background image

Rozdział 12 

Spodziewałam  się,  że  z  nocnymi  myśliwcami  przybędzie  jeden  ze  sluaghów,  ale  to  był 

człowiek.  Wyglądał  na  człowieka,  chociaż  na  plecach  miał  wielki  garb.  Był  przystojny, 
z krótkimi brązowymi włosami i uśmiechniętą twarzą. Miał ze sobą czarną torbę lekarską. 

Spojrzałam na Sholto. 

- Jest człowiekiem, ale żyje z nami od wielu lat. 

Ludzie  mogą  przybyć  do  faerie  i  nie  starzeć  się,  ale  jeżeli  kiedykolwiek  opuszczą  naszą 

krainę,  wszystkie  lata,  które  minęły,  powrócą  do

 

nich  w  jednej  chwili.  Kiedyś,  jeżeli  zostałeś 

w faerie  na  jakąkolwiek  ilość  czasu,  nie  mogłeś  nigdy  powrócić,  nie  byłbyś  zwykłym 
człowiekiem. 

-  Był  lekarzem  zanim  do  nas przybył,  ale  kształcił  się  przez  długi  czas  będąc  w  faerie. 

Uzdrowi twojego Pana Burz, jeżeli tylko ktokolwiek jest w stanie to zrobić. 

Zorientowałam się, że cały czas dotykam przez ubranie ciała Mistrala. Przesunęłam się, 

więc  mogłam  widzieć  jego  twarz,  a  to  co  widziałam,  nie  było  pocieszające.  Jego  skóra, 
normalnie lśniąca bielą, była prawie tak szara, jak jego włosy. Niektórzy sidhe, włączając mnie, 
mogą  zmienić  magią  osobistą  kolor  swojej  skóry,  ale  ten  ziemisty  szary  nie  powstał  w  taki 
sposób. 

Czy Bogini rozproszyła mnie magią, żeby pozbawić mnie jednego z moich królów? Na 

pewno nie. 

-  Królu  Sholto,  Księżniczko  Meredith  –  odezwał  się  uzdrowiciel  -  jestem  zaszczycony 

służąc wam. 

To  było  tylko  konwencjonalne  pozdrowienie.  Jego  brązowe  oczy  patrzyły  bardziej  na 

pacjenta  niż  na  nas.  Podobało  mi  się  to.  Wyczuł  puls  Mistrala  jedną  wypielęgnowaną  ręką. 
Przystojna  twarz  lekarza  była  bardzo  poważna,  a  oczy  wydawały  się  odległe,  jakby  był  w  coś 
wsłuchany. 

Dotknął częściowo uzdrowionych ran. 

- Mój królu, jakaś magia uzdrowiła jego rany, ale jest nadal bardzo chory. Co zadało te 

rany? 

- Strzały z grotami z hartowanej stali – odpowiedział Sholto. 

Uzdrowiciel zacisnął wargi, a jego ręce szybko przebiegły przez Mistrala. 

- Znajdźmy jakiś pokój, gdzie będę mógł odpowiednio się nim zająć. 

- Zabierzmy go do mojej komnaty – powiedział Sholto. 

Uzdrowiciel przez chwilę wyglądał na zaskoczonego. 

background image

- Jak mój król sobie życzy – powiedział po prostu. Zaczął iść z stronę tunelu, z którego 

przybył. 

- Meredith, podążaj za lekarzem – odezwał się Sholto. 

Zaczęłam  się  kłócić,  ponieważ  chciałam  widzieć  Mistrala,  ale  coś  na  twarzy  Sholto 

sprawiło, że po prostu skinęłam głową. Podążyłam za doktorem, spoglądając jedynie za siebie, 
żeby widzieć Sholto idącego za nami z Mistralem w ramionach. 

Sholto  miał  rację.  Nie  było  gwarancji,  że  nie  mam  wrogów  tutaj,  pomiędzy  sluaghami. 

Myśleliśmy,  że  byłam  tu  bezpieczna,  ale  ludzie  z  tego  kopca  faerie  również  próbowali  mnie 
zabić.  Tyle,  że  z  zupełnie  innych  powodów.  Wiedźmy,  nocne  wiedźmy,  które  kiedyś  były 
osobistą  strażą  Sholto  próbowały  zabić  mnie  z zazdrości.  Były  kimś  więcej  niż  strażniczkami, 
podobnie jak moja własna straż. Wiedźmy uważały, że Sholto zapomni o nich teraz, kiedy po 
raz  pierwszy  skosztował  ciała  sidhe.  Ale  wiedźmy,  które  chciały  mojej  śmierci,  same  już  nie 
żyły.  Dwie  z nich  zabiłam  w  samoobronie.  Jedna  zginęła  z  ręki  Sholto,  żeby  zapewnić  mi 
bezpieczeństwo. Nadal na tym dworze byli tacy, którzy obawiali się, że to, że będę z ich królem, 
może zmienić ich na zawsze i zabrać to, co czyni z nich sluaghów. Obawiali się tego, że moja 
magia zmieni ich w bladą wersję Seelie. Był to ten sam strach, jaki moja ciotka Andais, Królowa 
Powietrza i Ciemności, czuła na swoim własnym dworze. 

Szłam  więc  za  doktorem,  z  Sholto  idącym  za  mną.  Mimo,  że  martwiliśmy  się  o  życie 

Mistrala, to nadal zaprzątała nas troska o moje bezpieczeństwo. Czy zawsze tak będzie? Czy ani 
w krainie faerie, ani poza nią, nie będzie dla mnie bezpiecznego miejsca? 

Modliłam się do Bogini o bezpieczeństwo, o przewodnictwo i o Mistrala. Doszedł mnie 

delikatny zapach róż. Potem podążył za nim zapach ziół. Tymianek, mięta i bazylia, jakbyśmy 
szli  po  rozrzuconych  ziołach,  ale  spojrzenie  w  dół  upewniło  mnie,  że  podłoga  była  goła. 
W rzeczywistości,  była  to  jaskinia  jak  w  większości  dworów,  nagie  kamienie,  które  wyglądały 
bardziej na wygładzone przez wodę, niż ociosane ręcznie. 

- Czuję zapach ziół i róż – odezwał się Sholto za mną. 

- Tak jak i ja – odrzekłam. 

Korytarz rozszerzył się, przed podwójnymi drzwiami stały dwie postacie w pelerynach. 

Przez  chwilę  myślałam,  że  to  nocne  wiedźmy,  które  kiedyś  były  jego  strażą,  ale  gdy  potem 
obróciły  się  i  spojrzały  na  nas,  zobaczyłam,  że  postacie  w  pelerynach  były  męskie.  Były 
niemalże  tak  wysokie,  jak  sam  Sholto,  blade  i  muskularne,  ale  w  ich  twarzach  była  jakaś 
gładkość, usta były pozbawione warg, owalne, szpary oczu miały w sobie ciemność jaskini. 

- Moi kuzynowie – powiedział Sholto. – Chattan i Iomhair. 

Ostatnim razem, kiedy widziałam jego straż, byli to jego dwaj wujkowie, ale obaj zginęli 

broniąc  go.  Zastanawiałam  się,  czy  tych  dwóch  było  synami  utraconych  wujków,  ale  nie 
pytałam. Nie było dobrze przypominać, że ktoś (to znaczy ja) był na miejscu, kiedy zginęli ich 
ojcowie. Ludzie maję tendencję do obwiniania cię, jeżeli jesteś zawsze obok ludzi, którzy giną. 

background image

Ta  śmierć  nie  była  z  mojej  winy,  ale  skoro  nie  można  winić  swojego  kuzyna  i  króla,  nie 
chciałam skierować ich zarzutów na zły cel. 

Pozdrowiłam ich więc, a oni odpowiedzieli bardzo formalnie. 

-  Księżniczko  Meredith,  zaszczycasz  nasz  kopiec  swoją  obecnością  –  to  było  bardzo 

uprzejmie jak na sluaghów. 

Automatycznie odpowiedziałam formalnym tonem. Lata spędzone na dworze sprawiły, 

że robiłam to odruchowo. 

-  To  ja  jestem  uhonorowana  przebywaniem  pomiędzy  sluaghami,  będącymi  silną,  lewą 

ręką Dworu Unseelie. 

Wymienili  spojrzenia,  kiedy  weszliśmy  przez  drzwi.  Jeden  z  nich,  a  wyglądali  tak 

podobnie, że nie wiedziałam który, odezwał się. 

- Minęło sporo czasu, od kiedy ktoś z królewskiej rodziny Unseelie nazwał tak sluaghów. 

Sholto  położył  Mistrala  na  wielkim  łóżku  w  odległej  części  komnaty.  Odwróciłam  się, 

żeby odpowiedzieć strażnikom. 

- Minęło dużo  czasu, od  kiedy sluaghowie spełniają swój obowiązek względem Dworu 

Unseelie.  Przybyłam  tutaj  szukając  schronienia  i  bezpieczeństwa  pomiędzy  sluaghami,  nie 
pomiędzy Unseelie, czy Seelie. Przybyłam z nienarodzonym dzieckiem waszego króla w moim 
ciele i szukam bezpieczeństwa pomiędzy jego ludźmi. 

- Więc te plotki są prawdą? Nosisz dziecko Sholto? 

- Tak – odrzekłam. 

- Zostaw ich, Chattan – powiedział drugi strażnik, Iomhair. – Muszą zająć się rannym. 

Chattan  ukłonił  się  i  zamknął  drzwi,  ale  kiedy  to  robił,  patrzył  na  mnie,  jakby  to  było 

bardzo ważne. Stałam tak i odwzajemniałam jego spojrzenie, ponieważ była w nim waga. Były 
chwile,  kiedy  czułam  nie  tylko  magię,  ale  również  przeznaczenie  krążące  dookoła  mnie. 
Wiedziałam, że Chattan był ważny, tak samo, jak ta krótka rozmowa, którą właśnie odbyliśmy. 
Mogłam to poczuć, aż do chwili, kiedy drzwi zamknęły się i poczułam, że jestem wolna, żeby 
podejść do łóżka, do Mistrala. 

Sholto  i  lekarz  obdzierali  z  niego  ostatnie  części  ubrania.  Pamiętałam  go  jako  tak 

mocnego,  tak  pełnego  życia.  Leżał  na  łóżku  nieruchomy,  jak  martwy.  Jego  pierś  uniosła  się 
i opadała,  ale  jego  oddech  był  płytki.  Jego  skóra  nadal  miała  niezdrowy,  szary  odcień.  Bez 
ubrania mogliśmy zobaczyć, jak wiele ran szpeciło jego ciało. Naliczyłam siedem osobnych ran, 
zanim Sholto podszedł do mnie. Chwycił mnie za ramię i odwrócił od łóżka. 

- Wyglądasz na bladą, Moja Księżniczko. Usiądź. 

Potrząsnęłam głową. 

background image

- To Mistral jest ranny. 

Sholto wziął obie moje ręce w swoje i spojrzał mi w twarz. Wydawał się wpatrywać we 

mnie. Jedną ręką dotknął mojego czoła. 

- Jesteś zimna. 

- Byłam na zewnątrz na zimowych chłodzie, Sholto – Próbowała spojrzeć za niego, na 

łóżko. 

-  Meredith,  jeżeli  mam  wybrać  pomiędzy  tym,  żeby  uzdrowiciel  zbadał  ciebie  i  dzieci, 

które nosisz, lub ocalił Mistrala, to wybiorę ciebie i dzieci. Więc usiądź i udowodnij mi, że nie 
jesteś w szoku. Jazda z dziką sforą nie jest częstym zajęciem dla  kobiet, a nigdy nie słyszałem 
o ciężarnej kobiecie, lub bogini, która by z nią jechała. 

Słyszałam jego słowa, ale wszystko, o czym mogłam myśleć, to to, że być może Mistral 

umiera. 

Ścisnął  mocno  moją  rękę.  Ból  był  na  tyle  duży,  że  skrzywiłam  się  i  próbowałam 

wyciągnąć dłoń. 

- Ranisz mnie – powiedziałam. 

-  Mógłbym  potrząsnąć  tobą,  ale  nie  wiem,  jak  to  wpłynęłoby  na  dzieci,  Meredith. 

Potrzebuję,  żebyś  zatroszczyła  się  o  siebie,  żebyśmy  my  mogli  zatroszczyć  się  o  Mistrala. 
Rozumiesz to? 

Puścił moją dłoń i delikatnie poprowadził mnie za łokieć do krzesła, które musiało tam 

stać  cały  czas.  Wydawało  się,  że  do  tej  pory  nie  widziałam  pokoju,  jakby  jedyne  co  mogłam 
widzieć  to  Mistral,  Sholto  i  uzdrowiciel.  Czy  byłam  w  szoku?  Czy  z  powrotem  wpadłam 
w szok,  kiedy  ustąpiła  magia?  Czy  po  prostu  teraz  dotarły  do  mnie  wszystkie  zdarzenia 
wieczoru? 

Krzesło,  na  którym  usadził  mnie  Sholto,  było  ogromne.  Pod  rękami  miałam 

wyrzeźbione w drewnie podpórki, gładkie od pieszczących je od wielu lat dłoni. Poduszki pode 
mną  były  miękkie,  a  tył  krzesła  obity  był  jedwabiem,  ciemnopurpurowym  jak  winogrona,  czy 
w

 

ciemnym  kolorze  wina.  Rozejrzałam  się  dookoła  po  pokoju  i  zauważyłam,  że  większość 

pokoju  była  w  odcieniach  purpury  i  burgunda.  Wydaje  mi  się,  że  spodziewałam  się  czarnego 
i szarego,  podobnie  jak  w  pokoju  Królowej.  Sholto  spędzał  wiele  czasu  na  Dworze  Unseelie, 
starając się do niego dopasować, a arystokraci Unseelie nosili głównie czerń, więc myślałam, że 
tak urządzi swój dom, ale teraz byłam tutaj i nic nie było takie, jak sobie wyobrażałam. 

Pomiędzy  burgundem  i  purpurą  były  elementy  czerwone  i  lawendowe,  złote  i  żółte  tu 

i tam,  wplecione  pomiędzy  ciemniejsze  kolory.  Moje  mieszkanie  w  Los  Angeles  było 
w większości w kolorze burgundowym i różowym. Aż do tej chwili nie przyszło mi do głowy, 
że ten, kogo poślubię, dekorowałby ze mną nasz dom. Byłam w ciąży z ich dziećmi, a nawet nie 
znałam  ich  ulubionych  kolorów,  poza  Galenem.  Od  kiedy  byłam  mała,  wiedziałam,  że  Galen 

background image

lubi  zielony.  Ale  pozostali  moi  mężczyźni,  nawet  Doyle  i  mój  utracony  Mróz,  nie  mieli  czasu 
powiedzieć mi o małych rzeczach  jakie  lubią,  lub jakich nie lubią. Kolory, poduszki, dywaniki 
czy  nagie  drewno,  co  woleliby?  Nie  miałam  pojęcia.  Od  tak  dawna  spieszyliśmy  od  jednej 
sytuacji kryzysowej do drugiej, albo

 

działaliśmy, żeby dopełnić nasze przeznaczenie, że nie było 

czasu, by martwić się o typowe sprawy, o których rozmawiają pary. 

Spędziłam wczesną część swojego życia z moim ojcem pomiędzy ludźmi, Amerykanami, 

więc wiedziałam jak to być parą, ale miałam te same problemy, co wszyscy członkowie rodzin 
królewskich.  Próbowaliśmy  być  zwyczajni,  ale  w  końcu  to  nie  było  tak  naprawdę  możliwe. 
Moglibyśmy wtedy zniszczyć to, czym byliśmy. 

Sholto pojawił się przede mną z  kubkiem w ręce.  Unosiła się nad nim para, pachniało 

ciężko, ciepło i słodko. Mogłam rozpoznać niektóre z przypraw, ale nie wszystkie. 

- Grzane wino, ale nie mogę wypić, skoro jestem w ciąży. 

Od łóżka odezwał się uzdrowiciel. 

- Widziałaś, kiedy służący przyniósł wino? 

Zamrugałam patrząc na niego ponad ramieniem Sholto. 

- Nie – odrzekłam. 

- Potrzebujesz czegoś, co ci pomoże, Księżniczko Meredith. Wierzę, że znów wpadniesz 

w  szok,  a  jak  wiele  szoków  możesz  mieć  w  jedną  noc, skoro  jesteś  w  ciąży  z  bliźniętami?  To 
ciężkie dla ciała i mimo faktu, że pochodzisz od bóstw płodności, co może ci pomóc, jesteś po 
części człowiekiem, a po części skrzatem. Żadne z nich nie jest wolne od powikłań. 

-  Co  ty  wiesz  o  skrzatach?  –  Zapytałam,  a  Sholto  owinął  moje  ręce  dookoła  kubka. 

Potrzebowałam obu rąk, żeby utrzymać gładkie drewno. 

- Henry zajmował się wieloma pomniejszymi istotami magicznymi, od kiedy jest z nami 

–  powiedział  Sholto.  –  Jednym  z  powodów,  dla  których  przybył  na  nasz  dwór,  jest  jego 
zaciekawienie naszymi wieloma postaciami. Uważał, że więcej się tutaj nauczy. 

- Więc pomagałeś przy narodzinach skrzatów? – zapytałam. 

Sholto  ręką  skierował  kubek  w  stronę  moich  ust.  Moje  dłonie  pozostały  owinięte 

dookoła  kubka,  ale  nie  pomogłam  mu.  Czułam  się  dziwnie  pasywnie,  jakby  nic  nie  miało 
znaczenia. Mieli rację. Potrzebowałam czegoś. 

-  Pomagałem  –  powiedział  lekarz  -  i  przyrzekam  ci,  Księżniczko,  że  jeden  kubek 

grzanego wina nie skrzywdzi ciebie i twoich dzieci. Pomoże ci myśleć jasno i ustrzeże cię przed 
tymi  okropnymi  rzeczami,  jakie  widziałaś  dzisiejszej  nocy  –  brzmiał  bardzo  miło,  a  jego 
brązowe oczy były pełne uczciwości. 

- Jesteś czarownikiem – powiedziałam. 

background image

-  Dobrym  i  daję  słowo,  że  szkoliłem  się  na  lekarza  i  jestem  uzdrowicielem.  Ale  tak, 

jestem  tym,  co  ludzi  teraz  nazywają  medium.  W  swoich  śmiertelnych  dniach  byłem 
czarownikiem,  a  z  garbem  na  plecach,  groziło  mi  poważne  niebezpieczeństwo,  że  zostanę 
zabity za konszachty z diabłem. 

- Starym królem sluaghów – powiedziałam. 

Skinął głową. 

-  Byłem  widziany  jednej  nocy  z  którymś  ze  sluaghów  i  to  przypieczętowało  mój  los 

pomiędzy  ludźmi.  Teraz  pij.  Pij  i  poczuj  się  lepiej.  –  W  jego  słowach  było  więcej  niż  tylko 
uprzejmość. Była w nich moc. Pij i poczuj się lepiej. Wiedziałam, że w jego słowach była magia 
i wola, coś więcej niż tylko przyprawy w winie. 

Sholto  pomógł mi  wypić  i  od  pierwszego  dotknięcia  ciepłego,  ostrego  płynu  na  moim 

języku,  poczułam  się  trochę  bardziej  raźnie.  Przez  całe  moje  ciało  przeszedł  strumień  ciepła, 
w podmuchu  pocieszenia.  To  było  jak  bycie  otulonym  w  ulubiony  koc  w  zimową  noc, 
z kubkiem gorącej herbaty w jednej ręce i ulubioną książką w drugiej, kiedy twój ukochany leży 
z głową na twoich kolanach. To wszystko było w jednym kubku ciepłego wina. 

Wypiłam, aż do końca i Sholto nie musiał więcej prowadzić moich rąk. 

- Lepiej? – zapytał doktor. 

- Dużo – odpowiedziałam. 

Sholto zabrał ode mnie kubek i położył go na tacy, na małym stoliku obok krzesła. Stała 

tam  nawet  lampa,  zakrzywiona  z  tyłu  ponad  krzesłem.  To  była  nowoczesna  lampa,  co 
oznaczało,  że  pokój  był  podłączony  do  elektryczności.  Tak  wiele  przeoczyłam  w faerie, 
podczas mojego pobytu na Zachodnim Wybrzeżu, widok lampy i wiedza, że mogę włączyć ją 
tylko  pstrykając  w  przełącznik,  były  bardzo  pocieszające.  Ostatnio  były  takie  chwile,  kiedy 
magia wydawała się tak wszechobecna, że trochę technologii nie było wcale czymś złym. 

- Czy czujesz się na tyle dobrze, żeby przyłączyć się do nas na łóżku? – zapytał doktor. 

Pomyślałam o tym, zanim odpowiedziałam, potem skinęłam głową. 

- Tak. 

- Sprowadź ją, Mój Królu, potrzebuję twojej pomocy. 

Sholto pomógł mi wstać. Przez chwilę miałam zawroty głowy. Jego ręka trzymała mnie 

pewnie, drugą ręką objął mnie w pasie. Pokój przestał się poruszać, a ja nie byłam pewna, czy 
to z powodu wina, magii w winie, nocy, czy czegoś związanego z tym, że nosiłam w swoim ciele 
dwa  życia.  Wiedziałam,  że  gdybym  była  człowiekiem,  w  pełni  człowiekiem,  bliźnięta  miałyby 
ciężko w ciele. Ale to była bardzo wczesna ciąża, prawda? 

Sholto  poprowadził  mnie  do  łóżka,  był  tam  podjazd,  więc  stało  na  podwyższeniu,  ale 

bez  stopni.  Zastanawiałam  się,  czy  ostatni  król  sluaghów  nie  lubił  stopni.  Nocni  myśliwce 

background image

czystej  krwi  nie  mają  stóp,  żeby  wchodzić  na  stopnie,  więc  podjazd  jest  lepszy.  Oczywiście 
mogą latać, więc może podjazd był przewidziany dla jeszcze dawniejszego króla. 

Ktoś  pstryknął  palcami  przed  moją  twarzą.  To  mnie  zaskoczyło,  sprawiło,  że 

zobaczyłam twarz doktora przy mojej.  

- Wino powinno zlikwidować to rozproszenie. Nie jestem pewien, czy  czuje się na tyle 

dobrze,  żeby  nam  pomóc,  Mój  Królu  –  lekarz,  Henry,  wyglądał  na  zmartwionego  i  mogłam 
poczuć  jego  zaniepokojenie.  Zorientowałam  się,  że  może  wizualizować  swoje  emocje.  Jakby 
mógł  wybierać,  jakimi  emocjami  podzieli  się  z  pacjentem,  to  musiało  sprawiać,  że  jego 
zachowanie w łóżku było niesamowite. 

- Co chcesz, żebyśmy zrobili, Henry? – zapytał Sholto. 

-  Muszę  położyć  okład  na  każdej  ranie,  to  wyciągnie  truciznę,  ale  wszyscy  mieszkańcy 

faerie są magiczni. Potrzebują do przeżycia magii, tak jak ludzie potrzebują powietrza czy wody. 
Uważam,  że  powodem,  dla  którego  hartowana  stal  jest  tak  śmiertelna  dla  faerie,  jest  to,  że 
niszczy  magię.  W  efekcie,  żelazo  w  jego  ciele  niszczy  magię,  która  utrzymuje  go  przy  życiu. 
Potrzebujemy dać mu inną magię, żeby zastąpić tamtą. 

- Jak mamy to zrobić? – zapytał Sholto. 

-  Ta  magia  jest  wyższego  rzędu,  niż  ta,  którą  ja  mam  do  dyspozycji.  Potrzebuje  magii 

sidhe,  a  tym  ja  nigdy  nie  będę  –  w  jego  słowach  czuć  było  żal,  ale  nie  gorycz.  Dawno  temu 
pogodził się z tym, kim i czym był. 

- Nie jestem uzdrowicielem – powiedział Sholto. 

Powrócił zapach róż i ziół. 

-  To  nie  uzdrowiciele  są  nam  potrzebni,  Sholto  –  powiedziałam.  –  Twój  doktor  jest 

wielkim uzdrowicielem. 

Henry  ukłonił  mi  się.  Jego  poskręcany  kręgosłup  spłycił  ten  ukłon,  ale  był  tak  pełen 

gracji, jak żaden, który mi oferowano. 

- Jesteś bardzo hojna w swoich pochwałach, Księżniczko Meredith. 

- Jestem szczera – zapach róż stał się mocniejszy. Nie był to ciężki, przesycony zapach 

nowoczesnych  róż,  ale  lekki,  słodki  zapach  dzikich.  Zioła  dodawały  temu  zapachowi  ciepła 
i gęstości,  jakbyśmy  stali  pośrodku  ogrodu  ziołowego,  otoczonego  żywopłotem  z  dzikich  róż, 
strzegącego i zapewniającego mu bezpieczeństwo. 

Ściana za ogromnym łóżkiem przesunęła się, jak skóra na jakiejś wielkiej bestii, która się 

odsuwała.  Kiedy  kopce  Seelie  czy  Unseelie  przesuwały  się,  to  było  prawie  niezauważalne. 
W jednej  chwili  patrzysz  na  coś,  a  w  drugiej  jest  to  większe  lub  mniejsze,  lub  po prostu  inne. 
Ale to był kopiec sluaghów i najwyraźniej tutaj można było widzieć, jak się zmienia. 

background image

Ciemne  kamienie  rozciągnęły  się  jak  guma  w  ciemności  bardziej  wypełniającej  niż 

jakakolwiek noc. To była jaskinia  ciemności, ale bardziej niż to, była to ciemność taka, jak na 
początku  czasu,  zanim  odnalazły  się  świat  i  światło,  zanim  pojawiło  cię  cokolwiek  innego  niż 
tylko mrok. Ludzie zapomnieli, że ciemność przybyła pierwsza, nie światło, nie słowo Bóstwa, 
ale mrok. Idealny, całkowity, nie potrzebujący niczego, nie proszący o nic, po prostu wszystko 
co tu było to mrok. 

Zapach róż i ziół był tak rzeczywisty, że mogłam posmakować go na języku, jak napój 

w słoneczny dzień. 

 Świt przerwał ciemność. Słońce, które nie miało nic wspólnego z niebem na zewnątrz 

kopca,  uniosło  się  na  odległej  krzywiźnie  nieba,  jakby  rozjaśniając  delikatnym  światłem, 
ujawniając  ogród.  Mogłam  powiedzieć,  że  to  był  ogród  -  labirynt,  jakby  czas  zniszczył 
wypielęgnowany  ogródek  ziołowy  w  czysty,  o  zagiętych  liniach,  wiktoriański  ogród,  chociaż 
moje  oczy  nadal  widziały  zioła.  Im  dłużej  starasz  się  dojrzeć  rośliny,  kamienną  ścieżkę 
pomiędzy  nimi,  tym  bardziej  nie  widzisz  w  tym  sensu.  Jak  ogród  labirynt  oparty  na  prostych 
geometrycznych  liniach.  Ten  rodzaj  kształtów,  które  niemalże  sprzeciwiają  się  prawom  fizyki, 
nie  powinny  istnieć,  ale  teraz  pod  ziemią  było  słońce  i  ogród,  którego  nie  było  chwilę 
wcześniej. Cóż przy tym znaczyło trochę nietypowej geometrii? 

Cały ogród otaczał żywopłot. Czy był tutaj sekundę wcześniej? Nie pamiętałam tego, po 

prostu  był.  Był  tu  okrąg  dzikich  róż,  taki,  jaki  kiedyś  widziałam  w  wizji.  Była  to  pomieszana 
wizja,  po  części  zadziwiająca,  a  po  części  będąca  doświadczeniem  bliskim  śmierci.  Zmusiłam 
się,  żeby  nie  przypominać  sobie  wielkiego  dzika,  który  prawie  mnie  zabił,  zanim  skropiłam 
śnieg  jego  krwią,  ponieważ  magia  tworzenia  sprawia,  że  to,  o  czym  pomyślisz,  staje  się  aż  za 
bardzo rzeczywiste. 

Pomyślałam  o  uzdrowieniu  Mistrala.  Pomyślałam  o  moich  dzieciach.  Pomyślałam 

o mężczyźnie stojącym obok mnie. Sięgnęłam po rękę Sholto. Przestraszył się, wpatrując się we 
mnie szeroko otwartymi oczami, ale uśmiechnął się, kiedy ja się uśmiechnęłam. 

- Zabierzmy go do ogrodu – powiedziałam. 

Sholto  skinął  głową  i  podszedł,  żeby  podnieść  nadal  nieprzytomnego  Mistrala. 

Spojrzałam do tyłu na doktora.  

- Idziesz, Henry? 

Potrząsnął głową. 

- Ta magia nie jest dla mnie. Zabierzcie go, ocalcie go. Wytłumaczę, gdzie jesteście. 

- Wydaje mi się, że ogród pozostanie tutaj, Henry – stwierdził Sholto. 

- Zobaczymy, nieprawdaż? – powiedział Henry z uśmiechem, ale w jego oczach był żal. 

Widziałam  takie  spojrzenie  w  oczach  innych  ludzi  w  faerie.  Spojrzenie  mówiące,  że  bez 
znaczenia  jak  długo  pozostaną  tutaj,  wiedzą,  że  tak  naprawdę  nigdy  nie  będą  jednymi  z  nas. 

background image

Możemy przedłużyć ich życie, ich młodość, ale nadal są tylko ludźmi, w krainie, gdzie nikt inny 
nie jest. 

Wiedziałam,  jak  to  jest  być  śmiertelnym  w  świecie  nieśmiertelnych.  Wiedziałam,  jak  to 

jest wiedzieć, że się starzeję, a inni nie. Byłam po części człowiekiem i były chwile jak ta, które 
przypominały  mi,  co  to  oznaczało.  Nawet  z  najbardziej  potężną  magią  w  całej  faerie,  która 
przychodziła do mojej ręki, nadal znałam żal i śmiertelność. 

Stanęłam  na  palcach  i  pocałowałam  Henrego  w  policzek.  Spojrzał  zaskoczony,  potem 

zadowolony. 

-Dziękuję, Henry. 

-  To  honor  służyć  rodzinie  królewskiej  na  tym  dworze  –  powiedział,  a  w  jego  głosie 

niemalże  było  słychać  łzy.  Kiedy  odsunęłam  się,  dotknął  miejsca  w  którym  go  pocałowałam, 
jakby nadal czuł tam moje usta. 

Podeszłam do Sholto, który stał trzymając Mistrala, jakby ten nic nie ważył, a on mógł 

trzymać go całą noc. Położyłam jedną rękę na ramieniu Sholto, drugą na nagiej skórze Mistrala 
i weszliśmy do ogrodu. 

background image

Rozdział 13 

Kamienie ogrodowej ścieżki poruszały się pod moimi nagimi stopami. Nagle stałam się 

świadoma  niewielkich  skaleczeń  na  moich  stopach.  Kamienie  wydawały  się  dotykać  tych 
skaleczeń. 

Chwyciłam mocniej ramię Sholto i spojrzałam w dół na to, po czym szliśmy. Kamienie 

były  w  odcieniach  czerni,  ale  były  w  nich  wizerunki.  Jakby  część  z  bezpostaciowych  istot 
z dzikiej  sfory  była  wewnątrz  kamieni,  ale  nie  były  tylko  obrazem.  Sięgały  do  powierzchni 
kamieni  mackami  i  wieloma  kończynami,  jakby  mogły  nas  dotknąć.  Miniaturowe  części 
nieokiełznanej  magii  wydawały  się  zwłaszcza  zainteresowane  tymi  miejscami,  gdzie  byłam 
skaleczona, lub krwawiłam. 

Podskoczyłam prawie spychając Sholto ze ścieżki. 

- Co się stało? – zapytał. 

- Wydaje mi się, że kamienie karmią się skaleczeniami na moich stopach. 

- Więc potrzebuję miejsca, żeby położyć Pana Burz, wtedy będę mógł ponieść ciebie – 

na  jego  słowa,  środek  ogrodu  labiryntu  rozszerzył  się  jak  usta,  czy  część  odzieży,  którą 
rozsuwasz, żeby zrobić miejsce na rękaw. 

Rozległ się dźwięk roślin przesuwających się z szybkością, którą w naturze rośliny nigdy 

się  nie  poruszały,  suchy,  szeleszczący  szelest,  który  sprawił,  że  rozejrzałam  się  dookoła. 
Czasami  rośliny  poruszały  się  po  prostu  dlatego,  że  powstawało  nowe  miejsce  w  faerie,  ale 
czasami oznaczało to atak. Krwawiłam dla róż w przedpokoju Unseelie. Moja krew obudziła je, 
ale  to  nadal  bolało  i  nadal  było  przerażające.  Rośliny  nie  myślą  jak  ludzie,  sprawienie,  że  są 
zdolne do ruchu, tego nie zmienia. Rośliny nie  rozumieją, jak czują i myślą zwierzęta. Wydaje 
mi się, że ta prawda działa w obie strony, ale nie zamierzałam krzywdzić roślin przypadkowo. 
Nie byłam pewna, czy te szeleszczące, spieszące się rośliny zapewnią mi bezpieczeństwo. 

Zazwyczaj czułam się bezpieczna, kiedy magia Bogini poruszała się tak mocno, ale było 

coś  w  tym  ogrodzie,  co  sprawiało,  że  byłam  nerwowa.  Może  było  to  uczucie,  że  kamienie 
poruszały się pod moimi nogami, używając małych ust, żeby lizać  i pić z maleńkich skaleczeń 
na moich stopach. Może supłanie się ziół, które było niemalże oszałamiające, jeżeli popatrzyło 
się na nie zbyt długo. 

Spojrzałam  za  nas  i  zauważyłam,  że  różany  żywopłot  zamknął  się  całkowicie  dookoła 

ogrodu. Nie, było wejście. Wyglądało jak białe wrota z drewnianymi łukiem, który wyginał się 
z gracją ponad nimi. Potem zauważyłam, że na jasnym drewnie były obrazy. Wtedy wiedziałam, 
że to nie było drewno. Wrota były utworzone z kości. 

Teraz  pośrodku  ogrodu  znajdowały  się  cztery  małe  drzewa,  wewnątrz  poruszały  się 

zioła i kamienie. Pnącza wiły się ponad nimi, a drzewo kształtowało się pod ukośnymi rzędami 
pnączy w sposób, w jaki drzewa układają się, kiedy pnącza kształtują je przez całe życie. Pnącza 
przeplatały  się  ponad  drzewami,  a  konary  i  liście  drzew  zaplotły  się  w  baldachim.  Pnącza 

background image

przeplotły się poniżej, nowe zioła wyrosły pod pnączami, tworząc pod nimi roślinny materac. 
Ogród wyrastał na łóżko dla Mistrala. 

Płatki  kwiatów  zaczęły  upadać  na  łóżko.  Nie  tylko  płatki  róż,  które  czasami  padały 

dookoła  mnie,  ale  kwiaty  wszystkich  kolorów  i  rodzajów.  Uformowały  cztery  poduszki,  które 
znalazły  się  na  całej  szerokości  łóżka.  Uformowały  koc,  który  ułożył  się  w  nogach  łóżka  i 
złożył się jak na noc. 

Sholto spojrzał na mnie pytającym wzrokiem. Odpowiedziałam najlepiej jak mogłam. 

- Twój kopiec szykuje miejsca dla nas, do snu i żeby uzdrowić Mistrala. 

- I uzdrowić ciebie, Meredith. 

Ścisnęłam jego ramię. 

- Uzdrowić nas wszystkich. 

Sholto podszedł do łóżka, po rozciągającej się zielonej trawie, tak jasnej, że wydawała się 

zbyt zielona, żeby być trawą. W chwili, kiedy zeszłam z kamieni na trawę, zorientowałam się, że 
tam były również małe kamienie. Spojrzałam w dół, na to po czym szłam i wiedziałam, że było 
to  utworzone  ze  szmaragdów.  Kruszyły  się  pod  stopami,  ale  nie  były  ostre  czy  raniące.  Nie 
miałam słów na określenie struktury szmaragdów. Było prawie tak, jakby były prawdziwą trawą, 
której tylko przydarzyło się, że ukształtowana została z drogocennych kamieni. 

Sholto ułożył Mistrala na środku łóżka. Tak jakby wiedział, co musi być zrobione, żeby 

go uleczyć. Bóstwo przemawiało dzisiejszej nocy nie tylko do mnie. 

Łóżko było na tyle wysokie, że musiałam się na nie raczej wspiąć niż wejść. Pnącza na 

brzegu łóżka owinęły się dookoła mnie, unosząc mnie. To był właściwie bardziej pomocne, niż 
pocieszające. Łóżko było wspaniałą rzeczą, ale myśl, że pnącza mogą poruszać się, na tyle, żeby 
owinąć się dookoła mnie, kiedy będę spała, nie była do końca dobrą myślą. 

Sholto klęknął po drugiej stronie Mistrala, patrząc od miejsca, w którym wczołgałam się 

na łóżko. 

- Dla kogo jest czwarta poduszka? – zapytał. 

Klęknęłam  zaskoczona  miękkością  ziół,  pnączy  i  płatków,  i  wpatrywałam  się 

w poduszkę. Zaczęłam mówić „Nie wiem”, ale pośrodku oddechu, jaki zaczerpnęłam, żeby to 
powiedzieć, wyszło z moich ust inne słowo: „Doyle.” 

Sholto spojrzał na mnie. 

- Jest w ludzkim szpitalu o mile stąd, otoczony przez metal i technologię. 

-  Masz  rację  –  powiedziałam,  ale  w  chwili,  w  której  to  wymówiłam,  wiedziałam,  że 

musimy sprowadzić Doyle’a. Musimy go uratować. Uratować go? 

background image

- Musimy go uratować – powiedziałam to głośno. 

Sholto zmarszczył brwi. 

- Uratować go, od czego? 

Na  chwilę  opanowała  mnie  panika,  jaką  czułam  wcześniej.  To  nie  były  słowa,  tylko 

przeczucie.  To  był  strach.  Czułam  coś  takiego  tylko  dwa  razy  wcześniej:  pierwszy  raz,  kiedy 
Galen  został  zaatakowany  przez  zamachowców,  a  za  drugim  razem,  kiedy  Barinthus,  nasz 
najsilniejszy sprzymierzeniec na Dworze Unseelie znalazł się po złej stronie magicznego spisku, 
którym nasi wrogowie manipulowali, żeby królowa zabiła go. 

Ścisnęłam mocno ramię Sholto. 

- Nie ma czasu na wyjaśnienia. Mistral może tutaj odpocząć, w magii faerie. Powrócimy 

i oddamy mu naszą magię, ale teraz waży się życie Doyle’a. Czuję to, nigdy wcześniej to uczucie 
nie było takie złe, Sholto. 

Nie kłócił się więcej, co było jedną z zalet Sholto, jaką u niego ceniłam. Płatkowy koc 

zsunął się na Mistrala, bez pomocy jakiejkolwiek ręki, która moglibyśmy zobaczyć, lub wyczuć. 
Magia  dotknęła  każdego  skaleczenia,  które  zadała  mu  stal,  to  było  najlepsze,  co  mogliśmy 
zrobić do naszego powrotu. 

Sholto odwrócił się do mnie. Bez  ciała  Mistrala zasłaniającego widok, macki wyglądały 

jak jakiś rodzaj ubrania, były jedyną rzeczą, którą miał na sobie powyżej pasa.  

- Jak dotrzemy na czas do Doyle’a? – zapytał. 

- Jesteś Panem Tego Co Pomiędzy, Sholto. Zabrałeś nas tam, gdzie pole spotyka las, na 

miejsce, gdzie brzeg spotyka ocean. Czy jest w szpitalu jakieś miejsce pomiędzy? 

Pomyślał przez sekundę, potem skinął głową. 

-  Życie  i  śmierć.  Szpital  jest  pełen  ludzi,  którzy  wiszą  pomiędzy.  Ale  jest  tam  za  dużo 

metalu i technologii jak dla mnie, Meredith. Nie mam w sobie ludzkiej krwi, która pomogłaby 
mi wykorzystywać magię wśród tych rzeczy. 

Chwyciłam jedną z jego rąk i owinęłam moje o wiele mniejsze palce dookoła jego. 

- Ja mam. 

Skrzywił się do mnie. 

- Ale to nie jest twoja magia. Jest moja. 

Modliłam się. 

- Bogini prowadź mnie. Pokaż mi drogę. 

- Twoje włosy – wyszeptał Sholto. – Jest w nich znów jemioła. 

background image

Odwróciłam głowę i mogłam poczuć woskowane, zielone liście. Dotykiem odszukałam 

białe  jagody.  Spojrzałam  na  Sholto,  a  on  miał  koronę  utkaną  z  ziół.  Zakwitły  malutkimi 
gwiazdkami  lawendy,  białymi  i  niebieskimi.  Uniósł  swoją  wolną  rękę,  a  na  niej  był  kosmyk 
zieleni jak żyjący pierścień na jego palcu. Wybuchł białym kwiatem, jak najdelikatniejszy kamień 
szlachetny. 

Poczułam  ruch  koło  kostki,  uniosłam  swoją  koszulę,  żeby  zauważyć  bransoletkę 

zielonych  i  żółtych  liści,  cytrynowy  tymianek  owinął  się  dookoła  mnie.  Poza  jemiołą  we 
włosach,  to  właśnie  w  to  zostaliśmy  przybrani  tej  nocy,  kiedy  Sholto  i  ja  po  raz  pierwszy 
kochaliśmy się. Jemioła była z nocy, kiedy byłam z innym mężczyzną. 

Pnącze  uniosło  się  z  łóżka  jak  ciernista  serpentyna.  Poruszyło  się  w  stronę  naszych 

złączonych dłoni. 

-  Dlaczego  to  zawsze  są  ciernie?  –  zapytałam,  ale  to  była  jedyna  chwila,  kiedy  moje 

życzenie nie mogło zmienić faerie. 

- Ponieważ za wszystko co jest wartościowe, trzeba zapłacić cierpieniem – odpowiedział 

Sholto.  Jego  ręka  zacisnęła  się  na  mojej,  kiedy  pnącze  odnalazło  nasze  dłonie  i  zaczęło  się 
owijać  dookoła  nich.  Ciernie  wbiły  się  w  naszą  skórę  z  małym  ukłuciem  bólu.  Krew  zaczęła 
spływać  w  dół  naszych  dłoni,  łącząc  naszą  krew,  kiedy  nasze  ręce  były  coraz  to  mocniej 
ściskane  przez  ciernie.  To  powinno  po  prostu  boleć,  ale  padło  na  nas  światło  wiosennego 
słońca, a zapach ziół i róż, rozgrzewanych przez dające życie słońce, otaczał nas zewsząd. 

Pnącze owinięte dookoła naszych rąk wybuchło kwiatami. Różowe róże pokryły pnącze, 

ukrywając ból, obdarowując nas bukietem bardziej serdecznym, niż jakikolwiek zrobiony przez 
człowieka. 

Poczułam jak moje włosy poruszają się. 

-  Nosisz  koronę  z  jemioły  i  białych  róż  –  powiedział  Sholto,  kiedy  pochylił  się,  żeby 

mnie pocałować. 

Pocałowaliśmy  się,  a  jego  wolna  ręka  z  pierścieniem  kwiatów  uniosła  się,  żeby  utulić 

moją twarz. Odsunęliśmy się na tyle, żeby móc mówić. 

- Przez naszą połączoną krew – wyszeptałam. 

- Mocą Bogini – powiedział. 

- Pozwól nam połączyć nasze moce – dodałam. 

- I nasze królestwa – odpowiedział. 

-  Niech  tak  będzie  –  powiedziałam  i  rozległ  się  dźwięk,  jakby  jakiś  wielki  dzwon  bił, 

jakby cały wszechświat czekał na nas, aż wypowiemy te słowa. Powinnam obawiać się tego, co 
to oznacza. Powinnam mieć wątpliwości, ale w tej chwili, nie było miejsca na takie rzeczy. Były 

background image

tylko oczy Sholto wpatrzone w moje i jego ręka na mojej twarzy, nasze dłonie złączone razem, 
magią samej faerie. 

- Więc będzie tak – odpowiedział. – A teraz ocalmy naszą Ciemność. 

Podróżowałam  z  Sholto  pomiędzy  miejscami,  ale  nigdy  nie  byłam  zdolna  wyczuć  jego 

mocy  tak  wyraźnie  rozciągniętej.  To  było  zadziwiająco  podobne  do  ręki  wyciągniętej 
w ciemność, aż znajdzie się to, czego się potrzebuje i przyciągnie się to bliżej. 

W  jednej  chwili  byliśmy  w  sercu  faerie,  w  następnej  w  sali  pogotowia  otoczeni  przez 

lekarzy,  pielęgniarki  i  hałasujące  monitory.  Na  stole  leżał  obcy  mężczyzna,  a  lekarz  próbował 
reanimować jego serce. 

Wpatrywali  się  w  nas  przez  chwilę,  potem  po  prostu  odeszliśmy,  zostawiając  ich,  żeby 

ocalili mężczyznę, jeżeli tylko mogą. 

- Gdzie on jest, Meredith? – zapytał Sholto. 

Sholto sprowadził nas tutaj. Teraz moim zadaniem, było znaleźć Doyle’a na czas.