nocy, sama krążąc wśród umierających? Jedni nazwali ją aniołem, wdzięczni, że 

koiła ich ból. Inni potępiali ją i obwiniali za paraliż męża. 

A  potem  Heino  spłonął  podczas  pożaru  domu.  Jego  żona  także  omal  nie  zginęła  w 

płomieniach.  Ludzie zachodzili w głowę, skąd wziął się ogień,  ale nie rozpowiadali tego na 

background image

głos.  Jednak  kiedy  wdowa  po  świętej  pamięci  Heino  Aalto  w  parę  dni  po  pogrzebie  męża 

poślubiła jedynego syna Runefelta, Williama, zahuczało od plotek. 

Jak się można domyślić, na niego także sprowadziła nieszczęście, bo wkrótce musiał 

uciekać z kraju podejrzany o największą zdradę, o udział w spisku przeciwko królowi. 

Z  czasem  plotki  ucichły,  a  po  kilku  latach,  dzięki  znajomościom  ustosunkowanego 

ojca,  William  mógł  powrócić  do  domu.  Marcus  Runefelt  nie  chciał,  by  jego  jedyny  syn 

przebywał na emigracji w Europie nękanej kolejnymi wojnami. 

Tak, lekarz dobrze wiedział, z kim ma do czynienia. 

-  Czy  to  pani  zajmowała  się  rannymi?  -  zapytał,  obejrzawszy  sześciu 

poszkodowanych. 

Zbyt wielki żywił szacunek dla nazwiska Runefelt, a przede wszystkim dla teścia tej 

damy,  by  ośmielić  się  nazwać  jej  działalność  szarlatanerią.  Ale  tak  właśnie  pomyślał. 

Zwłaszcza że nie pojmował, jak to możliwe, by poparzenia tak szybko zaczęły się goić. 

-  Owszem  -  odparła  Maja.  Knut  i  Anjo  zauważyli,  jak  prostuje  się  dumnie  i  unosi 

głowę. Poznali, że Maja nie pozwoli temu człowiekowi na przypuszczenie ataku. 

- Zrobiłam wszystko, co w mojej mocy. 

- O, z pewnością - lekarz skrzywił się lekko. - Nie mam co do tego wątpliwości. Pani... 

hm... w tych okolicznościach... zadowalająco wywiązała się z zadania. 

-  No  cóż,  nie  było  na  miejscu  nikogo  innego,  kto  mógłby  to  zrobić  za  mnie  -  rzekła 

spokojnie Maja. 

Knut i Ailo wymienili spojrzenia. Oni dostrzegli złotawe błyski w oczach Mai i chłód 

ziejący  od  niej.  Lekarz  jej  nie  znal.  Wyraźnie  zbiła  go  z  tropu  i  wywołała  w  nim  pewną 

nerwowość. 

Zapewne przywykł, że jego słowa przyjmowano z nabożnym szacunkiem. 

- Przyjechałem, gdy tylko dotarła do mnie wiadomość o tym, co się stało. 

-  Ach,  tak?  -  spytała  Maja,  która  potrafiła  jak  mało  kto  nadawać  słowom  ukryte 

znaczenie. - To ciekawe. Posłaniec z Kengis, który przybył po mnie do  Hailuoto, zatrzymał 

się po drodze w Tornio - mówiła dalej z udawaną słodyczą. - Spodziewałam się więc zastać 

na miejscu lekarza, ale gdy tu dotarłam, nikogo takiego nie było. Bardzo mnie to zdziwiło. - 

Zamilkła. - Zresztą nadal się dziwię - ciągnęła, modulując głos i przerywając znacząco. - Ale 

może da się to jakoś wytłumaczyć? 

- Siedmiu ludzi nie żyje? - zapytał lekarz, zwracając się do Knuta. 

background image

- Zarządca fabryki poda panu wszystkie dane - rzekł zwięźle Knut, skinąwszy głową. - 

Nie  ja  jestem  za  nich  odpowiedzialny.  Ułożyliśmy  rannych  w  zajeździe,  ponieważ  tu  było 

najbliżej. Poza tym stały puste łóżka. 

- Rozumiem. 

- Do pana, doktorze, nie dotarło pierwsze wezwanie? - drążyła Maja, opierając ręce na 

biodrach.  Jej  głos  brzmiał  spokojnie,  Knut  jednak  obawiał  się,  że  za  chwilę  rozpęta  się 

huragan. - A może w Tornio jest więcej lekarzy? - pytała szyderczo. - Czy może wstrzymała 

pana pacjentka skarżąca się na dolegliwości żołądkowe? Wiem, że czasem problemy z trawie-

niem bywają uciążliwe. 

-  Przybyłem  natychmiast,  gdy  tylko  otrzymałem  formalne  wezwanie  -  odparł  lekarz 

krótko. - Poza tym niełatwo było znaleźć kogoś, kto by mnie tutaj przywiózł. Kengis leży na 

uboczu i końskim zaprzęgiem trudno się tu dostać. Musieliśmy czekać, aż będzie w te strony 

jechał jakiś Lapończyk zaprzęgiem reniferów. Odległości między osadami są tu bardzo duże, 

jak pani zapewne wiadomo. 

Na jego twarzy ukazał się wymuszony uśmiech. 

- Rzeczywiście odległości są tu duże - potwierdziła Maja. - Przez to aż siedmiu ludzi 

straciło życie, bo pomoc nie dotarła do nich na czas. 

- Może pani się także do tego przyczyniła - odparł lekarz, nie panując dłużej nad sobą. 

- Nie mam pojęcia, jakie pani zastosowała leczenie. Umarłych przecież o to nie spytam. Kto 

wie,  czy  bardziej  im  pani  nie  zaszkodziła,  aniżeli  pomogła  swoimi  niewiele  mającymi 

wspólnego z medycyną metodami. 

-  Myślę,  że  odpowiedzialność  za  śmierć  tych  siedmiu  ludzi  możemy  rozdzielić  - 

odrzekła  cicho  Maja.  -  Znalazłoby  się  jeszcze  paru  współwinnych  ich  śmierci.  Ale  pan  jest 

jednym z nich, doktorze. Pytam, dlaczego pan nie przybył na pierwsze wezwanie! 

- Co pani sugeruje? Maja nie należała do tych, którzy uginają karku. 

Napotkała wzrok uczonego medyka. 

On nie pochodził z tych stron. Nie kończył też studiów w Uppsali. 

Miała  wrażenie,  że  ten  człowiek  w  ogóle  nie  rozumie,  jakie  jest  zadanie  lekarza. 

Interesowali go przede wszystkim pacjenci, którzy mogli sowicie zapłacić. 

- Nic nie zamierzam sugerować - odparła Maja i poczuła się nagle strasznie zmęczona. 

Miała dość tej gry. Zbyt dobrze znała jej reguły. W salonach rodziny Williama z uprzejmym 

uśmiechem  wypowiadano  słowa,  które  mogłyby  zabić.  Przybierano  pozy,  przestrzegano 

konwenansów,  ale  przynajmniej  połowa  z  zebranych  gości  najchętniej  wydrapałaby  sobie 

oczy. 

background image

-  Powiem  wprost  -  rzekła.  -  Sądzę,  że  pan,  doktorze,  nie  przybył  na  pierwsze 

wezwanie dlatego, że posłańcem był Lapończyk. - Ton, jakim to powiedziała, wyraził więcej 

niż  słowa.  -  Poza  tym  nie  przysyłali  go  zarządcy  huty.  Nie  miał  przy  sobie  odpowiedniego 

papieru  ze  stemplami  i  podpisami.  Jak  pan  myśli,  doktorze,  kto  ma  czas  na  biurokrację  w 

obliczu takiego nieszczęścia? 

Głos Mai drżał ze złości i usprawiedliwionego gniewu. 

-  Siedział  pan  sobie  spokojnie  w  Tornio,  wiedząc,  że  tutaj  szaleje  pożar  i  wielu 

robotników  doznało  ciężkich  obrażeń.  Nie  pojmuję  tego!  Wybaczy  pan,  ale  nie  jestem  w 

stanie zrozumieć takiego sposobu myślenia... 

-  Nie  mam  obowiązku  odpowiadać  na  te  impertynencje!  Tylko  ze  względu  na  pani 

stosunki  rodzinne  zapomnę  o  wszystkim,  co  tu  zostało  powiedziane  -  zareagował  gniewnie 

lekarz, oblewając się potem. Sięgnął do torby i odwracając się do Anjo, wyjaśnił: - Niewiele 

można pomóc teraz poparzonym, ale zostawię morfinę, która uśmierza ból. Reszta w rękach 

Boga. 

Dokładnie  poinstruował  Anjo,  w  jaki  sposób  podawać  proszek,  i  jej  powierzył 

lekarstwa, demonstracyjnie pomijając Maję. 

- Nic więcej nie mogę dla nich zrobić - powtórzył, pakując swoją torbę. Prześliznął się 

spojrzeniem po sześciu ciężko poparzonych, dłużej zatrzymując wzrok na ostatnim. 

-  Nie  do  wiary,  że  ten  człowiek  jeszcze  żyje.  Musi  być  bardzo  silny.  -  Wzruszył 

ramionami.  -  Widać  Bóg  miał  w  tym  jakiś  cel.  To  on  wszak  rządzi  życiem  i  śmiercią.  My, 

ludzie, nie potrafimy dokonywać cudów. Szkoda. Niestety, nie można nic na to poradzić. 

Doktor pakował się pospiesznie, pragnąc najwyraźniej czym prędzej opuścić zajazd. 

Maja  uśmiechnęła  się  złośliwie,  ale  się  nie  odezwała.  Tym  razem  udało  jej  się 

utrzymać język za zębami. 

Zresztą  nie  miała  ochoty  na  kłótnie.  To  i  tak  nie  pomoże  poparzonym  robotnikom. 

Poza  tym  dość  jasno  wyłożyła  temu  ważniakowi  z  Tornio,  co  o  nim  myśli.  On  chętnie 

odpłaciłby się jej pięknym za nadobne, jednak przed jego zemstą chroniło ją nazwisko Wil-

liama,  nazwisko  Marcusa.  Ponieważ  była  członkiem  rodziny,  na  stosunkach  z  którą  bardzo 

doktorowi zależało, musiał i wobec niej zachować uniżoność. 

W innych okolicznościach Maja roześmiałaby się na głos, ale teraz ledwie miała siłę 

unieść kąciki ust. Była taka zmęczona! Nie spała już prawie trzy doby. 

Knut, blady i przerażony, położył jej rękę na ramieniu. 

- I co? Bez zmian? - domyśliła się, spojrzawszy na brata. 

- Niestety! Ale musimy za wszelką cenę jej pomóc! - szepnął. 

background image

Maja  uchwyciła  jego  spojrzenie.  Żałowała,  że  nie  potrafi  na  niego  wpłynąć.  Tylko 

Anjo udawało się go ściągnąć na ziemię, kiedy się zanadto upierał, przekonany o swojej racji. 

Tylko Anjo, łagodnością i miłością, potrafiła zmusić go do zmiany zdania. 

-  Nie  rób  tego!  -  poprosiła  cicho,  lecz  zdecydowanie.  Knut  potrząsnął  swoją  jasną 

czupryną. 

-  Nie  zamierzam  rezygnować.  Boję  się,  Maju!  Nie  ruszając  się  z  miejsca,  Maja 

patrzyła,  jak  brat  zwraca  się  do  doktora,  który  pakował  się  pospiesznie,  by  jak  najszybciej 

opuścić zajazd. 

Knut ufał rozumowi i wiedzy. Tak trudno mu było zaakceptować coś, czego nie mógł 

dotknąć, czego nie dało się wyjaśnić. 

Maja westchnęła ciężko. 

Czasami wprost nie wierzyła, że Knut jest jej bratem. Nie dlatego, by go nie kochała, 

ale dlatego, że tak bardzo się od siebie różnili. Z Idą już było inaczej. Godziła się z tym, że 

pewnych rzeczy i zjawisk nie da się wyjaśnić. Akceptowała cuda, nie dociekając, ani czemu 

się  wydarzyły,  ani  jak.  Wyczuwała  to,  co  nieuchwytne  dla  zmysłów.  Czasami  trudno  było 

zrozumieć, że Knut jest jednym z rodzeństwa. Że i on jest dzieckiem Raiji... 

- Chodzi o moją matkę - zagadnął doktora Knut, zerkając przez jego ramię na Maję. 

Pokręciła  głową,  ale  nie  zdołała  powstrzymać  brata,  choć  wiedziała,  że  nic  nie 

osiągnie. 

Jedyne, co mogli zrobić, to cierpliwie czekać. 

Ż

aden lekarz nie sprowadzi Raiji z powrotem ze świata, w którym teraz przebywała. 

Ż

aden lekarz tego nie zrozumie. 

A już zwłaszcza ten! 

Doktor  spodziewał  się  ujrzeć  podstarzałą  kobiecinę,  cierpiącą  na  jakieś  starcze 

dolegliwości, zwłaszcza że Knut nie potrafił wyjaśnić, na co skarży się matka. 

Ale to nie staruszka leżała w łóżku, otulona w miękkie koce. W pokoju, do którego go 

wprowadzono, było bardzo ciepło. 

Anjo  rozebrała  Raiję  z  sukni  i  poluzowała  tasiemki  w  bieliźnie.  Rozsypane  na 

poduszce  kruczoczarne  włosy  tworzyły  jakby  wachlarz  wokół  urodziwej,  ale  prawie  białej 

twarzy, i spadały poza krawędź łóżka. 

Doktor jeszcze nigdy nie widział tak pięknej kobiety. Kogoś mu zresztą przypominała. 

Ale  kogo?  Nie  potrafił  sobie  uświadomić.  I  to  nie  dawało  mu  spokoju.  Lekarz  był 

zwolennikiem  porządku,  lubił  mieć  wszystko  poukładane.  Porządkował  nawet  myśli  i 

diagnozy. 

background image

Większość rzeczy dawała się zaszufladkować. 

- Sam pan widzi, doktorze - odezwał się Knut cicho. 

- Co jej dolega? - zapytał lekarz, dotykając zimnej, bardzo bladej twarzy. Gdyby nie 

to,  że  wyczuł  słaby  oddech,  pomyślałby  nawet,  że  kobieta  nie  żyje.  -  Jak  długo  już  jest  w 

takim stanie? 

- Od wczorajszego wieczora - odpowiedział Knut. 

- Czy to skutek jakiejś choroby? - pytał dalej lekarz i zajrzał pod koc, jakby szukając 

na ciele nieprzytomnej jakichś śladów, które by coś wyjaśniały. 

Kobieta  była  nienormalnie  chłodna.  Widywał  już  ludzi  tak zimnych,  ale  oni  wkrótce 

potem  umierali.  Próbował  odszukać  z  pamięci  nazwę  choroby,  która  by  pasowała  do  tego 

przypadku. 

Urzekła go jej uroda. Pomyślał, że byłoby głęboko niesprawiedliwe, gdyby ta kobieta 

umarła. 

- Nie, mama nie choruje - odparł Knut. 

Lekarz podniósł głowę i spojrzał na niego. Zrozumiał, że ten mężczyzna coś ukrywa. 

Ciekawe, skąd w ogóle pochodzi! Jego nazwisko wskazuje na norweski rodowód, ale przecież 

by zostać właścicielem zajazdu, musiał mieć odpowiednie znajomości. Doprawdy, nigdy  by 

go o to nie podejrzewał! 

-  Pan,  doktorze,  powiedział,  że  nie  wie,  jak  to  się  stało,  że  najbardziej  poparzony 

spośród  poszkodowanych  przeżył...  -  Knut  podjął  próbę  wyjaśnienia.  Niestety  w  ten  sposób 

wprowadził jeszcze większy zamęt w głowie lekarza. - Mama ma pewne zdolności - ciągnął 

Knut niechętnie, jakby ktoś go pod groźbą tortur zmuszał do mówienia. Nie wiedział, gdzie 

zatrzymać  wzrok,  by  to,  co  mówi,  zabrzmiało  wiarygodnie.  Nie  był  w  stanie  spojrzeć 

doktorowi prosto w oczy, pewny, że ten weźmie go za skończonego głupca. 

- A co, zatrzymuje krwotoki, leczy ziołami, pomaga rodzącym, łagodzi bóle? - zapytał 

ironicznie  lekarz,  zerkając  na  nieprzytomną  kobietę.  Mimowolnie  jednak  pomyślał,  że 

przypomina kogoś takiego, chociaż znachorki, z którymi się zetknął, były przeważnie żonami 

ubogich  chłopów.  Przyswoiły  sobie  pewną  wiedzę  praktyczną  o  ziołach,  o  tym,  na  co 

pomagają  i  jak  je  stosować.  Oczywiście  brakowało  im  rzetelnej  teorii,  ale  podpierały  się 

przesądami i pobożnością. W swoich społecznościach zajmowały wysoką pozycję. 

Ludzie,  niestety,  są  bardzo  podatni  na  magię  i  przesądy,  co  wydaje  się  doprawdy 

godne pożałowania. 

- No, niezupełnie - odpowiedział Knut wymijająco. - Raczej  chodzi o coś innego...  - 

Odetchnąwszy  głęboko,  zaczął  wyjaśniać.  Z  każdym  słowem  uświadamiał  jednak  sobie,  że 

background image

Maja miała rację. - Mama pomaga ludziom - mówił. - Zapadała już wcześniej w taki stan, ale 

po  jakimś  czasie  odzyskiwała  świadomość.  Tym  razem  jednak  obawiamy  się  o  nią,  bo 

wygląda, jakby umarła... 

Lekarz zgadzał się ze słowami Knuta, ale przecież nie mógł mu tego powiedzieć. 

Popatrzył znowu na kobietę i całym sobą poczuł, że nie chce wnikać w jej tajemnicę. 

W głowie kołatała mu jedna myśl, do której nie chciał się przyznać nawet przed samym sobą: 

to czarownica... 

- Niestety, póki leży nieprzytomna, nie mogę jej w żaden sposób pomóc - powiedział, 

odwracając wzrok, bo nagle pomyślał sobie, że jej uroda jest pułapką. Musi uważać, by  nie 

dać się omamić. Był przerażony, ale nawet przed sobą nie przyznawał się do tego. - Kiedy już 

odzyska przytomność, może uda się ustalić, co się stało. Teraz jest to absolutnie niemożliwe. 

Myślę, że pan to rozumie. 

Knut skinął głową. Maja miała rację. 

-  Zajrzę  tu  jeszcze,  nim  wyruszę  w  drogę  powrotną  do  Tornio  -  obiecał  lekarz  z 

gorliwością, której nie wykazał, oglądając poparzonych. 

Knut zwrócił na to uwagę i zrozumiał gniew Mai. 

- Bardzo proszę - odparł zrezygnowany. Lekarz w niczym nie pomógł, wiedzieli tyle 

samo co przedtem. 

- Doprawdy trudno pojąć, że ten tak silnie poparzony człowiek przeżył - wyrwało się 

lekarzowi pewnie tylko  dlatego, że dowiedział się od Knuta, iż to jego matka  go uratowała. 

Gdyby  to  było  zasługą  Mai,  prędzej  ugryzłby  się  w  język,  niż  powiedziałby  cokolwiek,  co 

można by było uznać za pochwałę. - Zauważył pan, że rany zaczęły się goić? To niepojęte. W 

całej  mojej  praktyce  lekarskiej  nie  spotkałem  się  z  czymś  podobnym.  Zwykle  natychmiast 

wdaje się zakażenie. 

Zapiął płaszcz i skierował się do drzwi. Nie mógł się jednak oprzeć, by raz jeszcze nie 

spojrzeć na matkę właściciela zajazdu. 

Doprawdy była olśniewająco piękna. Taka uroda nie powinna zgasnąć. 

-  Dlaczego  pan  posłał  po  żonę  Williama  Runefelta?  -  zapytał  doktor,  kiedy  już 

schodzili po schodach. 

- To moja siostra - odparł Knut. 

Lekarz zamilkł i więcej już się nie odezwał. Odsunął od siebie natrętne myśli i czym 

prędzej opuścił zajazd. 

Knut z ciężkim sercem przyznał, że Maja miała rację. 

background image

- Starałam się dotrzeć do Ailo i Reijo - powiedziała Maja. 

Kiedy dzień się chylił już ku wieczorowi, weszła na górę i usiadła na brzegu łóżka, na 

którym leżała matka. 

Knut nie odszedł od Raiji ani na chwilę po wyjeździe lekarza. 

- To już trwa prawie całą dobę! - rzucił po cichu chrapliwym głosem. - Nie podoba mi 

się to, Maju. Nie mogłabyś tu trochę przy niej posiedzieć? 

-  Tam  na  dole  także  mnie  potrzebują,  Knut!  Choćby  sprowadzić  nie  wiem  ile  kobiet 

do pomocy, to przecież one nie zastąpią moich dłoni. 

- A ten proszek, który zostawił lekarz? - podpowiedział Knut. 

- Ja uśmierzam nie tylko ból - rzekła Maja. - Próbuję czegoś więcej, staram się goić 

rany... 

- Jak to możliwe, że mama uratowała tego mężczyznę? - zastanawiał się Knut, czując 

ogarniającą go bezsilność. 

- Trudno znaleźć na to jakąś odpowiedź - odparła krótko Maja. - Ale wnet przybędzie 

Reijo i Ailo. Co według ciebie powinnam jeszcze zrobić? Czego ode mnie oczekujesz? 

-  Zrób  coś,  żeby  ona  się  wybudziła  -  odpowiedział  bez  ogródek  -  Nie  pojmował 

zachowania  Mai.  Uważał,  że  dokonuje  niezrozumiałych  wyborów.  -  Nie  pora  okazywać 

swoją niechęć i gorycz! - wyrwało mu się. 

Maja  wyglądała  tak,  jakby  ją  spoliczkował,  ale  zaraz  wyprostowała  się  pod 

spojrzeniem błękitnych oczu brata. 

-  Gdybym  tylko  mogła,  Knut,  na  pewno  bym  jej  pomogła.  Dla  mnie  nie  jest  ważne, 

kim  jest  osoba,  która  mnie  potrzebuje.  Bardzo  bym  chciała  móc  coś  zrobić  dla  Raiji,  także 

dlatego, że to moja matka. Ale nie mogę. Przykro mi, Knut, nie mogę. Nie mogę... 

Maja wyszła, po cichu zamykając za sobą drzwi. 

Knut nie zdążył wypowiedzieć słów przeprosin, które miał już na końcu języka. Czuł 

się jak ostatni nędznik. 

Kiedy  lekarz  pojawił  się  u  Raiji  następnego  ranka,  nic  więcej  nie  potrafił  wyjaśnić. 

Zresztą Knut już się tego po nim nie spodziewał. Zdążył zrozumieć, że  wiedza medyka jest 

ograniczona. 

Maja miała rację. 

background image

Był  tak  przygnębiony,  że  nie  cieszyło  go  nawet  to,  że  ranni  powoli  wracają  do 

zdrowia. 

Do nich doktor też zajrzał na chwilę, ale uczynił to z większą niechęcią, niż odwiedzał 

nieprzytomną  Raiję.  Nie  wydawał  się  mieć  z  tego  powodu  wyrzutów  sumienia.  Widocznie 

takowe są udziałem jedynie przedstawicieli klasy niższej... 

Wyjeżdżał  do  Tornio  w  przekonaniu,  że  pięciu  poparzonych  wróci  do  zdrowia,  a 

niewykluczone, że i ten szósty wydobrzeje. Ale w jego przypadku nie miał odwagi rokować. 

Nikt, kto widział najciężej poparzonego jeszcze  przed przyjazdem Raiji, nie wierzył, 

ż

e nieszczęśnik przeżyje. Jego koledzy zbili już nawet trumnę i czekali, gotowi wynieść ciało, 

gdy tylko po nich poślą. 

Doktor  nikomu  nie  powiedział,  co  zobaczył  w  zajeździe.  Odsuwał  od  siebie  natrętne 

myśli  i  modlił  się,  by  jak  najszybciej  udało  mu  się  wymazać  z  pamięci  kobietę  o  czarnych 

włosach. 

Nie chciał wiedzieć, co się z nią dalej działo. Dziękował niebiosom, że nie odzyskała 

przytomności przy nim, bo wówczas znalazłby się w bardzo kłopotliwej sytuacji. 

Knut poczuł ulgę, gdy późnym wieczorem usłyszał odgłos podjeżdżającego zaprzęgu. 

Był  zmęczony,  spał  tylko  krótko  przed  południem.  Wciąż  uparcie  powracał  lęk,  że  stało  się 

najgorsze. 

Teraz ktoś jeszcze wraz z nim dźwignie to brzemię. Czekał na przybyszy, nie ruszając 

się  z  miejsca.  Zapalił  lampę,  dorzucił  drew  do  pieca.  Siedział  w  cienkiej  koszuli  z 

podwiniętymi  rękawami  i  pocił  się,  ale  może  wciąż  było  nie  dość  ciepło,  skoro  Raija  ani 

trochę się nie rozgrzała. 

Jak  długo  ona  może  tak  leżeć,  zupełnie  niby  pogrążone  w  zimowym  odrętwieniu 

zwierzę? 

Knut bał się. 

Usłyszał stąpającego ciężko po schodach ojczyma. Poznał go po krokach. Dobrze, że 

będzie  tu  z  nimi.  Reijo,  niczym  skała,  zawsze  był  im  oparciem  i  przy  nim  czuli  się 

bezpiecznie. 

- Jak to się stało? - zapytał Reijo. 

Nie  zdążył  zdjąć  wierzchniego  okrycia  ze  skór  i  wyglądał  potężniej  niż  zwykle. 

Uklęknął przy Raiji, zdjął rękawice i pogładził jej czoło, zamknięte oczy. Podniósł powieki, 

ale źrenice patrzyły martwo. Kiedy musnął posiniałe wargi, poczuł lekkie tchnienie. Odszukał 

puls na szyi. 

background image

Raija była taka zimna! Wiele razy widywał ją w tym stanie, widywał też Maję, której 

się  coś  takiego  również  przydarzało.  Właściwie  powinien  do  tego  przywyknąć,  a  jednak 

wciąż na nowo budziło to w nim lęk. 

- Czy znów cię stracę? - szepnął, przywierając wargami do policzka Raiji. 

Podniósł  głowę  i  wstał.  Zdjął  wierzchnie  okrycie  i  popatrzył  na  Knuta,  który, 

pogrążony w rozpaczy, siedział przy piecu z twarzą ukrytą w dłoniach. 

- Jak długo to trwa? - zapytał Reijo. 

- Niebawem minie druga doba - odparł Knut. - Czy ona umrze? 

- Gdzie, u diabła, jest Maja? 

- Na dole - odpowiedział Knut. Reijo, nie pytając o nic więcej, zbiegł po schodach. 

Czasami reagował gwałtownie. 

Ailo  tymczasem  odszukał  Maję.  Wyczuwał,  że  przyrodnia  siostra  bardzo  go 

potrzebuje. Znalazłszy się wśród poparzonych, na nowo przeżywał własną tragedię. 

- Pamiętam ten odór - rzekł ponuro. 

-  Mama  go  uratowała.  -  Maja  wskazała  najciężej  poszkodowanego  mężczyznę, 

którego rany powoli zaczynały się goić. 

Ailo przypomniał sobie rozmowę z Raiją, kiedy oskarżała siebie, że nie było jej przy 

nim, gdy jej potrzebował. 

Tym razem Raija pokazała, na co ją stać. 

Ailo  pamiętał  swędzenie  powoli  odnawiającej  się  skóry.  To  też  bolało,  choć  już 

inaczej. 

- Dostał morfinę - wyjaśniła Maja. 

Jemu  także  podawano  ów  proszek,  który  wywoływał  sny  otulone  w  miękkie  obłoki, 

który przynosił zapomnienie i krótkotrwałe ukojenie. 

-  Może  lepiej  byłoby  mu  pozwolić  umrzeć  -  odezwał  się  cicho.  -  Ale  skoro  już 

przeżył, odrysuję szablon mojej maski. Będzie jej potrzebował. 

- Jesteś taki zgorzkniały. - Maja pogładziła brata po sztywnych czarnych włosach. 

- Tak - odparł. - Tutaj to uczucie jeszcze bardziej się we mnie nasiliło. 

Skinieniem głowy wskazał na poparzonego, dla którego Raija tak się poświęciła. 

-  Ten  biedak  wiele  razy  będzie  się  modlił  o  śmierć.  Będzie  przeklinał  matkę,  że  nie 

pozwoliła mu umrzeć. Raija powinna była sobie to darować. Wystarczyłoby, żeby uśmierzyła 

ból. A w ten sposób tylko przedłużyła mu piekło. 

Maja nie była pewna, czy się zgadza z Ailo. Co innego mówić, a co innego pozostawić 

kogoś na pastwę losu ze świadomością, że można mu było pomóc. 

background image

Chciała już stanąć w obronie Raiji, ale nie zdążyła. 

Do  izby  wpadł  bowiem  Reijo  i  nawet  się  z  nią  nie  przywitał,  tylko  od  progu  rzucił 

oskarżycielsko: 

- Dlaczego nie jesteś przy matce? Zabolało. 

-  Maja  robi  więcej,  niż  ktokolwiek  mógłby  od  niej  oczekiwać  -  wtrąciła  się  Anjo  i 

pośpiesznie  wyprowadziła  Maję,  Ailo  i  Reijo  z  izby  zamienionej  w  szpital.  Uznała,  że  zbyt 

wiele tu ciekawskich spojrzeń i nasłuchujących uszu. 

Do  zajazdu  zgłosiły  się  dobrowolnie  kobiety,  ofiarując  swą  pomoc  przy 

pielęgnowaniu  rannych.  Dzięki  temu  odpowiedzialność  rozłożyła  się  na  więcej  osób.  Anjo 

podzieliła kobiety na dwie grupy, które na przemian zajmowały się chorymi i odpoczywały. 

Anjo i Maja zaś nie oszczędzały się i doglądały cierpiących prawie bez przerwy. 

Anjo zdawała sobie sprawę, że nieuchronnie zbliża się granica jej wytrzymałości. Od 

wybuchu pożaru prawie nie spala. To już była piąta doba. Kręciło jej się w głowie i mdliło ją. 

Zaczynała mieć przywidzenia. W ciągu tych kilku dni ledwo znajdowała chwilę, by ułożyć do 

snu swoje dzieci, które na jej widok płakały, marudziły i wcale nie chciały zasypiać. Czepiały 

się jej kurczowo i nie puszczały. Ale nie prosiły, żeby je zabrała do domu, i to wydawało jej 

się ze wszystkiego najboleśniejsze. 

-  Moi  kochani  -  zwróciła  się  do  trojga  bliskich.  -  Jeśli  macie  ochotę  się  kłócić,  to 

róbcie  to  na  górze!  Knut  i  ja  zamierzamy  tu  osiąść  na  dłużej  i  nie  mamy  ochoty,  by  ludzie 

zaczęli o nas gadać. 

- Przecież my się nie kłócimy, Anjo... - Reijo podniósł ją do góry w geście przeprosin. 

-  Ale  tak  to  wygląda  -  odparowała.  -  Jestem  śmiertelnie  zmęczona,  Reijo.  Maja  też 

pada z nóg. Jeśli jeszcze raz odezwiesz się do niej w taki sposób jak przed chwilą, wymierzę 

ci  policzek.  Nie  żartuję!  -  Nabrała  powietrza  i  nim  pozostali  zdążyli  się  pozbierać,  by 

zareagować  na  jej  słowa,  mówiła  dalej:  -  Maja  nie  jest  winna  temu,  co  się  stało.  Raija 

siedziała przy najciężej poparzonym i w jednej chwili straciła przytomność. Byłam przy tym. 

W  tym  rozgardiaszu  trudno  się  było  nawzajem  pilnować,  Reijo.  Widziałeś  tych  ludzi.  Raija 

uratowała  jednemu  z  nich  życie,  co  do  tego  nie  ma  żadnych  wątpliwości.  Lekarz  z  Tornio 

wyleciał  stąd  jak  przerażone  pisklę  wrony,  powtarzając,  że  nic  z  tego  nie  pojmuje.  Że  przy 

takich oparzeniach ludzie umierają. 

Zamilkła.  Pozostali  milczeli  wraz  z  nią.  Reijo  zawstydził  się  jak  dziecko,  które 

oberwało burę. 

-  Knut  sprowadził  do  Raiji  lekarza,  ale  doktor  wyszedł  przestraszony,  bo  rozumiał  z 

tego  jeszcze  mniej  niż  Maja  i  my.  Uciekał  stąd,  jakby  go  ktoś  gonił.  Gdyby  nie  był  tak 

background image

wykształcony, pewnie by rozgłosił, że mamy tu czarownicę. Poznałam po nim, że tak myśli, 

ale biedaczysko sam nie mógł w to uwierzyć. To nie jest wina Mai, Reijo. Ta dziewczyna pa-

da  z  nóg,  ale  krąży  między  sypialnią,  gdzie  ułożyliśmy  Raiję,  a  izbą,  gdzie  jęczą  chorzy. 

Spała mniej niż ja, odkąd tu przybyła. A nikt mi nie powie, że to, co robi, jej nie wyczerpuje. 

Wszyscy jesteśmy jej za to wdzięczni, ale to przecież wysiłek, za który słono płaci. Kto jak 

kto, ty powinieneś być ostatni, który oskarża Maję! 

- Masz rację - odparł Reijo. Wyciągnął ramiona i uściskał Anjo, uśmiechnął się do niej 

i zwichrzył jej włosy. - Dziękuję, że na mnie nakrzyczałaś. Należało mi się. 

- Podziękuj lepiej jej! Reijo przytulił mocno Maję. 

- Dziękuję ci, dziecino. Wybacz mi! Byłem taki zrozpaczony. Dwie doby! To dużo. 

- Tak, to dużo - odparła Maja. - Ale ja nic nie mogę zrobić. Uwierz mi, próbowałam. 

Oczekujesz, że narażę własne życie, żeby ją sprowadzić z powrotem? 

Reijo pokręcił powoli głową. 

- Nie, tego nigdy bym od ciebie nie żądał. 

- Nawet nie wiem, czy to możliwe - dodała Maja, pobladłszy gwałtownie. Nie patrzyła 

na nikogo. 

Ailo próbował uchwycić jej spojrzenie. 

- A może coś w tym jest? - odezwał się cicho. Nikt tego nie skomentował. 

-  Może  ona  właśnie  to  uczyniła?  -  odezwał  się  Ailo,  gdy  cisza  zaczęła  mu  ciążyć.  - 

Wymieniła życie za życie. 

- To byłby doprawdy szatański handel - odparł chrapliwie Reijo, pobladłszy na twarzy. 

- Proszę, nie mówcie o niczym Knutowi! - poprosiła Anjo. - On bardzo to przeżywa i 

czuje się odpowiedzialny za to, co się stało z Raiją. 

Otoczyła ją wielka jasność. 

Przestała odczuwać chłód, ciepło... Jakby wszystko przestało istnieć. 

Tylko te połyskujące fale, na których się unosiła. 

Bezmierny ocean światła. 

Wpłynęła na ten ocean. 

Było jej tak dobrze. 

Nie dochodziły tu żadne dźwięki. 

Już dawno nie słyszała żadnych głosów. Głosu... 

Był  przecież  tylko  ten  jeden  głos!  Daremnie  próbowała  sobie  przypomnieć  potok 

słów, który spływał na nią ze wszystkich stron, wdzierał się do środka. 

Tak jej się przynajmniej zdawało. 

background image

Wspomnienia były niejasne. 

Wszystko płynęło. 

Było tak przyjemnie. 

Nie pragnęła niczego innego. Niczego więcej nie pożądała. Tylko wypłynąć na ocean 

ś

wiatła i stać się jego częścią. 

Być i nie być. 

Zanurzona w chłodnym blasku. 

Kiedy później o tym rozmawiali, nikt nie przyznawał się, że ją do czegoś przymuszał. 

Nikomu taka myśl nie przyszła nawet do głowy. Może jedynie ona jej się uczepiła. 

Przed  oczami  Mai  przesunął  się  obraz  różanego  ogrodu  przy  szklanej  altanie  na 

Hailuoto. 

Róże matki Williama. 

Jej róże. 

Tak bardzo chciała je znowu zobaczyć. 

Wraz z  nadejściem  lata róże  zakwitną  przepychem  barw,  by  nieść  jej  radość.  Będzie 

się rozkoszować ich cudowną wonią, odbierać ją wszystkimi zmysłami aż do szaleństwa. 

Powinna wrócić do domu. 

Do Williama i Henrika. 

Henrik był dla niej także takim różanym krzewem. Chciała patrzeć, jak rośnie rok za 

rokiem i staje się mężczyzną. 

Nikt niczego od niej nie oczekiwał. 

To w jej umyśle zrodziła się ta myśl, ona sama postawiła sobie taki cel. 

Nikomu  z  pozostałych  nie  przyszłoby  nawet  do  głowy,  by  wymagać  od  niej 

podobnego  poświęcenia.  Nikt  nie  miałby  do  niej  żalu,  że  nie  podjęła  równie  ryzykownej 

próby. 

A jednak Maja zdecydowała się. 

Najbliżsi,  zgromadzeni  wokół  Raiji,  nasłuchiwali  jej  płytkiego  oddechu  i  gładzili  po 

zimnej jak lód twarzy. 

Maja widziała, że nie zaszła żadna zmiana. Mogłaby im to powiedzieć. 

Ale może oni jej nie ufali? 

Może sądzili, że powinna zrobić więcej, by pomóc matce? 

Nie mogła znieść widoku Rei jo, który zwiesił głowę zrozpaczony. Nie mogła znieść 

smutku i rezygnacji, które wyryły się na jego twarzy. 

background image

Po stracie Heleny Raija wniosła w jego życie nowe światło, udało jej się rozdmuchać 

stary żar. 

Rozpacz Reijo była prawdziwa. On nie udawał. Maja zbyt dobrze go znała, by mógł ją 

zwieść.  Znała  go  lepiej,  niż  przypuszczał.  Był  dla  niej  zbyt  ważny,  by  mogła  bezczynnie 

przyglądać się temu, jak cierpi. 

Reijo poświęcił dla nich całe swoje życie. Nigdy się nie oszczędzał. 

Zrezygnował z wielu okazji, jakie otwierały się przed nim, bo na pierwszym miejscu 

stawiał gromadkę dzieci. Takiego dokonał wyboru. 

Maja patrzyła na ojczyma i odczytała z jego twarzy, że teraz najważniejsza dla niego 

jest Raija. Nigdy nie przypuszczała, że można wybaczyć to, co on jej wybaczył. Ale kiedy go 

obserwowała,  jak  ogrzewa  w  dłoniach  ręce  Raiji,  jak  muska  wargami  jej  palce,  szepcząc 

słowa przeznaczone wyłącznie dla niej, zrozumiała, że nie związał się z nią na nowo jedynie z 

powodu swej wrodzonej dobroci, jak przez moment sądziła. 

Reijo nie pamiętał zdrady. 

Reijo wybaczył i kochał. 

Maja zamknęła oczy. Nikt na nią nie patrzył. Nikt nie zauważył walki, jaką toczyła ze 

sobą. 

Zapragnęła mieć tu przy sobie Williama. Dobrze byłoby go chwycić za rękę. Chociaż 

wcale  nie  przyszłoby  jej  łatwiej  podjąć  decyzję.  William  okazał  jej  tyle  serca.  To  on  ją  tu 

zatrzymał, stanowił przeciwwagę dla tego wszystkiego, od czego uciekała. 

Odfruwała - powiedziałby może Ailo. 

Maja dostrzegła pod powiekami ptaka na rozpostartych skrzydłach. 

Ptaka Ailo. 

Ptaka Mikkala. 

Jej ptaka. Zawsze to wiedziała. Jednak nie miała odwagi przyznać się i wypowiedzieć 

tego  na  głos.  Ale  przecież  w  jej  żyłach  płynęła  ta  sama  krew.  Ptak  stanowił  więc  także  jej 

dziedzictwo. 

Oparła się o ścianę, żeby nie upaść. 

Ptak był jej duszą. Był jej siłą. Był więzią łączącą ją z tym wszystkim, czego się bała 

utracić, ale także więzią z przeszłością. 

Ona sama była tylko ogniwem w łańcuchu pokoleń, ptakiem wśród wielkiego stada. 

Wolnym, by szybować na skrzydłach, by unosić się na wietrze. 

Wolnym, by fruwać i by powrócić. 

W jej myślach błysnęły czarne skrzydła. 

background image

Nie złote, jak u ptaka, którego nosiła na szyi, nie srebrne, jak u ptaków, które tworzył 

Ailo dla obcych. 

Czarne skrzydła. Ptak Raiji. Mikkala... 

- Pozwólcie mi spróbować - odezwała się. Wszyscy jak na komendę odwrócili się do 

niej i utkwili w niej wzrok. Maja stała sama naprzeciwko nich. 

- Nie możesz - odrzekła Anjo. 

- Zabraniam ci - dorzucił Knut. 

- Nikt tego od ciebie nie oczekuje, Maju! - Reijo podszedł do niej i potrząsając głową, 

chwycił ją za ramiona. 

Maja nie mogła znieść rozpaczy w jego oczach. 

- Nikt z nas by tego od ciebie nie żądał, Maju! Nawet Raija kazałaby cię powstrzymać. 

Nigdy nie pozwoliłaby ci na takie próby. Nie wiadomo, co może z tego wyniknąć. 

- Chcę spróbować - odrzekła z przekonaniem. Nie mogła im tego wyjaśnić, ale czuła, 

ż

e postępuje słusznie, i pragnęła tego całą sobą. 

Nie czyniła tego w obawie, że ktoś jej kiedyś zarzuci, iż nie zrobiła wszystkiego, by 

uratować matkę. Z takimi oskarżeniami mogłaby żyć. 

Nikt  nie  był  w  stanie  jej  zrozumieć.  Pojąć,  jakie  to  dla  niej  ważne.  Oni  nie  mogli 

przecież zobaczyć czarnego kruka. 

-  Masz  swoje  życie  -  przekonywał  ją  Reijo.  Maja  zrozumiała,  że  on  wierzy  w  ten 

osobliwy handel dusz, choć nigdy nie widział wylatującego z zorzy polarnej ptaka. Naprawdę 

wierzy, że można ofiarować życie za życie. 

-  Nie  możesz  mnie  od  tego  odwieść  -  oznajmiła  Maja  i  dwoma  palcami  musnęła 

policzek Reijo. W tej jednej chwili poczuła się starsza i mądrzejsza od swojego ojczyma. 

- Pomyśl o Henriku! - prosił. Maja położyła mu palec na ustach. 

- Nic więcej nie mów! Ty nie możesz dla niej nic zrobić. A ja mogę. Nie powstrzymuj 

więc  mnie!  Może  to  wcale  nie  jest  takie  niebezpieczne?  Może  niesłusznie  zgadujemy?  Nie 

wiadomo zresztą, czy w ogóle uda mi się do niej dotrzeć, prawda? 

-  Ja  uważam,  że  to  bardzo  niebezpieczne  -  rzekł  Reijo.  -  A  ty  zbyt  wiele  dla  mnie 

znaczysz,  Maju,  bym  mógł  ci  pozwolić  na  takie  ryzyko.  Z  tymi  siłami  nie  wolno  igrać. 

Widziałem już niejedno, dlatego nie kryję lęku. Masz małe dziecko. Jesteś jeszcze młoda. Ra-

ija już przeżyła wiele... 

Maja  uśmiechnęła  się  do  Reijo. Jej  twarz,  zwykle  taka  zamknięta,  rozpromieniła  się. 

Emanowała z niej miłość. 

background image

-  Moje  róże  odżywają  co  roku,  Reijo.  Umierają  na  jesieni,  a  potem  wiosną 

wypuszczają znowu pąki, by latem zakwitnąć. Może my, ludzie, nie różnimy się tak bardzo 

od kwiatów? Chcę i muszę to zrobić. Nie rozumiesz tego? 

Pokręcił powoli głową. 

Maja  ucałowała  go  w  oba  policzki  i  odeszła,  głucha  na  jego  błagania.  Usiadła  na 

posłaniu matki w tym samym miejscu, gdzie on siedział przed chwilą, u wezgłowia łóżka. 

-  Jest  taka  piękna  -  odezwała  się  łagodnie,  głaszcząc  jej  włosy.  -  Ale  przecież  nie 

prosiła o to, by mieć anielską twarz. Nie prosiła o to, by być motylem. 

- Maju! - nie ustawał w prośbach Reijo. - Proszę cię, Maju, kochana! 

- Chciałabym, żeby wszyscy stąd wyszli - rzekła. - Wszyscy z wyjątkiem Ailo. Jego 

potrzebuję. 

- Dlaczego? - zapytał Reijo. 

- Ponieważ jest moim bratem, jest synem Mikkala - odparła krótko. 

Niechętnie opuścili pomieszczenie. Reijo upierał się, by pozostać, nie przestając przy 

tym powtarzać swojej prośby. Wreszcie Ailo zdecydowanie wyprowadził go na korytarz. 

- Zejdź na dół! - nakazał. - Nie widzisz, że przed tym nie ma już odwrotu? 

- Dzięki. - Maja uchwyciła dłoń Ailo i długo ją ściskała. - Dzięki, że jesteś, i za to, że 

rozumiesz! 

- Wcale nie rozumiem więcej niż pozostali - odparł łagodnie i zdjął z twarzy maskę. 

Nie wiedział właściwie, dlaczego. Zrobił to pod wpływem jakiegoś wewnętrznego nakazu. - 

Ale  widzę  twój  upór,  Maju.  Poza  tym  wspierałaś  mnie  w  najtrudniejszych  chwilach.  Nie 

mogę więc odmówić ci teraz pomocy. 

Uśmiechnęła się, a jej twarz przepełniał spokój. 

- Nikt mi nie był bliższy niż ty, Ailo. Nie mogłabym pragnąć lepszego brata. Myślisz, 

ż

e to nasze wspólne, Mikkalowe, dziedzictwo tak nas ze sobą związało? 

- Może - odparł Ailo, odgarniając kosmyk z jej czoła. - Zawsze odnajdywałem w tobie 

bliskie mi cechy, siostro. 

- Mam nadzieję, że przekazałam je Henrikowi - odparła Maja z powagą. 

- Jesteś młoda. Możesz przekazać je jeszcze wielu dzieciom. Z tego, co wiem, William 

nie miałby nic przeciwko temu. 

Maja nie odpowiedziała. 

- Ptak nie jest złoty - odezwała się w końcu. 

- Nie - odparł Ailo. - To kruk. Nie wiedziałaś? Oczywiście, że wiedziała. 

background image

-  Czarny  ptak  wylania  się  z  zorzy  polarnej  -  rzekła  Maja,  uśmiechając  się 

młodzieńczo. Na oczach Ailo przemieniała się, odmłodniała. Ale on przecież wiedział, że to 

ułuda. Maja jako młoda dziewczyna nigdy nie śmiała się tak promiennie. 

-  Myślisz,  że  można  sprowadzić  czyjąś  duszę  z  powrotem  ze  świata  umarłych?  - 

zapytała Maja. - Czy wielcy noaidzi potrafili tego dokonać? 

Ailo pokręcił głową. 

-  Nie  wiem  -  odpowiedział  szczerze.  -  Ale  myślę,  że  ich  wędrówki  miały  inne 

znaczenie.  Niestety,  nie  pamiętam  wszystkiego  z  dzieciństwa,  zresztą  nie  rozumiałem 

wówczas tego, a nim dorosłem, szamanom kazano spalić magiczne bębny. 

- Nie wszyscy je spalili - odparła Maja. Nie zapytał jej, skąd może o tym wiedzieć. 

-  Tak,  to  ptak  -  powtórzyła  znowu  Maja.  -  Wznosi  się  na  rozpostartych,  lśniących 

czarno  skrzydłach.  Wylatuje  wprost  z  polarnej  zorzy.  Nigdy  nie  zobaczysz  takiej  pięknej 

zorzy, Ailo. 

Usiadła  na  podłodze.  Potem  uklęknęła.  Ujęła  dłonie  Raiji  i  z  przekonaniem,  że 

postępuje słusznie, ścisnęła je mocno. 

- Chwyć mnie za ramiona, Ailo - poprosiła. Zrobił tak, jak mu kazała. 

-  Nosimy  w  sobie  elementy  tej  samej  mocy  -  wyjaśniła.  -  Ty  także  jesteś  jego 

dzieckiem. W naszych żyłach płynie ta sama krew. Nie dałoby się tego dokonać bez ciebie. 

Maja zamknęła oczy, starając się odnaleźć ptaka. 

Ten  krążył  nad  jej  głową.  Kilkakrotnie  zataczał  wielkie  kręgi  wysoko  pod  niebem 

rozświetlonym polarną zorzą. 

A potem runął w dół, wprost w jej oczy. 

background image

10 

Nie chciał w tym brać udziału. 

Potem żałował, że nie cofnął rąk. Maja nie mogłaby go przecież zmusić, by trzymał ją 

za ramiona. 

Zastanawiał się, czy to by  coś zmieniło. W głowie dźwięczały  mu wciąż jej słowa o 

tym, że jest potrzebny, że bez niego nic nie zdziała. 

Z ust Mai nie popłynęły żadne zaklęcia czy tajemne formuły. Siedziała w milczeniu, 

trzymając Raiję za ręce, a Ailo wspierał ją uściskiem, bliskością i ciepłem. 

Nie była sama. 

W ich żyłach płynęła ta sama krew. 

Ailo  nie  pojmował  tego  i  nawet  nie  starał  się  zrozumieć.  Właściwie  nie  czuł  nic 

niezwykłego. Ścierpły mu jedynie nogi od długiego kucania. 

W piecu płonął ogień i ogrzewał pomieszczenie. Panowała całkowita cisza. 

Maja ściskała Raiję za ręce. 

Miały  identyczne  dłonie.  Ailo  nigdy  wcześniej  nie  zwrócił  na  to  uwagi.  Zastanawiał 

się, czy on też ma takie same dłonie jak Mikkal. Nagle sprawa więzów krwi wydala mu się 

niezwykle ważna. Wszystko, co powiedziała Maja, a także odkryte podobieństwo tych dwóch 

bliskich mu kobiet obudziło w jego sercu silną tęsknotę za ojcem. 

Nie  zdarzyło  się  nic  takiego,  o  czym,  w  jego  mniemaniu,  warto  by  opowiedzieć 

pozostałym. Przestraszył się dopiero, kiedy oddech Mai się zwolnił, a jej serce zaczęło słabiej 

bić. 

Ailo  chciał  ją  puścić,  ale  zabrakło  mu  odwagi.  Skąd  miał  wiedzieć,  czy  to  jej  nie 

zaszkodzi? 

Jego  własne  serce  łomotało.  Bał  się  potwornie,  w  uszach  słyszał  jednostajny  szum. 

Przyglądał się Raiji, próbując się dopatrzyć oznak poprawy, ale daremnie. 

Powoli rozluźnił uścisk wokół ramion siostry. Osunęła się bezwładnie, gdy już jej nie 

podtrzymywał,  ale  nadal  kurczowo  ściskała  dłonie  Raiji.  Ailo  zerwał  się  na  równe  nogi. 

Ogarnął  go strach.  Nie spuszczając kobiet z oczu, cofnął się do drzwi. Po omacku odszukał 

klamkę. Bał się zawołać głośno po pomoc, lękał się zakłócić ciszę. Obawiał się najgorszego i 

nie chciał być z tym zupełnie sam. 

Nim Ailo dokończył mówić, co się stało, Reijo wbiegł już na schody. 

background image

- Wiedziałem! Nigdy nie powinienem był jej na to pozwolić! Nie wolno tak igrać! To 

niebezpieczne. 

Klnąc  i  dygocząc  ze  strachu,  z  trudem  rozdzielił  kurczowo  splecione  dłonie  Mai  i 

Raiji. Zdawało mu się, że to trwa za długo. 

Podniósł  wreszcie  Maję  z  podłogi.  Jej  ciało  było  ciężkie  i  bezwładne.  Dotknął 

policzkiem  jej  policzka naznaczonego  bliznami.  Miała  taką  delikatną  skórę,  włosy  łaskotały 

jego wargi. 

Pocałował ją w czoło. Nie wyszukiwał palcami tętnicy na jej szyi. Sprawdzanie pulsu 

zdawało się zbędne. Maja nie oddychała. 

-  Nie  żyje  -  stwierdził  beznamiętnie,  nie  odwracając  się  w  stronę  drzwi,  gdzie, 

stłoczeni, stali najbliżsi. - Tutaj nie możemy jej zostawić. 

Przepuścili go. Reijo poczekał, aż Anjo otworzy drzwi do sąsiedniej izby. W zajeździe 

było jeszcze wiele wolnych pokoi. 

Reijo ostrożnie położył Maję na łóżku i splótł jej na piersi dłonie. Oczu nie musiał jej 

zamykać. 

Stał tak przy niej, gdy nadszedł Ailo, a potem Knut z Anjo. 

- Ta nasza uparta Maja - rzekł Knut głosem pełnym miłości. 

-  Czy  ona  wiedziała?  -  zapytała  Anjo,  ściskając  mocno  dłoń  męża,  bez  którego  nie 

zdołałaby stawić temu czoła. 

- A ja na nią nakrzyczałem, że nic nie robi, żeby pomóc mamie - rzekł cicho Knut. 

- Ja też - dodał ciężko Reijo. - Ale ona pewnie i tak by to zrobiła. 

Ailo zachwiał się i Reijo musiał go podtrzymać. Nikt nie kierował do niego pretensji, 

ale jemu ta sprawa nie dawała spokoju. 

- Czy mogłem postąpić inaczej? - zapytał. 

- Nie, ona i tak by postawiła na swoim. Nikt nie odwiódłby jej od tego, co postanowiła 

- odparł Reijo przekonany, że na tyle ją znał, by mógł to stwierdzić. 

Ailo  nie  był  jednak  tego  pewien.  Ciągle  dźwięczały  mu  w  uszach  słowa  Mai. 

Naturalnie, wygodniej było wierzyć Reijo. Ale przecież nigdy nie dowiedzą się prawdy. Maja 

zabrała

ze sobą swoje tajemnice. 

- Dlaczego to zrobiła? - zapytał Ailo. 

- Ponieważ nie potrafiła  pozostać wobec tego obojętna - odparł Reijo i przygarbiony 

opuścił pokój, by wrócić do Raiji. 

Ailo  i  Rnut  z  Anjo  zatopili  się  we  własnych  myślach.  Ciemne  niebo  nad  Kengis 

rozświetlała polarna zorza. 

background image

Blask był ten sam. To ona się zmieniała. 

Z  wolna  wracało  jej  czucie,  napływały  do  niej  jej  własne  myśli,  poznawała  siebie. 

Panowała kompletna cisza. Nie dochodziły żadne głosy. Nikt do niej nie przemawiał, nikt jej 

nie szukał. Było cicho. Zimno. Płynęła pośród światła... 

Reijo nikogo nie wpuścił do Raiji. Kiedy zaglądali przez szparę w drzwiach, kazał im 

odejść. 

- Nie ma na co patrzeć! - prychał. - Nic tu nie pomoże nawet tłum gapiów. 

Pozwolili  mu  pozostać  sam  na  sam  z  Raiją,  sam  na  sam  z  ponurymi  myślami  i  z 

ż

ałobą, której sobie jeszcze w pełni nie uświadamiał. Siedział przy Raiji, trzymając ją za rękę, 

i czuł, jak powoli robi się coraz cieplejsza. Myślami powrócił w przeszłość. 

Przypomniał sobie ów wiosenny dzień, kiedy urodziła się Maja. Nie był przy tym, ale 

znał relacje obu stron, Raiji i Kallego. 

Pamiętał  dobrze  swoją  kłótnię  z  Kallem.  Stali  na  brzegu,  obaj  zakochani  po  uszy  w 

Raiji, ale to Kalle był jej mężem. Przyjaciel był bardzo wzburzony, bo w dziecku, którego, jak 

sądził, był ojcem, dostrzegł podobieństwo do Mikkala. 

Wtedy po raz pierwszy Reijo dostrzegł cień szansy dla siebie. Powiedział, że stać go 

na  to,  by  zachować  się,  jak  przystało  na  prawdziwego  mężczyznę.  Zagroził,  że  jeśli  Kalle 

wyrzeknie się dziecka i zostawi Raiję, on publicznie przyzna się do ojcostwa. 

Bez wahania wesprze ją, jeśli tylko zajdzie taka potrzeba. 

Wówczas też Reijo zrozumiał, że ani on, ani Kalle nie zdołają nigdy wyprzeć Mikkala 

z serca Raiji. I jeśli miałby istnieć między nimi jakiś związek, to tylko na warunkach Raiji. 

Kalle  bardziej  niż  ludzkich  języków  i  złośliwych  uśmieszków  obawiał  się  tego,  że 

Reijo  zawróci  Raiji  w  głowie.  Dlatego  nie  zostawił  jej.  Ludzie  domyślali  się  prawdy,  Maja 

przecież w ogóle nie była podobna do Kallego. 

Wracało tyle bolesnych wspomnień, ale też wiele dobrych. 

Jego  ojciec,  Antti,  za  Maję  oddał  życie.  Walczył  na  noże,  by  ją  obronić.  Uratował 

także honor Raiji. 

Reijo  czuł  się  nierozerwalnie  związany  z  Raiją,  choć  nie  połączyła  ich  szalona, 

namiętna  miłość.  Nie  był  to  ten  typ  związku,  który  prędzej  czy  później  pozostawia  popiół  i 

zgliszcza. Oboje niczego przed sobą nie udawali. 

To była zupełnie inna odmiana miłości. 

Połączyła ich przyjaźń i zdrada. Poświęcenie i zrozumienie. 

Tylko  oni  jedyni  ze  starego  pokolenia  pozostali  wśród  żywych,  oni  jedyni  pamiętali 

wszystkie zdarzenia i razem mogli utkać całą historię. 

background image

Chcieli  być  ze  sobą,  bo  żadne  z  nich  z  osobna  nie  mogło  liczyć  na  to,  że  spotka 

przyjaciela,  który  byłby  tym,  czym  oni  dla  siebie  nawzajem.  Byli  zbyt  starzy,  by  szukać 

bratniej duszy. Nie chcieli już nikogo dopuszczać tak blisko. 

Ocaleli oboje: on i Raija. Razem będą musieli unieść jeszcze jedno brzemię. 

Siedział  przy  Raiji,  nasłuchując  jej  oddechu,  który  powoli  wracał  do  normy. 

Zauważył, że zaróżowiły jej się policzki i zaczyna się pocić pod warstwą kilku koców. 

Po kolei zdejmował z niej przykrycia. 

A kiedy poruszyła się przez sen, uśmiechnęła lekko i wyprostowała rękę, wsunął się 

do łóżka i przytulił do niej. Objął ją, wierząc, że niebawem się obudzi. Bo i on potrzebował 

kogoś,  kto  weźmie  go  w  ramiona.  Potrzebował  kogoś  bliskiego,  z  kim  będzie  mógł  dzielić 

swój wielki smutek. 

Ręka  jej  ścierpła,  a  kiedy  próbowała  ją  wyprostować,  poczuła  ukłucia.  Poruszała 

jednak  palcami  po  kolei.  Przestała  marznąć.  Otworzyła  oczy  niepewnie,  jakby  na  próbę. 

Ujrzawszy mrok, szybko z powrotem zacisnęła powieki. 

Coś ją chciało zatrzymać. Coś w niej krzyczało niemo, że powinna wracać do światła. 

Ż

e będzie żałować tego, iż wróciła na padół cierpienia... 

Obok  usłyszała  spokojny  oddech  i  poczuła  czyjeś  ciepłe  ciało.  Ktoś  obejmował  ją  w 

pasie. Było tak przyjemnie... 

Ale  co  tu  robi  Reijo?  Przecież  jego  nie  powinno  tu  być!  uświadomiła  sobie 

zszokowana. Przybyła do Kengis tylko z Mają. 

Czy stało się coś złego? Dlaczego tu przyjechał? 

-  Obudziłaś  się,  Raiju?  Usłyszała  cichy  głos  męża,  a  na  policzku  poczuła  muśnięcie 

jego palców. 

Nie mogła dłużej udawać przed Reijo. Otworzyła oczy. 

- Dzięki Bogu! - westchnął. - Tym razem długo nie wracałaś. 

Raija nagle sobie wszystko przypomniała. 

Zorza polarna. 

Poczuła się taka silna, zdolna do wszystkiego. Próbowała zrobić coś dla tego biedaka, 

który został najdotkliwiej poparzony. 

Co było potem, nie pamięta. 

Tylko oślepiający blask. 

- Jak się czuje ten młody chłopak? - zapytała. 

-  Wraca  do  zdrowia  -  odparł  Reijo,  mając  nadzieję,  że  się  nie  myli.  Już od  długiego 

czasu nie zaglądał w ogóle do poparzonych. - Wędrowałaś po Saivo? 

background image

Raija pokręciła głową, trudno jej było się pozbyć nieprzyjemnego uczucia. 

Męczyło  ją,  że  wróciła.  Ale  równocześnie  przerażało  ją  wspomnienie  chłodnego 

blasku. 

- Dlaczego tu jesteś? Gdzie Ivar? 

Reijo wsunął się pod koc, nie przestając głaskać Raiji po włosach i po twarzy. Mrok 

nie  był  już  taki  gęsty.  Raiji  zadawało  się,  że  zza  zasłon,  a  właściwie  z  niewielkiej  szpary 

pomiędzy nimi, wpada do izby blask. 

Czyżby to była zorza polarna? 

- Straciłaś przytomność - wyjaśnił Reijo. - Maja mnie wezwała. Przybyliśmy tu obaj z 

Ailo. Nigdy nie leżałaś tak długo bez świadomości. Już myśleliśmy, że cię stracimy... A Ivar 

został pod opieką Anny Kajsy. Nic mu nie będzie. To osoba wyjątkowej łagodności. Zresztą 

na Hailuoto został też Matti. I my musimy tam wracać, kochanie. 

- Wrócimy, kiedy się z Mają uporamy tu ze wszystkim. 

- Odpocznij teraz! 

- Nie, muszę pomóc Mai! To dla niej zbyt duży wysiłek. Dobrze wiesz, Reijo, jak to 

wyczerpuje. 

- Odpocznij! - powtórzył Reijo stanowczo, przytrzymując ją z uśmiechem. 

- Coś się stało? - spytała Raija, wyczuwając niepokój męża. 

-  Bałem  się  o  ciebie  -  wyjaśnił.  -  Prawie  trzy  doby  leżałaś  bez  przytomności.  A 

pamiętałem,  co  mi  powiedziałaś  ostatnio.  Myślałem,  że  to  już  koniec,  że  on  przyszedł  po 

ciebie. 

- Mikkala tam nie było - odparła. - Tylko chłodny martwy blask. 

Leżała wtulona w szyję Reijo, ale oczy miała szeroko otwarte. 

Wdychała  jego  zapach,  bezpieczna,  znów  w  jego  ramionach.  Dobrze  tak  było 

odpoczywać w ciemnościach, czując ciepło w każdym skrawku ciała. 

Przypomniała  sobie  wróżbę,  która  wciąż  na  nowo  jej  dosięgała,  niejednokrotnie 

przekraczając  granice.  Wróżbę  tę  usłyszała  w  lapońskiej  jurcie  na  płaskowyżu.  Do  Raiji 

powróciły znów słowa starej kobiety wypowiedziane w mroku, w oparach unoszącego się dy-

mu: 

„Szybko  staniesz  się  dorosła.  Widzę  w  twoim  życiu  wielu  mężczyzn.  Niektórzy  są 

potężni, dzierżą władzę, żaden nie jest miernotą. Będą wśród nich tacy, dla których staniesz 

się przyczyną nieszczęść. Szczęście nie jest ci pisane. Będziesz musiała o nie walczyć. 

Ludzie zwrócą się przeciwko tobie, niektórzy cię znienawidzą, odwrócą się do ciebie 

plecami i dziwić się będą tym, którzy staną po twojej stronie. Ale nie widzę wiele łez. Jesteś 

background image

dumna, dziecko. Widzę ludzi, którzy cię wspierają, ale tylko jeden człowiek będzie dla ciebie 

znaczył  coś  szczególnego.  Ten  jeden  będzie  ci  przyjacielem  i  pozostanie  wierny  przez  całe 

ż

ycie.  Dzieci?  Nie  będziesz  miała  dużo  dzieci.  Widzę  więcej  mężczyzn  niż  dzieci,  ale  te, 

które urodzisz, przysporzą ci tyleż trosk, co radości. Widzę zimne światło, Raiju... Widzę, że 

poświęcasz dziecko... 

Twoje życie nie zawsze będzie piękne. Ale musisz je przeżyć. Dla wielu ludzi staniesz 

się kimś ważnym. Zapamiętają cię nie tylko z powodu twej urody”. 

Raija bezbarwnym głosem powtórzyła słowo w słowo przepowiednię Elle, jak czyniła 

już po wielokroć. 

-  Zimne  światło...  -  powiedziała  niepewnie.  -  Zdawało  mi  się,  że  chodziło  o  zimny 

blask złota. Sądziłam, że ja i moi najbliżsi mamy to już za sobą. Myliłam się, Reijo? 

Nie odpowiedział jej, co tylko upewniło ją w przekonaniu, że ma rację. 

- Co się stało? Czego ty mi nie chcesz powiedzieć? Nie był w stanie wydobyć z siebie 

głosu. 

- Moje dzieci! - Raija uniosła się na łokciach i popatrzyła uważnie na twarz Reijo. On 

jednak uciekł od niej spojrzeniem. 

- Knut? - drążyła Raija. - Nie, Boże święty, to nie może być Knut. Maja! Coś się stało 

Mai! Gdzie ona jest, Reijo? 

Reijo wstał i przytulił ją w milczeniu. Słowa nie przechodziły mu przez gardło. 

A potem, trzymając ją za rękę, poprowadził przez korytarz do drzwi, za którymi leżała 

Maja. Otworzył je i wszedł do pokoju pierwszy. Do pomieszczenia wpadało skąpe światło. 

Raiję przeszły ciarki. Stała oblana zimnym potem. Patrzyła, nie dowierzając własnym 

oczom. Puściła dłoń Reijo i podeszła do swojego dziecka. 

Zrozumiała, że to ona powinna tu leżeć. 

Tak, to miała być ona, Raija. 

Zanurzyła się przecież w złotym chłodnym blasku. Przekroczyła granicę. 

Głos Mikkala ostrzegał, że nie będzie mógł jej pomóc. 

A więc unosiła się w martwym świetle stracona. 

Gdyby  nie  Maja!  Raija  usiadła  przy  niej  i  pogłaskała  zupełnie  zimny  już  policzek. 

Dotknęła złożonych dłoni. 

Oczywiście, tylko ona mogła tego dokonać! 

Tylko Maja mogła ją sprowadzić z powrotem! Tylko ona mogła odwrócić los. 

Gdyby nie Maja, jej ciało leżałoby tu teraz, a dusza pogrążałaby się w nicości. 

background image

To  niewiarygodne,  jak  dokładnie  Elle  przepowiedziała  jej  przyszłość.  A  było  to  tyle 

lat  temu!  Czy  siedzi  może  teraz  gdzieś  w  Saivo  przy  ognisku  i  przygląda  się,  jak  krok  po 

kroku wypełnia się wróżba? 

Raija była pewna, że Elle boleje wraz z nią. 

Skąpe światło rzucało cień na twarz Mai, która zdawała się być żywa. 

Raija  uśmiechnęła  się.  W  tych  zastygłych  rysach  znać  było  zdecydowanie,  ale  i 

wewnętrzny  spokój.  A  może  to  tylko  jej  się  tak  zdawało?  Może  wmawia  to  sobie,  żeby 

uciszyć wyrzuty sumienia? 

-  Ona  sama  tego  chciała  -  odezwał  się  Reijo  z  mrocznego  kąta.  -  Przyznaję,  że 

naskoczyłem na nią, iż nie stara się ci pomóc. Knut także miał jej to za złe. Ale nie sądzę, by 

w jakikolwiek sposób wpłynęło to na jej decyzję. 

- Maja nigdy nie robiła niczego wbrew własnej woli - stwierdziła Raija. 

- Maja, którą znałem, także nie - dodał Reijo, choć w duchu nadal obwiniał się o to, co 

się stało. - Wydaje mi się, że ona przeczuwała grożące jej niebezpieczeństwo. Błagaliśmy ją, 

by tego nie robiła. 

Raija  pokręciła  głową.  Zrozumiała  dobrze  sens  jego  słów.  Reijo  ma  rację!  To  Maja 

powinna tu teraz stać, a nie ona! 

- Ailo powiedział mi, że Maja nie czuje do mnie nienawiści - odezwała się cicho. Z jej 

oczu płynęły łzy, ale płakała bezgłośnie. 

- Chodźmy stąd! - powiedział Reijo, kładąc dłoń na jej głowie. 

- Zaraz - odparła. - Jeszcze tylko chwilkę. 

-  Chcesz  zostać  z  nią  sama?  Raija  pokiwała  głową.  Bała  się  poprosić  Reijo  o  to  w 

obawie, że poczuje się zraniony. A jego za nic w świecie nie chciała urazić. 

- Zapalę ci lampę - powiedział i wyszedł. 

Zrobiło się tak cicho. 

Raija wstała i odsłoniła zasłony. Nie myliła się. 

Na  niebie  falowała  cudowna  zorza  polarna.  Barwne  wstęgi  w  różnych  odcieniach 

zieleni,  pastelowo  żółte,  niemal  białe,  wiły  się  i  przeplatały.  Nie  przypominały  tych,  które 

oglądała wraz z Knutem. Kiedy dokładnie to było, nie wiedziała. Straciła rachubę czasu. 

Reijo wspominał coś, że leżała nieprzytomna trzecią dobę. Chciało jej się jedynie pić. 

Głodna nie była. Ale jakie to mogło mieć znaczenie? 

Zorza polarna była taka piękna. 

Po Maję jednak nie wyciągnęły się dłonie z wijącej się po niebie zorzy. Ale wróżba się 

wypełniła. 

background image

Raija odsunęła się na bok, pozwalając, by blask zorzy wniknął do izby i przesunął się 

z pieszczotą po leżącej nieruchomo Mai. Ogień zorzy musnął blade, zimne policzki jej córki, 

jej dziecka. 

- Dość już dzieci musiałam poświęcić - odezwała się cicho Raija, sama  nie wiedząc, 

do  kogo  właściwie  się  zwraca.  -  Czy  wierzyłaś  w  tę  wróżbę,  Elle?  -  szepnęła  w  mrok.  Na 

podłodze  tańczyły  cienie,  tworząc  wzory,  które  znikały,  nim  zdążyła  odgadnąć,  co  mogą 

przedstawiać.  -  Czy  przypuszczałaś,  że  to,  co  mi  przepowiedziałaś,  wydarzy  się  naprawdę? 

Czy zdawałaś sobie sprawę, że odsłoniłaś przede mną tajemnice mojego życia? A może coś 

przemilczałaś, Elle? Widziałaś wszystkie moje błędy! Dlaczego mnie nie ostrzegłaś? 

Ciemności  nie  udzieliły  odpowiedzi.  Nie  rozległ  się  nawet  najcichszy  szept  z 

wyjaśnieniem, którego tak pragnęła. 

Zasłoniła okno i usiadła  na brzegu łóżka. Nie pozwoli, by świetlne smugi harcowały 

po spokojnej twarzy jej martwego dziecka. 

Maja dożyła wieku dwudziestu pięciu lat. Brzmiało to jak szyderstwo. 

W Raiji wszystko krzyczało i protestowało przeciwko takiemu wyrokowi losu. 

Ponownie  pogłaskała  palcami  miękkie,  ciemne  włosy  Mai.  Przesiała  je  między 

palcami,  tak  jak  kiedyś  Mikkal  bawił  się  jej  włosami.  Przypomniała  sobie,  jak  tamtego 

wieczoru,  gdy  w  mrocznym  lapońskim  namiocie  usłyszała  wróżbę,  Mikkal  poprosił  ją  o 

pukiel włosów i schował go w skórzanym woreczku, który aż do śmierci nosił na szyi. 

- Jesteś tam przy niej, Mikkalu? - wyszeptała. - To moje pierwsze dziecko. I twoje też. 

Czy  zaopiekowałeś  się  nią?  Prowadzisz  ją  przez  porośnięte  trawą  wzgórza?  Wskaż  jej, 

proszę, drogę. Ona nie powinna być tam sama. Nie powinna pozostać w chłodnym martwym 

blasku. Była na to zbyt dobra, ta nasza Maja... 

Raija  zdążyła  umilknąć,  gdy  drzwi  uchyliły  się  i  stanął  w  nich  Ailo.  Właściwie  nie 

było tu dla niego teraz miejsca, ale Raija nie miała serca go wyrzucić. 

Ailo usiadł z drugiej strony na brzegu łóżka. On także dotknął włosów Mai. 

- Ona nie wygląda na umarłą - rzekł, tłumiąc w sobie rozsadzający go gniew. - Byłem 

z  nią  do  końca.  Trzymałem  ją  za  ramiona  w  tamtej  chwili  -  ciągnął,  dotykając  delikatnie 

powiek Mai. - Powiedziała mi, że bez mojej pomocy nie byłoby to możliwe. Dlatego że i w 

moich żyłach płynie krew Mikkala. Czy rozumiesz coś z tego, Raiju? 

Raija pokiwała głową. Czuła pieczenie w opuszkach palców. Krew ją rozgrzała. 

- Powiedziała coś więcej? - zapytała. 

- Powiedziała, że ptak, który wyfruwa z zorzy polarnej, nie jest ani złoty, ani srebrny, 

lecz czarny. 

background image

- Przecież wiesz, że to czarny kruk! Raija uchwyciła spojrzenie Ailo. Światło lampy, 

łagodne i migotliwe, wygładzało rysy twarzy. 

Chłodny blask mroźnej zimowej nocy odkrywał inną prawdę. 

Demaskował i obnażał. 

- Maja musiała także słyszeć o kruku - odparł Ailo krótko. - Wszyscy wiedzą, że tata 

nazywał cię Małym Krukiem. Nie potrafię jednak uwierzyć w duszę, która przyjmuje postać 

kruka i wyfruwa z zorzy, by zabrać inną duszę. Nie wierzę, że ten czarny kruk zamienia życia 

i dusze w blasku polarnej zorzy. To nie może być prawda! 

- Chcę wierzyć, że Mai jest teraz dobrze - odparła Raija. - Ja wróciłam, choć unosiłam 

się w martwym blasku. Nie potrafię tego wyjaśnić, ale przecież mnie się to zdarzyło, a więc 

wiem, że to prawda. 

- My wszyscy ją do tego nakłoniliśmy - rzucił Ailo z goryczą. 

-  Powinnam  była  zostać  w  Rosji  -  wyznała  Raija.  -  Po  co  w  ogóle  wracałam? 

Sprowadzam jedynie nieszczęścia, Ailo. Miej się na baczności, nim spotka cię coś złego! 

- Jeśli o to chodzi, zło spadło na mnie już dawno - odparł gorzko. 

- Ja mimo wszystko przeżyłam kawał życia - westchnęła Raija. - Czy nie mogliście jej 

przeszkodzić? 

Miała  dla  kogo  żyć.  Osierociła  małe  dziecko.  -  Raija  pokręciła  głową.  -  Nikomu  nie 

ż

yczę takiego losu. 

- To wszystko przez ciebie! Ailo wyraził na głos to, co powiedziała mu kiedyś Maja. 

- Tak. Ja żyję, a Maja leży martwa. I nie tylko ja, ale wielu myśli, że powinno być na 

odwrót. Ona miała jeszcze tyle do zrobienia. Pozostawiła po sobie więcej łez i cierpienia, niż 

gdybym to ja umarła. Zresztą zdążyliście przywyknąć, że nie żyję. 

- Ale ona w ten sposób udowodniła, że nie czuje do ciebie nienawiści. 

Raija westchnęła ze smutkiem. 

-  A  czy  ja  zdążyłam  jej  okazać,  jak  bardzo  ją  kocham?  Ailo  nie  umiał  jej 

odpowiedzieć. Pozostało to na zawsze tajemnicą Mai. 

background image

11 

Pod płozami skrzypiał śnieg. Krajobraz ukryty pod diamentowym puchem, hojną ręką 

rozrzuconym przez Stwórcę, iskrzył się od błękitu aż po ogień w zależności od kąta padania 

słonecznych promieni. 

Nawet  najlżejsze  tchnienie  wiatru  nie  mąciło  ciszy.  Jak  okiem  sięgnąć,  ciągnęła  się 

równina. 

Wyjechali wczesnym świtem, kiedy wzgórza dotykały jeszcze złotoczerwonej kuli, a 

drżące na mrozie obłoki stroiły się w promienie słońca, pragnąc jak najszybciej roztopić się w 

ich  cieple.  Niebo  zabarwiło  się  wszystkimi  odcieniami  złota  i  czerwieni.  Gdzieniegdzie, 

niczym  maźnięcie  pędzla  wrażliwego  artysty,  ciągnęła  się  turkusowa  lub  fioletowa  smuga. 

Mieszkańcy tych stron przywykli o tej porze roku do takich widoków. 

Dzień  powoli  zblakł.  Błyszczące  diamenty  stały  się  lodowato  błękitne.  Chmury 

przybrały  barwy  szarości.  Artysta  odłożył  paletę  i  sięgnął  po  grubszy  pędzel.  Rozcieńczył 

farby,  jakby  je  oszczędzał,  wykonał  kilka  pociągnięć  i  zmienił  obraz  nieba,  na  którym  do-

minowały teraz pastelowe błękity, chłodne zielenie, przejrzyste biele, najjaśniejsze szarości i 

ż

ółć tak rozmyta, że niemal drżąca z chłodu. 

Pogoda  była  bezwietrzna,  ale  mróz  trzymał  siarczysty.  Wbijał  bezlitośnie  igiełki  w 

nieosłonięte partie ciała. Niechby ktoś spróbował nie okazać respektu przed tą porą roku! Nie 

zdołałby jej przetrwać! 

A  potem  powoli  zaczęło  się  ściemniać.  Szafirowa  szklana  kula  zawisła  nad  polami  i 

zajarzyła  się  srebrnymi  błyskami,  świetlnymi  pocałunkami  przesłanymi  z  nieba,  które 

zdawało się nieskończenie odległe. 

Już od świtu byli w drodze. Zarządca huty sam  postarał się o transport. Johan, który 

przyjechał  z  wieścią  o  pożarze,  zgłosił  się  pierwszy,  by  odwieźć  Maję  z  powrotem  na 

Hailuoto. 

- Sowicie cię wynagrodzimy - obiecał mu Reijo. 

- Nie wezmę ani grosza! - odezwał się Lapończyk wyraźnie urażony i dumnie uniósł 

głowę. 

Nie ulegało wątpliwości, że w jego ustach nie są to puste słowa. 

Kiedy przybyli do Tornio, był już wieczór. Pewnie zdołaliby jechać dalej, ale uznali, 

ż

e  nierozsądnie  byłoby  narażać  ludzi  i  zwierzęta,  tym  bardziej  że  nocą  mróz  się  jeszcze 

nasilał. 

background image

-  Zajedźmy  do  ojca  Williama  -  zaproponował  Ailo,  którego  nigdy  nie  peszyła  ani 

pozycja, ani majątek teścia Mai. 

-  Co  ty  tu  robisz?  -  zapytał  Marcus  Runefelt,  patrząc  niechętnie  na  gościa,  którego 

zawsze  traktował  z  góry.  Dostojny  i  nieprzystępny,  wlepił  w  niego  swój  świdrujący  wzrok, 

choć  oczy  wraz  z  upływem  lat  stały  się,  jak  u  wszystkich  starych  ludzi,  bardziej  prze-

zroczyste. Siwe włosy tworzyły wokół głowy aureolę. 

-  Przybywam  prosić  o  nocleg  dla  siebie  i  moich  towarzyszy  podróży  -  odpowiedział 

Ailo. - Wracamy na Hailuoto z Kengis. Zapewne słyszał pan o pożarze huty. 

-  Owszem,  słyszałem  -  rzekł  Marcus  Runefelt.  -  Czyżby  posłano  stamtąd  po 

czarownicę, z którą ożenił się mój syn? I co? Jej sztuczki pomogły? 

Ailo nie odpowiedział. Stał niewzruszony. 

- O ile mi wiadomo, w Tornio jest dość zajazdów, gdzie można zatrzymać się na noc - 

ciągnął Marcus Runefelt. - Wydają się bardziej odpowiednie na postój dla takich podróżnych. 

Nawet jeśli wśród was jest moja synowa. Ale skoro sama nie pofatygowała się, by przyjść i 

poprosić o nocleg, to może już znalazła gdzie indziej dach nad głową. 

- Moja siostra nie żyje - odezwał się bezbarwnym głosem Ailo i spojrzał Runefeltowi 

prosto w oczy. - Wieziemy jej ciało na Hailuoto. Proszę więc raz jeszcze, Marcusie Runefelt, 

o udzielenie na noc schronienia mnie i moim towarzyszom! 

Runefelt aż się cofnął. A potem nabrał powietrza i kiwając głową, rzekł: 

- Sami oporządźcie zwierzęta. Woźnice mogą się przespać tam, gdzie parobcy. Zmarłą 

wnieście do domu... 

Nawet nie podziękowawszy, Ailo odszedł do pozostałych. Pokazał woźnicom stajnię i 

miejsce na nocleg. Prowiant mieli własny. 

Ponieważ  trumna  nie  zmieściłaby  się  w  pułkach,  dlatego  Ailo,  Knut  i  Reijo  przed 

wyjazdem zadbali o to, by zwłoki Mai dokładnie owinąć w lniane płótno oraz skóry i owiązać 

sznurem.  Teraz  Ailo  wraz  z  Reijo  wnieśli  je  do  pałacu,  a  Runefelt  osobiście  wskazał  im 

pokój,  w  którym  pozwolił  ulokować  zmarłą.  Uciekał  jednak  wzrokiem  przed  podłużnym 

pakunkiem. 

Raija weszła do środka za mężczyznami. Blada, ubrana ciepło w futrzane okrycia. 

Gospodarz domu nie od razu ją dostrzegł. Ale gdy  po dłuższej chwili zahaczył o nią 

wzrokiem, oniemiał. 

- Dobry Boże - szepnął, patrząc to na drzwi, w których zniknęli Reijo i Ailo, to na nią. 

-  Nazywam  się  Raija  Kesaniemi  -  przedstawiła  się,  a  jej  głos  także  wydał  mu  się 

znajomy. 

background image

Zebrał się w sobie, podszedł bliżej i nie bez ulgi stwierdził, że to jednak nie Maja... 

Ta kobieta była starsza i dużo piękniejsza. 

Przywitał  się  z  nią,  jak  zwykł  się  witać  z  damami.  Ona  zaś  z  równą  gracją  i 

uprzejmością odpowiedziała na jego powitanie. 

Wydała mu się intrygująca i oszałamiająca. 

Marcus  Runefelt  nie  wezwał  nikogo  ze  służby,  by  wziął  od  przybyłej  wierzchnie 

okrycia. Sam przytrzymał kożuch i jej ciepłą zewnętrzną garderobę. 

Zaskoczył  samego  siebie,  proponując  gościom  ciepły  posiłek.  W  duchu  co  prawda 

zaraz  tego  pożałował,  przypominając  sobie,  że  wśród  przybyłych  jest  także  Ailo,  szwagier 

jego  syna.  Nie  da  się  ukryć,  że  to  bardzo  uzdolniony  artystycznie  Lapończyk.  Niestety, 

pochodzenie oraz fakt, iż ożenił się z Anną Rajsa, całkowicie go przekreślały w jego oczach. 

Marcusowi Runefeltowi zależało na tym, by swoim dzieciom - wszystko jedno, czy z 

prawego,  czy  z  nieprawego  loża,  zapewnić  odpowiednią  przyszłość.  Nie  miał  takiego 

poczucia  w  przypadku  młodziutkiej  Anny  Kajsy,  mimo  że  ona  sama  sprawiała  wrażenie 

szczęśliwej. 

To  małżeństwo  zawarte  zostało  całkowicie  wbrew  jego  woli.  Wybrał  dla  córki 

znacznie lepszą partię, prawie już zaaranżował zaręczyny, ale dziewczyna w ostatniej chwili 

uparła się, z całą pewnością zbuntowana przez żonę Williama. 

- Ma pani ochotę na kieliszek koniaku? - zapytał, kiedy już odwiesił podróżną odzież 

gościa. - A może sherry lub wino, żeby się trochę rozgrzać? 

Raija podziękowała. 

- Chętnie jednak spocznę - odrzekła uprzejmie i podążyła za gospodarzem do salonu. 

Omiotła spojrzeniem wystawne wnętrze, ale nawet nie drgnęła jej powieka. 

Marcus  Runefelt  był  na  tym  punkcie  przeczulony  i  zawsze  ukradkiem  obserwował 

gości. Nieraz zresztą świetnie się przy tym bawił. Zwykle wszyscy wzdychali, wpatrywali się 

oniemiali  w  cenne  przedmioty  albo  wygłaszali  zabawne  komentarze.  Raija  Kesaniemi  ro-

zejrzała się wokół, ale nie wyglądała na kogoś, komu by to zaimponowało. Sprawiała raczej 

wrażenie bywałej w salonach osoby, którą nudzi bogactwo i przepych. 

- Ma pani obcy akcent! 

Marcus  Runefelt  starał  się  podtrzymać  konwersację.  Chętnie  popisywał  się 

znajomością  języków  obcych.  Znał  doskonale  niemiecki,  nieźle  porozumiewał  się  po 

francusku, a od biedy radził sobie też z angielskim. Oczywiście mówił i pisał po szwedzku i 

fińsku, oba języki traktując jako ojczyste. 

background image

-  Mieszkałam  w  Archangielsku.  W  Rosji spędziłam  niemal  pół  życia  -  odparła  Raija 

obojętnie  i  dodała:  -  Urodziłam  się  w  Finlandii,  dorastałam  wśród  Lapończyków,  młodość 

przeżyłam w Norwegii. 

Marcus  Runefelt  był  pod  wrażeniem.  Okazało  się  bowiem,  że  ta  kobieta  także  zna 

kilka  języków.  Wprawdzie  fiński  i  lapoński  nie  może  się  równać  z  francuskim  czy 

niemieckim!  Ale  rosyjski!  Wiedział,  że  Rosjanie  posługują  się  innym  alfabetem  niż  reszta 

Europy, a to znaczy, że opanowanie tego języka jest znacznie bardziej skomplikowane. 

-  Co  pani  robi  w  tych  stronach?  -  zapytał  z  galanterią,  nalewając  sobie  kieliszek 

koniaku. - Odwiedza pani rodzinę? 

Zastanawiał  się  w  duchu,  jakie  są  jej  korzenie.  Zapewne  zapamiętałby  tę  kobietę, 

gdyby  ją  kiedyś  spotkał.  Takich  kobiet  się  nie  zapomina.  Miała  w  sobie  jakąś  taką 

arystokratyczną  wyniosłość,  ale  nie  był  pewien,  czy  rzeczywiście  wywodzi  się  z  wyższych 

sfer. 

-  Odprowadzam  ciało  mojej  zmarłej  córki  do  domu  -  odpowiedziała  i  ze  spokojem 

napotkała jego spojrzenie. - Jestem matką Mai, Marcusie Runefelt, teściową Williama. 

Dopiero teraz zauważył. 

A  przecież  powinien  był  domyślić  się  od  razu,  tym  bardziej  że  od  pierwszej  chwili 

uderzyło  go  podobieństwo  do  synowej.  Oślepiony  urodą  nieznajomej,  na  moment  stracił 

głowę. 

Nie dał jednak po sobie poznać, jak bardzo jest zaskoczony, i ze swobodą światowca 

kontynuował rozmowę. 

Marcus  Runefelt  nigdy  w  pełni  nie  rozeznał  się  w  relacjach  panujących  w  rodzinie 

Mai.  Teraz  dodatkowo  okazało  się,  że  opiekun  Mai  jest  mężem  jej  matki.  Żadne  z  nich  nie 

jest rodzicem Ailo, który ponoć jest bratem Mai, ale oboje traktują go jak syna. 

- Nie tylko wśród szlachetnie urodzonych zdarzają się związki na boku - odezwał się 

Ailo  cynicznie  w  próbie  wyjaśnienia.  -  Maluczkim  też  się  to  zdarza.  Ostatecznie  wszyscy 

jesteśmy tylko ludźmi. 

Maja nigdy nie powiedziała matce złego słowa o swoim teściu, ale Raija domyśliła się 

od razu, że córka go nie lubiła, a i on nie żywił cieplejszych uczuć do żony swojego syna. 

- Nie darzyłeś Mai sympatią? - zapytała Raija wprost, gdy przy okrągłym stole podano 

im  żeberka  jagnięce.  Z  naturalną  swobodą  zwróciła  się  do  gospodarza  po  imieniu. 

Przechyliwszy lekko głowę, patrzyła na niego przenikliwym wzrokiem. Przypomniało mu się, 

jak po raz pierwszy załatwiał interesy z Mają. Też tak na niego wówczas spojrzała. 

background image

- Miałem inne plany wobec syna - odparł surowo, niemal odpychająco. - William był 

zaręczony  z  córką  mojego  bliskiego  przyjaciela.  Niestety,  dziewczyna  straciła  głowę  dla 

jakiegoś awanturnika i jego poślubiła. Uciekli z kraju, gdy został oskarżony o zdradę wobec 

króla  i  korony.  Nieszczęsna,  dokonała  godnego  ubolewania  wyboru,  dla  wszystkich 

zainteresowanych stron... 

Na moment pogrążył się we wspomnieniach. Nie zauważył spojrzeń, jakie wymienili 

między sobą goście. Reijo pobladł, mocniej zacisnął zęby, ale jakoś zdołał się opanować i nic 

nie powiedział. 

- Maria i ja nie tolerowaliśmy się - westchnął Marcus Runefelt, a spojrzawszy na Ailo, 

dodał:  -  Dwóm  ze  swych  córek  wybrałem  małżonków,  ale  ten  wybór  okazał  się  niezbyt 

udany. Niestety, nawet ci, którzy dobrze się zapowiadają, mogą zawieść. Dwójka pozostałych 

dzieci sama wybrała sobie towarzyszy życia. Są szczęśliwsze... Zostałeś tylko ty, Ailo - dodał 

znużonym głosem. - Może powinniśmy zawrzeć zgodę. 

-  Nigdy  nie  panowała  między  nami  niezgoda  -  odpowiedział  Ailo.  -  Ale  nie  oszukuj 

się, że kiedykolwiek zbliżymy się do siebie. Jesteś ojcem Anny Kajsy i z tego powodu winien 

ci  jestem  szacunek.  Trudno  byłoby  mi  się  zdobyć  na  więcej.  Proszę  cię  tylko,  byś  przestał 

mieć  córce  za  złe,  że  wybrała  mnie.  U  mojego  boku  jest  szczęśliwsza,  niż  byłaby  z 

jakimkolwiek innym mężczyzną. Możesz być o to spokojny. Runefelt westchnął ciężko. 

- William jeszcze o tym nie wie? - zapytał nagle. 

- Nie - odparł Ailo. 

- To będzie dla niego straszny cios! - rzucił zgnębiony. - A jaka tragedia dla dziecka! 

Malec był taki przywiązany do matki... 

Maja  została  pochowana  w  grobowcu,  w  którym  spoczywała  matka  Williama.  Ciało 

ułożono w ciężkiej dębowej trumnie. William nie zgodził się, by zabrać skóry, w które była 

zawinięta żona. 

- To część jej życia - rzekł. 

- Ona bardzo kochała Hailuoto - wyjaśnił William Raiji tego samego wieczoru, kiedy 

już wspólnie ułożyli do snu Henrika. 

Malec był taki zagubiony, zadawał tyle pytań, nie mogąc zrozumieć tego, co się stało. 

Przecież  mama  nie  mogła  tak  po  prostu  zniknąć,  powtarzał.  Nie  wierzył,  kiedy  mu 

powiedzieli, że już nigdy jej nie zobaczy. Mama na pewno wróci do domu! 

- Maja kochała to miejsce - powtórzył William, bezradnie krążąc od okna do okna. Na 

zewnątrz dawno zapadł już zmrok, w którym nic się nie dało rozróżnić. 

Ale on wciąż szukał wzrokiem Mai, jakby za chwilę miała się wyłonić z ciemności. 

background image

-  Ja  chyba  jeszcze  w  to  nie  wierzę  -  rzucił  ciężko,  opierając  czoło  o  chłodną  ramę 

okna. Dłonie przycisnął do zimnej szyby, rozpuszczając szron. 

Raija  bardzo  chciała  mu  pomóc,  ale  wiedziała  najlepiej,  że  przez  taki  smutek  trzeba 

przejść samemu. Inni mogą być jedynie w pobliżu, ale na tej drodze żałoby każdy zdany jest 

tylko na siebie. Musi upłynąć trochę czasu, nim człowiek się pogodzi z taką stratą. 

-  Powinna  była  mnie  zostawić  -  rzekła  Raija.  -  Nawet  nie  wiesz,  Williamie,  jak 

strasznie nad tym boleję. Przecież ona miała więcej w życiu do zrobienia! 

William nie zaprzeczył. 

- Bardzo się cieszę, że Maja spotkała ciebie - ciągnęła Raija. - Cieszę się też, że ciebie 

poznałam. Byłeś dla niej taki dobry. 

-  Tak  -  odparł  William  i  usiadł.  Popatrzył  na  Raiję  przeciągle,  próbując  zrozumieć 

osobliwe relacje łączące Maję z matką, matką, która przez ponad połowę życia swojej córki 

pozostawała nieobecna. Mimowolnie przyszło mu na myśl, że lepiej by się stało, gdyby Raija 

nie wróciła z Archangielska. 

-  Ona  mnie  z  początku  nie  kochała  -  wyznał  William  Raiji.  -  To  przyszło  z  czasem. 

Nigdy  nie  spotkałem  tak  bystrej  i  mądrej  kobiety.  Załatwiała  interesy  jak  mężczyzna  i 

odznaczała  się  wielką  odwagą.  Nie  zawahała  się  przyjść  mi  z  pomocą,  kiedy  ją  o  to  po-

prosiłem, mimo że sama mogła zapłacić za to głową. A jak zajęła się poszkodowanymi tamtej 

nocy, gdy doszło do wypadku przy spławie drewna! Dobry Boże, minęły zaledwie cztery lata, 

odkąd  pojawiła  się  w  moim  życiu.  Połowę  tego  czasu  musiałem  spędzić  bez  niej,  choć 

towarzyszyła mi w myślach w każdej minucie. Uważasz mnie za głupca? - zapytał na koniec i 

westchnął ciężko. Raija pokręciła głową. 

- Cieszę się, że tak bardzo ją kochałeś. Ona potrzebowała właśnie tak wielkiej miłości. 

Nigdy nie dowiedziała się, że i ja ją mocno kochałam. Nie chciała w to uwierzyć. 

- Przecież cię nigdy nie było - odparł William bezlitośnie. 

- Tak, nigdy mnie nie było - wyznała Raija bolesną prawdę. 

- Wiedziałem, że muszę się stać dla niej kimś ważnym - rzekł William. - Od pierwszej 

chwili!  Nie  miałem  nawet  cienia  wątpliwości,  choć  przecież  wówczas  była  ona  żoną  Heino 

Aalto.  To  była  najbardziej  fascynująca  kobieta,  jaką  kiedykolwiek  spotkałem,  z  którą 

rozmawiałem...  Odkąd  ją  ujrzałem,  wszystkie  inne  przestały  dla  mnie  istnieć.  Nie  mógłbym 

pokochać nikogo innego. 

William ujął Raiję tym stwierdzeniem. 

Każdy inny mężczyzna powiedziałby, że wiedział, iż musi mieć Maję. On zaś rzekł, że 

wiedział, iż musi się stać dla niej kimś ważnym... 

background image

Był dobrym człowiekiem. 

-  Co  teraz?  -  zapytała  i  przypomniała  sobie,  jak  kiedyś  też  znajdowała  się  w  tym 

samym  punkcie.  Pogrążona  w  rozpaczy  i  mroku,  nie  dostrzegała  nic  poza  tym.  -  Co  teraz 

zrobisz, Williamie? Co będzie z Henrikiem? 

- Pytasz, czy mogę pokochać inną? 

-  To  też.  Rozejrzał  się  wokół.  Każde  miejsce  kojarzyło  mu  się  z  Mają,  która 

wprawdzie nie kazała poprzestawiać mebli, ale to jej ręka uczyniła z tego pałacu prawdziwy 

dom, a nie monumentalny pomnik ku czci jego matki. 

Maja nie żyła w cieniu innej kobiety. 

Pozostawiła po sobie pustkę. 

- W tej chwili wydaje mi się to niemożliwe - odrzekł z ciężkim sercem. - Nie potrafię 

sobie tego nawet wyobrazić. Czy można zapomnieć kogoś, kogo się tak bardzo kochało? Czy 

można pokochać inną osobę równie mocno? Czy po takiej stracie człowiek jest jeszcze zdolny 

do miłości? 

- Nie wiem, czy ty będziesz umiał. Raija, zapatrzona gdzieś w przestrzeń, nawinęła na 

palec pukiel włosów. 

William  wiedział,  że  to  niezwykła  osoba.  Wydała  na  świat  Maję,  Knuta,  Idę,  a  Ailo 

kochał ją z takim oddaniem, jakby był jej rodzonym synem. 

Reijo poświęcił najlepsze lata swojego życia, by zaopiekować się gromadką jej dzieci. 

Można by sądzić, że znienawidzi ją za to. Każdy by zrozumiał i usprawiedliwił jego gorycz. 

On tymczasem poślubił Raiję ponownie. Doprawdy łączyła ich osobliwa więź! 

- Tyle jest odmian miłości - odparła Raija, wypowiadając najgłębszą prawdę swojego 

ż

ycia. William słyszał to już z ust Mai, która też tak czasem mawiała, uśmiechając się przy 

tym lekko. To samo powtarzał Ailo. 

Oboje,  poranieni  przez  życie,  brali  przykład  z  Raiji.  Stanowiła  dla  nich  symbol 

przetrwania. Nosili w sercu jej wiarę w miłość. 

Raija  uśmiechała  się  do  Williama,  mówiąc  te  słowa,  ale  w  jej  głosie  pobrzmiewał 

smutek. Nie ulegało wątpliwości, że nadal głęboko w nie wierzy, choć zna też ciemne strony 

tej prawdy. Róże były najpiękniejszymi kwiatami, ale i one miały kolce. 

William  przypuszczał,  że  Raija  wie  o  cierpieniu  tyle  samo,  co  o  miłości  i  o 

przetrwaniu. 

- Każda miłość jest inna - ciągnęła Raija. - Pojawia się w różnych okresach twojego 

ż

ycia i rozpala cię z różną intensywnością. Za każdym razem jesteś inny. Ty też już nigdy nie 

będziesz tym samym Williamem, jakim byłeś za życia Mai. 

background image

Miał tego świadomość. 

-  Życie  jest  wędrówką.  Człowiek  znajduje  się  nieustannie  w  drodze,  odpoczywa  w 

wielu miejscach, a gdy dociera do celu, okazuje się, że to już kres życia. 

Uśmiechnął się. Takie przemyślenia w ustach tej kobiety brzmiały wiarygodnie. Cale 

ż

ycie Raiji przypominało bowiem wyprawę ku nowym miejscom postoju. Za każdym razem 

chwytała  oburącz  nowe  możliwości  i  w  pewnym  sensie  w  każdym  miejscu  zaczynała  nowe 

ż

ycie. 

Maja także miała niepokój we krwi, ale silniejszy był w niej strach przed nieznanym. 

Ś

niła  o  miejscach,  których  nigdy  nie  widziała.  Uwielbiała  powtarzać  obce  słowa  i  nazwy, 

które  tak  przyjemnie  łaskotały  jej  język.  Ale  lęk  powstrzymywał  ją  przed  podejmowaniem 

radykalnych kroków. 

Maja odnalazła spokój na Hailuoto. Wyspa stała się jej małym światem. 

Tu  granice  były  wyraźne.  Morskie  fale  uderzały  o  plaże,  opłukiwały  piasek. 

Wiedziała, gdzie się kończy jej świat, a gdzie zaczyna. 

- Ja także byłem bardzo samotny jako dziecko - rzekł William. - Miałem rodziców, ale 

oni rzadko poświęcali mi swój czas. To chyba jeszcze bardziej przykre, niż gdyby byli gdzieś 

daleko.  Kiedy  dziecko  przekonuje  się,  że  jest  dla  rodziców  nieważne,  coś  w  nim  umiera. 

Gdyby przebywali daleko, zawsze można by sobie pomarzyć, że kiedy wrócą... 

-  Kiedy  wrócą...  -  rzekła  Raija.  Zrozumiała.  Była  równie  bystra  jak  Maja,  rozumiała 

nawet to, co nie zostało dopowiedziane. Tak łatwo się z nią rozmawiało. Łatwo było się przed 

nią otworzyć. 

- Henrik nie zazna samotności! - przyrzekł William z naciskiem. - Zawsze znajdę dla 

niego czas. Zawsze będę przy nim. 

- Mam nadzieję, że uda ci się dotrzymać tej obietnicy. - Westchnęła. - Maja była zbyt 

odważna,  zbyt  dumna.  Gotowa  do  poświęceń.  Kochała  tak  intensywnie.  Odczuwała  tak 

mocno.  To  nasza  rodzinna  słabość.  Tę  samą  cechę  odnajdziesz  we  mnie,  a  jeszcze  silniej 

uwidaczniała się u Mikkala. Ailo też to odziedziczył po ojcu, ale chyba w mniejszym stopniu. 

W  ten  sposób  Raija  chciała  wyjaśnić  Williamowi,  że  rozumie  ostatni  czyn  Mai: 

wielkość, siłę i miłość w nim zawartą. 

-  Moje  życie  było  mniej  warte  niż  jej  -  dodała  z  goryczą,  w  pełni  to  sobie 

uświadamiając.  -  Maja  na  pewno  o  tym  wiedziała,  ale  nawet  to  nie  powstrzymało  tej  mojej 

upartej,  niepoprawnej  córki.  Pamiętam,  jak  się  urodziła.  Wbrew  moim  nadziejom  zbyt 

szybko,  by  uwiarygodnić  kłamstwo.  Wydawało  mi  się,  że  zdołam  przekonać  Kallego,  że  to 

background image

jego  córka.  Jasnowłosego  Karla  o  jasnej  karnacji,  łagodnego  i  ugodowego.  Jakaż  byłam 

naiwna! 

Raija cofnęła się w przeszłość. Patrzyła i nie dowierzała, że młoda dziewczyna, która 

nigdy  nie  uginała  karku,  to  ona.  Nie  rozpoznawała  się  w  niej.  Doznała  w  życiu  wiele 

cierpienia i z czasem złagodniała. Ale nadal niechętnie się poddawała. 

Raija  odgarnęła  włosy  z  czoła.  Nie  zauważyła,  że  William  odwrócił  wzrok.  Nie 

zdawała sobie sprawy, że w każdym drobnym nawet geście przypomina mu zmarłą żonę. 

-  Maja  przyszła  na  świat  w  kwietniową  noc,  wtedy  rozległ  się  jej  głośny  krzyk.  Nie 

miałam  pojęcia,  że  rodzenie  dzieci  jest  związane  z  takim  bólem.  Nikt  mnie  nie  uprzedził. 

Kalle  uciekł  w  gniewie,  kiedy  ją  zobaczył.  Mój  Boże,  był  jeszcze  chłopcem!  Maja  miała 

kruczoczarne  włosy  i  słoneczne  błyski  w  oczach.  Takie  oczy,  żółte  z  brązowymi  żyłkami, 

miał Mikkal. Przypominały kawałki bursztynu. Mikkal zwykł mówić, że za długo wpatrywał 

się  w  słońce,  gdy  po  długiej  polarnej  nocy  pojawiało  się  na  nieboskłonie.  Albo  że  jest 

spokrewniony ze słońcem. Tyle miał ciepła w oczach. 

- Bardzo go kochałaś? 

-  Był  moją  pierwszą  miłością  -  odparła  Raija,  zaskoczona,  jak  w  ogóle  może  o  to 

pytać. 

- Silniejszą niż inne? 

- Inną. - Długo milczała, zanim dodała: - Może silniejszą, sama nie wiem. Tyle mam 

różnych wspomnień. Byłam wtedy inną Raiją, młodszą. 

- Czy Maja byłaby inna, gdyby dane wam było ze sobą żyć? 

William zauważył, że Maja miała inne oczy niż Raija. Może sprawiała to owa żółtawa 

otoczka wokół źrenic, a może to, że we wzroku Raiji odbijał się jej wiek, jej losy i zebrane 

gorzkie doświadczenia. 

-  Z  Mikkalem  nie  mogłabym  żyć  -  wyznała.  -  Próbowałam  tego  tu,  w  Finlandii. 

Uciekliśmy  wówczas  z  Norwegii.  Przez  całą  zimę,  a  właściwie  prawie  rok,  żyliśmy  wśród 

obcych. Między nami wszystko się dobrze układało, ale ja nie mogłam zaznać spokoju. Tę-

skniłam za dziećmi. Nie mogłam tego znieść. Dlatego zdecydowałam się wrócić do domu. 

- Do Lyngen? Pokiwała głową. 

-  Zapewne  wielokrotnie  słyszałeś  tę  historię,  Williamie!  I  każda  z  nich  zawierała 

cząstkę tego, co ci teraz opowiadam. Chociaż dzieci były takie małe... Nie mogły wszystkiego 

pamiętać.  Nie  mogły  zrozumieć...  Wracałam  do  domu.  Oboje  z  Mikkalem  wiedzieliśmy,  że 

nie  możemy  pozostać  razem.  Wracałam  do  Lyngen,  a  Mikkal  do  Finnmarku  do  swojej 

wspólnoty. Miałam dzieci, nie mogłam wybrać jego. 

background image

William pojął to, czego Maja nigdy nie zrozumiała. 

- Dopadła mnie moja przeszłość - dodała Raija krótko. Największe cierpienie, jakiego 

doznała  w  życiu,  opisywała  zwykle  lakonicznie.  -  Szaleniec,  który  poprzysiągł  mi  odebrać 

ż

ycie, zabił Mikkala. Musiałam uciekać. W fiordzie stała zacumowana rosyjska szkuta, której 

kapitanem był stary przyjaciel... 

- Jakże bym pragnął, by Maja dowiedziała się o tym. Pozwoliłoby to jej zrozumieć, że 

wybrałaś swoje dzieci. Knut także tego nie wie. 

-  Wystarczy,  że  wie  o  tym  Reijo,  wiem  ja,  wiedział  Mikkal.  Teraz  powiedziałam  to 

jeszcze tobie. Po tylu latach jest za późno, by upiększać barwy na obrazie. Mogłabym zostać 

podejrzana o fałszowanie przeszłości. 

- Przejdziesz się ze mną? - zapytał nieoczekiwanie William i wyjaśnił: - Na mrozie nie 

można płakać. 

Raija pokiwała głową. 

Wyszli razem w nocny mrok. W ciemnościach bielała para ulatująca im z ust. Wysoko 

na  niebie  jaśniał  blado  sierp  księżyca.  Nie  pokazywał  całego  swojego  oblicza.  Gwiazdy  na 

niebie były tu inaczej ułożone niż w Lyngen czy w Archangielsku. 

Maja  zdążyła  pokazać  Raiji  swoje  ulubione  miejsce  na  Hailuoto:  szklaną  altanę.  Z 

pewnością  spędziłyby  w  niej  obie  wiele  radosnych  chwil.  Zapiszczały  drzwi  i  Raija  weszła 

tam z Williamem. W środku panował gęsty mrok i było zimniej niż na zewnątrz. 

-  Bardzo  ją  cieszyły  białe  i  czerwone  róże,  które  rosną  wokół  pawilonu  -  rzekł 

William.  -  Latem  posadziła  kilka  nowych  krzaków,  które  dla  niej  zdobyłem.  Nigdy  nie 

zobaczy, jak zakwitną na bladoróżowo. 

Długo  tak  razem  siedzieli  i  rozmawiali  o  Mai.  Ze  wspomnień  ułożyli  wielki  bukiet. 

Zimowy bukiet róż. 

A  kiedy  zmarznięci  opuszczali  altanę,  na  niebie  ukazały  się  delikatne  wielobarwne 

smugi. 

-  Niesamowite!  -  wyrwało  się  Williamowi.  -  Zdawało  mi  się,  że  na  tle  zorzy  frunął 

czarny ptak. 

Raija  nie  odezwała  się.  Ale  nie  czuła  już  goryczy.  Ona  też  widziała  ptaka.  Ptaka 

Mikkala. 

background image

12 

Na  początku  marca  wrócili  do  Skibotn,  do  rodzinnej  osady  położonej  w  głębi  fiordu 

Lyngen. 

Było ich sześcioro. 

Na  północ  w  kierunku  wybrzeża  ciągnęło  o  tej  porze  roku  mnóstwo  wędrowców. 

Wszyscy  dobrze  wiedzieli,  że  zimowy  trakt  jeszcze  tylko  przez  kilkanaście  tygodni  będzie 

przejezdny,  bo  gdy  ustąpi  mróz  i  stopnieje  śnieg,  wielu  miejsc  nie  da  się  przebyć  aż  do 

następnej zimy. 

W  stronę  Skibotn,  gdzie  co  roku  odbywał  się  wielki  jarmark  zimowo  -  wiosenny, 

zjeżdżali ludzie z różnych zakątków: z południa i ze wschodu, z zachodu, a także nieliczni z 

północy.  Na  kilka  dni  ta  osada  stawała  się  centralnym  punktem  rozległego  pustkowia 

zwanego Nordkalotten. 

-  Jakie  to  wszystko  dziwne  -  rzekł  Ailo,  który,  przytłoczony  wrażeniami,  z  wielkim 

trudem wyrażał swoje uczucia. 

Siedział  otulony  futrem  z  wilczej  skóry.  Twarz  do  połowy  zakrył  wysokim 

kołnierzem, a futrzaną czapkę spuścił nisko na czoło, niemal do samych oczu. W ten sposób 

osłaniał zniekształcone rysy przed wścibskimi, ale też chronił delikatną skórę przed mrozem i 

wiatrem. 

William odstąpił Ailo konie i sanie. Podróżowali więc w dwa zaprzęgi. 

Ailo  zmieniał  się  z  Mattim  na  koźle,  ponieważ  było  zbyt  zimno,  by  powoził  sam, 

mimo  że  dziennie  pokonywali  niezbyt  długie  dystanse.  Powrót  do  domu  zajął  im  znacznie 

więcej czasu niż dwa miesiące wcześniej ta sama droga na Hailuoto. 

Niełatwo  było  o  nocleg  w  tym  czasie  wzmożonego  ruchu,  chociaż  gospodarze 

domostw położonych przy trakcie naprawdę się starali, by wszystkim pomóc i użyczyć dachu 

nad głową. Podróżni wdzięczni byli nawet za kawałek miejsca na podłodze na skórach wśród 

innych wędrowców. 

Nic dziwnego. W porze jarmarków dochodziło czasem do nieszczęść. Krążyły historie 

o  ludziach,  którzy  zamarzli  w  wygrzebanych  w  śniegu  jamach,  gdzie  usiłowali  się  osłonić 

przed  mrozem  i  wiatrem.  W  kalendarzu  był  już  wprawdzie  marzec,  ale  w  tych  stronach 

wiosna, o czym niektórzy zapominali, przychodziła znacznie później. 

W  porównaniu  do  innych  Reijo  i  Raija  wraz  z  najbliższymi  podróżowali  po 

wielkopańsku. Zatrzymywali się na noc w zajazdach, a bardziej na północ, gdzie o takie było 

background image

trudno,  odstępowano  im  osobną  izbę  w  prywatnych  domach.  Czasami  zatrzymywali  się  u 

pastorów na plebanii albo u wójtów. 

List  polecający  z  pieczęcią  Runefelta,  który  William  wręczył  im  przed  wyjazdem, 

otwierał przed nimi większość drzwi. 

Raija trochę się podśmiewała z tego gestu zięcia, ale przestała, gdy zorientowała się, 

ż

e William czyni to w dobrej wierze. Okazało się, że list ten bardzo ułatwiał im podróż. Mieli 

ze sobą przecież małe dziecko, a także Ailo, którego twarz wzbudzała grozę, nawet gdy miał 

na sobie maskę. Dobrze więc było móc wypocząć we własnym gronie, z dala od tych, którzy 

stawialiby kłopotliwe pytania. 

Dojeżdżając do Skibotn, skręcili i ominęli skutą lodem rzekę, żeby nie wstępować po 

drodze do Idy i Sedolfa. 

Postanowili, że najpierw zawiozą gości z południa do chaty na cyplu, a dopiero potem 

zawiadomią najbliższych o ich przybyciu. 

- Czy słusznie uczyniłem, przyjeżdżając tutaj? - zapytał Ailo chrapliwym głosem, ale 

rozglądał się wokół z zachwytem, jakby nie mógł się nasycić znajomym widokiem. 

Zatoka Botnicka pod żadnym względem nie mogła się równać z fiordem Lyngen. To 

prawda, że oglądana z plaży na Hailuoto sprawiała wrażenie oceanu. Ale za to tu roztaczał się 

widok na okalające Skibotn i dolinę dzikie szczyty po zachodniej stronie fiordu. 

Wysokie i majestatyczne. 

Jakże tęskniły jego oczy za tym widokiem przez wszystkie lata spędzone w Finlandii! 

Tylko płaskowyż mógł się jeszcze z nim równać. 

Ale by ujrzeć rozległe łąki i pastwiska, musiał poczekać parę miesięcy. 

Odetchnął  głęboko,  nabierając  w  nozdrza  słonego  zapachu  morskiej  wody  i 

wodorostów. Chciało mu się krzyczeć ze szczęścia, ale wtulony w futro, siedział w milczeniu. 

- Oczywiście, że słusznie - przekonywała go Raija. - Nie denerwuj się! Przecież nikt 

cię tutaj nie rozpozna, a my  cię na pewno nie zdradzimy.  Zostaniesz tu krótko. Zresztą, czy 

coś was trzymało tam, na południu? 

Ailo uścisnął dłoń Anny Kajsy otuloną w grubą rękawicę. 

-  To  prawda  -  odrzekł  z  sercem  przepełnionym  wzruszeniem.  Doskonale  rozumiał, 

dlaczego  ci,  którzy  się  urodzili  w  tych  stronach,  niechętnie  stąd  wyjeżdżali,  a  jeśli  już,  to 

tęsknotę  za  tym  krajobrazem  nosili  w  sercach  do  końca  swych  dni.  -  Podoba  ci  się  tutaj?  - 

zapytał Annę Kajsę. 

Rozejrzała się wokół zalękniona. Zauważyła jednak wzruszenie Ailo i jego błyszczące 

radością oczy. 

background image

- Tu wszystko wydaje się takie potężne - odrzekła wymijająco. 

- Przytłaczające - potwierdził Ailo. 

- Dom - oznajmił Ivar stanowczo i rączką otuloną w rękawicę wskazał w stronę cypla. 

Rzeczywiście, widać już było chatę. 

-  Dlaczego  nie  wstąpiliście  do  nas  po  drodze?  -  zawołała  Ida,  wpadając  do  środka 

niczym  wiosenna  burza.  -  Mamy  się  domyślać  po  dymie  ulatującym  z  komina,  że  już 

wróciliście?! 

Zamilkła, zatrzymała się w progu, ale po chwili opanowała się i podeszła do Ailo. 

- Witaj, Ailo! - rzekła. 

- Nie zostanę tutaj długo - wyjaśnił pośpiesznie, przytrzymując jej dłoń i wpatrując się 

tak, jakby chciał utrwalić każdy najdrobniejszy szczegół jej wyglądu i zachowania, by potem 

w samotności móc rozpamiętywać tę chwilę. 

- Co słychać na Hailuoto? Jak tam Maja? Knut? A dzieciaki? - zasypała ich pytaniami 

Ida. 

W odpowiedzi usłyszała ciszę. 

Gwałtownie  umilkła,  wyczuwając  napięcie  u  przybyłych.  Zauważyła,  że  Matti  nie 

wrócił jeszcze do swojej chaty, i wydało jej się to dziwne. 

- Stało się coś złego? - zapytała ostro, patrząc po twarzach bliskich. - Coś z Mają? 

- Maja nie żyje - odpowiedziała Raija. Ailo w jednej chwili był przy Idzie, posadził ją 

na ławie i siadł obok. Przypomniał sobie, ile razy tak tu siedzieli razem. Objął Idę ramieniem i 

pogłaskał po włosach. Tak, dobrze pamiętał, jakie są miękkie... 

Jego  serce  napełniło  się  czułością.  Na  krótki  moment  zapomniał  o  wszystkim.  Ale 

zaraz ocknął się i rozejrzał dokoła. 

Wyczytał ostrzeżenie w twarzy Reijo. 

Troskę w twarzy Raiji. 

Matti spoglądał zrezygnowany. 

A Anna Kajsa... 

Ailo  puścił  Idę  i  zerwał  się  na  równe  nogi.  Stanął  przy  palenisku  z  rękami 

skrzyżowanymi na piersi, nie patrząc na nikogo. 

-  Jak  to  się  stało?  -  zapytała  Ida  i  wybuchnęła  płaczem,  choć  nie  znała  jeszcze  całej 

prawdy. 

Reijo i Raija popatrzyli po sobie, po czym Reijo usiadł przy córce i uczynił to, czego 

nie mógł Ailo: wziął ją w ramiona i głaszcząc po głowie, rzekł: 

- Mama ci wszystko opowie, Ido! 

background image

Raija przełknęła ślinę, czując, jak zasycha jej w gardle, ale opowiedziała wszystko po 

kolei  do  momentu,  do  którego  sięgała  pamięcią.  Dalej  opowieść  przejął  Ailo,  a  na  koniec 

Reijo,  który  odchrząknął  i  niskim  głosem  odtworzył  ostatnie  zdarzenia,  potrzebne,  by 

uzyskała obraz całości. 

Ida płakała, a kiedy zabrakło jej łez, wychlipała: 

-  Nikt  tego  nie  mógł  przewidzieć.  Ale  wydaje  mi  się  takie  niesprawiedliwe,  że  to 

zdarzyło się teraz, kiedy Maja wreszcie była szczęśliwa... Powinna żyć długie lata i zestarzeć 

się w tym pałacu. Tak,  by w końcu „panią na  Hailuoto” nazywali ją nawet ci, którzy  ciągle 

wypominali jej pochodzenie. - Ida uśmiechnęła się, mrużąc powieki. - Pomyślcie, jaką byłaby 

cudowną staruszką! 

- Starszą panią - poprawił ją Ailo, który opanował już pierwsze wzruszenie na tyle, że 

mówił  z  większą  swobodą.  Dobrze  wiedział,  że  nie  wolno  mu  pogrążać  się  w  marzeniach. 

Znał  swoje  miejsce.  -  Doprowadzałaby  służbę  do  szaleństwa  -  dodał.  -  Nadal  by  bowiem 

osobiście szorowała piaskiem podłogi ta „pani na Hailuoto”. 

Rozbawieni, uśmiechnęli się przez łzy, wspominając Maję. 

-  Co  on  tu  robi?  -  zapytał  Sedolf,  rozgrzebując  żar,  by  podłożone  brzozowe  polana 

rozpaliły się płomieniem. 

Kiedy Ida wróciła z chaty na cyplu, przyniosła do domu wiele nowin, którymi musiała 

się natychmiast podzielić z mężem. 

- Czyżbyś był zazdrosny? - zapytała, patrząc na Sedolfa ze zdumieniem znad robótki. 

Dziergała właśnie na drutach sweter dla niego. 

Sedolf nie traktował tego jednak jako dowodu miłości, gdyż uważał, że kobieta, która 

nie umie szyć i dziergać ubrań dla swojego męża, nie nadaje się na żonę. 

- Masz ku temu jakieś powody, Sedolfie? 

- Mam? - zapytał, wzruszając ramionami. 

- Kiedy byliśmy na Hailuoto, zdawałeś się taki wspaniałomyślny... 

Sedolf  przyznał  jej  w  duchu  rację,  przypominając  sobie  własną  postawę.  Ale 

wówczas, w Finlandii, byli w gościnie. Prawda, że odkrycie, iż Ailo żyje, stanowiło dla nich 

duży szok. Zdążyli przecież dopiero co po długim czasie pogodzić się z jego śmiercią. Ale to 

działo się daleko od domu, w innym kraju. W innym świecie. Bo Hailuoto i arystokratyczna 

rodzina  Runefeltów  to  dla  prostych  rolników,  jak  Ida  i  Sedolf,  inny  świat.  Na  co  dzień  żyli 

wszak skromnie, zadowalając się tym, co potrafili wytworzyć pracą swoich rąk, i nie mieli ja-

kichś  szczególnych  wymagań.  Podobnie  jak  żyjący  w  ich  otoczeniu  sąsiedzi,  rodzina, 

mieszkańcy wioski. 

background image

Na  wyspie  w  Zatoce  Botnickiej  znajdował  się  inny  świat,  w  którym  Ailo  siedział 

uwięziony przez własny los. Sam zrezygnował ze swojego wcześniejszego życia. Dla Sedolfa 

mężczyzna,  który  zażądał,  by  uważać  go  za  zmarłego,  który  wybrał  obcy  port,  nie  stanowił 

zagrożenia. 

Wiedział przecież, że on wnet wyjedzie z Idą i jej synkiem stamtąd, a Ailo zostanie na 

Hailuoto i nie pojawi się w ich codzienności. 

Teraz, kiedy Ailo powrócił i przebywał na cyplu, sprawy się miały inaczej. 

Sedolf jednak, mimo że czuł się zagrożony, lubił Ailo. Kiedyś przyjaźnili się nawet, a 

i teraz w pewnym sensie był mu przyjacielem. 

W pewnym sensie. 

Prawdziwym  bliskim  przyjacielem  nie  stanie  się  nigdy.  Bo  zawsze  będzie  stać 

pomiędzy nimi Ida. 

-  Ailo  wydawał  się  tak  blisko  związany  z  Williamem  -  rzekł  Sedolf.  -  Dziwi  mnie 

więc, że zdecydował się wyjechać z Hailuoto w tak trudnej dla Williama chwili. 

-  Powiedział,  że  opuścił  Zatokę  Botnicką  na  zawsze  -  odparła  Ida,  nie  podnosząc 

wzroku  znad  drutów.  Sedolf  przez  cały  czas  sądził,  że  chodzi  tylko  o  krótką  wizytę. 

Doskonale wiedziała więc, jak przyjmie tę wiadomość. 

- Przecież on nie może się tutaj osiedlić! - zawołał wzburzony. 

-  Nie  -  przyznała  mu  rację  Ida,  choć  Bogiem  a  prawdą  nie  wiedziała,  jakie  Ailo  ma 

plany.  Wydawało  jej  się,  że  dopytywanie  się  o  to  byłoby  niestosowne.  Dziwne...  Kiedyś 

mówili sobie wszystko. 

Czasami  trudno  jej  było  sobie  wyobrazić,  że  w  ogóle  istniało  jakieś  kiedyś.  Jakby 

chodziło o dwoje zupełnie obcych ludzi. 

-  Z  pewnością  będzie  chciał  zobaczyć  Mikkala  -  rzekła  Ida.  -  Nie  możemy  mu  tego 

zabronić. 

- Oczywiście - odparł Sedolf, akurat w tym nie widząc problemu. Umówili się wszak, 

ż

e kiedyś, gdy Mikkal dorośnie, dowie się, kto jest jego prawdziwym ojcem. 

-  On  chce  też  zobaczyć  grób  małej  Raiji.  Sedolf  rozumiał  Ailo,  ba,  cenił  jego 

charakter. 

- Czy mógłbyś tam z nim pojechać? - zapytała nieoczekiwanie Ida, podnosząc na męża 

błagalny  wzrok.  -  Ja  nie  dam  rady,  Sedolfie,  przeżywać  tego  raz  jeszcze.  Z  takim  trudem 

uporałam się z mrocznym smutkiem i żałobą po stracie małej. Nie chcę do tego wracać. A te-

raz,  kiedy  dowiedziałam  się  o  śmierci  Mai,  i  tak  wszystko  we  mnie  na  nowo  odżyło.  Znam 

background image

Ailo,  dla  niego  to  także  będzie  trudne.  Nie  mogę  jechać  z  nim  na  cmentarz  Karnes.  Albo 

pojedziesz ty, albo tata. Ale uważam, że ty jesteś najbardziej powołany, by z nim to dzielić. 

- Pojadę na Karnes z Ailo - odrzekł Sedolf, wzruszony prośbą Idy. 

Chyba zresztą miała rację, uważając go za najodpowiedniejszą osobę. 

- Czy żałujesz tego, co było między wami? - zapytał nagle, przystawiając bliżej stołek 

i siadając naprzeciwko niej. Ich kolana dotykały się. Lubił być blisko żony. 

Ida pokręciła głową. 

- On jest już kimś innym. I nie chodzi tylko o zmienioną przez poparzenia twarz. On 

stał się innym człowiekiem tam, na południu. Gdybym tęskniła za tym, co było między nami, 

nie zostałabym z tobą, tylko odeszłabym do niego. 

Sedolf  spuścił  głowę,  zawstydzony  tkwiącą  gdzieś  w  nim  głęboko  zazdrością.  Nie 

wiedział,  czy  kiedykolwiek  zdoła  się z  nią  uporać.  Ostatecznie,  tłumaczył  sobie  w  myślach, 

jestem tylko człowiekiem. 

Odebrał Idzie robótkę i odłożył na podłogę. Chwycił ją za ręce i pogładził z czułością 

wnętrze jej dłoni. 

Przypomniało  mu  się,  jak  podśmiewał  się  z  niej  na  Hailuoto,  że  jeśli  tam  dłużej 

pobędą, to zmieni się w wielką panią i będzie miała jedwabiste dłonie, jakich pozazdroszczą 

jej nawet arystokratki. 

Ida  nadal  miała  miękkie  dłonie.  Może  nie  jak  jedwab,  ale  najgładsze,  jakich 

kiedykolwiek dotykał. 

-  Dlaczego  wybrałaś  właśnie  mnie?  -  zapytał  z  nagłą  powagą,  a  jego  brązowe  oczy 

zalśniły, odbijając dręczącą go niepewność. Wyglądał jak młody chłopak. 

- Uznałam, że ujdziesz w tłoku - odpowiedziała Ida jak zwykle i uśmiechnęła się. 

Takie  rozmowy  bowiem  stanowiły  element  gry,  jaką  ze  sobą  prowadzili.  Ida  nie 

pojmowała jednak, dlaczego Sedolf wyciąga to teraz, w takim momencie. Czy nie rozumie, że 

ona nie ma ochoty na takie zabawy? Nie pojmuje, jak głęboką rozpacz nosi w sercu? 

Przecież Maja nie żyje! 

-  Wybacz,  Sedolfie,  ale  tego  nie  da  się  obrócić  w  żart  -  rzekła.  -  Proszę,  nie  teraz! 

Przepełnia mnie taki smutek! Wydawało mi się, że wreszcie dorosłeś i potrafisz to zrozumieć! 

Puścił jej dłonie i zerwał się gwałtownie, przewracając stołek, na którym siedział. 

Odszedł bez słowa, ze spuszczoną głową. Nie spojrzał nawet na nią, otwierając drzwi 

do pokoju gościnnego. 

background image

Zwykle  nie  ogrzewali  tego  pomieszczenia  w  czasie  zimy,  ale  ostatnio  Ida  paliła  tam 

raz po raz w piecu, by utrzymać znośną temperaturę. Spodziewała się bowiem, że niebawem, 

gdy zacznie się jarmark, ktoś może poprosić o nocleg. 

Gościnność  Ida  wyniosła  z  domu.  Drzwi  chaty  na  cyplu  zawsze  stały  otworem  dla 

tych,  którzy  szukali  schronienia.  Reijo  nigdy  nie  brał  zapłaty  za  gościnę,  nigdy  też  nie 

ż

ałował, że kogoś przygarnął. 

Jego chata rozbrzmiewała głosami ludzi i czuło się w niej ciepło i przyjaźń. 

Sedolf uśmiechnął się pod nosem. 

Dobrze wiedział, że nie dorównuje ojcu Idy. Reijo potrafił wytworzyć taką atmosferę, 

ż

e  w  chacie  na  cyplu  wszyscy  czuli  się  dobrze,  a  goście  potrafili  to  docenić  i  nigdy  nie 

uczynili  niczego,  co  mogłoby  przyczynić  strat  gospodarzowi.  Reijo  zaprzyjaźnił  się  z 

przeróżnymi ludźmi i wszystkich traktował jednakowo. Nie zwracał uwagi na to, czy ktoś jest 

biedny, czy bogaty ani jakim mówi językiem. 

Sam  posługiwał  się  trzema  językami  i  umiał  dostrzec  coś  dobrego  w  każdym 

człowieku, którego gościł w swoich czterech ścianach. 

W swoim domu był królem i ludzie to rozumieli. 

Podobało im się to. 

Sedolf położył się na ławie. W izbie nie było ciepło, ale też nie panował chłód. 

Czuł się dotknięty tym, że Ida źle go zrozumiała. Zwykle to się nie zdarzało. Czyżby 

tak pochłonął ją przyjazd Ailo, że nie zwracała uwagi na męża? 

Przecież on też cierpiał z powodu śmierci Mai! Lubił ją. Była to szczególna osoba, ale 

szanował ją i cenił. 

Kiedyś  Sedolf  nie  rozumiał  Simona.  Wiadomo  było  wszystkim,  że  Simon  został 

zmuszony do małżeństwa z Mają. Nikt nie ośmieliłby się zadzierać z Reijo, zwłaszcza gdy ten 

wpadał w gniew. Simon także nie ośmielił się mu sprzeciwić, grzecznie więc poprowadził do 

ołtarza Maję, która spodziewała się jego dziecka. Sedolf był wtedy wyrostkiem, ale pamiętał 

jak dziś, że nie potrafił zrozumieć, jak Simon w ogóle mógł zbliżyć się do Mai. 

Uważał,  że  jest  strasznie  brzydka,  a  jeszcze  dodatkowo  szpeciły  ją  blizny  na 

policzkach. On sam nie spojrzałby dwa razy na taką dziewczynę. 

A tymczasem Simon pomylił się co do Mai. Odcisnęła na nim swoje tak silne piętno, 

ż

e  nie  potrafił  o  niej  zapomnieć.  A  ona,  ta  brzydula,  z  którą  zabawiał  się  tylko  z  nudów, 

odkochała się i przestała żywić do niego gorące uczucia. 

background image

Sedolf  nie  miał  pojęcia,  że  można  kogoś  tak  bardzo  kochać.  O  pożądaniu  i 

zaspokajaniu  zmysłów  wiedział  wszystko.  Uganiał  się  za  dziewczynami  i  czerpał  z  tego 

nieograniczone rozkosze. Miał ich wiele. 

I wtedy pojawiła się Ida. 

I nadeszła wielka miłość. 

Wówczas dopiero Sedolf zrozumiał swojego kuzyna, Simona, bo też poza Idą już nie 

widział świata. A ponieważ tak bardzo pokochał Idę, inaczej też spojrzał na Maję i dopatrzył 

się także w niej wewnętrznego piękna. A jeszcze później polubił Maję. 

Taką jaka była. Jedyną w swoim rodzaju. 

Był pewien, że nigdy już nie spotka kogoś takiego jak ona. 

Reijo  zwykł  powtarzać,  że  swą  wyjątkowość  jego  córki  zawdzięczają  gorącej  krwi 

Alatalo, płynącej w ich żyłach, i było w tym dużo prawdy. 

Zaskrzypiały drzwi. Sedolf nie ruszył się z miejsca. Leżał, zakrywając ręką oczy. Nie 

zaskoczyło go przyjście Idy. Zawsze przychodziła. Musiałaby to być jakaś wyjątkowa kłótnia, 

ż

eby pierwsza nie wyciągnęła ręki na zgodę. A takie im się rzadko zdarzały. 

Sedolf  pomyślał  nagle,  że  Ida  ze  swym  gwałtownym  temperamentem  mogłaby 

postępować zupełnie inaczej. Mogłaby długo nosić w sercu urazę, nie dążąc wcale do zgody. 

Przeraziła go taka możliwość. 

- Sedolf? 

Stała  przez  chwilę  cicho.  W  izbie  było  tak  ciemno,  że  w  pierwszej  chwili  go  nie 

dostrzegła, a on nie należał do tych, co odpowiadają od razu. 

- Do diabła, Sedolf! Nie zachowuj się jak dziecko i odezwij się wreszcie! Co ty sobie 

myślisz? Mam tu może biegać i cię szukać? 

Kiedy  się  rozgniewała,  przypominała  furię.  Cokolwiek  zresztą  robiła,  wkładała  w  to 

całą siebie. 

Chyba to lubił w niej najbardziej. 

Równocześnie uświadomił sobie, że jest głupcem. Przecież znał dobrze Idę. Wiedział, 

czego może się po niej spodziewać. Nie była typem człowieka, który potrafi żyć w kłamstwie 

i przemilczeniach. 

Właśnie dlatego zawsze szukała pojednania po każdej sprzeczce. Dlatego, na przekór 

wrodzonej dumie, wyciągała rękę na zgodę. 

- Ja nie zawsze żartuję, Ido - odezwał się cicho, nadal zasłaniając oczy. Słyszał jednak 

jej kroki i czuł, że stoi nad nim. - A ty nie zawsze masz rację. Czasem zapominasz, że mnie 

background image

dobrze  znasz,  i  patrzysz  na  mnie  oczami  innych.  Nagle  przypomina  ci  się  to  wszystko,  co 

słyszałaś na mój temat. Jak cię ostrzegano przed tym nieznośnym Sedolfem Bakkenem. 

Ida usiadła przy mężu. Westchnęła i pogłaskała go po grzywce. Odsunęła jego rękę, z 

powagą napotkała jego spojrzenie i odpowiedziała: 

-  Bardzo  mi  przykro,  Sedolfie,  z  tego  powodu.  Jesteśmy  tacy  różni.  Ja  w  smutku 

zamykam  się  w  sobie,  ty  szukasz  innych.  Rozpaczamy  tak  samo,  tylko  w  różny  sposób  to 

okazujemy.  Zdarza  się,  że  o  tym  zapominam.  Ale  nie  chciałam  cię  urazić.  Wybacz  mi, 

Sedolfie! 

Pocałowała  wnętrze  jego  dłoni,  a  on  zacisnął  ręce,  jakby  chciał  zatrzymać  te 

pocałunki. 

-  Mnie  też  będzie  bardzo  brakowało  Mai  -  rzekł.  -  A  przybycie  Ailo  napełnia  mnie 

lękiem. Odnoszę wrażenie, że wdarł się na nasz grunt, na mój... Tyle mam do stracenia, Ido! 

To  naturalne,  że  się  boję.  Nie  waham  się  tego  wyznać,  mimo  że  nie  przystoi  mężczyźnie 

przyznawać się do strachu. 

Ida pogłaskała go po twarzy. Wydawało mu się, że widzi, jak się uśmiecha. 

-  Łatwo  było  być  wspaniałomyślnym  daleko  od  domu,  prawda?  Teraz  jest  trudniej? 

Póki Ailo trzymał się z daleka, mogłeś udawać, że cię to nie dotyczy. Tak, Sedolfie? 

-  Nie  wiem  -  odparł  ponuro,  mocno  ściskając  jej  dłoń.  -  Wiem  tylko,  że  wolałbym 

umrzeć niż stracić ciebie, Ido. Ty i Mikkal jesteście całym moim światem. Może nie uchodzi, 

by mężczyzna czynił takie wyznania, ale mówię to, co czuję. 

- Uważam, że takie wyznania ani trochę nie uchybiają twojej męskości, kochany. 

Nachyliła się i objęła go mocno za szyję. 

-  Jesteś  jedynym  mężczyzną,  którego  pragnę.  Wybrałam  cię  nie  dlatego,  że  wydałeś 

mi się miły, nie dlatego, że udowodniłeś, iż masz w spodniach, co trzeba, i potrafisz się tym 

posługiwać,  nie  dlatego,  że  umiesz  gładko  przemawiać.  Nie!  Wybrałam  cię,  Sedolfie,  po-

nieważ  cię  pokochałam.  Bóg  jeden  wie,  jak  to  się  stało,  ale  naprawdę  cię  pokochałam. 

Wybrałam cię dlatego, że nikt inny nie uczynił mnie szczęśliwszą, radośniejszą i kochaną, a 

czasami wściekłą. Wybrałam cię przekonana, że życie u twego boku nigdy mi się nie znudzi, 

ż

e będziesz wiedział zawsze, co powiedzieć, kiedy mnie zabraknie tematu... Więc, do cholery, 

powiedz coś, człowieku! Bo jeszcze pomyślę, że się pomyliłam! 

- Słowo się rzekło! Za późno, żeby żałować - rzekł Sedolf, pocałował ją i przyciągnął 

do siebie. Obrócił się, trzymając ją w ramionach, tak że teraz ona leżała na ławie. 

Włosy upięte w kok poluzowały się, ale pozostawił je takie potargane, nie zważając na 

spinki i szpilki wystające niebezpiecznie z ognistej czupryny. 

background image

- Noszę w sobie poczucie winy wobec Ailo - wyznał, pochylając głowę, bo wydawało 

mu się, że zabrzmiało to głupio. - Pamiętasz, wtedy na płaskowyżu nie wiedzieliśmy jeszcze, 

ż

e  on  nie  żyje.  Ten  zupełnie  pierwszy  raz,  kiedy  się  kochaliśmy.  Nie  zważałem  na  nic. 

Pragnąłem cię, chciałem cię mieć za wszelką cenę. Dlatego tak tym wszystkim pokierowałem. 

Nie myślałem w ogóle, co będzie potem. Nie myślałem o żadnym potem. Chciałem ciebie w 

tamtej chwili. Niezależnie czy byłaś jego, czy niczyją żoną. Rozumiesz, Ido? Wziąłem to, co 

należało do niego. 

Ida nie wyśmiała go, ale położyła mu palec na ustach, uciszając go w ten sam sposób, 

jak uciszała synka. 

- Rozmawialiśmy już kiedyś o tym - rzekła po cichu z powagą. Ona też nie żartowała. 

- Nie pamiętasz, Sedolfie? 

Oczywiście, że pamiętał. Pocałował jej policzki, czoło, ale ona odsunęła go od siebie 

na odległość ramion. Chciała mu wyjaśnić wszystko do końca. Musiała. 

-  Niczego  nie  wziąłeś.  Dostałeś  to.  To  duża  różnica.  Nie  powinieneś  czuć  się  winny 

wobec Ailo. Nie jestem już związana z Ailo, ale z tobą. Twoje i moje życie to jedno. 

Dobrze było usłyszeć to od niej, ale  czuł, że nigdy do końca nie zdoła pozbyć się  w 

pełni poczucia winy, że wszedł na cudzy grunt. 

-  A  poza  tym,  Sedolfie,  nie  jestem  niczyją  własnością.  Ja  to  ja  -  oznajmiła  Ida 

stanowczo.  -  A  teraz,  jeśli  natychmiast  czegoś  nie  przedsięweźmiesz,  to  stracę  kompletnie 

ochotę na to, po co tu przyszłam. 

-  Stracisz  ochotę?  Ty?  -  zapytał  i  podwinąwszy  jej  spódnicę,  przesunął  dłonią  po 

wewnętrznej stronie uda żony. 

Uśmiechnął się, rozpiął spodnie i wszedł w nią gładko. 

Potem  wziął  Idę  na  ręce  i  zaniósł  do  małżeńskiego  łoża.  Rozebrał  ją  i  sam  zdjął 

ubranie. A kiedy przykryli się kocami, zapytał cicho: 

- Czy nadal obawiasz się, że stracisz ochotę? 

- Proszę cię, kochaj mnie! I pozwól mi kochać siebie - wyszeptała. 

Kiedy Sedolf już zasnął, leżała z głową opartą na jego piersi, nawijając na palce jego 

ciemne loki, i wsłuchiwała się w jego spokojny oddech. 

Wiedziała, że go kocha. 

Zrozumiała też, jak cenna jest każda spędzona we dwoje chwila. Poczucie wspólnoty. 

Dom, który razem tworzyli. 

Leżała tak i odświeżała wspomnienia schowane głęboko na dnie serca. Wszystkie jego 

uśmiechy,  od  tego  zupełnie  pierwszego,  kiedy  żadne  z  nich  nie  miało  pojęcia,  jak  wielka 

background image

połączy  ich  miłość.  Myśli,  jakie  z  nią  dzielił,  chwile  słabości,  kiedy  odważył  się  przed  nią 

odsłonić. Chwile, kiedy się wzajemnie wspierali i obdarowywali siłą. 

Może  dopiero  teraz  w  pełni  sobie  uświadomiła,  jak  bardzo  go  kocha.  Teraz,  gdy  tak 

znienacka spadła na nią wiadomość o śmierci Mai. Bo przecież Maja też była kochana, sama 

darzyła miłością, była matką. 

Nikt  nie  wie,  jak  długo  będzie  mu  dane  żyć.  Nikt  nie  może  zaplanować  sobie,  ile 

jeszcze w życiu zrobi. 

Nikt nie dostał nieograniczonego czasu. 

Ida  zrozumiała  to  i  przyrzekła  sobie,  że  w  każdej  chwili  u  boku  Sedolfa  będzie  żyła 

pełnią życia. Nie chce zapominać, że każdy dzień jest darem. 

- Kocham cię, Sedolfie - rzekła i postanowiła powtórzyć mu to samo, kiedy się obudzi. 

background image

13 

Na jarmark ludzie zjeżdżali się ze wszystkich stron i sprzedawali wszystko, co tylko 

potrzebne  było  w  gospodarstwie:  mięso  i  ryby,  dziczyznę,  futerka,  rękawice  i  skarpety, 

poroża  i  skóry  z  renów,  sól,  masło,  tkane  barwne  taśmy  i  odzież,  chustki,  suszone  owoce 

południowe, cukier, śledzie. 

I bimber. 

- Przykro patrzeć - stwierdził Rei jo, przemierzając plac targowy razem z Ailo. 

Panował  ostry  mróz,  więc  ludzie  nie  zwracali  uwagi  na  to,  że  towarzysz  Reijo  ma 

twarz do połowy zakrytą maską. Tym bardziej że Ailo postawił wysoko kołnierz, zza którego 

prawie  nie  było  go  widać.  A  jeśli  ktoś  zatrzymał  się,  by  się  przywitać,  Reijo,  przedstawiał 

Ailo  jako  znajomego  z  Finlandii,  który  uległ  ciężkiemu  poparzeniu.  Ludzie  przyjmowali 

wyjaśnienie ze zrozumieniem, nie wnikając w szczegóły. Znali Reijo i ufali mu. Wiedzieli, że 

potrafi  dobierać  przyjaciół.  Zresztą  nieznajomy  wydawał  się  sympatyczny,  a  ponieważ  na 

jarmarku tyle różności przyciągało spojrzenie, długo nie zaprzątali sobie obcym głowy. 

- Wódka tu, na północy, stała się wielkim problemem - rzekł Reijo zatroskany. 

Ailo  pokiwał  głową.  Smutno  było  patrzeć,  jak  niektórzy  większość  zarobku  za 

sprzedane  towary  topią  w  alkoholu.  Była  to  ich  jedyna  rozrywka.  Wlewali  w  siebie  tyle 

bimbru, ile się dało. 

Na ogół odwiedzający targowisko nie zwracali na nich uwagi, jeśli było trzeba, omijali 

ich  albo  wprost  przechodzili  po  nich,  gdy  zagradzali  drogę,  a  jeśli  usłyszeli  za  sobą  wiązkę 

przekleństw, udawali, że nie słyszą. 

- Tylu pijanych Lapończyków - odezwał się Ailo zdruzgotany, rozglądając się wokół. 

Ubrani  w  dorki  i  spodnie  ze  skórzanymi  nagolennikami  mężczyźni  zataczali  się  lub  leżeli, 

ś

ciskając butelki po bimbrze i wodząc nieprzytomnym spojrzeniem. 

To był bardzo przykry widok. 

Ailo uświadomił sobie naraz, że długo nie było go w rodzinnych stronach. Wiele się 

od  tego  czasu  zmieniło,  zapanowały  nowe  obyczaje.  Pamiętał,  że  i  za  jego  czasów  wśród 

Lapończyków kosztowało się mocniejszych trunków, ale nie w taki sposób. 

- Nie tylko Lapończyków, ale też wielu ubogich rybaków i rolników - uświadomił mu 

Reijo. - Nie wszyscy mają na sobie futrzane dorki. 

- Dlaczego tak się dzieje? 

background image

- Niektórym na  rękę jest płacić wódką - odrzekł  Reijo, a w jego  głosie pobrzmiewał 

gniew. - Biedacy nie są świadomi, że to jest skierowane przeciwko nim. Gdy ktoś haruje od 

ś

witu do nocy, to kusi go, by choć na chwilę zapomnieć. A kiedy nałóg nim zawładnie, jest 

już  za  późno.  Niejeden  przez  wódkę  stracił  to  niewiele,  co  posiadał.  Będzie  takich  coraz 

więcej. A to, co tutaj widzisz, Ailo, nie daje jeszcze pełnego obrazu sytuacji. O wiele trudniej 

się z tym pogodzić, gdy widzi się tu pijanych na co dzień. Bo na jarmarku, jak świat światem, 

zawsze  ludzie  lubili  sobie  wypić.  Przepijano  udany  handel,  świętowano  ze  znajomymi, 

których nie spotykano o innych porach roku. 

-  Niczego  takiego  nie  pamiętam  -  rzekł  Ailo  zdruzgotany.  -  A  przecież  nie  byłem 

aniołem. 

Reijo uśmiechnął się. 

-  My  też  sobie  wychylimy  kieliszek.  W  końcu  mamy  jarmark  i  trzeba  to  uczcić  - 

obiecał. - Posmakujemy bimbru, chłopcze. Ale nie tu i nie tego, który tu sprzedają. 

-  Muszę  się  rozejrzeć  za  czymś  dla  Anny  Kajsy  -  rzekł  Ailo.  -  Może  kupię  jej 

jedwabną chustkę z frędzlami? Zasłużyła na coś ładnego. 

-  Czy  dokonaliście  słusznego  wyboru?  -  zapytał  nieoczekiwanie  Reijo.  -  Dla  Anny 

Kajsy to duża zmiana. Czy zdoła przywyknąć? 

- Do Hailuoto także musiała się przyzwyczaić - odparł Ailo krótko. 

-  Ale  tu  będzie  jej  trudniej.  Tam  jednak  miała  krewnych.  Tu  wszystko  jest  dla  niej 

nieznane. 

- Ale równocześnie otrzyma szansę, by życie zacząć od nowa. 

- Nie będzie to dla niej zbyt trudne? 

- Nie wiem. Ailo był całkowicie szczery. 

- Kiedy zaraz po śmierci Mai wyjaśniłem jej, co  zamierzam, powiedziała mi: „Pójdę 

tam, dokąd ty idziesz”. Złożyła w moje ręce całe swoje życie. Zaufała mi ślepo, wierząc, że 

podejmę  właściwą  decyzję.  A  ja  sam  nie  wiem,  czy  słusznie  postępuję.  Czy  dokonałem 

dobrego  wyboru,  tak  dla  niej,  jak  i  dla  siebie...  Do  lata  na  szczęście  zostało  jeszcze  trochę 

czasu - rzekł Ailo. - Zdążymy się oswoić z tą myślą. 

Reijo  poszedł  razem  z  Ailo  szukać  prezentu  dla  Anny  Kajsy.  Ailo  wybrał 

jaskrawozieloną  chustkę.  Reijo  również  był  zdania,  że  w  tym  kolorze  będzie  do  twarzy 

przyrodniej siostrze Williama, choć powątpiewał, czy ona sama wybrałaby właśnie tę barwę. 

Była taka ostrożna i cicha, nie lubiła rzucać się w oczy. Stanowiła dokładne przeciwieństwo 

Idy. 

background image

Reijo, patrząc na chustę, pomyślał mimo woli, że jego córka prezentowałaby się w niej 

wspaniale. Zastanawiał się nawet, czy Ailo też doszedł do takiego wniosku. 

Reijo  przypomniał  sobie  spotkanie  Ailo  i  Idy  poprzedniego  dnia  i  zadrżał.  Przyszło 

mu na myśl, że może nie było rozsądne z ich strony pozwolić Ailo i jego nowej żonie wrócić 

tu razem z nimi. Na Hailuoto nie wydawało się to niebezpieczne. Lękali się jedynie, że ktoś 

może rozpoznać Ailo, zapomnieli zaś o niebezpieczeństwie tkwiącym w nim samym. 

Reijo postanowił pomówić o tym z Raiją. Szczęścia  Idy  gotów był bronić wszelkimi 

ś

rodkami. 

-  Reijo  Kesaniemi,  a  niech  to!  -  usłyszał  nagle  z  daleka.  Odwrócił  się  w  stronę 

brzmiąco  znajomo  głosu  i  spojrzał  wprost  na  Andersa  syna  Pawy,  rodzonego  brata  Siggi. 

Wuja Ailo. 

Reijo otworzył usta, by  wyrazić zaskoczenie i radość lub powiedzieć cokolwiek, aby 

uprzedzić, jaką ma dla niego wielką niespodziankę. Ale Anders w tej samej chwili zauważył 

Ailo. 

Podszedł  do  niego  wolnym  krokiem  i  nie  rzekł  słowa,  póki  nie  znalazł  się  tuż  przy 

nim. 

Ailo także milczał. 

-  A  więc  to  tak  -  rzekł  Anders,  w  tych  paru  słowach  stwierdzając,  że  rozpoznał 

siostrzeńca i zaakceptował to, co zdawało się niemożliwe. - Słyszałem, że podobno umarłeś - 

dodał  tym  samym  tonem.  -  Tymczasem  stoisz  tu przede  mną.  Masz  sylwetkę  swojego  ojca, 

identyczny chód, a oczy mojej siostry. Miałbym nie rozpoznać krewnego? 

-  Nie  mylisz  się  -  odparł  Ailo  i  opuścił  kołnierz,  pokazując  maskę.  -  Pod  spodem 

niewiele zostało - wyjaśnił. - Jestem prawie umarły. W każdym razie ten, którym byłem, nie 

ż

yje... 

-  Do  diabła!  -  Anders  podszedł  blisko  i  rozłożył  ramiona.  Nic  więcej  nie  mówiąc, 

uściskał swojego siostrzeńca, który tak długo był nieobecny. 

-  Dobrze  cię  widzieć,  kimkolwiek  jesteś.  Tak  czy  inaczej  pozostałeś  synem  Siggi. 

Jestem  twoim  wujem  niezależnie  od  wszystkiego.  Czyżbyś  zapomniał  o  więzach  krwi? 

Zapomniałeś swój lud? 

Ailo pokręcił głową ze smutkiem w oczach. 

-  Jesteś  sam?  -  zapytał  Andersa  Reijo.  Okazało  się,  że  nie.  Przybył  z  kilkoma 

ziomkami z siidy z północnego wschodu. 

background image

-  Ale  nie  prowadzamy  się  za  rączkę  -  zaśmiał  się.  -  Nigdy  nie  odmawiałem,  kiedy 

Reijo  Kesaniemi  zapraszał  mnie  do  siebie  na  cypel.  Tym  razem  także  nie  odmówię. 

Domyślam się, że tam się zatrzymał mój siostrzeniec? 

- Tak, tam się zatrzymałem. Maja nie żyje, Anders. Pamiętasz ją? 

- Córka Mikkala i Raiji? Twoja siostra? Ailo pokiwał głową. 

- Miałeś żonę, Ailo. Zdaje się, że ona po tym wszystkim wyszła za mąż. Co się dzieje 

na ścieżkach, po których stąpasz? 

- Mów do mnie Axel - poprawił go Ailo. - Tutaj Ailo nie żyje. 

Anders zamilkł. A Reijo wyprowadził ich z targowiska, gdzie kręciło się wiele osób. 

Uznał, że za dużo tu ciekawskich uszu. Bał się,  że jeśli ktoś ich podsłucha, zaczną się duże 

kłopoty. 

Anders zaniemówił, kiedy, zasiadłszy przy solidnym stole w chacie Reijo, usłyszał, co 

się naprawdę zdarzyło. 

Ale największego szoku doznał, kiedy z ciemnego kąta za piecem wyłoniła się kobieta 

i powoli podeszła ku niemu. Wyciągając obie ręce, uśmiechnęła się szeroko i zapytała: 

- Pamiętasz mnie, Antę? 

Czy pamiętał? 

Anders  spojrzał  na  Reijo,  który  udawał  obojętnego,  ale  kąciki  ust  unosiły  się  mu 

figlarnie. Z trudem powstrzymywał się przed wybuchem śmiechu. 

- Masz dla mnie jeszcze więcej niespodzianek? - zapytał Anders oszołomiony. - Może 

jeszcze ktoś z umarłych wrócił z zaświatów? 

- Póki co, nie - przyrzekł Reijo. 

- Nie dasz mi nawet buziaka! - pożaliła się Raija. 

- Oczywiście, że dam, i to chętnie, Raiju Mikkala... Kiedy już się uściskali i nasycili 

oczy swoim widokiem. 

Anders zreflektował się i powiedział przepraszająco: 

- Wiem, że nie jesteś już Raiją Mikkala, ale zawsze o tobie tak myślę i chyba nigdy w 

ż

yciu nie nazwę cię inaczej. 

- Raija jest moją żoną - oznajmił Reijo. 

- Nie może być! - Anders po raz kolejny pokręcił głową z niedowierzaniem. 

-  Chyba  już  nic  więcej  nie  jest  mnie  w  stanie  zdziwić  -  rzekł.  -  Ale  wszystko  jedno. 

Niech  sobie  będzie  nawet  twoją  żoną!  Raiją  Reijo  jej  i  tak  nie  nazwę.  Zresztą  to  nawet 

kiepsko brzmi. Można sobie język połamać. 

- Nie, Raiją Reijo to ona nie jest - rzekł cicho Reijo. 

background image

Anders nie zamierzał go zranić, po prostu wyrwało mu się to, co uważał za oczywistą, 

aczkolwiek może bolesną prawdę. 

- Raija zawsze była sobą - rzekł Anders. Niechętnie wypuścił ją z objęć. - Zdaje się, że 

czeka nas dzisiaj długa noc bez snu - stwierdził. - Musicie mi wszystko opowiedzieć. Gdzieś 

ty była? - pytał, nie spuszczając wzroku z Raiji. 

- O, to długa historia - odparła. - Opowiem ci ją później. Najpierw musisz wysłuchać 

innych. A i ty musisz nam opowiedzieć o sobie, Antę. 

Używała lapońskiego zdrobnienia jego imienia. Jakąż radością dla niej było spotkanie 

z kimś, kto dorastał wraz z nią. Z nim mogła się zanurzyć w krainę dzieciństwa. On pamiętał 

zapewne zdarzenia, o których ona sama zdążyła zapomnieć. Zdawało jej się to cudem. 

-  Jesteś  ciągle  tak  samo  piękna  -  oznajmił  Anders.  Dotknął  dłonią  policzka  Raiji  i 

musnął jej włosy. - Przecież przez ten czas przybyło ci także lat, ale nie widać tego po tobie. 

Mój  brat  oglądał  się  już  za  tobą,  kiedy  byłaś  trzynastoletnim  dziewczęciem.  On  i  Mikkal 

patrzyli na siebie bykiem, wzajemnie się pilnując. Ty wtedy nic z tego nie rozumiałaś. Aslak 

dobrze wiedział, czego chce, a Mikkal sam siebie oszukiwał. To było tak dawno, Raiju. A ty 

ciągle jesteś równie piękna! Nawet Reijo się roześmiał. 

- Teraz to już przesadzasz, Antę - rzekła Raija, ale jego podziw mile ją połechtał. Był 

dla niej szczególnie cenny, bo wiedziała, że płynął wprost ze szczerego serca. 

-  Pamiętam,  jak  Aslak  poszedł  za  tobą  tamtego  ostatniego  lata,  kiedy  wypasaliśmy 

renifery na naszych pastwiskach na płaskowyżu. Przypominasz sobie? 

Raija  pokiwała  głową,  niemal  czując  w  ustach  słodki  smak  moroszek,  bagiennych 

malin.  Była  sama,  gdy  nadszedł  Aslak.  Miał  siedemnaście  lat.  Może  i  był  przystojny,  nie 

pamiętała, nie potrafiła odtworzyć z pamięci jego twarzy. Zapytał, czy zauważyła, że ku niej 

spogląda. Wiedziała, owszem. Ze wie zapewne, czego od niej chce. Tego akurat nawet się nie 

domyślała. 

Miała trzynaście lat. 

Tylu spraw nie rozumiała. 

Przestała już być dzieckiem, ale jeszcze nie była dorosła. 

Dojrzewała w niej kobieta, która jeszcze nie dotknęła owej tajemnicy. 

Nie miała pojęcia, czego Aslak od niej chce. Lubiła go, ale nie bardziej niż innych. A 

nawet nie w połowie tak bardzo, jak lubiła Mikkala. 

Mikkal był jej przybranym bratem. 

Aslak próbował ją pocałować. Pewnie by się to mu nawet udało, gdyby nie nadszedł 

Mikkal. 

background image

Szarpnął wówczas Aslaka i w jej obronie rzucił się na niego z pięściami. 

Raija  pamiętała  słowa  Aslaka.  Były  takie  prawdziwe,  chociaż  do  niej  nie  docierał 

wówczas ich głębszy sens. A Mikkal zaprzeczał im, jakby chciał oszukać samego siebie. On 

był już dostatecznie dorosły. Miał dziewiętnaście lat. 

„Chcesz ją mieć dla siebie!” - rzucił mu Aslak ostro i niechętnie. 

„Nigdy więcej tak nie mów, Aslak!” - warknął Mikkal, powaliwszy go na ziemię. W 

tamtym czasie tak łatwo wpadał w gniew. Później nauczył się bardziej panować nad sobą. - 

„Nawet tak nie myśl! Raija jest moją młodszą siostrą i masz się od niej trzymać z daleka. Ona 

jest o wiele za dobra dla ciebie. Najlepiej będzie, jeśli to sobie zapamiętasz...” 

-  Aslak  w  każdym  razie  więcej  nie  próbował  -  uśmiechnął  się  Anders, 

opowiedziawszy  pokrótce  tę  historię,  którą  znał  od  brata,  a  którą  Raija  przeżyła  raz  jeszcze 

we wspomnieniach. 

- A ja się wtedy zastanawiałem, co, u diabła, jest w tobie ładnego - roześmiał się. - Nie 

rozumiałem,  dlaczego  Aslak  dał  się  tak  sprać  za  jeden  pocałunek,  którego  nawet  nie  zdążył 

skosztować. 

-  Miałeś  wtedy  piętnaście  lat  -  odparła  krótko  Raija.  -  Oboje  byliśmy  jeszcze  za 

młodzi, by to zrozumieć. 

- No, wiesz, z czasem to do mnie doszło - mrugnął do niej. - Ale wtedy to ty już byłaś 

Raiją Mikkala. 

Westchnął i odwrócił wzrok na swojego siostrzeńca. 

- Co ukrywasz pod maską? - zapytał. Ailo rozwiązał rzemyki i pozwolił masce opaść. 

Wszyscy obecni w chacie przywykli do widoku jego twarzy, ale Anders pobladł. 

-  A  taki  byłeś  urodziwy  -  wyrwało  mu  się.  Ailo  poszukał  spojrzeniem  Anny  Kajsy  i 

rzekł: 

- Pamiętasz, mówiłem ci, że kiedyś byłem urodziwy. A teraz sama słyszałaś, że mój 

wuj to potwierdza. 

-  Czy  sądzono,  że  umrzesz?  -  zapytał  Anders.  -  Noaida,  którego  Ida  wysłała  na 

poszukiwanie ciebie, mówił, że spotkał Roto. Mówił też o jakiejś ścianie nie do przebycia. 

- To Maja utworzyła wokół mnie taki mur - rzekł Ailo. - Była w końcu córką Raiji i 

mojego ojca. Wiele potrafiła. 

Anders  pokiwał  głową.  On  dużo  pojmował.  Wiedział  też,  że  Mikkal  był  blisko 

spokrewniony  ze  starą  Elle.  Ludzie  z  siida  nadal  pamiętali,  jakie  miała  nadzwyczajne 

zdolności. 

background image

-  Ale  że  zrezygnowałeś  z  Idy!  -  Anders  długo  wpatrywał  się  w  niego  i  omiótł 

spojrzeniem Annę Kajsę. 

- Choć nie mam nic przeciwko twojej żonie. 

- Zostawmy to! Nie mam ochoty o tym rozmawiać - odparł Ailo stanowczo. - Jest, jak 

jest. Nie ruszajmy tego. Ida dostała dokumenty potwierdzające, że Ailo syn Mikkala nie żyje. 

Wyszła za mąż już jako wdowa. Ida jest szczęśliwa, ma dobrego męża i swoje życie. Ja mam 

swoje z Anną Kajsą. - Ailo odetchnął głęboko i dodał: - Nie zamierzam tutaj pozostać, wuju. 

Myśleliśmy oboje, by ruszyć na wschód, a potem na północ. Wróciliśmy na dobre z Finlandii! 

- Zamierzasz wrócić? - zapytał Anders. - Do swoich? 

- Tak, do swoich! 

-  Planowaliśmy  ich  wyprawić  do  was  latem  -  wyjaśniła  Raija  łagodnie.  -  Mój  syn 

zabierze ich na pokład. 

-  A  co,  wypływa  kutrem  na  połowy?  -  zainteresował  się  Anders.  -  Tam  niewiele 

złowi... 

- Nie kutrem, lecz szkutą - wyjaśniła Raija. - Jeszcze wielu rzeczy nie wiesz, Anders. I 

nie dowiesz się, jeśli nie będziesz miał dość rozumu, by trzymać język za zębami i pozwolić 

nam opowiedzieć wszystko. 

-  Czy  dobrze,  że  to  wszystko  tak  szybko  się  toczy?  -  zastanawiał  się  później  Reijo, 

kiedy razem z Raiją przechadzali się między jarmarcznymi budami, w których dokonywano 

ostatnich  pośpiesznych  transakcji.  Nadal  kręciło  się  sporo  ludzi,  którzy  nie  mieli  jeszcze 

ochoty  na  spoczynek.  Spotkani  znajomi  chcieli  koniecznie  opowiedzieć  sobie  nawzajem,  co 

się  wydarzyło  od  ostatniego  razu,  kiedy  się  widzieli  na  tym  jarmarku  bądź  w  Bossekopp,  a 

może  za  granicą,  na  terenach  zwanych  przez  ludzi  Finlandią,  przez  rządzących  uparcie 

nazywanych Szwecją. 

-  Nie  wiem  -  odparła  Raija,  która  także  miała  wrażenie,  że  ostatnie  zdarzenia 

potoczyły się lawinowo. 

-  Ale  przecież  nie  mamy  na  to  wpływu.  W  przedziwny  sposób  wątki  zaczynają  się 

znowu splatać. Gdyby to zależało ode mnie, postanowiłabym inaczej, ale przecież nie ja tym 

wszystkim kieruję. 

- Myślisz, że słusznie postąpiliśmy, przyzwalając, by Ailo z Anną Kajsą przenieśli się 

na czas jarmarku do Idy i Sedolfa? 

Raija  wsunęła  rękę  pod  ramię  Reijo.  Rozbawił  ją  swoim  szczerym  zatroskaniem. 

Najchętniej  pobiegłby  sprawdzić,  czy  wszystko  jest  w  należytym  porządku,  i  uporczywie 

szukał pretekstu. 

background image

- Sądzisz, że Ida z Sedolfem tego nie przemyśleli? 

-  zapytała.  -  Nie  zauważyłeś,  że  twoja  córka  jest  już  dorosła?  Nie  potrzebuje  ciągłej 

opieki taty. 

- Na szczęście do końca jarmarku nie zostało wiele czasu - przyznał Reijo. - Nagle ze 

wszystkim trzeba się spieszyć! 

- Słyszę w twoim głosie ulgę! - Raija przejrzała go. - Zaczynałeś się, Reijo, obawiać. 

Myślisz, że się tego nie domyśliłam? W głębi serca nie miałeś ochoty, by Ailo pozostał tu tak 

długo, ale nie wiedziałeś, jak z tego wybrnąć, prawda? 

-  Rzeczywiście  -  przyznał  Reijo.  -  Ale  to  dlatego,  że  Ailo  nie  uporał  się  do  końca  z 

uczuciem  do  Idy.  Nie  miałem  o  tym  pojęcia.  Znałem  przecież  tylko  wersję  Idy.  A  ty  to 

przewidziałaś? 

-  Przyjrzałam  się  dobrze  Ailo  na  wyspie,  poza  tym,  nie  zapominaj,  że  znałam  jego 

ojca. 

-  Jakże  mógłbym  zapomnieć?  -  Reijo  uśmiechnął  się  i  uścisnął  jej  ramię.  -  Przecież 

nawet Anders nazywa cię Raiją Mikkala. 

- Antę spadł nam z nieba, nieprawdaż? - zapytała zagadkowo. 

-  Czyżbyś  miała  z  tym  coś  wspólnego?  Raija  nie  odpowiedziała.  Ale  Reijo,  nie 

zważając na przechadzających się przyjezdnych z różnych krańców Nordkalotten, chwycił w 

ramiona swoją żonę i przytulił twarz do jej miękkiego policzka. 

-  Raiju  -  rzekł  cicho,  szukając  ustami  jej  ucha  ukrytego  pod  grubym  szalem  i  burzą 

włosów.  -  Nie  pojmuję  cię,  Raiju,  i  pewnie  nigdy  cię  do  końca  nie  zrozumiem.  Wraz  z 

upływem lat stajesz się coraz bardziej zagadkowa. Przysięgam, że nigdy  nie spotkałem dru-

giej takiej jak ty. 

-  Uuu,  Reijo,  czyżbyś  za  dużo  wypił?  -  wymamrotał  jeden  z  miejscowych,  który  w 

ciągu  dnia  nie  wylewał  za  kołnierz.  Teraz  zatrzymał  się  przy  Reijo  na  chwiejnych  nogach, 

poklepał go po ramieniu ze zrozumieniem. - Ale przynajmniej twoja kobita się na ciebie nie 

wścieka! A do tego jaka jest ładna. Szczęściarz z ciebie, Kesaniemi! - rzucił zazdrośnie i zata-

czając  się  lekko,  podążył  dalej  swoją  drogą.  Nawet  nie  zorientował  się,  że  Reijo  mu  nie 

odpowiedział. Może zresztą wcale tego nie oczekiwał? 

- Rzeczywiście jestem szczęściarzem - przyznał Reijo. 

Wypuścił  Raiję  na  chwilę  z  objęć,  zrzucił  rękawice  i  ująwszy  w  dłonie  jej  twarz, 

uchwycił wzrok ukochanej żony. 

background image

-  Odnaleźliśmy  się,  Raiju  -  odezwał  się  w  ciszy  mroźnego  wieczoru.  -  Każde  z  nas 

ż

yło własnym życiem, a na koniec się odnaleźliśmy. To doprawdy wielkie szczęście. Kocham 

cię. 

Delikatnie  dotknął  wargami  jej  ust,  a  potem  poszukał  językiem  jej  języka. 

Spierzchnięte wargi zmiękły, rozgrzane zmysłowym pocałunkiem. 

Wokół nich rozległ się śmiech i wesołe komentarze. 

- On ciągle zachowuje się jak młody żonkoś! A tu już wiosna za pasem! 

- Widać w starym drzewie krążą soki! Raija zaśmiała się cicho. W jej oczach odbijały 

się gwiazdy. Nic dziwnego, że Anders uważał, że jest piękna. 

Reijo odnalazł rękawice, ale zanim je włożył, już skostniały mu dłonie. 

-  Nigdy  nie  dałem  ci  nic  ładnego  -  powiedział  do  niej  i  nagle  poczuł  chłopięce 

podniecenie. 

- Jak to nie? Reijo, nie tracąc czasu na wyjaśnienia, pociągnął ją za sobą. Koniecznie 

chciał  odnaleźć  kram  z  jedwabnymi  chustami.  Z  Ailo  odnaleźli  go  bez  trudu,  ale  teraz,  po 

ciemku, wszystko wyglądało inaczej, niż zapamiętał. 

W  końcu  jednak  znalazł  właściwą  budę,  kiedy  już  przez  pomyłkę  zajrzeli  do 

kilkunastu. Wszędzie zamykano. 

Reij  o zaczął  gorąco  przekonywać  sprzedawcę,  by  jeszcze  na  chwilę  otworzył.  Raija 

tymczasem  roześmiana  czekała  na  zewnątrz.  Próbowała  wytłumaczyć  Reijo,  że  niczego  nie 

potrzebuje, że ma wszystko, czego pragnie jej serce, a rzeczy nigdy jej nie uszczęśliwiały. Na 

próżno. 

Kupiec  wreszcie  uległ.  Pieklił  się  trochę,  ale  dał  się  ułagodzić,  kiedy  Reijo  go 

zapewnił, że nie pożałuje. Obiecał dobry handel i kieliszek. 

Dopiero  gdy  kupiec  zapalił  lampę  i  zobaczył  Raiję,  jego  twarz  rozpromieniła  się  w 

uśmiechu. 

- Dla takiej kobiety i ja bym stracił głowę - orzekł. 

-  Wybierz  przynajmniej  dwie  chusty  -  powiedział  Reijo,  wyciągając  zza  pazuchy 

butelkę, o której Raija nawet nie wiedziała. 

Wybrała czerwoną i granatową. Przez chwilę palce jej gładziły także pastelowo żółtą, 

utkaną  z  najdelikatniejszego  jedwabiu,  barwą  przypominającą  zorzę.  Białe  frędzle  na 

brzegach wyglądały jak lodowe sople... 

Reijo  kazał  zapakować  także  żółtą,  a  potem  wybrał  jeszcze  sześć  innych,  nawet  ich 

dokładnie nie oglądając. 

- Wszystkie? - zapytał kupiec. 

background image

- Wszystkie - odrzekł Reijo bez zmrużenia oka. - Mam córki, mam wnuczki. Nie tylko 

babcia będzie elegancka. 

Kupiec pokręcił głową, ale podliczył należność i odebrał pieniądze od Reijo. 

- Weź jeszcze butelkę! - rzucił Reijo wspaniałomyślnie. 

Wtedy  kupiec  uznał,  że  ma  do  czynienia  z  szaleńcem.  A  szaleńcowi  lepiej  się  nie 

sprzeciwiać. 

Wracali  na  cypel  na  skróty.  Szli  objęci,  co  nie  było  proste,  gdyż  wąska  ścieżka  nie 

mieściła dwóch osób. 

-  Niepotrzebnie  tu  skręciliśmy  -  uznał  Reijo.  -  Zapomniałem,  że  tędy  trzeba  iść 

gęsiego. 

Zatrzymywali  się  co  chwila,  by  się  wzajemnie  ogrzać.  Ich  usta  spotykały  się  w 

pocałunku. 

- Czuję się jak młokos - przyznał Reijo, kiedy byli już blisko chaty i dostrzegli cienką 

smużkę  dymu  unoszącą  się  z  komina.  -  Właściwie  nigdy  się  do  ciebie  tak  naprawdę  nie 

zalecałem - dodał. - Obserwowałem tylko niezdarne umizgi Kallego. Wiedziałem bowiem, że 

nie mam żadnych szans... Ja, Kwen, nie byłem dość dobry... 

- Zawsze byłeś moim najlepszym przyjacielem! Zawsze byłeś mi bliski. 

- Ale chętnie bym się do ciebie pozalecał - rzekł. - Właściwie bardzo chciałem, ale nie 

miałem odwagi. Jedyne, na co się ośmieliłem, to zatańczyć z tobą na twoim weselu! 

Raija pamiętała. To było jedno z boleśniejszych wspomnień. Tańczyła wtedy razem z 

Reijo, mając nadzieję, że pozbędzie się w ten sposób dziecka Mikkala. 

Kiedy wreszcie dotarli na cypel, Reijo pociągnął ją za budynek w cień rzucany przez 

zarośla na wypadek, gdyby gwiazdy zechciały ich podglądać. 

- Może już jesteśmy trochę za starzy - stwierdził - ale po ciemku nikt nas nie zobaczy. 

Wargami musnął jej policzek. 

Zmysłowo. 

Znów zdjął rękawice i już po raz drugi tego wieczoru rzucił je w zaspę. Pospiesznie, 

nim zgrabiały mu palce, rozpiął futro Raiji. Wsunął się pod jego poły i rozpiął kolejne guziki. 

Usta  pieściły  jej  szyję  i  kawałek  ramienia,  który  udało  mu  się  odsłonić.  Szorstkimi  palcami 

musnął piersi i pogłaskał je. 

- Jesteś szalony - szepnęła. 

- Z pewnością - odparł i czując gorąco, przywarł mocniej do jej ciała. Odpowiedziała 

mu tym samym, kołysząc biodrami. 

background image

Reijo rozpiął swoje futro z wilczej skóry, dość obszerne, by okryć ich oboje. Przylgnął 

do żony ciasno i pocałował ją zachłannie, namiętnie, długo... 

Obejmowała  go  za  szyję.  Czuł,  jaka  jest  gorąca.  Gorętsza  niż  niejedna  młoda 

dziewczyna, które obejmował w młodości. Żadna z takich ukradkowych chwil nie mogła się 

równać z tą. 

Dłonie  wsunął  pod  spódnicę  i  halki,  szukając  nagiej  skóry.  Pomogła  mu  odwiązać 

tasiemki.  Podczas  gdy  jedną  dłonią  sięgnął  na  dół,  drugą  wsunął  za  bluzkę.  Raija 

poprowadziła obie we właściwym kierunku. 

Nie  padło  już  między  nimi  ani  jedno  słowo  więcej.  Na  mrozie,  pod  gwiaździstym 

nocnym niebem, ciasno objęci, uwalniali ciała od namiętności. Raija, oparta plecami o ścianę 

chaty,  obejmowała  udami  jego  biodra.  A  on,  stojąc  na  szeroko  rozstawionych  nogach, 

podtrzymywał ją i był równie szybki jak młodzik, którego przez chwilę udawał. 

Ze śmiechem wpadli do chaty, gdzie w palenisku przygasł ogień, ale w porównaniu z 

mrozem na dworze wydawało im się gorąco. 

- Kocham cię - powiedział Reijo, zamykając drzwi. - Ale chyba zgubiłem rękawice - 

dodał. 

A nad szczytami falowała zorza polarna, tej nocy jednak w ogóle nie zwrócili na nią 

uwagi. 

background image

14 

Tego  dnia  ze  Skibotn  na  zachodnią  stronę  fiordu  Lyngen  płynęła  tylko  jedna  łódź. 

Siedziało w niej dwóch mężczyzn. 

- Nagle okazało się, że jest tak mało czasu - odezwał się Ailo. - Nie sądziłem, że będę 

miał tylko kilka dni na załatwienie tego wszystkiego, co sobie postanowiłem. Planowałem tu 

pobyć parę miesięcy. 

- A może to i lepiej? - uznał Sedolf. - Przynajmniej nie zdążymy zadać sobie nowych 

ran, a i starych nie rozjątrzymy. 

Tego dnia ociepliło się, fiord był spokojny, tylko słaba bryza dmuchała lekko w żagiel. 

W nocy przyszła odwilż. Kapało z dachów, a topniejący z wierzchu śnieg zrobił się mokry i z 

trudem się w nim brnęło. 

Słońce, które na chwilę wyjrzało zza chmur, przyjemnie grzało w twarz. Aż miało się 

ochotę zrzucić grube zimowe ubrania i zostać tylko w cienkiej koszuli. 

Ale takie chwile bywają złudne. 

Pogoda  zwykle  o  tej  porze  roku  potrafi  kaprysić.  Wiadomo,  w  marcu  jak  w  garncu! 

Ale  i  kwiecień  miewał  humory,  na  przemian  zsyłając  ciepłe  promienie  słońca  i  mroźny 

powiew zimy. 

Teraz też poszarzało, ale na szczęście niebo nie zaciągnęło się ciężkimi deszczowymi 

chmurami.  Puchate  obłoki  przepływały  nad  szczytami  z  południa  i  przesuwały  się  w  stronę 

Kafjordu  jakby  w  pogoni  za  nowymi  widokami  i  dolinami,  nad  którymi  zamierzały 

podrzemać leniwie. 

Ailo siedział w łodzi i spoglądał na fiord. Było tak cicho! Tak pięknie! Powierzchnia 

wody fałdowała się lekko i mieniła niebieskozieloną barwą. Zdawało się, że to łąka, po której 

można pospacerować. 

Ale fiord Lyngen nie zawsze był taki spokojny. 

-  Widzę,  że  i  ciebie  naszły  wspomnienia?  -  odezwał  się  Sedolf  zapatrzony  na  brzeg, 

który  zawsze  budził  w  nim  swojskie  uczucia,  mimo  że  przyszedł  na  świat  i  dorastał  po  tej 

stronie fiordu, ku której płynęli. 

- Trudno się im oprzeć - przyznał Ailo. - Kto wie, czy nie tamtego właśnie wieczoru 

przestałem lękać się śmierci. Spojrzeliśmy jej wtedy prosto w twarz. Pamiętam, jak strasznie 

bałem się o Idę. 

background image

Sedolf  wiele  razy  myślał  o  tamtym  wieczorze,  gdy  mało  brakowało,  a  straciłby  Idę, 

chociaż dopiero później zrozumiał, że była mu pisana. 

- Minęły prawie cztery lata - rzekł Sedolf. - To  kawał czasu. Od tamtej  pory jeszcze 

parę razy fiord się tak burzył. Ale wtedy to nie fala, ale gwałtowne porywy wiatru zakręciły 

łodzią. Bywają takie zdradliwe, zwłaszcza gdy zsuną się po szczycie przy cypla Cóż to był za 

okropny wieczór! Na dodatek panowała kompletna ciemność. 

- Trudno sobie wyobrazić bardziej emocjonującą podróż poślubną - stwierdził Ailo. - 

A kiedy ty wiozłeś Idę do kościoła, było spokojniej? 

Sedolf  pokiwał  głową,  ale  nic  nie  odpowiedział.  Nie  miał  ochoty  dzielić  tych 

wspomnień z Ailo. Uznał, że nie powinno go to obchodzić. W tym czasie od dawna przestał 

istnieć w życiu Idy. 

- Doprawdy dziwne, że siedzimy tak razem - wyrwało się Ailo. - W tej samej łodzi... 

- Dziwne? - podchwycił Sedolf. - Niektórzy powiedzieliby, że nieprzyzwoite! 

Ailo  wybuchnął  śmiechem  niemal  tak  samo  radosnym  jak  za  dawnych  czasów.  A 

przecież  teraz  niełatwo  go  było  rozśmieszyć,  choć  kiedyś  ciągle  żartował  i  zarażał  innych 

swoją wesołością. 

Sedolf  popatrzył  na  Ailo  przeciągle.  Niełatwo  było  przejrzeć  syna  Mikkala.  Wysoką 

cenę zapłacił za to, by nie musiał ukrywać swoich uczuć. W jego twarzy i tak nic nie dało się 

wyczytać, nawet kiedy zdjął maskę. 

-  Jon,  pewien  szwedzki  Lapończyk,  który  latem  wypasa  swoje  stada  tu,  w  okolicy, 

powiada, że wszyscy Lapończycy mają swój joik. Ty też śpiewasz joik? 

-  Czasami  -  odpowiedział  Ailo.  -  Kiedyś  robiłem  to  częściej,  ale  teraz  każda  moja 

pieśń przybiera żałosny ton. Dlatego unikam śpiewu, by nie rozdzierać starych ran. W końcu 

nikt nie chce szkodzić samemu sobie. 

- Ułożyłeś joik dla Idy? 

-  A  ty  nie  chciałbyś  jej  podarować  tego,  co  najpiękniejsze?  -  Ailo  odpowiedział 

pytaniem na pytanie. 

Sedolf musiał przyznać mu w duchu rację. 

-  Nie  ułożyłem  joiku  dla  Idy

 

-  poprawił  go  Ailo,  patrząc  na  skaliste  szczyty,  które 

majestatycznie  strzegły  fiordu  Lyngen,  zerkając  ku  Finlandii  i  tamtejszym  rozległym 

pustkowiom.  -  Ułożyłem  joik,  który  wyraża  Idę.

 

To  duża  różnica.  -  Odetchnął  głęboko  i 

ciągnął dalej: - Kiedy musiałem uchodzić na emigrację, wraz z Williamem zatrzymaliśmy się 

w  Europie  w  posiadłościach  rodziny  i  przyjaciół  Runefeltów.  Zauważyłem,  że  w  każdym 

pałacu,  w  którym  przebywaliśmy,  znajdowała  się  galeria  obrazów.  W  przestronnych 

background image

pałacowych  wnętrzach  zamieszkanych  przez  arystokratyczne  rody  łatwo  się  było  zagubić. 

Czasami  członkowie  rodziny  zajmujący  ten  sam  pałac  w  ogóle  się  nie  spotykali.  Może  i 

dobrze, dlatego że większość z nich była ze sobą skłócona. Oczywiście brali udział w życiu 

towarzyskim  i  udawali  przyjaźń,  ale  to  była  tylko  taka  gra,  bo  gdy  już  nikt  nie  patrzył,  w 

ogóle nie potrafili okazać sobie serca. Za to na ścianach mieli wszystkich swoich krewnych. 

Płacili  malarzom  za  wykonanie  portretów  osób,  których  nie  lubili  ani  nawet  nie  cenili. 

Codziennie patrzyli na wierne kopie ludzi, którym nie mieli ochoty pomagać ani wspierać w 

potrzebie. Kosztowne obrazy w cennych złoconych ramach... 

Pokręcił głową. 

-  We  wspólnocie,  z  której  się  wywodzę,  było  nas  w  sumie  koło  trzydziestu  osób, 

czasami  trochę  mniej.  Co  rusz  ktoś  umierał.  Zwykle  też,  choć  nie  co  roku,  przychodziły  na 

ś

wiat  dzieci.  Bywały  takie  zimy,  że  więcej  członków  wspólnoty  umarło,  niż  się  narodziło. 

Mieszkaliśmy  blisko  siebie  i  wiedzieliśmy  o  sobie  wszystko.  Nie  było  więc  sensu  niczego 

udawać.  Ponieważ  jednak  wszyscy  nawzajem  byliśmy  od  siebie  zależni,  musieliśmy  się 

nauczyć  wzajemnego  szacunku,  nawet  jeśli  niektóre  cechy  u  towarzyszy  nas  drażniły.  W 

końcu nikt nie jest doskonały. Nie mieliśmy ani przestronnych pomieszczeń, ani malowideł. 

Ale jeśli chcieliśmy wspomnieć kogoś, kogo nie widzieliśmy długo, można było przypomnieć 

tę osobę w jej joiku. I przez to zbliżyć się do niej na chwilę. Każdy otrzymywał swój jojk tuż 

po narodzeniu. Joik może się zmieniać, tak samo jak zmienia się człowiek. Ale nie na tyle, by 

inni  nie  rozpoznali  danej  osoby  w  jej  joiku.  Takie  obrazy  mają  większą  wartość  niż  te  w 

złotych  ramach,  Sedolfie.  Dla  mnie  joik  jest  jedynym  prawdziwym  obrazem  człowieka, 

wymyślonym przez drugiego człowieka. 

- Jaki jest joik Idy? 

Ailo przez chwilę siedział w milczeniu, nadal unikając wzrokiem Sedolfa. 

Przebywając  tak  blisko  siebie,  czuli,  jak  przestrzeń  między  nimi  gęstnieje  od 

nagromadzonych emocji. Na szczęście niebo nad ich głowami pozwalało zaczerpnąć tchu. 

Wreszcie  Ailo  otworzył  usta  i  zaczął  śpiewać.  Zrazu  cicho,  następnie  głośniej  i 

głośniej,  aż  jego  głos,  jakby  uskrzydlony,  przebił  chmury  i  odsłonił  tuż  nad  nimi  kawałek 

błękitnego nieba. 

A  potem  ton  ucichł.  Stał  się  bardziej  uładzony,  choć  równocześnie  zawierał  w  sobie 

nieposkromioną  silę.  Był  intensywny,  a  zarazem  delikatny.  Zdawało  się,  że  walczą  ze  sobą 

dwa żywioły, że sypią się iskry, płonie ogień i huczy wodospad. I nagle znowu harmonia. A 

potem pieśń urwała się niedokończona. 

background image

-  Joik  powinien  łączyć  się  i  przenikać  z  innym  -  wyjaśnił  Ailo.  -  Właściwie  nie  ma 

końca,  toczy  się  jak  życie.  Niczym  początek,  który  zmierza  ku  końcowi,  a  właściwie  ku 

nowemu początkowi, odradzając się wciąż na nowo. 

-  To  Ida  -  orzekł  Sedolf.  -  Nie  wyznaję  się  na  tego  rodzaju  pieśniach  -  dodał  z 

ociąganiem.  -  Nawet  nie  rozumiem,  w  jaki  sposób  wydobywasz  z  siebie  takie  dźwięki. 

Ś

piewasz inaczej, niż ja bym zaśpiewał. Ale wyraźnie słyszałem w tej pieśni Idę. 

- Oczywiście, że to ona - odpowiedział Ailo ze smutkiem. - Nie zapominaj, że kiedyś 

bardzo dobrze ją znałem. 

Zamilkli i aż do Karnas nie zamienili wielu słów. 

Sedolf  zwrócił  uwagę  na  niszczejący  krzyż  i  zanotował  w  pamięci,  że  trzeba  go 

wymienić  na  nowy.  Dawno  już  sobie  przyrzekł,  że  póki  ma  dwie  zdrowe,  zdolne  do  pracy 

ręce, grób małej Raiji będzie zawsze wyglądał porządnie. 

Ailo nie mówił wiele. Ta chwila była dla niego bardzo bolesna. 

Stał po łydki w mokrym śniegu, ubrany w strój podobny do tego, jaki nosili wszyscy 

mieszkańcy  wioski,  tyle  że  bardziej  elegancki.  Nie  był  uszyty  przez  pracowitą  żonę,  lecz 

przez krawca z Ulenborg. 

Chciał  zostawić  te  ubrania  na  Hailuoto,  ale  William  prosił,  by  zabrał  ze  sobą 

wszystko, bo i tak nikt inny z tego nie skorzysta. 

Ailo poczuł się nagle obco, jakby zatracił cząstkę siebie, własne dziedzictwo. 

Zgarnął śnieg z grobu, dokopał się brązowożółtej zgniłej trawy z poprzedniego roku. 

Sedolf  pokiwał  głową,  kiedy  Ailo  spojrzał  na  niego  pytająco,  czy  odsłonił  dość.  Ailo  zaś 

stanął  przy  grobie  córeczki,  która,  jak  mu  mówiono,  była  wierną  kopią  swojego  ojca.  Przy 

grobie dziecka, którego nigdy nie zobaczył, chociaż to on tchnął w nie życie. 

Wcześniej próbował narysować  córeczkę. Ołówkiem naszkicował twarz, podobną do 

swojej  w  dzieciństwie,  i  wszyscy  zgodnie  osądzili, że  dziecko  na  rysunku  przypomina  małą 

Raiję. 

On  jednak  nigdy  się  nie  dowie,  jak  wiernie  zdołał  ją  odtworzyć.  Przecież  jej  nie 

widział. Nigdy nie trzymał na rękach. A i ona też nie zobaczyła go na własne oczy. 

- Ona mnie nie pozna, tam, po tamtej stronie - odezwał się cicho. 

Sedolf nie dociekał, co Ailo miał na myśli. 

Ailo  stał  długo  przy  grobie  małej  Raiji.  Dotykał  kępek  trawy,  dotykał  krzyża.  Stał 

obok ciemnej plamy odsłoniętej spod śniegu i długo się w nią wpatrywał. 

background image

Rozejrzał się po otoczeniu, starał się zapamiętać każdy szczegół, by później utrwalić 

to  na  rysunku,  po  który  zawsze  będzie  mógł  sięgnąć,  gdy  z  upływem  lat  zblakną 

wspomnienia. 

Przykrył grób na powrót śniegiem i ubił kopczyk. 

- No to zobaczyłem - rzekł w końcu. - Możemy wracać. 

Dopiero gdy wypłynęli na środek fiordu, z jego oczu popłynęły łzy. 

Jarmark dobiegł końca. Wielu przyjezdnych wyjechało. 

Odwilż,  jaka  nastała  w  czasie  trwania  targu,  ustąpiła  i  zrobiło  się  chłodniej.  Zresztą 

ludzie  nie  ufali  pogodzie,  z  doświadczenia  wiedząc,  że  w  każdej  chwili  może  powiać 

lodowaty wiatr z południa, a wówczas „święty Boże nie pomoże”. 

Nordkalotten  najłatwiej  było  przemierzyć  po  zamarzniętych  drogach  i  wyjeżdżonych 

w  śniegu  traktach.  Natomiast  prawdziwą  męką  było  pokonywanie  pustkowia  w  wiosennej 

odwilży. 

Połowę Laponii bowiem pokrywają bagna i torfowiska. Jakikolwiek więc obierze się 

kierunek, zawsze trafi się na mokradła. 

Latem traciło się czasem parę dni, by okrążyć bagno, po którym zimą przejeżdżało się 

gładko jak po śnieżnej pierzynie. 

Ci,  którzy  przybyli  na  jarmark  z  daleka,  nie  czekali  na  kolejną  odwilż,  tylko  czym 

prędzej  brali  kurs  na  dom.  Ludzie  korzystali  z  mrozu,  który  w  tym  przypadku  był  im 

sprzymierzeńcem. 

Opustoszał  plac  targowy  położony  pomiędzy  skalistymi  szczytami,  lasem  i  morzem. 

Na udeptanym terenie zostało tylko parę prostych, zbitych z desek bud, postawionych przez 

kupców z Tromso, które, o ile nie zniszczą ich gwałtowne wiatry, przetrwają do następnego 

jarmarku. 

Kupcy  z  Tornio  i  innych  miast  położonych  za  granicami  Norwegii  musieli  rozebrać 

swoje kramy, zabrać namioty i różnej konstrukcji stoiska. 

Miejscowe  władze  niechętnie  patrzyły  na  każdą  próbę  stawiania  czegoś  na  kształt 

chaty przez obcych. 

Skibom leżało w pasie przygranicznym. Wprawdzie na tych terenach pojawiali się na 

przestrzeni lat poborcy podatkowi zarówno szwedzkiego, jak i duńskiego władcy, ale daleko 

na południu wykreślono na mapie linię graniczną, o czym zainteresowani dowiedzieli się już 

po  fakcie.  Granice  zostały  oznakowane,  tak  by  nawet  prosty  człowiek  widział  je  na  własne 

oczy. Takie przedsięwzięcie było dość kosztowne, a przecież północne tereny zamieszkiwało 

tak niewiele ludzi. Nie próbowali nawet wpływać na podejmowane na południu, w stolicach 

background image

obu mocarstw, ustawy. Większość tutejszych ludzi żyła w zgodzie i w pokoju, nie zważając 

na  granice.  Nie  bali  się  siebie,  nie  upatrywali  w  sobie  wrogów.  Dobrze  się  rozumieli  i 

pomagali sobie nawzajem. 

Spotykali  się  podczas  jarmarków,  które  były  radosnym  wydarzeniem  w  codziennym 

ż

yciu ludzi północy. Gawędzili wówczas przyjaźnie, przekazywali sobie nowiny i handlowali 

ze sobą. Czasem dochodziło do sprzeczki, czasem do bójki. To puszczano w niepamięć stare 

nieporozumienia,  to  wywoływano  nowe.  Zaciągano  pożyczki.  Ludzie  spotykali  się  i 

rozstawali. Znajdowali miłość na całe życie bądź tylko na chwilę. Ileż to dzieci poczęło się w 

tym czasie, zarówno w świętym stanie małżeńskim, jak i poza nim! 

A wszystko w przeciągu tych kilku krótkich tygodni. 

Ludzie z rozległej krainy zwanej Nordkalotten. 

Tak  samo  różni  i  barwni  jak  krajobraz,  w  którym  przyszło  im  żyć:  od  morskiego 

wybrzeża na północy po płaskowyż, równiny, wzgórza porośnięte wrzoścami, doliny i odnogi 

fiordów, żyzne brzegi rzek, wyspy... 

Od  maleńkich  osad  po  handlowe  miasta,  jak  Tromso  czy  Tornio.  Prości  ubodzy 

gospodarze,  rybacy,  chłopi,  Lapończycy  nadmorscy  i  górscy,  Norwegowie,  Finowie, 

Szwedzi. 

Każdy stanowił cząstkę barwnej tkaniny. 

Teraz  większość  z  nich  wyjechała.  Rozjechali  się  we  wszystkie  strony  rozległego, 

pięknego pejzażu. 

Do Skibotn znów wróci spokój. Wioska położona wśród szczytów odpocznie. Dojdzie 

do siebie po najeździe tylu gości. 

Umilkł  gwar  na  placu  targowym  nad  brzegiem  morza.  Wydawało  się  tu  tak  pusto. 

Wkrótce nadejdzie wiosna, a wraz z topniejącym śniegiem zatrą się też wspomnienia. 

Bo wtedy wszyscy znów będą czekać. 

Tym razem na lato, na noc świętojańską i nowy jarmark. 

Anders  zwlekał  z  wyjazdem  tak  długo,  jak  tylko  się  dało.  Ale  nie  był  przecież  sam. 

Towarzyszący  mu  mężczyźni  mieli  swoje  rodziny,  które  ich  oczekiwały  w  zimowych 

siedliskach na północnym wschodzie. 

Byli  za  nie  odpowiedzialni  i  mieli  wobec  nich  obowiązki.  Nikt  nie  chciał  narażać 

swoich bliskich na niepokój. 

Nadszedł dzień powrotu. 

-  Nie  chcę  się  żegnać  kilka  razy  -  wyjaśniła  Ida.  Razem  z  Sedolfem  i  Mikkalem 

przyszła na cypel, towarzysząc Ailo i Annie Kajsie. 

background image

Anders wraz ze swoimi towarzyszami nocowali u Reijo na cyplu przez cały jarmark. 

Było im tam dość ciasno, ale serce i ciepło gospodarza rekompensowały wszelkie niewygody. 

-  Nie  chcę  się  żegnać,  a  potem  patrzeć,  jak  znowu  przejeżdżacie  obok  naszego 

gospodarstwa, by skręcić na skutą lodem rzekę. Pożegnamy się wszyscy tutaj, na cyplu, i stąd 

będziemy obserwować, jak zaprzęgi nikną w oddali. 

Na  twarzy  Idy  znać  było  ślady  nieprzespanej  nocy.  Poprzedniego  wieczora  długo 

rozmawiali.  Wszystko,  co  tłumili  w  sobie,  z  czym  zwlekali,  nagle  musieli  sobie  wyjaśnić. 

Gwałtownie zbliżyli się do siebie, pilnując, by nie przekroczyć ustalonych wcześniej granic. 

Granic,  które  musieli  utrzymać  dla  własnego  dobra.  Ważniejszych  niż  wszystkie  linie  na 

mapie. 

Ailo żegnał się ze wszystkimi po kolei. Było mu ciężko. Nawet nie przypuszczał, że 

tak  trudne  będzie  dla  niego  to  rozstanie.  Ale  wiedział,  że  to  jedyne  wyjście  z  tej  sytuacji.  I 

jedyna  kontynuacja,  jakiej  pragnął.  Nie  miał  pojęcia,  jak  potoczy  się  jego  dalsze  życie.  Był 

pewien jednego: los kieruje go na wschód. 

Tam, gdzie dorastał. 

Tam, gdzie ciągnęła się rozległa równina. 

Tam, gdzie niebo z ziemią tworzyło kochającą się parę. 

Mały  Mikkal  czuł  się  wybrańcem,  bo  zauważył,  że  Ailo  -  Axel  lubi  go  bardziej  niż 

innych. 

Malec  był  dumny,  że  jest  odważniejszy  od  swoich  kuzynów  w  Finlandii,  którzy  bali 

się mężczyzny w masce, mimo iż wiedzieli, że jest miły. 

Zapewne  niemały  wpływ  miały  zasłyszane  baśni  o  bestiach,  zbójnikach  oraz 

czających się w lasach i w jaskiniach olbrzymach. 

Przy  pożegnaniu  Mikkal  pokazał  wszystkim,  jaki  jest  dzielny.  Objął  Ailo  mocno  za 

szyję i pocałował go. Mimo że Ailo nie miał na sobie maski i wyglądał straszniej, Mikkal się 

go nie bał. 

- Kocham cię - powiedział, uśmiechając się promiennie. 

Ailo  z  trudem  powstrzymał  łzy  wzruszenia,  jakie  napłynęły  mu  do  oczu.  Nie  chciał 

jednak, by syn zapamiętał, że płacze. 

-  Ja  także  bardzo  cię  kocham,  Mikkalu  -  odpowiedział  zmienionym  głosem.  -  Nie 

wiem, czy tu jeszcze kiedyś przyjadę, ale mam nadzieję, że kiedy ty podrośniesz, odwiedzisz 

mnie  na  płaskowyżu.  Będziesz  mógł  wtedy  pomieszkać  ze  mną  i  Anną  Kajsą  w  namiocie. 

Dobrze? 

- Mieszkasz w namiocie? - zapytał mały, szeroko otwierając oczy. 

background image

- Już wkrótce znowu zamieszkam. Ale kiedy byłem w twoim wieku, mieszkałem. Ty 

też będziesz mógł spróbować, jeśli zechcesz. 

Mikkal pokiwał z zapałem głową. 

Nad  głową  chłopca  Ailo napotkał wzrok  Idy.  Ida też skinęła lekko i uśmiechnęła się 

przez łzy. Nigdy nie potrafiła ukrywać swoich uczuć. 

-  A  jak  będzie  następny  jarmark,  przyślę  ci  nóż,  który  zrobię  specjalnie  dla  siebie. 

Mama przypilnuje, żebyś dostał go, kiedy już będziesz dość duży, by go sam używać. 

-  Chyba  lepiej,  żeby  tata  przypilnował,  bo  mama  może  się  skaleczyć  -  odpowiedział 

mu z powagą Mikkal. 

Ailo roześmiał się rozbawiony i przytaknął: 

- Dobrze, niech tata przypilnuje! 

Popatrzył na Sedolfa przekonany, że ten mężczyzna zadba o Idę i syna. Wiedział, że 

Sedolf jest dobrym ojcem. 

A  potem,  z  synkiem  na  ramieniu,  pożegnał  się  z  pozostałymi.  Z  kieszeni  wyjął 

wisiorek i kładąc na dłoni Raiji, powiedział łagodnie: 

- To dla ciebie, Mały Kruku, od ojca i ode mnie. To był ptak. Ptak Mikkala, Ailo, jej 

ptak. 

- Czarny? Z czego go wyrzeźbiłeś? - zdziwiła się Raija, nie mogąc nacieszyć oczu. 

-  To  onyks  -  rzekł  Ailo.  -  Tak  nazywa  się  ten  minerał.  Przysłano  mi  go  tuż  przed 

wyjazdem z Hailuoto. Ptak dla ciebie nie może być  odlany ze złota czy srebra, Raiju. Twój 

ptak musi być czarny. 

Kiedy  zawiesił  Raiji  na  szyi  umieszczony  na  cieniutkim,  prawie  niewidocznym 

łańcuszku ze złota wisiorek, zdawało się, że ptak frunie, wolny. 

- Dziękuję ci, Ailo! - Pocałowała go w oba policzki. - Ja też mam coś dla ciebie, coś, 

co przed wyjazdem wręczył mi William. 

Z niewielkiej szkatułki wyjęła skórzany woreczek, a z niego pokrytą śniedzią srebrną 

broszę. 

-  Nie  zatrzymam  tej  broszki,  Ailo.  Ida  też  powiedziała,  że  nie  chce  jej  dla  Mikkala. 

Broszkę tę mężczyźni z twojego rodu wręczali w dowód miłości swoim żonom. Uważam, że 

należy się ona Annie Kajsie. 

Ailo uśmiechnął się, zauważywszy, jak bardzo słowa Raiji uradowały Annę Kajsę. Jak 

się  rozpromieniła,  kiedy  Raija  wręczyła  jej  woreczek  z  broszą.  Nie  miał  jednak  odwagi 

spojrzeć na Idę. 

background image

-  Mam  nadzieję,  że  nie  zajdzie  całkiem  śniedzią  -  rzekła  Raija.  -  Ma  być  noszona  i 

błyszczeć. To podarunek dla żony Ailo od Ailo i jego ojca... 

- Jesteś wyjątkowa - odparł jej Ailo i ucałował ją w oba policzki. 

A potem oddał jej na ręce swojego syna. 

-  Ucałuję  od  ciebie  płaskowyż,  Raiju  -  obiecał.  -  Pozdrowię  i  powiem,  jak  bardzo 

tęsknisz za porośniętą mchem równiną! 

- Koniecznie - przykazała mu Raija, tuląc w ramionach małego Mikkala.