background image

BENTE PEDERSEN 

CÓRKA SZAMANA 

background image

- Nie tak sobie wyobrażałaś nasze życie, prawda? - Dłoń Grigorija na mokrym od potu 

policzku Antonii wydawała się szorstka. W jego głosie dźwięczał smutek. I ten nieco żałosny 

ton,  który  skłonił  Antonię  do  zastanawiania  się,  czy  dokonała  słusznego  wyboru.  -  Mała 

Antonetto - ciągnął. - Nie tak to sobie umyśliłem. 

Wcześniej Antonia wiele płakała. Teraz brakowało jej już łez, przynajmniej tak jej się 

wydawało.  Oczy  miała  do  tego  stopnia  suche,  że  aż  piekły.  Z  trudem  patrzyła  na  światło. 

Przez cały czas musiała je mrużyć, spoglądać jakby przez dwie wąskie szparki. 

- Nigdy nie powinienem był pozwolić, żebyś jechała ze mną. 

Powtarzał  to  już  tyle  razy  wcześniej.  Słowa  wprost  ociekały  melancholią.  Grigorij 

mówił z przekonaniem, Antonia wiedziała, że sam w to wierzy. Wierzy, że dla niej byłoby o 

niebo lepiej, gdyby została w Archangielsku. 

- Nie dla ciebie włóczęga z człowiekiem wyjętym spod prawa, w dodatku z kimś, kto 

nie jest w stanie radzić sobie sam. Powinnaś mieć mężczyznę, który mógłby się zająć tobą, 

nie takiego, którym ty musisz się zajmować... 

- Przecież teraz ty się mną opiekujesz. Roześmiał się. Odrzucił głowę w tył i śmiał się 

chrapliwym  śmiechem.  Poprzedniej  zimy  przeszedł  zapalenie  gardła  i  od  tamtej  pory  jego 

głos nie odzyskał już normalnej barwy. 

- Kobiety potrafią wybaczyć mężczyźnie wszystko! Absolutnie wszystko! 

Antonia pokiwała  głową, lecz on i tak nie mógł  tego zobaczyć.  Kiedyś jeszcze miał 

nadzieję,  ponieważ  dostrzegał  pasma  światła,  ponieważ  widział  przed  sobą  mgłę,  nie  zaś 

kompletną ciemność. Skończyło się jednak na próżnych nadziejach. Niczego więcej nie mógł 

już  oczekiwać.  Później  wszystko  zaczęło  toczyć  się  w  drugą  stronę.  Światło  przestało  dla 

niego istnieć. Grigorij żył w mroku. 

- Sama prosiłam, żeby z tobą jechać - przypomniała Antonia, łapiąc go za rękę. 

Nie zdołała uścisnąć jej tak mocno, jak by tego chciała, nie potrafiła go wspierać tak, 

jak  w  tej  chwili  tego  potrzebował.  Antonii  samej  brakowało  sił.  Teraz  nie  miała  ich  skąd 

czerpać. 

- Zmusiłam was, żebyście to

 zaakceptowali - powiedziała z goryczą. - Nie mieliście 

zbyt  wielkiego  wyboru,  kochany  Grigoriju.  Beze  mnie  może  by  was  złapano.  Beze  mnie 

mógłbyś umrzeć. A ja nie potrafiłabym żyć z poczuciem, że to moja wina. 

background image

Grigorij milczał. Zwykłe nie miał nic do dodania na ten temat. Rozmawiali wszak o 

tym  już  wcześniej,  wielokrotnie.  Antonia  usprawiedliwiała  przed  nim  swoją  decyzję, 

powtarzała to raz po raz. Usprawiedliwiała się przed mężczyzną, dla którego zdobyła się na 

ten krok. Powinna raczej wypowiedzieć te słowa przed innymi, lecz do tego zapewne nigdy 

nie  dojdzie.  Musiała  z  tym  żyć,  podobnie  jak  Grigorij  musiał  żyć  ze  świadomością  jej 

nieskończenie wielkiego poświęcenia w imię tego, co ich łączyło. 

- Nie potrafię cię nawet przekonywać, że kiedyś będzie lepiej - westchnął, całując ją w 

czoło. Płakał teraz po cichu. - Sam nie wierzę, że będzie lepiej. Zmarnowałem swoje życie dla 

marzenia, zmarnowałem je na walkę, która nic nie dała. W imię tego marzenia pociągnąłem 

za  sobą  innych,  posłałem  ich  na  śmierć.  I  to  do  niczego  nie  doprowadziło.  Do  niczego, 

Antonio.  Kompletnie  do  niczego.  Wciągnąłem  w  to  ludzi,  których  najbardziej  kochałem, 

zniszczyłem im życie. Tobie również... 

Potrafił rozpamiętywać te sprawy w nieskończoność. 

- To minie - pocieszyła go. 

Czy  wszystkim  kobietom  z  taką  łatwością  przychodzi  wypowiadanie  równie 

troskliwych słów? Takich, w które same raczej nie wierzą? Czy wszystkie kobiety godzą się 

ż

yć w cieniu tych, których kochają? 

- Chcesz powiedzieć, że gorzej już być nie może? - spytał. 

Jego głos brzmiał teraz głucho. 

-  No  tak,  chyba  rzeczywiście  -  powiedział  cicho  po  długiej  chwili  milczenia.  -  Nie 

wiedziałem, że to może tak boleć, Antonio. Nie domyślałem się nawet, że to może sprawiać 

taki ból... 

Otoczył ją ramionami i płakał z twarzą wtuloną w jej włosy. Antonia pozwalała na to, 

nie umiała jednak płakać wraz z nim. Suche oczy tylko piekły. 

Grigorij obejmował ją przez całą noc. Była to być może najdłuższa noc w jej życiu. 

Momentami Antonia zapadała w sen, nawet przez chwilę jednak nie spała spokojnie. Budziła 

się  oszołomiona  i  jeszcze  bardziej  zmęczona  niż  przedtem.  Czuwała  otoczona  jego 

ramionami.  Było  jej  zimno  do  tego  stopnia,  że  niekiedy  aż  trzęsła  się  od  chłodu.  A  on  ją 

trzymał, silny i mocny. Spoza jego bólu wyzierała radość, że może być tym silnym, tym, co 

wspiera.  Nie  mogli  oboje  załamać  się  jednocześnie.  Ostatecznie  mieli  jedynie  siebie 

nawzajem. 

Dla tego mężczyzny Antonia, postanawiając wyruszyć razem z nim, zrezygnowała ze 

wszystkiego. Ten człowiek był jej pierwszą prawdziwą miłością. Wcześniej nie znała nikogo 

background image

takiego  jak  on.  W  pewnym  sensie  pozwoliła  sobie  o  nim  zapomnieć,  aż  do  chwili  gdy  w 

ciemną noc stanął pod jej drzwiami i okazało się, że jej potrzebuje. 

Grigorij również poniósł wielką ofiarę, lecz poświęcił się nie dla niej. On wierzył w 

pewną ideę, wierzył, że jest w stanie poprowadzić uciskany, udręczony i zniewolony lud ku 

lepszemu jutru. Niestety, poszło za nim niewielu. Masy się nie odważyły, nie dostrzegały dla 

siebie żadnych korzyści, widziały jedynie karę i cierpienia. I jak się okazało, to właśnie one 

się nie myliły. 

Grigorij stał się wyjętym spod prawa. 

Podobnie stało się z Antonią, gdy się do niego przyłączyła. 

Mieli za sobą ciężką żeglugę w maleńkiej łódce, tak blisko lądu, jak tylko ośmielili się 

podpłynąć, z Archangielska do ujścia rzeki Mezen. Antonia sądziła, że ta przeprawa zabierze 

im noc, tymczasem trwała pół tygodnia. 

Ludzie  Grigorija  przewidzieli,  że  tak  będzie.  Oczekiwali  ich  na  lądzie.  Czekali  z 

wypoczętymi końmi, nerwy mieli napięte jak postronki. Za każdym krzakiem, poruszającym 

się na wietrze, widzieli carskich żołnierzy. 

Grigorij  jednak  nie  zdołałby  się  wyrwać  z  Archangielska  w  sposób  inny,  aniżeli ten 

obmyślony przez Antonię. I tak dość mieli trudów w podróży dalej na wschód. 

Rany  Grigorija,  o  dziwo,  się  goiły.  Antonia  wiele  myślała  o  Raiji,  wspominała  ją  z 

głęboką  wdzięcznością.  Grigorij  też  niekiedy  o  niej  mówił,  choć  na  ogół  starał  się  unikać 

przypominania  Antonii  o  Archangielsku.  Nie  chciał,  by  myślała  o  pozostawionych  tam 

ludziach. Takie myśli kradły ją jemu. 

Jechali  potem  wzdłuż  wybrzeża,  choć  wsunęli  się  nieco  w  głąb  otwartego  lądu. 

Przecięli  małą  Tundrę  Małoziemieiską,  dotarli  do  Narjan  Mar,  stanęli  twarzą  w  twarz  z 

Tundrą  Bolszeziemielską.  Ziemia  tu,  na  północnym  wschodzie,  była  zimna  i  zmarznięta. 

Przemieszczali się mniejszymi grupami, widok wielu mężczyzn podróżujących razem nie był 

rzeczą  zwyczajną.  Nikt  nie  uznałby  ich  za  osadników.  Owszem,  może  za  łowców  futer  i 

myśliwych, choć i na to stanowili zbyt liczną grupę. Antonia była wśród nich jedyną kobietą, 

lecz  nosiła  się  jak  mężczyzna.  Napotykani  po  drodze  ludzie  na  ogół  brali  ją  za  młodego 

chłopaka, uciekinierzy zaś nie robili nic, by wyprowadzić ich z błędu. 

Na zachód od Uralu, olbrzymiego łańcucha górskiego, usłyszeli o grupach żołnierzy, 

przemierzających  pustkowia.  Wyraz  oczu  tych,  którzy  im  o  tym  mówili,  świadczył,  że  ci 

ludzie wiedzą, rozumieją, iż oni przed czymś uciekają. Nigdy jednak nie pytali, przed czym. 

Mówili im tylko, że w razie spotkania z żołnierzami źle być obcymi w lesie. Tam tak łatwo 

zniknąć, tyle jest miejsc, w których spocząć może ciało. A ślady szybko zarastają... 

background image

Jakiś  czas  jechali  wzdłuż  rzeki  Peczory.  Przez  to  ich  podróż  jeszcze  bardziej  się 

wydłużała,  lecz  w  ten  sposób  przynajmniej  zdołali  unikać  takich,  którzy  zadają  pytania. 

Nocowali w lasach. Rozpalali nie więcej ognisk, niż to absolutnie konieczne. Nigdy nie było 

ich  dość,  by  przetrzymać  w  cieple  najchłodniejszą  porę  doby,  ogniska  jednak  odpędzały 

dzikie  zwierzęta.  Nie  dawały  też  przy  tym  tyle  dymu,  który  zwabiłby  innych  ludzi  do  ich 

obozowisk. 

Byli ostrożni. I kierowali się wciąż na wschód. W miejscu, gdzie Peczora łączy się z 

rzeką Usą, porzucili Peczorę. Od miejscowości Ust - Usa jechali wzdłuż Usy, potem skręcili 

na  północ.  Nie  chcieli  przeprawiać  się  przez  góry,  chociaż  im  bardziej  się  kierowali  ku 

północy,  tym  było  zimniej.  Cierpieli  jednak  i  stawiali  czoło  przeciwnościom.  Gór  się  bali. 

Wprawdzie nie rozmawiali o tym między sobą, to jednak wszyscy wiedzieli, że Grigorij nie 

przetrzyma  przejścia  przez  góry.  To  była  nieznana  kraina,  zbyt  wielki  wysiłek  dla 

wierzchowca,  dźwigającego  zarówno  Grigorija,  jak  i  Tonie,  a  w  pojedynkę  na  końskim 

grzbiecie Grigorij nie byłby w stanie sam przejechać przez Ural. Musieli ominąć góry, skręcić 

na  północ  niemal  aż  do  Ust  -  Kara.  Dopiero  gdy  ujrzeli  wybrzeże,  mogli  skierować  się  na 

południe.  Dotarli  do  Zatoki  Obskiej,  nim  ośmielili  się  powiedzieć  sobie,  że  mogą  wreszcie 

odpocząć. Nadeszła ich pierwsza w tych stronach zima. Zdążyli wybudować sobie coś w ro-

dzaju  domów.  Zdążyli  się  osiedlić  koło  Nydy  niedaleko  rzeki  Nadym.  Spotkali  życzliwych 

ludzi, którzy pytali, jak minęła im podróż, ani słowem jednak nie dając wyrazu ciekawości, 

skąd  pochodzą.  Niejeden  wyciągał  w  ich  stronę  pomocną  dłoń.  Zetknęli  się  z  wielką 

serdecznością. 

Antonia  kolejny  już  dom  nazwała  swoim.  Tym  razem  była  to  prosta,  zbudowana  z 

drewnianych  bali  chata  z  jedną  tylko  izbą.  Dach  miała  nieszczelny  i  taki  też  miał  pozostać 

przez całą zimę, w porze bowiem, gdy przybyli w te strony, zdobycie torfu do jego pokrycia 

okazało  się  niemożliwe.  Musieli  się  zadowolić  wyłataniem  go  korą  i  gałęziami,  dopiero  na 

wiosnę mieli możliwość temu zaradzić. 

Antonia zresztą tak bardzo przemarzła podczas podróży, że teraz już samo posiadanie 

dachu nad głową i dookoła siebie czterech ścian, napawało ją szczęściem. Niewiele myślała o 

wszystkim, co miała już za sobą. Nie myślała o podróży ani o Archangielsku, nie myślała o 

tych, których tam zostawiła. 

Nadszedł rok 1740. 

Po nim 1741. 

Również i ten rok chylił się teraz ku końcowi. 

background image

Dom miał już dach z torfu, nigdy jednak nie pojawiła się w nim żadna kolejna izba. 

Tu,  u  ujścia  Obu,  ludzie  utrzymywali  się  z  rybołówstwa  i  myślistwa.  Ślepy  nie  miał  takiej 

samej swobody jak ci, którzy widzieli. 

Grigorij nastawiał sidła, wypływał łodzią na połów, zastawiał więcierze w rzece. 

Niewiele  jednak  mógł  robić  sam,  utracił  samodzielność,  a  to  z  kolei  złamało  jego 

godność.  Stali  się  maluczkimi  ludźmi  żyjącymi  w  swej  chatce  z  bali.  Nie  mogli  marzyć  o 

niczym więcej, ani Antonia, ani Grigorij. 

I  znów  nadciągnęła  zima.  Pełna  trzaskających  dźwięków,  z  nieskończonym  niebem, 

wypełnionym deszczem iskrzących gwiazd. 

Tej nocy Antonia ujrzała zorzę polarną i pomyślała o Raiji. Po raz pierwszy od dawna. 

Nie zamierzała mówić o tym Grigorijowi, to by go tylko zasmuciło. Antonia myślała również 

o Oldze. 

O tym również nie miała zamiaru wspominać Grigorijowi. W ogóle nie rozmawiali o 

Oldze, a już na pewno nie teraz na to pora. Na pewno nie teraz... 

Antonia już dawno wiedziała, że nie powinna marzyć o dziecku. Nie umiała jednak się 

przed  tym  powstrzymać,  jakby  odzywał  się  w  niej  pierwotny  popęd.  Kiedy  po  miłosnych 

uściskach  wciąż  rozpalona  leżała  w  ramionach  Grigorija,  zdarzało  się  czasami,  że  szeptała: 

„Jak sądzisz, czy tym razem coś z tego będzie? Myślisz, że poczęliśmy życie?” 

On  być  może  się  bał  tej  rozedrganej  mocy  w  jej  głosie.  Domyślał  się  znaczenia 

kryjącego  się  w  tym  gorącym  pragnieniu,  z  którego  ona  sama  nie  do  końca  zdawała  sobie 

sprawę. I bał się tego. 

-  Jesteś  tutaj  -  powtarzał  za  każdym  razem.  -  Mam  ciebie,  moja  Antonetto.  Jesteś 

jedyną osobą, która coś dla mnie znaczy. 

Ale  ona  wsłuchiwała  się  w  niego  i  wychwytywała  niemy  żal,  kryjący  się  za  takimi 

słowami. 

Antonia wiedziała, że Grigorij pragnie mieć syna. Wiedziała, że właśnie takie jest owo 

marzenie, którego nie chciał zdradzić nawet przed nią. Za dobrze już go znała. 

Zaszła w ciążę. 

Ciężko ją znosiła. Obawiała się, że będzie krwawić. Lękała się utracić ten skarb, który 

miał się stać ich dzieckiem. Bała się przez cały czas. 

Tego wieczoru urodziła. Poród był bardzo ciężki, dzień przepełniony bólami. Takimi 

bólami, które zapamiętała. Przed oczami stanęła jej Olga. I ból się zmienił, stał się nowy. 

background image

Czuwały przy niej kobiety z wioski. Grigorijowi także pozwoliły zostać, on przecież i 

tak  nic  nie  widział.  A  Antonia  cała  się  w  niego  wczepiła,  wprost  wpiła  się  palcami  w  jego 

ręce, gdy w pierwszej chwili kazały mu wyjść. 

Pozwoliły mu zostać. 

Dziecko umarło. 

To był syn, żył jednak tak krótko, że Antonia ledwie zdążyła spojrzeć mu w oczy. Tak 

krótko,  że  ledwie  zdążyła  w  ciemnym  spojrzeniu  zobaczyć  odbicie  ich  obojga.  Grigorij 

pogładził maleństwo po główce, pokrytej gęstymi, czarnymi włoskami. 

A potem dziecko umarło. 

Pozostał po nim jedynie ból. 

Przez  całą  noc  na  przemian  czuwali  i  zapadali  w  półsen,  dzielili  się  tym  bólem. 

Grigorij płakał, Antonia nie potrafiła. 

Myślała  o  imieniu,  które  mogłaby  nadać  synkowi,  o  imieniu,  o  którym  nawet  nie 

zdążyli  porozmawiać.  Antonia  miała  jedynie  pewność,  że  gdyby  to  była  dziewczynka, 

nazwałaby ją Raisa. Grigorij dał na to swe milczące przyzwolenie, ale on nigdy nie wierzył, 

ż

e to będzie dziewczynka. 

I miał rację. 

Antonia uważała, że to jej lęk zabił dziecko, że stało się tak jedynie dlatego, iż kiedy 

nosiła  je  w  łonie,  tak  strasznie  o  wszystko  się  bała.  Gdyby  była  mniej  lękliwa,  dziecko  by 

przeżyło. Ich syn... 

Myślała  o  tym,  że  spotkało  ich  to  za  karę.  Nigdy  nie  powinna  była  stać  się  częścią 

ż

ycia Grigorija... 

Jednak wśród tego nieludzkiego bólu Antonia mimo wszystko czuła, równie w pełni i 

mocno jak zawsze, że nigdy nie mogłaby z niego zrezygnować. 

Za żadną cenę. 

To przerażające, że takie uczucia istnieją. Lecz ono w niej tkwiło, należało do niej. 

- Możemy mieć więcej dzieci - oświadczyła Grigorijowi mocnym głosem. 

Nastał  już  ranek,  oboje  przemarzli,  żadnemu  z  nich  bowiem  nie  w  głowie  było 

utrzymywanie ognia przez noc. 

- Może i tak - odparł. Sprawiał wrażenie, jakby starał się unikać Antonii. 

Jak gdyby to dziecko było jego jedyną nadzieją. 

- Grigorijewicz Antonów - rzucił rozmarzonym głosem w powietrze. - Grigorijewicz 

Antonów... 

background image

Antonia zamknęła oczy. Nie miała siły na niego patrzeć, gdy wyglądał tak jak w tej 

chwili. Jego dobra twarz była ściągnięta i zszarzała. Zawsze był chudy, nigdy jednak odkąd 

go znała, przez cały ten czas, jaki z nim dzieliła, nie załamał się tak jak teraz. Ale przecież 

przebywała z nim krótko, może więc nie powinna tak się tym przejmować. 

Spędziła  z  nim  tamto  lato,  kiedy  stała  się  kobietą.  Kilka  wypełnionych  gorączką 

tygodni, z których wydarli tyle zmysłowych przeżyć, ile tylko zdołali. 

Później  Antonia  zrozumiała,  że  weszła  w  życie  Grigorija,  znacznie  je  przy  tym 

utrudniając. Koniarz z okolic Wielikiego Ustiuga nie miał czasu na kobiety. W swoim życiu 

nie  przewidywał  miejsca  dla  miłości.  Nic  nie  mogło  odgrodzić  go  od  celów,  jakie  sobie 

wyznaczył. W jego marzeniach nie było miejsca na żonę i dzieci. 

Takie marzenia pojawiły się o wiele później. Wówczas, kiedy już nie mógł sobie na 

nie  pozwolić.  Gdy  postąpiłby  niewłaściwie,  wciągając  kobietę  w  swój  świat  i  w  to  życie, 

które stało się jego udziałem, będące zarazem jedynym, jakie potrafił ofiarować. Kiedy czymś 

jeszcze straszniejszym byłoby pragnienie posiadania dziecka. 

A potem w jego życie od nowa wkroczyła Tonią. On zakradł się w jej świat, żeby być 

bliżej prawdy. Tonią wiodła uporządkowane życie w Archangielsku, z mężczyzną, będącym 

właścicielem  statków  i  kapitanem.  Prowadziła  swój  własny  interes,  zajmowała  się 

przewozami konnymi. I miała też córkę, Olgę. 

Grigorij wykorzystał jej dom jako kryjówkę przed ludźmi gubernatora, kiedy ziemia 

zaczęła mu się palić pod stopami. Był ranny i stracił wzrok. 

Antonia porzuciła wszystko i uciekła wraz z nim. Stało się to przed dwoma laty. Tyle 

właśnie czasu spędzili ze sobą. Dwa lata i parę krótkich letnich miesięcy. 

Był to okres wielkiej, bezgranicznej miłości i choć los wystawił ich na ciężkie próby, 

ż

adne  z  nich  nie  żałowało  swej  decyzji.  Żadne  z  nich  na  dłużej  nie  cofnęło  się  myślą  w 

przeszłość.  To,  co  ich  łączyło,  było  zbyt  cenne.  Pragnęli  w  pełni  przeżyć  swoje  szczęście, 

stracili tak wiele czasu... 

A teraz stracili coś więcej niż czas. 

Antonia  straciła  krew.  Wiele  krwi.  Nie  czuła  się  dostatecznie  silna,  żeby  wstać. 

Bardzo tego chciała, zawsze czuła, że jej miejsce jest u boku Grigorija, miała mu pomagać, 

przecież właśnie po to była... 

-  Ja  mogę  napalić!  -  Grigorij  niemal  warknął,  kiedy  ostrożnie  napomknęła,  że  jest 

zimno. 

Zaraz potem jednak osunął się przy niej prawie bez sił. Ukrył twarz na jej brzuchu, a 

dłonie zacisnął na jej chłodnych, pobielałych palcach. 

background image

- Wybacz mi, Antonio! Wybacz! Bóg jeden wie, co złego musiałaś zrobić, by dostał ci 

się  taki  mężczyzna  jak  ja.  Nie  zasługuję  na  taką  dobrą  kobietę,  nie  zasługuję  w  ogóle  na 

miłość żadnej kobiety... 

Antonia  przyłożyła  policzek  do  jego  jasnych,  wypłowiałych  włosów.  Grigorij  je 

obciął,  bo  długie  zanadto  rzucały  się  w  oczy.  Wystrzępiony  koński  ogon  stał  się  znakiem 

szczególnym,  na  który  mogliby  zwrócić  uwagę  poszukujący  ich  żołnierze.  Włosy  ostatnio 

bardzo mu się przerzedziły, odrobinę może również posiwiały. 

Próbowała go pocieszać. 

Grigorij  podniósł  się  wreszcie,  przygotował  do  napalenia  w  piecu  i  do  zrobienia 

czegoś do zjedzenia. 

Znał  ten  ich  domek,  każdy  jego  kąt.  Zawsze  jednak  chyba  uważał,  że  jest  coś 

przerażającego w zabawie z ogniem. Ciągle się bal, że się poparzy, i bardzo się tego wstydził. 

Silny  mężczyzna  taki  jak  on  nie  powinien  się  bać.  Utracony  wzrok,  zdaniem  Grigorija,  nie 

stanowił w tym wypadku żadnego wytłumaczenia. 

Wziął się w garść, uczynił to dla niej. Ona przecież tyle dla niego zrobiła. Zawdzięczał 

jej życie. 

Kiedy  przyszedł  Anastas,  poranek  przywdział  już  słoneczny  płaszcz.  Brzegi  tego 

płaszcza  obramowane  były  mrozem,  ale  słońce  świeciło  nad  równiną,  zdradziecko  żółciło 

niebo  nad  horyzontem.  Można  się  było  dać  oszukać  i  uwierzyć,  że  jest  ciepło,  tymczasem 

powietrze  aż  kłuło  lodowymi  igiełkami.  Przy  każdym  oddechu  piekło  głęboko  w  płucach. 

Każde zaczerpnięcie tchu sprawiało ból. 

Był  to  jeden  z  tych  zimnych  dni,  które  potrafią  zabić  starych  ludzi.  Jeden  z  tych 

zimnych dni, które wbijają się niczym nóż w pierś wielu tych, którzy już długo chodzą po tym 

ś

wiecie. Jeden z tych zimnych dni, kiedy powinno się siedzieć w domu. 

Anastas  z  zakłopotaniem  ściągnął  czapkę.  Stanął  w  izbie  i  od  razu  pojął,  jak  oboje 

cierpią, zanim jeszcze niechętnie jął rozpinać olbrzymie futro. Wyglądał w nim na dwa razy 

potężniejszego, niż był w rzeczywistości. Przydawało mu ono męskości, której zapewne nie 

uzyska nawet jako dorosły. Owszem, Anastas był mężczyzną, lecz w jego twarzy rysowała się 

jakaś niedokończoność, wciąż na pierwszy rzut oka zauważało się w nim chłopca, a dopiero 

później,  przy  uważniejszym  spojrzeniu,  dostrzegało  mężczyznę.  Zauważało  się,  że  pod 

zewnętrzną, wręcz kruchą warstwą tkwi siła. W duszy tego chłopaka z pewnością kryło się 

więcej, niż mogło wydawać się z pozoru. Jego oczy widziały wiele rzeczy, których nikt nie 

powinien oglądać. 

- Za zimno na kopanie grobu - powiedział wprost. 

background image

Patrzył  przy  tym  na  Antonię,  do  niej  kierował  swój  żal  i  współczucie  w  spojrzeniu. 

Grigorij  słyszał  jego  głos,  wychwytywał  dźwięczące  w  nim  zmiany  o  wiele  wyraźniej,  niż 

Antonia byłaby kiedykolwiek w stanie dostrzec. Trudno było go oszukać, chociaż nie widział. 

Kalectwo wyostrzyło mu słuch. 

Antonia zamknęła oczy. Miała wrażenie, że powieki same się zaklejają. Ten ból nigdy 

się nie skończy. I przyjdzie go jeszcze więcej, nim udręka odnajdzie swój kres. 

- Możemy  go pochować pod stosem kamieni, jeśli uda nam się znaleźć dostatecznie 

dużo... 

- Tak wiele znów ich nie trzeba - cierpko zauważył Grigorij. 

Przełamał  suchą  szczapę  na  pół.  Ręce  mu  drżały.  Anastas  widywał  go  takim  już 

wcześniej, po tego rodzaju przeżyciach zawsze trudno było dawać sobie z nim radę, ale tak 

się  działo,  nim  nastała  Antonia.  Ona  posiadała  niezwykłą  zdolność  powściągania  Grigorija, 

potrafiła nakłonić go, by słuchał raczej głosu rozsądku niż płomiennych uczuć. Po dwakroć 

przydała mu rozumu. 

Niekiedy  Anastas  zastanawiał  się,  co  mógłby  osiągnąć  Grigorij,  gdyby  od  samego 

początku miał u swego boku tę kobietę. Głośno jednak nigdy na ten temat nie mówił. 

-  Można  go  pochować  na  wiosnę  -  ciągnął  Anastas.  Udawał,  że  nie  słyszał,  co 

powiedział Grigorij. Z wyjątkiem Antonii chłopak był chyba jedyną osobą, która mogła sobie 

na  to  pozwolić.  Ludzie  wciąż  bardzo  szanowali  jasnowłosego  ślepca.  Ciągnęła  się  za  nim 

sława, że potrafi stać się niebezpieczny. 

- Róbcie sobie, co chcecie - westchnęła Antonia. - On tak czy owak nie żyje. Nie żyje, 

maleńki!  I tak nic z tego nie poczuje. Nie możecie wyrządzić mu żadnej krzywdy, nikt już 

tego nie potrafi... 

Jej głos brzmiał tak martwo, że Anastas się przeraził. 

- Chcę przy tym być - oświadczył Grigorij. Stanął przy palenisku, górował nad nim, 

wysoki i bardzo szczupły. Zawsze chyba tak wyglądał, lecz Anastas dopiero teraz dostrzegł 

zmarszczki i cienie na jego twarzy i zdał sobie sprawę z tego, jak bardzo Grigorij wychudł. 

Tak źle nie było jeszcze nigdy. 

- Oczywiście - powiedział Anastas. 

Wciąż stał, trzymając w rękach swoje futro. Uszyto je ze skór wielu wilków, nie było 

cieplejszego odzienia na zimowe chłody. 

- Spotkałem pewną kobietę - wydusił wreszcie. Zawiesił głos i w końcu udało mu się 

pochwycić  spojrzenie  Antonii.  Nawet  Grigorij  zdawał  się  wyczuwać,  że  Anastas  nie 

background image

przyszedł ze zwykłymi pogaduszkami. - Przyjechała razem z mężczyzną w czerwonej pele-

rynie - dodał, obserwując Antonię. 

Kobieta  sprawiała  wrażenie,  że  kurczy  się  w  łóżku,  mocniej  naciągnęła  na  siebie 

okrycie, jak gdyby wystraszyła się tego, co teraz nastąpi. 

- Szukali ciebie. 

-  Mnie?  -  Antonia  wypowiedziała  to  szeptem.  Jej  piwne  oczy  były  okrągłe  jak 

paciorki. 

-  Niemożliwe,  żeby  wytropili  nas  aż  tutaj!  -  Grigorij  już  był  przy  niej.  Przysiadł  na 

brzegu posłania, obejmując ją za ramiona. Antonia jakby tego nie czuła. 

-  Ta  kobieta  wiedziała,  że  dzisiejszej  nocy  straciłaś  dziecko  -  ciągnął  Anastas.  - 

Wiedziała  też,  że  to  był  chłopiec,  i  mówiła,  że  cię  zna.  Powiedziała,  że  powinnaś  ich 

odszukać. Mówiła, że o nich wiesz, bo przed tobą już ktoś był. Twierdziła, że masz potężnego 

sprzymierzeńca w kobiecie o kruczych włosach... 

Antonia  przymknęła  oczy.  Pochyliła  głowę  i  zacisnęła  dłonie  tak  mocno,  że  aż 

zabolały ją kostki i koniuszki palców. 

- Raija - szepnęła.  - Dobry  Boże, ona  wie o Raiji! Jak to możliwe? Kim ona jest? - 

Antonia wpatrywała się w Anastasa. W oczach miała mroczne szaleństwo. - Jesteś pewien, że 

ten mężczyzna nosił czerwoną pelerynę, Anastas? 

Potwierdził. 

-  Daliśmy  im  grosik.  Zbierali  daninę  na  jakiegoś  boga.  Ludzie  tutaj  wierzą  we 

wszystko, co im się wmówi. Odkąd najstarsi sięgają pamięcią, nie było tu żadnego mnicha, a 

co dopiero księdza. Skąd więc ci ludzie mają wiedzieć, w co wierzyć? 

-  Czy  oni  wciąż  czekają  na  to,  żeby  ze  mną  pomówić?  -  Antonia  wypowiedziała 

pytanie szeptem, suchymi, pobielałymi wargami. - Chcę z nimi porozmawiać. Muszę. 

To był sen Raiji. Teraz dopadł ją. 

background image

Grigorij  nie  chciał  się  zgodzić  na  spotkanie  Antonii  z  nieznajomą  kobietą.  Antonia 

nigdy nie opowiadała mu o niezrozumiałych podróżach Raiji. Nigdy mu nie mówiła o złotej 

kobiecie z czarką w dłoniach. 

- Co to ma znaczyć? - spytał teraz Antonię. Nie pozwolił nawet odejść Anastasowi. 

- Ty z nią porozmawiaj - polecił przyjacielowi. - Powiedz jej, że Antonia nie jest w 

stanie przyjąć teraz gości, że nie może teraz rozmawiać z obcymi. Przecież zaledwie wczoraj 

rodziłaś, kobieto! Zaledwie wczoraj straciłaś dziecko! 

Antonia uścisnęła  go za  rękę. Cieszyła się, że Grigorij nie może  widzieć  jej twarzy. 

Anastas ją zobaczył i to go przeraziło. 

- Wydaje ci się, że o tym zapomniałam? - spytała. Ale to nie był jej głos, to nie był 

głos tej Antonii, którą znał Grigorij. To mówiła jakaś inna kobieta. Kobieta, która zmieniła się 

w ciągu tej jednej jedynej nocy. 

-  Ona  o  mnie  wiedziała  -  rzekła  cicho  Antonia,  prawie  szeptem.  -  To  jeden  z 

powodów, Grigorij. To nie jest osoba, której odmawia się spotkania, najdroższy. 

- Czy są jakieś inne powody? - spytał. Również Grigorij mówił szeptem, również jego 

głos nie chciał go słuchać. Mocno obejmował Antonię. Bał się, że być może ją traci. Nie mógł 

na to pozwolić, wolałby raczej umrzeć. 

Antonia kiwnęła głową w taki sposób, że wyczuł to ramieniem. Słowa były tu zbędne. 

- Kobieta o kruczych włosach to ona? - spytał. - Ta, która miała gorące dłonie? 

- Tak. 

- Skąd ta kobieta mogła o niej wiedzieć? Czy ona pochodzi stąd? Wydawało mi się, że 

jej imię jest fińskie... 

-  Tu  niektórzy  mówią  językiem,  który  przypomina  fiński  -  wtrącił  się  Anastas.  - 

Niewielu ich jest, ale są. 

- I ta kobieta należy do nich? - głos Grigorija wyraźnie się zaostrzył. 

- Tak - odparł Anastas. 

-  Raija  nie  pochodzi  stąd  -  rzekła  Antonia  głucho.  -  Nie  mogę  tego  wyjaśnić.  I  tak 

byście mi nie uwierzyli. Teraz rozumiem, że tak było. Nie potrafię nic wyjaśnić, ale tak było. 

To się wydarzyło. To się wydarzyło Raiji, a ja widziałam, jak się to działo. Z zewnątrz. Ona 

opowiedziała mi o wszystkim. Nie uwierzylibyście w to. Chcę się spotkać z tą kobietą, może 

background image

ona  potrafi  powiedzieć  mi  coś,  co  będzie  dla  mnie  pociechą.  Dlaczego  akurat  z  nią  nie 

miałabym się spotkać? 

Grigorij  wreszcie  ustąpił.  Słyszał  upór  w  głosie  Antonii.  Wiedział,  że  sprzeciw  na 

niewiele się zda. Zdawał sobie sprawę, że ona ma w sobie dość siły, by postawić na swoim, 

nawet  gdyby  w  tej  chwili  jej  zabronił.  Nie  był  w  stanie  nad  nią  zapanować.  Nie  wiedział 

także, czy właśnie tego pragnął. Wówczas Antonia przestałaby już być kobietą, którą kochał. 

- Przyprowadzimy ją do ciebie - oznajmił krótko. Miał to wprawdzie zrobić Anastas, 

lecz Grigorij często mówił „my” zamiast „ja”. Nikt też go w tym nie poprawiał. Pozwalano 

mu zachować poczucie własnej wartości. Jego ludzie pamiętali, kim był, a szacunkiem, jaki 

mu okazywali, zarazili i tych, którzy mieszkali tutaj jeszcze przed ich przybyciem. 

Być  może  dobrze  się  stanie,  że  Antonia  będzie  mogła  zająć  myśli  czymś  innym, 

oderwać  się  od  wspomnienia  utraconego  dziecka.  Grigorij  na  samą  myśl  o  zmarłym 

dzieciątku poczuł ukłucie w piersi. 

Miało  skórę  taką  gładziutką,  ciałko  tak  niepojęcie  drobniutkie.  Koniuszkami  palców 

dotknął  maleńkich  rzęs,  wciąż  czuł,  jak  bardzo  są  miękkie  i  kruche.  Nawet  muśnięcie 

najdelikatniejszym piórkiem nie mogłoby być lżejsze i bardziej delikatne. 

Jego syn. 

Tak  wiele  imion  mogli  nadać  małemu,  ale  teraz  nie  pamiętał  żadnego  z  nich. 

Zastanawiał  się,  czy  niewinna  duszyczka,  której  nie  zdążono  ochrzcić  ani  nawet  nadać  jej 

imienia, odnajdzie kiedyś spokój. Ta niewiedza sprawiała mu udrękę. Już na pewno nie mógł 

pytać  o  to  Antonii,  nikogo  innego  zresztą  również.  To  takie  dziwne.  Nigdy  dotąd  nie 

przejmował się wiarą, kościół zawsze stał po stronie tych, którzy dzierżyli władzę. Car i ko-

ś

ciół  to  jedno  i  to  samo.  Dom  boży  nie  był  też  miejscem,  do  którego  maluczcy  mieli 

swobodny dostęp. Księża i mnisi służyli przede wszystkim wielkim panom. 

W  dzieciństwie  musiał  mieć  jakieś  wyobrażenie  Boga,  teraz  poszło  już  w 

zapomnienie.  Tamte  lata  usunął  z  pamięci,  myślenie  o  nich  sprawiało  ból.  Nie  pamiętał 

twarzy rodziców, wyrządził im tyle zła. 

Grigorij wybrał wiarę w istnienie przestrzeni pełnej światła, w której znajdzie się jego 

zmarły syn. Postanowił wierzyć, że istnieje jakieś ciepło. Maleńki chłopczyk nie uczynił nic 

złego, po prostu narodził się i ich opuścił, był aniołem, który zajrzał do ich zimowego świata i 

zawrócił, nim drzwi całkiem zdążyły się za nim zamknąć. 

Właśnie w to postanowił wierzyć Grigorij. 

To było piękne. 

background image

Dotarł  na  miejsce  razem  z  Anastasem.  Zgromadziło  się  już  tam  wielu  jego  ludzi. 

Nazbierali  kamieni,  tam  gdzie  wciąż  można  je  było  znaleźć,  dokopali  się  do  nich  nad 

brzegiem Obu. Grigorij czuł wdzięczność palącą go w gardle, kiedy ściskali go za ręce. Wraz 

z tymi mężczyznami prowadził walkę, ci ludzie potrafili zabijać, to byli mężczyźni, których 

ręce splamiła krew, lecz potrafili odłożyć broń, kiedy tak należało. Chwile takie jak ta były 

dla  nich  zupełną  nowością.  Wiele  się  odmieniło,  gdy  przyłączyła  się  do  nich  Antonia.  Z 

początku  wszyscy  co  do  jednego  burzyli  się  przeciwko  niej,  żadnemu  nie  podobało  się,  że 

będzie im towarzyszyć kobieta. 

Wszyscy jednak ją polubili. Kolejno zdobywała sobie ich serca, Grigorij nie wiedział 

nawet, czy kosztuje ją to wiele wysiłku. Antonia była osobą, którą się lubiło albo nie lubiło, a 

ulepiona została z takiej gliny, że wśród jego ludzi zyskała powszechną sympatię. 

Teraz wielu z nich znalazło sobie kobiety pochodzące stąd. Mieli domy takie jak jego. 

W wielu chatach spodziewano się narodzin dziecka, w niektórych nawet bujano kołyski. To 

już nie byli ci sami ludzie, z którymi wspólnie walczył. 

Założyli  własny  nieduży  cmentarz.  Być  może  nie  został  on  poświęcony  w  należny 

sposób,  ale  dotychczas  Grigorij  nigdy  nie  znalazł  powodów,  by  się  nad  tym  zastanawiać. 

Teraz ta myśl przyszła mu do głowy, lecz i tym razem się nie dopytywał. Wiedział, że właśnie 

tam go prowadzą, poznawał to po ścieżce, którą czuł pod stopami. 

Niósł dziecko w ramionach, owinięte w czysty kocyk. Zostało umyte i oporządzone. 

Ważyło tak niewiele, wydawało się leciuteńkie jak piórko. 

Układali kamienie w kręgu, robili to w milczeniu. Panowało kąsające zimno. Grigorij 

czuł,  jak  zimno  szczypie  policzki.  Osunął  się  na  kolana  na  zmrożoną  ziemię,  poły  kurty  z 

reniferowej skóry odgrodziły go od śniegu. Policzek wtulił w maleńką główkę, odsunął brzeg 

kocyka.  Musiał  to  zrobić.  Takie  pożegnanie  było  niczym  otwieranie  wrót  do  piekła.  Pierś 

sznurowała  mu  się  z

  żalu,  że  Antonia  nie  może  uczestniczyć  w  pogrzebie,  lecz  odkładanie 

tego smutnego obowiązku nie uprościłoby niczego dla żadnego z nich. 

Grigorij  ucałował  skrawek  maleńkiego  czółka,  które  odsłonił.  Potem  wygładził 

okrycie. 

- Krąg jest na wprost przed tobą - powiedział Anastas. 

Grigorij słyszał wzruszenie w jego głosie. Przeczuwał, że Anastas nigdy już nie będzie 

taki jak przedtem. Był czas, kiedy obchodziły go wyłącznie konie, Antonia odmieniła również 

i to. 

- Możesz go teraz położyć. Jak łatwo jest wypowiedzieć takie słowa! Grigorij przytulił 

zawiniątko do piersi. W środku była krew z jego krwi i kość z jego kości. Owoc jego jedynej 

background image

prawdziwej miłości. Tyle szczęścia przyniosło to dziecko! Tyle szczęścia mogło sprawić tak 

wielki ból. 

Podpełzł w przód na kolanach. Skórzana kurta utrudniała mu ruchy, ale jedno kolano 

natknęło się na coś twardego. Wiedział, że dotarł do pierwszego rzędu kamieni. 

- Stiepan, tak właśnie powinniśmy cię nazwać. Nazywałbyś się Stiepan Grigorijewicz 

Antonów. To byłoby dobre imię dla ciebie, synu... 

Ż

aden  z  ludzi  zgromadzonych  wokół  niego  nie  odezwał  się  ani  słowem.  Żaden  nie 

spytał,  dlaczego  wybrał  akurat  to  imię.  Wszyscy  pamiętali  tego,  który  wystąpił  zbrojnie 

przeciw  carskim  wojewodom  i  zdobył  kilka  miast,  lecz  ostatecznie  musiał  przypłacić  to 

ż

yciem. Wiele zimnych nocy spędzili wokół ogniska, śpiewając o Stieńce Razinie. 

W  oczach  władz  był  zdrajcą,  dla  ludu  bohaterem.  To  oczywiste,  że  syn  Grigorija 

powinien nosić jego imię. To było jak najbardziej słuszne. 

Grigorij  położył  małego.  Czyniąc  to  zrywał  wszelkie  łączące  ich  więzy.  Wraz  z 

dzieckiem grzebał własne nadzieje, na które sobie pozwolił. 

Pozostał  na  klęczkach  w  czasie,  gdy  jego  ludzie  kamieniami  okładali  małe  ciałko. 

Sypali kolejne ich warstwy, żadne zwierzę nie może mieć tu dostępu. Na wiosnę pochowają 

go jak przystoi, obiecali Grigorijowi, że to zrobią. Postawią na  grobie maleńki domek, a w 

głowach krzyż. 

Teraz  cały  czas  milczeli.  Pomimo  zimowego  chłodu  pościągali  czapki  z  głów.  Nie 

mogli  patrzeć  na  Grigorija,  chociaż  wiedzieli,  że  on  i  tak  nie  wyczuje  ich  spojrzeń.  Jego 

ż

ałoba była taka naga, niczym nie osłonięta. Powinien zachować ją dla siebie. Zauważanie jej, 

zapamiętywanie byłoby zbytnim wdzieraniem się w jego wnętrze. 

W  końcu  Anastas  przerwał  krąg.  Nasunął  czapkę  na  głowę,  wcisnął  też  czapkę 

Grigorijowi na uszy i pomógł mu wstać. 

-  Nic  już  tu  po  nas,  Grigorij  -  powiedział  cicho.  -  Jak  chcesz,  możesz  przyjść  tu 

później. Możesz przychodzić co dzień. 

- Po co? - spytał Grigorij. - Przecież on i tak nie żyje. 

- Znajdziemy tę kobietę, z którą chciała rozmawiać Antonia. 

Anastas  wyprowadził  Grigorija  z  małego  cmentarza,  za  ich  plecami  mężczyźni 

rozeszli się do swoich zajęć. 

- Pozwoliłem im zostać u mnie - oznajmił Anastas. Grigorij się nie odezwał. Anastas 

też nie tłumaczył niczego dokładniej, nie zdradził, co myśli, a Grigorij nie pytał. Po prostu 

szedł za chłopakiem. 

background image

W  chacie  było  ciepło.  Chałupka  Anastasa  była  mniejsza  od  domu  Grigorija.  Młody 

chłopak wzruszał ramionami, gdy ją budowali. Twierdził, że nie potrzeba mu więcej miejsca, 

niż tyle, ile konieczne, by się najeść i wyspać. Był zdania, że nie warto dla niego marnować 

cennego drewna. 

Teraz, gdy weszli do środka, rozległ się szelest spódnicy. Kobieta mówiła po rosyjsku, 

miała jednak inny akcent niż ten, do którego przywykł Grigorij. Przemknęło mu przez głowę, 

ż

e jest on nieco podobny do akcentu przyjaciółki Antonii z Archangielska. 

- Czy mogę tam pójść? - spytała. Grigorij słyszał, że nie jest to stara kobieta. Sam nie 

zdawał  sobie  sprawy,  skąd  o  tym  wie,  bardzo  łatwo  było  się  pomylić,  gdy  próbowało  się 

odgadywać po głosie. Ale on po prostu to wiedział. 

- Ona chce z tobą mówić - odparł. 

Anastas milczał. Jemu nie wypadało odpowiadać w imieniu Antonii. 

- Przykro mi, że straciliście dziecko - westchnęła kobieta. - Jej widać nie tak łatwo jest 

rodzić dzieci... 

Grigorij nie odpowiedział. Nie wiedział. Nigdy nie pytał Antonii, jak było poprzednim 

razem.  Nigdy  nie  chciał  myśleć  o  córce,  którą  zostawiła  w  Archangielsku,  pragnął  żyć  tak, 

jakby ich życie rozpoczęło się w chwili, gdy znów się spotkali. Liczyć się miał jedynie czas, 

jaki spędzili razem. 

- Mogę cię tam zaprowadzić - oświadczył Anastas. 

Dziewczyna  pokręciła  głową.  Była  młoda,  dość  ładna.  Młodsza  od  Anastasa,  lecz 

tkwiło w niej coś specyficznego, może pewność siebie, jakiej brakowało większości młodych 

kobiet, spokój i poczucie bezpieczeństwa, które zdawała się ze sobą nieść. Miała jasne blond 

włosy, nie takie jednak jak Grigorij. Kolor jej włosów miał w sobie więcej złocistego blasku 

dojrzałych w słońcu kłosów zboża. Była w niej  pewna łagodność, a w szarych, spokojnych 

oczach jakaś wiedza. 

- Sama tam trafię - odparła. 

- Nie możesz tego wiedzieć! - wybuchnął Grigorij. - Nigdy w to nie uwierzę! 

Uśmiechnęła  się.  Anastas  to  zobaczył  i  na  policzki  wypełzł  mu  rumieniec.  Żadna 

dziewczyna nie powinna uśmiechać się tak ciepło, tak pięknie i szczerze. Nie do obcego... 

-  Wypytywałam  o  drogę,  kiedy  tu  przybyłam  -  powiedziała.  -  Nie  znałam  jej 

wcześniej. Ja nie wiem wszystkiego, chociaż wiem dużo... 

- Gdzie ten człowiek, z którym przyszłaś? - dopytywał się Anastas. 

Nieznajoma czekała na nich sama. 

background image

-  On  odszedł  -  odparła  z  uśmiechem,  lecz  z  oczu  biła  jej  powaga.  Powaga,  której 

Anastas  wówczas  nie  rozumiał.  Zrozumienie  tej  dziewczyny  wymagało  bardzo  długiego 

czasu. 

- Nie był tu już do niczego potrzebny - dodała jeszcze przed wyjściem. 

- Dziwna osoba - mruknął Anastas. 

- Piękna? - spytał Grigorij, odnalazłszy drogę do krzesła stojącego przy stole. Anastas 

miał ich tylko dwa. Wyciosane były z  grubych  pni drzewa, Grigorij pomagał mu je zrobić. 

Kiedy tu siedział, miał wrażenie, że odpoczywa na własnym krześle. 

Usłyszał, że Anastas otwiera dzban. Słyszał, że chłopak nalewa dla nich obu. Wypił 

rum jednym haustem. 

-  Jeszcze?  Kiwnął  głową.  Alkohol  rozgrzewał  przynajmniej  na  krótką  chwilę. 

Pełniejszego ciepła musiał szukać w inny sposób. Głębszej pociechy zawartość dzbanów nie 

potrafiła przynieść, był już na tyle dorosły, że zrozumiał to przed wielu laty. 

-  Ona  jest  piękna  -  powiedział  Anastas  niemal  ze  zdziwieniem.  -  Prawie  jak  te 

dziewczyny, które można znaleźć nad Bałtykiem... 

- Nigdy się z nimi nie zadawałem - odezwał się Grigorij. - Pamiętaj, że z nas dwóch to 

ty pochodzisz z wyższych sfer. Reszta z nas nigdy nie była w Sankt Petersburgu. 

Anastas zachichotał. 

-  Tak  łatwo  zapominam,  że  to  ja  dźwigam  na  swoich  barkach  kulturę.  Pewnie 

zaszkodziło  mi  złe  towarzystwo,  w  które  wpadłem.  Ty  tak  nie  uważasz?  Ale,  do  diabła,  ta 

dziewczyna jest naprawdę śliczna! I może wcale nie taka młoda? Sprawiała wrażenie jakby 

wszechwiedzącej ... 

-  Rzeczywiście,  zaszkodziło  ci  złe  towarzystwo  -  uznał  Grigorij.  -  Nie  masz  więcej 

tego rumu? 

Pierwszą  rzeczą,  jaka  uderzyła  Antonię,  było  to,  że  ma  do  czynienia  zaledwie  z 

dziewczyną.  Wcześniej  wyobrażała  ją  sobie  jako  starszą  kobietę.  Nie  umiała  wyjaśnić, 

dlaczego. Cóż, tak po prostu się chyba myśli. Skoro miała to być osoba, posiadająca wiedzę, 

umiejętności i doświadczenie, to powinna też dźwigać na karku ciężar lat. 

- Teraz dam już sobie radę - oznajmiła Antonia kobietom z sąsiedztwa, które siedziały 

przy niej w czasie, gdy mężczyźni zajmowali się pochówkiem dziecka. 

Kobiety wymieniły spojrzenia. Zmierzyły nowo przybyłą wzrokiem. Wiek przemawiał 

przeciwko niej. 

- Wszystko będzie dobrze - powtórzyła Antonia. - Czekałam na nią. 

background image

Popatrzyły  na  położnicę  z  nadzieją.  Ciekawe,  co  też  powie  im  o  nieznajomej.  Ale 

Antonia  nic  nie  mówiła,  a  obca  dziewczyna  podeszła  do  samego  łóżka,  uklękła  przy  nim, 

ujęła dłoń Antonii i ucałowała ją. 

- Przysyła mnie moja matka - powiedziała. - Bardzo się o ciebie niepokoiła. 

Sąsiadki westchnęły głośno. To znaczy, że dziewczyna nie przybyła tu na własną rękę. 

Słowa  o  matce,  która  ją  przysłała,  zabrzmiały  pocieszająco.  Jedna  po  drugiej  zaczęły 

opuszczać Antonię. 

- Kim ty jesteś? - spytała Antonia nieznajomą. Obca wciąż siedziała na podłodze przy 

łóżku. 

Uśmiechnęła  się  do  Toni,  wyraz  jej  twarzy  był  taki  dorosły,  jak  gdyby  żyła  nie 

wiadomo już jak długo. 

-  Jestem  Kati  -  powiedziała.  -  Mam  osiemnaście  lat.  Przybywam  z  Konda.  To 

niedaleko od Endyr. 

-  Kim  był  ten  mężczyzna  w  czerwonej  pelerynie?  -  dopytywała  się  Antonia,  nie 

spuszczając oczu z dziewczyny. W spojrzeniu obcej widać było niezwykłą ufność. 

-  To  mój  brat  -  odparła  takim  tonem,  jakby  to  przez  cały  czas  było  oczywiste,  jak 

gdyby Antonia sama powinna się tego domyślać. - On jest poborcą danin - rzekła wprost. - 

Zbiera ofiary dla naszego najwyższego bóstwa. 

Antonia z drżeniem wypuściła powietrze z płuc. Ból ciała przestał już jej tak mocno 

dokuczać, lecz oblewał ją pot, a siedzenie sprawiało ból. Bolesne też było przekręcanie się z 

boku na bok. Gdy próbowała unieść głowę, czuła, jak bardzo jest słaba. Wszystko to jednak 

stało się teraz takie nieważne, odpływało gdzieś daleko. 

- Skąd o mnie wiedziałaś? - wydusiła z siebie. - Skąd wiedziałaś o Raiji? Nie mogłaś 

być tam, gdzie była ona... 

Kati pokręciła głową. Wszystko, co robiła, wykonywała z takim spokojem, tak bardzo 

cicho. 

- Ona się pojawiła w snach mojej matki - odparła. - Ta kobieta o kruczych włosach. 

Ma  więc  na  imię  Raija?  Miała  wiele  innych  imion.  -  Po  twarzy  przebiegł  jej  uśmiech.  - 

Wszystkie zaczynały się tak samo. Czy to nie dziwne? 

Antonię  przeszedł  dreszcz.  Właściwie  nie  chciała  tego  wiedzieć,  nie  chciała  w  to 

wierzyć. Najbardziej pragnęła o tym nie myśleć, jednocześnie zaś była ciekawa. To dawało 

jej szansę myślenia o czymś innym niż o dziecku, które utraciła. 

- Moja matka śniła o tobie. Ona do niej przyszła. 

background image

Kobieta  o  czarnych  włosach  przyszła  do  mojej  matki  we  śnie.  Bardzo  się  o  ciebie 

niepokoiła.  Czuła  twój  ból,  bała  się  o  ciebie.  A  moja  matka  wiedziała,  gdzie  jesteś.  Matka 

poprosiła, żebym tu przyjechała. Mówiła, żebym została i pomogła ci stanąć na nogi. Moja 

matka powiedziała, że twoje dni nie dobiegną kresu tutaj, na wschód od Uralu. Nie przybyłaś 

tu  po  to,  żeby  umrzeć.  Lecz  być  może  również  nie  po  to,  by  być  tu  szczęśliwa.  Może  nie 

powinnam o tym mówić, ale nie lubię kłamać. Lubię, żeby ludzie wiedzieli, jaka jestem. 

- Nie stać mnie na to, żeby płacić służącej - powiedziała Antonia. - Nie mam miejsca, 

ż

eby ktoś mógł tu mieszkać. Jest tylko ta jedna izba - pokazała ręką. Wzrokiem omiotła cztery 

ś

ciany i skromne umeblowanie. 

-  To  się  jakoś  załatwi  -  zapewniła  Kati.  -  I  nie  przyszłam  tu  wcale  po  zapłatę. 

Przyszłam, ponieważ tak nakazała mi moja matka. 

-  Kim  jest  twoja  matka?  -  spytała  Antonia.  Nie  była  przekonana,  czy  i  to  chce 

wiedzieć. 

-  Ty  nie  doniesiesz  wojskowym  -  uśmiechnęła  się  Kati  tym  swoim  dziecinnym 

uśmiechem, który potrafił tak wprowadzić w błąd. 

Przecież  to  dorosła  kobieta.  Pod  wieloma  względami  o  wiele  bardziej  dorosła  niż 

większość  dziewcząt  w  jej  wieku.  Widziała  i  słyszała  znacznie  więcej,  uświadomiła  sobie 

Antonia. Kati wiedziała, czego może oczekiwać. Być może dokładnie wiedziała, co... 

Na tę myśl Antonię przeszedł dreszcz. 

-  Oni  za  coś  takiego  obcinają  głowy  -  ciągnęła  Kati  spokojnie.  -  Albo  wieszają.  Na 

ogół jednak obcinają głowy. Mogą potem nabić je na żerdź, ku przestrodze. Wydaje im się, że 

to  pomaga.  Sami  są  bez  wiary,  nie  pojmują,  że  wielu  gotowych  jest  oddać  życie  za  naszą 

ś

więtość. Nie rozumieją jej wielkości... 

Antonia wiedziała, że Kati nie mówi teraz o swej matce, lecz o złotej bogini. 

-  Mój  ojciec  jest  naczelnym  szamanem  -  wyjaśniła  Kati.  -  Matka  również  jest 

szamanką,  ale  on  jest  głównym  szamanem  w  całym  rejonie  Konda.  Matka  potrafi  równie 

wiele  co  on,  lecz  jest  kobietą,  a  wiedza  mężczyzn  i  kobiet  nie  jest  równoważna,  nawet  dla 

Jumali. Moja matka mówi, że wy staniecie się częścią naszej historii. Nie tylko dlatego, że ty 

znasz  tę  kobietę  o  kruczych  włosach.  Moja  matka  widzi  w  was  osoby  ważne  dla  naszej 

bogini. 

Antonia opadła na poduszkę i przymknęła oczy. 

Z Archangielska do ujścia wielkiej rzeki, Obu, było daleko. Niewyjaśnione sny Raiji 

od  tego,  co  działo  się  tutaj,  dzieliła  cala  wieczność.  Tymczasem  opowiadała  jej  o  nich 

prawdziwa żywa kobieta. Kobieta z krwi i kości. Antonia gotowa była to przysiąc. Mówiła ta-

background image

kie  rzeczy,  które  odbijały  się  echem  we  wnętrzu  Antonii,  mówiła  o  tym,  o  czym  nie  miała 

prawa wiedzieć. 

- Twoja córka miewa się dobrze - oświadczyła Kati. Antonię zakłuło w sercu. 

-  Matka  prosiła,  żebym  ci  to  przekazała.  Miałam  powiedzieć,  że  wciąż  jest  u  tej 

kobiety o czarnych włosach. Dobrze jej tam. O niczym innym nie słyszałam. 

Nikt  z  tutejszych  ludzi  nie  wiedział,  że  Antonia  miała  już  jedno  dziecko,  a  tym 

bardziej  nikt  nie  mógł  się  domyślać,  że  to  dziewczynka.  Nikt  nie  mógł  wiedzieć,  że 

zaopiekowała się nią Raija. 

To była groźna nierzeczywistość. Przerażająca, a zarazem niebezpiecznie pociągająca. 

To,  co  niebezpieczne,  często  miewa  swój  własny  czar,  osobliwą  zdolność  przyciągania  do 

siebie również tych, którzy się lękają. 

- Poprosiła cię tak po prostu, żebyś tu została? - spytała Antonia z niedowierzaniem. 

Miała wielką ochotę poznać matkę Kati, pragnęła spojrzeć na nią własnymi oczyma. 

Kati nazwała ją szamanką, od tego niedaleko już do czarownicy. Antonię przeszedł dreszcz. 

Wsunęła się głębiej pod okrycie. Siennik na łóżku był twardy, lecz okrycie miękkie i cieple. 

Mogła się pod nim schować. 

- Masz niewidomego męża - powiedziała Kati. - Minie nieco czasu, nim znów wrócisz 

do sił. Nie, nie sprzeciwiaj mi się, moja matka wie takie rzeczy. Ona to widzi. Widziała, że 

mogę się tu przydać. Nie prosiłaby mnie, żebym tu przyjechała, gdyby tak nie było. Nie mogę 

wrócić,  bo  nie  wypełniłabym  wtedy  obietnicy,  którą  jej  złożyłam.  Nie  wywiązałabym  się  z 

tego, czego się ode mnie oczekuje. 

- Czy ona, ta bogini, naprawdę istnieje? - spytała Antonia. - Czy ona jest prawdziwa? 

Jest ze złota? 

Kati cały czas się uśmiechała. 

- Ja jestem tylko dziewczyną - powiedziała. - A jej strzegą młodzi mężczyźni. Wśród 

wtajemniczonych najwięcej jest mężczyzn. 

- Czy twoja matka nie jest wtajemniczona? - zdziwiła się Antonia. 

Kati nie odpowiedziała jej na żadne z poprzednich pytań. 

Teraz dziewczyna kiwnęła głową. 

- Niewiele jest kobiet, muszą sobie na to bardzo zasłużyć. Muszą być bardzo mądre. 

Muszą oddać bogini wielkie przysługi... 

Antonia przełknęła ślinę. Znów próbowała wyobrazić sobie matkę Kati. Ta kobieta nie 

mogła  być  bardzo  stara.  Tutejsze  dziewczęta  prędko  wychodziły  za  mąż,  wcześnie  rodziły 

dzieci. Matka Kati nie mogła mieć więcej niż czterdzieści pięć lat. Antonia liczyła, że może 

background image

być jeszcze młodsza. Nie przemogła się, by spytać Kati, jakie to przysługi oddała jej matka 

Jumali. 

Wiele niedopowiedzeń zawisło w powietrzu, ale Kati nie była ani trochę zaskoczona 

tym, że Antonia tak dużo wie o jej ludzie i o złotej bogini. 

- Moja matka nazywa się Glikeria - powiedziała Kati. Mówiąc o niej, uśmiechała się. 

Wyraźnie  było  widać,  że  wysoko  ją  ceni.  -  Rodzice  mają  tylko  mnie  i  mojego  brata. 

Powiadają  jednak,  że  on  odejdzie  młodo.  Oni  wiedzą  takie  rzeczy.  Mój  ojciec  stale  mi  po-

wtarza, że nie mogę pozwolić, aby nasz ród wymarł. To bardzo ważne, by nasza krew żyła 

dalej. 

- Możesz zostać - oznajmiła Antonia córce szamana. A Kati uśmiechnęła się tak, jakby 

już wcześniej wiedziała, że Tonią jej nie odrzuci. 

- Powiem o tym twojemu mężowi - rzekła. - Możesz na krótką chwilę zostać sama? 

Antonia kiwnęła głową. 

- Płakałam, kiedy usłyszałam o twoim dziecku - powiedziała Kati. 

Antonia milczała. Wpatrywała się w drzwi. 

Z Endyr tutaj było daleko. Kati nie mogła odbyć tej podróży w ciągu jednej nocy. 

Antonię przeszył dreszcz. Ta dziewczyna znała jej los, jeszcze zanim się dopełnił. 

W inny sposób nie dało się tego wytłumaczyć. 

background image

-  Możesz  wracać  do  swojej  żony  -  oznajmiła  Kati  Grigorijowi.  -  Już  z  nią 

rozmawiałam. Zostaję. 

- Co takiego? - zdumiał się Grigorij. 

- Ona się zgodziła - dodała Kati. W jej słowach nie krył się żaden pośpiech, wszystko 

było  starannie  przemyślane.  Jak  gdyby  miała  czas  zaplanować  każde  wypowiadane  zdanie. 

Jak  gdyby  wiedziała,  w  jaki  sposób  powita  ją  każdy  z  nich.  Jak  gdyby  wiedziała,  kogo  tu 

spotka. 

Grigorij podniósł się ciężko. Odrzucił propozycję Anastasa, że ten go odprowadzi. 

-  Nie  potrzebuję  jeszcze,  żeby  ktoś  mnie  podpierał  w  drodze  stąd  do  domu  -  rzekł 

zgryźliwie. - Ten dzień na razie nie nadszedł, Anastas. 

Dziewczyna  stała  przy  drzwiach.  Uśmiechała  się  w  charakterystyczny  dla  siebie 

sposób,  nieśmiało.  Była  delikatna  niczym  jeden  z  najpierwszych  wiosennych  kwiatów, 

pieszczonych słońcem. 

Anastas przełknął ślinę. 

Już wcześniej miał okazję widzieć piękne dziewczęta, niektóre z nich zdarzyło mu się 

również obejmować. Nigdy nie przywiązywał do tego żadnego znaczenia. Nie pozwalał, by 

coś znaczyło. Bardzo często wiele zależało od tego, jakie drzwi pozwoli się innym otworzyć. 

Na razie żadnej kobiecie nie udało się pchnąć tych położonych najgłębiej w jego wnętrzu. Nie 

chciał, żeby to się stało tutaj, nie w tej zmrożonej krainie, położonej tak daleko od rodzinnych 

stron... 

Nie  snuł  marzeń,  by  kiedykolwiek  tam  wrócić.  Teraz  już  nie.  Najchętniej  jednak 

chciałby  umrzeć  w  okolicach,  w  których  zdzierał  dziecinne  buciki.  Nie  było  mowy,  żeby 

pozwolono  mu  biegać  na  bosaka  po  trawie,  ale  na  myśl  o  tamtych  łąkach  w  jego  sercu 

wzbierało ciepło. 

Jeśliby kiedykolwiek wziął sobie kobietę, będzie musiała pochodzić stamtąd. To zaś 

jest  niemożliwe,  o  tym  Anastas  dobrze  wiedział.  Oswoił  się  już  z  myślą,  że  przyjdzie  mu 

przeżyć życie w samotności. 

- Ty nie jesteś całkiem taki jak wszyscy, prawda? To rozległ się jej głos, przypominał 

ptasi śpiew. 

Chyba  jeszcze  nigdy  Anastasowi  nie  zdarzyło  się  myśleć  podobnie.  Nigdy  nie 

wypowiadał takich słów o kobietach. Wywołało to w nim dziwne uczucie. 

background image

- Jak to, nie całkiem taki jak inni? - dopytywał się ze swego krzesła przy stole. 

Blaszany  kubek  Grigorija  wciąż  stał  na  drugim  końcu  stołu,  przy  drugim  krześle. 

Może  właśnie  ten  kubek  wstrzymywał  ją  przed  tym,  by  usiadła?  Było  to  nieuprzejme,  lecz 

Anastas nawet się nie ruszył, by go stamtąd zabrać. Musiał walczyć ze wszystkim, czego się 

nauczył  o  zachowaniu  w  stosunku  do  kobiet,  lecz  ona  przecież  nie  była  żadną  damą,  to  po 

prostu  dziewczyna.  Bóg  jeden  wie,  skąd  pochodzi.  Anastas  nie  zamierzał  uczynić  nic,  co 

mogłoby ją w jakikolwiek sposób zachęcić. 

- Nie urodziłeś się po to, by żyć jako wyjęty spod prawa - powiedziała. 

- Ile zdążyłaś omówić z Antonią? - zdziwił się, mrużąc oczy. 

Nie  mogła  się  tego  dowiedzieć  w  żaden  inny  sposób,  jedynie  ludzie  Grigorija  znali 

prawdę  o  nim.  Nawet  ich  żony  niczego  się  nie  domyślały.  Antonia  była  wyjątkiem,  a  ona 

nikomu by nic nie zdradziła, to bardzo do niej niepodobne. 

- Antonia tylko zadawała mi pytania - odparła dziewczyna. 

Dopiero  teraz  przysiadła  na  wolnym  krześle.  Łokcie  oparła  na  stole,  dłonie  złożyła 

pod brodą i patrzyła prosto na niego.  Nietrudno  było pochwycić jego wzrok. Anastas na to 

pozwolił. Nie chciał okazać się tchórzem przed tak młodą dziewczyną jak ona. 

-  Mam  na  imię  Kati  -  wyjaśniła.  -  Jestem  córką  szamanów.  Nie  wiem,  jak  się 

nazywasz, ale wiem, kim jesteś. Słyszałam o tobie. Różnisz się od innych. Nie mam przy tym 

nic złego na myśli. Po prostu jesteś inny, inny również niż ja. 

- Zostajesz? - spytał Anastas, chcąc zmienić temat rozmowy. 

Dziewczyna  kiwnęła  głową.  Jej  szare  spojrzenie  wciąż  przytrzymywało  go  w 

bezradnej  niewoli.  Anastas  nie  mógł  tego  pojąć,  jej  oczy  miały  jakąś  moc.  Ta  moc  tkwiła 

również w słowach, w każdym jej ruchu. 

-  Przyjechałam  tu,  żeby  zostać  -  odparła  takim  samym  tonem,  jakim  inni  mówią  o 

pogodzie.  -  Takie  jest  moje  zadanie.  Takie  jest  moje  przeznaczenie.  Nie  było  mi  pisane 

pozostanie w Konda. Tam źle się będzie działo, stracimy wielu ludzi, ale oni nigdy nas nie 

zwyciężą. 

Anastasa  przeszył  dreszcz.  Nie  wiedział,  o  czym  mówi  dziewczyna,  lecz  już  sam 

sposób, w jaki wypowiadała słowa, wystarczył, by ciarki przeszły mu po plecach. 

Było  w  niej  również  coś  przerażającego.  Córka  dwojga  szamanów?  To  znaczy,  że 

kościołowi  nie  wszędzie  udało  się  wygrać.  Domyślał  się,  że  okolice  na  wschód  od  Uralu 

stanowią bastion rozmaitych pogańskich wierzeń. Obszary były tu olbrzymie, nie poznane. Po 

stronie  mieszkańców  tych  okolic  stała  przyroda.  Ludzie  cara  mogli  tu  przybywać  z  bronią, 

przynosząc  rozkazy  imperatora,  zabijać  wyznawców  innych  bogów  i  palić  ich  świętości, 

background image

toczyli jednak nierówną walkę. Być może ta Kati miała rację, możliwe, że druga strona nigdy 

nie zdoła wygrać. 

- Zostaję tutaj - oświadczyła. - Możesz mi powiedzieć, jak się nazywasz? 

- Anastas - odparł, zająknąwszy się, i zaraz uczepił się tego, co mówiła wcześniej. - 

Zostajesz tutaj? Tu? 

Kati  skinęła  głową.  Siedziała  spokojnie,  jak  gdyby  to  było  jej  miejsce,  jej  własne 

krzesło w jej własnej izbie. Już je sobie przywłaszczyła. 

-  Tutaj  -  oświadczyła.  -  Matka  powiedziała  mi,  że  to  ciebie  los  mi  przeznaczył. 

Anastas... Podoba mi się to imię. To takie imię, które trzeba długo trzymać w ustach. Miło je 

wypowiadać.  Łaskocze,  zanim  je  wymówisz,  a  potem  zeskakuje  z  koniuszka  języka.  Czy 

kiedykolwiek się nad tym zastanawiałeś? Potrzebne mi miejsce, gdzie mogłabym zamieszkać. 

U innych chyba jest za ciasno. Nie ma powodu, żeby nie mogło to być właśnie tutaj. Ty jesteś 

moim przeznaczeniem, Anastas. Tak samo jak ja twoim. Nie ma sensu z tym walczyć. 

Anastas przyglądał jej się z niedowierzaniem. Nie chciał przyjąć do wiadomości tego, 

co mówiła. Nie chciał pogodzić się z jej spokojem, z oczywistością jej działań. 

- Nie  chcę cię tutaj! - wykrzyknął,  rozkładając  ręce. Czuł, że narasta  w  nim panika. 

Tracił panowanie nad sobą. Lubił wiedzieć, którą drogą zmierza i dokąd go ona zaprowadzi. 

Co prawda życie u boku Grigorija nigdy nie wiodło ich prostą ścieżką, zawsze jednak mieli 

przed sobą cel. Zawsze wiedzieli, dlaczego są w drodze. Domyślali się, przynajmniej mniej 

więcej, dokąd zmierzają. 

- Nie chcę żadnych bab  w domu, słyszysz? A już na pewno żadnej obcej kobiety, o 

której nic nie wiem! Przybywasz tutaj i opowiadasz wszystkim jakąś szaloną historię, ale to 

nie wystarczy. Nie wystarczy, że nazwiesz się Kati, i powiesz, że jesteś córką szamanów. Nie 

chcę być wykorzystywany, nie potrzebuję cię do niczego! 

Wziął głęboki oddech i w tym momencie przyszło mu do głowy, że być może obszedł 

się z nią zbyt surowo. Ta dziewczyna była bez wątpienia najdelikatniejszą istotą, jaką potrafił 

sobie wyobrazić. Tak jak wrzeszczał na nią przed chwilą, nie ośmieliłby się krzyknąć nawet 

na konia. 

- Dzisiaj możesz tu przenocować - oświadczył, próbując nad sobą zapanować. - Ale w 

niczym  nie  pomogą  ci  ani  odrobinę  żadne  sztuczki,  których  byś  próbowała.  Raczej 

przeciwnie.  Ja  będę  spal  u  przyjaciela.  Zawsze  u  kogoś  znajdzie  się  dla  mnie  miejsce  na 

podłodze.  Jutro  poszukasz  sobie  innego  noclegu.  Miłe  z  ciebie  dziecko,  Kati,  ale  mnie 

niepotrzebna taka kobieta jak ty, niepotrzebna mi taka, która zapuściłaby tu korzenie. Chcę 

ż

yć sam, pojmujesz to? 

background image

Uśmiechnęła się, jak gdyby nie skrzyczał jej z całych sił zaledwie przed chwilą. 

- Matka mówiła, że będziesz się sprzeciwiał - rzekła z uśmiechem. Oczy pod grzywką 

przyciętą prosto nad brwiami rozbłysły. - Ale przecież największą radość sprawiają te konie, 

które najtrudniej ujeździć, prawda? - spytała żartobliwym tonem. 

Anastas  nie  wiedział,  co  odpowiedzieć.  Nie  spodobało  mu  się  porównywanie  go  do 

konia. 

Rzeczywiście  odstąpił  Kati  dom  na  tę  noc.  Przed  wyjściem  urządził  jeszcze  wielką 

scenę, wyjaśniając jej, w jaki sposób ma dbać o ogień na palenisku. 

Szczupły  kobiecy  palec  odgarnął  lok,  który  spadł  mu  na  czoło.  Ona  naprawdę  się  z 

niego śmiała, i to prosto w oczy! Odrobinę przekrzywiała przy tym głowę, ręce opierała na 

biodrach. Nie była wcale tak smukła, jak się w pierwszej chwili wydawało, zauważył Anastas. 

Łuki bioder szczodrze rozchodziły się od talii. 

-  Jesteś  inny  niż  my,  Anastas  -  zapewniła  go.  -  Gdybyś  był  jednym  z  nas,  to 

wiedziałbyś,  że  żadnej  dziewczynie  z  ubogiej  rodziny  nie  trzeba  tłumaczyć,  jak  należy 

przypilnować ognia. Jak myślisz, kto jest odpowiedzialny za ogień, jeśli nie kobiety? Jesteś 

inny niż my, ale mnie się to podoba. 

Uciekł. 

Spał  na  ławie  o  wiele  dla  niego  za  krótkiej,  będącej  spadkiem,  jaki  żona  jednego  z 

ludzi Grigorija przyniosła ze sobą do swojej prostej chaty. 

Wokół  stołu  zapanowały  śmiechy,  gdy  dowiedziano  się  o  kłopotach  Anastasa. 

Niektórzy byli zdania, że nie chodzi tu wcale o kłopoty, lecz raczej o możliwości. Znaleźli się 

też  i  tacy,  którzy  dali  do  zrozumienia,  że  być  może  wybiorą  się  na  nocne  zaloty,  skoro 

Anastas odrzucił takie zaproszenie. 

Zapewne był to tylko dowcip, lecz Anastas przyrzekł każdemu, kto by tylko się na to 

poważył, że porachuje mu kości pięściami i nożem. Wszystko obróciło się w żart, nie obyło 

się  jednak  bez  porozumiewawczych  mrugnięć  między  mężczyznami,  gdy  tylko  Anastas  na 

nich nie patrzył. 

Ten  dzień  przyniósł  ze  sobą  żałobę  i  smutek.  Mieszkańcy  wioski  byli  sobie  tacy 

bliscy.  Nawet  śmierć  nowo  narodzonego  dziecka  wywołała  ból,  chociaż  śmierć  nie  była  tu 

rzeczą niezwyczajną. To gość, który ma swoje humory. Niekiedy podczas jednej zimy potrafił 

zawitać do nich wielokrotnie po to, by później zapomnieć o nich na kilka lat. Mimo to jednak 

był  to  gość  znajomy.  Nie  zaskakiwał  ich  niczym  nowym.  Śmierć  pod  wieloma  względami 

stanowiła  część  życia,  bez  względu  na  to,  jak  gorzko  mogło  to  zabrzmieć.  Ci,  którzy  żyli, 

background image

musieli  żyć  dalej.  Kiedyś  nadejdzie  również  ich  kolej.  Kiedy  to  nastąpi,  tego  obliczyć  nie 

umieli. Mogli jedynie żyć. 

A  teraz  ta  nieznajoma  dziewczyna  pojawiła  się  niczym  świeże  tchnienie  gdzieś  z 

daleka. Gdyby udało jej się wprowadzić jakieś zamieszanie w uporządkowane życie Anastasa, 

wszyscy  obserwowaliby  to  z  napięciem.  Mieszkańcy  zszarzałych  chat  zaczęli  już  robić 

zakłady. 

Nie zastał jej po powrocie do domu. Właściwie odrobinę go to poruszyło, miał już w 

głowie  przygotowane  zdania,  które  chciał  jej  powiedzieć.  Wszystko  sobie  poukładał, 

tymczasem poszło to na marne, kiedy okazało się, że chata jest pusta. 

Wewnątrz  było  wysprzątane,  a  na  palenisku  płonął  ogień.  Przed  wyjściem  musiała 

dołożyć drew od serca. 

Wzrok Anastasa padł na futrzany płaszcz. Ten nie należał do niego, to było lisie futro. 

Pogładził je dłonią. Czuł, że jest gęste i delikatne, prawie nie widział szwów. Zostało 

uszyte przez kogoś, kto zna się na rzeczy. 

Ona je tu zostawiła. 

To musiało coś oznaczać. Anastas doskonale zdawał sobie sprawę, co. Nie zamierzał 

jednak  pozwolić,  by  wyszła  z  tej  potyczki  zwycięsko.  Zdecydowanym  ruchem  zarzucił 

należące do dziewczyny futro na ramię i ruszył w stronę domu Grigorija. 

Dobrze  wiedział,  dokąd  mogła  pójść.  Powiedziała  przecież,  że  właśnie  dlatego  tu 

przybyła.  Nie  chciał  uwierzyć,  że  mogła  zadać  sobie  tyle  trudu  jedynie  po  to,  by  spotkać 

swoje  przeznaczenie  w  jego  postaci.  Przecież  i  tam,  skąd  przybyła,  w  Konda,  musieli  mieć 

jakichś mężczyzn. 

Nie miał zamiaru pozwolić tak łatwo się złamać. 

A  Kati  powinna  już  wiedzieć,  że  nie  należy  dzielić  skóry  na  niedźwiedziu.  Tym 

bardziej że miś, z którym teraz miała do czynienia, był z natury dość przebiegły. Oparł się już 

przecież wcześniej tylu pułapkom, a i tym razem również zamierzał przeżyć. 

Anastas  położył  futro  na  stole  u  Grigorija.  Antonia  patrzyła  na  niego  szeroko 

otwartymi ze zdumienia oczyma. Grigorij dopytywał się, co się stało. Kati wyrabiała ciasto na 

chleb. 

- Ta pani zapomniała swego futra - rzucił beztrosko Anastas. 

- To u ciebie nocowała? - spytała Antonia z odrobiną ostrości w głosie, której z całą 

pewnością  nie  wywołał  w  niej  strach  o  cnotę  Anastasa  ani  też  gniew  urażonej  moralności. 

Anastas przypuszczał, że Kati nie do końca trzymała się prawdy. 

background image

-  Użyczyłem  jej  domu  na  dzisiejszą  noc  -  rzekł  Anastas  z  chichotem  i  przysiadł  na 

brzegu łóżka Antonii. 

Przelotnie pogłaskał ją po policzka Wystarczyło jedno spojrzenie, by stwierdzić, że tej 

nocy również niewiele spala. Jakież to niesprawiedliwe, że właśnie jej musiało się przydarzyć 

takie  nieszczęście!  Znał  mnóstwo  ludzi,  którzy  nie  byli  nawet  w  połowie  tak  z  głębi  serca 

dobrzy  jak  Antonia.  Czy,  uściślając,  również  jak  Grigorij.  Tamci  jednak  mogli  wieść 

spokojne życie, pławiąc się w blasku słońca, jak gdyby wszystkie wyższe moce obdarzyły ich 

szczególnymi przywilejami. 

- Ale przecież Kati mówiła, że załatwiła sobie mieszkanie - odezwała się Antonia. 

- Zapewne czegoś nie zrozumiała - odparł Anastas swobodnie. 

Jego  spojrzenie  napotkało  przejrzyste  szare  oczy.  Wciąż  tkwił  w  nich  śmiech.  I 

wyzwanie. Dziewczyna się nie poddawała. Nie udało mu się także jej zdenerwować. 

- Mówiłam, że to się na pewno jakoś ułoży - powiedziała Kati miękko. - Rozumiem, 

ż

e nie wypada, by w domu młodego, przystojnego mężczyzny jak Anastas spała dziewczyna 

w wieku sposobnym do małżeństwa. Dużo byłoby z tego gadania. A jakiś dom dla mnie się 

znajdzie, ja to wiem... 

Zaczęła cicho nucić piosenkę nieznaną Anastasowi, nieznaną również innym. Melodia 

brzmiała melancholijnie, w każdej nucie wyczuwało się drżenie tęsknoty. Śpiewała w swoim 

własnym języku, oni go nie rozumieli. To były tajemnicze słowa, których znaczenia nie miała 

zamiaru im zdradzać. 

- Czy twój lud przywędrował z zachodu? - spytała nieoczekiwanie Antonia. 

Kati przestała formować chleb, popatrzyła na Antonię. 

-  Sądziłam,  że  to  wiesz  -  powiedziała  cicho.  -  Uciekliśmy  od  tego  wielkiego, 

pokrytego śniegiem morza. Wędrowaliśmy na wschód, cały czas na wschód. Wielu naszych 

straciliśmy po drodze, ale nigdy nas nie złapali. Wysyłali za nami mnichów, którzy mieli nas 

nawracać,  i  żołnierzy,  by  nas  zabijali,  ale  my  przeszliśmy  przez  góry.  Znaleźliśmy  dom. 

Daleko  musieliśmy  uciekać,  przeżyli  jedynie  najsilniejsi.  Ale  też  i  dlatego  jesteśmy  silnym 

ludem.  A  nasi  książęta  pochodzą  od  tych,  którzy  przybyli  z  zachodu.  Wywodzą  się  z 

najstarszych rodów, z najlepszych z nas. 

Dziewczyna  mówiła  z  dumą.  To  były  wyuczone  słowa,  takie,  których  wysłuchiwała 

przy ogniu w długie, późne wieczory. Historia rodu, historia jej ludu. Te opowieści napełniały 

ją dumą i spokojem. Świadomość, że ma gdzieś swoje korzenie. Ludzie, z których rodu się 

wywodziła, dokonali wielkich czynów, uciekli z daleka, od ogromnego, pokrytego śniegiem 

morza. Udało im się dotrzeć aż tutaj. 

background image

- Tą samą drogą co my - wyrwało się Anastasowi. Kati znów poszukała jego wzroku. 

W jej szarych oczach krył się milczący triumf. Tak jakby chciała mu powiedzieć, że bardzo są 

do siebie podobni i wiele może ich ze sobą łączyć. On się temu opierał. 

- Czy istnieją jakieś historie o tym, skąd ona pochodzi? - dopytywała się Antonia.  - 

Skąd pochodzi bogini, Jumala? 

-  Jumala  nie  pochodzi znikąd  -  odparła  Kati  zdecydowanie.  -  Jumala  po  prostu  jest. 

Zawsze była. Jak mogłaby skądś przybyć? Jest naszą najwyższą boginią. 

- Czy nie została stworzona przez ludzi? - spytała Antonia. 

Zarówno Anastas, jak i Grigorij przysłuchiwali się tej rozmowie z wielką uwagą. Nie 

mogli pojąć, skąd Antonia czerpie swoją wiedzę. Nie rozumieli, o czym rozmawiają te dwie 

kobiety. 

Kati oddychała prędko. Była wyraźnie wzburzona i wypowiedziała jakąś długą litanię 

we  własnym  języku.  Wyglądało  to  na  tekst  wyuczony  na  pamięć  i  Anastas  nabrał 

przekonania, że musiała to być modlitwa. 

- Macie przecież innych bogów stworzonych przez ludzi - przerwała jej Antonia. - Nie 

pamiętam już ich imion, ale przecież są tacy. Na przykład  gęś. Gęś z brązu. Ona musi być 

dziełem człowieka. 

-  Ale  nie  Jumala!  -  bardzo  zdecydowanie  zaprotestowała  Kati.  Rzuciła  się  teraz  na 

chlebowe  ciasto,  jak  gdyby  chciała  je  zamordować.  -  Jumala  stoi  ponad  wszystkimi.  Ona 

przemawia. Wydaje polecenia swoim wybranym. 

-  Takim  jak  twój  ojciec?  -  spytała  Antonia.  Kati  kiwnęła  głową.  Twarz  miała 

czerwoną,  ale  nie  powiedziała  na  głos  wszystkiego,  o  czym  myślała.  Nauczono  ją  również 

milczeć wtedy, gdy to było ważne. O Jumali nie wolno mówić w gniewie czy we wzburzeniu. 

Oni  wszyscy  podlegali  Jumali.  Bogini  była  najważniejsza.  Złota  bogini  stała  ponad  nimi 

wszystkimi. Antonię przeszedł dreszcz, gdy zobaczyła twarz Kati. Gdzieś tu kryła się jakaś 

moc, wyczuwała ją. A Jumala istniała naprawdę. Antonia jednak nie przypuszczała, by ta moc 

pochodziła od niej. Jej zdaniem Jumala była dziełem człowieka. Bogini miała zachwycać, nie 

zaś chronić cały lud. 

- Kim jest to coś, ta Jumala? - dopytywał się Grigorij. - W jaki sposób się o niej czy o 

nim, czy o tym, do pioruna, dowiedziałaś? 

- To najwyższe bóstwo ludu Kati - odparła Antonia. Była zmęczona. Wciąż oblewał ją 

pot. Czoło jej lśniło, a policzki pokrywały czerwone plamy. Oczy jej pałały. - To błyszcząca 

złota bogini. Ich największa obrończyni. Lud Kati musiał uciekać z uwagi na nią. Wiele dla 

niej porzucili. 

background image

- Sądziłem, że również na obszarach Konda są kościoły - ostrożnie zauważył Anastas. 

Tym razem odpowiedziała mu Kati. 

-  Rzeczywiście,  zbudowano  tam  kościoły  i  podczas  nabożeństw  są  pełne.  Później 

natomiast ludzie znikają w lesie. Później właśnie w Jumali pokładają swoją ufność. 

- Skąd ty o tym wiesz, Antonio? Czy to również ma jakiś związek z nią, z Raiją? 

-  Może  i  tak...  -  odparła  Antonia  zmęczonym  głosem.  -  Doszłam  do  wniosku,  że 

rzeczywiście  sporo  wiem.  Podczas  naszej  ucieczki  tutaj  o  tym  nie  pomyślałam.  Ale  może 

wcale nie przypadkiem tu trafiliśmy, może los nam trochę pomógł? No i Kati nie przybyłaby 

tutaj, gdybym ja nic nie wiedziała... 

- Nie wolno ci w to wierzyć! - zagrzmiał Grigorij. - To tylko sposób, żeby nad nami 

zapanować.  Stale  każą  nam  uginać  kolana,  jak  nie  przed  właścicielem  ziemskim,  to  przed 

jakimś durnym bogiem! Nam, dorosłym, nie potrzeba rodziców. A już na pewno nie po to, by 

za  nas  decydowali!  Żaden  kwiat  rosnący  w  cieniu  innego  nie  będzie  równie  duży  i  równie 

piękny jak ten pierwszy. Tak po prostu jest, Antonio. Nam nie potrzeba żadnej bogini, nawet 

ze złota. Chyba że po to, by ją stopić i sprzedać! 

Kati  ugniatała  ciasto  jak  opętana.  Jej  szczęki  poruszały  się  w  gniewie.  Dziewczyna 

miała wiele siły. 

-  Kati  przybyła  tutaj  -  powiedziała  Antonia.  -  Jest  mi  wielką  pomocą  w  domu,  mój 

Grigoriju. Dzięki niej myśli mam zajęte czym innym. Może tu spać. Przynajmniej do czasu, 

kiedy  znów  stanę  na  nogi.  Ława  powinna  być  dla  niej  dostatecznie  długa  i  szeroka.  No  a 

dzięki temu Anastas zachowa w spokoju swoje łóżko i cnotę. Co ty na to? 

Antonia zdobyła się na słaby uśmiech. W oczach Anastasa wyglądał on zaledwie jak 

blady cień, on przecież widział, jak bardzo promienne potrafią być jej uśmiechy. Nie mogło 

się z nimi równać nawet letnie niebo. 

Nie chciał, żeby Kati tu zostawała. Skoro jednak Antonia sobie tego życzyła, to on nie 

będzie tą osobą, która odbierze jej radość. Być może w istocie potrzebowała kobiety, z którą 

mogła  porozmawiać.  Kogoś,  kto  miałby  choć  odrobinę  inne  myśli  aniżeli  mieszkanki  z 

wioski. 

Kati powiedziała, że on jest inny. 

Antonia również była inna. 

Dziewczyna  spełniła  oczekiwania  Antonii.  Wyglądało  na  to,  że  utrzymywanie 

porządku  w  domu  nie  sprawia  jej  bodaj  odrobiny  wysiłku.  Smaczne  dania  przygotowywała 

niemal z niczego. 

background image

-  Potrafiłabyś  ugotować  zupę  nawet  na  kurzu  wymiecionym  z  kątów  i  też  byłaby 

smaczna - żartował z niej Grigorij. Nawet jego opór przyblakł. Kati wniosła ciepło między te 

ś

ciany, niemalże w taki sam sposób, jak wcześniej uczyniła to Antonia. Jednakże od Antonii 

różniła się usposobieniem. Odczucia Kati - tak się przynajmniej wydawało - znajdowały się 

na jednakowym poziomie, nigdy nie podnosiła głosu, nawet wtedy, gdy pouczała Grigorija: 

- Gdybyś miał dobre oczy, to wiedziałbyś, że w tym domu nie ma kurzu po kątach. 

Ale gdyby w istocie tak było, chętnie ugotowałabym z niego zupę dla ciebie, gospodarzu. 

Grigorijowi  nie  podobało  się  tytułowanie  go  przez  nią  gospodarzem,  choć  tak 

naprawdę  nim  był.  Wolałby,  aby  traktowała  go  jak  kogoś  w  rodzaju  krewnego,  sądził,  że 

wioska właśnie tak to postrzega. 

Antonia po porodzie długi czas nie wstawała z łóżka. Minęły całe tygodnie, nim nogi 

wreszcie  zdołały  ją  utrzymać.  Trzeba  było  ją  dźwigać  i  przenosić,  a  to  była  ciężka  praca, 

chociaż  Grigorij  pomagał  Kati  w  najtrudniejszych  obowiązkach.  Kati  nie  wymawiała  się 

jednak  nigdy,  że  sama  nie  będzie  w  stanie  z  czymś  sobie  poradzić.  Antonia  zrozumiała,  że 

dziewczyna  nie  przywykła  nikogo  prosić  o  pomoc,  miała  w  sobie  upór  i  niezłomną  dumę, 

czym przypominała Raiję. 

Upłynęło  też  sporo  czasu,  nim  Antonii  wrócił  apetyt.  Kati  musiała  w  nią  wmuszać 

cienki  rosół.  Później  rozdrabniała  mięso  na  malusieńkie  kawałeczki,  siekała  też  starannie 

kaszę, tak by Antonia nie wyczuła jej w wywarze z mięsa. 

Gdy  Antonia  stanęła  wreszcie  na  nogi,  żaden  z  mieszkańców  wioski  nie  miał 

wątpliwości, komu należy się chwała za to. Kati wprawdzie była obca, lecz ją polubili. Nawet 

dobrze  jej  nie  znając,  przytulili  ją  do  serca,  zaakceptowali  bez  mrugnięcia  okiem.  Tu,  nad 

brzegiem  wielkiej  rzeki,  było  to  rzadkie  zjawisko.  Wiele  pokoleń  musiało  spocząć  w  tej 

ziemi, nim tutejsi ludzie uznali kogoś za swojego, albo przynajmniej trzeba się było wżenić w 

rodzinę mocno wrośniętą w ten grunt. 

Kiedy nadeszła wiosna i rok już od dawna nazywał się 1742, mogli wreszcie wykopać 

maleńkiemu synkowi porządny grób. Trudno było poruszyć ziemię, lecz długo palili ognisko 

na  maleńkim  spłachetku,  by  dostać  się  dostatecznie  głęboko.  Nad  grobem  wybudowali 

nieduży domek z okienkiem wyglądającym na świt. W głowach ustawili krzyż, prawosławny. 

Nad  grobem  znów  pościągali  czapki  z  głów,  jeszcze  raz.  Chłopczyk  nie  został  ochrzczony, 

lecz  oni  na  zawsze  mieli  zapamiętać,  że  w  tej  mogile  spoczywa  Stiepan  Grigorijewicz 

Antonów. Ten, który nie przeżył nawet godziny. Tak krótkie potrafiło być życie, lecz mimo 

wszystko było to życie. 

background image

Antonia stała wspierana przez Grigorija i Kati. Dwie ubrane w czerń kobiety trzymały 

się  blisko  siebie.  Jedna  jasnowłosa  jak  świt,  druga  ciemna  jak  noc.  Antonia  jeszcze  nie 

podźwignęła się z żałoby. 

Połowa mieszkańców wioski była zdania, że powinna urodzić jeszcze jedno dziecko, i 

to  jak  najszybciej.  Druga  połowa  przemawiała  mniej  buńczucznie.  Zdaniem  tych  ludzi 

Antonia miała zbyt wąskie biodra, by urodzić dziecko, lepiej, by w ogóle ich nie miała. Ten 

jeden raz to i tak dla niej za dużo. 

Antonia nic nie mówiła. Nawet teraz nie płakała. Odkąd chłopczyk przybył do nich, 

by tak prędko odejść, nie uroniła ani jednej łzy. Nie przypuszczała, by kiedykolwiek jeszcze 

potrafiła płakać. Łatwiej było jej się śmiać, choć to mogło wydawać się niemożliwe. 

Kati  nie  chciała  wdzierać  się  w  ów  ból,  który  Antonia  i  Grigorij  dzielili  ze  sobą  w 

ciszy. Delikatnie uwolniła się od Antonii, ruszyła za gromadką żałobników. Znalazła wśród 

nich Anastasa, szedł nieco z boku, a gdy ludzie spostrzegli, kto się do niego zbliża, szybko 

zatroszczyli się o to, by nikt inny nie dołączył do tych dwojga. W wiosce wciąż jeszcze było 

wiele nierozstrzygniętych zakładów. 

- Osiągnęłaś już chyba to, po co przybyłaś? - spytał Anastas nieco kwaśnym tonem, z 

ukosa zerkając na dziewczynę. 

Rozpoznał  na  niej  ubranie  Antonii.  Nie  przypuszczał,  że  obie  kobiety  mogą  być 

równego wzrostu, że Kati jest w stanie tak wypełnić sobą stroje Antonii. Być może jednak tak 

naprawdę  Kati  lepiej  pasowała  do  ubrań  Antonii  niż  ona  sama.  Zima  i  żałoba  bardzo 

wychudziły  Antonię,  Anastas  cieszył  się,  że  Grigorij  nie  widzi,  jak  źle  wygląda  jego 

ukochana. Sprawiłoby mu to jeszcze więcej bólu, a dość już zaznał cierpień. 

- Pewnie wyruszysz teraz z powrotem do domu - ciągnął Anastas. - Antonia właściwie 

już cię nie potrzebuje i chyba najwyższy czas, by ona i Grigorij mogli żyć ze sobą jak mąż z 

ż

oną. Wiem, że nie powinnaś spać u nich na ławie przez całą wieczność. 

Być  może  te  słowa  zabrzmiały  w  jego  ustach  grubiańsko,  ale  nie  mógł  oprzeć  się 

pokusie. W tej dziewczynie tkwiło coś, co poruszało również jego ciemne strony. 

-  Rzeczywiście,  Antonia  już  tak  bardzo  mnie  nie  potrzebuje  -  przyznała  Kati, 

wsuwając mu rękę pod ramię. Anastas nie mógł jej odtrącić ot, tak, na oczach ludzi, nie chciał 

jej przecież upokarzać. - Ale ty musisz przestać walczyć, Anastas. Ja już nie wrócę do domu. 

Już znalazłam dom, rozumiesz? Powiedziałam przecież, że tu odnajdę swoje przeznaczenie. 

Mówiłam ci, że to ty nim jesteś. Ja nie wracam. Przenoszę się do ciebie. Teraz. 

Wyglądało na to, że Kati naprawdę myśli to, co mówi. 

Anastasowi odebrało mowę. 

background image

Anastas nazywał to czarami. Nie powstrzymał się przed mówieniem jej o tym wprost. 

- Rzucasz na mnie czary, dziewczyno! Nie twierdziłaś, że jesteś córką szamana? Może 

sama też coś potrafisz? 

- Nie szamana - poprawiła go pogodnie. - Tylko dwojga szamanów. Ja nic nie umiem. 

Po prostu mam to w sobie. 

Nigdy  nie  potrafił  powiedzieć,  dlaczego  pozwolił  jej  się  wprowadzić.  Mówił,  że 

zgodził się po to, by Antonia i Grigorij mieli czas dla siebie. Twierdził, że na to zasługują i 

niepotrzebna  im  nieustanna  obecność  obcego  człowieka  w  domu.  Nie  chciał  też  wysyłać 

dziewczyny nie wiadomo dokąd, aż taki bez serca nie był. 

Ale ona wróci do domu. Latem. 

Kati stawiała w jego izdebce kwiaty w kubkach, szorowała podłogę i ściany. Stała nad 

garnkiem, tak jak zdaniem Anastasa kobiety spędzały cały swój czas. Rozmawiała i śmiała się 

z innymi niewiastami. 

Anastas wyprawiał się na polowania w towarzystwie mężczyzn. Zdarzało się, że nie 

było  ich  przez  kilka  dni.  Musiał  znosić  wiele  dobrodusznych  żartów  i  przycinków.  Ci 

mężczyźni nie starali się wprawdzie z butami wedrzeć w jego życie, lecz Anastas i tak milczał 

z uśmiechem. Niech sobie myślą, co im się podoba. Walka, którą toczył, rozgrywała się tylko 

pomiędzy nim a Kati. 

Zapewnił jej dach nad głową. Nie zamierzał dawać nic więcej. 

Ale na polowaniach tęsknił za domem. 

Opuścił  Zatokę  Obską  razem  z  mężczyznami  z  wioski.  Wyprawili  się  na  morze,  na 

północ, ku twardym brzegom Morza Karskiego. 

Spędzili na łowiskach całe tygodnie. 

Ż

arty  wśród  mężczyzn  nie  ustawały.  Anastas  nazywał  Kati  pomocą  domową,  a 

przecież nikt nie bierze służącej za żonę. I znów rozbrzmiewał śmiech. 

Tęsknił za domem. 

Odczuwał coś na kształt radości na myśl, że ona, pozostawiona samej sobie, niczego 

nie osiągnie. Owszem, zajęła jego chatę, lecz jego serce wciąż należało tylko do niego. Niech 

sobie  snuje  te  swoje  rozmyślania  o  przeznaczeniu.  Traktował  je  jako  wynikające  z 

przeczulenia fantazje. Myślał tak jak Grigorij, ufał jedynie samemu sobie. Oczywiście jakaś 

część nauk otrzymanych w dzieciństwie gdzieś w nim tkwiła, ale głęboko w sercu. Pozostały 

background image

w  nim  ślady  dziecięcej  wiary,  wbitej  mu  do  głowy  przez  ojca  o  ciężkiej  ręce  i  surową 

guwernantkę. 

Bardziej  jednak  wątpił  niż  wierzył.  I  z  takim  samym  niedowierzaniem  traktował 

przeznaczenie, co figury przedstawiające Boga. Nie chciał być oszukiwany, pragnął dotrzeć 

do samego jądra, chciał ujrzeć wszystko, co tylko możliwe, zanim wyrobi sobie jakąkolwiek 

opinię. 

Nadeszło prawdziwe lato, nim wrócili do domów. Połowy udały się nieźle, mężczyźni 

już  się  cieszyli  na  spokojniejsze  życie  w  chatach.  Niektórzy  spodziewali  się,  że  podczas 

długiej nieobecności zostali ojcami, z napięciem myśleli o ujrzeniu potomka. Jeszcze inni ze 

ś

miechem  mówili,  że  będą  musieli  się  bardziej  postarać,  by  zapewnić  rodowi  przynajmniej 

jedno pokolenie w przód. 

Spojrzeń rzucanych z ukosa Anastasowi przybywało. 

- Osiągnąłeś już chyba stosowny wiek - czynili aluzje. - Chyba już wiesz, jak to się 

robi, prawda? 

- A jak nie, to chętnie ci wyjaśnimy, tylko spytaj. Moglibyśmy nawet ci pokazać, jeśli 

nas dopuścisz do Kati. No i żeby tylko nasze baby się o niczym nie dowiedziały. 

Anastas pozostawał milczący. Nie zdołali go rozdrażnić. Nie zdołali przedrzeć się do 

niego,  dowiedzieć  się,  co  tak  naprawdę  dzieje  się  w  jego  wnętrzu.  Milczał.  Towarzysze 

wiedzieli równie niewiele o jego stosunkach z Kati niż wcześniej. 

Nazywał ją pomocą domową. Nic ponadto między nimi nie było. 

A w jego piersi rosło nieznane dotąd, pełne radości uczucie. 

To było niemal jak powrót do domu, do rodziny. Anastas poczuł nagle, co czują inni. 

Zrozumiał, że dobrze mieć kogoś, kto czeka. Kogoś, z kim się jest związanym. Zrozumiał, że 

samotny człowiek być może jest silny, ale jest sam. 

To były nowe myśli. 

Graniczące z niebezpieczeństwem. 

Anastas  nigdy  nie  pragnął  uzależnić  się  od  jakiejkolwiek  innej  osoby.  Wszyscy  go 

zawiedli.  Wszyscy  z  wyjątkiem  Grigorija.  Ale  Grigorij  potrzebował  go  w  takim  samym 

stopniu,  jak  Anastas  potrzebował  jego.  To  się  wyrównywało.  Byli  od  siebie  zależni 

nawzajem. 

Uzależnienie od kobiety zawsze poczytywał za słabość. A on przecież nie był słaby. 

Miał  dostatecznie  dużo  siły,  by  żyć  sam.  Był  dostatecznie  silny,  by  wytrzymać  samotność. 

Nie potrzebował nikogo. 

background image

Nawet  Kati  nie  zdoła  przekonać  go  o  tym,  że  jest  inaczej.  Na  pewno  nie  Kati  o 

włosach  złocistych  jak  zboże  i  szarych  oczach.  Szarość  zawsze  przypominała  mu  kolor 

kamieni i jesiennego nieba, barwę sztormu. 

A kiedy pojawiła się Kati, szarość nabrała miękkości. 

Obejmując ją, czułby miękkość. 

Ale nie poważył się na to. Mężczyźni i reszta wioski mogą sobie myśleć, co chcą, on i 

Kati wiedzieli, jak jest naprawdę. 

Nie obejmował jej. Nie sypiał z nią. Nawet jej nie dotknął. 

Anastas zastał drzwi zamknięte na klucz. To było dziwne. W wiosce rzadko zamykano 

chaty. Nie we wszystkich domach były zamki. On taki miał, głównie dlatego, że był tym, kim 

był. Podejrzliwość głęboko zapuściła w nim korzenie. 

Od dzieciństwa nie da się uciec. 

Pomacał  pod  progiem,  dużym  płaskim  kamieniem,  który  przyniósł  z  brzegu  rzeki. 

Właściwie nie trzeba zamka, kiedy i tak wszyscy wiedzą, gdzie leży klucz. Cóż, zamykanie 

drzwi było głównie jednym z przyzwyczajeń, od których nie potrafił uciec. 

Klucz leżał pod progiem. 

Anastas wszedł do środka. 

W chacie było czysto, panował porządek. Zbyt wielki porządek. Na palenisku nie było 

popiołu, lecz obok złożono drewno i suszony torf. 

Na palenisku powinien leżeć popiół. 

W środku unosił się zapach dawno nie wietrzonego pomieszczenia. 

Popatrzył na otwory okienne. Okien nie miał, tak jak i wszyscy w wiosce. Były tylko 

nieduże otwory  w ścianach, które się odsłaniało, by wpuścić do środka powietrze i światło. 

Poza tym musieli przywyknąć do życia w wiecznym półmroku panującym w chatach. 

Zapach nie wietrzonego pomieszczenia. 

Ciężkim krokiem wszedł do izby. Odstawił swoje rzeczy, powiesił wierzchnie ubranie. 

Usiadł w roboczym stroju, którego nie zdejmował niemal przez cały sezon. 

Wiedział,  że  ma  czyste  ubranie.  Powinien  przynieść  wodę  ze  studni,  powinien  jej 

nagrzać,  przygotować  sobie  kąpiel.  Porządnie  się  umyć.  Za  tym  właśnie  najbardziej  tęsknił 

zawsze,  gdy  był  na  polowaniu  albo  na  łowiskach.  To  właśnie  budziło  w  nim  największe 

obrzydzenie, gdy gnał konno z Grigorijem. 

Anastas nie lubił czuć się brudny. 

Rozległo się pukanie do drzwi. Podniósł głowę. Nasłuchiwał całym sobą. 

background image

-  Wejść!  -  rzucił  gniewnie.  Do  chaty  wślizgnęła  się  Antonia.  Ucieszyło  go,  gdy 

zobaczył,  że  przytyła.  Nie  była  już  taka  biało  -  czarno  -  szara,  jak  ją  zapamiętał  sprzed 

wyjazdu na Morze Karskie. Jej włosy też odzyskały dawny połysk. 

- Witaj w domu! - powiedziała. 

W  chwili  gdy  to  usłyszał,  uświadomił  sobie,  że  pragnął,  by  te  słowa  wypowiedział 

inny głos. 

Kiwnął  głową.  Nie  przestawał  wpatrywać  się  przed  siebie.  Złożył  dłonie,  a  łokcie 

oparł  na  kolanach.  Wokół  nich  panowała  szarość.  Anastas  nie  zapalił  lampy.  Chciał,  żeby 

było tak szaro, lecz nie łagodnie szaro, tylko po jesiennemu. 

-  Kati  wyjechała  -  oświadczyła  Antonia.  Nic  więcej  nie  dodała,  czekała,  aż  on  coś 

powie, okaże jakieś uczucia. 

- No, tak. 

-  Przybył  po  nią  jej  brat  i  zabrał  ją  stąd  -  wyjaśniła  Antonia.  -  Ten  człowiek  w 

czerwonej pelerynie. 

- Nie żądał żadnych opłat na swoją boginię? - spytał Anastas drwiąco. 

Antonia pokręciła głową. 

- Kati chciała ci zostawić pozdrowienia - wyjaśniła. - Ale ona nie umie pisać. 

Chyba o tym wiedział, chociaż nigdy się nad tym nie zastanawiał. Ale to w zasadzie 

było oczywiste. Lud, który ucieka przed carem i kościołem, raczej nie posyła swoich dzieci 

do szkół. 

-  Chciała  wyjechać?  -  spytał  Anastas.  Nie  potrafił  się  przemóc,  żeby  popatrzeć  na 

Antonię.  Nie  poznawał  sam  siebie,  nie  rozumiał  siebie.  Nie  chciał  też  rozumieć.  Pragnął 

ukryć to przed Antonią. Pojął jednak, że nie potrafi. 

- Kati mówiła, że jej obowiązkiem jest wyjechać - powiedziała Antonia. 

- Te jej przeklęte obowiązki! - wyrwało mu się. 

To  go  zdradziło.  Podobnie  jak  zdradziły  go  zaciśnięte  pięści.  I  tak  jak  dawno  już 

zdradziły go drżące szczęki i pociemniały wzrok. 

Antonia zrozumiała. 

- Ona jest dobrą córką - powiedziała Antonia z uśmiechem. - Gdybyś sam miał dzieci, 

Anastas,  na  pewno  byś  to  dostrzegł.  Spróbuj  przypomnieć  sobie  te  dziewczęta,  znane  ci  z 

ż

ycia, o którym nie chcesz mówić. Kati być może nie została wychowana dokładnie tak jak 

one,  ale  wychowano  ją  w  poszanowaniu  dla  rodziców.  Nauczono  ją,  że  ma  być  posłuszną 

córką,  i  taka  jest.  A  ty  nie  błagałeś  jej,  żeby  została,  Anastas.  Nigdy  nie  okazałeś,  że  tego 

pragniesz. Raczej wprost przeciwnie. 

background image

Nie mógł nawet powiedzieć, że Antonia jest w błędzie. 

- Mogłaś napisać list za nią. Antonia pokiwała głową. 

-  Proponowałam,  ale  ona  odmówiła.  Poprosiła  mnie  jednak,  żebym  ci  przekazała 

pozdrowienia  i  powiedziała,  że  ona  wciąż  wierzy  w  przeznaczenie.  Twierdziła,  że  ty  to 

zrozumiesz. Czy tak jest? 

Anastas  przytaknął.  Słowa  Antonii  wcale  go  nie  uspokoiły.  Nie  wierzył  ślepo  w 

wyroki  losu,  uważał,  że  każdy  człowiek  jest  kowalem  własnego  szczęścia.  A  teraz  ona 

wyjechała. Zniknęła. Znalazła się poza jego zasięgiem. 

Ale  pozdrowiła  go  słowami,  że  wciąż  wierzy  w  przeznaczenie.  Anastas  doskonale 

wiedział, co miała nadzieję przez to osiągnąć. 

- Nigdy nie próbowała mnie przekonać - rzekł Anastas. Uśmiechnął się półgębkiem. - 

Zasmuciła się, gdy jej powiedziałem, że nie wierzę również w chrześcijańskie niebo, że na nic 

się nie zda przedstawienie mi jej bogów, bo nie miałem ufności nawet wobec bogów mego 

własnego ludu. Powiedziałem jej, że mnie niepotrzebni są żadni bogowie, a ona na to, że jest 

jej mnie żal! 

Umilkł. Przed oczami stanęła mu twarz dziewczyny tak jak wyglądała podczas tamtej 

rozmowy. 

- Co ty wiesz o tej Jumali, Antonio? Co wiesz o jej ludzie? 

Antonia zapaliła lampę zwisającą z sufitowej belki nad drzwiami. 

- To długa i dziwna historia, Anastas. Nie jest nawet moja. To historia Raiji. Pamiętasz 

ją? 

Twierdząco pokiwał głową. 

-  Raija  miewała  sny,  czy  też  raczej  przeżycia.  Wszystkie  krążyły  wokół  figury  ze 

złota. Figury kobiety, która klęczała, trzymając w dłoniach czarę. 

- To była Jumala? Antonia potwierdziła. 

- Tak, Jumala. Jej lud zamieszkiwał nad Morzem Białym, ale to musiało być dawno 

temu, nieskończenie dawno temu. Raija widziała miejsca, gdzie ją przechowywano. Widziała 

jej skarbiec. Zawsze był pilnie strzeżony. Trafiały tam daniny, monety, skóry, kosztowności 

wszelkiego  rodzaju.  Lud ten miał  również innych bogów: kamienie niezwykłych kształtów, 

drewniane  lalki  o  gładkich  twarzach,  gęś  z  brązu.  Najpotężniejsza  jednak  wśród  nich  była 

Jumala. Ona do nich przemawiała. - Antonia nabrała drżąco powietrza. - Raija przeżyła wiele 

fragmentów historii tego ludu. Nie łączyły się one ze sobą. To były tylko przebłyski. Ludzie 

przybyli  z  innych  miejsc  rabowali  skarby  Jumali,  o  dziwo  jednak,  nigdy  nie  zabrali  samej 

bogini. Wielu dla niej Zginęło. Kościołowi się to nie podobało, wysyłano księży i żołnierzy. 

background image

A  kiedy  lud  był  już  zbyt  mocno  prześladowany,  uciekł,  zabierając  ze  sobą  swoje  bóstwo. 

Uciekli na wschód, tak jak opowiadała o tym Kati. Uciekli mniej więcej tą samą drogą, jaką 

podążyliśmy i my. Teraz mieszkają nad rzeką Konda. Jest tak już od dawna, przypuszczam, 

ż

e  od  stuleci.  Raija  zapamiętała  stale  zmieniających  się  carów.  Żołnierze  nieustannie  usiło-

wali  wyplenić  pogańskie  wierzenia  w  tych  odległych  stronach.  Nie  tylko  lud  Konda  miał 

swoich  bogów,  inni  również  mieli  swoich.  Wielu  z  nich  odnaleziono  i  spalono.  Ludzi 

podejrzewanych o to, że są szamanami lub czcicielami bóstw, zabijano, jeśli nie chcieli wy-

rzec się swej wiary i pozwolić się ochrzcić. Kościół i państwo działały ręka w rękę, a nosili na 

nich żelazne rękawice. Ale Jumali nigdy nie odnaleziono. Lud Konda wiele wycierpiał z tego 

powodu, lecz oni jej strzegą tak, jak inni strzegliby rodzonego dziecka... 

- Wiesz to wszystko od swojej przyjaciółki? 

- Rozmawiałam również z Kati - przyznała Antonia. - Musiałam się dowiedzieć, ile z 

tego, co mówiła Raija, się zgadza. I większość się zgadzała. Trochę się tego boję. 

- Nie możesz wierzyć, że zwyczajna figura ma taką moc! Nawet jeśli jest ze złota! 

- Nie - przyznała wreszcie Antonia. - Ale ona istnieje. Raija odnalazła miejsce w głębi 

lądu, niedaleko Archangielska, gdzie w odległej, bardzo odległej przeszłości stał jej skarbiec. 

Przechowywano  tam  pieniądze,  głęboko  w  lesie,  wśród  bagien.  Daleko  od  ludzi.  Były  tam 

prastare  monety...  A  Kati  przysięga,  że  Jumala  istnieje.  Jej  rodzice  należą  do  najbliższego 

kręgu  bogini.  Ojciec  jest  naczelnym  szamanem  wszystkich  wyznawców  Jumali  w  rejonie 

Konda.  Matka  również  jest  szamanką,  lecz  nie  zajmuje  takiej  pozycji  jak  ojciec.  To  z  całą 

pewnością jest prawda. Wciąż, nawet dzisiaj, są ludzie, którzy w nią wierzą, Anastas. Czczą 

ją i składają jej ofiary, chociaż udają zwyczajnych dobrych chrześcijan. Noszą maskę po to, 

by  pozostawiono  ich  w  spokoju,  bo  plotki  o  posągu  ze  złota  nie  przestają  krążyć.  Kati 

mówiła, że dystrykt Konda patrolują grupki żołnierzy. To ludzie, których jedynym zadaniem 

jest  wytropienie  bogini.  Są  nagradzani  za  odnalezienie  wizerunków  innych  bogów,  lecz 

zarówno  w  Moskwie,  jak  i  w  Petersburgu  najbardziej  pragną  odnaleźć  właśnie  ją.  Jumalę. 

Kobietę ze złota. Lud Kati ma jedną, lecz wielką i niebezpieczną tajemnicę. 

- Kati mówiła, że nigdy jej nie widziała - odezwał się Anastas. - Czy to nie dziwne? 

Jej rodzice są kimś w rodzaju najwyższych kapłanów, brat jest poborcą danin. To wszystko 

nie pasuje do tego, że akurat jej nie pozwalają się zbliżyć do bogini. 

Antonia długo milczała. Jej twarz przybrała tak dziwny wyraz, że Anastas niemal się 

wystraszył. Miał wrażenie, jak gdyby rozważała, czy zdradzić mu to, co wie, czy też raczej 

milczeć. W końcu postanowiła mówić. 

background image

- Kati powiedziała mi o tym tuż przed wyjazdem. Twierdziła, że rodzice wiedzą, iż jej 

brat  umrze  młodo.  Wcześnie  uzyskał  wtajemniczenie  i  został  zaliczony  do  czerwonych 

peleryn. To poborcy danin, wszyscy noszą czerwone peleryny, to ich znak charakterystyczny. 

Miał  przysłużyć  się  Jumali,  kiedy  jeszcze  mógł.  Wiedzieli  o  tym  od  jego  dzieciństwa.  On 

również o wszystkim wie. Los Kati ujrzeli równie wyraźnie. Kati jest jednym z nielicznych 

dzieci w ich wiosce, które nie widziały Jumali. Rodzice całkiem świadomie trzymają ją z dala 

od  bogini.  Sporo  o  niej  wie,  nie  wie  jednak,  gdzie  jej  szukać.  I  nigdy  nie  będzie  w  stanie 

nikomu  powiedzieć,  jak  wygląda  Jumala.  Może  podać  wyłącznie  drugorzędne  informacje. 

Tłumaczyli to tym, że Kati ma ponieść ich krew dalej, lecz mimo to nie można na niej w pełni 

polegać.  Przeznaczony  jest  jej  mężczyzna  z  zewnątrz.  Człowiek  nie  wywodzący  się  z  ich 

ludu. Dlatego Kati zawsze trzymana jest z dała od tajemnicy. Dlatego uważana jest za osobę, 

której nie można do końca zaufać. Anastasa ogarnęło oszołomienie. To były, doprawdy, silne 

słowa. 

- Ona mogła to wszystko zmyślić - powiedział w końcu, ale jego głos należał jakby do 

innej osoby. 

Antonia się z nim zgodziła. 

- To wcale nie muszę być ja! - dodał. Anastas nie chciał być w to wplątany. Ta historia 

wprowadzała w jego życie niezwyczajne wzory, ścieżki prowadzące w głąb nieznanej krainy. 

Nie  chciał  nimi  podążać.  Dostatecznie  długo  już  uciekał.  Lepiej  zostać  tu,  w  tym  miejscu, 

przez całe życie. Mógł tkwić tutaj, u ujścia Obu, tęsknić i marzyć o powrocie na zachód. Do 

innych  rzek  i  bardziej  gościnnych  okolic.  Do  słońca,  letnich  łąk  i  opętanych  wiosną  koni, 

galopujących po rozległych równinach. 

Tu  tkwili  już  przynajmniej  na  tyle  długo,  by  nikt  nie  chciał  szukać  wyjętego  spod 

prawa Grigorija Antonowa i jego bandy dzikusów. 

Tutaj byli bezpieczni. 

Nie  tak  wprawdzie  wyobrażał  sobie  własną  przyszłość,  lecz  lepsze  to,  aniżeli  mieć 

głowę oddzieloną od ciała toporem carskich katów. 

Tak mało obchodziła go wielka polityka, że nawet nie był teraz pewien, kto zasiada u 

władzy.  Jeszcze  kilka  lat  temu  carycą  była  Anna.  To  właśnie  jej  żołnierze  deptali  im  po 

piętach, nim skierowali się na wschód. Wydawało mu się jednak, że słyszał, iż ona już umar-

ła.  Nie  miał  pojęcia,  kto  po  niej  objął  tron.  Rodzina  Romanowów  była  wielka,  a  koligacje 

skomplikowane.  Z  całą  pewnością  znalazł  się  wśród  nich  niejeden  dostatecznie  miłujący 

władzę, by zostać carem. Albo carycą. Nigdy przecież nie wiadomo. Kobiety tego rodu były 

background image

żą

dne władzy i równie krwiożercze jak spokrewnieni z nimi mężczyźni. W każdym razie były 

to cechy bardzo charakterystyczne dla całej dynastii. 

Anastas  czuł,  że  w  pewnym  sensie  osiadł  tu  na  dobre.  Dałby  sobie  radę  bez  kogoś 

takiego jak Kati, pochodzącej z wciąż uciekającego ludu. Ludu, mającego swoje tajemnice i 

rytuały, o których on nie chciał nic wiedzieć. 

- To nie jest kilkudniowa wyprawa - rzekł z wysiłkiem. - Czy ten jej brat przypłynął 

łodzią? 

-  To  było  wkrótce  po  tym,  jak  wy  się  wyprawiliście  -  powiedziała  Antonia.  -  Mam 

wrażenie,  że  Kati  o  tym  wiedziała.  Nie  uważam,  żeby  to  było  zaplanowane,  lecz  ona  to 

przeczuwała.  Niektórzy  ludzie  to  potrafią.  Niektórzy  ludzie  potrafią  zachować  więzi  z 

osobami,  które  kochają,  nawet  na  wielką  odległość.  Sądzę,  że  Kati  jest  właśnie  takim 

człowiekiem. Kiedy kogoś pokocha, nigdy tak naprawdę nie opuści tej osoby. 

- Za sprawą Jumali? - spytał Anastas, a każde jego słowo ociekało niedowierzaniem. 

- Za sprawą samej Kati - odparła Antonia. 

Rozcierała czoło. Słońce przydało jej policzkom trochę życia. Lato to błogosławiona 

pora. Antonia nie powinna mieć szarych zmarszczek na białej twarzy. Powinna być opalona i 

mieć rumiane policzki. Jej wargi powinny przybrać barwę czerwonych owoców jesieni. 

- Kati w dziwny sposób przypomina mi Raiję. Jest coś takiego w jej wyglądzie. Jakiś 

rys. Czasami wydaje mi się, że chodzi o tę powagę w spojrzeniu, innym razem, że o dumne 

czoło, sposób podnoszenia głowy... 

Anastas czekał. 

- Niektórzy ludzie widzą więcej niż inni. Czują więcej niż inni, przewidują przyszłość. 

Wychwytują rzeczy, na które my jesteśmy ślepi. Nie potrafię tego wytłumaczyć, chociaż już 

to widziałam. U Raiji. Być może zobaczyłam to również u Kati, choć się tego boję, nie chcę 

akceptować. Myślę jednak, że Kati ma to coś. Na pewno dotarła już do domu, upłynęło kilka 

tygodni od jej wyjazdu. Podróż łodzią w górę Obu nie powinna trwać dłużej niż kilka tygodni. 

Mówiła, że z Chanty - Mansyjska pojadą konno. 

Nazwa  ta  nic  Anastasowi  nie  powiedziała.  To  były  zupełnie  nieznane  mu  rejony. 

Nigdy  dotąd  nie  zapuszczał  się  tak  daleko  na  południe  po  wschodniej  stronie  łańcucha 

wielkich  gór.  Tutejsi  ludzie  tak  daleko  nie  podróżowali.  Łowili  ryby  w  Morzu  Karskim, 

polowali w głębi lądu wzdłuż rzeki Nadym. Niekiedy zapuszczali się na wschód aż do rzeki 

Taz.  Ale  w  wiosce  nie  znalazłoby  się  nikogo,  kto  wybrałby  się  dalej  na  południe  niż  do 

Bieriezowa.  To  była  największa  osada  w  ich  okolicy,  wpływy  stamtąd  sięgały  zarówno  na 

północ, jak i na południe, również w rejony, z których pochodziła Kati. 

background image

Bieriezowo znajdowało się w połowie drogi do jej świata. 

- Lato potrwa jeszcze długo - stwierdził Anastas. - Nikt mnie tutaj nie trzyma, prawda? 

A ona przesłała mi pozdrowienia... 

Antonia spodziewała się, że sprawy przybiorą taki obrót, i nie była do końca pewna, 

czy jej się to podoba. Kati to śliczna dziewczyna, bardzo kochana osoba, mogła być naprawdę 

wspaniałą żoną, również dla Anastasa. 

A jednocześnie we wnętrzu Antonii zaczynał tworzyć się mur. Coś się burzyło. 

Uprzedzenia? 

Tego Tonią nie wiedziała. Aż tak bardzo nie zagłębiała się w siebie. Pamiętała Raiję. 

Pamiętała żywe

 obrazy, jakie później malowały przed nią słowa Raiji. Przerażające motywy, 

zabarwione krwią i ciemnością. I ta lśniąca złota bogini, którą należało chronić i strzec jej za 

wszelką cenę. 

Antonia nie była pewna, czy te obrazy przypadły jej do gustu. Przerażało ją, że ktoś 

może  mieć  tak  silną  wiarę.  A  podwójnie  przerażające  było  to,  że  ci  ludzie  oddawali  cześć 

rzeczy, przedmiotowi. 

Czuła  lęk  przed  ludem,  który  całą  swą  ufność  pokładał  w  figurze,  będącej  dziełem 

ludzkich rąk. Jumala musiała skądś się wziąć. Jumala nie została zrobiona po to, by oddawać 

jej cześć i ją wielbić. Miała cieszyć oczy. 

Wszystko inne było przerażające, a dla Antonii niezrozumiałe. 

- Kati mówiła, że ja już istnieję w historii jej ludu - powiedziała Antonia. Nie dało się 

nie zauważyć, że głos jej przy tym odrobinę zadrżał. 

Anastas  rozsznurował  obuwie.  Wciąż  było  sztywne  od  słonej  morskiej  wody. 

Niewygodnie  mieć  je  na  nogach.  Turzyca  wprawdzie  trzymała  ciepło,  lecz  nie  była  już 

miękka. Nie spojrzał na Antonię, dopóki bosy nie zaczął rozpinać bluzy. 

- Nie możesz jeszcze w niej być - stwierdził Anastas. 

- Powiedziała, że będę stanowić część historii jej ludu - poprawiła się wtedy Antonia. - 

Grigorij także. Mówiła, że właśnie dlatego przysłano ją, żeby mi pomogła. I rzeczywiście się 

przydała. Kiedy patrzę wstecz, widzę, że gdyby Kati się nie zjawiła, stalibyśmy się ciężarem 

dla  wszystkich  innych.  Nie  umiem  tego  wyjaśnić.  To  część  tego,  co  po  prostu  muszę  za-

akceptować. To, o czym wiem, że się zdarzyło, lecz czego sensu nie widzę... 

- Nie wspominała, że ja również będę stanowił część wielkiej historii ludu Konda? - 

spytał Anastas, który siedział już goły od pasa w górę nad stosem brudnej odzieży. 

-  Mówiła  przecież,  że  ty  staniesz  się  jej  przeznaczeniem  -  przypomniała  cicho 

Antonia. - A jej zadaniem jest utrzymać ród - dodała w zamyśleniu. W jej spojrzeniu pojawiła 

background image

się odrobina wesołości. - Można powiedzieć, że będziesz ważny w ich historii, jeśli pomożesz 

jej wypełnić to zadanie. 

Anastas  zaczerwienił  się.  Zarumienił  się  jak  chłopczyk,  a  to  rozzłościło  go  do  tego 

stopnia,  że  policzki  jeszcze  bardziej  mu  zapałały,  zwłaszcza  że  uśmiech  Antonii  stawał  się 

coraz szerszy, coraz bardziej rozweselony. 

-  Wiem,  że  zrobiłeś  wszystko,  żeby  jej  nie  ulec  -  stwierdziła  Antonia.  -  Może  więc 

najlepiej zrobisz, dziękując Stwórcy za to, że Kati odeszła. Za to, że nie było jej tutaj, kiedy 

wróciłeś. Zamierzałeś chyba zrobić ten krok, który was dzielił, prawda? 

Anastas kiwnął głową. 

- Może nie powinieneś tego robić. Może raczej trzeba powiedzieć sobie, że tak, jak się 

stało, jest najlepiej. Zapomnieć o Kati. 

Zapomnieć o Kati? 

Te słowa na trwałe utkwiły mu w głowie. 

Zajrzał do skrzyni z ubraniem i znalazł koszulę, którą szybko naciągnął. Umyć mógł 

się  później.  To  nic,  że  czuć  od  niego  potem  i  morzem,  nocami  spędzonymi  w  lesie  i  na 

bagnach. 

Zmienił  spodnie,  nie  przejmując  się  obecnością  Antonii.  Ta  kobieta  nie  była 

nieśmiałym kwiatuszkiem znad Bałtyku czy znad brzegów Morza Czarnego. Wyrosła wśród 

wichrów wiejących z północy. Już wcześniej miała okazję oglądać rozebranych mężczyzn. 

Zapomnieć o Kati. 

Rzeczywiście,  to  jakieś  wyjście.  Mógł  usiąść  i  patrzeć  jedynie  w  przyszłość.  Mógł 

nazywać  ją  dziwną  dziewczyną,  którą  kiedyś  poznał.  Podobno  córką  szamana.  Z  rejonów 

bardziej na południe nad Obem. 

Mógł zapomnieć o Kati. 

Anastas  spróbował  ją  sobie  wyobrazić.  Widział  jej  nieśmiały  uśmiech,  prosty  nos  i 

czoło wznoszące się ponad brwiami. Widział jej jasne szare oczy, które nie miały zwyczaju 

ustępować. Usta uśmiechające się ostrożnie, policzki, które zawsze wydawały się miększe od 

jedwabiu  i  miększe  od  aksamitu.  Wciąż  pamiętał  dotyk  tych  materii  na  skórze.  Jedwab  był 

taki  chłodny  i  ciężki,  aksamit  jak  delikatna  pieszczota,  niemal  jak  futerko  rozbawionego 

kociaka. Tak, wciąż to pamiętał. 

I pamiętał też Kati. 

Jej  włosy,  sięgające  aż  do  wąskiej  talii.  Prostą  grzywkę  wiszącą  nad  brwiami.  Brwi 

również miała proste. Biodra rozkładały się bujnie i jako wytrawny znawca koni w myślach 

bezczelnie nazywał ją rozpłodową klaczą. 

background image

Pamiętał, że jej bluzki zrobiły się ciasne po tym, jak zbyt długo je gotowała. Guziki 

musiały toczyć ciężką walkę. 

O, tak, pamiętał. 

I  nagle  zaczął  się  zastanawiać,  jak  też  ona  zapamiętała  jego.  Czy  jako  stosunkowo 

wysokiego mężczyznę o ciemnych, prostych włosach i długich nogach? 

Zastanawiał się, czy jest piękny w jej wspomnieniach. Czy zapamiętała jego głos? On 

doskonale pamiętał barwę jej głosu. Pamiętał jej śmiech. Wciąż rozbrzmiewał mu w głowie. 

Nigdy  nie  widział,  żeby  płakała.  Nigdy  nie  widział,  jak  jej  twarz  staje  się  obca  w 

pożądaniu. 

Właściwie jej nie znał, co więcej - świadomie do tego dążył. To on nie dał im szansy, 

by się naprawdę poznali. 

Zapomnieć o Kati? 

- Nie mogę jej zapomnieć, Antonio - oświadczył. Chyba w pełni zrozumiał to dopiero 

teraz. - Pojadę za nią. Ona stała się moim przeznaczeniem. 

background image

- To szaleństwo pozwolić Anastasowi jechać tam samemu - oświadczył Grigorij. - On 

nie wie, na co się porywa. W gruncie rzeczy wciąż jest zielony. 

Antonia znalazła powód zwątpienia. 

- Zielony? - powtórzyła. - Tak wiele przeżył razem z tobą, a ty nazywasz go zielonym? 

Sądziłam, że po tym wszystkim zdążył dojrzeć. 

-  To  w  niczym  nie  pomaga  -  upierał  się  Grigorij.  -  Anastas  pozostanie  zielony  bez 

względu  na  to,  jak  wielu  dramatycznych  wydarzeń  był  świadkiem.  On  nie  wie,  w  co  się 

wplątuje. Nie wie, co go tam spotka. Dla człowieka z zewnątrz mieszanie się w ich sprawy 

jest  niebezpieczne.  Czy  wyście  nigdy  nie  słuchali  Kati?  Owszem,  to  miła  dziewczyna,  lecz 

gdy chodziło o Jumalę, nie była skłonna ustąpić nawet o cal. Sądzicie, że ci starzy ustąpią? 

Myślicie, że pozwolą, zęby ktoś z zewnątrz zanadto się do bogini zbliżył? 

Antonia nie umiała zaprotestować. 

- Anastas mówi poważnie. 

Grigorij  westchnął.  Splótł  swoje  palce  z  jej  palcami.  Antonia  na  pewno  ma  rację. 

Zwykle ją miewała. Trudno żyć z kimś, kto tak rzadko się myli. Ale dla niego była jedyną. 

- Dla nas wszystkich byłoby najlepiej, gdyby tego nie robił. - Grigorij potrafił patrzeć 

daleko, chociaż jego oczy nie widziały. - Czy wciąż jesteś odważna, moja Antonetto? - spytał, 

ś

ciskając ją za rękę. - Czy masz w sobie tyle odwagi, żeby pojechać do Konda? Zaryzykujesz 

narażenie się na gniew Jumali? 

- Nie musisz bluźnić - stwierdziła Antonia. - Chociaż my nie umiemy w nią uwierzyć, 

to przecież ona wiele znaczy dla innych. 

- Potrafię szanować ludzi - powiedział Grigorij, poważniejąc. - Bez względu na to, w 

co wierzą. Jeśli żyją i czynią godnie. Jeśli troszczą się o innych. Ale w chwili, gdy depczą po 

innych, żeby samemu iść naprzód, to wtedy przestaję dostrzegać w nich wielkość. W wierze, 

która mówi, że ktoś jest więcej wart od innych, nie dostrzegam żadnego sensu... 

Antonia już kiedyś to słyszała. O innych sprawach. Grigorij widział świat w kolorach 

czarnym i białym. Widział tylko dobro i zło. Dla niego nie istniały żadne odcienie. Kierował 

się  uczuciami  -  a  te  zawsze  były  w  nim  silne,  ponad  wszystko  inne  stawiał  poczucie  spra-

wiedliwości. Zawsze mówił to, co myślał. Nigdy nie wybierał drogi na skróty. Niewielu ludzi 

potrafiło tak żyć. 

- Nie możemy pozwolić, żeby Anastas wyjechał sam - powiedziała Antonia. 

background image

Bała się jechać. Bała się, że Grigorij zechce się do niego przyłączyć. Bała się nie tyle o 

Anastasa,  co  o  Grigorija.  Chłopaka  Kati  mimo  wszystko  polubiła.  Grigorij  zaś  ze  swymi 

skrajnymi opiniami na pewno nie zostanie zaakceptowany przez wyznawców Jumali. 

Mimo to nie mogli pozwolić, aby Anastas wyruszył samotnie. Stał się dla nich niemal 

jak brat. 

-  Jestem  już  dostatecznie  dorosły,  żeby  radzić  sobie  bez  opiekunki  -  stwierdził 

Anastas. Chciał jechać sam. 

- Warto zabrać ze sobą rodzinę, skoro się wybierasz w zaloty - stwierdził Grigorij. Ani 

słowem nie wspomniał, że niepokoi się o chłopaka. Obaj bardzo się pilnowali, by szanować 

nawzajem swoją dumę, by przypadkiem nie urazić drugiego. - Może ci się przydać starszy, 

mądrzejszy brat,  gdy będziesz rozmawiał z krewnymi przyszłej żony.  Czyjej ojciec nie jest 

naczelnym szamanem? To moja jedyna szansa poznać kogoś takiego. Chcesz mnie pozbawić 

tej radości? 

Udało im się zdobyć miejsce na statku towarowym, żeglującym na południe wzdłuż 

Obu.  Statek  zmierzał  aż  do  Tobolska.  Musieli  wysiąść  przed  Chanty  -  Mansijskiem.  Tam 

należało  zdobyć  konie.  Na  środku  Niziny  Zachodniosyberyjskiej  nie  powinno  to  stanowić 

problemu. 

Czuli, że stanęli na ziemi należącej do książąt Konda. Czuli, że są tu obcy. Czuli na 

sobie rzucane ukradkiem spojrzenia. 

- Wszędzie ludzie tak patrzą na obcych - stwierdził Grigorij trzeźwo, kiedy  Antonia 

usiłowała mu to opisywać. Nie pozwalał sobie ulegać żadnym nastrojom. 

Anastas  usiłował  dogadać  się  w  sprawie  koni  z  człowiekiem,  którego  im  wskazano. 

Antonia  obejrzała  zwierzęta,  Grigorij  zbadał  je  dotykiem.  Anastas  nie  był  głupcem,  gdy 

chodziło  o  konie.  Wszyscy  troje  wiedzieli,  jakich  wierzchowców  chcą  i  dlaczego.  Lokalny 

handlarz koni również pojął, że ma do czynienia z ludźmi, którzy znają się na rzeczy. Ale pró-

by  oszukania  się  nawzajem  należały  do  zwyczaju,  ani  sprzedający,  ani  kupujący  nie  byliby 

zadowoleni, nie podjąwszy prób ubicia jeszcze lepszego interesu. 

- Ty nie rozumiesz - powiedziała Antonia do Grigorija. Rozglądała się w koło. Domy 

były tu niskie, stały zbite w gromadki, podobnie jak w innych miejscach. Te domy wcale nie 

wyglądały inaczej, ludzie także nie mieli w sobie nic osobliwego. Po podwórkach biegały psy 

i kury. Dzieciaki  gapiły  się na nich bez cienia zażenowania. Stawały przed nimi, beztrosko 

dłubały w zadartych nosach i wpatrywały się w nich bez słowa. Dorośli nauczyli się skrywać 

ciekawość. Nauczyli się spoglądać ukradkiem, zerkać z ukosa, odwracać wzrok, gdy sądzili, 

background image

ż

e  zostali  odkryci.  Tak  działo  się  wszędzie,  co  do  tego  Grigorij  miał  rację,  lecz  mimo 

wszystko tutaj było inaczej. 

- To trochę tak, jakby oni wiedzieli, kim jesteśmy - stwierdziła Antonia po chwili. 

Sprzedający szeroko uśmiechał się do Anastasa. Widać dobijali targu. 

- Tak jakby na nas czekali, Grigoriju! 

- Masz jakieś wizje - rzekł łagodnie. - Coś sobie wmawiasz, moja kochana. Ci ludzie 

nie są bardziej jasnowidzami niż gdzie indziej. To jest całkiem po prostu niemożliwe. 

Antonia  ze  swej  strony  nie  uważała,  aby  to  miało  jakikolwiek  związek  z 

jasnowidzeniem. Czuła, że oni wiedzą. 

Transakcja  została  zakończona.  Mieli  teraz  trzy  konie  pod  wierzch,  czwartego 

jucznego.  Sprzedawca  wyglądał  na  dość  zadowolonego.  Wprost  biła  od  niego  życzliwość, 

gdy pomagał Anastasowi doprowadzić zwierzęta do miejsca, gdzie czekali Grigorij i Antonia. 

-  Podróżujecie  na  wschód?  -  dopytywał  się  mężczyzna.  -  Niewielu  obcych  się  tu 

zatrzymuje. Większość jedzie na południe, wzdłuż Irtysza. Albo podąża dalej wzdłuż Obu. 

Mówił  po  rosyjsku,  lecz  miał  taki  sam  akcent  jak  Kati.  Antonia  była  pewna,  że 

Grigorij również go wychwycił. Anastas także powinien zwrócić na to uwagę. 

- No tak. - Grigorij spojrzał w tę stronę, z której dochodził głos. 

Większość  obcych  unikała  rozmowy  z  nim.  Nie  wiedzieli,  jak  mają  go  traktować. 

Ludzie  bali  się  jego  ślepoty.  Handlarz  koni  nie  był  wyjątkiem.  Zakłopotał  się  i  prędko 

odwrócił wzrok, nie zastanawiając się nad tym, że Grigorij nie może zobaczyć jego gestu. 

- Można powiedzieć, że jesteśmy tu przejazdem - ciągnął Grigorij. - Szukamy. 

- Przybywacie zza gór? - spytał mężczyzna z pewnym napięciem. 

Antonia  dostrzegła  w  jego  spojrzeniu  lekkie  wahanie.  Człowiek  wydawał  się 

zmieszany. 

-  Z  Moskwy?  A  może  z  Jekaterynburga?  Żołnierze  cara  stacjonowali  również  w 

mieście  wśród  gór.  Nie  było  wątpliwości,  że  ten  człowiek  usiłował  się  czegoś  dowiedzieć. 

Chciał wiedzieć/kim oni są. Chciał potwierdzenia, że nie służą carowi. 

- Przybywamy z północy, z północnych rejonów nad rzeką Nadym - odparł Grigorij. 

Teraz Antonia wyraźnie dostrzegła wyraz ulgi, który przemknął po twarzy mężczyzny. 

Zorientowała się, że on zrozumiał. Zresztą gdyby oceniać ich po wyglądzie, wyglądali chyba 

jak najdziwniejsi szpiedzy, jakich tylko mogła wysłać armia. 

-  Szukamy  pewnej  kobiety  -  odezwał  się  Anastas.  Antonia  chciała  go  przestrzec, 

powiedzieć,  że  nie  powinien  wyjawiać  zbyt  wiele,  że  zbyt  wcześnie  jeszcze  o  tym  mówić, 

lecz było już za późno. 

background image

-  Glikerii  Judiny  -  dodał  Anastas.  Antonia  nigdy  nie  poznała  nazwiska  Kati,  nigdy 

zresztą jej o to nie pytała, a Kati sama go nie wyjawiła. Jednakże Anastas je znał. A więc coś 

dla niej znaczył, na tyle, że mu zaufała. 

- Ach, tak? - powiedział mężczyzna, żując prymkę. Długo na nich patrzył. Nie był to 

stary człowiek, lecz wiatr i słońce pomarszczyły mu skórę, która wyglądała jak wygarbowany 

rzemień.  Oczy  miał  bystre,  żywe,  wiele  widzące.  Antonii  przyszło  do  głowy,  że  z  całą 

pewnością  wyrósł  pod  gołym  niebem.  Dobrze  znał  się  na  koniach.  Traktował  zwierzęta  z 

naturalnością, jaką niewielu mogło się pochwalić. 

- Zwykle ludzie pytają o samego starego Judina - rzekł w końcu, przeżuwając. 

Patrzył  na  nich,  jak  gdyby  spodziewał  się,  że  któreś  z  nich  coś  powie.  Oni  jednak 

milczeli. Antonia zmusiła się, żeby popatrzeć na niego ze swobodą, wyczekująco. 

- Tak, tak, Glikeria... - Pauzy między słowami były dłuższe niż słowa. - Nie zawsze 

dobrze jest pytać nie w czas o nią albo o jej rodzinę. 

-  Jesteśmy  tu  obcy  -  przypomniał  Anastas.  -  Bez  pytania  trudno  by  nam  było  ją 

odnaleźć. 

Mężczyzna  roześmiał  się,  jakby  wyjaśnienia  Anastasa  ogromnie  go  rozbawiły. 

Antonia nie bardzo potrafiła zrozumieć, co w tym takiego zabawnego. 

-  Rzeczywiście,  jesteście  tu  obcy  -  powiedział  w  końcu  mężczyzna.  -  I  jako  obcy 

musicie mieć bardzo istotny powód, jeśli chcecie odwiedzić tę rodzinę. Bez tego nikt wam nie 

powie, gdzie ich szukać. My tutaj trzymamy się razem. Właściwie jesteśmy jedną wielką ro-

dziną. Chronimy się nawzajem. 

- Mój brat zakochał się w ich córce - wyjaśnił Grigorij. Potrafił nadać swemu głosowi 

ton  chłodniejszy  od  mroźnego  powiewu  polarnych  wichrów  w  środku  zimy.  -  Jedziemy  w 

konkury.  Starszym  braciom  na  nic  się  nie  zda  opieranie  się  woli  młodości  -  dodał,  żeby 

podkreślić, iż jego zachwyt jest  równie niewielki jak ten, którego oczekiwał tutaj. - Kati to 

piękna dziewczyna -  ciągnął.  - A ten młody kozioł uparł się, że nie znajdzie równie dobrej 

narzeczonej  na  północy,  nad  Zatoką  Obską.  W  naszej  rodzinie  nie  zmuszamy  młodych  do 

ż

eniaczki wbrew własnej woli. Przyrzekłem mu, że spróbujemy przynajmniej rozpytać. Niech 

jej  rodzina  decyduje.  Z  całą  pewnością  nie  będzie  to  dla  nich  łatwiejsze  niż  dla  nas.  My 

wolelibyśmy, żeby znalazł sobie dziewczynę, którą znamy. Ze znajomej rodziny... 

Antonia  podziwiała  Grigorija.  Wypowiedział  imię  Kati.  Dał  do  zrozumienia,  że  jest 

przeciwny temu związkowi. Już lepiej nie mógł przedstawić sprawy, z którą przybywał. 

Również mężczyzna od koni się namyślił. 

background image

- Rodzina Judinów nie przepada za niespodziewanymi wizytami - rzekł w końcu. - Ale 

wy nie będziecie takimi gośćmi. 

Nie wyjaśnił, dlaczego, lecz Antonia i tak miała swoje podejrzenia. 

-  Możecie  pojechać  na  wschód  -  ciągnął  handlarz,  ręką  wskazując  jakieś  miejsce 

gdzieś poza miastem. - Prosto na wschód. Nie musicie się spieszyć. Rzeki płyną tu dziwnymi 

zakolami. Bez względu  na wszystko, trzymajcie  się południowego brzegu. Rozbijcie obóz i 

posilcie się, na pewno zgłodniejecie. 

- A co potem? - spytał Grigorij. - Jak długo mamy czekać? 

- Jeśli oni będą chcieli się z wami zobaczyć, to was znajdą. Jeszcze przed wieczorem. 

Anastas  w  napięciu  kiwnął  głową.  On  to  zaakceptował.  Przystałby  chyba  na  każdy 

warunek, byleby tylko doprowadziło to do ponownego spotkania z Kati. 

Zrobili tak, jak powiedział handlarz koni. Pojechali na wschód, trzymając się Obu. Tu 

i ówdzie do wielkiej, potężnej rzeki wpadały boczne odnogi. 

Przez cały czas trzymali się południowego brzegu Obu, jak i południowych brzegów 

mniejszych rzek, płynących w tym samym kierunku co Ob. 

Grigorij jechał sam. Jeszcze w domu ćwiczył, by dać sobie radę. Tam nie potrzebował 

nikogo  za  przewodnika,  znal  swego  konia,  a  koń  znał  teren.  Teraz  przywiązali  jego 

wierzchowca  do  konia  Antonii,  tak  było  najbezpieczniej,  bo  chociaż  poruszali  się  tu  po 

terenie płaskim i otwartym, to jednak obcym. 

Jechali równym tempem dość długo, aż do późnego popołudnia. Może celowo się nie 

spieszyli. 

- Nie powinniśmy zapuszczać się zbyt daleko - zauważył Anastas. 

Oczyma wodził nieustannie dokoła. Szukał śladów życia, szukał ludzi. Czuł, że ktoś 

ich obserwuje, lecz nie potrafił pokazać palcem i powiedzieć dokładnie, gdzie się ukrywa. 

-  Nic  im  nie  zaszkodzi,  jeśli  trochę  się  porozglądają,  nim  nas  znajdą  -  powiedział 

Grigorij  leniwie.  Ta  jazda  przypominała  mu  dawne  dni  i  wywoływała  przyjemne  uczucia. 

Wypełniło go coś na kształt poczucia wolności i oczekiwania. 

- Porozglądają? - spytała Antonia zgryźliwie. -  Nie sądzisz, że przez cały czas mają 

nas  na  oku?  Nie  sądzisz,  że  zatrzymaliby  nas  w  jakikolwiek  sposób,  gdybyśmy  próbowali 

zapuścić się zbyt daleko? 

Ż

aden z mężczyzn jej nie odpowiedział. 

Dotarli do zielonej równiny nad rzeką, z kępą zarośli nad zakolem w miejscu, gdzie 

równina się kończyła, i tu postanowili się zatrzymać. 

background image

Kiedy  już  przywiązali  konie,  Antonia  stanęła,  marszcząc  brwi.  Mężczyźni  znieśli 

jedzenie  i  garnki  na  kamienisty  brzeg,  tuż  za  zakolem  Obu.  Na  drugim  brzegu  rósł  gęsty 

liściasty las. Każdy zdołałby się w nim ukryć. Ale Tonią miała swobodny widok aż na środek 

przełomu rzeki. 

Ta okolica wydawała się taka znajoma, cały ten obraz, jaki się przed nią roztaczał. Jak 

gdyby już tu kiedyś była... 

Ona albo... 

Raija. 

Antonia zamknęła oczy, jakby z nadzieją, że gdy znów je otworzy, ujrzy coś zupełnie 

innego. 

Pamiętała  historię  Raiji.  Pamiętała  brzmienie  jej  głosu,  gdy  o  tym  opowiadała.  Gdy 

mówiła o dziewczynie, która straciła nad rzeką ukochanego. 

To mogła być jakakolwiek rzeka, nie musiała być wcale ta. Rosja pełna była wijących 

się rzek. 

Ale oni znaleźli się na łąkach Jumali. 

Antonia nie chciała przyjąć tego do wiadomości. 

To  by  było  za  wiele,  za  dużo  zbiegów  okoliczności.  Nie  chciała  uznać,  że  za  tym 

wszystkim  kryje  się  po  prostu  przypadek.  Jej  rozum  opierał  się  jednak  przed  tym 

przeświadczeniem tak bardzo, że aż ciarki przechodziły jej po plecach. 

Antonia rozwiązała wstążkę, którą nosiła we włosach, i zawiązała ją od nowa. Miała 

teraz wytłumaczenie swojej opieszałości. 

Nie mogła powiedzieć o swych odczuciach ani Grigorijowi, ani Anastasowi. 

Upiekli  na  ogniu  suszone  mięso,  trochę  je  przypalili.  Zjedli  razem  z  kwaśnym 

chlebem,  popili  kwasem  wprost  z  glinianego  dzbana.  Oblizali  tłuszcz  z  palców.  W  ciszy 

popołudnia ogarnęło ich rozleniwienie. Ułożyli się w trawie i wpatrywali się w niebo. Patrzyli 

na chmury, sunące w górze niczym kłębki wełny albo zbłąkane owce. 

Antonia  zapamiętywała  każde  drzewo.  Zapamiętywała  wszystko.  W  myślach 

dobierała  słowa  tak,  by  mogła  później  opisać  to  miejsce  tak  dokładnie,  by  inni  potrafili  je 

sobie wyobrazić. Nie tylko sądzić, że je widzą. 

Najprawdopodobniej  robiła  to  zupełnie  niepotrzebnie.  Antonia  doskonale  wiedziała, 

komu chce to opisać i dlaczego. 

I równie mocną świadomość miała, że zapewne już nigdy w życiu nie zobaczy Raiji. 

Mimo to jednak musiała to zrobić. 

Grigorij spał. 

background image

-  Myślisz,  że  przyjdą?  -  Anastas  przetoczył  się  na  brzuch.  Zerwał  źdźbło  trawy  i 

wsunął je między zęby. - Wyglądałem ich, ale widzę tylko drzewa, rzekę i równinę. A jestem 

w tym wyćwiczony. Pół życia spędziłem na wypatrywaniu wroga wśród drzew i zarośli... 

-  Kati  niemal  wręcz  prosiła,  żebyś  za  nią  przyjechał  -  powiedziała  Antonia,  nie 

odrywając oczu od chmur. W czytaniu z nich tkwiło prawie wyzwanie. Dopatrywanie się w 

nich  figur  przenosiło  ją  niemal  w  rodzaj  baśni,  pozwalało  poznać  mowę  stojącą  ponad 

wszystkimi  mowami,  ponieważ  to  sama  natura  stworzyła  niebo.  -  Oczywiście,  że  przyjdą  - 

dodała. 

Teraz i ona obróciła się na brzuch, oparła głowę na złożonych dłoniach. 

-  Ale  oni  dają  nam  również  do  zrozumienia  -  ciągnęła  -  że  Kati  nie  należy  do 

zwyczajnej rodziny. Zdajesz sobie z tego sprawę? 

Anastas kiwnął głową. Piwne oczy znów rozejrzały się wkoło, również teraz nic nie 

znalazły. I nikogo. 

-  W  domu  chyba  trochę  się  podśmiewaliśmy  z  tego,  że  jest  córką  szamana...  - 

westchnęła Antonia. 

-  Córką  dwojga  szamanów  -  poprawił  ją  Anastas.  Nie  powiedział  tego  dla  żartu. 

Również on, podobnie jak Antonia, wyczuwał, że tutaj miało to znaczenie. Przydawało rangi. 

-  Nie  zauważyłam  żadnych  żołnierzy,  kiedy  jechaliśmy  przez  Chanty  -  Mansyjsk  - 

rzekła  Antonia  zamyślona.  -  Ale  ten  człowiek,  od  którego  kupiliśmy  konie,  był  bardzo 

podejrzliwy. Myślisz, że ktoś tu niedawno był? I że dlatego są tacy ostrożni? Czy też zawsze 

tak mają w zwyczaju? 

-  To  ostatnie  przeraża  mnie  najbardziej  -  odparł  Anastas  zachrypniętym  głosem.  - 

Może miałaś rację, Toniu, może powinienem o niej zapomnieć. Nie wiem jednak, czy bym 

potrafił. Zastanawiam się nad tym i tyle mnie tu przeraża. Czy ty również tego nie czujesz? 

Nie masz wrażenia, że tu jest jakoś dziwnie? Antonia kiwnęła głową. 

-  Ale  nawet  jeśli  bym  o  tym  wiedział,  to  i  tak  bym  tu  przyjechał.  Nigdy  dotąd  nie 

spotkałem  kogoś  takiego  jak  ona.  Dopiero  gdy  byłem  od  niej  daleko,  naprawdę  się  do  niej 

zbliżyłem. Rozumiesz, o czym mówię? Zdaję sobie sprawę, że to nie brzmi zbyt rozsądnie... 

-  Nigdy  wcześniej  nie  zakochałeś  się  w  żadnej  dziewczynie  -  stwierdziła  Antonia.  - 

Jesteś z rodzaju tych, którzy wpadają po same uszy, aż im się w głowie kręci. A wtedy jesteś 

stracony i nie ma dla ciebie ratunku. Poszedłbyś za Kati bodaj w ogień piekielny, gdyby tak 

było trzeba, mój drogi. Ale nie sądzę, że jest aż tak źle. Chociaż są bardzo ostrożni. Pamiętasz 

chyba, jak mówiła, iż jej ojciec jest naczelnym szamanem całego rejonu Konda. Jasne więc, 

ż

e musi zachować ostrożność w tym, z kim się zadaje. Zapewne byłby niezłym piórkiem do 

background image

kapelusza  armii,  czyż  nie?  I...  zapewne  on  jest  jednym  z  tych,  którzy  wiedzą,  gdzie  jest 

Jumala. 

W ciszy, jaka nastąpiła, wydawało się, że przez korony drzew rosnących nad brzegiem 

przeszedł  szum.  Zarówno  Antonia,  jak  i  Anastas  drgnęli.  W  tym  otoczeniu  łatwo  dać  się 

uwieść przesądom. 

-  Nie  zamierzam  prosić,  żeby  mi  ją  pokazał  -  cierpko  zauważył  Anastas.  -  Mam 

przynajmniej trochę taktu. To właściwie dość nieprawdopodobne, ile w człowieku zostaje z 

tego, czego nauczył się jako dzieciak. 

Ponieważ Antonia się nie odezwała, podjął: 

- Myślisz, że i ja będę nosił czerwony strój, jeździł po całej okolicy i zbierał monety 

dla  bogini?  Nie  wiem,  czy  bym  się  do  tego  nadawał.  Nie  najlepiej  idzie  mi  zmuszanie  do 

zapłaty tych, którzy nic nie mają. Ciekaw jestem, czy od wszystkich żądają tyle samo. To by 

było niesprawiedliwe. Ta wiara mogłaby być równie dobra jak inne, jeśli tylko dbaliby o to, 

by brać dużo od tych, którzy mają dużo, a mało od tych, którzy mają mało... 

Anastas mówił i mówił. Słowa sypały się jak groch. Widać był zdenerwowany. 

- Jak myślisz, a może mam być dla nich tylko rozpłodowym ogierem? Może za bardzo 

krzyżują się we własnym stadzie...? 

- Nie mów tak o ludziach! - rozgniewała się  Antonia. - Owszem, o koniach możesz 

sobie tak mówić, ale w wypadku ludzi to brzmi bezwstydnie. 

- Od kiedy zrobiłaś się taka wrażliwa? - Anastas uniósł w górę ciemne brwi. - Jesteś 

tak  samo  obeznana  z  końmi  jak  ja,  a  ja,  szczerze  powiedziawszy,  napotkałem  więcej  koni, 

które polubiłem, niż ludzi. Aż ciarki mnie przechodzą na myśl o rym, że tylko tego mogą ode 

mnie  chcieć.  Powiedziała  przecież  kiedyś,  że  jej  zadaniem  jest  zapewnienie  przyszłości 

rodowi.  Oczywiście  uważają  to  za  ważne,  Kati  jest  wszak  dzieckiem  dwojga  szamanów. 

Wierzą, że jej brat umrze młodo, on więc nie będzie mógł podtrzymać rodu. Kati stanowi je-

dyną możliwość, ich krew ma żyć dalej, ale nie chcą mieszać jej z byle czym. Potrafię sobie 

wyobrazić,  że  to  już  mogło  przynieść  rezultaty  w  postaci  potomstwa,  jakiego  oni  sobie  nie 

ż

yczą... 

- ...i dlatego pragną młodego, silnego, pełnego wigoru mężczyzny, wywodzącego się z 

rosyjskiej szlachty - cierpko uzupełniła Antonia. - Czy ty słyszysz, co mówisz, Anastas? Czy 

ty słyszysz słowa, które wypowiadasz? Czy też po prostu tak sobie pleciesz? 

Nie rozumiał, o co jej chodzi. 

- Anastas walczył o naszą sprawę - sucho zauważył przebudzony właśnie Grigorij. - 

Ale  był  już  zbyt  dojrzały,  kiedy  się  do  nas  przyłączył.  Zbyt  długo  żył  w  świecie  innym  od 

background image

naszego.  To  nie  jego  wina.  Chłopak  nie  chciał  być  arogancki,  on  jest  po  prostu  uczciwy, 

Antonetto. Bezwzględnie uczciwy. Ponadto wydaje mi się, że ma rację. 

Anastas przełknął ślinę. 

-  Oni  potrzebują  świeżej  krwi  -  stwierdził  Grigorij  z  mocą.  -  Ja  nie  wierzę  w 

przepowiednie. Sądzę jednak, że rodzice Kati to sobie wyliczyli i nie przypadkiem posłali ją 

na północ. Wystarczyło jedynie porozmawiać trochę z ludźmi. Wszyscy wiedzieli, że tamtej 

nocy straciłaś dziecko. Nikt w całej naszej wiosce nie potrzebował pomocnej ręki bardziej niż 

ty, a Anastas był przystojnym młodym mężczyzną, który mógł wpaść Kati w oko... 

Jego  tłumaczenie  było  takie  proste,  takie  rozsądne.  Antonia  nie  poprosiła  go,  by 

wyjaśnił,  skąd  Kati  mogła  wiedzieć  o  Raiji.  Jak  mogła  ona,  obca  w  tamtych  stronach, 

wiedzieć o czymś, o czym Antonia nie powiedziała nawet Grigorijowi? 

- To w niczym nie wadzi temu, by Kati pokochała Anastasa - orzekła Antonia. 

Z  przykrością  patrzyła,  jak  na  twarzy  młodego  chłopaka  maluje  się  coraz  większe 

przygnębienie,  w  miarę  jak  dokładniej  zaczynał  pojmować,  że  został  zredukowany  do  roli 

rozpłodowego ogiera, jak sam to w przypływie cynizmu określił. 

- Rzeczywiście - przyznał Grigorij. Próbował zbytnio nie okazywać wątpliwości. Nie 

zdołał jednak sprawić, by jego słowa zabrzmiały tak, jakby naprawdę w nie wierzył. Czekali. 

Zjawili się o zmierzchu, kiedy  niebo przybrało barwę dymu, a ich ognisko zmieniło 

się w gwiazdę wśród mroczniejącego krajobrazu. Tętent kopyt mieszał się z szumem rzeki, z 

lekkim szmerem wiatru szepczącego tajemnice koronom drzew. 

Było ich trzech. Przybyli z drugiego brzegu. Popędzili konie przez rzekę w miejscu, 

gdzie była najpłytsza, lecz mimo to woda sięgała im do połowy ud, choć ich wierzchowce nie 

zaliczały się do najmniejszych. 

Zatrzymali  się  w  pewnej  odległości  od  ogniska.  Grigorij  szeptem  ostrzegł  Anastasa, 

by nie wstawał. 

- Od ich decyzji zależy, co się dalej stanie. 

- Szukacie Judina? - spytał jeden z nich. Potwierdzili. 

- Przybywacie we własnym imieniu? 

- Gdyby żołnierze nas schwytali, ucieszyliby się mniej więcej tak samo jak z pojmania 

Judina - odparł Grigorij. 

Jeden z przybyłych zeskoczył z konia i podszedł do nich długimi krokami. Obmacał 

ich w poszukiwaniu broni, zabrał noże. 

- Judin nie lubi ryzykować - z uśmiechem wyjaśnił Antonii. 

background image

Był  to  młody,  silny  człowiek,  podobnie  jak  i  dwóch  pozostałych.  Widać  do  kręgu 

szamana  nie  wybierano  słabeuszy.  Antonia  zastanawiała  się,  czego  może  brakować  temu 

mężczyźnie, co sprawia, że nie nadaje się do przedłużenia rodu. 

-  Dostaniecie  swoje  noże  z  powrotem,  gdy  będziecie  stąd  wyjeżdżać  -  powiedział 

młodzieniec. - Albo kiedy uznają, że tak będzie bezpiecznie. Możecie teraz osiodłać konie i 

ruszyć za mną. - Popatrzył na Grigorija. - Czy on może jechać sam? Przejazd przez rzekę to 

nie żarty... 

-  Potrafi  jechać  sam  -  odparł  Grigorij  zgryźliwie.  -  Jechał  sam  już  wcześniej.  Już 

wcześniej przekraczał rzeki. 

- Nie ma powodu do urazy - bronił się chłopak. - Myślałem o twoim bezpieczeństwie. 

Dno tu nierówne... 

-  A  czyż  nie  jest  tak  w  wypadku  większości  rzek?  -  spytał  Grigorij  drwiąco  i  bez 

niczyjej pomocy dosiadł konia. 

Antonia  cieszyła  się,  że  ich  wierzchowce  są  ze  sobą  związane.  Czuła,  że  Grigorij 

pragnął  zademonstrować  swą  samodzielność  przed  tym  młodzieniaszkiem,  a  to  nie 

przyniosłoby nic dobrego. 

- Nie pozwól się rozdrażnić - szepnęła, dosiadłszy swego konia. Pociągnęła za łączący 

ich sznur, zmuszając go, by podjechał bliżej. - Potrzebny nam będziesz, jak już znajdziemy 

się  na  miejscu,  Grigoriju,  mój  ty  kogucie!  Więcej  masz  w  sobie  z  mężczyzny,  niż 

kiedykolwiek będzie miał ten chłopczyk. Dobrze mu się przypatrzyłam, a przecież wiesz, że 

znam się na mężczyznach! 

Grigorij roześmiał się, ale Antonia słyszała, jak bardzo jest spięty. Klepnął ją jednak w 

pośladek, wymacawszy uprzednio, gdzie ma szukać tej części ciała. 

-  No  i  jak?  Przejeżdżamy  przez  tę  przeklętą  rzekę?  -  spytał.  -  Nigdy  dotychczas  nie 

miałem okazji poznać żadnych szamanów! 

background image

Przeprawa przez rzekę poszła gładko. Przemokli do suchej nitki, lecz okazało się, że 

woda  wcale  nie  jest  lodowata,  pomimo  iż  zapadł  już  wieczór.  Dzień  jednak  był  życzliwie 

ciepły, a na grzbietach koni ich ciała wciąż pozostawały w ruchu, później więc również nie 

zmarzli. 

Dwóch  z  mężczyzn  posuwało  się  przodem,  jeden  za  nimi.  Anastas  podążał  przed 

Antonią  i  Grigorijem  jadącymi  obok  siebie.  Po  ciemku  niewiele  dało  się  zobaczyć,  lecz 

Antonia jak umiała najlepiej starała się opowiedzieć Grigorijowi, co jest przed nimi. Nie dało 

się  jednak  uniknąć  gałązek,  znienacka  uderzających  go  w  twarz,  ani  niespodzianek,  jakie 

sprawiały nierówności terenu. Mimo to Grigorij trzymał się w siodle z wielką godnością. W 

pełni  udowodnił,  że  przez  całe  swoje  życie  miał  do  czynienia  z  końmi.  Antonię  wypełniła 

gorąca  duma.  Utrata  wzroku  mogła  uczynić  go  gorszym  człowiekiem,  mogła  odsłonić 

najmroczniejsze strony jego charakteru. Zamiast tego jednak wydobyła z jego duszy wiele z 

tego, co miał w sobie najlepsze, sprawiając, że mężczyzna, którego tak gorąco kochała, stał 

się jeszcze wspanialszy. 

Posuwali się wolno. Antonia podejrzewała, że przewodnicy kluczą, że, wykorzystując 

ciemności,  nie  zmierzają  bezpośrednio  do  celu.  Z  pewnością  byli  to  ludzie,  którzy  nie 

podejmą zbytecznego ryzyka. Obserwowała ich zachowanie, widziała, że cały czas są czujni. 

Widziała,  jak  nasłuchują.  Obudził  się  w  niej  strach.  Przecież  już  sama  rozmowa  o  czymś, 

czego nie w pełni rozumieli, czego zarysów mogli się jedynie domyślać dzięki słowom Kati, 

była  dostatecznie  przerażająca.  Antonii  nie  ułatwiało  sprawy  jeszcze  i  to,  że  pamiętała 

niewyjaśnione  wędrówki  Raiji  w  przeszłość.  Teraz  wydawały  się  one  jeszcze  straszniejsze, 

jakby  nabrały  ciała.  W  ciemności  stały  się  rzeczywistością.  Na  granicy  tego,  co  Antonia 

nazwałaby  rozsądkiem.  Ci  ludzie  mogli  używać  tych  samych  słów  co  ona,  lecz  nie  miała 

pewności, czy zło i dobro znaczyło dla nich to samo co dla niej. Ta świadomość sprawiała, że 

Antonii otaczająca ich ciemność wydawała się jeszcze gęściejsza. 

Ani Antonia, ani Anastas nie byliby w stanie poprowadzić nikogo drogą, którą jechali. 

Antonia  uważała,  że  mężczyźni  przesadzają.  To  był  mroczny,  obcy  świat.  Nie  mogłaby 

przejechać tej drogi wraz z żołnierzami, nawet gdyby ich przewodnicy nie zadali sobie trudu, 

by tak długo z całą premedytacją błądzić. Stanowczo przesadzali. 

Ale ona nic tu nie miała do powiedzenia. 

background image

Znów  musieli  przejechać  przez  jakąś  rzekę,  równie  głęboką  jak  tamta  pierwsza. 

Antonia usiłowała ustalić, czy po raz drugi przekraczają Ob, czy wracają na ten jego brzeg, z 

którego przyjechali, czy też tym razem była to inna rzeka, zlewająca się z potężnym Obem w 

jakimś innym miejscu. To jednak również okazało się niemożliwe. 

Najzupełniej nieznajome trakty. 

Wciąż uważała, że ich przewodnicy przesadzają. 

Ponieważ  jednak  ani  Anastas,  ani  Grigorij  nie  odzywali  się  ani  słowem,  Antonia 

również milczała. 

Jechali  dalej,  trwało  to  już  naprawdę  długo.  Antonia  poczuła,  że  ciało  zaczyna  jej 

sztywnieć.  Od  dawna  nie  siedziała  na  koniu,  członki  nieprędko  przyzwyczajały  się  do 

końskiego  grzbietu.  I  już  dwukrotnie  się  zmoczyli.  Zastanawiała  się  z  goryczą,  czy  będą 

przekraczać  kolejne  rzeki.  Nieustannie  zadawała  sobie  pytanie,  ile  celowego  błądzenia 

zadowoli prowadzących ich młodych mężczyzn. 

Nareszcie wydało jej się, że czuje zapach dymu. Zapach ogniska. Stawał się on coraz 

bardziej intensywny. W końcu mogła dostrzec między drzewami przebłyski światła. Zarośla 

nieco się przerzedziły. Teraz usłyszała także głosy. Spokojne, nie nerwowe. 

Wjechali  w  krąg  świateł,  czerwonego  blasku  ogniska  i  pochodni,  wbitych  w  ziemię 

wokół okrągłego placyku. 

Tu się zatrzymali. 

Antonia  nie  bardzo  wiedziała,  czego  powinna  się  spodziewać.  W  duchu  być  może 

widziała  już,  jak  ściągają  ich  z  koni  i  wiążą,  nim  pozwolą  im  wreszcie  zbliżyć  się  do  ojca 

Kati. 

Bez trudu przychodziło jej snuć takie fantazje. Miała wrażenie, że boją się już nawet 

cieni. 

Od niedużej gromadki mężczyzn odłączył się siwowłosy człowiek. Bardzo szczupły, 

na  granicy  wychudzenia.  Szeroka  koszula  była  dla  niego  stanowczo  zbyt  obszerna,  rękawy 

zaczynały się mniej więcej tam, gdzie miał łokcie. Pod zniszczonym ubraniem zaznaczały się 

szczupłe, kościste barki. Hafty na koszuli wyblakły, Antonia mogła się jedynie domyślać, że 

kiedyś,  dawno  temu,  były  czerwone.  Spodnie,  które  nosił  ten  człowiek,  również  były 

zniszczone. Szerokie. Wsunięte w buty do konnej jazdy, sięgające do połowy łydki, w pasie 

przytrzymywane szeroką taśmą. 

- Trafiliście - powiedział z czymś w rodzaju uśmiechu, wyciągając rękę, żeby pomóc 

Antonii zsiąść. Niemal zawstydzona ujęła ją i pozwoliła się podeprzeć. Anastas już pomagał 

Grigorijowi zejść na ziemię. 

background image

Nieznajomego człowieka otaczała aura życzliwości i ciepła. Wprost nimi jaśniał. 

Nie zgadzało się to z wyobrażeniami Antonii. Nie zgadzało się to z tą podróżą poprzez 

noc i las. Nie zgadzało się ani trochę. Ale on naprawdę stał przed nimi i kolejno ściskał ich za 

ręce.  Szczególnie  długo  przytrzymał  dłoń  Anastasa.  Jasne  oczy  badawczo  przyglądały  się 

młodemu chłopakowi. 

- A więc to ty jesteś tym młodzieńcem - powiedział tonem, w którym pobrzmiewało 

zadowolenie. 

- Jesteś ojcem Kati? - W głosie Anastasa dało się słyszeć niepewność, wyczekiwanie i 

odrobinę niedowierzania. Być może on również wmówił sobie, że spotka się z kimś naprawdę 

niesamowitym. 

-  Jestem  Judin  -  odparł  mężczyzna,  uśmiechając  się  łagodnie,  po  ojcowsku.  -  I 

rzeczywiście jestem ojcem Kati. 

Nie taki obraz naczelnego szamana ludu Konda sobie stworzyli. 

To sprawiło, że oniemieli. 

-  Musieliśmy  wycofać  się  w  lasy  -  wyjaśnił  Judin,  nie  pytany.  -  Po  okolicy  krążą 

patrole.  Kilka  tygodni  temu  pojmali  mojego  syna.  Obawiamy  się,  że  załamał  się  podczas 

przesłuchania. Wygląda na to, że znają już szczegóły, których nie znali wcześniej. Takie rze-

czy, o których wiedział mój syn. 

Twarz stojącego przed nimi mężczyzny zasmuciła się, pokryła zmarszczkami. 

-  Sądziłem,  że  on  jest  ulepiony  z  twardszej  gliny.  Ale  żołnierze  z  całą  pewnością 

potrafią nakłonić każdego nieboraka do mówienia. Może nie powinienem go obwiniać... 

Widać jednak było wyraźnie, że mimo wszystko ma do syna żal. 

Antonię ścisnęło w żołądku. Pojawił się w nim twardy jak kamień supeł. Zimny jak 

lód. 

Prawie zaczęła już rozumieć, dlaczego są tacy ostrożni. Niemal żal jej się zrobiło tego 

niewielkiego, zasuszonego człowieczka. W uszach zaszumiało. 

-  A  Kati?  -  spytał  Anastas.  Antonia  wykorzystała  tę  chwilę,  by  przyjrzeć  się 

zgromadzonym. Byli to sami mężczyźni, głównie młodzi wiekiem. 

W ustach jej zaschło. 

To była ich armia, ich żołnierze. Żołnierze Jumali. 

- Kati czeka - odparł ojciec dziewczyny spokojnie. - Wciąż ma czas, żeby czekać. A 

poza tym młodej pannie nie wypada rzucać się na szyję obcym. 

Antonia musiała spuścić wzrok. Przysunęła się do Grigorija, który objął ją w pasie i 

uścisnął na pociechę, dodając odwagi. Być może również on wychwycił nieuprzejmą drwinę 

background image

w słowach ojca Kati. Ten człowiek wszak wyprawił córkę z domu, dotychczas nie pilnował 

zbyt  uważnie,  co  Kati  wypada,  a  co  nie  wypada.  Teraz  jednak  zmienił  ton.  Antonia 

wychwyciła  tę  niekonsekwencję,  tak  by  Judin  nie  uwiódł  jej  swoją  łagodnością  i  niemal 

delikatnością. Był najwyższym szamanem całego tego regionu. Czarownikiem. Z pewnością 

na taki tytuł nie zasłużył sobie wrażliwością i dobrotliwością. Nie wolno jej o tym zapominać. 

Poza kręgiem światła zbudowali szałasy, nie domy. Zapewne ludzie Konda krótko tu 

przebywali. Być może nie liczyli, że zostaną w tym miejscu dostatecznie długo, by opłacało 

się stawiać domy. Oni również uciekali. 

Antonia  poczuła  ów  niepokój,  jaki  towarzyszył  jej  podczas  podróży  na  wschód.  Nie 

przyzwyczaiła się do niego, inaczej niż Grigorij i jego ludzie - oni przywykli do życia pełnego 

napięcia, w stałej gotowości. 

Coś  podobnego  Antonia  rozpoznała  w  twarzach  tych  młodych  mężczyzn.  Oni  byli 

wojownikami, a ich przeciwnikami żołnierze carscy, którym gotowi byli stawić czoło. Mieli 

coś, czego gotowi byli bez wahania bronić. 

Budzili  przerażenie  i  wydawali  się  niemal  nierzeczywiści.  Antonia  tak  to  właśnie 

widziała i odczuwała. 

- Musicie być głodni - stwierdził ojciec Kati i gestem dłoni wskazał na duże ognisko 

na środku placyku. 

Antonia zobaczyła, że pieką nad ogniem jakieś zwierzę. Wcześniej nie zwróciła uwagi 

na zapach pieczeni. 

W jednej chwili do ust napłynęła jej ślina, lecz nawet to nie złagodziło poczucia lęku. 

Pieczonym od dawna na ogniu zwierzęciem było prosię. Smakowało przyjemnie, lecz 

obco. Ziół, którymi przyprawili pieczyste, a w każdym razie takiej ich mieszanki, Antonia nie 

znała.  Mięso  nie  było  zbyt  słone  ani  też  aż  tak  pikantne,  by  piekło  w  gardle.  Dostali  także 

chleb, lecz bez masła, a czarki z kwasem również tutaj krążyły z rąk do rąk. 

W  kręgu  ludzi  zebranych  wokół  ogniska  Antonia  była  jedyną  kobietą.  To  takie 

dziwne.  Podczas  ucieczki  na  wschód  przyzwyczaiła  się  do  tego,  że  jest  sama  wśród 

mężczyzn. Teraz od dawna już stanowiła część kobiecej wspólnoty, tym dziwniejszy był więc 

widok  samych  mężczyzn  wokół.  Na  tyle  jednak,  na  ile  zdołała,  nie  pokazała  po  sobie 

niepewności.  Kolanem  dotykała  uda  Grigorija.  Sprawiało  jej  to  przyjemność.  Dzięki  temu 

bliższa  też  była  rzeczywistość  w  chwili,  gdy  jej  zdaniem  cienie  zaczynały  podpełzać  zbyt 

blisko. 

Ojciec  Kati nie pytał ich o nic. Nie zachęcał też  do zwierzeń. Nie mówił również  o 

niczym, co mogło być ważne. 

background image

Podobnie zachowywali się jego ludzie. Jedli. Śmiali się z historii, które równie dobrze 

mogłyby być opowiadane gdzie indziej. Z historii nie opisujących nic szczególnego. 

To było niegroźne. 

Ale cienie sprawiły, że plac stał się mniejszy. Płomienie ogniska zniżyły się, rzucały 

teraz krótsze światło niż poprzednio. 

Antonia zaczynała pojmować, że spodziewano się ich tutaj już od dawna. Że prosiak 

piekł się przez cały dzień. Zarżnąć musieli go wcześniej. Musiał kruszeć, żeby osiągnąć taką 

miękkość. Zęby nie musiały się z nim mocować. O tej porze roku nie zarzyna się prosiąt, jeśli 

nie chce się uczcić jakiegoś szczególnego wydarzenia, na przykład przyjazdu ważnych gości. 

Starała  się  nie  myśleć.  Po  prostu  jadła.  Wkładała  wiele  wysiłku  w  rozpoznawanie 

roślin, którymi musieli natrzeć mięso. Kilka zdołała rozróżnić, lecz na pewno nie wszystkie. 

Kilka  też  z  całą  pewnością  było  jej  wcześniej  nieznanych.  Może  będzie  mogła  spytać  o  to 

Kati, bo jedzenie naprawdę jej smakowało. Nie miałaby nic przeciwko temu, by samej umieć 

przyrządzić coś podobnego. 

Droga  do  chaty  z  bali,  będącej  jej  domem,  wydawała  się  teraz  nieskończenie  długa. 

Przed oczami zamigotał jej widok na Zatokę Obską, lecz zaraz zniknął wśród szarego dymu 

ogniska. 

Wokół nich wieczór zrobił krok w noc, nie oglądając się w tył. 

Nasycili się. Ciała mieli ciężkie, odprężyli się. Czujność z wolna przygasała. Już nie 

wpijała  swych  szponów  tak  mocno,  lekko  się  tylko  trzymała.  Dusze  otwierały  się, 

promieniały większą życzliwością. Niektórzy z młodych ludzi opuścili krąg wokół ogniska, z 

kuszami na ramionach i włóczniami w rękach wtopili się w mrok. 

Robili  to  niemal  niezauważenie.  Znikali  w  ciszy.  Antonia  dostrzegła  to,  Anastas 

również.  Grigorij  mógł  się  jedynie  domyślać,  ale  przecież  słyszał  ich  lepiej  niż  oni.  I  już 

zdążył  odgadnąć,  że  mężczyźni  nie  będą  tu  siedzieć  przez  całą  noc.  Mieli  przecież  swoje 

zadania. Mieli wytyczony cel działania. Nie przybyli tu po to, by dotrzymywać towarzystwa 

obcym przybyszom. 

W końcu wraz z Judinem i gośćmi pozostała ich jedynie garstka. 

Jedna  po  drugiej  gasły  pochodnie.  Jaśniało  już  tylko  ognisko.  Antonia  poczuła  się 

zmęczona. 

- Nasza bogini żąda teraz od was ofiary - oświadczył nagle Judin. 

Antonia gwałtownie się ocknęła. 

Czy on wstrzymywał się z tym celowo? Czyżby chciał jak najmocniej ich wystraszyć? 

W takim razie nieźle mu się to udało. 

background image

Wciąż, nawet teraz, gdy bacznie im się przyglądał, wyglądał jak miły dziadek. Wąskie 

usta  rozciągały  się  w  uśmiechu.  Twarz  pokrywała  gęsta  siateczka  zmarszczek.  Opowiadała 

własną historię o życiu tego dziwnego człowieka. 

-  Ofiary?  -  podejrzliwie  odezwał  się  Grigorij.  Anastas  starał  się  udawać,  że  na  nim 

słowa Judina nie zrobiły żadnego wrażenia. Nie było to wcale dla niego łatwe. Aż do tej pory 

zajmowano się nimi bardzo troskliwie. Przykre wyobrażenia i wątpliwości niemal całkowicie 

ustąpiły. Dopiero teraz pojawiło się pierwsze żądanie. 

Oświadczenie Judina bardziej pasowało do takiego jego obrazu, jaki sobie wcześniej 

wytworzyli.  Gospodarze  bardziej  przypominali  teraz  zamknięty  krąg  ludzi,  którzy  wciąż 

trwali w pogańskiej wierze i mistycznych rytuałach. 

- To słowo w twoich ustach wydaje się haustem żmijego jadu - stwierdził ojciec Kati. 

Złożył  ręce  na  podołku.  Dłonie  miał  drobne.  Doprawdy,  dziwne  się  wydawało,  że 

posiadł taką władzę. Antonia nie przypuszczała, by kiedykolwiek w życiu się bił. Z drugiej 

strony nie było wcale pewne, czy kiedykolwiek był do tego zmuszony, i od tej myśli ciarki 

przechodziły po plecach. 

-  A  jak  ty  to  nazwiesz?  -  spytał  Grigorij.  Antonia  nie  mogła  pojąć,  jak  on  w  ogóle 

może  się  nie  bać.  Być  może  wynikało  to  z  faktu,  iż zawsze  ośmielał  się  chodzić  własnymi 

drogami. Nic nie mogło go pognębić. Tym, którzy tego próbowali, nie udało się. Być może 

inni  to  widzieli,  może  wyczuwali  siłę  tkwiącą  w  Grigoriju.  Ludzie  szanowali  takie  rzeczy, 

chociaż nie zawsze zgadzali

 się ze wszystkim, co mówił. A on rzadko uciekał się do drwiny. 

Ze wszystkimi rozmawiał jak równy z równym. Nikogo nie umniejszał. 

-  Troskliwie  się  wami  zajęto  -  powiedział  Judin.  -  Dostaliście  pożywienie. 

Powitaliśmy  was  z  życzliwością,  z  jaką  witamy  przyjaciół.  Dostaniecie  na  noc  dach  nad 

głową.  A  jutro  porozmawiamy  o  tym,  po  co  tu  przybyliście.  Teraz  się  z  tym  nie  spieszy. 

Wszyscy musimy być wypoczęci, kiedy będziemy rozstrzygać ważne sprawy. Nic złego wam 

się  nie  stało.  Nasza  bogini  ochroniła  was  swoją  złotą  ręką.  Nasza  bogini  nie  widzi  w  was 

groźby. Milczała i zaakceptowała was. Wypada wobec tego złożyć jej ofiarę. Wszyscy, którzy 

podróżują przez krainę naszej bogini, składają jej daniny. 

Grigorij zaczął grzebać w kieszeniach. Wyciągnął monetę i rzucił ją w stronę Judina. 

Pieniążek upadł na brzegu ogniska. Leżał w gorących węglach, sczerniał i pokrył się sadzą. 

Ż

ar jednak nie był dostatecznie mocny, by go stopić. 

- Starczy? - spytał Grigorij niewinnie. 

background image

Antonia ściągnęła brwi, zastanawiając się, czy próbował trafić w ogień. Miał na tyle 

dobry  słuch,  że  prawdopodobnie  mógł  uniknąć  wrzucenia  monety  prosto  w  żar.  Ale 

całkowitej pewności nie miała. 

- Starczy - odparł Judin. - Sądzę, że twój dar był znakiem, przyjacielu. Myślę, że ogień 

poliże ci kostki. Obawiam się, że nie mogę ci wróżyć wyłącznie szczęścia. Sądzę jednak, że 

jesteś na tyle mężczyzną, byś umiał przyjąć również taką wróżbę. 

- Ogień od dawna przypieka mi podeszwy - odparł Grigorij spokojnie. - Nie będzie to 

więc żadne nowe przeżycie. 

Judin nic na to nie powiedział. Anastas przeszukiwał kieszenie. Antonia wiedziała, że 

w swoich kieszeniach nie ma czego szukać. 

-  To  nie  musi  być  nic  kosztownego  -  poinformował  ojciec  Kati.  -  Wystarczy  nitka 

wyrwana z waszego ubrania. 

Popatrzyli  na  niego  zdziwieni,  a  potem  Antonia  wyciągnęła  nić  z  rękawa  koszuli. 

Judin  przyjął  ją  z  wielkim  nabożeństwem.  Anastas  postanowił  jednak  podejść  do  sprawy 

poważniej. Poświęcił swoją apaszkę - była jedwabna, miała więc pewną wartość. Za wszelką 

cenę nie chciał wywrzeć złego wrażenia. 

Judin był ojcem Kati. Anastas nie zapominał o tym nawet przez moment. 

Judin  wskazał  im  jeden  z  najmniejszych  szałasów,  stojący  na  skraju  półkola 

podobnych budowli. Było ich zaledwie pięć czy sześć, dwa większe od pozostałych. 

-  Tam  możecie  spać.  Na  podłodze  leżą  świeże  gałęzie.  W  dachu  jest  dymnik.  Opał 

przy palenisku. Możecie zabrać rozżarzoną głownię. 

To było hasło do odwrotu. Judin nie poprosił, żeby poszli się położyć, a przynajmniej 

nie  zrobił  tego  wprost.  Zaś  jako  gospodarz  był  zbyt  uprzejmy,  by  odejść  pierwszy.  Jasne 

jednak  było,  o  co  mu  chodzi.  Wzięli  więc  ze  sobą  zwinięte  koce  i  juki  i  przeszli  do 

wskazanego przez Judina szałasu. Anastas zadbał o to, by mieli również ogień. 

Judin  nie  życzył  im  dobrej  nocy.  Został  przy  ognisku.  Gdy  jednak  Antonia  przed 

wejściem  do  szałasu  jeszcze  się  obejrzała,  już  go  tam  nie  było.  Przy  ogniu  zostało  jedynie 

trzech młodych ludzi. 

Zadrżała i zamknęła za sobą wejście. 

Rozścielili  koce  na  podłodze.  Anastas  rozniecił  ogień.  Powoli  w  szałasie  robiło  się 

jasno i ciepło. Siedzieli razem w milczeniu. Grigorij i Antonia objęci, Anastas z ramionami 

wokół kolan. Było cicho. Na zewnątrz. Między nimi. Tak jakby cały las nasłuchiwał. 

- A więc dotarliśmy na miejsce - odezwał się w końcu Grigorij ze spokojem. Był to 

ż

art z odcieniem wisielczego humoru. 

background image

- Absolutnie nie jest tak, jak przypuszczałam, że będzie - oznajmiła Antonia. 

- On jest inny - cicho stwierdził Anastas. 

-  Nie  mów  tak  -  rzekł  Grigorij.  -  Słyszałem  starego  lisa.  Spodziewałem  się  znaleźć 

starego lisa. A niełatwo jest szczekać inaczej, kiedy już się jest starym lisem... 

- On wygląda jak... Jezus - szepnęła Antonia. Grigorij nie zdołał powstrzymać się od 

ś

miechu. 

Cały się trząsł, a jego długie ciało dygotało. Nawet Anastas się uśmiechnął. 

- Jeśli chcesz chwalić tego człowieka, moja kochana, to nie są to akurat te słowa, które 

powinnaś wybrać - wydusił z siebie w końcu Grigorij. Bez przerwy przy tym chichotał. - Nie 

spodobałoby mu się, gdyby wiedział, że użyłaś takiego porównania... 

Antonia westchnęła. 

- Można by pomyśleć, że jest starym nauczycielem. Ale nim nie jest. 

- Chyba właśnie jest czymś w rodzaju nauczyciela - rzekł Anastas z wysiłkiem. 

Ś

ciszył głos. Wszyscy zresztą mówili cicho, zupełnie odruchowo, bez zastanowienia, 

jak gdyby przyjęli za oczywiste, że ktoś może ich podsłuchiwać. 

- Albo księdzem. 

Antonia zadrżała. 

- Coś wisi w powietrzu - powiedziała z tak niezachwianą pewnością, jaką tylko ona 

potrafiła  mieć.  -  Coś  w  nim  drga.  Możecie  mówić,  że  jestem  przewrażliwiona  i  że  sobie 

wmawiam  rozmaite  rzeczy,  że  mam  omamy  wzrokowe  i  słuchowe,  ale  w  powietrzu  wokół 

tego miejsca coś się kryje. 

- Oczywiście - odparł Grigorij. Jego palce w roztargnieniu bawiły się lokami Antonii. 

Pieściły jej skroń, uspokajały ją, choć nawet on nie był tego świadomy. - Oni wciąż uciekają. 

Wiemy  o  nich  akurat  dostatecznie  dużo,  by  reagować  na  to  z  napięciem.  Po  ciemku  mało 

widzimy. Ten miły dziadek mówi łagodnie i miękko. Zarośla szeleszczą od poruszających się 

w nich silnych młodych mężczyzn z bronią. A my się zastanawiamy, co on, u diabła, zrobił z 

ż

oną  i  z  Kati.  On  nam  mówi,  że  syn  został  pojmany  przez  wojsko  i  torturowany, 

prawdopodobnie  nie  żyje.  Dowiadujemy  się,  że  być  może  wokoło  są  żołnierze.  Wiemy 

również o złotej bogini i wręcz czujemy zapach obecności tej pani. Jednocześnie zaś wydaje 

mi się, że ten prosiak został przyprawiony w niezwykle szczególny sposób. 

-  Ale  przecież  oni  wszyscy  go  jedli!  -  zaprotestowała  Antonia.  -  Widziałam  to  na 

własne oczy - dodała, zapominając o Grigoriju. 

background image

-  Ten  stary  również?  -  spytał  niewinnie.  Antonia  i  Anastas  popatrzyli  na  siebie.  W 

myślach  odtwarzali  sobie  scenę  posiłku  przy  ognisku.  W  końcu  Anastas  wolno  pokręcił 

głową. 

Antonia,  widząc  to,  zadrżała.  Ona  tego  nie  zauważyła.  Uznała  za  oczywiste,  że 

wszyscy się posilali. Sama była taka głodna. 

-  On  nie  jadł  -  powiedział  Anastas.  -  On  tylko  pił.  Nie  tknął  niczego  z  wyjątkiem 

kwasu,  ale  i  do  niego  miał  własną  czarkę.  Zwróciłem  na  to  uwagę,  myślałem,  że  to  z  racji 

dostojeństwa... 

-  Zapewne  nie  zaszkodzi,  aby  i  jego  straże  wychwytywały  tę  magię  tkwiącą  w 

powietrzu  -  stwierdził  Grigorij.  -  Nawet  jeśli  zobaczą  o  jeden  cień  więcej,  niż  jest  w 

rzeczywistości, nawet i to nie jest groźne. Dzięki temu będą bardziej czujni. 

- Jakiś ty zimny - powiedziała Antonia, czując przenikający ją dreszcz. 

- Dzięki temu przeżyłem tak długo - odparł sucho. - To nie jest chłód, to wola życia. 

- Wydaje mi się, że Kati tu nie ma - powiedziała Antonia po chwili. 

Ż

aden z mężczyzn nie zareagował. 

- Teraz jej tu nie ma. 

- Pewnie tak - przyznał Anastas. - Szałasy wyglądały na puste. Z żadnego nie unosił 

się  dym.  I  chyba  usłyszelibyśmy  jakieś  odgłosy,  skoro  już  tak  mocno  pobudzone  zostały 

nasze zmysły... 

- Kati na pewno przybędzie - stwierdził Grigorij, położył się i naciągnął okrycie. - Jak 

również jej matka. Ogromnie jestem ciekaw tej kobiety. Może będzie Antonii przypominała 

jakąś świętą. 

Antonia  tylko  prychnęła,  ale  przytuliła  się  do  niego,  ciesząc  się  całym  ciepłem, 

jakiego tylko chciał jej użyczyć. 

Z ognia pozostał jedynie żar. Noc pojaśniała. W królestwie Jumali nie mieli żadnych 

snów. 

background image

Następnego  ranka  wyszli  z  szałasu  zesztywniali,  lecz  wypoczęci.  Nikt  nie  mógł  im 

zarzucić,  że  spali  za  długo.  Wciąż  jeszcze  było  dość  wcześnie,  poznawali  to  po  położeniu 

słońca na niebie, po ożywionym śpiewie ptaków, dobiegającym z gęstej zieleni, otaczającej 

prosty obóz. 

Polana  była  naturalna,  Antonia  spostrzegła  to  teraz.  Sądziła,  że  być  może  wypalili 

dość miejsca, by zbudować tu swoje szałasy, że powiększyli w ten sposób odległości między 

drzewami.  Nie  było  to  wcale  niemożliwe,  podobnie  postępowano  również  bardziej  na 

zachodzie kraju. 

Ta polana jednak była dziełem czasu i wieczności. Nie zrobiono wcale nowego otworu 

w  koronach  drzew,  który  mogłoby  wyśledzić  bystre  oko.  Antonia  domyślała  się,  że  wielu 

mieszkańców tych okolic otrzymuje sowitą zapłatę za czujność. I to od obu stron. 

To przerażające. 

Ż

adne inne słowo nie mogłoby tego lepiej opisać. 

Las gęsto otaczał polanę. Przy samej krawędzi rosły wysokie do kolan zarośla, potem 

coraz wyższe, aż wreszcie zmieniały się w las. Gęsty, liściasty las. 

Czuła  też  inny  zapach,  nie  tylko  świeży  aromat  lasu.  Zapach  cięższy,  bardziej 

wilgotny. 

Moczary. 

O  ile  dobrze  się  orientowała,  jadąc  tu,  nie  przejeżdżali  przez  moczary,  tymczasem 

rozciągały się one przynajmniej z jednej strony. Rzeki nie było słychać, a to zdaniem Antonii 

było bardzo dziwne, Ob miał przecież taki silny głos. 

- Kati - szepnął Anastas. 

Spiął się, gotów już do niej pobiec. Antonia mocno go przytrzymała. 

A  więc  zjawiła  się  Kati.  Stała  obok  jakiejś  starszej  kobiety,  która  musiała  być  jej 

matką. Kobieta miała tę samą wyprostowaną postawę co Kati, lecz włosy ciemniejsze, niemal 

brązowe.  Nosiła  je  splecione  w  krzywy  warkocz,  sięgający  aż  do  pasa.  Z  ruchów 

przypominała Kati. Były równie spokojne, tak samo pełne dostojeństwa. 

Dostrzegł ich Judin. Antonia wyczuła, że naczelnemu szamanowi nie wypada biec w 

stronę obcych. Raczej ci obcy muszą podejść ku niemu. Szeptem wyjaśniła Grigorijowi, co 

widzi.  Powiedziała  też,  co  myśli.  Z  uznaniem  pokiwał  głową.  Antonia  wsunęła  więc  jedną 

rękę pod ramię Grigorija, drugą pod ramię Anastasa i skierowała się ku gospodarzowi. 

background image

Kati i jej matka nosiły proste suknie z samodziału z szerokimi bluzkami pod spodem. 

Kati  wzrokiem  poszukała  Anastasa.  On  cały  wysiłek  wkładał  w  to,  by  na  nią  nie  patrzeć. 

Antonia  uznała,  że  zbyt  surowo  odnosi  się  do  Kati,  lecz  doszła  do  wniosku,  że  być  może 

najbardziej surowy jest w stosunku do siebie. 

Antonia  miała  wrażenie,  że  ta  chwila  przeciąga  się  w  nieskończoność.  Na  zawsze 

miała zapamiętać, ile myśli zdążyło przelecieć jej przez głowę, nim zbliżyli się do Judina i 

dwóch jego kobiet. 

Powitali szamana. 

W świetle wydawał się jeszcze drobniejszy, jeszcze bardziej wysuszony wiatrem niż 

poprzedniej nocy. Antonia jednak zauważyła również, że w jego jasnych oczach pojawił się 

cień twardości. Ów szary ton jeszcze bardziej przypominał kamień aniżeli oczy Kati. 

Judin przedstawił ich swojej żonie. Tej, która nosiła osobliwe imię Glikeria. 

- Współczujemy ci z powodu utraty syna - zaczęła Antonia. Zauważyła, że zarówno 

Kati,  jak  i  jej  matka  noszą  we  włosach  czarne  krajki.  Poza  tym  nic  w  ich  stroju  nie 

wskazywało na żałobę. 

- Ułożyło się tak, jak było postanowione, że ma się ułożyć - powiedziała Glikeria. 

Bez  twardości,  bez  rozgoryczenia.  Już  się  pogodziła  z  tym,  co  się  stało.  Głos  miała 

miękki,  odrobinę  zbyt  głęboki  jak  na  kobietę.  Antonia  zwróciła  na  to  uwagę,  ponieważ  jej 

samej  ludzie  często  powtarzali,  że  ma  głęboki  głos.  Teraz  spotkała  niewiastę  o  jeszcze 

odrobinę ciemniejszym głosie, która jednak nie traciła przez to nic ze swej kobiecości. 

- Wywiązywał się ze swoich zadań, dopóki mógł - ciągnęła matka. - Więcej nie można 

wymagać. 

Długo  przypatrywała  się  trojgu  nieznajomym.  W  przeciwieństwie  do  męża  nie 

zatrzymała  się  wzrokiem  na  Anastasie,  ledwie  na  niego,  zerknęła.  Bacznie  natomiast 

obserwowała Grigorija i Antonię. 

- Nie sądziłam, że jesteś taka zwyczajna - oświadczyła w końcu. 

Kłopotliwa  cisza  zaczynała  niemal  namacalnie  ciążyć.  Mało  brakowało,  a  Antonia 

uciekłaby sprzed oczu szamanki. 

W głosie Glikerii zabrzmiał ton rozczarowania. 

-  Byłaś  tak  blisko  tamtej  drugiej.  Tej,  która  podróżowała  w  czasie.  Sądziłam,  że  ty 

również  posiadasz  jej  zdolności.  Ona  tak  gorąco  się  za  tobą  wstawiała.  Cóż,  przynajmniej 

masz potężnych przyjaciół, kobieto. Ale w niczyjej mocy nie leżało ocalenie twojego dziecka. 

Antonia przełknęła ślinę. 

background image

Nie mogła się tłumaczyć przed matką Kati, nie mogła powiedzieć, że przykro jej, iż 

jest  zwyczajna.  Że  przykro  jej,  iż  tamta  zmarnowała  na  nią  tyle  czasu.  Może  nie  było  co 

ratować.  Potem  sobie  uświadomiła,  że  przecież  w  to  nie  wierzy.  Usiłowała  sobie 

przypomnieć,  co  też  takiego  mówiła  Kati.  O  tylu  rzeczach  rozmawiały.  Dobrze  było  móc 

dzielić z kimś myśli, nie tylko wydarzenia i codzienne troski. Kati oczywiście przekazała to 

dalej.  Nie  tak  wiele  znów  trzeba,  by  Antonia  mogła  poczuć,  że  Glikeria  dobrze  ją  zna.  To 

właściwie dość proste. Gdyby Antonia miała odpowiednich pomocników, również potrafiłaby 

osiągnąć coś podobnego. 

Być może. 

- Jestem wdzięczna - •• rzekła Antonia tylko. Grigorij delikatnie nacisnął jej ramię, jak 

gdyby  chciał  powiedzieć,  że  świetnie  sobie  radzi.  Dodało  jej  to  otuchy,  lecz  jednak  wciąż 

tutaj nie opuszczał jej lęk. 

Trochę  pomogło,  kiedy  uściskała  Kati,  kiedy  z  całego  serca  mogła  jej  wyznać,  jak 

bardzo się cieszy, że ją widzi. 

Mężczyźni usiedli osobno. Antonia słyszała głos Grigorija, cichy i suchy ton Judina. 

Od czasu do czasu odzywał się również Anastas. 

Ona  sama  siedziała  razem  z  Kati  i  Glikeria  i  zanurzała  kawałeczki  chleba  w  tłustej 

zupie. Kati opowiadała o podróży do domu. Wypytywała o ich wyprawę. 

Jej wzrok stale kierował się ku mężczyznom. Ku prostym plecom Anastasa. Chłopak 

usiadł tak, że nie mógł widzieć Kati, ona zaś wyraźnie przez to cierpiała. Jej oczy zapewne 

chętnie spotkałyby się z jego oczami. 

- Jak długo ta czarnowłosa podróżowała w nasz czas? 

To Glikeria zadała pytanie. Antonia, słysząc je, niemal drgnęła. W końcu zrozumiała, 

czego chce starsza z kobiet. Miała już na ustach imię Raiji, lecz w porę ugryzła się w język. Z 

jakiegoś  powodu  nie  mogła  zdradzić  Glikerii  imienia  przyjaciółki.  Czuła,  że  postąpiłaby 

nielojalnie, że nie miała do tego prawa, to imię bowiem nie należało do niej. 

-  Około  roku  -  powiedziała  Antonia.  Nie  była  pewna,  czy  nawet  o  tym  powinna 

mówić. 

- Siedmiokrotnie? - spytała Glikeria. Antonię zakłuło w sercu. Nie mogła pojąć, skąd 

matka Kati może to wiedzieć. Kiwnęła tylko głową. 

- I zawsze pojawia się czarnowłosa kobieta, która kocha młodego mężczyznę? Kogoś 

o słonecznych oczach i kruczych włosach? 

I  znów  Antonia  tylko  kiwnęła  głową.  To  było  okropne.  Zadrżała.  Jedna  noga 

zdrętwiała jej pod własnym ciężarem, lecz nie śmiała się nawet poruszyć. 

background image

Ptaki uciekły z drzew i zarośli rosnących najbliżej obozowiska. Wiedziała, dlaczego. 

Rozumiała, że wystraszyli je ludzie. 

Ale cisza, jaką po sobie pozostawiły, również przerażała. Ta cisza wprost ogłuszała, 

było tak okropnie  cicho, powietrze ani drgnęło i nawet liście dygotem nie słały milczących 

pozdrowień niebu, którego nigdy nie osiągną. 

A zapach moczarów wydawał się taki bliski, jak gdyby Antonia znalazła się pośrodku 

bagien. Był ostry i zgniły, mocniejszy niż zapach ogniska. Mocniejszy niż zapach mięsnego 

wywaru z zupy. Złowieszczy. 

-  W  wielu  naszych  opowieściach  występuje  taka  kobieta  -  powiedziała  Glikeria, 

uśmiechając się. 

Nawet  gdy  okazywała  życzliwość,  w  głębi  jej  spojrzenia  kryło  się  coś  groźnego. 

Antonia starała się zwalczyć nieprzyjemne uczucie. 

To  była  całkiem  zwyczajna  kobieta.  Zwykła.  Spojrzenie  miała  bystre,  lecz  nie  była 

jedyną  osobą,  obdarzoną  taką  cechą.  Potrafiła  mówić.  Nic  bardziej  osobliwego  w  niej  nie 

tkwiło. Antonia wiedziała, że okłamuje samą siebie. 

Głęboki głos Glikerii znów do niej dotarł. Antonia nie mogła też od niego uciec, przed 

tym  głosem  nie  było  ucieczki.  Został  stworzony  do  odmawiania  modłów,  których  nikt 

niewtajemniczony  nie  byłby  w  stanie  zrozumieć.  Antonia  nie  mogła  uciec  od  jej  oczu.  To 

spojrzenie miało unieruchamiać tych, na których ta kobieta skierowała swój wzrok... 

-  Jest  pewna  historia  -  zaczęła  Glikeria  z  namysłem.  -  Być  może  najstarsza  z  nich 

wszystkich, jeszcze z czasów, gdy nasz lud był zaledwie maleńkim wędrownym plemieniem. 

Wówczas pojawia się wśród nich taka kobieta. Niepodobna do wszystkich innych. Ma skórę 

połyskującą złociście, jak żadna inna z kobiet. I ma krucze włosy. Pozostałe nieliczne z kobiet 

są jasnowłose, tak jak Kati. Tak jest w wypadku większości kobiet z naszego ludu. Te inne 

kobiety mają jasną skórę i blade oczy. Niebieskie, szare bądź lekko zielone. Ona ma oczy jak 

węgiel.  Ona  nie  jest  jedną  z  nich.  Została  porwana  z  dalekiej  krainy,  w  której  słońce 

zabarwiło  jej  skórę.  Marznie  tym  bardziej,  im  dalej  zapuszczają  się  na  północ.  Cierpi,  lecz 

musi iść z nimi. Została porwana jako zdobycz wojenna. Za tym kryła się jakaś walka, lecz to 

nie  należy  do  historii.  Wszystko  zaczęło  się  później,  po  tym,  jak  zagrabili  kosztowności  i 

kobiety.  Tę kobietę jako łup wojenny  wziął jeden z książąt, w domu ma żonę i dzieci.  Ale 

pędzi  swoją  niedużą  armię,  omijając  rodzinne  wybrzeże.  Gna  na  północ,  coraz  dalej  na 

północ,  tam  gdzie  wszystko  zmienia  się  w  noc  i  mrok,  gdzie  jest  tylko  śnieg  i  zmrożona 

ziemia.  Ciemnowłosa  kobieta  płacze,  nienawidzi  tego  mężczyzny,  brzydzi  się  go  i  nic  nie 

pomaga to, że on obsypuje ją podarkami i nazywa księżną. Ona nie chce być królową w kraju 

background image

mrozu.  Woli  umrzeć  i  próbuje  targnąć  się  na  własne  życie.  Jest  ciemna  noc.  Pogodna  noc 

zimowa,  a  z  lasów  dobiegają  pełne  skargi  wołania.  To  Jumala  chce  oszczędzić  życie 

nieszczęsnej. Pragnie przeszkodzić jej w śmierci. 

Kobieta idzie na brzeg lodu. Na sam ostatni kraniec białego skraju morza. Spogląda w 

czarną wodę i tylko moment dzieli ją od chwili, gdy zimna głębia obejmie ją i położy kres 

wszystkiemu. Właśnie wtedy pojawia się on, młody chłopak o czarnych włosach. Ten, który 

ma oczy jak ogień. Przytrzymuje ją, zaś ona w jego oczach widzi słońce, niebo bowiem roz-

ś

wietla zorza polarna. Chłopiec ratuje ją od śmierci, ogrzewa jej zmarznięte dłonie w swoich, 

ona widzi własne odbicie w jego oczach. Widzi gwiazdy na własnej twarzy. On również nie 

wywodzi  się  z  naszego  ludu,  jego  plemię  mieszkało  wokół  pokrytego  śniegiem  morza  od 

niepamiętnych czasów, zanim nasi ludzie przybyli. Kobieta i chłopak nie potrafili ze sobą roz-

mawiać,  lecz  wciąż  się  spotykali.  Kochali  się.  A  książę  to  odkrył.  Jest  lato.  Znajduje  ich 

razem w lesie. Jego czarnowłosa kobieta zdradziła go. Książę zabija kochanka, zabija też ją. I 

oboje wrzuca do morza. 

Jumala płakała przez cały dzień i całą noc po tej zbrodni. Płakała za każdym razem, 

gdy książę próbował zbliżyć się do miejsca, gdzie ją ukrywali. W taki oto sposób okazało się, 

ż

e nikt niewtajemniczony nie może się zbliżyć do Jumali. Nawet książęta. Tylko jej szamani. 

Tylko najbliższy krąg ludzi. 

Glikeria umilkła. 

Antonia  czuła,  jak  mocno  wali  jej  serce.  Słyszała  wszak  historie  opowiadane  przez 

Raiję. Miała wrażenie, jakby sama je śniła. 

I znała życie Raiji. 

Nawet zorza polarna znalazła się w tej opowieści. 

- W większości pokoleń mieliśmy kobietę o kruczych włosach i mężczyznę, w którego 

oczach błyszczało słońce. Teraz tak nie jest. Nie jest tak już od pewnego czasu. Sądziłam, że 

to ty jesteś tym ogniwem... 

- To nie ja - powiedziała Antonia słabym głosem, muskając ręką własne czarne loki. - 

To się zapewne prędzej czy później pojawi - dodała nerwowo. - Chyba może opuścić kilka 

pokoleń, a potem znów powrócić. 

Glikeria nic nie odpowiedziała. Straciła zainteresowanie Antonią. Wstała i podeszła do 

mężczyzn. Usiadła z nimi. Antonia żałowała, że nie może się do niej przyłączyć. Nikt jednak 

nie musiał jej mówić tego wprost, by zrozumiała, że powinna raczej zostać tu, gdzie jest. 

-  Czy  Anastas  poprosi  o  moją  rękę?  -  prędko  spytała  szeptem  Kati.  -  Czy  był 

zawiedziony, kiedy mnie nie zastał po powrocie? Antonia uśmiechnęła się. 

background image

- A jak myślisz? Że przybył tutaj po to, by obserwować ptaki? 

-  Czekałam.  Czekałam  z  nadzieją.  I  modliłam  się  -  powiedziała  Kati,  gryząc 

paznokieć. 

Antonia spostrzegła, że  dziewczyna ogryzła już wszystkie paznokcie tak bardzo, jak 

tylko  było  możliwe.  Kiedy  Kati  mieszkała  u  nich  na  północy  u  ujścia  Obu,  nie  miała  tego 

brzydkiego zwyczaju. Jej dłonie też nie poruszały się tak nerwowo. Nie była taka lękliwa. 

Antonia  chciała  spytać,  co  takiego  zaszło  od  tamtego  czasu,  ale  nie  mogła  się 

przemóc. 

-  Nie  śmiałaś  zaufać  przepowiedniom?  -  spytała,  odrobinę  może  zbyt  ostro.  -  Nie 

mogłaś złożyć wszystkiego w ręce Jumali? 

- Nie bluźnij - powiedziała Kati. Były to równie wyuczone słowa jak podziękowanie 

za posiłek, wypowiedziane z taką samą obojętnością. 

Antonia zmarszczyła brwi. 

- Wszystko się odmieniło, odkąd Dimi został pojmany. 

Antonia zrozumiała, że Kati mówi o bracie. 

- Obudziłam się w nocy i usłyszałam, jak wykrzykuje moje imię. Zobaczyłam, że leży 

zakrwawiony  i  pobity.  Widziałam,  jak  walczy  z  torturującymi  go  ludźmi,  a  oni  nadal  go 

kopią.  Biją  go  i  przypalają.  Kroją  go  i  grożą.  I  widzę  też  twarz,  której  nie  poznaję.  Słyszę 

głos, który nie należy do Dimiego... Słyszę tylko jedno słowo. Imię wypowiadane z krzykiem. 

To  moje  imię,  chociaż  trudno  je  zrozumieć.  Poznaję  jego  oczy,  aż  do  chwili,  gdy  wbijają 

rozżarzone żelazo... 

Głos Kati się załamał, ukryła twarz w dłoniach. Ramiona jej drżały. 

Antonia cieszyła się, że Anastas nie może jej teraz widzieć. 

Kati wzięła się w garść. Oczy miały czerwone obwódki. 

- A potem słyszę ów głuchy dźwięk. Ten, który nie jest głosem Dimiego. To nie jest 

krzyk Dimiego. To Jumala zawodzi nad mokradłami. I wiem już, że Dimi nie żyje. Że umarł 

dla niej. Dla Jumali... 

Głos dziewczyny zmienił się w szept. Kati wbiła oczy w Antonię. Wzrokiem pytała: 

Za co? 

Nie  była  to  odpowiednia  chwila  na  potwierdzenie  wątpliwości  Kati.  Na  brutalne 

powiedzenie dziewczynie, że jej wahania są słuszne. Nie mogła tego rzucić Kati w twarz, to 

musiało poczekać, aż czas odpowiednio dojrzeje. Wyczekać chwilę, gdy Glikerii i Judina nie 

będzie tak blisko, by przy odrobinie wysiłku mogli ją usłyszeć. Antonia nie była pewna, jak 

background image

nagrodziliby ją za takie informacje. Bała się też o Kati. To nie było odpowiednie miejsce na 

wyrażanie zastrzeżeń. 

- Nie wolno ci tak mówić - czym prędzej odszepnęła Antonia. - Nie tutaj. 

Kati wysiliła się na uśmiech. Wypadł nędznie i blado. 

-  Czy  Anastas  zabierze  mnie  na  północ?  -  spytała  z  nadzieją  w  głosie.  -  Nie  może 

dopuścić do tego, że nakłonią go do pozostania tutaj. 

- Anastas powinien zabrać cię na zachód, za góry. Tak byłoby dobrze - powiedziała 

Antonia. - Tam nikt stąd nie zdołałby cię dosięgnąć. Również głos bogini. 

Na twarzy Kati pojawił się cień wdzięczności. Nie utrzymał się jednak długo. Uczucia 

malujące się na jej obliczu prędko znikały. Stale zerkała na rodziców. Słała spojrzenia pełne 

wstydu, wątpliwości i rozpaczy. A nadzieja wprost lepiła się do barków Anastasa. 

- Pomówię z nim - powiedziała Antonia. - Nie przypuszczam, żeby zgodził się złożyć; 

jakiekolwiek  obietnice,  które  przywiążą  go  do  jakiegoś  miejsca.  I  nie  mogą  tego  od  niego 

żą

dać, Kati. 

- Mają już tylko mnie - powiedziała dziewczyna cienkim głosikiem. - Tylko ja mogę 

zapewnić przyszłość rodowi... 

Antonia się wystraszyła. 

- Nie wolno ci tak myśleć - szepnęła prędko. W myślach przeklinała się za ten szept. 

Zrobiono  z  nich  parę  niegrzecznych  dzieciaków,  którym  nie  wolno  zasiadać  w  kręgu 

dorosłych. Dwoje dzieci, które nie miały  śmiałości używać mocy  głosu do tego, co chciały 

powiedzieć. 

-  Masz  prawo  do  szczęścia.  Do  swego  własnego  życia  -  ciągnęła  Antonia 

przygnębiona.  -  Oni  mogą  myśleć,  że  jesteś  jedynym  dzieckiem,  jakie  im  zostało,  i  że  to 

prawdopodobnie  ty  poprowadzisz  ród  dalej.  Ale  żądać  tego  od  ciebie  nie  mogą.  Nie  mają 

prawa  czynić  z  tego  twojego  życiowego  zadania.  Nikt  nie  może  cię  o  to  prosić.  Takiego 

prawa nie ma nikt. 

-  To  moi  rodzice  -  powiedziała  Kati,  zginając  kark.  Nie  przypominała  teraz  tej 

dziewczyny,  która  przybyła  do  Antonii  i  zarządzała  jej  domem.  Takie  zachowanie  nie 

pasowało do tej, która podbiła serca całej wioski. Przed Antonią siedziała teraz przerażona i 

wystraszona dziewczynka. 

-  Muszę  ich  szanować.  Muszę  słuchać  moich  rodziców.  To  oni  poświęcili  wszystko 

dla mnie. 

Antonia zadrżała. 

background image

-  Porozmawiam  z  Anastasem  -  oświadczyła.  Wciąż  tkwił  w  niej  gniew,  kiedy 

wstawała i otrzepywała pył ze spodni. Nie przebrała się. W jukach miała jedną spódnicę, lecz 

jakby na przekór postanowiła pozostać w spodniach, w których jeździła konno. Nie było to 

zbyt  kobiece,  lecz  Antonia  nie  potrzebowała  stroju,  który  by  potwierdzał,  że  jest  kobietą. 

Mówił jej o tym dotyk Grigorija. To jej w zupełności wystarczało. 

Antonia podała Kati rękę i pomogła dziewczynie wstać. Objęła ją w pasie i pociągnęła 

w stronę towarzyszy. 

- Nie możemy! - wyrwało się Kati. Antonia nie zareagowała. Ona tego chciała. Ona 

mogła. 

- Już się zastanawialiśmy, czy w ogóle do nas nie przyjdziecie - powiedziała Glikeria, 

kiedy  Antonia  usadowiła  się  obok  Grigorija,  tak  jakby  to  była  najoczywistsza  rzecz  na 

ś

wiecie. 

Kati,  bardziej  niepewna,  uklękła  tuż  za  Antonią,  również  ona  jednak,  usłyszawszy 

słowa  matki,  przesunęła  się  tak,  by  zasiadać  w  kręgu.  I  zdołała  ukryć  swoje  zmieszanie. 

Zmusiła się, by odpowiedzieć na spojrzenie Anastasa. Zarumieniła się w ostrożnej radości na 

widok jego twarzy. Na nic się zdały jego próby ukrywania uczuć. Dziewczyna wie, kiedy ktoś 

ją kocha. Zna się na najmniejszych oznakach, a Anastas zdradził się na sto sposobów. 

Kati cieplej zrobiło się na sercu. 

I odrobinę ją to wystraszyło. 

Nie śmiała patrzeć na rodziców, nie teraz. Odepchnęła myśli o Dimim. 

Dimi mówił jej, że powinna odrzucić wszelkie myśli o tym obcym. Że to sprowadzi 

jedynie nieszczęście, nie tylko na nią, lecz na cały ród. Również nieszczęście na Jumalę. 

Kati nie chciała o tym myśleć. Szczerze żałowała brata, lecz to nie oznaczało przecież, 

ż

e musi wierzyć we wszystko, co on powiedział. 

Kati  chciała  miłości  Anastasa.  Owszem,  spotkała  młodych  mężczyzn 

przystojniejszych od niego, lecz on był inny. Nigdy żadnego nie pragnęła tak, jak pragnęła te-

raz jego. Pragnęła, by dostrzegł jej urodę, żeby ją kochał. Nie tylko twarz i to, co widział, lecz 

również to, co tkwiło w jej wnętrzu. To, czego nie zdradzała przed innymi. On miał ją kochać 

właśnie tak. Wydawało jej się, że ona już go kocha. Kochałaby go, gdyby ją stąd zabrał. 

Kati nie chciała słuchać płaczu Jumali. 

-  Ten  młody  człowiek  jest  tobą  zachwycony...  To  zabrzmiał  cierpki  głos  ojca.  Kati 

cała drgnęła. 

background image

Patrzyła na jego ręce. Nie była w stanie podnieść wzroku i spojrzeć mu w oczy, bała 

się, że on przeniknie ją na wskroś. Zajrzy w jej myśli. A one były jej własne. Jemu nie wolno 

ich dotykać... 

- Powiedziałem mu, że za wcześnie jest na spełnianie jakichkolwiek życzeń - ciągnął 

ojciec. 

Niekiedy  mówił  tak,  jakby  był  samym  bogiem.  Jak  gdyby  uważał  się  za  równie 

potężnego  jak  Jumala.  Kati  wiedziała,  że  grzechem  jest  myśleć  w  ten  sposób  o  innym 

człowieku. A jeszcze gorzej, gdy takie myśli dotyczą rodzonego ojca. 

On jednak niekiedy zachowywał się tak, jakby wszystko, co najlepsze, pochodziło od 

niego.  Jak  gdyby  do  niego  należały  wszystkie  skarby.  Jak  gdyby  również Jumala  była  jego 

własnością. 

Kati się oczywiście myliła. Musiała się mylić. Ojciec nie był taki. Po prostu z powagą 

traktował  swoje  powołanie.  Całe  swoje  życie  poświęcił  Jumali.  To  jasne,  że  musiał  ją 

szanować.  Był  jej  najwyższym  kapłanem,  najważniejszą  osobą  z  kręgu  wtajemniczonych. 

Górował niemalże jak niebo ponad takimi jak ona. I był jej ojcem. 

Nigdy nie powinna pozwolić sobie na to, by o tym zapomnieć. 

Zawdzięczała mu wszystko. 

Rodzice poświęcili wszystko dla niej. 

- Nie znam tego młodzieńca - ciągnął ojciec. Potrafił nadać głosowi taki ton, że stawał 

się  bardziej  miękki  od  masła,  które  zbyt  długo  leżało  w  słońcu.  Potrafił  pokazać  światu 

łagodność,  która  z  całą  pewnością  zaskakiwała  również  jego  samego.  -  Nie  znam  go  ja  ani 

twoja matka. Na razie jednak nie dostrzegamy w nim nic złego. Chcemy, żeby został tu przez 

kilka dni, tak abyśmy mogli z nim pomówić, trochę lepiej go poznać. Tak, byście wy mieli 

trochę  więcej  czasu.  Z  tego,  co  rozumiem,  ty,  Kati,  nie  będziesz  się  sprzeciwiać.  I  nasze 

rozważania  nie  będą  wbrew  twojej  woli.  On  proponuje  ci  małżeństwo.  To  bardzo  poważna 

decyzja.  Jesteś  naszym  jedynym  dzieckiem.  Nie  chcemy,  byś  była  nieszczęśliwa.  Nie  masz 

nic przeciwko temu, aby ten obcy młody człowiek został? 

W głowie Kati rozległ się głos Dimiego, tak głośny, że czaszka mało jej nie pękła. 

Usłyszała jego krzyk. 

„Niech on jedzie! Niech stąd odjedzie!” 

- I jak, córko? - spytał ojciec. - Nie odpowiadasz? 

- Nie mam nic przeciwko temu - odparła Kati suchymi wargami. 

Jej  głos  ledwie  dał  się  słyszeć.  Musiała  bardzo  się  wysilić,  by  słowa  zabrzmiały 

głośno, gdy powtarzała: 

background image

- Nie mam nic przeciwko temu, by Anastas został. Bardzo go lubię. 

W oczach matki błysnęło zadowolenie. Kati poczuła mdłości. Spuściła głowę tak, by 

nikt tego nie zauważył. Usłyszała śmiech ojca, pełen ulgi. Usłyszała, jak mówi, że wszystko 

jest w porządku. 

Tak było przez cały czas. A ona się temu poddawała. Dawała się ponieść prądowi. 

Jeszcze przez jakiś czas. 

Anastas ją stąd zabierze. 

background image

Niewiele przebywali w  samotności. Antonia miała wrażenie, że wciąż słyszy  szczęk 

kajdan.  Nie  dlatego,  że  ktoś  ich  pilnował,  przynajmniej  nie  jawnie.  Stale  jednak  widywała 

jakieś  oczy.  Nie  potrafiła  tego  udowodnić,  lecz  nie  opuszczało  jej  paskudne  uczucie,  że 

wszędzie są również uszy, które wszystko słyszą. 

Nigdy nie byli całkiem sami. A kontrola, nawet pełna życzliwości, zawsze pozostaje 

kontrolą.  Brak  zaufania  wprost  piekł,  tworzył  rany.  Widziała,  jak  strażnicy  przychodzą  i 

odchodzą. Witała ich lekkim skinieniem głowy, czasami pozdrawiała. Niekiedy odpowiadali 

na jej pozdrowienia. Najczęściej jednak na nią nie patrzyli. 

Przerażało  ją,  jak  bardzo  są  do  siebie  podobni.  Mniej  więcej  równego  wzrostu, 

jednakowo silni, mieli takie same fryzury, włosy obcięte pod miskę. Była pewna, że na głowy 

nakładano im wręcz to samo naczynie, nim ktoś ich ostrzygł. 

Poruszali się jednakowym krokiem. Śmiali się z tych samych rzeczy, a w ich oczach 

pojawiał się żar, gdy zaczynali mówić o swym zadaniu. 

Znajdowali się tu po to, by chronić Jumalę i jej najwyższego szamana. 

Ich rodzin nie było w obozowisku, lecz być może nie należało się tego  spodziewać, 

skoro się ukrywali. 

Antonia zastanawiała się, czy mają rodziny. Musieli gdzieś mieć przynajmniej matki i 

ojców. 

Czy  w  oczach  ich  rodziców  również  płonął  ten  sam  blask?  Czy  oni  również  gotowi 

byli oddać wszystko Jumali? 

Anastas  mógł  rozmawiać  z  Kati.  Na  ogół  jednak  albo  jej  matka,  albo  ojciec  śledzili 

rozmowę  młodych  z  odległości  kilku  długości  wyciągniętej  ręki.  Czujne  spojrzenia  nie 

odrywały  się  od  młodych.  Zdaniem  Antonii  w  tej  drobiazgowej  kontroli  była  jakaś 

sztuczność. Wyglądało to niemalże na grę, w której Anastas był jedynym nie znającym swojej 

roli. 

Nie  zawsze  jednak  udawało  się  utrzymać  ich  pod  ścisłą  obserwacją.  Natura  miała 

swoje prawa, mimo wszystko znalazły się momenty, kiedy zostawiano ich samych. 

Raz  zdarzyło  się,  że  Antonia  oddaliła  się  od  obozu  bardziej  niż  zwykle.  Popołudnie 

było takie piękne. Leniwie ciepłe. Liście nad jej głową rysowały na niebie niezwykły wzór. 

Plamki  zieleni  mieszały  się  z  plamkami  błękitu,  a  wśród  tej  zieloności  i  niebieskości 

background image

gdzieniegdzie  żeglował  obłoczek.  Niemal  zakręciło  jej  się  w  głowie  na  myśl,  że  jest  tak 

małym człowiekiem i stoi z zadartą głową, spoglądając w korony drzew. 

Spostrzegła, że im dalej idzie, tym ziemia staje się wilgotniejsza. Obudziła się w niej 

ciekawość. 

Czy  to  tutaj,  w  tej  stronie,  trafi  na  bagna,  które  zapewne  znajdują  się  gdzieś  w 

pobliżu? Antonia czuła, że musi się tego dowiedzieć, choć tak naprawdę nie miała ku temu 

ż

adnego rozsądnego powodu. Nie popędzało jej nic poza ciekawością. I może jeszcze małym 

diabełkiem, który usadowił się gdzieś za uchem. 

Nie lubiła, gdy ktoś jej mówił, co ma robić. Nie lubiła, by ktokolwiek ograniczał jej 

wolność. Sama pragnęła wyznaczać sobie granice. 

Poruszała się cicho, ostrożnie. O tej porze dnia śpiewało niewiele ptaków. W gęstych 

szarozielonych  cieniach  panowała  niezwykła  cisza.  Ziemię  porastały  paprocie,  wielkie 

paprocie sięgające jej do kolan, ale też i Antonia nie zaliczała się do najwyższych. 

Buty przesiąkły jej wilgocią. Za każdym razem, gdy unosiła stopę, ziemia wydawała z 

siebie  ciche,  mokre  kląskanie.  Coraz  mocniej  dawał  się  wyczuć  zapach  stojącej  wody.  W 

końcu  straciła  orientację,  gdzie  jest.  Nie  miała  już  pewności,  skąd  przyszła,  a  tu  nie  było 

ś

cieżek, którymi mogłaby iść. 

Antonia zerknęła przez ramię, by stwierdzić, które drzewa mijała, lecz tutaj jeden pień 

nie różni! się od drugiego. Przez moment omal nie zawładnął nią strach, początek narastającej 

paniki. W końcu jednak zagryzła zęby i spokojnie szła dalej. Zaciskała dłonie tak mocno, że 

paznokcie aż wbijały się w ciało. Musiała zaciskać dłonie po to, by nie drżały. 

Las znów stał się niższy, zmienił się w gęste, dziko rosnące zarośla. Wydawało się, że 

wcześniej nikt tędy nie chodził. 

Antonia  musiała  przedzierać  się  przez  niski  gąszcz.  Gałęzie  były  cienkie,  lecz 

sprężyste. Niełatwo ustępowały, gdy krzaki już złapały człowieka swoimi mackami korzeni i 

gałęzi.  Dookoła  unosił  się  zapach  zgnilizny.  Nagle  zorientowała  się,  że  przed  nią  się 

przejaśnia. Domyślała się, że dociera do otwartej zielonej przestrzeni. 

Mogła przynajmniej się przekonać, że rzeczywiście są tu moczary. Nie miała jednak 

pojęcia, w jakim kierunku powinna pójść, by trafić do obozowiska. Przekona się o tym, kiedy 

będzie wracać. 

Antonii  nie  przyszło  do  głowy,  że  mogła  zabłądzić.  Ze  nie  jest  wcale  pewne,  czy 

odnajdzie powrotną drogę. Czarnowidztwo nie leżało w jej charakterze. 

Nagle usłyszała głosy. 

background image

Zrozumiała,  że  nie  może  zostać  tu  odkryta.  Była  przekonana,  że  ani  Glikerii,  ani 

samemu Judinowi bardzo się to nie spodoba. 

Opadła  na  kolana  wśród  zarośli.  Ledwie  się  przy  tym  poruszała.  Zdołała  jakoś  się 

wsunąć  pod  i  pomiędzy  giętkie,  wijące  się  gałęzie.  Mogła  przez  nie  patrzeć.  Widziała 

fragmenty  otaczającego  świata.  Gdyby  jednak  udało  jej  się  tkwić  całkiem  nieruchomo,  być 

może nikt jej tu nie zauważy. 

Spodnie  nasiąkały  wodą.  Wkrótce  była  już  tak  samo  mokra  jak  wtedy,  gdy 

przekraczali rzeki, a teraz dodatkowo jeszcze pachniała bagnem. Zmarszczyła nos. Zmarzła i 

zdrętwiała,  nie  zamierzała  jednak  ruszać  się  z  tego  miejsca.  Lepszej  kryjówki  i  tak  by  nie 

znalazła. Na pewno każda z nich miałaby te same wady jak ta. Nie można ukryć się na skraju 

moczarów i przy tym się nie zmoczyć. 

To  byli  dwaj  strażnicy.  Wędrowali,  nie  okazując  nawet  cienia  napięcia.  Jeden  miał 

przez ramię przerzuconą kuszę, drugi, o ile Antonia dobrze widziała, uzbrojony był jedynie w 

nóż. 

Ich twarzy nie mogła dojrzeć wyraźnie. Siedziała zbyt nisko, a oni szli za blisko niej. 

Być może mieli swoją ścieżkę, która dla niej pozostawała niewidoczna. 

Głosy  były  ciche,  lecz  nie  dbali  w  jakiś  szczególny  sposób  o  ostrożność.  Mieli 

pewność, że nikogo tu nie ma. 

- Kati wczoraj nie przyszła? - spytał jeden. 

- Nie, wczoraj nie. Nie było jej, odkąd się pojawił ten przeklęty Rosjanin. Co, u diabła, 

w nim takiego jest? Chudy i cherlawy, i nie ma nawet tyle rozumu, żeby zostać z nią sam na 

sam... 

- Pilnują jej - stwierdził drugi. 

Na  moment  się  zatrzymali.  Stali  tak  blisko  Antonii,  iż  była  pewna,  że  odkryją  jej 

obecność. Nie mogli jej nie zauważyć. Widziała splot tkaniny ich spodni. Zauważyła, że jeden 

ma  łatę  na  wewnętrznej  stronie  łydki.  Zastanawiała  się,  w  jaki  sposób  można  zniszczyć 

spodnie w takim miejscu. 

- Pilnują cnoty Kati - dodał któryś. Chyba ten, który wcześniej mówił głosem pełnym 

rozczarowania i wściekłości. 

Obaj się roześmiali, bardzo wymownie. 

-  Chcą  męża  dla  Kati  -  powiedział  pierwszy.  -  A  żaden  z  nas  im  nie  pasuje. 

Zmarnowaliśmy  nasze  szanse,  braciszku.  Nie  udało  ci  się  zrobić  jej  dziecka.  A  nie 

zaprzeczysz chyba, że bardzo gorąco się starałeś, prawda? Tylko nic z tego nie wychodzi. A 

Judin pragnie potomków. 

background image

- Mają pecha, że Aleks umarł. Ona go kochała, a on przecież gdzie indziej udowodnił, 

ż

e może mieć dzieci... 

Antonia zacisnęła oczy. Serce waliło jej tak mocno, iż groziło, że wyrwie się z piersi. 

Anastas,  Anastas,  powtarzała  w  myślach  z  żalem.  Przed  oczami  miała  dziewczęcą 

buzię Kati. Zrozumiała, że za tym wszystkim kryje się jakieś oszustwo, lecz bała się spojrzeć 

prawdzie w oczy. Nie chciała tak myśleć o Kati. 

- Aleks był ciotecznym bratem Kati - powiedział któryś z głosów. - Nie dopuściliby do 

tego. Przecież wiesz, że stary i Glikeria też są ciotecznym rodzeństwem. To by było za dużo 

tego dobrego, mogłyby się urodzić dzieciaki, z którymi nie dałoby się zrobić nic innego, jak 

tylko potopić je w bagnie. Stary jest na to za sprytny. Na pewno uda im się tak namotać w 

głowie temu Rosjaninowi, że nie zdoła się powstrzymać i w ciągu godziny ożeni się z naszą 

małą księżniczką. 

- Kati chyba też nie może się powstrzymać - drwiąco powiedział ten, w którego głosie 

pobrzmiewała zazdrość. - Nie miała mężczyzny,  odkąd wzięli Dimiego.  A to już jakiś czas 

temu,  nie?  Może  moglibyśmy  dziś  wieczorem  znów  zaofiarować  jej  naszą  pomoc? 

Powiedzmy jej, że w skarbcu jest bezpiecznie i przytulnie. Wcześniej nie miała nic przeciwko 

temu. W blasku Jumali, co ty na to...? 

Ś

miech zabrzmiał ochryple. 

-  Bacznie  jej  pilnują.  Matka  nie  odstępuje  jej  na  krok.  Na  pewno  nie  chcą,  żeby 

wymyśliła  jakiś  figiel.  Pragną  mieć  pewność,  kto  jest  ojcem,  jeśli  rzeczywiście  tego  lata 

zostanie spłodzone dziecko... 

Strażnicy  poszli  dalej.  Wciąż  rozmawiali  o  Kati,  lecz  ich  głosy  cichły  w  miarę,  jak 

oddalali się od Antonii. 

A ona drżała w swojej kryjówce. Ciało wychłodziło się, przemokła. Poza tym to, co 

usłyszała, przyprawiało ją o dreszcze. 

Nie wiedziała, czy powinna w to wierzyć. 

Nie wiedziała jednak również, czy może w to wątpić. 

Musiała też jakoś wrócić. 

Antonia czekała. Czekała długo. Pięć razy liczyła tak długo, jak tylko zdołała. Potem 

ostrożnie podniosła się z zarośli. 

Wokół niej panowała cisza. 

Kiedy  przesunęła  stopy,  leciutko  chlupnęło.  W  jednej  nodze  ją  kłuło,  wysoko  aż  do 

łydki,  jak  gdyby  stała  na  igłach.  Gałązki  wierzby  drapały  o  materiał  spodni.  Antonii  ten 

dźwięk wydawał się wręcz hukiem w panującej dookoła ciszy. 

background image

Mało brakowało, a od stania w takim napięciu chwyciłby ją kurcz. Jej oczy przez cały 

czas przesuwały się po zaroślach, usiłowały sięgnąć między pnie drzew. Raz w kierunku, z 

którego nadeszli strażnicy, to znów tam, dokąd poszli. 

Nic nie słyszała. 

Rozsądek  podszeptywał  jej,  że  to  znaczy  również,  iż  nie  ma  tu  nikogo,  kto  mógłby 

usłyszeć ją. 

Pokusa  była  wielka.  Wprost  płonęła  z  chęci,  by  pójść  tam,  skąd  nadeszli.  Wszystko 

podpowiadało jej, że właśnie tam przetrzymywana jest Jumala. 

Gdzieś po drugiej stronie bagna. 

Ach, gdyby mogła powiedzieć Raiji, że widziała boginię! Złotą boginię... 

Ale przecież ona nigdy już nie zobaczy Raiji. 

W  obozie  zaczną  jej  szukać.  Trudno  będzie  wytłumaczyć,  gdzie  była.  Chociaż 

potrafiła zupełnie nieźle kłamać, to mimo wszystko mogło jej być niełatwo. 

Tutejsi ludzie są tacy podejrzliwi. Wprost chorobliwie podejrzliwi. 

Już i tak zbyt długo jest nieobecna. 

Antonia  podjęła  szybką  decyzję.  Nie  zabiją  jej,  przynajmniej  dopóki  Anastas  nie 

poślubi Kati albo... Ta myśli była znacznie bardziej brzydka, lecz być może wcale nie daleka 

od prawdy: albo przynajmniej dopóki nie wejdzie Kati pod spódnicę. 

Jak ona zdoła mu o tym powiedzieć? 

Czy w ogóle powinna mu mówić? 

Antonia zaszła tak daleko w stronę moczarów, jak tylko mogła. Bagno było rozległe, 

zielone.  Rozciągało  się  dalej,  niż  sięgał  jej  wzrok.  Wyglądało  też  na  niegroźne,  choć  ona 

wiedziała, że wzrok może mamić. Było to bagno z rodzaju tych, które trzeba znać, by móc je 

przejść.  Zieleń  zasłaniała  ukryte  zdradliwe  jamy  bez  dna.  Takie,  które  zdolne  są  wessać 

człowieka w głąb w ciągu kilku krótkich chwil. 

Antonia zadrżała na myśl o tym, co może kryć takie mokradło. 

Uświadomiła sobie także, że kryjówka Jumali musiała znajdować się tu już od dawna. 

Strażnicy mówili o skarbcu. 

W  obozowisku  stały  szałasy.  Zbudowanie  domów  wymagało  znacznie  więcej  czasu, 

nawet jeśli - a tak z całą pewnością uważali - ważniejsze jest zadbanie o Jumalę niż o innych. 

Przypuszczała,  że  Judin  z  rodziną  i  strażnikami  uciekli  tutaj,  w  pobliże  bogini. 

Kryjówka  była  dobra  dla  Jumali,  a  więc  będzie  dobra  dla  nich  jeszcze  przez  jakiś  czas.  A 

gdyby żołnierze zaczęli krążyć zbyt blisko, to Jumala również znajdowała się w pobliżu. 

Antonia była przekonana, że będą ratować boginię, nim pomyślą o własnym życiu. 

background image

Przeniknął ją dreszcz. Cóż to za zimna wiara! Ale Jumala również została zrobiona z 

zimnego metalu. Jedynie jej blask wydawał się ciepły. 

Antonia złapała pęk gałęzi wierzby i wysunęła jedną nogę. Poczuła, że się zapada, że 

bagno ją wciąga, otacza, jakby chciało wessać ją w głąb. 

Jeszcze mocniej uchwyciła się gałęzi. Jedną z nich oplatała wokół nadgarstka. 

Nie wiedziała, czy jest odważna. 

A to wymagało odwagi. Było to jednak najprawdopodobniej najlepsze kłamstwo, jakie 

mogła wymyślić. Oni tutaj nawykli do odkrywania kłamstw. Sami tkali takie delikatne sieci. 

A jeśli oczka okażą się za duże, na pewno się zorientują. To zaś mogło obcych przybyszów 

zbyt drogo kosztować. 

Antonia dostawiła drugą nogę. 

I pod tą stopą nie było wcale twardszego gruntu. 

Ufała,  że  korzenie  wierzby  sięgają  dostatecznie  głęboko.  Że  dostatecznie  mocno 

trzymają się ziemi. 

Jeśli tak nie jest, z Antonią mogło być bardzo źle. 

Teraz zaczęła krzyczeć: 

- Ratunku! Pomocy! Tonę! Na pomoc! Do diabła! Wierzyła, że jej głos  poniesie się 

daleko. Że okaże się dostatecznie donośny, by zagłuszyć piosenkę ptaków. 

I  prędko  wyliczyła  sobie,  że  niemożliwe,  by  strażnicy  dotarli  do  obozowiska.  Na  to 

kroczyli zbyt leniwie. 

Bagno mocno trzymało ją już za kolana. 

Antonię zaczynała ogarniać panika. 

Wokół niej panowała taka cisza. 

Będą udawać, że jej nie słyszeli. Pozwolą jej utonąć. Ona przepadnie w bagnie. Nie 

zostanie  po  Antonii  nawet  kępka  włosów.  Może  i  przyjdą  w  to  miejsce,  ale  wszelkie  ślady 

znikną. W tym podmokłym terenie nastąpi to bardzo, bardzo szybko. 

- Pomocy! - wrzasnęła. 

Teraz  nie  było  w  tym  już  żadnego  udawania,  tylko  przerażenie,  śmiertelne 

przerażenie. 

Bagno  ledwie  zauważalnie,  lecz  nieustannie  wciągało  ją  w  głąb.  W  równym  tempie 

pożerało coraz większe części jej nóg. 

- Na pomoc! Czy nie mogła raczej wymyślić jakiejś historii? 

Przecież nie raz wcześniej bywała do tego zmuszona i wypadała przy rym doskonale. 

Słynęła z tego, że z łatwością omija prawdę. 

background image

- Pomocy! 

Czy nikt tu nie przyjdzie? 

Przecież niemożliwe, żeby w całym lesie znajdowali się tylko dwaj nędzni strażnicy! 

Musiało ich być więcej niż pół tuzina, wiedziała to z całą pewnością. Ogółem mieszkało ich 

tu około dwudziestu, a po obiedzie w obozowisku nie zostało nawet dziesięciu. Za to głowę 

dałaby sobie uciąć. 

- Pomóżcie mi! Ja tonę! Pomocy! Zapadam się w bagno! 

Rozsądek  podpowiadał  jej,  że  większość  strażników  musi  znajdować  się  w  pobliżu 

moczarów.  W  tych  okolicach  wszak  ukrywali  Jumalę.  To  nie  mogło  być  tak  daleko  stąd. 

Strażnicy  szli  przecież  całkiem  spokojnie,  rozmawiali  o  zabraniu  Kati  do  skarbca,  musiała 

więc zdążyć w ciągu jednej nocy przebyć drogę tam i z powrotem, w dodatku nie po to, by 

spędzić w skarbcu zaledwie chwilę. 

- Pomocy! 

Bagno ściskało ją już w pasie. Antonia walczyła. Wymachiwała nogami z całej siły, 

lecz  to,  doprawdy,  nie  było  proste.  Spływała  potem.  Pot  kapał  jej  do  oczu,  piekł  tak,  że 

momentami wręcz oślepiał. 

Koniuszki  palców  bolały.  Zaczynała  tracić  w  nich  czucie.  Gałązka  wierzby  owijała 

nadgarstek tak mocno, że palce całkiem jej zbielały. 

- Pomocy! Głos zaczynał stawać się szorstki jak pień sosny. 

Antonia na przemian to śmiała się, to znów płakała. 

Antonia,  umarła  dla  kłamstwa.  W  kłamstwie.  To  naprawdę  byłaby  niezła  historia. 

Szkoda tylko, że nikt nie będzie mógł jej opowiedzieć. 

Utonie, zanim ktokolwiek się tu zjawi. 

Im bardziej zmagała się z bagnem, tym szybciej wciągało ją ono w głąb. 

Rozumu, rozumu, rozumu... 

Powtarzała to słowo szeptem niczym modlitwę: 

- Rozumu, rozumu, rozumu... 

- Ratunku! - znów zaczęła krzyczeć. - Ratunku! 

Nic  więcej.  Nie  miała  głosu  na  więcej  słów.  Nie  pamiętała,  jak  wymawia  się  inne 

słowa. To jedyne pozostało w jej świadomości. Jedyne słowo, jakie były w stanie uformować 

jej usta. 

- Ratunku! 

Dobry Boże, czy nikt się nie zjawi? Antonia chciała jeszcze raz zawalczyć z bagnem. 

Chciała zmagać się z nim do ostatka sił. 

background image

Opanowała się jednak. 

Im mocniej walczyła, tym prędzej zapadała się w głąb. 

Sama osłabiała swoje siły. Własnymi rękami kopała sobie grób. 

Rozumu... 

Antonia zaczęła poruszać kolejno poszczególnymi palcami. Musiała wrócić im nieco 

ż

ycia. Starała się oddychać spokojnie i cały czas mocno się trzymała. Na nic więcej nie mogła 

sobie pozwolić. 

- Ratunku! - wrzasnęła znów. 

Krzyk  wydawał  się  taki  próżny.  Oni  jej  nie  słyszeli.  Nie  chcieli  jej  słyszeć.  Była 

jedynie obcą. Była kimś, kto do niczego im się nie przyda. Stanowiła zagrożenie. 

Pozwolą jej utonąć. 

- Ratunku! - krzyknęła jeszcze raz i sama usłyszała, jak bardzo głos jej osłabł. 

Nie  do  końca  wierzyła,  że  bagno  już  przy  brzegu  może  być  takie  niebezpieczne.  O 

wiele prościej byłoby tłumaczyć się z tego, że zawędrowała tak daleko. 

Grigorij...  Jak  on  sobie  da  radę,  kiedy  ona  zginie?  A  Olga  nigdy  się  nie  dowie,  że 

matka utopiła się w bezdennym bagnisku gdzieś na wschód od Uralu... 

- Ratunku! I wtedy to usłyszała. Z początku sądziła, że to echo jej własnego krzyku, 

istniejące jedynie w jej głowie. Że nie jest to nic rzeczywistego, lecz coś, co jedynie ona jest 

w stanie usłyszeć. 

A potem usłyszała wiatr. Wcześniej nie wiało, niemal cały dzień był bezwietrzny. Na 

ogół jednak pod wieczór zrywał się wiatr. 

Antonia nie zdawała sobie sprawy, że pora jest już tak późna, chociaż wiatr na ogół 

nie pojawiał się o żadnej stałej porze. Trudno było zawierać z nim jakieś umowy. 

Usłyszała wiatr. 

I krzyk. 

Mało brakowało, a wypuściłaby z ręki gałązki wierzby. 

Ten krzyk jednak nakłonił ją, by jeszcze mocniej się ich uchwyciła. Zamknęła oczy, 

nie mogąc w to uwierzyć. 

Nad moczarami niósł się głuchy, przenikliwy dźwięk. Wznosił się ponad lasem, sięgał 

niemalże do samego nieba. 

Trzeba było być martwym, by go nie usłyszeć. 

Bezduszny krzyk. 

Antonia  nasłuchiwała.  Wiedziała,  że  nigdy  nie  będzie  w  stanie  go  zapomnieć.  Nie 

wyglądało wprawdzie na to, by jej życie miało trwać szczególnie długo, widoki na przyszłość 

background image

miała dosyć marne. Gdyby jednak ją ocalono, to tego krzyku nigdy nie zapomni. Żaden czło-

wiek, usłyszawszy go, nie potrafiłby go zapomnieć. 

Nie był to ludzki krzyk. Nie był to również krzyk najwyższej męki. 

Był bezduszny. 

Antonia nie wierzyła w to. Figury nie przemawiają, nie wydają żadnych dźwięków. 

W tym momencie jednak z niezłomną pewnością wiedziała, że to krzyczy Jumala. 

Krzyk trwał długo. W końcu ucichł. 

I teraz krzyczeć zaczęła Antonia. 

- Ratunku! 

Znaleźli  ją  dwaj  strażnicy.  Jednego  z  nich  rozpoznała  po  łacie  na  spodniach.  Bagno 

sięgało już jej wtedy ponad ramiona. Powoli zaczęła się godzić z losem. Nacisk na ciało był 

tak wielki, że miała wrażenie, iż wszystkie kości ma dawno pogruchotane. To przestało mieć 

już jakiekolwiek znaczenie. Tęskniła za tym, by wolno jej wreszcie było się poddać. Tęskniła 

za tym, żeby palce mogły puścić gałązki wierzby. 

- Czego tu szukałaś? - burknął jeden ze strażników, łapiąc ją za oba nadgarstki. 

Antonia wciąż nie puszczała gałęzi. Nie mogła. Palce zesztywniały jej w uścisku. 

- Czego, do pioruna, tu szukałaś? - powtórzył strażnik, próbując ją wyciągnąć. Ale to 

łatwiej było powiedzieć niż zrobić. 

- Byłaś sama? Antonii udało się wyprostować kark. Popatrzyła mu w twarz. W jego 

oczach dostrzegła człowieczeństwo. Ogromnie ją to zaskoczyło. 

Kiwnęła  głową.  Dwukrotnie,  tak  by  na  pewno  to  zrozumieli.  Na  więcej  ruchów  nie 

było  jej  stać.  Nie  miała  na  to  siły.  Ale  jedno  kiwnięcie  głową  nie  wystarczyło,  jeszcze  by 

pomyśleli, że po prostu broda jej opadła. 

- Sama... - szepnęła. Zauważyła, że wymieniają spojrzenia. 

- Wołałam... 

Ten drugi zdołał wsunąć jej ręce pod pachy. Musiał przy tym zanurzyć ręce w bagnie, 

lecz wcześniej zatroszczył się o to, by przywiązać się mocno do drzewa, rosnącego kawałek 

dalej na brzegu. Znał humory mętnej głębi. 

Próbowali ją ratować. 

Antonia  czuła,  że  jakaś  siła  ciągnie  ją  jednocześnie  w  dół,  tak  samo  jak  mężczyźni 

usiłowali wydostać ją na brzeg. Miała wrażenie, że ciało jej się wydłuża. Była przekonana, że 

pęknie na pół i na brzeg wyciągną tylko górną połowę Antonii, podczas gdy jej nogi znikną w 

bezdennej głębinie... A w takim razie nie ma sensu jej ratować. 

- Słyszeliśmy - wystękał jeden z nich. - Słyszeliśmy... 

background image

- Wcale nie ciebie - uzupełnił drugi ze złością. Wyciągnęli już ją do piersi, ale bagno 

za nic nie chciało wypuścić swojej zdobyczy. 

- Słyszeliśmy Jumalę. To Jumala cię ocaliła, obca kobieto! To Jumala okazała ci swoją 

troskę. Bez jej opieki przepadłabyś bez śladu... 

Antonia kiwnęła głową. Ona również słyszała tamten krzyk. Nie miała zresztą sił ani 

odwagi, by protestować. 

Dopiero całą wieczność później udało im się uwolnić jej nogi z bagna. 

Antonia leżała na bezpiecznym gruncie, jak zatrwożone ptasie pisklę. Policzki miała 

białe, całe ciało aż do szyi pokrywał jej czarny, lepki szlam. Oba buty bagno zatrzymało dla 

siebie. 

-  Czego  tu  szukałaś?  -  spytał  ten,  który  siedział  w  kucki  tuż  przy  niej.  Nawet  przez 

moment nie spuszczał z niej oka. 

- Chciałam siusiu - szepnęła Antonia i zamknęła oczy. Nie pytali o nic więcej. Jeden z 

nich wziął ją na ręce i poniósł przez tajemniczy las. Do obozu. 

Antonia nabrała pewnej wartości. Bo to Jumala ją ocaliła. 

background image

Antonia pamiętała jedynie przebłyski.  Fragmenty nieba nad jej  głową. To, jak przez 

cały czas się zmieniało. Gałęzie uderzające ją w twarz. Pamiętała kołysanie ramion strażnika. 

Pamiętała  jego  kuszę.  Była  ona  największym  przedmiotem,  jaki  znajdował  się  w  polu  jej 

widzenia. Zwisała mu z ramienia. Antonia opierała o nią policzek. 

Przebłyski. 

Potem pojawiły się głosy. Anastas, który wziął ją na ręce. Zaniepokojenie Grigorija. 

Ciemność w ich szałasie. Dłonie Grigorija. Chlupotanie wody w drewnianym kuble. Grigorij, 

który zdejmował z niej ubranie. Antonia miała wrażenie, jakby rozbierał ją z bagna. Jego głos 

był najmiększy na świecie. 

Same kawałki. 

Słowa nie chciały zachować się na trwałe. 

Grigorij  naciągnął  na  nią  suknię.  Buty  do  konnej  jazdy  na  szczęście  zostawiła  w 

obozie,  inaczej  również  one  zniknęłyby  w  bezdennej  gardzieli,  a  to  były  takie  dobre, 

porządnie szyte buty. Zabrała je ze sobą z Archangielska. 

Zasnęła. 

Gdy  się  obudziła,  wciąż  była  zmęczona.  Tak  zmęczona,  że  nawet  samo  siadanie 

przyprawiało ją o udrękę. 

- Nie śpisz? - spytał Grigorij. Leżał na plecach obok niej. 

Antonii cieplej się zrobiło na sercu. A więc nie odstąpił od jej boku. Jego miłość była 

najcenniejsza na świecie. 

- Nie, już nie - odpowiedziała i ścisnęła go za rękę. 

- Co, u diabła, tam robiłaś? - spytał. 

- Poszłam za potrzebą - zapewniła. - I chyba zawędrowałam za daleko od obozu. 

Umilkła. 

- Jest sporo rzeczy, które muszę omówić z tobą i z Anastasem... 

- Za dużo zobaczyłaś? 

- Może niedokładnie zobaczyłam... Nic więcej Antonia nie chciała powiedzieć. Wciąż 

wyczuwała ów chłód, który się pojawił, gdy usłyszała tamten krzyk. 

- Czy wy to słyszeliście? - dopytywała się. - Słyszeliście ten krzyk? 

Grigorij kiwnął głową. 

background image

- Nie wiedziałem, że masz taki mocny głos - rzekł z uśmiechem. - Ten krzyk przenikał 

aż do szpiku kości. 

-  To  nie  ja  krzyczałam.  Potrzebował  czasu,  by  to  przetrawić.  Antonia  powtórzyła 

jeszcze raz: 

-  To  nie  ja,  Grigoriju.  Ja  również  go  słyszałam.  Już  się  poddawałam.  Tkwiłam  w 

bagnie po szyję, gdy go usłyszałam. Sama nie miałam już siły wołać... Jak oni to nazwali? 

- Krzykiem Jumali - odparł. - To mógł być ktoś inny - dodał po chwili milczenia. - Na 

pewno  nie  był  to  ptak.  Ani  też  z  całą  pewnością  zwierzę.  Dostatecznie  długo  żyłem  w 

puszczy,  by  poznać  głosy  większości  zwierząt  i  ptaków.  Nigdy  dotąd  nie  słyszałem,  żeby 

cokolwiek  zanosiło  się  takim  krzykiem.  To  musiał  być  człowiek,  a  skoro  nie  byłaś  to  ty, 

znaczy, że krzyczał ktoś inny. 

Antonia jednak nie przyjęła tego do wiadomości. 

Bolała ją każda część ciała, każdy staw. W ramionach jej pulsowało. Oba nadgarstki 

miała poranione. Odcisnęły się na nich gałązki wierzby. Na dłoniach również widniały rany 

po zdartych pęcherzach. Czuła, że wargi ma spuchnięte, musiała je widać przygryzać. Nawet 

mówienie sprawiało jej ból. Gardło bolało od krzyków na bagnie. 

Nie  była  pewna,  jak  długo  to  trwało,  ale,  doprawdy,  miała  za  co  być  wdzięczna  - 

znowu mogła znajdować się u boku Grigorija. 

Niedługo  pozostali  we  dwoje.  Zjawiła  się  Glikeria  i  sam  Judin.  Antonia  czuła,  że 

nieczęsto się zdarza, by osobiście odwiedzali chorych. Widać jednak nie liczyli, że Antonia 

przyjdzie do nich o własnych siłach. 

- Twoje życie wisiało na włosku - oświadczyła Glikeria, klękając przed nią. Obejrzała 

rany Antonii. Powiedziała, że przyniosła jej maść. 

Antonia  podziękowała.  Była  zmęczona,  tak  zmęczona,  że  w  głowie  jej  się  mąciło. 

Glikeria z pewnością zna się na rzeczy. Maść na rany nie może być chyba niebezpieczna. 

- Moje życie wisiało na gałązce wierzby - powiedziała Antonia. 

- Miałaś szczęście, że zdążyłaś się czegoś złapać - odezwał się Judin. 

Antonia  tylko  kiwnęła  głową.  To  wciąż  w  niej  tkwiło.  Wychwyciła  drwinę  w  jego 

głosie, wiedziała, że wątpił w jej słowa. Liczyła się z tym, że nie będą jej wierzyć. Mieliby 

jeszcze  większe  wątpliwości,  gdyby  wróciła  późno,  a  w  dodatku  nie  potrafiła  powiedzieć, 

gdzie była. 

- Zabłądziłam - wyznała. Dobrze dla niej, że przyszli, gdy jeszcze była tak zmęczona, 

ż

e  nie  miała  sił  zbyt  szybko  się  tłumaczyć.  Mówiła  tak  wolno,  że  tym  samym  budziła 

zaufanie. 

background image

-  Nie  miałam  pojęcia,  że  w  pobliżu  jest  bagno  -  zapewniła.  -  Zorientowałam  się 

dopiero, gdy wyczułam jego zapach. I nagle się zapadłam. 

Spróbowała się zaśmiać, lecz to nie wypadło najlepiej. 

- Jumala ocaliła ci życie - wyjaśnił jej Judin. - Twój kruchy ludzki głos nie niósł się 

dostatecznie daleko. Las go zdusił. Jumala krzyczała w twoim imieniu. Tylko w taki sposób 

strażnicy mogli cię usłyszeć i uratować. 

- Oni też tak mówili... 

Antonia była blada. Roztrzęsła się, gdy o tym pomyślała. 

- Ten krzyk był wszędzie - szepnęła. Mówiła prawdę. - Wszędzie. Nic straszniejszego 

wcześniej nie słyszałam. Ten krzyk nie miał duszy. 

- Jumali niepotrzebna jest dusza - stwierdził Judin. W jego głosie zabrzmiała niemalże 

duma. - Jumala jest najpotężniejsza. Jedynie nam, nędznym ludzkim robakom, potrzebna jest 

dusza. Oczywiście jej głos różni się od ziemskich głosów, jest zupełnie do nich niepodobny. 

Głos  Jumali  jest  nadziemski,  kobieto.  Głos  Jumali  jest  głosem  bogów.  To  ona  cię  ocaliła, 

chociaż jesteś tu obca. Wciąż nie pojmuję, dlaczego. 

- Jeśli to może być jakąkolwiek pociechą, ja również tego nie rozumiem - westchnęła 

Antonia. Pożałowała jednak, gdy tylko te słowa padły. - Przepraszam, nie chciałam bluźnić. 

Jeśli  Judin  jej  to  wybaczył,  to  w  każdym  razie  nigdy  się  z  tym  nie  zdradził.  Tylko 

mięsień na policzku mu drgnął. Bardzo mocno. 

-  Niemądrze  postąpiłam  -  ciągnęła  Antonia  cicho.  -  Ale  drzewa  były  takie  podobne 

jedno do drugiego. 

W odpowiedzi zetknęła się jedynie z niedowierzaniem. 

-  Antonia  nigdy  nie  umiała  zorientować  się  w  stronach  świata  -  powiedział  Grigorij 

ciepło, na poły z uśmiechem. W taki sposób, w jaki kochankowi wolno żartować ze słabostek 

wybranki. 

Antonii przeleciało przez głowę, że nie powinien mówić nic więcej, bo wtedy oni się 

domyśla, iż on robi to po to, by ją chronić. Że chce ją tłumaczyć. Dojdą do wniosku, że ona 

ma coś do ukrycia. A niczego bardziej nie pragnęła, niż przekonać Judina i jego żonę, że jest 

niewinna. Czysta jak świeżo spadły śnieg. 

Bo w myślach chyba nie potrafią czytać! 

Grigorij  był  dostatecznie  mądry,  by  nie  dodawać  nic  więcej.  Niekiedy  zastanawiała 

się, czy on przypadkiem nie potrafi odgadywać jej myśli. Tak często się zdarzało, że rozmaite 

rzeczy postrzegali identycznie. 

- Powinnaś podziękować Jumali, gdy tylko wypoczniesz - powiedziała Glikeria. 

background image

Antonię ogarnęło nieprzyjemne uczucie, że nie jest to jedynie propozycja, lecz rozkaz. 

- Musisz jej złożyć ofiarę - ciągnęła kobieta. Stale była mowa o ofiarach. Już na sam 

dźwięk tego słowa Antonię przenikał dreszcz. Wiedziała, że tu nie jest tak, w każdym razie 

nie  tutaj  i  nie  teraz,  lecz  zawsze  przychodziła  jej  na  myśl  krwawa  ofiara.  Przed  oczyma 

stawały jej kamienie, czarne od zakrzepłej krwi. Oni nigdy dotychczas o tym nie wspomnieli. 

Mówili wszak o czymś tak niewielkim jak nitka z ubrania. 

- Nie należę do waszego ludu - oświadczyła Antonia. -  I  nie wyznaję waszej wiary. 

Nie potrafię udawać. Moja wiara jest inna... 

Judin wstał. 

- Wiemy o tym - powiedział bez wyrazu. - Od dawna już wiemy, że jesteś innej wiary. 

Dziś jednak Jumala ocaliła życie niewiernej. Nie potrafimy zrozumieć wszystkich zamiarów 

Jumali.  Jesteśmy  na  to  zbyt  mali.  Nie  możemy  nawet  zgadywać,  do  tego  stopnia  jesteśmy 

niegodni. Ale byłoby bluźnierstwem wobec Jumali, gdybyśmy sądzili, że bogini rozpostarła 

nad  tobą  chroniącą  rękę,  nie  mając  ku  temu  powodów.  Ona  widziała  w  tym  sens.  To 

wszystko,  co  mogę  powiedzieć.  A  w  takiej  sytuacji  nie  zaszkodzi,  jeśli  jej  podziękujesz. 

Jumala wie, że jesteś niewierna. 

Jumala wie. 

Antonia wciąż czuła się nieswojo. Gdy tylko Judin wypowiadał imię bogini, w uszach 

znów dźwięczał jej ten krzyk. Doskonale rozumiała, że mógł dręczyć Kati w snach. 

Czuła też po sobie, że nie będzie mogła wykręcić się od ofiary, od podziękowania. 

Antonia czuła również, że ofiara ta wymaga czegoś naprawdę wartościowego. 

Judin odszedł. 

Glikeria  została  i  nasmarowała  rany  Antonii.  Owinęła  je  również  czystymi 

gałgankami. Wyglądało na to, że podarła na bandaże halkę, a to wywołało w Antonii histerię, 

którą z trudem udało jej się ukryć. Tak więc Glikeria również poniosła ofiarę. W dodatku dla 

niewiernej. Dla osoby tak mało znaczącej, jak Antonia Jurkowa. 

-  Musisz  teraz  odpocząć  i  zapomnieć  o  tym,  co  dziś  przeżyłaś  -  rzekła  Glikeria 

cichym, niemal natrętnym szeptem. - Masz odpocząć i odzyskać siły. Twoje rany się zagoją. 

Będziesz spała i śniła. Twoje sny nie będą złe. Nie będą cię dręczyć wątpliwości. I zapomnisz 

o wszystkim, co przeżyłaś. 

Antonia czuła się niemal wzruszona pięknymi życzeniami. Miała wrażenie, że znów 

jest  małą  dziewczynką,  która  upadła  i  rozbiła  kolano,  a  matka  tuli  ją  i  przemawia  ciepłym, 

przyjaznym głosem. 

background image

Cofnęła  kilka  raczej  nieprzychylnych  myśli  na  temat  Glikerii.  Wszystko  jedno, 

szamanka czy nie szamanka, Glikeria była również kobietą i matką. Miała uczucia. Inna wiara 

nie  powinna  stanowić  dostatecznego  powodu  na  to,  by  w  myślach  Antonii  uczynić  z  niej 

upiora.  Inna  wiara  nie  powinna  być  dostatecznym  powodem,  by  ludzie  budowali  pomiędzy 

sobą takie mury. Glikeria wszak chciała dobrze... 

- Kati przyniesie jedzenie - oznajmiła szamanka, wychodząc. - Musisz jeść. To było 

dla  ciebie  straszne  przeżycie.  Niebezpiecznie  wkraczać  na  ścieżki,  których  się  nie  zna. 

Człowiek nie wie, co go czeka, kiedy postawi dalej nogę. 

Zdaniem  Antonii  było  to  dziwne  stwierdzenie,  puściła  je  jednak  mimo  uszu.  Miała 

tylko nadzieję, że Kati nie będzie zbyt długo zwlekać z przyniesieniem jej czegoś do jedzenia. 

Antonia czuła, że jest głodna. 

Grigorij również nic nie powiedział. Ale zmarszczył brwi tak mocno, jak nigdy dotąd. 

Czekali. 

Kati  przyszła  razem  z  Anastasem.  Na  policzkach  miała  rumieńce,  w  oczach  zaś 

niepokój. A gdyby nie to, że musiała nieść miskę z zupą, nie byłaby w stanie utrzymać rąk z 

dala od chłopaka. 

Antonia patrzyła na nią. Widziała. 

To  była  ta  sama  Kati,  która  zajęła  się  jej  domem  i  jej  życiem,  kiedy  Antonia 

najbardziej tego potrzebowała. Kati, z którą wymieniały tajemnice, z którą razem się śmiały i 

prowadziły poważne rozmowy. 

Ta sama Kati. 

A zarazem inna. 

To była inna Kati niż ta, która szeptem wyznawała Antonii swój strach. 

Ta Kati wyglądała na szczęśliwą. Pełną nadziei. 

Jak kot, który się oblizuje, ukradkiem wypiwszy śmietankę. 

Nie, to paskudna myśl. 

Ale w kącikach ust czaiła się jej jakaś chciwość. Tak samo jak w spojrzeniach, które 

zatrzymywały się na Anastasie. 

Była zakochana. 

Antonia jadła. Chyba jeszcze nigdy nie była tak głodna. 

-  Jak  mogło  ci  przyjść  do  głowy,  żeby  iść  na  bagno?  -  spytała  Kati.  Patrzyła  na  nią 

bardzo poważnie. - To przecież niebezpieczne! 

- Nie widziałam go - odparła. - Nie zauważyłam, że bagno tam się zaczyna. 

Kati pokręciła głową. 

background image

-  Nie  powinnaś  się  zapuszczać  tak  daleko  sama.  To  się  mogło  bardzo  źle  skończyć. 

Jumala cię ocaliła. 

Antonia nie spodziewała się, że Kati będzie wychwalać boginię. Zauważyła wszak u 

dziewczyny  niechęć  i  wątpliwości.  Tym  razem  jednak  wydawało  się,  że  nie  ma  w  niej 

ż

adnego zwątpienia. 

- Złego diabli nie biorą - zażartował Anastas, wichrząc Antonii włosy. 

Antonia miała wrażenie, że w oczach Kati dostrzega płomień. A to przecież był taki 

niewinny gest. 

Zastanawiała  się,  czy  taka  Kati  naprawdę  istnieje.  Taka,  o  której  mówili  strażnicy. 

Taka, którą dałoby się nakłonić na nocne zabawy w skarbcu Jumali. 

W takim razie Kati skłamała. 

Kati  twierdziła,  że  nigdy  nie  widziała  Jumali.  Tymczasem  grubiańskie  żarty 

strażników wskazywały na coś zupełnie innego. 

Jeśli naprawdę taka Kati istniała... to wiele rzeczy było tu nieprawdziwych. 

Antonia poczuła rozleniwienie ogarniające ciało. 

Taka jest zmęczona, taka rozgrzana. Chciała tylko spać. Tylko odpoczywać. 

Niedługo chyba już będzie noc. 

Spytała. 

-  Jest  późny  wieczór  -  odparła  Kati.  Zachichotała  i  posłała  przelotne  spojrzenie 

Anastasowi. 

Miska z zupą był pusta. Kati oświadczyła, że zabierze ją do domu, a potem się położy. 

I jej szelmowskie spojrzenie znów pobiegło ku Anastasowi. 

Antonia czuła, że w powietrzu wisi coś ciężkiego. Anastas miał zapał wymalowany na 

twarzy.  Nigdy  dotąd  nie  widziała  chłopaka  w  takim  stanie.  Gotów  był  całować  ślady 

pozostawione przez stopy Kati. 

Antonia była taka zmęczona. 

Położyła  się  z  powrotem  na  posłanie.  Zamknęła  oczy.  Ciało  jej  drgnęło,  usłyszała 

dobiegające gdzieś z oddali głosy. Kati, Anastasa, Grigorija. 

Poczuła powiew świeżego powietrza. 

To Kati wyszła z szałasu. 

Pozostały jedynie głosy mężczyzn. 

Sen  mocno  ją  pochwycił  w  swoje  objęcia.  Kołysał  miękko  w  ramionach.  Tak  łatwo 

było mu się poddać. I to ciepło, które ogarnęło ciało, było takie przyjemne... 

I nagle sobie przypomniała... 

background image

Z  całych  sił  usiłowała  się  wyrwać  z  objęć  snu.  Podczas  tej  walki  musiała  mocno 

wymachiwać  rękami,  gdy  bowiem  otworzyła  wreszcie  oczy,  Grigorij  delikatnie  ją 

przytrzymywał. 

- Co się stało? - spytał zatroskany. - Śniło ci się coś złego, pomimo że nasz domowy 

szaman zaklinał złe sny i paskudne zmory? 

Antonia patrzyła na niego zdumiona. 

Upłynęło  trochę  czasu,  zanim  jego  słowa  do  niej  dotarły.  W  głowie  jej  szumiało, 

wirowało,  jakby  już  spała.  Ciało  było  ciężkie,  rozleniwione.  Jeszcze  nigdy  nie  była  aż  tak 

senna. 

Ale  też  i  nigdy  dotychczas  nie  miała  w  walce  o  życie  bezdennego  bagniska  za 

przeciwnika. 

Zaklinanie? 

Antonia zadrżała. 

Podrapała się, usiłując zedrzeć bandaże, którymi Glikeria tak starannie obwiązała jej 

dłonie  i  nadgarstki.  Rozpłakała  się,  nie  mogąc  rozplatać  supłów.  Ogarnęły  ją  mdłości, 

zakręciło jej się w głowie. A przy tym ciało miała tak ospałe, że ruchy były powolne i nie-

pewne. 

- Pomóż mi - szepnęła, patrząc na Anastasa. Tylko on mógł jej teraz pomóc, on, który 

widział. 

- Pomóż mi je zdjąć! 

Popatrzył na nią zdumiony, ale zrobił to, o co prosiła. Antonię zabolało, kiedy musiał 

mocno ciągnąć pasma materiału, by ją od nich uwolnić, nie zdołał bowiem rozplatać węzłów. 

Ale  Antonia  zacisnęła  tylko  zęby.  Nie  było  nic  gorszego  od  tkwienia  w  bagnie.  Ból,  jaki 

odczuwała teraz, to ledwie błahostka. 

Przymykała  oczy,  gdy  cierpienie  się  wzmagało.  Wiedziała,  że  ono  minie,  gdy  tylko 

uśnie.  Wtedy  dookoła  wszystko  będzie  przyjazne,  ciepłe  i  leniwe.  Będzie  unosić  się  na 

chmurach... 

Zakołysze  się  w  powietrzu.  Zapomni  o  tym,  co  złe...  Nie,  zapomni  o  tym,  co 

przeżyła... 

Zapomni... 

Antonia  zerwała  bandaże.  Sięgnęła  po  wiadro  z  wodą  i  zanurzyła  w  nim  poranione 

ręce aż po nadgarstki. Tarła je aż do krwi. Ścierała kleistą maść, która grubą warstwą wciąż 

pokrywała  skórę.  Paznokciami  rozdrapywała  rany,  zrywała  cienkie  strupy,  które  już 

zaczynały się tworzyć. 

background image

Ta  substancja  przeniknęła  w  rany.  Weszła  do  krwi.  Ale  przecież  nie  mogła  wyssać 

krwi z ciała. Zapewne poczuje działanie maści, chyba już czuła. 

Głowa  zrobiła  się  taka  ciężka,  pragnęła  jedynie  ułożyć  się  na  którymś  z  ramion. 

Antonia musiała walczyć, by trzymać ją prosto. Szyję miała taką słabą. 

Kati  zwlekała  z  odejściem,  dopóki  Antonia  nie  zasnęła,  a  przynajmniej  dopóki  nie 

wydawało jej się, że tak się stało. 

- Ta maść - szepnęła Antonia. - Maść Glikerii. Grigoriju, ona naprawdę zaklinała. Nie 

zrozumiałam  tego,  ale  w  tej  maści  coś  jest.  Czuję  się  taka  śpiąca,  a  ona  mówiła,  że  mam 

zapomnieć... 

- Rzeczywiście, miałaś zapomnieć to,  co dziś przeżyłaś - przyznał  Grigorij. Dotknął 

rękami  poranionych  nadgarstków  Antonii.  Pieścił  je  palcami.  Pocałował  ją  w  skroń,  tulił 

mocno, chciał chronić. - Znalazłaś się zbyt blisko Jumali, Antonetto? To dlatego tak się ciebie 

boją? Co ma zmazać sen? Co chcą, żebyś zapomniała? 

- Ciii... - szepnęła Antonia. Wiedziała, że już niedługo uśnie. Czuła to w ciele. 

Czuła, że nie jest zdolna dłużej się opierać. 

- Muszę o rym opowiedzieć - szepnęła. I chociaż powieki ciążyły jej tak mocno, jakby 

ktoś przywiązał do nich kamienie, zdołała unieść je na tyle, by odnaleźć wzrok Anastasa. Na 

krótką chwilę. - O Kati - dodała. 

I słowo po słowie, tak zwięźle, jak tylko była w stanie, powtórzyła, o czym rozmawiali 

strażnicy. Opowiedziała o Kati. 

Pod  koniec  tej  opowieści  nie  była  już  w  stanie  utrzymywać  oczu  otwartych.  Słowa 

napływały tak wolno. 

Urwała w połowie zdania. 

- Kati ma poprowadzić... 

- To nieprawda! - wyrwało się Anastasowi. - Słyszysz, Toniu? To nieprawda! Ja ci nie 

wierzę! 

-  Pst!  -  uciszył  go  Grigorij  i  ułożył  Antonię  na  posłaniu.  Starannie  otulił  ją 

przykryciem. 

- Ona już śpi, nie słyszy cię, Anastas. 

- Ja w to nie wierzę! - powtórzył Anastas z takim samym uporem. - I wcale nie muszę 

w  to  wierzyć.  Kati  nie  jest  taka.  Kati  to  porządna  dziewczyna.  Nie  pozwoliłaby  się  tak 

wykorzystywać... 

Grigorij milczał. Siedział z pochyloną głową. 

- Endyr leży na zachód od Uralu - powiedział w końcu. 

background image

- Co takiego? - Anastas nie bardzo zrozumiał. 

- Nie pamiętasz, jak ona mówiła, że przybyła z Endyr? - powtórzył Grigorij cicho. - A 

kiedy wyjeżdżała, mówiła, że wraca do domu. Że to niedaleko od Chanty - Mansyjska. To nie 

ma tak wielkiego znaczenia, to po prostu znaczy, że ona się zapomniała.  Przypuszczam, że 

oni  rzeczywiście  pochodzą  z  Endyr,  z  zachodniej  strony  Uralu,  a  to  znaczy,  że  musieli 

uciekać już wcześniej, już w czasach Kati. To znaczy, że są silni w swej wierze, Anastas. Czy 

ty masz jakąś wiarę? Pamiętasz, jak to było? To coś w rodzaju miłości. Być może silniejszej, 

aniżeli jesteśmy w stanie pojąć. I dla nich ofiary to nic nadzwyczajnego. 

- To po prostu znaczy, że ona kłamała - stwierdził Anastas. - Ale to mało ważne. 

Grigorij wzruszył ramionami. 

-  Być  może  -  odparł.  -  Okazali  wielką  ostrożność  wobec  Antonii.  Postanowili  za 

wszelką cenę sprawić, żeby nic nie pamiętała.  Żeby nic nie mogła nam  opowiedzieć. Może 

ma zapomnieć o drodze na moczary? Może sądzą, iż słyszała, skąd dobiegał krzyk Jumali? 

Jeśli  te  wrzaski  to  rzeczywiście  głos  Jumali.  Może  strażnicy  pamiętali,  o  czym  rozmawiali, 

kiedy szli przez las? W każdym razie przypuszczam, że opowiedzieli o tym Judinowi. Oni nie 

mają przed nim tajemnic. A Judin jest bardzo ostrożnym człowiekiem. 

-  Musiało  chodzić  o  drogę  -  mruknął  Anastas,  uderzając  zaciśniętymi  pięściami  o 

kolana.  -  Musiało  chodzić  o  drogę.  To  nie  mogło  być  nic  innego.  Oni  przecież  nie  mogą 

wiedzieć,  że  Antonia  ma  naprawdę  kurzy  móżdżek,  jeśli  chodzi  o  wyczucie  kierunków. 

Nawet mnie nie uwierzą, jeśli ich o tym zapewnię. Chodziło im o drogę, słyszysz, Grigorij? 

Nie mogą pozwolić, abyśmy my, niewtajemniczeni, wiedzieli, jak dojść do Jumali. 

- W nocy masz .się spotkać z Kati, prawda? - spytał Grigorij. 

Anastas kiwnął głową. 

-  Tak  -  odrzekł  cicho,  przypominając  sobie,  że  Grigorij  przecież  nie  mógł  tego 

zobaczyć. 

- Spróbuj ją nakłonić, żeby ukradła dla ciebie nóż - nakazał Grigorij. - Może się nam 

przydać. 

Anastas nic na to nie odpowiedział. 

Szałas pogrążył się w ciszy. 

A nad obozowiskiem zapadła spokojna noc. 

background image

10 

Anastas  leżał  z  ramieniem  pod  głową  i  gapił  się  w  otwór  w  dachu.  Niewiele  dymu 

wydobywało się przez dymnik. Ogień się wypalił. Może powinien dołożyć szczapę albo dwie. 

Noc jednak nie była zimna. 

Ś

rodek lata. Niebo pełne gwiazd. Pogodny, ciepły, letni wieczór. 

Już niedługo będzie na niego czekać piękna, młoda dziewczyna. 

Kochał  ją.  Niemal  miał  tego  pewność.  Uczucie  rozpierające  mu  pierś  było  wielkie  i 

potężne. Nie dało się znaleźć słów, którymi można je opisać. 

Kiedyś pytał Antonię, czym jest miłość. Jakie to uczucie kochać. Naprawdę kochać. 

Antonia odpowiedziała mu serdecznym, głośnym śmiechem, lecz nie śmiała się z niego. To 

był śmiech szczęścia, śmiech wtajemniczenia. 

-  Dowiesz  się,  gdy  to  poczujesz  -  powiedziała.  -  Będziesz  miał  wtedy  pewność, 

Anastas. 

Od tamtej pory czuł się jakby oszukany, ponieważ ona wiedziała, ale nie chciała mu 

nic więcej zdradzić. A przecież zapewne nie tak trudno to wyjaśnić. 

Teraz zastanawiał się, czy właśnie takie uczucie miała na myśli. Nie mógł jej jednak 

spytać. Antonia spała, a poza tym nie potrafił opisać, co się w nim dzieje. 

Ona zresztą była przeciwko Kati. 

Anastas  nie  miał  ochoty  wierzyć  Antonii,  ale  ona  go  nie  okłamywała.  Owszem, 

doświadczył jej półprawd, lecz Antonia nigdy nie oszukiwała ludzi, którzy byli jej bliscy. Pod 

tym względem miała własną moralność. 

Nie chciał też wierzyć, że Kati go okłamuje. Kati przez cały ten tydzień trzymała go 

na dystans wyciągniętej ręki. Rzucała przestraszone spojrzenia przez ramię za każdym razem, 

gdy jej dotknął. I zapewne miała ku temu powody, gdzieś w pobliżu zawsze znalazły się czuj-

ne oczy. Anastas czuł się obserwowany i oceniany. Wciąż nie wiedział, co myślą jej rodzice. 

Nie powiedzieli mu, czy go lubią. I wcale nie zbliżył się do małżeństwa. 

Czy ojciec Kati ich sobie poślubi? 

Zamyślił się. 

Anastas nie był zanadto bogobojnym człowiekiem, raczej chyba należałoby go nazwać 

bezbożnikiem. Ale nie czułby, że zostali sobie formalnie poślubieni, gdyby nie nastąpiło to w 

kościele. Gdyby nie połączył ich prawdziwy ksiądz. 

background image

Doszedł  do  wniosku,  że  możliwy  chyba  będzie  dwukrotny  ślub.  Rodzice  Kati  nie 

muszą nawet wiedzieć o tym drugim. O tym prawdziwym. 

Jeśli w ogóle do tego dojdzie... 

Czy ona teraz na niego czeka? 

Powiedziała,  że  musi  czekać,  aż  w  obozie  zapanuje  cisza.  Aż  rodzice  zasną.  Aż 

strażnicy rozproszą się po lesie. 

Na  noc  w  obozowisku  zostawała  ich  zaledwie  garstka.  Spali  w  szałasach.  Łańcuch, 

jaki pozostali tworzyli w ciemności wokół obozu, wystarczył do odkrycia obecności obcych, 

nim zanadto by  się zbliżyli. Wystarczył, by ostrzec pozostałych i zjawić  się na posterunku. 

Byli na to przygotowani. 

W każdym momencie doby oczekiwali wroga. 

Zdaniem Anastasa działali naprawdę umiejętnie. Z niechętnym podziwem patrzył, w 

jaki sposób się organizują, jak zmieniają się straże, jak sprawnie się to wszystko odbywa. On i 

Grigorij spędzili w ten sposób całe lata, pół życia, i rzeczywiście się na tym znali. 

Kochał Kati. W jej spojrzeniu kryły się obietnice. Tak wiele obietnic, że nie starczało 

mu palców u rąk, by wszystkie je policzyć. Pragnął całować jej uśmiech. 

Mówiła,  że  go  lubi.  Powtarzała  to  z  radością,  a  jej  oczy  nie  przestawały  obiecywać 

wszystkiego tego, o czym nie mogła mówić na głos w obecności siedzącej w pobliżu matki 

czy ojca. 

Ale on i tak zrozumiał. 

Przynajmniej wydawało mu się, że rozumie. 

Kati nie mówiła, że go kocha. 

Anastas pragnął wierzyć, że fakt ten ma związek ze skromnością, z jej wychowaniem. 

Trudno  wypowiedzieć  takie  słowa,  zostawiały  po  sobie  niewiele  przestrzeni,  w  którą  się 

można było wycofać. Człowiek, wypowiadając je, za każdym razem oddaje cząstkę samego 

siebie. 

Jemu również nie przychodziły one z łatwością. Ale powiedział je właśnie jej. 

Raz. 

Dziś po południu. 

Na moment zostali sami, kiedy rodzice dziewczyny poszli zajrzeć do Antonii. 

Właśnie  wtedy  wyznał,  że  ją  kocha.  Że  pragnie  ją  poślubić,  i  to  jak  najszybciej. 

Obiecał  jej  dom  wielkości  tego,  w  którym  sam  wyrósł.  Ona  na  szczęście  nie  potraktowała 

tego poważnie. Mówił jej, że za nią tęsknił, że pragnie jej dotykać... 

A jej oczy odpowiedziały obietnicami. Niebezpiecznie kuszącymi obietnicami. 

background image

Nie  chciał  dać  się  im  porwać,  dopóki  Kati  nie  będzie  oficjalnie  do  niego  należeć. 

Uczucia, jakie dla niej żywił, obudziły w nim również szacunek i rycerskość. Nigdy dotąd nie 

szanował tak żadnej dziewczyny. 

Nie chciał zhańbić Kati. I czuł, że myśli słusznie. 

Ale tak bardzo za nią tęsknił. 

Dziewczyna,  czerwieniąc  się,  szepnęła  mu,  że  z  całą  pewnością  zdoła  się  jakoś 

wyrwać.  Nocą,  gdy  wszyscy  zasną.  Rodzice  mają  twardy  sen.  Mogą  się  spotkać  za  jego 

szałasem. 

Tyle się kryło w tych słowach. Tyle, że Anastas nie miał odwagi nawet o tym myśleć. 

A  potem  Antonia  opowiedziała  mu  historię,  w  którą  nie  chciał  wierzyć.  Wstrętną, 

obrzydliwą historię. 

Czy ona już na niego czeka? 

Anastasowi brakło już sił, by dłużej zwlekać. Słyszał oddech Antonii, spała dziwnym, 

jakby leniwym snem. Nie wątpił w to, że maść Glikerii była doprawdy wyjątkowego rodzaju. 

Nie wątpił też, że Glikeria miała swoje powody. 

Glikeria  była  ostrożna.  Tak  ostrożna,  że  zapewne  nawet  od  własnego  cienia  żądała 

przysięgi milczenia na temat tego, co poczynał sobie w ciągu dnia. 

Ale Glikeria to nie Kati. 

Anastas nie chciał o tym myśleć. 

Grigorij  najwyraźniej  również  spał.  Oddychał  tak  spokojnie.  Anastas  na  chwilę 

przysiadł, żeby na nich popatrzeć. 

Grigorij  jedną  rękę  wsunął  pod  głowę  Antonii,  drugą  obejmował  ją  w  pasie.  Twarz 

wtulił w czarne loki ukochanej. 

Anastas  wiedział,  że  łączy  ich  miłość.  Nie  wątpił  w  to  przynajmniej  wtedy,  gdy  na 

nich patrzył. Rozpoznawał ją u innych. Grigorij i Antonia wprost nią promienieli. 

Trudniej było stwierdzić, czy sam promienieje. 

Cicho uklęknął i wyczołgał się z szałasu. Zamknął wejście za sobą tak bezszelestnie 

jak potrafił. Rozejrzał się dokoła, ale nic nie było widać. 

Nawet  ognisko  na  środku  polany  już  się  wypaliło.  Szałasy  na  tle  lasu  wyglądały 

niczym milczące półokrągłe ciemne trolle. Na suficie nieba zapłonęły lampy z gwiazd. 

Lekkim krokiem przemknął za szałas, na tył, od strony lasu. Serce waliło mu w piersi. 

Mocno, rytmicznie, niczym doświadczony drwal. 

A ona już czekała. 

background image

Kati  z  blaskiem  gwiazd  we  włosach  i  żarem  na  policzkach  czekała  na  niego.  Z 

przelotnymi uśmiechami i oczyma ciemniejącymi w nocnym mroku. 

Chciał  coś  do  niej  powiedzieć,  lecz  ona  zaraz  położyła  mu  palec  na  wargach. 

Pocałował go, a ona się uśmiechnęła. 

Znów jej oczy składały obietnice. Nie przestawały ich składać... 

Prędkim ruchem wskazała głową na ciemność między drzewami. 

- Strażnicy? - szepnął. 

Kati uśmiechnęła się. Pokręciła głową. Włosy miała rozpuszczone. Musiała poświęcić 

dużo czasu, by uczesać je tak, by błyszczały. Zrobiła to dla niego. 

I Anastas nie stawiał oporu, pozwolił się pociągnąć w las, między gęste drzewa. Byle 

dalej od obozu. 

Tak, to jest to samo. 

Wszystko złożył w jej ręce. Nie wierzył, by Kati mogła uczynić cokolwiek, co mogło 

go zranić. Anastas traktował tę nocną schadzkę jako znak, że dziewczyna czuje do niego coś 

więcej niż tylko sympatię, o której mówiła. Wierzył, że go kocha. 

Kati poruszała się tak lekko. Zaczął też przypuszczać, że widzi w ciemności jak sowa. 

Przemykając  się  wśród  najgęstszych  zarośli,  nie  nadepnęła  na  żadną  gałązkę.  Poprowadziła 

ich tam, gdzie las był najczarniejszy. Znalazła ciasno rosnące iglaste drzewa, które gałęziami 

zamiatały  ziemię.  Znalazła  drzewa  liściaste  o  ciężkich  gałęziach,  tworzące  najprawdziwsze 

zasłony z bujnego listowia. Do takiego właśnie zielonego namiotu go poprowadziła. 

Kiedy  podniósł  głowę,  mógł  dojrzeć  gwiazdy.  Wokół  nich  była  jedynie  ciemność,  a 

pod nimi najmiększy, najdelikatniejszy mech, jakiego można sobie zażyczyć na posłaniu. 

Zrobiła  to,  ponieważ  go  kochała.  Anastas  nie  chciał  wierzyć  w  nic  innego.  Przeszło 

mu przez głowę, że i ona może go pragnąć, ale to pragnienie miało przecież swe korzenie w 

miłości. 

W tym, co usłyszała Antonia, nie było ziarnka prawdy. 

Nie zastanawiał się, skąd Kati zna to miejsce. Byli tu osłonięci, niewidzialni. 

- Kocham cię, Kati - szepnął lekko w jej szyję. 

Wargami  poznawał  jej  smak.  Poczuł  uderzenia  pulsu,  gdy  wyciągnęła  szyję  w  jego 

stronę. 

- Zabierzesz mnie stąd? - spytała szeptem. 

Anastas objął ją za ramiona. W ciemności szukał wzroku Kati, ale miała spuszczoną 

głowę. Pytanie wydało mu się dziwne, ale też i Kati nie była zwykłą dziewczyną. 

background image

-  Zabiorę  -  obiecał  Anastas  uroczyście.  -  Ożenię  się  z  tobą,  Kati.  Zabiorę  cię  na 

północ.  Albo  za  góry,  jak  zechcesz.  Na  zachód,  do  morza.  Zabiorę  cię  tam,  dokąd  tylko 

będziesz chciała. Przysięgam. 

Dziewczyna westchnęła, uszczęśliwiona. Siedząc, oparła się o pień drzewa, odchyliła 

głowę i przymknęła oczy. Uśmiechała się. To był uśmiech szczęścia. 

Kati promieniała. 

Anastas  doszedł  do  wniosku,  że  widzi  miłość.  Rzeczywiście  rozpoznał  ją,  gdy  ją 

ujrzał. Rzeczywiście zrozumiał, co to jest, gdy miał ją już w rękach. 

Na  kolanach  pochylił  się  w  stronę  dziewczyny.  Jego  wargi  delikatnie  dotknęły  jej 

powiek, a potem brwi i rzęs. Całował jej policzki. Jej skóra przypominała aksamit. Miękki, 

tak  miękki,  że  nawet  najwspanialsze  płaszcze  podbijane  tą  materią  nie  mogły  się  równać  z 

policzkami Kati. 

Pocałował ją w usta, lekko. Było to raczej muśnięcie niż pocałunek. Anastas pragnął 

czegoś więcej. Pragnął rozdzielić te kuszące, wilgotne wargi językiem, poszukać w środku jej 

języka, bawić się nim. 

Wargi  załaskotały  go  na  samą  myśl  o  tym  i  pocałunek  stał  się  twardszy,  bardziej 

zdecydowany. Kati ustąpiła, uchyliła przed nim usta. 

Objęła go za szyję. Ogromnie go to ucieszyło. A potem jej palce splotły się u nasady 

jego  włosów  i  Kati  przyciągnęła  go  mocniej  do  siebie.  Miękkie  kobiece  ręce  nabrały  siły, 

były niczym wijące się węże, które go pochwyciły. Żyły kierowane własną wolą i nie chciały 

się poddać jemu. 

Zdziwiło to Anastasa. 

A potem rozległ się jej śmiech. 

Po kociemu miękki. 

Oczy  Kati  błyszczały,  gdy  oparła  dłonie  o  pierś  Anastasa  i  lekko  go  od  siebie 

odepchnęła. Nie pozwalała mu się zbliżyć. 

Ta dziewczyna wprawiała go w zdumienie. 

W  jej  oczach  niby  w  zwierciadłach  odbijały  się  gwiazdy.  Nad  nimi  szumiał  wiatr. 

Ogłuszał Anastasa. 

Przez  moment  miał  wrażenie,  że  gdzieś  wokół  nich  zapaliły  się  jakieś  oczy.  Że 

błysnęły zęby odsłonięte w uśmiechu. Że otaczają ich jakieś istoty, które się im przyglądają i 

ostrzą sobie na nich kły. 

Kati  przyłożyła  palec  do  własnych  warg.  Dmuchnięciem  przesłała  mu  pocałunek  z 

dłoni. 

background image

A  potem  palce  dziewczyny  zaczęły  rozpinać  stanik  bluzki.  Robiąc  to,  patrzyła  na 

Anastasa.  Badała  wyraz  jego  twarzy.  Kąciki  ust  ostrożnie  unosiły  jej  się  w  górę,  a  na  jej 

obliczu odmalował się wyraz zatracenia. 

Anastas go rozpoznał. 

Ona się bała. To kochane dziecko bało się, co on o niej pomyśli. Bała się, że okaże się 

zbyt śmiały, że posunie się za daleko. 

Spotkał  już  w  życiu  kobiety,  które  rozbierały  się  dla  niego.  Takie,  które  zdzierały  z 

siebie ubranie i rozkładały nogi, nim on zdążył zdjąć kurtkę. I za każdym razem, gdy tak się 

działo,  czuł  się  nie  na  miejscu.  Ale  to  były  kobiety,  które  nie  miały  czasu  na  udawanie. 

Chwytały  zapłatę  i  odwracały  się  plecami,  gdy  tylko  przez  jego  ciało  przebiegły  ostatnie 

drgania. 

Teraz było inaczej. 

Podobało  mu  się,  że  Kati  jest  wyzywająca.  Skromnie  wyzywająca.  Bo  taka  właśnie 

była. Delikatny rumieniec na policzkach czynił ją jeszcze bardziej godną pożądania. 

Rozsznurowała stanik, który nosiła pod bluzką. Potem na pół się uniosła, odwróciła do 

niego tyłem. 

Anastas widział, że podnosi spódnicę z przodu, że mocuje się z tasiemkami. Zrzuciła 

białe majtki i z powrotem opuściła spódnicę. 

Osunęła  się  przed  nim  na  kolana,  opuściła  ręce.  Odszukała  wzrokiem  jego  oczy, 

półotwarte usta drżały z niepewności. 

Anastas mocno złapał ją w pasie i pocałował. Pocałował mocno. 

- Nie powinniśmy - szepnął bez tchu. - Tylko łotry tak postępują z dziewczętami, które 

kochają! 

- Bądź łotrem! - odpowiedziała mu gorącym oddechem prosto w skroń. - Bądź taki, 

Anastas!  Zrób  to  ze  mną!  To  będzie  słuszne.  To  nie  może  być  złe.  I  noc  jest  taka  piękna. 

Nawet gwiazdy świecą dla nas. 

- Chcę się z tobą ożenić - wyszeptał. Musiał jej  to powiedzieć. Musiał się upewnić, 

czy  Kati  to  rozumie.  Nie  chciał  się  dręczyć  myślą,  że  ją  tylko  wykorzystał.  Rzeczywiście 

zachował się tak w stosunku do wielu dziewcząt, ale z Kati było inaczej. 

- Najpierw mnie kochaj! - poprosiła. Pociągnęła go lekko za włosy, przycisnęła jego 

twarz  do  własnej  piersi.  Usta  Anastasa  jęły  się  przesuwać  po  miękkiej  skórze.  Pięknej, 

pachnącej, kuszącej skórze. Nie pojmował, jak ona może tak pięknie pachnieć, tu, w środku 

lasu. Ale ona pachniała jak ukwiecone łąki. A może to z mchu, na którym leżeli, unosił się 

taki aromat? 

background image

Anastas  nie  zorientował  się  wcześniej,  że  leżą  na  mchu.  Pewnie  w  zauroczeniu 

wciągnął ją pod siebie. Nie przyszło mu do głowy, że to Kati mogła go za sobą pociągnąć. 

Całował jej piersi, które sam odsłonił. A potem jego ręce wsunęły się pod jej spódnicę, 

podwinąwszy ją do góry. Musiał unieść własne ciało, by się do niej zbliżyć. Kati ułożyła się 

tak, żeby było mu wygodnie. Spódnica skłębiła jej się w pasie. Anastas dłońmi gładził gładkie 

wnętrze ud Kati. Przycisnął się do jej ciała. Nawet przez ubranie czuł, jak bardzo jest gorąca. 

A  jej  piersi  były  niczym  pączki  wierzby  na  wiosnę,  w  porannych  godzinach,  nim 

słońce nakłoni je, by pękły, zmieniając się w pulchne bazie. 

Całował je i kąsał. Westchnienia dziewczyny dochodziły do niego jak z oddali. Słyszał 

ją  wypowiadającą  słowa,  których  ona  w  ogóle  nie  powinna,  jego  zdaniem,  znać,  lecz  one 

przepłynęły  obok  niego.  To  nie  miało  żadnego  znaczenia.  Ona  była  życiem  i  ciepłem.  Jej 

kruche  ręce  posiadały  siłę.  Prowadziły  go  tam,  gdzie  ledwie  śmiał  pomyśleć,  że  mógłby  ją 

dotknąć. Ku swemu zdumieniu stwierdził, że to sprawia jej rozkosz. 

To  przypominało  grę  na  instrumencie.  Grał  na  nim  ustami  i  dłońmi.  Dźwięki 

wydobywające się z jej ust były najpiękniejszą melodią, a ruchy przeistoczyły się w taniec. 

Anastas poczuł, że kręci mu się w głowie. Nie wiedział, że jest w stanie to zrobić. Nie 

uważał  się  wprawdzie  za  kompletnie  niedoświadczonego,  lecz  nie  miał  też  o  sobie  opinii 

kochanka, o którego kobiety mogą walczyć. 

A teraz robił to z Kati... 

Jej ręce zdarły z niego spodnie. Nie traciła nawet czasu na rozpinanie paska. Wsunęła 

jego męskość tam, gdzie chciała. Tam, gdzie i on pragnął się znaleźć. 

Teraz główną rolę przejęły instynkty. 

Noc była pogodna, gwiaździsta. 

Anastas obejmował Kati tak jak Grigorij Antonię, kiedy zostawiał ich w szałasie. Kati 

obciągnęła spódnicę, on odrobinę poprawił spodnie. 

U nasady włosów perlił jej się pot. 

Anastas  spostrzegł  to,  gdy  odgarnął  jej  grzywkę.  Chciał  wiedzieć,  jak  wygląda  z 

włosami ułożonymi w taki sposób. Chciał poznać całą jej twarz. 

- Jesteś piękna - powiedział. - Najpiękniejsza ze wszystkich, jakie znam. 

W tych słowach zabrzmiała wielka powaga. 

Kati przyjęła je z uśmiechem. Polubiła jego dłonie. Obdarzały ją takimi przyjemnymi 

pieszczotami. 

Takie ręce jak jego nie mogą bić, przeleciało jej przez głowę. Uznała, że nie byłby z 

niego  dobry  żołnierz  ani  wojownik.  A  mimo  to  miał  w  sobie  tyle  nieodgadnionego. 

background image

Wiedziała, że i on się ukrywa. Wiedziała, że jest wyjęty spod prawa,  chociaż jej o tym nie 

mówił. 

Nie potrafiła jednak wyobrazić go sobie w tej roli. On był za miękki. Wydawał się za 

słaby. 

Co  innego  Grigorij.  Ten  miał  wokół  ust  wypisaną  jakąś  brutalność.  Coś,  co  Kati 

widziała u wielu innych mężczyzn. 

Anastas tego nie miał. On był dobry. 

-  Byłaś  wspaniała  -  powiedział  jej  cicho.  Nie  bał  się  już  mówić.  Nie  drżał 

przestraszony na najmniejsze tchnienie wiatru w koronach drzew, na odgłos gałęzi szorującej 

po suchym pniu. 

- Najwspanialsza, jaką miałem. 

Kati  nic  nie  mówiła.  Tylko  się  uśmiechała.  Zamknęła  oczy.  Nie  lubiła  rozmawiać  o 

tym, co właśnie przeżyła. 

Co było, to było. 

Ten moment już się skończył. 

Nie lubiła ważyć i mierzyć. Nie lubiła być mierzona i ważona. 

Leżała  z  podciągniętymi  kolanami,  starając  się  trzymać  pośladki  uniesione  lekko 

ponad ziemią, ale tak, by on tego nie zauważył. Próbowała się rozluźnić, jednocześnie mocno 

zaciskając  wszystkie  mięśnie  tam,  na  dole.  Wstrzymywała  jak  potrafiła  najlepiej.  On  miał 

tego nie dostrzec. 

Była dobra. 

On  też  był  dobry.  Kiedy  już  zrozumiał,  czego  pragnęła.  Nie  każdy  mężczyzna 

pozwalał  się  prowadzić.  Niektórzy  wiedzieli  wszystko  o  kobietach.  Wiedzieli  wszystko  o 

kryciu  kobiet.  Robili  to z  taką  brutalnością,  że  później  przez  kilka  dni  chodzenie  sprawiało 

ból. 

Kati znała kilku takich. 

Znała  również  takich,  którzy  się  bali.  Takich,  którzy  nigdy  nie  pozwalali  sobie  na 

pełne  rozprężenie  z  wyjątkiem  tych  kilku  sekund  szczytowej  rozkoszy.  Później  się 

wycofywali i odchodzili, odwracając wzrok. 

Matka mówiła jej, że ma utrzymywać płyny. Powinna leżeć z uniesionymi biodrami i 

nie  puszczać  Anastasa  aż  do  rana.  Nie  powinna  wstawać  przed  nadejściem  świtu,  a  nogi 

trzymać uniesione do góry. 

Gdyby zechciał, powinna go przyjąć kilka razy. 

Kati nie wiedziała, czy do tego dojdzie. 

background image

Anastas  był  dziwny,  w  taki  niezwykły  dobry  sposób.  Głaskał  ją  po  policzkach,  jak 

gdyby miał do czynienia z dzieckiem. W oczach błyszczały mu łzy, a w uśmiechu szczęście. 

Naprawdę ją kochał. On ją szanował. 

To było dziwne. 

Niewielu przed nim obdarzało ją szacunkiem, a w każdym razie na pewno nie dlatego, 

ż

e ona była Kati. Większość z nich się jej bala, ponieważ należała do rodziny szamana. 

Anastas  był  taki  prostolinijny.  Widziała,  że  ma  wyrzuty  sumienia.  Ze  wolałby 

poczekać, aż nad ich głowami zostanie odmówione błogosławieństwo. 

Dziwak. 

Kati czuła, że bardzo go polubiła. Było to nawet silniejsze niż sympatia. Nie marudził, 

nie dopytywał się jej, co czuje. O nic nie pytał. Przecież w powietrzu dawało się wyczuć, że 

ona pragnie go poślubić, tymczasem on nigdy nie spytał jej, jakie ma ku temu powody. 

Nigdy nie była przez nikogo tak bezwarunkowo kochana. Innych kochali rodzice, ona 

od  swoich  nie  otrzymała  takiej  miłości.  Jej  rodzice  stawiali  wymagania,  dopiero  potem 

obdarzali  ciepłem.  Kati  zaś  zawsze  miała  wrażenie,  że  przed  czymś  się  wstrzymują,  że 

pozbawiają ją czegoś, co jest ważne. Ze nie stanie się w pełni człowiekiem, dopóki nie dowie 

się, co to jest, i jakie to uczucie. 

Tym właśnie obdarzył ją Anastas. 

Uczynił ją pełną. 

Kati nie wiedziała, czy jest dla niego tym samym. Tyle wciąż było niejasności, co do 

tylu rzeczy nie mogła mieć absolutnej pewności. 

Ale noc była pogodna, gwiaździsta. 

- Dlaczego pojechałaś na południe? - spytał Anastas, pieszcząc jej ucho. 

W głowie utkwiła mu szalona myśl, że musi się nauczyć tej dziewczyny na pamięć. 

- Przecież wiedziałaś, że wrócę - ciągnął. - Musiałaś zauważyć, że zaczynam mięknąć, 

ż

e mój opór słabnie. Musiałaś się domyślać, że wrócę po to, by poprosić cię o rękę... 

- Nie mogłam tego wiedzieć - odrzekła ta, która wiedziała tak wiele. - Byłam sama. 

Pojawił się Dimi. Nie mogłam odmówić tego, o co mnie prosił. Był moim bratem. Starszym 

ode mnie. Oczywiście musiałam być mu posłuszna. 

To  mówiła  uległa  Kati.  Nie  rozpoznawał  jej  w  owej  rozpalonej  kobiecie,  z  którą 

kochał się tak namiętnie. 

- Dimi prosił, żebym wróciła do domu - ciągnęła Kati. - Mówił, że tu jestem bardziej 

potrzeba niż tam na północy. Uznałam, że to matka i ojciec go przysłali. Sądziłam, że to ich 

ż

yczenie. A rodziców przecież trzeba słuchać. 

background image

- Żałuję, że nie zostałaś. 

-  Ale  przecież  ty  przyjechałeś  -  uśmiechnęła  się  do  niego.  -  Przyjechałeś  i  teraz 

jesteśmy już razem, Anastas. Nie ma sensu wracać do tego, co należy do przeszłości. I tak nie 

możemy  tego  odmienić.  Nie  będzie  inaczej.  Rzeczywistości  nie  da  się  zmienić,  nawet 

gdybyśmy tego bardzo chcieli. Żadne pragnienia nie są na to dostatecznie silne. 

Wykazywała  się  mądrością,  która  go  zaskoczyła.  W  krótkich  przebłyskach 

wykazywała  się  mądrością  starej  kobiety.  To  niezwykłe  jak  na  tak  młodą  dziewczynę. 

Nieustannie się zmieniała. Pozostawała taka sama zaledwie na krótką chwilę. 

Nie potrafił zrozumieć Kati. 

Ale wpadł już w jej sieci. Śmiertelnie pociągały go te jej nieoczekiwane zmiany. Była 

niczym wiosna na wybrzeżu. Nieobliczalna, lecz nigdy nudna. 

- Nie mam ochoty cię puścić - mruknął i pocałował ją w czoło. 

Leżała  na  plecach,  a  on  przysunął  się  do  niej  jeszcze  bliżej.  Tulił  ją  mocno,  bardzo 

mocno, lecz w każdej chwili gotów był się od niej oderwać. Gotów był wrócić do szałasu i 

słuchać tak różniących się rytmem oddechów Grigorija i Antonii. 

Nie mógł spać w taką noc. Nie po tym, jak trzymał Kati w ramionach. 

- Nie mam ochoty od ciebie odchodzić, Kati. Pragnę cię obejmować również wtedy, 

gdy się zbudzę. Chcę czuć zapach twoich włosów, kiedy przebudzę się nocą... 

- Nie musisz ode mnie odchodzić - szepnęła. 

Anastas  nagle  oprzytomniał.  Uniósł  się  na  łokcia  Zapatrzył  na  nią.  Musiał  się 

przekonać, czy Kati mówi poważnie. Zapewne mówiła przez sen, inaczej być nie mogło. Nie 

mógł  jej  usłuchać,  odkryją  ich  przecież,  a  Judin  natychmiast  odrzuci  go  jako  kandydata  na 

zięcia. 

- Dosypałam im pewnego proszku do herbaty - szepnęła. - Tej nocy będą mocno spać. 

Uśmiechała  się  przy  tym  niewinnie.  Anastas  nie  pojmował,  jak  mogła  być  tak 

przebiegła. 

- Dziś w nocy możemy spać tutaj, Anastas. Razem. Na pewno nie będzie tak chłodno, 

ż

ebyśmy zmarzli. Słońce zbudzi nas w porę... 

Pozwolił się przekonać. To takie kuszące. A noc była pogodna, gwiaździsta. 

background image

11 

O  świcie  przekradli  się  z  powrotem  do  obozowiska.  Było  już  tak  jasno,  że  nie 

zdołaliby  się  skryć  przed  czujnym  spojrzeniem.  O  dziwo  jednak,  w  obozie  panował 

niezwykły spokój. Może istniały jakieś dobre moce, które trzymały ich stronę? 

Anastas  nie  mógł  otrząsnąć  się  z  oszołomienia.  Był  bardzo  szczęśliwy.  To  takie 

cudowne uczucie trzymać ją za rękę,  a przebudzenie się wraz z nią było niczym spełnienie 

snu.  Cóż  z  tego,  że  trochę  przemarzł  w  ciągu  nocy?  To  tylko  dostarczyło  mu  powodu,  by 

jeszcze mocniej tulić Kati, by przysunąć się jeszcze bliżej do dziewczyny. 

Rozdzielili  się  w  lesie  za  szałasami.  Przeciągali  chwilę  rozstania.  Ręce  nie  chciały 

wyrwać się z uścisku, jeszcze skradli kilka pospiesznych pocałunków, przelotnych pieszczot. 

- Kocham cię, Kati - powiedział Anastas. - Bardziej niż kiedykolwiek. 

Uśmiechnęła  się.  Uśmiech  Kati...  Takiego  uśmiechu  nie  miał  nikt  inny  na  świecie. 

Należał wyłącznie do niej. 

-  Idź  już  teraz  -  poprosiła  cicho,  odsuwając  jego  rękę.  Sama  zaczęła  się  cofać,  nie 

spuszczając  wzroku  z  Anastasa.  W  jej  oczach  zabłysła  żartobliwa  pieszczota,  kiedy 

zdmuchnęła mu z dłoni pocałunek. 

Piersi Anastasa mało nie rozsadziło szczęście. Był tak szczęśliwy, że mógłby ulecieć 

ponad wierzchołki drzew. 

Potykając się, wsunął się do szałasu. Nie sądził jednak, by ktokolwiek na polanie go 

dostrzegł.  Chociaż,  prawdę  powiedziawszy,  nie  tracił  czasu  na  to,  by  bacznie  się  rozejrzeć. 

Wolał myśleć, że to bardzo niezwykły poranek. 

Ptaki  ledwie  zdążyły  strzepnąć  piórka,  nic  więc  dziwnego  chyba,  że  strażnicy  nie 

zmienili się jeszcze na posterunkach. Ogniska również nie rozpalano o tak wczesnym świcie. 

Grigorij  nie  spał.  Rozniecił  ogień  na  palenisku.  Anastasowi  przez  głowę  przeleciała 

myśl, że Grigorij nie powinien się tym zajmować na własną rękę, nie był jednak w stanie się 

na  niego  rozgniewać.  Zresztą  w  wypadku  Grigorija  nic  by  to  również  nie  pomogło. 

Odniosłoby taki sam skutek, jak próby dodawania wody do masła. Grigorij, kiedy nie chciał, 

nie słuchał. 

-  Dobrze  się  miewasz?  -  spytał  Grigorij.  Mówił  cicho,  lecz  w  jego  głosie  nie 

wyczuwało się tonu oskarżenia. 

- Tak. 

- Wciąż chcesz się z nią ożenić? 

background image

- Tak. 

- A ona? Cóż to za pytanie? Czyżby Kati miała zmienić swoją decyzję? Z powodu tej 

nocy? 

- Oczywiście - odparł Anastas z irytacją. - Prosiła, żebym ją stąd zabrał. Sądzisz, że 

bezpiecznie będzie dla mnie wyruszyć na zachód? Nie do domu, ale przynajmniej za góry... 

-  Pewnie  już  tam  o  nas  zapomnieli  -  stwierdził  Grigorij  głosem,  w  którym  dało  się 

słyszeć  zmęczenie.  -  Pewnie  ścigają  tam  teraz  innych  przestępców,  nie  uważasz?  Albo 

prowadzą  jakąś  wojnę.  Czy  nie  z  Turkami  właśnie  walczą?  A  może  się  mylę?  Z  tego  co 

wiem, ta wojna już się skończyła. Tak, na pewno możesz wyruszyć na zachód, Anastas. Jesteś 

za młody, żeby się tutaj zakopać. 

Nie mówił nic o Kati. A to, zdaniem Anastasa, było dość osobliwe. Ale pewnie tylko 

on pragnął wymawiać jej imię w każdym oddechu. Właściwie nic dziwnego, że Grigorij nie 

odczuwał takiej samej potrzeby. 

-  Na  twoim  miejscu  nie  wspominałbym  ani  Judinowi,  ani  Glikerii  o  tym,  że 

zamierzasz zabrać Kati na zachód - powiedział Grigorij. 

- Myślisz, że ona sama im o tym nie powie? 

- Nie - odparł Grigorij. - Kati to mądra dziewczyna. Sądzę, że ostatnio widziała to i 

owo, czego nie widziało żadne z jej rodziców. 

Grigorij nabrał oddechu. 

- Nie bierz sobie tak bardzo do serca tego, o czym wczoraj mówiła Antonia. 

- Ja w to ani trochę nie wierzę! - wykrzyknął Anastas ze wzburzeniem. Głos lekko mu 

przy  tym  drżał,  co  było  do  niego  bardzo  niepodobne.  Anastas  nie  ulegał  łatwo  wielkiemu 

wzburzeniu.  Do  tej  pory  żył  ukryty  w  swoim  wnętrzu.  To  Kati  przebudziła  w  nim  ochotę 

przeżywania  życia  w  pełni,  odbierania  zmysłami  i  napełniania  dni  czymś  więcej  niż  tylko 

tym, co niezbędnie konieczne. 

Grigorij udał, że nie słyszał wybuchu Anastasa. 

-  Bez  względu  na  to,  co  Kati  robiła  wcześniej,  właśnie  to  uczyniło  z  niej  tę  osobę, 

którą jest dzisiaj. 

A taką ją pokochałeś, Anastas. Bez względu na to, jak wcześniej wyglądało jej życie, 

nie masz powodu, by ją potępiać. Rozumiesz mnie? Kati bez względu na wszystko pozostanie 

Kati.  Jeśli  kochasz  tę  Kati,  którą  widzisz  dzisiaj,  to  nic,  co  tkwi  w  przeszłości,  nie  może 

zniszczyć tego uczucia. Nie masz prawa do jej przeszłości, podobnie jak ona do twojej. Bez 

względu na to, co zrobiła bądź czego nie zrobiła, nie możesz jej o nic obwiniać. Nie masz też 

prawa pytać, dlaczego tak się stało. Musisz ufać, że miała swoje powody. Musisz zamknąć 

background image

uszy  na  plotki,  one  cię  nie  dotyczą.  To  przeszłość.  Jeśli  kochasz  Kati,  nie  wolno  ci  o  tym 

zapominać.  Jeśli  naprawdę  ją  kochasz,  coś,  co  wydarzyło  się  wczoraj,  nie  może  cię  z  nią 

rozdzielić.  To,  co  uczyniła  wczoraj,  nie  jest  zdradą  wobec  ciebie,  Anastas.  Czy  jesteś 

dostatecznie wielkoduszny, by się z tym uporać? Czy naprawdę kochasz ją tak bardzo? 

Anastas  poczuł,  że  w  ustach  mu  zaschło.  W  każdym  razie  nagle  zrozumiał  głębię 

miłości Grigorija: on właśnie tak kochał Antonię, bez odrobiny wymagań i zazdrości. 

Nie wierzył w to, co usłyszała Antonia. Nie wierzył w to ani trochę. 

Kati nie była taka. 

Znał Kati. Kochał ją, ona nie była taka. 

Czy  kochał  ją  na  tyle  mocno,  że  nie  miałoby  to  znaczenia,  gdyby  mimo  wszystko 

okazało się prawdą? 

Czy potrafił być aż tak wielkoduszny? 

Nie  musiał  zajmować  stanowiska.  Nie  przypuszczał,  by  Grigorij  spodziewał  się 

jakiejkolwiek odpowiedzi na swoje pytanie. Anastas jednak pragnął odpowiedzieć. Z uwagi 

na samego siebie. 

Przypuśćmy, że to prawda. 

Nie! 

Przypuśćmy, że to, co wydawało się niemożliwe, jest jednak prawdą. Czy myślałby o 

jej przeszłości? 

Oczywiście, że by myślał! 

Grigorij  twierdził,  że  nie  ma  do  tego  prawa.  Zdaniem  Grigorija,  nie  kochałby  Kati, 

gdyby pozwolił, aby coś to dla niego znaczyło. 

Ale nie chciał zostać wykorzystany! 

Nie  był  rozpłodowym  ogierem.  Nie  chciał,  by  wykorzystywano  go  w  tej  roli.  Nie 

chciał  być  oglądany  i  oceniany  na  wszystkie  możliwe  sposoby,  nim  uznają  go  w  końcu  za 

godnego, by pokryć klacz. 

Anastasa przeszył dreszcz. 

Czy właśnie przed chwilą tego nie zrobił? 

Przez tydzień go poznawali. Matka Kati i sam Judin. Rozmawiali z nim i oceniali go. 

Wcale się nie spieszyli. On krążył wokół Kati, starając się pokazać od jak najlepszej strony. 

Nie powiedział ani nie zrobił nic, co mogłoby odwrócić ich sympatię. Nie chciał zmarnować 

ż

adnej, nawet najmniejszej szansy. 

Prawdopodobnie zdołał przejść przez ucho igielne. 

Ta noc... 

background image

Nie, nie mógł tak myśleć. Przecież kochał Kati, pragnął zabrać ją ze sobą na zachód. 

Chciał  się  z  nią  ożenić  i  uciec  z  tej  krainy  pełnej  przesądów  i  zabobonów.  Pragnął  wieść 

spokojne, zwyczajne życie, mieć niedużą zagrodę, gdzie hodowałby konie... 

-  Kocham  Kati  -  oświadczył  stanowczym  głosem.  -  Nie  obchodzi  mnie,  co  się 

zdarzyło  wcześniej,  lecz  nawet  gdyby  okazało  się  to  prawdą,  i  tak  nie  ma  to  żadnego 

znaczenia... 

W każdym razie powiedział te słowa na głos, choć miały zdecydowanie gorzki smak. 

Anastas nie wiedział, czy kłamie. Po prostu musiał tak powiedzieć. Grigorij nie może odnieść 

wrażenia, że mniej ma w sobie mężczyzny niż on. 

Więcej do tej sprawy nie wracali. 

W  obozie  tego  dnia  zapanował  niezwykły  nastrój.  Może  stało  się  tak  za  sprawą 

pogody?  Do  tej  pory  dni  były  promiennie  piękne,  niebo  jasnobłękitne,  letnie,  dużo  słońca. 

Teraz nad lasem zebrały się gęste, szare chmury. Byli jakby zamknięci w ciasnej przestrzeni. 

Chmury się zniżyły, unosiły się ledwie ponad wierzchołkami drzew. Całkowicie przesłoniły 

niebo. 

Nie  było  jednak  zimno.  Raczej  ciepło  i  duszno.  Panowała  taka  wilgoć,  że  ubrania 

ciążyły i wszyscy zlewali się potem. 

Duchota. 

Antonia  wciąż  była  senna.  Musieli  ją  zbudzić,  kiedy  nastał  dzień,  ale  ona  mogłaby 

dalej spać. Całe ciało wciąż jej ciążyło. Bolały wszystkie stawy. 

- Mam wrażenie, jakbym wczoraj cały dzień ścinała drzewa - zażartowała. 

Glikeria na widok Antonii przy ognisku na środku polany wydawała się zdumiona. 

- Zdjęłaś bandaże - stwierdziła. 

- Przesiąkły - natychmiast odparła Antonia. - Ręce mnie bolały, kiedy się obudziłam. 

Chyba  właśnie  przez  to  nie  mogłam  spać.  Inaczej  spałabym  przez  tydzień.  Wrzuciłam 

bandaże w ognisko. 

Antonia poruszyła palcami i pokazała dłonie Glikerii. 

- Dobrą maść mi dałaś - powiedziała. - Widzisz, jak się goją? 

Glikeria  nie  zaproponowała  Antonii  dalszej  kuracji.  Odebrało  jej  mowę.  Jej  oczy 

długo spoczywały na Antonii, pełne wątpliwości i badawcze. Wystraszył się nawet Anastas. 

Antonia  nabrała  już  teraz  pewności,  że  w  ogóle  nie  planowano,  by  kiedykolwiek 

więcej miała się obudzić. Może to ona była tą ofiarą, którą zamierzali złożyć Jumali? 

Teraz zaś Glikeria straciła pewność siebie. 

Mimo wszystko to krzyk Jumali ocalił Antonię od pewnej śmierci. 

background image

Być może nie uprzedzili bogini,  co zamierzają uczynić z Antonią. Wskazywał na to 

wyraz twarzy Glikerii i jej wątpliwości. Nie poradzili się Jumali. 

Tymczasem  Antonia  wciąż  żyła  i  wciąż  pamiętała,  co  zdarzyło  się  dzień  wcześniej. 

Być  może  nie  z  taką  samą  jasnością,  jak  jeszcze  przed  zaśnięciem,  lecz  najistotniejsze 

szczegóły zatrzymały się w jej pamięci. A rany już zaczęły się goić. 

Glikeria wyraźnie się wystraszyła. Pojęła, że ta obca kobieta znajduje się pod ochroną 

mocy wyższej, aniżeli się tego spodziewali. Chroniła ją bogini Glikerii. 

-  Co  tu  się  będzie  dzisiaj  działo?  -  dopytywała  się  Antonia  na  widok  dwóch 

strażników,  przygotowujących  jeszcze  jedno  ognisko.  Nieśli  również  dwie  zwierzęce  tusze. 

Jasne  było,  że  zamierzano  je  upiec  nad  ogniem,  przywiązali  je  bowiem  do  dwóch  pozba-

wionych wcześniej gałęzi pniaków młodych drzew w taki sposób, by zwierzęta znalazły się 

dość wysoko nad ogniem. 

- Czy będzie jakaś uczta? Czy to jedno z waszych świąt? 

Glikeria pokręciła  głową. Znów się uśmiechała,  rym uśmiechem, który krył w sobie 

tajemnice nie do przeniknięcia. 

-  To  żadne  takie  święto  -  powiedziała.  -  Ale  miałaś  przecież  dzisiaj  podziękować 

Jumali. Zapomniałaś już o tym? Przecież wczoraj otrzymałaś życie w podarunku! 

Dzisiaj również, pomyślała Antonia z goryczą, ale pokiwała głową, udając, że wierzy 

słowom szamanki. 

- Będziemy również świętować z innego powodu - oznajmiła Glikeria. Patrzyła teraz 

na Anastasa. - Judin odda dzisiaj Kati Anastasowi za żonę. 

Antonia  zdumiona  popatrzyła  na  Anastasa.  Wyglądał  na  równie  zaskoczonego  jak  i 

ona. Powstrzymała się więc od pytania, dlaczego ich o tym nie uprzedził. 

On również o niczym nie wiedział. 

- Ogromnie się z tego cieszę - rzekł wreszcie.  Upłynęła dobra  chwila, nim odzyskał 

mowę. 

- My również - powiedziała Glikeria z nieoczekiwaną życzliwością. - Kati jest naszym 

jedynym dzieckiem. Nie chcieliśmy jej oddawać pierwszemu lepszemu mężczyźnie. Wygląda 

jednak na to, że ty na nią zasługujesz. Sądzimy, że będziesz potrafił się nią zająć jak najlepiej. 

Staniesz  się  godnym  jej  mężem.  Damy  wam  ziemię  i  zagrodę.  Niczego  wam  nie  będzie 

brakować... 

- Ale... - zająknął się Anastas. Grigorij szturchnął go w bok. Anastas umilkł. 

Wciąż przełykał ślinę, ale cały czas miał sucho w ustach. Za nic na świecie nie był w 

stanie  ich  nawilżyć.  Tyle  kawałeczków  zagadkowej  układanki  nagle  zaczęło  do  siebie 

background image

pasować. Nie chciał, by tak nim rządzono. Właśnie w taki sposób obchodzono się z końmi, 

sam przecież to robił. Z początku wabiło się je pieszczotami, a potem używało ciężkiej ręki. 

Ale  on  przecież  nie  był  koniem.  Nie  był  dzikim  ogierem,  którego  można  ujeździć  i 

oswoić. 

-  Takie  dary  zawsze  trudno  jest  przyjąć  -  rzekła  Glikeria  z  uśmiechem,  który  był  w 

istocie  matczyny.  -  Musisz  jednak  zrozumieć,  że  my  po  prostu  pragniemy  dla  Kati 

wszystkiego,  co  najlepsze.  Nie  pozwolimy,  by  zadowoliła  się  czymś  pomniejszym.  Musisz 

pojąć, że chcemy się o nią zatroszczyć jak najlepiej. Tacy już są rodzice. A ona jest ostatnią z 

naszego rodu. Wszystkie nasze nadzieje są związane z Kati. Damy wam podstawy bytowania, 

a już od was będzie zależało, co z tym zrobicie. To nie jest dobroczynność, to podarek z rąk 

matki i ojca, którzy mają tylko to jedno jedyne dziecko. Pragniemy jej to ofiarować. Tak jak 

oddajemy ją pod twoją opiekę, Anastas. Chwila taka jak ta jest niezwykle trudna dla matki i 

ojca.  I  ciężko  jest  dać  córkę  mężczyźnie  nie  pochodzącemu  z  naszego  ludu.  Nie 

wywodzącemu  się  z  rodu,  który  znamy.  Takiemu,  który  nawet  nie  wyznaje  naszej  wiary. 

Robimy to jednak, ponieważ uważamy, że jesteś jedynym człowiekiem, który będzie w stanie 

uszczęśliwić Kati. 

To była długa przemowa i brzmiała tak, jak gdyby każde wypowiadane przez Glikerię 

słowo było samą tylko prawdą. Anastas jednak nie mógł się oprzeć wątpliwościom. 

Oni go do siebie przywiązywali. Darowali mu gospodarstwo, zapewniając, że będzie 

należało  do  niego.  Oddawali  mu  Kati,  ale  wciąż  mocno  ją  trzymali,  równie  mocno  jak 

dotychczas. O, nie, nie zamierzali zrezygnować ze swojej boskiej córki. To ona była nadzieją 

rodu.  On  tylko  środkiem,  dzięki  któremu  ród  miał  przetrwać.  Kati  nie  była  w  stanie 

samodzielnie spłodzić dziecka. 

Anastas poczuł, jak w jego wnętrzu zaciska się bolesny węzeł. 

Ale  przynajmniej  chcieli  oddać  mu  rękę  Kati.  Przynajmniej  więc  w  ich  rozumieniu 

zostanie jego żoną. On jednak nie poczuje się prawdziwie żonaty. 

Postanowił mimo wszystko, że pozwoli im przeprowadzić tę ceremonię, chętnie na to 

przystanie.  Poślubi  Kati.  Kocha  Kati.  Będzie  udawał,  że  zgadza  się  na  wszystko,  czego  od 

niego żądają. 

A gdy nadarzy się odpowiednia okazja, ucieknie razem z nią. Pojął już, że nie będzie 

to zwyczajne pożegnanie i zwykły wyjazd. Znów będzie musiał uciekać. 

A potem poślubi Kati naprawdę. 

Uwolni ją od tych szponów, w których trzymali  ją rodzice. Ona nigdy nie dorośnie, 

jeśli nie puszczą jej od siebie. 

background image

- Co się teraz będzie działo? - spytał. To było bardzo dziwne: za chwilę miał wystąpić 

w roli pana młodego, a tymczasem nie miał świadomości, co go czeka. 

Glikeria uśmiechnęła się. 

-  Judin  i  Kati  poszli  po  Jumalę  -  powiedziała.  Antonii  dech  zaparło  w  piersiach.  W 

jednej chwili nabrała ostatecznego przekonania, że nie miała być świadkiem tego, co będzie 

się działo. Tak też by się stało, gdyby wszystko potoczyło się wedle planu Glikerii i jej męża. 

Dla Judina widok Toni z całą pewnością okaże się szokiem. 

-  Nie  możemy  urządzić  takiego  wesela,  jakie  obchodzimy  zazwyczaj  -  powiedziała 

Glikeria szybko, niemal przepraszając. - Nie mamy możliwości sprowadzenia tu kogokolwiek 

z naszej rodziny. Nie możemy wyprawić tak hucznego wesela, na jakie  zasłużyła Kati. Ale 

ś

lub tak czy owak będzie ważny, Anastas. W naszym rozumieniu będzie obowiązywał aż do 

ś

mierci. 

Po chwili milczenia dodała: 

-  Gdy  nadejdzie  czas,  który  pozwoli  nam  wrócić  do  miasta,  trzeba  będzie  połączyć 

was  również  w  kościele.  Nie  oznacza  to,  że  zamierzamy  ugiąć  kolana  przed  bogiem,  w 

którego  nie  wierzymy.  Nie  możemy  was  jednak  narażać  na  niepotrzebne  pytania  i  niebez-

pieczeństwo. Kobietę, która bez ślubu żyje z mężczyzną, wysyła się do klasztoru, wtrąca się 

do więzienia. Mężczyzna zaś musi płacić surowe grzywny. Nie możemy narażać na to Kati. 

Anastas  pokiwał  głową.  Rozumiał.  Ale  oświadczenie  Glikerii  sprawiło  mu  również 

ulgę. 

- Wówczas też będziemy mogli wyprawić ucztę - ciągnęła Glikeria z rozmarzeniem w 

oczach. - Wtedy zaprowadzicie już porządek u siebie i będzie można zaprosić całą rodzinę... 

I  znów  układała  plany  dotyczące  Kati  i  jego.  Nie  zamierzała  zrezygnować  z  władzy 

nad córką. Kati przez całe życie miała trzymać się matczynej spódnicy. 

Anastas czuł narastającą bezradność, lecz budził się w nim również gniew. 

Nie  zamierzał  pozwolić  im  na  wszystko,  czego  chcieli.  Nie  wiedzieli  jeszcze,  kogo 

wybrali na męża dla swojej córki. Wydawało im się, że dobrze go znają, lecz przekonają się, 

ż

e potrafi jeszcze ich zaskoczyć. Jest na to dostatecznie przebiegły. 

- Muszę chyba zmienić koszulę - stwierdził Anastas, wstając. Nic jeszcze nie jadł, ale 

nie czul głodu. - Nie chcę być brudny, kiedy będę brał ślub z Kati. 

- Tuż za szałasami jest strumień. Znajdziesz go, jak pójdziesz prosto i nie zabłądzisz 

na inne ścieżki - powiedziała Glikeria. 

Najwyraźniej  piła  do  Antonii.  Ona  jednak  postanowiła  nie  zwracać  uwagi  na  jej 

przycinki. 

background image

- Dzisiaj nie zabłądzę za nic na świecie - obiecał Anastas. 

Uśmiechał  się  przy  tym  tak  szeroko,  że  na  ten  widok  Glikerii  zdawało  się  mięknąć 

serce. Szczera twarz chłopaka była tak piękna. I nic nie pozwalało wątpić, że naprawdę kocha 

Kati. To musiało poruszyć serce każdej matki, a Glikeria również była matką. Wprawdzie w 

jej życiu najbardziej liczyła się wiara, lecz od matczynych uczuć nie mogła uciec. 

- Skąd taki pośpiech? - Antonia spytała Grigorija ściszonym głosem. 

Glikeria  pozostawiła  ich  samych  sobie  przy  ognisku.  Nigdy  tego  nie  robiła,  widać 

jednak czekało na nią dużo innych zajęć. 

Pomimo  wszystko  mająca  nastąpić  ceremonia,  oznaczała  dla  niej  prawdziwy  ślub 

Kati. Kościelny ślub, który będzie musiał odbyć się później, dla zachowania pozorów przed 

otoczeniem, dla nich zupełnie się nie liczył. 

- Anastas spał tej nocy z Kati - odparł Grigorij. - A oni w tej rodzinie chcą mieć dzieci 

z prawego łoża. Spłodzone w prawym łożu. - Skrzywił się przy tym. - Nie bardzo wiem, czy 

dobrze zrozumiałem, ale gdy wczoraj się zgubiłaś, Antonetto, moja ty nieszczęsna ptaszyno, 

to niepokoiło ich również coś innego. Stałem dość blisko Judina, gdy jeden z jego strażników 

składał mu raport. Mną się najwyraźniej nie przejmowali. Gdy człowiek jest ślepcem, wszyst-

kim  się  wydaje,  że  jednocześnie  jest  głuchy.  Na  dobrą  sprawę  staje  się  niewidzialny...  - 

Musiał  zrobić  przerwę.  -  Odnoszę  wrażenie,  że  po  lasach  krąży  jakiś  patrol.  Jest  gdzieś 

niedaleko stąd. Oni wydają się bardzo wystraszeni. Judin mówił coś o odejściu z tego miejsca, 

o przeniesieniu Jumali głębiej na bagna. Muszą ją mieć w pobliżu, żeby w razie konieczności 

wraz z nią uciekać. 

- Nie mogłam być zbyt daleko od skarbca... Antonię przeszedł dreszcz. 

- To prawda - przyznał Grigorij. - Kocham cię, moje dziecko. Nie wiem, co się teraz z 

nami  stanie,  Antonio.  Mam  nadzieję,  że  uda  nam  się  stąd  wyrwać,  nim  do  czegoś  dojdzie. 

Mam nadzieję, że będą się starali odesłać Kati i Anastasa z powrotem do miasta i że dlatego 

tak im się spieszy z tym ślubem... Może i nas też puszczą. Nie zdołają zatrzymać Anastasa, 

jeśli nas spotka coś złego. 

Antonia zadrżała. 

- Ach, wejść w taką rodzinę! Nie wiem, czy jeszcze lubię Kati... 

-  Kati  nie  jest  temu  winna  -  oświadczył  Grigorij  wielkodusznie.  -  Ona  się  w  tym 

urodziła. Nie możesz nie lubić kogoś tylko za to, że przyszedł na świat w takiej a nie innej 

rodzinie. Człowiek nie wybiera sobie rodziców, moja kochana. Traktuj raczej Anastasa jako 

jedyną szansę Kati na wyrwanie się stąd. Wygląda na to, że ona tego pragnie. Jak gdyby nie 

czuła się tu już najlepiej. Jak gdyby ochrona i błogosławieństwo Jumali naprawdę jej ciążyły. 

background image

- On ją rzeczywiście kocha - słabym głosem powiedziała Antonia. - Jeszcze nigdy nie 

widziałam tego chłopaka w takim stanie. Kati jest dla niego ważniejsza nad życie. Nie będę 

wobec tego nikogo potępiać. Ale obawiam się o naszą przyszłość. Boję się dzisiejszego dnia. 

Czy ty nie czujesz, jakie ciężkie jest powietrze, Grigorij? Coś jakby nas okrążało. Coś poza 

tym  ciepłem  i  wilgocią,  coś,  od  czego  wszystko  robi  się  lepkie  i  duszne.  Boję  się  tej  ciszy 

dookoła. Mam wrażenie, jakby las również czekał, że coś się stanie... 

- Gdybyś była w jakimś innym miejscu, uważałabyś, że jest ciepły, przyjemny dzień. 

Może nieco pochmurny, ale przecież do zniesienia - uśmiechnął się Grigorij. - Czy mogę być 

weselnym gościem, tak jak wyglądam? - spytał. - Jesteś kobietą, znasz się na takich rzeczach. 

Antonia  przeczesała  mu  włosy,  ogoliła  go.  Ręce  jej  się  trzęsły,  lecz  ani  razu  go  nie 

zacięła.  Nóż  musiała  zwrócić  Glikerii.  Wcześniej  musiała  o  niego  prosić.  To  było  bardzo 

upokarzające. 

W obozie panowała cisza. Wszystko było ciche. Antonia, Grigorij i Anastas czekali. 

Anastas  naciągnął  skórzane  spodnie.  Nie  były  one  być  może  zbyt  uroczyste,  lecz  o 

wiele  czyściejsze  od  tych,  w  których  chodził  niemal  nieprzerwanie  od  czasu,  gdy  opuścili 

okolice  na  północy  u  ujścia  Obu.  Koszula,  którą  w  nie  wsunął,  była  czysta.  Trochę 

pognieciona i z ledwie widocznymi łatami na łokciach, lecz rękawy miała tak szerokie, że łaty 

na pewno znikną wśród fałd. Dostał też od Antonii chustkę, którą przewiązał się w pasie. Na 

nogach zatrzymał buty do konnej jazdy, w innym obuwiu nigdy się dobrze nie czuł. Odkąd 

samodzielnie zrobił pierwsze kroki, zawsze chodził w butach do konnej jazdy. 

Zresztą nikt inny nie będzie tu dzisiaj lepiej ubrany. 

Wiele razy dorzucali torfu do ogniska. Kawałki nie były zupełnie suche, ogień trzaskał 

nieco, nim się porządnie rozpaliły. 

Antonia  od  czasu  do  czasu  podchodziła  do  mięsiwa  i  obracała  je.  Nie  było  nikogo 

innego, kto by dopilnował, żeby się nie spaliło. Uznała to niemalże za swój obowiązek. 

Glikeria gdzieś zniknęła, rozpłynęła się w powietrzu. 

Nigdzie też nie było widać strażników. 

Wszelkie życie w obozie jakby zamarło. Zostali w nim jedynie oni. Nikt inny. 

- Gdyby nie był to taki wielki dzień - rzekł Grigorij, uśmiechając się nieco krzywo - 

mogłaby to być niezła okazja do ucieczki. 

- Nie jesteśmy tu więźniami - zaoponował Anastas. 

-  Doprawdy?  -  spytał  Grigorij.  Pytanie  pozostało  bez  odpowiedzi.  Dzień  wciąż  był 

pochmurny i duszny. Pokrywa chmur równie gęsta. 

background image

A  las  wciąż  nie  zdradzał  tajemnic,  które  skrywał  w  swym  wnętrzu.  Las  zawsze  był 

sprzymierzeńcem, któremu można ufać. 

W tak pochmurny dzień prędko zaczęło zmierzchać. Szarość stała się jeszcze bardziej 

szara, cienie gęste i krótkie, jak gdyby wśród drzew objawił się świat pełen szarych karłów i 

stworów. Jak gdyby las pełen był małych trolli. 

W końcu usłyszeli głosy. W lesie objawiło się życie. Odległy szmer stawał się coraz 

głośniejszy. 

- Nadchodzą od tej samej strony, z której przyszli wczoraj z tobą - powiedział Anastas 

do  Antonii.  Jego  twarz  wyrażała  przygnębienie.  W  jego  sercu  kłębiło  się  teraz  wiele 

skomplikowanych uczuć. 

-  Na  pewno  zanadto  się  zbliżyłam  do  Jumali  -  stwierdziła  Antonia.  -  Ale  celowo 

weszłam na moczary. Chciałam mieć jakąś wymówkę, dlaczego zabawiłam tam tak długo. 

Dopiero teraz powiedziała prawdę. 

- To chyba najgorsza ze wszystkich twoich wymówek - cierpko zauważył Grigorij. - 

Mało brakowało, a przypłaciłabyś ją życiem. 

Antonia położyła dłoń na ramieniu Anastasa i lekko go uścisnęła. 

-  Bez  względu  na  to,  co  się  teraz  stanie,  Anastas,  pamiętaj:  przede  wszystkim  masz 

być  szczęśliwy.  Wszystko  jedno,  kim  oni  są,  czy  czym  są,  oddają  ci  teraz  swoją  córkę. 

Kochasz Kati. To ją dostaniesz, a nie jej rodziców. I nie może być w tym nic bardziej prze-

rażającego od tego, w co wciągnął cię Grigorij w ciągu tych lat. Byłeś mężczyzną na tyle, by 

przyjmować wszystko z podniesioną głową. Teraz również sobie poradzisz. Nie wolno nam 

okazywać  strachu.  Oni  nie  mogą  nam  nic  zrobić.  Poślubisz  ich  córkę.  Jeśli  spotka  cię  coś 

złego, będzie to bolało Kati. A bez względu na to, co o nich myślisz, oni nie chcą jej krzywdy. 

- Dziękuję ci, Antonio. 

Anastas uścisnął jej rękę. Wpatrywał się w las. W każdej chwili spodziewał się, że ich 

zobaczy. Na razie jednak wzmagały się tylko dźwięki. 

- Nie wiem, czy zgadzam się z tobą we wszystkim, co powiedziałaś - dodał. - Lecz i 

tak  miło  było  to  usłyszeć.  I  rzeczywiście  pragnę  Kati.  Chcę  ją  poślubić.  Muszę  przez  to 

przejść dla niej. 

Jednostajny szum się zbliżał. Było to coś w rodzaju pieśni w języku, z którego nic a 

nic nie rozumieli. Nawet rytm różnił się od rosyjskiego. 

To Judin śpiewał. 

Albo odprawiał modły. 

background image

Antonia  tak  właśnie  to  określiła.  Nie  był  to  zwyczajny,  codzienny  ton.  Nie  nuciłby 

takiej melodii podczas normalnej pracy. 

To była modlitwa. 

Szedł przodem. 

Był najwyższym kapłanem, szamanem. 

Za nim kroczyło czterech strażników z drewnianą skrzynią. Spoczywała na okrągłych 

drągach,  które  mieli  na  ramionach.  Skrzynia  nosiła  ślady  starości,  drewno  nasmarowane 

tłuszczem pociemniało na brąz. Wieko było zaokrąglone, okucia z błyszczącego metalu, który 

na  brzegach  zmienił  kolor,  zrobił  się  zielonoczarny.  A  z  przodu  widniał  zamek  wielkości 

pięści. 

Nie było wątpliwości, jaki skarb jest przechowywany w skrzyni. 

Za skrzynią kroczyła Kati razem z Glikerią. 

- Ona wyszła im na spotkanie - szepnęła Antonia. - Widać musiała im powiedzieć, że 

jestem jak najbardziej żywa. Ciekawe, jak Judin na to zareagował. Teraz oczywiście udaje, że 

nic się nie stało. 

- Pst! - uciszył ją Grigorij. - Nie psuj tej chwili Anastasowi. Przecież mimo wszystko 

on się teraz żeni, moja śliczna. Pogańska ceremonia również może kryć w sobie piękno w tak 

ważnych momentach, kochana. Pozwólmy mu ją przeżyć. 

Antonia  przełknęła  ślinę.  Poruszyła  ją  panująca  tu  atmosfera,  nie  dało  się  temu 

zaprzeczyć. Monotonna pieśń wypełniła powietrze czymś osobliwym. Czymś pełnym nadziei 

i przerażającym jednocześnie. 

Zapadał zmrok. 

Weszli na polanę. 

Pierwszy  Judin.  Ubrany  był  w  szkarłatnoczerwony  płaszcz,  podobny  do  tego,  który 

nosił brat Kati. Szata Judina jednak była złocona na brzegach. Czerwień w kontraście z białą 

skórą mężczyzny budziła grozę. Mogło się wydawać, że kąpał się we krwi. 

Antonia  drgnęła,  próbując  otrząsnąć  się  z  takich  fantazji.  Nie  powinna  zanadto 

popuszczać  wodzy  wyobraźni...  Strażnicy  kroczący  za  Judinem  również  mieli  czerwone 

peleryny, takie jak te, jakie wkładali poborcy danin. Może i ci mężczyźni pełnili taką funkcję? 

To by wyjaśniało, dlaczego wolno im było nieść skrzynię Jumali. Antonia była przekonana, 

ż

e trzeba należeć do najbliższego kręgu bogini, by móc dostąpić takiego zaszczytu. 

Z godnością kroczyli za Judinem. Gdy on stanął, oni również się zatrzymali. 

Powoli  unieśli  drągi  z  ramion  i  opuścili  skrzynię.  Antonia  zauważyła,  że  jej  nie 

dotykali. Odtoczyli kije spod niej i odstawili je na bok. 

background image

Judin  podszedł  do  skrzyni,  wyjął  klucz  i  przekręcił  go  w  zamku.  Dłońmi  popieścił 

wieko. 

A potem otworzył skrzynię. 

Strażnicy cofnęli się jeszcze o kilka kroków. Wydawało się, że westchnęli albo może 

jęknęli. 

Judin wyjął coś ze środka z delikatnością taką, z jaką matka trzyma nowo narodzone 

dziecko. 

Antonia  również  przełknęła  ślinę.  Drżała  teraz  na  całym  ciele.  Dobrze,  że  mogła 

przytulić się do Grigorija. 

- On wyjmuje teraz tę figurę, prawda? - szepnął jej do ucha. 

Wprawdzie  nic  nie  widział,  lecz  i  on  uległ  nastrojowi,  temu  napięciu  tkwiącemu  w 

powietrzu. Potrafił się domyślić, co się dzieje. 

Antonia  kiwnęła  głową.  Grigorij  policzkiem  tulił  się  do  jej  włosów,  mógł  więc  to 

poczuć.  Głos  nie  chciał  jej  słuchać.  W  ustach  zaschło  jej  tak,  że  język  lepił  się  do 

podniebienia. Zdołała jednak szepnąć: 

- Jest mniejsza, niż przypuszczałam. Ale rzeczywiście cała ze złota. Musi być ze złota. 

Nigdy  w  życiu  nie  widziałam  nic,  co  by  bardziej  błyszczało.  Odbijają  się  w  niej  płomienie 

ogniska. Chyba muszą ją polerować. Na pewno. Inaczej nie byłaby taka lśniąca... 

Nieustannie przełykała ślinę w czasie, gdy Judin podnosił Jumalę ku niebu. Glikeria 

wystąpiła  w  przód.  Zamknęła  skrzynię  kluczem,  który  jej  mąż  rzucił  na  ziemię.  A  potem 

postawiła  ją  na  krótszym  boku  i  rozłożywszy  kawałek  materiału,  nakryła  nim  skrzynię. 

Materiał również był czerwony. 

- Ona przygotowuje ołtarz - ochrypłym głosem szepnął Anastas. 

-  Jumala  to  figura  nagiej  kobiety  -  cicho  powiedziała  Antonia  do  Grigorija.  Miał 

prawo widzieć jej oczami. - Klęczy, a w dłoniach trzyma czarę. Włosy upięte z tyłu w coś w 

rodzaju  węzła.  Nigdy  u  żadnej  kobiety  nie  widziałam  podobnej  fryzury.  To  stosunkowo 

młoda kobieta, bardzo zgrabna. Sięgałaby mi pewnie do kolan... Wygląda dokładnie tak, jak 

widziała ją Raija, Grigorij. Dokładnie tak samo! 

Judin ustawił Jumalę na skrzyni nakrytej czerwonym obrusem. Stanął przed nią jako 

kapłan. Potem odwrócił się do obcych, popatrzył na nich pierwszy raz. 

Antonia musiała lekko uścisnąć Anastasa za rękę. Popchnęła go naprzód. 

Ceremonia się rozpoczęła. 

background image

12 

Anastas  szedł  naprzód  jak  pijany.  Przed  nim  wznosił  się  ołtarz,  który  zbudowali  ze 

skrzyni. Na nim nierzeczywista, niepojęta, złocista statuetka kobiety. 

Jumala. 

Nie  przewidział  tego,  bo  wcale  nie  chciał  odczuć  takiego  wzruszenia  na  widok 

pogańskiego  bożka.  Był  dostatecznie  oświecony,  by  wiedzieć,  że  ten  posążek  jest  dziełem 

ludzkich  rąk.  Widział,  że  jest  stary.  W  głowie  pojawiły  mu  się  słowa  z  innego  życia.  Ktoś 

zapewne nazwałby tę statuetkę klasyczną, jej linie były takie czyste i proste. Kobieta klęczała 

w  sposób  naturalny,  tak  jak  uklękłaby  żywa  kobieta.  Ale  nieznany  artysta  z  dalekiej 

przeszłości  nie  ujął  wszystkich  szczegółów:  kobieca  postać  była  gładsza  i  zimniejsza  od 

rzeczywistej kobiety. Mimo to jednak coś w niej sprawiało wrażenie, że jest żywa... 

Niech Bóg go od tego broni, lecz przejął się tym, co widzi. Czuł, że podniosłość tej 

chwili niemal go paraliżuje. A na ową podniosłość składała się również statuetka, sposób, w 

jaki się do niej odnosili, ów uroczysty język, ruchy powolne i nienaturalne... 

Judin zatrzymał Anastasa gestem ręki, nim chłopak zanadto zbliżył się do ołtarza. 

Anastasowi  dech  zaparło  w  piersiach.  W  jednej  chwili  powrócił  do  rzeczywistości. 

Wciąż był tu jedynie obcym przybyszem, niewiernym. To oczywiste, że nie mógł zanadto się 

zbliżyć do ich największej świętości. 

Judin gestem nakazał mu paść na kolana. Anastas usłuchał. 

Wypełniało go podniosłe uczucie. 

Niezwykle, niemal nierzeczywiste, lecz bardzo uroczyste. 

Ujrzał, że Glikeria staje  u boku męża.  Za nią podążali dwaj strażnicy w  płaszczach. 

Między sobą dźwigali balię, całkiem zwyczajną balię z drewna. Ustawili ją przy ołtarzu. 

Anastas spostrzegł, że jest w niej woda. 

Kati  wciąż  stała  na  skraju  placyku.  Ledwie  ośmielał  się  na  nią  spojrzeć.  Coś  mu 

podpowiadało, że to nie wypada, że będzie mu wolno na nią patrzeć dopiero wówczas, gdy 

zostaną sobie poślubieni. 

W każdym razie zdążył dostrzec, że dziewczyna wygląda pięknie. Ubrana była w białą 

suknię, miękko otulającą jej ciało. W talii przepasała się czerwonym pasem, zawiązanym na 

biodrze, a jego krańce opadały niemal do kraju sukni. We włosach miała podobną krajkę, a 

pod nią wsunięty żółty kwiat, z rodzaju tych, które rosły na bagnach. 

Była piękna. 

background image

Judin  odwrócił  się  do  Anastasa  plecami.  Stanął  przodem  do  statuetki  ze  złota  i 

monotonnie wypowiadał słowa, których Anastas nie rozumiał. Trochę go to przerażało. 

Ta chwila miała być dla niego taka ważna, tymczasem nawet nie rozumiał słów. Ale 

też i nie był to prawdziwy ślub. 

Kolana rozbolały go od długiego klęczenia, ale wytrzymał. Wytrzymał dla Kati. 

Po tej ceremonii przynajmniej w ich oczach będzie jego żoną. To pierwszy krok. 

Później  musi  uczynić  ją  swą  małżonką  w  oczach  reszty  świata.  Wszystko  należy 

czynić stopniowo. Na nic się nie zda wiara, że wszystkiego da się dokonać jednym skokiem 

wprost  w  niepewność.  Niekiedy  trzeba  tak  działać;  tu  musiał  przy  każdym  kroku  uważnie 

patrzeć, gdzie stawia nogę. 

Glikeria padła na kolana obok męża. Oboje na przemian odprawiali modlitwy, chyląc 

głowy przed Jumalą. 

Niebo nad nimi wciąż ciemniało. 

O  ogniska  prawdopodobnie  zadbała  Antonia.  Płonęły,  a  Anastas  nie  widział,  by 

ktokolwiek inny dokładał torfu. 

Znów zerknął na Kati. Dziewczyna wciąż stała z pochyloną głową. Dłonie złożyła. W 

sercu go zapiekło, chociaż nazywał się bezbożnikiem. Może gdzieś głęboko w jego wnętrzu 

tkwiły resztki dziecięcej wiary? Miał wrażenie, że ten widok kłuje go w oczy... 

Wreszcie  szamani  powstali.  Anastas  delikatnie  się  poruszył,  a  rodzice  Kati  na 

szczęście  nie  zwrócili  na  to  uwagi.  Co  do  strażników  nie  miał  takiej  samej  pewności,  stali 

nieruchomo  i  przynajmniej  z  pozoru  wydawało  się,  że  patrzą  wprost  przed  siebie.  Trudno 

jednak  było  stwierdzić,  co  widzą,  a  czego  nie  widzą.  Podejrzewał,  że  mimo  iż  ich  twarze 

pozostają bez wyrazu, to jednak mężczyźni ci mają baczenie na każdy szczegół. 

Zastanawiał się, czy nogi utrzymają go, gdy pozwolą mu się w końcu podnieść. 

Nie, nie trzeba o tym myśleć... 

Judin  zdjął  statuetkę  z  ołtarza.  Anastas  nie  wierzył  własnym  oczom,  kiedy  szaman 

umieścił Jumalę w naczyniu z wodą. 

Potem  złożył  dłonie,  ukląkł  przy  naczyniu  i  zaczął  śpiewać  z  twarzą  zwróconą  ku 

niebu. Przyłączyła się do niego Glikeria. 

Mało brakowało, a Anastas uszczypnąłby się w ramię. Jakiż sens mogło mieć kąpanie 

bogini podczas takiej ceremonii? 

Miał nadzieję, że przynajmniej on i Kati unikną zanurzania w wodzie. Ale cóż, skoro 

będzie trzeba, na pewno podda się kąpieli. 

background image

Tylko że to może zaszkodzić skórze, z której uszyte były jego buty do konnej jazdy. 

Nie miał okazji nasmarować ich tłuszczem, odkąd przekraczali rzeki, by się tu dostać. I już 

zauważył, że zrobiły się sztywniejsze i utraciły swój blask. 

Wielkie nieba, jakież to myśli przychodzą mu do głowy! Można tylko mieć nadzieję, 

ż

e  szamani  nie  potrafią  w  nich  czytać.  Bo  jeśli  tak,  to  może  się  pożegnać  z  marzeniem  o 

zostaniu  ich  zięciem.  Te  myśli  zapewne  są  bluźniercze,  Jumala  wszak  nie  ma  żadnego 

związku  z  tak  przyziemnymi  sprawami,  jak  stan  jego  butów.  Fakt,  że  uważał  Jumalę  za 

przedmiot równie zwyczajny, na pewno tylko pogorszyłby jego sytuację. 

Bez  wątpienia  mogli  znaleźć  lepszego  zięcia  wśród  mężczyzn  z  własnego  ludu. 

Anastas wciąż nie mógł pojąć, dlaczego wybrali właśnie jego. 

Bo  był  to  wybór  rodziców,  przynajmniej  co  do  tego  nie  miał  żadnych  wątpliwości. 

Owszem, Kati go polubiła, lecz to z całą pewnością nie wystarczało szamanowi Judinowi i 

jego żonie. 

Musiało być w Anastasie coś takiego, z czego sam nie zdawał sobie sprawy. 

Tymczasem Jumalę wyciągnięto z wody. Teraz wyraźne się stało, że nie o wszystkim 

pomyśleli przed ceremonią, nie przygotowali bowiem nic, w co można by wytrzeć posążek. A 

widać niemożliwe było odstawienie statuetki wciąż ociekającej wodą. 

Glikeria poświęciła swój płaszcz. 

Osuszona  bogini  stanęła  na  powrót  na  swoim  miejscu.  Świeżo  wymyta  błyszczała 

teraz jeszcze mocniej, zaś do czarki, którą trzymała w rękach, Judin wsypał garść monet. 

Anastasowi  przeleciało  przez  głowę,  że  dla  szamana  nie  było  to  nic  trudnego.  Mógł 

wziąć sobie to, co wcześniej ofiarowali już inni. Wszak to on zawiadywał skarbami, a Jumala 

z całą pewnością nie zwracała uwagi na to, czy  otrzymuje w darze pieniądze, które raz już 

dostała. 

Nazwaliby Anastasa niewiernym, bezbożnym. 

Z całą pewnością taki właśnie był. Nie stracił jednak zdolności do ironii, umiejętności 

jasnego widzenia spraw. 

Nadeszła  wreszcie  ta  chwila,  kiedy  Judin  odwrócił  się  do  córki.  Uśmiechnął  się  do 

niej, a przynajmniej Anastasowi wydało się, że tak uczynił. Odniósł wrażenie, że na twarzy 

szamana dostrzega ojcowską dumę. Było jednak ciemno, możliwe więc, że się mylił. 

Płomienie  ogniska  sprawiały,  że  cienie  magicznie  migotały.  Nie  każdy  więc  mógł 

widzieć wszystko z taką samą jasnością. 

Judin podszedł do córki i podprowadził ją do ołtarza. Kati padła tam na kolana. 

Glikeria podprowadziła Anastasa. 

background image

Kolana naprawdę porządnie go bolały, kiedy wstawał, żeby przejść te kilka kroków. 

Potem znów musiał uklęknąć. Tym razem obok Kati. 

Teraz czuł się o wiele lepiej. 

Zerknął na dziewczynę. Głowę trzymał uniesioną wysoko, lecz Judin zaraz posłał mu 

karcące spojrzenie. Anastas skłonił ją więc tak, by wyglądało to na chylenie czoła. 

Nie miał zamiaru bluźnić, lecz to była gra, w której to tamci mieli w rękach wszystkie 

atuty. On zaś nawet nie znał jej zasad. A nie stać go było na zbyt wiele błędnych posunięć. 

Napotkał też przelotne spojrzenie Kati. Kąciki ust leciutko uniosły jej się w górę, lecz 

również tylko na moment. Zaraz potem twarz znów jej spoważniała. 

Ostatniej nocy spała w jego objęciach. 

Wówczas  nie  wyobrażał  sobie,  że  sprawy  potoczą  się  tak  szybko.  Nastawiał  się  na 

długie czekanie. Przypuszczał, że ona również nie znała planów matki i ojca, inaczej by mu 

przecież powiedziała. 

Czy jej rodzice wiedzieli, że oni ze sobą spali? Czy Kati się do tego przyznała? 

Anastasa na moment przeszył lodowaty dreszcz. 

Ale  w  takim  razie  nie  odprawialiby  chyba  podobnej  ceremonii?  Trudno  mu  było 

uwierzyć, że przyjmą go jako zięcia z otwartymi ramionami, gdyby o tym wiedzieli... 

Owszem, na pewno pragnęli wnuków, ale nie mogli się domyślać, że on już próbował 

im je zapewnić. 

Teraz  Judin  popatrzył  na  Kati.  Zadał  jej  jakieś  pytanie.  Kati  kiwnęła  głową  i 

powiedziała coś w tym języku, którego Anastas nie znał. 

Potem Judin zwrócił się do niego. 

-  Jumala  i  my  oddajemy  ci  tę  kobietę  za  żonę.  Czy  chcesz  ją  przyjąć  i  wziąć  pod 

opiekę, którą do tej pory my nad nią sprawowaliśmy? 

Anastas  czekał,  aż  padnie  więcej  słów.  Więcej  pouczeń.  Przywykł  do  tego  podczas 

kościelnych  ślubów.  Wprawdzie  nie  uczestniczył  w  zbyt  wielu  podobnych  uroczystościach, 

lecz  w  każdym  razie  pamiętał,  że  mówiło  się  o  czymś  więcej.  Czul  się  niemal  oszukany, 

kiedy zrozumiał, że to już wszystko. 

- Tak - powiedział. 

Kati uśmiechnęła się do niego zadowolona. Przypomniał sobie cień strachu, widoczny 

na  jej  twarzy  zaledwie  przed  chwilą.  Musiał  więc  na  nią  zerknąć  w  oczekiwaniu  na  dalszy 

ciąg słów Judina, które nigdy nie padły. 

Kati wstała, poszedł w jej ślady. Ona wszak nie mogła się mylić, tutaj się urodziła. 

Podeszli do posążka. 

background image

Judin  ujął  dłonie  obojga  i  położył  je  na  zimnej,  gładkiej  skórze  bogini.  Swoją  ręką 

nakrył ich dłonie. Znów modlił się monotonnie z zamkniętymi oczami. Anastas nie mógł się 

powstrzymać  przed  spoglądaniem  na  szamana.  Uznał,  że  to  bezpieczne,  skoro  Judin  ma 

zamknięte oczy. 

Modlitwa,  którą  odmawiał,  była  zapewne  błogosławieństwem  dla  tego  małżeństwa, 

błaganiem o szczęście i płodność. 

Anastas się skrzywił. 

Judin skończył. Odsunął ich dłonie od bogini, potem zaś wyjął nóż. 

Anastas  zmarszczył  brwi,  ale  Kati  stała  zupełnie  spokojna.  Na  jej  twarzy  nie  widać 

było  nawet  cienia  strachu.  Nie  dotykała  go,  on  również  nie  śmiał  jej  nawet  musnąć.  To 

zapewne nie było dozwolone, przynajmniej na razie. 

Anastas  pojął  wreszcie,  że  ceremonia  wcale  nie  dobiegła  jeszcze  końca,  jak  mu  się 

wydawało. 

A więc nie odbywa się to tak szybko, chociaż pytania, jakie Judin mu zadawał, były 

proste i krótkie. 

Szaman  zanurzył  nóż  w  naczyniu  z  wodą,  potem  zaś  stanął  pomiędzy  córką  a 

Anastasem. 

Kati  wysunęła  lewą  rękę.  Anastas,  idąc  w  ślad  za  nią,  również  wyciągnął  rękę,  ale 

prawą. 

Judin cierpko poprosił go o wyciągnięcie drugiej ręki. 

Dlaczego to takie istotne? zastanawiał się Anastas. 

Kiedy  Judin  ledwie  przytknął  ostrze  do  nadgarstka  Kati,  delikatnie  go  nacinając, 

odpowiedź sama przyszła mu do głowy. Przecież po lewej stronie jest serce! 

Pozwolił, by Judin naciął skórę i jemu, nawet się przy tym nie skrzywił. Szaman nie 

mógł  wątpić  w  to,  że  jest  dzielny.  W  dodatku  Anastas  nieraz  zaznał  już  gorszego  bólu.  To 

była naprawdę błahostka. 

Judin zetknął nadgarstki młodych w taki sposób, by ich krew się zmieszała. 

Anastas uznał, że w tym rytuale jest coś śmiesznego. Takie rzeczy robili z kolegami, 

kiedy byli jeszcze chłopcami, kiedy chcieli stać się braćmi krwi i składali uroczyste przysięgi, 

o których tak łatwo później zapominali. 

To wyglądało na dziecinne zabawy, lecz musiał się z tym pogodzić. 

Dla Kati. 

Teraz  przyszła  Glikeria,  niosąc  niedużą  drewnianą  czarkę.  Wypowiedziała  nad  nią 

kilka słów, a później zanurzyła ją w dużej balii, w której kąpali Jumalę. 

background image

Nabrała pełną czarkę wody i podała ją Anastasowi. 

- Wypij - szepnęła Kati. - Do dna. 

Anastas ujrzał w wodzie własne odbicie. Ujrzał własne oczy, szeroko otwarte, chyba 

ze zdumienia. I wody w miseczce wydawało się bardzo dużo. Ale zaczął pić. 

Opróżnił czarkę. 

Judin położył mu rękę na głowie. 

Teraz  Kati  dostała  naczynie.  Ona  również  je  opróżniła.  Trwało  to  dłużej  niż  w 

wypadku Anastasa. 

Gdy  opróżniła  miseczkę,  Judin  drugą  rękę  położył  na  głowie  córki.  Znów 

monotonnym głosem zaczął wyśpiewywać modlitwę całkowicie niezrozumiałą dla Anastasa. 

Trwało to długo. 

Kiedy skończył, jego rolę przejęła Glikeria. Ona również nakryła ich  głowy dłońmi. 

Jej pieśń jednak była krótsza W dodatku, zdaniem Anastasa, Glikeria miała lepszy glos. 

Z całą pewnością to również były bluźniercze myśli, lecz pojawiały się w jego głowie 

nie wiadomo skąd, nie potrafił nad nimi zapanować. 

Kiedy  Glikeria  się  cofnęła,  Judin  podał  im  ręce.  Wstali.  A  Kati  objęła  Anastasa  w 

pasie. Odczuł ulgę. Zrozumiał, że to już wszystko, że ceremonia dobiegła nareszcie końca. 

-  Jesteś  teraz  moją  żoną?  -  spytał  cicho.  Głośne  wypowiadanie  słów  wydawało  się 

niemożliwe w takiej bliskości złotego posążka. 

Kati kiwnęła głową, wyraźnie szczęśliwa. 

-  Jestem  twoja  -  powiedziała.  Były  to  najpiękniejsze  słowa,  jakie  Anastas  kiedy-

kolwiek usłyszał. 

Za ich plecami Judin podniósł posążek. Glikeria ułożyła skrzynię na ziemi, otworzyła 

ją. Włożyli Jumalę do środka i nakryli płaszczem Judina. Potem znów zamknęli skrzynię na 

klucz.  Strażnicy  z  powrotem  wsunęli  pod  nią  drągi,  również  tym  razem  nie  dotykając 

ś

więtości nawet palcem. 

-  To  przerażające,  lecz  również  bardzo  piękne.  Uroczyste  -  szepnęła  Antonia 

Grigorijowi, gdy ceremonia niemal dobiegła już końca. 

Stali przy ognisku. W milczeniu zrozumieli, że ich obecność jest tolerowana, chociaż 

byli niewiernymi. Grigorij wszak i tak nie mógł zobaczyć bogini, natomiast jeśli chodziło o 

Antonię,  to  uważali  chyba,  że  Jumala  wzięła  ją  pod  swoją  ochronę,  pomimo  iż  była 

niewierna. W pewnym sensie przyznano im prawo do obecności w tym miejscu, przynajmniej 

dopóki trzymali się z tyłu, wśród cieni, dopóki w żaden sposób w niczym nie przeszkadzali. 

background image

- To oczywiste, że chwila jest uroczysta - odszepnął Grigorij. - Wszyscy czynią chwile 

takie jak ta uroczystymi. Sądzisz, że nasi dalecy przodkowie nie traktowali uroczyście faktu 

znalezienia kobiety, z którą pragną żyć? 

Antonia  nigdy  wcześniej  nie  zastanawiała  się  nad  podobnymi  problemami.  Dopiero 

Grigorij  zmusił  ją,  by  jej  myśli  wkroczyły  na  ścieżki,  na  które  bez  niego  nigdy  by  się  nie 

zapuściły. Przy nim stała się innym człowiekiem. Patrzyła dalej, aniżeli czyniła to niegdyś w 

Archangielsku. 

-  Żałuję,  że  nie  mogłeś  zobaczyć  Jumali  -  dodała  Antonia.  -  Na  miłość  boską,  tak 

bardzo bym chciała opowiedzieć o niej Raiji! Powiedzieć jej, że Jumala jest dokładnie taka, 

jaka jawiła się Raiji w jej snach. Powiedzieć, że ją widziałam. Ze widziałam lud, który wciąż 

oddaje jej cześć. Nigdy nie przypuszczałyśmy, że to możliwe. Sądziłyśmy, że ta wiara dawno 

już wymarła, że kościół zdołał ją całkiem pokonać. 

-  Wiele  rzeczy  jest  możliwych  -  uznał  Grigorij.  Odpowiedział  jej  dziwnie  krótko, 

Antonia zdała sobie sprawę, że powodem tego była jej wzmianka o Raiji. 

To oczywiście bezmyślne z jej strony, ale tak łatwo było się zapomnieć. A odkąd tu 

przybyli, Antonia wręcz nieustannie myślała o Raiji. To stało się nieuniknione. Antonia była 

szczerze przekonana, że gdyby nie Raija i jej niezwykłe sny, nigdy by tutaj nie trafili. 

Kati  objęła  Anastasa.  Strażnicy  tymczasem  chwycili  za  drągi,  gotowi  podnieść 

skrzynię do góry. 

- Nie będą jej przechowywać tutaj - szepnęła Antonia. 

- Chyba się tego nie spodziewałaś - odparł Grigorij. - Ale nie odniosą jej z powrotem 

do  skarbca.  Nie  potrwa  długo,  nim  tu  znów  wrócą.  Przekonasz  się!  Ukryją  ją  w  lesie, 

domyślam  się,  że  niedaleko  od  obozowiska.  Znają  ten  las  lepiej  niż  własną  kieszeń, 

Antonetto! Nic nie robią przypadkiem. 

-  Powinniśmy  życzyć  młodym  szczęścia.  Antonia  poderwała  się  na  nogi  i  pomogła 

wstać Grigorijowi. Ich palce się splotły. 

- Żałuję, że to nie my - powiedziała smutnym głosem, cicho wzdychając. - Nawet w 

taki sposób - dodała. 

Grigorij na krótką chwilę objął ją, usta musnęły czoło. Potem wargi. 

- Nie mamy prawa tego pragnąć, Antonio - rzekł zasmucony. - Skradliśmy czas, który 

razem spędzamy. Ale ja potrafię z tym żyć. Potrafię być z tobą szczęśliwy, dopóki nie myślę 

o tym, jak mogłoby być. 

Tego  nam  nie  wolno.  Kochamy  się  i  niebiosa  o  tym  wiedzą.  Wiedzą  o  tym  ptaki  i 

drzewa wokół nas. Ty mi to mówisz, a ja powtarzam to tobie, najmilsza Antonetto. Tylko nie 

background image

możemy poprosić księdza, żeby nas połączył. Nikt nie może uczynić nic, aby więzi, które nas 

łączą,  były  jeszcze  mocniejsze.  To  my  je  tworzymy,  moja  kochana.  My.  Nie  powinniśmy 

tęsknić za niczym więcej, to powinno nam wystarczyć. Kocham cię, wyraźniej nie mogę tego 

powiedzieć. Mocniej nie mogę się z tobą związać. 

Antonia  przełknęła  ślinę.  Grigorij  tak  pięknie  radził  sobie  ze  słowami.  Tak  świetnie 

umiał przemawiać. Musiał zresztą, całe jego życie polegało na przekonywaniu ludzi do idei, 

w które wierzył. Musiał umieć mówić. 

-  Kocham  cię  -  powiedziała.  -  Tyle  że  pozwoliłam  się  porwać  tej  uroczystości,  była 

naprawdę piękna, bez względu na to, co myślisz i mówisz, najmilszy. Naprawdę piękna. 

Grigorij otarł jej łzy. Usłyszał, że płakała. Ucałował cieniutką skórę pod oczami. 

- Chyba mieliśmy życzyć im szczęścia - przypomniał, lekko się śmiejąc. - Wydaje mi 

się, że nie bardzo wypada, aby weselni goście próbowali się zjeść, jeszcze zanim podadzą do 

stołu... 

Objęli Anastasa, uściskali Kati. Oczy obydwojga młodych błyszczały szczęściem. 

-  Pięknie  wyglądasz  -  powiedziała  Antonia  do  Kati,  ostrożnie  dotykając  cienkiej, 

wełnianej  materii  jej  sukni.  -  Nigdy  nie  widziałam  nic  piękniejszego  -  stwierdziła.  - 

Wyglądasz jak prawdziwa księżniczka. 

- To ślubna suknia, którą noszą wszystkie panny młode w naszej rodzinie - wyjaśniła 

Kati, skromnie zerkając na swój strój. - Jest bardzo stara. Jako pierwsza włożyła ją prababka 

mojej matki, a materiał utkała i uszyła z niego suknię jej matka. Tylko krajki są nowe, każda 

panna młoda musi sama utkać je dla siebie. Kati zdjęła krajkę, którą nosiła na głowie. Kwiat 

upadł  na  ziemię,  a  Antonia,  wiedziona  impulsem,  podniosła  go  i  wsunęła  do  kieszeni,  nie 

zdając sobie sprawy z tego, co robi. 

-  Jedną  z  krajek  zawsze  dajemy  mężowi  -  powiedziała  Kati,  czerwieniąc  się.  Wciąż 

widać  nie  potrafiła  uświadomić  sobie  w  pełni,  że  Anastas  jest  jej  mężem.  Na  oczach 

wszystkich patrzyła na niego ostrożnie i nieśmiało. Tak samo też go dotykała. 

Chłopak miał w pasie przewiązaną chustkę Antonii, Kati więc nie mogła mu zawiązać 

swojej krajki jako paska. 

Zarzuciła  mu  ją  na  szyję  i  owinęła  dwukrotnie,  potem  zaś  zawiązała,  czyniąc  z  niej 

swego rodzaju ozdobę. 

- Teraz jesteś ze mną jeszcze mocniej związany - powiedziała niemal zawstydzona. - 

Na nic nie zda się żadna próba ucieczki, Anastas. Nosisz na szyi moją krajkę, tylko ja taką 

tkam. Każdy, kto ją zobaczy, będzie wiedział, że należysz do mnie. 

Anastas wzruszony ucałował ją w czoło. 

background image

- A co ja mogę tobie dać, kochana? - zachodził w głowę. - Nie mam nic ze sobą. Nie 

mam cię czym obdarować. Tak być nie powinno... 

- Nie myśl o tym - powiedziała z uśmiechem. - Już i tak dałeś mi dosyć. 

Zapadła  wielka  cisza.  Jakby  zgęstniała.  Anastas  wreszcie  zebrał  się  na  odwagę  i 

pocałował Kati w usta. Długo smakował jej miękkie wargi. Cały czas mocno ją obejmował. A 

ona  tuliła  się  do  niego.  Oparła  się  o  Anastasa  całym  swoim  ciężarem,  by  móc  stać  jak 

najbliżej niego. Gładziła go po piersi w sposób, jakiego nie dało się błędnie odczytać. 

Antonia  odwróciła  się  w  bok  i  pociągnęła  za  sobą  Grigorija,  choć  bliskość,  jaką 

okazywali sobie młodzi, jego nie wprawiała w zakłopotanie. 

I wtedy ich zobaczyła. Mocno szarpnęła Grigorija za rękę. Chciała krzyknąć, lecz nie 

była  w  stanie.  W  gardle  całkiem  jej  zaschło,  język  zrobił  się  suchy  i  ciężki.  Spomiędzy  jej 

warg nie wydobył się żaden dźwięk. 

- Co się stało? - spytał Grigorij, kiedy pchnęła go przed sobą, próbując biec. Starała się 

go nakłonić, by ruszył za nią. Z polany w głąb lasu, w ciemność pomiędzy cienie, droga nie 

była daleka. Musiała istnieć możliwość, by się tam ukryć. 

Pozostali ujrzeli ich tuż potem. Antonia usłyszała przenikliwy krzyk Kati. Usłyszała, 

ż

e Anastas coś do niej woła, ale słowa do niej nie dotarły. Usłyszała też, że Judin krzyczy w 

swoim własnym języku. 

Słów  nie  rozumiała,  brzmiały  jednak  jak  przekleństwo.  Nic  nie  mogło  dźwięczeć  z 

równą nienawiścią, z taką wściekłością. Zawtórował mu głos Glikerii, a ona przeklinała już 

zarówno we własnym języku, jak i po rosyjsku. 

- Żołnierze? - dopytywał się Grigorij. 

Antonia zdołała zaciągnąć go przez polanę za szałasy. Nie była pewna, na jak długo 

znaleźli  schronienie.  Bardzo  prawdopodobne,  że  zostali  otoczeni.  Polana  była  częściowo 

oświetlona,  żołnierze  musieli  przeczekać  ceremonię,  wstrzymali  się  do  czasu,  aż  strażnicy 

odeszli i w obozowisku zostało zaledwie kilka osób. Zaatakowali w chwili nieuwagi, w jedy-

nym właściwym momencie. 

- Jest ich na pewno jakichś dwunastu, piętnastu - szepnęła Antonia. 

Leżała na brzuchu i próbowała stopić się w jedno z mchem. Strój miała ciemny, mogło 

się  to  więc  udać.  Gorzej  było  z  Grigorijem,  jego  jasne  włosy  przyciągały  do  siebie  nawet 

blask gwiazd. 

- Naprawdę sprawni - pochwalił Grigorij. - Musieli oszukać któregoś ze strażników z 

kręgu wokół obozu. Albo może przekupić. Czy ten, który się tak zachwycał Kati, był wśród 

tych czterech? 

background image

-  Chyba  nie  -  odparła  Antonia  cicho.  Usiłowała  sobie  przypomnieć,  jak  wyglądał 

tamten młodzieniec, lecz sprawiało jej to trudność. Wszyscy młodzi mężczyźni byli do siebie 

tak bardzo podobni. Niezbyt dokładnie pamiętała rysy twarzy tamtego.  W pamięć wryła jej 

się jedynie łata na spodniach, a to przecież niezbyt istotna wskazówka. 

Nie  widziała  dokładnie,  co  dzieje  się  na  polanie.  Słyszała  krzyki  i  przekleństwa 

miotane  przez  Glikerię.  Nie  przypuszczała,  że  ta  święta  kobieta  jest  w  stanie  wykrzykiwać 

takie  słowa.  Nie  sądziła,  że  szamanka  Jumali  może  je  w  ogóle  znać.  Słyszała  też  głos 

Anastasa. 

I Judina. 

Jego zachowanie przerażało najbardziej. Przy wtórze szczęku mieczy Judin donośnym 

głosem  odmawiał  modlitwę.  Nawet  na  moment  nie  ustawał.  Wypowiadał  słowa  w  swoim 

własnym języku. Modlitwa była drwiną ze wszystkich niewiernych. 

- Przybyło kilku strażników - szepnęła Antonia, zauważywszy powiewający czerwony 

płaszcz. 

Zobaczyła,  że  jeden  z  młodych  mężczyzn  uwolnił  się  z  okrycia  i  dopiero  wtedy 

pobiegł do obozu podjąć walkę z żołnierzami. 

- Pst - szepnął Grigorij. Leżał nieruchomo jak martwy, nasłuchiwał całym ciałem. - Tu 

są konie - szepnął wreszcie samym tylko oddechem. - Słyszę, że są. 

Antonia  przełknęła  ślinę.  Bała  się  tutaj  zostać,  lecz  bała  się  również  poruszać  w 

ciemności. Śmiertelnie się lękała, że mogą zostać odkryci. 

Przypuszczała,  że  ten  żołnierski  patrol  nie  będzie  się  zastanawiał,  kogo  chwyta  jako 

jeńca albo zakłuwa włócznią. Widzieli ich przecież na placyku w obozowisku. Nie bacząc na 

tłumaczenia,  uznają  ich  za  wyznawców  Jumali.  Antonia  nie  miała  zaufania  do  ludzi 

reprezentujących władzę. 

Jeśli ich schwytają, w najlepszym razie wtrącą do więzienia. Postawią przed sądem za 

coś,  czego  nie  zrobili.  Na  pewno  skażą.  Kto  zechce  ich  wysłuchać?  Nie  mogli  nawet  się 

przyznać, kim naprawdę są. 

- Widzisz cokolwiek wyraźnie? - spytał Grigorij. Wciąż mówił tak cicho, że musiała 

się wysilać, by usłyszeć jego słowa. 

Czy widziała wyraźnie? 

Antonia  zmrużyła  oczy  i  wpatrzyła  się  w  ciemność.  Mrok  był  gęsty,  wełnisty.  Tej 

nocy należało zapomnieć o blasku księżyca i o pogodnym niebie, to jedno było pewne. 

Ciemność  stała  się  jeszcze  ciemniejsza  niż  zwykle.  Noc  zapowiadała  się  czarniejsza 

niż którakolwiek z nocy, jaką oglądała, a przynajmniej z tych, które miała w pamięci. 

background image

- Jako tako - odparła. 

Nie zamierzała karmić Grigorija fałszywymi nadziejami. Wiedziała, o czym myślał, i 

to  napawało  ją  jeszcze  większym  strachem.  Nie  miała  w  sobie  tyle  odwagi  co  on,  nie  była 

ulepiona z tej samej gliny. 

-  Nie  przybyliśmy  tutaj  po  to,  żeby  umrzeć  dla  głupiego  posągu  ze  złota  -  szepnął 

Grigorij. - Ty widzisz, musisz więc czołgać się pierwsza. Będziesz pełznąć przede mną, a ja 

cię będę trzymał za kostki, moja Antonetto! Nigdy nie spotkałem takiej kobiety jak ty. Nigdy 

nie  spotkałem  kogoś,  z  kim  chciałem  dzielić  życie.  Ono  nie  może  zakończyć  się  tutaj. 

Odwagi, ukochana! Musimy przedostać się w głąb lasu, chyba słuch zdoła doprowadzić mnie 

do koni. Jeśli trzeba będzie zmienić kierunek, pociągnę cię za właściwą nogę. Nie będziemy 

musieli wtedy rozmawiać. Głos tak przeklęcie się niesie, Antonetto... 

-  Dobrze  -  zgodziła  się  Antonia.  Przełknęła  strach  i  prędko  się  obróciła.  Zarzuciła 

Grigorijowi ręce na szyję i obsypała pocałunkami całą jego twarz. Pocałowała też w usta. 

-  Kocham  cię,  Grigoriju  -  szepnęła  z  wargami  przy  jego  ustach.  -  Kocham  cię  tak 

mocno,  że  to  aż  boli.  Słyszysz?  Gdybym  umarła,  nigdy  nie  wolno  ci  o  tym  zapominać. 

Obiecujesz? Nikt nigdy nie kochał cię równie mocno jak ja. 

- Wiem - mruknął ledwie słyszalnie i uwolnił się z jej uścisku. - Musimy próbować. 

Niebezpiecznie  jest  leżeć  tutaj,  moja  droga.  Oni  musieli  nas  zobaczyć.  Widzieli,  gdzie 

zniknęliśmy. Trzeba stąd odejść. 

Antonia  zrozumiała  powagę  sytuacji.  Serce  i  tak  miała  już  w  gardle,  udusi  ją,  jeśli 

pozwoli mu podskoczyć jeszcze wyżej. 

Ostrożnie zaczęła pełznąć, pozwoliła Grigorijowi złapać się za kostki u nóg. 

- W las - szepnął. - Do diabła z kierunkiem! Tylko w głąb lasu! 

Skryli  się  już  między  drzewami,  gdy  usłyszeli  glos  Judina.  Jego  ostatni  krzyk. 

Przeraźliwy wrzask ostatniego cierpienia. 

Być może ta chwila po dwakroć przydała szamanowi jasności widzenia. 

- Glikerio! - krzyknął. - To ty poprowadzisz ród dalej! 

Później  rozległo  się  jedynie  pozbawione  słów  zawodzenie,  coraz  głośniejsze.  Potem 

zaś nastąpiła cisza. 

Antonia  na  moment  musiała  ukryć  twarz  w  mchu.  Cała  się  trzęsła.  Zdjął  ją 

przenikliwy  chłód  i  jednocześnie  napłynęły  mdłości.  Wciąż  musiała  przełykać  ślinę,  by  nie 

zwymiotować. 

Nawet gdy umierał, myślał o rodzie. Cóż to za człowiek! 

background image

Grigorij pociągnął ją za lewą stopę. Antonia wzięła się w garść. Wolno popełzła dalej. 

Nie  było  to  wcale  łatwe,  lecz  tyle  mieli  do  stracenia,  że  nie  mogła  się  poddać.  Również 

Grigorij złożył życie w jej ręce. Musiała myśleć nie tylko o sobie. 

Czołgali się długo, wiele razy zmieniali kierunek. Antonia z wysiłku spływała potem. 

Bardzo też przemokła, bo ziemia przesiąkła wilgocią. Nie była to jednak odpowiednia chwila 

na to, by się skarżyć. 

Rozmyślała o losie Anastasa i Kati. Bezsilność niemal ją paraliżowała. A potem znów 

zacisnęła zęby. 

Wolno jej myśleć jedynie o tym, że muszą dać sobie radę. 

Anastas nie jest przecież niemowlęciem w pieluszkach. Pół życia spędził na zmaganiu 

się z niebezpieczeństwami, czyhającymi za jego plecami. Potrafił zadbać o własną skórę. A 

odpowiedzialność za Kati również należała do niego. 

Takie  rozumowanie  nie  leżało  w  charakterze  Antonii.  Wprost  sprawiało  jej  ból. 

Walczyła  z  płaczem,  z  paskudną  kulą  w  brzuchu.  Walczyła  ze  strachem  i  rezygnacją.  I  tak 

donikąd nie dojdą. To bez sensu. Nie zdołają umknąć żołnierzom. 

Było ich tak wielu. Czym mieli walczyć przeciwko całemu patrolowi nawykłemu do 

przeczesywania lasów? 

Grigorij pociągnął ją za obie kostki. 

Antonia się zatrzymała. 

Za późno. 

Miała oczy, lecz patrzyła w głąb siebie, zamiast spoglądać w przód. Grigorij usłyszał 

niebezpieczeństwo, zanim ona je zobaczyła. 

Poczuła, że ją puścił w tej samej chwili, w której ujrzała skrzynię. 

Ledwie  zdążyła  uklęknąć,  gdy  spostrzegła,  że  mężczyzna  rzuca  się  do  ataku  na 

Grigorija. 

To był jeden ze strażników. 

Oczywiście  jeden  z  nich  został  przy  skrzyni.  Jeden  zawsze  musiał  wiedzieć,  gdzie 

znajduje się Jumala. Jeden, bez względu na to, co się działo, musiał jej strzec. 

To Jumala była najważniejsza dla całego ich ludu. Znaczyła więcej aniżeli jej poddani. 

Z niczyich ust nie wydobył się żaden dźwięk. 

Zarówno  strażnik,  jak  i  Grigorij  wiedzieli,  że  nie  wolno  im  ściągać  na  siebie  uwagi 

ż

ołnierzy.  Wciąż  dochodziły  do  nich  odgłosy  walki  z  obozowiska.  A  to  oznaczało,  że  nie 

mogli  się  od  niego  zanadto  oddalić.  Nie  było  też  żadnej  pewności,  że  wszyscy  żołnierze  z 

patrolu zgromadzili się właśnie tam. Kilku prawdopodobnie zostało przy koniach. 

background image

Strażnik miał nóż. Nosił również kuszę, lecz tej broni nie mógł użyć. Przynajmniej nie 

w takiej walce. 

Grigorij  był  nieuzbrojony.  Walczył  gołymi  rękami,  posługując  się  wszelkimi 

podstępnymi sztuczkami, których nauczył się w ciągu życia. Mimo ślepoty dotrzymywał poła 

młodszemu  mężczyźnie.  Wprawdzie  Grigorij  nie  był  równie  mocnej  budowy,  lecz  w  jego 

ż

ylastym ciele tkwiła siła. Miał doskonały słuch i zwinność kota. Niełatwo było zaatakować 

go nożem. 

Ż

aden  z  nich  dwóch  nie  zwracał  uwagi  na  Antonię.  Ona  zaś,  cały  czas  klęcząc, 

dostrzegła wśród mchu połyskujący przedmiot. 

Strażnik nie zauważył, że coś wypadło mu z kieszeni w momencie, gdy wyciągał nóż. 

Klucz. 

Złoty klucz do skrzyni. 

Antonia usiłowała zrobić się tak maleńka, jak tylko mogła. Ułożyła się na brzuchu i w 

milczeniu  modliła  się  o  to,  by  Grigorij  wytrzymał  do  chwili,  gdy  jej  uda  się  podejść. 

Podpełzła do gwiazdy lśniącej w mchu. 

Jej palce zagłębiły się w ziemię, zacisnęły na kluczu. 

Strażnik był odwrócony do niej plecami. Chyba jej nie usłyszał. 

Czym  prędzej  wsunęła  klucz  we  właściwe  miejsce.  Poszło  zupełnie  gładko.  Widać 

niedawno naoliwili zamek. Przekręciła klucz, uniosła wieko skrzyni. Było dosyć ciężkie. 

Czerwony płaszcz odrzuciła na bok. 

Strażnik wciąż nie widział jej poczynań. Zastanawiała się, czy Grigorij ją słyszy. I czy 

domyśla się jej zamiarów. 

Nie miała jednak czasu, by dłużej to rozważać. 

Ręce ujęły posążek. W geście tym nie było namaszczenia. To tylko statuetka. 

Straszliwie ciężka. 

Antonia  zrozumiała,  dlaczego  figurka  nie  jest  większa.  Gdy  jednak  przykucnęła  i  w 

obie  ręce  włożyła  całą  siłę,  jaką  miała,  zdołała  ją  wyciągnąć  ze  skrzyni.  Musiała  mocno 

nabrać oddechu przed kolejnym wysiłkiem, lecz jakoś się obróciła, unosząc złocistą boginię 

nad głową. Musiała to zrobić, by uderzyć dostatecznie mocno. Ręce jej drżały. 

Upuściła posążek na czaszkę strażnika. 

Mężczyzna  nie  miał  żadnych  szans.  Umarł,  nie  wydając  z  siebie  żadnego  dźwięku. 

Cały tył czaszki miał zmiażdżony. 

Antonia odsunęła złoty posążek na bok, później odciągnęła strażnika. 

Grigorij jęknął cicho, gdy próbowała go podnieść. 

background image

Dopiero wtedy to zobaczyła. 

Nóż  strażnika  tkwił  głęboko  w  piersi  Grigorija.  Strażnik  i  posążek  upadli  wprost  na 

niego, wbijając ostrze jeszcze głębiej. 

-  Nie  chciałam  -  szepnęła,  wyciągając  nóż.  Trysnęła  krew,  czym  prędzej  więc 

przyłożyła obie dłonie do rany. Nacisnęła. Położyła się  całym swym  ciężarem na ranie, nie 

zdołała jednak wstrzymać krwi, rytmicznie tryskającej z ciała Grigorija. 

- Kocham cię - szepnął. - Wracaj do domu, Antonetto. Do Archangielska... 

- Ja także cię kocham - odszepnęła z płaczem. - Kocham cię, Grigoriju! Ty nie możesz 

mi umrzeć! 

- Ciii - powiedział, z wysiłkiem tuląc policzek do jej policzka. 

I nagle jego ciało zrobiło się ciężkie. Wysunął się z jej objęć i upadł na mech. 

Antonia  cicho  płakała.  Nie  wiedziała,  jak  długo  to  trwało.  Siedziała  przy  nim  ze 

ś

wiadomością, że jest martwy. Wiedziała, że znów została na świecie całkiem sama. 

Przynajmniej  tu,  na  wschód  od  Uralu,  a  to  właściwie  oznaczało  cały  świat.  Las 

dookoła pełen był żołnierzy i strażników Jumali, a żaden z nich nie okazałby jej łaski. 

Pocałowała martwe wargi Grigorija. Przez długą chwilę jeszcze na niego patrzyła. Na 

zawsze miała zapamiętać, jak w tę gęstą, ciemną noc jaśniały jego włosy. 

Potem otarła o mech nóż z krwi, wsunęła go pod spódnicę i weszła w las. 

background image

13 

Nie było już nikogo, kto by ją nazywał Antonettą. Tylko taka myśl tkwiła w głowie 

Antonii, gdy zapuszczała się coraz głębiej w obcy, nieznajomy las. Nie słyszała koni, lecz nie 

czuła także zapachu bagniska. Akurat w tej chwili nie przejęłaby się ani jednym, ani drugim. 

Gdyby  wpadła  teraz  w  bagno,  nie  walczyłaby.  Pozwoliłaby  wciągnąć  się  w  głąb, 

zatopić. Cieszyłaby się z nastania końca wszystkiego. 

Miała nóż. 

Czuła  go  przez  spódnicę.  Wystarczyłoby  jedno  potknięcie,  a  mogła  się  nim  zranić. 

Być może noszenie noża przymocowanego do paska pod ubraniem było lekkomyślnością. 

Ale i to jej nie obchodziło. 

Miała broń. 

I nie była w stanie użyć jej przeciwko sobie. Wiedziała, że potrafiłaby skierować ją na 

innego człowieka, gdyby jej zagroził. Teraz już to wiedziała. Ale uciekać w taki sposób, o, 

nie! Mogą sobie nazywać ją tchórzem, mówić, że zabrakło jej odwagi, wszystko jedno. 

Antonia po prostu nie mogła. 

Nie  miała  pojęcia,  dokąd  idzie.  Właściwie  też  nie  starała  się  zachowywać  cicho. 

Rozgrzewała się marszem, szła, szła i szła... 

Na niebie nie było gwiazd, którymi mogłaby się kierować. Niebo tutaj zresztą różniło 

się od tego, jakie znała z Archangielska, niepodobne było także do nieba, które widywała nad 

ujściem Obu. Anastas opowiadał jej o gwiazdach na północy, a podczas podróży na południe 

nocami często stawał obok niej i Grigorija i objaśniał, jakie gwiazdy mogli oglądać po drodze 

i gdzie się one znajdują. 

Wiele  z  nich  otrzymało  nazwy  związane  z  legendami  dalekiej  Grecji,  z 

zadziwiającymi  historiami  o  bogach  i  boginiach,  którzy  znieruchomieli  na  sklepieniu 

niebieskim.  Kilka  z  nich  pokazał  jej  też  w  obozowisku.  Wiedziała,  w  której  części  nieba 

szukać znajomych gwiazdozbiorów. To by mogło jej pomóc. 

Ale  niebo  było  zachmurzone,  pokryte  szaroczarną  postrzępioną  warstwą  chmur.  Nie 

pomogło jej ani odrobinę. 

Z drugiej” jednak strony nie mogło też się przysłużyć nikomu innemu. 

Ż

ołnierze,  uznawszy  napaść  na  obóz  za  zakończoną,  na  pewno  się  domyślali,  że  w 

lesie  musi  ukrywać  się  więcej  ludzi.  Nie  odnaleźli  też  w  obozowisku  żadnego  wizerunku 

background image

bożka, a z daleka mieli okazję oglądać złocistą statuetkę. Wiedzieli więc o jej istnieniu, lecz 

czciciele posągu zdołali się go pozbyć, nim patrol dotarł na miejsce. 

Ż

ołnierze przeszukiwali las. 

Byli  też  strażnicy,  którym  udało  się  uciec.  Tacy,  którzy  się  pochowali.  Tacy,  którzy 

obawiali się, że obcy przybysze będą szukać żołnierzy, ich zaś zdradzą. Oni też przeszukiwali 

las. 

Antonia  wędrowała,  aż  kompletnie  opadła  z  sił.  Usiadła  wtedy  wprost  na  mchu,  by 

odpocząć.  Nie  zawracała  sobie  głowy  szukaniem  kryjówki.  Nikogo  nie  widziała.  O  niczym 

innym  nie  myślała.  Nogi  ją  rozbolały,  jakby  maszerowała  przez  całe  życie.  Czuła  się  też 

ś

piąca, trucizna zawarta w maści wciąż krążyła w jej żyłach. Przez cały dzień była senna, a 

poza tym nic nie jadła. 

Kiedy zamknęła powieki, przed oczami stanęły jej dwie zwierzęce tusze  piekące się 

nad ogniskiem. Zapomniała spytać, co to za mięso. Może jeleń? A może świnia albo owca? 

W  myślach  zadawała  sobie  pytanie,  czy  wciąż  wiszą  nad  ogniem.  Czy  ktoś  znalazł 

czas,  żeby  je  zjeść?  Czy  też  ptaki  i  drapieżne zwierzęta  będą  mogły  wyprawić  sobie  ucztę, 

gdy tylko zgasną resztki żaru? To trochę potrwa. Pamiętała, że dołożyła sporo torfu. 

Ale to działo się całą wieczność temu. 

Nie nasyciła się też myślą o jedzeniu, które nigdy nie miało trafić do jej ust. 

Antonia podniosła się z wysiłkiem. Zachwiała się na nogach i musiała przytrzymać się 

drzewa. Upłynęła chwila, nim była gotowa do dalszej wędrówki. 

W uszach jej zaszumiało. 

Antonia momentalnie znieruchomiała. 

To nie mogło dziać się tylko w jej głowie. To było zbyt rzeczywiste! 

Wstrzymała oddech i nasłuchiwała. 

Szumiało. 

Szumiało jak wiatr. Jak woda... Jak rzeka... 

Z  trudem  stawiając  nogi,  skierowała  się  w  tę  stronę,  z  której,  jak  jej  się  wydawało, 

dochodził  ów  odgłos.  Nieraz  wpadała  na  drzewa,  podrapała  twarz,  a  rany  na  nadgarstkach 

znów się otworzyły. Szła jednak, kierując się dźwiękiem. Raz po raz musiała zatrzymywać się 

i nasłuchiwać. Słuchała całą sobą. 

Nie chciała podejmować ryzyka, że tym razem zabłądzi. Musi trafić do tej rzeki. Musi 

ją znaleźć. Rzeki prowadziły do ludzi, a dla niej ludzie byli ratunkiem. Uczyniłaby wszystko, 

byle tylko wydostać się z tego lasu, który odebrał jej to, co kochała. 

background image

Nigdy  więcej  już  nie  poczuje  się  dobrze  w  lesie.  Nigdy  więcej  jej  oczy  nie  zaznają 

spokoju,  spoczywając  na  niekończącej  się  linii  drzew.  Las  oznaczał  dla  niej  śmierć.  I 

szaleństwo czające się w wierze, która zatraciła wszelkie granice. 

Jej  wzrok  dawno  już  przywykł  do  ciemności.  Płakała  jednak  tak  długo,  że  oczy  jej 

zapuchły,  patrzyła  więc  właściwie  przez  dwie  wąskie  szparki.  Oczy  piekły,  bolały  od 

ocierania łez rękawem bluzki. 

Raz po raz przeklinała też spódnicę, czepiającą się wszystkiego, co tylko wystawało z 

ziemi. To jakieś fatalne  zrządzenie losu, że tego dnia nie miała na sobie spodni, w których 

czuła się o niebo lepiej. Spódnica żadną miarą nie nadaje się na wyprawy przez las, doszła do 

wniosku Antonia. 

Człowiek,  który  wymyślił,  że  kobiety  powinny  nosić  spódnice,  zapewne  nie 

przewidział  ich  pragnienia  wędrówek  i  żądzy  przygód.  Przecież  strój  jest  mi  teraz  jedną  z 

największych przeszkód, pomyślała z goryczą. 

Rozważania o innych rzeczach trochę pomagały, chociaż Antonia nie potrafiła na zbyt 

długo oderwać myśli od Grigorija. Te inne myśli były niczym drobne przebłyski w świecie jej 

umysłu, niczym przelotne uderzenia ptasich skrzydeł, odrywające ją od rzeczywistości. Potem 

rzeczywistość znów do niej wracała, a z jej serca upuszczano jeszcze trochę krwi. 

Przez cały czas potykała się, szła i przedzierała naprzód Nóż trzymała teraz w ręku. 

Skaleczyła  się  nim  w  udo,  gdy  upadła  za  pierwszym  razem,  i  to  wystarczyło,  by  rozsądek 

podpowiedział jej, co powinna zrobić. 

Przez głowę przeleciała jej pewna myśl, właściwie nawet dość zabawna: gdyby teraz 

spotkała na swej drodze samego diabła, to przestraszyłby się jej i rzucił do ucieczki. Antonii 

natomiast nic już chyba by nie przeraziło. 

Zbyt wiele przeszła. Dość się napatrzyła. 

Odgłos płynącej wody wzmagał się. Nie były to więc fantazje ani też szumy nocnego 

wiatru  szeleszczącego  w  koronach  drzew.  Nie  szumiało  jej  też  w  głowie  ze  zmęczenia.  To 

szemrała  woda,  choć  nie  płynąca  ostrym  nurtem,  tylko  spokojna  woda,  leniwie  posuwająca 

się naprzód. 

Szeroka rzeka, pomyślała Antonia. 

Czyżby dotarła do Obu? 

Czy to właśnie w tym miejscu parł na północ, czy może też była to ta jego część, która 

zakręcała na wschód, do krainy, w której nie miała czego szukać? 

Nie mogła tego wiedzieć. 

background image

Akurat w tej chwili było to bez znaczenia. Antonia myślała jedynie o tym, by odnaleźć 

rzekę. Odczuwała pragnienie, a rzeka pozwoli jej się napić. Wiedziała, że jeśli tylko będzie 

miała  trochę  wody,  długo  wytrzyma.  Kiedy  uciekali  z  Archangielska,  wiele  dni  musiała 

przeżyć bez jedzenia. 

To było inne życie. 

Ż

ycie,  w  którym  dużo  się  nauczyła.  Mogła  przetrwać.  Wiedziała,  że  woli  życia  jej 

wystarczy. Nie załamywała się i nie uznawała sytuacji za beznadziejną, w każdym razie nie 

na długo. Potrafiła wziąć się w garść nawet wówczas, gdy najbardziej się bała. 

Przecież uratowała się od śmierci w bagnie. 

Widać był w tym jakiś sens. A świadomość, że jedynym sensem mogła być śmierć w 

chłodzie  i  samotności,  w  wycieńczeniu  i  głodzie  w  tutejszych  lasach,  wywoływała  w  niej 

jedynie śmiech. Wszystko wydawało się jednym wielkim żartem. 

Antonia nie chciała w to wierzyć. 

Musi odnaleźć rzekę. 

Dalej nie sięgała myślą. Nie była w stanie patrzeć bardziej w przyszłość. 

Znalazła się na środku otwartej równiny. W jedną stronę, jak okiem sięgnąć, ciągnęła 

się rzeka, szeroka i leniwa. W drugą stronę, jak okiem sięgnąć, rozciągała się rzeka, tak samo 

szeroka i tak samo leniwa. 

Na drugim brzegu było płasko. Dostrzegała jakieś mroczniejsze cienie. Przypuszczała, 

ż

e jest tam las, tak samo jak na tym brzegu, na którym się znajdowała. 

Rzeka, las i niebo. 

Jak okiem sięgnąć. 

Osunęła się na kolana. W jednej chwili nogi nie chciały jej dłużej nieść. Dotarcie do 

rzeki ją przytłoczyło. Miała w uszach szum wody, a ta woda płynęła blisko. Widziała rzekę. 

Wcześniej szum był jedynie odległym szeptem, teraz rzeka do niej przemawiała, życzliwa i 

bliska. Gdyby zdołała przejść jeszcze kilka kroków, mogłaby się z niej napić. 

Antonia  usiłowała  stanąć  na  nogi,  lecz  one  nie  miały  już  sił.  Poniosły  ją  przez  las, 

teraz zaprotestowały. 

Wycieńczona nie podnosiła się z kolan. 

Czuła, jak bardzo jest spragniona. W dusznym lesie zlewała się potem. Szła i biegła, 

aż w ustach czuła smak krwi. Ciało wprost krzykiem domagało się wody, wody, która była 

tak blisko. 

Antonia znów wsunęła nóż za pasek spódnicy. Kiedy  człowiek się czołga, nie może 

się potknąć. 

background image

Wbiła  palce  w  ziemię  i  popełzła  w  stronę  brzegu.  Zatrzymała  się  dopiero  wówczas, 

gdy  dłońmi  dotknęła  rzecznego  piasku  w  miejscu,  gdzie  woda  rzeki  łagodnie  lizała  brzeg. 

Przyniosło  to  ulgę  poranionym  nadgarstkom.  Chłodna  woda  przynosiła  ukojenie.  Antonia 

położyła się na brzuchu i piła. Piła prosto z rzeki, niczym spragnione zwierzę, które przez całą 

noc szukało jamy wypełnionej wodą. Piła tak długo, aż w żołądku jej zaciążyło i nie wierzyła, 

ż

e kiedykolwiek uda jej się podnieść. Musiała przetoczyć się w gęstą, wysoką trawę, rosnącą 

wzdłuż brzegu. 

Trawa o tej porze roku rosła bujnie. Susza też nie dała się jej we znaki. 

Antonia  położyła  się  na  plecach  i  poczuła,  że  odzyskuje  siły.  W  gardle  już  jej  nie 

zasychało,  usta  się  nawilżyły,  żołądek  nie  był  pusty.  Z  twarzy  spłukała  słony  pot  i  ślady 

pozostawione przez łzy. Dotarła do rzeki. 

Teraz nie wiedziała już, czego pragnie. W głowie nie było więcej myśli. Panowała w 

niej ciężka pustka. Antonia zasłoniła oczy ręką i zasnęła. 

Obudziło  ją  słońce.  Skore  do  żartów  promienie  słoneczne,  które  wybrały  się  na 

przedpołudniową wędrówkę przez stepy i lasy. Pogłaskały ją po koniuszku nosa, a ona nawet 

tego nie zauważyła. Połaskotały ją w czoło i pogładziły po zabawnych lokach. Omiotły je i 

przesunęły się na policzki. 

Antonia wciąż spała. 

Musiały więc przypuścić szturm, żeby zbudzić tę dziwną ludzką istotę. Na ogół ludzie 

wstawali o świcie, niemal jeszcze zanim słońce zdążyło wyjrzeć zza grzbietów wzgórz, żeby 

ż

yczyć im dobrego dnia. 

Ta  istota  leżała  tak  nieruchomo,  jakby  już  nie  żyła,  lecz  to  przecież  niemożliwe,  bo 

oddychała. 

Promienie słońca połaskotały ją mocniej w powieki. Nie było lepszego sposobu na to, 

ż

eby zmusić do wstania opornych śpiochów. 

Tym razem sposób ten również nie zawiódł. 

Antonia  zaczęła  się  krzywić.  Próbowała  odgrodzić  się  od  światła,  zasłaniając  oczy 

rękami, lecz maleńkie promyki potrafią się przedrzeć nawet przez najmniejszą szparkę. Nie 

zostawiły  jej  więc  w  spokoju  i  w  niczym  nie  pomogło  burczenie  niezrozumiałych  słów  ani 

obracanie  się  plecami.  Po  krótkiej  chwili  znów  się  pojawiały,  tańczyły  radośnie  na 

powiekach, dopóki ich nie podniosła. 

Gdzie ona jest? Dobry Stwórco, co to ma znaczyć? 

Antonia  usiadła  w  miękkiej  trawie.  W  powietrzu  wyczuwało  się  ciepło,  niebo  było 

najbłękitniejszym błękitem. Słyszała szum rzeki, szerokiej jak jezioro. 

background image

W jaki sposób się tu znalazła? 

W końcu sobie przypomniała. 

Antonia osunęła się z powrotem na trawę. Zamknęła oczy na wspomnienia, lecz one 

pozostawały równie wyraźne, równie natrętne. Tkwiły w obrazach i dźwiękach, w zapachach. 

W nosie aż kręcił zapach mchu. Miała go nigdy nie zapomnieć. 

Nikt już nie będzie jej nazywał Antonettą. 

Długo leżała nieruchomo, pozwalając obrazom napływać. Zalewać ją. Deptać po niej. 

Nie zdołała z nimi walczyć. Zresztą i tak pojawiłyby się później. Nie mogła zamknąć ich w 

ż

adnym pokoju, do którego nie prowadziły żadne drzwi. A drzwi zawsze dało się otworzyć. 

Zawsze mogły znów wyjść. 

Obrazy zalewały ją strumieniem. Gwałtowniejsze niż lód na rzece, który kruszył się 

wiosną i spływał do morza. Bolesne. Straszne. I takie wyraźne... 

Słyszała  też  krzyki,  jęki,  szczęk  mieczy.  I  głosy.  Słyszała  trzask  pękającej  czaszki 

strażnika,  odgłos  ciała  upadającego  na  mech.  Łoskot  upadającej  Jumali.  Słyszała  głos 

Grigorija i słowa, które stały się jego ostatnimi słowami. 

Dlaczego? 

Dlaczego Grigorij? 

-  Chyba  mogłam  go  zatrzymać?  -  spytała  cicho,  patrząc  w  niebo  szeroko  otwartymi 

oczyma.  W  taki  dzień  nie  powinno  być  aż  tak  niebieskie,  raczej  krwistoczerwone.  Dzień 

następujący po tak krwawej nocy powinien zalewać się łzami. 

Dzień  jednak  uśmiechał  się  słonecznie.  Antonia  również  nie  potrafiła  płakać.  Oczy 

wciąż ją bolały. Palce nadal były opuchnięte. Prawdopodobnie przedstawiała sobą dziwaczny 

widok, tym jednak się nie przejmowała. Nie było już nikogo, dla kogo chciała być piękna. 

Prosił, żeby wróciła do domu. Mówił o Archangielsku. 

Grigorij równie dobrze mógł ją prosić, żeby się wyprawiła na Księżyc. Albo do Grecji. 

Archangielsk był równie daleko. 

Grigorij powinien wiedzieć, że to jedyne miejsce, do którego nigdy nie mogła wrócić. 

Antonia wstała. Ręką obmacała pasek spódnicy. Nóż zniknął! Zgubiła nóż! 

Umysł powoli zaczynał pracować. 

Czy miała go przy sobie, kiedy odnalazła rzekę? Tak, chyba tak. Pamiętała, że myślała 

o tym, iż nie potknie się, jeśli będzie pełznąć. A musiał istnieć jakiś powód tak idiotycznej 

myśli.  Jedynym,  oprócz,  rzecz  jasna,  tego,  że  oszalała,  był  nóż.  Antonia  nie  uważała  się 

jednak za szaloną, przynajmniej na razie. Musiała mieć wtedy nóż. 

background image

Ale  chyba  tylko  sam  diabeł  pamięta,  w  którym  miejscu  piła  i  którędy  dokładnie  się 

czołgała. Równina była tu rozległa, otwarta. Spanie w tym miejscu to istne szaleństwo. Każdy 

mógł tutaj przyjść. 

Podeszła nad brzeg i przykucnęła. Dzisiaj napiła się już wody czerpanej ręką. 

Nóż leżał tuż przy brzegu. To prawdziwy cud, że rzeka nie zabrała go w ciągu nocy i 

poranka. Pewnie był zbyt ciężki. Antonia obmyła go w wodzie z rzeki. Nie chciała go stracić. 

Zapewne znaleźliby się tacy, których na widok jej poczynań przeszedłby dreszcz, ale 

od tego noża zginął Grigorij. Nóż był ogniwem, które ją z nim łączyło, bez względu na to, jak 

przerażające i paskudne mogło się to wydawać. Antonia była przy nim w chwili jego śmierci. 

To ona wyciągnęła nóż z jego ciała. Nie mogła się go teraz pozbyć. 

W  dodatku  potrzebna  jej  była  broń.  Bóg  jeden  wie,  jak  długo  będzie  musiała 

wędrować,  nim  trafi  do  ludzi.  A  tu  mogły  być  dzikie  zwierzęta,  przed  którymi  należy  się 

bronić. O dzikiej zwierzynie poruszającej się na dwóch nogach myśleć nie chciała. 

Nie miała zamiaru kolejny raz odbierać nikomu życia. Zresztą wszystko i tak poszło 

na marne. 

Gdy chodziło o obronę Grigorija, nie wahała się. 

To  być  może  usprawiedliwiało  jej  czyn,  ale  w  głębi  duszy  czuła  się  źle.  Potrzeba 

będzie jej wiele czasu, by znaleźć usprawiedliwienie przed samą sobą. Ostatecznie to ona była 

swoim najsurowszym sędzią. 

Drugi brzeg rzeki był kamienisty. Antonia aż przełknęła ślinę, gdy to zobaczyła. Bez 

wątpienia  wyglądało  na  to,  że  czuwa  nad  nią  jakaś  opiekuńcza  dłoń.  Osoby  znające  teren 

uznałyby  to  miejsce  za  nieodpowiednie  do  przekroczenia  rzeki,  konie  na  przeciwległym 

brzegu  z  trudem  dałyby  sobie  radę.  A  przecież  żołnierze  przyjechali  konno.  Nigdy  nie 

zdecydowaliby się na wybór tego miejsca, by ponownie przeprawić się przez rzekę, a już na 

pewno nie zrobiliby tego nocą. Jeśli w ogóle chcieli dostać się na drugi brzeg. 

Antonia nawet tego nie mogła wiedzieć. 

Przyroda  nie  podpowiadała  jej,  w  którą  stronę  powinna  pójść.  Postanowiła 

zaryzykować kierowanie się nurtem. Założyła, że rzeką jest Ob, a nie jeden z jego licznych 

mniejszych  dopływów.  Antonia  zdecydowała  się  ruszyć  w  tym  samym  kierunku,  w  którym 

płynęła  rzeka.  Prędzej  czy  później  musi  dojść  do  ludzi.  Po  drodze  może  wymyślić  jakąś 

historię, zdawała sobie sprawę, że powinna to być bardzo wiarygodna wymówka. 

Nie ośmieliła się podejść na sam brzeg, trzymała się zarośli. W każdej chwili mogła tu 

przykucnąć  i  skryć  się  w  zieleni.  Nie  chciała  ryzykować.  Gdyby  w  istocie  natknęła  się  na 

ludzi, wolała zobaczyć ich pierwsza. Upewnić się, czy z ich strony nic jej nie zagraża. 

background image

Od  czasu  do  czasu  zagłębiała  się  bardziej  w  las.  Wśród  cieni  panował  przyjemny 

chłód. Miło było choć na chwilę uciec spod palącego, gorącego słońca. 

Zanadto  w  głąb  zapuszczać  się  jednak  nie  śmiała,  nie  miała  odwagi  oddalać  się  od 

rzeki. Rzeka stanowiła klucz do jej dalszej wędrówki, bez niej skazana była na zatracenie. 

Znalazła jakieś jagody, które zjadła. Nie były jeszcze dojrzałe, lecz smakowały inaczej 

niż woda. W pewien sposób syciły. Znalazła też grzyby. W ustach były paskudnie miękkie, 

ale  niektóre  miały  przyjemny  smak.  Te  gorzkie  od  razu  wypluła.  Nie  znała  tutejszych 

grzybów.  Niektóre  pamiętała  z  Kotlasu,  ale  tamte  były  inne.  Antonia  wiedziała,  że  istnieją 

również  trujące  grzyby,  miała  jednak  nadzieję,  że  natura  urządziła  to  na  tyle  dogodnie,  że 

trujące  były  właśnie  te  gorzkie.  Te  natomiast,  przyjemne  na  języku  i  podniebieniu,  można 

swobodnie jeść. 

Szła  dalej.  Ledwie  poświęcała  czas  na  odpoczynek.  Zawadzającą  jej  spódnicę 

zaczepiła w pasie, tak że sięgała kolan. To przecież nie miało żadnego znaczenia. I tak nikt jej 

tu nie widział. O wiele łatwiej się teraz poruszała. A buty do konnej jazdy sięgały na tyle wy-

soko, że nie kaleczyła sobie łydek. 

Mimo wszystko jednak Antonia czuła wyraźnie, że buty nie były przeznaczone do tak 

długich wędrówek. 

Słońce zaczęło zniżać się na niebie, intensywny błękit przyblakł, ale wieczór również 

nie chciał dla niej krwawić. Widać rozlano już dość krwi. Przyroda nie widziała powodu, by 

odzwierciedlać wszystko złe, co się stało. W pewnym sensie Antonia również się zgadzała, że 

to niepotrzebne. 

Im  ciemniej  się  robiło,  tym  dalej  ośmielała  się  wyjść  z  lasu.  Kiedy  była  taka 

zmęczona, mniej się też bała. Wciąż zachowywała niezwykłą czujność, lecz nie lękała się już 

tak  bardzo  wszystkich  drobnych  dźwięków,  które  rozlegają  się  wszędzie  tam,  gdzie  są 

drzewa. 

Po ciemku łatwiej było wślizgnąć się w cienie. W dodatku wędrowała cały dzień, nie 

widząc  nic,  co  choćby  przypominało  człowieka.  Nie  słyszała  ludzkiego  głosu  z  wyjątkiem 

własnego. 

Któż więc krążyłby po takim pustkowiu o tej porze doby? 

Antonia zaczynała zdawać sobie sprawę również z innej prawdy, która żarzyła się w 

niej właściwie przez cały dzień. Nie chciała się nad nią zastanawiać, bo ta świadomość mogła 

jej odebrać tę ostatnią iskierkę nadziei, jaka w niej jeszcze tkwiła. Nie chciała się poddawać. 

Nie chciała zasiewać ziarna niewiary. 

Na rzece powinny być łodzie. 

background image

To  właśnie  dręczyło  Antonię  przez  cały  dzień  podczas  wędrówki.  Ta  rzeka  była 

szeroka, bardzo szeroka. Płynęła leniwie i powoli. 

Antonia zakładała, że to Ob. Całą ufność pokładała w tym, że idzie wzdłuż Obu. 

Ale na Obie powinny być łodzie. Nie można cały dzień maszerować wzdłuż Obu, nie 

widząc ani jednej łodzi. 

Nie mógł to również być Irtysz. Także na tej rzece panował ruch. 

A ona szła wzdłuż rzeki, którą nic nie pływało. 

Musiała jednak podążać brzegiem bez względu na to, jaką nazwę nosiły te wody. Być 

może nigdy się tego nie dowie. Prędzej czy później i tak musi dotrzeć do O b a Antonia szła 

naprzód. 

Pod wieczór zaszyła się w zarośla, wcześniej zaspokoiła pragnienie. Na brzegu rzeki 

nie  pozostał  po  niej  żaden  ślad,  uważnie  to  sprawdziła.  Noc  zapowiadała  się  pogodna.  Na 

niebie ledwie się trzymał sierp księżyca. W miarę jak stawało się ciemniej, jaśniały gwiazdy, 

wyglądało na to, że ich przybyło. Anastas mówił, że po prostu świecą tu jaśniej. On tyle wie-

dział. Kiedy był mały, miał nauczycieli, mężczyzn, którzy studiowali, jeździli po świecie. Po 

Europie... 

Antonia siedziała zapatrzona w niebo. Tej nocy wspomnienia już tak jej nie dręczyły. 

Nie  dlatego,  że  się  od  nich  oddalała,  to  niemożliwe.  Odległość  dzieląca  ją  od  miejsca,  w 

którym się to zdarzyło, nie była w stanie umniejszyć bólu. Z bólem natomiast można nauczyć 

się żyć. 

Antonia zorientowała się, że zalicza się do ludzi, którzy potrafią wiele znieść. 

Zasnęła  niemal  na  siedząco,  śniąc  rozmaite  baśnie,  które  opowiadał  jej  Anastas. 

Bogowie z dalekiej Grecji stali się dla niej rzeczywiści. Okazywali jej życzliwość, byli niemal 

ludzcy, w odróżnieniu od tego ciężkiego posągu... 

Ból zabił sen. 

Antonia  poruszyła  się  niespokojnie.  Głosy  ze  snu  stały  się  takie  prawdziwe. 

Rozbrzmiewały tak blisko, lecz jakby poza jej głową. 

Poderwała  się  gwałtownie  i  popełzła  w  gęste  liściaste  zarośla.  Oczy  przeszukiwały 

mrok. Usiłowały zorientować się, z której strony nadciągnęły głosy. Bo te głosy naprawdę nie 

rozbrzmiewały w jej wnętrzu. Były prawdziwe. 

Ludzie. 

Czy  to  strażnicy  Jumali?  Czyżby  usiłowali  uciec?  Glikeria?  Musieli  znaleźć  nową 

kryjówkę  dla  skrzyni.  Antonia  wiedziała,  że  bez  niej  nigdzie  nie  pójdą.  Zapewne  odkryli 

strażnika, którego zabiła. Sposób, w jaki tego dokonała, z całą pewnością sprawił, że w ich 

background image

przekonaniu zasługiwała na karę śmierci. Najwyższej bogini nie dało się zbezcześcić bardziej, 

niż ona to zrobiła. Gdyby to od nich zależało, spadłby na nią gniew Jumali. Choć może nie w 

aż tak dosłowny sposób, w jaki spadł na strażnika. 

Jeśli znaleźli Jumalę, wiedzieli już, że Grigorij nie żyje. Wiedzieli, że Antonia ucieka 

sama. 

Tkwiła nieruchomo. 

-  Rzeka  powinna  być  gdzieś  tutaj  -  rozległ  się  głos,  niemal  nierozpoznawalny  ze 

zmęczenia. - To pętla, którą tworzy Ob, nim popłynie na północ. 

Kroki nadciągnęły od strony lasu. Ci ludzie nie spodziewali się, że może tu być ktoś 

jeszcze. Antonia prędko zdała sobie z tego sprawę. 

Podniosła się z zarośli. Płakała, aż łzy płynęły strumieniem, i śmiała się tak, że całe 

ciało jej się trzęsło. 

Zatrzymali  się,  gdy  ją  usłyszeli.  Zawołała  ich  po  imieniu.  Ona  też  nie  dbała  już  o 

zachowanie ostrożności. Kiedy wyszli z cieni, stała już z rozpostartymi  ramionami, gotowa 

pochwycić  ich  w  objęcia.  Kati  w  wybrudzonej  sukni  i  Anastasa,  na  którego  twarzy  więcej 

było widać brudu niż skóry. 

- Żyjecie! - zapłakała Antonia, obejmując ich oboje jednocześnie. 

Wczepili się w siebie nawzajem, śmiali się i płakali na przemian. 

-  A  Grigorij?  -  spytał  Anastas  wreszcie.  Napotkał  spojrzenie  Antonii  ponad  głową 

Kati. 

- Nie żyje - odparła Antonia. - Jestem teraz sama. 

- Nie jesteś sama - zaprzeczył Anastas. - Jesteśmy razem. Damy sobie radę. Na pewno 

sobie poradzimy. 

background image

14 

Usiedli  w  zaroślach  tak  blisko  siebie,  jak  tylko  było  to  możliwe.  Do  Antonii  nie 

całkiem docierało, że naprawdę ma przy sobie Kati i Anastasa. Znajdowali się tak blisko, że 

mogła ich dotknąć. Łzy płynęły jej z oczu, a ona nie była w stanie ich powstrzymać. Odrobinę 

się odprężyła. To, co wydawało się takie trudne w samotności, łatwiej dawało się znieść, kie-

dy miała przy sobie tych dwoje. 

-  Musiałaś  jako  pierwsza  dostrzec  żołnierzy  -  powiedział  do  niej  cicho  Anastas.  - 

Zobaczyłem, jak ciągniesz Grigorija w las, i nie mogłem zrozumieć, dlaczego. Dopiero potem 

ich usłyszałem, wcześniej niż zobaczyłem. 

- Nie dałam rady krzyczeć - odparła Antonia. - Krzyk uwiązł mi w gardle. 

Kati cała trzęsła się z zimna. Anastas objął ją, ogrzewał własnym ciałem. 

Trawa  na  równinie,  ciągnącej  się  ku  rzece,  leciutko  się  poruszała.  Sięgała  Antonii 

niemal  do  pasa,  szumiała  rozmarzona,  gdy  wiatr  przemykał  się  przez  nią  w  nocnej  porze. 

Niedaleko szemrała rzeka. Jakiż to spokojny, bezpieczny odgłos, pomyślała Antonia. Ta rzeka 

zawsze  tu  płynęła.  Antonia  nie  potrafiła  sobie  wyobrazić,  by  kiedykolwiek  mogła  zniknąć. 

Rzeka była wieczna. 

Patrzenie  na  coś  wiecznego  przynosiło  ulgę.  Odbierało  pierwszy  ból  tego  ciernia, 

który utkwił w sercu. 

- Nie wiem, czy w ogóle was zobaczyli - zwrócił się Anastas do Antonii. Zrozumiała, 

ż

e  mówił  do  niej  już  od  jakiegoś  czasu,  a  ona  tego  nie  słyszała.  -  W  pierwszej  chwili 

zapanował chaos, wszyscy tylko krzyczeli. Nie potrafiliśmy myśleć jasno. A potem pojawiło 

się kilku strażników. Żołnierze chcieli pochwycić Judina, to było najzupełniej oczywiste. On 

zaś nawet nie walczył. Tylko się modlił. Zakłuli go, ot, tak. Kati tak strasznie krzyczała, że 

mało jej nie udusiłem, chcąc zmusić do milczenia. Ale to ona poprowadziła mnie przez las. 

Uciekliśmy przez bagna. Moczarów jest tu więcej, Antonio. Byłem pewien, że utoniemy. Tak 

jak mało brakowało, a stałoby się z tobą. 

Wypuścił powietrze z płuc. 

- Ja znam mokradła - krótko oznajmiła Kati. 

A potem ukryła twarz na piersi chłopaka. Na pewno ogromnie ciężko jej było słuchać 

opowieści Anastasa o śmierci ojca. 

-  Na  moczarach  byliśmy  bezpieczni  przed  żołnierzami  -  z  ciężkim  sercem  rzekł 

Anastas. 

background image

Jego  spojrzenie  mówiło  więcej.  Antonia  zrozumiała,  że  wielu  rzeczy  nie  mógł 

powiedzieć w czasie, gdy słuchała go Kati. Przynajmniej na razie. 

- Myślę, że mama uszła z życiem - odezwała się Kati. Powiedziała to beznamiętnie, 

bez żadnych uczuć. - Prędzej czy później by tam przyszła. Jedynie na bagnach mogliśmy czuć 

się bezpieczni. Nikt inny nie odważy się zapuścić na moczary. Nikt inny nie zna ich tak, jak 

my je znamy. 

-  Liczyliśmy  się  z  tym,  że  najpierw  odnajdą  Jumalę  -  powiedział  Anastas, 

odchrząknąwszy. - Chyba zdołali ją ukryć, nim żołnierze zaatakowali. Nie mogli pozwolić, by 

ją znaleźli. 

-  Ja  ją  znalazłam  -  oświadczyła  Antonia.  Teraz  również  Kati  wbiła  w  nią  wzrok. 

Antonia czuła się jak martwa. 

- Zabiłam nią strażnika - powiedziała. - On chciał zabić Grigorija. I zabił go. To było 

takie bezsensowne... 

- Ty... zabiłaś... strażnika? - spytała Kati. - Posążkiem Jumali? 

- Niczego innego nie mogłam użyć - odparła Antonia. - Uczyniłabyś to samo, gdyby 

ktoś  na  twoich  oczach  próbował  uśmiercić  Anastasa.  Nie  miałam  w  czym  wybierać,  do 

diabła! 

Anastas tylko kręcił głową. 

Kati miała o wiele poważniejszą minę. 

- Oni odgadną, że to ty - stwierdziła. - Zbezcześciłaś Jumalę. Będą cię szukać, dopóki 

cię nie odnajdą. Nikogo nie słyszałaś? 

Antonia pokręciła głową. 

- Przed waszym nadejściem nikogo. Kati lękliwie rozejrzała się w ciemności, lecz nie 

było widać nic poza chylącą się trawą i niskimi zaroślami wierzby przed wejściem do lasu. 

- My też nikogo nie słyszeliśmy - rzekł Anastas. - Kati wiedziała, jak dojść do Obu. 

Stwierdziliśmy, że musimy dotrzeć na północ,  w taki czy inny sposób  znaleźć statek, który 

nas tam zabierze. 

- Ja myślałam jedynie o przejściu przez rzekę - westchnęła Antonia. 

Kati  nie  powiedziała  jej  nic,  o  czym  wcześniej  sama  by  nie  pomyślała.  Do  tej  pory 

jednak  tak  naprawdę  się  nie  bała.  Dopiero  teraz  poczuła  prawdziwy  strach.  Teraz  Antonii 

zaczęło  się  wydawać,  że  w  lesie  dostrzega  całe  hordy  ludzi  w  czerwonych  płaszczach. 

Wszyscy szukali tylko jej. Wszyscy otrzymali rozkaz, by ją zabić. To ona była tą obcą, która 

ośmieliła się znieważyć Jumalę. 

background image

Antonia  przypomniała  sobie  jeszcze,  jak  Kati  i  Glikeria  mówiły,  że  ona  i  Grigorij 

staną się częścią historii ludu Konda. Do tej pory nie bardzo w to wierzyła. 

Teraz  zrozumiała,  że  oni  nie  zapomną  żadnego  z  nich.  To,  co  się  stało,  zapamiętają 

jako  najstraszniejsze  świętokradztwo  w  całej  ich  historii.  Antonia  zabiła,  używając  bogini 

jako broni... 

-  Po  drugiej  stronie  też  nie  byłabyś  bezpieczna.  Wieści  rozchodzą  się  tutaj  lotem 

błyskawicy - powiedziała Kati. 

W jej głosie słychać było zmęczenie, lecz również strach. Antonię przeszyło wrażenie, 

ż

e to jej Kati tak się boi. Niemal bardziej niż prześladowców, którzy musieli się gdzieś kryć. 

- Nasi ludzie mieszkają również na drugim brzegu. Jest nas też trochę na zachód od 

Uralu. Musisz jechać daleko, Antonio, by przed nimi umknąć. Bardzo daleko. I oni na pewno 

wiedzą o tobie wszystko. Takie rzeczy prędko się roznoszą. 

Antonia w to nie wątpiła. Nie mogła się jednak poddawać. Musiała iść naprzód. 

- Zechcecie zabrać mnie ze sobą? - spytała. 

-  Dobry  Boże!  -  krzyknął  Anastas.  -  Cóż  to  znowu  za  pytanie?  Mało  się  nie 

rozpłakałem,  widząc,  że  cię  odnaleźliśmy,  a  ty  jeszcze  pytasz,  czy  cię  ze  sobą  zabierzemy! 

Myślisz, że moglibyśmy cię tu zostawić? Zostawić całkiem samą? W takim razie nie znasz 

mnie tak dobrze, jak mi się wydawało! Gniewasz mnie, kobieto! 

- Słyszałeś, co powiedziała Kati - zaprotestowała Antonia. - Trzeba się liczyć z tym, 

ż

e mnie szukają. Przebywanie ze mną może wam zaszkodzić. 

Anastas tylko pokręcił głową i zmierzwił Antonii włosy. 

- Od tego, co się stało, chyba już zupełnie ci się pomieszało. Nie pojmuję, jak w ogóle 

możesz  tak  myśleć!  Jesteś  dla  mnie  jak  siostra,  nie  rozumiesz?  Ty  i  Kati  jesteście  jedyną 

rodziną, jaką mam. A rodziny nie pozostawia się na pewną śmierć. - Wykrzywił się w gryma-

sie,  który  miał  przypominać  uśmiech.  -  Wygląda  też  na  to,  Antonio,  że  twojej  spódnicy 

uczepił się jakiś anioł stróż. W ciągu ostatnich dni kilkakrotnie byłaś już bliska śmierci, lecz 

się wyrwałaś z jej szponów... Niemądrze z naszej strony byłoby tego nie dostrzegać. Może i 

na  nas  skapnie  coś  z  twojego  szczęścia?  Przyda  nam  się  całe  to  szczęście,  na  jakie  tylko 

możemy liczyć. 

- Na Boga, mam nadzieję, że wy się tym nie zarazicie - twardo odparła Antonia. - Nie 

wyszłam  z  tego  bez  szkody,  Anastas.  W  tym  lesie  pozostawiłam  to,  co  miało  dla  mnie 

największą wartość. Nie nazwałabym tego szczęściem. Owszem, żyję, lecz być może lepiej 

by było, gdybym umarła. 

- Chyba o tym nie myślałaś? - spytał Anastas przerażony. 

background image

-  Oczywiście,  że  myślałam  -  odparła  Antonia  po  prosta  -  Ale  nie  mogłam  się  na  to 

zdobyć. Nie jestem taka. 

Wyjęła nóż spod spódnicy i podała go chłopakowi rękojeścią do przodu. 

-  Możesz  go  teraz  wziąć.  Ty  najlepiej  będziesz  wiedział,  jak  go  użyć,  Anastas.  Ale 

później, gdy ujdziemy z tego z życiem, chcę, byś mi go zwrócił. 

-  Skąd  go  masz?  -  spytał  Anastas,  który  tego  nie  zrozumiał,  a  przynajmniej  nie  od 

razu.  Pojął  wszystko  dopiero,  gdy  ujrzał  wyraz  jej  twarzy  i  usłyszał  słowa,  jakie 

wypowiedziała: 

- Odebrałam go strażnikowi przy skrzyni Jumali. Anastas więcej nie pytał. Ale wziął 

nóż. 

- Nas też będą szukać - stwierdziła Kati. Najwyraźniej nóż nie obchodził jej ani trochę. 

- Odkryją, że byliśmy na bagnach. Mogliśmy tam zaczekać. Ale ja błagałam Anastasa, żeby 

mnie  stąd  zabrał.  Żeby  zabrał  mnie  z  Konda.  Oni  zrozumieją,  że  uciekliśmy.  Jestem  w  ich 

oczach odszczepieńcem, a to również należy karać. 

- W ciągu tych lat musiało być więcej takich, którzy uciekli od tej wiary - powiedziała 

Antonia zamyślona. - I nie mów mi, że wszystkich odszukano i ukarano. 

Kati pokręciła głową. 

- Nie wszystkich. Jedynie tych, którzy byli ważni. Takich, którzy coś znaczyli. A ja 

jestem córką szamana - oznajmiła, podnosząc głowę. 

W  jej  głosie  kryła  się  duma.  Fakt,  iż  jest  córką  szamana,  przydawał  jej  godności. 

Czynił z niej osobę, odróżniającą się od pozostałych. 

- Tatę zabito - ciągnęła Kati. - Jumala jedna wie, gdzie może być mama. W każdym 

razie już niedługo będzie za stara, żeby mieć więcej dzieci. Zresztą to i tak nie byłyby dzieci 

taty.  Pozostałam  jedynie  ja.  Jestem  córką  szamana.  To  oczywiste,  że  będą  mnie  szukać. 

Jestem jedyną, która może zapewnić przyszłość tej ważnej gałęzi rodu. 

Kati  zaniosła  się  chichotem,  Anastas  gładził  ją  po  włosach.  Próbował  ją  uspokoić. 

Wzrokiem błagał Antonię o milczenie. Prośbę tę wcale nietrudno było spełnić. Antonia była 

zbyt  wstrząśnięta,  by  powiedzieć  coś  więcej.  Przez  głowę  przeleciało  jej  tylko,  że  jak 

najprędzej powinni wyjść z tych lasów. 

Muszą znaleźć Ob, dostać się na jakąś łódź, na której ludzie zgodzą się ich zabrać. I 

popłynąć na północ, uciec przez góry. Pozwolić, by jak największy obszar oddzielał ich od 

ludu Konda. 

Dla dobra Kati. 

Innego wyjścia nie było. Antonia poważnie się już bała o stan umysłu dziewczyny. 

background image

- Jestem córką szamana - mruknęła Kati i zasnęła w ramionach Anastasa. 

Zapadła wielka cisza. W niebie odbijała się nieskończoność. Anastas upewnił się, czy 

Kati naprawdę śpi. Teraz mógł mówić. 

-  Śmierć  Judina  była  dla  niej  strasznym  wstrząsem  -  powiedział  cichym 

przygnębionym głosem. 

- Bez względu na to, kim w ogóle był, to przecież jej ojciec - przypomniała Antonia. - 

Nie ma się czemu dziwić. 

- Wiesz, Antonio, na bagnach był skarbiec. - Anastas przeskakiwał z tematu na temat. 

- Taki dom z drewnianych bali. Bóg jeden wie, skąd je wzięli. Ani na bagnach, ani w okolicy 

nie ma takich drzew. 

Z  czułością  popatrzył  na  Kati.  Delikatnie  przeciągnął  palcem  po  czole  dziewczyny. 

Antonia zrozumiała, że bez względu na to, co przeżył z Kati na bagnach, jego miłość do niej 

ani trochę nie przygasła. 

Anastas miał w sobie tyle dobra. Tak wiele ciepła. 

- To zupełne szaleństwo! - podjął. - Stały tam naczynia pełne monet. Niektóre stare jak 

diabli.  Widziałem  monety  pochodzące  jeszcze  ze  starożytnego  Rzymu.  Na  wielu  z  nich 

widniały podobizny władców, którzy już dawno obrócili się w proch. Był tam zbiór klejno-

tów,  jakiego  nie  jesteś  w  stanie  nawet  sobie  wyobrazić,  Antonio!  Bransolety,  naszyjniki  i 

pierścienie. Srebro w takich ilościach, że biedaka mogło wprost kłuć w oczy. I dość złota, by 

każdemu carskiemu poborcy danin zakręciło się w głowie. Cały by się zaślinił na ten widok. 

Pozbawili cara i kościół przeogromnych bogactw. Chociaż to i tak bez znaczenia, te skarby i 

tak  przepadłyby  na  wojny  albo  na  budowę  kościołów.  Ale,  doprawdy,  to  szaleństwo,  taki 

widok!  Tyle  skarbów  zgromadzonych  i  ukrytych  na  moczarach.  Tam  były  całe  masy  futer, 

niektóre zniszczyła już wilgoć i przechowywanie w stosach sięgających dachu nie wiadomo 

już  jak  długo.  To  zakrawało  na  obłęd,  Antonio!  Kati  powiedziała,  że  używanie  skarbów 

Jumali  to  świętokradztwo.  One  bowiem  są  własnością  bogini.  Jedynie  w  największej 

potrzebie  można  z  nich  skorzystać.  Jedynie  w  najczarniejszej  godzinie  bogini  może  pomóc 

swemu ludowi w tak konkretny sposób. 

Anastas urwał na chwilę. Zaschło mu w ustach. 

-  To  mnie  przeraziło,  Antonio.  Wystraszyło  niemal  do  szaleństwa.  Wyznawców 

Jumali musi być wielu. To są zwykli ludzie, nie ma wśród nich wielu bogaczy, którzy mogą 

zapewnić  Jumali  takie  skarby.  Zresztą  bogacze  by  tego  nie  zrobili.  To  ubodzy  oddają 

wszystko, co mają najcenniejszego. Bogaci nigdy nie ofiarują tego, co najlepsze. 

Urażony nabrał powietrza. 

background image

-  Tym  ludziom,  ludowi  Jumali,  bardzo  przydałyby  się  te  skarby.  Lecz  oni  chętnie 

ś

ciągną ostatnią koszulę z grzbietu i oddadzą ją posągowi. Modlą się, wierząc, że mają w niej 

ochronę,  a  to  takie  okropne  kłamstwo,  Antonio,  że  robi  mi  się  od  niego  niedobrze!  Ci  tak 

zwani szamani muszą o tym wiedzieć, a wobec tego z ich strony to potworne oszustwo. Oni 

oszukują lud. Wyzyskują go. Nie są bodaj o włos lepsi od cara, od właścicieli ziemskich i od 

kościoła. Wysysają krew najuboższych. Kupują sobie władzę za garstkę wiary. Nie ma na to 

słów. Po prostu nie znajduję słów, by to nazwać! 

- Musisz dać Kati dość czasu - stwierdziła Antonia niemal z czułością. 

Uśpiona Kati wyglądała tak młodo i bezbronnie. Twarz miała taką czystą, jak gdyby 

niczego  jeszcze  nie  doświadczyła.  Ale  wrażenie  może  mamić,  Antonia  doskonale  zdawała 

sobie z tego sprawę. 

Anastas kiwnął głową. 

-  Na  mokradłach  przeżyła  ciężkie  chwile.  W  jednej  chwili  klęczała  przede  mną, 

błagając,  bym  ją  stąd  zabrał,  tak  daleko,  by  nikt  nigdy  jej  nie  odnalazł.  W  następnej  zaś 

mówiła,  że  jest  jedynym  potomkiem  szamana  w  prostej  linii.  Mówiła  o  tym,  że  jej  dzieci 

także  będą  szamanami.  Wyrosną  na  ważnych  ludzi,  posiadających  władzę.  Zmroziła  mnie 

tymi słowami. Wystraszyłem się tak, że zęby mi dzwoniły. 

-  Tak  ją  wychowano  -  stwierdziła  Antonia.  -  To  nie  jej  wina.  Kati  nie  znała  innego 

ż

ycia, zanim przybyła do nas. Tam była inna, pamiętasz? 

Anastas znów kiwnął głową. 

-  Stanie  się  na  powrót  taką  dziewczyną  -  obiecał.  -  Siłą  zaciągnąłem  ją  do  łodzi, 

mówiłem ci o tym? Musieliśmy wsiąść do płaskodennej łodzi i, odpychając się wiosłem od 

dna, przepłynąć przez ostatni odcinek dzielący nas od skarbca Jumali. Oni nigdy nie zdają się 

na przypadek Doskonale wiedzieli, gdzie powinni wystawić bogini ołtarz. Kati się boi, że nas 

znajdą. Boi się też myśli, że w ogóle jej nie szukają - ciągnął Anastas, odetchnąwszy głębiej. 

Czule kołysał przy tym Kati w ramionach. Dziewczyna spała, kompletnie wycieńczona. 

- Zabiję ich, zanim mi ją odbiorą! Antonia nie była pewna, czy powinna go o to pytać, 

lecz to było nieuniknione. 

- Czy ona usłyszała, co krzyknął Judin? Anastas przymknął oczy. 

-  Nie  chcę  o  tym  myśleć  -  szepnął.  -  To  budzi  we  mnie  strach.  Wolę  wierzyć,  iż 

wiedział, że Kati stąd odejdzie. Inaczej musiałbym myśleć, że umrze... 

- Albo że nie może mieć dzieci - powiedziała Antonia. 

- To również przykra dla niej myśl. 

background image

- Dla Kati? - zdziwiła się Antonia. Anastas nic na to nie powiedział. Pewnie nie chciał, 

by mu o tym przypominano. 

-  Chyba  nie  mogła  tego  nie  słyszeć  -  westchnął  Anastas  ciężko.  -  Sądzisz,  że  ona  o 

tym nie myśli? Ale ze mną nie rozmawiała, a ja nie śmiem naciskać. Przypuszczam jednak, że 

jej strach w dużej mierze wynika właśnie z tego powodu. 

Długo patrzył na gwiazdy. Może i on rozmyślał o związanych z nimi legendach. Może 

i on wspominał wielu dalekich greckich bogów. Zastanawiał się, czy byli równie przerażający 

dla ludzi, którzy w nich wierzyli albo nie wierzyli. 

Do  tej  pory  te  mity  jawiły  się  tylko  jako  piękne  historie,  właściwie  baśnie,  lecz 

zawarta była w nich również śmierć, gwałt i przemoc wprost trudne do pojęcia. 

Może w swoim czasie ci bogowie byli równie przerażający, jak teraz dla nich Jumala. 

-  Zabiorę  ją  stąd!  -  oświadczył  Anastas.  -  Nawet  gdyby  miała  to  być  ostatnia  rzecz, 

jakiej dokonam. 

I znów na dłuższą chwilę zapadła cisza, wypełniona jedynie szumem rzeki i lekkimi 

podmuchami wiatru. 

Ani Antonia, ani Anastas nie mogli zasnąć. 

-  Grigorij  prosił,  żebym  wracała  do  domu  -  powiedziała  w  końcu  Antonia.  -  Przed 

ś

miercią prosił, żebym wracała do Archangielska. 

Anastas czekał na dalsze słowa, lecz do powiedzenia nie było już nic więcej. 

- Chcesz tam wracać? - spytał. 

- Czy chcę? - zaśmiała się Antonia głucho. - Cóż tam po mnie? Sądzisz, że przyjmą 

mnie  z  otwartymi  ramionami?  Kamieniami  wypędziliby  mnie  z  miasta.  To,  co  uczyniłam 

wtedy,  Anastas,  jest  równie  niewybaczalne,  jak  to,  co  robi  Kati,  uciekając  od  swego  ple-

mienia.  W  moim  świecie  jestem  tak  samo  wyklęta  jak  ona  w  swoim.  Doprawdy,  w 

towarzystwie dziwnych kobiet się obracasz, mój chłopcze! 

- Masz przecież córeczkę... 

O tym Antonia wiedziała. 

Nigdy nawet na moment nie zapomniała o Oldze. 

Grigorij  chyba  też  cały  czas  o  niej  pamiętał.  Antonia  dopiero  teraz  zaczynała  to 

rozumieć. Bali się oboje, by zanadto nie wdzierać się w życie drugiego, tak bardzo obawiali 

się  popsuć  to,  co  ich  łączyło.  Nie  mogli  więc  o  tym  rozmawiać.  Nie  mogli  zwierzać  się  z 

tęsknot, które oboje musiały dręczyć. 

Wystarczało, że się kochają. Że mogą być razem. Przynajmniej przez jakiś czas. 

Zaznali szczęścia, jakie się rzadko spotyka. 

background image

Oboje jednak wiele musieli poświęcić po drodze do niego. Oboje ukrywali tęsknoty. 

-  Nie  wiem,  czy  mam  jeszcze  jakiekolwiek  prawa  do  Olgi  -  powiedziała  cicho 

Antonia. - Mojej małej córeczce niepotrzebna taka matka jak ja... 

Anastas  nic  nie  powiedział.  Antonia  niezmiernie  się  z  tego  cieszyła.  Nie  chciała 

słuchać niczyich opinii. Niepotrzebne jej były słowa pociechy. 

- Ty też powinnaś teraz zasnąć, Antonio - powiedział chłopak. - Jutro znajdziemy Ob. 

Kati twierdziła, że nie może być daleko stąd. Może już jutro dotrzemy do wielkiej rzeki. 

Antonia westchnęła. Ułożyła się w trawie. Noc stała się odrobinę chłodniejsza, ale ona 

nie marzła, nie tak naprawdę. Dziwne, jak człowiek prędko się do wszystkiego przyzwyczaja, 

przebiegło jej przez głowę. 

Zasnęła. 

To był również pewien rodzaj ucieczki. 

Wstali  w  deszczu.  Antonia  ledwie  powstrzymała  się  od  śmiechu.  Wszyscy  troje 

wyglądali  jak  na  wpół  utopione  kocięta.  Niebo  wprost  wylewało  na  nich  wodę,  siekło  ich 

strugami deszczu, mocnego deszczu głośno bębniącego w liście. 

- Do lasu! Anastas wprost zagnał je na skraj lasu pod korony drzew. 

Antonia cały czas się śmiała. 

Kati miała łzy tuż pod powiekami. Wargi jej drżały, a w przemoczonej sukni trzęsła 

się z zimna. Wełna chłonęła wodę, nie zapewniała teraz ani odrobiny ciepła. 

Pod  koronami  drzew  na  poły  w  ukryciu  Antonia  pomogła  jej  podciągnąć  suknię. 

Krajkę tak mocno zawiązały w pasie, żeby zdołała przytrzymać dolną krawędź sukni. 

Kati gładziła delikatną wełnianą materię. Płakała za tą sukienką. 

-  Tyle  pokoleń  przede  mną  -  łkała.  -  I  wszystkie  potrafiły  tak  pięknie  się  z  nią 

obchodzić.  Wszystkie  mogły  dalej  przekazać  ją  swoim  córkom.  Tak  było,  dopóki  ja  jej  nie 

dostałam... 

- Ty również będziesz mogła dać ją córce - powiedziała Antonia przygnębiona. - Może 

sukienka trochę się zbiegnie, ale miejmy nadzieję, że twoja córka będzie szczupła i wiotka na 

tyle, by mimo wszystko mogła ją nosić... 

Kati nie zdobyła się na uśmiech. Cały czas tylko płakała. 

Deszcz  nie  ustawał.  Nie  mogli  stać  tutaj  i  czekać,  aż  przestanie  padać.  Musieli  iść 

dalej. Musieli ruszać naprzód, pomimo iż Kati płakała. 

Anastas objął ją mocno i niemal poniósł. 

Antonia  szła  przodem.  Sporo  czasu  zabierało  im  przedzieranie  się  przez  zarośla, 

unikanie  czepliwych  gałęzi,  których  prawie  się  nie  widziało.  Nie  była  to  przyjemna 

background image

wędrówka,  wszystko  było  mokre  i  ciężkie.  Spódnica  lepiła  się  Toni  do  nóg,  za  każdym 

krokiem  mocno  o  nie  uderzając.  Cienka  bluzka  również  przemokła  na  wskroś.  Antonia 

musiała iść szybko, żeby utrzymać ciepło, lecz cały czas się bała, żeby tempo nie było zbyt 

szybkie dla Kati. 

Na dodatek buty wcale nie zrobiły się wygodniejsze. Miała wrażenie, że w każdym z 

nich płynie oddzielna rzeka. Antonia popatrzyła na nie z żalem. Była tak dumna z tych butów 

do konnej jazdy, mięciutkich jak rękawiczka, uszytych na miarę dla niej, zapewne z miłością, 

przez człowieka, który tak samo kochał konie jak ona. 

Doszła do wniosku, że nigdy nie odzyskają dawnej świetności. 

W  następnej  chwili  przez  głowę  przeleciało  jej,  że  to  przecież  nie  jest  takie  ważne. 

Najważniejsze, by podeszwy wytrzymały, dopóki oni stąd nie odejdą. 

Buty jeszcze będzie mogła sobie później kupić, jeśli w ogóle zdoła ocalić życie. 

Wędrowali  niemal  przez  cały  dzień.  Posuwali  się  znacznie  wolniej  niż  wtedy,  gdy 

Antonia  szła  sama,  lecz  ani  razu  się  nie  poskarżyła.  Bez  nich  czułaby  się  taka  samotna. 

Cieszyła się, że Kati i Anastas są razem z nią. 

Z  trudem  szli  przez  las.  Niewiele  znaleźli  do  jedzenia.  Od  czasu  do  czasu  tylko 

schodzili do rzeki, żeby się napić. Był jasny dzień i musieli zachować ostrożność. 

Byli akurat przy brzegu, kiedy Antonia uznała, że daleko w przodzie rzeka przed nimi 

wygląda jakoś inaczej. Pobiegła wzdłuż brzegu. Nie zwracała uwagi na to, że Anastas za nią 

woła. Zapomniała o wszelkiej ostrożności, nie czuła już, jak źle się biega w tych butach. 

Kiedy dotarła w upatrzone miejsce, osunęła się na kolana. Bardziej mokra i tak już być 

nie mogła. Siedziała w rzece po pas w wodzie i pluskała się jak dziecko. Deszcz wciąż lał się 

z nieba. Włosy oblepiły Antonii głowę jak czarny czepiec. 

- Znaleźliśmy Ob! - krzyknęła do Anastasa, który zbliżał się, dźwigając Kati. 

Przed nią rzeka, wzdłuż której wędrowali, wpadała do innej, jeszcze większej, jeszcze 

szerszej, płynącej jeszcze bardziej leniwie. Antonia ją poznała. Widziała ją już wcześniej. 

Znaleźli Ob. 

background image

15 

Wędrowali wzdłuż wielkiej rzeki aż do wieczora. Antonia szła tuż przy brzegu, buty 

zaś  niosła  w  ręce.  Lepiej  było  iść  na  bosaka  po  miękkim  rzecznym  piasku,  aniżeli  wciskać 

stopy w ciasne buty. 

Kati  trzeba  było  nieść,  i  to  na  długich  odcinkach.  Antonia  nie  mogła  pojąć,  skąd 

Anastas czerpie siły. Przecież już od kilku dni wędrowali, nie jedząc nic porządnego. Skutki 

stawały się widoczne u wszystkich. Kati nigdy dotąd nie przeżyła niczego podobnego. Była 

przecież  córką  szamana,  zawsze  coś  dla  niej  zostawało.  Nawet  wówczas,  gdy  brakowało 

jedzenia dla jej ludu. Ta sytuacja była dla niej najzupełniej nowa. 

Gdy  się  ściemniło,  Anastas  zostawił  kobiety,  by  odpoczęły,  sam  zaś  ruszył  dalej 

brzegiem. Chciał sprawdzić, co jest przed nimi. Po ciemku mógł to zrobić, nie narażając się 

na niebezpieczeństwo, że ktoś go zobaczy. 

- Wydaje mi się, że wszyscy umrzemy - wyrwało się naraz Kati. Leżała na plecach w 

mokrej  trawie,  oczy  miała  zamknięte.  -  Nie  powinniśmy  byli  odchodzić.  Na  moczarach 

byliśmy bezpieczni. Nie powinniśmy byli odchodzić... 

- Nie wolno tracić odwagi - powiedziała jej Antonia, choć i jej daleko było do pogody 

ducha. - Dotarliśmy do Obu, prawda? Wszyscy troje żyjemy. Nie zauważyliśmy nikogo, kto 

by szedł naszym śladem, no i przez cały czas mamy wodę... 

Kati śmiała się tak, że aż dostała czkawki. 

Antonia naprawdę zaczynała się o nią bać. Miała świadomość, że Kati niewiele więcej 

zniesie.  Nigdy  nie  powinna  była  zostać  wystawiona  na  tak  ciężką  próbę.  Pomimo 

najszczerszych chęci Antonia nie potrafiła skłamać i zapewnić dziewczynę, że najgorsze mają 

już za sobą. Nie śmiała w to wierzyć. Od Zatoki Obskiej wciąż dzieliły ich jeszcze tygodnie 

tułaczki, w dodatku tygodnie żeglugi. A przecież nie wiedzieli, czy kiedykolwiek znajdą jakąś 

łódź. 

Nie potrafiła pocieszyć Kati żadnymi kłamstwami ani tym bardziej żadną prawdą. 

Antonia milczała więc. 

- Wiesz - odezwała się Kati, szeroko otwierając oczy. Niebo przestało już płakać, lecz 

wszystko  dookoła  było  mokre.  Wśród  ciemności  lekko  świeciły  gwiazdy.  -  Wiesz,  odkąd 

skończyłam  dwanaście  lat,  próbowali  mnie  nakłonić,  żebym  wywiązała  się  ze  swoich 

obowiązków wobec rodu. Sprowadzali do mnie młodych mężczyzn z rodziny. Kolejno, jeden 

po drugim, musieli udowadniać swoją męskość. Nie liczyło się, czy ich lubię, czy nie. Ojciec 

background image

po  prostu  wybierał  najlepszych.  Najmądrzejszych,  najsilniejszych,  najsprawniejszych.  I 

najpiękniejszych.  Ze  wszystkich  rodów,  które  miały  jakąś  wartość.  Wszystkich  synów  z 

wtajemniczonych rodów. Wszystkich synów, którzy już dojrzeli... 

Mówiła  z  płaczem,  a  Antonia  miała  ogromną  ochotę  poprosić  ją,  by  zamilkła,  lecz 

Kati nie dało się już powstrzymać. Musiała to z siebie wyrzucić, zbyt długo już to w sobie 

nosiła. Krzywdzili ją w imię Jumali, dla dobra rodu. Takie było jej życiowe zadanie. 

-  Miałam  ich  wszystkich  -  szepnęła  Kati,  a  w  głosie  słychać  było  obrzydzenie.  - 

Każdego  bez  wyjątku.  Niektórzy  byli  jeszcze  dziećmi.  To  nie  wydawało  się  takie  straszne, 

gdy sama byłam dzieckiem. Potem zrobiło się wstrętne. Inni byli niemal starzy. Niektórych 

nawet  lubiłam.  Tak,  niektórych  lubiłam.  A  czasami  robiłam  to  ze  złości.  Z  mężczyznami, 

których oni dla mnie nie wybrali. Tylko po to, by ich ukarać. Ich albo samą siebie. Klękałam 

przed Jumalą, modląc się, by właśnie tym razem pozwoliła mi spłodzić dziecko. Błagałam, 

aby stało się to z człowiekiem, którego oni uznali za niegodnego. Dlatego nigdy nie zaszłam 

w ciążę. Zostałam ukarana za swoją nieodpowiedzialność. Za swoje myśli... 

Antonia pogładziła ją po włosach. Nie potrafiła nic powiedzieć. Nie znajdywała słów. 

- Oni nie rezygnowali. A potem mama oznajmiła, że moim przeznaczeniem jest obcy 

mężczyzna.  Że  przeznaczono  mi  bezbożnika.  Żadnego  z  naszego  ludu  nie  dało  się  tak 

nazwać.  To  miał  być  obcy,  z  zewnątrz.  Wysokiego  rodu,  ale  z  zewnątrz.  Anastas.  On  jest 

wysokiego rodu, prawda? 

Antonia kiwnęła głową. 

- Anastas pochodzi ze szlachty, Kati. Wiele mógł osiągnąć, lecz los nie okazał się dla 

niego łagodny. 

Nie  miała  prawa  ujawniać  niczego  więcej  z  życia  Anastasa.  Nawet  przed  Kati.  Jeśli 

Anastas  zechce,  by  się  dowiedziała,  może  jej  o wszystkim  powiedzieć  sam.  Do  tej  pory  na 

pewno  się  to  nie  stało,  nie  mieli  na  to  czasu.  Ta  odrobina,  jaka  im  była  dana,  wypełniona 

została większym dramatem, aniżeli wielu ludzi doświadcza podczas całego życia. 

- Pewnego dnia on ci wszystko opowie, Kati - stwierdziła Antonia. - Będziesz miała 

dzieci wysokiego rodu, moja kochana. W ich żyłach popłyną krople błękitnej krwi. 

Kati lekko się uśmiechała. 

Antonia nigdy nie przypuszczała, że tak będzie wychwalać królewską krew. Lecz Kati 

się ucieszyła, a to w tej chwili było najważniejsze. 

Tak więc i ze szlachty może wyniknąć coś dobrego. 

Wrócił Anastas, dźwigał całe naręcze ubrań. Szeroko uśmiechał się do kobiet. 

- Nie chcecie wierzyć, że umiem czarować? 

background image

- Gdzie, u diabła, to wszystko znalazłeś? - dopytywała się Antonia, wyciągając mu z 

rąk spódnice, kurtki i koszule. - Ukradłeś pranie biedakom? 

Anastas wzruszył ramionami. 

-  Nie  wszystko  wziąłem  od  jednej  osoby  -  usprawiedliwiał  się.  -  Te  rzeczy  nie  są 

zresztą suche. Nie do pojęcia, że ludzie wywieszają pranie w taki deszczowy dzień! 

Antonia przewróciła oczami. 

- Tutaj są ludzie? - spytała Kati. Znów się bała. 

- Niedaleko stąd - wyjaśnił Anastas. - Nad brzegiem rzeki stoi kolonia chat. Jest też 

kilka spłachetków ziemi, które wyglądają na dość ubogie. Kilka niedużych łodzi, jakaś obora. 

Mieli też konie. Ale ukraść ubrania to jedno, ukraść konie zaś to zupełnie co innego. Na tyle 

nie jestem jeszcze złodziejem. Owszem, mam pewną wprawę, ale chyba nigdy porządnie nie 

opanuję tego fachu. 

Kati drżała. 

Anastas popatrzył na Antonię. 

-  W  dole  widziałem  więcej  świateł,  jakąś  większą  miejscowość  po  drugiej  stronie 

rzeki. Wydaje mi się też, że widziałem światła na łodzi. Na statku. 

Antonia bezustannie przełykała ślinę. Miała wrażenie, że sama to widzi. Widziała już 

przecież tyle statków. Tyle razy oglądała latarnie na masztach. Ciągnęło ją ku morzu. 

Nie urodziła się do życia w głębi lądu. Przychodząc na świat, poczuła w nosie zapach 

słonej wody... 

Rzeka  była  tu  szeroka,  prąd  łagodny.  Płynęła  leniwie,  tylko  szeroko  się  rozlewała. 

Antonię, gdy się w nią wpatrywała, ogarnął lęk. 

- Jest jakaś tratwa? - spytała Anastasa. 

- Musimy się przeprawić na drugi brzeg? - to odezwała się Kati. Dziewczyna uniosła 

głowę  znad  podciągniętych  kolan.  Popatrzyła  na  Anastasa,  potem  przeniosła  wzrok  na 

Antonię i z powrotem na chłopaka. - Musimy? 

-  Chyba  nie  odważę  się  iść  do  ludzi,  którzy  tu  mieszkają  -  stwierdził  Anastas.  -  Na 

ś

cianie jednej z obór wyryta była gęś. 

-  Nie,  nie  możemy  tam  iść  -  stwierdziła  Kati  beznamiętnie.  -  To  nasi  ludzie.  Oni 

wiedzą o gęsi z brązu. Na pewno więc wiedzą też i o nas. Tam iść nie możemy. 

W jednej chwili prześladowcy znaleźli się tak blisko. 

Antonia znów zapatrzyła się w rzekę. 

Nie mogli zostać tu do jutra. Nie mogli tu być, kiedy nadejdzie jasny dzień. 

background image

Do tego czasu ludzie odkryją kradzież ubrań. Zrozumieją, co to oznacza. Będą szukać. 

I przecież znają te lasy lepiej niż obcy. 

Nie mogli tu zostać. 

- Umiesz pływać, Antonio? - spytał Anastas. - Wiem, że Kati potrafi. To nasza jedyna 

szansa. 

Antonia kiwnęła głową. Dawno już nie pływała, ale potrafiła poruszać się w wodzie. 

Takich sztuk chyba się nie zapomina? To trochę jak chodzenie. 

-  Ciemno  jest  -  stwierdziła  Kati.  Wyraźnie  było  widać,  że  dziewczyna  się  boi.  - 

Pogubimy się. Do drugiego brzegu tak daleko. 

- Rzeczywiście - przyznał Anastas. - Daleko. Ale innej szansy nie mamy, najdroższa. 

Obejmował ją. Ukucnął przy niej i mocno ją tulił. Usiłował przekazać jej choć trochę 

swojej siły i choć trochę swego ciepła. 

Antonia  wciąż  nie  rozumiała,  skąd  sam  je  czerpał.  Wydawało  się,  że  nic  się  go  nie 

ima. 

- Nie chcesz odejść stąd razem ze mną, Kati, najdroższa moja? Nie chcesz, żebyśmy 

zaczęli wszystko od nowa, już razem? Daleko stąd... będziemy mieli dom, który będzie nasz. 

Nasze dzieci. I nikt nigdy nie będzie od nas żądał więcej, niż będziemy w stanie z siebie dać. 

Mówił o wiele więcej. Wypowiadał słowa o miłości i więzi. Słowa, których Grigorij 

być może nigdy nie powiedział Antonii, lecz które cały czas miał w głowie. 

Antonia  nie  wiedziała,  że  Anastas  potrafi  tak  przemawiać.  Nie  podejrzewała,  że 

potrafi wyczarowywać takie czułe, pełne miłości słowa niczym kwiaty. 

Kati pozwoliła się przekonać. 

- Musimy zdjąć buty - oświadczył Anastas. - Będą nas wciągać w głąb. Wy być może 

powinnyście zawiązać spódnice całkiem w pasie, tak żeby wam nie przeszkadzały, nie zrobiły 

się ciężkie i nie utrudniały ruchów. 

- Strasznie zimno - powiedziała Kati, cała się trzęsąc. 

Antonia  podniosła  spódnicę  i  mocno  się  nią  obwiązała.  Zacisnęła  węzły  szala,  aż 

poczuła ból. Ale była gotowa. 

Zaraz też pomogła Kati. 

Dziewczyna nie przestawała drżeć. Trzęsła się tak, że dzwoniły jej zęby. Nie odrywała 

oczu od czarnej rzeki. 

Anastas zawinął ich buty w jedną ze skradzionych koszul, podobnie postąpił ż resztą 

ubrań. Zrobił z nich tłumoczek, zawiązał koszulę tak, by się nie rozwiązała, chociaż wiadomo 

było, że nabierze wody. 

background image

- Dam sobie z tym radę - oświadczył. Przymocował tobołek do spodni chustką, którą 

nosił w pasie. 

- To powinno wystarczyć, jeśli prąd nie okaże się zbyt mocny. 

Ale rzeka wydawała się tu spokojna. Płynęła sennie i leniwie. 

- Chyba na nic się nie zda odkładanie tej chwili - stwierdziła Antonia. 

Weszła do wody. Zadrżała. 

Rzeka była zimna, przynajmniej co do tego Kati miała rację. Mógł ich złapać kurcz... 

Ale  nie  była  to  odpowiednia  chwila,  by  o  tym  myśleć.  Anastas  wiedział,  co  mówi. 

Oboje zdawali sobie sprawę z tego, że miał rację. To ich jedyna szansa. 

- Będę płynąć kawałek przed wami - rzuciła Antonia przez ramię. - Wy się możecie 

trzymać razem. Umiem dobrze pływać. I nie tak łatwo pójdę na dno. 

Ruszyła  naprzód.  Szła  przez  wodę,  dopóki  mogła.  Po  chwili  równe,  delikatne 

piaszczyste dno zmieniło się w gruby żwir i kamienie. 

Nieprzyjemnie  było  po  nim  chodzić.  Antonia  jednak  postanowiła  iść  tak  długo,  jak 

sięgnie dna nogami. 

Gdy poczuła wodę na karku, musiała zacząć płynąć. Rzuciła się w przód i poczuła, jak 

woda ją unosi. Jak gdyby w jednej chwili przestała ważyć. 

Rzeka sama ją utrzymywała na powierzchni. 

Wystarczyło leżeć i dać się nieść. Płynąć i czuć, że nie trzeba się wcale wysilać. 

Antonia  usiłowała  zerknąć  do  tyłu,  lecz  nie  zdołała  nigdzie  dojrzeć  Anastasa  i  Kati. 

Było na to za ciemno. 

Wydawało jej się, że słyszy ich głosy, a to znaczyło, że przynajmniej tam są. Musieli 

zresztą posuwać się mniej więcej w tym samym kierunku, nikt nie zdołałby swobodnie unosić 

się pod prąd. Przynajmniej to było pewne. 

Antonia poczuła, że ciało jej sztywnieje, i zrozumiała, że nie może jedynie pozwolić 

dźwigać się wodzie. Musiała płynąć, musiała porządnie machać rękami i trochę powalczyć z 

wodą, nie mogła bezwolnie poddawać się nurtowi. 

Tak  wprawdzie  było  łatwiej,  lecz  może  ją  złapać  skurcz.  Prędzej  czy  później.  I 

zamarznie na śmierć. 

A  jeśli  szczęście  przestanie  jej  sprzyjać,  to  prąd  mógł  ją  znieść  na  brzeg  przy 

zabudowaniach, które Anastas okradł. 

Antonia dostrzegła światełka dochodzące stamtąd. Nie było ich wiele. Ludzi nie stać 

na to, by zapalać lampy nocą. Ale też nie było jeszcze bardzo późno. Również i te światła z 

czasem zgasną. 

background image

Antonia  mocniej  zaczerpnęła  powietrza.  Wzmocniła  się  kilkoma  haustami  wody  z 

rzeki  i  płynęła  dalej,  starając  się  przeciąć  na  ukos  słaby  prąd,  który  okazał  się  dostatecznie 

silny, gdy się zmęczyła. Prędzej czy później musiała dotrzeć na drugi brzeg. 

Był tak daleko. 

Ale  to  widziała,  jeszcze  zanim  zdecydowali  się  na  ten  krok.  Nie  wolno  jej  teraz  się 

poddawać. 

Niedługo będzie na drugiej stronie. 

Niedługo. 

Jeszcze tylko kilka ruchów. 

I jeszcze parę... 

Płynąc,  nuciła  stare  znajome  piosenki.  Zapewne  wytracała  w  ten  sposób  siły,  lecz 

jednocześnie nabierała otuchy. 

Ś

piew zagłuszał też walenie serca. Zagłuszał strach, który wciąż w niej tkwił. 

Ś

piewała. 

Nie przestawała płynąć. 

Walczyła  z  prądem,  starając  się  go  przeciąć.  Przeklinała,  wmawiała  sobie  samej,  że 

jest cholernie dobrą pływaczką, więc na pewno się nie utopi. Jedynie źli pływacy toną. 

A ona miała żyć. 

W  końcu  Antonia  nie  pamiętała  już  więcej  piosenek.  Kiedy  usiłowała  dopasować 

oderwane  słowa  do  melodii,  której  również  nie  pamiętała,  wszystko  jej  się  plątało  niczym 

ramiona lepkich wodorostów. 

Ale zrezygnować nie mogła. 

Antonia  płynęła  aż  do  momentu,  gdy  kolanami  zaczęła  szorować  o  żwir.  Dopiero 

wtedy, na pół przytomna, uświadomiła sobie, że dotarła do drugiego brzegu rzeki. Nogi miała 

zbyt  zdrętwiałe,  by  móc  na  nie  stanąć.  Przeczołgała  się  więc  przez  odcinek,  dzielący  ją  od 

lądu. Wypełzła na piasek, ułożyła się wśród wrzosów i mchu. Brzeg był tutaj inny. 

Wyczuwała  to  dłońmi.  Po  tej  stronie  nie  rosła  trawa,  a  ziemia  była  bardziej 

kamienista. 

Dotarła na drugi brzeg. 

Długo  leżała,  z  wolna  odzyskując  siły.  To  było  niemal  jak  walka  z  bagniskiem,  ale 

znów udowodniła, że jest ulepiona z mocnej gliny. I że, widać, nie dane jej jeszcze żegnać się 

z rym światem. 

Tyle  było  wokół  niej  niebezpieczeństw,  zresztą  jeszcze  wciąż  im  zagrażały.  Wciąż 

znajdowali się w kraju Konda. 

background image

Czas  zaczynał  się  już  dłużyć.  Antonia  niecierpliwie  oczekiwała  Kati  i  Anastasa.  To 

trwało zbyt długo, choć z całą pewnością dla Kati musiała to być ciężka próba. 

Powinni już tu być. 

Oczywiście mogło się zdarzyć, że dobili do brzegu gdzieś powyżej lub może poniżej. 

Antonia przyjęła, że tak właśnie jest. 

Anastas  być  może  pozwolił  im  unosić  się  z  prądem  dłużej,  niż  ona  miała  śmiałość. 

Jeśli  chciał  oszczędzić  Kati,  mógł  tak  zrobić,  chociaż  to  było  ryzykowne.  Ale  on  przecież 

płynął przy niej, mógł więc jej pomóc, gdyby chwycił ją kurcz. 

Antonia podjęła decyzję. Na bosaka powędrowała wzdłuż brzegu rzeki, kierując się ku 

ś

wiatłom. Zostało ich zaledwie dwa czy trzy. To przynajmniej dodawało otuchy. 

Podjęła  ryzyko  i  zaczęła  wołać  towarzyszy.  Nie  głośno,  lecz  wystarczająco,  by  głos 

choć trochę poniósł się w przód. 

Szła  długo.  Zaczęła  już  przypuszczać,  że  dopłynęli  do  brzegu  znacznie  powyżej 

miejsca, w którym ona wyszła na ląd, i że szukają jej, tak jak i ona bezładnie usiłowała ich 

odnaleźć. 

I nagle usłyszała głos Anastasa. 

- Tutaj, Toniu! Tutaj! Dobiegał gdzieś z przodu! 

Serce  Antonii  zaczęło  mocno  walić  ze  szczęścia.  Tak  strasznie  się  bała,  że  utonęli. 

Starała się nie dopuszczać do siebie tej myśli. 

Teraz  biegła,  ile  sił  w  nogach.  W  tej  małej  wiosce  i  tak  nie  mogli  jej  usłyszeć.  Na 

pewno wszyscy są już w chałupach. Była wszak noc i każdy porządny człowiek powinien już 

spać. 

Biegnąc, raniła sobie nogi, lecz na to nie zważała. Wcześniej zaznała tyle cierpienia, 

ż

e teraz trzeba było czegoś więcej, by poczuła ból. 

I  wreszcie  dotarła  na  miejsce.  Anastas  siedział  na  brzegu.  Podniósł  głowę,  gdy  do 

niego podeszła, lecz nie zdołała pochwycić jego wzroku. Twarz miał białą. 

- Glikeria musi dalej poprowadzić ród - oznajmił beznamiętnie. 

- Kati? - wydyszała Antonia. 

Rozejrzała się w koło. Zdjął ją chłód, wystraszyła się. Chciała płakać, ale nie potrafiła. 

- Kati złapał kurcz - mówił Anastas. - Tam były silne wiry. Z naszego brzegu nie było 

ich  widać,  nawet  w  dzień.  Nie  doceniłem  rzeki,  Antonio.  Wciągnął  ją  wir.  Był  jak  kocioł. 

Chciałem ją ratować, ale wessało ją pod wodę. Mnie też. Musiałem ją puścić, gdy mi zabrakło 

powietrza... 

background image

Ciężko odetchnął, kiedy już jej o tym powiedział. Wyrzucił z siebie wszystkie słowa, 

ani razu nie nabierając tchu. 

-  Nie  wiem,  jak  się  z  tego  wydostałem.  Ale  wynurzyłem  się  z  dala  od  wirów. 

Odciąłem węzełek z ubraniami, innego wyboru nie miałem. Zanurkowałem za nią, wiele razy. 

Ale jej nie znalazłem... 

Antonia  usiadła  przy  Anastasie  i  objęła  jego  szerokie  ramiona.  Długo  tak  siedzieli, 

ż

adne z nich się nie odzywało. 

Cóż mieli mówić? 

- Ona już nie wróci - westchnął w końcu Anastas. Wysunął się z objęć Antonii i wstał. 

Pociągnął i ją w górę. - Kati już nie wróci. Być może niesłuszne było podejmowanie próby 

uwolnienia jej od tej krainy. Może Kati ją kochała? Może ta kraina kochała ją... 

Znów westchnął, a potem ujął Antonię za rękę. 

-  Musimy  iść  dalej,  Toniu.  Nie  możemy  tu  zostać.  Kati  już  nas  nie  potrzebuje. 

Dzisiejszej nocy musimy zajść daleko. Myślisz, że zdążymy dotrzeć do tego statku? Sądzisz, 

ż

e jest w nas dość siły, Toniu? 

- Musi być - odparła. 

To  była  długa  wędrówka  w  ciemności.  Wcześniej  oboje  przeklinali  buty  do  konnej 

jazdy, teraz jednak, gdy byli zmuszeni boso iść brzegiem rzeki, którego prawie nie widzieli, 

gorąco pragnęli je odzyskać. 

- Odważna jesteś? - spytał Anastas, gdy zaczął zbliżać się świt. 

Dawno już minęli gromadkę domów na przeciwległym brzegu. 

- Niewiele mnie już obchodzi - odparła Antonia. - Na jakie niebezpieczeństwo chcesz 

nas tym razem wystawić? 

- Tak będzie szybciej niż marsz piechotą. I nóg nie będziemy kaleczyć. 

- Ale się przemoczymy. Nie wiem, czy dam radę płynąć, Anastas. Jestem już bardzo 

zmęczona. 

- Nie chodzi mi o pływanie - odparł. Pociągnął ją za sobą. Antonia zobaczyła, co spo-

strzegł wcześniej niż ona. 

Przy brzegu utkwił gruby drewniany bal, zapewne leżał tu, odkąd spławiano drewno 

wczesnym latem. 

- Starczy ci odwagi? - spytał i jeszcze nim zdążyła mu odpowiedzieć, zaczął staczać 

kłodę do wody. 

background image

Owszem, Antonii starczyło odwagi. Całym ciężarem ciała oparła się o bal i pomogła 

go wypchnąć tak daleko, aż nie mieli już dna pod stopami. Prąd pochwycił bal, a ich wraz z 

nim. 

- Trzymaj się mocno! - wrzasnął Anastas do Antonii. 

Miała w sobie jeszcze dość woli życia, że uchwyciła się z całych sił, nim jej to polecił. 

Wczepili się w bal. Rzeka ich poniosła. 

Płynęli niemal środkiem, Antonia miała nadzieję, że nie natkną się na łodzie żeglujące 

w przeciwną stronę. Bo wtedy nikt już nigdy nie usłyszy o Antonii i Anastasie. 

Nastała szarówka, a po niej jasny poranek. 

Wtedy Antonia ujrzała statek. Zobaczyła maszty. I od razu je pokochała. 

Serce wypełniło się radością, ale wciąż nie mogła puścić drewnianej kłody. 

Powoli zbliżali się do domów, do portu, do statku. 

Gdy byli już tak blisko, że mogli widzieć ludzi w porcie, Anastas puścił bal. Antonia 

czym prędzej poszła w jego ślady. Znalazła się w wodzie tuż obok niego. 

- Musisz znaleźć siły, żeby dopłynąć do brzegu - nakazał. - Bez względu na wszystko, 

nie wolno ci się teraz utopić, Toniu! 

Kiwnęła głową. 

- Wyrzuć nóż - powiedziała. 

Popatrzył  na  nią  przez  moment  i  usłuchał.  Nie  pytał,  dlaczego.  Rozumieli  się  bez 

słów. 

Nadbiegli  ludzie  i  wyciągnęli  ich  na  brzeg,  mokruteńkich,  ale  przede  wszystkim 

ś

miertelnie zmęczonych. 

- Skąd, na miłość boską, się tu wzięliście? - pytali. Ze wszystkich stron otaczały ich 

obce twarze. Antonia zamknęła oczy. Wyznawcy Jumali również wyglądali zwyczajnie. 

W głowie za bardzo jej szumiało, by mogła wychwycić, czy i ci ludzie mówią z tym 

samym  obcym  akcentem.  Bała  się  odezwać.  Mogło  się  okazać,  że  wpadli  z  deszczu  pod 

rynnę. Z tego, co wiedziała, ci ludzie również wyznawali wiarę w złotą boginię. 

Anastas  próbował  coś  powiedzieć,  lecz  i  dla  niego  okazało  się  to  zbyt  wielkim 

wysiłkiem. Był tak zmęczony, że nie mógł mówić. 

- Sprowadźcie kapitana - powiedział ktoś, a Antonia usłyszała odgłos oddalających się 

w biegu kroków. 

Ktoś  zdjął  kurtki  i  nakrył  ich,  lekkie  ciepło  było  prawdziwym  błogosławieństwem. 

Ktoś inny zwrócił uwagę na nadgarstki Antonii. 

background image

-  Jezus  Maryja!  -  wykrzyknął.  -  Widzieliście  coś  podobnego?  Ale  oni  przecież  nie 

wyglądają na łajdaków... 

Tłum  wokół  nich  umilkł.  Antonia  widziała,  że  ludzie  wymieniają  między  sobą 

spojrzenia. 

A potem znów rozległy się kroki. Odgłos skórzanych butów. 

Wyrósł nad nimi mężczyzna w mundurze. 

- Dzięki Bogu - szepnęła Antonia. - Dzięki Bogu! 

Nieustannie przełykała ślinę, a w końcu zdołała zmusić się, by usiąść. Anastas zemdlał 

z wycieńczenia. 

Udało jej się utkwić wzrok w mężczyźnie, który stał przed nią. Mówili, że to kapitan. 

Wysoka ranga. 

Na chwilę opuściła powieki. Przed oczami stanął jej Grigorij. Zdecydowała, że będzie 

mówić. 

Kati już nie żyła. 

Wśród  jej  ludu  nie  było  nikogo,  na  kim  Antonii  by  zależało.  W  dodatku  to,  co 

nazywali wiarą, nie było słuszne, lecz niebezpieczne. 

-  Uciekliśmy  -  szepnęła,  lecz  głos  nie  chciał  jej  słuchać.  Ale  mężczyzna  przykucnął 

przed nią i wsłuchiwał się z powagą w to, co mówiła. 

-  Trafiliśmy  w  niewłaściwe  rejony  -  ciągnęła  Antonia.  Była  na  tyle  przytomna,  iż 

wiedziała, że powinna teraz dobierać odpowiednie słowa. Muszą jej uwierzyć. Ten człowiek 

musi jej pomóc. Bez tego będą zgubieni. - Był atak na obóz Konda - ciągnęła. Spostrzegła, że 

kapitan mruży oczy. - Zabili naczelnego szamana... 

- Nazwisko? 

- Judin - szepnęła Antonia. - Byliśmy tam. Uciekliśmy. 

Długo patrzyła mu w oczy. 

- Oni nas ścigali. Za dużo wiedzieliśmy. Musimy się stąd wydostać. 

Pokiwał głową. Przez jakiś czas się w nią wpatrywał. Antonia zdawała sobie sprawę, 

ż

e przypomina teraz przemoczone pisklę. Anastas także nie wyglądał na wojownika. 

- Mogę opowiedzieć o złocistej bogini - powiedziała Antonia tak cicho, że usłyszał ją 

jedynie kapitan. 

To  przeważyło.  Kapitan  wstał,  chrząknął,  rozejrzał  się  dokoła.  Znalazł  kogoś  wśród 

zgromadzonych, gestem przywołał ich do siebie. 

- Zanieście mężczyznę do baraków. Z kobietą sam sobie poradzę. Wygląda na to, że 

nie waży więcej niż pisklę. 

background image

Antonia uśmiechnęła się. 

- Dokąd popłyniemy? 

-  Muszę  was  zabrać  do  Jekaterynburga  -  odparł.  -  Przypłynęliśmy  tu  po  zapasy 

drewna. Wyruszamy dziś po południu. Jesteście pod naszą ochroną. 

Jekaterynburg leżał w środku gór. Tam za nimi nie pójdą. 

Byli ocaleni.