background image

HEATHER MACALLISTER

OGŁOSZENIE 

MATRYMONIALNE

background image

ROZDZIAŁ 1

- Trent,  mój  chłopcze,  czas dać się  zaprząc.  Trent Davis 

Creighton spodziewał się tego typu uwagi, lecz

miał  nadzieję,  że  skoro  jego  wizyta  na  ranczu  wujków 

dobiegała końca, jakoś uniknie dyskusji na temat jego planów 
matrymonialnych.  Ranczo  nazywało  się  Triple  D,  ponieważ 
jej właścicielami było trzech braci Davisów.

Kończył 

właśnie 

podpisywać 

dokumenty, 

które 

upoważniały  go  do  wykupienia  świadectwa  eksploatacji 
znajdującego  się  na  ranczu  złoża  ropy  naftowej,  ustalającego 
wysokość  kwartalnych  opłat  z  tego  tytułu.  Uniósł  głowę  i 
napotkał przenikliwe spojrzenie wujka Clarence'a.

- Czy  to  znaczy,  że  podoba  ci  się  Miranda? - spytał. 

Spojrzał przez okno na podwórze, gdzie koło samochodu stała 
wysoka  blondynka,  czekająca  niecierpliwie  na  powrót  do 
Dallas.

- Nie  ma  znaczenia,  czy  ona  mi  się  podoba,  czy  nie. -

Skórzany fotel zaskrzypiał, gdy Clarence zmienił pozycję, by 
ulżyć  swemu  zaatakowanemu  przez  artretyzm  biodru. -
Chodzi  o  to,  że  powinieneś  szukać  żony.  Nie  znajdziesz  jej, 
rozglądając się po dziedzińcu.

Trent  nie  zamierzał  w  ogóle  rozglądać  się  za  żoną,  a 

Mirandę  przywiózł  ze  sobą  w  nadziei,  że  uśpi  czujność 
wujków.

- Miranda  mogłaby  być  świetną  żoną  dla  każdego 

mężczyzny. - Trent  doskonale  wiedział,  że  nie  zamierzała 
wychodzić  za  mąż.  Musiał  uczciwie  przyznać,  że  brak 
zainteresowania  trwałym  związkiem  w  znacznej  mierze 
stanowił o jej atrakcyjności.

- I będzie - zgodził się Clarence. - Ale to nie jest kobieta 

dla ciebie.

- Dlaczego? - Był  jak  najdalszy  od  rozważania  sprawy 

małżeństwa,  ale  gdyby  miał  wybierać...  Połączenie  klasy  i 
seksu  było  niewątpliwie  pociągające.  Nie  wiedział,  jakie 
zarzuty  mogliby  przeciw  niej  wysunąć  wujkowie,  w  każdym 
razie był pewien, że jeżeli Clarence będzie miał coś przeciwko 
niej, to pozostali bracia - Harvey i Doc - także.

background image

- Ona  jest  jak  dobrze  utrzymany  koń  na  krótki,  dystans. 

Efekciarstwo, szybki start, ale całkowity brak wytrzymałości.

Trent  wybuchnął  śmiechem.  Clarence  zmierzył  go 

wzrokiem.

- Już  rozmawialiśmy  o  twoich  blondynkach.  Odgłos 

kroków  na  drewnianej  podłodze  zapowiadał  drugiego  wujka. 
Do gabinetu wszedł Doc.

- Co mam ci na to odpowiedzieć? - Trent podał najmniej 

rozmownemu  z  braci  plik  papierów. - Lubię  blondynki. 
Wysokie  blondynki. - Pokazał,  gdzie  Doc  ma  podpisać. - A 
ona - skierował kciuk w stronę okna - jest świetną blondynką.

Doc nagryzmolił swój podpis, sapnął i podszedł do okna.

- Ma  wąską  miednicę.  Mogą  być  trudności  z  porodem. 

Trent  był  naprawdę  zadowolony,  że  Miranda  nie  słyszy  tej
rozmowy.

- Nie  da  ci  więcej  niż  jedno,  góra  dwoje  dzieci -

podsumował Doc.

Trent uśmiechnął się krzywo.

- Zakładasz, że chciałbym mieć więcej. A poza tym jesteś 

weterynarzem,  a  nie  położnikiem. - Po  co  on  przedłuża  tę 
dyskusję?

- Wąska miednica to wąska miednica - stwierdził Doc.
- Musisz  brać  pod  uwagę  takie  sprawy,  Trent - dodał 

Clarence,  ułożywszy  splecione  dłonie  na  zaokrąglonym 
brzuchu. - I  lepiej  zacznij  wychowywać  potomstwo,  zanim 
będziesz za stary, żeby się nim cieszyć.

- Rozumiem. - Spieranie  się  nie  miało  sensu. - Gdzie 

wujek Harvey? Brakuje jeszcze jego podpisu.

- Szuka pióra - odparł Clarence.
- Ja  mam  pióro - rzekł  Trent. - Nawet  kilka  i  on  z 

pewnością o tym wie. - Podszedł do drzwi. - Wujku Harveyu? 
Musimy  z  Mirandą  wracać  do  Dallas.  Nie  chcemy  utknąć  w 
niedzielnym, popołudniowym korku.

Z głębi domu doszła go niewyraźna odpowiedź. Clarence 

pogrążył  się  w  myślach.  Doc  nadal  wyglądał  przez  okno, 
zapewne wciąż oceniając budowę Mirandy.

- Szerokie  ramiona.  Biorąc  pod  uwagę  twoje,  wasi 

synowie,  choć  pewno  nieliczni,  będą  naprawdę  barczyści. 

background image

Powiem  ci  na  ten  temat  więcej - spojrzał  na  Trenta - jak 
poznam jej rodziców.

Nikt  nie  będzie  poznawał  niczyich  rodziców.  Trent  nie 

czuł  najmniejszej  potrzeby  zawarcia  małżeństwa.  Miał  na 
głowie zarządzanie sprawami majątkowymi rancza Triple D, a 
także własne interesy. Był bliski osiągnięcia znaczącej pozycji 
w  świecie  biznesu  w  Dallas,  i  to  bez  żadnego  wsparcia 
kapitałem z zysków, jakie przynosiło ranczo. Małżeństwo nie 
mieściło  się  w  jego  planach.  Niestety,  wujkowie  byli 
odmiennego zdania.

- Wujku Harveyu! - zawołał znowu i speszył się, słysząc 

nutę  zniecierpliwienia  we  własnym  głosie.  Kochał  swych 
wujków wraz z ich fanaberiami. Ale są pewne granice.

- To  mogłyby  być  dziewczynki - oznajmił  Clarence, 

myślami nadal przy przyszłym potomstwie Trenta.

- Jest  taka  możliwość - zgodził  się  ponuro  Doc.  Od 

dalszej  dyskusji  wybawiło  Trenta  pojawienie  się  Harveya, 
ostatniego z braci Davisów.

- Znalazłem  je! - wykrzyknął,  unosząc  triumfalnie 

srebrne,  kanciaste  pióro. - Chłopcze,  takich  samych  używają 
astronauci NASA w przestrzeni kosmicznej.

Trent z uśmiechem podsunął mu trzeci plik dokumentów.

- Wujku, mógłbyś to podpisać?
- Patrz, jak działa. Chcesz spróbować? Trent, przystępując 

do złożenia swego podpisu, pokręcił przecząco głową.

- Dzięki,  używam  Dyrektorskiego  Najwyższej  Klasy, 

które podarowałeś mi na przedostatnią gwiazdkę.

Twarz Harveya pojaśniała.

- I  jak  ci  się  nim  pisze?  Przypominam  sobie - roczna 

gwarancja albo zwrot ceny.

- Bardzo  dobrze. - Działało  przy  pierwszych  literach 

nazwiska.  Przycisnął  mocniej,  lecz  w  Dyrektorskim  Piórze 
Najwyższej  Klasy  ze  szczypczykami  i  wykałaczką  skończył 
się wkład. Potrząsnął piórem ze złością.

- Minął już rok od zakupu? - spytał Clarence.
- Tak, ale produkt wysokiej jakości powinien wytrzymać 

dłużej - rzekł  Harvey  ze  zmarszczonymi  brwiami. - Rok  to 
minimum.

background image

- Nie  ma  sprawy - przerwał  Trent.  Wiedział  z 

doświadczenia,  że  taka  dyskusja  mogłaby  jeszcze  długo 
potrwać. - Piszę więcej niż inni.

- Weź to z NASA. - Harvey  podał mu swoje. - Polegają 

na nim astronauci, sam wiesz.

Trent  skończył  podpisywać  papiery  i  szybko  je  zgarnął, 

zanim zdążyła rozgorzeć dalsza debata. A ze spojrzeń wujków 
wyczytał, że szykuje się następna.

- Ja... hm... będę tu we wrześniu, jeżeli wcześniej się nie 

zobaczymy. - Miał  dziwne  poczucie  winy,  gdy  trzy  pary 
piwnych,  identycznych  oczu  wpatrywały  się  w  niego  spod 
nastroszonych  brwi.  Dlaczego  oni  go  ciągle  zachęcali  do 
małżeństwa?  Wziął teczkę i  wyszedł  zza  ogromnego,  starego 
biurka,  przy  którym  załatwiano  interesy  na  ranczu  Triple  D 
jeszcze za czasów dziadka.

Clarence  uniósł  się  przy  akompaniamencie  skrzypienia 

fotela.  Trent  podał  wujowi  rękę.  Zwykle  Clarence  odmawiał 
przyjęcia takiej pomocy, lecz dzisiaj się nie wzbraniał.

Oni  się  starzeją,  pomyślał  Trent,  choć  podejrzewał,  że 

Clarence wyolbrzymiał swe niedołęstwo, To miał być sygnał, 
że  szukanie  żony  jest  pilną  sprawą.  Ale  fakt  faktem - Trent 
wyczuwał  zapach  końskiego  mazidła,  które  prawdopodobnie 
Doc zaordynował Clarence'owi na jego chory staw.

- Muszę lecieć. Miranda i tak już za długo czeka.
- Rozglądaj się chłopcze, ona nie jest tą właściwą. Trent 

zamierzał skwitować uwagę uśmiechem. A tymczasem dał się 
sprowokować.

- Skąd  wiesz, że  nie  jest  tą  właściwą?  Co jej  zarzucasz? 

Poza wąską miednicą - dodał, uprzedzając Doca.

- Nie jest jedną z tych spokojnych kobiet.
- Koścista - wdał się w szczegóły Doc.
- To też - przyznał Clarence, zanim podjął swą myśl. Siła

uścisku  jego  dłoni  przeczyła  trudnościom  z  podźwignięciem
się z fotela. - Nie byłaby szczęśliwa tutaj, w Triple D.

- Mieszkalibyśmy  w  Dallas - przypomniał  mu  Trent. 

Chodziło mu o przyszłą żonę, niekoniecznie Mirandę, ale nie 
było sensu tego rozwijać.

background image

- Nie  zawsze  będziesz  mieszkał  w  Dallas.  My  się 

starzejemy. - Clarence  jeszcze  mocniej  ścisnął  rękę  Trenta, 
zanim ją uwolnił.

- Ale  bardzo  dbamy  o  siebie - wtrącił  się  Harvey. -

Bierzemy  multiwitaminy.  Wykonujemy  ćwiczenia  na 
pobudzenie  pracy  serca  trzy  razy  dziennie  po  dwadzieścia 
minut według programu doktora Pritcharda...

- Harvey, chłopiec to wie.

Starszy  pan  natychmiast  zamilkł.  Clarence  rzadko  mu 

przerywał.

- Usiłujemy ci powiedzieć, że czas zacząć szukać żony. I 

zabrać  się  do tego  poważnie.  Musisz znaleźć  kobietę  gotową 
dzielić z tobą życie, nie obawiającą się pracy. Dobrą matkę dla 
dzieci,  którymi  cię  uszczęśliwi.  Powinna  dbać  o  ich  ciała  i 
dusze  i  dmuchać  w  domowe  ognisko,  kiedy  ty  będziesz 
zarabiał na utrzymanie rodziny.

- A  także  nosić  pantofle  na  wysokich  obcasach  i  perły, 

prawda? - Trent  zaraz  pożałował  tych  słów.  Wujkowie  mieli 
dobre intencje, tyle że temat był drażliwy. - Z twojego opisu 
wyłania  się  taka  gospodarna  kura  domowa  ze  starych  seriali 
telewizyjnych.

- A co w tym złego?
- To  styl  sprzed  czterdziestu  lat.  Nowoczesne kobiety  są 

inne. 

- Tobie  nie  jest  potrzebna  nowoczesna.  Powinieneś 

znaleźć  sobie  taką  jak  ciocia  Emma,  Panie,  świeć  nad  jej 
duszą.

I jak sobie poradzić z takim argumentem? Clarence i jego 

żona  Emma  nie  mieli  własnych  dzieci,  lecz  ona  matkowała 
Trentowi  od  dzieciństwa,  od  chwili  gdy  jako  siedmiolatek 
zamieszkał  na  ranczu  Triple  D.  Doc  i  Harvey  nigdy  się  nie 
ożenili, więc ciocia troszczyła się o nich wszystkich.

- Ciocia Emma była wyjątkowa - powiedział Trent cicho.
- To  prawda - przyznał  Clarence  przy  potakujących 

pomrukach pozostałych braci. - Co nie znaczy, że ty nie masz 
podobnej szansy.

- Czego wy ode mnie oczekujecie? Mam zamówić żonę z 

jednego z waszych katalogów?

background image

- Czemu  nie? - Doc  pomasował  brodę. - Katalogi 

obejmują żywy inwentarz.

- Mam taki katalog. - Harvey wybiegł pędem z pokoju.
- Dlaczego  mnie  to  nie  dziwi? - mruknął  pod  nosem 

Trent.

- Cieszę się, że sam o tym pomyślałeś. - Clarence włożył 

okulary  i  właśnie  sięgał  do  kieszeni,  gdy  Harvey  wpadł  z 
powrotem do gabinetu.

- Ale  tempo - zauważył  Trent  zimno,  podejrzewając,  że 

wujek trzymał coś w zanadrzu.

- Noszę  specjalne  wyścigowe  obuwie. - Harvey  uniósł 

podeszwę. - Trzymają  się  asfaltu  o  sześćdziesiąt  siedem 
procent lepiej niż najlepsze, oferowane w sklepach.

Nie  było  sensu  zwracać  uwagi,  że  na  ranczu  nie  ma 

asfaltu. Bardziej zainteresowało go czasopismo.

- „Mężczyźni  Teksasu"?  Co  to  jest? - Przerzucił  kilka 

lśniących  stron  magazynu  i  westchnął  wymownie. - To  są 
stosy  ogłoszeń  matrymonialnych.  Chyba  nie  myślicie 
poważnie, że ja...

- „Farmer  poszukuje  żony" - przeczytał  Clarence  z 

pomiętej kartki.

- Jaki farmer? - spytał Trent. Przewidywał, że odpowiedź 

nie będzie mu się podobała.

- Ty, Trent.
- Chyba  żartujesz.  Nie  jestem  farmerem - stwierdził 

stanowczo.

Clarence spojrzał na niego badawczo znad okularów.

- Masz  to  we  krwi,  chłopcze. - Odchrząknąwszy,  czytał 

dalej: - „Choć obecnie mieszkam w Dallas, moje serce zostało 
pośród  wzgórz  Teksasu,  na  ranczu  Triple  D,  którego  jestem 
jedynym spadkobiercą".

- Och, proszę. Wy nie... Clarence powstrzymał go gestem 

dłoni.

- „Pobyt  w mieście nauczył mnie, co liczy się w życiu -

rodzina, ziemia i miłość dobrej kobiety. Nie pierwszej lepszej, 
lecz  wyjątkowej  kobiety,  która  będzie  podzielała  moje 
poglądy,  zwłaszcza  na  znaczenie  domowego  ogniska.  Jestem 
prostym  człowiekiem,  cenię  uczciwość  i  ciężką  pracę. 
Chciałbym, żeby żona, z którą dzieliłbym życie, była gotowa 

background image

pracować  razem  ze  mną,  wychowywać  nasze  dzieci  i 
utrzymywać nasz dom w szczęściu i zdrowiu".

- Opisaliście pionierów! - Poza tym Trent miał zasadnicze 

wątpliwości,  czy  można  go  nazwać  prostym  człowiekiem, 
kochającym ziemię.

- Czytaj dalej. - Doc wskazał palcem projekt ogłoszenia.
- „Zdaję  sobie  sprawę,  że  taki  styl  życia  nie  jest  dziś 

modny,  ale  obecnie  ludzie  pracują  za  ciężko  i  osiągają  w 
zamian  zbyt  mało.  Rodzice  powierzają  wychowanie  dzieci 
obcym  ludziom,  na  czym  cierpi  szczęście  rodzin.  Dlatego 
chciałbym  wrócić  do  naturalnego  porządku  rzeczy -
mężczyzna  zaopatruje  rodzinę,  kobieta  wychowuje  dzieci  i 
prowadzi dom".

- A  może  ja  nie  chcę  utrzymywać  kobiety,  która  by 

całymi dniami przesiadywała w domu?

Clarence, niewzruszony, przeszedł do zakończenia.

- „Moja  żona  nie  będzie  musiała  się  zamęczać,  łącząc 

pracę  zawodową  i  domową.  Jeśli  ci  to  odpowiada  i  jesteś  w 
wieku pomiędzy osiemnastym..."

- Wujku Clarence, wykluczam randkę z osiemnastolatką!

- zaprotestował  Trent,  choć  sam  nie  wiedział,  dlaczego 
zakwestionował właśnie ten punkt.

Harvey  wręczył  Clarence'owi  pióro  NASA.  Clarence 

wprowadził poprawkę.

- „Pomiędzy  dwudziestym  pierwszym  a  trzydziestym 

pierwszym  rokiem  życia..."  Jak  sądzisz,  Doc?  Możemy 
podwyższyć do trzydziestu pięciu?

Doc pomasował kark.

- Młodszym  kobietom  łatwiej  rodzić,  ale  przy  obecnym 

stanie  medycyny... - Wzruszył  ramionami. - Niech  będzie  i 
dodaj, że mile widziana byłaby taka przy kości.

Nawet  przy  całej  tolerancji  dla  wujków,  płynącej  z 

czułości  dla  nich,  Trent  zaniemówił.  Słuchał  więc  już  tylko, 
jak  Clarence  wymienia  przymioty,  którym  mogłaby 
odpowiadać  chyba  tylko  córka  Betty  Crocker  i  Normana 
Rockwella.

- „Pomóż  mi  stworzyć  dawno  zapomniany  nastrój 

prawdziwych,  wiejskich  świąt  Bożego  Narodzenia  tu,  na 
ranczu Triple D..."

background image

- Zaraz, zaraz...
- To był mój pomysł - pochwalił się Harvey.
- „Przybądź  rozwijać  swą  kulinarną  fantazję,  mniejsza  o 

cholesterol..."

- To był pomysł Clarence'a - rzekł Harvey.
- „Grające na pianinie mają pierwszeństwo..."
- Na miłość...
- „W  Triple  D  mamy  nowoczesną,  świetnie  wyposażoną 

kuchnię..."

- Łącznie  z  włoskim  ekspresem  do  kawy,  nie  zapomnij 

tego  zaznaczyć. - Harvey  pokazał,  gdzie  Clarence  powinien 
umieścić  to  zdanie. - Napisz  też  o  telewizji  satelitarnej -
polecił.

- Szalone atrakcje - mruknął Trent. Clarence zanotował.
- No  i  co  o  tym  sądzisz,  Trent?  Pomyślał,  że  żadna 

kobieta  przy  zdrowych  zmysłach  nie odpowie  na  to 
ogłoszenie.  Można  spodziewać  się  jedynie  listów 
rozwścieczonych  feministek.  Z  drugiej  strony  może  to  było 
wyjście  z  sytuacji.  Poszukiwanie  odpowiedniej  kandydatki 
pochłonęłoby wujków i nabraliby przekonania, że zbliżają się 
do  celu.  Kiedy  nie  uda  im  się  zainteresować  żadnej  kobiety 
powrotem  do  średniowiecza,  dadzą  Trentowi  spokój.  A  on 
tymczasem będzie mógł skupić się na pracy.

Nagle zobaczył zmierzającą w stronę domu Mirandę. Nie 

dziwił  się,  że  straciła  cierpliwość.  Nie  chciał,  żeby  usłyszała 
ich rozmowę.

- Chyba  napisaliście  już  o  wszystkim,  a  ja  naprawdę 

muszę jechać. - Skierował się ku drzwiom. - Trzymajcie się.

- A co będzie, jak przyjdą odpowiedzi?
- Spotkam  się  z  jedną,  zdając  się  na  wasz  wybór. -

Zakładając,  że  znajdzie  się  choć  jedna  odważna,  dodał  w 
duchu.

- Trent, synu...
- Z  jedną. - Podniósł  do  góry  palec.  Clarence,

doświadczony handlarz końmi, wiedział, kiedy się wycofać.

- Przyrzekasz, że przyjedziesz i ją poznasz?
- Tak.
- Na  dwa  tygodnie  w  grudniu  łącznie  ze  świętami? -

spytał Harvey.

background image

- Przyjadę w połowie grudnia - przyrzekł Trent.
- Na dwa tygodnie?
- Wujku  Harveyu,  nie  mogę  sobie  pozwolić  na  dwa 

tygodnie urlopu w końcu roku.

Wyraz oczu Harveya był nieustępliwy.

- To  nie  za  dużo  czasu  na  poznanie  przyszłej  żony. -

Clarence  pomasował  biodro.  Trent  powstrzymał  się  od 
wzniesienia oczu do nieba.

- Dobrze,  w  porządku.  Dwa  tygodnie  przed  świętami 

Bożego Narodzenia. - Poczuł się winny, gdyż wiedział, że tej 
obietnicy nie dotrzyma.

Rusty  Romero  otworzyła  drzwi  swego  mieszkania  w 

Chicago  i  z  lubością  pociągnęła  nosem.  Jedzenie.  Pachniało 
jedzeniem.

- Babciu,  to  ty? - spytała,  zrzucając  z  ulgą  żakiet  i 

pantofle.

Nobliwa  pani  o siwych  włosach,  upiętych  w  kok,  stanęła 

w progu kuchni.

- A  któż  inny  mógłby  przygrzewać  zapiekankę  w  twojej 

kuchni.

- Zapiekanka? Prawdziwie domowe danie. Sama zrobiłaś?
- Oczywiście. - Agnes  Romero  uśmiechnęła  się  do 

wnuczki.

- Muszę  to  zobaczyć. - Rusty  podążyła  za  babcią, 

odłożywszy przedtem na kanapę teczkę.

- Gdzie byłaś? - spytała Agnes. - Już wpół do dziesiątej.
- W  pracy. - Zawadziła  o  futrynę.  We  wzroku  babci 

wyczytała wyrzut: za dużo pracujesz.

- Z czego jest tym razem?

Agnes  włożyła  kuchenne  rękawice  i  zdjęła  z  ognia 

naczynie z zapiekanką.

- Tuńczyk z makaronem.
- Na  Święto  Dziękczynienia? - Babcia  od  tygodni 

wypróbowywała  dania,  które zamierzała  tego  dnia  podać.  To 
miało  być  ich  pierwsze  wspólne  święto,  przygotowane 
całkowicie w domu, łącznie z pieczeniem indyka.

- Oczywiście,  że  nie.  To  takie  małe  odstępstwo.  Usiądź 

sobie wygodnie, przyniosę talerz.

background image

Rusty  opadła  na  kanapę  w  salonie  zbyt  zmęczona,  by 

zaprotestować. W kuchni szczękały sztućce.

- Jak idą przygotowania do kampanii reklamowej?
- Przeglądam stosowne czasopisma.
- Ciągle chodzi o ten płyn po goleniu?
- Babciu,  proszę - powiedziała  Rusty  z  żartobliwym 

oburzeniem. - Nie  tylko  o  płyn.  O  cały  zestaw  rzeczy 
potrzebnych przyszłym oblubieńcom, a wszystko wyłącznie z 
naturalnych składników.

- A  ileż  jest  tych  rzeczy? - Agnes  Romero  wychyliła 

głowę  z  kuchni. - Mężczyźni  nie  potrzebują  niczego  poza 
płynem po goleniu, dezodorantem i pomadą do włosów.

- To się teraz już nie nazywa pomada, tylko bioaktywny 

utrwalacz.

- Niech zgadnę. Jest jeszcze barwiący nawilżacz i samo -

opalacz w żelu.

- Nie żaden samoopalacz. Nazywa się teraz "konserwator 

stałej  opalenizny".  I  są  jeszcze  inne  różne  specyfiki. - Rusty 
otworzyła teczkę i wyjęła z niej plik publikacji.

Zjawiła się Agnes z tacą.

- Odłóż  to  i  trochę  odpocznij. - Odsunęła  czasopisma, 

ustawiła tacę na stoliku i usiadła na kanapie obok wnuczki.

- Dzięki, babciu. - Rusty sięgnęła po talerz. Leżała na nim 

beżowa, galaretowata bryła.

- Czytałam chyba ze sto przepisów - odezwała się Agnes, 

zmarszczywszy  brwi. - Wszystkie  właściwie  takie  same, 
polecają  tę  zapiekankę  jako  niesłychanie  odżywczą. 
Pomyślałam, że sprawdzę, dlaczego to tak reklamują.

- A ty  już  jadłaś? - Rusty wiedziała z  doświadczenia, że 

kulinarne  eksperymenty  Agnes  w  najlepszym  razie  dawały 
wątpliwe rezultaty.

- Tak. - Agnes patrzyła, jak Rusty nabiera zapiekankę na 

widelec. - Może  nie  wygląda  zbyt  apetycznie.  Dwie  godziny 
temu nie było tak źle.

-

Przepraszam, 

gdybym 

wiedziała, 

że 

dzisiaj 

eksperymentujesz, zatelefonowałabym. - Spróbowała. - Hmm.

- Tak myślałam. - Agnes wyciągnęła rękę po talerz.
- Nie,  nie. - Rusty  go  przytrzymała. - Zjem  to.  Nie  jest 

takie złe. - Umierała z głodu.

background image

- Ale nie jest to coś, czego by ci brakowało we wczesnej 

młodości, prawda?

Rusty  wiedziała,  że  za  tym  żartobliwym  pytaniem  kryje 

się  autentyczny  niepokój.  Od  kiedy  dwa  lata  temu  Agnes 
Romero  sprzedała  swą  agencję  obrotu  nieruchomościami  i 
przeszła na emeryturę, usiłowała przeistoczyć się w kapłankę 
domowego  ogniska,  najwyraźniej  chcąc  wynagrodzić 
wnuczce, że me była nią w okresie jej dzieciństwa.

- Nie.  Niczego  mi  nie  brakowało. - Serdecznie  ścisnęła 

dłoń babci.

- Co za ulga. Już nigdy nie zrobię tej zapiekanki.

Roześmiały się obie.

- A  jak  postępują  prace  doświadczalne  w  związku  ze 

Świętem  Dziękczynienia? - Rusty  z  rozrzewnieniem 
wspominała wspaniałe dwa tygodnie, w czasie których babcia 
uczyła się piec ciasto.

- Och,  ciągle  jeszcze  opracowuję  ostateczne  menu. 

Natknęłam  się  na  tego  tuńczyka  w  dziale  "Przysmaki 
rodziny", gdy przeglądałam „Świąteczne Ognisko Domowe", i 
po prostu... - urwała, wzruszając z zakłopotaniem ramionami.

- I poczułaś się winna, że w dzieciństwie nie piekłaś dla 

mnie  szarlotki. - Rusty  odstawiła  talerz  i  uścisnęła  babcię. -
Miałam  wspaniałe  dzieciństwo.  Ty  mnie  nauczyłaś  sztuki 
przetrwania  w  wielkim  mieście.  Ilu  siedmiolatków  potrafi 
zamówić  odpowiednio  kaloryczny  posiłek  dla  dwóch  osób  i 
do tego właściwie wyliczyć napiwek?

- A  ile  musi  to  robić? - Agnes  zachichotała,  po  czym 

dodała  poważnym  tonem: - Odkąd  przeszłam  na  emeryturę, 
mam  czas  zastanowić  się  nad  swoim  życiem.  I  przyznaję,  że 
paru  rzeczy  żałuję.  Kiedy  widzę,  jakie  życie  prowadzisz,  to 
jakbym patrzyła na siebie sprzed lat.

Rusty wiedziała, co babcię gnębi.

- Nie  chcesz,  żebym  i  ja  żałowała,  prawda?  Agnes 

pokiwała głową.

- Bez  obawy.  Uwielbiam  swe  życie.  Doskonale  mi  się 

układa.  Utrzymuję  idealną  wagę  i  nie  mam  zmarszczek.  Ile 
osób może to o sobie powiedzieć?

- Ale za ciężko pracujesz.

background image

- Ty  byłaś  taka  sama.  Ja  przynajmniej  w  weekendy  nie 

muszę pokazywać nieruchomości klientom. - Rusty wróciła do 
zapiekanki.

- Powinnam była więcej przebywać z tobą w domu.
- Ależ skąd. Dokonałaś po prostu wyboru.
- Czasami - powiedziała  Agnes  w  zamyśleniu -

zastanawiam się, czy to był dobry wybór.

- Nonsens. - Rusty  skończyła  jeść. - Zaparzę  kawę. 

Chcesz?

- Już  późno,  więc  zrób  bezkofeinową.  Kiedy  Rusty 

wróciła do pokoju z kawą, babcia z zainteresowaniem czytała 
jedno z czasopism.

- To  jest  nawet  pouczające. - Podniosła  wzrok  na 

wnuczkę.

- Które?
- To. - Agnes  uniosła  egzemplarz  pisma  „Mężczyźni 

Teksasu".

- A,  ta  reklama  męskiego  wigoru.  Nie  do  wiary. 

Mężczyźni  umawiający  się  na  randki  za  pośrednictwem 
pisma. Też mi coś - prychnęła Rusty.

- Czy  ja  wiem... - Babcia  z  zainteresowaniem  czytała 

jedno  z  ogłoszeń. - Rusty,  kochanie,  nie  zastanawiałaś  się 
nigdy, czyby nie napisać do któregoś z tych mężczyzn?

- Och, babciu, proszę...
- Nie  tak  szybko.  Widzę  tu  wysokiego,  ciemnookiego 

bruneta...

- Czego mu brakuje?
- Niczego.  Napisano,  że  realizuje  pewien  projekt 

budowlany i nie ma czasu na umawianie się z kobietami.

- Tak, na pewno.
- Rusty,  poważnie,  spójrz,  czy  nie  wydaje  ci  się 

atrakcyjny? - Agnes podsunęła jej zdjęcie.

- Nie.
- Ciężka praca zakłóca działalność twoich hormonów. To 

dość  małe  zdjęcie,  ale  on  wygląda  na  przystojnego  i 
interesującego mężczyznę.

- Babciu, zastanów się, jaki mężczyzna musi się ogłaszać, 

żeby poznać kobietę.

background image

- Okazuje  się,  że  robią  to  zapracowani,  odnoszący 

sukcesy  i  pełni nadziei  na  nowe życie. - Wskazała fotografię 
przyciągającego uwagę mężczyzny.

Zdjęcie  przedstawiało  typowego  biznesmena,  lecz  Rusty 

zauważyła  coś  szczególnego  w  wyrazie  jego  oczu.  Jakby 
mówiły:  „Tego  się  po  mnie  oczekuje,  ale  to  nie  jest  moje 
prawdziwe ja". Musiała przyznać, że było w nich zaproszenie 
do  poznania  tego  „prawdziwego  ja".  I  zastanowiło  ją,  jakie 
ono jest.

- Widzisz? - uśmiechnęła się chytrze babcia.
-

Rzeczywiście,  wygląda  sympatycznie.  Całkiem 

atrakcyjny. Wart uwagi. Czego mu brakuje?

- Rusty!

Odstawiła  kawę  i  chwyciła  czasopismo.  Agnes  dała  je 

sobie wyrwać.

- „Farmer  poszukuje  żony".  Według  mnie  wcale  nie 

wygląda  na farmera. - Choć właściwie żadnego nie znała. W 
miarę  czytania  ogłoszenia  ogarniało  ją  coraz  większe 
zdumienie. - Widziałaś  to?  On  jest  neandertalczykiem! 
Brakującym ogniwem w łańcuchu ewolucji!

- Rusty, kochanie...
- Posłuchaj.  „Dlatego  chciałbym  wrócić  do  naturalnego 

porządku  rzeczy - mężczyzna  zaopatruje  rodzinę,  kobieta 
wychowuje  dzieci  i  prowadzi  dom".  Nic  dziwnego,  że  facet 
jest  kawalerem.  A  może  by  tak  prosto  z  mostu:  proponuję 
domowe  niewolnictwo? - Rusty  oddała  magazyn  babci  i 
zebrała ze stolika filiżanki.

- No  tak,  przyznaję,  że  jego  poglądy  odbiegają  od 

nowoczesnych...

- Ha! On cofa kobietę o sto lat! O dwieście!
- Przeczytaj tę część o odwiedzeniu rancza i spędzeniu na 

wsi nastrojowych świąt Bożego Narodzenia.

- Nastrojowych  w  tym  przypadku  oznacza,  że  kobiety 

będą  musiały  wziąć  na  siebie  całą  pracę. - Rusty  wyszła  do 
kuchni.

Dalszej  części  ogłoszenia,  o  wycinaniu  z  lasu  choinki, 

jeździe saniami i śpiewaniu kolęd, słuchała już jednym uchem.

- Och, on chciałby kobietę grającą na pianinie.

background image

- Ciekawe, kiedy by miała na to czas. - Rusty wróciła do 

salonu, pomrukując gniewnie pod nosem.

- I  taką  przy  kości - dodała  Agnes,  spoglądając  na 

wnuczkę. Co za protekcjonalność, co za tupet! Rusty pokręciła 
głową.

- Współczuję tej, która się na to nabierze! - Nie ukrywając 

złości,  dodała: - Tak  naprawdę  to  na  tego  króla 
neandertalczyków  należałoby  donieść  do  kogoś  zajmującego 
się  prawami  człowieka.  Gdzieś  musi  być  taki  komitet.  Czy 
można  czemuś  takiemu  dać  wiarę? - Spojrzała  na  zdjęcie 
mężczyzny.  Ten  bufon  ma  jednak  urok.  Szkoda  dla  niego 
takich  oczu.  Kobieta,  która  odpowie  na  to  ogłoszenie, 
potrzebuje sesji u psychoterapeuty.

background image

ROZDZIAŁ 2

- Ty odpowiedziałaś temu szowinistycznemu farmerowi?

- Rusty  popatrzyła  zdumiona  na  babcię.  Siedziały  w  Święto 
Dziękczynienia  nad  złotobrązowym,  nadmiernie  spieczonym 
indykiem, - Coś  podobnego.  Czemu  mi  nie  powiedziałaś? 
Chętnie wzięłabym udział w tym żarcie.

- To nie był żart. - Niebieskie oczy babci wpatrywały się 

w nią poważnie.

- Daj spokój, babciu, nie nabierzesz mnie.
- I  nie  ja  jedna  mu  odpisałam.  Wiele  kobiet  było 

gotowych do współzawodnictwa, ale tylko mnie, a właściwie 
ciebie,  bracia  Davisowie  zaprosili  na  Boże  Narodzenie. 
Oczywiście pojadę z tobą jako przyzwoitka.

Spędzić  święta  na  ranczu  z  obcymi  ludźmi,  którzy  będą 

oceniać,  czy  jest  dobrym  materiałem  na  żonę?  Babcia  z 
pewnością żartuje.

- Oczywiście  odmówiłaś?  Agnes  potrząsnęła  przecząco 

głową.

- Nie miałam takiego zamiaru.
- Wyjaśnijmy  to  sobie  od  razu.  Odpowiedziałaś  na 

ogłoszenie w moim imieniu i chcesz, żebym się spotkała z tym 
mężczyzną?

- Tak,  choć  wiem,  że  powinnam  najpierw  z  tobą 

porozmawiać.

- Właśnie!
- Właścicielami  rancza  są  trzej  bracia  Davisowie -

Clarence, Harvey i William, ale na niego wszyscy mówią Doc.

- Nie chcę tego słuchać.
- Trent jest ich siostrzeńcem.
- Przekaż im moje wyrazy współczucia.
- Rusty!
- Przepraszam,  babciu,  ale to  do ciebie  niepodobne  i  nie

rozumiem, jak mogłaś tak postąpić.

Agnes zaczęła zbierać pozostałości po obfitej, świątecznej 

kolacji.  Przygotowała  o  wiele  za  dużo  jedzenia  jak  dla  nich 
dwóch i Rusty bardzo się szykowała na te resztki.

- To, co pisali o świętach na wsi, przypomniało mi własne 

dzieciństwo na farmie.

background image

- Nie  mogłaś  się  doczekać,  kiedy  stamtąd  wyjedziesz -

przypomniała  jej  wnuczka.  Rozejrzała  się  po  eleganckim, 
nowocześnie  urządzonym  mieszkaniu  babci. - Nawet  nie 
potrafię sobie wyobrazić ciebie na farmie.

- A  jednak  wieś  ma  swoje  dobre  strony.  I  to  będziemy 

miały  na  ranczu.  Prawdziwą  choinkę,  którą  sami  zetniemy; 
prażoną kukurydzę, kolędy, gorącą czekoladę... i rodzinę. - Z 
uśmiechem zapatrzyła się gdzieś w przestrzeń.

- Chwileczkę. Nie jesteśmy spokrewnione z tymi ludźmi.

Ku przerażeniu Rusty oczy babci zaszły łzami.

- Rusty,  ja  muszę  tam  pojechać.  Chcę  przeżyć  święta  w 

dawnym stylu. Razem z tobą.

Nagle  Rusty  wydało  się,  że  ta  sentymentalna  kobieta  nie 

jest  już  babcią,  która  ją  wychowywała.  Roześmiała  się 
niepewnie.

- Wyrzucę  wszystkie  poradniki  domowe,  które  tu 

trzymasz. Mają na ciebie zły wpływ.

Agnes zignorowała tę uwagę.

- Nie możesz wygospodarować dwóch wolnych tygodni? 

Tak sformułowane pytanie zabrzmiało jak skromna prośba.

Z pozoru.

- Tu  nie  chodzi  o  zwykłe  dwa  tygodnie.  Waśnie  wtedy 

pan Dearsing ocenia projekty reklamowe pod hasłem „Blisko 
natury". - Rusty  rozłożyła  bezradnie  ręce. - Muszę  być  w 
agencji  i  zrobić  wszystko,  żeby  moje  okazały  się  najbardziej 
dynamiczne.  Ta  kampania  może  objąć  cały  kraj,  i  mnie, 
babciu,  ogromnie  na  niej  zależy.  Nie  mogę  zniknąć  na  dwa 
tygodnie.

- Oczywiście,  że  nie  możesz. - Spojrzenie  Agnes 

przygasło. - To była głupia propozycja.

Rusty  poczuła  się  podle.  Miała  dług  wdzięczności  za  te 

wszystkie  lata,  które  Agnes  poświęciła  jej  wychowaniu. 
Przysięgła sobie, że teraz, kiedy babcia przeszła na emeryturę, 
nie zabraknie jej niczego do końca życia. Uzyskanie zlecenia 
na  tę  kampanię  oznaczałoby  awans  i  podwyżkę.  Nie  mogła 
zlekceważyć takiej sposobności.

- Nie,  nie  głupia,  tylko  nierealistyczna.  Nie  umiem 

gotować.

- On nie musi tego wiedzieć.

background image

- Wyszłoby na jaw bardzo szybko.
- Ja się nauczyłam. - Agnes wskazała na stół. - Mogłabym 

nauczyć ciebie... albo gotować za ciebie.

Rozbrajająca szczerość.

- To nie byłoby uczciwe.
- Co?  Że  babka  pomaga  swej  wnuczce  w  kuchni?  Nie 

sądzę.

- Nawet gdybyś mi pomagała, to, dzięki Bogu, nie jestem 

w najmniejszej mierze taką kobietą, jaką on opisał.

- Skąd wiesz, skoro nawet nigdy nie próbowałaś?
- Mam  zawód  i  nie  zrezygnuję  ze  wszystkiego,  żeby 

usługiwać  jakiemuś mężczyźnie. - Przeszły ją ciarki na  samą 
taką myśl. Zabrała półmisek z indykiem i ruszyła za babcią do 
kuchni. - Nie  musimy  bawić  się  w  dom  na  tym  ranczu. 
Możemy  we  dwie  spędzić  wspaniałe  Boże  Narodzenie,  jak 
zawsze.

- Oczywiście. - Agnes  zaczęła  zmywać  talerze  ze 

sceptycznym uśmiechem.

Rusty  nie  mogła  tego  znieść.  Z  jakichś  niezrozumiałych 

powodów  babcia  uparła  się  pojechać  na  święta  do  braci 
Davisów,  a  nie  mogłaby  tego  dokonać  bez  wnuczki.  Co  za 
niewiarygodna  sytuacja.  Nie  może  się  zgodzić,  nie  powinna 
tego robić, choć... Byłaby sposobność w imieniu niewieściego 
rodu zadać cios pewnemu farmerowi z Teksasu, oświecając go 
w  kwestiach  realiów  współczesnego  życia.  Babcię  z 
pewnością  znudziłoby  przygotowywanie  trzy  razy  dziennie 
posiłków dla tych wszystkich panów. Ich pobyt trwałby cztery 
dni. Najwyżej. Przez ten czas babcia straciłaby entuzjazm do 
tych idiotycznych prac domowych.

Cztery dni. Hm. Rusty mogłaby się wyrwać na cztery dni, 

gdyby  wzięła  ze  sobą  przenośny  komputer,  modem,  faks  i 
drukarkę.  Warto  poświęcić  tyle czasu,  by  babcia znowu  była 
sobą.

- Dobrze - powiedziała  łaskawym  tonem  wskazującym, 

jak  wielkie  czyni  ustępstwo. - Jeśli  tak  ci  na  tym  zależy,
spróbujmy.  Ale  pamiętaj,  jedziemy  tam  tylko  dlatego,  że  ty 
chcesz. I niech ci nie przyjdzie do głowy, że mnie wydasz za 
mąż za relikt średniowiecza.

background image

Trent,  kompletnie  oszołomiony,  odkładał  słuchawkę  po 

rozmowie z rozradowanymi wujkami. Sądząc po listach, które 
otrzymali, zgłosiło się mnóstwo zdecydowanych na wszystko 
kobiet. A teraz miał poznać jedną z nich i jej babcię. W czasie 
najgorszym z możliwych.

Odchyliwszy się do tyłu z krzesłem, spoglądał przez okno 

gabinetu  mieszczącego  się  na  dwudziestym  drugim  piętrze 
biurowca  w  Dallas.  Wujkowie  oczekiwali,  że  spędzi  z  nimi 
dwa tygodnie grudnia łącznie z Bożym Narodzeniem. Obiecał 
im to. Choć nie zamierzał dotrzymać słowa, przyrzekł im to.

Po  lewej  stronie  stały  sztalugi,  a  na  nich  artystycznie 

wykonany  rysunek  urbanistycznej  koncepcji  Miasteczka 
Pogodnej  Jesieni  projektu  Trenta.  Zaangażował  w  to 
przedsięwzięcie  czas  i  pieniądze.  Projekt  wraz  z  planem 
finansowym  musi  być  zapięty  na  ostatni  guzik  na 
trzydziestego  pierwszego  grudnia.  Wyjazd  z  Dallas  na  dwa 
tygodnie w tym decydującym okresie nie był możliwy.

A nie do pomyślenia było złamać dane wujkom słowo.
Może uda mu się wszystko ze sobą pogodzić. Spotka się z 

tą kobietą i okaże brak zainteresowania zarówno nią, jak i jej 
gospodarskimi  talentami.  Taką  taktykę  obierze.  Uprzejmą 
obojętność. Nie będzie ani o nią zabiegał, ani jej zachęcał. Po 
kilku dniach ciężkiej pracy na ranczu położonym na odludziu i 
bez  nadziei  na  złapanie  męża,  kandydatka  na  kapłankę 
domowego ogniska wróci - sprawdził w swoich zapiskach - do 
Chicago,  zanim  zabrzmią  kolędy.  Przed  końcem tygodnia  on 
już będzie z powrotem w Dallas.

Teraz  tylko  trzeba  znaleźć  sposób  na  stały  kontakt  z 

biurem. Obecnie ludzie z reguły porozumiewają się za pomocą 
komputerów. Nie ma powodu, żeby on tego nie robił. Będzie 
musiał.

- Jadą!  Jadą!  Jakie  usługi  może  oddać  powiększająca 

dziesięciokrotnie lornetka!

Podniecenie  Harveya  udzieliło  się  pozostałym  braciom. 

Jeszcze  nigdy  ich  takich  nie  widział.  Nawet  Doc  się 
uśmiechał,  a  Trent,  choć  sceptycznie  nastawiony  do  całego 
pomysłu, był zadowolony, że jest z nimi w takim momencie.

background image

- Twoja  lornetka  to  nic  w  porównaniu  z  Teleskopem 

Młodego  Astronoma. - Clarence  poklepał  stojący  koło  niego 
trójnogi statyw. - Lepiej to zapisz.

Harveyowi zrzedła mina.

- Czy mogę jako pierwszy powitać te damy?
- Wszyscy razem je powitamy. Prawda, Trent?
- Tak,  wujku Clarence. - Trent zmusił się do uśmiechu i 

podążył za nimi na ganek. Postanowił grać przekonująco rolę 
uprzejmego i obojętnego. Bez względu na entuzjazm wujków 
te  nieszczęsne  kobiety  zostały  tu  zwabione  pod  fałszywym 
pozorem i im szybciej wyjadą, tym prędzej on wróci do pracy. 
Jeżeli  wszystko  pójdzie  dobrze,  będzie  w  Dallas  w  pierwszy 
dzień świąt, a może nawet w Wigilię.

Trent  obserwował  mały,  niebieski  samochód  trudnej  do 

określenia  marki,  wzbijający  za  sobą  chmurę  pyłu  na 
podwórzu  przed  domem.  Świadomy,  że  ma  poznać  kobietę
szczególnego  typu - jedną  z  tych,  które  marzą  o  furgonetce 
pełnej  dzieci,  a  z  takimi  do  tej  pory  nie  miał  do  czynienia -
zastanawiał się, jak się ma zachować. Nie mógł demonstrować 
braku  uprzejmości - nie  leżało to  w  jego  zwyczajach, a  poza 
tym ta biedna kobieta nie ponosiła odpowiedzialności za to, że 
został  jej  przedstawiony  w  fałszywym  świetle.  Znalazł  się  w 
takiej  sytuacji  z  własnej  winy  i  był  zły  na  siebie,  że  do  niej 
dopuścił. Samochód zatrzymał się.

- Trent, idź i otwórz paniom drzwi samochodu. Omal się 

nie  roześmiał.  Mimo  wmawiania  mu,  że  czas  się żenić, 
wujkowie stale pouczali go jak chłopca. Podszedł do drzwi od 
strony  pasażera,  zakładając,  że  babcia  nie  prowadziła 
samochodu.  Otworzył  je,  wyciągnął  rękę,  spodziewając  się 
uchwycić  sękatą  dłoń  i  pomóc  wysiąść  siwowłosej  pani  w 
fartuchu.

Wysunęły się ku niemu szczupłe nogi w opiętych dżinsach 

i jeden but, sięgający kostki, zderzył się z jego golenią.

- Przepraszam.  Ten  głos  nie  tylko  nie  brzmiał  starczym 

drżeniem,  lecz także  najmniejszą  nutą  usprawiedliwienia. 
Trent powstrzymał się od pomasowania  łydki i zniżył głowę, 
żeby spojrzeć na pasażerkę.

Odpowiedziało  mu  spojrzenie  kobiety  o  kasztanowych 

włosach, która uniósłszy do góry brwi, spytała:

background image

- Da mi pan wyjść z samochodu, czy może inspekcja nie 

wypadła pomyślnie?

Trent  odsunął  się. Z  pewnością to  nie  ona  odpowiedziała 

na ogłoszenie w piśmie „Mężczyźni Teksasu". Przez moment 
pomyślał nawet, że jakaś feministka przyjechała z protestem.

Stała  koło  samochodu  ubrana  w  kamizelkę  włożoną  na 

bluzkę  z  długimi  rękawami,  lecz  według  Trenta  pod  tym 
strojem  kryły  się  odpowiednie  kształty.  Co  najmniej 
odpowiednie.

Zatrzasnęła  drzwi  z  siłą  dającą  mu  do  zrozumienia,  że 

spotkanie  nie  wzbudziło  w  niej  miłych  doznań.  Musiał 
przyznać,  że  nie  bez  przyczyny.  Zwykle  tak  jawnie  nie 
taksował kobiet, lecz i sytuacja nie należała do zwyczajnych. 
Zanim  zdążył  jakoś  usprawiedliwić  nieuprzejme  zachowanie, 
wyciągnęła do niego rękę.

- Cześć, jestem Rusty Romero. Romero. A więc jednak to 

te dwie korespondowały z wujkami.

- Trent  Creighton - odparł,  mile  zaskoczony.  Uścisk  jej 

dłoni  był  mocny.  Witała  się  z  nim  jak  równy z  równym. 
Patrzyła  mu  prosto  w  oczy.  Ta  postawa  go  zdezorientowała. 
Spotykał  już  takie  kobiety,  które  w  przemyśle  budowlanym, 
zdominowanym  przez  mężczyzn,  musiały  walczyć  o 
szacunek.  Trent  miał  z  nimi  bardzo  dobre  stosunki,  gdyż  nie 
widział  w  nich  kobiet.  Były  przeciwnikami  lub 
sprzymierzeńcami w interesach. Stanowiły rodzaj nijaki.

Ta dama tutaj była z powołania kurą domową, posiadającą 

rozliczne  talenty.  Miała  strzec  domowego  ogniska, 
wychowywać  dzieci,  dogadzać  mężowi.  Bardzo  specyficzny 
rodzaj.  Najwyraźniej  niepracujące  panie  domu  zasadniczo 
różniły się od swych poprzedniczek pokazywanych w filmach 
z lat pięćdziesiątych.

- Czy uznamy to za remis, czy oprzemy łokcie na masce i 

zaczniemy się siłować?

Natychmiast wypuścił jej dłoń.

- Propozycja jest kusząca, ale zrezygnuję.
- Na  pewno?  Nie  chciałabym  uchybić  jakimś  lokalnym 

zwyczajom powitalnym.

- Tutaj zwykle robimy to dopiero przy drugim spotkaniu.
- A co robicie przy trzecim?

background image

Ani  cienia  potulności  córki  Betty  Crocker.  Czyżby 

wujkowie padli ofiarą oszustwa? Obejrzał się, żeby zobaczyć, 
co z nimi, i doznał kolejnego szoku.

Rozmawiali  z  elegancko  ubraną  panią,  wyglądającą  jak 

typowa  żona  biznesmena.  Zwrócił  wzrok  ku  Rusty,  która 
odpowiedziała mu pełnym wyższości uśmiechem.

- Moja babcia, Agnes.
- Naprawdę? - Ponownie spojrzał na starszą panią. - Nie 

tak  ją  sobie  wyobrażałem. - To  miał  być  komplement,  lecz 
Rusty inaczej potraktowała jego uwagę.

- Pewnie  dlatego,  że  zostawiła  swój  fartuch  i  wałek  do 

ciasta w samochodzie.

- Razem  z  twoim? - Nie  mógł  się  powstrzymać  od 

złośliwości. '

- Zakładam, że będę mogła od ciebie pożyczyć - odparła 

po chwili.

- Naturalnie - zapewnił, choć nie miał zielonego pojęcia, 

czy  kuchnia  w  Triple  D  może  się  poszczycić  takim 
przyrządem.

Było  oczywiste,  że  Rusty  Romero  poczuła  do  niego 

antypatię od pierwszego wejrzenia. Powinno go to uradować, 
lecz  z  jakichś  niejasnych  przyczyn  tak  się  nie  stało.  Trent, 
trzydziestotrzyletni  mężczyzna,  wiedział,  jak  oczarować 
kobietę,  nawet  tak  napastliwą  jak  Rusty,  a  podczas 
decydujących  pierwszych  chwil  ich  znajomości  nic  w  tym 
kierunku nie zrobił. Przywołał milszy uśmiech i poniewczasie 
powiedział:

- Witaj  na  ranczo  Triple  D. - To  zabrzmiało 

nieprzekonująco.  Mógł  się  bardziej  postarać.  Najwidoczniej 
Rusty  też  tak  to  oceniła,  gdyż  mruknęła  „dzięki"  i  sięgnęła 
przez okno samochodu po torebkę i kluczyki.

Trenta  ogarnął  niepokój.  Miała  tu  przyjechać  potulna, 

nieśmiała  domatorka,  zachwycona,  że  dzięki  szczęśliwemu 
losowi  została  wybrana  do  złożenia  wizyty  na  ranczu  Triple 
D.  Spodziewał  się  kobiety  wytrwale  polującej  na  męża  i 
zamierzał  bardzo  ostrożnie,  lecz  stanowczo  zniechęcić  ją  do 
siebie. Tymczasem Rusty Romero wyglądała na osobę mocno 
niezadowoloną.

background image

- Może  wyjmiemy  bagaże? - spytał,  wyciągając  rękę  po 

kluczyki.

Podała mu je po krótkim wahaniu.

- Muszę cię ostrzec - nie są lekkie.
- Nie  znam  kobiety,  która  nie  podróżowałaby  ze  stosem 

walizek - rzekł  bez  zastanowienia.  Otworzył  pokrywę 
bagażnika i zobaczył wypełnione po brzegi wnętrze.

- Nigdy  nie  zabieram  ze  sobą  niepotrzebnych  rzeczy -

prychnęła. - Ten  ładunek  ma  sprostać  wymaganiom 
związanym  z  dwutygodniowym  pobytem  i  urządzeniem 
tradycyjnych świąt.

Podobno  ta  kobieta  miała  nadzieję  spotkać  tu  bratnią 

duszę i życiowego partnera. Jej postawa była wręcz niepojęta. 
Oparł ręce o bagażnik i spojrzał Rusty prosto w oczy.

- Skoro nie miałaś ochoty sprostać moim wymaganiom, to 

dlaczego przyjechałaś?

- Ja... - urwała gwałtownie, przenosząc wzrok na babcię. 

Kiedy się znowu odezwała, ton jej głosu był już zupełnie inny. 
Bardziej miękki i ugodowy.

Podejrzane.

- Doszłam  do  wniosku,  że  mężczyźni  gotowi  są  docenić 

starania kobiety, choć zupełnie nie wiedzą, co jest jej do tego 
potrzebne. - Wielkie,  piwne  oczy  jakby  wzywały  go  do 
okazania  zrozumienia. - Otrzymałyśmy...  od  twoich  wujków 
sprzeczne wskazówki.

Trent  mógł  to  sobie  wyobrazić.  Nic  dziwnego,  że 

przyjechała zdenerwowana.

- Moi wujkowie czasami wykazują nadmierny entuzjazm.

- Popatrzył w ich kierunku i nie mógł powstrzymać uśmiechu. 
Harvey  pokazywał  starszej  pani  pióro  NASA.  Oglądała  je  z 
wyraźnym zainteresowaniem.

- Tak  jak  moja  babcia - odpowiedziała  nieoczekiwanie. 

Uśmiechnęli  się  do  siebie  z  pełnym  zrozumieniem.  Trent 
natychmiast  uświadomił  sobie,  że  ten  uśmiech  niesie  z  sobą 
pewne  niebezpieczeństwo.  Rozchylone,  pełne  wargi 
ukazywały rząd nieskazitelnie białych zębów. Dotychczas nie 
uważał  ich  za  główny  atut,  lecz  było  coś  w  ustach  Rusty 
Romero,  co  zapraszało  do  dalszych  nad  nimi  studiów, 
najlepiej w bliższym kontakcie.

background image

Jej uśmiech zgasł, a Trent wrócił do rzeczywistości.

- Przepraszam,  że  wyskoczyłem  z  tą  uwagą  o  twoim 

bagażu - rzekł.

- Nie szkodzi. Po prostu powielałeś stereotyp.

Dość  jasno  sugerowała,  że  on  nie  potrafi  myśleć 

samodzielnie.  Wspaniała  chwila  porozumienia  pierzchła. 
Trent podniósł leżący na wierzchu neseser.

- Ja  go  wezmę. - Rusty  wyciągnęła  rękę.  To  wyglądało 

zupełnie j a k . . .

- Czyżbyś  przywiozła  przenośny  komputer?  Ściskając 

kurczowo neseser, Rusty posłała mu czujne spojrzenie.

- Tak.
- Na co ci tu potrzebny?
- Przepisy kulinarne - odparła szybko.
- A  gdzie  plastykowe  płytki  w  odpowiednim  pudełku? 

Rusty zrobiła zdziwioną minę.

- Masz na myśli dyskietki?
- Nie, ja... - Potrząsnął głową i sięgnął po walizkę. - Nie 

zdawałem  sobie  sprawy,  że  za  pomocą  komputerów  można 
prowadzić gospodarstwo domowe.

- Sądzę,  że  jeszcze  z  wielu  rzeczy  nie  zdajesz  sobie 

sprawy.

To poszło dobrze, pomyślała Rusty. Dowiodła, że nie jest 

potulną  niewolnicą,  której  można  rozkazywać,  i  nawet 
rozpoczęła akcję uświadamiającą. Przeprosił ją, więc nadawał 
się na ucznia. Może nawet dałoby się go uratować. Rusty nie 
miałaby nic przeciwko temu, by zwyciężyć.

Nie wyobrażała sobie, że on jest taki wysoki. Oczywiście, 

czytała  ogłoszenie  w  „Mężczyznach  Teksasu"  i  nawet 
zapamiętała  jego  treść,  ale  sądziła,  że  było  w  nim  sporo 
przesady. Nie, ten mężczyzna mierzył na pewno przeszło metr 
osiemdziesiąt,  a  poza  tym  wcale  nie  musiał  koloryzować. 
Rzeczywistość  wystarczyła,  by  kobiecie  zaparło  dech  w 
piersiach,  jednak  nie  na  tyle,  żeby  zgodzić  się  na  styl  życia, 
jakiego  się  domagał.  Nie,  Rusty  nie  może  zapomnieć,  że  jej 
podstawową  misją  jest  prowadzenie  akcji  uświadamiającej 
wobec  tego  mężczyzny  i  własnej  babci.  Nie  miała 
wątpliwości, że i wujkowie podzielają poglądy siostrzeńca na 
temat kobiet. Ruszyła w ich stronę.

background image

- To  moja  wnuczka - rozpromieniła  się  na  jej  widok 

Agnes.

Rusty,  przybierając  miły  wyraz  twarzy,  przełożyła 

komputer  do  lewej  ręki,  a  prawą  wyciągnęła  do  stojącego 
najbliżej pana.

- To  jest  Clarence - babcia  przedstawiła  korpulentnego 

dżentelmena z bujną czupryną prawie białych włosów.

Rusty popatrzyła z uśmiechem w oczy, które były bardzo 

podobne do oczu Trenta - spoglądały na nią przyjaźnie, choć 
przenikliwie.  Rzuciwszy  szybkie  spojrzenie  na  pozostałych, 
Rusty doszła do wniosku, że on tu rządzi.

- Witamy na ranczu Triple D. - Clarence wypowiedział te 

słowa  o  wiele  szczerzej  niż  siostrzeniec.  Uścisk  dłoni  był 
ciepły, mocny i serdeczny.

- Dziękuję - odparła  najmilej,  jak  umiała.  Zastanawiała 

się, czy zmiana zachowania zrobi na Trencie wrażenie.

- Zaniosę  bagaże  pań  do  domu. - Mina  Trenta 

wskazywała, że usłyszał nową nutę w jej głosie, lecz się tym 
najwyraźniej nie przejął.

Clarence przeszedł do dalszej prezentacji.

- To  jest  Doc. - Ten  był  chyba  młodszy,  gdyż  miał 

znacznie mniej siwych włosów. Krótko ścisnął dłoń i zaraz się 
wycofał. '

- A to Harvey. Trzeci z braci Davisów nawet nie podał jej 

ręki, tylko

wskazał na neseser. Oczy lśniły mu dziecinną radością.

- Czy to laptop?
- Aaa. - Rusty  przeniosła  wzrok  na  neseser,  jakby 

zdumiona, że trzyma w ręku coś takiego. - Tak.

- Jaką ma szybkość?
- Pracuje przy częstotliwości stu trzydziestu megaherców. 

Mikroprocesor Pentium.

Pokiwał głową i zasypał ją lawiną pytań o inne szczegóły 

techniczne.  Odpowiedziała,  nie  mając  pojęcia,  czy  jej 
wyjaśnienia  coś  Harveyowi  mówią.  Ale  ten  laptop  był  jej 
dumą i radością, a starszy pan znał się na tym dobrze.

-

Mam  parę  katalogów  komputerowych.  Może 

poszukalibyśmy tego modelu? - zaproponował w końcu.

background image

- Ja...  oczywiście. - Co  za  dziwna  prośba. - Chce  pan 

kupić komputer?

- Zawsze coś chcę kupić. - Odszedł tak szybko, że o mało 

nie wpadł na Trenta niosącego kolejny pakunek.

- Ojej,  powinnyśmy  mu  pomóc. - Agnes  zatrzepotała 

rzęsami. Rusty nigdy nie widziała u babci takiej zalotnej miny.

- Ależ  skąd - odrzekł  Clarence. - Trochę  gimnastyki 

dobrze chłopcu zrobi. Zbyt dużo przesiaduje za biurkiem.

- Myślałam, że mieszka tutaj - powiedziała Rusty.
- Chcielibyśmy, ale on upiera się przy Dallas.
- Ponieważ  pracuje  w  Dallas - ściszonym  głosem

zauważył  przechodzący  koło  nich  Trent.  Rusty  nie  była 
pewna,  czy  ta  uwaga  dotarła  do  wszystkich. - A  oto  już 
ostatnia sztuka bagażu.

Ruszyli  za  nim  do  domu.  Okazał  się  kolejną 

niespodzianką.  Oczekiwała,  że  będzie  to  skromne,  wiejskie 
domostwo,  a  tymczasem  mógłby  śmiało  stać  w  jakiejś 
zamożnej dzielnicy Chicago, piętrowy, ozdobiony kolumnami, 
z pięknej cegły i pomalowanego na biało drewna. W pewnym 
oddaleniu widać było stodołę i jeszcze jakieś dwa budynki. Na 
pobliskim pastwisku pasło się kilka krów, lecz nie zauważyła 
nawet śladu potężnych longhornów, które kojarzyły jej się z tą 
okolicą.

Nie  było  tu  także  piaszczystych  równin  z  kaktusami  i 

toczących  się  z  wiatrem  kul  z  zeschłych  gałązek.  Dom 
otaczały  łagodnie  pofałdowane  wzgórza  i  gęstwina  drzew. 
Było tak ciepło, że Rusty nawet nie włożyła żakietu. Ożywcza 
zmiana  po  temperaturze  w  Chicago.  Wciągnęła  głęboko 
powietrze.  Po ciężkiej  pracy  mogła pozwolić sobie  na  trochę 
wytchnienia. Przedłużony weekend, spędzony tutaj, powinien 
wyjść jej na zdrowie.

Przeszła schodami na ganek i właśnie otworzyła frontowe 

drzwi, gdy dobiegł ją głos Harveya.

- Można je też odchylać w pionie. - Demonstrował jeden 

z  trzech  rozkładanych  foteli,  z  zielonej  skóry.  Drugi  był  w 
kolorze czarnym, a trzeci w wiśniowym. - Zaraz pokażę.

Rusty  obserwowała,  jak  babcia  siada  w  fotelu,  a  Harvey 

naciska guzik w poręczy. Tył fotela odchylił się, a nogi babci 
podjechały do góry.

background image

- Ooo - westchnęła  Agnes  i  przymknęła  oczy. -

Cudownie.

- Czy  pani  zechce  spróbować,  panno  Rusty?  Wybrała 

wiśniowy i Harvey ustawił go w takim samym

położeniu.  Napięcie  mięśni  karku  ustąpiło.  Twarzą  była 

zwrócona  do  wielkiego  telewizora  ustawionego  na  kanał 
telezakupów.  Prezenterka  z  pomalowanymi  na  czerwono 
paznokciami  demonstrowała  właśnie  komplet  ozdobionych 
cyrkoniami  kółek  do  stołowych  serwetek  za  jedynie  99 
dolarów.

- Wujku  Harveyu - Trent  przesłonił  swą  osobą  ekran -

może panie chciałyby zobaczyć swe pokoje.

Zauważyła,  że  obrzucił  ją  spojrzeniem.  Może 

nieświadomie.  W  każdym  razie  Rusty  musiała  przyznać,  że 
leżąc tak przed bardzo przystojnym farmerem, czuła, jak budzi 
się jej libido. Usiadła i zwichrzyła włosy z tyłu głowy.  Oczy 
Trenta  podążyły  za  ruchem  jej  ramienia.  Ciekawe.  Spuściła 
nogi.

- Zaraz opuszczę podnóżek. - Trent sięgnął do guzika na 

poręczy.  Rusty  pochyliła  się  ku  niemu,  żeby  jej  musiał 
dotknąć. Przeprowadzała eksperyment chemiczny, tak tylko z 
ciekawości. Eksperyment potwierdził łatwopalność materiału. 
Zetknięcie  jej  policzka  i  ramienia  z  jego  klatką  piersiową 
spowodowało, że poczuła miły dreszcz.

- Przepraszam,  nie  chciałem - rzekł  z  uśmiechem  i  się 

odsunął.

Rusty miała ochotę przysunąć się do niego.
Czyż  nie  była  to  miła  niespodzianka?  A  może  nie. 

Pamiętała, że jego zdjęcie i treść ogłoszenia pobudziły w niej 
pewne  emocje.  Co  prawda  początkowo  oburzenie,  lecz 
przecież najgorsza jest obojętność.

Trent  nie  był  jej  obojętny  i  podejrzewała,  że  ona  jemu 

także.

- Czy mogę ci teraz pokazać pokój?
- Świetnie. Mieszkam razem z babcią?
- Nie. - Trent odchrząknął nerwowo. - Ona zajmie pokój 

gościnny,  a  ty  sypialnię  Harveya,  ponieważ  on  chce 
wypróbować  ortopedyczne  materace  w  stajni.  Tam  jest  teraz 
magazyn.

background image

- Nie  czułabym  się  dobrze,  gdyby  z  mego  powodu  twój 

wujek  miał  spać  w  stajni - powiedziała  dość  ostro.  Jeśli  w 
ogóle ktoś musiał spać w stajni, to Trent.

Zaśmiał się.

- Nie  jest  tak,  jak  myślisz.  Kiedy  ranczo  było  większe, 

spali  tam robotnicy.  Będzie  mu  dobrze,  jeżeli pogoda  się  nie 
pogorszy. Poza tym on wypróbowałby materace bez względu 
na twoją obecność.

- No dobrze. A ty gdzie śpisz? - spytała zdawkowo. Przez 

chwilę zatrzymał wzrok na jej ustach.

- Trochę  dalej - wskazał  drzwi  po  drugiej  stronie  holu. 

Przepuścił babcię przodem.

Jest teraz całkiem miły, ale nie zapominaj, co on naprawdę 

myśli  o  kobietach,  upomniała  się  Rusty,  gdy  już  brak 
obojętności  przeistoczył  się w zdecydowane zainteresowanie. 
Twoją  misją  jest  praca  uświadamiająca.  Czy  nie  mogłaby 
osiągnąć  tego  celu,  demonstrując,  jak  nowoczesna  kobieta 
potrafi  kontrolować  własny  seksualizm?  Mały, przelotny  flirt 
mógłby  mieć  na  wszystkich  zbawienny  wpływ.  Skoro  już 
wyjechała na  parę  dni,  czy  nie  powinna  maksymalnie 
wykorzystać  tego  czasu?  Wróciłaby  do  Chicago  wypoczęta  i 
odświeżona.

Rusty  zastanawiała  się,  czy  Trent  odczuwa  podobne 

napięcie.  Świadoma  jego  obecności  tuż  za  sobą,  zakołysała 
nieco biodrami, podążając za babcią.

Zanim przekroczyła próg salonu, usłyszała głos Doca:

- Dobra, szeroka miednica.

background image

ROZDZIAŁ 3

- Tym ostrym nożem da się pokroić tak cienkie plasterki 

pomidora,  że  można  by  przez  nie  czytać  gazetę. - Harvey 
sięgnął  po  kolejny  przyrząd  spomiędzy  nieprzebranych 
zasobów urządzeń kuchennych.

- Kiedy oni wreszcie zostawią nas same? - szepnęła Rusty 

do babci. Wierzyć jej się nie chciało, że zaledwie godzinę po 
przyjeździe  najwyraźniej  oczekiwano  od  nich  przygotowania 
kolacji.  Jednak  Agnes  nie  miała  nic  przeciwko  temu,  zabrała 
ze  sobą  domowe  smakołyki,  które  udoskonalała  całymi 
tygodniami po Święcie Dziękczynienia.

Harvey  urządził  im  prawdziwą  wycieczkę  po  kuchni, 

zwracając  uwagę  na  nowoczesne  akcesoria.  Według  Rusty 
opisywał ich działanie zbyt drobiazgowo.

- A  to  urządzenie  do  robienia  rozetek  z  rzodkiewek -

ciągnął  dalej,  wskazując  metalowy  przyrząd,  wyglądający 
niczym  średniowieczne  narzędzie  tortur.  Jak  chcą  mieć 
rzodkiewki w rozetki, mogą sobie sami je robić, zżymała się w 
duchu Rusty.

Clarence  i  Doc  trzymali  się  z  boku,  wtrącając  słówko 

tylko  wtedy,  gdy  była  mowa  o  podstawowych  urządzeniach. 
Trent ze  skrzyżowanymi  ramionami  stał  przy  rzeźnickim 
pniaku i bacznie wszystko obserwował. Podczas demonstracji 
maszynki  krojącej  warzywa  na  spiralne  paski  Rusty,  która 
uznała  ją  za  całkowicie  niepraktyczną,  przesłała  mu 
ukradkowe 

spojrzenie. 

Lekkie 

zmarszczenie 

brwi 

wskazywało, że gotów jest interweniować w każdej chwili. Z 
jego  oczu  wyzierał  jakby  niepokój,  pewno  bał  się,  by  nie 
uraziła  ekscentrycznego,  lecz  kochanego  wujka.  Zostawiła 
babci  wyrażanie  zachwytu  nad  wyposażeniem  kuchni  i 
podeszła do Trenta.

- Nie martw się, nie urażę jego uczuć.
- I  nie  uciekniesz  z  krzykiem  w  ciemną  noc?  Rusty  o 

mało nie roześmiała się na głos.

- Komuś,  kto  tak  się  zna  na  komputerach,  należy 

wybaczyć drobne manie.

Widać było, że Trent się odprężył.

background image

- Nie  sądzę,  żeby  on  wiedział,  jak  się  nimi  posługiwać. 

Ale zna się na wszystkim, co jest do kupienia.

- I zapewne to kupuje.
- Bycie konsumentem to jego hobby. - Trent uśmiechnął 

się  i  Rusty  zauważyła  dwa  dołeczki  w  jego  policzkach.  Nie 
uważała  takich  dołeczków  za  oznakę  męskości - aż  do  tej 
chwili.

- O  której  spodziewacie  się  kolacji? - Zmieniła  temat 

głównie po to, by przypomnieć sobie, co ona robi w tej obcej 
kuchni setki kilometrów od domu.

- Ile czasu zabierze ci przygotowanie posiłku? Już dała się 

złapać w pułapkę.

- Nie mam pojęcia - powiedziała zgodnie z prawda - A co 

ugotujesz? Rusty żałowała, że nie zwróciła baczniejszej uwagi 
na  to, co  babcia  pakowała.  Doc  pokazywał  teraz  włoski 
ekspres.

Przynajmniej  nie  zabraknie  dobrej  kawy.  Nadal,  niestety, 

nie wiedziała, jakie ma być menu tego wieczoru.

- To będzie niespodzianka - wybrnęła jakoś.
- Zaglądałaś  już  do  lodówki?  Myślę,  że  Harvey  ją 

zaopatrzył. - Trent skierował się do największej lodówki, jaką 
Ru - sty widziała w życiu, i otworzył drzwiczki.

Pobłyskiwała  tam  wielka  bryła,  opakowana  w  folię,  o 

znajomym kształcie.

- Krojona szynka! Czy to na Boże Narodzenie?
- Nie  wiem. - Trent  zajrzał  na  półki. - Jest  też  indyk. 

Możesz wybierać.

Rusty  wymamrotała  płynące  z  serca  podziękowanie  pod 

adresem kuchennych bóstw.

- Głosuję  za  szynką. - Bardzo  trudno  zepsuć  coś,  co  już 

jest ugotowane.

- Pewno waży z piętnaście kilo.
- Co  najmniej.  Podobną  mieliśmy  w  biurze  na 

bożonarodzeniowe  przyjęcie - rzuciła  bezmyślnie,  gdyż 
właśnie starała się przeczytać, jak ma ją podgrzać.

- W biurze? To ty pracujesz? Zawahała się. Cóż, dlaczego 

się nie przyznać?

- Tak.

background image

- Kim  jesteś?  Sekretarką?  Zapytał  tak,  jakby  sobie  nie 

wyobrażał,  że  kobieta  może zajmować  inne  stanowisko. 
Stanowisko sekretarki nie należy do najgorszych, Rusty sama 
zatrudniała się w takim charakterze w czasie wakacji, gdy była 
studentką.  Tylko  że  do  nie  dawna  był  to  jeden  z  trzech 
zawodów,  obok  pielęgniarki  i  nauczycielki,  uznawanych  za 
odpowiednie dla kobiet.

Babcia  musiała  walczyć  o  swą  pozycję  na  rynku  obrotu 

nieruchomościami  i  zadowalać  się  prowizją  od  mniejszych
posiadłości,  podczas  gdy  zyski  od  pokaźniejszych  transakcji 
przypadały  w  udziale  mężczyznom,  którzy  mieli  na 
utrzymaniu  rodziny.  A  przecież  Agnes  też  utrzymywała 
rodzinę.

Uwaga  Trenta  wszystko  to  jej  uświadomiła.  Sama  Rusty 

nie  musiała  już  o  nic  walczyć,  gdyż  takie  kobiety  jak  babcia 
przetarły dla niej szlak.

Trent  odwrócił  się  i  teraz  szukał  czegoś  w  szufladzie. 

Najwyraźniej  nie  interesowała  go  odpowiedź.  Liczy  się 
jedynie praca wykonywana przez mężczyznę.

- To  się  powinno  nadać. - Wyciągnął  brytfannę  do 

pieczenia. Uśmiechnął się i znowu pokazały się dołeczki.

Zaparło jej dech.
Z dołeczkami czy bez, Trent wymagał dokształcenia.

- „Pocałuj kucharkę"? - Rusty spojrzała na swój fartuch. -

Mam nadzieję, że nie wezmą tego za zachętę.

- Kochanie,  nie  mamy  czasu  na  subtelności. - Agnes  w 

kuchennych  rękawicach  i  fartuchu  z  napisem  „Szafarka 
Rozkoszy  Podniebienia"  przestawiła  zapiekankę  z  zielonej 
fasolki.

- Subtelności? O czym ty mówisz?
- O  Trencie  Creightonie,  Rusty.  Nie  wierzę,  by  sprytna 

kobieta  nie  znalazła  drogi  do  takiego  przystojnego,  młodego 
człowieka przez żołądek.

Rusty  pokręciła  głową.  Zgodziła  się  tu  przyjechać,  gdyż 

miała  nadzieję,  że  babcia  szybko  zaspokoi  swe  tęsknoty 
prowadzenia 

gospodarstwa 

domowego. 

Oczywiście 

oficjalnym  powodem  miało  być  poznanie  Rusty  z  Trentem. 
Przecież  babcia  nie  mogła  poważnie  liczyć  na  to,  że  Rusty 

background image

będzie  wiodła  życie  według  wymogów  tego  mężczyzny.  Już 
jej to tłumaczyła. Kilkakrotnie. Najwidoczniej bezskutecznie.

- Rachel  Marie  Romero,  pojawiła  się  twoja  życiowa 

szansa  i  przypilnuję,  abyś  ją  jak  najlepiej  wykorzystała! -
Agnes  podkreślała  każde  słowo  trzepnięciem  rękawic  o 
kuchenny  blat. - Musisz  być  przygotowana  na  użycie  całej 
swej kobiecej broni, jaką dysponujesz.

Rusty istotnie zamierzała jej użyć. Jednak postawiła sobie 

zupełnie  inny  cel.  Zamiast  mierzyć  w  serce  Trenta,  spróbuje 
przedziurawić nadęte męską pychą ego.

Spoglądając  na  ozdobiony  u  góry  falbankami  fartuszek 

babci, uznała, że jej nie jest jeszcze najgorszy.

- Popatrz!  Jednak  coś  ugotowałam. - Wskazała 

zapiekankę. Zadzwonił minutnik i Agnes pognała do piecyka.

- Fasolka  z  puszki,  grzybowa  zupa  z  puszki  i  pieczone 

cebule  z  puszki,  zmieszane  razem.  To  nie  bardzo  się  liczy. -
Babcia  otworzyła drzwiczki  piecyka  i  wyjęła z  niego  bułki z 
kukurydzianej  mąki,  które  upiekła  w  Chicago  i  podgrzewała 
razem  z  szynką. - Och,  mam  nadzieję,  że  to  na  pierwszą 
kolację  wystarczy - rzekła  z  niepokojem. - Zamiast  szynki 
trzeba było przygotować coś bardziej frapującego. - Zamknęła 
piecyk, rzucając wnuczce oskarżycielskie spojrzenie.

- Powinni dać nam więcej czasu. A szynkę mieli. - Rusty 

wróciła  do  krojenia  pomidorów  na  sałatkę. - Gdyby  nie 
chcieli, żebyśmy ją podały, to po co trzymaliby ją w lodówce?

- Może  na  świąteczny  obiad?  Albo  mieli  dać  komuś  w 

prezencie?

- Trent  powiedział,  że  możemy  ją  wykorzystać. 

Wzmianka o Trencie ułagodziła trochę Agnes.

- Jest też indyk. Nie będziemy musiały chwilowo jechać 

do  sklepu. - Rusty  była  tak  zajęta  krojeniem  pomidorów,  że 
nie  zwróciła  uwagi  na  milczenie  babci.  Po  chwili  jednak 
odwróciła się i zobaczyła, że Agnes patrzy na nią zdumionym 
wzrokiem.

- O co chodzi? - spytała podejrzliwie.
- O nic. - Babcia rozkładała serwetkę w koszyku na chleb.
- A  jednak. - Rusty  przeniosła  miskę  z  sałatką  na 

rzeźnicki pieniek. - Coś w związku z zakupami w sklepie?

background image

- No  cóż,  Rusty. - Agnes  wytarła  ręce  we  frotową 

ściereczkę przyczepioną do kieszeni fartucha. - To jest wieś.

- Wobec  tego  będziemy  musiały  przejechać  parę 

kilometrów  i  zrobić  zakupy  za  jednym  zamachem.  Nic 
wielkiego. Tylko trzeba wszystko dobrze zaplanować. - Rusty 
była mistrzynią planowania.

- Tu jest ranczo. Oni produkują własną żywność.
- Tej szynki nie wyprodukowali.
- Nie, ale widziałam kurczaki.
- Tak? W lodówce?
- Jeszcze nie.
- Co  ty...  Och.  To  okropne!  Nie  ma  mowy. - Rusty 

uniosła dłonie w geście sprzeciwu. - W żadnym wypadku nie 
dotknę kurczaka. Żywy kurczak... on gdacze. Nie mogłabym. -
Zamachała rękami i zaczęła się cofać. - Nie. Nie tłumacz mi. 
Nie mogę o tym myśleć.

- Rusty. - Agnes postąpiła krok w jej stronę.
- Nie! Absolutnie nie!
- Co  absolutnie  nie? - Usłyszała  za  sobą,  kiedy  omal  na 

kogoś nie wpadła. Na Trenta oczywiście.

Objęły  ją  silne  ramiona,  co  może  nawet  sprawiłoby  jej 

przyjemność, gdyby nie myśl o zabijaniu kurczaków.

- Uspokój się. Odwróciła się do niego twarzą i przystąpiła 

do ataku:

- Jeżeli  tu  trzeba  jakiemuś  kurczakowi  ukręcić  szyję,  to 

niech to robi ktoś inny. Wolę swoje, opakowane.

- Dopiero wtedy je dusisz? - spytał Trent z uśmiechem.
- Tak... - powiedziała  niepewnie. - W  pysznym  sosie 

marsala, obłożone ryżem.

- Mmm, ślinka cieknie.
- Mogę ci dać numer telefonu...
- Rusty! - Agnes przerwała jej gwałtownie. - Skoro Trent 

tu przyszedł, może byłby tak miły i wyciągnął ten przyciężki 
kawał szynki z piecyka.

- Oczywiście, pani Romero. - Trent skierował się w stronę 

piecyka,  a  Rusty  przedrzeźniała  go  szeptem  za  plecami: 
„Oczywiście,  pani  Romero",  lekceważąc  groźne  spojrzenie 
babci.

Trent wyjął szynkę.

background image

- Widzę,  że  zaraz  siadamy  do  jedzenia.  Muszę  jeszcze 

zatelefonować  w  parę  miejsc,  więc  chciałem  sprawdzić,  ile 
mam czasu.

- Jeszcze  trochę - odparła  Agnes  słodkim  głosem. - Ale 

nie spiesz się, proszę. Szynka powinna dojść za parę minut.

Rusty chętnie przedrzeźniłaby także babcię, ale nie miała 

odwagi.  Uwaga  Trenta  przypomniała  jej,  że  i  ona  powinna 
odbyć  parę  rozmów  telefonicznych.  Musi  się  dowiedzieć,  co 
w  biurze.  Spoglądając  na  bałagan  w  kuchni,  nie  miała 
wątpliwości,  że  minie  parę  godzin,  zanim  będzie  mogła 
zadzwonić z jakiegoś ustronnego miejsca.

- O  czym  tak  zapalczywie  dyskutowałaś,  kiedy  tu 

wszedłem? - zapytał  Trent,  gdy  Agnes  wyszła  z  bułkami  i 
sałatką do jadalni.

- Babcia zastanawiała się, kiedy powinnyśmy włączyć do 

menu kurczaki. Mówiła, że widziała, jak się tu kręcą.

- Nie te! - Trent pobladł lekko. - To specjalna rasa. Duma 

i radość Doca. On je hoduje i pokazuje na wystawach. Jeżeli 
chcesz kurczaki do jedzenia, to zajrzyj do zamrażarki.

- Otworzył  drzwi  spiżarni  i  zapalił  światło. Z  boku  stała 

wielka,  biała  zamrażarka. - Doc  przeprowadza  na  różnych 
zwierzętach  eksperymenty  polegające  na  specjalnym 
żywieniu.  To  jego  hobby,  odkąd  zrezygnował  z  praktyki 
weterynaryjnej.

- Wspaniale.  Powiem  babci,  że  spór  zażegnany.  Trent 

uniósł pokrywę zamrażarki, nad którą zaraz pojawiła się mgła. 
Rozpędził  ją  ręką  i  ku  ogromnej  uldze  Rusty  ukazało  się 
zapełnione żywnością wnętrze.

- Tu masz chyba wszystko - rzekł Trent. - Zawołaj mnie, 

kiedy  będziesz  gotowa  z  kolacją. - Jego  wzrok  przesunął  się 
na  pierś  Rusty  ozdobioną  napisem  „Pocałuj  kucharkę". 
Wpatrywał się przez chwilę, po czym powiedział:

- Przyjmę  zaproszenie  w  późniejszym  terminie. - I  z 

uśmiechem opuścił kuchnię.

Rusty  nienawidziła  fartuchów,  szczególnie  takich,  które 

zachęcają  despotycznych  farmerów  do  wygłaszania  głupich 
uwag.

Kolacja wypadła... ciekawie. Według Trenta jedzenie było 

raczej  niewyszukane,  choć  dość  smaczne.  Poza  tym 

background image

paskudztwem z zielonej fasolki. Czy cebula w plasterkach nie 
powinna być krucha? Musi się jeszcze powstrzymać z osądem, 
przecież te kobiety dopiero co przyjechały.

Wujkowie  wyglądali  na  zadowolonych.  Oby  tylko  nie  za 

bardzo.  Trent  nie  mógł  poświęcić  zbyt  wiele  czasu  na 
przedsięwzięcie pod hasłem „szukanie żony dla chłopca".

- Tak, szynki z Worthington są najlepsze. Mają najmniej 

tłuszczu. - Harvey sięgnął po następny plasterek.

- Trent  opowiadał,  że  hoduje  pan  okazowe  kurczaki, 

doktorze Davis - odezwała się Agnes.

- Proszę  mówić  mi  Doc,  łaskawa  pani. - Osuszył  usta 

serwetką i rozpoczął wykład o swych nagradzanych pupilach.

W  innych  okolicznościach  Trent  potrafiłby  przerwać  ten 

monolog,  lecz  babcia  Rusty  słuchała  go  z  prawdziwym 
zainteresowaniem.  Miało  to  tę  dobrą  stronę,  że  Trent  nie 
musiał  bawić  towarzystwa  rozmową.  Spojrzał  w  kierunku 
Rusty, ciekaw jej reakcji.

Wpatrywała się w swój talerz.
Zwrócił  uwagę,  że  ma  bardzo  ładny  kolor  włosów.  W 

przyćmionym świetle nie wydawały się ani rude, ani brązowe, 
raczej  kasztanowate.  Zdecydowanie  nie  była  typem  kobiety, 
która  mogłaby  odpowiedzieć  na  ogłoszenie  wujków. 
Wprawdzie  niewiele  dotąd  rozmawiali,  ale  Trent  już  się 
zorientował, że jest osobą o zdecydowanych poglądach, które 
śmiało  głosiła.  Taka  typowa,  nowoczesna  dziewczyna  z 
wielkiego  miasta.  Czym  mogło  pociągać  ją  życie  na  ranczu 
Triple D?

Musiała  być  znużona  miejską  egzystencją.  Dwie  pary 

małżeńskie, znajomi Trenta, rzucili pracę w mieście, wszystko 
sprzedali,  przeprowadzili  się  na  wieś  i  postanowili  uczyć 
dzieci  w  domu.  Nazwali  to  „uproszczeniem  życia".  Kolejne 
małżeństwo  też  rozważało  taki  krok.  Trent  nie  mógł  tego 
zrozumieć.  Nie  boją  się  nudy?  Wpatrywał  się  w  pochyloną 
głowę Rusty.

- Czyż to nie uroczy dom, kochanie? - skierowała do niej 

pytanie  babcia,  wyraźnie  nakłaniając  ją  do  udziału  w 
rozmowie.  Rusty  wzdrygnęła  się  i  rzuciła  babci 
niezadowolone spojrzenie.

- Tak. Musiała być myślami gdzieś daleko.

background image

- Piękny  kominek.  Mam  nadzieję,  że  przyjdzie  mróz  i 

będzie się w nim palić.

Trent wyobraził ją sobie nagle, siedzącą przed kominkiem 

z włosami koloru miedzi w aureoli złotawego blasku. Nie. Coś 
tu  nie  gra.  On  lubił  blondynki  rwące  się  do  miodowego 
miesiąca i równocześnie mające alergię na ślub. Dziwne.

- Na  tyłach  domu  jest  mnóstwo  drewna.  Możesz  mieć 

ogień w kominku w każdej chwili. Tylko chwyć za siekierę.

- Słuchaj no, chłopcze - rzucił ostrzegawczo Clarence.

Trent  nie  słuchał,  gdyż  wiedział,  co  wujek  ma  do 

powiedzenia.  Ale  Rusty...  powoli  odwróciła  w  jego  kierunku 
głowę.  Jej  pogardliwe  spojrzenie  mówiło  wszystko.  Nie 
odpowiedziała na jego uwagę tylko przez wzgląd na wujków i
babcię.

To  układa  się  nawet  zbyt  łatwo.  Przy  tym  tempie  obie 

panie  uciekną  przed  końcem tygodnia,  a  wujkowie  nawet  się 
nie  zorientują,  w  jaki  sposób  Trent  przyspieszył  wyjazd.  Nie 
mógł się oprzeć pokusie podręczenia Rusty.

- To była naprawdę wspaniała kolacja - rzekł, klepiąc się 

po  brzuchu. - Kulinarne  talenty kobiet  sprawdzają  się  jednak 
najpełniej  przy  deserze,  a  wiem,  że  ty  wymyślisz  coś 
szalonego, żeby mi zaimponować.

Druga brew uniosła się do góry.

- Więc  co  jest  na  deser? - Trent  był  bardzo  z  siebie 

zadowolony.

- Orzechowe  ciasteczka  i  chrupki  czekoladowe -

pospieszyła z odpowiedzią Agnes. - To był pomysł Rusty.

- Moje ulubione - rzekł Trent.
- Które? - spytała Rusty.
- Jedne i drugie. Moglibyśmy je jeść po każdym posiłku. -

Uśmiechnął się radośnie. Z wyrazu twarzy Rusty wyczytał, że 
orzechowe  ciasteczka  i  chrupki  czekoladowe  nie  pojawią  się 
więcej w czasie jej pobytu na ranczu Triple D.

Szkoda. Naprawdę je lubił.

- Czas  sprzątać  ze  stołu - Agnes  ponagliła  Rusty. - Czy 

ktoś chce kawy?

Wszyscy  mieli  ochotę  i  obie  panie,  zebrawszy  naczynia, 

wyszły  do  kuchni.  Gdy  tylko  Rusty  zniknęła  z  ostatnim 
talerzem, odezwał się Clarence:

background image

- Trent,  nic  nie  robisz,  żeby  zainteresować  sobą  tę 

dziewczynę.'

- Rozmawiam z nią - zaprotestował Trent.
- Nie  w  taki  sposób  jak  z  Mirandą - zauważył  Harvey. 

Trent  musiał  przyznać,  że  zmysł  obserwacji  nie  zawiódł
wujka.

- To zupełnie inny typ kobiety. Doc pokiwał głową.
- Szersza miednica i trochę bardziej przy kości. Wygląda 

na  silną  i  ma  zdrowe  zęby.  A  sądząc  po  jej  babci,  to  czysta 
rasa.

- Nie osądzaj jej po jednej kolacji, Trent. Wiem, że lubisz 

wyszukane  potrawy,  ale  takie  wiejskie  jedzenie  jeszcze 
nikomu  nie  zaszkodziło. - Clarence  poklepał  się  po  żołądku, 
jak poprzednio Trent.

- Tu  trzeba  trochę  romantyzmu.  Kwiatów...  mam  kilka 

katalogów, a ostatnio nadszedł nowy...

- Nic  nie  wspominałeś  o  nowym - rzekł  Clarence  z 

wymówką w głosie.

- Wiem, jak się zalecać  do kobiet - przerwał im Trent. -

Tylko  jeszcze  nie  podjąłem  decyzji,  czy  właśnie  o  tę 
chciałbym zabiegać.

Trzej  bracia  Davisowie  już  otworzyli  usta,  żeby  wyrazić 

swój  protest,  gdy  do  jadalni  weszła  Agnes,  niosąc  na  tacy 
kawę, a za nią Rusty.

Od  tego  momentu  Trent  był  nieustannie  nakłaniany  do

wciągania  Rusty  do  rozmowy,  zwykle  przez  Harveya,  który 
wymownie trącał go butem.

- Powiedz, jak natrafiłaś na „Mężczyzn Teksasu"? - spytał 

na początek.

Rusty  rzuciła  krótkie,  spłoszone  spojrzenie  w  kierunku 

babci, po czym przeniosła wzrok na Trenta.

- Ktoś przyniósł mi do biura.
- I  jak  zobaczyła  pani  zdjęcie  Trenta,  to  już  wiedziała 

pani, że to ten? - spytał Harvey z nadzieją w głosie.

- Uznałam,  że  ma  coś  w  sobie,  to  prawda - zgodziła  się 

Rusty.

- Oo. - Harvey  z  niezbyt  zadowoloną  miną  spojrzał  na 

Clarence'a, a Rusty ze złością na babcię.

background image

- Napisałeś,  że  pracujesz  w  Dallas,  ale  chcesz 

zrezygnować  z  pracy  i  przenieść  się  tutaj,  tak? - Starała  się 
przybrać  miły  wyraz  twarzy,  ale  nie  wypadło  to  całkiem 
naturalnie.

- Nie, ja... Stopa Harveya wykonała stosowny manewr.
- W końcu tak ma się stać. - Trent wymienił spojrzenia z 

wujkiem.

- A właściwie czym się zajmujesz?
- Prowadzę inwestycje i gromadzę potrzebne na nie środki 

finansowe.

- Bardzo  się  nami  opiekuje - rzekł  Harvey.  W  oczach 

Rusty  pojawiło  się  zainteresowanie.  Wspaniale, pomyślał 
Trent.  Wspomnij  o  pieniądzach,  a  one  wszystkie  okażą 
zainteresowanie.

- A  jaki  projekt  obecnie  realizujesz? - Rusty  przesunęła 

się nieco, jakby poza zasięg ręki babci.

- Daj  spokój,  kochanie,  rozmowy  o  interesach  są  tak 

skomplikowane.

- Chciałabym usłyszeć...
- Lepiej delektujmy się kawą. Trent, ciastko? Rusty sama 

je piekła.

- Babciu! Trent wziął jedno i spróbował.
- Bardzo  dobre. - Było  spalone  od  spodu.  Agnes 

zachichotała.

- Chciałam jej pomóc  i  kilka zostawiłam  w  piecu  trochę 

za długo.

- Ależ babciu, ja nie...
- Rusty,  panowie  napiliby  się  jeszcze  kawy.  Trzeba  ją 

podgrzać. - Agnes  obdarzyła  wszystkich  uśmiechem. -
Wracając  do  ciebie,  Doc,  czy  wystawiasz  na  tych  pokazach 
tylko  kurczaki,  czy  może  masz  na  farmie  jeszcze  inne 
medalowe zwierzęta?

Rusty, miotając złe spojrzenia, wyszła z pokoju.

- Trent - Harvey zacierał ręce - zimno mi.
- Ureguluję termostat. - Trent wstał z krzesła.
- Trent, zimno mi. - Harvey uniósł brwi i ruchem głowy 

pokazał kominek. - Z pewnością paniom też jest zimno.

Kominek zionął pustką.

background image

- W  takim  razie  trzeba  rozpalić  ogień - rzekł  Trent  z 

udaną skwapliwością, a Harvey podziękował uszczęśliwionym 
uśmiechem.

- Wspaniale - przyjęła z radością tę decyzję Agnes. Trent 

wszedł  do  kuchni,  akurat  gdy  Rusty  uderzała  pięścią w 
ekspres do kawy.

- Co  ty  robisz?  Odwróciła  się  gwałtownie,  wyraźnie 

zmieszana.

- Usiłowałam wydobyć trochę kawy z tej maszyny.
- Masz  nauczkę,  bo  nie  uważałaś  na  lekcji.  –  Poprawił

położenie koszyczka na kawę, nacisnął guzik i w jednej chwili 
syk oznajmił dopływ wrzątku.

- Dzięki - powiedziała. - Dokąd idziesz?
- Narąbać  trochę  drewna.  Harvey  uważa,  że  mogłaś 

zmarznąć.

Na jej twarzy pojawił się uśmiech zachwytu.

- O,  tak. - Przytupując  nogami,  zacierała  ręce. - Brrr... 

Zmarzłam.  Ale  nie  jesteś  zły,  prawda?  To  męska  praca, 
według  twoich  zasad.  Pamiętasz?  Mężczyzna  zaopatruje, 
kobieta  prowadzi  dom. - Uśmiechnęła  się  z  wyraźnym 
zadowoleniem.

- A tak, rzeczywiście. - Zatrzymał się z dłonią na klamce.

- Zapewniam  cię,  że  jak  skończę  rąbać  drewno,  będę  miał 
apetyt  na  coś  naprawdę  odżywczego...  i  oczekuję  czegoś 
więcej niż przypalone ciasteczka.

Zanim  wyszedł  z  domu,  z  satysfakcją  dostrzegł,  że 

uśmiech zadowolenia zniknął z twarzy Rusty.

background image

ROZDZIAŁ 4

- Rusty,  obudź  się.  Otworzyła  oczy  i  w  szarym  świetle 

świtu zobaczyła stojącą koło łóżka babcię.

- O co chodzi?
- Musisz się pospieszyć i iść do kuchni. Rusty starała się 

dobudzić.

- Pachniesz boczkiem.
- Trochę się nadymiło.
- Ale nic nie spaliło? Babcia pokręciła przecząco głową.
- Nic ważnego.
- Wobec tego śpię dalej. - Rusty położyła się z powrotem.
- Nie, musisz się ubrać. - Agnes szperała w stosie ubrań, 

leżących na krześle. - Nie ma wiele czasu.

- Wynosimy  się  stąd?  Po  kryjomu? - Rusty  odrzuciła 

przykrycie. Dzień jednak zapowiadał się obiecująco.

- To nie może być twój szlafrok. - Agnes trzymała w ręce 

welurowy łaszek, powycierany na łokciach.

- Obiecuję,  że  nie  włożę  go  w  samolocie. - Rusty  już 

wiązała pasek swego ulubionego stroju.

- Nie wyjeżdżamy. Chcę, żebyś się ładnie ubrała. Masz ze 

sobą coś czerwonego?

- Czerwonego? - spytała zdumiona.
- Tak. - Agnes  odgarnęła  wnuczce  grzywkę  z  czoła  i 

przyjrzała  się  jej  uważnie. - Pasowałoby  do  twych 
zaczerwienionych oczu.

- Jeżeli  pozwolisz  mi  jeszcze  pospać,  zaczerwienienie 

minie.

Agnes nie okazała współczucia.

- Gdybyś wczoraj wieczorem poszła wcześniej do łóżka, 

nie byłabyś teraz taka śpiąca.

- Musiałam popracować,  a  przecież wyszłyśmy z  kuchni 

dopiero  około  wpół  do  jedenastej.  Co  cię  podkusiło,  żeby 
zaproponować im przekąski przed snem?

- Tyle  przynajmniej  należało  się  drogiemu  Trentowi  za 

porąbanie stosu drewna.

Drogi  Trent  ledwo  się  ruszał  po  przywleczeniu  do  domu 

tylu  polan.  Rusty  się  uśmiechnęła. Prawie  zapomniała,  jak  ją 

background image

samą  bolały  plecy  od  długiego  stania.  Jak  to  się  dzieje,  że 
babcia potrafi funkcjonować już bladym świtem?

Agnes popchnęła wnuczkę w kierunku łazienki.

- Zrób  makijaż  i  biegiem  do  kuchni.  Śniadanie  prawie 

gotowe.

- Zrobiłaś  śniadanie? - Myśl  o  śniadaniu  o  tak  wczesnej 

porze napawała ją niesmakiem.

- Tutaj,  na  wsi,  mężczyźni  jadają  wcześnie  i  często -

oznajmiła Agnes.

- Pomogłabym ci - powiedziała Rusty z wymówką. Albo 

próbowałaby  babcię  przekonać,  żeby  poczekały  choć  z 
godzinę.

- Teraz  to  nie  ma  znaczenia.  Pospiesz  się,  bo  wszystko 

zepsujesz. - Agnes jeszcze raz ją szturchnęła.

To  myśl  o  filiżance  kawy  spowodowała,  że  Rusty, 

włożywszy dżinsy i luźny sweter, powlokła się do kuchni.

- Nie mogłabyś umalować trochę ust? A, wszystko jedno. 

Trent pewnie woli styl zdrowej, wiejskiej dziewczyny.

Rusty zrobiła półobrót.

- Mam w torebce szminkę Chanela. O nazwie Wamp.
- Tylko  nie  ten  upiorny  kolor. - Agnes  chwyciła  ją  za 

ramię. - Halloween był parę tygodni temu, kochanie.

Wobec  tego  czemu  one  urządzają  tę  maskaradę  jako 

rzekomo uszczęśliwione swą rolą gosposie?

- Czy jest już kawa?
- Jeszcze nie. Musi być świeża.
- Spokojnie.  Pierwszy  kubek  będzie  dla  mnie. - Rusty  z 

całą stanowczością skierowała się w stronę ekspresu. Chciała 
wypić filiżankę zwykłej kawy. Czy to za duże wymaganie? W 
szafce  znalazła  stojące  rzędem  torebki  z  różnymi  gatunkami. 
Wybrała  jedną  i  nastawiła  ekspres.  Dopiero  wtedy  rozejrzała 
się po kuchni i była lekko wstrząśnięta tym, co zobaczyła.

- Tyle tego jedzenia już przygotowałaś? Agnes podbiegła 

do niej.

- Włóż to.
- Babciu, tylko nie ten fartuch.
- Wyglądasz  w  nim  pociągająco.  Trochę  ciasny  na  tym 

swetrze, ale spełnia zadanie. - Babcia ubierała Rusty w fartuch 
jak  małą  dziewczynkę. - Trzymaj. - Wręczyła  jej  łopatkę  do 

background image

smażenia  i  pociągnęła  w  kierunku  kuchenki. - A  bodaj  to! -
Porwała  patelnię  z  ognia  i  wyrzuciła  do  zlewu  to,  co  się  na 
niej przypalało. - Tu jest kuchenka gazowa, a ja w domu mam 
elektryczną.

Rusty  podeszła  do  zlewozmywaka  i  zobaczyła  kilka 

innych,  podobnie  niewydarzonych  efektów  dotychczasowych 
prób.

- Naleśniki?
- To  straszne. - Agnes  była  w  rozpaczy. - Już ledwie co 

zostało  masła.  Ty  spróbuj. - Zadźwięczał  minutnik  w 
piekarniku i Agnes pobiegła do niego.

Rusty  włożyła  masło  na  patelnię.  Zasyczało  i  z  patelni 

uniósł się dym. Zmniejszyła płomień.

- Przynajmniej to się udało. - Agnes przeniosła leżące na 

blasze krakersy na rzeźnicki pieniek. - Do tego będzie boczek, 
kiełbaski i szynka.

- Babciu, to masa jedzenia. Kto to wszystko zje?
- Na  farmie  ma  się  większy  apetyt.  Farma.  Babcia 

najwyraźniej  musiała  na  nowo  przeżywać swe  młode  lata, 
kiedy  wraz  z  innymi  kobietami  gotowała  wszystkim  tam 
zatrudnionym. Tylko Rusty nie bardzo mieściło się w głowie, 
jak  babcia  mogła  pomylić  starszawych  braci  Davisów  z 
pastuchami.  Przestanie  się  odzywać.  Babcia  najwyraźniej 
uznała,  że  oczekuje  się  od  nich  przygotowania  obfitego 
śniadania. Świetnie. Będą je mieli i się zobaczy, kto co je i ile. 
A jutro będzie można zrobić coś innego dla odmiany. Nalała 
sobie kubek kawy. Tylko trochę się rozlało.

- Rusty! - syknęła Agnes. - Opuściłaś swe stanowisko!
- Chwilowe zaniedbanie, pani generał. - Salutując wróciła 

do  kuchenki,  ale  naleśnik  był  już  od  spodu  przypalony. 
Usiłowała  go  przewrócić.  Rozleciał  się.  Zeskrobana  masa 
wylądowała w zlewie.

Agnes westchnęła.

- Włożę  tosty  do  opiekacza,  bo  najwyraźniej  z  tych 

naleśników nic nie wyjdzie.

- Tosty? Mamy krakersy.
- Ktoś  może  chcieć  tosty.  Przypilnuj.  A  ja  wyjmę  jajka. 

Zapytaj ich, jakie chcą jajka.

- A można je przyrządzać na kilka sposobów?

background image

- Rusty,  zdobądź  się  na  pewien  wysiłek  i  spróbuj 

współpracować. - Agnes pospiesznie wyszła z kuchni.

Rusty  uznała,  że  nie  może  robić  dwóch  rzeczy  naraz. 

Wyłączyła  opiekacz  i  podjęła  następną  próbę  z  naleśnikami. 
Jajka. Nikt nie będzie jadł jajek. A jeżeli już, to jajecznicę. Na 
tym  kończyły  się  jej  umiejętności.  Zajrzała  do  garnka 
stojącego  na  kuchence  i  zobaczyła  rozklejoną,  szarą  masę. 
Owsianka.  Usiłowała  ją  zamieszać  drewnianą  łyżką,  ale  ta 
ślizgała  się  po  powierzchni,  więc  wcisnęła  ją  na  siłę.  Łyżka 
stanęła na baczność. Nie będzie dzisiaj owsianki.

- Biedna  babcia. - Potrząsnęła  głową,  i  popijając  kawę, 

sprawdziła spód naleśnika.

- Dzień  dobry! - Wujek  Clarence  wetknął  głowę  do 

kuchni. - Co my tu mamy?

Rusty wyprostowała się.

- Śniadanie.
- To  widzę  i...  czuję. - Z  zamkniętymi  oczami  Clarence 

pociągnął  nosem. - Krakersy. - Podszedł  do  rzeźnickiego 
pieńka. - Najlepsze krakersy piekła moja Emma.

- Dzień  dobry.  Rusty  odwróciła  się  na  głos  babci  i 

wytrzeszczyła oczy.

Agnes,  ze  wzburzonymi  włosami,  zamiast  szlafroka  czy 

któregoś  ze  swych  satynowych  peniuarów  miała  na  sobie 
żółtą, perkalową sukienkę. Babcia w perkalu!

- Musiałam  zaspać.  Rusty,  trzeba  było  mnie  zawołać. -

Ścisnęła znacząco ramię stojącej z otwartymi ustami wnuczki.

- Co  ty  wyprawiasz? - spytała  szeptem  Rusty. -

Wyglądasz jak statystka w spaghetti westernie.

- Przewróć  naleśnik - odparła  Agnes  i  przeniosła  pełne 

podziwu  spojrzenie  na  krakersy  leżące  na  pieńku,  jakby 
widziała je po raz pierwszy.

Rusty  przemyśliwała,  czy  nie  zdekonspirować  całej  tej 

intrygi, ale akurat pojawił się Trent.

- Szykuje  się  prawdziwe  śniadanie.  Jestem  pod 

wrażeniem.

Babcia  rzuciła  triumfujące  spojrzenie  wnuczce,  która  w 

odpowiedzi  przewróciła  naleśnik.  Ku  jej  zdumieniu  był 
brązowy.

- Babciu, spójrz! Agnes rzuciła się do niej.

background image

- Przestań  wydziwiać - szepnęła. - Mają  tak  wyglądać. -

Po czym spytała już głośno: - Czy ktoś będzie jadł jajka?

- Ja, dwa, z nienaruszonymi żółtkami - rzekł Trent. Rusty 

rzuciła mu piorunujące spojrzenie.

- To  któreś  w  tych  skorupkach,  tak?  Agnes  zaśmiała  się 

perliście.

- Och,  Rusty,  to  się  nazywa  poczucie  humoru.  Czy  ty, 

Trent, lubisz kobiety, którym dopisuje humor nawet wcześnie 
rano? '

- Zależy  od  okoliczności - odparł  z  błyskiem  w  oku. 

Rusty  zauważyła,  że  jest  nie  ogolony  i  że  zdążył  opróżnić
dzbanek z kawą.

Tylnymi  drzwiami  weszli  do  kuchni  Doc  z  Harveyem. 

Agnes skorzystała z zamieszania i nikt nie zauważył, że wbiła 
na małą patelnię dwa jajka. Żółtka zostały całe.

- Jak  ty  to  robisz? - spytała  Rusty  szeptem.  Doc 

przystanął na widok Agnes przy kuchence. Przeniósł wzrok z 
babci  na  wnuczkę  i  z  powrotem  na  babcię.  Jej  policzki 
poczerwieniały.

- Już  nakarmiłeś  wszystkie  swoje  zwierzęta? - spytała, 

unikając jego wzroku.

- Tak, szanowna pani. - Skinąwszy głową, poszedł dalej.
- Natknęłam się na Doca rano, kiedy przyszłam do kuchni 

po...  napić  się  czegoś. - Agnes  zwróciła  się  z  wyjaśnieniem 
niby  do  Rusty,  ale  tak,  żeby  ją  wszyscy  słyszeli. - Nie 
spodziewałam  się,  że  ktoś  będzie  na  nogach  o  tak  wczesnej 
porze - dodała tonem usprawiedliwienia.

Pewnie,  że  się  nie  spodziewałaś,  pomyślała  Rusty.  Jej 

babcia  oblała  się  pąsem.  Też  dobrze.  Potrzebny  był  kolor 
odciągający uwagę od żółtego perkalu. Rusty zastanawiała się, 
na czym poczciwy, stary Doc przyłapał babcię w kuchni.

- Czy  na  Wybawcy  Kręgosłupa  model  92  A  dobrze  się 

śpi? - spytał Clarence Harveya, sięgając po krakersa.

- Przewagę ma raczej model 92 B, ale potrzeba mi jeszcze 

kilku nocy na dokładniejsze porównanie - odparł Harvey.

- Śniadanie  gotowe - przypomniał  mu  Clarence. - Nie 

ślęcz za długo nad swymi notatkami.

background image

- Dobrze. - Harvey  z  Dokiem  wyszli  z  kuchni.  Zapadła 

cisza.  Clarence  sięgnął  po  następnego  krakersa.  Agnes 
wpatrywała się w jajka.

- Nie ma już kawy. - Trent zwrócił się do Rusty.
- To widzę - warknęła. Agnes trąciła ją łokciem.
- Mogę  przypilnować  jajek  dla  Trenta,  a  ty  zaparz 

świeżej.  A  czy  on  nie  mógłby  sam  sobie  zrobić  kawy?  Ze 
względu na  babcię  Rusty  powstrzymała  się  od  złośliwej 
uwagi. Trent postawił koło dzbanka swój pusty kubek.

- Będę  w  jadalni - rzekł.  On  najwyraźniej  oczekuje,  że 

zostanie  obsłużony.  Rusty porwał  gniew.  I  ona  miałaby 
codziennie wstawać z tego powodu tak rano do końca życia?

Nie ma mowy. Pozostanie panną.
Następną  godzinę  spędziła  na  wnoszeniu  i  wynoszeniu 

talerzy, dolewaniu kawy, soku, mleka, podgrzewaniu jedzenia, 
które - przygotowane za wcześnie - zdążyło ostygnąć.

Kiedy  Harvey  pochwalił  ów  jedyny  naleśnik,  Agnes 

rzuciła  się  z  entuzjazmem  do  smażenia  dalszych.  Uwagę 
wnuczki,  że  mogą  jeść  tosty,  pozostawiła  bez  odpowiedzi, 
zwłaszcza że Rusty wyłączyła opiekacz, zanim kromki chleba 
odwróciły się na drugą stronę.

Trent  jadł  w  milczeniu,  czytając  „Wall  Street  Journal"  i 

wstał  od  stołu,  zanim  Rusty  przy  nim  usiadła.  Była  tak 
oburzona,  że  nie  mogła  nic  przełknąć  i  poszła  zmywać 
naczynia,  zostawiając  całkiem  wyczerpaną  Agnes  w 
towarzystwie starszych panów.

Trent  zachował  się  raczej  arogancko.  Babcia  musiała 

poświęcić  kilka  godzin  na  szykowanie  śniadania.  Jak  tylko 
bracia  Davisowie  udadzą  się  do  swych  zajęć,  Rusty  namówi 
ją, żeby z powrotem wróciła do łóżka. Wujkowie Tren - ta, a 
szczególnie Clarence, rozpływali się w pochwałach, natomiast 
on  sam  zaledwie  wybąkał  jakieś  słowo.  Gdyby  wyraził  choć 
trochę uznania, chybaby mu korona z głowy nie spadła.

Rusty  załadowała  zmywarkę,  ale  zostało  jeszcze  tyle 

naczyń,  że  z  rezygnacją  zabrała  się  do  tradycyjnego 
zmywania.  Zaatakowała  więc  ciężką  żelazną  patelnię 
zmywakiem ze stalowej waty. Zajęło to mnóstwo czasu, a ona 
nie mogła się doczekać, kiedy wreszcie włączy swój modem i 
skomunikuje  się  z  biurem.  Jej  asystentka,  Alisa,  otrzymała 

background image

kategoryczny 

nakaz 

przesyłania 

codziennie 

pocztą 

elektroniczną  wszystkich  wiadomości  o  konkurencyjnych 
zmaganiach 

ramach 

przygotowywanej 

kampanii 

reklamowej.  Westchnęła.  Powinna  teraz  osobiście  doglądać 
efektów swej prezentacji. Wprost nie mogła uwierzyć, że ona 
tu  myje  naczynia,  podczas  gdy  tam  ważą  się  losy  jej  dalszej 
kariery zawodowej.

- Jest  jeszcze  trochę  kawy? - Świeżo  ogolony  Trent 

wkroczył na czarno - białą szachownicę kuchennej posadzki.

- Tyle,  ile  zostało  w  dzbanku - odparła  niezbyt 

uprzejmym tonem.

To przez niego znajdowała się setki kilometrów od domu, 

zamiast opracowywać ostatnie szczegóły projektu. A on nawet 
nie doceniał jej wysiłków. No właściwie babci, ale jednak.

- Mało. - Wlał resztkę do kubka i spojrzał na nią pytająco.
- A  tak,  dziękuję.  Napiłabym  się - odparła  z  rękami 

zanurzonymi po łokcie w pienistej wodzie.

- Niewiele  zostało. - Trent  trzymał  pusty  dzbanek  w 

jednej, a kubek w drugiej ręce.

- Wróżka od wyczarowywania kawy jest zajęta, więc sam 

zaparz więcej.

- Nie  sądziłem,  że  chcesz  kawy - rzekł  zatroskanym 

tonem, co ją jeszcze bardziej rozgniewało. - Przypuszczałem, 
że chcesz umyć dzbanek.

Oczywiście.

- Pewno. Dodaj go do tej góry naczyń, tam.
- Mogę zaparzyć kawę...
- Możesz? Zacisnął wargi, lecz po chwili spytał:
- Co  się  z  tobą  dzieje?  Rusty  czuła  ogarniającą  ją 

wściekłość, ale na szczęście nie było w pobliżu babci, która by 
ją  powstrzymała  od  wyrażenia  na  głos,  co  o  tym  wszystkim 
myśli.

- Siedziałeś  sobie  przy  stole,  czytałeś  gazetę  i  jadłeś 

śniadanie bez słowa. Czy  masz choć blade pojęcie o tym, ile 
czasu  zabiera  przygotowanie  takiej  masy  jedzenia? -
Oczywiście  wygodniej  było  przemilczeć,  że  i  ona  nie  za 
bardzo się orientuje.

background image

Trent  odstawił  dzbanek.  • - Jedzenie  było  wspaniałe. -

Zawahał  się. - Ale  ja  właściwie  nie  przepadam  za  obfitymi 
śniadaniami. Wystarczyłyby płatki kukurydziane.

Rusty miała szczerą ochotę użyć patelni jako oręża. Mógł 

jej to powiedzieć wcześniej.

- Płatki  kukurydziane?  A  co  z  tym:  „przybądź  rozwijać 

swą kulinarną fantazję, mniejsza o cholesterol"?

- Co? - Wydawał się autentycznie zdziwiony.
- Twoje ogłoszenie w „Mężczyznach Teksasu".
- O, to.
- Tak, to.
- Cóż... - Trent potarł czoło. - Chyba wtedy miałem dość 

płatków. - Uśmiechnął się.

Patrzyli  na  siebie  przez  kilka  sekund.  Trent  pierwszy 

odwrócił wzrok.

- Chyba  znajdzie  się  tu  gdzieś  taka  stara,  zwykła 

maszynka  do  kawy. - Zaczął  otwierać  i  zamykać  drzwiczki 
szafek. - Z większym zbiornikiem, więc nie będziesz musiała 
tak  często  parzyć. - Wyciągnął  akurat  taką  samą,  jaką  Rusty 
miała  u  siebie  w  domu,  i  postawił  na  ladzie. - Zaraz  zrobię, 
tylko znajdę filtry - zaproponował.

- Nie  rób  sobie  kłopotu.  Tak  naprawdę  nie  chce  mi  się 

pić. - Rusty spłukała patelnię i odłożyła ją na kredens.

Trent stał jeszcze przez chwilę, po czym rzekł:

- Dobrze. Wobec tego chyba zobaczymy się na lunchu. -

Opuścił  kuchnię  z  raczej  obojętnym  uśmiechem,  zostawiając 
Rusty dalsze zmywanie.

- Mógłby  przynajmniej  zaproponować,  że  powyciera -

burknęła pod nosem.

W tej sytuacji, jak skończy, będzie już czas na szykowanie 

lunchu.  Wrzuciła  kolejną  patelnię  do  zlewozmywaka.  Płatki 
kukurydziane.  To  dopiero  niespodzianka.  Tak  naprawdę,  jak 
się  zastanowić,  zachowanie  Trenta  okazało  się  również 
niespodzianką.  Zwracał  na  nią  uwagę  tylko  pod  presją 
wujków.  Chyba  nie  zainteresował  się  jej  zaletami  jako 
potencjalnej towarzyszki życia.

Twarz Rusty pojaśniała. Być może już oblała test na żonę.
Nie mógł zrozumieć tej kobiety. Gdyby wiedział, że chce 

tę  resztkę  kawy,  sobie  zrobiłby  kubek  rozpuszczalnej.  Z 

background image

pewnością  uległość  nie  leżała  w  jej  charakterze  i  powinien  z 
zadowoleniem  przyjąć  fakt,  że  nie  była  typem  kobiety -
powoju.  Miał  swoją  pracę  i  nie  zamierzał  być  dla  niej 
specjalnie miły, skoro tu nie było dla niej przyszłości.

Ale ona wcale nie próbowała go kokietować.
Dziś rano wyglądała, jakby wyszła prosto z łóżka. Nawet 

włosy  miała  potargane.  Już  wczoraj  zauważył,  że  nie  maluje 
oczu,  więc  te  ciemne  brwi  muszą  być  naturalne,  Tonęła  w 
swym  luźnym  swetrze,  który  miał  tendencję  do  zsuwania  się 
jej z ramienia, ukazując proste, beżowe ramiączko stanika. W 
tym  raczej  niedbałym  stylu  było  coś  pociągającego.  Nie 
przyszło  mu  dotąd  do  głowy,  że  ktoś  nie  zadbany  może  być 
pociągający. Najwidoczniej zbyt długo umawiał się na randki 
z eleganckimi blondynkami.

Zachowywała się  dość napastliwie,  zwłaszcza w związku 

ze śniadaniem. Pewno należało piać nad nim z zachwytu, cóż, 
kiedy  kiełbaski  były  zimne,  krakersy  nie  dość  przygrzane,  a 
jajka  przesmażone.  Jednak  powinien  był  coś  powiedzieć. 
Może to było przyczyną jej złego humoru. W czasie lunchu ją 
pochwali, żeby się poczuła dowartościowana.

Lecz  nie  zachęcona.  Ostatnia  rzecz,  jakiej  pragnął,  to 

rozbudzenie nadziei Rusty Romero i jej babci. Tylko że coraz 
trudniej  udawało  mu  się  robić  dobrą  minę  do  złej  gry  i  nie 
przekroczyć granicy uprzejmości.

Westchnąwszy,  usiadł  przed  komputerem.  Wpłynęły  już 

wszystkie oferty na materiały budowlane i powinien do końca
roku  wybrać  najkorzystniejszą.  Co  oznaczało,  że  musi  mieć 
bieżące  informacje  na  temat  cen  surowców  i  tysiąca  innych 
szczegółów. Wystukał numer serwisu notowań cen na giełdzie 
towarów  i  czekał  na  połączenie  przez  modem.  Nic.  Podniósł 
słuchawkę  i  usłyszał,  jak  Harvey  zamawia  świeże,  jodłowe 
girlandy.

Cicho  odłożył  słuchawkę  i  odetchnął  głęboko.  Jak  on 

sobie z tym wszystkim poradzi?

Rusty  wyliczyła,  że  zostało  jej  wolne  pół  godziny  przed 

rozpoczęciem szykowania lunchu. Naczynia były wysuszone i 
poukładane,  Agnes  odpoczywała,  trzej  starsi  panowie 
rozlokowali się w swych fotelach przed wielkim telewizyjnym 
ekranem.  Trent zaś  podział  się Ucho wie  gdzie, lecz  kogo to 

background image

obchodziło.  Mogła  sprawdzić  swą  elektroniczną  pocztę. 
Potrzebowała  tylko  telefonicznego  gniazdka.  W  sypialni  nie 
było  telefonu,  więc  wyślizgnęła  się  ze  swym  podręcznym 
komputerem do holu. Minęła drzwi, za którymi zapewne ukrył 
się Trent, i poszła dalej. W drugim końcu holu zobaczyła inne 
zamknięte  drzwi.  Jeszcze  jedna  sypialnia.  Zapukała  i  nie 
doczekawszy się odpowiedzi, otworzyła je.

Przed  komputerem  siedział  Trent  z  głową  w  dłoniach. 

Uniósł ją, zanim Rusty się wycofała.

- O, przepraszam.
- Szukasz  czegoś? - spytał  znużonym  głosem.  Pewno 

myślał, że chce go wytropić. Co za zarozumiałość.

- Kontaktu  telefonicznego.  Jego  wzrok  powędrował  do 

laptopa.

- Chciałam... sprawdzić swoją pocztę. - W tym momencie 

Rusty  naprawdę  nie  obchodziło,  co  o  niej  pomyśli  Trent. 
Koniecznie musiała skontaktować się z biurem.

Trent odchylił do tyłu głowę i zapatrzył się w sufit.

- Tu  jest  gniazdko,  ale  Harvey  blokuje  linię.  Nawet  jak 

już uzyska się połączenie, on nieustannie podnosi słuchawkę i 
przerywa.

- Och. - Zaciekawiona podeszła bliżej. - A co ty tu robisz?
- Opracowuję  pewien  projekt,  który  ma  być  ukończony 

przed upływem tego roku.

- To  słyszałam. - Przysiadła  na  skrzyni  koło  łóżka. - A 

może poprosilibyśmy Harveya, żeby nam pozwolił skorzystać 
z linii telefonicznej.

- Tobie może pozwoli, ale ja jestem tutaj na urlopie. Zaraz 

by  mi  wypominał,  że  nie  wypoczywam. - Wstał  z 
westchnieniem. - Wiesz co? Zajmę go przez parę minut i tyle 
czasu będziesz miała na połączenie. Czy coś ci to da?

- Tak. - Zawahała się, po czym spytała: - A mogłabym to 

samo zrobić dla ciebie?

Uśmiechnął się.

- Owszem,  dziękuję.  Potrafi  być  całkiem  sympatyczny, 

pomyślała,  patrząc  za nim,  gdy  wychodził  z  pokoju.  I  chyba 
nie  jest  nią  w  najmniejszym  stopniu  zainteresowany.  Do  tej 
pory była z tego zadowolona. Powstałaby trudna i niezręczna 

background image

sytuacja,  gdyby  była  zmuszona  mu  powiedzieć,  że  nie  widzi 
swej przyszłości na ranczu.

Teraz jej ocena nie była już taka jednoznaczna. Całkowity 

brak  zainteresowania  ze  strony  atrakcyjnego  mężczyzny 
podważał  jej  dobre  mniemanie  o  sobie  jako  kobiecie. 
Przemyśli  to  kiedy  indziej.  W  tej  chwili  musi  podłączyć 
komputer.

Trent  dotrzymał  słowa  i  Rusty  w  ciągu  kilku  chwil 

otrzymała swą elektroniczną pocztę i zapisała w podręcznym 
pliku,  żeby  później  ją  przeczytać.  Przed  powrotem  Trenta 
zdążyła  jedynie  przyjrzeć  się  jego  komputerowi.  Miał 
doskonałą  drukarkę  laserową,  lepszą  niż  jej  atramentowa 
„plujka",  którą  ze  sobą  przywiozła.  Może  Trent  pozwoli  jej 
skorzystać  ze  swojej.  Z  satysfakcją  natomiast  stwierdziła,  że 
jej laptop był wyższej klasy niż jego.

Koło  łóżka,  przy  ścianie,  stały  pudła  pełne  papierów  i 

segregatorów.  Do  licha,  wyglądało  na  to,  że  Trent  zabrał  ze 
sobą całe biuro. Najwyraźniej nie miał zamiaru wypoczywać. 
Cóż,  to  nie  jej  sprawa,  lecz  czyż  nie  zakładał,  że  cały  czas 
poświęci  kobiecie,  która  odpowie  na  jego  ogłoszenie?  A 
może,  gdy  je  wysyłał,  nie  przewidywał  tak  pracowitego 
okresu w końcu roku?

- Coś cię zainteresowało? - Trent stał w progu pokoju ze 

srogą miną.

- Tak,  twoja  drukarka. - Pokazała  kciukiem  za  siebie. -

Mógłbyś mi ją kiedyś pożyczyć?

Nie spuszczał z niej wzroku.

- Masz tupet, trzeba ci to oddać.
- Dlaczego?
- Wyświadczam  ci  grzeczność,  łapię  na  wścibianiu  nosa 

w  moje  sprawy,  a  ty  prosisz  o pożyczenie  drukarki. - Zaczął 
się do niej zbliżać, aż stanął tuż obok.

Ta bliskość nie była całkiem nieprzyjemna. Nawet poczuła 

lekki dreszcz na karku.

- Gdybym  chciała  wścibiać  nos  w  twoje  sprawy,  nie 

dowiedziałbyś się o tym. A, dzięki za parę minut wolnej linii.

- Nie ma za co. - Nie ruszył się z miejsca.

Demonstracja siły. Nie zamierzała ustępować i przesunęła 

się  ciut  bliżej,  żeby  podwyższyć  stawkę.  Nadal  stał

background image

nieruchomo,  tylko  dojrzała  jakiś  błysk  w  jego  oczach  koloru 
czekolady.  Rusty  rzuciła  mu  jedno  z  tych  spojrzeń:  "jeśli 
spróbujesz  mnie  pocałować,  to  może  ci  pozwolę".  Tak  z 
ciekawości.

Wpatrywał  się  w  nią  badawczo.  Najwyraźniej  znał  ten 

rodzaj  spojrzenia.  Powiódł  wzrokiem  dookoła  i  Rusty 
domyśliła się, co podpowiada mu wewnętrzny głos: „Uwaga. 
Jesteś  sam  w  sypialni  z  panną  na  wydaniu.  Zachowaj 
ostrożność".

- Nie wiem, jaką grę prowadzisz - rzekł - ale ja do niej nie 

wchodzę. - Wziął  ją  za  ramiona,  odwrócił  w  stronę  drzwi  i 
poprowadził do wyjścia.

A, o to chodzi. Usiłował ją onieśmielić. To mu się nie uda. 

Ona była odważna.

- Dlaczego sądzisz, że to gra?
- Życie jest grą.
- A wszyscy mężczyźni i kobiety są po prostu graczami? 

Jednym słowem, to zabawa, co?

- Nie  dla  mnie. Odwróciła  się przy  progu tak, że  prawie 

się z nim zderzyła.

- Cóż, dla mnie tak.
- Niestety,  właśnie  tego  się  obawiałem. - Na  skroni 

pulsowała mu żyłka.

- Obawiałeś? - Nie odsunęła się ani o milimetr.
- Nie jestem zainteresowany. - Patrzył jej w oczy. Uniosła 

brwi.

- W ogóle nie interesują cię kobiety? Oderwał spojrzenie 

od jej oczu i zmierzył ją całą wzrokiem.

- W  szczególności  ty.  Och...  Nie  spodziewała  się  ciosu 

poniżej pasa. Drażnienie go straciło urok. Cofnęła się o krok. 
Jeśli nie jest nią zainteresowany, to nie. Jego strata. Taki typ i 
tak jej nie pociągał.

- W  porządku,  rozumiem - powiedziała  z  wymuszoną 

beztroską,  po  czym  przestąpiła  próg.  Teraz  z  czystym 
sumieniem  mogła  zakomunikować  babci,  że  Trent  odpada 
jako kandydat na męża, więc ona może od razu zakończyć te 
swaty. Nie było już żadnego powodu, by przedłużać pobyt na 
ranczu  Triple  D.  Mogą  wracać  do  domu.  To  był  jednak 
owocny poranek.

background image

- Do  zobaczenia  na  lunchu. - Uśmiechnęła  się,  lecz  nie 

mogła powstrzymać się od pożegnalnej złośliwości: - I jak to 
mówią,  bez  urazy. - Miała  już  iść  dalej,  gdy  Trent  nagle 
pochwycił ją za ramię i przyciągnął do siebie.

- Co...  Przytrzymał  głowę  Rusty  i  jego  usta  wzięły  w 

posiadanie jej  rozchylone  wargi.  Znieruchomiała,  a  on 
udowadniał, że jest w tej dziedzinie mistrzem wszechczasów. 
W  najmniejszym  stopniu  nie  czuła  się  zagrożona,  gdyż 
wyczuwała,  że  przy  pierwszym  najmniejszym  proteście  z  jej 
strony on by ją puścił.

Postanowiła mu się nie opierać.
Niestety, zanim zdążyła się aktywnie włączyć, on przerwał 

pocałunek i pochylony nad jej wargami, patrzył jej w oczy.

- Teraz  już  możesz  iść - rzekł,  uwalniając  jej  ramię,  po 

czym zatrzasnął drzwi.

background image

ROZDZIAŁ 5

Interesujące  doświadczenie.  Zdecydowanie  interesujące. 

Pocałunek  był  prawdziwym  wydarzeniem,  choć  właściwie 
został do niego sprowokowany.

Rusty  stała  za  zamkniętymi  drzwiami  nieco  dłużej,  niż 

wymagała  sytuacja.  Trudno  jej  było  przyznać,  że  trochę 
liczyła - no dobrze, bardzo liczyła - iż Trent otworzy drzwi i 
znowu  ją  pocałuje.  Nie  spotyka  się  na  co  dzień  mężczyzny, 
którego  pocałunek  zasługuje  na  złoty  medal  olimpijski,  więc 
nie można takiego faktu zignorować.

Niestety, drzwi pozostały zamknięte.
Wypadałoby  jeszcze  raz  przemyśleć  decyzję  powrotu  do 

domu, pomyślała, idąc holem, świadoma, że kolana ma jak z 
waty.

Trent,  wstrzymując  oddech,  stał  z  czołem  przyciśniętym 

do  zamkniętych  drzwi,  aż  usłyszał  kroki  odchodzącej  Rusty. 
Ależ z niego głupiec.

Przed  popełnieniem  tej  pomyłki  robił  wszystko  poza 

zawieszeniem  na  szyi  napisu: ,,Nie  interesujesz  mnie".  A 
potem,  ni  z  tego,  ni  z  owego,  zaczął  ją  całować,  co  ona 
przyjęła niewątpliwie jako dowód zainteresowania.

To  prawda,  że  ona  nieoczekiwanie  okazała  się  bardzo 

zaczepna.  Prawda  też,  że  to  mu  się  nawet  podobało.  Miał  ją 
jednak  do  siebie  zniechęcać,  a  teraz  nie  ma  na  co  liczyć,  że 
Rusty  Romero  razem  ze  swą  babcią  zrezygnują  z  planów  i 
wyjadą.  Przed  chwilą  on  sam  w  niej  podsycił  nadzieję. 
Owładnięta ideą małżeństwa kobieta, pokrzepiona nadzieją, to 
groźny przeciwnik.

Trent powlókł się w stronę komputera, osunął na krzesło i 

utkwił wzrok w ekran. To by się dało naprawić, gdyby więcej 
nie okazał jej zainteresowania, pozostał miły, lecz na dystans. 
No i oczywiście żadnych pocałunków.

A  właśnie  przypomniał  sobie  jej  usta  i  wyraz  uroczego 

zdumienia  na  twarzy,  kpiące  spojrzenie,  a  potem  także,  co 
czuł, gdy trzymał ją w ramionach... i że myślał, by powtórzyć 
to doświadczenie...

Okazywanie Rusty Romero całkowitej obojętności będzie 

trudniejsze, niż zakładał.

background image

To  pocałunek  w  mistrzowskim  wykonaniu  Trenta 

spowodował,  że  Rusty  zostawiła  laptop,  nie  przeczytawszy 
poczty.  Kiedy  sobie  o  tym  przypomniała,  obie  z  babcią  już 
szykowały zupę i sandwicze.

- Lunch będzie lekki, za to ugotujemy coś specjalnego na 

kolację - powiedziała  Agnes.  Już  się  przebrała  i  gdy  Rusty 
przechodziła oszołomiona przez jaskinię braci Davisów, tę ze 
składanymi fotelami i wielkim telewizorem, babcia radośnie z 
nimi gawędziła. - Zamierzamy udekorować dom na święta. A 
jutro jedziemy wycinać choinkę. Możesz to sobie wyobrazić?

- Zapowiada się dobra zabawa. - Raczej praca, pomyślała, 

lecz  babcia  była  tak  podekscytowana,  że  dla  niej  musiała 
wykrzesać choć minimum entuzjazmu.

- Po południu mogłybyśmy przejrzeć książkę kucharską i 

wypróbować jakiś przepis.

Rusty  uznała,  że  musi  wygospodarować  trochę  czasu  dla 

siebie.

- Może  sama  coś  wybierzesz.  Dostałam  wiadomość  od 

Alisy i jeszcze nie zdążyłam przeczytać.

- Skąd mam wiedzieć, co by ci odpowiadało. Może jakieś 

herbatniki?

Mnie  by  odpowiadała  kromka  chleba  z  masą  majonezu, 

pomyślała.

- Nigdy  nie  miałyśmy  czasu  na  pieczenie  tych 

fantazyjnych ciasteczek na Boże Narodzenie. No wiesz, takich 
polukrowanych. Co ty na to?

Twarz Agnes rozjaśniła się.

- Świetny  pomysł.  Gdy  kończyły  przygotowanie  lunchu, 

Rusty doszła do wniosku, że musi się odnosić do Trenta tak, 
jakby  nic  się  nie  stało.  W  zasadzie  przecież  nic  się  nie 
zmieniło, przekonywała samą siebie. Przekomarzała się tylko, 
a  on  sprawdzał,  jak  dalece  blefuje.  Równowaga  sił  została 
zachowana.

Dopóki Trent trzyma się od niej z dala.
Kiedy  więc,  zanim  usiedli  do  stołu,  przywołał  ją  ręką, 

podeszła z pewnym ociąganiem.

- Odebrałaś swą pocztę bez kłopotów? - spytał ją szeptem. 

Okazało  się  zatem,  że  nie  tylko  Rusty  myśli  o  sprawach
zawodowych.  Głupio  jej  było,  że  to  dzięki  pytaniu  Trenta 

background image

uświadomiła  sobie  znowu,  iż  dotąd  nie  przeczytała 
nadesłanych wiadomości.

- Tak. Tylko muszę nad tym popracować.
- Harvey nie telefonuje, gdy je - zauważył Trent, siadając 

do stołu.

Aluzja  była  przejrzysta,  więc  Rusty  zawinęła  swój 

sandwicz  w  serwetkę  i  nie  zwracając  uwagi  na  pytające 
spojrzenie Agnes, wyszła z pokoju.

W  miarę  czytania  trzech  kolejnych  wiadomości  Rusty 

zaczął ogarniać niepokój. Wprawdzie z pierwszej wynikało, że 
wszystko  idzie  dobrze,  ale  już  w  drugiej  Alisa  donosiła,  że 
George Kaylee, główny rywal Rusty, ostatnio był nieobecny w 
biurze.  Może  skoro ona  wyjechała,  to  i  on  postanowił trochę 
wypocząć,  tłumaczyła  sobie.  Trzecia  wiadomość  okazała  się 
naprawdę alarmująca: Alisa w dziale zaopatrzenia natknęła się 
na  asystentkę  George'a,  która  składała  zamówienie  na 
materiały  potrzebne  do  oprawiania  fotografii.  Oprawianie 
fotografii?

To  był  zły  znak.  Ona  zamierzała  zilustrować  swój  plan 

kampanii szkicami i wiedziała, że George też. Zresztą była to 
zwykła  metoda.  Ze  względu  na  koszty  nie  mogli  sobie 
pozwolić  na  zaangażowanie  modeli  i  fotografów.  Chyba  że 
George zapłaciłby takim profesjonalistom z własnej kieszeni. 
Co nie było wykluczone.

Natychmiast wystukała do Alisy list z prośbą o zbadanie, 

co  się  za  tym  kryje,  i  pobiegła  do  pokoju  Trenta  nadać 
wiadomość. Wszedł tam właśnie w chwili, gdy chowała kabel 
telefoniczny do komputera.

- Zaczynasz czy skończyłaś?
- Skończyłam. - Rusty wstała, myślami ciągle w Chicago. 

Co  ten  George  knuje?  Powinna  tam  być  w  tak  decydującym 
momencie  i  mieć  na  niego  oko.  Z  westchnieniem  zamknęła 
komputer.

- Złe  wiadomości? - spytał  Trent.  Zapomniała  o  jego 

obecności.

- Jeszcze  nie  wiadomo. - Nagle  przypomniała  sobie,  że

obiecała Trentowi rewanż za umożliwienie skorzystania z linii 
telefonicznej.

background image

- Chcesz,  żebym  przez  jakiś  czas  zajęła  Harveya? -

Spojrzała na niego po raz pierwszy, odkąd wszedł do pokoju.

Niepotrzebnie. On patrzył na jej usta.

- Słucham? Wolałaby, żeby tego nie robił.
- Chcesz mieć wolną linię? Odetchnął głęboko.
- Taak. - Teraz  już  patrzył  jej  w  oczy.  Rusty  nie  miała 

wątpliwości,  że  myśli  o tym  samym  co  ona.  Oboje  pamiętali 
pocałunek,  lecz  żadne  z  nich  nie  zamierzało  odświeżać  tego 
wspomnienia. Trent odsunął się trochę, a Rusty przeszła obok 
tak, aby go przypadkiem nie dotknąć. Dopiero przy drzwiach 
usłyszała jego głos.

- Uprzedź  mnie,  kiedy  będziesz  odciągać  Harveya  od 

telefonu, dobrze?

- Babcia coś wspominała o pieczeniu ciasteczek. - Rusty 

zatrzymała  się  w  progu. - Więc  na  pewno  czeka  nas 
podwieczorek.  Sama  to  zaproponowałam.  Wtedy  nadarzy  się 
sposobność.

Trent uśmiechnął się z wdzięcznością.

- Dzięki.  Rusty całe  popołudnie spędziła  w  kuchni.  Inna 

rzecz, że i tak musiała czekać na dalsze wiadomości od Alisy, 
a  pieczenie  z  babcią  ciasteczek  było  całkiem  nowym 
doświadczeniem.  Wyrabianie  ciasta  okazało  się  nawet 
zabawne,  prawie  zapomniała  o  tajemniczych  poczynaniach 
George'a.

Od  czasu  do  czasu  do  kuchni  wpadał  Harvey  i  donosił 

Agnes,  jakie  produkty  są  właśnie  sprzedawane  w 
„Telezakupach".  Babcia  oczywiście  szła  popatrzeć,  a  Rusty 
nadal  lukrowała.  Raz  tylko  weszła  do  salonu,  zwabiona 
ożywioną  dyskusją.  Popełniła  błąd,  bo  rozmowa  dotyczyła 
oświetlenia jodłowych girland.

- Białe lampki? Clarence, nie masz za grosz wyobraźni?! 

Czy  nie  widzisz  tego  pokoju  mieniącego  się  różnymi 
kolorami?! - Harvey wymachiwał rękami.

Clarence ze słuchawką przy uchu uciszał go dłonią.

- O! O! - Harvey podrygując w podnieceniu, wskazywał 

na  ekran. - Ręcznie  wiązane,  aksamitne  kokardy!  Tylko  po 
cztery dolary dziewięćdziesiąt dziewięć centów! To za darmo! 
Za  darmo,  powiadam  ci.  A  ty  blokujesz  telefon. - Jęknął. -
Szybciej!

background image

Clarence zakrył słuchawkę ręką.

- Mogę zamówić jedno i drugie, Harvey. Ile chcesz?
- Jeszcze  nie  zdecydowałeś,  czy  lampki  mają  być  białe, 

czy kolorowe? - zwrócił uwagę Doc.

- Kolorowe - zaskrzeczał Harvey. Agnes bez powodzenia 

usiłowała ich uciszyć. Rusty postanowiła ulotnić się, zanim ją 
zauważą.

- Nie chcę, żeby nasz dom wyglądał jak tort owocowy... -

zaczął Clarence.

- A może paniom zostawimy decyzję? - padło pytanie. Do 

pokoju wszedł uśmiechnięty Trent. Rusty rzuciła mu oburzone 
spojrzenie.

- Tylko tego brakowało.
- Kokardy! Kokardy! - płaczliwie dopominał się Harvey.
- Zostały  tylko  trzy  tuziny! - Na  ekranie  liczba  kokard 

zmniejszała się w zawrotnym tempie, aż spadła do zera.

- O, nie! - Zdruzgotany Harvey opadł na składany fotel.
- Już  nigdy  nie  będzie  podobnej  okazji:  taka  jakość  za 

taką cenę.

- Białe  lampki  czy  kolorowe? - Clarence  spojrzał  na 

Agnes.  Agnes  popatrzyła  na  Rusty.  Rusty  przeszyła  Trenta 
wściekłym wzrokiem.

- Białe  lampki,  zieleń  i  czerwone  kokardy,  to  mój 

ulubiony  zestaw - powiedziała. - Skoro  jednak  nie  mamy 
kokard...

- Mamy,  mamy - rzekł  Clarence. - Tak,  proszę  pani -

odezwał się do słuchawki. - Płacę kartą kredytową American 
Express.

- Ile? - Harvey  ściskał  kurczowo  brzeg  fotela.  Clarence 

uniósł  dwa  palce.  Mina  Harveya  wyrażała  głębokie 
rozczarowanie.

- Dwie? Tylko tyle?
- Dwa  tuziny.  Zasługuję  chyba  na  trochę  zaufania.  Nie, 

nie mówię do pani. Tak, proszę zapisać na moją kartę kokardy 
i sto metrów girlandy z białymi lampkami.

- Niech  wyślą  ekspresem - wtrącił  się  Doc.  Clarence 

pokiwał  głową.  Harvey,  westchnąwszy  z  ulgą, przymknął 
oczy.

background image

- Przeoczyłeś kaszmirowe szaliki - Doc wskazał na ekran

- i takie same skarpetki.

Harvey usiadł prosto. Zmagania o kolorowe lampki poszły 

w zapomnienie.

- W  kaszmirowych  skarpetkach  wygoda  wygrywa  z 

trwałością.

- Tak  uważasz? - Doc,  któremu  udało  się  pozostać 

neutralnym  w  sporze  o  lampki,  teraz  najwyraźniej  podjął 
wyzwanie.

- Sądzę - szybko  wtrąciła  Rusty - że  powinniśmy  to 

uczcić. Jest kakao i ciepłe ciasteczka. - Spojrzała pytająco na 
Trenta, który uniósł do góry kciuk i wycofał się z pokoju.

Nie zasługiwał wprawdzie na przysługę, skoro wciągnął ją 

w zamieszanie z lampkami, ale przecież mu obiecała.

- Jestem  z  ciebie  taka  dumna - szepnęła  Agnes. - Jest 

właśnie  tak,  jak  sobie  wyobrażałam,  kiedy  zdecydowałyśmy 
się tu przyjechać.

Rusty, patrząc na jej zaróżowione policzki, uścisnęła ją. W 

czasie  podwieczorku  wyłączyła  telewizor  i  bracia  Davisowie 
jakoś na to nie zareagowali, pewnie dlatego, że cała ich uwaga 
skoncentrowała się na leżących wszędzie dookoła katalogach.

Z pozoru cała.

- Nie ma Trenta. - Harvey zwrócił uwagę na nieobecność 

siostrzeńca  w  trakcie  dyskusji  na  temat  różnicy  w  smaku 
między  orzechami  laskowymi  pochodzącymi  z  Teksasu  i 
Georgii. - Jest  łasy  na  laskowe  orzechy. - Bracia  wymienili 
spojrzenia z Agnes.

- Pójdę  po  niego. - Rusty  poderwała  się,  chwyciwszy  w 

serwetkę  dwa  ciasteczka. - To  na  spróbowanie,  żeby  go  tu 
zwabić.

Pospieszyła  w  stronę  holu,  odprowadzana  uśmiechami 

zadowolenia całej czwórki. Zapukała do pokoju Trenta.

- Proszę! - zawołał. Rozmawiał przez telefon. Wskazał jej 

dłonią skrzynię, więc usiadła.

- Muszę  to  mieć  przed  trzydziestym - mówił. - Tylko 

wtedy 

będziemy  mogli  podpisać  kontrakt  jeszcze 

trzydziestego pierwszego.

Rusty  cierpliwie  czekała,  aż  zakończy  rozmowę.  Widać 

było, że coś go trapi.

background image

- Weź ciasteczko. - Wyciągnęła do niego serwetkę.
- Skąd  wiedziałaś,  że  mam  ochotę? - Ze  znużonym 

uśmiechem ugryzł kęs.

- Z  ciepłymi  ciasteczkami  świat  wydaje  się  lepszy. -

Żałowała, że dla siebie nie przyniosła.

- Wspaniałe. - Dołeczki w policzkach pogłębiły się.
- Naprawdę? - Z  niepokojem  skonstatowała,  że  ta 

pochwała  sprawiła  jej  przyjemność.  Wróciła  na  skrzynię,  a 
Trent przekręcił się z fotelem w jej stronę.

- Przedziwne, że zwykłe ciasteczka mogą tak smakować.
- Zwłaszcza  gdy  nie  są  od  spodu  przypalone,  dodał  w 

duchu. Zjadł następne.

- Całe towarzystwo zauważyło twoją nieobecność.
- Dzięki  za  pomoc. - Zmusił  się  do  uśmiechu  i  Rusty 

nagle zrobiło się go żal.

- Masz kłopoty?
- Hmm?
- Czego  możesz  nie  mieć  do  trzydziestego?  Rusty 

widziała, że się waha. Domyśliła się, że korciło go, żeby jej o 
czymś powiedzieć, lecz wyraźnie się ociągał. A może uważał, 
że ona nie jest w stanie pojąć jego zawodowych problemów?

- Nie chciałbym cię zanudzać - rzekł w końcu.
- Czy to inna wersja typowo męskiego powiedzenia: „Nie 

kłopocz tym swej małej główki"?

- Sądzę, że jak bym zaczaj, to trudno byłoby mi przerwać.
- Spojrzał na nią z wyrzutem, a ona się zawstydziła.
- Przepraszam.  To  nie  był  mądry  żart. - Podciągnęła 

kolana  pod  brodę  i  objęła  je  ramionami. - Może  jednak 
powiesz, o co chodzi?

Trent  miał  ochotę  wyjaśnić  jej  wszystko  i  skończyć  z  tą 

całą  idiotyczną komedią, ale przecież nie powinien. Szczerze 
zainteresowana, była gotowa go wysłuchać, a jemu potrzebne 
było wsparcie. Nawet ze strony tej złośnicy.

W  dodatku  zaczynała  mu  się  podobać.  Wcale  nie  chciał, 

żeby tak się stało. W ogóle nie miał ochoty o niej myśleć, a to
trudne,  skoro  ją  pocałował.  Mogła  się  na  niego  obrazić, 
zachowała  się  jednak  bez  zarzutu.  Zauważył  też,  że  wujków 
zaczyna  traktować  podobnie  jak  własną  babcię - serdecznie, 

background image

choć  trochę  z  przymrużeniem  oka.  Ale  nie  okazywała  przy 
tym ani cienia protekcjonalności i to było dla niego ważne.

- O kontrakt - odpowiedział w kopcu na jej pytanie. - Boję 

się,  że  nie  uda  mi  się  doprowadzić  do  jego  zawarcia  przed 
trzydziestym.

- I co wtedy?
- Przepadnie mi kredyt.
- I to wszystko?
- Nie  wszystko.  Do  tego  czasu  oferty  stracą  aktualność, 

wygasną  pozwolenia  na  budowę  i  przyrzeczenie  sprzedaży 
terenu, który chcę kupić.

- A co powoduje zwłokę? Powinien być w Dallas. Oferty 

nie szłyby do niego, tak jak teraz, okrężną drogą przez biuro. 
Nie musiałby telefonować do sekretarki po istotne informacje 
w  tych  rzadkich  chwilach,  kiedy  można  skorzystać  z  wolnej 
linii.

- Nie  otrzymuję  ofert  tak  szybko,  jak  bym  chciał. -

Ograniczył się do tego jednego wyjaśnienia.

- Czego  dotyczą  oferty?  Na  ten  temat  mógł  rozmawiać 

bez obaw.

- Budowy miasteczka dla ludzi starszych, którzy przestali 

być  czynni  zawodowo.  Nie  chodzi  mi  o  takie  miejsce,  gdzie 
mogliby  tylko  przetrwać  do  kresu  swych  dni.  Pragnąłbym 
tworzyć 

im 

warunki 

do 

aktywnego, 

ciekawego, 

dostosowanego  do  ich  upodobań  i  możliwości  spędzania 
czasu. Chciałbym dać im możliwość zamieszkania w pobliżu 
rodziny, gdyby wyrazili taką chęć.

- Tego  rodzaju  miasteczka  dla  emerytów  działają  już  na 

Florydzie i w Arizonie od lat. Czym wyróżniałoby się twoje?

Pokiwał głową i odrzekł:

- Usiłuję  raczej  zespolić  ze  sobą  całą  społeczność,  nie 

chcę  izolować  jednej  grapy  wiekowej.  Chciałbym  zacząć  od 
budowy  mieszkań dla emerytów wraz  z całą infrastrukturą, a 
następnie dobudowywać domy dla rodzin.

Rusty  patrzyła  na  niego  bez  wyrazu.  Znudził  ją. 

Rozczarowanie  było  dotkliwsze,  niżby  się  spodziewał.  Choć 
nie  bardzo  wiedział  dlaczego,  sądził,  że  ją  to  powinno 
zainteresować.  Poza  wszystkim,  była  bardzo  przywiązana  do 

background image

babci.  A  może  przyjść  taki  moment,  kiedy  Agnes  nie  będzie 
już mogła mieszkać sama.

Rusty wskazała ręką komputer i stosy papierów.

- I  to  wszystko  powinieneś  zgrać  przed  trzydziestym?  A

więc jednak uważnie słuchała. Pokiwał głową.

- Byłeś zaangażowany w to przedsięwzięcie jeszcze przed 

moim przyjazdem,  prawda?  A  odkąd  tu  jestem,  wszystko  się 
bardzo skomplikowało?

Zawahał się, lecz skinął głową.

- Dziś po południu nie otrzymałem bieżących informacji.

- Żeby nie wspomnieć o przedpołudniu.

- Skoro  czas  tak  bardzo  cię  naglił,  dlaczego  dałeś 

ogłoszenie, że chcesz z kimś spędzić  święta? - spytała. - Nie 
możesz teraz sobie pozwolić nawet na chwilę wytchnienia.

Niewątpliwie  należała  się  jej  odpowiedź,  lecz  Trent  nie 

bardzo wiedział, co by miał jej powiedzieć. Przecież zakładał, 
iż  na  ogłoszenie  odpowie  kobieta  zupełnie  innego  pokroju. 
Taka, która nie będzie mu zadawała pytań, tylko zwinie ma -
natki  i  wyniesie  się  do  domu,  jeśli  okaże  jej  brak 
zainteresowania.  Która  nie  stanie  się  dla  niego  wyzwaniem  i 
nie sprowokuje do pocałunku.

- Spodziewałem się, że się z tym wcześniej uporam. - To 

była prawda. - Wujkowie bardzo się cieszyli na twoją wizytę a 
rozczulili  się,  gdy  zapytałaś,  czy  babcia  może  z  tobą 
przyjechać.  Nie  chciałem  ich  rozczarować  tylko  dlatego,  że 
nie zdążyłem załatwić swych spraw na czas. - Zastanawiał się, 
czy  powinien  ją  przeprosić.  Rusty  przypatrywała  mu  się 
badawczo,  ale  niczego  z  jej  twarzy  nie  potrafił  wyczytać. 
Nagle spojrzenie jej ciemnych oczu złagodniało.

- Jesteś przyzwoitym człowiekiem, Trent. Rozumiem cię 

lepiej, niż sądzisz. Widzisz...

Przerwało jej pukanie do drzwi. Do pokoju weszła Agnes.

- To nadeszło dla ciebie, Trent. - Podała mu trzy koperty.
- Dzięki. - Dalsze pliki akt z biura. Rzucił je na podłogę, 

gdzie leżały już inne, które będzie musiał później przejrzeć.

- Doc  domyślił  się,  że  przyszedłeś  tu  popracować. -

Srogim  wzrokiem  obrzuciła  komputer. - Jest  piękne 
popołudnie  i  wy  dwoje  nie  powinniście  się  zamykać  w
sypialni. - Spojrzała  z  wyrzutem  na  wnuczkę,  która  w 

background image

odpowiedzi  wzniosła  oczy  do  nieba. - Rusty,  do  ciasteczek 
wzięłyśmy orzechy z Georgii.

- A co w tym złego?
- Nic, ale Harvey twierdzi, że różnią się w smaku od tych, 

które rosną tu, na ranczu. Uważa, że do naszych świątecznych 
wypieków  najlepsze  będą  tutejsze.  Gdybyście  oboje  poszli 
pozrywać,  zrobiłabym  jutro  na  kolację  placek  z  masą 
orzechową. Co wy na to?

Trent uznał, że przyda mu się trochę odpoczynku.

- Bardzo lubię placek z orzechami.

W  rezultacie  z  torbami  w  rękach  wyruszyli  w  stronę 

rosnącej za domem leszczyny.

- Orzechy  zbiera  się  w  listopadzie - zauważył  Trent. -

Harvey  dobrze  o  tym  wie.  Dziwne,  że  nie  zerwał  ich  w  tym 
roku.

- Im  chodziło  tylko  o  to,  żeby  nas  wypłoszyć  z  twojej 

sypialni.

- Przecież  nie jesteśmy parą  nastolatków. Nic  zdrożnego 

nie mogło się wydarzyć - zaprotestował.

- Szkoda.  Świetnie  całujesz. - Przesłała  mu  przez  ramię 

figlarny  uśmiech  i  ruszyła  biegiem  przed  siebie.  Trent 
uśmiechnął  się  mimo  woli,  chociaż  miał  ją  do  siebie  zrażać. 
Tylko  że  nie  spodziewał  się,  by  jakaś  kobieta  z  ogłoszenia 
mogła mu się spodobać. Do głowy by mu nie przyszło, że na 
nie odpowie osoba taka jak Rusty. Coś w jego charakterystyce 
musiało ją pociągać, w przeciwnym razie jej by tu nie było. Z 
czego płynie dalszy wniosek - ona nie tylko zakładała, że jest 
taki,  jak  go  opisali  wujkowie,  ona  wybrała  tego  typu 
mężczyznę.

A  on  temu  opisowi  zupełnie  nie  odpowiadał.  Co  za 

zamieszanie.  Powinien  się  zakręcić  póki  czas  i  wrócić  do 
sypialni. Sam.

- Dalej,  Creighton,  goń  mnie! - W  głosie  Rusty 

pobrzmiewał śmiech.

Trent  niezbyt dobrze biegał.  Gdyby jej nie złapał, czułby 

się  upokorzony.  Gdyby  ją  złapał,  byłoby  jeszcze  gorzej. 
Wbrew rozterkom rzucił się w pościg. Będzie tego żałować, to 
pewne. Był już w połowie drogi, gdy Rusty nagle zboczyła i 
zatrzymała się w pobliżu wielkiej starej stajni.

background image

- Czy  Doc  tu  trzyma  zwierzęta? - Nawet  nie  była 

zdyszana.  Przebiegł jeszcze  kawałek,  żeby  nie  usłyszała jego 
ciężkiego oddechu.

- Nie. One są tam. - Wskazał inny budynek z wybiegiem.
- Wobec tego, co jest tutaj? Wzruszył ramionami.
- Nic takiego. Harvey wykorzystuje stajnię jako magazyn.
- Chyba  coś  słyszałam. - Spojrzała  na  niego  wzrokiem, 

jakim zwykle patrzą na mężczyzn kobiety, oczekujące od nich 
inicjatywy.

- Chcesz, żebym sprawdził?
- A ty nie chcesz?
- Niespecjalnie.  Trzeba  zebrać  dla  twojej  babci  sporo 

orzechów, żeby mogła upiec placek.

- Taak,  nawet  całe  mnóstwo,  na  wypadek  gdyby  mu... 

chciała  zrobić  więcej  niż  jeden - powiedziała  pod  nosem. 
Pociągnęła za drewnianą, zamykającą drzwi sztabę.

Trent,  zrezygnowany,  podszedł  jej  pomóc.  Wielkie, 

skrzypiące  wrota  się  uchyliły.  Popchnął  jedno  skrzydło  i 
zajrzał do mrocznego wnętrza.

- Ale ciemno. Nie ma tu kontaktu elektrycznego? - Rusty 

macała ręką wzdłuż ściany.

- Rzeczywiście  bardzo  ciemno. - Trent  nie  mógł  się 

pozbyć wrażenia, że coś jest nie w porządku. Zwykłe światło 
przeświecało przez szczeliny bocznych ścian.

Właśnie  wtedy  Rusty  znalazła  przełącznik.  Umieszczone 

gdzieniegdzie  gołe  żarówki  robiły  co  w  ich  mocy,  by 
rozproszyć  ciemności.  Trent  w  osłupieniu  rozglądał  się 
dokoła.  Przy  ścianach  od  podłogi  aż  po  krokwie  ustawione 
były  przeróżne  kartony,  pudła  i  skrzynie,  które  całkowicie 
tamowały dopływ dziennego światła.

- Spójrz  na  te  bambetle! - Rusty  skierowała  się  do 

najbliższego  stosu.  Jedno  z  pudełek  leżało  na  ziemi  do  góry 
nogami. Musiało spaść i ten odgłos właśnie usłyszała.

- L.L. Bean, „Ostrzejszy obraz", DAK... Mamy tu pomnik 

wystawiony sprzedaży wysyłkowej. - Odwróciła się do Trenta.
- Tacy klienci jak twoi wujkowie to potęga.

- Tu  jest  cały  dom  towarowy. - Trent  szedł  wzdłuż 

jednego rzędu i nagle się roześmiał.

- Co takiego? - Podeszła bliżej.

background image

- Materace,  które  testuje  Harvey.  Rusty  podskoczyła  na 

pierwszym.

- Za  twardy - powiedziała  głosem  małej  dziewczynki  i 

przeszła  do  następnego. - Za  miękki. - Wypróbowała  ręką 
trzeci  i  rozciągnęła  się  na  nim. - Ten  jest  w  sam  raz. -
Przesunęła się na jedną stronę i poklepała dłonią miejsce obok 
siebie.

- Nie chcesz sprawdzić?
- Wierzę  ci  na  słowo. - Widok  tego  magazynu  nie 

otwartych  dotąd  opakowań  zaniepokoił  Trenta.  Zazwyczaj 
ludzie nie gromadzą podobnej masy... takich rzeczy.

- Byłeś  bardziej  zabawny,  gdy  dokuczałeś  mi  w  swojej 

sypialni. - Usiadła i wydęła wargi.

- Przepraszam. Po prostu nie mogę wyjść ze zdziwienia.
- Trent  przeciskał  się  koło  kolumny  pudeł  w  stronę 

większych skrzyń.

Rusty zrezygnowała z udawania małej dziewczynki.

- Nie wiedziałeś o tym?
- Nie. - Sprzęt  potrzebny  w  gospodarstwie  rolnym. 

Nowoczesne  wyposażenie  gospodarstwa  rolnego.  A  przecież 
bracia  Davisowie  niczego  nie  uprawiali  od  lat,  poza 
warzywami w ogrodzie. Pudła wokół niego zachwiały się, gdy 
Rusty podjęła penetrowanie zbiorów na własną rękę.

- Uważaj! - zawołał.
- Dobrze.  Trochę  się  boję,  żeby  któraś  z  tych  wież  nie 

spadła na Harveya.

- Ja się tego nawet poważnie obawiam.
- Trent!  Coś  takiego  było  w  jej  głosie,  że  zaraz  do  niej 

podszedł.

- Co znalazłaś?
- Sprzęt medyczny. Jeśli napis na nalepce jest właściwy, 

to mamy ultrasonograf.

Trent zaniemówił. Rusty trąciła go łokciem.

- Kiedy  ostatnio  sprawdzałeś  stan  ich  konta?  Trent 

pomasował sobie skronie.

- Ze względu na niezwykłe zaufanie, jakim się cieszą, nie 

mają  żadnego  ograniczenia.  Sam  nie  wiem  właściwie, 
dlaczego ja cierpliwie znoszę te ich wybryki.

background image

- Ponieważ ich kochasz - odrzekła. - Mężczyźni nie lubią 

tego  słowa,  zdaję  sobie  z  tego  sprawę.  Widzę  tę  miłość, 
obserwując,  jak  ich  traktujesz,  jak  się  nimi  opiekujesz. - Po 
czym dodała z pewnym ociąganiem: - Nie wbijaj się w dumę, 
ale jest to jedna z twoich milszych cech.

- Dzięki - odparł  zduszonym  głosem,  gdyż  naprawdę 

poczuł wzruszenie. Żadna z kobiet, które przywoził na ranczo 
Triple D, nie rozumiała, że wujkowie byli mu drodzy. Żadnej 
kobiety to nie obchodziło.

- Oni  mnie  wychowali - powiedział. - Moja  mama  była 

ich jedyną siostrą.

- I co się z nią stało? - Rusty wróciła na materac, a Trent 

za nią.

- Kiedy  miałem  siedem  lat,  moi  rodzice  zginęli  w 

wypadku  autobusowym.  Wybrali  się  na  wycieczkę,  a  mnie 
zostawili na ranczu i już tu zostałem. Emma, żona Clarence'a, 
jeszcze wtedy żyła.

- Nie mieli własnych dzieci?
- Nie.

Rusty pokiwała głową, jakby odnalazła kawałek układanki 

pasującej do łamigłówki.

- Clarence musiał cię traktować jak własnego syna.
- Pewnie  tak.  Od  razu  zapędził  mnie  do  pracy,  co 

pozwoliło  mi  zapomnieć  o  tragedii.  Wtedy  jeszcze 
prowadzono  gospodarstwo  na  ranczu,  zanim  się  okazało,  że 
jest  kopalnią  pieniędzy.  Gdy  spadło  na  nich  bogactwo,  ja 
byłem  nastolatkiem  i  nikt  nie  wiedział,  jak  sobie  dać  radę  z 
taką fortuną.

- A czy teraz oni wiedzą? - spytała ze śmiechem.
- Nie, ale mają mnie i ja się o to martwię.
- I wywiązujesz się z tego znakomicie.
- Musisz  wiedzieć,  że  właśnie  odmówiłem  ich  prośbie  o 

podwyższenie im kieszonkowego.

Znowu się roześmieli, po czym Trent spytał:

- A ty, kiedy straciłaś rodziców?
- Nie miałam kogo tracić - odparła bez wahania, ale i bez 

goryczy. - Widzisz,  bardzo  dobrze  wiem,  co  czujesz  do 
wujków, gdyż mam taki sam stosunek do babci. To ona mnie 

background image

wychowała  i  ją  traktowałam  jak  matkę.  A  moją  prawdziwą 
matką jest doktor Ellen Romero. Botaniczka.

- Przepraszam, ale nigdy o niej nie słyszałem.
- A powinieneś. Całe życie pracowała nad dostosowaniem 

kultur rolnych do uprawy w warunkach stałej suszy. Mieszka 
gdzieś  w  Afryce. - Tę  ostatnią  uwagę  wypowiedziała  nazbyt 
obojętnym tonem. Mogła udawać, że jej to nie obchodzi, lecz 
naprawdę  tak  nie  było. - Z  tego,  co  wiem,  ona  i  mój  ojciec, 
którego nigdy nie poznałam, byli parą na studiach. Starali się 
o  stypendia  naukowe  i  powiedziano  im,  że  byłoby  lepiej, 
gdyby  się  pobrali.  Zrobili  to  i  rzeczywiście  je  dostali.  Dwa. 
Matka  chciała  pracować  w  jednej  dziedzinie,  ojciec  w  innej; 
więc się rozwiedli. Wtedy matka stwierdziła, że jest w ciąży. 
Tam gdzieś, w odległe rejony świata, gdzie miała wyjechać do 
pracy,  nie  wolno było  zabierać dzieci,  zatem  postanowiła,  że 
odda  mnie  do  adopcji.  Babcia  uparła  się,  że  będzie  mnie 
wychowywać.

Trent  pomyślał,  że  postępowanie  rodziców  Rusty  było 

przerażające.

- Twoja babcia musi być zupełnie wyjątkową osobą.
- To prawda.

Z  jej  tonu  wywnioskował,  że  jest  do  niej  tak  samo 

przywiązana, jak on do wujków.

- Babcia  sama  mnie  wychowała,  i  to  w  czasach,  kiedy 

niewiele  było  samotnych  matek.  Musiała  przecierać  szlak. 
Sądziła,  że  po  paru  latach  matka  wróci  po  mnie  i  będzie  jej 
wdzięczna,  ale  instynkt  macierzyński  Ellen  zaspokoiły 
uprawy.

- Widywałaś się ze swą matką?
- Rzadko. I w ogóle nie myślę o niej jako o matce. Wiem, 

że to zabrzmi dziwnie, ale ona jest dla mnie raczej jak starsza 
siostra albo jakąś dalsza kuzynka.

- I tak zostałyście ze sobą we dwie - ty i babcia.

Pokiwała głową.
Trent  pomyślał,  że  teraz  już  wie,  dlaczego  Rusty 

odpowiedziała  na  ogłoszenie.  Nigdy  nie  miała  tradycyjnej 
rodziny, więc oczywiste było, że takiej szukała. Po tym, co mu 
powiedziała,  poczuł  się  jak  skończony  łajdak.  Nie  powinien 
się godzić na ten głupi pomysł.

background image

ROZDZIAŁ 6

Rusty przypomniała sobie o orzechach dopiero w kuchni, 

gdy  napotkała  wyczekujące  spojrzenie  Agnes.  Zamyślony 
Trent  powiesił  kurtkę  na  wieszaku  przy  drzwiach  i  zaraz 
wyszedł.  Rusty,  z  pustą  torbą  za  plecami,  zaczęła  przesuwać 
się  w  stronę  spiżarni.  Może  uda  się  jej  podebrać  trochę 
orzechów  z  Georgii.  Szczerze  wątpiła,  czy  ktoś  by  zauważył 
różnicę.

- Szybko wróciliście - zauważyła Agnes, przyglądając się 

wnuczce bacznie.

- Mhm. - Rusty zniknęła za drzwiami spiżarni.
- Chyba  się  nie  posprzeczaliście,  co?  Posprzeczaliście? 

Rusty wychyliła się zza drzwi.

- Nie znam na tyle Trenta, żeby się z nim kłócić - odparła.
- To  dobrze.  Babcia  nadal  miała  nadzieję  na  to 

małżeństwo.  Oto  co może  zrobić  z  człowiekiem  świeże, 
wiejskie powietrze.

Rusty odkryła w spiżarni brązowe, papierowe torby, pełne 

nie  łuskanych  orzechów.  Zapewne  Harvey  je  pozrywał. 
Powinna  się  domyślić,  że  wyprawa  po  orzechy  została 
zaaranżowana.  Będzie  musiała  porozmawiać  z  babcią -
żadnego dalszego swatania.

A poza tym Trent pocałował ją już po paru godzinach od 

ich przyjazdu. To wprawdzie nic nie znaczyło, ale pocałował 
ją,  i  ten  pocałunek  był  wspaniały.  Mógłby  być  poważną 
zachętą do przyjęcia roli niewolnicy domowej.

Postanowiła  poprosić  wujków  o  pomoc  w  rozłupywaniu 

orzechów.  Kiedy  weszła  do  pokoju,  był  tam  już  Trent.  Z 
wyrazu  ich  twarzy  wywnioskowała,  że  rozmowa  dotyczyła 
spraw  finansowych.  Harvey  miał  minę  upartego  dziecka, 
Clarence  uśmiechał  się  pobłażliwie,  a  Doc  był  najwyraźniej 
znudzony. Trent trzymał w ręku telewizyjnego pilota.

I nikt nie korzystał z telefonu.
Co  za  wspaniała,  sprzyjająca  okoliczność.  Z  torbą 

orzechów pobiegła do swego pokoju, chwyciła komputer i już 
po chwili  siedziała przy  biurku Trenta,  czytając zatrważające 
wiadomości z elektronicznej  poczty. „Musimy porozmawiać"
- napisała Alisa.

background image

Sprawa  była  poważna.  Problem  nie  obranych  orzechów  i 

wujków - maniaków „Telezakupów" zszedł na dalszy plan.

Ten wstrętny George Kaylee zlecił wykonanie fotosów do 

swej  prezentacji.  Według  Alisy  były  w  najwyższym  stopniu 
profesjonalne. Musiał uznać, że korzyść finansowa, jaką miał 
nadzieję  odnieść,  warta  jest  zainwestowania  własnych 
pieniędzy. Wykorzystał przy tym nieobecność Rusty. Tego nie 
można było zlekceważyć.

Rusty  zapatrzyła  się  w  ekran  komputera.  Skoro  ona  ma 

zilustrować  swój  projekt  szkicami,  to  jej  propozycje,  choćby 
lepsze, gorzej wypadną w porównaniu z fotografiami. Klienci 
byli  pod  tym  względem  dziwni.  Kiedyś  o  powodzeniu  całej 
kampanii  reklamowej  zdecydował  kolor  tła  w  folderze. 
Spojrzawszy  na  zegarek,  zdecydowała,  że  zatelefonuje  do 
biura, choć w Chicago było już po godzinach pracy.

- Agencja Dearsinga. Biuro Rusty Romero.
- Alisa?  Piątkowy  wieczór,  a  ty  jeszcze  siedzisz?  Co  za 

sumienność.

- Prawie  odchodziłam  od  zmysłów!  Dlaczego  nie 

zatelefonowałaś?

Rusty pokrótce opisała jej, jak na ranczu Triple D wygląda 

telefonowanie.

- Na szczęście cię złapałam.
- O szczęściu będziemy mówić później. Chwilowo sprawa 

nie wygląda dobrze.

Na linii rozległ się trzask i Rusty usłyszała głos Harveya:

- Jaki jest numer tego gatunku?
- Przepraszam, czy to pan, panie Davis? - spytała.
-

Chciałbym  zamówić  dwa  tuziny  kompletów 

elektrycznego pastucha.

- Tu Rusty.
- Czy kabel jest powleczony białym, winylem?
- Panie Davis, tu Rusty Romero. Rozmawiam z drugiego 

telefonu.

- Och,  panno  Rusty.  Czy  także  zamawia  pani 

elektrycznego pastucha?

- Nie, rozmawiam z przyjaciółką.
- Czy  ona  przyjmuje  zamówienia  na  elektryczne 

pastuchy?

background image

- Nie...  to  znaczy  tak. - W  ten  sposób  będzie  łatwiej. -

Proszę przekazać jej swe zamówienie.

Teraz  Rusty  będzie  miała  na  głowie  to  głupie  zlecenie. 

Gdy  rozbawiona  Alisa  przyjęła  zamówienie  Harveya,  który 
wreszcie się wyłączył, Rusty westchnęła ciężko.

- Widzisz?  Słuchaj,  czy  sądzisz,  że  mogłabyś  się  bliżej 

przyjrzeć projektowi George'a?

- Już  to  zrobiłam.  Właśnie  w  tej  chwili  trzymam 

fotografie w swojej drobnej rączce.

Serce Rusty zabiło mocniej. Alisa była bezkonkurencyjna.

- Skąd je wzięłaś?
- Były w śmieciach George'a. Są trochę prześwietlone, ale 

będziesz wiedziała, jaka jest ogólna idea.

- Chyba  żartujesz. - Co  za  ulga. - Dlaczego  on  ich  nie 

oddał do zniszczenia?

- Polecił  to  Tammy,  ale  ona  miała  randkę,  więc 

zaproponowałam, że zamiast niej puszczę w ruch niszczarkę.

Rusty zagwizdała cicho.

- Drugi raz już nie skorzysta z twojej pomocy.
- Wiem.  Mam  ci  je  przysłać  czy  zaraz  wracasz?  Rusty 

przymknęła oczy. Początkowo zakładała, że babcia szybko się 
zmęczy  gotowaniem  i  wyjadą  stąd  dobrze  przed  świętami. 
Niestety, rzeczywistość okazała się całkiem inna. Agnes jako 
gosposia  była  w  siódmym  niebie  i  rozkoszowała  się 
towarzystwem  wujków.  Rusty  dawno  nie  pamiętała  jej  tak 
ożywionej.  Ciągnąć  ją  teraz  z  powrotem  do  Chicago  byłoby 
okrucieństwem.  Czy  ona  kiedykolwiek  o  coś  dla  siebie 
prosiła? Rusty nie może okazać się samolubna.

- Lepiej  przefaksuj mi je  dziś wieczorem. - Sprawa  była 

pilna. Rusty nie mogła czekać.

- Teraz?
- Och. - Harvey  niewątpliwie  przerwałby  transmisję. 

Jedna linia telefoniczna to męka. - Późnym wieczorem.

- O  której?  Dobre  pytanie.  Najlepiej  jak  już  wszyscy 

pójdą spać.

Będzie musiała zawracać głowę Trentowi, lecz czy miała 

wybór?

- O północy?
- Nastawię automat na dwunastą - odparła Alisa.

background image

- Och, Aliso, skoro masz wszystkie potrzebne informacje, 

to może zamówiłabyś elektrycznego pastucha, dobrze?

Tego  wieczoru  Rusty  pracowała  przy  komputerze  i 

przysięgła sobie, że znajdzie sposób na zainstalowanie drugiej 
linii telefonicznej. Nie mogła pojąć, dlaczego Trent do tej pory 
tego  nie  zrobił.  Może  myślał,  że  jedna  linia  to  dość  na 
telefoniczne zakupy wujków.

Przypomniała  sobie  stajnię  i  potrząsnęła  głową.  Nie 

zazdrościła Trentowi tego problemu. Sama też miała kłopoty. 
Agnes  była  na  nią  zła,  że  nie  przyłączyła  się  do  szykowania 
kolacji. Nie chodziło jej o pomoc, lecz by Rusty wykazała się 
na tym polu.

Wbrew  obietnicom  babci  na  kolację  była  znowu 

zapiekanka  z  makaronu  i  tuńczyka,  więc  Rusty  szczerze  się 
uradowała,  że  odpowiedzialność  nie  spadła  na  nią.  Zegar 
wskazywał  już  jedenastą  czterdzieści  pięć.  Włożyła  szlafrok, 
zamknęła laptopa i w skarpetkach, po cichu, ruszyła w stronę 
drzwi. Wyjrzała do holu.

Światło  wydobywało się  przez  szparę  w drzwiach dwóch 

pokojów.  Tylko  jeden  z  nich  zajmował  Trent.  Harvey  nadal 
testował materace w stajni, więc nocnym markiem musiał być 
Clarence lub Doc.

Skradała się w stronę pokoju Trenta, świadoma komizmu 

sytuacji.  Oto  przemyka  się  chyłkiem  w  środku  nocy  do 
sypialni  atrakcyjnego  kawalera,  żeby  odebrać  faks.  Czy  nie 
powinna przemyśleć wszystkiego jeszcze raz?

Stanęła przy drzwiach i zawahała się. Pukanie niesie się w 

nocy,  a  nie  chciałaby  zostać  przyłapana  przez  któregoś  z 
wujków. Zastukała delikatnie. Żadnej odpowiedzi. Przyłożyła 
ucho  do  drzwi  i  usłyszała  jakiś  szmer.  Ledwie  zdążyła 
odskoczyć, gdy Trent je otworzył.

- Cześć,  czy  mogłabym... - Był  bez  koszuli.  Dech  jej

zaparło.  Miał  na  sobie  szare  spodnie  dresowe  i  grube,  białe 
skarpetki, a na nosie okulary w czarnej, metalowej oprawie.

Wyglądał  wspaniale.  Więcej  niż  wspaniale - jak 

uosobienie męskości. Odebrało jej mowę.

- Czy  co  mogłabyś?  Wiedziała,  że  powinna  mu 

odpowiedzieć, ale nie była

background image

w stanie. Poza tym zapomniała, po co tu przyszła. To, co 

nią  pierwotnie  kierowało,  przestało  się  liczyć.  Teraz  musiała 
rozwiązać  problem  na  wpół  nagiego  Trenta.  Wyobraźnia 
podsuwała  jej  różne  zachwycające  możliwości,  a  wszystkie 
zakładały nawiązanie kontaktu z Trentem, a właściwie z jego 
torsem. Przy okazji każda inna styczność z tym ciałem byłaby 
mile widziana.

Gdzie  on  ukrywał  te  muskuły?  Miał  szerokie  ramiona, 

pierś owłosioną na tyle, że tylko podnosiło to jej atrakcyjność. 
Rusty  nie  uważała  się  za  amatorkę  bujnego,  męskiego 
owłosienia,  ale  to  było  w  sam  raz.  Dlaczego  przedtem  nie 
uświadamiała sobie, że jest takie niesamowicie męskie?

- Rusty? - Trent  mówił  do  czubka  jej  głowy.  gdyż  ona 

wpatrywała się w jego pierś.

- Mmm?
- Jest środek nocy, a ty stoisz w drzwiach mojego pokoju.
- Tak. - Jej wzrok powędrował w górę. Ku jego szyi. Była 

długa i prawie tak wspaniała jak tors.

- Wchodzisz? - Odsunął  się  na  bok.  Postąpiła  kilka 

kroków  do  przodu  i  zatrzymała  się.  Tam, gdzie  ramię  się
wznosiło,  by  połączyć  z  szyją,  tworzyło  się ciekawe 
zagłębienie,  które  jakby  tylko  czekało,  żeby  je  pokryć 
pocałunkami.

Trent patrzył na nią zdziwiony.
Powinna coś powiedzieć.

- Masz szyję. - Hmm. Powinna powiedzieć coś innego.
- Jak większość ludzi.
- Ale...  niektórzy  mają  krótką.  Ty  masz  długą.  Jest... 

ładna. Ładna szyja. - Przestań już, upomniała się w duchu.

- Dziękuję - rzekł z powagą. Na chwilę zapadła cisza, a w 

kącikach jego ust pojawił się cień uśmiechu.

- Przyniosłaś komputer. - Całkiem o nim zapomniała. - Z 

tego wnoszę, że nie chodzi o próbę uwiedzenia.

- Początkowo intencja była inna.
- A teraz?
- Chyba też - odparła z westchnieniem.
- Wobec  tego  powinienem  włożyć  koszulę. - Wisiała  na 

gałce od szafy. Sięgnął po nią.

Zakryć taką pierś?

background image

- Nie  rób  sobie  kłopotów  z  mojego  powodu. 

Znieruchomiał  na  moment  z  uśmiechem  mężczyzny 
świadomego, że podoba się kobiecie.

- Jesteś  pewna,  że  mnie  nie  uwodzisz?  Zęby.  Dołeczki. 

Tors. Szyja. Wszystko tak godne podziwu.

- Nie... Uśmiechnął się jeszcze szerzej.
- Więc  może  zostawię  ją  nie  zapiętą  do  czasu,  kiedy  się 

zdecydujesz.

- Dobrze. - Odetchnęła  głęboko  i  wtedy  przypomniała 

sobie o faksie.

- Mój faks! Która godzina?
- Dochodzi  północ.  Z  cichym  okrzykiem  rzuciła  się  do 

telefonicznego gniazdka.

- Czy mogę włączyć mój modem do sieci?
- Proszę  bardzo.  Rusty  nie  chciało  się  wierzyć,  że  tors 

Trenta  zrobił  na  niej takie  wrażenie.  No,  szyja  również,  ale 
szyje  widuje  się  na  co  dzień.  Przecież  nie  była  zacofaną 
skromnisią,  którą  mógłby  wstrząsnąć  widok  nagiego, 
męskiego  torsu.  Z  czego  wniosek,  że  ten  czymś  się 
zdecydowanie  różnił  od  innych.  Czy  tym,  że  należał  do 
Trenta?

Zerknęła  na  niego  znad  biurka.  Siedział  na  łóżku  i  w 

okularach na nosie wpatrywał się w jakiś dokument. Odłożył 
go,  wziął  następny,  pomasował  czoło  i  znowu  sięgnął  po 
pierwszy.

Nie, powodem nie był Trent, zdecydowała. Nie mógł być. 

On po prostu znalazł się przypadkiem w pobliżu, to wszystko. 
Tak podziałało na nią świeże, wiejskie powietrze.

Wstała  zza  biurka.  Miała  na  sobie  ten  szlafrok,  którego 

babcia  tak  nie  znosiła.  Dopiero  teraz  Rusty  doceniła  jej 
krytykę.  Westchnęła  z  ubolewaniem.  W  tym  stroju  nie  ma 
mowy o uwodzeniu.

- Oczekuję,  że  nadejdzie  kilka  stron,  to  potrwa  parę 

minut. Może wrócę później...

Trent,  nie  podnosząc  głowy  znad  dokumentów,  machnął 

ku niej ręką.

- Daj spokój.

background image

Odsunęła  ostrożnie  stos  papierów  i  usiadła  na  skrzyni. 

Dokładnie  ó  północy  rozległ  się  dzwonek  telefonu  i  włączył 
się modem. Teraz pozostało już tylko czekać.

- Chyba telefon nikogo nie zbudził, jak sądzisz? Pokręcił 

głową.  Odrzucił  na  łóżko  jakieś  akta,  zdjął  okulary i 
pomasował nasadę nosa. Wyglądał na zmęczonego.

- Nie wiedziałam, że nosisz okulary - powiedziała Rusty. 

Nie był to zbyt oryginalny wstęp do rozmowy.

- Zdjąłem szkła kontaktowe. Nie mogła oderwać od niego 

oczu,  uznała  więc,  że  musi  dalej z  nim  rozmawiać,  będzie 
miała przynajmniej usprawiedliwienie.

- Co  wujkowie  mieli  do  powiedzenia  na  temat  tych 

zbiorów w stajni?

- To prezenty na święta - odparł zgnębionym głosem.
- Ooo. - Spojrzała na Trenta zdumionym wzrokiem.
- Byli bardzo tajemniczy. Usiłowali mnie zbyć zwykłymi 

śpiewkami,  że  o  takie  sprawy  się  nie  pyta.  Niemniej  jednak 
zwróciłem  im  uwagę  na  ilość  i  różnorodność  rzekomych 
prezentów.

- I co? Westchnął.
- Powiedzieli,  żebym  pilnował  swoich  interesów. 

Zauważyłem, że ich sytuacja finansowa jest moim interesem. 
Kiedy  wreszcie  ustaliliśmy,  że  stać  ich  na  te  niewielkie 
szaleństwa, wyrwali mi pilota i wyrzucili z pokoju.

Rusty  wybuchnęła  śmiechem.  Obraz  trzech  starszych 

panów  walczących  z  silnym  siostrzeńcem  o  pilota  był 
nieodparcie komiczny.

- Cieszę  się,  że  cię  to  bawi.  Powstrzymując  nieco 

rozbawienie, spytała:

- A rzeczywiście stać ich na to wszystko? Trent pokiwał 

głową.

- Rusty?
- Słucham? Widać było, że szuka właściwych słów.
- Jako osoba z zewnątrz... czy... nie zauważyłaś, że z nimi 

jest coś nie w porządku?

Najwyraźniej był naprawdę zaniepokojony.

- Nie - odpowiedziała  poważnie. - Wiesz,  Harvey  jest 

raczej nietuzinkowy...

- Właśnie.

background image

- Babcia by mi powiedziała, gdyby było w tym coś złego. 

Przed  przejściem  na  emeryturę  zajmowała  się  handlem 
nieruchomościami i nauczyła się szybko oceniać ludzi.

- Muszę  wierzyć,  że  magazynują  te  wszystkie  rzeczy  z 

jakichś rozsądnych powodów.

To jego zatroskanie zapisywało się znowu zdecydowanym 

plusem na jego koncie. Zresztą ostatnio takich plusów dałoby 
się  zebrać  więcej.  Prawie  wystarczająco  dużo,  żeby 
zneutralizować minusy. Jak to się stało?

Gorączkowo szukała nowego wątku.

- To  są  te  oferty? - Wskazała  prospekty  rozrzucone  na 

łóżku.

- Tak. - Chyba  był  zadowolony  ze  zmiany  tematu. -

Spodziewam się jeszcze więcej, ale pomyślałem, że należy już 
rozpocząć porównywanie i niektóre wyeliminować.

- Hej. - Rusty poznała znak firmowy na jednej z nich.
- Znam tę firmę. - Nie zważając, że może Trent wolałby, 

aby  nie  zaglądała  do jego  materiałów,  wzięła  w rękę  jeden z 
folderów odłożonych na bok.

- Spółka Budowlana Lanca. - Potrząsnęła głową. - Nie do 

wiary, że jeszcze utrzymali się na rynku.

- Znasz ich? - spytał, patrząc na nią bacznie.

Skinęła  głową.  Uznała,  że  właściwie  nie  będzie  miało 

znaczenia, jeżeli powie Trentowi o swej pracy. I tak się pewno 
zastanawiał, dlaczego odbiera w nocy faksy.

- Pracuję dla Agencji Reklamowej Dearsinga w Chicago.
- Wskazała  kciukiem do  tyłu. - Właśnie  stamtąd  jest  ten 

faks.

- Nie  musisz  się  tłumaczyć. - Trent  uniósł  dłoń  w 

powstrzymującym geście.

Nie, pomyślała, ale sądziłam, że cię to zainteresuje. Może 

to i dobrze, że nie.

- W każdym razie, kiedy byłam jeszcze zupełnie zielona, 

spółka  Lanca  wystąpiła  do  naszej  agencji  o  obsługę 
reklamową. Mówili o takich sumach, że mogło zakręcić się w 
głowie. - Wzruszyła ramionami. - Oczywiście myślałam jak i 
wszyscy  inni,  że  spróbuję.  A  oni  usiedli,  obejrzeli  nasze 
projekty, pokiwali głowami i zaproponowali nam kontrakt na 
ułamek  sumy,  o  której  mówili.  Agencja  nie  byłaby  w  stanie 

background image

przeprowadzić  za  taką  kwotę  kampanii  reklamowej  według 
projektów,  które  wybrali.  Do  zawarcia  umowy  nie  doszło,  a 
spółka Lanca wykorzystała nasze pomysły.

- Nie żądaliście odszkodowania?
- Wszystko sprytnie pozmieniali, żeby nie można im było 

wytoczyć  procesu.  Agencja  dokładnie  rozważyła,  czy  może 
ich  skutecznie  zaskarżyć. - Wskazała  znak  firmowy  na 
prospekcie. - Widzisz  tego  rycerza  na  koniu  z  lancą?  To  był 
mój pomysł. Wprawdzie żadnej zasługi nie będę mogła sobie 
przypisać, ale zawsze.

- Dlaczego? Przecież twój pomysł został wykorzystany.
- Nie zrobiłam tego w ramach obowiązków. Byłam wtedy 

tylko asystentką głównego projektanta - taką wychwalaną siłą 
pomocniczą.  Podczas  kolejnej  burzy  mózgów  pokazałam  mu 
swój szkic.

- I on go ukradł?

Trent  najwyraźniej  był  oburzony,  więc  pospieszyła  z 

wyjaśnieniem:

- Nie,  byłam  uszczęśliwiona,  że  go  wykorzystał, 

ponieważ miałam nadzieję na odpowiedniejszą pracę, jeżeli on
otrzyma  zlecenie.  W  taki  sposób  ludzie  pną  się  do  góry  w 
Agencji Dearsinga.

- Musiałaś najpierw się wkupić?
- Właśnie.  Mówiliśmy  o  spółce  Lanca.  Najpierw 

marchewka, potem kijek - to jest ich sposób działania. Podali 
podejrzanie niskie ceny w ofercie, prawda?

Trent pokiwał głową.

- Dostają  zadanie  i  w  połowie  roboty  potrzebują 

większych  pieniędzy.  Wiem,  że  mieli  wybudować  kilka 
rządowych  gmachów  w  Chicago  i  sytuacja  była  tak  zła,  że 
rozpisywano  się  o  tym  tygodniami  w  gazetach.  Musiałeś  o 
tym słyszeć.

- Jesteś pewna, że to ta sama spółka?
- Z siedzibą w jakimś małym mieście w stanie Illinois?
- Tak.
- Więc  raczej  nie  ma  wątpliwości. - Podeszła  do 

komputera,  który  nadal  odbierał  faks.  Alisa  musiała  natrafić 
na  kilogramy  zdjęć.  Wróciwszy  na  skrzynię,  zauważyła,  że 
Trent  wpatruje  się  w  zamyśleniu  w  prospekt.  To  był  bardzo 

background image

efektowny  folder.  Poza  "jej"  rycerzem  przywłaszczyli  sobie 
też dobór kolorów - czarny i srebrno - błękitny, co było z kolei 
pomysłem  George'a  Kaylee.  Może  ostatni  dobry  tego  autora, 
pomyślała złośliwie. On wtedy kierował pracami i oczekiwała, 
że  ją  wybierze  na  wykonawcę  projektu.  Tymczasem  George 
umiał  jedynie  dobrze  wykorzystywać  najlepsze  cudze 
pomysły.  Niestety  nie  potrafił  właściwie  opracowywać 
kampanii i po kilku miesiącach Rusty była zadowolona, że się 
na niej nie poznał.

To  były  czasy.  Ciekawe,  z  czyich  pomysłów  teraz 

korzysta  George  przy  tworzeniu  swego  projektu  „B1isko 
natury".

- Rusty? - Głos  Trenta  wyrwał  ją  z  zamyślenia.  Znowu

włożył  okulary.  Ten  człowiek  wyglądał  jak  model.  I  jego 
tors...

- Nie słyszałem nic niepochlebnego o tej spółce i brałem 

poważnie pod rozwagę jej ofertę.

- Sądziłam, że skoro ja o nich wiedziałam, to tym bardziej 

wszyscy w przemyśle budowlanym. - Usiłowała przypomnieć 
sobie,  kiedy  pojawiły  się  wiadomości  o  tej  wielkiej  klapie 
przy budowie rządowych budynków. - Sprawdź chicagowskie 
gazety sprzed czterech lub pięciu lat. Nie pamiętam dokładnie, 
kiedy  to  było,  ale  nie  zapomnę,  jak  się  rozkoszowałam  tymi 
wiadomościami - Uśmiechnęła się.

- Poproszę  asystentkę,  żeby  to  sprawdziła. - Zacisnął 

wargi. - Sama powinna to zrobić, zanim przysłała do mnie ich 
ofertę. - Cisnął  prospekt  o.  ścianę. - Dzięki  za  cenną 
wskazówkę. Zaoszczędziłaś mi sporo czasu.

Machnęła lekceważąco ręką, choć ten komplement sprawił 

jej przyjemność.

- Nie zawarłbyś z nimi umowy bez dobrego rozeznania.
- Tak, ale po stwierdzeniu, że nie są odpowiednią firmą, 

mógłbym  już  nie  mieć  czasu  na  sprawdzenie  innych.  Jestem 
twoim dłużnikiem.

Tak więc jej dłużnikiem został niewiarygodnie przystojny 

mężczyzna  o  wspaniałym  torsie  i  pięknej  szyi.  Gdy  Trent 
zbierał  z  łóżka  różne  dokumenty  i  skoroszyty,  ona  z  dużą 
przyjemnością oddała się fantazjowaniu na temat sposobów, w 
jakich mógłby spłacić ten dług.

background image

Ułożył wszystkie dokumenty na podłodze i wyciągnął się 

na łóżku ze splecionymi na brzuchu dłońmi. W tej pozie tors 
prezentował się jeszcze lepiej.

- Wiesz,  jesteś  zupełnie  inną  osobą,  niż  oczekiwałem. -

Zmierzył ją wzrokiem, a Rusty uświadomiła sobie boleśnie, że
jest  nie  umalowana  i  ma  na  sobie  ten  fatalny  szlafrok. 
Powinna słuchać rad babci.

- A kogo oczekiwałeś? - spytała ostrożnie.
- Kogoś  bardziej... - zrobił  nieokreślony  ruch  ręką - .. 

.kogoś z większym zapałem do prac domowych.

- Kto  by  z  zapałem  zdzielił  cię  wałkiem  do  ciasta  po 

głowie? Już to rozważałam raz czy dwa.

Trent  ze  śmiechem  odłożył  okulary  na  nocny  stolik. 

Poprawił poduszki i rzekł:

- Oboje  nie  postawiliśmy  we  właściwym  czasie  jasno 

sprawy,  że  moje  zachowanie  było  nieodpowiednie. 
Przepraszam cię za nie.

On miał na myśli swe poglądy na rolę kobiet.

- Nie  przepraszaj,  bo  i  ja  musiałabym  cię  przeprosić  za 

moje wtargnięcie... a nie mam ochoty.

Trent  uniósł  kąciki  ust  w  zapowiedzi  uśmiechu,  a  Rusty 

uśmiechnęła się promiennie.

- Clarence  porządnie  mnie  zbeształ,  że  za  mało  z  tobą 

przebywam. - Przesłał jej ciepłe spojrzenie. - Teraz myślę, że 
miał rację.

Oho!  Właśnie  kiedy  ona  musiała  spędzać  więcej  czasu 

przy komputerze.

- Wszystko  w  porządku.  Wiem,  że  masz  na  głowie  ten 

kontrakt i jesteś zajęty.

- Mimo to...
- Nie,  naprawdę.  Zajmij  się  tą  sprawą  tyle  czasu,  ile 

trzeba. Tym razem zmrużył oczy, jakby chciał się jej baczniej
przyjrzeć.

- Jesteś bardzo wyrozumiała jak na osobę, która przebyła 

tyle  kilometrów,  żeby  spędzić  świąteczny  urlop  z  obcymi 
ludźmi.

- Mięknę jak zleżałe, kruche ciastko - zaśmiała się słabo. 

Powinna dać sobie spokój z tymi kulinarnymi porównaniami, 

background image

zanim  on  zacznie  się  zastanawiać,  ile  właściwie  „pomocy" 
udziela jej babcia w kuchni.

Komputer  zaczął  pikać,  sygnalizując  koniec  nadawania. 

Rusty zerwała się na równe nogi.

- No,  chyba  skończone - oznajmiła  z  ożywieniem  i 

podeszła wyłączyć urządzenie.

- Powiedz  mi  coś - rzekł  Trent,  gdy  przykucnęła  pod 

biurkiem.

-

Jesteś  niewątpliwie  inteligentną  kobietą, 

wykonujesz  ciekawy  zawód.  Dlaczego  chcesz  z  tego 
wszystkiego zrezygnować i przenieść się na wieś?

Rusty zastygła w tej niezbyt wygodnej pozycji. Co ona, u 

licha,  ma  mu  odpowiedzieć?  Najlepiej gdyby  mogła wyznać, 
że  nigdy  nie  była  zainteresowana  odgrywaniem  roli 
tradycyjnej  żony,  natomiast  gotowa  jest  negocjować  z  nim 
wszystkie  inne  aspekty  ich  znajomości.  Pewno  byłby 
zaszokowany.  A  czy  babcia  byłaby  zadowolona,  gdyby 
wyprosił Rusty z pokoju z powodu próby demoralizacji?

Wyszła spod biurka wprost na niego.
Jej twarz rozjaśniła się uśmiechem, może nawet trochę za 

bardzo.

- Zmiana czasami wychodzi na dobre. - Tobie też, odkąd 

zmieniłeś poglądy na kobiety, dodała w duchu. Biedna ciocia 
Emma, gotowała im wszystkim i po wszystkich sprzątała. Nic 
dziwnego, że tego samego oczekiwał od przyszłej żony.

- I  uważasz,  że  to  jest  odpowiednia  zmiana?  Chyba  nie, 

pomyślała,

- Nie spotkałam dotąd wielu mężczyzn, którzy byliby tak 

szczerzy w kwestii małżeństwa i dzieci.

- I co z tego wynika?
- Uznałam, że dobrze będzie poznać poglądy mężczyzny 

na  małżeństwo  i  rodzinę,  zanim  się  zaangażuję. - Zwłaszcza 
jeśli się z nim nie zgadzam. - To... może zaoszczędzić czasu. -
Zastanawiała  się,  czy  mą  ciągnąć  ten  wątek.  Widziała,  że 
Trent rozważa w skupieniu jej słowa.

Zanim  się  zaangażuję.  Żałowała,  że  to  powiedziała,  gdy 

Trent stał tak blisko z tym swoim odsłoniętym torsem. Każda 
próba  nawiązania  z  nim  fizycznego  kontaktu  zostałaby 
potraktowana  jako  zaakceptowanie  jego  archaicznych 
poglądów na życie rodzinne. Co za pech. Chyba że...

background image

Chyba że Trent pierwszy podjąłby taką próbę. To mogłoby 

się  udać.  Kiedy  już  atmosfera  się  podgrzeje,  dałaby  mu  do 
zrozumienia, że ma zastrzeżenia do koncepcji żony otoczonej 
wianuszkiem dzieci w wiejskim zaciszu. On by tylko coś tam 
wymruczał,  że  nie  ma  racji,  jak  to  robią  zwykle  mężczyźni, 
gdy  już  poddadzą  się  namiętności,  i  ciąg  dalszy  mógłby  być 
całkiem miły. I gdyby mu później powiedziała, że nie nadaje 
się na żonę farmera, nie byłby całkowicie zaskoczony..

Więc zarysował się plan.
A  teraz  powinna  Trenta  subtelnie  zachęcić.  Może 

zaaranżuje  nadsyłanie  dalszych faksów  o  północy  i  przyjdzie 
je odbierać w bardziej ponętnym stroju?

- Tak,  istotnie,  dobrze  jest  wiedzieć,  czego  partner 

oczekuje - rzekł  Trent. - W  ten  sposób  unika  się 
rozczarowania.

Patrzyła,  jak  jego  wzrok  przesuwa  się  po  jej  twarzy  i 

zatrzymuje na ustach. Zadrżała na wspomnienie pocałunku.

- Zmarzłaś.  Nie  powinienem  cię  zatrzymywać.  Idź  do 

siebie. - Położył  dłoń  na  jej  karku  i  poprowadził  w  stronę 
drzwi.

Rusty gorączkowo szukała pretekstu, żeby zostać.

- Och, i nie obawiaj się, mój wcześniejszy wybryk już się

nie  powtórzy. - Pomasował  skronie  i  uśmiechnął  się 
rozbrajająco. - Przyrzekam. Nie!

- Ja się nie obawiam, bo właściwie...
- Rusty,  w  porządku.  Potraktuj  to  jako  nietypowy  dla 

mnie  odruch. - Z  niewinnym  uśmiechem  wyciągnął  do  niej 
rękę. - Dobranoc.

Ten  tors.  Ta  szyja.  Te  wargi.  Westchnąwszy,  z  żalem 

podała mu dłoń.

background image

ROZDZIAŁ 7

Rusty  niewiele  spała  tej  nocy.  Poszła  do  łóżka  dopiero 

około  trzeciej  nad  ranem,  gdyż  najpierw  oddała  się 
niewesołym  rozmyślaniom  o  Trencie,  a  potem  usiłowała 
rozszyfrować szczegóły nadesłanych faksem fotografii.

Teraz  było  wpół  do  szóstej,  o  czym  uparcie  przypominał 

jej  budzik.  Rzuciła  na  niego  okiem  i  jęknęła.  Tego  rana 
postanowiła  zrobić  śniadanie  sama.  Wczoraj  wieczorem 
wydawało  się  jej  to  bardzo  ważne,  choćby  tylko  miała 
udowodnić,  że  potrafi,  lecz  w  poprzedzających  świt 
ciemnościach pomysł okazał się znacznie mniej atrakcyjny.

Sięgnęła  po  szlafrok,  jednak  po  namyśle  odłożyła  go  na 

krzesło  i  ubrała się.  O  malowaniu  opuchniętych  od  snu  oczu 
nie było mowy, więc po drodze do kuchni unikała patrzenia w 
lustro.

Światło  było  już  zapalone  i  gdy  wyjrzała  przez  tylne 

drzwi,  zobaczyła  także  oświetlone  wnętrze  budynku,  gdzie 
Doc  trzymał  zwierzęta.  Wstał  wcześnie  i  zapewne  tak  samo 
było  wczoraj  rano,  kiedy  przyłapał  babcię  na  gotowaniu. 
Bardzo dobrze, dzisiaj zastanie w kuchni Rusty.

Tak,  ale  co  ugotować,  zastanawiała  się,  rozcierając 

ramiona.  Krakersy  okazały  się  wielkim  sukcesem.  Mogą  też 
być  naleśniki,  już  się  prawie  połapała,  jak  się  je  robi.  To 
potrawy mączne. Potrzebne coś do tego. Otworzyła lodówkę i 
wyciągnęła  maślankę  i  szynkę.  Szynkę  włożyła  z  powrotem. 
Miała już dosyć szynki. Boczek. Znowu tłuste, słone jedzenie. 
Pewno  jajka  będą  mile  widziane,  więc  je  wyjęła  i  poszła 
nastawić  kawę.  Czekając,  aż  się  zaparzy,  zaczęła  przeglądać 
książkę  kucharską  babci.  Gdzie  te  krakersy?  O,  są.  Jeden 
przepis,  drugi,  trzeci...  Przewróciła  stronę.  Same  krakersy. 
Było  ich  tyle  rodzajów,  że  wpadła  w  panikę.  Do  tej  pory 
ograniczała się do otwierania puszek, skąd mogła wiedzieć, że 
jest tak wiele sposobów wypieku krakersów?

Według jakiego przepisu robiła je babcia? Który powinna 

wybrać?  Nie  była  w  stanie  podjąć  takiej  doniosłej  decyzji 
przed  wypiciem  kawy.  Nalała  sobie  kubek  i  upiła  łyk.  Tak 
lepiej.  Kofeina  działa,  więc  może  przejrzy  przepis  na 

background image

naleśniki.  Mleko,  żółtka,  piana  z  białek...  potrąciła  kubek  i 
cała kawa się wylała.

Musi  dokonać  jakiegoś  sensownego  wyboru  i  wyszukać 

coś  mniej  skomplikowanego.  Uzbrojona  w  następny  kubek 
kawy, przystąpiła do gromadzenia produktów potrzebnych na 
krakersy maślane. To nic wielkiego, myślała, mieszając ciasto. 
Po raz pierwszy w życiu miała wrażenie, że to zajęcie nie jest 
już jej całkiem obce.

Nie  pozostawała  pod  tym  wrażeniem  długo.  Wyłożyła 

ciasto  na  rzeźnicki  pieniek  i  dopiero  wtedy  przeczytała,  że 
powinna  jego  powierzchnię  posypać  mąką.  Świetnie. 
Zeskrobała  ciasto  z  powrotem  do  miski  i  zaczęła  zmywać 
drewno,  odkrywając  przy  okazji,  że  właściwością  wilgotnej 
mąki  jest  lepkość.  Osuszyła  blat,  rozsypała  na  niego  mąkę  i 
chlupnęła na to ciasto. Uniosła się biała chmura i zasypała jej 
czarne dżinsy.

Oczywiście nie włożyła tego okropnego fartuszka, a teraz 

żałowała.

Mniejsza  z  tym.  Przystąpiła  do  wałkowania  ciasta. 

Osiągnęła tylko tyle, że wałek się nim oblepił. Zeskrobała je i 
zaczęła  od  nowa  z  tym  samym  rezultatem.  Ciasto  było  za 
lepkie. Dodała więcej mąki i wygniotła je rękami, aż uzyskała 
ładną,  twardą  bryłę.  Może  trochę  za  twardą,  ale  jakoś  ją 
uklepała i spłaszczyła na tyle, że była w stanie wykroić kilka 
kółek różnej grubości.

Minęła już prawie godzina jej pobytu w kuchni. Początki 

są trudne, pocieszała się, wsuwając krakersy do piecyka.

Teraz  postanowiła  zabrać  się  do  jajek  na  boczku.  Może 

dzisiaj  zrezygnuje  z  naleśników.  Zostawiając  sprzątanie 
bałaganu  po  krakersach  na  później,  sięgnęła  po  żeliwną 
patelnię,  którą  poprzedniego  dnia  umyła.  Ustawiła  ją  na 
kuchence,  zapaliła  gaz  i  rozerwała  opakowanie  boczku.  Ze 
zdumieniem  stwierdziła,  że patelnia pokryta jest rdzą.  Co się 
stało?  Nie  mogła  smażyć  na  zardzewiałej  patelni.  Może  nie 
miała wiele doświadczenia, ale tyle wiedziała.

Światło  poranka  różowiło  j  u  ż  niebo,  gdy  Rusty  z 

wyszorowaną  patelnią  wróciła  do  kuchenki.  Wyłożyła  cały 
boczek z opakowania na patelnię i poszła nakryć do stołu.

background image

Kiedy wróciła, patelnia spowita była w dymie. Złapała za 

uchwyt  i  sparzyła  sobie  rękę.  Przeprosiła  się  z  tymi 
idiotycznymi  kuchennymi  rękawicami  i  otworzywszy  tylne 
drzwi,  wystawiła  patelnię  na  zewnątrz.  Przytrzymała  je 
szeroko  otwarte  w  nadziei,  że  przeciąg  rozwieje  dym.  Gdy 
uznała,  że  niebezpieczeństwo  zostało  zażegnane,  wróciła  do 
kuchni.

- No tak, nastawiła zbyt duży płomień. Następnym razem 

będzie  wiedziała,  ale  tego  boczku  już  nie  uratuje. 
Bezskutecznie  usiłowała  rozdzielić  przywarte  do  patelni 
plasterki. A te, które nie były pod spodem, wyglądały dziwnie. 
Jajka.  Zrobi  masę  puszystej  jajecznicy  na  tych  resztkach 
boczku,  może  nikt  tego  nie  zauważy.  Wbiła  tuzin  jajek  do 
miski,  energicznie  je  roztrzepała,  żeby  wchłonęły  jak 
najwięcej powietrza i przelała na nową patelnię, ustawioną na 
średnim  ogniu.  Pilnując  jajecznicy,  układała  boczek  na 
półmisku. To może się udać. Nie było tak źle. Niestety, nadal 
czuła spaleniznę,  co  oznaczało, że  i  wszyscy inni ją  poczują. 
Otworzyła  kuchenne  drzwi  i  zaczęła  szukać  pod 
zlewozmywakiem  jakiegoś  odświeżacza  powietrza.  Nie 
znalazła  żadnego,  postanowiła  więc  pobiec  do  swego  pokoju 
po perfumy.

Najpierw  jajka.  Zamieszała  je,  lecz  mimo  niedużego 

płomienia  jajecznica  przywarła  do  patelni.  Mieszała  coraz 
energiczniej  i  zauważyła  jakieś  dziwne,  czarne  cętki.  One 
przypomniały  jej,  że  nie  dodała pieprzu.  Więc  dodała.  Tylko 
że kolor ściętych już jajek zmienił się z żółtego w szary, i to 
nakrapiany  czarnym.  A  jajecznica  nadal  przywierała  do 
patelni.

Na  czym  to  polega?  Zdjęła  jajka  z  ognia.  Dopóki  nie 

stwierdzi,  dlaczego  jej  to  źle  wychodzi,  nie  ma  sensu 
marnować dalszych.

Zapach  spalenizny  był  nadal  bardzo  silny.  Rusty 

powachlowała  rękawicami  nad  kuchenką.  No,  przynajmniej 
ma  krakersy.  I  kawę.  Boczek  też  nie  był  taki  najgorszy. 
Spróbowała  jajecznicy.  Smakowała  dobrze,  poza  tym 
chrzęszczącym  w  zębach  czymś,  co  okazało  się  okruchami 
nadwęglonego  żeliwa.  Szkoda,  że  jajka  straciły  swój  kolor. 
Gdy  tak  wpatrywała  się  w  tę  nieapetyczną  masę,  nagle 

background image

zaświtał  jej  pomysł.  Barwnik  spożywczy.  Czemu nie?  Był  w 
kolorowym  lukrze,  który  wczoraj  wszyscy  jedli,  a  jajka  to 
jedzenie. Przynajmniej były nim, dopóki ich nie spaskudziła.

W  szafce,  gdzie  trzymano  przyprawy  i  proszki  do 

pieczenia,  znalazła  żółty  barwnik  spożywczy.  Z  poczuciem 
winy  rozejrzała  się  dookoła,  rzuciła  nawet  okiem  w  stronę 
zabudowań  Doca,  po  czym  skierowała  żółty  strumień  na 
jajecznicę.  Rozgniotła  widelcem  szarą  masę,  która 
zafarbowała się na żółto. Nie wyglądało to całkiem naturalnie, 
ale na pewno lepiej.

Osiągnięty  rezultat  postanowiła  uczcić  kawą.  Po  drodze 

otworzyła  drzwi  piecyka,  żeby  sprawdzić  stan  krakersów. 
Powiewowi żaru towarzyszył przejmujący zapach spalenizny. 
Pospiesznie  wysunęła  blachę  i  jej  oczom  ukazał  się  widok 
kilku bezkształtnych, brązowych bryłek. Zapomniała nastawić 
minutnik.  Wściekła  na  siebie,  rzuciła  blachę  na  nadal 
upaprany rzeźnicki pieniek. Pochylona nad kuchennym blatem 
robiła  przegląd  katastrofalnych  skutków  swych  kulinarnych 
wysiłków. Co z tego dałoby się ocalić?

Niewiele.
Nie  wolno  wpadać  w  panikę.  Ostatecznie  nie  mogła 

oczekiwać,  że  przy  pierwszej  próbie  wszystko  wyjdzie 
idealnie.  Spodziewała  się,  że  wyjdzie  lepiej.  Co  z  nią  jest? 
Gotowanie  nie  może  być  takie  trudne.  Ludzie  wszystkich 
kultur na całym świecie gotują, odkąd wynaleziono ogień. Ta 
zdolność musi być zakodowana w genach. W jej przypadku te 
geny były w zaniku.

Podeszła  do  pieńka,  przyjrzała  się  krakersom  i  oderwała 

jeden  od  blachy.  Twardy  jak  kamień.  Klęska  byłą  całkowita. 
Wyrzuciła  go  przez  kuchenne  drzwi.  Pozostaje  jej  teraz 
przyrządzenie  jakiegoś  prostego  śniadania,  żeby  wreszcie 
mogła wrócić do prawdziwej pracy. Ważnej pracy. Traci czas 
na tym idiotycznym, bezsensownym gotowaniu. Marnuje całe 
godziny  w  tej  głupiej  kuchni,  na  tym  głupim  ranczu,  w 
odległości  wielu  kilometrów  od  porządnych  restauracji, 
sprzedających dania  na  wynos.  I  jeszcze  usiłuje  wywrzeć 
wrażenie na jakimś głupim mężczyźnie.

background image

Z trudem powstrzymując łzy wściekłości, Rusty chwyciła 

plik  ligninowych  serwetek  i  ukryła  w  nich  twarz.  Płacz  był 
głupi. Wszystko było głupie.

George Kaylee był głupi.
Nie, George Kaylee nie był głupi, niestety. Na pewno nie 

posiadał  się  z  radości,  że  najbardziej  zagrażająca  mu 
konkurentka z nie dających się wytłumaczyć przyczyn w tym 
decydującym  okresie  wybrała  się  na  urlop.  A  oszaleje  z 
radości,  jak  się  dowie,  że  jej  pobyt  poza  biurem  ma  potrwać 
dwa tygodnie.

Oczywiście obecnie nie ma o tym mowy. Rusty już prawie 

została  zdemaskowana  jako  oszustka  udająca  utalentowaną 
kulinarnie kapłankę domowego ogniska i z tego powodu obie 
z babcią zostaną odesłane do Chicago pokonane i upokorzone.

Wczoraj  by  się  z  tego  cieszyła.  Dzisiaj,  z  jakichś 

niezrozumiałych  i  irracjonalnych  przyczyn,  Rusty  nie chciała 
być  pokonana.  To  ona  powinna  dokonać  wyboru  i  najlepiej 
gdyby  wyjechała  obsypana  przez  wszystkich  pochwałami  za 
smakowite śniadanie, które osobiście przyrządziła.

Po kilku minutach przyprawionego łzami biadania poczuła 

się  lepiej.  Rzadko  płakała,  ale  wiedziała,  że  kiedy  płacz  ją 
nachodził,  to  jedynym  wyjściem  było  mu  ulec  i  mieć  to  za 
sobą, a potem skoncentrować się na rozwiązaniu problemu.

W tej chwili problem polegał na tym, że nie miała nic na 

śniadanie.  Westchnąwszy zdecydowała, że  jednak zacznie  od 
nowa.

Właśnie wycierała nos, gdy uświadomiła sobie, że nie jest 

sama.  Uniosła  głowę  i  zobaczyła  skradającego  się  do  kuchni 
Trenta. Wyglądał na speszonego.

- Poczułem...  pomyślałem,  że  gotujesz,  więc  może 

mógłbym dostać filiżankę kawy?

Rusty  zmięła  serwetki.  Szkoda,  że  nie  wyrzuciła 

wszystkich  krakersów.  W  milczeniu  patrzyła  na  Trenta,  gdy 
nalewał sobie kawy, starannie unikając jej wzroku. W kuchni 
nadal  unosiła  się  sina  smuga  dymu.  Rusty  przeniosła 
spojrzenie  na  pojemnik  ze  spożywczym  barwnikiem  w 
nadziei, iż może uda się jej schować go do szafki, zanim Trent 
zwróci na niego uwagę.

Odchrząknął.

background image

- Czy... może potrzebujesz pomocy?
- A wyglądam, jakbym jej potrzebowała? Trent, popijając 

kawę, rozglądał się po kuchni.

- Tak.  Rusty  poczuła  znowu  napływające  łzy  i  zacisnęła 

powieki.

Do  głowy  by  jej  nie  przyszło,  że  się  tak  okropnie 

zdenerwuje  niepowodzeniami  kulinarnymi.  Oczywiście  ten 
płacz  był  w  dużej  mierze  wywołany  brakiem  snu  i  stresem 
związanym z pracą. W każdym razie niech Trent powie, co ma 
do powiedzenia, byle z tym skończyć.

Poczuła raczej, niż usłyszała, że się do niej zbliża.

- Zaparzyłaś  wspaniałą  kawę - rzekł,  opierając  się  o 

kuchenny blat obok niej.

Zaśmiała się nerwowo.

- To najwyraźniej jedyna rzecz, którą potrafię zrobić.
- Nie, przecież... - Spojrzał w kierunku pieńka. - No tak, 

krakersy są trochę zbyt przyrumienione.

- Są spalone. - Zważywszy na ich ciężar właściwy, może i 

dobrze się stało. - Zapomniałam nastawić minutnik.

- To  się  każdemu  może  przydarzyć.  Zrób  na  śniadanie 

tosty.  Widzę,  że  smażyłaś...  boczek? - spytał  niepewnym 
tonem.

- Przywarł  do  patelni. - Patrzyła,  jak  próbuje  nakłuć  na 

widelec częściowo różowe, a częściowo przypalone plasterki, 
leżące na półmisku.

- Są  nadzwyczaj chrupkie...  miejscami. - Uniósł do góry 

jeden  plasterek. - Patrz,  udało  ci  się  tak  usmażyć,  że  jest  i 
przypieczony,  i miękki,  na  wypadek  gdyby  ktoś lubił  jedne  i 
drugie.

Westchnęła.

- Trent, zostaw to.
- Nie mogę, gdyż nie wiem, co jest na patelni.
- Jajecznica. - Przesunęła się tak, żeby nie mógł zobaczyć 

barwnika.

- A jakie zwierzę złożyło te jajka?
- Bardzo  śmieszne.  Smakuje  świetnie. - Wzięła  w  rękę 

patelnię. - Nie próbuję się usprawiedliwiać, ale coś jest z nimi 
nie w porządku. Dzisiaj rano miały na sobie rdzę i wszystkie 
potrawy do nich przywierały.

background image

- Pewno ich nie natłuściłaś. - Podniósł jedną do góry.
- Muszą być wysmarowane olejem przed użyciem.
- To znaczy, że wszystkie potrawy muszą być smażone na 

oleju? - Skrzywiła się.

- Nie,  trzeba  natłuścić  po  wyszorowaniu. - Ostrożnie 

odłożył patelnię z resztkami sczerniałego tłuszczu po boczku.

- Myślałem, że wiesz, co robisz, jak wczoraj energicznie 

szorowałaś je druciakiem.

Nie wspomniał tylko o przypieczonych naleśnikach. I skąd 

on to wszystko wie?

- Cóż,  chyba  będę  musiała  rozrobić  znowu  ciasto  na 

krakersy. - Spojrzała  bez  entuzjazmu  na  pieniek  oblepiony 
zaskorupiałą  mąką.  Może  dzisiaj  wszyscy  zrezygnują  ze 
śniadania.

- Dzień dobry. - Doc wytarł nogi o słomiankę i wszedł do

kuchni. Rusty patrzyła na jego minę i przeczuwała najgorsze. 
On  zaś,  nie  zmieniając  wyrazu  twarzy,  zatrzymał  się  przy 
piecyku,  rzucił  przelotne  spojrzenie  na  jajecznicę,  wreszcie 
popatrzył na Trenta, potem na Rusty i znowu na Trenta.

- Piecyk potrafi mieć czasem swoje humory - powiedział i 

skinąwszy im głową, wyszedł.

Trent  naprawdę  współczuł  Rusty,  gdy  z  pobladłą  twarzą, 

zagryzając  dolną  wargę,  odprowadzała  wzrokiem  Doca. 
Usiłował 

zbagatelizować 

jej 

porażkę. 

Rzeczywiście 

zmarnowała  całą  blachę  krakersów.  Wielkie  rzeczy.  Pewnie 
dała  za  dużo  przypraw  do  jajecznicy,  ale  to  kwestia  gustu. 
Tylko ten boczek trudno było czymś wytłumaczyć.

Zdziwiła  go  uwaga  Doca.  Piecyk  nigdy  nie  miewał 

humorów. Harvey  nie pozwoliłby na to, by jakieś urządzenia 
w  domu  źle  funkcjonowały.  Poza  tym  piecyk  był  dość 
niedawno kupiony, a reklamy żeliwnych patelni zapewniały o 
ich pierwszorzędnej jakości.

- Może  teraz,  kiedy  piecyk  się  rozgrzała  następna  partia 

krakersów  wypadnie  lepiej. - Rusty  z  cierpkim  uśmiechem 
niosła  blachę  ze  swymi  wypiekami  w  kierunku  kosza  na 
śmieci.  Nacisnęła  nogą  pedał  i  zgarnęła  z  blachy  wszystkie 
spalone  krakersy.  Spadając,  wydały  odgłos  gradu  bijącego  o 
blaszany dach. Rusty rzuciła Trentowi wyzywające spojrzenie 
i chwyciła książkę kucharską.

background image

- Słuchaj, nie musisz robić krakersów. Zjem sobie dzisiaj 

płatki kukurydziane. - Skierował się ku spiżarni.

- Poza  nami  jeszcze  cztery  osoby  muszą  coś  zjeść. - Z 

trzaskiem odłożyła książkę. - Lada chwila się obudzą.

Trent  znieruchomiał  z  dłonią  na  torbie  z  płatkami.  Miał 

dużo  pracy.  Powinien  nasypać  ich  sobie  na  talerz,  zalać 
mlekiem i wrócić do sypialni.

- Tu jest mnóstwo płatków...
- Nie będę twoich wujków karmiła płatkami!
- Dlaczego?
- Podobno  my  z  babcią  mamy  tu  gotować,  a  nie  sypać 

płatki na talerz!

Trent  po  chwili  wahania  wyszedł  ze  spiżarni  i 

niespodziewanie dla siebie powiedział;

- Wobec tego pozwól, że ci pomogę.
- Ty?  Zdumiony  wyraz  twarzy  Rusty  był  naprawdę 

denerwujący, ale zaproponował jej  pomoc,  więc teraz  się  nie 
wycofa.

- Tak. Mogę prosić o książkę kucharską? Podała mu ją ze 

śmiechem.

- Proszę, będzie na co popatrzeć.
- Zostań  w  pobliżu,  może  się  czegoś  nauczysz.  Po 

odgłosie  łomoczących  patelni  domyślił  się,  że  Rusty myje 
naczynia.  Wiedział,  że  ona  go  obserwuje,  zwłaszcza  gdy 
rzuciła świeżo wymyty wałek o milimetr od jego palców.

- Przepraszam. - Odstawiając  patelnię  na  kuchenkę,  nie 

miała wcale skruszonej miny.

- Chodź tutaj. - Złapał ją za ramię i przyciągnął do blatu. -

Ciasto jest już gotowe do wałkowania.

- No to zaczynaj.
- Nie tak szybko. - Podał jej wałek, a sam poszedł umyć 

ręce.

Kiedy  wrócił,  Rusty  z  wypiekami  na  twarzy  wpatrywała 

się z wściekłością w oblepiony ciastem wałek.

- Dlaczego to się ciągle tak robi?
- Nie  mam  pojęcia. - Stanął  koło  niej. - Może  do  ciasta 

trzeba jeszcze dodać mąki.

- To czemu nie dodałeś?
- Postępowałem według przepisu.

background image

- Właśnie.  Ja  też. - Rozwścieczona  zdjęła  z  wałka 

ciągnące się strzępy ciasta, posypała je mąką i przystąpiła do 
kolejnego ataku na krakersowy rozczyn.

Trent przyglądał się jej desperackim zmaganiom.

- Myślałem, że pieczenie jest uspokajającym zajęciem.
- O,  taak. - Odgarnęła  grzywkę.  Na  czole  zostało  trochę 

ciasta i mąki.

Z trudem powstrzymując śmiech, wziął ręcznik i otarł jej 

czoło.

- Dzięki - rzekła chłodno.
- Za  mocno  naciskasz.  Popatrz. - Stanąwszy  za  nią, 

położył  na  jej  dłoniach  zaciśniętych  na  uchwytach  wałka 
swoje.  Stała  sztywno. - Odpręż  się. - Rozluźniła  mięśnie 
ramion. - A teraz wałkuj powoli. Tam i z powrotem.

Zamierzał  się  w  tym  momencie  wycofać - bo  co  on 

właściwie wiedział o wałkowaniu ciasta? - ale miał jej włosy 
tuż przy twarzy i czuł, poza dymem, zapach szamponu. Plecy 
Rusty  przyciskały  się  do  jego  piersi  i  odkrył,  że  do  niej 
pasowały, gdy ich ciała poruszały się w rytm wałkowania.

Tam i z powrotem. Tam i z powrotem.
Trent  uzmysłowił  sobie,  jak  bardzo  ten  rytm  jest 

dwuznaczny  i  że  on  go  nieświadomie  powtarza.  Ciasto  było 
już  tak  cienkie,  że  jeżeli  nie  przestaną,  upieką  najcieńsze 
krakersy  świata.  Kiedy  zobaczył  w  kąciku  jej  ust  koniec 
języka, który wysunęła w wysiłku wałkowania obrzeży ciasta, 
miał  ochotę  odrzucić  wałek  i  posiąść  ją  tu,  na  miejscu.  Ale 
tylko pochylił głowę i dotknął wargami jej karku w nadziei, że 
ona nie zwróci na to uwagi.

- Czy  już  wystarczy? - Odwróciła  ku  niemu  głowę  i  jej 

usta znalazły się o milimetry od jego warg.

- Nie.  Jeszcze  nie - wyszeptał.  Utkwiła  wzrok  w  jego 

ustach.  Nie  zmieniła  pozycji.  Pamiętał  ich  pocałunek. 
Przyrzekł  jej,  że  to  się  więcej  nie powtórzy.  Pomocy,  bo  on 
zamierza  złamać  to  przyrzeczenie.  Zbliżył  jeszcze  bardziej 
twarz, powieki Rusty zatrzepotały i opadły.

- Rusty,  nie  mogę  uwierzyć,  że  zaspałam.  Musiałam... 

Agnes  patrzyła  na  nich  wytrzeszczonymi  ze  zdumienia
oczami. Żadne się nie odezwało, oboje jedynie westchnęli.

background image

Trent  wyprostował  się  bardzo  powoli,  co  miało 

wskazywać babci, że - wbrew oczywistości - nie działo się tu 
nic podejrzanego.

- Trent pomagał mi wałkować ciasto - powiedziała Rusty 

pogodnie.

Agnes  zawiązała  j  u  ż  pasek  szlafroka  i  teraz  zasłaniała 

klapami  coś  koronkowego  pod  spodem.  Trent  pomyślał,  że 
wygląda zupełnie inaczej niż wczoraj.

- Dzień  dobry...  Trent. - Przygładziła  włosy  i  rzuciła 

baczne spojrzenie w kierunku piecyka.

- Dzień dobry. - Obie panie przeszyły się teraz wzrokiem, 

więc Trent postanowił wycofać się z kuchni.

- Daj mi znać, jak krakersy będą gotowe. - Zabrał kubek z 

kawą i skierował się do drzwi. Starsza pani wybrała właściwy 
moment na przekroczenie progu kuchni, pomyślał ze skruchą.

- Co  się  tu  dzieje? - spytała  Agnes,  gdy  tylko  Trent 

zniknął  za  drzwiami. - Tak  czuć,  jakbyś  cały  dom  spaliła. -
Podeszła  do  półmiska  z  boczkiem,  wzięła  w  palce  kawałek  i 
stwierdziła: - Nawet nie taki zły.

- Babciu, daj spokój. Jest fatalny.
- Boczek z natury rzeczy jest fatalny. Po zjedzeniu czegoś 

takiego bracia Davisowie mogliby się zniechęcić.

- Wiem,  tylko  że  ja  już  jestem  zniechęcona -

odpowiedziała Rusty.

- A  co  to  jest? - Agnes  wskazała  olbrzymią  płachtę 

rozwałkowanego ciasta.

- Druga porcja krakersów. Albo raczej porcja Trenta.
- A  co  się  stało  z  twoją?  Rusty  wyciągnęła  dłoń  w 

kierunku kosza na śmieci.

- Nic  dziwnego,  skoro  tak  cienko  rozwałkowałaś.  Co  ty 

usiłujesz robić, makaron? - Agnes złożyła płachtę na czworo i 
przewałkowała ciasto. - Spróbuj teraz je pokroić.

Rusty spojrzała na zegarek i westchnęła.

- Babciu,  po  co  się  tak  męczyć.  Trent  powiedział,  że  w 

spiżarni jest mnóstwo różnych płatków.

- O  tym  ani  słowa! - Agnes  sama  zaczęła  wycinać 

krakersy. - Jesteśmy  winne  tym  mężczyznom  solidne 
śniadanie.

background image

- Babciu. - Rusty  przytrzymała  jej  dłoń. - Wszystko 

wyszło na jaw. Koniec pieśni, jak to się mówi. Już dłużej nie 
mogę udawać, że potrafię gotować. Doc był tu wcześnie rano. 
I widziałaś, jak Trent...

- Doc już tu był? - przerwała jej Agnes.
- Tak. - Rusty  zauważyła,  że  policzki  babci  pokryły  się 

rumieńcem. - To  dlatego  włożyłaś  elegancki  peniuar  zamiast 
tego zgrzebnego perkalu?

- Ja? - Agnes spojrzała na swój strój. - To przypadek.
- Z pewnością - zaśmiała się Rusty. Babcia i Doc? - dzieją 

się jeszcze dziwniejsze rzeczy.

- Rachel  Marie,  okaż  babci  trochę  szacunku.  I  weź  pod 

uwagę,  że  ja  przynajmniej  nie  wzięłam  sobie  do  „pomocy" 
żadnego mężczyzny przy wałkowaniu ciasta.

- To był jego pomysł! - zaprotestowała wnuczka.
- Na pewno? - spytała babcia dociekliwie.
- Po prostu okazał się uprzejmy. Nie przypuszczałam, że 

go na to stać. - Nie była to do końca prawda. Rusty nie bardzo 
wiedziała,  dlaczego  chce  ukrywać  przed  babcią, że  Trent  już 
nie wydaje się jej całkowicie odrażający.

Pomógł jej i ani słowem nie skomentował elementarnych 

braków w jej  kulinarnym  wykształceniu.  Mimo wszystko  nie 
był taki zły. I miał naprawdę wspaniały tors.

background image

ROZDZIAŁ 8

- Jesteśmy  już  gotowi.  Wyruszamy  po  choinkę! -

zawołała Agnes, otwierając drzwi do pokoju wnuczki.

Rusty wzdrygnęła się nerwowo. Zupełnie zapomniała.

- Babciu,  może  sama  z  nimi  pojedziesz,  a  ja  wieczorem 

pomogę ubierać drzewko.

Agnes  zmierzyła  wzrokiem  wnuczkę  siedzącą  pośrodku 

łóżka z ustawionym przed sobą komputerem.

- Trent jedzie - powiedziała.

Biedny  Trent.  On  też  nie  mógł  się  wymigać  od  tej 

wyprawy.

- Babciu... Alisa przysłała mi faks wczoraj bardzo późno i 

George... pamiętasz, mówiłam ci o nim.

Agnes skinęła głową.

- George  coś  kombinuje  w  związku  z  kampanią 

reklamową  „Blisko  natury"  i  ja  naprawdę  muszę  dokładnie 
przyjrzeć  się  tym  zdjęciom - wskazała  na  wydruki 
komputerowe rozłożone półkolem.

Agnes rzuciła na nie okiem.

- Tu  nie  ma  się  czemu  przyglądać.  Według  mnie 

wyglądają jak zestaw kleksów.

- Trochę tak, ale ja potrafię się w nich czegoś dopatrzyć i 

widzę,  że  George  wpadł  na  dobry  pomysł.  Za  dobry.  Muszę 
mieć  czas  na  odparowanie  ciosu.  Czy  nie  mogłabym  zostać 
zwol...

- Po tym porannym fiasku w kuchni? Nie.
- Nikt się nie skarżył.
- Zachowali się grzecznie. No, ubierz się w coś ładnego. -

Agnes  otworzyła  szafę  i  dokonała  przeglądu  skromnej 
zawartości. - Masz okazję odzyskać stracone szanse.

- Aleja  chciałam dziś  rano  popracować!  Agnes  spojrzała 

lekceważąco  na  komputer,  po  czym  zdjęła z  wieszaka 
pomarańczowy sweter.

- Włóż to. Ożywi trochę twoją cerę. Mizernie wyglądasz.
- Wyglądam  mizernie,  bo  spałam  w  nocy  tylko  dwie 

godziny! - Zrezygnowana, wciągnęła sweter na bluzkę.

- Wiedziałam, nie powinnaś brać ze sobą tego komputera.

background image

- To  jedyna  mądra  rzecz,  którą  zrobiłam. - Rusty 

wyłączyła  komputer  i  wciągnęła  buty. - Alisa  odkryła,  że 
George do swojej prezentacji wykorzystuje fotografie. Ja mam 
tylko  szkice.  Będę  jednak  musiała  użyć  zdjęć,  ponieważ  mój 
projekt wypadnie gorzej.

- Więc  weź  ze  sobą  aparat! - Agnes  wzniosła  ręce  w 

geście  zniecierpliwienia. - Rusty,  jedziemy  do  lasu  wyciąć 
choinkę. Nigdzie nie będziesz bliżej natury niż tam.

Choć  dla  Trenta  najważniejszą  sprawą  był  w  tej  chwili 

jego  zagrożony  projekt  budowlany,  wraz  z  całym 
towarzystwem  telepał  się  na  zaprzężonym  w  konia  wozie  w 
drodze  po  choinkę.  Clarence  i  Harvey  powozili,  a  on,  Doc  i 
obie  panie  siedzieli  z  tyłu  na  belach  siana.  Nie  bardzo 
wiedział,  jak  zdołano  wmanewrować  go  w  tę  wyprawę. 
Harvey  coś  powiedział,  Doc coś  przemilczał,  a  wzrok 
Clarence'  a  sugerował,  że  jeśli  z  nimi  nie  pojedzie,  to  oni 
całkowicie pozbawią go możliwości pracy w domu.

W  porządku,  będzie  pracował  po  nocach,  a  zacznie 

odsypiać w dzień.

- Może  jeszcze  raz  zaśpiewamy  „Jingle  Bells"? -

zaproponował  Harvey,  podejmując  na  nowo  piosenkę. -
„Przejechać  przez..." - zawiesił  głos. - Śnieg.  Wiecie,  co  jest 
nam  potrzebne?  Prawdziwy  śnieg,  żeby  na  gwiazdkę  było 
biało. - Zaczął  śpiewać  „White  Christmas".  Pomógł  mu  bas 
Clarence'a.

Dołączyli  się  pozostali.  Trudno  było  się  nie  wzruszyć 

półgodzinnym występem Harveya, wyśpiewującego z zapałem 
kolędy. Nawet Doc parę razy się uśmiechnął.

Z  twarzy  Rusty  zniknęło  już  napięcie.  Teraz  przyglądała 

się  mijanemu  krajobrazowi  wzdłuż  starego  szlaku,  jednego  z 
wielu krzyżujących się na obszarze rancza Triple D.

Usta  Rusty  z  podniesionymi  ku  górze  kącikami 

wskazywały  na  jej  pełną  radości  naturę.  Trent  zauważył,  że 
czuł się swobodnie w jej towarzystwie. Nawet kiedy milczeli, 
nie  była  to  krępująca  cisza,  ponieważ  ona  nie  dąsała  się,  nie 
narzucała, nie wymagała od niego okazywania jej nieustannej 
uwagi.

W poczuciu winy, której źródła nie były dla niego całkiem 

jasne,  zaczął  porównywać  Rusty  z  innymi  kobietami,  kiedyś 

background image

mu  bliskimi.  Tamte  były  na  ogół  szczupłymi  blondynkami  i 
trudno  byłoby  je  sobie  wyobrazić  na  wiejskim,  drabiniastym 
wozie.  Co  może  nie  było  takie  ważne,  gdyż  nie  zamierzał 
często korzystać z podobnego środka transportu.

Wprawdzie  Rusty  nigdy  nie  będzie  z  nim  w  Dallas,  lecz 

wyobrażał  ją sobie  u swego boku i  nawet był zdziwiony, jak 
łatwo  mu  to  przychodzi.  Miała  w  sobie  miejskie 
wyrafinowanie  i  nie  tylko  odznaczała  się  urodą,  lecz  nią 
urzekała.  Potrafiła  też prowadzić interesujące  rozmowy.  Jego 
przyjaciele byliby nią zachwyceni.

Myśl o tym tak go speszyła, że wstrząsnął się nerwowo.

- Trent, chcesz trochę gorącej czekolady? - Agnes podała 

mu termos, który wzięła ze sobą.

- Chętnie wypiję. Poproszę. - Powietrze nie było mroźne, 

lecz  jednak  to  nie  lato. - A  może  ty  też  chcesz? - spytał, 
podsuwając termos Rusty.

- Tak, dziękuję, tylko nie nalewaj zbyt pełno - ostrzegła, 

gdyż wóz właśnie przechylił się nieco na bok.

Czekolada  była  słodka  i  gorąca.  Trent  pozwolił  swym 

myślom  swobodnie  błądzić  z  dala  od  kłopotów  z  kobietami, 
cyframi,  ofertami  i  problemami  prawnymi.  Poddał  się 
kołysaniu wozu.

- Czy  jeszcze  długo  będziemy  jechać? - spytała  Rusty, 

chwytając za boczną drabinę wozu, który właśnie skręcił.

- Przy  takiej  szybkości  trudno  powiedzieć.  Samochodem 

zwykle dojeżdża się w piętnaście minut.

- A dokąd jedziemy?
- Na  skraj  pastwiska.  Wiele  lat  temu  Clarence  posadził 

tam jodły jako osłonę przed wiatrem i od tego czasu wujkowie 
stamtąd wycinają choinki na święta.

- Więc  masz  swój  własny  las. - Rusty  z  uśmiechem 

popijała czekoladę. - Patrzyłam na te sosny - wskazała potężne 
drzewa  wzdłuż  drogi - i  zastanawiałam  się,  jakim  cudem 
którąś z nich można by wtaszczyć do domu.

Trent  zaśmiał  się  i  już  miał  coś  odpowiedzieć,  gdy 

zauważył  przyglądające  się  im  bacznie  trzy  pary  oczu. 
Clarence  patrzył  wprawdzie  na  drogę,  lecz  niewątpliwie 
nadstawiał  uszu,  żeby  usłyszeć,  co  mówią.  Wspaniale.  Więc 

background image

każdy  ich ruch  dzisiaj  będzie  analizowany  pod  kątem 
romansu. Zastanawiał się, czy Rusty jest tego świadoma.

- Dojechaliśmy! - oznajmił  po  pewnym  czasie  Clarence. 

Poprowadził  konia  ku  małej  polance  i  zatrzymał  go  przed 
drewnianym korytem nie opodal starej pompy.

- Skąd  tutaj  taki  mały  samotny  domek? - spytała 

zaintrygowana Rusty.

- To stara chata, w której spali robotnicy, kiedy wypasali 

bydło - wyjaśnił Trent.

- Czy ktoś tam mieszka?
- Nie, warunki są zbyt prymitywne. Minimum wymagane 

dla prowizorycznego schronienia. - Zeskoczył z wozu i chciał 
jej  podać rękę, ale  nie zdążył, gdyż w jednej chwili stała już 
koło niego.

- Jak dalece prymitywne?
- Sama zobacz. Wujku Clarence, zaczekaj, zaraz podejdę.

- Pomógł zejść Agnes i wyciągnął rękę do Doca.

Agnes,  celowo  lub  nie,  odwróciła  się  tyłem  i  zaczęła 

zachwycać  jodłowym  zagajnikiem,  więc  Doc  skorzystał  z 
pomocy  siostrzeńca.  Harvey  w  swych  patentowych  butach 
sam  zeskoczył  z  wozu  i  podszedł  do  konia,  Clarence  zaś, 
widząc zbliżającego się Trenta, rzekł:

- Starzeję  się,  chłopcze. - Przesunął  się  na  krawędź 

siedzenia i podał Trentowi drewniany schodek. Zszedł po nim, 
opierając się o ramię siostrzeńca. Stanął na ziemi zasapany.

W tym czasie Rusty przecierała już zakurzoną szybę okna, 

żeby zerknąć do wnętrza chaty.

- Tylko  mi  nie  mów,  że  powinienem  się  więcej 

gimnastykować - powiedział Clarence na widok miny Trenta.
- Mam dosyć gadania Doca i Harveya.

- Powinieneś  ich  słuchać - odparł  Trent,  bardziej 

zaniepokojony, niż to okazał.

- Jedynym  powodem,  dla  którego  musiałbym  utrzymać 

się  w  formie,  byłoby  przyjście  na  świat  potomstwa  mego 
siostrzeńca, bo wtedy bawiłbym się z nimi w berka. - Clarence 
ze znacząco uniesioną brwią spojrzał w stronę Rusty.

Trent zacisnął zęby.

- Wiesz, że ona nie potrafi gotować. A tymczasem Rusty 

przeszła do następnego okna i pochylona zaglądała do środka. 

background image

Wiatr  uniósł  nieco  do  góry  sweter,  ukazując  przylegające  do 
ponętnych kształtów dżinsy i smukłą talię.

- Może  i  nie - odpowiedział  Clarence. - Ale  jakie  to  ma 

znaczenie?

- Trent? - zawołała Rusty. - Czy można wejść do środka? 

Drzwi chyba nie są zamknięte.

Drewniane ściany chaty były szare ze starości. Wyglądała 

jak zabytek z Dzikiego Zachodu.

- Nie  powinny. - Trent  zostawił  wujka  i  ruszył  ku 

dziewczynie. Clarence z uśmiechem pomachał jej zza pleców 
siostrzeńca. - Nie  można  jednak  wykluczyć,  że  się  tu 
zadomowiło jakieś zwierzę.

- Nie widać, żeby się tam coś ruszało - powiedziała. Trent 

nacisnął klamkę. Drzwi zaskrzypiały i otworzyły się.

Rusty  weszła  za  Trentem  do  wnętrza.  Dwa  okna 

przepuszczały  akurat  tyle  światła,  by  rozjaśnić  praktycznie 
urządzone pomieszczenie.

- Nie  ma tu  nic ciekawego. - Trent nacisnął przełącznik, 

ale wnętrze pozostało ciemne. - Na zewnątrz jest prądnica.

- A są tutaj przewody elektryczne? - spytała Rusty, tknięta 

nagłą myślą.

- Jakieś są.

Rusty  rozglądała  się  po  obszernej  izbie.  Przy  dwóch 

ścianach  ustawione  były  piętrowe,  drewniane  łóżka,  z 
brudnymi  materacami.  Nieważne.  Przy  trzeciej  stał  czarny, 
żeliwny  piecyk,  jakby  prosto  z  muzeum,  a  nad  nim  wisiały 
drewniane  szafki.  W  porcelanowym,  poplamionym  zlewie 
wyginał  się  kran  ręcznej  pompy.  I  wreszcie  kamienny 
kominek,  jaki  każdy  chciałby  mieć  w  swoim  domu.  Co  za 
skarby.

Rusty myślała gorączkowo. Ten domek, choć zaniedbany i 

zniszczony,  był  bardzo  malowniczy,  a  ona  rozpaczliwie 
potrzebowała  obecnie  czegoś  malowniczego.  Należałoby 
trochę posprzątać, nie za wiele - to nie była jej specjalność -
ale  w  granicach  rozsądku...  Otworzyła  aparat  fotograficzny  i 
drżącymi  palcami  przymocowała  flesz.  Alisa  musi  to 
zobaczyć.

Agnes miała rację. Ta opuszczona chata cała była hasłem 

"B1isko  natury".  Jeszcze  gdyby  rozłożyć  jakieś  pledy,  może 

background image

na  ziemi  niedźwiedzią  skórę,  zapalić  ogień  na  kominku  i  w 
tym  otoczeniu  na  pierwszym  planie  rozmieścić  reklamowane 
produkty.

Pstryknęła dwa razy.

- Co robisz?
- Zdjęcia.
- Po co?
- Podoba  mi  się  tutaj. - Rusty  opuściła  aparat.  Trent 

patrzył na nią podejrzliwie, więc chyba nadeszła

godzina  spowiedzi.  Kampania  reklamowa  była  zbyt 

ważna,  aby  narażać  ją  na  niepowodzenie  z  powodu 
przeciągania  gry  w  rozmiłowaną  w  pracach  domowych 
gosposię.  Na  myśl  o  wyznaniu  prawdy  Rusty  poczuła  ulgę  i 
obawę  równocześnie.  Potrzebowała  więcej  zdjęć,  a  więc  i 
czasu,  a  to  oznaczało podtrzymywanie  mitu  o  kulinarnych 
zdolnościach.  Jeżeli  jednak  wyjawi  Trentowi,  że  nie  jest 
typem kobiety, której szuka, jaki mógłby być powód dalszego 
pozostawania  na  ranczu?  Miałby  pełne  prawo  wyprosić 
zarówno  ją,  jak  i  babcię.  A  ona  utraciłaby  możliwość 
zrobienia  fotografii.  Co  za  ironia  losu - przyjechała  tu  z 
zamiarem  jak  najszybszego  wyjazdu,  teraz  szukała  pretekstu 
do dłuższego pobytu.

Zanim sobie obmyśliła, co ma powiedzieć, Trent spytał:

- Podobają ci się takie wiejskie, opuszczone domy?
- Według mnie ta chata jest wspaniała - odparła z całym 

przekonaniem. - Za takie starocie w mieście można by dostać 
wielkie  pieniądze.  A  ten  widok... - Nawet  brudne  szyby  nie 
były w stanie przesłonić uroku pofalowanych pół i rosnących 
na  nich  sosen.  Babcia  i  wujkowie  przechadzający  się  wśród 
żywych,  świątecznych  choinek  wyglądali  niczym  postacie  z 
bajek. - Zupełnie jak dekoracja teatralna. - Albo dekoracja do 
reklamy, dodała w duchu.

Trent  przypatrywał  się  jej  bacznie.  Może  powinna 

poczekać jeszcze z tą spowiedzią.

Wsunął  dłonie  w  tylne  kieszenie  dżinsów,  jeszcze  raz 

spojrzał za okno i najwyraźniej podjął decyzję.

- Siadaj - powiedział.  Wysunął  jedno  z  drewnianych 

krzeseł  otaczających  prosty  stół.  Usiadła.  Sam  zajął  miejsce 

background image

po  drugiej  strome,  jakby  miał  przystąpić  do  prowadzenia 
negocjacji.

- Pochodzisz z Chicago, prawda? Przytaknęła.
- Przez całe życie mieszkasz w wielkim mieście?
- Tak.
- We własnym domu czy w mieszkaniu?
- W mieszkaniu. Do czego zmierzasz?

Położył ręce na stole i pochylił się ku niej.

- Bo  widzisz...  ta  na  wpół  dzika  okolica  jest  dla  ciebie 

nowa i ciekawa.

- Z pewnością. Skrzywił lekko usta.
- Po  wyrwaniu  się  z  wielkiego  miasta  ja  sam  z 

przyjemnością  spędzam  na  ranczu  parę  dni.  Tobie  z  tego 
samego  powodu  może  wydawać  się  tu  romantycznie,  ale 
codzienne życie na tym pustkowiu bywa nudne..,

Rusty uniosła rękę.

- Chwileczkę. Skąd ci przyszło do głowy, że chciałabym 

tutaj zamieszkać? Dlatego, że zrobiłam parę zdjęć?

- Nie  tutaj. - Trent  wciągnął  głęboko  powietrze. - Na 

ranczu Triple D.

- Bardzo  przepraszam,  ale  czy  nie  szukałeś  kogoś,  kto 

miałby osiąść tam razem z tobą?

Spojrzenie Trenta umknęło gdzieś ponad jej głowę.

- Doskonale rozumiem, że masz prawo tak myśleć, ale tak 

nie  jest.  Powinnaś  być  świadoma  mego  nastawienia  w  tej 
kwestii, zanim przywiążesz się...

- Do ciebie! - Co za bezczelność!
- Do pomysłu pozostania na ranczu - zakończył z ciężkim 

westchnieniem.

Najwyraźniej  odrzucał  ją  jako  kandydatkę  na  żonę, 

usiłował powiedzieć, że nie pasuje do jego wyobrażeń. To już 
wiedziała.  Od  śniadania  spodziewała  się  tej  rozmowy. 
Upokarzająca była świadomość, że nie potrafiła udawać kury 
domowej  nawet  przez  tydzień.  Miała  za  to  inne  przymioty, 
czyż nie?

- Mówisz  tak,  bo  nie  potrafię  gotować?  Ścisnął  dłońmi 

skronie.

- To nieważne.

background image

- Zatem  chodzi  o  mnie. - Ona  mu  się  nie  podobała. 

Przyjęła  ten  brak  akceptacji  jej  kobiecości  z  mieszanymi 
uczuciami. - No  cóż,  już  mi  mówiłeś,  że  nie  jesteś  mną 
zainteresowany,  więc  nie  powinnam  być  zaskoczona. - Po 
pocałunku ja ci po prostu nie wierzę, dodała w duchu.

- Nie, to nie tak. Rusty, przepraszam cię, ale nie mogę już 

dłużej 

udawać. 

Odpowiedziałaś 

na 

ogłoszenie 

„Mężczyznach  Teksasu"  w  dobrej  wierze,  ale  opisany  tam 
mężczyzna nie jest mną.

- A kto to jest? Ten niedobry brat bliźniak? Roześmiał się 

z przymusem.

- Rozbawi  cię  to,  przynajmniej  mam  taką  nadzieję,  ale 

ogłoszenie  dali  wujkowie. - Uśmiechnął  się,  jakby  w 
oczekiwaniu, że będą śmiać się z tego oboje.

- A ty o tym nie wiedziałeś?
- Wiedziałem - przyznał ze skruchą - ale nie sądziłem, że 

jakaś kobieta na nie odpowie. Muszę ci powiedzieć, że jednak 
znalazło  się  mnóstwo  chętnych.  Nie  mogłem  w  to  uwierzyć, 
czy możesz sobie wyobrazić jakąś... - nie dokończył.

- Słucham - ponagliła  go  bardzo  zadowolona  z  jego 

zakłopotania.

- Miałem  na  myśli  to,  że  ty  okazałaś  się  całkowitą 

niespodzianką - usiłował ratować sytuację.

- Niewątpliwie. - Byłaby  zła,  gdyby  nie  ulga,  z  jaką 

przyjęła wiadomość, że Trent nie jest opisanym w ogłoszeniu 
mężczyzną o przedpotopowych poglądach.

Przeczesał nerwowo palcami włosy.

- Narobiłem kłopotów, prawda?
- Może nie. Zastanówmy się. To był żart?
- Ależ  skąd!  Wujkowie  potraktowali  to  nad  wyraz 

poważnie.  Koniecznie  chcą  mnie  ożenić,  a  żadna  kobieta, 
którą tu przywoziłem, im się nie podobała.

- A dużo było tych kobiet?
- Och...  nie. - Potrząsnął  głową. - Niewiele.  Jedna  czy 

dwie. - Odchrząknął i pospiesznie wyjaśniał dalej: - Wujkowie 
chcą,  żebym  znalazł  jakąś  prawdziwie  oddaną  rodzinie  i 
domowi. Mówiłem im, że teraz kobiety są inne, więc spytali, 
czy się spotkam z tą, którą oni mi znajdą, a ja się zgodziłem i 
nawet nie marzyłem... no w każdym razie tak się sprawy mają.

background image

- Zamilkł  na  moment,  odetchnął  głęboko  i  dodał: - Jest  mi 
bardzo  przykro,  lecz  jeszcze  nie  zamierzam  osiąść  tu,  na 
ranczu, i wobec ciebie nie byłoby uczciwe dalsze udawanie, że 
jest inaczej.

- Byłoby  cudownie,  gdybyś  czołgał  się  u  mych  stóp, 

błagając o wybaczenie, ale mam dobre serce... - urwała. Lepiej 
nie przesadzać. - Chciałabym cię prosić o przysługę.

- Czego  tylko  zażądasz. - Przyjął  jej  słowa  z  widoczną

ulgą.

- Naprawdę? - Sytuacja zdecydowanie się poprawiała.
- Coś mi się zdaje, że narażam się na szantaż. Wzruszyła 

ramionami.

- Przysługa, szantaż, co za różnica.
- Tu bym dyskutował, ale mów.

Rusty  bawiła  myśl,  że  mogłaby  utrzymać  nad  nim 

przewagę.  Właśnie  jej  powiedział,  że  ogłoszenie  nie.  było 
prawdziwe,  lecz  nie  miał  pojęcia,  że  i  Rusty  dopuściła  się 
szachrajstwa.  Gdyby  mu  nie  wyjawiła,  jak  się  rzeczy  mają, 
musiałaby nadal podtrzymywać fikcję, a to pochłaniało sporo 
czasu. Jej i jego.

- Czy  ci  ulży,  jeżeli  się  przyznam,  że  to  nie  ja 

odpowiedziałam  twoim  wujkom,  tylko  babcia?  Nigdy  nie 
miałam zamiaru zrezygnować z pracy zawodowej, żeby bawić 
się w prowadzenie domu na ranczu.

- To znaczy...
- Że  nie  jestem  jedną  z  tych,  które  polują  na  mężów. 

Zrobił zdumioną minę, po czym z rozjaśnioną twarzą oparł się 
wygodnie na krześle.

- Mów dalej.
- Zupełnie  nie  wiem  dlaczego,  ale  babcia  uparła  się 

spędzić tutaj święta, a skoro nie mogła przyjechać beze mnie, 
zgodziłam się jej towarzyszyć. Do głowy mi nie przyszło, że 
miałabym zostać całe dwa tygodnie.

- To oszustwo.
- I kto tak mówi? Zaśmiali się oboje.
- Więc nie jesteś typem kury domowej? - spytał.
- A co na początku zrobiło na tobie największe wrażenie?
- Zaproszenie do zapasów na ręce.
- Propozycja nadal aktualna.

background image

- Nadal  nie  przyjmuję. - Patrzył  na  nią  z  lekko 

przechyloną głową. - Wobec tego jaka jesteś naprawdę?

- Kobietą,  która  nie  jest  jeszcze  gotowa  do  założenia 

rodziny.

- Takie  właśnie  najbardziej  lubię. - Pod  jego  szczerym 

spojrzeniem zadrżała.

- Co  za  zbieg  okoliczności. - Szczęśliwy,  niesłychanie 

cudowny zbieg okoliczności.

Obdarzył ją zapierającym dech w piersi uśmiechem.

- Wspomniałaś o przysłudze.
- A,  tak. - Opowiedziała  mu  o  kampanii  reklamowej 

„Blisko  natury"  i  o  tym,  że  bardzo  by  chciała  wykorzystać 
chatę do zdjęć.

- Byłabym  bardzo wdzięczna,  gdybyśmy mogły zostać  z 

babcią jeszcze parę dni.

- Nie  przyszło  mi  do  głowy,  że mogłybyście  wyjechać -

odparł zdziwiony.

- Sądziłam,  że  dlatego  powiedziałeś  mi  prawdę  o 

ogłoszeniu. Jeżeli nas tu nie będzie, będziesz mógł pracować.

Potrząsnął głową.

- Zauważyłaś,  jak  oni  się  nam  przyglądali,  kiedy  tu 

jechaliśmy?

- Tak.
- Zapowiada  się  jeszcze  gorzej.  Oni  oczekują,  że 

będziemy ciągle ze sobą, a ja nie mam tyle czasu.

- Miałbyś,  gdybyśmy  wróciły  do  Chicago. - Rusty 

początkowo  zamierzała  zdobyć  profesjonalny  sprzęt 
fotograficzny, lecz w tych warunkach musi jej wystarczyć ten 
aparat.

- Jeżeli wyjedziecie, wujkowie sprowadzą kogoś innego i 

następnym razem może już mi się tak nie udać.

- Co za galanteria.
- Naprawdę. Następna pani może chcieć spędzać całe dni 

na gotowaniu i podawaniu, spełniając każdą moją zachciankę. 
Co za straszliwa perspektywa. Jestem na straconej pozycji, nie 
sądzisz? - Podparł brodę pięścią.

- Niekoniecznie. Moglibyśmy udawać, że przebywamy ze 

sobą, a tymczasem ty pracowałbyś nad swoim projektem, a ja 
nad swoim.

background image

Trent pokiwał głową.

- Musielibyśmy jakoś wydostać się z domu. Obawiam się, 

że inaczej oni zarekwirują mi komputer.

- Z  moim  podręcznym  moglibyśmy  ruszyć  gdzieś  dalej. 

Do miasta?

- Za daleko. - Myślał przez chwilę, po czym rozejrzał się 

dookoła. - A  może  właśnie  tutaj?  Jak  uruchomimy  prądnicę, 
będziemy mieli światło i święty spokój. Może nawet uda nam 
się  przywieźć  mój  komputer.  Urządzenie  sanitarne  jest 
prymitywne, ale za to na miejscu, w chacie.

- Dobrze. - I ona zlustrowała otoczenie. - Nie ma telefonu,
- Mam komórkowy. Spojrzała na niego ze zdumieniem.
- Miałeś  przez  cały  czas  telefon  komórkowy?  Dlaczego 

czekałeś, aż Harvey zwolni linię?

- Połączenia  komórkowe  nie  są  bezpieczne.  Można  być 

podsłuchanym,  a  ja  nie  chciałbym,  żeby  któryś  z  moich 
konkurentów znał szczegóły negocjacji.

To brzmiało sensownie.

- Muszę mieć dostęp do poczty elektronicznej i faksu.
- To wszystko da się załatwić przez mój telefon - odparł 

szybko.

- Naprawdę? - Już widać było światełko w tunelu.
- Tak.  Ten  telefon  ma  gniazdka  wtykowe,  choć  odbiór 

momentami może być marny.

Rozwój techniki to cudowna rzecz.

- I  pozwolisz  mi  korzystać  z  twego  telefonu?  Zwrócę  ci 

koszty.

- Tym  się  nie  martw. - Wskazał  okno,  za  którym  ich 

krewni zbici w ciasną gromadkę nie spuszczali oczu z chaty. -
Porozmawiamy  o  tym  później.  A  teraz  lepiej  chodźmy 
przyjrzeć się choinkom.

Rusty wpadła w euforię. Po klęsce ze śniadaniem sprawy 

przybrały  pomyślny  obrót.  Będzie  miała  możliwość 
wzbogacenia  swej  prezentacji  zdjęciami.  W  dodatku  okazało 
się,  że  Trent  podziela  jej  poglądy  na  sprawy  małżeństwa  i 
założenia rodziny.

W ciągu kilku następnych dni na ranczu Triple D wydarzą 

się ciekawe rzeczy.

background image

- Chyba  ta  jest  najodpowiedniejsza. - Agnes  z  trudem 

dokonała wyboru między dwiema okazałymi jodłami. Harvey 
tymczasem zbierał szyszki, z których chciał wyhodować nowe 
sadzonki.

- Trent - Clarence wskazał drzewo - zacznij piłować.

Trent  włożył  ostatni  kęs  ciastka  do  ust,  wytarł  ręce  o 

dżinsy,  po  czym  zdjął  z  wozu  spalinową  piłę  łańcuchową. 
Rusty  zaczęła  sprzątać  pozostałości  po  pikniku,  on  zaś 
pociągnął  linkę  startera.  Silnik  zapalił  z  takim  hałasem,  że 
trudno  było  rozmawiać.  Piła,  zagłębiając  się  w  pień  drzewa, 
wydawała  odgłos,  przyprawiający  Rusty  o  ból  głowy,  z  ulgą 
więc  przyjęła  ciszę,  która  zapadła  po  jakimś  złowieszczym 
trzasku.

- Łańcuch  pękł - oznajmił  Trent  podejrzanie  spokojnym 

tonem.

- To  niemożliwe! - wykrzyknął  Harvey. - Części  mają 

trzyletnią gwarancję.

Trent ze złością ściągnął ochronne okulary i odstawił piłę 

na bok.

- Zanotuj sobie, żeby omijać dalekim łukiem produkty tej 

firmy.

- Mamy gwarancję.
- Na  pewno  uwzględnią  reklamację - rzekł  Clarence. -

Sprawdź,  czy  w  chacie  jest  siekiera.  Zetniemy  drzewo 
tradycyjnym sposobem.

Rusty wiedziała, że Trent zastanawia się, ile czasu zajmie 

ręczne  ścinanie  drzewa.  Nawet  łudziła  się,  że  Harvey,  który 
zniknął we wnętrzu chaty, żadnej siekiery nie znajdzie. Jednak
on  niósł  już  jakąś  bardzo  starą,  lecz  chyba  nadającą  się  do 
użytku.

- Babciu,  czy  zabrałaś  jeszcze  coś  do  picia?! - zawołała 

Rusty.  Agnes  i  Doc  odeszli  dalej  i  ścinali  z  innych  drzew 
gałęzie  do  ustrojenia  domu.  Czyżby  zapomnieli  o 
zamówionych girlandach i oświetleniu?

- Sprawdzę  w  torbie - odparła  Agnes,  zbliżając  się  do 

wozu  z  naręczem  gałęzi.  Przeszła  dwa  kroki,  potknęła  się  o 
wystający korzeń i runęła jak długa.

- Babciu! - Rusty  rzuciła  się  w  jej  kierunku.  Trent  był 

pierwszy, lecz Doc go odepchnął.

background image

- Agnes? - Ukląkł  i  pochyliwszy  się  nad  nią,  objął  ją 

ramionami.

- Odsuń  się.  Wiem,  jak  się  robi  sztuczne  oddychanie 

metodą usta - usta! - krzyknął Harvey.

Podbiegł do nich zasapany Clarence.

- Ona przecież oddycha - stwierdził.
- Nic  mi  nie  jest,  została  zraniona  tylko  moja  duma. -

Agnes próbowała usiąść i skrzywiła się z bólu.

- Babciu - Rusty  przyklękła  przy  niej - ty  sobie  coś 

uszkodziłaś!

- Nie...
- Panno  Rusty,  proszę  pozwolić,  żeby  Doc  ją  obejrzał -

poprosił Clarence.

- On  jest  weterynarzem! - zaprotestowała  Rusty,  gdy 

średni  z  trzech  braci  Davisów  zaczął  przesuwać  dłońmi  po 
nogach babci.

- Wszystko będzie dobrze - szepnął jej do ucha Trent.
- Doc wie, co robi. - Pogładził Rusty po ramieniu i trochę 

się uspokoiła.

- Kostka to kostka - rzekł Doc. - A ta tutaj jest zwichnięta.
- Bzdura. - Agnes usiłowała się podnieść.
- Zabierzemy  cię  zaraz  do  domu - rzekł  Doc  tonem  nie 

znoszącym sprzeciwu.

Agnes  pokuśtykała  do  wozu  wspierana  przez  Doca  z 

jednej i Trenta z drugiej strony.

- A choinka? - wzbraniała się jeszcze.
- Proszę  się  tym  nie  kłopotać,  pani  Romero. - Trent 

pomagał  już  Clarence'owi  wejść  na  miejsce  woźnicy. -
Możemy przyjechać po nią jutro.

- Nie  będzie  takiej  potrzeby.  Odwiozę  ich  i  zaraz  wrócę 

po was oboje i drzewko - oznajmił Clarence.

- Jadę z babcią - powiedziała stanowczo Rusty. Jak mogło 

komuś przyjść do głowy, że ona opuści babcię w takiej chwili, 
żeby ścinać choinkę?

- O,  nie! - Harvey  już  wdrapywał  się  na  siedzenie  koło 

Clarence'a. - Ja  jadę,  więc  pani  nie  musi.  Potrafię  robić 
sztuczne oddychanie - zapewnił ją ponownie.

background image

- Niech pan trzyma usta z dala od mojej babci! Z trudem 

powstrzymując  uśmiech,  Trent  wziął  Rusty  za ramię  i 
odciągnął ją od wozu.

- Uspokój się.
- Jestem  spokojna! - Rusty  zaczęła  szukać  aparatu 

fotograficznego. Leżał koło torby chłodniczej.

- Oni się  nią dobrze zaopiekują. - Trent nie wyglądał na 

zaniepokojonego.

- Ale  ona  jest  moją  babcią  i  powinnam  być  przy  niej. -

Pomaszerowała w kierunku wozu.

Clarence szarpnął lejcami.

- Wy  oboje  tu  zostańcie  i  bawcie  się  dobrze! - Z 

uśmiechem pomachał im ręką.

- Niech pan zaczeka! - Rusty biegła za nimi.
- Kochanie, nic mi nie będzie! - zawołała Agnes. Wóz już 

wyjeżdżał z polanki.

Przerażona Rusty zwróciła się do Trenta.

- Zrób coś!

Pokiwał  odjeżdżającym  ręką.  Rusty  patrzyła,  jak  wóz 

toczy się coraz szybciej.

- Nie mogę w to uwierzyć. Trent sięgnął po siekierę.
- A ja mogę. Słyszałaś, co powiedział Clarence? „Wrócę 

po was oboje". Zanim jeszcze Harvey wsiadł na wóz.

- Nie  mogli  tego  zaplanować.  Babcia  naprawdę 

uszkodziła sobie nogę.

- Nie sądzę, by i to zaplanowali. - Czubkiem buta wskazał 

leżące na ziemi gałęzie. - Ale czy nie złożyło się szczęśliwie, 
że one złagodziły upadek?

Westchnęła.  Ona  i  Trent  zostali  razem  sami...  bez 

komputerów.

- I co teraz zrobimy?
- Chyba zabierzemy się do ścinania choinki.

background image

ROZDZIAŁ 9

- Panno  Rusty! - zawołał  Harvey. - Jest  przesyłka  dla 

pani.

Oczekiwała  na  rekwizyty  i  produkty,  które  zamierzała 

fotografować w scenerii chaty. Dopiero wczoraj wysłała kliszę 
do  wywołania  i  Alisa  jeszcze  nie  widziała  zdjęć,  ale  z 
entuzjazmem odniosła się do pomysłu Rusty. Tyle że główną 
przeszkodą był upływający czas. Alisa poinformowała, że pan 
Dearsing  pytał,  czy  jest  z  nią  w  kontakcie,  i  napomykał  coś 
niejasno  o  ewentualnym  przyspieszeniu  o  tydzień  prezentacji 
projektów.

To  sprawka  George'a  Kaylee,  była  tego  pewna.  Żeby  nie 

zdążyła  się  przygotować.  A  może  podejrzewał,  że  Alisa 
odkryła fotografie, i to miała być jego zemsta. Bez względu na 
przyczyny  Rusty  musiała  się  spieszyć.  Tymczasem  minęło 
trzy dni od wyprawy po choinkę.

Gdy  tylko  Trent  ściął  drzewo,  cały  czas  do  przyjazdu 

Clarence'a  poświęcili  na  urządzenie  w  chacie  sekretnego 
biura. Teraz trzeba było jedynie znaleźć czas na pracę. Dopóki 
Agnes leżała w łóżku, Rusty nie mogła się ruszyć z domu. I co 
gorsza,  musiała  gotować.  Efektem  tego  był  olbrzymi 
uszczerbek  w  zgromadzonych  przez  Harveya  zapasach 
gotowych, zamrożonych dań. O dziwo, nikt się nie skarżył.

Babcia i wujkowie zatrudnili swataną parę przy wieszaniu 

girland, lampek i oczywiście ubieraniu choinki. Dzisiaj Rusty 
i Trent wymyślili, że wybiorą się razem na konną przejażdżkę. 
Sami.

Od  tego  pomysłu  nie  odwiódł  Rusty  fakt,  że  nie  umiała 

jeździć  konno.  Kiedy  podpisywała  odbiór  przesyłki,  Trent  i 
Clarence  wyszli  z  domu  pomóc  Harveyowi  wnosić  do  domu 
jego  rozliczne  pakunki.  Trent  podszedł  do  niej  i  spytał 
szeptem:

- Będziesz gotowa o pierwszej?
- Już nie mogę się doczekać. Czy udało ci się uruchomić 

prądnicę?

- Tak. - Rzucił jej ostrzegawcze spojrzenie. - Uśmiechnij 

się, bo pomyślą, że się kłócimy.

Rusty uniosła kąciki ust i pokiwała wujkom ręką.

background image

- Już  nigdy  nie będę  jechała  stępa. - Rusty zsunęła  się z 

konia  wprost  w  ramiona  Trenta.  Gdyby  była  mniej  obolała, 
może  wykorzystałaby  tę  sytuację. - Nie  mam  pojęcia,  jak 
wrócę do domu.

- Wrócisz, wrócisz. Pamiętaj, nie zostało zbyt dużo czasu. 

Droga zajęła nam więcej, niż myślałem.

- Mówiłam ci,  że  nie  umiem jeździć  konno.  Sądziłeś, że 

pojadę galopem?

- Spodziewałem  się  cwału  od  czasu  do  czasu. - Trent 

uwiązał konie.

- Teraz  już  wiem,  dlaczego  kowboje  mają  kabłąkowate 

nogi. - Rusty powlokła się w stronę chaty. - Możesz odwiązać 
kosz piknikowy?

- Proszę  bardzo.  W  koszu  zamiast  jedzenia  był  jej 

komputer  i  różne  rekwizyty, chodziło  tylko  o  uniknięcie 
podejrzeń. Trent wręczył jej kosz.

- Jeżeli  zaniesiesz  go  do  chaty,  to  ja  włączę  prądnicę. 

Generator zaczął po chwili łomotać. Rusty westchnęła.

Raczej nie najkorzystniejsze warunki do pracy, lecz lepsze 

to niż nic. Powinna i tak być wdzięczna.

- To pomieszczenie wygląda teraz zupełnie przyzwoicie -

pochwaliła  Trenta,  gdy  wszedł  do  środka.  Musiała  mówić 
bardzo głośno.

- Dziękuję. - Przeniósł wzrok z jej oczu na usta, po czym 

umknął spojrzeniem w bok.

Ona z kolei starała się nie patrzeć na jego tors, który jawił 

się w jej nocnych fantazjach.

- Chyba muszę siadać do pracy.
- Do pracy. - Skinął sztywno głową. - Jak widzisz, udało 

mi się przemycić własny komputer.

Usiedli  naprzeciwko  siebie  przy  stole.  Prądnica  huczała. 

Rusty  nie  byłaby  zdziwiona,  gdyby  nawet  w  domu  mogli  ją 
usłyszeć.  Uniosła  wzrok  na  Trenta,  żeby  mu  to  powiedzieć  i 
przyłapała go na gorącym uczynku - wpatrywał się w nią. W 
mgnieniu  oka  przeniósł  wzrok  na  komputer  i  czytał  coś  z 
ekranu z taką uwagą, że się nie odezwała.

Usiłowała  o  nim  nie  myśleć.  W  każdym  razie  niezbyt 

często.  Teraz,  kiedy  wyznali  sobie  prawdę  i  ustalili  nowe 
zasady  postępowania,  wcale  nie  powinna  o  nim  myśleć.  On 

background image

miał  swoje  cele,  ona  swoje.  Żadne  z  nich  nie  chciało,  by 
romans zamącił im spokój.

Niestety,  Rusty  trudno  było  nie  zwracać  uwagi  na 

mężczyznę,  siedzącego  po  przeciwnej  stronie  zdezelowanego 
stołu.

Przyzwoity. Prawy. Zasługujące na uznanie cechy, których 

brakowało  wielu  znanym  jej  mężczyznom.  Poruszyła  się 
niespokojnie  na  twardym,  drewnianym  krześle.  Zamiast 
napisów na ekranie widziała Trenta bez koszuli, otwierającego 
przed nią drzwi sypialni. Widziała jego usta zbliżające się do 
jej warg. Czuła...

Wyłączyła gwałtownie komputer.

- Coś  nie  w  porządku?  Zupełnie  jakby  głośno 

wypowiedziała swe myśli.

- Nie  mogę  się  skupić.  To  przez  ten  hałas.  Popatrzył  na 

nią spod przymrużonych powiek i wstał od stołu.

- Sprawdzę  w  teczce.  Może  mam  zapasowe  opakowanie 

zatyczek do uszu.

- W teczce?
- Na budowie hałas czasami przekracza przyjęte normy. -

Wyjął  saszetkę  i  rozsunął  zamek  błyskawiczny. - Są  też 
znakomite  w  czasie  lotu. - Położył  na  dłoni  Rusty  dwa  żółte 
cylinderki. Czubkami palców musnął jej skórę, a ona poczuła 
przyjemny dreszczyk, biegnący aż do łokcia. Dłoń jej zadrżała 
i jedna zatyczka upadła na podłogę.

- Ostrożnie. - Podniósł cylinderek i położył na jej otwartej 

dłoni.

- Dzię...ękuję.  On  wrócił  do  swego  komputera,  a  ona 

włożyła zatyczki do

uszu. Można wytrzymać. Zdecydowanie lepiej. Patrzył na 

nią, więc uniosła kciuk i włączyła komputer.

To,  co  napisała  przez  pół  godziny,  można  by  nazwać 

bełkotem,  ale  chciała  zrobić  na  Trencie  wrażenie  pogrążonej 
w  pracy,  odpornej  na  jego  obecność.  Gdyby  wiedział,  co  jej 
się marzyło!

Wyobrażała  sobie,  że  czuje  ciepło  jego  ciała.  Chciała  go 

dotykać i być przez niego dotykana. Wyrywały się do tego jej 
palce.  Jej  wargi.  Niebyła  w  stanie  pracować.  Ponownie 
wyłączyła komputer.

background image

Trent podniósł na nią wzrok.

- Zrobię parę zdjęć. Można?
- Nie wchodzę ci w kadr?
- Nie,  sfotografuję  miejsce  koło  kuchni  i  kominek. 

Powiedz, jeżeli będę ci przeszkadzać.

Oderwał  się  od  rozłożonych  papierów  i  obserwował 

Rusty.  Zawieszała  i  układała  koce  w  kratę.  Do  starego 
czajnika  włożyła  bukiecik  sztucznych  stokrotek.  Okna 
ozdobiła  zasłonami.  Najwięcej  czasu  zajęło  jej  ustawianie 
pustych opakowań reklamowanych produktów. Pochylona nad 
siedzeniem  krzesła,  które  miało  być  częścią  ekspozycji, 
komponowała  najlepszy  jej  układ.  Trent  wstrzymał  oddech, 
gdy sweter obsunął się i odsłonił rowek między piersiami.

Nie  był  młodzikiem,  ale  nie  mógł  oderwać  oczu  od  tego 

widoku.  Miała  taką  jasną  karnację,  bez  cienia  opalenizny  na 
szyi  i  karku.  Złotobrązowe  blondynki,  które  go  poprzednio 
pociągały,  wydały  mu  się  teraz  pospolite.  Rusty  nie 
wystawiała swej jasnej, delikatnej skóry na słońce... i na pokaz 
mężczyznom.

Zaschło  mu  w  ustach.  Rusty  wyprostowała  się,  wzięła 

aparat  i  zaczęła  fotografować  produkty  pod  różnym  kątem, 
pozy,  jakie  przy  tym  przybierała,  nie  przywróciły  Trentowi 
spokoju ducha.

Miała  niewiarygodnie  gibkie  ciało  i  Trent  już  nawet 

przestał  udawać, że  pracuje. Patrzył na nią.  Ona zaś  ani razu 
na  niego  nie  spojrzała,  tylko  nadal,  zmieniając  co  chwila 
kompozycję,  pstrykała  najrozmaitsze  ujęcia.  Od  czasu  do 
czasu  odrzucała  włosy  z  twarzy  lub  poruszała  ramionami, 
żeby rozluźnić mięśnie.

Trentowi  robiło  się  słabo  z  pożądania.  To  istna  tortura. 

Wspólna  praca  nie  była  możliwa.  Nie  mógł  już  tego  dłużej 
wytrzymać.  Gwałtownie  wyłączył  komputer  i  pokazał 
kciukiem drzwi.

- Pójdę  sprawdzić,  co  z  końmi.  Rusty,  zaróżowiona  i 

potargana, skinęła z roztargnieniem głową.

Trent  odczekał,  aż  podniesie  aparat  do  oczu,  i  dopiero 

wtedy  wstał  z  krzesła  i  odmierzonym  krokiem  wyszedł  z 
chaty.

background image

Rusty  z  radosnym  uśmiechem  przysiadła  na  piętach. 

Wszystko  poszło  nadspodziewanie  dobrze.  Zwłaszcza  że  w 
filmie zostało jeszcze tylko sześć zdjęć.

- Przed  Bożym  Narodzeniem?  George  przekonał  pana 

Dearsinga,  że  prezentacja  projektów  ma  się  odbyć  przed 
Bożym Narodzeniem?

- Tak.
- On nie może podjąć takiej decyzji!
- No  cóż,  już  podjął. - Alisa  znała  reakcje  Rusty  na  złe 

nowiny. Trzeba było poczekać, aż się wykrzyczy.

- Jestem na wakacjach i on o tym wie! - Rusty przysiadła 

na  kłodzie.  Znowu  była  w  chacie  z  Trentem,  lecz  wyszła 
przeprowadzić  rozmowę  z  dala  od  tego  piekielnego 
generatora. To idiotyczne urządzenie nieprzerwanie huczało i 
przeszkadzało w rozmowach telefonicznych i odbiorze faksu, 
więc zwykle telefonowała, spacerując na zewnątrz.

- Czy  Dearsing  nie  dostrzega,  że  to  podstęp? - Rusty 

zerwała  się  z  kłody  i  wzburzona  maszerowała  po  zeschłych 
liściach  i  sosnowych  igłach. - Czy  ten  człowiek  nie  wie,  że 
mam wakacje? - powtórzyła.

- O,  George  już  zwrócił  mu  na  to  uwagę - odrzekła 

ostrożnie Alisa.

- Nie  mów  mi,  że  on  powiedział  coś  w  rodzaju:  „Nie 

mogę  uwierzyć,  że  Rusty  wybrała  akurat  ten  przełomowy 
moment na urlop".

Cisza. 

- No?
- Uprzedziłaś, żeby ci nie mówić. Rusty opuściła telefon i 

wydała dziki okrzyk, aż echo rozniosło się po lesie. Ulżyło jej.

- Rusty? Przyłożyła telefon do ucha.
- Słucham.
- Zdjęcia  są  wspaniałe.  Powiedz  mi  tylko,  kim  jest  ten 

facet z siekierą?

Rusty  uśmiechnęła  się  na  wspomnienie  wyprawy  po 

choinkę.

- Trent?
- Nic dziwnego, że nie wróciłaś.
- Wybiera  się  na  narty!  Możesz  to  sobie  wyobrazić?! -

Trent  uderzył  pięścią  w  kierownicę.  Wracali  samochodem  z 

background image

chaty do domu. - Mówię człowiekowi, że będę miał dla niego 
gotowe  zamówienie,  a  on  oświadcza,  że  wyjeżdża  na  święta 
na  narty  i  wróci  po  pierwszym  stycznia.  Tłumaczę,  że  nie 
zdążę  z  papierkową  robotą  przed  końcem  grudnia,  a  on 
oznajmia, że mu przykro, ale wyjeżdża. Przykro mu!

Rusty  siedziała  cicho.  Dopiero  co  sama  skrzyczała  Bogu 

ducha winną Alisę, więc i on powinien móc wyładować złość.

Poza tym nie była w nastroju do rozmowy. Trent, widząc, 

że Rusty nie reaguje, ograniczył się do pomruków, uderzania 
dłonią w kierownicę i potrząsania głową.

- Trent.
- Wiem, Rusty, ja ciągle o tym samym.
- Rozumiem  cię,  wierz  mi.  Dearsing  ustalił  datę 

prezentacji projektów na rano dwudziestego czwartego.

Spojrzał na nią zaskoczony.

- To znaczy na...
- Wigilię.  Wymyślił  sobie,  że  prezentacja  odbędzie  się 

rano,  potem  będzie  biurowy  świąteczny  obiad  i  wszystkich 
zwolni trochę wcześniej z pracy.

Milczeli  do samego domu. Opony  zazgrzytały  na  żwirze, 

gdy Trent hamował przy podjeździe. Siedzieli jeszcze w ciszy, 
którą Trent przerwał pytaniem:

- Co masz zamiar teraz zrobić? Potrząsnęła głową.
- Nie wiem. A ty?
- Jeszcze  coś  poobliczam  i  zobaczę,  na  czym  stoję.  A 

jutro jest niedziela.

- Najpierw  kościół,  a  potem  „Festiwal  Śniegu" -

westchnęła  Rusty. - Nie  miałam  pojęcia,  że  są  urządzenia 
wytwarzające śnieg. - I po co w ogóle go wytwarzać? Ona w 
każdym razie wcale za nim nie tęskniła.

- Jeżeli  jest  taka  maszyna,  Harvey  ją  znajdzie.  Tak  czy 

owak,  wujkowie  urządzają  te  zabawy  na  trawniku  przed 
kościołem  od  wielu  lat,  zawsze  w  niedzielę  przed  Bożym 
Narodzeniem.  Jest  gorąca  czekolada,  ciastka,  a  chór  śpiewa 
kolędy. Dzieci to uwielbiają. Clarence jest sędzią w zawodach 
na najlepszego bałwana.

- Bijecie się śnieżkami?
- Oczywiście - uśmiechnął  się  Trent - tylko  że  rzadko 

mamy dość śniegu. Wymyśliłem, że jedno z nas mogłoby iść 

background image

do kościoła, a drugie pokazać się po południu na zabawie. W 
ten sposób i ty, i ja moglibyśmy popracować osobno.

Rusty  przytaknęła  głową.  Ona  też  musiała  spokojnie 

pomyśleć  nad  swoimi  sprawami,  a  w  obecności  Trenta  nie 
potrafiła się skupić.

Wskazał  głową  kuchenne  drzwi,  na  których  tle  rysowała 

się sylwetka Agnes.

- Już  trzeci  raz  wychodzi  na  próg.  Gdybyśmy  się 

pocałowali  na  dobranoc,  mieliby  o  czym  rozmawiać. -
Powiedział to całkiem obojętnym tonem.

Rusty  usiłowała  przybrać  podobny,  choć  miała  wrażenie, 

że serce wyskoczy jej z piersi.

- Całkowicie  się  zgadzam.  Całkowicie - powiedziała. -

Tak  się  ucieszą,  że  nawet  nie  zauważą,  czy  jutro  spędzimy 
czas razem.

- To  będzie  nasza  polisa  ubezpieczeniowa - rzekł, 

przysuwając się do niej.

- Niewielka domieszka realizmu - odparła, pochylając się 

ku niemu.

Rusty nie wiedziała, jak daleko Trent chce się posunąć w 

realizmie,  lecz  faktem  było,  że  kiedy  ich  usta  złączyły  się  w 
namiętnym  pocałunku,  po  paru  sekundach  on  gwałtownie 
przerwał i oddychając głęboko, odsunął się od niej.

- Wystarczy tymczasem. Z trudem wracała do siebie, więc 

tylko skinęła głową.

- Co  ty  tu  robisz?  Trent  stał  zdumiony  na  progu  chaty. 

Kiedy  zobaczył  na  polanie  niebieski,  wynajęty  przez  Rusty 
samochód, myślał, że wzrok go myli.

- Odbijam  projekt. - Stała  koło  jego  laserowej  drukarki, 

którą ustawiła na krześle, żeby kabel sięgnął do kontaktu. - A 
co  ty  tu  robisz?  Miałeś  być  w  kościele  i  wymknąć  się  po 
południu w czasie zabawy.

- Sądziłem, że ty idziesz do kościoła. Powiedziałaś, że nie 

lubisz śniegu.

- Rzeczywiście, nieszczególnie.
- Wspaniale. - Zatrzasnął  drzwi  i  podszedł  do  stołu. -

Czym  wytłumaczysz,  że  nie  poszłaś  do  kościoła? - Ściągnął 
kurtkę.

- Bólem głowy. A ty? Rzucił kurtkę na oparcie krzesła.

background image

- Wstałem później i miałem ich dogonić, ale samochód mi 

się popsuł:

Powiodła wzrokiem po jego ubraniu.

- Twój  strój  by  to  potwierdzał.  Zabrudź  sobie  trochę 

koszulę smarem i wszystko będzie dobrze.

- Mam  nadzieję. - Trent  zdjął  krawat  i  odpiął  guziki 

kołnierzyka i mankietów. Rusty wpatrywała się w niego z nie 
skrywanym  zachwytem.  On  sam  odczuwał  niezwykłe 
pożądanie,  chociaż  nadal  nie  zamierzał  mu  się  poddawać. 
Zdawał  sobie  sprawę  po  owym  krótkim,  wieczornym 
pocałunku,  że  to  nie  będzie  łatwe.  Skoro  jednak  tak 
zaplanował  sobie  najbliższe  dni,  najlepiej  będzie  unikać 
fizycznego kontaktu.

I nie zostawać z nią sam na  sam, tak jak teraz. Drukarka 

skończyła  pracę,  a  Rusty  tego  nie  zauważyła.  Trent  zabębnił 
palcami  po  stole.  Ona  nie  powinna  w  ten  sposób  na  niego 
patrzeć.

Miała  słabość  do  mężczyzn  ubranych  w  eleganckie 

garnitury i nieskazitelnie wyprasowane koszule.

Wyglądał  dobrze  w  koszuli  w  kratę,  wspaniale  bez 

koszuli, lecz w garniturze władczo. Co mogła na to poradzić, 
że  w  głębi  duszy  pragnęła  mężczyzny  z  silniejszą  niż  jej 
osobowością,  właśnie  władczego.  Nie  napawało  jej  dumą  to 
sekretne pragnienie, ale tak było.

Dawno temu dość podobał się jej George Kaylee i trwało 

to do chwili, gdy jeden z jej pomysłów został oceniony wyżej 
niż jego. Wtedy stracił dla niej cały urok.

A Trent... Podobał się jej coraz bardziej...

- Skończyłaś? Spojrzała nieprzytomnie na drukarkę.
- Aaa,  tak.  Patrzył  na  nią  wyczekująco,  więc  wyłączyła 

komputer.

- Ja... przywiozłam parę puszek z napojami - powiedziała, 

kierując się ku drzwiom. - Przyniosę je, są w samochodzie.

Skinął głową, nie odrywając oczu od ekranu, a ona nucąc 

pod nosem, wyszła z chaty.

Uspokój się. Otrząśnij. Weź głęboki oddech i skup się na 

reklamie „Blisko natury". Otworzyła samochód i wyjęła sześć 
puszek z napojami. Mogłaby popracować w domu. Z dala od 
Trenta. Tak zrobi. Co z oczu, to z serca.

background image

- Panno  Rusty,  czy  zażyła  już  pani  te  nowe,  ulepszone 

proszki  firmy  Anderson  na  ból  głowy? - spytał  troskliwie 
Harvey.

- Tak, dziękuję panu. Harvey przyglądał się jej uważnie.
- Ciągle jest pani blada. Może powinna pani zrezygnować 

z naszej wyprawy po południu?

- Ma stracić taką zabawę? - zagrzmiał Clarence. - Bzdura. 

Jej potrzeba trochę świeżego powietrza i rozrywki. Wiem, co 
mówię.

Rusty przyłożyła palce do pulsujących bólem skroni. Choć 

bardzo  się  starała,  nie  zdołała  zrobić  wszystkiego,  co 
zaplanowała na przedpołudnie. Prezentacja w Wigilię. To było 
wstrętne,  nawet  jak  na  George'a.  A  ona  jeszcze  nie 
zdecydowała,  czy  ma  wracać  do  Chicago,  czy  zostawić 
prowadzenie pokazu Alisie.

Agnes i Doc coś ze sobą szeptali, rzucając spojrzenia w jej 

kierunku. Po chwili babcia wzięła ją za ramię i odciągnęła na 
bok.

- Rachel Marie, nigdy nie słyszałam, żebyś miewała bóle 

głowy.

- Babciu, jestem w takim stresie...
- A  jeszcze  do  tego  spędzasz  cały  czas  przed 

komputerem...

- Nie  spędzam  całego  czasu  przed  komputerem! 

Praktycznie mieszkam w kuchni!

- W  każdym  wolnym  momencie  powinnaś  przebywać  z 

Trentem. - Babcia pochyliła się ku niej. - Widziałam wczoraj 
wieczorem, jak cię ledwie cmoknął. Żałosne.

- Babciu, zapomniałaś już, że to ty chciałaś przyjechać na 

wieś?

- Niczego  nie  zapomniałam,  ale  mam  przed  sobą  młodą 

kobietę, która zaprzepaszcza szansę swojego życia.

Rusty utkwiła w babci ponury wzrok.

- Zgadzam się z tobą.
- Rachel  Marie,  przestań  mi  tak  odpowiadać. - Agnes 

wiedziała,  że  wnuczka  ma  na  myśli  pracę. - Jak  tylko  coś 
wymyślimy  dla  was  dwojga,  to  zaraz  któreś  znika.  A  teraz 
jeszcze mówisz, że nie chcesz iść na zabawę.

background image

- Babciu... - Rusty skrzywiła się z bólu. Proszki Harveya 

jeszcze nie podziałały.

- Niech  będzie,  dziecko.  Zostań  w  domu  i  odpocznij. 

Może wieczorem pośpiewasz z nami kolędy.

Rusty  skinęła  głową  i  spojrzała  w  kierunku  Trenta,  żeby 

zobaczyć,  jak  on  daje  sobie  radę.  Otoczony  wujkami 
majstrował  pod  maską  samochodu  dla  uprawdopodobnienia 
swej wersji o kłopotach z silnikiem.

- Ja  dotrzymam  Rusty  towarzystwa - rzekł,  wycierając 

szmatą  ręce.  To  ułagodziło  babcię  i  wujków,  którzy  wkrótce 
wyruszyli w drogę. Rusty i Trent odprowadzili ich wzrokiem.

- Dobra robota - rzekł.
- Tyle że mnie naprawdę boli głowa.
- Chcesz zostać w domu? Zastanawiała się przez chwilę.
- Zostawiłam  w  chacie  komputer,  więc  muszę  z  tobą 

wrócić. Może do tego czasu poczuję się lepiej.

Nie  poczuła  się  lepiej,  ponieważ  Trent  włączył  prądnicę. 

Nie mogła znieść tego hałasu. Nie cierpiała George'a Kaylee. 
Z niechęcią myślała, że ma poświęcić choćby jeszcze minutę 
projektowi.

Mimo to usiadła przy  stole, włączyła komputer i włożyła 

do uszu zatyczki.

Trent  machnął  jej  przed  nosem  ręką,  dając  znak,  że  chce 

coś powiedzieć.

- Muszę zatelefonować - rzekł.

Prądnica  jakoś  nigdy  mu  nie  przeszkadzała.  Po  prostu 

przekrzykiwał stukot. Zapulsowało jej w skroniach na myśl o 
dodatkowym hałasie.

- Wiesz  co?  Położę  się  na  tapczanie  i  może  zdołam  się

trochę  zdrzemnąć.  Obudź  mnie,  jak  tylko  skończysz 
rozmawiać.

Skinął głową i zaczął wystukiwać numer.
Rozłożywszy  nadesłane  przez  Alisę  koce,  Rusty  ułożyła 

się  z  zatyczkami  w  uszach,  nie  mając  nadziei,  że  zaśnie. 
Obudził ją przenikliwy, zgrzytliwy łoskot.

- Co  to  było? - zawołała  do  Trenta,  który,  równie 

zdezorientowany,  zbliżał  się  do  okna.  Prądnica  zasapała  i 
umilkła.

background image

- Hej, co się tam dzieje? - Trent podbiegł do drzwi, a Ru -

sty za nim. Szarpnął i otworzył j e . Powitała ich biała ściana. 
Śnieg?

- Rusty,  wyjdź  oknem.  Już! - Trent  z  trudem  domykał 

drzwi  na  klamkę.  Zbyt  przestraszona,  żeby  się  sprzeciwiać, 
Rusty  podbiegła  do  okna.  Na  polanie  dostrzegła  przód 
czerwonego pikapa wujków.

Straciła parę sekund, gdyż nie wiedziała, czy okno otwiera 

się na zewnątrz, czy podnosi. Niestety, nie używane przez lata 
i wystawione na działanie warunków atmosferycznych, tkwiło 
niewzruszone we framudze. Pchała je mocno, lecz w pewnym 
momencie  odskoczyła  do  tyłu,  gdyż  brudne  szyby  zaczęła 
zalepiać biała chmura.

Trent biegł w stronę kuchni.

- Spróbuj tędy. - Wdrapał się na blat. W pokoju robiło się 

coraz  ciemniej.  Rusty  z  trudem  zobaczyła  dwie  znajome 
postacie  stojące koło  jakiejś  dziwnej maszyny, kierujące  rurą 
spustową.

- To twoi wujkowie, Clarence i Doc! - krzyknęła, lecz już 

drugie okno zaczęło się pokrywać białą warstwą puchu. Zanim 
zostało całkowicie zasłonięte, Rusty mignęła jeszcze sylwetka 
babci i stojącego obok rozradowanego Harveya.

- Wiem.  Tędy,  tędy! - Trent  uchylił  kuchenne  okno, 

jedyne,  które  pozostało  nie  zasypane,  lecz  już  trysnął  w  nie 
biały pył. Za późno.

- Łazienka? Trent potrząsnął głową.
- Za  małe  i  za  wysoko  umieszczone.  Bardzo  śmieszne, 

wujku Clarence! - wykrzyknął przez szparę w oknie. - A teraz 
nas wypuśćcie!

Odpowiedział mu tylko warkot armatki śnieżnej.

- Trent! - Rusty  usiłowała  przekrzyczeć  hałas. - Tu  się 

robi zupełnie ciemno. Czy masz latarkę? Zapałki? Świece?

Trent  gorączkowo  otwierał  szafki  i  szuflady,  gdy 

tymczasem  wnętrze  domku  pogrążyło  się  w  ciemności. 
Doskoczył do drzwi i waląc w nie pięściami, zawołał:

- Wypuśćcie nas! Zapanowała dziwna cisza.
- Czyście oszaleli? Wypuśćcie nas!
- Wspólne  spędzanie  czasu - wymamrotała  Rusty  pod 

nosem.

background image

- Już  dobrze! - zawołał  Trent,  w  jego  głosie  pojawił  się 

pojednawczy ton. - Osiągnęliście swój cel. Powinniśmy iść z 
wami po południu.

- Jak  nas  nie  wypuścicie,  nie  będziemy  mogli śpiewać  z 

wami kolęd wieczorem! - krzyknęła Rusty.

W  odpowiedzi  usłyszeli  słaby  odgłos  odjeżdżającego 

pikapa.

Rusty  usłyszała  jeszcze  jedno  uderzenie  w  drzwi  i  ciche 

przekleństwo.

- Trent?
- Jestem tutaj. Gdzie było to „tutaj"?
- Nic  nie  widzę.  Jest  kompletnie  ciemno.  Dobrze  się 

czujesz?

- Tak. - Słychać  było,  że  ledwie  powstrzymuje  wybuch 

wściekłości. - A ty?

- Sama nie wiem.
- Mam nadzieję, że tak, bo właśnie moi wujkowie i twoja 

babcia zakopali nas w śniegu.

background image

ROZDZIAŁ 10

- Może nie wiedzieli, że jesteśmy w środku?
- Wiedzieli. Mój samochód stoi przed chatą.
- Wobec tego po co to zrobili?
- Myślę, że się na nas obrazili. - Głos dochodził wciąż z

tej  samej  odległości,  więc  widocznie  Trent  nadal  stał  przy 
drzwiach.

Ona  sama  nie  bardzo  wiedziała,  gdzie  się  dokładnie 

znajduje.

- O rety, czemu mi nie powiedziałeś, że oni przywiązują 

taką wagę do tej zabawy na śniegu i do tego sztucznym.

- Chyba chodziło im o to, że nakłamaliśmy, żeby wyrwać 

się do pracy.

- Wybacz, ale mnie naprawdę bolała głowa.
- Ale nie rano. Nie było sensu się o to spierać.
- Jak wpadli na to, że tu jesteśmy?
- Nie  wiem.  Co  to  ma  za  znaczenie? - spytał 

zrezygnowanym głosem.

Chyba istotnie żadnego.

- Jak długo zamierzają nas tu trzymać?
- Aż  uznają,  że  spędziliśmy  ze  sobą  wystarczająco  dużo 

czasu. Czemu mnie zadajesz te pytania?

- To  są  twoi  wujkowie.  Zdaje  się,  że  specjalizują  się  w 

organizowaniu ci randek, czy tego sobie życzysz, czy nie.

- Niczego  takiego  nie  robili,  dopóki  nie  poznali  twojej 

babci.

Rusty zawrzała ze złości.

- Nie możesz jej o to winić!
- Co  ty  powiesz!  A  dlaczego?  Usłyszała  słaby  odgłos 

jakiegoś uderzenia i zaraz potem głośne przekleństwo. Dobrze 
mu tak. ,

- W porządku. Przeżyłem - powiedział słabym głosem.
- Szkoda.  Rozmowa  urwała  się,  gdyż  każde  z  nich 

zastanawiało się, kto był winien sytuacji. Rusty uważała, że na 
babcię mieli wpływ wujkowie, chociaż rzeczywiście ostatnimi 
czasy  objawiła  się  jej,  dotychczas  nie  znana,  romantyczna 
natura.  Pomysł  zasypania  śniegiem  wnuczki  razem  z 
przystojnym  mężczyzną  w  chacie  odciętej  od  świata  musiał 

background image

się  jej  wydać  romantyczny.  Zwłaszcza  jeżeli  w  czasie 
„Festiwalu  Śniegu" podawano  do  picia  coś  mocniejszego  niż 
mleko. Usłyszała jakiś ruch.

- Gdzie idziesz?
- Przed  siebie.  W  stronę  tapczanu,  na  którym  chrapałaś 

całe popołudnie.

- Nie chrapałam.
- Skąd możesz wiedzieć?
- A  skąd  ty  możesz  wiedzieć?  Prądnica  hałasowała  i 

miałeś zatyczki w uszach - zwróciła mu uwagę z satysfakcją.

- Mimo  to  mogłem  słyszeć  twoje  chrapanie - obstawał 

przy swoim.

Rusty stłumiła śmiech.

- W takim razie jak mogłeś nie zwrócić uwagi, że cztery 

osoby  przyjechały  pikapem  z  maszyną  do  wytwarzania 
śniegu?

Nie  odpowiadał.  Usiłował  to  ukryć,  lecz  musiał  być 

wściekły  na  wujków.  Wiedziała  też,  że  dopóki  się  kłócą,  nie 
muszą zastanawiać się nad tym, iż zostali tu sami we dwoje.

- Oczy  mnie  rozbolały  i  być  może  trochę  przysnąłem -

przyznał w końcu. - Czekałem na telefon...

- Telefon  komórkowy! - Ta  sama  myśl  przyszła  im 

równocześnie do głowy.

- Gdzie go położyłeś? - spytała Rusty.
- Na stole.
- Chyba  ja  jestem  bliżej. - Rusty  wyciągniętymi  rękami 

badała  przestrzeń  naokoło  i  na  nic  nie  natrafiła.  Postąpiła  do 
przodu  krok,  potem  drugi.  Poczuła  stęchłą  woń  tapczanu, 
zanim do niego dotarła.

- Jest  tapczan. - Dotknęła  brzegu  mebla. - Teraz  już  nic 

nie  stoi  miedzy mną  a  stołem. - Z  wyciągniętymi  ramionami 
pewnie  posuwała  się  przed  siebie,  gdy  nagle  potknęła  się  o 
jakiś  sznur,  biegnący  na  wysokości  jej  kolan.  Przypomniała 
sobie o sekundę za późno, że akurat tędy przeprowadziła kabel 
od  laserowej  drukarki.  Siłą  rozpędu  poleciała  do  przodu  i  z 
przerażeniem  usłyszała,  jak  kosztowne  urządzenie  spada  z 
krzesła i z trzaskiem ląduje na podłodze.

background image

- Rusty!  Krzyk  Trenta  dobiegł  ją  w  momencie,  gdy 

wymachując ramionami, spadała w ciemność. Przed upadkiem 
chwyciła za róg stołu. Coś się z niego ześlizgiwało.

- Łap komputery! Rusty po omacku wyciągnęła ręce, lecz 

na  próżno.  Oba komputery,  a  za  nimi  jakiś  mniejszy 
przedmiot, znalazły się na podłodze koło drukarki.

- Chyba  znalazłam  twój  telefon - rzekła,  starając  się  nie 

myśleć o stanie swego komputera.

- Nic ci  nie jest? - spytał Trent. Fizycznie  nic, ale  kiedy 

ostatnio zrzuciła swój komputer na podłogę?

- Trochę  się  potłukłam. - Czyżby  straciła  swą  nową, 

świetną wersję reklamy?

- To j u ż przestało być zabawne.
- A w ogóle było?
- Pewno kiedyś będziemy się z tego oboje śmiać.
- Tak,  ale  dopiero,  gdy  zwabimy  tu  wujków  i  moją 

babcię, żeby spróbowali tego leku, który nam zaaplikowali.,

Trent ni to zachichotał, ni to jęknął.

- Pewnie myśleli, że rozpalimy ogień w kominku albo że 

mamy  latarki.  Nie!  sądzę,  by  sobie  uświadamiali,  w  jakich 
ciemnościach się znajdziemy.

- Wątpię,  czy  oni  w  ogóle  myśleli. - Rusty  nie  była 

życzliwie  usposobiona.  Pomacała  podłogę  wokół  siebie. 
Natknęła  się  na  przewrócone  krzesło  i  drukarkę.  Poczuła,  że 
jej palce są dziwnie śliskie.

- Trent,  chyba  twoja  drukarka  krwawi.  Roześmiał  się,  a 

jej ulżyło.

- Nie ruszaj się. Poszukam telefonu - powiedział.
- W pobliżu mnie go nie ma.
- Dobrze. Sprawdzę gdzie indziej. Słyszała, jak ostrożnie 

posuwa się wzdłuż stołu.

- Chyba komputery diabli wzięli.
- Niewątpliwie.
- To  fatalnie. - Rozmiar  klęski  jeszcze  nie  całkiem  do 

Rusty docierał.

- Teraz o tym nie myśl. No tak, wobec tego o czym mają 

teraz myśleć? Zachrzęścił plastyk.

- Znalazłem  komputer.  Telefon  nie  mógł  upaść  dużo 

dalej... Mam.

background image

Rusty usłyszała syk Trenta. Jakieś małe przedmioty spadły 

na  obudowę  komputera,  po  czym  potoczyły  się  gdzieś  po 
podłodze.

- Co to było? Trent odpowiedział po dłuższej chwili:
- Telefon  się  rozpadł.  Nastąpiłem  na  pojemnik  z 

bateriami.

- Chyba szukanie ich nic nie da, prawda?
- Prawda.
- Więc jesteśmy tu uwięzieni?
- Chyba że śnieg stopnieje albo oni przyjadą nas odkopać. 

Rusty powstrzymała się od pytania, kiedy to nastąpi.

- W  głowie  mi  się  nie  mieści,  że  coś  takiego  mogło  nas 

spotkać.

- Ale spotkało, Odsuńmy to rumowisko ze środka pokoju, 

żebyśmy się o nie ciągle nie potykali.

- Dobry  pomysł.  Poprzesuwali  potrzaskany  sprzęt 

wartości tysięcy dolarów, a także stół i krzesła pod ściany.

- Czuję, że coś oślizgłego przylgnęło mi do dłoni.
- Oślizgłego?
- No wiesz, gładkiego, ale nie wilgotnego,
- Nie,  nie  wiem.  Ale  to  brzmi  zachęcająco. - W  jego 

głosie zabrzmiała nikła nuta humoru.

- Nie do wiary, że masz ochotę na żarty.
- A  co  innego  nam  zostało?  Według  Rusty  odpowiedź 

narzucała  się  sama,  lecz  przez ostatni  tydzień  unikała 
przebywania z Trentem sam na  sam. A teraz  byli razem, bez 
krewnych, bez komputerów. Nie mogli pracować. Potrafiłaby 
dokładnie opisać, co mogliby robić we dwójkę.

Niech  diabli  wezmą  wujków  i  ich  głupi  plan.  W 

najbardziej  nietypowy  sposób  znaleźli  mu  kobietę,  która 
sytuowała  się  blisko  niebezpiecznej  granicy - jego  ideału.  A 
Trent  dotychczas  nawet  nie  wiedział,  jaki  jest  jego  ideał 
kobiety.  Uśmiechnął  się  w  ciemnościach.  Rusty  z  pewnością 
nie  była  ideałem  w  pojęciu  wujków,  ale  to  dla  nich 
najwyraźniej nie miało znaczenia.

Po chwili uśmiech przygasł na jego twarzy. Już dłużej nie 

mógł walczyć z losem. Był zgubiony.

Usłyszał, że Rusty się porusza.

- Gdzie idziesz?

background image

- Na tapczan. Tapczan. Zacisnął zęby i podjął decyzję.
- Mogę  się  przysiąść? - Jego  głos  zabrzmiał  prawie 

normalnie.

- Jeśli  mnie znajdziesz. - Zaskrzypiało  stare  drewno  pod 

materacem.

O, znajdę cię, odparł w myślach. Poruszał się ostrożnie, aż 

poczuł przy nogach brzeg materaca. Gdzie ona jest? Przesunął 
dłoń i natrafił na jej wyciągniętą rękę. Cofnęli je natychmiast 
oboje i roześmieli się z zakłopotaniem.

- Nie  jest  ci  zimno? - Temperatura  nie  była  niska,  śnieg 

stanowił dobrą izolację, ale zawsze można mieć nadzieję.

- Trochę - odparła.
- Przysuń  się,  to  cię  obejmę. - Mówił  to  sztucznie 

rzeczowym tonem jak reżyser dający wskazówki na scenie. Ru
- sty przesunęła się bliżej. Trent wyciągnął rękę i ruszał nią po 
omacku, aż natrafił na miękkie ramię Rusty. Siedzieli oboje w 
bezruchu.  Trentowi  bardzo  odpowiadało,  że  spowijają  ich 
ciemności, gdyż całe jego ciało wyrywało się ku Rusty, a jego 
dłoń nie obejmowała już wcale jej ramienia, lecz pierś.

Jakie  miał  szanse?  Co  powinien  dalej  robić?  Udawać,  że 

ręka  zsunęła  mu  się  przypadkowo?  Usprawiedliwiać  się  czy 
nie? Poczekać, aż ona się odezwie?

Trudna decyzja. Sprawa była poważna i nie mógł działać 

pochopnie.

- Rusty?
- Tt...aak?  Nie  było  wątpliwości,  że  jest  świadoma  całej 

sytuacji.

- Och,  przepraszam. - Przesunął  dłoń  na  jej  ramię. -

Chybiłem celu.

- O,  sądzę,  że  osiągnąłeś  cel.  Trudno  było  powiedzieć, 

czy była zła, czy nie.

- Rusty, jest tak ciemno, nic nie widzę.
- Nie  musisz.  Męskie  ręce  są  zaopatrzone  w  sonary,  tak 

jak nietoperze.

Ona była wściekła. Trent z ociąganiem wycofał ramię.

- To  się  stało  przypadkiem. - Tak,  z  pewnością. -

Przesunęła  się  jeszcze  bliżej.  –  Tak samo  jak  ja  mogłabym 
wyciągnąć rękę i całkiem przypadkowo...

background image

Oboje wstrzymali oddech, gdy jej dłoń natrafiła po drodze 

na wyczuwalny dowód męskiej gotowości.

- Od jak dawna tak się z tobą dzieje?
- Od wielu dni - wyjąkał.
- Jestem pod wrażeniem. Znowu objął ją ramieniem i jego 

wargi  zaczęły  szukać  jej ust.  Zwykle  zaczynał  od  lekkich, 
muskających pocałunków w oczekiwaniu, aż kobieta rozchyli 
wargi,  gotowa  na  więcej.  Usta  Rusty  były  już  rozwarte  i 
gotowe.  Gotowe  i  zachłanne,  wspomagane  pieszczotą  dłoni. 
Taką kobietę mógł całować cały dzień. Całą noc.

Całą wieczność.
I  nagle  Rusty  odszukała  jego  dłoń  i  położyła  ją  sobie  na 

piersi.

- Już się tam dostałem - wyszeptał.
- Tak, ale sądziłam, że zbłądziłeś w ciemnościach. Oboje 

zadrżeli,  gdy  jego  dłoń  otuliła  drugą  pierś.  Pod jedwabiem 
bluzki  Trent  wyczuwał  koronkowy  staniczek  i  ciepło  ciała. 
Płonął.

Ciągle  byli  ubrani  w  tych  przesyconych  erotyzmem 

ciemnościach  i  żadne  z  nich  nie  mogło  przewidzieć,  kiedy  i 
jakie miejsce stanie się kolejnym obiektem pieszczoty.

Poczuł jej dłonie na szyi.

- Co  robisz? - spytał  schrypniętym  głosem.  Był 

zdziwiony, że w ogóle udało mu się cokolwiek powiedzieć.

- Chcę  ci  rozpiąć  koszulę.  Nie  mam  cierpliwości  do 

guzików. Może trzeba je oderwać.

- Rusty. - Przytrzymał jej ręce.
- Dobry  pomysł.  Ty  rozepnij  swoją,  ja  swoją.  Usiłował 

nie myśleć o Rusty rozpinającej bluzkę.

- Nie możesz tego zrobić. Słuchaj, oboje jesteśmy dorośli. 

I dobrze wiemy, dokąd to prowadzi. Musimy być... rozsądni.

Usłyszał  szelest  jedwabiu - ona  już  rozpinała  bluzkę. 

Poczuł zapach jej perfum. Usłyszał jęk. Swój własny.

- Nie musisz wygłaszać kazania. Znam dobrze jego treść. 

Mamy  przed  sobą  różne  cele,  żadnej  szansy  na  wspólną 
przyszłość,  jutro  rano  będziemy  tego  żałować.  A  wiesz  co? 
Mnie  bardziej  byłoby  żal  nocy  nie  spełnionych  pragnień  niż 
nocy namiętności. Wyczerpałam wszystkie argumenty?

- Poza jednym.

background image

- Jakim?
- Rusty, ja nic nie mam przy sobie.

Znieruchomiała.  Wraz  z  przedłużającą  się  ciszą  tracił 

nadzieję,  że  usłyszy:  „Nie  ma  sprawy.  Pomóż  mi  znaleźć 
torebkę". Wreszcie powiedziała:

- Nie  przypuszczam,  by  twoi  wujkowie  wrzucili  nam 

przez komin prezerwatywy.

- Żartujesz?  Oni  chcą  dzieci.  To  znaczy  chcą,  żebym  ja 

miał dzieci.

- A ty chcesz?
- Tak, ale... jeszcze nie teraz.
- To tak jak ja. Siedzieli w milczeniu. Słyszał, jak Rusty 

szybko oddycha.

- Są jeszcze inne sposoby.
- Nie. Nie jesteśmy licealistami. Odchrząknął i przysunął 

się do niej bliżej.

- Nie  chcę  się  przechwalać,  ale  zapewniam,  że  to  ci  nie 

przypomni liceum.

Westchnęła.

- Będę się czuła jeszcze gorzej niż teraz.
- Albo o wiele lepiej.
- Wątpię - szepnęła.

Rusty  miała  rację.  Powinni  ochłonąć.  Położył  się  i 

wyobraził  sobie,  że  ona  zrobiła  to  samo.  Wsłuchany  w  jej 
oddech  zaczaj  się  zastanawiać,  dlaczego  nie  mieliby  mieć 
romansu.

Im  dłużej  rozważał  ewentualne  przeszkody,  tym  mniej 

wydawały mu się ważne.

- Rusty, tak się zastanawiam.
- Nie zastanawiaj się.
- My coś czujemy do siebie.
- Pożądanie.
- Coś więcej i ty o tym wiesz. Milczała przez chwilę, po 

czym powiedziała;

- Nie  może  być  między  nami  niczego  więcej,  bo  ja  nie 

opuszczę  babci.  Wszyscy  ją  opuścili.  Ona  żyła  dla  mnie  i 
zamierzam z nią pozostać. Po świętach pojadę do Chicago, ty 
do  Dallas  i  jak  wrócimy  do  pracy,  to  już  pierwszego  dnia 
będziemy  sobie  wdzięczni,  że  nie  zrobiliśmy  jakiegoś 

background image

głupstwa.  Na  dobrą  sprawę  teraz,  gdy  straciłam  komputer,
powinnam wyjechać, jak tylko się stąd wydostaniemy.

Trent  nie  odpowiedział.  Bez  względu  na  zniszczony 

komputer ona i tak nie chciałaby oddać prezentacji projektu w 
ręce swej asystentki. On też wróci do Dallas przed świętami, 
żeby  spotkać  się  z  właścicielem  przedsiębiorstwa 
budowlanego.

Miała rację, ale czuł się okropnie. Zdecydowany odsunąć 

od siebie wszystkie zdrożne myśli zapytał:

- Widziałaś ostatnio jakiś dobry film?

Nie  miała  pojęcia,  jak  długo  rozmawiali.  Chyba  parę 

godzin.  W  ciągu  tego  czasu  spędzonego  w  ciemnościach 
dowiedziała się, jakie były nadzieje i marzenia Trenta, odkryła 
i  doceniła  jego  poczucie  humoru,  wypomniała  mu,  że  ma 
fatalny gust, gdyż podobały mu się zupełnie inne filmy niż jej, 
w związku z czym przysięgła, że skreśli jego kandydaturę we 
wszystkich możliwych przyszłych wyborach.

Ciemność  sprzyjała  też  zwierzeniu  mu  swych  myśli, 

których dotąd nikomu nie wyjawiła.

W ciągu tych godzin broniła się przed miłością do niego, 

przed  rozważaniem,  że  w  przyszłości  mogliby  spędzać 
podobne wieczory na rozmowach.

Albo na kochaniu się.
W  ciemnościach  przepływało  między  nimi  pożądanie, 

wręcz  wyczuwalne.  Rusty  chciała  go  dotykać.  Kilka  razy 
wyciągała rękę, żeby znalazła się w zasięgu ciepła jego ciała. 
Cofała ją, zanim on mógł się zorientować, co robi.

Przypomnieli  sobie  o  torbach  z  chrupkami  i  napojach, 

więc  zjedli  dietetyczną  kolację,  rozsypując  dookoła  okruchy. 
Potem  Rusty  wymyślała  hasła  reklamujące  projektowane 
przez  Trenta  miasteczko,  on  zaś  przedstawił  jej  założenia 
finansowe jej własnej agencji reklamowej.

Posiadanie takiej agencji było skrytym marzeniem Rusty, 

lecz  dopiero  po  rozmowie  z  Trentem  przestało  pozostawać 
wyłącznie w sferze fantazji. Może sprawy finansowe mogłaby 
wykorzystać  jako  pretekst  i  zatelefonować  do  niego  po 
świętach? I co dalej? Ona z babcią w Chicago, a on w Dallas. 
Nigdy im się nie uda być ze sobą. Pomasowała skronie.

- Ból głowy wrócił?

background image

- Tak jakby. Skąd wiesz?
- Słyszałem, jak pocierasz skronie.
- Nie  wiem,  ile  czasu  już  minęło,  ale  proszki  Harveya 

chyba przestały działać.

- Mam aspirynę w teczce. Rozpocząć akcję zwiadowczą?
- Tak jest, żołnierzu.

Ze  śmiechem  zszedł  z  tapczanu,  w  ciszy  głośno 

zabrzmiały jego kroki. Rusty była ciekawa, jak sobie radzi w 
ciemnościach.

- Gdzie teraz jesteś?
- Idę  w  kierunku  okna.  Tam  odsunęliśmy  stół,  a  teczkę 

postawiłem obok.

Rusty usłyszała przesuwanie krzeseł.

- Mam. Ona też jest cała w tym czymś oślizgłym - rzekł, 

ścierając coś ze skórzanej powierzchni.

- Czy  aspiryna  to  jedyne  pigułki,  jakie  tam  masz? 

Wolałabym wiedzieć, co połykam.

- Są  jakieś  proszki  przeciw  uczuleniom,  ale  w 

celofanowym  opakowaniu.  O,  jest  kosmetyczka. - Odsunął 
zamek  błyskawiczny. - Alusal  w  tubce,  dezodorant  do  ust, 
pasta do zębów, krem do golenia...

- Ale zapasy.
- Mówiłem  ci,  to  mój  zestaw  pierwszej  pomocy.  O, 

buteleczka z aspiryną. Gdzie twoja ręka?

Wyciągnęła ją i ich dłonie się spotkały. Dał jej buteleczkę. 

Słyszała, że nadal szpera w kosmetyczce. Usiłowała odkręcić 
zabezpieczoną  przed  dziećmi  zakrętkę,  gdy  usłyszała 
przyspieszony oddech Trenta.

- Co się stało?
- Ja... znalazłem prezerwatywę. Spojrzała w jego kierunku 

zdumiona

1

. Żałowała, że nie mógł widzieć wyrazu jej twarzy.

- Trzymasz prezerwatywy w teczce?
- Nie, w teczce mam kosmetyczkę. A w niej była jedna, 

przypadkiem.

Chyba zależało mu na zaznaczeniu tego ostatniego słowa. 

Siedzieli  nieruchomo,  tylko  Rusty  słyszała  szelest 
opakowania, które Trent obracał w palcach.

- To chyba zmienia  postać  rzeczy - wyraziła głośno swą 

myśl.

background image

-

Nie  musi.

-

Odetchnął  głęboko.

-

Chyba 

zdecydowaliśmy, że będzie łatwiej, jeżeli nie dowiemy się, co 
straciliśmy.

- Rzeczywiście. - Ten  szelest  skłaniał  ją  do  ponownego 

rozważenia całej sprawy.

- W  tej  chwili - mówił  Trent  dalej - mogę  sobie  tylko 

wyobrażać,  co  bym  czuł,  gdybym  pieścił  twoje  ciało.  To 
lepsze  niż  odkrycie,  jakie  ono  jest  miękkie.  Jaka  jedwabista 
jest twa skóra.

Rusty poczuła, że ma sucho w gardle.

- Jak  ona  smakuje. - Głos  Trenta  był  uwodzicielski  i 

hipnotyczny. - W  których  miejscach  jest  szczególnie 
wrażliwa.

Rusty znała te miejsca i poczuła w nich mrowienie.

- Mógłbym  doprowadzić  cię  do  szaleństwa. - To  był 

prawie szept, który ją spowijał, zastawiał sidła na jej zmysły.

Zaśmiała się niepewnie.

- Jesteś bardzo pewny siebie. - Drżała z podniecenia, choć 

on nawet jej nie dotknął.

- Jestem bardzo pewny siebie. Przycisnęła pięści do ust i 

zamknęła  oczy.  Chciała  uwolnić swą  wyobraźnię  od 
pocałunków Trenta, od jego pieszczot. Musi zyskać pewność, 
czy  naprawdę  będzie  jej  bardziej  żal  nocy  namiętności,  czy 
nocy nie spełnionych pragnień.

Tak.  W  tej  samej  chwili,  w  której  podjęła  decyzję, 

ogarnęło  ją  jakieś  ciepło,  ustąpiło  napięcie  mięśni  i  osłabło 
pulsowanie w skroniach.

- Dobrze,  doprowadź  mnie  do  szaleństwa. - Rzuciła 

buteleczkę z aspiryną za siebie. Usłyszała, że teczka spada na 
podłogę.  Przesunęła  się  nieco ku niemu.  A on zaczął  wodzić 
delikatnie  dłonią  po  jej  udzie  ku  biodru  i  talii.  Wstrzymała 
oddech,  gdy  poczuła  jego  palce  na  gołej  skórze  ponad 
dżinsami. Po chwili dłoń Trenta powędrowała wyżej.

- Jesteś  bez  bluzki,  a  ja  o  tym  nie  wiedziałem? 

Zachichotała.

- Niespodzianka.  To  odkrycie  jakby  uwolniło  coś  w 

Trencie.

- Więc lubisz niespodzianki?
- A ty nie? 

background image

Ze  stłumionym  śmiechem  ułożył  ją  na  tapczanie,  a  sam

przy nim ukląkł. Splótł palce Rusty ze swymi, oparł ich dłonie 
ponad jej głową i wyszeptał:

- Nie  masz  pojęcia,  gdzie  cię  teraz  pocałuję.  Zaczęła

szybciej oddychać. Dostawała gęsiej skórki w oczekiwaniu na 
jego  następną  pieszczotę.  Najpierw  całował  ją  wzdłuż  boku, 
po czym jego usta ruszyły do dalszej, krętej wędrówki po jej 
ciele.

- Trent, puść...
- Nie.
- Nie?
- Jeszcze  nie.  Chciała  go  dotykać,  całować.  Wstrzymała 

oddech,  gdy poczuła,  że  Trent  zębami  rozsuwa  zamek 
błyskawiczny jej dżinsów.

- Niespodzianka. - Po  wycałowaniu  odkrytych  obszarów 

jego  wargi  rozpoczęły  podróż  ku  górze,  aż  dotarły  do 
staniczka.

- Zapięcie z przodu?
- Nie - szepnęła bez tchu. - Gdybym przewidywała...
- Nie  szkodzi. - Prowadził  dalej  swą  niespieszną, 

znaczoną pocałunkami wędrówkę, a ona, oszołomiona, ledwie 
zdała sobie sprawę, że obie jej ręce uchwycił jedną dłonią.

- Jesteś  w  tym  doo...bry - wymamrotała,  gdy  odpiął 

staniczek i ponownie splótł palce ich obu dłoni.

- Chciałbym cię widzieć - szeptał. - Wyobrażam sobie tę 

jasną  karnację... - Chwycił  zębami  koronkowy  materiał  i 
ściągnął z niej staniczek.

W ciszy słychać było tylko ich oddechy - Trenta powolny 

i  głęboki,  Rusty  szybki  i  płytki.  Każdy  centymetr  jej  skóry 
drżał  w  oczekiwaniu  na  jego  dotyk.  Zaczęła  gwałtownie 
poruszać  palcami,  tak  bardzo  pragnęła  przyciągnąć  go  do 
siebie.

- Trent? - wyszeptała. Usłyszała w swym szepcie błagalną 

nutę.

- Teraz tutaj. - Wtulił wargi we wgłębienie jej obojczyka, 

a  następnie  przesuwał  je  wzdłuż  szyi.  Usiłowała  przekręcić 
głowę,  żeby  i  ona  mogła  go  pocałować,  ale  z  cichym 
śmiechem uchylił twarz.

background image

- Trent,  proszę. - Ona  go  błagała.  Nie  mogła  w  to 

uwierzyć, zwykle to ona panowała nad sytuacją.

- Trent. - Nie była już w stanie znieść napięcia.

Teraz smakował jej skórę od szyi po talię. Płonęła. Kiedy 

zaczął  pokrywać  pocałunkami  jej  piersi,  zanurzyła  mu  palce 
we  włosy  i  uświadomiła  sobie,  że  jej  dłonie  są  wreszcie 
wolne.  Przesunęła  je  na  plecy  Trenta,  ciągle  miał  na  sobie 
koszulę.

- Zdejmij  ją!  Podźwignęła  się  do  siedzącej  pozycji  i 

zaczęła rozpinać guziki, ale za bardzo drżały jej palce.

- Pomogę ci. - Nakrył jej dłonie swymi i wyczuła, że one 

też  dygoczą.  Kiedy  wreszcie  położyła  mu  dłonie  na  piersi, 
wyszeptała:

- Marzyłam o tym od wielu dni.

Teraz  wszystko  potoczyło  się  szybko.  Zrzucili  z  siebie 

resztę ubrań i już nie wystarczyły magiczne pocałunki Trenta.

- Nie mogę... dłużej czekać.
- Ani ja.

Złączyli się w odwiecznym rytmie miłości.
Miłości?
Nie.
Już  na  skraju  szaleństwa,  zanim  całkiem  zatraciła  się  w 

rozkoszy,  w  ostatniej  chwili  świadomości  odpowiedziała 
sobie: tak.

background image

ROZDZIAŁ 11

Obudził ich hałas.

- Co to? - spytała Rusty, wtulona w ramiona Trenta.
- Chyba silnik. Duży silnik - odparł.
- Jeszcze  więcej  śniegu? - Poczuła,  że  on  potrząsa 

przecząco głową.

- Chyba nas odkopują.
- Ojej! Jesteśmy nadzy! - Zerwała się z tapczanu.
- Nie wpadaj w panikę. Mamy parę minut - uspokajał ją 

Trent.

Tak, oczywiście. On nie musiał szukać tylu rzeczy co ona.

- Gdzie rzuciłeś moje dżinsy?
- O, licho, nie wiem. Gdzieś niedaleko. Silnik zawarczał 

bliżej. Dużo bliżej.

- Trent! - jęknęła.
- Tu coś jest. - Podał jej jakiś kłębek materiału.
- To twoja koszula!
- Włóż ją, jak niczego innego nie znajdziesz.
- Tak,  na  pewno.  A  może  po  prostu  wszystkim 

oznajmimy, co tu robiliśmy.

- Niekoniecznie muszą zakładać, że coś robiliśmy. - Jego 

głos dochodził znad podłogi, widocznie podjął poszukiwania.

Znalazła bluzkę na tapczanie.

- No świetnie. Spaliśmy na mojej bluzce.
- Wielkie  rzeczy.  Spędziliśmy  tu  całą  noc,  to  oczywiste, 

że jesteśmy wymiętoszeni.

- Wymiętoszeni, ale nie nadzy!
- Masz, są twoje dżinsy. Już nie będziesz naga.
- Ale  jeszcze  nie  znalazłam  majtek. - Musiała 

przekrzykiwać warkot maszyny.

- Może chwilowo będziesz musiała z nich zrezygnować.

Rusty  jednak  uklękła  i  zaczęła  przeszukiwać  podłogę. 

Znalazła staniczek - lepsze to niż nic. Włożyła go i wciągnęła 
dżinsy.

- Trent, jesteś ciągle goły?
- Nie,  znalazłem  swoje  rzeczy.  Usłyszała,  że  wciąga 

spodnie.

- Nawet slipki?

background image

- Tak.
- Wspaniale,  ty  znalazłeś  swoje,  a  moje  gdzie?  Wokół 

drzwi zaczęło się sączyć szare światło.

- Wszystko  pozapinane?  Chyba  jesteśmy  ocaleni.  Silnik 

przestał pracować.

- Trent?  Rusty?  Czy  dobrze  się  czujecie?! - zawołał 

Clarence.

- Poza  tym,  że  jesteśmy  wściekli  jak  wszyscy  diabli! -

odkrzyknął Trent.

Łopaty skrobały drewno.

- Sądziliśmy,  że  śnieg  szybko  stopnieje - powiedział 

Harvey  bardzo  skruszonym  głosem. - Nie  wiedzieliśmy,  że 
nadchodzi zimny front.

Wspaniale. Pewno wszyscy tu się zjechali. Rusty nie była 

pewna, czy dobrze zapięła bluzkę i jakoś jej się wydawało, że 
wszyscy  poznają,  iż  nie  ma  na  sobie  majtek.  Przeczesała 
palcami włosy. Miała  nadzieję, że  tusz z  rzęs zbytnio się  nie 
rozmazał.

Chwilę  później  w  wyniku  wspólnego  wysiłku - wujków, 

którzy  pchali,  i  Trenta,  który  ciągnął,  drzwi  ustąpiły  i 
jaskrawe, słoneczne światło oślepiło Rusty.

- Hej, jak się macie! Wychodźcie, wychodźcie!

Dobroduszny  głos  Clarence'a  podziałał  jej  na  nerwy. 

Potykając  się,  ruszyła  ku  wyjściu.  Zadrżała  z  zimna  i 
przysłoniła oczy dłonią, podobnie jak Trent, który wziął ją za 
rękę  i  przeprowadził  przez  próg.  Zwały  białego,  lśniącego 
śniegu otaczały wydrążony tunel. Doc siedział na jakiejś żółtej 
koparce.

- Słuchaj,  chłopcze,  wiem,  że  jesteś  zły... - Clarence 

przerwał raptownie.

- Rachel  Marie!  Gdy  babcia  zwracała  się  do  niej  tak 

oficjalnie, to był zły znak.

- Babciu? - Rusty  zamrugała,  wypatrując  Agnes.  Babcia 

stała  przy  końcu  śnieżnego  tunelu  i  wpatrywała  się we 
wnuczkę  przerażonym  wzrokiem.  Podobny  wyraz  twarzy 
mieli  stojący  obok  wujkowie.  Zaintrygowana  spojrzała  na 
Trenta.

Oczy rozszerzyły się jej ze zdumienia. Jemu też.

background image

Na  twarzy,  a  zwłaszcza  wokół  ust  miał  czarne  smugi, 

które  przechodziły  na  szyję  i  znikały  pod  koszulą,  a  na  niej 
widać  było  wyraźne  czarne  ślady  palców  Rusty,  biegnące 
wzdłuż zapięcia. Dwóch guzików brakowało.

- Barwnik  drukarki - szepnęła, kiedy  Trent odwrócił się, 

by ją zasłonić. Spojrzała na swe zaczernione ręce i ramiona.

Mogła  się  domyślić,  jak  wygląda  reszta.  Oślizgłe  coś,  o 

którym  całkiem  zapomniała,  dokładnie  wskazywało,  w  jaki 
sposób ona i Trent rozgrzewali się tej nocy.

- Wyglądamy  jak  seksualne  mapy - mruknął.  Przyjrzała 

się  swej  bluzce - dwie  ciemne  dłonie  zostały odbite  na 
piersiach.  Gdyby  jej  nie  zdjęła, może  te  ślady  by  się  zatarły, 
ale  nie,  ściągnęła  ją  i  w  ten  sposób  zachowały  się  w  całej 
wyrazistości, żeby wszyscy mogli to zobaczyć.

I zobaczyli.
Usłyszeli,  jak  Clarence  chrząknął  znacząco,  więc 

odwrócili się ku niemu.

- Rusty,  kochanie. - Zbliżał  się  do  niej  z  wyciągniętymi 

ramionami i uśmiechem na ustach. - Witaj w rodzinie.

Wystarczyło  spojrzenie  na  babcię,  by  odpowiedziała  w 

jedyny możliwy sposób.

- Dziękuję.

Ciemne  smugi  na  jej  ciele  były  żywym  wspomnieniem 

miłosnej  nocy  z  Trentem.  Chciała  się  pozbyć  tego 
wspomnienia tak szybko jak owych plam z ciała.

Choć oboje starali się zbagatelizować to, co się wydarzyło, 

Agnes  i  wujkowie  byli  wprost  nie  do  zniesienia  ze  swymi 
niedwuznacznymi  uwagami.  Trent  i  Rusty  siedzieli  teraz 
świeżo po kąpieli koło siebie przed górą jedzenia, podczas gdy 
reszta  rodziny  popijała  kawę  i  nie  spuszczała  z  nich  oka. 
Kiedy  tylko  się  do  siebie  odezwali,  choćby  to  była  jedynie 
prośba  o  podanie  soli,  rozmowa  milkła  i  spojrzeniom 
towarzyszyły pełne oczekiwania uśmiechy.

Trent  wyglądał  na  speszonego  w  tym  samym  stopniu  co 

Rusty.  Od  momentu  owego  widowiska  przy  drzwiach  chaty 
nie mieli okazji być ze sobą sam na sam.

I nie wyglądało na to, że w ogóle będą.
Gdy  Harvey  przyniósł  reklamowy  katalog  dla 

nowożeńców,  Rusty  nie  wytrzymała  i  pobiegła  do  swego 

background image

pokoju. Położyła na łóżko walizkę i zaczęła bezładnie wrzucać 
do niej rzeczy.

- Co ty robisz? - Agnes stanęła za wnuczką.
- Pakuję  się.  W  tych  okolicznościach  będzie  najlepiej,

jeżeli natychmiast wyjedziemy.

- W  jakich  okolicznościach?  Rusty  zaczęła  ściągać  z 

wieszaków ubrania.

- Trent i ja nie zamierzamy się pobrać.
- Ale... ale przecież wy...
- Co?  Spaliśmy  ze  sobą. - Zaśmiała  się  cierpko. -

Nudziliśmy się. Na tym raczej nie można opierać małżeństwa.
- Jeżeli Agnes uwierzy, to może i jej się uda.

- Nudziliście się? Nigdy nie słyszałaś o scrabble'u?
- Było  ciemno! - Rusty  wrzuciła  sweter  do  walizki. -

Zupełnie ciemno! Nie mogliśmy wyjść. Powinnaś się cieszyć, 
że nic nam się nie stało, gdy się potykaliśmy o meble. Nasze 
komputery  się  potłukły  i  najwyraźniej  drukarka  też.  Co  ty 
sobie wyobrażałaś?

Przytłoczona  tymi  argumentami  Agnes  przysiadła  na 

łóżku.

- Myślałam,  że  będzie  romantycznie  Sądziłam,  że  jak 

przestaną  działać  komputery,  to  będziecie  musieli 
porozmawiać i lepiej się poznać.

- Rozmawialiśmy.  Musieliśmy  się  lepiej  poznać.  Nie 

pobierzemy się.

- Rusty! - Agnes  przygryzła  wargę. - Nie  wierzę,  że  nic 

do siebie nie czujecie.

- Dlatego,  że  coś  poczuliśmy  zeszłej  nocy?  To  była 

zabawa. Skończyła się. - Te słowa ją samą zabolały.

- Ale  ty  się  w  nim  zakochałaś,  prawda?  Serce  w  niej 

zadrżało.  Nie.  To  nieprawda.  Nie  była  w  nim zakochana.  To 
były tylko hormony. Nie odpowiedziała na pytanie.

- Lepiej zacznij się pakować. Mamy lot zaraz po północy 

i zamówiłam dwa bilety. Może to nie najbardziej odpowiednia 
pora, ale i tak miałam szczęście, że coś się znalazło w okresie 
przedświątecznym.

- Ja z tobą nie wracam.
- Co? - Osłupiała Rusty wypuściła z rąk pulower.

background image

- Nie wracam przed świętami. Tu jest jeszcze mnóstwo do 

roboty.  Ciasta  nie  upieczone.  A  przecież  im  obiecałyśmy. 
Harvey zamówił dla nas kostiumy.

- O czym ty mówisz?
- O kostiumach, w których będziemy wręczać prezenty. Z 

babcią najwyraźniej działo się coś niedobrego.

- Przyjechałyśmy  tu,  bo  chciałaś,  żebym  się  przyjrzała 

Trentowi. Przyjrzałam się.

- Może  aż  nazbyt  dokładnie.  W  porządku.  Ta  uwaga 

świadczyła o zdrowych zmysłach babci.

- Tak czy owak, nie ma sensu zostawać tu dłużej.
- Obiecałaś  mi!  Rusty  zwinęła  pulower  i  włożyła  go  do 

walizki. Ujęła dłoń babci i powiedziała:

- Mówiłam,  że  spróbuję  i  spróbowałam.  Mój  komputer 

jest w kawałkach, a Dearsing przeniósł prezentację na Wigilię. 
Nie mam wyboru.

- Zawsze mamy wybór, Rusty. - Babcia wstała. - A ty źle 

wybrałaś.

- Trent, lepiej zastanów się, jak właściwie postępować ze 

swoją dziewczyną.

Clarence  siedział  za  wielkim biurkiem, Doc stał oparty  o 

framugę  okna,  a  Harvey  na  sofie  przeglądał  katalogi.  Trent, 
jak  za  chłopięcych  czasów,  stał  przed  biurkiem  naprzeciwko 
wujka.  Lata  minęły  od  czasów,  kiedy  dostawał  burę.  Uznał 
jednak, że da im się wygadać.

- Czy panna Rusty zdecydowała się już na jakiś kolor?
- Kolor?
- Sukni ślubnej.
- Nie - odparł krótko.
- Ale  ślub  się  odbędzie - rzekł  Clarence.  To  nie  było 

pytanie.

- Dobra  rasa - stwierdził  Doc.  Sytuacja  nadal  była 

kłopotliwa.

- To  Rusty  i  ja  zdecydujemy,  czy  będzie  ślub.  Dziękuję 

wam za troskę.

- Słuchaj, chłopcze... Trent był już w drzwiach.

Trent  obiecał  odwieźć  Rusty  na  lotnisko.  On  sam  wracał 

do Dallas.

background image

- Jeżeli  zmieni  pani  zdanie,  może  pani  wrócić  w  każdej 

chwili! - zawołał za nimi Harvey.

Rusty nie miała zamiaru zmieniać zdania.

- Wreszcie  możemy  porozmawiać - rzekł  Trent,  gdy  już 

pomachali czterem zasmuconym postaciom.

- Chyba nie bardzo jest o czym, prawda? - Rusty obawiała 

się tej rozmowy. W kółko zestawiała ze sobą różne elementy 
swego  życia  jak  kawałki  układanki,  łudząc  się,  że  jakoś  je 
połączy. Ale Trent nie pasował do jej życia bez względu na to, 
jak bardzo by tego chciała.

Spojrzał na nią z ukosa.

- Sądzę, że nie omówiliśmy do końca naszej sprawy.
- A  ja  sądzę,  że  zerwanie  jest  najlepszym  wyjściem! -

Patrzyła prosto przed siebie.

- Do  licha  ciężkiego,  Rusty,  ja  chcę  się  nadal  z  tobą 

spotykać!

Zamknęła oczy. Z jakichś przyczyn łatwiej jej było z nim 

rozmawiać, kiedy go nie widziała.

- Oboje  dobrze  wiemy,  że  możemy  utrzymać  tę 

znajomość tylko wtedy, kiedy ja ze wszystkiego zrezygnuję.

- Nie proszę cię, żebyś z czegokolwiek rezygnowała.
- Tak?  Chcesz  powiedzieć,  że  ty  porzucasz  pracę  w 

firmie,  odkładasz na  półkę projekt wymarzonego miasteczka, 
zostawiasz wujków i przeprowadzasz się do Chicago?

- Nie musisz stawiać sprawy w ten sposób.
- A  jakim  sposobem  moglibyśmy  być  razem?  Długie 

milczenie  było  najlepszym  dowodem,  że  nawet  nie rozważał 
jakiejkolwiek zmiany w swoim życiu.

- Moglibyśmy to jakoś ułożyć.

Mężczyźni  zawsze  powiadają  "jakoś  to  się  ułoży"  i 

zostawiają kobietom obmyślanie szczegółów. Nie tym razem.

- Mam obowiązki wobec babci. Poświęciła wiele lat, żeby 

mnie  wychować.  Nie  opuszczę  jej. - Rusty  pominęła 
milczeniem, że Agnes zdecydowała się zostać przez święta na 
ranczu. - Żeby  sprostać  tym  obowiązkom,  muszę  wygrać 
konkurs  na  kampanię  reklamową.  Jeśli  mi  się  nie  uda,  będę 
musiała pracować nad inną.

- Za kilka tygodni, kiedy się wszystko unormuje...

background image

- Nic się nie zmieni - przerwała ostro. - Ty będziesz tu, a 

ja tam.

- Rusty...
- To nie jest dla mnie łatwe. - Głos się jej załamał. - Ty... 

Ta  noc  z  tobą... - Nie  mogła  powstrzymać  płaczu. - Myśl  o 
rozstaniu z tobą doprowadza mnie do takiego stanu. Nie mogę 
stale przez to przechodzić, Trent, po prostu nie mogę. Lepsze 
jest całkowite zerwanie. Od razu. Proszę.

Zatrzymał  się  pod światłami  pa  skrzyżowaniu  i  przeniósł 

na nią spojrzenie pociemniałe z napięcia.

- Naprawdę tego chcesz? Całkowitego zerwania?
- Tak. - Zmusiła się, żeby jej głos zabrzmiał stanowczo. -

Tego właśnie chcę.

Dwudziestego  czwartego  grudnia  o  godzinie  wpół  do 

jedenastej  Rusty  prezentowała  swój  projekt  „Blisko  natury", 
ilustrowany  pięknymi  fotosami,  na  których  widniał  Trent  we 
flanelowej koszuli i różne produkty, ukazane w scenerii chaty. 
Klienci byli pod wrażeniem jej emocjonalnego zaangażowania 
i uznali, że komuś, kto tak niezwykle przejmuje się promocją 
ich towarów, należy powierzyć kampanię reklamową.

Wróciła  do  domu.  Czekała  ją  Wigilia  w  pustym 

mieszkaniu, którego nawet nie przybrała z okazji świąt.

Dwudziestego  czwartego  grudnia  o  godzinie  drugiej 

trzydzieści  siedem  Trent  podpisał  kontrakt  z  właścicielem 
przedsiębiorstwa  budowlanego  w  ostatniej  chwili,  przed  jego 
wyjazdem na narty.

Wrócił  do  domu  na  Wigilię.  Miał  ją  spędzić  samotnie  w 

mieszkaniu, w którym nawet nie było choinki.

Musiała podzielić się z kimś dobrą nowiną. Wygrzebała z 

torebki służbową wizytówkę Trenta i zatelefonowała do niego 
do biura. Nikt nie odpowiadał, więc zadzwoniła do domu.

Odezwała  się  automatyczna  sekretarka  i  Rusty 

wybuchnęła płaczem.

Była  sama.  Zupełnie  samotna  w  Wigilię.  W  Agencji 

Reklamowej Dearsinga została zastępcą dyrektora, marzyła o 
tym  stanowisku  od  chwili,  gdy  zaczęła  tam  pracować.  Miała 
kierować  kampaniami  reklamowymi  na  cały  kraj.  Powinna 
być  szczęśliwa.  Powinna  to  świętować.  A  pozostało  jej 
jedynie iść do łazienki i wziąć prysznic.

background image

Gdzie ona jest? Trent rzucił słuchawkę, gdy odezwała się 

automatyczna sekretarka. Czy Rusty zdobyła to zlecenie? Czy 
jest  szczęśliwa?  Czy  nie  obchodzi  jej,  jak  on  sobie  poradził, 
czy podpisał kontrakt?

Udało mu się. I to bez grosza z rancza Triple D. Pewnego 

dnia  może  wujkowie  zamieszkają  w  jego  wymarzonym 
miasteczku - .  A.  od  tej  chwili  środowisko  inwestorów 
nabierze  przekonania,  że  Trent  nie  musi  polegać  na 
pieniądzach z ran - cza, żeby realizować swe plany.

Życie było piękne. Powinien być szczęśliwy. Powinien to 

świętować.

I chciał świętować. Z Rusty.
Opadł  na  skórzaną  kanapę.  Choć  nowa  i  droga,  nie  było 

mu na niej tak dobrze jak na pewnym zdezelowanym meblu w 
opuszczonej  chacie.  Zamknął  oczy.  O  czym  myślał?  Że  nie 
powinien pozwolić Rusty odejść, zgodzić się na to „całkowite 
zerwanie".

Kiedy  dwoje  ludzi  się  kocha,  próbują  wszystko  tak 

zorganizować,  by  im  się  udało  żyć  ze  sobą.  A  on  ją  kochał. 
Więc  dlaczego  jej  tego  nie  powiedział?  Nic  dziwnego,  że 
chciała  całkowitego  zerwania.  Nawet  nie  podał  jej  jednego 
konkretnego  powodu,  dlaczego  miałaby  się  nadal  z  nim 
spotykać.

Był tak pochłonięty swym projektem, a jej tak zależało na 

zdobyciu zlecenia, że oboje stracili z oczu rzecz najważniejszą
- uczucie, które ich połączyło.

Miał teraz przed sobą nowe zadanie. Podniósł słuchawkę.
Wycierając  włosy  ręcznikiem,  Rusty  podeszła  do 

automatycznej  sekretarki.  Ktoś  telefonował,  kiedy  brała 
prysznic. Uruchomiła taśmę, lecz nie było żadnej wiadomości. 
Przyszło  jej  do  głowy,  że  zadzwoni  na  ranczo,  ale  linia  była 
zajęta. Jakżeby inaczej. Poszła do kuchni i otworzyła lodówkę. 
Wspaniale,  na  wigilijną  kolację  będzie  jadła  resztki 
chińszczyzny  z  restauracji.  To  było  okropne.  Straszne.  Jak 
Agnes  mogła  jej  to  zrobić?  Zawsze  razem  spędzały  święta. 
Rusty poświęciła dla niej swe szczęście, a ona nawet tego nie 
doceniła.

A teraz stała osamotniona przed mikrofalową kuchenką, w 

której  leżała  zamrożona  kupka  chińskiego  jedzenia,  podczas 

background image

gdy  Agnes  brylowała  na  ranczu  wśród  trzech  panów  do 
wzięcia.

Coś tu nie było w porządku.
Zadzwonił telefon. Rusty rzuciła się ku niemu, świadoma 

żałośnie ochoczej nuty w swym głosie.

- Rusty? To Trent. Powinna odłożyć słuchawkę.
- Słucham. - Zgasiła  lampę, jakby potrafiła rozmawiać z 

nim tylko w ciemnościach.

- Wiem,  że  chciałaś  całkowitego  zerwania,  ale  ja  cię 

kocham.  Czy  ty  mnie  kochasz? - spytał  bez  zbędnych 
wstępów.

Łzy płynęły jej po twarzy.

- Czy mnie kochasz?
- Tak - wyszeptała i usłyszała, że odetchnął z ulgą.
- Wszystko  się  ułoży.  Obiecuję.  Rusty  chciała  mu 

wierzyć.

- Jak?
- Dostałaś to zlecenie?
- Tak! - wykrzyknęła. - A ty zawarłeś umowę?
- Wszystko podpisane, przypieczętowane, dostarczone.
- Gratuluję. - Nie  wykrzesała  z  siebie  nawet  cienia 

entuzjazmu, lecz nie była w stanie udawać.

- A więc tak - rzekł Trent - oboje mamy przed sobą pracę, 

wobec tego przez kilka miesięcy będziemy spotykać się tylko 
w weekendy.

- A co potem?
- Potem... Nie wiem. Ale, Rusty, mówię ci, potrafimy to 

jakoś ułożyć.

Narażała  swe  serce  na  mękę,  tego  była  pewna.  Ale  z 

drugiej strony...

- Dobrze. Raczej nie będę się czuła gorzej niż teraz.
- Ja się czuję wspaniale. Co z tobą?
- Jest  Wigilia,  a  ja  zostałam  sama! - wyszlochała. 

Usłyszała cichy śmiech.

- Albo  ja  przylecę  do ciebie,  albo  ty  do  mnie. To  się  da 

zrobić.

- Zwariowałeś? Żadna linia nie będzie miała ani jednego 

wolnego miejsca.

background image

- Znajdzie  się.  Teraz  się  rozłączam.  Zadzwonię  do 

wszystkich  Unii,  ty  zrób  to  samo  i  zobaczymy,  jaki  będzie 
wynik.

Taki  był  pewny,  że  im  się  uda.  Trochę  podniesiona  na 

duchu  zapaliła  światło  i  sięgnęła  po  książkę  telefoniczną.  W 
najlepszym razie mogła mieć nadzieję na listę rezerwową.

Rozpoczęła od największej linii.

- Wesołych Świąt. Rezerwacja. Czym mogę służyć?

Tak jak Rusty się spodziewała, mogła być umieszczona na 

bardzo długiej liście rezerwowej.

- Pani nazwisko?
- Rusty  Romero. - Rusty  słyszała  swe  nazwisko 

wystukiwane na klawiaturze komputera. Zaległa cisza.

- Pani  Romero,  ma  pani  już  wykupiony  bilet  pierwszej 

klasy  na  lot  czterysta  siedemdziesiąt  sześć  bezpośrednio  do 
Dallas.

- Co takiego?
- A także rezerwację na lot dwieście siedemdziesiąt jeden, 

samolot  zaraz  wylatuje,  i  na  lot  pięćset  osiemdziesiąt  dwa, 
tysiąc  sto  pięćdziesiąt  sześć  oraz  dwa  tysiące  pięćset 
pięćdziesiąt  osiem.  Miała  pani  również  rezerwację  na  lot  sto 
dwadzieścia  jeden,  ale  na  wcześniejszą  godzinę. - Po  chwili 
informatorka  dodała: - Jeżeli  pani  nie  wykorzysta  tych 
zarezerwowanych,  to  może  moglibyśmy  zaoferować  je 
oczekującym na liście rezerwowej?

- Ja...  oczywiście. - Oszołomiona,  odłożyła  słuchawkę. 

Jak  to  było  możliwe?  „Jeśli  zmieni  pani  zdanie,  może  pani 
wrócić  w  każdej

chwili".  Harvey.  Szalony  amator 

telezakupów.  Drogi,  przemiły  Harvey.  Tanecznym  krokiem 
ruszyła do kuchni. Chińskie danie znalazło się z powrotem w 
lodówce.

- Czy  myślisz,  że  będą  zaskoczeni,  gdy  nas  zobaczą? -

spytała Rusty, kiedy razem z Trentem w pierwszy dzień świąt 
nad  ranem  wkradali  się  po  cichu  na  ganek.  Święta  były  w 
śnieżnej szacie, choć leżała ona wyłącznie na podwórzu przed 
domem.

- Kto ich tam wie - odparł Trent szeptem. Wślizgnęli się 

do wnętrza i położyli prezenty pod choinkę.

background image

- Chyba  muszę  się  zabrać  do  przyrządzania  śniadania -

zasugerowała Rusty bez specjalnego entuzjazmu.

- O, nie - odparł Trent zdecydowanie.
- Wobec tego - podniosła prezent przeznaczony dla Tren -

ta - otwórz to.

Spojrzał na płaską paczkę i zaraz wyciągnął spod choinki 

drugą,  bardzo  podobną.  Popatrzyli  na  siebie  zdziwieni  i 
zaczęli zdejmować opakowanie.

- „Zakochani  wędrowcy.  Jak  kochać  na  odległość" -

przeczytał.

- To  nie  będzie  łatwe,  więc  chcę  być  przygotowana. -

Spoglądała na niego z obawą.

- Rozpakuj swoją - poprosił czule. Zobaczyła książkę tego 

samego  autora,  której  o  mało  sama nie  kupiła  dla  Trenta. 
„Małżeństwo z biletami okresowymi. Jak je utrzymać".

- Trent, małżeństwo?
- Małżeństwo.
- Cóż, jeżeli się będzie układało...
- Małżeństwo - powtórzył.
- Prosisz mnie o rękę?
- Nalegam. - Pocałował  ją. - Wiedziałem,  że  chcę  cię 

poślubić w chwili, gdy odkryłem, że siedzisz w ciemnościach 
bez  bluzki.  Przeczuwałem  już  wtedy,  że  życie  z  tobą  będzie 
pełne niespodzianek.

Roześmieli  się  oboje  i  zaczęli  całować  właśnie w  chwili, 

gdy do pokoju wszedł na palcach Harvey.

- Ho,  ho,  ho! - Klasnął  w  ręce na  ich  widok. - Więc  się 

pobieracie?

Przytaknęli głowami, a on wybiegł z pokoju, żeby zbudzić 

resztę domowników.

- Trent, mój chłopcze, cieszę się, że nie pomyliłem się co 

do ciebie. - Clarence wziął ich oboje w ramiona.

- Och, Rusty, wróciłaś! - Agnes uściskała wnuczkę. - To 

wspaniale, bo mam dla ciebie nowinę.

- Jaką?

Babcia  podeszła  do  milczącego  Doca,  który  objął  ją 

ramieniem. Jej policzki pokraśniały, gdy spojrzała na niego z 
uśmiechem.

background image

- Babciu? - Rusty  jeszcze  nie  rozumiała.  Agnes  Romero 

wyciągnęła  w  jej  kierunku  dłoń  i  Rusty musiała  chwycić  się 
Trenta, gdy zobaczyła brylant połyskujący niczym oczy Doca.

- Pani  babcia  i  ja  pobieramy  się - oznajmił  osłupiałej 

Rusty.

- I to nie jest żadna cyrkonia - oświadczył Harvey. - Mam 

odpowiedni certyfikat.

Zaczęło się składanie życzeń i Rusty, ciągle oszołomionej, 

trudno było uwierzyć, że babcia wychodzi za mąż za jednego 
z wujków Trenta. Podeszła do niej i spytała:

- Zostajesz tu na dobre?
- Na  dobre  i  złe,  co  przyniesie  los - odrzekła  Agnes 

wpatrzona czule w Doca.

- Uwaga,  uwaga - odezwał  się  Clarence. - Czas  na 

śniadanie, bo niedługo musimy przebrać się w kostiumy.

- Jakie  kostiumy? - spytali  Rusty  i  Trent  chórem. 

Pozostali popatrzyli na nich zdziwieni.

- Świętych  Mikołajów,  którzy  będą  doręczać  prezenty -

rzekł Harvey. - Chwilowo są schowane w stajni.

- W stajni są prezenty?
- Tak, całe mnóstwo. - Harvey wyciągnął jeden ze swych 

małych,  osobistych  komputerków. - Tu  jest  lista.  Dwa 
najbardziej  okazałe  w  tym  roku  to  traktor  dla  miejscowego 
technikum i ultrasonograf dla domu weteranów.

Pod wodzą Clarence'a  ruszyli do kuchni.  Trent zatrzymał 

Rusty i gdy wszyscy przeszli, wziął ją w ramiona.

- Przeglądałem tę książkę dla ciebie i tam wśród różnych 

wskazówek jest taka jedna: korzystajcie z każdej chwili, kiedy 
jesteście sami. - Rozejrzał się i wyszeptał: - Jesteśmy sami.

Rusty ujęła jego twarz w dłonie i przyciągnęła do swojej.

- Więc zacznijmy korzystać z tej chwili.