background image

Barbara Boswell DOBRANA PACZKA 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

-  Jak  już  się  nie  wiedzie,  to  we  wszystkim?  -  Wielebny  Will  Franklin  potrząsnął  głową  z 

niedowierzaniem. - Trudno się z tym zgodzić, Mac. - Za dużo cynizmu i pesymizmu. A gdzie... 

-  Pozytywne  myślenie?  -  wtrącił  Macauley  Wilde.  -  Wiem,  wiem.  Przeczytałem  książkę,  którą  mi 

pożyczyłeś.  Próbowałem myśleć  pozytywnie,  kiedy już po pierwszym  dniu pobytu  zabroniono Brickowi 
na tydzień wstępu do nowej szkoły, bo bił kolegów. Podobnie, kiedy Lily chyłkiem wykradła się z domu i 
nie  wróciła  na  noc,  a  także  gdy  mały  Clay  został  zawieszony  w  prawach  ucznia  po  tym,  jak  ze  swoim 
„gangiem” włamał się do laboratorium biologicznego i wypuścił z klatek wszystkie białe myszki. 

- Wiem, że to bywa trudne - przerwał pastor, nie godząc się z czarnowidztwem Maca, choć w tej sytuacji 

pesymizm mógł wydawać się uzasadniony. - Dzieci twojego brata, Reida, rzeczywiście miały trudności z 
przystosowaniem się do życia w Bear Creek. 

-  Wcale  się  nie  przystosowały  -  rzekł  ponuro  Mac.  -  A  co  gorsza,  nie  mają  zamiaru  tego  uczynić.  To 

maniacy. 

-  Nie  przeczę,  że  cała  czwórka  jest...  trudna.  -  Wielebny  pastor  chrząknął,  mając  świadomość,  że  nie 

użył najtrafniejszego przymiotnika, lecz jako duchowny chciał znaleźć możliwie taktowne określenie. 

Przecież w odniesieniu do dzieci nie mógł zastosować słów: „skandaliczne”, „potworne” albo „ohydne”. 
- Myślałem raczej o sile modlitwy - wyjaśnił. 
- Środki religijne nie poskutkują, chyba że zaczniemy odprawiać egzorcyzmy. 
- Żartujesz, Mac. - Pastor uśmiechnął się z zakłopotaniem. - Zawsze miałeś poczucie humoru. 
-  Nie  żartuję.  Dzieci  są  u  mnie  prawie  pięć  miesięcy  i  coś  trzeba  z  tym  zrobić.  Kiedy  zjawiły  się  w 

czerwcu,  sądziłem,  że  przez  lato  jakoś  się  ustatkują  i we  wrześniu  spokojnie  pójdą  do  szkoły.  Ale  nic  z 
tego. Jest coraz gorzej. Mamy połowę października i jestem w rozpaczy. To nie może trwać dłużej. 

- Myślisz o oddaniu ich stanowej opiece społecznej? 
- Ha! Nikt ich nie weźmie. Skoro są tu tak krótko, władze Montany uważają, że powinny zostać odesłane 

do swego rodzinnego stanu, Kalifornii, a ci z Kalifornii odpowiadają, że to już nie ich problem. Dzieciaki 
są niepoprawne i sieją postrach wśród pracowników opieki społecznej. 

-  Widzę,  że  za  wszelką  cenę  chcesz  zatrzymać  potomstwo  Reida  i  Lindy.  Godna  podziwu  odwaga. 

Chciałem powiedzieć: oddanie - poprawił się wielebny Will. 

-  To  moi  bliscy  -  westchnął  Mac.  -  Kochałem  brata  i  bardzo  lubiłem  jego  żonę,  chociaż  inaczej 

podchodziliśmy do wielu spraw. 

- Większość ludzi miała inne poglądy na życie niż Reid i Linda - taktownie zauważył pastor. - Szkoda, 

ż

e nie wziąłeś dzieci zaraz po śmierci ich rodziców. Rok, który spędziły u twego brata Jamesa i jego żony, 

Ewy, był dość... niefortunny. Sądzę, że większość problemów, które masz z nimi, wzięła się z tamtego... 
trudnego okresu. 

- Wiem. Ja też nie chciałbym mieszkać z Jamesem i Ewą. Proponowałem, że zaopiekuję się dziećmi, ale 

oni stwierdzili, iż tylko małżeństwo może  się nimi zająć. - Mac skrzywił się. - Uznali, że skoro  mam za 
sobą  nieudany  związek,  to  przebywanie  ze  mną  pod  jednym  dachem  będzie  szkodliwe  dla  dzieci.  Nie 
nadawałem się do wychowywania dzieci brata, dopóki nie okazało się, że James i jego żona nie mogą wy-
trzymać z małymi potworami. 

- James i Ewa bez wątpienia mieli dobre zamiary, ale są... - pastor przerwał i odkaszlnął. - Trudni. Znów 

użyłem tego słowa, lecz jako duchowny nie mogę użyć określeń: zadufani w sobie, obłudni i małostkowi, 
kiedy mówię o stadle małżeńskim. A temu, że twoje małżeństwo się rozpadło, nie jesteś winien. Byliście z 
Amy  zbyt  młodzi,  kiedy  się  pobieraliście.  Każde z  was oczekiwało  czegoś innego,  więc  się  rozstaliście. 
Trudno. Nieszczęście. Stało się. Było, minęło i nie powinno cięto powstrzymywać od wejścia w następny, 
trwały związek. 

- Wyszło szydło z worka. Ciągle mi powtarzasz: „znajdź sobie miłą dziewczynę i ożeń się”. 
- Małżeństwo oznacza stabilizację. Nie wspominając o tym, że dzieci rozpaczliwie potrzebują matki. 
- Wiedziałem, że to powiesz. - Mac wstał i zaczął chodzić tam i z powrotem wzdłuż ściany ozdobionej 

łbem łosia o wspaniałym porożu, pośrodku której znajdował się duży, granitowy kominek. - Rzeczywiście 

background image

nie  spieszno  mi  było  do  małżeństwa  po  doświadczeniach  z  Amy,  choć  wiem,  że  sam  nie  mogę 
wychowywać  dzieci.  Jednak  kiedy  w  końcu  uznałem,  że  powinienem  się  ożenić,  to  zgadnij,  co  się 
okazało.  Oto  żadna  kobieta  nie  jest  zainteresowana  małżeństwem,  jeśli  wiąże  się  to  z  opieką  nad 
potomstwem mojego brata. 

- Naprawdę rozmawiałeś o ślubie z którąś z twoich... znajomych? - spytał zaciekawiony pastor. 
- Niezupełnie, ale im o tym napomykałem. Jill Finlay wzruszyła ramionami i powiedziała, że nie będzie 

wychowywać żadnych innych dzieci poza własnymi. Tonya Bennett zaproponowała, bym pozbył się całej 
czwórki, a wówczas porozmawiamy o małżeństwie. Marcy Tanner przyznała, że chce wyjść za mnie, ale 
była  przekonana,  że  dzieci  pozbawią  nas  szansy  na  szczęście,  więc  powinienem  poszukać  im  innego 
domu. Oczywiście, gdyby nie dzieci, nie potrzebowałbym się żenić z żadną z nich. Nawet nie chciałbym. 
Ale jest jak jest... To beznadziejne. Jaka kobieta przy zdrowych zmysłach zostanie moją żoną i zamieszka 
z „bandą czworga”? 

-  Pomyśleć,  że  zaledwie  rok  temu,  na  walentynkowym  balu  dobroczynnym,  zostałeś  uznany  za 

najbardziej pożądanego kandydata na męża w całym Bear Creek - westchnął wielebny Will. - Cóż, jestem 
rozczarowany  postawą  Jill, Tonyi  i Marcy, ale trudno  im  się  dziwić.  Potrzebujesz  kobiety  o  wyjątkowej 
wrażliwości  i  zaangażowaniu,  a  te  panie  nie  odznaczają  się  takimi  cechami.  Za  to  ja  znam  kogoś  odpo-
wiedniego. 

- Próbujesz bawić się w swata? Dziękuję, ale nie trzeba. Jeśli sam nie mogę znaleźć... 
- Mac, wybacz, że przeszkadzam! - Do pokoju wpadł wysoki, dobrze zbudowany kowboj, najwyraźniej 

czymś poruszony. 

Macauley poczuł, że zamiera mu serce. Zarządca rancza, Webb Asher, nie zwykł bez powodu wpadać w 

panikę. 

- Co się stało, Webb? 
-  Mamy  zniszczone  ogrodzenie  na  północnym  pastwisku.  Nie  wiem,  jak  do  tego  doszło,  ale  zostało 

stratowane przez bydło, które przemieszcza się teraz w kierunku Blood Canyon. 

- A już myślałem, że nie może być gorzej! - jęknął Mac. - Musimy natychmiast naprawić płot i zacząć 

zaganiać krowy. - Spojrzał na zegarek. - O piątej powinienem odebrać Autumn po lekcji tańca w miejskim 
ośrodku kultury. 

- Mógłbym poprosić moją córkę, żeby odwiozła małą do Double R - zaofiarował się pastor. - Myślisz, że 

Autumn wsiądzie do auta z Tricią? 

- Nie wiem. - Mac znowu zaczął krążyć po pokoju. - Autumn nie zna Tricii zbyt dobrze, a te jej lęki... 

Wszędzie widzi czające się niebezpieczeństwo. Jak mogę być w dwóch miejscach jednocześnie? Odebrać 
Autumn i pracować na północnym pastwisku? 

- Gdybyś miał żonę, pilnowałaby dzieci, gotowałaby i... 
- Obiad! - Mac z rozpaczą złapał się za głowę. - Do licha, zapomniałem o obiedzie. 
-  A  Lily  nie  może  czegoś  ugotować?  -  spytał  pastor.  -  Wiem,  że  w  liceum  ma  lekcje  gotowania,  bo  i 

moja Tricią tam się uczy. 

-  Lily  prędzej  podpali  kuchnię  albo  otruje  pozostałe  dzieci.  I  to  umyślnie  -  westchnął  Mac.  -  Pani 

Lattimore przygotowuje nam gulasz na trzy dni, kiedy przychodzi sprzątać, lecz przez następne cztery dni 
tygodnia ja muszę martwić się o posiłki. 

-  Ta  młoda  dama,  którą  miałem  na  myśli,  przepada  za  gotowaniem  -  zauważył  wielebny  Will.  - 

Znakomicie radzi sobie z dziećmi i zawsze pragnęła mieć rodzinę. Pracuje w Waszyngtonie. Z jej listów 
wynika, że chciałaby coś zmienić w swoim życiu. Możemy sprowadzić ją do Bear Creek i... 

- Byłaby kimś w rodzaju narzeczonej na zamówienie? 
-  To  nie  gorsze  niż  ogłoszenie  matrymonialne  w  gazecie  -  nie  ustępował  pastor.  -  A  mój  plan  z 

pewnością jest lepszy i bezpieczniejszy. Mogę ręczyć za ciebie i Karę. Oboje... 

- Hej, Mac, twój bratanek prowadzi dżipa! - krzyknął Webb i ruszył ku frontowym drzwiom. 
- Brick? Powinien być w szkole. Jeśli znowu go wyrzucili... 
Trzej mężczyźni wybiegli na ganek. 
-  Dobry  Boże,  to  mały  Clay!  -  sapnął  pastor.  Przez  moment  jak  sparaliżowani  wpatrywali  się  w 

drugoklasistę siedzącego za kierownicą. 

background image

-  Wujku  Mac!  -  zawołał  Clay,  wtaczając  się  dżipem  na  podjazd.  -  Dzisiaj  wcześniej  odesłali  mnie  do 

domu, bo jestem zarażony. Zobacz, jak dobrze prowadzę! 

- Czym zarażony? 
-  Słyszałem,  że  w  szkole  podstawowej  zanotowano  przypadki  wietrznej  ospy  -  powiedział  wielebny 

Will. - Jeśli Clay to złapał, co najmniej przez tydzień nie będzie chodził do szkoły. Moja mała Joanna parę 
lat temu przez dwa tygodnie leżała w łóżku chora na ospę. 

- Ożenek wydaje się sprawą nie cierpiącą zwłoki - przyznał Mac. - Rozsądny związek między dwojgiem 

dorosłych  ludzi,  którzy  wiedzą,  czego  chcą.  Pastorze,  czym  prędzej  sprowadź  tę  dziewczynę,  o  której 
wspomniałeś. Na mój koszt - dorzucił, biegnąc w kierunku dżipa. 

 
Kara Kirby po raz kolejny czytała list, bezskutecznie pragnąc odmienić jego sens: 
Z  przykrością  informujemy,  że  ze  względu  na  cięcia  budżetowe  zmuszeni  jesteśmy  zmniejszyć 

zatrudnienie  w  naszym  ministerstwie  i  pani  stanowisko  zostało  przewidziane  do  redukcji  w  terminie 
trzydziestu dni od niniejszej daty. 

Z listu wynikało, że nie chodzi o kwestionowanie jakości pracy, którą Kara wykonywała doskonale, lecz 

o oszczędności budżetowe w dziedzinie, która przestała być traktowana priorytetowo. 

Straciła  pracę  statystyka!  Za  trzydzieści  dni  będzie  bezrobotna.  Gorące  łzy  napłynęły  jej  do  oczu. 

Poczuła, że ogarnia ją strach. Wykonywała to zajęcie przez ostatnich pięć lat! Prawda, że przeważnie było 
nudno,  ale  zarabiała  nieźle,  miała  zapewnioną  opiekę  medyczną,  a  także  tydzień  płatnego  urlopu.  W 
zeszłym roku Kara mogła sobie pozwolić na opłacanie czynszu za mieszkanie bez brania współlokatorki. 
Zawsze była raczej introwertyczna i nieśmiała, ale dzielenie lokum z różnymi dziewczętami sprawiało, że 
prowadziła bardziej urozmaicony tryb życia. Kiedy jednak ostatnia współmieszkanka wyszła za mąż, Kara 
zdecydowała się mieszkać sama, mając za towarzysza jedynie syjamskiego kota o imieniu Tai. 

Trzy  miesiące  temu,  w  dniu  własnych  urodzin,  siedziała  przed  telewizorem  z  kotem  na  kolanach  i 

podsumowywała  swoje  życie.  Miała  dwadzieścia  sześć  lat,  była  samotna.  Niewielki  krąg  przyjaciół 
rozpadł  się,  znajomi  pozakładali  rodziny  albo  wyjechali  i  tylko  w  jej  życiu  nic  się  nie  zmieniło.  W 
perspektywie rysowała się smutna, samotna przyszłość bez męża i dzieci. A teraz jeszcze bez pracy! 

Tai miauknął i zeskoczył z tapczanu. 
- Och, koteczku, co my zrobimy? - Kara z trudem przełknęła ślinę. 
W najczarniejszych myślach nie przypuszczała, że może być aż tak źle. Dzwonek telefonu wyrwał ją z 

ponurych rozmyślań. 

- Kara? - w słuchawce rozległ się ciepły głos wielebnego Willa Franklina. 
- Wujek Will! - wykrzyknęła dziewczyna z przejęciem. 
- Nie chciałabyś przyjechać do nas z wizytą, moja droga? 
- Bardzo bym chciała, ale... 
- Żadnych „ale”. Opłacę całą podróż. Ginny, dziewczynkom i mnie bardzo zależy na twoim przyjeździe 

do Montany tak szybko, jak to możliwe. 

Stojąc przy wyjściu z lotniska w Helenie, Mac Wilde po raz setny oglądał fotografię otrzymaną ty dzień 

temu od pastora. Na zdjęciu widniała podobizna Kary Jo Kirby. 

Ostatnio  Mac  był  zmuszony  ponaglić  wielebnego  Willa,  by  ten  skontaktował  się  jak  najszybciej  z 

dziewczyną  z  Waszyngtonu.  Po  tym,  jak  parę  dni  temu  przyłapano  Bricka  ukrytego  w  dziewczęcej 
przebieralni z polaroidem w ręku i po gonitwie za chorym na ospę Clayem, który uciekał, nie pozwalając 
sobie posmarować krost maścią, Mac uznał, że związek małżeński to po prostu życiowa konieczność. 

Wielebny Will był zachwycony. 
- Znam Karę od lat i gwarantuję, że jest godną zaufania dziewczyną. Musisz wiedzieć, że prawie przez 

pięć i pół roku byłem jej ojczymem. Wychowywałem ją od trzeciego do ósmego roku życia, a potem ja i 
jej matka rozwiedliśmy się - powiedział. 

Mac przyglądał się mu bez słowa. Znał Willa i Ginny Franklinów od piętnastu lat, odkąd pastor przybył 

do  Bear  Creek.  Oboje  wraz  z  córkami,  szesnasto-  i  dwunastoletnią,  stanowili  niezwykle  przykładną 
rodzinę. Mac Wilde po raz pierwszy usłyszał o poprzedniej pani Franklin. 

- To nie tajemnica, choć rzadko mówię  o swoim pierwszym małżeństwie. Nie ma powodu, a poza tym 

background image

Ginny nie chce do tego wracać.  Przez lata utrzymywałem  kontakt z  Karą, choć nie widywaliśmy się tak 
często,  jak  byśmy  tego  pragnęli.  -  Pastor  podał  Macowi  fotografię.  -  Została  zrobiona  prawie  pięć  lat 
temu. Miałem wówczas konferencję w Waszyngtonie i odwiedziłem moją byłą pasierbicę. 

Mac  wpatrywał  się  w  zdjęcie.  Uśmiech  Kary  Kirby  wyglądał  na  wymuszony.  Miała  zgrabny,  mały 

nosek,  ładne,  białe  zęby  i  brązowe,  ostrzyżone  na  pazia  włosy.  Grzywka,  przy  której  modelowaniu  na 
pewno  nie  użyto  żadnego  żelu,  podkreślała  duże,  szeroko  otwarte  oczy  dziewczyny,  w  których  na 
czerwono odbił się błysk flesza. Według opinii wielebnego Willa, Kara miała piwne oczy. Młoda kobieta 
z  fotografii,  ubrana  w  białe  spodnie  i  brzoskwiniową  bluzkę,  była  szczupła,  choć  przez  ostatnie  pięć  lat 
mogła utyć. 

Jakieś  parę  kilogramów,  pomyślał  Mac,  przełykając  ślinę.  Nic  nie  szkodzi.  Jeśli  tylko  miała  taki 

charakter i zalety, o których wspominał pastor, i jeśli zechce poświęcić się dla zrozpaczonego mężczyzny 
oraz czwórki nieznośnych dzieci, to on, Mac, miał diabelne szczęście, że na nią trafił. 

Dźwigając podróżną klatkę kota, Kara skierowała się ku wyjściu. Po drodze rozglądała się uważnie, ale 

wśród osób oczekujących na pasażerów samolotu nie mogła dostrzec wielebnego Willa Franklina. 

- Przepraszam, czy pani Kara Kirby? 
- Tak. - Dziewczyna zatrzymała się i spojrzała na dużo wyższego od siebie mężczyznę. 
- Jestem Mac Wilde. 
Przyglądał  się  jej  uważnie.  Nie  zmieniła  się  przez  te  pięć  lat.  Miała  taką  samą  fryzurę  jak  na  starym 

zdjęciu  i  duże  piwne  oczy.  Była  kruchą,  delikatną  dziewczyną  o  smukłych  kształtach,  choć  to,  co 
interesowało  go  najbardziej,  skrywał  gruby,  przypominający  tunikę  beżowy  sweter  i  szerokie  popielate 
spodnie. 

Ubranie utrzymane w dobrym guście, ale wyjątkowo pozbawione fantazji i za bardzo maskujące figurę. 

Mac  spróbował  sobie  wyobrazić,  jak  wyglądałaby  w  jaśniejszych  kolorach  i  stroju  podkreślającym 
kobiece  kształty.  Zmarszczył  brwi,  uświadomiwszy  sobie  trop  własnych  skojarzeń.  Nie  spodziewał  się 
oczywiście, że Kara będzie ubrana jak nastolatka Lily, która swymi ekstrawaganckimi kreacjami często go 
szokowała. 

Zachmurzył się na myśl o tym, że wczoraj koło trzeciej nad ranem przyłapał bratanicę, jak wślizgiwała 

się do domu. Mała cwaniara nie chciała powiedzieć, gdzie była i z kim. 

Kara  zaniepokoiła  się,  spostrzegłszy  wyraz  dezaprobaty  na  twarzy  mężczyzny.  Domyśliła  się,  że  Mac 

został  wysłany  przez  pastora,  by  ją  przywieźć  z  lotniska,  i  ta  misja  najwyraźniej  nie  przypadła  mu  do 
gustu. Zapewne nie spodobała mu się również sama Kara. Mężczyzna taki jak on - ciemnowłosy, wysoki, 
przystojny - nigdy nie zwróciłby uwagi na kogoś tak przeciętnego jak ona. 

Wuj  Will  mówił,  że  z  lotniska  do  domu  w  Bear  Creek  jedzie  się  parę  godzin,  a  to  oznaczało  dłuższą 

podróż w towarzystwie Maca Wilde’a, który z pewnością będzie się z nią okropnie nudził. 

Kara  wysiliła  umysł,  by  coś  powiedzieć.  Pragnęła  zdobyć  się  na  jakiś  błyskotliwy  bon  mot,  lecz,  jak 

zwykle, nic z tego nie wyszło. 

- Rozumiem, że pastor Franklin nie mógł przyjechać po mnie na lotnisko i poprosił pana o tę przysługę - 

rzekła, karcąc się natychmiast za stwierdzenie oczywistości. 

- Sam chciałem przyjechać - odpowiedział Mac. 
Opłacił dziewczynie bilet pierwszej klasy, miał zamiar się z nią ożenić, więc nic dziwnego, że spieszyło 

mu się, by obejrzeć przyszłą żonę. 

- To miło z pana strony. - Kara uśmiechnęła się. 
Mac popatrzył uważnie na pannę Kirby. Jej uśmiech w niczym nie przypominał wymuszonego grymasu 

ze zdjęcia. Był  szczery, rozjaśniał  i odmieniał twarz. Ten nagły błysk ożywienia sprawił, że dziewczyna 
wydała  się  mu  bardzo ładna. Najpierw  zwrócił uwagę  na jej cerę,  nie  smagłą jak  u miejscowych  kobiet, 
lecz jasną i gładką jak kość słoniowa. 

Kara  szybko  zmieniła  wyraz  twarzy,  przybierając  maskę  spokoju  i  ostrożności.  Znowu  wyglądała  tak, 

jak  w  chwili  spotkania.  Mac  zmrużył  oczy.  Nagle  ta  maska  również  zaczęła  go  interesować,  bo  już 
wiedział, że pod nią kryje się oblicze innej kobiety. Piwne oczy tamtej lśniły ciepłem, gdy się uśmiechała, 
a pełne wargi nabierały zmysłowości. 

Wyobraził sobie, że całuje te słodkie usta, i poczuł przyjemne ciepło rozchodzące się po ciele. Spodobał 

background image

mu się pomysł z pocałunkiem. Uświadomił sobie, że nie miał kobiety, odkąd pod jego dachem zjawiły się 
dzieci. 

Kara ukradkiem obrzuciła go wzrokiem, czując się niezręcznie pod ostrzałem spojrzeń. Jak na kobietę w 

jej  wieku,  miała  niewielkie  doświadczenie  w  stosunkach  z  mężczyznami.  Teraz  wyczuwała  jakieś 
napięcie, towarzyszące temu spotkaniu. 

- Czy... czy daleko jest do domu pastora w Bear Creek? 
- Jakieś trzy godziny jazdy do miasteczka i jeszcze ze dwadzieścia minut do rancza. 
- Jakiego rancza? 
- Mojego. Wielebny Will nie wspomniał o Double R? 
Mac  był  najwyraźniej zaskoczony. Zakładał, że pastor przedstawił  dziewczynie sytuację i przekazał jej 

podstawowe informacje o przyszłym mężu i jego gospodarstwie. 

-  Nie.  Mówił  trochę  o  własnym  domu  -  wyjaśniła  Kara,  zastanawiając  się,  dlaczego  ranczo  Maca 

miałoby stanowić temat rozmowy między nią i pastorem. 

W tym momencie Tai zamiauczał tak przeraźliwie, że musiano go usłyszeć na całym lotnisku. 
- Widzę, że Autumn będzie miała konkurencję we wrzaskach - mruknął Mac. 
Kara  nie  wiedziała,  do  czego  odnosi  się  ta  uwaga,  lecz  była  pewna,  że  nie  ma  ona  związku  z  jej 

ulubieńcem. 

- Tai nie jest wytrawnym podróżnikiem - wyjaśniła przepraszająco. - To był jego pierwszy lot i czuje się 

nieszczęśliwy. Cieszę się, że wzięłam go ze sobą do kabiny pasażerskiej. 

Głębokie  spojrzenie  ciemnobrązowych  oczu  Maca  Wilde’a  wprawiało  Karę  w  zakłopotanie.  Kiedy 

znowu poczuła je na sobie, zarumieniła się gwałtownie. 

- Wiem, że nie ucieszyło to załogi ani pozostałych pasażerów, ale po prostu nie mogłam skazać go na lot 

w  przedziale  towarowym  -  ciągnęła,  odwracając  wzrok.  -  Tai  nigdy  przedtem  nie  podróżował.  To  może 
pozostawić w jego psychice trwałe urazy. 

- Kot z urazami w psychice - powtórzył Mac. 
Pomyślał,  że  taka  wrażliwość  dziewczyny  dobrze  rokuje,  jeśli  chodzi  o  stosunki  z  dziećmi.  W  końcu 

były sierotami, które od czasu śmierci rodziców po raz drugi zmieniły dom. 

- Chodźmy, odbierzemy pani bagaż i ruszamy na ranczo. 
-  Ja...  wolałabym  raczej  pojechać  do  domu  wielebnego  Franklina  -  zauważyła  Kara,  która  przez  cały 

czas  kurczowo trzymała  w ręku  klatkę  z Taiem.  -  Nie  mogę  się  doczekać  spotkania z  wujem  Willem.  Z 
Ginny i dziewczynkami także - dodała szybko. 

Mac nie był zachwycony, ale przystał na to życzenie. 
- Tylko nie mogę zbyt długo zostawiać dzieci bez opieki. Naprawdę powinniśmy zaraz jechać. 
Poszedł  po  bagaż,  a  Kara  podążyła  za  nim,  podziwiając  po  drodze  wspaniałą  sylwetkę  swego 

towarzysza. Miał dzieci. To oczywiste, że taki atrakcyjny mężczyzna założył rodzinę. Kara zastanawiała 
się, gdzie też może być jego żona, skoro tak spieszno mu do dzieci, i dlaczego w tej sytuacji zgodził się 
wyjechać po nią na lotnisko. 

Pomyślała,  że  żonaty  mężczyzna  nie  powinien  patrzeć  na  kobiety  taksującym  wzrokiem.  A  może  była 

przewrażliwiona lub źle zrozumiała jego spojrzenia? 

- Dużo ma pan dzieci? - spytała, gdy już opuścili lotnisko i znaleźli się w dżipie Maca. 
Wydobyła kota z klatki i trzymała go na kolanach, co sprawiło, że przestał rozpaczliwie miauczeć. 
- Czworo - odrzekł Mac. 
Pastor z pewnością musiał wspomnieć o dzieciach. W końcu to główny powód jej przyjazdu tutaj! Mac 

rzucił  okiem  na  Karę  i  spostrzegł,  iż  ukradkiem  go  obserwuje.  Przyłapana,  zarumieniła  się  lekko  ze 
zmieszania. 

- To miło - ciągnęła tym samym, bezosobowym tonem. 
Co  też  pastor  mógł  jej  powiedzieć,  skoro  dziewczyna  przyjmuje  wszystko  z  takim  spokojem?  Z  radia 

dobiegały  słowa  romantycznej  piosenki.  Kara  gładziła  futerko  kota  i  próbowała  się  uspokoić.  Czuła  się 
nieswojo. Była w dżipie sam na sam z mężczyzną. 

- W jakim wieku są pańskie dzieci? - zapytała, bawiąc się obróżką Taia. 
Mac  zmarszczył  brwi.  Nie  tak  to  sobie  wyobrażał.  Sądził,  że  Kara  przyjedzie  do  Montany 

background image

poinformowana przez pastora o wszystkim, co dotyczyło jej przyszłej rodziny. A może dziewczyna tylko 
udawała nieświadomą, próbując przełamać lody pytaniami, na które od dawna znała odpowiedź? 

Z radia rozległy się podniecające dźwięki saksofonu. Melodia wyczarowywała obraz pary kołyszącej się 

rytmicznie  w  jej  takt.  Mac  powędrował  wzrokiem  ku  szyi  panny  Kirby.  Kusiła  go  jedwabiście  miękka 
skóra i lekko zaróżowione policzki. Zastanawiał się, jaki smak mają wargi tej dziewczyny. 

- Jakie mają imiona? - zadała następne pytanie, nie doczekawszy się odpowiedzi na pierwsze. 
Towarzysz  podróży  najwyraźniej  nie  przejawiał  chęci  do  rozmowy,  ale  jego  spojrzenia  świadczyły,  że 

jest  Karą  zainteresowany.  Jak  mógł  wujek  Will  wysłać  go  po  nią  na  lotnisko?  -  zastanawiała  się 
zdenerwowana. A co będzie, jeśli ten małomówny mężczyzna okaże się zboczeńcem? 

- Chce pani dowiedzieć się czegoś o dzieciach? - westchnął Mac. - Dobrze. Nieuczciwie byłoby owijać 

rzeczy w bawełnę, więc powiem wprost. Lily właśnie skończyła siedemnaście lat. Jest gwałtowna i kłamie 
na  potęgę.  Brick  na  Nowy  Rok  skończy  czternaście  i  jeśli  nie  ma  w  danej  chwili  kłopotów,  to  sam  ich 
szuka. Autumn jest dziesięciolatką. To mały wampirek z obsesją na punkcie zbrodni i klęsk żywiołowych. 
Wszędzie  wietrzy  niebezpieczeństwo.  Wreszcie  najmłodszy,  Clay,  siedmioletni  diabeł,  który  żyje  po 
swojemu, nie słuchając nikogo. Trzeba przyznać, że niełatwo mieszkać z taką czwórką. 

-  Z  pewnością  -  odrzekła  Kara.  Może  to  jego  zły  dzień,  pomyślała.  Uznała,  że  w  tej  sytuacji  wypada 

zachować się dyplomatycznie. 

- Dzieci mają dość oryginalne imiona

 - zauważyła. 

-  Jakie  dzieci,  takie  imiona  -  zgodził  się  ponuro  Mac.  -  Ich  rodzice,  mój  brat  Reid  i  jego  żona,  Linda, 

pragnęli nazwać swoich potomków tak, by podkreślić związek człowieka z naturą i naszą planetą. 

- Sądzę, że rozumiem - rzekła Kara. 
To nie są jego dzieci, pomyślała zaskoczona. 
Mac odczuł wewnętrzne zadowolenie. Nie potępiła dzieciaków ani nie wydrwiła filozofii życia Reida i 

Lindy.  Wydawała  się  tolerancyjna,  a  tego  właśnie  potrzebowali  jego  bratankowie  i  bratanice.  Dobrze 
zrobił, że ją tu sprowadził. Im wcześniej zamieszka z nimi, tym lepiej dla wszystkich. 

- Teraz dzieci są u pana? - Kara próbowała uporządkować sobie całą historię. 
- Mieszkają ze mną na stałe. Straciły rodziców w wypadku samochodowym prawie dwa lata temu. 
- Straszne! Biedne dzieci! 
- Tak. Najpierw zajmowała się nimi matka Lindy, ale tylko przez trzy miesiące. Nie mogła sobie dać z 

nimi rady i wkrótce przeniosła się do pensjonatu dla emerytów, w którym zabrania się przyjmować dzieci 
poniżej dwudziestu lat nawet w charakterze gości. Potem mój  brat, James, i jego żona podjęli się opieki 
nad sierotami. Wytrwali przez rok. 

-  Zabrakło  sprzyjającej  atmosfery  -  wyraziła  przypuszczenie  Kara,  a  w  jej  ciepłym  głosie  zabrzmiało 

współczucie. 

- Można tak to określić - uznał Mac. 
Macauleyowi przypadła do gustu wyważona reakcja, nikogo i niczego nie potępiającej Kary. Wszystko 

wskazywało na to, że dziewczyna miała zamiar zamieszkać z czwórką młodocianych terrorystów. 

- Skoro sprawy nie układały się najlepiej, wziął pan sieroty do siebie? 
-  Mieszkają  ze  mną  od  czerwca.  Muszę  zaznaczyć,  że  niewiele  wiem  o  wychowywaniu  dzieci.  Zdaję 

sobie sprawę, jaki ojciec może być z kawalera - powiedział Mac i obrzucił Karę przeciągłym spojrzeniem. 

Nie  był  żonaty.  Kara  poczuła  wewnętrzne  ciepło  i  zaczęła  rozważać  możliwości  zainteresowania  sobą 

tego mężczyzny. 

Mac sięgnął po telefon. 
- Powiem dzieciom, że już jedziemy. 
Odczekał dłuższą chwilę, lecz w domu nie podnoszono słuchawki. 
- Dlaczego nikt nie odpowiada? Gdzie są dzieci? 
Telefon dzwonił bez przerwy. Mac spojrzał na zegarek. 
- Już piąta. Powinny były wrócić ze szkoły. 
- Może coś... je zatrzymało? - zasugerowała Kara. 
W końcu w słuchawce odezwał się cienki głosik: 
- Halo? 

background image

- Autumn, tu wujek Mac. - Mężczyzna odetchnął z ulgą. - Dlaczego tak długo nie odbierałaś telefonu? 
- Byłam w swoim pokoju i musiałam najpierw odciągnąć komodę spod drzwi, a to zabrało trochę czasu. 
- Co tam robiłaś zabarykadowana? I gdzie są pozostali? 
- Oglądałam telewizję. 
- W swoim pokoju? Przecież nie masz telewizora. 
- Teraz mam - odpowiedziała z dumą Autumn. - Przeniosłam go do siebie z salonu. Wujku, wiesz, jacy 

ź

li ludzie siedzą w więzieniach? 

- Autumn, mówiłem, że nie wolno ci oglądać takich programów. Telewizor ma wrócić na swoje miejsce. 

- Mac przerwał na moment. - Nie powiedziałaś mi, gdzie są inni. 

- Wyszli - odparła dziewczynka. - Nie wiem, dokąd. Po prostu wyszli. Wujku, co będzie, jeśli któryś z 

tych zabójców znajdzie Lily albo Bricka, albo Claya i... 

- Przestań, Autumn. Na pewno nie wiesz, gdzie oni są? 
- Nie wiem, gdzie jest Lily i Brick, ale Clay powiedział, że chce pojeździć na tym czarnym koniu. 
- Na Blackjacku? Wielki Boże?! Autumn, musisz... 
-  Wujku,  ktoś stuka  do  drzwi. Bardzo  głośno,  jak  morderca.  - Autumn  wydała z  siebie  krzyk  mrożący 

krew w żyłach. 

- Czy z nią wszystko w porządku? - spytała Kara z troską w głosie. 
- Autumn! - Mac kilkakrotnie wołał bratanicę, zanim udało mu się skłonić ją do rozmowy. 
- On mówi, że jest Webbem Asherem i przyprowadził Claya - raportowała dziewczynka. - Chce, żebym 

otworzyła  drzwi,  ale  ja  tego  nie  zrobię.  Myślę,  że  to  morderca  z  więzienia  udaje  Webba  -  zakończyła 
dramatycznie. 

- Autumn Wilde, natychmiast otwórz drzwi i poproś Webba do telefonu - zażądał Mac. 
Wysłuchał Ashera, a potem odłożył słuchawkę. 
-  Mój  zarządca  przyłapał  Claya  na  karmieniu  ogiera  ciastkami.  Mały  próbował  zaprzyjaźnić  się  z 

koniem, bo chciał na nim pojeździć. To groźne zwierzę. Mogło go zabić jednym kopnięciem. Gdyby nie 
Webb... Muszę natychmiast tam wracać. Jeden Bóg wie, gdzie są Lily i Brick. Nie mogę zostawić dwójki 
maluchów  bez  opieki.  Prosiłem  Webba,  żeby  posiedział  z  nimi,  dopóki  nie  wrócimy,  ale  pewnie  nie  na 
długo starczy mu cierpliwości. 

- Daleko jeszcze do Bear Creek? - spytała Kara. 
- Nie jedziemy tam. Wybrałem drogę, która omija miasteczko. 
Kara  ukryła  rozczarowanie. W tych  okolicznościach  nie  mogła  wymagać,  by  Mac  odwiózł ją  najpierw 

do pastora. 

- Zadzwonię do wujka Willa, jak tylko przyjedziemy na ranczo, i poproszę, by po mnie przyjechał. Nie 

będzie pan musiał zostawiać dzieci i wozić mnie do miasta. 

- Nie można zaczekać ze spotkaniem do jutra? - spytał Mac. - Odbyła pani długą podróż, a poza tym nie 

ma potrzeby fatygować po nocy wielebnego Willa. 

- Czekać do jutra? - powtórzyła Kara. - Niemożliwe! 
- Załatwimy to inaczej. Dziś w nocy nikt nigdzie nie pojedzie. Jutro pomówimy o odwiedzinach w Bear 

Creek. 

- Nie mogę zostać u pana na noc! - Kara wpadła w panikę. 
-  Kochanie,  możesz  i  zostaniesz.  Rozumiem,  że  na  samą  myśl  o  spotkaniu  z  dziećmi  mogłaś  się 

zdenerwować.  Każdy  by  tak  zareagował,  bo  to  naprawdę  dobrana  paczka.  Ale  nie  zapominajmy  o 
przyczynie twojego przyjazdu do Montany... 

-  Właśnie.  -  Kara  przerwała  jego  wywody.  Pod  wpływem  strachu  nabrała  nagłej  śmiałości.  - 

Przyjechałam odwiedzić wuja Willa. 

-  Bądźmy  wobec  siebie  szczerzy,  Karo.  Wiesz,  że  jesteś  tu  po  to,  by  wyjść  za  mnie  za  mąż  i  pomóc 

wychować dzieci. 

ROZDZIAŁ DRUGI 

Kara nie mogła wydobyć z siebie głosu. Czuła, jak jej policzki pokrywają się rumieńcem. 
- Jeśli to żart, to w bardzo złym guście - powiedziała. 
Nigdy  dotąd  w  jej  spokojnym  życiu  nie  zdarzyło  się,  by  ktoś  do  tego  stopnia  wyprowadził  ją  z 

background image

równowagi. 

- Wujek Will kupił mi bilet i... 
- Nieprawda. Ja opłaciłem twoją podróż. Jeśli pastor powiedział coś innego,  to... skłamał. Nikt nie jest 

bez grzechu. 

- Naprawdę mam uwierzyć, iż wujek mógłby zaprosić mnie tutaj na takich warunkach? - Kara dobitnym 

tonem podkreśliła niewiarygodność takiej koncepcji. - Że sprowadziłby mnie po to, bym... wyszła za pana 
za mąż i słowem nie wspomniał o pańskim istnieniu? 

-  Nie  tak  to  miało  wyglądać.  -  Mac  nie  ukrywał  niezadowolenia.  -  Sądziłem,  że  pastor  wszystko 

dokładnie wyjaśni. Sam to wymyślił. 

- Nie mógł zrobić czegoś takiego! Nie wujek Will! 
-  Słuchaj,  kochana,  nie  miałem  pojęcia,  że  istniejesz,  dopóki  mi  o  tobie  nie  wspomniał.  Wiedział,  że 

mam  kłopoty  z  dziećmi  i  potrzebuję  żony  do  pomocy.  Zasugerował,  iż  może  zechcesz  przyjechać,  by 
wyjść za mnie. Skoro przyjęłaś bilet, uznałem, że odpowiada ci... rola mojej żony. 

- Och! To nie może być prawda! - Kara skryła w dłoniach rozpaloną twarz. 
- Wiesz, że tak jest. 
- Nie! Przyjechałam tu odwiedzić wuja... 
- Ojczyma - poprawił ją Mac. - Pastor opowiedział mi o swoim poprzednim małżeństwie. Chyba nikt w 

Bear Creek nie wie, iż był już raz żonaty i miał pasierbicę w swoim pierwszym związku. 

- Byłą pasierbicę. To zasługa jego żony. Kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką, zabroniła mi zwracać 

się  do  niego  „tatusiu”.  Powiedziała,  że  Will  ma  własne  córki.  Zabolało  mnie  to,  ale  pastor  prosił,  bym 
mówiła  do  niego  „wujku”  i  tak  już  zostało,  chociaż  przez  długi  czas  myślałam  o  nim  jak  o  tacie.  Mój 
prawdziwy ojciec zmarł, gdy byłam niemowlęciem. Will był jedynym tatą, jakiego znałam. 

- Twoim kosztem zadowolił Ginny? 
- Nie miał wyboru. - Kara lojalnie broniła ojczyma. 
- Trudno  uwierzyć,  że  to, co  usłyszałem, dotyczy  pastora i jego żony. W  końcu znam  ich  od  piętnastu 

lat. 

-  Wujek  Will  miał  złamane  serce,  kiedy  moja  matka  porzuciła  go  dla  innego  mężczyzny.  Ja  zresztą 

również. - Głos Kary przycichł, gdy wspomniała tamten smutny okres. - Mama zawsze uważała, że ożenił 
się  z  Ginny  po  to,  by  się  na  niej  zemścić.  Sądzi,  że  nowa  pani  Franklin  dobrze  o  tym  wie  i  dlatego 
zabrania mu kontaktu ze mną. Jego serdeczny stosunek do pasierbicy musiał jej przypominać, że to moja 
matka, a nie ona była największą miłością w życiu Willa. 

-  Jakoś  nie  mogę  wyobrazić  sobie  pastora  w  tak  romantycznej  roli,  a  tym  bardziej  Ginny  jako  jędzy 

dokuczającej małym dziewczynkom. 

- Żadna kobieta nie lubi myśleć o sobie jako o tej drugiej w życiu kochanego mężczyzny, a moja matka 

była  i  jest  piękna.  Niestety,  ja  bardziej  przypominam  ojca.  Jestem  pospolita  w  każdym  calu  -  wyjaśniła 
pospiesznie. 

- Niczego ci nie brak. 
Kara  zmieszała  się  i  zaczęła  głaskać  kota.  Z  żadnym  mężczyzną  nie  rozmawiała  dotąd  tak  otwarcie  o 

swojej przeszłości. 

-  Myślisz,  że  powiedziałem  to  tak  sobie  -  Mac  zareagował  na  milczenie  dziewczyny.  -  Nie  należę  do 

mężczyzn prawiących słodkie słówka... 

- Oczywiście  - przerwała Kara.  - Wydaje  się  pan  wyjątkowo  praktyczny  w  dziedzinie uczuć.  I  choć  to 

drażliwy temat, to czy nie przyszło panu na myśl, że może zachodzić związek między pańską trzeźwością 
w tych sprawach a potrzebą... kupienia żony? 

Nigdy  w  życiu  nie  zdobyła  się  jeszcze  na  tak  zjadliwą  szczerość,  lecz  Mac  sprawił,  że  przestała  być 

sobą. Zaatakowany, uniósł brwi, zdjął rękę z kierownicy i przesunął palcem od ramienia ku dłoni Kary. 

- Dama pokazuje pazurki, prawda? Zupełnie jak kot. 
Kara  zadrżała.  Nawet przez  grubą  warstwę  wełny  poczuła  mrowienie  na  skórze  wzdłuż linii,  po  której 

przesunął ręką. 

- Proszę się nie spoufalać - warknęła. 
- Jak sobie życzysz, kochanie. - Uśmiechnął się szeroko. 

background image

Ten uśmiech  miał zniewalającą  siłę,  a Mac  pewnie  doskonale  o tym  wiedział.  Instynkt  ostrzegał ją, że 

taki mężczyzna potrafi spożytkować swój czar dla osiągnięcia konkretnego celu. 

Przestali rozmawiać. Kara nerwowo rozpatrywała własną kłopotliwą sytuację. Co on sobie myśli? Że z 

wdzięczności za bilet lotniczy wyjdzie za niego i zajmie się dziećmi? 

Mac nie wyglądał na poruszonego. 
-  Zwrócę  pieniądze  za  bilet  -  oznajmiła  Kara,  bezowocnie  starając  się  zachować  chłodny  ton  i 

opanowanie. - Bar... bardzo mi przykro, że powstało takie nieporozumienie. 

- Nie chcę zwrotu kosztów. Spodziewam się, że dotrzymasz umowy i wyjdziesz za mnie. 
- Nie było żadnej umowy! 
- Kupiłem bilet w dobrej wierze i zakładam, że przyjęłaś go wraz z pozostałymi warunkami kontraktu - 

spojrzał znacząco. 

Dziwił się, że tak łatwo potrafi ją przeniknąć. Była skonfundowana tym, co mówił, i najwyraźniej brała 

jego słowa za dobrą monetę. 

- A może mnie zwodzisz? Użyłaś moich pieniędzy, żeby zafundować sobie wycieczkę do Montany. Kto 

wie, ile jeszcze zamierzałaś ode mnie wyciągnąć? Czy wielebny Will też jest w zmowie? 

- Jak pan może mówić coś podobnego? To po prostu okropne nieporozumienie! - krzyknęła Kara. 
-  Nie  przekonasz  mnie,  kochanie.  Myślę,  że  razem  z  pastorem  próbujecie  mnie  naciągnąć  -  zakończył 

Mac nadspodziewanie pogodnym tonem. 

- Ależ nie! 
Kara  wpatrywała  się  w  twarz  Maca.  Podejrzany  błysk  w  oczach  i  nutka  triumfu  w  głosie  nasunęły  jej 

myśl, że ten mężczyzna z niej żartuje. 

- Nie ma pan podstaw zakładać, że coś knujemy. 
-  Nie?  Więc  odpowiedz,  dlaczego  Ginny  Franklin  miałaby  cię  zapraszać  do  swego  domu  i  pozwalać 

mężowi, żeby płacił za bilet, skoro przypominasz jej przeszłość? 

Kara  otworzyła  usta,  żeby  coś  powiedzieć,  i  natychmiast  je  zamknęła.  Po  rozmowie  z  wujem  sama 

zadawała  sobie  podobne  pytanie,  ale  była  zbyt  uradowana  zaproszeniem,  by  głębiej  się  nad  tym 
zastanawiać. 

-  Nigdy  przedtem  ich  nie  odwiedzałaś  -  ciągnął  Mac.  -  Tylko  raz  widziałaś  się  z  pastorem,  gdy 

przyjechał do Waszyngtonu służbowo, a więc bez Ginny i dziewczynek. Nie mam racji? 

Kara niechętnie skinęła głową. 
-  Już  w  dzieciństwie  Ginny  jasno  dała  ci  do  zrozumienia,  że  nie  życzy  sobie,  by  twój  były  ojczym 

podtrzymywał  z  tobą  kontakty.  Pastor  też  wspominał,  iż  nie  mogliście  się  widywać  tak  często,  jak  tego 
pragnęliście. Czemu wszystko miałoby się nagle zmienić? Prawda jest taka, że nie oczekują cię w tamtym 
domu.  Jeśli  Ginny  w  ogóle  wie  o  twoim  przyjeździe,  to  pewnie  tylko  tyle,  że  zatrzymasz  się  u  mnie,  w 
Double R. Will nie mógł kupić ci biletu. Chyba po trupie Ginny. 

- Wszystko, co powiedziałam, zostało użyte przeciwko mnie - rzekła, spuszczając głowę. 
- Miłość albo wojna, dziecino. 
- Ani jedno, ani drugie. Proszę się zatrzymać. Wysiadam! 
-  Zamierzasz  wracać  autostopem  na  lotnisko?  Z  bagażem  i  tym  miauczącym  kotem?  -  Roześmiał  się 

głośno. 

- Tak. 
-  Jesteś  pewna?  Słońce  już  zachodzi,  a  w  nocy  jest  tu  dość  niebezpiecznie.  Wzdłuż  szosy  grasują 

niedźwiedzie i kuguary. 

- Chce mnie pan przestraszyć. - Kara próbowała zignorować dreszcz przenikający jej ciało. - Myślę, że 

większe niebezpieczeństwo zagraża mi tutaj. Proszę się zatrzymać, bo wyskoczę! 

Mac gwałtownie skierował dżipa w zakole parkingowe na poboczu szosy. Kara zadrżała. Wyglądało, że 

zamierzał  spełnić  jej  życzenie.  Dławiący  strach  ścisnął  gardło.  Jak  wrócić  na  lotnisko?  Tai  zamiauczał 
rozpaczliwie. Kara stłumiła szloch. A jeśli naprawdę grasują tu drapieżniki? 

- Lepiej wsadź kota do klatki - poradził Mac. 
Dziewczyna bez słowa niemal na siłę wepchnęła tam opierające się zwierzątko. Mac przełożył klatkę na 

tylne siedzenie. 

background image

- Wyjmę swój bagaż, a potem wezmę kota - powiedziała, chwytając za klamkę. 
- To nie będzie konieczne - rzekł i zanim zdążyła się zorientować, odpiął pasy bezpieczeństwa i ujął jej 

ręce. 

- Co pan robi? - krzyknęła, widząc twarz Maca tuż przy swojej i wyczuwając kolanami dotyk jego ud. 
Próbowała uwolnić ręce, ale uścisk okazał się zbyt silny. 
-  Powiem  ci,  czego  nie  zrobię.  Nie  porzucę  cię  z  kotem  na  autostradzie  i  nie  narażę  na  żadne 

niebezpieczeństwo. 

Serce dziewczyny gwałtownie tłukło się w piersiach. Czuła się zagrożona tu, w dżipie! 
- Uspokój się - powiedział Mac łagodnie. - Widzę, że drżysz. Nie mam zamiaru cię skrzywdzić. 
- Proszę mnie natychmiast puścić! 
- Nie musisz się bać. 
- To po co pan mnie straszy? 
- Chciałaś, żebym się zatrzymał, i groziłaś, że wyskoczysz, jeśli tego nie zrobię. Trudno było ocenić, czy 

to blef. Nie najlepiej radzę sobie z histerycznymi kobietami. Możesz zapytać moją byłą żonę. 

- Był pan żonaty? 
-  Kiedyś.  To  trwało  trzy  lata.  Rozwiedliśmy  się  prawie  dziewięć  lat  temu,  więc  to  odległa  przeszłość. 

Nie  patrz  na  mnie  z  takim  przerażeniem.  Większość  mężczyzn  w  wieku  trzydziestu  pięciu  lat 
doświadczyła słodyczy świętego stanu małżeńskiego. 

- Świętego stanu - powtórzyła. - Jeśli tak pan to traktuje, to dlaczego... 
- Zmusiło mnie do tego kilka przyczyn - powiedział Mac, a zawtórowało mu gniewne miauczenie kota. - 

Pozwoliłem ci wierzyć, że mam zamiar wypuścić cię z samochodu, bo chciałem, żebyś wsadziła do klatki 
tego drapieżnika. Wolałem, by nie odwracał twojej uwagi i nie przeszkadzał nam rozmawiać. 

- Biedny Tai. - Kara powoli wyzbywała się strachu, lecz nie opuszczało jej napięcie. 
Czuła, że Mac gładzi kciukiem przeguby jej rąk. Ten delikatny dotyk wywoływał falę podniecenia. 
- Powinniśmy porozmawiać, zanim posuniemy się dalej. 
- Tt... Tak - przyznała, starając się zapanować nad sobą. - Bardzo mi przykro, że naraził się pan na koszt 

i kłopot... 

-  Zapomnij  o  tym.  Skończmy  tę  zabawę  w  kotka  i  myszkę.  Wiem,  że  sytuacja  jest  trochę  niezwykła. 

Panna młoda dostarczona na zamówienie... 

- Panna młoda na zamówienie? To mam być ja? - Kara nie mogła powstrzymać śmiechu. 
- Tak, to brzmi zabawnie. I ja się roześmiałem, kiedy pastor wspomniał o tym po raz pierwszy. A potem 

pomyślałem,  że  to  doskonały  pomysł.  Teraz,  kiedy  zobaczyłem  ciebie,  sądzę,  że  wprost  znakomity.  - 
Obrzucił ją wzrokiem. 

-  Och,  proszę!  Wystarczy,  iż  uznał  mnie  pan  za  kobietę  tak  spragnioną  mężczyzny,  że  aż  w  Montanie 

gotową szukać kandydata na męża. Nie musi pan jeszcze udawać, że się panu podobam. 

- Niczego nie udaję. Naprawdę mi się podobasz. 
-  Po  co  ta  gra?  Mówi  pan  to,  co  według  pana  chciałabym  usłyszeć  -  rzuciła  Kara  przygnębiona 

ś

wiadomością, że jego fałszywe komplementy sprawiają jej przyjemność. - Nie jestem aż tak naiwna, by 

uwierzyć, że mógłby pan... 

-  Skończmy  mówić  o  mnie  i  zajmijmy  się  tobą  -  przerwał  jej  wywody  Mac.  -  Myślę,  że  ja  też  ci  się 

podobam. Trochę się mnie boisz, ale na pewno ci się podobam. 

Szybkim ruchem przesunął ręce ku jej talii, objął ją i posadził sobie na kolanach. 
- Popracujmy nad wyeliminowaniem strachu i sprawieniem, bym stał się dla ciebie bardziej atrakcyjny. 
- Nie, Mac! - zaprotestowała Kara. 
Uśmiechnął się i przytulił ją mocniej do siebie. 
- Zróbmy coś, żeby zamienić twój okrzyk na: och. Mac! 
Kara uświadomiła sobie bliskość tego silnego, podnieconego mężczyzny. Zmieszana sytuacją, zamknęła 

oczy. 

- Mówiłem, że ci się podobam. - Mac zaczął delikatnie pieścić wargami jej usta. 
-  Nie  jestem  taka  łatwowierna,  jak  myślisz  -  szepnęła  Kara,  z  trudem  wymawiając  słowa  i  zbierając 

myśli. - Nie należę do tych kobiet, które natychmiast budzą pożądanie... 

background image

- Nie? 
Koniuszkiem języka delikatnie przesunął po jej ustach, aż nieświadomie rozchyliła wargi. 
- Nie widzę tu nikogo oprócz ciebie. Rozumiesz chyba, co to znaczy? - zapytał. 
- Pewnie tyle, że każda kobieta doprowadza cię do takiego stanu. 
Zarumieniona  ze  wstydu  Kara  próbowała  wyzwolić  się  z  uścisku.  Wiedziała  jednak,  że  sobie  nie 

poradzi. 

- Dlaczego nie doceniasz własnej wartości? - rzucił ochrypłym, hipnotyzującym głosem. - Tylko ty tak 

mnie podniecasz. 

Ciepłą dłonią otoczył jej pierś. Nie było w tym geście żadnej natarczywości. Pieścił delikatnie, jakby to 

była najnaturalniejsza w świecie czynność. 

Kara oddychała gwałtownie. Miała świadomość, że Mac ją uwodzi, a ona się temu poddaje. Wędrował 

ustami  po  jej  policzkach, szyi, płatkach  uszu. Nigdy  dotąd nie  miała do  czynienia  z tak  doświadczonym 
mężczyzną. 

- Jaka cudownie gładka skóra! - zachwycał się. - Chcę zobaczyć więcej. Poznać twój smak. 
Pewnym,  spokojnym  ruchem  wsunął  rękę  pod  sweter  Kary  i  sięgnął  do  stanika.  Palce  dotknęły 

pieszczotliwie nabrzmiałej sutki. 

- Mac, nie! - krzyknęła Kara przerażona falą gorąca, które ogarnęło jej ciało i jak pożar rozprzestrzeniało 

się w każdym miejscu, do którego dotarło. 

W najintymniejszym zakątku ciała czuła bolesne napięcie i krępującą wilgotność. 
- Nie? - Mac niechętnie wysunął dłoń spod swetra. - Jestem dla ciebie za szybki, kochanie? 
Zacisnęła uda, starając się opanować rosnące podniecenie. 
- Zz...za szybki. W końcu dopiero się poznaliśmy. 
Nie mogła zdobyć się na to, by zejść z kolan Maca i wrócić na swoje miejsce. 
- To prawda, ale nie będziemy przejmować się konwenansami. 
Mac  przesunął  dłoń  ku  krągłym  pośladkom  Kary  i  pieszczotliwym  ruchem  przygarnął  ją  mocniej  do 

siebie. 

- Oto co w tym wszystkim jest najlepsze. Nie będziemy się bawić w żadne wstępne gry, przejmować się 

tym,  czy  coś  wypada  robić.  Jesteśmy  ponad  to,  mimo  że  spotkaliśmy  się  dziś  po  raz  pierwszy. 
Zamierzamy  się  pobrać,  więc  zwlekanie  nie  ma  sensu  -  mówił  łagodnym,  uspokajającym  tonem,  a  jego 
ręce nie ustawały w pieszczotach. 

Ś

ciskał  coraz  mocniej  pośladki  i  uda  Kary.  Opuszkami  palców  przesuwał  ku  ich  wewnętrznej  stronie. 

Wreszcie  sięgnął  wyżej,  a  ona  instynktownie  rozsunęła  nogi.  Mac  zaczął  pieścić  najintymniejsze 
fragmenty ciała, dotykiem pobudzając Karę do drżenia. 

Przestała nad sobą panować, czuła, że kręci się jej w głowie i serce zaczyna gwałtownie bić w piersi. Nie 

kontrolowała już ogarniającej ją namiętności. 

- Pocałuj mnie - zamruczał Mac. 
Nie czekając na reakcję, sam wsunął język w usta Kary i przygarnął ją do siebie jeszcze mocniej. Jedną 

ręką  podtrzymywał  jej  głowę,  a  drugą  pieścił  ciało.  Pocałunek  przedłużał  się  i  stawał  coraz 
gwałtowniejszy.  Nikt  dotąd  nie  całował  jej  w  ten  sposób.  Drżała,  czując,  że  ten  mężczyzna  rozbudził  w 
niej dziką zmysłowość. Poruszała się nerwowo i tuliła do niego coraz mocniej. Pierwszy raz w życiu czuła 
w sobie narkotyczną moc pragnień, domagających się natychmiastowego spełnienia. 

Nagle, w najmniej odpowiednim momencie, rozległ się ostry dzwonek telefonu. 
- Do licha - mruknął Mac. - Nie ma to jak telefon w samochodzie. 
Przerwał  pocałunek,  lecz  ciągle  trzymał  Karę  w  ramionach.  Telefon  zadzwonił  jeszcze  raz,  co 

zmobilizowało  kota  do  głośnego  miauczenia.  Kara  wróciła  na  swoje  miejsce  i  zaczęła  uspokajać  Taia. 
Poczucie niespełnienia i napięte nerwy wprawiły ją w irytację. 

-  Tak,  to  ja,  Autumn  -  mówił  Mac.  -  Nie  jestem  żadnym  złoczyńcą,  który  udaje  wujka.  Dobrze,  że 

zadzwoniłaś. Po to mam telefon w samochodzie, żebyś zawsze mogła się ze mną skontaktować. 

Słowa Maca z trudem docierały do Kary, nie mogła pozbierać myśli. Kiedy nieco ochłonęła, zauważyła, 

ż

e  jej  towarzysz  zachowuje  się  zupełnie  spokojnie.  Bardzo  szybko  zapomniał  o  tym,  co  zaszło  przed 

chwilą, i jak gdyby nigdy nic rozmawiał z bratanicą. A może rzeczywiście to niewiele dla niego znaczyło? 

background image

Kara przeraziła się oczywistości owego stwierdzenia. Takie przygody w dżipie to dla niego nic nowego. 

Tylko ona straciła głowę. Mac całkowicie panował nad sytuacją. 

-  Co  zrobiła?  -  krzyknął  do  słuchawki.  -  Autumn,  poproś  Webba  do  telefonu.  Co  takiego?  Bardzo 

dobrze! 

Wzburzenie,  z  jakim  wypowiedział  ostatnie  słowa,  świadczyło  wyraźnie,  iż  wszystko  musiało  układać 

się fatalnie. 

- Autumn, zawrzyjmy umowę. Jeśli ty i Clay będziecie, dopóki nie wrócę, spokojnie oglądać telewizję, 

to pozwolę wam wybrać z katalogu dowolną zabawkę. Ale pamiętaj, umowa straci ważność, jeśli wdacie 
się w bójkę albo odejdziecie od telewizora. 

Mac odłożył słuchawkę, włączył silnik i wrócił na autostradę. W ponurym wyrazie jego oczu próżno by 

szukać śladów namiętności sprzed paru minut. 

- Rozumiem, że... na ranczu stało się coś złego? Czy chodzi o dzieci? - Kara zaryzykowała pytanie. 
-  Z  nimi  zawsze  coś  się  dzieje  -  burknął.  -  Autumn  powiedziała,  że  szeryf  zatrzymał  Lily  w  zajeździe 

przy drodze do Bear Creek, w którym spotykają się tutejsi kowboje, nie stroniący od hazardu, pijaństwa i 
bijatyk. 

- Pewnie kobiety tam nie bywają. 
- Och, są takie, które przesiadują w barze, ale im chodzi o... 
- Zawieranie przelotnych znajomości? - zauważyła taktownie. 
-  Można  to  tak  nazwać  -  zgodził  się  Mac  z  lekkim  uśmiechem.  -  W  każdym  razie  nie  jest  to  miejsce 

odpowiednie dla siedemnastoletnich uczennic. Mój zarządca pojechał, żeby przywieźć Lily do domu, a to 
znaczy, że Autumn i Clay znowu są sami. 

- Dlatego próbowałeś przekupstwa? 
-  Jesteś  temu  przeciwna?  -  spytał  z  rozdrażnieniem.  -  Nie  mogę  ryzykować  stosowania  w  pewnych 

sytuacjach  bardziej  pedagogicznych  metod  wychowawczych.  Przekupywanie  zabawkami  i  słodyczami 
przynajmniej skutkuje - dodał ponuro. 

- A czym przekupujesz starsze dzieci? 
-  Niczym  ich  nie  przekupisz.  Robią,  co  chcą.  Czasem  myślę,  że  wyrosną  z  nich  kryminaliści.  Reid  i 

Linda bardzo cenili wolność i w niczym nie ograniczali swobody swego potomstwa. 

-  Wydaje  mi  się,  że  pewne  ograniczenia  dałyby  dzieciom  wyobrażenie  o  poczuciu  bezpieczeństwa  - 

zauważyła Kara. - Taka zupełna swoboda musi być przerażająca. 

- I ja tak myślę. - Mac uśmiechnął się z widoczną ulgą, zdjął rękę z kierownicy i położył ją na kolanie 

Kary. - Będziemy dobraną parą. Jestem wdzięczny, że zechciałaś... 

- Nie pragnę wdzięczności - przerwała. - Na nic się jeszcze nie zgodziłam. 
Założyła nogę na nogę, chcąc pozbyć się jego dłoni z kolana. Mac zrozumiał to i odsunął rękę. 
Jego słowa dotknęły Karę. Czy aż do tego stopnia potrzebuje pomocy w wychowywaniu dzieci, iż udaje, 

ż

e mu się spodobała jako kobieta? Skrzywiła się. 

Mac nie wiedział, jak rozumieć ten grymas. Żałował, że nie zna jej lepiej, i zastanawiał się, czy naciskać 

bardziej,  czy  też  wprost  przeciwnie.  W  końcu  zdecydował  na  wszelki  wypadek  dać  jej  trochę  czasu,  by 
oswoiła się z sytuacją. Uznał też, że najbezpieczniej będzie zmienić temat rozmowy. 

- Opowiedz mi o swojej pracy - zaproponował. - Pastor wspominał, że pracujesz w ministerstwie... 
- Jestem statystykiem w ministerstwie handlu. 
- Pewnie świetnie sobie radzisz z liczbami. 
- Zawsze byłam dobra z matematyki - twierdziła obojętnie. 
- Wspaniale! - wykrzyknął Mac. - Zajmiesz się naszymi podatkami. Co roku przeżywam koszmar, gdy 

zbliża  się  termin  rozliczeń.  A  teraz  jeszcze  w  grę  wchodzą  fundusze  powiernicze  dzieci,  ich  polisy 
ubezpieczeniowe...  Chętnie  ci  to  wszystko  przekażę.  Będziesz  prowadzić  księgi  rachunkowe  rancza  i 
zawiadywać budżetem. 

- Ja... 
-  Och,  znowu  pospieszyłem  się  z  planami.  -  Mac  próbował  udawać  skruszonego.  -  Chciałem  tylko 

powiedzieć, że jeśli zdecydujesz się zostać, będziesz mogła zająć się tym wszystkim. 

-  Wyjmę  Taia  z  klatki  -  oznajmiła,  wykorzystując  miauczenie  niezadowolonego  kota  jako  pretekst  do 

background image

zmiany tematu. 

- Dobry pomysł - zgodził się Mac, uśmiechając się do własnych myśli. 
Za  cenę  biletu  lotniczego  w  jedną  stronę  otrzymał  podniecającą  kandydatkę  na  żonę,  opiekunkę  do 

dzieci  i  księgową.  Opłacalna  inwestycja,  nawet  jeśli  to  rozpieszczone  kocisko  miało  być  częścią 
transakcji. 

- Miły kotek - mruknął, głaszcząc Taia, który usadowił się na kolanach Kary. Kot pokazał pazury, chcąc 

podrapać mu rękę. 

- Denerwują go obcy - wyjaśniła Kara. 
- Będzie miał dużo czasu, by mnie poznać. 
Mac  miał  ochotę  dotknąć  jej  nóg,  a  może  nawet  wziąć  za  rękę.  Sądził,  że  Karze  spodobałby  się  taki 

romantyczny gest, ale Tai wyraźnie nie sprzyjał jego zamiarom. 

- Czy wspominałem, że starsza córka pastora, Tricia, jest uczulona na koty? - spytał obojętnym tonem. - 

Wiem o tym, bo kiedy parę lat temu rodzice kupili jej na urodziny kociaka, to biedna Tricia wylądowała w 
pogotowiu. Dostała okropnej alergii. Następnej niedzieli pastor pytał po mszy, czy ktoś nie wziąłby kota 
do siebie, bo jego rodzina nie może go zatrzymać. 

- Wymyśliłeś to! - uznała Kara. 
- Po co miałbym kłamać? Tylko cię informuję. 
- Chcesz powiedzieć, że Tai nie będzie mógł zostać ze mną w domu wuja - rzekła z obawą. 
-  Oczywiście,  że  nie  -  zapewnił  Mac.  -  Ale  chciałbym,  abyś  wiedziała,  iż  Tai  jest  mile  widziany  na 

ranczu,  nawet  jeśli  ty  zdecydujesz  zatrzymać  się  u  pastora.  Chociaż  pozostawienie  tak  wrażliwego  kota 
wśród obcych pewnie będzie dla niego bolesnym przeżyciem i spowoduje uraz psychiczny. 

- Akurat cię to porusza - zawołała Kara. - Po prostu chcesz, żebym... 
- Tak - przerwał jej Mac z diabolicznym uśmieszkiem. - Masz rację, chcę. 
Minęło kilka sekund, zanim Kara zrozumiała, o co mu chodzi. Nie miała zbyt wielkiego doświadczenia 

w żonglowaniu niedomówieniami. Zaczerwieniła się i ucichła. 

Przez dalszą część drogi mówił tylko Mac. Opowiadał o historii tych okolic i własnej rodziny. 
Ranczo  Double  R,  którego  herbem  były  dwie  odwrócone  do  siebie  tyłem  litery  „R”,  należało  do 

Wilde’ów od czterech pokoleń i zwyczajowo przechodziło z ojca na syna. 

-  W  pierwszych  trzech  pokoleniach  zdarzał  się  zawsze  jeden  męski  potomek  i  same  córki,  ale  moi 

rodzice  mieli  trzech  synów  -  wyjaśniał  Mac.  -  Jednak  tylko  ja  kochałem  tę  ziemię  i  chciałem  na  niej 
zostać.  Reid  wyjechał  do  Kalifornii,  a  James  wybrał  karierę  akademicką.  Dziesięć  lat  temu,  wkrótce  po 
ś

mierci mamy, ojciec przepisał na mnie ranczo i przeniósł się do Arizony. 

- Dostałeś ranczo, a twoi bracia nic? - zdziwiła się Kara. 
- Reid bogato się ożenił. Jamesowi, który chciał pieniędzy, ojciec odmówił. Stwierdził, że wystarczająco 

dużo łożył na jego studia, umożliwiając tym samym osiągnięcie pozycji dobrze sytuowanego naukowca. 

- Czy James ciągle jeszcze czuje się oszukany? 
- Oczywiście. Uważa, że został pokrzywdzony. Nie licz na to, iż on i Ewa przyjadą na nasze wesele. 
-  Jak  można  było  pozbawić  dziedzictwa  wszystkie  córki  Wilde’ów?  -  zauważyła  Kara,  ignorując 

napomknienie o weselu. - To jakiś średniowieczny obyczaj. 

- Tak, moje ciotki nie były nim zachwycone - przyznał Mac. 
- Cóż za niemądra tradycja! Gdybym ja miała córkę... 
- Wierzę, że tak będzie, co nie wyklucza urodzenia również męskiego potomka rodu - wtrącił Mac. 
- Moja córka dostałaby tyle samo, co jej brat - rzekła Kara, puszczając mimo uszu słowa Maca. 
- Dzielimy skórę na niedźwiedziu, kochanie - wycedził Mac. - Po spotkaniu z dziećmi Reida opowiesz 

się za natychmiastową sterylizacją. 

- Nie mogą chyba być tak okropne, jak twierdzisz - zauważyła Kara, czując wielką chęć, by mu się we 

wszystkim sprzeciwiać. 

- Masz rację. Są znacznie gorsze. - Mac zjechał z autostrady na boczną drogę. - Jeszcze kilka kilometrów 

i będziemy w domu. Przygotuj się na atak. 

ROZDZIAŁ TRZECI 

Ś

wiatła dżipa wydobyły z mroku szeroki podjazd przed domem. Kara ujrzała zabudowania z trzech stron 

background image

otoczone drzewami, które osłaniały ranczo od wiatru. Kamienna alejka, prowadząca do frontowych drzwi, 
obsadzona była ozdobnymi krzewami. 

- Dom, słodki dom. Już słyszę owację powitalną - zażartował Mac. 
Oczywiście przesadzał. Niczego nie było słychać. Obawy, które dręczyły Karę od dłuższego czasu, teraz 

dały o sobie znać ze wzmożoną siłą. Spojrzała na Maca zupełnie zrozpaczona. Nie była w stanie spędzić 
nocy w jego domu! 

- Mac, proszę... nie mogę tego zrobić. Odwieź mnie jeszcze dziś do wujka Willa. 
- Sprawiasz, że czuję się jak potwór - odrzekł Mac, widząc, jak piwne oczy panny Kirby zachodzą łzami. 

- Przerażam taką miłą dziewczynę i doprowadzam ją do płaczu. 

Delikatnie przesunął  palcem po jej zmysłowych, pełnych  wargach. Na  samo  wspomnienie pocałunków 

poczuł bolesne napięcie w lędźwiach. 

- Ja nie płaczę - rzekła drżącym głosem. 
Odsunęła  rękę  Maca.  Jego  dotyk  pobudzał  wszystkie  zmysły.  Kara  pragnęła  tego  mężczyzny  równie 

mocno, jak się go obawiała. 

Ujął  jej  dłoń  i  przytulił  do  swego  policzka.  Miał  szorstką  skórę,  której  dotknięcie  znowu  przejęło  ją 

dreszczem. Czuła przyspieszony rytm serca. Wiedziała, że musi od niego uciec, zanim... 

- Po prostu chcę... - zaczęła. 
-  Wiem,  wiem.  Jesteś  bardzo  dzielna,  biorąc  pod  uwagę  sposób,  w  jaki  zostałaś  tu  sprowadzona. 

Doskonale się spisałaś. Przepraszam, że cię denerwuję. 

- To nie twoja wina. Wujek Will od razu powinien był mi wszystko powiedzieć. Wtedy uniknęlibyśmy 

tego okropnego... 

- Nieporozumienia - dokończył Mac. 
Spojrzeli na siebie i uśmiechnęli się jednocześnie. Po raz drugi uśmiech Kary wywarł na nim niezwykłe 

wrażenie. 

- Odwiozę cię do wuja - powiedział miękko. - Ale najpierw muszę sprawdzić, co się dzieje z dziećmi i 

czy Webb już wrócił. Wejdziesz ze mną do środka? 

Odczuła ulgę. Nie było powodu do obaw. Mac nie miał zamiaru zatrzymywać jej siłą. 
- Oczywiście. Sprawdź, czy wszystko jest w porządku. 
Mac uśmiechnął się z satysfakcją. Wcale nie zamierzał odwozić jej do miasta, choć nie bardzo wiedział, 

jak z tego wybrnie, skoro przed chwilą złożył obietnicę. Pomyślał, że zajmie się tym później. Spojrzał w 
pełne ufności oczy Kary. Z całą pewnością mu uwierzyła. 

-  Dziękuję  -  powiedziała  z  uśmiechem.  -  Nie  martw  się.  Dzieciom  na  pewno  nic  się  nie  stało.  Jeśli 

pozwolisz, to zadzwonię do pastora i uprzedzę go, że wkrótce przyjedziemy do Bear Creek. 

Nie wspomniała o kocie. Ciągle wątpiła w tę historię z Tricią. 
- Dobry pomysł. Zadzwoń - zgodził się Mac. 
Wysiadł z dżipa i podszedł, by, jak prawdziwy dżentelmen, otworzyć drzwi Karze, a potem pomógł jej 

wysiąść z auta. Na koniec podniósł rękę dziewczyny do ust i delikatnie ucałował koniuszki palców. 

- Witaj w Double R - rzekł z uśmiechem. 
Gdy tylko Kara zatopiła wzrok w ciemnych oczach Maca, natychmiast ogarnęła ją słabość. 
- Wniesiemy kota do środka? - spytał troskliwie. 
- Tt... tak, lepiej wziąć go ze sobą. Będzie się bał tu zostać. - Słowa Maca ledwie do niej docierały. 
- Oczywiście. - Macauley puścił jej rękę i sięgnął po kocią klatkę. 
Drzwi  domu  nie  były  zamknięte.  Mac  wszedł  do  środka,  a  Kara  podążyła  za  nim.  Znaleźli  się  w 

obszernym holu o zniszczonej drewnianej podłodze i ścianach pomalowanych na beżowo. 

Kara  rozejrzała  się  wokoło.  Po  lewej  stronie  zauważyła  zamknięte  drzwi.  Dalej  widać  było  jadalnię  z 

olbrzymim prostokątnym stołem, który niemal w całości wypełniał pokój. 

Po  prawej  znajdowało  się  obszerne  wnętrze,  w  którym  najbardziej  rzucał  się  w  oczy  wielki  granitowy 

kominek,  a  nad  nim  przytwierdzony  do  ściany  jeleni  łeb.  Poroże  jelenia  było  ozdobione  rękawicami  do 
baseballu.  Jedna  ze  ścian  salonu  była  całkowicie  przeszklona  i  za  dnia  rozciągał  się  stąd  zapewne 
wspaniały widok. Pozostałe wyłożono ciemną boazerią. 

Mały  chłopiec  i  dziewczynka  siedzieli  na  poduszkach  rozrzuconych  na  podłodze  i  oglądali  telewizję. 

background image

Ż

adne nie zwróciło uwagi na pojawienie się Kary i Maca. Nawet miauczenie Taia nie odwróciło ich uwagi 

od ekranu. 

- To Clay i Autumn - mruknął Mac. - Uwielbiają telewizję. Kiedy tu zamieszkali, zainstalowałem antenę 

satelitarną. 

Kara  nie  uważała  się,  co  prawda,  za  eksperta  od  wychowywania  dzieci,  ale  nie  sądziła  też,  by 

wysiadywanie przed telewizorem dobrze służyło maluchom. 

W głosie Maca pobrzmiewała autentyczna duma z tego, że uszczęśliwił dzieci, więc nie miała serca mu 

powiedzieć, iż nie najlepiej im się przysłużył. 

- Co teraz oglądają? - spytała, słysząc straszliwe wrzaski, które wydobywały się z telewizora. 
Kilka skąpo odzianych kobiet biegało z krzykiem w kółko, starając się uciec przed jakimiś terrorystami 

w czarnych skórzanych kurtkach. Autumn i Clay z zapartym tchem chłonęli brutalne sceny. 

- Cześć, dzieciaki, co oglądacie? - zapytał Mac. 
- Dobry film - odpowiedział Clay, nie odrywając oczu od ekranu. - „Wampiry w szkole”. 
- Bardzo pouczające - zauważył ich opiekun. 
- Jak będę mieszkać w internacie, to obok łóżka na wszelki wypadek postawię krzyż i święconą wodę - 

oznajmiła Autumn, a po chwili skryła twarz w poduszce, nie mogąc znieść widoku kolejnej przerażającej 
sceny. 

- Czy nie będą ich męczyć po nocach koszmary? - mruknęła Kara. 
- To fałszywa krew i nieprawdziwe wampiry - pisnął Clay. 
-  Czasem  prawdziwi  mordercy  udają  wampiry  i  wysysają  krew  z  ludzi  -  wtrąciła  Autumn  z  wyraźną 

przyjemnością. 

- Wyłączcie to i przywitajcie się z Karą, moją... znajomą - powiedział Mac. 
Dzieci  nawet  nie  ruszyły  się  z  miejsc,  więc  Mac  podszedł  do  odbiornika  i  sam  go  wyłączył.  Dwie 

naburmuszone  dziecięce  buzie  odwróciły  się  do  Kary.  Twarzyczkę  Claya  pokrywały  wysmarowane  na 
fioletowo krostki. 

- Wspominałem ci, że mały zaraził się wietrzną ospą. Od tygodnia nie chodzi do szkoły i pewnie jeszcze 

z tydzień posiedzi w domu - powiedział Mac. 

-  A  ty  potrzebujesz  kogoś,  żeby  się  nim  zaopiekował  -  domyśliła  się  Kara,  rozumiejąc  teraz,  czemu 

ranczerowi tak bardzo zależy mu na żonie. 

Współczuła Macowi, lecz nie uważała, by jego sytuacja stanowiła wystarczającą motywację do zawarcia 

małżeństwa. 

- Ani ja nie nadaję się na pielęgniarkę, ani Clay nie jest przykładnym pacjentem - przyznał Mac. 
- Jestem okropny - potwierdził Clay. - Cały czas się drapałem, nawet kiedy wujek mi płacił, żebym tego 

nie robił. 

- Płaciłeś mu? - zdziwiła się Kara. 
- Nic innego nie skutkowało. - Mac wzruszył ramionami, 
- Teraz jestem bogaty - pochwalił się mały - ale i tak czasem się drapię. 
- Tu jest kot! - wykrzyknęła Autumn, podchodząc do klatki. - Jak ma na imię? 
- Tai - powiedziała Kara. - Odbył długą podróż i jest zdenerwowany, dlatego tak miauczy. 
- Biedny kotek! - rozczuliła się Autumn. - Czy można go wyjąć z klatki? 
- Lepiej nie... - zaczęła Kara, lecz dziewczynka z prędkością światła podbiegła i otworzyła drzwiczki. 
Tai natychmiast wyskoczył z klatki, korzystając z okazji, by zniknąć w zakamarkach holu. 
-  Podoba  mu  się  u  nas!  Zabawimy  się  w  chowanego!  -  wykrzyknął  z  zachwytem  Clay  i  pobiegł  za 

kotem. 

- Ja pierwsza go zobaczyłam i pierwsza będę się z niani bawić. Nie ty! - zawołała Autumn, goniąc brata. 
Kara i Mac wymienili znaczące spojrzenia. 
-  Miła  scenka  rodzinna.  Czyż  jest  coś  bardziej  sympatycznego  niż  zwierzątka  i  dzieci  bawiące  się 

razem? - zauważył Mac z ironią. 

Głosy dzieciaków niosły się echem po całym domu. Tai ukrył się gdzieś przed nowymi wielbicielami i 

nie zamierzał pozwolić się schwytać. 

- Mac! Dzięki Bogu, że wróciłeś! - W holu rozległ się głęboki męski głos, w którym dźwięczała wyraźna 

background image

ulga. 

- Przywiozłeś ją, Webb? Gdzie Lily? 
- Musiałem związać tę twoją piekielną bratanicę. 
- Wujku! Na pomoc! - wołał ktoś z kuchni. 
Przestronne, wyłożone kafelkami wnętrze mogło uchodzić za wzór kuchennej nowoczesności. Wszystko 

było  tu  zautomatyzowane,  od  elektrycznego  otwieracza  do  konserw  po  kuchenkę  mikrofal  ową.  Akcent 
rustykalny stanowiło zdobiące ścianę poroże łosia. Kara dostrzegła  drewnianą ławę, owalny  stół i cztery 
krzesła. Do jednego z nich była przywiązana ładna, kruczowłosa i ciemnooka nastolatka. 

Na ten widok oczy Kary zaokrągliły się ze zdumienia. To musiała być Lily, najstarsza bratanica Maca. 

Dziewczyna  miała  ręce  wykręcone  do  tyłu  i  przywiązane  do  krzesła.  Jej  długie  nogi  w  obcisłych 
niebieskich dżinsach również zostały skrępowane linką i unieruchomione. Kołysała się raz w przód, raz w 
tył, ale nie mogła się uwolnić. 

- Co tu się dzieje? - zażądał wyjaśnień Mac. 
-  Szeryf  kazał  mi  ją  zabrać  z  przydrożnego  zajazdu  i  zagroził,  że  jeśli  tego  nie  zrobię,  to  wsadzi  tę 

idiotkę do więzienia. Trzymałby ją tam, dopóki ty byś się po nią nie zgłosił. Miałem mu na to pozwolić? 

- Zwiąż mnie mocniej, Webb - przerwała Lily. - Naprawdę masz szczególne upodobania! Założę się, że 

najbardziej byś chciał przywiązać mnie do swego łóżka. 

Lily ubrana była w obcisły niebieski sweterek i prężąc się na krześle, wypinała do przodu krągłe piersi. 
- Przede wszystkim bym cię zakneblował - warknął Webb. 
-  Ooch!  Mówiłam,  że  ma  sprośne  myśli  -  drażniła  się  ze  swym  prześladowcą  nastolatka,  koniuszkiem 

języka prowokacyjnie oblizując wargi. - Może byś mi jeszcze zawiązał oczy? 

Skoro żaden z mężczyzn nie kwapił się do uwolnienia Lily, zajęła się tym Kara. 
- Dzięki ci, kimkolwiek jesteś - rzekła bratanica Maca. 
- Jestem Kara Kirby... zaprzyjaźniona z rodziną pastora Franklina. 
- Chyba zabłądziłaś i znalazłaś się w domu, który w niczym nie przypomina zacnej siedziby wielebnego 

Willa - chłodno zauważyła Lily. 

Kiedy Kara uporała się z rozplątywaniem linek, Webb wyciągnął do niej rękę: 
- Jestem Webb Asher. Miło mi panią poznać, panno Kirby. 
- Są jeszcze jacyś przyjaciele pastora, z którymi chciałbyś się zaprzyjaźnić, Webb? - zgryźliwie spytała 

Lily. 

Zrzuciła  więzy  i  nagle  zamachnęła  się,  by  wymierzyć  zarządcy  potężny  cios  w  splot  słoneczny.  Ale 

Webb Asher okazał się szybszy. Błyskawicznie, chwycił dziewczynę za rękę i wykręcił jej ramię do tyłu. 

- Chciałaś być lepsza ode mnie, malutka? - warknął. 
- Lily, nie możesz się tak zachowywać! - krzyknął Mac. 
- Nawet jeżeli przywiązał mnie do krzesła? - Dziewczyna szarpała się w uścisku Webba. - Powiedz mu, 

ż

eby mnie puścił! 

- Ale obiecaj, że go nie zaatakujesz - upomniał Mac. 
Lily nagle zaprzestała walki i przylgnęła do Ashera. 
- A może dla odmiany zostanę w takiej pozycji? Lubię się przytulić do przystojnego mężczyzny - rzuciła 

prowokacyjnie. 

Webb odepchnął ją od siebie z taką siłą, że aż zatoczyła się na Karę. Panna Kirby spojrzała jej w oczy i 

zorientowała  się,  że  dziewczyna  panuje  nad  sytuacją,  a  nawet  doskonale  się  bawi,  wprawiając  w 
zakłopotanie dwóch dorosłych mężczyzn. 

- Wynoszę się stąd, żeby być jak najdalej od tej małej wiedźmy - zawołał zarządca i pośpiesznie opuścił 

kuchnię. 

-  Do  licha,  Lily!  Jeszcze  tego  brakuje,  żebym  przez  ciebie  stracił  dobrego  pracownika  -  rzucił  Mac  i 

wybiegł za Asherem. 

- Co mogę na to poradzić, że facet mnie pociąga - powiedziała Lily, wzruszając ramionami. 
- Żartujesz chyba! Czyżbyś interesowała się Webbem? - spytała niepewnie Kara. 
- Zabawne. Od lat do nikogo tak się nie paliłam. Działa na mnie jego muskularne ciało. Gdybyś widziała 

Webba Ashera bez koszuli... Jest taki silny. Może mnie podnieść jedną ręką. Dziś wyniósł mnie z zajazdu! 

background image

Było cudownie! - dodała z entuzjazmem. 

- Przecież on jest od ciebie dwa razy starszy - zauważyła Kara. - Ma ze trzydzieści cztery lata. 
- No to co?!  - wykrzyknęła  Lily. - Jako przyjaciółka świętoszkowatych Franklinów pewnie myślisz, że 

powinnam się umawiać tylko ze szkolnymi kolegami. 

- Czy wujek wie, co czujesz do zarządcy rancza? 
- O, tak! - zaśmiała się lekceważąco nastolatka. - Siadamy i gawędzimy. Ja o swoim życiu miłosnym, a 

on o jego braku. 

- Nie ma żadnej sympatii? - Kara poczuła wstyd, że wypytuje podlotka o prywatne sprawy wuja, lecz nie 

mogła powstrzymać ciekawości. 

- Skoro jesteś nowa w tym mieście, możesz się nim zająć. Biedny facet nie był z kobietą, odkąd u niego 

zamieszkaliśmy. 

- Naprawdę? 
Serce  Kary  zabiło  mocniej.  Teraz  już  wiedziała,  dlaczego  Mac  tak  zareagował,  gdy  znalazła  się  w 

pobliżu. Po prostu był spragniony kobiety. 

-  Z  tego,  co  słyszałam,  damska  populacja  Bear  Creek  uważała  wujka  za  najbardziej  łakomy  kąsek. 

Dziewczyny jedna przez drugą pchały się mu do łóżka - ciągnęła Lily z błyskiem w oczach. - Kiedy zabrał 
nas  do  siebie,  skończyło  się  balowanie!  Został  głową  rodziny,  a  tego  panienki  nie  lubią.  Dzieci  też  nie 
znoszą. 

- A  dużo jest takich... polujących  na twego wujka dziewczyn w okolicy? - zapytała Kara, przygryzając 

wargę. 

- Sporo. Jeśli wierzyć plotkom, to wujek miał je wszystkie. Ale od czerwca sytuacja się zmieniła. 
Kara przypomniała sobie scenę w dżipie i poczerwieniała. 
Skłonna  była  uwierzyć  w  te  plotki.  Mac  okazał  się  przecież  doświadczonym  uwodzicielem.  Pewnie  w 

duchu naśmiewał się z jej żałosnej naiwności. 

- Czemu tak o niego wypytujesz? Wpadł ci w oko? 
Mac, który właśnie wrócił do kuchni, spostrzegł rozbawienie bratanicy oraz zmieszanie swego gościa. 
- Przestań dokuczać Karze - powiedział. 
- Ależ nic się nie stało. Lily opowiadała mi o... niektórych mieszkańcach Bear Creek. 
-  Tak  i  jeszcze  nie  doszłam  do  jej  przyjaciół,  Franklinów,  a  można  by  o  nich  sporo  powiedzieć.  Na 

przykład  o  Ginny,  która  uśmiecha  się  nawet  wtedy,  gdy  nie  ma  na  to  ochoty,  i  o  słodziutkiej  Tricii, 
udającej przyjaciółkę całego świata, a za plecami wbijającej ci nóż w plecy. 

- Przestań - zawołał Mac. - Kara z pewnością nie chce słuchać, jak obmawiasz jej znajomych. A tak się 

składa, że ja też lubię Ginny i Tricię. 

- To nic nie znaczy, bo masz spaczony gust. Po kimś, kto jest fanem telewizyjnych meczów golfowych i 

trującego gulaszu pani Lattimore, można spodziewać się wszystkiego. 

- Nie możemy znaleźć kota! - Do kuchni wpadli Clay i Autumn. - Gdzieś zniknął - wołała dziewczynka. 
- Jakiego kota? - spytała Lily. - Był tu prawdziwy kot czy znowu coś wymyśliłaś? 
- Prawdziwy - potwierdził Clay. - Ona go przywiozła! - Wskazał palcem właścicielkę Taia. - Chcieliśmy 

się  z  nim  bawić,  ale  on  uciekł.  Powiedz  mu,  żeby  się  z  nami  bawił  -  malec  zwrócił  się  z  żądaniem  do 
Kary. 

-  Koty  zawsze  robią,  co  chcą  -  wyjaśnił  Mac.  -  Może,  jak  będziecie  cicho,  sam  zdecyduje  się  wyjść  z 

kryjówki. Idźcie pooglądać telewizję. Tylko żadnych filmów o wampirach - dodał. - Czemu nie obejrzycie 
kasety z „Małą syrenką”, którą wam kupiłem? 

Malcy jęknęli, protestując. 
-  No  dobrze,  to  może  „Piękną  i  bestię”.  -  Mac  poszedł  na  kompromis.  -  Możecie  sobie  wyobrażać,  że 

bestia to wampir. 

- Ale to takie nudne, wujku - zawołała Autumn. 
-  Dziękuję  ci.  Nie  sypiam  po  nocach,  żeby  wymyślić  wam  jakąś  sensowną  rozrywkę,  a  wy  tak  to 

doceniacie... 

Dzieci wybiegły z kuchni, po odrodzę obdzielając się kuksańcami. 
- Poznałaś już troje, teraz muszę znaleźć Bricka - powiedział Mac, zwracając się do Kary. - Lily, gdzie 

background image

twój brat? 

- Skąd mam wiedzieć? Brick chadza własnymi ścieżkami - odparła dziewczyna ze wzruszeniem ramion i 

skupiła uwagę na pannie Kirby. 

- Jesteś pewna, że chcesz odwiedzić Franklinów? 
- Prawdę mówiąc, powinnam teraz do nich zadzwonić... - odrzekła Kara. 
- Niesamowite! - zawołała Lily. - Wyglądasz tak słodko i nieszkodliwie, ale w rzeczywistości musi być z 

ciebie niezły numer. - Z tonu bratanicy Maca wynikało, że to komplement. 

- Nie rozumiem. 
-  Ależ  to  jasne!  Mówisz  tak  niewinnym  głosikiem,  że  nawet  Ginny  ci  uwierzy.  Jednak  przyjechać  z 

kotem w odwiedziny do Franklinów, to bombowy pomysł! Masz zamiar jeszcze raz wysłać tę zasmarkaną 
Tricię do szpitala? Jesteś niesamowita! 

- Słyszałaś o uczuleniu Tricii na koty? - Mac obojętnym tonem zwrócił się do bratanicy. 
-  Każdy,  kto  zna  Franklinów,  musiał  o  tym  słyszeć.  Przecież  to  najważniejsze  wydarzenie  w  nudnym 

ż

yciu Tricii. Dostała kociaka i o mało nie umarła, bo prawie przestała oddychać. Jak tylko kogoś spotka, 

to po pięciu minutach zaczyna o tym nawijać. 

Kara  poczuła,  że  nogi  się  pod  nią  uginają.  Opadła  na  najbliższe  krzesło.  A  więc  to  prawda.  Jej 

przyszywana  przyrodnia  siostra  cierpiała  na  alergię.  Lily  nie  umawiała  się  przecież  z  wujem,  by  ją 
zwodzić. A jeśli Ginny, jak sugerował Mac, nie miała udziału w zaproszeniu jej do Bear Creek, to można 
sobie wyobrazić, jak zareaguje na widok kota, zagrażającego zdrowiu córki!   

- Naprawdę nic o tym nie wiedziałam - wymamrotała. - Co mam zrobić z Taiem? 
- Wpuść go do pokoju Tricii i wytarzaj w jej pościeli - entuzjazmowała się Lily. 
- Zawsze możesz zostawić go tutaj - zaproponował Mac. - Autumn i Clay będą zachwyceni. 
- Chciałabym zadzwonić do wujka Willa, jeśli można - powiedziała cicho. 
- Wujka? - zdziwiła się Lily, 
- Oczywiście. Tu jest telefon. - Mac wskazał aparat i zwrócił się do Lily: - Później ci to wyjaśnię, a teraz 

wyjdźmy stąd, żeby mogła spokojnie porozmawiać. 

Wielebny Franklin od razu podniósł słuchawkę. 
- Wujku, tu Kara. 
- Kara! - powtórzył jowialnie pastor. - Jesteś już spakowana? Jutro wielki dzień! Nie mogę się doczekać, 

moja droga! Będę na lotnisku. Zjemy razem obiad, a potem pojedziemy do Bear Creek. 

- Wujku, już tu jestem. Przyleciałam dzisiaj - rzekła zakłopotana. 
-  Co?  Tutaj?  Dziś?  -  zdumiał  się  pastor.  -  Jak  to  możliwe?  Przecież  zapisałem  sobie  datę  twojego 

przyjazdu. Miałaś przylecieć jutro! 

- Kto ci tak powiedział? - spytała podejrzliwie. - Czy nie Mac Wilde? 
- Tak, a dlaczego...? - zaczął pastor, a potem westchnął. - Właśnie. Teraz już wiesz, w czym rzecz? 
Wszystko  było  jasne.  Mac,  który  opłacił  bilet,  celowo  wprowadził  w  błąd  pastora,  ale  dlaczego  to 

zrobił? 

- Kiedy miałeś zamiar wspomnieć mi o Macu i całej... intrydze ze ślubem? 
- Spotkałaś go? Powiedział ci? - Will Franklin był wyraźnie przygnębiony. 
- Wszystko - potwierdziła. 
- Ślub? - wykrzyknęła Lily po drugiej stronie kuchennych drzwi. 
Oboje z wujem tkwili tam, starając się podsłuchać rozmowę, choć Mac przez cały czas próbował odesłać 

bratanicę do jej pokoju.   

- Wujku, zamierzasz się z nią ożenić? 
- No, dalej, powiedz, jak bardzo nie odpowiada ci ten plan - warknął Mac. - Pewnie zrobisz wszystko, by 

do tego nie dopuścić. 

- Przeciwnie. Myślę, że to dobry pomysł. Autumn i Clay potrzebują matczynej ręki. A założę się, że i ty 

przestaniesz zrzędzić, gdy będziesz miał kobietę... 

- Uspokój się i odsuń od drzwi! Przestań szpiegować Karę. 
- Dobra. Tobie zostawię to zajęcie. Mam nadzieję, że będziesz z nią szczęśliwy - rzuciła bratanica. 
Lily odeszła, by dołączyć do Autumn i Claya, a Mac przylgnął uchem do drzwi. 

background image

- Dlaczego o niczym nie powiedziałeś i pozwoliłeś mi wierzyć, że to ty kupiłeś bilet? - Kara domagała 

się wyjaśnień od pastora. 

-  Pragnąłem  twoich  odwiedzin,  moje  dziecko.  Bardzo  za  tobą  tęskniłem  przez  te  lata.  Dlatego  od  razu 

pomyślałem o tobie... jako towarzyszce życia Maca. Wydawało mi się, że to świetne rozwiązanie dla nas 
wszystkich.  Mac  potrzebuje  żony,  by  wychować  dzieci,  a  ty  byłaś  taka  samotna  w  wielkim  mieście. 
Wiem, że zawsze pragnęłaś mieć rodzinę. 

Kara  wzięła  głęboki oddech.  Starała się,  żeby  jej listy  do  wuja  Willa były  pogodne  i dowcipne. Nigdy 

nawet  słowem  nie  wspomniała  o  samotności.  Musiał  to  wyczytać  między  wierszami  i  uznać  ją  za 
zdesperowaną  osobę,  która  nie potrafi znaleźć  sobie  stałego  partnera, nie  mówiąc  już  o  mężu i rodzinie. 
Czuła się upokorzona. 

- Jeśli wyjdziesz za Maca, zamieszkasz w Double R, blisko Bear Creek - ciągnął pastor. - Znowu stanę 

się częścią twego życia. Wiem, że powinienem był cię o wszystkim uprzedzić, ale wydawało mi się, że nie 
należy robić tego przez telefon. - W głosie wielebnego Willa brzmiało zawstydzenie. - Myślałem, że jak 
przyjedziesz tutaj, przedstawię cię Macowi, on zacznie się o ciebie starać i wszystko się ułoży. 

- A ja nigdy bym się nie dowiedziała, że ukartowaliście to małżeństwo? Miałam wierzyć, że zakochał się 

we mnie? 

Ogarnął  ją  gniew  na  samą  myśl  o  podstępie.  Czuła  się  rozczarowana  i  zdradzona.  Mac  Wilde 

przynajmniej niczego nie ukrywał. Można mu było zaliczyć to na plus. 

-  Mylisz  się  co  do  Maca,  wujku.  On  nie  jest  zainteresowany  zalotami.  Pragnie  natychmiast 

zrekompensować  sobie  wydatki  poniesione na  tę  inwestycję.  Sądził, że  wyjaśniłeś  mi  wszystko,  i  chciał 
uniknąć... Och! - Drgnęła, gdy gwałtownie otworzyły się drzwi i stanął w nich Macauley. 

Kara  była  przekonana,  że  cokolwiek  Mac  zechce  powiedzieć  pastorowi,  nie  będzie  to  przyjemne.  Nie 

ż

yczyła  sobie  takiej  konfrontacji.  Popatrzyła  na  Maca. Oto  mężczyzna,  który  oszukał  wielebnego Willa, 

chciał  sobie  kupić  żonę,  ale  też  potrafił  ją  rozbawić  i  całować  tak,  jak  każda  kobieta  chciałaby  być 
całowana. Schowała słuchawkę za siebie, nie dopuszczając go do telefonu. 

- Najpierw musisz ochłonąć, Mac, bo powiesz coś, czego będziesz żałował. 
-  To  wzruszające,  że  chcesz  bronić  pastora  przede  mną,  a  mnie  przed  samym  sobą  -  powiedział 

schrypniętym głosem. 

Podszedł tak blisko, że czuła ciepło jego ciała. Zaparło jej dech na widok muskularnej klatki piersiowej i 

mocno dopasowanych dżinsów, które wyraźnie podkreślały męskość Maca. Próbowała schwycić oddech i 
nie mogła. Wydawało się jej, że czuje dotyk jego dłoni na piersiach. Cofnęła się, a Mac postąpił krok do 
przodu  i  uśmiechnął  się  zmysłowo.  Słuchawka  wyśliznęła  się  z  drżących  palców  Kary  i  zawisła  nad 
podłogą. 

- Mac - zaczęła, próbując go skłonić do zachowania dystansu. 
Dotknęła  ręką  jego  piersi  i  znowu  poczuła  ciepło.  W  uszach  dźwięczały  jej  słowa  Lily:  „Dziewczyny 

jedna przez drugą pchały się mu do łóżka”. 

- Karo - wymówił pieszczotliwie. 
Pochwycił ją za biodra i przycisnął do siebie tak, by odczuła, jak jest podniecony. 
- Mac - szepnęła, topniejąc w jego ramionach. 
Bliskość tego mężczyzny nie pozwalała myśleć o niczym innym. 
- Halo! - w słuchawce rozległ się głos pastora. - Jest tam kto? 
-  Nie  zwracaj  na  niego  uwagi  -  mruknął  Mac  i  lekkim  kopnięciem  przesunął  telefon  w  odległy  kąt 

kuchni. 

- Halo! Halo! Co się dzieje? - niepokoił się wielebny Will. 
Kara  zamrugała  powiekami,  budząc  się  z  erotycznego  oszołomienia.  Wyzwoliła  się  z  objęć  Maca  i 

chwyciła za słuchawkę. 

- Wujku! 
- Powiedz mu, że zostaniesz tutaj - cicho poprosił Macauley. 
- Ja... ja... - Odwróciła wzrok od wpatrzonych w nią oczu Maca. - Czy to prawda, że Tricia jest uczulona 

na koty? - usłyszała samą siebie, zadającą głupie pytanie. 

Pastor milczał przez chwilę zaskoczony. 

background image

- Tak. Na jedenaste urodziny kupiliśmy jej kotka, bo męczyła nas miesiącami... 
Szczegółowo opowiadał całą historię, a Kara musiała jej słuchać, nie zdradzając znudzenia. 
Mac zasiadł na krześle, krztusząc się ze śmiechu. 
Do kuchni wpadł Clay. 
- Znaleźliśmy kota! Siedzi na belce pod sufitem w twojej sypialni, wujku. Nad samym łóżkiem. 
- Oczywiście! A  gdzie indziej mógł się  schować? Mam nadzieję, że z przerażenia nie zwymiotował na 

moją poduszkę wszystkiego, co zjadł w ciągu dnia? 

- Wujku, muszę kończyć - powiedziała szybko Kara. - Przenocuję u pana Wilde’a. Porozmawiamy jutro. 
Odłożyła  słuchawkę  i  wąskim  korytarzem  podążyła  za  Makiem  oraz  Clayem  do  wyłożonej  ciemną 

boazerią  sypialni,  w  której  królowało  olbrzymie  łoże  przykryte  ciepłą,  puchową  kołdrą.  W  pokoju 
znajdował  się  granitowy  kominek,  podobny  do  tego  z  salonu,  choć  nie  tak  duży.  Wisiał  nad  nim 
wypchany potężny łeb górskiego barana. 

Kara skrzywiła się. Jeleń i łoś nie wyglądały tak groźnie jak to zwierzę. 
- Czy każdy pokój zdobią jakieś trofea? - spytała zaniepokojona. 
- U mnie jest górska kozica! - wykrzyknął Clay. 
-  A  u  mnie  niedźwiedź  -  pisnęła  Autumn,  która  właśnie  weszła  do  sypialni.  -  Bałam  się,  więc  wujek 

przykrył go kocem. 

- Dziadek był zapalonym myśliwym, stąd te ozdoby - wyjaśnił Mac. 
- Tam siedzi Tai! - Clay wskazał sufitową belkę, na której przycupnął kot. 
Oboje z Autumn wdrapali się na łóżko i podskakując, próbowali dosięgnąć zwierzaka. Tai tylko parskał 

odstraszająco. 

- Zwabię go jedzeniem - rzekła Kara. - Nie jadł nic przez cały dzień. Mam w torbie jego smakołyki. Ale 

muszę tu z nim zostać sama, bo Tai obawia się obcych. 

- Zostawimy Karę, by mogła zająć się kotem - powiedział Mac i wyszedł, zabierając dzieci. 
Kara czuła się nieswojo w sypialni Maca. Nakarmiła Taia i rozejrzała się wokół. Nigdzie nie było widać 

fotografii,  książek  ani  niczego  osobistego.  Wyobraziła  sobie  Maca  w  łóżku  pod  puchową  kołdrą, 
strzeżonego przez  dzikiego barana.  Sypiał w piżamie czy  w  spodenkach? A  może nago? Na myśl  o  tym 
ogarnęła ją taka fala gorąca, że machinalnie rozsunęła uda. 

Z  jękiem rozpaczy  przysiadła  na  krawędzi łóżka. Co się  z  nią stało? Nigdy  w  życiu  nie  myślała  w  ten 

sposób o żadnym mężczyźnie! Dotknęła ręką czoła. Była bardzo zmęczona. 

- Widzę, że Tai zdecydował się zejść na kolację - w sypialni rozległ się niski, spokojny głos Maca. 
Stał w  drzwiach, spoglądając na Karę wzrokiem  pełnym  ukrytych pragnień. To spojrzenie sprawiło, że 

zerwała się na równe nogi i odskoczyła od łóżka. 

- Malcy już śpią. Lily poszła do swego pokoju, wyjawiwszy przedtem, że Brick spędzi dzisiejszą noc u 

swego przyjaciela, Jimmy’ego Crowa - westchnął Mac. - Brick i  Jimmy znani są w całym Bear Creek z 
różnych  wybryków.  Czasami  fotografują  dziewczęta  przebierające  się  w  szatni,  innym  razem  przebijają 
opony w samochodach nauczycieli... 

- Masz z tymi dziećmi masę kłopotów. 
- Nie uważaj mnie przypadkiem za świętego - zastrzegł Mac, zbliżając się do Kary. - Zapewniam cię, że 

jestem tylko człowiekiem - powiedział i przyciągnął ją do siebie. 

Kara przełknęła ślinę. Miała opuszczone ręce i robiła wszystko, by nie zarzucić mu ich na szyję. 
-  Według  Lily  nie  byłeś  z  kobietą,  odkąd  sprowadziłeś  tu  dzieci,  a  nie  przywykłeś  do  tak  długiego... 

celibatu. Podobno jesteś mężczyzną, o którego biją się okoliczne damy. 

- Nie wierz we wszystko, co usłyszysz, a już szczególnie od Lily - rzekł Mac, patrząc jej w oczy. 
- To oczywiste, że tak mówisz. Trudno, żebyś się chwalił swoimi... - Nie mogła znaleźć odpowiedniego 

słowa na określenie łóżkowych przygód. 

- Podbojami? - Mac uśmiechnął się i zmrużył oczy. 
-  Czemu  sądzisz,  że  taki  podejrzany  typ  jak  ja  nie  miałby  się  tym  chełpić?  Nie  zauważyłaś  nacięć  na 

słupkach baldachimu? Każde z nich oznacza kolejną miłosną przygodę. 

Ujął jej głowę w obie dłonie. 
- Aha! Mam cię! Już chciałaś przekonać się, czy mówię prawdę. 

background image

Kara wiedziała, że Mac żartuje. 
- Przecież nie ma tu żadnego baldachimu. 
Z  jednej  strony  miała  ochotę  uśmiechnąć  się,  ale  z  drugiej  ogarniała  ją  wściekłość  na  myśl  o  nim  w 

ramionach innej kobiety. W końcu rzekła: 

- Na zagłówku też nie ma żadnych nacięć. 
-  A  o  czym  to  świadczy?  -  spytał  ochryple,  przytulając  swój  szorstki  policzek  do  twarzy  Kary  i 

przesuwając dłońmi wzdłuż jej ciała. 

- O tym, że wiesz, jak prowadzić rozmowę, bym poczuła się zakłopotana i straciła wątek. 
-  Mówiliśmy  o  przeszłości.  Liczy  się  jednak  tylko  teraźniejszość  i  fakt,  że  mamy  zamiar  się  pobrać  - 

przypomniał, tuląc Karę w objęciach i pokrywając pocałunkami jej szyję. 

Dziewczyna z rozkoszą poddawała się pieszczotom. Mac wziął ją na ręce i podszedł do łóżka, a potem 

usiadł, trzymając na kolanach. 

- Jesteś taka piękna, podniecająca. Bardzo cię pragnę, kochanie - szepnął. 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Kara zamarła w bezruchu. 
- Co się stało? - spytał Mac, spragniony jej bliskości. 
Przed  chwilą  tuliła  się  do  niego,  nagle  usiadła  wyprostowana,  a  potem  poderwała  się  i  poszukała 

wzrokiem  kota,  który  chłeptał  wodę  z  miseczki.  Mac  patrzył  na  nią  oszołomiony.  Może  nie  chciała  się 
kochać  z  nim  w  obecności  kota?  Chociaż  sam  nie  miał  nic  przeciwko  takiemu  towarzystwu,  gotów  był 
zrobić wszystko, by Kara poczuła się swobodnie. 

- Mam go przenieść do innego pomieszczenia? - zapytał. 
- Kot może zostać, jeśli chce, ale ja wyjdę - odrzekła, kierując się do drzwi. 
Mac podniósł się wolno i ruszył za nią. 
- Czy mogłabyś chociaż wyjaśnić, co się stało, że zmieniłaś zdanie? 
- Powiedziałeś, że jestem piękna i podniecająca. 
- To cię dotknęło? - Mac był wyraźnie zaskoczony. 
- Tak, bo to wierutne kłamstwo. Więcej nie praw mi tego typu komplementów. 
- Komplementów? 
- Mówisz je pewnie każdej kobiecie, którą bierzesz do łóżka. To obraźliwe! - wybuchnęła i nie oglądając 

się za siebie, wyszła z sypialni. 

Nie  miała  pojęcia,  co  zrobi.  Kot  został  w  sypialni  Maca,  a  ona  nie  dysponowała  żadnym  środkiem 

transportu,  by  dotrzeć  do  miasta.  Zresztą  gdyby  nawet  jakoś  się  tam  dostała,  nie  miała  się  gdzie 
zatrzymać. 

Nagle tuż za Karą pojawił się gospodarz rancza i łagodnie położył dłonie na jej ramionach. 
-  Musisz  być  głodna  -  powiedział,  zanim  zdążyła  w  jakikolwiek  sposób  zareagować.  -  Oboje  nic  nie 

jedliśmy. Powinniśmy byli pójść na obiad w Helenie i... 

- Spieszyłeś się do dzieci - przypomniała drżącym głosem, czując, jak Mac delikatnie gładzi jej ramiona. 

-  Z twojego punktu widzenia nie  warto było tracić czasu  na  restauracje.  W końcu  przyjechałam tu, żeby 
się za ciebie wydać, więc po co miałbyś czynić jakieś dodatkowe zabiegi o moje względy? 

Odsunęła się od niego, choć ciągle czuła na ramionach ciepło jego dotyku. 
- Nieźle mnie podsumowałaś - zauważył sucho. - Pewnie na to zasłużyłem. Ale skoro Już tu jesteś, może 

ogłosimy zawieszenie broni i coś zjemy? Była dziś na ranczu pani Lattimore i zostawiła... 

- Swój paskudny gulasz? - Kara przytoczyła opinię Lily. - Może jakoś go przełknę. 
- Nie doniosę pani Lattimore, co powiedziałaś. Chodź, skosztujemy wspaniałego dania - rzekł i podał jej 

ramię, prowadząc do kuchni. 

Pozwoliła mu na to, bo naprawdę czuła głód i nie było sensu uciekać przed panem tego rancza. Musiała 

gdzieś przenocować, więc zgodziła się zawrzeć rozejm. 

Usiadła  przy  kuchennym  stole  i  spoglądając  na  telefon,  myślała  o  dzisiejszej  rozmowie  z  pastorem, 

podczas gdy Mac podgrzewał gulasz w kuchence mikrofalowej. 

- Dlaczego tak naprawdę nie podałeś wujkowi Willowi właściwej daty mego przyjazdu? 

background image

-  Pomyślałem,  że  przyjedzie  po  ciebie  na  lotnisko,  a  ja  nie  chciałem  z  nikim  dzielić  chwili  naszego 

spotkania. Pragnąłem, byś pierwsze godziny w Montanie spędziła tylko ze mną.   

- To nie brzmi wiarygodnie. Jaki był prawdziwy powód? 
- No dobrze. Muszę przyznać, że niepokoiła mnie myśl o spotkaniu przyszłej panny młodej w obecności 

pastora.  Sądziłem,  że  będzie  niezręcznie,  jeśli  się  sobie  nie  spodobamy,  a  on  zacznie  grać  rolę  swata.  Z 
drugiej strony, gdybyśmy od razu przypadli sobie do gustu, pastor tylko by nam zawadzał. 

Kara  oparła  się  przemożnej  chęci,  by  zapytać  o  wrażenie,  jakie  na  nim  wywarła  w  chwili  spotkania. 

Pewnie  nie  wydała  mu  się  wyjątkowo  odpychająca  i  pogodził  się  z  tym,  że  nie  jest  tak  piękna,  jak 
przypuszczał, choć  się  do  tego  nie  przyzna.  Będzie  opowiadał,  jak  to  oczarowała  go  od  pierwszego  we-
jrzenia. 

-  Nie  potrafię  prawić  oryginalnych  komplementów  -  przyznał,  nakrywając  do  stołu.  -  Ale  na  swoją 

obronę mogę powiedzieć, że jeśli coś mówię, to naprawdę tak uważam. 

Kara automatycznie położyła sztućce przy dwóch nakryciach. Wiedziała, co Mac miał na myśli. 
- A więc jeżeli kochasz się z kobieta, to wierzysz, że jest piękna i podniecająca? 
- Oczywiście. Dlaczego miałbym się kochać z jakimś brzydactwem? 
- Właśnie, dlaczego? - powtórzyła. 
-  Wybacz,  jeśli  cię  uraziłem.  Naprawdę  nie  chciałem  cię  dotknąć,  używając  banalnych  słów  dla 

wyrażenia moich uczuć. 

- Po prostu miałeś zamiar iść ze mną do łóżka. Pragnąłeś mnie tak bardzo, bo jestem piękna i seksowna - 

zażartowała. 

- Nie wiem, dlaczego nie możesz w to uwierzyć - jęknął Mac. - Pamiętasz, już wcześniej, w dżipie... 
- Nie chcę o tym mówić. Po to zawarliśmy rozejm, by do tego nie wracać - przerwała mu. 
- Kto ustalił zasady rozejmu? Czy to ja nalegałem, by wprowadzić do niego taką klauzulę? - spytał Mac, 

stawiając na stole naczynie z parującym gulaszem. 

Znowu  się  z  nią  droczył,  a  to  mogło  przywrócić  atmosferę  intymności,  w  której  Kara  czuła  się 

niepewnie. Postanowiła więc skierować rozmowę na inny temat. 

- Co za niespodzianki kryją się w tej potrawie? - spytała. 
-  Jeśli  ci  powiem,  to  już  nie  będzie  niespodzianek.  Ale  wierz  mi,  że  całość  zupełnie  nieźle  smakuje  z 

zimnym piwem - powiedział i wyjął dwie puszki z lodówki. 

- Nigdy nie widziałam tego gatunku - rzekła Kara, przyglądając się kuguarowi na puszce. 
-  To  ulubiony  napitek  ranczerów.  Niezłe.  Świetnie  nadaje  się  do  przepłukania  gardła  po  gulaszu  pani 

Lattimore. 

- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, to wolałabym napić się wody. 
-  Proszę  bardzo.  Masz  do  wyboru  mineralną,  którą  zwykle  pija  Lily,  albo  kranówkę  przeznaczoną  dla 

nas, proletariuszy. 

Kara  nalała  do  szklanki  wody  z  kranu  i  oboje  zajęli  się  potrawą,  którą  pani  Lattimore  doprawiła  w 

sposób trudny do zaakceptowania przez szanującego się kucharza. Jednakże mimo oryginalnych przypraw 
danie okazało się jadalne. 

- Zaniosę twój bagaż do pokoju gościnnego - zaproponował Mac po kolacji, gdy Kara zbierała talerze ze 

stołu. - Chociaż zaproszenie do mojej sypialni jest ciągle aktualne - zaznaczył. 

-  Dziękuję.  Tai  i  ja  wolimy  oddzielny  pokój.  Przywiozłam  ze  sobą  torbę  na  kocie  nieczystości,  a  jeśli 

znajdziesz jeszcze dla niego jakieś kartonowe pudełko, to będzie całkowicie usatysfakcjonowany. 

- Znajdę - obiecał, przyglądając się jej uważnie. Ktoś, kto tak jak ona woził żywność dla kota i torebki 

na nieczystości, musiał być niezwykle odpowiedzialną osobą. 

- Nie mogłam oczekiwać, że wujek Will będzie biegał po mieście i kupował drobiazgi potrzebne Taiowi 

- wyjaśniła. - Pewnie myślisz, że dziwaczka ze mnie... 

-  Skądże.  Uważam,  że  jesteś  po  prostu  bardzo  przewidująca  -  odrzekł,  nie  dodając,  iż  docenia  w  niej 

również inne zalety i że z każdą minutą coraz bardziej jej pragnie. 

Nie ośmielił się tego powiedzieć, by znowu nie pomyślała, że prawi jej tanie komplementy. 
Kiedy  posprzątali  po  kolacji,  Mac  pomógł  Karze  przenieść  kota  do  wolnej  sypialni,  która  poprzez 

łazienkę  łączyła  się  z  jego  pokojem.  Wnętrze  umeblowane  było  bardzo  skromnie.  Poza  łóżkiem  stała  tu 

background image

jedynie  mahoniowa  szyfonierka,  której  przydałaby  się  renowacja.  Znad  łóżka  łagodnym  wzrokiem 
spoglądała sama. 

- Widzę, że twój dziadek nie oszczędzał nawet kuzynek jelonka Bambi - zauważyła Kara. 
- Masz coś przeciwko polowaniom? 
- Nie zastanawiałam się nad tym, dopóki tu nie przyjechałam. A teraz nie wiem już, od czego dostałam 

gęsiej skórki. Na myśl o polowaniach czy na widok tych trofeów. Przecież cały dom wygląda jak koszmar 
ze snu wypychacza zwierząt. 

- Kiedy zostaniesz moją żoną i zamieszkasz tu, zmienisz wystrój wnętrza. Zamiast trofeów myśliwskich 

powiesisz  obrazki  przedstawiające  kwiaty  albo  owoce.  Wybacz,  że  ten  pokój  tak  wygląda  -  powiedział 
Mac.  -  Jest  mały  i  wyziębiony,  ale  tylko  ten  był  wolny.  Pewnie  nie  chciałabyś  spać  z  którymś  z  dzieci. 
Dałaś też jasno  do zrozumienia, że  moja sypialnia ci nie odpowiada.  Możesz się  tu zamknąć, jeśli boisz 
się, bym nie naruszył zasad naszego rozejmu. 

- Nie obawiam się ciebie - odrzekła z uśmiechem. 
Przerażał ją raczej fakt, iż pod wpływem samego spojrzenia Maca przenikają fala gorąca. 
- To dobrze - mruknął. 
Mieli  dzielić  wygodną  łazienkę  z  dwiema  umywalkami,  prysznicem  i  staroświecką,  dużą  wanną. 

Godzinę wcześniej ta okoliczność niepokoiłaby Karę. Teraz była na to zbyt zmęczona. 

Mac  szarmancko  ustąpił  jej  pierwszeństwa  przy  myciu.  Po  dokonaniu  wieczornej  toalety  i  włożeniu 

sięgającej  kostek  bawełnianej  różowej  koszuli  z  długimi  rękawami  i  zapięciem  pod  samą  szyję,  Kara 
wśliznęła się pod koc. Tai usnął w nogach łóżka. 

W pokoju było chłodno. Wełniany koc i bawełniana narzuta nie zapewniały tyle ciepła, by można było 

spokojnie  zasnąć.  Kara  tęsknie  pomyślała  o  puchowej  kołdrze  w  sypialni  Maca  i  spróbowała  szczelniej 
otulić się tym, co miała pod ręką. 

Ciągle trzęsła się z zimna. Już zaczęła się zastanawiać nad włożeniem swetra i skarpet... 
- Karo? 
W  pokoju  rozległ  się  głos  Maca.  Mógł  wejść  przez  łazienkę.  Mimo  panujących  ciemności  dostrzegła 

zarys wysokiej, męskiej sylwetki, która powoli zbliżała się do łóżka. Przez moment przestało jej bić serce. 
Usiadła na łóżku, szczelnie owijając się kocem. 

- Czego chcesz? - zapytała przestraszona. 
Jak w transie patrzyła na muskularną, pokrytą czarnymi włosami pierś Maca. Był tylko w slipach, które 

znakomicie uwydatniały jego męskość. 

- Przyniosłem dodatkowe koce. Jest zimno, z pewnością ci się przydadzą - powiedział niskim, głębokim 

głosem. 

Wpatrzona  w  Maca  i  przerażona  jego  obecnością  w  pokoju  nawet  nie  zauważyła  koców,  które  teraz 

układał na łóżku. 

W świetle księżyca Kara wydała się Macowi zachwycająca. Przysiadł na krawędzi posłania. 
- Myślałem, że się mnie nie boisz, więc czemu wyglądasz na śmiertelnie wystraszoną? - spytał łagodnie i 

dotknął palcami warg dziewczyny. 

- Zdałam sobie sprawę, że jestem okropnie niemądra. Sama narażam się na niebezpieczeństwo - szepnęła 

jednym tchem. 

- To prawda - przyznał Mac. - Potrzebujesz męża, który by cię chronił - dodał, wsuwając ręce pod koc, 

by dosięgnąć piersi Kary. Dziewczyna była oszołomiona i przerażona przyjemnością, którą sprawiła jej ta 
pieszczota. Mac delikatnie gładził kciukami okolice sutek, nie dotykając samych koniuszków piersi. 

Zapragnęła go gwałtownie. 
- Proszę, ja nie... Nie możemy... - Głos się jej załamał pod wpływem intensywnych odczuć. 
-  Możemy,  ale  nie  będziemy  -  poprawił  Mac.  -  W  każdym  razie  nie  dzisiaj.  Teraz  pocałuj  mnie  na 

dobranoc, to sobie pójdę. 

Jęknęła, gdy dotknął jej warg i zaczął namiętnie ją całować. 
Karę  przeniknął  dreszcz  pożądania.  Kiedy  Mac  po  raz  drugi  położył  dłoń  na  jej  piersiach,  gwałtownie 

przycisnęła  ją  do  siebie.  Znowu  zaczął  gładzić  wrażliwą  skórę  wokół  sutek.  Dziewczynę  oblała  fala 
rozkoszy. 

background image

Położył ją delikatnie na wznak, pozwolił, żeby się przytuliła i zaczęła pieścić mu włosy. Pod bawełnianą 

koszulą  Kary  wyraźnie  rysowały  się  nabrzmiałe  koniuszki  piersi.  Mac  zmrużył  oczy  i  dotknął  ustami 
jednego z nich. 

Kara poczuła ciepło oddechu, a potem czubek języka dotykającego sutki. Wygięła się, unosząc piersi ku 

górze i spazmatycznie powtarzając imię Maca. Przy tym ruchu rozpięła się jej koszula. Mac pieścił teraz 
językiem  nagie  piersi,  a  ciało  Kary  przeniknęła  fala  rozkoszy.  Dziewczyna  przylgnęła  do  niego  mocno, 
pragnąc otrzymać więcej i więcej... 

Nagle wszystko się skończyło. Mac usiadł, oddychając ciężko. 
- Albo przerwiemy teraz, albo wcale - rzekł, z trudem chwytając oddech. 
Kara  leżała  podniecona,  odczuwając  bolesne  pulsowanie  między  udami.  Pierwszy  raz  w  życiu  straciła 

nad  sobą  kontrolę. Nawet nie  przypuszczała, że jest  w  stanie przeżywać tak  gwałtowną  namiętność. Nie 
mogła  się  dłużej  oszukiwać.  Gdyby  Mac  nie  przerwał  pieszczot  z  własnej  woli,  ona  by  go  nie 
powstrzymała. Zamknęła oczy, by nie patrzeć mu w twarz. 

-  Dobranoc,  maleńka.  Spij  dobrze  -  szepnął  i  mocno  pocałował  w  ją  usta,  a  potem  jeszcze  raz  złożył 

pocałunek między jej piersiami. Przeszedł przez pokój, a Kara nie poprosiła, by zawrócił. Gdyby choć raz 
spojrzał na nią, z pewnością zostałby tu do rana. 

Nie powinienem tego robić, upomniał sam siebie. Mógł ją posiąść. Wiedział, że tego pragnęła. To czyste 

szaleństwo, mieć w łóżku spragnioną kobietę i zrezygnować z rozkoszy. Na myśl o spełnieniu poczuł, że 
się poci. Mimo iż noc była chłodna, nie przykrył się kołdrą. 

 
Tai siedział pośrodku małej sypialni, miaucząc i popatrując na Karę. Dziewczyna zbudziła się właśnie z 

głębokiego snu, w który zapadła tuż przed świtem, i sięgnęła po zegarek. Dochodziła dziewiąta, a według 
czasu waszyngtońskiego - jedenasta. Nigdy jeszcze nie wstawała tak późno. 

Czuła  się  nieco  zdezorientowana.  W  domu  panowała  cisza.  Umyła  się  szybko,  dokładnie  zamknąwszy 

drzwi  od  łazienki,  choć  z  sypialni  Maca  nie  dobiegały  żadne  odgłosy.  Włożyła  dżinsy  i  cienką  liliową 
bluzeczkę. Ostrożnie zajrzała do pokoju Macauleya, lecz nie zastała tam nikogo. 

- Ładnie wyglądasz - powitała ją Autumn, gdy tylko Kara wyszła na korytarz. 
Drgnęła zaskoczona, że dziewczynka na nią czekała. 
-  Lily  powiedziała,  że  mam  ci  nie  przeszkadzać,  dopóki  nie  wyjdziesz  z  pokoju.  Gdzie  kotek?  - 

zainteresowała się nagle. - Słyszałam, jak miauczał. 

Kiedy  szły  korytarzem,  Tai  wybiegł  z  sypialni  i  czmychnął  w  głąb  domu,  jakby  go  ktoś  gonił.  Kara 

zauważyła,  że  dziewczynka  jest  w  nocnej  koszuli.  Jej  długie  ciemne  włosy  splątaną  kaskadą  spadały  na 
ramiona. Był wtorek, a więc mała powinna być w szkole. Nie wyglądała na chorą. 

-  Jak  chcesz,  to  w  mikrofalówce  rozmrożę  ci  coś  na  śniadanie.  Można  w  niej  podgrzewać  już 

przygotowane  jedzenie  -  paplała  dziewczynka  -  ale  lepiej  nie  gotować  surowego  kurczaka,  bo  się  nie 
zniszczy  wszystkich  bakterii.  Można  się  zatruć  i  umrzeć.  Od  hamburgerów  też  można  umrzeć.  Moja 
mama i tata umarli, ale nie otruli się, tylko zginęli w wypadku. Mówiłam Brickowi, że on też może zginąć 
w katastrofie samochodowej, ale się śmiał. 

-  Czy  Brick  pojechał  gdzieś  samochodem?  -  spytała  Kara,  próbując  uzyskać  w  miarę  dokładne 

informacje od dziewczynki, mieszającej przeszłość z teraźniejszością. 

- Dziś rano razem z Jimmym Crowem wzięli samochód jego mamy i pojechali do parku Yellowstone. 
- Sami? A wujek o tym wie? - spytała Kara w zdumieniu, 
- Wujek nie pozwolił mu opuszczać lekcji. 
-  Brick  ma  przecież  tylko  trzynaście  lat!  Pojechał  bez  prawa  jazdy!  Musimy  natychmiast  zawiadomić 

wujka Maca! - zawołała Kara. 

- A gdzie on jest? 
-  Myślałam,  że  ty  mi  powiesz  -  przyznała  skonsternowana  Kara.  -  A  może  Lily  wie?  Zadzwonimy  do 

niej do szkoły. 

- Nie ma jej w szkole. Wybrała się do... raju. 
Kara zaniepokoiła się nie na żarty. 
-  Lily  mówiła,  że  ja  też  nie  muszę  dziś  iść  do  szkoły,  jeśli  nie  chcę,  i  że  ty  zaopiekujesz  się  mną  i 

background image

Clayem - wyznała Autumn. 

- Gdzie jest Clay? - Serce Kary o mało nie wyskoczyło z piersi. 
Cisza panująca w domu wyraźnie wskazywała, że chłopiec musiał być gdzieś na zewnątrz. 
- Poszedł do konia. 
- Chyba nie do Blackjacka? - Kara przypomniała sobie, co Mac mówił o narowistym ogierze. 
- Tak, Clay go uwielbia i chce na nim jeździć. 
Troje  młodych  Wilde’ów  potrzebowało  natychmiastowej  pomocy,  ale  Clayowi  zagrażało  bezpośrednie 

niebezpieczeństwo. 

- Autumn, musisz mi pokazać, gdzie jest ten koń. 
W chwilę później biegły wzdłuż podjazdu. Kara modliła się w duchu, by zdążyły odnaleźć Claya, zanim 

ogier zrobi mu krzywdę. 

- Tu są stajnie. - Autumn przyprowadziła Karę do świeżo odnowionych zabudowań. 
Z  trudem  otworzyły  ciężkie  wrota.  Wewnątrz  nowoczesnej,  przestronnej  stajni stały  dobrze  utrzymane 

konie, ale nie było wśród nich czarnego ogiera. Kara zawołała chłopca, lecz nikt się nie odezwał. 

-  Tu  jest  bury  kot  -  zauważyła  Autumn.  -  Mieszka  w  stajni.  Wujek  mówi,  że  nie  ma  imienia,  ale  ja 

nazywam  go  Prążek,  bo  jest  pręgowany  jak  tygrys.  Chciałam  go  wziąć  do  mieszkania,  lecz  wujek 
powiedział, że to dziki kot. Czy myślisz, że Tai chciałby mieć przyjaciela? 

Kara była zbyt zaabsorbowana sprawą Claya, by zwracać uwagę na paplaninę dziewczynki. 
- Gdzie może być ten ogier i twój brat? 
- Może na którymś z wybiegów. Weźmy Prążka do domu, żeby spotkał się z Taiem. 
- Najpierw musimy znaleźć Claya. Pokażesz mi, gdzie są wybiegi? 
Kara była zdziwiona, że mała, zwykle tak wyczulona na wszystkie niebezpieczeństwa, nie niepokoi się o 

brata. 

Na szczęście nie trzeba było iść daleko, by dotrzeć do ogrodzonych wybiegów dla zwierząt. 
Dostrzegła Claya wcześniej niż  Autumn. Siedział na płocie, obserwując potężnego ogiera, który biegał 

jak szalony i od czasu do czasu stawał dęba, najwyraźniej mało zachwycony towarzystwem chłopca. 

-  Chodź  tu,  Blackie!  Mam  coś  dla  ciebie!  -  wołał  siedmiolatek,  wyciągając  rękę  do  konia,  który, 

niepokojony przez intruza, wściekle rył ziemię kopytami. 

Karze  zaparło  dech  w  piersiach.  Clay  najwyraźniej  traktował  ogiera  jak  łagodnego  kucyka.  Wcale  nie 

zwracał uwagi na jego nieprzyjazne zachowanie. 

Podbiegła do malca i ściągnęła go z ogrodzenia. Był boso, w szortach i podkoszulku. Miał zimne ręce i 

nogi. Mimo iż świeciło jesienne słońce, dzień był chłodny, a mały nie wykurował się jeszcze do końca z 
wietrznej ospy. 

- Clay, powinieneś trzymać się z daleka od tego konia. To dzikie, niebezpieczne zwierzę. Mógł ci zrobić 

krzywdę - powiedziała drżącym głosem. 

- Blackie mógł zabić Claya? Nie wiedziałam, że konie to robią. - Autumn aż sapnęła ze zdziwienia. 
- Zwykle nie są groźne dla ludzi, ale Blackjack to wyjątek - wyjaśniła Kara. 
- Chciałem się z nim zaprzyjaźnić - rzekł ponuro Clay. 
- Może pomyślałbyś o jakimś mniejszym i łagodniejszym zwierzątku - zaproponowała Kara, próbując za 

wszelką cenę odwrócić uwagę chłopca od ogiera. 

- Na przykład o psie? - zainteresował się malec. - Kiedy go dostaniemy? 
- Będziemy mieć szczeniaczka! Szczeniaczka! - pisnęła Autumn. 
- Zawsze chciałem dostać szczeniaka - wyznał chłopiec i umie wziął Karę za rękę. 
Wzruszyła  się  tym  gestem.  Clay  był  taki  mały,  bezradny.  Płonącymi,  ciemnymi  oczami  i  gęstością 

włosów bardzo przypominał Maca, 

-  Uwielbiam  psy!  -  entuzjazmowała  się  Autumn.  -  Rodzice  nie  pozwalali  ich  hodować,  wujek  James  i 

ciocia Ewa również nie. A wujek Mac powiedział, że tutaj nie miałby kto zajmować się szczeniaczkiem, 
gdy my jesteśmy w szkole. 

- Ale Lily mówiła, że ty zamieszkasz z nami. - Clay zwrócił się do Kary. 
Nie odpowiedziała,  lecz  malcy  wzięli  jej  milczenie  za  dobrą  monetę.  Kiedy  wrócili  do  domu,  znalazła 

dla obojga ciepłe ubrania. Clay był już  bezpieczny, lecz co z Lily  i Brickiem? Zastanawiała się właśnie, 

background image

jak zawiadomić Maca, gdy jej wzrok padł na kuchenny telefon. Wykręciła numer zapisany na kartce przy 
aparacie,  mając  nadzieję,  że  Macauley  będzie  w  pobliżu  dżipa.  Nerwowo  zastanawiała  się,  co  mu 
powiedzieć. 

Kiedy już miała zrezygnować, bo nikt się nie zgłaszał, Mac podniósł słuchawkę. 
- Tak? - odezwał się znużonym głosem. 
- Nie chciałam ci przeszkadzać - zaczęła niepewnie. 
- Co się stało? 
Kara zdecydowała, że zaoszczędzi mu opowieści o Clayu, a przekaże tylko to, czego dowiedziała się o 

Bricku.  Mac  nie  przyjął  dobrze  tych  nowin.  Wybuchnął  gniewem  i  zaczął  kląć,  a  Kara  słuchała  w 
milczeniu, rozumiejąc, że jako opiekun takich niesfornych dzieci ma prawo się denerwować. 

-  Naprawiam  ogrodzenie  na  południowym  pastwisku.  Zajmie  mi  to  jeszcze  godzinę  albo  dłużej.  Jeśli 

zostaniesz  z  Clayem,  pojadę  prosto  do  szeryfa.  To  mój  przyjaciel  i  z  pewnością  pomoże  odnaleźć 
chłopców, nie aresztując ich przy okazji. Autumn i Lily powinny wrócić ze szkoły około... 

- Autumn jest w domu - przerwała Kara. 
- Dlaczego? Zachorowała? 
- Nie. Ale tu jest. Nie martw się o dzieci. Zostanę z nimi. 
Mac  był  tak  zdenerwowany,  że  Kara  nie  wspomniała  nawet  o  wyprawie  Lily  do  tajemniczego  raju. 

Lepiej, żeby myślała iż dziewczyna jest w szkole, i zajął się Brickiem. 

-  Wybacz,  że  rano  nie  zastałaś  mnie  w  domu  -  powiedział  Mac.  -  Zwykle  wcześniej  planuję  swoje 

zajęcia, ale dzisiaj Webb ma wolne i wyjechał poza ranczo, więc pracuję za dwóch. Zajrzałem do twojej 
sypialni po piątej, lecz spałaś tak głęboko, że nie miąłem serca cię budzić. 

Myśl o tym, że widział ją śpiącą, wprawiła Karę w zakłopotanie. Może chrapała albo coś w tym rodzaju. 
- Wyglądałaś tak słodko i podniecająco, że musiałem użyć całej siły woli, by nie wśliznąć się do twego 

łóżka. Któregoś ranka to zrobię i zostanę aż do świtu - dodał. 

Kara  westchnęła  głęboko.  Słowa  Maca  podziałały  na  jej  wyobraźnię  i  zmysły.  Zbyt  dobrze  pamiętała 

wieczorne pieszczoty i pocałunki. Znowu poczuła podniecenie. Była w nie lada niebezpieczeństwie, skoro 
samo brzmienie głosu Maca doprowadzało ją do takiego stanu. 

- Musisz znaleźć Bricka - powiedziała szybko, odpędzając natrętne myśli. 
Roześmiał się, jak gdyby wiedział, co przeżywała. 
- Nie martw się - rzekł łagodnie. - Przywiozę go do domu. Do zobaczenia, kochanie. 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Kara odłożyła słuchawkę i siedziała bez ruchu, patrząc w przestrzeń. Bezskutecznie starała się odnaleźć 

w sobie ślady oburzenia wobec faktu, że Mac znowu użył słowa „kochanie”. 

Nagle  do  jej  uszu  dotarł  hałas  z  salonu.  Zerwała  się  z  krzesła  i  poszła  sprawdzić,  co  się  dzieje.  Na 

podłodze  prężył  się i syczał bury kot ze  stajni. Gotowy do skoku Tai,  groźnie pomrukując, tkwił na łbie 
łosia wiszącym nad kominkiem. Powoli przesuwał się ku rogom i mierzył intruza groźnym spojrzeniem. 

- Chyba się nie polubili - mruknęła Autumn, która wraz z Clayem obserwowała przebieg spotkania. 
- Myślę, że trzeba zabrać stąd Prążka, zanim Tai skoczy mu do gardła - spokojnie zauważyła Kara. 
- Wygonię go. - Clay zgłosił się na ochotnika. 
Stajenny  kocur  wrzasnął dziko.  Kara  pobiegła otworzyć  frontowe  drzwi  i z pomocą Claya,  który  gonił 

Prążka po całym domu, udało się go wreszcie skierować na dwór. 

Kiedy wrócili do salonu, Tai ciągle siedział na łbie łosia, a Autumn przemawiała doń łagodnie, próbując 

skłonić do zejścia. 

- Pewnie nie powinnam była sprowadzać tu Prążka, lecz chciałam, żeby Tai miał przyjaciela. Ciężko żyć 

w nowym miejscu, nie znając nikogo. 

Kara przytuliła dziewczynkę, domyślając się, że mała ma na myśli nie tylko kocią samotność. 
- Wszystko w porządku - powiedziała. - Tai lubi samotność. Zachowuje się zupełnie inaczej niż ludzie. 

Woli być jedynym kotem w domu. 

-  Zawsze  będzie  jedyny.  Nawet  kiedy  dostaniemy  szczeniaczka  -  wtrącił  Clay.  -  Szczeniak  to  przecież 

pies. 

background image

- Autumn, dlaczego nie poszłaś dziś do szkoły? - Kara zmieniła temat. 
- Bo dzieci dobierają się w grupy,  które będą przygotowywać przyjęcie na Halloween. Wiedziałam, że 

nikt mnie nie wybierze, więc zostałam w domu - wyznała dziewczynka, patrząc w podłogę. - Pomyślałam, 
ż

e i tak przydzielą mi jakieś zajęcie, nawet jeśli nie przyjdę. Wolałam to niż stanie i czekanie do samego 

końca. 

Kara  spojrzała  na  małą  ze  współczuciem.  Wiedziała,  co  to  znaczy  być  outsiderem.  Ona  też  przez  całe 

ż

ycie chciała przynależeć do czegoś lub kogoś. 

- Trudno przenosić się do nowej szkoły, szczególnie w małym miasteczku, w którym ludzie się znają. 
- Niekoniecznie - zaszczebiotał Clay. - Mnie wszyscy lubią. Mam wielu przyjaciół. 
- Bo jesteś w drugiej klasie, a nie w piątej - rzekła Autumn. - Małe dzieci łatwiej się zaprzyjaźniają. 
- Może spróbowałabyś znaleźć chociaż jedną koleżankę - zaproponowała Kara, przypominając sobie, że 

w tym wieku miała przyjaciółkę od serca, która zastępowała wszystkie inne. - Zapytaj którąś dziewczynkę 
z klasy, czy nie chciałaby z tobą pójść do kina albo odwiedzić cię w domu? 

- Miałam koleżanki w Kalifornii, kiedy byliśmy jeszcze z rodzicami, ale w Ohio u wuja Jamesa i ciotki 

Ewy już nie, bo nie chciałam, by ktoś wiedział, że u nich mieszkam. 

- A u wujka Maca? - spytała Kara. 
-  Kocham  wujka,  ale  po  co  miałabym  tu  kogoś  zapraszać?  Clay  ciągle  by  nam  tylko  przeszkadzał. 

Przecież koleżanki nie przyjdą na ranczo, żeby zajmować się moim bratem. 

- Tu nie ma mamy, która by mi nie kazała dokuczać dziewczynkom - powiedział chłopiec. 
- Wujek ciągle pracuje, a Brick i Lily tylko krzyczą, kiedy się bijemy albo kłócimy - dodała Autumn. - 

Więc po co ktoś miałby do mnie przychodzić? 

Karę  ogarnęło  głębokie  współczucie  dla  malców.  Clay  podszedł  do  telewizora  i  włączył  odbiornik. 

Razem  z  Autumn  zaczęli  oglądać  program.  Tai,  widząc,  że  nic  mu  nie  zagraża,  opuścił  strategiczną 
pozycję i zeskoczył na podłogę. 

Kara zdecydowała, że może zostawić dzieci, by przygotować coś do jedzenia. Akcja z ogierem i kotem 

wypełniła czas do południa. Teraz już rozumiała, dlaczego Mac zainstalował antenę satelitarną, ale sama 
nie była skłonna godzić się, by dzieci spędzały cały czas przed telewizorem. 

- Muszę wykonać kilka telefonów, potem oprowadzicie mnie po ranczu, a na koniec upieczemy ciastka, 

dobrze? - zaproponowała. 

Nie  zareagowali,  zaabsorbowani  oglądaniem  filmu,  lecz  Kara  i  tak  dopięła  swego.  Szybko  zjadła 

ś

niadanie i przestudiowała książkę telefoniczną, starając się znaleźć bar, restaurację lub motel pod nazwą 

„Raj”.  Gdyby  tylko  udało  się  jej  znaleźć  Lily  i  sprowadzić  ją  do  domu,  zanim  Mac  wróci  na  ranczo  i 
zaczną się kłopoty! 

W  spisie  telefonów  nie  było  żadnego  „Raju”.  Gdziekolwiek  znajdowała  się  najstarsza  bratanica  Maca, 

trudno by było się z nią skontaktować. Albo okłamała młodszą siostrę, albo tamta źle zapamiętała nazwę. 

Lily wróciła do domu koło piątej. Zatrzymała się w drzwiach pokoju, w którym Kara siedziała z Autumn 

w otoczeniu pudeł z zabawkami i ubrankami. Kara popatrzyła na ekscentryczny strój nastolatki. Tylko tak 
piękna i zgrabna dziewczyna jak Lily mogła włożyć niemal przezroczystą, krótką sukieneczkę w kwiatki, 
a do tego obcisłe szorty i wysokie czarne buty. 

- Cześć, Lily! - zawołała Autumn. - Kara pomaga mi  urządzić pokój,  żeby nie wyglądał już tak głupio 

jak dotąd. 

- Upiekliśmy ciastka - oznajmił Clay, który siedział na podłodze z komiksem w ręku i jadł właśnie jedno 

z nich. 

- Dostaniemy też szczeniaka. 
- Nieźle - odparła Lily i poszła do swego pokoju, a Kara pobiegła za nią. 
-  Wiem, że  nie byłaś  dziś w  szkole  -  powiedziała po wejściu  do  sypialni  Lily,  która  była  mniejsza  niż 

pokoje Claya oraz Autumn i cała pomalowana na czerwono. Na głównej ścianie pyszniła się tu olbrzymia 
ryba.  Coś  innego,  choć  niewiele  ładniejszego  niż  trofea  w  pozostałych  pokojach.  Lily  leżała  na  łóżku  z 
rękami pod głową. 

- Tam, gdzie byłam, nauczyłam się więcej niż w szkole - odparła. 
Kara  przyjrzała  się  jej  uważnie.  Lily  miała  obrzmiałe  wargi,  potargane  włosy  i  rozmazany  makijaż. 

background image

Nawet  tak  niedoświadczona  osoba  jak  Kara  nie  mogła  mieć  żadnych  wątpliwości,  iż  Lily  doświadczyła 
dziś gwałtownych przeżyć erotycznych. 

- Autumn powiedziała, że wybrałaś się do jakiegoś „raju”, ale nie natrafiłam na nic podobnego w książce 

telefonicznej - rzekła Kara, starając się, by w jej głosie nie zabrzmiało oskarżenie ani nagana. 

- Próbowałaś dzwonić do raju? - spytała z uśmiechem dziewczyna. - Co za spryt! 
Kara nie wiedziała, jak zareagować na takie zachowanie kogoś o dziewięć lat młodszego od siebie. 
- Martwiłam się, czy nic ci się nie stało. Nie powiedziałam wujkowi, że byłaś na wagarach, bo jest zbyt 

zdenerwowany wyprawą Bricka, ale nie jestem pewna, czy dobrze postąpiłam. 

-  Dzięki!  -  Lily  podeszła  do  Kary  i  objęła  ją  siostrzanym,  a  może  konspiracyjnym,  uściskiem.  -  Nie 

musisz się o mnie martwić. Wiem, co robię i czego chcę. Miałaś rację, nie mówiąc o niczym wujkowi. On 
nic  na  to  nie  poradzi,  a  i  tak  ma  masę  kłopotów  z  moim  rodzeństwem  i  ranczem.  Po  co  zawracać  mu 
głowę? Powiedz, co z tą wyprawą Bricka? 

Kara  opowiedziała  o  eskapadzie  chłopców  do  Yellowstone,  a  Lily  zareagowała  zdziwieniem  i 

rozbawieniem. 

- Brick to niespokojny duch. Uwielbia wolność. Jimmy też. Świetnie, że się zaprzyjaźnili, choć władze 

szkolne, wujek i matka Jimmy’ego pewnie tak nie myślą. 

- Nie masz zamiaru mi powiedzieć, gdzie dzisiaj byłaś, prawda? 
-  Byłam  w  raju  przez  małe  „r”.  I  nie  chodzi  tu  o  miejsce,  a  raczej  o  stan...  rozkoszy.  -  Lily 

prowokacyjnie uniosła brwi. - Tyle mogę ci wyjaśnić. Gdy prześpisz się z wujkiem, to może wymienimy 
poglądy. 

Lily  najwyraźniej  starała  się  zaszokować  pannę  Kirby  i  osiągnęła  swój  cel.  Kara  przypomniała  sobie 

swoje koleżanki ze szkoły, na  wszelki wypadek noszące w  torebkach prezerwatywy i umawiające się ze 
starszymi od nich mężczyznami na rozbierane randki. Takie dziewczyny cieszyły się w klasie niezwykłą 
popularnością.  Kara  uświadomiła  sobie  z  niechęcią,  że  jeszcze  dziś  nastolatki  takie  jak  bratanica  Maca 
ciągle ją onieśmielają. 

-  Chciałabym  się  zdrzemnąć  -  oznajmiła  Lily,  ziewnąwszy.  -  Mam  za  sobą  niezwykły,  lecz  bardzo 

wyczerpujący  dzień.  Dziękuję,  że  zajęłaś  się  dziećmi.  Jesteś  aniołem  -  dodała,  obejmując  Karę  po 
przyjacielsku i odprowadzając do drzwi. 

Wyprowadziła  ją  na  korytarz,  a  potem  zamknęła  się  w  swoim  pokoju.  Kara  powoli  schodziła  na  dół, 

próbując  zebrać  myśli.  Na  dźwięk  silnika  samochodu,  zatrzymującego  się  przed  domem,  przystanęła  na 
schodach. Po chwili usłyszała kroki na ganku. 

A  potem  otwarły  się  frontowe  drzwi  i  stanął  w  nich  Mac.  Na  widok  silnej  męskiej  postaci  w 

kowbojskich butach, dżinsach, ciemnej koszuli i drelichowej marynarce Karę ogarnęła fala ciepła. 

Zaschło  jej  w  ustach.  Spędziła  dzień  z  dziećmi  i  dobrze  jej  było  z  nimi.  Mac  wnosił  do  tej  domowej 

atmosfery erotyczne napięcie, przed  którym najchętniej skryłaby się  w mysiej dziurze. A tymczasem nie 
mogła się nawet poruszyć. Mac podszedł bliżej i wziął ją w ramiona. 

- Tak się cieszę, że cię widzę - rzekł i mocno ją pocałował. 
Kara  aż  przymknęła  oczy,  ogarnięta  uczuciem  szczęścia.  Mac  pieścił  jej  usta,  wsuwając  język  między 

wargi i smakując ich słodycz. Dziewczynę ogarnęło gorące pragnienie, by mu się oddać. Był nienasycony 
w pocałunkach, a ona chciała więcej i więcej. Wreszcie przerwał pocałunek i spojrzał na nią płomiennym 
wzrokiem. Jęknęła cicho obezwładniona siłą uczuć. Z jednej strony miała ochotę przytulić się do niego i 
kontynuować  pieszczoty,  a  z  drugiej  niewiele  brakowało,  by  umknęła  do  swego  pokoju,  próbując  w 
samotności dojść z sobą do ładu. 

Zanim zdążyła cokolwiek zdecydować, tuż obok rozległ się czyjś głos. 
- Nie lubię przeszkadzać w takich chwilach, lecz mamy gości. Nie uwierzycie, kto przyjechał. 
- Gości? - powtórzył z niezadowoleniem Mac, ciągle trzymając w ramionach rozdygotaną Karę. 
Dziewczyna  wyrwała  mu  się  z  objęć.  Czuła,  że  drżą  jej  nogi,  a  całe  ciało  płonie  podnieceniem.  Była 

bardzo zmieszana. Odwróciła wzrok od Maca i spojrzała na chłopca, który właśnie pojawił się w holu. 

-  Ty  musisz  być  Karą  -  powiedział  domyślnie  i  podszedł,  by  się  przedstawić.  -  Jestem  Brick.  Wujek 

powiedział, że zawiadomiłaś go o mojej wyprawie do Yellowstone. 

Kara  nie  bardzo  wiedziała,  jak  zareagować.  Brick  przyglądał  się  jej  badawczo,  bez  wrogości.  Miał 

background image

przydługie,  ciemne  włosy  i  brązowe  oczy,  nieco  jaśniejsze  niż  u  pozostałych  Wilde’ów.  Był  niewysoki, 
trochę piegowaty. Wyglądał na wysportowanego, zwinnego chłopca. 

- Miło mi cię poznać. Mam nadzieję, że rozumiesz, iż nie miałam wyboru i musiałam w twojej sprawie 

porozumieć się z wujkiem - rzekła, wyciągając rękę. 

-  Wiem  -  odparł.  -  Ale  powinienem  dać  wycisk  Autumn.  Gdyby  ci  wszystkiego  nie  wypaplała, 

bylibyśmy już w Yellowstone. 

Przyjął wyciągniętą dłoń, uścisnął ją i natychmiast wsadził ręce do kieszeni. 
- Idę do siebie. Nie pokażę się na dole, żeby nie spotkać tej okropnej Joanny Franklin. 
- Franklinowie są tutaj? 
-  Właśnie  wchodzą.  Trzymajcie  Joannę  z  daleka  ode  mnie  -  zawołał  Brick,  znikając  w  zamieszkanym 

przez dzieci skrzydle domu. 

Przez uchylone frontowe drzwi widać było pastora z żoną i córkami, którzy właśnie wkraczali na ganek. 
Kara  zamarła  na  ten  widok.  Z  przerażeniem  spojrzała  na  Maca.  Natychmiast  podszedł  i  stanął  obok, 

obejmując ją ramieniem. 

- Karo, moja droga! - wykrzyknął pastor, patrząc ze wzruszeniem na swą byłą pasierbicę. 
W  pierwszej chwili Kara chciała rzucić  się mu na szyję tak jak  dawniej, lecz opanowała to pragnienie. 

Stała  się  już  dorosła,  a  wielebny  Will  nie  był  ani  jej ojcem,  ani  ojczymem,  ani nawet  wujem.  Poza  tym 
pojawił się w otoczeniu własnej rodziny. 

Kara rzuciła okiem na Ginny, którą widziała wiele lat temu,  na  krótko przed wyjazdem Franklinów do 

Bear Creek. 

Ż

ona  pastora  była  wymuskaną  blondynką. Nie  wyglądała na  swoje czterdzieści pięć  lat. Tricia, starsza 

latorośl,  wówczas  małe  dziecko,  wyrosła  na  jasnowłosą  nastolatkę.  Kara  znała  ją  i  jej  młodszą  siostrę, 
Joannę, ze zdjęć przysyłanych przez wielebnego Willa na Boże Narodzenie. 

- Witam, pastorze - rzekła uprzejmie, nie wiedząc, czy dziewczynki orientują się w jej powiązaniach z 

ich ojcem. 

- Cieszę się, że was widzę - zwróciła się do Ginny i jej córek. 
Mac  dostrzegł  skrywany  ból  w  spojrzeniu  pastora,  który  wyraźnie  przejął  się  chłodnym  powitaniem 

byłej pasierbicy. 

Ale jak miała się przywitać, pomyślał, czując gwałtowną potrzebę, by stanąć w jej obronie. 
- Mój Boże! Czemu tak oficjalnie? - zauważyła Ginny. - Lepiej zwracaj się do nas: Will i Ginny! Kara, 

Mac - wyglądacie wspaniale - dodała. 

-  Przywieźliśmy  dla  was  kolację  -  oznajmiła  Joanna,  jasnowłosa  siódmoklasistka.  -  Ja  zrobiłam 

cytrynową galaretkę - pochwaliła się. 

- Są pieczone kurczaki, sałatka ziemniaczana i ciasto z dynią na deser - dodała Ginny. - Możemy zanieść 

wszystko do kuchni? 

Kara zaczerwieniła się i niepewnie spojrzała na Maca. 
- Myślę, że... tak - wymamrotała, czując w okolicach talii ciepło jego dłoni. 
Ginny z córkami udała się do kuchni, pozostawiając Maca, Karę i pastora w holu. 
-  Próbowałem  dzwonić  w  ciągu  dnia,  lecz  nikt  nie  odpowiadał.  -  Wielebny  Will  przerwał  niezręczne 

milczenie. - Nie miałem pojęcia, gdzie jesteś. Skoro Mac wyjechał na poszukiwanie Bricka, ty powinnaś 
była zostać na ranczu - zwrócił się do Kary. 

- A więc w Bear Creek już wiedzą o wyczynie chłopców? - jęknął Mac. 
- Oczywiście - potwierdził pastor. - Chciałem przyjechać od razu po południu, ale skoro nikt nie odbierał 

telefonów, zmieniłem plany. 

- Pewnie wtedy Autumn i Clay oprowadzali mnie po ranchu. 
-  Ach!  Więc  dzieci  już  to  zrobiły  -  ucieszył  się  Mac.  -  Jutro  zabiorę  cię  dżipem  na  przejażdżkę. 

Zobaczysz,  gdzie  hodujemy  cielęta,  gdzie są nasze  pastwiska  i jak  wygląda przełęcz. Nie  doszłabyś  tam 
pieszo. 

-  Miałem  nadzieję,  że  jutrzejszy  dzień  spędzisz  z  nami  w  mieście  -  rzekł  pastor  do  Kary.  -  Chciałem 

pokazać ci Bear  Creek,  zaprosić  na  lunch  i  namówić,  byś  zatrzymała  się  w  naszym  domu.  Mamy  pokój 
gościnny... 

background image

- Tatusiu, w kuchni jest kot! - Tricia Franklin jak burza wpadła do holu. - Wstrętny, syjamski kot. Siedzi 

na łbie łosia i prycha. Oczy zaczęły mi łzawić, dwa razy kichnęłam. Mama kazała mi natychmiast wyjść. 
Ona z Joanną skończą nakrywać do stołu. Musimy zaraz stąd odjechać. 

- Kot wdrapał się na łeb łosia? - Mac był wyraźnie zdumiony. 
- Syjamskie koty lubią wysokość - wyjaśniła Kara. - Tai upodobał sobie trofea myśliwskie na ścianach 

jako znakomite punkty obserwacyjne. 

-  Lepiej  wywietrzę  to  pomieszczenie.  Nie  mogę  narażać  się  na  kontakt  z  kocią  sierścią.  Byłam  w 

szpitalu... - zaczęła Tricia, otwierając drzwi. 

- Kara zostanie tutaj - przerwał Mac, ignorując wywody przerażonej Tricii. 
- Pomówimy o tym później - ugodowo zaproponował wielebny Will. - Ustalmy nasze jutrzejsze plany - 

rzekł,  zwracając  się  do  Kary.  -  Byłbym  szczęśliwy,  mogąc  przyjechać  po  ciebie  jutro  rano  albo  jeszcze 
lepiej - zabrać cię do nas już dzisiaj... 

-  To  niemożliwe  -  przerwał  mu  stanowczo  Mac.  Kara  poczuła,  że  przytulił  ją  mocniej  do  siebie. 

Widziała, jak zacisnął szczęki i jak spochmurniało jego spojrzenie. Nie pozwolił mi nawet zabrać głosu w 
tej sprawie, pomyślała zirytowana. 

- Bardzo bym chciała zobaczyć Bear Creek... - zaczęła. 
- Clay nie wydobrzał jeszcze po wietrznej ospie i nie może iść do szkoły, a Kara nie zostawi go samego, 

ż

eby zwiedzać miasto - przerwał Mac. - Będzie miała na to jeszcze dużo czasu. 

Jego  arogancja  wyprowadziła  Karę  z  równowagi.  Nie  była  tu  więźniem  i  mogła  mówić  za  siebie,  ale 

zanim zdążyła to wypowiedzieć, w holu pojawiła się Ginny z Joanną. Obie niosły puste naczynia. 

-  Wyłożyłyśmy  jedzenie.  Wszystko  jest  przygotowane.  Mam  nadzieję,  że  będzie  wam  smakowało  - 

rzekła żona pastora. 

- Czy jest Brick? - spytała Joanna. - Muszę mu powiedzieć, że przywieźliśmy pieczone kurczaki. Wiem, 

ż

e je lubi. W sierpniu, na kościelnym festynie zjadł dwadzieścia dwie porcje. To był rekord. 

-  Siedzi  w  swoim  pokoju.  Żyje  tam  jak  w  klasztorze,  nie  dopuszczając  do  siebie  nikogo  -  szybko 

wyjaśnił Mac. 

Miał ochotę ukarać Bricka, posyłając do niego Joannę, której chłopak unikał jak ognia, ale powstrzymał 

się przed takim aktem terroru. 

- Powiemy Brickowi, jakie smakołyki będą na kolację - zapewnił. 
- A gdzie Lily? Mam nadzieję, że nie jest chora - wtrąciła się Tricia. - Znowu nie było jej dziś na lekcji 

gotowania - zauważyła słodko. 

- Lily nie była w szkole? - spytał ze zdziwieniem Mac. 
- Nie poszła na zajęcia z gotowania - wyjaśniła Kara. - Jak tylko wróciła do domu, od razu się położyła. 

Teraz śpi - ciągnęła, zastanawiając się, do czego może doprowadzić takie mieszanie prawdy z półprawdą. 

Nie  chciała  jednak  przy  Franklinach  rozpatrywać  problemu  Lily.  Wiedziona  lojalnością  wobec  Maca  i 

jego bratanicy postanowiła milczeć, choć towarzyszyło temu poczucie winy. 

- Karo, postanówmy coś w sprawie jutrzejszego dnia. Chciałbym... - nalegał pastor. 
- Myślę, że będzie lepiej, jeśli jutro zostanę z Clayem - odparła świadoma, iż dokonała wyboru. 
Mac  uśmiechnął  się  zadowolony.  Władczo  położył  rękę  na  biodrze  Kary,  która  zarumieniła  się  i 

spróbowała nieco się odsunąć, ale jej nie puścił. 

- Tai  skoczył  na  stół,  złapał  kawałek  kurczaka i  wdrapał się  z powrotem  na łosia  -  oznajmiła Autumn, 

wybiegając z kuchni. - Nie wiecie, czy lubi sałatkę ziemniaczaną? Mogę mu jej trochę dać? 

- Kot! - jęknęła Tricia. - Och! Już mnie drapie w gardle! Zaraz zacznę kichać! Czy już mam spuchnięte 

oczy? 

- Autumn, nie waż się kłaść sałatki ziemniaczanej na łeb łosia - ostrzegł Mac. 
-  Czy  Brick  przyjdzie  jutro  do  szkoły?  -  zapytała  Joanna.  -  Organizujemy  dzień  przebierańców.  W 

każdej klasie wybieramy najzabawniejsze przebranie, a potem organizujemy paradę zwycięzców. 

- To może dlatego Brick z Jimmym chcieli uciec do Yellowstone? - domyśliła się Autumn. 
- Idź i pilnuj, żeby kot nie zjadł wszystkiego. - Mac odesłał dziewczynkę do kuchni. 
Wzmianka o kocie zmobilizowała Franklinów. 
- Naprawdę musimy już jechać - powiedziała Ginny. - Wy pewnie jesteście głodni i chcielibyście zasiąść 

background image

do stołu, a my nie możemy narażać Tricii na kontakt z kotem. 

Zaczęły  się  pożegnania  i  podziękowania.  Autumn  odciągnęła  Karę  od  Maca,  namawiając,  by 

dziewczyna zajrzała z nią do kuchni. W holu pozostali jedynie Mac i pastor. 

- Dlaczego próbujesz odseparować mnie od Kary? - spytał wielebny Will. 
- Myślę, że dla własnego dobra powinna zostać z nami - odrzekł Mac, wzruszając ramionami. 
- Przecież poznałeś ją zaledwie wczoraj. Skąd możesz wiedzieć, co jest dla niej najlepsze? 
-  Mam  zamiar  się  z  nią  ożenić.  Przecież  sam  podsunąłeś  mi  ten  znakomity  pomysł.  Jednak  nie 

powinieneś  się  wtrącać  w  nasze  sprawy.  Obiecuję,  że  pobierzemy  się  tak  szybko,  jak  to  możliwe,  a  ty 
udzielisz nam ślubu. 

- Nie tak to sobie wyobrażałem. - Wielebny Will poczuł się dotknięty. - Myślałem, że Kara zatrzyma się 

w  moim  domu,  dopóki  się  lepiej  nie  poznacie.  Miałem  zamiar  pozostawić  jej  całkowitą  swobodę  co  do 
decyzji o małżeństwie. 

- Ona go pragnie. - Mac uśmiechnął się z nie ukrywaną satysfakcją. 
-  Nie  wątpię,  że  twój  czar  może  działać  na  kobiety  i  że  potrafisz  zdobywać  ich  względy  -  zauważył 

pastor, z trudem przełykając ślinę. - Tak wrażliwa dziewczyna jak Kara z łatwością może ci ulec. 

-  Tato,  mamusia  mówi,  że  musimy  już  jechać!  -  W  drzwiach  wejściowych  pojawiła  się  Joanna.  - 

Powiedziała, że powinniśmy pozwolić Wilde’om zjeść kolację. 

-  Zaraz  przyjdę,  kochanie.  Wróć  do  samochodu  i  zaczekaj  tam  na  mnie  z  mamą  i  Tricią  -  odrzekł 

wielebny Franklin i zwrócił się do Maca: 

-  Masz  najlepiej  prosperujące  ranczo  w  całym  stanie.  Prowadzisz  je,  używając  całej  inteligencji, 

determinacji,  a  nawet  bardziej  agresywnych  środków,  lecz  nie  da  się  w  ten  sam  sposób  skłonić  młodej 
dziewczyny, żeby... 

-  Lepiej  już  jedź  -  przerwał  chłodno  Mac.  -  Przecież  kiedy  w  grę  wchodzi  dobro  Kary  lub 

podporządkowanie  się  życzeniom  własnej  żony,  robisz  wszystko,  by  zadowolić  Ginny,  nawet  kosztem 
uczuć byłej pasierbicy. 

-  Wiem,  że  ją  opuściłem,  gdy  była  dzieckiem  -  wymamrotał  wielebny  Will,  spuszczając  oczy.  -  I  nie 

powinno się to powtórzyć. Tym razem mam zamiar służyć Karze pomocą. 

-  Ale  ona  tego  nie  potrzebuje.  Dorosła  już,  a  ja  potrafię  zaspokoić  jej  wszystkie  potrzeby.  Ona  moje  - 

również. Nie musisz się w to angażować. 

- Przeciwnie. Jako pomysłodawca czuję się za wszystko odpowiedzialny... 
-  Powiedziałem,  że  się  z  nią  ożenię  -  przerwał  mu  Mac.  -  Nie  rozumiem,  czemu  nagle  stałeś  się  temu 

przeciwny. 

- Chciałem, żebyś ją lepiej poznał, pokochał, a nie żenił się, bo potrzebna ci opiekunka do dzieci. 
-  Nie  stać  mnie  na  luksus  długotrwałych  zalotów.  Dzieci  i  ja  potrzebujemy  kogoś  od  zaraz.  Wszystko 

wskazuje, że będzie to Kara. 

-  To  nieuczciwe  wobec  niej.  Nie  postrzegasz  Kary  jako  niepowtarzalnej,  niezwykłej  kobiety,  którą  w 

istocie jest. Ożeniłbyś się z każdą, która dałaby się do tego skłonić i zgodziła się zająć dziećmi. 

-  A  czy  nie  na  tym  polega  sens  poszukiwania  żony  poprzez  ogłoszenia,  po  prostu:  na  zamówienie? 

Wtedy również nie wchodzą w grę zalecanki. Obie strony zdają sobie sprawę, że mężczyzna występujący 
z taką propozycją po prostu potrzebuje żony. 

- A kobieta? Co z nią? 
- Będzie miała męża i rodzinę. Mówiłeś przecież, że panna Kirby bardzo tego pragnie. 
- To przykre, że Kara nie miałaby zostać doceniona dla niej samej. Z tego, co mówisz, jasno wynika, iż 

poślubiłbyś każdą, która wysiadłaby wówczas z samolotu. 

- Jesteś przewrażliwiony - zaczął Mac, lecz przerwał mu niecierpliwy dźwięk klaksonu. - Nie martw się 

o Karę. Ja się nią zajmę. 

Klakson rozległ się ponownie i pastor pospiesznie opuścił dom. 
Kara  wyszła  z  kuchni,  by  porozmawiać  z  wielebnym  Willem  bez  towarzystwa  jego  rodziny,  lecz  w 

połowie  drogi  zatrzymała  ją  rozmowa  tocząca  się  w  holu  między  Macauleyem  i  pastorem,  a  przede 
wszystkim temat wymiany zdań, który dotyczył jej osoby. 

Słyszała,  jak  były  ojczym  wyrażał  troskę  i  z  jak  zimną  krwią  podchodził  do  całej  sprawy  Mac  Wilde, 

background image

traktując  kandydatkę  na  żonę  w  kategoriach  towaru  bądź  życiowego  udogodnienia.  Wyraźnie  było  mu 
wszystko jedno, z jaką kobietą miałby się ożenić. 

Słuchając  tego,  Kara  stała  nieruchomo  w  salonie  i  milczała.  Fragmenty  zasłyszanych  zdań  dźwięczały 

jej  w  głowie.  Kiedy  zorientowała  się,  że  pastor  opuszcza  ranczo,  coś  ścisnęło  ją  za  gardło.  Zapragnęła 
uciec stąd z wujkiem Willem. 

Gwałtownie ruszyła do drzwi i zderzyła się w holu z Macauleyem. 
- Chcesz pobić rekord Claya w bieganiu po domu? - roześmiał się, kładąc dłonie na jej ramionach. 
Kara nie odwzajemniła uśmiechu, a nawet  nie spojrzała na Maca. Odepchnęła go i wybiegła na ganek, 

by zobaczyć już tylko oddalający się samochód pastora. 

-  Wielebny  Will  musiał  odjechać  -  powiedział  Mac,  który  wyszedł  za  nią  na  zewnątrz.  -  Ginny  uparła 

się, by jak najszybciej wywieźć stąd Tricię - dodał, otaczając ramionami talię Kary. - To miło z ich strony, 
ż

e przywieźli nam kolację, ale prawdę mówiąc, cieszę się, że już odjechali - przyznał, próbując pocałować 

Karę w szyję. 

- Och, przestań! - krzyknęła, uwalniając się z uścisku. 
Z błyskiem w oczach wbiegła do domu, a Mac podążył za nią. 
- Co się stało? - zapytał, wyraźnie nie mając pojęcia, dlaczego Kara się złości. 
-  Byłam  w  salonie,  kiedy  rozmawiałeś  z  pastorem,  i  wszystko  słyszałam  -  odparła  doprowadzona  do 

wściekłości. 

- I? - zapytał. 
- Jeszcze nie rozumiesz? - zdumiała się. 
- Powiedziałaś, że słyszałaś naszą rozmowę. Nie padło w niej nic, o czym byś wcześniej nie wiedziała, 

więc o co chodzi? 

-  Po  prostu  nie  mogę  uwierzyć,  że  jesteś  do  tego  stopnia  pozbawiony  uczuć,  by  traktować  mnie  jak 

towar. Nie cenisz we mnie człowieka, po prostu potrzebna ci... 

-  Chwileczkę!  -  Mac  pochwycił  ją  w  talii,  zaciągnął  do  małego  pokoiku  obok  salonu  i  przycisnął  do 

ś

ciany, a potem ujął twarz Kary w dłonie i odwrócił ku sobie. 

Pojęła, że znajdują się w jego gabinecie, o czym świadczyło znajdujące się tu biurko i komputer. 
-  Jeśli  uważnie  słuchałaś,  to  powinnaś  wiedzieć,  że  niczego  takiego  nie  powiedziałem  -  zawołał.  -  To 

były słowa twego ukochanego wuja, a nie moje. 

- Puść mnie! - Kara nie była w stanie opanować ogarniającej ją wściekłości. Wyrzucała sobie naiwność i 

to,  że  przez  moment  zapomniała,  po  co  właściwie  została  sprowadzona  do  Montany.  -  Postanowiłam 
spędzić  dzisiejszą  noc  u  Franklinów,  a  jutro  wrócić  do  Waszyngtonu  -  wyrzuciła  z  siebie,  nie  patrząc 
Macowi w oczy, mimo że próbował ją do tego zmusić. - Tai przenocuje u nich w garażu. Nic mu się nie 
stanie przez jedną noc. A teraz puść mnie! Chcę się spakować. 

- Nigdzie nie pojedziesz. 
Przycisnął  ją  do  siebie  tak  mocno,  że  odczuła,  iż  jest  podniecony,  choć  nawet  jej  nie  pocałował. 

Bezskutecznie próbowała się wyrwać. 

-  Byłem  szczęśliwy,  mogąc  się  z  tobą  przywitać  po  powrocie  do  domu  -  rzekł  ochrypłym  głosem, 

muskając ustami wargi Kary. - Wróćmy do tamtej chwili, kiedy wszedłem do domu i nikt nam jeszcze nie 
przeszkadzał...   

Mówiąc to, całował delikatnie jej usta. 
-  Nie!  - Kara  spróbowała  odwrócić  głowę, ale  Mac  trzymał  mocno.  -  Pozwól mi  odejść. Nie  chcę być 

częścią twego niemądrego planu. Po prostu... 

Mac wsunął kolano między uda Kary. Zabrakło jej tchu. Wydała cichy okrzyk, czując, jak napiera na nią 

całym ciałem. 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Karę ogarnęła fala ciepła. Spróbowała gwałtownie wzbudzić w sobie uczucie obrazy. 
- Nie myśl, że mnie... oczarujesz... 
- Nie mam zamiaru tracić czasu na spory. Lepiej niech czyny zastąpią słowa - rzekł  Mac i wsunąwszy 

rękę w jej włosy, tak przytrzymał głowę, by Kara nie mogła uniknąć pocałunków. 

Jęknęła.  Znowu  przegrywała  w  starciu  z  Macauleyem.  Wiedziała,  że  powinna  go  odepchnąć.  Miała 

background image

wolne ręce, ale coś ją obezwładniało, odbierając wolę walki. 

Mac pocałował ją namiętnie. Wygięła się, przeniknięta dreszczem rozkoszy. To uczucie było tak silne, iż 

porzuciła  wszelką  myśl  o  oporze.  Zarzuciła  Macowi  ręce  na  szyję  i  z  namiętnością  równą  jego  własnej 
zaczęła odwzajemniać pocałunki. 

Chwycił ją za pośladki. Zaczął je pieścić i unosić Karę do góry, jednocześnie przyciskając do siebie tak 

mocno, by odczuła, jak bardzo jej pragnie. Karę ogarnęło podniecenie. Mac rytmicznie poruszał biodrami, 
wciskając  się  między  jej  uda  i  sprawiając,  że  całe  ciało  zaczynało  pulsować  pożądaniem.  Po  chwili 
przerwał pocałunek i powiedział: 

- Mam nadzieję, że to wyjaśniło idiotyczne  wątpliwości, które  miałaś na mój temat. Chyba widzisz, że 

cię pragnę. Kiedy tylko cię dotykam, cały płonę. 

Słowa Maca poruszyły Karę do głębi. Niczego podobnego nigdy nie słyszała od żadnego mężczyzny, a 

tak namiętne pocałunki widziała tylko w kinie. 

Jednak  po  chwili  przypomniała  sobie  słowa  wuja  Willa  o  umiejętnym  wykorzystywaniu  męskiego 

uroku. Pastor zdawał się przestrzegać, by nie traktowała serio namiętności Maca. 

- Powiedziałbyś to samo każdej, która wysiadłaby wówczas z samolotu - rzekła, spuszczając wzrok, by 

nie widzieć jego płonących oczu. - Chcesz jedynie kobiety do... 

- Chcę tylko ciebie - przerwał jej Mac. - I ty też mnie pragniesz. Tak bardzo, że aż drżysz. 
Rzeczywiście  cała  się  trzęsła,  czując,  że  z  trudnością  utrzymuje  się  na  nogach.  Pożądała  go,  nawet  ze 

ś

wiadomością,  iż  traktuje  ją  wyłącznie  jak  opiekunkę  do  dzieci.  Mac  musiał  się  tego  domyślać,  bo  w 

ż

aden sposób nie potrafiła ukryć, iż bardzo go pragnie. Czuła łzy napływające do oczu. 

Mac  z  uwagą  obserwował  Karę,  zastanawiając  się,  o  czym  może  myśleć.  Podniecała  go  bardziej  niż 

jakakolwiek  inna  kobieta,  włącznie  z  byłą  żoną,  którą  zawsze  uważał  za  mistrzynię  w  tych  sprawach. 
Popatrzył na wilgotne, piwne oczy Kary i przesunął kciukiem po jej drżących, nabrzmiałych wargach. 

-  Przykro  mi,  że  pastor  cię  zdenerwował  -  rzekł  łagodnie.  -  Byłaś  szczęśliwa,  zanim  pojawili  się 

Franklinowie. Myślę, że najlepiej będzie, jeśli przez jakiś czas nie będziesz się z nimi spotykać. 

Kara spojrzała na Maca. Wydawało się, że mówił to szczerze. Rzeczywiście wierzył, iż to pastor i jego 

rodzina wyprowadzili ją z równowagi. Trochę się przeraziła, widząc, jak opacznie rozumiał całą sytuację. 
Widać mężczyźni i kobiety zupełnie inaczej podchodzili do tych samych kwestii. 

Do gabinetu dobiegły hałasy z kuchni. Mac otoczył Karę ramieniem i przytulił do siebie. 
- Skończymy później tę rozmowę - mruknął, całując ją pospiesznie w czubek głowy. 
Obietnica zawarta w tych słowach przejęła Karę dreszczem. 
- Nie mogę... Nie... - nabrała tchu. - Nie miewam przypadkowych przygód z mężczyznami. 
- Wiesz, że nie to ci proponuję. Przecież chodzi o małżeństwo. 
- Naprawdę myślisz, że zachowam się jak narzeczona na zamówienie? - spytała, przygryzając wargę.  - 

Wujek tylko zakładał, że moglibyśmy się pobrać, ale ty uważasz, że to już przesądzone, prawda? 

- Oczywiście. 
- Myślisz, że tak bardzo potrzebuję  mężczyzny, iż  wyjdę nawet za człowieka, którego  znam  od dwóch 

dni? Skąd wiesz, czy nie jestem zakochana w kimś innym? 

- Przecież nie jesteś. 
- A może jestem! - wybuchnęła, dotknięta jego pewnością siebie. 
- To czemu pastor sugerował, że mogę cię zaprosić w charakterze kandydatki na żonę? Pewnie by tego 

nie zrobił, wiedząc, że kogoś masz. 

- Nie musiał wiedzieć! 
-  Powiedziałabyś  mu,  gdybyś  się  w  kimś  naprawdę  zakochała.  Kobiety  nie  trzymają  takich  rzeczy  w 

sekrecie. 

-  Są sytuacje  wymagające zachowania  tajemnicy  -  odrzekła Kara,  mając  wielką ochotę  potrząsnąć  tym 

zarozumialcem,  by  wyzbył  się  tonu  samozadowolenia.  - Nie  powiedziałabym  o niczym  wujkowi,  gdyby 
mężczyzna obdarzany przeze mnie miłością był żonaty. 

Przerażona  własnymi  słowami,  zakryła  ręką  usta.  Nigdy  nie  miała  romansu  z  żonatym  człowiekiem. 

Zaczerwieniona ze wstydu, nie patrząc na Maca, pobiegła do kuchni. 

Clay, Autumn i Brick zajadali kolację przywiezioną przez Franklinów. 

background image

- Można się przyłączyć? - zapytała. 
Podczas  jedzenia  z  niepokojem,  a  potem  z  rozczarowaniem,  wpatrywała  się  w  drzwi,  w  których  nie 

pojawił się Mac. 

-  To  całkiem  niezłe  -  rzekł  Brick,  podsuwając  jej  talerz  z  kurczakiem.  -  Bije  na  głowę  gulasz  z  łosia 

produkcji pani Lattimore. 

- Ona robi gulasz z łosia? - zdziwiła się Kara, wspominając danie, które zjadła wczoraj na kolację. 
- Może z jelenia, węża albo niedźwiedzia. - Clay roześmiał się. 
- A może pani Lattimore jest w rzeczywistości kanibalem. - Brick trącił łokciem Autumn. 
- Kanibale siedzą w więzieniu - stwierdziła z powagą dziewczynka. 
Tai pomrukiwał z zadowolenia, siedząc na łbie łosia ze swoim kawałkiem kurczaka w pyszczku. Dzieci 

wdały się w dyskusję o kanibalach, a Kara machinalnie jadła kolację. 

W salonie Mac patrzył nie widzącym  wzrokiem na myśliwskie trofea nad kominkiem i  nie mógł dojść 

do siebie po gwałtownym rozstaniu z Karą. 

- Nie wiem, czy ci gratulować, czy współczuć, wujku! - w pokoju rozległ się głos Lily. - Jeśli chciałeś 

zranić dziewczynę i pozbyć się jej, to gratuluję sukcesu, ale jeśli zamierzałeś skłonić ją, by cię poślubiła 
albo poszła z tobą do łóżka, możesz to sobie wybić z głowy. 

-  Kiedy  tu  weszłaś?  -  Mac  z  zaskoczeniem  spojrzał  na  bratanicę,  która,  siedząc  na  kanapie,  obgryzała 

kurze udko. 

-  Byłam  tu,  kiedy  pojawiłeś się  z  Karą,  ale  mnie  nie zauważyłeś.  Powiadają,  że  kobiety  w  Bear  Creek 

szalały za tobą, ale po tym, co tu usłyszałam, myślę, że to były jakieś desperatki. 

- Nie powinnaś podsłuchiwać prywatnej rozmowy - mruknął Mac. 
-  Przepraszam  -  rzekła  Lily  bez  cienia  skruchy.  -  Ale  co  ty  próbujesz  zrobić,  wujku?  Już  nie  masz 

zamiaru żenić się z Karą i chcesz ją odesłać do Waszyngtonu? 

- Podsłuchiwałaś niezbyt uważnie. Nie zmieniłem zamiarów i nie będę jej nigdzie wysyłał! -   
- Nie?  No to  mnie zmyliłeś!  -  Lily  dramatycznie  potrząsnęła  głową i  odgryzła  potężny  kęs  kurczaka.  - 

Założę się, że Kara też nie wie, o co ci chodzi! 

- Co to znaczy? - Mac zażądał wyjaśnień. 
-  Że  mężczyźni  nie  mówią  tego,  co  myślą,  albo  nie  myślą  tego,  co  mówią  -  powiedziała  bratanica  i 

skierowała się do kuchni. 

- A kobiety nie? 
-  Mogłybyśmy  być  szczere,  gdyby  mężczyźni  nie  zmuszali  nas  do  kłamstw  i  ciągłego  odgrywania 

jakichś ról, ale skoro tak nie jest, musimy się bronić. 

- Jak Kara poprzez wyznanie, że jest związana z żonatym człowiekiem? Nie wierzę w to, a ty? 
- Wujku, rzecz w tym, że wymusiłeś na niej to kłamstwo, sugerując, iż jest zdesperowaną  starą panną, 

która nie ma innego wyjścia, jak tylko cię poślubić. Jakaż kobieta będzie słuchać czegoś podobnego, nie 
próbując bronić zranionej dumy? 

- Wcale tak nie myślałem, jak sugerujesz. Ani niczego podobnego nie powiedziałem. 
-  A  jednak  obie  tak  to  zrozumiałyśmy.  Kara  nie  mogła  twoich  słów  puścić  płazem.  Kobiety  mówią  i 

robią to, co muszą, by wyprowadzić mężczyzn w pole. 

- Ach, więc to tak? 
W  głosie  Lily  było  coś,  co  zaniepokoiło  Maca.  Jego  piękna  bratanica  patrzyła  w  przestrzeń  z  takim 

wyrazem twarzy i tak błyszczącymi oczami, że wyglądała jak dorosła kobieta, która z każdym mężczyzną 
może zrobić wszystko. 

- Lily, co się z tobą dzieje? - zapytał Mac. 
- Właściwie to ja powinnam cię o to zapytać, wujku - roześmiała się. 
- Kochanie, martwię się o ciebie. 
-  Nie  trzeba.  Wiem,  co  robię  -  odparła,  otwierając  kuchenne  drzwi.  -  A  przynajmniej  tak  myślę  - 

mruknęła pod nosem. 

Mac wszedł do kuchni tuż za nią. Stało się to akurat w momencie, gdy Clay włożył ręce do miseczki i 

nabrawszy pełne garście galaretki, obrzucił nią brata. Twarz i włosy Bricka pokryły się zielonym żelem. 

- Clay, przestań! - krzyknął Mac, widząc, że chłopiec zamierza kontynuować akcję. - Brick, nie waż się! 

background image

- dodał na widok reakcji starszego bratanka gotowego do kontrataku. - Żadnego obrzucania się jedzeniem! 
Nie będę tolerował takich zabaw! 

- Pomocy! - wrzasnął Clay na widok rozgniewanego Maca, który zbliżał się do stołu. 
Malec wskoczył na kolana Kary, objął ją mocno i przytulił buzię do piersi dziewczyny. 
- Nie pozwól, żeby mnie bił, ciociu Karo! 
Kara, która dotąd obserwowała całą scenę z rozbawieniem, poczuła się zaskoczona słowami chłopczyka, 

ale instynktownie przytuliła go do siebie. 

Brick, śmiejąc się i rozmazując  galaretkę na twarzy, podszedł do zlewu,  by ją spłukać. Mac stanął nad 

Karą i spojrzał na Claya. 

- Clayu Wilde, chcę z tobą porozmawiać - powiedział. 
- On mnie zbije! 
- Mac, nie! - Kara ujęła się za malcem. - Uspokój się! Clay po prostu... - umilkła, szukając właściwych 

słów. 

W końcu chłopak obrzucił galaretką brata i nie sposób go za to chwalić. Lecz Clay tak mocno się do niej 

tulił i był taki mały w porównaniu z potężnym wujkiem. 

- Nie? - krzyknął Mac. - Do licha, nie dam sobą manipulować. Jeśli coś powinienem zrobić, to... 
-  Spokojnie,  wujku!  -  zachichotał  Brick.  -  Zaraz  pomogę  ci  ochłonąć  -  zawołał  i  przyciskając  palcem 

kran, skierował strumień zimnej wody wprost na Macauleya. 

Przez  kilka  minut  zaskoczony  atakiem  Mac  stał  bez  ruchu  i  nawet  nie  próbował  uchylić  się  przed 

nieoczekiwanym  prysznicem.  Trwało  to  wystarczająco  długo,  by  został  całkowicie  zmoczony  i  aby 
starszy bratanek zdążył uciec z kuchni. Woda rozprysła się po całym pomieszczeniu. 

Mac oprzytomniał, a potem ruszył do ataku. 
- Brick! - krzyknął, goniąc za chłopakiem, który zamknął się w swoim pokoju. - Otwórz natychmiast! 
- Wygląda na to, że Brick jest już bezpieczny - zauważyła Lily, zakręcając kran. 
- Jeśli nie otworzysz, przysięgam, że wyłamię drzwi! 
Autumn, która siedziała obok Kary, nagle wydała z siebie przeraźliwy okrzyk: 
- Wujek zamienił się w dziką bestię! 
Kara pomyślała, że telewizyjne horrory poczyniły straszne spustoszenie w psychice małej. 
- Nie bój się. Wujek jest zdenerwowany, ale... - zaczęła uspokajać Autumn, lecz dziecko krzyczało coraz 

głośniej. 

Kara zerwała się od stołu, sadzając Claya obok siostry. 
- Autumn, dosyć tego, a ty, Clay, trzymaj się z dala od galaretki. Idę porozmawiać z wujkiem. 
- Wujek w opałach - pisnął malec z satysfakcją w głosie. 
- Zadowolona jesteś, że znalazłaś się wśród Wilde’ów? - spytała Lily. - To rodzina w stanie rozpadu. 
- Po prostu... reagujecie bardzo gwałtownie - odrzekła Kara. 
Powtarzała to sobie w duchu, wchodząc na górę, gdzie pan domu walił pięścią w drzwi pokoju Bricka. 
-  Mac  -  rzekła,  kładąc  mu  rękę  na  ramieniu  -  jesteś  cały  mokry.  Czemu  się  nie  przebierzesz  i  nie 

usiądziesz do kolacji? Jeśli nie przestaniesz krzyczeć, Autumn się nie uspokoi. Myśli, że zamieniłeś się w 
bestię,  a  jeden  Bóg  wie,  co  to  dla  niej  znaczy...  Może  sądzi,  że  urwiesz  jej  głowę,  by  zawiesić  ją  obok 
innych trofeów na ścianie. - Spokojny głos Kary kontrastował z gniewnym nastrojem Maca. 

Mac przycisnął jej dłoń do swego ramienia, westchnął głęboko i oparł się o ścianę. Za drzwiami Bricka 

rozległ się zduszony śmiech. 

- To wcale nie jest zabawne - mruknął, ale przestał krzyczeć i dobijać się do drzwi. 
W kuchni też się uciszyło, więc Kara odczuła ulgę. 
- Myślisz, że zachowuję się nierozsądnie? - spytał. - Czyż nie mogłem się zdenerwować, kiedy te małe 

potwory zaczęły rozrzucać jedzenie... 

- To nie potwory, a po prostu wyjątkowo żywi chłopcy. Czy ty z braćmi nigdy... nie zachowywałeś się 

podobnie? 

- Oczywiście. Czasem kilka razy dziennie braliśmy  się za łby,  ale na interwencję  matki przerywaliśmy 

bijatykę. Miałem chyba prawo oczekiwać... 

-  Moja  mama  także  nie  tolerowała  zabaw  z  wodą.  Dobrze  pamiętam,  jak  skonfiskowała  mój  wodny 

background image

rewolwer, na który wydałam wszystkie oszczędności. Wyrzuciła go do śmietnika, a ja zostałam bez broni 
i bez pieniędzy. 

Mac nie uśmiechnął się. Jeśli chciała go rozbroić, to nie zamierzał poddawać się tak łatwo. 
-  I  bardzo  dobrze.  Rozlewanie  wody  po  mieszkaniu  to  anarchia.  Co  prawda  nie  pamiętam,  czy  nasza 

matka konfiskowała wodną broń, ale ja bym to zrobił i żądam... 

-  Nie  oblałbym  mamy,  wujku  -  zza  drzwi  dobiegł  głos  Bricka,  który  najwyraźniej  przysłuchiwał  się 

rozmowie. - Ale ty nie jesteś moją mamą, tylko wujkiem, który lubi psikusy. Przecież sam kiedyś oblałeś 
mnie wodą, gdy narzekałem, że mi gorąco. Byłem cały mokry, a ty się śmiałeś, pamiętasz? Wszyscy się 
ś

mieliśmy. 

- To co innego - odrzekł Mac, czerwieniąc się trochę. 
- Jak to? - skrzywiła się Kara. - Albo oblewanie się wodą jest w tym domu dozwolone, albo zabronione 

dla wszystkich. 

- Ja też tak myślę - odezwał się Brick. 
-  W porządku.  -  Mac  przesunął ręką  po  mokrej czuprynie  i uśmiechnął  się.  - Odtąd nikomu  nie  wolno 

oblewać innych wodą. Każdy, kto złamie tę zasadę... 

- Zawiśnie na ścianie w charakterze trofeum? - spytał Brick, wychodząc z pokoju. - A co z obrzucaniem 

się jedzeniem? Też jest zabronione? 

- Tak - rzekła stanowczo Kara. - I lepiej od razu poinformujmy o tym Claya. 
-  Autumn  także.  Nie  widziałaś,  jak  dała  Clayowi  dolara,  żeby  rzucił  we  mnie  galaretką  -  dodał  Brick, 

uśmiechając się do Kary. 

Mac stłumił okrzyk oburzenia i poszedł do kuchni. 
-  Nigdy  więcej  żadnego  rzucania  jedzeniem  -  oznajmił,  patrząc  na  Claya.  -  I  podżegania  do  takich 

wybryków - dorzucił, spoglądając na Autumn. 

Rozejrzał się po zalanej wodą kuchni i rzekł do Lily: 
- Posprzątaj to. 
- Ani mi się śni - odparła, potrząsając głową. - Brick narozrabiał, to niech sprząta. 
-  Mac,  przeziębisz  się  w  tym  mokrym  ubraniu  -  wtrąciła  Kara.  -  Idź  się  przebrać,  a  my  tu  zrobimy 

porządek. 

- Ojej, biedny wujek! Dostanie kataru - zakpił Brick. 
Kara zamarła. Ten chłopak naprawdę przebierał miarę. Szybko stanęła przed Makiem i położyła mu ręce 

na piersiach, by powstrzymać go przed gwałtowną reakcją, choć przypuszczała, że ją odsunie i zajmie się 
Brickiem. Ale nie zrobił tego, tylko przycisnął jej palce do mokrej koszuli tak, że poczuła ciepło męskiego 
ciała. 

- Nie myśl, że jestem tyranem, który bije dzieci - powiedział, patrząc jej w oczy. - Nigdy nie podniosłem 

ręki na żadne z nich, chociaż chłopakom pewnie nie zaszkodziłoby tęgie lanie. 

Kara przypomniała sobie, z jakim przerażeniem Clay szukał u niej obrony. 
- Może twój brat, James, bił dzieci, kiedy wpadał w złość. 
-  A  może  Clay  dobrze  wie,  jak  wykorzystać  twoje  macierzyńskie  instynkty  -  zauważył  prowokacyjnie 

Mac. 

-  To  cyniczne,  co  powiedziałeś.  On  ma  dopiero  siedem  lat  -  odrzekła,  próbując  oswobodzić  ręce,  ale 

Mac przycisnął je mocniej. 

- Lubisz dzieci, prawda? I nie jest ci wszystko jedno, co z nimi będzie? - spytał, patrząc na nią uważnie. 
- Oczywiście - przyznała zahipnotyzowana spojrzeniem ciemnych oczu. - To przecież tylko dzieci, które 

dużo przeszły i... 

- Nigdy więcej nie będę rzucał jedzeniem - przyrzekł Clay, który stanął między Makiem i Karą, a potem 

przytulił się  do obojga. - Kiedy możemy dostać szczeniaczka? Ciocia Kara obiecała, że go  dostaniemy  - 
zwrócił się do Maca. 

- O tak, tylko szczeniaka brak nam do szczęścia. A może małego wilczka lub niedźwiadka? Bardzo by tu 

pasowały. 

- Wcale nie żartujemy - Autumn poparła brata. - Ciocia naprawdę nam to obiecała. 
-  Jeśli  ciocia  będzie  się  nim  zajmować,  to  nie  mam  nic  przeciwko  temu  -  rzekł  spokojnie  Mac, 

background image

spoglądając z wyzwaniem na Karę. 

No  dalej,  powiedz  dzieciom,  że  nie  dostaną  szczeniaka,  bo  nie  zaopiekujesz  się  ani  nim,  ani  nimi, 

zdawał się mówić wzrok Macauleya. 

Kara  nie  potrafiła  wymówić  ani  słowa,  gdy  mały  Clay  tulił  się  do  niej,  a  trójka  pozostałych,  wraz  z 

Makiem, wpatrywała się w nią wyczekująco. 

- Jak w serialu telewizyjnym - zauważyła Lily. - Kryzys został zażegnany. Wszyscy  uśmiechają się do 

wszystkich. 

- Lubię takie seriale - przyznała Autumn, a pozostali roześmieli się serdecznie. 
Kara  poczuła,  że  ogarniają  fala  ciepła. W  kuchni zapanowała  prawdziwie rodzinna  atmosfera, za  którą 

zawsze tęskniła. Nie miała jej we własnym domu, odkąd matka opuściła Willa Franklina i wyszła za Drew 
Ansella. Bardzo kochała nowego męża, ale ta miłość nie zostawiała czasu na zajmowanie się dzieckiem. 

Drew nigdy nie był nieuprzejmy wobec Kary, lecz mała czuła się w domu jak intruz. Pamiętała, z jaką 

radością Drew Ansell opłacał jej kolonie letnie, pozbywając się dziewczynki z domu. Proponował nawet, 
by  odwiedzała  wujka  Willa  w  Montanie,  ale  Kara  odmawiała,  wiedząc,  że  u  Ginny  Franklin  nie  będzie 
mile widzianym gościem. 

A  w  domu  Wilde’ów  odnalazła  wreszcie  rodzinne  ciepło  i  poczuła  się  potrzebna.  Po  raz  pierwszy  w 

ż

yciu Kary zdarzyło się, że kogoś obchodziło, czy zostanie, czy też wyjedzie. 

Popatrzyła na dzieci oraz Maca, który ciągle przyciskał jej ręce do piersi, i pomyślała, że jego wzrok nie 

pozostawia  wątpliwości,  iż  jest  pożądana  jako  kobieta.  Spojrzenie  Maca  przerażało  ją  i  przejmowało 
dreszczem. 

Szybko usunęła ręce z piersi Maca i odwróciła się. 
- Pójdę się przebrać, żeby nie złapać kataru - powiedział z uśmiechem Mac i wyszedł z kuchni. 
Ku zdumieniu Kary dzieci bez kłótni i sporów spokojnie rozeszły się  do sypialń, a Lily pomogła jej  w 

sprzątaniu. 

-  Świetnie  poradziłaś  sobie  z  wujkiem  Makiem  -  zauważyła  nastolatka.  -  Umiesz  zaprowadzić  ład  i 

spokój  w tej rodzinie. A trzymanie  go  na dystans  w  sprawach łóżkowych  tylko  działa na twoją  korzyść. 
Jest taki napalony, że nawet oblewanie wodą niewiele mu pomogło. 

- Lily! - przerwała jej gwałtownie Kara. 
- Założę się, że teraz bierze lodowaty prysznic - ciągnęła dziewczyna. - Jak długo zamierzasz to ciągnąć? 

Mam nadzieję, że nie przesadzisz, bo wujek jest... 

- Lily, proszę! 
- Zaczerwieniłaś się? To zabawne! 
- Przestań! - jęknęła Kara. 
- Jeśli rumienisz się na samą myśl o wujku Macu pod zimnym prysznicem, to nie możesz być zakochana 

w żadnym żonatym mężczyźnie, prawda? 

-  Przykro  mi,  że  słyszałaś  naszą  rozmowę  -  rzekła  Kara,  wypuszczając  z  rąk  mokrą  gąbkę.  - 

Rzeczywiście skłamałam. Nie powinnam była tego mówić...   

- Wiem, dlaczego to zrobiłaś - przerwała Lily. - Wujek nie dał ci innego wyboru. Już mu powiedziałam, 

jak głupio postąpił, na wypadek, gdyby nie wiedział, a rzeczywiście nie miał o tym pojęcia! 

Kara skuliła się na myśl, że Lily dyskutowała o niej z Makiem. Poczuła się niezręcznie, lecz dziewczyna 

nie zamierzała porzucić pasjonującego tematu. 

-  Dlaczego  mężczyźni  nigdy  nie  przyznają  wprost,  czego  pragną,  zamiast  wynajdywać  jakieś  głupie 

preteksty - ciągnęła. - Przecież można by od razu uczciwie wyznać: kocham cię, zostań ze mną. Ale, nie! 
Zamiast  tego  będzie:  zostań,  bo  dzieci  potrzebują  opieki,  a  ty  nie  masz  nikogo.  Albo  dlaczego  nie 
powiedzą wprost: szaleję za tobą, tylko: jesteś za młoda, a ja nie mogę znieść, że tak bardzo cię pragnę. 

Kara  czuła  się  upokorzona  tymi  uwagami.  Domyślała  się,  że  część  z  nich  odnosi  się  do  niej  i  Maca. 

Pozostałe to zapewne aluzje do osobistych problemów Lily. 

- Tak ci powiedział pan „Raj”? - zapytała. 
- Pan  „Raj” -  powtórzyła Lily, krzywiąc  się. - Tak,  to on, a nie powinien był  mówić w  ten sposób. To 

głupie. Pasujemy do siebie, a on ciągle gada o różnicy wieku... Gdzie się podziali nowocześni mężczyźni, 
nie  kryjący  uczuć?  I  jak  mamy  sobie  poradzić  z  tymi  typami  w  stylu  retro,  którzy  raczej  pozwolą  się 

background image

przypiekać  rozpalonym  żelazem,  niż  przyznają,  że  potrzebują  kobiety  do  czegoś  więcej  niż  tylko  dla 
uprawiania seksu? 

- Wujek zna tego mężczyznę, z którym się spotykasz? - spytała ostrożnie Kara, przypominając sobie, jak 

prowokacyjnie zachowywała się Lily wobec Webba Ashera. 

Przez  moment  zastanawiała  się,  czy  to  aby  nie  on  jest  tajemniczym  ukochanym  bratanicy  Maca,  ale 

odrzuciła  tę  myśl,  pamiętając,  jak  nieprzyjaźnie  zachowywał  się  zarządca  rancza  wobec  kpiącej  z  niego 
dziewczyny. Z ulgą pomyślała, że to nie mógłby być Asher. 

-  Tak,  wujek  go  zna,  ale  więcej  nie  mogę  powiedzieć.  Lepiej,  żebyś  nie  wiedziała,  jak  się  nazywa,  bo 

mogłabyś uznać, że należy powiedzieć o tym wujkowi. 

- A to by go rozgniewało? 
- Możliwe. Prawdopodobnie tak. Na pewno - westchnęła Lily. 
- Lily, gdybym mogła ci coś poradzić... 
- Jedyna rada, jakiej mi potrzeba, to „tak trzymać”! 
- Nie znając szczegółów, nie mogę radzić w ten sposób. 
-  Wiem  -  odparła  Lily,  odkładając  gąbkę,  którą  dotąd  wycierała  stół.  -  Lepiej  pójdę  się  położyć.  W 

końcu muszę jutro wstać do szkoły - rzekła z niechęcią, a wychodząc z kuchni, rzuciła pod adresem Kary: 

- Dziś w nocy tak trzymaj, dziewczyno! 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

„Tak trzymaj!” Słowa Lily rozbrzmiewały w uszach Kary, gdy sprawdzała, czy Autumn i Clay są już w 

łóżkach. Oboje zarzucili jej ręce na szyję i pocałowali na dobranoc. Te oznaki akceptacji wzruszyły ją. 

Przystanęła  pod  drzwiami  Bricka  oraz  Lily  i  powiedziała  głośno  „dobranoc”.  Z  obu  sypialń  dobiegła 

taka sama odpowiedź. Starsze dzieci także nie miały nic przeciwko jej pozostaniu na ranczu. 

Mac również tego pragnął, choć kierowały nim wyjątkowo egoistyczne pobudki. Lecz gdyby nie uwagi 

wujka Willa na ten temat, nie miałoby to dla Kary tak dużego znaczenia. Ważne, że była potrzebna. 

Słowa  Lily  znów  zadźwięczały  jej  w  głowie.  Ta  dziewczyna  wyraźnie  traktowała  stosunki  między 

kobietami i mężczyznami jako rodzaj gry wojennej, ale Kara podchodziła do tego inaczej. Znajdowała się 
na ranczu w dość dziwnej sytuacji, lecz zamierzała zachowywać się jak uczciwa, dojrzała kobieta, którą w 
istocie była. A to znaczyło, że powinna zanieść Macowi tacę z kolacją, bo nie wrócił do kuchni, a musiał 
być  głodny.  Potem  zamierzała  się  położyć,  bo  ciągle  jeszcze  odczuwała  skutki  różnicy  czasu  i  miała  za 
sobą męczący dzień. 

Z tacą zastawioną jedzeniem zapukała do drzwi sypialni Maca. 
- Wejdź! - usłyszała. 
Na dźwięk tego głosu zadrżała i zarumieniła się mocno. 
- Nie mogę otworzyć drzwi, bo mam zajęte ręce - rzekła jednym tchem. - Przyniosłam ci kolację. 
Drzwi  otworzyły  się  i  stanął  w  nich  Mac  w  białym  szlafroku  kąpielowym.  Wytarł  ręcznikiem  mokre 

włosy, a potem obrzucił spojrzeniem trzymaną przez Karę tacę. 

- Nie ma galaretki? 
- Odkąd użyto jej jako broni, zniknęła z menu - roześmiała się Kara. 
-  Myślę,  że  trochę  przesadziłem  dziś  wieczorem  -  przyznał,  biorąc  od  niej  tacę.  -  Prawdę  mówiąc, 

zachowałem się głupio - rzekł, potrząsając głową. 

- Miałeś powody, zostałeś sprowokowany. Po całym dniu spędzonym na poszukiwaniach Bricka ostatnią 

rzeczą, jakiej potrzebowałeś, był widok chłopców obrzucających się jedzeniem. 

-  Nie,  to  tylko  był  pretekst  do  awantury.  Naprawdę  dopiekła  mi  wizyta  Franklinów  -  powiedział, 

stawiając tacę i sadowiąc się w wygodnym fotelu. - Zastanawiałem się, czy dzwoniłaś do pastora z prośbą, 
by zabrał cię stąd dziś wieczorem. 

- Nie, zdecydowałam się tego nie robić - odparła, podchodząc, by podać mu szklankę z napojem. 
-  Może  znalazłoby  się  trochę  kawy?  -  spytał,  bez  przekonania  wpatrując  się  w  szklankę  z  sokiem 

pomarańczowym. 

-  Za  późno  na  kawę.  Nie  mógłbyś  potem  zasnąć  -  rzekła  Kara.  -  Mogę  ci  zaproponować  mleko  albo 

piwo. 

- Wystarczy sok - uznał Mac. - Dotrzymasz mi towarzystwa przy kolacji? 

background image

Kara spojrzała na zamknięte drzwi sypialni i mężczyznę z tacą na kolanach. 
- Zgoda - powiedziała z wahaniem. - Zostanę chwilę. 
Przysiadła ostrożnie na skraju łóżka, bo w pokoju nie było drugiego fotela. 
-  Kiedy  brałem  prysznic,  kombinowałem,  jak  uszkodzić  samochód  pastora,  żeby  nie  mógł  cię  stąd 

wywieźć. Dobrze, że do niego nie dzwoniłaś - rzekł, obgryzając udko kurczaka. 

- Mac, ja naprawdę... - Kara w zażenowaniu zaczęła wykręcać palce, a potem podniosła się z miejsca. - 

Zobaczę, co z Taiem, i położę się... 

- Później - przerwał stanowczo Mac i powstrzymał ją wzrokiem. 
-  Musisz  być  bardzo  zmęczony  -  zauważyła,  siadając  z  powrotem  na  łóżku.  -  Wiem,  bo  ja  też  czuję 

zmęczenie. Pewnie chciałbyś odpocząć. Nawet nie powiedziałeś, ile czasu zabrało ci odszukanie Bricka. 

Kara popadła w konsternację. Zaczęła mówić byle co, żeby tylko opanować ogarniające ją podniecenie. 

Sam widok Maca tak na nią działał, a przecież ten mężczyzna tylko jadł kurczaka. 

Ś

cisnęła uda i skrzyżowała ręce na piersiach. Przez bluzkę i stanik wyczuwała, jak stwardniały jej sutki. 

Mac kończył kolację, nie dostrzegając niepokoju Kary. 

-  Chłopcy  mieli  nad  nami  kilkugodzinną  przewagę  -  zaczął  opowiadać  -  ale  szeryf,  Jack  Tate, 

zawiadomił  przez  radio  inne  posterunki,  by  zatrzymały  uciekinierów,  nie  przerażając  ich  przy  tym 
nadmierną  prędkością  pościgu.  Na  szczęście  nic  złego  się  nie  stało.  Policjanci  dobrze  obeszli  się  z 
Brickiem i Jimmym. Wzięli ich tylko na posterunek, a stamtąd już my ich odebraliśmy. 

- Musiałeś zapłacić jakiś mandat? 
-  Tym  razem  nie.  Lecz  słowa  policjantów  zrobiły  wrażenie  na  chłopakach,  więc  nie  będą  już  chyba 

próbować  po  raz  drugi,  Ja  i  Jack  też  dorzuciliśmy  swoje  trzy  grosze  po  drodze  do  domu.  On  odwiózł 
Jimmy’ego Crowa,  a ja wróciłem z Brickiem. Rozmawiał ze mną i w tym samym czasie słuchał jakichś 
najnowszych  przebojów.  -  Mac  skrzywił  się.  -  Co  za  okropna  muzyka!  Przypomina  wycie  alarmu 
samochodowego. 

- Nie bądź taki staroświecki, bo młode pokolenie uzna cię za wapniaka. 
- Mogę być wapniakiem, ale mówię prawdę. Nastolatki mają teraz okropny gust. 
Odstawił tacę na mały stolik obok fotela. Zjadł wszystko oprócz ciasta. 
- Co z deserem? - zapytała. 
- Wolę inny, a ty? 
Podniósł się i zbliżył do Kary. Usiadł w nogach łóżka. Poczuła, że brak jej tchu. 
- Muszę już iść - wymamrotała, nie ruszając się z miejsca. 
- Dziękuję, że przyniosłaś kolację - rzekł i pogłaskał Karę po gęstych, jasnobrązowych włosach. 
Dziewczyna  opuściła  wzrok,  podziwiając  kontrast  między  bielą  szlafroka  a  opaloną,  porośniętą 

ciemnymi włosami skórą Maca. Uświadomiła sobie, że jest nagi pod szlafrokiem, a ona siedzi obok niego 
na łóżku, lecz mimo to nie wstała z miejsca. 

- Połóż się - powiedział łagodnie. 
Gdy milczała, delikatnie popchnął ją na poduszki, a sam położył się obok, obrzucając Karę namiętnym 

spojrzeniem, które rodziło w niej jednocześnie podniecenie i strach. Lecz nawet strach podszyty był jakąś 
wewnętrzną radością. 

- Co za wielkie oczy, okrągłe jak spodeczki - szepnął i pochylił się, by je pocałować. 
Kara opuściła powieki. Nie potrafiła ich podnieść. Ogarnęło ją przyjemne ciepło i ociężałość. Nie miała 

sił,  by  się  poruszyć.  Mac  zajął  się  nią  jak  lalką.  Przełożył  jej  nogi  przez  swoje  i  zaczął  pieścić, 
przesuwając dłonią od pośladków i bioder ku kolanom. 

- Masz wspaniałe nogi - mruknął. - Długie i zgrabne. Chcę je zobaczyć. Świetnie wyglądasz w dżinsach, 

ale spróbujmy się ich pozbyć. 

Znaczenie słów nie docierało do oszołomionej dziewczyny. Tchnący namiętnością ton Maca sprawiał jej 

rozkosz.  Przemknął ją dreszcz,  gdy  ręka  mężczyzny  zaczęła  powrotną  podróż  przez  kolana,  wewnętrzną 
stronę  ud i  dotarła  wyżej. Gdy  Mac  osiągnął swój  cel,  zatrzymał  się. Stało  się  jasne,  do czego  zmierzał. 
Kara  westchnęła  głęboko,  zbladła,  potem zaczerwieniła się i spróbowała się  podnieść,  mimo  iż Mac  nie 
usunął ręki. 

- Proszę - szepnęła. -  Ledwie  się znamy - zakończyła drżącym głosem,  czując napięcie i wilgotność  w 

background image

miejscu, którego dotykał. 

Jeśli nie cofnie dłoni... 
Nie cofnął. 
Kara opadła na materac jak zahipnotyzowana. Aktywność Maca szokowała, ale teraz Kara pragnęła już 

czegoś więcej niż tylko łagodnego nacisku jego dłoni. Chciała... 

Mac uniósł rękę, a potem przesunął ją wyżej. Zanim zdążyła go powstrzymać, szybko rozpiął pierwszy 

guzik dżinsów i skutecznie powstrzymał Karę, gdy chciała zapobiec rozpięciu następnego, 

-  Znamy  się  dopiero  dwa  dni  -  przypomniała,  tracąc  oddech.  Podniósł  jej  rękę  do  ust  i  koniuszkiem 

języka  dotknął  wnętrza  dłoni,  a  ona  poczuła  efekty  tej  pieszczoty  dokładnie  tam,  gdzie  się  tego 
spodziewał. 

- Kochanie, jeden dzień w tym domu znaczy tyle, co pięć lat w więzieniu, a to już poważny wyrok. 
Kara przestała myśleć o opuszczeniu łóżka. To było takie niezwykłe. Leżeć z Makiem i pozwalać, by ją 

pieścił. 

- A skoro znamy się dwa dni, to znaczy tyle samo. 
- Dziesięć lat? 
- Świetny z ciebie rachmistrz - uśmiechnął się. - Ale naprawdę oznacza to dziesięć lat ciężkich robót. 
Jakby mimo woli zaczęła gładzić twarz Maca, pieścić dotykiem jego szyję. 
- Nie czuję się tu jak w więzieniu - powiedziała. 
- Nie? Myślisz, że mogłabyś z nami wytrzymać? - zapytał, masując jej barki i ramiona tak długo, aż się 

zupełnie rozluźniła. 

- Podoba mi się tutaj - odparła, gdy delikatnie muskał wargami jej czoło, policzki i szyję. 
- Wiesz, że już przynależysz do naszego rancza. To przesądzone - zaśmiał się cicho. 
Nie  mógł  powiedzieć  niczego  lepszego,  by  ją  uszczęśliwić.  Wreszcie  znalazła  swoje  miejsce  i  ludzi, 

którzy czekali na nią przez całe życie. 

Mac  nie  był  typem  mężczyzny  poświęcającego  dużo  czasu  na  myślenie  o  szczęściu  i  o  tym,  jak  je 

osiągnąć. Borykanie się z codziennymi trudnościami całkowicie wyczerpywało energię. Tym bardziej czuł 
się  dumny,  że  intuicyjnie  dobrał  słowa,  które  tak  podziałały  na  Karę.  Chciał,  by  należała  do  niego  i  by 
mógł otoczyć ją opieką.  Pragnął jej z mocą,  którą ledwie mógł  opanować. Rozwiązał szlafrok i rozsunął 
jego poły. 

- Nie przejmuj się konwenansami, dziecino. Niektórzy już po godzinie znajomości spędzają ze sobą noc, 

innym potrzeba na to weekendu. Czas nie ma znaczenia, a już na pewno nie dla nas. Przecież zamierzamy 
się pobrać. - Musnął wargami jej usta. - Myśl, że od dziś będziesz spędzać ze mną każdą noc, sprawia mi 
wielką radość. 

Słowa  Maca  zainspirowały  fantazję  Kary.  Wyobrażała  sobie,  że  trzyma  go  w  ramionach,  kocha  się  z 

nim, ale potem nie spotykają się więcej. Nie potrafiła znieść bólu rozstania, przemiany intymnego dziś w 
niewiadome  jutro.  Może  dlatego  w  wieku  dwudziestu  sześciu  lat  była  ciągle  dziewicą  i  tak  bardzo 
potrzebowała zapewnień Maca o stałości ich związku, zanim zaczęliby się kochać. 

Całą sobą pragnęła należeć do tego mężczyzny. Teraz już była pewna, że chce wyjść za Maca Wilde’a. 

Nie potrafiła tylko oddzielić panieńskiej tremy od ekscytacji. 

- Wyglądasz jak  przestraszona  dziewczynka, a przecież  wiem, że się mnie nie boisz i chcesz, żebyśmy 

się kochali. Po to przyszłaś do mojej sypialni.   

- Zamierzałam jedynie przynieść kolację - szepnęła. 
-  Sama  się  oszukujesz  -  zapewnił.  -  Lecz  jeśli  to  doprowadziło  cię  tutaj...  -  zawiesił  głos  i  zajął  się 

guziczkami u liliowej bluzki. 

Zdziwiła się, że tak szybko sobie z nimi poradził, a potem rozpiął stanik. 
-  Pragnę  cię!  -  Brązowe  oczy  Maca  zapłonęły  pożądaniem  na  widok  krągłych,  białych  piersi  i 

ciemnoróżowych sutek Kary. 

Kara  walczyła  z  pokusą,  by  chwycić  za  poły  bluzki  i  okryć  nagość.  Wzrok  Maca  krępował  ją  i 

podniecał. 

-  Jesteś  piękna,  kochanie.  To  nie  żaden  wyświechtany  komplement.  Naprawdę  tak  myślę  -  zamruczał 

Mac, a jego słowa podziałały na Karę jak balsam. 

background image

- Chcę ci wierzyć - powiedziała, zdając sobie sprawę, że i tak nie opuści jego sypialni. 
Mac  pochylił  i  zaczął  ssać  jedną  z  sutek  tak  mocno,  aż  Kara  krzyknęła  z  rozkoszy.  Potem  wargami  i 

językiem  pieścił  obie  piersi.  Dziewczyna  z  jękiem  poruszyła  biodrami.  To  było  coś  zupełnie  nowego. 
Instynktownie powtarzała rytm ruchów pieszczącego ją mężczyzny. 

Mac  wsunął  kolano  między  jej  uda  i  przycisnął  tak,  że  poczuła,  jak  bardzo  jest  podniecony.  Przytuliła 

się,  a  Mac  jęknął  z  pożądania.  Pocałował  gwałtownie  jej  usta.  Kara  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję  i 
odwzajemniła pocałunek. Całowali się z coraz większą namiętnością. Kara wsunęła ręce pod szlafrok, by 
dotknąć gorącej, muskularnej piersi tulącego ją mężczyzny. Ten gest jeszcze bardziej podniecił Maca. 

Kara  zdusiła  w  gardle  szloch.  Drżąca  i  rozgorączkowana  czuła  na  przemian  panikę  i  pożądanie. 

Przerażała ją zmysłowa moc własnych pragnień. 

- Nigdy przedtem tak się nie czułam. Nie przypuszczałam, że można coś takiego przeżywać - szepnęła, 

kiedy przez moment przestał ją całować i pozwolił zaczerpnąć powietrza. 

Z  obawą  i  ekscytacją  pomyślała,  że  za  chwilę  straci  kontrolę  nad  sobą  i  odda  się  Macowi.  W  tym 

momencie zsunął z niej dżinsy i majteczki. 

- Rozluźnij się, najdroższa - szepnął. - Wiem, że się denerwujesz, ale nie powinnaś. 
Była  naga,  a  on,  zrzucając  z  siebie  szlafrok,  pieścił  ją  wzrokiem.  Karze  zaschło  w  ustach  na  widok 

muskularnego,  proporcjonalnego  ciała  Maca.  Przestała  się  bać.  Zafascynowana,  zapragnęła  go  dotknąć  i 
sięgnęła dłonią pomiędzy jego uda. 

Mac  przymknął  oczy,  rozkoszując  się  pieszczotą.  Kara  zrozumiała,  że  bardzo  jej  pragnie,  czuła  to, 

widziała... 

Otworzył oczy. Delikatnie usunął jej rękę. 
- Jeszcze trochę i skończymy, zanim zaczęliśmy - powiedział. 
Całą  swoją  wiedzę  o  seksie  Kara  czerpała  z  książek.  Nie  była  przygotowana  na  taką  burzę  zmysłów, 

którą przyszło jej teraz przeżywać. 

Wygięła  się  gwałtownie,  gdy  Mac  dotknął  najintymniejszego  zakątka  jej  ciała  i  zaczął  go  pieścić, 

zapuszczając się coraz głębiej. Przenikała ją dzika rozkosz. Napięcie stawało się trudne do zniesienia. 

- Błagam! - krzyknęła, pragnąc czegoś, czego nie potrafiła nazwać. 
Czuła, że promieniuje gorącem. Mac patrzył namiętnie prosto w jej oczy. 
- Teraz, najdroższa - szepnął. - Chodź do mnie. 
- Nie mogę... 
- Ależ możesz. 
I stało się. Drżenie, które przeniknęło jej ciało, było zupełnie nowym doświadczeniem. 
Mac  nie  pozwolił,  by  podniecenie  Kary  osłabło.  Kiedy.  ciągle  jeszcze  pulsowała  rozkoszą,  rozsunął 

szeroko jej nogi i wniknął w nią. Krzyknęła, a potem poczuła łzy w oczach. 

Zaskoczony Mac uniósł głowę. Dyszał gwałtownie. 
- Nigdy wcześniej tego nie robiłaś, prawda? - zapytał, choć znał odpowiedź. 
Kara drgnęła, słysząc niedowierzanie w jego głosie. 
- Nie - odparła i zamknęła oczy, by nie widzieć osłupienia we wzroku Maca. 
Rozkoszne  prądy  przenikające  ciało  powoli  zanikały.  Mac  nie  wysunął  się  z  niej.  Jego  obecność 

sprawiała ból i wzniecała pożar. 

- Domyślałem się, że jesteś... niedoświadczona, ale nie sądziłem, że... 
- Mówisz, jakbyś nie wiedział, czym jest dziewictwo - Kara próbowała udawać rozbawienie. 
Był nią rozczarowany, a najgorsze, co mogła teraz zrobić, to się rozpłakać. 
Mac spostrzegł, że łzy kręcą się jej w oczach. 
- Mój Boże! Nie płacz! - poprosił. 
- Biedny Mac. Najbardziej pożądany kawaler w całym Bear Creek musiał trafić w łóżku na dziewicę. - 

Próbowała się roześmiać. - Wybacz. Współczuję ci. 

-  I  pomyśleć,  że  powiedziałem,  iż  nie  musisz  się  denerwować  -  mruknął.  -  A  ty  naprawdę  miałaś 

powody! Po prostu przyniosłaś mi kolację, a ja to źle zrozumiałem. Skłoniłem cię do czegoś, czego nigdy 
w życiu nie robiłaś. Nie byłaś jeszcze z mężczyzną! Byłaś dziewicą... 

- Wystarczy - przerwała Kara. - I tak czuję się upokorzona... 

background image

- Upokorzona? Myślałem, że cię boli. 
- Boli. To znaczy bolało - uzupełniła. 
Wstrzymała oddech, lecz ból zdawał się odpływać, a jej ciało przyzwyczajało się do męskiej obecności. 
Mac poruszył się lekko. Kara stężała w oczekiwaniu bólu, ale nie nadszedł. 
- Teraz lepiej? - spytał ochryple. 
Skinęła  głową. Naprawdę było lepiej. Pieczenie ustąpiło, zastąpione czymś przyjemnym, a trudnym do 

nazwania.  Żar  zamienił  się  w  łagodne ciepło. Rozdzierający  ból  zniknął,  w  zamian  pojawiło  się  uczucie 
pełni. Zamknęła oczy. Było jej dobrze. 

- Nie chcę, żebyś się czuła upokorzona - powiedział łagodnie Mac. 
Gdybym był prawdziwym dżentelmenem, wycofałbym się natychmiast i pozwolił jej wrócić do własnej 

sypialni, ale nim nie jestem, pomyślał. 

- Kochanie, jeżeli... jeżeli chciałaś poczekać do wesela, to wiesz, że się z tobą ożenię. Wszystko będzie 

dobrze, najdroższa. Możemy udawać, że... to nasza noc poślubna. 

- Niczego nie rozumiesz. Czułam się upokorzona, bo potraktowałeś mnie jak dziecko, jak jakiś wybryk 

natury,  ponieważ...  -  odwróciła  wzrok  i  zaczerwieniła  się.  -  Ponieważ  nigdy  jeszcze  nie  byłam  z 
mężczyzną - dokończyła. 

Zebrała się na odwagę i spojrzała mu prosto w oczy. 
- Przykro mi, że tak to odebrałaś - rzekł spokojnie. - Nie jesteś żadnym wybrykiem natury, tylko piękną, 

namiętną kobietą i czuję się zaszczycony, że jestem twoim pierwszym kochankiem. 

Przymknęła oczy, czując, że zbiera się jej na płacz. 
- Dziękuję, Mac - szepnęła. 
Pochylił się, by delikatnie ją pocałować, i poruszył się wewnątrz jej ciała. 
- Przysięgam, że nigdy nie mówiłem tego innej kobiecie, bo nigdy nie miałem dziewicy. To pierwszy raz 

dla nas obojga, kochanie. 

Cudowny dreszcz przeniknął Karę od stóp do głów. Mac pocałował ją, głęboko wsuwając język w usta, 

a ona objęła go mocno. 

- Bardzo dobrze - mruknął, pieszcząc najwrażliwszy punkt jej ciała. 
To podniecające dotknięcie sprawiło, że instynktownie zgięła kolana. 
-  Obejmij  mnie  nogami  -  powiedział  szybko,  a  ona  zrobiła  to,  czując,  że  Mac  wnika  w  nią  jeszcze 

głębiej. 

Zakołysał  się  lekko,  potęgując  w  niej  uczucie  rozkoszy.  W  chwilę  później  odpowiedziała  mu 

rytmicznymi ruchami ciała. 

- Jak dobrze, Mac - powiedziała schrypniętym głosem. 
- Tak, kochanie, bardzo dobrze! 
Choć  próbował  przeciągać  chwile  obezwładniającego  szczęścia,  natura  upomniała  się  o  swoje  prawa. 

Mac przyspieszył ruchy. Coraz gwałtowniej i głębiej wchodził w ciało Kary, wprowadzając ich oboje na 
szczyt. W chwilę potem osunął się na nią z jękiem rozkoszy. 

Kara objęła go mocno. Czuła, jak bije mu serce. Twarz miała mokrą od potu i łez. Pieściła plecy Maca, 

który leżał na niej bez ruchu. 

- Mac? - Niepewny głos Kary kazał mu unieść głowę. 
-  Dobrze  się  czujesz?  -  szepnął,  wspierając  się  na  łokciach.  -  Czy  coś  ci  zrobiłem?  -  zapytał,  a  potem 

wysunął  się  z  jej  ciała  i  położył  na  plecach.  -  Przepraszam.  Mało  cię  nie  zmiażdżyłem.  -  Delikatnie 
pogładził policzek Kary. - Możesz oddychać? 

- Nic mi nie jest - zapewniła. 
Czuła  się  wprost  znakomicie.  Chciała  śmiać  się  i  krzyczeć.  Poznać  jego  myśli  i  opowiedzieć  mu  o 

swoich  marzeniach,  rozmawiać  o  rozkoszy,  której  przed  chwilą  oboje  zaznali.  Ale  zauważyła,  że  Mac 
zasypia. To, co dla niej było największym przeżyciem, dla niego nie miało takiego znaczenia. Znał wiele 
kobiet, a ona stała się jeszcze jedną jego zabawką. Ta świadomość zmartwiła ją i przygasiła euforię. 

- Powinnam wrócić do siebie - szepnęła. - Nie mogę tu zostać. 
- Dlaczego? - Mac wyciągnął rękę, by zgasić nocną lampę. 
- Nie chcę, żeby dzieci zastały nas razem. 

background image

- Drzwi są zamknięte. Nikt nie będzie nas niepokoić. I co to znaczy, że nie możesz spać tutaj? - zapytał 

Mac, wyczuwając, że Kara zaczyna się czegoś obawiać. - W tym łóżku jest znacznie lepszy materac niż w 
twojej sypialni. 

Przysunął się do niej i od tyłu objął w talii, a potem mocno przytulił do siebie. 
-  Nie  chodzi  o  materac  -  odparła  Kara.  -  Rzecz  w  tym,  że  ja  nie  tylko  nie  kochałam  się  dotąd  z 

mężczyzną, ale i nie spałam z nim. Nie będę mogła zasnąć. Jeśli nie odejdę, żadne z nas nie wypocznie. 

- Zaryzykuję - powiedział, całując ją w skroń. - Zostaniesz tu, kochanie. 
-  Jesteś  okropny!  Agresywny,  apodyktyczny  i...  -  krzyknęła, próbując  mu  się  wyrwać,  ale  ramię  Maca 

było jak z żelaza. 

- Wyliczyłaś same zalety. Dobranoc, najdroższa. 
Poczuła gniew. To irracjonalne złościć się na mężczyznę, który dał jej tyle rozkoszy, pomyślała. Nawet 

jeśli  myślał  inaczej,  Kara  chciała  usłyszeć  go  mówiącego,  że  przeżył  z  nią  cudowne  chwile,  ale  Mac 
milczał. 

- Słuchaj, to nie ma sensu - zaczęła, szamocząc się w jego uścisku. - Nie usnę tutaj. Pozwól mi odejść. 
- Nie! 
Próbowała  się  opanować.  Nie  mogła  go  winić,  że  nie  uważał  ich  wspólnych  przeżyć  za  coś 

nadzwyczajnego. 

- Łatwo ci przyszło - mruknęła. Szybko mu uległa. Choć nie żałowała niczego, brakowało jej większego 

zaangażowania  Maca.  Zbyt  dobrze  siebie  znała  i  wiedziała,  że  nie  poszłaby  do  łóżka  z  pierwszym 
lepszym. Była z Macauleyem, bo w ciągu tych dwóch dni bez pamięci się w nim zakochała. Tak bardzo 
pragnęła usłyszeć od niego, że to, co się między nimi zdarzyło, dla niego też miało wyjątkowe znaczenie i 
ż

e nie traktuje jej jak narzeczonej na zamówienie. Lecz Mac inaczej wytłumaczył sobie milczenie Kary. 

- Łatwo? Po prostu kochałem się z moją przyszłą żoną, a teraz czas spać. 
Od  miesięcy,  a  może nawet  nigdy  w  życiu  nie  czuł  się  równie  wspaniale.  Zamknął  oczy.  Nie  czas ani 

miejsce na retrospekcje. Pastor zrobił mu ogromną przysługę, proponując zaproszenie Kary do Montany. 
Trzeba by mu za to ufundować dzwon kościelny albo coś w tym rodzaju, pomyślał zasypiając. 

Kara  leżała  cicho  i  nasłuchiwała  spokojnego  oddechu  Maca.  Postanowiła  zmienić  taktykę.  Nie  było 

sensu się z nim spierać, skoro postanowił ją zatrzymać. Zaczeka, aż jego pozwolenie nie będzie potrzebne, 
i odejdzie. 

Kiedy upewniła się, że zasnął, mogła już wyśliznąć się z sypialni. Czekała tylko na właściwy moment. 

Mimo podenerwowania czuła, że powoli zaczyna się rozluźniać. 

W pokoju było ciemno i cicho. Mac otulił ich oboje ciepłą kołdrą. Obok siebie czuła jego gorące ciało. 

Powieki  zaczynały  jej  ciążyć.  Leżenie  z  otwartymi  oczami  wymagało  zbyt  wiele  wysiłku,  więc  je 
przymknęła.  Poleży  jeszcze  kilka  minut,  a  potem  wstanie,  pomyślała  z  westchnieniem.  Tylko  kilka 
minut... 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

Dzwonek  budzika  wyrwał  Karę  z  głębokiego  snu.  Uświadomiwszy  sobie,  gdzie  się  znajduje,  szeroko 

otworzyła oczy. Leżała naga z mężczyzną w łóżku! Mac westchnął i po omacku wyłączył alarm. 

Przypomniała sobie wszystko, włącznie z nocnym zamierzeniem, by wrócić do swojej sypialni. 
- Zostań tu i śpij - powiedział Mac. - Muszę wyprawić dzieci do szkoły, ale ty... 
- Wstanę. 
Kara wyskoczyła z łóżka, wbiegła do łazienki i zamknęła drzwi. Słysząc trzask zamka, Mac uśmiechnął 

się lekko. Rozbawiła go skromność dziewczyny, tak bardzo kontrastująca z jej wczorajszą namiętnością. 
Czule  pomyślał  o  minionej  nocy.  A  więc  był  pierwszym  mężczyzną  w  życiu  Kary  i  mógłby  zostać 
jedynym. 

Podszedł do okna, by rozsunąć zasłony. Zapowiadał się pochmurny, deszczowy dzień, ale Mac wkładał 

szlafrok, pogwizdując wesoło. 

 
Kara podsunęła Brickowi kolejny placek, podziwiając apetyt chłopca. To była trzecia dokładka. Autumn 

pracowała nad pierwszym, polewając go obficie słodkim sosem. Lily małymi łyczkami popijała herbatę i 

background image

skubała grzankę. Rekonwalescent Clay jeszcze spał w swoim pokoju. 

Tai wkroczył do kuchni z podniesionym ogonem i donośnym miauczeniem oznajmił swoje przybycie. 
- Spędził dziś noc w moim łóżku - powiedziała Autumn. 
Kot dostał swoje jedzenie i przestał interesować się ludźmi. 
-  Czy  to  nie  wspaniałe?  Prawdziwe,  domowe  śniadanie!  -  zachwycał  się  Mac,  kończąc  swoją  porcję 

placków.  - Kiedyż to ostatnio jedliśmy  coś podobnego? Pastor miał rację.  Znakomicie gotujesz - rzekł z 
uśmiechem do Kary. 

- Biorąc pod uwagę twój dzisiejszy poranny nastrój, chyba nie tylko w tym jest dobra - zauważyła Lily. 
Kara zaczerwieniła się i o mało nie wypuściła z rąk patelni, którą zamierzała wyszorować. 
- Lily! - upomniał bratanicę Mac, ale zabrzmiało to raczej żartobliwie niż surowo. 
  - Co ona miała na myśli? - chciała wiedzieć Autumn. 
- Że jesteśmy bardzo zadowoleni, iż Kara jest z nami i zrobiła śniadanie - wyjaśnił Mac. 
- Brick, czemu idziesz do szkoły  w  białym swetrze  i dżinsach? Joanna Franklin mówiła, że dziś  macie 

dzień przebierańców, więc powinieneś włożyć coś śmiesznego - zauważyła Autumn. 

- Co? - Brick mało nie zakrztusił się mlekiem. - Nie idę! Nie mam zamiaru się wygłupiać! Nikt mnie nie 

zmusi - dodał, spoglądając z wyzwaniem na wuja. 

- Brick, musisz iść do szkoły. Wystarczy, że wczoraj opuściłeś zajęcia. I tak masz dużo do nadrobienia... 

- stwierdził Mac. 

- Mogę jeszcze raz nie pójść - przerwał mu chłopak. 
Obaj wstali z miejsc. 
- Przestańcie. Jest dopiero siódma rano - rzekła Lily. 
Kara popatrzyła na obu Wilde’ów. I  wuj,  i bratanek zacinali się w uporze. Spostrzegła też, że Autumn 

uśmiecha  się  z  satysfakcją  i  korzystając  z  zamieszania,  bezkarnie  sięga  po  słodki  sos,  którego  Mac  nie 
pozwalał jej nadużywać. 

- Nie szkodzi, jeśli Brick zostanie dziś w domu - ośmieliła się wtrącić. - Zajmie się trochę Clayem, pogra 

z nim w coś, pomoże odrobić lekcje, które mu zadano. 

- Oczywiście - zgodził się Brick. 
- Chłopak nie zostanie w domu. Nie ma o czym mówić! - Mac był niezadowolony z interwencji Kary. 
- Kara powiedziała, że mogę zostać, i będę jej słuchać. 
- Znowu to samo - rzekła znudzonym tonem Lily. - To mogło działać u wuja Jamesa i ciotki Ewy, którzy 

o mało  się nie rozwiedli,  zanim zdecydowali, że pieniądze otrzymywane z naszego ubezpieczenia  nie są 
tego warte, i odesłali nas tutaj. 

- Rozumiem, że Brick może nie mieć ochoty na przebieranie się - powiedziała spokojnie Kara. - U mnie 

w szkole też kiedyś wprowadzono taki zwyczaj. Każdy starał się o najzabawniejszy  kostium. To  było  w 
ósmej klasie. Właśnie się przeprowadziliśmy i wszystkie dziewczynki ubierały się w tej szkole inaczej niż 
tam,  gdzie  uczyłam  się  poprzednio.  Tego  dnia  kilka  z  nich  przyszło  ubranych  dokładnie  jak  ja.  Domy-
ś

liłam się, że posłużyłam im za model. To nie był miły moment - przyznała.   

- Musiało być ci głupio - zauważył Brick. 
-  To  zdarzyło  się  dawno  temu,  ale  pozostało  mi  przeświadczenie,  że  takiego  dnia  zawsze  komuś  jest 

przykro. 

- U  nas  w  klasie też  jest paru takich, z  których  mogą się  nabijać, ale  my  z Jimmym  nie dopuścimy  do 

tego. Idę do szkoły, wujku - zdecydował Brick, biegnąc po książki. 

-  Brick  obrońcą  uciśnionych!  Sam,  z  własnej  woli,  chce  iść  do  szkoły!  Dobra  jesteś,  Karo  -  rzekła  z 

uznaniem Lily. 

-  Jest  wspaniała  -  stwierdził  Mac,  podchodząc  do  Kary  i  obejmując  ją  w  talii.  -  Historia,  którą 

opowiedziałaś,  to  znakomity  chwyt  -  dodał  i  przytulił  ją  mocniej  do  siebie.  -  Dziękuję,  kochanie,  że 
powstrzymałaś mnie od kolejnego wybuchu gniewu. Twój sposób okazał się znacznie lepszy. 

Kara  zadrżała,  kiedy  Mac  przesunął  dłońmi  po  jej  bladoróżowym  szlafroczku.  W  czasie  śniadania  w 

obecności  dzieci  starała  się  zachować  spokój,  lecz  teraz  wróciła  świadomość,  że  ostatniej  nocy  zostali 
kochankami. 

Mac spróbował wsunąć dłonie pod szlafroczek, ale wyśliznęła mu się z objęć. Nie mogła sobie pozwolić 

background image

na takie intymności przy Lily. 

- Sądzisz, że wymyśliłam tę historię? - spytała, próbując przywrócić między nimi dystans. 
Opowieść  była  prawdziwa  i  stanowiła  jedno  z  pierwszych  doświadczeń  decydujących  o  tym,  że  Kara 

stała się tak wrażliwa na upokorzenia. Ale żadne z Wilde’ów tego nie rozumiało. 

Brick i Autumn wbiegli z książkami do kuchni. Za nimi wszedł Webb Asher w kowbojskim stroju. 
-  Pada,  więc  myślę,  że  wszyscy  będą  dziś  pracować  w  stajniach,  a  ja  chcę  załatwić  parę  rzeczy  w 

mieście, więc mogę podwieźć dzieciaki do szkoły. 

- Świetnie! Nie będziemy musieli siedzieć w dżipie - ucieszyli się Brick i Autumn. 
-  W  czasie  deszczu  zawsze  podwożę  ich  do  drogi  i  tam  czekają  w  samochodzie  na  szkolny  autobus  - 

wyjaśnił Mac. 

-  Jak  się  pobierzecie,  tobie  przypadnie  to  w  udziale,  a  także  wiele  innych  obowiązków,  pani  Wilde  - 

zauważyła Lily, zwracając się do Kary. 

- Znajdzie się również parę pozytywnych aspektów tego statusu - mruknął Mac, całując Karę w szyję. 
Dziewczyna zarumieniła się i spróbowała odsunąć Maca. Przestał całować, lecz wciąż obejmował ją w 

talii. 

- Mogę jeden wymienić - oznajmiła Autumn. - Oglądanie telewizji satelitarnej! 
Słysząc to, wszyscy roześmieli się głośno. 
- Bierz swoje książki, uczennico. Chyba nie chcesz spóźnić się do szkoły? - zwrócił się Webb do Lily. 
Kara gwałtownie odwróciła głowę, by spojrzeć na zarządcę. W głosie, którym przemawiał do bratanicy 

Maca, było coś prowokacyjnego. Lily zakołysała zalotnie biodrami. 

- Stokrotne dzięki, Webb. Naprawdę doceniam to, co dla nas robisz - rzekł Mac. 
- Ja również - dorzuciła Lily z uśmiechem. 
Czyżby dziewczyna była jednak bliżej związana z tym kowbojem, zastanowiła się Kara, śledząc chłodny 

wzrok Ashera  skierowany  ku Lily. I czy jej wuj niczego się nie domyślał? Lecz Mac ścigał spojrzeniem 
tylko ją i nie w głowie mu było obserwowanie zarządcy rancza albo własnej bratanicy. 

- Skoro Clay jeszcze śpi, a my nie byliśmy pod prysznicem, to zaoszczędźmy czasu oraz ciepłej wody i 

weźmy wspólną kąpiel. 

Karze  zaparło  dech  z  wrażenia.  Obawiała  się,  czy  Webb  i  dzieci  wychodzące  właśnie  z  domu  nie 

usłyszały  tej  niezwykłej  propozycji.  Mac  nie  żywił  podobnych  obaw.  Objął  Karę  i  poprowadził  do 
sypialni. 

Zamknął  dokładnie  drzwi,  a  potem  gwałtownie  ją  pocałował.  Kara  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję  i 

przylgnęła doń całym ciałem. 

Zanim zupełnie straciła kontrolę nad sytuacją, pomyślała jeszcze, że szybko nauczyła się odwzajemniać 

pieszczoty. Uwielbiała całować i dotykać Maca. 

-  Pragnąłem  tego,  odkąd  się  obudziliśmy  -  powiedział  Mac,  przerywając  dla  złapania  oddechu.  -  Lecz 

wyskoczyłaś z łóżka jak gazela, a potem byliśmy otoczeni przez całą paczkę nieletnich przyzwoitek. 

- Dzieci dobrze wiedzą, co się święci - rzekła Kara. 
Kochała  Maca  Wilde’a  bez  wzajemności  i  należało  o  tym  pamiętać.  Przypadek  sprawił,  że  to  ona 

wysiadła z samolotu. Na jej miejscu mogła się znaleźć każda inna kobieta. 

-  Nie  zajmujmy  się  tym  teraz  -  zaproponował  Mac,  jakby  znał  jej  myśli.  -  Kochaliśmy  się  i  wiesz,  że 

jesteś moja! 

Miał spore doświadczenie w stosunkach z kobietami, lecz żadna z nich nie podniecała go tak bardzo jak 

Kara. 

- Chodź! - powiedział. 
Wziął ją za rękę, by pociągnąć do łazienki. Natychmiast odkręcił kurek, a potem zrzucił szlafrok. 
- Rozbierz się i wejdź pod prysznic! 
Oczy Kary rozszerzyły się na widok jego podniecenia. Spędziła z nim noc, ale po raz pierwszy widziała 

go bez ubrania w świetle dziennym. 

- Lepiej zajrzę do Claya. Może się obudził... - wymamrotała okropnie zawstydzona. 
- Sam potrafi zjeść śniadanie i włączyć telewizor. 
Mac rozpiął jej szlafroczek i zsunął go z ramion, a potem dotknął białych majteczek. 

background image

- Po co je wkładałaś? 
- Mac! 
Zarumieniona  patrzyła,  jak  ją  rozbierał  i  przesuwał  palcami  po  intymnych  zakątkach  ciała.  Potem 

popchnął pod ciepły strumień i roześmiał się, gdy zachłysnęła się wodą. 

- Nie ma obawy, nie rozpuścisz się jak cukier! 
-  Ja  się  z  ciebie  nie  śmiałam,  gdy  cię  wczoraj  oblano  wodą  -  przypomniała.  -  Autumn  miała  rację. 

Zachowujesz się jak dzikus. 

- Właśnie - zgodził się i namydlił ręce. - Podejdź do mnie! 
- Łamiesz zasady, które sam ustaliłeś - rzekła, czując, że cała drży z podniecenia. 
- Cofam zakaz i ustanawiam wyjątek od reguły, bo ty jesteś wyjątkowa, kochanie - oznajmił i pochwycił 

ją w namydlone dłonie. 

Mokrymi  ustami  rozchylił  jej  wargi,  a  rękami  rozpoczął  wędrówkę  po  całym  ciele.  Mydlił  piersi, 

pieszcząc  i  uciskając  je  delikatnie  palcami,  aż  jęknęła  z  rozkoszy.  Potem  zrobił  to  samo  z  każdym 
centymetrem jej ciała. 

Niecierpliwie  czekała,  aż dłonie  Maca  wsuną  się  między  nogi.  Szeptała  jego imię i  tuliła  się  do niego. 

Było jej tak dobrze! Zaciskała palce, pragnąc tych samych doznań, które ofiarował jej nocą. 

- Jeszcze nie, najdroższa - szepnął. 
Krótki szloch wyrwał się jej z gardła, ale Mac nie zaprzestawał działań, co chwila doprowadzając ją na 

krawędź  ekstazy.  Gwałtownie  zapragnęła  spełnienia  i  sięgnęła  między  uda  Maca,  sama  rozpoczynając 
pieszczoty. 

- O tak, kochanie - westchnął. - Teraz już jesteś gotowa do następnej lekcji. 
Przycisnął Karę do ściany i wszedł głęboko w jej ciało. Krzyknęła, czując, jak eksploduje rozkoszą... 
A potem ona mydliła wspaniałe ciało Maca, myła mu włosy i rozpryskiwała wodę po całej łazience. 
- Co to było? Usunięcie wyrostka? Kiedy? - zapytał Mac, dotykając palcem blizny na brzuchu Kary. 
- Miałam  wtedy sześć lat - odparła. - Zachorowałam w szkole i wzięto mnie do szpitala. Tego samego 

dnia  zrobili  operację.  Bardzo  się  bałam,  ale  tatuś  tak  ułożył  swoje  zajęcia,  żeby  być  ze  mną  w  szpitalu. 
Mama, która pracowała jako zaopatrzeniowiec wielkich domów towarowych, nie miała czasu. Jak zwykle 
podróżowała  wówczas  służbowo,  ale  mnie  nie  robiło to  różnicy,  bo  został  ze  mną  tatuś.  Przez  pierwszą 
noc nawet spał w szpitalu na rozkładanym łóżku. 

- Mówisz o pastorze? 
- Tak. - Kara skinęła głową. - Zawsze myślałam o nim jak o tacie i we wspomnieniach nim pozostał. 
- Musiałaś się dziwnie czuć, kiedy nagle przestał być twoim ojcem i zamienił się w niby-wujka, którego 

rzadko widywałaś. 

-  To  prawda  -  odrzekła,  choć  słowa,  których  użył,  nie  oddawały  w  pełni  ani  bólu,  ani  poczucia 

odrzucenia, które wtedy przeżywała. 

- Nic dziwnego, że trudno ci teraz zaufać jakiemukolwiek mężczyźnie, skoro już raz cię porzucono. To 

by wyjaśniało, dlaczego tak długo pozostałaś dziewicą - rzekł Mac dumny z własnej przenikliwości. 

- Proszę! Dosyć już tych zabaw w psychologa - rzekła Kara i wyskoczyła spod prysznica. 
Nie chciała, by Mac analizował jej osobowość ani żeby się nad nią użalał. 
-  Zostaniesz  ze  mną,  prawda?  -  spytał,  chwytając  ją  za  rękę.  -  Wczoraj  udowodniłaś,  że  ufasz  mi 

dostatecznie, by ze mną sypiać. 

- A może byłam już zmęczona rolą ostatniej dziewicy na tej planecie? - roześmiała się. 
-  Teraz  jesteś  moją  słodką  narzeczoną  na  zamówienie  -  rzekł,  wycierając  ją  miękkim,  błękitnym 

ręcznikiem. 

- Wiem, że potrzebujesz kogoś do opieki nad dziećmi - odparła, przymykając oczy, bo pieszczoty Maca 

sprawiały  jej  niewysłowioną  przyjemność.  -  Ale  jeśli  za  kilka  lat  sprawy  między  nami  nie  będą  się 
układały, to nasze rozstanie boleśnie zrani Claya i Autumn. 

- Nic takiego się nie zdarzy. Wszystko będzie dobrze - zapewnił. 
Przecież  to najlepszy  moment,  by  Mac  wyznał  jej  miłość, jeśli  w  ogóle  żywił  do  niej to  uczucie.  Kara 

pragnęła tego tak bardzo, że gotowa była przystać nawet na kłamstwa. Ale Mac, który nigdy nie kłamał, 
nie rzekł ani słowa. 

background image

Kara powiedziała sobie, że powinna docenić jego uczciwość. Lepiej, że nie wyznał tego, czego nie czuł, 

uznała w duchu. 

W pół godziny później oboje schodzili na dół do holu. Mac władczo obejmował Karę. 
-  Ciągle  pada  -  zauważył.  -  Pewnie  przesiedzę  cały  dzień  w  gabinecie.  Muszę  przejrzeć  papiery. 

Nienawidzę tego. 

- Siedzenia w domu czy papierkowej roboty? - spytała. 
-  I  jednego,  i  drugiego.  Jestem  ranczerem,  więc  lubię  otwartą  przestrzeń.  Nie  wiem,  jak  te  wszystkie 

gryzipiórki mogą cały dzień siedzieć zamknięte w biurowcach. 

- Ja także pracowałam w biurze - mruknęła Kara. 
- Ale już tam nie wrócisz. 
Ta władczość w jego głosie podniecała ją w łóżku, lecz w ciągu dnia Mac powinien wiedzieć, że nie we 

wszystkim może narzucać swoją wolę. 

- Muszę wrócić... 
-  Nie!  Opłacimy  zapakowanie  twoich  rzeczy  i  przesłanie  ich  tutaj.  Wyślesz  do  ministerstwa 

zawiadomienie,  że  rezygnujesz  z  pracy,  a  wszystkie  inne  sprawy  możesz  załatwić  faksem  lub  przez 
telefon. Nie pozwolę ci odejść. 

-  W  rzeczywistości  nie  muszę  z  niczego  rezygnować.  Zwalniają  mnie  za  miesiąc  -  rzekła  z  trudem, 

czując, że winna jest szczerość temu mężczyźnie. - Teraz mam tygodniowy urlop i powinnam wrócić do 
pracy jeszcze na kilkanaście dni. 

- Nigdzie nie wrócisz. Jeśli byli tacy głupi, że cię zwolnili, to sami są sobie winni. Nam jesteś potrzebna. 

Zrozum, że nie będziesz już dłużej żadną urzędniczką - powiedział i pocałował ją mocno. 

Z pokoju dobiegły dźwięki telewizora. Clay siedział na podłodze, jadł płatki kukurydziane i gapił się w 

ekran. Na oknie siedział Tai i obserwował wiewiórki. Obaj zignorowali wejście Maca oraz Kary. 

-  Widzisz,  elektroniczna  niańka  to  prawdziwy  dar  niebios  -  rzucił  Mac  i  pocałowawszy  ją  w  czubek 

głowy, zniknął w gabinecie. 

Przysiadła  obok  Claya,  akceptując  rolę  opiekunki.  W  pół  godziny  później,  gdy  mały  tkwił  przy 

kuchennym  stole,  pracowicie  wypisując  litery  na  żółtym  liniowanym  papierze,  zadzwonił  telefon.  Kara 
podniosła słuchawkę. 

- Tu szkoła średnia w Bear Creek - usłyszała. - Chcieliśmy sprawdzić, czy Lily Wilde ciągle jest chora? 
- Ciągle chora - powtórzyła Kara, a szkolna sekretarka przyjęła to jako potwierdzenie. 
- Dziękuję, mamy nadzieję, że wkrótce wyzdrowieje - powiedziała i odłożyła słuchawkę. 
Kara przypomniała sobie poranną wymianę spojrzeń między Lily i Webbem. Jego zielone, chłodne oczy 

i zaciśnięte usta. Więc ta dziewczyna znowu nie poszła do szkoły? A może Asher jest niewinny, a ona ma 
zbyt bujną wyobraźnię? Lecz jeśli mała ma romans z zarządcą? Zdecydowała, że musi dokładnie wypytać 
Lily, zanim porozmawia z Makiem. 

 
Ciągle padało, kiedy Lily z Brickiem i Autumn wrócili do domu późnym popołudniem. 
- Webb podwiózł nas rano pod samą szkołę - oznajmiła Autumn. 
Kara  skinęła  głową  i  uważnie  przyjrzała  się  starszej  bratanicy  Maca.  Rozmarzone  oczy  Lily  nie 

pozostawiały wątpliwości co do tego, jak spędziła dzień. Teraz, narzekając na ból, głowy, skierowała się 
do swego pokoju. Nie zwiodła Kary, ale obecność pozostałych dzieci i Maca uniemożliwiła śledztwo. 

Wszyscy  zasiedli  w  kuchni,  żartując  i  jedząc  maślane  bułeczki  z  orzechami,  które  upiekła  wcześniej. 

Mac cieszył się wyraźnie z domowej atmosfery i ścigał uroczą gospodynię roznamiętnionym wzrokiem. 

Kara miała na sobie popielatą spódniczkę,  wystarczająco krótką, by odsłaniała zgrabne nogi, piaskowy 

sweterek i kamizelkę. Mac wiedział, jaką bieliznę nosiła pod spodem, bo był przy tym, kiedy ją wkładała. 

-  Chodzę  teraz  z  Courtney  Egan.  -  Głos  Bricka  przerwał  erotyczne  fantazje  Maca  Wilde’a.  -  Jest 

najfajniejszą dziewczyną w ósmej klasie, a może w całej szkole. 

- Z córką mojego kolegi, tego adwokata, Toma Egana? - spytał Mac, żywiąc nadzieję, iż przyjaźń z tak 

znakomicie ułożoną dziewczynką dobrze wpłynie na Bricka. 

-  Dziś  wszyscy  wyglądali  okropnie  głupio.  Tylko  ja  i  Jimmy  jak  ludzie.  Courtney  rzuciła  Chada 

Waltersa i powiedziała swojej przyjaciółce Bethany, że jestem fajny i zaprosi mnie w piątek na przyjęcie. 

background image

- Szybko się dogadaliście - rzekła Kara, patrząc z uśmiechem na Maca.   
-  Brick  jest  równie  impulsywny  jak  ja  -  mruknął  Macauley  tak  cicho,  by  bratanek  go  nie  słyszał.  - 

Miejmy nadzieję, że nie będzie równie szybki - zażartował, chwycił Karę za rękę i pocałował w dłoń. 

Przybycie  Willa  Franklina  przerwało  sielankę.  Mac  powitał  pastora,  ale  nie  był  zachwycony  wizytą. 

Wielebny Franklin zignorował niechęć gospodarza. 

-  Musisz  zjeść  z  nami  kolację,  kochana  -  zwrócił  się  do  Kary.  -  Ginny  przygotowała  coś  pysznego. 

Chcielibyśmy cię zabrać na festyn związany z kwestą na rzecz kościoła. Będzie doroczna wyprzedaż „Pod 
białym wielbłądem”, jak ją nazywamy. 

- Ja też chcę zobaczyć wielbłądy - zawołał Clay, a poparła go Autumn. - Wujku, jedźmy! 
-  To  nie  ma  nic  wspólnego  z  prawdziwymi  wielbłądami  -  wyjaśnił  Mac.  -  Ludzie  przynoszą  na 

wyprzedaż najdziwniejsze rzeczy, które są już im niepotrzebne, ale mogą przydać się innym. 

- Chcę, żeby ciocia Kara została tutaj, a nie jeździła na jakąś głupią wyprzedaż. - Clay dał wyraz swemu 

niezadowoleniu. 

- Wujku, powiedz jej, że nie może jechać. 
Kara  zamarła,  widząc,  jak  dzieci  spoglądają  raz  na  pastora,  raz  na  Maca,  wyraźnie  czekając  na 

pojedynek. 

- Ależ oczywiście, że może - powiedział stanowczo pastor. - Nie jest tu więźniem i najwyższy czas, by 

odwiedziła przyjaciół w mieście. 

- A jeśli będzie chciała zostać z przyjaciółmi tutaj? - spytała niewinnie Autumn, ale jej oczy błyszczały 

niebezpiecznie. 

- Tak - przyznał Brick. - Ona jest dziewczyną wujka, więc tylko on może decydować, co ma robić. 
Mac uśmiechnął się z aprobatą, ale Kara nie mogła powstrzymać się od reakcji. 
- Niezupełnie jestem dziewczyną twego wujka, Brick - rzekła zarumieniona. - Poza tym mężczyźni nie 

mogą rządzić kobietami, bo one mają własny rozum. Nikt nie będzie mi dyktował, co powinnam zrobić. 

- To znaczy, że możesz robić, co chcesz? - upewniała się Autumn. 
-  W  granicach  rozsądku.  Nie  można  zachowywać  się  nieodpowiedzialnie  ani  łamać  prawa  -  wyjaśniła 

Kara. 

- Tutaj wujek ustanawia prawo, a ty nie możesz go łamać - upierał się Brick. 
- Właśnie, pamiętaj o tym. - Mac wpadł mu w słowo. 
- Możemy wrócić do sedna sprawy? - zniecierpliwił się pastor. - Bardzo chciałbym spędzić z tobą trochę 

czasu, Karo. 

- Ja też - przyznała dziewczyna. 
- Oczywiście, możesz zjeść kolację z Franklinami - zgodził się Mac bez entuzjazmu. 
- Jestem wdzięczna za pozwolenie, szefie - wycedziła przez zęby. - Dziękuję za zaproszenie, pastorze - 

dodała. 

- Już nawet nie „wujku” - zmartwił się wielebny Will. 
-  Tak  miała  zwracać  się  do  ojczyma  mała  dziewczynka  zamiast  „tatusiu”,  prawda?  -  zauważył  zimno 

Mac. - Ale Kara już dorosła i wkrótce będzie panią Wilde. 

Kara  spojrzała  na  Macauleya.  Podjęłaby  wyzwanie,  gdyby  nie  pastor  i  dzieci,  ale  Mac  niczym  się  nie 

przejmował. 

- Czy wspomniałem, że zamierzam zabrać  wszystkich na kolację do miasta? - zapytał. - Clay czuje się 

już dobrze i może z nami jechać. No jak, dzieci, Burger Bam czy Pizza Ranch? 

Propozycja wujka wywołała spory wśród małych Wilde’ów, a Mac odprowadził Karę i pastora do drzwi. 
- Po kolacji zajrzymy na tę wyprzedaż „Pod białym wielbłądem”, skoro Clay tak się do niej pali - rzucił 

przy pożegnaniu. 

- Przecież nawet nie wiedział, co to jest - zauważyła Kara, wzburzona faktem, że najpierw pastor, a teraz 

Mac wywierają na nią presję. 

- No to powinien wreszcie się dowiedzieć. Spotkamy się potem przy kościele i przywiozę cię do domu. 

Nie ma sensu fatygować ponownie pastora. 

- Miałem zaproponować, by Kara przenocowała u nas - rzekł wielebny Will. 
- Przywiozę ją tutaj. - Mac potrząsnął głową i na dłuższą chwilę przygarnął Karę do piersi. - Zobaczymy 

background image

się później, kochanie - powiedział, dotykając policzkiem jej skroni. 

- To obietnica czy groźba? - Pastor zrobił aluzję do ponurego tonu Macauleya. 
- Ona sama zadecyduje - odrzekł Mac, uwalniając Karę z objęć. 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

-  Karo,  kochanie,  tak  mi  przykro,  że  sprowadziłem  cię  do  Bear  Creek  pod  fałszywym  pretekstem  - 

powiedział pastor w drodze do miasta. - Nie wiem, czy mi  wybaczysz, że naraziłem cię na towarzystwo 
Wilde’ów. 

- W porządku, wujku - przerwała mu dziewczyna. 
-  Wcale  nie.  Widzę,  że  Mac  za  wszelką  cenę  dąży  do  ślubu.  Podziwiam  jego  oddanie  dzieciom,  ale 

uważam, iż postępuje nieuczciwie, chcąc cię wykorzystać. To byłby nieudany związek. 

Kara milczała. Czuła się niezręcznie, mając świadomość, jak daleko zaszły jej stosunki z Makiem. 
-  To  silny,  apodyktyczny  mężczyzna.  Jest  dobry,  ale  przywykł  chodzić  własnymi  drogami  -  ciągnął 

wielebny  Will.  -  Obawiam  się,  że  może  posunąć  się  za  daleko,  by  cię  zatrzymać  na  ranczu  z  tymi 
trudnymi dziećmi. 

- Są po prostu bardzo żywe. - Kara ujęła się za dobraną paczką z Double R. 
- Kochanie, ze mną możesz być szczera. Nie chcę, żebyś wpadła w pułapkę. 
- Wujku - przerwała - lepiej od razu ci powiem, że jestem poważnie zainteresowana tym małżeństwem. 
-  Byłbym  zachwycony,  słysząc  to,  gdybyś  naprawdę  zdawała  sobie  sprawę,  co  robisz  -  rzekł  pastor, 

ocierając  chusteczką  spocone  czoło.  -  Ale  tak  nie  jest.  Mac  trzymał  cię  na  ranczu  w  izolacji.  Użył 
wszelkich sposobów, by cię oczarować i skłonić do małżeństwa, które tylko dla niego jest korzystne. 

- Mac do niczego mnie nie zmuszał - odparła. 
- Z pewnością potrafił sprawić, byś postępowała tak, jak on zechce. 
- Przecież sam mu powiedziałeś, że będę odpowiednia do... jego celów. 
- Miałem nadzieję, iż przypadniecie sobie do gustu. Sądziłem jednak, że zapoznacie się w cywilizowany 

sposób,  a  to  zaowocuje  kiedyś  małżeństwem.  Tymczasem  on  porwał  cię  z  lotniska  i  niemal  uwięził  na 
ranczu... 

- Jak widzisz, nie jestem więziona. 
-  Wypuścił  cię  na  parę  godzin,  byś  się  łudziła,  że  jesteś  wolna.  Nie  zauważyłaś,  jak  nalegał,  by 

przywieźć cię wieczorem do domu? 

-  Tak  -  odrzekła  z  ekscytacją,  bo  przypomniała  sobie  błysk  pożądania  w  oczach  Maca  i  wyraźne 

podniecenie w chwili, gdy się żegnali. 

Nawet  jeśli  Mac  był  wobec  niej  nieszczery,  to  godząc  się  na  ślub,  zyskiwała  dom  i  rodzinę.  Rzuciła 

okiem na byłego ojczyma. On i jej matka odeszli do osób, które kochali, nie dbając o uczucia Kary, która 
nie  miała  odtąd  prawdziwego  domu  aż  do  chwili  spotkania  Wilde’ów.  Wiedziała,  że  nie  potrafi  tego 
wytłumaczyć pastorowi. 

-  Gdzie  twój  zdrowy  rozsądek  i  duma?  -  lamentował  wielebny  Will  Franklin.  -  Zawsze  byłaś  taka 

praktyczna. Przecież to nie ciebie chce Mac, ale opiekunki do dzieci. Ożeniłby się z pierwszą lepszą, która 
zgodziłaby się na jego warunki. 

-  Był  ze  mną  uczciwy.  Powiedział,  dlaczego  chce  się  żenić,  a  uczciwość  to  dobry  fundament 

małżeństwa, prawda? Będziemy szczęśliwym stadłem... 

- Dokonujesz cudów, żeby samą siebie oszukać. Z własnego doświadczenia wiem, że takie małżeństwa 

się nie udają - powiedział pastor i zaczerpnął powietrza. - Bardzo kochałem twoją matkę i pragnąłem, by 
wyszła za mnie. Wyznała uczciwie, że nie odwzajemnia moich uczuć i jeśli zgodzi się na małżeństwo, to 
tylko  dla  dobra  córeczki,  która  potrzebuje  ojca.  Przypomniała  mi to,  gdy  spotkała Drew  Ansella  i  zako-
chała się w nim do szaleństwa. Nie chcę, żeby i tobie ktoś złamał serce. 

Kara nie odezwała się ani słowem, dopóki nie dojechali do miasta. Przez cały czas mówił pastor, starając 

się odwieść swą byłą pasierbicę od związku z Makiem Wilde’em. Im dłużej to trwało, tym Kara gorzej się 
czuła.  Gdy  dojechali  do  domu  wielebnego  pastora,  była  niemal  przekonana,  że  Mac  chce  ją  po  prostu 
wyzyskać. 

-  Karo,  zanim  wysiądziemy...  Tricia  i  Joanna  nie  wiedzą,  że  byłem  już  raz  żonaty.  Ginny  nigdy  nie 

background image

chciała im o tym powiedzieć, by nie doznały urazu. 

- Myślę, że jedynie Ginny miała uraz - rzekła cicho dziewczyna. - I chyba dotąd się go nie wyzbyła. Ale 

nie martw się. Niczego nie powiem. Po prostu będę uchodzić za córkę twoich znajomych ze wschodniego 
wybrzeża. 

Wielebny Will westchnął z ulgą i odrobiną żalu. 
Ginny,  Tricia  i  Joanna  przywitały  Karę  serdecznie.  Żyjąc  w  rodzinie  pastora,  były  przyzwyczajone  do 

przyjmowania gości. Kara zauważyła, że jest traktowana jak jedna z parafianek wielebnego Willa. Kolacja 
- stek, warzywa i szarlotka - była wyśmienita. Rozmowa toczyła się wartko, choć Kara stale miała się na 
baczności.  Ginny  ani  słowem  nie  napomknęła  o  dawnych  animozjach.  Pastor  zabawiał  gościa 
anegdotkami, a Tricia i Joanna nie szczędziły plotek o Lily i Bricku Wilde’ach. 

Po kolacji, gdy dziewczynki zmywały naczynia w kuchni, a pastor musiał odebrać telefon, Kara została 

sam  na  sam  z  Ginny.  Mimo  iż  nie  miała  już  ośmiu  lat,  poczuła,  że  się  poci  i  coś  ściska  ją  w  gardle. 
Spodziewała się, że skoro zniknęli świadkowie, Ginny pokaże okrutne oblicze macochy. 

-  Jak  się  miewa  twoja  matka?  -  zapytała  żona  wielebnego  Willa,  a  Kara  omal  nie  wypuściła  z  rąk 

filiżanki z kawą. 

- Świetnie. Dziękuję za pamięć - odparła, gdy zdołała zebrać myśli. - Siedem lat temu wyjechała z Drew 

do Kalifornii. Nadal pracuje jako zaopatrzeniowiec sieci domów towarowych Millera i Richardsa, a Drew 
prowadzi  swoją  kancelarię  adwokacką.  Są  bardzo  zajęci  -  powiedziała  i  spuściła  oczy  pod  badawczym 
spojrzeniem Ginny. 

- Twoja matka była jedną z najpiękniejszych kobiet, jakie widziałam - rzekła Ginny, a Kara czekała na 

nieuniknioną uwagę, że ona sama w niczym jej nie przypomina, ale, o dziwo, nic takiego nie padło. 

- Trudno mi było uwierzyć, że Will po rozstaniu z taką pięknością mógł ożenić się z kimś, kto wygląda 

jak ja - wyznała żona pastora, niespokojnie rzucając okiem na drzwi, by upewnić się, czy córki nie słyszą 
tej  rozmowy.  -  Nie  potrafiłam  też  zrozumieć,  jak  ona  mogła  odejść  od  tak  wspaniałego  mężczyzny  jak 
Will. Myślałam, że może się opamięta i nieoczekiwanie pojawi u naszych drzwi, próbując odzyskać męża 
- wyznała, czerwieniąc się gwałtownie. 

Kara poczuła współczucie dla tej kobiety i przez moment pomyślała, że coś je łączy. Pastorowa kochała 

mężczyznę,  który  ożenił  się  z  nią  wiedziony  pragmatycznymi  motywami.  Czy  świadomość  tego  faktu 
stała się po latach  mniej bolesna? Kara uznała, że po tak  długim okresie małżeństwa Ginny Franklin nie 
może już chyba czuć się zraniona. 

-  Jestem  przekonana,  że  Will  nie  ożeniłby  się  z  tobą  bez  miłości  -  zapewniła  żonę  pastora  z  czystej 

uprzejmości, choć nie była do końca pewna, czy jest to prawda. 

Dobrze wiedziała, że mogło być inaczej, skoro Mac gotów był się z nią żenić, nie kochając jej, tak jak 

jej własna matka poślubiła kiedyś wielebnego Franklina. 

-  Chciałam  porozmawiać  z  tobą  jak  kobieta  z  kobietą  -  zaczęła  Ginny.  -  Z  tego  co  słyszę,  być  może 

zamieszkasz w Double R i będziemy się często spotykać. 

Kara nie odpowiedziała. Daleko od Maca i dzieci, poddana wpływom rodziny pastora, zaczęła popadać 

w pesymizm, myśląc o swojej przyszłości. 

Jeśli  Mac  jej  nie  kochał,  a  wiedziała,  że  tak  jest,  pewnie  niedługo  się  nią  znuży.  Tylko  przez  moment 

wzbudziła  w  nim  erotyczne  zainteresowanie,  bo  chwilowo  nie  miała  konkurencji.  Naprawdę  jednak  nic 
dla niego nie znaczy. W przyszłości może spotkać jakąś inną kobietę i namiętnie ją pokochać. Jej matka 
bez  chwili  zastanowienia  porzuciła  męża,  gdy  zakochała  się  w  innym  mężczyźnie.  Ludzie  rzadko 
zachowują się rozsądnie, gdy w grę wchodzi miłość. Ona sama była tego żywym dowodem, gotowa wyjść 
za  Maca  po  dwudniowej  znajomości.  Ale  czyż  waszyngtońska  samotność  z  kotem  jako  jedynym 
towarzyszem i sytuacja bezrobotnej poszukującej pracy była lepsza niż wizja nie kochanej żony ranczera? 
Tutaj czuła się potrzebna. 

-  Zdziwiłam  się,  kiedy  Will  powiedział,  że  odwiedziłaś  Maca  -  kontynuowała  Ginny.  -  Nawet  nie 

wiedziałam, że się znacie, ale w końcu wasze ścieżki mogły się przeciąć, skoro podobnie jak Will i bracia 
Wilde’owie interesujesz się ochroną środowiska. 

A więc w ten sposób wielebny Will wyjaśnił powiązania Kary z Makiem i jej obecność w Bear Creek, 

nie angażując w całą sprawę własnej osoby. Kara była pod wrażeniem jego przemyślności. 

background image

- Czy twoja matka przyjedzie na wesele? - spytała Ginny z udaną obojętnością. 
- Nie robiliśmy jeszcze weselnych planów - odparła Kara, czując, że się rumieni. 
- Mogę zrozumieć twoje wahanie. Nie w sprawie Maca, oczywiście. Jest przystojnym, choć szorstkim w 

obejściu  ranczerem,  na  którego  widok  mdleją  wszystkie  kobiety.  -  Ginny  zniżyła  głos  do  szeptu.  -  Ale 
odkąd wziął na wychowanie te okropne dzieci brata, praktycznie stracił powodzenie. 

Kara drgnęła. Nie miała zamiaru dyskutować z żoną pastora o rodzinie Wilde’ów, ale to wcale nie zbiło 

z tropu Ginny. 

-  Jako  młoda żona  pewnie będziesz  chciała  pobyć  tylko  z  mężem,  bez  tych  nieznośnych  dzieci. Kiedy 

przyjdzie  na  świat  wasz  pierwszy  potomek,  nie  starczy  ci  czasu,  by  się  zajmować  tamtą  czwórką.  Na 
twoim miejscu zrobiłabym wszystko, żeby odesłać dzieciaki Jamesowi i Ewie albo dziadkom. 

Karę  ogarnęło  wzburzenie.  Sama  była  nie  chcianym  dzieckiem  i  nie  zamierzała  nikomu  zgotować 

podobnego  losu, lecz teraz znajdowała się w takim stanie, że widziała swoją przyszłość dzieloną  tylko z 
Taiem. 

Do pokoju wszedł uśmiechnięty pastor. 
-  Skończyłem  rozmowy  telefoniczne,  dziewczynki  uwinęły  się  ze  zmywaniem.  A  wy,  moje  panie,  czy 

jesteście gotowe jechać na wyprzedaż? 

-  Oczywiście  -  odparła  Ginny  i  czule  pocałowała  męża  w  policzek.  -  Myślę,  że  spodoba  ci  się,  Karo, 

nasz doroczny festyn. Biorą w nim udział nie tylko parafianie, ale wszyscy, którzy mają na to ochotę. 

 
Sala wyprzedaży wygląda jak wysypisko śmieci, pomyślała Kara, wędrując za Willem i Ginny  wzdłuż 

stołów  rozstawionych  w  piwnicach  kościoła.  Pastorostwo  przystawali  co  chwila,  by  pogawędzić  ze 
znajomymi.  Jednym  przedstawiali  Karę jako  przyjaciółkę rodziny  przybyłą  ze  wschodniego  wybrzeża, a 
innym jako sympatię Maca Wilde’a. Kara zdecydowanie wolała tę pierwszą wersję. Spotkała tu mnóstwo 
ludzi  i  miała  trudności  z  zapamiętaniem  ich  nazwisk  oraz  twarzy.  Czuła  się  trochę  jak  biały  wielbłąd  w 
klatce oglądany przez zwiedzających. 

Ginny bez przerwy z kimś rozmawiała. W pewnej chwili Kara zauważyła, iż żona pastora konwersuje na 

jej  temat  z  jakąś  rudowłosą  dziewczyną,  bo  tamta  obrzuciła  ją  taksującym,  niechętnym  wzrokiem.  Nie 
zdziwiła się, gdy przedstawiono jej Jill Finlay, która była w swoim czasie „dosyć blisko” z Makiem. 

-  Niełatwo  odmawiać  Wilde’owi,  gdy  się  oświadcza  -  rzekła  Jill  -  ale  powiedziałam  mu,  że  mogę 

wychowywać  tylko  własne  dzieci.  Jeśli  sądzisz,  że  tobie  uda  się  wyjść  za  niego  i  namówić,  by  odesłał 
potomstwo brata, to się mylisz - zwróciła się do Kary. 

- Już jej to mówiłam - rzuciła Ginny. - Waha się i zastanawia, czy za niego wyjść. 
-  Pewnie!  Jaka  kobieta  przy  zdrowych  zmysłach  dałaby  sobie  radę  z  taką  bandą?  Nawet  Tonya  nie 

zgodziła się na to, a ona jest trzydziestoczteroletnią rozwódką i nie ma wiele do stracenia. Sądzę, że Mac 
wreszcie zrozumie, iż z tymi strasznymi dziećmi w domu nie ma szans u żadnej kobiety. 

- Lubię dzieci i mogłabym z nimi mieszkać. To raczej sam Mac jest przyczyną moich wahań - odparła 

chłodno Kara, mając dosyć wysłuchiwania opinii rudowłosej Jill. 

Odeszła z uśmiechem na ustach, pozostawiając obie kobiety w niemym zdumieniu. 
-  Ciociu  Karo!  Ciociu  Karo!  Jesteśmy!  -  Kara  przeglądała  właśnie  stare  płyty,  gdy  rozległy  się  głosy 

Claya i Autumn. 

Tak bardzo ucieszyła się na widok małych Wilde’ów, że omal ich nie uściskała. 
- Byliśmy w Pizza Ranch - zawołała Autumn - a teraz chcemy coś kupić. 
-  Kupisz  mi  żelaźniaka,  ciociu?  -  błagał  Clay.  -  Kosztuje  tylko  cztery  dolary,  jest  prawie  nowy,  a  ja 

zapomniałem wziąć pieniędzy. 

-  Nie  bawiłeś  się  swoimi  żelaźniakami,  odkąd  przyjechaliśmy  do  Montany,  głupi  ośle  -  powiedziała 

Autumn. 

- Ale je lubię, a ty nic nie wiesz i sama jesteś głupia! - krzyknął chłopiec, a potem popchnął siostrę na 

stół ze stosem czasopism, które rozsypały się po podłodze. 

-  Złamał  mi  rękę  w  trzech  miejscach!  -  Autumn  rozpłakała  się  głośno,  przytrzymując  dłonią  stłuczone 

ramię. 

- Powiedziała do mnie „głupi” - bronił się malec. 

background image

Kara spostrzegła, że wszyscy mieszkańcy Bear Creek przyglądają się awanturze. Tylko Maca nie było w 

pobliżu.  Ignorując  gapiów,  Kara  wytłumaczyła  Autumn,  że  ramię  nie  zostało  złamane,  i  zaczęła  zbierać 
czasopisma, próbując skłonić dzieci do pomocy. Jednak oboje byli zbyt zajęci płaczem. 

Brick pojawił się, gdy podnosiła z ziemi ostatnią gazetę. 
- Cicho bądźcie! - skarcił rodzeństwo. 
- Gdzie Lily i wujek Mac? - spytała Kara, widząc, że wraz z małymi Wilde’ami ciągle stanowi atrakcję 

dla tłumu. 

- Lily skarżyła się na ból głowy i wolała zostać w domu. Wujek podejrzewał, że to wymówka, i wysłał 

Webba Ashera, żeby jej pilnował. 

- Dobry pomysł - rzekła ponuro Kara. 
Jeśli miała rację, że Lily romansuje z zarządcą rancza, to Mac wpuścił lisa do kurnika. 
-  Wujek  jest  ciągle  z  tamtą.  Wyszli  już  i  wciąż  rozmawiają.  -  Brick  zaadresował  tę  uwagę  do 

rodzeństwa, które przyjęło nowinę z jękiem pogardy. 

- Z tamtą? - powtórzyła Kara, czując, że zasycha jej w ustach. 
- Z Marcy Tanner. Przysiadła się do nas w Pizza Ranch i starała się być bardzo miła dla wujka. 
- Do nas się nie odzywała, bo nas nie znosi - dodała Autumn.  - Tricia opowiedziała  Lily o  wszystkich 

kobietach,  które  nie  chciały  wyjść  za  wujka,  bo  wziął  nas  na  wychowanie.  Marcy  Tanner  też  do  nich 
należy. 

- Ciociu, jeśli przyznam ci się do czegoś okropnego, to kupisz mi mimo wszystko żelaźniaka? - szepnął 

Clay. 

W  tym  momencie  Kara  zauważyła  Maca  z  drobną,  niebieskooką  blondynką  uczepioną  jego  ramienia. 

Oboje uśmiechali się do siebie. Poczuła zazdrość. Z trudem pohamowała się, by siłą nie odciągnąć tamtej 
od Macauleya. Przeraziła się gwałtowności własnych uczuć. 

- Nie przejmuj się. Ona sobie zaraz pójdzie - zauważyła Autumn. 
- Już zadbaliśmy o to, by się jej pozbyć - zachichotał Brick. 
- Co zrobiliście? - zaniepokoiła się Kara. 
- Zabraliśmy jej portmonetkę. Brick wyjął ją z torebki, a ja schowałam w damskiej toalecie w restauracji 

- rzekła Autumn z zadowoleniem w głosie. 

-  Jak  tylko  zechce  coś  kupić,  to  zobaczy,  że  ją  straciła,  i  będzie  musiała  wrócić,  by  szukać  zguby  - 

zaśmiał się Brick. 

- To okropne - uznała Kara. - Wiecie, że nie wolno nikogo okradać. Co będzie, jeśli ktoś inny zabierze 

portmonetkę z toalety? Musicie natychmiast wszystko jej wytłumaczyć! 

- O! Jest Courtney Egan. Idę się z nią przywitać. Do zobaczenia! - zawołał Brick i zniknął. 
- Ciociu, ciociu! Kupisz mi... - nie ustawał Clay, gdy Kara starała się zebrać myśli. 
- Proszę, zdradzę ci sekret! - błagał. 
- Dobrze, jaki sekret? Ale obiecaj, że nie będziesz więcej popychał siostry! 
- Obiecuję - przyrzekł chłopiec. 
-  A  ty  nie  będziesz  nazywać  go  głupim  i  zaraz  przyznacie  się  Marcy  Tanner,  co  zrobiliście  z  jej 

portmonetką - Kara zwróciła się do Autumn. 

- Marcy jest obrzydliwa. Zjada plwociny - zawołała Autumn. 
- Przestań! - zawołała Kara. 
- Naplułem jej do sałatki - zaśmiał się Clay - a ona nie zauważyła i zjadła. 
- O mało nie zwymiotowałam - potwierdziła Autumn. 
- Musicie natychmiast przeprosić Marcy Tanner - zarządziła Kara. 
- Jak nam coś kupisz - targowały się dzieci. 
-  Nic  z  tego,  dopóki  jej  nie  przeprosicie  i  nie  powiecie  o  portmonetce.  Nie  musicie  wdawać  się  w 

szczegóły! - dorzuciła, myśląc o sałatce. - Poczekam tu na was. - Kara nie miała zamiaru podchodzić do 
Maca. 

Autumn wzięła Claya za rękę i ruszyli do Marcy. Po chwili wszyscy obecni mogli usłyszeć przeraźliwy 

wrzask  panny  Tanner,  która  starała  się  pochwycić  dzieci.  Te  jednak  umknęły  szybko,  prosto  do  Kary. 
Blondynka  w  pośpiechu  opuściła  wyprzedaż.  Cała  scena  nie  trwała  dłużej  niż  minutę.  Kara  zauważyła 

background image

wściekłość  Maca,  który  zbliżał  się  ku  winowajcom  wczepionym  w  jej  spódnicę.  Wszyscy  obecni 
obserwowali bieg wypadków. 

- Zrobiliśmy to, ciociu Karo! - wykrzyknął Clay. 
- Powiedziałem, że ją przepraszam za naplucie do sałatki, którą zjadła. 
- A ja, że widziałam jej portmonetkę w toalecie i przepraszam, że jej o tym nie zawiadomiłam wcześniej 

-  pisnęła  Autumn.  -  Ona  jest  niedobra.  Chciała  nas  zbić  i  przysięgła,  że  to  zrobi.  Czy  myślisz,  że  może 
zakraść się na ranczo i nas zamordować? - niepokoiła się dziewczynka. 

- Nie. Raczej będzie trzymać się od was z daleka - zapewniła Kara. 
- To dobrze - ucieszył się Clay. - Teraz chodźmy na zakupy! 
- Wychodzimy stąd! Nikt nie  będzie niczego kupował! - zarządził rozeźlony Mac,  który stanął właśnie 

przed nimi. 

- Ciocia nam obiecała! - nie poddawał się Clay. 
-  Nie  dbam  o  to  -  wybuchnął.  -  Tym  razem  przebraliście  miarę.  Nie  ma  nagród  za  plucie  do  sałatek  i 

kradzieże portfeli. 

- Powiedziałam, że widziałam jej portmonetkę, a nie że ją ukradłam - broniła się Autumn. 
-  Pewnie  Brick  to  zrobił.  Nie  próbuj  mnie  zwieść  -  grzmiał  Mac.  -  Wychodzimy,  bez  gadania!  - 

Popchnął przed sobą Autumn i zawołał do Kary: - Bierz Bricka! Idziemy! Natychmiast! 

- Złamiesz mi ramię! - protestowała Autumn. 
- Ciociu, kupmy coś, zanim on nas zabierze! - Clay ciągnął Karę w przeciwnym kierunku. 
- Jeśli natychmiast nie wyjdziecie, to przysięgam... - Mac z gniewem odwrócił się do Kary. 
W tym momencie podeszła do nich Jill Finlay. 
- Możesz mi poświęcić kilka minut? - zapytała Maca. 
-  Właśnie  wychodzimy  -  burknął,  ale  rozluźnił  uchwyt,  co  Autumn  wykorzystała,  żeby  się  wymknąć  i 

skryć za plecak mi Kary. 

- Zostawimy was, byście mogli spokojnie porozmawiać - rzekła Kara, nie mając zamiaru uczestniczyć w 

przyjacielskiej pogawędce Maca z byłą sympatią. 

Otoczyła dzieci ramionami i odeszła. 
-  Wszyscy  zauważyli,  że  twoja  nowa  narzeczona  umie  sobie  radzić  z  tymi  małymi  psychopatami.  Nie 

wiadomo, co by się tu działo, gdyby nie ona - zaczęła Jill. 

- O co ci chodzi? - przerwał Mac. 
-  Po  prostu  chciałam  ci  pogratulować.  Ginny  przedstawiła  mi  dziś  przyszłą  panią  Wilde.  Myślę,  że 

wreszcie  ktoś  ci  się  trafił,  ale  muszę  cię  ostrzec.  Niezależnie  od  tego,  ile  jej  płacisz,  by  przebywała  na 
ranczu, musisz wyasygnować więcej. Jasno dała do zrozumienia, że  myśli o wyjeździe, a po tej scenie z 
Marcy Tanner chyba będziesz musiał przepisać na nią całą posiadłość, by ją zatrzymać. 

- To wszystko? - zapytał z taką wrogością, iż Jill cofnęła się kilka kroków, z wysiłkiem zdobywając się 

na uśmiech. 

-  Chciałam  też  zapewnić,  że  nie  żywię  do  ciebie  urazy.  Jestem  zaręczona  z  Tomem  Eganem.  Zeszłej 

wiosny w końcu rozwiódł się z Mary. Myślimy o małżeństwie. 

- Tom ma dwoje dzieci - przypomniał Mac. - A ty zamierzałaś unikać cudzych dzieci. 
-  Niczego  takiego  nie  powiedziałam.  Nie  unikam  dzieci  innych  ludzi,  tylko  nie  chcę  z  nimi  mieszkać. 

Courtney i Tommy junior mieszkają z matką, a poza tym bardzo się różnią od dobranej paczki z twojego 
rancza. 

-  Może  tylko  tak ci się  wydaje  -  zauważył  Mac,  przypominając sobie,  że  Courtney  Egan zaprzyjaźniła 

się niedawno z Brickiem. 

Gdy  Jill  odeszła,  Mac  podziękował  losowi,  że  usunął  pannę  Finlay  z  jego  życia.  Podobnie  myślał  o 

Marcy  Tanner,  szukając  wzrokiem  Kary.  Zauważył  ją  przy  stole  z  zabawkami  i  wtedy  przemknęły  mu 
przez myśl ostrzeżenia Jill. Nie bardzo w nie wierzył, ale co będzie, jeśli Kara naprawdę przeprowadziła 
taką rozmowę z panną Finlay? 

Clay i Autumn ściskali w ręku prezenty. 
-  Mam  nadzieję,  że  rozumiecie,  iż  nie  są  to  nagrody  za  to,  co  zrobiliście  Marcy  Tanner  -  zauważyła 

Kara, z niepokojem rozpatrując swoje szansę wobec konkurencji takich piękności jak Marcy i Jill. 

background image

Wstrzymała oddech na widok zbliżającego się Maca. 
- Teraz możemy, już jechać, wujku - uznały dzieci, chwaląc się podarunkami od Kary. 
- Ciekawe, co im dasz, jak wrzucą komuś szczura do talerza albo okradną sklep? - spytał Mac z ironią. 
- Ciągle jesteś na nas zły? - upewniał się Clay. 
- Tak, na was wszystkich - rzekł, obejmując Karę. 
Dotknięcie dziewczyny sprawiło, że opuściło go całe wzburzenie i napięcie. 
- Jedziemy do domu - rzekł spokojnie. 
-  Musimy  poszukać  Bricka.  Może  całuje  się  gdzieś  ze  swoją  nową  dziewczyną  -  zauważyła  Autumn  i 

wybiegła z bratem na zewnątrz. 

-  Boże,  co  za  wieczór  -  westchnął  Mac.  -  Najpierw  ta  piekielna  kolacja  w  Pizza  Ranch,  a  potem 

widowisko tutaj. Nie mogę się doczekać powrotu na ranczo, by przeprowadzić z tobą poważną dyskusję o 
nagradzaniu małych terrorystów. 

- Jeśli nie będziesz trzymał  rąk przy  sobie, to zacznę krzyczeć głośniej niż Autumn.  - Kara dała ujście 

własnym emocjom. 

- Myślę, że blefujesz. - Mac nie zwolnił uścisku. - A jeśli natychmiast ze mną nie wyjdziesz, to cię stąd 

wyniosę i połowa mieszkańców Bear Creek będzie się temu przyglądać. 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

-  Nie  zamierzam  nigdzie  wychodzić,  by  zaspokoić  twoją  męską  próżność  -  odparła  rozzłoszczona.  - 

Wystarczająco dobrze się dziś bawiłeś z Marcy i Jill. 

- Jeśli myślisz, że było mi przyjemnie, to się mylisz. Jesteś zazdrosna, bo z nimi rozmawiałem. 
- Wcale nie. Nie obchodzi mnie, co robisz. Możesz się spotykać ze swoimi  dziewczynami, kiedy tylko 

chcesz - rzekła i skierowała się do drzwi. 

Najatrakcyjniejszy  kawaler  w Bear Creek  został porzucony  na  oczach całego  miasta. Mac zrobił dobrą 

minę do złej gry i udając, że nic nie zaszło, podążył za Karą. 

- Gratuluję - powiedział, gdy odnalazł ją na zewnątrz. - Wszyscy się nam przyglądali. 
- Postanowiłam wyjść. Ty nie musiałeś. 
-  Tak,  miałem  nadal  gawędzić  z  Jill  albo  czekać,  aż  wróci  Marcy.  Dziękuję,  ale  nic  z  tego.  Nie  mam 

zamiaru cieszyć oczu gawiedzi. Wolę być z tobą - dodał, podchodząc bliżej. 

- Myślisz, że nie wiem, iż świadomie próbujesz mnie omotać. 
- I co? Udało mi się? - zapytał. 
Kara skrzyżowała ręce na piersi i popatrzyła na parking, gdzie Autumn i Clay przeszukiwali samochody, 

by w którymś z nich zaskoczyć Bricka z Courtney. 

- Ignorujesz mnie. - Mac dotknął włosów Kary. - To niedobrze. Nie lubię być nie zauważany. 
Kara milczała, nie wiedząc, co powiedzieć, a Mac podążył za jej wzrokiem. 
- Co, u licha, robią te dzieci? 
- Chcą przyłapać Bricka z Courtney, lecz mam nadzieję, że im się nie uda - wyjaśniła spokojnie. 
- Brick jest za młody, żeby zadawać się z dziewczętami. 
-  Może  to  dziedziczne.  Ty  chyba  wcześnie  zaczynałeś  i  ciągle  jeszcze  cię  to  bawi  -  odrzekła  i 

natychmiast po» żałowała własnych słów, które wyraźnie świadczyły o zazdrości. 

- Mylisz się, jeśli sądzisz, że Marcy lub Jill cokolwiek dla mnie znaczą. 
- Ożeniłbyś się z każdą, gdyby tylko chciała zająć się dziećmi. 
- Już nie. Tamte kobiety nie nadają się dla mężczyzny z rodziną. To oczywiste - powiedział i ujął ją pod 

brodę, chcąc, by spojrzała mu w oczy. - Już się dla mnie nie liczą - dodał. 

- Nie mówisz mi wszystkiego - rzekła twardo. 
- Nie? To powiem. - Mac pochwycił ją za przeguby rąk i przyciągnął do siebie, choć się opierała, mając 

w pamięci opinie pastora i uwagi Jill Finlay. 

-  Słuchaj,  kochanie.  Marcy  przysiadła  się  do  nas  w  restauracji,  a  kiedy  dowiedziała  się,  że  zmierzamy 

tutaj,  przyjechała  za  nami  swoim  samochodem.  Nie  wiem  dlaczego,  bo  dzieci  zachowywały  się  wobec 
niej okropnie... 

- Widziałam was razem - przerwała Kara. - Flirtowała z tobą, a ty się uśmiechałeś. 

background image

- Robiłem to mimo woli. Mogę się uśmiechać i myśleć o czymś innym. Zastanawiałem się właśnie nad 

spędem bydła, gdy Autumn i Clay przyznali się do swoich wybryków. 

-  Dowiedzieli  się  od  Tricii,  że  Marcy  odeszła  od  ciebie,  bo  ich  nie  znosi  -  powiedziała  cicho  Kara.  - 

Myślę, że dokuczając jej, chcieli wykazać lojalność wobec ciebie. 

-  Już  raczej  wobec  ciebie.  Uznali,  że  tylko  ty  możesz  zamieszkać  z  Wilde’ami,  i  postanowili 

zlikwidować konkurencję. A teraz chodź tu, pocałuj mnie, jedźmy do domu i... 

- Nie. Myślałam o tym, ale... - Kara odsunęła się. 
- A więc Jill miała rację. Potraktowała mnie jak idiotę, ale ty wywarłaś na niej wrażenie. Zachowywała 

się niczym twoja agentka występująca w sprawie przedślubnego kontraktu. 

- Przedślubnego kontraktu? 
-  Jill  sądzi,  że  przed  ślubem  powinienem  przeznaczyć  dla  ciebie  sporą  sumę,  bo  inaczej  z  nami  nie 

zostaniesz. Czy to prawda? O to ci chodzi? 

- Nigdy niczego podobnego nie mówiłam. Nie wiem, skąd jej to przyszło do głowy.  Nie chcę żadnych 

pieniędzy... - Kara nie mogła złapać oddechu. 

- Jeśli zależy ci na zabezpieczeniu finansowym, jeszcze dziś możemy porozmawiać o intercyzie ślubnej 

z nowym narzeczonym Jill, Tomem Eganem. To przecież prawnik. 

- Nie chcę twoich pieniędzy! 
- Wyjdziesz za mnie bez intercyzy? 
-  Tak!  To  znaczy,  mogłabym,  jeśli  zamierzałabym  cię  poślubić,  ale...  potrzebuję  czasu,  by  to 

przemyśleć. 

- Możesz zastanawiać się na ranczu, jeśli chcesz. 
- Nie. Muszę być sama. Nie potrafię przy tobie rozsądnie myśleć. 
-  Wcale  tego  nie  wymagam,  gdy  się  kochamy.  Zostaw  myślenie  na  czas  zajmowania  się  dziećmi  i 

księgami rachunkowymi. 

-  Nie  mogę  zostać  na ranczu. Jutro  wracam  do  Waszyngtonu.  Poproszę  pastora,  żeby  dziś  zabrał  moje 

rzeczy z Double R. Przenocuję u Franklinów. Taia zabierzemy jutro po drodze na lotnisko. Pozwolisz mu 
zostać przez tę noc na ranczu? 

- Oczywiście, że zostanie - rzekł chłodno Mac. - W ogóle nie opuści Double R. 
- Co masz na myśli? 
- To co słyszałaś. Zatrzymam go w niewoli. Jeśli będziesz chciała mieszkać z kotem, to tylko w moim 

domu. 

- Nie możesz tego zrobić. - Karze zakręciły się łzy w oczach. 
- Nie? A kto mnie powstrzyma? 
Dziewczyna nie była pewna, czy ranczer mówi serio. 
- Nie zabierzesz mi przecież Taia, prawda? 
- Będziemy negocjować - odrzekł, udając, że się zastanawia. 
- Co za wspaniałomyślność! - Kara miała ochotę potrząsnąć nim, by wyzbył się arogancji. 
- Zrób to! Uderz mnie! Przecież widzę, że chcesz to zrobić. Wolę, żebyś ze mną walczyła, niż odeszła. 

Nie pozwolę na to! 

- Nie sprowokujesz mnie do aktu fizycznej przemocy - odrzekła Kara, opanowując zdenerwowanie. - A 

może wolisz inny kontakt fizyczny? 

Mac pochwycił ją w ramiona. Miał gorące, natarczywe wargi, gdy przygarnął Karę do siebie. Jęknęła i 

zadrżała  z  rozkoszy.  Reagowała  namiętnie  na  każde  dotknięcie  Maca.  Zarzuciła  mu  ręce  na  szyję  i 
przylgnęła do niego, czując, jak bardzo jest podniecony. Pragnęła go i tylko to miało znaczenie. 

- O! Tak się całują w mydlanych operach. - Głos Autumn przerwał ich ekstazę. 
Mac westchnął i oderwał wargi od ust Kary, nie wypuszczając jej z objęć. Oboje byli tak roznamiętnieni, 

ż

e  nie  mogli  w  żaden  sposób  prowadzić  rzeczowej  rozmowy,  lecz  Autumn  zupełnie  się  tym  nie 

przejmowała. 

- Myślicie, że Brick i Courtney też się tak całują? - zapytała. 
- Boże! Mam nadzieję, że nie - odrzekł Mac, gdy Kara oswobodziła się z jego ramion. 
- Ale Webb i Lily tak - rzucił Clay swobodnym tonem. 

background image

Kara spojrzała na Maca, który aż zamarł z wrażenia. 
- Co powiedziałeś? - spytał Claya z udawanym spokojem. 
- Zapomniałem, że to sekret. - Mały zakrył ręką buzię. - Miałem nic nie mówić. Zobaczyłem, jak Lily i 

Webb  całują  się  w  stajni,  ale  ona  kupiła  mi  grę  komputerową,  żebym  się  nie  wygadał.  Teraz  będzie 
wściekła. 

- Webb Asher i Lily? Boże! A ja poprosiłem go, żeby z nią został. Natychmiast jedziemy do domu! 
Nawet w świetle księżyca Mac miał kredowobiałą twarz. Jego gwałtowność przeraziła Autumn. 
- Czy Webb zabije Lily, jeśli go nie powstrzymamy?! - krzyknęła dziewczynka, tuląc się do Kary. 
- Nie - odparła Kara, lecz nie dodała, że sam może zginąć z ręki Maca. 
Ranczer pobiegł do dżipa, a Kara zrezygnowała z zamiaru nocowania u Franklinów. Wiedziała, że tylko 

ona może uratować sytuację. 

- Mac, zaczekaj, nie możemy jechać bez Bricka! - zawołała. 
-  Zapomniałem  o  nim  -  powiedział,  chwytając  się  za  głowę.  -  Boże!  Lily  i  Webb!  Jak  długo  to  może 

trwać? Przysięgam, że... 

- Poważnie z nimi porozmawiasz - przerwała mu Kara, widząc przerażony wzrok Autumn. 
-  Witaj,  Mac.  Rozmawialiśmy  o  tobie.  -  Z  ciemności  wyłonił  się  wysoki  mężczyzna,  któremu 

towarzyszyła Jill Finlay. 

- Właśnie wracamy do domu. - Mac nie zamierzał wdawać się w pogawędki nawet z Tomem Eganem. 
- My też. Szukam mojej Courtney. Muszę ją odwieźć do matki. Nie widzieliście jej? Podobno wyszła na 

dwór, bo na wyprzedaży było za gorąco. 

Kara wymieniła z dziećmi znaczące spojrzenia. 
- Znajdziemy ją, panie Egan. Chodź, Clay! - powiedziała Autumn i krzyknęła ile sił w płucach: 
- Courtney, tata cię szuka! 
Kara zaczęła rozmawiać o pogodzie z Tomem i Jill, bo Mac nie zdradzał ochoty do dyskusji. Wreszcie 

pojawiły się dzieci, a wraz z nimi Courtney. 

- Cześć, tato - rzuciła córka Toma, patrząc niechętnie na Jill, a potem wzięła ojca za rękę i oddalili się 

we trójkę. 

- Powiedziała, że Brick obiecał pomóc jej pozbyć się Jill - oznajmił Clay, kiedy jego starszy brat wyłonił 

się spoza drzew. 

Mac nie pytał o nic, zbyt przejęty myślą o Webbie i Lily. 
Do Double R jechali z kosmiczną prędkością. Gdy Mac zatrzymał się przed domem i otworzył frontowe 

drzwi, Kara pochwyciła go za rękaw. 

- O co chodzi? - warknął. 
- Muszę z tobą porozmawiać - rzekła stanowczo. - Czemu nie wchodzicie do środka? - zwróciła się do 

dzieci. - Wujek odstawi wóz do garażu i zaraz wrócimy. 

Brick rzucił jej porozumiewawcze spojrzenie. 
- Słuchaj, wiem, że masz zamiar posłać dzieci, by uprzedziły Webba i Lily, a mnie chcesz uspokoić. Nic 

nie  zdziałasz,  Asher  zasługuje  na  to,  by  go  zastrzelić  za  uwiedzenie  niewinnej  uczennicy,  i  jako  jej 
opiekun... 

-  Mac,  nikt  nie  nazwałby  Lily  niewinną  uczennicą  -  rzekła  łagodnie  Kara.  -  Mam  zamiar  cię 

powstrzymać przed bójką z Webbem. Dzieci nie muszą tego oglądać. 

- A co chcesz, żebym zrobił? Mam ich pobłogosławić? 
- Na razie odprowadź dżipa - rzekła, obawiając się, by nie wszedł do domu. 
Mac  włączył  silnik  i  podjechał  do  garażu.  Otworzył  automatyczne  drzwi,  które  zatrzasnęły  się,  gdy 

wjechali do środka. Do wnętrza wpadało tylko światło księżyca. Kara nie zdawała sobie sprawy, że ciągle 
ś

ciska Maca za ramię, jak gdyby chciała go przed czymś powstrzymać. 

- Może to nie najlepszy moment, by ci powiedzieć, ale muszę... 
- Nie! - krzyknął Mac, obracając się ku niej. - Nie chcę słyszeć o twoim wyjeździe. Nie wiem, jak pastor 

cię  do  tego  namówił.  Cokolwiek  powiedział,  nie  miał  racji.  Należysz  do  mnie  i  do  dzieci.  Zrobię 
wszystko, by ułatwić ci życie z nami, ale cię nie puszczę. 

- Bo potrzebujesz opiekunki dla małych Wilde’ów. 

background image

-  Bo  pragnę  ciebie.  Nie  udawaj,  że  o  tym  nie  wiesz.  Każdy  twój  uśmiech,  spojrzenie,  ruch  są  takie 

podniecające. 

- Dawno nie miałeś kobiety,  a  ja jestem pod ręką. Żadna cię nie chciała ze względu na  dzieci - rzekła, 

próbując powstrzymać łzy. 

-  Chyba  nie  wierzysz  w  to,  co  mówisz.  Franklinowie  naopowiadali  ci  takich  głupstw?  Wiedziałem,  że 

nie powinnaś była do nich jechać. 

- Chciałam odwiedzić wujka, a ty nie możesz narzucać mi swego zdania. 
-  Rozumiem,  że  pastor  pragnie  cię  uchronić  przed  krzywdą,  ale  ja  nie  zamierzam  cię  porzucać  ani 

pozwolić, byś ode mnie odeszła. 

Mac uniósł Karę, przesunął się na jej miejsce i posadził ją sobie na kolanach. 
- Jestem zaskoczony, że wielebny Will tak źle o mnie myśli. Wściekłość mnie ogarnia, gdy słyszę, że ci 

wmówił,  iż  nie  jesteś  dla  mnie  jedyna  i  niepowtarzalna.  Nieważne,  jak  się  poznaliśmy,  lecz  ważne,  że 
jesteśmy razem. Zostań ze mną - poprosił. 

- Dobrze - szepnęła ogarnięta radością. - Kocham cię! Próbowałam ci powiedzieć o moim uczuciu, a nie 

o tym, że odchodzę. Nie mogę już opuścić ani ciebie, ani dzieci. 

- Chcę się z tobą kochać - rzekł, tuląc ją i całując. 
- Tutaj? Teraz? 
- Tak - odparł i pociągnął ją na tylne siedzenie. 
Czuła,  jak  bardzo  jej  pragnął,  gdy  wsunął  ręce  pod  spódniczkę  i  dotknął  gładkiej skóry  ud.  Pieścił tak 

długo,  aż  zaczęła  wić  się  w  jego  objęciach,  wargami  szukając  spragnionych  ust,  szybko  rozpinając  mu 
koszulę i pasek u spodni. 

- Chcesz mnie! Kochasz! - uśmiechnął się triumfująco. 
- Tak! Tak! - powtarzała ogarnięta namiętnością. 
Całowali się i gwałtownie zdzierali z siebie ubranie. 
- Spróbujemy dziś czegoś nowego, chcesz? - zapytał Mac.   
Skinęła  głową,  zdziwiona,  że  sadzają  na  kolanach  twarzą  do  siebie.  Mac  objął  jej  biodra  i  uniósł  ją 

lekko, a potem wszedł w nią głęboko. Kara wtuliła się w jego objęcia i wstrzymała oddech. 

-  Rozluźnij  się  -  szepnął,  pieszcząc  pocałunkami  jej  wargi  i  kołysząc  się  lekko.  -  Zrobimy  to  powoli. 

Poruszaj się razem ze mną. 

Jęczała  z  rozkoszy,  gdy  jej  ciało  odnalazło  właściwy  rytm  i  nadszedł  moment  ekstazy.  Krzyknęła, 

przeżywając  go  całą  sobą,  a  w  trzy  sekundy  później  dołączył  do  niej  Mac.  Zamknął  ją  w  uścisku  i 
pozostali  w  tej  pozycji,  nie  otwierając  oczu.  W  końcu  dotknął  włosów  Kary  i  przytulił  policzek  do  jej 
twarzy. 

- Zdumiewasz mnie - powiedział ochrypłym głosem. 
- Bo tak szybko się uczę? - spytała, całując go mocno. - W końcu jesteś fantastycznym nauczycielem. 
Ciągle  czuła  go  w  sobie.  Nawet  jeśli  Mac  nie  wypowiedział  tego  słowami,  miała  świadomość,  że  jest 

kochana. 

- Nie mogę uwierzyć! W samochodzie? Kazałaś mi jechać do garażu, by mnie uwieść? 
- Masz coś przeciwko temu? 
- Ależ skąd. Chciałbym, żeby stało się to naszym zwyczajem. 
Powoli rozłączyli się i sięgnęli po ubrania. Mac włączył światła, a Kara przyczesała włosy i umalowała 

usta.  Patrząc  w  lusterko,  nie  mogła  rozpoznać  własnego  odbicia.  W  szkle  odbijała  się  twarz  pięknej, 
namiętnej  kobiety.  Skromna  ministerialna  urzędniczka,  która  dwa  dni  temu  przybyła  do  Montany, 
zniknęła gdzieś bez śladu. 

Kiedy  doprowadziła  swój  wygląd  do  porządku,  Mac  pomógł  jej  wysiąść  z  auta.  Szli  do  domu  objęci  i 

całowali się po drodze. 

- Mac, co do Webba i Lily... - zaczęła z wahaniem Kara, gdy dotarli na ganek. 
- Nie bój się. Nie mam siły na awanturę. To twoja zasługa - rzekł z uśmiechem. 
-  Lily  pewnie  udaje,  że  śpi,  a  Webb  jest  w  stajni  -  zauważyła  Kara.  -  Nie  moglibyśmy  wszystkiego 

odłożyć do rana? 

- Dobrze - zgodził się Mac. - Mam zamiar zwolnić Webba. Szkoda, bo był dobrym zarządcą. Nigdy nie 

background image

podejrzewałem,  że  coś  takiego  może  się  zdarzyć  między  nim  i  Lily.  Myślałem,  że  smarkula  gra  mu  na 
nerwach, a ona go uwodziła. 

W  domu  panowała  cisza.  Nagle  w  holu  pojawili  się  Clay  i  Autumn.  Oboje  w  piżamach.  Dziewczynka 

dźwigała kota. 

- Czy Tai może dziś spać ze mną, ciociu? - spytała. 
Kara  skinęła  głową,  a  mała  pobiegła  do  sypialni.  Clay  pocałował  ich  oboje  na  dobranoc  i  również 

zniknął. 

- Zeszli z linii ognia - skomentował Mac. - Nie wiedzą, że jedyna batalia odbędzie się w naszej sypialni. 
-  Już  nie  mogę  się  doczekać  -  szepnęła  Kara,  a  za  chwilę  otworzyła  usta  ze  zdumienia,  bo  przed  nimi 

pojawił się Webb. 

Mac nasrożył się i jeszcze moment, a rzuciłby się na swego zarządcę. 
- Nie! - krzyknęła Kara, chwytając go za rękę. 
- Wujku, przestań! - W holu rozległ się głos Lily, która wraz z Brickiem chwyciła drugą rękę Maca. 
- Zetrzyj mnie na proszek, szefie. Po to tu przyszedłem. - Webb nie próbował się bronić. 
- Wynoś się stąd, Asher! Do rana ma cię nie być ani na ranczu, ani w tym stanie! - krzyczał Mac. 
- Nie, wujku! - przerwała Lily i podbiegła do zarządcy, by go objąć. 
- Brick, idź do łóżka. To ciebie nie dotyczy - zarządziła Kara. 
- Wujek może mnie potrzebować przy rozprawie z Webbem - upierał się chłopak. 
- Nie będzie żadnej rozprawy. Kładź się spać - rzekł z westchnieniem Mac. 
- Webb ma zamiar powiedzieć, jak bardzo się kochamy, prawda? - powiedziała Lily, uśmiechając się do 

Ashera. 

- Nie chce mi się tego słuchać. Idę stąd - mruknął Brick. 
Pozostali tylko we czwórkę. 
- Czemu nie pójdziemy do kuchni? Napijemy się herbaty - rzekła Kara. 
- Myślę, że wujek i Webb woleliby coś mocniejszego. - Lily uśmiechnęła się. 
Kara  czuła,  że  Mac  powoli  się  uspokaja,  choć  nie  był  zachwycony  słowami  i  zachowaniem  bratanicy. 

Popchnęła go lekko w stronę kuchni, a Webb i Lily poszli za nimi. 

- Czemu jeszcze nie jesteś w drodze do Teksasu, Webb? - rzucił Mac, siadając ciężko na krześle. 
- Za bardzo mnie kocha, żeby uciekać - wtrąciła Lily. 
-  Bóg  mi  świadkiem,  że  to  prawda  -  odrzekł  Asher,  patrząc  szefowi  w  oczy.  -  Próbowałem  z  tym 

walczyć,  ale  naprawdę  ją  kocham.  Czułem  się  wobec  ciebie  jak  łajdak.  Kiedy  dziś  wieczorem  dzieci 
wbiegły do domu, by nas ostrzec, postanowiłem stanąć przed tobą i wyznać, jak bardzo mi na niej zależy.   

- Ależ to jeszcze dziecko! - wykrzyknął Mac. 
-  Dawno  temu  przestałam  być  dzieckiem,  wujku  -  powiedziała  spokojnie  Lily.  -  Jestem  kobietą  w 

każdym  calu.  Zapragnęłam  Webba,  jak  tylko  go  ujrzałam.  Próbował  mnie  trzymać  na  dystans.  Miałam 
zamiar go uwieść, lecz mi na to nie pozwolił. Dużo rozmawialiśmy. Twierdził, że jest dla mnie za stary, 
lecz to nieprawda. 

- I to jest mężczyzna, którego pragniesz? - spytał ironicznie Mac. 
- Tak. Chodziłam za nim całe lato, ale nawet mnie nie pocałował. A kiedy stało się to we wrześniu, czuł 

się winny, lecz nie mogliśmy się już rozstać. 

- Nieustępliwa jesteś - zauważył ponuro Mac. 
- To musi być u was dziedziczne - mruknęła Kara, masując mu zesztywniałe mięśnie szyi. 
Jeszcze  przed  paroma  minutami  czuł  się  taki  odprężony,  a  teraz  znowu  wróciło  napięcie.  Kara 

pocałowała  go  w  czubek  głowy,  próbując  złagodzić  jego  stres.  Mac  odpowiedział  na  pieszczotę  Kary, 
przytrzymując  jej  rękę  w  swojej.  Na  widok  tej  sceny  bratanicy  Maca  rozbłysły  oczy.  Posłała  Karze 
aprobujący uśmiech i ciągnęła dalej: 

- Wiem, że się kochamy. Webb długo nie chciał się przyznać do swych uczuć, ale zmusiłam go do tego, 

uciekając do przydrożnego zajazdu w dniu przybycia Kary. Szalał z niepokoju, gdy przyjechał po mnie na 
wezwanie szeryfa. Specjalnie go prowokowałam. I następnego dnia... 

- Dosyć - przerwał Webb. - Wiem, że to szaleństwo. Gdyby jeszcze niedawno ktoś mi powiedział, że w 

moim  wieku  pozwolę,  by  siedemnastolatka  owinęła  mnie  sobie  wokół  palca,  za  nic  bym  nie  uwierzył. 

background image

Nigdy  nie  zależało  mi  na  trwałym  związku  z  kobietą.  Przez  całe  lata  starałem  się  tego  unikać.  Kiedy 
pracowałem  w  Teksasie,  zakochała  się  we  mnie  młodsza  siostra  właściciela  rancza.  Odszedłem,  bo 
oczekiwała więcej, niż chciałem jej ofiarować. Kiedy zostałem tu zarządcą, ostatnią rzeczą, jakiej mogłem 
się spodziewać, było... 

-  To,  że  padniesz  ofiarą  żądzy  mojej  bratanicy  -  dokończył  ironicznie  Mac.  -  Wierzę,  iż  nie  ponosisz 

całej winy, ale zrozum, że ona jest jeszcze uczennicą, a ja nie mogę tolerować waszego związku. 

- Wiem, lecz to coś poważniejszego. Dziś zrozumiałem, że chcę się z nią ożenić. Mam trochę pieniędzy, 

a dziadek przekaże mi swoje ranczo w Kolorado. Wyjadę, jak tylko mnie zwolnisz, i zabiorę Lily. Może 
tam skończyć szkołę... 

- Chcecie się pobrać? Co za pomysł? - Mac wyraźnie okazywał swą dezaprobatę. 
-  Znam  głupsze  -  wtrąciła  Lily.  -  Sam  posłałeś  po  narzeczoną  na  zamówienie,  zakochałeś  się  w  niej  i 

chcesz się żenić, znając dziewczynę zaledwie od kilku dni. 

- To co innego - warknął Mac. 
- Wszyscy jesteśmy tacy sami! Wilde’owie właśnie tak się zachowują. Dobrana z nas paczka.   
-  W  tej  sytuacji  nie  mam  wyjścia,  jak  tylko  życzyć  wam  szczęścia  -  westchnął  Mac.  -  Nie  chcę 

krzywdzić mojej bratanicy ani zmuszać jej do ucieczki z domu. 

- Zrobiłabym to natychmiast - zapewniła Lily, podbiegając do wuja i Kary, by ich uściskać. - Dziś jest 

najszczęśliwszy dzień mego życia. Nie martw się o mnie, wujku. Pasujemy do siebie z Webbem! 

Kara była zdumiona determinacją tej smarkuli. W jej zachowaniu rozpoznawała tę samą pewność siebie 

i  arogancję,  którą  odznaczał  się  Mac.  Bratanica,  podobnie  jak  wuj,  nie  wierzyła,  by  szalone  plany 
matrymonialne mogły się nie powieść. 

Mac przytulił Lily i z kamienną twarzą podał rękę zarządcy, lecz nie pozwolił jej pójść za Asherem do 

przyczepy samochodowej. 

- Nie będziesz z nim spała przed ślubem - rzekł. 
- To staroświeckie zasady, wujku - sprzeciwiła się dziewczyna. 
Kara wstrzymała oddech. Na tyle znała już Wilde’ów, by się spodziewać, że za chwilę zacznie się nowa 

sprzeczka, bo żadne z nich nie ustąpi. Nieoczekiwanie po stronie Maca opowiedział się Webb. 

- Wuj ma rację, Lily. Nie będziemy ze sobą, dopóki się nie pobierzemy - oznajmił. 
- Mogę robić, co chcę - upierała się dziewczyna. - Jeśli pragnę spędzić tę noc z tobą, to tak będzie! 
- Nie, dopóki nie zostaniesz panią Asher - oświadczył stanowczo Webb. 
Kara i Mac wymienili znaczące spojrzenia, lecz Lily zaskoczyła ich swoją reakcją. 
- W porządku - mruknęła. - Zostanę tutaj. 
Odwróciła się i ruszyła do wyjścia z podniesioną głową. 
- Dobranoc - rzuciła przez ramię. 
- O nie! - Webb zatrzymał ją i ogarnął ramieniem. - Najpierw odprowadzisz mnie do drzwi i pocałujesz 

na dobranoc - zarządził. 

Lily zawahała się przez moment, jak gdyby rozważała wszystkie za i przeciw, a potem przytuliła się do 

Ashera i oboje zniknęli w holu. 

- Może sobie z nią poradzi - zauważył Mac, wchodząc z Karą na górę do sypialni - ale czuję się, jakbym 

zdradził to dziecko. Jest taka młoda... 

-  Nie  masz  się  o  co  obwiniać  -  rzekła  Kara.  -  Lily  pragnie  do  kogoś  należeć  i  mieć  kogoś  dla  siebie. 

Wiek  nie  ma  tu  nic  do  rzeczy.  Ona  wyczuwa,  że  Webb  zapewni  jej  bezpieczeństwo  i  miłość.  Was, 
Wilde’ów,  nie  da  się  powstrzymać,  gdy  postanowicie  zdobyć  coś,  na  czym  wam  zależy  -  dodała  z 
uśmiechem. 

- Mówisz o Lily i o mnie - domyślił się Mac. - Ona chciała Webba i zdobyła go, a ja pragnąłem ciebie. 
- A więc mnie masz - zapewniła Kara. 
Mac pochylił się, wziął ją na ręce i, całując, zaniósł do łóżka. 
- Kocham cię, Mac - szepnęła Kara. 
- Ja też cię kocham, najdroższa - wyznał i położył się obok. 
- Nie musisz mi mówić tego, co, jak sądzisz, chciałabym usłyszeć. 
-  Ależ  ja  cię  naprawdę  kocham.  To  musiało  się  stać,  jak  tylko  cię  zobaczyłem  na  lotnisku.  Od  razu 

background image

wiedziałem, że zrobię wszystko, by cię zatrzymać. Nigdy nie przeżyłem czegoś podobnego. 

Kara popatrzyła na niego z niedowierzaniem. 
-  To  prawda.  Jeśli  jakaś  kobieta  odmówiła  mi  ręki  wcześniej  ze  względu  na  dzieci,  nie  próbowałem 

przekonywać, by zmieniła zdanie. Ale twojej odmowy nie mogłem znieść. Jesteś jedyna w swoim rodzaju, 
niepowtarzalna. Kocham cię i przez resztę życia będę ci to udowadniał. 

- Mam nadzieję, że zaczniesz już teraz - szepnęła Kara, zarzucając mu ręce na szyję. 
- Natychmiast - zapewnił ją Mac.