background image

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

Barbara Boswell 

DOBRANA PACZKA 

 

background image

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

-  Jak  już  się  nie  wiedzie,  to  we  wszystkim?  -  Wielebny  Will  Franklin  potrząsnął  głową  z 

niedowierzaniem. - Trudno się z tym zgodzić, Mac. - Za dużo cynizmu i pesymizmu. A gdzie... 

-  Pozytywne  myślenie?  -  wtrącił  Macauley  Wilde.  -  Wiem,  wiem.  Przeczytałem  książkę,  którą  mi 

pożyczyłeś. Próbowałem myśleć pozytywnie, kiedy już po pierwszym dniu pobytu zabroniono Brickowi na 

tydzień wstępu do nowej szkoły, bo bił kolegów. Podobnie, kiedy Lily chyłkiem wykradła się z domu i nie 

wróciła na noc, a także gdy mały Clay został zawieszony w prawach ucznia po tym, jak ze swoim „gangiem” 

włamał się do laboratorium biologicznego i wypuścił z klatek wszystkie białe myszki. 

-  Wiem,  że  to  bywa  trudne  -  przerwał  pastor,  nie  godząc  się  z  czarnowidztwem  Maca,  choć  w  tej 

sytuacji  pesymizm  mógł  wydawać  się  uzasadniony.  -  Dzieci  twojego  brata,  Reida,  rzeczywiście  miały 

trudności z przystosowaniem się do życia w Bear Creek. 

- Wcale się nie przystosowały - rzekł ponuro Mac. - A co gorsza, nie mają zamiaru tego uczynić. To 

maniacy. 

- Nie przeczę, że cała czwórka jest... trudna. - Wielebny pastor chrząknął, mając świadomość, że nie 

użył najtrafniejszego przymiotnika, lecz jako duchowny chciał znaleźć możliwie taktowne określenie. 

Przecież w odniesieniu do dzieci nie mógł zastosować słów: „skandaliczne”, „potworne” albo „ohydne”. 

- Myślałem raczej o sile modlitwy - wyjaśnił. 

- Środki religijne nie poskutkują, chyba że zaczniemy odprawiać egzorcyzmy. 

- Żartujesz, Mac. - Pastor uśmiechnął się z zakłopotaniem. - Zawsze miałeś poczucie humoru. 

- Nie żartuję. Dzieci są u mnie prawie pięć miesięcy i coś trzeba z tym zrobić. Kiedy zjawiły się w 

czerwcu, sądziłem, że przez lato jakoś się ustatkują i we wrześniu spokojnie pójdą do szkoły. Ale nic z tego. 

Jest coraz gorzej. Mamy połowę października i jestem w rozpaczy. To nie może trwać dłużej. 

- Myślisz o oddaniu ich stanowej opiece społecznej? 

-  Ha!  Nikt  ich  nie  weźmie.  Skoro  są  tu  tak  krótko,  władze  Montany  uważają,  że  powinny  zostać 

odesłane  do  swego  rodzinnego  stanu,  Kalifornii,  a  ci  z  Kalifornii  odpowiadają,  że  to  już  nie  ich  problem. 

Dzieciaki są niepoprawne i sieją postrach wśród pracowników opieki społecznej. 

-  Widzę,  że  za  wszelką  cenę  chcesz  zatrzymać  potomstwo  Reida  i  Lindy.  Godna  podziwu  odwaga. 

Chciałem powiedzieć: oddanie - poprawił się wielebny Will. 

-  To  moi  bliscy  -  westchnął  Mac.  -  Kochałem  brata  i  bardzo  lubiłem  jego  żonę,  chociaż  inaczej 

podchodziliśmy do wielu spraw. 

-  Większość  ludzi  miała  inne  poglądy  na  życie  niż  Reid  i  Linda  -  taktownie  zauważył  pastor.  - 

Szkoda, że nie wziąłeś dzieci zaraz po śmierci ich rodziców. Rok, który spędziły u twego brata Jamesa i jego 

żony,  Ewy,  był  dość...  niefortunny.  Sądzę,  że  większość  problemów,  które  masz  z  nimi,  wzięła  się  z 

tamtego... trudnego okresu. 

- Wiem. Ja też nie chciałbym mieszkać z Jamesem i Ewą. Proponowałem, że zaopiekuję się dziećmi, 

ale oni stwierdzili, iż tylko małżeństwo może się nimi zająć. - Mac skrzywił się. - Uznali, że skoro mam za 

background image

 

sobą  nieudany  związek,  to  przebywanie  ze  mną  pod  jednym  dachem  będzie  szkodliwe  dla  dzieci.  Nie 

nadawałem  się do wychowywania dzieci  brata, dopóki nie okazało się, że James  i  jego żona nie  mogą wy-

trzymać z małymi potworami. 

- James  i Ewa  bez wątpienia  mieli dobre zamiary, ale  są... - pastor przerwał  i odkaszlnął. - Trudni. 

Znów  użyłem  tego  słowa,  lecz  jako  duchowny  nie  mogę  użyć  określeń:  zadufani  w  sobie,  obłudni  i 

małostkowi, kiedy mówię o stadle małżeńskim. A temu, że twoje małżeństwo się rozpadło, nie jesteś winien. 

Byliście z  Amy zbyt  młodzi, kiedy się pobieraliście.  Każde z was oczekiwało czegoś  innego, więc się roz-

staliście.  Trudno.  Nieszczęście.  Stało  się.  Było,  minęło  i  nie  powinno  cięto  powstrzymywać  od  wejścia  w 

następny, trwały związek. 

- Wyszło szydło z worka. Ciągle mi powtarzasz: „znajdź sobie miłą dziewczynę i ożeń się”. 

- Małżeństwo oznacza stabilizację. Nie wspominając o tym, że dzieci rozpaczliwie potrzebują matki. 

-  Wiedziałem,  że  to  powiesz.  -  Mac  wstał  i  zaczął  chodzić  tam  i  z  powrotem  wzdłuż  ściany 

ozdobionej  łbem  łosia  o  wspaniałym  porożu,  pośrodku  której  znajdował  się  duży,  granitowy  kominek.  - 

Rzeczywiście nie spieszno mi było do małżeństwa po doświadczeniach z Amy, choć wiem, że sam nie mogę 

wychowywać dzieci. Jednak kiedy w końcu uznałem, że powinienem się ożenić, to zgadnij, co się okazało. 

Oto żadna kobieta nie jest zainteresowana małżeństwem, jeśli wiąże się to z opieką nad potomstwem mojego 

brata. 

- Naprawdę rozmawiałeś o ślubie z którąś z twoich... znajomych? - spytał zaciekawiony pastor. 

-  Niezupełnie,  ale  im  o  tym  napomykałem.  Jill  Finlay  wzruszyła  ramionami  i  powiedziała,  że  nie 

będzie wychowywać żadnych innych dzieci poza własnymi. Tonya Bennett zaproponowała, bym pozbył się 

całej czwórki, a wówczas porozmawiamy o  małżeństwie. Marcy Tanner przyznała, że chce wyjść za  mnie, 

ale  była  przekonana,  że  dzieci  pozbawią  nas  szansy  na  szczęście,  więc  powinienem  poszukać  im  innego 

domu. Oczywiście, gdyby nie dzieci, nie potrzebowałbym się żenić z żadną z nich. Nawet nie chciałbym. Ale 

jest  jak  jest...  To  beznadziejne.  Jaka  kobieta  przy  zdrowych  zmysłach  zostanie  moją  żoną  i  zamieszka  z 

„bandą czworga”? 

-  Pomyśleć,  że  zaledwie  rok  temu,  na  walentynkowym  balu  dobroczynnym,  zostałeś  uznany  za 

najbardziej  pożądanego  kandydata  na  męża  w  całym  Bear  Creek  -  westchnął  wielebny  Will.  -  Cóż,  jestem 

rozczarowany  postawą  Jill,  Tonyi  i  Marcy,  ale  trudno  im  się  dziwić.  Potrzebujesz  kobiety  o  wyjątkowej 

wrażliwości  i  zaangażowaniu,  a  te  panie  nie  odznaczają  się  takimi  cechami.  Za  to  ja  znam  kogoś  odpo-

wiedniego. 

- Próbujesz bawić się w swata? Dziękuję, ale nie trzeba. Jeśli sam nie mogę znaleźć... 

-  Mac,  wybacz,  że  przeszkadzam!  -  Do  pokoju  wpadł  wysoki,  dobrze  zbudowany  kowboj, 

najwyraźniej czymś poruszony. 

Macauley  poczuł, że zamiera  mu serce.  Zarządca rancza,  Webb  Asher,  nie  zwykł  bez powodu wpadać w 

panikę. 

- Co się stało, Webb? 

 

background image

 

- Mamy zniszczone ogrodzenie  na północnym pastwisku. Nie wiem,  jak do tego doszło, ale zostało 

stratowane przez bydło, które przemieszcza się teraz w kierunku Blood Canyon. 

-  A  już  myślałem,  że  nie  może  być  gorzej!  -  jęknął  Mac.  -  Musimy  natychmiast  naprawić  płot  i 

zacząć  zaganiać  krowy.  -  Spojrzał  na  zegarek.  -  O  piątej  powinienem  odebrać  Autumn  po  lekcji  tańca  w 

miejskim ośrodku kultury. 

- Mógłbym poprosić moją córkę, żeby odwiozła małą do Double R - zaofiarował się pastor. - Myślisz, 

że Autumn wsiądzie do auta z Tricią? 

- Nie wiem. - Mac znowu zaczął krążyć po pokoju. - Autumn nie zna Tricii zbyt dobrze, a te jej lęki... 

Wszędzie  widzi  czające  się  niebezpieczeństwo.  Jak  mogę  być  w  dwóch  miejscach  jednocześnie?  Odebrać 

Autumn i pracować na północnym pastwisku? 

- Gdybyś miał żonę, pilnowałaby dzieci, gotowałaby i... 

- Obiad! - Mac z rozpaczą złapał się za głowę. - Do licha, zapomniałem o obiedzie. 

- A Lily nie może czegoś ugotować? - spytał pastor. - Wiem, że w liceum ma lekcje gotowania, bo i 

moja Tricią tam się uczy. 

-  Lily  prędzej  podpali  kuchnię  albo  otruje  pozostałe  dzieci.  I  to  umyślnie  -  westchnął  Mac.  -  Pani 

Lattimore  przygotowuje  nam  gulasz  na  trzy  dni,  kiedy  przychodzi  sprzątać,  lecz  przez  następne  cztery  dni 

tygodnia ja muszę martwić się o posiłki. 

-  Ta  młoda  dama,  którą  miałem  na  myśli,  przepada  za  gotowaniem  -  zauważył  wielebny  Will.  - 

Znakomicie  radzi  sobie  z  dziećmi  i  zawsze  pragnęła  mieć  rodzinę.  Pracuje  w  Waszyngtonie.  Z  jej  listów 

wynika, że chciałaby coś zmienić w swoim życiu. Możemy sprowadzić ją do Bear Creek i... 

- Byłaby kimś w rodzaju narzeczonej na zamówienie? 

-  To  nie  gorsze  niż  ogłoszenie  matrymonialne  w  gazecie  -  nie  ustępował  pastor.  -  A  mój  plan  z 

pewnością jest lepszy i bezpieczniejszy. Mogę ręczyć za ciebie i Karę. Oboje... 

- Hej, Mac, twój bratanek prowadzi dżipa! - krzyknął Webb i ruszył ku frontowym drzwiom. 

- Brick? Powinien być w szkole. Jeśli znowu go wyrzucili... 

Trzej mężczyźni wybiegli na ganek. 

-  Dobry  Boże,  to  mały  Clay!  -  sapnął  pastor.  Przez  moment  jak  sparaliżowani  wpatrywali  się  w 

drugoklasistę siedzącego za kierownicą. 

- Wujku Mac! - zawołał Clay, wtaczając się dżipem na podjazd. - Dzisiaj wcześniej odesłali mnie do 

domu, bo jestem zarażony. Zobacz, jak dobrze prowadzę! 

- Czym zarażony? 

- Słyszałem, że w szkole podstawowej zanotowano przypadki wietrznej ospy - powiedział wielebny 

Will. - Jeśli Clay to złapał, co najmniej przez tydzień nie będzie chodził do szkoły. Moja mała Joanna parę 

lat temu przez dwa tygodnie leżała w łóżku chora na ospę. 

-  Ożenek  wydaje  się  sprawą  nie  cierpiącą  zwłoki  -  przyznał  Mac.  -  Rozsądny  związek  między 

dwojgiem  dorosłych  ludzi,  którzy  wiedzą,  czego  chcą.  Pastorze,  czym  prędzej  sprowadź  tę  dziewczynę,  o 

której wspomniałeś. Na mój koszt - dorzucił, biegnąc w kierunku dżipa. 

background image

 

 

Kara Kirby po raz kolejny czytała list, bezskutecznie pragnąc odmienić jego sens: 

 

Z przykrością informujemy, że ze względu na cięcia budżetowe zmuszeni jesteśmy zmniejszyć zatrudnienie w 

naszym  ministerstwie  i  pani  stanowisko  zostało  przewidziane  do  redukcji  w  terminie  trzydziestu  dni  od 

niniejszej daty. 

 

Z listu wynikało, że nie chodzi o kwestionowanie jakości pracy, którą Kara wykonywała doskonale, lecz o 

oszczędności budżetowe w dziedzinie, która przestała być traktowana priorytetowo. 

Straciła pracę statystyka! Za trzydzieści dni będzie bezrobotna. Gorące łzy napłynęły jej do oczu. Poczuła, 

że ogarnia ją strach. Wykonywała to zajęcie przez ostatnich pięć lat! Prawda, że przeważnie było nudno, ale 

zarabiała nieźle, miała zapewnioną opiekę medyczną, a także tydzień płatnego urlopu. W zeszłym roku Kara 

mogła  sobie  pozwolić  na  opłacanie  czynszu  za  mieszkanie  bez  brania  współlokatorki.  Zawsze  była  raczej 

introwertyczna  i  nieśmiała,  ale  dzielenie  lokum  z  różnymi  dziewczętami  sprawiało,  że  prowadziła  bardziej 

urozmaicony  tryb  życia.  Kiedy  jednak  ostatnia  współmieszkanka  wyszła  za  mąż,  Kara  zdecydowała  się 

mieszkać sama, mając za towarzysza jedynie syjamskiego kota o imieniu Tai. 

Trzy  miesiące  temu,  w  dniu  własnych  urodzin,  siedziała  przed  telewizorem  z  kotem  na  kolanach  i 

podsumowywała swoje życie. Miała dwadzieścia sześć lat, była samotna. Niewielki krąg przyjaciół rozpadł 

się,  znajomi  pozakładali  rodziny  albo  wyjechali  i  tylko  w  jej  życiu  nic  się  nie  zmieniło.  W  perspektywie 

rysowała się smutna, samotna przyszłość bez męża i dzieci. A teraz jeszcze bez pracy! 

Tai miauknął i zeskoczył z tapczanu. 

- Och, koteczku, co my zrobimy? - Kara z trudem przełknęła ślinę. 

W  najczarniejszych  myślach  nie  przypuszczała,  że  może  być  aż  tak  źle.  Dzwonek  telefonu  wyrwał  ją  z 

ponurych rozmyślań. 

- Kara? - w słuchawce rozległ się ciepły głos wielebnego Willa Franklina. 

- Wujek Will! - wykrzyknęła dziewczyna z przejęciem. 

- Nie chciałabyś przyjechać do nas z wizytą, moja droga? 

- Bardzo bym chciała, ale... 

-  Żadnych  „ale”.  Opłacę  całą  podróż.  Ginny,  dziewczynkom  i  mnie  bardzo  zależy  na  twoim 

przyjeździe do Montany tak szybko, jak to możliwe. 

Stojąc  przy  wyjściu  z  lotniska  w  Helenie,  Mac  Wilde  po  raz  setny  oglądał  fotografię  otrzymaną  ty  dzień 

temu od pastora. Na zdjęciu widniała podobizna Kary Jo Kirby. 

Ostatnio  Mac  był  zmuszony  ponaglić  wielebnego  Willa,  by  ten  skontaktował  się  jak  najszybciej  z 

dziewczyną  z  Waszyngtonu.  Po  tym,  jak  parę  dni  temu  przyłapano  Bricka  ukrytego  w  dziewczęcej 

przebieralni  z  polaroidem  w  ręku  i  po  gonitwie  za  chorym  na  ospę  Clayem,  który  uciekał,  nie  pozwalając 

sobie posmarować krost maścią, Mac uznał, że związek małżeński to po prostu życiowa konieczność. 

Wielebny Will był zachwycony. 

background image

 

-  Znam  Karę  od  lat  i  gwarantuję,  że  jest  godną  zaufania  dziewczyną.  Musisz  wiedzieć,  że  prawie 

przez pięć i pół roku byłem jej ojczymem. Wychowywałem ją od trzeciego do ósmego roku życia, a potem ja 

i jej matka rozwiedliśmy się - powiedział. 

Mac przyglądał się mu bez słowa. Znał Willa i Ginny Franklinów od piętnastu lat, odkąd pastor przybył do 

Bear  Creek.  Oboje  wraz  z  córkami,  szesnasto-  i  dwunastoletnią,  stanowili  niezwykle  przykładną  rodzinę. 

Mac Wilde po raz pierwszy usłyszał o poprzedniej pani Franklin. 

-  To  nie  tajemnica,  choć  rzadko  mówię  o  swoim  pierwszym  małżeństwie.  Nie  ma  powodu,  a  poza 

tym Ginny nie chce do tego wracać. Przez lata utrzymywałem kontakt z Karą, choć nie widywaliśmy się tak 

często, jak byśmy tego pragnęli. - Pastor podał Macowi fotografię. - Została zrobiona prawie pięć lat temu. 

Miałem wówczas konferencję w Waszyngtonie i odwiedziłem moją byłą pasierbicę. 

Mac wpatrywał się w zdjęcie. Uśmiech Kary Kirby wyglądał na wymuszony. Miała zgrabny, mały nosek, 

ładne,  białe  zęby  i  brązowe, ostrzyżone  na  pazia  włosy.  Grzywka,  przy  której  modelowaniu  na  pewno  nie 

użyto  żadnego  żelu,  podkreślała  duże,  szeroko otwarte oczy  dziewczyny,  w  których  na  czerwono  odbił  się 

błysk flesza. Według opinii wielebnego Willa, Kara miała piwne oczy. Młoda kobieta z fotografii, ubrana w 

białe spodnie i brzoskwiniową bluzkę, była szczupła, choć przez ostatnie pięć lat mogła utyć. 

Jakieś parę kilogramów, pomyślał Mac, przełykając ślinę. Nic nie szkodzi. Jeśli tylko miała taki charakter i 

zalety, o których wspominał pastor, i jeśli zechce poświęcić się dla zrozpaczonego mężczyzny oraz czwórki 

nieznośnych dzieci, to on, Mac, miał diabelne szczęście, że na nią trafił. 

Dźwigając  podróżną  klatkę  kota,  Kara  skierowała  się  ku  wyjściu.  Po  drodze  rozglądała  się  uważnie,  ale 

wśród osób oczekujących na pasażerów samolotu nie mogła dostrzec wielebnego Willa Franklina. 

- Przepraszam, czy pani Kara Kirby? 

- Tak. - Dziewczyna zatrzymała się i spojrzała na dużo wyższego od siebie mężczyznę. 

- Jestem Mac Wilde. 

Przyglądał się jej uważnie. Nie zmieniła się przez te pięć lat. Miała taką samą fryzurę jak na starym zdjęciu 

i  duże  piwne  oczy.  Była  kruchą,  delikatną  dziewczyną  o  smukłych  kształtach,  choć  to,  co  interesowało  go 

najbardziej, skrywał gruby, przypominający tunikę beżowy sweter i szerokie popielate spodnie. 

Ubranie  utrzymane  w  dobrym  guście,  ale  wyjątkowo  pozbawione  fantazji  i  za  bardzo  maskujące  figurę. 

Mac spróbował sobie wyobrazić,  jak wyglądałaby w jaśniejszych kolorach  i stroju podkreślającym  kobiece 

kształty. Zmarszczył brwi, uświadomiwszy sobie trop własnych skojarzeń. Nie spodziewał się oczywiście, że 

Kara będzie ubrana jak nastolatka Lily, która swymi ekstrawaganckimi kreacjami często go szokowała. 

Zachmurzył się na myśl o tym, że wczoraj koło trzeciej nad ranem przyłapał bratanicę, jak wślizgiwała się 

do domu. Mała cwaniara nie chciała powiedzieć, gdzie była i z kim. 

Kara zaniepokoiła się, spostrzegłszy wyraz dezaprobaty na twarzy mężczyzny. Domyśliła się, że Mac został 

wysłany  przez  pastora,  by  ją  przywieźć  z  lotniska,  i  ta  misja  najwyraźniej  nie  przypadła  mu  do  gustu. 

Zapewne  nie  spodobała  mu  się  również  sama  Kara.  Mężczyzna  taki  jak  on  -  ciemnowłosy,  wysoki, 

przystojny - nigdy nie zwróciłby uwagi na kogoś tak przeciętnego jak ona. 

 

background image

 

Wuj Will mówił, że z lotniska do domu w Bear Creek jedzie się parę godzin, a to oznaczało dłuższą podróż 

w towarzystwie Maca Wilde’a, który z pewnością będzie się z nią okropnie nudził. 

Kara  wysiliła  umysł,  by  coś  powiedzieć.  Pragnęła  zdobyć  się  na  jakiś  błyskotliwy  bon  mot,  lecz,  jak 

zwykle, nic z tego nie wyszło. 

-  Rozumiem,  że  pastor  Franklin  nie  mógł  przyjechać  po  mnie  na  lotnisko  i  poprosił  pana  o  tę 

przysługę - rzekła, karcąc się natychmiast za stwierdzenie oczywistości. 

- Sam chciałem przyjechać - odpowiedział Mac. 

Opłacił dziewczynie bilet pierwszej klasy, miał zamiar się z nią ożenić, więc nic dziwnego, że spieszyło mu 

się, by obejrzeć przyszłą żonę. 

- To miło z pana strony. - Kara uśmiechnęła się. 

Mac popatrzył uważnie na pannę Kirby. Jej uśmiech w niczym nie przypominał wymuszonego grymasu ze 

zdjęcia. Był szczery, rozjaśniał i odmieniał twarz. Ten nagły błysk ożywienia sprawił, że dziewczyna wydała 

się mu bardzo ładna. Najpierw zwrócił uwagę na jej cerę, nie smagłą jak u miejscowych kobiet, lecz jasną i 

gładką jak kość słoniowa. 

Kara szybko zmieniła wyraz twarzy, przybierając maskę spokoju i ostrożności. Znowu wyglądała tak, jak w 

chwili spotkania. Mac zmrużył oczy. Nagle ta maska również zaczęła go interesować, bo już wiedział, że pod 

nią  kryje  się  oblicze  innej  kobiety.  Piwne  oczy  tamtej  lśniły  ciepłem,  gdy  się  uśmiechała,  a  pełne  wargi 

nabierały zmysłowości. 

Wyobraził sobie, że całuje te słodkie usta, i poczuł przyjemne ciepło rozchodzące się po ciele. Spodobał mu 

się pomysł z pocałunkiem. Uświadomił sobie, że nie miał kobiety, odkąd pod jego dachem zjawiły się dzieci. 

Kara ukradkiem obrzuciła go wzrokiem, czując się niezręcznie pod ostrzałem spojrzeń. Jak na kobietę w jej 

wieku,  miała  niewielkie  doświadczenie  w  stosunkach  z  mężczyznami.  Teraz  wyczuwała  jakieś  napięcie, 

towarzyszące temu spotkaniu. 

- Czy... czy daleko jest do domu pastora w Bear Creek? 

- Jakieś trzy godziny jazdy do miasteczka i jeszcze ze dwadzieścia minut do rancza. 

- Jakiego rancza? 

- Mojego. Wielebny Will nie wspomniał o Double R? 

Mac  był  najwyraźniej  zaskoczony.  Zakładał,  że  pastor  przedstawił  dziewczynie  sytuację  i  przekazał  jej 

podstawowe informacje o przyszłym mężu i jego gospodarstwie. 

-  Nie.  Mówił  trochę  o  własnym  domu  -  wyjaśniła  Kara,  zastanawiając  się,  dlaczego  ranczo  Maca 

miałoby stanowić temat rozmowy między nią i pastorem. 

W tym momencie Tai zamiauczał tak przeraźliwie, że musiano go usłyszeć na całym lotnisku. 

- Widzę, że Autumn będzie miała konkurencję we wrzaskach - mruknął Mac. 

Kara  nie  wiedziała,  do  czego  odnosi  się  ta  uwaga,  lecz  była  pewna,  że  nie  ma  ona  związku  z  jej 

ulubieńcem. 

- Tai nie jest wytrawnym podróżnikiem - wyjaśniła przepraszająco. - To był jego pierwszy lot i czuje 

się nieszczęśliwy. Cieszę się, że wzięłam go ze sobą do kabiny pasażerskiej. 

background image

 

Głębokie spojrzenie ciemnobrązowych oczu Maca Wilde’a wprawiało Karę w zakłopotanie. Kiedy znowu 

poczuła je na sobie, zarumieniła się gwałtownie. 

- Wiem, że nie ucieszyło to załogi ani pozostałych pasażerów, ale po prostu nie mogłam skazać go na 

lot w przedziale towarowym - ciągnęła, odwracając wzrok. - Tai nigdy przedtem nie podróżował. To może 

pozostawić w jego psychice trwałe urazy. 

- Kot z urazami w psychice - powtórzył Mac. 

Pomyślał, że taka wrażliwość dziewczyny dobrze rokuje, jeśli chodzi o stosunki z dziećmi. W końcu były 

sierotami, które od czasu śmierci rodziców po raz drugi zmieniły dom. 

- Chodźmy, odbierzemy pani bagaż i ruszamy na ranczo. 

- Ja... wolałabym raczej pojechać do domu wielebnego Franklina - zauważyła Kara, która przez cały 

czas  kurczowo  trzymała  w  ręku  klatkę  z  Taiem.  -  Nie  mogę  się  doczekać  spotkania  z  wujem  Willem.  Z 

Ginny i dziewczynkami także - dodała szybko. 

Mac nie był zachwycony, ale przystał na to życzenie. 

- Tylko nie mogę zbyt długo zostawiać dzieci bez opieki. Naprawdę powinniśmy zaraz jechać. 

Poszedł po bagaż, a Kara podążyła za nim, podziwiając po drodze wspaniałą sylwetkę swego towarzysza. 

Miał  dzieci.  To oczywiste,  że  taki  atrakcyjny  mężczyzna  założył  rodzinę.  Kara  zastanawiała  się,  gdzie  też 

może być jego żona, skoro tak spieszno mu do dzieci, i dlaczego w tej sytuacji zgodził się wyjechać po nią 

na lotnisko. 

Pomyślała,  że  żonaty  mężczyzna  nie  powinien  patrzeć  na  kobiety  taksującym  wzrokiem.  A  może  była 

przewrażliwiona lub źle zrozumiała jego spojrzenia? 

- Dużo ma pan dzieci? - spytała, gdy już opuścili lotnisko i znaleźli się w dżipie Maca. 

Wydobyła kota z klatki i trzymała go na kolanach, co sprawiło, że przestał rozpaczliwie miauczeć. 

- Czworo - odrzekł Mac. 

Pastor  z  pewnością  musiał  wspomnieć  o  dzieciach.  W  końcu  to  główny  powód  jej  przyjazdu  tutaj!  Mac 

rzucił  okiem  na  Karę  i  spostrzegł,  iż  ukradkiem  go  obserwuje.  Przyłapana,  zarumieniła  się  lekko  ze 

zmieszania. 

- To miło - ciągnęła tym samym, bezosobowym tonem. 

Co  też  pastor  mógł  jej  powiedzieć,  skoro  dziewczyna  przyjmuje  wszystko  z  takim  spokojem?  Z  radia 

dobiegały  słowa  romantycznej  piosenki.  Kara  gładziła  futerko  kota  i  próbowała  się  uspokoić.  Czuła  się 

nieswojo. Była w dżipie sam na sam z mężczyzną. 

- W jakim wieku są pańskie dzieci? - zapytała, bawiąc się obróżką Taia. 

Mac zmarszczył brwi. Nie tak to sobie wyobrażał. Sądził, że Kara przyjedzie do Montany poinformowana 

przez  pastora  o  wszystkim,  co  dotyczyło  jej  przyszłej  rodziny.  A  może  dziewczyna  tylko  udawała 

nieświadomą, próbując przełamać lody pytaniami, na które od dawna znała odpowiedź? 

Z  radia  rozległy  się  podniecające  dźwięki  saksofonu.  Melodia  wyczarowywała  obraz  pary  kołyszącej  się 

rytmicznie w jej takt. Mac powędrował wzrokiem ku szyi panny Kirby. Kusiła go jedwabiście miękka skóra i 

lekko zaróżowione policzki. Zastanawiał się, jaki smak mają wargi tej dziewczyny. 

background image

 

- Jakie mają imiona? - zadała następne pytanie, nie doczekawszy się odpowiedzi na pierwsze. 

Towarzysz podróży najwyraźniej nie przejawiał chęci do rozmowy, ale jego spojrzenia świadczyły, że jest 

Karą zainteresowany. Jak mógł wujek Will wysłać go po nią na lotnisko? - zastanawiała się zdenerwowana. 

A co będzie, jeśli ten małomówny mężczyzna okaże się zboczeńcem? 

-  Chce  pani  dowiedzieć  się  czegoś  o  dzieciach?  -  westchnął  Mac.  -  Dobrze.  Nieuczciwie  byłoby 

owijać rzeczy w  bawełnę, więc powiem wprost. Lily  właśnie  skończyła  siedemnaście  lat. Jest gwałtowna  i 

kłamie na potęgę. Brick na Nowy Rok skończy czternaście i jeśli nie ma w danej chwili kłopotów, to sam ich 

szuka.  Autumn  jest dziesięciolatką. To mały  wampirek z obsesją  na punkcie zbrodni  i klęsk żywiołowych. 

Wszędzie  wietrzy  niebezpieczeństwo.  Wreszcie  najmłodszy,  Clay,  siedmioletni  diabeł,  który  żyje  po 

swojemu, nie słuchając nikogo. Trzeba przyznać, że niełatwo mieszkać z taką czwórką. 

- Z pewnością - odrzekła Kara. Może to jego zły dzień, pomyślała. Uznała, że w tej sytuacji wypada 

zachować się dyplomatycznie. 

- Dzieci mają dość oryginalne imiona

 - zauważyła. 

- Jakie dzieci, takie imiona - zgodził się ponuro Mac. - Ich rodzice, mój brat Reid i jego żona, Linda, 

pragnęli nazwać swoich potomków tak, by podkreślić związek człowieka z naturą i naszą planetą. 

- Sądzę, że rozumiem - rzekła Kara. 

To nie są jego dzieci, pomyślała zaskoczona. 

Mac  odczuł  wewnętrzne  zadowolenie.  Nie  potępiła  dzieciaków  ani  nie  wydrwiła  filozofii  życia  Reida  i 

Lindy. Wydawała się tolerancyjna, a tego właśnie potrzebowali jego bratankowie i bratanice. Dobrze zrobił, 

że ją tu sprowadził. Im wcześniej zamieszka z nimi, tym lepiej dla wszystkich. 

- Teraz dzieci są u pana? - Kara próbowała uporządkować sobie całą historię. 

- Mieszkają ze mną na stałe. Straciły rodziców w wypadku samochodowym prawie dwa lata temu. 

- Straszne! Biedne dzieci! 

- Tak. Najpierw zajmowała się nimi matka Lindy, ale tylko przez trzy miesiące. Nie mogła sobie dać 

z nimi rady i wkrótce przeniosła się do pensjonatu dla emerytów, w którym zabrania się przyjmować dzieci 

poniżej dwudziestu lat nawet w charakterze gości. Potem mój brat, James, i jego żona podjęli się opieki nad 

sierotami. Wytrwali przez rok. 

- Zabrakło sprzyjającej atmosfery - wyraziła przypuszczenie Kara, a w jej ciepłym głosie zabrzmiało 

współczucie. 

- Można tak to określić - uznał Mac. 

Macauleyowi  przypadła  do  gustu  wyważona  reakcja,  nikogo  i  niczego  nie  potępiającej  Kary.  Wszystko 

wskazywało na to, że dziewczyna miała zamiar zamieszkać z czwórką młodocianych terrorystów. 

- Skoro sprawy nie układały się najlepiej, wziął pan sieroty do siebie? 

- Mieszkają ze mną od czerwca. Muszę zaznaczyć, że niewiele wiem o wychowywaniu dzieci. Zdaję 

sobie sprawę, jaki ojciec może być z kawalera - powiedział Mac i obrzucił Karę przeciągłym spojrzeniem. 

                                                        

 Lily w jęz. ang. znaczy: lilia, brick - cegła, autumn - jesień, clay - glina (przyp. red.). 

background image

 

10 

Nie był żonaty. Kara poczuła wewnętrzne ciepło i zaczęła rozważać możliwości zainteresowania sobą tego 

mężczyzny. 

Mac sięgnął po telefon. 

- Powiem dzieciom, że już jedziemy. 

Odczekał dłuższą chwilę, lecz w domu nie podnoszono słuchawki. 

- Dlaczego nikt nie odpowiada? Gdzie są dzieci? 

Telefon dzwonił bez przerwy. Mac spojrzał na zegarek. 

- Już piąta. Powinny były wrócić ze szkoły. 

- Może coś... je zatrzymało? - zasugerowała Kara. 

W końcu w słuchawce odezwał się cienki głosik: 

- Halo? 

-  Autumn,  tu  wujek  Mac.  -  Mężczyzna  odetchnął  z  ulgą.  -  Dlaczego  tak  długo  nie  odbierałaś 

telefonu? 

-  Byłam  w  swoim  pokoju  i  musiałam  najpierw  odciągnąć  komodę  spod  drzwi,  a  to  zabrało  trochę 

czasu. 

- Co tam robiłaś zabarykadowana? I gdzie są pozostali? 

- Oglądałam telewizję. 

- W swoim pokoju? Przecież nie masz telewizora. 

- Teraz  mam - odpowiedziała z dumą  Autumn.  -  Przeniosłam go do siebie z  salonu.  Wujku, wiesz, 

jacy źli ludzie siedzą w więzieniach? 

-  Autumn,  mówiłem,  że  nie  wolno  ci  oglądać  takich  programów.  Telewizor  ma  wrócić  na  swoje 

miejsce. - Mac przerwał na moment. - Nie powiedziałaś mi, gdzie są inni. 

- Wyszli - odparła dziewczynka. - Nie wiem, dokąd. Po prostu wyszli. Wujku, co będzie, jeśli któryś 

z tych zabójców znajdzie Lily albo Bricka, albo Claya i... 

- Przestań, Autumn. Na pewno nie wiesz, gdzie oni są? 

- Nie wiem, gdzie jest Lily i Brick, ale Clay powiedział, że chce pojeździć na tym czarnym koniu. 

- Na Blackjacku? Wielki Boże?! Autumn, musisz... 

- Wujku, ktoś stuka do drzwi. Bardzo głośno, jak morderca. - Autumn wydała z siebie krzyk mrożący 

krew w żyłach. 

- Czy z nią wszystko w porządku? - spytała Kara z troską w głosie. 

- Autumn! - Mac kilkakrotnie wołał bratanicę, zanim udało mu się skłonić ją do rozmowy. 

-  On  mówi,  że  jest  Webbem  Asherem  i  przyprowadził  Claya  -  raportowała  dziewczynka.  -  Chce, 

żebym otworzyła drzwi, ale ja tego nie zrobię. Myślę, że to morderca z więzienia udaje Webba - zakończyła 

dramatycznie. 

- Autumn Wilde, natychmiast otwórz drzwi i poproś Webba do telefonu - zażądał Mac. 

Wysłuchał Ashera, a potem odłożył słuchawkę. 

 

background image

 

11 

-  Mój  zarządca  przyłapał  Claya  na  karmieniu  ogiera  ciastkami.  Mały  próbował  zaprzyjaźnić  się  z 

koniem,  bo  chciał  na  nim  pojeździć.  To  groźne  zwierzę.  Mogło  go  zabić  jednym  kopnięciem.  Gdyby  nie 

Webb...  Muszę  natychmiast  tam  wracać.  Jeden  Bóg  wie,  gdzie  są  Lily  i  Brick.  Nie  mogę  zostawić  dwójki 

maluchów bez opieki. Prosiłem Webba, żeby posiedział z nimi, dopóki nie wrócimy, ale pewnie nie na długo 

starczy mu cierpliwości. 

- Daleko jeszcze do Bear Creek? - spytała Kara. 

- Nie jedziemy tam. Wybrałem drogę, która omija miasteczko. 

Kara ukryła rozczarowanie. W tych okolicznościach nie mogła wymagać, by Mac odwiózł ją najpierw do 

pastora. 

- Zadzwonię do wujka  Willa,  jak tylko przyjedziemy  na ranczo,  i poproszę, by po  mnie przyjechał. 

Nie będzie pan musiał zostawiać dzieci i wozić mnie do miasta. 

- Nie można zaczekać ze spotkaniem do jutra? - spytał Mac. - Odbyła pani długą podróż, a poza tym 

nie ma potrzeby fatygować po nocy wielebnego Willa. 

- Czekać do jutra? - powtórzyła Kara. - Niemożliwe! 

- Załatwimy to inaczej. Dziś  w  nocy  nikt  nigdzie nie pojedzie. Jutro pomówimy o odwiedzinach  w 

Bear Creek. 

- Nie mogę zostać u pana na noc! - Kara wpadła w panikę. 

-  Kochanie,  możesz  i  zostaniesz.  Rozumiem,  że  na  samą  myśl  o  spotkaniu  z  dziećmi  mogłaś  się 

zdenerwować. Każdy by tak zareagował, bo to naprawdę dobrana paczka. Ale nie zapominajmy o przyczynie 

twojego przyjazdu do Montany... 

-  Właśnie.  -  Kara  przerwała  jego  wywody.  Pod  wpływem  strachu  nabrała  nagłej  śmiałości.  - 

Przyjechałam odwiedzić wuja Willa. 

- Bądźmy wobec siebie szczerzy, Karo. Wiesz, że jesteś tu po to, by wyjść za mnie za mąż i pomóc 

wychować dzieci. 

background image

 

12 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

Kara nie mogła wydobyć z siebie głosu. Czuła, jak jej policzki pokrywają się rumieńcem. 

- Jeśli to żart, to w bardzo złym guście - powiedziała. 

Nigdy dotąd w jej spokojnym życiu nie zdarzyło się, by ktoś do tego stopnia wyprowadził ją z równowagi. 

- Wujek Will kupił mi bilet i... 

-  Nieprawda.  Ja  opłaciłem  twoją  podróż.  Jeśli  pastor  powiedział  coś  innego,  to...  skłamał.  Nikt  nie 

jest bez grzechu. 

-  Naprawdę  mam  uwierzyć,  iż  wujek  mógłby  zaprosić  mnie  tutaj  na  takich  warunkach?  -  Kara 

dobitnym tonem podkreśliła niewiarygodność takiej koncepcji. - Że sprowadziłby mnie po to, bym... wyszła 

za pana za mąż i słowem nie wspomniał o pańskim istnieniu? 

-  Nie  tak  to  miało  wyglądać.  -  Mac  nie  ukrywał  niezadowolenia.  -  Sądziłem,  że  pastor  wszystko 

dokładnie wyjaśni. Sam to wymyślił. 

- Nie mógł zrobić czegoś takiego! Nie wujek Will! 

- Słuchaj, kochana, nie miałem pojęcia, że istniejesz, dopóki mi o tobie nie wspomniał. Wiedział, że 

mam kłopoty z dziećmi i potrzebuję żony do pomocy. Zasugerował, iż może zechcesz przyjechać, by wyjść 

za mnie. Skoro przyjęłaś bilet, uznałem, że odpowiada ci... rola mojej żony. 

- Och! To nie może być prawda! - Kara skryła w dłoniach rozpaloną twarz. 

- Wiesz, że tak jest. 

- Nie! Przyjechałam tu odwiedzić wuja... 

- Ojczyma - poprawił ją Mac. - Pastor opowiedział mi o swoim poprzednim małżeństwie. Chyba nikt 

w Bear Creek nie wie, iż był już raz żonaty i miał pasierbicę w swoim pierwszym związku. 

-  Byłą  pasierbicę.  To  zasługa  jego  żony.  Kiedy  byłam  jeszcze  małą  dziewczynką,  zabroniła  mi 

zwracać  się  do  niego  „tatusiu”.  Powiedziała,  że  Will  ma  własne  córki.  Zabolało  mnie  to,  ale  pastor  prosił, 

bym mówiła do niego „wujku” i tak już zostało, chociaż przez długi czas myślałam o nim jak o tacie.  Mój 

prawdziwy ojciec zmarł, gdy byłam niemowlęciem. Will był jedynym tatą, jakiego znałam. 

- Twoim kosztem zadowolił Ginny? 

- Nie miał wyboru. - Kara lojalnie broniła ojczyma. 

- Trudno uwierzyć, że to, co usłyszałem, dotyczy pastora i jego żony. W końcu znam ich od piętnastu 

lat. 

- Wujek  Will  miał złamane  serce, kiedy  moja  matka porzuciła go dla  innego  mężczyzny. Ja zresztą 

również. - Głos Kary przycichł, gdy wspomniała tamten smutny okres. - Mama zawsze uważała, że ożenił się 

z Ginny po to, by się na niej zemścić. Sądzi, że nowa pani Franklin dobrze o tym wie i dlatego zabrania mu 

kontaktu ze mną. Jego serdeczny stosunek do pasierbicy musiał jej przypominać, że to moja matka, a nie ona 

była największą miłością w życiu Willa. 

- Jakoś nie mogę wyobrazić sobie pastora w tak romantycznej roli, a tym bardziej Ginny jako jędzy 

dokuczającej małym dziewczynkom. 

background image

 

13 

-  Żadna  kobieta  nie  lubi  myśleć  o  sobie  jako  o  tej  drugiej  w  życiu  kochanego  mężczyzny,  a  moja 

matka była i jest piękna. Niestety, ja bardziej przypominam ojca. Jestem pospolita w każdym calu - wyjaśniła 

pospiesznie. 

- Niczego ci nie brak. 

Kara zmieszała się i zaczęła głaskać kota. Z żadnym mężczyzną nie rozmawiała dotąd tak otwarcie o swojej 

przeszłości. 

- Myślisz, że powiedziałem to tak sobie - Mac zareagował na milczenie dziewczyny. - Nie należę do 

mężczyzn prawiących słodkie słówka... 

- Oczywiście - przerwała Kara. - Wydaje się pan wyjątkowo praktyczny w dziedzinie uczuć. I choć to 

drażliwy temat, to czy nie przyszło panu na myśl, że może zachodzić związek między pańską trzeźwością w 

tych sprawach a potrzebą... kupienia żony? 

Nigdy w życiu nie zdobyła się jeszcze na tak zjadliwą szczerość, lecz Mac sprawił, że przestała być sobą. 

Zaatakowany, uniósł brwi, zdjął rękę z kierownicy i przesunął palcem od ramienia ku dłoni Kary. 

- Dama pokazuje pazurki, prawda? Zupełnie jak kot. 

Kara  zadrżała.  Nawet  przez  grubą  warstwę  wełny  poczuła  mrowienie  na  skórze  wzdłuż  linii,  po  której 

przesunął ręką. 

- Proszę się nie spoufalać - warknęła. 

- Jak sobie życzysz, kochanie. - Uśmiechnął się szeroko. 

Ten uśmiech miał zniewalającą siłę, a Mac pewnie doskonale o tym wiedział. Instynkt ostrzegał ją, że taki 

mężczyzna potrafi spożytkować swój czar dla osiągnięcia konkretnego celu. 

Przestali  rozmawiać.  Kara  nerwowo  rozpatrywała  własną  kłopotliwą  sytuację.  Co  on  sobie  myśli?  Że  z 

wdzięczności za bilet lotniczy wyjdzie za niego i zajmie się dziećmi? 

Mac nie wyglądał na poruszonego. 

-  Zwrócę  pieniądze  za  bilet  -  oznajmiła  Kara,  bezowocnie  starając  się  zachować  chłodny  ton  i 

opanowanie. - Bar... bardzo mi przykro, że powstało takie nieporozumienie. 

- Nie chcę zwrotu kosztów. Spodziewam się, że dotrzymasz umowy i wyjdziesz za mnie. 

- Nie było żadnej umowy! 

- Kupiłem bilet w dobrej wierze i zakładam, że przyjęłaś go wraz z pozostałymi warunkami kontraktu 

- spojrzał znacząco. 

Dziwił  się,  że  tak  łatwo  potrafi  ją  przeniknąć.  Była  skonfundowana  tym,  co  mówił,  i  najwyraźniej  brała 

jego słowa za dobrą monetę. 

- A może mnie zwodzisz? Użyłaś moich pieniędzy, żeby zafundować sobie wycieczkę do Montany. 

Kto wie, ile jeszcze zamierzałaś ode mnie wyciągnąć? Czy wielebny Will też jest w zmowie? 

- Jak pan może mówić coś podobnego? To po prostu okropne nieporozumienie! - krzyknęła Kara. 

- Nie przekonasz mnie, kochanie. Myślę, że razem z pastorem próbujecie mnie naciągnąć - zakończył 

Mac nadspodziewanie pogodnym tonem. 

- Ależ nie! 

background image

 

14 

Kara wpatrywała się w twarz Maca. Podejrzany błysk w oczach i nutka triumfu w głosie nasunęły jej myśl, 

że ten mężczyzna z niej żartuje. 

- Nie ma pan podstaw zakładać, że coś knujemy. 

- Nie? Więc odpowiedz, dlaczego Ginny Franklin miałaby cię zapraszać do swego domu i pozwalać 

mężowi, żeby płacił za bilet, skoro przypominasz jej przeszłość? 

Kara  otworzyła  usta,  żeby  coś  powiedzieć,  i  natychmiast  je  zamknęła.  Po  rozmowie  z  wujem  sama 

zadawała sobie podobne pytanie, ale była zbyt uradowana zaproszeniem, by głębiej się nad tym zastanawiać. 

-  Nigdy  przedtem  ich  nie  odwiedzałaś  -  ciągnął  Mac.  -  Tylko  raz  widziałaś  się  z  pastorem,  gdy 

przyjechał do Waszyngtonu służbowo, a więc bez Ginny i dziewczynek. Nie mam racji? 

Kara niechętnie skinęła głową. 

-  Już  w  dzieciństwie  Ginny  jasno  dała  ci  do  zrozumienia,  że  nie  życzy  sobie,  by  twój  były  ojczym 

podtrzymywał  z  tobą  kontakty.  Pastor  też  wspominał,  iż  nie  mogliście  się  widywać  tak  często,  jak  tego 

pragnęliście.  Czemu wszystko  miałoby się  nagle  zmienić? Prawda  jest taka, że nie oczekują cię w tamtym 

domu.  Jeśli  Ginny  w  ogóle  wie  o  twoim  przyjeździe,  to  pewnie  tylko  tyle,  że  zatrzymasz  się  u  mnie,  w 

Double R. Will nie mógł kupić ci biletu. Chyba po trupie Ginny. 

- Wszystko, co powiedziałam, zostało użyte przeciwko mnie - rzekła, spuszczając głowę. 

- Miłość albo wojna, dziecino. 

- Ani jedno, ani drugie. Proszę się zatrzymać. Wysiadam! 

- Zamierzasz wracać autostopem na lotnisko? Z bagażem i tym miauczącym kotem? - Roześmiał się 

głośno. 

- Tak. 

-  Jesteś  pewna?  Słońce  już  zachodzi,  a  w  nocy  jest  tu  dość  niebezpiecznie.  Wzdłuż  szosy  grasują 

niedźwiedzie i kuguary. 

- Chce mnie pan przestraszyć. - Kara próbowała zignorować dreszcz przenikający jej ciało. - Myślę, 

że większe niebezpieczeństwo zagraża mi tutaj. Proszę się zatrzymać, bo wyskoczę! 

Mac  gwałtownie  skierował  dżipa  w  zakole  parkingowe  na  poboczu  szosy.  Kara  zadrżała.  Wyglądało,  że 

zamierzał  spełnić  jej  życzenie.  Dławiący  strach  ścisnął  gardło.  Jak  wrócić  na  lotnisko?  Tai  zamiauczał 

rozpaczliwie. Kara stłumiła szloch. A jeśli naprawdę grasują tu drapieżniki? 

- Lepiej wsadź kota do klatki - poradził Mac. 

Dziewczyna  bez  słowa  niemal  na  siłę  wepchnęła  tam  opierające  się  zwierzątko.  Mac  przełożył  klatkę  na 

tylne siedzenie. 

- Wyjmę swój bagaż, a potem wezmę kota - powiedziała, chwytając za klamkę. 

- To nie będzie konieczne - rzekł i zanim zdążyła się zorientować, odpiął pasy bezpieczeństwa i ujął 

jej ręce. 

- Co pan robi? - krzyknęła, widząc twarz Maca tuż przy swojej i wyczuwając kolanami dotyk jego ud. 

Próbowała uwolnić ręce, ale uścisk okazał się zbyt silny. 

 

background image

 

15 

-  Powiem  ci,  czego  nie  zrobię.  Nie  porzucę  cię  z  kotem  na  autostradzie  i  nie  narażę  na  żadne 

niebezpieczeństwo. 

Serce dziewczyny gwałtownie tłukło się w piersiach. Czuła się zagrożona tu, w dżipie! 

- Uspokój się - powiedział Mac łagodnie. - Widzę, że drżysz. Nie mam zamiaru cię skrzywdzić. 

- Proszę mnie natychmiast puścić! 

- Nie musisz się bać. 

- To po co pan mnie straszy? 

- Chciałaś, żebym się zatrzymał, i groziłaś, że wyskoczysz, jeśli tego nie zrobię. Trudno było ocenić, 

czy to blef. Nie najlepiej radzę sobie z histerycznymi kobietami. Możesz zapytać moją byłą żonę. 

- Był pan żonaty? 

- Kiedyś. To trwało trzy lata. Rozwiedliśmy się prawie dziewięć lat temu, więc to odległa przeszłość. 

Nie patrz na mnie z takim przerażeniem. Większość mężczyzn w wieku trzydziestu pięciu lat doświadczyła 

słodyczy świętego stanu małżeńskiego. 

- Świętego stanu - powtórzyła. - Jeśli tak pan to traktuje, to dlaczego... 

-  Zmusiło  mnie  do  tego  kilka  przyczyn  -  powiedział  Mac,  a  zawtórowało  mu  gniewne  miauczenie 

kota. - Pozwoliłem ci wierzyć, że mam zamiar wypuścić cię z samochodu, bo chciałem, żebyś wsadziła do 

klatki tego drapieżnika. Wolałem, by nie odwracał twojej uwagi i nie przeszkadzał nam rozmawiać. 

- Biedny Tai. - Kara powoli wyzbywała się strachu, lecz nie opuszczało jej napięcie. 

Czuła, że Mac gładzi kciukiem przeguby jej rąk. Ten delikatny dotyk wywoływał falę podniecenia. 

- Powinniśmy porozmawiać, zanim posuniemy się dalej. 

- Tt... Tak - przyznała, starając  się zapanować nad sobą. - Bardzo mi przykro, że naraził się pan  na 

koszt i kłopot... 

- Zapomnij o tym. Skończmy tę zabawę w kotka i myszkę. Wiem, że sytuacja jest trochę niezwykła. 

Panna młoda dostarczona na zamówienie... 

- Panna młoda na zamówienie? To mam być ja? - Kara nie mogła powstrzymać śmiechu. 

-  Tak, to  brzmi  zabawnie.  I  ja  się  roześmiałem,  kiedy  pastor  wspomniał  o  tym  po  raz  pierwszy.  A 

potem pomyślałem, że to doskonały pomysł. Teraz, kiedy zobaczyłem ciebie, sądzę, że wprost znakomity. - 

Obrzucił ją wzrokiem. 

- Och, proszę! Wystarczy, iż uznał mnie pan za kobietę tak spragnioną mężczyzny, że aż w Montanie 

gotową szukać kandydata na męża. Nie musi pan jeszcze udawać, że się panu podobam. 

- Niczego nie udaję. Naprawdę mi się podobasz. 

-  Po  co  ta  gra?  Mówi  pan  to,  co  według  pana  chciałabym  usłyszeć  -  rzuciła  Kara  przygnębiona 

świadomością,  że  jego  fałszywe  komplementy  sprawiają  jej  przyjemność.  -  Nie  jestem  aż  tak  naiwna,  by 

uwierzyć, że mógłby pan... 

- Skończmy mówić o mnie i zajmijmy się tobą - przerwał jej wywody Mac. - Myślę, że ja też ci się 

podobam. Trochę się mnie boisz, ale na pewno ci się podobam. 

Szybkim ruchem przesunął ręce ku jej talii, objął ją i posadził sobie na kolanach. 

background image

 

16 

-  Popracujmy  nad  wyeliminowaniem  strachu  i  sprawieniem,  bym  stał  się  dla  ciebie  bardziej 

atrakcyjny. 

- Nie, Mac! - zaprotestowała Kara. 

Uśmiechnął się i przytulił ją mocniej do siebie. 

- Zróbmy coś, żeby zamienić twój okrzyk na: och. Mac! 

Kara  uświadomiła  sobie  bliskość  tego  silnego,  podnieconego  mężczyzny.  Zmieszana  sytuacją,  zamknęła 

oczy. 

- Mówiłem, że ci się podobam. - Mac zaczął delikatnie pieścić wargami jej usta. 

- Nie jestem taka łatwowierna, jak myślisz - szepnęła Kara, z trudem wymawiając słowa i zbierając 

myśli. - Nie należę do tych kobiet, które natychmiast budzą pożądanie... 

- Nie? 

Koniuszkiem języka delikatnie przesunął po jej ustach, aż nieświadomie rozchyliła wargi. 

- Nie widzę tu nikogo oprócz ciebie. Rozumiesz chyba, co to znaczy? - zapytał. 

- Pewnie tyle, że każda kobieta doprowadza cię do takiego stanu. 

Zarumieniona ze wstydu Kara próbowała wyzwolić się z uścisku. Wiedziała jednak, że sobie nie poradzi. 

- Dlaczego nie doceniasz własnej  wartości? - rzucił ochrypłym,  hipnotyzującym głosem.  - Tylko  ty 

tak mnie podniecasz. 

Ciepłą  dłonią  otoczył  jej  pierś.  Nie  było  w  tym  geście  żadnej  natarczywości.  Pieścił  delikatnie,  jakby  to 

była najnaturalniejsza w świecie czynność. 

Kara  oddychała  gwałtownie.  Miała  świadomość,  że  Mac  ją  uwodzi,  a  ona  się  temu  poddaje.  Wędrował 

ustami  po  jej  policzkach,  szyi,  płatkach  uszu.  Nigdy  dotąd  nie  miała  do  czynienia  z  tak  doświadczonym 

mężczyzną. 

- Jaka cudownie gładka skóra! - zachwycał się. - Chcę zobaczyć więcej. Poznać twój smak. 

Pewnym,  spokojnym  ruchem  wsunął  rękę  pod  sweter  Kary  i  sięgnął  do  stanika.  Palce  dotknęły 

pieszczotliwie nabrzmiałej sutki. 

-  Mac,  nie!  -  krzyknęła  Kara  przerażona  falą  gorąca,  które  ogarnęło  jej  ciało  i  jak  pożar 

rozprzestrzeniało się w każdym miejscu, do którego dotarło. 

W najintymniejszym zakątku ciała czuła bolesne napięcie i krępującą wilgotność. 

- Nie? - Mac niechętnie wysunął dłoń spod swetra. - Jestem dla ciebie za szybki, kochanie? 

Zacisnęła uda, starając się opanować rosnące podniecenie. 

- Zz...za szybki. W końcu dopiero się poznaliśmy. 

Nie mogła zdobyć się na to, by zejść z kolan Maca i wrócić na swoje miejsce. 

- To prawda, ale nie będziemy przejmować się konwenansami. 

Mac przesunął dłoń ku krągłym pośladkom Kary i pieszczotliwym ruchem przygarnął ją mocniej do siebie. 

- Oto co w tym wszystkim jest najlepsze. Nie będziemy się bawić w żadne wstępne gry, przejmować 

się  tym,  czy  coś  wypada  robić.  Jesteśmy  ponad  to,  mimo  że  spotkaliśmy  się  dziś  po  raz  pierwszy. 

Zamierzamy się pobrać, więc zwlekanie nie ma sensu - mówił łagodnym, uspokajającym tonem, a jego ręce 

background image

 

17 

nie ustawały w pieszczotach. 

Ściskał  coraz  mocniej  pośladki  i  uda  Kary.  Opuszkami  palców  przesuwał  ku  ich  wewnętrznej  stronie. 

Wreszcie sięgnął wyżej, a ona instynktownie rozsunęła nogi. Mac zaczął pieścić najintymniejsze fragmenty 

ciała, dotykiem pobudzając Karę do drżenia. 

Przestała nad sobą panować, czuła, że kręci się jej w głowie i serce zaczyna gwałtownie bić w piersi. Nie 

kontrolowała już ogarniającej ją namiętności. 

- Pocałuj mnie - zamruczał Mac. 

Nie  czekając  na  reakcję,  sam  wsunął  język  w  usta  Kary  i  przygarnął  ją  do  siebie  jeszcze  mocniej.  Jedną 

ręką podtrzymywał jej głowę, a drugą pieścił ciało. Pocałunek przedłużał się i stawał coraz gwałtowniejszy. 

Nikt  dotąd  nie  całował  jej  w  ten  sposób.  Drżała,  czując,  że  ten  mężczyzna  rozbudził  w  niej  dziką 

zmysłowość.  Poruszała  się  nerwowo  i  tuliła  do  niego  coraz  mocniej.  Pierwszy  raz  w  życiu  czuła  w  sobie 

narkotyczną moc pragnień, domagających się natychmiastowego spełnienia. 

Nagle, w najmniej odpowiednim momencie, rozległ się ostry dzwonek telefonu. 

- Do licha - mruknął Mac. - Nie ma to jak telefon w samochodzie. 

Przerwał  pocałunek,  lecz  ciągle  trzymał  Karę  w  ramionach.  Telefon  zadzwonił  jeszcze  raz,  co 

zmobilizowało  kota  do  głośnego  miauczenia.  Kara  wróciła  na  swoje  miejsce  i  zaczęła  uspokajać  Taia. 

Poczucie niespełnienia i napięte nerwy wprawiły ją w irytację. 

-  Tak, to  ja,  Autumn  -  mówił  Mac.  -  Nie  jestem  żadnym  złoczyńcą,  który  udaje  wujka.  Dobrze,  że 

zadzwoniłaś. Po to mam telefon w samochodzie, żebyś zawsze mogła się ze mną skontaktować. 

Słowa Maca z trudem docierały do Kary, nie mogła pozbierać myśli. Kiedy nieco ochłonęła, zauważyła, że 

jej towarzysz zachowuje się zupełnie spokojnie. Bardzo szybko zapomniał o tym, co zaszło przed chwilą,  i 

jak gdyby nigdy nic rozmawiał z bratanicą. A może rzeczywiście to niewiele dla niego znaczyło? 

Kara  przeraziła  się  oczywistości  owego  stwierdzenia.  Takie  przygody  w  dżipie  to  dla  niego  nic  nowego. 

Tylko ona straciła głowę. Mac całkowicie panował nad sytuacją. 

-  Co  zrobiła?  -  krzyknął  do  słuchawki.  -  Autumn,  poproś  Webba  do  telefonu.  Co  takiego?  Bardzo 

dobrze! 

Wzburzenie, z  jakim wypowiedział ostatnie słowa, świadczyło wyraźnie,  iż wszystko musiało układać się 

fatalnie. 

-  Autumn,  zawrzyjmy  umowę.  Jeśli  ty  i  Clay  będziecie,  dopóki  nie  wrócę,  spokojnie  oglądać 

telewizję, to pozwolę wam wybrać z katalogu dowolną zabawkę. Ale pamiętaj, umowa straci ważność, jeśli 

wdacie się w bójkę albo odejdziecie od telewizora. 

Mac  odłożył  słuchawkę,  włączył  silnik  i  wrócił  na  autostradę.  W  ponurym  wyrazie  jego  oczu  próżno  by 

szukać śladów namiętności sprzed paru minut. 

- Rozumiem, że... na ranczu stało się coś złego? Czy chodzi o dzieci? - Kara zaryzykowała pytanie. 

- Z nimi zawsze coś się dzieje - burknął. - Autumn powiedziała, że szeryf zatrzymał Lily w zajeździe 

przy  drodze  do  Bear  Creek,  w  którym  spotykają  się  tutejsi  kowboje,  nie  stroniący  od  hazardu,  pijaństwa  i 

bijatyk. 

background image

 

18 

- Pewnie kobiety tam nie bywają. 

- Och, są takie, które przesiadują w barze, ale im chodzi o... 

- Zawieranie przelotnych znajomości? - zauważyła taktownie. 

- Można to tak nazwać - zgodził się Mac z lekkim uśmiechem. - W każdym razie nie jest to miejsce 

odpowiednie  dla  siedemnastoletnich  uczennic.  Mój  zarządca  pojechał,  żeby  przywieźć  Lily  do  domu,  a  to 

znaczy, że Autumn i Clay znowu są sami. 

- Dlatego próbowałeś przekupstwa? 

-  Jesteś temu  przeciwna?  -  spytał  z  rozdrażnieniem.  -  Nie  mogę  ryzykować  stosowania  w  pewnych 

sytuacjach  bardziej  pedagogicznych  metod  wychowawczych.  Przekupywanie  zabawkami  i  słodyczami 

przynajmniej skutkuje - dodał ponuro. 

- A czym przekupujesz starsze dzieci? 

- Niczym ich nie przekupisz. Robią, co chcą. Czasem myślę, że wyrosną z nich kryminaliści. Reid  i 

Linda bardzo cenili wolność i w niczym nie ograniczali swobody swego potomstwa. 

- Wydaje mi się, że pewne ograniczenia dałyby dzieciom wyobrażenie o poczuciu bezpieczeństwa - 

zauważyła Kara. - Taka zupełna swoboda musi być przerażająca. 

- I ja tak myślę. - Mac uśmiechnął się z widoczną ulgą, zdjął rękę z kierownicy i położył ją na kolanie 

Kary. - Będziemy dobraną parą. Jestem wdzięczny, że zechciałaś... 

- Nie pragnę wdzięczności - przerwała. - Na nic się jeszcze nie zgodziłam. 

Założyła nogę na nogę, chcąc pozbyć się jego dłoni z kolana. Mac zrozumiał to i odsunął rękę. 

Jego słowa dotknęły Karę. Czy aż do tego stopnia potrzebuje pomocy w wychowywaniu dzieci, iż udaje, że 

mu się spodobała jako kobieta? Skrzywiła się. 

Mac  nie wiedział,  jak rozumieć ten grymas. Żałował, że  nie zna  jej  lepiej,  i  zastanawiał  się, czy  naciskać 

bardziej,  czy  też  wprost  przeciwnie.  W  końcu  zdecydował  na  wszelki  wypadek  dać  jej  trochę  czasu,  by 

oswoiła się z sytuacją. Uznał też, że najbezpieczniej będzie zmienić temat rozmowy. 

- Opowiedz mi o swojej pracy - zaproponował. - Pastor wspominał, że pracujesz w ministerstwie... 

- Jestem statystykiem w ministerstwie handlu. 

- Pewnie świetnie sobie radzisz z liczbami. 

- Zawsze byłam dobra z matematyki - twierdziła obojętnie. 

-  Wspaniale!  -  wykrzyknął  Mac.  -  Zajmiesz  się  naszymi  podatkami.  Co  roku  przeżywam  koszmar, 

gdy  zbliża  się  termin  rozliczeń.  A  teraz  jeszcze  w  grę  wchodzą  fundusze  powiernicze  dzieci,  ich  polisy 

ubezpieczeniowe...  Chętnie  ci  to  wszystko  przekażę.  Będziesz  prowadzić  księgi  rachunkowe  rancza  i 

zawiadywać budżetem. 

- Ja... 

-  Och,  znowu  pospieszyłem  się  z  planami.  -  Mac  próbował  udawać  skruszonego.  -  Chciałem  tylko 

powiedzieć, że jeśli zdecydujesz się zostać, będziesz mogła zająć się tym wszystkim. 

- Wyjmę Taia z klatki - oznajmiła, wykorzystując miauczenie niezadowolonego kota jako pretekst do 

zmiany tematu. 

background image

 

19 

- Dobry pomysł - zgodził się Mac, uśmiechając się do własnych myśli. 

Za cenę biletu lotniczego w jedną stronę otrzymał podniecającą kandydatkę na żonę, opiekunkę do dzieci i 

księgową. Opłacalna inwestycja, nawet jeśli to rozpieszczone kocisko miało być częścią transakcji. 

-  Miły  kotek  -  mruknął,  głaszcząc  Taia,  który  usadowił  się  na  kolanach  Kary.  Kot  pokazał  pazury, 

chcąc podrapać mu rękę. 

- Denerwują go obcy - wyjaśniła Kara. 

- Będzie miał dużo czasu, by mnie poznać. 

Mac  miał  ochotę  dotknąć  jej  nóg,  a  może  nawet  wziąć  za  rękę.  Sądził,  że  Karze  spodobałby  się  taki 

romantyczny gest, ale Tai wyraźnie nie sprzyjał jego zamiarom. 

-  Czy  wspominałem,  że  starsza  córka  pastora,  Tricia,  jest  uczulona  na  koty?  -  spytał  obojętnym 

tonem.  -  Wiem  o  tym,  bo  kiedy  parę  lat  temu  rodzice  kupili  jej  na  urodziny  kociaka,  to  biedna  Tricia 

wylądowała w pogotowiu. Dostała okropnej alergii. Następnej  niedzieli  pastor pytał po  mszy, czy  ktoś nie 

wziąłby kota do siebie, bo jego rodzina nie może go zatrzymać. 

- Wymyśliłeś to! - uznała Kara. 

- Po co miałbym kłamać? Tylko cię informuję. 

- Chcesz powiedzieć, że Tai nie będzie mógł zostać ze mną w domu wuja - rzekła z obawą. 

- Oczywiście, że  nie - zapewnił Mac. - Ale chciałbym, abyś wiedziała,  iż Tai  jest  mile widziany  na 

ranczu,  nawet  jeśli  ty  zdecydujesz  zatrzymać  się  u  pastora.  Chociaż  pozostawienie  tak  wrażliwego  kota 

wśród obcych pewnie będzie dla niego bolesnym przeżyciem i spowoduje uraz psychiczny. 

- Akurat cię to porusza - zawołała Kara. - Po prostu chcesz, żebym... 

- Tak - przerwał jej Mac z diabolicznym uśmieszkiem. - Masz rację, chcę. 

Minęło kilka sekund, zanim Kara zrozumiała, o co mu chodzi. Nie miała zbyt wielkiego doświadczenia w 

żonglowaniu niedomówieniami. Zaczerwieniła się i ucichła. 

Przez dalszą część drogi mówił tylko Mac. Opowiadał o historii tych okolic i własnej rodziny. 

Ranczo Double R, którego herbem były dwie odwrócone do siebie tyłem litery „R”, należało do Wilde’ów 

od czterech pokoleń i zwyczajowo przechodziło z ojca na syna. 

-  W  pierwszych  trzech  pokoleniach  zdarzał  się  zawsze  jeden  męski  potomek  i  same  córki,  ale  moi 

rodzice mieli trzech synów - wyjaśniał Mac. - Jednak tylko ja kochałem tę ziemię i chciałem na niej zostać. 

Reid  wyjechał  do  Kalifornii,  a  James  wybrał  karierę  akademicką.  Dziesięć  lat  temu,  wkrótce  po  śmierci 

mamy, ojciec przepisał na mnie ranczo i przeniósł się do Arizony. 

- Dostałeś ranczo, a twoi bracia nic? - zdziwiła się Kara. 

-  Reid  bogato  się  ożenił.  Jamesowi,  który  chciał  pieniędzy,  ojciec  odmówił.  Stwierdził,  że 

wystarczająco dużo łożył na jego studia, umożliwiając tym samym osiągnięcie pozycji dobrze sytuowanego 

naukowca. 

- Czy James ciągle jeszcze czuje się oszukany? 

- Oczywiście. Uważa, że został pokrzywdzony. Nie licz na to, iż on i Ewa przyjadą na nasze wesele. 

 

background image

 

20 

-  Jak  można  było  pozbawić  dziedzictwa  wszystkie  córki  Wilde’ów?  -  zauważyła  Kara,  ignorując 

napomknienie o weselu. - To jakiś średniowieczny obyczaj. 

- Tak, moje ciotki nie były nim zachwycone - przyznał Mac. 

- Cóż za niemądra tradycja! Gdybym ja miała córkę... 

- Wierzę, że tak będzie, co nie wyklucza urodzenia również męskiego potomka rodu - wtrącił Mac. 

- Moja córka dostałaby tyle samo, co jej brat - rzekła Kara, puszczając mimo uszu słowa Maca. 

-  Dzielimy  skórę  na  niedźwiedziu,  kochanie  -  wycedził  Mac.  -  Po  spotkaniu  z  dziećmi  Reida 

opowiesz się za natychmiastową sterylizacją. 

- Nie mogą chyba być tak okropne, jak twierdzisz - zauważyła Kara, czując wielką chęć, by mu się 

we wszystkim sprzeciwiać. 

-  Masz  rację.  Są  znacznie  gorsze.  -  Mac  zjechał  z  autostrady  na  boczną  drogę.  -  Jeszcze  kilka 

kilometrów i będziemy w domu. Przygotuj się na atak. 

background image

 

21 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Światła dżipa wydobyły z  mroku szeroki podjazd przed domem.  Kara ujrzała zabudowania z trzech stron 

otoczone  drzewami,  które osłaniały  ranczo  od  wiatru.  Kamienna  alejka,  prowadząca  do  frontowych  drzwi, 

obsadzona była ozdobnymi krzewami. 

- Dom, słodki dom. Już słyszę owację powitalną - zażartował Mac. 

Oczywiście  przesadzał.  Niczego  nie  było  słychać.  Obawy,  które  dręczyły  Karę  od  dłuższego  czasu, teraz 

dały  o  sobie  znać  ze  wzmożoną  siłą.  Spojrzała  na  Maca  zupełnie  zrozpaczona.  Nie  była  w  stanie  spędzić 

nocy w jego domu! 

- Mac, proszę... nie mogę tego zrobić. Odwieź mnie jeszcze dziś do wujka Willa. 

- Sprawiasz, że czuję  się  jak potwór - odrzekł Mac, widząc,  jak piwne oczy panny  Kirby zachodzą 

łzami. - Przerażam taką miłą dziewczynę i doprowadzam ją do płaczu. 

Delikatnie  przesunął  palcem  po  jej  zmysłowych,  pełnych  wargach.  Na  samo  wspomnienie  pocałunków 

poczuł bolesne napięcie w lędźwiach. 

- Ja nie płaczę - rzekła drżącym głosem. 

Odsunęła  rękę  Maca.  Jego  dotyk  pobudzał  wszystkie  zmysły.  Kara  pragnęła  tego  mężczyzny  równie 

mocno, jak się go obawiała. 

Ujął  jej  dłoń  i  przytulił  do  swego  policzka.  Miał  szorstką  skórę,  której  dotknięcie  znowu  przejęło  ją 

dreszczem. Czuła przyspieszony rytm serca. Wiedziała, że musi od niego uciec, zanim... 

- Po prostu chcę... - zaczęła. 

-  Wiem,  wiem.  Jesteś  bardzo  dzielna,  biorąc  pod  uwagę  sposób,  w  jaki  zostałaś  tu  sprowadzona. 

Doskonale się spisałaś. Przepraszam, że cię denerwuję. 

-  To  nie  twoja  wina.  Wujek  Will  od  razu  powinien  był  mi  wszystko  powiedzieć.  Wtedy 

uniknęlibyśmy tego okropnego... 

- Nieporozumienia - dokończył Mac. 

Spojrzeli  na  siebie  i  uśmiechnęli  się  jednocześnie.  Po raz  drugi  uśmiech  Kary  wywarł  na  nim  niezwykłe 

wrażenie. 

- Odwiozę cię do wuja - powiedział miękko. - Ale najpierw muszę sprawdzić, co się dzieje z dziećmi 

i czy Webb już wrócił. Wejdziesz ze mną do środka? 

Odczuła ulgę. Nie było powodu do obaw. Mac nie miał zamiaru zatrzymywać jej siłą. 

- Oczywiście. Sprawdź, czy wszystko jest w porządku. 

Mac uśmiechnął się z satysfakcją. Wcale nie zamierzał odwozić jej do miasta, choć nie bardzo wiedział, jak 

z tego wybrnie, skoro przed chwilą złożył obietnicę. Pomyślał, że zajmie się tym później. Spojrzał w pełne 

ufności oczy Kary. Z całą pewnością mu uwierzyła. 

- Dziękuję - powiedziała z uśmiechem.  - Nie  martw się. Dzieciom  na pewno  nic się  nie  stało. Jeśli 

pozwolisz, to zadzwonię do pastora i uprzedzę go, że wkrótce przyjedziemy do Bear Creek. 

Nie wspomniała o kocie. Ciągle wątpiła w tę historię z Tricią. 

background image

 

22 

- Dobry pomysł. Zadzwoń - zgodził się Mac. 

Wysiadł  z  dżipa  i  podszedł,  by,  jak  prawdziwy  dżentelmen,  otworzyć  drzwi  Karze,  a  potem  pomógł  jej 

wysiąść z auta. Na koniec podniósł rękę dziewczyny do ust i delikatnie ucałował koniuszki palców. 

- Witaj w Double R - rzekł z uśmiechem. 

Gdy tylko Kara zatopiła wzrok w ciemnych oczach Maca, natychmiast ogarnęła ją słabość. 

- Wniesiemy kota do środka? - spytał troskliwie. 

- Tt... tak, lepiej wziąć go ze sobą. Będzie się bał tu zostać. - Słowa Maca ledwie do niej docierały. 

- Oczywiście. - Macauley puścił jej rękę i sięgnął po kocią klatkę. 

Drzwi domu nie były zamknięte. Mac wszedł do środka, a Kara podążyła za nim. Znaleźli się w obszernym 

holu o zniszczonej drewnianej podłodze i ścianach pomalowanych na beżowo. 

Kara  rozejrzała  się  wokoło.  Po  lewej  stronie  zauważyła  zamknięte  drzwi.  Dalej  widać  było  jadalnię  z 

olbrzymim prostokątnym stołem, który niemal w całości wypełniał pokój. 

Po  prawej  znajdowało  się  obszerne  wnętrze,  w  którym  najbardziej  rzucał  się  w  oczy  wielki  granitowy 

kominek,  a  nad  nim  przytwierdzony  do  ściany  jeleni  łeb.  Poroże  jelenia  było  ozdobione  rękawicami  do 

baseballu. Jedna ze ścian salonu była całkowicie przeszklona i za dnia rozciągał się stąd zapewne wspaniały 

widok. Pozostałe wyłożono ciemną boazerią. 

Mały chłopiec i dziewczynka siedzieli na poduszkach rozrzuconych na podłodze i oglądali telewizję. Żadne 

nie  zwróciło  uwagi  na  pojawienie  się  Kary  i  Maca.  Nawet  miauczenie  Taia  nie  odwróciło  ich  uwagi  od 

ekranu. 

-  To  Clay  i  Autumn  -  mruknął  Mac.  -  Uwielbiają  telewizję.  Kiedy  tu  zamieszkali,  zainstalowałem 

antenę satelitarną. 

Kara  nie  uważała  się,  co  prawda,  za  eksperta  od  wychowywania  dzieci,  ale  nie  sądziła  też,  by 

wysiadywanie przed telewizorem dobrze służyło maluchom. 

W  głosie  Maca  pobrzmiewała  autentyczna  duma  z  tego,  że  uszczęśliwił  dzieci,  więc  nie  miała  serca  mu 

powiedzieć, iż nie najlepiej im się przysłużył. 

- Co teraz oglądają? - spytała, słysząc straszliwe wrzaski, które wydobywały się z telewizora. 

Kilka skąpo odzianych kobiet biegało z krzykiem w kółko, starając się uciec przed jakimiś terrorystami w 

czarnych skórzanych kurtkach. Autumn i Clay z zapartym tchem chłonęli brutalne sceny. 

- Cześć, dzieciaki, co oglądacie? - zapytał Mac. 

- Dobry film - odpowiedział Clay, nie odrywając oczu od ekranu. - „Wampiry w szkole”. 

- Bardzo pouczające - zauważył ich opiekun. 

- Jak będę mieszkać w internacie, to obok łóżka na wszelki wypadek postawię krzyż i święconą wodę 

- oznajmiła Autumn, a po chwili skryła twarz w poduszce, nie mogąc znieść widoku kolejnej przerażającej 

sceny. 

- Czy nie będą ich męczyć po nocach koszmary? - mruknęła Kara. 

- To fałszywa krew i nieprawdziwe wampiry - pisnął Clay. 

 

background image

 

23 

- Czasem prawdziwi mordercy udają wampiry i wysysają krew z ludzi - wtrąciła Autumn z wyraźną 

przyjemnością. 

- Wyłączcie to i przywitajcie się z Karą, moją... znajomą - powiedział Mac. 

Dzieci  nawet  nie  ruszyły  się  z  miejsc,  więc  Mac  podszedł  do  odbiornika  i  sam  go  wyłączył.  Dwie 

naburmuszone  dziecięce  buzie  odwróciły  się  do  Kary.  Twarzyczkę  Claya  pokrywały  wysmarowane  na 

fioletowo krostki. 

-  Wspominałem  ci,  że  mały  zaraził  się  wietrzną  ospą.  Od  tygodnia  nie  chodzi  do  szkoły  i  pewnie 

jeszcze z tydzień posiedzi w domu - powiedział Mac. 

- A ty potrzebujesz kogoś, żeby się  nim zaopiekował - domyśliła się  Kara, rozumiejąc teraz, czemu 

ranczerowi tak bardzo zależy mu na żonie. 

Współczuła  Macowi,  lecz  nie  uważała,  by  jego  sytuacja  stanowiła  wystarczającą  motywację  do  zawarcia 

małżeństwa. 

- Ani ja nie nadaję się na pielęgniarkę, ani Clay nie jest przykładnym pacjentem - przyznał Mac. 

- Jestem okropny - potwierdził Clay. - Cały czas się drapałem, nawet kiedy wujek mi płacił, żebym 

tego nie robił. 

- Płaciłeś mu? - zdziwiła się Kara. 

- Nic innego nie skutkowało. - Mac wzruszył ramionami, 

- Teraz jestem bogaty - pochwalił się mały - ale i tak czasem się drapię. 

- Tu jest kot! - wykrzyknęła Autumn, podchodząc do klatki. - Jak ma na imię? 

- Tai - powiedziała Kara. - Odbył długą podróż i jest zdenerwowany, dlatego tak miauczy. 

- Biedny kotek! - rozczuliła się Autumn. - Czy można go wyjąć z klatki? 

- Lepiej nie... - zaczęła Kara, lecz dziewczynka z prędkością światła podbiegła i otworzyła drzwiczki. 

Tai natychmiast wyskoczył z klatki, korzystając z okazji, by zniknąć w zakamarkach holu. 

- Podoba  mu się u  nas! Zabawimy  się w chowanego!  - wykrzyknął  z  zachwytem  Clay  i  pobiegł za 

kotem. 

- Ja pierwsza go zobaczyłam  i pierwsza  będę się  z niani  bawić. Nie ty! - zawołała  Autumn, goniąc 

brata. 

Kara i Mac wymienili znaczące spojrzenia. 

-  Miła  scenka  rodzinna.  Czyż  jest  coś  bardziej  sympatycznego  niż  zwierzątka  i  dzieci  bawiące  się 

razem? - zauważył Mac z ironią. 

Głosy dzieciaków niosły się echem po całym domu. Tai ukrył się gdzieś przed nowymi wielbicielami i nie 

zamierzał pozwolić się schwytać. 

-  Mac!  Dzięki  Bogu,  że  wróciłeś!  -  W  holu  rozległ  się  głęboki  męski  głos,  w  którym  dźwięczała 

wyraźna ulga. 

- Przywiozłeś ją, Webb? Gdzie Lily? 

- Musiałem związać tę twoją piekielną bratanicę. 

- Wujku! Na pomoc! - wołał ktoś z kuchni. 

background image

 

24 

Przestronne,  wyłożone  kafelkami  wnętrze  mogło  uchodzić  za  wzór  kuchennej  nowoczesności.  Wszystko 

było  tu  zautomatyzowane,  od  elektrycznego  otwieracza  do  konserw  po  kuchenkę  mikrofal  ową.  Akcent 

rustykalny  stanowiło  zdobiące  ścianę  poroże  łosia.  Kara  dostrzegła  drewnianą  ławę,  owalny  stół  i  cztery 

krzesła. Do jednego z nich była przywiązana ładna, kruczowłosa i ciemnooka nastolatka. 

Na  ten  widok  oczy  Kary  zaokrągliły  się  ze  zdumienia.  To  musiała  być  Lily,  najstarsza  bratanica  Maca. 

Dziewczyna miała ręce wykręcone do tyłu i przywiązane do krzesła. Jej długie nogi w obcisłych niebieskich 

dżinsach  również  zostały  skrępowane  linką  i  unieruchomione.  Kołysała  się  raz  w  przód,  raz  w  tył,  ale  nie 

mogła się uwolnić. 

- Co tu się dzieje? - zażądał wyjaśnień Mac. 

- Szeryf kazał  mi  ją zabrać  z przydrożnego zajazdu  i  zagroził, że  jeśli tego nie zrobię, to wsadzi tę 

idiotkę do więzienia. Trzymałby ją tam, dopóki ty byś się po nią nie zgłosił. Miałem mu na to pozwolić? 

- Zwiąż mnie mocniej, Webb - przerwała Lily. - Naprawdę masz szczególne upodobania! Założę się, 

że najbardziej byś chciał przywiązać mnie do swego łóżka. 

Lily ubrana była w obcisły niebieski sweterek i prężąc się na krześle, wypinała do przodu krągłe piersi. 

- Przede wszystkim bym cię zakneblował - warknął Webb. 

- Ooch! Mówiłam, że ma sprośne myśli - drażniła się ze swym prześladowcą nastolatka, koniuszkiem 

języka prowokacyjnie oblizując wargi. - Może byś mi jeszcze zawiązał oczy? 

Skoro żaden z mężczyzn nie kwapił się do uwolnienia Lily, zajęła się tym Kara. 

- Dzięki ci, kimkolwiek jesteś - rzekła bratanica Maca. 

- Jestem Kara Kirby... zaprzyjaźniona z rodziną pastora Franklina. 

-  Chyba  zabłądziłaś  i  znalazłaś  się  w  domu,  który  w  niczym  nie  przypomina  zacnej  siedziby 

wielebnego Willa - chłodno zauważyła Lily. 

Kiedy Kara uporała się z rozplątywaniem linek, Webb wyciągnął do niej rękę: 

- Jestem Webb Asher. Miło mi panią poznać, panno Kirby. 

-  Są  jeszcze  jacyś  przyjaciele  pastora,  z  którymi  chciałbyś  się  zaprzyjaźnić,  Webb?  -  zgryźliwie 

spytała Lily. 

Zrzuciła więzy i nagle zamachnęła się, by wymierzyć zarządcy potężny cios w splot słoneczny. Ale Webb 

Asher okazał się szybszy. Błyskawicznie, chwycił dziewczynę za rękę i wykręcił jej ramię do tyłu. 

- Chciałaś być lepsza ode mnie, malutka? - warknął. 

- Lily, nie możesz się tak zachowywać! - krzyknął Mac. 

- Nawet jeżeli przywiązał mnie do krzesła? - Dziewczyna szarpała się w uścisku Webba. - Powiedz 

mu, żeby mnie puścił! 

- Ale obiecaj, że go nie zaatakujesz - upomniał Mac. 

Lily nagle zaprzestała walki i przylgnęła do Ashera. 

-  A  może  dla  odmiany  zostanę  w  takiej  pozycji?  Lubię  się  przytulić  do  przystojnego  mężczyzny  - 

rzuciła prowokacyjnie. 

 

background image

 

25 

Webb odepchnął  ją od siebie  z taką siłą, że aż  zatoczyła się  na  Karę. Panna  Kirby  spojrzała  jej w  oczy  i 

zorientowała się, że dziewczyna panuje nad sytuacją, a nawet doskonale się bawi, wprawiając w zakłopotanie 

dwóch dorosłych mężczyzn. 

-  Wynoszę  się  stąd,  żeby  być  jak  najdalej  od  tej  małej  wiedźmy  -  zawołał  zarządca  i  pośpiesznie 

opuścił kuchnię. 

- Do licha, Lily! Jeszcze tego brakuje, żebym przez ciebie stracił dobrego pracownika - rzucił Mac i 

wybiegł za Asherem. 

- Co mogę na to poradzić, że facet mnie pociąga - powiedziała Lily, wzruszając ramionami. 

- Żartujesz chyba! Czyżbyś interesowała się Webbem? - spytała niepewnie Kara. 

-  Zabawne.  Od  lat  do  nikogo  tak  się  nie  paliłam.  Działa  na  mnie  jego  muskularne  ciało.  Gdybyś 

widziała Webba Ashera bez koszuli... Jest taki silny. Może mnie podnieść jedną ręką. Dziś wyniósł mnie z 

zajazdu! Było cudownie! - dodała z entuzjazmem. 

- Przecież on jest od ciebie dwa razy starszy - zauważyła Kara. - Ma ze trzydzieści cztery lata. 

- No to co?! - wykrzyknęła Lily. - Jako przyjaciółka świętoszkowatych Franklinów pewnie myślisz, 

że powinnam się umawiać tylko ze szkolnymi kolegami. 

- Czy wujek wie, co czujesz do zarządcy rancza? 

- O, tak! - zaśmiała się lekceważąco nastolatka. - Siadamy i gawędzimy. Ja o swoim życiu miłosnym, 

a on o jego braku. 

- Nie ma żadnej sympatii? - Kara poczuła wstyd, że wypytuje podlotka o prywatne sprawy wuja, lecz 

nie mogła powstrzymać ciekawości. 

-  Skoro  jesteś  nowa  w  tym  mieście,  możesz  się  nim  zająć.  Biedny  facet  nie  był  z  kobietą, odkąd u 

niego zamieszkaliśmy. 

- Naprawdę? 

Serce Kary zabiło mocniej. Teraz już wiedziała, dlaczego Mac tak zareagował, gdy znalazła się w pobliżu. 

Po prostu był spragniony kobiety. 

-  Z  tego,  co  słyszałam,  damska  populacja  Bear  Creek  uważała  wujka  za  najbardziej  łakomy  kąsek. 

Dziewczyny jedna przez drugą pchały się mu do łóżka - ciągnęła Lily z błyskiem w oczach. - Kiedy zabrał 

nas  do  siebie,  skończyło  się  balowanie!  Został  głową  rodziny,  a  tego  panienki  nie  lubią.  Dzieci  też  nie 

znoszą. 

-  A  dużo  jest  takich...  polujących  na  twego  wujka  dziewczyn  w  okolicy?  -  zapytała  Kara, 

przygryzając wargę. 

- Sporo. Jeśli wierzyć plotkom, to wujek miał je wszystkie. Ale od czerwca sytuacja się zmieniła. 

Kara przypomniała sobie scenę w dżipie i poczerwieniała. 

Skłonna  była  uwierzyć  w  te  plotki.  Mac  okazał  się  przecież  doświadczonym  uwodzicielem.  Pewnie  w 

duchu naśmiewał się z jej żałosnej naiwności. 

- Czemu tak o niego wypytujesz? Wpadł ci w oko? 

 

background image

 

26 

Mac, który właśnie wrócił do kuchni, spostrzegł rozbawienie bratanicy oraz zmieszanie swego gościa. 

- Przestań dokuczać Karze - powiedział. 

- Ależ nic się nie stało. Lily opowiadała mi o... niektórych mieszkańcach Bear Creek. 

- Tak i  jeszcze nie doszłam do  jej przyjaciół,  Franklinów, a  można  by o nich  sporo powiedzieć. Na 

przykład o Ginny, która uśmiecha się nawet wtedy, gdy nie ma na to ochoty, i o słodziutkiej Tricii, udającej 

przyjaciółkę całego świata, a za plecami wbijającej ci nóż w plecy. 

- Przestań - zawołał Mac. - Kara z pewnością nie chce słuchać, jak obmawiasz jej znajomych. A tak 

się składa, że ja też lubię Ginny i Tricię. 

-  To  nic  nie  znaczy,  bo  masz  spaczony  gust.  Po  kimś,  kto  jest  fanem  telewizyjnych  meczów 

golfowych i trującego gulaszu pani Lattimore, można spodziewać się wszystkiego. 

-  Nie  możemy  znaleźć  kota!  -  Do  kuchni  wpadli  Clay  i  Autumn.  -  Gdzieś  zniknął  -  wołała 

dziewczynka. 

- Jakiego kota? - spytała Lily. - Był tu prawdziwy kot czy znowu coś wymyśliłaś? 

-  Prawdziwy  -  potwierdził  Clay.  -  Ona  go  przywiozła!  -  Wskazał  palcem  właścicielkę  Taia.  - 

Chcieliśmy się z nim bawić, ale on uciekł. Powiedz mu, żeby się z nami bawił - malec zwrócił się z żądaniem 

do Kary. 

- Koty zawsze robią, co chcą - wyjaśnił Mac. - Może, jak będziecie cicho, sam zdecyduje się wyjść z 

kryjówki. Idźcie pooglądać telewizję. Tylko żadnych  filmów o wampirach  - dodał.  - Czemu nie obejrzycie 

kasety z „Małą syrenką”, którą wam kupiłem? 

Malcy jęknęli, protestując. 

- No dobrze, to może „Piękną i bestię”. - Mac poszedł na kompromis. - Możecie sobie wyobrażać, że 

bestia to wampir. 

- Ale to takie nudne, wujku - zawołała Autumn. 

-  Dziękuję  ci.  Nie  sypiam  po  nocach,  żeby  wymyślić  wam  jakąś  sensowną  rozrywkę,  a  wy  tak  to 

doceniacie... 

Dzieci wybiegły z kuchni, po odrodzę obdzielając się kuksańcami. 

-  Poznałaś  już  troje,  teraz  muszę  znaleźć  Bricka  -  powiedział  Mac,  zwracając  się  do  Kary.  -  Lily, 

gdzie twój brat? 

-  Skąd  mam  wiedzieć?  Brick  chadza  własnymi  ścieżkami  -  odparła  dziewczyna  ze  wzruszeniem 

ramion i skupiła uwagę na pannie Kirby. 

- Jesteś pewna, że chcesz odwiedzić Franklinów? 

- Prawdę mówiąc, powinnam teraz do nich zadzwonić... - odrzekła Kara. 

- Niesamowite! - zawołała Lily. -  Wyglądasz tak słodko i  nieszkodliwie, ale w rzeczywistości  musi 

być z ciebie niezły numer. - Z tonu bratanicy Maca wynikało, że to komplement. 

- Nie rozumiem. 

- Ależ to jasne! Mówisz tak niewinnym głosikiem, że nawet Ginny ci uwierzy. Jednak przyjechać z 

kotem  w  odwiedziny  do  Franklinów,  to  bombowy  pomysł!  Masz  zamiar  jeszcze  raz  wysłać  tę  zasmarkaną 

background image

 

27 

Tricię do szpitala? Jesteś niesamowita! 

- Słyszałaś o uczuleniu Tricii na koty? - Mac obojętnym tonem zwrócił się do bratanicy. 

- Każdy, kto zna Franklinów, musiał o tym słyszeć. Przecież to najważniejsze wydarzenie w nudnym 

życiu Tricii. Dostała kociaka i o mało nie umarła, bo prawie przestała oddychać. Jak tylko kogoś spotka, to 

po pięciu minutach zaczyna o tym nawijać. 

Kara poczuła, że nogi się pod nią uginają. Opadła na najbliższe krzesło. A więc to prawda. Jej przyszywana 

przyrodnia siostra cierpiała na alergię. Lily nie umawiała się przecież z wujem, by ją zwodzić. A jeśli Ginny, 

jak  sugerował  Mac,  nie  miała  udziału  w  zaproszeniu  jej  do  Bear  Creek,  to  można  sobie  wyobrazić,  jak 

zareaguje na widok kota, zagrażającego zdrowiu córki!  

- Naprawdę nic o tym nie wiedziałam - wymamrotała. - Co mam zrobić z Taiem? 

- Wpuść go do pokoju Tricii i wytarzaj w jej pościeli - entuzjazmowała się Lily. 

- Zawsze możesz zostawić go tutaj - zaproponował Mac. - Autumn i Clay będą zachwyceni. 

- Chciałabym zadzwonić do wujka Willa, jeśli można - powiedziała cicho. 

- Wujka? - zdziwiła się Lily, 

- Oczywiście. Tu jest telefon. - Mac wskazał aparat i zwrócił się do Lily: - Później ci to wyjaśnię, a 

teraz wyjdźmy stąd, żeby mogła spokojnie porozmawiać. 

Wielebny Franklin od razu podniósł słuchawkę. 

- Wujku, tu Kara. 

-  Kara!  -  powtórzył  jowialnie  pastor.  -  Jesteś  już  spakowana?  Jutro  wielki  dzień!  Nie  mogę  się 

doczekać, moja droga! Będę na lotnisku. Zjemy razem obiad, a potem pojedziemy do Bear Creek. 

- Wujku, już tu jestem. Przyleciałam dzisiaj - rzekła zakłopotana. 

-  Co?  Tutaj?  Dziś?  -  zdumiał  się  pastor.  -  Jak  to  możliwe?  Przecież  zapisałem  sobie  datę  twojego 

przyjazdu. Miałaś przylecieć jutro! 

- Kto ci tak powiedział? - spytała podejrzliwie. - Czy nie Mac Wilde? 

- Tak, a dlaczego...? - zaczął pastor, a potem westchnął. - Właśnie. Teraz już wiesz, w czym rzecz? 

Wszystko było jasne. Mac, który opłacił bilet, celowo wprowadził w błąd pastora, ale dlaczego to zrobił? 

- Kiedy miałeś zamiar wspomnieć mi o Macu i całej... intrydze ze ślubem? 

- Spotkałaś go? Powiedział ci? - Will Franklin był wyraźnie przygnębiony. 

- Wszystko - potwierdziła. 

- Ślub? - wykrzyknęła Lily po drugiej stronie kuchennych drzwi. 

Oboje z wujem tkwili tam, starając się podsłuchać rozmowę, choć Mac przez cały czas próbował  odesłać 

bratanicę do jej pokoju.  

- Wujku, zamierzasz się z nią ożenić? 

- No, dalej, powiedz, jak bardzo nie odpowiada ci ten plan - warknął Mac. - Pewnie zrobisz wszystko, 

by do tego nie dopuścić. 

- Przeciwnie. Myślę, że to dobry pomysł. Autumn i Clay potrzebują matczynej ręki. A założę się, że i 

ty przestaniesz zrzędzić, gdy będziesz miał kobietę... 

background image

 

28 

- Uspokój się i odsuń od drzwi! Przestań szpiegować Karę. 

- Dobra. Tobie zostawię to zajęcie. Mam nadzieję, że będziesz z nią szczęśliwy - rzuciła bratanica. 

Lily odeszła, by dołączyć do Autumn i Claya, a Mac przylgnął uchem do drzwi. 

-  Dlaczego  o  niczym  nie  powiedziałeś  i  pozwoliłeś  mi  wierzyć,  że  to  ty  kupiłeś  bilet?  -  Kara 

domagała się wyjaśnień od pastora. 

- Pragnąłem twoich odwiedzin, moje dziecko. Bardzo za tobą tęskniłem przez te lata. Dlatego od razu 

pomyślałem  o  tobie...  jako  towarzyszce  życia  Maca.  Wydawało  mi  się,  że  to  świetne  rozwiązanie  dla  nas 

wszystkich. Mac potrzebuje żony, by wychować dzieci, a ty byłaś taka samotna w wielkim mieście. Wiem, 

że zawsze pragnęłaś mieć rodzinę. 

Kara  wzięła  głęboki  oddech.  Starała  się,  żeby  jej  listy  do  wuja  Willa  były  pogodne  i  dowcipne.  Nigdy 

nawet  słowem  nie  wspomniała  o  samotności.  Musiał  to  wyczytać  między  wierszami  i  uznać  ją  za 

zdesperowaną  osobę,  która  nie  potrafi  znaleźć  sobie  stałego  partnera,  nie  mówiąc  już  o  mężu  i  rodzinie. 

Czuła się upokorzona. 

-  Jeśli  wyjdziesz  za  Maca,  zamieszkasz  w  Double  R,  blisko  Bear  Creek  -  ciągnął  pastor.  -  Znowu 

stanę się częścią twego życia. Wiem, że powinienem był cię o wszystkim uprzedzić, ale wydawało mi się, że 

nie należy robić tego przez telefon. - W głosie wielebnego Willa brzmiało zawstydzenie. - Myślałem, że jak 

przyjedziesz tutaj, przedstawię cię Macowi, on zacznie się o ciebie starać i wszystko się ułoży. 

- A ja nigdy bym się nie dowiedziała, że ukartowaliście to małżeństwo? Miałam wierzyć, że zakochał 

się we mnie? 

Ogarnął ją gniew na samą myśl o podstępie. Czuła się rozczarowana i zdradzona. Mac Wilde przynajmniej 

niczego nie ukrywał. Można mu było zaliczyć to na plus. 

-  Mylisz  się  co  do  Maca,  wujku.  On  nie  jest  zainteresowany  zalotami.  Pragnie  natychmiast 

zrekompensować  sobie  wydatki  poniesione  na  tę  inwestycję.  Sądził,  że  wyjaśniłeś  mi  wszystko,  i  chciał 

uniknąć... Och! - Drgnęła, gdy gwałtownie otworzyły się drzwi i stanął w nich Macauley. 

Kara  była  przekonana,  że  cokolwiek  Mac  zechce  powiedzieć  pastorowi,  nie  będzie  to  przyjemne.  Nie 

życzyła  sobie  takiej  konfrontacji.  Popatrzyła  na  Maca.  Oto  mężczyzna,  który  oszukał  wielebnego  Willa, 

chciał sobie kupić żonę, ale też potrafił ją rozbawić i całować tak, jak każda kobieta chciałaby być całowana. 

Schowała słuchawkę za siebie, nie dopuszczając go do telefonu. 

- Najpierw musisz ochłonąć, Mac, bo powiesz coś, czego będziesz żałował. 

-  To  wzruszające,  że  chcesz  bronić  pastora  przede  mną,  a  mnie  przed  samym  sobą  -  powiedział 

schrypniętym głosem. 

Podszedł tak blisko, że czuła ciepło  jego ciała. Zaparło  jej dech  na widok  muskularnej klatki piersiowej  i 

mocno  dopasowanych  dżinsów,  które  wyraźnie  podkreślały  męskość  Maca.  Próbowała  schwycić  oddech  i 

nie  mogła.  Wydawało  się  jej,  że  czuje  dotyk  jego  dłoni  na  piersiach.  Cofnęła  się,  a  Mac  postąpił  krok  do 

przodu i uśmiechnął się zmysłowo. Słuchawka wyśliznęła się z drżących palców Kary i zawisła nad podłogą. 

- Mac - zaczęła, próbując go skłonić do zachowania dystansu. 

 

background image

 

29 

Dotknęła ręką jego piersi i znowu poczuła ciepło. W uszach dźwięczały jej słowa Lily: „Dziewczyny jedna 

przez drugą pchały się mu do łóżka”. 

- Karo - wymówił pieszczotliwie. 

Pochwycił ją za biodra i przycisnął do siebie tak, by odczuła, jak jest podniecony. 

- Mac - szepnęła, topniejąc w jego ramionach. 

Bliskość tego mężczyzny nie pozwalała myśleć o niczym innym. 

- Halo! - w słuchawce rozległ się głos pastora. - Jest tam kto? 

-  Nie  zwracaj  na  niego  uwagi  -  mruknął  Mac  i  lekkim  kopnięciem  przesunął  telefon  w  odległy  kąt 

kuchni. 

- Halo! Halo! Co się dzieje? - niepokoił się wielebny Will. 

Kara  zamrugała  powiekami,  budząc  się  z  erotycznego  oszołomienia.  Wyzwoliła  się  z  objęć  Maca  i 

chwyciła za słuchawkę. 

- Wujku! 

- Powiedz mu, że zostaniesz tutaj - cicho poprosił Macauley. 

-  Ja...  ja...  -  Odwróciła  wzrok  od  wpatrzonych  w  nią  oczu  Maca.  -  Czy  to  prawda,  że  Tricia  jest 

uczulona na koty? - usłyszała samą siebie, zadającą głupie pytanie. 

Pastor milczał przez chwilę zaskoczony. 

- Tak. Na jedenaste urodziny kupiliśmy jej kotka, bo męczyła nas miesiącami... 

Szczegółowo opowiadał całą historię, a Kara musiała jej słuchać, nie zdradzając znudzenia. 

Mac zasiadł na krześle, krztusząc się ze śmiechu. 

Do kuchni wpadł Clay. 

- Znaleźliśmy kota! Siedzi na belce pod sufitem w twojej sypialni, wujku. Nad samym łóżkiem. 

- Oczywiście!  A gdzie  indziej  mógł się schować? Mam  nadzieję, że z przerażenia  nie zwymiotował 

na moją poduszkę wszystkiego, co zjadł w ciągu dnia? 

-  Wujku,  muszę  kończyć  -  powiedziała  szybko  Kara.  -  Przenocuję  u  pana  Wilde’a.  Porozmawiamy 

jutro. 

Odłożyła słuchawkę i wąskim korytarzem podążyła za Makiem oraz Clayem do wyłożonej ciemną boazerią 

sypialni,  w  której  królowało  olbrzymie  łoże  przykryte  ciepłą,  puchową  kołdrą.  W  pokoju  znajdował  się 

granitowy  kominek,  podobny  do  tego  z  salonu,  choć  nie  tak  duży.  Wisiał  nad  nim  wypchany  potężny  łeb 

górskiego barana. 

Kara skrzywiła się. Jeleń i łoś nie wyglądały tak groźnie jak to zwierzę. 

- Czy każdy pokój zdobią jakieś trofea? - spytała zaniepokojona. 

- U mnie jest górska kozica! - wykrzyknął Clay. 

- A u mnie niedźwiedź - pisnęła Autumn, która właśnie weszła do sypialni. - Bałam się, więc wujek 

przykrył go kocem. 

- Dziadek był zapalonym myśliwym, stąd te ozdoby - wyjaśnił Mac. 

- Tam siedzi Tai! - Clay wskazał sufitową belkę, na której przycupnął kot. 

background image

 

30 

Oboje  z  Autumn  wdrapali  się  na  łóżko  i  podskakując,  próbowali  dosięgnąć  zwierzaka.  Tai  tylko  parskał 

odstraszająco. 

- Zwabię go jedzeniem - rzekła Kara. - Nie jadł nic przez cały dzień. Mam w torbie jego smakołyki. 

Ale muszę tu z nim zostać sama, bo Tai obawia się obcych. 

- Zostawimy Karę, by mogła zająć się kotem - powiedział Mac i wyszedł, zabierając dzieci. 

Kara czuła  się  nieswojo w sypialni  Maca. Nakarmiła Taia  i rozejrzała  się wokół. Nigdzie  nie  było widać 

fotografii, książek ani niczego osobistego. Wyobraziła sobie Maca w łóżku pod puchową kołdrą, strzeżonego 

przez dzikiego barana. Sypiał w piżamie czy w spodenkach? A może nago? Na myśl o tym ogarnęła ją taka 

fala gorąca, że machinalnie rozsunęła uda. 

Z  jękiem  rozpaczy  przysiadła  na  krawędzi  łóżka.  Co  się  z  nią  stało?  Nigdy  w  życiu  nie  myślała  w  ten 

sposób o żadnym mężczyźnie! Dotknęła ręką czoła. Była bardzo zmęczona. 

- Widzę, że Tai zdecydował się zejść na kolację - w sypialni rozległ się niski, spokojny głos Maca. 

Stał  w  drzwiach,  spoglądając  na  Karę  wzrokiem  pełnym  ukrytych  pragnień.  To  spojrzenie  sprawiło,  że 

zerwała się na równe nogi i odskoczyła od łóżka. 

- Malcy już śpią. Lily poszła do swego pokoju, wyjawiwszy przedtem, że Brick spędzi dzisiejszą noc 

u swego przyjaciela, Jimmy’ego Crowa  - westchnął  Mac. -  Brick  i Jimmy  znani  są w całym  Bear Creek z 

różnych  wybryków.  Czasami  fotografują  dziewczęta  przebierające  się  w  szatni,  innym  razem  przebijają 

opony w samochodach nauczycieli... 

- Masz z tymi dziećmi masę kłopotów. 

- Nie uważaj mnie przypadkiem za świętego - zastrzegł Mac, zbliżając się do Kary. - Zapewniam cię, 

że jestem tylko człowiekiem - powiedział i przyciągnął ją do siebie. 

Kara przełknęła ślinę. Miała opuszczone ręce i robiła wszystko, by nie zarzucić mu ich na szyję. 

- Według Lily nie byłeś z kobietą, odkąd sprowadziłeś tu dzieci, a nie przywykłeś do tak długiego... 

celibatu. Podobno jesteś mężczyzną, o którego biją się okoliczne damy. 

- Nie wierz we wszystko, co usłyszysz, a już szczególnie od Lily - rzekł Mac, patrząc jej w oczy. 

-  To  oczywiste,  że  tak  mówisz.  Trudno,  żebyś  się  chwalił  swoimi...  -  Nie  mogła  znaleźć 

odpowiedniego słowa na określenie łóżkowych przygód. 

- Podbojami? - Mac uśmiechnął się i zmrużył oczy. 

- Czemu sądzisz, że taki podejrzany typ jak ja nie miałby się tym chełpić? Nie zauważyłaś nacięć na 

słupkach baldachimu? Każde z nich oznacza kolejną miłosną przygodę. 

Ujął jej głowę w obie dłonie. 

- Aha! Mam cię! Już chciałaś przekonać się, czy mówię prawdę. 

Kara wiedziała, że Mac żartuje. 

- Przecież nie ma tu żadnego baldachimu. 

Z  jednej  strony  miała  ochotę  uśmiechnąć  się,  ale  z  drugiej  ogarniała  ją  wściekłość  na  myśl  o  nim  w 

ramionach innej kobiety. W końcu rzekła: 

- Na zagłówku też nie ma żadnych nacięć. 

background image

 

31 

-  A  o  czym  to  świadczy?  -  spytał  ochryple,  przytulając  swój  szorstki  policzek  do  twarzy  Kary  i 

przesuwając dłońmi wzdłuż jej ciała. 

- O tym, że wiesz, jak prowadzić rozmowę, bym poczuła się zakłopotana i straciła wątek. 

- Mówiliśmy o przeszłości. Liczy się jednak tylko teraźniejszość i fakt, że mamy zamiar się pobrać - 

przypomniał, tuląc Karę w objęciach i pokrywając pocałunkami jej szyję. 

Dziewczyna  z  rozkoszą  poddawała  się  pieszczotom.  Mac  wziął  ją  na  ręce  i  podszedł  do  łóżka,  a  potem 

usiadł, trzymając na kolanach. 

- Jesteś taka piękna, podniecająca. Bardzo cię pragnę, kochanie - szepnął. 

 

background image

 

32 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Kara zamarła w bezruchu. 

- Co się stało? - spytał Mac, spragniony jej bliskości. 

Przed chwilą tuliła się do niego, nagle usiadła wyprostowana, a potem poderwała się i poszukała wzrokiem 

kota, który chłeptał wodę z miseczki. Mac patrzył na nią oszołomiony. Może nie chciała się kochać z nim w 

obecności kota? Chociaż sam  nie  miał  nic przeciwko takiemu towarzystwu, gotów był zrobić wszystko, by 

Kara poczuła się swobodnie. 

- Mam go przenieść do innego pomieszczenia? - zapytał. 

- Kot może zostać, jeśli chce, ale ja wyjdę - odrzekła, kierując się do drzwi. 

Mac podniósł się wolno i ruszył za nią. 

- Czy mogłabyś chociaż wyjaśnić, co się stało, że zmieniłaś zdanie? 

- Powiedziałeś, że jestem piękna i podniecająca. 

- To cię dotknęło? - Mac był wyraźnie zaskoczony. 

- Tak, bo to wierutne kłamstwo. Więcej nie praw mi tego typu komplementów. 

- Komplementów? 

-  Mówisz  je  pewnie  każdej  kobiecie,  którą  bierzesz  do  łóżka.  To  obraźliwe!  -  wybuchnęła  i  nie 

oglądając się za siebie, wyszła z sypialni. 

Nie  miała  pojęcia,  co  zrobi.  Kot  został  w  sypialni  Maca,  a  ona  nie  dysponowała  żadnym  środkiem 

transportu, by dotrzeć do miasta. Zresztą gdyby nawet jakoś się tam dostała, nie miała się gdzie zatrzymać. 

Nagle tuż za Karą pojawił się gospodarz rancza i łagodnie położył dłonie na jej ramionach. 

- Musisz być głodna - powiedział, zanim zdążyła w jakikolwiek sposób zareagować. - Oboje nic nie 

jedliśmy. Powinniśmy byli pójść na obiad w Helenie i... 

-  Spieszyłeś  się  do  dzieci  -  przypomniała  drżącym  głosem,  czując,  jak  Mac  delikatnie  gładzi  jej 

ramiona. - Z twojego punktu widzenia nie warto było tracić czasu na restauracje. W końcu przyjechałam tu, 

żeby się za ciebie wydać, więc po co miałbyś czynić jakieś dodatkowe zabiegi o moje względy? 

Odsunęła się od niego, choć ciągle czuła na ramionach ciepło jego dotyku. 

- Nieźle  mnie podsumowałaś - zauważył sucho. - Pewnie  na to zasłużyłem.  Ale skoro Już tu jesteś, 

może ogłosimy zawieszenie broni i coś zjemy? Była dziś na ranczu pani Lattimore i zostawiła... 

- Swój paskudny gulasz? - Kara przytoczyła opinię Lily. - Może jakoś go przełknę. 

- Nie doniosę pani Lattimore, co powiedziałaś. Chodź, skosztujemy wspaniałego dania - rzekł i podał 

jej ramię, prowadząc do kuchni. 

Pozwoliła  mu  na  to,  bo  naprawdę  czuła  głód  i  nie  było  sensu  uciekać  przed  panem  tego  rancza.  Musiała 

gdzieś przenocować, więc zgodziła się zawrzeć rozejm. 

Usiadła przy kuchennym stole i spoglądając na telefon, myślała o dzisiejszej rozmowie z pastorem, podczas 

gdy Mac podgrzewał gulasz w kuchence mikrofalowej. 

- Dlaczego tak naprawdę nie podałeś wujkowi Willowi właściwej daty mego przyjazdu? 

background image

 

33 

- Pomyślałem, że przyjedzie po ciebie  na  lotnisko, a ja  nie chciałem z  nikim dzielić chwili  naszego 

spotkania. Pragnąłem, byś pierwsze godziny w Montanie spędziła tylko ze mną.  

- To nie brzmi wiarygodnie. Jaki był prawdziwy powód? 

-  No  dobrze.  Muszę  przyznać,  że  niepokoiła  mnie  myśl  o  spotkaniu  przyszłej  panny  młodej  w 

obecności  pastora.  Sądziłem,  że  będzie  niezręcznie,  jeśli  się  sobie  nie  spodobamy,  a  on  zacznie  grać  rolę 

swata. Z drugiej strony, gdybyśmy od razu przypadli sobie do gustu, pastor tylko by nam zawadzał. 

Kara oparła się przemożnej chęci, by zapytać o wrażenie, jakie na nim wywarła w chwili spotkania. Pewnie 

nie wydała mu się wyjątkowo odpychająca i pogodził się z tym, że nie jest tak piękna, jak przypuszczał, choć 

się do tego nie przyzna. Będzie opowiadał, jak to oczarowała go od pierwszego wejrzenia. 

-  Nie  potrafię  prawić  oryginalnych  komplementów  -  przyznał,  nakrywając  do  stołu.  -  Ale  na  swoją 

obronę mogę powiedzieć, że jeśli coś mówię, to naprawdę tak uważam. 

Kara automatycznie położyła sztućce przy dwóch nakryciach. Wiedziała, co Mac miał na myśli. 

- A więc jeżeli kochasz się z kobieta, to wierzysz, że jest piękna i podniecająca? 

- Oczywiście. Dlaczego miałbym się kochać z jakimś brzydactwem? 

- Właśnie, dlaczego? - powtórzyła. 

-  Wybacz,  jeśli  cię  uraziłem.  Naprawdę  nie  chciałem  cię  dotknąć,  używając  banalnych  słów  dla 

wyrażenia moich uczuć. 

-  Po  prostu  miałeś  zamiar  iść  ze  mną  do  łóżka.  Pragnąłeś  mnie  tak  bardzo,  bo  jestem  piękna  i 

seksowna - zażartowała. 

- Nie wiem, dlaczego nie możesz w to uwierzyć - jęknął Mac. - Pamiętasz, już wcześniej, w dżipie... 

- Nie chcę o tym mówić. Po to zawarliśmy rozejm, by do tego nie wracać - przerwała mu. 

- Kto ustalił  zasady rozejmu?  Czy to ja  nalegałem,  by wprowadzić do niego taką klauzulę? - spytał 

Mac, stawiając na stole naczynie z parującym gulaszem. 

Znowu się z nią droczył, a to mogło przywrócić atmosferę intymności, w której Kara czuła się niepewnie. 

Postanowiła więc skierować rozmowę na inny temat. 

- Co za niespodzianki kryją się w tej potrawie? - spytała. 

- Jeśli ci powiem, to już nie będzie niespodzianek. Ale wierz mi, że całość zupełnie nieźle smakuje z 

zimnym piwem - powiedział i wyjął dwie puszki z lodówki. 

- Nigdy nie widziałam tego gatunku - rzekła Kara, przyglądając się kuguarowi na puszce. 

- To ulubiony napitek ranczerów. Niezłe. Świetnie nadaje się do przepłukania gardła po gulaszu pani 

Lattimore. 

- Jeśli nie masz nic przeciwko temu, to wolałabym napić się wody. 

- Proszę bardzo. Masz do wyboru mineralną, którą zwykle pija Lily, albo kranówkę przeznaczoną dla 

nas, proletariuszy. 

Kara nalała do szklanki wody z kranu i oboje zajęli się potrawą, którą pani Lattimore doprawiła w sposób 

trudny  do  zaakceptowania  przez  szanującego  się  kucharza.  Jednakże  mimo  oryginalnych  przypraw  danie 

okazało się jadalne. 

background image

 

34 

- Zaniosę twój bagaż do pokoju gościnnego - zaproponował Mac po kolacji, gdy Kara zbierała talerze 

ze stołu. - Chociaż zaproszenie do mojej sypialni jest ciągle aktualne - zaznaczył. 

- Dziękuję. Tai i ja wolimy oddzielny pokój. Przywiozłam ze sobą torbę na kocie nieczystości, a jeśli 

znajdziesz jeszcze dla niego jakieś kartonowe pudełko, to będzie całkowicie usatysfakcjonowany. 

-  Znajdę  -  obiecał,  przyglądając  się  jej  uważnie.  Ktoś,  kto  tak  jak  ona  woził  żywność  dla  kota  i 

torebki na nieczystości, musiał być niezwykle odpowiedzialną osobą. 

-  Nie  mogłam  oczekiwać,  że  wujek  Will  będzie  biegał  po  mieście  i  kupował  drobiazgi  potrzebne 

Taiowi - wyjaśniła. - Pewnie myślisz, że dziwaczka ze mnie... 

- Skądże. Uważam, że jesteś po prostu bardzo przewidująca - odrzekł, nie dodając, iż docenia w niej 

również inne zalety i że z każdą minutą coraz bardziej jej pragnie. 

Nie ośmielił się tego powiedzieć, by znowu nie pomyślała, że prawi jej tanie komplementy. 

Kiedy posprzątali po kolacji, Mac pomógł Karze przenieść kota do wolnej sypialni, która poprzez łazienkę 

łączyła  się  z  jego  pokojem.  Wnętrze  umeblowane  było  bardzo  skromnie.  Poza  łóżkiem  stała  tu  jedynie 

mahoniowa szyfonierka, której przydałaby się renowacja. Znad łóżka łagodnym wzrokiem spoglądała sama. 

- Widzę, że twój dziadek nie oszczędzał nawet kuzynek jelonka Bambi - zauważyła Kara. 

- Masz coś przeciwko polowaniom? 

-  Nie  zastanawiałam  się  nad  tym,  dopóki  tu  nie  przyjechałam.  A  teraz  nie  wiem  już,  od  czego 

dostałam gęsiej skórki. Na myśl o polowaniach czy na widok tych trofeów. Przecież cały dom wygląda jak 

koszmar ze snu wypychacza zwierząt. 

-  Kiedy  zostaniesz  moją  żoną  i  zamieszkasz  tu,  zmienisz  wystrój  wnętrza.  Zamiast  trofeów 

myśliwskich  powiesisz  obrazki  przedstawiające  kwiaty  albo  owoce.  Wybacz,  że  ten  pokój  tak  wygląda  - 

powiedział Mac. - Jest mały i wyziębiony, ale tylko ten był wolny. Pewnie nie chciałabyś spać z którymś z 

dzieci.  Dałaś  też  jasno  do  zrozumienia,  że  moja  sypialnia  ci  nie  odpowiada.  Możesz  się  tu  zamknąć,  jeśli 

boisz się, bym nie naruszył zasad naszego rozejmu. 

- Nie obawiam się ciebie - odrzekła z uśmiechem. 

Przerażał ją raczej fakt, iż pod wpływem samego spojrzenia Maca przenikają fala gorąca. 

- To dobrze - mruknął. 

Mieli dzielić wygodną  łazienkę z dwiema umywalkami, prysznicem  i  staroświecką, dużą wanną. Godzinę 

wcześniej ta okoliczność niepokoiłaby Karę. Teraz była na to zbyt zmęczona. 

Mac  szarmancko  ustąpił  jej  pierwszeństwa  przy  myciu.  Po  dokonaniu  wieczornej  toalety  i  włożeniu 

sięgającej  kostek  bawełnianej  różowej  koszuli  z  długimi  rękawami  i  zapięciem  pod  samą  szyję,  Kara 

wśliznęła się pod koc. Tai usnął w nogach łóżka. 

W  pokoju  było  chłodno.  Wełniany  koc  i  bawełniana  narzuta  nie  zapewniały  tyle  ciepła,  by  można  było 

spokojnie zasnąć. Kara tęsknie pomyślała o puchowej kołdrze w sypialni Maca i spróbowała szczelniej otulić 

się tym, co miała pod ręką. 

Ciągle trzęsła się z zimna. Już zaczęła się zastanawiać nad włożeniem swetra i skarpet... 

- Karo? 

background image

 

35 

W pokoju rozległ się głos Maca. Mógł wejść przez łazienkę. Mimo panujących ciemności dostrzegła zarys 

wysokiej, męskiej sylwetki, która powoli zbliżała się do łóżka. Przez moment przestało jej bić serce. Usiadła 

na łóżku, szczelnie owijając się kocem. 

- Czego chcesz? - zapytała przestraszona. 

Jak  w  transie  patrzyła  na  muskularną,  pokrytą  czarnymi  włosami  pierś  Maca.  Był  tylko  w  slipach,  które 

znakomicie uwydatniały jego męskość. 

-  Przyniosłem  dodatkowe  koce.  Jest  zimno,  z  pewnością  ci  się  przydadzą  -  powiedział  niskim, 

głębokim głosem. 

Wpatrzona w Maca i przerażona jego obecnością w pokoju nawet nie zauważyła koców, które teraz układał 

na łóżku. 

W świetle księżyca Kara wydała się Macowi zachwycająca. Przysiadł na krawędzi posłania. 

-  Myślałem,  że  się  mnie  nie  boisz,  więc  czemu  wyglądasz  na  śmiertelnie  wystraszoną?  -  spytał 

łagodnie i dotknął palcami warg dziewczyny. 

-  Zdałam  sobie  sprawę,  że  jestem  okropnie  niemądra.  Sama  narażam  się  na  niebezpieczeństwo  - 

szepnęła jednym tchem. 

- To prawda  - przyznał Mac.  - Potrzebujesz  męża, który  by cię chronił  - dodał, wsuwając ręce pod 

koc, by dosięgnąć piersi Kary. Dziewczyna była oszołomiona i przerażona przyjemnością, którą sprawiła jej 

ta pieszczota. Mac delikatnie gładził kciukami okolice sutek, nie dotykając samych koniuszków piersi. 

Zapragnęła go gwałtownie. 

- Proszę, ja nie... Nie możemy... - Głos się jej załamał pod wpływem intensywnych odczuć. 

-  Możemy,  ale  nie  będziemy  -  poprawił  Mac.  -  W  każdym  razie  nie  dzisiaj.  Teraz  pocałuj  mnie  na 

dobranoc, to sobie pójdę. 

Jęknęła, gdy dotknął jej warg i zaczął namiętnie ją całować. 

Karę  przeniknął  dreszcz  pożądania.  Kiedy  Mac  po  raz  drugi  położył  dłoń  na  jej  piersiach,  gwałtownie 

przycisnęła  ją  do  siebie.  Znowu  zaczął  gładzić  wrażliwą  skórę  wokół  sutek.  Dziewczynę  oblała  fala 

rozkoszy. 

Położył  ją delikatnie  na  wznak, pozwolił, żeby  się przytuliła  i  zaczęła pieścić  mu włosy. Pod bawełnianą 

koszulą Kary wyraźnie rysowały się nabrzmiałe koniuszki piersi. Mac zmrużył oczy i dotknął ustami jednego 

z nich. 

Kara  poczuła  ciepło  oddechu,  a  potem  czubek  języka  dotykającego  sutki.  Wygięła  się,  unosząc  piersi  ku 

górze  i  spazmatycznie  powtarzając  imię  Maca.  Przy  tym  ruchu  rozpięła  się  jej  koszula.  Mac  pieścił  teraz 

językiem  nagie  piersi,  a  ciało  Kary  przeniknęła  fala  rozkoszy.  Dziewczyna  przylgnęła  do  niego  mocno, 

pragnąc otrzymać więcej i więcej... 

Nagle wszystko się skończyło. Mac usiadł, oddychając ciężko. 

- Albo przerwiemy teraz, albo wcale - rzekł, z trudem chwytając oddech. 

Kara leżała podniecona, odczuwając bolesne pulsowanie między udami. Pierwszy raz w życiu straciła nad 

sobą kontrolę. Nawet nie przypuszczała, że  jest w stanie przeżywać tak gwałtowną namiętność.  Nie  mogła 

background image

 

36 

się  dłużej  oszukiwać.  Gdyby  Mac  nie  przerwał  pieszczot  z  własnej  woli,  ona  by  go  nie  powstrzymała. 

Zamknęła oczy, by nie patrzeć mu w twarz. 

- Dobranoc, maleńka. Spij dobrze - szepnął i mocno pocałował w ją usta, a potem jeszcze raz złożył 

pocałunek  między  jej  piersiami.  Przeszedł  przez  pokój,  a  Kara  nie  poprosiła,  by  zawrócił.  Gdyby  choć  raz 

spojrzał na nią, z pewnością zostałby tu do rana. 

Nie powinienem tego robić, upomniał  sam siebie.  Mógł  ją posiąść.  Wiedział, że tego pragnęła. To czyste 

szaleństwo, mieć w łóżku spragnioną kobietę i zrezygnować z rozkoszy. Na myśl o spełnieniu poczuł, że się 

poci. Mimo iż noc była chłodna, nie przykrył się kołdrą. 

 

Tai  siedział  pośrodku  małej  sypialni,  miaucząc  i  popatrując  na  Karę.  Dziewczyna  zbudziła  się  właśnie  z 

głębokiego  snu,  w  który  zapadła  tuż  przed  świtem,  i  sięgnęła  po  zegarek.  Dochodziła  dziewiąta,  a  według 

czasu waszyngtońskiego - jedenasta. Nigdy jeszcze nie wstawała tak późno. 

Czuła  się  nieco  zdezorientowana.  W  domu  panowała  cisza.  Umyła  się  szybko,  dokładnie  zamknąwszy 

drzwi  od  łazienki,  choć  z  sypialni  Maca  nie  dobiegały  żadne  odgłosy.  Włożyła  dżinsy  i  cienką  liliową 

bluzeczkę. Ostrożnie zajrzała do pokoju Macauleya, lecz nie zastała tam nikogo. 

- Ładnie wyglądasz - powitała ją Autumn, gdy tylko Kara wyszła na korytarz. 

Drgnęła zaskoczona, że dziewczynka na nią czekała. 

-  Lily  powiedziała,  że  mam  ci  nie  przeszkadzać,  dopóki  nie  wyjdziesz  z  pokoju.  Gdzie  kotek?  - 

zainteresowała się nagle. - Słyszałam, jak miauczał. 

Kiedy  szły  korytarzem,  Tai  wybiegł  z  sypialni  i  czmychnął  w  głąb  domu,  jakby  go  ktoś  gonił.  Kara 

zauważyła,  że  dziewczynka  jest  w  nocnej  koszuli.  Jej  długie  ciemne  włosy  splątaną  kaskadą  spadały  na 

ramiona. Był wtorek, a więc mała powinna być w szkole. Nie wyglądała na chorą. 

-  Jak  chcesz,  to  w  mikrofalówce  rozmrożę  ci  coś  na  śniadanie.  Można  w  niej  podgrzewać  już 

przygotowane  jedzenie  -  paplała  dziewczynka  -  ale  lepiej  nie  gotować  surowego  kurczaka,  bo  się  nie 

zniszczy wszystkich bakterii. Można się zatruć i umrzeć. Od hamburgerów też można umrzeć. Moja mama i 

tata  umarli,  ale  nie  otruli  się,  tylko  zginęli  w  wypadku.  Mówiłam  Brickowi,  że  on  też  może  zginąć  w 

katastrofie samochodowej, ale się śmiał. 

-  Czy  Brick  pojechał  gdzieś  samochodem?  -  spytała  Kara,  próbując  uzyskać  w  miarę  dokładne 

informacje od dziewczynki, mieszającej przeszłość z teraźniejszością. 

- Dziś rano razem z Jimmym Crowem wzięli samochód jego mamy i pojechali do parku Yellowstone. 

- Sami? A wujek o tym wie? - spytała Kara w zdumieniu, 

- Wujek nie pozwolił mu opuszczać lekcji. 

- Brick ma przecież tylko trzynaście lat! Pojechał bez prawa jazdy! Musimy natychmiast zawiadomić 

wujka Maca! - zawołała Kara. 

- A gdzie on jest? 

- Myślałam, że ty mi powiesz - przyznała skonsternowana Kara. - A może Lily wie? Zadzwonimy do 

niej do szkoły. 

background image

 

37 

- Nie ma jej w szkole. Wybrała się do... raju. 

Kara zaniepokoiła się nie na żarty. 

- Lily  mówiła, że  ja też  nie  muszę dziś  iść do szkoły,  jeśli  nie chcę,  i że ty  zaopiekujesz  się  mną  i 

Clayem - wyznała Autumn. 

- Gdzie jest Clay? - Serce Kary o mało nie wyskoczyło z piersi. 

Cisza panująca w domu wyraźnie wskazywała, że chłopiec musiał być gdzieś na zewnątrz. 

- Poszedł do konia. 

- Chyba nie do Blackjacka? - Kara przypomniała sobie, co Mac mówił o narowistym ogierze. 

- Tak, Clay go uwielbia i chce na nim jeździć. 

Troje  młodych  Wilde’ów  potrzebowało  natychmiastowej  pomocy,  ale  Clayowi  zagrażało  bezpośrednie 

niebezpieczeństwo. 

- Autumn, musisz mi pokazać, gdzie jest ten koń. 

W  chwilę  później  biegły  wzdłuż  podjazdu.  Kara  modliła  się  w  duchu,  by  zdążyły  odnaleźć  Claya,  zanim 

ogier zrobi mu krzywdę. 

- Tu są stajnie. - Autumn przyprowadziła Karę do świeżo odnowionych zabudowań. 

Z  trudem  otworzyły  ciężkie  wrota.  Wewnątrz  nowoczesnej,  przestronnej  stajni  stały  dobrze  utrzymane 

konie, ale nie było wśród nich czarnego ogiera. Kara zawołała chłopca, lecz nikt się nie odezwał. 

- Tu jest bury kot  - zauważyła  Autumn. - Mieszka w stajni.  Wujek  mówi, że  nie  ma  imienia, ale  ja 

nazywam  go  Prążek,  bo  jest  pręgowany  jak  tygrys.  Chciałam  go  wziąć  do  mieszkania,  lecz  wujek 

powiedział, że to dziki kot. Czy myślisz, że Tai chciałby mieć przyjaciela? 

Kara była zbyt zaabsorbowana sprawą Claya, by zwracać uwagę na paplaninę dziewczynki. 

- Gdzie może być ten ogier i twój brat? 

- Może na którymś z wybiegów. Weźmy Prążka do domu, żeby spotkał się z Taiem. 

- Najpierw musimy znaleźć Claya. Pokażesz mi, gdzie są wybiegi? 

Kara  była zdziwiona, że  mała, zwykle tak wyczulona  na wszystkie  niebezpieczeństwa, nie  niepokoi  się o 

brata. 

Na szczęście nie trzeba było iść daleko, by dotrzeć do ogrodzonych wybiegów dla zwierząt. 

Dostrzegła Claya wcześniej niż Autumn. Siedział na płocie, obserwując potężnego ogiera, który biegał jak 

szalony i od czasu do czasu stawał dęba, najwyraźniej mało zachwycony towarzystwem chłopca. 

-  Chodź  tu,  Blackie!  Mam  coś  dla  ciebie!  -  wołał  siedmiolatek,  wyciągając  rękę  do  konia,  który, 

niepokojony przez intruza, wściekle rył ziemię kopytami. 

Karze  zaparło  dech  w  piersiach.  Clay  najwyraźniej  traktował  ogiera  jak  łagodnego  kucyka.  Wcale  nie 

zwracał uwagi na jego nieprzyjazne zachowanie. 

Podbiegła  do  malca  i  ściągnęła  go  z  ogrodzenia.  Był  boso,  w  szortach  i  podkoszulku.  Miał  zimne  ręce  i 

nogi.  Mimo  iż  świeciło  jesienne  słońce,  dzień  był  chłodny,  a  mały  nie  wykurował  się  jeszcze  do  końca  z 

wietrznej ospy. 

 

background image

 

38 

-  Clay,  powinieneś  trzymać  się  z  daleka  od  tego  konia.  To  dzikie,  niebezpieczne  zwierzę.  Mógł  ci 

zrobić krzywdę - powiedziała drżącym głosem. 

- Blackie mógł zabić Claya? Nie wiedziałam, że konie to robią. - Autumn aż sapnęła ze zdziwienia. 

- Zwykle nie są groźne dla ludzi, ale Blackjack to wyjątek - wyjaśniła Kara. 

- Chciałem się z nim zaprzyjaźnić - rzekł ponuro Clay. 

- Może pomyślałbyś o jakimś mniejszym i łagodniejszym zwierzątku - zaproponowała Kara, próbując 

za wszelką cenę odwrócić uwagę chłopca od ogiera. 

- Na przykład o psie? - zainteresował się malec. - Kiedy go dostaniemy? 

- Będziemy mieć szczeniaczka! Szczeniaczka! - pisnęła Autumn. 

- Zawsze chciałem dostać szczeniaka - wyznał chłopiec i umie wziął Karę za rękę. 

Wzruszyła się tym gestem. Clay był taki mały, bezradny. Płonącymi, ciemnymi oczami i gęstością włosów 

bardzo przypominał Maca, 

- Uwielbiam psy! - entuzjazmowała się Autumn. - Rodzice nie pozwalali ich hodować, wujek James i 

ciocia Ewa również nie. A wujek Mac powiedział, że tutaj nie miałby kto zajmować się szczeniaczkiem, gdy 

my jesteśmy w szkole. 

- Ale Lily mówiła, że ty zamieszkasz z nami. - Clay zwrócił się do Kary. 

Nie odpowiedziała, lecz malcy wzięli jej milczenie za dobrą monetę. Kiedy wrócili do domu, znalazła dla 

obojga  ciepłe  ubrania.  Clay  był  już  bezpieczny,  lecz  co  z  Lily  i  Brickiem?  Zastanawiała  się  właśnie,  jak 

zawiadomić  Maca,  gdy  jej  wzrok  padł  na  kuchenny  telefon.  Wykręciła  numer  zapisany  na  kartce  przy 

aparacie,  mając  nadzieję,  że  Macauley  będzie  w  pobliżu  dżipa.  Nerwowo  zastanawiała  się,  co  mu 

powiedzieć. 

Kiedy już miała zrezygnować, bo nikt się nie zgłaszał, Mac podniósł słuchawkę. 

- Tak? - odezwał się znużonym głosem. 

- Nie chciałam ci przeszkadzać - zaczęła niepewnie. 

- Co się stało? 

Kara  zdecydowała,  że  zaoszczędzi  mu  opowieści  o  Clayu,  a  przekaże  tylko  to,  czego  dowiedziała  się  o 

Bricku. Mac nie przyjął dobrze tych nowin. Wybuchnął gniewem i zaczął kląć, a Kara słuchała w milczeniu, 

rozumiejąc, że jako opiekun takich niesfornych dzieci ma prawo się denerwować. 

- Naprawiam ogrodzenie na południowym pastwisku. Zajmie mi to jeszcze godzinę albo dłużej. Jeśli zosta-

niesz z Clayem, pojadę prosto do szeryfa. To mój przyjaciel i z pewnością pomoże odnaleźć chłopców, nie 

aresztując ich przy okazji. Autumn i Lily powinny wrócić ze szkoły około... 

- Autumn jest w domu - przerwała Kara. 

- Dlaczego? Zachorowała? 

- Nie. Ale tu jest. Nie martw się o dzieci. Zostanę z nimi. 

Mac był tak zdenerwowany, że Kara nie wspomniała nawet o wyprawie Lily do tajemniczego raju. Lepiej, 

żeby myślała iż dziewczyna jest w szkole, i zajął się Brickiem. 

 

background image

 

39 

-  Wybacz,  że  rano  nie  zastałaś  mnie  w  domu  -  powiedział  Mac.  -  Zwykle  wcześniej  planuję  swoje 

zajęcia,  ale  dzisiaj  Webb  ma  wolne  i  wyjechał  poza  ranczo,  więc  pracuję  za  dwóch.  Zajrzałem  do  twojej 

sypialni po piątej, lecz spałaś tak głęboko, że nie miąłem serca cię budzić. 

Myśl o tym, że widział ją śpiącą, wprawiła Karę w zakłopotanie. Może chrapała albo coś w tym rodzaju. 

-  Wyglądałaś  tak  słodko  i  podniecająco,  że  musiałem  użyć  całej  siły  woli,  by  nie  wśliznąć  się  do 

twego łóżka. Któregoś ranka to zrobię i zostanę aż do świtu - dodał. 

Kara  westchnęła  głęboko.  Słowa  Maca  podziałały  na  jej  wyobraźnię  i  zmysły.  Zbyt  dobrze  pamiętała 

wieczorne  pieszczoty  i  pocałunki.  Znowu  poczuła  podniecenie.  Była  w  nie  lada  niebezpieczeństwie,  skoro 

samo brzmienie głosu Maca doprowadzało ją do takiego stanu. 

- Musisz znaleźć Bricka - powiedziała szybko, odpędzając natrętne myśli. 

Roześmiał się, jak gdyby wiedział, co przeżywała. 

- Nie martw się - rzekł łagodnie. - Przywiozę go do domu. Do zobaczenia, kochanie. 

 

background image

 

40 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

Kara odłożyła słuchawkę i siedziała bez ruchu, patrząc w przestrzeń. Bezskutecznie starała się odnaleźć w 

sobie ślady oburzenia wobec faktu, że Mac znowu użył słowa „kochanie”. 

Nagle do jej uszu dotarł hałas z salonu. Zerwała się z krzesła i poszła sprawdzić, co się dzieje. Na podłodze 

prężył się i syczał bury kot ze stajni. Gotowy do skoku Tai, groźnie pomrukując, tkwił na łbie łosia wiszącym 

nad kominkiem. Powoli przesuwał się ku rogom i mierzył intruza groźnym spojrzeniem. 

- Chyba się nie polubili - mruknęła Autumn, która wraz z Clayem obserwowała przebieg spotkania. 

- Myślę, że trzeba zabrać stąd Prążka, zanim Tai skoczy mu do gardła - spokojnie zauważyła Kara. 

- Wygonię go. - Clay zgłosił się na ochotnika. 

Stajenny  kocur  wrzasnął  dziko.  Kara  pobiegła  otworzyć  frontowe  drzwi  i  z  pomocą  Claya,  który  gonił 

Prążka po całym domu, udało się go wreszcie skierować na dwór. 

Kiedy  wrócili  do  salonu,  Tai  ciągle  siedział  na  łbie  łosia,  a  Autumn  przemawiała  doń  łagodnie,  próbując 

skłonić do zejścia. 

- Pewnie nie powinnam była sprowadzać tu Prążka, lecz chciałam, żeby Tai miał przyjaciela. Ciężko 

żyć w nowym miejscu, nie znając nikogo. 

Kara przytuliła dziewczynkę, domyślając się, że mała ma na myśli nie tylko kocią samotność. 

-  Wszystko  w  porządku  -  powiedziała.  -  Tai  lubi  samotność.  Zachowuje  się  zupełnie  inaczej  niż 

ludzie. Woli być jedynym kotem w domu. 

- Zawsze będzie jedyny. Nawet kiedy dostaniemy szczeniaczka - wtrącił Clay. - Szczeniak to przecież 

pies. 

- Autumn, dlaczego nie poszłaś dziś do szkoły? - Kara zmieniła temat. 

- Bo dzieci dobierają się w grupy, które będą przygotowywać przyjęcie  na Halloween. Wiedziałam, 

że nikt mnie nie wybierze, więc zostałam w domu - wyznała dziewczynka, patrząc w podłogę. - Pomyślałam, 

że  i  tak  przydzielą  mi  jakieś  zajęcie,  nawet  jeśli  nie  przyjdę.  Wolałam  to  niż  stanie  i  czekanie  do  samego 

końca. 

Kara spojrzała na małą ze współczuciem. Wiedziała, co to znaczy być outsiderem. Ona też przez całe życie 

chciała przynależeć do czegoś lub kogoś. 

- Trudno przenosić się do nowej szkoły, szczególnie w małym miasteczku, w którym ludzie się znają. 

- Niekoniecznie - zaszczebiotał Clay. - Mnie wszyscy lubią. Mam wielu przyjaciół. 

- Bo jesteś w drugiej klasie, a nie w piątej - rzekła Autumn. - Małe dzieci łatwiej się zaprzyjaźniają. 

- Może spróbowałabyś znaleźć chociaż jedną koleżankę - zaproponowała Kara, przypominając sobie, 

że w tym wieku miała przyjaciółkę od serca, która zastępowała wszystkie inne. - Zapytaj którąś dziewczynkę 

z klasy, czy nie chciałaby z tobą pójść do kina albo odwiedzić cię w domu? 

-  Miałam  koleżanki  w  Kalifornii,  kiedy  byliśmy  jeszcze  z  rodzicami,  ale  w  Ohio  u  wuja  Jamesa  i 

ciotki Ewy już nie, bo nie chciałam, by ktoś wiedział, że u nich mieszkam. 

- A u wujka Maca? - spytała Kara. 

background image

 

41 

-  Kocham  wujka,  ale  po  co  miałabym  tu  kogoś  zapraszać?  Clay  ciągle  by  nam  tylko  przeszkadzał. 

Przecież koleżanki nie przyjdą na ranczo, żeby zajmować się moim bratem. 

- Tu nie ma mamy, która by mi nie kazała dokuczać dziewczynkom - powiedział chłopiec. 

- Wujek ciągle pracuje, a Brick i Lily tylko krzyczą, kiedy się bijemy albo kłócimy - dodała Autumn. 

- Więc po co ktoś miałby do mnie przychodzić? 

Karę ogarnęło głębokie współczucie dla malców. Clay podszedł do telewizora i włączył odbiornik. Razem z 

Autumn  zaczęli  oglądać  program.  Tai,  widząc,  że  nic  mu  nie  zagraża,  opuścił  strategiczną  pozycję  i 

zeskoczył na podłogę. 

Kara  zdecydowała,  że  może  zostawić  dzieci,  by  przygotować  coś  do  jedzenia.  Akcja  z  ogierem  i  kotem 

wypełniła czas do południa. Teraz już rozumiała, dlaczego Mac zainstalował antenę satelitarną, ale sama nie 

była skłonna godzić się, by dzieci spędzały cały czas przed telewizorem. 

-  Muszę  wykonać  kilka  telefonów,  potem  oprowadzicie  mnie  po  ranczu,  a  na  koniec  upieczemy 

ciastka, dobrze? - zaproponowała. 

Nie zareagowali, zaabsorbowani oglądaniem filmu, lecz Kara i tak dopięła swego. Szybko zjadła śniadanie 

i przestudiowała książkę telefoniczną, starając się znaleźć bar, restaurację lub motel pod nazwą „Raj”. Gdyby 

tylko udało się jej znaleźć Lily i sprowadzić ją do domu, zanim Mac wróci na ranczo i zaczną się kłopoty! 

W  spisie  telefonów  nie  było  żadnego  „Raju”.  Gdziekolwiek  znajdowała  się  najstarsza  bratanica  Maca, 

trudno by było się z nią skontaktować. Albo okłamała młodszą siostrę, albo tamta źle zapamiętała nazwę. 

Lily wróciła do domu koło piątej. Zatrzymała się w drzwiach pokoju, w którym Kara siedziała z Autumn w 

otoczeniu  pudeł  z  zabawkami  i  ubrankami.  Kara  popatrzyła  na  ekscentryczny  strój  nastolatki.  Tylko  tak 

piękna i zgrabna dziewczyna jak Lily mogła włożyć niemal przezroczystą, krótką sukieneczkę w kwiatki, a 

do tego obcisłe szorty i wysokie czarne buty. 

- Cześć, Lily! - zawołała Autumn. - Kara pomaga mi urządzić pokój, żeby nie wyglądał już tak głupio 

jak dotąd. 

- Upiekliśmy ciastka - oznajmił  Clay, który siedział  na podłodze z komiksem w ręku  i  jadł właśnie 

jedno z nich. 

- Dostaniemy też szczeniaka. 

- Nieźle - odparła Lily i poszła do swego pokoju, a Kara pobiegła za nią. 

- Wiem, że nie byłaś dziś w szkole - powiedziała po wejściu do sypialni Lily, która była mniejsza niż 

pokoje  Claya  oraz  Autumn  i  cała  pomalowana  na  czerwono.  Na  głównej  ścianie  pyszniła  się  tu  olbrzymia 

ryba.  Coś  innego,  choć  niewiele  ładniejszego  niż  trofea  w  pozostałych  pokojach.  Lily  leżała  na  łóżku  z 

rękami pod głową. 

- Tam, gdzie byłam, nauczyłam się więcej niż w szkole - odparła. 

Kara przyjrzała się jej uważnie. Lily miała obrzmiałe wargi, potargane włosy i rozmazany makijaż. Nawet 

tak  niedoświadczona  osoba  jak  Kara  nie  mogła  mieć  żadnych  wątpliwości,  iż  Lily  doświadczyła  dziś 

gwałtownych przeżyć erotycznych. 

 

background image

 

42 

-  Autumn  powiedziała,  że  wybrałaś  się  do  jakiegoś  „raju”,  ale  nie  natrafiłam  na  nic  podobnego  w 

książce telefonicznej - rzekła Kara, starając się, by w jej głosie nie zabrzmiało oskarżenie ani nagana. 

- Próbowałaś dzwonić do raju? - spytała z uśmiechem dziewczyna. - Co za spryt! 

Kara nie wiedziała, jak zareagować na takie zachowanie kogoś o dziewięć lat młodszego od siebie. 

- Martwiłam się, czy  nic ci się nie stało. Nie powiedziałam wujkowi, że  byłaś  na wagarach,  bo jest 

zbyt zdenerwowany wyprawą Bricka, ale nie jestem pewna, czy dobrze postąpiłam. 

- Dzięki! - Lily podeszła do Kary i objęła ją siostrzanym, a może konspiracyjnym, uściskiem. - Nie 

musisz się o mnie martwić. Wiem, co robię i czego chcę. Miałaś rację, nie mówiąc o niczym wujkowi. On 

nic na to nie poradzi, a i tak ma masę kłopotów z moim rodzeństwem i ranczem. Po co zawracać mu głowę? 

Powiedz, co z tą wyprawą Bricka? 

Kara  opowiedziała  o  eskapadzie  chłopców  do  Yellowstone,  a  Lily  zareagowała  zdziwieniem  i 

rozbawieniem. 

-  Brick  to  niespokojny  duch.  Uwielbia  wolność.  Jimmy  też.  Świetnie,  że  się  zaprzyjaźnili,  choć 

władze szkolne, wujek i matka Jimmy’ego pewnie tak nie myślą. 

- Nie masz zamiaru mi powiedzieć, gdzie dzisiaj byłaś, prawda? 

-  Byłam  w  raju  przez  małe  „r”.  I  nie  chodzi  tu  o  miejsce,  a  raczej  o  stan...  rozkoszy.  -  Lily 

prowokacyjnie  uniosła  brwi.  -  Tyle  mogę  ci  wyjaśnić.  Gdy  prześpisz  się  z  wujkiem,  to  może  wymienimy 

poglądy. 

Lily najwyraźniej starała się zaszokować pannę Kirby i osiągnęła swój cel. Kara przypomniała sobie swoje 

koleżanki ze szkoły, na wszelki wypadek noszące w torebkach prezerwatywy i umawiające się ze starszymi 

od nich mężczyznami na rozbierane randki. Takie dziewczyny cieszyły się w klasie niezwykłą popularnością. 

Kara  uświadomiła  sobie  z  niechęcią,  że  jeszcze  dziś  nastolatki  takie  jak  bratanica  Maca  ciągle  ją 

onieśmielają. 

-  Chciałabym  się  zdrzemnąć  -  oznajmiła  Lily,  ziewnąwszy.  -  Mam  za  sobą  niezwykły,  lecz  bardzo 

wyczerpujący  dzień.  Dziękuję,  że  zajęłaś  się  dziećmi.  Jesteś  aniołem  -  dodała,  obejmując  Karę  po 

przyjacielsku i odprowadzając do drzwi. 

Wyprowadziła  ją  na  korytarz,  a  potem  zamknęła  się  w  swoim  pokoju.  Kara  powoli  schodziła  na  dół, 

próbując  zebrać  myśli.  Na  dźwięk  silnika  samochodu,  zatrzymującego  się  przed  domem,  przystanęła  na 

schodach. Po chwili usłyszała kroki na ganku. 

A potem otwarły się frontowe drzwi i stanął w nich Mac. Na widok silnej męskiej postaci w kowbojskich 

butach, dżinsach, ciemnej koszuli i drelichowej marynarce Karę ogarnęła fala ciepła. 

Zaschło  jej  w  ustach.  Spędziła  dzień  z  dziećmi  i  dobrze  jej  było  z  nimi.  Mac  wnosił  do  tej  domowej 

atmosfery  erotyczne  napięcie,  przed  którym  najchętniej  skryłaby  się  w  mysiej  dziurze.  A  tymczasem  nie 

mogła się nawet poruszyć. Mac podszedł bliżej i wziął ją w ramiona. 

- Tak się cieszę, że cię widzę - rzekł i mocno ją pocałował. 

Kara aż przymknęła oczy, ogarnięta uczuciem szczęścia. Mac pieścił jej usta, wsuwając język między wargi 

i  smakując  ich  słodycz.  Dziewczynę  ogarnęło  gorące  pragnienie,  by  mu  się  oddać.  Był  nienasycony  w 

background image

 

43 

pocałunkach,  a  ona  chciała  więcej  i  więcej.  Wreszcie  przerwał  pocałunek  i  spojrzał  na  nią  płomiennym 

wzrokiem.  Jęknęła  cicho  obezwładniona  siłą  uczuć.  Z  jednej  strony  miała  ochotę  przytulić  się  do  niego  i 

kontynuować  pieszczoty,  a  z  drugiej  niewiele  brakowało,  by  umknęła  do  swego  pokoju,  próbując  w 

samotności dojść z sobą do ładu. 

Zanim zdążyła cokolwiek zdecydować, tuż obok rozległ się czyjś głos. 

- Nie lubię przeszkadzać w takich chwilach, lecz mamy gości. Nie uwierzycie, kto przyjechał. 

- Gości? - powtórzył z niezadowoleniem Mac, ciągle trzymając w ramionach rozdygotaną Karę. 

Dziewczyna wyrwała mu się z objęć. Czuła, że drżą jej nogi, a całe ciało płonie podnieceniem. Była bardzo 

zmieszana. Odwróciła wzrok od Maca i spojrzała na chłopca, który właśnie pojawił się w holu. 

- Ty musisz być Karą - powiedział domyślnie i podszedł, by się przedstawić. - Jestem Brick. Wujek 

powiedział, że zawiadomiłaś go o mojej wyprawie do Yellowstone. 

Kara  nie  bardzo  wiedziała,  jak  zareagować.  Brick  przyglądał  się  jej  badawczo,  bez  wrogości.  Miał 

przydługie,  ciemne  włosy  i  brązowe  oczy,  nieco  jaśniejsze  niż  u  pozostałych  Wilde’ów.  Był  niewysoki, 

trochę piegowaty. Wyglądał na wysportowanego, zwinnego chłopca. 

-  Miło  mi  cię  poznać.  Mam  nadzieję,  że  rozumiesz,  iż  nie  miałam  wyboru  i  musiałam  w  twojej 

sprawie porozumieć się z wujkiem - rzekła, wyciągając rękę. 

-  Wiem  -  odparł.  -  Ale  powinienem  dać  wycisk  Autumn.  Gdyby  ci  wszystkiego  nie  wypaplała, 

bylibyśmy już w Yellowstone. 

Przyjął wyciągniętą dłoń, uścisnął ją i natychmiast wsadził ręce do kieszeni. 

- Idę do siebie. Nie pokażę się na dole, żeby nie spotkać tej okropnej Joanny Franklin. 

- Franklinowie są tutaj? 

- Właśnie wchodzą. Trzymajcie Joannę z daleka ode mnie - zawołał Brick, znikając w zamieszkanym 

przez dzieci skrzydle domu. 

Przez uchylone frontowe drzwi widać było pastora z żoną i córkami, którzy właśnie wkraczali na ganek. 

Kara  zamarła  na  ten  widok.  Z  przerażeniem  spojrzała  na  Maca.  Natychmiast  podszedł  i  stanął  obok, 

obejmując ją ramieniem. 

- Karo, moja droga! - wykrzyknął pastor, patrząc ze wzruszeniem na swą byłą pasierbicę. 

W pierwszej chwili Kara chciała rzucić się mu na szyję tak jak dawniej, lecz opanowała to pragnienie. Stała 

się już dorosła, a wielebny Will nie był ani jej ojcem, ani ojczymem, ani nawet wujem. Poza tym pojawił się 

w otoczeniu własnej rodziny. 

Kara rzuciła okiem na Ginny, którą widziała wiele lat temu, na krótko przed wyjazdem Franklinów do Bear 

Creek. 

Żona  pastora  była  wymuskaną  blondynką.  Nie  wyglądała  na  swoje  czterdzieści  pięć  lat.  Tricia,  starsza 

latorośl,  wówczas  małe  dziecko,  wyrosła  na  jasnowłosą  nastolatkę.  Kara  znała  ją  i  jej  młodszą  siostrę, 

Joannę, ze zdjęć przysyłanych przez wielebnego Willa na Boże Narodzenie. 

- Witam, pastorze - rzekła uprzejmie, nie wiedząc, czy dziewczynki orientują się w jej powiązaniach 

z ich ojcem. 

background image

 

44 

- Cieszę się, że was widzę - zwróciła się do Ginny i jej córek. 

Mac dostrzegł skrywany  ból w spojrzeniu pastora, który wyraźnie przejął  się chłodnym powitaniem  byłej 

pasierbicy. 

Ale jak miała się przywitać, pomyślał, czując gwałtowną potrzebę, by stanąć w jej obronie. 

-  Mój  Boże!  Czemu  tak  oficjalnie?  -  zauważyła  Ginny.  -  Lepiej  zwracaj  się  do  nas:  Will  i  Ginny! 

Kara, Mac - wyglądacie wspaniale - dodała. 

-  Przywieźliśmy  dla  was  kolację  -  oznajmiła  Joanna,  jasnowłosa  siódmoklasistka.  -  Ja  zrobiłam 

cytrynową galaretkę - pochwaliła się. 

-  Są  pieczone  kurczaki,  sałatka  ziemniaczana  i  ciasto  z  dynią  na  deser  -  dodała  Ginny.  -  Możemy 

zanieść wszystko do kuchni? 

Kara zaczerwieniła się i niepewnie spojrzała na Maca. 

- Myślę, że... tak - wymamrotała, czując w okolicach talii ciepło jego dłoni. 

Ginny z córkami udała się do kuchni, pozostawiając Maca, Karę i pastora w holu. 

- Próbowałem dzwonić w ciągu dnia, lecz nikt nie odpowiadał. - Wielebny Will przerwał niezręczne 

milczenie. - Nie miałem pojęcia, gdzie jesteś. Skoro Mac wyjechał na poszukiwanie Bricka, ty powinnaś była 

zostać na ranczu - zwrócił się do Kary. 

- A więc w Bear Creek już wiedzą o wyczynie chłopców? - jęknął Mac. 

-  Oczywiście  -  potwierdził  pastor.  -  Chciałem  przyjechać  od  razu  po  południu,  ale  skoro  nikt  nie 

odbierał telefonów, zmieniłem plany. 

- Pewnie wtedy Autumn i Clay oprowadzali mnie po ranchu. 

-  Ach!  Więc  dzieci  już  to  zrobiły  -  ucieszył  się  Mac.  -  Jutro  zabiorę  cię  dżipem  na  przejażdżkę. 

Zobaczysz,  gdzie  hodujemy  cielęta,  gdzie  są  nasze  pastwiska  i  jak  wygląda  przełęcz.  Nie  doszłabyś  tam 

pieszo. 

- Miałem nadzieję, że jutrzejszy dzień spędzisz z nami w mieście - rzekł pastor do Kary. - Chciałem 

pokazać  ci  Bear  Creek,  zaprosić  na  lunch  i  namówić,  byś  zatrzymała  się  w  naszym  domu.  Mamy  pokój 

gościnny... 

-  Tatusiu,  w  kuchni  jest  kot!  -  Tricia  Franklin  jak  burza  wpadła  do  holu.  -  Wstrętny,  syjamski  kot. 

Siedzi  na  łbie  łosia  i  prycha.  Oczy  zaczęły  mi  łzawić,  dwa  razy  kichnęłam.  Mama  kazała  mi  natychmiast 

wyjść. Ona z Joanną skończą nakrywać do stołu. Musimy zaraz stąd odjechać. 

- Kot wdrapał się na łeb łosia? - Mac był wyraźnie zdumiony. 

-  Syjamskie  koty  lubią  wysokość  -  wyjaśniła  Kara.  -  Tai  upodobał  sobie  trofea  myśliwskie  na 

ścianach jako znakomite punkty obserwacyjne. 

-  Lepiej  wywietrzę  to  pomieszczenie.  Nie  mogę  narażać  się  na  kontakt  z  kocią  sierścią.  Byłam  w 

szpitalu... - zaczęła Tricia, otwierając drzwi. 

- Kara zostanie tutaj - przerwał Mac, ignorując wywody przerażonej Tricii. 

- Pomówimy o tym później - ugodowo zaproponował wielebny Will. - Ustalmy nasze jutrzejsze plany 

-  rzekł,  zwracając  się  do  Kary.  -  Byłbym  szczęśliwy,  mogąc  przyjechać  po  ciebie  jutro  rano  albo  jeszcze 

background image

 

45 

lepiej - zabrać cię do nas już dzisiaj... 

-  To  niemożliwe  -  przerwał  mu  stanowczo  Mac.  Kara  poczuła,  że  przytulił  ją  mocniej  do  siebie. 

Widziała, jak zacisnął szczęki i jak spochmurniało jego spojrzenie. Nie pozwolił mi nawet zabrać głosu w tej 

sprawie, pomyślała zirytowana. 

- Bardzo bym chciała zobaczyć Bear Creek... - zaczęła. 

-  Clay  nie  wydobrzał  jeszcze  po  wietrznej  ospie  i  nie  może  iść  do  szkoły,  a  Kara  nie  zostawi  go 

samego, żeby zwiedzać miasto - przerwał Mac. - Będzie miała na to jeszcze dużo czasu. 

Jego arogancja wyprowadziła Karę z równowagi. Nie była tu więźniem i mogła mówić za siebie, ale zanim 

zdążyła to wypowiedzieć, w holu pojawiła się Ginny z Joanną. Obie niosły puste naczynia. 

- Wyłożyłyśmy  jedzenie.  Wszystko jest przygotowane.  Mam  nadzieję, że  będzie wam smakowało  - 

rzekła żona pastora. 

-  Czy  jest  Brick?  -  spytała  Joanna.  -  Muszę  mu  powiedzieć,  że  przywieźliśmy  pieczone  kurczaki. 

Wiem, że je lubi. W sierpniu, na kościelnym festynie zjadł dwadzieścia dwie porcje. To był rekord. 

-  Siedzi  w  swoim  pokoju.  Żyje  tam  jak  w  klasztorze,  nie  dopuszczając  do  siebie  nikogo  -  szybko 

wyjaśnił Mac. 

Miał ochotę ukarać Bricka, posyłając do niego Joannę, której chłopak unikał jak ognia, ale powstrzymał się 

przed takim aktem terroru. 

- Powiemy Brickowi, jakie smakołyki będą na kolację - zapewnił. 

-  A  gdzie  Lily?  Mam  nadzieję,  że  nie  jest  chora  -  wtrąciła  się  Tricia.  -  Znowu  nie  było  jej  dziś  na 

lekcji gotowania - zauważyła słodko. 

- Lily nie była w szkole? - spytał ze zdziwieniem Mac. 

-  Nie  poszła  na  zajęcia  z  gotowania  -  wyjaśniła  Kara.  -  Jak  tylko  wróciła  do  domu,  od  razu  się 

położyła.  Teraz  śpi  -  ciągnęła,  zastanawiając  się,  do  czego  może  doprowadzić  takie  mieszanie  prawdy  z 

półprawdą. 

Nie chciała jednak przy Franklinach rozpatrywać problemu Lily. Wiedziona lojalnością wobec Maca i jego 

bratanicy postanowiła milczeć, choć towarzyszyło temu poczucie winy. 

- Karo, postanówmy coś w sprawie jutrzejszego dnia. Chciałbym... - nalegał pastor. 

- Myślę, że będzie lepiej, jeśli jutro zostanę z Clayem - odparła świadoma, iż dokonała wyboru. 

Mac uśmiechnął się zadowolony. Władczo położył rękę na biodrze Kary, która zarumieniła się i spróbowała 

nieco się odsunąć, ale jej nie puścił. 

- Tai skoczył na stół, złapał kawałek kurczaka i wdrapał się z powrotem na łosia - oznajmiła Autumn, 

wybiegając z kuchni. - Nie wiecie, czy lubi sałatkę ziemniaczaną? Mogę mu jej trochę dać? 

-  Kot!  -  jęknęła  Tricia.  -  Och!  Już  mnie  drapie  w  gardle!  Zaraz  zacznę  kichać!  Czy  już  mam 

spuchnięte oczy? 

- Autumn, nie waż się kłaść sałatki ziemniaczanej na łeb łosia - ostrzegł Mac. 

-  Czy  Brick  przyjdzie  jutro  do  szkoły?  -  zapytała  Joanna.  -  Organizujemy  dzień  przebierańców.  W 

każdej klasie wybieramy najzabawniejsze przebranie, a potem organizujemy paradę zwycięzców. 

background image

 

46 

- To może dlatego Brick z Jimmym chcieli uciec do Yellowstone? - domyśliła się Autumn. 

- Idź i pilnuj, żeby kot nie zjadł wszystkiego. - Mac odesłał dziewczynkę do kuchni. 

Wzmianka o kocie zmobilizowała Franklinów. 

-  Naprawdę  musimy  już  jechać  -  powiedziała  Ginny.  -  Wy  pewnie  jesteście  głodni  i  chcielibyście 

zasiąść do stołu, a my nie możemy narażać Tricii na kontakt z kotem. 

Zaczęły  się pożegnania  i podziękowania.  Autumn odciągnęła  Karę od Maca,  namawiając,  by dziewczyna 

zajrzała z nią do kuchni. W holu pozostali jedynie Mac i pastor. 

- Dlaczego próbujesz odseparować mnie od Kary? - spytał wielebny Will. 

- Myślę, że dla własnego dobra powinna zostać z nami - odrzekł Mac, wzruszając ramionami. 

- Przecież poznałeś ją zaledwie wczoraj. Skąd możesz wiedzieć, co jest dla niej najlepsze? 

-  Mam  zamiar  się  z  nią  ożenić.  Przecież  sam  podsunąłeś  mi  ten  znakomity  pomysł.  Jednak  nie 

powinieneś  się  wtrącać  w  nasze  sprawy.  Obiecuję,  że  pobierzemy  się  tak  szybko,  jak  to  możliwe,  a  ty 

udzielisz nam ślubu. 

- Nie tak to sobie wyobrażałem. - Wielebny Will poczuł się dotknięty. - Myślałem, że Kara zatrzyma 

się w  moim domu, dopóki się  lepiej  nie poznacie. Miałem zamiar pozostawić  jej całkowitą swobodę co do 

decyzji o małżeństwie. 

- Ona go pragnie. - Mac uśmiechnął się z nie ukrywaną satysfakcją. 

- Nie wątpię, że twój czar może działać na kobiety i że potrafisz zdobywać ich względy - zauważył 

pastor, z trudem przełykając ślinę. - Tak wrażliwa dziewczyna jak Kara z łatwością może ci ulec. 

-  Tato,  mamusia  mówi,  że  musimy  już  jechać!  -  W  drzwiach  wejściowych  pojawiła  się  Joanna.  - 

Powiedziała, że powinniśmy pozwolić Wilde’om zjeść kolację. 

-  Zaraz  przyjdę,  kochanie.  Wróć  do  samochodu  i  zaczekaj  tam  na  mnie  z  mamą  i  Tricią  -  odrzekł 

wielebny Franklin i zwrócił się do Maca: 

-  Masz  najlepiej  prosperujące  ranczo  w  całym  stanie.  Prowadzisz  je,  używając  całej  inteligencji, 

determinacji,  a  nawet  bardziej  agresywnych  środków,  lecz  nie  da  się  w  ten  sam  sposób  skłonić  młodej 

dziewczyny, żeby... 

-  Lepiej  już  jedź  -  przerwał  chłodno  Mac.  -  Przecież  kiedy  w  grę  wchodzi  dobro  Kary  lub 

podporządkowanie się życzeniom własnej żony, robisz wszystko, by zadowolić Ginny, nawet kosztem uczuć 

byłej pasierbicy. 

- Wiem, że ją opuściłem, gdy była dzieckiem - wymamrotał wielebny Will, spuszczając oczy. - I nie 

powinno się to powtórzyć. Tym razem mam zamiar służyć Karze pomocą. 

- Ale ona tego nie potrzebuje. Dorosła już, a ja potrafię zaspokoić jej wszystkie potrzeby. Ona moje - 

również. Nie musisz się w to angażować. 

- Przeciwnie. Jako pomysłodawca czuję się za wszystko odpowiedzialny... 

- Powiedziałem, że się z nią ożenię - przerwał mu Mac. - Nie rozumiem, czemu nagle stałeś się temu 

przeciwny. 

 

background image

 

47 

- Chciałem, żebyś ją lepiej poznał, pokochał, a nie żenił się, bo potrzebna ci opiekunka do dzieci. 

- Nie stać mnie na luksus długotrwałych zalotów. Dzieci i ja potrzebujemy kogoś od zaraz. Wszystko 

wskazuje, że będzie to Kara. 

- To nieuczciwe wobec niej. Nie postrzegasz Kary jako niepowtarzalnej, niezwykłej kobiety, którą w 

istocie jest. Ożeniłbyś się z każdą, która dałaby się do tego skłonić i zgodziła się zająć dziećmi. 

- A czy  nie  na tym polega sens poszukiwania  żony poprzez ogłoszenia, po prostu: na zamówienie? 

Wtedy również nie wchodzą w grę zalecanki. Obie strony zdają sobie sprawę, że mężczyzna występujący z 

taką propozycją po prostu potrzebuje żony. 

- A kobieta? Co z nią? 

- Będzie miała męża i rodzinę. Mówiłeś przecież, że panna Kirby bardzo tego pragnie. 

- To przykre, że Kara nie miałaby zostać doceniona dla niej samej. Z tego, co mówisz, jasno wynika, 

iż poślubiłbyś każdą, która wysiadłaby wówczas z samolotu. 

- Jesteś przewrażliwiony - zaczął Mac, lecz przerwał mu niecierpliwy dźwięk klaksonu. - Nie martw 

się o Karę. Ja się nią zajmę. 

Klakson rozległ się ponownie i pastor pospiesznie opuścił dom. 

Kara wyszła z kuchni, by porozmawiać z wielebnym Willem bez towarzystwa jego rodziny, lecz w połowie 

drogi zatrzymała ją rozmowa tocząca się w holu między Macauleyem i pastorem, a przede wszystkim temat 

wymiany zdań, który dotyczył jej osoby. 

Słyszała,  jak  były  ojczym  wyrażał  troskę  i  z  jak  zimną  krwią  podchodził  do  całej  sprawy  Mac  Wilde, 

traktując  kandydatkę  na  żonę  w  kategoriach  towaru  bądź  życiowego  udogodnienia.  Wyraźnie  było  mu 

wszystko jedno, z jaką kobietą miałby się ożenić. 

Słuchając tego, Kara stała nieruchomo w salonie i milczała. Fragmenty zasłyszanych zdań dźwięczały jej w 

głowie. Kiedy zorientowała się, że pastor opuszcza ranczo, coś ścisnęło ją za gardło. Zapragnęła uciec stąd z 

wujkiem Willem. 

Gwałtownie ruszyła do drzwi i zderzyła się w holu z Macauleyem. 

- Chcesz pobić rekord Claya w bieganiu po domu? - roześmiał się, kładąc dłonie na jej ramionach. 

Kara nie odwzajemniła uśmiechu, a nawet nie spojrzała na Maca. Odepchnęła go i wybiegła na ganek, by 

zobaczyć już tylko oddalający się samochód pastora. 

- Wielebny Will musiał odjechać - powiedział Mac, który wyszedł za nią na zewnątrz. - Ginny uparła 

się, by jak najszybciej wywieźć stąd Tricię - dodał, otaczając ramionami talię Kary. - To miło z ich strony, że 

przywieźli nam kolację, ale prawdę mówiąc, cieszę się, że już odjechali - przyznał, próbując pocałować Karę 

w szyję. 

- Och, przestań! - krzyknęła, uwalniając się z uścisku. 

Z błyskiem w oczach wbiegła do domu, a Mac podążył za nią. 

- Co się stało? - zapytał, wyraźnie nie mając pojęcia, dlaczego Kara się złości. 

- Byłam w salonie, kiedy rozmawiałeś z pastorem, i wszystko słyszałam - odparła doprowadzona do 

wściekłości. 

background image

 

48 

- I? - zapytał. 

- Jeszcze nie rozumiesz? - zdumiała się. 

-  Powiedziałaś,  że  słyszałaś  naszą  rozmowę.  Nie  padło  w  niej  nic,  o  czym  byś  wcześniej  nie 

wiedziała, więc o co chodzi? 

- Po prostu nie  mogę uwierzyć, że  jesteś do tego stopnia pozbawiony uczuć, by traktować mnie  jak 

towar. Nie cenisz we mnie człowieka, po prostu potrzebna ci... 

- Chwileczkę! - Mac pochwycił ją w talii, zaciągnął do małego pokoiku obok salonu i przycisnął do 

ściany, a potem ujął twarz Kary w dłonie i odwrócił ku sobie. 

Pojęła, że znajdują się w jego gabinecie, o czym świadczyło znajdujące się tu biurko i komputer. 

- Jeśli uważnie słuchałaś, to powinnaś wiedzieć, że niczego takiego nie powiedziałem - zawołał. - To 

były słowa twego ukochanego wuja, a nie moje. 

-  Puść  mnie!  -  Kara  nie  była  w  stanie  opanować  ogarniającej  ją  wściekłości.  Wyrzucała  sobie 

naiwność  i  to,  że  przez  moment  zapomniała,  po  co  właściwie  została  sprowadzona  do  Montany.  - 

Postanowiłam spędzić dzisiejszą noc u Franklinów, a jutro wrócić do Waszyngtonu - wyrzuciła z siebie, nie 

patrząc Macowi w oczy, mimo że próbował ją do tego zmusić. - Tai przenocuje u nich w garażu. Nic mu się 

nie stanie przez jedną noc. A teraz puść mnie! Chcę się spakować. 

- Nigdzie nie pojedziesz. 

Przycisnął  ją  do  siebie  tak  mocno,  że  odczuła,  iż  jest  podniecony,  choć  nawet  jej  nie  pocałował. 

Bezskutecznie próbowała się wyrwać. 

-  Byłem  szczęśliwy,  mogąc  się  z  tobą  przywitać  po  powrocie  do  domu  -  rzekł  ochrypłym  głosem, 

muskając ustami wargi  Kary. - Wróćmy do tamtej chwili, kiedy wszedłem do domu  i  nikt nam  jeszcze  nie 

przeszkadzał...  

Mówiąc to, całował delikatnie jej usta. 

- Nie! - Kara spróbowała odwrócić głowę, ale Mac trzymał mocno. - Pozwól mi odejść. Nie chcę być 

częścią twego niemądrego planu. Po prostu... 

Mac wsunął kolano między uda Kary. Zabrakło  jej tchu. Wydała cichy okrzyk, czując,  jak  napiera na  nią 

całym ciałem. 

background image

 

49 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Karę ogarnęła fala ciepła. Spróbowała gwałtownie wzbudzić w sobie uczucie obrazy. 

- Nie myśl, że mnie... oczarujesz... 

- Nie mam zamiaru tracić czasu na spory. Lepiej niech czyny zastąpią słowa - rzekł Mac i wsunąwszy 

rękę w jej włosy, tak przytrzymał głowę, by Kara nie mogła uniknąć pocałunków. 

Jęknęła. Znowu przegrywała w starciu z Macauleyem. Wiedziała, że powinna go odepchnąć. Miała wolne 

ręce, ale coś ją obezwładniało, odbierając wolę walki. 

Mac pocałował  ją  namiętnie.  Wygięła się, przeniknięta dreszczem rozkoszy. To uczucie  było tak silne,  iż 

porzuciła  wszelką  myśl  o  oporze.  Zarzuciła  Macowi  ręce  na  szyję  i  z  namiętnością  równą  jego  własnej 

zaczęła odwzajemniać pocałunki. 

Chwycił  ją  za  pośladki.  Zaczął  je  pieścić  i  unosić  Karę  do  góry,  jednocześnie  przyciskając  do  siebie  tak 

mocno,  by  odczuła,  jak  bardzo  jej  pragnie.  Karę  ogarnęło  podniecenie.  Mac  rytmicznie  poruszał  biodrami, 

wciskając się między jej uda i sprawiając, że całe ciało zaczynało pulsować pożądaniem. Po chwili przerwał 

pocałunek i powiedział: 

- Mam nadzieję, że to wyjaśniło idiotyczne wątpliwości, które miałaś na mój temat. Chyba widzisz, 

że cię pragnę. Kiedy tylko cię dotykam, cały płonę. 

Słowa Maca poruszyły Karę do głębi. Niczego podobnego nigdy nie słyszała od żadnego mężczyzny, a tak 

namiętne pocałunki widziała tylko w kinie. 

Jednak po chwili  przypomniała sobie  słowa wuja Willa o umiejętnym wykorzystywaniu  męskiego uroku. 

Pastor zdawał się przestrzegać, by nie traktowała serio namiętności Maca. 

- Powiedziałbyś to samo każdej, która wysiadłaby wówczas z samolotu - rzekła, spuszczając wzrok, 

by nie widzieć jego płonących oczu. - Chcesz jedynie kobiety do... 

- Chcę tylko ciebie - przerwał jej Mac. - I ty też mnie pragniesz. Tak bardzo, że aż drżysz. 

Rzeczywiście  cała  się  trzęsła,  czując,  że  z  trudnością  utrzymuje  się  na  nogach.  Pożądała  go,  nawet  ze 

świadomością, iż traktuje ją wyłącznie jak opiekunkę do dzieci. Mac musiał się tego domyślać, bo w żaden 

sposób nie potrafiła ukryć, iż bardzo go pragnie. Czuła łzy napływające do oczu. 

Mac  z  uwagą  obserwował  Karę,  zastanawiając  się,  o  czym  może  myśleć.  Podniecała  go  bardziej  niż 

jakakolwiek  inna  kobieta,  włącznie  z  byłą  żoną,  którą  zawsze  uważał  za  mistrzynię  w  tych  sprawach. 

Popatrzył na wilgotne, piwne oczy Kary i przesunął kciukiem po jej drżących, nabrzmiałych wargach. 

-  Przykro  mi,  że  pastor  cię  zdenerwował  -  rzekł  łagodnie.  -  Byłaś  szczęśliwa,  zanim  pojawili  się 

Franklinowie. Myślę, że najlepiej będzie, jeśli przez jakiś czas nie będziesz się z nimi spotykać. 

Kara  spojrzała  na  Maca.  Wydawało  się,  że  mówił  to  szczerze.  Rzeczywiście  wierzył,  iż  to  pastor  i  jego 

rodzina  wyprowadzili  ją  z  równowagi.  Trochę  się  przeraziła,  widząc,  jak  opacznie  rozumiał  całą  sytuację. 

Widać mężczyźni i kobiety zupełnie inaczej podchodzili do tych samych kwestii. 

Do gabinetu dobiegły hałasy z kuchni. Mac otoczył Karę ramieniem i przytulił do siebie. 

- Skończymy później tę rozmowę - mruknął, całując ją pospiesznie w czubek głowy. 

background image

 

50 

Obietnica zawarta w tych słowach przejęła Karę dreszczem. 

- Nie mogę... Nie... - nabrała tchu. - Nie miewam przypadkowych przygód z mężczyznami. 

- Wiesz, że nie to ci proponuję. Przecież chodzi o małżeństwo. 

- Naprawdę myślisz, że zachowam się jak narzeczona na zamówienie? - spytała, przygryzając wargę. 

- Wujek tylko zakładał, że moglibyśmy się pobrać, ale ty uważasz, że to już przesądzone, prawda? 

- Oczywiście. 

-  Myślisz,  że  tak  bardzo  potrzebuję  mężczyzny,  iż  wyjdę  nawet  za  człowieka,  którego  znam  od 

dwóch dni? Skąd wiesz, czy nie jestem zakochana w kimś innym? 

- Przecież nie jesteś. 

- A może jestem! - wybuchnęła, dotknięta jego pewnością siebie. 

-  To  czemu  pastor  sugerował,  że  mogę  cię  zaprosić  w  charakterze  kandydatki  na  żonę?  Pewnie  by 

tego nie zrobił, wiedząc, że kogoś masz. 

- Nie musiał wiedzieć! 

- Powiedziałabyś mu, gdybyś się w kimś naprawdę zakochała. Kobiety nie trzymają takich rzeczy w 

sekrecie. 

-  Są  sytuacje  wymagające  zachowania  tajemnicy  -  odrzekła  Kara,  mając  wielką  ochotę  potrząsnąć 

tym zarozumialcem, by wyzbył się tonu samozadowolenia. - Nie powiedziałabym o niczym wujkowi, gdyby 

mężczyzna obdarzany przeze mnie miłością był żonaty. 

Przerażona  własnymi  słowami,  zakryła  ręką  usta.  Nigdy  nie  miała  romansu  z  żonatym  człowiekiem. 

Zaczerwieniona ze wstydu, nie patrząc na Maca, pobiegła do kuchni. 

Clay, Autumn i Brick zajadali kolację przywiezioną przez Franklinów. 

- Można się przyłączyć? - zapytała. 

Podczas jedzenia z niepokojem, a potem z rozczarowaniem, wpatrywała się w drzwi, w których nie pojawił 

się Mac. 

- To całkiem niezłe - rzekł Brick, podsuwając jej talerz z kurczakiem. - Bije na głowę gulasz z łosia 

produkcji pani Lattimore. 

- Ona robi gulasz z łosia? - zdziwiła się Kara, wspominając danie, które zjadła wczoraj na kolację. 

- Może z jelenia, węża albo niedźwiedzia. - Clay roześmiał się. 

- A może pani Lattimore jest w rzeczywistości kanibalem. - Brick trącił łokciem Autumn. 

- Kanibale siedzą w więzieniu - stwierdziła z powagą dziewczynka. 

Tai  pomrukiwał  z  zadowolenia,  siedząc  na  łbie  łosia  ze  swoim  kawałkiem  kurczaka  w  pyszczku.  Dzieci 

wdały się w dyskusję o kanibalach, a Kara machinalnie jadła kolację. 

W salonie Mac patrzył nie widzącym wzrokiem na myśliwskie trofea nad kominkiem i nie mógł dojść do 

siebie po gwałtownym rozstaniu z Karą. 

- Nie wiem, czy ci gratulować, czy współczuć, wujku! - w pokoju rozległ się głos Lily. - Jeśli chciałeś 

zranić dziewczynę i pozbyć się jej, to gratuluję sukcesu, ale jeśli zamierzałeś skłonić ją, by cię poślubiła albo 

poszła z tobą do łóżka, możesz to sobie wybić z głowy. 

background image

 

51 

- Kiedy tu weszłaś? - Mac z zaskoczeniem spojrzał na bratanicę, która, siedząc na kanapie, obgryzała 

kurze udko. 

- Byłam tu, kiedy pojawiłeś się z Karą, ale mnie nie zauważyłeś. Powiadają, że kobiety w Bear Creek 

szalały za tobą, ale po tym, co tu usłyszałam, myślę, że to były jakieś desperatki. 

- Nie powinnaś podsłuchiwać prywatnej rozmowy - mruknął Mac. 

-  Przepraszam  -  rzekła  Lily  bez  cienia  skruchy.  -  Ale  co  ty  próbujesz  zrobić,  wujku?  Już  nie  masz 

zamiaru żenić się z Karą i chcesz ją odesłać do Waszyngtonu? 

- Podsłuchiwałaś niezbyt uważnie. Nie zmieniłem zamiarów i nie będę jej nigdzie wysyłał! -  

- Nie? No to mnie zmyliłeś! - Lily dramatycznie potrząsnęła głową i odgryzła potężny kęs kurczaka. - 

Założę się, że Kara też nie wie, o co ci chodzi! 

- Co to znaczy? - Mac zażądał wyjaśnień. 

- Że  mężczyźni  nie  mówią tego, co myślą, albo nie  myślą tego, co mówią  - powiedziała bratanica  i 

skierowała się do kuchni. 

- A kobiety nie? 

-  Mogłybyśmy  być  szczere,  gdyby  mężczyźni  nie  zmuszali  nas  do  kłamstw  i  ciągłego  odgrywania 

jakichś ról, ale skoro tak nie jest, musimy się bronić. 

- Jak Kara poprzez wyznanie, że jest związana z żonatym człowiekiem? Nie wierzę w to, a ty? 

- Wujku, rzecz w tym, że wymusiłeś na niej to kłamstwo, sugerując, iż jest zdesperowaną starą panną, 

która  nie  ma  innego  wyjścia,  jak  tylko  cię  poślubić.  Jakaż  kobieta  będzie  słuchać  czegoś  podobnego,  nie 

próbując bronić zranionej dumy? 

- Wcale tak nie myślałem, jak sugerujesz. Ani niczego podobnego nie powiedziałem. 

- A jednak obie tak to zrozumiałyśmy. Kara nie mogła twoich słów puścić płazem. Kobiety mówią i 

robią to, co muszą, by wyprowadzić mężczyzn w pole. 

- Ach, więc to tak? 

W  głosie  Lily  było  coś,  co  zaniepokoiło  Maca.  Jego  piękna  bratanica  patrzyła  w  przestrzeń  z  takim 

wyrazem  twarzy  i  tak  błyszczącymi  oczami,  że  wyglądała  jak  dorosła  kobieta,  która  z  każdym  mężczyzną 

może zrobić wszystko. 

- Lily, co się z tobą dzieje? - zapytał Mac. 

- Właściwie to ja powinnam cię o to zapytać, wujku - roześmiała się. 

- Kochanie, martwię się o ciebie. 

-  Nie  trzeba.  Wiem,  co  robię  -  odparła,  otwierając  kuchenne  drzwi.  -  A  przynajmniej  tak  myślę  - 

mruknęła pod nosem. 

Mac  wszedł  do  kuchni  tuż  za  nią.  Stało  się  to  akurat  w  momencie,  gdy  Clay  włożył  ręce  do  miseczki  i 

nabrawszy pełne garście galaretki, obrzucił nią brata. Twarz i włosy Bricka pokryły się zielonym żelem. 

- Clay, przestań! - krzyknął Mac, widząc, że chłopiec zamierza kontynuować akcję. - Brick, nie waż 

się!  -  dodał  na  widok  reakcji  starszego  bratanka  gotowego  do  kontrataku.  -  Żadnego  obrzucania  się 

jedzeniem! Nie będę tolerował takich zabaw! 

background image

 

52 

- Pomocy! - wrzasnął Clay na widok rozgniewanego Maca, który zbliżał się do stołu. 

Malec wskoczył na kolana Kary, objął ją mocno i przytulił buzię do piersi dziewczyny. 

- Nie pozwól, żeby mnie bił, ciociu Karo! 

Kara,  która  dotąd obserwowała  całą  scenę  z  rozbawieniem,  poczuła  się  zaskoczona  słowami  chłopczyka, 

ale instynktownie przytuliła go do siebie. 

Brick, śmiejąc się i rozmazując galaretkę na twarzy, podszedł do zlewu, by ją spłukać. Mac stanął nad Karą 

i spojrzał na Claya. 

- Clayu Wilde, chcę z tobą porozmawiać - powiedział. 

- On mnie zbije! 

-  Mac,  nie!  -  Kara  ujęła  się  za  malcem.  -  Uspokój  się!  Clay  po  prostu...  -  umilkła,  szukając 

właściwych słów. 

W końcu chłopak obrzucił galaretką brata i nie sposób go za to chwalić. Lecz Clay tak mocno się do niej 

tulił i był taki mały w porównaniu z potężnym wujkiem. 

- Nie? - krzyknął Mac. - Do licha, nie dam sobą manipulować. Jeśli coś powinienem zrobić, to... 

- Spokojnie, wujku! - zachichotał Brick. - Zaraz pomogę ci ochłonąć - zawołał i przyciskając palcem 

kran, skierował strumień zimnej wody wprost na Macauleya. 

Przez  kilka  minut  zaskoczony  atakiem  Mac  stał  bez  ruchu  i  nawet  nie  próbował  uchylić  się  przed 

nieoczekiwanym prysznicem. Trwało to wystarczająco długo, by został całkowicie  zmoczony  i  aby  starszy 

bratanek zdążył uciec z kuchni. Woda rozprysła się po całym pomieszczeniu. 

Mac oprzytomniał, a potem ruszył do ataku. 

- Brick! - krzyknął, goniąc za chłopakiem, który zamknął się w swoim pokoju. - Otwórz natychmiast! 

- Wygląda na to, że Brick jest już bezpieczny - zauważyła Lily, zakręcając kran. 

- Jeśli nie otworzysz, przysięgam, że wyłamię drzwi! 

Autumn, która siedziała obok Kary, nagle wydała z siebie przeraźliwy okrzyk: 

- Wujek zamienił się w dziką bestię! 

Kara pomyślała, że telewizyjne horrory poczyniły straszne spustoszenie w psychice małej. 

- Nie  bój  się.  Wujek  jest zdenerwowany, ale... - zaczęła uspokajać  Autumn,  lecz dziecko krzyczało 

coraz głośniej. 

Kara zerwała się od stołu, sadzając Claya obok siostry. 

- Autumn, dosyć tego, a ty, Clay, trzymaj się z dala od galaretki. Idę porozmawiać z wujkiem. 

- Wujek w opałach - pisnął malec z satysfakcją w głosie. 

- Zadowolona jesteś, że znalazłaś się wśród Wilde’ów? - spytała Lily. - To rodzina w stanie rozpadu. 

- Po prostu... reagujecie bardzo gwałtownie - odrzekła Kara. 

Powtarzała to sobie w duchu, wchodząc na górę, gdzie pan domu walił pięścią w drzwi pokoju Bricka. 

-  Mac  -  rzekła,  kładąc  mu  rękę  na  ramieniu  -  jesteś  cały  mokry.  Czemu  się  nie  przebierzesz  i  nie 

usiądziesz  do  kolacji?  Jeśli  nie  przestaniesz  krzyczeć,  Autumn  się  nie  uspokoi.  Myśli,  że  zamieniłeś  się  w 

bestię, a jeden Bóg wie, co to dla niej znaczy... Może sądzi, że urwiesz jej głowę, by zawiesić ją obok innych 

background image

 

53 

trofeów na ścianie. - Spokojny głos Kary kontrastował z gniewnym nastrojem Maca. 

Mac  przycisnął  jej  dłoń  do  swego  ramienia,  westchnął  głęboko  i  oparł  się  o  ścianę.  Za  drzwiami  Bricka 

rozległ się zduszony śmiech. 

- To wcale nie jest zabawne - mruknął, ale przestał krzyczeć i dobijać się do drzwi. 

W kuchni też się uciszyło, więc Kara odczuła ulgę. 

-  Myślisz,  że  zachowuję  się  nierozsądnie?  -  spytał.  -  Czyż  nie  mogłem  się  zdenerwować,  kiedy  te 

małe potwory zaczęły rozrzucać jedzenie... 

- To nie potwory, a po prostu wyjątkowo żywi chłopcy. Czy ty z braćmi nigdy... nie zachowywałeś 

się podobnie? 

-  Oczywiście.  Czasem  kilka  razy  dziennie  braliśmy  się  za  łby,  ale  na  interwencję  matki 

przerywaliśmy bijatykę. Miałem chyba prawo oczekiwać... 

- Moja  mama także nie tolerowała zabaw z wodą. Dobrze pamiętam,  jak skonfiskowała  mój wodny 

rewolwer, na który wydałam wszystkie oszczędności. Wyrzuciła go do śmietnika, a ja zostałam bez broni  i 

bez pieniędzy. 

Mac nie uśmiechnął się. Jeśli chciała go rozbroić, to nie zamierzał poddawać się tak łatwo. 

- I bardzo dobrze. Rozlewanie wody po mieszkaniu to anarchia. Co prawda nie pamiętam, czy nasza 

matka konfiskowała wodną broń, ale ja bym to zrobił i żądam... 

- Nie oblałbym  mamy, wujku - zza drzwi dobiegł głos Bricka, który najwyraźniej przysłuchiwał się 

rozmowie.  -  Ale  ty  nie  jesteś  moją  mamą,  tylko  wujkiem,  który  lubi  psikusy.  Przecież  sam  kiedyś  oblałeś 

mnie  wodą,  gdy  narzekałem,  że  mi  gorąco.  Byłem  cały  mokry,  a  ty  się  śmiałeś,  pamiętasz?  Wszyscy  się 

śmieliśmy. 

- To co innego - odrzekł Mac, czerwieniąc się trochę. 

-  Jak  to?  -  skrzywiła  się  Kara.  -  Albo  oblewanie  się  wodą  jest  w  tym  domu  dozwolone,  albo 

zabronione dla wszystkich. 

- Ja też tak myślę - odezwał się Brick. 

- W porządku. - Mac przesunął ręką po mokrej czuprynie i uśmiechnął się. - Odtąd nikomu nie wolno 

oblewać innych wodą. Każdy, kto złamie tę zasadę... 

-  Zawiśnie  na  ścianie  w  charakterze  trofeum?  -  spytał  Brick,  wychodząc  z  pokoju.  -  A  co  z 

obrzucaniem się jedzeniem? Też jest zabronione? 

- Tak - rzekła stanowczo Kara. - I lepiej od razu poinformujmy o tym Claya. 

- Autumn także. Nie widziałaś, jak dała Clayowi dolara, żeby rzucił we mnie galaretką - dodał Brick, 

uśmiechając się do Kary. 

Mac stłumił okrzyk oburzenia i poszedł do kuchni. 

-  Nigdy  więcej  żadnego  rzucania  jedzeniem  -  oznajmił,  patrząc  na  Claya.  -  I  podżegania  do  takich 

wybryków - dorzucił, spoglądając na Autumn. 

Rozejrzał się po zalanej wodą kuchni i rzekł do Lily: 

- Posprzątaj to. 

background image

 

54 

- Ani mi się śni - odparła, potrząsając głową. - Brick narozrabiał, to niech sprząta. 

- Mac, przeziębisz się w tym  mokrym ubraniu  -  wtrąciła  Kara. - Idź się przebrać, a  my tu zrobimy 

porządek. 

- Ojej, biedny wujek! Dostanie kataru - zakpił Brick. 

Kara zamarła. Ten chłopak naprawdę przebierał miarę. Szybko stanęła przed Makiem i położyła mu ręce na 

piersiach,  by  powstrzymać  go  przed  gwałtowną  reakcją,  choć  przypuszczała,  że  ją  odsunie  i  zajmie  się 

Brickiem. Ale nie zrobił tego, tylko przycisnął  jej palce do mokrej koszuli tak, że poczuła ciepło męskiego 

ciała. 

-  Nie  myśl,  że  jestem  tyranem,  który  bije  dzieci  -  powiedział,  patrząc  jej  w  oczy.  -  Nigdy  nie 

podniosłem ręki na żadne z nich, chociaż chłopakom pewnie nie zaszkodziłoby tęgie lanie. 

Kara przypomniała sobie, z jakim przerażeniem Clay szukał u niej obrony. 

- Może twój brat, James, bił dzieci, kiedy wpadał w złość. 

- A może Clay dobrze wie, jak wykorzystać twoje macierzyńskie instynkty - zauważył prowokacyjnie 

Mac. 

- To cyniczne, co powiedziałeś. On ma dopiero siedem lat - odrzekła, próbując oswobodzić ręce, ale 

Mac przycisnął je mocniej. 

-  Lubisz  dzieci,  prawda?  I  nie  jest  ci  wszystko  jedno,  co  z  nimi  będzie?  -  spytał,  patrząc  na  nią 

uważnie. 

-  Oczywiście  -  przyznała  zahipnotyzowana  spojrzeniem  ciemnych  oczu.  -  To  przecież  tylko  dzieci, 

które dużo przeszły i... 

-  Nigdy  więcej  nie  będę  rzucał  jedzeniem  -  przyrzekł  Clay,  który  stanął  między  Makiem  i  Karą,  a 

potem przytulił się do obojga. - Kiedy możemy dostać szczeniaczka? Ciocia Kara obiecała, że go dostaniemy 

- zwrócił się do Maca. 

- O tak, tylko szczeniaka brak nam do szczęścia. A może małego wilczka lub niedźwiadka? Bardzo 

by tu pasowały. 

- Wcale nie żartujemy - Autumn poparła brata. - Ciocia naprawdę nam to obiecała. 

-  Jeśli  ciocia  będzie  się  nim  zajmować,  to  nie  mam  nic  przeciwko  temu  -  rzekł  spokojnie  Mac, 

spoglądając z wyzwaniem na Karę. 

No dalej, powiedz dzieciom, że nie dostaną szczeniaka, bo nie zaopiekujesz się ani nim, ani nimi, zdawał 

się mówić wzrok Macauleya. 

Kara  nie  potrafiła  wymówić  ani  słowa,  gdy  mały  Clay  tulił  się  do  niej,  a  trójka  pozostałych,  wraz  z 

Makiem, wpatrywała się w nią wyczekująco. 

- Jak w serialu telewizyjnym - zauważyła  Lily. - Kryzys został zażegnany.  Wszyscy uśmiechają się 

do wszystkich. 

- Lubię takie seriale - przyznała Autumn, a pozostali roześmieli się serdecznie. 

Kara  poczuła,  że  ogarniają  fala  ciepła.  W  kuchni  zapanowała  prawdziwie  rodzinna  atmosfera,  za  którą 

zawsze tęskniła. Nie miała jej we własnym domu, odkąd matka opuściła Willa Franklina i wyszła za Drew 

background image

 

55 

Ansella. Bardzo kochała nowego męża, ale ta miłość nie zostawiała czasu na zajmowanie się dzieckiem. 

Drew  nigdy  nie  był  nieuprzejmy  wobec  Kary,  lecz  mała  czuła  się  w  domu  jak  intruz.  Pamiętała,  z  jaką 

radością Drew Ansell opłacał jej kolonie letnie, pozbywając się dziewczynki z domu. Proponował nawet, by 

odwiedzała  wujka  Willa  w  Montanie,  ale  Kara  odmawiała,  wiedząc,  że  u  Ginny  Franklin  nie  będzie  mile 

widzianym gościem. 

A w domu Wilde’ów odnalazła wreszcie rodzinne ciepło i poczuła się potrzebna. Po raz pierwszy w życiu 

Kary zdarzyło się, że kogoś obchodziło, czy zostanie, czy też wyjedzie. 

Popatrzyła  na dzieci oraz Maca, który ciągle przyciskał  jej ręce do piersi,  i pomyślała, że  jego wzrok nie 

pozostawia  wątpliwości,  iż  jest  pożądana  jako  kobieta.  Spojrzenie  Maca  przerażało  ją  i  przejmowało 

dreszczem. 

Szybko usunęła ręce z piersi Maca i odwróciła się. 

- Pójdę się przebrać, żeby nie złapać kataru - powiedział z uśmiechem Mac i wyszedł z kuchni. 

Ku  zdumieniu  Kary  dzieci  bez  kłótni  i  sporów  spokojnie  rozeszły  się  do  sypialń,  a  Lily  pomogła  jej  w 

sprzątaniu. 

- Świetnie poradziłaś  sobie z wujkiem  Makiem -  zauważyła  nastolatka. - Umiesz zaprowadzić  ład  i 

spokój w tej rodzinie. A trzymanie go na dystans w sprawach łóżkowych tylko działa na twoją korzyść. Jest 

taki napalony, że nawet oblewanie wodą niewiele mu pomogło. 

- Lily! - przerwała jej gwałtownie Kara. 

-  Założę  się,  że  teraz  bierze  lodowaty  prysznic  -  ciągnęła  dziewczyna.  -  Jak  długo  zamierzasz  to 

ciągnąć? Mam nadzieję, że nie przesadzisz, bo wujek jest... 

- Lily, proszę! 

- Zaczerwieniłaś się? To zabawne! 

- Przestań! - jęknęła Kara. 

-  Jeśli  rumienisz  się  na  samą  myśl  o  wujku  Macu  pod  zimnym  prysznicem,  to  nie  możesz  być 

zakochana w żadnym żonatym mężczyźnie, prawda? 

-  Przykro  mi,  że  słyszałaś  naszą  rozmowę  -  rzekła  Kara,  wypuszczając  z  rąk  mokrą  gąbkę.  - 

Rzeczywiście skłamałam. Nie powinnam była tego mówić...  

-  Wiem,  dlaczego  to  zrobiłaś  -  przerwała  Lily.  -  Wujek  nie  dał  ci  innego  wyboru.  Już  mu 

powiedziałam, jak głupio postąpił, na wypadek, gdyby nie wiedział, a rzeczywiście nie miał o tym pojęcia! 

Kara  skuliła  się  na  myśl, że Lily dyskutowała o niej z  Makiem. Poczuła  się  niezręcznie,  lecz dziewczyna 

nie zamierzała porzucić pasjonującego tematu. 

- Dlaczego mężczyźni nigdy nie przyznają wprost, czego pragną, zamiast wynajdywać jakieś głupie 

preteksty  -  ciągnęła.  -  Przecież  można  by  od  razu  uczciwie  wyznać:  kocham  cię,  zostań  ze  mną.  Ale,  nie! 

Zamiast tego będzie: zostań, bo dzieci potrzebują opieki, a ty nie masz nikogo. Albo dlaczego nie powiedzą 

wprost: szaleję za tobą, tylko: jesteś za młoda, a ja nie mogę znieść, że tak bardzo cię pragnę. 

Kara  czuła  się  upokorzona  tymi  uwagami.  Domyślała  się,  że  część  z  nich  odnosi  się  do  niej  i  Maca. 

Pozostałe to zapewne aluzje do osobistych problemów Lily. 

background image

 

56 

- Tak ci powiedział pan „Raj”? - zapytała. 

- Pan „Raj” - powtórzyła Lily, krzywiąc się. - Tak, to on, a nie powinien był mówić w ten sposób. To 

głupie. Pasujemy do siebie, a on ciągle gada o różnicy wieku... Gdzie się podziali nowocześni mężczyźni, nie 

kryjący uczuć? I jak mamy sobie poradzić z tymi typami w stylu retro, którzy raczej pozwolą się przypiekać 

rozpalonym żelazem, niż przyznają, że potrzebują kobiety do czegoś więcej niż tylko dla uprawiania seksu? 

- Wujek zna tego mężczyznę, z którym się spotykasz? - spytała ostrożnie Kara, przypominając sobie, 

jak prowokacyjnie zachowywała się Lily wobec Webba Ashera. 

Przez  moment  zastanawiała  się,  czy  to  aby  nie  on  jest  tajemniczym  ukochanym  bratanicy  Maca,  ale 

odrzuciła  tę  myśl,  pamiętając,  jak  nieprzyjaźnie  zachowywał  się  zarządca  rancza  wobec  kpiącej  z  niego 

dziewczyny. Z ulgą pomyślała, że to nie mógłby być Asher. 

- Tak, wujek go zna, ale więcej nie mogę powiedzieć. Lepiej, żebyś nie wiedziała, jak się nazywa, bo 

mogłabyś uznać, że należy powiedzieć o tym wujkowi. 

- A to by go rozgniewało? 

- Możliwe. Prawdopodobnie tak. Na pewno - westchnęła Lily. 

- Lily, gdybym mogła ci coś poradzić... 

- Jedyna rada, jakiej mi potrzeba, to „tak trzymać”! 

- Nie znając szczegółów, nie mogę radzić w ten sposób. 

- Wiem - odparła Lily, odkładając gąbkę, którą dotąd wycierała stół. - Lepiej pójdę  się położyć.  W 

końcu muszę jutro wstać do szkoły - rzekła z niechęcią, a wychodząc z kuchni, rzuciła pod adresem Kary: 

- Dziś w nocy tak trzymaj, dziewczyno! 

background image

 

57 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

„Tak  trzymaj!”  Słowa  Lily  rozbrzmiewały  w  uszach  Kary,  gdy  sprawdzała,  czy  Autumn  i  Clay  są  już  w 

łóżkach. Oboje zarzucili jej ręce na szyję i pocałowali na dobranoc. Te oznaki akceptacji wzruszyły ją. 

Przystanęła pod drzwiami Bricka oraz Lily  i powiedziała głośno „dobranoc”. Z obu sypialń dobiegła taka 

sama odpowiedź. Starsze dzieci także nie miały nic przeciwko jej pozostaniu na ranczu. 

Mac  również  tego  pragnął,  choć  kierowały  nim  wyjątkowo  egoistyczne  pobudki.  Lecz  gdyby  nie  uwagi 

wujka Willa na ten temat, nie miałoby to dla Kary tak dużego znaczenia. Ważne, że była potrzebna. 

Słowa  Lily  znów  zadźwięczały  jej  w  głowie.  Ta  dziewczyna  wyraźnie  traktowała  stosunki  między 

kobietami i mężczyznami jako rodzaj gry wojennej, ale Kara podchodziła do tego inaczej. Znajdowała się na 

ranczu  w  dość  dziwnej  sytuacji,  lecz  zamierzała  zachowywać  się  jak  uczciwa,  dojrzała  kobieta,  którą  w 

istocie była. A to znaczyło, że powinna zanieść Macowi tacę z kolacją, bo nie wrócił do kuchni, a musiał być 

głodny.  Potem  zamierzała  się  położyć,  bo  ciągle  jeszcze  odczuwała  skutki  różnicy  czasu  i  miała  za  sobą 

męczący dzień. 

Z tacą zastawioną jedzeniem zapukała do drzwi sypialni Maca. 

- Wejdź! - usłyszała. 

Na dźwięk tego głosu zadrżała i zarumieniła się mocno. 

- Nie mogę otworzyć drzwi, bo mam zajęte ręce - rzekła jednym tchem. - Przyniosłam ci kolację. 

Drzwi otworzyły się i stanął w nich Mac w białym szlafroku kąpielowym. Wytarł ręcznikiem mokre włosy, 

a potem obrzucił spojrzeniem trzymaną przez Karę tacę. 

- Nie ma galaretki? 

- Odkąd użyto jej jako broni, zniknęła z menu - roześmiała się Kara. 

-  Myślę,  że  trochę  przesadziłem  dziś  wieczorem  -  przyznał,  biorąc  od  niej  tacę.  -  Prawdę  mówiąc, 

zachowałem się głupio - rzekł, potrząsając głową. 

-  Miałeś  powody,  zostałeś  sprowokowany.  Po  całym  dniu  spędzonym  na  poszukiwaniach  Bricka 

ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowałeś, był widok chłopców obrzucających się jedzeniem. 

-  Nie,  to  tylko  był  pretekst  do  awantury.  Naprawdę  dopiekła  mi  wizyta  Franklinów  -  powiedział, 

stawiając tacę i sadowiąc się w wygodnym fotelu. - Zastanawiałem się, czy dzwoniłaś do pastora z prośbą, 

by zabrał cię stąd dziś wieczorem. 

- Nie, zdecydowałam się tego nie robić - odparła, podchodząc, by podać mu szklankę z napojem. 

-  Może  znalazłoby  się  trochę  kawy?  -  spytał,  bez  przekonania  wpatrując  się  w  szklankę  z  sokiem 

pomarańczowym. 

- Za późno na kawę. Nie mógłbyś potem zasnąć - rzekła Kara. - Mogę ci zaproponować mleko albo 

piwo. 

- Wystarczy sok - uznał Mac. - Dotrzymasz mi towarzystwa przy kolacji? 

Kara spojrzała na zamknięte drzwi sypialni i mężczyznę z tacą na kolanach. 

- Zgoda - powiedziała z wahaniem. - Zostanę chwilę. 

background image

 

58 

Przysiadła ostrożnie na skraju łóżka, bo w pokoju nie było drugiego fotela. 

-  Kiedy  brałem  prysznic,  kombinowałem,  jak  uszkodzić  samochód  pastora,  żeby  nie  mógł  cię  stąd 

wywieźć. Dobrze, że do niego nie dzwoniłaś - rzekł, obgryzając udko kurczaka. 

- Mac, ja naprawdę... - Kara w zażenowaniu zaczęła wykręcać palce, a potem podniosła się z miejsca. 

- Zobaczę, co z Taiem, i położę się... 

- Później - przerwał stanowczo Mac i powstrzymał ją wzrokiem. 

- Musisz być bardzo zmęczony - zauważyła, siadając z powrotem na łóżku. - Wiem, bo ja też czuję 

zmęczenie. Pewnie chciałbyś odpocząć. Nawet nie powiedziałeś, ile czasu zabrało ci odszukanie Bricka. 

Kara  popadła  w  konsternację.  Zaczęła  mówić  byle  co,  żeby  tylko  opanować  ogarniające  ją  podniecenie. 

Sam widok Maca tak na nią działał, a przecież ten mężczyzna tylko jadł kurczaka. 

Ścisnęła  uda  i  skrzyżowała  ręce  na  piersiach.  Przez  bluzkę  i  stanik  wyczuwała,  jak  stwardniały  jej  sutki. 

Mac kończył kolację, nie dostrzegając niepokoju Kary. 

-  Chłopcy  mieli  nad  nami  kilkugodzinną  przewagę  -  zaczął  opowiadać  -  ale  szeryf,  Jack  Tate, 

zawiadomił przez radio inne posterunki, by zatrzymały uciekinierów, nie przerażając ich przy tym nadmierną 

prędkością pościgu. Na szczęście nic złego się nie stało. Policjanci dobrze obeszli się z Brickiem i Jimmym. 

Wzięli ich tylko na posterunek, a stamtąd już my ich odebraliśmy. 

- Musiałeś zapłacić jakiś mandat? 

- Tym razem  nie. Lecz słowa policjantów zrobiły wrażenie  na chłopakach, więc nie  będą  już chyba 

próbować  po  raz  drugi,  Ja  i  Jack  też  dorzuciliśmy  swoje  trzy  grosze  po  drodze  do  domu.  On  odwiózł 

Jimmy’ego  Crowa,  a  ja  wróciłem  z  Brickiem.  Rozmawiał  ze  mną  i  w  tym  samym  czasie  słuchał  jakichś 

najnowszych  przebojów.  -  Mac  skrzywił  się.  -  Co  za  okropna  muzyka!  Przypomina  wycie  alarmu 

samochodowego. 

- Nie bądź taki staroświecki, bo młode pokolenie uzna cię za wapniaka. 

- Mogę być wapniakiem, ale mówię prawdę. Nastolatki mają teraz okropny gust. 

Odstawił tacę na mały stolik obok fotela. Zjadł wszystko oprócz ciasta. 

- Co z deserem? - zapytała. 

- Wolę inny, a ty? 

Podniósł się i zbliżył do Kary. Usiadł w nogach łóżka. Poczuła, że brak jej tchu. 

- Muszę już iść - wymamrotała, nie ruszając się z miejsca. 

- Dziękuję, że przyniosłaś kolację - rzekł i pogłaskał Karę po gęstych, jasnobrązowych włosach. 

Dziewczyna opuściła wzrok, podziwiając kontrast  między  bielą szlafroka a opaloną, porośniętą ciemnymi 

włosami skórą Maca. Uświadomiła sobie, że jest nagi pod szlafrokiem, a ona siedzi obok niego na łóżku, lecz 

mimo to nie wstała z miejsca. 

- Połóż się - powiedział łagodnie. 

Gdy  milczała,  delikatnie  popchnął  ją  na  poduszki,  a  sam  położył  się  obok,  obrzucając  Karę  namiętnym 

spojrzeniem,  które  rodziło  w  niej  jednocześnie  podniecenie  i  strach.  Lecz  nawet  strach  podszyty  był  jakąś 

wewnętrzną radością. 

background image

 

59 

- Co za wielkie oczy, okrągłe jak spodeczki - szepnął i pochylił się, by je pocałować. 

Kara opuściła powieki. Nie potrafiła ich podnieść. Ogarnęło ją przyjemne ciepło i ociężałość. Nie miała sił, 

by  się  poruszyć.  Mac  zajął  się  nią  jak  lalką.  Przełożył  jej  nogi  przez  swoje  i  zaczął  pieścić,  przesuwając 

dłonią od pośladków i bioder ku kolanom. 

-  Masz  wspaniałe  nogi  -  mruknął.  -  Długie  i  zgrabne.  Chcę  je  zobaczyć.  Świetnie  wyglądasz  w 

dżinsach, ale spróbujmy się ich pozbyć. 

Znaczenie  słów  nie  docierało  do  oszołomionej  dziewczyny.  Tchnący  namiętnością  ton  Maca  sprawiał  jej 

rozkosz.  Przemknął  ją  dreszcz,  gdy  ręka  mężczyzny  zaczęła  powrotną  podróż  przez  kolana,  wewnętrzną 

stronę ud i dotarła wyżej. Gdy Mac osiągnął swój cel, zatrzymał się. Stało się jasne, do czego zmierzał. Kara 

westchnęła  głęboko,  zbladła,  potem  zaczerwieniła  się  i  spróbowała  się  podnieść,  mimo  iż  Mac  nie  usunął 

ręki. 

- Proszę - szepnęła. - Ledwie się znamy - zakończyła drżącym głosem, czując napięcie i wilgotność w 

miejscu, którego dotykał. 

Jeśli nie cofnie dłoni... 

Nie cofnął. 

Kara  opadła  na  materac  jak  zahipnotyzowana.  Aktywność  Maca  szokowała,  ale  teraz  Kara  pragnęła  już 

czegoś więcej niż tylko łagodnego nacisku jego dłoni. Chciała... 

Mac  uniósł  rękę,  a  potem  przesunął  ją  wyżej.  Zanim  zdążyła  go  powstrzymać,  szybko  rozpiął  pierwszy 

guzik dżinsów i skutecznie powstrzymał Karę, gdy chciała zapobiec rozpięciu następnego, 

- Znamy się dopiero dwa dni - przypomniała, tracąc oddech. Podniósł  jej rękę do ust i koniuszkiem 

języka dotknął wnętrza dłoni, a ona poczuła efekty tej pieszczoty dokładnie tam, gdzie się tego spodziewał. 

- Kochanie, jeden dzień w tym domu znaczy tyle, co pięć lat w więzieniu, a to już poważny wyrok. 

Kara  przestała  myśleć  o  opuszczeniu  łóżka.  To  było  takie  niezwykłe.  Leżeć  z  Makiem  i  pozwalać,  by  ją 

pieścił. 

- A skoro znamy się dwa dni, to znaczy tyle samo. 

- Dziesięć lat? 

- Świetny z ciebie rachmistrz - uśmiechnął się. - Ale naprawdę oznacza to dziesięć lat ciężkich robót. 

Jakby mimo woli zaczęła gładzić twarz Maca, pieścić dotykiem jego szyję. 

- Nie czuję się tu jak w więzieniu - powiedziała. 

- Nie? Myślisz, że mogłabyś z nami wytrzymać? - zapytał, masując jej barki i ramiona tak długo, aż 

się zupełnie rozluźniła. 

- Podoba mi się tutaj - odparła, gdy delikatnie muskał wargami jej czoło, policzki i szyję. 

- Wiesz, że już przynależysz do naszego rancza. To przesądzone - zaśmiał się cicho. 

Nie mógł powiedzieć niczego lepszego, by ją uszczęśliwić. Wreszcie znalazła swoje miejsce i ludzi, którzy 

czekali na nią przez całe życie. 

Mac nie był typem mężczyzny poświęcającego dużo czasu na myślenie o szczęściu i o tym, jak je osiągnąć. 

Borykanie się z codziennymi trudnościami całkowicie wyczerpywało energię. Tym bardziej czuł się dumny, 

background image

 

60 

że intuicyjnie dobrał słowa, które tak podziałały na Karę. Chciał, by należała do niego i by mógł otoczyć ją 

opieką. Pragnął jej z mocą, którą ledwie mógł opanować. Rozwiązał szlafrok i rozsunął jego poły. 

- Nie przejmuj się konwenansami, dziecino. Niektórzy już po godzinie znajomości spędzają ze sobą 

noc,  innym  potrzeba  na  to  weekendu.  Czas  nie  ma  znaczenia,  a  już  na  pewno  nie  dla  nas.  Przecież 

zamierzamy się pobrać. - Musnął wargami  jej usta. - Myśl, że od dziś będziesz spędzać ze mną każdą noc, 

sprawia mi wielką radość. 

Słowa Maca zainspirowały fantazję Kary. Wyobrażała sobie, że trzyma go w ramionach, kocha się z nim, 

ale  potem  nie  spotykają  się  więcej.  Nie  potrafiła  znieść  bólu  rozstania,  przemiany  intymnego  dziś  w 

niewiadome  jutro.  Może  dlatego  w  wieku  dwudziestu  sześciu  lat  była  ciągle  dziewicą  i  tak  bardzo 

potrzebowała zapewnień Maca o stałości ich związku, zanim zaczęliby się kochać. 

Całą sobą pragnęła należeć do tego mężczyzny. Teraz już była pewna, że chce wyjść za Maca Wilde’a. Nie 

potrafiła tylko oddzielić panieńskiej tremy od ekscytacji. 

-  Wyglądasz  jak  przestraszona  dziewczynka,  a  przecież  wiem,  że  się  mnie  nie  boisz  i  chcesz, 

żebyśmy się kochali. Po to przyszłaś do mojej sypialni.  

- Zamierzałam jedynie przynieść kolację - szepnęła. 

- Sama  się oszukujesz - zapewnił. - Lecz  jeśli to doprowadziło cię tutaj... - zawiesił głos  i zajął  się 

guziczkami u liliowej bluzki. 

Zdziwiła się, że tak szybko sobie z nimi poradził, a potem rozpiął stanik. 

-  Pragnę  cię!  -  Brązowe  oczy  Maca  zapłonęły  pożądaniem  na  widok  krągłych,  białych  piersi  i 

ciemnoróżowych sutek Kary. 

Kara walczyła z pokusą, by chwycić za poły bluzki i okryć nagość. Wzrok Maca krępował ją i podniecał. 

- Jesteś piękna, kochanie. To nie żaden wyświechtany komplement. Naprawdę tak myślę - zamruczał 

Mac, a jego słowa podziałały na Karę jak balsam. 

- Chcę ci wierzyć - powiedziała, zdając sobie sprawę, że i tak nie opuści jego sypialni. 

Mac  pochylił  i  zaczął  ssać  jedną  z  sutek  tak  mocno,  aż  Kara  krzyknęła  z  rozkoszy.  Potem  wargami  i 

językiem  pieścił  obie  piersi.  Dziewczyna  z  jękiem  poruszyła  biodrami.  To  było  coś  zupełnie  nowego. 

Instynktownie powtarzała rytm ruchów pieszczącego ją mężczyzny. 

Mac wsunął kolano między jej uda i przycisnął tak, że poczuła, jak bardzo jest podniecony. Przytuliła się, a 

Mac  jęknął  z  pożądania.  Pocałował  gwałtownie  jej  usta.  Kara  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję  i  odwzajemniła 

pocałunek. Całowali się z coraz większą namiętnością. Kara wsunęła ręce pod szlafrok, by dotknąć gorącej, 

muskularnej piersi tulącego ją mężczyzny. Ten gest jeszcze bardziej podniecił Maca. 

Kara zdusiła w gardle szloch. Drżąca i rozgorączkowana czuła na przemian panikę i pożądanie. Przerażała 

ją zmysłowa moc własnych pragnień. 

-  Nigdy  przedtem  tak  się  nie  czułam.  Nie  przypuszczałam,  że  można  coś  takiego  przeżywać  - 

szepnęła, kiedy przez moment przestał ją całować i pozwolił zaczerpnąć powietrza. 

Z obawą i ekscytacją pomyślała, że za chwilę straci kontrolę nad sobą i odda się Macowi. W tym momencie 

zsunął z niej dżinsy i majteczki. 

background image

 

61 

- Rozluźnij się, najdroższa - szepnął. - Wiem, że się denerwujesz, ale nie powinnaś. 

Była  naga,  a  on,  zrzucając  z  siebie  szlafrok,  pieścił  ją  wzrokiem.  Karze  zaschło  w  ustach  na  widok 

muskularnego,  proporcjonalnego  ciała  Maca.  Przestała  się  bać.  Zafascynowana,  zapragnęła  go  dotknąć  i 

sięgnęła dłonią pomiędzy jego uda. 

Mac  przymknął  oczy,  rozkoszując  się  pieszczotą.  Kara  zrozumiała,  że  bardzo  jej  pragnie,  czuła  to, 

widziała... 

Otworzył oczy. Delikatnie usunął jej rękę. 

- Jeszcze trochę i skończymy, zanim zaczęliśmy - powiedział. 

Całą swoją wiedzę o seksie Kara czerpała z książek. Nie była przygotowana na taką burzę zmysłów, którą 

przyszło jej teraz przeżywać. 

Wygięła  się  gwałtownie,  gdy  Mac  dotknął  najintymniejszego  zakątka  jej  ciała  i  zaczął  go  pieścić, 

zapuszczając się coraz głębiej. Przenikała ją dzika rozkosz. Napięcie stawało się trudne do zniesienia. 

- Błagam! - krzyknęła, pragnąc czegoś, czego nie potrafiła nazwać. 

Czuła, że promieniuje gorącem. Mac patrzył namiętnie prosto w jej oczy. 

- Teraz, najdroższa - szepnął. - Chodź do mnie. 

- Nie mogę... 

- Ależ możesz. 

I stało się. Drżenie, które przeniknęło jej ciało, było zupełnie nowym doświadczeniem. 

Mac nie pozwolił, by podniecenie Kary osłabło. Kiedy. ciągle jeszcze pulsowała rozkoszą, rozsunął szeroko 

jej nogi i wniknął w nią. Krzyknęła, a potem poczuła łzy w oczach. 

Zaskoczony Mac uniósł głowę. Dyszał gwałtownie. 

- Nigdy wcześniej tego nie robiłaś, prawda? - zapytał, choć znał odpowiedź. 

Kara drgnęła, słysząc niedowierzanie w jego głosie. 

- Nie - odparła i zamknęła oczy, by nie widzieć osłupienia we wzroku Maca. 

Rozkoszne prądy przenikające ciało powoli zanikały. Mac nie wysunął się z niej. Jego obecność sprawiała 

ból i wzniecała pożar. 

- Domyślałem się, że jesteś... niedoświadczona, ale nie sądziłem, że... 

- Mówisz, jakbyś nie wiedział, czym jest dziewictwo - Kara próbowała udawać rozbawienie. 

Był nią rozczarowany, a najgorsze, co mogła teraz zrobić, to się rozpłakać. 

Mac spostrzegł, że łzy kręcą się jej w oczach. 

- Mój Boże! Nie płacz! - poprosił. 

- Biedny Mac. Najbardziej pożądany kawaler w całym Bear Creek musiał trafić w łóżku na dziewicę. 

- Próbowała się roześmiać. - Wybacz. Współczuję ci. 

-  I  pomyśleć,  że  powiedziałem,  iż  nie  musisz  się  denerwować  -  mruknął.  -  A  ty  naprawdę  miałaś 

powody! Po prostu przyniosłaś mi kolację, a ja to źle zrozumiałem. Skłoniłem cię do czegoś, czego nigdy w 

życiu nie robiłaś. Nie byłaś jeszcze z mężczyzną! Byłaś dziewicą... 

- Wystarczy - przerwała Kara. - I tak czuję się upokorzona... 

background image

 

62 

- Upokorzona? Myślałem, że cię boli. 

- Boli. To znaczy bolało - uzupełniła. 

Wstrzymała oddech, lecz ból zdawał się odpływać, a jej ciało przyzwyczajało się do męskiej obecności. 

Mac poruszył się lekko. Kara stężała w oczekiwaniu bólu, ale nie nadszedł. 

- Teraz lepiej? - spytał ochryple. 

Skinęła  głową.  Naprawdę  było  lepiej.  Pieczenie  ustąpiło,  zastąpione  czymś  przyjemnym,  a  trudnym  do 

nazwania.  Żar  zamienił  się  w  łagodne  ciepło.  Rozdzierający  ból  zniknął,  w  zamian  pojawiło  się  uczucie 

pełni. Zamknęła oczy. Było jej dobrze. 

- Nie chcę, żebyś się czuła upokorzona - powiedział łagodnie Mac. 

Gdybym  był  prawdziwym  dżentelmenem,  wycofałbym  się  natychmiast  i  pozwolił  jej  wrócić  do  własnej 

sypialni, ale nim nie jestem, pomyślał. 

-  Kochanie,  jeżeli...  jeżeli  chciałaś  poczekać  do  wesela,  to  wiesz,  że  się  z  tobą  ożenię.  Wszystko 

będzie dobrze, najdroższa. Możemy udawać, że... to nasza noc poślubna. 

-  Niczego  nie  rozumiesz.  Czułam  się  upokorzona,  bo  potraktowałeś  mnie  jak  dziecko,  jak  jakiś 

wybryk  natury,  ponieważ...  -  odwróciła  wzrok  i  zaczerwieniła  się.  -  Ponieważ  nigdy  jeszcze  nie  byłam  z 

mężczyzną - dokończyła. 

Zebrała się na odwagę i spojrzała mu prosto w oczy. 

-  Przykro  mi,  że  tak  to  odebrałaś  -  rzekł  spokojnie.  -  Nie  jesteś  żadnym  wybrykiem  natury,  tylko 

piękną, namiętną kobietą i czuję się zaszczycony, że jestem twoim pierwszym kochankiem. 

Przymknęła oczy, czując, że zbiera się jej na płacz. 

- Dziękuję, Mac - szepnęła. 

Pochylił się, by delikatnie ją pocałować, i poruszył się wewnątrz jej ciała. 

- Przysięgam, że nigdy nie mówiłem tego innej kobiecie, bo nigdy nie miałem dziewicy. To pierwszy 

raz dla nas obojga, kochanie. 

Cudowny dreszcz przeniknął Karę od stóp do głów. Mac pocałował ją, głęboko wsuwając język w usta, a 

ona objęła go mocno. 

- Bardzo dobrze - mruknął, pieszcząc najwrażliwszy punkt jej ciała. 

To podniecające dotknięcie sprawiło, że instynktownie zgięła kolana. 

-  Obejmij  mnie  nogami  -  powiedział  szybko,  a  ona  zrobiła  to,  czując,  że  Mac  wnika  w  nią  jeszcze 

głębiej. 

Zakołysał się lekko, potęgując w niej uczucie rozkoszy. W chwilę później odpowiedziała mu rytmicznymi 

ruchami ciała. 

- Jak dobrze, Mac - powiedziała schrypniętym głosem. 

- Tak, kochanie, bardzo dobrze! 

Choć próbował przeciągać chwile obezwładniającego szczęścia, natura upomniała się o swoje prawa. Mac 

przyspieszył ruchy. Coraz gwałtowniej i głębiej  wchodził w ciało Kary, wprowadzając ich oboje na szczyt. 

W chwilę potem osunął się na nią z jękiem rozkoszy. 

background image

 

63 

Kara  objęła  go  mocno.  Czuła,  jak  bije  mu  serce.  Twarz  miała  mokrą  od  potu  i  łez.  Pieściła  plecy  Maca, 

który leżał na niej bez ruchu. 

- Mac? - Niepewny głos Kary kazał mu unieść głowę. 

- Dobrze się czujesz? - szepnął, wspierając się na łokciach. - Czy coś ci zrobiłem? - zapytał, a potem 

wysunął się z jej ciała i położył na plecach. - Przepraszam. Mało cię nie zmiażdżyłem. - Delikatnie pogładził 

policzek Kary. - Możesz oddychać? 

- Nic mi nie jest - zapewniła. 

Czuła się wprost znakomicie. Chciała śmiać się i krzyczeć. Poznać jego myśli i opowiedzieć mu o swoich 

marzeniach, rozmawiać o rozkoszy, której przed chwilą oboje zaznali. Ale zauważyła, że Mac zasypia. To, 

co  dla  niej  było  największym  przeżyciem,  dla  niego  nie  miało  takiego  znaczenia.  Znał  wiele  kobiet,  a ona 

stała się jeszcze jedną jego zabawką. Ta świadomość zmartwiła ją i przygasiła euforię. 

- Powinnam wrócić do siebie - szepnęła. - Nie mogę tu zostać. 

- Dlaczego? - Mac wyciągnął rękę, by zgasić nocną lampę. 

- Nie chcę, żeby dzieci zastały nas razem. 

-  Drzwi  są  zamknięte.  Nikt  nie  będzie  nas  niepokoić.  I  co  to  znaczy,  że  nie  możesz  spać  tutaj?  - 

zapytał Mac, wyczuwając, że Kara zaczyna się czegoś obawiać. - W tym łóżku jest znacznie lepszy materac 

niż w twojej sypialni. 

Przysunął się do niej i od tyłu objął w talii, a potem mocno przytulił do siebie. 

-  Nie  chodzi  o  materac  -  odparła  Kara.  -  Rzecz  w  tym,  że  ja  nie  tylko  nie  kochałam  się  dotąd  z 

mężczyzną, ale i nie spałam z nim. Nie będę mogła zasnąć. Jeśli nie odejdę, żadne z nas nie wypocznie. 

- Zaryzykuję - powiedział, całując ją w skroń. - Zostaniesz tu, kochanie. 

- Jesteś okropny! Agresywny, apodyktyczny i... - krzyknęła, próbując mu się wyrwać, ale ramię Maca 

było jak z żelaza. 

- Wyliczyłaś same zalety. Dobranoc, najdroższa. 

Poczuła  gniew.  To  irracjonalne  złościć  się  na  mężczyznę,  który  dał  jej  tyle  rozkoszy,  pomyślała.  Nawet 

jeśli myślał inaczej, Kara chciała usłyszeć go mówiącego, że przeżył z nią cudowne chwile, ale Mac milczał. 

-  Słuchaj,  to  nie  ma  sensu  -  zaczęła,  szamocząc  się  w  jego  uścisku.  -  Nie  usnę  tutaj.  Pozwól  mi 

odejść. 

- Nie! 

Próbowała  się  opanować.  Nie  mogła  go  winić,  że  nie  uważał  ich  wspólnych  przeżyć  za  coś 

nadzwyczajnego. 

-  Łatwo  ci  przyszło  -  mruknęła.  Szybko  mu  uległa.  Choć  nie  żałowała  niczego,  brakowało  jej 

większego zaangażowania Maca. Zbyt dobrze siebie znała i wiedziała, że nie poszłaby do łóżka z pierwszym 

lepszym.  Była  z  Macauleyem,  bo  w  ciągu  tych  dwóch  dni  bez  pamięci  się  w  nim  zakochała.  Tak  bardzo 

pragnęła usłyszeć od niego, że to, co się między nimi zdarzyło, dla niego też miało wyjątkowe znaczenie i że 

nie traktuje jej jak narzeczonej na zamówienie. Lecz Mac inaczej wytłumaczył sobie milczenie Kary. 

- Łatwo? Po prostu kochałem się z moją przyszłą żoną, a teraz czas spać. 

background image

 

64 

Od  miesięcy,  a  może  nawet  nigdy  w  życiu  nie  czuł  się  równie  wspaniale.  Zamknął  oczy.  Nie  czas  ani 

miejsce  na  retrospekcje.  Pastor  zrobił  mu  ogromną  przysługę,  proponując  zaproszenie  Kary  do  Montany. 

Trzeba by mu za to ufundować dzwon kościelny albo coś w tym rodzaju, pomyślał zasypiając. 

Kara leżała cicho i nasłuchiwała spokojnego oddechu Maca. Postanowiła zmienić taktykę. Nie było sensu 

się  z  nim  spierać,  skoro  postanowił  ją  zatrzymać.  Zaczeka,  aż  jego  pozwolenie  nie  będzie  potrzebne,  i 

odejdzie. 

Kiedy  upewniła  się,  że  zasnął,  mogła  już  wyśliznąć  się  z  sypialni.  Czekała  tylko  na  właściwy  moment. 

Mimo podenerwowania czuła, że powoli zaczyna się rozluźniać. 

W  pokoju  było  ciemno  i  cicho.  Mac  otulił  ich  oboje  ciepłą  kołdrą.  Obok  siebie  czuła  jego  gorące  ciało. 

Powieki  zaczynały  jej  ciążyć.  Leżenie  z  otwartymi  oczami  wymagało  zbyt  wiele  wysiłku,  więc  je 

przymknęła. Poleży jeszcze kilka minut, a potem wstanie, pomyślała z westchnieniem. Tylko kilka minut... 

 

background image

 

65 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Dzwonek  budzika  wyrwał  Karę  z  głębokiego  snu.  Uświadomiwszy  sobie,  gdzie  się  znajduje,  szeroko 

otworzyła oczy. Leżała naga z mężczyzną w łóżku! Mac westchnął i po omacku wyłączył alarm. 

Przypomniała sobie wszystko, włącznie z nocnym zamierzeniem, by wrócić do swojej sypialni. 

- Zostań tu i śpij - powiedział Mac. - Muszę wyprawić dzieci do szkoły, ale ty... 

- Wstanę. 

Kara wyskoczyła z łóżka, wbiegła do łazienki i zamknęła drzwi. Słysząc trzask zamka, Mac uśmiechnął się 

lekko. Rozbawiła go skromność dziewczyny, tak bardzo kontrastująca z jej wczorajszą namiętnością. Czule 

pomyślał o minionej nocy. A więc był pierwszym mężczyzną w życiu Kary i mógłby zostać jedynym. 

Podszedł  do  okna,  by  rozsunąć  zasłony.  Zapowiadał  się  pochmurny,  deszczowy  dzień,  ale  Mac  wkładał 

szlafrok, pogwizdując wesoło. 

 

Kara  podsunęła  Brickowi  kolejny  placek,  podziwiając  apetyt  chłopca.  To  była  trzecia  dokładka.  Autumn 

pracowała  nad  pierwszym,  polewając  go  obficie  słodkim  sosem.  Lily  małymi  łyczkami  popijała  herbatę  i 

skubała grzankę. Rekonwalescent Clay jeszcze spał w swoim pokoju. 

Tai wkroczył do kuchni z podniesionym ogonem i donośnym miauczeniem oznajmił swoje przybycie. 

- Spędził dziś noc w moim łóżku - powiedziała Autumn. 

Kot dostał swoje jedzenie i przestał interesować się ludźmi. 

- Czy to nie wspaniałe? Prawdziwe, domowe śniadanie! - zachwycał się Mac, kończąc swoją porcję 

placków.  -  Kiedyż  to  ostatnio  jedliśmy  coś  podobnego?  Pastor  miał  rację.  Znakomicie  gotujesz  -  rzekł  z 

uśmiechem do Kary. 

-  Biorąc  pod  uwagę twój  dzisiejszy  poranny  nastrój,  chyba  nie  tylko  w  tym  jest  dobra  -  zauważyła 

Lily. 

Kara zaczerwieniła się i o mało nie wypuściła z rąk patelni, którą zamierzała wyszorować. 

- Lily! - upomniał bratanicę Mac, ale zabrzmiało to raczej żartobliwie niż surowo. 

 - Co ona miała na myśli? - chciała wiedzieć Autumn. 

- Że jesteśmy bardzo zadowoleni, iż Kara jest z nami i zrobiła śniadanie - wyjaśnił Mac. 

- Brick, czemu idziesz do szkoły w białym swetrze i dżinsach? Joanna Franklin mówiła, że dziś macie 

dzień przebierańców, więc powinieneś włożyć coś śmiesznego - zauważyła Autumn. 

- Co? - Brick mało nie zakrztusił się mlekiem. - Nie idę! Nie mam zamiaru się wygłupiać! Nikt mnie 

nie zmusi - dodał, spoglądając z wyzwaniem na wuja. 

-  Brick,  musisz  iść  do  szkoły.  Wystarczy,  że  wczoraj  opuściłeś  zajęcia.  I  tak  masz  dużo  do 

nadrobienia... - stwierdził Mac. 

- Mogę jeszcze raz nie pójść - przerwał mu chłopak. 

Obaj wstali z miejsc. 

- Przestańcie. Jest dopiero siódma rano - rzekła Lily. 

background image

 

66 

Kara  popatrzyła  na  obu  Wilde’ów.  I  wuj,  i  bratanek  zacinali  się  w  uporze.  Spostrzegła  też,  że  Autumn 

uśmiecha  się  z  satysfakcją  i  korzystając  z  zamieszania,  bezkarnie  sięga  po  słodki  sos,  którego  Mac  nie 

pozwalał jej nadużywać. 

- Nie szkodzi,  jeśli  Brick zostanie dziś w domu - ośmieliła się wtrącić. - Zajmie się trochę Clayem, 

pogra z nim w coś, pomoże odrobić lekcje, które mu zadano. 

- Oczywiście - zgodził się Brick. 

- Chłopak nie zostanie w domu. Nie ma o czym mówić! - Mac był niezadowolony z interwencji Kary. 

- Kara powiedziała, że mogę zostać, i będę jej słuchać. 

- Znowu to samo  - rzekła znudzonym tonem  Lily.  - To mogło działać u  wuja Jamesa  i  ciotki Ewy, 

którzy o mało się nie rozwiedli, zanim zdecydowali, że pieniądze otrzymywane z naszego ubezpieczenia nie 

są tego warte, i odesłali nas tutaj. 

- Rozumiem, że  Brick  może  nie  mieć ochoty  na  przebieranie  się - powiedziała  spokojnie  Kara. - U 

mnie w szkole też kiedyś wprowadzono taki zwyczaj. Każdy starał się o najzabawniejszy kostium. To było w 

ósmej  klasie.  Właśnie  się  przeprowadziliśmy  i  wszystkie  dziewczynki  ubierały  się  w  tej  szkole  inaczej  niż 

tam, gdzie uczyłam się poprzednio. Tego dnia kilka z nich przyszło ubranych dokładnie jak ja. Domyśliłam 

się, że posłużyłam im za model. To nie był miły moment - przyznała.  

- Musiało być ci głupio - zauważył Brick. 

- To zdarzyło się dawno temu, ale pozostało mi przeświadczenie, że takiego dnia zawsze komuś jest 

przykro. 

- U nas w klasie też jest paru takich, z których mogą się nabijać, ale my z Jimmym nie dopuścimy do 

tego. Idę do szkoły, wujku - zdecydował Brick, biegnąc po książki. 

- Brick obrońcą uciśnionych! Sam, z własnej woli, chce iść do szkoły! Dobra jesteś, Karo - rzekła z 

uznaniem Lily. 

-  Jest  wspaniała  -  stwierdził  Mac,  podchodząc  do  Kary  i  obejmując  ją  w  talii.  -  Historia,  którą 

opowiedziałaś,  to  znakomity  chwyt  -  dodał  i  przytulił  ją  mocniej  do  siebie.  -  Dziękuję,  kochanie,  że 

powstrzymałaś mnie od kolejnego wybuchu gniewu. Twój sposób okazał się znacznie lepszy. 

Kara  zadrżała,  kiedy  Mac  przesunął  dłońmi  po  jej  bladoróżowym  szlafroczku.  W  czasie  śniadania  w 

obecności  dzieci  starała  się  zachować  spokój,  lecz  teraz  wróciła  świadomość,  że  ostatniej  nocy  zostali 

kochankami. 

Mac spróbował wsunąć dłonie pod szlafroczek, ale wyśliznęła mu się z objęć. Nie mogła sobie pozwolić na 

takie intymności przy Lily. 

- Sądzisz, że wymyśliłam tę historię? - spytała, próbując przywrócić między nimi dystans. 

Opowieść była prawdziwa i stanowiła jedno z pierwszych doświadczeń decydujących o tym, że Kara stała 

się tak wrażliwa na upokorzenia. Ale żadne z Wilde’ów tego nie rozumiało. 

Brick i Autumn wbiegli z książkami do kuchni. Za nimi wszedł Webb Asher w kowbojskim stroju. 

-  Pada,  więc  myślę,  że  wszyscy  będą  dziś  pracować  w  stajniach,  a  ja  chcę  załatwić  parę  rzeczy  w 

mieście, więc mogę podwieźć dzieciaki do szkoły. 

background image

 

67 

- Świetnie! Nie będziemy musieli siedzieć w dżipie - ucieszyli się Brick i Autumn. 

- W czasie deszczu zawsze podwożę ich do drogi i tam czekają w samochodzie na szkolny autobus - 

wyjaśnił Mac. 

- Jak się pobierzecie, tobie przypadnie to w udziale, a także wiele innych obowiązków, pani Wilde - 

zauważyła Lily, zwracając się do Kary. 

- Znajdzie się również parę pozytywnych aspektów tego statusu - mruknął Mac, całując Karę w szyję. 

Dziewczyna zarumieniła się i spróbowała odsunąć Maca. Przestał całować, lecz wciąż obejmował ją w talii. 

- Mogę jeden wymienić - oznajmiła Autumn. - Oglądanie telewizji satelitarnej! 

Słysząc to, wszyscy roześmieli się głośno. 

-  Bierz  swoje  książki,  uczennico.  Chyba  nie  chcesz  spóźnić  się  do  szkoły?  -  zwrócił  się  Webb  do 

Lily. 

Kara  gwałtownie  odwróciła  głowę,  by  spojrzeć  na  zarządcę.  W  głosie,  którym  przemawiał  do  bratanicy 

Maca, było coś prowokacyjnego. Lily zakołysała zalotnie biodrami. 

- Stokrotne dzięki, Webb. Naprawdę doceniam to, co dla nas robisz - rzekł Mac. 

- Ja również - dorzuciła Lily z uśmiechem. 

Czyżby  dziewczyna  była  jednak  bliżej  związana  z  tym  kowbojem,  zastanowiła  się  Kara,  śledząc  chłodny 

wzrok Ashera skierowany ku Lily. I czy jej wuj niczego się nie domyślał? Lecz Mac ścigał spojrzeniem tylko 

ją i nie w głowie mu było obserwowanie zarządcy rancza albo własnej bratanicy. 

- Skoro Clay jeszcze śpi, a my nie byliśmy pod prysznicem, to zaoszczędźmy czasu oraz ciepłej wody 

i weźmy wspólną kąpiel. 

Karze zaparło dech z wrażenia. Obawiała się, czy Webb i dzieci wychodzące właśnie z domu nie usłyszały 

tej niezwykłej propozycji. Mac nie żywił podobnych obaw. Objął Karę i poprowadził do sypialni. 

Zamknął dokładnie drzwi, a potem gwałtownie ją pocałował. Kara zarzuciła mu ręce na szyję i przylgnęła 

doń całym ciałem. 

Zanim  zupełnie  straciła  kontrolę  nad  sytuacją,  pomyślała  jeszcze,  że  szybko  nauczyła  się  odwzajemniać 

pieszczoty. Uwielbiała całować i dotykać Maca. 

- Pragnąłem tego, odkąd się obudziliśmy - powiedział Mac, przerywając dla złapania oddechu. - Lecz 

wyskoczyłaś z łóżka jak gazela, a potem byliśmy otoczeni przez całą paczkę nieletnich przyzwoitek. 

- Dzieci dobrze wiedzą, co się święci - rzekła Kara. 

Kochała Maca Wilde’a bez wzajemności i należało o tym pamiętać. Przypadek sprawił, że to ona wysiadła 

z samolotu. Na jej miejscu mogła się znaleźć każda inna kobieta. 

- Nie zajmujmy się tym teraz - zaproponował Mac, jakby znał jej myśli. - Kochaliśmy się i wiesz, że 

jesteś moja! 

Miał  spore  doświadczenie  w  stosunkach  z  kobietami,  lecz  żadna  z  nich  nie  podniecała  go  tak  bardzo  jak 

Kara. 

- Chodź! - powiedział. 

Wziął ją za rękę, by pociągnąć do łazienki. Natychmiast odkręcił kurek, a potem zrzucił szlafrok. 

background image

 

68 

- Rozbierz się i wejdź pod prysznic! 

Oczy Kary rozszerzyły się na widok jego podniecenia. Spędziła z nim noc, ale po raz pierwszy widziała go 

bez ubrania w świetle dziennym. 

- Lepiej zajrzę do Claya. Może się obudził... - wymamrotała okropnie zawstydzona. 

- Sam potrafi zjeść śniadanie i włączyć telewizor. 

Mac rozpiął jej szlafroczek i zsunął go z ramion, a potem dotknął białych majteczek. 

- Po co je wkładałaś? 

- Mac! 

Zarumieniona patrzyła, jak ją rozbierał i przesuwał palcami po intymnych zakątkach ciała. Potem popchnął 

pod ciepły strumień i roześmiał się, gdy zachłysnęła się wodą. 

- Nie ma obawy, nie rozpuścisz się jak cukier! 

-  Ja  się  z  ciebie  nie  śmiałam,  gdy  cię  wczoraj  oblano  wodą  -  przypomniała.  -  Autumn  miała  rację. 

Zachowujesz się jak dzikus. 

- Właśnie - zgodził się i namydlił ręce. - Podejdź do mnie! 

- Łamiesz zasady, które sam ustaliłeś - rzekła, czując, że cała drży z podniecenia. 

-  Cofam  zakaz  i  ustanawiam  wyjątek  od  reguły,  bo  ty  jesteś  wyjątkowa,  kochanie  -  oznajmił  i 

pochwycił ją w namydlone dłonie. 

Mokrymi ustami rozchylił jej wargi, a rękami rozpoczął wędrówkę po całym ciele. Mydlił piersi, pieszcząc 

i  uciskając  je  delikatnie  palcami,  aż  jęknęła  z  rozkoszy.  Potem  zrobił  to  samo  z  każdym  centymetrem  jej 

ciała. 

Niecierpliwie czekała, aż dłonie Maca wsuną się między nogi. Szeptała jego imię i tuliła się do niego. Było 

jej tak dobrze! Zaciskała palce, pragnąc tych samych doznań, które ofiarował jej nocą. 

- Jeszcze nie, najdroższa - szepnął. 

Krótki  szloch  wyrwał  się  jej  z  gardła,  ale  Mac  nie  zaprzestawał  działań,  co  chwila  doprowadzając  ją  na 

krawędź  ekstazy.  Gwałtownie  zapragnęła  spełnienia  i  sięgnęła  między  uda  Maca,  sama  rozpoczynając 

pieszczoty. 

- O tak, kochanie - westchnął. - Teraz już jesteś gotowa do następnej lekcji. 

Przycisnął Karę do ściany i wszedł głęboko w jej ciało. Krzyknęła, czując, jak eksploduje rozkoszą... 

A potem ona mydliła wspaniałe ciało Maca, myła mu włosy i rozpryskiwała wodę po całej łazience. 

- Co to było? Usunięcie wyrostka? Kiedy? - zapytał Mac, dotykając palcem blizny na brzuchu Kary. 

- Miałam wtedy sześć lat - odparła. - Zachorowałam w szkole i wzięto mnie do szpitala. Tego samego 

dnia  zrobili  operację.  Bardzo  się  bałam,  ale  tatuś  tak  ułożył  swoje  zajęcia,  żeby  być  ze  mną  w  szpitalu. 

Mama,  która  pracowała  jako  zaopatrzeniowiec  wielkich  domów  towarowych,  nie  miała  czasu.  Jak  zwykle 

podróżowała wówczas służbowo, ale mnie nie robiło to różnicy, bo został ze mną tatuś. Przez pierwszą noc 

nawet spał w szpitalu na rozkładanym łóżku. 

- Mówisz o pastorze? 

- Tak. - Kara skinęła głową. - Zawsze myślałam o nim jak o tacie i we wspomnieniach nim pozostał. 

background image

 

69 

-  Musiałaś  się  dziwnie  czuć,  kiedy  nagle  przestał  być  twoim  ojcem  i  zamienił  się  w  niby-wujka, 

którego rzadko widywałaś. 

-  To  prawda  -  odrzekła,  choć  słowa,  których  użył,  nie  oddawały  w  pełni  ani  bólu,  ani  poczucia 

odrzucenia, które wtedy przeżywała. 

- Nic dziwnego, że trudno ci teraz zaufać jakiemukolwiek mężczyźnie, skoro już raz cię porzucono. 

To by wyjaśniało, dlaczego tak długo pozostałaś dziewicą - rzekł Mac dumny z własnej przenikliwości. 

- Proszę! Dosyć już tych zabaw w psychologa - rzekła Kara i wyskoczyła spod prysznica. 

Nie chciała, by Mac analizował jej osobowość ani żeby się nad nią użalał. 

-  Zostaniesz  ze  mną,  prawda?  -  spytał,  chwytając  ją  za  rękę.  -  Wczoraj  udowodniłaś,  że  ufasz  mi 

dostatecznie, by ze mną sypiać. 

- A może byłam już zmęczona rolą ostatniej dziewicy na tej planecie? - roześmiała się. 

-  Teraz  jesteś  moją  słodką  narzeczoną  na  zamówienie  -  rzekł,  wycierając  ją  miękkim,  błękitnym 

ręcznikiem. 

-  Wiem,  że  potrzebujesz  kogoś  do  opieki  nad  dziećmi  -  odparła,  przymykając  oczy,  bo  pieszczoty 

Maca  sprawiały  jej  niewysłowioną  przyjemność.  -  Ale  jeśli  za  kilka  lat  sprawy  między  nami  nie  będą  się 

układały, to nasze rozstanie boleśnie zrani Claya i Autumn. 

- Nic takiego się nie zdarzy. Wszystko będzie dobrze - zapewnił. 

Przecież  to  najlepszy  moment,  by  Mac  wyznał  jej  miłość,  jeśli  w  ogóle  żywił  do  niej  to  uczucie.  Kara 

pragnęła tego tak bardzo, że gotowa była przystać nawet na kłamstwa. Ale Mac, który nigdy nie kłamał, nie 

rzekł ani słowa. 

Kara  powiedziała  sobie,  że  powinna  docenić  jego  uczciwość.  Lepiej,  że  nie  wyznał  tego,  czego  nie  czuł, 

uznała w duchu. 

W pół godziny później oboje schodzili na dół do holu. Mac władczo obejmował Karę. 

-  Ciągle  pada  -  zauważył.  -  Pewnie  przesiedzę  cały  dzień  w  gabinecie.  Muszę  przejrzeć  papiery. 

Nienawidzę tego. 

- Siedzenia w domu czy papierkowej roboty? - spytała. 

- I jednego, i drugiego. Jestem ranczerem, więc lubię otwartą przestrzeń. Nie wiem, jak te wszystkie 

gryzipiórki mogą cały dzień siedzieć zamknięte w biurowcach. 

- Ja także pracowałam w biurze - mruknęła Kara. 

- Ale już tam nie wrócisz. 

Ta władczość w  jego głosie podniecała  ją w  łóżku,  lecz w ciągu dnia Mac powinien  wiedzieć, że  nie we 

wszystkim może narzucać swoją wolę. 

- Muszę wrócić... 

-  Nie!  Opłacimy  zapakowanie  twoich  rzeczy  i  przesłanie  ich  tutaj.  Wyślesz  do  ministerstwa 

zawiadomienie, że rezygnujesz z pracy, a wszystkie inne sprawy możesz załatwić faksem lub przez telefon. 

Nie pozwolę ci odejść. 

 

background image

 

70 

- W rzeczywistości  nie  muszę z  niczego rezygnować. Zwalniają  mnie za  miesiąc - rzekła z trudem, 

czując,  że  winna  jest  szczerość  temu  mężczyźnie.  -  Teraz  mam  tygodniowy  urlop  i  powinnam  wrócić  do 

pracy jeszcze na kilkanaście dni. 

-  Nigdzie  nie  wrócisz.  Jeśli  byli  tacy  głupi,  że  cię  zwolnili,  to  sami  są  sobie  winni.  Nam  jesteś 

potrzebna. Zrozum, że nie będziesz już dłużej żadną urzędniczką - powiedział i pocałował ją mocno. 

Z  pokoju  dobiegły  dźwięki  telewizora.  Clay  siedział  na  podłodze,  jadł  płatki  kukurydziane  i  gapił  się  w 

ekran. Na oknie siedział Tai i obserwował wiewiórki. Obaj zignorowali wejście Maca oraz Kary. 

- Widzisz, elektroniczna niańka to prawdziwy dar niebios - rzucił Mac i pocałowawszy ją w czubek 

głowy, zniknął w gabinecie. 

Przysiadła obok Claya, akceptując rolę opiekunki. W pół godziny później, gdy mały tkwił przy kuchennym 

stole,  pracowicie  wypisując  litery  na  żółtym  liniowanym  papierze,  zadzwonił  telefon.  Kara  podniosła 

słuchawkę. 

-  Tu  szkoła  średnia  w  Bear  Creek  -  usłyszała.  -  Chcieliśmy  sprawdzić,  czy  Lily  Wilde  ciągle  jest 

chora? 

- Ciągle chora - powtórzyła Kara, a szkolna sekretarka przyjęła to jako potwierdzenie. 

- Dziękuję, mamy nadzieję, że wkrótce wyzdrowieje - powiedziała i odłożyła słuchawkę. 

Kara przypomniała sobie poranną wymianę spojrzeń między Lily i Webbem. Jego zielone, chłodne oczy  i 

zaciśnięte usta. Więc ta dziewczyna znowu nie poszła do szkoły? A może Asher jest niewinny, a ona ma zbyt 

bujną wyobraźnię? Lecz  jeśli  mała  ma romans  z  zarządcą?  Zdecydowała, że  musi dokładnie wypytać Lily, 

zanim porozmawia z Makiem. 

 

Ciągle padało, kiedy Lily z Brickiem i Autumn wrócili do domu późnym popołudniem. 

- Webb podwiózł nas rano pod samą szkołę - oznajmiła Autumn. 

Kara  skinęła  głową  i  uważnie  przyjrzała  się  starszej  bratanicy  Maca.  Rozmarzone  oczy  Lily  nie 

pozostawiały wątpliwości co do tego, jak spędziła dzień. Teraz, narzekając na ból, głowy, skierowała się do 

swego pokoju. Nie zwiodła Kary, ale obecność pozostałych dzieci i Maca uniemożliwiła śledztwo. 

Wszyscy zasiedli w kuchni, żartując i jedząc maślane bułeczki z orzechami, które upiekła wcześniej. Mac 

cieszył się wyraźnie z domowej atmosfery i ścigał uroczą gospodynię roznamiętnionym wzrokiem. 

Kara  miała  na  sobie  popielatą  spódniczkę,  wystarczająco  krótką,  by  odsłaniała  zgrabne  nogi,  piaskowy 

sweterek i kamizelkę. Mac wiedział, jaką bieliznę nosiła pod spodem, bo był przy tym, kiedy ją wkładała. 

-  Chodzę  teraz  z  Courtney  Egan.  -  Głos  Bricka  przerwał  erotyczne  fantazje  Maca  Wilde’a.  -  Jest 

najfajniejszą dziewczyną w ósmej klasie, a może w całej szkole. 

- Z córką mojego kolegi, tego adwokata, Toma Egana? - spytał Mac, żywiąc nadzieję, iż przyjaźń z 

tak znakomicie ułożoną dziewczynką dobrze wpłynie na Bricka. 

-  Dziś  wszyscy  wyglądali  okropnie  głupio.  Tylko  ja  i  Jimmy  jak  ludzie.  Courtney  rzuciła  Chada 

Waltersa i powiedziała swojej przyjaciółce Bethany, że jestem fajny i zaprosi mnie w piątek na przyjęcie. 

- Szybko się dogadaliście - rzekła Kara, patrząc z uśmiechem na Maca.  

background image

 

71 

-  Brick  jest  równie  impulsywny  jak  ja  -  mruknął  Macauley  tak  cicho,  by  bratanek  go  nie  słyszał.  - 

Miejmy nadzieję, że nie będzie równie szybki - zażartował, chwycił Karę za rękę i pocałował w dłoń. 

Przybycie  Willa  Franklina  przerwało  sielankę.  Mac  powitał  pastora,  ale  nie  był  zachwycony  wizytą. 

Wielebny Franklin zignorował niechęć gospodarza. 

- Musisz zjeść z  nami kolację, kochana - zwrócił się do Kary. - Ginny przygotowała coś pysznego. 

Chcielibyśmy cię zabrać  na  festyn  związany z kwestą na rzecz kościoła. Będzie doroczna wyprzedaż  „Pod 

białym wielbłądem”, jak ją nazywamy. 

- Ja też chcę zobaczyć wielbłądy - zawołał Clay, a poparła go Autumn. - Wujku, jedźmy! 

-  To  nie  ma  nic  wspólnego  z  prawdziwymi  wielbłądami  -  wyjaśnił  Mac.  -  Ludzie  przynoszą  na 

wyprzedaż najdziwniejsze rzeczy, które są już im niepotrzebne, ale mogą przydać się innym. 

-  Chcę,  żeby  ciocia  Kara  została  tutaj,  a  nie  jeździła  na  jakąś  głupią  wyprzedaż.  -  Clay  dał  wyraz 

swemu niezadowoleniu. 

- Wujku, powiedz jej, że nie może jechać. 

Kara zamarła, widząc, jak dzieci spoglądają raz na pastora, raz na Maca, wyraźnie czekając na pojedynek. 

- Ależ oczywiście, że może - powiedział stanowczo pastor. - Nie jest tu więźniem i najwyższy czas, 

by odwiedziła przyjaciół w mieście. 

-  A  jeśli  będzie  chciała  zostać  z  przyjaciółmi  tutaj?  -  spytała  niewinnie  Autumn,  ale  jej  oczy 

błyszczały niebezpiecznie. 

- Tak - przyznał Brick. - Ona jest dziewczyną wujka, więc tylko on może decydować, co ma robić. 

Mac uśmiechnął się z aprobatą, ale Kara nie mogła powstrzymać się od reakcji. 

- Niezupełnie  jestem dziewczyną twego wujka, Brick  - rzekła zarumieniona. - Poza tym  mężczyźni 

nie mogą rządzić kobietami, bo one mają własny rozum. Nikt nie będzie mi dyktował, co powinnam zrobić. 

- To znaczy, że możesz robić, co chcesz? - upewniała się Autumn. 

- W granicach rozsądku. Nie można zachowywać się nieodpowiedzialnie ani łamać prawa - wyjaśniła 

Kara. 

- Tutaj wujek ustanawia prawo, a ty nie możesz go łamać - upierał się Brick. 

- Właśnie, pamiętaj o tym. - Mac wpadł mu w słowo. 

-  Możemy  wrócić  do  sedna  sprawy?  -  zniecierpliwił  się  pastor.  -  Bardzo  chciałbym  spędzić  z  tobą 

trochę czasu, Karo. 

- Ja też - przyznała dziewczyna. 

- Oczywiście, możesz zjeść kolację z Franklinami - zgodził się Mac bez entuzjazmu. 

- Jestem wdzięczna za pozwolenie, szefie - wycedziła przez zęby. - Dziękuję za zaproszenie, pastorze 

- dodała. 

- Już nawet nie „wujku” - zmartwił się wielebny Will. 

- Tak miała zwracać się do ojczyma mała dziewczynka zamiast „tatusiu”, prawda? - zauważył zimno 

Mac. - Ale Kara już dorosła i wkrótce będzie panią Wilde. 

 

background image

 

72 

Kara  spojrzała  na  Macauleya.  Podjęłaby  wyzwanie,  gdyby  nie  pastor  i  dzieci,  ale  Mac  niczym  się  nie 

przejmował. 

- Czy wspomniałem, że zamierzam zabrać wszystkich  na kolację do miasta? - zapytał. - Clay czuje 

się już dobrze i może z nami jechać. No jak, dzieci, Burger Bam czy Pizza Ranch? 

Propozycja wujka wywołała spory wśród małych Wilde’ów, a Mac odprowadził Karę i pastora do drzwi. 

-  Po  kolacji  zajrzymy  na  tę  wyprzedaż  „Pod  białym  wielbłądem”,  skoro  Clay  tak  się  do  niej  pali  - 

rzucił przy pożegnaniu. 

- Przecież nawet nie wiedział, co to jest - zauważyła Kara, wzburzona faktem, że najpierw pastor, a 

teraz Mac wywierają na nią presję. 

-  No  to  powinien  wreszcie  się  dowiedzieć.  Spotkamy  się  potem  przy  kościele  i  przywiozę  cię  do 

domu. Nie ma sensu fatygować ponownie pastora. 

- Miałem zaproponować, by Kara przenocowała u nas - rzekł wielebny Will. 

-  Przywiozę  ją  tutaj.  -  Mac  potrząsnął  głową  i  na  dłuższą  chwilę  przygarnął  Karę  do  piersi.  - 

Zobaczymy się później, kochanie - powiedział, dotykając policzkiem jej skroni. 

- To obietnica czy groźba? - Pastor zrobił aluzję do ponurego tonu Macauleya. 

- Ona sama zadecyduje - odrzekł Mac, uwalniając Karę z objęć. 

 

background image

 

73 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

-  Karo,  kochanie,  tak  mi  przykro,  że  sprowadziłem  cię  do  Bear  Creek  pod  fałszywym  pretekstem  - 

powiedział  pastor  w  drodze  do  miasta.  -  Nie  wiem,  czy  mi  wybaczysz,  że  naraziłem  cię  na  towarzystwo 

Wilde’ów. 

- W porządku, wujku - przerwała mu dziewczyna. 

- Wcale  nie. Widzę, że Mac za wszelką cenę dąży do ślubu. Podziwiam  jego oddanie dzieciom, ale 

uważam, iż postępuje nieuczciwie, chcąc cię wykorzystać. To byłby nieudany związek. 

Kara milczała. Czuła się niezręcznie, mając świadomość, jak daleko zaszły jej stosunki z Makiem. 

- To silny, apodyktyczny  mężczyzna. Jest dobry, ale przywykł chodzić własnymi drogami  - ciągnął 

wielebny Will. - Obawiam się, że może posunąć się za daleko, by cię zatrzymać na ranczu z tymi trudnymi 

dziećmi. 

- Są po prostu bardzo żywe. - Kara ujęła się za dobraną paczką z Double R. 

- Kochanie, ze mną możesz być szczera. Nie chcę, żebyś wpadła w pułapkę. 

-  Wujku  -  przerwała  -  lepiej  od  razu  ci  powiem,  że  jestem  poważnie  zainteresowana  tym 

małżeństwem. 

- Byłbym zachwycony, słysząc to, gdybyś naprawdę zdawała sobie sprawę, co robisz - rzekł pastor, 

ocierając chusteczką spocone czoło. - Ale tak nie jest. Mac trzymał cię na ranczu w izolacji. Użył wszelkich 

sposobów, by cię oczarować i skłonić do małżeństwa, które tylko dla niego jest korzystne. 

- Mac do niczego mnie nie zmuszał - odparła. 

- Z pewnością potrafił sprawić, byś postępowała tak, jak on zechce. 

- Przecież sam mu powiedziałeś, że będę odpowiednia do... jego celów. 

-  Miałem  nadzieję,  iż  przypadniecie  sobie  do  gustu.  Sądziłem  jednak,  że  zapoznacie  się  w 

cywilizowany  sposób,  a  to  zaowocuje  kiedyś  małżeństwem.  Tymczasem  on  porwał  cię  z  lotniska  i  niemal 

uwięził na ranczu... 

- Jak widzisz, nie jestem więziona. 

-  Wypuścił  cię  na  parę  godzin,  byś  się  łudziła,  że  jesteś  wolna.  Nie  zauważyłaś,  jak  nalegał,  by 

przywieźć cię wieczorem do domu? 

-  Tak  -  odrzekła  z  ekscytacją,  bo  przypomniała  sobie  błysk  pożądania  w  oczach  Maca  i  wyraźne 

podniecenie w chwili, gdy się żegnali. 

Nawet jeśli Mac był wobec niej nieszczery, to godząc się na ślub, zyskiwała dom i rodzinę. Rzuciła okiem 

na byłego ojczyma. On i jej matka odeszli do osób, które kochali, nie dbając o uczucia Kary, która nie miała 

odtąd  prawdziwego  domu  aż  do  chwili  spotkania  Wilde’ów.  Wiedziała,  że  nie  potrafi  tego  wytłumaczyć 

pastorowi. 

-  Gdzie  twój  zdrowy  rozsądek  i  duma?  -  lamentował  wielebny  Will  Franklin.  -  Zawsze  byłaś  taka 

praktyczna. Przecież to nie ciebie chce Mac, ale opiekunki do dzieci. Ożeniłby się z pierwszą lepszą, która 

zgodziłaby się na jego warunki. 

background image

 

74 

-  Był  ze  mną  uczciwy.  Powiedział,  dlaczego  chce  się  żenić,  a  uczciwość  to  dobry  fundament 

małżeństwa, prawda? Będziemy szczęśliwym stadłem... 

-  Dokonujesz  cudów,  żeby  samą  siebie  oszukać.  Z  własnego  doświadczenia  wiem,  że  takie 

małżeństwa  się  nie  udają  -  powiedział  pastor  i  zaczerpnął  powietrza.  -  Bardzo  kochałem  twoją  matkę  i 

pragnąłem,  by  wyszła  za  mnie.  Wyznała  uczciwie,  że  nie  odwzajemnia  moich  uczuć  i  jeśli  zgodzi  się  na 

małżeństwo,  to  tylko  dla  dobra  córeczki,  która  potrzebuje  ojca.  Przypomniała  mi  to,  gdy  spotkała  Drew 

Ansella i zakochała się w nim do szaleństwa. Nie chcę, żeby i tobie ktoś złamał serce. 

Kara nie odezwała się ani słowem, dopóki nie dojechali do miasta. Przez cały czas mówił pastor, starając 

się odwieść swą byłą pasierbicę od związku z Makiem Wilde’em. Im dłużej to trwało, tym Kara gorzej się 

czuła.  Gdy  dojechali  do  domu  wielebnego  pastora,  była  niemal  przekonana,  że  Mac  chce  ją  po  prostu 

wyzyskać. 

- Karo, zanim wysiądziemy... Tricia  i Joanna  nie  wiedzą, że byłem  już raz żonaty. Ginny  nigdy  nie 

chciała im o tym powiedzieć, by nie doznały urazu. 

- Myślę, że jedynie Ginny miała uraz - rzekła cicho dziewczyna. - I chyba dotąd się go nie wyzbyła. 

Ale  nie  martw  się.  Niczego  nie  powiem.  Po  prostu  będę  uchodzić  za  córkę  twoich  znajomych  ze 

wschodniego wybrzeża. 

Wielebny Will westchnął z ulgą i odrobiną żalu. 

Ginny,  Tricia  i  Joanna  przywitały  Karę  serdecznie.  Żyjąc  w  rodzinie  pastora,  były  przyzwyczajone  do 

przyjmowania gości. Kara zauważyła, że jest traktowana jak jedna z parafianek wielebnego Willa. Kolacja - 

stek,  warzywa  i  szarlotka  -  była  wyśmienita.  Rozmowa  toczyła  się  wartko,  choć  Kara  stale  miała  się  na 

baczności. Ginny ani słowem nie napomknęła o dawnych animozjach. Pastor zabawiał gościa anegdotkami, a 

Tricia i Joanna nie szczędziły plotek o Lily i Bricku Wilde’ach. 

Po kolacji, gdy dziewczynki zmywały naczynia w kuchni, a pastor musiał odebrać telefon, Kara została sam 

na sam z Ginny. Mimo iż nie miała już ośmiu lat, poczuła, że się poci i coś ściska ją w gardle. Spodziewała 

się, że skoro zniknęli świadkowie, Ginny pokaże okrutne oblicze macochy. 

-  Jak  się  miewa  twoja  matka?  -  zapytała  żona  wielebnego  Willa,  a  Kara  omal  nie  wypuściła  z  rąk 

filiżanki z kawą. 

- Świetnie. Dziękuję za pamięć - odparła, gdy  zdołała zebrać  myśli. - Siedem  lat temu wyjechała  z 

Drew  do  Kalifornii.  Nadal  pracuje  jako  zaopatrzeniowiec  sieci  domów  towarowych  Millera  i  Richardsa,  a 

Drew prowadzi swoją kancelarię adwokacką. Są bardzo zajęci - powiedziała i spuściła oczy pod badawczym 

spojrzeniem Ginny. 

- Twoja matka była jedną z najpiękniejszych kobiet, jakie widziałam - rzekła Ginny, a Kara czekała 

na nieuniknioną uwagę, że ona sama w niczym jej nie przypomina, ale, o dziwo, nic takiego nie padło. 

-  Trudno  mi  było  uwierzyć,  że  Will  po  rozstaniu  z  taką  pięknością  mógł  ożenić  się  z  kimś,  kto 

wygląda jak ja - wyznała żona pastora, niespokojnie rzucając okiem na drzwi, by upewnić się, czy córki nie 

słyszą tej rozmowy. - Nie potrafiłam też zrozumieć, jak ona mogła odejść od tak wspaniałego mężczyzny jak 

Will. Myślałam, że może się opamięta i nieoczekiwanie pojawi u naszych drzwi, próbując odzyskać męża - 

background image

 

75 

wyznała, czerwieniąc się gwałtownie. 

Kara  poczuła  współczucie  dla  tej  kobiety  i  przez  moment  pomyślała,  że  coś  je  łączy.  Pastorowa  kochała 

mężczyznę, który ożenił się z  nią wiedziony pragmatycznymi  motywami. Czy świadomość tego faktu stała 

się po latach mniej bolesna? Kara uznała, że po tak długim okresie małżeństwa Ginny Franklin nie może już 

chyba czuć się zraniona. 

- Jestem przekonana, że Will  nie ożeniłby się z tobą bez  miłości - zapewniła żonę pastora z czystej 

uprzejmości, choć nie była do końca pewna, czy jest to prawda. 

Dobrze wiedziała, że mogło być inaczej, skoro Mac gotów był się z nią żenić, nie kochając jej, tak jak jej 

własna matka poślubiła kiedyś wielebnego Franklina. 

- Chciałam porozmawiać z tobą jak kobieta z kobietą - zaczęła Ginny. - Z tego co słyszę, być może 

zamieszkasz w Double R i będziemy się często spotykać. 

Kara nie odpowiedziała. Daleko od Maca i dzieci, poddana wpływom rodziny pastora, zaczęła popadać w 

pesymizm, myśląc o swojej przyszłości. 

Jeśli  Mac  jej  nie  kochał,  a  wiedziała,  że  tak  jest,  pewnie  niedługo  się  nią  znuży.  Tylko  przez  moment 

wzbudziła w  nim erotyczne zainteresowanie, bo chwilowo nie  miała konkurencji. Naprawdę  jednak nic dla 

niego  nie  znaczy.  W  przyszłości  może  spotkać  jakąś  inną  kobietę  i  namiętnie  ją  pokochać.  Jej  matka  bez 

chwili zastanowienia porzuciła męża, gdy zakochała się w innym mężczyźnie. Ludzie rzadko zachowują się 

rozsądnie,  gdy  w  grę  wchodzi  miłość.  Ona  sama  była  tego  żywym  dowodem,  gotowa  wyjść  za  Maca  po 

dwudniowej znajomości. Ale czyż waszyngtońska samotność z kotem jako jedynym towarzyszem i sytuacja 

bezrobotnej poszukującej pracy była lepsza niż wizja nie kochanej żony ranczera? Tutaj czuła się potrzebna. 

-  Zdziwiłam  się,  kiedy  Will  powiedział,  że  odwiedziłaś  Maca  -  kontynuowała  Ginny.  -  Nawet  nie 

wiedziałam, że  się znacie, ale  w końcu wasze ścieżki  mogły  się przeciąć, skoro podobnie  jak  Will  i  bracia 

Wilde’owie interesujesz się ochroną środowiska. 

A więc w ten sposób wielebny Will wyjaśnił powiązania Kary z Makiem i jej obecność w Bear Creek, nie 

angażując w całą sprawę własnej osoby. Kara była pod wrażeniem jego przemyślności. 

- Czy twoja matka przyjedzie na wesele? - spytała Ginny z udaną obojętnością. 

- Nie robiliśmy jeszcze weselnych planów - odparła Kara, czując, że się rumieni. 

- Mogę zrozumieć twoje wahanie. Nie w sprawie Maca, oczywiście. Jest przystojnym, choć szorstkim 

w  obejściu  ranczerem,  na  którego  widok  mdleją  wszystkie  kobiety.  -  Ginny  zniżyła  głos  do  szeptu.  -  Ale 

odkąd wziął na wychowanie te okropne dzieci brata, praktycznie stracił powodzenie. 

Kara drgnęła. Nie miała zamiaru dyskutować z żoną pastora o rodzinie Wilde’ów, ale to wcale nie zbiło z 

tropu Ginny. 

- Jako młoda żona pewnie będziesz chciała pobyć tylko z mężem, bez tych nieznośnych dzieci. Kiedy 

przyjdzie na świat wasz pierwszy potomek, nie starczy ci czasu, by się zajmować tamtą czwórką. Na twoim 

miejscu zrobiłabym wszystko, żeby odesłać dzieciaki Jamesowi i Ewie albo dziadkom. 

Karę  ogarnęło  wzburzenie.  Sama  była  nie  chcianym  dzieckiem  i  nie  zamierzała  nikomu  zgotować 

podobnego  losu,  lecz  teraz  znajdowała  się  w  takim  stanie,  że  widziała  swoją  przyszłość  dzieloną  tylko  z 

background image

 

76 

Taiem. 

Do pokoju wszedł uśmiechnięty pastor. 

- Skończyłem rozmowy telefoniczne, dziewczynki uwinęły się ze zmywaniem. A wy, moje panie, czy 

jesteście gotowe jechać na wyprzedaż? 

- Oczywiście - odparła Ginny i czule pocałowała męża w policzek. - Myślę, że spodoba ci się, Karo, 

nasz doroczny festyn. Biorą w nim udział nie tylko parafianie, ale wszyscy, którzy mają na to ochotę. 

 

Sala  wyprzedaży  wygląda  jak  wysypisko  śmieci,  pomyślała  Kara,  wędrując  za  Willem  i  Ginny  wzdłuż 

stołów  rozstawionych  w  piwnicach  kościoła.  Pastorostwo  przystawali  co  chwila,  by  pogawędzić  ze 

znajomymi.  Jednym  przedstawiali  Karę  jako  przyjaciółkę  rodziny  przybyłą  ze  wschodniego  wybrzeża,  a 

innym  jako  sympatię  Maca  Wilde’a.  Kara  zdecydowanie  wolała  tę  pierwszą  wersję.  Spotkała  tu  mnóstwo 

ludzi i miała trudności z zapamiętaniem ich nazwisk oraz twarzy. Czuła się trochę jak biały wielbłąd w klatce 

oglądany przez zwiedzających. 

Ginny bez przerwy z kimś rozmawiała. W pewnej chwili Kara zauważyła, iż żona pastora konwersuje na jej 

temat z jakąś rudowłosą dziewczyną, bo tamta obrzuciła ją taksującym, niechętnym wzrokiem. Nie zdziwiła 

się, gdy przedstawiono jej Jill Finlay, która była w swoim czasie „dosyć blisko” z Makiem. 

-  Niełatwo  odmawiać  Wilde’owi,  gdy  się  oświadcza  -  rzekła  Jill  -  ale  powiedziałam  mu,  że  mogę 

wychowywać  tylko  własne  dzieci.  Jeśli  sądzisz,  że  tobie  uda  się  wyjść  za  niego  i  namówić,  by  odesłał 

potomstwo brata, to się mylisz - zwróciła się do Kary. 

- Już jej to mówiłam - rzuciła Ginny. - Waha się i zastanawia, czy za niego wyjść. 

-  Pewnie!  Jaka  kobieta  przy  zdrowych  zmysłach  dałaby  sobie  radę  z  taką  bandą?  Nawet  Tonya  nie 

zgodziła  się  na  to,  a  ona  jest  trzydziestoczteroletnią  rozwódką  i  nie  ma  wiele  do  stracenia.  Sądzę,  że  Mac 

wreszcie zrozumie, iż z tymi strasznymi dziećmi w domu nie ma szans u żadnej kobiety. 

-  Lubię  dzieci  i  mogłabym  z  nimi  mieszkać.  To  raczej  sam  Mac  jest  przyczyną  moich  wahań  - 

odparła chłodno Kara, mając dosyć wysłuchiwania opinii rudowłosej Jill. 

Odeszła z uśmiechem na ustach, pozostawiając obie kobiety w niemym zdumieniu. 

- Ciociu Karo! Ciociu Karo! Jesteśmy! - Kara przeglądała właśnie stare płyty, gdy rozległy się głosy 

Claya i Autumn. 

Tak bardzo ucieszyła się na widok małych Wilde’ów, że omal ich nie uściskała. 

- Byliśmy w Pizza Ranch - zawołała Autumn - a teraz chcemy coś kupić. 

- Kupisz mi żelaźniaka, ciociu? - błagał Clay. - Kosztuje tylko cztery dolary, jest prawie nowy, a ja 

zapomniałem wziąć pieniędzy. 

- Nie bawiłeś się swoimi żelaźniakami, odkąd przyjechaliśmy do Montany, głupi ośle - powiedziała 

Autumn. 

- Ale je lubię, a ty nic nie wiesz i sama jesteś głupia! - krzyknął chłopiec, a potem popchnął siostrę na 

stół ze stosem czasopism, które rozsypały się po podłodze. 

 

background image

 

77 

- Złamał mi rękę w trzech miejscach! - Autumn rozpłakała się głośno, przytrzymując dłonią stłuczone 

ramię. 

- Powiedziała do mnie „głupi” - bronił się malec. 

Kara spostrzegła, że wszyscy  mieszkańcy  Bear Creek przyglądają  się awanturze. Tylko Maca  nie  było w 

pobliżu.  Ignorując  gapiów,  Kara  wytłumaczyła  Autumn,  że  ramię  nie  zostało  złamane,  i  zaczęła  zbierać 

czasopisma, próbując skłonić dzieci do pomocy. Jednak oboje byli zbyt zajęci płaczem. 

Brick pojawił się, gdy podnosiła z ziemi ostatnią gazetę. 

- Cicho bądźcie! - skarcił rodzeństwo. 

-  Gdzie  Lily  i  wujek  Mac?  -  spytała  Kara,  widząc,  że  wraz  z  małymi  Wilde’ami  ciągle  stanowi 

atrakcję dla tłumu. 

-  Lily  skarżyła  się  na  ból  głowy  i  wolała  zostać  w  domu.  Wujek  podejrzewał,  że  to  wymówka,  i 

wysłał Webba Ashera, żeby jej pilnował. 

- Dobry pomysł - rzekła ponuro Kara. 

Jeśli miała rację, że Lily romansuje z zarządcą rancza, to Mac wpuścił lisa do kurnika. 

-  Wujek  jest  ciągle  z  tamtą.  Wyszli  już  i  wciąż  rozmawiają.  -  Brick  zaadresował  tę  uwagę  do 

rodzeństwa, które przyjęło nowinę z jękiem pogardy. 

- Z tamtą? - powtórzyła Kara, czując, że zasycha jej w ustach. 

- Z Marcy Tanner. Przysiadła się do nas w Pizza Ranch i starała się być bardzo miła dla wujka. 

- Do nas się nie odzywała, bo nas nie znosi - dodała Autumn. - Tricia opowiedziała Lily o wszystkich 

kobietach, które nie chciały wyjść za wujka, bo wziął nas na wychowanie. Marcy Tanner też do nich należy. 

-  Ciociu,  jeśli  przyznam  ci  się  do  czegoś  okropnego,  to  kupisz  mi  mimo  wszystko  żelaźniaka?  - 

szepnął Clay. 

W tym momencie Kara zauważyła Maca z drobną, niebieskooką blondynką uczepioną jego ramienia. Oboje 

uśmiechali  się  do  siebie.  Poczuła  zazdrość.  Z  trudem  pohamowała  się,  by  siłą  nie  odciągnąć  tamtej  od 

Macauleya. Przeraziła się gwałtowności własnych uczuć. 

- Nie przejmuj się. Ona sobie zaraz pójdzie - zauważyła Autumn. 

- Już zadbaliśmy o to, by się jej pozbyć - zachichotał Brick. 

- Co zrobiliście? - zaniepokoiła się Kara. 

-  Zabraliśmy  jej  portmonetkę.  Brick  wyjął  ją  z  torebki,  a  ja  schowałam  w  damskiej  toalecie  w 

restauracji - rzekła Autumn z zadowoleniem w głosie. 

- Jak tylko zechce  coś kupić, to zobaczy, że  ją straciła,  i  będzie  musiała wrócić, by  szukać zguby  - 

zaśmiał się Brick. 

-  To  okropne  -  uznała  Kara.  -  Wiecie,  że  nie  wolno  nikogo  okradać.  Co  będzie,  jeśli  ktoś  inny 

zabierze portmonetkę z toalety? Musicie natychmiast wszystko jej wytłumaczyć! 

- O! Jest Courtney Egan. Idę się z nią przywitać. Do zobaczenia! - zawołał Brick i zniknął. 

- Ciociu, ciociu! Kupisz mi... - nie ustawał Clay, gdy Kara starała się zebrać myśli. 

- Proszę, zdradzę ci sekret! - błagał. 

background image

 

78 

- Dobrze, jaki sekret? Ale obiecaj, że nie będziesz więcej popychał siostry! 

- Obiecuję - przyrzekł chłopiec. 

-  A  ty  nie  będziesz  nazywać  go  głupim  i  zaraz  przyznacie  się  Marcy  Tanner,  co  zrobiliście  z  jej 

portmonetką - Kara zwróciła się do Autumn. 

- Marcy jest obrzydliwa. Zjada plwociny - zawołała Autumn. 

- Przestań! - zawołała Kara. 

- Naplułem jej do sałatki - zaśmiał się Clay - a ona nie zauważyła i zjadła. 

- O mało nie zwymiotowałam - potwierdziła Autumn. 

- Musicie natychmiast przeprosić Marcy Tanner - zarządziła Kara. 

- Jak nam coś kupisz - targowały się dzieci. 

-  Nic  z  tego,  dopóki  jej  nie  przeprosicie  i  nie  powiecie  o  portmonetce.  Nie  musicie  wdawać  się  w 

szczegóły!  -  dorzuciła,  myśląc  o  sałatce.  -  Poczekam  tu  na  was.  -  Kara  nie  miała  zamiaru  podchodzić  do 

Maca. 

Autumn  wzięła  Claya  za  rękę  i  ruszyli  do  Marcy.  Po  chwili  wszyscy  obecni  mogli  usłyszeć  przeraźliwy 

wrzask  panny  Tanner,  która  starała  się  pochwycić  dzieci.  Te  jednak  umknęły  szybko,  prosto  do  Kary. 

Blondynka w pośpiechu opuściła wyprzedaż. Cała scena nie trwała dłużej niż minutę. Kara zauważyła wście-

kłość Maca, który zbliżał się ku winowajcom wczepionym w jej spódnicę. Wszyscy obecni obserwowali bieg 

wypadków. 

- Zrobiliśmy to, ciociu Karo! - wykrzyknął Clay. 

- Powiedziałem, że ją przepraszam za naplucie do sałatki, którą zjadła. 

-  A  ja,  że  widziałam  jej  portmonetkę  w  toalecie  i  przepraszam,  że  jej  o  tym  nie  zawiadomiłam 

wcześniej - pisnęła Autumn. - Ona jest niedobra. Chciała nas zbić i przysięgła, że to zrobi. Czy myślisz, że 

może zakraść się na ranczo i nas zamordować? - niepokoiła się dziewczynka. 

- Nie. Raczej będzie trzymać się od was z daleka - zapewniła Kara. 

- To dobrze - ucieszył się Clay. - Teraz chodźmy na zakupy! 

-  Wychodzimy  stąd!  Nikt  nie  będzie  niczego  kupował!  -  zarządził  rozeźlony  Mac,  który  stanął 

właśnie przed nimi. 

- Ciocia nam obiecała! - nie poddawał się Clay. 

- Nie dbam o to - wybuchnął. - Tym razem przebraliście miarę. Nie ma nagród za plucie do sałatek i 

kradzieże portfeli. 

- Powiedziałam, że widziałam jej portmonetkę, a nie że ją ukradłam - broniła się Autumn. 

-  Pewnie  Brick  to  zrobił.  Nie  próbuj  mnie  zwieść  -  grzmiał  Mac.  -  Wychodzimy,  bez  gadania!  - 

Popchnął przed sobą Autumn i zawołał do Kary: - Bierz Bricka! Idziemy! Natychmiast! 

- Złamiesz mi ramię! - protestowała Autumn. 

- Ciociu, kupmy coś, zanim on nas zabierze! - Clay ciągnął Karę w przeciwnym kierunku. 

- Jeśli natychmiast nie wyjdziecie, to przysięgam... - Mac z gniewem odwrócił się do Kary. 

W tym momencie podeszła do nich Jill Finlay. 

background image

 

79 

- Możesz mi poświęcić kilka minut? - zapytała Maca. 

- Właśnie wychodzimy - burknął, ale rozluźnił uchwyt, co Autumn wykorzystała, żeby się wymknąć i 

skryć za plecak mi Kary. 

-  Zostawimy  was,  byście  mogli  spokojnie  porozmawiać  -  rzekła  Kara,  nie  mając  zamiaru 

uczestniczyć w przyjacielskiej pogawędce Maca z byłą sympatią. 

Otoczyła dzieci ramionami i odeszła. 

- Wszyscy zauważyli, że twoja nowa narzeczona umie sobie radzić z tymi małymi psychopatami. Nie 

wiadomo, co by się tu działo, gdyby nie ona - zaczęła Jill. 

- O co ci chodzi? - przerwał Mac. 

-  Po  prostu  chciałam  ci  pogratulować.  Ginny  przedstawiła  mi  dziś  przyszłą  panią  Wilde.  Myślę,  że 

wreszcie ktoś ci się trafił, ale muszę cię ostrzec. Niezależnie od tego, ile jej płacisz, by przebywała na ranczu, 

musisz  wyasygnować  więcej.  Jasno  dała  do  zrozumienia,  że  myśli  o  wyjeździe,  a  po  tej  scenie  z  Marcy 

Tanner chyba będziesz musiał przepisać na nią całą posiadłość, by ją zatrzymać. 

- To wszystko? - zapytał z taką wrogością, iż Jill cofnęła się kilka kroków, z wysiłkiem zdobywając 

się na uśmiech. 

- Chciałam też zapewnić, że nie żywię do ciebie urazy. Jestem zaręczona z Tomem Eganem. Zeszłej 

wiosny w końcu rozwiódł się z Mary. Myślimy o małżeństwie. 

- Tom ma dwoje dzieci - przypomniał Mac. - A ty zamierzałaś unikać cudzych dzieci. 

- Niczego takiego nie powiedziałam. Nie unikam dzieci innych ludzi, tylko nie chcę z nimi mieszkać. 

Courtney  i  Tommy  junior  mieszkają  z  matką,  a  poza  tym  bardzo  się  różnią  od  dobranej  paczki  z  twojego 

rancza. 

- Może tylko tak ci się wydaje - zauważył Mac, przypominając sobie, że Courtney Egan zaprzyjaźniła 

się niedawno z Brickiem. 

Gdy Jill odeszła, Mac podziękował losowi, że usunął pannę Finlay z jego życia. Podobnie myślał o Marcy 

Tanner, szukając wzrokiem  Kary.  Zauważył  ją przy stole z zabawkami  i  wtedy przemknęły  mu przez  myśl 

ostrzeżenia Jill. Nie bardzo w nie wierzył, ale co będzie, jeśli Kara naprawdę przeprowadziła taką rozmowę z 

panną Finlay? 

Clay i Autumn ściskali w ręku prezenty. 

- Mam nadzieję, że rozumiecie, iż nie są to nagrody za to, co zrobiliście Marcy Tanner - zauważyła 

Kara, z niepokojem rozpatrując swoje szansę wobec konkurencji takich piękności jak Marcy i Jill. 

Wstrzymała oddech na widok zbliżającego się Maca. 

- Teraz możemy, już jechać, wujku - uznały dzieci, chwaląc się podarunkami od Kary. 

-  Ciekawe,  co  im  dasz,  jak  wrzucą  komuś  szczura  do  talerza  albo  okradną  sklep?  -  spytał  Mac  z 

ironią. 

- Ciągle jesteś na nas zły? - upewniał się Clay. 

- Tak, na was wszystkich - rzekł, obejmując Karę. 

Dotknięcie dziewczyny sprawiło, że opuściło go całe wzburzenie i napięcie. 

background image

 

80 

- Jedziemy do domu - rzekł spokojnie. 

- Musimy poszukać Bricka. Może całuje się gdzieś ze swoją nową dziewczyną - zauważyła Autumn i 

wybiegła z bratem na zewnątrz. 

-  Boże,  co  za  wieczór  -  westchnął  Mac.  -  Najpierw  ta  piekielna  kolacja  w  Pizza  Ranch,  a  potem 

widowisko tutaj. Nie  mogę  się doczekać powrotu na ranczo, by przeprowadzić z tobą poważną dyskusję o 

nagradzaniu małych terrorystów. 

- Jeśli nie będziesz trzymał rąk przy sobie, to zacznę krzyczeć głośniej niż Autumn. - Kara dała ujście 

własnym emocjom. 

- Myślę, że blefujesz. - Mac nie zwolnił uścisku.  - A jeśli natychmiast ze mną nie wyjdziesz, to cię 

stąd wyniosę i połowa mieszkańców Bear Creek będzie się temu przyglądać. 

 

background image

 

81 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

- Nie zamierzam nigdzie wychodzić, by zaspokoić twoją męską próżność - odparła rozzłoszczona. - 

Wystarczająco dobrze się dziś bawiłeś z Marcy i Jill. 

- Jeśli myślisz, że było mi przyjemnie, to się mylisz. Jesteś zazdrosna, bo z nimi rozmawiałem. 

-  Wcale  nie.  Nie  obchodzi  mnie,  co  robisz.  Możesz  się  spotykać  ze  swoimi  dziewczynami,  kiedy 

tylko chcesz - rzekła i skierowała się do drzwi. 

Najatrakcyjniejszy kawaler w Bear Creek został porzucony na oczach całego miasta. Mac zrobił dobrą minę 

do złej gry i udając, że nic nie zaszło, podążył za Karą. 

- Gratuluję - powiedział, gdy odnalazł ją na zewnątrz. - Wszyscy się nam przyglądali. 

- Postanowiłam wyjść. Ty nie musiałeś. 

- Tak, miałem nadal gawędzić z Jill albo czekać, aż wróci Marcy. Dziękuję, ale nic z tego. Nie mam 

zamiaru cieszyć oczu gawiedzi. Wolę być z tobą - dodał, podchodząc bliżej. 

- Myślisz, że nie wiem, iż świadomie próbujesz mnie omotać. 

- I co? Udało mi się? - zapytał. 

Kara skrzyżowała ręce na piersi i popatrzyła na parking, gdzie Autumn i Clay przeszukiwali samochody, by 

w którymś z nich zaskoczyć Bricka z Courtney. 

- Ignorujesz mnie. - Mac dotknął włosów Kary. - To niedobrze. Nie lubię być nie zauważany. 

Kara milczała, nie wiedząc, co powiedzieć, a Mac podążył za jej wzrokiem. 

- Co, u licha, robią te dzieci? 

- Chcą przyłapać Bricka z Courtney, lecz mam nadzieję, że im się nie uda - wyjaśniła spokojnie. 

- Brick jest za młody, żeby zadawać się z dziewczętami. 

-  Może  to  dziedziczne.  Ty  chyba  wcześnie  zaczynałeś  i  ciągle  jeszcze  cię  to  bawi  -  odrzekła  i 

natychmiast po» żałowała własnych słów, które wyraźnie świadczyły o zazdrości. 

- Mylisz się, jeśli sądzisz, że Marcy lub Jill cokolwiek dla mnie znaczą. 

- Ożeniłbyś się z każdą, gdyby tylko chciała zająć się dziećmi. 

- Już nie. Tamte kobiety nie nadają się dla mężczyzny z rodziną. To oczywiste - powiedział i ujął ją 

pod brodę, chcąc, by spojrzała mu w oczy. - Już się dla mnie nie liczą - dodał. 

- Nie mówisz mi wszystkiego - rzekła twardo. 

-  Nie?  To  powiem.  -  Mac  pochwycił  ją  za  przeguby  rąk  i  przyciągnął  do  siebie,  choć  się  opierała, 

mając w pamięci opinie pastora i uwagi Jill Finlay. 

- Słuchaj, kochanie. Marcy przysiadła się do nas w restauracji, a kiedy dowiedziała się, że zmierzamy 

tutaj, przyjechała za  nami  swoim samochodem. Nie wiem dlaczego, bo dzieci zachowywały się wobec  niej 

okropnie... 

- Widziałam was razem - przerwała Kara. - Flirtowała z tobą, a ty się uśmiechałeś. 

- Robiłem to mimo woli. Mogę się uśmiechać  i  myśleć  o czymś  innym.  Zastanawiałem się właśnie 

nad spędem bydła, gdy Autumn i Clay przyznali się do swoich wybryków. 

background image

 

82 

- Dowiedzieli się od Tricii, że Marcy odeszła od ciebie, bo ich nie znosi - powiedziała cicho Kara. - 

Myślę, że dokuczając jej, chcieli wykazać lojalność wobec ciebie. 

-  Już  raczej  wobec  ciebie.  Uznali,  że  tylko  ty  możesz  zamieszkać  z  Wilde’ami,  i  postanowili 

zlikwidować konkurencję. A teraz chodź tu, pocałuj mnie, jedźmy do domu i... 

- Nie. Myślałam o tym, ale... - Kara odsunęła się. 

-  A  więc  Jill  miała  rację.  Potraktowała  mnie  jak  idiotę,  ale  ty  wywarłaś  na  niej  wrażenie. 

Zachowywała się niczym twoja agentka występująca w sprawie przedślubnego kontraktu. 

- Przedślubnego kontraktu? 

- Jill  sądzi, że przed ślubem powinienem przeznaczyć dla ciebie sporą sumę,  bo  inaczej z  nami  nie 

zostaniesz. Czy to prawda? O to ci chodzi? 

- Nigdy niczego podobnego nie mówiłam. Nie wiem, skąd jej to przyszło do głowy. Nie chcę żadnych 

pieniędzy... - Kara nie mogła złapać oddechu. 

-  Jeśli  zależy  ci  na  zabezpieczeniu  finansowym,  jeszcze  dziś  możemy  porozmawiać  o  intercyzie 

ślubnej z nowym narzeczonym Jill, Tomem Eganem. To przecież prawnik. 

- Nie chcę twoich pieniędzy! 

- Wyjdziesz za mnie bez intercyzy? 

-  Tak!  To  znaczy,  mogłabym,  jeśli  zamierzałabym  cię  poślubić,  ale...  potrzebuję  czasu,  by  to 

przemyśleć. 

- Możesz zastanawiać się na ranczu, jeśli chcesz. 

- Nie. Muszę być sama. Nie potrafię przy tobie rozsądnie myśleć. 

-  Wcale  tego  nie  wymagam,  gdy  się  kochamy.  Zostaw  myślenie  na  czas  zajmowania  się  dziećmi  i 

księgami rachunkowymi. 

- Nie mogę zostać na ranczu. Jutro wracam do Waszyngtonu. Poproszę pastora, żeby dziś zabrał moje 

rzeczy  z  Double  R.  Przenocuję  u  Franklinów.  Taia  zabierzemy  jutro  po  drodze  na  lotnisko.  Pozwolisz  mu 

zostać przez tę noc na ranczu? 

- Oczywiście, że zostanie - rzekł chłodno Mac. - W ogóle nie opuści Double R. 

- Co masz na myśli? 

- To co słyszałaś. Zatrzymam go w niewoli. Jeśli będziesz chciała mieszkać z kotem, to tylko w moim 

domu. 

- Nie możesz tego zrobić. - Karze zakręciły się łzy w oczach. 

- Nie? A kto mnie powstrzyma? 

Dziewczyna nie była pewna, czy ranczer mówi serio. 

- Nie zabierzesz mi przecież Taia, prawda? 

- Będziemy negocjować - odrzekł, udając, że się zastanawia. 

- Co za wspaniałomyślność! - Kara miała ochotę potrząsnąć nim, by wyzbył się arogancji. 

-  Zrób  to!  Uderz  mnie!  Przecież  widzę,  że  chcesz  to  zrobić.  Wolę,  żebyś  ze  mną  walczyła,  niż 

odeszła. Nie pozwolę na to! 

background image

 

83 

- Nie sprowokujesz mnie do aktu fizycznej przemocy - odrzekła Kara, opanowując zdenerwowanie. - 

A może wolisz inny kontakt fizyczny? 

Mac  pochwycił  ją  w  ramiona.  Miał  gorące,  natarczywe  wargi,  gdy  przygarnął  Karę  do  siebie.  Jęknęła  i 

zadrżała z rozkoszy. Reagowała namiętnie na każde dotknięcie Maca. Zarzuciła mu ręce na szyję i przylgnęła 

do niego, czując, jak bardzo jest podniecony. Pragnęła go i tylko to miało znaczenie. 

- O! Tak się całują w mydlanych operach. - Głos Autumn przerwał ich ekstazę. 

Mac westchnął i oderwał wargi od ust Kary, nie wypuszczając jej z objęć. Oboje byli tak roznamiętnieni, że 

nie mogli w żaden sposób prowadzić rzeczowej rozmowy, lecz Autumn zupełnie się tym nie przejmowała. 

- Myślicie, że Brick i Courtney też się tak całują? - zapytała. 

- Boże! Mam nadzieję, że nie - odrzekł Mac, gdy Kara oswobodziła się z jego ramion. 

- Ale Webb i Lily tak - rzucił Clay swobodnym tonem. 

Kara spojrzała na Maca, który aż zamarł z wrażenia. 

- Co powiedziałeś? - spytał Claya z udawanym spokojem. 

- Zapomniałem, że to sekret. - Mały zakrył ręką buzię. - Miałem nic nie mówić. Zobaczyłem, jak Lily 

i  Webb  całują  się  w  stajni,  ale  ona  kupiła  mi  grę  komputerową,  żebym  się  nie  wygadał.  Teraz  będzie 

wściekła. 

- Webb Asher i Lily? Boże! A ja poprosiłem go, żeby z nią został. Natychmiast jedziemy do domu! 

Nawet w świetle księżyca Mac miał kredowobiałą twarz. Jego gwałtowność przeraziła Autumn. 

- Czy Webb zabije Lily, jeśli go nie powstrzymamy?! - krzyknęła dziewczynka, tuląc się do Kary. 

- Nie - odparła Kara, lecz nie dodała, że sam może zginąć z ręki Maca. 

Ranczer  pobiegł  do  dżipa,  a  Kara  zrezygnowała  z  zamiaru  nocowania  u  Franklinów.  Wiedziała,  że  tylko 

ona może uratować sytuację. 

- Mac, zaczekaj, nie możemy jechać bez Bricka! - zawołała. 

- Zapomniałem o nim - powiedział, chwytając się za głowę. - Boże! Lily i Webb! Jak długo to może 

trwać? Przysięgam, że... 

- Poważnie z nimi porozmawiasz - przerwała mu Kara, widząc przerażony wzrok Autumn. 

-  Witaj,  Mac.  Rozmawialiśmy  o  tobie.  -  Z  ciemności  wyłonił  się  wysoki  mężczyzna,  któremu 

towarzyszyła Jill Finlay. 

-  Właśnie  wracamy  do  domu.  -  Mac  nie  zamierzał  wdawać  się  w  pogawędki  nawet  z  Tomem 

Eganem. 

- My też. Szukam mojej Courtney. Muszę ją odwieźć do matki. Nie widzieliście jej? Podobno wyszła 

na dwór, bo na wyprzedaży było za gorąco. 

Kara wymieniła z dziećmi znaczące spojrzenia. 

- Znajdziemy ją, panie Egan. Chodź, Clay! - powiedziała Autumn i krzyknęła ile sił w płucach: 

- Courtney, tata cię szuka! 

Kara  zaczęła  rozmawiać  o  pogodzie  z  Tomem  i  Jill,  bo  Mac  nie  zdradzał  ochoty  do  dyskusji.  Wreszcie 

pojawiły się dzieci, a wraz z nimi Courtney. 

background image

 

84 

- Cześć, tato - rzuciła córka Toma, patrząc niechętnie na Jill, a potem wzięła ojca za rękę i oddalili się 

we trójkę. 

-  Powiedziała,  że  Brick  obiecał  pomóc  jej  pozbyć  się  Jill  -  oznajmił  Clay,  kiedy  jego  starszy  brat 

wyłonił się spoza drzew. 

Mac nie pytał o nic, zbyt przejęty myślą o Webbie i Lily. 

Do  Double  R  jechali  z  kosmiczną  prędkością.  Gdy  Mac  zatrzymał  się  przed  domem  i  otworzył  frontowe 

drzwi, Kara pochwyciła go za rękaw. 

- O co chodzi? - warknął. 

- Muszę z tobą porozmawiać - rzekła stanowczo. - Czemu nie wchodzicie do środka? - zwróciła się 

do dzieci. - Wujek odstawi wóz do garażu i zaraz wrócimy. 

Brick rzucił jej porozumiewawcze spojrzenie. 

- Słuchaj, wiem, że masz zamiar posłać dzieci, by uprzedziły Webba i Lily, a mnie chcesz uspokoić. 

Nic  nie  zdziałasz,  Asher  zasługuje  na  to,  by  go  zastrzelić  za  uwiedzenie  niewinnej  uczennicy,  i  jako  jej 

opiekun... 

-  Mac,  nikt  nie  nazwałby  Lily  niewinną  uczennicą  -  rzekła  łagodnie  Kara.  -  Mam  zamiar  cię 

powstrzymać przed bójką z Webbem. Dzieci nie muszą tego oglądać. 

- A co chcesz, żebym zrobił? Mam ich pobłogosławić? 

- Na razie odprowadź dżipa - rzekła, obawiając się, by nie wszedł do domu. 

Mac  włączył  silnik  i  podjechał  do  garażu.  Otworzył  automatyczne  drzwi,  które  zatrzasnęły  się,  gdy 

wjechali  do środka. Do wnętrza wpadało tylko światło księżyca.  Kara  nie zdawała sobie sprawy,  że ciągle 

ściska Maca za ramię, jak gdyby chciała go przed czymś powstrzymać. 

- Może to nie najlepszy moment, by ci powiedzieć, ale muszę... 

- Nie! - krzyknął  Mac, obracając  się ku  niej. -  Nie chcę słyszeć o twoim wyjeździe.  Nie wiem,  jak 

pastor  cię  do  tego  namówił.  Cokolwiek  powiedział,  nie  miał  racji.  Należysz  do  mnie  i  do  dzieci.  Zrobię 

wszystko, by ułatwić ci życie z nami, ale cię nie puszczę. 

- Bo potrzebujesz opiekunki dla małych Wilde’ów. 

- Bo pragnę ciebie. Nie udawaj, że o tym  nie wiesz.  Każdy twój uśmiech,  spojrzenie, ruch są takie 

podniecające. 

- Dawno nie miałeś kobiety, a ja jestem pod ręką. Żadna cię nie chciała ze względu na dzieci - rzekła, 

próbując powstrzymać łzy. 

- Chyba nie wierzysz w to, co mówisz. Franklinowie naopowiadali ci takich głupstw? Wiedziałem, że 

nie powinnaś była do nich jechać. 

- Chciałam odwiedzić wujka, a ty nie możesz narzucać mi swego zdania. 

-  Rozumiem,  że  pastor  pragnie  cię  uchronić  przed  krzywdą,  ale  ja  nie  zamierzam  cię  porzucać  ani 

pozwolić, byś ode mnie odeszła. 

Mac uniósł Karę, przesunął się na jej miejsce i posadził ją sobie na kolanach. 

 

background image

 

85 

- Jestem zaskoczony, że wielebny Will tak źle o mnie myśli. Wściekłość mnie ogarnia, gdy słyszę, że 

ci  wmówił,  iż  nie  jesteś  dla  mnie  jedyna  i  niepowtarzalna.  Nieważne,  jak  się  poznaliśmy,  lecz  ważne,  że 

jesteśmy razem. Zostań ze mną - poprosił. 

- Dobrze - szepnęła ogarnięta radością. - Kocham cię! Próbowałam ci powiedzieć o moim uczuciu, a 

nie o tym, że odchodzę. Nie mogę już opuścić ani ciebie, ani dzieci. 

- Chcę się z tobą kochać - rzekł, tuląc ją i całując. 

- Tutaj? Teraz? 

- Tak - odparł i pociągnął ją na tylne siedzenie. 

Czuła,  jak  bardzo  jej  pragnął,  gdy  wsunął  ręce  pod  spódniczkę  i  dotknął  gładkiej  skóry  ud.  Pieścił  tak 

długo,  aż  zaczęła  wić  się  w  jego  objęciach,  wargami  szukając  spragnionych  ust,  szybko  rozpinając  mu 

koszulę i pasek u spodni. 

- Chcesz mnie! Kochasz! - uśmiechnął się triumfująco. 

- Tak! Tak! - powtarzała ogarnięta namiętnością. 

Całowali się i gwałtownie zdzierali z siebie ubranie. 

- Spróbujemy dziś czegoś nowego, chcesz? - zapytał Mac.  

Skinęła głową, zdziwiona, że sadzają na kolanach twarzą do siebie. Mac objął jej biodra i uniósł ją lekko, a 

potem wszedł w nią głęboko. Kara wtuliła się w jego objęcia i wstrzymała oddech. 

- Rozluźnij się - szepnął, pieszcząc pocałunkami jej wargi i kołysząc się lekko. - Zrobimy to powoli. 

Poruszaj się razem ze mną. 

Jęczała  z  rozkoszy,  gdy  jej  ciało  odnalazło  właściwy  rytm  i  nadszedł  moment  ekstazy.  Krzyknęła, 

przeżywając go całą sobą, a w trzy sekundy później dołączył do niej Mac. Zamknął ją w uścisku i pozostali 

w tej pozycji, nie otwierając oczu. W końcu dotknął włosów Kary i przytulił policzek do jej twarzy. 

- Zdumiewasz mnie - powiedział ochrypłym głosem. 

- Bo tak szybko się uczę? - spytała, całując go mocno. - W końcu jesteś fantastycznym nauczycielem. 

Ciągle  czuła  go  w  sobie.  Nawet  jeśli  Mac  nie  wypowiedział  tego  słowami,  miała  świadomość,  że  jest 

kochana. 

- Nie mogę uwierzyć! W samochodzie? Kazałaś mi jechać do garażu, by mnie uwieść? 

- Masz coś przeciwko temu? 

- Ależ skąd. Chciałbym, żeby stało się to naszym zwyczajem. 

Powoli  rozłączyli  się  i  sięgnęli  po  ubrania.  Mac  włączył  światła,  a  Kara  przyczesała  włosy  i  umalowała 

usta.  Patrząc  w  lusterko,  nie  mogła  rozpoznać  własnego  odbicia.  W  szkle  odbijała  się  twarz  pięknej, 

namiętnej kobiety. Skromna  ministerialna urzędniczka, która dwa dni temu przybyła do Montany,  zniknęła 

gdzieś bez śladu. 

Kiedy  doprowadziła  swój  wygląd  do  porządku,  Mac  pomógł  jej  wysiąść  z  auta.  Szli  do  domu  objęci  i 

całowali się po drodze. 

- Mac, co do Webba i Lily... - zaczęła z wahaniem Kara, gdy dotarli na ganek. 

- Nie bój się. Nie mam siły na awanturę. To twoja zasługa - rzekł z uśmiechem. 

background image

 

86 

- Lily pewnie udaje, że śpi, a  Webb  jest w stajni  - zauważyła  Kara. - Nie  moglibyśmy wszystkiego 

odłożyć do rana? 

- Dobrze - zgodził się Mac. - Mam zamiar zwolnić Webba. Szkoda, bo był dobrym zarządcą. Nigdy 

nie podejrzewałem, że  coś takiego  może się zdarzyć  między  nim  i  Lily.  Myślałem, że  smarkula gra  mu  na 

nerwach, a ona go uwodziła. 

W  domu  panowała  cisza.  Nagle  w  holu  pojawili  się  Clay  i  Autumn.  Oboje  w  piżamach.  Dziewczynka 

dźwigała kota. 

- Czy Tai może dziś spać ze mną, ciociu? - spytała. 

Kara skinęła głową, a mała pobiegła do sypialni. Clay pocałował ich oboje na dobranoc i również zniknął. 

-  Zeszli  z  linii  ognia  -  skomentował  Mac.  -  Nie  wiedzą,  że  jedyna  batalia  odbędzie  się  w  naszej 

sypialni. 

- Już nie mogę się doczekać - szepnęła Kara, a za chwilę otworzyła usta ze zdumienia, bo przed nimi 

pojawił się Webb. 

Mac nasrożył się i jeszcze moment, a rzuciłby się na swego zarządcę. 

- Nie! - krzyknęła Kara, chwytając go za rękę. 

- Wujku, przestań! - W holu rozległ się głos Lily, która wraz z Brickiem chwyciła drugą rękę Maca. 

- Zetrzyj mnie na proszek, szefie. Po to tu przyszedłem. - Webb nie próbował się bronić. 

- Wynoś się stąd, Asher! Do rana ma cię nie być ani na ranczu, ani w tym stanie! - krzyczał Mac. 

- Nie, wujku! - przerwała Lily i podbiegła do zarządcy, by go objąć. 

- Brick, idź do łóżka. To ciebie nie dotyczy - zarządziła Kara. 

- Wujek może mnie potrzebować przy rozprawie z Webbem - upierał się chłopak. 

- Nie będzie żadnej rozprawy. Kładź się spać - rzekł z westchnieniem Mac. 

- Webb ma zamiar powiedzieć, jak bardzo się kochamy, prawda? - powiedziała Lily, uśmiechając się 

do Ashera. 

- Nie chce mi się tego słuchać. Idę stąd - mruknął Brick. 

Pozostali tylko we czwórkę. 

- Czemu nie pójdziemy do kuchni? Napijemy się herbaty - rzekła Kara. 

- Myślę, że wujek i Webb woleliby coś mocniejszego. - Lily uśmiechnęła się. 

Kara  czuła,  że  Mac  powoli  się  uspokaja,  choć  nie  był  zachwycony  słowami  i  zachowaniem  bratanicy. 

Popchnęła go lekko w stronę kuchni, a Webb i Lily poszli za nimi. 

- Czemu jeszcze nie jesteś w drodze do Teksasu, Webb? - rzucił Mac, siadając ciężko na krześle. 

- Za bardzo mnie kocha, żeby uciekać - wtrąciła Lily. 

-  Bóg  mi  świadkiem,  że  to  prawda  -  odrzekł  Asher,  patrząc  szefowi  w  oczy.  -  Próbowałem  z  tym 

walczyć, ale naprawdę ją kocham. Czułem się wobec ciebie jak łajdak. Kiedy dziś wieczorem dzieci wbiegły 

do domu, by nas ostrzec, postanowiłem stanąć przed tobą i wyznać, jak bardzo mi na niej zależy.  

- Ależ to jeszcze dziecko! - wykrzyknął Mac. 

 

background image

 

87 

-  Dawno  temu  przestałam  być  dzieckiem,  wujku  -  powiedziała  spokojnie  Lily.  -  Jestem  kobietą  w 

każdym  calu.  Zapragnęłam  Webba,  jak  tylko  go  ujrzałam.  Próbował  mnie  trzymać  na  dystans.  Miałam 

zamiar go uwieść, lecz mi na to nie pozwolił. Dużo rozmawialiśmy. Twierdził, że jest dla mnie za stary, lecz 

to nieprawda. 

- I to jest mężczyzna, którego pragniesz? - spytał ironicznie Mac. 

- Tak. Chodziłam za nim całe lato, ale nawet mnie nie pocałował. A kiedy stało się to we wrześniu, 

czuł się winny, lecz nie mogliśmy się już rozstać. 

- Nieustępliwa jesteś - zauważył ponuro Mac. 

- To musi być u was dziedziczne - mruknęła Kara, masując mu zesztywniałe mięśnie szyi. 

Jeszcze przed paroma minutami czuł się taki odprężony, a teraz znowu wróciło napięcie. Kara pocałowała 

go w czubek głowy, próbując złagodzić jego stres. Mac odpowiedział na pieszczotę Kary, przytrzymując jej 

rękę  w  swojej.  Na  widok  tej  sceny  bratanicy  Maca  rozbłysły  oczy.  Posłała  Karze  aprobujący  uśmiech  i 

ciągnęła dalej: 

- Wiem,  że się kochamy.  Webb długo nie chciał  się przyznać do swych uczuć, ale zmusiłam go do 

tego, uciekając do przydrożnego zajazdu w dniu przybycia Kary. Szalał z niepokoju, gdy przyjechał po mnie 

na wezwanie szeryfa. Specjalnie go prowokowałam. I następnego dnia... 

- Dosyć - przerwał Webb. - Wiem, że to szaleństwo. Gdyby jeszcze niedawno ktoś mi powiedział, że 

w  moim  wieku  pozwolę,  by  siedemnastolatka  owinęła  mnie  sobie  wokół  palca,  za  nic  bym  nie  uwierzył. 

Nigdy  nie  zależało  mi  na  trwałym  związku  z  kobietą.  Przez  całe  lata  starałem  się  tego  unikać.  Kiedy 

pracowałem  w  Teksasie,  zakochała  się  we  mnie  młodsza  siostra  właściciela  rancza.  Odszedłem,  bo 

oczekiwała więcej,  niż  chciałem  jej ofiarować.  Kiedy  zostałem tu zarządcą, ostatnią rzeczą,  jakiej  mogłem 

się spodziewać, było... 

- To, że padniesz ofiarą żądzy mojej bratanicy - dokończył ironicznie Mac. - Wierzę, iż nie ponosisz 

całej winy, ale zrozum, że ona jest jeszcze uczennicą, a ja nie mogę tolerować waszego związku. 

-  Wiem,  lecz  to  coś  poważniejszego.  Dziś  zrozumiałem,  że  chcę  się  z  nią  ożenić.  Mam  trochę 

pieniędzy, a dziadek przekaże mi swoje ranczo w Kolorado. Wyjadę, jak tylko mnie zwolnisz, i zabiorę Lily. 

Może tam skończyć szkołę... 

- Chcecie się pobrać? Co za pomysł? - Mac wyraźnie okazywał swą dezaprobatę. 

- Znam głupsze - wtrąciła Lily. - Sam posłałeś po narzeczoną na zamówienie, zakochałeś się w niej i 

chcesz się żenić, znając dziewczynę zaledwie od kilku dni. 

- To co innego - warknął Mac. 

- Wszyscy jesteśmy tacy sami! Wilde’owie właśnie tak się zachowują. Dobrana z nas paczka.  

-  W  tej  sytuacji  nie  mam  wyjścia,  jak  tylko  życzyć  wam  szczęścia  -  westchnął  Mac.  -  Nie  chcę 

krzywdzić mojej bratanicy ani zmuszać jej do ucieczki z domu. 

-  Zrobiłabym  to  natychmiast  -  zapewniła  Lily,  podbiegając  do  wuja  i  Kary,  by  ich  uściskać.  -  Dziś 

jest najszczęśliwszy dzień mego życia. Nie martw się o mnie, wujku. Pasujemy do siebie z Webbem! 

 

background image

 

88 

Kara  była zdumiona determinacją tej smarkuli.  W jej zachowaniu rozpoznawała tę samą pewność siebie  i 

arogancję,  którą  odznaczał  się  Mac.  Bratanica,  podobnie  jak  wuj,  nie  wierzyła,  by  szalone  plany 

matrymonialne mogły się nie powieść. 

Mac  przytulił  Lily  i  z  kamienną  twarzą  podał  rękę  zarządcy,  lecz  nie  pozwolił  jej  pójść  za  Asherem  do 

przyczepy samochodowej. 

- Nie będziesz z nim spała przed ślubem - rzekł. 

- To staroświeckie zasady, wujku - sprzeciwiła się dziewczyna. 

Kara  wstrzymała  oddech.  Na  tyle  znała  już  Wilde’ów,  by  się  spodziewać,  że  za  chwilę  zacznie  się  nowa 

sprzeczka, bo żadne z nich nie ustąpi. Nieoczekiwanie po stronie Maca opowiedział się Webb. 

- Wuj ma rację, Lily. Nie będziemy ze sobą, dopóki się nie pobierzemy - oznajmił. 

- Mogę robić, co chcę - upierała się dziewczyna. - Jeśli pragnę spędzić tę noc z tobą, to tak będzie! 

- Nie, dopóki nie zostaniesz panią Asher - oświadczył stanowczo Webb. 

Kara i Mac wymienili znaczące spojrzenia, lecz Lily zaskoczyła ich swoją reakcją. 

- W porządku - mruknęła. - Zostanę tutaj. 

Odwróciła się i ruszyła do wyjścia z podniesioną głową. 

- Dobranoc - rzuciła przez ramię. 

-  O  nie!  -  Webb  zatrzymał  ją  i  ogarnął  ramieniem.  -  Najpierw  odprowadzisz  mnie  do  drzwi  i 

pocałujesz na dobranoc - zarządził. 

Lily  zawahała  się  przez  moment,  jak  gdyby  rozważała  wszystkie  za  i  przeciw,  a  potem  przytuliła  się  do 

Ashera i oboje zniknęli w holu. 

-  Może  sobie  z  nią  poradzi  -  zauważył  Mac,  wchodząc  z  Karą  na  górę  do  sypialni  -  ale  czuję  się, 

jakbym zdradził to dziecko. Jest taka młoda... 

- Nie masz się o co obwiniać - rzekła Kara. - Lily pragnie do kogoś należeć i mieć kogoś dla siebie. 

Wiek nie ma tu nic do rzeczy. Ona wyczuwa, że Webb zapewni jej bezpieczeństwo i miłość. Was, Wilde’ów, 

nie da się powstrzymać, gdy postanowicie zdobyć coś, na czym wam zależy - dodała z uśmiechem. 

-  Mówisz  o  Lily  i  o  mnie  -  domyślił  się  Mac.  -  Ona  chciała  Webba  i  zdobyła  go,  a  ja  pragnąłem 

ciebie. 

- A więc mnie masz - zapewniła Kara. 

Mac pochylił się, wziął ją na ręce i, całując, zaniósł do łóżka. 

- Kocham cię, Mac - szepnęła Kara. 

- Ja też cię kocham, najdroższa - wyznał i położył się obok. 

- Nie musisz mi mówić tego, co, jak sądzisz, chciałabym usłyszeć. 

- Ależ  ja cię  naprawdę kocham. To musiało  się stać, jak tylko cię  zobaczyłem  na  lotnisku. Od razu 

wiedziałem, że zrobię wszystko, by cię zatrzymać. Nigdy nie przeżyłem czegoś podobnego. 

Kara popatrzyła na niego z niedowierzaniem. 

- To prawda. Jeśli  jakaś kobieta odmówiła mi ręki wcześniej ze względu na dzieci, nie próbowałem 

przekonywać,  by zmieniła zdanie. Ale twojej odmowy  nie  mogłem  znieść. Jesteś  jedyna w swoim rodzaju, 

background image

 

89 

niepowtarzalna. Kocham cię i przez resztę życia będę ci to udowadniał. 

- Mam nadzieję, że zaczniesz już teraz - szepnęła Kara, zarzucając mu ręce na szyję. 

- Natychmiast - zapewnił ją Mac.