background image

Barbara Boswell DOBRANA PACZKA

ROZDZIAŁ PIERWSZY

-  Jak  już  się  nie  wiedzie,  to  we  wszystkim?  -  Wielebny  Will  Franklin  potrząsnął  głową  z 

niedowierzaniem.  -  Trudno  się  z  tym  zgodzić,  Mac.  -  Za  dużo  cynizmu  i  pesymizmu.  A 
gdzie...

-  Pozytywne  myślenie?  -  wtrącił  Macauley  Wilde.  -  Wiem,  wiem.  Przeczytałem  książkę, 

którą  mi  pożyczyłeś.  Próbowałem  myśleć  pozytywnie, kiedy już po pierwszym dniu pobytu 
zabroniono  Brickowi  na  tydzień  wstępu  do  nowej  szkoły,  bo  bił  kolegów.  Podobnie,  kiedy 
Lily  chyłkiem  wykradła  się  z  domu  i  nie  wróciła  na  noc,  a  także  gdy  mały  Clay  został 
zawieszony w prawach ucznia po tym, jak ze swoim „gangiem” włamał się do laboratorium 
biologicznego i wypuścił z klatek wszystkie białe myszki.

- Wiem, że to bywa trudne - przerwał pastor, nie godząc się z czarnowidztwem Maca, choć 

w  tej  sytuacji  pesymizm  mógł  wydawać  się  uzasadniony.  -  Dzieci  twojego  brata,  Reida, 
rzeczywiście miały trudności z przystosowaniem się do życia w Bear Creek.

-  Wcale  się  nie  przystosowały  -  rzekł  ponuro  Mac.  -  A  co  gorsza,  nie  mają  zamiaru  tego 

uczynić. To maniacy.

-  Nie  przeczę,  że  cała  czwórka  jest...  trudna.  -  Wielebny  pastor  chrząknął,  mając 

świadomość,  że  nie  użył  najtrafniejszego  przymiotnika,  lecz  jako  duchowny  chciał  znaleźć 
możliwie taktowne określenie.

Przecież  w  odniesieniu  do  dzieci  nie  mógł  zastosować  słów:  „skandaliczne”,  „potworne” 

albo „ohydne”.

- Myślałem raczej o sile modlitwy - wyjaśnił.
- Środki religijne nie poskutkują, chyba że zaczniemy odprawiać egzorcyzmy.
-  Żartujesz,  Mac.  -  Pastor  uśmiechnął  się  z  zakłopotaniem.  -  Zawsze  miałeś  poczucie 

humoru.

-  Nie  żartuję.  Dzieci  są  u  mnie  prawie  pięć  miesięcy  i  coś  trzeba  z  tym  zrobić.  Kiedy 

zjawiły  się  w  czerwcu,  sądziłem,  że  przez  lato  jakoś  się  ustatkują  i  we  wrześniu  spokojnie 
pójdą  do  szkoły.  Ale  nic  z  tego.  Jest  coraz  gorzej.  Mamy  połowę  października  i  jestem  w 
rozpaczy. To nie może trwać dłużej.

- Myślisz o oddaniu ich stanowej opiece społecznej?
-  Ha!  Nikt  ich  nie  weźmie.  Skoro  są  tu  tak  krótko,  władze  Montany  uważają,  że powinny 

zostać odesłane do swego rodzinnego stanu, Kalifornii, a ci z Kalifornii odpowiadają, że to 
już  nie  ich  problem.  Dzieciaki  są  niepoprawne  i  sieją  postrach  wśród  pracowników  opieki 
społecznej.

-  Widzę,  że  za  wszelką  cenę  chcesz  zatrzymać  potomstwo  Reida i Lindy. Godna podziwu 

odwaga. Chciałem powiedzieć: oddanie - poprawił się wielebny Will.

-  To  moi  bliscy  -  westchnął  Mac.  -  Kochałem  brata  i  bardzo  lubiłem  jego  żonę,  chociaż 

inaczej podchodziliśmy do wielu spraw.

-  Większość  ludzi  miała  inne  poglądy  na  życie  niż  Reid  i  Linda  -  taktownie  zauważył 

pastor. - Szkoda, że nie wziąłeś dzieci zaraz po śmierci ich rodziców. Rok, który spędziły u 
twego  brata  Jamesa  i  jego  żony,  Ewy,  był  dość...  niefortunny.  Sądzę,  że  większość 
problemów, które masz z nimi, wzięła się z tamtego... trudnego okresu.

- Wiem. Ja też nie chciałbym mieszkać z Jamesem i Ewą. Proponowałem, że zaopiekuję się 

dziećmi,  ale  oni  stwierdzili,  iż  tylko  małżeństwo  może  się nimi zająć. - Mac skrzywił się. -
Uznali, że skoro mam za sobą nieudany związek, to przebywanie ze mną pod jednym dachem 
będzie  szkodliwe  dla  dzieci.  Nie nadawałem się do wychowywania dzieci brata, dopóki nie 
okazało się, że James i jego żona nie mogą wytrzymać z małymi potworami.

- James i Ewa bez wątpienia mieli dobre zamiary, ale są... - pastor przerwał i odkaszlnął. -

Trudni.  Znów  użyłem  tego  słowa,  lecz  jako  duchowny  nie  mogę użyć określeń: zadufani w 
sobie, obłudni i małostkowi, kiedy mówię o stadle małżeńskim. A temu, że twoje małżeństwo 
się rozpadło, nie jesteś winien. Byliście z Amy zbyt młodzi, kiedy się pobieraliście. Każde z 
was  oczekiwało  czegoś  innego,  więc  się  rozstaliście.  Trudno.  Nieszczęście.  Stało  się.  Było, 
minęło i nie powinno cięto powstrzymywać od wejścia w następny, trwały związek.

1

background image

- Wyszło szydło z worka. Ciągle mi powtarzasz: „znajdź sobie miłą dziewczynę i ożeń się”.
-  Małżeństwo  oznacza  stabilizację.  Nie  wspominając  o  tym,  że  dzieci  rozpaczliwie 

potrzebują matki.

- Wiedziałem, że to powiesz. - Mac wstał i zaczął chodzić tam i z powrotem wzdłuż ściany 

ozdobionej łbem łosia o wspaniałym porożu, pośrodku której znajdował się duży, granitowy 
kominek.  -  Rzeczywiście  nie  spieszno  mi  było  do  małżeństwa  po  doświadczeniach  z  Amy, 
choć  wiem,  że  sam  nie  mogę  wychowywać  dzieci.  Jednak  kiedy  w  końcu  uznałem,  że 
powinienem się ożenić, to zgadnij, co się okazało. Oto żadna kobieta nie jest zainteresowana 
małżeństwem, jeśli wiąże się to z opieką nad potomstwem mojego brata.

-  Naprawdę  rozmawiałeś  o  ślubie  z  którąś  z  twoich...  znajomych?  -  spytał  zaciekawiony 

pastor.

- Niezupełnie, ale im o tym napomykałem. Jill Finlay wzruszyła ramionami i powiedziała, 

że  nie  będzie  wychowywać  żadnych  innych  dzieci  poza  własnymi.  Tonya  Bennett 
zaproponowała,  bym  pozbył  się  całej  czwórki,  a  wówczas  porozmawiamy  o  małżeństwie. 
Marcy Tanner przyznała, że chce wyjść za mnie, ale była przekonana, że dzieci pozbawią nas 
szansy  na  szczęście,  więc  powinienem  poszukać  im  innego  domu.  Oczywiście,  gdyby  nie 
dzieci, nie potrzebowałbym się żenić z żadną z nich. Nawet nie chciałbym. Ale jest jak jest... 
To  beznadziejne.  Jaka  kobieta  przy  zdrowych  zmysłach  zostanie  moją  żoną  i  zamieszka  z 
„bandą czworga”?

- Pomyśleć, że zaledwie rok temu, na walentynkowym balu dobroczynnym, zostałeś uznany 

za  najbardziej  pożądanego  kandydata  na  męża  w  całym  Bear  Creek  -  westchnął  wielebny 
Will.  -  Cóż,  jestem  rozczarowany  postawą  Jill,  Tonyi  i  Marcy,  ale  trudno  im  się  dziwić. 
Potrzebujesz  kobiety  o  wyjątkowej  wrażliwości  i  zaangażowaniu,  a  te  panie nie odznaczają 
się takimi cechami. Za to ja znam kogoś odpowiedniego.

- Próbujesz bawić się w swata? Dziękuję, ale nie trzeba. Jeśli sam nie mogę znaleźć...
-  Mac,  wybacz,  że  przeszkadzam! - Do pokoju wpadł wysoki, dobrze zbudowany kowboj, 

najwyraźniej czymś poruszony.

Macauley  poczuł,  że  zamiera  mu  serce.  Zarządca  rancza,  Webb  Asher,  nie  zwykł  bez 

powodu wpadać w panikę.

- Co się stało, Webb?
- Mamy zniszczone ogrodzenie na północnym pastwisku. Nie wiem, jak do tego doszło, ale 

zostało stratowane przez bydło, które przemieszcza się teraz w kierunku Blood Canyon.

-  A  już  myślałem,  że  nie  może  być  gorzej!  -  jęknął Mac. - Musimy natychmiast naprawić 

płot i zacząć zaganiać krowy. - Spojrzał na zegarek. - O piątej powinienem odebrać Autumn 
po lekcji tańca w miejskim ośrodku kultury.

- Mógłbym poprosić moją córkę, żeby odwiozła małą do Double R - zaofiarował się pastor. 

- Myślisz, że Autumn wsiądzie do auta z Tricią?

- Nie wiem. - Mac znowu zaczął krążyć po pokoju. - Autumn nie zna Tricii zbyt dobrze, a te 

jej lęki... Wszędzie widzi czające się niebezpieczeństwo. Jak mogę być w dwóch miejscach 
jednocześnie? Odebrać Autumn i pracować na północnym pastwisku?

- Gdybyś miał żonę, pilnowałaby dzieci, gotowałaby i...
- Obiad! - Mac z rozpaczą złapał się za głowę. - Do licha, zapomniałem o obiedzie.
-  A  Lily  nie  może  czegoś  ugotować?  -  spytał  pastor.  -  Wiem,  że  w  liceum  ma  lekcje 

gotowania, bo i moja Tricią tam się uczy.

- Lily prędzej podpali kuchnię albo otruje pozostałe dzieci. I to umyślnie - westchnął Mac. -

Pani  Lattimore  przygotowuje  nam  gulasz  na  trzy  dni,  kiedy  przychodzi  sprzątać,  lecz  przez 
następne cztery dni tygodnia ja muszę martwić się o posiłki.

-  Ta  młoda  dama,  którą  miałem  na  myśli,  przepada  za  gotowaniem  -  zauważył  wielebny 

Will.  -  Znakomicie  radzi  sobie  z  dziećmi  i  zawsze  pragnęła  mieć  rodzinę.  Pracuje  w 
Waszyngtonie.  Z  jej  listów  wynika,  że  chciałaby  coś  zmienić  w  swoim  życiu.  Możemy 
sprowadzić ją do Bear Creek i...

- Byłaby kimś w rodzaju narzeczonej na zamówienie?
-  To  nie  gorsze  niż  ogłoszenie  matrymonialne  w  gazecie  -  nie  ustępował  pastor.  -  A  mój 

plan z pewnością jest lepszy i bezpieczniejszy. Mogę ręczyć za ciebie i Karę. Oboje...

2

background image

-  Hej,  Mac,  twój  bratanek  prowadzi  dżipa!  -  krzyknął  Webb  i  ruszył  ku  frontowym 

drzwiom.

- Brick? Powinien być w szkole. Jeśli znowu go wyrzucili...
Trzej mężczyźni wybiegli na ganek.
-  Dobry  Boże,  to  mały  Clay!  -  sapnął  pastor.  Przez  moment  jak  sparaliżowani  wpatrywali 

się w drugoklasistę siedzącego za kierownicą.

- Wujku Mac! - zawołał Clay, wtaczając się dżipem na podjazd. - Dzisiaj wcześniej odesłali 

mnie do domu, bo jestem zarażony. Zobacz, jak dobrze prowadzę!

- Czym zarażony?
-  Słyszałem,  że  w  szkole  podstawowej zanotowano przypadki wietrznej ospy - powiedział 

wielebny Will. - Jeśli Clay to złapał, co najmniej przez tydzień nie będzie chodził do szkoły. 
Moja mała Joanna parę lat temu przez dwa tygodnie leżała w łóżku chora na ospę.

-  Ożenek  wydaje  się  sprawą  nie  cierpiącą  zwłoki  -  przyznał  Mac.  -  Rozsądny  związek 

między  dwojgiem  dorosłych  ludzi,  którzy  wiedzą,  czego  chcą.  Pastorze,  czym  prędzej 
sprowadź tę dziewczynę, o której wspomniałeś. Na mój koszt - dorzucił, biegnąc w kierunku 
dżipa.

Kara Kirby po raz kolejny czytała list, bezskutecznie pragnąc odmienić jego sens:
Z  przykrością  informujemy,  że  ze  względu  na  cięcia  budżetowe  zmuszeni  jesteśmy 

zmniejszyć  zatrudnienie  w  naszym  ministerstwie  i  pani  stanowisko  zostało  przewidziane  do 
redukcji w terminie trzydziestu dni od niniejszej daty.

Z  listu  wynikało,  że  nie  chodzi  o  kwestionowanie  jakości  pracy,  którą  Kara  wykonywała 

doskonale,  lecz  o  oszczędności  budżetowe  w  dziedzinie,  która  przestała  być  traktowana 
priorytetowo.

Straciła pracę statystyka! Za trzydzieści dni będzie bezrobotna. Gorące łzy napłynęły jej do 

oczu. Poczuła, że ogarnia ją strach. Wykonywała to zajęcie przez ostatnich pięć lat! Prawda, 
że przeważnie było nudno, ale zarabiała nieźle, miała zapewnioną opiekę medyczną, a także 
tydzień płatnego urlopu. W zeszłym roku Kara mogła sobie pozwolić na opłacanie czynszu za 
mieszkanie  bez  brania  współlokatorki.  Zawsze  była  raczej  introwertyczna  i  nieśmiała,  ale 
dzielenie lokum z różnymi dziewczętami sprawiało, że prowadziła bardziej urozmaicony tryb 
życia.  Kiedy  jednak  ostatnia  współmieszkanka  wyszła  za  mąż,  Kara  zdecydowała  się 
mieszkać sama, mając za towarzysza jedynie syjamskiego kota o imieniu Tai.

Trzy  miesiące  temu,  w  dniu  własnych  urodzin,  siedziała  przed  telewizorem  z  kotem  na 

kolanach  i  podsumowywała  swoje  życie.  Miała  dwadzieścia  sześć  lat,  była  samotna.  Nie-
wielki  krąg  przyjaciół rozpadł się, znajomi pozakładali rodziny albo wyjechali i tylko w jej 
życiu  nic  się  nie  zmieniło.  W  perspektywie  rysowała  się  smutna,  samotna  przyszłość  bez 
męża i dzieci. A teraz jeszcze bez pracy!

Tai miauknął i zeskoczył z tapczanu.
- Och, koteczku, co my zrobimy? - Kara z trudem przełknęła ślinę.
W najczarniejszych myślach nie przypuszczała, że może być aż tak źle. Dzwonek telefonu 

wyrwał ją z ponurych rozmyślań.

- Kara? - w słuchawce rozległ się ciepły głos wielebnego Willa Franklina.
- Wujek Will! - wykrzyknęła dziewczyna z przejęciem.
- Nie chciałabyś przyjechać do nas z wizytą, moja droga?
- Bardzo bym chciała, ale...
- Żadnych „ale”. Opłacę całą podróż. Ginny, dziewczynkom i mnie bardzo zależy na twoim 

przyjeździe do Montany tak szybko, jak to możliwe.

Stojąc  przy  wyjściu  z  lotniska  w  Helenie,  Mac  Wilde  po  raz  setny  oglądał  fotografię 

otrzymaną ty dzień temu od pastora. Na zdjęciu widniała podobizna Kary Jo Kirby.

Ostatnio  Mac  był  zmuszony  ponaglić  wielebnego  Willa,  by  ten  skontaktował  się  jak 

najszybciej z dziewczyną z Waszyngtonu. Po tym, jak parę dni temu przyłapano Bricka ukry-
tego  w  dziewczęcej  przebieralni  z  polaroidem  w  ręku  i  po  gonitwie  za  chorym  na  ospę 
Clayem,  który  uciekał,  nie  pozwalając  sobie  posmarować  krost  maścią,  Mac  uznał,  że 
związek małżeński to po prostu życiowa konieczność.

3

background image

Wielebny Will był zachwycony.
-  Znam  Karę  od  lat i gwarantuję, że jest godną zaufania dziewczyną. Musisz wiedzieć, że 

prawie przez pięć i pół roku byłem jej ojczymem. Wychowywałem ją od trzeciego do ósmego 
roku życia, a potem ja i jej matka rozwiedliśmy się - powiedział.

Mac  przyglądał  się  mu  bez  słowa.  Znał  Willa  i  Ginny  Franklinów  od  piętnastu  lat,  odkąd 

pastor przybył do Bear Creek. Oboje wraz z córkami, szesnasto- i dwunastoletnią, stanowili 
niezwykle  przykładną  rodzinę.  Mac  Wilde  po  raz  pierwszy  usłyszał  o  poprzedniej  pani 
Franklin.

- To nie tajemnica, choć rzadko mówię o swoim pierwszym małżeństwie. Nie ma powodu, a 

poza tym Ginny nie chce do tego wracać. Przez lata utrzymywałem kontakt z Karą, choć nie 
widywaliśmy  się  tak  często,  jak  byśmy  tego  pragnęli.  -  Pastor  podał  Macowi  fotografię.  -
Została  zrobiona  prawie  pięć  lat  temu.  Miałem  wówczas  konferencję  w  Waszyngtonie  i 
odwiedziłem moją byłą pasierbicę.

Mac  wpatrywał  się  w  zdjęcie.  Uśmiech  Kary  Kirby  wyglądał  na  wymuszony.  Miała 

zgrabny, mały nosek, ładne, białe zęby i brązowe, ostrzyżone na pazia włosy. Grzywka, przy 
której  modelowaniu  na  pewno  nie  użyto  żadnego  żelu,  podkreślała  duże,  szeroko  otwarte 
oczy  dziewczyny,  w  których  na  czerwono  odbił  się  błysk flesza. Według opinii wielebnego 
Willa,  Kara  miała  piwne  oczy.  Młoda  kobieta  z  fotografii,  ubrana  w  białe  spodnie  i 
brzoskwiniową bluzkę, była szczupła, choć przez ostatnie pięć lat mogła utyć.

Jakieś parę kilogramów, pomyślał Mac, przełykając ślinę. Nic nie szkodzi. Jeśli tylko miała 

taki  charakter  i  zalety,  o  których  wspominał  pastor,  i  jeśli  zechce  poświęcić  się  dla  zroz-
paczonego mężczyzny oraz czwórki nieznośnych dzieci, to on, Mac, miał diabelne szczęście, 
że na nią trafił.

Dźwigając podróżną klatkę kota, Kara skierowała się ku wyjściu. Po drodze rozglądała się 

uważnie,  ale  wśród  osób  oczekujących  na  pasażerów  samolotu  nie  mogła  dostrzec  wie-
lebnego Willa Franklina.

- Przepraszam, czy pani Kara Kirby?
- Tak. - Dziewczyna zatrzymała się i spojrzała na dużo wyższego od siebie mężczyznę.
- Jestem Mac Wilde.
Przyglądał się jej uważnie. Nie zmieniła się przez te pięć lat. Miała taką samą fryzurę jak na 

starym zdjęciu i duże piwne oczy. Była kruchą, delikatną dziewczyną o smukłych kształtach, 
choć  to,  co  interesowało  go  najbardziej,  skrywał  gruby,  przypominający  tunikę  beżowy 
sweter i szerokie popielate spodnie.

Ubranie  utrzymane  w  dobrym  guście,  ale  wyjątkowo  pozbawione  fantazji  i  za  bardzo 

maskujące figurę. Mac spróbował sobie wyobrazić, jak wyglądałaby w jaśniejszych kolorach 
i  stroju  podkreślającym  kobiece  kształty.  Zmarszczył  brwi,  uświadomiwszy  sobie  trop 
własnych  skojarzeń.  Nie  spodziewał  się  oczywiście,  że  Kara  będzie  ubrana  jak  nastolatka 
Lily, która swymi ekstrawaganckimi kreacjami często go szokowała.

Zachmurzył się na myśl o tym, że wczoraj koło trzeciej nad ranem przyłapał bratanicę, jak 

wślizgiwała się do domu. Mała cwaniara nie chciała powiedzieć, gdzie była i z kim.

Kara  zaniepokoiła  się,  spostrzegłszy  wyraz  dezaprobaty  na  twarzy  mężczyzny.  Domyśliła 

się, że Mac został wysłany przez pastora, by ją przywieźć z lotniska, i ta misja najwyraźniej 
nie  przypadła  mu  do  gustu.  Zapewne  nie  spodobała  mu się również sama Kara. Mężczyzna 
taki  jak  on  -  ciemnowłosy,  wysoki,  przystojny  -  nigdy  nie  zwróciłby  uwagi  na  kogoś  tak 
przeciętnego jak ona.

Wuj Will mówił, że z lotniska do domu w Bear Creek jedzie się parę godzin, a to oznaczało 

dłuższą  podróż w towarzystwie Maca Wilde’a, który z pewnością będzie się z nią okropnie 
nudził.

Kara wysiliła umysł, by coś powiedzieć. Pragnęła zdobyć się na jakiś błyskotliwy bon mot, 

lecz, jak zwykle, nic z tego nie wyszło.

- Rozumiem, że pastor Franklin nie mógł przyjechać po mnie na lotnisko i poprosił pana o 

tę przysługę - rzekła, karcąc się natychmiast za stwierdzenie oczywistości.

- Sam chciałem przyjechać - odpowiedział Mac.
Opłacił dziewczynie bilet pierwszej klasy, miał zamiar się z nią ożenić, więc nic dziwnego, 

4

background image

że spieszyło mu się, by obejrzeć przyszłą żonę.

- To miło z pana strony. - Kara uśmiechnęła się.
Mac  popatrzył  uważnie  na  pannę  Kirby.  Jej  uśmiech  w  niczym  nie  przypominał 

wymuszonego grymasu ze zdjęcia. Był szczery, rozjaśniał i odmieniał twarz. Ten nagły błysk 
ożywienia  sprawił, że dziewczyna wydała się mu bardzo ładna. Najpierw zwrócił uwagę na 
jej cerę, nie smagłą jak u miejscowych kobiet, lecz jasną i gładką jak kość słoniowa.

Kara  szybko  zmieniła  wyraz  twarzy,  przybierając  maskę  spokoju  i  ostrożności.  Znowu 

wyglądała tak, jak w chwili spotkania. Mac zmrużył oczy. Nagle ta maska również zaczęła go 
interesować,  bo  już  wiedział,  że  pod  nią  kryje  się  oblicze  innej  kobiety.  Piwne  oczy  tamtej 
lśniły ciepłem, gdy się uśmiechała, a pełne wargi nabierały zmysłowości.

Wyobraził  sobie,  że  całuje  te  słodkie  usta,  i  poczuł  przyjemne  ciepło  rozchodzące  się  po 

ciele. Spodobał mu się pomysł z pocałunkiem. Uświadomił sobie, że nie miał kobiety, odkąd 
pod jego dachem zjawiły się dzieci.

Kara ukradkiem obrzuciła go wzrokiem, czując się niezręcznie pod ostrzałem spojrzeń. Jak 

na kobietę w jej wieku, miała niewielkie doświadczenie w stosunkach z mężczyznami. Teraz 
wyczuwała jakieś napięcie, towarzyszące temu spotkaniu.

- Czy... czy daleko jest do domu pastora w Bear Creek?
- Jakieś trzy godziny jazdy do miasteczka i jeszcze ze dwadzieścia minut do rancza.
- Jakiego rancza?
- Mojego. Wielebny Will nie wspomniał o Double R?
Mac  był  najwyraźniej  zaskoczony.  Zakładał,  że  pastor  przedstawił  dziewczynie  sytuację  i 

przekazał jej podstawowe informacje o przyszłym mężu i jego gospodarstwie.

- Nie. Mówił trochę o własnym domu - wyjaśniła Kara, zastanawiając się, dlaczego ranczo 

Maca miałoby stanowić temat rozmowy między nią i pastorem.

W  tym  momencie  Tai  zamiauczał  tak  przeraźliwie,  że  musiano  go  usłyszeć  na  całym 

lotnisku.

- Widzę, że Autumn będzie miała konkurencję we wrzaskach - mruknął Mac.
Kara nie wiedziała, do czego odnosi się ta uwaga, lecz była pewna, że nie ma ona związku z 

jej ulubieńcem.

- Tai nie jest wytrawnym podróżnikiem - wyjaśniła przepraszająco. - To był jego pierwszy 

lot i czuje się nieszczęśliwy. Cieszę się, że wzięłam go ze sobą do kabiny pasażerskiej.

Głębokie spojrzenie ciemnobrązowych oczu Maca Wilde’a wprawiało Karę w zakłopotanie. 

Kiedy znowu poczuła je na sobie, zarumieniła się gwałtownie.

-  Wiem,  że  nie  ucieszyło  to  załogi  ani  pozostałych  pasażerów,  ale  po  prostu  nie  mogłam 

skazać go na lot w przedziale towarowym - ciągnęła, odwracając wzrok. - Tai nigdy przedtem 
nie podróżował. To może pozostawić w jego psychice trwałe urazy.

- Kot z urazami w psychice - powtórzył Mac.
Pomyślał, że taka wrażliwość dziewczyny dobrze rokuje, jeśli chodzi o stosunki z dziećmi. 

W końcu były sierotami, które od czasu śmierci rodziców po raz drugi zmieniły dom.

- Chodźmy, odbierzemy pani bagaż i ruszamy na ranczo.
-  Ja...  wolałabym  raczej  pojechać  do  domu  wielebnego  Franklina  -  zauważyła  Kara,  która 

przez cały czas kurczowo trzymała w ręku klatkę z Taiem. - Nie mogę się doczekać spotkania 
z wujem Willem. Z Ginny i dziewczynkami także - dodała szybko.

Mac nie był zachwycony, ale przystał na to życzenie.
-  Tylko  nie  mogę  zbyt  długo  zostawiać  dzieci  bez  opieki.  Naprawdę  powinniśmy  zaraz 

jechać.

Poszedł  po  bagaż,  a  Kara  podążyła  za  nim,  podziwiając  po  drodze  wspaniałą  sylwetkę 

swego towarzysza. Miał dzieci. To oczywiste, że taki atrakcyjny mężczyzna założył rodzinę. 
Kara  zastanawiała  się,  gdzie  też  może  być  jego  żona,  skoro  tak  spieszno  mu  do  dzieci,  i 
dlaczego w tej sytuacji zgodził się wyjechać po nią na lotnisko.

Pomyślała, że żonaty mężczyzna nie powinien patrzeć na kobiety taksującym wzrokiem. A 

może była przewrażliwiona lub źle zrozumiała jego spojrzenia?

- Dużo ma pan dzieci? - spytała, gdy już opuścili lotnisko i znaleźli się w dżipie Maca.
Wydobyła  kota  z  klatki  i  trzymała  go  na  kolanach,  co  sprawiło,  że  przestał  rozpaczliwie 

5

background image

miauczeć.

- Czworo - odrzekł Mac.
Pastor  z  pewnością  musiał  wspomnieć  o  dzieciach.  W  końcu  to  główny  powód  jej 

przyjazdu  tutaj!  Mac  rzucił  okiem  na  Karę  i  spostrzegł,  iż  ukradkiem  go  obserwuje.  Przy-
łapana, zarumieniła się lekko ze zmieszania.

- To miło - ciągnęła tym samym, bezosobowym tonem.
Co  też  pastor  mógł  jej  powiedzieć,  skoro  dziewczyna  przyjmuje  wszystko  z  takim 

spokojem?  Z  radia  dobiegały  słowa  romantycznej  piosenki.  Kara  gładziła  futerko  kota  i 
próbowała się uspokoić. Czuła się nieswojo. Była w dżipie sam na sam z mężczyzną.

- W jakim wieku są pańskie dzieci? - zapytała, bawiąc się obróżką Taia.
Mac zmarszczył brwi. Nie tak to sobie wyobrażał. Sądził, że Kara przyjedzie do Montany 

poinformowana  przez  pastora  o  wszystkim,  co  dotyczyło  jej  przyszłej  rodziny.  A  może 
dziewczyna  tylko  udawała  nieświadomą,  próbując  przełamać  lody  pytaniami,  na  które  od 
dawna znała odpowiedź?

Z  radia  rozległy  się  podniecające  dźwięki  saksofonu.  Melodia  wyczarowywała  obraz  pary 

kołyszącej się rytmicznie w jej takt. Mac powędrował wzrokiem ku szyi panny Kirby. Kusiła 
go jedwabiście miękka skóra i lekko zaróżowione policzki. Zastanawiał się, jaki smak mają 
wargi tej dziewczyny.

-  Jakie  mają  imiona?  -  zadała  następne  pytanie,  nie  doczekawszy  się  odpowiedzi  na 

pierwsze.

Towarzysz  podróży  najwyraźniej  nie  przejawiał  chęci  do  rozmowy,  ale  jego  spojrzenia 

świadczyły, że jest Karą zainteresowany. Jak mógł wujek Will wysłać go po nią na lotnisko? 
-  zastanawiała  się  zdenerwowana.  A  co  będzie,  jeśli  ten  małomówny  mężczyzna  okaże  się 
zboczeńcem?

-  Chce  pani  dowiedzieć  się  czegoś  o  dzieciach?  -  westchnął  Mac.  -  Dobrze.  Nieuczciwie 

byłoby owijać rzeczy w bawełnę, więc powiem wprost. Lily właśnie skończyła siedemnaście 
lat. Jest gwałtowna i kłamie na potęgę. Brick na Nowy Rok skończy czternaście i jeśli nie ma 
w danej chwili kłopotów, to sam ich szuka. Autumn jest dziesięciolatką. To mały wampirek z 
obsesją  na  punkcie  zbrodni  i  klęsk  żywiołowych.  Wszędzie  wietrzy  niebezpieczeństwo. 
Wreszcie  najmłodszy,  Clay,  siedmioletni  diabeł,  który  żyje  po  swojemu,  nie  słuchając 
nikogo. Trzeba przyznać, że niełatwo mieszkać z taką czwórką.

- Z pewnością - odrzekła Kara. Może to jego zły dzień, pomyślała. Uznała, że w tej sytuacji 

wypada zachować się dyplomatycznie.

- Dzieci mają dość oryginalne imiona

- zauważyła.

-  Jakie  dzieci,  takie  imiona  -  zgodził  się  ponuro  Mac.  -  Ich  rodzice,  mój  brat  Reid  i  jego 

żona,  Linda,  pragnęli  nazwać  swoich  potomków  tak,  by  podkreślić  związek  człowieka  z 
naturą i naszą planetą.

- Sądzę, że rozumiem - rzekła Kara.
To nie są jego dzieci, pomyślała zaskoczona.
Mac  odczuł  wewnętrzne  zadowolenie.  Nie  potępiła  dzieciaków  ani  nie  wydrwiła  filozofii 

życia  Reida  i  Lindy.  Wydawała  się  tolerancyjna,  a  tego  właśnie  potrzebowali  jego  bra-
tankowie i bratanice. Dobrze zrobił, że ją tu sprowadził. Im wcześniej zamieszka z nimi, tym 
lepiej dla wszystkich.

- Teraz dzieci są u pana? - Kara próbowała uporządkować sobie całą historię.
- Mieszkają ze mną na stałe. Straciły rodziców w wypadku samochodowym prawie dwa lata 

temu.

- Straszne! Biedne dzieci!
- Tak. Najpierw zajmowała się nimi matka Lindy, ale tylko przez trzy miesiące. Nie mogła 

sobie  dać  z  nimi  rady  i  wkrótce  przeniosła  się  do  pensjonatu  dla  emerytów,  w  którym 
zabrania się przyjmować dzieci poniżej dwudziestu lat nawet w charakterze gości. Potem mój 
brat, James, i jego żona podjęli się opieki nad sierotami. Wytrwali przez rok.

-  Zabrakło  sprzyjającej  atmosfery  -  wyraziła  przypuszczenie  Kara,  a  w  jej  ciepłym  głosie 

zabrzmiało współczucie.

- Można tak to określić - uznał Mac.

6

background image

Macauleyowi  przypadła  do  gustu  wyważona  reakcja,  nikogo  i  niczego  nie  potępiającej 

Kary. Wszystko wskazywało na to, że dziewczyna miała zamiar zamieszkać z czwórką mło-
docianych terrorystów.

- Skoro sprawy nie układały się najlepiej, wziął pan sieroty do siebie?
-  Mieszkają  ze  mną  od  czerwca.  Muszę  zaznaczyć,  że  niewiele  wiem  o  wychowywaniu 

dzieci. Zdaję sobie sprawę, jaki ojciec może być z kawalera - powiedział Mac i obrzucił Karę 
przeciągłym spojrzeniem.

Nie  był  żonaty.  Kara  poczuła  wewnętrzne  ciepło  i  zaczęła  rozważać  możliwości 

zainteresowania sobą tego mężczyzny.

Mac sięgnął po telefon.
- Powiem dzieciom, że już jedziemy.
Odczekał dłuższą chwilę, lecz w domu nie podnoszono słuchawki.
- Dlaczego nikt nie odpowiada? Gdzie są dzieci?
Telefon dzwonił bez przerwy. Mac spojrzał na zegarek.
- Już piąta. Powinny były wrócić ze szkoły.
- Może coś... je zatrzymało? - zasugerowała Kara.
W końcu w słuchawce odezwał się cienki głosik:
- Halo?
- Autumn, tu wujek Mac. - Mężczyzna odetchnął z ulgą. - Dlaczego tak długo nie odbierałaś 

telefonu?

- Byłam w swoim pokoju i musiałam najpierw odciągnąć komodę spod drzwi, a to zabrało 

trochę czasu.

- Co tam robiłaś zabarykadowana? I gdzie są pozostali?
- Oglądałam telewizję.
- W swoim pokoju? Przecież nie masz telewizora.
- Teraz mam - odpowiedziała z dumą Autumn. - Przeniosłam go do siebie z salonu. Wujku, 

wiesz, jacy źli ludzie siedzą w więzieniach?

-  Autumn,  mówiłem,  że  nie  wolno  ci  oglądać  takich  programów. Telewizor ma wrócić na 

swoje miejsce. - Mac przerwał na moment. - Nie powiedziałaś mi, gdzie są inni.

-  Wyszli  -  odparła  dziewczynka.  -  Nie  wiem,  dokąd.  Po  prostu  wyszli.  Wujku,  co  będzie, 

jeśli któryś z tych zabójców znajdzie Lily albo Bricka, albo Claya i...

- Przestań, Autumn. Na pewno nie wiesz, gdzie oni są?
- Nie wiem, gdzie jest Lily i Brick, ale Clay powiedział, że chce pojeździć na tym czarnym 

koniu.

- Na Blackjacku? Wielki Boże?! Autumn, musisz...
- Wujku, ktoś stuka do drzwi. Bardzo głośno, jak morderca. - Autumn wydała z siebie krzyk 

mrożący krew w żyłach.

- Czy z nią wszystko w porządku? - spytała Kara z troską w głosie.
- Autumn! - Mac kilkakrotnie wołał bratanicę, zanim udało mu się skłonić ją do rozmowy.
- On mówi, że jest Webbem Asherem i przyprowadził Claya - raportowała dziewczynka. -

Chce, żebym otworzyła drzwi, ale ja tego nie zrobię. Myślę, że to morderca z więzienia udaje 
Webba - zakończyła dramatycznie.

- Autumn Wilde, natychmiast otwórz drzwi i poproś Webba do telefonu - zażądał Mac.
Wysłuchał Ashera, a potem odłożył słuchawkę.
- Mój zarządca przyłapał Claya na karmieniu ogiera ciastkami. Mały próbował zaprzyjaźnić 

się  z  koniem,  bo  chciał  na  nim  pojeździć.  To  groźne  zwierzę.  Mogło  go  zabić  jednym 
kopnięciem. Gdyby nie Webb... Muszę natychmiast tam wracać. Jeden Bóg wie, gdzie są Lily 
i Brick. Nie mogę zostawić dwójki maluchów bez opieki. Prosiłem Webba, żeby posiedział z 
nimi, dopóki nie wrócimy, ale pewnie nie na długo starczy mu cierpliwości.

- Daleko jeszcze do Bear Creek? - spytała Kara.
- Nie jedziemy tam. Wybrałem drogę, która omija miasteczko.
Kara ukryła rozczarowanie. W tych okolicznościach nie mogła wymagać, by Mac odwiózł 

ją najpierw do pastora.

-  Zadzwonię  do  wujka  Willa,  jak  tylko  przyjedziemy  na  ranczo,  i  poproszę,  by  po  mnie 

7

background image

przyjechał. Nie będzie pan musiał zostawiać dzieci i wozić mnie do miasta.

- Nie można zaczekać ze spotkaniem do jutra? - spytał Mac. - Odbyła pani długą podróż, a 

poza tym nie ma potrzeby fatygować po nocy wielebnego Willa.

- Czekać do jutra? - powtórzyła Kara. - Niemożliwe!
-  Załatwimy  to  inaczej.  Dziś  w  nocy  nikt  nigdzie  nie  pojedzie.  Jutro  pomówimy  o 

odwiedzinach w Bear Creek.

- Nie mogę zostać u pana na noc! - Kara wpadła w panikę.
- Kochanie, możesz i zostaniesz. Rozumiem, że na samą myśl o spotkaniu z dziećmi mogłaś 

się  zdenerwować.  Każdy  by  tak  zareagował,  bo  to  naprawdę  dobrana  paczka.  Ale  nie 
zapominajmy o przyczynie twojego przyjazdu do Montany...

- Właśnie. - Kara przerwała jego wywody. Pod wpływem strachu nabrała nagłej śmiałości. -

Przyjechałam odwiedzić wuja Willa.

- Bądźmy wobec siebie szczerzy, Karo. Wiesz, że jesteś tu po to, by wyjść za mnie za mąż i 

pomóc wychować dzieci.

ROZDZIAŁ DRUGI

Kara nie mogła wydobyć z siebie głosu. Czuła, jak jej policzki pokrywają się rumieńcem.
- Jeśli to żart, to w bardzo złym guście - powiedziała.
Nigdy dotąd w jej spokojnym życiu nie zdarzyło się, by ktoś do tego stopnia wyprowadził 

ją z równowagi.

- Wujek Will kupił mi bilet i...
-  Nieprawda.  Ja  opłaciłem  twoją  podróż.  Jeśli  pastor  powiedział coś innego, to... skłamał. 

Nikt nie jest bez grzechu.

-  Naprawdę  mam  uwierzyć,  iż  wujek  mógłby  zaprosić  mnie  tutaj  na  takich  warunkach?  -

Kara dobitnym tonem podkreśliła niewiarygodność takiej koncepcji. - Że sprowadziłby mnie 
po to, bym... wyszła za pana za mąż i słowem nie wspomniał o pańskim istnieniu?

-  Nie  tak  to  miało  wyglądać.  -  Mac  nie  ukrywał  niezadowolenia.  -  Sądziłem,  że  pastor 

wszystko dokładnie wyjaśni. Sam to wymyślił.

- Nie mógł zrobić czegoś takiego! Nie wujek Will!
-  Słuchaj,  kochana,  nie  miałem  pojęcia,  że  istniejesz,  dopóki  mi  o  tobie  nie  wspomniał. 

Wiedział,  że  mam  kłopoty  z  dziećmi  i  potrzebuję  żony  do  pomocy.  Zasugerował,  iż  może 
zechcesz  przyjechać,  by  wyjść  za  mnie.  Skoro  przyjęłaś  bilet,  uznałem,  że  odpowiada  ci... 
rola mojej żony.

- Och! To nie może być prawda! - Kara skryła w dłoniach rozpaloną twarz.
- Wiesz, że tak jest.
- Nie! Przyjechałam tu odwiedzić wuja...
-  Ojczyma  -  poprawił  ją  Mac.  -  Pastor  opowiedział  mi  o  swoim  poprzednim małżeństwie. 

Chyba nikt w Bear Creek nie wie, iż był już raz żonaty i miał pasierbicę w swoim pierwszym 
związku.

- Byłą pasierbicę. To zasługa jego żony. Kiedy byłam jeszcze małą dziewczynką, zabroniła 

mi zwracać się do niego „tatusiu”. Powiedziała, że Will ma własne córki. Zabolało mnie to, 
ale  pastor  prosił,  bym  mówiła  do  niego  „wujku”  i  tak  już  zostało,  chociaż  przez  długi  czas 
myślałam o nim jak o tacie. Mój prawdziwy ojciec zmarł, gdy byłam niemowlęciem. Will był 
jedynym tatą, jakiego znałam.

- Twoim kosztem zadowolił Ginny?
- Nie miał wyboru. - Kara lojalnie broniła ojczyma.
- Trudno uwierzyć, że to, co usłyszałem, dotyczy pastora i jego żony. W końcu znam ich od 

piętnastu lat.

- Wujek Will miał złamane serce, kiedy moja matka porzuciła go dla innego mężczyzny. Ja 

zresztą  również.  -  Głos  Kary  przycichł,  gdy  wspomniała  tamten  smutny  okres.  -  Mama 
zawsze  uważała,  że  ożenił  się  z  Ginny  po  to,  by  się  na  niej  zemścić.  Sądzi,  że  nowa  pani 
Franklin dobrze o tym wie i dlatego zabrania mu kontaktu ze mną. Jego serdeczny stosunek 
do pasierbicy musiał jej przypominać, że to moja matka, a nie ona była największą miłością 
w życiu Willa.

-  Jakoś  nie  mogę  wyobrazić  sobie  pastora  w  tak  romantycznej  roli,  a  tym  bardziej  Ginny 

8

background image

jako jędzy dokuczającej małym dziewczynkom.

- Żadna kobieta nie lubi myśleć o sobie jako o tej drugiej w życiu kochanego mężczyzny, a 

moja  matka  była  i  jest  piękna.  Niestety,  ja  bardziej  przypominam  ojca.  Jestem  pospolita  w 
każdym calu - wyjaśniła pospiesznie.

- Niczego ci nie brak.
Kara zmieszała się i zaczęła głaskać kota. Z żadnym mężczyzną nie rozmawiała dotąd tak 

otwarcie o swojej przeszłości.

- Myślisz, że powiedziałem to tak sobie - Mac zareagował na milczenie dziewczyny. - Nie 

należę do mężczyzn prawiących słodkie słówka...

- Oczywiście - przerwała Kara. - Wydaje się pan wyjątkowo praktyczny w dziedzinie uczuć. 

I  choć  to  drażliwy  temat,  to  czy  nie  przyszło  panu  na  myśl,  że  może  zachodzić  związek 
między pańską trzeźwością w tych sprawach a potrzebą... kupienia żony?

Nigdy  w  życiu  nie  zdobyła  się  jeszcze  na  tak  zjadliwą  szczerość,  lecz  Mac  sprawił,  że 

przestała być sobą. Zaatakowany, uniósł brwi, zdjął rękę z kierownicy i przesunął palcem od 
ramienia ku dłoni Kary.

- Dama pokazuje pazurki, prawda? Zupełnie jak kot.
Kara  zadrżała.  Nawet  przez  grubą  warstwę  wełny  poczuła  mrowienie  na  skórze  wzdłuż 

linii, po której przesunął ręką.

- Proszę się nie spoufalać - warknęła.
- Jak sobie życzysz, kochanie. - Uśmiechnął się szeroko.
Ten  uśmiech  miał  zniewalającą  siłę,  a  Mac  pewnie  doskonale  o  tym  wiedział.  Instynkt 

ostrzegał  ją,  że  taki  mężczyzna  potrafi  spożytkować  swój  czar  dla  osiągnięcia  konkretnego 
celu.

Przestali rozmawiać. Kara nerwowo rozpatrywała własną kłopotliwą sytuację. Co on sobie 

myśli? Że z wdzięczności za bilet lotniczy wyjdzie za niego i zajmie się dziećmi?

Mac nie wyglądał na poruszonego.
-  Zwrócę  pieniądze  za  bilet  -  oznajmiła  Kara,  bezowocnie  starając  się  zachować  chłodny 

ton i opanowanie. - Bar... bardzo mi przykro, że powstało takie nieporozumienie.

- Nie chcę zwrotu kosztów. Spodziewam się, że dotrzymasz umowy i wyjdziesz za mnie.
- Nie było żadnej umowy!
- Kupiłem bilet w dobrej wierze i zakładam, że przyjęłaś go wraz z pozostałymi warunkami 

kontraktu - spojrzał znacząco.

Dziwił  się,  że  tak  łatwo  potrafi  ją  przeniknąć.  Była  skonfundowana  tym,  co  mówił,  i 

najwyraźniej brała jego słowa za dobrą monetę.

-  A  może  mnie  zwodzisz?  Użyłaś  moich  pieniędzy,  żeby  zafundować  sobie  wycieczkę  do 

Montany. Kto wie, ile jeszcze zamierzałaś ode mnie wyciągnąć? Czy wielebny Will też jest 
w zmowie?

- Jak pan może mówić coś podobnego? To po prostu okropne nieporozumienie! - krzyknęła 

Kara.

- Nie przekonasz mnie, kochanie. Myślę, że razem z pastorem próbujecie mnie naciągnąć -

zakończył Mac nadspodziewanie pogodnym tonem.

- Ależ nie!
Kara  wpatrywała  się  w  twarz  Maca.  Podejrzany  błysk  w  oczach  i  nutka  triumfu  w  głosie 

nasunęły jej myśl, że ten mężczyzna z niej żartuje.

- Nie ma pan podstaw zakładać, że coś knujemy.
- Nie? Więc odpowiedz, dlaczego Ginny Franklin miałaby cię zapraszać do swego domu i 

pozwalać mężowi, żeby płacił za bilet, skoro przypominasz jej przeszłość?

Kara  otworzyła  usta,  żeby  coś  powiedzieć,  i  natychmiast  je  zamknęła.  Po  rozmowie  z 

wujem  sama  zadawała  sobie  podobne  pytanie,  ale  była  zbyt  uradowana  zaproszeniem,  by 
głębiej się nad tym zastanawiać.

- Nigdy przedtem ich nie odwiedzałaś - ciągnął Mac. - Tylko raz widziałaś się z pastorem, 

gdy przyjechał do Waszyngtonu służbowo, a więc bez Ginny i dziewczynek. Nie mam racji?

Kara niechętnie skinęła głową.
- Już w dzieciństwie Ginny jasno dała ci do zrozumienia, że nie życzy sobie, by twój były 

9

background image

ojczym  podtrzymywał  z  tobą  kontakty.  Pastor  też  wspominał,  iż  nie  mogliście  się  widywać 
tak  często,  jak  tego  pragnęliście.  Czemu  wszystko  miałoby  się  nagle  zmienić?  Prawda  jest 
taka, że nie oczekują cię w tamtym domu. Jeśli Ginny w ogóle wie o twoim przyjeździe, to 
pewnie  tylko  tyle,  że  zatrzymasz  się  u  mnie,  w  Double  R.  Will  nie  mógł  kupić  ci  biletu. 
Chyba po trupie Ginny.

- Wszystko, co powiedziałam, zostało użyte przeciwko mnie - rzekła, spuszczając głowę.
- Miłość albo wojna, dziecino.
- Ani jedno, ani drugie. Proszę się zatrzymać. Wysiadam!
-  Zamierzasz  wracać  autostopem  na  lotnisko?  Z  bagażem  i  tym  miauczącym  kotem?  -

Roześmiał się głośno.

- Tak.
-  Jesteś  pewna?  Słońce  już  zachodzi,  a  w  nocy  jest  tu  dość  niebezpiecznie.  Wzdłuż  szosy 

grasują niedźwiedzie i kuguary.

- Chce mnie pan przestraszyć. - Kara próbowała zignorować dreszcz przenikający jej ciało. 

- Myślę, że większe niebezpieczeństwo zagraża mi tutaj. Proszę się zatrzymać, bo wyskoczę!

Mac  gwałtownie  skierował  dżipa  w  zakole  parkingowe  na  poboczu  szosy.  Kara  zadrżała. 

Wyglądało, że zamierzał spełnić jej życzenie. Dławiący strach ścisnął gardło. Jak wrócić na 
lotnisko?  Tai  zamiauczał  rozpaczliwie.  Kara  stłumiła  szloch.  A  jeśli  naprawdę  grasują  tu 
drapieżniki?

- Lepiej wsadź kota do klatki - poradził Mac.
Dziewczyna  bez  słowa  niemal  na  siłę  wepchnęła  tam  opierające  się  zwierzątko.  Mac 

przełożył klatkę na tylne siedzenie.

- Wyjmę swój bagaż, a potem wezmę kota - powiedziała, chwytając za klamkę.
-  To  nie  będzie  konieczne  -  rzekł  i  zanim  zdążyła  się  zorientować,  odpiął  pasy 

bezpieczeństwa i ujął jej ręce.

-  Co  pan  robi?  -  krzyknęła,  widząc  twarz  Maca  tuż  przy  swojej  i  wyczuwając  kolanami 

dotyk jego ud.

Próbowała uwolnić ręce, ale uścisk okazał się zbyt silny.
- Powiem ci, czego nie zrobię. Nie porzucę cię z kotem na autostradzie i nie narażę na żadne 

niebezpieczeństwo.

Serce dziewczyny gwałtownie tłukło się w piersiach. Czuła się zagrożona tu, w dżipie!
-  Uspokój  się  -  powiedział  Mac  łagodnie.  -  Widzę,  że  drżysz.  Nie  mam  zamiaru  cię 

skrzywdzić.

- Proszę mnie natychmiast puścić!
- Nie musisz się bać.
- To po co pan mnie straszy?
-  Chciałaś,  żebym  się  zatrzymał,  i  groziłaś,  że  wyskoczysz,  jeśli  tego  nie  zrobię.  Trudno 

było ocenić, czy to blef. Nie najlepiej radzę sobie z histerycznymi kobietami. Możesz zapytać 
moją byłą żonę.

- Był pan żonaty?
- Kiedyś. To trwało trzy lata. Rozwiedliśmy się prawie dziewięć lat temu, więc to odległa 

przeszłość.  Nie  patrz  na  mnie  z  takim  przerażeniem.  Większość  mężczyzn  w  wieku 
trzydziestu pięciu lat doświadczyła słodyczy świętego stanu małżeńskiego.

- Świętego stanu - powtórzyła. - Jeśli tak pan to traktuje, to dlaczego...
-  Zmusiło  mnie  do  tego  kilka  przyczyn  -  powiedział  Mac,  a  zawtórowało  mu  gniewne 

miauczenie  kota.  -  Pozwoliłem  ci  wierzyć,  że  mam  zamiar  wypuścić  cię  z  samochodu,  bo 
chciałem, żebyś wsadziła do klatki tego drapieżnika. Wolałem, by nie odwracał twojej uwagi 
i nie przeszkadzał nam rozmawiać.

- Biedny Tai. - Kara powoli wyzbywała się strachu, lecz nie opuszczało jej napięcie.
Czuła,  że  Mac  gładzi  kciukiem  przeguby  jej  rąk.  Ten  delikatny  dotyk  wywoływał  falę 

podniecenia.

- Powinniśmy porozmawiać, zanim posuniemy się dalej.
- Tt... Tak - przyznała, starając się zapanować nad sobą. - Bardzo mi przykro, że naraził się 

pan na koszt i kłopot...

10

background image

-  Zapomnij  o  tym.  Skończmy  tę  zabawę  w  kotka  i  myszkę.  Wiem,  że  sytuacja  jest  trochę 

niezwykła. Panna młoda dostarczona na zamówienie...

- Panna młoda na zamówienie? To mam być ja? - Kara nie mogła powstrzymać śmiechu.
-  Tak,  to  brzmi  zabawnie.  I  ja  się  roześmiałem,  kiedy  pastor  wspomniał  o  tym  po  raz 

pierwszy.  A  potem  pomyślałem,  że  to  doskonały  pomysł.  Teraz,  kiedy  zobaczyłem  ciebie, 
sądzę, że wprost znakomity. - Obrzucił ją wzrokiem.

- Och, proszę! Wystarczy, iż uznał mnie pan za kobietę tak spragnioną mężczyzny, że aż w 

Montanie  gotową  szukać  kandydata  na  męża.  Nie  musi  pan  jeszcze  udawać,  że  się  panu 
podobam.

- Niczego nie udaję. Naprawdę mi się podobasz.
-  Po  co  ta  gra?  Mówi  pan  to,  co  według  pana  chciałabym  usłyszeć  -  rzuciła  Kara 

przygnębiona świadomością, że jego fałszywe komplementy sprawiają jej przyjemność. - Nie 
jestem aż tak naiwna, by uwierzyć, że mógłby pan...

- Skończmy mówić o mnie i zajmijmy się tobą - przerwał jej wywody Mac. - Myślę, że ja 

też ci się podobam. Trochę się mnie boisz, ale na pewno ci się podobam.

Szybkim ruchem przesunął ręce ku jej talii, objął ją i posadził sobie na kolanach.
- Popracujmy nad wyeliminowaniem strachu i sprawieniem, bym stał się dla ciebie bardziej 

atrakcyjny.

- Nie, Mac! - zaprotestowała Kara.
Uśmiechnął się i przytulił ją mocniej do siebie.
- Zróbmy coś, żeby zamienić twój okrzyk na: och. Mac!
Kara  uświadomiła  sobie  bliskość  tego  silnego,  podnieconego  mężczyzny.  Zmieszana 

sytuacją, zamknęła oczy.

- Mówiłem, że ci się podobam. - Mac zaczął delikatnie pieścić wargami jej usta.
- Nie jestem taka łatwowierna, jak myślisz - szepnęła Kara, z trudem wymawiając słowa i 

zbierając myśli. - Nie należę do tych kobiet, które natychmiast budzą pożądanie...

- Nie?
Koniuszkiem języka delikatnie przesunął po jej ustach, aż nieświadomie rozchyliła wargi.
- Nie widzę tu nikogo oprócz ciebie. Rozumiesz chyba, co to znaczy? - zapytał.
- Pewnie tyle, że każda kobieta doprowadza cię do takiego stanu.
Zarumieniona  ze  wstydu  Kara  próbowała  wyzwolić  się  z  uścisku.  Wiedziała  jednak,  że 

sobie nie poradzi.

-  Dlaczego  nie  doceniasz  własnej  wartości?  -  rzucił  ochrypłym, hipnotyzującym głosem. -

Tylko ty tak mnie podniecasz.

Ciepłą  dłonią  otoczył  jej  pierś.  Nie  było  w  tym  geście  żadnej  natarczywości.  Pieścił 

delikatnie, jakby to była najnaturalniejsza w świecie czynność.

Kara oddychała gwałtownie. Miała świadomość, że Mac ją uwodzi, a ona się temu poddaje. 

Wędrował ustami po jej policzkach, szyi, płatkach uszu. Nigdy dotąd nie miała do czynienia 
z tak doświadczonym mężczyzną.

- Jaka cudownie gładka skóra! - zachwycał się. - Chcę zobaczyć więcej. Poznać twój smak.
Pewnym,  spokojnym  ruchem  wsunął  rękę  pod  sweter  Kary  i  sięgnął  do  stanika.  Palce 

dotknęły pieszczotliwie nabrzmiałej sutki.

-  Mac,  nie!  -  krzyknęła  Kara  przerażona  falą  gorąca,  które  ogarnęło  jej  ciało  i  jak  pożar 

rozprzestrzeniało się w każdym miejscu, do którego dotarło.

W najintymniejszym zakątku ciała czuła bolesne napięcie i krępującą wilgotność.
- Nie? - Mac niechętnie wysunął dłoń spod swetra. - Jestem dla ciebie za szybki, kochanie?
Zacisnęła uda, starając się opanować rosnące podniecenie.
- Zz...za szybki. W końcu dopiero się poznaliśmy.
Nie mogła zdobyć się na to, by zejść z kolan Maca i wrócić na swoje miejsce.
- To prawda, ale nie będziemy przejmować się konwenansami.
Mac  przesunął  dłoń  ku  krągłym  pośladkom  Kary  i  pieszczotliwym  ruchem  przygarnął  ją 

mocniej do siebie.

-  Oto  co  w  tym  wszystkim  jest  najlepsze.  Nie  będziemy  się  bawić  w  żadne  wstępne  gry, 

przejmować się tym, czy coś wypada robić. Jesteśmy ponad to, mimo że spotkaliśmy się dziś 

11

background image

po  raz  pierwszy.  Zamierzamy  się  pobrać,  więc  zwlekanie  nie  ma  sensu  -  mówił  łagodnym, 
uspokajającym tonem, a jego ręce nie ustawały w pieszczotach.

Ściskał  coraz  mocniej  pośladki  i  uda  Kary.  Opuszkami  palców  przesuwał  ku  ich 

wewnętrznej  stronie.  Wreszcie  sięgnął  wyżej,  a  ona  instynktownie  rozsunęła  nogi.  Mac 
zaczął pieścić najintymniejsze fragmenty ciała, dotykiem pobudzając Karę do drżenia.

Przestała nad sobą panować, czuła, że kręci się jej w głowie i serce zaczyna gwałtownie bić 

w piersi. Nie kontrolowała już ogarniającej ją namiętności.

- Pocałuj mnie - zamruczał Mac.
Nie  czekając  na  reakcję,  sam  wsunął  język  w  usta  Kary  i  przygarnął  ją  do  siebie  jeszcze 

mocniej. Jedną ręką podtrzymywał jej głowę, a drugą pieścił ciało. Pocałunek przedłużał się i 
stawał coraz gwałtowniejszy. Nikt dotąd nie całował jej w ten sposób. Drżała, czując, że ten 
mężczyzna rozbudził w niej dziką zmysłowość. Poruszała się nerwowo i tuliła do niego coraz 
mocniej.  Pierwszy  raz  w  życiu  czuła  w  sobie  narkotyczną  moc  pragnień,  domagających  się 
natychmiastowego spełnienia.

Nagle, w najmniej odpowiednim momencie, rozległ się ostry dzwonek telefonu.
- Do licha - mruknął Mac. - Nie ma to jak telefon w samochodzie.
Przerwał pocałunek, lecz ciągle trzymał Karę w ramionach. Telefon zadzwonił jeszcze raz, 

co  zmobilizowało  kota  do  głośnego  miauczenia.  Kara  wróciła  na  swoje  miejsce  i  zaczęła 
uspokajać Taia. Poczucie niespełnienia i napięte nerwy wprawiły ją w irytację.

-  Tak,  to  ja,  Autumn  -  mówił  Mac.  -  Nie  jestem  żadnym  złoczyńcą,  który  udaje  wujka. 

Dobrze, że zadzwoniłaś. Po to mam telefon w samochodzie, żebyś zawsze mogła się ze mną 
skontaktować.

Słowa  Maca  z  trudem  docierały  do  Kary,  nie  mogła  pozbierać  myśli.  Kiedy  nieco 

ochłonęła,  zauważyła,  że  jej  towarzysz  zachowuje  się  zupełnie  spokojnie.  Bardzo  szybko 
zapomniał  o  tym,  co  zaszło  przed  chwilą,  i  jak  gdyby  nigdy  nic  rozmawiał  z  bratanicą.  A 
może rzeczywiście to niewiele dla niego znaczyło?

Kara przeraziła się oczywistości owego stwierdzenia. Takie przygody w dżipie to dla niego 

nic nowego. Tylko ona straciła głowę. Mac całkowicie panował nad sytuacją.

- Co zrobiła? - krzyknął do słuchawki. - Autumn, poproś Webba do telefonu. Co takiego? 

Bardzo dobrze!

Wzburzenie,  z  jakim  wypowiedział  ostatnie  słowa,  świadczyło  wyraźnie,  iż  wszystko 

musiało układać się fatalnie.

-  Autumn,  zawrzyjmy  umowę.  Jeśli  ty  i  Clay  będziecie,  dopóki  nie  wrócę,  spokojnie 

oglądać  telewizję,  to  pozwolę  wam  wybrać  z  katalogu  dowolną  zabawkę.  Ale  pamiętaj, 
umowa straci ważność, jeśli wdacie się w bójkę albo odejdziecie od telewizora.

Mac  odłożył  słuchawkę,  włączył  silnik  i  wrócił  na  autostradę.  W  ponurym  wyrazie  jego 

oczu próżno by szukać śladów namiętności sprzed paru minut.

- Rozumiem, że... na ranczu stało się coś złego? Czy chodzi o dzieci? - Kara zaryzykowała 

pytanie.

- Z nimi zawsze coś się dzieje - burknął. - Autumn powiedziała, że szeryf zatrzymał Lily w 

zajeździe przy drodze do Bear Creek, w którym spotykają się tutejsi kowboje, nie stroniący 
od hazardu, pijaństwa i bijatyk.

- Pewnie kobiety tam nie bywają.
- Och, są takie, które przesiadują w barze, ale im chodzi o...
- Zawieranie przelotnych znajomości? - zauważyła taktownie.
- Można to tak nazwać - zgodził się Mac z lekkim uśmiechem. - W każdym razie nie jest to 

miejsce  odpowiednie  dla  siedemnastoletnich  uczennic.  Mój  zarządca  pojechał,  żeby 
przywieźć Lily do domu, a to znaczy, że Autumn i Clay znowu są sami.

- Dlatego próbowałeś przekupstwa?
-  Jesteś  temu  przeciwna?  -  spytał  z  rozdrażnieniem.  -  Nie  mogę  ryzykować  stosowania  w 

pewnych  sytuacjach  bardziej  pedagogicznych  metod  wychowawczych.  Przekupywanie 
zabawkami i słodyczami przynajmniej skutkuje - dodał ponuro.

- A czym przekupujesz starsze dzieci?
-  Niczym  ich  nie  przekupisz.  Robią,  co  chcą.  Czasem  myślę,  że  wyrosną  z  nich 

12

background image

kryminaliści. Reid i Linda bardzo cenili wolność i w niczym nie ograniczali swobody swego 
potomstwa.

-  Wydaje  mi  się,  że  pewne  ograniczenia  dałyby  dzieciom  wyobrażenie  o  poczuciu 

bezpieczeństwa - zauważyła Kara. - Taka zupełna swoboda musi być przerażająca.

- I ja tak myślę. - Mac uśmiechnął się z widoczną ulgą, zdjął rękę z kierownicy i położył ją 

na kolanie Kary. - Będziemy dobraną parą. Jestem wdzięczny, że zechciałaś...

- Nie pragnę wdzięczności - przerwała. - Na nic się jeszcze nie zgodziłam.
Założyła  nogę  na nogę, chcąc pozbyć się jego dłoni z kolana. Mac zrozumiał to i odsunął 

rękę.

Jego  słowa  dotknęły  Karę.  Czy  aż  do  tego  stopnia  potrzebuje  pomocy  w  wychowywaniu 

dzieci, iż udaje, że mu się spodobała jako kobieta? Skrzywiła się.

Mac nie wiedział, jak rozumieć ten grymas. Żałował, że nie zna jej lepiej, i zastanawiał się, 

czy naciskać bardziej, czy też wprost przeciwnie. W końcu zdecydował na wszelki wypadek 
dać jej trochę czasu, by oswoiła się z sytuacją. Uznał też, że najbezpieczniej będzie zmienić 
temat rozmowy.

-  Opowiedz  mi  o  swojej  pracy  -  zaproponował.  -  Pastor  wspominał,  że  pracujesz  w 

ministerstwie...

- Jestem statystykiem w ministerstwie handlu.
- Pewnie świetnie sobie radzisz z liczbami.
- Zawsze byłam dobra z matematyki - twierdziła obojętnie.
-  Wspaniale!  -  wykrzyknął  Mac.  -  Zajmiesz  się  naszymi  podatkami.  Co  roku  przeżywam 

koszmar,  gdy  zbliża  się  termin  rozliczeń.  A  teraz  jeszcze  w  grę  wchodzą  fundusze  po-
wiernicze  dzieci,  ich  polisy  ubezpieczeniowe...  Chętnie  ci  to  wszystko  przekażę.  Będziesz 
prowadzić księgi rachunkowe rancza i zawiadywać budżetem.

- Ja...
- Och, znowu pospieszyłem się z planami. - Mac próbował udawać skruszonego. - Chciałem 

tylko powiedzieć, że jeśli zdecydujesz się zostać, będziesz mogła zająć się tym wszystkim.

-  Wyjmę  Taia  z  klatki  -  oznajmiła,  wykorzystując  miauczenie  niezadowolonego  kota  jako 

pretekst do zmiany tematu.

- Dobry pomysł - zgodził się Mac, uśmiechając się do własnych myśli.
Za  cenę  biletu  lotniczego  w  jedną  stronę  otrzymał  podniecającą  kandydatkę  na  żonę, 

opiekunkę do dzieci i księgową. Opłacalna inwestycja, nawet jeśli to rozpieszczone kocisko 
miało być częścią transakcji.

- Miły kotek - mruknął, głaszcząc Taia, który usadowił się na kolanach Kary. Kot pokazał 

pazury, chcąc podrapać mu rękę.

- Denerwują go obcy - wyjaśniła Kara.
- Będzie miał dużo czasu, by mnie poznać.
Mac miał ochotę dotknąć jej nóg, a może nawet wziąć za rękę. Sądził, że Karze spodobałby 

się taki romantyczny gest, ale Tai wyraźnie nie sprzyjał jego zamiarom.

-  Czy  wspominałem,  że  starsza  córka  pastora,  Tricia,  jest  uczulona  na  koty?  -  spytał 

obojętnym  tonem.  -  Wiem  o  tym,  bo  kiedy  parę  lat  temu  rodzice  kupili  jej  na  urodziny 
kociaka,  to  biedna  Tricia  wylądowała  w  pogotowiu.  Dostała  okropnej  alergii.  Następnej 
niedzieli pastor pytał po mszy, czy ktoś nie wziąłby kota do siebie, bo jego rodzina nie może 
go zatrzymać.

- Wymyśliłeś to! - uznała Kara.
- Po co miałbym kłamać? Tylko cię informuję.
- Chcesz powiedzieć, że Tai nie będzie mógł zostać ze mną w domu wuja - rzekła z obawą.
-  Oczywiście,  że  nie  -  zapewnił  Mac.  -  Ale  chciałbym,  abyś  wiedziała,  iż  Tai  jest  mile 

widziany na ranczu, nawet jeśli ty zdecydujesz zatrzymać się u pastora. Chociaż pozostawie-
nie  tak  wrażliwego  kota  wśród  obcych  pewnie  będzie  dla  niego  bolesnym  przeżyciem  i 
spowoduje uraz psychiczny.

- Akurat cię to porusza - zawołała Kara. - Po prostu chcesz, żebym...
- Tak - przerwał jej Mac z diabolicznym uśmieszkiem. - Masz rację, chcę.
Minęło  kilka  sekund,  zanim  Kara  zrozumiała,  o  co  mu  chodzi.  Nie  miała  zbyt  wielkiego 

13

background image

doświadczenia w żonglowaniu niedomówieniami. Zaczerwieniła się i ucichła.

Przez  dalszą  część  drogi  mówił  tylko  Mac.  Opowiadał  o  historii  tych  okolic  i  własnej 

rodziny.

Ranczo  Double  R,  którego  herbem  były  dwie  odwrócone  do  siebie  tyłem  litery  „R”, 

należało do Wilde’ów od czterech pokoleń i zwyczajowo przechodziło z ojca na syna.

- W pierwszych trzech pokoleniach zdarzał się zawsze jeden męski potomek i same córki, 

ale moi rodzice mieli trzech synów - wyjaśniał Mac. - Jednak tylko ja kochałem tę ziemię i 
chciałem  na  niej  zostać.  Reid  wyjechał  do  Kalifornii,  a  James  wybrał  karierę  akademicką. 
Dziesięć lat temu, wkrótce po śmierci mamy, ojciec przepisał na mnie ranczo i przeniósł się 
do Arizony.

- Dostałeś ranczo, a twoi bracia nic? - zdziwiła się Kara.
- Reid bogato się ożenił. Jamesowi, który chciał pieniędzy, ojciec odmówił. Stwierdził, że 

wystarczająco dużo łożył na jego studia, umożliwiając tym samym osiągnięcie pozycji dobrze 
sytuowanego naukowca.

- Czy James ciągle jeszcze czuje się oszukany?
- Oczywiście. Uważa, że został pokrzywdzony. Nie licz na to, iż on i Ewa przyjadą na nasze 

wesele.

-  Jak  można  było  pozbawić  dziedzictwa  wszystkie  córki  Wilde’ów?  -  zauważyła  Kara, 

ignorując napomknienie o weselu. - To jakiś średniowieczny obyczaj.

- Tak, moje ciotki nie były nim zachwycone - przyznał Mac.
- Cóż za niemądra tradycja! Gdybym ja miała córkę...
-  Wierzę,  że  tak  będzie,  co  nie  wyklucza  urodzenia  również  męskiego  potomka  rodu  -

wtrącił Mac.

-  Moja  córka  dostałaby  tyle  samo,  co  jej  brat  -  rzekła  Kara,  puszczając  mimo  uszu  słowa 

Maca.

- Dzielimy skórę na niedźwiedziu, kochanie - wycedził Mac. - Po spotkaniu z dziećmi Reida 

opowiesz się za natychmiastową sterylizacją.

- Nie mogą chyba być tak okropne, jak twierdzisz - zauważyła Kara, czując wielką chęć, by 

mu się we wszystkim sprzeciwiać.

-  Masz  rację.  Są  znacznie  gorsze.  -  Mac  zjechał  z  autostrady  na  boczną  drogę.  -  Jeszcze 

kilka kilometrów i będziemy w domu. Przygotuj się na atak.

ROZDZIAŁ TRZECI

Światła dżipa wydobyły z mroku szeroki podjazd przed domem. Kara ujrzała zabudowania 

z  trzech  stron  otoczone  drzewami,  które  osłaniały  ranczo  od  wiatru.  Kamienna  alejka, 
prowadząca do frontowych drzwi, obsadzona była ozdobnymi krzewami.

- Dom, słodki dom. Już słyszę owację powitalną - zażartował Mac.
Oczywiście przesadzał. Niczego nie było słychać. Obawy, które dręczyły Karę od dłuższego 

czasu,  teraz  dały  o  sobie  znać  ze  wzmożoną  siłą.  Spojrzała  na  Maca  zupełnie  zrozpaczona. 
Nie była w stanie spędzić nocy w jego domu!

- Mac, proszę... nie mogę tego zrobić. Odwieź mnie jeszcze dziś do wujka Willa.
-  Sprawiasz,  że  czuję  się  jak  potwór  -  odrzekł  Mac,  widząc,  jak  piwne  oczy  panny  Kirby 

zachodzą łzami. - Przerażam taką miłą dziewczynę i doprowadzam ją do płaczu.

Delikatnie  przesunął  palcem  po  jej zmysłowych, pełnych wargach. Na samo wspomnienie 

pocałunków poczuł bolesne napięcie w lędźwiach.

- Ja nie płaczę - rzekła drżącym głosem.
Odsunęła  rękę  Maca.  Jego  dotyk  pobudzał  wszystkie  zmysły.  Kara  pragnęła  tego 

mężczyzny równie mocno, jak się go obawiała.

Ujął  jej  dłoń  i  przytulił  do  swego  policzka.  Miał  szorstką  skórę,  której  dotknięcie  znowu 

przejęło  ją  dreszczem.  Czuła  przyspieszony  rytm  serca.  Wiedziała,  że  musi  od  niego  uciec, 
zanim...

- Po prostu chcę... - zaczęła.
-  Wiem,  wiem.  Jesteś  bardzo  dzielna,  biorąc  pod  uwagę  sposób,  w  jaki  zostałaś  tu 

sprowadzona. Doskonale się spisałaś. Przepraszam, że cię denerwuję.

-  To  nie  twoja  wina.  Wujek  Will  od  razu  powinien  był  mi  wszystko  powiedzieć.  Wtedy 

14

background image

uniknęlibyśmy tego okropnego...

- Nieporozumienia - dokończył Mac.
Spojrzeli  na  siebie  i  uśmiechnęli  się  jednocześnie.  Po  raz  drugi  uśmiech  Kary  wywarł  na 

nim niezwykłe wrażenie.

- Odwiozę cię do wuja - powiedział miękko. - Ale najpierw muszę sprawdzić, co się dzieje 

z dziećmi i czy Webb już wrócił. Wejdziesz ze mną do środka?

Odczuła ulgę. Nie było powodu do obaw. Mac nie miał zamiaru zatrzymywać jej siłą.
- Oczywiście. Sprawdź, czy wszystko jest w porządku.
Mac  uśmiechnął  się  z  satysfakcją.  Wcale  nie  zamierzał  odwozić  jej  do  miasta,  choć  nie 

bardzo wiedział, jak z tego wybrnie, skoro przed chwilą złożył obietnicę. Pomyślał, że zajmie 
się tym później. Spojrzał w pełne ufności oczy Kary. Z całą pewnością mu uwierzyła.

-  Dziękuję  -  powiedziała  z  uśmiechem.  -  Nie  martw  się.  Dzieciom  na  pewno  nic  się  nie 

stało.  Jeśli  pozwolisz,  to  zadzwonię  do  pastora  i  uprzedzę  go,  że  wkrótce  przyjedziemy  do 
Bear Creek.

Nie wspomniała o kocie. Ciągle wątpiła w tę historię z Tricią.
- Dobry pomysł. Zadzwoń - zgodził się Mac.
Wysiadł z dżipa i podszedł, by, jak prawdziwy dżentelmen, otworzyć drzwi Karze, a potem 

pomógł jej wysiąść z auta. Na koniec podniósł rękę dziewczyny do ust i delikatnie ucałował 
koniuszki palców.

- Witaj w Double R - rzekł z uśmiechem.
Gdy tylko Kara zatopiła wzrok w ciemnych oczach Maca, natychmiast ogarnęła ją słabość.
- Wniesiemy kota do środka? - spytał troskliwie.
-  Tt...  tak,  lepiej  wziąć  go ze sobą. Będzie się bał tu zostać. - Słowa Maca ledwie do niej 

docierały.

- Oczywiście. - Macauley puścił jej rękę i sięgnął po kocią klatkę.
Drzwi domu nie były zamknięte. Mac wszedł do środka, a Kara podążyła za nim. Znaleźli 

się  w  obszernym  holu  o  zniszczonej  drewnianej  podłodze  i  ścianach  pomalowanych  na 
beżowo.

Kara rozejrzała się wokoło. Po lewej stronie zauważyła zamknięte drzwi. Dalej widać było 

jadalnię z olbrzymim prostokątnym stołem, który niemal w całości wypełniał pokój.

Po prawej znajdowało się obszerne wnętrze, w którym najbardziej rzucał się w oczy wielki 

granitowy  kominek,  a  nad  nim  przytwierdzony  do  ściany  jeleni  łeb.  Poroże  jelenia  było 
ozdobione rękawicami do baseballu. Jedna ze ścian salonu była całkowicie przeszklona i za 
dnia rozciągał się stąd zapewne wspaniały widok. Pozostałe wyłożono ciemną boazerią.

Mały chłopiec i dziewczynka siedzieli na poduszkach rozrzuconych na podłodze i oglądali 

telewizję. Żadne nie zwróciło uwagi na pojawienie się Kary i Maca. Nawet miauczenie Taia 
nie odwróciło ich uwagi od ekranu.

-  To  Clay  i  Autumn  -  mruknął  Mac.  -  Uwielbiają  telewizję.  Kiedy  tu  zamieszkali, 

zainstalowałem antenę satelitarną.

Kara nie uważała się, co prawda, za eksperta od wychowywania dzieci, ale nie sądziła też, 

by wysiadywanie przed telewizorem dobrze służyło maluchom.

W  głosie  Maca  pobrzmiewała  autentyczna  duma  z  tego,  że  uszczęśliwił  dzieci,  więc  nie 

miała serca mu powiedzieć, iż nie najlepiej im się przysłużył.

-  Co  teraz  oglądają?  -  spytała,  słysząc  straszliwe  wrzaski,  które  wydobywały  się  z 

telewizora.

Kilka skąpo odzianych kobiet biegało z krzykiem w kółko, starając się uciec przed jakimiś 

terrorystami  w  czarnych  skórzanych  kurtkach.  Autumn  i  Clay  z  zapartym  tchem  chłonęli 
brutalne sceny.

- Cześć, dzieciaki, co oglądacie? - zapytał Mac.
- Dobry film - odpowiedział Clay, nie odrywając oczu od ekranu. - „Wampiry w szkole”.
- Bardzo pouczające - zauważył ich opiekun.
-  Jak  będę  mieszkać  w  internacie,  to  obok  łóżka  na  wszelki  wypadek  postawię  krzyż  i 

święconą wodę - oznajmiła Autumn, a po chwili skryła twarz w poduszce, nie mogąc znieść 
widoku kolejnej przerażającej sceny.

15

background image

- Czy nie będą ich męczyć po nocach koszmary? - mruknęła Kara.
- To fałszywa krew i nieprawdziwe wampiry - pisnął Clay.
- Czasem prawdziwi mordercy udają wampiry i wysysają krew z ludzi - wtrąciła Autumn z 

wyraźną przyjemnością.

- Wyłączcie to i przywitajcie się z Karą, moją... znajomą - powiedział Mac.
Dzieci nawet nie ruszyły się z miejsc, więc Mac podszedł do odbiornika i sam go wyłączył. 

Dwie  naburmuszone  dziecięce  buzie  odwróciły  się  do  Kary.  Twarzyczkę  Claya  pokrywały 
wysmarowane na fioletowo krostki.

-  Wspominałem  ci,  że  mały  zaraził  się  wietrzną  ospą.  Od  tygodnia  nie  chodzi  do  szkoły  i 

pewnie jeszcze z tydzień posiedzi w domu - powiedział Mac.

- A ty potrzebujesz kogoś, żeby się nim zaopiekował - domyśliła się Kara, rozumiejąc teraz, 

czemu ranczerowi tak bardzo zależy mu na żonie.

Współczuła Macowi, lecz nie uważała, by jego sytuacja stanowiła wystarczającą motywację 

do zawarcia małżeństwa.

- Ani ja nie nadaję się na pielęgniarkę, ani Clay nie jest przykładnym pacjentem - przyznał 

Mac.

- Jestem okropny - potwierdził Clay. - Cały czas się drapałem, nawet kiedy wujek mi płacił, 

żebym tego nie robił.

- Płaciłeś mu? - zdziwiła się Kara.
- Nic innego nie skutkowało. - Mac wzruszył ramionami,
- Teraz jestem bogaty - pochwalił się mały - ale i tak czasem się drapię.
- Tu jest kot! - wykrzyknęła Autumn, podchodząc do klatki. - Jak ma na imię?
- Tai - powiedziała Kara. - Odbył długą podróż i jest zdenerwowany, dlatego tak miauczy.
- Biedny kotek! - rozczuliła się Autumn. - Czy można go wyjąć z klatki?
- Lepiej nie... - zaczęła Kara, lecz dziewczynka z prędkością światła podbiegła i otworzyła 

drzwiczki.

Tai natychmiast wyskoczył z klatki, korzystając z okazji, by zniknąć w zakamarkach holu.
-  Podoba  mu  się  u  nas!  Zabawimy  się  w  chowanego!  -  wykrzyknął  z  zachwytem  Clay  i 

pobiegł za kotem.

- Ja pierwsza go zobaczyłam i pierwsza będę się z niani bawić. Nie ty! - zawołała Autumn, 

goniąc brata.

Kara i Mac wymienili znaczące spojrzenia.
-  Miła  scenka  rodzinna.  Czyż  jest  coś  bardziej  sympatycznego  niż  zwierzątka  i  dzieci 

bawiące się razem? - zauważył Mac z ironią.

Głosy  dzieciaków  niosły  się  echem  po  całym  domu.  Tai  ukrył  się  gdzieś  przed  nowymi 

wielbicielami i nie zamierzał pozwolić się schwytać.

-  Mac!  Dzięki  Bogu,  że  wróciłeś!  -  W  holu  rozległ  się  głęboki  męski  głos,  w  którym 

dźwięczała wyraźna ulga.

- Przywiozłeś ją, Webb? Gdzie Lily?
- Musiałem związać tę twoją piekielną bratanicę.
- Wujku! Na pomoc! - wołał ktoś z kuchni.
Przestronne,  wyłożone  kafelkami  wnętrze  mogło  uchodzić  za  wzór  kuchennej 

nowoczesności.  Wszystko  było  tu  zautomatyzowane,  od  elektrycznego  otwieracza  do 
konserw  po  kuchenkę  mikrofal  ową.  Akcent  rustykalny  stanowiło  zdobiące  ścianę  poroże 
łosia. Kara dostrzegła drewnianą ławę, owalny stół i cztery krzesła. Do jednego z nich była 
przywiązana ładna, kruczowłosa i ciemnooka nastolatka.

Na  ten  widok  oczy  Kary  zaokrągliły  się  ze  zdumienia.  To  musiała  być  Lily,  najstarsza 

bratanica  Maca.  Dziewczyna  miała  ręce  wykręcone  do  tyłu  i  przywiązane  do  krzesła.  Jej 
długie  nogi  w  obcisłych  niebieskich  dżinsach  również  zostały  skrępowane  linką  i 
unieruchomione. Kołysała się raz w przód, raz w tył, ale nie mogła się uwolnić.

- Co tu się dzieje? - zażądał wyjaśnień Mac.
-  Szeryf  kazał  mi  ją  zabrać  z  przydrożnego  zajazdu  i  zagroził,  że  jeśli  tego  nie  zrobię,  to 

wsadzi  tę  idiotkę  do  więzienia.  Trzymałby  ją  tam,  dopóki  ty  byś  się  po  nią  nie  zgłosił. 
Miałem mu na to pozwolić?

16

background image

-  Zwiąż  mnie  mocniej,  Webb  -  przerwała  Lily.  -  Naprawdę  masz  szczególne  upodobania! 

Założę się, że najbardziej byś chciał przywiązać mnie do swego łóżka.

Lily ubrana była w obcisły niebieski sweterek i prężąc się na krześle, wypinała do przodu 

krągłe piersi.

- Przede wszystkim bym cię zakneblował - warknął Webb.
-  Ooch!  Mówiłam,  że  ma  sprośne  myśli  -  drażniła  się  ze  swym  prześladowcą  nastolatka, 

koniuszkiem języka prowokacyjnie oblizując wargi. - Może byś mi jeszcze zawiązał oczy?

Skoro żaden z mężczyzn nie kwapił się do uwolnienia Lily, zajęła się tym Kara.
- Dzięki ci, kimkolwiek jesteś - rzekła bratanica Maca.
- Jestem Kara Kirby... zaprzyjaźniona z rodziną pastora Franklina.
- Chyba zabłądziłaś i znalazłaś się w domu, który w niczym nie przypomina zacnej siedziby 

wielebnego Willa - chłodno zauważyła Lily.

Kiedy Kara uporała się z rozplątywaniem linek, Webb wyciągnął do niej rękę:
- Jestem Webb Asher. Miło mi panią poznać, panno Kirby.
-  Są  jeszcze  jacyś  przyjaciele  pastora,  z  którymi  chciałbyś  się  zaprzyjaźnić,  Webb?  -

zgryźliwie spytała Lily.

Zrzuciła  więzy  i  nagle  zamachnęła  się,  by  wymierzyć  zarządcy  potężny  cios  w  splot 

słoneczny. Ale Webb Asher okazał się szybszy. Błyskawicznie, chwycił dziewczynę za rękę i 
wykręcił jej ramię do tyłu.

- Chciałaś być lepsza ode mnie, malutka? - warknął.
- Lily, nie możesz się tak zachowywać! - krzyknął Mac.
- Nawet jeżeli przywiązał mnie do krzesła? - Dziewczyna szarpała się w uścisku Webba. -

Powiedz mu, żeby mnie puścił!

- Ale obiecaj, że go nie zaatakujesz - upomniał Mac.
Lily nagle zaprzestała walki i przylgnęła do Ashera.
-  A  może  dla  odmiany  zostanę  w  takiej  pozycji?  Lubię  się  przytulić  do  przystojnego 

mężczyzny - rzuciła prowokacyjnie.

Webb odepchnął ją od siebie z taką siłą, że aż zatoczyła się na Karę. Panna Kirby spojrzała 

jej  w  oczy  i  zorientowała  się,  że  dziewczyna  panuje  nad  sytuacją,  a  nawet  doskonale  się 
bawi, wprawiając w zakłopotanie dwóch dorosłych mężczyzn.

-  Wynoszę  się  stąd,  żeby  być  jak  najdalej  od  tej  małej  wiedźmy  -  zawołał  zarządca  i 

pośpiesznie opuścił kuchnię.

-  Do  licha,  Lily!  Jeszcze  tego  brakuje,  żebym  przez  ciebie  stracił  dobrego  pracownika  -

rzucił Mac i wybiegł za Asherem.

- Co mogę na to poradzić, że facet mnie pociąga - powiedziała Lily, wzruszając ramionami.
- Żartujesz chyba! Czyżbyś interesowała się Webbem? - spytała niepewnie Kara.
-  Zabawne.  Od  lat  do  nikogo  tak  się  nie  paliłam.  Działa  na  mnie  jego  muskularne  ciało. 

Gdybyś widziała Webba Ashera bez koszuli... Jest taki silny. Może mnie podnieść jedną ręką. 
Dziś wyniósł mnie z zajazdu! Było cudownie! - dodała z entuzjazmem.

- Przecież on jest od ciebie dwa razy starszy - zauważyła Kara. - Ma ze trzydzieści cztery 

lata.

- No to co?! - wykrzyknęła Lily. - Jako przyjaciółka świętoszkowatych Franklinów pewnie 

myślisz, że powinnam się umawiać tylko ze szkolnymi kolegami.

- Czy wujek wie, co czujesz do zarządcy rancza?
- O, tak! - zaśmiała się lekceważąco nastolatka. - Siadamy i gawędzimy. Ja o swoim życiu 

miłosnym, a on o jego braku.

- Nie ma żadnej sympatii? - Kara poczuła wstyd, że wypytuje podlotka o prywatne sprawy 

wuja, lecz nie mogła powstrzymać ciekawości.

-  Skoro jesteś nowa w tym mieście, możesz się nim zająć. Biedny facet nie był z kobietą, 

odkąd u niego zamieszkaliśmy.

- Naprawdę?
Serce Kary zabiło mocniej. Teraz już wiedziała, dlaczego Mac tak zareagował, gdy znalazła 

się w pobliżu. Po prostu był spragniony kobiety.

- Z tego, co słyszałam, damska populacja Bear Creek uważała wujka za najbardziej łakomy 

17

background image

kąsek.  Dziewczyny  jedna  przez  drugą  pchały  się  mu  do  łóżka  -  ciągnęła  Lily  z  błyskiem  w 
oczach. - Kiedy zabrał nas do siebie, skończyło się balowanie! Został głową rodziny, a tego 
panienki nie lubią. Dzieci też nie znoszą.

-  A  dużo  jest  takich...  polujących  na  twego  wujka  dziewczyn  w  okolicy?  -  zapytała  Kara, 

przygryzając wargę.

-  Sporo.  Jeśli  wierzyć  plotkom,  to  wujek  miał  je  wszystkie.  Ale  od  czerwca  sytuacja  się 

zmieniła.

Kara przypomniała sobie scenę w dżipie i poczerwieniała.
Skłonna była uwierzyć w te plotki. Mac okazał się przecież doświadczonym uwodzicielem. 

Pewnie w duchu naśmiewał się z jej żałosnej naiwności.

- Czemu tak o niego wypytujesz? Wpadł ci w oko?
Mac,  który  właśnie  wrócił  do  kuchni,  spostrzegł  rozbawienie  bratanicy  oraz  zmieszanie 

swego gościa.

- Przestań dokuczać Karze - powiedział.
- Ależ nic się nie stało. Lily opowiadała mi o... niektórych mieszkańcach Bear Creek.
-  Tak  i  jeszcze  nie  doszłam  do  jej  przyjaciół,  Franklinów,  a  można  by  o  nich  sporo 

powiedzieć. Na przykład o Ginny, która uśmiecha się nawet wtedy, gdy nie ma na to ochoty, i 
o  słodziutkiej  Tricii,  udającej  przyjaciółkę  całego  świata,  a  za  plecami  wbijającej  ci  nóż  w 
plecy.

-  Przestań  -  zawołał  Mac.  -  Kara  z  pewnością  nie  chce  słuchać,  jak  obmawiasz  jej 

znajomych. A tak się składa, że ja też lubię Ginny i Tricię.

- To nic nie znaczy, bo masz spaczony gust. Po kimś, kto jest fanem telewizyjnych meczów 

golfowych i trującego gulaszu pani Lattimore, można spodziewać się wszystkiego.

- Nie możemy znaleźć kota! - Do kuchni wpadli Clay i Autumn. - Gdzieś zniknął - wołała 

dziewczynka.

- Jakiego kota? - spytała Lily. - Był tu prawdziwy kot czy znowu coś wymyśliłaś?
- Prawdziwy - potwierdził Clay. - Ona go przywiozła! - Wskazał palcem właścicielkę Taia. -

Chcieliśmy  się  z  nim  bawić,  ale  on  uciekł.  Powiedz  mu,  żeby  się  z  nami  bawił  -  malec 
zwrócił się z żądaniem do Kary.

- Koty zawsze robią, co chcą - wyjaśnił Mac. - Może, jak będziecie cicho, sam zdecyduje 

się  wyjść  z  kryjówki.  Idźcie  pooglądać  telewizję.  Tylko  żadnych  filmów  o  wampirach  -
dodał. - Czemu nie obejrzycie kasety z „Małą syrenką”, którą wam kupiłem?

Malcy jęknęli, protestując.
-  No  dobrze,  to  może  „Piękną  i  bestię”.  -  Mac  poszedł  na  kompromis.  -  Możecie  sobie 

wyobrażać, że bestia to wampir.

- Ale to takie nudne, wujku - zawołała Autumn.
- Dziękuję ci. Nie sypiam po nocach, żeby wymyślić wam jakąś sensowną rozrywkę, a wy 

tak to doceniacie...

Dzieci wybiegły z kuchni, po odrodzę obdzielając się kuksańcami.
- Poznałaś już troje, teraz muszę znaleźć Bricka - powiedział Mac, zwracając się do Kary. -

Lily, gdzie twój brat?

-  Skąd  mam  wiedzieć?  Brick  chadza  własnymi  ścieżkami  -  odparła  dziewczyna  ze 

wzruszeniem ramion i skupiła uwagę na pannie Kirby.

- Jesteś pewna, że chcesz odwiedzić Franklinów?
- Prawdę mówiąc, powinnam teraz do nich zadzwonić... - odrzekła Kara.
-  Niesamowite!  -  zawołała  Lily.  -  Wyglądasz  tak  słodko  i  nieszkodliwie,  ale  w 

rzeczywistości  musi  być  z  ciebie  niezły  numer.  -  Z  tonu  bratanicy  Maca  wynikało,  że  to 
komplement.

- Nie rozumiem.
-  Ależ  to  jasne!  Mówisz  tak  niewinnym  głosikiem,  że  nawet  Ginny  ci  uwierzy.  Jednak 

przyjechać z kotem w odwiedziny do Franklinów, to bombowy pomysł! Masz zamiar jeszcze 
raz wysłać tę zasmarkaną Tricię do szpitala? Jesteś niesamowita!

- Słyszałaś o uczuleniu Tricii na koty? - Mac obojętnym tonem zwrócił się do bratanicy.
- Każdy, kto zna Franklinów, musiał o tym słyszeć. Przecież to najważniejsze wydarzenie w 

18

background image

nudnym życiu Tricii. Dostała kociaka i o mało nie umarła, bo prawie przestała oddychać. Jak 
tylko kogoś spotka, to po pięciu minutach zaczyna o tym nawijać.

Kara poczuła, że nogi się pod nią uginają. Opadła na najbliższe krzesło. A więc to prawda. 

Jej  przyszywana  przyrodnia  siostra  cierpiała  na  alergię.  Lily  nie  umawiała  się  przecież  z 
wujem, by ją zwodzić. A jeśli Ginny, jak sugerował Mac, nie miała udziału w zaproszeniu jej 
do  Bear  Creek,  to  można  sobie  wyobrazić,  jak  zareaguje  na  widok  kota,  zagrażającego 
zdrowiu córki! 

- Naprawdę nic o tym nie wiedziałam - wymamrotała. - Co mam zrobić z Taiem?
- Wpuść go do pokoju Tricii i wytarzaj w jej pościeli - entuzjazmowała się Lily.
- Zawsze możesz zostawić go tutaj - zaproponował Mac. - Autumn i Clay będą zachwyceni.
- Chciałabym zadzwonić do wujka Willa, jeśli można - powiedziała cicho.
- Wujka? - zdziwiła się Lily,
-  Oczywiście.  Tu  jest  telefon.  -  Mac  wskazał  aparat  i  zwrócił  się  do  Lily:  -  Później  ci  to 

wyjaśnię, a teraz wyjdźmy stąd, żeby mogła spokojnie porozmawiać.

Wielebny Franklin od razu podniósł słuchawkę.
- Wujku, tu Kara.
- Kara! - powtórzył jowialnie pastor. - Jesteś już spakowana? Jutro wielki dzień! Nie mogę 

się doczekać, moja droga! Będę na lotnisku. Zjemy razem obiad, a potem pojedziemy do Bear 
Creek.

- Wujku, już tu jestem. Przyleciałam dzisiaj - rzekła zakłopotana.
-  Co?  Tutaj?  Dziś?  -  zdumiał  się  pastor.  -  Jak  to  możliwe?  Przecież  zapisałem  sobie  datę 

twojego przyjazdu. Miałaś przylecieć jutro!

- Kto ci tak powiedział? - spytała podejrzliwie. - Czy nie Mac Wilde?
- Tak, a dlaczego...? - zaczął pastor, a potem westchnął. - Właśnie. Teraz już wiesz, w czym 

rzecz?

Wszystko  było  jasne.  Mac,  który  opłacił  bilet,  celowo  wprowadził  w  błąd  pastora,  ale 

dlaczego to zrobił?

- Kiedy miałeś zamiar wspomnieć mi o Macu i całej... intrydze ze ślubem?
- Spotkałaś go? Powiedział ci? - Will Franklin był wyraźnie przygnębiony.
- Wszystko - potwierdziła.
- Ślub? - wykrzyknęła Lily po drugiej stronie kuchennych drzwi.
Oboje  z  wujem  tkwili  tam,  starając  się  podsłuchać  rozmowę,  choć  Mac  przez  cały  czas 

próbował odesłać bratanicę do jej pokoju. 

- Wujku, zamierzasz się z nią ożenić?
- No, dalej, powiedz, jak bardzo nie odpowiada ci ten plan - warknął Mac. - Pewnie zrobisz 

wszystko, by do tego nie dopuścić.

-  Przeciwnie.  Myślę,  że  to  dobry  pomysł.  Autumn  i  Clay  potrzebują  matczynej  ręki.  A 

założę się, że i ty przestaniesz zrzędzić, gdy będziesz miał kobietę...

- Uspokój się i odsuń od drzwi! Przestań szpiegować Karę.
-  Dobra.  Tobie  zostawię  to  zajęcie.  Mam  nadzieję,  że  będziesz  z  nią  szczęśliwy  -  rzuciła 

bratanica.

Lily odeszła, by dołączyć do Autumn i Claya, a Mac przylgnął uchem do drzwi.
- Dlaczego o niczym nie powiedziałeś i pozwoliłeś mi wierzyć, że to ty kupiłeś bilet? - Kara 

domagała się wyjaśnień od pastora.

-  Pragnąłem  twoich  odwiedzin,  moje  dziecko.  Bardzo  za  tobą  tęskniłem  przez  te  lata. 

Dlatego od razu pomyślałem o tobie... jako towarzyszce życia Maca. Wydawało mi się, że to 
świetne  rozwiązanie  dla  nas  wszystkich.  Mac  potrzebuje  żony,  by  wychować  dzieci,  a  ty 
byłaś taka samotna w wielkim mieście. Wiem, że zawsze pragnęłaś mieć rodzinę.

Kara  wzięła  głęboki  oddech.  Starała  się,  żeby  jej  listy  do  wuja  Willa  były  pogodne  i 

dowcipne.  Nigdy  nawet  słowem  nie  wspomniała  o  samotności.  Musiał  to  wyczytać  między 
wierszami i uznać ją za zdesperowaną osobę, która nie potrafi znaleźć sobie stałego partnera, 
nie mówiąc już o mężu i rodzinie. Czuła się upokorzona.

- Jeśli wyjdziesz za Maca, zamieszkasz w Double R, blisko Bear Creek - ciągnął pastor. -

Znowu stanę się częścią twego życia. Wiem, że powinienem był cię o wszystkim uprzedzić, 

19

background image

ale  wydawało  mi  się,  że  nie  należy  robić  tego  przez  telefon.  -  W  głosie  wielebnego  Willa 
brzmiało  zawstydzenie.  -  Myślałem,  że  jak  przyjedziesz  tutaj,  przedstawię  cię  Macowi,  on 
zacznie się o ciebie starać i wszystko się ułoży.

- A ja nigdy bym się nie dowiedziała, że ukartowaliście to małżeństwo? Miałam wierzyć, że 

zakochał się we mnie?

Ogarnął  ją  gniew  na  samą  myśl  o  podstępie.  Czuła  się  rozczarowana  i  zdradzona.  Mac 

Wilde przynajmniej niczego nie ukrywał. Można mu było zaliczyć to na plus.

- Mylisz się co do Maca, wujku. On nie jest zainteresowany zalotami. Pragnie natychmiast 

zrekompensować  sobie  wydatki  poniesione  na  tę  inwestycję.  Sądził,  że  wyjaśniłeś  mi 
wszystko, i chciał uniknąć... Och! - Drgnęła, gdy gwałtownie otworzyły się drzwi i stanął w 
nich Macauley.

Kara  była  przekonana,  że  cokolwiek  Mac  zechce  powiedzieć  pastorowi,  nie  będzie  to 

przyjemne. Nie życzyła sobie takiej konfrontacji. Popatrzyła na Maca. Oto mężczyzna, który 
oszukał wielebnego Willa, chciał sobie kupić żonę, ale też potrafił ją rozbawić i całować tak, 
jak każda kobieta chciałaby być całowana. Schowała słuchawkę za siebie, nie dopuszczając 
go do telefonu.

- Najpierw musisz ochłonąć, Mac, bo powiesz coś, czego będziesz żałował.
-  To  wzruszające,  że  chcesz  bronić  pastora  przede  mną,  a  mnie  przed  samym  sobą  -

powiedział schrypniętym głosem.

Podszedł  tak  blisko,  że  czuła  ciepło  jego  ciała.  Zaparło  jej  dech  na  widok  muskularnej 

klatki piersiowej i mocno dopasowanych dżinsów, które wyraźnie podkreślały męskość Ma-
ca. Próbowała schwycić oddech i nie mogła. Wydawało się jej, że czuje dotyk jego dłoni na 
piersiach. Cofnęła się, a Mac postąpił krok do przodu i uśmiechnął się zmysłowo. Słuchawka 
wyśliznęła się z drżących palców Kary i zawisła nad podłogą.

- Mac - zaczęła, próbując go skłonić do zachowania dystansu.
Dotknęła  ręką  jego  piersi  i  znowu  poczuła  ciepło.  W  uszach  dźwięczały  jej  słowa  Lily: 

„Dziewczyny jedna przez drugą pchały się mu do łóżka”.

- Karo - wymówił pieszczotliwie.
Pochwycił ją za biodra i przycisnął do siebie tak, by odczuła, jak jest podniecony.
- Mac - szepnęła, topniejąc w jego ramionach.
Bliskość tego mężczyzny nie pozwalała myśleć o niczym innym.
- Halo! - w słuchawce rozległ się głos pastora. - Jest tam kto?
-  Nie  zwracaj  na  niego  uwagi  -  mruknął  Mac  i  lekkim  kopnięciem  przesunął  telefon  w 

odległy kąt kuchni.

- Halo! Halo! Co się dzieje? - niepokoił się wielebny Will.
Kara zamrugała powiekami, budząc się z erotycznego oszołomienia. Wyzwoliła się z objęć 

Maca i chwyciła za słuchawkę.

- Wujku!
- Powiedz mu, że zostaniesz tutaj - cicho poprosił Macauley.
- Ja... ja... - Odwróciła wzrok od wpatrzonych w nią oczu Maca. - Czy to prawda, że Tricia 

jest uczulona na koty? - usłyszała samą siebie, zadającą głupie pytanie.

Pastor milczał przez chwilę zaskoczony.
- Tak. Na jedenaste urodziny kupiliśmy jej kotka, bo męczyła nas miesiącami...
Szczegółowo opowiadał całą historię, a Kara musiała jej słuchać, nie zdradzając znudzenia.
Mac zasiadł na krześle, krztusząc się ze śmiechu.
Do kuchni wpadł Clay.
-  Znaleźliśmy  kota!  Siedzi  na  belce  pod  sufitem  w  twojej  sypialni,  wujku.  Nad  samym 

łóżkiem.

-  Oczywiście!  A  gdzie  indziej  mógł  się  schować?  Mam  nadzieję,  że  z  przerażenia  nie 

zwymiotował na moją poduszkę wszystkiego, co zjadł w ciągu dnia?

-  Wujku,  muszę  kończyć  -  powiedziała  szybko  Kara.  -  Przenocuję  u  pana  Wilde’a. 

Porozmawiamy jutro.

Odłożyła słuchawkę i wąskim korytarzem podążyła za Makiem oraz Clayem do wyłożonej 

ciemną  boazerią  sypialni,  w  której  królowało  olbrzymie  łoże  przykryte  ciepłą,  puchową 

20

background image

kołdrą. W pokoju znajdował się granitowy kominek, podobny do tego z salonu, choć nie tak 
duży. Wisiał nad nim wypchany potężny łeb górskiego barana.

Kara skrzywiła się. Jeleń i łoś nie wyglądały tak groźnie jak to zwierzę.
- Czy każdy pokój zdobią jakieś trofea? - spytała zaniepokojona.
- U mnie jest górska kozica! - wykrzyknął Clay.
-  A  u  mnie  niedźwiedź  -  pisnęła  Autumn,  która  właśnie  weszła  do  sypialni.  -  Bałam  się, 

więc wujek przykrył go kocem.

- Dziadek był zapalonym myśliwym, stąd te ozdoby - wyjaśnił Mac.
- Tam siedzi Tai! - Clay wskazał sufitową belkę, na której przycupnął kot.
Oboje z Autumn wdrapali się na łóżko i podskakując, próbowali dosięgnąć zwierzaka. Tai 

tylko parskał odstraszająco.

-  Zwabię  go  jedzeniem  -  rzekła  Kara.  -  Nie  jadł  nic  przez  cały  dzień.  Mam  w  torbie  jego 

smakołyki. Ale muszę tu z nim zostać sama, bo Tai obawia się obcych.

- Zostawimy Karę, by mogła zająć się kotem - powiedział Mac i wyszedł, zabierając dzieci.
Kara  czuła  się  nieswojo  w  sypialni  Maca.  Nakarmiła  Taia  i  rozejrzała  się  wokół.  Nigdzie 

nie  było  widać  fotografii,  książek  ani  niczego  osobistego.  Wyobraziła  sobie  Maca  w  łóżku 
pod  puchową  kołdrą,  strzeżonego  przez  dzikiego  barana.  Sypiał  w  piżamie  czy  w 
spodenkach? A może nago? Na myśl o tym ogarnęła ją taka fala gorąca, że machinalnie roz-
sunęła uda.

Z  jękiem  rozpaczy  przysiadła  na  krawędzi  łóżka.  Co  się  z  nią  stało?  Nigdy  w  życiu  nie 

myślała w ten sposób o żadnym mężczyźnie! Dotknęła ręką czoła. Była bardzo zmęczona.

- Widzę, że Tai zdecydował się zejść na kolację - w sypialni rozległ się niski, spokojny głos 

Maca.

Stał w drzwiach, spoglądając na Karę wzrokiem pełnym ukrytych pragnień. To spojrzenie 

sprawiło, że zerwała się na równe nogi i odskoczyła od łóżka.

-  Malcy  już  śpią.  Lily  poszła  do  swego  pokoju,  wyjawiwszy  przedtem,  że  Brick  spędzi 

dzisiejszą  noc  u  swego  przyjaciela,  Jimmy’ego  Crowa  -  westchnął  Mac.  -  Brick  i  Jimmy 
znani  są  w  całym  Bear  Creek  z  różnych  wybryków.  Czasami  fotografują  dziewczęta 
przebierające się w szatni, innym razem przebijają opony w samochodach nauczycieli...

- Masz z tymi dziećmi masę kłopotów.
-  Nie  uważaj  mnie  przypadkiem  za  świętego  -  zastrzegł  Mac,  zbliżając  się  do  Kary.  -

Zapewniam cię, że jestem tylko człowiekiem - powiedział i przyciągnął ją do siebie.

Kara przełknęła ślinę. Miała opuszczone ręce i robiła wszystko, by nie zarzucić mu ich na 

szyję.

-  Według  Lily  nie  byłeś  z  kobietą,  odkąd  sprowadziłeś  tu  dzieci,  a  nie  przywykłeś  do  tak 

długiego... celibatu. Podobno jesteś mężczyzną, o którego biją się okoliczne damy.

- Nie wierz we wszystko, co usłyszysz, a już szczególnie od Lily - rzekł Mac, patrząc jej w 

oczy.

-  To  oczywiste,  że  tak  mówisz.  Trudno,  żebyś  się  chwalił  swoimi...  -  Nie  mogła  znaleźć 

odpowiedniego słowa na określenie łóżkowych przygód.

- Podbojami? - Mac uśmiechnął się i zmrużył oczy.
- Czemu sądzisz, że taki podejrzany typ jak ja nie miałby się tym chełpić? Nie zauważyłaś 

nacięć na słupkach baldachimu? Każde z nich oznacza kolejną miłosną przygodę.

Ujął jej głowę w obie dłonie.
- Aha! Mam cię! Już chciałaś przekonać się, czy mówię prawdę.
Kara wiedziała, że Mac żartuje.
- Przecież nie ma tu żadnego baldachimu.
Z jednej strony miała ochotę uśmiechnąć się, ale z drugiej ogarniała ją wściekłość na myśl 

o nim w ramionach innej kobiety. W końcu rzekła:

- Na zagłówku też nie ma żadnych nacięć.
-  A  o  czym  to  świadczy?  -  spytał  ochryple,  przytulając  swój  szorstki  policzek  do  twarzy 

Kary i przesuwając dłońmi wzdłuż jej ciała.

- O tym, że wiesz, jak prowadzić rozmowę, bym poczuła się zakłopotana i straciła wątek.
- Mówiliśmy o przeszłości. Liczy się jednak tylko teraźniejszość i fakt, że mamy zamiar się 

21

background image

pobrać - przypomniał, tuląc Karę w objęciach i pokrywając pocałunkami jej szyję.

Dziewczyna  z  rozkoszą  poddawała  się  pieszczotom.  Mac  wziął  ją  na  ręce  i  podszedł  do 

łóżka, a potem usiadł, trzymając na kolanach.

- Jesteś taka piękna, podniecająca. Bardzo cię pragnę, kochanie - szepnął.

ROZDZIAŁ CZWARTY

Kara zamarła w bezruchu.
- Co się stało? - spytał Mac, spragniony jej bliskości.
Przed  chwilą  tuliła  się  do  niego,  nagle  usiadła  wyprostowana,  a  potem  poderwała  się  i 

poszukała wzrokiem kota, który chłeptał wodę z miseczki. Mac patrzył na nią oszołomiony. 
Może  nie  chciała  się  kochać  z  nim  w  obecności  kota?  Chociaż  sam  nie  miał  nic przeciwko 
takiemu towarzystwu, gotów był zrobić wszystko, by Kara poczuła się swobodnie.

- Mam go przenieść do innego pomieszczenia? - zapytał.
- Kot może zostać, jeśli chce, ale ja wyjdę - odrzekła, kierując się do drzwi.
Mac podniósł się wolno i ruszył za nią.
- Czy mogłabyś chociaż wyjaśnić, co się stało, że zmieniłaś zdanie?
- Powiedziałeś, że jestem piękna i podniecająca.
- To cię dotknęło? - Mac był wyraźnie zaskoczony.
- Tak, bo to wierutne kłamstwo. Więcej nie praw mi tego typu komplementów.
- Komplementów?
- Mówisz je pewnie każdej kobiecie, którą bierzesz do łóżka. To obraźliwe! - wybuchnęła i 

nie oglądając się za siebie, wyszła z sypialni.

Nie  miała  pojęcia,  co  zrobi.  Kot  został  w  sypialni  Maca,  a  ona  nie  dysponowała  żadnym 

środkiem  transportu,  by  dotrzeć  do  miasta.  Zresztą  gdyby  nawet  jakoś  się  tam  dostała,  nie 
miała się gdzie zatrzymać.

Nagle tuż za Karą pojawił się gospodarz rancza i łagodnie położył dłonie na jej ramionach.
- Musisz być głodna - powiedział, zanim zdążyła w jakikolwiek sposób zareagować. - Oboje 

nic nie jedliśmy. Powinniśmy byli pójść na obiad w Helenie i...

- Spieszyłeś się do dzieci - przypomniała drżącym głosem, czując, jak Mac delikatnie gładzi 

jej ramiona. - Z twojego punktu widzenia nie warto było tracić czasu na restauracje. W końcu 
przyjechałam  tu,  żeby  się  za  ciebie  wydać,  więc  po  co  miałbyś  czynić  jakieś  dodatkowe 
zabiegi o moje względy?

Odsunęła się od niego, choć ciągle czuła na ramionach ciepło jego dotyku.
- Nieźle mnie podsumowałaś - zauważył sucho. - Pewnie na to zasłużyłem. Ale skoro Już tu 

jesteś,  może  ogłosimy  zawieszenie  broni  i  coś  zjemy? Była dziś na ranczu pani Lattimore i 
zostawiła...

- Swój paskudny gulasz? - Kara przytoczyła opinię Lily. - Może jakoś go przełknę.
-  Nie  doniosę  pani  Lattimore,  co  powiedziałaś.  Chodź,  skosztujemy  wspaniałego  dania  -

rzekł i podał jej ramię, prowadząc do kuchni.

Pozwoliła  mu  na  to,  bo  naprawdę  czuła  głód  i  nie  było  sensu  uciekać  przed  panem  tego 

rancza. Musiała gdzieś przenocować, więc zgodziła się zawrzeć rozejm.

Usiadła  przy  kuchennym  stole  i  spoglądając  na  telefon,  myślała  o  dzisiejszej  rozmowie  z 

pastorem, podczas gdy Mac podgrzewał gulasz w kuchence mikrofalowej.

- Dlaczego tak naprawdę nie podałeś wujkowi Willowi właściwej daty mego przyjazdu?
- Pomyślałem, że przyjedzie po ciebie na lotnisko, a ja nie chciałem z nikim dzielić chwili 

naszego spotkania. Pragnąłem, byś pierwsze godziny w Montanie spędziła tylko ze mną. 

- To nie brzmi wiarygodnie. Jaki był prawdziwy powód?
- No dobrze. Muszę przyznać, że niepokoiła mnie myśl o spotkaniu przyszłej panny młodej 

w  obecności  pastora.  Sądziłem,  że  będzie  niezręcznie,  jeśli  się  sobie  nie  spodobamy,  a  on 
zacznie grać rolę swata. Z drugiej strony, gdybyśmy od razu przypadli sobie do gustu, pastor 
tylko by nam zawadzał.

Kara  oparła  się  przemożnej  chęci,  by  zapytać  o  wrażenie,  jakie  na  nim  wywarła  w  chwili 

spotkania. Pewnie nie wydała mu się wyjątkowo odpychająca i pogodził się z tym, że nie jest 
tak  piękna,  jak  przypuszczał,  choć  się  do  tego  nie  przyzna.  Będzie  opowiadał,  jak  to 

22

background image

oczarowała go od pierwszego wejrzenia.

- Nie potrafię prawić oryginalnych komplementów - przyznał, nakrywając do stołu. - Ale na 

swoją obronę mogę powiedzieć, że jeśli coś mówię, to naprawdę tak uważam.

Kara  automatycznie  położyła  sztućce  przy  dwóch  nakryciach.  Wiedziała,  co  Mac  miał  na 

myśli.

- A więc jeżeli kochasz się z kobieta, to wierzysz, że jest piękna i podniecająca?
- Oczywiście. Dlaczego miałbym się kochać z jakimś brzydactwem?
- Właśnie, dlaczego? - powtórzyła.
- Wybacz, jeśli cię uraziłem. Naprawdę nie chciałem cię dotknąć, używając banalnych słów 

dla wyrażenia moich uczuć.

- Po prostu miałeś zamiar iść ze mną do łóżka. Pragnąłeś mnie tak bardzo, bo jestem piękna 

i seksowna - zażartowała.

- Nie wiem, dlaczego nie możesz w to uwierzyć - jęknął Mac. - Pamiętasz, już wcześniej, w 

dżipie...

- Nie chcę o tym mówić. Po to zawarliśmy rozejm, by do tego nie wracać - przerwała mu.
- Kto ustalił zasady rozejmu? Czy to ja nalegałem, by wprowadzić do niego taką klauzulę? -

spytał Mac, stawiając na stole naczynie z parującym gulaszem.

Znowu się z nią droczył, a to mogło przywrócić atmosferę intymności, w której Kara czuła 

się niepewnie. Postanowiła więc skierować rozmowę na inny temat.

- Co za niespodzianki kryją się w tej potrawie? - spytała.
- Jeśli ci powiem, to już nie będzie niespodzianek. Ale wierz mi, że całość zupełnie nieźle 

smakuje z zimnym piwem - powiedział i wyjął dwie puszki z lodówki.

- Nigdy nie widziałam tego gatunku - rzekła Kara, przyglądając się kuguarowi na puszce.
-  To  ulubiony  napitek  ranczerów.  Niezłe.  Świetnie  nadaje  się  do  przepłukania  gardła  po 

gulaszu pani Lattimore.

- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, to wolałabym napić się wody.
-  Proszę  bardzo.  Masz  do  wyboru  mineralną,  którą  zwykle  pija  Lily,  albo  kranówkę 

przeznaczoną dla nas, proletariuszy.

Kara  nalała  do  szklanki  wody  z  kranu  i  oboje  zajęli  się  potrawą,  którą  pani  Lattimore 

doprawiła w sposób trudny do zaakceptowania przez szanującego się kucharza. Jednakże mi-
mo oryginalnych przypraw danie okazało się jadalne.

-  Zaniosę  twój  bagaż  do  pokoju  gościnnego  -  zaproponował  Mac  po  kolacji,  gdy  Kara 

zbierała  talerze  ze  stołu.  -  Chociaż  zaproszenie  do  mojej  sypialni  jest  ciągle  aktualne  -  za-
znaczył.

-  Dziękuję.  Tai  i  ja  wolimy  oddzielny  pokój.  Przywiozłam  ze  sobą  torbę  na  kocie 

nieczystości,  a  jeśli  znajdziesz  jeszcze  dla  niego  jakieś  kartonowe  pudełko,  to  będzie 
całkowicie usatysfakcjonowany.

-  Znajdę  -  obiecał,  przyglądając  się  jej  uważnie.  Ktoś,  kto  tak  jak  ona  woził  żywność  dla 

kota i torebki na nieczystości, musiał być niezwykle odpowiedzialną osobą.

-  Nie  mogłam  oczekiwać,  że  wujek  Will  będzie  biegał  po  mieście  i  kupował  drobiazgi 

potrzebne Taiowi - wyjaśniła. - Pewnie myślisz, że dziwaczka ze mnie...

-  Skądże.  Uważam,  że  jesteś  po  prostu  bardzo  przewidująca  -  odrzekł,  nie  dodając,  iż 

docenia w niej również inne zalety i że z każdą minutą coraz bardziej jej pragnie.

Nie ośmielił się tego powiedzieć, by znowu nie pomyślała, że prawi jej tanie komplementy.
Kiedy  posprzątali  po  kolacji,  Mac  pomógł  Karze  przenieść  kota  do  wolnej  sypialni,  która 

poprzez  łazienkę  łączyła  się  z  jego  pokojem.  Wnętrze  umeblowane  było  bardzo  skromnie. 
Poza łóżkiem stała tu jedynie mahoniowa szyfonierka, której przydałaby się renowacja. Znad 
łóżka łagodnym wzrokiem spoglądała sama.

- Widzę, że twój dziadek nie oszczędzał nawet kuzynek jelonka Bambi - zauważyła Kara.
- Masz coś przeciwko polowaniom?
-  Nie  zastanawiałam  się  nad  tym,  dopóki  tu  nie  przyjechałam.  A  teraz  nie  wiem  już,  od 

czego  dostałam  gęsiej  skórki.  Na  myśl  o  polowaniach  czy  na  widok  tych  trofeów.  Przecież 
cały dom wygląda jak koszmar ze snu wypychacza zwierząt.

- Kiedy zostaniesz moją żoną i zamieszkasz tu, zmienisz wystrój wnętrza. Zamiast trofeów 

23

background image

myśliwskich powiesisz obrazki przedstawiające kwiaty albo owoce. Wybacz, że ten pokój tak 
wygląda  -  powiedział  Mac.  -  Jest  mały  i  wyziębiony,  ale  tylko  ten  był  wolny.  Pewnie  nie 
chciałabyś spać z którymś z dzieci. Dałaś też jasno do zrozumienia, że moja sypialnia ci nie 
odpowiada. Możesz się tu zamknąć, jeśli boisz się, bym nie naruszył zasad naszego rozejmu.

- Nie obawiam się ciebie - odrzekła z uśmiechem.
Przerażał ją raczej fakt, iż pod wpływem samego spojrzenia Maca przenikają fala gorąca.
- To dobrze - mruknął.
Mieli  dzielić  wygodną  łazienkę  z  dwiema  umywalkami,  prysznicem  i  staroświecką,  dużą 

wanną.  Godzinę  wcześniej  ta  okoliczność  niepokoiłaby  Karę.  Teraz  była  na  to  zbyt 
zmęczona.

Mac szarmancko ustąpił jej pierwszeństwa przy myciu. Po dokonaniu wieczornej toalety i 

włożeniu sięgającej kostek bawełnianej różowej koszuli z długimi rękawami i zapięciem pod 
samą szyję, Kara wśliznęła się pod koc. Tai usnął w nogach łóżka.

W pokoju było chłodno. Wełniany koc i bawełniana narzuta nie zapewniały tyle ciepła, by 

można było spokojnie zasnąć. Kara tęsknie pomyślała o puchowej kołdrze w sypialni Maca i 
spróbowała szczelniej otulić się tym, co miała pod ręką.

Ciągle trzęsła się z zimna. Już zaczęła się zastanawiać nad włożeniem swetra i skarpet...
- Karo?
W pokoju rozległ się głos Maca. Mógł wejść przez łazienkę. Mimo panujących ciemności 

dostrzegła  zarys  wysokiej,  męskiej  sylwetki,  która  powoli  zbliżała  się  do  łóżka.  Przez 
moment przestało jej bić serce. Usiadła na łóżku, szczelnie owijając się kocem.

- Czego chcesz? - zapytała przestraszona.
Jak  w  transie  patrzyła  na muskularną, pokrytą czarnymi włosami pierś Maca. Był tylko w 

slipach, które znakomicie uwydatniały jego męskość.

-  Przyniosłem  dodatkowe  koce.  Jest  zimno,  z  pewnością  ci  się  przydadzą  -  powiedział 

niskim, głębokim głosem.

Wpatrzona  w  Maca  i  przerażona  jego  obecnością  w  pokoju  nawet  nie  zauważyła  koców, 

które teraz układał na łóżku.

W świetle księżyca Kara wydała się Macowi zachwycająca. Przysiadł na krawędzi posłania.
-  Myślałem,  że  się  mnie  nie  boisz,  więc  czemu  wyglądasz  na  śmiertelnie  wystraszoną?  -

spytał łagodnie i dotknął palcami warg dziewczyny.

-  Zdałam  sobie  sprawę,  że  jestem  okropnie  niemądra.  Sama  narażam  się  na 

niebezpieczeństwo - szepnęła jednym tchem.

-  To  prawda  -  przyznał  Mac.  -  Potrzebujesz  męża,  który  by  cię  chronił  - dodał, wsuwając 

ręce  pod  koc,  by  dosięgnąć  piersi  Kary.  Dziewczyna  była  oszołomiona  i  przerażona  przy-
jemnością,  którą  sprawiła  jej  ta  pieszczota.  Mac  delikatnie  gładził  kciukami  okolice  sutek, 
nie dotykając samych koniuszków piersi.

Zapragnęła go gwałtownie.
- Proszę, ja nie... Nie możemy... - Głos się jej załamał pod wpływem intensywnych odczuć.
- Możemy, ale nie będziemy - poprawił Mac. - W każdym razie nie dzisiaj. Teraz pocałuj 

mnie na dobranoc, to sobie pójdę.

Jęknęła, gdy dotknął jej warg i zaczął namiętnie ją całować.
Karę przeniknął dreszcz pożądania. Kiedy Mac po raz drugi położył dłoń na jej piersiach, 

gwałtownie  przycisnęła  ją  do  siebie.  Znowu  zaczął  gładzić  wrażliwą  skórę  wokół  sutek. 
Dziewczynę oblała fala rozkoszy.

Położył  ją  delikatnie  na  wznak,  pozwolił,  żeby  się  przytuliła  i  zaczęła  pieścić  mu  włosy. 

Pod  bawełnianą  koszulą  Kary  wyraźnie  rysowały  się  nabrzmiałe  koniuszki  piersi.  Mac 
zmrużył oczy i dotknął ustami jednego z nich.

Kara  poczuła  ciepło  oddechu,  a  potem  czubek  języka  dotykającego  sutki.  Wygięła  się, 

unosząc piersi ku górze i spazmatycznie powtarzając imię Maca. Przy tym ruchu rozpięła się 
jej koszula. Mac pieścił teraz językiem nagie piersi, a ciało Kary przeniknęła fala rozkoszy. 
Dziewczyna przylgnęła do niego mocno, pragnąc otrzymać więcej i więcej...

Nagle wszystko się skończyło. Mac usiadł, oddychając ciężko.
- Albo przerwiemy teraz, albo wcale - rzekł, z trudem chwytając oddech.

24

background image

Kara  leżała  podniecona,  odczuwając  bolesne  pulsowanie  między  udami.  Pierwszy  raz  w 

życiu  straciła  nad  sobą  kontrolę.  Nawet  nie  przypuszczała,  że  jest  w  stanie  przeżywać  tak 
gwałtowną namiętność. Nie mogła się dłużej oszukiwać. Gdyby Mac nie przerwał pieszczot z 
własnej woli, ona by go nie powstrzymała. Zamknęła oczy, by nie patrzeć mu w twarz.

- Dobranoc, maleńka. Spij dobrze - szepnął i mocno pocałował w ją usta, a potem jeszcze 

raz  złożył  pocałunek  między  jej  piersiami.  Przeszedł  przez  pokój,  a  Kara  nie  poprosiła,  by 
zawrócił. Gdyby choć raz spojrzał na nią, z pewnością zostałby tu do rana.

Nie  powinienem  tego  robić,  upomniał  sam  siebie.  Mógł  ją  posiąść.  Wiedział,  że  tego 

pragnęła. To czyste szaleństwo, mieć w łóżku spragnioną kobietę i zrezygnować z rozkoszy. 
Na myśl o spełnieniu poczuł, że się poci. Mimo iż noc była chłodna, nie przykrył się kołdrą.

Tai siedział pośrodku małej sypialni, miaucząc i popatrując na Karę. Dziewczyna zbudziła 

się  właśnie z głębokiego snu, w który zapadła tuż przed świtem, i sięgnęła po zegarek. Do-
chodziła  dziewiąta,  a  według  czasu  waszyngtońskiego  -  jedenasta.  Nigdy  jeszcze  nie 
wstawała tak późno.

Czuła  się  nieco  zdezorientowana.  W  domu  panowała  cisza.  Umyła  się  szybko,  dokładnie 

zamknąwszy drzwi od łazienki, choć z sypialni Maca nie dobiegały żadne odgłosy. Włożyła 
dżinsy  i  cienką  liliową  bluzeczkę.  Ostrożnie  zajrzała do pokoju Macauleya, lecz nie zastała 
tam nikogo.

- Ładnie wyglądasz - powitała ją Autumn, gdy tylko Kara wyszła na korytarz.
Drgnęła zaskoczona, że dziewczynka na nią czekała.
-  Lily  powiedziała,  że  mam  ci  nie  przeszkadzać,  dopóki  nie  wyjdziesz  z  pokoju.  Gdzie 

kotek? - zainteresowała się nagle. - Słyszałam, jak miauczał.

Kiedy  szły  korytarzem,  Tai  wybiegł  z  sypialni  i  czmychnął  w  głąb  domu,  jakby  go  ktoś 

gonił. Kara zauważyła, że dziewczynka jest w nocnej koszuli. Jej długie ciemne włosy splą-
taną  kaskadą  spadały  na  ramiona.  Był  wtorek,  a  więc  mała  powinna  być  w  szkole.  Nie 
wyglądała na chorą.

-  Jak  chcesz, to w mikrofalówce rozmrożę ci coś na śniadanie. Można w niej podgrzewać 

już  przygotowane  jedzenie  -  paplała  dziewczynka  -  ale  lepiej  nie  gotować  surowego  kur-
czaka, bo się nie zniszczy wszystkich bakterii. Można się zatruć i umrzeć. Od hamburgerów 
też  można  umrzeć.  Moja  mama  i  tata  umarli,  ale  nie  otruli  się,  tylko  zginęli  w  wypadku. 
Mówiłam Brickowi, że on też może zginąć w katastrofie samochodowej, ale się śmiał.

-  Czy  Brick  pojechał  gdzieś  samochodem?  -  spytała  Kara,  próbując  uzyskać  w  miarę 

dokładne informacje od dziewczynki, mieszającej przeszłość z teraźniejszością.

-  Dziś  rano  razem  z  Jimmym  Crowem  wzięli  samochód  jego  mamy  i  pojechali  do  parku 

Yellowstone.

- Sami? A wujek o tym wie? - spytała Kara w zdumieniu,
- Wujek nie pozwolił mu opuszczać lekcji.
-  Brick  ma  przecież  tylko  trzynaście  lat!  Pojechał  bez  prawa  jazdy!  Musimy  natychmiast 

zawiadomić wujka Maca! - zawołała Kara.

- A gdzie on jest?
-  Myślałam,  że  ty  mi  powiesz  -  przyznała  skonsternowana  Kara.  -  A  może  Lily  wie? 

Zadzwonimy do niej do szkoły.

- Nie ma jej w szkole. Wybrała się do... raju.
Kara zaniepokoiła się nie na żarty.
- Lily mówiła, że ja też nie muszę dziś iść do szkoły, jeśli nie chcę, i że ty zaopiekujesz się 

mną i Clayem - wyznała Autumn.

- Gdzie jest Clay? - Serce Kary o mało nie wyskoczyło z piersi.
Cisza panująca w domu wyraźnie wskazywała, że chłopiec musiał być gdzieś na zewnątrz.
- Poszedł do konia.
-  Chyba  nie  do  Blackjacka?  -  Kara  przypomniała  sobie,  co  Mac  mówił  o  narowistym 

ogierze.

- Tak, Clay go uwielbia i chce na nim jeździć.
Troje  młodych  Wilde’ów  potrzebowało  natychmiastowej  pomocy,  ale  Clayowi  zagrażało 

25

background image

bezpośrednie niebezpieczeństwo.

- Autumn, musisz mi pokazać, gdzie jest ten koń.
W chwilę później biegły wzdłuż podjazdu. Kara modliła się w duchu, by zdążyły odnaleźć 

Claya, zanim ogier zrobi mu krzywdę.

- Tu są stajnie. - Autumn przyprowadziła Karę do świeżo odnowionych zabudowań.
Z trudem otworzyły ciężkie wrota. Wewnątrz nowoczesnej, przestronnej stajni stały dobrze 

utrzymane konie, ale nie było wśród nich czarnego ogiera. Kara zawołała chłopca, lecz nikt 
się nie odezwał.

- Tu jest bury kot - zauważyła Autumn. - Mieszka w stajni. Wujek mówi, że nie ma imienia, 

ale ja nazywam go Prążek, bo jest pręgowany jak tygrys. Chciałam go wziąć do mieszkania, 
lecz wujek powiedział, że to dziki kot. Czy myślisz, że Tai chciałby mieć przyjaciela?

Kara była zbyt zaabsorbowana sprawą Claya, by zwracać uwagę na paplaninę dziewczynki.
- Gdzie może być ten ogier i twój brat?
- Może na którymś z wybiegów. Weźmy Prążka do domu, żeby spotkał się z Taiem.
- Najpierw musimy znaleźć Claya. Pokażesz mi, gdzie są wybiegi?
Kara była zdziwiona, że mała, zwykle tak wyczulona na wszystkie niebezpieczeństwa, nie 

niepokoi się o brata.

Na szczęście nie trzeba było iść daleko, by dotrzeć do ogrodzonych wybiegów dla zwierząt.
Dostrzegła Claya wcześniej niż Autumn. Siedział na płocie, obserwując potężnego ogiera, 

który  biegał  jak  szalony  i  od  czasu  do  czasu  stawał  dęba,  najwyraźniej  mało  zachwycony 
towarzystwem chłopca.

- Chodź tu, Blackie! Mam coś dla ciebie! - wołał siedmiolatek, wyciągając rękę do konia, 

który, niepokojony przez intruza, wściekle rył ziemię kopytami.

Karze zaparło dech w piersiach. Clay najwyraźniej traktował ogiera jak łagodnego kucyka. 

Wcale nie zwracał uwagi na jego nieprzyjazne zachowanie.

Podbiegła do malca i ściągnęła go z ogrodzenia. Był boso, w szortach i podkoszulku. Miał 

zimne  ręce  i  nogi.  Mimo  iż  świeciło  jesienne  słońce,  dzień  był  chłodny,  a  mały  nie 
wykurował się jeszcze do końca z wietrznej ospy.

-  Clay,  powinieneś  trzymać  się  z  daleka  od  tego  konia.  To  dzikie,  niebezpieczne  zwierzę. 

Mógł ci zrobić krzywdę - powiedziała drżącym głosem.

-  Blackie  mógł  zabić  Claya?  Nie  wiedziałam,  że  konie  to  robią.  -  Autumn  aż  sapnęła  ze 

zdziwienia.

- Zwykle nie są groźne dla ludzi, ale Blackjack to wyjątek - wyjaśniła Kara.
- Chciałem się z nim zaprzyjaźnić - rzekł ponuro Clay.
-  Może  pomyślałbyś  o  jakimś  mniejszym  i  łagodniejszym  zwierzątku  -  zaproponowała 

Kara, próbując za wszelką cenę odwrócić uwagę chłopca od ogiera.

- Na przykład o psie? - zainteresował się malec. - Kiedy go dostaniemy?
- Będziemy mieć szczeniaczka! Szczeniaczka! - pisnęła Autumn.
- Zawsze chciałem dostać szczeniaka - wyznał chłopiec i umie wziął Karę za rękę.
Wzruszyła  się  tym  gestem.  Clay  był  taki  mały,  bezradny.  Płonącymi,  ciemnymi  oczami  i 

gęstością włosów bardzo przypominał Maca,

-  Uwielbiam  psy!  -  entuzjazmowała  się  Autumn.  -  Rodzice  nie  pozwalali  ich  hodować, 

wujek  James  i  ciocia  Ewa  również  nie.  A  wujek  Mac  powiedział,  że  tutaj  nie  miałby  kto 
zajmować się szczeniaczkiem, gdy my jesteśmy w szkole.

- Ale Lily mówiła, że ty zamieszkasz z nami. - Clay zwrócił się do Kary.
Nie  odpowiedziała,  lecz  malcy  wzięli  jej  milczenie  za  dobrą  monetę.  Kiedy  wrócili  do 

domu, znalazła dla obojga ciepłe ubrania. Clay był już bezpieczny, lecz co z Lily i Brickiem? 
Zastanawiała  się  właśnie,  jak  zawiadomić  Maca,  gdy  jej  wzrok  padł  na  kuchenny  telefon. 
Wykręciła  numer  zapisany  na  kartce  przy  aparacie,  mając  nadzieję,  że  Macauley  będzie  w 
pobliżu dżipa. Nerwowo zastanawiała się, co mu powiedzieć.

Kiedy już miała zrezygnować, bo nikt się nie zgłaszał, Mac podniósł słuchawkę.
- Tak? - odezwał się znużonym głosem.
- Nie chciałam ci przeszkadzać - zaczęła niepewnie.
- Co się stało?

26

background image

Kara  zdecydowała,  że  zaoszczędzi  mu  opowieści  o  Clayu,  a  przekaże  tylko  to,  czego 

dowiedziała się o Bricku. Mac nie przyjął dobrze tych nowin. Wybuchnął gniewem i zaczął 
kląć, a Kara słuchała w milczeniu, rozumiejąc, że jako opiekun takich niesfornych dzieci ma 
prawo się denerwować.

-  Naprawiam  ogrodzenie  na  południowym  pastwisku.  Zajmie  mi  to  jeszcze  godzinę  albo 

dłużej. Jeśli zostaniesz z Clayem, pojadę prosto do szeryfa. To mój przyjaciel i z pewnością 
pomoże odnaleźć chłopców, nie aresztując ich przy okazji. Autumn i Lily powinny wrócić ze 
szkoły około...

- Autumn jest w domu - przerwała Kara.
- Dlaczego? Zachorowała?
- Nie. Ale tu jest. Nie martw się o dzieci. Zostanę z nimi.
Mac  był  tak  zdenerwowany,  że  Kara  nie  wspomniała  nawet  o  wyprawie  Lily  do 

tajemniczego raju. Lepiej, żeby myślała iż dziewczyna jest w szkole, i zajął się Brickiem.

- Wybacz, że rano nie zastałaś mnie w domu - powiedział Mac. - Zwykle wcześniej planuję 

swoje  zajęcia,  ale  dzisiaj  Webb  ma  wolne  i  wyjechał  poza  ranczo,  więc  pracuję  za  dwóch. 
Zajrzałem  do  twojej  sypialni  po  piątej,  lecz  spałaś  tak  głęboko,  że  nie  miąłem  serca  cię 
budzić.

Myśl o tym, że widział ją śpiącą, wprawiła Karę w zakłopotanie. Może chrapała albo coś w 

tym rodzaju.

- Wyglądałaś tak słodko i podniecająco, że musiałem użyć całej siły woli, by nie wśliznąć 

się do twego łóżka. Któregoś ranka to zrobię i zostanę aż do świtu - dodał.

Kara westchnęła głęboko. Słowa Maca podziałały na jej wyobraźnię i zmysły. Zbyt dobrze 

pamiętała  wieczorne  pieszczoty  i  pocałunki.  Znowu  poczuła  podniecenie.  Była  w  nie  lada 
niebezpieczeństwie, skoro samo brzmienie głosu Maca doprowadzało ją do takiego stanu.

- Musisz znaleźć Bricka - powiedziała szybko, odpędzając natrętne myśli.
Roześmiał się, jak gdyby wiedział, co przeżywała.
- Nie martw się - rzekł łagodnie. - Przywiozę go do domu. Do zobaczenia, kochanie.

ROZDZIAŁ PIĄTY

Kara odłożyła słuchawkę i siedziała bez ruchu, patrząc w przestrzeń. Bezskutecznie starała 

się odnaleźć w sobie ślady oburzenia wobec faktu, że Mac znowu użył słowa „kochanie”.

Nagle  do  jej  uszu  dotarł  hałas  z  salonu.  Zerwała  się  z  krzesła  i  poszła  sprawdzić,  co  się 

dzieje.  Na  podłodze  prężył  się  i  syczał  bury  kot  ze  stajni.  Gotowy  do  skoku  Tai,  groźnie 
pomrukując, tkwił na łbie łosia wiszącym nad kominkiem. Powoli przesuwał się ku rogom i 
mierzył intruza groźnym spojrzeniem.

-  Chyba  się  nie  polubili  -  mruknęła  Autumn,  która  wraz  z  Clayem  obserwowała  przebieg 

spotkania.

-  Myślę,  że  trzeba  zabrać  stąd  Prążka,  zanim  Tai  skoczy  mu  do  gardła  -  spokojnie 

zauważyła Kara.

- Wygonię go. - Clay zgłosił się na ochotnika.
Stajenny kocur wrzasnął dziko. Kara pobiegła otworzyć frontowe drzwi i z pomocą Claya, 

który gonił Prążka po całym domu, udało się go wreszcie skierować na dwór.

Kiedy  wrócili  do  salonu,  Tai  ciągle  siedział  na  łbie  łosia,  a  Autumn  przemawiała  doń 

łagodnie, próbując skłonić do zejścia.

-  Pewnie  nie  powinnam  była  sprowadzać  tu  Prążka,  lecz  chciałam,  żeby  Tai  miał 

przyjaciela. Ciężko żyć w nowym miejscu, nie znając nikogo.

Kara  przytuliła  dziewczynkę,  domyślając  się,  że  mała  ma  na  myśli  nie  tylko  kocią 

samotność.

- Wszystko w porządku - powiedziała. - Tai lubi samotność. Zachowuje się zupełnie inaczej 

niż ludzie. Woli być jedynym kotem w domu.

- Zawsze będzie jedyny. Nawet kiedy dostaniemy szczeniaczka - wtrącił Clay. - Szczeniak 

to przecież pies.

- Autumn, dlaczego nie poszłaś dziś do szkoły? - Kara zmieniła temat.
-  Bo  dzieci  dobierają  się  w  grupy,  które  będą  przygotowywać  przyjęcie  na  Halloween. 

27

background image

Wiedziałam,  że  nikt  mnie  nie  wybierze,  więc  zostałam  w  domu  -  wyznała  dziewczynka, 
patrząc  w  podłogę.  -  Pomyślałam,  że  i  tak  przydzielą  mi  jakieś  zajęcie,  nawet  jeśli  nie 
przyjdę. Wolałam to niż stanie i czekanie do samego końca.

Kara spojrzała na małą ze współczuciem. Wiedziała, co to znaczy być outsiderem. Ona też 

przez całe życie chciała przynależeć do czegoś lub kogoś.

- Trudno przenosić się do nowej szkoły, szczególnie w małym miasteczku, w którym ludzie 

się znają.

- Niekoniecznie - zaszczebiotał Clay. - Mnie wszyscy lubią. Mam wielu przyjaciół.
-  Bo  jesteś  w  drugiej  klasie,  a  nie  w  piątej  -  rzekła  Autumn.  -  Małe  dzieci  łatwiej  się 

zaprzyjaźniają.

-  Może  spróbowałabyś  znaleźć  chociaż  jedną  koleżankę  -  zaproponowała  Kara, 

przypominając  sobie,  że  w  tym  wieku  miała  przyjaciółkę  od  serca,  która  zastępowała 
wszystkie inne. - Zapytaj którąś dziewczynkę z klasy, czy nie chciałaby z tobą pójść do kina 
albo odwiedzić cię w domu?

-  Miałam  koleżanki  w  Kalifornii,  kiedy  byliśmy  jeszcze  z  rodzicami,  ale  w  Ohio  u  wuja 

Jamesa i ciotki Ewy już nie, bo nie chciałam, by ktoś wiedział, że u nich mieszkam.

- A u wujka Maca? - spytała Kara.
-  Kocham  wujka,  ale  po  co  miałabym  tu  kogoś  zapraszać?  Clay  ciągle  by  nam  tylko 

przeszkadzał. Przecież koleżanki nie przyjdą na ranczo, żeby zajmować się moim bratem.

- Tu nie ma mamy, która by mi nie kazała dokuczać dziewczynkom - powiedział chłopiec.
- Wujek ciągle pracuje, a Brick i Lily tylko krzyczą, kiedy się bijemy albo kłócimy - dodała 

Autumn. - Więc po co ktoś miałby do mnie przychodzić?

Karę  ogarnęło  głębokie  współczucie  dla  malców.  Clay  podszedł  do  telewizora  i  włączył 

odbiornik.  Razem  z  Autumn  zaczęli  oglądać  program.  Tai,  widząc,  że  nic  mu  nie  zagraża, 
opuścił strategiczną pozycję i zeskoczył na podłogę.

Kara  zdecydowała,  że  może  zostawić  dzieci,  by  przygotować  coś  do  jedzenia.  Akcja  z 

ogierem i kotem wypełniła czas do południa. Teraz już rozumiała, dlaczego Mac zainstalował 
antenę  satelitarną,  ale  sama  nie  była  skłonna  godzić  się,  by  dzieci  spędzały  cały czas przed 
telewizorem.

-  Muszę  wykonać  kilka  telefonów,  potem  oprowadzicie  mnie  po  ranczu,  a  na  koniec 

upieczemy ciastka, dobrze? - zaproponowała.

Nie zareagowali, zaabsorbowani oglądaniem filmu, lecz Kara i tak dopięła swego. Szybko 

zjadła  śniadanie  i  przestudiowała  książkę  telefoniczną,  starając  się  znaleźć  bar,  restaurację 
lub motel pod nazwą „Raj”. Gdyby tylko udało się jej znaleźć Lily i sprowadzić ją do domu, 
zanim Mac wróci na ranczo i zaczną się kłopoty!

W  spisie  telefonów  nie  było  żadnego  „Raju”.  Gdziekolwiek  znajdowała  się  najstarsza 

bratanica Maca, trudno by było się z nią skontaktować. Albo okłamała młodszą siostrę, albo 
tamta źle zapamiętała nazwę.

Lily  wróciła  do  domu  koło  piątej.  Zatrzymała  się  w  drzwiach  pokoju,  w  którym  Kara 

siedziała  z  Autumn  w  otoczeniu  pudeł  z  zabawkami  i  ubrankami.  Kara  popatrzyła  na 
ekscentryczny strój nastolatki. Tylko tak piękna i zgrabna dziewczyna jak Lily mogła włożyć 
niemal  przezroczystą,  krótką  sukieneczkę  w  kwiatki,  a  do  tego  obcisłe  szorty  i  wysokie 
czarne buty.

- Cześć, Lily! - zawołała Autumn. - Kara pomaga mi urządzić pokój, żeby nie wyglądał już 

tak głupio jak dotąd.

- Upiekliśmy ciastka - oznajmił Clay, który siedział na podłodze z komiksem w ręku i jadł 

właśnie jedno z nich.

- Dostaniemy też szczeniaka.
- Nieźle - odparła Lily i poszła do swego pokoju, a Kara pobiegła za nią.
-  Wiem,  że  nie  byłaś  dziś  w  szkole  -  powiedziała  po  wejściu  do  sypialni  Lily,  która  była 

mniejsza niż pokoje Claya oraz Autumn i cała pomalowana na czerwono. Na głównej ścianie 
pyszniła  się  tu  olbrzymia  ryba.  Coś  innego,  choć  niewiele  ładniejszego  niż  trofea  w 
pozostałych pokojach. Lily leżała na łóżku z rękami pod głową.

- Tam, gdzie byłam, nauczyłam się więcej niż w szkole - odparła.

28

background image

Kara przyjrzała się jej uważnie. Lily miała obrzmiałe wargi, potargane włosy i rozmazany 

makijaż. Nawet tak niedoświadczona osoba jak Kara nie mogła mieć żadnych wątpliwości, iż 
Lily doświadczyła dziś gwałtownych przeżyć erotycznych.

-  Autumn  powiedziała,  że  wybrałaś  się  do  jakiegoś  „raju”,  ale  nie  natrafiłam  na  nic 

podobnego w książce telefonicznej - rzekła Kara, starając się, by w jej głosie nie zabrzmiało 
oskarżenie ani nagana.

- Próbowałaś dzwonić do raju? - spytała z uśmiechem dziewczyna. - Co za spryt!
Kara nie wiedziała, jak zareagować na takie zachowanie kogoś o dziewięć lat młodszego od 

siebie.

- Martwiłam się, czy nic ci się nie stało. Nie powiedziałam wujkowi, że byłaś na wagarach, 

bo jest zbyt zdenerwowany wyprawą Bricka, ale nie jestem pewna, czy dobrze postąpiłam.

-  Dzięki!  -  Lily  podeszła  do  Kary  i  objęła  ją  siostrzanym,  a  może  konspiracyjnym, 

uściskiem. - Nie musisz się o mnie martwić. Wiem, co robię i czego chcę. Miałaś rację, nie 
mówiąc  o  niczym  wujkowi.  On  nic  na  to  nie  poradzi,  a  i  tak  ma  masę  kłopotów  z  moim 
rodzeństwem i ranczem. Po co zawracać mu głowę? Powiedz, co z tą wyprawą Bricka?

Kara  opowiedziała  o  eskapadzie  chłopców  do  Yellowstone,  a  Lily  zareagowała 

zdziwieniem i rozbawieniem.

- Brick to niespokojny duch. Uwielbia wolność. Jimmy też. Świetnie, że się zaprzyjaźnili, 

choć władze szkolne, wujek i matka Jimmy’ego pewnie tak nie myślą.

- Nie masz zamiaru mi powiedzieć, gdzie dzisiaj byłaś, prawda?
- Byłam w raju przez małe „r”. I nie chodzi tu o miejsce, a raczej o stan... rozkoszy. - Lily 

prowokacyjnie uniosła brwi. - Tyle mogę ci wyjaśnić. Gdy prześpisz się z wujkiem, to może 
wymienimy poglądy.

Lily  najwyraźniej  starała  się  zaszokować  pannę  Kirby  i  osiągnęła  swój  cel.  Kara 

przypomniała sobie swoje koleżanki ze szkoły, na wszelki wypadek noszące w torebkach pre-
zerwatywy i umawiające się ze starszymi od nich mężczyznami na rozbierane randki. Takie 
dziewczyny  cieszyły  się  w  klasie  niezwykłą  popularnością.  Kara  uświadomiła  sobie  z  nie-
chęcią, że jeszcze dziś nastolatki takie jak bratanica Maca ciągle ją onieśmielają.

- Chciałabym się zdrzemnąć - oznajmiła Lily, ziewnąwszy. - Mam za sobą niezwykły, lecz 

bardzo  wyczerpujący  dzień.  Dziękuję,  że  zajęłaś  się  dziećmi.  Jesteś  aniołem  -  dodała, 
obejmując Karę po przyjacielsku i odprowadzając do drzwi.

Wyprowadziła  ją  na  korytarz,  a  potem  zamknęła  się  w  swoim  pokoju.  Kara  powoli 

schodziła  na  dół,  próbując  zebrać  myśli.  Na  dźwięk  silnika  samochodu,  zatrzymującego  się 
przed domem, przystanęła na schodach. Po chwili usłyszała kroki na ganku.

A potem otwarły się frontowe drzwi i stanął w nich Mac. Na widok silnej męskiej postaci w 

kowbojskich  butach,  dżinsach,  ciemnej  koszuli  i  drelichowej  marynarce  Karę  ogarnęła  fala 
ciepła.

Zaschło jej w ustach. Spędziła dzień z dziećmi i dobrze jej było z nimi. Mac wnosił do tej 

domowej  atmosfery  erotyczne  napięcie,  przed  którym  najchętniej  skryłaby  się  w  mysiej 
dziurze.  A  tymczasem  nie  mogła  się  nawet  poruszyć.  Mac  podszedł  bliżej  i  wziął  ją  w 
ramiona.

- Tak się cieszę, że cię widzę - rzekł i mocno ją pocałował.
Kara  aż  przymknęła  oczy,  ogarnięta  uczuciem  szczęścia.  Mac  pieścił  jej  usta,  wsuwając 

język między wargi i smakując ich słodycz. Dziewczynę ogarnęło gorące pragnienie, by mu 
się oddać. Był nienasycony w pocałunkach, a ona chciała więcej i więcej. Wreszcie przerwał 
pocałunek i spojrzał na nią płomiennym wzrokiem. Jęknęła cicho obezwładniona siłą uczuć. 
Z  jednej  strony  miała  ochotę  przytulić  się  do  niego  i  kontynuować  pieszczoty,  a  z  drugiej 
niewiele  brakowało,  by  umknęła  do  swego  pokoju,  próbując  w  samotności  dojść  z  sobą  do 
ładu.

Zanim zdążyła cokolwiek zdecydować, tuż obok rozległ się czyjś głos.
-  Nie  lubię  przeszkadzać  w  takich  chwilach,  lecz  mamy  gości.  Nie  uwierzycie,  kto 

przyjechał.

-  Gości?  -  powtórzył  z  niezadowoleniem  Mac,  ciągle  trzymając  w  ramionach  rozdygotaną 

Karę.

29

background image

Dziewczyna  wyrwała  mu  się  z  objęć.  Czuła,  że  drżą  jej  nogi,  a  całe  ciało  płonie 

podnieceniem.  Była  bardzo  zmieszana.  Odwróciła  wzrok  od  Maca  i  spojrzała  na  chłopca, 
który właśnie pojawił się w holu.

- Ty musisz być Karą - powiedział domyślnie i podszedł, by się przedstawić. - Jestem Brick. 

Wujek powiedział, że zawiadomiłaś go o mojej wyprawie do Yellowstone.

Kara  nie  bardzo  wiedziała,  jak  zareagować.  Brick  przyglądał  się  jej  badawczo,  bez 

wrogości. Miał przydługie, ciemne włosy i brązowe oczy, nieco jaśniejsze niż u pozostałych 
Wilde’ów.  Był  niewysoki,  trochę  piegowaty.  Wyglądał  na  wysportowanego,  zwinnego 
chłopca.

-  Miło  mi  cię  poznać.  Mam  nadzieję,  że  rozumiesz,  iż  nie  miałam  wyboru  i  musiałam  w 

twojej sprawie porozumieć się z wujkiem - rzekła, wyciągając rękę.

-  Wiem  -  odparł.  -  Ale  powinienem  dać  wycisk  Autumn.  Gdyby  ci  wszystkiego  nie 

wypaplała, bylibyśmy już w Yellowstone.

Przyjął wyciągniętą dłoń, uścisnął ją i natychmiast wsadził ręce do kieszeni.
- Idę do siebie. Nie pokażę się na dole, żeby nie spotkać tej okropnej Joanny Franklin.
- Franklinowie są tutaj?
-  Właśnie  wchodzą.  Trzymajcie  Joannę  z  daleka  ode  mnie  -  zawołał  Brick,  znikając  w 

zamieszkanym przez dzieci skrzydle domu.

Przez  uchylone  frontowe  drzwi  widać  było  pastora  z  żoną  i  córkami,  którzy  właśnie 

wkraczali na ganek.

Kara  zamarła  na  ten  widok.  Z  przerażeniem  spojrzała  na  Maca.  Natychmiast  podszedł  i 

stanął obok, obejmując ją ramieniem.

- Karo, moja droga! - wykrzyknął pastor, patrząc ze wzruszeniem na swą byłą pasierbicę.
W pierwszej chwili Kara chciała rzucić się mu na szyję tak jak dawniej, lecz opanowała to 

pragnienie.  Stała  się  już  dorosła,  a  wielebny  Will  nie  był  ani  jej  ojcem,  ani  ojczymem,  ani 
nawet wujem. Poza tym pojawił się w otoczeniu własnej rodziny.

Kara  rzuciła  okiem  na  Ginny,  którą  widziała  wiele  lat  temu,  na  krótko  przed  wyjazdem 

Franklinów do Bear Creek.

Żona  pastora  była  wymuskaną  blondynką.  Nie  wyglądała  na  swoje  czterdzieści  pięć  lat. 

Tricia, starsza latorośl, wówczas małe dziecko, wyrosła na jasnowłosą nastolatkę. Kara znała 
ją  i  jej  młodszą  siostrę,  Joannę,  ze  zdjęć  przysyłanych  przez  wielebnego  Willa  na  Boże 
Narodzenie.

-  Witam,  pastorze  -  rzekła  uprzejmie,  nie  wiedząc,  czy  dziewczynki  orientują  się  w  jej 

powiązaniach z ich ojcem.

- Cieszę się, że was widzę - zwróciła się do Ginny i jej córek.
Mac  dostrzegł  skrywany  ból  w  spojrzeniu  pastora,  który  wyraźnie  przejął  się  chłodnym 

powitaniem byłej pasierbicy.

Ale jak miała się przywitać, pomyślał, czując gwałtowną potrzebę, by stanąć w jej obronie.
- Mój Boże! Czemu tak oficjalnie? - zauważyła Ginny. - Lepiej zwracaj się do nas: Will i 

Ginny! Kara, Mac - wyglądacie wspaniale - dodała.

-  Przywieźliśmy  dla  was  kolację  -  oznajmiła  Joanna,  jasnowłosa  siódmoklasistka.  -  Ja 

zrobiłam cytrynową galaretkę - pochwaliła się.

-  Są  pieczone  kurczaki,  sałatka  ziemniaczana  i  ciasto  z  dynią  na  deser  -  dodała  Ginny.  -

Możemy zanieść wszystko do kuchni?

Kara zaczerwieniła się i niepewnie spojrzała na Maca.
- Myślę, że... tak - wymamrotała, czując w okolicach talii ciepło jego dłoni.
Ginny z córkami udała się do kuchni, pozostawiając Maca, Karę i pastora w holu.
-  Próbowałem  dzwonić  w  ciągu  dnia,  lecz  nikt  nie  odpowiadał.  -  Wielebny  Will  przerwał 

niezręczne  milczenie.  -  Nie  miałem  pojęcia,  gdzie  jesteś.  Skoro  Mac  wyjechał  na  poszu-
kiwanie Bricka, ty powinnaś była zostać na ranczu - zwrócił się do Kary.

- A więc w Bear Creek już wiedzą o wyczynie chłopców? - jęknął Mac.
-  Oczywiście  -  potwierdził  pastor.  -  Chciałem  przyjechać  od  razu  po  południu,  ale  skoro 

nikt nie odbierał telefonów, zmieniłem plany.

- Pewnie wtedy Autumn i Clay oprowadzali mnie po ranchu.

30

background image

-  Ach!  Więc  dzieci  już  to  zrobiły  -  ucieszył  się  Mac.  -  Jutro  zabiorę  cię  dżipem  na 

przejażdżkę.  Zobaczysz,  gdzie  hodujemy  cielęta,  gdzie  są  nasze  pastwiska  i  jak  wygląda 
przełęcz. Nie doszłabyś tam pieszo.

- Miałem nadzieję, że jutrzejszy dzień spędzisz z nami w mieście - rzekł pastor do Kary. -

Chciałem pokazać ci Bear Creek, zaprosić na lunch i namówić, byś zatrzymała się w naszym 
domu. Mamy pokój gościnny...

-  Tatusiu,  w  kuchni  jest  kot!  -  Tricia  Franklin  jak  burza  wpadła  do  holu.  -  Wstrętny, 

syjamski  kot.  Siedzi  na  łbie  łosia  i  prycha.  Oczy  zaczęły  mi  łzawić,  dwa  razy  kichnęłam. 
Mama kazała mi natychmiast wyjść. Ona z Joanną skończą nakrywać do stołu. Musimy zaraz 
stąd odjechać.

- Kot wdrapał się na łeb łosia? - Mac był wyraźnie zdumiony.
- Syjamskie koty lubią wysokość - wyjaśniła Kara. - Tai upodobał sobie trofea myśliwskie 

na ścianach jako znakomite punkty obserwacyjne.

-  Lepiej  wywietrzę  to  pomieszczenie.  Nie  mogę  narażać  się  na  kontakt  z  kocią  sierścią. 

Byłam w szpitalu... - zaczęła Tricia, otwierając drzwi.

- Kara zostanie tutaj - przerwał Mac, ignorując wywody przerażonej Tricii.
-  Pomówimy  o  tym  później  -  ugodowo  zaproponował  wielebny  Will.  -  Ustalmy  nasze 

jutrzejsze  plany  -  rzekł,  zwracając  się  do  Kary.  -  Byłbym  szczęśliwy,  mogąc  przyjechać  po 
ciebie jutro rano albo jeszcze lepiej - zabrać cię do nas już dzisiaj...

-  To  niemożliwe  -  przerwał  mu  stanowczo  Mac.  Kara  poczuła,  że  przytulił  ją  mocniej  do 

siebie.  Widziała,  jak  zacisnął  szczęki  i  jak  spochmurniało  jego  spojrzenie.  Nie  pozwolił  mi 
nawet zabrać głosu w tej sprawie, pomyślała zirytowana.

- Bardzo bym chciała zobaczyć Bear Creek... - zaczęła.
- Clay nie wydobrzał jeszcze po wietrznej ospie i nie może iść do szkoły, a Kara nie zostawi 

go samego, żeby zwiedzać miasto - przerwał Mac. - Będzie miała na to jeszcze dużo czasu.

Jego arogancja wyprowadziła Karę z równowagi. Nie była tu więźniem i mogła mówić za 

siebie, ale zanim zdążyła to wypowiedzieć, w holu pojawiła się Ginny z Joanną. Obie niosły 
puste naczynia.

-  Wyłożyłyśmy  jedzenie.  Wszystko  jest  przygotowane.  Mam  nadzieję,  że  będzie  wam 

smakowało - rzekła żona pastora.

-  Czy  jest  Brick?  -  spytała  Joanna.  -  Muszę  mu  powiedzieć,  że  przywieźliśmy  pieczone 

kurczaki.  Wiem,  że  je  lubi.  W  sierpniu,  na  kościelnym  festynie  zjadł  dwadzieścia  dwie 
porcje. To był rekord.

-  Siedzi  w  swoim  pokoju.  Żyje  tam  jak  w  klasztorze,  nie  dopuszczając  do  siebie  nikogo  -

szybko wyjaśnił Mac.

Miał ochotę ukarać Bricka, posyłając do niego Joannę, której chłopak unikał jak ognia, ale 

powstrzymał się przed takim aktem terroru.

- Powiemy Brickowi, jakie smakołyki będą na kolację - zapewnił.
- A gdzie Lily? Mam nadzieję, że nie jest chora - wtrąciła się Tricia. - Znowu nie było jej 

dziś na lekcji gotowania - zauważyła słodko.

- Lily nie była w szkole? - spytał ze zdziwieniem Mac.
- Nie poszła na zajęcia z gotowania - wyjaśniła Kara. - Jak tylko wróciła do domu, od razu 

się  położyła.  Teraz  śpi  -  ciągnęła,  zastanawiając  się,  do  czego  może  doprowadzić  takie 
mieszanie prawdy z półprawdą.

Nie  chciała  jednak  przy  Franklinach  rozpatrywać  problemu  Lily.  Wiedziona  lojalnością 

wobec Maca i jego bratanicy postanowiła milczeć, choć towarzyszyło temu poczucie winy.

- Karo, postanówmy coś w sprawie jutrzejszego dnia. Chciałbym... - nalegał pastor.
-  Myślę,  że  będzie  lepiej,  jeśli  jutro  zostanę  z  Clayem  -  odparła  świadoma,  iż  dokonała 

wyboru.

Mac uśmiechnął się zadowolony. Władczo położył rękę na biodrze Kary, która zarumieniła 

się i spróbowała nieco się odsunąć, ale jej nie puścił.

- Tai skoczył na stół, złapał kawałek kurczaka i wdrapał się z powrotem na łosia - oznajmiła 

Autumn,  wybiegając  z  kuchni.  -  Nie  wiecie,  czy  lubi  sałatkę  ziemniaczaną?  Mogę  mu  jej 
trochę dać?

31

background image

- Kot! - jęknęła Tricia. - Och! Już mnie drapie w gardle! Zaraz zacznę kichać! Czy już mam 

spuchnięte oczy?

- Autumn, nie waż się kłaść sałatki ziemniaczanej na łeb łosia - ostrzegł Mac.
-  Czy  Brick  przyjdzie  jutro  do  szkoły?  -  zapytała  Joanna.  -  Organizujemy  dzień 

przebierańców.  W  każdej  klasie  wybieramy  najzabawniejsze  przebranie,  a  potem 
organizujemy paradę zwycięzców.

- To może dlatego Brick z Jimmym chcieli uciec do Yellowstone? - domyśliła się Autumn.
- Idź i pilnuj, żeby kot nie zjadł wszystkiego. - Mac odesłał dziewczynkę do kuchni.
Wzmianka o kocie zmobilizowała Franklinów.
-  Naprawdę  musimy  już  jechać  -  powiedziała  Ginny.  -  Wy  pewnie  jesteście  głodni  i 

chcielibyście zasiąść do stołu, a my nie możemy narażać Tricii na kontakt z kotem.

Zaczęły  się  pożegnania  i  podziękowania.  Autumn  odciągnęła  Karę  od  Maca,  namawiając, 

by dziewczyna zajrzała z nią do kuchni. W holu pozostali jedynie Mac i pastor.

- Dlaczego próbujesz odseparować mnie od Kary? - spytał wielebny Will.
-  Myślę,  że  dla  własnego  dobra  powinna  zostać  z  nami  -  odrzekł  Mac,  wzruszając 

ramionami.

- Przecież poznałeś ją zaledwie wczoraj. Skąd możesz wiedzieć, co jest dla niej najlepsze?
- Mam zamiar się z nią ożenić. Przecież sam podsunąłeś mi ten znakomity pomysł. Jednak 

nie powinieneś się wtrącać w nasze sprawy. Obiecuję, że pobierzemy się tak szybko, jak to 
możliwe, a ty udzielisz nam ślubu.

- Nie tak to sobie wyobrażałem. - Wielebny Will poczuł się dotknięty. - Myślałem, że Kara 

zatrzyma  się  w  moim  domu,  dopóki  się  lepiej  nie  poznacie.  Miałem  zamiar  pozostawić  jej 
całkowitą swobodę co do decyzji o małżeństwie.

- Ona go pragnie. - Mac uśmiechnął się z nie ukrywaną satysfakcją.
-  Nie  wątpię,  że  twój czar może działać na kobiety i że potrafisz zdobywać ich względy -

zauważył pastor, z trudem przełykając ślinę. - Tak wrażliwa dziewczyna jak Kara z łatwością 
może ci ulec.

-  Tato,  mamusia  mówi,  że  musimy  już  jechać!  -  W  drzwiach  wejściowych  pojawiła  się 

Joanna. - Powiedziała, że powinniśmy pozwolić Wilde’om zjeść kolację.

-  Zaraz  przyjdę,  kochanie.  Wróć  do  samochodu  i  zaczekaj  tam  na  mnie  z mamą i Tricią -

odrzekł wielebny Franklin i zwrócił się do Maca:

-  Masz  najlepiej  prosperujące  ranczo  w  całym  stanie.  Prowadzisz  je,  używając  całej 

inteligencji, determinacji, a nawet bardziej agresywnych środków, lecz nie da się w ten sam 
sposób skłonić młodej dziewczyny, żeby...

- Lepiej już jedź - przerwał chłodno Mac. - Przecież kiedy w grę wchodzi dobro Kary lub 

podporządkowanie się życzeniom własnej żony, robisz wszystko, by zadowolić Ginny, nawet 
kosztem uczuć byłej pasierbicy.

-  Wiem,  że  ją  opuściłem,  gdy  była  dzieckiem  -  wymamrotał  wielebny  Will,  spuszczając 

oczy. - I nie powinno się to powtórzyć. Tym razem mam zamiar służyć Karze pomocą.

- Ale ona tego nie potrzebuje. Dorosła już, a ja potrafię zaspokoić jej wszystkie potrzeby. 

Ona moje - również. Nie musisz się w to angażować.

- Przeciwnie. Jako pomysłodawca czuję się za wszystko odpowiedzialny...
- Powiedziałem, że się z nią ożenię - przerwał mu Mac. - Nie rozumiem, czemu nagle stałeś 

się temu przeciwny.

- Chciałem, żebyś ją lepiej poznał, pokochał, a nie żenił się, bo potrzebna ci opiekunka do 

dzieci.

- Nie stać mnie na luksus długotrwałych zalotów. Dzieci i ja potrzebujemy kogoś od zaraz. 

Wszystko wskazuje, że będzie to Kara.

-  To  nieuczciwe  wobec  niej.  Nie  postrzegasz  Kary  jako  niepowtarzalnej,  niezwykłej 

kobiety, którą w istocie jest. Ożeniłbyś się z każdą, która dałaby się do tego skłonić i zgodziła 
się zająć dziećmi.

-  A  czy  nie  na  tym  polega  sens  poszukiwania  żony  poprzez  ogłoszenia,  po  prostu:  na 

zamówienie? Wtedy również nie wchodzą w grę zalecanki. Obie strony zdają sobie sprawę, 
że mężczyzna występujący z taką propozycją po prostu potrzebuje żony.

32

background image

- A kobieta? Co z nią?
- Będzie miała męża i rodzinę. Mówiłeś przecież, że panna Kirby bardzo tego pragnie.
- To przykre, że Kara nie miałaby zostać doceniona dla niej samej. Z tego, co mówisz, jasno 

wynika, iż poślubiłbyś każdą, która wysiadłaby wówczas z samolotu.

-  Jesteś  przewrażliwiony  -  zaczął  Mac,  lecz  przerwał  mu  niecierpliwy  dźwięk  klaksonu.  -

Nie martw się o Karę. Ja się nią zajmę.

Klakson rozległ się ponownie i pastor pospiesznie opuścił dom.
Kara wyszła z kuchni, by porozmawiać z wielebnym Willem bez towarzystwa jego rodziny, 

lecz  w  połowie  drogi  zatrzymała  ją  rozmowa  tocząca  się  w  holu  między  Macauleyem  i 
pastorem, a przede wszystkim temat wymiany zdań, który dotyczył jej osoby.

Słyszała,  jak  były  ojczym  wyrażał  troskę  i  z  jak  zimną  krwią  podchodził  do  całej  sprawy 

Mac  Wilde,  traktując  kandydatkę  na  żonę  w  kategoriach  towaru  bądź  życiowego  udo-
godnienia. Wyraźnie było mu wszystko jedno, z jaką kobietą miałby się ożenić.

Słuchając tego, Kara stała nieruchomo w salonie i milczała. Fragmenty zasłyszanych zdań 

dźwięczały jej w głowie. Kiedy zorientowała się, że pastor opuszcza ranczo, coś ścisnęło ją 
za gardło. Zapragnęła uciec stąd z wujkiem Willem.

Gwałtownie ruszyła do drzwi i zderzyła się w holu z Macauleyem.
-  Chcesz  pobić  rekord  Claya  w  bieganiu  po  domu?  -  roześmiał  się,  kładąc  dłonie  na  jej 

ramionach.

Kara nie odwzajemniła uśmiechu, a nawet nie spojrzała na Maca. Odepchnęła go i wybiegła 

na ganek, by zobaczyć już tylko oddalający się samochód pastora.

-  Wielebny  Will  musiał  odjechać  -  powiedział  Mac,  który  wyszedł  za  nią  na  zewnątrz.  -

Ginny uparła się, by jak najszybciej wywieźć stąd Tricię - dodał, otaczając ramionami talię 
Kary. - To miło z ich strony, że przywieźli nam kolację, ale prawdę mówiąc, cieszę się, że już 
odjechali - przyznał, próbując pocałować Karę w szyję.

- Och, przestań! - krzyknęła, uwalniając się z uścisku.
Z błyskiem w oczach wbiegła do domu, a Mac podążył za nią.
- Co się stało? - zapytał, wyraźnie nie mając pojęcia, dlaczego Kara się złości.
-  Byłam  w  salonie,  kiedy  rozmawiałeś  z  pastorem,  i  wszystko  słyszałam  -  odparła 

doprowadzona do wściekłości.

- I? - zapytał.
- Jeszcze nie rozumiesz? - zdumiała się.
- Powiedziałaś, że słyszałaś naszą rozmowę. Nie padło w niej nic, o czym byś wcześniej nie 

wiedziała, więc o co chodzi?

- Po prostu nie mogę uwierzyć, że jesteś do tego stopnia pozbawiony uczuć, by traktować 

mnie jak towar. Nie cenisz we mnie człowieka, po prostu potrzebna ci...

-  Chwileczkę!  -  Mac  pochwycił  ją  w  talii,  zaciągnął  do  małego  pokoiku  obok  salonu  i 

przycisnął do ściany, a potem ujął twarz Kary w dłonie i odwrócił ku sobie.

Pojęła,  że  znajdują  się  w  jego  gabinecie,  o  czym  świadczyło  znajdujące  się  tu  biurko  i 

komputer.

-  Jeśli  uważnie  słuchałaś,  to  powinnaś  wiedzieć,  że  niczego  takiego  nie  powiedziałem  -

zawołał. - To były słowa twego ukochanego wuja, a nie moje.

-  Puść  mnie!  -  Kara  nie  była  w  stanie  opanować  ogarniającej  ją  wściekłości.  Wyrzucała 

sobie naiwność i to, że przez moment zapomniała, po co właściwie została sprowadzona do 
Montany.  -  Postanowiłam  spędzić  dzisiejszą  noc  u  Franklinów,  a  jutro  wrócić  do 
Waszyngtonu - wyrzuciła z siebie, nie patrząc Macowi w oczy, mimo że próbował ją do tego 
zmusić. - Tai przenocuje u nich w garażu. Nic mu się nie stanie przez jedną noc. A teraz puść 
mnie! Chcę się spakować.

- Nigdzie nie pojedziesz.
Przycisnął  ją  do  siebie  tak  mocno,  że  odczuła,  iż  jest  podniecony,  choć  nawet  jej  nie 

pocałował. Bezskutecznie próbowała się wyrwać.

-  Byłem  szczęśliwy,  mogąc  się  z  tobą  przywitać  po  powrocie  do  domu  -  rzekł  ochrypłym 

głosem, muskając ustami wargi Kary. - Wróćmy do tamtej chwili, kiedy wszedłem do domu i 
nikt nam jeszcze nie przeszkadzał... 

33

background image

Mówiąc to, całował delikatnie jej usta.
- Nie! - Kara spróbowała odwrócić głowę, ale Mac trzymał mocno. - Pozwól mi odejść. Nie 

chcę być częścią twego niemądrego planu. Po prostu...

Mac wsunął kolano między uda Kary. Zabrakło jej tchu. Wydała cichy okrzyk, czując, jak 

napiera na nią całym ciałem.

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Karę ogarnęła fala ciepła. Spróbowała gwałtownie wzbudzić w sobie uczucie obrazy.
- Nie myśl, że mnie... oczarujesz...
- Nie mam zamiaru tracić czasu na spory. Lepiej niech czyny zastąpią słowa - rzekł Mac i 

wsunąwszy rękę w jej włosy, tak przytrzymał głowę, by Kara nie mogła uniknąć pocałunków.

Jęknęła.  Znowu  przegrywała  w  starciu  z  Macauleyem.  Wiedziała,  że  powinna  go 

odepchnąć. Miała wolne ręce, ale coś ją obezwładniało, odbierając wolę walki.

Mac  pocałował  ją  namiętnie.  Wygięła  się,  przeniknięta  dreszczem  rozkoszy.  To  uczucie 

było  tak  silne,  iż  porzuciła  wszelką  myśl  o  oporze.  Zarzuciła  Macowi  ręce  na  szyję  i  z 
namiętnością równą jego własnej zaczęła odwzajemniać pocałunki.

Chwycił ją za pośladki. Zaczął je pieścić i unosić Karę do góry, jednocześnie przyciskając 

do  siebie  tak  mocno,  by  odczuła,  jak  bardzo  jej  pragnie.  Karę  ogarnęło  podniecenie.  Mac 
rytmicznie  poruszał  biodrami,  wciskając  się  między  jej  uda  i  sprawiając,  że  całe  ciało 
zaczynało pulsować pożądaniem. Po chwili przerwał pocałunek i powiedział:

- Mam nadzieję, że to wyjaśniło idiotyczne wątpliwości, które miałaś na mój temat. Chyba 

widzisz, że cię pragnę. Kiedy tylko cię dotykam, cały płonę.

Słowa  Maca  poruszyły  Karę  do  głębi.  Niczego  podobnego  nigdy  nie  słyszała  od  żadnego 

mężczyzny, a tak namiętne pocałunki widziała tylko w kinie.

Jednak  po  chwili  przypomniała  sobie  słowa  wuja  Willa  o  umiejętnym  wykorzystywaniu 

męskiego uroku. Pastor zdawał się przestrzegać, by nie traktowała serio namiętności Maca.

- Powiedziałbyś to samo każdej, która wysiadłaby wówczas z samolotu - rzekła, spuszczając 

wzrok, by nie widzieć jego płonących oczu. - Chcesz jedynie kobiety do...

- Chcę tylko ciebie - przerwał jej Mac. - I ty też mnie pragniesz. Tak bardzo, że aż drżysz.
Rzeczywiście cała się trzęsła, czując, że z trudnością utrzymuje się na nogach. Pożądała go, 

nawet ze świadomością, iż traktuje ją wyłącznie jak opiekunkę do dzieci. Mac musiał się tego 
domyślać,  bo  w  żaden  sposób  nie  potrafiła  ukryć,  iż  bardzo  go  pragnie.  Czuła  łzy 
napływające do oczu.

Mac  z  uwagą  obserwował  Karę,  zastanawiając  się,  o  czym  może  myśleć.  Podniecała  go 

bardziej  niż  jakakolwiek  inna  kobieta,  włącznie  z  byłą  żoną,  którą  zawsze  uważał  za 
mistrzynię w tych sprawach. Popatrzył na wilgotne, piwne oczy Kary i przesunął kciukiem po 
jej drżących, nabrzmiałych wargach.

- Przykro mi, że pastor cię zdenerwował - rzekł łagodnie. - Byłaś szczęśliwa, zanim pojawili 

się  Franklinowie.  Myślę,  że  najlepiej  będzie,  jeśli  przez  jakiś  czas  nie  będziesz  się  z  nimi 
spotykać.

Kara spojrzała na Maca. Wydawało się, że mówił to szczerze. Rzeczywiście wierzył, iż to 

pastor  i  jego  rodzina  wyprowadzili  ją  z  równowagi.  Trochę  się  przeraziła,  widząc,  jak 
opacznie rozumiał całą sytuację. Widać mężczyźni i kobiety zupełnie inaczej podchodzili do 
tych samych kwestii.

Do gabinetu dobiegły hałasy z kuchni. Mac otoczył Karę ramieniem i przytulił do siebie.
- Skończymy później tę rozmowę - mruknął, całując ją pospiesznie w czubek głowy.
Obietnica zawarta w tych słowach przejęła Karę dreszczem.
- Nie mogę... Nie... - nabrała tchu. - Nie miewam przypadkowych przygód z mężczyznami.
- Wiesz, że nie to ci proponuję. Przecież chodzi o małżeństwo.
-  Naprawdę  myślisz,  że  zachowam  się  jak  narzeczona  na  zamówienie?  -  spytała, 

przygryzając wargę. - Wujek tylko zakładał, że moglibyśmy się pobrać, ale ty uważasz, że to 
już przesądzone, prawda?

- Oczywiście.
- Myślisz, że tak bardzo potrzebuję mężczyzny, iż wyjdę nawet za człowieka, którego znam 

od dwóch dni? Skąd wiesz, czy nie jestem zakochana w kimś innym?

34

background image

- Przecież nie jesteś.
- A może jestem! - wybuchnęła, dotknięta jego pewnością siebie.
-  To  czemu  pastor  sugerował,  że  mogę  cię  zaprosić  w  charakterze  kandydatki  na  żonę? 

Pewnie by tego nie zrobił, wiedząc, że kogoś masz.

- Nie musiał wiedzieć!
- Powiedziałabyś mu, gdybyś się w kimś naprawdę zakochała. Kobiety nie trzymają takich 

rzeczy w sekrecie.

-  Są  sytuacje  wymagające  zachowania  tajemnicy  -  odrzekła  Kara,  mając  wielką  ochotę 

potrząsnąć tym zarozumialcem, by wyzbył się tonu samozadowolenia. - Nie powiedziałabym 
o niczym wujkowi, gdyby mężczyzna obdarzany przeze mnie miłością był żonaty.

Przerażona  własnymi  słowami,  zakryła  ręką  usta.  Nigdy  nie  miała  romansu  z  żonatym 

człowiekiem. Zaczerwieniona ze wstydu, nie patrząc na Maca, pobiegła do kuchni.

Clay, Autumn i Brick zajadali kolację przywiezioną przez Franklinów.
- Można się przyłączyć? - zapytała.
Podczas  jedzenia  z  niepokojem,  a  potem  z  rozczarowaniem,  wpatrywała  się  w  drzwi,  w 

których nie pojawił się Mac.

-  To  całkiem  niezłe  -  rzekł  Brick,  podsuwając  jej  talerz  z  kurczakiem.  -  Bije  na  głowę 

gulasz z łosia produkcji pani Lattimore.

- Ona robi gulasz z łosia? - zdziwiła się Kara, wspominając danie, które zjadła wczoraj na 

kolację.

- Może z jelenia, węża albo niedźwiedzia. - Clay roześmiał się.
- A może pani Lattimore jest w rzeczywistości kanibalem. - Brick trącił łokciem Autumn.
- Kanibale siedzą w więzieniu - stwierdziła z powagą dziewczynka.
Tai  pomrukiwał  z  zadowolenia,  siedząc  na  łbie  łosia  ze  swoim  kawałkiem  kurczaka  w 

pyszczku. Dzieci wdały się w dyskusję o kanibalach, a Kara machinalnie jadła kolację.

W salonie Mac patrzył nie widzącym wzrokiem na myśliwskie trofea nad kominkiem i nie 

mógł dojść do siebie po gwałtownym rozstaniu z Karą.

-  Nie  wiem,  czy  ci  gratulować,  czy  współczuć,  wujku!  -  w  pokoju  rozległ  się  głos  Lily.  -

Jeśli  chciałeś  zranić  dziewczynę  i  pozbyć  się  jej,  to  gratuluję  sukcesu,  ale  jeśli  zamierzałeś 
skłonić ją, by cię poślubiła albo poszła z tobą do łóżka, możesz to sobie wybić z głowy.

- Kiedy tu weszłaś? - Mac z zaskoczeniem spojrzał na bratanicę, która, siedząc na kanapie, 

obgryzała kurze udko.

- Byłam tu, kiedy pojawiłeś się z Karą, ale mnie nie zauważyłeś. Powiadają, że kobiety w 

Bear Creek szalały za tobą, ale po tym, co tu usłyszałam, myślę, że to były jakieś desperatki.

- Nie powinnaś podsłuchiwać prywatnej rozmowy - mruknął Mac.
- Przepraszam - rzekła Lily bez cienia skruchy. - Ale co ty próbujesz zrobić, wujku? Już nie 

masz zamiaru żenić się z Karą i chcesz ją odesłać do Waszyngtonu?

- Podsłuchiwałaś niezbyt uważnie. Nie zmieniłem zamiarów i nie będę jej nigdzie wysyłał! 

-

- Nie? No to mnie zmyliłeś! - Lily dramatycznie potrząsnęła głową i odgryzła potężny kęs 

kurczaka. - Założę się, że Kara też nie wie, o co ci chodzi!

- Co to znaczy? - Mac zażądał wyjaśnień.
-  Że  mężczyźni  nie  mówią  tego,  co  myślą,  albo  nie  myślą  tego,  co  mówią  -  powiedziała 

bratanica i skierowała się do kuchni.

- A kobiety nie?
-  Mogłybyśmy  być  szczere,  gdyby  mężczyźni  nie  zmuszali  nas  do  kłamstw  i  ciągłego 

odgrywania jakichś ról, ale skoro tak nie jest, musimy się bronić.

- Jak Kara poprzez wyznanie, że jest związana z żonatym człowiekiem? Nie wierzę w to, a 

ty?

- Wujku, rzecz w tym, że wymusiłeś na niej to kłamstwo, sugerując, iż jest zdesperowaną 

starą panną, która nie ma innego wyjścia, jak tylko cię poślubić. Jakaż kobieta będzie słuchać 
czegoś podobnego, nie próbując bronić zranionej dumy?

- Wcale tak nie myślałem, jak sugerujesz. Ani niczego podobnego nie powiedziałem.
- A jednak obie tak to zrozumiałyśmy. Kara nie mogła twoich słów puścić płazem. Kobiety 

35

background image

mówią i robią to, co muszą, by wyprowadzić mężczyzn w pole.

- Ach, więc to tak?
W głosie Lily było coś, co zaniepokoiło Maca. Jego piękna bratanica patrzyła w przestrzeń 

z takim wyrazem twarzy i tak błyszczącymi oczami, że wyglądała jak dorosła kobieta, która z 
każdym mężczyzną może zrobić wszystko.

- Lily, co się z tobą dzieje? - zapytał Mac.
- Właściwie to ja powinnam cię o to zapytać, wujku - roześmiała się.
- Kochanie, martwię się o ciebie.
-  Nie  trzeba.  Wiem,  co  robię  -  odparła,  otwierając  kuchenne  drzwi.  -  A  przynajmniej  tak 

myślę - mruknęła pod nosem.

Mac wszedł do kuchni tuż za nią. Stało się to akurat w momencie, gdy Clay włożył ręce do 

miseczki  i  nabrawszy  pełne  garście  galaretki,  obrzucił  nią  brata.  Twarz  i  włosy  Bricka 
pokryły się zielonym żelem.

- Clay, przestań! - krzyknął Mac, widząc, że chłopiec zamierza kontynuować akcję. - Brick, 

nie waż się! - dodał na widok reakcji starszego bratanka gotowego do kontrataku. - Żadnego 
obrzucania się jedzeniem! Nie będę tolerował takich zabaw!

- Pomocy! - wrzasnął Clay na widok rozgniewanego Maca, który zbliżał się do stołu.
Malec wskoczył na kolana Kary, objął ją mocno i przytulił buzię do piersi dziewczyny.
- Nie pozwól, żeby mnie bił, ciociu Karo!
Kara, która dotąd obserwowała całą scenę z rozbawieniem, poczuła się zaskoczona słowami 

chłopczyka, ale instynktownie przytuliła go do siebie.

Brick, śmiejąc się i rozmazując galaretkę na twarzy, podszedł do zlewu, by ją spłukać. Mac 

stanął nad Karą i spojrzał na Claya.

- Clayu Wilde, chcę z tobą porozmawiać - powiedział.
- On mnie zbije!
- Mac, nie! - Kara ujęła się za malcem. - Uspokój się! Clay po prostu... - umilkła, szukając 

właściwych słów.

W  końcu  chłopak  obrzucił  galaretką  brata  i  nie  sposób  go  za  to  chwalić.  Lecz  Clay  tak 

mocno się do niej tulił i był taki mały w porównaniu z potężnym wujkiem.

- Nie? - krzyknął Mac. - Do licha, nie dam sobą manipulować. Jeśli coś powinienem zrobić, 

to...

-  Spokojnie,  wujku!  -  zachichotał  Brick.  -  Zaraz  pomogę  ci  ochłonąć  -  zawołał  i 

przyciskając palcem kran, skierował strumień zimnej wody wprost na Macauleya.

Przez kilka minut zaskoczony atakiem Mac stał bez ruchu i nawet nie próbował uchylić się 

przed  nieoczekiwanym  prysznicem.  Trwało  to  wystarczająco  długo,  by  został  całkowicie 
zmoczony  i  aby  starszy  bratanek  zdążył  uciec  z  kuchni.  Woda  rozprysła  się  po  całym 
pomieszczeniu.

Mac oprzytomniał, a potem ruszył do ataku.
-  Brick!  -  krzyknął,  goniąc  za  chłopakiem,  który  zamknął  się  w  swoim  pokoju.  -  Otwórz 

natychmiast!

- Wygląda na to, że Brick jest już bezpieczny - zauważyła Lily, zakręcając kran.
- Jeśli nie otworzysz, przysięgam, że wyłamię drzwi!
Autumn, która siedziała obok Kary, nagle wydała z siebie przeraźliwy okrzyk:
- Wujek zamienił się w dziką bestię!
Kara pomyślała, że telewizyjne horrory poczyniły straszne spustoszenie w psychice małej.
-  Nie  bój  się.  Wujek  jest  zdenerwowany,  ale...  -  zaczęła  uspokajać  Autumn,  lecz  dziecko 

krzyczało coraz głośniej.

Kara zerwała się od stołu, sadzając Claya obok siostry.
-  Autumn,  dosyć  tego,  a  ty,  Clay,  trzymaj  się  z  dala  od  galaretki.  Idę  porozmawiać  z 

wujkiem.

- Wujek w opałach - pisnął malec z satysfakcją w głosie.
- Zadowolona jesteś, że znalazłaś się wśród Wilde’ów? - spytała Lily. - To rodzina w stanie 

rozpadu.

- Po prostu... reagujecie bardzo gwałtownie - odrzekła Kara.

36

background image

Powtarzała  to  sobie  w  duchu,  wchodząc  na  górę,  gdzie  pan  domu  walił  pięścią  w  drzwi 

pokoju Bricka.

- Mac - rzekła, kładąc mu rękę na ramieniu - jesteś cały mokry. Czemu się nie przebierzesz i 

nie usiądziesz do kolacji? Jeśli nie przestaniesz krzyczeć, Autumn się nie uspokoi. Myśli, że 
zamieniłeś się w bestię, a jeden Bóg wie, co to dla niej znaczy... Może sądzi, że urwiesz jej 
głowę, by zawiesić ją obok innych trofeów na ścianie. - Spokojny głos Kary kontrastował z 
gniewnym nastrojem Maca.

Mac  przycisnął  jej  dłoń  do  swego  ramienia,  westchnął  głęboko  i  oparł  się  o  ścianę.  Za 

drzwiami Bricka rozległ się zduszony śmiech.

- To wcale nie jest zabawne - mruknął, ale przestał krzyczeć i dobijać się do drzwi.
W kuchni też się uciszyło, więc Kara odczuła ulgę.
-  Myślisz,  że  zachowuję  się  nierozsądnie?  -  spytał.  -  Czyż  nie  mogłem  się  zdenerwować, 

kiedy te małe potwory zaczęły rozrzucać jedzenie...

-  To  nie  potwory,  a  po  prostu  wyjątkowo  żywi  chłopcy.  Czy  ty  z  braćmi  nigdy...  nie 

zachowywałeś się podobnie?

-  Oczywiście.  Czasem  kilka  razy  dziennie  braliśmy  się  za  łby,  ale  na  interwencję  matki 

przerywaliśmy bijatykę. Miałem chyba prawo oczekiwać...

- Moja mama także nie tolerowała zabaw z wodą. Dobrze pamiętam, jak skonfiskowała mój 

wodny rewolwer, na który wydałam wszystkie oszczędności. Wyrzuciła go do śmietnika, a ja 
zostałam bez broni i bez pieniędzy.

Mac nie uśmiechnął się. Jeśli chciała go rozbroić, to nie zamierzał poddawać się tak łatwo.
- I bardzo dobrze. Rozlewanie wody po mieszkaniu to anarchia. Co prawda nie pamiętam, 

czy nasza matka konfiskowała wodną broń, ale ja bym to zrobił i żądam...

-  Nie  oblałbym  mamy,  wujku  -  zza  drzwi  dobiegł  głos  Bricka,  który  najwyraźniej 

przysłuchiwał  się  rozmowie.  -  Ale  ty  nie  jesteś  moją  mamą,  tylko  wujkiem,  który  lubi 
psikusy. Przecież sam kiedyś oblałeś mnie wodą, gdy narzekałem, że mi gorąco. Byłem cały 
mokry, a ty się śmiałeś, pamiętasz? Wszyscy się śmieliśmy.

- To co innego - odrzekł Mac, czerwieniąc się trochę.
- Jak to? - skrzywiła się Kara. - Albo oblewanie się wodą jest w tym domu dozwolone, albo 

zabronione dla wszystkich.

- Ja też tak myślę - odezwał się Brick.
- W porządku. - Mac przesunął ręką po mokrej czuprynie i uśmiechnął się. - Odtąd nikomu 

nie wolno oblewać innych wodą. Każdy, kto złamie tę zasadę...

- Zawiśnie na ścianie w charakterze trofeum? - spytał Brick, wychodząc z pokoju. - A co z 

obrzucaniem się jedzeniem? Też jest zabronione?

- Tak - rzekła stanowczo Kara. - I lepiej od razu poinformujmy o tym Claya.
-  Autumn  także.  Nie  widziałaś,  jak  dała  Clayowi  dolara,  żeby  rzucił  we  mnie  galaretką  -

dodał Brick, uśmiechając się do Kary.

Mac stłumił okrzyk oburzenia i poszedł do kuchni.
- Nigdy więcej żadnego rzucania jedzeniem - oznajmił, patrząc na Claya. - I podżegania do 

takich wybryków - dorzucił, spoglądając na Autumn.

Rozejrzał się po zalanej wodą kuchni i rzekł do Lily:
- Posprzątaj to.
- Ani mi się śni - odparła, potrząsając głową. - Brick narozrabiał, to niech sprząta.
-  Mac,  przeziębisz się w tym mokrym ubraniu - wtrąciła Kara. - Idź się przebrać, a my tu 

zrobimy porządek.

- Ojej, biedny wujek! Dostanie kataru - zakpił Brick.
Kara  zamarła.  Ten  chłopak  naprawdę  przebierał  miarę.  Szybko  stanęła  przed  Makiem  i 

położyła mu ręce na piersiach, by powstrzymać go przed gwałtowną reakcją, choć przypusz-
czała, że ją odsunie i zajmie się Brickiem. Ale nie zrobił tego, tylko przycisnął jej palce do 
mokrej koszuli tak, że poczuła ciepło męskiego ciała.

- Nie myśl, że jestem tyranem, który bije dzieci - powiedział, patrząc jej w oczy. - Nigdy nie 

podniosłem ręki na żadne z nich, chociaż chłopakom pewnie nie zaszkodziłoby tęgie lanie.

Kara przypomniała sobie, z jakim przerażeniem Clay szukał u niej obrony.

37

background image

- Może twój brat, James, bił dzieci, kiedy wpadał w złość.
-  A  może  Clay  dobrze  wie,  jak  wykorzystać  twoje  macierzyńskie  instynkty  -  zauważył 

prowokacyjnie Mac.

- To cyniczne, co powiedziałeś. On ma dopiero siedem lat - odrzekła, próbując oswobodzić 

ręce, ale Mac przycisnął je mocniej.

- Lubisz dzieci, prawda? I nie jest ci wszystko jedno, co z nimi będzie? - spytał, patrząc na 

nią uważnie.

- Oczywiście - przyznała zahipnotyzowana spojrzeniem ciemnych oczu. - To przecież tylko 

dzieci, które dużo przeszły i...

-  Nigdy więcej nie będę rzucał jedzeniem - przyrzekł Clay, który stanął między Makiem i 

Karą,  a  potem  przytulił  się  do  obojga.  -  Kiedy  możemy  dostać  szczeniaczka?  Ciocia  Kara 
obiecała, że go dostaniemy - zwrócił się do Maca.

- O tak, tylko szczeniaka brak nam do szczęścia. A może małego wilczka lub niedźwiadka? 

Bardzo by tu pasowały.

- Wcale nie żartujemy - Autumn poparła brata. - Ciocia naprawdę nam to obiecała.
-  Jeśli  ciocia  będzie  się  nim  zajmować,  to  nie  mam  nic  przeciwko  temu  -  rzekł  spokojnie 

Mac, spoglądając z wyzwaniem na Karę.

No dalej, powiedz dzieciom, że nie dostaną szczeniaka, bo nie zaopiekujesz się ani nim, ani 

nimi, zdawał się mówić wzrok Macauleya.

Kara nie potrafiła wymówić ani słowa, gdy mały Clay tulił się do niej, a trójka pozostałych, 

wraz z Makiem, wpatrywała się w nią wyczekująco.

-  Jak  w  serialu  telewizyjnym  -  zauważyła  Lily.  -  Kryzys  został  zażegnany.  Wszyscy 

uśmiechają się do wszystkich.

- Lubię takie seriale - przyznała Autumn, a pozostali roześmieli się serdecznie.
Kara  poczuła,  że  ogarniają  fala  ciepła.  W  kuchni  zapanowała  prawdziwie  rodzinna 

atmosfera, za którą zawsze tęskniła. Nie miała jej we własnym domu, odkąd matka opuściła 
Willa  Franklina  i  wyszła  za  Drew  Ansella.  Bardzo  kochała  nowego męża, ale ta miłość nie 
zostawiała czasu na zajmowanie się dzieckiem.

Drew  nigdy  nie  był  nieuprzejmy  wobec  Kary,  lecz  mała  czuła  się  w  domu  jak  intruz. 

Pamiętała,  z  jaką  radością  Drew  Ansell  opłacał  jej  kolonie  letnie,  pozbywając  się 
dziewczynki z domu. Proponował nawet, by odwiedzała wujka Willa w Montanie, ale Kara 
odmawiała, wiedząc, że u Ginny Franklin nie będzie mile widzianym gościem.

A  w  domu  Wilde’ów  odnalazła  wreszcie  rodzinne  ciepło  i  poczuła  się  potrzebna.  Po  raz 

pierwszy w życiu Kary zdarzyło się, że kogoś obchodziło, czy zostanie, czy też wyjedzie.

Popatrzyła  na  dzieci  oraz  Maca,  który  ciągle  przyciskał  jej  ręce  do  piersi,  i  pomyślała,  że 

jego  wzrok  nie  pozostawia  wątpliwości,  iż  jest  pożądana  jako  kobieta.  Spojrzenie  Maca 
przerażało ją i przejmowało dreszczem.

Szybko usunęła ręce z piersi Maca i odwróciła się.
-  Pójdę  się  przebrać,  żeby  nie  złapać  kataru  -  powiedział  z  uśmiechem  Mac  i  wyszedł  z 

kuchni.

Ku  zdumieniu  Kary  dzieci  bez  kłótni  i  sporów  spokojnie  rozeszły  się  do  sypialń,  a  Lily 

pomogła jej w sprzątaniu.

-  Świetnie  poradziłaś  sobie  z  wujkiem  Makiem  -  zauważyła  nastolatka.  -  Umiesz 

zaprowadzić ład i spokój w tej rodzinie. A trzymanie go na dystans w sprawach łóżkowych 
tylko  działa  na  twoją  korzyść.  Jest  taki  napalony,  że  nawet  oblewanie  wodą  niewiele  mu 
pomogło.

- Lily! - przerwała jej gwałtownie Kara.
-  Założę  się,  że  teraz  bierze  lodowaty  prysznic  -  ciągnęła  dziewczyna.  -  Jak  długo 

zamierzasz to ciągnąć? Mam nadzieję, że nie przesadzisz, bo wujek jest...

- Lily, proszę!
- Zaczerwieniłaś się? To zabawne!
- Przestań! - jęknęła Kara.
-  Jeśli rumienisz się na samą myśl o wujku Macu pod zimnym prysznicem, to nie możesz 

być zakochana w żadnym żonatym mężczyźnie, prawda?

38

background image

- Przykro mi, że słyszałaś naszą rozmowę - rzekła Kara, wypuszczając z rąk mokrą gąbkę. -

Rzeczywiście skłamałam. Nie powinnam była tego mówić... 

-  Wiem,  dlaczego  to  zrobiłaś  -  przerwała  Lily.  -  Wujek  nie  dał  ci innego wyboru. Już mu 

powiedziałam, jak głupio postąpił, na wypadek, gdyby nie wiedział, a rzeczywiście nie miał o 
tym pojęcia!

Kara skuliła się na myśl, że Lily dyskutowała o niej z Makiem. Poczuła się niezręcznie, lecz 

dziewczyna nie zamierzała porzucić pasjonującego tematu.

-  Dlaczego  mężczyźni  nigdy  nie  przyznają  wprost,  czego  pragną,  zamiast  wynajdywać 

jakieś głupie preteksty - ciągnęła. - Przecież można by od razu uczciwie wyznać: kocham cię, 
zostań  ze  mną.  Ale,  nie!  Zamiast  tego  będzie:  zostań,  bo  dzieci  potrzebują  opieki,  a  ty  nie 
masz nikogo. Albo dlaczego nie powiedzą wprost: szaleję za tobą, tylko: jesteś za młoda, a ja 
nie mogę znieść, że tak bardzo cię pragnę.

Kara czuła się upokorzona tymi uwagami. Domyślała się, że część z nich odnosi się do niej 

i Maca. Pozostałe to zapewne aluzje do osobistych problemów Lily.

- Tak ci powiedział pan „Raj”? - zapytała.
- Pan „Raj” - powtórzyła Lily, krzywiąc się. - Tak, to on, a nie powinien był mówić w ten 

sposób. To głupie. Pasujemy do siebie, a on ciągle gada o różnicy wieku... Gdzie się podziali 
nowocześni mężczyźni, nie kryjący uczuć? I jak mamy sobie poradzić z tymi typami w stylu 
retro, którzy raczej pozwolą się przypiekać rozpalonym żelazem, niż przyznają, że potrzebują 
kobiety do czegoś więcej niż tylko dla uprawiania seksu?

-  Wujek  zna  tego  mężczyznę,  z  którym  się  spotykasz?  -  spytała  ostrożnie  Kara, 

przypominając sobie, jak prowokacyjnie zachowywała się Lily wobec Webba Ashera.

Przez  moment  zastanawiała  się,  czy  to  aby  nie  on  jest  tajemniczym  ukochanym  bratanicy 

Maca,  ale  odrzuciła  tę  myśl,  pamiętając,  jak  nieprzyjaźnie  zachowywał  się  zarządca  rancza 
wobec kpiącej z niego dziewczyny. Z ulgą pomyślała, że to nie mógłby być Asher.

- Tak, wujek go zna, ale więcej nie mogę powiedzieć. Lepiej, żebyś nie wiedziała, jak się 

nazywa, bo mogłabyś uznać, że należy powiedzieć o tym wujkowi.

- A to by go rozgniewało?
- Możliwe. Prawdopodobnie tak. Na pewno - westchnęła Lily.
- Lily, gdybym mogła ci coś poradzić...
- Jedyna rada, jakiej mi potrzeba, to „tak trzymać”!
- Nie znając szczegółów, nie mogę radzić w ten sposób.
-  Wiem  -  odparła  Lily,  odkładając  gąbkę,  którą  dotąd  wycierała  stół.  -  Lepiej  pójdę  się 

położyć. W końcu muszę jutro wstać do szkoły - rzekła z niechęcią, a wychodząc z kuchni, 
rzuciła pod adresem Kary:

- Dziś w nocy tak trzymaj, dziewczyno!

ROZDZIAŁ SIÓDMY

„Tak  trzymaj!”  Słowa  Lily  rozbrzmiewały  w  uszach  Kary,  gdy  sprawdzała,  czy  Autumn  i 

Clay są już w łóżkach. Oboje zarzucili jej ręce na szyję i pocałowali na dobranoc. Te oznaki 
akceptacji wzruszyły ją.

Przystanęła pod drzwiami Bricka oraz Lily i powiedziała głośno „dobranoc”. Z obu sypialń 

dobiegła taka sama odpowiedź. Starsze dzieci także nie miały nic przeciwko jej pozostaniu na 
ranczu.

Mac  również  tego  pragnął,  choć  kierowały  nim  wyjątkowo  egoistyczne  pobudki.  Lecz 

gdyby  nie  uwagi  wujka  Willa  na  ten  temat,  nie  miałoby  to  dla  Kary  tak  dużego  znaczenia. 
Ważne, że była potrzebna.

Słowa Lily znów zadźwięczały jej w głowie. Ta dziewczyna wyraźnie traktowała stosunki 

między  kobietami  i  mężczyznami  jako  rodzaj  gry  wojennej,  ale  Kara  podchodziła  do  tego 
inaczej. Znajdowała się na ranczu w dość dziwnej sytuacji, lecz zamierzała zachowywać się 
jak  uczciwa,  dojrzała  kobieta,  którą  w  istocie  była.  A  to  znaczyło,  że  powinna  zanieść 
Macowi tacę z kolacją, bo nie wrócił do kuchni, a musiał być głodny. Potem zamierzała się 
położyć, bo ciągle jeszcze odczuwała skutki różnicy czasu i miała za sobą męczący dzień.

Z tacą zastawioną jedzeniem zapukała do drzwi sypialni Maca.
- Wejdź! - usłyszała.

39

background image

Na dźwięk tego głosu zadrżała i zarumieniła się mocno.
-  Nie  mogę  otworzyć  drzwi,  bo  mam  zajęte  ręce  -  rzekła  jednym  tchem.  -  Przyniosłam  ci 

kolację.

Drzwi  otworzyły  się  i  stanął  w  nich  Mac  w  białym  szlafroku  kąpielowym.  Wytarł 

ręcznikiem mokre włosy, a potem obrzucił spojrzeniem trzymaną przez Karę tacę.

- Nie ma galaretki?
- Odkąd użyto jej jako broni, zniknęła z menu - roześmiała się Kara.
-  Myślę,  że  trochę  przesadziłem  dziś  wieczorem  -  przyznał,  biorąc  od  niej  tacę.  -  Prawdę 

mówiąc, zachowałem się głupio - rzekł, potrząsając głową.

-  Miałeś  powody,  zostałeś  sprowokowany.  Po  całym  dniu  spędzonym  na  poszukiwaniach 

Bricka  ostatnią  rzeczą,  jakiej  potrzebowałeś,  był  widok  chłopców  obrzucających  się 
jedzeniem.

-  Nie,  to  tylko  był  pretekst  do  awantury.  Naprawdę  dopiekła  mi  wizyta  Franklinów  -

powiedział,  stawiając  tacę  i  sadowiąc  się  w  wygodnym  fotelu.  -  Zastanawiałem  się,  czy 
dzwoniłaś do pastora z prośbą, by zabrał cię stąd dziś wieczorem.

-  Nie,  zdecydowałam  się  tego  nie  robić  -  odparła,  podchodząc,  by  podać  mu  szklankę  z 

napojem.

-  Może  znalazłoby  się  trochę  kawy?  -  spytał,  bez  przekonania  wpatrując  się  w  szklankę  z 

sokiem pomarańczowym.

-  Za  późno  na  kawę.  Nie  mógłbyś  potem  zasnąć  -  rzekła  Kara.  -  Mogę  ci  zaproponować 

mleko albo piwo.

- Wystarczy sok - uznał Mac. - Dotrzymasz mi towarzystwa przy kolacji?
Kara spojrzała na zamknięte drzwi sypialni i mężczyznę z tacą na kolanach.
- Zgoda - powiedziała z wahaniem. - Zostanę chwilę.
Przysiadła ostrożnie na skraju łóżka, bo w pokoju nie było drugiego fotela.
-  Kiedy  brałem  prysznic,  kombinowałem,  jak  uszkodzić  samochód  pastora,  żeby  nie  mógł 

cię stąd wywieźć. Dobrze, że do niego nie dzwoniłaś - rzekł, obgryzając udko kurczaka.

- Mac, ja naprawdę... - Kara w zażenowaniu zaczęła wykręcać palce, a potem podniosła się 

z miejsca. - Zobaczę, co z Taiem, i położę się...

- Później - przerwał stanowczo Mac i powstrzymał ją wzrokiem.
- Musisz być bardzo zmęczony - zauważyła, siadając z powrotem na łóżku. - Wiem, bo ja 

też czuję zmęczenie. Pewnie chciałbyś odpocząć. Nawet nie powiedziałeś, ile czasu zabrało 
ci odszukanie Bricka.

Kara popadła w konsternację. Zaczęła mówić byle co, żeby tylko opanować ogarniające ją 

podniecenie.  Sam  widok  Maca  tak  na  nią  działał,  a  przecież  ten  mężczyzna  tylko  jadł 
kurczaka.

Ścisnęła  uda  i  skrzyżowała  ręce  na  piersiach.  Przez  bluzkę  i  stanik  wyczuwała,  jak 

stwardniały jej sutki. Mac kończył kolację, nie dostrzegając niepokoju Kary.

-  Chłopcy  mieli  nad  nami  kilkugodzinną  przewagę  -  zaczął  opowiadać  -  ale  szeryf,  Jack 

Tate,  zawiadomił  przez  radio  inne  posterunki,  by  zatrzymały  uciekinierów,  nie  przerażając 
ich  przy tym nadmierną prędkością pościgu. Na szczęście nic złego się nie stało. Policjanci 
dobrze obeszli się z Brickiem i Jimmym. Wzięli ich tylko na posterunek, a stamtąd już my ich 
odebraliśmy.

- Musiałeś zapłacić jakiś mandat?
-  Tym  razem  nie.  Lecz  słowa  policjantów  zrobiły  wrażenie  na  chłopakach,  więc  nie  będą 

już chyba próbować po raz drugi, Ja i Jack też dorzuciliśmy swoje trzy grosze po drodze do 
domu. On odwiózł Jimmy’ego Crowa, a ja wróciłem z Brickiem. Rozmawiał ze mną i w tym 
samym  czasie  słuchał  jakichś najnowszych przebojów. - Mac skrzywił się. - Co za okropna 
muzyka! Przypomina wycie alarmu samochodowego.

- Nie bądź taki staroświecki, bo młode pokolenie uzna cię za wapniaka.
- Mogę być wapniakiem, ale mówię prawdę. Nastolatki mają teraz okropny gust.
Odstawił tacę na mały stolik obok fotela. Zjadł wszystko oprócz ciasta.
- Co z deserem? - zapytała.
- Wolę inny, a ty?

40

background image

Podniósł się i zbliżył do Kary. Usiadł w nogach łóżka. Poczuła, że brak jej tchu.
- Muszę już iść - wymamrotała, nie ruszając się z miejsca.
-  Dziękuję,  że  przyniosłaś  kolację  -  rzekł  i  pogłaskał  Karę  po  gęstych,  jasnobrązowych 

włosach.

Dziewczyna  opuściła  wzrok,  podziwiając  kontrast  między  bielą  szlafroka  a  opaloną, 

porośniętą ciemnymi włosami skórą Maca. Uświadomiła sobie, że jest nagi pod szlafrokiem, 
a ona siedzi obok niego na łóżku, lecz mimo to nie wstała z miejsca.

- Połóż się - powiedział łagodnie.
Gdy milczała, delikatnie popchnął ją na poduszki, a sam położył się obok, obrzucając Karę 

namiętnym spojrzeniem, które rodziło w niej jednocześnie podniecenie i strach. Lecz nawet 
strach podszyty był jakąś wewnętrzną radością.

- Co za wielkie oczy, okrągłe jak spodeczki - szepnął i pochylił się, by je pocałować.
Kara  opuściła  powieki.  Nie  potrafiła  ich  podnieść.  Ogarnęło  ją  przyjemne  ciepło  i 

ociężałość. Nie miała sił, by się poruszyć. Mac zajął się nią jak lalką. Przełożył jej nogi przez 
swoje i zaczął pieścić, przesuwając dłonią od pośladków i bioder ku kolanom.

- Masz wspaniałe nogi - mruknął. - Długie i zgrabne. Chcę je zobaczyć. Świetnie wyglądasz 

w dżinsach, ale spróbujmy się ich pozbyć.

Znaczenie  słów  nie  docierało  do  oszołomionej  dziewczyny.  Tchnący  namiętnością  ton 

Maca  sprawiał  jej  rozkosz.  Przemknął  ją  dreszcz,  gdy  ręka  mężczyzny  zaczęła  powrotną 
podróż  przez  kolana,  wewnętrzną  stronę  ud  i  dotarła  wyżej.  Gdy  Mac  osiągnął  swój  cel, 
zatrzymał  się.  Stało  się  jasne,  do  czego  zmierzał.  Kara  westchnęła  głęboko,  zbladła,  potem 
zaczerwieniła się i spróbowała się podnieść, mimo iż Mac nie usunął ręki.

-  Proszę  -  szepnęła.  -  Ledwie  się  znamy  -  zakończyła  drżącym  głosem,  czując  napięcie  i 

wilgotność w miejscu, którego dotykał.

Jeśli nie cofnie dłoni...
Nie cofnął.
Kara opadła na materac jak zahipnotyzowana. Aktywność Maca szokowała, ale teraz Kara 

pragnęła już czegoś więcej niż tylko łagodnego nacisku jego dłoni. Chciała...

Mac  uniósł  rękę,  a  potem  przesunął  ją  wyżej.  Zanim  zdążyła  go  powstrzymać,  szybko 

rozpiął pierwszy guzik dżinsów i skutecznie powstrzymał Karę, gdy chciała zapobiec rozpię-
ciu następnego,

-  Znamy  się  dopiero  dwa  dni  -  przypomniała,  tracąc  oddech.  Podniósł  jej  rękę  do  ust  i 

koniuszkiem języka dotknął wnętrza dłoni, a ona poczuła efekty tej pieszczoty dokładnie tam, 
gdzie się tego spodziewał.

- Kochanie, jeden dzień w tym domu znaczy tyle, co pięć lat w więzieniu, a to już poważny 

wyrok.

Kara  przestała  myśleć  o  opuszczeniu  łóżka.  To  było  takie  niezwykłe.  Leżeć  z  Makiem  i 

pozwalać, by ją pieścił.

- A skoro znamy się dwa dni, to znaczy tyle samo.
- Dziesięć lat?
-  Świetny  z  ciebie  rachmistrz  -  uśmiechnął  się.  -  Ale  naprawdę  oznacza  to  dziesięć  lat 

ciężkich robót.

Jakby mimo woli zaczęła gładzić twarz Maca, pieścić dotykiem jego szyję.
- Nie czuję się tu jak w więzieniu - powiedziała.
- Nie? Myślisz, że mogłabyś z nami wytrzymać? - zapytał, masując jej barki i ramiona tak 

długo, aż się zupełnie rozluźniła.

- Podoba mi się tutaj - odparła, gdy delikatnie muskał wargami jej czoło, policzki i szyję.
- Wiesz, że już przynależysz do naszego rancza. To przesądzone - zaśmiał się cicho.
Nie  mógł  powiedzieć  niczego  lepszego,  by  ją  uszczęśliwić.  Wreszcie  znalazła  swoje 

miejsce i ludzi, którzy czekali na nią przez całe życie.

Mac nie był typem mężczyzny poświęcającego dużo czasu na myślenie o szczęściu i o tym, 

jak  je  osiągnąć.  Borykanie  się  z  codziennymi  trudnościami  całkowicie  wyczerpywało 
energię.  Tym  bardziej  czuł  się  dumny,  że  intuicyjnie  dobrał  słowa,  które  tak  podziałały  na 
Karę.  Chciał,  by  należała  do  niego  i  by  mógł  otoczyć  ją  opieką.  Pragnął  jej  z  mocą,  którą 

41

background image

ledwie mógł opanować. Rozwiązał szlafrok i rozsunął jego poły.

- Nie przejmuj się konwenansami, dziecino. Niektórzy już po godzinie znajomości spędzają 

ze sobą noc, innym potrzeba na to weekendu. Czas nie ma znaczenia, a już na pewno nie dla 
nas. Przecież zamierzamy się pobrać. - Musnął wargami jej usta. - Myśl, że od dziś będziesz 
spędzać ze mną każdą noc, sprawia mi wielką radość.

Słowa  Maca  zainspirowały  fantazję  Kary.  Wyobrażała  sobie,  że  trzyma  go  w  ramionach, 

kocha  się  z  nim,  ale  potem  nie  spotykają  się  więcej.  Nie  potrafiła  znieść  bólu  rozstania, 
przemiany  intymnego  dziś  w  niewiadome  jutro.  Może  dlatego  w  wieku  dwudziestu  sześciu 
lat  była  ciągle  dziewicą  i  tak  bardzo  potrzebowała  zapewnień  Maca  o  stałości  ich  związku, 
zanim zaczęliby się kochać.

Całą  sobą  pragnęła  należeć  do  tego  mężczyzny.  Teraz  już  była  pewna,  że  chce  wyjść  za 

Maca Wilde’a. Nie potrafiła tylko oddzielić panieńskiej tremy od ekscytacji.

-  Wyglądasz  jak  przestraszona  dziewczynka,  a  przecież  wiem,  że  się  mnie  nie  boisz  i 

chcesz, żebyśmy się kochali. Po to przyszłaś do mojej sypialni. 

- Zamierzałam jedynie przynieść kolację - szepnęła.
- Sama się oszukujesz - zapewnił. - Lecz jeśli to doprowadziło cię tutaj... - zawiesił głos i 

zajął się guziczkami u liliowej bluzki.

Zdziwiła się, że tak szybko sobie z nimi poradził, a potem rozpiął stanik.
- Pragnę cię! - Brązowe oczy Maca zapłonęły pożądaniem na widok krągłych, białych piersi 

i ciemnoróżowych sutek Kary.

Kara walczyła z pokusą, by chwycić za poły bluzki i okryć nagość. Wzrok Maca krępował 

ją i podniecał.

- Jesteś piękna, kochanie. To nie żaden wyświechtany komplement. Naprawdę tak myślę -

zamruczał Mac, a jego słowa podziałały na Karę jak balsam.

- Chcę ci wierzyć - powiedziała, zdając sobie sprawę, że i tak nie opuści jego sypialni.
Mac pochylił i zaczął ssać jedną z sutek tak mocno, aż Kara krzyknęła z rozkoszy. Potem 

wargami i językiem pieścił obie piersi. Dziewczyna z jękiem poruszyła biodrami. To było coś 
zupełnie nowego. Instynktownie powtarzała rytm ruchów pieszczącego ją mężczyzny.

Mac wsunął kolano między jej uda i przycisnął tak, że poczuła, jak bardzo jest podniecony. 

Przytuliła się, a Mac jęknął z pożądania. Pocałował gwałtownie jej usta. Kara zarzuciła mu 
ręce  na  szyję  i  odwzajemniła  pocałunek.  Całowali  się  z  coraz  większą  namiętnością.  Kara 
wsunęła  ręce  pod  szlafrok,  by  dotknąć  gorącej,  muskularnej  piersi  tulącego  ją  mężczyzny. 
Ten gest jeszcze bardziej podniecił Maca.

Kara  zdusiła  w  gardle  szloch.  Drżąca  i  rozgorączkowana  czuła  na  przemian  panikę  i 

pożądanie. Przerażała ją zmysłowa moc własnych pragnień.

- Nigdy przedtem tak się nie czułam. Nie przypuszczałam, że można coś takiego przeżywać 

- szepnęła, kiedy przez moment przestał ją całować i pozwolił zaczerpnąć powietrza.

Z obawą i ekscytacją pomyślała, że za chwilę straci kontrolę nad sobą i odda się Macowi. 

W tym momencie zsunął z niej dżinsy i majteczki.

- Rozluźnij się, najdroższa - szepnął. - Wiem, że się denerwujesz, ale nie powinnaś.
Była naga, a on, zrzucając z siebie szlafrok, pieścił ją wzrokiem. Karze zaschło w ustach na 

widok  muskularnego,  proporcjonalnego  ciała  Maca.  Przestała  się  bać.  Zafascynowana, 
zapragnęła go dotknąć i sięgnęła dłonią pomiędzy jego uda.

Mac  przymknął  oczy,  rozkoszując  się  pieszczotą.  Kara  zrozumiała,  że  bardzo  jej  pragnie, 

czuła to, widziała...

Otworzył oczy. Delikatnie usunął jej rękę.
- Jeszcze trochę i skończymy, zanim zaczęliśmy - powiedział.
Całą swoją wiedzę o seksie Kara czerpała z książek. Nie była przygotowana na taką burzę 

zmysłów, którą przyszło jej teraz przeżywać.

Wygięła  się  gwałtownie,  gdy  Mac  dotknął  najintymniejszego  zakątka  jej  ciała  i  zaczął  go 

pieścić,  zapuszczając  się  coraz  głębiej.  Przenikała  ją  dzika  rozkosz.  Napięcie  stawało  się 
trudne do zniesienia.

- Błagam! - krzyknęła, pragnąc czegoś, czego nie potrafiła nazwać.
Czuła, że promieniuje gorącem. Mac patrzył namiętnie prosto w jej oczy.

42

background image

- Teraz, najdroższa - szepnął. - Chodź do mnie.
- Nie mogę...
- Ależ możesz.
I stało się. Drżenie, które przeniknęło jej ciało, było zupełnie nowym doświadczeniem.
Mac nie pozwolił, by podniecenie Kary osłabło. Kiedy. ciągle jeszcze pulsowała rozkoszą, 

rozsunął szeroko jej nogi i wniknął w nią. Krzyknęła, a potem poczuła łzy w oczach.

Zaskoczony Mac uniósł głowę. Dyszał gwałtownie.
- Nigdy wcześniej tego nie robiłaś, prawda? - zapytał, choć znał odpowiedź.
Kara drgnęła, słysząc niedowierzanie w jego głosie.
- Nie - odparła i zamknęła oczy, by nie widzieć osłupienia we wzroku Maca.
Rozkoszne  prądy  przenikające  ciało  powoli  zanikały.  Mac  nie  wysunął  się  z  niej.  Jego 

obecność sprawiała ból i wzniecała pożar.

- Domyślałem się, że jesteś... niedoświadczona, ale nie sądziłem, że...
-  Mówisz,  jakbyś  nie  wiedział,  czym  jest  dziewictwo  -  Kara  próbowała  udawać 

rozbawienie.

Był nią rozczarowany, a najgorsze, co mogła teraz zrobić, to się rozpłakać.
Mac spostrzegł, że łzy kręcą się jej w oczach.
- Mój Boże! Nie płacz! - poprosił.
- Biedny Mac. Najbardziej pożądany kawaler w całym Bear Creek musiał trafić w łóżku na 

dziewicę. - Próbowała się roześmiać. - Wybacz. Współczuję ci.

-  I  pomyśleć,  że  powiedziałem, iż nie musisz się denerwować - mruknął. - A ty naprawdę 

miałaś powody! Po prostu przyniosłaś mi kolację, a ja to źle zrozumiałem. Skłoniłem cię do 
czegoś, czego nigdy w życiu nie robiłaś. Nie byłaś jeszcze z mężczyzną! Byłaś dziewicą...

- Wystarczy - przerwała Kara. - I tak czuję się upokorzona...
- Upokorzona? Myślałem, że cię boli.
- Boli. To znaczy bolało - uzupełniła.
Wstrzymała  oddech,  lecz  ból  zdawał  się  odpływać,  a  jej  ciało  przyzwyczajało  się  do 

męskiej obecności.

Mac poruszył się lekko. Kara stężała w oczekiwaniu bólu, ale nie nadszedł.
- Teraz lepiej? - spytał ochryple.
Skinęła głową. Naprawdę było lepiej. Pieczenie ustąpiło, zastąpione czymś przyjemnym, a 

trudnym  do  nazwania.  Żar  zamienił  się  w  łagodne  ciepło.  Rozdzierający  ból  zniknął,  w 
zamian pojawiło się uczucie pełni. Zamknęła oczy. Było jej dobrze.

- Nie chcę, żebyś się czuła upokorzona - powiedział łagodnie Mac.
Gdybym był prawdziwym dżentelmenem, wycofałbym się natychmiast i pozwolił jej wrócić 

do własnej sypialni, ale nim nie jestem, pomyślał.

-  Kochanie,  jeżeli...  jeżeli  chciałaś  poczekać  do  wesela,  to  wiesz,  że  się  z  tobą  ożenię. 

Wszystko będzie dobrze, najdroższa. Możemy udawać, że... to nasza noc poślubna.

-  Niczego  nie  rozumiesz.  Czułam  się  upokorzona,  bo  potraktowałeś  mnie  jak  dziecko,  jak 

jakiś  wybryk  natury,  ponieważ...  -  odwróciła  wzrok  i  zaczerwieniła  się.  -  Ponieważ  nigdy 
jeszcze nie byłam z mężczyzną - dokończyła.

Zebrała się na odwagę i spojrzała mu prosto w oczy.
- Przykro mi, że tak to odebrałaś - rzekł spokojnie. - Nie jesteś żadnym wybrykiem natury, 

tylko  piękną,  namiętną  kobietą  i  czuję  się  zaszczycony,  że  jestem  twoim  pierwszym 
kochankiem.

Przymknęła oczy, czując, że zbiera się jej na płacz.
- Dziękuję, Mac - szepnęła.
Pochylił się, by delikatnie ją pocałować, i poruszył się wewnątrz jej ciała.
- Przysięgam, że nigdy nie mówiłem tego innej kobiecie, bo nigdy nie miałem dziewicy. To 

pierwszy raz dla nas obojga, kochanie.

Cudowny dreszcz przeniknął Karę od stóp do głów. Mac pocałował ją, głęboko wsuwając 

język w usta, a ona objęła go mocno.

- Bardzo dobrze - mruknął, pieszcząc najwrażliwszy punkt jej ciała.
To podniecające dotknięcie sprawiło, że instynktownie zgięła kolana.

43

background image

- Obejmij mnie nogami - powiedział szybko, a ona zrobiła to, czując, że Mac wnika w nią 

jeszcze głębiej.

Zakołysał  się  lekko,  potęgując  w  niej  uczucie  rozkoszy.  W  chwilę  później  odpowiedziała 

mu rytmicznymi ruchami ciała.

- Jak dobrze, Mac - powiedziała schrypniętym głosem.
- Tak, kochanie, bardzo dobrze!
Choć  próbował  przeciągać  chwile  obezwładniającego  szczęścia,  natura  upomniała  się  o 

swoje  prawa.  Mac  przyspieszył  ruchy.  Coraz  gwałtowniej  i  głębiej  wchodził  w  ciało  Kary, 
wprowadzając ich oboje na szczyt. W chwilę potem osunął się na nią z jękiem rozkoszy.

Kara objęła go mocno. Czuła, jak bije mu serce. Twarz miała mokrą od potu i łez. Pieściła 

plecy Maca, który leżał na niej bez ruchu.

- Mac? - Niepewny głos Kary kazał mu unieść głowę.
- Dobrze się czujesz? - szepnął, wspierając się na łokciach. - Czy coś ci zrobiłem? - zapytał, 

a  potem  wysunął  się  z  jej  ciała  i  położył  na  plecach.  -  Przepraszam.  Mało  cię  nie 
zmiażdżyłem. - Delikatnie pogładził policzek Kary. - Możesz oddychać?

- Nic mi nie jest - zapewniła.
Czuła się wprost znakomicie. Chciała śmiać się i krzyczeć. Poznać jego myśli i opowiedzieć 

mu  o  swoich  marzeniach,  rozmawiać  o  rozkoszy,  której  przed  chwilą  oboje  zaznali.  Ale 
zauważyła,  że  Mac  zasypia.  To,  co  dla  niej  było  największym  przeżyciem,  dla  niego  nie 
miało  takiego  znaczenia.  Znał  wiele  kobiet,  a  ona  stała  się  jeszcze  jedną  jego  zabawką.  Ta 
świadomość zmartwiła ją i przygasiła euforię.

- Powinnam wrócić do siebie - szepnęła. - Nie mogę tu zostać.
- Dlaczego? - Mac wyciągnął rękę, by zgasić nocną lampę.
- Nie chcę, żeby dzieci zastały nas razem.
-  Drzwi  są  zamknięte.  Nikt  nie  będzie  nas  niepokoić.  I  co  to  znaczy,  że  nie  możesz  spać 

tutaj?  -  zapytał  Mac,  wyczuwając, że Kara zaczyna się czegoś obawiać. - W tym łóżku jest 
znacznie lepszy materac niż w twojej sypialni.

Przysunął się do niej i od tyłu objął w talii, a potem mocno przytulił do siebie.
- Nie chodzi o materac - odparła Kara. - Rzecz w tym, że ja nie tylko nie kochałam się dotąd 

z mężczyzną, ale i nie spałam z nim. Nie będę mogła zasnąć. Jeśli nie odejdę, żadne z nas nie 
wypocznie.

- Zaryzykuję - powiedział, całując ją w skroń. - Zostaniesz tu, kochanie.
-  Jesteś  okropny!  Agresywny,  apodyktyczny  i...  -  krzyknęła,  próbując  mu  się  wyrwać,  ale 

ramię Maca było jak z żelaza.

- Wyliczyłaś same zalety. Dobranoc, najdroższa.
Poczuła  gniew.  To  irracjonalne  złościć  się  na  mężczyznę,  który  dał  jej  tyle  rozkoszy, 

pomyślała. Nawet jeśli myślał inaczej, Kara chciała usłyszeć go mówiącego, że przeżył z nią 
cudowne chwile, ale Mac milczał.

- Słuchaj, to nie ma sensu - zaczęła, szamocząc się w jego uścisku. - Nie usnę tutaj. Pozwól 

mi odejść.

- Nie!
Próbowała się opanować. Nie mogła go winić, że nie uważał ich wspólnych przeżyć za coś 

nadzwyczajnego.

- Łatwo ci przyszło - mruknęła. Szybko mu uległa. Choć nie żałowała niczego, brakowało 

jej większego zaangażowania Maca. Zbyt dobrze siebie znała i wiedziała, że nie poszłaby do 
łóżka z pierwszym lepszym. Była z Macauleyem, bo w ciągu tych dwóch dni bez pamięci się 
w nim zakochała. Tak bardzo pragnęła usłyszeć od niego, że to, co się między nimi zdarzyło, 
dla niego też miało wyjątkowe znaczenie i że nie traktuje jej jak narzeczonej na zamówienie. 
Lecz Mac inaczej wytłumaczył sobie milczenie Kary.

- Łatwo? Po prostu kochałem się z moją przyszłą żoną, a teraz czas spać.
Od  miesięcy,  a  może  nawet  nigdy  w  życiu  nie  czuł  się  równie  wspaniale.  Zamknął  oczy. 

Nie  czas  ani  miejsce  na  retrospekcje.  Pastor  zrobił  mu  ogromną  przysługę,  proponując 
zaproszenie Kary do Montany. Trzeba by mu za to ufundować dzwon kościelny albo coś w 
tym rodzaju, pomyślał zasypiając.

44

background image

Kara leżała cicho i nasłuchiwała spokojnego oddechu Maca. Postanowiła zmienić taktykę. 

Nie było sensu się z nim spierać, skoro postanowił ją zatrzymać. Zaczeka, aż jego pozwolenie 
nie będzie potrzebne, i odejdzie.

Kiedy  upewniła  się,  że  zasnął,  mogła  już  wyśliznąć  się  z  sypialni.  Czekała  tylko  na 

właściwy moment. Mimo podenerwowania czuła, że powoli zaczyna się rozluźniać.

W pokoju było ciemno i cicho. Mac otulił ich oboje ciepłą kołdrą. Obok siebie czuła jego 

gorące ciało. Powieki zaczynały jej ciążyć. Leżenie z otwartymi oczami wymagało zbyt wiele 
wysiłku,  więc  je  przymknęła.  Poleży  jeszcze  kilka  minut,  a  potem  wstanie,  pomyślała  z 
westchnieniem. Tylko kilka minut...

ROZDZIAŁ ÓSMY

Dzwonek  budzika  wyrwał  Karę  z  głębokiego  snu.  Uświadomiwszy  sobie,  gdzie  się 

znajduje,  szeroko  otworzyła  oczy.  Leżała  naga  z  mężczyzną  w  łóżku!  Mac  westchnął  i  po 
omacku wyłączył alarm.

Przypomniała  sobie  wszystko,  włącznie  z  nocnym  zamierzeniem,  by  wrócić  do  swojej 

sypialni.

- Zostań tu i śpij - powiedział Mac. - Muszę wyprawić dzieci do szkoły, ale ty...
- Wstanę.
Kara wyskoczyła z łóżka, wbiegła do łazienki i zamknęła drzwi. Słysząc trzask zamka, Mac 

uśmiechnął  się  lekko.  Rozbawiła  go  skromność  dziewczyny,  tak  bardzo  kontrastująca  z  jej 
wczorajszą namiętnością. Czule pomyślał o minionej nocy. A więc był pierwszym mężczyzną 
w życiu Kary i mógłby zostać jedynym.

Podszedł  do  okna,  by  rozsunąć  zasłony.  Zapowiadał  się pochmurny, deszczowy dzień, ale 

Mac wkładał szlafrok, pogwizdując wesoło.

Kara  podsunęła  Brickowi  kolejny  placek,  podziwiając  apetyt  chłopca.  To  była  trzecia 

dokładka.  Autumn  pracowała  nad  pierwszym,  polewając  go  obficie  słodkim  sosem.  Lily 
małymi  łyczkami  popijała  herbatę  i  skubała  grzankę.  Rekonwalescent  Clay  jeszcze  spał  w 
swoim pokoju.

Tai wkroczył do kuchni z podniesionym ogonem i donośnym miauczeniem oznajmił swoje 

przybycie.

- Spędził dziś noc w moim łóżku - powiedziała Autumn.
Kot dostał swoje jedzenie i przestał interesować się ludźmi.
-  Czy  to  nie  wspaniałe?  Prawdziwe,  domowe  śniadanie!  -  zachwycał  się  Mac,  kończąc 

swoją  porcję  placków.  -  Kiedyż  to  ostatnio  jedliśmy  coś  podobnego?  Pastor  miał  rację. 
Znakomicie gotujesz - rzekł z uśmiechem do Kary.

-  Biorąc  pod  uwagę  twój  dzisiejszy  poranny  nastrój,  chyba  nie  tylko  w  tym  jest  dobra  -

zauważyła Lily.

Kara zaczerwieniła się i o mało nie wypuściła z rąk patelni, którą zamierzała wyszorować.
- Lily! - upomniał bratanicę Mac, ale zabrzmiało to raczej żartobliwie niż surowo.

- Co ona miała na myśli? - chciała wiedzieć Autumn.

- Że jesteśmy bardzo zadowoleni, iż Kara jest z nami i zrobiła śniadanie - wyjaśnił Mac.
- Brick, czemu idziesz do szkoły w białym swetrze i dżinsach? Joanna Franklin mówiła, że 

dziś  macie  dzień  przebierańców,  więc  powinieneś  włożyć  coś  śmiesznego  -  zauważyła 
Autumn.

- Co? - Brick mało nie zakrztusił się mlekiem. - Nie idę! Nie mam zamiaru się wygłupiać! 

Nikt mnie nie zmusi - dodał, spoglądając z wyzwaniem na wuja.

- Brick, musisz iść do szkoły. Wystarczy, że wczoraj opuściłeś zajęcia. I tak masz dużo do 

nadrobienia... - stwierdził Mac.

- Mogę jeszcze raz nie pójść - przerwał mu chłopak.
Obaj wstali z miejsc.
- Przestańcie. Jest dopiero siódma rano - rzekła Lily.
Kara popatrzyła na obu Wilde’ów. I wuj, i bratanek zacinali się w uporze. Spostrzegła też, 

że Autumn uśmiecha się z satysfakcją i korzystając z zamieszania, bezkarnie sięga po słodki 

45

background image

sos, którego Mac nie pozwalał jej nadużywać.

- Nie szkodzi, jeśli Brick zostanie dziś w domu - ośmieliła się wtrącić. - Zajmie się trochę 

Clayem, pogra z nim w coś, pomoże odrobić lekcje, które mu zadano.

- Oczywiście - zgodził się Brick.
-  Chłopak  nie  zostanie  w  domu.  Nie  ma  o  czym  mówić!  -  Mac  był  niezadowolony  z 

interwencji Kary.

- Kara powiedziała, że mogę zostać, i będę jej słuchać.
- Znowu to samo - rzekła znudzonym tonem Lily. - To mogło działać u wuja Jamesa i ciotki 

Ewy,  którzy  o  mało  się  nie  rozwiedli,  zanim  zdecydowali,  że  pieniądze  otrzymywane  z 
naszego ubezpieczenia nie są tego warte, i odesłali nas tutaj.

-  Rozumiem,  że  Brick  może  nie  mieć  ochoty  na  przebieranie  się  -  powiedziała  spokojnie 

Kara.  -  U  mnie  w  szkole  też  kiedyś  wprowadzono  taki  zwyczaj.  Każdy  starał  się  o  naj-
zabawniejszy  kostium.  To  było  w  ósmej  klasie.  Właśnie  się  przeprowadziliśmy  i  wszystkie 
dziewczynki  ubierały  się  w  tej  szkole  inaczej  niż  tam,  gdzie  uczyłam  się  poprzednio.  Tego 
dnia  kilka  z  nich  przyszło  ubranych  dokładnie  jak  ja.  Domyśliłam się, że posłużyłam im za 
model. To nie był miły moment - przyznała. 

- Musiało być ci głupio - zauważył Brick.
-  To  zdarzyło  się  dawno  temu,  ale  pozostało  mi  przeświadczenie,  że  takiego  dnia  zawsze 

komuś jest przykro.

-  U  nas  w  klasie  też  jest  paru  takich,  z  których  mogą  się  nabijać,  ale  my  z  Jimmym  nie 

dopuścimy do tego. Idę do szkoły, wujku - zdecydował Brick, biegnąc po książki.

- Brick obrońcą uciśnionych! Sam, z własnej woli, chce iść do szkoły! Dobra jesteś, Karo -

rzekła z uznaniem Lily.

-  Jest  wspaniała  -  stwierdził  Mac,  podchodząc  do  Kary  i  obejmując  ją  w  talii.  -  Historia, 

którą opowiedziałaś, to znakomity chwyt - dodał i przytulił ją mocniej do siebie. - Dziękuję, 
kochanie,  że  powstrzymałaś  mnie  od  kolejnego  wybuchu  gniewu.  Twój  sposób  okazał  się 
znacznie lepszy.

Kara  zadrżała,  kiedy  Mac  przesunął  dłońmi  po  jej  bladoróżowym  szlafroczku.  W  czasie 

śniadania w obecności dzieci starała się zachować spokój, lecz teraz wróciła świadomość, że 
ostatniej nocy zostali kochankami.

Mac  spróbował  wsunąć  dłonie  pod  szlafroczek,  ale  wyśliznęła  mu  się  z  objęć.  Nie  mogła 

sobie pozwolić na takie intymności przy Lily.

- Sądzisz, że wymyśliłam tę historię? - spytała, próbując przywrócić między nimi dystans.
Opowieść  była  prawdziwa  i  stanowiła  jedno  z  pierwszych  doświadczeń  decydujących  o 

tym,  że  Kara  stała  się  tak  wrażliwa  na  upokorzenia.  Ale  żadne  z  Wilde’ów  tego  nie 
rozumiało.

Brick i Autumn wbiegli z książkami do kuchni. Za nimi wszedł Webb Asher w kowbojskim 

stroju.

-  Pada,  więc  myślę,  że  wszyscy  będą  dziś  pracować  w  stajniach,  a  ja  chcę  załatwić  parę 

rzeczy w mieście, więc mogę podwieźć dzieciaki do szkoły.

- Świetnie! Nie będziemy musieli siedzieć w dżipie - ucieszyli się Brick i Autumn.
- W czasie deszczu zawsze podwożę ich do drogi i tam czekają w samochodzie na szkolny 

autobus - wyjaśnił Mac.

- Jak się pobierzecie, tobie przypadnie to w udziale, a także wiele innych obowiązków, pani 

Wilde - zauważyła Lily, zwracając się do Kary.

-  Znajdzie  się  również  parę  pozytywnych  aspektów  tego  statusu  -  mruknął  Mac,  całując 

Karę w szyję.

Dziewczyna  zarumieniła  się  i  spróbowała  odsunąć  Maca.  Przestał  całować,  lecz  wciąż 

obejmował ją w talii.

- Mogę jeden wymienić - oznajmiła Autumn. - Oglądanie telewizji satelitarnej!
Słysząc to, wszyscy roześmieli się głośno.
-  Bierz  swoje  książki,  uczennico.  Chyba  nie  chcesz  spóźnić  się  do  szkoły?  -  zwrócił  się 

Webb do Lily.

Kara gwałtownie odwróciła głowę, by spojrzeć na zarządcę. W głosie, którym przemawiał 

46

background image

do bratanicy Maca, było coś prowokacyjnego. Lily zakołysała zalotnie biodrami.

- Stokrotne dzięki, Webb. Naprawdę doceniam to, co dla nas robisz - rzekł Mac.
- Ja również - dorzuciła Lily z uśmiechem.
Czyżby  dziewczyna  była  jednak  bliżej  związana  z  tym  kowbojem,  zastanowiła  się  Kara, 

śledząc  chłodny  wzrok  Ashera  skierowany  ku  Lily.  I  czy  jej  wuj  niczego  się  nie  domyślał? 
Lecz Mac ścigał spojrzeniem tylko ją i nie w głowie mu było obserwowanie zarządcy rancza 
albo własnej bratanicy.

-  Skoro  Clay  jeszcze  śpi,  a  my  nie  byliśmy  pod  prysznicem,  to  zaoszczędźmy  czasu  oraz 

ciepłej wody i weźmy wspólną kąpiel.

Karze  zaparło  dech  z  wrażenia.  Obawiała  się,  czy  Webb  i  dzieci  wychodzące  właśnie  z 

domu nie usłyszały tej niezwykłej propozycji. Mac nie żywił podobnych obaw. Objął Karę i 
poprowadził do sypialni.

Zamknął  dokładnie  drzwi,  a  potem  gwałtownie  ją  pocałował.  Kara  zarzuciła  mu  ręce  na 

szyję i przylgnęła doń całym ciałem.

Zanim  zupełnie  straciła  kontrolę  nad  sytuacją,  pomyślała  jeszcze,  że  szybko  nauczyła  się 

odwzajemniać pieszczoty. Uwielbiała całować i dotykać Maca.

-  Pragnąłem  tego,  odkąd  się  obudziliśmy  -  powiedział  Mac,  przerywając  dla  złapania 

oddechu. - Lecz wyskoczyłaś z łóżka jak gazela, a potem byliśmy otoczeni przez całą paczkę 
nieletnich przyzwoitek.

- Dzieci dobrze wiedzą, co się święci - rzekła Kara.
Kochała Maca Wilde’a bez wzajemności i należało o tym pamiętać. Przypadek sprawił, że 

to ona wysiadła z samolotu. Na jej miejscu mogła się znaleźć każda inna kobieta.

- Nie zajmujmy się tym teraz - zaproponował Mac, jakby znał jej myśli. - Kochaliśmy się i 

wiesz, że jesteś moja!

Miał  spore  doświadczenie  w  stosunkach  z  kobietami,  lecz  żadna  z  nich  nie  podniecała go 

tak bardzo jak Kara.

- Chodź! - powiedział.
Wziął  ją  za  rękę,  by  pociągnąć  do  łazienki.  Natychmiast  odkręcił  kurek,  a  potem  zrzucił 

szlafrok.

- Rozbierz się i wejdź pod prysznic!
Oczy  Kary  rozszerzyły  się  na  widok  jego  podniecenia.  Spędziła  z  nim  noc,  ale  po  raz 

pierwszy widziała go bez ubrania w świetle dziennym.

- Lepiej zajrzę do Claya. Może się obudził... - wymamrotała okropnie zawstydzona.
- Sam potrafi zjeść śniadanie i włączyć telewizor.
Mac rozpiął jej szlafroczek i zsunął go z ramion, a potem dotknął białych majteczek.
- Po co je wkładałaś?
- Mac!
Zarumieniona patrzyła, jak ją rozbierał i przesuwał palcami po intymnych zakątkach ciała. 

Potem popchnął pod ciepły strumień i roześmiał się, gdy zachłysnęła się wodą.

- Nie ma obawy, nie rozpuścisz się jak cukier!
- Ja się z ciebie nie śmiałam, gdy cię wczoraj oblano wodą - przypomniała. - Autumn miała 

rację. Zachowujesz się jak dzikus.

- Właśnie - zgodził się i namydlił ręce. - Podejdź do mnie!
- Łamiesz zasady, które sam ustaliłeś - rzekła, czując, że cała drży z podniecenia.
- Cofam zakaz i ustanawiam wyjątek od reguły, bo ty jesteś wyjątkowa, kochanie - oznajmił 

i pochwycił ją w namydlone dłonie.

Mokrymi ustami rozchylił jej wargi, a rękami rozpoczął wędrówkę po całym ciele. Mydlił 

piersi,  pieszcząc  i  uciskając  je  delikatnie  palcami,  aż  jęknęła  z  rozkoszy.  Potem  zrobił  to 
samo z każdym centymetrem jej ciała.

Niecierpliwie czekała, aż dłonie Maca wsuną się między nogi. Szeptała jego imię i tuliła się 

do niego. Było jej tak dobrze! Zaciskała palce, pragnąc tych samych doznań, które ofiarował 
jej nocą.

- Jeszcze nie, najdroższa - szepnął.
Krótki  szloch  wyrwał  się  jej  z  gardła,  ale  Mac  nie  zaprzestawał  działań,  co  chwila 

47

background image

doprowadzając  ją  na  krawędź  ekstazy.  Gwałtownie  zapragnęła  spełnienia  i  sięgnęła  między 
uda Maca, sama rozpoczynając pieszczoty.

- O tak, kochanie - westchnął. - Teraz już jesteś gotowa do następnej lekcji.
Przycisnął Karę do ściany i wszedł głęboko w jej ciało. Krzyknęła, czując, jak eksploduje 

rozkoszą...

A potem ona mydliła wspaniałe ciało Maca, myła mu włosy i rozpryskiwała wodę po całej 

łazience.

-  Co  to  było?  Usunięcie  wyrostka?  Kiedy?  -  zapytał  Mac,  dotykając  palcem  blizny  na 

brzuchu Kary.

-  Miałam  wtedy  sześć  lat  -  odparła.  -  Zachorowałam  w  szkole  i  wzięto  mnie  do  szpitala. 

Tego samego dnia zrobili operację. Bardzo się bałam, ale tatuś tak ułożył swoje zajęcia, żeby 
być  ze  mną  w  szpitalu.  Mama,  która  pracowała  jako  zaopatrzeniowiec  wielkich  domów 
towarowych,  nie  miała  czasu.  Jak  zwykle  podróżowała  wówczas  służbowo,  ale  mnie  nie 
robiło  to  różnicy,  bo  został  ze  mną  tatuś.  Przez  pierwszą  noc  nawet  spał  w  szpitalu  na 
rozkładanym łóżku.

- Mówisz o pastorze?
- Tak. - Kara skinęła głową. - Zawsze myślałam o nim jak o tacie i we wspomnieniach nim 

pozostał.

-  Musiałaś  się  dziwnie  czuć,  kiedy  nagle przestał być twoim ojcem i zamienił się w niby-

wujka, którego rzadko widywałaś.

-  To  prawda  -  odrzekła,  choć  słowa,  których  użył,  nie  oddawały  w  pełni  ani  bólu,  ani 

poczucia odrzucenia, które wtedy przeżywała.

-  Nic  dziwnego,  że  trudno  ci  teraz  zaufać  jakiemukolwiek  mężczyźnie,  skoro  już  raz  cię 

porzucono.  To  by  wyjaśniało, dlaczego tak długo pozostałaś dziewicą - rzekł Mac dumny z 
własnej przenikliwości.

- Proszę! Dosyć już tych zabaw w psychologa - rzekła Kara i wyskoczyła spod prysznica.
Nie chciała, by Mac analizował jej osobowość ani żeby się nad nią użalał.
-  Zostaniesz  ze  mną,  prawda?  -  spytał,  chwytając  ją  za  rękę.  -  Wczoraj  udowodniłaś,  że 

ufasz mi dostatecznie, by ze mną sypiać.

- A może byłam już zmęczona rolą ostatniej dziewicy na tej planecie? - roześmiała się.
-  Teraz  jesteś  moją  słodką  narzeczoną  na  zamówienie  -  rzekł,  wycierając  ją  miękkim, 

błękitnym ręcznikiem.

-  Wiem,  że  potrzebujesz  kogoś  do  opieki  nad  dziećmi  -  odparła,  przymykając  oczy,  bo 

pieszczoty  Maca  sprawiały  jej  niewysłowioną  przyjemność.  -  Ale  jeśli  za  kilka  lat  sprawy 
między nami nie będą się układały, to nasze rozstanie boleśnie zrani Claya i Autumn.

- Nic takiego się nie zdarzy. Wszystko będzie dobrze - zapewnił.
Przecież  to  najlepszy  moment,  by  Mac  wyznał  jej  miłość,  jeśli  w  ogóle  żywił  do  niej  to 

uczucie.  Kara  pragnęła  tego  tak  bardzo,  że  gotowa  była  przystać  nawet  na  kłamstwa.  Ale 
Mac, który nigdy nie kłamał, nie rzekł ani słowa.

Kara  powiedziała  sobie,  że  powinna  docenić  jego  uczciwość.  Lepiej,  że  nie  wyznał  tego, 

czego nie czuł, uznała w duchu.

W pół godziny później oboje schodzili na dół do holu. Mac władczo obejmował Karę.
-  Ciągle  pada  -  zauważył.  -  Pewnie  przesiedzę  cały  dzień  w  gabinecie.  Muszę  przejrzeć 

papiery. Nienawidzę tego.

- Siedzenia w domu czy papierkowej roboty? - spytała.
- I jednego, i drugiego. Jestem ranczerem, więc lubię otwartą przestrzeń. Nie wiem, jak te 

wszystkie gryzipiórki mogą cały dzień siedzieć zamknięte w biurowcach.

- Ja także pracowałam w biurze - mruknęła Kara.
- Ale już tam nie wrócisz.
Ta  władczość  w  jego  głosie  podniecała  ją  w  łóżku,  lecz  w  ciągu  dnia  Mac  powinien 

wiedzieć, że nie we wszystkim może narzucać swoją wolę.

- Muszę wrócić...
- Nie! Opłacimy zapakowanie twoich rzeczy i przesłanie ich tutaj. Wyślesz do ministerstwa 

zawiadomienie, że rezygnujesz z pracy, a wszystkie inne sprawy możesz załatwić faksem lub 

48

background image

przez telefon. Nie pozwolę ci odejść.

- W rzeczywistości nie muszę z niczego rezygnować. Zwalniają mnie za miesiąc - rzekła z 

trudem,  czując,  że  winna  jest  szczerość  temu  mężczyźnie.  -  Teraz  mam  tygodniowy  urlop  i 
powinnam wrócić do pracy jeszcze na kilkanaście dni.

-  Nigdzie  nie  wrócisz.  Jeśli  byli  tacy  głupi,  że  cię  zwolnili,  to  sami  są  sobie  winni.  Nam 

jesteś potrzebna. Zrozum, że nie będziesz już dłużej żadną urzędniczką - powiedział i pocało-
wał ją mocno.

Z pokoju dobiegły dźwięki telewizora. Clay siedział na podłodze, jadł płatki kukurydziane i 

gapił się w ekran. Na oknie siedział Tai i obserwował wiewiórki. Obaj zignorowali wejście 
Maca oraz Kary.

- Widzisz, elektroniczna niańka to prawdziwy dar niebios - rzucił Mac i pocałowawszy ją w 

czubek głowy, zniknął w gabinecie.

Przysiadła obok Claya, akceptując rolę opiekunki. W pół godziny później, gdy mały tkwił 

przy  kuchennym  stole,  pracowicie  wypisując  litery  na  żółtym  liniowanym  papierze,  za-
dzwonił telefon. Kara podniosła słuchawkę.

- Tu szkoła średnia w Bear Creek - usłyszała. - Chcieliśmy sprawdzić, czy Lily Wilde ciągle 

jest chora?

- Ciągle chora - powtórzyła Kara, a szkolna sekretarka przyjęła to jako potwierdzenie.
- Dziękuję, mamy nadzieję, że wkrótce wyzdrowieje - powiedziała i odłożyła słuchawkę.
Kara przypomniała sobie poranną wymianę spojrzeń między Lily i Webbem. Jego zielone, 

chłodne  oczy  i  zaciśnięte  usta.  Więc  ta  dziewczyna  znowu  nie  poszła  do  szkoły?  A  może 
Asher  jest  niewinny,  a  ona  ma  zbyt  bujną  wyobraźnię?  Lecz  jeśli  mała  ma  romans  z 
zarządcą? Zdecydowała, że musi dokładnie wypytać Lily, zanim porozmawia z Makiem.

Ciągle padało, kiedy Lily z Brickiem i Autumn wrócili do domu późnym popołudniem.
- Webb podwiózł nas rano pod samą szkołę - oznajmiła Autumn.
Kara skinęła głową i uważnie przyjrzała się starszej bratanicy Maca. Rozmarzone oczy Lily 

nie pozostawiały wątpliwości co do tego, jak spędziła dzień. Teraz, narzekając na ból, głowy, 
skierowała się do swego pokoju. Nie zwiodła Kary, ale obecność pozostałych dzieci i Maca 
uniemożliwiła śledztwo.

Wszyscy  zasiedli  w  kuchni,  żartując  i  jedząc  maślane bułeczki z orzechami, które upiekła 

wcześniej.  Mac  cieszył  się  wyraźnie  z  domowej  atmosfery  i  ścigał  uroczą  gospodynię 
roznamiętnionym wzrokiem.

Kara  miała  na  sobie  popielatą  spódniczkę,  wystarczająco  krótką,  by  odsłaniała  zgrabne 

nogi, piaskowy sweterek i kamizelkę. Mac wiedział, jaką bieliznę nosiła pod spodem, bo był 
przy tym, kiedy ją wkładała.

- Chodzę teraz z Courtney Egan. - Głos Bricka przerwał erotyczne fantazje Maca Wilde’a. -

Jest najfajniejszą dziewczyną w ósmej klasie, a może w całej szkole.

-  Z  córką  mojego  kolegi,  tego  adwokata,  Toma  Egana?  -  spytał  Mac,  żywiąc  nadzieję,  iż 

przyjaźń z tak znakomicie ułożoną dziewczynką dobrze wpłynie na Bricka.

-  Dziś  wszyscy  wyglądali  okropnie  głupio.  Tylko  ja  i  Jimmy  jak  ludzie.  Courtney  rzuciła 

Chada Waltersa i powiedziała swojej przyjaciółce Bethany, że jestem fajny i zaprosi mnie w 
piątek na przyjęcie.

- Szybko się dogadaliście - rzekła Kara, patrząc z uśmiechem na Maca. 
-  Brick  jest  równie  impulsywny  jak  ja  -  mruknął  Macauley  tak  cicho,  by  bratanek  go  nie 

słyszał. - Miejmy nadzieję, że nie będzie równie szybki - zażartował, chwycił Karę za rękę i 
pocałował w dłoń.

Przybycie Willa Franklina przerwało sielankę. Mac powitał pastora, ale nie był zachwycony 

wizytą. Wielebny Franklin zignorował niechęć gospodarza.

-  Musisz  zjeść  z  nami  kolację,  kochana  -  zwrócił  się  do  Kary.  -  Ginny  przygotowała  coś 

pysznego.  Chcielibyśmy  cię  zabrać  na  festyn  związany  z  kwestą  na  rzecz  kościoła.  Będzie 
doroczna wyprzedaż „Pod białym wielbłądem”, jak ją nazywamy.

- Ja też chcę zobaczyć wielbłądy - zawołał Clay, a poparła go Autumn. - Wujku, jedźmy!
- To nie ma nic wspólnego z prawdziwymi wielbłądami - wyjaśnił Mac. - Ludzie przynoszą 

49

background image

na  wyprzedaż  najdziwniejsze  rzeczy,  które  są  już  im  niepotrzebne,  ale  mogą  przydać  się 
innym.

- Chcę, żeby ciocia Kara została tutaj, a nie jeździła na jakąś głupią wyprzedaż. - Clay dał 

wyraz swemu niezadowoleniu.

- Wujku, powiedz jej, że nie może jechać.
Kara zamarła, widząc, jak dzieci spoglądają raz na pastora, raz na Maca, wyraźnie czekając 

na pojedynek.

-  Ależ  oczywiście,  że  może  -  powiedział  stanowczo  pastor.  -  Nie  jest  tu  więźniem  i 

najwyższy czas, by odwiedziła przyjaciół w mieście.

- A jeśli będzie chciała zostać z przyjaciółmi tutaj? - spytała niewinnie Autumn, ale jej oczy 

błyszczały niebezpiecznie.

- Tak - przyznał Brick. - Ona jest dziewczyną wujka, więc tylko on może decydować, co ma 

robić.

Mac uśmiechnął się z aprobatą, ale Kara nie mogła powstrzymać się od reakcji.
-  Niezupełnie  jestem  dziewczyną  twego  wujka,  Brick  -  rzekła  zarumieniona.  -  Poza  tym 

mężczyźni  nie  mogą  rządzić  kobietami,  bo  one  mają  własny  rozum.  Nikt  nie  będzie  mi 
dyktował, co powinnam zrobić.

- To znaczy, że możesz robić, co chcesz? - upewniała się Autumn.
- W granicach rozsądku. Nie można zachowywać się nieodpowiedzialnie ani łamać prawa -

wyjaśniła Kara.

- Tutaj wujek ustanawia prawo, a ty nie możesz go łamać - upierał się Brick.
- Właśnie, pamiętaj o tym. - Mac wpadł mu w słowo.
- Możemy wrócić do sedna sprawy? - zniecierpliwił się pastor. - Bardzo chciałbym spędzić 

z tobą trochę czasu, Karo.

- Ja też - przyznała dziewczyna.
- Oczywiście, możesz zjeść kolację z Franklinami - zgodził się Mac bez entuzjazmu.
- Jestem wdzięczna za pozwolenie, szefie - wycedziła przez zęby. - Dziękuję za zaproszenie, 

pastorze - dodała.

- Już nawet nie „wujku” - zmartwił się wielebny Will.
-  Tak  miała  zwracać  się  do  ojczyma  mała  dziewczynka  zamiast  „tatusiu”,  prawda?  -

zauważył zimno Mac. - Ale Kara już dorosła i wkrótce będzie panią Wilde.

Kara  spojrzała  na  Macauleya.  Podjęłaby  wyzwanie,  gdyby  nie  pastor  i  dzieci,  ale  Mac 

niczym się nie przejmował.

-  Czy  wspomniałem,  że  zamierzam  zabrać  wszystkich  na  kolację  do  miasta?  -  zapytał.  -

Clay czuje się już dobrze i może z nami jechać. No jak, dzieci, Burger Bam czy Pizza Ranch?

Propozycja  wujka  wywołała  spory  wśród  małych  Wilde’ów,  a  Mac  odprowadził  Karę  i 

pastora do drzwi.

- Po kolacji zajrzymy na tę wyprzedaż „Pod białym wielbłądem”, skoro Clay tak się do niej 

pali - rzucił przy pożegnaniu.

- Przecież nawet nie wiedział, co to jest - zauważyła Kara, wzburzona faktem, że najpierw 

pastor, a teraz Mac wywierają na nią presję.

-  No  to  powinien wreszcie się dowiedzieć. Spotkamy się potem przy kościele i przywiozę 

cię do domu. Nie ma sensu fatygować ponownie pastora.

- Miałem zaproponować, by Kara przenocowała u nas - rzekł wielebny Will.
- Przywiozę ją tutaj. - Mac potrząsnął głową i na dłuższą chwilę przygarnął Karę do piersi. -

Zobaczymy się później, kochanie - powiedział, dotykając policzkiem jej skroni.

- To obietnica czy groźba? - Pastor zrobił aluzję do ponurego tonu Macauleya.
- Ona sama zadecyduje - odrzekł Mac, uwalniając Karę z objęć.

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

-  Karo,  kochanie,  tak  mi  przykro,  że  sprowadziłem  cię  do  Bear  Creek  pod  fałszywym 

pretekstem  -  powiedział  pastor  w  drodze  do  miasta.  -  Nie  wiem,  czy  mi  wybaczysz,  że  na-
raziłem cię na towarzystwo Wilde’ów.

- W porządku, wujku - przerwała mu dziewczyna.

50

background image

-  Wcale  nie.  Widzę,  że  Mac  za  wszelką  cenę  dąży  do  ślubu.  Podziwiam  jego  oddanie 

dzieciom, ale uważam, iż postępuje nieuczciwie, chcąc cię wykorzystać. To byłby nieudany 
związek.

Kara  milczała.  Czuła  się  niezręcznie,  mając  świadomość,  jak  daleko  zaszły  jej  stosunki  z 

Makiem.

- To silny, apodyktyczny mężczyzna. Jest dobry, ale przywykł chodzić własnymi drogami -

ciągnął  wielebny Will. - Obawiam się, że może posunąć się za daleko, by cię zatrzymać na 
ranczu z tymi trudnymi dziećmi.

- Są po prostu bardzo żywe. - Kara ujęła się za dobraną paczką z Double R.
- Kochanie, ze mną możesz być szczera. Nie chcę, żebyś wpadła w pułapkę.
-  Wujku  -  przerwała  -  lepiej  od  razu  ci  powiem,  że  jestem  poważnie  zainteresowana  tym 

małżeństwem.

- Byłbym zachwycony, słysząc to, gdybyś naprawdę zdawała sobie sprawę, co robisz - rzekł 

pastor, ocierając chusteczką spocone czoło. - Ale tak nie jest. Mac trzymał cię na ranczu w 
izolacji. Użył wszelkich sposobów, by cię oczarować i skłonić do małżeństwa, które tylko dla 
niego jest korzystne.

- Mac do niczego mnie nie zmuszał - odparła.
- Z pewnością potrafił sprawić, byś postępowała tak, jak on zechce.
- Przecież sam mu powiedziałeś, że będę odpowiednia do... jego celów.
- Miałem nadzieję, iż przypadniecie sobie do gustu. Sądziłem jednak, że zapoznacie się w 

cywilizowany  sposób,  a  to  zaowocuje  kiedyś  małżeństwem.  Tymczasem  on  porwał  cię  z 
lotniska i niemal uwięził na ranczu...

- Jak widzisz, nie jestem więziona.
- Wypuścił cię na parę godzin, byś się łudziła, że jesteś wolna. Nie zauważyłaś, jak nalegał, 

by przywieźć cię wieczorem do domu?

-  Tak  -  odrzekła  z  ekscytacją,  bo  przypomniała  sobie  błysk  pożądania  w  oczach  Maca  i 

wyraźne podniecenie w chwili, gdy się żegnali.

Nawet jeśli Mac był wobec niej nieszczery, to godząc się na ślub, zyskiwała dom i rodzinę. 

Rzuciła okiem na byłego ojczyma. On i jej matka odeszli do osób, które kochali, nie dbając o 
uczucia  Kary,  która  nie  miała  odtąd  prawdziwego  domu  aż  do  chwili  spotkania  Wilde’ów. 
Wiedziała, że nie potrafi tego wytłumaczyć pastorowi.

- Gdzie twój zdrowy rozsądek i duma? - lamentował wielebny Will Franklin. - Zawsze byłaś 

taka  praktyczna.  Przecież  to  nie  ciebie  chce  Mac,  ale  opiekunki  do  dzieci.  Ożeniłby  się  z 
pierwszą lepszą, która zgodziłaby się na jego warunki.

- Był ze mną uczciwy. Powiedział, dlaczego chce się żenić, a uczciwość to dobry fundament 

małżeństwa, prawda? Będziemy szczęśliwym stadłem...

- Dokonujesz cudów, żeby samą siebie oszukać. Z własnego doświadczenia wiem, że takie 

małżeństwa  się  nie  udają  -  powiedział  pastor  i  zaczerpnął  powietrza.  -  Bardzo  kochałem 
twoją matkę i pragnąłem, by wyszła za mnie. Wyznała uczciwie, że nie odwzajemnia moich 
uczuć  i  jeśli  zgodzi  się  na  małżeństwo,  to  tylko  dla  dobra  córeczki,  która  potrzebuje  ojca. 
Przypomniała  mi  to,  gdy  spotkała  Drew  Ansella  i  zakochała  się  w  nim  do  szaleństwa.  Nie 
chcę, żeby i tobie ktoś złamał serce.

Kara nie odezwała się ani słowem, dopóki nie dojechali do miasta. Przez cały czas mówił 

pastor, starając się odwieść swą byłą pasierbicę od związku z Makiem Wilde’em. Im dłużej 
to trwało, tym Kara gorzej się czuła. Gdy dojechali do domu wielebnego pastora, była niemal 
przekonana, że Mac chce ją po prostu wyzyskać.

-  Karo,  zanim  wysiądziemy...  Tricia  i  Joanna  nie  wiedzą,  że  byłem  już  raz  żonaty.  Ginny 

nigdy nie chciała im o tym powiedzieć, by nie doznały urazu.

- Myślę, że jedynie Ginny miała uraz - rzekła cicho dziewczyna. - I chyba dotąd się go nie 

wyzbyła. Ale nie martw się. Niczego nie powiem. Po prostu będę uchodzić za córkę twoich 
znajomych ze wschodniego wybrzeża.

Wielebny Will westchnął z ulgą i odrobiną żalu.
Ginny,  Tricia  i  Joanna  przywitały  Karę  serdecznie.  Żyjąc  w  rodzinie  pastora,  były 

przyzwyczajone  do  przyjmowania  gości.  Kara  zauważyła,  że  jest  traktowana  jak  jedna  z 

51

background image

parafianek  wielebnego  Willa.  Kolacja  -  stek,  warzywa  i  szarlotka  -  była  wyśmienita. 
Rozmowa toczyła się wartko, choć Kara stale miała się na baczności. Ginny ani słowem nie 
napomknęła  o  dawnych  animozjach.  Pastor  zabawiał  gościa  anegdotkami,  a  Tricia  i  Joanna 
nie szczędziły plotek o Lily i Bricku Wilde’ach.

Po kolacji, gdy dziewczynki zmywały naczynia w kuchni, a pastor musiał odebrać telefon, 

Kara została sam na sam z Ginny. Mimo iż nie miała już ośmiu lat, poczuła, że się poci i coś 
ściska  ją  w  gardle.  Spodziewała  się,  że  skoro  zniknęli  świadkowie,  Ginny  pokaże  okrutne 
oblicze macochy.

- Jak się miewa twoja matka? - zapytała żona wielebnego Willa, a Kara omal nie wypuściła 

z rąk filiżanki z kawą.

-  Świetnie.  Dziękuję  za  pamięć  -  odparła,  gdy  zdołała  zebrać  myśli.  -  Siedem  lat  temu 

wyjechała  z  Drew  do  Kalifornii.  Nadal  pracuje  jako  zaopatrzeniowiec  sieci  domów  to-
warowych  Millera  i  Richardsa,  a  Drew  prowadzi  swoją  kancelarię  adwokacką.  Są  bardzo 
zajęci - powiedziała i spuściła oczy pod badawczym spojrzeniem Ginny.

- Twoja matka była jedną z najpiękniejszych kobiet, jakie widziałam - rzekła Ginny, a Kara 

czekała na nieuniknioną uwagę, że ona sama w niczym jej nie przypomina, ale, o dziwo, nic 
takiego nie padło.

- Trudno mi było uwierzyć, że Will po rozstaniu z taką pięknością mógł ożenić się z kimś, 

kto wygląda jak ja - wyznała żona pastora, niespokojnie rzucając okiem na drzwi, by upewnić 
się, czy córki nie słyszą tej rozmowy. - Nie potrafiłam też zrozumieć, jak ona mogła odejść 
od  tak  wspaniałego  mężczyzny  jak  Will.  Myślałam,  że  może  się  opamięta i nieoczekiwanie 
pojawi u naszych drzwi, próbując odzyskać męża - wyznała, czerwieniąc się gwałtownie.

Kara  poczuła  współczucie  dla  tej  kobiety  i  przez  moment  pomyślała,  że  coś  je  łączy. 

Pastorowa kochała mężczyznę, który ożenił się z nią wiedziony pragmatycznymi motywami. 
Czy świadomość tego faktu stała się po latach mniej bolesna? Kara uznała, że po tak długim 
okresie małżeństwa Ginny Franklin nie może już chyba czuć się zraniona.

- Jestem przekonana, że Will nie ożeniłby się z tobą bez miłości - zapewniła żonę pastora z 

czystej uprzejmości, choć nie była do końca pewna, czy jest to prawda.

Dobrze wiedziała, że mogło być inaczej, skoro Mac gotów był się z nią żenić, nie kochając 

jej, tak jak jej własna matka poślubiła kiedyś wielebnego Franklina.

-  Chciałam  porozmawiać  z  tobą  jak  kobieta  z  kobietą  -  zaczęła Ginny. - Z tego co słyszę, 

być może zamieszkasz w Double R i będziemy się często spotykać.

Kara  nie  odpowiedziała.  Daleko  od  Maca  i  dzieci,  poddana  wpływom  rodziny  pastora, 

zaczęła popadać w pesymizm, myśląc o swojej przyszłości.

Jeśli Mac jej nie kochał, a wiedziała, że tak jest, pewnie niedługo się nią znuży. Tylko przez 

moment  wzbudziła  w  nim  erotyczne  zainteresowanie,  bo  chwilowo  nie  miała  konkurencji. 
Naprawdę jednak nic dla niego nie znaczy. W przyszłości może spotkać jakąś inną kobietę i 
namiętnie ją pokochać. Jej matka bez chwili zastanowienia porzuciła męża, gdy zakochała się 
w  innym  mężczyźnie.  Ludzie  rzadko  zachowują  się  rozsądnie,  gdy  w  grę  wchodzi  miłość. 
Ona  sama  była  tego  żywym  dowodem,  gotowa  wyjść  za  Maca  po  dwudniowej  znajomości. 
Ale  czyż  waszyngtońska  samotność  z  kotem  jako  jedynym  towarzyszem  i  sytuacja 
bezrobotnej  poszukującej  pracy  była  lepsza  niż  wizja  nie  kochanej  żony  ranczera?  Tutaj 
czuła się potrzebna.

-  Zdziwiłam  się,  kiedy  Will  powiedział,  że  odwiedziłaś  Maca  -  kontynuowała  Ginny.  -

Nawet  nie  wiedziałam,  że  się  znacie,  ale  w  końcu  wasze  ścieżki  mogły  się  przeciąć,  skoro 
podobnie jak Will i bracia Wilde’owie interesujesz się ochroną środowiska.

A więc w ten sposób wielebny Will wyjaśnił powiązania Kary z Makiem i jej obecność w 

Bear  Creek,  nie  angażując  w  całą  sprawę  własnej  osoby.  Kara  była  pod  wrażeniem  jego 
przemyślności.

- Czy twoja matka przyjedzie na wesele? - spytała Ginny z udaną obojętnością.
- Nie robiliśmy jeszcze weselnych planów - odparła Kara, czując, że się rumieni.
- Mogę zrozumieć twoje wahanie. Nie w sprawie Maca, oczywiście. Jest przystojnym, choć 

szorstkim w obejściu ranczerem, na którego widok mdleją wszystkie kobiety. - Ginny zniżyła 
głos do szeptu. - Ale odkąd wziął na wychowanie te okropne dzieci brata, praktycznie stracił 

52

background image

powodzenie.

Kara  drgnęła.  Nie  miała  zamiaru  dyskutować  z  żoną  pastora  o  rodzinie  Wilde’ów,  ale  to 

wcale nie zbiło z tropu Ginny.

-  Jako  młoda  żona  pewnie  będziesz  chciała  pobyć  tylko  z  mężem,  bez  tych  nieznośnych 

dzieci.  Kiedy  przyjdzie  na  świat  wasz  pierwszy  potomek,  nie  starczy  ci  czasu,  by  się 
zajmować  tamtą  czwórką.  Na  twoim  miejscu  zrobiłabym  wszystko,  żeby  odesłać  dzieciaki 
Jamesowi i Ewie albo dziadkom.

Karę  ogarnęło  wzburzenie.  Sama  była  nie  chcianym  dzieckiem  i  nie  zamierzała  nikomu 

zgotować podobnego losu, lecz teraz znajdowała się w takim stanie, że widziała swoją przy-
szłość dzieloną tylko z Taiem.

Do pokoju wszedł uśmiechnięty pastor.
- Skończyłem rozmowy telefoniczne, dziewczynki uwinęły się ze zmywaniem. A wy, moje 

panie, czy jesteście gotowe jechać na wyprzedaż?

- Oczywiście - odparła Ginny i czule pocałowała męża w policzek. - Myślę, że spodoba ci 

się, Karo, nasz doroczny festyn. Biorą w nim udział nie tylko parafianie, ale wszyscy, którzy 
mają na to ochotę.

Sala  wyprzedaży  wygląda  jak  wysypisko  śmieci,  pomyślała  Kara,  wędrując  za  Willem  i 

Ginny  wzdłuż  stołów  rozstawionych  w  piwnicach  kościoła.  Pastorostwo  przystawali  co 
chwila, by pogawędzić ze znajomymi. Jednym przedstawiali Karę jako przyjaciółkę rodziny 
przybyłą  ze  wschodniego  wybrzeża,  a  innym  jako  sympatię  Maca  Wilde’a.  Kara  zdecydo-
wanie  wolała  tę  pierwszą  wersję.  Spotkała  tu  mnóstwo  ludzi  i  miała  trudności  z 
zapamiętaniem  ich  nazwisk  oraz  twarzy.  Czuła  się  trochę  jak  biały  wielbłąd  w  klatce 
oglądany przez zwiedzających.

Ginny bez przerwy z kimś rozmawiała. W pewnej chwili Kara zauważyła, iż żona pastora 

konwersuje  na  jej  temat  z  jakąś  rudowłosą  dziewczyną,  bo  tamta  obrzuciła  ją  taksującym, 
niechętnym  wzrokiem.  Nie  zdziwiła  się,  gdy  przedstawiono  jej  Jill  Finlay,  która  była  w 
swoim czasie „dosyć blisko” z Makiem.

- Niełatwo odmawiać Wilde’owi, gdy się oświadcza - rzekła Jill - ale powiedziałam mu, że 

mogę  wychowywać  tylko  własne  dzieci.  Jeśli  sądzisz,  że  tobie  uda  się  wyjść  za  niego  i 
namówić, by odesłał potomstwo brata, to się mylisz - zwróciła się do Kary.

- Już jej to mówiłam - rzuciła Ginny. - Waha się i zastanawia, czy za niego wyjść.
-  Pewnie!  Jaka  kobieta  przy  zdrowych  zmysłach  dałaby  sobie  radę  z  taką  bandą?  Nawet 

Tonya  nie  zgodziła  się  na  to,  a  ona  jest  trzydziestoczteroletnią  rozwódką  i  nie ma wiele do 
stracenia.  Sądzę,  że  Mac  wreszcie  zrozumie,  iż  z  tymi  strasznymi  dziećmi  w  domu  nie  ma 
szans u żadnej kobiety.

-  Lubię  dzieci  i  mogłabym  z  nimi  mieszkać.  To  raczej  sam  Mac  jest  przyczyną  moich 

wahań - odparła chłodno Kara, mając dosyć wysłuchiwania opinii rudowłosej Jill.

Odeszła z uśmiechem na ustach, pozostawiając obie kobiety w niemym zdumieniu.
- Ciociu Karo! Ciociu Karo! Jesteśmy! - Kara przeglądała właśnie stare płyty, gdy rozległy 

się głosy Claya i Autumn.

Tak bardzo ucieszyła się na widok małych Wilde’ów, że omal ich nie uściskała.
- Byliśmy w Pizza Ranch - zawołała Autumn - a teraz chcemy coś kupić.
-  Kupisz  mi  żelaźniaka,  ciociu?  -  błagał  Clay.  -  Kosztuje  tylko  cztery  dolary,  jest  prawie 

nowy, a ja zapomniałem wziąć pieniędzy.

-  Nie  bawiłeś  się  swoimi  żelaźniakami,  odkąd  przyjechaliśmy  do  Montany,  głupi  ośle  -

powiedziała Autumn.

- Ale je lubię, a ty nic nie wiesz i sama jesteś głupia! - krzyknął chłopiec, a potem popchnął 

siostrę na stół ze stosem czasopism, które rozsypały się po podłodze.

- Złamał mi rękę w trzech miejscach! - Autumn rozpłakała się głośno, przytrzymując dłonią 

stłuczone ramię.

- Powiedziała do mnie „głupi” - bronił się malec.
Kara  spostrzegła,  że  wszyscy  mieszkańcy  Bear  Creek  przyglądają  się  awanturze.  Tylko 

Maca  nie  było  w  pobliżu.  Ignorując  gapiów,  Kara  wytłumaczyła  Autumn,  że  ramię  nie  zo-

53

background image

stało  złamane,  i  zaczęła  zbierać  czasopisma,  próbując  skłonić  dzieci  do  pomocy.  Jednak 
oboje byli zbyt zajęci płaczem.

Brick pojawił się, gdy podnosiła z ziemi ostatnią gazetę.
- Cicho bądźcie! - skarcił rodzeństwo.
-  Gdzie  Lily  i  wujek  Mac?  -  spytała  Kara,  widząc,  że  wraz  z  małymi  Wilde’ami  ciągle 

stanowi atrakcję dla tłumu.

-  Lily  skarżyła  się  na  ból  głowy  i  wolała  zostać  w  domu.  Wujek  podejrzewał,  że  to 

wymówka, i wysłał Webba Ashera, żeby jej pilnował.

- Dobry pomysł - rzekła ponuro Kara.
Jeśli miała rację, że Lily romansuje z zarządcą rancza, to Mac wpuścił lisa do kurnika.
- Wujek jest ciągle z tamtą. Wyszli już i wciąż rozmawiają. - Brick zaadresował tę uwagę 

do rodzeństwa, które przyjęło nowinę z jękiem pogardy.

- Z tamtą? - powtórzyła Kara, czując, że zasycha jej w ustach.
-  Z  Marcy  Tanner.  Przysiadła  się  do  nas  w  Pizza  Ranch  i  starała  się  być  bardzo  miła  dla 

wujka.

- Do nas się nie odzywała, bo nas nie znosi - dodała Autumn. - Tricia opowiedziała Lily o 

wszystkich kobietach, które nie chciały wyjść za wujka, bo wziął nas na wychowanie. Marcy 
Tanner też do nich należy.

-  Ciociu,  jeśli  przyznam  ci  się  do  czegoś  okropnego,  to  kupisz  mi  mimo  wszystko 

żelaźniaka? - szepnął Clay.

W tym momencie Kara zauważyła Maca z drobną, niebieskooką blondynką uczepioną jego 

ramienia.  Oboje  uśmiechali  się  do  siebie.  Poczuła  zazdrość.  Z  trudem  pohamowała  się,  by 
siłą nie odciągnąć tamtej od Macauleya. Przeraziła się gwałtowności własnych uczuć.

- Nie przejmuj się. Ona sobie zaraz pójdzie - zauważyła Autumn.
- Już zadbaliśmy o to, by się jej pozbyć - zachichotał Brick.
- Co zrobiliście? - zaniepokoiła się Kara.
- Zabraliśmy jej portmonetkę. Brick wyjął ją z torebki, a ja schowałam w damskiej toalecie 

w restauracji - rzekła Autumn z zadowoleniem w głosie.

- Jak tylko zechce coś kupić, to zobaczy, że ją straciła, i będzie musiała wrócić, by szukać 

zguby - zaśmiał się Brick.

-  To  okropne  -  uznała  Kara.  -  Wiecie,  że  nie  wolno  nikogo  okradać.  Co  będzie,  jeśli  ktoś 

inny zabierze portmonetkę z toalety? Musicie natychmiast wszystko jej wytłumaczyć!

- O! Jest Courtney Egan. Idę się z nią przywitać. Do zobaczenia! - zawołał Brick i zniknął.
- Ciociu, ciociu! Kupisz mi... - nie ustawał Clay, gdy Kara starała się zebrać myśli.
- Proszę, zdradzę ci sekret! - błagał.
- Dobrze, jaki sekret? Ale obiecaj, że nie będziesz więcej popychał siostry!
- Obiecuję - przyrzekł chłopiec.
- A ty nie będziesz nazywać go głupim i zaraz przyznacie się Marcy Tanner, co zrobiliście z 

jej portmonetką - Kara zwróciła się do Autumn.

- Marcy jest obrzydliwa. Zjada plwociny - zawołała Autumn.
- Przestań! - zawołała Kara.
- Naplułem jej do sałatki - zaśmiał się Clay - a ona nie zauważyła i zjadła.
- O mało nie zwymiotowałam - potwierdziła Autumn.
- Musicie natychmiast przeprosić Marcy Tanner - zarządziła Kara.
- Jak nam coś kupisz - targowały się dzieci.
- Nic z tego, dopóki jej nie przeprosicie i nie powiecie o portmonetce. Nie musicie wdawać 

się  w  szczegóły!  -  dorzuciła,  myśląc  o  sałatce.  -  Poczekam  tu  na  was.  -  Kara  nie  miała 
zamiaru podchodzić do Maca.

Autumn wzięła Claya za rękę i ruszyli do Marcy. Po chwili wszyscy obecni mogli usłyszeć 

przeraźliwy  wrzask  panny  Tanner,  która  starała  się  pochwycić  dzieci.  Te  jednak  umknęły 
szybko, prosto do Kary. Blondynka w pośpiechu opuściła wyprzedaż. Cała scena nie trwała 
dłużej  niż  minutę.  Kara  zauważyła  wściekłość  Maca,  który  zbliżał  się  ku  winowajcom 
wczepionym w jej spódnicę. Wszyscy obecni obserwowali bieg wypadków.

- Zrobiliśmy to, ciociu Karo! - wykrzyknął Clay.

54

background image

- Powiedziałem, że ją przepraszam za naplucie do sałatki, którą zjadła.
-  A  ja,  że  widziałam  jej  portmonetkę  w  toalecie  i  przepraszam,  że  jej  o  tym  nie 

zawiadomiłam wcześniej - pisnęła Autumn. - Ona jest niedobra. Chciała nas zbić i przysięgła, 
że to zrobi. Czy myślisz, że może zakraść się na ranczo i nas zamordować? - niepokoiła się 
dziewczynka.

- Nie. Raczej będzie trzymać się od was z daleka - zapewniła Kara.
- To dobrze - ucieszył się Clay. - Teraz chodźmy na zakupy!
-  Wychodzimy  stąd!  Nikt  nie  będzie  niczego  kupował!  -  zarządził  rozeźlony  Mac,  który 

stanął właśnie przed nimi.

- Ciocia nam obiecała! - nie poddawał się Clay.
- Nie dbam o to - wybuchnął. - Tym razem przebraliście miarę. Nie ma nagród za plucie do 

sałatek i kradzieże portfeli.

- Powiedziałam, że widziałam jej portmonetkę, a nie że ją ukradłam - broniła się Autumn.
-  Pewnie  Brick  to  zrobił.  Nie  próbuj  mnie  zwieść  -  grzmiał  Mac.  -  Wychodzimy,  bez 

gadania!  -  Popchnął  przed  sobą  Autumn  i  zawołał  do  Kary:  -  Bierz  Bricka!  Idziemy! 
Natychmiast!

- Złamiesz mi ramię! - protestowała Autumn.
- Ciociu, kupmy coś, zanim on nas zabierze! - Clay ciągnął Karę w przeciwnym kierunku.
- Jeśli natychmiast nie wyjdziecie, to przysięgam... - Mac z gniewem odwrócił się do Kary.
W tym momencie podeszła do nich Jill Finlay.
- Możesz mi poświęcić kilka minut? - zapytała Maca.
- Właśnie wychodzimy - burknął, ale rozluźnił uchwyt, co Autumn wykorzystała, żeby się 

wymknąć i skryć za plecak mi Kary.

-  Zostawimy  was,  byście  mogli  spokojnie  porozmawiać  -  rzekła  Kara,  nie  mając  zamiaru 

uczestniczyć w przyjacielskiej pogawędce Maca z byłą sympatią.

Otoczyła dzieci ramionami i odeszła.
-  Wszyscy  zauważyli,  że  twoja  nowa  narzeczona  umie  sobie  radzić  z  tymi  małymi 

psychopatami. Nie wiadomo, co by się tu działo, gdyby nie ona - zaczęła Jill.

- O co ci chodzi? - przerwał Mac.
-  Po  prostu  chciałam  ci  pogratulować.  Ginny  przedstawiła  mi  dziś  przyszłą  panią  Wilde. 

Myślę, że wreszcie ktoś ci się trafił, ale muszę cię ostrzec. Niezależnie od tego, ile jej płacisz, 
by przebywała na ranczu, musisz wyasygnować więcej. Jasno dała do zrozumienia, że myśli 
o  wyjeździe,  a  po  tej  scenie  z  Marcy  Tanner  chyba  będziesz  musiał  przepisać  na  nią  całą 
posiadłość, by ją zatrzymać.

-  To  wszystko?  -  zapytał  z  taką  wrogością,  iż  Jill  cofnęła  się  kilka  kroków,  z  wysiłkiem 

zdobywając się na uśmiech.

- Chciałam też zapewnić, że nie żywię do ciebie urazy. Jestem zaręczona z Tomem Eganem. 

Zeszłej wiosny w końcu rozwiódł się z Mary. Myślimy o małżeństwie.

- Tom ma dwoje dzieci - przypomniał Mac. - A ty zamierzałaś unikać cudzych dzieci.
- Niczego takiego nie powiedziałam. Nie unikam dzieci innych ludzi, tylko nie chcę z nimi 

mieszkać.  Courtney  i  Tommy  junior  mieszkają  z  matką,  a  poza  tym  bardzo  się  różnią  od 
dobranej paczki z twojego rancza.

-  Może  tylko  tak  ci  się  wydaje  -  zauważył  Mac,  przypominając  sobie,  że  Courtney  Egan 

zaprzyjaźniła się niedawno z Brickiem.

Gdy Jill odeszła, Mac podziękował losowi, że usunął pannę Finlay z jego życia. Podobnie 

myślał  o  Marcy  Tanner,  szukając  wzrokiem  Kary.  Zauważył  ją  przy  stole  z  zabawkami  i 
wtedy  przemknęły  mu  przez  myśl  ostrzeżenia  Jill.  Nie  bardzo  w  nie  wierzył, ale co będzie, 
jeśli Kara naprawdę przeprowadziła taką rozmowę z panną Finlay?

Clay i Autumn ściskali w ręku prezenty.
-  Mam  nadzieję,  że  rozumiecie,  iż  nie  są  to  nagrody  za  to,  co  zrobiliście  Marcy  Tanner  -

zauważyła Kara, z niepokojem rozpatrując swoje szansę wobec konkurencji takich piękności 
jak Marcy i Jill.

Wstrzymała oddech na widok zbliżającego się Maca.
- Teraz możemy, już jechać, wujku - uznały dzieci, chwaląc się podarunkami od Kary.

55

background image

-  Ciekawe,  co  im  dasz,  jak  wrzucą  komuś  szczura  do  talerza  albo  okradną  sklep?  -  spytał 

Mac z ironią.

- Ciągle jesteś na nas zły? - upewniał się Clay.
- Tak, na was wszystkich - rzekł, obejmując Karę.
Dotknięcie dziewczyny sprawiło, że opuściło go całe wzburzenie i napięcie.
- Jedziemy do domu - rzekł spokojnie.
- Musimy poszukać Bricka. Może całuje się gdzieś ze swoją nową dziewczyną - zauważyła 

Autumn i wybiegła z bratem na zewnątrz.

-  Boże,  co  za  wieczór  -  westchnął  Mac.  -  Najpierw  ta  piekielna  kolacja  w  Pizza Ranch, a 

potem widowisko tutaj. Nie mogę się doczekać powrotu na ranczo, by przeprowadzić z tobą 
poważną dyskusję o nagradzaniu małych terrorystów.

- Jeśli nie będziesz trzymał rąk przy sobie, to zacznę krzyczeć głośniej niż Autumn. - Kara 

dała ujście własnym emocjom.

-  Myślę,  że  blefujesz.  -  Mac  nie  zwolnił  uścisku.  -  A  jeśli  natychmiast  ze  mną  nie 

wyjdziesz,  to  cię  stąd  wyniosę  i  połowa  mieszkańców  Bear  Creek  będzie  się  temu 
przyglądać.

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

-  Nie  zamierzam  nigdzie  wychodzić,  by  zaspokoić  twoją  męską  próżność  -  odparła 

rozzłoszczona. - Wystarczająco dobrze się dziś bawiłeś z Marcy i Jill.

-  Jeśli  myślisz,  że  było  mi  przyjemnie,  to  się  mylisz.  Jesteś  zazdrosna,  bo  z  nimi 

rozmawiałem.

- Wcale nie. Nie obchodzi mnie, co robisz. Możesz się spotykać ze swoimi dziewczynami, 

kiedy tylko chcesz - rzekła i skierowała się do drzwi.

Najatrakcyjniejszy  kawaler  w  Bear  Creek  został  porzucony  na  oczach całego miasta. Mac 

zrobił dobrą minę do złej gry i udając, że nic nie zaszło, podążył za Karą.

- Gratuluję - powiedział, gdy odnalazł ją na zewnątrz. - Wszyscy się nam przyglądali.
- Postanowiłam wyjść. Ty nie musiałeś.
- Tak, miałem nadal gawędzić z Jill albo czekać, aż wróci Marcy. Dziękuję, ale nic z tego. 

Nie mam zamiaru cieszyć oczu gawiedzi. Wolę być z tobą - dodał, podchodząc bliżej.

- Myślisz, że nie wiem, iż świadomie próbujesz mnie omotać.
- I co? Udało mi się? - zapytał.
Kara skrzyżowała ręce na piersi i popatrzyła na parking, gdzie Autumn i Clay przeszukiwali 

samochody, by w którymś z nich zaskoczyć Bricka z Courtney.

-  Ignorujesz  mnie.  -  Mac  dotknął  włosów  Kary.  -  To  niedobrze.  Nie  lubię  być  nie 

zauważany.

Kara milczała, nie wiedząc, co powiedzieć, a Mac podążył za jej wzrokiem.
- Co, u licha, robią te dzieci?
-  Chcą  przyłapać  Bricka  z  Courtney,  lecz  mam  nadzieję,  że  im  się  nie  uda  -  wyjaśniła 

spokojnie.

- Brick jest za młody, żeby zadawać się z dziewczętami.
- Może to dziedziczne. Ty chyba wcześnie zaczynałeś i ciągle jeszcze cię to bawi - odrzekła 

i natychmiast po» żałowała własnych słów, które wyraźnie świadczyły o zazdrości.

- Mylisz się, jeśli sądzisz, że Marcy lub Jill cokolwiek dla mnie znaczą.
- Ożeniłbyś się z każdą, gdyby tylko chciała zająć się dziećmi.
- Już nie. Tamte kobiety nie nadają się dla mężczyzny z rodziną. To oczywiste - powiedział 

i ujął ją pod brodę, chcąc, by spojrzała mu w oczy. - Już się dla mnie nie liczą - dodał.

- Nie mówisz mi wszystkiego - rzekła twardo.
-  Nie?  To  powiem.  -  Mac  pochwycił  ją  za  przeguby  rąk  i  przyciągnął  do  siebie,  choć  się 

opierała, mając w pamięci opinie pastora i uwagi Jill Finlay.

- Słuchaj, kochanie. Marcy przysiadła się do nas w restauracji, a kiedy dowiedziała się, że 

zmierzamy  tutaj,  przyjechała  za  nami  swoim  samochodem.  Nie  wiem  dlaczego,  bo  dzieci 
zachowywały się wobec niej okropnie...

- Widziałam was razem - przerwała Kara. - Flirtowała z tobą, a ty się uśmiechałeś.

56

background image

- Robiłem to mimo woli. Mogę się uśmiechać i myśleć o czymś innym. Zastanawiałem się 

właśnie nad spędem bydła, gdy Autumn i Clay przyznali się do swoich wybryków.

- Dowiedzieli się od Tricii, że Marcy odeszła od ciebie, bo ich nie znosi - powiedziała cicho 

Kara. - Myślę, że dokuczając jej, chcieli wykazać lojalność wobec ciebie.

- Już raczej wobec ciebie. Uznali, że tylko ty możesz zamieszkać z Wilde’ami, i postanowili 

zlikwidować konkurencję. A teraz chodź tu, pocałuj mnie, jedźmy do domu i...

- Nie. Myślałam o tym, ale... - Kara odsunęła się.
-  A  więc  Jill  miała  rację.  Potraktowała  mnie  jak  idiotę,  ale  ty  wywarłaś  na  niej  wrażenie. 

Zachowywała się niczym twoja agentka występująca w sprawie przedślubnego kontraktu.

- Przedślubnego kontraktu?
-  Jill  sądzi,  że  przed  ślubem  powinienem  przeznaczyć  dla  ciebie  sporą  sumę,  bo inaczej z 

nami nie zostaniesz. Czy to prawda? O to ci chodzi?

-  Nigdy  niczego  podobnego  nie  mówiłam.  Nie  wiem,  skąd  jej  to  przyszło  do  głowy.  Nie 

chcę żadnych pieniędzy... - Kara nie mogła złapać oddechu.

-  Jeśli  zależy  ci  na  zabezpieczeniu  finansowym,  jeszcze  dziś  możemy  porozmawiać  o 

intercyzie ślubnej z nowym narzeczonym Jill, Tomem Eganem. To przecież prawnik.

- Nie chcę twoich pieniędzy!
- Wyjdziesz za mnie bez intercyzy?
- Tak! To znaczy, mogłabym, jeśli zamierzałabym cię poślubić, ale... potrzebuję czasu, by 

to przemyśleć.

- Możesz zastanawiać się na ranczu, jeśli chcesz.
- Nie. Muszę być sama. Nie potrafię przy tobie rozsądnie myśleć.
-  Wcale  tego  nie  wymagam,  gdy  się  kochamy.  Zostaw  myślenie  na  czas  zajmowania  się 

dziećmi i księgami rachunkowymi.

-  Nie  mogę  zostać  na  ranczu.  Jutro  wracam  do Waszyngtonu. Poproszę pastora, żeby dziś 

zabrał moje rzeczy z Double R. Przenocuję u Franklinów. Taia zabierzemy jutro po drodze na 
lotnisko. Pozwolisz mu zostać przez tę noc na ranczu?

- Oczywiście, że zostanie - rzekł chłodno Mac. - W ogóle nie opuści Double R.
- Co masz na myśli?
-  To  co  słyszałaś.  Zatrzymam  go  w  niewoli.  Jeśli  będziesz  chciała  mieszkać  z  kotem,  to 

tylko w moim domu.

- Nie możesz tego zrobić. - Karze zakręciły się łzy w oczach.
- Nie? A kto mnie powstrzyma?
Dziewczyna nie była pewna, czy ranczer mówi serio.
- Nie zabierzesz mi przecież Taia, prawda?
- Będziemy negocjować - odrzekł, udając, że się zastanawia.
- Co za wspaniałomyślność! - Kara miała ochotę potrząsnąć nim, by wyzbył się arogancji.
- Zrób to! Uderz mnie! Przecież widzę, że chcesz to zrobić. Wolę, żebyś ze mną walczyła, 

niż odeszła. Nie pozwolę na to!

-  Nie  sprowokujesz  mnie  do  aktu  fizycznej  przemocy  -  odrzekła  Kara,  opanowując 

zdenerwowanie. - A może wolisz inny kontakt fizyczny?

Mac  pochwycił  ją  w  ramiona.  Miał  gorące,  natarczywe  wargi,  gdy  przygarnął  Karę  do 

siebie.  Jęknęła  i  zadrżała  z  rozkoszy.  Reagowała  namiętnie  na  każde  dotknięcie  Maca.  Za-
rzuciła mu ręce na szyję i przylgnęła do niego, czując, jak bardzo jest podniecony. Pragnęła 
go i tylko to miało znaczenie.

- O! Tak się całują w mydlanych operach. - Głos Autumn przerwał ich ekstazę.
Mac  westchnął  i oderwał wargi od ust Kary, nie wypuszczając jej z objęć. Oboje byli tak 

roznamiętnieni,  że  nie  mogli  w  żaden  sposób  prowadzić  rzeczowej  rozmowy,  lecz  Autumn 
zupełnie się tym nie przejmowała.

- Myślicie, że Brick i Courtney też się tak całują? - zapytała.
- Boże! Mam nadzieję, że nie - odrzekł Mac, gdy Kara oswobodziła się z jego ramion.
- Ale Webb i Lily tak - rzucił Clay swobodnym tonem.
Kara spojrzała na Maca, który aż zamarł z wrażenia.
- Co powiedziałeś? - spytał Claya z udawanym spokojem.

57

background image

-  Zapomniałem,  że  to  sekret.  -  Mały  zakrył  ręką  buzię.  -  Miałem  nic  nie  mówić. 

Zobaczyłem, jak Lily i Webb całują się w stajni, ale ona kupiła mi grę komputerową, żebym 
się nie wygadał. Teraz będzie wściekła.

- Webb Asher i Lily? Boże! A ja poprosiłem go, żeby z nią został. Natychmiast jedziemy do 

domu!

Nawet  w  świetle  księżyca  Mac  miał  kredowobiałą  twarz.  Jego  gwałtowność  przeraziła 

Autumn.

- Czy Webb zabije Lily, jeśli go nie powstrzymamy?! - krzyknęła dziewczynka, tuląc się do 

Kary.

- Nie - odparła Kara, lecz nie dodała, że sam może zginąć z ręki Maca.
Ranczer  pobiegł  do  dżipa,  a  Kara  zrezygnowała  z  zamiaru  nocowania  u  Franklinów. 

Wiedziała, że tylko ona może uratować sytuację.

- Mac, zaczekaj, nie możemy jechać bez Bricka! - zawołała.
- Zapomniałem o nim - powiedział, chwytając się za głowę. - Boże! Lily i Webb! Jak długo 

to może trwać? Przysięgam, że...

- Poważnie z nimi porozmawiasz - przerwała mu Kara, widząc przerażony wzrok Autumn.
-  Witaj,  Mac.  Rozmawialiśmy  o  tobie.  -  Z  ciemności  wyłonił  się  wysoki  mężczyzna, 

któremu towarzyszyła Jill Finlay.

-  Właśnie  wracamy  do  domu.  -  Mac  nie  zamierzał  wdawać  się  w  pogawędki  nawet  z 

Tomem Eganem.

-  My  też.  Szukam  mojej  Courtney.  Muszę  ją  odwieźć  do  matki.  Nie  widzieliście  jej? 

Podobno wyszła na dwór, bo na wyprzedaży było za gorąco.

Kara wymieniła z dziećmi znaczące spojrzenia.
-  Znajdziemy  ją,  panie  Egan.  Chodź,  Clay!  -  powiedziała  Autumn  i  krzyknęła  ile  sił  w 

płucach:

- Courtney, tata cię szuka!
Kara  zaczęła  rozmawiać  o  pogodzie  z  Tomem  i  Jill,  bo  Mac  nie  zdradzał  ochoty  do 

dyskusji. Wreszcie pojawiły się dzieci, a wraz z nimi Courtney.

- Cześć, tato - rzuciła córka Toma, patrząc niechętnie na Jill, a potem wzięła ojca za rękę i 

oddalili się we trójkę.

- Powiedziała, że Brick obiecał pomóc jej pozbyć się Jill - oznajmił Clay, kiedy jego starszy 

brat wyłonił się spoza drzew.

Mac nie pytał o nic, zbyt przejęty myślą o Webbie i Lily.
Do  Double  R  jechali  z  kosmiczną  prędkością.  Gdy  Mac  zatrzymał  się  przed  domem  i 

otworzył frontowe drzwi, Kara pochwyciła go za rękaw.

- O co chodzi? - warknął.
-  Muszę  z  tobą  porozmawiać  -  rzekła  stanowczo.  -  Czemu  nie  wchodzicie  do  środka?  -

zwróciła się do dzieci. - Wujek odstawi wóz do garażu i zaraz wrócimy.

Brick rzucił jej porozumiewawcze spojrzenie.
- Słuchaj, wiem, że masz zamiar posłać dzieci, by uprzedziły Webba i Lily, a mnie chcesz 

uspokoić. Nic nie zdziałasz, Asher zasługuje na to, by go zastrzelić za uwiedzenie niewinnej 
uczennicy, i jako jej opiekun...

- Mac, nikt nie nazwałby Lily niewinną uczennicą - rzekła łagodnie Kara. - Mam zamiar cię 

powstrzymać przed bójką z Webbem. Dzieci nie muszą tego oglądać.

- A co chcesz, żebym zrobił? Mam ich pobłogosławić?
- Na razie odprowadź dżipa - rzekła, obawiając się, by nie wszedł do domu.
Mac włączył silnik i podjechał do garażu. Otworzył automatyczne drzwi, które zatrzasnęły 

się,  gdy  wjechali  do  środka.  Do  wnętrza  wpadało  tylko  światło  księżyca.  Kara  nie  zdawała 
sobie  sprawy,  że  ciągle  ściska  Maca  za  ramię,  jak  gdyby  chciała  go  przed  czymś 
powstrzymać.

- Może to nie najlepszy moment, by ci powiedzieć, ale muszę...
-  Nie!  -  krzyknął  Mac,  obracając  się  ku  niej.  -  Nie  chcę  słyszeć  o  twoim  wyjeździe.  Nie 

wiem,  jak  pastor  cię  do  tego  namówił.  Cokolwiek  powiedział,  nie  miał  racji.  Należysz  do 
mnie i do dzieci. Zrobię wszystko, by ułatwić ci życie z nami, ale cię nie puszczę.

58

background image

- Bo potrzebujesz opiekunki dla małych Wilde’ów.
- Bo pragnę ciebie. Nie udawaj, że o tym nie wiesz. Każdy twój uśmiech, spojrzenie, ruch 

są takie podniecające.

-  Dawno  nie  miałeś  kobiety,  a  ja  jestem  pod  ręką.  Żadna  cię  nie  chciała  ze  względu  na 

dzieci - rzekła, próbując powstrzymać łzy.

-  Chyba  nie  wierzysz  w  to,  co  mówisz.  Franklinowie  naopowiadali  ci  takich  głupstw? 

Wiedziałem, że nie powinnaś była do nich jechać.

- Chciałam odwiedzić wujka, a ty nie możesz narzucać mi swego zdania.
-  Rozumiem,  że  pastor  pragnie  cię  uchronić  przed  krzywdą,  ale  ja  nie  zamierzam  cię 

porzucać ani pozwolić, byś ode mnie odeszła.

Mac uniósł Karę, przesunął się na jej miejsce i posadził ją sobie na kolanach.
- Jestem zaskoczony, że wielebny Will tak źle o mnie myśli. Wściekłość mnie ogarnia, gdy 

słyszę,  że  ci  wmówił,  iż  nie  jesteś  dla  mnie  jedyna  i  niepowtarzalna.  Nieważne,  jak  się 
poznaliśmy, lecz ważne, że jesteśmy razem. Zostań ze mną - poprosił.

- Dobrze - szepnęła ogarnięta radością. - Kocham cię! Próbowałam ci powiedzieć o moim 

uczuciu, a nie o tym, że odchodzę. Nie mogę już opuścić ani ciebie, ani dzieci.

- Chcę się z tobą kochać - rzekł, tuląc ją i całując.
- Tutaj? Teraz?
- Tak - odparł i pociągnął ją na tylne siedzenie.
Czuła, jak bardzo jej pragnął, gdy wsunął ręce pod spódniczkę i dotknął gładkiej skóry ud. 

Pieścił  tak  długo,  aż  zaczęła  wić  się  w  jego  objęciach,  wargami  szukając  spragnionych  ust, 
szybko rozpinając mu koszulę i pasek u spodni.

- Chcesz mnie! Kochasz! - uśmiechnął się triumfująco.
- Tak! Tak! - powtarzała ogarnięta namiętnością.
Całowali się i gwałtownie zdzierali z siebie ubranie.
- Spróbujemy dziś czegoś nowego, chcesz? - zapytał Mac. 
Skinęła głową, zdziwiona, że sadzają na kolanach twarzą do siebie. Mac objął jej biodra i 

uniósł ją lekko, a potem wszedł w nią głęboko. Kara wtuliła się w jego objęcia i wstrzymała 
oddech.

- Rozluźnij się - szepnął, pieszcząc pocałunkami jej wargi i kołysząc się lekko. - Zrobimy to 

powoli. Poruszaj się razem ze mną.

Jęczała  z  rozkoszy,  gdy  jej  ciało  odnalazło  właściwy  rytm  i  nadszedł  moment  ekstazy. 

Krzyknęła,  przeżywając  go  całą  sobą,  a  w  trzy  sekundy  później  dołączył  do  niej  Mac. 
Zamknął ją w uścisku i pozostali w tej pozycji, nie otwierając oczu. W końcu dotknął włosów 
Kary i przytulił policzek do jej twarzy.

- Zdumiewasz mnie - powiedział ochrypłym głosem.
-  Bo  tak  szybko  się  uczę?  -  spytała,  całując  go  mocno.  -  W  końcu  jesteś  fantastycznym 

nauczycielem.

Ciągle  czuła  go  w  sobie.  Nawet  jeśli  Mac  nie  wypowiedział  tego  słowami,  miała 

świadomość, że jest kochana.

- Nie mogę uwierzyć! W samochodzie? Kazałaś mi jechać do garażu, by mnie uwieść?
- Masz coś przeciwko temu?
- Ależ skąd. Chciałbym, żeby stało się to naszym zwyczajem.
Powoli rozłączyli się i sięgnęli po ubrania. Mac włączył światła, a Kara przyczesała włosy i 

umalowała usta. Patrząc w lusterko, nie mogła rozpoznać własnego odbicia. W szkle odbijała 
się twarz pięknej, namiętnej kobiety. Skromna ministerialna urzędniczka, która dwa dni temu 
przybyła do Montany, zniknęła gdzieś bez śladu.

Kiedy  doprowadziła  swój  wygląd  do  porządku,  Mac  pomógł  jej  wysiąść  z  auta.  Szli  do 

domu objęci i całowali się po drodze.

- Mac, co do Webba i Lily... - zaczęła z wahaniem Kara, gdy dotarli na ganek.
- Nie bój się. Nie mam siły na awanturę. To twoja zasługa - rzekł z uśmiechem.
-  Lily  pewnie  udaje,  że  śpi,  a  Webb  jest  w  stajni  -  zauważyła  Kara.  -  Nie  moglibyśmy 

wszystkiego odłożyć do rana?

-  Dobrze  -  zgodził  się  Mac.  -  Mam  zamiar  zwolnić  Webba.  Szkoda,  bo  był  dobrym 

59

background image

zarządcą.  Nigdy  nie  podejrzewałem,  że  coś  takiego  może  się  zdarzyć  między  nim  i  Lily. 
Myślałem, że smarkula gra mu na nerwach, a ona go uwodziła.

W  domu  panowała  cisza.  Nagle  w  holu  pojawili  się  Clay  i  Autumn.  Oboje  w  piżamach. 

Dziewczynka dźwigała kota.

- Czy Tai może dziś spać ze mną, ciociu? - spytała.
Kara  skinęła  głową,  a  mała  pobiegła  do  sypialni.  Clay  pocałował  ich oboje na dobranoc i 

również zniknął.

-  Zeszli  z  linii  ognia  -  skomentował  Mac.  -  Nie  wiedzą,  że  jedyna  batalia  odbędzie  się  w 

naszej sypialni.

- Już nie mogę się doczekać - szepnęła Kara, a za chwilę otworzyła usta ze zdumienia, bo 

przed nimi pojawił się Webb.

Mac nasrożył się i jeszcze moment, a rzuciłby się na swego zarządcę.
- Nie! - krzyknęła Kara, chwytając go za rękę.
-  Wujku,  przestań!  -  W  holu  rozległ  się  głos  Lily,  która  wraz  z  Brickiem  chwyciła  drugą 

rękę Maca.

- Zetrzyj mnie na proszek, szefie. Po to tu przyszedłem. - Webb nie próbował się bronić.
- Wynoś się stąd, Asher! Do rana ma cię nie być ani na ranczu, ani w tym stanie! - krzyczał 

Mac.

- Nie, wujku! - przerwała Lily i podbiegła do zarządcy, by go objąć.
- Brick, idź do łóżka. To ciebie nie dotyczy - zarządziła Kara.
- Wujek może mnie potrzebować przy rozprawie z Webbem - upierał się chłopak.
- Nie będzie żadnej rozprawy. Kładź się spać - rzekł z westchnieniem Mac.
-  Webb  ma  zamiar  powiedzieć,  jak  bardzo  się  kochamy,  prawda?  -  powiedziała  Lily, 

uśmiechając się do Ashera.

- Nie chce mi się tego słuchać. Idę stąd - mruknął Brick.
Pozostali tylko we czwórkę.
- Czemu nie pójdziemy do kuchni? Napijemy się herbaty - rzekła Kara.
- Myślę, że wujek i Webb woleliby coś mocniejszego. - Lily uśmiechnęła się.
Kara czuła, że Mac powoli się uspokaja, choć nie był zachwycony słowami i zachowaniem 

bratanicy. Popchnęła go lekko w stronę kuchni, a Webb i Lily poszli za nimi.

-  Czemu  jeszcze  nie  jesteś  w  drodze  do  Teksasu,  Webb?  -  rzucił  Mac,  siadając  ciężko  na 

krześle.

- Za bardzo mnie kocha, żeby uciekać - wtrąciła Lily.
- Bóg mi świadkiem, że to prawda - odrzekł Asher, patrząc szefowi w oczy. - Próbowałem z 

tym  walczyć,  ale  naprawdę  ją  kocham.  Czułem  się  wobec  ciebie  jak  łajdak.  Kiedy  dziś 
wieczorem  dzieci  wbiegły  do  domu,  by  nas  ostrzec,  postanowiłem  stanąć  przed  tobą  i 
wyznać, jak bardzo mi na niej zależy. 

- Ależ to jeszcze dziecko! - wykrzyknął Mac.
-  Dawno  temu  przestałam  być  dzieckiem,  wujku  -  powiedziała  spokojnie  Lily.  -  Jestem 

kobietą w każdym calu. Zapragnęłam Webba, jak tylko go ujrzałam. Próbował mnie trzymać 
na  dystans.  Miałam  zamiar  go  uwieść,  lecz  mi  na  to  nie  pozwolił.  Dużo  rozmawialiśmy. 
Twierdził, że jest dla mnie za stary, lecz to nieprawda.

- I to jest mężczyzna, którego pragniesz? - spytał ironicznie Mac.
- Tak. Chodziłam za nim całe lato, ale nawet mnie nie pocałował. A kiedy stało się to we 

wrześniu, czuł się winny, lecz nie mogliśmy się już rozstać.

- Nieustępliwa jesteś - zauważył ponuro Mac.
- To musi być u was dziedziczne - mruknęła Kara, masując mu zesztywniałe mięśnie szyi.
Jeszcze  przed  paroma  minutami  czuł  się  taki  odprężony,  a  teraz  znowu  wróciło  napięcie. 

Kara  pocałowała  go  w  czubek  głowy,  próbując  złagodzić  jego  stres.  Mac  odpowiedział  na 
pieszczotę  Kary,  przytrzymując  jej  rękę  w  swojej.  Na  widok  tej  sceny  bratanicy  Maca 
rozbłysły oczy. Posłała Karze aprobujący uśmiech i ciągnęła dalej:

- Wiem, że się kochamy. Webb długo nie chciał się przyznać do swych uczuć, ale zmusiłam 

go  do  tego,  uciekając  do  przydrożnego  zajazdu  w  dniu  przybycia  Kary.  Szalał  z  niepokoju, 
gdy  przyjechał  po  mnie  na  wezwanie  szeryfa.  Specjalnie  go  prowokowałam.  I  następnego 

60

background image

dnia...

-  Dosyć  -  przerwał  Webb.  -  Wiem,  że  to  szaleństwo.  Gdyby  jeszcze  niedawno  ktoś  mi 

powiedział,  że  w  moim  wieku  pozwolę,  by  siedemnastolatka  owinęła  mnie  sobie  wokół 
palca, za nic bym nie uwierzył. Nigdy nie zależało mi na trwałym związku z kobietą. Przez 
całe  lata  starałem  się  tego  unikać.  Kiedy  pracowałem  w  Teksasie,  zakochała  się  we  mnie 
młodsza  siostra  właściciela  rancza.  Odszedłem,  bo  oczekiwała  więcej,  niż  chciałem  jej 
ofiarować. Kiedy zostałem tu zarządcą, ostatnią rzeczą, jakiej mogłem się spodziewać, było...

- To, że padniesz ofiarą żądzy mojej bratanicy - dokończył ironicznie Mac. - Wierzę, iż nie 

ponosisz  całej  winy,  ale  zrozum,  że  ona  jest  jeszcze  uczennicą,  a  ja  nie  mogę  tolerować 
waszego związku.

-  Wiem,  lecz  to  coś  poważniejszego.  Dziś  zrozumiałem,  że  chcę  się  z  nią  ożenić.  Mam 

trochę  pieniędzy,  a  dziadek  przekaże  mi  swoje  ranczo w Kolorado. Wyjadę, jak tylko mnie 
zwolnisz, i zabiorę Lily. Może tam skończyć szkołę...

- Chcecie się pobrać? Co za pomysł? - Mac wyraźnie okazywał swą dezaprobatę.
- Znam głupsze - wtrąciła Lily. - Sam posłałeś po narzeczoną na zamówienie, zakochałeś się 

w niej i chcesz się żenić, znając dziewczynę zaledwie od kilku dni.

- To co innego - warknął Mac.
-  Wszyscy  jesteśmy  tacy  sami!  Wilde’owie  właśnie  tak  się  zachowują.  Dobrana  z  nas 

paczka. 

- W tej sytuacji nie mam wyjścia, jak tylko życzyć wam szczęścia - westchnął Mac. - Nie 

chcę krzywdzić mojej bratanicy ani zmuszać jej do ucieczki z domu.

- Zrobiłabym to natychmiast - zapewniła Lily, podbiegając do wuja i Kary, by ich uściskać. 

-  Dziś  jest  najszczęśliwszy  dzień  mego  życia.  Nie  martw  się  o  mnie,  wujku.  Pasujemy  do 
siebie z Webbem!

Kara  była  zdumiona  determinacją  tej  smarkuli.  W  jej  zachowaniu  rozpoznawała  tę  samą 

pewność  siebie  i  arogancję,  którą  odznaczał  się  Mac.  Bratanica,  podobnie  jak  wuj,  nie 
wierzyła, by szalone plany matrymonialne mogły się nie powieść.

Mac przytulił Lily i z kamienną twarzą podał rękę zarządcy, lecz nie pozwolił jej pójść za 

Asherem do przyczepy samochodowej.

- Nie będziesz z nim spała przed ślubem - rzekł.
- To staroświeckie zasady, wujku - sprzeciwiła się dziewczyna.
Kara  wstrzymała  oddech.  Na  tyle  znała  już  Wilde’ów,  by  się  spodziewać,  że  za  chwilę 

zacznie się nowa sprzeczka, bo żadne z nich nie ustąpi. Nieoczekiwanie po stronie Maca opo-
wiedział się Webb.

- Wuj ma rację, Lily. Nie będziemy ze sobą, dopóki się nie pobierzemy - oznajmił.
- Mogę robić, co chcę - upierała się dziewczyna. - Jeśli pragnę spędzić tę noc z tobą, to tak 

będzie!

- Nie, dopóki nie zostaniesz panią Asher - oświadczył stanowczo Webb.
Kara i Mac wymienili znaczące spojrzenia, lecz Lily zaskoczyła ich swoją reakcją.
- W porządku - mruknęła. - Zostanę tutaj.
Odwróciła się i ruszyła do wyjścia z podniesioną głową.
- Dobranoc - rzuciła przez ramię.
- O nie! - Webb zatrzymał ją i ogarnął ramieniem. - Najpierw odprowadzisz mnie do drzwi i 

pocałujesz na dobranoc - zarządził.

Lily  zawahała  się  przez  moment,  jak  gdyby  rozważała  wszystkie  za  i  przeciw,  a  potem 

przytuliła się do Ashera i oboje zniknęli w holu.

- Może sobie z nią poradzi - zauważył Mac, wchodząc z Karą na górę do sypialni - ale czuję 

się, jakbym zdradził to dziecko. Jest taka młoda...

- Nie masz się o co obwiniać - rzekła Kara. - Lily pragnie do kogoś należeć i mieć kogoś dla 

siebie. Wiek nie ma tu nic do rzeczy. Ona wyczuwa, że Webb zapewni jej bezpieczeństwo i 
miłość. Was, Wilde’ów, nie da się powstrzymać, gdy postanowicie zdobyć coś, na czym wam 
zależy - dodała z uśmiechem.

-  Mówisz  o  Lily  i  o  mnie  -  domyślił  się  Mac.  -  Ona  chciała  Webba  i  zdobyła  go,  a  ja 

pragnąłem ciebie.

61

background image

- A więc mnie masz - zapewniła Kara.
Mac pochylił się, wziął ją na ręce i, całując, zaniósł do łóżka.
- Kocham cię, Mac - szepnęła Kara.
- Ja też cię kocham, najdroższa - wyznał i położył się obok.
- Nie musisz mi mówić tego, co, jak sądzisz, chciałabym usłyszeć.
- Ależ ja cię naprawdę kocham. To musiało się stać, jak tylko cię zobaczyłem na lotnisku. 

Od  razu  wiedziałem,  że  zrobię  wszystko,  by  cię  zatrzymać.  Nigdy  nie  przeżyłem  czegoś 
podobnego.

Kara popatrzyła na niego z niedowierzaniem.
-  To  prawda.  Jeśli  jakaś  kobieta  odmówiła  mi  ręki  wcześniej  ze  względu  na  dzieci,  nie 

próbowałem przekonywać, by zmieniła zdanie. Ale twojej odmowy nie mogłem znieść. Jesteś 
jedyna  w  swoim  rodzaju,  niepowtarzalna.  Kocham  cię  i  przez  resztę  życia  będę  ci  to 
udowadniał.

- Mam nadzieję, że zaczniesz już teraz - szepnęła Kara, zarzucając mu ręce na szyję.
- Natychmiast - zapewnił ją Mac.

62