background image

Rozdział 24 

Doyle  i Mistral wyglądali dobrze w  ubraniach Sholto, ale poza mną i Rhysem, wszyscy 

sidhe  mieli  około  sześciu  stóp

1

  wzrostu.  Mężczyźni  byli  szerocy  w  ramionach,  szczupli 

w biodrach  i  dobrze  zbudowani.  Strażnicy  byli  bardziej  muskularni  i  twardsi  od  treningów 
z bronią, czy walki. Ale Sholto miał rację, co do ramion Mistrala. Były trochę szersze niż jego, 
czy Doyle’a. Nie o wiele, ale wystarczająco, żeby koszula nie pasowała. Napinała się tak bardzo, 
że nie wyglądało to dobrze. Lepiej było, żeby  miał na sobie mniej  ubrania i wyglądał  dobrze, 
niż więcej i wyglądał źle. Mieliśmy rozmawiać z Dworem Seelie, a u nich dobry wygląd oznaczał 
wszystko. Jeżeli wyglądałeś dobrze, byłeś dobry. To była dosyć dysfunkcyjna rodzina. 

Mirabella,  dworska  szwaczka,  obchodziła  Mistrala  dookoła  ociągając  płaszcz,  jaki 

znalazła na jego szerokie ramiona. Pociągnęła z jednej strony bladą, szczupłą dłonią, a potem 
wygładziła zagięcia na błękitnym ubraniu swoją czarno- białą macką. 

Jej prawe ramię miało mackę, jak nocny myśliwiec. Wydawała się idealnie ludzka, poza 

tymi dodatkowymi częściami. Macka była bardzo zwinna, wiedziałam, że tacy mogą być nocni 
myśliwcy. Używała obu kończyn bez myślenia.  Był to odruchowy gest wyćwiczony przez lata. 
Czy była po części nocnym myśliwcem? Dzieckiem jakiegoś ataku, czy efektem tarzania się po 
sianie? Chciałam zapytać, ale nie chciałam być niegrzeczna. 

Mistral  wyglądał  zachwycająco  w  płaszczu.  Głęboki  niebieski  kolor  wydawał  się 

sprawiać, że jego oczy były również niebieskie, jak letnie niebo. Szeroki kołnierz obramowany 
był  szarym  futrem,  więc  jego  własne  chmurzasto  szare  włosy  wydawały  się  stapiać  z  nim, 
ciężko było stwierdzić, gdzie kończy się futro, a zaczynają włosy. 

Mirabella  odwróciła  Mistrala,  żeby  móc  zobaczyć  jak  układa  się  płaszcz.  Szare  futro 

schodziło  szerokim  pasmem  w  dół  płaszcza,  więc  rozpuszczone,  długie  do  kostek  włosy 
strażnika pogłębiały iluzję mieszania się, nie iluzję związaną z magią, ale z umiejętnym wyborem 
ubrania. 

- Wygląda, jakby był dla niego uszyty – powiedział sucho Doyle. 

Szwaczka  wygładziła  macką  swoje  brązowe  włosy  uczesane  w  elegancki  kok,  potem 

spojrzała  na  niego  pełną  siłą  swoich  oliwkowozielonych  oczu,  ze  śladem  brązu  i  szarości,  a 
nawet  złota,  dookoła  źrenic.  Były  najbardziej  podobne  do  wielokolorowych  oczu  sidhe,  jak 
tylko mogły być ludzkie oczy. Wysoka i urocza Mirabella poruszała się z dziwną, usztywnioną 
gracją, prezentując idealną postawę, która mówiła, że pod suknią nosi gorset. Suknia wyglądała 
na dziewiętnasty wiek, była w kolorze ciemnej, prawie czarnej zieleni, która pasowała do zieleni 
jej  oczu.  Rękawy  nie  były  historycznie  idealnie  dopasowane  do  codziennej  sukni  z  tej  epoki. 
Były  marszczone  u  góry,  rozszerzone  do  tyłu  jak  dzwon  tak,  że  spływały,  kiedy  uniosła 
kończynę i można było przelotnie ujrzeć mackę, sięgającą do tego, co kiedyś było jej łokciem. 

                                            

1

 ok. 183 cm 

background image

- Mirabella, czy uszyłaś ten płaszcz specjalnie dla Mistrala? – zapytał Sholto. 

Nie  spojrzała  na  swojego  króla,  ale  nadal  wygładzała  płaszcz,  będący  niemalże  całą 

szatą. 

- Mówiłam ci o moim śnie, Wasza Wysokość. 

- Mirabella – powiedział jej imię z większą mocą. 

Odwróciła  się,  nerwowo  mrugając  oczami,  potem  obróciła  Mistrala  w  naszą  stronę, 

jakby  dla  inspekcji.  Przyjął  całą  jej  krzątaninę  bez  narzekania.  Królowa  Andais  lubiła  ubierać 
swoich  strażników  na  kolacje,  tańce,  czy  dla  swojej  własnej  rozrywki.  Mistral  zachowywał  się 
tak,  jakby  jego  zdanie  co  do  tego,  w  co  był  ubrany,  nie  miało  znaczenia.  Mirabella  była 
całkowicie profesjonalna w porównaniu do Andais. Żadnego obmacywania. 

Mistral miał na sobie  czarne spodnie i  wysokie do kolan buty.  Szwaczka zawiązała mu 

w pasie  niebieską  szarfę,  której  kolor  dobrze  wyglądał  przy  księżycowej  bieli  jego  nagiego 
brzucha. Ciemny, głęboko niebieski płaszcz obramowywał jego pierś, całe to jasne muskularne 
ciało. Kiedy Sholto mówił, że Mistral mógłby wyglądać jak barbarzyński król, miał rację. 

- Ten płaszcz nigdy nie został uszyty na moje ramiona, Mirabella  – powiedział Sholto, 

spoglądając na nią. 

Wzruszyła  ramionami,  coś  w  tym  ruchu  powiedziało  mi,  że  pod  tymi  rękawami  były 

ludzkie ramiona, bardziej z kośćmi niż mackami. 

W końcu spojrzała na swojego króla. W jej pięknych oczach widać było gniew, ale nie 

wściekłość. Opadła na kolana otoczona ciężką spódnicą, w przelocie błyskając czarną halką. 

-  Wybacz  mi,  Mój  Królu,  ale  ogarnęła  mnie  pycha.  Jeżeli  Seelie  mają  zobaczyć  moją 

pracę po tak wielu latach na kimś więcej niż ty, Królu Sholto, chcę, żeby byli pod wrażeniem. 
Chcę,  żeby  zastanawiali  się,  jakie  ubrania  wyszłyby  spod  moich  obu  zdrowych  rąk,  gdyby 
Taranis nie zabrał mi jednej z nich. 

To odpowiedziało na jedno z pytań. Kiedyś Mirabella miała dwie sprawne ręce. 

- Musiałaś spędzić całą noc, żeby dopasować płaszcz na Doyle’a. 

-  Nie  pamiętasz,  Wasza  Wysokość?  Uszyłam  czerwony  płaszcz  dla  ciebie,  ale  królowej 

nie spodobał się, więc nigdy więcej go nie włożyłeś. 

Sholto zmarszczył brwi, a potem uśmiechnął się i potrząsnął głową. 

-  Powiedziała,  że  był  zbyt  kolorowy  jak  na  jej  dwór.  Nazwała  go  zbyt  Seelie. 

Zapomniałem. 

Doyle był ubrany w czerwień, piękny czysty karmazyn, który przy jego skórze wyglądał 

spektakularnie. Kontrast był prawie boleśnie piękny.  Płaszcz wyglądał prawie  jak nowoczesny 
garnitur, poza kolorem i dopasowaniem. Pasował, schlebiając jego szeroki ramionom i wąskim 

background image

biodrom, w książkach nazywają to krojem atlety. Były do tego jeszcze pasujące spodnie, które 
sfastrygowała, żeby lepiej  leżały w pasie, ale były dopasowane jak rękawiczka do jego bioder i 
ud,  potem  lekko  rozszerzały  się  tak,  że  brzeg  opadał  lekko  ponad  czubki  lśniących,  czarnych 
butów. 

Wybrała jedwabną koszulę w lodowatym odcieniu szarości, która pasowała zarówno do 

czerwieni  garnituru,  jak  i  do  skóry  Doyle’a.  Sprowadziła  nawet  ze  sobą  kobietę-nocnego 
myśliwca,  która  pomogła  jej  zapleść  jego  włosy  w  długi  warkocz.  Ta  swoimi  mackami 
przeplotła czerwoną wstążkę przez całą długość jego czarnych, sięgających do kostek włosów, 
więc smuga czerwieni ciągnęła się w przód i tył. 

-  Una  pomogła  mi  przeszyć  płaszcz.  Staje  się  coraz  bardziej  wprawna  i  przy  szyciu 

zazdroszczę  jej  wszystkich  tych  macek  –  wskazała  na  swoją  towarzyszkę,  która  czesała  włosy 
Doyle’a. 

 

Una, która stała cicho przy ścianie, ukłoniła się. 

- Jesteś zbyt uprzejma, mistrzyni. 

- Udzielam pochwał, kiedy są zasłużone, Una. 

Una zaczerwieniła się trochę, co było widoczne na jej bladym podbrzuszu. 

-  Jestem  pod  wrażeniem,  że  zrobiłaś  buty  dla  Mistrala  w  tak  krótkim  czasie  – 

powiedziałam. 

Mirabella spojrzała na mnie trochę zaskoczona. 

- Rozmiar jest prawie ten sam. Jak poznałaś, że te są nowe, tylko na nie patrząc? 

-  Musiałam  zabrać  w  Los  Angeles  strażników  na  zakupy  obuwnicze.  Jestem  całkiem 

niezła w ocenianiu rozmiarów. 

Uśmiechnęła się, prawie nieśmiało. 

- Masz dobre oko. 

Zaczęłam  mówić  dziękuję,  ale  nie  byłam  pewna  jak  długo  Mirabella  przebywała 

wewnątrz  faerie.  „Dziękuję”  może  być  uznane  za  obrazę  przez  niektórych  starszych 
mieszkańców. 

- Staram się jak mogę – powiedziałam zamiast tego - a płaszcz, który dla mnie zrobiłaś, 

jest idealny. 

Uśmiechnęła się naprawdę zadowolona. 

- Nie zrobiłaś butów – odezwał się Sholto. 

Potrząsnęła głową. 

background image

- Dogadałam się. 

-  Karzełek  –  powiedział,  jakby  był  tylko  jeden,  co  nie  było  prawdą.  Nie  ma  ich  wielu 

w Nowym Świecie, ale mamy kilku. 

Skinęła głową. 

- Naprawdę zamierzasz umówić się z nim? – zapytał Sholto. 

Zaczerwieniła się. 

- On cieszy się swoją pracą, tak jak ja moją. 

- Lubisz go – powiedziałam. 

Znów spojrzała na mnie nerwowo. 

- Wydaje mi się, że tak. 

-  Wiesz,  że  nie  ma  zasad  pomiędzy  sluaghami,  dotyczących  tego,  kto  z  kim  śpi  – 

odezwał  się  Sholto  -  ale  karzełek  naciskał  na  ciebie  od  stu  lat.  Myślałem,  że  uważasz,  że  jest 
niemiły. 

-  Tak  myślałam,  ale…  -  rozłożyła  swoją  rękę  i  mackę  szeroko.  –  Po  prostu  już  nie 

uważam  go  za  niemiłego.  Rozmawiamy  o  ubraniach,  ma  w  domu  telewizję.  Przynosi  mi 
magazyny z modą, rozmawiamy o nich. 

- Znalazł drogę do twojego serca – powiedział Doyle. 

Zachichotała  cicho  i  uśmiechnęła  się.  Już  to  samo  pozwoliło  mi  domyśleć  się,  że 

karzełek dostał już część należnej mu zapłaty za swoją umowę. 

- Wydaje mi się, że znalazł. 

- Więc macie moje błogosławieństwo. Wiesz o tym – powiedział Sholto. Uśmiechał się. 

Nagle jej twarz stała się poważna i surowa. 

-  Tully  zalecał  się  do  mnie  przez  sto  lat.  Był  delikatny,  nigdy  nie  wywyższał  się  nade 

mną, nie tak jak niektórzy, których imię mogłabym wymienić. 

-  Taranis  –  powiedziałam.  Wymówiłam  to  imię  nie  czując  nic.  Część  mnie  nadal  była 

troszkę odrętwiała, co było prawdopodobnie dobrą rzeczą. 

Spojrzała na mnie, a jej twarz wygładziła się. 

-  Jeżeli  nie  jestem  zbyt  arogancka,  Królowo  Meredith,  to  słyszałam,  co  zrobił  tobie, 

z całego serca współczuję ci. Powinien być powstrzymany lata temu. 

- Domyślam się, że doświadczyłaś jego wersji zalotów. 

background image

- Zalotów – prawie wypluła to słowo. – Nie, w środku przymiarki próbował wziąć mnie 

siłą.  Zostałam  zaproszona  do  faerie  obietnicą  bezpieczeństwa  i  honoru.  Podczas  przymiarki 
opuścił  całą  swoją  magię,  którą  nakłada  na  siebie,  więc  to  co  sprawia,  że  kobiety  widzą  go 
pięknego,  na  mnie  nie  działało.  Wiedziałam,  że  staje  się  jasny  dookoła  środka  swojego  ciała. 
Widziałam wszystkie skazy na jego iluzji. Widziałam prawdę i nie mógł uwieść mnie magią. 

-  Miałaś  też  pewnie  przy  sobie  szpilki  i  igły  wykonane  z  hartowanej  stali  –  powiedział 

Doyle. 

Spojrzała na niego, a potem skinęła głową. 

- Masz rację. Przybory mojego fachu powstrzymały mnie od wpadnięcia w jego pułapkę. 

W swoim gniewie, obciął mi prawe ramię – uniosła mackę. Poruszała się z gracją w powietrzu, 
jakby  jakaś  podwodna  istota,  która  znalazła  się  na  ziemi.  –  Potem  wyrzucił  mnie  ze  swojego 
kopca, ponieważ jednoręka szwaczka była dla niego bezużyteczna. 

- Jak długo przebywałaś w faerie? – zapytał Doyle. 

- Około pięćdziesięciu lat, tak mi się wydaje. 

- Po tylu latach wyjście z kopca oznacza, że te wszystkie lata powinny powrócić do ciebie 

w ciągu chwili – odezwał się Mistral. 

Skinęła głową. 

-  Tak,  gdybym  dotknęła  ziemi.  Ale  nie  wszyscy  na  dworze  zgadzali  się  z  tym,  co  mi 

zrobił.  Niektóre  z  kobiet  zaprowadziły  mnie  na  Dwór  Unseelie.  Prosiły  w  moim  imieniu 
królową,  ale  ona  powiedziała  prawie  to  samo,  co  powiedział  Taranis:  „Do  czego  będzie  mi 
potrzebna jednoręka szwaczka?” - W jej oczach błysnęły łzy. 

Sholto podszedł do niej w pięknej  czarno- srebrnej tunice i  lśniących butach, które dla 

niego zrobiła. Uniósł ją z kolan, jedną rękę kładąc na jej dłoni, a drugą na końcu macki. 

- Pamiętam tę noc – powiedział. 

Spojrzała w górę na niego. 

- Tak jak i jak, Królu Sholto. Pamiętam, co powiedziałeś. „Jest mile widziana pomiędzy 

sluaghami. Zaopiekujemy się nią.” Nigdy nie zapytałeś, do czego będę dobra, czy do czego ci 
się  przydam.  Damy  z  dworu  wyciągnęły  od  ciebie  obietnice,  że  nie  będziesz  znęcał  się  nade 
mną, bardzo bały się sluaghów. 

Sholto uśmiechnął się. 

- Chcę, żeby Seelie bali się nas, to nasza osłona. 

Skinęła głową. 

background image

- Wziąłeś mnie  z jedną tylko ręką, nie wiedząc, że Henry znajdzie sposób, żebym była 

znów  użyteczna.  Nigdy  nie  zapytałam,  Mój  Królu.  Co  zrobiłbyś,  gdybym  nie  miała 
umiejętności, które mogę ci ofiarować? 

-  Znaleźlibyśmy  ci  jakieś  zajęcie,  które  mogłabyś  wykonywać  jedną  ręką,  Mirabella. 

Jesteśmy  sluaghami.  Są  tacy  pomiędzy  nimi,  którzy  mają  tylko  jedną  kończynę  i  tacy,  którzy 
mają ich setki. Jesteśmy bardzo elastyczni. 

Skinęła głową i odwróciła się tak, że nie mógł widzieć łez, które w końcu zdecydowały 

się spłynąć w dół jej twarzy. 

- Jesteś miłym władcą, Królu Sholto. 

- Nie mów o tym nikomu poza dworem – powiedział ze śmiechem. 

- To będzie nasz sekret, Mój Królu. 

- Czy ty powiedziałaś – odezwałam się - że to Henry dał ci nową kończynę? 

- Tak zrobił – powiedziała. 

- Jak? 

-  Pewna  kobieta,  nocny  myśliwiec  była  na  tyle  miła,  że  pozwoliła  mu  zabrać  jedną  ze 

swoich macek. Wiedziałaś, że macki im odrastają? 

- Tak – powiedziałam. 

- No więc, Henry pracował nad… pomysłem, że może byłby zdolny umieścić kończynę 

pochodzącą od nocnego myśliwca, którzy mogą je zastąpić, w jednym ze sluaghów, którzy tego 
nie potrafią. Nie powiodło mu się to do tamtej pory, ale zaproponował, że spróbuje na mnie, 
jeżeli sobie tego życzę – zrobiła lekki gest obiema swoimi kończynami. – Życzyłam sobie. 

- Ludzie robią przeszczepy organów, w których dawca jest zgodne genetycznie z biorcą.  

Zaczęli  dopiero  próbować  z  rękami  i  innymi  organami,  ale  większości  przypadków  ciało 
odrzuca nową kończynę. Jak Henry poradził sobie z problemem odrzucenia? 

-  Nie  rozumiem  wszystkiego  z  tego,  co  mówisz,  Moja  Królowo,  ale  Henry  będzie 

w stanie  lepiej  odpowiedzieć  ci  na  to  pytanie.  Jeżeli  chciałabyś  wiedzieć,  jak  uszyłam  tę 
marynarkę,  która schlebia  jego ciału, mogę ci opowiedzieć, ale  jak  dokonał tego cudu  z nową 
kończyną, tego kompletnie nie rozumiem nawet teraz. Mam ją od wielu, wielu lat i nadal mnie 
to dziwi. 

Zaczęła  zbierać  swój  koszyk  i  przybory  do  szycia.  Una  pomogła  jej.  Kiedy  skończyły, 

odwróciły się, żeby przyjrzeć się nam. 

- Wyglądacie tak odpowiednio, jak miałam nadzieję, jeżeli mogę wyrazić swoje zdanie. 

background image

- Czy powinniśmy znaleźć powód, żeby wspomnieć, kto zrobił nasze ubrania? – zapytał 

Doyle. 

Znów zamrugała na niego oczami. 

- On wie, że tu jestem, Lordzie Doyle. Taranis może nie cenił mnie, ale nadal są na jego 

dworze tacy, którzy opłakują moje szybkie palce i dzieła mojej igły. Jest nadal kilka  kobiet na 
dworze, które przychodzą do mnie z zamówieniem od czasu do czasu. Te, które niosły mnie w 
pelerynie  z  kopca  do  kopca,  próbując  ocalić  mnie  w  tę  ciemną  noc,  żeby  odpłacić  mi  się  za 
moją pracę. Król Sholto łaskawie pozwala na to. 

Spojrzałam na Sholto, a on wyglądał na trochę zakłopotanego. 

- Jeden  król nie może zapewnić zajęcia twojemu talentowi. Slaughowie nie są dworem, 

gdzie ubrania mają aż takie znaczenie. 

Zaśmiała się. 

-  Fakt,  że  większość  na  naszym  dworze  chodzi  nago,  jest  dla  mnie  rozczarowaniem.  – 

Spojrzała  na  mnie  i  na  pozostałych.  –  Chociaż  wydaje  mi  się,  że  to  może  się  zmienić.  – 
Ukłoniła się uprzejmie, Una pochyliła się i obie wyszły. 

- Taranisa trzeba zabić – powiedział Mistral. 

- Zgadzam się – dodał Doyle. 

- Nie zaczniemy wojny przez to, co spotkało mnie, ani przez to, co spotkało Mirabellę. 

- Jest wiele takich historii, Meredith – dodał Doyle. 

- Ach – powiedział Mistral. – Był zawsze ulubieńcem kobiet, ale kiedy to zawodziło, nie 

miał nic przeciwko użyciu siły. 

- Czy zawsze był taki okrutny, jak ucinając jej ramię? 

- Nie, nie zawsze – powiedział Doyle. 

Słyszałam  opowieści,  że  Taranis  kiedyś  był  dzielnym  mężczyzną,  który  mocno  pił 

i mocno  kochał,  ale  nigdy  tego  nie  widziałam.  Teraz  nie  pozostało  za  wiele  z  tego  w  moim 
wujku.  Kiedyś  zaufałby  swojej  mocy,  żeby  mnie  uwieść  i  tak  zaciągnąć  do  swojego  łóżka. 
W rzeczywistości, zanim wykorzystał magię, żeby mnie zgwałcić, powiedziałabym, że nigdy nie 
uwierzyłby, że byłabym w stanie mu odmówić. Jego pewność siebie była legendarna. Co takiego 
zrobiłam, że uważał, że nie pokona mnie za pomocą swojej iluzji? 

- Dlaczego Taranis wykorzystał zaklęcie, żeby mnie zgwałcić, a nie zaufał swojej własnej 

atrakcyjności?  Chodzi  mi  o  to,  że  jego  ego  jest  ogromne.  Dlaczego  nie  wierzył,  że  mogę 
powiedzieć tak? 

- Może nie sądził, żeby to był właściwy czas – powiedział Sholto. 

background image

- Chciał mnie zatrzymać Sholto. Powinien uważać, że ma wystarczającą ilość czasu. 

- O co pytasz, Meredith? – zainteresował się Doyle. 

- Po prostu uważam, że to dziwne, że  użył tak  innego zaklęcia, niż te,  które zazwyczaj 

rzucał  na  mnie.  Prawie  owinął  mnie  swoimi  iluzjami  przyciągania  w  Los  Angeles  podczas 
rozmowy  przez  lustro.  Ale  tym  razem  zgwałcił  mnie  prawie  tak,  jak  mógłby  to  zrobić 
jakikolwiek mężczyzna. To niepodobne do niego. 

-  Powiedziałaś  nam,  że  widziałaś  przez  jego  iluzję,  kiedy  po  raz  pierwszy  znalazł  cię 

w faerie – odezwał się Doyle. 

-  Tak,  wyglądał  jak  Amatheon,  ale  kiedy  go  dotknęłam,  nie  był  taki  jak  on.  Amatheon 

jest gładko ogolony, a ja poczułam brodę. 

- Ale nie powinnaś jej wyczuć – stwierdził Mistral. – Taranis jest Królem Światła i Iluzji. 

A to oznacza, że jego magia osobista jest większa niż wszystko inne. Powinien być zdolny wziąć 
cię do łóżka, a ty nie powinnaś zorientować się, że nie jest tym, którego udaje. 

- Nie pomyślałem o tym – powiedział Doyle. 

- Nie pomyślałeś o czym? – zapytałam. 

-  O tym, że jego iluzja nie jest tak dobra jak powinna. 

Wszyscy pomyśleliśmy o tym. 

- Jego magia opada – powiedział w końcu Sholto.  

- I on o tym wie – dodałam. 

-  To  może  sprawić,  że  tak  wielki  egocentryk  stanie  się  skrajnie  zdesperowany  – 

powiedział Mistral. 

- I skrajnie niebezpieczny – dodał Sholto. 

Niestety,  mogliśmy  tylko  zgodzić  się  z  nim.  Zrobiliśmy  ostatnie  przygotowania  do 

rozmowy przez lustro z moją matką i innymi Seelie, którzy byli na zewnątrz, za wrotami. 

background image

Rozdział 25 

Besaba  była  wysoka,  szczupła  i  bardzo  sidhe  w  budowie  swojego  ciała.  Ale  grube, 

brązowe  fale  jej  włosów,  uczesanych  na  głowie  w  skomplikowaną  fryzurę  sprawiały,  że  jej 
szczupła twarz była zbyt odkryta jak na mój gust. Miała włosy swojej matki i brązowe, bardzo 
ludzkie oczy. Dopiero w ostatnich miesiącach zorientowałam się, że to był jeden z powodów, 
dla  których  tak  bardzo  mnie  nienawidziła.  Może  byłam  zbyt  niska  i  zbyt  zaokrąglona,  ale  ze 
swoimi włosami, oczami i skórą nie mogłabym uchodzić za człowieka. Ona mogła. 

Miała  na  sobie  ciemnopomarańczową  suknię  ze  złotym  haftem.  Była  to  suknia 

schlebiająca gustom Taranisa, który bardzo kochał się w kolorach ognia. 

Besaba  była  w  namiocie,  który  rozbili  na  zewnątrz.  Wyglądało,  jakby  była  sama,  ale 

wiedziałam  lepiej.  Sprzymierzeńcy  Taranisa  nie  zaufaliby  jej  na  tyle,  żeby  pozwolić  jej 
rozmawiać bez „strzegących” jej obserwatorów. 

Siedzieliśmy w oficjalnym pokoju do rozmów Sholto, co oznaczało, że pokój

 

był bogaty 

zdobiony  i  miał  tron  zamiast  krzesła.  Nie  był  to  oficjalny  tron  dworu  sluaghów.  Tamten  był 
zrobiony  z  kości  i  starego  drewna.  Ten  tron  był  złoto-  purpurowy,  najprawdopodobniej 
znaleziony  na  jakimś  ludzkim  dworze,  dawno  temu.  Ale  wykorzystano  go  celowo.  Robił 
wrażenie,  ale  nie  tak  wielkie,  jak  otaczający  mnie  mężczyźni,  czy  wijąca  się  masa  nocnych 
myśliwców,  która  przywarła  za  nami  do  ściany  jak  żyjąca  tapeta,  zrobiona  z  koszmarów, 
o których wolałbyś zapomnieć. 

Sholto  siedział  na  tronie,  jak  przystało  królowi.  Siedziałam  na  jego  kolanach,  co  może 

ujmowało całej sytuacji trochę powagi, ale chcieliśmy zwrócić uwagę na to, że miło spędzałam 
czas.  Oczywiście,  kiedy  ktoś  nie  chce  zrozumieć,  nic  co  zrobisz,  nie  sprawi,  żeby  zobaczył 
prawdę. Moja matka zawsze była świetna w widzeniu tylko tego, co życzyła sobie zobaczyć. 

Doyle stał po jednej stronie tronu, Mistral po drugiej. Gdyby nie nocni myśliwce za nami 

wyglądalibyśmy  bardzo  na  sidhe.  Ale  chcieliśmy,  żeby  ktokolwiek  był  z  moją  matką,  tylko 
spoglądając  w  lustro  zrozumiał,  że  jeżeli  będą  nadal  naciskać,  nie  będą  walczyć  tylko  z  naszą 
czwórką. 

Usadowiłam się wygodnie na kolanach Sholto. Ręką objął mnie w pasie, kładąc dłoń na 

moim  udzie  w  bardzo  poufały  sposób.  Nie  zasłużył  sobie  jeszcze  na  taką  poufałość.  Z  tych 
trzech  mężczyzn,  którzy  byli  ze  mną,  on  był  ostatnim,  ale  odgrywaliśmy  przedstawienie 
i częścią  tego  widowiska  było  udowodnienie,  że  byłam  jego  kochanką.  Jeżeli  próbujesz 
udowodnić coś takiego, jedna ręka na udzie może wiele znaczyć. 

- Nie potrzebuję ratunku, Matko, jak dobrze wiesz. 

- Jak możesz mówić coś takiego? Jesteś Seelie, a oni zabrali cię od nas. 

-  Nie  zabrali  nic,  co  Seelie  ceniliby.  Jeżeli  mówisz  o  kielichu,  to  wszyscy,  którzy  słyszą 

mój głos, wiedzą, że kielich idzie tam, gdzie Bogini sobie życzy, a ona życzyła sobie, żebym ja 
go miała. 

background image

- To znak wielkiej łaski pomiędzy Seelie, Meredith. Musisz wrócić do domu i sprowadzić 

kielich, a zostaniesz królową. 

- Masz na myśli, że będę królową Taranisa? – zapytałam. 

Uśmiechnęła się szczęśliwa. 

- Oczywiście. 

- On mnie zgwałcił, Matko. 

Doyle  przesunął  się  trochę  bliżej  mnie,  chociaż  i  wcześniej  był  dość  blisko. 

Wyciągnęłam  do  niego  rękę  nie  myśląc  o  tym,  więc  trzymał  mnie  za  rękę,  nawet  kiedy 
siedziałam na kolanach Sholto. 

- Jak możesz mówić coś takiego? Nosisz w sobie jego dzieci. 

- To nie są jego dzieci. Jestem z ojcami moich bliźniąt. 

Mistral  przesunął  się  bliżej  krzesła.  Nie  wyciągnął  do  mnie  ręki,  ponieważ  nie  miałam 

już  wolnych  rąk,  jedną  trzymał  w  dłoni  Doyle,  a  jedna  leżała  na  ramieniu  Sholto.  Po  prostu 
przesunął się bliżej, jak wydaje mi się, żeby pomóc mi zaakcentować swoje zdanie. 

- Kłamstwa. Kłamstwa Unseelie. 

- Jeszcze nie jestem królową Unseelie, Matko. Jestem królową sluaghów. 

Ułożyła sztywne, bogato zdobione rękawy swojej sukni. 

- Znów nieprawda – powiedziała. 

Przez chwilę życzyłam sobie, żebym mogła wyczarować na sobie koronę faerie, ale taka 

magia przychodzi i odchodzi zgodnie z własnym życzeniem. Chociaż, szczerze mówiąc widok 
Sholto  i  mnie  w  tych  koronach,  pewnie  upewnił  ją,  że  jesteśmy  Seelie.  Mimo  wszystko  była 
z kwiatów i ziół. 

- Nazwij to, jak chcesz, ale jestem zadowolona ze swojego towarzystwa. Czy ty możesz 

powiedzieć coś takiego? 

-  Kocham  mój  dwór  i  mojego  króla  –  powiedziała,  a  ja  wiedziałam,  że  właśnie  tak 

uważa. 

- Nawet jeżeli część tego dworu konspirowała, żeby zabić twoją matkę, a moją babcię, 

tylko kilka dni temu? 

Jej twarz zachmurzyła się na chwilę, potem znów wyprostowała się i popatrzyła na mnie. 

- To nie Cair zabiła moją matkę. Powiedziano mi, że to jeden z twoich strażników zadał 

cios. 

- Tak, żeby ocalić moje życie. 

background image

Spojrzała zszokowana, myślę, że było to prawdziwe. 

- Nasza matka nigdy by ciebie nie skrzywdziła. Kochała cię. 

- Kochała, a ja kochałam ją, ale magia Cair zwróciła ją przeciwko mnie i moim ludziom. 

To  było  złe  zaklęcie,  Matko,  a  fakt,  że  użyła  go  na  swojej  babci,  sprawia,  że  było  to  jeszcze 
gorsze. 

- Kłamiesz. 

-Dla  swojej  zemsty  wezwałam  dziką  sforę.  Gdyby  to  nie  była  całkowita  prawda,  sfora 

nie  odpowiedziałaby  na  moje  wezwanie,  a  nawet  gdyby  przybyła,  ogary  rozerwałyby  mnie  na 
strzępy.  Nie  stało  się  tak.  Pomogli  mi  dopaść  Cair.  Pomogli  mi  ją  zabić  i  ocalić  ojców  moich 
dzieci, którzy nadal byli atakowani. 

Potrząsnęła głową i wyglądała na trochę mniej pewną siebie. Odrobinę, ale znałam ją. Jej 

pewność mogła powrócić. Zawsze tak było. Widziała przez chwilę, jak bardzo się myli, lub jak 
źli  są  jej  sprzymierzeńcy,  a  potem  strząsała  to  z  siebie  i  otulała  się  ignorancją,  jak  ciepłą 
peleryną. 

Uniosłam  się  z  kolan  Sholto,  moja  ręka  odnalazła  jego  dłoń  tak,  że  trzymałam 

równocześnie  jego  rękę  i  Doyle’a.  Pochyliłam  się  w  stronę  lustra  na  ścianie,  i  odezwałam  się 
szybko, starając się przebić przez tę szczelinę w celowej ignorancji mojej matki. 

-  Matko,  dzika  sfora  nie  słucha  kłamców  i  zdrajców.  Taranis  zgwałcił  mnie,  ale  się 

spóźnił. Jestem brzemienna bliźniętami, a Bogini pokazała mi, kim są ojcowie. 

- Masz dwoje dzieci, a trzech mężczyzn. Kto zostanie odrzucony? – Starała się uciec od 

trudnej prawdy, koncentrując się na mniejszych rzeczach. Żadnych pytań o gwałt, czy zdrajców, 
których dzika sfora pomogła nam zniszczyć, ale o ojców i dzieci. 

-  Historia  sidhe  pełna  jest  bogiń,  które  miały  dzieci  z  więcej  niż  jednym  mężczyzną, 

Matko. Clothra jest jedną z tych, których imię znamy, ale były też inne. Widocznie potrzebuję 
wielu królów, a nie tylko jednego. 

-  Zostałaś  zauroczona  Meredith.  Wiem,  że  Król  sluaghów  jest  biegły  w  magii  iluzji  – 

powróciła do swojej pewności. Czasami zastanawiałam się, dlaczego próbuję rozmawiać z nią. 
Och,  była  moją  matką.  Wydaje  mi  się,  że  nigdy  nie  poddajemy  się,  jeżeli  chodzi  o  rodziców. 
Może oni czują to samo w stosunku do dzieci. 

-  Samo  faerie  połączyło  nas  jako  parę,  Matko  –  odpięłam  swój  zapięty  rękaw  i 

podwinęłam  go  do  łokcia,  co  wystarczyło.  Rękawy  Sholto  były  luźniejsze,  więc  widać  było 
część jego tatuażu z cierni i róż, ale wystarczyło, żeby udowodnić, że tatuaże były parą. 

Potrząsnęła głową. 

- Możesz zrobić sobie tatuaż w każdym ludzkim zakładzie. 

Zaśmiałam się. Nic nie mogłam na to poradzić. 

background image

Wyglądała na zaskoczoną. 

- Nie ma tu nic śmiesznego, Meredith. 

-  Nie,  Matko,  nie  ma  –  ale  na  mojej  twarzy  widać  było  rozbawienie.  –  Ale  albo  będę 

śmiała się, albo zacznę na ciebie krzyczeć, a nie wydaje mi się, żeby to było w czymś pomocne. 

Opuściłam  rękaw  i  znów  zapięłam  wszystkie  guziki.  Sholto  podążył  za  moim 

przykładem.  Wstałam  i  przeszłam  poza  zasięg  widoczności  lustra,  tylko  na  tyle,  żeby  chwycić 
coś ze stołu leżącego niedaleko ściany. 

- Myślisz, że to mądre? – zapytał się Mistral. 

Spojrzałam na stół, na którym leżały wszystkie stare bronie, które przybyły do nas. Czy 

to był dobry pomysł? Nie byłam pewna, ale byłam zmęczona. Zmęczona ludźmi próbującymi 
nas  zabić.  Byłam  zmęczona  ludźmi,  którzy  sądzili,  że  mogą  pozbawić  mnie  moich  mężczyzn, 
a ja będę łapą, która może być wykorzystana tam, gdzie chcą uderzyć. Miałam dosyć. 

Zawahałam się, trzymając rękę ponad Aben-dulem. 

- Bogini, czy mam pokazać im, kim jestem? – modliłam się. – Czy mam sprawić, żeby się 

mnie obawiali?  

Czekałam na jakiś znak, w pierwszej chwili myślałam, że mi nie odpowie, ale poczułam 

nasilający  się  zapach  róż.  Poczułam,  jak  mój  tatuaż  na  ramieniu  zapłonął  życiem,  a  ćma  na 
moim brzuchu zatrzepotała. Poczułam na swojej głowie ciężar korony z róż i jemioły splatający 
się do życia. 

Owinęłam  rękę  dookoła  rękojeści  miecza.  Bałam  się  tego.  Bałam  się,  co  może  zrobić 

miecz,  który  trzymam  w  dłoni.  Ręka  ciała  to  przerażająca  moc.  Z  tym  mieczem  mogłam 
wykorzystywać tę moc na odległość, a nikt nie mógł wyciągnąć go z mojej ręki bez ryzykowania 
tego koszmaru, którego próbowaliby uniknąć. 

Podeszłam w powrotem do lustra z mieczem w dłoni, który trzymałam tak, jak trzyma 

się sztandar. Stanęłam przed Sholto i wyciągnęłam miecz przed sobą. 

- Znasz ten miecz, Matko? Czy ktokolwiek, kto jest w polu widzenia lustra, wie, co to za 

miecz? 

Zmarszczyła brwi, ale wiedziałam, że nie będzie wiedziała. Matka nigdy nie dbała o moc 

Unseelie. Ale ktoś w namiocie będzie wiedział, tego byłam prawie pewna. 

To  Lord  Hugh  wszedł  w  zasięg  widoku.  Ukłonił  się  lekko,  zanim  podszedł  bliżej  do 

lustra, żeby się przyjrzeć. Zbladł. To była wystarczająca odpowiedź: wiedział. 

- Aben-dul - odezwał się ochrypłym głosem. – Więc sluaghowie również jego ukradli – 

ale sam w to nie wierzył. 

background image

Wyciągnęłam  moją  wolną  dłoń  do  Sholto.  Chwycił  moją  rękę  i  podszedł,  żeby  stanąć 

obok mnie. W chwili, kiedy jego wytatuowane ręka dotknęła mnie, magia zadrżała, jakby samo 
powietrze wzięło wdech. Korona z ziół zaczęła przeplatać się, na oczach Seelie. Pierścień z ziół 
na jego palcach zakwitł białym kwieciem, a jego korona zakwitła mgiełką pastelowych kwiatów. 
Staliśmy przed nimi ukoronowani przez samo faerie. 

- Oto Sholto, Król sluaghów, ukoronowany do rządzenia przez samo faerie. A ja jestem 

Meredith, Królowa sluaghów, brzemienna z jego dzieckiem, jego następcą. 

Pozwoliłam, żeby ręka, w której trzymałam Aben-dul, opadła do mojego boku. 

-  Słuchajcie  mnie  Matko  Besabo  i  wszyscy  Seelie  słyszący  mój  głos.  Stara  magia 

powraca.  Bogini  ponownie  porusza  się  pomiędzy  nami.  Możecie  podążać  za  jej  mocą,  lub 
zostać  jej  pozbawieni.  To  wasz  wybór.  Ale  potrzebna  jest  prawda,  żadnych  więcej  kłamstw, 
żadnych więcej iluzji. Przemyślcie to lepiej, zanim będziecie próbowali zabrać mnie siłą. 

- Czy ty mi  grozisz? – zapytała, a to było takie podobne do niej skoncentrować się na 

małej sprawie. Chociaż możliwe, że dla niej to była duża sprawa. 

-  Mówię,  że  jeżeli  będziecie  na  tyle  niemądrzy,  żeby  mnie  zmuszać,  wykorzystam  całą 

moc,  jaką  otrzymałam  od  Bogini,  żeby  się  bronić.  I  użyję  każdej  odrobiny  mocy,  jaką  mam, 
żeby obronić się przed zabraniem siłą do Taranisa. Nie będę znów jego ofiarą. Nie będę znów 
zgwałcona, nawet przez Króla Seelie. 

Lord Hugh cofnął się o krok od lustra. 

- Słyszeliśmy twoje słowa, Księżniczko Meredith. 

- Królowo Meredith – poprawiłam. 

Lekko skłonił głową. 

- Królowo Meredith. 

-  Zrezygnujcie  więc  z  tej  źle  wymyślonej  i  niepotrzebnej  próby  odsieczy.  Wracajcie  do 

swojego kopca faerie i swojego oszukującego się króla i zostawcie nas w spokoju. 

-  Jego  rozkazy  były  bardzo  specyficzne,  Królowo  Meredith.  Mamy  wrócić  do  kopca 

z tobą i kielichem, lub nie wracać wcale. 

- Wygnał was, aż do chwili, kiedy wam się powiedzie? – zapytałam. 

- Nie tymi słowami, ale nie mamy wielkiego wyboru. 

- Musicie porwać mnie, lub zostaniecie wygnani – odrzekłam. 

Lord Hudg rozłożył ręce.  

- Nie powiedziałbym tego tak szczerze, ale nieszczęśliwie dla nas tak to wygląda. 

background image

Przy ścianie namiotu widać było ruch. 

- Proszę, wybacz mi, Królowo Meredith, ale mam wiadomość – odezwał się Lord Hugh. 

Skłonił się znów, pozostawiając mnie patrzącą na moją matkę. 

-  Wyglądasz  uroczo  w  koronie,  Meredith  –  odezwała  się.  –  Zawsze  wiedziałam,  że  tak 

będzie – wyglądała nawet na zadowoloną, jakby to, co powiedziała, było prawdą. 

W  tej  chwili  mogłam  powiedzieć  tak  wiele  rzeczy.  Jak  „Jeżeli  naprawdę  myślałaś,  że 

kiedykolwiek  mogłabym  rządzić,  dlaczego  pozwoliłaś  Taranisowi,  żeby  pobił  mnie  prawie  na 
śmierć,  kiedy  byłam  dzieckiem?  Lub,  „Jeżeli  myślałaś,  że  mogę  kiedykolwiek  być  królową, 
dlaczego  odesłałaś  mnie  i  nigdy  nie  chciałaś  mnie  zobaczyć”?.  Ale  na  głos  powiedziałam  co 
innego. 

- Wiedziałam, że spodoba ci się korona, Matko. 

Lord Hugh powrócił w pole widoku. Ukłonił się niżej. 

- Powiedziano mi, że przybyli ludzka policja i żołnierze. Wezwałaś ludzi na pomoc. 

- Tak, wezwałam. 

- Teraz, jeżeli zaatakujemy, Dwór Seelie zostanie wygnany z nowych ziem, co sprawi, że 

Unseelie i sluaghowie pozostaną na miejscu i będą kontrolować to, co pozostało z faerie. 

Uśmiechnęłam się słodko do niego. 

- Zdobyłabyś to, co Królowa Andais próbowała osiągnąć przez wieki  i to bez rozlewu 

krwi Unseelie, czy sluaghów. 

- Chodzi o to, żeby nie rozlewać krwi – odrzekłam. 

Ukłonił mi się jeszcze niżej, tak nisko, że częściowo zniknął z widoku w lustrze. Kiedy 

wstał, na jego twarzy widać było wyraźny podziw. 

-  Wygląda  na  to,  że  Bogini  i  faerie,  nie  wybrali  źle  nowej  królowej.  Wygrałaś. 

Odjedziemy.  Dałaś  nam  powód,  który  nawet  Król  Taranis  powinien  zrozumieć.  Nie  będzie 
ryzykował, że nasz cały dwór zostanie wyrzucony z tych ziem. 

- Cieszę się, że twój król przyjmie was z powrotem i zrozumie, że robienie czegokolwiek, 

poza wycofaniem się, będzie krańcowo niefortunne – powiedziałam. 

Ukłonił się znów. 

- Dziękuję ci za znalezienie wyjścia z naszej sytuacji, Królowo Meredith. Nie słyszałem, 

że jesteś tak dobra w grach politycznych. 

- Mam swoje chwile – odrzekłam. 

Uśmiechnął się i ukłonił po raz kolejny. 

background image

- Teraz pozostawimy cię, żebyś została uratowana przez ludzi. 

-  Nie  możemy  pozostawić  jej  pomiędzy  sluaghami  –  powiedziała  moja  matka,  jakby 

przerażona losem swojej córki. 

- Odpuść, Matko – powiedziałam i wyczyściłam lustro. 

Nadal kłóciła się z Lordem Hugh, jakby wierzyła w to, co powiedział jej Taranis. Było 

jasne, że Lord Hugh w to nie wierzył. Ale jeżeli nie powrócę jako królowa Taranisa, Besaba nie 
będzie matką nowej królowej Seelie. Więcej zyskałaby politycznie gdyby to, co mówił Taranis, 
było prawdą. 

Sholto pocałował moją rękę, uśmiechając się, 

- To było pięknie rozegrane, Moja Królowo. 

Uśmiechnęłam się do niego szeroko. 

- Pomaga, kiedy samo faerie koronuje cię i gdy pojawiają się wielkie relikty mocy. 

-  Nie,  Meredith  –  odezwał  się  Doyle.  –  To  było  dobrze  rozegrane.  Twój  ojciec  byłby 

bardzo dumny. 

- To prawda – wtrącił Mistral. 

W tej chwili, trzymając broń, którą tylko ja i mój ojciec moglibyśmy trzymać bezpiecznie, 

pokryta błogosławieństwem faerie, wiedziałam, że mój ojciec byłby dumny ze mnie bardziej niż 
wszyscy  inni.  Wydaje  mi  się,  że  nigdy  do  końca  nie  wyrastasz  z  chęci  zadowolenia  swoich 
rodziców. A skoro nigdy nie mogłam zadowolić mojej matki, mój ojciec był wszystkim, co mi 
pozostało. Zawsze był. On i Babunia. 

Teraz  moi  rodzice  nie  żyli,  oboje.  Kobieta  w  lustrze  była  tylko  osobą,  której  ciało 

wypluło mnie na zewnątrz. A żeby być matką, potrzebne jest dużo więcej. Modliłam się, żebym 
była  dobrą  matką  i  o pomoc,  żeby  zapewnić  nam  wszystkim  bezpieczeństwo.  Znikąd  pojawił 
się  deszcz  białych  płatków  róż,  opadający  w  dół  jak  pachnący  śnieg.  Zdaje  się,  że  to  była 
wystarczająca  odpowiedź.  Bogini  była  ze  mną.  Nie  mogłam  otrzymać  lepszej  pomocy.  Jak 
mówili  chrześcijanie,  skoro  Bóg  jest  ze  mną,  kto  może  być  przeciwko  mnie?  Odpowiedzią 
niestety było: prawie wszyscy.