background image

Rozdział 14 

Panikowałam  przez  chwilę,  kiedy  szliśmy  w  dół  korytarza.  Jak  znajdę  Doyle’a? 

Pomyślałam  o  nim  i  znak  na  moim  brzuchu  zapulsował.  Najpierw  był  prawdziwą  ćmą,  ale 

dzięki Bogini stał się tatuażem. Gdybym kiedykolwiek miała sztandar czy znak, który by mnie 

reprezentował,  widniałaby  na  nim  mała  ćma  z  szeroko  rozpostartymi  skrzydłami.  Nazywana 

była „ukochany otulający skrzydłami”, Ilia Underwing

1

 .

 To był mój znak i niektórzy z moich 

strażników  mieli  go  na  swoim  ciele.  Doyle  był  jednym  z  nich.  Znak  pulsował,  kiedy 

poruszaliśmy się, jak przy grze w ciepło-zimno. Gdyby Doyle czuł się dobrze, zawołałabym go, 

ale  obawiałam  się  go  wołać.  Jeżeli  jego  rany  zagrażają  życiu,  to  gdyby  wstał  z  łóżka,  żeby 

przybyć do mnie, mogłoby go to zabić. 

Nie chciałam tak ryzykować. Przeszliśmy przez szpital prowadzeni przez znak na moim 

ciele.  Czekałam  na  krzyki  ludzi  i  zwrócenie  na  nas  uwagi,  ale  nic  się  takiego  nie  stało. 

Zachowywali się, jakby nas nie widzieli. 

- Ukrywasz nas? – zapytałam. 

- Tak. 

- Ja nie umiem sprawić, żeby ludzie przechodzili obok mnie, nie zauważając mnie. 

-  Ja  jestem  Królem  Sluaghów,  Meredith.  Mogę  ukryć  małą  armię  w  zasięgu  wzroku. 

Armię, która mogłaby zniszczyć umysły mijających nas ludzi. 

Spojrzałam  w  dół  na  nieskazitelną  podłogę  i  zorientowałam  się,  że  pozostawiamy 

ścieżkę z kropel krwi. Moja ręka już nie bolała, podobnie jak jego. Było tak, jakby ból stał się 
znajomy, ale nadal krwawiliśmy. Mogłam wyraźnie widzieć kapiącą krew, ale ludzie chodzili po 
tej krwawej ścieżce jakby nic nie widzieli. 

Szpital  nie  był  już  dłużej  sterylnym  środowiskiem.  Czy  nasza  krew  była  problemem? 

Magia  często  tym  była.  Działała,  ale  mogła  mieć  nieprzewidziane  konsekwencje.  Czy 
zanieczyszczaliśmy każde miejsce, przez które przeszliśmy? 

Jak można było spodziewać się, tatuaż zatrzepotał pod moją koszulą. To była znów ćma 

ze  skrzydłami,  uwieziona  w  moim  ciele,  jakby  moje  ciało  było  lodem,  który  ją  schwytał,  ale 
pozostały  skrzydła,  żeby  szamocząc  się,  na  próżno  próbowała  się  uwolnić.  Odczucie  było 
trochę nieprzyjemne dla żołądka, lub może w taki sposób to odbierałam. Ale szaleńcze ruchy 
skrzydeł pozwoliły mi zorientować się, że Doyle był ponad nami i to, co potrzebowaliśmy, to 
winda.  Pulsowanie  było  trudniejsze  do  zinterpretowania,  ale  po  szamoczących  się  skrzydłach 

                                            

1

 

Ćma wstęgówka, łac. Catocala ilia,  nazywa się po angielsku Belowed Underwing. Równocześnie underwing 

znaczy „wziąć pod skrzydła”. Ćmą z gatunku Belowed Underwing był Royal, występujący w 4 części Merry. 

background image

było  łatwiej  zorientować  się.  Marnowaliśmy  czas.  Gdybym  była  wewnątrz  faerie,  mogłabym 
poruszyć  strukturę  rzeczywistości  i  znaleźć  go  szybciej,  ale  tutaj  rzeczywistość  była  twardsza, 
nawet dla mnie, z moją ludzką krwią płynącą w żyłach i kapiącą na podłogę za nami. 

Winda zatrzymała się na piętrze, ktoś wcześniej nacisnął guzik, ale lekarze wydawali się 

nie chcieć wchodzić razem z nami, chociaż nas nie widzieli. Sholto oczyścił nam drogę. Drzwi 
zamknęły się i znów pojechaliśmy w górę. 

Drzwi  windy  otworzyły  się,  ale  kiedy  Sholto  próbował  wysiąść,  ćma  szamotała  się  tak 

szaleńczo,  że  to  zabolało,  jakby  próbowała  się  uwolnić  z  mojego  ciała.  Pchnęłam  go  do  tyłu 
i poczekaliśmy, aż drzwi zamknęły się. Pochyliłam się ponad guzikami i nacisnęłam piętro, przy 
którym skrzydła wydawały się najbardziej ekscytować. 

Nigdy  nie  kierowałam  się  w  ten  sposób  i  będąc  wewnątrz  pomieszczenia  z  tak  dużą 

ilością metalu i technologii, myślałam, że ćma nie będzie mogła tutaj działać, ale to była część 
mojego  ciała,  a  to  oznaczało,  że  wytworzone  przez  człowieka  przedmioty  nie  osłabiały  jej 
magii. Musiałam zaufać całej magii, jaką władałam, że będzie tu działać i to działać dobrze. 

Winda otworzyła się i ćma wyleciała do przodu. Szłam w kierunku, w którym chciała iść. 

Gorączkowe  szamotanie  sprawiło,  że  zaczęłam  biec.  Byliśmy  blisko.  Wbiegaliśmy  w  pułapkę, 
czy rany Doyle’a zabierały go ode mnie? 

Sholto biegł obok mnie. Odezwał się, jakby słyszał moje myśli. 

- Mogę ukryć nas przed innymi istotami faerie, o ile się z nimi nie zderzymy. 

-  Wiem  tylko,  że  jest  w  niebezpieczeństwie,  nie  wiem,  co  to  za  niebezpieczeństwo  – 

powiedziałam.  

– Nie mam broni – odrzekł. 

- Nasza magia tutaj działa. A nie wszyscy tak mają. 

- Ręka mocy, która zraniła Doyle’a i na mnie mocno zadziałała– powiedział. 

Miał rację. 

-  Skrzaty  zawsze  były  zdolne  wykorzystywać  magię  otoczone  ludźmi  i  maszynami.  To 

był jeden z powodów, dla którego Cair wykorzystała Babcię. Potrzebujesz śmiertelnej krwi, lub 
krwi skrzata, żeby wykorzystywać tutaj magię. 

Ból przyspieszył mnie. Poczułam, jakby ćma próbowała wyrwać się z mojej skóry. Tylko 

ręka Sholto utrzymała mnie prosto. Wskazałam na drzwi po lewej. 

- Tam. 

Nie sprzeczał się ze mną, po prostu upewnił się, że ustoję, a potem sięgnął do klamki od 

drzwi. Wykorzystywał osłonę, żeby nas ukryć, ale to było niemożliwe ukryć, że drzwi same się 
otwierają. Musisz poczekać, aż inni otworzą coś dla ciebie, jeżeli chcesz pozostać w ukryciu, ale 

background image

teraz  nie  było  na  to  czasu.  Panika  krzyczała  w  mojej  głowie,  ćma  szarpała  się  gorączkowo 
w moim ciele. 

Lekarz,  pielęgniarka  i  nieumundurowany  policjant,  który  siedział  w  rogu,  wszyscy 

spojrzeli na otwierające się drzwi.  Zaczęłam biec naprzód, ale Sholto cofnął mnie. Miał rację. 
Jeżeli  nadal  chcieliśmy  pozostać  niewidziani,  musieliśmy  poruszać  się  powoli  i  pozwolić,  żeby 
drzwi zamknęły się za nami. Jeżeli przyciągniemy więcej uwagi do magicznie otwierających się 
drzwi, ktoś może nas zobaczyć. 

Ale wiele kosztowało mnie, żeby po prostu nie przebiec przez pokój do Doyle’a. Leżał 

przerażająco  nieruchomo  na  białych  prześcieradłach.  Wszędzie  były  rurki  i  monitory.  W  jego 
ciało  były  powbijane  igły,  a  taśmy  przytrzymywały  je  na  miejscu.  Płyny  biegły  przez  rurki  do 
jego ciała. 

Byłam  przygotowana  na  atak,  zaklęcie,  ale  to  musiałam  przeoczyć.  Doyle  był 

stworzeniem faerie. Nie miał w sobie śmiertelnej  krwi. Ani krwi skrzata. Nie było w nim nic, 
poza najbardziej nieokiełznaną magią, jaką faerie mogło zaproponować. 

- Jego parametry życiowe spadają, doktorze – powiedziała pielęgniarka. 

Doktor odwrócił się od zamkniętych teraz drzwi i spojrzał na kartę Doyle’a. 

- Zaleczyliśmy oparzenia. Powinno mu się polepszać. 

- Ale się nie polepsza. 

- Sam to widzę – warknął na nią doktor. 

Nieumundurowany policjant nadal patrzył na drzwi. 

- Czy pan mówi, że ktoś używa magii, żeby zabić kapitana Doyle’a? 

- Nie wiem – powiedział doktor. - A nie mówię tego często. 

- Ja wiem – powiedziałam. 

Wszyscy odwrócili się w kierunku mojego głosu, krzywiąc się, ale nadal nic nie widzieli. 

Gdyby  to  moja  osłona  nas  ukrywała,  odezwanie  powinno  złamać  zaklęcie  na  tyle,  żeby  nas 
odsłonić, ale moc Sholto była czymś mocniejszym. 

- Słyszał pan to, doktorze? – zapytała pielęgniarka. 

- Nie jestem pewien. 

- Ja słyszałem – odezwał się policjant. 

- Mogę go ocalić – powiedziałam. 

- Kto jest tutaj? – zapytał gliniarz wstając, jego ręka powędrowała do broni. 

- Jestem Księżniczka Meredith NicEssus i przybyłam, żeby ocalić kapitana mojej straży. 

background image

- Pokaż się – powiedział gliniarz. 

Sholto  zrobił  dwie  rzeczy,  cofnął  swoje  macki  z  powrotem,  żeby  wyglądały  jak  tatuaż 

i opuścił osłonę. Dla ludzi w pokoju po prostu pojawiliśmy się. 

Gliniarz  zaczął  unosić  broń,  ale  powstrzymał  się  w  pół  ruchu.  Zamrugał  i  potrząsnął 

głową, jakby chciał oczyścić wzrok. 

- Jacy piękni – powiedziała pielęgniarka, patrząc na nas z zachwytem na twarzy. 

Doktor wyglądał na przestraszonego. Cofnął się dalej od nas, aż do łóżka stojącego za 

nim. Trzymał kurczowo kartę Doyle’a, jakby to była tarcza. 

Zaczęłam zastanawiać się, jak też wyglądamy dla nich, ukoronowani żyjącymi kwiatami, 

pokryci  magią  Bogini,  ale  w  końcu  nie  mogłam  sobie  tego  wyobrazić.  Nigdy  nie  będę  zdolna 
zobaczyć tego, co oni widzieli. 

Ruszyliśmy  w  kierunku  łóżka,  ale  policjant  ocknął  się  na  tyle,  żeby  próbować  znów 

wycelować w nas broń. Ale pistolet znów obniżył się ku podłodze. 

- Nie mogę – powiedział stłumionym głosem. 

- Wyciągnijcie z Doyle’a igły i rurki. Używacie na nim ludzkiej medycyny, a to go zabija – 

powiedziałam. 

- Dlaczego? – zdołał zapytać doktor. 

- Jest stworzeniem faerie, nie ma w sobie śmiertelnej krwi, żeby pomogła mu, kiedy jest 

otoczony  tak  wieloma  nowoczesnymi  cudami  –  dotknęłam  ramienia  Doyle’a,  jego  skóra  była 
zimna pod dotykiem. – Musimy się pospieszyć, doktorze. Zabrać go z tego sztucznego miejsca, 
lub umrze – sięgnęłam do kroplówki w ramieniu Doyle’a. – Proszę mi pomóc. 

Lekarz patrzył na mnie, jakby wyrosła mi druga głowa. Ale pielęgniarka ruszyła się, żeby 

mi pomóc. 

- Co mam zrobić? – zapytała. 

- Odłącz go od tego wszystkiego. Musimy zabrać go z nami z powrotem do faerie. 

-  Nie  mogę  pozwolić  wam  zabrać  rannego  człowieka  z  mojego  szpitala  –  odezwał  się 

doktor,  jego  głos  odzyskał  autorytet,  jakby  teraz,  kiedy  został  postawiony  przed  konkretną 
sytuacją, poczuł się lepiej. Chorzy ludzi nie są zabierani ze szpitala, taka jest zasada. 

Spojrzałam na policjanta.  

- Czy możesz pomóc pielęgniarce uwolnić kapitana Doyle’a od tych urządzeń? 

Schował broń do kabury i podszedł do drugiej strony łóżka, żeby pomóc. 

background image

- Jesteś gliniarzem – powiedział lekarz. – Nie jesteś wykwalifikowany, żeby odłączać go 

od czegokolwiek. 

Gliniarz spojrzał na doktora. 

-  Sam  pan  powiedział,  że  mu  się  nie  polepsza  i  nie  wie  pan  dlaczego.  Spójrz  na  nich 

doktorze, cali aż ociekają magią. Jeżeli kapitan jest przyzwyczajony do takiego życia, to co robią 
mu te wszystkie urządzenia? 

-  Są  procedury,  przez  które  trzeba  przejść.  Nie  możecie  po  prostu  tu  wejść  i  zabrać 

mojego pacjenta – spojrzał na nas. 

-  On  jest  kapitanem  mojej  straży,  moim  kochankiem  i  ojcem  moich  dzieci.  Czy 

naprawdę wierzy pan, że zrobiłabym cokolwiek, co naraziłoby go na niebezpieczeństwo? 

Pielęgniarka  i  gliniarz  ignorowali  lekarza.  Pielęgniarka  kierowała  gliniarzem  i  oboje 

wyciągali  wszystko,  pozostawiając  Doyle’a  leżącego  na  łóżku,  uwolnionego  ze  wszystkich 
urządzeń. 

Teraz  mogliśmy  dotknąć  go,  jakby  magia  wiedziała,  że  musi  zbyć  uwolniony  od  tego 

wszystkiego, co go rani, zanim będziemy mogli go uzdrowić. 

Dotknęłam  jego  ramion,  a  Sholto  dotknął  jego  nóg.  Jego  ciało  zareagowało,  jakbyśmy 

nim  potrząsnęli,  kręgosłup  wygiął  się,  oczy  otworzyły,  a  oddech  wyszedł  w  sapnięciu. 
Zareagował na ból w sekundę później, ale spojrzał na mnie. Zobaczył mnie. 

- Moja Merry – wyszeptał i uśmiechnął się. 

Uśmiechnęłam się do niego i poczułam łzy szczęścia. 

- Tak – powiedziałam – Tak, jestem. 

Jego  oczy  stały  się  rozkojarzone,  potem  zamrugały  i  zamknęły  się.  Lekarz  sprawdził 

puls,  stojąc  po  swojej  stronie  łóżka.  Bał  się  nas,  ale  nie  na  tyle,  żeby  nie  wykonywać  swojej 
pracy. Przez to polubiłam go trochę bardziej. 

-  Jego  puls  jest  mocniejszy  –  spojrzał  na  Sholto  i  mnie  po  drugiej  stronie.  –  Co  mu 

zrobiliście? 

- Podzieliliśmy się częścią magii faerie – powiedziałam. 

- Czy to zadziała na ludzi? – zapytał. 

Potrząsnęłam  głową,  korona  róż  i  jemioły  poruszyła  się  w  moich  włosach,  jak  jakieś 

wężowe zwierzątko, które usadowiło się bardziej wygodnie. 

- Wasza medycyna może pomóc ludziom z takimi samymi ranami. 

- Czy pani korona właśnie się poruszyła? – zapytała pielęgniarka. 

background image

Zignorowałam  to  pytanie,  ponieważ  sidhe  nie  kłamią,  ale  prawda  nic  by  jej  nie  dała. 

Wpatrywała się w nas, jakbyśmy byli cudowni. Wyraz twarzy jej, i w trochę mniejszym stopniu 
policjanta, przypomniał mi, dlaczego Prezydent Thomas Jefferson upewnił się, że zgodzimy się 
nigdy  nie  być  czczeni  jako  bóstwa  na  amerykańskiej  ziemi.  Żadne  z  nas  nie  chciało  być 
uwielbianym,  ani  Sholto  ani  ja,  ale  jak  powstrzymać  ludzi  przed  przybraniem  takiego  wyrazu 
twarzy, kiedy stoisz przed nimi ukoronowana przez samą Boginię? 

Spodziewałam  się,  że  róże,  które  ograniczały  nasze  dłonie  odwiną  się,  żebyśmy  mogli 

chwycić Doyle’a, ale wydawały się idealnie szczęśliwe tam, gdzie były. 

-  Weźmy  go  od  drugiej  strony  łóżka  -  powiedział  Sholto.  -  Wtedy  ty  będziesz  niosła 

nogi, które są lżejsze. 

Nie sprzeczałam się, po prostu przeszliśmy na  drugą stronę łóżka. Doktor odsunął się 

od nas, jakby nie chciał nas dotykać. Naprawdę nie mogłam go winić. Od tak dawna Bogini nie 
błogosławiła nas w ten sposób, że nie byłam pewna, co zdarzyłoby się człowiekowi, gdyby nas 
dotknął. 

Sholto  pochylił  się,  chwytając  Doyle’a  pod  ramiona.  Zrobiłam  to  samo  z  nogami, 

chociaż  nie  musiałam  schylać  się  tak  bardzo.  Przez  chwilę  manewrowaliśmy,  jak  przy  jakiejś 
wersji biegu na trzech nogach, ale z ramionami. W końcu podnieśliśmy Doyle’a. Wydawał się 
wypełniać nasze ramiona, jakby chciał w nich być, albo może tak właśnie zdawało mi się, kiedy 
go dotykałam. Jakby wypełniał moje ramiona, wypełniał  moje ciało i moje serce. Jak mogłam 
pozostawić go ludzkiej medycynie bez żadnego pilnującego go strażnika? 

Gdzie byli pozostali strażnicy? Policjant nie powinien tu być sam. 

-  Meredith  –  powiedział  Sholto  -  myślisz  za  dużo,  a  musimy  poruszać  się  razem,  żeby 

zabrać go do domu. 

Skinęłam głową. 

-  Przepraszam,  właśnie  zastanawiałam  się,  gdzie  są  pozostali  strażnicy.  Ktoś  powinien 

pozostać z nim. 

- Poszli z Rhysem i kimś, kogo wołano Falen, nie Galen – odpowiedział mi policjant – 

Zabrali ciało pani… - spojrzał z wahaniem, jakby powiedział za wiele. 

- Mojej babci – dokończyłam za niego. 

- Mieli ze sobą konie – powiedział gliniarz. – Konie w szpitalu i nikt o to nie dbał. 

- Były lśniące i białe – odezwała się pielęgniarka. – Takie piękne. 

- Każdy strażnik,  którego mijali wydawał się mieć  konia i wyjechali ze szpitala – dodał  

gliniarz. 

- Magia ich porwała – powiedział Sholto – i zapomnieli o swoich obowiązkach. 

background image

Przytuliłam do siebie Doyle’a i spojrzałam na jego twarz przytuloną do ciała Sholto. 

-  Słyszałam,  że  faerie  może  sprawić,  że  sidhe  zapomni  się,  ale  nie  wiedziałam,  co  to 

oznacza. 

- To rodzaj dzikiej sfory, Meredith, ale jest subtelniejsza, czy nawet bardziej radosna. Oni 

byli pogrążeni w żalu i zabrali twoją babcię do domu, ale jeżeli śpiewaliby i świętowali, mogliby 
pociągnąć za sobą cały szpital. 

- Byli bardzo uroczyści w swoim żalu – powiedziała pielęgniarka. 

- Tak – odrzekł Sholto – i tylko to was ocaliło. 

Spojrzałam  na  pielęgniarkę  wpatrującą  się  w  Sholto.  Była  cholernie  blisko  porażenia 

elfem.  To  pojęcie,  którym  nazywamy  sytuację,  kiedy  śmiertelnik  jest  tak  zakochany  w  jednym 
z nas,  że  zrobi  wszystko,  żeby  być  blisko  obiektu  swojej  obsesji.  Zdarzało  się  to  głównie 
w faerie, bo tutaj, w świecie śmiertelników, nie mieliśmy takiego blasku. Więc nie był to aż taki 
problem,  ale  twarz  Sholto  była  tak  piękna,  jak  żadna  w  faerie,  a  ukoronowany  kwitnącymi 
ziołami, w woniach kwitnących kwiatów, wyglądał jak wyjęty ze starych opowieści o wróżkach. 
Spodziewałam się, że oboje tak wyglądaliśmy. 

- Musimy iść, Sholto. 

Skinął  głową,  jakby  wiedział,  że  musimy  uważać  nie  tylko  na  zdrowie  Doyle’a. 

Musieliśmy odejść od ludzi, zanim staną się bardziej nami zauroczeni. 

Ruszyliśmy w stronę drzwi, połączonymi rękami podtrzymując ciało Doyle’a w naszych 

ramionach.  Cienka  koszula  przesunęła  się  i  nagle  dotykaliśmy  nagości  jego  ciała.  Ciernie 
musiały  ukłuć  go,  ponieważ  cicho  jęknął,  poruszając  się  w  naszych  ramionach  jak  dziecko 
zaniepokojone przez sen. 

-  Krwawisz  –  odezwała  się  pielęgniarka.  Wpatrywała  się  na  podłogę.  Krople  krwi 

utworzyły  pod  nami  wzór.  Czy  to  dotknięcie  Doyle’a  różami  sprawiło,  że  widziała  krew? 
Pozostawiłam przemyślenie tego na później, musieliśmy wrócić do faerie. Nagle poczułam się 
jak Kopciuszek, słyszący zegar, zanim wybije północ. 

- Musimy wracać do ogrodu i łóżka. Teraz. 

Sholto nie sprzeczał się, tylko ruszył w stronę drzwi. Poprosił policjanta, żeby otworzył 

przed nami drzwi, a on zrobił to bez narzekania. 

Lekarz zawołał przez otwarte drzwi. 

- Księżniczko Meredith, w pokoju, w którym pani była, stopiły się ściany. 

Czy  powinnam  powiedzieć  przepraszam?  Być  może,  ale  nie  kontrolowałam 

nieokiełznanej  magii,  która  działała  w  pokoju,  w  którym  obudziłam  się  wcześniej  dzisiejszej 
nocy.  Moje  przebudzenie  na  oddziale  ginekologicznym  wydawało  mi  się  odległe,  jakby  było 
całe dni wcześniej. 

background image

Wołanie doktora miało też inne efekt. Szliśmy wśród spojrzeń i szeptów. Teraz było za 

późno, żeby się ukryć. 

- Znajdź innego pacjenta, który jest pomiędzy – powiedziałam. 

Poprowadził nas do pacjenta, który był pod namiotem tlenowym. Siedząca obok łóżka 

kobieta spojrzała na nas z załzawioną twarzą. 

- Czy jesteście aniołami? 

- Niezupełnie – odpowiedziałam. 

- Proszę, możecie mu pomóc? 

Wymieniłam  spojrzenia  z  Sholto.  Zaczęłam  mówić  nie,  ale  jedna  z  białych  róż  opadła 

z mojej korony na łóżko. Leżała tam, lśniąca i niesamowicie żywa. Kobieta wzięła różę w swoje 
drżące ręce. Zaczęła znów płakać. 

- Dziękuję – powiedziała. 

- Zabierz nas do domu – wyszeptałam do Sholto. Poprowadził nad dookoła łóżka i w 

następnej  chwili  byliśmy  na  krańcu  ogrodu,  po  zewnętrznej  stronie  bramy  z  kości.  Byliśmy 
z powrotem,  ocaliliśmy  Mistrala  i  Doyle’a,  ale  mnie  ścigała  twarz  kobiety.  Dlaczego  róża 
spadała na jej łóżko i dlaczego to wydawało się sprawiać, że poczuła się lepiej? Dlaczego nam 
podziękowała? 

To  garbaty  doktor,  Henry,  otworzył  bramę  z  kości.  Musieliśmy  przejść  bokiem, 

z Doylem w ramionach. Brama zamknęła się za nami, bez dotyku Henry’ego. Wiadomość była 
jasna, tylko my mieliśmy pozwolenie na przebywanie w środku. 

Poczułam  się  nagle  zmęczona,  bardzo  zmęczona.  Położyliśmy  Doyle’a  obok  nadal 

śpiącego  Mistrala.  Ściągnęliśmy  Doyle’owi  koszulę  i  wczołgaliśmy  się  na  łóżko.  Nasze  ręce 
nadal były ściśle połączone, więc było to dziwne, ale wydawaliśmy się wiedzieć, że musimy być 
po  przeciwnych  stronach  mężczyzn.  Spodziewałam  się,  że  nie  uda  mi  się  zasnąć  z  cierniami 
nadal owiniętymi wokół naszych rąk, oraz z pękatą koroną na głowie, ale sen przyszedł do mnie 
w  jednej  chwili.  Przez  chwilę  widziałam  Sholto  po  drugiej  stronie  Mistrala,  nadal  noszącego 
kwiecistą  koronę.  Przytuliłam  się  mocno  do  ciała  Doyle’a  i  sen  przepłynął  przeze  mnie. 
W jednym momencie byłam świadoma, w następnym spałam. Spałam i śniłam.