background image

Rozdział 13 

Gdybym się nie obawiała o to, że zranię się o kości, mogłabym podpłynąć tam, gdzie Sholto 

i Agnes stali podtrzymując Segnę. Pozostali dwaj strażnicy, Ivar i Fyfe nadal byli w wodzie, nadal 
blisko, ale nie podtrzymywali kobiety. Woda sięgnęła mi do ramion, piekąc tam, gdzie zraniły mnie 
pazury Segny. Mogłabym płynąć, gdyby nie kości ukryte pod powierzchnią. Moja krew spłynęła do 
czarnej wody. 

Sholto  tulił  głowę  Segny  i  górną  część  jej  ciała,  tak  delikatnie  jak  tylko  mógł,  swoim 

jedynym  zdrowym  ramieniem.  Agnes  była  nadal  obok  niego,  pomagając  utrzymać  swoją  siostrę 
wiedźmę  ponad  wodą.  Potknęłam  się  na  delikatnym  dnie  i  zanurzyłam  się.  Podniosłam  się 
parskając. 

Doszedł do mnie głos Agnes, kiedy odezwała się do Sholto. 

- Jak możesz pragnąć tej słabej rzeczy? Jak to coś może być tym, czego pragniesz? 

Usłyszałam,  że  ziemia  poruszyła  się,  woda  zafalowała.  Odwróciłam  się  i  zobaczyłam 

Doyle’a i Mroza w wodzie, brnących w moją stronę. 

- To jej zabójstwo lub nigdy nie będzie królową – wrzasnęła Agnes. 

- Nie przyszliśmy zabijać za nią – odrzekł Doyle. 

- Przyszliśmy jej

 

strzec – dodał Mróz - jak straż twojego króla chroni jego. – Jego twarz była 

arogancką  maską.  Jego  jasny,  drogi  garnitur  nasiąknął  brudną  wodą.  Jego  długie,  srebrne  włosy 
spływały do wody.  W  jakiś sposób wydawał  się  bardziej wybrudzony  wodą, niż ktokolwiek  inny, 
jakby  to  poważniej  uszkodziło  jego  białosrebrne  piękno.  Czerń  Doyle’a  wydawała  się  topić  w 
wodzie. Właściwie to, że jego długi warkocz zanurzył się w wodzie, nie martwiło go. Jedyną rzeczą 
o  jaką  się  martwił,  to  utrzymanie  broni  w  czystości.  Nowoczesne  pistolety  mogą  strzelać  po 
zmoczeniu,  ale  zaczął  używać  broni  palnej,  kiedy  suchy  proch  oznaczał  życie  lub  śmierć, a  stare 
przyzwyczajenia ciężko wykorzenić. 

Czekałam na nich, żeby do mnie dołączyli, bo chciałam pocieszenia z ich obecności, kiedy 

będę  to  robić.  To,  czego  naprawdę  chciałam,  to  opaść  w  ich  ramiona  i  zacząć  krzyczeć.  Nie 
chciałam więcej zabijać, chciałam życia dla moich ludzi. Chciałam sprowadzić życie do faerie, nie 
śmierć. Nie śmierć. 

Czekałam  i pozwoliłam, żeby  ich ręce przyniosły  mi pocieszenie. Pozwoliłam  im  podnieść 

mnie  z  miękkiego,  zdradzieckiego  dna  i  przeprowadzić się  przez  wodę.  Nie  omdlałam  przy  nich, 
pozwoliłam sobie zaczerpnąć odwagę z siły ich rąk. 

Kość otarła się o moją nogę. 

- Kość – powiedziałam. 

- Krawędź kości, czuję ją – odrzekł Doyle. 

background image

-  Czy  ty  masz  nadzieję,  że  Segna  umrze,  zanim  tu  dojdziesz?  -  zapytała  Agnes  drwiącym 

głosem. Łzy lśniące na jej twarzy sprawiły, że nie brałam pod uwagę tonu jej głosu. Traciła kogoś, 
z  kim  żyła,  obok  kogo  walczyła,  kochała  przez  wieki.  Nienawidziła  mnie  wcześniej,  teraz 
nienawidziła mnie nawet bardziej. Nie chciałam jej mieć jako swojego wroga, ale wydawało się, że 
bez względu na to co zrobię, nie będę w stanie tego uniknąć. 

- Staram się nie podzielić jej losu – powiedziałam.  

- Mam nadzieję, że to się stanie – odrzekła Agnes. 

Sholto spojrzał na nią, po twarzy płynęły mu łzy. 

- Jeżeli kiedykolwiek podniesiesz znów rękę na Meredith, skończę z tobą. 

Anges  spojrzała  na  niego,  wpatrywała  się  w  jego  twarz,  trzymając  ciało  Segny.  Patrzyła 

w twarz mężczyzny, którego kochała. Cokolwiek tam zobaczyła, sprawiło to, że skłoniła głowę. 

- Zrobię, jak życzy sobie mój król. 

Słowa były gorzkie. Samo słuchanie ich sprawiło, że ścisnęło mnie w gardle. Agnes musiały 

palić w gardle. 

- Przysięgnij – powiedział Sholto. 

- Jaką przysięgę chcesz, żebym ci złożyła? – Zapytała, nadal z pochyloną głową. 

- Taką, jaką złożyła Meredith. 

Zadrżała, ale nie z zimna. 

- Przysięgam na ciemność, zjadającą wszystko, że nie skrzywdzę księżniczki tutaj i teraz. 

- Nie – odrzekł Sholto - przysięgnij, że nigdy jej nie skrzywdzisz. 

Ukłoniła się niżej, jej czarne włosy zanurzyły się w wodzie. 

- Nie mogę złożyć takiej przysięgi, mój królu. 

- Dlaczego nie możesz? 

- Ponieważ myślę o skrzywdzeniu jej. 

- Nie przysięgniesz, że nigdy jej nie skrzywdzisz? – Wydawał się być zaskoczony. 

- Nie, nie przysięgnę, nie mogę. 

Ivar odezwał się swoim ptasim głosem. 

-  Jeżeli  mogę  zasugerować,  Wasza  Wysokość,  niech  przysięgnie,  że  nie  skrzywdzi 

księżniczki  teraz,  wtedy  wszyscy  będziemy  mogli  poruszać  się  swobodnie.  Możemy  zająć  się  jej 
perfidią później, kiedy rozprawimy się ze sprawami pilnymi na teraz. 

Sholto przyciągnął do siebie Segnę i jej żółtawe ręce z połamanymi

 

pazurami

 

objęły go. 

background image

- Masz rację – powiedział. Spojrzał na Agnes, nadal pochyloną nad wodą i ciałem Segny. – 

Złóż przysięgę, jakiej możesz dotrzymać, Agnes. 

Wyprostowała się, woda spływała z jej włosów.. 

- Przysięgam na ciemność, która wszystko zjada, że nie skrzywdzę księżniczki w tej chwili. 

- Czy mogę coś zasugerować, Królu Sholto? – zapytał Doyle. 

-  Tak  –  odpowiedział  Sholto,  ale  nadal  wpatrywał  się  w  umierającą  kobietę  w  swoich 

ramionach. 

-  Czarna  Agnes  powinna  dodać  do  swojej  przysięgi,  że  nie  skrzywdzi  księżniczki  kiedy 

jesteśmy w waszych ogrodach. 

Sholto skinął głową i wyszeptał. 

- Zrób jak mówi, Agnes. 

- Czy strażnicy sidhe wydają teraz rozkazy naszemu królowi? – powiedziała. 

-  Zrób  to  Anges!  –  Krzyknął  na  nią,  a  krzyk  zakończył  się  szlochem.  Zgiął  się  nad  Segną 

i otwarcie zapłakał. 

Spojrzała  na  mnie,  nie  na  Doyle’a,  kiedy  odezwała  się,  a  każde  słowo  wydawała  się  siłą 

wyciągać z siebie. 

-  Przysięgam  na  ciemność,  która  zjada  wszystko,  że  nie  zranię  księżniczki,  kiedy  stoi 

w martwych ogrodach. 

- Myślę, że to wszystko co mogliśmy z niej wyciągnąć – odezwał się Mróz niskim głosem. 

- Zgadzam się – dodał Doyle. 

Obaj spojrzeli na mnie, jakby wiedzieli, że to zły pomysł. Odpowiedziałam na ich spojrzenie 

na głos. 

- Nie ma sposobu żeby to obejść, musimy to zrobić. Musimy przeżyć tę

 

chwilę, by nadeszła 

następna. 

Sholto podniósł twarz wystarczająco, by móc powiedzieć. 

- Segna nie przeżyje tej chwili. 

Nie  był  tak  załamany  w  Los  Angeles,  kiedy  zrobiłam  coś  dużo  bardziej  przerażającego 

Szarej  Nerys,  jego  innej  wiedźmie.  Nie  chciałam  tego  zrobić,  ale  nie  mogłam  nic  na  to  poradzić. 
Obie  były  jego kochankami, ale teraz wiedziałam  lepiej,  że do wszystkich swoich kochanków nie 
czujesz tego samego. Segna znaczyła coś dla niego, Nerys nie. Proste, bolesne, prawdziwe. 

Spojrzałam,  ponad  umierającą  wiedźmą,  na  Czarną  Agnes,  która  uważnie  obserwowała 

Sholto. Zorientowałam się w tej chwili, że ona nie opłakuje tylko śmierci Segny, ale podobnie jak ja 
przypomina sobie, że Sholto nie płakał  nad Nerys. Czy zastanawia  się, czy płakałby po niej? Czy 
wie, że bardziej kochał Segnę? Nie byłam pewna, ale mogłam powiedzieć, że ten ból ranił ją prosto 

background image

w duszę. Wpatrywała się w płaczącego króla i jej myśli były widoczne na jej twarzy. Ona tej nocy 
nie opłakiwała po prostu Segny. 

Zdawała  się  wyczuć  ciężar  mojego  spojrzenia,  ponieważ  się  obróciła.  Spojrzała  na  mnie, 

a żałość  na  jej  twarzy  zamieniła  się  w  ostrą,  płonącą  nienawiść.  Widziałam  swoją  śmierć  w  jej 
oczach. Agnes zabiłaby mnie, gdyby tylko mogła. 

Ręka  Doyle’a  zacisnęła  się  na  moim  ramieniu.  Mróz  przeszedł  ponad  kośćmi  ukrytymi 

w wodzie, przed nas, zasłaniając nas przed wzrokiem Agnes, jakby samo jej spojrzenie mogło mnie 
zranić.  Czas  mijał.  Ale  będzie  więcej  nocy,  więcej  sposobów,  żeby  zabić  jedną  śmiertelną 
księżniczkę. 

-  Złożyła  przysięgę  –  odezwał  się  Sholto  zduszonym  głosem  -  to  wszystko  co  możemy 

zrobić tej nocy. 

W tym ostatnim zdaniu  była  jakaś wiedza, która pozwalała się domyśleć, że widział to, co 

my wiedzieliśmy na twarzy Agnes. Chciałabym wierzyć, że będzie w stanie utrzymać wiedźmę na 
smyczy, ale jej spojrzenie mówiło, że żadna smycz honoru czy miłości nie będzie mocniejsza od jej 
nienawiści. 

Nie chciałam zabić Segny, nie chciałam zakończyć jej życia, kiedy Sholto ją opłakiwał. Ale 

teraz  wiedziałam,  że  muszę  również  zabić  Agnes,  lub  ona  zobaczy  moją  śmierć.  Była  za  bardzo 
niebezpieczna, zbyt dobrze usytuowana pomiędzy sluaghami, by pozwolić jej żyć. 

Zaraz  kiedy  dotarło  do  mnie  to,  co  sobie  pomyślałam,  nie  wiedziałam  czy  śmiać  się,  czy 

płakać.  Nie  chciałam  zabić  jednej  wiedźmy,  nie  znosiłam  myśli  o  zabiciu  pierwszej,  a  właśnie 
planowałam śmierć trzeciej. 

Mróz i Doyle podnieśli mnie ponad ukrytymi kośćmi. Prawie podpłynęliśmy do Sholto, tam 

gdzie  płakał  nad  wiedźmą.  Próbowali  mnie  postawić,  ale  zapadłam  się  aż  po  brodę,  kiedy  mnie 
puścili. W tej samej chwili mnie chwycili i wyciągnęli ponad czarną wodę. 

-  Żeby  zabić,  musi  stać  na  swoich  własnych  nogach  –  powiedziała  Agnes,  jej  głos  niósł 

w sobie tę śmiertelną pasję, jaką widać było w jej spojrzeniu. 

- Nie wiem, czy jestem na tyle wysoka – powiedziałam. 

- Muszę zgodzić się z wiedźmą – odrzekł Fyfe. – Księżniczka musi stać samodzielnie, żeby 

zabójstwo było jej. 

Mróz i Doyle wymienili spojrzenia, nadal trzymając mnie pomiędzy sobą. 

- Postawcie mnie powoli – powiedziałam. – Myślę, że mogę sięgnąć do dna. 

 Zrobili, o co prosiłam. Jeżeli uniosłam brodę, mogłam ledwie powstrzymać brudną wodę od 

dostania się do moich ust. 

- Nie mamy ze sobą żadnej broni, by zabić nieśmiertelnego – powiedział Doyle. 

- Tak jak my – dodał Ivar. 

background image

Sholto spojrzał na mnie, jego twarz była wykrzywiona żalem, zmusiłam się by wytrzymać to 

spojrzenie. Poruszył się i mała fala uderzyła mnie w twarz. Zaczęłam iść przez wodę, więc mogłam 
utrzymać  głowę  ponad  powierzchnią.  Kiedy  szłam,  moja  noga  otarła  się  o  coś,  myślałam,  że  to 
kość, ale to poruszało się. To było ramię Segny, leżące bezwładnie w wodzie. Moja noga otarła się 
o nie znów, ramię zadrżało. 

- Kości są zabójcze - powiedziałam. 

Wtedy  Segna  odezwała  się  grzechoczącym  głosem,  gęstym  od  rzeczy,  które  nigdy  nie 

powinny znaleźć się w gardle żyjącego. 

- Pocałuj mnie… ostatni… raz. 

Sholto pochylił się do niej ze szlochem. 

Ivar  odsunął  wszystkich,  by  dać  im  więcej  miejsca.  Upewnił  się,  że  Agnes  cofnęła  się,  co 

znaczyło  że  ciało  Segny  zaczęło  zapadać  się  pod  wodę.  Ruszyłam  w  ich  stronę,  starając  się  ją 
chwycić,  brnąc  przez  wodę.  Położyłam  na  niej  rękę,  czując  ciężar  jej  peleryny  owijającej  się 
dookoła  moich  nóg.  Poczułam  napięcie  w  biciu  jej  serca,  zanim  jej  ramię,  które  znajdowało  się 
teraz  przede  mną,  poleciało  w  moją  stronę.  Zdążyłam  odwrócić  się  i  chwycić  jej  ramię  obiema 
rękami, by utrzymać jej szpony z dala od siebie. 

- Merry! – wrzasnął Doyle. 

Zobaczyłam  jej  drugie  ramię  lecące  w  moją  stronę.  Puściłam  to  ramię,  które  trzymałam  i 

próbowałam odsunąć drugie ramię od siebie. Ciało Segny obróciło się w wodzie i pociągnęło mnie 
za sobą. 

background image

Rozdział 14 

 

Zdążyłam zaczerpnąć powietrza, zanim poszłyśmy pod wodę. Twarz Segny pojawiła się pod 

wodą. Miała otwarte usta, krzyczące na mnie, krew tryskała jej z ust. Ręce wbiłam desperacko w jej 
ramiona,  były  za  małe,  by  ją  nimi  otoczyć,  ale  zmusiłam  ją,  żeby  odsunęła  się  ode  mnie  i  nie

 

wciągnęła mnie głębiej do wody. 

Za późno zorientowałam się, że jest jeszcze inny sposób zabicia mnie niż szpony, starała się 

przeszyć mnie zanurzonymi kośćmi. Kopnęłam nogą by pozostać ponad kośćmi i nie pozwolić jej 
nadziać  mnie  na  nie.  Koniec  kości  dotknął  mnie,  kopnęłam  i  odepchnęłam,  by  nie  przecięła  mi 
skóry.  Segna  pchała  i  walczyła  przy  mnie.  Siła  jej  ramion  i  ciała,  to  było  niemalże  za  wiele  dla 
mnie. Była zraniona, umierająca, ale tylko to mogło powstrzymać ją od zabicia mnie. 

Ścisnęło mnie w piersi, musiałam odetchnąć. Szpony, kości, nawet sama woda mogła zabić. 

Jeżeli  nie uda  mi  się odepchnąć  jej od siebie,  wszystko co musi zrobić, to po prostu przytrzymać 
mnie pod powierzchnią. 

- Bogini, pomóż mi – modliłam się. 

Blada  ręka  zalśniła  w  wodzie  i  Segna  została  odciągnięta,  ale  mój  uścisk  na  jej  ramionach 

pociągnął  mnie  za  nią.  Poszliśmy  pod  powierzchnię  razem,  obie  walcząc  o  oddech.  Jej  oddech 
zakończył  się  kaszlem,  który  pokrył  moją  twarz  jej  krwią.  Przez  chwilę  nie  widziałam,  kto 
odepchnął ją do tyłu. Musiałam zetrzeć jej krew z moich oczu, by zobaczyć Sholto chwytającego ją 
ramieniem. Trzymał ją jednym ramieniem. 

- Uciekaj, Meredith, uciekaj! – krzyczał. 

Zrobiłam, co mówił. Puściłam ją i odsunęłam się mając nadzieję, że za mną nie ma żadnych 

kości.  Segna  nie  starała  się  mnie  schwytać.  Użyła  swojej  oswobodzonej  ręki  żeby  przeciągnąć 
szponami w dół ramienia Sholto, robiąc z jego ciała karmazynową ruinę. 

Brnęłam  przez  wodę,  rozglądając  się  za  Doylem,  Mrozem  i  pozostałymi.  Nikogo  nie  było. 

Brodziłam  w  jeziorze,  głębokim,  zimnym  jeziorze,  które  nie  było  już  płytką,  ospałą  sadzawką, 
w której pływaliśmy wcześniej. W zasięgu ręki była mała wyspa, ale brzeg był daleko i nie był to 
brzeg, jaki znałam. 

- Doyle! – krzyknęłam, ale nie było odpowiedzi. Tak naprawdę nie spodziewałam się jej, bo 

właśnie zorientowałam się, że jesteśmy albo w wizji, albo gdzieś indziej w faerie. Nie wiedziałam 
ani co to za wizja, ani gdzie jesteśmy. 

Sholto  zapłakał  za  mną.  Odwróciłam  się  na  czas,  by  zobaczyć  go  zanurzającego  się 

w czerwonej kipieli. Segna uderzała w wodę, w miejscu gdzie zniknął, sztyletem wyciągniętym zza 
pasa. Czy zdawała sobie sprawę, kogo teraz atakuje, czy nadal uważała, że zabija mnie? 

- Segna! – krzyknęłam. 

background image

Wydawało się, że mój krzyk dotarł do niej, ponieważ się zawahała. Odwróciła się w wodzie 

i spojrzała  na  mnie.  Wychyliłam  się  z  wody  na  tyle,  żeby  mogła  mnie  zobaczyć.  Sholto  się  nie 
wynurzył. 

Segna krzyknęła na mnie, jej krzyk zakończył się mokrym kaszlem. Krew spłynęła w dół jej 

brody, ale ruszyła w moją stronę. 

- Sholto! – krzyknęłam, mając nadzieję, że Segna zorientuje się, co zrobiła i odwróci się, by 

go ratować. Ale ona nadal z trudem płynęła w moją stronę. 

-  Teraz  jest  tylko  białym  mięsem  –  zawarczała  tym  za  grubym,  za  mokrym  głosem.  –  Jest 

tylko sidhe, nie sluagh. 

To  było  na  tyle,  jeżeli  chodzi  o  pomoc  Sholto,  wyraźnie  interesowało  to  tylko  mnie. 

Wzięłam głęboki wdech i zanurkowałam. Woda była w tym miejscu czysta. Widziałam Sholto jak 
blady cień zapadający się w dno, dookoła niego unosiła się krew niczym chmura. 

Krzyknęłam jego imię, a dźwięk rozszedł się echem przez wodę. Jego ciało drgnęło, potem 

coś chwyciło mnie za włosy i szarpnęło do góry. 

Segna  ciągnęła  mnie  przez  wodę.  Widziałam,  że  kieruje  się  w  stronę  wyspy.  Moje  nagie 

plecy uderzały o skały, ocierając się o nie, kiedy szarpała się w jeziorze. Ciągnęła mnie za sobą, aż 
obie  wyszłyśmy  z  wody.  Leżała  dysząc  na  kamieniach,  z  ręką  nadal  wplątaną  w  moje  włosy. 
Starałam  się  od  niej  uwolnić,  ale  zacisnęła  mocniej  pięść,  ciągnąc  moje  włosy,  jakby  chciała  je 
wyrwać z cebulkami. Zaczęła ciągnąć mnie bliżej miejsca, gdzie leżała. 

Walczyłam, by podnieść się na czworaka, żeby nie mogła ocierać mojej skóry o nagie skały. 

Straciłam ją z oczu na chwilę. 

To był  błąd. Szarpnęła  mnie w dół,  na  brzuch, z  siłą, którą mogłaby usadzić rozbrykanego 

konia. Podparłam się ramieniem, żeby nie opaść na skały. 

Wtedy zobaczyłam, że nadal ma sztylet. Przycisnęła go do mojego policzka. Spojrzałam na 

nią przez linię ostrza. Leżała na dole, prawie płasko na skałach. 

- Potnę cię – powiedziała - zniszczę tę piękną twarz. 

- Sholto tonie. 

- Sluagh nie może zginąć od wody. Jeżeli jest na tyle sidhe by utonąć, niech tonie. 

- Kochał cię – powiedziałam. 

Jęknęła szorstko, zachlapując sobie brodę krwią. 

- Nie tak bardzo jak kochał myśl o ciele sidhe w swoim łóżku. 

Z tym nie mogłam się kłócić. 

Czubek jej ostrza zadrżał ponad moim policzkiem. 

- Jak bardzo jesteś sidhe? Jak dobrze się uzdrawiasz? 

background image

Pomyślałam, że to retoryczne pytanie i nie odpowiedziałam na nie. Czy zginie, zanim mnie 

zrani, czy się uzdrowi? 

Wykrztusiła  krew  na  kamienie,  wydawało  się,  że  zastanawia  się  nad  tym  samym. 

Wykorzystała uchwyt na moich włosach by położyć mnie na plecach, przyciągając bliżej do siebie. 
Nie mogłam jej powstrzymać, nie mogłam walczyć przeciwko takiej sile. Wczołgała się na mnie  i 
przyłożyła  czubek  ostrza  do  mojego  gardła.  Chwyciłam  jej  rękę,  owinęłam  wokół  niej  moje  obie 
ręce, drżące z wysiłku, by odsunąć ją ode mnie. 

- Taka słaba – sapała nade mną. – Dlaczego podążamy za sidhe? Gdybym nie umierała, nie 

mogłabyś mnie zrzucić. 

- Jestem tylko po części sidhe. 

-  Ale  dla  niego  jesteś  wystarczająco  sidhe,  by  cię  chciał  –  zawarczała.  –  Lśnij  dla  mnie, 

sidhe! Pokaż mi szlachetną magię Seelie. Pokaż mi magię, która sprawia, że podążamy za sidhe. 

To  były  decydujące  słowa.  Miała  rację.  Miałam  magię.  Magię,  której  nie  miał  nikt  inny. 

Wezwałam  moją  rękę  krwi.  Wezwałam  ją  i  starałam  się  nie  myśleć  o  tym,  że  mogłam  zrobić  to 
wcześniej, zanim zraniła Sholto. 

Władałam ręką krwi.  Mogłam wykrwawić  ją  już  z  małego cięcia, a  nie  miała  małych cięć. 

Zaczęłam lśnić pod naciskiem jej ciała. Moje ciało błyszczało przez jej krew, która ściekła na mnie. 

- Nie magię Seelie, Segna – wyszeptałam - magię Unseelie. Krwaw dla mnie. 

Z  początku  nie  zrozumiała.  Starała  się  pchnąć  mnie  sztyletem  w  gardło,  a  ja  odciągnąć  jej 

rękę  z  daleka  ode  mnie.  Wbiła  rękę  w  moje  włosy  tak,  że  jej  szpony  dotknęły  skóry  rozcinając 
mnie. Wezwałam krew, a jej rany trysnęły. 

Krew polała się na mnie, gorąca, gorętsza niż moja własna skóra. Odwróciłam głowę, by nie 

zalała mi oczu. Moje ręce stały się śliskie od jej krwi i bałam się, że jej nóż prześlizgnie się, zanim 
ją wykrwawię. Tak wiele krwi, lała się bez końca. 

Czy nocna wiedźma może wykrwawić się na śmierć? Czy kiedykolwiek któraś została zabita 

w ten sposób? Nie wiedziałam, po prostu nie wiedziałam. 

Czubek jej noża przebił moją skórę ostrym cieciem. Moje ramię zaczęło drżeć z wysiłku, by 

utrzymać ją z daleka ode mnie. 

-  Krwaw  dla  mnie!  –  krzyknęłam.  Wyplułam  jej  krew  z  ust,  jej  nóż  nadal  wbijał  mi  się 

w gardło. Był tuż nad moją skórą, nie byłam jeszcze ranna, ale już wkrótce będę. 

Potem  jej  ręka  zawahała  się,  odsunęła  do  tyłu.  Zamrugałam  przez  maskę  jej  krwi,  która 

spłynęła  na  moją  twarz.  Jej  oczy  były  rozszerzone  i  zaskoczone.  Jej  gardło  było  przebite  białą 
włócznią. 

Sholto  stał  ponad  nią,  jego  bandaże  zniknęły,  widać  było  rany.  W  obu  rękach  trzymał 

włócznię. Wyszarpnął ją. Fontanna krwi spłynęła jej na szyję. 

- Krwaw – wyszeptałam. Opadła w karmazynową kałużę, z nożem nadal zaciśniętym w ręce. 

background image

Sholto stał ponad nią, białą włócznią uderzył mocno w jej plecy. Drgnęła pod nim, jej usta 

otwarły się i zamknęły, ręce i stopy drapały nagą skałę. 

Dopiero  kiedy  zupełnie  przestała  się  ruszać  wyciągnął  włócznię.  Stał  chwiejąc  się,  ale  za 

pomocą czubka włóczni wrzucił jej sztylet do jeziora. Potem opadł na kolana obok niej, podpierając 
się na włóczni. 

Podeszłam  się  do  niego,  już  nie  lśniłam.  Byłam  zmęczona,  ranna  i  pokryta  krwią  moich 

wrogów.  Opadłam  na  kolana  na  zakrwawioną  skałę,  tuż  obok  niego  i  dotknęłam  jego  ramienia, 
jakbym nie była pewna, czy jest prawdziwy. 

- Widziałam, jak toniesz – powiedziałam. 

Wydawało się, że miał problem ze skupieniem uwagi na mnie, ale odpowiedział mi. 

-  Jestem  sluagh  i  sidhe.  Nie  możemy  zginąć  przez  utonięcie  –  zakrztusił  się,  wymiotując 

wodą na skały, kurczowo trzymając się białego trzonka włóczni. – Ale to boli, jakbym umarł. 

Objęłam  go,  a  on  się  skrzywił,  przez  nowe  i  stare  rany.  Chwyciłam  go  ostrożnie, 

przywierając do niego, pokrywając jego ramiona krwią Segny. 

Jego głosy był ochrypły od kaszlu. 

- Trzymam włócznię kości. Kiedyś był to jeden z królewskich symboli dla mojego ludu. 

- Skąd ją wziąłeś? – zapytałam. 

- Była na dnie jeziora, czekając na mnie. 

- Gdzie jesteśmy? – zapytałam znów. 

-  Na  Wyspie  Kości.  Kiedyś  była  pośrodku  naszych  ogrodów,  ale  potem  stała  się  częścią 

legend. 

Dotknęłam tego, o czym myślałam, że jest skałą. To była skała, ale skała, która kiedyś była 

kością. Wyspa powstała ze skamielin. 

- To wydaje się być dość solidne jak na legendę – powiedziałam. 

Uśmiechnął się. 

- Co, w imię Danu, się dzieję, Meredith? Co się stało? 

Poczułam zapach róż, gęsty i słodki. 

Podniósł głowę i rozejrzał się. 

- Czuję zioła. 

- Ja czuję róże – powiedziałam miękko. 

Spojrzał na mnie. 

- Co się dzieje, Meredith? Jak się tutaj znaleźliśmy? 

background image

-Modliłam się. 

Wykrzywił się. 

- Nie rozumiem. 

Zapach  róż  nasilił  się,  jakbyśmy  stali  na  letniej  łące.  Kielich  pojawił  się  w  mojej  ręce,  tej 

którą opierałam na nagich plecach Sholto. 

Odsunął się od dotyku, jakby go palił. Starał się odwrócić tak szybko, że musiały zaboleć do 

otwarte rany na brzuchu, drgnął, wciągając ostro powietrze. Opadł na bok, nadal ściskając włócznię 
w ręce. 

Trzymałam złoto- srebrny kielich, w którym odbijało się światło. Dopiero wtedy okazało się, 

że było tu światło. To było światło słoneczne, lśniące w kielichu, ciepłe przy mojej skórze. 

Za  nic  nie  mogłam  sobie  przypomnieć,  czy  chwilę  wcześniej  było  tu  słonce.  Chciałam 

zapytać Sholto, ale on skupił się na tym co trzymałam w ręce. 

- To nie może być to, o czym myślę – wyszeptał. 

- To kielich. 

Potrząsnął lekko głową. 

- Jak? 

-  Śniłam  o  nim,  jak  śniłam  o  rogowym  kielichu  Abeloeca  i  kiedy  obudziłam  się,  był  obok 

mnie. 

Oparł się mocno na włóczni i sięgnął w kierunku lśniącego kielicha. Wyciągnęłam go w jego 

stronę, ale jego palce zatrzymał się tuż przed nim, jakby obawiał się go dotknąć. 

Jego  wahanie  przypomniało  mi,  co  może  się  zdarzyć,  jeżeli  dotknę  jednego  z  mężczyzn 

trzymając kielich. Ale czy nie byliśmy w wizji? A jeżeli tak, czy to nie powinno przynieść prawdy? 
Spojrzałam  na  ciało  Segny,  czując  jej  krew  spływającą  mi  po  skórze.  Czy  to  była  wizja,  czy 
rzeczywistość? 

- A może rzeczywista wizja? – Rozległ się kobiecy głos. 

- Kto to powiedział? – Zapytał Sholto. 

Pojawiła się postać. Była ukryta całkowicie pod szarą peleryną z kapturem. Stała w świetle 

słonecznym, ale wyglądało, jakby stała w cieniu. Cień w żaden sposób nie mógł jej ukształtować. 

- Nie obawiaj się dotknąć Bogini – powiedziała postać. 

- Kim ty jesteś? – wyszeptał Sholto. 

-  A  kim  myślisz,  że  jestem?  –  Odrzekł  głos.  W  przeszłości  zawsze  pojawiała  się  jako  coś 

bardziej solidnego, lub była tylko głosem, zapachem na wietrze. 

Sholto oblizał wargi. 

background image

- Bogini – wyszeptał. 

Moja ręka podniosła się, jakby z własnej woli. Trzymałam kielich, ale to ktoś inny poruszał 

moją ręką. 

- Dotknij kielicha – wyszeptałam. 

Zacisnął uścisk na włóczni, oparł się na niej, jakby chciał wyciągnąć drugą rękę. 

- Co się stanie, kiedy go dotknę? 

- Nie wiem – powiedziałam. 

- Dlaczego więc chcesz, żebym to zrobił? 

- Ona tego chce – odrzekłam. 

Znów się zawahał z palcami tuż nad lśniącą powierzchnią. Głos Bogini rozszedł się dookoła 

nas, wraz z zapachem letnich róż. 

- Wybieraj. 

Sholto wziął głęboki wdech i wypuścił go, jak biegacz przed biegiem, potem dotknął złotego 

kielicha. Poczułam zapach ziół, jakby ktoś musnął rabatkę z tymiankiem i lawendą koło moich róż. 
Obok szarej pojawiła się postać w czarnej pelerynie. Wysoka, szeroka w ramionach w jakiś sposób, 
mimo  że  osłonięta  peleryną,  w  wyraźny  sposób  męska.  Tak  jak  peleryna  nie  mogła  ukryć 
kobiecości Bogini, tak nie mogła również ukryć męskości Boga. 

Sholto owinął  rękę  dookoła  kielicha,  zasłaniając  moją  rękę  swoją,  więc  oboje  trzymaliśmy 

kielich. 

Doszedł  do  nas  głęboki,  bogaty  głos,  wciąż  zmieniający  się.  Znałam  głos  Boga,  zawsze 

męski, ale nigdy ten sam. 

-  Przelałeś  swoją  krew,  ryzykowałeś  swoje  życie,  zabiłeś  na  tej  ziemi  –  zaczął.  Ciemny 

kaptur odwrócił się w stronę Sholto. Przez chwilę wydawało mi się, że widziałam brodę, usta, ale 
zmieniały się w chwili, kiedy je zobaczyłam. To było oszałamiające. – Co byś dał, by sprowadzić 
życie z powrotem do swoich ludzi, Sholto? 

- Wszystko – wyszeptał. 

-  Bądź  ostrożny,  co  oferujesz  –  powiedziała  Bogini  i  również  jej  głos  był  głosem  każdej 

kobiety i żadnej. 

- Mógłbym oddać swoje życie, żeby ocalić moich ludzi – powiedział Sholto. 

- Nie mam zamiaru go zabierać – odpowiedziałam, ponieważ kiedyś Bogini zaoferowała mi 

podobny wybór. Amatheon obnażył swoją szyję dla ostrza, co mogło sprawić, że życie powróci na 
ziemię faerie. Odmówiłam, ponieważ był inny sposób, by dać życie ziemi. Pochodziłam od bóstw 
płodności i wiedziałam, że krew nie jest jedyną rzeczą, która sprawia, że trawa rośnie. 

- To nie jest twój wybór – powiedziała do mnie. Czy w jej głosie słychać było nutkę żalu? 

background image

W  powietrzu  przed  Sholto  pojawił  się  sztylet.  Rękojeść  i  ostrze  było  całe  białe,  lśniło 

dziwnie w świetle. Sholto puścił kielich i chwycił nóż, prawie odruchowo. 

- Rękojeść jest z kości. Pasuje do włóczni – powiedział Sholto, a w jego głosie słychać było 

zdziwienie, kiedy patrzył na sztylet. 

- Czy pamiętasz, do czego używany był ten sztylet? – zapytał Bóg.  

- Używano go, by zabić starego króla. Rozlać jego krew na tej wyspie – odpowiedział Sholto 

posłusznie. 

- Dlaczego? 

- Ten sztylet jest sercem sluaghów, lub kiedyś nim był. 

- Czego potrzebuje serce? 

- Krwi i życia – odpowiedział Sholto, jakby rozwiązywał test. 

- Rozlałeś krew i życie na wyspie, ale nie ma tu życia. 

Sholto potrząsnął głową. 

-  Segna  nie  była  odpowiednią  ofiarą  dla  tego  miejsca.  Ono  potrzebuje  królewskiej  krwi  – 

wyciągnął  nóż  w  kierunku  cienistej  postaci  Boga.  –  Rozlej  moją  krew,  zabierz  moje  życie, 
doprowadź serce sluaghów z powrotem do życia. 

-  Jesteś  królem,  Sholto.  Jeżeli  ty  umrzesz,  kto  poniesie  włócznię  i  sprowadzi  moc 

z powrotem pomiędzy twoich ludzi? 

Klęczałam  tam,  lepka  krew  spływała  po  mojej  skórze.  Tuliłam  kielich  w  rękach  i  miałam 

przeczucie, że wiem dokąd zmierza ta rozmowa. 

Sholto obniżył nóż i zapytał. 

- Co chcesz ode mnie, Panie? 

Postać wskazała na mnie. 

- Tam jest królewska krew do rozlania. Zrób to, a serce sluaghów znów ożyje. 

Sholto spojrzał na mnie ze zszokowanym wyrazem twarzy. Zastanawiałam się, czy kiedy ja 

dokonywałam wyboru, też miałam taki wyraz twarzy. 

- Chcesz, żebym zabił Meredith? 

- Ona jest z królewskiej krwi, odpowiednia ofiara dla tego miejsca. 

- Nie – powiedział Sholto. 

- Powiedziałeś, że zrobiłbyś wszystko – powiedziała Bogini. 

- Mogę zaoferować moje życie, ale nie mogę zaoferować jej życia– powiedział Sholto. – Nie 

jest moje, żebym je oddawał – jego ręka pobielała, kiedy zacisnął ją mocno na rękojeści noża. 

background image

- Jesteś królem – powiedział Bóg. 

- Król opiekuje się swoimi ludźmi, a nie zarzyna ich. 

- Czy skażesz swoich ludzi na powolną śmierć, by ocalić życie jednej kobiety? 

Emocje  przebiegły  przez  twarz  Sholto,  ale  w  końcu  rzucił  nóż  na  skałę.  Zadźwięczał  tak, 

jakby był z twardego metalu, a nie z kości. 

- Nie mogę, nie skrzywdzę Meredith. 

- Dlaczego? 

- Ona nie jest sluagh. Nie może zginąć, by sprowadzić

 

życie do nas. To nie jej miejsce. 

- Jeżeli chce zostać królową wszystkich faerie, wtedy będzie sluagh. 

- To pozwól jej być królową. Jeżeli tu zginie, nie będzie nią, a to zostawi nas tylko z Celem. 

Jednym  cięciem  sprowadziłbym  życie  do  sluaghów  i  zniszczył  całe  faerie.  Ona  dzierży  kielich. 
Kielich, mój panie. Kielich powrócił po tych wszystkich latach. Nie rozumiem, jak możesz prosić 
nas o zniszczenie wszystkich nadziei, jakie mamy. 

- Czy ona jest twoją nadzieją, Sholto? – zapytał Bóg. 

- Tak – wyszeptał. W tym jednym słowie mieściło się tak wiele emocji. 

Ciemna postać spojrzała na szarą. 

- Nie ma w tobie strachu, Meredith – przemówiła Bogini. – Dlaczego? 

Starałam się ubrać swoje myśli w słowa. 

- Sholto ma rację, moja pani. Kielich powrócił do nas, a magia powraca do sidhe. Używasz 

mojego  ciała  jako  naczynia.  Nie  wydaje  mi  się,  żebyś  marnowała  to  wszystko  na  jedną  krwawą 
ofiarę – spojrzałam  na Sholto. – Poza tym, czułam  jego rękę w  mojej. Czułam  jego pożądanie do 
mnie. Myślę, że zabicie mnie zniszczyłoby coś w nim. Nie wierzę, że

 

mój Bóg i Bogini są tak bez 

serca. 

- Czy on cię kocha, Meredith? 

- Nie wiem, ale kocha pomysł trzymania mnie w ramionach. To wiem. 

- Czy kochasz tę kobietę, Sholto? – zapytał Bóg. 

Sholto otworzył usta, potem zamknął je. 

- To nie jest odpowiednie miejsce by odpowiadać na takie pytania, zwłaszcza przy damie. 

- To jest miejsce prawdziwe, Sholto. 

- Wszystko w porządku, Sholto – powiedziałam – odpowiedz prawdę. Nie wykorzystam jej 

przeciwko tobie. 

- Tego się właśnie obawiam – powiedział miękko. 

background image

Wyraz  jego  twarzy  sprawił,  że  zaśmiałam  się.  Śmiech  przeszedł  echem  w  powietrzu  jak 

śpiew ptaków. 

- Radość wystarczy, żeby doprowadzić to miejsce do życia – powiedziała Bogini. 

-  Jeżeli  radością  sprowadzicie  życie  na  to  miejsce,  bardzo  zmienicie  serce  sluaghów. 

Rozumiesz to, Sholto? – powiedział Bóg. 

- Niezupełnie. 

-  Serce  sluaghów  opiera  się  na  śmierci,  krwi,  walce,  przerażeniu.  Śmiech,  radość  i  życie 

stworzy inne serce dla sluaghów. 

- Przykro mi mój panie, ale nadal nie rozumiem. 

- Meredith – powiedziała Bogini – wyjaśnij mu to. 

Bogini zaczynała blaknąć, jak sen w blasku świtu wkradającym się przez okno. 

- Nie rozumiem – powiedział Sholto. 

-  Jesteś  sluagh  i  Unseelie  sidhe  –  powiedział  Bóg  –  jesteś  istotą  przerażenia  i  ciemności. 

Tym jesteś, ale nie tylko tym.  

Powiedziawszy to ciemny kształt zaczął również blaknąć. 

Sholto wyciągnął do niego rękę. 

- Poczekaj, nie rozumiem. 

Bóg i Bogini zniknęli, jakby ich nigdy nie było, a światło słoneczne wraz z nimi. Zostaliśmy 

w  mroku.  W  tych  dniach  pod  ziemią  faerie  wschodził  świt,  nie  zniekształcone  podniosłe  światło 
słoneczne, w którym kąpaliśmy się chwilę wcześniej. 

- Poczekaj, mój Panie! – krzyknął Sholto. 

- Sholto – powiedziałam. Musiałam powtórzyć to dwukrotnie, zanim spojrzał na mnie. 

Jego twarz była zagubiona. 

-  Nie  wiem,  czego  chcą  ode  mnie.  Co  mam  zrobić?  Jak  sprowadzić  serce  moich  ludzi 

z powrotem radością? 

Uśmiechnęłam się do niego, czując jak pęka maska krwi, którą byłam pokryta. Musiałam się 

oczyścić z tego bałaganu. 

- Och, Sholto, spełni się twoje marzenie. 

- Moje marzenie? Jakie marzenie? 

- Pozwól mi wcześniej oczyścić się z krwi. 

- Przed czym? 

background image

Dotknęłam jego ramienia. 

- Seks, Sholto, mieli na myśli seks. 

- Co? – wyraz jego twarzy, taki zszokowany, sprawił, że znów się zaśmiałam. Dźwięk odbił 

się echem przez jezioro i znów wydawało mi się, że słyszę pieśń ptaków. 

- Słyszałeś to? 

- Słyszałem twój śmiech, podobny do muzyki. 

- To miejsce jest gotowe by powrócić do życia, Sholto. Ale jeżeli użyjemy śmiechu, radości 

i seksu, sprawimy, że będzie radosne, inne niż było wcześniej. Rozumiesz to? 

- Nie jestem pewien. Będziemy się kochać, tutaj, teraz? 

-  Tak.  Pozwól  mi  zmyć  z  siebie  krew,  a  potem  tak.  –  Nie  byłam  pewna,  czy  słyszał 

cokolwiek innego z tego, co powiedziałam. – Widziałeś nowy ogród koło wejścia do sali tronowej 
w kopcu Unseelie? 

Wydawał się zmuszać do koncentracji, ale w końcu skinął głową. 

- Jest tam teraz łąka ze strumieniem, nie miejsce tortur, które miała tam wcześniej królowa. 

-  Dokładnie  –  powiedziałam.  –  To  było  miejsce  bólu,  teraz  jest  tam  łąka  z  motylami 

i króliczkami.  Jestem  częścią  Dworu  Seelie,  Sholto,  rozumiesz  co  mówię?  Ta  część  mnie  uderzy 
magią w to, co zrobimy tutaj i teraz. 

-  Jaką  magię  stworzymy  tutaj  i  teraz?  –  Zapytał  uśmiechając  się.  Nadal  opierał  się  ciężko 

o włócznię,  otwarte  rany,  które  zadali  mu  Seelie,  wystawione  były  na  działanie  powietrza. 
Wystarczająco często byłam ranna by wiedzieć, że nawet dotyk powietrza moje ranić, kiedy skóra 
jest zdarta. Nóż z kości leżał obok kolan Sholto. Prawdę mówiąc myślałam, że zniknie, kiedy Bóg 
i Bogini  odeszli,  kiedy  odmówił  użycia  go  zgodnie  z  jego  prawdziwym  celem.  Niemniej  jednak 
Sholto  nadal  miał  ważny  relikt  sluaghów.  Spotkał  się  z  bóstwami.  Klęczeliśmy  w  miejscu 
z legendy, mając możliwość doprowadzenia jego ludzi do ich mocy. A wydawało się, że wszystko 
o czym był zdolny myśleć to fakt, że możemy mieć seks. 

Spojrzałam  w  jego  twarz.  Starałam  się  zobaczyć  na  niej  wcześniejsze,  prawie  nieśmiałe 

oczekiwanie.  Wydawał  się  obawiać  okazywania  zbyt  wiele  entuzjazmu.  Był  dobrym  królem,  ale 
obietnica seksu z inną sidhe wypędziła całą ostrożność z jego umysłu. Nie pozwolę mu pochopnie 
się na to zgodzić, aż nie upewnię się, że rozumie, co może stać się z jego ludźmi. Musi zrozumieć 
lub… lub co? 

- Sholto – odezwałam się. 

Sięgnął do mnie. Wzięłam jego rękę i powstrzymałam ją od dotknięcia mojej twarzy. 

- Musisz wysłuchać mnie, Sholto, naprawdę wysłuchać mnie. 

- Słucham każdego twojego słowa. 

background image

Poddawał  się  mojej  woli.  Zauważyłam  to  już  w  L.A.,  że  dominujący,  przerażający  król 

sluaghów staje się uległy w intymnych sytuacjach. Czy to czarna Agnes nauczyła go tego, czy może 
Segna? Czy może sam z własnej woli taki się stał? 

Chwyciłam jego rękę bardziej przyjacielskim gestem niż seksualnym. 

-  To,  co  sprowadziłam  przez  seks,  to  łąka  i  motyle.  Część  korytarza  w  kopcu  Unseelie 

zamieniła się w biały marmur ze złotymi żyłkami. 

Jego twarz stała się bardziej poważna, mniej rozbawiona. 

- Tak, królowa była niemalże zdenerwowana – powiedział. – Oskarżyła cię o przerabianie jej 

kopca na wyobrażenie Dworu Seelie. 

- Dokładnie – powiedziałam. 

Jego oczy rozszerzyły się. 

- Nie zrobiłam tego celowo – powiedziałam. – Nie mam kontroli nad tym, co energia zrobiła 

z kopcem. Magia seksu nie jest jak inna magia, jest bardziej dzika, ma swoją własną wolę. 

- Sluagh są dziką magią, Merry. 

- Ale dzikość sluagh i dzikość magii Seelie nie są takie same. 

Odwrócił moją rękę dłonią do góry. 

- Władasz ręką ciała i ręką krwi. To nie są moce Seelie. 

-  Nie.  W  walce  wydaję  się  być  całkowicie  Unseelie,  ale  magia  seksu  sprawia,  że  to  Seelie 

w mojej krwi wychodzi na zewnątrz. Czy rozumiesz, co to może znaczyć dla sluagh? 

- Wydawało się, że całe światło odpłynęło z jego twarzy, teraz tak mrocznej. 

-  Jeżeli  będziemy  mieć  seks  i  sluagh  odrodzą  się,  możesz  przerobić  sluagh  na  swoje 

wyobrażenie. 

- Tak – powiedziałam. 

Patrzył na moje dłonie, jakby nigdy ich wcześniej nie widział. 

- Gdybym zabrał twoje życie, wtedy sluagh odrodziliby się tacy, jacy byli, jako najbardziej 

przerażająca ciemność, jaka przebywała pomiędzy nami. Jeżeli użyjemy seksu, by sprowadzić życie 
na moich ludzi, wtedy mogą stać się bardziej jak sidhe, czy nawet Seelie sidhe. 

- Tak – powiedziałam. - Tak - poczułam ulgę, że w końcu zrozumiał. 

-  Czy  to  byłoby  tak  okropne,  gdybyśmy  byli  bardziej  sidhe?  –  Prawie  wyszeptał,  jakby 

mówił sam do siebie. 

-  To  ty  jesteś  ich  królem,  Sholto.  Tylko  tym  możesz  dokonać  takiego  wyboru  dla  swoich 

ludzi. 

background image

-  Mogą  mnie  znienawidzić,  jeżeli  tak  wybiorę  –  spojrzał  na  mnie.  –  Ale  czy  jest  tu  inny 

wybór? Nie przeleję twojego życia, nawet za cenę sprowadzenia życia do całego mojego królestwa. 
–  Zamknął  oczy  i  puścił  moją  rękę.  Zaczął  lśnić  delikatnym,  białym  światłem,  jakby  księżyc 
wzeszedł  pod  jego  skórą.  Otworzył  oczy  i  potrójne  złoto  jego  tęczówek  zalśniło.  Przesunął 
lśniącymi czubkami palców przez moją dłoń i poczułam, jak przeciąga linie zimnego białego ognia 
przez moją skórę. Zadrżałam od tego małego dotyku. 

Uśmiechnął się. 

- Jestem sidhe, Meredith. Rozumiem to teraz. Jestem sluagh, ale jestem też sidhe. Chcę być 

sidhe, Meredith. Chcę być pełnym sidhe. Chcę wiedzieć jakie to uczucie być tym, czym jestem. 

Odsunęłam  rękę  od  niego,  więc  znów  mogłam  myśleć,  nie  czując  nacisku  jego  mocy  na 

mojej skórze. 

- To ty jesteś tutaj królem. Ty musisz dokonać wyboru – mój głos był trochę chropowaty. 

-  To  nie  jest  wybór  –  powiedział.  –  Twoja  śmierć  i  utrata  całego  faerie,  lub  ty  w  moich 

ramionach?  To  nie  jest  wybór  –  zaśmiał  się  więc,  a  jego  śmiech  również  odbił  się  echem  po 
jeziorze. Usłyszałam dźwięk kurantów, lub śpiew ptaków, lub równocześnie jedno i drugie. – Poza 
tym, Ciemność i Mróz zabiliby mnie, gdybym złożył cię w ofierze. 

- Nie zabiliby króla sluaghów i nie zaczęliby wojny w faerie – powiedziałam. 

-  Jeżeli  naprawdę  wierzysz,  że  są  nadal  lojalni  bardziej  wobec  faerie  niż  wobec  ciebie,  to 

znaczy,  że  nie  widziałaś  ich  oczu,  kiedy  patrzą  na  ciebie.  Ich  zemsta  byłaby  potworna,  Meredith. 
To, że nadal zdarzają się zamachy na ciebie, pokazuje, że niektórzy sidhe nie rozumieją, na jakiej 
krótkiej smyczy królowa trzymała Ciemność i Mroza. Zwłaszcza Ciemność.– Jego głos obniżył się, 
twarz wyglądała  na udręczoną. Potrząsnął  głową  odsuwając te  myśli od siebie  i znów spojrzał  na 
mnie.  –  Widziałem  jak  Ciemność  poluje.  Gdyby  Piekielna  Sfora,  Piekielne  Ogary  nadal  żyłyby 
pomiędzy  nami,  należałyby  do  sluaghów,  do  dzikiej  sfory,  a  krew  tej  dzikiej  sfory  nadal  płynie 
w żyłach Doyle’a, Meredith. 

- A więc nie zabiłeś mnie ze strachu przed Doylem i Mrozem? 

 

Spojrzał na mnie i na chwilę opadła zasłona w tych lśniących oczach. Pozwolił mi zobaczyć 

swoją potrzebę, tak wielką, tak widoczną, jakby została napisana literami w powietrzu. 

- Nie, to nie strach zmusił mnie do oszczędzenia twojego życia – wyszeptał. 

Uśmiechnęłam  się  do  niego,  a  kielich,  który  nadal  ściskałam  w  ręku,  znów  zapulsował. 

Kielich był częścią tego, co robiliśmy. 

- Pozwól mi zmyć z siebie krew. Potem połączę mój blask z twoim. 

Jego  blask  zaczął  nieco  ciemnieć,  jego  płonące  oczy  stawały  się  bardziej  podobne  do 

normalnych. Chociaż ciężko było nazwać jego potrójnie złote tęczówki normalnymi, nawet jak na 
standardy sidhe. 

- Jestem ranny, Meredith. Chciałbym, żeby nasz pierwszy raz razem był idealny. Nie jestem 

pewien, czy będę dla ciebie dość dobry tej nocy.  

background image

-  Ja  też

 

jestem  ranna  –  powiedziałam  -  ale  oboje  poradzimy  sobie,  jak  tylko  możemy 

najlepiej.  

Wstałam i zorientowałam się, że jestem cała zesztywniała od ran, nawet nie wiedziałam, że 

jestem ranna. Były to niewielkie rany, jakie zostały mi po walce. 

- Nie będę zdolny kochać się z tobą, tak jak tego chcesz – powiedział. 

- Skąd wiesz, czego chcę? – Zapytałam i powoli przeszłam przez nierówne i gładkie skały. 

-  Miałaś  widownię,  kiedy  byłaś  z  Mistralem.  Plotki  narastają,  ale  nawet  jeżeli  tylko  część 

z nich jest prawdziwa, nie będę zdolny do takiej dominacji jak on. 

Wślizgnęłam  się  do  wody.  Poczułam  każde  małe  nacięcie  i  odrapanie.  Woda  była  zimna 

i kojąca, ale równocześnie sprawiła, że każda rana zapłonęła. 

-  Nie  chcę  być  teraz  zdominowana,  Sholto.  Kochaj  się  ze  mną,  niech  to  będzie  delikatne, 

jeżeli tak właśnie chcemy. 

Zaśmiał się znów i usłyszałam dzwonki. 

- Myślę, że delikatność to wszystko, do czego się nadaję dzisiejszej nocy. 

-  Nie  zawszę  chcę  brutalności,  Sholto,  moje  upodobania  w  tej  dziedzinie  są  bardziej 

urozmaicone.  

Byłam teraz zanurzona w wodzie po ramiona, starając się zmyć z siebie krew. Krew zaczęła 

rozpuszczać się w wodzie, zmywając się łatwiej niż powinna. 

- Jak urozmaicone są twoje upodobania? – Zapytał. 

Uśmiechnęłam się do niego. 

- Bardzo. 

Zanurkowałam,  by  zmyć  krew  z  twarzy  i  z  włosów.  Wynurzyłam  się  dysząc  i  ścierając 

strumyczek różowej wody z twarzy. Zrobiłam tak jeszcze dwa razy, aż woda była czysta. 

Sholto był na brzegu wyspy, tam gdzie ostatnio leżałam. Stał podpierając się włócznią. Biały 

nóż  schował  ostrożnie  w  spodniach  tak,  że  było  widać  tylko  jego  czubek.  Podał  mi  rękę. 
Chwyciłam ją, chociaż mogłam wyjść sama i wiedziałam, że pochylenie się musi go boleć. 

Wyciągnął mnie z wody, ale nie patrzył mi w twarz. Jego spojrzenie utkwione było w moim 

ciele, moich piersiach po których spływała woda. Niektóre kobiety wzięłyby to za obrazę, ale ja nie 
byłam jedną z nich. W tej chwili nie był królem, był mężczyzną i jak dla mnie to było w porządku.