background image

HEATHER ALLISON 

Reporter 

w spódnicy 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

- Jak powiedział Napoleon, mężczyźni to duże dzie­

ci. Zapisz. 

Ivy Hall starannie zanotowała cytat w swoim repor­

terskim notesie. Billie White, pracująca jako fotograf 

sportowy dla lokalnej gazety, ciągnęła dalej: 

- Tylko na nich popatrz - wskazała ręką na boisko 

Uniwersytetu Teksańskiego, gdzie zawodnicy trenowali 

przed otwierającym sezon meczem z drużyną Long-

horn. - Trzydzieści stopni w cieniu, o ile oczywiście uda 

ci się znaleźć jakikolwiek cień, a oni latają jak wariaci 

po boisku. 

Billie zamaszyście założyła nogę na nogę. Ze wszel­

kich sił starała się kultywować swój obraz osoby 

twardej, która niejedno już w życiu widziała. 

Ivy poruszyła się na gorącej, aluminiowej ławce 

i zmrużyła oczy, chroniąc je przed blaskiem połu­

dniowego słońca. 

- Drużyna Coltów musi gdzieś trenować - skrzywiła 

się - chociaż cokolwiek by zrobili, i tak im nie pomoże. 

- Ivy, jak wszystkie absolwentki tego uniwersytetu, 

była całym sercem oddana swojej Alma Mater. 

- Oczywiście, że pomoże - odparła Billie. - Wspólne 

cierpienia wiążą mężczyzn. Przecież wiesz, że „mistycz­

ne więzy braterstwa sprawiają, że wszyscy mężczyźni są 

jak jeden". Powinnaś to zapamiętać. 

Postukała palcem w notes Ivy, która posłusznie 

zapisała kolejny cytat. Bała się zrazić do siebie ekscen­

tryczną koleżankę, która od niepamiętnych czasów 

królowała na arenie futbolowej w Austin. 

- Pewnie myślisz, że mam świra - dodała Billie. 

background image

- Nie uważam, żeby mężczyźni zawsze byli przeciw­

ko nam - wyjaśniła ostrożnie Ivy. 

- W takim razie dlaczego siedzisz tak na uboczu? 

- spytała Billie i natychmiast sama odpowiedziała na 

to pytanie. - Dlatego, że oprócz mnie nikt z tobą nie 

chce rozmawiać. Siedzimy sobie tutaj, z daleka, 

a wszystko, co ciekawe, dzieje się na boisku. Dla 

mnie to nie jest problem - Billie poklepała serdecznie 

swój teleobiektyw - ale ty będziesz musiała nieźle się 

napracować, żeby zdobyć materiał do swojego ar­

tykułu. 

- Mam zamiar przeprowadzić wywiad z drużyną po 

treningu. 

- Gdzie? 

- W szatni. 

- Kochanie, czy ty naprawdę jesteś taka zielona 

w tym fachu? - Billie uniosła do oczu jeden z aparatów 

fotograficznych wiszących na jej szyi i spojrzała przez 

obiektyw. 

- Pracuję w „Austin Globe" od czerwca. I ogrom­

nie mi się podoba praca w tygodniku sportowym, 

dodała Ivy w duchu. Odkąd pamięta, zawsze chciała 

zostać reporterem sportowym. Kiedy dostała pracę 

w tym czasopiśmie, zdawało jej się, że złapała pana 

Boga za nogi. 

- Dwa miesiące. Kompletny żółtodziób. 

- Zaczynałam w „Lone Star". - Ivy była lekko 

urażona. Prawdę mówiąc odeszła stamtąd, gdy uznała, 

że praca w redakcji dziennika to zbyt wiele napięcia 

i pośpiechu. 

- Dziwi mnie, że nie nauczyłaś się tam czegoś więcej. 

- Billie opuściła kamerę. 

- Niby czego? 

- Nie masz pojęcia o tej pracy. Nie masz o niczym 

pojęcia. Tylko się sobie przyjrzyj. 

Ivy bezradnie spojrzała na swoje ubranie. 

- Mam na sobie spodnie i koszulę. I co z tego? 

- Panienka z okienka. Twoja bluzka jest biała. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 

- Nie widzę w tym nic złego 

- Biała koszula po namoczeniu staje się przezro­

czysta. 

- Nie zamierzam się w niej kąpać. 

- Gładko odprasowane spodnie - dodała sarkas­

tycznie Billie. 

Była to szczera prawda. Ivy starała się ubierać 

profesjonalnie, ale bez nadmiernej elegancji. Z trudem 

powstrzymywała się od uwag na temat stroju Billie. 

Reprezentował on styl starego, doświadczonego życiem 

partyzanta z dżungli: wojskowe spodnie i bezkształtna 

kurtka, na głowie baseballowa czapka, spod której 

wystawały siwiejące kosmyki. Billie mogłaby być rów­

nie dobrze mężczyzną, jak i kobietą. 

I te włosy. - Billie wzięła w palce pasmo długich, 

kasztanowych włosów lvy. Zetnij je. 

- Nie! Ivy potrząsnęła głową, a kręcone włosy 

rozsypały jej się na ramiona. 

- Wyglądasz zbyt dziewczęco. 

- Jestem dziewczyną! K obietą - poprawiła się. 

- Jeśli już, to dziewczyną. Musisz ściąć włosy. Pa­

miętaj o tym. Na dodatek twoje imię też nie pasuje 

do pracy. 

- Co ci się w nim nie podoba? 

- Jest zbyt kobiece. Jeżeli chcesz być w tym zawo­

dzie szanowana, nie możesz być kobieca. 

- Przecież od mężczyzn, którzy piszą reportaże z po­

kazów mody, nie wymaga się, żeby nosili buty na 

obcasie i robili makijaż. - fvy za wszelką cenę usiłowała 

opanować zniecierpliwienie. 

- A więc dlaczego tak często im się to zdarza? 

- Billie! 

- Każdy przecież wie, że się malują. Wybrałaś 

pseudonim? 

Ivy nie miała najmniejszego zamiaru zmieniać wy­

glądu ani nazwiska. Nareszcie pracuje w swoim uko­

chanym zawodzie. I zamierza zachowywać się w pełni 

profesjonalnie. 

background image

8 REPORTER W SPÓDNICY 

- Nie. Tak się składa, że rodzice nie dali mi na imię 

Billie. 

- Ja mam na imię Wilma - roześmiała się nie 

zrażona tym fotoreporterka. - Co możemy zrobić 

z twoim imieniem? Ivy.;. Ivy... Iwan? Nie, nie wy­

glądasz na Rosjankę. Masz drugie imię? 

- Christine. 

- Chris! Świetnie! Od tej pory jesteś Chris. 

- Billie - zaczęła Ivy, starając się jej nie urazić. 

- Pozwól, że będę zachowywać się tak, jak sama 

uważam za stosowne. Wiem, że kiedy zaczęłaś praco­

wać dwadzieścia lat temu... 

- Trzydzieści. 

- ...kobiety w tym zawodzie nie były tolerowane. 

- Kochanie, to się wcale nie zmieniło. 

- Ale teraz trenerzy i zawodnicy zdają sobie sprawę 

z tego, że po prostu wykonujemy swój zawód. 

- W takim razie, dlaczego siedzisz tutaj i słuchasz 

moich opowieści, kiedy pozostali reporterzy są na 

boisku i przeprowadzają wywiad z trenerem drużyny? 

- Pracujemy razem z Budem. Oboje przeprowa­

dzimy wywiady, a później połączymy uzyskane in­

formacje. 

- Tak ci powiedział? 

Ivy skinęła głową. 

- I ty mu wierzysz? 

- Już tak przedtem pracowałam - odparła Ivy. 

- Z tymi łobuzami? Z reporterami sportowymi? 

- Bud też jest w tej branży nowy. Razem stu­

diowaliśmy i... 

- Biedactwo. Okropnie jesteś naiwna - użalała się 

nad nią Billie. 

Ivy poczuła, że dłużej już nie zniesie tego zrzędze­

nia. Sama zaczynała podejrzewać, że dała się nabrać, 

a takich sytuacji najbardziej nienawidziła. Nie była 

już przecież dzieckiem, niezależnie od tego, że Holly 

i Laurel, jej dwie starsze siostry, wciąż ją tak trak­

towały. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 

Miała tylko czternaście lat, kiedy jej rodzice zginęli 

w katastrofie lotniczej. Od tej pory starsze siostry 

roztoczyły nad nią despotyczną opiekę. Same podej­

mowały wszystkie poważniejsze decyzje, nie pytając jej 

nawet o zdanie. Czas jednak udowodnić im, że nie jest 

już dzieckiem. A droga do tego prowadzi poprzez 

karierę zawodową, sukces i finansową niezależność. 

- Chris, dziecko - zaczęła Billie, a Ivy skrzywiła się 

z niesmakiem. - Być może Bud jest takim samym 

żółtodziobem jak ty, ale teraz nie traci czasu i nawiązuje 

kontakty z trenerami. Jak sądzisz, z kim zechcą rozma­

wiać jutro, po meczu? Z tobą? Czy może ze starym, 

dobrym kumplem, Budem? - Nagle spoważniała. - Mó­

wię serio, musisz być bardziej pewna siebie i aktywna. 

- Wiem o tym - westchnęła Ivy. 

- Jeśli nie będziesz iść przebojem, nigdy nie zdobę­

dziesz materiału na dobry reportaż. 

- Wiem. 

- Idź do szatni, a kiedy gracze zejdą tam po trenin­

gu, zagadnij najbardziej obiecującego. Niech ci powie, 

jakie są szanse zespołu na pobicie drużyny Longhorn. 

- Myślałam, że jesteś fotoreporterem, a nie dzien­

nikarką - odcięła się Ivy. Sama doskonale wiedziała, 

co ma zrobić. Billie ma rację. To pierwsze zadanie 

zlecone jej przez nowego pracodawcę. Denerwowała 

się. Schowała się tutaj, żeby zebrać myśli i przypomnieć 

sobie pytania. - Wszystko jedno, poradzę sobie. Jestem 

kobietą. Zauważą mnie. Nie sądzisz, że zawodnicy 

chętniej będą rozmawiali ze mną niż z jakimś starym 

facetem? 

Wstała, przygotowując się do znalezienia miejsca 

w cieniu, gdzie mogłaby poczekać i przyjrzeć się za­

wodnikom. 

- A ty dokąd? - spytała bezceremonialnie Billie. 

- Do szatni. - Ivy rzuciła to tak swobodnie, jakby 

nie było to najokropniejsze miejsce na świecie, którego 

serdecznie nienawidziła i którego bała się od momentu, 

gdy zgodziła się napisać reportaż. 

background image

10 REPORTER W SPÓDNICY 

Myślisz, że uda ci się tam dostać? 

- Takie są przepisy. Nie mogą mi zabronić wejścia, 

jeśli wpuszczą innych reporterów. 

- A nie przyszło ci do głowy, że znacznie łatwiej 

będzie im cię po prostu do tego zniechęcić? 

- Przepisy nakazują przyzwoite zachowanie. - Oczy­

wiście, że się nad tym zastanawiała. Niemal bez 

przerwy. 

- Co zrobisz, kiedy zawodnik upuści ręcznik? Albo 

w ogóle nie będzie go używał? - ciągnęła Billie z drwią­

cym wyrazem twarzy. 

- Będę mu patrzyła prosto w oczy. 

- Akurat. Mogę ci o tym opowiedzieć kilka niezłych 

historyjek. 

Ivy niechętnie usiadła z powrotem. Wolałaby, żeby 

Billie się pośpieszyła. Trening właśnie dobiegał końca. 

- Pamiętaj, że z mężczyzny trzeba się śmiać, żeby nie 

musieć przez niego płakać. To też Napoleon. Zapiszesz? 

- Tak, Billie. 

Billie ozdabiała swoje rubaszne opowieści barwnymi 

cytatami i pieprznymi uwagami. Ivy zacisnęła zęby 

i starała się za wszelką cenę nie zaczerwienić. Miała 

już dosyć towarzystwa koleżanki. Wstała i wzięła 

w rękę notes. 

- Nie bierz tego wszystkiego aż tak serio. Nie robię 

tego złośliwie, ale z dobrego serca. Masz braci? - Billie 

złapała ją za rękę. 

- Dwie siostry - wymamrotała Ivy. 

-Tak też myślałam. Ale teraz już się pośpiesz, 

chłopcy schodzą właśnie z boiska. Powodzenia! 

Ivy rzuciła się pędem w stronę szatni. Dobiegła do 

drzwi dokładnie w momencie, gdy wchodził tam ostatni 

zawodnik. 

Czekała z innymi reporterami, aż wreszcie wpusz­

czono ich do środka. W nos uderzył ją ostry, drażniący 

zapach męskiego potu. Zza wyłożonej kafelkami ścian­

ki, oddzielającej prysznice od reszty pomieszczenia, 

unosiły się kłęby pary. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 11 

Zgodnie z przepisami mogła podejść aż do pryszni­

ców, ale postanowiła nie przeszkadzać i poczekać, aż 

zawodnicy skończą się kąpać. Miała nadzieję, że 

zechcą powiedzieć jej coś na temat nowej strategii i że 

uda się z tego zrobić niezły reportaż. 

Nie była to jej pierwsza w życiu wyprawa do szatni, 

ale do tej pory miewała do czynienia co najwyżej 

z licealistami, a nie studentami. 

- Cześć! - Bud przeciskał się ku niej przez tłum 

reporterów. - Masz coś ciekawego? 

- Jeszcze nic. - Ivy uśmiechnęła się nerwowo. 

- Słuchaj, jesteśmy tu już od godziny. 

- Poczekaj jeszcze chwilę. - Wyprostowała się 

i przycisnęła notes do piersi. Zauważyła, że wilgotna 

koszula Buda klei się do jego ciała. W tym momencie 

uświadomiła sobie, że jej własna biała bluzka za­

chowuje się wcale nie lepiej. 

- Trudno. Mam bardzo napięty termin. Wystarczą 

mi wywiady z trenerami. - Bud machnął lekceważąco 

ręką. 

- A co ze mną? - Ivy przypomniały się ostrzeżenia 

Billie. 

- Bierz się lepiej do roboty. - Bud mrugnął poro­

zumiewawczo. Pomachał jej ręką i pogwizdując wy­

szedł z szatni. 

A więc ją oszukał. Trudno, popełniła błąd. Więcej 

go już nie powtórzy. 

Zza przepierzenia, spod pryszniców doleciał ją 

głośny śmiech. Byli tam wszyscy: reporterzy, trene­

rzy i zawodnicy. Wszyscy faceci. Doskonale się rozu­

mieli. Reporterzy robili wywiady, żeby zdążyć do 

redakcji przed oddaniem gazety do druku. Poczuła 

olbrzymią ulgę, kiedy spod pryszniców nareszcie 

wyłonił się pierwszy zawodnik, owinięty starannie 

ręcznikiem. 

- Jestem Ivy Hall, pracuję dla „Globe" - oświad­

czyła podchodząc do niego. - Jaka będzie wasza 

strategia w meczu z drużyną Longhorn w sobotę? 

background image

12 REPORTER W SPÓDNICY 

- Chcemy wygrać. - Zawodnik Coltów wycierał 

włosy. 

- Co uważa pan za najsłabszy punkt zespołu 

Longhorn? 

- Wścibskie baby-reporterki. - Rzucił ręcznik na 

podłogę tuż obok jej nóg. 

Ivy nie traciła czasu na sprzeczki. Spod pryszniców 

wychodzili teraz inni sportowcy wraz z reporterami. 

Nie było wśród nich innych kobiet. 

- Cześć. Z kim jesteś? - zapytał męski głos po jej 

prawej stronie. 

- Pracuję dla tygodnika „Globe". - Ivy odwróciła 

się ku niemu z ołówkiem w ręku. 

- Światowa kobieta. To mi się podoba. - Zwalisty 

zawodnik przysunął się bliżej. 

- Hej! - zawołał starszy mężczyzna w niebieskiej 

koszuli Coltów. - Nie wpuszczamy tu narzeczo­

nych. 

- Nazywam się Ivy Hall, pracuję dla " Austin Glo­

be" - wskazała na swoją przepustkę prasową. 

- Panie chroń nas przed wyzwolonymi kobietami. 

- Mężczyzna zamknął oczy. 

- Jaka jest wasza strategia na sobotę? - udało jej 

się w końcu zadać pytanie. 

- W tę sobotę - zaczął powoli, przyglądając się, jak 

Ivy skrupulatnie zapisuje jego słowa - zamierzamy 

wytłuc resztki życia z tyłków Longhornów. 

Przestała pisać. 

- Czy mógłby pan podać jakieś szczegóły? - spytała 

i natychmiast uświadomiła sobie, że to był błąd. 

- Ależ oczywiście! - Ze złośliwym i pełnym satys­

fakcji uśmieszkiem mężczyzna opisał, nie szczędząc 

detali i bardzo obrazowych a niecenzuralnych porów­

nań, co jego drużyna zamierza zrobić z drużyną 

uniwersytecką z Teksasu w najbliższą sobotę. 

Ivy ze wszelkich sił starała się zachować kamienną 

twarz. Nagle znalazła się w centrum uwagi. Otoczyła 

ją grupa postawnych, niekompletnie ubranych męż-

background image

REPORTER W SPÓDNICY 13 

czyzn. Wilgotne, muskularne ciała aż lśniły. Wcale jej 

to nie zachwycało. 

- Zdążyłaś wszystko zapisać, kochanie? 

- Potrzebne mi tylko jeszcze pana nazwisko. - Ivy 

wykrzywiła się, starając się zmusić do uśmiechu. 

- Powinnaś je znać. 

To prawda, ale drużyna Coltów ma niejednego 

trenera. 

- Panie trenerze, panie Collin! - rozległo się woła­

nie z drugiego końca pomieszczenia. 

Mężczyzna odszedł bez słowa, nie patrząc nawet 

na Ivy. 

- Dziękuję panu bardzo za wypowiedź, trenerze 

Collin! - krzyknęła. A więc to był główny trener 

drużyny. Pięknie się spisała, nie ma co! 

Udawała, że robi jeszcze jakieś notatki. Wilgotne 

włosy przykleiły jej się do twarzy. Rozejrzała się 

dookoła, próbując wybrać kolejną osobę, z którą 

mogłaby porozmawiać. 

Gdy tylko zawodnicy zauważyli, że im się przyglą­

da, szybko odwrócili się w drugą stronę. 

No pewnie. Skoro ich trener w tak oczywisty 

sposób okazał, że nie uważa jej za osobę, dla której 

warto tracić czas, żaden zawodnik nie zechce teraz 

z nią rozmawiać. Ivy niechętnie obejrzała się na 

mężczyznę, który potraktował ją jak wroga. Zauwa­

żyła, że kłóci się z samotnym zawodnikiem w rogu 

szatni. 

- Zabraniam ci głupio ryzykować w sobotę. To się 

może skończyć... - przerwał, widząc podchodzącą 

Ivy. - Słuchaj mnie, panienko. Powiedziałem ci już 

wszystko, co miałem do powiedzenia. - Potem znów 

odwrócił się do zawodnika. - To ja decyduję o roz­

grywce. Jeżeli ci to nie odpowiada, w sobotę zagra 

Brett. 

Ivy poczuła, że budzi się w niej instynkt reporterski. 

Bez słowa cofnęła się o dwa kroki. Miała nadzieję, że 

zapomną o jej obecności. 

background image

14 REPORTER W SPÓDNICY 

- Nie zrobisz tego! - zawołał gniewnie zawodnik 

Coltów. - Chyba, że chcesz naszej porażki! 

Ivy starannie zapisała te słowa w notesie. Zawod­

nik obrony Coltów... Taylor Brown. Sprzeczka po­

między nim a trenerem, Sonny Collinem. 

- Wiem, że chcesz zrobić wynik, ale wygrana dru­

żyny jest ważniejsza od twoich osobistych porachun­

ków z Heismanem! - dokończył cicho Collin. 

- Wcale nie! - wrzasnął Taylor. - Więcej daję 

z siebie szkole i drużynie, niż one obie razem wzięte 

robią dla mnie. 

- Być może właśnie dlatego w sobotę może zagrać 

Brett! - zakończył dyskusję trener i odszedł w drugą 

stronę, mijając Ivy, która natychmiast odwróciła się 

ku rozgniewanemu zawodnikowi. 

- W jaki sposób może to wpłynąć na pana szanse 

na przejście do lepszej drużyny? Podobno i tak nie są 

one zbyt duże? 

Taylor w milczeniu wpatrywał się w odchodzącego 

trenera. 

Grupa graczy, którzy się wokół nich zebrali, teraz 

powoli się rozchodziła. Niektórzy reporterzy już wy­

szli. To była szansa dla Ivy. Jeżeli uda jej się znaleźć 

dobre podejście... 

- W jaki sposób wpłynie to na pana szanse? - po­

wtórzyła. 

- Nie odsunie mnie od gry. Sam doskonale o tym 

wie. 

- Wspomniał o innym zawodniku. - Dziewczyna 

usiłowała przypomnieć sobie listę zawodników druży­

ny. - Czy chodziło o Bretta Carsona? Jak na juniora 

ma niezłe wyniki. - Statystyki sportowe stanowiły jej 

specjalność. Mogła zapomnieć nazwisko trenera, ale 

nigdy nie wylatywały jej z głowy liczby zdobytych 

bramek i ofensywnych akcji. 

- No, dobra, miał kilka niezłych wyjść, kiedy leża­

łem ze złamanym obojczykiem. Ale teraz jestem w for­

mie. To ja jestem najlepszy. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 15 

- Doprawdy? 

Zawodnik Coltów spojrzał na nią, jakby dopiero 

teraz ją zauważył. Powoli, leniwie obrzucił ją szacują­

cym wzrokiem. 

- Tak. Jestem najlepszy. I największy. - Puścił 

końce ręcznika, którym owinięte były jego biodra. 

Ręcznik opadł na podłogę. - Zgodzisz się ze mną? 

- spytał, stając przed Ivy nagusieńki jak go pan Bóg 

stworzył. 

Ivy ze wszelkich sił starała się patrzeć mu w oczy. 

W uszach słyszała ciężkie pulsowanie krwi i wiedziała, 

że za chwilę spiecze strasznego raka, który bez trudu 

zakwalifikuje się do uwiecznienia w księdze rekordów 

Guinessa. Na szczęście przypomniała sobie ostrzeże­

nia Billie i jedną z jej historyjek. Postanowiła za­

stosować taktykę polecaną przez koleżankę po fachu. 

Zmusiła się do tego, by powoli, uważnie przyjrzeć 

się nagiemu ciału Taylora Browna. Odliczyła do pię­

ciu, podniosła głowę i popatrzyła mu ponownie 

w oczy. 

- Szczerze mówiąc, wygląda całkiem jak ptaszek... 

- Nie mogła uwierzyć własnym uszom: po raz pierw­

szy chyba udało jej się wymówić to słowo. - Tyle 

tylko, że w miniaturce. 

Zawodnicy głośno zarechotali. Taylor zaczerwienił 

się i wściekły pobiegł w stronę pryszniców. 

Ivy czuła, że kolana jej drżą ze zdenerwowania. Na 

szczęście głos jej nie zdradził. Znowu mogła spokojnie 

oddychać. W końcu Taylor Brown spytał ją o opinię. 

Uważała, że jest głupim chamem. W tej chwili ta 

opinia odnosiła się do wszystkich przedstawicieli płci 

męskiej. Głupie, gruboskórne chamy. 

Dziękując w myślach Billie, odwróciła się w kierun­

ku drzwi. Jej wzrok napotkał rozbawione spojrzenie 

brązowych oczu wysokiego mężczyzny. Stał swobod­

nie oparty o framugę. Był ubrany w marynarkę i kra­

wat, a więc z pewnością nie należał do czynnych 

zawodników drużyny. Miał jednak muskularne, 

background image

16 REPORTER W SPÓDNICY 

zgrabne ciało. Wydawał się znacznie bardziej inte­

resujący niż rozbrykani, półnadzy mężczyźni, którzy 

kłębili się w szatni. 

Nieznajomy w garniturze powoli zlustrował ją od 

stóp do głów. Rumieniec, który Ivy skutecznie po­

wstrzymała w starciu z Taylorem, teraz wypłynął na 

jej szyję i policzki. 

Kąciki ust mężczyzny zadrgały w tłumionym 

uśmiechu. Coś w jego postaci wydawało się Ivy zna­

jome. Śledziła go wzrokiem, gdy powoli wędrował 

przez pomieszczenie. Poruszał się z wdziękiem lekko­

atlety, chociaż lekko utykał. Mógłby być komentato­

rem stacji telewizyjnej, gdyby nie niedbała, ekstrawa­

gancka fryzura: króciutkie włosy na czubku głowy 

i dłuższe pasemka w okolicy szyi. Złociste pasemka 

wśród brązowej gęstwiny włosów były zdecydowanie 

dziełem słońca, a nie fryzjera i chemii. 

Kto to jest? Ivy dałaby sobie uciąć głowę, że już go 

kiedyś widziała. Ale gdzie? Odwróciła się i zmarsz­

czyła brwi. A może po prostu podejść i spytać go, kim 

jest? Tak, to jest myśl. Tupet reportera też należy 

ćwiczyć przy każdej okazji. 

W tej chwili pochwyciła jego spojrzenie. 

A więc nie udało mu się uciec. Rick Scott nie 

chciał rozmawiać ze swoją nową koleżanką z „Glo-

be", szczególnie po scenie, której był świadkiem. 

Obserwował jej próby przeprowadzenia wywiadów 

z zawodnikami. Odgryzła się Taylorowi, używając 

odpowiedzi nieco już może ogranej, ale wciąż bardzo 

skutecznej. Rezultat byłby jeszcze lepszy, gdyby przy 

tym nie trzęsły jej się tak strasznie kolana. Rick 

uważał, że Ivy ma zadatki na dobrego reportera, 

ale wiele czasu musi upłynąć, zanim samodzielnie 

zacznie sobie radzić z zawodnikami. 

Trudno. On sam jest zbyt zajęty, żeby niańczyć 

kolejne pokolenia żółtodziobów-reporterów. Nawet 

tych mogących się pochwalić świetną figurą i pa­

trzących na świat słodkim, bezradnym wzrokiem. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 

17 

Ruszył do drzwi, ale hałaśliwy sprawozdawca spor­

towy, z którym rozmawiał, skutecznie uniemożliwił 

mu ucieczkę. 

No, tak. Ta mała idzie prosto tutaj, żeby sobie 

ponarzekać, jak to okrutnie ją potraktowano. Nie 

chciał tego słuchać W końcu Ivy dokładnie wiedziała, 

w co się pakuje, podejmując tę pracę. Niezależnie 

od przepisów prawnych, jest to tradycyjnie męskie 

terytorium. 

Uśmiechnął się do sprawozdawcy, poklepał po 

ramieniu i podjął ostatnią próbę ucieczki. 

- Przepraszam! 

Rick skrzywił się. To ona. Jeżeli się nie zatrzyma, 

jeśli się do niej nawet nie odwróci, może sama się 

odczepi. 

Przepraszam! - zawołała głośniej. Miała głęboki, 

miękki, lekko gardłowy głos. 

- Tak? O co chodzi? - poczuł, że jego determinacja 

dziwnie słabnie. Zauważył wielkie, smutne oczy, ale 

nie zwolnił kroku. 

- Jestem Ivy Hall, z „Globe". - Żeby nadążyć, 

musiała niemal biec, ale mężczyzna nie zwracał na to 

uwagi. Może pozbędzie się jej, zanim dojdą do scho­

dów na stadion. Ból w kolanie podpowiadał Rickowi, 

że tam będzie zmuszony iść wolniej. 

- Słuchaj! Mówię do ciebie! 

- I co z tego? - Zatrzymał się. Tak czy siak byli już 

u stóp schodów. 

- Ivy Hall... 

- Słyszałem. 

Ivy obeszła go dookoła i stanęła, patrząc mu 

prosto w twarz. Rick pożałował, że w ogóle się 

zatrzymał. Spojrzał na zarumienione policzki Ivy i wy­

cedził sucho: 

- No, dobrze. Dam ci informacje do reportażu. Ale 

nie rób z tego wielkiego halo. 

- Wcale nie zamierzałam prosić cię o pomoc. Mam 

dosyć materiału. Ale chciałabym wiedzieć... - Ivy 

background image

18 REPORTER W SPÓDNICY 

potrząsnęła głową, a włosy powtórzyły jej ruch z opóź­

nieniem, rozsypując się kaskadą po wilgotnej bluzce. 

- Chcesz pisać o Taylorze Brownie? - przerwał jej. 

Szybkie skinienie głowy potwierdziło jego przypusz­

czenia. 

- Słuchaj, ten chłopak przeżywa teraz trudne chwile. 

Obeszłaś się z nim nieco obcesowo. 

- Twoim zdaniem to ja byłam nieuprzejma? - Oczy 

Ivy zabłysły. - Przecież widziałeś, co zrobił. 

- Tak, widziałem. Był zdenerwowany, bo właśnie 

pokłócił się z trenerem. Nawinęłaś mu się w najgorszym 

momencie. 

- To go nie usprawiedliwia. 

- Nie, ale wyjaśnia jego zachowanie. Taylor jest 

niedoświadczony. Sam pamiętam, jak się czułem, kiedy 

te gryzipiórki nie dawały mi odetchnąć... - Rick urwał, 

zaskoczony. Co się z nim dzieje? W końcu teraz to on jest 

reporterem. Od trzech lat nie gra w zawodowej drużynie. 

Ivy wpatrywała się w niego łagodnymi, brązowymi 

oczami, których wyraz zapraszał do zwierzeń. Rozluź-

nił się, poczuł, że gniew go opuszcza. W końcu może 

ta drobna, filigranowa dziewczynka wyrośnie na dob­

rego reportera. 

- Chciałem po prostu, żeby mnie zostawili w spo­

koju - dokończył już znacznie łagodniejszym tonem. 

- W tej chwili chyba nikt ci się już nie naprzykrza. 

-I o to właśnie chodziło! - Rick spojrzał na 

nią uważnie. Nagle odwrócił się na pięcie i ruszył 

schodami w dół. 

Już na pierwszym stopniu kolano zaprotestowało 

gwałtownie. Opadł na poręcz, sycząc z bólu. 

Ivy błyskawicznie znalazła się u jego boku. Pod­

trzymała go z drugiej strony, pomagając odzyskać 

równowagę. Zaskoczyło go, że jest znacznie silniejsza, 

niż przypuszczał. 

- Dzięki. - Bał się, że w jej oczach zobaczy litość. 

Odetchnął z ulgą, kiedy spostrzegł, że jej twarz jest 

poważna i opanowana. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 19 

- Jeżeli dasz radę tam dojść, za zakrętem zaczyna 

się pochylnia. Może będzie ci łatwiej zejść tamtędy. 

- Głos Ivy był spokojny i kojący. Starała się po prostu 

rozwiązać problem. 

- Jeszcze chwileczkę. - Był wdzięczny, że powstrzy­

mała się od komentarzy. Po paru minutach ostry ból 

w kolanie złagodniał. - Muszę tylko trochę uważać. 

- Spróbował stopniowo, powoli obciążyć bolącą nogę. 

Ivy nagle głośno wciągnęła powietrze. Popatrzył na 

nią. Zauważył, jak na jej zaskoczonej twarzy pojawia 

się wyraz zrozumienia. Nareszcie przypomniała sobie, 

skąd go zna. 

- To ty byłeś tym Rickiem Scottem, prawda? 

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

- Tak, kiedyś nim byłem. - W oczach Ricka zami­

gotało rozbawienie, a kąciki ust leciutko zadrżały. 

- Kiedyś grałeś w drużynie Wolves, prawda? 

- Naprawdę dopiero teraz mnie rozpoznałaś? - Po­

chylił głowę i dotknął chorego kolana. 

- Tak - odparła szczerze, z nadzieją, że go nie 

uraziła. 

- Więc dlaczego za mną poszłaś? 

- Twoja twarz wydawała mi się znajoma. 

- Nic dziwnego, oboje pracujemy w „Globe". 

- Słyszałam o tym, ale nigdy nie zdarzyło mi się 

spotkać cię w redakcji. - Sąsiednie biurko od tygodni 

było puste. 

Dopiero grymas bólu na twarzy przystojnego nie­

znajomego sprawił, że Ivy doznała olśnienia. Widziała 

go setki razy, na pierwszych stronach gazet. Pokazywa­

ny pod różnym kątem przed kamerami telewizji wyraz 

bólu na twarzy Ricka Scotta, obrońcy drużyny Omaha 

Wolves po faulu, który położył przedwcześnie kres jego 

sportowej karierze. Ale to zdarzyło się przecież wiele 

lat temu. 

- I ta kontuzja wciąż jeszcze tak bardzo utrudnia 

ci życie? 

- Rozumiem, że nie chodzi ci o moje życie sportowe. 

- Wyprostował się, ostrożnie obciążając bolącą nogę. 

- Tęsknisz za profesjonalną grą? 

- Tylko w takich momentach jak ten. 

Rick powoli i ostrożnie ruszył przed siebie. Ivy 

znowu poczuła się zignorowana. To przepełniło miar­

kę. Na dziś miała już dość. Pobiegła za nim. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 

21 

- Jak inni nie lubisz kobiet, które są reporterami 

sportowymi, tak? 

- Nie, ale nie chcę wysłuchiwać twoich jęków i żalów 

na temat dyskryminacji i niesprawiedliwości na świecie. 

- A więc też uważasz, że mogłabym mieć pewne 

podstawy, żeby sobie trochę pojęczeć? - spytała 

ostrożnie. 

- Słuchaj, tam... - Rick wskazał kciukiem w stronę 

szatni zespołu Coltów - tam jest świat facetów. Nie­

które kobiety czują się w takiej sytuacji doskonale. 

- Mężczyźni są okropnymi egoistami! 

- Mają po temu powody - odciął się Rick. 

- A drużyny futbolu amerykańskiego to najbardziej 

zadufani i zapatrzeni we własny pępek durnie! - Ivy 

była wściekła. 

- Czyżbyś miała zły dzień? - Uniósł brew. Na jego 

twarzy znów pojawił się niemiły półuśmieszek. 

- A jak sądzisz? 

- Trudno mi powiedzieć. Sam nie miałbym nic 

przeciwko wizycie w damskiej szatni. - W brązowych, 

ciepłych oczach zauważyła iskierki rozbawienia. To 

były naprawdę inteligentne, dobre oczy. 

- A jeśli już o tym mowa, co robiłeś w szatni Coltów? 

Wiem, że miałam pracować na tym treningu sama. 

- Rozmawiałem ze starymi przyjaciółmi - wzruszył 

ramionami. 

- Szpiegowałeś mnie? - spytała podenerwowana Ivy. 

- Cierpisz na paranoję. - Głos Ricka odbijał się 

echem w tunelu wychodzącym pod stadionem. 

- Odpowiedz: tak czy nie? 

- Tak. Czy to cię zadowala? - odwrócił się gwałtow­

nie, złożył dłonie wokół ust i zawołał z całych sił: 

- Szpiegowałem nową reporterkę „Globe"! - Opuścił 

ręce i dodał: - Chciałem tylko zobaczyć cię przy pracy. 

Jeśli chcesz, możesz pozwać mnie do sądu. - Skrzywił 

się z niesmakiem i utykając odszedł w drugą stronę. 

- Dokąd idziesz? 

- Do samochodu. 

background image

22 REPORTER W SPÓDNICY 

- Gdzie go zostawiłeś? - Ivy rozejrzała się po opus-

toszałym parkingu. 

- Przy drugim wejściu odparł beztrosko. 

- Ale twoje kolano... - zauważyła, że Rick blednie 

z bólu. Pomysł wędrówki dookoła stadionu wcale nie 

przypadł jej do gustu. 

- A więc ty też jesteś żądna szczegółowych opowie-

ści o moim cierpieniu? 

- Zadałam to pytanie powodowana naturalną, ludz­

ką troską. 

- Pytasz, bo jesteś wścibską babą - wymamrotał 

zatrzymując się, by rozmasować kolano. 

Dziewczyna zachowała pełne godności milczenie. 

- Słuchaj - zaczął pojednawczo - latem przeszedłem 

kolejną operację. Dlatego nie było mnie przez dłuższy 

czas w redakcji. To kolano wciąż nie jest w pełni zdrowe 

i czasami bardzo boli. Mogę chodzić, ale schody spra­

wiają mi kłopot. - Uśmiechnął się rozbrajająco. - Prze­

praszam, że zachowałem się wobec ciebie tak wrogo. 

- Nic nie szkodzi. Ból sprawia, że ludzie robią się 

niemili i opryskliwi. - Do tego wyjaśnienia dodała 

czarujący uśmiech. - Jeżeli zaczekasz, pójdę po samo­

chód i podjadę tu po ciebie. W ten sposób nie będziesz 

musiał spacerować dookoła całego stadionu. 

Zgodził się. Ivy wiedziała dobrze, że wolałby od­

mówić, ale zdał sobie sprawę, że nie miałoby to 

żadnego sensu. 

Ile sił w nogach ruszyła w stronę parkingu. W pew­

nym sensie obawiała się, że Rick skorzysta z okazji 

i ucieknie. Szybko jednak pocieszyła się, że i tak daleko 

by nie zaszedł. 

W kilka minut później podjechała swoim małym 

samochodzikiem do wejścia. Na widok nalepki Uni­

wersytetu Teksańskiego na szybie Rick uśmiechnął się 

ze zrozumieniem. 

- A więc jeszcze jedna absolwentka, która zaprag­

nęła zostać w Austin. - Z trudem wcisnął się na 

przednie siedzenie. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 

23 

- Miałam szczęście, że znalazłam tutaj pracę. 

- Praca jak praca. Większość ludzi wykorzystuje 

„Globe" jako pierwszy krok na drodze do sławy. Jesteś 

już trzecim reporterem, którego wprowadzam w arka­

na zawodu. - Spojrzał na nią uważnie. - A więc jakie 

są twoje dalsze plany? 

- Dopiero dostałam tę pracę. - Zaczęła się zastana­

wiać, do czego zmierza Rick. 

- Kiedy skończyłaś studia? 

- W zeszłym roku, w maju. Byłam na pierwszym 

roku, kiedy twoja drużyna odniosła pierwszy wielki 

sukces. 

- Taak. To był wspaniały rok - w jego głosie 

zabrzmiała nutka nostalgii. 

- Byłeś świetny - zapewniła go impulsywnie. 

- Byłem. - Wskazał palcem na zaparkowanego przy 

bramie dżipa. - To mój samochód. 

Ivy zatrzymała się. Nie takiego wozu spodziewałaby 

się po gwieździe sportu. Nawet po byłej gwieździe 

sportu. Nie wskazywał też na życie rodzinne. Szybki 

rzut oka upewnił ją, że na palcu Ricka nie ma obrączki. 

- Dzięki za pomoc. Wyglądasz... Rick zawahał się 

- na miłą dziewczynę. 

Ivy miała ochotę krzyczeć. Miła dziewczyna! Ma 

dwadzieścia cztery lata, poważny zawód, stara się, jak 

może, a ten, skądinąd czarujący mężczyzna, oświadcza, 

że uważa ją za miłą dziewczynę. 

No, dobrze, jest miła. Nawet kiedy starała się być 

niemiła, mało kto dawał się na to nabrać. 

- .. .i wybrałaś pracę reportera sportowego? 

Ivy nie słuchała uważnie, ale bez trudu domyśliła się, 

że Rick pyta ją, dlaczego wybrała ten zawód. 

- Kocham sport. Potrafię nieźle pisać. W ten sposób 

mogę połączyć obie te pasje. 

- Szatnie sportowców nie są sympatyczne - powie­

dział przekornie. 

-Wiem. 

- Tam nie możesz być miła, jeśli chcesz przeżyć. 

background image

24 REPORTER W SPÓDNICY 

- Ale mogę zachowywać się przyzwoicie i profes­

jonalnie. 

- Musisz nauczyć się być agresywna i gruboskórna. 

Upierać się i nękać ich. Prawdę mówiąc, gdy się nad 

tym dobrze zastanowić, nawet teraz potrafisz nieźle 

zirytować. 

Ivy przełknęła ślinę i poczuła, że zaraz się rozpła­

cze. Dlaczego nie udało jej się wyrosnąć z tego zwy­

czaju płakania, gdy tylko ktoś mówił jej coś przy­

krego? Nie mogła nigdy wygrać w dyskusji, bo całą 

energię musiała koncentrować na powstrzymywaniu 

się od płaczu, zamiast myśleć o rozsądnej i logicznej 

replice. Teraz zdecydowanie nie może pozwolić sobie 

na płacz. Nie może nawet pokazać po sobie, że 

walczy z łzami. Szybko zamrugała oczami i wstrzyma­

ła oddech. 

- Widzisz? - Rick pstryknął palcami. - Jesteś zbyt 

wrażliwa, by wykonywać ten zawód. 

- To był długi dzień, jestem po prostu zmęczona. 

- Trudno! - Wyraz jego twarzy nie zdradzał krzty 

współczucia. - Musisz jednak napisać artykuł w termi­

nie. Tu liczy się szybkość, więc musisz być twarda. 

- Dzięki za radę. 

- To nie była rada, ale jeżeli spróbujesz napisać coś 

w stylu: „Patrzcie tylko, jak niemili byli dla mnie 

zawodnicy Coltów", żaden zawodnik nie będzie chciał 

z tobą więcej gadać. 

- Nigdy w życiu bym tego nie napisała! Czy myślisz, 

że jestem aż tak głupia? - popatrzyła na niego nabur­

muszona. 

- Wiem, że nie jesteś głupia, ale wiem też, że masz 

mało materiału. - Pokiwał głową. - Sonny Collin był 

kiedyś moim trenerem. Pozwól, że ci pomogę. 

- Dlaczego? - Wyłączyła silnik. 

- Chyba powinienem... 

i

 Ivy zdziwiona uniosła brew. 

- Ponieważ jestem miłym facetem? - zasugerował 

nieśmiało Rick. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 25 

- Przed chwilą wysłuchałam wykładu o tym, że być 

miłym to żadna zaleta. 

- W takim razie dlatego, że ty jesteś taka milutka. 

Zmierzyła go gniewnym wzrokiem, ale on wcale się 

tym nie przejął. 

- No, rozchmurz się - rzucił pogodnie. 

Roześmiała się, żeby udowodnić, że może być rów­

nym kumplem, jeżeli tylko da jej taką szansę. 

- Powiedz mi tylko, czy pomógłbyś mi, gdybym była 

mężczyzną? 

- Chcesz być traktowana jak wszyscy inni? - spytał 

po chwili namysłu. - Obiecuję, że chociaż ominą cię 

niektóre problemy nękające mężczyzn, na pewno bę­

dziesz miała takie same kłopoty, jak każdy nowy 

reporter. 

- Wiem o tym. Nie lubię tylko być traktowana „z 

góry". 

- Jasne - zgodził się Rick. - Nic na to nie poradzę, 

że trochę mi ciebie szkoda, ale z drugiej strony wciąż 

jestem na zwolnieniu. Nie mam żadnych obowiązków, 

za to ty musisz napisać artykuł na czas. „Globe" 

wychodzi w sobotę, więc powinnaś oddać reportaż 

jutro wieczorem. 

Ivy pokiwała głową. Nie zdradziła się, że redaktor 

wydania na wszelki wypadek chce zobaczyć jej pracę 

już jutro rano. 

- Poza tym, będziesz moim dłużnikiem. Kiedyś mi 

się odwdzięczysz. 

- Teraz brzmi to znacznie lepiej. - Ivy uśmiechnęła 

się krzywo. Otworzyła notes. - No więc, co masz do 

sprzedania? 

ZAWODNICY COLTÓW SPODZIEWAJĄ SIĘ 

ŁATWEJ WYGRANEJ Z UNIWERSYTETEM TE­

KSAŃSKIM 

Ivy Hall. 

Pierwszy, podpisany jej własnym nazwiskiem ar­

tykuł w „Globe". Wygładziła leżącą przed nią gazetę 

background image

26 REPORTER W SPÓDNICY 

i uśmiechnęła się do słuchawki telefonu. Holly, jej 

starsza siostra, zdecydowanie domagała się dodatko­

wych pięćdziesięciu egzemplarzy gazety. 

- Ale po co ci one? 

- Wyślę kilka sztuk Laurel i Jackowi. Wyłożą je 

w agencji. 

Ivy uniosła oczy do góry, wyobrażając sobie, jak 

jej elegancka siostra rozkłada wydanie specjalne „Au­

stin Globe" w wytwornej hollywoodzkiej agencji ar­

tystycznej. 

Sama Ivy była zachwycona swoim artykułem. Zo­

baczenie własnego nazwiska w druku to naprawdę 

wspaniałe uczucie. Dawało jej to mnóstwo satys­

fakcji. 

Artykuł z całą pewnością zaintryguje i poruszy 

zawodników Longhorn. Przedstawiła w nim sylwetkę 

obrońcy Coltów, Taylora Browna, oraz jego dążenie 

do sławy kosztem całej drużyny. 

Ivy upajała się poczuciem władzy, jaką daje prasa. 

Ze słuchawki wylewały się zachwyty i rokowania na 

przyszłość. Kiedy jednak wsłuchała się uważniej w to, 

co mówi siostra, zrozumiała, że pochwały nie są tylko 

wyrazem radości, ale służą też jako przypomnienie 

wymagań wobec jej kariery, które stawia przed nią 

ambitna i żądna sukcesu rodzina. 

Kiedy przy biurku przystanęła Billie, Ivy była przy­

gnębiona. 

- Dobra robota. - Billie oparła się o biurko. - Tre­

ner Collin miał ci wiele do powiedzenia. 

- Szczerze mówiąc, wszystko, co miało jakąkolwiek 

wartość, powiedział Rickowi Scottowi. - Wzruszyła 

ramionami. 

- To Rick wrócił? - Billie rozejrzała się po redakcji. 

- Nieoficjalnie. - Ivy również rozejrzała się. Czy 

Rick widział jej artykur? Co o nim sądził? Wcale nie 

oparła się wyłącznie na jego informacjach. Mogła 

napisać artykuł nawet bez jego pomocy, ale włączenie 

jego uwag dodało spostrzeżeniom głębi. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 

27 

- Słyszałam o twoim wywiadzie z Taylorem Brow­

nem - oznajmiła Billie, nachylając się nad biurkiem. 

- Czy sytuacja w szatni sprostała twoim oczekiwaniom? 

- Aż nazbyt. Było okropnie. - Dziewczyna wes­

tchnęła. 

- Oto nowy, wspaniały reporter „Globe"! - Rick 

obdarzył Ivy serdecznym uśmiechem i opadł na krzesło 

przy sąsiednim biurku. Ten uśmiech obudził w niej 

bardzo niepokojące uczucia. 

- Witamy szanownego pana. - Billie zrobiła gest 

naśladujący uchylanie kapelusza. - Czyżby przyszedł 

czas na pracę? 

- Billie, idź sobie i daj mi spokój powiedział Rick. 

- Jak mi się zachce. 

- Daj spokój, Billie. Nie musisz jej przede mną 

bronić. Jestem mężczyzną, ale nie wrogiem. Poza tym 

pewnie słyszałaś, że to niewinne maleństwo potrafi 

sobie świetnie radzić? 

- Oczywiście! Wszyscy słyszeli. Billie roześmiała 

się. 

- Cooo?! - Ivy, ignorując bezczelną uwagę o nie­

winnym maleństwie, rzuciła się w jego kierunku. - Chy­

ba nikomu nie mówiłeś o... o mojej rozmowie z Tay­

lorem, Rick? 

- No, może kilku... 

- Żartujesz sobie? - przerwała Billie. - Twoja sława 

zatacza szerokie kręgi i nie omija żadnego prysznica 

w stanie Teksas. 

- O, nie! - zajęczała Ivy. 

- Tak, jesteś już legendą. Możesz mi za to podzięko­

wać później. Chyba że wolisz się odwdzięczyć od razu. 

- Rick założył ręce za głowę i położył nogi na biurku. 

- A o co dokładnie chodzi? - spytała podejrzliwie, 

nie czując najmniejszej wdzięczności za szerzenie plotek 

na temat swojej osoby. 

- Może napisałabyś za mnie artykuł ze statystycz­

nym podsumowaniem wyników za ostatni rok? - za­

proponował Rick. 

background image

28 

REPORTER W SPÓDNICY 

- Ale podpiszę własnym nazwiskiem? - Ivy prze­

łknęła ślinę. Takie artykuły to praca niewdzięczna 

i mozolna. 

- W porządku - zgodził się bez wahania i wyciągnął 

szufladę. - Oto materiały. - Gruby plik wylądował na 

biurku Ivy. 

Wybałuszyła oczy na widok piętrzącej się przed nią 

sterty papierów. 

- Nie wiedziałem, że już tak późno! - Rick podniósł 

się i szybko zebrał swoje rzeczy. - Bardzo miło mi się 

z tobą pracuje! - zawołał, po czym odwrócił się na 

pięcie i uciekł. 

- Wydaje mi się, że ktoś mnie wrobił. - Ivy tępo 

wpatrywała się w papierzyska. 

- Szczera prawda. Dałaś się nabrać - zachichotała 

Billie. - Ale Rick ma tak miłą gębę, że trudno ci się 

dziwić. 

Ivy poczuła, że policzki jej płoną. To prawda, 

Rick jest zbyt przystojny i trzeba będzie na niego 

uważać. Wyświadczył jej przysługę, ale teraz będą 

kwita. Koniec. 

- Muszę już biec. - Billie zarzuciła torbę na ramię. 

- Spotkamy się na meczu. Pamiętaj: kobieta musi 

pracować dwa razy więcej niż mężczyzna, aby uważano 

ją za co najmniej w połowie tak dobrą jak on. Całe 

szczęście, że pracować dwa razy więcej od tych darmo­

zjadów to nie takie trudne. 

Ivy wciąż jeszcze śmiała się z uwagi Billie, kiedy 

do jej biurka podszedł redaktor naczelny, Boyd 

Harris. 

- Ivy, słyszałem o twojej przygodzie. Dobrze z tego 

wybrnęłaś. Niestety, tego rodzaju incydenty zdarzają 

się dosyć często. - Potrząsnął głową. - Twój artykuł 

jest dobry. Miałaś na niego mało czasu, ale wnioski są 

zbyt ogólnikowe. Musisz przyjrzeć się dokładniej da­

nym. Dobrze byłoby też, żebyś znalazła wspólny język 

z trenerami i zawodnikami, inaczej nigdy nie uda ci się 

zdobyć dobrego materiału. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 

29 

- Rozumiem. - Oddychała głęboko i powoli. Co 

powiedziałby naczelny, gdyby napisała artykuł bez 

pomocy Ricka? - Tym razem wypowiedzi, które udało 

mi się zdobyć, nie nadawały się do druku. 

- Sama prosiłaś o wyznaczenie cię do tego zadania. 

- Błękitne oczy Harrisa wpatrywały się w nią surowo. 

- Wiem o tym. Chciałabym również być na meczu 

dziś po południu. 

- Oczywiście - zgodził się naczelny. 

Ivy poweselała. A więc jej ufa! Teraz ma szansę 

pokazać Rickowi, ile potrafi zdziałać bez jego pomocy. 

- Pojedzie tam również Rick - dorzucił Harris. 

Ivy miała wrażenie, że wypuszczono z niej powietrze. 

Oczywiście, może pisać reportaż z meczu, ale to Rick 

jest gwarancją, że jej artykuł będzie interesujący. 

- Będziesz pracowała samodzielnie, kiedy przyjdzie 

na to czas. - Harris uśmiechnął się do niej serdecznie. 

- A jeśli chodzi o twój reportaż, powiem tylko jedno: 

nie chciałbym być na miejscu Taylora Browna, kiedy 

jego koledzy z drużyny przeczytają twoje uwagi. 

- Dziękuję. - Ivy aż pokraśniała z zadowolenia. 

- Dam ci pewną radę. - Redaktor przysiadł na rogu 

jej biurka. - Nawet nie próbuj konkurować z Rickiem. 

Zna mnóstwo zawodników i trenerów, sam przecież był 

sportowcem. Zatrudniłem cię, bo mam nadzieję, że 

wniesiesz do mojej gazety coś nowego. Spróbuj przyj­

rzeć się zawodnikom w inny sposób. Poza tym chciał­

bym, żebyś zajęła się opracowaniem nowego dodatku 

specjalnego na temat sportu w szkołach średnich. Cho­

dzi mi o artykuł prezentujący dane statystyczne i ze­

stawienia. Zazwyczaj robi to Rick, ale tym razem 

wolałbym przekazać to w twoje ręce. To ułatwi ci 

bliższe zapoznanie się z drużynami. - Postukał w biur­

ko, odwrócił się na pięcie i wyszedł. 

A więc to jej wyznaczono napisanie artykułu prze­

glądowego? Uśmiechnęła się leciutko. Rick zanadto 

się pośpieszył z odbieraniem długu wdzięczności. Do­

brze mu tak. 

background image

30 REPORTER W SPÓDNICY 

Rick Scott. 

Wpatrywała się w papiery, które jej zostawił. Dziś 

już nie warto się za to zabierać. Rick Scott. Był 

niezwykle atrakcyjnym mężczyzną, ale Ivy intrygował 

bardziej wyraz bólu, który widziała na jego twarzy. 

Kontuzja oznaczała koniec jego marzeń. Koniec karie­

ry. Jak to się właściwie stało? 

Zdecydowanym krokiem ruszyła do redakcyjnego 

archiwum. Znalazła tam plik wycinków prasowych 

dotyczących jego kariery. Przejrzała je uważnie. Jedno 

ze zdjęć przedstawiało zbliżenie wykrzywionej twarzy 

Ricka, który leżał skulony na boisku. 

Przeczytała kilka artykułów, w których wymieniano 

listę nieszczęść, które nękały Ricka. Pierwsza kontuzja 

podczas obozu szkoleniowego wykluczyła go z gry 

w ataku. Dwa lata później dołączył do drużyny Wolves. 

Kolejna kontuzja. I następna. Autorzy artykułów za­

stanawiali się, czy Rick aby nie za szybko powrócił na 

boisko. Jego kariera profesjonalnego futbolisty zakoń­

czyła się, gdy miał dwadzieścia pięć lat. Ostatni wycinek 

zawierał informację o jego wycofaniu się z zawodowego 

sportu. 

Ivy posmutniała. Rick był kiedyś wielką gwiazdą 

Uniwersytetu Teksańskiego. Najlepszym zawodnikiem 

stanu, w którym futboliści są traktowani niemal jak 

bogowie. Skończył karierę jako reporter prowincjonal­

nego sportowego tygodnika. 

Miał wszelkie powody, by czuć się zgorzkniały. 

Dobrze, że sport zapewnił mu cenne kontakty i nieza­

stąpione dojścia do źródeł gwarantowanych i świeżych 

informacji. 

Spojrzała na zegarek i ze zdziwieniem zauważyła, że 

spędziła w archiwum ponad godzinę. Spóźni się na mecz. 

Na szczęście redakcja „Globe" znajdowała się blisko 

stadionu Memoriał, a przepustka prasowa pozwoliła 

jej dostać się na trybuny bez kolejki. 

Przepychała się przez tłum w kierunku loży praso­

wej, gdzie spodziewała się znaleźć Ricka. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 

31 

Stał nieco na uboczu. Zamarła na chwilę, podziwia­

jąc jego przystojną twarz, mocno zarysowane kości 

policzkowe, gęste ciemne włosy. 

Wreszcie ją zauważył i gestem nakazał, by podeszła 

bliżej. 

- Spóźniłaś się - stwierdził karcącym tonem. 

- Naprawdę? Mecz się przecież jeszcze nie zaczął. 

- Oj, Ivy, Ivy. - Potrząsnął głową. - Co ja mam 

z tobą zrobić? Chciałem cię przedstawić paru osobom. 

- Bardzo przepraszam - powiedziała zmieszana. 

Zbyt długo ślęczała nad jego kartoteką. 

- Stało się. Na razie trzymaj się blisko mnie. 

Później przedstawię cię zawodnikom Longhorn. To 

dopiero twoje początki, więc będziemy na razie pra­

cowali razem. 

Propozycja była kusząca, chociaż Ivy ponad wszyst­

ko zależało na tym, by osiągnąć sukces o własnych 

siłach. Powinna jednak napisać dobry reportaż. Rick 

ma swoje źródła i kontakty, będzie świetnym pośred­

nikiem w zdobywaniu informacji. 

- Dlaczego to robisz? - spytała, przechylając głowę 

na bok. 

- Bo jesteś miłą dziewczyną - uśmiechnął się krzy­

wo. 

Miła. Znowu ją tak określił. Wcale nie chciała być 

miła. Wiedziała doskonale, jak kończą karierę miłe 

dziewczęta. 

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

Miłe dziewczęta zazwyczaj piszą reportaże z roz­

grywek piłki nożnej na poziomie przedszkola. 

Następny mecz rozgrywany przez drużynę Long-

horn odbywał się poza granicami stanu. Wysłano tam 

Ricka. Ivy przypadło w udziale napisanie reportażu 

z rozpoczęcia sezonu piłki nożnej dziewcząt, trenują­

cych w młodzieżowym stowarzyszeniu sportowym 

w Austin. 

Piłka nożna. W dodatku drużyna dwunastoletnich 

dziewczynek. Cóż za strata czasu dla rasowego re­

portera! 

Ivy uznała jednak, że pracodawca też ma swoje 

prawa. Po drodze do klubu stowarzyszenia wpadła na 

chwilę do domu. Włączyła taśmę automatycznej sekre­

tarki. Okazało się, że dzwoniła starsza siostra. Holly 

chciała dowiedzieć się, o czym Ivy pisze w tym tygodniu 

i czy są szanse na jej wizytę w Dallas. Poinformowała 

też, że Laurel i Jack przyjeżdżają do Teksasu w spra­

wach służbowych. Siostra najchętniej widziałaby całą 

rodzinę na uroczystej kolacji u siebie w domu. Potem 

telefonowała Laurel. Ona również dopytywała się, czy 

Ivy znajdzie czas na rodzinne spotkanie. 

Chwyciła torbę i czym prędzej wyszła. 

Zaparkowała swój mały samochodzik na parkingu 

klubu, rozpakowała kanapkę z tuńczykiem i otworzyła 

puszkę z napojem. Chętnie spotkałaby się z siostrami, 

ale nie z obiema naraz. W ich towarzystwie zawsze 

czuła się niezbyt dorosła i mało inteligentna. Nie dosyć 

sławna, piękna i przedsiębiorcza. Kochała je ogromnie, 

ale wcale nie tęskniła za rodzinnymi kolacjami. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 

33 

Holly, najstarsza siostra, kierowała własną firmą 

wykonującą dekoracje okolicznościowe i świąteczne. 

Radziła sobie doskonale nie tylko jako szef firmy, ale 

również jako kochająca żona Adama i matka dwulet­

niego Nicholasa. 

Laurel, druga siostra, piękna i pewna siebie, była 

kwintesencją kobiecości. Wraz z mężem, Jackiem Hart-

manem, prowadziła w Kalifornii agencję wyszukiwania 

młodych talentów. Do sukcesu agencji przyczyniła się 

między innymi reklama, jaką zapewnił jej towarzyski 

skandal, wywołany przez Laurel, która wystąpiła na 

własnym ślubie w jaskrawoczerwonej sukni. Kiedy 

Laurel i Jack wrócili z podróży poślubnej, trudno im 

było się opędzić od klientów. 

Ivy nigdy nie poważyłaby się na czyn tak eks­

trawagancki. Była jedyną nieśmiałą osobą w rodzinie, 

której motto brzmiało: „Sukces za wszelką cenę". 

Trening miał się rozpocząć o wpół do szóstej. Przy­

jechała za wcześnie. Może dobrze byłoby, nie tracąc 

czasu, porozmawiać z trenerami, rodzicami i kilkoma 

dziewczynkami. Rozejrzała się dookoła. Chociaż zbli­

żała się wyznaczona godzina, zawodniczek ani widu, 

ani słychu. Czy aby nie pomyliła adresu? Sprawdziła 

notatki. W tej chwili na parking zajechał samochód, 

z którego wysiadły dwie dziewczynki ubrane w szorty 

i nakolanniki, którym towarzyszyła matka z przenośną 

lodówką w ręku. 

Ivy odetchnęła z ulgą i pomaszerowała za nimi. 

Była już za dwadzieścia szósta, gdy do pierwszych 

dziewczynek dołączyły jeszcze dwie. W ciągu kolejnego 

kwadransa boisko zaroiło się od rodziców i ich córek. 

Dziewczęta przyniosły własne piłki, którymi się teraz 

bawiły, ale jeśli chodzi o sport, to było już wszystko. 

Kto tym kieruje? 

- Nazywam się Betty Kay - przedstawiła się kobieta 

trzymająca w ręku duży notes. - Zajmuję się organiza­

cją. Proszę wypełnić formularze i podać imię, które ma 

figurować na koszulce państwa córki. Każda litera 

background image

34 

REPORTER W SPÓDNICY 

kosztuje dwadzieścia pięć centów Zbieram pieniądze 

od dziś, żeby koszulki były gotowe na pierwszy mecz. 

O szóstej pojawił się elegancki mężczyzna w gar­

niturze, który przyprowadził małą dziewczynkę. 

- Czy moglibyśmy zaczynać treningi o szóstej? Nie­

stety Elaine ma w środy chór. 

- Niech pan spyta trenera poradziłajednazmatek. 

Ale kto jest naszym trenerem? 

- Na liście nie podano nazwiska - odparła Betty 

Kay. - Nie patrzcie tak na mnie! Nie umiem grać 

w piłkę nożną. 

- Czy to znaczy, że nie mamy trenera? 

- Na to wygląda, chyba że w ciągu najbliższych 

kilku minut pojawi się ochotnik. 

Ivy zerknęła na zegarek. Jedenaście po szóstej. Jak 

na razie, nie ma o czym pisać. Trzeba zadziałać, może 

uda się przyśpieszyć nieco tok wydarzeń. Podeszła do 

jednej z matek. 

Dzień dobry. Nazywam się Ivy Hall, pracuję 

w , Austin Globe". 

- Ach tak! Która z dziewczynek jest pani córką? 

- Żadna. - Ivy roześmiała się i wyjaśniła: - Re­

daktor wydania poprosił mnie o napisanie reportażu 

z treningu. 

Zapadła kamienna cisza. 

- Aha - powiedział ktoś w końcu. 

- Czy nie byłoby dobrze zadzwonić do biura 

stowarzyszenia i zapytać, co się stało z waszym 

trenerem? - Ivy spojrzała przez ramię Betty Kay 

i dodała: - Wiem, że zespół ma wziąć udział w rozgryw­

kach. Trudno uwierzyć, żeby stowarzyszenie zaplano­

wało turniej, nie przyznając jednocześnie drużynie 

trenera. 

- Biuro zamykają o piątej trzydzieści - poinfor­

mowała ją Betty. 

Ivy potrząsnęła głową. Pomyślała, że stowarzysze­

nie samo w sobie byłoby barwnym tematem na 

reportaż. 

background image

REPORTEK W SPÓDNICY 

35 

- Jest Diane! zawołały dziewczynki chórem. Pod­

biegły do parkującego właśnie samochodu. Wysypała 

się z niego cała grupa kandydatek na zawodniczki piłki 

nożnej. 

- Czy moglibyśmy zmienić termin treningu na wtor­

ki? Trudy ma gimnastykę, Sarah i Ruth Ann - balet. 

Będą zbyt zmęczone, żeby grać. 

- Przepraszam bardzo - wtrąciła się Ivy. - Jest już 

dwadzieścia po szóstej. Wasz trening miał się zacząć 

wpół do szóstej, a wciąż nie macie trenera. 

Wszyscy patrzyli na siebie w milczeniu. 

- Czy stowarzyszenie nie powinno wam zapewnić 

trenera? - spytała Ivy. 

- Stowarzyszenie zajmuje się organizacją, dostarcza 

sprzęt i załatwia udział w rozgrywkach. Trenerem ma 

być jeden z rodziców, który zgłosi się na ochotnika 

- wyjaśniła wreszcie Betty Kay. 

Ivy spojrzała na grupę stojących przed nią kobiet. 

Kiedy powinien zostać mianowany trener? 

- Zgłaszamy się do pomocy, kiedy zapisujemy 

tu córki. 

- Dziewczynki i tak mają za dużo roboty. Piłka 

nożna wcale nie jest im potrzebna. Najlepiej będzie, 

jeśli po prostu zrezygnujemy z zajęć - oświadczył jeden 

z nielicznie reprezentowanych ojców. 

- Chwileczkę - przerwała Ivy. - Czy to znaczy, że 

od godziny czekamy tylko na to, żeby ktoś zgłosił się 

na ochotnika? 

- W zasadzie... tak - zgodziła się Betty. 

Ivy przyglądała się grupie rodziców. Na drugim 

końcu boiska w piłkę nożną grali chłopcy. 

A gdzie są pozostali ojcowie? Zapewne spędzają 

czas z synami. Ojcowie, synowie i sport jakoś na­

turalnie do siebie pasują. Ale dziewczynki również 

potrzebują ruchu. 

- Muszę wracać do domu przygotować kolację 

- westchnęła Betty Kay. - To prawda, że dziewczęta 

i tak mają dosyć zajęć. Dajmy sobie z tym spokój. 

background image

36 REPORTER W SPÓDNICY 

- Kiedy zaczniemy trening? - spytała jedna z dzie­

wczynek. 

- Nie mogliśmy znaleźć trenera - odpowiedziała jej 

matka. - Zresztą chodzisz już na gimnastykę... 

Ivy doszła do wniosku, że starczy jej materiału na 

niezbyt długi artykuł. Może skoncentrować się na 

braku zainteresowania sportem dziewcząt ze strony 

rodziców i nadmiarze zajęć pozalekcyjnych. 

Dziewczynki były zawiedzione, ale większość nie 

protestowała. 

To właśnie zaniepokoiło Ivy. Nie powinny rezyg­

nować tak łatwo. Zamiast walczyć, dwie z nich biegały 

wokół boiska, klaszcząc z radości w dłonie. Ivy pode­

szła do nich. 

- Jak się nazywacie? 

- Ja jestem Ruth Ann - przedstawiła się ładna 

brunetka - a to jest Sarah. 

- Nie chciałyście grać w piłkę? 

- Nie! - zawołały chórem. 

- A dlaczego? 

- Bo przy tym się brudzi - odparła Ruth Ann. 

- A w balecie nie - skomentowała kwaśno Ivy. 

- Nie! - zachichotały. - Mamy też ładne kostiumy. 

- W piłce nożnej też są stroje drużyny. 

- Ale nie są wyszywane cekinami - wyjaśniła Sa­

rah. -I bez koronek. 

- Ale... ale można wygrać puchar - nie ustępowała 

Ivy. 

- Piłka nożna to gra dla chłopców - oświadczyła 

Ruth Ann. 

Ivy ogarnął głęboki smutek. Piłka nożna byłaby dla 

nich wspaniałą zabawą. Zamiast tego wrócą do baletu, 

troskliwych mateczek, chóru i lekcji gry na fortepia­

nie. Zajęć, w których nie ma agresji i walki. Zajęć, na 

których sama wyrosła. 

Pomyślała o szatni drużyny futbolowej, opowiada­

niach Billie, pewności siebie, którą bezskutecznie usi­

łowała w sobie wypracować. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 37 

Te małe dziewczynki muszą nauczyć się żyć inaczej. 

Trzeba dać im szansę, by poznały własną wartość. 

Nauczyć je połączyć siły, dać im poczucie przynależ­

ności do grupy. 

Ivy przyglądała się w milczeniu rodzicom zbie­

rającym się do powrotu. Serce biło jej mocno. Przy­

pomniała sobie swoje zdecydowane i pewne siebie 

siostry. 

Te dziewczynki są wychowywane tak jak ona. 

Wyrosną na osoby nieśmiałe, słodkie i miłe. Ko­

biety, które wszyscy lubią, ale których nikt nie 

bierze serio. 

Pomyślała o Ricku. Pewnie ją lubi, ale nie traktuje 

jak rywalki, jeśli chodzi o kwestie zawodowe. Po­

dobnie jak i redaktor naczelny, który nie pozwala 

jej na samodzielne opracowywanie poważniejszych 

reportaży. 

Później przypomniała sobie o Billie, która na swój 

sposób starała się ułatwić jej życie. Pomóc i dodać 

otuchy. 

Teraz kolej na Ivy. Czas na to, by zrobić coś dla 

innych. Doświadczenie w sportach drużynowych to 

rzecz naprawdę potrzebna w życiu. 

- Zaczekajcie! - krzyknęła. - Ja zostanę trenerem. 

- Co? - spytał ktoś z niedowierzaniem. 

- Poprowadzę drużynę. Zgłaszam się na ochotnika. 

Wszyscy zamarli w bezruchu, a później niektóre 

dziewczynki zaczęły podskakiwać z radości i klaskać 

w ręce. Na twarzach dorosłych malowała się ulga. 

Ruth Ann i Sarah zajęczały smutno. 

- Dziękujemy bardzo! - zawołała Betty Kay. - Kie­

dy trening? 

- Będziemy się spotykać w poniedziałki, środy 

i piątki - oświadczyła Ivy. 

- Przepisy ograniczają treningi do dwóch w tygo­

dniu - poinformowała ją Betty Kay. 

- Dobrze, w takim razie w poniedziałki i środy. 

O szóstej. Czy są jakieś pytania? 

background image

38 REPORTER W SPÓDNICY 

Wstrzymała oddech. Najbardziej bała się, że ktoś 

zapyta, czy ona na pewno umie grać w piłkę nożną 

Na szczęście nikomu nie przyszło to do głowy. 

W następny poniedziałek o szóstej wieczorem Ivy 

wyładowała z samochodu kilka pomarańczowych słup­

ków i stertę książek, w których opisane były zasady gry 

w piłkę nożną. Zaczęły ją gnębić poważne wątpliwości 

co do jej własnych talentów trenerskich. 

Redaktor „Globe" poparł jej inicjatywę, twierdząc, 

że jest to doskonała okazja do nawiązania kontaktów 

z miejscową społecznością. Przyrzekł Ivy opubliko­

wanie serii ośmiu artykułów o jej trenerskich doświad­

czeniach i programach sportowych w szkołach pod­

stawowych. 

Nie jest to wprawdzie futbol amerykański w wyda­

niu profesjonalnym, ale pomimo wszystko w każdym 

numerze będzie ukazywał się jej artykuł, opatrzony 

nazwiskiem i zdjęciem. To niemałe osiągnięcie. Powin­

no też zadowolić jej siostry. 

Chciała pochwalić się Rickowi, ale nie miała okazji, 

ponieważ znowu wyjechał z Austin. 

Ivy tylko teoretycznie wiedziała, jak grać w piłkę 

nożną. Brakowało jej za to doświadczeń praktycznych. 

Trudno, trzeba będzie sobie jakoś poradzić. 

Dmuchnęła mocno w gwizdek. Wszystkie głowy 

zwróciły się w jej stronę. Przyjrzała się swoim pod­

opiecznym. Zastanowiły ją rozmiary stojącej przed nią 

gromadki. Dziewczynek było co najmniej dwa razy 

więcej niż poprzednio. 

- Kim wy jesteście? - spytała, zapominając o przy­

gotowanym przemówieniu. - Mam na liście tylko 

czternaście nazwisk. 

- No, widzi pani, jest tutaj z nami również druga 

drużyna - wyjaśniła Betty Kay. - One też nie miały 

trenera. Zaproponowałam, żeby się do nas przyłączyły. 

Mam nadzieję, że nie ma pani nic przeciwko temu. 

background image

REPORTEB W SPÓDNICY 39 

Ivy zdecydowanie się to nie podobało. Próbowała 

oponować. 

- Są jednak przepisy dotyczące liczby zawodników 

w drużynie. Na mojej liście jest tylko piętnaście miejsc. 

- Ma pani rację. - Betty uśmiechnęła się. - Niech 

pani sama zdecyduje, kto zakwalifikuje się do drużyny. 

Ivy poczuła, że wpadła w zastawioną na siebie 

pułapkę. Matki były zdecydowanie sprytniejsze od niej. 

- W porządku! - Klasnęła w dłonie. - Musimy 

pogadać - zwróciła się do swoich podopiecznych. 

- Może tam. - Ruszyła truchcikiem w stronę środka 

boiska, aby znaleźć się poza zasięgiem słuchu rodziców. 

Dwadzieścia trzy dziewczynki w wieku jedenastu i dwu­

nastu lat pobiegły w ślad za nią. Przyszłość świata 

kobiet. Ivy westchnęła. 

- Która z was już kiedyś grała w piłkę nożną, niech 

podniesie rękę. 

W górę podniosły się tylko dwie dłonie. A więc tylko 

dwie dziewczynki mogą zorientować się, że ona sama 

nie ma w tej kwestii żadnego doświadczenia. 

- Dlaczego nie zapyta pani, która z nas w ogóle chce 

grać w piłkę. - Ta uwaga została zgłoszona przez jedną 

z dwóch zwolenniczek baletu. 

Ivy spojrzała na nią i poczuła, że jest coraz bardziej 

zdecydowana prowadzić tę drużynę. Pewnego dnia 

mała baletnica dorośnie i będzie jej wdzięczna za 

przygotowanie do dorosłego życia. Na razie zignoro­

wała tę uwagę. 

- Jak masz na imię? - spytała jedną z dwóch 

dziewczynek ubranych w nakolanniki. 

- Lanie - odparła mała sportsmenka. 

- Proszę, żeby na następnym treningu każda z was 

miała parę takich nakolanników, jak ma Lanie. Chcia­

łabym też, żebyście ubierały się w wygodne szorty 

i koszulki, w których nie będziecie bały się ubrudzić. 

A teraz czas na rozgrzewkę. Proszę biegiem trzy razy 

dookoła boiska. - Protesty i niezadowolone pomruki 

zagłuszył dźwięk gwizdka. 

background image

40 REPORTER W SPÓDNICY 

Musiała wielokrotnie zachęcać i ponaglać dziew-

czynki, aby wreszcie zakończyły trzy okrążenia. Roz-

grzewka zajęła więcej czasu, niż planowała. Dziewczęta 

były w marnej formie. 

Kiedy wróciły na środek boiska, przeprowadziła 

ćwiczenia rozciągające. 

- A teraz powiem wam, jakie są zasady piłki nożnej 

- zaczęła Ivy, czując, że nie da się tego już dłużej 

odwlekać. - Pierwszą zasadą gry w piłkę nożną jest to, 

że nie można korzystać z rąk. Oznacza to, że musimy 

trenować prowadzenie piłki nogami. - Odezwały się 

nerwowe chichoty. 

- Ja tak nie potrafię - oświadczyła jedna z dziew­

czynek. - Można się przy tym potknąć i przewrócić! 

Ivy wzięła głęboki oddech i postanowiła nie dać się 

sprowokować. Być może nie ma doświadczenia, ale 

naprawdę przeczytała mnóstwo książek i jest pełna 

dobrych chęci. 

- Spróbuję wam to pokazać. 

Była przygotowana, że będzie to trudniejsze w prak­

tyce, niż oglądanie na ekranie telewizora. Nie spodziewa­

ła się jednak, że okaże się to dla niej niemal niemożliwe. 

Dziewczynki próbowały ją naśladować. Ivy nie była 

przekonana, czy to naprawdę dobry pomysł. 

- Lanie! Proszę, pomóż mi ustawić słupki. - Usta­

wiły osiem słupków w dwóch szeregach po cztery. Ivy 

zagwizdała. - Stańcie w szeregach i po kolei prowadźcie 

piłkę dookoła słupków. - Sama czuła się bardzo dumna 

i zadowolona, gdy udało jej się wykonać całe ćwiczenie 

bez zgubienia piłki. 

W dziesięć minut później okazało się, że w ten 

sposób tylko połowa dziewcząt ma szansę spróbować 

własnych sił. Pozostałe niecierpliwie wyczekiwały na 

swoją kolejkę. Ivy poszukała rady w jednej ze swych 

książek i zorganizowała grę, w której niektóre dziew­

czynki chodziły po ziemi na czworakach, niczym małe 

kraby, a pozostałe starały się przeprowadzić piłkę 

pomiędzy nimi. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 41 

Wróciła do grupy biegającej wokół słupków, za­

chęcając dziewczynki do starań, ale po chwili okazało 

się, że pozostawione same sobie wszystkie „kraby" 

siedzą, rozmawiają i plotą sobie nawzajem warkoczyki. 

Ivy odetchnęła głęboko i spięła włosy na czubku 

głowy. Było tak gorąco, jak tylko może być w Teksasie 

pod koniec sierpnia. Tak gorąco, że nie ma się siły 

nawet myśleć, a co dopiero biegać za piłką. Trudno 

było winić dziewczęta za to, że brak im entuzjazmu do 

ćwiczeń. Następny poniedziałek miał być jednak dniem 

wolnym, tak więc nie będą miały treningu. Pierwszy 

mecz zaplanowano już wkrótce, a zagrać w nim musi 

prawdziwa drużyna piłkarska, nie grupa przypadkowo 

dobranych dzieciaków, które potykają się o piłkę. 

Prawdziwa, wytrenowana drużyna. 

Ivy westchnęła. To przecież nie może się udać. 

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

Rick zatrzasnął drzwi dżipa i rozejrzał się po boisku 

w poszukiwaniu Ivy. Ostatnio ciągle o niej myślał, więc 

gdy po powrocie do redakcji przeczytał na tablicy zleceń, 

że jest tutaj, wsiadł w samochód i natychmiast przyjechał. 

Spośród wszystkich adeptów sztuki dziennikarskiej 

Ivy była zdecydowanie najgorszym kandydatem na 

reportera. Co prawda, inteligentna i chętna do pracy, 

ale to przecież nie wszystko. Dobry reporter musi mieć 

grubą skórę, upór i dominującą osobowość, musi umieć 

postępować bezczelnie i arogancko. A już na pewno nie 

może starać się wszystkim przypodobać. 

W jego przypadku sytuacja wyglądała inaczej. Uro­

dził się tu i był miejscową sławą. Mógł więc pozwolić 

sobie na mniej agresywny styl pracy. Nawet on jednak 

musiał nauczyć się, jak wyciągać na światło dzienne 

różne, nie zawsze przyjemne sprawy. 

Ivy prawdopodobnie nie opuści „Globe", zostanie 

wierna swojemu pierwszemu pracodawcy. Dzięki temu 

on, Rick, będzie mógł z czystym sumieniem stąd odejść. 

Jeśli będzie miał na to ochotę. 

Mógłby też kupić „Globe" i osiedlić się na stałe 

w Austin. Wyprowadzić się z mieszkania w mieście 

i zbudować wymarzony dom na działce w Lakeway. 

Otrząsnął się z zamyślenia. Chciał przede wszystkim 

znaleźć Ivy. Na dużym boisku znajdowało się kilka 

trenujących drużyn. Nie mógł jej znaleźć wśród grupy 

rodziców, siedzących na skraju. Dźwięk gwizdka zwró­

cił jego uwagę na grupę dziewcząt na samym środku 

boiska. Wśród nich była Ivy. Ze skupieniem prowadziła 

piłkę wokół słupków. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 

43 

Rick uważnie obserwował trening, pełen podziwu 

dla jej poczynań. Przysłano ją tutaj, żeby napisała 

artykuł, a ona biega i ćwiczy razem z dziewczynkami. 

Uśmiechnął się. Mogłaby być świetnym reporterem, 

gdyby... ale cóż one teraz wyprawiają? 

Wytężył wzrok, oślepiony popołudniowym słońcem. 

Sześć dziewczynek chodziło na czworakach. Gdzie jest 

ich trener? 

Zaskoczony, w końcu zrozumiał, że to Ivy prowadzi 

zajęcia. Popatrzył na rodziców, ale ci zachowywali się 

tak, jakby to, co dzieje się na boisku, było najnormal­

niejszą rzeczą na świecie. 

Szybko policzył dziewczynki. Było ich ponad dwa­

dzieścia. To o wiele za dużo jak na jedną grupę. Gdzie 

są pozostali trenerzy? Ciężko westchnął. 

Co ona sobie wyobraża? Najwyraźniej wydaje jej się, 

że jest trenerem piłki nożnej. Być może trenerzy po­

stanowili się nią na chwilę wyręczyć. Podszedł do 

kobiety z notesem w ręku. 

- Przepraszam bardzo, czy ona - wskazał palcem na 

Ivy - jest trenerem? 

Kobieta uśmiechnęła się i skinęła głową twierdząco. 

- Jedynym trenerem? I nie ma asystentów? 

- Nie było innych kandydatów. 

- Doprawdy? - Rick znacząco rozejrzał się wokół. 

- Ja już mam swoje zadanie. - Kobieta wypro­

stowała się i wskazała palcem na trzymaną w ręku 

listę. - A pan? 

- Tu nie ma moich dzieci! Chciałem tylko przyjrzeć 

się treningowi. Jestem znajomym Ivy - dodał łago­

dniejszym tonem. - Chodzi mi tylko o to, że ona 

przecież potrzebuje pomocy. Nie poradzi sobie sama 

z tak liczną grupą. 

- Jak dotąd świetnie jej idzie. 

Rick założył ręce na piersi i przez chwilę obserwował 

w milczeniu sytuację na boisku. Rodzice naprawdę 

zachowują się czasem niewiarygodnie beztrosko. Po­

trząsnął głową. Powoli zaczynał rozumieć, jak to się 

background image

44 REPORTER W SPÓDNICY 

stało, że Ivy, jak to określono, została trenerem na 

ochotnika. Wyraźnie jednak walczyła w tej chwili 

o przetrwanie. 

Westchnął i pobiegł w jej kierunku, czując się jak 

szlachetny książę na białym koniu, który nader niechęt­

nie pędzi na ratunek swojej księżniczce. 

- Cześć! 

- Rick? - Ivy odwróciła się błyskawicznie w jego 

stronę. Poczuła, że zaschło jej w gardle z przejęcia. 

Właśnie w tej chwili o nim myślała. Zastanawiała 

się, czy zechciałby udzielić jej kilku lekcji gry w piłkę 

nożną. 

Był ubrany swobodnie i sportowo. Miał na sobie 

szarą koszulkę bez rękawów, szorty i adidasy. Całe 

kolano pokrywała siatka różowych i białych blizn, 

które rysowały mapę jego sportowej kariery. 

W przeciwieństwie do Ivy był sportowcem w każ­

dym calu. Poza nieszczęsnym kolanem wyglądał na 

zawodnika w szczytowej formie. 

- Co tu robisz? - wysapała zmęczona. 

- Przeczytałem na tablicy zleceń, że tu właśnie mogę 

cię znaleźć. - Rozejrzał się dookoła. - Myślałem, że 

zbierasz materiał do reportażu, ale to chyba coś znacz­

nie poważniejszego. - Postukał palcem w srebrny gwiz­

dek, który wisiał na szyi Ivy. 

- Zbieranie materiałów to jest poważna sprawa. 

- Podobnie jak praca trenera. 

- Jak dawno przyjechałeś? - Ivy wyczuła w jego 

głosie ton przygany. 

- Wystarczająco dawno. - Z poważną miną wskazał 

książkę, którą trzymała w dłoni. - Nie mów mi, że to 

poradnik z serii: „piłka nożna w jeden weekend". 

- Nie wygłupiaj się. To podręcznik strategii. 

- Ale co się stało z trenerem? - Rick ściągnął brwi. 

- Nigdy nie mieli tu prawdziwego trenera. Zgodzi­

łam się poprowadzić grupę w momencie, kiedy wszyscy 

zamierzali właśnie odwołać zajęcia. Tak po prostu, 

odwołać! 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 45 

- Rozumiem. - Potarł czoło. 

- Nie mogłam na to pozwolić. Trudno znaleźć 

chętnych do pracy z gromadą dziewczynek. Nie to, co 

z chłopcami. 

- Masz rację. 

- No i... no i dziewczynkom też są potrzebne gry 

zespołowe - dokończyła niepewnie Ivy, zupełnie już 

wytrącona z równowagi jego zgodną postawą. 

Rick westchnął i oparł dłonie na biodrach. Podłubał 

w ziemi czubkiem buta, spojrzał na nią, zagryzł niepew­

nie wargi i podniósł głowę do góry. 

- Pomogę ci - odezwał się w końcu. Popatrzył jej 

w oczy. - Ale robię to tylko i wyłącznie dlatego, że 

uroczo wyglądasz z tym gwizdkiem. 

Ta uwaga była zdecydowanie nie na miejscu, ale Ivy 

zdawała sobie sprawę, że nie ma co upierać się przy 

towarzyskich formach, skoro Rick właśnie zapropono­

wał, że uratuje jej życie. Wyszeptała gorące słowa 

podziękowania i podeszła z nim do ćwiczących dziew­

czynek. 

- No, moje panie, proszę o uwagę! - Rick zagwizdał 

na palcach. Dźwięk być może nie dorównywał siłą 

gwizdkowi Ivy, ale był znacznie od niego skutecz­

niejszy. 

Dziewczęta natychmiast stłoczyły się wokół niego. 

Ivy czuła, że ich dopiero co rozwijające się kobiece 

duszyczki rozkwitają w tej chwili jak przepiękne kwia­

ty. Prawdę mówiąc, pomyślała przyglądając się pła­

skiemu torsowi Ricka i jego opalonym nogom, odnosi 

się to również do niej samej. 

- Ivy! - Rick skinął na nią ręką. - Dziewczynek jest 

za dużo jak na jedną drużynę - powiedział cicho. 

- To dlatego, że połączyłam dwie drużyny. Żadna 

nie miała trenera. 

- Nie mogą wszystkie grać razem - potrząsnął gło­

wą. 

- W takim razie może sam zadecydujesz, które 

mogą zostać, a które odeślemy do domu? 

background image

46 REPORTER W SPÓDNICY 

Rick obrzucił ją jadowitym spojrzeniem. 

- Pożycz mi gwizdka. - Pochylił się i nie zdejmując 

jej gwizdka z szyi zagwizdał dwukrotnie. Wcale nie 

brzmiało to słabo i histerycznie. - Miłe panie, musimy 

was znów podzielić na dwie grupy. Drużyna... 

- W czerwonych koszulkach - podpowiedziała Ivy. 

- Drużyna w czerwonych koszulkach proszę z tej 

strony. 

- Drużyna błękitna koło mnie - dodała Ivy. 

Dziewczynki podzieliły się na dwie grupy. 

- Jaki jest plan zajęć? - spytał Rick. 

- Poniedziałki i środy. Pierwszy mecz treningowy 

już w przyszłą sobotę. 

- Dobrze - wykrztusił Rick, otwierając szeroko oczy 

ze zdumienia. - Dobrze - powtórzył nieco bardziej 

opanowanym tonem. - W porządku. Słuchajcie! - klas­

nął w dłonie. - Będziemy grali w nogę. Już niedługo 

mecz. - Jego ton wskazywał na to, że sam usiłuje 

przekonać siebie, że to prawda. 

Praca z dwunastoma dziewczynkami była znacznie 

łatwiejsza. Rick zaproponował, że będą prowadzili 

wspólne treningi. Dzięki temu Ivy będzie miała szansę 

wiele się od niego nauczyć. Być może nawet polubi tę 

dyscyplinę sportu. 

Podczas środowego treningu, kiedy dziewczynki się 

rozgrzewały, Ivy uświadomiła sobie, że nawet nie 

spytała go, dlaczego właściwie szukał jej tutaj w po­

niedziałek. Teraz biegał po boisku razem ze swoją 

drużyną, która przyjęła nazwę Rick's Rockers. Ivy 

przeczuwała, że w jej drużynie, teraz znanej pod 

nazwą Ivy's League, kilka dziewczynek knuje, w jaki 

sposób przenieść się do grupy prowadzonej przez 

Ricka. Nie sposób ich za to winić. Na ich miejscu Ivy 

robiłaby to samo. 

- W porządku, kończymy! - zawołał Rick godzinę 

później. - Ponieważ w poniedziałek mamy wolne, we 

wtorek zorganizujemy dodatkowy trening. 

- Poczytajcie przepisy! - dodała Ivy. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 

47 

Wcześniej rozdała im kartki z podstawowymi zasa­

dami gry. 

- Ani im to w głowie powiedziała, zwracając się 

do Ricka. 

- Na to wygląda. Powinniśmy chyba modlić się, żeby 

w sobotę padało - odparł machając lekceważąco ręką. 

- Nic z tego. Deszcz nie deszcz, mecz musi się odbyć. 

Rick zamruczał pod nosem i zaczął zbierać słupki. 

Ivy po raz chyba już setny pomyślała, że naprawdę 

uratował jej reputację. Trudno było uwierzyć, że ten 

facet był kiedyś sławnym i podziwianym obrońcą 

jednej z najlepszych drużyn zawodowych. Owszem, 

wyglądał na sportowca, ale brakowało mu typowej 

dla zawodników futbolu amerykańskiego nadmiernej 

pewności siebie i zadufanego egoizmu. Być może dla­

tego, że jego kariera tak szybko się skończyła. Nie, 

to chyba nie to. Ivy przypomniała sobie, jak umiejętnie 

organizował treningi, jak zręcznie zachęcał dziewczynki 

do większego wysiłku. Wszystkie były gotowe pójść 

za nim w ogień, jeśli tylko je o to poprosi. Rick 

był urodzonym przywódcą, zręcznym, łagodnym i stro­

niącym od przesady. 

Ogarnął ją smutek. Gdyby nie kontuzje, byłby na 

pewno jednym z największych obrońców wszechcza­

sów. Przyszło jej na myśl, że gdyby przeprowadzała 

z nim wywiad, umiałby potraktować ją uprzejmie, 

uszanować jej zawodowe umiejętności. 

- Czy już ci podziękowałam za pomoc? - spytała 

nagle. 

- Mniej więcej milion razy. 

- A więc zrobię to po raz kolejny. Naprawdę jestem 

ci bardzo wdzięczna. 

Na twarz Ricka wypłynął błogi uśmiech. Kopnął 

piłkę do góry i zaczął podbijać ją głową. 

- Nieźle - pochwaliła Ivy. - Grało się trochę, 

prawda? 

- Dawno temu. - Schylił się i rozmasował kolano. 

- Ciągłe jeszcze muszę uważać. - Znów uśmiechnął się, 

background image

48 

REPORTER W SPÓDNICY 

ale z jego twarzy zniknęła radosna pewność siebie. 

- A może byśmy poszli napić się czegoś zimnego? 

Albo na kolację - dodał swobodnym, niezobowią­

zującym tonem. 

Rozmawiał z nią jak z kumplem. Z początku po­

czuła się zawiedziona, ale szybko ofuknęła samą siebie. 

Chciała być tak traktowana: jak kolega, kumpel, zna­

jomy. Właśnie tak. I już. 

Niestety, termin oddania artykułu wisiał nad nią jak 

miecz kata. 

- Bardzo chętnie, ale mam jeszcze pilną robotę. 

Muszę wracać do redakcji. 

- Na parterze jest szeroki wybór automatów z na­

pojami i słodyczami - zaproponował. 

- W porządku - roześmiała się. Otworzyła bagażnik 

i wrzuciła do środka sprzęt. - Czy wiesz, że piszę cykl 

artykułów o moich doświadczeniach trenera? 

- A ja myślałem, że robisz to z dobrego serca. 

-I tak zajęłabym się tymi dziewczynkami - zaopo­

nowała. 

- Żartowałem - przerwał jej. - Spakuję rzeczy do 

samochodu i też jadę do redakcji. 

Gdy dotarli na miejsce, było tam pusto i ciemno. 

W ciemnościach jaśniały tylko zielone fluorescencyjne 

światełka ekranów. 

Rick otworzył szufladę biurka i wyjął z niej garść 

żetonów. 

- Co ci przynieść? 

- Jakiś napój i kanapkę. - Ivy włączyła komputer. 

- Zaraz wracam. 

Rick wyszedł z pokoju. Kiedy wrócił, Ivy była już 

pochłonięta pracą. Wiedział, że nie należy jej prze­

szkadzać, więc postawił otwartą puszkę z napojem po 

jej lewej stronie. Nie odrywając wzroku od ekranu, 

sięgnęła po nią, upiła łyk i powróciła do pisania. 

Rick przypomniał sobie tysiące reportaży, nad któ­

rymi pracował w podobnych warunkach: po nocach, 

żywiąc się zeschniętymi kanapkami, popijanymi zimną 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 49 

kawą i ciepłą coca-colą. Zawód dziennikarza wcale nie 

jest tak ekscytujący, jak się uważa. 

Zastanawiał się, czemu Ivy zdecydowała się akurat 

na dziennikarstwo sportowe. Nie miała temperamentu 

sportowca. Była delikatna, drobna. Słodka. Tak, zbyt 

słodka, jak na ten zawód. Ta praca ją wykończy, 

zniszczy. 

Ivy jeszcze raz przeczytała napisany tekst. Pokiwała 

z zadowoleniem głową i wcisnęła przycisk na kla­

wiaturze. Odwróciła się na krześle i sięgnęła po puszkę 

z napojem. Uniosła ją do ust, potem opuściła i po­

trząsnęła. 

- Pusta - stwierdziła z zaskoczeniem. - A kanapka? 

- Czeka. - Rick przesunął ku niej zawiniętą bułkę. 

- Fatalnie. Teraz będę musiała ją zjeść. - Odwinęła 

opakowanie i ugryzła pierwszy kęs. 

- Jak to się stało, że zabrałaś się za pisanie 

o sporcie? 

- Kocham sport. Z tatą nie opuściliśmy ani jednego 

meczu Dallas Cowboys i Texas Rangers. Uczyłam się 

na pamięć wyników, a tato popisywał się mną przed 

kolegami. - Uśmiechnęła się cierpko. - Niewiele jest 

zawodów, w których może się przydać znajomość 

wyników drużyn za ostatnie kilka lat. 

- Pamiętasz moje dane? 

- Urodzony w 1962 roku, wzrost 195 centymetrów, 

karmelowe oczy, zwalający z nóg uśmiech i słabowite 

kolano. 

- To ci dopiero! - roześmiał się, zaskoczony. 

- A widzisz! - rzuciła z przekornym uśmieszkiem. 

- A więc uczysz się na pamięć danych każdego 

zawodnika? 

- Nie, tylko tych najprzystojniejszych. 

- Skąd ci to nagle przyszło do głowy? 

Ivy wyrzuciła resztkę kanapki. 

- Kiedy mówię, że jestem reporterem sportowym, 

wszyscy zaraz wspominają o wizytach w szatniach 

sportowców, jakbym z tej właśnie przyczyny wybrała 

background image

50 

REPORTER W SPÓDNICY 

ten zawód. Kobiety nie pytają o nic innego, tylko 

o to, jak wygląda ten czy inny zawodnik nago. - Rzu­

ciła mu krótkie spojrzenie. - Mężczyźni zresztą też. 

Wolę zacząć ten temat pierwsza, uprzedzić pytania. 

- Wcale nie zamierzałem kwestionować twojego 

wyboru. 

- Naprawdę? 

Przyglądała mu się uważnie i tak otwarcie, że w koń­

cu poczuł się nieswojo. Był zdania, że jest zbyt wrażliwa 

i delikatna. Musi się zmienić, inaczej cała jej kariera 

będzie pasmem nieszczęść i porażek. Właśnie zamierzał 

to wytłumaczyć, gdy zauważył na jej twarzy wyraz 

kompletnego zaskoczenia. Wpatrywała się w coś ponad ' 

jego ramieniem. 

Rick odwrócił się i jego oczom ukazała się niewia­

rygodnie atrakcyjna blondynka w czerwonej sukience. 

- Ivy, kochanie, a więc tu się ukrywasz! 

A to ci dopiero! Rick zamrugał oczami, powoli 

uświadamiając sobie, że ta dama mówi do Ivy po 

imieniu. 

- Laurel? - Ivy wyglądała na niemile zaskoczoną. 

- Dzwoniłam do ciebie setki razy. Holly zresztą też. 

- Nie było mnie w domu. 

- Od tygodnia? 

- Byłam zajęta. - Ivy wzruszyła ramionami. 

Wzrok blondynki padł na Ricka, który zdjął nogi 

z biurka. Zapadła cisza. 

- Laurel, to jest Rick Scott. Jest dziennikarzem 

w „Globe". Rick, to moja siostra, Laurel Hartman... 

Rick podniósł się i uścisnął dłoń Laurel. Dopiero 

wtedy dotarło do niego to, co usłyszał. Siostra. Nagle 

uprzytomnił sobie, że jeśli chodzi o Ivy, wiele to 

wyjaśnia. Czuł, że Ivy obserwuje jego reakcję na tę 

wspaniałą istotę, której został przedstawiony. 

Elegancka dama też chyba oczekiwała na złożenie 

należnego jej hołdu. Rick gorączkowo próbował coś 

wymyślić. Coś, co sprawiłoby przyjemność Ivy. 

- ...i mój szwagier, Jack. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 

51 

Rick musiał w końcu puścić rękę Laurel, żeby 

uścisnąć dłoń jej męża, na twarzy którego malowało się 

wyraźne rozbawienie. 

- Miło mi was poznać. Bardzo mi się dobrze pracuje 

z Ivy. Ma prawdziwy talent. - Leciutko pociągnął za 

pasemko jej włosów. - Nieczęsto zdarza się trafić na 

osobę zarazem tak piękną i tak mądrą. 

Ta uwaga nie należała do najbardziej eleganckich. 

Była typowym przykładem męskich komentarzy, któ­

rych Ivy serdecznie nienawidziła. Ale kiedy Rick zoba­

czył zadowolony wyraz jej oczu i nieśmiały uśmieszek, 

który ukryła odwracając głowę, był rad, że to właśnie 

powiedział. 

Laurel potrząsnęła głową. Rick znał ten typ kobiet, 

które zawsze muszą być w centrum zainteresowania. 

- Jesteśmy z Jackiem zaproszeni na przyjęcie u gu­

bernatora. 

- Które zaczęło się dwadzieścia minut temu - przy­

pomniał jej ubrany w smoking mąż. 

- Zgadza się. Przyjęcie promocyjne. Chodzi o wspie­

ranie przemysłu filmowego w Teksasie. Laurel i Jack 

zajmują się wyszukiwaniem nowych talentów - wyjaś­

niła Ivy. - Słyszałam o tej kolacji, ale nie przypusz­

czałam, że przyjedziecie. To kawał drogi z Los Angeles. 

- Wiedziałabyś o tym, gdyby przyszło ci do głowy 

wysłuchać informacji nagranych na twojej automatycz­

nej sekretarce. 

Rick zauważył, że Ivy blednie. 

- To naprawdę nie jej wina - wyjaśnił stanowczo. 

- Przez ostatnie kilka tygodni niemal nie wychodziła 

z redakcji. Podobnie jak my wszyscy. Prawdę mówiąc, 

w tej chwili Ivy musi jak najszybciej skończyć ważny 

tekst. To bardzo pilny materiał. - Miał nadzieję, że 

siostra Ivy powstrzyma się od uwag na temat opus­

toszałej redakcji. 

- Na nas już czas - wtrącił się mąż Laurel, nim ona 

sama zdążyła cokolwiek powiedzieć. - Nie chcesz 

chyba stracić okazji poznania nowych klientów. 

background image

52 REPORTER W SPÓDNICY 

- Jack i ja jutro lecimy do Dallas, spotkać się 

z Holly. Może zjemy razem śniadanie? - Laurel po­

chyliła się nad Ivy i musnęła ustami powietrze przy jej 

policzku. 

Podczas gdy siostry umawiały się na spotkanie, Rick 

jeszcze raz uścisnął dłoń Jacka. 

- Opiekuj się nią - wymruczał Jack, kiwając głową 

w stronę Ivy. 

- Oczywiście - obiecał Rick i natychmiast zastano­

wił się, skąd mu to przyszło do głowy. 

Jack ucałował Ivy w policzek, objął żonę ramieniem 

i wyprowadził z redakcji. 

Po ich wyjściu zapanowała głucha cisza. 

- A więc to jest twoja siostra - odezwał się w końcu 

Rick. 

- Tylko jedna z moich sióstr. 

Nagle zadzwonił telefon. Rick niemal roześmiał się 

na widok wyrazu ulgi, który odmalował się na twarzy 

Ivy. Przyglądał się, jak pilnie notuje, oparta łokciem 

o blat biurka, ze zniecierpliwieniem odgarniając pasmo 

włosów. 

Miała długie, gęste, kasztanowe włosy. Pomimo 

panującej mody nie obcinała ich na krótko. 

Podobała mu się. Była bezpretensjonalna, najwy­

raźniej nie imponowało jej to, że kiedyś był wielką 

gwiazdą futbolu. Rozumiała sport. Lubiła go. Nigdy 

nie narzekałaby, że oglądanie transmisji meczu to 

strata czasu. Nie jest może zbyt efektowna, ale kobiety 

takie jak jej siostra wymagają zbyt wiele zachodu 

i starań. 

Odłożyła słuchawkę i uśmiechnęła się do niego. 

Do tej pory nie zdawał sobie sprawy z tego, że tak 

rzadko widuje jej łagodny uśmiech. Jak leciutka fala na 

spokojnej powierzchni jeziora. 

- Masz śliczny uśmiech - powiedział. 

- Czy takie komplementy prawią zawodowcy fut­

bolu? - pochyliła głowę i zaczęła bawić się długopisem. 

- Czasem zdobywają się na śmielsze uwagi. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 

53 

Ivy zaczerwieniła się. Policzki płonęły jej żywym 

ogniem. Nie miała wątpliwości, że łuna na jej twarzy 

świeci jasno w ciemności. 

Nie umiała przyjmować komplementów bez rumień­

ca ani krytyki bez łez. Nienawidziła swojej nieśmiałości. 

Dlaczego nie mogła odziedziczyć pewności siebie, 

której nie brakuje siostrom? Rick flirtuje z nią, a ona nie 

umie mu odpowiedzieć. Do tej pory była zadowolona 

z pozycji kumpla, młodszej siostrzyczki. Ale nie dziś. 

Rick obdarzył ją chłopięcym uśmiechem, od którego 

zaparło jej dech w piersiach. 

Chciała, żeby ten mężczyzna dostrzegł w niej kobie­

tę. Nie reportera, nie kolegę. Kobietę. 

Są zapewne różne niezawodne sposoby zwrócenia na 

siebie uwagi mężczyzny, ale Ivy nie znała żadnego 

z nich. Nigdy zresztą nie chciała o nich słuchać. 

Dziś po raz kolejny widziała siostrę w akcji. Zauwa­

żyła sposób, w jaki Laurel potrząsa głową, żeby za­

akcentować bujną grzywę blond włosów. Miała zresztą 

cały zestaw różnych uśmiechów i gestów, które stoso­

wała niemal machinalnie. 

Szczerze mówiąc, Ivy zawsze ganiła ją za to. Teraz 

jednak, patrząc na uśmiechniętą twarz Ricka, zro­

zumiała, że sama wcale nie jest inna. Chciała, żeby 

spojrzał na nią tak, jak przed chwilą patrzył na Laurel, 

gdy weszła do redakcji. 

- Coś ważnego? - spytał, wskazując na telefon. 

- Nie. - Potrząsnęła głową. - Po prostu dane, 

których potrzebuję do artykułu przeglądowego o wy­

nikach w tym roku. 

- Przepraszam, że to na ciebie zwaliłem. - Rick 

zrobił skruszoną minę i wykonał nieokreślony ruch 

dłonią w kierunku sterty papierów piętrzących się na 

jej biurku. - Może ci w czymś pomóc? 

- Bardzo chętnie. - Skoro Rick jeszcze nie wie, że 

Harris jej właśnie powierzył przygotowanie tego ar­

tykułu, skorzysta z jego oferty. Podała mu trzy pękate 

teczki, starając się zachować poważny wyraz twarzy. 

background image

54 REPORTER W SPÓDNICY 

- Zaproponowałem ci to w chwili słabości - zaję­

czał, włączając swój komputer. - Powinienem był 

wiedzieć, że to wykorzystasz. 

-Rick? 

Odwrócił się ku niej i popatrzył pytająco. 

-Dzięki... za pomoc. No i za te wszystkie miłe 

rzeczy, które dziś o mnie mówiłeś. 

Otworzył usta, lecz po chwili wahania zamknął je, 

jakby się rozmyślił. 

- Co chciałeś powiedzieć? 

- Miałem zamiar wyznać ci, że masz przepiękne 

oczy. Pełne wyrazu i głębokie. Ale skoro udało mi się 

jakoś uniknąć surowej nagany za jedną tego typu 

uwagę dziś wieczorem, druga z pewnością wpędziłaby 

mnie w tarapaty. 

Ivy ze wszelkich sił starała się wymyślić jakąś od­

powiedź. Nic z tego. Opuściła głowę i wpatrywała się 

w biurko. 

- A więc jestem w tarapatach - oznajmił na wpół 

pytająco. 

- Nie. - Ivy nie mogła się zmusić, żeby spojrzeć mu 

prosto w twarz. Była na siebie wściekła. Zachowuje się 

jak nieopierzona nastolatka. 

- Hej! - Jego głos brzmiał niepokojąco łagodnie 

i wyrozumiale. - Cieszę się, że mogłem ci w czymś 

pomóc. 

Podniosła głowę i poczuła, że tonie. Zatraciła się 

w ciepłym spojrzeniu brązowych oczu. Zagubiła w uro­

ku leciutkich zmarszczek na jego twarzy. 

Poczuła, że zadurzyła się w Ricku Scotcie, i to 

w stopniu zupełnie nie licującym z profesjonalnym 

zachowaniem reportera. 

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

Nie powinna marzyć o Ricku Scotcie. Romanse 

w miejscu pracy są przecież z góry skazane na kata­

strofę. Zresztą Rick prawdopodobnie i tak ma już 

narzeczoną. Albo dwie. 

Poza tym, lubili go wszyscy. Był zawsze miły 

i uprzejmy. Pomimo szczerych chęci, Ivy nie mogła 

powiedzieć, żeby zwracał na nią szczególną uwagę. Tak 

samo jak w stosunku do innych, był przyjazny, chętny 

do pomocy. Ale nie należy przecież przeceniać znacze­

nia zwykłej sympatii. Musi panować nad swoimi reak­

cjami, inaczej narazi się na śmieszność. 

- Jesteś gotowa? - Rick wskazał ręką na drzwi szatni. 

Wróciła do rzeczywistości. Przełknęła ślinę. Chciała, 

żeby jej głos zabrzmiał teraz jasno i zdecydowanie. 

Żeby wyrażał pewność siebie, nonszalancję. 

- Oczywiście. - Było to jednak tylko słabe piśniecie. 

- Nic się nie przejmuj, będzie dobrze. - Rick uśmie­

chnął się ciepło i lekko dotknął jej ramienia. 

Ivy doceniała jego przyjazne starania, ale przecież 

jest w końcu profesjonalną reporterką i musi radzić 

sobie sama. Nie powinna ulegać panice. 

Przebrzmiała ostatnia drużynowa piosenka. Zakoń­

czył się kolejny mecz. Uniwersytet Teksański, wbrew 

wszelkim oczekiwaniom i prognozom, bez trudu poko­

nał zespół ligi ogólnokrajowej. To nie byle jaka nie­

spodzianka! Kibice Longhorn radowali się bez umiaru. 

Ivy i Rick mieli przeprowadzić wywiady z przegraną 

drużyną. 

Reporterzy, niemal sami mężczyźni, tłoczyli się przy 

wejściu do szatni. Rick dotknął jej ręki. Otworzono 

background image

56 REPORTER W SPÓDNICY 

drzwi, żeby wpuścić przedstawicieli prasy i telewizji. 

Ivy przepychała się przez tłum dziennikarzy, starając 

się trzymać tuż za Rickiem. Trudno było złapać od­

dech. Wszyscy wrzeszczeli jak opętani. Miała ochotę 

krzyczeć. 

W końcu znaleźli się przy drzwiach. Rick wsunął się 

do środka, ale przed nosem Ivy wyrosła muskularna 

sylwetka. 

- Nie wpuszczamy kobiet do szatni. - Twarz Ivy 

znajdowała się na wysokości brzucha olbrzymiego męż­

czyzny. 

- Co? - Zadarła z trudem głowę. 

- Nie możesz wejść. To polecenie trenera. 

Zrozumiała, że ten gorylowaty mężczyzna niewątp­

liwie budzi podziw i grozę wśród innych zawodników. 

Nie było z nim dyskusji. 

- Musi pan mnie wpuścić. Takie są przepisy. 

- Wspięła się na palce, chociaż olbrzym i tak nie 

zauważyłby tej niewielkiej zmiany w jej wzroście. 

- Nic mi nie wiadomo o żadnych przepisach. Trener 

powiedział, że nie wolno. - Muskularne ramię za­

gradzało jej drogę. 

-Ale... 

Za plecami goryla tłum reporterów wpychał się do 

środka. Pomiędzy nimi chyłkiem przemykała się jedyna 

kobieta, reprezentująca lokalną gazetę. 

- Muszę porozmawiać z zawodnikami. Mam do 

tego prawo. - Ivy szarpnęła się do przodu. - Jestem 

reporterem. 

-Poczekaj w sali konferencyjnej - poradził męż­

czyzna. 

- Nie! - zaprotestowała. - Wiem doskonale, że ani 

zawodnicy, ani trenerzy i tak tam nie przyjdą. 

Ostatni spośród reporterów wszedł do szatni. Męż­

czyzna potrząsnął jeszcze raz głową i zamknął jej drzwi 

przed nosem. 

Ivy nie mogła uwierzyć w to, co właśnie się zdarzyło. 

Jak niby ma znaleźć salę konferencyjną? Gdzie zniknął 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 57 

Rick? Nie, to nie jest sprawa Ricka. To jest jej własny 

problem. Musi sobie z tym poradzić, uniezależnić się 

od pomocy innych. 

- Wpuśćcie mnie! - uderzyła z całych sił pięścią 

w metalowe drzwi. Szarpnęła klamkę. Były zamknięte 

od wewnątrz. - Otwórzcie! 

Odpowiedzi nie było. 

Opuściła rękę i uświadomiła sobie, że kibice wy­

chodzący ze stadionu gapią się na nią z rozbawieniem. 

Rozejrzała się dookoła. Nad trybunami górowała loża 

prasowa. Na pewno jest stamtąd bezpośrednie przejście 

do sali konferencyjnej. 

W porządku, nie będzie robiła zamieszania. Później 

wniesie oficjalny protest do kierownictwa drużyny. 

Wdrapała się po schodach na koronę stadionu. 

Przeszła przez opustoszałe pomieszczenia dla dzien­

nikarzy i zeszła znów na dół wewnętrzną klatką scho­

dową. Ciężko dysząc wędrowała słabo oświetlonymi 

korytarzami, aż znalazła drzwi szatni drużyny gości. 

Zaczęła pukać, potem nacisnęła klamkę. 

Otwarte. Nareszcie coś się udało. 

Znajdująca się za drzwiami mała salka służąca 

do przeprowadzania wywiadów z zawodnikami była 

jednak pusta. 

Ivy przycisnęła twarz do szyby, za którą widać było 

płytę stadionu. Po chwili zdecydowanym krokiem ru­

szyła korytarzykiem w kierunku pryszniców. 

Na drodze stanęły jej kolejne zamknięte drzwi. 

Kiedy uderzyła w nie pięścią, otworzył ten sam zwalisty 

mężczyzna. 

- A więc gdzie są zawodnicy? - Podniosła głowę do 

góry. Starała się zrobić wrażenie osoby rzeczowej i zde­

cydowanej. 

- Zaraz wyjdą. - Mężczyzna wskazał kciukiem za 

swoje ramię. 

Ivy w milczeniu przyglądała się, jak drzwi znów 

się przed nią zamykają. Wróciła do pokoju wy­

wiadów. 

background image

58 REPORTER W SPÓDNICY 

Dwadzieścia minut później, gdy powoli przegrywała 

walkę z własnymi łzami, kilku zawodników ubranych 

w klubowe dresy wyszło z szatni. 

Ivy szybko otarła oczy i otworzyła notes. Mężczyźni 

minęli ją bez słowa. Tego się zresztą spodziewała. Ich 

drużyna przegrała mecz, który miała bez trudu wygrać. 

- Jestem Ivy Hall, pracuję dla „Globe"! - zawołała 

za nimi. 

Zawodnicy wędrowali nadal w stronę parkingu, 

gdzie czekał na nich autokar. 

Poczuła ściskanie w żołądku. Pobiegła do szatni. 

Tym razem drzwi były otwarte, ale w środku było 

niemal pusto. Przy drugim wejściu stała dobrze znajo­

ma postać. 

- Rick - wyjąkała z trudem. 

- Gdzieś ty się podziewała? - spytał marszcząc brwi. 

- Nie wpuścili mnie. Kazali mi czekać w sali kon­

ferencyjnej. Oczywiście nikt się tam nie pojawił. 

Szła w jego stronę, ślizgając się na mokrej podłodze. 

- Słuchaj, Ivy. Ich trener to wariat. Był w paskud­

nym humorze, ponieważ ta przegrana oznacza, że jego 

zespół wypada z pierwszej dziesiątki. 

- No, tak. Czy z tego powodu mam się czuć lepiej? 

- A może poszlibyśmy do szatni drużyny Longhorn? 

Ivy westchnęła i skinęła głową. Naprawdę najbar­

dziej na świecie miała ochotę schować twarz na piersi 

Ricka i nareszcie się wypłakać. Przełknęła głośno ślinę, 

kiedy otoczył ją ramieniem. Nagle poczuła się silniejsza 

o przynależność do grupy, do zespołu „Austin Globe". 

Razem mogli stawić czoło światu. 

Podniosła głowę i uśmiechnęła się do Ricka. Chciała 

powiedzieć, jak bardzo ceni sobie jego przyjaźń, lecz 

coś w jego oczach zamknęło jej usta. 

Prawdopodobnie uświadomił sobie nagle, że Ivy jest 

kobietą, a nie tylko reporterką. 

Rozpoznała ten wyraz. Widziała go na twarzach 

wielu mężczyzn, kiedy po raz pierwszy spotykali się 

z Laurel. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 

59 

Długa chwila, kiedy oboje wpatrywali się w siebie, 

zmieniła między nimi wszystko. 

Rick rozchylił usta. Wyglądał na zaskoczonego. 

Serce Ivy biło mocno. Potrzebowała czasu, żeby się 

z tym oswoić i dobrze to sobie przemyśleć. 

Rick uśmiechnął się niepewnie, usunął ramię i od­

chrząknął. 

- Gotowa? 

- Myślisz, że ktoś tu jeszcze został? - zapytała, siląc 

się na spokój. 

- Żartujesz? Przecież wygrali. Będą siedzieć w szatni 

i gadać, dopóki tylko znajdzie się ktoś, kto zechce 

wysłuchać ich opowieści. 

Miał rację. Atmosfera w szatni gospodarzy była bez 

porównania lepsza. Rick przedstawił Ivy tak wielu 

zawodnikom i trenerom, że nawet nie próbowała spa­

miętać ich twarzy. Przez cały czas pilnie notowała ich 

spostrzeżenia i uwagi. 

Rick nie odstępował jej ani na krok. Sugerował 

pytania, podpowiadał, z której strony przyjrzeć się 

danemu zawodnikowi, wskazywał na sportowców, na 

których prasa nie zwracała zwykle zbyt wiele uwagi 

i którzy marzyli wprost o tym, aby móc się wypowie­

dzieć. Ivy zgromadziła mnóstwo informacji. 

Była dumna i zadowolona z siebie, dopóki nie 

przeczytała swojego artykułu w kolejnym wydaniu 

„Globe". Wtedy uświadomiła sobie, że bez Ricka 

nie miałaby nic do napisania. Już po raz drugi uratował 

jej reputację. 

Czy kiedykolwiek uda się jej napisać reportaż oparty 

na materiale zdobytym wyłącznie własnymi siłami? 

- Pięć okrążeń. Szybciej! - krzyknęła Ivy. Miała 

nadzieję, że zabrzmiało to jak ostry rozkaz. O to 

właśnie chodziło. 

-Ale, proszę pani... - zajęczały zdyszane dziew­

czynki. 

- No, naprzód, szybciej! - zagwizdała głośno. 

background image

60 REPORTER W SPÓDNICY 

Tego dnia szybko traciła cierpliwość do swoich 

podopiecznych. Była wściekła na siebie i odgrywała się 

na nich. Trochę wysiłku im nie zaszkodzi. Muszą 

poprawić kondycję - tłumaczyła się przed sobą. 

Miała już tylko dwa i pół miesiąca na stworzenie 

z tej grupki dziewczynek prawdziwej drużyny piłkar­

skiej. Dwa i pół miesiąca do rozgrywek finałowych. 

Wciąż przeżywała swoją porażkę poniesioną w szat­

ni w zeszłym tygodniu. Trener nie miał racji, złamał 

przepisy, ale w gruncie rzeczy był w pełni bezkarny. Ivy 

nie zdecyduje się zrobić koło tej sprawy wiele hałasu, 

bo nie pomogłoby to jej w karierze. A więc cała historia 

zostanie bardzo szybko zapomniana. 

W końcu napisała ten reportaż. I nie tylko ten jeden. 

Wszystkie materiały zawdzięczała jednak pomocy 

Ricka. Nawet w jego towarzystwie zawsze ogromnie się 

denerwowała przed pójściem do szatni sportowców, 

a kiedy już się tam znalazła, była bezradna, przerażona 

i zagubiona. 

Kiedy wreszcie zbieranie materiałów do reportażu 

stanie się łatwiejsze? Musi nabrać pewności siebie, 

zrzucić krępującą jej ruchy skórę nieśmiałej pensjo­

narki. Upodobnić się do starszych sióstr. 

Ivy zagwizdała głośno, zachęcając zawodniczki do 

większego wysiłku. Nieśmiałość bardzo utrudniała jej 

życie. Jeżeli zamierza kontynuować pracę w tym za­

wodzie, musi najpierw nauczyć się radzić sobie sama 

ze sobą. 

- Spokojnie! - krzyknął Rick, stanąwszy niepostrze­

żenie tuż obok niej. - Chyba chcesz, żeby zostało im 

trochę sił na ćwiczenia, prawda? 

- Taki wysiłek dobrze im zrobi. 

- Wysiłek tak, ale nie do granic wyczerpania. - Za­

gwizdał i machnięciem ręki zwołał do siebie obie 

drużyny. - W porządku! - zawołał głośno. - Ile 

mamy piłek? 

Prawie wszystkie dziewczynki przyniosły swoje piłki. 

Rick kiedyś zasugerował, że powinny je kupić, żeby 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 

61 

ćwiczyć w domu. Ivy ze zdumieniem zauważyła, że 

nawet największe zwolenniczki baletu i cekinów za­

stosowały się do jego wskazówek. 

- Wspaniale! Ustawcie się w cztery rzędy - polecił 

Rick. 

Dziewczynki przystąpiły do ćwiczenia polegającego 

na podawaniu piłki. Ivy poczuła ukłucie zazdrości. On 

z łatwością potrafił kierować całą grupą! Dla dziewcząt 

to naprawdę bezcenna lekcja. 

- Gotowe? Prowadząc piłkę, biegnijcie jak najszyb­

ciej na drugi koniec boiska. Gotowi. . już! - sprawnie 

zarządził zmianę ćwiczenia. 

Pierwsze cztery dziewczynki ruszyły naprzód. 

- A reszta kibicuje. - Rick uderzył w dłonie. - Niech 

wasze koleżanki usłyszą, że jesteście z nimi. 

Dziewczynki zaczęły głośno wołać i klaskać w dłonie. 

Ivy westchnęła głęboko. 

- Co cię znowu ugryzło? 

- Jestem na siebie wściekła - machnęła ręką. 

- Dlaczego? 

- Tej drugiej reporterce udało się dostać do szatni. 

- Nie przejmuj się tym. - Rick wzruszył ramionami. 

- Miała więcej szczęścia, a ty pecha, że ten facet 

zahaczył akurat ciebie. Mogło być odwrotnie. 

- Właśnie o to mi chodzi. Nigdy nie umiałam nigdzie 

się wepchnąć, a w naszym zawodzie to konieczne. 

- Potrząsnęła głową. - Nie umiem być natrętna i uparta. 

- Czy sugerujesz, że ja właśnie taki jestem? 

- Ty akurat wcale nie musisz się nigdzie wpychać. 

Wszyscy cię znają. To twoi przyjaciele, trenerzy, kole­

dzy z drużyny. Wiem, jak wygląda twoje zbieranie 

informacji. Nie potrzebujesz do nikogo dzwonić, to oni 

dzwonią do ciebie. Ja się męczę, żeby wyszukać dobry 

temat, a tobie same spadają na biurko. A wszystko 

dlatego, że jesteś mężczyzną. 

- Może jednak trochę więcej nad tym pracuję, niż 

ci się wydaje. - Rick roześmiał się. - Ivy, to polega na 

czymś innym. - Zagwizdał. 

background image

62 

REPORTER W SPÓDNICY 

Wszystkie grupy zamarły w bezruchu. Dziewczynki 

uwielbiały Ricka. 

- Rząd pierwszy i trzeci, proszę biegiem na drugi 

koniec boiska! - zawołał. - Prowadźcie piłkę do środka 

boiska, a potem podajcie ją. 

- Nigdy nie zrozumieją, czego od nich chcesz. To 

tylko dzieci... - Ivy zamilkła, widząc, że rzędy pierwszy 

i trzeci ruszyły biegiem na drugą stronę boiska i usta­

wiły się tam w jednej linii. 

Czekały. Rick zagwizdał. Ćwiczenie zaczęło się bez­

błędnie. 

Po co w ogóle tu przyszła? Przecież on świetnie sobie 

radzi sam. 

- Może skończmy kilka minut wcześniej. Są zmęczo­

ne - powiedział zerkając na zegarek. 

- Nie! - Ivy sama była zaskoczona ostrym tonem 

swego głosu. 

- Dlaczego? - spytał zaskoczony. 

- Jak sądzisz, co będzie się działo w czasie meczu, 

jeżeli teraz zaczniesz się nad nimi użalać? Padną! 

Załamią się! Muszą nauczyć się walczyć same ze sobą. 

- To ma być również zabawa. - Rick wpatrywał się 

w nią bez mrugnięcia okiem. 

- Mogą się czegoś nauczyć, nawet w czasie zabawy. 

- Na przykład czego? 

Głupie pytanie. Sam doskonale wie, o co chodzi. 

Chłopców zawsze traktowano inaczej. Ivy chciała, żeby 

te dziewczynki przeżyły to samo co chłopcy w ich 

wieku. Żeby poczuły się nie tylko równoprawnymi, ale 

naprawdę równymi istotami ludzkimi. 

- Czy gdyby były chłopcami, też skończyłbyś dzisiaj 

wcześniej? 

- Czy zamierzasz znowu zrobić mi wykład na temat 

równouprawnienia? - jęknął Rick z rozpaczą. 

- Nigdy ci takich wykładów nie robiłam - odparła 

dumnie. - Sama muszę się nauczyć działać bardziej 

zdecydowanie. - Wskazała ręką na drużynę. - Chcę, 

żeby moje podopieczne nie musiały uczyć się tego 

background image

REPORTER W SPÓD MC V 

63 

wszystkiego w moim wieku. Gry zespołowe to świetna 

szkoła życia. Również dla dziewcząt. 

- A więc postanowiłaś zbawić kobiecy ród. 

- Po prostu pracuj z nimi tak samo, jak trenowałbyś 

chłopców - powiedziała chłodno Ivy. Miała ochotę go 

udusić. 

- Stało się zgodnie z twoim życzeniem. - Podsunął 

jej zegarek pod nos. - Widzisz? Jest siódma. Czas 

kończyć. Czy pani się na to zgadza, pani trener? 

Ivy zacisnęła dłonie w pięści. Chwyciła za gwizdek 

i zagwizdała ile sił. Dziewczynki zatrzymały się jak 

wryte i zaczęły w nią wpatrywać. Dała im znak, żeby 

się zbierały. 

Kiedy wracali do samochodów, milczeli. Pierwszy 

odezwał się Rick. 

- Na przyszłość postaram się unikać zbyt łagodnego 

traktowania dziewczynek. - Rzucił plastikowe słupki do 

swojego dżipa. - Ale w sportach dziecięcych jest o wiele 

za dużo agresji. Nie będę tolerował podejścia forsującego 

konieczność wygranej za wszelką cenę. Zrozumiano? 

Ivy przyjęła reprymendę w milczeniu. Skinęła głową. 

Rick nie wyglądał w tej chwili na kogoś, z kim należało­

by się spierać. Lepiej go nie drażnić. 

- Chciałam tylko, żeby dziewczynki przeżyły tryumf 

i porażkę zespołu. Poczuły się jego częścią. To też 

element niemal zarezerwowany dla męskiego świata. 

Kiedy wchodzę do szatni drużyny, czuję się okropnie. 

Jestem zupełnie obca i nie mam oparcia w mojej grupie. 

- Czy to uczucie podobne do tego, którego doznaje 

mężczyzna, stając w progu salonu piękności? 

- Nie wygłupiaj się! Spróbuj to zrozumieć. - Ivy 

zatrzasnęła bagażnik. 

- Chciałbym ci coś pokazać. Znajdziesz dla mnie 

godzinkę? - Rick wsiadł do dżipa i w zamyśleniu 

postukał palcami w kierownicę. 

- Chyba tak. - Nie było to prawdą. Jak zwykle, 

śpieszyła się do pracy, ale myśl o tym, by spędzić z nim 

jeszcze godzinę, była niezwykle kusząca. 

background image

64 REPORTER W SPÓDNICY 

- Świetnie. - Przekręcił kluczyk. - Pracuję na ochot­

nika jako doradca w miejscu, które nazywa się ODS. 

Ośrodek Doradztwa Sportowego. Słyszałaś o tym? 

- Nie. - Ivy potrząsnęła głową. 

- Wskakuj do samochodu i jedź za mną. Chciałbym, 

żebyś zobaczyła na własne oczy, jakie są rezultaty 

nadmiaru agresji w sportach szkolnych. 

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

Ivy jechała za dżipem Ricka dziurawą, wyboistą 

ulicą. Zatrzymali się przed rozpadającym się, jednopięt­

rowym budynkiem. Zaparkowała przy krawężniku 

i przyglądała się małej tabliczce z napisem ODS. A więc 

to jest cel ich przejażdżki. 

Znajdowali się w bardzo nieciekawej, peryferyjnej 

dzielnicy miasta, z dala od uniwersytetu i budynków 

rządowych. Mieszkania były tu tanie, ale unikali jej 

nawet najbiedniejsi studenci. Omijały ją też miejskie 

autobusy. Ivy zdecydowanie nie chciałaby się znaleźć 

tutaj w nocy. A zapadał już zmierzch. 

Kiedy wyruszyli w drogę, miała nadzieję, że znajdą 

się w jakiejś bardziej interesującej okolicy, gdzie mogli­

by zjeść kolację w nastrojowym otoczeniu. Przestań 

marzyć, skarciła się, wracając do rzeczywistości. 

Od owej niezapomnianej chwili, gdy nagle uświado­

miła sobie, że Rick widzi w niej również kobietę, Ivy 

bardzo często pogrążała się w marzeniach. Pragnęła 

wierzyć, że jego przyjazne uśmiechy są przeznaczone 

tylko i wyłącznie dla niej. Niestety, trudno było prze­

oczyć fakt, że równie hojnie obdarza nimi wszystkich 

innych redakcyjnych współpracowników. 

Zawsze chętnie z nią rozmawiał i odpowiadał na jej 

wszystkie pytania, ale w podobny sposób odnosił się 

do pozostałych osób z redakcji. Krytykował ostrożnie, 

hojnie szafował pochwałami. Był urodzonym przywód­

cą: umiał zmobilizować innych do większego wysiłku 

i samodoskonalenia. 

Mógłby zrobić niezwykłą karierę. Ivy często się nad 

tym zastanawiała. Nie zdradzał oznak zgorzknienia, 

background image

66 REPORTER W SPÓDNICY 

chociaż przecież nagły i nieoczekiwany koniec kariery 

musiał być ogromnym zawodem. Być może teraz dowie 

się czegoś więcej. 

Rick czekał na nią. Uśmiechnęła się z wysiłkiem 

i wysiadła z samochodu. 

- To tu - powiedział wskazując na budynek. 

Ivy zauważyła, że jest zdenerwowany. Nigdy przed­

tem nie widziała go w takim stanie. Chyba zależy mu 

na tym, co ona pomyśli o tym miejscu. Była wzruszona 

i z całych sił pragnęła okazać entuzjazm. 

- ODS oznacza Ośrodek Doradztwa Sportowego. 

Pomagamy sportowcom, którym marzy się kariera 

zawodowa. Byli zawodnicy rozmawiają z młodzieżą ze 

szkół średnich i ze studentami na temat sportu i kariery. 

Szczególnie często mamy do czynienia z futbolistami. 

W trakcie sezonu czasami udaje nam się zaprosić na 

spotkania czynnych zawodników. 

Rick trajkotał jak karabin maszynowy. Opowiadał 

o różnych aspektach ich pracy, wymieniał zadania 

Ośrodka. Była zdumiona i nie wierzyła wprost własnym 

uszom. Rick, zawsze tak chłodny i opanowany, paplał 

teraz bez przerwy. Jego zdenerwowanie sprawiło, że 

poczuła do niego szczególną sympatię. 

- Ktoś musi im powiedzieć, jak wygląda życie, za­

wodowca - zaczął raz jeszcze powtarzać to samo. 

Ivy była zachwycona i zaintrygowana jego zmie­

szaniem. 

- Czy działacie na skalę całego kraju? 

- Chciałbym, żeby tak było. Na razie jednak jeste­

śmy organizacją lokalną. 

Dom, przed którym stali, miał zniszczone, obłażące 

z farby drewniane ściany. W sąsiedztwie mieszkała 

niejaka madame Zola, wróżka, która reklamowała się 

krzykliwym malowidłem zawieszonym nad drzwiami. 

Deski schodków prowadzących na ganek zaskrzy­

piały przeraźliwie. Ivy mogła tylko mieć nadzieję, że 

może wewnątrz Ośrodek wygląda bardziej reprezen­

tacyjnie niż na zewnątrz. Ale się zawiodła. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 67 

Drzwi wejściowe prowadziły do recepcji, podobnej 

do poczekalni w tanich gabinetach lekarskich. Ściany 

zdobiły dwa plakaty z gwiazdami futbolu, ale nie było 

na nich Ricka. Wcale jej to nie zaskoczyło. Jeśli chodzi 

o karierę sportową, Rick był niemal chorobliwie 

skromny. Rozejrzała się po pokoju, starając się ominąć 

wzrokiem pęknięcia w ścianie, gołą żarówkę pod sufi­

tem i dziurawy dywan. Zza przepierzenia dochodził 

odgłos zawziętego stukania w klawisze maszyny do 

pisania. 

- Świetnie, Linc jeszcze jest! - Rick zastukał palcami 

w szybę. - Chciałbym, żebyś go poznała. Lincoln 

Thomas, sekretarz, recepcjonista, a zarazem jeden z na­

szych współpracowników. A to jest Ivy Hall. Pracuje­

my razem. 

- To ten Lincoln Thomas? - Ivy nie potrafiła ukryć 

zaskoczenia. - Sławny zawodnik drużyny Cougars? 

Dwa sezony w ofensywie? 

- Tak, to ja. 

Ivy wyciągnęła ku niemu rękę przez uchylone 

okienko. Lincoln przestał na chwilę pisać i uścisnął 

jej dłoń. 

- Jestem pewna, że ucieszysz się, kiedy Ośrodek 

zatrudni sekretarkę - rzuciła. 

Cisza, która zapadła po tych słowach, wyraźnie 

wskazywała, że powiedziała coś niewłaściwego. 

- Nie - odezwał się w końcu Lincoln. - Ja tu jestem 

sekretarzem. Mam pięć starszych sióstr. Mama zawsze 

mówiła nam, że powinniśmy nauczyć się pisać na 

maszynie, bo to pewny fach. Mnie też to nie ominęło. 

Dobrze się stało, bo nigdy nie miałem czasu, żeby 

skończyć jakąś szkołę. 

Ivy, która miała dwie starsze siostry, bardziej zdu­

miało, że Lincolnowi udało się przeżyć dzieciństwo 

wśród pięciu sióstr niż to, że były gwiazdor sportu teraz 

wykonuje pracę sekretarki. 

- Rick, rzuć okiem na te papiery. Jest tu jedna 

bardzo pilna sprawa - polecił Linc. 

background image

68 REPORTER W SPÓDNICY 

- Dobrze. - Rick wskazał ręką na sofę. - Ivy, 

zaczekaj chwilkę. Zaraz wracam. Wyszedł, pozo­

stawiając ich sam na sam. 

- Proszę, usiądź - zaproponował Lincoln. - Poka­

załbym ci biuro, ale wiem, że Rick sam chciałby to 

zrobić, a ja mam tu jeszcze trochę roboty. - Uśmiechnął 

się, a za chwilę znów rozległ się stukot maszyny. 

Ivy siadła na brązowej, przybrudzonej sofie i wzięła 

do ręki jedno z czasopism piętrzących się na niskim 

stoliku. Ogarnęło ją poczucie osamotnienia i bezna­

dziejności. 

Pomieszczenie, mimo że wysprzątane, wyglądało 

dokładnie na to, czym było kiedyś: poczekalnią lekarza, 

któremu nie wiodło się ani trochę lepiej niż wszystkim 

sąsiadom. Nieudolne próby upiększenia pokoju nie 

dały większego efektu. Dziury i pęknięcia w ścianach 

połatano białym gipsem. Wokół wyłączników światła 

widać było szare ślady brudnych palców. Podłogę 

przykrywał poplamiony dywan, a dwa krzesła, podob­

nie jak kanapa, pokryte były burym materiałem. Ivy 

pomyślała, że Rick, Lincoln i inni doradcy pewnie 

przywykli do tej brudnej szarzyzny. 

Ale kto miałby pomalować te ściany? Rick? Pomię­

dzy zadaniami reportera dla „Globe", trenowaniem 

drużyny piłki nożnej i społeczną pracą doradcy? 

- Chcesz zobaczyć resztę? - w drzwiach stanął Rick. 

- Prowadź! - Ivy wzięła go pod ramię. Dotyk 

jego muskularnego ramienia sprawił jej ogromną przy­

jemność. 

- Linc mówił mi, że w tej chwili odbywają się dwie 

sesje. Musimy zachowywać się cicho. - Otworzył drzwi 

na korytarz. 

- Z kim pracujecie? - spytała półgłosem Ivy. 

- Z chłopakami, których wyrzucono z drużyny, 

ponieważ nie zdali egzaminów na uczelni. Załatwiliśmy 

im korepetycje. 

Musiało to niemało kosztować, pomyślała. Pozo­

stałe pomieszczenia wyglądały nie lepiej niż recepcja. 

background image

REPORTER W SPÓDNIC:V 

69 

W sali konferencyjnej stały koślawe stoliki i składane 

krzesełka. Ściany nosiły ślady po aparatach medycz­

nych, które tu kiedyś wisiały. 

Rick uchylał cichutko kolejne drzwi, żeby Ivy mogła 

zobaczyć, jak przebiegają prace. W jednym pokoju 

student męczył się nad zadaniami z matematyki. Obok 

młody zawodnik ze swoim pomocnikiem przeglądali 

katalog kursów Uniwersytetu. 

- To jest Marc Butler - wyszeptał Rick zamykając 

drzwi. - Bardzo zdolny futbolista. Niestety, oblał kilka 

egzaminów. Wiesz przecież, że droga do zawodowstwa 

prowadzi przez drużynę uniwersytecką. Żaden zespół 

nie chciał go przyjąć. Udało mi się go przekonać do 

powrotu na studia. Teraz mu pomagamy w nauce. 

Ivy starała się przypomnieć sobie jakieś dane doty­

czące Butlera. Powrót na studia wymaga niemało 

samozaparcia i rozsądku. Ciekawe, czy mu się to uda. 

Oprowadzając ją po pozostałych pomieszczeniach 

Rick opowiadał o osobach, które tu pracowały. Ivy 

zauważyła, że ich kariery zawodowe zazwyczaj były 

błyskotliwe, ale bardzo krótkie. Uświadomiła sobie, że 

nawet sławni sportowcy, znikając z pierwszych stron 

gazet, odchodzili w zupełne zapomnienie. Zastanowiła 

się, co właściwie wie o innych sławach, które niedawno 

wycofały się ze sportu. Artykuł na temat przerwanych 

karier i tego, co się dziś dzieje z byłymi gwiazdami 

stadionów, mógłby zainteresować redaktora „Globe". 

Weszli do bufetu urządzonego w dawnej kuchni. 

- Napijesz się czegoś? - Rick zajrzał do lodówki. 

Skinęła głową. 

Postawił dwie puszki na plastikowym stoliku, oparł 

nogę na krzesełku i powoli zaczął masować kolano. 

Wyglądał na bardzo zmęczonego. Kolejne wydanie 

„Globe" miało ukazać się już za trzy dni, więc raczej 

nie miał szans na wypoczynek w najbliższym czasie. 

- Jak udaje ci się pogodzić karierę dziennikarską 

z pracą tutaj? - spytała Ivy ze źle ukrywanym po­

dziwem. 

background image

70 REPORTER W SPÓDNICY 

- Trzeba tylko chcieć. A ta praca jest szczególnie 

ważna. - Rick westchnął i w zamyśleniu wpatrywał się 

w jakąś plamę na ścianie. - Większość naszych pod­

opiecznych to ludzie, którzy nie poradzili sobie z ka­

rierą zawodowca. Nie mają zawodu i nie mogą znaleźć 

pracy, bo albo wyrzucono ich ze szkoły, albo nie 

nauczyli się tam niczego. Wszystkim wydawało się, że 

zostaną legendami sportu. Są ofiarami tego podejścia, 

według którego wygrana oznacza wszystko. 

- Przynajmniej nie są ofiarami poglądu, który mó­

wi, że miłe dziewczęta nie powinny pchać się do kariery 

zawodowej. 

- Czy tak było z tobą? 

- W pewnym sensie - odparła po chwili zastanowie­

nia. - Rodzice wychowywali nas w przekonaniu, że role 

dziewczynek i chłopców zdecydowanie się od siebie 

różnią. Holly, moja starsza siostra, nie zwracała na to 

uwagi. Laurel była zachwycona przypadającą jej 

w udziale rolą słodkiej kobietki. A ja byłam ukochaną 

córeczką tatusia. 

- Ale wybrałaś zawód reportera sportowego. 

- Tak. A ty, czy nie sądziłeś, że będziesz legendą • 

sportu? - Ivy wolak zmienić temat. 

-Oczywiście - przyznał bez śladu zmieszania. 

- Trzeba mieć wiarę w siebie. Jeżeli sama nie wierzysz, 

że jesteś do czegoś zdolna, dlaczego ktokolwiek inny 

miałby tak sądzić? - Patrzył jej teraz prosto w oczy. 

- To o mnie, prawda? 

-Jeżeli tak sądzisz... 

Ivy odwróciła głowę. 

- Słuchaj. - Rick wyciągnął rękę i uniósł jej 

brodę. -Ja... 

- Nie masz za co przepraszać - odburknęła. - Jestem 

w pełni świadoma swojej słabości. Ale mogę ją przeła­

mać. I tak właśnie będzie. - Na widok rozbawienia 

i aprobaty w jego oczach uśmiechnęła się krzywo. 

- Najbardziej martwi mnie to, że ciągle powtarzam te 

same błędy. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 71 

- A ja żałuję, że taka organizacja jak ODS nie 

istniała, kiedy sam zacząłem grać w drużynie zawodo­

wej. Być może udałoBy mi się uniknąć kilku błędów. 

- Czytałam o twojej kontuzji - wyznała Ivy. 

- Tak. Byłem wtedy u szczytu kariery. Miałem 

wszystko, a potem nagle... wszystko się skończyło. 

- Mówił bardzo cicho. Zrozumiała, że te wspomnienia 

są dla niego wciąż bolesne. - To był mój własny błąd. 

Mój wybór. 

- Przecież nie wybrałeś sobie kontuzji! - zaprotes­

towała. 

- Nie, ale tamtego dnia nie powinienem był wy­

chodzić na boisko. Moja noga nie była jeszcze do 

końca wyleczona. - Spojrzała na białe i różowe 

blizny na jego kolanie. - Nie powinienem był roz­

grywać takiej akcji, nawet w pełni sił. Postąpiłem 

głupio. 

- A więc dlaczego to zrobiłeś? 

- Chcieliśmy wygrać, a wygrana była dla nas wszys­

tkim - odpowiedział po chwili milczenia. Oparł łokcie 

na stole. - Chciałem, żebyś zobaczyła, co się dzieje, 

kiedy dzieciaki od małego złapią bakcyla wygrywania 

i konkurencji. A pracując w prasie sportowej jesteśmy 

za to po części odpowiedzialni. 

- Chwileczkę... 

- Ależ tak! Przedstawiamy zwycięzców jako bogów, 

za to przegrani tracą wszystko. Wpływamy na opinię 

publiczną, nie zastanawiając się nad tym, że sportowcy 

są również ludźmi. 

Ivy poczuła dla niego sympatię i szczery podziw. 

Nagle zapragnęła go dotknąć, a pragnienie to było tak 

silne, że przebiegł ją dreszcz. 

Nigdy w życiu nie czuła tak gwałtownego pożąda­

nia, fizycznego, bolesnego niemal nie do zniesienia. 

Siedział teraz naprzeciwko niej, niezwykle przejęty, 

a popołudniowe promienie słońca wpadały przez brud­

ne okno i odbijały się w jego włosach. Miała chęć 

pogłaskać go po głowie. 

background image

72 REPORTER W SPÓDNICY 

Pod cienką koszulką wyraźnie rysowały się okazale 

mięśnie. Ivy wyobraziła sobie, jak cudownie byłoby 

dotknąć tego muskularnego, nagiego torsu. Ocknęła się 

nagle i szybko wróciła do rzeczywistości. 

- A więc boisz się, że nauczę moją drużynę wy­

grywać za wszelką cenę? 

- Po prostu nie naciskaj ich aż tak bardzo. 

- W porządku - zgodziła się. - Ale musisz mi 

obiecać, że nie będziesz im za bardzo pobłażał. 

- Umowa stoi. - Rick wyciągnął do niej rękę. 

Ivy spodziewała się krótkiego, męskiego uścisku. 

Nie była przygotowana na falę uczucia, która ją ogar­

nęła, kiedy poczuła ciepło i siłę jego dłoni. Chciała ją 

zatrzymać jak najdłużej. Nie mogła oderwać oczu od 

jego twarzy, chociaż wiedziała, że zdradzają zbyt wiele 

uczuć. Rick spoważniał. 

Brakowało jej tchu. Czuła się tak, jakby przed 

chwilą skończyła dziesiąte okrążenie boiska ze swoją 

drużyną. Szybko cofnęła dłoń. Nie może pozwolić, by 

Rick zrozumiał, co do niego czuje. 

- Kto finansuje działalność Ośrodka? - spytała, 

starając się zmienić temat rozmowy i przejść na bez­

pieczniejszy grunt. 

- Darowizny fundatorów. - Odwrócił głowę. 

- Sam jesteś jednym z nich, prawda? 

- W zasadzie tak, chociaż mój wkład jest niewielki. 

Jestem w zarządzie - oznajmił, omijając ją wzrokiem. 

- I uważasz, że to niewiele? 

- Czy to jest wywiad dla prasy? 

- To naprawdę intrygujące. Wiercisz się bez przerwy 

i zachowujesz bardzo niepewnie. Staram się zrozumieć, 

dlaczego. - Odetchnęła z ulgą. Teraz on jest w de­

fensywie. 

Rick wzruszył ramionami. 

-Sądzili, że mogę... no, wiesz, bo... z powodu 

mojej... gry, sądzili, że młodzież będzie tu przychodzić, 

jeżeli zobaczą moje nazwisko. - Ostatnie słowa wyma­

mrotał pod nosem. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 

73 

To naprawdę wyczerpująca wypowiedź. 

- Niezupełnie nam to wyszło. - Rick wpatrywał się 

uparcie w swoje ręce. - Właściwie, nie przychodzi tu 

wiele osób. 

Ivy miała ochotę go uściskać. Był dumny z tego, 

że jest w zarządzie Ośrodka, a starał się tego nie 

okazywać. 

- Być może nie macie zbyt wielu chętnych, ponieważ 

większość sportowców nigdy o was nie słyszała. Gdy­

bym była futbolistą i zobaczyła twoje nazwisko obok 

nazwy tej instytucji, nie wahałabym się ani chwili 

i natychmiast tu przyszła. 

- Ty się nie liczysz. Ciebie po prostu oczarowała 

moja wspaniała osobowość. 

- Raczej twój wspaniały wygląd, szczególnie 

w tych szykownych szortach. - Chciał, no to ma. 

Wet za wet. 

- Chcesz, żebym się zaczerwienił. - Rick w dalszym 

ciągu patrzył z napięciem na swoje dłonie. 

- Prawie mi się udało - uśmiechnęła się. 

- Wciąż zapominam, że dziewczęta są nie tylko 

słodkie, ale również złośliwe. - Roześmiał się. - W po­

rządku, Ivy, wygrałaś. 

Poczuła, że tym razem ona zaraz spiecze raka. 

Wstrzymała na chwilę oddech, żeby się opanować. 

Nic z tego. 

- Wiesz, nie rozumiem, dlaczego tak się dzieje. 

Nasze usługi są darmowe. Wykłady i prelekcje wzbu­

dzają spore zainteresowanie, ale potem zawodnicy 

rzadko do nas wracają. Fakt, że przeważnie powtarza­

my im do znudzenia, że powinni trzymać się szkoły. 

Może chodzi o to, że nauka nie jest zanadto lubiana? 

Tak czy siak, nie mam pojęcia, co zrobić. 

Ivy poruszyła się nerwowo. 

- Zastanawiałam się, jak ci to powiedzieć, żeby nie 

zabrzmiało głupio, ale czy nie uważasz, że trzeba 

odnowić wasze pomieszczenia? 

- To sporo kosztuje - odparł natychmiast. 

background image

74 REPORTER W SPÓDNICY 

- Czy nie macie żadnych pieniędzy na utrzymanie 

budynku? 

- Utrzymanie to jedno, ale wyrzucanie funduszy 

sponsorów na zakup mebli i firanek, to coś innego! 

- Jeżeli ludzie przychodzą do was, a później nigdy 

nie wracają, może warto zainwestować w nowy image. 

- Ivy zrozumiała, że trafiła w czuły punkt. 

- Nie stać nas na usługi firmy remontowej. - W gło­

sie Ricka brzmiało wyzwanie. - Mamy stoły i krzesła. 

Co z tego, że do siebie nie pasują. Nikt tu nie przy­

chodzi dla mebli. 

- Rick, słuchaj, te meble są rodem prosto ze 

śmietnika. 

- Chłopakom to nie przeszkadza. Czują się swobod­

nie. - Już się nie uśmiechał. Zamknął się w sobie 

i przeszedł do obrony. 

- Czy pracujecie tylko z chłopcami? 

- Dziewczęta jakoś się tu nie pojawiają. Ale oczywi­

ście gotowi jesteśmy im pomagać, jeśli tylko tego 

zechcą. 

- Czy nie chcesz, żeby one również czuły się tu 

swobodnie? A ich rodzice? 

Rick wpatrywał się w nią uważnie. 

- Nie chodzi mi o pozłacane krany i kryształowe 

wazony - ciągnęła Ivy. Nagle wpadła na właściwy trop. 

- Kiedy byłeś w drużynie zawodników, czy twoja 

drużyna miała jakiś specjalny strój? 

- Tak - przyznał ostrożnie. 

- I wszyscy byliście tak samo ubrani? 

- Tak - potwierdził, niepewny, do czego ona 

zmierza. 

- Dlaczego? 

- To pozwala odróżnić swoich od obcych. 

- A dlaczego po prostu nie ubieraliście się wszyscy 

w cokolwiek, na przykład... czerwonego? To powinno 

wystarczyć, żeby się rozpoznać na boisku. 

- To nie wyglądałoby profesjonalnie. 

Ivy skinęła głową, udając, że się zastanawia. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 

75 

- A więc to ważne. Czy to wpływało na poziom 

waszej gry? 

-Nie... no może... w pewnym sensie. Byliśmy 

członkami jednej drużyny i stroje miały to podkreślić. 

- Ale nie były niezbędne do gry? 

- Chyba nie. 

- A gdybyście postanowili wydać te pieniądze na coś 

bardziej użytecznego i rozegrali mecz w dresach? 

- Nikt nie traktowałby nas serio. - Rick roześmiał 

się. - Ważne jest również, jak się wygląda... - urwał. 

Zrozumiał, o co chodzi Ivy. - Popatrz, naprawdę 

wpakowałem się prosto w twoją pułapkę. - Potrząsnął 

głową. - A więc twoim zdaniem nasze biura wyglądają 

fatalnie? 

- Okropnie. 

Westchnął głęboko, podszedł do okna i wyjrzał 

na dwór. 

- Czy sądzisz, że to może coś zmienić? 

- Podczas rekrutacji uzdolnieni zawodnicy są trak­

towani jak królowie. - Ivy wiedziała, że musi być 

z nim szczera. - Trenerzy i agenci opowiadają im, 

jaką to mogą zbić fortunę, kupić sobie wspaniałe 

samochody i domy. Wielu z nich dorastało w ubo­

gich dzielnicach. Chcą się z tego wyrwać i więcej nie 

wracać. 

- Myślałem, że zechcą nas wysłuchać, że otoczenie 

nie jest ważne... - w jego głosie brzmiał żal. 

- Odrobina farby zmieni to miejsce nie do poznania. 

Chodzi zaledwie o kilka puszek. Oprócz tego koniecz­

nie trzeba pozbyć się tego ohydnego dywanu w recepcji. 

- Nie wspomniała nawet, że brudną sofę trzeba będzie 

po prostu spalić. 

- Bałem się, że zaproponujesz mi położenie tapet 

w kwiatki. 

- Jeśli już, to w paseczki. Kwiatki są znacznie 

droższe. Poza tym możemy to sami pomalować. Po­

mogę ci. 

- Naprawdę? 

background image

76 REPORTER W SPÓDNICY 

- Jestem twoim dłużnikiem, uratowałeś moją repu­

tację trenera piłki nożnej! - zażartowała Ivy. 

- Nie jesteś mi nic winna. Lubię tę pracę. - Rick 

wciąż był śmiertelnie poważny. 

- Ale... i tak pomogę ci malować. Uwierz mi, wiem, 

jak to się robi. 

- Jesteś wspaniała, wiesz o tym? 

Rozejrzał się jeszcze raz po pomieszczeniu, a potem 

spojrzał na nią. Poczuła, że rumieni się z dumy. Wy­

ciągnął ku niej ręce, ujął jej twarz w dłonie i mocno 

ucałował. 

Nim zdążyła zrozumieć, co się dzieje, a tym bardziej 

odwzajemnić jego pocałunek, zerwał się na równe nogi. 

- Linc! - zawołał. - Otwieraj kasę. Jadę kupić farbę! 

Chodź, Ivy. Wybierzesz najlepszy kolor. 

Ivy oddychała szybko, a serce biło jej tak mocno, 

jakby zamierzało wyskoczyć z piersi. Pocałunek, choć 

zbyt krótki, napełnił jej ciało rozkoszną błogością. 

Przyglądała się Rickowi. Drżące nogi wciąż jeszcze 

nie chciały być jej posłuszne. Ale dość tego. Trzeba 

kupić farbę, pędzle, spalić sofę i - o nadziejo! - poca­

łować się znowu. 

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

Jednak tego wieczoru nie było już w programie 

więcej pocałunków. Podobnie jak przez cały kolejny 

tydzień. 

Ivy początkowo czuła się zawiedziona, ale później 

pomyślała, że to lepiej, bo Rick traktował ją swobodnie 

i przyjaźnie. 

Była sobota. Drużyna Ivy właśnie wygrała swój 

pierwszy w historii mecz. W stroju trenera Ivy po­

pędziła do redakcji, żeby pochwalić się Rickowi su­

kcesem. 

Kiedy tam przybyła, siedział z nogami na stole 

i rozmawiał przez telefon. Włączyła swój komputer. 

Najwyższy czas zabrać się do cotygodniowego artykułu 

na temat drużyny Ivy's League. Miło będzie nareszcie 

pochwalić się wygraną. Napisała tytuł. 

Rick, nie przerywając rozmowy, przywitał ją ski­

nieniem głowy. Chyba też przyjechał tu prosto z boiska. 

Był ubrany w czerwoną bluzę drużyny Rick's Rockers, 

a na jego biurku leżała poplamiona trawą i błotem 

piłka. 

Ivy szybko wystukała wstęp do artykułu. Bez polo­

tu. Skasowała go i zaczęła od nowa. Wciąż z siebie 

niezadowolona, spojrzała na Ricka. 

Oparł słuchawkę o ramię i pilnie coś notował. 

Ponieważ nie zwracał na nią najmniejszej uwagi, mogła 

mu się spokojnie przyjrzeć. Jej wzrok zatrzymał się na 

jego nogach. Blizny na kolanie były jedyną skazą 

opalonej na złocistomiodowy kolor skóry. Kolorowe 

szorty o ciekawym fasonie doskonale podkreślały ry­

sujące się pod nimi mięśnie. 

background image

78 REPORTER W SPÓDNICY 

I jak poszło? - spytał, gdy wreszcie skończył 

rozmowę. 

Wygrałyśmy! rozpromieniła się Ivy. 

Świetnie! - Rick poprawił ustawienie monitora. 

A twoja drużyna? 

Moja drużyna? - Odchylił głowę do tyłu i za­

stanowił się przez chwilę. - Przeciwniczki zdobyły 

więcej bramek. Ale wszystkie dziewczyny doskonale się 

bawiły. 

Ivy wyraziła swoje współczucie z powodu przegra­

nej, jednak Rick wyraźnie nie był w nastroju do 

towarzyskich konwersacji. 

Posmutniała. Napisała kolejny, marny wstęp do 

swojego artykułu i przerwała pracę. To przecież absurd. 

Obsesja na jego punkcie przeszkadzała jej w pracy 

i życiu. 

Poza tym, że oboje byli zatrudnieni w tej samej 

firmie, w zasadzie nic nie stało na przeszkodzie ich 

związkowi. On nie miał żadnych zobowiązań. Ona 

również. Biurowe romanse, choć niemądre, nie były 

niemożliwe. A więc czemu drepcą w miejscu? 

Czekała na pierwszy krok ze strony Ricka. Bała się 

zakłopotania i przykrości, gdyby okazało się, że jej 

uczucia nie są odwzajemniane. 

Czy on jednak nie czuje się podobnie? Doszła do 

wniosku, że mógł mieć te same obawy. Wszak do tej 

pory starannie ukrywała przed nim swoje uczucia. 

Postanowiła zadziałać bardziej aktywnie. A więc? 

- Dzisiaj po południu mam czas, żeby poszukać 

z tobą mebli. Czy zebrałeś już jakieś pieniądze? - spy­

tała nagle. 

- Mebli? - Rick podniósł głowę i popatrzył na nią 

niepewnie. 

Jest wrzesień, miesiąc wyprzedaży - wyjaśniła. 

- Tak, oczywiście. - Podniósł się z krzesła, przeciąg­

nął i zajrzał Ivy przez ramię. - Zmień ten wstęp. Brzmi 

nijako. 

- Popracuję nad tym. - Zacisnęła zęby. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 

79 

Jak skończysz, pójdziemy po zakupy. 

- Nie masz ochoty? 

Przepraszam. - Próbował się uśmiechnąć, ale mu 

to nie wyszło. - W zeszłym tygodniu opuściło nas 

dwóch doradców. Nie było dla nich dosyć pracy. 

- Nawet mi o tym nie wspomniałeś. 

A więc to go gryzie. Ivy wciągnęła głęboko po­

wietrze. 

Wiesz, wydaje mi się, że Ośrodkowi przydałoby 

się trochę reklamy. Chciałabym napisać artykuł o tobie, 

Lincolnie i ODS. 

- „Globe" tego nie opublikuje. Przecież ja tutaj 

pracuję. 

- Ja też, a jednak piszę o swoich doświadczeniach 

w prowadzeniu drużyny dziewczynek. Pan Harris po­

piera zaangażowanie pracowników w życie lokalnej 

społeczności. Jeśli chcesz, mogę z nim o tym poroz­

mawiać. 

- Właściwie, czemu nie? Możesz spróbować. -

Wzruszył ramionami i uśmiechnął się leciutko. Wy­

ciągnął rękę i zmierzwił jej włosy. - A teraz szybko 

popraw ten wstęp. 

Ivy założyła za ucho pasmo włosów. Znów nie 

wiedziała, jak się zachować i w jaki sposób zareagować 

na tę ni pieszczotę, ni zaczepkę. Brakowało jej doświad­

czenia i zdecydowania. 

Nie najlepiej radzi sobie w tej nowej skórze osoby 

śmiałej i aktywnej! 

Wbrew podszeptom rozsądku, Ivy nie traciła na­

dziei, że zapach farby podziała jak afrodyzjak. Spoj­

rzała z tęsknotą na Ricka, który stał na drabinie 

i ze skupieniem malował sąsiednią ścianę recepcji, 

ubrany tylko w robocze ogrodniczki. Gdy machał 

pędzlem, mięśnie cudownie grały na jego nagich ra­

mionach. Górowała nad tym kształtna głowa zdecy­

dowanego, upartego i beznadziejnie zapracowanego 

mężczyzny. 

background image

80 REPORTER W SPÓDNICY 

Już od pięciu dni nie mówił i nie myślał o niczym 

innym, jak tylko o malowaniu i promocji Ośrodka. 

Kiedy artykuł o ODS ukaże się w „Globe", liczba 

chętnych przekroczy wszelkie oczekiwania i nadzieje 

Ricka. Zgodnie z przewidywaniami, Harris odniósł się 

do tego pomysłu entuzjastycznie. 

Ivy namalowała na ścianie malutkie serduszko. Od­

wróciła się, żeby sprawdzić, czy Rick to zauważył. Nie, 

był wciąż ślepy i głuchy na wszystko, co się wokół niego 

działo. Westchnęła ciężko, umoczyła pędzel w farbie, 

a potem odrzuciła na plecy koński ogon, który niebez­

piecznie zsuwał się w stronę otwartej puszki. Niestety, 

zapomniała zupełnie, że jej palce są całe umazane 

kremową farbą. 

Rick nadal zawzięcie malował. 

Ivy nie umiała flirtować, nigdy zresztą nie czuła 

takiej potrzeby. Miała wielu przyjaciół wśród mężczyzn 

i w męskim towarzystwie czuła się nawet lepiej niż 

wśród koleżanek. Koledzy zwierzali się jej ze swoich 

marzeń i porażek. Była dla nich kumplem, a z kumplem 

wszak nie chodzi się na randki. 

Prawdę mówiąc, wcale jej nie przeszkadzało, że 

nigdy nie udało się jej wyjść poza fazę przyjaźni. Teraz 

jednak, odkąd poznała Ricka, sprawa wyglądała zupeł­

nie inaczej. Oczekiwała od niego czegoś więcej. W tej 

chwili na przykład bardzo chciała, żeby ją pocałował, 

chociaż zupełnie nie wiedziała, jak powinna się w takiej 

sytuacji zachować. Musi się jeszcze wiele nauczyć. 

- Ivy, przestań się bawić. Jeśli się pospieszymy, 

skończymy recepcję przed treningiem. 

- Jasne! - starała się, by jej głos zabrzmiał pogodnie. 

Najwyraźniej trochę przesadziła z wymuszonym entuz­

jazmem i Rick rzucił jej pytające spojrzenie. Uśmiech­

nęła się słodko. 

Malowanie, w przeciwieństwie do oczekiwań Ivy, 

okazało się nudne i monotonne. Rick bez przerwy 

marudził i narzekał, że na ścianach zostają paski 

i smugi. Nic dziwnego, skoro muszą ukryć brudno-

background image

REPORTER W SPÓDNICY 

81 

niebieskie lamperie pod kremową farbą o delikatnym, 

ciepłym odcieniu. Za to później kolor ścian będzie 

idealnie pasował do nowego dywanu. 

Zdarli starą wykładzinę dywanową i odkryli piękną, 

choć mocno zapuszczoną drewnianą podłogę. Ivy mia­

ła nadzieję, że Lincoln zechce oderwać się od maszyny 

i wykorzysta atletyczne muskuły, aby doprowadzić 

deski do jakiego takiego porządku. 

W sobotę, kiedy kupowali meble, dokonała rzeczy 

zaiste niezwykłych. Najpierw wybrali z Rickiem pięk­

ny, wzorzysty dywan w orientalne wzory, a później 

udało się przekonać go, że najlepiej byłoby zastąpić 

starą, brązową sofę skórzaną kanapą, wystawioną 

w sąsiednim salonie meblowym. 

Nie próbował też oponować, gdy zaproponowała 

kupno głębokich, niebieskich foteli, kolorem idealnie 

odpowiadających wzorom na dywanie. Okazały fikus 

i kilka innych roślin to był już drobiazg, który nie 

wywołał najmniejszego protestu Na dodatek zostało 

im jeszcze trochę gotówki. Kiedy skończą odnawianie, 

recepcja Ośrodka będzie miała prawdziwą klasę. 

O ile oczywiście Ivy nie udusi Ricka, jeśli jeszcze raz 

wytknie jej palcem nie domalowane łaty na ścianie. 

Westchnęła. Po tylu godzinach drapania, łatania, 

zdzierania tapet i malowania miała cichą nadzieję, że 

zostanie wreszcie zaproszona na kolację do restauracji, 

w której można zjeść coś bardziej wykwintnego niż 

hamburgery. Marzył jej się romantyczny, przytulny 

lokal w migotliwym blasku świec. Śnieżnobiałe, nieska­

zitelne obrusy, dyskretni, taktowni kelnerzy. Miejsce, 

w którym mogliby się spotkać jak kobieta i mężczyzna. 

- Sprzątamy - zarządził Rick i zszedł z drabinki. 

Czas na trening. - Zamrugał nerwowo... wpatrywał 

się w Ivy z niedowierzaniem. 

Co się stało? Czyżby nagle ujrzał w niej kobietę 

godną pożądania? Czy to sprawa szerokich, luźnych 

spodni upaćkanych farbą, że nagle wywarła na nim tak 

piorunujące wrażenie? 

background image

82 REPORTER W SPÓDNICY 

Uśmiechnął się szeroko i odłożył pędzel, nie trafiając 

do puszki. Odwzajemniła jego uśmiech. 

W ciszy rozległo się kapanie farby, ale Ivy po­

stanowiła to zignorować. Rick wciąż przyglądał się jej 

z dziwnym wyrazem twarzy. Zbliżał się do niej powoli, 

ostrożnie, jak gdyby chciał ją zahipnotyzować. Serce 

biło jej jak oszalałe. 

Zatrzymał się tuż przed nią i wytarł dłonie szmatką. 

Wstrzymała oddech. Zaraz mnie pocałuje, to pewne 

jak dwa razy dwa cztery! 

Czuła ciepło emanujące z jego ciała. Dobiegający zza 

przepierzenia stukot maszyny do pisania brzmiał jak 

werbel w dżungli, a serce usiłowało nadążyć za jego 

rytmem. Twarz Ricka miała pierwotny, męski, a zara­

zem zwierzęcy wyraz. 

Mężczyzna. 

Kobieta. 

Rick. 

Ivy zamknęła oczy i pochyliła się leciutko w jego 

kierunku, oczekując dotyku ust na swojej twarzy, 

czekając, że weźmie ją w posiadanie tak, jak to czynią 

mężczyźni od zarania dziejów. 

Rytm wybijany przez serce jeszcze przyspieszył. 

- Masz we włosach farbę. 

Ivy zamarła. Bicie bębnów umilkło. Otworzyła 

oczy. Rick przyglądał się w skupieniu jej końskiemu 

ogonowi. 

- Powinnaś bardziej uważać. 

Myśli, które w tej chwili przyszły jej do głowy, nie 

miały nic wspólnego z ostrożnością. Były nieokiełznane 

i gwałtowne. Podniosła pędzel i namalowała białego 

kleksa na jego czole. 

- Ty też. 

Wspaniale. Zemsta była doskonała. Nie przeszka­

dzało jej wcale, że przez to głupie i dziecinne zachowa­

nie najpewniej spóźnią się na trening. 

Przed chwilą upokorzyła samą siebie. Marzenie 

o pocałunku nie ziściło się. Spędzili razem pięć długich 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 83 

dni Jeśli Rick wciąż nie jest tną zainteresowany, praw­

dopodobnie na zawsze zostanie dla niego tylko kump­

lem. A więc, zgodnie z logiką Ivy, w zupełności zasłużył 

sobie na trochę farby na głowie. 

Patrzył na nią w bezruchu. Kropla farby spłynęła 

mu na policzek. Ivy otarła ją palcem, pozostawiając 

białawą smugę. 

Z kamiennym wyrazem twarzy Rick wyciągnął do 

niej rękę. Oddała mu pędzel, oczekując, że za chwilę 

wytrze go o jej włosy. 

Zamrugał i spojrzał na rękę. Trzymała pędzel od­

wrócony do niego stroną umaczaną w farbie. Spojrzeli 

sobie głęboko w oczy. Zza drzwi dolatywał stukot 

maszyny Lincolna. 

Ivy w milczeniu podała mu ściereczkę. Rick ostroż­

nie odłożył jej pędzel do puszki z farbą. 

Wiesz... - zaczął z namysłem. 

Przełknęła ślinę. Wiedziała. Niemal słyszała repry­

mendę, po której na zawsze zostanie wykluczona 

z jego życia. 

Wiesz... - powtórzył, wycierając ręce i przygląda­

jąc się białym obwódkom przy paznokciach. - Zawsze 

w stosunkach pomiędzy kobietą a mężczyzną istnieje 

taki dodatkowy obszar, w którym zasady gry wciąż są 

zmieniane. Przeważnie przez kobietę. 

Do czego zmierza? Dlaczego torturuje ją oczeki­

waniem? 

- Na przykład, kobieta, która wchodzi w obszar 

tradycyjnie męski, wybierając zawód dziennikarza spo­

rtowego. 

Ivy przygryzła wargę. 

- Chce, żeby traktować ją jak mężczyznę. Ale bez 

przesady. Jest przecież kobietą! Mężczyźni nie powinni 

nigdy o tym zapominać, ale nie daj Boże, by to okazali. 

- Rick... 

- Ale my, lubieżne samce, zauważamy to - ciągnął 

- a nasze uwagi na ten temat są traktowane jak coś 

niewłaściwego, nasze czyny określa się mianem męskiej 

background image

84 REPORTER W SPÓDNICY 

arogancji i molestowania. - Odrzucił ściereczkę. - Bia­

da jednak temu, kto nie zorientuje się w porę, że zasady 

gry zostały zmienione i różnego rodzaju gesty i męskie 

zachowania są nie tylko dopuszczalne, ale wręcz pożą­

dane i oczekiwane. 

Ivy pochyliła głowę i zaczerwieniła się po uszy ze 

zmieszania. Rick uniósł jej brodę i zmusił, by popat­

rzyła mu prosto w oczy. 

- A jaki jest los tych nieszczęśników, którzy nie 

potrafią czytać w myślach kobiet? 

- Mają farbę we włosach - wymamrotała. 

- A czy wiesz, co się wtedy dzieje z kobietą? 

Chwycił jej poplamiony farbą koński ogon i pociąg­

nął. W jego głosie nie było gniewu. W oczach czaił się 

uśmiech, ale usta pozostawały surowe. Ivy spróbowała 

się uśmiechnąć. 

- Dostaje całusa? 

- Tylko jeżeli otwarcie przyzna, że zasady zostały 

zmienione. - Rick nigdy jeszcze nie patrzył na nią 

w taki sposób. - A więc, Ivy? - ponaglił. 

Przestała być tylko kumplem. W jego karmelowych 

oczach zalśniło pożądanie. Pragnął jej, widział w niej 

kobietę. 

Zadrżała. 

Dłonie Ricka objęły jej kark i talię. Powoli, ale 

nieubłaganie przyciągnął ją do siebie. 

- To znacznie skomplikuje wiele spraw - powie­

dział, kreśląc palcami ciepłe kółeczka u nasady jej szyi. 

- Później się nimi zajmiemy. - Dotyk jego palców 

obudził uczucie ciepła w ciele Ivy. Uniosła głowę. 

Jego usta dotknęły jej ust lekko, dając jej szansę na 

wycofanie się, jakby pytał, czy jest pewna, że tego chce. 

- Czekasz na decyzję sędziego? - Ivy nie miała 

żadnych wątpliwości. 

- Myślałem, że mogę dostać żółtą kartkę za przy­

trzymanie przeciwnika. 

Wspięła się na palce i przytuliła do wspaniałych, 

silnych ramion. Pocałowała go z całym żarem, który 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 85 

rozpalał się w niej przez długie tygodnie, gdy po­

dziwiała te pięknie zbudowane nogi, doceniała cierp­

liwość i wyrozumiałość w czasie treningów i zachwycała 

się jego uśmiechami. 

Pocałowała go z miłością. 

Otworzyła szeroko oczy. Miłość? Kiedy to jej uczu­

cia zmieniły się w miłość? 

Czy wtedy, kiedy siedzieli przy stole w kuchni i Rick 

z przejęciem opisywał swoją pracę w tym zaniedbanym 

Ośrodku? Kiedy zaproponował, że będzie trenował 

drużynę piłki nożnej pomimo kontuzji kolana? A może 

chwilę temu, kiedy patrzył na nią głodnym, drapieżnym 

wzrokiem? 

- Twój pocałunek ma ostry, pikantny smak wy­

szeptał Rick, nie odrywając ust od jej twarzy. 

Ivy spodobało się to określenie. Nie słodki, ale 

pikantny. Dotykała palcami mięśni jego ramion i szyi, 

wsunęła dłonie pod szelki jego ogrodniczek i pieściła 

złotobrązową, gładką skórę na plecach. 

Rick wciągnął głęboko powietrze i ukrył twarz 

w zagłębieniu jej szyi. Poczuła drapanie jego włosów, 

usztywnionych wysychającą farbą. 

Teraz dopiero zrozumiała, czemu miłość nazywana 

jest uczuciem wzniosłym. Czuła, że unosi się swobodnie 

w powietrzu. To było jak otwierające mecz wybicie 

piłki, fajerwerki i zwycięska bramka razem wzięte. 

Jeszcze przez chwilę poddawała się tej euforii, potem 

odsunęła się leciutko. 

- Chyba musisz się pośpieszyć, ta farba ciężko 

schodzi. 

Zamknął oczy i oparł czoło o czubek jej głowy. 

- Trening - westchnął. 

- Trening przytaknęła Ivy. 

- Piłka nożna śmierdzi - oświadczyła Ruth Ann. 

- Wolałabym robić coś innego. 

Ja też, pomyślała Ivy. Przypomniała sobie dotyk 

ramion Ricka, które jeszcze przed chwilą ją obejmowały. 

background image

86 

REPORTER W SPÓDNICY 

- Po co mam chodzić na treningi, jeśli i tak nigdy 

nie mogę grać w meczu - ciągnęła płaczliwie dzie­

wczynka. 

Prawdę mówiąc, Ivy też zastanawiała się, czy uczes­

tniczenie w treningach ma w przypadku Ruth Ann 

jakikolwiek sens Przypomniała sobie jednak, że zamie­

rzała dać wszystkim dziewczynkom okazję sprawdzenia 

się w grach zespołowych. 

- Grałabyś więcej, gdybyś trenowała tak jak Lanie. 

- Jej pomaga brat. Ja nie mam brata. 

- Ja też. - Ivy chciała przekonać Ruth Ann, że brat 

wcale nie jest niezbędny do gry w piłkę. 

- W drużynie trenera Ricka grają wszyscy. - Ruth 

Ann zmierzyła ją oskarżycielskim wzrokiem. 

Trening zaczął się bez udziału Ricka, który wciąż 

walczył z zaschniętą na włosach farbą. Ivy, której 

usunięcie kremowej łaty poszło znacznie sprawniej, 

zajęła się również jego drużyną Zorganizowała mecz, 

w którym jej dziewczęta bez trudu rozgromiły przeciw­

niczki. W drugiej połowie może dopuścić do gry gorsze 

zawodniczki. 

- Ruth Ann, zastąp Lanie - Gwizdek oznajmił 

koniec połowy. 

Ivy wprowadziła zmiany w składach. Z drugiej 

drużyny wybrała najlepsze zawodniczki, nie zwracając 

uwagi na protesty ich pominiętych koleżanek. 

- Świetnie! - zawołał Rick, który przybył na boisko 

dokładnie w momencie, gdy jego drużyna strzeliła 

bramkę. - Doskonale! - Odwrócił się do Ivy. - Jak 

ci idzie? 

- Nie najgorzej. - Uśmiechnęła się, zawstydzona 

i onieśmielona. Jak powinna się teraz zachować? Powi­

tać go całusem? Przytulić się do niego? Zawsze gardziła 

dziewczętami, które demonstrowały swoje prawa do 

jakiegoś chłopaka w miejscach publicznych. 

Skinął głową i odwzajemnił uśmiech. 

A więc za dużo sobie obiecuje po zwykłym pocałun­

ku. Nie, to nie był zwykły pocałunek. Przynajmniej nie 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 87 

dla niej. Ale uczucia Ricka mogą przecież być inne. 

Gdyby tylko dał jej jakiś znak! 

Gdyby tylko dała mu jakiś znak! W jaki sposób 

facet ma wiedzieć, o czym myśli kobieta i czego 

oczekuje? 

Ostatnio, kiedy sądził, że nareszcie rozumie całą 

sytuację, upaćkała mu włosy farbą. Pomyślał, że gdyby 

tylko pocałował ją od razu, gdy tego zapragnął, unik­

nąłby wielu kłopotów. 

Z drugiej strony, szatnia drużyny Coltów nie była 

najsympatyczniejszym miejscem na romantyczne po­

całunki. 

Panie trenerze... 

O co chodzi, Trudy? - zapytał, wyrwany z roz­

myślań. 

Ona nie pozwala mi grać - Trudy rzuciła Ivy 

jadowite spojrzenie. 

- Pewnie teraz nie twoja kolej. 

Ależ tak! Grałam tylko pięć minut. A ona wybrała 

Colleen. I w dodatku postawiła ją znowu na bramce. 

Zaraz się tym zajmiemy. - Poklepał Trudy po 

ramieniu i odesłał ją do grupy dziewcząt. 

- Zrobiłam to celowo - zaczęła Ivy.- Graliśmy mecz 

i twoja drużyna strasznie przegrywała. W tej chwili 

grają twoje najlepsze zawodniczki. Moim zdaniem 

Colleen powinna zawsze stać na bramce. Obroniła trzy 

świetne strzały. 

Jest niezła, ale jeśli zostanie na stałe bramkarzem, 

żadna z jej koleżanek nie będzie mogła grać na tej 

pozycji. 

Powinny więcej ćwiczyć i sobie na to zasłużyć. 

Nic nie rozumiesz. - Rick rozzłościł się, chociaż 

wcale tego nie chciał. Nie teraz, nie po tym pocałunku. 

Kiedy go pocałowała, był oszołomiony i zachwycony. 

To uczucie znane mu było tylko z boiska, ze szczególnie 

trudnych potyczek, z których wychodził zwycięsko. Po 

takich pocałunkach nie wolno się kłócić. 

background image

88 REPORTER W SPÓDNICY 

Chwileczkę zaczęła I vy - sam wcale nie ćwiczyłeś 

gry na różnych pozycjach, tylko robiłeś to, w czym 

byłeś najlepszy. Nie mam racji? 

- Masz, ale to nie to samo. 

- Bo byliście chłopcami? - spytała szybko. 

- Ivy... sensem uczestniczenia w grach zespołowych, 

szczególnie w tak młodym wieku - powiedział z nacis­

kiem - jest pozwolić dzieciakom bawić się, przy okazji 

czegoś je ucząc. Dotyczy to zarówno chłopców, jak 

i dziewczynek. 

- W takim razie dlaczego nie mają poznać smaku 

wygranej? - Potrząsnęła głową, a jedwabiste włosy 

rozsypały się po jej ramionach. 

- Są w życiu rzeczy ważniejsze niż wygrana. Objął 

ją ramieniem i przyciągnął do siebie. Miał nadzieję, 

że w ten sposób przypomni jej przynajmniej o jednej 

z nich. 

- Nie mówiłbyś tak, gdyby to była drużyna chłop­

ców. - Ku ogromnemu zaskoczeniu Ricka, Ivy Strzą­

snęła jego ramię. Dlatego że są dziewczynkami, 

traktujesz je ulgowo. Zacisnęła zęby i odwróciła 

się od niego. 

- Nie mogę postępować z nimi dokładnie tak samo, 

jak z chłopcami. To by było głupie. Są inaczej zbudo­

wane i nie tak silne. Poza tym - podkreślił - moja 

drużyna właśnie zdobyła gola. To już drugi od chwili, 

gdy tu przyszedłem. 

- Czyli jest jedenaście do dwóch. - Ivy wpatrywała 

się w niego bez mrugnięcia okiem. 

- Naprawdę? - uśmiechnął się, czując, że nie jest 

w stanie zachować powagi. - Moja drużyna nie zawsze 

zwycięża, ale przynajmniej każdy ma okazję wziąć 

udział w grze. 

- Rick, dziewczęta muszą nauczyć się walczyć i kon­

kurować pomiędzy sobą - wyjaśniła tonem wyższości, 

który nawet świętego doprowadziłby do pasji. 

Przez ostatnie kilka tygodni zaobserwował zmianę 

w zachowaniu i postawie Ivy. Była coraz bardziej 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 

89 

pewna siebie i zdecydowana. Teraz jednak zaczyna 

chyba przesadzać. 

- One wcale nie są takie kruche i delikatne. Nic 

im się nie stanie, jeśli zmusisz je do większego 

wysiłku. 

- Chyba czytałaś kodeks sportowy klubu? „Wszyscy 

mają prawo uczestniczyć w grze". - Rick zmarszczył 

brwi. 

- Wszyscy mają takie prawo, ale naprawdę grają 

tylko najlepsi. Słabsi zawodnicy muszą pracować, jeśli 

chcą do nich dołączyć. Dlaczego miałabym karać moje 

najlepsze zawodniczki, zmuszając je do siedzenia na 

ławce rezerwowych? Gdyby reszta rzeczywiście chciała 

grać, bardziej by się starały. 

- Jak mogą się starać, kiedy nie dopuszczasz ich do 

gry?! - zirytował się w końcu. - Wcale nie masz racji. 

Najważniejszy jest udział w grze - dodał ciszej. 

- Nie. Liczy się to, by zwyciężyć. Tak jak w życiu. 

Silniejsi, inteligentniejsi, bardziej pracowici wygrywają. 

Najwyższy czas, żeby dziewczynki zaczęły się tego 

uczyć. 

Rick otworzył usta, żeby zaprotestować przeciwko 

tym absurdalnym teoriom, ale uświadomił sobie, że 

dalsza dyskusja nie ma sensu. Dziewczyna nie chciała 

słuchać jego argumentów. 

- Ivy? 

Odwróciła się ku niemu. Jej policzki płonęły. 

- Nie kłóćmy się. 

- Ale to jest ważne! W dzieciństwie byłam zawsze 

traktowana łagodnie, dlatego właśnie tak bardzo się 

męczyłam, starając się z tego wyrosnąć. 

- Być może moje treningi są trochę za łatwe. - Po­

wstrzymał ją gestem. - Natomiast ty, być może, trochę 

przesadzasz. 

Nie odezwała się. Tym razem wolała przystać na 

kompromis. 

Rick wyciągnął ku niej ramię. Odskoczyła na bok, 

sztywna i nieufna. 

background image

90 REPORTER W SPÓDNICY 

- Nie bój się. Moje maniery pozostawiają wpraw­

dzie wiele do życzenia, ale mam swoje zasady. Jedna 

z nich zabrania mi całować innych trenerów w czasie 

pracy. 

- Nawet nie próbuj! - Jej twarz zaróżowiła się 

jeszcze bardziej. 

Rick roześmiał się, objął ją i w mgnieniu oka 

przyciągnął do siebie jej sztywne, stawiające opór ciało. 

A potem złamał swoją zasadę. 

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

- Zakochana para, zakochana para! 

Dziewczynki zauważyły ich pocałunek, a teraz bie­

gały dookoła i klaskały w dłonie. Ivy zawstydziła się 

tak bardzo, że nie była nawet w stanie spojrzeć w twa­

rze rodzicom. 

- Na dzisiaj kończymy - oświadczyła. Nie zwracając 

uwagi na to, co się dzieje wokół niej, niemal na 

oślep zaczęła zbierać pomarańczowe słupki. Czuła 

się jak nastolatka, a nie jak dwudziestoczteroletnia 

reporterka. 

Kiedy jej policzki odzyskały naturalny kolor, Ivy 

uświadomiła sobie, jak bardzo jest wściekła. Jak śmiał 

pocałować ją na oczach wszystkich?! Co on sobie 

wyobraża?! 

Uczucie miłości było dla Ivy czymś zupełnie no­

wym. Wytrąciło ją z równowagi. Rick zdawał się to 

rozumieć. 

Poszła po piłkę, która po wystrzeleniu na aut znalaz­

ła się pod samym ogrodzeniem boiska. Kiedy wróciła 

do samochodu, dziewczynek i ich rodziców już tam nie 

było. Odetchnęła z ulgą. Zaczęła wrzucać sprzęt swojej 

drużyny do bagażnika. Rick stał obok i czekał. 

- Wiesz, że to - wskazał kciukiem w stronę boiska 

- nigdy mi się przedtem nie zdarzyło. Nie wiem, co 

powiedzieć. 

- Doprawdy? - spytała lodowatym tonem. A więc 

taki twardy facet, jak Rick, nie wie, co powiedzieć? 

-Tak. 

- Tak to jest, jak się łamie zasady. - Zatrzasnęła 

bagażnik. - Ale mógłbyś spróbować mnie przeprosić. 

background image

92 

REPORTER W SPÓDNICY 

Podniósł z ziemi zapomnianą piłkę i wrzucił ją do 

torby ze sprzętem. 

- Przykro mi, że wprawiłem cię w zakłopotanie. 

- Przez ułamek sekundy wyglądał na bardzo skruszo­

nego. Po chwili kąciki jego ust zaczęły drżeć od tłumio­

nego śmiechu. - Ale wcale nie żałuję, że cię pocałowa­

łem. Prawdę mówiąc - osłonił oczy dłonią i rozejrzał 

się wokół - gdyby udało mi się znaleźć jeszcze jedną 

drużynę piłkarską, być może zrobiłbym to ponownie. 

- Ani mi się waż! - odburknęła Ivy. 

- Uspokój się. To był tylko żart. Śmieję się z tego, 

widzisz? Wyszczerzył zęby w sztucznym uśmiechu. 

Żart. Jak może sobie żartować z pocałunków? Jej 

twarz płonęła. Poczuła czające się pod powiekami 

piekące łzy. Nie, co to, to nie! Nowa Ivy nie płacze, 

nawet kiedy jest bardzo zdenerwowana albo ktoś ją 

zrani. Zamrugała szybko powiekami i odwróciła głowę. 

- Hej! Rick dotknął jej brody i zmusił, by na 

niego popatrzyła. - Żart dotyczył drużyny piłkarskiej 

- powiedział łagodnie. - Nie robię sobie żartów z po­

całunków. 

- J a też nie - wyszeptała, czując, że jej gniew 

słabnie. Była bardzo zmęczona. Nie chciała złościć 

się na Ricka. - Po prostu pomyślałam, że nie traktujesz 

mnie serio. 

- Ależ biorę cię bardzo serio! 

Jego wzrok zatrzymał się na jej ustach. Ivy wiedzia­

ła, o czym myśli. Chciała, żeby ją teraz pocałował. 

- Nawet nie wiesz, jaki mam wariacki plan na 

najbliższy tydzień. Weekend w San Antonio, a potem 

jeszcze cztery mecze. Z każdego oddzielny reportaż. 

- Uśmiechnął się leciutko. 

Wycofuje się. Ivy skrzyżowała ramiona na piersi 

i oparła się o samochód. 

- Dobrze, że przynajmniej prawie skończyliśmy ma­

lowanie. - Jej głos zabrzmiał ostro i sucho. 

- Będzie mi brakowało naszych popołudniowych 

spotkań. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 93 

Majsterkowanie nigdy nie było moją życiową pa­

sją oznajmiła szorstko. 

Miało jednak swoje dobre strony. Szczególnie 

w pewnych momentach. -Rick zmrużył oczy z roz­

bawienia. 

- Niewiele. 

- Przez kilka najbliższych tygodni tych chwil, nie­

stety, nie będzie zbyt wiele. Będę musiał opuścić 

kilka treningów. Czy mogłabyś je za mnie popro­

wadzić? 

- Oczywiście - powiedziała Ivy. To nie będzie łatwe, 

ale poradzi sobie z dwiema drużynami. 

- Doskonale odparł obejmując ją ramieniem. 

- Ivy, jesteś dla mnie kimś bardzo wyjątkowym. 

Ogarnęła ją rozpacz. Te słowa słyszała już kiedyś 

przedtem. 

- Nie chcę zepsuć tego, co się pomiędzy nami zro­

dziło - dodał. 

Tak, to stara, znana śpiewka na temat nieniszczenia 

pięknej przyjaźni. Jak mogła sądzić, że tym razem 

wszystko będzie inaczej tylko dlatego, że jej własne 

uczucia są silniejsze niż kiedykolwiek przedtem? Rick 

właśnie łamie jej serce. A więc domyślił się, wyczuł jej 

rosnącą miłość. 

Nie kocha jej. Próbuje się jej delikatnie pozbyć. To 

w jego stylu. Jeśli będzie bardzo, bardzo ostrożna, 

może uda się zakończyć tę rozmowę w taki sposób, by 

nie narazić na szwank własnej dumy ani nie stracić jego 

przyjaźni. 

- Chcę się z tobą dalej widywać - oświadczył zde­

cydowanie. 

Szybko odwróciła głowę. Wiedziała, do czego zmie­

rzał. 

- Bardzo cenię naszą... 

Zawahał się, szukając właściwego słowa. Ivy nie 

zamierzała mu w tym pomagać, choć doskonale wie­

działa, co zaraz usłyszy. 

- ...przyjaźń. 

background image

94 REPORTER W SPÓDNICY 

- I nie chcesz zrobić niczego, co mogłoby ją narazić 

na szwank albo zaszkodzić naszym kontaktom w pra­

cy? - Spojrzała na niego i uśmiechnęła się cierpko. 

- Właśnie tak. - Na twarzy Ricka odmalowała 

się ulga. Ivy poczuła ukłucie w sercu. - Zresztą nie 

będę miał wiele okazji, by widywać się z tobą poza 

redakcją. 

- Oczywiście, rozumiem. - Delikatnie wysunęła się 

z jego ramion. - Słyszałam to już przedtem, a nawet 

sama kilka razy wygłosiłam podobną przemowę. Było 

nam razem miło, ale teraz żegnaj. Albo coś w tym 

rodzaju, prawda? 

- Nieprawda. Chyba zupełnie straciłem wyczucie 

powiedział szybko i pocałował ją w usta. 

Zaskoczył ją. Ale jej ciało szybko otrząsnęło się 

z tego stanu. Zamknęła oczy. Pocałunek Ricka budził 

powoli wszystkie zmysły. Czuła na wargach jego ciepłe, 

pełne usta, wdychała jego zapach. Westchnęła leciutko. 

Dłoń Ricka przesunęła się z jej policzka na kark, 

a później powędrowała po plecach. Przyciągnął dziew­

czynę bliżej siebie. Na chwilę odchyliła głowę i objęła 

go, rozkoszując się dotykiem wspaniałych ramion. 

Silne, wyraźnie zarysowane mięśnie zagrały pod skórą, 

gdy przytulił ją jeszcze mocniej. 

- Myślałam, że chcesz, żebyśmy zostali tylko przy­

jaciółmi. 

- Przyjaźń jest bardzo ważna. - Rick błądził ustami 

po jej uchu i szyi. - Ale miałem na myśli coś więcej. 

- Z tego, co powiedziałeś, wywnioskowałam, że nie 

chcesz mnie już więcej widzieć! 

- Źle mnie zrozumiałaś. Ale teraz wszystko będzie 

się działo w nieco zwolnionym tempie. Prawdę mówiąc 

- przyjrzał się jej uważnie - to może być całkiem niezłe 

rozwiązanie. 

Jego lekki uśmieszek sprawił, że Ivy znów ogarnął 

niepokój. Rick stara się być miły, ale tak naprawdę 

pewnie śmiertelnie się z nią nudzi. Była na siebie 

wściekła. Najchętniej poprosiłaby teraz o kilka minut 

background image

REPORTER W SPODNICV 95 

przerwy i zadzwoniła do Laurel z prośbą o praktyczne 

porady 

Staram się wytłumaczyć ci, że wcale mi nie prze­

szkadza, że wszystko będzie się działo powoli. 

- Nie? W głosie Ivy zadrżała nuta nadziei. 

- Jak na ludzi, którzy zajmują się dziennikarstwem, 

mamy wyjątkowo dużo kłopotów z wzajemnym poro­

zumieniem - wymruczał. 

- Ale tym razem wydaje mi się, że nareszcie cię 

zrozumiałam odparła, unosząc ku niemu głowę. 

Chciałbym się co do tego upewnić. Jeszcze raz 

musnął ustami jej twarz. - Chciałbym być tego bardzo, 

bardzo pewny. 

Kilka minut później Rick przyglądał się znikającym 

w oddali światłom samochodu Ivy. 

Jest słodka, delikatna, a to znaczy, że można ją 

łatwo zranić. Mógł mieć tylko nadzieję, że uda mu się 

tego uniknąć. 

Pierwsza strona. Cała pierwsza strona. Z koloro­

wym zdjęciem. I obok jej nazwisko. Najdłuższy artykuł 

w tym wydaniu. Artykuł o Ośrodku Doradztwa Spor­

towego 

Ivy siedziała przy biurku i przytulała do siebie 

egzemplarz „Austin Globe". Nie szkodzi, że się po­

gniecie. Ma ich jeszcze kilka. Wyśle je siostrom, przy­

jaciołom, dalekim znajomym, krewnym. Tym razem 

Holly będzie naprawdę zachwycona. 

Ivy odwróciła się na krześle. Dziś rano na jej biurku 

stała samotna, żółta róża. Uniosła ją i chciwie wdychała 

słodki zapach sukcesu. Nie musiała nikogo pytać, i tak 

wiedziała, że to od Ricka. 

Przez ostatnie dwa tygodnie prawie go nie widywała. 

Mijali się w drzwiach. Przeważnie przyjeżdżał do reda­

kcji, kiedy Ivy już wychodziła. Udało mu się wpaść na 

sobotni mecz piłki nożnej, ale miał czas ledwie na to, 

by jej pomachać. Teraz jednak wreszcie się spotkają. 

background image

96 REPORTER W SPÓDNICY 

Był wspaniały, słoneczny dzień. Pierwszy chłodny 

dzień tej jesieni, czyste, suche powietrze. Doskonała 

pogoda na futbol. W dodatku mają jechać razem na 

dwa mecze. Razem! Ivy nie mogła się wprost do­

czekać. 

Pół godziny później, gdy zaczynała się już niepokoić, 

czy nie spóźnią się na pierwszy mecz, do redakcji wszedł 

Rick. Pocałował ją leciutko w czubek głowy i włączył 

swój komputer. 

- Jesteś gotowa? 

Skinęła głową. Powstrzymała się od uwagi, że po­

winni byli wyjechać kwadrans temu. 

- Chcę tylko coś sprawdzić. . - urwał, wpatrując się 

w monitor. 

Ivy ze wszelkich sił starała się zachować spokój, ale 

nie potrafiła już dłużej czekać. 

- Widziałeś artykuł? spytała przejętym szeptem. 

- Oczywiście. - Zamknął oczy i przeciągnął się. 

- To do twojej kolekcji. - Podała mu egzemplarz 

czasopisma. 

Starała się powstrzymać od pytania, co sądzi o jej 

tekście. Jest w końcu profesjonalistką i liczy się dla niej 

tylko własne zdanie i opinia redaktora. Harrisowi jej 

dzieło bardzo się spodobało. Powiedział jej, że tego 

typu artykuły są jej mocną stroną, że wychodzi jej to 

znacznie lepiej niż reportaże ze stadionów. Pochlebiła 

jej ta opinia, choć za wszelką cenę starała się uniknąć 

zaszufladkowania. Nie chciała zostać specjalistką ogra­

niczającą się do reportaży o wydźwięku ogólnospołecz­

nym. Dzisiaj, po meczu, będzie musiała zachować się 

bardziej zdecydowanie i okazać więcej uporu. 

Opinia Ricka nie ma więc żadnego znaczenia. Co 

z tego, że pisanie o ODS zajęło jej trzy razy więcej czasu 

niż jakakolwiek inna praca? Co z tego, że każdy 

paragraf był dopracowany do perfekcji? Napisała to 

dla siebie, nie dla niego. 

Mógłby jednak przynajmniej rzucić okiem na jej 

dzieło. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 97 

Twój artykuł o Ośrodku jest.. - Rick uśmiechnął 

się nie otwierając oczu. Serce Ivy niemal zamarło 

..fantastyczny Sam bym go lepiej nie napisał. 

Przeczytał. Podobało mu się. 

Próbowała powstrzymać uśmiech. Teraz dopiero 

zaczął się dla niej wspaniały dzień. 

Wspaniały? Okropny! 

W szczycie sezonu futbolowego, reporterzy sportowi 

byli przepracowani i poirytowani. 

Ivy stała w szatni drużyny zwycięzców i wykrzykiwa­

ła we wszystkie strony swoje pytania. Ignorowano ją, 

popychano i lekceważono. Później pobiegła do szatni 

drugiej drużyny, gdzie potraktowano ją podobnie. 

Wszędzie pełno było reporterów, z którymi Ivy musiała 

walczyć równie ostro, jak z samymi zawodnikami. 

Drugi mecz, rozgrywany w innym mieście, rozpoczął 

się, nim tam dotarli. Ivy, zgodnie z sugestią redaktora, 

przez cały sezon śledziła postępy niektórych zawod­

ników i pisała o nich co tydzień. Byli to zarówno 

kandydaci do krajowych nagród, jak i obiecujący 

nowicjusze. 

W tym meczu grało dwóch z jej pupilków. Trudno 

będzie przeprowadzić wywiad z obydwoma, ale zawsze 

można spróbować. Długi dzień pracy jeszcze się prze­

cież nie skończył, a Ivy była już bardzo zmęczona 

i zniechęcona. 

Po meczu postanowiła zacząć od wywiadu z drużyną 

przegranych. Nie była to najlepsza decyzja, ponieważ 

zwycięzcy wpuścili reporterów do swojej szatni natych­

miast, nie każąc im czekać pod drzwiami. Musiała 

niemal od razu stawić czoło tłumom tych najszybszych, 

którzy przybiegli do drugiej szatni, by przeprowadzić 

drugą rundę wywiadów. 

Czuła się tak samo nieszczęśliwa i zagubiona, jak 

zawsze. Dlaczego znowu musi przez to przechodzić? Na 

szczęście Rick zauważył, że jest w tarapatach i wysłał 

do niej kilku zawodników. 

background image

98 REPORTER W SPÓDNICY 

Jesteś z „Globe"? - spytał jeden z nich. 

- Tak, jestem Ivy Hall. 

- Rick kazał mi przyjść i porozmawiać z tobą. 

Zawahała się. Nie może jednak przepuścić nadarza­

jącej się okazji. Zadała kilka stereotypowych pytań 

i zanotowała odpowiedzi. Czuła się bardzo przygnębio­

na. Rick znowu ją uratował. 

- Tym razem lepiej ci poszło? - spytał, kiedy wracali 

do Austin na trzeci i ostatni mecz tego dnia. 

- Tak, dzięki. Rick, naprawdę doceniam to, że się 

o mnie troszczysz, ale nie możesz mi ciągle pomagać. 

Prawdę mówiąc, nigdy nie powinieneś był tego robić. 

Muszę sama osiągnąć sukces albo ponieść porażkę. 

Przez cały sezon wmawiałam sobie, że jeżeli bardziej się 

postaram, zmienię nastawienie, te wywiady będą łat­

wiejsze. 

I co? Rick nie odrywał wzroku od szosy. 

Nie wyszło, ale to mój problem. Więc - Ivy 

wyciągnęła rękę i dotknęła jego ramienia - obiecaj, że 

nie będziesz mi już więcej przysyłał swoich kolegów 

z przykazaniem, żeby udzielili mi wywiadu. Dobrze? 

Spojrzał na nią z ukosa. Zacisnął mocno szczęki. 

Zrozumiała, że się na nią gniewa. 

- Czy nigdy nie przyszło ci do głowy, że twój sukces 

mógłby leżeć w moim interesie? W ten sposób miałbym 

trochę mniej pracy. 

- Kiedyś coś takiego mówiłeś. 

- Jak sądzisz, kto odwala całą robotę w redakcji? 

Myślisz, że zamierzam spędzić resztę mojego życia jako 

niańka dla żółtodziobych reporterów? 

- Rozumiem. - Przypomniał jej, gdzie jest jej miej­

sce. - Rozumiem - powtórzyła. W samochodzie zapa­

nowała wroga cisza. 

Zanim dotarli na stadion, gra już się rozpoczęła. Ivy 

poszła prosto do loży prasowej. Rick gdzieś zniknął. 

Rozglądała się niespokojnie dookoła. Wdychała głę­

boko chłodne powietrze, pachnące lekko dymem i sta­

rała się na nowo obudzić w sobie dawny entuzjazm dla 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 

99 

futbolu. Czekała na dobrze znajome uczucie przejęcia 

i podniecenia, które zawsze ogarniało ją na meczu, 

kiedy tłumy kibiców skandowały nazwę swojej drużyny, 

grała orkiestra i panowała atmosfera wielkiego święta. 

Nic. Pozostała obojętna. 

Nie jest w stanie cieszyć się meczem, skoro Rick się 

na nią gniewa. Odetchnęła głęboko. Była pewna, że 

miała rację, prosząc go, żeby traktował ją tak samo jak 

innych. Przekonanie o własnej słuszności nie miało 

jednak wpływu na samopoczucie. Ivy czuła się bez­

nadziejnie ponuro. 

Przygnębienie i poczucie porażki nie opuszczało jej 

także podczas wywiadów w szatniach. Szło jej fatalnie. 

Wreszcie zdecydowała się pójść do szatni zwycięzców. 

Przynajmniej oni powinni być w dobrym nastroju. 

Dobry nastrój to zbyt skromne słowa, by opisać 

panującą w szatni euforię. Drużyna szalała z radości. 

Zawodnicy polewali swojego trenera wodą, piwem 

i szampanem. W dwie minuty również i Ivy przesiąkła 

zapachem tej mieszanki wybuchowej. 

Rick złapał ją za ramię i odciągnął na bok. Wyraźnie 

wrócił mu entuzjazm. 

- Widziałaś, kto tu jest? - spytał przejętym szeptem. 

-Kto? 

- Rudy Allen, agent. - Czujnie rozejrzał się na 

wszystkie strony. 

- Kogo reprezentuje? - Ta informacja zrobiła na 

niej odpowiednie wrażenie. Rudy Allen, sławny jako 

agent największych gwiazd sportu, nieomylnie wybierał 

zawodników, którzy w najbliższej przyszłości mieli 

dołączyć do tego grona. 

- Właśnie tego chcę się dowiedzieć. Pogadaj z nim. 

Ze mną nie będzie chciał rozmawiać. Kilka razy ostro 

się starliśmy i mamy nieco na pieńku. Ciebie nie zna, 

więc spróbuj go wybadać. 

- Rick, chyba już o tym rozmawialiśmy. Obiecałeś, 

że będziesz mnie traktował tak samo, jak wszystkich 

innych reporterów. 

background image

100 REPORTER W SPÓDNICY 

- Nie gadaj głupot, Ivy! Potrząsnął ją za ramię. 

- Wcale ci nie pomagam! A teraz idź go przepytać. 

Popchnął ją w stronę pryszniców. 

W porządku, tym razem go posłucha, ale tylko 

dlatego, że dołożył starań, żeby wymyślić przekonywa­

jący pretekst. 

A więc gdzie jest Rudy Allen? Ivy rozejrzała się 

po zatłoczonym pomieszczeniu. Wreszcie go zauwa­

żyła. Niski, szczupły mężczyzna, właśnie wychodził 

bocznymi drzwiami. Ivy odwróciła się na pięcie, za­

mierzając złapać go na zewnątrz. Pobiegła koryta­

rzykiem i, wpadła prosto na zawodnika, którego kolano 

obłożone było lodem. 

Obrońca Uniwersytetu Teksańskiego. 

Ivy nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. Nikt inny 

nie przeprowadził z nim wywiadu. Chłopak doznał 

kontuzji w trakcie meczu i dopiero w tej chwili wykuś-

tykał z gabinetu zabiegowego. 

- Ivy Hall, z „Globe"! - zawołała, a jej głos odbił 

się echem po korytarzu. 

Obrońca wyglądał na zaskoczonego, ale szybko się 

opanował i uprzejmie odpowiedział na jej pytania. 

Nareszcie. Nareszcie się poszczęściło. Nie mogła się 

doczekać, kiedy powie o tym Rickowi. Bez jego pomo­

cy sama znalazła temat na reportaż. I to jaki! Będzie 

z niej dumny. 

Gdy tylko skończyła wywiad, popędziła na parking. 

Rick przechadzał się obok swojego dżipa. Pomachała 

notesem. 

- I co? Czego się dowiedziałaś? - spytał, gdy tylko 

znalazła się w zasięgu głosu. 

- Zrobiłam wywiad z obrońcą! Jako pierwszy, 

a w dodatku zapewne jedyny reporter! Patrz na te 

notatki! - roześmiała się głośno i wpadła w jego objęcia. 

-

 A co z Rudym? Kogo reprezentuje? 

- Ach, Rudy... wyszedł, wiec z nim nie rozmawiałam. 

- Niczego się nie dowiedziałaś? Niczego? - twarz 

Ricka skamieniała. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY  1 0 1 

Nie. lvy zamrugała oczami. 

Palce Ricka zacisnęły się na jej ramionach Wyma­

mrotał przez zęby coś, czego wolałaby nie słyszeć. 

Rzucił się biegiem w stronę wejścia na stadion. 

- Rick! Twoje kolano! 

Nie słyszał jej albo postanowił nie słyszeć. Czekała 

ponad pół godziny. To wystarczyło, by doszła do 

słusznego wniosku, że zawaliła sprawę. Rick jej zaufał, 

a ona, kierując się wybujałym poczuciem dumy, za­

wiodła go. 

Nareszcie wrócił. Bardzo utykał, co wcale nie po­

prawiło jej samopoczucia. W milczeniu otworzył przed 

nią drzwi samochodu. Był zły. Wściekły. I miał do tego 

pełne prawo. 

Włączył silnik. Przez chwilę siedział bez ruchu. 

Nagle uderzył mocno pięścią w kierownicę. Ivy pod­

skoczyła. 

Możemy przecież dowiedzieć się o nowym klien­

cie Rudy Allena z jutrzejszych gazet zauważył 

zjadliwie. 

Przepraszam powiedziała cichym, nieśmiałym 

głosem. 

- Rudy pojechał do domu. Drużyna i trenerzy też. 

Nawet sprzątacze już kończą pracę. 

- Przepraszam - powtórzyła Ivy. Zaczęła się uspo­

kajać. W porządku, popełniła poważny błąd. Przyznaje 

to. 

- Przepraszam? Czy to wszystko, co mi masz do 

powiedzenia? Wspaniały temat ląduje tuż przed twoim 

nosem, wypuszczasz go z ręki, a potem potrafisz tylko 

powiedzieć przepraszam? 

Czy ta aureola świętego przypadkiem nie robi się 

dla ciebie zbyt ciężka, Rick? - Ivy zupełnie przestała 

czuć skruchę. 

Rzucił jej wściekłe spojrzenie. Z całych sił wcisnął 

pedał gazu. Opony zapiszczały na asfalcie. 

Dlaczego? Powiedz mi tylko, dlaczego za nim nie 

poszłaś? 

background image

102 

REPORTER W SPÓDNICY 

- Myślałam, że znowu usiłujesz mi pomagać. Za­

wsze dajesz mi wskazówki i przysyłasz do mnie ludzi. 

Zazwyczaj są to osoby, z którymi już przeprowadziłeś 

wywiady. Skąd miałam wiedzieć, że tym razem jest 

inaczej? 

- Bo tak ci powiedziałem! - warknął. - Powiedzia­

łem ci przecież, że Rudy mnie nie lubi. Wiedziałem, że 

wyciągniesz z niego więcej niż ja. 

- Teraz rozumiem. - To fiasko nie było jednak jej 

wyłączną winą. - Ale gdybyś od samego początku 

traktował mnie jak każdego innego reportera, nie 

byłoby takich nieporozumień. 

- Gdybym traktował cię tak, jak każdego innego 

reportera, już byś nie miała tej pracy. 

- A więc uważasz, że nigdy się nie nauczę tego fachu, 

prawda? - zapytała szybko, starając się opanować 

drżenie głosu. W głębi duszy wiedziała, że Rick ma 

rację. Nie zarobiłaby na życie jako reporter. Z drugiej 

strony była przekonana, że jedyną metodą, by uwierzyć 

wreszcie w samą siebie, jest osiągnięcie sukcesu o włas­

nych siłach. 

Zatrzymali się na skrzyżowaniu. Rick odwrócił się 

w jej stronę. Światła zmieniły się, ale oni nie ruszali 

z miejsca. 

- W porządku. Chcesz być traktowana tak samo, 

jak wszyscy inni reporterzy. Dobrze, będę cię traktował 

tak, jak wszystkich, panno Hall. 

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

- Tak, przekażę mu, że pan dzwonił. 

Ivy odłożyła słuchawkę, zanotowała informację na 

różowej karteczce i położyła ją na pustym biurku 

Ricka. 

Redaktor „International Sports" telefonował już 

po raz drugi. Ivy zachodziła w głowę, czego też re­

nomowany, sławny na świecie tygodnik mógłby nagle 

chcieć od Ricka. 

Chociaż udało im się jakoś połatać swoje stosunki 

zawodowe, od czasu kłótni na parkingu Rick unikał 

jej. A ich osobiste kontakty po prostu przestały 

istnieć. 

Obiecał traktować ją tak samo jak wszystkich in­

nych, ale było całkiem inaczej. Dla innych reporterów 

był otwarty i serdeczny. Ivy rzucał tylko zdawkowe, 

krótkie polecenia i ledwie zauważał jej obecność. Na­

wet w czasie treningów piłki nożnej z dziećmi był 

milczący i sztywny, aż w końcu zaproponował swojej 

grupie zmianę terminów treningu. 

Celowo nie chciał jej zrozumieć. Wcale nie chodziło 

o to, by położyć koniec ich osobistym kontaktom, ale 

takie zachowanie uniemożliwiało jakąkolwiek rozmo­

wę. Obojętna, surowa twarz bez uśmiechu mroziła Ivy 

i zniechęcała do wszelkich starań. Jego oczy, kiedyś 

ciepłe i serdeczne, nabrały teraz twardego, wrogiego 

wyrazu. 

Ivy źle się czuła sama w swoim maleńkim mie­

szkanku, więc zaczęła zostawać dłużej w redakcji. 

Chociaż pisała teraz więcej i lepiej, była bardzo nie­

szczęśliwa. 

background image

104 REPORTER W SPÓDNICY 

Wyprawy do szatni drużyn ciążyły jej okropnie 

Teraz dopiero zrozumiała, jak wiele zawdzięczała po­

mocy Ricka. Z drugiej strony jej monograficzne ar­

tykuły, koncentrujące się na poszczególnych zawod­

nikach i drużynach, zyskały wiele pochwał. Umiała 

przeprowadzić doskonały wywiad sam na sam z inte­

resującą ją osobą. Tylko w tłumie czuła, że ma pustkę 

w głowie. 

Telefon na biurku Ricka zadzwonił natarczywie. Ivy 

podniosła słuchawkę. Stała się prawie jego osobistą 

sekretarką! 

- Proszę z Rickiem Scottem. Dzwoni Sonny Collin, 

trener drużyny Coltów. 

Przypomniała sobie pierwszą w życiu wizytę w szatni 

tej drużyny. Tam właśnie spotkała Ricka. 

- Ricka w tej chwili nie ma. Mówi Ivy Hall. Czy 

mogę w czymś pomóc? 

- Pamiętam cię. Jesteś tą reporterką, prawda? 

- Tak przytaknęła, niezupełnie pewna, czy na­

prawdę chce zostać rozpoznana przez trenera Collina. 

Nie rozstali się jak przyjaciele. 

- Nie miałem mu nic szczególnego do przekazania 

Proszę mu tylko powiedzieć, że dzwoniłem. 

Ivy położyła kolejną różową karteczkę na biurku 

Ricka. Zastanowiła się przez chwilę. Trener, który chce 

porozmawiać z reporterem i nie ma nic szczególnego do 

powiedzenia? To mało prawdopodobne. 

Wróciła do pracy, ale nie mogła się skoncent­

rować. Czego trener Collin mógł chcieć od Ricka? Są 

starymi przyjaciółmi, ale coś w głosie trenera... Usi­

łowała przypomnieć sobie, co wie o jego zawod­

nikach. Drużyna Coltów nie grała w finałach, ale 

udało jej się wychować dwóch wspaniałych obroń­

ców, z których jeden kandydował w tym sezonie do 

poważnej nagrody. Drugi z nich, jeszcze junior, był 

bardzo utalentowany, ale rzadko grał w meczach. Im 

dłużej się nad tym zastanawiała, tym bardziej ją to 

intrygowało. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 

105 

Po kilku rozmowach rzuciła słuchawką telefonu 

Zawodnicy nie chcieli z nią rozmawiać Oczywiście, 

dzwoniła tylko do najsławniejszych. Westchnęła ciężko, 

ale postanowiła nie rezygnować. Teraz spróbuje wycią­

gnąć coś od mniej znanych zawodników, którym bar­

dziej pochlebia zainteresowanie prasy. Często mieli 

więcej do powiedzenia niż sławy znudzone wywiadami. 

Poza tym, z racji braku wprawy, rzadko umieli ukryć 

prawdę 

Tym razem miała więcej szczęścia. W drużynie 

narastała wzajemna niechęć i zazdrość. Wiele osób 

uważało, że Taylor Brown, jeden z obrońców, jest 

zainteresowany tylko i wyłącznie zdobyciem nagrody. 

Zawodnicy byli zdania, że powinien zwracać większą 

uwagę na wspólną grę niż na swoje indywidualne 

wyniki 

Ivy zostawiła w kilku miejscach swój numer telefonu 

na wypadek, gdyby któryś z zawodników zdecydował 

się powiedzieć jej coś więcej na ten temat. 

- Cześć, Hall! - Billie rzuciła swój aparat na biurko 

Ricka. Jak leci? Wygrywamy? 

- Walczymy. 

- Ale i tak to niezła zabawa męczyć i molestować 

tych wszystkich facetów, no nie? - zarechotała Billie. 

Naprawdę? Ivy pomyślała o wszystkich przykro­

ściach, które ją do tej pory spotkały, o próbach za­

chowania profesjonalnego spokoju wobec okazywanej 

jej otwartej niechęci. 

- Nie Nie cierpię tego. - Nareszcie odważyła się 

powiedzieć to głośno. - Nienawidzę chodzić do szatni, 

nienawidzę ich obrzydliwych uwag i wulgarnego języ­

ka. Nie znoszę tego, jak się do mnie odnoszą. - Spoj­

rzała na fotoreporterkę. - Wcale nie lubię walczyć. 

- Kochanie, wybrałaś niewłaściwy zawód. - Billie 

nie wyglądała na zaskoczoną. 

- Być może masz rację. - Ivy wciągnęła głęboko 

powietrze. Popatrzyła na swoje dłonie. Były zaciśnięte 

w pięści. 

background image

106 

REPORTER W SPÓDNICY 

- Ivy, jesteś zbyt miła. Zazwyczaj ludzie nie są tacy 

jak ty. Billie przysiadła obok i zaczęła przeglądać 

notatki z informacjami dla Ricka. 

Miła. Znowu to słowo. No, trudno. Tak bardzo 

starała się zmienić. Próbowała być twarda. Jedynym 

rezultatem tych wszystkich zabiegów było to, że 

zraziła do siebie Ricka, jedyną naprawdę ważną osobę 

w jej życiu. 

- „International Sports", regularnie jak w zegarku. 

- Billie podniosła jedną z notatek. 

- Co masz na myśli? - Ivy z przyjemnością zmieniła 

temat. 

Dzwonią do Ricka dwa razy w roku, żeby powie­

dzieć mu, że wciąż są nim zainteresowani. 

- Wciąż? To znaczy, że proponują mu pracę? 

Billie skinęła głową. 

Ivy oparła się wygodniej na krześle. Na całym 

świecie nie było reportera sportowego, który nie ma­

rzyłby o pisaniu artykułów dla „International Sports". 

Oznaczało to podróże, prestiż, duże pieniądze i po­

wszechny szacunek. Ivy żywiła cichutką nadzieję, że 

może któregoś dnia ona też... 

- Odmówił im? 

-Tak. 

- Dlaczego? - Przyjęcie pracy w „International 

Sports" byłoby znaczącym krokiem w karierze Ricka. 

- To dobre pytanie. - Billie wstała. - Najlepiej go 

sama zapytaj. - Zabrała swój sprzęt i odeszła. 

Ivy spojrzała na biurko Ricka. Powiedział jej prze­

cież, że dla wielu dziennikarzy „Globe" jest pierwszym 

szczeblem kariery. Dlaczego więc sam nie pójdzie tą 

drogą? Może warto go o to zapytać. 

Ale gdzie on się podziewa? Sprawdziła tablicę 

zleceń. Nie było na niej nazwiska Ricka. W takim 

razie może znajdzie go w Ośrodku? Bez zastano­

wienia wetknęła do kieszeni karteczki z zanotowa­

nymi informacjami, wsiadła w samochód i pojechała 

prosto do ODS. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY  1 0 7 

Nie miała pojęcia, co mu powie. Ale przecież może 

go wcale nie zastać. Powoli nawet zaczęła na to liczyć. 

Jednak przed wejściem stał zaparkowany dżip. 

Szybko, zanim zdąży zmienić zdanie, Ivy wyskoczy­

ła z samochodu i wbiegła na schodki. 

- Cześć, Lincoln! - zawołała, wpadając przez drzwi 

wejściowe. - Jest Rick? 

Ku jej zdumieniu przy maszynie do pisania, zamiast 

Lincolna, siedział Rick. 

- Cześć, Ivy - powitał ją bezbarwnym, obojętnym 

głosem. Nie przerwał pisania. 

Poczuła, że opuszcza ją odwaga. Patrzyła, jak ude­

rza w klawisze i gorączkowo myślała, jak zacząć 

rozmowę. 

- Recepcja wygląda świetnie. Te zielone rośliny 

stwarzają miłą atmosferę. - Udawała, że jest tak za­

absorbowana nowym wnętrzem, że nie zauważa nawet 

jego obojętności. 

Kiedy znowu odwróciła się do niego, przestał pisać 

i oparł dłonie na klawiaturze. Wpatrywał się w nią 

w milczeniu. 

- Jestem pewna, że ruch tutaj zwiększył się od czasu 

mojego artykułu. 

- Tak, zatrudniliśmy trzech dodatkowych pracow­

ników. - Zawahał się. - Jesteśmy wdzięczni za wszelką 

pomoc. 

Sztywne, oficjalne podziękowanie. 

- Nie byłabym tego taka pewna. Nie zaprosiłeś mnie 

nawet, żeby pokazać ostateczny rezultat naszej pracy. 

- Ty wcale nie potrzebujesz zaproszenia, żeby tutaj 

przyjechać. - Twarz Ricka leciutko złagodniała. 

- Jesteś tego pewien? - Ivy zmusiła się, by spojrzeć 

mu w oczy. 

Upłynęło kilka chwil mierzonych uderzeniami serca. 

- Ciągle jesteś na mnie wściekły z powodu tego 

nieporozumienia z Rudy Allenem? - spytała w końcu. 

- Nie. - Wyłączył maszynę. - Każdy ma prawo do 

popełnienia jednej czy dwóch pomyłek. 

background image

1 08 REPORTER W SPÓDNICY 

A więc... ? zrobiła gest dłonią. 

Dlaczego cię unikam? dokończył jej pytanie. 

Westchnął i przesunął dłonią po włosach. - Ponieważ 

nie mogę patrzeć, jak się męczysz. Twoje brązowe oczy 

robią się coraz większe, bardziej wystraszone i mają 

wyraz bólu. A poza tym, po meczach zawsze gdzieś mi 

znikasz. 

- Kręcę się w pobliżu reporterów telewizyjnych 

i podsłuchuję ich wywiady - wyznała Ivy. 

- Wolisz to, niż żebym ci podesłał kilku zawod­

ników? - wpatrywał się w nią z zaskoczeniem. 

Przytaknęła głową. 

Tego właśnie nie mogę zrozumieć - powiedział, 

wyrzucając ramiona w górę. - Wciąż walisz głową 

w ścianę. A potem, kiedy dałbym sobie rękę uciąć, że 

już po tobie, piszesz kolejny wspaniały, długi artykuł. 

A więc uważa, że choć w tym jest dobra. Wcale jej 

nie unika. Uśmiechnęła się, szczęśliwa. 

To był właśnie ten uśmiech. Uśmiech i oczy. Ivy była 

delikatną, wrażliwą osobą, a pracowała w surowym, 

twardym zawodzie. Aby osiągnąć w nim sukces, mu­

siałaby zmienić swoją osobowość, która jest tak fas­

cynująca i pociągająca. W końcu Rick przyznał sam 

przed sobą, że nie może znieść sposobu, w jaki stara 

się ona na siłę zmienić. I to wcale nie na lepsze. 

Był w niej po uszy zakochany. 

Bolało go, gdy musiał obserwować jej pracę. Bolało 

go, że nie chciała pomocy. Gdyby pozwoliła sobie 

pomóc, nie musiałaby znosić tylu przykrości i zmuszać 

się do zmiany postawy. Czy naprawdę nie zależy jej na 

tym, żeby pozostać choć trochę sobą? 

- Brakowało mi ciebie - przyznał, a uśmiech Ivy stał 

się jeszcze radośniejszy. 

- Mnie też - wyszeptała cichutko. 

Kilka sekund później trzymał ją w ramionach. Wdy­

chał słodki, kwiatowy zapach jej włosów i pieścił 

jedwabiste kosmyki. 

background image

REPORTER W SPÓDNICV 109 

- Ivy - westchnął - zależ.y mi na tobie. 

- A więc w pracy będziesz musiał traktować mnie 

tak, jak każdego innego reportera Jeżeli popełnię błąd, 

to moja sprawa. 

- Dobrze. W takim razie mam na ciebie wrzesz­

czeć, a później proponować, żebyśmy poszli na ham­

burgera? 

- Jeżeli masz na mnie wrzeszczeć, lepiej będzie, jeśli 

później zabierzesz mnie na porządny obiad. 

Roześmiał się cicho i przyciągnął ją bliżej siebie. Ivy 

wtuliła się mocno w jego ramiona. Nagle poczuł, że ta 

dziewczyna budzi w nim uczucia opiekuńcze, te same, 

które zgodnie z jej teorią powinien w sobie stłumić. 

- Spróbujemy - wymruczał, choć wcale nie był 

przekonany o słuszności takiego rozwiązania - Ale nie 

będziesz jęczeć, narzekać i skarżyć się na mnie? 

- Nigdy nie jęczę! - zaprotestowała. 

- W takim razie uważaj, żebyś nie zaczęła. - Poca­

łował ją leciutko w nos, a później splótł palce z jej 

palcami i poprowadził w stronę nowej kanapy. Chłod­

na, skórzana powierzchnia szybko ogrzała się od ciepła 

ich ciał 

- Nie miałam okazji spytać, jak się miewa twoje 

kolano. - Ivy dotknęła palcem jednej z blizn. 

- Czuje się świetnie. - Z niejasnych przyczyn za­

chowywał się jak uczniak, zmieszany i niepewny siebie. 

Byli w końcu sami, okna zasłonięte, żadnej drużyny 

piłkarskiej jak okiem sięgnąć, a kanapa wygodna jak 

marzenie A więc? 

Spojrzała na niego tak, że poczuł ukłucie w sercu 

Był pewny, że szykują się kłopoty. 

Jeden rzut oka wystarczył, by upewnić się, że Ivy 

jest w nim zakochana. Pewnie sama jeszcze sobie z tego 

nie zdaje sprawy, inaczej nie okazałaby mu tego tak 

wyraźnie. 

Zrobiło mu się smutno. Jedno z dwojga: albo ich 

kontakty zawodowe, albo osobiste są skazane na po­

rażkę. Wcześniej czy później zrani Ivy. 

background image

1 1 0 REPORTER W SPÓDNICY 

Nie chciał tego zrobić, chciał ją całować. Ale 

mężczyźni, którzy sami nie kochają, nie całują za­

kochanych w nich kobiet. Nie ma nic złego w różnych 

miłosnych grach, pod warunkiem jednak, że obie 

strony znają zasady i ich przestrzegają. 

Ivy nie była dziewczyną, którą można poderwać na 

chwilę. Jeżeli ją teraz pocałuje, będzie to miało poważne 

znaczenie. 

Wyciągnął rękę i pogłaskał dłonią jej szyję. 

To, że ją poznał, było najwspanialszym wydarze­

niem w jego życiu od bardzo długiego czasu. Jest mu 

potrzebna. 

Dotknął delikatnie ustami jej ust. 

Serce Ivy biło jak młotem. Pocałunek obudził 

w niej echa zapamiętanej namiętności i obiecywał coś 

więcej. 

Rick odsunął się od niej. To było coś zupełnie 

nowego. Wsłuchał się w bicie jej serca i zrozumiał, na 

czym polega to niezwykłe uczucie. 

To jest miłość. Zakochał się w Ivy. Wpakuje się 

przez to w ciężkie tarapaty, ale w tej chwili trudno mu 

było szczerze się tym przejąć. 

- Tak się cieszę, że przyszłaś. - Było to chyba jedyne 

w miarę sensowne zdanie, które padło podczas ostatniej 

godziny ich rozmowy. 

- Byłabym zapomniała! - Ivy wyprostowała się 

i sięgnęła ręką do kieszeni. - Miałam niezły powód, 

żeby cię odwiedzić. Dzwoniło do ciebie mnóstwo ludzi 

- Wręczyła mu plik karteczek. 

Przeglądał je, nie wypuszczając jej z ramion. 

- Hmm. - Szybko wyrzucił wszystkie notatki, pozo­

stawiając tylko dwie. 

- Momencik. A telefon od trenera Collina? - za­

protestowała. 

- Chce, żebym napisał artykuł o Taylorze, ponieważ 

kandyduje do nagrody. Zobaczę, czy mi się będzie 

chciało. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY  1 1 1 

Jesteś pewien? Wydaje mi się, że może ci mieć coś 

więcej do powiedzenia. Ivy przypomniała sobie o pa­

nującym w drużynie niezadowoleniu. 

Wątpię - Rick potrząsnął głową. 

A więc sama odkryła temat na reportaż! Postanowi­

ła nie mówić nic więcej na ten temat. To może być jej 

pierwszy, naprawdę własny reportaż. 

Wśród odrzuconych notatek była również wiado­

mość od „International Sports". 

Billie powiedziała mi, że zaproponowali ci pracę! 

Billie powinna zajmować się swoimi filmami, a nie 

roznoszeniem plotek. 

- Ale czy to prawda? 

Zrobili w tym kierunku pewne kroki. Rick 

odwrócił głowę. 

- Billie mówi, że im odmówiłeś. 

Więcej nic jej już nie powiem. Plotkara. 

Ale dlaczego się nie zgodziłeś? Większość repor­

terów marzy o tym, żeby pisać dla „International 

Sports". - Ivy położyła mu rękę na ramieniu. 

- Musiałbym przenieść się do Nowego Jorku. 

Ach, tak... - to wszystko, co Ivy mogła z siebie 

wydusić. Wyprowadzi się z Austin? Będzie mieszkać 

tak daleko od niej? 

Nie jestem tym jednak zainteresowany, dopóki nie 

znajdzie się dobry reporter, który zajmie moje miejsce 

w „Globe". 

No więc tak. Jeżeli uda się jej zostać dobrym 

reporterem, Rick odejdzie z „Globe". Opuści ją. Sukces 

równać się będzie porażce. A jeżeli się jej nie powiedzie, 

powstrzyma go to od przyjęcia wymarzonej pracy. 

Będzie miał jej to za złe, co zniszczy ich kruchy związek. 

Tak czy inaczej, Ivy uświadomiła sobie, że straci go 

nieuchronnie. 

Był wspaniały, słoneczny i chłodny październikowy 

dzień, zakończenie piłkarskiego sezonu. W ostatnim 

meczu drużyna Ivy miała zmierzyć się z podopiecznymi 

background image

1 1 2 REPORTER W SPÓDNICY 

Ricka. Tym razem był to prawdziwy mecz, w obecności 

rodziców i publiczności. 

Drużyna Ivy była niepokonana. Radość sukcesu 

psuło jednak wspomnienie o tym, że z grupy odeszły 

trzy dziewczynki, zniechęcone brakiem postępów. Za 

to te, które wytrwały do końca, zrozumiały, jak słodka 

jest nagroda za ciężką pracę. Ivy miała nadzieję, że 

będą o tym pamiętać. 

Sama też wiele się nauczyła. Przez ostatnie tygodnie 

analizowała informacje dotyczące drużyny Coltów, 

zdecydowana jako pierwsza napisać artykuł o jej sytu­

acji. Postanowiła, że musi osiągnąć sukces, żeby Rick 

mógł przyjąć pracę w „International Sports" Nie 

dopuści do tego, żeby przez jej nieudolność marnował 

się w prowincjonalnym „Globe". 

Z drugiej strony wiele by dała, żeby poznać plany 

Ricka. I dowiedzieć się, czy bierze w nich pod uwagę 

również jej osobę. 

Zatrzasnęła drzwi samochodu i popatrzyła w stronę 

boiska. Na drugim końcu rozgrzewała się grupa dziew­

czynek ubranych w czerwone koszulki Rick's Rockers. 

A wśród nich sam Rick. 

Jak mogłaby znieść jego przeprowadzkę do Nowego 

Jorku? 

Powędrowała przez boisko i poczuła, że dostaje 

gęsiej skórki. Ostry wiatr rozwiewał jej włosy, wyciskał 

z oczu łzy. Tak, wszystko przez ten wiatr. 

Jej drużyna już się rozgrzewała. Dziewczynki biegały 

po boisku. 

Rick zauważył jej przybycie i podbiegł bliżej. Był 

ubrany w szorty i bawełnianą bluzę z kieszeniami, 

w które wcisnął pięści. 

- Nie zamierzam cię pocałować - oświadczył - cho­

ciaż mam na to ochotę. 

Zmusiła się do uśmiechu. 

- Denerwujesz się meczem? - Uniósł brwi ze zdzi­

wieniem. - Przecież jesteście nie do pokonania. 

- Dziewczynki nieźle sobie radzą. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 

113 

Chciałem z tobą o tym porozmawiać Zauważyłem 

w czasie treningu, że twoje zawodniczki są albo bardzo 

dobre w danym miejscu na boisku, albo całkiem bez­

radne. Niektóre z nich nigdy nie grają dłużej niż przez 

piętnaście minut. 

Każda dziewczynka, która przychodzi na treningi, 

bierze udział w grze. - Po uwagach Ricka Ivy bardzo 

o to dbała. 

- Ale w czasie meczu wpuszczasz je na boisko tylko 

pod koniec drugiej połowy, kiedy nie ma to wpływu na 

wygraną, prawda? - popatrzył na nią przenikliwie. 

- No... - Ivy wzruszyła ramionami - tak to jest, że 

przeważnie pod koniec meczu wygrywamy. 

Rick rzucił okiem na zegarek. Czas na to, by 

drużyny zeszły z boiska. Zagwizdali jednocześnie. 

- A może dla odmiany pozwoliłabyś im dzisiaj grać 

tam, gdzie same chcą - zasugerował. 

- A więc chcesz zapewnić wygraną swojemu ze­

społowi? 

Możesz mi nie wierzyć, ale myślałem o twojej 

drużynie. Widzę, że kilka dziewczynek od was odeszło. 

Dziwię się, że tylko kilka. To ich ostatni mecz. Ostatnia 

szansa. Spróbuj! 

Zastanowię się nad tym. Ivy nie była pewna, jak 

zareaguje jej drużyna na niemal pewną porażkę. 

- Świetnie. Uśmiechnął się do niej z aprobatą. 

A po meczu spotykamy się na podwieczorku w 

Ośrodku. Powiedziałem w redakcji, że tam właśnie 

będziemy. 

Pewnie. Nie zapomnij pamiątkowych zdjęć i zna­

czków. 

Rozległ się gwizdek sędziego. Ivy i Rick uścisnęli 

sobie dłonie i powrócili na przeciwległe końce boiska. 

Przyglądając się liście zawodniczek i ich pozycjom 

na boisku, Ivy zastanowiła się nad propozycją Ricka. 

Właściwie, dlaczego nie? Zawsze można wrócić do 

podstawowego rozstawienia, jeżeli zaczną zanadto 

przegrywać. 

background image

114 

REPORTER W SPÓDNICY 

- Słuchajcie, dzisiaj każda z was sama wybierze 

pozycję, na której chce grać. Wszystkie będziecie na 

boisku przez co najmniej trzydzieści minut. Zamiast 

spodziewanego chóralnego jęku i protestów, rozległy 

się okrzyki radości. 

Nawet niechętne baletnice, które przy każdej okazji 

informowały Ivy, że grają w piłkę tylko dlatego, że 

muszą, przyłączyły się do koleżanek. 

- Ostrzegam was, że w ten sposób raczej nie wy­

gramy - zaczęła Ivy, ale nikt nie zwracał uwagi na 

jej słowa. 

Na widok radości drużyny poczuła łzy pod powie­

kami. Bardziej od zwycięstwa liczyło się dla nich 

uczestnictwo w grze. Tak bardzo starała się, by zaznały 

smaku dorosłej konkurencji, a im wcale się to nie 

spodobało Podobnie jak i jej samej. 

Gdzie mogę grać, pani trener? Ruth Ann pod­

skakiwała wokół niej. 

- A gdzie byś chciała? - zapytała Ivy. 

- Na bramce! 

- No to będziesz bramkarzem. 

Dzięki Bogu - powiedziała Lanie, której ta pozy­

cja zawsze przypadała w udziale. - Nie cierpię stać na 

bramce. 

Ruth Ann rzuciła się na szyję swojemu ojcu, który 

tym razem też jej towarzyszył. Ivy przyglądała się, jak 

ojciec wyciąga z torby kamerę wideo i filmuje ceremo­

nię zakładania specjalnej koszulki bramkarza i grubych 

rękawic. 

Na widok ich dumnych, zachwyconych twarzy po­

czuła się fatalnie. Dopiero teraz uświadomiła sobie, jak 

poważny popełniła błąd. 

Dziewczynkom nfe zależało aż tak bardzo na wy­

granej, chciały za to brać udział w grze. Jej z kolei 

wydawało się, że zachęci je do lepszej pracy, jeżeli 

będzie faworyzowała najlepsze spośród nich. Efektem 

takiego postępowania było jedynie zniechęcenie mniej 

uzdolnionych zawodniczek. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 1.15 

Zmieszana i zawstydzona przydzieliła pozostałe po­

zycje, zgodnie z życzeniami dziewczynek 

Rick z zachwytem obserwował poczynania swojej 

drużyny, która w tym jednym meczu zdobyła więcej 

bramek, niż przez cały jesienny sezon. 

Po meczu podszedł do Ivy i objął ją ramieniem. 

Stali i przyglądali się podskakującym, roześmianym 

dziewczynkom. 

Naprawdę myślałam, że wygrana jest dla nich 

ważna. Sam wiesz, zbiorowy wysiłek, sukces i tak dalej. 

- Zwycięstwo też się liczy - uśmiechnął się do niej. 

Daje bardzo miłe samopoczucie. 

- Przez moje ambicje zmarnowały cały sezon. 

- Wcale nie! zaprotestował, potrząsając zdecydo­

wanie głową. - Gdybyś nie zgłosiła się na trenera, 

w ogóle nie miałyby okazji grać. 

- To mnie trochę pociesza - westchnęła Ivy. 

- Powinnaś być z siebie dumna. Patrz. - Wskazał 

ręką na roześmianą drużynę. - Czy wygląda na to, że 

mają ci coś za złe? 

- Wygląda na to, że są raczej głodne. 

- W takim razie chodźmy. Pizza czeka. 

Nastrój radosnego podniecenia nie opuszczał ich 

podczas spotkania w ODS. Zjedli pizzę, a potem 

Rick i Ivy wręczyli wszystkim dziewczynkom pamiąt­

kowe znaczki. Sami otrzymali zdjęcia swoich ze­

społów. 

Ivy wpatrywała się w zdjęcie, pod którym widniał 

napis: „Ivy's League" 

- Ładne, prawda? - Rick spojrzał jej przez ramię. 

- Pokażę ci, gdzie powieszę swoje. - Gestem nakazał 

jej iść za sobą. 

Zostawili gwarną, uszczęśliwioną gromadkę i wyszli 

na korytarz. W recepcji Rick wskazał palcem ścianę 

pomiędzy oknem a drzwiami prowadzącymi do sal 

konferencyj nych. 

- To tylko pierwsza taka pamiątka. Jestem pewna, 

że będzie ich więcej. 

background image

116 REPORTER W SPÓDNICY 

Ty też zbierzesz kilka takich zdjęć - odparł Rick 

- Co będziesz robił w wolnym czasie teraz, kiedy 

skończyły się już treningi? - Chciała, żeby zabrzmiało 

to jak zwykłe pytanie, ale nie bardzo jej to wyszło. 

- Będziemy musieli umawiać się na randki jak nor­

malni ludzie. - Uśmiech na twarzy Ricka zdradził, że 

Ivy nie udało się wywieść go w pole. - A. jak ci idzie 

oddzielanie naszych kontaktów zawodowych od osobi­

stych? - spytał poważniejąc. - Mnie nie przychodzi to 

zbyt łatwo. 

- Świetnie sobie radzisz - oświadczyła szczerze. 

- Musisz tylko uważać, żeby nie było mnie w po­

bliżu, kiedy jakiś świr w szatni zachowa się wobec ciebie 

niegrzecznie. Nie mogę obiecać, że mu nie przyłożę. 

- A ja obiecuję, że ci w tym nie przeszkodzę - roze­

śmiała się. 

Rozmowę przerwał natarczywy dzwonek telefonu. 

Rick podniósł słuchawkę, a następnie, z zaskoczonym 

wyrazem twarzy, podał ją Ivy. 

- Halo? - spojrzała na niego pytająco. 

Dzwonił jeden z zawodników drużyny Coltów, bar­

dzo przygnębiony, i, co niezmiernie ucieszyło Ivy, 

wyjątkowo rozmowny. Sięgnęła po kartkę papieru. 

Rick nie wychodził z pokoju. Wiedziała doskonale, że 

jest ciekawy, o czym rozmawiają. Zaproponowała za­

wodnikowi spotkanie. 

- Coś ważnego? - spytał Rick, gdy tylko skończyła 

rozmowę. 

- Och, nic takiego starała się, by zabrzmiało to 

lekko i nonszalancko nowe dane do reportażu, nad 

którym pracuję. A teraz muszę jechać. O trzeciej mam 

być w Fort Worth. Pożegnam się z dziewczynkami. 

Rzuciła okiem na twarz Ricka. Najwyraźniej wyjaś­

nienia wcale go nie zadowoliły. Wyszła z pokoju naj­

szybciej, jak tylko mogła. 

Texas Centrę College, siedziba drużyny Coltów, 

znajdował się o prawie godzinę jazdy z Austin. Przez 

całą drogę Ivy walczyła z nękającym ją poczuciem 

background image

REPORTER W SPÓDNICY  1 1 7 

winy. Ale w końcu to ona odkryła całą historię 

Uczciwie przekazała Rickowi informację od trenera 

Collina. Zresztą ten telefon nie miał nic wspólnego ? jej 

reportażem. 

Tą informacją nie podzieliłaby się z nikim. Nawet 

z Rickiem Chciała i musiała napisać dobry reportaż 

sama, bez niczyjej pomocy, żeby udowodnić Rickowi 

i całemu światu, że jest coś warta jako reporter. Nie 

najlepiej radzi sobie z wywiadami, ale tego materiału 

nie może zmarnować. 

Po opublikowaniu reportażu nareszcie zyska uzna­

nie. Rick będzie mógł swobodnie zadecydować, czy 

przyjąć pracę w „International Sports" 

Zycie będzie po prostu wspaniałe. 

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

Informator Ivy musiał dzwonić w czasie przerwy, 

ponieważ gdy dotarła na stadion, mecz jeszcze trwał. 

Wskazywało to, że sprawa jest poważna. Westchnęła. 

Sytuacja wymaga, niestety, wycieczki do szatni Coltów. 

A tym razem nie będzie z nią Ricka. 

W głosie zawodnika brzmiał niepokój i zniecie­

rpliwienie. Mówił tak niejasno, że zdecydowała się 

jechać natychmiast na stadion, zamiast umawiać się 

na spotkanie w redakcji. Teraz miała wreszcie swo­

jego informatora i musiała o niego dbać. Długo 

pracowała nad uzyskaniem niezależnego źródła in­

formacji. 

Po zakończeniu meczu w szatni panowała cisza. 

Drużyna Coltów prowadziła w pierwszej połowie, ale 

z trudem udało im się utrzymać tę przewagę. 

Ivy weszła do środka i zatrzymała się przy drzwiach. 

Większość obecnych tu reporterów reprezentowała 

miejscowe gazety. Tego dnia rozgrywane były półfinały 

mistrzostw i przedstawiciele największych gazet i czaso­

pism byli zajęci obsługą tych właśnie meczy. Drużyna 

Coltów odpadła w ćwierćfinałach i nie zasługiwała na 

większe zainteresowanie. 

- Ivy Hall? - Wysoki, muskularny mężczyzna do­

tknął jej ramienia. - Jestem Jeremy. 

Wokół Jeremy'ego stało kilku innych zawodników. 

Wszyscy mieli nietęgie miny. 

- Po zakończeniu sezonu Brett przechodzi do druży­

ny zawodowej - oświadczył, oglądając się niepewnie 

przez ramię. - Dowiedzieliśmy się o tym w czasie 

przerwy. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 

119 

A więc chodzi o Bretta Carlsona, niezwykle utalen­

towanego juniora, obrońcę drużyny. 

Podpisał umowę z jakimś agentem dodał inny 

zawodnik. - Teraz zadziera nosa, uważa się za wielką 

gwiazdę. 

Ivy pośpiesznie notowała. W ten sposób drużyna 

straci obu obrońców. Nic dziwnego, że zawodnicy 

czują się zagubieni i nieszczęśliwi. Ich zespół zostanie 

poważnie osłabiony. 

- Sądzę, że to trener Collin go do tego namówił. Ale 

dlaczego to zrobił? 

Jeremy wyraził nadzieję, że jeżeli Ivy napisze repor­

taż przedstawiający ich punkt widzenia, może uda się 

powstrzymać Bretta przed odejściem z drużyny Jako 

junior i student uniwersytetu mógł przecież grać z nimi 

jeszcze co najmniej rok. 

Ivy poważnie powątpiewała w skuteczność takiej 

interwencji, ale podziękowała młodym zawodnikom 

i przeszła wraz z innymi reporterami do sali konferen­

cyjnej. Brett, nowa gwiazda sportu, nie będzie już 

więcej udzielał zwykłych wywiadów. Od tej pory będzie 

się wypowiadać tylko na konferencjach prasowych. 

Obok niego siedział jego agent, Rudy Allen. To 

oczywiste, że Rudy zawsze umie wypatrzyć najlepszych 

kandydatów na zwycięzców. Podczas konferencji Brett 

uśmiechał się i w milczeniu kiwał głową. Na wszystkie 

pytania odpowiadał Rudy Allen. 

Nie było w tym nic ciekawego. Ivy wyruszyła na 

poszukiwanie trenera Collina. Znalazła go w biurze. 

- No, no, kogóż ja widzę. Dziewuszka-reporterka. 

Collin zapalił cygaro. Ivy pomyślała, że robi to tylko 

po to, by ją zdenerwować. Uśmiechnął się i rozparł 

wygodniej w fotelu. 

- Jakie ma pan plany dla drużyny po odejściu 

Taylora i Bretta? - Uśmieszek na twarzy trenera nie 

wróżył nic dobrego, ale musiała przynajmniej spróbo­

wać coś z niego wyciągnąć. 

- Musimy odbudować obronę. 

background image

120 

REPORTER W SPÓDNICY 

Przedstawił swoje plany, w których nie było żadnych 

rewelacji. W takiej sytuacji każdy trener musiałby 

odbudować zespół. Nikt nie przyzna przecież, że jego 

drużyna straciła wszelkie szanse na zwycięstwo w przy­

szłym sezonie. Collin był jednak wyjątkowo rozmowny. 

- Czy namawiał pan Bretta Carlsona do przejścia 

na zawodowstwo? 

- Niby dlaczego miałbym to zrobić? - skrzywił się. 

- Czy jest pan świadom animozji wewnątrz zespołu? 

- Ivy również trudno było uwierzyć, że trener mógłby 

zachęcać dobrego zawodnika do opuszczenia własnej 

drużyny. Starała się formułować pytania tak, by nie 

zdradzić źródła swoich informacji. 

Zazdroszczą mu. To normalne. Dostali nauczkę, 

powinni bardziej przykładać się do treningów - roze­

śmiał się nieprzyjemnie. 

- Ale czy ich praca nie przyczyniła się do sukcesu 

Bretta? Czy nie należy im się za to uznanie? 

- Moja panienko, nie zapominaj, że to ja wytreno-

wałem tych obrońców - uśmiech zniknął z twarzy 

trenera. - I naucz się poprawnie pisać moje nazwisko. 

Będzie jeszcze o nim głośno. A wiesz, dlaczego? 

Ivy potrząsnęła głową. 

- Bo zmieniamy strategię ataku. Nikomu jeszcze 

o tym nie mówiłem, ale przychodzą do nas dwaj nowi 

napastnicy. To będzie świetna, nowa drużyna! 

Mówił dalej, a Ivy notowała ile sił w palcach. To 

dopiero wiadomość! Inni reporterzy skoncentrowali się 

na świeżo upieczonym zawodowcu, a ona, jako jedyna, 

rozmawia z trenerem. 

Kiedy Collin skończył swoją wypowiedź, podzięko­

wała mu uprzejmie za wywiad. Później biegiem popę­

dziła do telefonu. Palce drżały jej z podniecenia, kiedy 

wykręcała numer redakcji. 

Nowi napastnicy trenera Collina. To dopiero repor­

taż! Świeży, sensacyjna wiadomość. Jeśli się pośpieszą, 

„Globe" ma szansę podać ją jako pierwsze czasopismo 

na rynku. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 

121 

Poproszę z redaktorem Harrisem Mówi Ivy Hall. 

Oddychała głęboko, starając się ochłonąć. Kiedy 

usłyszała głos redaktora naczelnego, była gotowa 

przedstawić całą historię. Jej reportaż, jej wyłączny 

reportaż, ma pojawić się w poniedziałkowym wydaniu 

„Globe" Ivy podskoczyła z radości. 

Reszta dnia minęła błyskawicznie. Kiedy wracała 

z ostatniego meczu, była już prawie północ. Ruszyła 

jednak prosto do redakcji. Udało jej się nawet prze­

prowadzić oddzielny wywiad z Brettem Carlsonem. 

Chciała spisać uzyskane informacje, póki jeszcze ma je 

na świeżo w pamięci. Przy okazji chętnie pochwaliłaby 

się tym sukcesem Rickowi, o ile go przypadkiem spotka 

w redakcji. 

Tego właśnie potrzebowała, żeby poczuć się pewniej. 

Opłaciło się zdać na intuicję. Nikt jej nie pomagał. 

Udało się! 

Zaparkowała przed redakcją. Nareszcie poczuła się 

jak prawdziwy członek zespołu Po raz pierwszy od 

czasów studenckich opuściło ją wrażenie, że wybrała 

niewłaściwy zawód. Popędziła po schodach na czwarte 

piętro. Nie miała dziś cierpliwości, by czekać na windę. 

Wreszcie będzie miała czym się pochwalić przed 

siostrami. 

Bez zwłoki usiadła przy komputerze i zaczęła pisać 

reportaż o utalentowanym obrońcy i o tym, jak mała 

drużyna z Teksasu zamierza poradzić sobie po jego 

odejściu. Było już dobrze po północy, redakcja opus­

toszała. Ivy nie zwracała na to uwagi, wpatrzona 

w ekran monitora. 

Nagle poczuła na ramieniu dotyk czyjejś dłoni. 

Podskoczyła jak oparzona. 

- Przepraszam, że cię przestraszyłem, Ivy. - Przy 

biurku stał naczelny. - Czy mogę cię na chwilę prosić? 

Miał bardzo poważną minę. Ivy wstała i poszła za nim 

do gabinetu. W środku zobaczyła Ricka. Siedział oparty 

łokciami o kolana i wpatrywał się w podłogę. Podniósł 

głowę i popatrzył na nią bezbarwnym wzrokiem. 

background image

122 REPORTEB W SPÓDNICY 

Harris podszedł do biurka i przez chwilę przeglądał 

leżące tam papiery. W pokoju panowała ciężka, napięta 

atmosfera. Dlaczego nikt nic nie mówi? 

W końcu wskazał jej krzesło i sam usiadł przy 

biurku. 

- Jeśli chodzi o twój reportaż, Ivy... 

- Proszę mi powiedzieć, co się stało. 

.- Skąd masz te informacje? 

Ivy pokrótce opisała wydarzenia, które doprowadzi­

ły do spotkania z trenerem i zreferowała przebieg 

wywiadu. 

- Kiedy rozmawiałaś z trenerem Collinem? 

- Dziś po południu. Dzwoniłam do pana zaraz po 

wyjściu od niego. 

Harris potrząsnął głową. 

- Sonny Collin przyjął pracę trenera drużyny Miami 

Panthers. Zaczyna od początku roku - powiedział 

cicho Rick. 

- Zmienia zespół? - Ivy nie słyszała nawet, żeby 

drużyna z Miami poszukiwała nowego trenera. 

Rick pokiwał głową. 

- Zwołał konferencję prasową na poniedziałek rano, 

o dziesiątej, tuż po ukazaniu się nowego numeru 

„Globe" - dodał redaktor. - Szczęście, że w porę się 

o tym dowiedzieliśmy. 

-To... on... - zaskoczona Ivy nie mogła zebrać 

myśli. - Tak szczegółowo opisywał swój program 

odbudowania drużyny Coltów, chociaż doskonale wie, 

że w przyszłym roku nie będzie ich trenerem - powie­

działa z niedowierzaniem. - Nowa strategia ataku... 

wiedział, że o tym napiszę. Chciał, żebym zrobiła 

z siebie durnia. 

- To bardzo przykre - odezwał się Harris. - Rozu­

miesz, że nie opublikujemy twojego materiału. Na 

szczęście Rick zdobył wywiad wyłącznie dla nas, więc 

gdy inne gazety dopiero dowiedzą się o decyzji Collina, 

nasi czytelnicy będą już mogli przeczytać o tym w „Glo­

be". Świetna robota, Rick. 

background image

REPORTEB W SPÓDNICY 123 

Rick? No tak, Rick. 

Ivy popatrzyła na niego pytająco. Tak naprawdę 

miała ochotę zrobić mu straszną awanturę. 

Rozmawiałem z Sonnym, kiedy wyjechałaś z 

Ośrodka. - Rick głęboko wciągnął powietrze. 

- Wiedziałeś, że zadzwonił do mnie zawodnik dru­

żyny Coltów. 

A więc bezczelnie ukradł jej temat. Była dumna, że 

głos jej nawet nie zadrżał. Nie miała nawet ochoty 

płakać. 

-Tak. 

- Wiedziałeś, dokąd pojechałam. 

- Domyśliłem się. 

- A potem zadzwoniłeś do paru osób. 

- Tylko do jednej. 

I podwędziłeś mi temat. 

Tak właśnie było - wyszeptał Rick. 

Czy opowieści, którymi poczęstował mnie trener, 

to też twoja robota? - Napisanie błędnego reportażu 

było dla każdego dziennikarza katastrofą. Coś takiego 

może oznaczać bezwarunkowy koniec kariery. Gdyby 

„Globe" wydrukowało jej artykuł... 

Ale w tej chwili myśli Ivy zaprzątało co innego. 

- Wcale nie maczałem w tym palców! - oświadczył 

twardo. - Sonny sam to wymyślił, bez mojego udziału. 

Ale dlaczego? - Była oszołomiona Dlaczego 

miałby tak postąpić? 

- Nigdy nie lubił kobiet-reporterów westchnął 

Rick. 

A więc o to chodzi. Przez chwilę patrzyli na siebie 

w milczeniu. Na twarzy Ricka malowało się współ­

czucie i duma z własnych osiągnięć. 

Ivy odwróciła się na krześle w stronę redaktora 

naczelnego. 

- Udało mi się zrobić wywiad z Brettem Carlsonem 

i z kilkoma innymi członkami drużyny. Mogę napisać 

artykuł o nastrojach w opuszczonym zespole. To chyba 

niezły temat uzupełniający artykuł Ricka. 

background image

1 24 REPORTER W SPÓDNICY 

Zabrzmiało to bardzo profesjonalnie. Pogratulowała 

sobie opanowania. Będzie z siebie dumna, oczywiście 

dopiero kiedy się już wypłacze. 

O co chodzi? spytała po dłuższej chwili milczenia. 

Naczelny wpatrywał się w zaciśnięte pięści. Ivy patrzyła 

to na niego, to na Ricka. 

- To świetny pomysł - zaczął Harris. - Jednak Rick 

złożył już artykuł o Carlsonie. Miami Panthers szukają 

nowego obrońcy. Brett świetnie dogaduje się z Co-

llinem. 

- A więc Rick nie próżnował. I vy zamknęła na chwilę 

oczy. Wstała, bardzo zaskoczona, że kolana wcale jej nie 

drżą. - W takim razie napiszę o meczu w Fort Worth. 

Oczywiście, o ile Rick jeszcze nie opracował tego tematu. 

- Nie mogła powstrzymać się od tej ironicznej uwagi. 

Nie, Ivy - w głosie Harrisa brzmiała tak wielka 

ulga, że Ivy miała ochotę się roześmiać. 

Wyszła z gabinetu redaktora, zamknęła za sobą 

starannie szklane drzwi i pomaszerowała prosto do 

biurka. Rick szedł tuż za nią. 

Ivy nie zwracała na niego uwagi. Usiadła przy kom­

puterze i zabrała się do pisania. Jeżeli nie przerwie pracy, 

może jakoś uda jęj się nie rozpłakać. W tej chwili 

zachowanie kamiennej twarzy miało dla niej szczególne 

znaczenie. 

- Powiedz coś - zagaił Rick. Westchnął i przysiadł 

się bliżej jęj biurka. 

- Gratulacje. 

- Nie o to chodzi. Powiedz, co się stało. 

Ivy milczała. 

- Musimy porozmawiać. 

- Nie mam ci nic do powiedzenia. 

- W porządku. W takim razie nakrzycz na mnie. 

- Żebyś się lepiej poczuł, co? - Rzuciła mu wściekłe 

spojrzenie. 

- Wcale nie narzekam na samopoczucie - odciął się. 

Odetchnęła głęboko i znów odwróciła się w stronę 

komputera. Dziwne, ale wcale nie miała ochoty płakać. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 125 

Nie czerwieniła się, nie była nawet poirytowana. Być 

może takie właśnie emocje nazywa się zimną furią. Tak, 

to bardzo eleganckie określenie Zimna furia. 

Jest już pierwsza nad ranem. 

To sobie idź. Ivy stukała zajadle w klawisze Nie 

był to najlepszy tekst, ale chciała za wszelką cenę 

podtrzymać wrażenie, że nic sobie nie robi ze zdradzie­

ckiego i podstępnego zachowania Ricka. 

Chcę mieć pewność, że dotrzesz bezpiecznie do 

domu. 

Czyżbyś miał wyrzuty sumienia? 

Wyciągnął rękę i położył dłoń na jej ramieniu. 

Potraktowałem cię w sposób, w jaki potraktował­

bym każdego innego reportera. Sama o to prosiłaś 

To znaczy, że wszystkim kradniesz tematy? 

Niczego nie ukradłem. Twój temat po prostu nie 

istniał. Rick zacisnął szczęki. - Przyszedłem teraz do 

redakcji, żeby sprawdzić, co napisałaś o wywiadzie 

z Coilinem Gdyby powiedział ci prawdę, wcale nie 

zgłosiłbym mojego artykułu. 

Cóż za wzruszająca szlachetność! Nie łaska było 

mnie po prostu ostrzec? Gdzie twoja etyka zawodowa 

i ludzka uczciwość? 

- Mówisz o przyzwoitości? W takim razie może 

powiesz mi, skąd po raz pierwszy dowiedziałaś się 

o kłopotach w drużynie Coltów? Czy nie zaczęło się od 

pewnego telefonu? Do mnie? 

- Trzeba było siedzieć w redakcji, gdzie twoje miejsce, 

zamiast ukrywać się przede mną w Ośrodku! Sam 

powinieneś odbierać swoje telefony. 

A więc nie mogę ci ufać? 

Przekazałam ci wiadomość. Powiedziałeś, że Collin 

dzwonił w jakiejś innej sprawie. Jak to się stało, że 

zaczyna się bronić, tak jakby to ona była winna? 

- Doszłam do wszystkiego sama. Całymi godzinami 

rozmawiałam z zawodnikami i trenerami. A ty rzuciła 

mu wściekłe spojrzenie - ty sobie po prostu dzwonisz do 

trenera i on wszystko ci wyśpiewuje. 

background image

126 REPORTER W SPÓDNICY 

- Sonny Collin jest moim przyjacielem! To jasne, 

że ma do mnie zaufanie i przekazuje mi aktualne 

informacje. 

- A później pomoże ci, opowiadając niestworzone 

historie? 

Chyba mi wierzysz, że nie miałem o tym pojęcia. 

- Być może. - Była przekonana, że nie zrobiłby jej 

czegoś takiego. Jest na to zbyt uczciwy. - A może nie. 

- Potrząsnęła głową. 

Rick wyglądał tak, jakby miał ochotę ją udusić. 

- Zawsze wiedziałem, że to tylko kwestia czasu, nim 

dojdzie między nami do poważnego spięcia. 

- Nie zapominaj o własnym, czynnym udziale w tej 

historii. - Głos Ivy ociekał jadem. 

- Ivy, nie możesz ignorować faktu, że jesteś kobietą. 

Sonny nie ośmieliłby się tak bezczelnie kłamać repor-

terowi-mężczyźnie. 

- A więc jest bezczelnym chamskim durniem. 

Wiedziała, że Rick ma rację, ale przykro było słuchać 

takich słów. 

- Wypowiedział ci wojnę. Jak na to odpowiesz? 

Musisz udowodnić, że trzeba się z tobą liczyć. Inaczej 

nigdy nie udzieli ci porządnego wywiadu. 

- Mała strata. Drużyna Coltów to żadna rewelacja. 

- Ale Collin przechodzi do Miami Panthers. - Rick 

wpatrywał się w nią nieruchomym wzrokiem. 

Teraz dopiero poczuła, że zaraz się rozpłacze. 

- Szczerze mówiąc, dziwiłbym się, gdyby to był ostat­

ni przypadek w twojej karierze, kiedy potraktowano cię 

nie fair. Jeżeli nie jesteś przygotowana na to, żeby 

walczyć o swoje prawa, chyba powinnaś zmienić zawód. 

Najpierw Billie, teraz Rick. 

Starannie pielęgnowany przez Ivy obraz doskonałego 

reportera-kobiety, która zrobiła karierę, legł w gruzach. 

Zmusiła się do uśmiechu. Rick musi zrozumieć, że ona 

nie da się tak łatwo zniechęcić. 

- Walka z uprzedzeniami trenerów i zawodników to 

jedno. Znacznie trudniej jest mi walczyć z tobą. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 

127 

W porządku, dała mu szansę, by przeprosił za kra­

dzież tematu. Gdyby nie jego wścibstwo, wszystko wy­

glądałoby inaczej. 

Rick wiedział, że powinien ją jakoś uspokoić. Uważał 

jednak, że postąpił słusznie, chroniąc interesy pracodaw­

cy. Nie zamierzał za nic przepraszać. 

Pragnął ją objąć i obiecać, że taka sytuacja nigdy już 

się nie powtórzy. Ale byłoby to kłamstwo. 

- Ivy, konkurujemy ze sobą, jeśli chodzi o sprawy 

zawodowe. Wciągnął głęboko powietrze i zmusił się, 

by mówić dalej. - Jeżeli znów nadarzy się podobna 

okazja, postąpię tak samo 

Widział, jak znaczenie jego słów powoli do niej 

dociera. Wyraz bólu w jej oczach zastąpiła gorycz 

rozczarowania. Doskonale zdawał sobie sprawę, że za­

kłóci to w poważnym stopniu ich osobiste kontakty. 

- Rozumiem. 

Postąpiłbym identycznie w przypadku każdego in­

nego reportera. - Ivy pochyliła głowę - I spodziewał­

bym się tego samego również z twojej strony. 

Chyba nie zaprzeczysz, że moje szanse są raczej 

nikłe, szczególnie na tym rynku, Rick. 

- Co masz na myśli? 

- Zaczynam rozumieć, dlaczego wszyscy początku­

jący reporterzy, których miałeś pod swoją opieką, 

odeszli stąd przy pierwszej nadarzającej się okazji. 

Twoja pozycja w redakcji jest nie do podważenia. 

Jesteś miejscowym bohaterem. Wszyscy cię znają, każ­

dy trener to albo twój wychowawca, albo kolega 

z boiska. Potrząsnęła głową. Jak można z tobą 

konkurować? 

- Wcale nie czuję się z tego powodu winny. 

- Nie spodziewam się tego. Ale jesteśmy w Austin. 

Ciekawa jestem, jak byś sobie radził w Nowym Jorku! 

- Z pewnością lepiej niż ty. - Zanim skończył mówić, 

pożałował, że dał się ponieść emocjom. 

- Ale przynajmniej na starcie nasze szanse byłyby 

bardziej wyrównane - upierała się Ivy. 

background image

128 

REPORTER W SPODNICV 

Popełniłaś błąd, a teraz usiłujesz zrzucić winę na 

mnie. - Poczuł, że ogarnia go złość. 

- Zgadza się, ale ty tylko na to czyhałeś, gotów 

wkroczyć do akcji i wykorzystać moje informacje. Może 

zaprzeczysz? Wcale nie chcesz, żebym odniosła sukces. 

Chcesz mnie wykurzyć z redakcji. 

Te baby są nie do wytrzymania! - rzucił z wściek­

łością. 

- Nareszcie mówisz szczerze. 

- Ivy, jest już bardzo późno - zaczął znowu nieco 

łagodniejszym tonem. Zamknął oczy i odliczył powoli 

do dziesięciu. - Zamiast rozsądnie rozmawiać, skaczemy 

sobie do oczu. Mówiłem ci już, że będziemy musieli 

jakoś oddzielać życie zawodowe od prywatnego. Chodź, 

odwiozę cię do domu. 

Nie. Muszę dokończyć ten tekst. 

- Daj spokój. - Uśmiechnął się. - Lepiej daj mi 

buziaka i rozchmurz się. - Wyciągnął rękę i wyłączył jej 

komputer. 

- Jak śmiesz?! Po tym wszystkim, co się dzisiaj stało, 

jak możesz się spodziewać, że ja... że... - machnęła 

bezradnie ręką. 

- Że dasz mi całusa i przestaniesz się gniewać? - Wy­

raz jej twarzy sprawił, że Rickowi ciarki przebiegły po 

plecach. Oczekuję tego, ponieważ życie zawodowe nie 

powinno mieć najmniejszego wpływu na nasze kontakty 

osobiste. 

- Jak to nie? - Ku jego zaskoczeniu Ivy z całej siły 

uderzyła pięścią w stół. - Przecież tak się nie da żyć Nie 

możesz całować mnie, a w chwilę później podbierać mi 

temat na reportaż. Przed sekundą uprzedziłeś mnie, że 

taka sytuacja niewątpliwie jeszcze się powtórzy. - Po­

trząsnęła głową. - Myślałam, że uda mi się oddzielić 

uczucia od pracy, ale chyba nie potrafię tego zrobić. 

- Jest już późno - powtórzył bezradnie. 

- Jeśli chcesz, idź do domu. 

I nigdy więcej nie wracaj, usłyszał nie wypowiedziane 

myśli Ivy. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 129 

Ivy - powiedział błagalnie, jak gdyby wzywał na 

pomoc dawną Ivy, tak inną od tej nowej, bezwzględnej 

i twardej kobiety. Powinien chyba skorzystać ze swoich 

własnych dobrych rad i iść już spać. Dosyć już naroz­

rabiał jak na jeden wieczór. - Uważaj po drodze - do­

kończył niezręcznie. 

Zacisnęła mocno oczy. Nie był pewien, ale zdawało 

mu się, że widzi łzy na jej rzęsach. Jeżeli zostanie tu 

dłużej, rozpłacze się przy nim i znów będzie jej wstyd. 

Lepiej już iść. Westchnął i wyszedł z redakcji. 

Kiedy odgłos jego kroków umilkł w korytarzu, Ivy 

otworzyła oczy i otarła je chusteczką. 

Nie dość, że nie jest mu wcale przykro, nie wstydzi 

się swojego zachowania, to jeszcze bezczelnie twierdzi, 

że w przyszłości nie zamierza wcale zachowywać się 

lepiej. Roztoczył przed nią wizję życia, które polega na 

ciągłej walce. Pracy, w której będzie musiała stale mieć 

się na baczności, bo w każdej chwili ktoś może ją 

zdradzić. Wciąż uważać, sprawdzać i węszyć, żeby nie 

dać się nabrać na fałszywe informacje. Przyjrzała się 

jeszcze raz uważnie swojej wymarzonej karierze zawo­

dowej. Nigdy się do tego nie przyzwyczai. Nigdy. 

Dziennikarstwo i sport były największą miłością jej 

życia, dopóki nie spotkała Ricka. Połączenie sportu 

i dziennikarstwa nie było łatwe, ale kiedy dodać do tego 

jeszcze serdeczne uczucia do Ricka, mieszanka staje się 

prawdziwie wybuchowa. 

Wcale nie chce tej głupiej pracy. Chce Ricka. 

A więc dlaczego ma właśnie pracę, a nie Ricka? 

Dokończyła artykuł o meczu w Fort Worth i wyłą­

czyła komputer. 

W pokoju naczelnego redaktora paliło się światło. 

Jedno z dwojga: albo jest tam sprzątaczka, albo szef 

jeszcze pracuje. 

Nagle światło zgasło i na progu gabinetu stanął 

Harris. 

- Ivy, nie powinnaś tu siedzieć - powiedział na jej 

widok. - Idź już do domu. 

background image

130 REPORTER W SPÓDNICY 

- Zaraz idę. Chciałabym najpierw przeprosić za 

podanie błędnego materiału do gazety. 

- To się zdarza. Harris uniósł dłonie do góry, 

gestem powstrzymując ją od dalszych wyjaśnień. 

- Słyszałam o tym - odparła Ivy, zastanawiając 

się, czy byłby równie wyrozumiały, gdyby te niepraw­

dziwe rewelacje ukazały się w druku. - Powiedziano 

mi też, że w przyszłości mogę się spodziewać po­

dobnych sytuacji. 

- Nie będzie tak źle. Redaktor wyglądał na bardzo 

zmęczonego. 

- Pomimo wszystko, chcę odejść z pracy. 

- Nie, to nie jest konieczne. - Harris uśmiechnął się, 

najwyraźniej nie traktując jej decyzji serio. 

Moim zdaniem jednak tak. 

Nie o drugiej nad ranem - odparł ze zbolałym 

wyrazem twarzy. - Idź do domu i prześpij się z tym 

pomysłem. 

- O drugiej nad ranem mam bardzo jasne poglądy 

i doskonale wiem, czego naprawdę chcę. Oczywiście, 

pójdę do domu, ale nie zmieni to mojego postano­

wienia. 

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

- Ivy płacze. 

- Tak, ciocia Ivy płacze. - Ivy pociągnęła nosem 

i odebrała swojemu siostrzeńcowi, dwuletniemu Nicho­

lasowi, zabawkę na choinkę w postaci zwiewnego 

aniołka Masz. - Podała mu niebieską, gumową 

figurkę potworka z Ulicy Sezamkowej. 

Nicholas włożył ją sobie natychmiast do buzi, spró­

bował odgryźć kawałek, potem zniechęcony niepowo­

dzeniem rzucił w kąt i z zapałem powrócił do prze­

szukiwania pudełka z ozdobami. 

Było właśnie Święto Dziękczynienia. Cztery dni 

temu, kiedy naczelny redaktor nalegał, by wreszcie 

poszła do domu, Ivy ogarnęły nagle wspomnienia jej 

prawdziwego, rodzinnego domu. Chociaż należał on 

teraz do jej siostry, było tu wciąż mnóstwo miejsca, 

gdzie Ivy mogła się bezpiecznie schować. Zaszyła się 

w jednej z sypialni na górze i porządkowała pudła 

z ozdobami choinkowymi. 

Holly była bardzo zadowolona z tej nieoczekiwanej 

pomocy. Jej firma, która świadczyła usługi związane 

z dekorowaniem wnętrz, przygotowywała się właśnie 

do najgorętszego w ciągu roku sezonu. Ivy miała dużo 

doświadczenia w kompletowaniu ozdób. Jej siostrze­

niec, Nicholas, zawsze chętnie jej w tym pomagał. 

Dziewczyna była ogromnie wdzięczna Holly za to, 

że wbrew swoim zwyczajom nie zadała jej ani jednego 

pytania o przyczyny nagłej ucieczki z Austin. Powoli 

jednak zbliżała się chwila, kiedy znów będzie musiała 

stawić czoło światu. Nie może przecież w nieskoń­

czoność udawać, że jest na urlopie. 

background image

132 

REPORTER W SPÓDNICY 

W niedzielę rano złożyła formalne wymówienie w re­

dakcji „Globe". Tej nocy nie zmrużyła oka. 

Harris dał jej na pożegnanie bardzo pochlebną 

opinię zawodową i zaoferował, że chętnie będzie dru­

kował jej artykuły monograficzne. Dodał, że w tej 

dziedzinie dziennikarstwa Ivy jest najlepszym dzien­

nikarzem, z jakim się spotkał. 

Przez całą drogę do Dallas starała się nie myśleć 

o niczym innym, jak tylko o tych słowach pochwały. 

Jeśli Harris tak wysoko ceni jej teksty, być może 

spodobają się również innym redaktorom. Może uda 

się jej utrzymać, pracując na własną rękę? Jedno było 

pewne: nigdy więcej napięcia i stresów, w które obfituje 

życie w redakcji! 

Udało jej się dotrzeć do domu Holly w nie najgor­

szym stanie ducha. Szybko jednak posmutniała, bo 

Rick nie odezwał się ani słowem Zostawiła mu kartecz­

kę, informując, że zrezygnowała z pracy i wróciła do 

domu. Czuła się tak fatalnie, że nie była w stanie dodać 

żadnych wyjaśnień do tych suchych informacji. Miała 

jednak nadzieję, że się do niej odezwie, choćby przez 

telefon. 

Nic z tego. Najwyraźniej jego uczucia nie mogły się 

równać siłą z miłością Ivy. 

- Powiedz mi, Nicholas, dlaczego wy, faceci, jeste­

ście tacy beznadziejni? 

- Duży Ptak - stwierdził Nicholas, pokazując jej 

zabawkę z serii Ulicy Sezamkowej. 

- Duży Ptak - zgodziła się Ivy. 

Nicholas wrzucił zabawkę do kartonu i powrócił do 

przekopywania jego zawartości. 

- Myślałam, że mnie kocha. Nigdy tego nie powie­

dział, ale czułam, że tak jest... 

Chłopczyk popatrzył na nią poważnie, potem wycią­

gnął z kartonu inną zabawkę i rzucił ją na kolana Ivy. 

- Masz! 

- Bardzo mi przykro, ale Oskar to nie jest facet 

dla mnie. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 133 

A Rick, owszem, tak. Zostawiła go dla pracy, która 

nie dawała jej nawet satysfakcji. Zachowała się okro­

pnie. Rzuciła na Ricka straszne podejrzenia Teraz 

żałowała każdego słowa. 

Wciągnęła głęboko powietrze. Cały dom pachniał 

pieczenia z indyka, którą Holly szykowała na rodzinną 

kolację. Ivy zastanawiała się, czy będzie w stanie 

cokolwiek przełknąć. Zamknęła oczy. 

Ciocia płacze. 

Wiem. Ciocia zachowuje się jak dzieciak. - Pociąg­

nęła nosem i mocno przytuliła siostrzeńca. - Wiesz co? 

Ciocia ma już dość płakania. Chodź wstała i wyciąg­

nęła do niego rękę. - Zobaczymy, czy twoja mama nie 

potrzebuje czasem pomocy w kuchni. 

Znaleźli Holly w gabinecie, gdzie sporządzała plan 

pracy firmy na przedświąteczny tydzień Siostra rzuciła 

okiem na zapuchniętą twarz Ivy i westchnęła. 

Słuchaj, dłużej nie wytrzymam. Od tygodnia snu­

jesz się ponuro po domu. Muszę przyznać, że jestem 

z siebie bardzo dumna, że udało mi się przez cały ten 

czas powstrzymać od wypytywania, co się stało. AJe 

teraz chyba już czas, żebyś mi o tym opowiedziała. 

A raczej o nim, bo tylko mężczyzna może być przyczy­

ną tak wielkiego cierpienia. 

- Holly, zmarnowałam sobie życie! - rozpłakała się 

na dobre Ivy. Opowiedziała całą historię konfliktu 

z Rickiem, obficie skrapiając łzami co bardziej drama­

tyczne chwile. 

- Rzuciłaś pracę? - spytała Holly. 

Tak. Ivy czekała z przerażeniem na jej reakcję. 

Siostry Hall nigdy nie schodziły z placu boju. Nigdy 

Z tego, co mówisz, to nie była praca dla ciebie. 

- Holly skinęła głową. 

Uważam, że nie nadaję się do robienia kariery. I to 

w żadnym zawodzie. Nie chcę stać się twarda, okrutna, 

agresywna. Nie umiem się tak zachowywać. - Być może 

Holly nie do końca ją zrozumiała. Ivy czekała teraz na 

wykład o wyższości rodziny Hall i o walce do końca. 

background image

134 REPORTER W SPÓDNICY 

Znajdziesz sobie coś innego do roboty. 

- Nie chcę niczego innego! - zawołała Ivy z roz­

paczą. 

Więc czego chcesz? 

Spokojne, rzeczowe pytanie siostry uspokoiło ją. 

Wzięła ze stołu ligninową chusteczkę i zaczęła wycierać 

nią małe łapki siostrzeńca, który skorzystał z ich 

nieuwagi i wysmarował się cały zielonym długopisem. 

Nicholas uśmiechnął się do niej szeroko. Ivy poczuła, 

że jej serce ściska ogromny żal. 

Chciała mieć dom, dzieci. Dzieci Ricka. Chciała piec 

ciasteczka, sprzątać dom, być matką na cały etat. No, 

może poza kilkoma godzinami spędzonymi na prowa­

dzeniu treningów piłki nożnej dla dzieci. Chciała spę­

dzić życie oklaskując sukcesy Ricka i opłakując jego 

porażki. Chciała mieć dosyć czasu, by pisać poważne, 

rozsądne artykuły monograficzne. 

Kochasz go, prawda? - Holly patrzyła na nią 

z uśmiechem pełnym zrozumienia. - Wcale nie cierpisz 

z powodu utraty pracy. Rozpaczasz, że straciłaś Ricka. 

- On jest najwspanialszym, najtroskliwszym... 

- rozszlochała się Ivy. 

- Ależ oczywiście! Więc zadzwoń do niego. Poroz­

mawiaj. Wszystko da się przecież ułożyć. - Holly 

rzuciła okiem na zegarek. Masz jeszcze trochę czasu 

przed kolacją. 

Teraz? Nie wiem nawet, gdzie on teraz jest. 

Siostra przewróciła oczami w wyrazie desperacji 

i postawiła telefon przed nosem Ivy. 

- Albo w domu, albo w pracy oznajmiła krótko. 

Wzięła na ręce Nicholasa i wychodząc z pokoju dodała: 

Może to ja powinnam była zostać reporterem? 

Rick pracował. Był na meczu, i to właśnie w Dallas! 

Ponaglana przez siostrę, z surowym przykazaniem, by 

wróciła za godzinę na kolację, Ivy pojechała na stadion. 

Szukała go wszędzie, nawet w szatni dla zawod­

ników. Była gotowa wyznać mu miłość na oczach całej 

drużyny. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 135 

Nie było to jednak konieczne Ricka tam nie 

znalazła 

Tradycyjne, smakowite zapachy świątecznej kolacji 

buchnęły z wnętrza domu, gdy tylko otworzyła drzwi. 

Nareszcie! powitała ją Holly. Indyk był gotowy 

już trzy kwadranse temu. Teraz pewnie będzie się 

rozlatywał. No i jak? Jak ci poszło? 

Ivy usiłowała zmusić się do uśmiechu. Siostrze wy­

starczyło jedno spojrzenie. Objęła ją mocno i zaprowa­

dziła do kuchni, gdzie Ivy mogła się do woli wypłakać 

nad świątecznym sosem do pieczeni. 

- Spróbuj jutro zaproponowała 

- To bez sensu - zaprotestowała ponuro Ivy. Mina 

Holly wyraźnie mówiła, że jej cierpliwość powoli się 

wyczerpuje. Nagle Ivy wciągnęła głęboko powietrze. 

Coś się przypalało. No tak, sos! Do niczego już się nie 

nadaje, nie potrafi nawet przypilnować głupiego sosu 

- Ivy, idź lepiej do pokoju. Jestem pewna, że w te­

lewizji musi być jakaś transmisja meczu futbolowego. 

- Mecz futbolowy! - zawołała ze zgrozą. Moje 

życie leży w gruzach, a ty mi każesz oglądać mecz? Nie 

obchodzi mnie żaden głupi mecz, nie zamierzam go 

oglądać ani o nim pisać, ani nawet czytać. Nie chcę 

mieć nic więcej do czynienia z futbolem! 

- Kochanie, jeżeli nie masz już nawet ochoty na 

oglądanie meczu, rozumiem, że sprawa musi być po­

ważna. Zakochałaś się. 

Chyba wyolbrzymiam swoje uczucia do Ricka. - Ivy 

pociągnęła nosem i wyprostowała się. Przejdzie mi Za 

tydzień nie będę już nawet pamiętała, jak ma na imię. 

- Mhm. Holly najwyraźniej nie była o tym prze­

konana. 

- Słowo ci daję, Holly. Po prostu się w nim zadurzy­

łam. To wszystko. 

- To nieprawda. Kochasz go. Powinnaś ścigać go 

i nie dawać wytchnienia, dopóki się nie złamie i nie 

przyzna, że też cię kocha. 

background image

136 

REPORTER W SPÓDNICY 

- To nie takie proste. 

- Oczywiście, że proste. 

Ivy ciężko opadła na fotel. Holly, żyjąc na co dzień 

w szczęśliwej rodzinie, dawno zapomniała, jak to jest, 

kiedy ma się złamane serce. 

Nagle rozległ się dzwonek do drzwi. 

- Pewnie Adam zapomniał kluczy. Poszli z Nicho­

lasem na spacer. - Holly rzuciła siostrze błagalne 

spojrzenie. - Otworzysz? 

Ivy podeszła do drzwi. Nie były wcale zamknięte 

na klucz. 

- Adam... - zaczęła, naciskając klamkę drzwi są 

otwarte. - Urwała nagle. 

Przed nią stał Rick. Serce zaczęło jej bić jak oszalałe. 

Rick - wyszeptała. Bała się, że jeśli na chwilę 

spuści go z oka, on znowu zniknie. 

Mogę wejść? - spytał w końcu. 

Bez słowa wpuściła go do środka. To naprawdę był 

Rick, z krwi i kości. Przyjrzała się uważnie jego twarzy. 

Miał lekko podkrążone oczy, a wokół ust rysowała się 

ostra zmarszczka. 

- Rick. 

- Ivy... 

Oboje odezwali się w tej samej chwili i oboje nagle 

urwali. Rick wpatrywał się w przyniesione przez siebie 

małe zawiniątko. Obrócił je w dłoniach i podał Ivy. 

- Co to jest? - Zacisnęła palce na paczuszce. 

- Kawałek wołowiny z kością. Ale przyjmijmy, że 

jest to kość niezgody. 

- Chcesz się jej pozbyć? - Ivy uśmiechnęła się po raz 

pierwszy od pięciu dni. 

- Przeprosiny są łatwiejsze, jeśli masz pod ręką 

rekwizyty - skinął głową. 

Postanowiła nie robić sobie przedwczesnych nadziei. 

Już kiedyś zaufała i zawiodła się. Uśmiechnęła się 

ostrożnie. Przeprosiny to jeszcze nie wyznanie wiecznej 

miłości, ale przynajmniej znów będą mogli poroz­

mawiać. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 

137 

Ivy, zachowałem się .. 

. .jak skończony dureń - dokończył głos dobiega­

jący z jadalni. W drzwiach stała Holly, mierząc go 

wyzywającym wzrokiem od stóp do głów. 

- A ty pewnie jesteś Holly - powiedział spokojnie 

Rick. 

- Ty za to jesteś facetem, przez którego moja siostra 

przepłakała ostatni tydzień. - Z surowym wyrazem 

twarzy Holly postawiła z rozmachem miskę z ziemnia­

kami na stole. 

- Holly! - Ivy zacisnęła zęby. 

Macie pięć minut na to, żeby się ucałować na 

zgodę dodała siostra. - Stworzyłam arcydzieło sztuki 

kulinarnej, które było gotowe pół godziny temu. 

- Wskazała dłonią na stół. - Teraz zostały z niego 

rozgotowane warzywa, przypalony sos i rozpływająca 

się galareta. Proponuję, żebyś zrezygnował z przy­

długich przeprosin, pocałował ją i oświadczył się jak 

najprędzej Wtedy będziesz mógł zostać na kolacji. 

- Ależ, Holly! - Ivy zacisnęła powieki, mając na­

dzieję, że może uda jej się zapaść pod ziemię. A może 

siostra nagle rozwieje się w powietrzu? 

- Dzięki za radę - odparł Rick - ale całkiem nieźle 

radziłem sobie sam. 

- Ha! wykrzyknęła Holly. - Przyniosłeś jej ka­

wałek gnata. Jeżeli twoim zdaniem jest to romantyczne, 

nic dziwnego, że biedactwo szlocha od tygodnia. 

- Nareszcie, ku ogromnej uldze Ivy, Holly zniknęła 

w kuchni. 

- Gnat jest już ugotowany! 

- Świetnie! - odparła Holly. Może się okazać, że 

to jedyna jadalna rzecz w tym domu. 

Ivy modliła się, by ziemia pochłonęła jej siostrę. 

Ostrożnie, powoli uniosła głowę i spojrzała na Ricka. 

- Twoja siostra ma trudny charakter przyznał - ale 

ma rację, jeśli chodzi o... 

- Trzy minuty! - zawołała Holly. 

- Zaczyna mnie denerwować - wymamrotał. 

background image

138 REPORTER W SPÓDNICY 

Zazwyczaj tak bywa. - Ivy uśmiechnęła się 

do niego. 

Przepraszam... powiedzieli chórem i roześmieli 

się. Rick wyciągnął ramiona ku Ivy. W tej samej chwili 

drzwi się otworzyły i do mieszkania wszedł Adam 

z Nicholasem. 

Mężczyźni popatrzyli na siebie i uścisnęli sobie 

dłonie. Najwyraźniej słowa były im zupełnie niepo­

trzebne. Świetnie się rozumieli. 

- Coś ci powiem, Rick - zaczął w końcu Adam. 

- Kiedy masz do czynienia z kobietami z tej rodziny, 

musisz działać szybko i w sposób zdecydowany. A prze­

de wszystkim nie daj im czasu na myślenie. Kiedy za 

dużo się zastanawiają, zawsze pakują się w tarapaty. 

- Czy nie sądzisz, że można umrzeć z zakłopotania? 

spytała słabym głosem Ivy. 

- Kocham cię, Ivy Rick roześmiał się cichutko. 

Twoja rodzina już się w tym połapała. 

- Nie, żeby próbowali wywierać na ciebie jakiś 

nacisk albo nalegali, żebyś mi to powiedział... - zaję­

czała ironicznie Ivy. Wreszcie usłyszała to z jego ust, 

ale dopiero po naleganiach siostry i uwagach jej męża. 

- Nie było żadnego nacisku. - Rick wziął w ręce jej 

dłonie. Bałem się, że jeśli do ciebie zadzwonię, nie 

będziesz chciała ze mną rozmawiać, więc postanowiłem 

przyjechać i osobiście cię przeprosić. Miałem sporo 

szczęścia, że w ogóle udało mi się tu wejść. Twoja 

rodzina bardzo troskliwie cię chroni. 

- Chciałeś powiedzieć: broni. 

- Kochają cię. - Przyciągnął ją nieco bliżej siebie. 

I ja cię kocham. 

Powoli zaczynała mu wierzyć. Powiedział to przecież 

już po raz drugi. Do oczu napłynęły jej łzy. 

- Mówisz serio? - spytała łamiącym się głosem. 

- Tak, Ivy. Możesz nawet zacytować moje słowa 

w prasie, mówię serio. 

Przytulił ją mocno do siebie, a ona rozpłakała 

się na dobre. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 

139 

- Rick, byłam taka nieszczęśliwa! Myślałam, że 

cię straciłam. Powiedziałam ci takie okropne rzeczy... 

Nigdy przedtem nie byłam zakochana! Nie znam 

przepisów. 

- Tu chyba nie ma żadnych przepisów. - Roześmiał 

się i delikatnie ukołysał w swoich ramionach. - Oprócz 

tego, że wcześniej czy później ty też powinnaś wyznać 

mi miłość. 

- Już to zrobiłam - wymamrotała i ukryła twarz 

w jego swetrze. 

- Nie chciałem, żebyś przeze mnie rzuciła pracę. Ale 

wygląda na to, że to było najlepsze rozwiązanie. 

Musiałam odejść. Nie mogłam z tobą konku­

rować. 

Nie o to mi chodziło. Widzisz... - Rick odsunął 

się leciutko. - Ja też odszedłem z „Globe". 

Dlaczego? Miałeś tam świetną pozycję. 

- Przyjąłem ofertę pracy dla „International Sports". 

- Dotknął palcem jej ust, nakazując milczenie. 

- Naprawdę? - Ivy poczuła, że krew odpływa z jej 

twarzy. - To doskonale! - dodała, starając się być 

dzielna A więc wyznał jej miłość tylko po to, żeby zaraz 

ją opuścić. Uściskała go, starając się odpędzić od siebie 

samolubne myśli. - Gratuluję! Kiedy się przenosisz do 

Nowego Jorku? 

Od początku roku. - Objął ją mocniej. - Ale nic 

jeszcze nie zostało podpisane ani zatwierdzone. Powie­

działem im, że muszę się nad tym zastanowić. 

- Nad czym niby chcesz się zastanawiać? To wspa­

niała szansa - wyjąkała słabym głosikiem. 

- Ivy, chciałbym, żebyś pojechała ze mną. Nie mogę 

sobie wyobrazić życia z dala od ciebie. 

Na dźwięk tych słów poczuła, że kawałki układanki, 

na której namalowano jej przyszłość, nagle składają się 

w jedną całość. Całość, w której najważniejszy jest Rick. 

- W Nowym Jorku są też inne gazety. Wiem, że 

będziesz musiała trochę poszukać, zanim znajdziesz 

pracę, ale... 

background image

140 REPORTER W SPÓDNICY 

Nie musisz mnie przekonywać. Pojadę z tobą 

do Nowego Jorku. Z tobą jestem gotowa pojechać 

wszędzie. 

Przyjrzała mu się uważnie. Na jego twarzy pojawił 

się wyraz pełnej niedowierzania radości i szalonego 

szczęścia. Ich usta spotkały się w pocałunku. Po chwili 

oboje się roześmieli. 

- Nie zasługuję na twoją miłość - wymruczał Rick. 

- Ale będę się starał ze wszelkich sił, żeby... 

- Nie pozwolę mojej siostrzyczce jechać do Nowego 

Jorku i żyć tam w grzechu! - dobiegł ich z kuchni 

poirytowany głos Holly. - Zaraz dzwonię do Laurel! 

Jeśli mnie nie uda się wybić jej tego z głowy, Laurel na 

pewno sobie z tym poradzi. 

- Co ją ugryzło? - spytał Rick, wpatrując się 

w oczy Ivy. 

- Trudno jej przyjąć do wiadomości, że mała sios­

trzyczka dorosła. A jeśli chodzi o wyjazd i życie 

w Nowym Jorku, to jest moja decyzja, a Holly nic 

do tego. 

- Nie chcę robić ci kłopotów - rzucił niepewne 

spojrzenie w stronę kuchni - ale miałem wrażenie, 

że twoja siostra nie ma nic przeciwko naszemu ma­

łżeństwu. 

- Szczerze mówiąc - odchrząknęła Ivy - mam wra­

żenie, że nie mówiliśmy wcale o ślubie. 

- Ależ o to właśnie mi chodziło! - Rick otworzył 

szeroko oczy. 

- Ale nie powiedziałeś mi o tym. - Ivy poczuła, że 

ogarnia ją spokój. Pozwoli mu teraz przez chwilę się 

podenerwować. 

- Wyjdziesz za mnie za mąż, prawda? - spytał 

niepewnym tonem. Było to jak balsam na jej zbolałą 

duszę. Odczekała dwie sekundy, a potem rzuciła mu się 

na szyję. 

- Tak! - krzyknęła mu prosto do ucha. 

Roześmiał się i uniósł ją do góry. Przytulił mocno 

i obrócił się w kółko. Na przemian całowali się i śmiali, 

background image

REPORTER W SPÓDNICY  1 4 1 

szepcząc czułe słówka. Dopiero po chwili zauważyli, że 

ich miłosne karesy obserwują Holly i Adam. Rick 

postawił Ivy na ziemi. 

- Pobieramy się! - wybuchnęła Ivy. 

- Dzięki Bogu. - Na twarzy siostry odmalowała się 

ulga. - W takim razie możemy wreszcie siadać do stołu. 

Indyk zupełnie się rozgotował, resztki sosu zgęst­

niały, a z galaretki owocowej zrobił się rzadki kok­

tajl. Nicholas wysmarował całe krzesło puree z ziem­

niaków. 

Dla Ivy była to najlepsza kolacja świąteczna, jaką 

kiedykolwiek jadła. 

- Czerwiec to taki romantyczny miesiąc - westchnę­

ła Holly, krojąc ciasto. - Zostały nam niektóre dekora­

cje ze ślubu Laurel. Wiem, że będziesz chciała po­

zmieniać nieco nakrycie stołu. 

- Być może - wymruczała Ivy. 

- Laurel jest raczej... - Holly zawahała się, szukając 

najodpowiedniejszego słowa - ekscentryczna. Ivy, ko­

chanie, mam nadzieję, że przynajmniej ty nie masz 

żadnych niezwykłych pomysłów w tej materii. 

Ivy uśmiechnęła się. Laurel wsławiła się tym, że 

brała ślub w czerwonej sukni. Holly jeszcze nie zdołała 

dojść do siebie po tym straszliwym szoku. 

- Nie, Holly - uspokoiła siostrę. 

- To dobrze. Twój ślub wyobrażam sobie w bar­

wach pastelowych. 

- Ale nie zamierzam czekać aż do czerwca - oświad­

czyła Ivy. 

- Ależ oczywiście, że zaczekasz. Obie z Laurel brały­

śmy ślub w tym miesiącu. 

- Ale nie zaręczyłyście się w listopadzie - wtrąciła 

Ivy. 

- Przynajmniej raz będę miała dosyć czasu na przy­

gotowania. - Holly nie zwracała najmniejszej uwagi na 

słowa siostry. 

- Holly, może Ivy ma na myśli jakąś inną datę 

- zaprotestował nieśmiało Adam. 

background image

142 REPORTER W SPÓDNICY 

- Nie wygłupiaj się, przecież dopiero co się za­

ręczyła! 

Ivy gorączkowo zastanawiała się, co zrobić. Przypo­

mniała sobie ślub Laurel. Siostra sprytnie zaplanowała 

go na tydzień przed narodzinami Nicholasa, licząc na 

to, że Holly nie będzie wtedy w stanie za bardzo 

wtrącać się w przygotowania. Myliła się jednak srodze, 

a różnice zdań między siostrami doprowadziły do 

kłótni i awantur, które jeszcze ciągle odbijały się echem 

w rodzinie. 

Trzeba znaleźć taką datę, żeby Holly naprawdę nie 

miała wtedy czasu. Ivy ścisnęła pod stołem dłoń Ricka. 

Uśmiechnęła się do niego i nagle olśniła ją wspaniała 

myśl. Święta Bożego Narodzenia to najgorętszy okres 

w roku dla firmy prowadzonej przez siostrę. W tym 

czasie naprawdę będzie zajęta dzień i noc. 

A więc - Wesołych Świąt! 

- Co sądzisz o gwiazdce? Żona pod choinkę? - spy­

tała szeptem Ricka. 

- Czemu nie? To będzie najpiękniejszy prezent 

w moim życiu - odparł z uśmiechem. 

- Holly - zaczęła Ivy, nie odrywając wzroku od oczu 

Ricka - pobierzemy się w pierwszy dzień Świąt. 

- Co takiego?! - zawołała z niedowierzaniem Holly. 

Młodzi zgodnie pokiwali głowami. 

- Święta! - Holly zdecydowanym ruchem zburzyła 

fryzurę. - Ale to już za kilka tygodni! Mam teraz tyle 

pracy, że nie będę miała czasu, żeby pomóc wam 

w przygotowaniach. 

- Wiem - powiedziała spokojnie Ivy, splatając palce 

z dłonią Ricka. 

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY 

Co za okropna baba! - Holly rzuciła gniewne 

spojrzenie za wychodzącą z pokoju Billie. Potem zamknę­

ła oczy, starając się przywołać na twarz wyraz godny 

siostry panny młodej. - Ivy, kochanie, musisz przygoto­

wać się na najgorsze. Boję się nawet myśleć, jakie będą te 

zdjęcia. Mam tylko nadzieję, że nie będziesz żałować 

swojej decyzji. Pamiętaj, że mogłaś zaprosić Armando, na 

pewno by ci nie odmówił. To świetny fotograf. 

Te zdjęcia to prezent ślubny od Billie - zaprotes­

towała łagodnie Ivy. - Robi doskonałe fotoreportaże, 

nawet w bardzo trudnych warunkach. Zwykły ślub to 

dla niej pestka. 

Holly otworzyła usta, zdecydowana kontynuować 

gniewną tyradę. 

- Czy mi się wydaje, czy na trenie jest plamka? 

- spytała szybko Ivy. Pytanie odniosło zamierzony efekt, 

skutecznie odwracając uwagę siostry. 

Gdzie? - Holly uniosła lekko spódnicę swojej szma­

ragdowozielonej sukni i schyliła się nad nieskazitelnie 

białym trenem. 

Ivy jeszcze raz przyjrzała się bukiecikowi z białych 

poinsecji, zachwycona, jak łatwo można sobie poradzić 

z narzekaniem siostry. Wystarczy znać kilka prostych 

sztuczek Szkoda, że upłynęły aż dwadzieścia cztery lata, 

nim się tego nauczyła. 

Nic nie zepsuje tego dnia. Są przecież święta, a ślub 

z Rickiem jest najpiękniejszym prezentem gwiazdkowym 

w jej życiu. 

Kiedy wybierała datę ślubu, miała nadzieję, że będzie 

to skromne, rodzinne spotkanie. Pomimo braku czasu, 

background image

144 REPORTER W SPÓDNICY 

na co zresztą bez przerwy narzekała, Holly postawiła 

jednak na swoim i zorganizowała wielką, wystawną 

uroczystość. 

Ivy wyobrażała sobie ślub w małej kaplicy. Holly 

załatwiła główną nawę w największym kościele. Ivy 

planowała wzniesienie toastu lampką szampana w ich 

rodzinnym domu. Holly wynajęła na ten cel salę balo­

wą w hotelu „Landreth". 

Holly walczyła, przekonywała, namawiała. 

Ivy uśmiechała się, wzdychała i marzyła. 

- Powiedz mi, skąd wytrzasnęłaś tę okropną kobie­

tę? - Do pokoju wtargnęła Laurel, ubrana w ciemno­

czerwoną, welwetową suknię. - Możesz sobie wyob­

razić, że ona właśnie robi zdjęcia w pokoju, gdzie ubiera 

się Rick? 

Wcale mnie to nie zaskoczyło. - Ivy obdarzyła swą 

piękną siostrę słodkim, rozmarzonym uśmiechem. 

Holly i Laurel wymieniły między sobą porozumie­

wawcze spojrzenie, które mówiło wyraźnie: co też to 

biedactwo poczęłoby bez naszej pomocy? Bez nich 

wzięłaby ślub w małej kaplicy, zaprosiła tylko najbliż­

szą rodzinę i przyjaciół, a potem, po wzniesieniu toastu, 

wyruszyła z mężem w podróż poślubną. A dokąd? Tej 

informacji nie udało się z niej wydobyć. 

Ale Holly postanowiła zorganizować cały ślub po 

swojemu. Miał to być jej prezent dla Ivy i Ricka. 

Oznaczało to, że nic nie będzie tak proste, jak by to 

sobie wyobrażała Ivy. Udało jej się tylko zmusić siost­

ry, by ubrały się w swoje ulubione kolory: Holly na 

zielono, a Laurel na czerwono. Poza tym nie miała 

większego wpływu na przygotowania. 

Nie widziała nawet, jak udekorowano wnętrze koś­

cioła. To miała być niespodzianka. Pogładziła lekko 

dłonią fałdy sukni. Mnóstwo białego jedwabiu, pysznie 

spiętrzone fałdy odchodzące od mocno wciętej talii. 

Jedwab służył kiedyś do dekoracji w czasie pierwszego 

balu na cele charytatywne, zorganizowanego przez 

Holly. Siostra nie mogła się doczekać chwili, w której 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 145 

będzie mogła ponownie wykorzystać ponad dwadzieścia 

metrów pięknego materiału. 

Po raz pierwszy usiłowała zużyć jedwab na suknię dla 

Laurel. Ta jednak, ku jej oburzeniu, postanowiła wy­

stąpić na swoim ślubie w sukni z trenem w kolorze 

czerwonym. Był to szok, po którym Holly nie mogła 

dojść do siebie przez wiele tygodni Do tej pory utrzy­

mywała, że to właśnie było przyczyną wcześniejszych, 

niż planowano narodzin małego Nicholasa. 

- Świetnie Holly wyprostowała się i powoli obeszła 

Ivy dookoła. Wyglądasz pięknie. 

Elegancko i skromnie - dodała Ivy Wprawdzie na 

uszycie sukienki nie było wiele czasu, ale dopasowany 

staniczek z głęboko wyciętym dekoltem, długie rękawy, 

zwieńczone u ramion leciutkimi bufkami, obfita spódni­

ca, wszystko prezentowało się doskonale. 

A więc, zgodnie z tradycją, masz już na sobie coś, 

co było przedtem używane. A teraz... Laurel sięgnęła 

w głąb szafy czas dodać coś całkiem nowego! 

Holly pomogła siostrze wydobyć z torby błyszczący, 

zwiewny i połyskujący welon. 

- To dla mnie? - wyjąkała z trudem Ivy. 

Welon zabłysnął w świetle tysiącami maleńkich krysz­

tałków, kunsztownie przyszytych do leciutkiego jak 

piórko materiału. 

Teraz już się nie dziwię, że sukienka jest taka prosta 

- wymruczała Ivy, gdy siostry przypięły welon do jej 

włosów 

Wyglądasz jak Królewna Śnieżka - rozmarzyła się 

Laurel Dokładnie za dwadzieścia trzy piąta promienie 

słońca wpadną przez okno i cię oświetlą. - Laurel 

poprawiła lekko welon. - Kiedy będziesz składała przy­

sięgę małżeńską, wszystkie kryształki będą iskrzyły się 

i błyszczały. 

- Tak też mi się wydawało, że za dwadzieścia trzy piąta 

to nie jest typowa godzina na zawieranie ślubu. Podejrze­

wałam, że coś się musi za tym kryć. - Ten teatralny plan 

doskonale odpowiadał charakterowi siostry. 

background image

146 REPORTER W SPÓDNICY 

Gdzie jest Adam? zaniepokoiła się Holly Miał 

przynieść naszyjnik mamy. To dopełni kompletu po­

trzebnego każdej pannie młodej: coś używanego, coś 

nowego i coś pożyczonego Oczywiście, jeśli chodzi 

o naszyjnik, pożyczasz od nas tylko jego dwie trzecie. 

Reszta jest twoja. 

- Tak czy siak, już mam coś pożyczonego w torebce 

- oświadczyła tryumfalnym tonem Ivy. W dodatku 

w kolorze, który przynosi najwięcej szczęścia pannom 

młodym - Sięgnęła do torebjci i wyjęła z niej niebie­

skiego potworka z Ulicy Sezamkowej. Pożyczył mi 

go Nicholas wyjaśniła, na wypadek, gdyby siostry 

miały co do tego jakiekolwiek wątpliwości. 

Nie wpuszczą cię tam przekonywał Ricka przy­

szły szwagier, Jack Pan młody nie ma prawa zoba­

czyć panny młodej przed ślubem 

Rick rzucił okiem na swoje odbicie w olbrzymim 

lustrze. Przygładził dłonią niesforną czuprynę. Nigdy 

nie zwracał szczególnej uwagi na swój wygląd, ale teraz, 

dla Ivy, chciał prezentować się jak najlepiej. 

- Chciałbym widzieć jej minę, kiedy zobaczy pre­

zent. 

Daj mi chwilę na zmianę obiektywu, a uwiecznię 

to dla potomności wtrąciła się Billie. 

Dobra myśl - poparł ją Adam i poprawił krawat. 

- Nie mogę uwierzyć, że wywaliłem na ten krawat 

tyle forsy, a on i tak nie chce wyglądać tak porządnie 

jak twój - zirytował się Rick, bezskutecznie zmagając 

się z krzywym węzłem. 

- Daj, pomogę ci - zaofiarowała się Billie. Trzeba 

mnie było wybrać na świadka, a nie Lincolna - dodała. 

Przez ułamek chwili Rick miał wrażenie, że na 

twarzach jego przyszłych szwagrów pojawił się niechęt­

ny uśmieszek. Uniósł brwi do góry Zna Billie od wielu 

lat i nikomu nie pozwoli się z niej nabijać. 

Adam skinął leciutko głową. Zrozumiał, o co cho­

dzi. Jack zmrużył porozumiewawczo oko. Błysnął flesz. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 147 

Słuchaj, Lincoln, gdybyś miał jakieś trudności 

z kierowaniem Ośrodkiem, zadzwoń do mnie natych­

miast. Rick odwrócił się od lustra. 

Nie ma sprawy. Nie nie będzie żadnych prob­

lemów. Przez ostatni miesiąc powtarzam ci to co 

najmniej dwa razy dziennie. 

Ivy mówiła, że zamierzasz założyć podobną or­

ganizację w Nowym Jorku - dodał Jack. 

Tak, jak tylko się tam zadomowimy. 

Panowie, czas się zbliża. Mężczyzna rządzi, ale 

kobieta decyduje. Tak powiedział niejaki Holmes Ina­

czej mówiąc. . 

O co ci chodzi? - spytał szorstko Rick. 

Nie każmy czekać pannie młodej wyjaśniła 

krótko Billie, rzucając mu ostrzegawcze spojrzenie. 

Rozległo się ciche pukanie do drzwi. Na twarzach 

sióstr odmalowała się ulga. 

Ivy przestępowała z nogi na nogę Białe, satynowe 

pantofelki były równie śliczne, co niewygodne. Naj­

chętniej usiadłaby na chwilę, ale ani Holly, ani Laurel 

nie chciały nawet o tym słyszeć. 

- Nareszcie! wykrzyknęła Holly na widok Jacka 

i Adama. 

Chociaż Ivy wiedziała doskonale, że Ricka nie po­

winno tu być, na wszelki wypadek rzuciła okiem na 

otwarte drzwi. Ujrzała w nich tylko Billie, która ot­

worzyła szeroko usta z zaskoczenia. 

Adam i Jack, z identycznym wyrazem twarzy, wpat­

rywali się w nią w milczeniu. 

Czy coś jest nie tak? Może ten welon za bardzo 

iskrzy się w świetle lampy? Ivy niepewnie przygryzła 

wargę. 

Ivy, wyglądasz... Jack odchrząknął z trudem. 

- Jak płatek śniegu w blasku księżyca dokończyła 

Billie zachwyconym szeptem. 

- I już po moim makijażu pociągnęła głośno 

nosem Laurel. 

background image

148 REPORTER W SPÓDNICY 

Myślicie, że Rickowi spodoba się sukienka? spy­

tała Ivy 

- Jeśli już o nim mowa, chciał tu z nami przyjść, ale 

mu nie pozwoliliśmy. My... - Jack skinął głową w stro­

nę Adama, który trzymał w ręku czerwone, skórzane 

pudełeczko. 

- Czy to naszyjnik mamy? - spytała Holly, wycią­

gając rękę. 

- Chwileczkę. - Adam podszedł do Ivy. - Od wielu 

lat, przy szczególnych okazjach Laurel i Holly nosiły 

naszyjnik mamy. Ty chyba nigdy nie miałaś go na sobie. 

- Nie pasował do stylu mojej pracy - Ivy potrząs­

nęła głową. Popatrzyła niepewnie na pudełeczko. Po­

mimo wszelkich sentymentów, nigdy nie darzyła na­

szyjnika zbyt ciepłym uczuciem. Składał się z trzech 

rzędów wysadzanych diamencikami, spiętych z przodu 

klamrą ozdobioną trzema dużymi kamieniami, z któ­

rych zwisał wisior z pereł. Kiedyś naszyjnik był wart 

fortunę, ale matka stopniowo wyprzedała diamenty, by 

podtrzymać finanse firmy ich ojca, a prawdziwe kamie­

nie zastąpiła dopasowanymi szkiełkami. 

W odróżnieniu od sióstr, Ivy nigdy nie interesował 

ten naszyjnik. Z drugiej strony, skoro one nosiły go do 

ślubu, wiadomo było, że ona też nie może wyłamać się 

z rodzinnej tradycji. 

Zanim jej to dasz, Adam, wręczymy nasz prezent. 

- Jack sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej małe 

pudełeczko. 

- To od nas obydwu, z najlepszymi życzeniami 

szczęścia i pomyślności oświadczył Adam oficjalnym 

tonem. 

- Nie bądź taki sztywniak. - Jack podał jej prezent. 

Chcieliśmy tylko powiedzieć, że wybierając Ricka na 

męża dałaś dowód doskonałego gustu. 

Ivy roześmiała się i otworzyła pudełeczko. Leżały 

w nim kolczyki wysadzane diamentami. 

- Dziękuję wam bardzo. - Założyła je, a potem 

uściskała serdecznie obu szwagrów. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY 149 

A teraz naszyjnik. Adam otworzył wyściełane 

pudełeczko. 

- Co się stało z wisiorem?! wykrzyknęła Holly 

Postanowiliśmy go zdjąć - wyjaśnił Adam. Sięgnął 

do środka i wyjął jeden tylko sznur wysadzany diamen­

tami. Założył go Ivy na szyję. 

Holly wstrzymała z wrażenia oddech. 

- To jest prezent od Ricka. - Adam oddał pudełecz­

ko Jackowi. Wyjął kolejny sznur, a Jack zajął się 

trzecim, najdłuższym. 

Flesz Billie błyskał bez ustanku. 

- Zastąpiliśmy środkowe szkiełka prawdziwymi dia­

mentami. Wesołych Świąt, moje panie! 

Siostry zapiszczały i rzuciły się w ramiona swych 

mężów. Ivy rozejrzała się dookoła i smutno ścisnęła 

bukiecik. 

Chcę zobaczyć Ricka - oświadczyła i ruszyła 

w stronę drzwi. - Nie zamierzam czekać ani chwili 

dłużej. 

Wszyscy byli tak zajęci podziwianiem naszyjników, 

że nikt nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi. 

- Chodź, Billie, mamy w planie ślub. 

Czekaj! - zawołała Holly. Musisz zaczekać do 

właściwej godziny! 

- Spróbuj mnie zatrzymać. - Ivy odgarnęła welon 

do tyłu. Przemaszerowała przez korytarz i dotarła do 

wejścia do kościoła. 

Zatrzymała się jak wryta. Wrota kościoła udekoro­

wano maleńkimi choineczkami, spowitymi w sznury 

mrugających światełek. Girlandy ostrokrzewu ozdabia­

ły ołtarz, ławki i przedsionek. W bocznych nawach 

wisiał udrapowany biały jedwab W środku brzmiała 

łagodna, piękna muzyka w wykonaniu doskonałego 

kwartetu Opus Four, którego członkowie byli, jakżeby 

inaczej, znajomymi Holly. 

Wzrok Ivy zatrzymał się jednak na dwudziestu 

z górą choinkach ustawionych za ołtarzem. Nie mogła 

powstrzymać się od śmiechu. Każde drzewko było 

background image

1550 REPORTKR W SHÓDNICY 

obwieszone ozdobami związanymi z inną dyscypliną 

sportu. Na gałązkach zawieszono piłki do futbolu, 

piłeczki baseballowe, kije do golfa i maleńkie kaski. 

Tylko Holly mogła wpaść na taki pomysł. Ivy 

uśmiechnęła się i objęła ramionami siostry, które tu 

nareszcie ją dogoniły. 

- Dziękuję. 

Przez chwilę wszyscy stali w milczeniu. 

- Wiecie co zaczęła Laurel lekko łamiącym się 

głosem teraz nie będziemy się zbyt często widywały. 

My z Jackiem przenosimy się do Kalifornii, Ivy i Rick 

do Nowego Jorku. . 

- Przyjedziecie do Dallas na Święta oświadczyła 

Holly. 

- Na razie tegoroczne Święta jeszcze się nie skoń­

czyły - dodała Ivy. 

Drzwi z boku ołtarza otworzyły się i stanęli w nich 

Rick i Lincoln. Czekali na nią. Adam, który miał 

poprowadzić Ivy do ołtarza, podszedł bliżej, poprawia­

jąc krawat. Jack przesłał jej dłonią pocałunek i od­

prowadził Nicholasa do ławki. 

Na znak Holly kwartet zagrał motyw z koncertu 

Corellego. Siostry uścisnęły Ivy i zostawiły ją samą. 

Jej wzrok napotkał spojrzenie Ricka. 

Po raz pierwszy widział ją w pełnej krasie. Ivy 

z radością zauważyła w jego oczach wyraz zaskoczenia, 

który już wcześniej odmalował się na twarzach szwag­

rów. Uśmiechnęła się i leciutko dotknęła diamentowe­

go naszyjnika. Potem wzięła Adama pod ramię i powoli 

ruszyli w kierunku Ricka. Ku jej przyszłemu życiu. 

Kiedy doszli do ołtarza, Rick wyciągnął do niej rękę. 

- Wyglądasz prześlicznie - wyszeptał. 

Trzymając się za ręce weszli na stopnie ołtarza. 

Gdy rozpoczęła się ceremonia zaślubin, popołudnio- • 

we słońce zajrzało do wnętrza kościoła. Za plecami Ivy 

rozległo się chóralne westchnienie zachwytu. Jej welon 

zabłysnął tysiącem maleńkich ogników, które odbiły się 

w oczach Ricka. 

background image

REPORTER W SPÓDNICY  1 5 1 

Kocham cię wyszeptał bezdźwięcznie. 

Ivy poczuła, że ogarniają radość i szczęście, jakiego 

nigdy przedtem nie zaznała. Było coś magicznie baśnio­

wego w tej chwili, gdy stała u boku ukochanego 

mężczyzny, skąpana w słonecznym blasku. 

Rozejrzała się dookoła Zewsząd otaczały ją szczęś­

liwe, uśmiechnięte twarze. 

Holly była zadumana i spokojna. Ivy uświadomiła 

sobie, że od śmierci ich rodziców siostra przez cały czas 

troszczyła się o całą rodzinę, czuła się za nie wszystkie 

odpowiedzialna. Ivy aż do tej chwili była dla niej 

bezradną, młodszą siostrzyczką. Teraz jednak rola 

Holly kończyła się na dobre. 

Laurel uśmiechała się ze szczerym zachwytem. Na­

reszcie znalazła swoje miejsce w życiu i czuła się 

szczęśliwa, pracując jako agent w Hollywood, u boku 

ukochanego męża. 

Ivy nauczyła się, że dla każdego człowieka sukces 

oznacza coś innego. Ku swemu zaskoczeniu i ogromnej 

uldze zauważyła, że ani Holly, ani Laurel nie próbują 

nawet namawiać jej do naśladowania ich karier zawo­

dowych. Kiedy powiedziała im, że zamierza towarzy­

szyć Rickowi w trakcie służbowych podróży i pisać 

artykuły, szczerze poparły jej decyzję. 

Cała historia była długa i zawikłana, ale nareszcie 

dotarli do prawdziwego happy endu. 

Dla Ivy szczęśliwe zakończenie było jednocześnie 

szczęśliwym początkiem. Uśmiechnęła się do stojącego 

u jej boku mężczyzny, który wpatrywał się w nią 

wzrokiem pełnym miłości. 

Och, Rick! - zawołała, zapominając, że są w koś­

ciele. Wesołych Świąt!