background image

Rozdział 10 

Skierowałam  swoją  lewą  rękę  w  jego  stronę  i  wezwałam  krew.  Pchnęłam  moją  moc 

w ranę i rozerwałam ją szerzej. Onilwyn potknął się, ale nadal biegł zataczając się. Był prawie 
przy mnie. Modliłam się do Bogini i Pana. Modliłam się o siłę. Siłę, żeby ocalić siebie i swoje 
dzieci. 

Onilwyn upadł na kolana na ciemnej, zimowej ziemi. Próbował wstać, ale jego zraniona 

noga  zawiodła  go  i  skończył  na  czworakach,  z  krwią  tryskającą  na  zamrożoną  trawę.  Biały 
szron zniknął od ciepłego przypływu jego krwi. 

Zaczął  czołgać  się  w  moją  stronę,  ciągnąc  swoją  zranioną  nogę  za  sobą  jak  złamany 

ogon. Trzymał w zaciśniętej pięści miecz,  unosząc go nieco ponad ziemię, tak, żeby o nic nie 
zahaczyć.  Miał  nieubłagany  wyraz  twarzy.  Jego  oczy  wypełnione  były  jedynie  pewnością 
i nienawiścią. 

Chciałam  zapytać,  co  mu  zrobiłam,  że  narosła  w  nim  taka  nienawiść,  ale  musiałam 

skoncentrować się na wykrwawianiu go na śmierć, zanim zdoła przeszyć swoim mieczem mnie 
i moje nienarodzone dzieci. 

Już nie byłam przerażona. Wszystkie emocje we mnie skoncentrowały się w mojej lewej 

ręce. Skoncentrowały się na jednej myśli: zabić. Mogłam udawać, że wszystko co chciałam, to 
była  jego  krew,  ale  to  nie  wystarczało.  Potrzebowałam  śmierci.  Potrzebowałam  śmierci 
Onilwyna. 

Był na tyle blisko, że mogłam zobaczyć pot błyszczący na jego twarzy, nawet w świetle 

księżyca. Trzymałam dłoń skierowaną w jego stronę. 

- Umieraj! Umieraj dla mnie! – krzyknęłam. 

Onilwyn uniósł się na kolanach, kołysząc się jak cienkie drzewo na porywistym wietrze, 

ale zawisł ponad nieruchomym ciałem Mistrala. Uniósł również miecz. 

Trzymałam  swoją  dłoń  skierowaną  w  jego  stronę,  ale  odczołgałam  się  do  tyłu  od 

lśniącego metalu. Jego ręka opadła i miecz uderzył ziemię w miejscu, gdzie przed chwilą byłam. 
Wydawał  się  nie  zdawać  sobie  sprawy,  że  za  pierwszym  razem  chybił.  Cofnął  miecz  ze 
złośliwością, jakby przeciął ciało. 

Wstałam na nogi, nadal go wykrwawiając, nadal go zabijając. 

Onilwyn skrzywił się, patrząc na ziemię, gdzie  nic nie przeciął. Pochylił się nad ciałem 

Mistrala, jedną ręką trzymając ramię drugiego mężczyzny. Druga rękę opierał na mieczu wbitym 
w ziemię, jakby niemalże zapomniał, że tam była. 

Zmarszczył brwi, jakby nie mógł się skupić. 

- Cel powiedział, że jesteś słaba. 

background image

- Umieraj dla mnie, Onilwyn. Umieraj dla mnie i dotrzymaj swojej przysięgi. 

Miecz wypadł z jego palców. 

- Jeżeli możesz mnie wykrwawić, możesz mnie też ocalić. 

- Zabiłbyś mnie i moje nienarodzone dzieci. Dlaczego miałabym cię ocalić? 

-  Z  litości  –  powiedział,  a  jego  oczy  zaczynały  nieznacznie  patrzeć  na  bok  od  miejsca 

gdzie stałam.  

Poczułam zapach róż i z moich ust wyszły słowa, które nie były moimi słowami. 

- Jestem ciemną boginią. Jestem niszczycielką świata. Jestem twarzą księżyca, kiedy całe 

światło  zniknęło.  Mogłam  przyjść  do  ciebie,  Onilwynie,  w  postaci  światła  wiosny  i  życia,  ale 
wezwałeś do siebie zimę, a w śniegu nie ma litości. Jest tylko śmierć. 

- Oczekujesz dziecka – powiedział i zaczął powoli osuwać się na zimną ziemię. – Jesteś 

pełna życia. 

Prawą ręką dotknęłam swojego brzucha, lewą nadal miałam skierowaną w niego. 

-  Bogini  jest  wszystkim  przez  cały  czas.  Nie  ma  życia  bez  śmierci,  nie  ma  światła  bez 

ciemności, nie ma bólu bez nadziei. Jestem Boginią. Jestem stworzeniem i zniszczeniem. Jestem 
poczęciem życia i krańcem świata. Zniszczyłbyś mnie, Panie Jesionu, ale nie możesz. 

Wpatrywał się we mnie swoimi rozkojarzonymi oczami. Sięgnął w moją stronę, ale nie 

magią,  tylko

 

jakby  próbował  mnie  dotknąć,  lub  próbował  dotknąć  czegokolwiek.  Nie  byłam 

pewna,  czy  sięga  po  mnie,  ale  coś  widział  w  tej  chwili.  Widział  coś,  a  to  sprawiło,  że  po  to 
sięgnął. 

- Wybacz mi – wyszeptał. 

-  Jestem  twarzą  bogini,  którą  wezwałeś  do  istnienia  tej  nocy,  Lordzie  Jesionu.  Czy  to 

wybaczenie widzisz na mojej twarzy? 

-  Nie  –  wyszeptał.  Upadł  na  bok,  aż  jego  policzek  dotknął  ziemi,  a  reszta  jego  ciała 

upadła  na  ciało  Mistrala.  Zadrżał  i  wydał  z  siebie  ostatni,  długi  wydech.  Onilwyn,  Pan 
Jesionowego Zagajnika, umarł tak jak żył, otoczony przez wrogów. 

background image

Rozdział 11 

Zobaczyłam przed sobą biały blask sfory, jak drugi księżyc na niebie, zanim usłyszałam 

nadciągający  wiatr.  Ale  nadal  wpatrywałam  się  na  leżącego  lorda  sidhe.  Onilwyn  wyglądał  na 
nieprzytomnego, może nie żył, ale nie byłam pewna. Wolałam nie obracać się, żeby nie dać mu 
drugiej szansy na zabicie mnie. 

Usłyszałam konie i inne istoty lądujące na zamarzniętej ziemi. Usłyszałam kroki i Sholto 

znalazł  się  obok  mnie.  Stanął  pomiędzy  mną,  a  leżącymi  postaciami.  Miał  w  ręku  włócznię 
i kościany sztylet. 

Oparłam się o jego plecy, czując jego siłę przez resztki koszulki. On, podobnie jak ja, nie 

był  ubrany  odpowiednio  na  takie  zimno.  Magia  może  sprawić,  że  zapomnisz  o  rzeczach 
praktycznych, aż opadnie i wtedy znów zdasz sobie sprawę, że jesteś śmiertelna. Och, zdaje się, 
że to właśnie spotkało mnie. Większość z sidhe nie przeziębia się. 

- Jesteś ranna? – zapytał. 

- Nie, tylko zmarznięta. 

Powiedzenie  tego  na  głos  wydawało  się  dać  mi  zgodę  na  drżenie.  Przycisnęłam  się 

mocniej  do  jego  ciepłych  pleców  i  sięgnęłam,  żeby  objąć  go  w  pasie.  Zorientowałam  się,  że 
przód jego ciała jest więcej niż tylko ciepły. Macki tuliły i pieściły moje ręce i ramiona. Dotykał 
mnie,  przytrzymywał,  tak  jakby  robił  to  rękami,  gdyby  nie  były  zajęte  przez  broń.  Ale  Sholto 
miał  wystarczająco  wiele

 

„rąk”  żeby  trzymać  mnie  i  walczyć.  Był  czas,  kiedy  jego  dodatki 

niepokoiły  mnie  do  tego  stopnia,  że  nie  byłam  pewna,  czy  będę  w  stanie  je  znieść,  ale  to 
nieistotne zaniepokojenie wydawało się mieć miejsce  lata temu. Macki były ciepłe, jakby krew 
krążyła tuż pod skórą. Sięgnęły dookoła jego ciała, żeby przytulić mnie bardziej, rozciągając się 
tak, jak mogą tylko rzeczy bez kości. Dzisiejszej nocy to nie było niepokojące, to było ciepłe. 

Yolland  przesunął  się  obok  nas  z  dworską  finezją,  w  ręce  trzymał  obnażony  żelazny 

miecz. Nie mogłam zobaczyć, co zrobił. 

- Zielonowłosy strażnik ma nikły puls – odezwał się. 

- A co z Mistralem? – zapytał Sholto. 

- Tak samo. 

- Musimy zabrać Mistrala do uzdrowiciela – powiedziałam, nadal przytulona do ciepłych 

pleców Sholto i otulona innymi częściami jego ciała. 

- Co z Onilwynem? – zapytał Sholto. Byłam tak przyciśnięta do jego pleców, że czułam 

te słowa wibrujące pod moim policzkiem. 

Pomyślałam o wyrazie twarzy Onilwyna, nienawiści. Chciał mojej śmierci i oszczędzenie 

mu życia nie zmieni tej determinacji w jego oczach. Widziałby to jako słabość. 

background image

- Musi umrzeć. 

Poczułam, że Sholto wzdrygnął się. Nawet macki zareagowały jak ręce, tak jak czasem, 

kiedy dłoń prawie wysuwa się z twojej ręki. 

- Powinniśmy zapytać najpierw królowej, Meredith. 

- Są uzdrowiciele pomiędzy sluaghami? – zapytałam. 

- Tak – odpowiedział. 

-  Zabierz  tam  mnie  i  Mistrala.  Muszę  się  ogrzać,  a  jemu  musimy  wyciągnąć  zabójczy 

metal z ciała. 

- Pozwólcie zabrać się na Dwór Seelie – powiedział Yolland. 

Zaśmiałam się, ale to nie był przyjemny dźwięk. 

- Bez mocy dzikiej sfory wolałabym tam nie wchodzić. 

- Więc na Dwór Unseelie – powiedział Sholto. 

- Mężczyźni, których zabiliście, byli lordami na tych dworach, prawda? 

- Tak – odrzekł. 

- Więc nie jest tam bezpiecznie. Zabierz mnie do twojego królestwa, Sholto. 

-  Sidhe  są  bardziej  krusi,  niż  sluaghowie.  Nie  jestem  pewien,  czy  nasi  uzdrowiciele 

zdołają pomóc Panu Burz. 

- Musimy wyciągnąć z niego metal i ogrzać, co dalej, zobaczymy. Ale  czas nie jest jego 

sprzymierzeńcem,  ani  naszym.  Zabij  Onilwyna.  Kiedy  przetrwamy  tę  noc,  poprosimy 
o audiencję u królowej. 

- Nie możesz myśleć o zakończeniu życia jednego z sidhe – odezwał się Turloch.  

– Moi wrogowie są liczni, a przyjaciół mam tylko kilku. Muszę dowieść tym pierwszym, 

że  wystąpienie  przeciwko  mnie  oznacza  śmierć,  a  tym  drugim,  że  jestem  wystarczająco  silna, 
żeby  tutaj  rządzić  –  potem  uścisnęłam  Sholto  i  powiedziałam  prawdę.  –  Widziałam  swoją 
śmierć i śmierć moich nienarodzonych dzieci na twarzy Onilwyna. Jeżeli oszczędzę go, będzie 
to widział jako słabość, nie miłosierdzie. Nie chcę mieć go za plecami z tą gorącą determinacją 
w oczach. Jestem w ciąży z bliźniętami. Czy zaryzykujesz pierwsze dzieci, które mają przyjść na 
świat w królewskiej rodzinie od moich narodzin z powodu wrażliwości? 

- Tu nie chodzi o wrażliwość, moja pani – powiedział Turloch. 

- Księżniczko – poprawił go Sholto. – Ona jest Księżniczką Meredith. 

background image

- Dobrze, Księżniczko Meredith, tu nie chodzi o wrażliwość, ale o myśl o utracie innego 

lorda sidhe. Jest nas teraz niewielu, Księżniczko. Nawet ci spaczeni i Unseelie są cenni dla nas, 
wielu z nich kiedyś chodziło po złotych korytarzach naszego dworu, zanim wypadli z łask. 

-  Jestem  świadoma,  że  wielu  naszych  lordów  i  dam  było  kiedyś  waszymi,  Lordzie 

Turloch. Ale to nie zmienia losu Onilwyna. 

- Nie jesteś jeszcze moją królową i nie zrobię tego – odpowiedział. 

Sholto zaczął mówić, ale ścisnęłam go lekko i zrozumiał aluzję. Pozwolił mi mówić. 

-  Mogłabym  długo  myśleć,  Lordzie  Turloch,  ale  faktem  jest,  że  powaliłam  lorda  sidhe 

tylko za pomocom rąk, bez broni. 

- Czy to groźba? – zapytał. 

- Prawda – odrzekłam i pozwoliłam mu zrozumieć to tak, jak chciał. 

-  Rób  jak  rozkazuje  –  odrzekł  Sholto.  –  Jesteś  nadal  częścią  sfory,  a  ja  nadal  jestem 

łowczym. 

- Tylko do świtu – odrzekł. 

- My będziemy wolni o świcie, ale czy ty będziesz wolnym, czy też będziesz skazany na 

wieczną jazdę ze sforą, to zobaczymy – powiedziałam. 

- Co? – odrzekł. 

-  Ma  rację  –  powiedział  Lord  Dacey  –  za  to,  że  zaatakowaliśmy  sforę,  karą  może  być 

dołączenie do niej na wieczność. 

-  Tylko  łowczy  może  cię  uwolnić  –  dodał  Sholto  -  więc,  gdybym  był  tobą,  Turloch, 

wolałbym udowodnić swoją solidarność – jego głos był zimny i bardzo pewny siebie. Tylko ja, 
będąc  wystarczająco  blisko  niego,  czułam,  jak  szybko  bije  mu  serce.  Nie  był  pewien  swoich 
słów,  czy  też  nie  był  pewien,  co  sidhe  może  zrobić?  Czy  też  może  zgadzał  się  z  pozostałymi 
mężczyznami,  że  Onilwyna  powinno  się  oszczędzić?  Perspektywa  uwiezienia  w  sforze  była 
losem, który mógł sprawić, że będą z nami walczyć. Magia sfory zaczynała opadać, mogłam to 
wyczuć. To nie świt ją złamał. Drugą walkę musieliśmy stoczyć na własną rękę. 

Potrzebowaliśmy  więcej  sprzymierzeńców,  ale  tych,  którzy  zdecydowali  się  sami,  a  nie 

przez  przymus.  Z  Mistrala  wyciekało  życie.  Wolałabym  nie  stracić  go  tylko  dlatego,  że 
wahaliśmy się. 

Zaczęłam  odsuwać  się  od  Sholto.  Przez  sekundę  przyciągnął  mnie  bliżej,  a  potem 

pozwolił  mi  odsunąć  się  od  siebie.  Macki  niechętnie  mnie  puściły,  jak  palce  przesuwające  się 
w dół ramienia. 

Ziemia  była  zimniejsza,  kiedy  odeszłam  od  Sholto.  Jego  magia  utrzymywała  mnie 

w cieple. Przeszłam przez zamarzniętą ziemię,  a trzej  lordowie sidhe patrzyli na mnie, jakbym 

background image

była czymś, przed czym trzeba mieć się na baczności, prawie tak, jakby się mnie bali. To nie był 
widok, jaki przyzwyczaiłam się widzieć na twarzach arystokratów sidhe. Nie byłam pewna, czy 
podobało  mi  się  to,  ale  wiedziałam,  że  było  mi  to  potrzebne.  Ludzie  podążają  za  tobą  tylko 
z dwóch powodów, miłości i strachu. Pieniądze nie znaczą nic w faerie. Wolałabym miłość, ale 
dzisiejszej nocy moi wrogowie udowodnili, że było ich więcej, niż sądziłam. A także, że w tym 
wszystkim  było  więcej  spisków  niż  rozumu.  Kiedy  miłość  i  szlachetne  motywy  nie  działały, 
pozostawał tylko strach i bezwzględność. 

Położyłam  rękę  na  brzuchu,  nadal  niezmienionym,  ale  usłyszałam  bicie  ich  serduszek, 

w jakiś  magiczny  sposób  zobaczyłam  je  poruszające  się,  prawie  jak  nierzeczywiste  kształty  na 
ultrasonografie. Były wewnątrz mnie i musiałam je chronić. Szczerze wierzyłam, że teraz, kiedy 
byłam brzemienna, sidhe ceniliby to życie, nie moje, ale dzieci. Wiedziałam, że się nie mylę i nie 
mogłam  sobie  pozwolić  na  słabość.  Nie  mogłam  już  dłużej  wahać  się.  Mówi  się,  że  ciąża 
sprawia,  że  kobieta  jest  bardziej  miękka,  delikatna,  ale  w  tej  chwili  zrozumiałam,  dlaczego  tak 
wiele  religii  ma  boginie,  które  równocześnie  są  stworzycielkami  i  niszczycielkami.  Dopiero  co 
zaszłam w ciążę, a już musiałam robić rzeczy, przed którymi kiedyś zawahałabym się. Ale czas 
na wahanie minął. 

Yolland  przesunął  Onilwyna  z  Mistrala,  więc  Pan  Jesionu  leżał  na  plecach  na 

zamrożonej trawie. Podniosłam upuszczony miecz Onilwyna. 

-  To  hartowana  stal,  lordzie  sidhe.  Chciał  zatopić  go  w  moim  ciele.  Zwrócę  mu  to 

ostrze. 

Uniosłam  miecz  obiema  rękami  i  modliłam  się  o  siłę,  siłę,  żeby  chronić  siebie  i  moje 

dzieci.  Siłę,  żeby  chronić  ojców  moich  dzieci  i  ludzi,  których  kochałam.  Modliłam  się 
i zatopiłam  ostrze  w  jego  ciele.  Ostrze  przebiło  jego  pierś  tuż  pod  mostkiem.  Wbiłam  je 
w miękką tkankę pod żebrami, wbiłam  je  w jego serce  i pozostawiłam tam. Zrobiłam tak, jak 
on chciał zrobić mnie. 

Wstałam z zakrwawionymi dłońmi i rękami, w białej koszuli pobryzganej krwią. 

-  Powiedz  pozostałym  lordom  i  damom,  że  jestem  brzemienna.  Za  każdą  groźbę,  czy 

atak pod adresem moich dzieci i moich królów, odpłacę ze skrajną surowością. 

Spojrzałam na nich wyciągając swoje zakrwawione ręce. Moja skóra zaczęła lśnić przez 

krew. Moc przeszła przeze mnie i znów byłam ciepła. Zapach róż wypełnił powietrze i płatki 
zaczęły opadać z nieba jak różowy deszcz. 

W powietrzu przede mną pojawił się złoty kielich. Kielich, który zaginął z Dworu Seelie 

przed  wiekami  zawisnął  przede  mną.  Kielich,  który  był  mój,  tak  jak  włócznia  i  sztylet  były 
Sholto.  Pojawiał  się  i  znikał,  jak  chciał.  Przybył  do  moich  zakrwawionych  rąk,  był  jaśniejący 
i lśniący, jakim zawsze był. Krew i śmierć nie były złem, tylko inną częścią życia. 

Płatki wypełniały kielich, a Bogini poruszyła się w moim umyśle. Uklękłam obok nadal 

nieruchomego  Mistrala  i  zanurzyłam  palce  w  płatkach,  ale  kiedy  wyciągnęłam  palce,  ociekały 
płynem i poczułam zapach wina. Dotknęłam jego warg i jęknął. 

background image

- Wyciągnijcie z niego strzały – powiedziałam. 

To ciemnowłosy Yolland klęknął i zaczął wypełniać polecenie.  

- To nie może być kielich – powiedział Turloch. 

- Nie ufaj swoim oczom, zaufaj swojej skórze, swoim kościom – powiedział Lord Dacey. 

– Nie czujesz jak dźwięczy magią? 

Dacey  dołączył  do  Yollanda.  Mistral  jęknął,  kiedy  wyszarpnęli  strzały.  Jego  dłonie 

zacisnęły  się  z  bólu,  ale  nadal  był  nieprzytomny.  Kiedy  strzały  wyszły,  dotknęłam  płynem 
z kielicha każdej rany. Nie zostały całkowicie uzdrowione, ponieważ zostały zadane hartowaną 
stalą,  ale  częściowo  zamknęły  się,  jakby  uzdrawiały  się  od  wielu  dni.  Dwaj  lordowie  sidhe 
klęczeli na zimnie i patrzyli, jak kielich odprawia magię. Kiedy dotknęłam każdej rany na ciele 
Mistrala, odwróciłam się do klęczących lordów. Sholto stał i obserwował, ponieważ kielich nie 
był jego magią, lecz moją. 

Podałam  wypełniony  płatkami  kielich  lordom,  a  oni  wypili  z  niego.  Wargi  każdego 

z nich  dotknęły  płynu  innego  koloru.  Każdy  z  tych  płynów  pachniał  jak  inny  gatunek  piwa. 
W końcu klęknął i Turloch, łzy lśniły na jego twarzy. 

- Bogini, ocal nas. 

- Stara się – powiedziałam i pozwoliłam mu napić się. 

Doleciał mnie zapach czegoś słodkiego i nieznanego. 

Płatki  zaczęły  kiełkować  małymi  ciernistymi  pnączami,  róże  wzrastały  w  zimowym 

chłodzie.  Klęknęliśmy  otoczeni  przez  początki  zarośli,  tak  zielone  i  rzeczywiste,  jak  w  letni 
dzień, kiedy śnieg zaczął padać z zimnego nieba. 

- Wróćcie do sidhe i powiedzcie im, że dzika róża powróciła. 

- Mógłbym nosić twój znak, moja bogini – powiedział Lord Yolland. 

- Niech tak będzie – odrzekłam. 

Cienkie  pnącze  owinęło  się  dookoła  jednego  z  jego  nadgarstków.  Wzdrygnął  się,  a  ja 

wiedziałam,  że  ciernie  zraniły  go,  potem  żyjące  pnącze  stało  się  tatuażem  dookoła  jego 
nadgarstka,  tak  idealnym  i  rzeczywistym  jak  gałązka,  którą  było  jeszcze  chwilę  wcześniej. 
Yolland wpatrywał się w znak, ścierając krew, która nadal była na jego białej skórze. 

- Król nie będzie zadowolony – powiedział Turloch. 

- Mam znak mocy  jednego z  rodziny  królewskiej – powiedział  Yolland. – Turloch, nie 

rozumiesz, co to oznacza? 

- To oznacza, że król będzie chciał zobaczyć jej śmierć. 

- Myśli, że noszę jego dzieci – odrzekłam. – Chce, żebym żyła. 

background image

- Jak to może być? 

Uniosłam  kielich  ponad  głową  i  puściłam  go.  Unosił  się  przez  chwilę,  potem  zniknął 

w deszczu róż i pnączy. 

- Magia – powiedziałam. 

- Czy kielich zniknął? – zapytał Dacey ze strachem w głosie. 

- Nie – odrzekłam, a Lord Yolland powtórzył po mnie. 

- Nie, kiedyś po prostu sam wybierał posiadacza, do którego należał. Wybrał Meredith 

i jeżeli  chodzi  o  mnie,  to  dobrze,  Dacey  –  dotknął  swojego  nowego  tatuażu.  –  Jestem  twój, 
kiedy będziesz mnie potrzebowała. Tylko wezwij mnie, a odpowiem. 

- Teraz nie będziesz miał innego wyboru, tylko odpowiedzieć – powiedział Turloch. 

- To, że nie poprosiłeś o znak, jest twoją hańbą – odrzekł Yolland.  

- Chcę żyć – stwierdził Turloch. 

-  A  ja  chcę  służyć  –  powiedział  Yolland.  -  Idź,  powiedz,  co  widziałeś.  To  czas,  żeby 

przestać się ukrywać. Bogini powróciła do nas i jej moc znów jest z nami. 

- Nie uwierzą nam – odezwał się Dacey. 

- Uwierzą w to – Yolland pokazał swój tatuaż. 

- Król zabije cię – powiedział Dacey. 

- Jeżeli spróbuje, zapukam do bram sluaghów i dołączę do Króla Sholto i jego królowej 

– odrzekł Yolland. 

- Mógłbyś jechać ze sluaghami? – zapytał Dacey. 

- O tak – stwierdził Yolland. 

Sholto podniósł Mistrala na rękach. 

-  Nadchodzi  świt.  Wracajcie  na  wasz  dwór  i  powiedzcie  im,  co  powiedziała  Bogini. 

Zajmiemy się Panem Burz. 

Położyłam  jedną  rękę  na  nagim  ramieniu  Sholto,  a  drugą  na  nodze  Mistrala.  Kielich 

uleczył jego rany, ale hartowana stal może być  dla nas jak trucizna.  To, że  zamknęliśmy rany, 
nie oznacza, że trucizna przestała sączyć swój jad. 

Sholto powtórzył moje myśli, opierając się o mnie i szepcząc. 

-  Zrobiłaś  cud  z  kielichem  i  powstrzymaniem  krwawienia,  ale  hartowana  stal  jest 

podstępną rzeczą, Meredith. 

background image

- Musimy zabrać go do waszych uzdrowicieli – powiedziałam. 

- Do mojego królestwa możemy dostać się prawie natychmiast, ale nie wiem, czy jesteś 

wystarczająco silna na drogę, która wybrałbym. 

Czułam siłę ciała Mistrala pod moją ręką, nawet nieprzytomne było muskularne i silne. 

- Ocal go, Sholto. 

- Jestem Królem Sluaghów, Królem Tego, Co Pomiędzy. Część dzikiej sfory nie wybrała 

postaci. Mogę to wykorzystać, żeby po prostu wejść do kopca sluaghów. 

- Zrób to – powiedziałam. 

- Nie jesteś już dłużej częścią magii sfory, Meredith. 

Spojrzałam  na  to,  co  pozostało  ze  sfory  na  polanie.  Seelie  dosiedli  swoich  koni 

i odjechali z stronę swojego kopca faerie. Klacz, na której jechałam i wielonogi ogier Sholto nie 
były widoczne. To, co pozostało, było wijącym się ogonem komety, z którym podróżowaliśmy. 
Było białe i lśniące, jakby księżyc w pełni zmienił się w macki, kończyny oczy, kawałki i części, 
które tworzyły coś, czego oko nie mogło widzieć, czy raczej to, w czym umysł nie mógł znaleźć 
sensu.  Powiedziałabym,  że  zobaczenie  nieuformowanej  sfory  powinno  rozsadzić  mi  umysł 
i kiedyś  byłaby  to  prawda.  Przypomniałam  sobie  swoje  przerażenie  za  pierwszym  razem, 
tygodnie  temu.  Teraz  wpatrywałam  się  w  to  i  wiedziałam,  po  prostu  wiedziałam,  że  mogłam 
zmienić  to,  co  widziałam,  w  cokolwiek.  To  był  surowy  chaos,  to,  od  czego  wszystko  się 
zaczynało. Moc Bogini nadal jechała ze mną, a z tym nie bałam się. 

- Nie widzę niczego przerażającego. Sprowadź to, ale wiem, że Bogini nadal jest ze mną 

i wyprowadzi mnie z tego chaosu. 

- Tak długo jak jesteś chroniona, jestem zadowolony, cokolwiek się stanie – powiedział. 

Potem  zawołał,  ale  nie  słowami.  Usłyszałam  wezwanie,  nie  uszami,  ale  całym  swoim  ciałem, 
jakby moja skóra wibrowała od jakiś słodkich słów. 

Lśniące resztki dzikiej fory otoczyły nas. To było jak bycie otoczonym przez ciało, które 

przemieszczało  się  jak  woda,  chociaż  nawet  to  określenie  nie  odzwierciedlało  dokładnie 
prawdy. Brak mi było słów, brak było doświadczeń pasujących do wrażeń, jakie odczuwałam, 
będąc  niesioną  przez  surową  magię  w  pierwotnej  postaci.  Mój  ojciec  upewnił  się,  że  jestem 
biegła  w  głównych  religiach  ludzkiego  świata.  Pamiętam,  jak  czytałam  o  stworzeniu  w  Biblii. 
Wydawało się to być czymś uporządkowanym, jakby Bóg powiedział „żyrafa” i żyrafa pojawiła 
się w pełnej formie, jaką znamy. Ale kiedy stałam pośrodku surowego chaosu, wiedziałam, że 
tworzenie  było  jak  narodziny,  nieporządne  i  nigdy  tak  do  końca  nie  były  tym,  czym  się 
spodziewano. 

Macka  dotknęła  mnie  i  nagle  blask  stał  się  jaśniejszy,  potem  białe  konie  uciekły 

z krzykiem  z  otaczającego  nas  okręgu.  Coś  mającego  niemalże  rękę,  sięgnęło  po  mnie,  a  ja 

background image

chwyciłam tę niemalże dłoń. Spojrzałam mu w oczy i poczułam, że ta bezkształtna postać pyta 
„Czym powinienem być?” 

Co  zrobiłybyście,  gdyby  coś  zapytało  was,  czym  powinno  się  stać?  Jaka  postać 

przyszłaby wam do głowy? Gdybym tylko miała czas pomyśleć, ale tu nie było czasu. To była 
chwila tworzenia, a bogowie nie mają wątpliwości. Byłam naczyniem Bogini, ale było we mnie 
za  wiele  siebie,  żebym  mogła  nie  wiedzieć,  że  nigdy  nie  będą  boginią.  Miałam  za  wiele 
wątpliwości. 

Prawie  ręka  w  mojej  stała  się  szponem.  Oczy,  w  które  wpatrywałam  się,  zmieniły  się 

w coś podobnego do głowy sokoła, ale białego i lśniącego, a także będącego zbyt gadzim, żeby 
być  ptakiem  i  jeszcze…  Szpony  przecięły  moją  rękę,  kiedy  odsuwały  się  i  moja  krew  opadała 
jak  rubiny,  lśniąc  w  jasnym,  białym  świetle.  Krople  krwi  wirowały  w  chaosie  i  to,  czego 
dotknęły,  zmieniało  postać.  Cała  najstarsza  magia  pochodziła  od  krwi,  albo  od  ziemi.  Nie 
miałam  ziemi  do  zaoferowania,  kiedy  wirowaliśmy  wewnątrz  tornada  ciała,  kości  i  magii,  ale 
krew tak, tę posiadałam. 

Podziękowałam…  smokowi,  który  przypomniał  mi,  po  co  była  krew.  Fantastyczne 

postacie  kształtowały  się,  niektóre  z  nich  istniały  wcześniej  w  faerie,  ale  inne  były  nowe. 
Niektóre z nich istniały tylko w książkach, w opowieściach o wróżkach, nie były prawdziwe, ale 
byłam  po  części  człowiekiem  i  wykształciłam  się  w  ludzkich  szkołach.  Nigdy  nie  widziałam 
wielu  z  istot  z  legend,  więc  nie  mogłam  powołać  ich  do  istnienia.  Ale  to  moja  wyobraźnia 
zmieniała postaci. Niektóre z istot były piękne, niektóre przerażające. Nigdy więcej nie miałam  
żałować  maratonów  horrorów,  jakie  obejrzałam  z  przyjaciółmi  w  college’u,  ponieważ  istoty 
z horrorów były tu również. Ale niektóre z najciemniejszych postaci spojrzały na mnie oczami 
wypełnionymi  współczuciem,  zanim  odleciały  w  noc.  Niektóre  z  tych,  najbardziej  trafiających 
do  serca  pięknem,  patrzyły  na  mnie  bezlitosnymi  oczami,  jak  oczy  tygrysa,  którego 
wyhodowałeś,  aż  do  dnia,  kiedy  zorientowałeś  się,  że  jest  nieoswojony,  a  ty  jesteś  tylko 
posiłkiem. 

Potem  znaleźliśmy  się  w  kopcu  sluaghów,  z  lśniącymi  pozostałościami  nieokiełznanej 

magii, a sami sluaghowie zwrócili się w naszą stronę, żeby walczyć. 

- Potrzebujemy uzdrowiciela! – krzyknął Sholto. 

Większość  z  nich  zawahała  się,  wpatrując  się  w  nas,  jakby  byli  głusi  i  oniemiali.  Nocni 

myśliwce oderwali się od sufitu i polecieli w dół jednego z ciemnych tuneli. Miałam nadzieję, że 
polecieli zrobić, jak rozkazał im ich król, ale pozostali zaskoczeni sluaghowie nadal wydawali się 
niepewni, co robić. 

Lśniący  okrąg  dookoła  nas  klęknął,  jakby  mieli  nogi,  na  których  mogli  klękać,  a  ja 

wiedziałam, czego chcieli. Chcieli przewodnictwa. Przewodnika, który wybierze, czym będą. 

Zorientowałam się, że znaleźliśmy się w  wielkiej, centralnej sali.   Był tutaj tron z kości 

i jedwab  na  środku  głównego  stołu.  To  było  miejsce,  gdzie  dwór  jadł,  a  kiedy  odbywały  się 

background image

audiencje, czy przybywali ważni goście, wielkie  stoły przesuwano. Sala tronowa często służyła 
jako oficjalna jadalnia w zamkach w faerie i poza nią. 

Odezwałam się do zgromadzonych sluaghów. 

- To nieokiełznana magia chce otrzymać postać. Podejdźcie i dotknijcie  jej, a stanie się 

tym, czego potrzebujecie czy pragniecie. 

Odezwała się wysoka postać w kapturze. 

- Nieokiełznana magia zmienia postać tylko pod dotykiem sidhe. 

- Kiedyś magia była dla wszystkich faerie. Niektórzy z was pamiętają te czasy. 

Jeden  z  nocnych  myśliwców  wiszących  na  ścianie  odezwał  się  w  ich  typowy,  lekko 

syczący sposób. 

- Nie jesteś na tyle stara, żeby pamiętać, o czym mówisz. 

- Bogini mówi przez nią, Dervil – odezwał się Sholto. I to imię pozwoliło mi domyśleć 

się, że to kobieta mocny myśliwiec, chociaż patrząc, nie mogłam tego stwierdzić. 

Lśniący, klęczący okrąg zaczął blaknąć.  

- Czy utracicie szansę pokazania sidhe, że najstarsza magia zna dotyk ręki sluaghów?  – 

zapytałam. - Podejdźcie i dotknijcie ich, zanim blask opadnie. Cofnijcie się i utracicie magię. Tej 
nocy  byłam  ciemną  Boginią  –  uniosłam  moją  nadal  krwawiąca  dłoń.  –  Nieokiełznana  magia 
skosztowała  mojej  krwi.  Lśni  jak  białe  światło,  ale  czy  to  nie  księżyc  lśni  na  waszym  nocnym 
niebie? 

Ktoś  zrobił  krok  w  przód.  To  Gethin,  w  krzykliwej  hawajskiej  koszulce  i  spodniach, 

chociaż  gdzieś  zostawił  swój  kapelusz,  więc  jego  długie,  podobne  do  oślich  uszy  opadały  na 
ramiona.  Uśmiechnął  się  do  mnie  pokazując,  że  jego  podobna  do  ludzkiej  twarz  pełna  jest 
ostrych, szpiczastych zębów. Był jednym z tych, którzy zjawili się w Los Angeles, kiedy Sholto 
po raz pierwszy przybył po mnie. Nie był jednym z najpotężniejszych sluaghów, ale był śmiały, 
a my dzisiejszej nocy potrzebowaliśmy śmiałości. 

Położył swoją małą rękę na jednej ze lśniących postaci i było tak, jakby jego dotyk był 

czarnym atramentem wlanym do lśniącej wody. Jakby ciemny kolor uderzył w lśniące światło, 
postać zaczęła się zmieniać. Światło i ciemność zmieszały się i przez chwilę nic nie widziałam, 
jakby  jakiś  magiczny  woal  zasłonił  część  procesu.  Kiedy  widok  rozjaśnił  się,  stał  przed  nami 
mały czarny kucyk. 

Gethin  zaśmiał  się  rechoczącym,  zachwyconym  śmiechem.  Zarzucił  ramiona  dookoła 

trzęsącej  się  szyi,  a  kucyk  poruszył  się  uszczęśliwiony.  Szczęśliwe  parsknięcie  pokazało,  że 
kucyk  ma  zęby  tak  ostre  jak  te  Gethina,  ale  większe.  Kucyk  spojrzał  na  mnie,  w  jego  oczach 
widać było błysk czerwieni. 

- Kelpie – wyszeptałam. 

background image

Gethin usłyszał mnie, ponieważ uśmiechnął się. 

-  Nie,  Księżniczko.  To  Each  Uise

1

.  To  wodny  konik  z  Highlands  w  Szkocji,  znany 

z opowieści tamtejszej ludności. 

Uścisnął znów kucyka, a ten trącił go znów, jak długo niewidziany pupilek. 

Pozostali  podeszli  z  wyciągniętymi  rękami.  Były  tam  włochate  istoty,  które  nie  były 

całkowicie  końmi,  ale  też  niezupełnie  czymś  innym.  Wyglądały  na  niedokończone,  ale 
sluaghowie krzyknęli zachwyceni na ich widok. Był ogromny, czarny dzik z mackami po każdej 
stronie  pyska.  Były  czarne  ogary,  ogromne  i  gwałtowne,  z  oczami  będącymi  zbyt  wielkimi 
w stosunku  do  twarzy,  jak  ogary  z  starych  opowieści  Hansa  Christiana  Andersena,  o  psach 
z oczami wielkimi jak talerzyki

2

. Ich ogromne, okrągłe oczy były  czerwone i  lśniące, ich pyski 

był  tak  szerokie,  że  wydawały  się  niezdolne  do  zamknięcia,  więc  ich  języki  były  wywieszona 
ponad szpiczastymi zębami. 

Ogromne  macki,  szerokie  jak  człowiek,  obniżyły  się  z  sufitu.  Spojrzałam  do  góry 

i zauważyłam  to,  co  pokrywało  sufit.  Widziałam  macki  w  szpitalu  w  Los  Angeles,  ale  nie 
widziałam  nic  poza  mackami.  Teraz  widziałam  całą  postać.  Zajmowała  większą  cześć  kopuły 
ogromnego sufitu. Postać trzymała się powierzchni, podobnie jak nocni myśliwce, ale macki nie 
pomagały  w  trzymaniu  się.  Była  odwrócona  i  wisiała  jak  żywe  stalaktyty.  Dwoje  ogromnych 
oczu  patrzyło  w  dół,  na nas,  a  w  chwili,  w  której  zobaczyłam  te  oczy,  pomyślałam  „To  musi 
być jakiś rodzaj ośmiornicy”, ale ośmiornica nie miała tak wielu ramion, tak dużo ciała. 

Długa  macka  dotknęła  ostatniego  lśniącego  strzępu  magii  i  nagle  pojawiła  się  ludzka 

wersja istoty z mackami. Wszystkie pozostałe istoty uformowane z magii stały się zwierzętami: 
psami, końmi, świniami. Ale to w oczywisty sposób było dziecko tego, co wisiało na suficie. 

Macki  na  suficie  krzyknęły  uradowane,  ich  krzyk  odbił  się  po  sali  sprawiając,  że 

niektórzy  wzdrygnęli  się,  ale  w  większości  z  uśmiechem.  Ogromne  macki  chwyciły  swoją 
mniejszą wersję i uniosły do sufitu. Istota z mackami, której nazwy nie znałam, przywarła do tej 
większej i radośnie się zaśmiała. 

Sholto obrócił załzawioną twarz do mnie. 

- Była tak długo sama. Bogini nadal nas kocha. 

Objęłam go ramieniem, kładąc dłoń na Mistralu. 

- Bogini kocha nas wszystkich, Sholto. 

- Królowa była twarzą Bogini przez tak długi czas, Meredith, a ona nie kocha nikogo. 

                                            

1

 Each Uisge- mitologiczny szkocki duch wody, w Irlandii zwany Aughisky. Był jeszcze bardziej krwiożerczy niż 

kelpie. 

http://en.wikipedia.org/wiki/Each_uisge

 

2

 Chodzi o psy z baśni „Krzesiwo” 

background image

Pomyślałam „Kocha swojego syna, Cela”, ale na głos powiedziałam co innego. 

- Ja kocham. 

Zrobiłam jedyną rzecz, jaką mogłam. Stanęłam na palcach i pocałowałam go. 

- Będę ci to

 

przypominać – spojrzałam na niego, starając się, żeby na mojej twarzy widać 

było  wszystko  to,  czego  potrzebował,  ale  część  mnie  zastanawiała  się,  gdzie  był  uzdrowiciel. 
Miałam być królową, a to znaczyło, że droga była mi nie tylko jedna osoba. Właśnie teraz była 
jedna  z  takich  chwil.  Byłam  szczęśliwa,  że  Sholto  był  szczęśliwy,  czy  szczęśliwszy  z  powodu 
swych  ludzi  i  tego,  że  tak  wiele  odzyskali,  ale  również  chciałam,  żeby  Mistral  żył.  Gdzie  był 
uzdrowiciel, kiedy zdarzały się cuda Bogini? 

Nocni myśliwce powrócili z odległego tunelu.  

-  Mają  ze  sobą  uzdrowiciela  –  powiedział  Sholto,  jakby  odczytał  wątpliwości  na  mojej 

twarzy.  Na  brzegu  jego  szczęścia  był  smutek.  Wiedział,  że  nigdy  nie  będzie  mój  i  tylko  mój. 
Byłam  królową,  więc  bardziej  niż  w  przypadku  innych,  moja  lojalność  rozdzielona  była 
pomiędzy moich ludzi.