background image

 

 

 
 
 
 

 

               

HEATHER  ALLISON 

 
            NAWIEDZONA  

 
 
 
 
 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

background image

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 
Lizzie Wilcox wrzasnęła. 
W  bladym  świetle  pomarańczowej  żarówki  ujrzała  obrzydliwie 

zdeformowaną  mumię,  która  zachichotała  upiornie,  po  czym  zniknęła  za 
ukrytymi drzwiami, pozostawiając Lizzie w absolutnej ciemności. 

Lizzie odczekała,  aż jej  serce się nieco uspokoi,  ostrożnie wysunęła rękę, 

przejeżdżając palcami po chropowatej ścianie. Nagle ściana zniknęła. 

Raz  jeszcze  próbowała  wymacać  ją,  ale  bezskutecznie.  Nie  widziała 

absolutnie nic w panujących tu egipskich ciemnościach. To dobrze. 

Zrobiła mały krok. Potem jeszcze jeden. 
Nagle  gwałtownie  podskoczyła,  czując  na  nogach  podmuch  lodowatego 

powietrza. 

Zatrzepotała  rękami,  walcząc  o  zachowanie  równowagi,  zanim  wreszcie 

znalazła jakieś oparcie. Cokolwiek to było, było ciepłe, kudłate i warczało. 

Pisnęła, cofając się na oślep. W tym momencie zielona żarówka oświetliła 

wejście  do  kolejnego  korytarza.  Ponieważ  warczenie  przeszło  w  ryk,  Lizzie 
postanowiła uciekać. 

Gdy tylko wbiegła do korytarza, usłyszała przejmujące jęki i zawodzenie. 
Znajdowała  się  w  lochu,  w  celach  potępionych  duszyczek.  Wokół  niej 

szybowały  przezroczyste  zjawy,  o  skórze  pomarszczonej  niczym  stary 
pergamin. W powietrzu unosił się odór stęchlizny i gnijących ubrań. Słychać 
było szczęk łańcuchów oraz, a jakże, nieustające jęki. 

Puściła się pędem w głąb korytarza. W ostatniej celi jakaś postać w głębi 

pomieszczenia  uniosła  lśniącą  kulę  i  skinęła  na  Lizzie,  przywołując  ją  do 
siebie.  Choć  wiedziała,  że  to  nierozsądne,  podeszła  powoli  do  barierki. 
Niespodziewanie  zjawa  pojawiła  się  tuż  przy  jej  twarzy,  jęcząc  prosto  w 
ucho. 

Odskoczyła  w  popłochu,  zbliżając  się  nieopatrznie  do  cel  po  drugiej 

stronie  korytarza.  Natychmiast  wysunęły  się  w  stronę  jej  kręconych  włosów 
kościste ręce. 

 

1

RS

background image

 

 

-  Nie!  -  wrzasnęła,  uciekając  od  zielonego  światła  w  stronę  całkowitej 

ciemności. 

Nagle  zapadła  się  pod  nią  podłoga.  Z  trudem  utrzymując  równowagę, 

skierowała  się  w  przeciwną  stronę,  słysząc  głuche  dudnienie  własnych 
kroków. 

Podłoga  lśniła  żółtym  blaskiem,  a  między  deskami  widziała  ogień  i 

wrzeszczące  dziko  potwory,  bijące  pięściami  w  sufit  swego  więzienia. 
Poruszając  się  tak  szybko,  jak  to  było  możliwe,  zniknęła  za  kolejnym 
zakrętem. 

Coś  lepkiego  musnęło  jej  twarz.  Lizzie  z  obrzydzeniem  wyplątała  się  z 

cienkich  pasm  kolejnej  przeszkody.  „Pfuj,  nienawidzę  pajęczyny",  mruczała 
pod nosem. 

-  No  to  zmykaj  stąd  -  usłyszała  obok  czyjś  głos.  Tak  też  zrobiła.  Nie 

zważając  na  towarzyszące  jej  wrzaski  i  krzyki,  biegła  tak  długo,  póki  nie 
oślepiły jej ostre promienie słońca. 

Zmrużyła oczy, ale i tak poczuła duże spływające łzy. Panująca na dworze 

duchota  i  tak  charakterystyczna  dla  Houston  wysoka  temperatura 
przypomniały  jej,  że  nie  posmarowała  się  rano  kremem.  Wiedziała,  iż 
rudzielcom,  szczególnie  gdy  mieszkali  w  południowym  Teksasie,  nie 
powinno się to nigdy zdarzać. Zaczesała za ucho pasmo potarganych włosów. 

-  No  i  jak?  -  spytał  mnich  z  gołą  czaszką  zamiast  twarzy.  -  Jak  nam 

poszło? Podobało ci się? 

- Przestraszyłaś się trochę? - dodał wilkołak, zacierając owłosione dłonie. 
Lizzie przypomniała sobie swój wrzask. Wiedziała, że i oni go słyszeli. Z 

pewnością też musieli zauważyć, iż nie był udawany, tak jak inne jej reakcje. 

-  Owszem,  trochę  -  przyznała.  -  Nie  spodziewałam  się  pomarańczowej 

strefy strachu. 

-  Świetnie!  -  zawołało  kilka  nowoprzybyłych  potworów,  ciesząc  *się  i 

podskakując.  Ściągali  z  głów  maski,  odsłaniając  spocone,  ludzkie  oblicza.  - 
Skoro udało nam się nastraszyć Lizzie, nastraszymy każdego! - wołali. 

-  Jedną  chwileczkę!  -  starała  się  ich  przekrzyczeć  Lizzie.  -  W  tym 

wypadku  nie  mam  nic  przeciwko  wprowadzonym  przez  was  zmianom,  ale 

2

RS

background image

 

 

pozwólcie, że pokażę wam, dlaczego nie umieściłam tam strefy strachu. 

Powiedziawszy  to,  ruszyła  w  stronę  wejścia  do  Panhelleńskiego  Domu 

Strachów przy Houston Junior College, powstałego pod patronatem żeńskiej i 
męskiej  korporacji  studenckiej.  Zyski  ze  sprzedaży  biletów  w  październiku 
miały  pójść  na  budowę  schroniska  dla  bezdomnych.  Na  pobliskim  drzewie 
powiewał już od dłuższego czasu wymowny transparent: „Bycie bezdomnym 
jest straszne!". 

Lizżie,  a  właściwie  Elizabeth  Wilcox,  z  Biura  Architektonicznego 

Elizabeth  Wilcox,  od  lat  specjalizowała  się  w  projektowaniu  domów 
rozrywki  i  domów  strachów.  Przez  kilka  miesięcy  w  roku  starała  się 
nastraszyć jak najwięcej ludzi tak, by łomotały im serca, pociły się dłonie, a 
ciało odczuwało gwałtowny przypływ adrenaliny. 

Weszła  do  domu,  który  sama  zaprojektowała  i  którego  budowę 

nadzorowała, i zapaliła wszystkie światła. 

Następnie ruszyła wąskim, krętym korytarzem w głąb budynku. 

 

- To gdzieś tutaj umieściliście tę pomarańczową mumię? 
Wszyscy  przytaknęli.  W  pobliskich  drzwiach  pojawiło  się  omawiane 

straszydło. Lizzie wskazała drzwi. 

-  Zazwyczaj  pozostają  zamknięte,  gdyż  siedzą  tam  osoby  obsługujące 

mgłę w drugim korytarzu. 

- To ja zajmuję się mgłą - oznajmiła mumia. 

Lizzie  skinęła  głową  i  przyjrzała  się  bacznie  drzwiom  i  przeciwległej 

ścianie. 

- Jesteś pewien, że możesz obsługiwać jedno i drugie? 
- Pewnie - potwierdził student z młodzieńczym optymizmem. 
-  Przeszłam  tę  drogę  w  pojedynkę  -  zauważyła  Lizzie.  -  Zazwyczaj  w 

domu strachów znajduje się kilka grup jednocześnie. Krzyki idących przodem 
są słyszane przez tych, którzy idą za nimi, co przyczynia się do zwiększenia 
ich oczekiwań, ale i wzmożonej niepewności. Musicie wszystko tak wyuczyć, 
by strasząc tutaj, nie zapomnieć o obsłudze mgły z drugiej strony - nie chcąc 
jednak  ograniczać  ich  twórczego  zapału,  szybko  dodała:  -  Myślę,  że  to  się 
może udać, jeśli będziecie wystarczająco szybcy. 

3

RS

background image

 

 

- Czy są jeszcze jakieś zastrzeżenia? - spytał wilkołak. 
-  Zbyt  późno  włączyliście  światła  po  drugiej  stronie  pieczary.  Ludzie  nie 

powinni  się  tam  zatrzymywać  i  czekać  długo.  Pamiętajcie,  trzeba  zawsze 
straszyć  „do  przodu".  Zbyt  powolna  była  obsługa  pajęczyny.  Nie  paliło  się 
też światło, wskazujące wyjście z budynku. Trzeba to będzie sprawdzić. 

Widząc ich poważne twarze, Lizzie uśmiechnęła się. 
- Za to scena w lochu była naprawdę wyśmienita - pochwaliła. - A tak przy 

okazji, skąd się wziął ten zapach? 

- To nasze pranie - odparł mnich. 
-Też  macie  pomysły!  -  zachichotała,  uderzając  pięścią  w  ścianę.  - 

Pamiętajcie,  mumia  musi  pojawiać  się  i  znikać  niezwykle  szybko.  Nie 
chcemy przecież, żeby ktoś wyrżnął w te drzwi. W ciemności ich nie widać. 
Bezpieczeństwo  zwiedzających  jest  podstawowym  problemem,  o  który 
musimy zadbać - kopnęła mocno w ścianę. - Widząc mumię, ludzie cofną się 
i  uderzą  w  tę  ścianę,  tak  jak  to  właśnie  pokazałam.  Trzeba  ją  będzie  nieco 
wzmocnić. 

Rozległy się jęki dezaprobaty. Lizzie roześmiała się. 
-  Przecież  macie  jeszcze  sporo  czasu.  Otwarcie  dopiero  pod  koniec 

tygodnia. 

-  Ale  my  mamy  egzaminy  śródsemestralne  -  poskarżył  się  mnich.  -  To 

dlatego chcieliśmy wcześniej  skończyć.  Jesteś pewna,  że  ta  ściana  nie  może 
pozostać tak jak jest? 

-  Nie  mogę  ryzykować  -  odparła  Lizzie  -  że  jakiś  wyrośnięty  osiłek  ją 

rozwali,  narażając  siebie  i  was  na  niebezpieczeństwo.  Będę  tu  w  piątek  na 
końcową inspekcję - oznajmiła. 

Wsiadając do samochodu zastanawiała się jednak, jakim cudem uda jej się 

upchnąć  w  piątek  jeszcze  jedną  inspekcję.  Myślała,  że  tę  tutaj  będzie  miała 
dziś z głowy. Było jeszcze kilka innych domów, wymagających jej uwagi, w 
tym  ten,  do  którego  właśnie  zmierzała.  Hotel  Grozy  w  miasteczku  duchów, 
jednej z miejscowych atrakcji turystycznych. 

Do  święta  Halloween 

[wilia  Wszystkich  Świętych,  połączona  ze 

straszeniem,  maskaradą  i  płataniem  figli,  przyp.  tłum.]

  pozostał  jeszcze 

4

RS

background image

 

 

prawie  cały  miesiąc.  W  październiku  studenci  zamierzali  pracować  w  domu 
strachów we wszystkie weekendy, starając się zarobić jak najwięcej. Lizzie z 
całego  serca  popierała  ten  pomysł.  Tym  bardziej  że  od  tego  zależało  jej 
wynagrodzenie. Miała otrzymywać określony procent od zysków. Młodzieży 
nie stać było na zapłacenie jej z góry. 

Zachichotała.  Pomysł  z  pomarańczową  mumią  był  naprawdę  niezły.  Już 

dawno nikt jej tak nie nastraszył. 

Jared Rutledge był bliski załamania. W skrzyni pełnej różnych części ciała 

nie  znalazł  nic,  co  mogłoby  kogokolwiek  przestraszyć.  Nawet  w  półmroku 
już z daleka było widać, że to plastikowe barachło. Zwykły kicz. 

Wszedł  do  drugiego  pomieszczenia.  Jeszcze  jedna  trumna,  tym  razem  z 

Draculą. Co za nuda! 

To samo, jeśli chodzi o pozbawione głowy ciało. 
Po co w ogóle zaangażował się w ten projekt domu strachów? Obiecywał 

sobie przecież, że nigdy więcej tego nie zrobi. W dodatku sam zgłosił się na 
ochotnika. 

Wreszcie,  dlaczego  te  wszystkie  akcesoria  były  takie  brzydkie  i 

nieciekawe?  Czyżby  doszło  już  do  tego,  że  nawet pełen asortyment różnych 
części ciała nie robił na nim najmniejszego wrażenia? 

- Włóż tutaj dłoń - polecił towarzyszący mu szkielet-przewodnik. 
Powstrzymując zniecierpliwienie, Jared wsunął rękę do dziury w pudełku i 

dotknął zimnej, galaretowatej masy. 

- Móżżżżżdżek - syknat szkielet. 
- Sssspaghetti - odsyknął Jared. 
-  Gałki  oczne?  -  próbował  targować  się  szkielet.  Jared  pociągnął  nosem, 

wyczuwając słodki zapach i raz jeszcze dotknął lepkiej masy. 

- Obrane winogrona. 
- Panie Rutledge, nie mógłby pan chociaż trochę udawać? 
-  Nie  mam  zamiaru  nic  udawać  -  warknął  Jared,  szukając  czegoś,  w  co 

mógłby wytrzeć ręce. - Chcę, by to było przekonujące. Chcę, by ludzie w to 
uwierzyli. 

 

background image

 

 

Szkielet  odstawił  na  bok  karton  z  winogronami  i  podał  Jaredowi 

papierowy ręcznik. 

-  Niech  pan  obejrzy  jeszcze  laboratorium  oszalałego  naukowca.  To  tuż 

obok. 

Walcząc  z  ogarniającym  go  poczuciem  bezsilności,  Jared  wzruszył  tylko 

ramionami  i,  chcąc  nie  chcąc,  podążył  za  swym  towarzyszem  do 
przylegającego pomieszczenia. 

Tak,  jak się  tego spodziewał,  zastał  tam  postać ubranego  w  zakrwawiony 

fartuch  szaleńca,  ze  strzechą  potarganych  włosów  na  głowie.  Osobnik  ten 
pochylał się nad leżącym na stole nieszczęśnikiem o dwóch głowach. Gdzieś 
w kącie, w cieniu, stał jego garbaty asystent. 

Jared zniecierpliwiony pokręcił głową. 
- O co chodzi tym razem? - spytał szkielet. 
- To po prostu nikogo nie przestraszy - oznajmił Jared masując czoło. 
Czuł zbliżający się ból głowy. W tym domu nie było nic, co zachęcałoby 

do jego oglądania, a tym bardziej płacenia za ten wątpliwy przywilej. 

-  To  dlatego,  że  pan  wie,  czego  się  można  spodziewać.  Przecież  to  pana 

własny projekt. 

Jared  westchnął.  Bez  wątpienia  był  to  jego  własny  projekt,  a  w  każdym 

razie jego główne założenia. Budowa tego domu strachu była zresztą też jego 
pomysłem, niestety, niezbyt fortunnym. 

A  wydawało  się,  że  będzie  to  strzał  w  dziesiątkę.  Pomysł  był  całkiem 

prosty:  sądził,  iż  wystarczy  zrobić  projekt  budynku,  a  młodzież,  która 
pracowała  ochotniczo  w  położonym  blisko  jego  biura  w  Dallas  centrum 
rehabilitacyjnym,  wybuduje  go  i  wyposaży.  Wszyscy  będą  mieli  niezłą 
zabawę, a klinika zbierze sporo pieniędzy. 

Rzeczywistość  wyglądała  jednak  zgoła  inaczej.  Przede  wszystkim 

brakowało owej aury grozy, która przyciągała zwiedzających. 

Pochylając  się  nad  naukowcem,  Jared  niechcący  uderzył  w  stół 

operacyjny. Jedna z głów pacjenta oderwała się od tułowia, spadła ze stołu i 
poturlała w kąt pokoju. 

-  Ja  to  zrobię  -  mruknął  szkielet  i  schylił  się,  by  podnieść  głowę.  Nieco 

6

RS

background image

 

 

speszony,  przymocował  ją  znów  do  ciała.  -  Może  to  wszystko  będzie  lepiej 
wyglądać, gdy zakończymy malowanie i wszyscy się poprzebierają? 

- Tu potrzeba dużo więcej niż tylko farby. 
- Może więcej krwi? 
Jared przemyślał to przez chwilę. 
- Żadnej krwi. 
Zaoferował  pomoc,  ponieważ  wiedział,  że  klinika  pilnie  potrzebuje 

pieniędzy.  Kto  wie?  Może  nawet  uda  im  się  nieco  zarobić  dzięki  wizytom 
pacjentów,  ich  rodzin  i  przyjaciołom  młodzieży,  która  będzie  obsługiwać 
dom strachów. Czuł jednak, że nie będzie tego zbyt wiele. 

Poczuł  narastający  ból  głowy.  Personel  kliniki  pokładał  w  nim  wielkie 

nadzieje.  Tak  samo  pacjenci  i  ich  rodziny.  Liczył  się  przecież  każdy  grosz. 
Nie mógł ich zawieść. 

Uśmiechnął się, aby ukryć rozdrażnienie. 
-  Zapomnijmy  na  chwilę,  że  to  ma  straszyć,  i  spójrzmy  na  to  z  innej 

strony.  Naszym  głównym  zadaniem  jest  uszczęśliwić całą masę dzieciaków; 
tych  na  wózkach  inwalidzkich  i  tych  chodzących  o  kulach,  które  w  innych 
domach  potykały  się  o  zapadające  się  podłogi,  i  nie  mieściły  się  w  zbyt 
wąskich korytarzach. To przede wszystkim o tym musimy pamiętać. 

- Taaak, wiem. Ale widzi pan, chciałbym ich też trochę postraszyć - odparł 

szkielet, wyraźnie rozczarowany. 

Jared  miał  do  siebie  preterisje  za  takie  postawienie  sprawy,  ale  uznał,  że 

lepiej  przeżyć  rozczarowanie  teraz  niż  później,  gdy  przyjdzie  do  obliczania 
zysków. 

-  Myślę,  że  młodszym  dzieciom  może  się  to  spodobać  -  mruknął  pod 

nosem. 

- Naprawdę tak pan sądzi? 
- Oczywiście. Skoncentruj się na tym, czym ten dom jest, a nie, czym nie 

jest. 

-  W  porządku  -  pokiwał  głową  szkielet,  wpierw  wolno,  później  nieco 

bardziej energicznie. - No cóż. W końcu to nie dom projektu firmy Wilcox. 

Jared poczuł, jak uśmiech zamiera mu na ustach. Było to nazwisko, które 

7

RS

background image

 

 

najmniej pragnął usłyszeć. Kiedy zaczynał pracę nad projektem, zakładał, że 
jego dom będzie co najmniej równie dobry, jeśli nie lepszy. 

-  I  tak  nie  byłoby  nas  na  nią  stać.  Jest  sławna.  Mnóstwo  wielkich  firm 

zamawia u niej domy - ciągnął dalej chłopak. 

- Tak, wiem - odparł Jared. 
Nawet  nie  wiesz  jak  dobrze,  dodał  w  duchu.  Co  roku,  w  październiku, 

miejscowe  gazety  poświęcały  Elizabeth  Wilcox,  architektowi  i  projektantce 
domów  strachu  sporo  uwagi.  Artykułom  tym  zazwyczaj  towarzyszyła 
fotografia,  z  której  patrzyła  na  niego  młoda  twarz,  okolona  burzą 
pomarańczowoczerwonych  włosów.  Jej  zdjęcie  zawsze  ukazywało  się  w 
kolorze. 

- Gdyby to ona zaprojektowała nasz dom, zgarnęlibyśmy masę pieniędzy. 
Jared postanowił przełknąć tę niezamierzoną zniewagę. 
-  Ach...  przepraszam...  -  speszył  się  Danny.  Zerwał  z  siebie  przebranie 

szkieleta i ściągnął maskę z głowy. 

- Nie chciałem... przecież pan się tym zazwyczaj nie zajmuje. 
- Byłeś kiedyś w projektowanym przez nią domu strachów? - spytał Jared, 

ruszając w stronę wyjścia. 

- Tak. Tam to dopiero straszyło! - zachwycił się Danny. 
- A co w nim było takiego... hm... strasznego? 
- Człowiek nigdy nie wiedział, co się zaraz stanie. To znaczy... - Danny z 

przejęcia zaczął gestykulować. 

-  Był  to  taki  niewielki  domek,  ale  kiedy  się  do  niego  weszło,  człowiek 

tylko szedł i szedł, jakby trafił w jakieś zaczarowane miejsce. 

- Czyli mnóstwo schodów - mruknął Jared do siebie. 
Było to całkiem w jej stylu. Wiedział, że uwielbiała dezorientować ludzi, 

przyłapywać ich w chwilach, gdy przestawali się mieć na baczności. 

-  Byłem  tam  co  najmniej  pięć  razy  i  za  każdym  razem  zauważałem  coś 

nowego. 

Pięć  razy.  Ponowny  obrót.  Interes  najlepszy  z  możliwych  i  przynoszący 

największe  zyski.  Na  samo  hasło  „według  projektu  Elizabeth  Wilcox" 
ściągały tłumy. 

8

RS

background image

 

 

Jared nie znosił Elizabeth Wilcox. 
-  A  potem  nagle  pojąłem,  gdzie  usytuowane  są  te  wszystkie  strachy. 

Zacząłem zabierać tam dziewczyny. 

Ja,  zupełnie  spokojny  i  opanowany,  one,  wrzeszczące  i  tulące  się  do 

mnie... 

Danny gadał jak najęty, póki nie dotarli do ścieżki tuż przed wejściem do 

Hanes Memorial Rehabilitation Clinic, centrum rehabilitacyjnego położonego 
niemal  w  centrum  Dallas.  Na  podjeździe  stanął  właśnie  niewielki  mikrobus. 
Wysiadła z niego kobieta i otworzyła tylne drzwi, żeby wyjąć składany fotel 
inwalidzki. Następnie pomogła usadowić się w nim dziewczynce. 

Wiedział,  że  matka  i  córka  będą  musiały  długo  czekać,  bez  względu  na 

wyznaczony  termin  wizyty.  W  klinice,  z  powodu  braku  sprzętu,  zawsze 
wszystko  się  opóźniało.  Jared  przyjrzał  się  nieruchomym  nogom 
dziewczynki,  potem  zerknął  na  swoje  własne.  Jego  pobyt  w  klinice  kończył 
się,  ale  ona  pozostanie  tu  jeszcze  długo,  tracąc  najlepsze  lata  życia  w 
zatłoczonych poczekalniach. 

Nie mógł się z tym pogodzić i postanowił zebrać środki dla kliniki, nawet 

gdyby musiał w tym celu wybudować dom strachów. 

Nawet gdyby musiał zadzwonić do Lizzie Wilcox, swojej byłej żony. 
Lizzie po raz ostatni zerknęła na dwupiętrowy budynek, po czym wsiadła 

do  samochodu.  Szkielet  Hotelu  Grozy  był  gotowy.  Teraz  ekipa  budowlana 
powinna  skoncentrować  się  na  wnętrzu.  Jak  dotąd  wszystko  przebiegało 
według  harmonogramu.  Uroczyste  otwarcie  przewidziano  w  święto-
Halloween. 

Nie  mogła  się  już  doczekać!  Było  to  największe  i  najpoważniejsze 

zlecenie  w  całej  jej  dotychczasowej  karierze.  Jeśli  odniesie  sukces,  czekają 
nie tylko sława, ale także, po raz pierwszy, niezły stały roczny dochód. Hotel 
stał  na  terenie  nowo  powstającego  miasteczka  duchów  w  południowo-
zachodniej części  Houston. Miało ono zachęcić turystów do odwiedzania tej 
części  miasta.  Pragnąc  przyciągnąć  publiczność  na  oficjalne  otwarcie 
miasteczka  wiosną  przyszłego  roku,  rada  miejska  zdecydowała  się  uchylić 
rąbka tajemnicy i dokonać prezentacji Hotelu Grozy w święto Halloween. 

9

RS

background image

 

 

Dla  Lizzie  ta  budowa  była  absolutnie  priorytetowa.  Wszystko  musiało 

działać bez zarzutu. 

Pół  godziny  później  wpadła  do  swojego  biura,  zajmującego  trzy  piętra  w 

reprezentacyjnej kamienicy. 

-  Są  może  jakieś  wiadomości,  Carleen?  -  rzuciła  w  biegu  pulchnej 

sekretarce. 

- A jak myślisz? Oczywiście, że są. Jak zwykle o tej porze roku. 
Lizzie  z  westchnieniem  opadła  na  blat  biurka  Carleen  i  przerzuciła  plik 

kartek przyciętych na kształt ducha. 

- Pamiętam czasy, kiedy nie było żadnych wiadomości. 
- Ja już tego nie pamiętam - mruknęła Carleen. 
- Przez cały dzień nie mogę się od niego oderwać. 
-  powiedziała,  zerkając  wymownie  na  telefon,  który  w  tej  samej  chwili 

zadzwonił. - Świetnie! Sama widzisz. Nawet nie mam czasu, żeby rozwiesić 
świąteczne ozdoby. 

Lizzie roześmiała się i zeskoczyła z biurka. 
-  Jeśli  to  do  mnie,  to  przyjmę  rozmowę  w  gabinecie.  Carleen  kiwnęła 

głową i podniosła słuchawkę, ale zaraz przysłoniła mikrofon dłonią. 

- Niemożliwe! To znowu do ciebie. 
Lizzie  uśmiechnęła  się  i  ruszyła  w  kierunku  swojego  pokoju.  Przystanęła 

na  chwilę  w  drzwiach,  przyglądając  się  z  przyjemnością  obszernemu, 
widnemu  pomieszczeniu.  Ogarnęło  ją  poczucie  dumy  i  samozadowolenia. 
Była  wprawdzie  bardzo zapracowana,  ale  i  szczęśliwa.  Zastanawiała  się,  jak 
wiele osób naprawdę kochało swoją pracę? 

Podeszła do biurka i przyciągnęła telefon, tak że mogła rozmawiać siedząc 

na  parapecie  i  wyglądać  przez  okno...  Uwielbiała  jesień,  chociaż  tu,  w 
Houston, nie miała ona wiele wspólnego z rześkim powietrzem i kolorowymi 
liśćmi, jakie pamiętała ze swego dzieciństwa. 

Uwielbiała  również  październik.  W  październiku  przytrafiały  jej  się 

cudowne meczy. 

- Słucham - rzuciła wesoło do słuchawki. 
- Elizabeth? 

10

RS

background image

 

 

Na dźwięk tego głosu dobry humor natychmiast ją opuścił. 
- Tak - wykrztusiła z trudem. 
- Tu Jared. 
Wiedziała, że to on. Od razu poznała jego głos. Nie wiedziała tylko, po co 

do niej dzwoni. Minęły trzy lata. Doskonale pamiętała ostatnią rzecz, jaką mu 
wtedy  powiedziała:  „Jeśli  zmienisz  zdanie,  zadzwoń".  Wątpiła  jednak,  by 
miało to jeszcze jakiekolwiek znaczenie. 

- Jared Rutledge - dodał z nutą poirytowania w głosie, mylnie interpretując 

jej milczenie. 

- Tak, słucham cię. 
Przez  trzy  lata  czekała  na  jakiś  sygnał  od  niego,  a  teraz  jedyne,  co 

przychodzi jej do głowy, to „tak, słucham"? 

- Jak ci leci, Elizabeth? 
- Świetnie. 
Co  za  głupia  rozmowa.  Ale  przynajmniej  grzeczna  i  spokojna.  Tak  jak 

wszystkie  rozmowy  podczas  tamtych  okropnych  dni,  kiedy  spotykali  się  z 
prawnikami, którzy pomagali im rozwiązać firmę. 

A także ich małżeństwo. 
- Jak się mają twoi rodzice? - spytała przez grzeczność. 
- Dziękuję, dobrze - odparł. 
Rodzice  Jareda  mieszkali  w  Sweetwater,  niewielkim  osiedlu  wiejskich 

posiadłości  na  południu  Houston.  Prawdopodobnie  przyjechał  do  nich  z 
wizytą. 

- Słyszałem ostatnio wiele o twojej... pracy - dodał. 
Wahanie  przy  ostatnim  słowie  było  ledwie  wyczuwalne,  ale  Lizzie 

wyraźnie  je  słyszała.  Niemal  słyszała  wysiłek,  z  jakim  Jared  zaliczał  jej 
projekty do kategorii „pracy". 

Również  w  przeszłości  zawsze  odnosił  się  z  pogardą  do  jej  projektów 

domów strachów. 

Mimochodem i ją zaczął tak traktować. Odsunęła od siebie tamte przykre 

wspomnienia. 

-  Ostatnio  udzieliłam  sporo  wywiadów.  Domy  strachów  to  czysto 

11

RS

background image

 

 

sezonowa  sprawa  i  stąd  to  zainteresowanie.  Nie  ukrywam,  że  jestem 
niezwykle zajęta. - Najwyższy czas, by przystąpił wreszcie do rzeczy. 

-  Widzisz...  -  z  trudem  wykrztusił  z  siebie  Jared  -  ja...  zaprojektowałem 

dom strachów... 

- Co takiego? Ty? - Lizzie wybuchnęła śmiechem. 
-  Myślałam,  że  nie  chcesz  mieć  z  nimi  nigdy  więcej  do  czynienia.  Lub  z 

kimkolwiek, kto je projektuje. 

-  Domy  strachów  też  są  potrzebne.  Tylko  że  ja  nigdy  nie  zamierzałem 

czynić z ich projektowania treści mego życia. 

Tak jak to uczyniła Lizze. Natychmiast pojęła zawartą w tym stwierdzeniu 

aluzję i zjeżyła się. 

- Ostatnio mam tu, w Dallas, do czynienia z pewnym centrum rehabilitacji. 

Chciałbym pomóc im zebrać trochę funduszy. Dom strachów wydawał mi się 
dobrym pomysłem - kontynuował tymczasem Jared. 

-  Ponieważ  wydawało  ci  się,  że  to  prosta  sprawa  -  oznajmiła  drwiąco 

Lizzie. W słuchawce zapadła cisza. 

-  O  ile  pamiętam,  domy  strachów,  które  budowaliśmy  wspólnie  na 

studiach, nie były specjalnie skomplikowane. 

- To było dawno temu. 
Zebrali wówczas więcej  pieniędzy niż jakikolwiek inny projekt w historii 

szkoły. Dostali nawet jakąś nagrodę i dyplom. 

- Całkiem dobrze nam się wtedy pracowało, prawda? 
Lizzie  mocniej  ścisnęła  słuchawkę.  Dobrze  pamiętała  ten  jego  słodziutki 

ton. Używał go zawsze wtedy, gdy czegoś potrzebował. 

- Czego chcesz? 
Zachichotał, wyraźnie nie zrażony, że tak szybko go rozszyfrowała. 
- Chcę, byś pomogła mi zbudować ten dom. 
- Dlaczego? 
- Przecież tym właśnie się zajmujesz? 
- To prawda. Chodzi mi o to, dlaczego właśnie ja? 
- Podobno jesteś w tym najlepsza. 
Gdyby  nie  to  „podobno",  potraktowałaby  jego  słowa  jako  komplement.    

12

RS

background image

 

 

Nie odpowiedziała. 

- Oczekujesz może, że zacznę cię błagać? - spytał pogardliwie. 
Dawno już przestała się tym przejmować. Nie po raz pierwszy słyszała w 

jego głosie pogardę. 

-  To  zależy  od  tego,  jak  bardzo  ci  na  tym  zależy.  Liczyła,  że  to 

stwierdzenie zakończy ich konwersację. Ku jej zdumieniu Jared odpowiedział 
cicho: 

-  Bardzo  mi  zależy  na  tym  projekcie,  a  także  na  ludziach,  którzy  mi 

zawierzyli. To się po prostu musi udać. - Słyszała, jak wziął głęboki oddech, 
zanim odważył się spytać: - Mogłabyś przyjechać i go obejrzeć? 

- Co takiego? - odrzekła zdumiona. - Chcesz bym przyjechała do Dallas? 
-  Tak.  Chcę,  byś  obejrzała  dom,  a  potem  powiesz  mi,  jak  go 

przeprojektować. 

- Nawet nie wiesz, o co prosisz! - wykrztusiła z trudem. 
- To wszystko na zbożny cel... 
- To dla mnie żadna nowość... 
-  W  porządku.  W  takim  razie  może  podam  ci  teraz  kilka  danych,  a  ty 

zastanowisz się i prześlesz mi swoje uwagi faksem? 

-  Nie  potrafię  tak  pracować.  Każdy  projekt  zajmuje  mi  dziesięć  do 

czternastu dni! 

Nic  bardziej  nie  doprowadzało  jej  do  pasji,  jak  ludzie,  którzy  za  wszelką 

cenę  starali  się  pomniejszyć  jej  osiągnięcia.  -  Na  budowę  moich  domów 
potrzeba dwu do trzech miesięcy. Mamy pierwszy października. 

Nie ma szans, by twój dom stanął jeszcze w tym roku. Jeśli jednak chcesz 

zamówić projekt na przyszły rok, to bardzo proszę, umieszczę cię w grafiku. 

- Wobec tego przyjedź do Dallas i powiedz mi, jak go ulepszyć. 
Teraz już bardziej przypominał Jareda, jakiego pamiętała, dla którego nie 

istniały  rzeczy  niemożliwe.  Wyjazd  do  Dallas  nie  wchodził  jednak  w 
rachubę. Choć musiała przyznać, że sam pomysł bardzo ją pociągał. Mogłaby 
tam  zabłysnąć.  Pokazać  mu,  jaki  odniosła  sukces.  Jaka  szkoda,  że  nie, 
zadzwonił do niej w marcu! 

- Naprawdę nie mam czasu. 

13

RS

background image

 

 

- Dla tego projektu czy dla mnie? 
- To nie fair. Dla nikogo. 
- Samoloty z Houston do Dallas odlatują co pół godziny - Jared nigdy się 

nie poddawał. - Mogłabyś przylecieć z samego rana, obejrzeć obiekt i być tuż 
po obiedzie w swoim biurze. 

Nawet  nie  przyszło  mu  do  głowy,  że  ona  może  nie  mieć  aż  pół  dnia 

wolnego. 

-  Nie  rozumiesz,  że  to  dla  mnie  najgorętszy  okres  w  roku?  Mam 

zagospodarowaną każdą godzinę. Poczynając od teraz aż do Halloween. 

- Proszę... 
Lizzie czuła, jak powoli mięknie.     
- Zrób to w takim razie dla dzieci. Upośledzonych dzieci, Elizabeth. 
- Widzę, że starasz się jak możesz. 
- Jak długo tylko będzie trzeba. 
Pamiętała,  że  zazwyczaj  nie  zajmowało  mu  to  wiele  czasu.  Ona  i  Jared 

byli kiedyś doprawdy zgraną parą. Pod każdym względem. Ale to były dawne 
czasy. 

-  Wiem,  że  podejrzewasz  mnie,  iż  odmawiając  ci  pomocy, odgrywam  się 

za stare dzieje, aleja naprawdę nie mam czasu, by ci pomóc. 

Wiedziała, że jej nie uwierzył. 
- Zapłacę ci. 
Chciał ją zawstydzić, ale to mir się nie udało. 
-  Gdybym  miała  czas,  oczekiwałabym,  że  mi  zapłacisz.  W  taki  sposób 

bowiem zarabiam na życie. 

-  Czy  twoja  firma  aż  tak  dobrze  prosperuje,  że  stać  cię  na  odrzucenie 

korzystnej oferty tylko dlatego, że jesteś rozżalona? 

-  Owszem,  tak  się  składa,  że  stać  mnie  na  to  -  odpowiedziała  z  dużym 

zadowoleniem. - A teraz wybacz, ale muszę się pożegnać. 

-  Elizabeth...  poczekaj.  Proszę,  nie  rozłączaj  się.  Gdyby  tego  od  niej 

zażądał,  natychmiast  rzuciłaby  słuchawką.  Nie  potrafiła  jednak  oprzeć  się 
jego cichej prośbie. 

 

14

RS

background image

 

 

-  No  dobrze.  Opowiedz  mi  o  domu  -  poddała  się,  wiedząc,  że  popełnia 

błąd. No cóż, nikt nie jest doskonały. 

Jared natychmiast przystąpił do rzeczy. 
-  Ten  dom  musi  spełniać  określone  wymagania.  Musi  być  dostępny  dla 

wózków  inwalidzkich.  A  to  oznacza  brak  wahadłowych  drzwi  i  innych 
utrudnień. 

Lizzie z satysfakcją poinformowała go, że po wszystkich jej domach mogą 

się  poruszać  wózki  inwalidzkie.  Stało  się  tak  na  długo  przed  tym,  zanim 
zaczęto tego oficjalnie wymagać. 

-  Widzisz,  tylko  że  nie  wystarczy,  że  oni  tam  wjadą.  Muszą  jeszcze  coś 

widzieć - wtrącił Jared. - Abstrahując od chęci zebrania pieniędzy, chcę, by te 
dzieciaki  naprawdę  dobrze  się  bawiły.  Starałem  się  dostosować  wnętrze  do 
poziomu osoby siedzącej na wózku inwalidzkim. Zamiast wąskich korytarzy 
stworzyłem  cały  system  przylegających  do  siebie pokoi,  ale  to wszystko  nie 
jest takie jak trzeba. 

- Przyciemniłeś wszystkie światła? -Tak. 
- Opowiedz mi, co zobaczyłabym odbywając całą trasę. 
-Twoim  przewodnikiem  byłby  szkielet.  -  Lizzie  pomyślała,  że  to  błąd,  iż 

zdecydował  się  na  przewodnika.  -  Na  początku  jest  krypta,  później  lochy, 
trumna Draculi, laboratorium szalonego profesora... 

Lizzie  przymknęła  oczy,  słuchając  wyjaśnień  Jareda.  Jego  projekt  nie 

zawierał  ani  jednej  oryginalnej  rzeczy,  niczego,  co  mogłoby  zaskoczyć. 
Powielał  dokładnie  wszystkie  standardowe  domy  strachów.  Czuła  przez 
skórę,  że  potrzebne  będą  ogromne  zmiany.  Inaczej  jego  dom  nie  miał  szans 
konkurować  z  innymi  domami  prawdziwych  profesjonalistów.  Do  których 
zresztą i siebie zaliczała. 

Od  czasu,  kiedy  zaczynała  projektować  tego  typu  budowle,  publiczność 

stała  się  bardziej  wymagająca.  Z  drugiej  strony  jednak,  Jared  uprzedzał,  iż 
dom przeznaczony jest głównie dla ludzi na wózkach inwalidzkich. Ciekawy 
problem. Z przyjemnością podjęłaby takie wyzwanie. Ale nie w tym roku. 

- Jestem pewna, że twój dom będzie bardzo ciekawy. 
 

15

RS

background image

 

 

- Przestań opowiadać takie rzeczy! Gdyby tak było, nie zwracałbym się do 

ciebie o pomoc! 

- Rozumiem. 
- Elizabeth... 
- Jared Rutledge poświęca się w imię wyższych celów. Jakże szlachetnie z 

twojej strony, że zniżasz się do projektowania „frywolnych budowli". 

Lizzie  odczuwała  dużą  satysfakcję,  mogąc  rzucić  Jaredowi  w  twarz  jego 

własne  słowa.  „Prędzej  umrę  z  głodu,  niż  zacznę  zarabiać  na  życie 
projektowaniem  frywolnych  budowli",  powiedział  kiedyś.  A  ona  na  to 
odparła: „Jeśli zmienisz zdanie, zadzwoń". 

Nigdy tego nie uczynił. Dopiero dzisiaj. 
- Myślę, że sobie na to zasłużyłem. 
- Owszem, zasłużyłeś. 
- Przepraszam, jeśli cię uraziłem. 
-  Jeśli  mnie  uraziłeś?!  -  wymknęło  jej  się  nieopacznie.  Żałowała,  że  nie 

mogła cofnąć tych słów. 

-  Zapewne  gardzisz  mną.  Może  nawet  mnie  nienawidzisz  -jego  słowa 

brzmiały szczerze. 

Lizzie roześmiała się z wysiłkiem. Jared był niebezpiecznie bliski prawdy. 
- Nie zaprzątam sobie tobą głowy. 
- Założę się, że czekałaś tylko na sposobność, by zademonstrować mi, jaki 

odniosłaś sukces. 

- Nonsens - pomimo że była sama w pokoju, poczuła, że się rumieni. 
-  Pomyśl  tylko,  Elizabeth.  To  ty  będziesz  szefem.  Będziesz  mogła  się  na 

mnie do woli wyżywać i mną pomiatać. Drugi raz nie trafi ci się taka okazja... 
- jego głos znów był kuszący i słodki jak miód. 

- Jared, ta rozmowa nie ma sensu. Nie mam czasu... 
- To twoja ostatnia szansa. To wyzwanie. A może nie stać cię na to, by mu 

sprostać? 

 
 
 

16

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI 

 
Tylko ktoś głupi dałby się na to nabrać. 
Wobec tego dlaczego zgodziła się lecieć do Dallas? 
Jared musiał  być  w  niezłym  kłopocie,  skoro do  niej  zadzwonił.  Nie tylko 

obiecała mu, ze przyjedzie, ale powiedziała też, że zrobi to dzisiaj. 

Miał absolutną rację twierdząc, iż powinna mu pomóc, chociażby po to, by 

się na nim odegrać. Ó niczym innym nie marzyła. Chciała naprawić to, co on 
sknocił  i  uczynić  go  swym  dłużnikiem.  Po  czym  często  mu  o  tym 
przypominać. 

Chciała  napawać  się  zwycięstwem.  Chciała  przeprosin  za  sposób,  w  jaki 

dotąd odnosił się do jej pracy. Chciała, usłyszeć: Elizabeth, myliłem się, to ty 
miałaś rację. Łaknęła pochwał i uznania. Co ją zresztą martwiło. 

Tak  długo  liczyła  się  z  jego  zdaniem,  iż  weszło  jej  to  niemal  w  krew. 

Teraz  nie miała  już  jednak  powodu,  by  się  tym  przejmować.  Przecież  do  tej 
pory w ogóle o nim nie myślała. 

Przebiegła  wzrokiem  po  wiszących  w  szafie  ubraniach.  Nagle  złapała  się 

na tym, iż  zastanawia  się,  które  z  nich  znalazłoby  uznanie w  oczach  Jareda. 
Zgrzytając zębami, sięgnęła po pierwszą lepszą rzecz z brzegu. 

Na  szczęście  jej  wybór  okazał  się  trafny.  Elegancki  kostium  w  kolorze 

dyni,  na  który  składały  się  sięgające  kolan  spodnie  i  żakiet,  był  dokładnie 
tym, czego potrzebowała. 

Uwielbiała  ciepłe,  przygaszone  barwy  jesieni  i  z  upodobaniem  nosiła 

wszelkie  odcienie  złota,  oranżu  i  cynamonu,  a  także  brązy  i  leśne  zielenie, 
które znakomicie podkreślały pomarańczowo-rudy kolor jej włosów. 

Zauważyła,  że  zrobiło  się  późno.  Wiedziała,  że  lada  chwila  pojawi  się 

Carleen, która miała polecenie budzić ją, gdy nie zjawiała się na dole do wpół 
do dziewiątej. 

Lizzie  zajmowała  przestronny  apartament  na  trzecim  piętrze  domu,  w 

którym mieściła się jej firma. Nierzadko zdarzało jej się pracować do późna 
w nocy i zasypiać w ubraniu na kanapie. 

Ubiegłej  nocy  właśnie  tak  się  stało.  Chcąc  wygospodarować  całe 

17

RS

background image

 

 

przedpołudnie,  musiała  popracować  nad  kilkoma  projektami  i  zostawić 
dyspozycje dla Carleen. 

- Lizzie, wstałaś już? - usłyszała. Carleen była jak zwykle punktualna. 
- Już idę! - odpowiedziała, otwierając drzwi. 
-  Zobacz,  co  przyniosłam  -  zawołała  Carleen,  wpadając  jak  burza  do 

pokoju. 

Lizzie  z  uwagą  wpatrywała  się  w  słomiany  wieniec  przyozdobiony 

duchami,  nietoperzami,  dyniami  i  szkieletami.  Gdzieniegdzie  zwisało  nawet 
kilka pająków, a nad wszystkim górował żółty księżyc. 

-  Jaki  piękny  wieniec  na  Halloween  -  pochwaliła.  -  Będzie  się  świetnie 

prezentował na drzwiach frontowych. - Nagle zauważyła dyndające w uszach 
Carleen  kolczyki  w  kształcie  ducha.  -  Są  świetne  -  roześmiała  się  dotykając 
ich. 

- Cieszę się, że ci się podobają - oznajmiła wesoło Carleen, wręczając jej 

małe  białe  puzderko.  -  Kupiłam  takie  same  dla  ciebie.  No,  muszę  znikać, 
mam mnóstwo roboty. 

- Dziękuję. Jesteś jedyną znaną mi osobą, która kocha Halloween jeszcze 

bardziej  niż  ja  -  powiedziała  Lizzie  i  podeszła  do  zawieszonego  nad 
kominkiem lustra, żeby przymierzyć kolczyki. 

 Potrząsnęła  głową.  Leciutkie  duszki  w  jej  uszach  podskakiwały  wesoło. 

Nie  był  to  jednak  odpowiedni  dzień  na  noszenie  zwariowanych  ozdób. 
Chciała przecież, by Jared poważnie ją traktował. 

Najwyższy czas, by przyznała, jak bardzo jej na tym zależało. Chciała, by 

zobaczył,  jak  wiele  udało  jej  się  osiągnąć.  Ostrzegał  ją  przecież,  że  nie  da 
sobie  rady,  projektując  wyłącznie  domy  strachów.  Sądził,  iż  prędzej  czy 
później powinie jej się noga. Tak się jednak nie stało. 

Lizzie  szybko  wskoczyła  w  kostium,  przyozdabiając  go  gustownymi 

złotymi  kolczykami,  a  na  nogi  wsunęła  proste,  czarne  tenisówki.  Weszła  do 
łazienki,  żeby  obejrzeć  się  w  dużym  lustrze.  Jej  bermudy  były  zarówno 
modne,  jak  i  praktyczne.  W  przeciwieństwie  do  sukienek,  znakomicie 
zdawały  egzamin,  gdy  przychodziło  jej  wspinać  się  po  rusztowaniach,  a  na 
długie spodnie było zbyt gorąco. 

18

RS

background image

 

 

Na głowie jednak miała jedno wielkie siano. Jej naturalnie skręcone włosy 

rzadko kiedy dawały się okiełznać w wilgotnym klimacie Houston. Niewiele 
myśląc zgarnęła je do tyłu i spięła szylkretową spinką w kształcie muszli. 

Wyglądała  porządnie  i...  nudnie.  Wiedziała,  że  Ja-redowi  się  to  z 

pewnością  spodoba.  Lubił  ten  styl  u  kobiet  interesu.  Uważał,  że  im  mniej 
uwagi  przywiązują  do  strojów,  tym  większe  sukcesy  odnoszą  w  pracy. 
Pewnie dlatego,  że  nie  tracą  czasu  na  bieganie po sklepach  w poszukiwaniu 
ciuchów. 

Po  krótkim  wahaniu  wpięła  w  klapę  marynarki  złotą  szpilkę  w  kształcie 

domu.  W  każdym  razie  z  oddali  tak  wyglądała.  Niezwykła,  ale  gustowna. 
Całkiem naturalna na ubraniu kobiety architekta. Dopiero wpatrując się przez 
dłuższą  chwilę  w  jej  lewą  pierś,  ktoś  mógłby  dostrzec  poskręcane  gałęzie 
drzew, dynie, duchy i nietoperze. 

A jeśli Jared zauważy? 
Uśmiechnęła się pod nosem. Powinien się cieszyć, że nie przypięła czaszki 

z błyszczącymi czerwonymi oczkami. 

Kiedy  po  chwili  zeszła  na  dół,  znalazła  Carleen  przed  domem,  zajętą 

rozwieszaniem na drzewach lampionów z dyni. 

- Dokąd się wybierasz? - spytała sekretarka. 
- Do Dallas - odparła Lizzie. 
- O nie. Nic z tego. O dziesiątej masz spotkanie z radą miejską w Pearland, 

a  po  południu oczekują  cię  studenci,  którym  obiecałaś  przyjazd na  końcową 
inspekcję. 

-  Bądź  taka  dobra...  Przeproś  ludzi  z  rady  i  umów  mnie  na  inny  termin. 

Możesz im przesłać faksem kilka wstępnych rysunków, które wykonałam tej 
nocy. Jeśli będą mieli jakieś pytania, to niech zwrócą się z nimi do Edwarda. 

Edward  był  jej  asystentem,  świeżo  upieczonym  absolwentem  uczelni, 

który przed obroną dyplomu odbywał u niej praktykę. 

- Ale oni nie zatrudnili Edwarda, tylko ciebie! 
- Zatrudnili Firmę Architektoniczną Elizabeth Wilcox, w której nie jestem 

jedynym  architektem.  Zresztą  to  ja  zrobiłam  rysunki  i  ja  sporządzę  projekt. 
Na dzisiejsze spotkanie jednak nie pójdę. 

19

RS

background image

 

 

-  A  co  z  dzieciakami?  -  mruknęła  Carleen.  -Powiedz  im,  że  przyjadę  do 

nich późnym popołudniem. 

- Spojrzę do kalendarza i zastanowię się, czy uda mi się wepchnąć gdzieś 

spotkanie z radą miejską - westchnęła Carleen, wchodząc do budynku. 

Lizzie podążyła za nią. Pięć minut później Carleen podsunęła jej kalendarz 

pod nos i spytała z przekąsem: - I co ty na to? Sama zobacz. 

- A Edward? 
-  On  jest  niemal  równie  zajęty  jak  ty.  Lizzie  przygryzła  wargę  i  zerknęła 

na zegarek. 

-  Słuchaj,  muszę  pędzić  na  lotnisko  -  powiedziała  -  albo  całkowicie 

zdezorganizuję  sobie  dzień.  Zobacz,  co  się  da  zrobić.  Około  czwartej 
powinnam być z powrotem. 

-  Miałaś  przecież  jechać  do  Dallas  dopiero  za  dwa  tygodnie.  Są  jakieś 

problemy z naszym projektem? 

- Nie. 
Lizzie  zajrzała  do  swej  teczki,  chcąc  uniknąć  badawczego  spojrzenia 

Carleen. 

- Jak cię tam można osiągnąć? 
- Poprzez Firmę Architektoniczną Rutledge'a. 
- Chyba żartujesz. 
- Bynajmniej. 
Lizzie żałowała teraz,  iż  zwierzyła  się  kiedyś  Carleen  ze swych  perypetii 

małżeńskich. 

- Czy to ten sam Rutledge, który był kiedyś twoim wspólnikiem? 
- Tak. 
- A przez cztery lata twoim mężem? 
- Cztery i pół - poprawiła Lizzie. 
-  Ten  sam  Jared  Ruthledge,  przez  którego  tyle  się  napłakałaś,  kiedy 

myślałaś, że tego nie widzę? 

- Idź już wreszcie rozwieszać te lampiony - burknęła  Lizzie. - Nie martw 

się o mnie. On potrzebuje mojej pomocy. 

- To znaczy? 

20

RS

background image

 

 

- Zabrał się za budowę domu strachów. 
- To powiedz mu, żeby stanął na końcu kolejki. 
-  Pojadę  dzisiaj  i  omówię  z  nim  wszystko  co  trzeba  -  oświadczyła 

stanowczo  Lizzie  biorąc  teczkę  do  ręki  i  ruszyła  w  kierunku  drzwi.  -  Poza 
tym wiem, ile  go  musiał  kosztować  ten  telefon.  Chyba  naprawdę  potrzebuje 
pomocy.   

- Bądź ostrożna - ostrzegła ją Carleen. - Żebyś później tego nie żałowała. 
-  Nie  martw  się -  zaśmiała  się  Lizzie.  -  To  po prostu  zwykła  konsultacja. 

Już od dawna nic do niego nie czuję. 

Kłamała jednak. 
W głębi duszy liczyła przecież na to, iż Jared wykorzystał swoje kłopoty, 

żeby się z nią zobaczyć i przeprosić ją w ten sposób za wszystkie zniewagi. 

Podczas godzinnego lotu Lizzie oddawała się wspomnieniom. 
Myślała o Jaredzie i jego zabójczym uśmiechu, zapale i entuzjazmie, jaki 

wkładał we wspólne projekty. Ogniu  w jego oczach,  gdy planowali wspólną 
przyszłość.  Wspólnym  nocnym  wkuwaniu.  Sprzeczkach,  gdy  zakładali 
własną firmę. 

Starała się jednak zdusić te wspomnienia, przypominając sobie późniejsze 

zażarte  kłótnie  i  bolesne  zniewagi.  Mimo  to,  gdy  samolot  wylądował,  była 
mocno podekscytowana. 

Odczekała,  aż  prawie  wszyscy  wyjdą  i  dopiero  wtedy  opuściła  kabinę. 

Przy  wyjściu  niespokojnie  rozglądała  się  za  wysoką  sylwetką  swego  byłego 
męża. 

Nie  było  go  tam  jednak.  Zaczęła  się  rozglądać  za  kimś  innym.  Wiedzieli 

przecież ojej przyjeździe. Dzwoniła w tej sprawie z lotniska w Houston. 

Dość  szybko  przekonała  się,  że  nikt  na  nią  nie  czeka.  Podenerwowana 

zadzwoniła  do  Jareda  do  biura  i  dowiedziała  się,  że  wyjechał  już  na  teren 
budowy. 

Zirytowana zagryzła  wargi. Żałowała, że w ogóle przyleciała. Przecież to 

on  prosił  ją  o  pomoc.  Mimo  nawału  zajęć  rzuciła  wszystko  i  przyjechała. 
Mógłby przynajmniej okazać jej nieco wdzięczności i pomocy. 

Nie  miała  innego  wyjścia,  jak  wynająć  samochód.  Lotnisko  Dallas-Fort 

21

RS

background image

 

 

Worth  leżało  daleko  poza  miastem  i  taksówka  kosztowałaby  majątek.  Przez 
całą drogę tkwiła pogrążona w ponurych myślach. 

Wjeżdżając  na  parking  przy  Hanes  Memoriał  Rehabilitation  Clinic 

zauważyła, że klinika nie była zbyt wielka. Nie wyglądała na taką, którą stać 
na porządne zainwestowanie w dom strachów. 

Prawidłowo  skonstruowane  domy  strachów  przynosiły  masę  pieniędzy, 

pod warunkiem jednak, że inwestora stać było na zaangażowanie pokaźnych 
sił i środków, sięgających często kilku tysięcy dolarów. 

Dla Jareda musiało to być niewielkie zlecenie. Szybko jednak przywołała 

się  do  porządku.  Jared,  z  którym  chodziła  do  szkoły,  uważał,  że  każde 
zlecenie, duże czy ' małe, musi być jednakowo poważnie traktowane. 

Z  drugiej  strony  pamiętała  również,  że  Jared,  którego  opuściła,  traktował 

życie  tak  śmiertelnie  poważnie,  iż  prawie  zapomniał,  że  można  się  jeszcze 
bawić. 

Ciekawa  była,  który  z  nich  dzwonił  do  niej  dwa  dni  temu.  Zaparkowała 

samochód,  uważnie  się  rozglądając.  W  okolicy  nie  było  żywej  duszy,  z 
wyjątkiem dwóch furgonetek przed wejściem do kliniki. 

Hanes  Memoriał,  na  który  składało  się  kilka  wolno  stojących  budynków, 

położony był na wyjątkowo pięknych terenach. Słońce oświetlało je tego dnia 
pełnym blaskiem. 

Dom  strachów  stał  nieco  na  uboczu  i  niewątpliwie  rzucał  się  w  oczy. 

Dokładnie  tak,  jak  powinien.  Położony  na  skrzyżowaniu  kilku  ścieżek,  był 
łatwo dostępny i należycie wyeksponowany. 

Z  wnętrza  domu  doszły  ją  odgłosy  stukania,  ruszyła  więc  w  tamtym 

kierunku,  co  chwila  potykając  się  o  jakieś  deski.  Stukanie  nie  ustawało. 
Otworzyła  usta,  by  głośno  zawołać  i  wciągnęła  w  nozdrza  zapach 
ogniotrwałej farby. 

- Witaj, Elizabeth. 
Lizzie  aż  podskoczyła,  słysząc  za  sobą  głos  Jareda.  Odwróciła  się, 

podnosząc machinalnie głowę do góry. Nie zapomniała, jaki jest wysoki. 

-  Cześć,  Jared...  -  urwała,  koncentrując  wzrok  na  siedzącym  przed  nią 

mężczyźnie. Mężczyźnie na wózku inwalidzkim. 

22

RS

background image

 

 

Zamarła z przerażenia. Poczuła nagły zawrót głowy. 
- Jared - szepnęła. - Dlaczego nic mi nie powiedziałeś? 
Upuszczając teczkę, osunęła się przed nim na kolana, ściskając z całej sity 

poręcz  fotela.  Łzy  napłynęły  jej  do  oczu.  Nic  dziwnego,  że  nie  wyjechał  po 
nią na lotnisko. 

- Elizabeth... przestań... nie płacz. Nie jest tak źle... Poczuła jego dłonie na 

plecach. Jared, jej Jared, 

cierpiał, potrzebował jej, a ona nic o tym nie wiedziała. 
- Jak to nie? - spytała przez łzy. - Przecież siedzisz na wózku inwalidzkim! 
-  Już  niedługo  -  wzruszył  ramionami  -  Elizabeth...  Był  taki  dzielny. 

Spojrzała w jego czekoladowo- 

brązowe  oczy,  obramowane  grubymi  czarnymi  brwiami.  Miał  ciemne, 

gęste włosy, a mocna szczęka zdradzała upór i siłę charakteru. 

- Jak... jak to się stało? - spytała drżącym głosem. Uścisnął lekko jej dłoń. 
-  To  był  wypadek.  A  teraz  posłuchaj  -  powiedział  głosem  zdradzającym 

pierwsze  oznaki  irytacji.  -  To  naprawdę  tylko  chwilowa  niedyspozycja. 
Wkrótce znów będę chodził. 

- Nie oszukujesz? - upewniła się Lizzie, pociągając nosem. 
- Nie oszukuję. 
- Ach. 
- Czyżbyś była rozczarowana? - uśmiechnął się. 
- To nieprawda! - odparła Lizzie, gwałtownie cofając dłoń. W głębi duszy 

była jednak zła, że tak się rozkleiła. - Wręcz przeciwnie... bardzo się cieszę - 
chcąc mu to udowodnić, uśmiechnęła się z wysiłkiem. 

- Wystraszyłeś mnie. 
Powoli  podniosła  się  z  klęczek  i  otrzepała  kurz  z  kolan.  Dzięki  temu 

mogła  ukryć  zmieszanie  spowodowane  odkryciem,  iż  jej  uczucia  do  Jareda 
nie tylko nie wygasły, ale wciąż jeszcze są żywe. I to bardzo. 

Za bardzo. 
Uświadomiła sobie poniewczasie, że Jared potrafi czytać w jej twarzy jak 

w otwartej księdze. 

- Mogłeś mnie po prostu uprzedzić. To wszystko. 

23

RS

background image

 

 

- Jakoś nie przyszło mi to do głowy - odparł. 
- Zapomniałem, że pfzecież nic nie wiesz. 
Zlustrował ją uważnie od stóp do głów, zatrzymując nieco dłużej wzrok w 

okolicy  jej lewej piersi.  Lizzie  miała  nadzieję,  że  nie widać, jak  szybko  bije 
jej  serce.  Wszystkie  jej  plany  legły  w  gruzach.  Obiecywała  sobie,  że  będzie 
chłodna i opanowana. Profesjonalistka w każdym calu. Tymczasem czuła się 
tak, jakby za chwilę miała zemdleć. 

Podniosła  z  ziemi  teczkę  i  otrzepała  ją  z  liści  i  kurzu.  Postanowiła 

traktować  go  jak  starego,  dobrego  przyjaciela,  który  przez  przypadek  był 
kiedyś jej mężem. 

-  W  takim  razie,  powiedz  mi,  jak  się  miewasz,  poza  tym,  że...  -  Lizzie 

wykonała bliżej nieokreślony gest ręką. 

-  Poza  tym,  że  skręciłem  kostkę  i  od  pięciu  tygodni  muszę  żyć  w  "tym 

więzieniu na kółkach? - spytał rozdrażniony. 

- No właśnie, Bardzo cię boli? 
- A jak myślisz? Oczywiście, że boli! 
Zaczynał grymasić, ale w jego sytuacji było to zrozumiałe. 
- Biedny Jared! 
- Przestań się nade mną użalać! Nie jestem jakimś kanapowym pieskiem. 
- Oczywiście, jak sobie życzysz - mruknęła Lizzie, poklepując go po dłoni. 
Zaczynali  sobie  znów  dokuczać.  A  ona  była  w  tym  doskonała.  Jared 

uśmiechnął się ironicznie. 

-  Elizabeth,  powiedz  mi,  jakim  cudem  dawałem  sobie  dotąd  bez  ciebie 

radę? 

- No i nie najlepiej ci to szło - odparowała, pociągając go za szelki. - Ktoś 

musi cię wreszcie trochę rozruszać. 

Przez moment dostrzegła jakiś błysk w jego oku. 
-  A  twoim  zdaniem  Kudłata  Lizzie,  Królowa  Strachu,  jest  odpowiednią 

osobą, by tego dokonać? - spytał kpiąco. 

- Być może. - W ostatniej chwili ugryzła się w język i przełknęła zjadliwą 

uwagę.  Dokuczanie  sobie  miało  niestety  tę  niemiłą  właściwość,  że  zbyt 
szybko  przeradzało  się  w  kłótnię.  Nie  zamierzała  kłócić  się  z  nim  tylko 

24

RS

background image

 

 

dlatego,  że  użył  jej  dawnego  przezwiska.  Prawdopodobnie  dawno  już 
zapomniał,  jak  bardzo  tego  nie  lubiła.  Postanowiła  skierować  rozmowę  na 
bardziej bezpieczne, zawodowe, tory. - Może pokażesz mi teraz swój dom? 

Jared wskazał ręką na wejście. 
-  Pamiętaj,  że  ten  dom  jest  przeznaczony  dla  ludzi  na  wózkach 

inwalidzkich. 

- Będę o tym pamiętać - zapewniła go Lizzie, wchodząc do przestronnego 

pomieszczenia.  Natychmiast  pomyślała,  jak  dużo  miejsca  się  tu  marnuje.  - 
Gdzie jest straszydło przy wejściu? 

-  Nie  mamy  czegoś  takiego.  Nie  chcemy  zdradzić  niczego  ludziom, 

czekającym na zewnątrz. 

-  W  porządku.  Widzę,  że  chcecie  osłabić  czujność  waszych  klientów.  To 

dobrze. Trzeba im pokazać, że to robota fachowca. No dobrze, a co teraz? 

Jared podjechał wózkiem w pobliże trumny. 
-  Pozwalamy  im  tu  zajrzeć.  -  Uchylił  wieko  trumny  i  pokazał  spowity 

całunem szkielet. - Podczas gdy cała uwaga zwiedzających koncentruje się na 
tej trumnie, zza ich pleców wyskakuje inny szkielet. 

- Wyskakuje skąd? 
Jared wskazał ręką leżący przed nimi korytarz. Lizzie pokręciła głową. 
-  Pamiętaj  o  jednej  zasadzie:  musisz  straszyć  „do  przodu".  Jeśli  szkielet 

wyskoczy  z  miejsca,  które  wskazałeś,  ludzie  cofną  się  i  zaczną  uciekać  w 
przeciwną stronę, w stronę wyjścia, i zderzą się z nadchodzącą grupą. 

Jared zastanowił się nad jej słowami. 
- W takim razie nie wpuścimy kolejnej grupy, zanim ta stąd nie wyjdzie. 
Lizzie położyła aktówkę na trumnie i wyjęła z niej kartkę papieru. 
-W ten sposób obsłużysz o połowę mniej ludzi. A może postawimy w tym 

miejscu  zastawkę?  -  zaproponowała,  wskazując  ręką  pobliskie  drzwi.  - 
Ukryjemy za nią szkielet. Dzięki temu pozbędziesz się ludzi z pomieszczenia 
i będziesz mógł wpuścić następną grupę. 

Dobry pomysł!  -  zgodził  się  z  nią Jared.  -  Nie  wiem, dlaczego  sam  na  to 

nie wpadłem. 

Serce Lizzie podskoczyło, gdy usłyszała ten komplement. 

25

RS

background image

 

 

- To dlatego, że nie ślęczysz przez cały rok nad projektami takich domów - 

powiedziała  w  nadziei,  że  Jared  zrozumie  wreszcie,  ile  wysiłku  trzeba 
wkładać w tę pracę. 

-  Dzięki  Bogu,  że  nie  muszę!  -  westchnął  Jared,  pochylając  się  nad  jej 

rysunkiem. 

Lizzie  poczuła  stary,  znajomy  ból,  lecz  postanowiła  trzymać  język  za 

zębami.  Chciała  przecież,  by  Jared  wspominał  ją  jako  świetnego, 
kompetentnego fachowca. 

-  Wiedziałem,  że  wystarczy  ci  kilka  minut,  żeby  doprowadzić  to  do 

porządku - powiedział, przyglądając się jej gdy rysowała. 

- No, może nieco dłużej - mruknęła Lizzie. 
-  Wiesz,  ty  naprawdę  masz  talent  -  dodał  po  chwili  z  niekłamanym 

podziwem. 

Lizzie  pokraśniała  z  zadowolenia.  Przestała  rysować  i  zerknęła  na  niego. 

Na jego ustach błąkał się dobrze jej znany krzywy uśmiech, na widok którego 
niegdyś miękły jej kolana. 

- Dziękuję - powiedziała łagodnie. 
-  Elizabeth,  powiedz  mi...  -  Jared  pochylił  się  nieco  do  przodu,  a  jego 

twarz przybrała skupiony wyraz. - Dlaczego nie zajmiesz się projektowaniem 
czegoś naprawdę ważnego? 

W  pomieszczeniu  zapadła  głucha  cisza.  W  jednej  chwili  zniknęły 

nostalgiczne wspomnienia, które prześladowały ją od chwili przyjazdu. 

- Wiem, że potrafiłabyś - naciskał. - Gdybyś tylko naprawdę chciała. 
-  Wydawało  mi  się,  że  to  tutaj  -  pokazała  wokół  ręką  -  jest  ważne.  Tak 

ważne, że zmusiłeś mnie, bym rzuciła wszystko i przyjechała. 

- Wiesz, co mam na myśli - parsknął Jared. 
Lizzie popatrzyła na niego uważnie. 
- Taaak, myślę, że wiem. 
Gardził  jej  pracą  i  ani  myślał  zmienić  zdanie.  Dobrze  pamiętała 

lekceważenie i pogardę, jakie okazywał jej i jej pracy pod koniec małżeństwa. 

Pamiętała  również  swoje  wysiłki,  by  się  zmienić.  Zazwyczaj  bowiem  to 

ona była stroną, która dążyła do zgody. 

26

RS

background image

 

 

Nawet  dzisiaj siedziała  cicho  i  ignorowała  jego  zaczepki. Kiedyś musiała 

wysłuchiwać jego zjadliwych uwag, by ratować małżeństwo. Dzisiaj nie było 
już co ratować. 

Pomyślała, że jeśli się pospieszy, zdąży jeszcze na spotkanie z dzieciakami 

z college'u, a może nawet uda jej się wpaść na chwilę do Hotelu Grozy. 

Wsunęła  rysunki  do  teczki,  a  następnie  bez  słowa  wyszła  przez  frontowe 

drzwi i skierowała się w stronę parkingu. 

- Elizabeth, co ty wyprawiasz? - krzyknął za nią Jared. 
Lizzie otworzyła drzwi samochodu. 
- Elizabeth! - wołał Jared w drzwiach budynku. 
Wrzuciła  teczkę  do  samochodu  i  siadła  za  kierownicą.  Jednym  ruchem 

rozpięła szylkretową spinkę, uwalniając włosy. 

- Elizabeth!! - wrzeszczał Jared. 
Zatrzasnęła drzwi i przekręciła kluczyk w stacyjce. 
- E-liiizzz-a-beeeth! 
Lizzie uśmiechnęła się szeroko i ustawiła wsteczne lusterko tak, że mogła 

w nim widzieć twarz Jareda. Po czym odjechała. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

27

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI 

 
Jared  uderzył  dłońmi  w  poręcze  swego  fotela  i  zmełł  w  ustach 

przekleństwo. Pomyślał w duchu, że Elizabeth nic a nic się nie zmieniła. Jak 
zwykle  pełna  temperamentu,  wciąż  uważała,  że  jej  groteskowe  projekty  to 
wielka sztuka. 

Kiedyś  jej  wyskoki  były  nawet  zabawne.  Pod  koniec  ich  małżeństwa 

jednak stały się irytująco męczące. Miał nadzieję, że przez te lata może nieco 
wydoroślała,  ale  widać  mylił  się.  Nadal  robiła  wiele  hałasu  o nic  i uciekała, 
gdy tylko coś szło nie po jej myśli. 

Tym razem nie mógł za nią pobiec. 
Ostatnim razem nie chciał za nią pobiec. 
Wówczas nie wróciła. Nie miał wątpliwości, że i tym razem nie wróci. 
Nie  do  końca  był  pewien,  co  takiego  spowodowało  jej  nagły  odwrót. 

Podejrzewał, że to jego uwaga, iż powinna się wziąć za projektowanie czegoś 
naprawdę ważnego. A przecież chciał jedynie wyrazić jej w ten sposób swoje 
uznanie.  Uważał,  że  jest  niezwykle  bystra  i  utalentowana,  i  od  dawna 
ubolewał, że nie udało jej się zdobyć jakiegoś naprawdę dużego zlecenia. 

Nie  powienien  był  w  ogóle  poruszać  tego  tematu.  W  gruncie  rzeczy 

przecież  oskarżył  ją,  iż  marnuje  swój  talent,  projektując  bezwartościowe 
rzeczy.  Ale  przecież  dokładnie  to  robiła.  Projektowała  budynki,  które  nie 
przetrwają,  o  których  nigdy  nie  będzie  mogła  z  dumą  powiedzieć:  „Ja  to 
zrobiłam". 

Może  zresztą  wcale  jej  na  tym  nie  zależało?  Dlaczego  więc  miałoby 

zależeć jemu? 

Jared przejechał palcami po włosach. Wiedział już, że nie powinien był jej 

krytykować, ale dlaczego po prostu nie powiedziała: „Jared, to moja sprawa, 
czy chcę projektować chłam, czy nie". 

Nie zrobiła tak, bo zepsułoby to cały efekt. 
- Czy ona jeszcze tu jest? - usłyszał za plecami głos Danny'ego. 
Popatrzył na puste miejsce na parkingu. 
- Była, ale się zmyła. 

28

RS

background image

 

 

-  Niemożliwe!  Już?  Czy  chociaż  rzuciła  okium  na  dom?  -  spytał  Danny 

zdumiony. - No i co? Pomoże nam? 

- Nie wiem - odparł, wyjeżdżając wózkiem na zewnątrz. 
- Co się stało? - spytał Danny, podążając za nim. 
- Poróżniliśmy się. 
- Naprawdę? 
- To moja była żona - wyjaśnił Jared. 
- Ale numer! - zawołał Danny, patrząc na niego z podziwem. - Był pan jej 

mężem? To dlaczego nie projektuje pan domów strachów, tak jak ona? 

Jared wykrzywił usta w grymasie. 
- Właśnie o to się pokłóciliśmy. 
-  No  tak  -  mruknął  Danny  rozczarowany,  kopiąc  walający  się  na  ziemi 

kawałek deski. - To by było chyba na tyle... 

Jared uznał, że jest mu winien wyjaśnienie. 
-  Widzisz,  Elizabeth  ma  niezwykle  trudny  charakter.  Gdy  tylko  coś  ją 

gryzie, po prostu eksploduje. Dam ci przykład. Miałem kiedyś taki zwyczaj, 
że  gdy  koncentrowałem  się  na  czymś,  stukałem  długopisem  w  blat  biurka. 
Nawet nie zdawałem sobie z tego sprawy. Tak się składa, że ją to irytowało. 
Zamiast  mi  spokojnie  o  tym  powiedzieć,  pewnego  wieczora  wrzasnęła 
wniebogłosy, podbiegła do mojego biurka i złamała na pół wszystkie ołówki, 
po czym rozrzuciła kawałki po całym pokoju. 

Mówiąc teraz o tym uznał nagle, że cały ten incydent był w gruncie rzeczy 

nawet zabawny. 

- Co pan powie? 
- No cóż, taka właśnie jest Elizabeth. Pozwala, by gniew narastał w niej do 

pewnego  momentu,  aż  nagle...  wybucha.  I  nigdy  nie  wiesz,  kiedy  to  się 
zdarzy  -  uśmiechnął  się  z  wysiłkiem.  -  U  artystów  nazywa  się  to 
temperamentem. 

- To zupełnie jak moja siostra, gdy ma napad złego humoru. 
- No właśnie - roześmiał się Jared. 
- Dobrze, ale co będzie z naszym domem? - spytał Danny. - Zadzwoni pan 

do niej jeszcze? 

29

RS

background image

 

 

Dobre pytanie. Jared sam nie znał na nie odpowiedzi. 
Przez  długie  lata  tolerował  humorki  Elizabeth  i  jej  wybuchowy 

temperament.  Było  to  niezwykle  wyczerpujące.  Musiał  jednak  przyznać,  że 
nigdy się z nią nie nudził. 

Nie  spodziewał  się,  że  będzie  aż  tak  przerażona  na  widok  jego  wózka 

inwalidzkiego. Nie pomyślał, by ją na to przygotować. Jej reakcja zaskoczyła 
go. Zrozumiał wtedy, jak bardzo wciąż jej na nim zależy. Jak również to, że i 
jemu wciąż zależy na niej. Musi o niej jak najszybciej zapomnieć. 

- Wyznacz mu jakiś termin. 
- Ale on chce rozmawiać tylko z tobą. Sprawia wrażenie miłego faceta. 
Lizzie zmarszczyła czoło. Czyżby Carleen przeszła do obozu wroga? 
-  Rzeczywiście  sprawia  takie  wrażenie.  Ale  mylisz  się.  Jest  uparty  jak 

osioł, a do tego arogancki. 

- Ależ, Lizzie... 
- Nie ma żadnego „ależ". Podoba ci się, bo przysłał ten głupi balon. 
Jak na Jareda, był to dziwaczny pomysł. 
-  Świetny  pomysł  -  powiedziała  Carleen,  podchodząc  do  przedmiotu 

sporu. 

Napełniony  helem  balon  zajmował  pół  biura  i  działał  Lizzie  niesłychanie 

na nerwy. Najchętniej by go przekłuła, ale obawiała się, że Carleen zemdleje. 
Miał kształt i kolor dyni, a po bokach zwisały mu papierowe ręce i nogi. Na 
jego  pyzatej  twarzy,  tuż  obok  szerokiego  uśmiechu,  Jared  wypisał  wielkimi 
literami „przepraszam". 

Carleen  bawiła  się  nim,  podbijając  do  góry  i  ganiając  po  całym  holu  tak 

długo, póki nie lądował w pokoju Lizzie. 

-  Naprawdę  jest  mu  przykro  -  przekonywała  Carleen  swoją  szefową.  - 

Mówię to bynajmniej me ze względu na balon. 

-  Co  jeszcze  przysłał?  -  spytała  Lizzie  podejrzliwie.  Spojrzenie  Carleen 

uciekło w bok i spoczęło na pomarańczowej bombonierce. Lizzie jęknęła. 

-  No  nie!  Nie  chcesz  chyba  powiedzieć...?  Te  czekoladowe  duszki...?  - 

Przed chwilą sama zjadła kilka sztuk. 

- A także galaretki z dyni - dodała wesoło Carleen. 

30

RS

background image

 

 

-  A  niech  tam,  możesz  je  sobie  jeść.  Chwileczkę...  a  to  co?  -  spytała, 

wskazując na wiszącą w sekretariacie figurkę czarownicy na miotle. 

Carleen wzruszyła tylko ramionami. 
- Jakie to upokarzające - mruknęła Lizzie. - Mam przekupną sekretarkę. 
- Nie martw się, tak łatwo się nie sprzedaję - odparła Carleen.  Zadzwonił 

telefon. - To prawdopodobnie Jared. Zazwyczaj dzwoni o tej porze. Co mam 
mu przekazać? 

- Wyznacz mu jakiś termin. 
Tak też się stało, z tym, że Carleen postarała się, by nie musiał czekać zbyt 

długo. 

W  dniu  przyjazdu  Jareda  Lizzie  postanowiła  ubrać  się  tak  samo  jak 

zawsze.  Wybrała  czerń,  gdyż  kolor  ten  znakomicie  oddawał  jej  nastrój. 
Próbowała wmówić sobie, że jest to dzień jak każdy inny. 

Wiedziała  dokładnie,  kiedy  przyjechał,  gdyż  wyglądała  przez  okno. 

Chciała zobaczyć, jak zareaguje na widok jej domu i biura. 

Uwielbiała  ten  stary  dom,  w  którego  remont  włożyła  całe  serce.  W  tej 

dzielnicy  pełno  było  podobnych  starych  domów.  Wokół  panowała  cisza  i 
spokój.  Szerokie  gałęzie  starych  dębów  tworzyły  nad  ulicą  zielony 
baldachim. 

Niestety,  zarówno  ulice,  jak  i  krawężniki  powstały  w  czasach,  gdy 

samochody miały jeszcze wysoko osadzone podwozia. Jared musiał wjechać 
na podjazd, by móc wysiąść z samochodu. Lizzie jęknęła widząc, jak zmaga 
się z kostką brukową, usiłując podjechać wózkiem do wejścia. 

Zawsze uważała, że kostka brukowa jest ładna i tak też zapewne było. Nie 

było  jednak  nic  ładnego  w  walce,  jaką  musiał  z  nią  stoczyć  Jared  i  jego 
wózek. W pierwszym odruchu ruszyła do drzwi, by mu pomóc. Powstrzymała 
się jednak. Jared był zbyt dumny, by korzystać z pomocy. 

Nagle przypomniała sobie o dwóch schodkach tuż przed drzwiami. Nigdy 

nie przypuszczała, że mogą stanowić jakiś problem. 

Natychmiast  zanotowała  w  kalendarzu,  że  trzeba  będzie  je  wymienić  na 

pochyły  podjazd.  To,  że  Jared  już  z  niego  nie  skorzysta,  nie  miało  nic  do 
rzeczy.  Mógł  jej  się  przecież  trafić  jakiś  inny  klient  na  wózku  inwalidzkim. 

31

RS

background image

 

 

Wyrzucała sobie, że wcześniej o tym nie pomyślała. 

-  Elizabeth?  -  usłyszała  w  drzwiach  głos  Jareda.  -  Twoja  sekretarka 

pomogła mi się tu dostać. 

- Wejdź, proszę - odparła Lizzie, dostrzegając krople potu na jego czole i 

zarumienioną z wysiłku twarz. 

Jared wjechał do pokoju, zahaczając wózkiem o futrynę i zdrapując z niej 

farbę. Jęknął. 

- Strasznie mi przykro. Nigdy się tego chyba nie nauczę. 
-  Nic  nie  szkodzi.  To  ja  przepraszam,  że  nie  mam  odpowiedniego 

podjazdu.  Natychmiast  każę  to  zmienić.  Te  dwa  schodki  są  tak  małe,  iż  nie 
zdawałam sobie sprawy, że mogą stanowić taki problem. 

-  Wierz  mi,  dopiero  teraz  rozumiem,  z  jakimi  problemami  borykają  się 

ludzie na wózkach inwalidzkich. 

- Nie przejmuj się. Moi przyjaciele z wózkami dziecięcymi też narzekają. 
Uśmiechnęli  się  do  siebie.  Lizzie  pomyślała,  że  dobrze  im  się  ze  sobą 

rozmawia. Dobrze, dopóki rozmowa nie dotyczy pracy... lub ich samych. 

Jak na razie całkiem nieźle, pomyślał Jared. Jeszcze go nie wyrzuciła, no, 

ale miał umówione spotkanie. 

Gabinet  Elizabeth  był  ogromny,  prawdopodobnie  największy  w  całym 

budynku.  Umeblowany  z  zadziwiająco  dobrym  smakiem,  jeśli  pomyśleć  o 
zamiłowaniu  Elizabeth  do  ekscentryczności.  Na  ścianach  wisiały  oprawione 
zdjęcia  jakichś  ruder.  Jej  domy  strachów.  Zastanawiał  się,  jak  można  coś 
takiego wystawiać. 

Najwyraźniej  bardzo  dobrze  jej  się  powodziło.  Cieszyło  go  to,  choć 

pewnie by nie uwierzyła, gdyby jej powiedział. 

Podjechał  bliżej  do  biurka  widząc,  że  Elizabeth  mu  się  przygląda.  Byk 

zdenerwowana. Jej stopa, w czerwonej tenisówce z czarnymi sznurowadłami, 
lekko drżała. Miał zamiar wykorzystać jej słabość, by uzyskać pomoc, jakiej 
potrzebował. 

- W jaki sposób doszło do wypadku? 
-  Na  budowie  -  odparł  nieco  zdziwiony,  gdyż  myślał,  że  jej  o  tym 

powiedział.  -  Mieliśmy  trochę  kłopotów  z  podwykonawcą,  stosującym 

32

RS

background image

 

 

materiały  gorszej  jakości.  Poniosły  mnie  trochę  nerwy  i  postanowiłem 
zademonstrować  im,  czym  mogą  grozić  takie  namiastki.  Na  nieszczęście 
zapomniałem, że robię to na drugim piętrze nowo stawianego budynku. 

Lizzie  spojrzała  na  niego  przerażona.  Zapomniał  już,  jak  niebieskie  były 

jej oczy. 

- Spadłeś? - spytała. 
-  Tak.  Po  drodze  zahaczyłem  o  coś  nogą.  Gdyby  nie  to,  że  ją  paskudnie 

poharatałem, mógłbym po prostu chodzić w gipsie. 

- Bardzo mi przykro - powiedziała i zabrzmiało to szczerze. 
Musiał  przyznać,  że,  abstrahując  od  obrzydliwej  broszki  w  kształcie 

czaszki  z  błyszczącymi  oczami,  którą  wpięła  w  klapę  marynarki,  wyglądała 
niezwykle  ponętnie.  Zwłaszcza  gdy  promienie  porannego  słońca  tańczyły  w 
jej płomiennorudych, długich włosach. 

„Elusia,  Elusia,  loczki  i  piegusia".  Dobrze  pamiętał,  jak  naśmiewali  się  z 

niej na dorocznym szkolnym święcie wiosny. 

Wprawdzie  maturzyści  zawsze  nabijali  się  z  młodszych  roczników,  ale 

Elizabeth  wcale  nie  było  do  śmiechu.  Następnego  dnia  kupiła  sobie  jakiś 
środek  do  rozprostowywania  włosów  i  użyła  go  -  ze  strasznym  zresztą 
rezultatem.  Włosy,  które  nie  spaliły  się,  musiały  zostać  ścięte  aż  do  skóry. 
Nic  więc  dziwnego,  że  przez  kilka  kolejnych  miesięcy  przejawiała  ogromne 
upodobanie do chustek i szalików. 

Jared  odnalazł  ją  płaczącą  w  akademiku.  Trwała  właśnie  ceremonia 

rozdawania świadectw. 

Mniej więcej  w  tym  samym  czasie,  kiedy  mieli odbierać swoje  dyplomy, 

Jared Rutledge poprosił Elizabeth Wilcox o rękę. 

-  Dlaczego  się  uśmiechasz?  -  spytała  Elizabeth  nieufnie,  widząc  dziwny 

wyraz jego twarzy. 

- Ach, wspomnienia. 
Patrzył na nią jeszcze przez chwilę, po czym rozejrzał się wokół. 
- Jak widzę, nieźle ci się powodzi. Jaką część budynku wynajmujesz? 
Odpowiedziała mu z nie ukrywaną satysfakcją: 
- Całość. Jestem jego właścicielką. 

33

RS

background image

 

 

-  Moje  gratulacje  -  Jared  spuścił  wzrok  na  kartonową  tubę  z  rysunkami, 

którą  trzymał  na  kolanach.  -  Elizabeth,  jeśli  nie  masz  nic  przeciwko  temu, 
chciałbym współpracować z tobą nad tym projektem. 

- W porządku, jeśli przestaniesz mnie obrażać. 
- W porządku, jeśli ty przestaniesz okazywać swoje humorki. 
- A co to ma znowu znaczyć? 
- No wiesz, jak wtedy... kiedy uciekłaś. 
Lizzie  mocno  zacisnęła  zęby.  Wstała,  obeszła  biurko,  a  następnie  oparła 

się o nie, krzyżując ręce. Popatrzyła na niego z góry. ' - Odeszłam, ponieważ 
nie musiałam zostawać. 

- Co takiego? - wykrztusił Jared, szczerze zdumiony. 
- Odwołałam wszystkie spotkania i poświeciłam swój czas, by przyjechać 

do  Dallas.  Ty  natomiast  obraziłeś  mnie.  Kiedyś,  starałabym  się  to 
zignorować,  zapomnieć...  zrobiłabym  wszystko,  by  ratować  naszą  firmę, 
nasze małżeństwo. Ale teraz nie ma już o co walczyć. Nie muszę się godzić 
na twoje obelgi... 

- Obelgi...? - Jared nadal nic nie rozumiał. - ...i nie będę. 
Widziała,  jak  starał  się  opanować  gniew.  Zawsze  tak  było,  kiedy  się 

kłócili. Nie potrafił po prostu wybuchnąć. Wrzasnąć, rzucić czymś. 

- Byliśmy wtedy tacy młodzi - odparł uspokajającym tonem, który zawsze 

doprowadzał  ją  do  szału  -  i  w  odmienny  sposób  pojmowaliśmy  nasze  życie 
zawodowe. 

- Jak również życie osobiste. 
Po  tych  słowach  zapadła  cisza.  Dopiero  po  dłuższej  chwili  przerwał  ją 

Jared. 

- Zawsze z dużą czułością wspominałem okres, gdy byliśmy razem. 
Niedobrze  jej  się  robiło,  gdy  to  słyszała.  Byli  kiedyś  w  sobie  szaleńczo 

zakochani.  Zawsze  myślała,  że  spędzą  z  sobą  resztę  życia.  Małżeństwo 
przetrwało  cztery  lata.  Teraz  zaś  zachowywał  się  tak,  jakby  była  jakąś 
przelotną  znajomością  z  zamierzchłych  czasów.  Z  trudem  zmusiła  się,  by 
słuchać, co do niej mówił. 

-  Czy  nie  czas,  żebyśmy  ogłosili  zawieszenie  broni?-  spytał.  -  Wiem,  że 

34

RS

background image

 

 

wyświadczasz mi dużą uprzejmość i będę twoim dłużnikiem. Dlaczego, jako 
zwycięzca,  nie  okażesz  odrobiny  miłosierdzia?  -  Wyciągnął  do  niej  dłoń, 
którą  Lizzie,  choć  niechętnie,  przyjęła.  -  Kto  wie  -  ciągnął,  patrząc  jej 
głęboko  w  oczy  -  może  pewnego  dnia  ty  będziesz  potrzebowała  czegoś  ode 
mnie? 

W pierwszym odruchu  chciała zaprzeczyć, ale ugryzła się w język.  Życie 

nauczyło ją, że nigdy nic nie wiadomo. 

Powoli  cofnęła  swoją  dłoń,  czując  każde,  najmniejsze  nawet  muśnięcie 

opuszka palców. Nieomal żałowała, że musi go puścić. 

Jared  rozwinął  rulon  z  planami  domu  i  rozłożył  je  na  biurku.  W  jednym 

rogu  postawił  kubek  z  ołówkami,  w  drugim  ciężką  szklaną  popielniczkę, 
wypełnioną jakimiś słodyczami. 

Lizzie postanowiła skoncentrować się na pracy. 
- Widzę tu mnóstwo nie wykorzystanego miejsca - rzekła. 
-  Nie  zgadzam  się  z  tobą.  Pamiętaj,  że  to  jest  dom  dla  ludzi  na  wózkach 

inwalidzkich. 

-  Taaak  -  mruknęła,  przysiadając  na  rogu  biurka.  Jęknęła  w  duchu  na 

widok ogromu pracy, jaki ich czekał. 

-  Bardzo  bym  chciał,  by  ten  dom  zarobił  na  siebie  i  zebrał  mnóstwo 

pieniędzy  dla  centrum  rehabilitacji.  Na  rozbudowę  potrzebne  są  olbrzymie 
środki.  Może  wtedy  poszkodowani,  tacy  jak  ja,  będą  mogli  szybciej 
dochodzić do zdrowia. 

- To dlatego tak bardzo zaangażowałeś się w tę sprawę? 
-  No  cóż  -  odparł  Jared  ze  śmiechem.  -  Miałem  dosyć  tego  wiecznego 

wystawania  w  kolejkach.  -  Nagle  zachmurzył  się. - Tak naprawdę to  chodzi 
mi o dzieciaki. Ja wyzdrowieję, ale niektóre z nich nie. 

-  Ach,  Jared  -  westchnęła  Lizzie,  kryjąc  twarz  w  dłoniach. - Wiem,  że to 

okrutne  rozczarowywać  dzieci...  Ale  budowa  moich  domów  trwa  kilka 
tygodni. Nie dasz rady w tym roku. - Odsłoniła twarz i popatrzyła mu prosto 
w oczy. - Twój projekt, w tym stanie w jakim jest...bardzo mi przykro, ale... 
nie spełnia... Wierz mi, naprawdę mi przykro. 

- W takim razie zmień go, przerób! Lizzie pokręciła głową. 

35

RS

background image

 

 

-  Nie  dam  rady.  Nie  masz  pojęcia,  ile  mam  w  tej  chwili  pracy.  To 

wszystko zajęłoby mi zbyt dużo czasu. 

Jared ponownie ujął jej dłoń. 
- Proszę cię... - popatrzył na nią błagalnym wzrokiem, a ona nie potrafiła 

mu odmówić. Westchnęła. 

- To będzie bardzo trudne. I kosztowne - ostrzegła. 
- Wiedziałem, że się dogadamy - roześmiał się zadowolony. 
-  Wcale  nie  żartuję  na  temat  pieniędzy.  Będziesz  musiał  płacić  za 

nadgodziny  i  błyskawiczne  dostawy.  Jesteś  pewien,  że  gra  jest  warta 
świeczki? 

- Nie martw się o pieniądze - rzucił Jared lekko, jakby ten temat w ogóle 

nie istniał. - Dziś wieczorem moi rodzice organizują u siebie w domu zbiórkę 
pieniędzy. To dlatego, między innymi, jestem w Houston. 

- Zdecydowali się na to, nie wiedząc nawet, czy wyrażę zgodę? 
A ona myślała, że przyjechał wyłącznie z jej powodu. 
- Wiedzą, że nikt nie potrafi się oprzeć mojemu urokowi - odparł Jared ze 

śmiechem, przezornie odjeżdżając wózkiem nieco do tyłu. 

Lizzie rozglądała się za czymś, czym mogłaby w niego rzucić. 
-  Przyjadę  po  ciebie  o  wpół  do  ósmej.  Obowiązuje  czarny  krawat,  czyli 

strój wieczorowy - oświadczył, i odwrócił wózek, kierując się w stronę drzwi. 

- Nigdzie z tobą nie pójdę. 
- Ależ musisz. 
- Nie jestem zaproszona. 
Jego rodzice nigdy by jej dobrowolnie nie zaprosili. 
-  Uważaj  się  więc  za  zaproszoną  -  odparł  Jared,  nie  zważając  na  jej 

protesty. - Kto, jeśli nie ty, miałby przekonać tych ludzi do pomysłu budowy 
domu strachów, tak by sięgnęli głęboko do kieszeni? 

- Nie przyszło ci do głowy, że mogę mieć inne plany na wieczór? - spytała 

Lizzie, podążając za nim do holu. 

- Nie - odparł, szczerząc zęby. - Carleen powiedziała mi, że jesteś wolna. 
- Carleen nie jest dysponentem mojego czasu! - zauważyła Lizzie głośno i 

wyraźnie, tak by Carleen dobrze ją słyszała.  

36

RS

background image

 

 

-  A  wracając  do  planów.  Przecież  muszę  to  przeprojektować.  Kiedy  niby 

mam to zrobić? 

- Masz na to cały dzień! Przecież tu chodzi raptem o kilka szkiców! Poza 

tym ci ludzie to nie architekci. 

-  Co  ty  powiesz?  Kilka  szkiców!  -  Lizzie  rozzłościła  się  nie  na  żarty.  - 

Moje domy wymagają dużo więcej, niż tylko kilku drobnych szkiców. 

- No już dobrze, dobrze. Bylebyś skończyła do wpół do ósmej. 
- Jared! 
Zawrócił, uśmiechając się krzywo. 
- Jeśli zdecyduję się pójść, to nie musisz po mnie przyjeżdżać. Spotkamy 

się na miejscu. 

-  Nic  z  tego.  Ale  jeśli  chcesz,  możesz  czekać  na  mnie  na  zewnątrz. 

Podjazd pod drzwi jest zbyt męczący. Ach, i jeszcze jedna rzecz. Pamiętaj, że 
ci  wszyscy  ludzie  są  dość  konserwatywni  -  mówiąc  to  zlustrował  ją  od  stóp 
do głów. 

- To znaczy? - spytała niewinnie. 
Jared wskazał głową na jej błyszczącą broszkę w kształcie czaszki. 
- Krzykliwą biżuterię zostaw lepiej w domu. 
- Ale ja lubię krzykliwą biżuterię - odparła Lizzie, krzyżując ręce. 
- Elizabeth... - upomniał ją surowo. - Postaraj się mnie nie zawieść. 
Powoli,  z  godnością  Lizzie  przecisnęła  się  obok  niego,  podeszła  do 

frontowych drzwi i szeroko je otworzyła. Zauważyła przy okazji, iż Carleen i 
Edward zdążyli umieścić na schodach kawałek szerokiej dykty. 

-  Ależ,  mój  drogi  -  powiedziała,  uśmiechając  się  do  niego  niewinnie.  - 

Skąd ci to mogło przyjść do głowy? 

Jared  popatrzył  na  nią  uważnie  i  bez  słowa  zjechać  po  prowizorycznym 

pomoście na ulicę. 

Lizzie  żałowała,  iż  brak  jej  odwagi,  by  powitać  go wyłącznie  w  czarnym 

krawacie i niczym ponadto. 

Jednak nałożenie sukni, którą miała na sobie, również nie było łatwe.  
Zamówiła ją kiedyś z katalogu i dopiero po otrzymaniu przesyłki odkryła,  
 

37

RS

background image

 

 

iż jest to jedna z tych kiecek, które zmuszają kobietę do zrzucenia wpierw 

kilku kilogramów. 

Oczywiście  nigdy  tego  nie  zrobiła  i  nigdy  dotąd  nie  miała  jej  na  sobie. 

Jedwab  w  cielistym  kolorze,  przybrany  pomarańczowymi,  migocącymi 
cekinami, ciasno opinał jej ciało, odsłaniając nogi w połowie uda. 

Uzupełniła  strój  wymyślną  fryzurą,  w  której  każdy  lok  sterczał  w  inną 

stronę.  Następnie  wpięła  w  uszy  kryształowe  kolczyki  w  kształcie  dyni  i 
mocno  podkreśliła  oczy  szarą  kredką.  Na  nogi  wsunęła  przybrane 
pomarańczowymi cekinami tenisówki. 

Była  pewna,  że  Jared  będzie  zaszokowany.  Nie  mogła  się  doczekać,  by 

zobaczyć jego minę. 

Dokładnie  o  siódmej  dwadzieścia  siedem  Jared  wjechał  swoją  specjalnie 

wyposażoną furgonetką  na podjazd przed jej domem. Nie spodziewał się, że 
będzie już gotowa. Była jednak, ubrana w najohydniejszą chyba kieckę, jaką 
miała.  Wiedział  o  tym,  zanim  ją  jeszcze  zobaczył.  I  to  tylko  dlatego,  że 
poprosił  ją o  nie  sprawienie  mu  zawodu.  Postanowiła  zrobić  dokładnie  to, o 
co prosił. 

Czuł, że czeka go ciężki wieczór, ale czego się nie robi dla zbożnego celu? 

Gdyby  kilka  lat  temu  obchodził  się  z  Elizabeth  równie  delikatnie  jak  teraz, 
zamiast  się  na  nią  wydzierać,  być  może  nadal  byliby  małżeństwem. 
Wzdrygnął się na samą myśl o tym. 

Jadąc  po  nią  zabawiał  się  wymyślaniem  stroju,  w  jakim  ją  zastanie.  Z 

żalem odrzucił kuszącą myśl, że mogłaby mieć na sobie tylko czarny krawat. 

Gdy  wyłoniła  się  z  cienia,  tylko  jęknął.  Skacząc  z  kamienia  na  kamień 

zbliżyła się do jego furgonetki, otworzyła drzwi od strony pasażera i wsunęła 
do  środka  kartonową  tubę  z  projektami.  Pomarańczowa  szmatka  opinała 
każdy cal jej ciała. 

Jared patrzył na jej nogi i zastanawiał się, w jaki sposób zamierza wsiąść 

do  samochodu.  Lizzie  zmrużyła  oczy.  Podciągnęła  do  góry  co  tylko  można 
było  podciągnąć,  obróciła  się  tyłem  i  podskoczyła,  lekko  opadając  na  fotel, 
po czym przerzuciła nogi do wnętrza wozu. 

- Całkiem nieźle - pochwalił Jared. 

38

RS

background image

 

 

Nie  zwracała  na  niego  uwagi,  tylko  obciągnęła  sukienkę  o  kilka 

milimetrów w dół i, cały czas patrząc prosto przed siebie, spokojnie .zapięła 
pas. 

Jared przyglądał  jej  się  bez  skrępowania.  Elizabeth  nigdy  nie  robiła  tego, 

czego  się  po  niej  spodziewano.  Kiedyś  był  oczarowany  jej  zuchwałością  i 
odwagą, póki mu nie spowszedniały. 

Teraz zwyczajnie bawiło go to. 
Uśmiechnął  się  pod  nosem  i  uruchomił  silnik.  Następnie  wycofał 

samochód z podjazdu. 

- Jak to zrobiłeś? - spytała zdziwiona. 
- Ręczne sterowanie. Dopiero teraz zauważyłaś, że potrafię tym jeździć? 
-  Wydawało  mi  się,  że  skoro  twoje  nogi  nie są  sparaliżowane...  -  urwała, 

studiując uważnie układ kierowniczy. 

- Wynająłem ten samochód w klinice... wraz z wyposażeniem. 
- Śliczniutki, nie ma co - mruknęła z powątpiewaniem. 
- Odpręż się - powiedział. - Naprawdę umiem go prowadzić. Przyjechałem 

nim z Dallas. Wolałem to niż całe zamieszanie na lotnisku. 

- Przyjechałeś sam? 
- Nie. Przyjechał ze mną ktoś jeszcze... 
- Ktoś, kogo znam? 
Jared ociągał się z odpowiedzią. 
- Helen Travis. 

 

Atmosfera w samochodzie nagle stała się lodowata. 
- Powinnam była wiedzieć, ze wciąż się koło ciebie kręci. 
-  Elizabeth!  -  westchnął  Jared.  -  Znowu  zaczynasz?  -Nasza  umowa  nie 

obejmowała tej zadzierającej 

nosa, nudnej jak flaki z olejem blondyny - parsknęła Lizzie. 
- Myślę, że zmienisz zdanie, kiedy ją zobaczysz. 
- Wątpię. 
Znowu  miała  swoje  humorki.  Uznał,  że  to  niewłaściwy  moment,  by  jej 

wyjaśnić sytuację. Z doświadczenia wiedział, że w takich chwilach lepiej nic 
nie mówić. Zaczynał jednak się obawiać, że będzie jeszcze gorzej, niż myślał. 

39

RS

background image

 

 

Kilkanaście minut później dojechali na miejsce. Elizabeth, która rozluźniła 

się nieco i paplała o głupstwach, wyraźnie zesztywniała. 

-  Odpręż  się.  Moi  rodzice  cieszą  się  na  spotkanie  z  tobą  -  zapewniał  ją 

Jared, gdy wchodzili do wytwornego domu. 

- Przestań opowiadać takie głupoty - mruknęła pod nosem. 
Większość  gości  była  już  obecna.  Państwu  Rutledge  udało  się  jakimś 

cudem zgromadzić w krótkim czasie całkiem sporo ludzi. Jared miał nadzieję, 
że suma pieniędzy, jaką postanowią przekazać, będzie równie imponująca. 

Spojrzał kątem oka na Elizabeth. Ciekawe, jak się dzisiaj zachowa? Samo 

pokazanie  się  w  tym  towarzystwie  w  takiej  sukni  było  wystarczającym 
protestem  z  jej  strony.  Wiedział  jednak,  że  goście  jego  rodziców  byli  zbyt 
dobrze wychowani, by czynić jakieś uwagi na temat jej ubioru. 

Usadowił  się  w  kącie  pokoju,  obserwując  gości,  podczas  gdy  Elizabeth 

postanowiła zmieszać się z tłumem. 

- Witaj, kochanie! Dobrze, że już jesteś - powiedziała wysoka blondynka o 

zimnej urodzie, stając u jego boku. 

- Pięknie wyglądasz, Helen - powiedział, uśmiechając się. 
Helen  dotknęła  swojej  białej,  marszczonej  sukni  ze  złotym  przybraniem 

przy szyi. 

- Nie sądzisz, że moja sukienka jest nie dość szykowna? - spytała, zerkając 

przez ramię w stronę Eizabeth. 

- Jest doskonała - odparł. 
Mówił absolutnie szczerze. Helen wnosiła w jego życie spokój i harmonię. 

Posłała mu promienny uśmiech. 

- No i jak ona się sprawuje? - spytała konspiracyjnym szeptem, pochylając 

się nad nim. 

- Jak na razie nieźle - odparł, nie spuszczając Elizabeth z oka. Wiedziała o 

tym i odstawiała na jego użytek niezłe przedstawienie. 

-  Widzę,  że  nic  a  nic  się  nie  zmieniła.  Jak  zwykle  wykazuje  kompletny 

brak  szacunku  dla  kogokolwiek.  Mam  nadzieję,  że  nikt  nie  poczuje  się 
dotknięty. 

 

40

RS

background image

 

 

-  Przesadzasz.  Pamiętaj,  że  jesteśmy  zdani  na  jej  pomoc.  Proszę  cię,  nie 

zaostrzaj jeszcze sytuacji. 

-  Skąd  ci  to  przyszło  do  głowy?  -  odparła  Helen,  ściskając  jego  ramię.  - 

Przemęczymy się z nią jakoś przez te kilka tygodni. 

Elizabeth  podchwyciła  jego  spojrzenie,  dostrzegła  Helen  i  zrobiła  głupią 

minę. W tej samej chwili ojciec Jareda przywitał się ze swoją byłą synową i 
coś do niej powiedział. Elizabeth skinęła głową i ruszyła w stronę Jareda. 

Jared  dokonał  szybkiego  porównania  obu  kobiet.  Helen  była  wysoka, 

smukła i wyniosła. Elizabeth tryskała wprost energią. 

- Jared, twoi rodzice życzą sobie, byśmy pokazali gościom nasze rysunki - 

oznajmiła, po czym zwróciła się do Helen. 

- Cześć, Helen. Jak się ma nasza dziewczynka? 
Właśnie wtedy Jared zorientował się, że popełnił taktyczny błąd, nic jej nie 

mówiąc. Poczuł, jak Helen kładzie dłoń na jego ramieniu. 

-  Elizabeth,  ja  i  Jared  jesteśmy  tacy  wdzięczni,  że  zgodziłaś  się  nam 

pomóc  -  zaszczebiotała  słodko.  -  Teraz,  gdy  mamy  już  te  wszystkie 
nieprzyjemne rzeczy za sobą, może będziesz tak miła i przyjdziesz na ślub. 

-  Jaki  ślub?  -  spytała  Elizabeth,  zerkając  na  Jareda.  Poczuł  nagle,  jak 

kołnierzyk  jego  koszuli  robi  się  zaciasny.  Odkaszlnął  i  uśmiechając  się  z 
trudem, odparł: 

- Helen i ja jesteśmy zaręczeni. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

41

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 
Zaręczeni. 
Lizzie poczuła się, jakby dostała obuchem w głowę. 
Zwłaszcza  kiedy  dostrzegła  na  twarzy  Helen  wyraz  triumfu.  Dlaczego 

Jared nic jej nie powiedział? Chociaż, z drugiej strony, dlaczego niby miałby 
jej mówić? 

Dlatego,  że  chodziło  o  Helen  Travis.  Złego  ducha  w  życiu  Lizzie. 

Faworytkę matki Jareda. Chodzący ideał. 

Helen  zaliczała  się  do  wysokich  kobiet,  Lizzie  była  raczej  średniego 

wzrostu.  Helen  ukończyła  prywatną,  drogą  szkołę  dla  dziewcząt,  a  Lizzie 
zwykłą, państwową. Helen, pianistka, podróżowała po całym świecie. Lizzie 
miała za sobą trzy lekcje gry na klarnecie w szkole średniej i nie wyjeżdżała 
dalej niż na obóz skautów. 

Elegancka Helen. 
Rozczochrana Lizzie. 
Jared widać uznał, że małżeństwo z Helen jest jego prywatną sprawą i nie 

powinno jej obchodzić. Faktycznie, nie powinno. Dlaczego więc wieść o tym 
tak bardzo ją zabolała? 

Tymczasem Helen i Jared wciąż oczekiwali na jej reakcję. 
-  Gratuluję  -  powiedziała,  wyciągając  rękę  do  Helen.  Nic  innego  nie 

przyszło jej do głowy. 

- Dziękuję - odparła Helen, ściskając leciutko jej dłoń. - Wyobrażam sobie, 

jakie to dla ciebie krępujące... 

-  Bynajmniej  -  odparowała  Lizzie,  zmuszając  się  do  uśmiechu,  ale 

spojrzenie, jakie posłała Jaredowi, zadawało kłam jej słowom. 

Jared nie czekał na dalszy rozwój wydarzeń, tylko wjechał swym wózkiem 

między obie kobiety. 

-  Myślę,  że  już  czas  zaprezentować  rysunki  -  zauważył,  po  czym  szybko 

dodał: - Nie zapominajcie, jak bardzo mi zależy na tym projekcie. 

Ledwie  skończył  mówić,  odwrócił  się  i  wjechał  w  otaczający  ich  tłum 

gości. 

42

RS

background image

 

 

Idąc  obok  Helen  przez  salon,  Lizzie  po  raz  pierwszy  tego  wieczoru 

żałowała,  że  nie  założyła  choćby  bardziej  eleganckich  butów.  Mimo  iż 
pomarańczowe cekiny na tenisówkach idealnie harmonizowały z suknią. 

Kątem oka zerknęła na dłoń Helen, by sprawdzić, jaki jest jej zaręczynowy 

pierścionek  i  zdumiona  dostrzegła,  że  Helen  w  ogóle  nie  ma  pierścionka. 
Poszukała  wzrokiem  Jareda.  Był  przy  kominku  obok  stojaka  z  planszami 
domu. Natychmiast zauważyła, że był spięty. 

Czyżby naprawdę się obawiał, że urządzi mu tu, przy wszystkich gościach, 

karczemną awanturę? Nigdy by tego nie zrobiła. No, w każdym razie nie przy 
gościach. 

Bardzo  żałowała,  że  między  nią  a  Helen  nigdy nie  doszło  do  prawdziwej 

konfrontacji.  Będąc  żoną  Jareda,  musiała  znosić  z  jej  strony  niezliczone 
docinki  i  uszczypliwości.  To  samo  zresztą  dotyczyło  jego  matki  i  matki 
Helen.  Wszystkie  panie  czyniły  to  jednak  na  tyle  subtelnie,  iż  nie  mogła 
nawet  zareagować,  nie  ośmieszając  się.  Jared,  który  nie  miał  o  tym 
wszystkim pojęcia, nie mógł pojąć, dlaczego Helen i Lizzie tak bardzo się nie 
lubią. 

Tuż  po  wyprowadzeniu  się  z  ich  wspólnego  domu,  Lizzie  przypomniała 

sobie, że w jednej z szuflad biurka został jej ulubiony długopis. Natychmiast 
po niego zawróciła. 

 

Już  z  daleka  zauważyła  wjeżdżający  na  podjazd  przed  domem  samochód 

Helen.  Z  niemałym  wysiłkiem  dodała  wtedy  gazu,  dusząc  w  sobie  chęć 
wytargania  Helen  po  trawie.  Powstrzymała  ją  jedynie  obawa  przed  tym,  co 
Jared sobie o niej pomyśli. 

Jak zza światów dotarł do niej głos Jareda: 
- Witamy państwa i dziękujemy za przybycie. Zebraliśmy się tutaj, żeby... 
W  przeciwieństwie  do  Helen,  która  chłonęła  każde  jego  słowo,  Lizzie 

słuchała go jednym uchem, gdy przedstawiał projekt zebranym. 

Musiała przyznać, że w kosztownym, ciemnym garniturze prezentował się 

niezwykle  wytwornie  i  nie  zmieniał  tego  fakt,  że  siedział  na  wózku 
inwalidzkim,  a  rozcięta  w  szwie  nogawka  odsłaniała  nogę  w  gipsie. 
Próbowała spojrzeć na niego bez emocji, ale uznała, że jest to ponad jej siły. 

43

RS

background image

 

 

Nawet po latach nie potrafiła myśleć o nim obojętnie. 

Błądząc  wzrokiem  po  sali,  Lizzie  dostrzegła  rodziców  Jareda.  Pani 

Rutledge chłodno skinęła głową na powitanie. 

Jego  rodzice  nigdy  jej  nie  zaakceptowali.  Solidne  wykształcenie  i 

przynależność do amerykańskiej klasy średniej okazały się nie dość dobre dla 
ich ukochanego synka. Natomiast Helen była wprost idealnym materiałem na 
synową.  Kimś  godnym  ich  nazwiska  i  przywileju  urodzenia  dziedzica  rodu 
Rutledge'ow. 

Lizzie wyprostowała się dumnie i spróbowała się skupić na przemówieniu 

Jareda. Zrobiła to zresztą w samą porę. 

-  Elizabeth  Wilcox,  znana  w  kraju  projektantka  obiektów rozrywkowych, 

zgodziła się zostać naszym konsultantem - mówił właśnie Jared. - Zdążyła już 
zresztą  zaproponować  szereg  zmian,  które  przyczynią  się  do  usprawnienia 
pierwotnego  projektu.  Myślę,  że  najlepiej  będzie,  jeśli  sama  o  tym  państwu 
opowie. 

Posłał  jej  zachęcający  uśmiech  i  ustąpił  miejsca  przy  planszy.  Lizzie 

zwróciła  się  twarzą  do  publiczności.  Wiedziała,  że  zarówno  ona,  jak  i  jej 
suknia znalazły się w centrum uwagi. 

Jej  szkice  były  bardzo  pobieżne  i  sugerowały  jedynie  proponowany 

kierunek zmian, ale Lizzie miała ogromne doświadczenie w przeprowadzaniu 
podobnych  prezentacji.  Krótko  przedstawiła  problemy  związane  z 
opóźnieniem  w  realizacji  budowy  i  wynikający  z  tego  wzrost  kosztów. 
Zrównoważyła jednak tę informację zapowiedzią zwiększonych wpływów, na 
jakie mogła liczyć klinika. 

Jared  przysłuchiwał  się  jej  uważnie.  Widziała,  że  jest  pod  wrażeniem  jej 

argumentów  i  swobody,  z  jaką  się  wypowiada.  Bo  i  skąd  miał  wiedzieć,  że 
dla niej takie prezentacje były chlebem powszednim? 

- Wiem, że jest to ryzykowne - oznajmiła na koniec. 
-  Stoi  już  przecież  niemal  ukończony  dom,  który  może  nie  zgarnie  dużo 

pieniędzy,  ale  z  pewnością  wzbudzi  zainteresowanie.  Uważam  jednak,  że 
wprowadzenie dodatkowych zmian pozwoli co najmniej potroić te wpływy. 

 

44

RS

background image

 

 

-  No,  może  nie  potroić...  -  zaoponował  Jared,  ale  jego  słowa  zostały 

zagłuszone przez pomruki zadowolenia. 

-  Wiem,  co  mówię,  Jared  -  powiedziała  Lizzie  nieco  głośniej.  -  Moje 

nazwisko przyciągnie mnóstwo ludzi. 

Z  jej  słów  przebijała  pewność  siebie  osoby,  która  wie,  że  jest  naprawdę 

dobra. 

-  Elizabeth,  wydaje  mi  się,  że  nieco  przesadzasz...-  wtrącił  ponownie 

Jared. 

-  Jestem  pewna,  że  tu  obecni  doceniają  twoją  skromność  i  troskę  o  ich 

interesy  -  odparła  Lizzie  spokojnie,  ale  w  głębi  duszy  kipiała.  W  obecności 
tylu  osób  podważał  wiarygodność  jej  słów,  podczas  gdy  w  ich  wspólnym 
interesie leżajo wzajemne wspieranie się. 

- Nie zdarzyło się jeszcze, by firmowany moim nazwiskiem dom na siebie 

nie zarobił. Pozostały nam tylko trzy tygodnie. Nie ma czasu na skromność i 
podchody. 

-  Jeśli  klinika  tak  pilnie  potrzebuje  aparatury  i  pieniędzy,  to  dlaczego nie 

mielibyśmy  dać  im  pieniędzy  do  ręki,  zamiast  ryzykować  je  na  jakiś  dom 
strachów?- spytał jeden z biznesmenów. 

Jared  odchrząkną!:,  przygotowując  się  do  odpowiedzi.  Lizzie  ubiegła  go 

jednak,  zanim  zdołał  zebrać  myśli.  Pytanie  to  pojawiało  się  na  każdym 
spotkaniu. 

-  Proponujemy  budowę  nieruchomości  o  względnie  trwałym  charakterze. 

Koszty  budowy  zwrócą  się  w  pierwszym  roku  działalności,  a  każdy  kolejny 
rok będzie już czystym zyskiem dla kliniki. - Zamilkła na chwilę, pozwalając 
potencjalnym  fundatorom oswoić się z tą myślą. - W ten sposób wasze dary 
będą stale pomnażane - dodała na zakończenie. 

Jej pomysł nie był-wprawdzie oryginalny, ale za to niezwykle skuteczny.   
-  Ale...  ale...  tereny  otaczające  klinikę  są  takie  piękne  -  zaprotestowała 

jedna z matron. - A to, co wy proponujecie... 

-  W  innych  miastach  zapraszaliśmy  miejscowych  artystów  do  ozdabiania 

zewnętrznych  ścian  budynków.  Korzyść  jest  obopólna.  Oni  mogą  się 
zaprezentować, a budynek zyskuje na wyglądzie.  

45

RS

background image

 

 

Po roku budynek maluje się na nowo, dając szansę innym artystom. 
-  Jeśli  domy  strachów  zarabiają  na  siebie  tyle  pieniędzy,  to  dlaczego  nie 

mogą być otwarte przez okrągły rok? - odezwał się znów ten sam biznesmen. 

-  Ależ  mogą.  Doświadczenie  jednak  wskazuje,  że  to  się  nie  opłaca.  Poza 

tym  mogłoby  zabraknąć  ochotników  do  obsługi.  Optymalnym  okresem  jest 
sześć tygodni, a jeszcze lepiej miesiąc. 

Przez kilka kolejnych minut Lizzie odpowiadała na pytania. Skończywszy, 

zauważyła  ze  zdumieniem,  że  Helen  była  jedną  z  pierwszych,  która  zaczęła 
klaskać. 

-  Jaka  szkoda,  Elizabeth,  że  nie  możemy  obejrzeć  jednego  z  twoich 

domów strachów - powiedziała. 

-  Jest  to  jak  najbardziej  możliwe.  To  ja  zaprojektowałam  Loch  Sądu 

Ostatecznego  przy  Buffalo  Bayou  Mail.  Jest  już  gotowy,  choć  otwarcie 
nastąpi dopiero za kilka dni - zawahała się przez moment, po czym dodała: - 
Jeśli to państwu odpowiada, możemy tam pojechać i obejrzeć budynek. Mam 
na to zgodę właścicieli. 

-  Ależ  to  świetny  pomysł!  -  zawołała  Helen,  zwracając  się  do  rodziców 

Jareda, którzy właśnie do nich podeszli. - Nie uważają państwo? 

-  Mnie  się  podoba  -  powiedział  Jared.  -  Elizabeth,  czy  to  oznacza,  że 

możemy zaraz jechać? 

Lizzie przytaknęła, ale matka Jareda wpadła im w słowo. 
-  A  ja  miałam  nadzieję,  że  Helen  dla  nas  zagra  -  zawołała,  wskazując 

władczym gestem na ukryty w uskoku schodów fortepian. - Kochanie, zagraj 
nam jakiś krótki kawałek. 

Lizzie poczuła, że ją ściska w dołku. Zawsze tak było, gdy stawała wobec 

ogromnego  talentu  Helen.  Zdusiła  w  sobie  jęk,  kiedy  nagle  zauważyła  na 
twarzy  Helen  dziwny  wyraz.  Coś  na  kształt  niechęci.  Mimo  to  Helen 
posłusznie wstała i ruszyła w stronę wielkiego, błyszczącego instrumentu. 

W  salonie  zapadła  cisza.  Wyglądało  na  to,  że  Helen  nie  po  raz  pierwszy 

występuje  w  tym  gronie.  Lizzie  ucieszyła  się  z  tego.  Wprawdzie  nie  lubiła 
rywalki,  ale  potrafiła  docenić  maestrię  jej  gry  i  złościły  ją  rozmowy,  gdy 
Helen grała. 

46

RS

background image

 

 

Chwilę  później  pochłonęła  ją  muzyka.  Zapomniała  o  całym  świecie, 

wsłuchując się w szybkie pasaże i potężne akordy, które zwieńczył wspaniały 
finał. 

W ułamku sekundy poprzedzającym oklaski oczy obu kobiet spotkały się. 

Lizzie  zdobyła  się  na  blady  uśmiech  i  nie  próbowała  nawet  ukryć  łez 
wzruszenia. 

Jared podsunął jej pod nos białą chusteczkę. 
- Dziękuję - mruknęła. 
- Pamiętam, że jej gra zawsze tak na ciebie działała - szepnął. 
- Okazuje się, że jestem bardzo uczuciowa - odparła. Oczywiście nikt poza 

nią nie siąpał nosem. 

- Nie przejmuj się, w gruncie rzeczy to urocze. 
- A ja zawsze myślałam, że działam ci tym na nerwy - nie potrafiła ukryć 

zdziwienia Lizzie. Jared uśmiechnął się krzywo. 

-  Znasz  powiedzenie:  co  za  dużo,  to  niezdrowo?  Lizzie  zachichotała, 

patrząc mu prosto w oczy. 

Zamarł  z  uśmiechem  na  ustach.  Powróciło  dobrze  jej  znane  uczucie 

skrępowania. Ciszę przerwała dopiero matka Jareda. 

- Bardzo ładnie ci poszło - zwróciła się do zbliżającej się właśnie Helen. - 

Ty, Lizzie, zdaje się, nigdy nie nauczyłaś się grać? 

Lizzie przytaknęła. Pani Rutledge swego czasu często jej to wypominała. 
-  Każdy  z  nas,  mamo,  jest  mocny  w  innej  dziedzinie  -  zauważył  Jared  z 

wyrzutem w głosie. 

Pomoc nadeszła również z najmniej oczekiwanej strony. 
- Poza tym to Elizabeth przysporzy klinice mnóstwo pieniędzy - odezwała 

się Helen. 

Lizzie nie wierzyła własnym uszom. Było nie do pomyślenia, żeby Helen 

nie zgadzała się w czymś z matką Jareda. 

- To prawda - przyznała niechętnie pani Rutledge. 
-  Powiedz,  Elizabeth,  kiedy  będziemy  mogli  zwiedzić  jeden  z  twoich 

budynków? 

- Nawet zaraz, jeśli pani sobie życzy. 

47

RS

background image

 

 

- Nie jestem pewna, czy to najlepszy... 
-  Ależ,  mamo!  -  przerwał  jej  Jared.  -  Pomyśl  tylko,  co  napiszą  o  tym  w 

kolumnach towarzyskich. 

Kuka  minut  później  pani  Rutledge  zajęta  była  organizowaniem  kolumny 

samochodów do Buffalo Bayou Mail. 

Godzinę  później  zaś  Lizzie  witała  sponsorów  w  drzwiach  Lochu  Sądu 

Ostatecznego. Rozpoczynało się jej przedstawienie. 

-  Ten  model  obsługiwany  jest  zazwyczaj  przez  dziewięć  osób  - 

powiedziała,  otwierając  drzwi.  -  Zrezygnowałam  z  przewodnika,  gdyż 
formuła ta zabiera zbyt wiele czasu. Zostawię zapalone światła i przedstawię 
zasady działania tego przybytku. 

Poklepała dłonią jedną ze ścian na wprost wejścia. 
-  To  atrapa  ściany,  zwykła  zastawka,  skrywająca  obsługę.  Założenie  jest 

takie,  by  straszyć  grupę  tuż  po  jej  wejściu  do  środka,  a  czasami  nawet  w 
trakcie  wchodzenia.  Ludzie,  oczekujący  na  zewnątrz,  słyszą  ich  krzyki,  co 
tylko  wzmaga  zainteresowanie.  Dzięki  temu  możemy  wprowadzać  kolejne 
grupy  stosunkowo  szybko  w  głąb  domu  i  obsłużyć  większą  liczbę 
zwiedzających. 

Lizzie poprowadziła swoich gości do wnętrza budynku. 
- Naszą zasadą jest straszenie ludzi ze wszystkich stron, byle nie z przodu. 

Nie powinni bać się wejść dalej do środka. 

-  Zawsze  wydawało  mi  się,  że  wystarczy  ich  po  prostu  postraszyć  - 

zauważył Jared. 

- Grupa powinna bać się pozostać w jednym miejscu - odparła Lizzie. - To 

dlatego przepuszczasz  czasami  kilka  osób  przodem  i  poganiasz za nimi  całą 
resztę. Pamiętaj zawsze o tym, by straszyć „do przodu". 

- A jeśli przez to czegoś nie zobaczą? 
-  To  wrócą  i  zapłacą  jeszcze  raz  -  odparła  natychmiast  Lizzie.  -  Mamy 

wtedy do czynienia z ponownym obrotem. To czysty zysk. - Widziała, że to, 
co  mówi,  trafiło  na  podatny  grunt,  szczególnie  wśród  zebranych  mężczyzn. 
Panie  natomiast  nie  wyglądały  na  przekonane.  -  Proszę  się  nie  martwić  - 
zapewniła je Lizzie. - Każdy dostanie to, za co zapłacił. 

48

RS

background image

 

 

Kontynuowała  prezentację  wyjaśniając,  w  jaki  sposób  sprawne 

operowanie  światłami  ułatwia  przemieszczanie  grup  zwiedzających,  i 
demonstrując czujniki wyzwalające jęki i krzyki. Jared, który przez cały czas 
nie  opuszczał  jej  boku,  miał  jedynie  zastrzeżenia  do  pochyłej  podłogi. 
Postanowiła wziąć to pod uwagę przy budowie jego domu. 

-  Muszę  przyznać,  że  od  czasu  naszego  pierwszego  domu  strachów 

budowle  te  mocno  się  zmieniły  -  oznajmił  Jared,  gdy  dotarli  do  wyjścia.  - 
Nagle wszystko stało się takie wyrachowane. 

W jego ustach zabrzmiało to niemal jak zarzut. Rozzłościło ją to. 
-  To  interes  jak  każdy  inny.  Z  tego  żyję.  Zastanowił  się  nad  tym,  co 

powiedziała, i skinął głową. 

-  Być  może  masz  rację.  Dopiero  teraz  widzę,  jak  nudny  jest  mój  dom  w 

porównaniu  z  tym.  Ale  chciałbym  jeszcze  zobaczyć,  jak  to  wszystko  działa. 
Zastanawiam  się,  ilu  pomocników  będziemy  potrzebowali.  No  i  kto  ich 
wyszkoli? 

-  To  wcale  nie  jest  takie  trudne  -  uspokoiła  gb  Lizzie.  Jared  nie  był  tego 

taki pewien. 

- Może nie dla ciebie. . Lizzie uśmiechnęła się szelmowsko. 
- No to popatrz. 
Podeszła do stojącej w pobliżu grupki ludzi i zaklaskała w dłonie, prosząc 

o uwagę. 

- Proponuję państwu małą zabawę. Postraszymy się nieco nawzajem. 
Po  chwili  wraz  z  dziewięcioma  ochotnikami  weszła  do  środka  i  ustawiła 

ich  na  miejscach,  udzielając  krótkich  instrukcji.  Następnie  zgasiła  wszystkie 
światła. 

- Gotowi? - krzyknęła, stając w drzwiach. 
Udając,  że  pobiera  opłatę  za  wejście,  powoli  wpuszczała  do  środka  gości 

Rutledge'ów.  Towarzyszyło  temu  dużo  śmiechu,  pisków  i  krzyku, 
roznoszących się echem po całym domu. 

- Teraz nasza kolej - oznajmił Jared, kierując się w stronę wejścia. - Muszę 

się osobiście przekonać, czy dam sobie radę w ciemnościach. 

Lizzie zawahała się, ale podążyła za nim do środka.  

49

RS

background image

 

 

- Buu!! - zawołał pierwszy potwór, ukryty za fałszywą ścianą. 
Była  to  matka  Jareda,  rozluźniona  i  roześmiana  jak  nigdy  dotąd. 

Wyglądało na to, że świetnie się bawi. We wszystkich kątach i zakamarkach 
pobłyskiwały cekiny wieczorowych sukien i biżuterią, a ubrani w kosztowne 
garnitury mężczyźni zajęci byli obsługą świateł i dźwięku. 

Nagle  Lizzie  i  Jared  natknęli  się  na  grupę  gości  stłoczonych  w  drzwiach 

prowadzących do krypty. Lizzie postanowiła sprawdzić, co ich zatrzymało. 

- Powinno tu być teraz zielone światło - zawołała. - Mamy dobry przykład 

na  to,  w  jaki  sposób  można  regulować  przepływ  zwiedzających  w  całym 
domu. 

-  Uuuh!  -  jęknął  pulchny  potwór  w  szyfonowej  sukni,  potykając  się  o 

Lizzie, która straciła równowagę i byłaby niechybnie upadła, gdyby nie Jared, 
któremu usiadła na kolanach. 

Jared,  niewątpliwie  instynktownie,  przytulił  ją  do  siebie.  Lizzie 

machinalnie obciągnęła sukienkę, po czym sprawdziła, czy wszystko inne jest 
na  swoim  miejscu.  Dopiero  wtedy  zdała  sobie  sprawę,  w  czyich  ramionach 
się znajduje. 

Tymczasem  szyfonowy  potwór  odzyskał  równowagę  i  z  wesołym 

chichotem zniknął za drzwiami. 

Również reszta grupy ruszyła naprzód. 
Lizzie wstrzymała oddech, bojąc się poruszyć. 
Po  raz  pierwszy  od  trzech  lat  znów  była  w  jego  ramionach.  Były  to  trzy 

nieskończenie  długie  lata.  Nigdy  nie  pragnęła  rozwodu.  Nie  wierzyła,  że  do 
niego dojdzie, aż do chwili, gdy miała w ręku stosowne papiery. 

Widać nie dość mocno starali się przezwyciężyć dzielące ich różnice. 
Teraz zaś było już za późno. Wprawdzie niczego bardziej nie pragnęła, jak 

wtulić się w ramiona Jareda, wiedziała jednak, że nie wolno jej tego uczynić. 

Siedziała sztywno, aż poczuła, jak zaczynają jej cierpnąć nogi. Wystawiła 

jedną na próbę, starając się wybadać w ciemności, gdzie jest podłoga. 

- Używasz wciąż tych samych perfum - powiedział Jared. 
Lizzie zamarła, czując mrowienie w krzyżu. 
Wiedziała,  że  to  się  nie  może  udać.  Jared  był  przecież  związany  z  inną 

50

RS

background image

 

 

kobietą.  Próbowała  się  podnieść,  ale  on  tylko  mocniej  zacisnął  ramię  wokół 
jej talii. 

Dochodzący z mroku chichot wskazywał, że dobrze się bawił. 
- Jared - poprosiła. - Pozwól mi wstać. 
- Dlaczego? Przecież kiedyś lubiłaś siedzieć mi na kolanach. 
- Czyżbyś zapomniał o Helen? 
-  Nie,  oczywiście,  że  nie  -  odparł,  puszczając  ją.  Lizzie  zerwała  się  na 

równe nogi. 

W  atramentowej  ciemności  słychać  było  tylko  ich  głośne,  przyspieszone 

oddechy. 

- Może lepiej dołączmy do pozostałych - zauważył w końcu Jared. 
Dalsza  część  drogi  przebiegła  już  bez  żadnych  zakłóceń.  Przy  wyjściu 

zastali sporą grupkę gości, toczących z sobą ożywioną rozmowę. 

- Elizabeth - zwrócił się do niej ojciec Jareda. 
- Ile będzie kosztować przeprojektowanie domu w Dallas? 
Lizzie  wymieniła  odpowiednią  sumę,  której  wysokość  wprawiła  pana 

Rutledge'a  w  osłupienie.  Szybko  jednak  przeprowadził  w  myślach  parę 
obliczeń i powrócił do swoich znajomych. W ciągu kilku minut Jared zebrał 
od nich czeki na kilka tysięcy dolarów. 

Razem  z  Helen  dziękował  serdecznie  wszystkim  ofiarodawcom.  Lizzie 

stała skromnie na uboczu, próbując nie czuć się jak piąte koło u wozu. 

Pół  godziny  później,  odwożąc  ją  do  domu,  Jared  udowodnił  jednak,  iż 

potrafi docenić, ile dla niego zrobiła. Helen pojechała z jego rodzicami. 

-  To  był  naprawdę  wyśmienity  pomysł  pozwolić  im  na  to  zwiedzanie  - 

powiedział wciąż podekscytowany. 

- Nie mogę wprost uwierzyć, że udało nam się zebrać taką masę pieniędzy. 

Jesteś niesamowita! 

Lizzie rozkoszowała się jego słowami. Przypomniały jej się dawne czasy, 

kiedy  pracowali  wspólnie  nad  swym  pierwszym  domem  strachów.  Jared  nie 
mógł  wtedy  wyjść  z  podziwu  nad  ilością  pomysłów,  którymi  sypała  jak  z 
rękawa.  Taki  był  bowiem  podział  ról  w  ich  zespole.  Lizzie  była  od 
pomysłów, a Jared od przelewania ich na papier. 

51

RS

background image

 

 

-  Dzięki.  Mam  dużo  doświadczenia  w  zbieraniu  funduszy  na  budowę 

moich domów. 

- Mimo wszystko. Przyjaciele moich rodziców to szalenie konserwatywna 

banda. 

- Najważniejsze, że dziś dobrze się bawili. Teraz lepiej rozumieją, na czym 

polega  działalność  domu  strachów  -  powiedziała,  po  czym  dodała:  -  Nam 
natomiast pozostaje go jeszcze zbudować. 

- Elizabeth Wilcox! Czyżbyś znowu zasnęła na kanapie? 
Lizzie  ostrożnie  uchyliła  powieki  i  natychmiast  je  znów  zamknęła, 

oślepiona  blaskiem  promieni  słonecznych,  wpadających  przez  wielkie  okno 
do salonu. 

Zaklęła w duchu. Od pamiętnego spotkania u rodziców Jareda nie spędziła 

ani jednej nocy w łóżku. 

- Już nie śpię - wychrypiała. 
- Akurat. Właśnie to słyszę. Uwaga! Okryj się, wchodzę. 
Lizzie zakryła sobie twarz poduszką żałując, iż dała kiedyś Carleen klucz 

do swego mieszkania. 

-  No  nie!  Jak  ty  znowu  wyglądasz? Jakaś  przyduża  bawełniana  koszulka, 

skarpetki  nie  do  pary,  kapcie-króliczki  i  stary  szlafrok  twojego  ojca! 
Wyglądasz koszmarnie! 

Lizzie  odsłoniła twarz  chcąc  poinformować  Carleen, iż  to,  gdzie  śpi  i  jak 

się  ubiera  jest  wyłącznie  jej  prywatną  sprawą,  ale  dostrzegła  w  ręku 
przyjaciółki filiżankę z kawą. Podziękowała więc tylko i powoli usiadła. 

Tymczasem  Carleen  ruszyła  w  stronę  kuchni,  gdzie  zastała  pół  zlewu 

brudnych  naczyń  i  resztki  jedzenia  z  kolacji.  Westchnęła  ciężko,  zakasała 
rękawy i zabrała się do zmywania. 

- Zostaw. Później to zrobię - krzyknęła Lizzie popijając kawę, ale Carleen, 

jak zwykle, udała, że nie słyszy. 

Lizzie była zbyt zmęczona, by nalegać. 
Kilka  minut  później  Carleen  wróciła  do  pokoju  i  stanęła  przed  kanapą, 

opierając ręce na biodrach. 

 

52

RS

background image

 

 

- No, a teraz powiedz mi, co takiego sprawiło, że musiałaś znowu siedzieć 

po nocy? 

Lizzie  milcząco  wpatrywała  się  w  swą  filiżankę.  Carleen  schyliła  się  i 

rzuciła  okiem  na  kilka  rysunków,  walających  się  na  niskim  stoliku  obok 
kanapy. 

- Jakiś nowiuteńki projekt? Lizzie milcząco skinęła głową. 
- Jeszcze na te święta Halloween? Lizzie ponownie skinęła głową. 
-  Elizabeth  Wilcox,  czyś  ty  upadła  na  głowę?  Co  sprawiło,  że  przyjęłaś 

jeszcze jedno zlecenie? 

- To dla Jareda - westchnęła Lizzie. 
-  Przecież  to  miała  być  tylko  konsultacja  -  przypomniała  Carleen, 

krzyżując ręce na piersiach. 

- No i jest. 
- To, co tutaj leży - parsknęła Carleen, pokazując palcem rysunki - to dużo 

więcej niż tylko konsultacja. 

-  Nazwijmy  to  więc  przysługą  w  imię  starej  przyjaźni  -  oznajmiła  Lizzie 

wstając wreszcie. 

Przeciągnęła  się.  Bolały  ją  kark  i  plecy!  Wzięła  się  za  ich 

rozmasowywanie. 

- Czy ta przyjaźń była naprawdę taka dobra? 
- Carleen... 
- Poza tym wydawało mi się, że on już zbudował jakiś dom. 
- Tak, ale efekt jest mizerny. 
- Nie powinnam była dopuszczać go do ciebie - oznajmiła Carleen i wzięła 

się za porządkowanie porozrzucanych papierów. 

Następnie  zaniosła  je  na  deskę  kreślarską.  Ołówki  włożyła  do  pudełka,  a 

walające się wokół zmięte kartki papieru wyrzuciła do kosza. 

- To ty zmusiłaś mnie do spotkania z nim! - Umysł Lizzie zaczynał powoli 

znów pracować. 

-  Tak,  to  niewybaczalny  błąd  z  mojej  strony  -  odparowała  natychmiast 

Carleen,  podnosząc  z  podłogi  rozrzucone  części  garderoby  i  zanosząc  je  do 
sypialni. 

53

RS

background image

 

 

- Hej, Carleen, nie musisz tego sprzątać - jęknęła Lizzie, podążając za nią. 

Klapnęła na łóżko. 

-  Jestem  do  tego  przyzwyczajona.  Bądź  co  bądź  wychowałam  piątkę 

dzieci. - Otworzyła drzwi do szafy. - Co chcesz dziś włożyć? 

- Nie mam zielonego pojęcia. 
-  Popatrzmy  no...  -  Carleen  przesunęła  palcami  po  wieszakach.  -  Masz 

dzisiaj inspekcję budowy w Austin. 

Lizzie jęknęła, mrucząc coś pod nosem. 
- Nie, z całą pewnością nic nie przełożę. Tylko byś tego później żałowała - 

odparła Carleen surowo. 

Wyciągnęła czarno-kremowo-brązową bluzkę w cętki, do tego odpowiedni 

żakiet  i  bermudy.  Położyła  wszystko  na  łóżku  i  zajęła  się  dobieraniem 
odpowiednich tenisówek. 

- Wcale cię nie prosiłam, żebyś coś przekładała. 
- Ale miałaś taki zamiar. Dziewczyno, przecież ty się zabijasz. Ale ja ci na 

to nie pozwolę. 

Lizzie udawała, że tego nie słyszy. 
-  Słuchaj,  zatmdniłam  cię  jako  bezlitosną  sekretarkę,  recepcjonistkę  i 

księgową, ale nie przypominam sobie, żeby twój angaż obejmował bezlitosne 
matkowanie. 

-  Miałam  nadzieję,  że  jestem  również  twoją  przyjaciółką  -  powiedziała 

Carleen najwyraźniej urażona. 

- Ależ jesteś - zapewniła ją szybko Lizzie. 
- Poza tym jeśli ty zbankrutujesz, ja stracę pracę. 
- Carleen! 
- No to powiedz mi, co takiego próbujesz udowodnić, nie kładąc się spać 

przez trzy noce z rzędu? 

-Nic. - Lizzie zmarszczyła czoło i pociągnęła łyk kawy. 
-  To  nieprawda.  Wciąż  go  kochasz  i  masz  nadzieję,  że  pomagając  mu 

stworzyć  istne  dzieło  sztuki,  pokażesz  mu,  jaki  był  ślepy  przez  te  wszystkie 
lata.  A  on,  zachwycony,  padnie  pewnie  na  kolana  i  poprosi  cię  o  rękę?  Czy 
nie tak? 

54

RS

background image

 

 

Była na tyle blisko prawdy, iż Lizzie poczuła się nieswojo. 
- Jest tylko jedno „ale". Helen Travis, jego narzeczona. 
- Co ty powiesz? 
Lizzie  wzruszyła  ramionami  i  weszła  do  łazienki,  biorąc  się  za 

szczotkowanie włosów. 

- W jaki sposób chcesz ich rozdzielić? 
- Wcale nie mam takiego zamiaru. 
- Chcesz powiedzieć, że nie będziesz walczyć o swojego mężczyznę? 
Lizzie energicznie przejechała szczotką po włosach. 
-  Jared  nie  jest  już  moim  mężczyzną.  I  to  od  kilku  lat.  Jeśli  chcesz 

wiedzieć,  to  jeszcze  dwa  tygodnie  temu  nie  przyszłoby  mi  do  głowy,  że 
będziemy w ogóle o nim rozmawiać. 

- To dlaczego zadajesz sobie taki trud i projektujesz dla niego nowy dom? 

Przecież nie masz na to czasu. 

- Nazwij to prezentem ślubnym. 
- Powiedz mi, jaka ona jest - nalegała Carleen. - Ma jakieś słabości? 
- Absolutnie żadnych - Lizzie odłożyła szczotkę na miejsce. - To chodzący 

ideał.  Świetnie  do  niego  pasuje.  Wyobraź  sobie  moje  całkowite 
przeciwieństwo. Wysoka, elegancka, chłodna blondynka. 

- Może jest za wysoka? - Carleen jak zawsze była lojalna. 
- Jest doskonała - zaprzeczyła Lizzie. 
- Może zbyt doskonała? 
Lizzie  otwierała  już  usta,  by  zaprzeczyć,  ale  zmieniła  zdanie.  To  było 

dokładnie to. Zbyt doskonała. 

Helen rzadko kiedy nie zgadzała się z kimś i nigdy się nie kłóciła. Z całą 

pewnością będzie wyśmienitą żoną. 

Tyle że nie dla niego. 

 
 
 
 
 

55

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 
Dwa  dni  później  Lizzie  poleciała  do  Dallas  z  nowymi  planami  domu 

strachów  pod  pachą.  Spędziła  wiele  godzin,  nanosząc  niezbędne  poprawki. 
Prościej  byłoby  zaprojektować  wszystko  od  nowa,  ale  postanowiła 
wykorzystać  jak  najwięcej  z  oryginalnego  projektu  Jareda.  Liczyła  na  to,  że 
doceni ten gest. 

- Gdzie się podziewałaś? - usłyszała, gdy tylko dotarła na budowę. 
- Nie ma co, miłe powitanie. 
- Zaczynałem się już martwić. Czekam na ciebie od ponad godziny. 
-  Mam  jeszcze  inne  budowy  na  głowie  -  przypomniała  mu  patrząc,  jak 

torował  sobie  drogę  przez  stos  odpadków  drewna  i  innych  śmieci.  Od  kilku 
dni poruszał się o kulach. - Naprawdę się o mnie martwiłeś? 

- Oczywiście! - był zaskoczony, że w ogóle pyta. 
- Przecież nie możemy zacząć bez twoich planów. 
No tak, plany. Oczywiście. Lizzie westchnęła. 
- Przefaksowałam ci przecież listę potrzebnych rzeczy. 
- Tak, wiem - odparł Jared, wchodząc do budynku. 
- Kto to jest Edward? 
- Mój asystent. 
- Wolałbym mieć z tobą do czynienia. 
- To coś nowego - mruknęła Lizzie pod nosem. 
-  Taak  -  roześmiał  się  Jared  przystając.  -  Pomyśl  tylko,  my  dwoje, 

pracujący w tym samym czasie nad tym samym projektem. 

Lizzie  zagryzła  wargi,  strząsnęła  pył  z  tenisówek  i  weszła  za  nim  do 

środka. 

Czekał na nią przy krypcie. W milczeniu rozwinęła rysunki. Jared zerknął 

na nie i aż zagwizdał. 

-  Nic  dziwnego,  że  zamówiłaś  tyle  drewna.  Powiedz  mi,  nie  mogłaś 

zaprojektować czegoś prostszego? 

A ona liczyła na jego podziw i wdzięczność! 
- Teraz masz coś prostszego. 

56

RS

background image

 

 

- Tak, wiem, ale... - wskazał palcem na plany. - Nie sądzę, byśmy byli w 

stanie wybudować to w trzy tygodnie. 

-  Oczywiście,  że  tak.  Pod  warunkiem  jednak,  że  nie  będzie  żadnego 

opóźnienia  -  ostrzegła.  -  Będziesz  musiał  przekupić  stolarzy.  Ale  oni 
uwielbiają nadgodziny. 

- Nie wspominałem ci, ze korzystamy z ochotników? 
Lizzie zmełła w ustach nieprzyzwoite słowo. 
- Co takiego? Nie, nie wspominałeś. 
Musiał być chyba szalony, zatrudniając ochotników. Mogą być dobrzy do 

prac malarskich lub obsługi domu, ale przecież nie do budowy. 

- Jak mogłeś nawet rozważać możliwość użycia niewykwalifikowanej siły 

roboczej do budowy jednego z moich domów? 

- W taki sam sposób postawiliśmy ten dom - odparł. - Przecież to zwykły 

dom strachów, a nie Tadż Mahal. 

- W porównaniu z tym tutaj, mój to Tadż Mahąl! 
-  I  prawdopodobnie  będzie  tyle  samo  kosztował!  Mało  brakowało,  żeby 

skoczyli sobie do oczu. 

-  Gdybym  wiedziała,  że  będziesz  korzystał  z  ochotników,  nigdy  nie 

zaprojektowałabym  tak  skomplikowanego  domu  -  odezwała  się  Lizzie  po 
chwili. - Przeprojektuję wszystko, choć naprawdę nie mam pojęcia kiedy. 

- Bądź cicho - syknął Jared, zagłębiając się w myślach. 
Lizzie  była  zrozpaczona.  Obiecała  sobie,  że  Hotel  Grozy  będzie  jej 

absolutnym priorytetem. Zaplanowała swój czas co do minuty, oddelegowała 
Edwarda, była niemiła dla Carleen, a teraz Jared przewracał wszystko do góry 
nogami. 

Wiedziała, że jej projekt był zbyt skomplikowany. Zastanawiała się, co ją 

opętało. Chciała mu zaimponować. 

- Równie dobrze mogę zacząć zaraz - rzekła, wyciągając ręce po plany. 
- Zostaw - powiedział Jared, chwytając ją za nadgarstek. 
- Nie - odparła. - Nie ma mowy, żebyś postawił taki dom w trzy tygodnie... 
- Ale ty mogłabyś? 
- Oczywiście. 

57

RS

background image

 

 

- W takim razie i ja potrafię. 
- Żartujesz chyba. - Lizzie oswobodziła rękę, po czym machinalnie zaczęła 

ją masować. - Nie masz wprawy. Ja od lat nie buduję nic innego. 

- Zawsze wiedziałem, że jesteś trochę kopnięta. 
- Mam tego dosyć! - Odwróciła się na pięcie, gotowa do wymarszu. 
Jared domyślił się, co zamierza, i chwycił jej dłoń. 
- Przecież to był tylko żart. 
-  Co?  Przypomniałeś  sobie,  jak  bardzo  potrzebujesz  mojej  pomocy?  - 

spytała słodkim głosikiem. 

- Tak, nie było to zbyt mądre - przytaknął Jared. 
- Jestem ci winien moje najszczersze przeprosiny. 
Był w potrzasku i dobrze o tym wiedział. 
-  Widzę,  że  jesteś  naprawdę  w  rozpaczliwej  sytuacji  -  powiedziała.  - 

Takiej bardzo, bardzo rozpaczliwej. 

- Masz rację - odparł. — A teraz powiedz, ile będzie mnie kosztował twój 

pobyt tutaj? 

-  Trochę  pokory.  A  nawet  więcej  niż  trochę  -  odparła  po  zastanowieniu. 

Jared puścił jej rękę. 

- Z łapówkami czy bez? 
- Zdecydowanie „z". 
- Zwierzęce, mineralne czy warzywne? 
- Czy czekolada jest warzywem? 
Jared zaśmiał się cicho. 
- Widzę, że drogo się sprzedajesz. No dobrze, przyjmuję. 
-  Świetnie.  A  teraz  daj  mi  dzień  lub  dwa  na  przygotowanie  nowego 

zestawu - powiedziała Lizzie, sięgając po rysunki. 

- Nie - zaoponował Jared. - Budujemy według tego projektu. Dam z siebie 

wszystko.  Będę  zasuwał  razem  z  ochotnikami.  Więcej,  zatrudnię  nawet 
prawdziwych  stolarzy.  Zachciało  mi  się  domu  strachów  według  projektu 
Lizzie Wilcox, to go mam. Nic innego nie wchodzi w rachubę. 

Wyglądało  na  to,  że  potraktował  całą  sprawę  ambicjonalnie,  jako 

wyzwanie rzucone jego umiejętnościom. 

58

RS

background image

 

 

-  Możesz  mieć  również  prostszy  dom  według  mojego  projektu.  To  moja 

wina. - Liczyła na to, że jej słowa go powstrzymają. 

- Nic z tego. I nie dotykaj się do planów! 
-  A  właśnie,  że  będę.  Są  moje  i  zrobię  z  nimi,  co  zechcę!  -  wrzasnęła 

Lizzie, wyrywając mu je z ręki. 

- Oddaj mi to! 
-  Uspokójcie  się,  dzieci!  -  usłyszeli  nagle  czyjś  głos.  W  drzwiach  stała 

Helen z wiklinowym koszem w ręku i patrzyła na nich z niesmakiem. 

-  Helen!  -  zawołał  Jared  odrobinę  zbyt  entuzjastycznie  i  podszedł,  by 

ucałować jej policzek. 

- Wygląda na to, że potrzebna jest wam mała przerwa - oznajmiła Helen. 

Wyjęła niewielki obrus i rozpostarła go na trumnie. 

-  To  naprawdę  świetny  pomysł  -  powiedziała  Lizzie.  -  Zostańcie  tu  i 

zjedzcie coś, a ja... 

-  Elizabeth,  starczy  również  dla  ciebie.  Zostań,  proszę  -  mówiąc  to 

wcisnęła jej kanapkę do ręki. 

- Dzięki. 
Lizzie przykucnęła przy cokole, na którym stała trumna, a Jared stanął tuż 

obok.  Helen  popatrzyła  z  niesmakiem  na  trumnę  i  postanowiła  usiąść  na 
podłodze. 

- A teraz powiedzcie, o  co była ta kłótnia? - spytała, wręczając im zimne 

napoje. 

- To była tylko mała sprzeczka - odpowiedział Jared. 
Lizzie niemal udławiła się swoją kanapką. 
-  On  jest  nader  uprzejmy.  Mój  projekt  okazał  się  zbyt  skomplikowany  i 

czasochłonny.  Nie  zdążymy  go  zrealizować.  Chciałam  go  tylko  nieco 
uprościć, to wszystko. 

Helen uznała widać jej wywód za logiczny, gdyż spytała: 
- Co w tym złego, Jared? 
Jared obrzucił Lizzie ponurym spojrzeniem. 
- Chciałem dom firmy Wilcox i go mam. Koniec dyskusji. 
Lizzie miała tego dosyć. Postanowiła zmienić temat. 

59

RS

background image

 

 

- Bardzo mi się podobała twoja gra, Helen. - Naprawdę tak uważała. - Co 

grałaś? 

-  Chopina  Balladę  G-dur  w  tonacji  minorowej  -  Helen  uśmiechnęła  się 

smutno. - Jesteś pierwszą osobą, która o to spytała. 

Natychmiast po posiłku Jared sięgnął po swoje kule. 
-  Muszę  zadzwonić  do  miejscowych  związków  zawodowych  i  zamówić 

kilku  stolarzy  -  oznajmił.  -  Inaczej  marne  nasze  szanse  na  ukończenie 
budowy przed Halloween. 

- Przecież to ty nalegałeś, bym nie upraszczała projektu - zauważyła Lizzie 

cierpko. 

- Nie  waż się ich dotykać,  gdy mnie nie będzie. Gdyby  nie Helen,  Lizzie 

chyba  pokazałaby  mu  język.  Podczas  gdy  Jared  zmierzał  ku  wyjściu,  Helen 
zwróciła się do Lizzie. 

- Cieszę się, że mamy okazję z sobą pogadać. 
Jej dalsze słowa dalekie były jednak od uprzejmości. 
- Doceniam fakt, że pomagasz nam w pracach nad tym projektem, przez co 

musisz  blisko  współpracować  z  Jaredem.  Pamiętaj  jednak,  że  nie  będę 
tolerować twoich patetycznych wysiłków, by go odzyskać. 

Oczy Lizzie wyrażały bezgraniczne zdumienie. 
- Tylko nie udawaj, że nie wiesz, o czym mówię - parsknęła Helen. - Nie 

możesz  się  pogodzić  z  faktem,  że  chcemy  się  pobrać  i  zrobiłabyś  wszystko, 
by rozbić nasz związek. 

Lizzie nie wierzyła własnym uszom. 
- Tak, jak ty rozbiłaś nasz? - spytała. Był to strzał w ciemno. 
- Tylko że mnie się udało - odparła Helen z zadowoleniem. - Tobie się to 

nie uda. Nie powiesz chyba, że nigdy nas nie podejrzewałaś? 

Może  kiedyś...  Lizzie  raz  czy  dwa  razy  zastanawiała  się  nad  tym,  ale 

broniła się przed myślą, że to mogłaby być właśnie Helen. Wolała wierzyć, że 
nieporozumienia z Jaredem wynikają z ich odmiennych poglądów na sposób 
prowadzenia firmy. 

Chociaż  jej  mężowi  nie  podobało  się  również  jej  zachowanie,  sposób 

ubierania się, czy też przyjaciele... 

60

RS

background image

 

 

Ponownie  zadźwięczały  jej  w  uszach  często  słyszane  wówczas  słowa: 

„Dlaczego nie możesz być taka jak Helen?" 

Ujrzała nagle Helen w zupełnie nowym świetle. 
- Szczerze mówiąc, Helen, posądzałam cię o więcej klasy. 
- Zawsze byłaś naiwna. 
- Powiedz mi, dlaczego mnie tak prowokujesz? - spytała Lizzie zdumiona. 

-  Ty...  Jared  potrzebuje  przecież  mojej  pomocy.  Obrażanie  mnie  może  wam 
tylko zaszkodzić. 

- Zawsze możesz odejść - wzruszyła ramionami Helen. 
- Chętnie bym to zrobiła, ale myślę, że sprawię ci większą przykrość, jeśli 

zostanę. 

- To prawda. Ale nie myśl, że coś tym osiągniesz - odparła Helen zimno, 

zbierając resztki jedzenia. 

Lizzie zrobiło się nagle żal byłego męża. 
-  Ty  go  chyba  wcale  nie  kochasz,  prawda?  -  spytała  pod  wpływem 

impulsu, nie spodziewając się nawet odpowiedzi. 

-  Oczywiście,  że  nie  -  odparła  krótko  Helen.  -  Zresztą  on  też  mnie  nie 

kocha. 

- To dlaczego chcesz wyjść za niego? - nie starczyło jej odwagi, by spytać, 

dlaczego on to robi. Jednym zręcznym ruchem Helen stanęła na nogi. 

-  Bardzo  lubię  Jareda.  Bądź  co  bądź  znam  go  przez  ponad  pół  życia. 

Pochodzimy z tego samego środowiska... - zawiesiła na chwilę głos, subtelnie 
podkreślając wagę tego faktu. - A i nasze rodziny są, tym wręcz zachwycone. 

Lizzie  nie  wątpiła  w  to.  Była  nawet  zdziwiona,  iż  pani  Rutledge  nie 

nalegała na natychmiastowy ślub. 

- Ale przecież to jeszcze nie powód, żeby się pobierać! 
-  Mylisz  się.  Poza  tym  mamy  wspólnych  znajomych  i  podobne 

zainteresowania. 

 Lizzie  nie  wierzyła  własnym  uszom.  Jared,  którego  znała,  nigdy  nie 

przystałby na tak wyrachowane rozwiązanie. W jakim wieku oni żyją? 

- Ale wy się przecież nie kochacie! Helen roześmiała się sucho. 
- Ogień namiętności prędzej czy później się wypala, i co wtedy pozostaje? 

61

RS

background image

 

 

Przypomnij sobie, jak było z tobą i Jaredem. 

- Ja... 
-  Kłótnie.  Walka.  Zadawanie  sobie  bólu  -  Helen  zaczęła  chodzić  tam  i  z 

powrotem. -  Jared zdążył  to  już  poznać,  a  ja  nie  mam czasu ani  chęci,  żeby 
przez to przechodzić. 

-  Przecież  to  nie  zawsze  musi  tak  być...-    a  już  mam  swoją  miłość. 

Muzykę. To moja prawdziwa namiętność. Jest dla mnie wszystkim. 

- Tym bardziej... Po co od razu się pobierać? Helen stanęła i skrzyżowała 

ręce. 

-  Czy  ja  wiem...  Bo  tak  wypada.  Dla  towarzystwa...  dzieci.  Co  równie 

ważne: będę miała wreszcie spokój z dyrygentami, którym wydaje się, że ich 
obowiązkiem jest zalecanie się do każdej artystki. 

- Nie możesz po prostu odmówić? 
-  Pewnie.  Wtedy  podczas  przedstawienia  nagle  siada  tempo,  wejścia  są 

zbyt wczesne lub zbyt późne, a orkiestra gra sobie a muzom. 

- Innymi słowy, muzyka, jaką tworzycie, nie jest piękna. 
- Właśnie. 
-  Helen,  nie  ukrywam,  iż  jestem  pod  wrażeniem  rozwiązania,  jakie 

wymyśliłaś,  by  pozbyć  się  artystycznych  problemów.  Zdegustowana,  ale 
mimo to pod wrażeniem. 

- Nie masz prawa mnie osądzać. 
- Nie, ale i tak to zrobię. A co na tym zyska Jared? 
- Mnie - odparła Helen spokojnie. 
-Też mi transakcja! - mruknęła Lizzie, mrużąc oczy. 
Nie  zdążyła  nic  więcej  powiedzieć,  ponieważ  wrócił  Jared.  Kilkakrotnie 

powtórzała sobie w duchu, że to nie jej sprawa i że nie powinna się wtrącać. 
Męczyło  ją  pytanie,  czy  Jared  zdawał  sobie  sprawę  z  uczuć  Helen,  a  raczej 
ich braku? Z drugiej strony nigdy przecież nie angażował się w nic, jeśli tego 
naprawdę nie pragnął. Myśl ta wstrząsnęła Lizzie. 

- Wygląda na to, że nigdzie nie ma stolarzy - oznajmił Jared ponuro. - A ja 

mam przed sobą budowę domu, z którym moi ochotnicy sobie nie poradzą. 

- Mówiłam ci przecież... 

62

RS

background image

 

 

- Wiem, skąd można zdobyć stolarzy - przerwała im Helen. 
- Skąd? - zawołali jak na komendę. 
-  Moi  rodzice  zlecili  ekipie  stolarskiej  budowę  przebieralni  przy  basenie. 

Weźcie ich. 

Lizzie, której pomysł się spodobał, spojrzała na Jareda. 
- To bardzo miło z twojej strony - powiedział, zwracając się do Helen - ale 

nie mogę zabrać twoim rodzicom robotników. 

- Dlaczego nie? - zdziwiła się Helen. - Mama i tata wrócą z Vail dopiero 

za miesiąc. Guzik ich będzie obchodzić, ze przebieralnia stanie nieco później. 

Lizzie wprawdzie podejrzewała, że rodzice Helen świadomie zaplanowali 

hałaśliwe  prace  na  czas  swojej  nieobecności,  ale  nie  była  taka  głupia,  by 
mówić  o  tym  głośno.  Widziała  też,  że  i  Jared  był  bliski  przyjęcia  kuszącej 
propozycji. 

- Lepiej prosić o wybaczenie niż o zgodę - zauważyła spokojnie. 
Półuśmiech  na  twarzy  Jareda  świadczył  o  tym,  iż  pamiętał  ich  wspólne 

motto.  W  jego  oczach  dostrzegła  błysk,  taki  sam  jak  zawsze,  gdy 
rozpoczynali pracę nad nowym projektem. 

- W porządku, Helen. Może byś tak do nich zadzwoniła? 
-  Teraz?  -  Helen  spojrzała  niespokojnie  na  Lizzie.  -Tak.  Ja  i  Lizzie 

musimy jeszcze trochę popracować. 

Helen  sztywno  skinęła  głową,  podniosła  koszyk  z  podłogi  i  podała 

Jaredowi policzek do pocałowania. Czy właśnie tego pragnął na resztę swego 
życia? A gdzie namiętność, iskrzenie między dwojgiem ludzi, podniecenie? 

Lizzie znów poczuła wewnętrzne wzburzenie. 
Jak Helen śmiała sugerować, iż małżeństwo Lizzie i Jareda było dla niego 

takim koszmarem, że nie chciał ryzykować znów czegoś podobnego. Czyżby 
naprawdę aż tak jej nienawidził? 

-  Co  to  takiego  ta  Sala  Luster?  -  spytał  Jared,  stukając  palcem  w  jeden  z 

rysunków.  -  Nie  widziałem  tego  wcześniej.  -  Nie  odrywał  wzroku  od 
leżących przed nim papierów. 

- Jared - odezwała się cicho Lizzie. - Miałam właśnie bardzo interesującą 

rozmowę z Helen. Czy ty ją kochasz? 

63

RS

background image

 

 

- Opowiedz mi lepiej o tej Sali Luster. 
- Nie chcę rozmawiać o... 
Jared przymknął oczy i wycedził przez zaciśnięte zęby: 
- Sala Luster, bardzo proszę. 
- Są to portrety ludzi, które w specjalnym oświetleniu przemieniają się  w 

monstra.  Ostatni  obraz  kryje  w  sobie  prawdziwego  człowieka...  Jared! 
Popatrz na mnie! 

-  Elizabeth  -  westchnął  Jared.  -  Nie  mów  nic,  czego  oboje  moglibyśmy 

później żałować. 

- Nie możesz ożenić się z Helen! 
Dopiero teraz uniósł wzrok i spojrzał na nią. 
- Mogę i zrobię to. 
- Nie bądź głupi. 
- A co to ciebie obchodzi? 
- Obchodzi! - wrzasnęła. - Zawsze mnie obchodziło. To ciebie pierwszego 

przestało obchodzić. 

Jared pochylił się nad trumną. 
- To nieprawda - powiedział cicho. Gdy spojrzała w jego oczy, dostrzegła 

w nich smutek. Wyciągnął rękę i przejechał palcem po nasadzie jej nosa. - Po 
prostu nam nie wyszło, dziecino. 

Ton jego głosu przeraził ją. On naprawdę w to wierzył! 
-  A  jak mogło nam  się  udać,  skoro  mieliśmy  Helen i  twoich  rodziców  za 

przeciwników? 

-  Dosyć  tego!  -  Jared  wyprostował  się.  -  Chcę,  by  rysunki  w  ostatecznej 

wersji były gotowe do jutra. 

Powinna była pamiętać, jaki jest uparty. 
-  Świetnie  -  parsknęła,  zwijając  projekt.  -  Nie  mam  chęci  lecieć  do 

Houston,  spędzę  tę  noc  w  Dallas.  Mogę  skorzystać  z  twojego  biura,  żeby 
popracować? 

- Oczywiście. 
Lizzie  chciała  się  już  pożegnać,  ale  przypomniała  sobie  nagle  scenę 

pożegnania miedzy nim a tą małą intrygantką. Może potrzebował czegoś, co 

64

RS

background image

 

 

przypomniałoby mu, co traci? 

Przysunęła się do niego tak blisko, że prawie go dotykała. 
- O co chodzi? - spytał Jared cofając się. 
- Nie chcesz mnie pocałować na dobranoc? - Nie. 
- Boisz się? - przekomarzała się. 
-  Nie.  Po  prostu  nie  jestem  zainteresowany.  Uwierzyłaby  mu,  gdyby  nie 

oznaka niepokoju, jaką dostrzegła na jego twarzy. 

Przysunęła się jeszcze bliżej, aż ich ciała zetknęły się. 
- Kłamca - szepnęła i podała mu usta do pocałunku. 
Jared przyglądał się jej przez nie kończące się sekundy. 
- Elizabeth - jęknął wreszcie i schylił głowę, żeby ją pocałować. 
Lizzie  włożyła  całe  serce  w  ten  pocałunek.  Zarzuciła  mu  ręce  na  szyję  i 

przyciągnęła  mocno  do  siebie.  Przytuliła  się  do  niego  całym  ciałem, 
rozkoszując się znajomym zapachem. Gdyby choć przez moment wierzyła, że 
Jared  i  Helen  są  dla  siebie  stworzeni,  nigdy  by  tego  nie  zrobiła.  Ale 
wiedziała, że nie byli. 

Kule  z  hukiem  upadły  na  podłogę,  gdy  Jared  przyciągnął  ją  mocniej  do 

siebie. Całował ją długo i namiętnie,  a jego ręce błądziły po jej plecach, jak 
gdyby odkrywając jej ciało na nowo. 

Czy czuł to samo co ona? Czy potrafił bez tego żyć? 
Jeszcze  raz  przytulił  ją  gwałtownie,  po  czym  zacisnął  dłoń  na  puklu  jej 

włosów, odrywając jej głowę od siebie. 

Patrzyli sobie w oczy, oddychając z trudem. 
- Zaprzestań tych gier, Elizabeth. 
-  To  nie  gra,  Jared  -  powiedziała,  schylając  się  po  jego  kule.  -  To  tylko 

pożegnalny pocałunek. 

 
 
 
 
 
 

65

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 
Ta kobieta doprowadzała go do szału. Jak mógł w ogóle przypuszczać, iż 

będą mogli razem pracować? 

Wszędzie jej było pełno. Początkowo sądził, iż wręczy mu plany i pójdzie 

straszyć  kogoś  innego,  ale  się  pomylił.  Osobiście  musiała  wszystkiego 
dopilnować. Jak to się stało, że zmieniła się w taką perfekcjonistkę? 

-  Jared,  przewieź  mnie  jeszcze  raz  po  Lochach  Cierpienia  -  poprosiła 

Elizabeth, opadając na wózek inwalidzki. 

Jared,  który  nosił  jeszcze  opatrunek  gipsowy,  ale  nie  korzystał  już  z 

pomocy kul, złapał z tyłu rączki fotela. 

- Elizabeth, nie sądzę, byśmy mieli czas na kolejne zmiany. Zapomniałaś, 

że to już drugi tydzień października? 

-  Ależ  to  ty  zwracałeś  mi  uwagę,  jak  trudno  jest  poruszać  się  po  tych 

deskach wózkiem inwalidzkim. 

- Jest to trudne, ale nie niemożliwe. Zostaw to. 
- Nie gadaj, tylko pchaj. 
- Sama możesz tam pojechać. 
-  Nie  mam  w  tym  doświadczenia.  Pchaj  z  prędkością,  z  jaką  porusza  się 

zazwyczaj człowiek na wózku. 

Z  doświadczenia  wiedział,  że  dyskutując  z  nią,  tracił  tylko  czas.  Czyżby 

zawsze była taka uparta? 

W  oryginalnym  projekcie  deski  podłogi  pomieszczenia  skrywającego 

Lochy  Cierpienia  ułożone  były  w  kilkucentymetrowych  odstępach, 
odsłaniających  widok  na  „ogień"  i  sylwetki  ludzi.  Czujniki  podczerwieni 
wyzwalały 

krzyki 

nieszczęsnych 

więźniów. 

Elizabeth 

zamierzała 

zlikwidować szpary i wyciąć po bokach miejsce na kraty. 

- Edward! - zawołała, podnosząc się z wózka. Była to kolejna osoba, która 

przyprawiała Jareda o kurcze żołądka. Młody, jasnowłosy asystent Elizabeth 
najwyraźniej  ją  ubóstwiał.  Nigdy  nie  kwestionował  jej  poleceń.  Dobrze 
chociaż, że Elizabeth nie zwracała uwagi na jego umizgi. 

- Tak, Lizzie? - Edward pojawił się prawie natychmiast. 

66

RS

background image

 

 

-  Jeśli  wstawimy  kraty  tutaj  -  wskazała  palcem  -  i  tutaj,  jaki  to  będzie 

miało wpływ na pracę ludzi na zapleczu? 

- Natychmiast to sprawdzę. 
Edward  przesunął  drewnianą  zastawkę,  odsłaniając  ukryte  za  nią  drzwi, 

wiodące na korytarz. 

-  Elizabeth  -  powiedział  Jared  cicho.  -  Po  prostu  zatkaj  dziury  i  dajmy 

sobie spokój z tym punktem programu. 

- Co takiego? - spytała Lizzie, siadając na podłodze. 
-  Nie  chcesz  chyba  upraszczać  projektu?  Wyraźnie  rozkoszowała  się 

sytuacją.  Dopiero  teraz  zrozumiał,  jaki  popełnił  błąd,  upierając  się  przy  nie-
wprowadzaniu poprawek. Zachował to jednak dla siebie. 

- Chcę jedynie skończyć na czas. 
-  Wszyscy  tego  chcemy  -  mruknęła  Elizabeth,  przysłuchując  się  stukaniu 

zza ściany. - Edward, gdzie jesteś? 

Edward  zastukał  ponownie,  a  ona  mu  odstukała.  Wtedy  wreszcie 

zdecydowali o usytuowaniu i wielkości krat. 

Jared  marzył  o  tym,  by  usiąść.  Dokuczała  mu  noga  i  upał,  szczególnie 

dający się we znaki w centralnej części domu. 

Do  tego  wszystkiego  Elizabeth  wyglądała,  jakby  wróciła  właśnie  z  lekcji 

aerobiku.  Miała  na  sobie  obcisłe  legginsy  i  krótką  koszulkę,  jaskrawe 
tenisówki i całą masę bransoletek. Helen nigdy nie włożyłaby czegoś równie 
prowokującego. Poczuł, jak zasycha mu w gardle. 

-  Edward,  nanieś  poprawki  i  nie  zapomnij  powiększyć  tła,  jeśli  nie 

chcemy, żeby widać było obsługę. 

- Zrobi się - usłyszeli zduszony głos Edwarda. 
- No dobrze - oznajmiła Elizabeth wstając. - Są jeszcze jakieś pytania? 
- Tak. Sala Luster - odparł Jared, puszczając ją przodem. 
Wózek inwalidzki stał im na drodze, lecz Elizabeth, zamiast przestawić go, 

przepchnęła się między nim a Jaredem. 

Zrobiła to bardzo wolno i zmysłowo. 
Poczuł w nozdrzach ciepły, korzenny zapach. Żadna inna znajoma kobieta 

tak nie pachniała.  

67

RS

background image

 

 

Plackiem z dyni i jabłecznikiem, waniliowymi ciasteczkami i goździkiem. 
A już z pewnością nie Helen. Helen pachniała różą. 
- Wszystko w porządku? - usłyszał. 
-  Tak  -  odparł,  otwierając  oczy,  ale  to  nie  była  prawda.  Nic  nie  było  w 

porządku, odkąd się pocałowali. 

Ten  pocałunek  był  kolosalnym  błędem,  którego  nie  zamierzał  powtarzać. 

Bez względu na to, jak bardzo tego pragnął. 

- Wyglądasz na zmęczonego - powiedziała Lizzie. - Co byś powiedział na 

obiad? 

- Dobry pomysł. 
- Edward! - zawołała Lizzie - Gdzie jesteś? 
- Wciąż w lochu - dotarła do nich przytłumiona odpowiedź. 
- Wyłaź stamtąd, bo się usmażysz. 
- Muszę skończyć pomiary. 
-  Skończysz  po  obiedzie  -  włączył  się  Jared.  Twarz  Edwarda  ociekała 

potem, gdy wreszcie się pojawił. 

- Dzięki. Przypomnijcie  mi tylko, bym naniósł poprawki, zanim stąd dziś 

wyjdę. Teraz idę do Sali Luster, a później coś przekąsić - powiedziawszy to, 
zniknął. 

-  Mam  zadzwonić,  by  dostarczono  nam  pizzę?  -  spytała  Lizzie,  ruszając 

krętym korytarzem w stronę wyjścia. 

- Tylko jeśli pozwolisz mi zjeść w spokoju pepperoni. 
- Przecież one wprost ociekają tłuszczem. 
- Właśnie dlatego je lubię. 
Przy następnym zakręcie Lizzie przeskoczyła przez wiązkę światła, której 

przerwanie  włączało  efekty  dźwiękowe.  Irytowały  ją  ciągłe  jęki  i  krzyki,  a 
rozłączenie kabli zabrałoby zbyt wiele czasu. 

Jared  uśmiechnął  się  szelmowsko  i  wszedł  prosto  w  światło  czujnika. 

Natychmiast  rozległy  się  wrzaski  i  charczenie.  Lizzie  spojrzała  na  niego 
groźnie, ale on odrzucił do tyłu głowę i głośno się roześmiał. 

Natychmiast  przypomniały  się  jej  szczęśliwe  dni  ich  małżeństwa,  zanim 

jeszcze postanowili otworzyć własną firmę. 

68

RS

background image

 

 

Lizzie  zawróciła  na  pięcie  i  przebiegła  przez  światło  czujników, 

uruchamiając  je.  Tymczasem  Jared  pobiegł  dalej,  skąd  po  chwili  doleciała 
istna  kakofonia  jęków  i  zawodzenia.  Chichocząc,  odpowiedziała  mu 
charczeniem. 

Bawili się tak jeszcze przez chwilę, póki Lizzie nie postanowiła sprawdzić 

innego  dźwięku.  Pokonując  pędem  zakręt  wpadła  na  wysoką  i  ciepłą,  choć 
nie owłosioną przeszkodę. 

Postać jęknęła głucho. 
Lizzie wrzasnęła i odskoczyła jak oparzona. 
- Udało mi się! - zawołał Jared demonicznym głosem. 
Lizzie,  której  duma  ucierpiała  wprawdzie,  roześmiała  się  i  obdarzyła  go 

kuksańcem. Rozbawieni weszli do krypty. 

- Jeśli skończyliście się bawić, możemy siąść do posiłku - usłyszeli nagle 

niezadowolony głos. 

- Helen! - zawołał Jared, zmieniając się na twarzy. 
- Pomyślałam, że zaoszczędzę wam czasu i przyniosę obiad - powiedziała 

Helen,  wskazując  na  przykryty  kolorowym  obrusem  stolik  kempingowy  i 
rozkładane fotele. - Zdawało mi się, że jesteście pod presją czasu. 

- Bo tak jest - potwierdził Jared spokojnie. Zapadła niezręczna cisza, którą 

Lizzie postanowiła zignorować. Usiadła do stołu, położyła sobie serwetkę na 
kolanach i pociągnęła duży łyk mrożonej herbaty. 

- Przepyszna - zauważyła jak gdyby nigdy nic. 
-  Uznałam,  że  będzie  nam  chłodniej,  gdy  ustawi  się  stół  pod  samym 

wiatrakiem. Nie jest ci za zimno? - zwróciła się do Lizzie, pijąc wyraźnie do 
jej skąpej garderoby. 

-  Skądże  znowu  -  odpowiedziała  Lizzie,  obdarzając  ją  szerokim 

uśmiechem i spokojnie skosztowała sałatki. 

Jared  podsunął  Helen  krzesło,  a  ona  usiadła  sztywno.  Poza  cichym 

szumem wentylatora w pomieszczeniu panowała absolutna cisza. 

Lizzie  potrząsnęła  bransoletkami,  by  zrobić  trochę  hałasu.  Helen  tylko 

skrzywiła się. 

 

69

RS

background image

 

 

Jared  z  kamienną  twarzą  wpatrywał  się  w  talerz,  choć  Lizzie  nie  była 

pewna, czy nie powstrzymuje śmiechu. 

-  A  więc  -  powiedziała  Helen,  upijając  łyczek  herbaty.  -  Czy  wszystkie 

prace przebiegają zgodnie z planem? 

- Tak i nie - odparł Jared. - Elizabeth wprowadziła w niektórych miejscach 

pewne zmiany. 

- Czyżby? - oczy Helen zwęziły się w szparki. 
- Ulepszenia. 
-  Nie  muszę  ci  chyba  przypominać,  że  termin  otwarcia  jest  za  dwa 

tygodnie? 

-  Nie  musisz  -  odpowiedziała  zamiast  niego  Lizzie  -  ale  i  tak  pewnie  to 

zrobisz. 

Jared odchrząknął i posłał Lizzie ostrzegawcze spojrzenie.  
- Całe szczęście, że ekipa wynajęta przez twoich rodziców, zgodziła się dla 

nas pracować - powiedział. 

- Staram się jak mogę robić to, co do mnie należy - uśmiechnęła się Helen, 

poklepując go po dłoni. 

-  Wszyscy  robimy  to,  co  do  nas  należy  -  zauważyła  słodko  Lizzie,  ale 

nagle  poczuła,  że  Jared  kopie  ją  pod  stołem.  Zaskoczona,  powstrzymała  się 
od dalszych komentarzy. 

Po raz kolejny Helen udało się ją sprowokować. 
Przez długie lata Lizzie musiała znosić jej wredne uwagi. Nigdy się zresztą 

nie skarżyła. Uważała, że jeśli Jared ją naprawdę kocha, sam to zauważy. 

Nigdy jednak nie zauważył. 
Teraz  dostrzegła  w  jego  oczach  ten  sam  ostrzegawczy  błysk,  jakim 

obrzucał ją tak często w latach małżeństwa. 

W  drzwiach  stanął  obnażony  od  pasa  w  górę,  mocno  umięśniony 

mężczyzna. Na ramieniu balansowała mu bryła lodu. 

- Gdzie mam to położyć, panno Travis? 
-  Zostaw  po  prostu  przy  drzwiach,  Rico,  dziękuję  -  odparła  Helen  z 

czarującym uśmiechem. 

Rico zrzucił lód w kącie pokoju, po czym zwrócił się do Lizzie: 

70

RS

background image

 

 

- Pani Wilcox? Edward prosił przekazać, że za chwilę wychodzi. Chciałby 

przedtem zamienić z panią kilka słów. 

- Gdzie on jest? 
- W pokoju z obrazami - odparł, ocierając pot z czoła. 
- Proszę mu powiedzieć, że zaraz tam będę. 
Rico  skinął  głową,  raz  jeszcze  zerknął  na  Helen,  która  nie  spuszczała  z 

niego wzroku, i wyszedł. Lizzie uśmiechnęła się pod nosem i wstała. 

- Wybaczcie, ale muszę iść porozmawiać z Edwardem. 
Na  miejscu  dowiedziała  się,  iż  Edward  obawia  się,  że  wózki  inwalidzkie 

będą  zdzierały  pomarańczową  tapetę,  którą  wyłożony  był  hol  wejściowy. 
Zamiast niej proponował pomalować dolną część ściany na czarno. Lizzie nie 
zdążyła jeszcze podjąć decyzji, gdy przykuśtykał Jared. 

- Nie rozumiem, po co tutaj w ogóle ta tapeta - mruknął. 
- To dlatego, że chcemy stworzyć wrażenie normalnego domu. Jasny kolor 

z  kolei powiększa  optycznie  wnętrze  i  dezorientuje ludzi, gdy wbiegają  stąd 
do następnego, czarnego pomieszczenia, w którym jest ciemno. 

Ostatecznie  tapeta  pozostała  na  swoim  miejscu,  a  Edward  mógł  wreszcie 

jechać na lotnisko. 

- Czy Helen wciąż jeszcze tam jest? - spytała Lizzie. 
- Nie - odparł Jared, próbując wcisnąć długopis pod gips. - Musiała pędzić 

na próbę. 

Lizzie odetchnęła z ulgą. Im mniej się widywały, tym lepiej. 
-  Mam  już  serdecznie  dosyć  tego  gipsu.  A  najgorsze  jest  to  swędzenie  - 

westchnął Jared. 

Miał  bardzo  ładne  nogi,  jak  na  mężczyznę,  dobrze  teraz  widoczne  w 

szortach.  Złocisto-brązowe  włoski  szczelnie  pokrywały  ciało  koloru  miodu. 
Lizzie  zawsze  mu  zazdrościła  tej  naturalnej  ciemnej  karnacji,  tak  cennej 
szczególnie teraz, gdy opalanie zrobiło się niebezpieczne. 

Nie,  żeby  ona  kiedykolwiek  się  opalała.  Wystarczały  jej  piegi, 

pokrywające jej białą skórę jak cynamon bitą śmietanę. 

Przymknęła oczy i jęknęła w duchu. Nie powinna była wtedy go całować. 

Po  co  sobie  przypominać,  że  jedynym  miejscem,  w  którym  ona  i  Jared 

71

RS

background image

 

 

zgodnie i radośnie z sobą współzawodniczyli, była sypialnia? 

- Co to za spanie w pracy? 
-  Miałam  zbyt  krótką  przerwę  obiadową  -  odparła.  Spanie  było  ostatnią 

rzeczą, o jakiej myślała. 

Przysiadła obok niego, obserwując grę mięśni na jego plecach. Marzyła o 

tym, by ich dotknąć, tak jak czyniła to wiele razy, masując mu kark i plecy po 
wielogodzinnym ślęczeniu nad rysunkami. 

Ileż to razy takie masowanie prowadziło do... Dosyć tego!!! 
Lizzie  z  trudem  oderwała  wzrok  od  Jareda.  Takie  myśli  do  niczego  nie 

prowadziły. Czyniły ją tylko... nieszczęśliwą. 

- Dlaczego chcesz się żenić z Helen? 
- To nie twoja sprawa. 
- Moja, jeśli kopie się mnie z jej powodu. 
- Chciałaś na nią napaść, a to przecież ona załatwiła stolarzy. 
- Nie ona, tylko jej rodzice - mruknęła Lizzie. 
- Byś mogła skończyć na czas twój wspaniały dom strachów. 
- Mój? Przecież to twoja klinika na tym korzysta. - I twoja reputacja. 
Lizzie głęboko zaczerpnęła powietrza, zanim odpowiedziała. 
-  Jeśli  już  coś  ma  być  moim  znakiem  firmowym,  to  będzie  nim  Hotel 

Grozy. 

-  Nie  chcesz  chyba  powiedzieć  -  prychnął  Jared,  machając  lekceważąco 

ręką  -  że  ukoronowaniem  twojej  kariery  będzie  Hotel  grozy  w  jakimś 
sztucznym miasteczku duchów? 

Lizzie zazgrzytała zębami. 
- Zapewniam cię, że kryje się za tym dużo więcej. 
- Co takiego mianowicie? 
-  Po  pierwsze,  będzie  otwarty  przez  okrągły  rok.  Tamten  region4ba  o 

rozwój  turystyki.  Mają  już  rancho  i  działające  w  weekendy  rodeo.  W 
miasteczku  duchów  będzie  również  kilka  budynków  poświęconych  historii 
Dzikiego  Zachodu.  Mój  hotel  natomiast  ma  zadbać  o  rozrywkę  - 
zauważywszy,  że  jej  słowa  nie  odnoszą  pożądanego  skutku,  dodała:  -  Poza 
tym będę miała udział w zyskach. 

72

RS

background image

 

 

Lizzie  uważała  zamówienie,  o  którym  mówiła,  za  kamień  milowy  w 

rozwoju  swojej kariery  zawodowej.  Po  raz  pierwszy, odkąd założyła własną 
firmę, będzie miała niewielki, ale stały dochód. A jeśli jej szczęście dopisze, 
to może ten dochód nie będzie wcale taki mały. 

-  Otwarcie  jest  w  Halloween  -  mruknęła,  by  wiedział,  jak  wielką  mu 

wyrządza przysługę. 

- Mam nadzieję, że ci się uda - powiedział Jared pozbawionym entuzjazmu 

głosem. 

Mocniej  urażona  jego  obojętnością,  niżby  to  chciała  przyznać, 

wybuchnęła: 

- Ja też mam nadzieję, że twoje małżeństwo będzie udane. 
- Dziękuję. 
- Ale osobiście nie sądzę, by to było możliwe. 
- Trzeba się uczyć na własnych błędach. 
- W takim razie będziesz bardzo mądry. -Elizabeth! , 
- Przecież się nie kochacie. Helen sama mi to powiedziała. 
- Są różne rodzaje miłości - odparł Jared po chwili. 
-  Przestań  opowiadać  takie  głupoty!  -  krzyknęła  Lizzie,  uderzając  pięścią 

w pomarańczową ścianę. 

Jared ujął jej dłoń i rozprostował ściśnięte palce. 
-  Elizabeth...  nasze  małżeństwo,  wtedy,  gdy  było  jeszcze  dobre,  było 

naprawdę  dobre,  ale  gdy  zaczęło  się  coś  psuć...  -  urwał  ze  smutnym 
uśmiechem, kręcąc głową. - Nie byłbym w stanie przejść przez to jeszcze raz. 

Lizzie wyrwała rękę z jego dłoni. 
-  Czy  kiedykolwiek  zastanawiałeś  się,  co  doprowadziło  do  klęski  nasze 

małżeństwo? 

- Zbyt mocno się różnimy... 
- To tylko czcze gadanie twojej matki i Helen. Mogę sobie wyobrazić, co 

mówiła, kiedy odeszłam. 

-  W  ogóle  nie  wypowiadała  się  na  twój  temat.  Lizzie  westchnęła  ciężko. 

Mężczyźni byli tacy naiwni. 

-  Oczywiście,  że  nic  nie  powiedziała.  To  byłoby  nie  w  jej  stylu.  Ona 

73

RS

background image

 

 

posługuje się innymi metodami. Była pod twoimi drzwiami w pięć minut po 
tym, jak odjechałam. 

- Jak zwykle przesadzasz. 
- Wcale nie! - wrzasnęła Lizzie, podrywając się na równe nogi. - Wiem to 

na pewno, bo wróciłam... 

- Wróciłaś? - W głosie Jareda pojawiło się nagle zainteresowanie. 
- Po... po mój długopis. Ten, który dostałam od ciebie na gwiazdkę. 
- Po długopis - iskierka, jaką dostrzegła w jego oczach, nagle zgasła. - To 

nieprawda. Przecież osobiście ci go później odesłałem. 

-  Nie  weszłam,  bo  dostrzegłam  Helen  -  wyjaśniła  Elizabeth 

zniecierpliwiona. 

Jared popatrzył na nią ze smutkiem w oczach. 
- Bardzo mnie zraniłaś odchodząc. Naprawdę. 
- Nie było mi łatwo odejść. 
-  To  dlaczego  to  zrobiłaś?  -  spytał  tak  gwałtownie,  jakby  to  pytanie  od 

dawna leżało mu na sercu. 

Lizzie westchnęła i oparła się plecami o ścianę. 
-  Dlatego,  że  się  zmieniłeś.  Spodziewałam  się  tego  zresztą  -  dodała 

szybko, jak gdyby oczekując z jego strony protestu. - Myślałam, że może i ja 
zmienię się i dorosnę. Sądziłam, że ta rozłąka raczej zbliży nas, a nie oddali. 

Po  raz  pierwszy  miała  jego  całkowitą  uwagę.  Widać  było,  że  zastanawia 

się nad tym, co powiedziała. Kto wie, może będą wreszcie w stanie poważnie 
porozmawiać, bez łez i wzajemnych oskarżeń. 

-  Pamiętasz,  jak  to  było,  gdy  twoi  rodzice  mieszkali  jeszcze  w  Dallas? 

Zanim przenieśli się do Sweetwater? 

-  Tak,  wiem,  widywaliśmy  się  wtedy  z  nimi  dość  często  -  odparł  Jared 

wzruszając ramionami.  - Ale ojciec miał wtedy tyle kontaktów w przemyśle 
budowlanym, 

których 

my, 

dopiero 

początkujący 

tym 

fachu, 

potrzebowaliśmy. 

Lizzie  wolała  nie  przypominać  mu,  że  tylko  jeden  z  nich  zaowocował 

konkretnym  zleceniem.  Resztę  klientów  wynajdywali  sami,  bądź  były  to 
zlecenia na budowę domów strachów. 

74

RS

background image

 

 

-  To  prawda,  ale  to,  co  najlepiej  pamiętam  z  tamtego  okresu,  to  moje 

nieustanne  wysiłki,  by  przypodobać  się  twoim  rodzicom.  Nigdy  im  nie 
mogłam dogodzić. A to byłam nieodpowiednio ubrana... 

- Słyszałem, jak matka proponowała ci pomoc w zakupach. 
-  Bardzo  cię  proszę,  nawet  o  tym  nie  wspominaj.  Ta  upokarzająca 

propozycja została jej złożona podczas lunchu w obecności Helen i jej matki, 
a  także  kilku  innych  pań  z  towarzystwa.  Wówczas  nie  spodobała  się  jej 
kwiecista  sukienka,  której  nawet  ona  sama  nie  lubiła.  Założyła  ją,  błędnie 
sądząc,  iż  pani  Rutledge  doceni  skromny  styl  ubioru  swojej  synowej. 
Tymczasem w tym domu preferowano stroje rodem z „Dynastii". 

- Jared, problem polegał na tym, że to wyłącznie ja musiałam się zmieniać. 

Starałam się stać taką, jaką mnie chciałeś widzieć. Nigdy nie podróżowałam 
tyle co ty, a moja rodzina nie należy do tych samych kręgów towarzyskich co 
twoja. Mimo  to  nie jestem  wiejskim  tłumokiem, a tak  właśnie  się  czułam  w 
obecności  twojej  matki  i  Helen.  Tak  bardzo  się  starałam  zasłużyć  na  ich 
uznanie, że stałam się kimś, kogo sama przestałam poznawać. 

- Nie miałem pojęcia... 
- Wiem o tym. Gdybyś choć raz wziął moją stronę, być może byłabym w 

stanie to wytrzymać. 

- Mimo wszystko uważam, że przesadzasz... 
-  Nie,  Jared.  Zdaniem  twojej  matki  moją  największą  wadą  jest  to,  że  nie 

jestem Helen. Nawet ty próbowałeś zrobić ze mnie Helen. 

-  To  nieprawda  -  zaprotestował  machinalnie,  bardziej  z  obowiązku  niż  z 

przekonania. Widziała, jak szuka w pamięci potwierdzenia tego. 

-  Ależ  tak.  Helen  to,  Helen  tamto...  Dlaczego  nie  możesz  być  taka  jak 

Helen...? W związku z tym powiedz mi: teraz, gdy masz już Helen, czy jesteś 
szczęśliwy? 

 
 
 
 
 

75

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 
- Wejdź pierwsza i sprawdź, czy jest ubrana. 
- Ta biedna mała zawsze jest ubrana. 
Męski głos ryknął śmiechem, ale został szybko uciszony. 
- Ciiicho... Obudzisz ją - syknęła Carleen. 
- Zdaje się, że właśnie po to tu przyszliśmy. 
-  Ona  naprawdę  potrzebuje  każdej  minuty  snu.  No  właśnie,  pomyślała 

Lizzie, zakopując się głębiej w stertę poduszek na kanapie. Drzwi otworzyły 
się. 

-To dlaczego nie śpi w nocy? Jest już prawie południe. 
-  Południe!  -  wrzasnęła  Lizzie,  podrywając  się  na  równe  nogi.  -  To 

niemożliwe! Carleen, dlaczego mnie nie obudziłaś? 

Popatrzyła na zegarek, jęknęła i opadła z powrotem na poduszki. 
-  Świetnie!  Po  prostu  świetnie  -  przejechała  palcami  po  włosach.  -  Co 

mnie ominęło? 

-  Co  najmniej  dwadzieścia  pięć  telefonów  od  twojego  byłego  -  oznajmił 

Edward, poprawiając druciane oprawki okularów. - Facet w ogóle nie chciał 
ze  mną  rozmawiać.  Nalegał,  by  rozmawiać  wyłącznie  z  Elizabeth. 
Powiedziałem  mu,  że  jesteś  nieuchwytna,  ale  on  i  tak  co  rusz  wydzwania. 
Przez niego nie mogę się niczym zająć... a ona... - wskazał palcem Carleen - 
cały czas wisi na drugim telefonie. 

-  Kto  jeszcze  dzwonił?  -  spytała  Lizzie  Carleen,  która  tymczasem  zajęła 

się porządkowaniem pokoju. 

-  Przede  wszystkim  ludzie  z  Hotelu  Grozy,  przypominając,  że  dziś  po 

południu  nastąpi  odbiór  budynku  przez  inspektora  z  hrabstwa.  Chcą,  żebyś 
tam  przyjechała,  bo  w  jednej  z  sal  mają  kłopoty  ze  światłem.,  Ludzie  z 
Richardson  Mail  chcą  wiedzieć,  kiedy  będziesz  uchwytna  dla  zdjęć 
reklamowych... 

Lizzie obronnym gestem uniosła ręce do góry. 
- Dobrze, już dobrze... Dajcie mi jeszcze kilka minut. 
Carleen  schyliła  się  po  naręcze  brudnej  bielizny,  żeby  znieść  ją  do 

76

RS

background image

 

 

piwnicy,  do  prania,  po  czym  odsłoniła  żaluzje  i  wyszła.  Ostre  promienie 
słoneczne wdarły się do pokoju, atakując zmęczone oczy Lizzie. 

- Macie na dole trochę świeżej kawy? 
Edward przytaknął i zerwał się, by ją przynieść. Chwilę później był już z 

powrotem.  Wręczył  Lizzie  kubek  z  kawą,  po  czym  opadł  obok  niej  ha 
kanapę, rzucając kalendarz na stół. 

-  A  teraz  do  rzeczy,  Liz.  -  Zawsze,  gdy  chciał  poważnie  porozmawiać, 

mówił  do  niej  „Liz".  -  Nasz  plan  pracy  jest  jednym  z  najbardziej 
przerażających, jakie widziałem. 

- Mówiłam ci przecież, że tak będzie. 
Lizzie najchętniej zatkałaby sobie uszy. Przeczuwała, co zaraz usłyszy. 
-  Tak,  wiem.  Już  na  początku  sezonu  byliśmy  całkowicie  zabukowani. 

Terminarz  był  napięty,  ale  wykonalny.  Do  czasu,  gdy  dodałaś  ten  dom  dla 
swojego byłego... 

- On ma na imię Jared. 
-  Otóż  ten  Jared  domaga  się  od  nas  trzykrotnie  więcej  uwagi  niż 

jakikolwiek inny zleceniodawca. 

-  Wiem  -  Lizzie  pociągnęła  łyk  kawy.  -  To  stary  nawyk.  Tak  właśnie 

kiedyś pracowaliśmy. 

 

-  Teraz  nie  możemy  sobie  na  to  pozwolić.  Mamy  jeszcze  kilka  innych 

budynków na głowie. 

- Wiem o tym - odparła Lizzie ostrym tonem. Lubiła Edwarda i szanowała 

jego zdanie, ale nie 

życzyła  sobie,  by  mówił  jej,  jak  ma  kierować  własną  firmą.  Edward, 

czując pismo nosem, mruknął: 

- W porządku. Chciałem ci tylko zaproponować, byś powierzyła mi odbiór 

techniczny  u  Lubbocka.  Zajmie  mi  to  dwa  dni,  a  ty  będziesz  miała  czas  na 
inne rzeczy. 

- Przepraszam, że tak na ciebie naskoczyłam - westchnęła Lizzie. 
To,  co  mówił,  miało  wprawdzie  ręce  i  nogi,  ale  wyrażenie  zgody 

przychodziło jej z trudem. Bardzo lubiła te końcowe inspekcje, podczas  

 

77

RS

background image

 

 

których podziwiała ostateczny kształt budynku i robiła zdjęcia do swojego 

archiwum. 

Z drugiej strony, Edward pracował dla niej już dwa lata i był w stanie sam 

sobie  poradzić.  Miał  też  rację  co  do  jednego:  Jared  zabierał  jej  zbyt  wiele 
czasu. 

- No dobrze. Możesz tam jechać - przystała niechętnie na jego propozycję. 

- Tylko masz mi porobić dużo zdjęć! 

-  Tak  jest!  -  zawołał,  wyrzucając  w  triumfalnym  geście  dłoń  do  góry.  - 

Zaraz do nich zadzwonię. Ale, ale... A co będzie z Santa Fe? - Zobaczywszy, 
że Lizzie kiwa głową na zgodę, zerwał się z miejsca i ruszył w stronę drzwi. 

- Powiedz Carleen, że zaraz schodzę - krzyknęła za nim Lizzie, ale minęło 

prawie pół godziny, zanim udało jej się to zrealizować. 

Na dole przysiadła na rogu biurka Carleen i pobieżnie przejrzała karteczki 

z informacjami. W rzeczy samej, większość z nich pochodziła od Jareda. 

-  Można  by  pomyśleć,  że  sam  nigdy  niczego  nie  budował  -  zauważyła 

Carleen złośliwie, ale Lizzie zaprotestowała. 

-  To  nie  tak.  Jared  zawsze  sam  musi  wszystkiego  dopilnować.  Ponieważ 

ten  projekt  jest  mój,  uważa,  że  muszę  być  informowana  o  każdym  nowym 
posunięciu. 

- Ale on też jest architektem. Nie musisz z nim stale przebywać^ 
- Nigdy nie lubił dzielić się odpowiedzialnością. 
- To dlaczego ty się z nim nie podzielisz? 
Lizzie  uciekła  wzrokiem,  unikając  oczu  starszej  kobiety.  Udała,  że  czyta 

jakąś informację. 

- Wiesz, co? - ciągnęła Carleen. - Sądzę, że oboje szukacie tylko pretekstu, 

żeby się spotkać. 

- Nie gadaj głupstw - szepnęła Lizzie. - Jest zaręczony. 
- Tylko nie jest przekonany, czy jeszcze tego chce. 
- Jared miałby się przyznać do błędu? Nigdy w życiu. Wierz mi, wiem coś 

o tym - Lizzie zsunęła się z biurka. - Za każdym razem, gdy jestem w Dallas, 
marzę, by usłyszeć coś w rodzaju: „budowa domów strachów jest trudniejsza, 
niż myślałem" lub „to, co robisz, jest naprawdę ważne". 

78

RS

background image

 

 

- Ale przecież to on wezwał cie na pomoc? 
-  Do  tej  pory  nie  mogę  zrozumieć,  po  co  w  ogóle  zaangażował  się  w 

budowę  tego  domu.  Wiesz,  że  kiedyś  prawie  rzuciłam  tę  pracę,  bo 
powiedział,  że  domy  strachów  są  błahe  i  niegodne  uwagi  szanującego  się 
architekta? 

-  Co  za  pomysł!  -  zawołała  Carleen.  -  Są  tak  samo  trudne  do 

zaprojektowania,  jak  każdy  inny  budynek.  Ty  też  musisz  tworzyć  projekty, 
przestrzegać  wymogów  bezpieczeństwa  i  nadzorować  budowę,  jak  każdy 
inny architekt. Dlaczego więc mają być gorsze? 

- Są budowane z myślą o zysku i szerokiej publiczności. 
- No i co z tego? 
- Wszystko^ co ma służyć masom, nie liczy się i nie ma szans na ukazanie 

się  w  tych  snobistycznych  czasopismach  architektonicznych.  Jared  chce 
konstruować  rzeczy, które przetrwają wieki. Ja chcę tworzyć dla pieniędzy  i 
dlatego, że to lubię. 

- To dlaczego każde z was nie projektowało tego, co lubi? 
-  Próbowaliśmy,  ale  Jared  nie  mógł  znieść  myśli,  że  firma  Rutledge  i 

Wilcox  znana  jest  z  projektowania  domów  strachów,  podczas  gdy  on  nie 
chciał mieć z nimi nic wspólnego. 

 

- Najwyraźniej jednak zmienił zdanie. 
- Chyba tak - westchnęła Lizzie i ruszyła w stronę schodów. - Zarezerwuj 

mi, proszę, bilet na piętnastą do Dallas, dobrze? 

- Lizzie! 
- Przecież mam zdjęcia reklamowe z Richardson Mail, nie pamiętasz? 
-  W  takim  razie  dam  ci  dobrą  radę  -  powiedziała  Carleen,  sięgając  po 

słuchawkę.  -  Zrób  sobie  porządny  makijaż.  Wyglądasz  jak  śmierć  na 
chorągwi. 

- Boże, Elizabeth, jak ty wyglądasz! 
- Bardzo ci dziękuję! - odparła sarkastycznie. 
Na domiar  wszystkiego  Jared,  świeży  i  wypoczęty,  wyglądał  jak prosto  z 

żurnala. Poczynając od ostrzyżonych włosów, a na elegancko odprasowanych 
spodniach  kończąc.  Ledwie  żywa  otworzyła  drzwi  jego  mercedesa  i  z 

79

RS

background image

 

 

westchnieniem  opadła  na  miękkie  skórzane  siedzenie.  Zdjęcia  reklamowe  i 
wywiad  zajęły  jej  więcej  czasu,  niż  myślała.  Przez  ostatnie  pół  godziny 
znosiła  męki,  wiedząc,  że  Jared  niecierpliwi  się,  czekając  na  nią  w 
samochodzie. 

- O której musisz być na lotnisku? - spytał. 
- Ostatni lot jest o wpół do dziewiątej - powiedziała, zamykając oczy. 
Coś jeszcze mówił, ale nie chciało jej się tego słuchać. Fotel był miękki, a 

klimatyzacja taka orzeźwiająca. Jared potrząsnął ją za ramię. 

- Elizabeth, jesteśmy na miejscu. 
Otworzyła oczy i wciąż nieprzytomna rozejrzała się wokół. Znajdowali się 

na parkingu obok Hanes Memoriał. 

- Przecież dopiero co ruszyliśmy! 

 

-  Nawet  się  nie  obejrzałem,  a  już  spałaś  –  na  jego  twarzy  zobaczyła 

przekorny uśmiech. - Wciąż chrapiesz. 

- Zastanawiające, że nawet śpiąc, potrafię działać ci na nerwy - parsknęła 

Lizzie i wysiadła trzaskając drzwiami. 

Zaczynało  zmierzchać.  Ich  dom  wyglądał  iście  upiornie.  Odczekała 

chwilę, aż Jared zamknie drzwi i podejdzie. 

- Nie zapomnij zawiesić duchów na tym drzewie - powiedziała, wskazując 

na samotny dąb rosnący między kliniką, a domem strachów. - Ponadto trzeba 
usunąć z pobliża domu wszystko, o co ludzie mogliby się potknąć. 

- W porządku. - Jared poczynił odpowiednią adnotację w notesie. - Ale ty 

przecież i tak tu będziesz. 

Coś w jego tonie spowodowało, że obudził się w niej duch przekory. 
- Nie mam czasu niańczyć twoich stolarzy. 
-  A  ja  nie  mam  czasu  na  uczestniczenie  w  twoich  konferencjach 

prasowych  -  odgryzł  się  Jared.  -  Nie  jesteś  jedyną  osobą  na  świecie,  która 
pracuje. 

- A ile to monumentalnych dzieł ostatnio zaprojektowałeś? 
Jared zacisnął usta w wąską linię. 
-  Jeśli  chcesz  wiedzieć,  to  jestem  jednym  z  dwóch  kandydatów  do 

kontraktu  na  budowę  Galerii  Sztuki  Współczesnej  im.  Whitackera,  która 

80

RS

background image

 

 

będzie stała jeszcze długo po tym, jak twoje budowle się rozlecą. 

-  Moje  gratulacje  -  wiedziała,  że  zawsze  o  czymś  takim  marzył.  -  Mam 

nadzieję, że dostaniesz to zlecenie. 

- Ja też mam taką nadzieję - nie brzmiało to zbyt przekonywająco. 
- O co chodzi? 
-  A  jak  myślisz...  -  Jared  wzruszył  ramionami.  -  Jak  będzie  wyglądało  w 

oczach  komisji  kwalifikacyjnej  moje  zaangażowanie  w  to  tam...  -  wskazał 
ręką dom strachów.. 

Lizzie poczuła się, jakby ją ktoś walnął obuchem w głowę. 
Gdzieś  w  oddali  trzasnęły  drzwi  samochodu.  Dość  szybko  Jared 

zorientował  się,  że  coś  jest  nie  tak.  Spojrzał  na  Lizzie  i  widząc  jej  wyraz 
twarzy, jęknął. 

- Elizabeth... tak mi przykro. 
- To nieprawda - Lizzie z trudem przełknęła ślinę. 
- Zawsze tak o nich myślałeś. Ale nie martw się - powiedziała, widząc jego 

niespokojne spojrzenie. 

- Jestem zbyt solidna, by zostawić cię teraz na lodzie. 
Ruszyła sztywno w stronę wejścia. Nie dziwiła jej reakcja Jareda, tylko jej 

własna. Jego słowa niespodziewanie mocno ją zabolały. 

- Elizabeth. - Dogonił ją i dotknął jej ręki. Zapomniała, że teraz potrafi się 

już szybciej poruszać. - Naprawdę mi przykro. To była bezmyślna uwaga. 

- Przeboleję to. 
Wziął ją delikatnie pod rękę. Było już prawie ciemno. 
-  Bardzo  długo  cię  nie  doceniałem  -  powiedział  wreszcie.  -  Trzeba 

przyznać, że poważnie traktujesz swoją pracę i za to cię szanuję. 

Lizzie uśmiechnęła się z trudem. Nareszcie... 
- Jared? Czy jest tam z tobą Lizzie? - doleciał z ciemności głos. 
Helen! Jak zwykle wiedziała, kiedy się pojawić. 
- Tak, jest - odparł Jared i dodał wyjaśniająco, patrząc na Lizzie: - Byliśmy 

umówieni na kolację. 

Lizzie wyczuła w jego głosie lekkie poirytowanie. 
 

81

RS

background image

 

 

Tymczasem pojawiła się Helen, niezwykle wytworna w sukni z surowego 

jedwabiu. 

-  Elizabeth,  twoja  sekretarka  próbowała  skontaktować  się  z  tobą  przez 

biuro Jareda. Chodzi o jakiś Hotel Grozy. 

- Znasz jakieś szczegóły? - spytała Lizzie ostro. 
-  Zdaje  się,  że  coś  się  komuś  stało  i  chcą,  byś  wprowadziła  natychmiast 

jakieś zmiany. 

- Tylko nie to! - jęknęła Lizzie, opierając się o szorstką ścianę budynku. - 

Czy to coś poważnego? 

- Twoja sekretarka nic więcej nie powiedziała. 
- W takim razie to nic poważnego - rozchmurzyła się Lizńe. - Gdyby było 

inaczej,  Carleen  na  pewno  opowiedziałaby  to  z  detalami.  Jared,  pospieszmy 
się. Muszę jechać na lotnisko. 

Nie było to jednak takie proste. 
-  Czyli  mam  powiększyć  ten  hol?  -  upewniał się  Jared  kwadrans później, 

studiując plany. 

- Tak - potwierdziła Lizzie. - Poza tym skróć tę ścianę, by róg nie był taki 

ostry.  Nie  miałam  dotąd  pojęcia,  że  manewrowanie  wózkami  inwalidzkimi 
jest takie trudne. Nie chcę, by powstał tutaj zator. - Sięgnęła po rysunek. 

- Zostaw już. Sam naniosę poprawki - zaproponował Jared. 
Lizzie  chciała  zaprotestować,  ale  zmieniła  zdanie.  Dopóki  nie  miała 

pewności, co naprawdę wydarzyło się w Hotelu Grozy, nie powinna odrzucać 
oferowanej pomocy. 

- Halloween jest w przyszłym tygodniu. Ile czasu zajmą wam te zmiany? - 

spytała Helen. 

- Jesteśmy już spóźnieni - przyznał Jared. - Będziemy znów musieli zlecić 

nadgodziny. 

-  Coś  wam  powiem  -  zakomunikowała  Helen.  -  Pomogę  wam.  Rico,  ten 

szef stolarzy, może pokazać mi, jak się na przykład wbija gwoździe. 

- To bardzo miło z twojej .strony, Helen, ale... - Lizzie zerknęła na Jareda, 

szukając  u  niego  pomocy.  Jeszcze  tylko  Helen  im  tu  brakowało.  On  jednak 
odparł: 

82

RS

background image

 

 

- Pewnie. Jeśli chcesz. Porozmawiam jutro z Rico i powiem mu, by znalazł 

ci jakąś robotę. 

Lizzie pomyślała, że gorzej już być nie mogło. 
Myliła się jednak. 
- Nie powinien pan tam wchodzić. Ona jeszcze śpi. Z dołu dobiegł ją głos 

Carleen i głos jakiegoś 

mężczyzny.  Zastanawiała  się,  kto  to  taki?  Nie mógł to być Edward,  gdyż 

pojechał na inspekcje budów i nie powinien wrócić przed upływem kilku dni. 
Lizzie próbowała się odezwać, ale gardło odmówiło jej posłuszeństwa. 

Usłyszała  kroki  na  schodach.  Opadła  z  powrotem  na  kanapę  i  okryła  się 

kołdrą aż po uszy. Trzęsła się z zimna. 

Nagle drzwi  gwałtownie  się  otworzyły  i  do  pokoju  wpadł Jared,  któremu 

deptała po piętach wyraźnie niezadowolona Carleen. 

- No i co? Wierzy mi pan teraz? - Carleen złapała pustą szklankę ze stołu i 

ruszyła w stronę kuchni. 

Lizzie pociągnęła nosem i starała się przybrać żałosny wygląd, co nie było 

wcale takie trudne. 

- Jak mogłaś się do tego doprowadzić? - warknął Jared. 
- Stanęłam na rogu ulicy i złapałam przechodzącego wirusa - odparła, zła, 

że nie okazał jej nawet odrobiny współczucia. 

-  Przemęczyła  się,  przyjmując  dodatkową  pracę,  żeby  komuś  pomóc  - 

doszedł  ich  z  kuchni  syk  Carleen.  -  Lizzie,  co  będziesz  jadła?  Rosół  z 
kluskami czy jarzynową? 

-  Rosół  z  kluskami  -  zdecydował  Jared.  -  Z  jarzynowej  powybiera  całą 

marchewkę  -  usiadł  obok  Lizzie  na  kanapie  i  położył  chorą  nogę  na  stole.  - 
Domyślam się, że to oznacza, iż nie polecisz ze mną do Dallas i nie obejrzysz 
poprawek, które wprowadziliśmy. 

- Z pewnością nie! - krzyknęła Carleen z kuchni. 
- Wy dwoje pogadajcie sobie, a ja idę spać - oznajmiła Lizzie i naciągnęła 

kołdrę na głowę. 

 Jared odkrył ją i wskazując leżące na stole rysunki Hotelu Grozy, spytał. 
- Tym się teraz zajmujesz? Lizzie zmusiła się, żeby usiąść. 

83

RS

background image

 

 

-  Zdaje  się,  że  nie  świeci  się  napis  „wyjście"  nad  tymi  drzwiami  - 

wyjaśniła, pokazując palcem miejsce na rysunku. - Elektryk wszedł na poręcz 
w holu, żeby się temu przyjrzeć i spadł. 

- To po co tam właził? 
- Zgadzam się z tobą, ale pan Gelfin, zarządzający miasteczkiem duchów, 

obawia się,  że zwiedzający  hotel  też  mogą  wpaść na  ten pomysł  i  włazić  na 
balustrady.  Boi  się,  by  ktoś  go  później  nie  zaskarżył.  Muszę  znaleźć 
rozwiązanie, jak przeprowadzić bezpiecznie ludzi z miejsca A do miejsca B. 

-  Hmmm  -  Jared  podrapał  się  po  brodzie,  przyglądając  się  uważnie 

rysunkom. 

Lizzie  wiedziała,  że  z  pewnością  jest  jakieś  proste  rozwiązanie,  ale  jej 

umysł nie był w stanie pracować. Tymczasem ludzie z hotelu wydzwaniali do 
niej z pytaniami, kiedy dostarczy im gotowy projekt. 

Zerknęła  w  stronę  kuchni,  gdzie  Carleen  przygotowywała  jej  kolejną 

porcję  soku  pomarańczowego.  Carleen  lubiła  się  przy  tym  guzdrać,  ale  dziś 
Lizzie była jej za to wdzięczna. 

-  A  może  wzmocnisz  te  słupy  i  pociągniesz  je  aż  do  sufitu?  - 

zaproponował Jared. 

- Próbowałam, ale pan Gelfin nie chce czegoś takiego. 
- W takim razie, jak ludzie mają dostać się na górę do sypialni? 
- No właśnie. W tym tkwi problem. 
- Wydaje mi się, że ten cały pan Gelfin przesadza. 
- Pan Gelfin często przesadza. 
-  Musicie  się  nawzajem  bardzo  lubić  -  Jared  raz  jeszcze  przestudiował 

leżące przed nim rysunki. - A może ja z nim porozmawiam? Myślę, że zdążył 
już  ochłonąć,  więc  może  przekonam  go,  że  słupy  są  najlepszym 
rozwiązaniem. 

- Czyja dobrze słyszę? Chcesz rozmawiać z jednym z moich klientów? 
Jared zwinął rysunki, ignorując jej zdumienie. 
-  Pewnie.  Jeśli  tego  nie  zrobię,  będziesz  się  tu  jeszcze długo wylegiwała, 

zamiast jechać do Dallas. 

Lizzie wbiła wzrok w okno i pociągnęła nosem.  

84

RS

background image

 

 

Dwie wielkie łzy spłynęły jej wolno po policzkach. 
-  Masz  -  paczka  chusteczek  higienicznych  wylądowała  na  jej  kolanach.  - 

Bądź grzeczną dziewczynką i wytrzyj nosek. 

Gdy  tylko  to  zrobiła,  uniósł  jej  brodę  i  zmusił,  by  na  niego  spojrzała. 

Przemawiał do niej delikatnie jak do dziecka. 

- Nie martw się, wszystko będzie dobrze. 
- Wszystko? 
Długo jej się przyglądał, po czym wziął ją w ramiona i szepnął: 
- Wszystko. 
Lizzie postanowiła mu zaufać. 
Do święta Halloween pozostały już tylko trzy dni. 
Telefony  od  Jareda  zamilkły.  Przysłał  jej  za  to  kosz  pomarańczy  z 

życzeniami powrotu do zdrowia. 

Przekonał też pana Gelfina, który zaakceptował proponowane przez Lizzie 

zmiany.  Edward  wrócił  z  inspekcji  domu  Lubbocka  i  domu  w  Santa  Fe,  a 
Carleen zrobiła wielkie pranie i podkarmiła nieco Lizzie zapiekankami. 

Tego  ranka  Lizzie  poleciała  do  Austin,  gdzie  pozowała  do  zdjęć  i  przez 

dwie  godziny  przyglądała  się  ludziom,  zwiedzającym  jej  dom  strachów.  Po 
południu spotkała się z przedstawicielami Richardson Mail, po czym ruszyła 
na  umówione  wcześniej spotkanie  z Jaredem.  Niespodziewanie dojechała  na 
miejsce przed czasem. 

Denerwowała  się  perspektywą  spotkania  z  nim.  Gdy  był  u  niej  w 

mieszkaniu, zobaczyła znów takiego Jareda, jakiego wcześniej znała. Jareda, 
którego poślubiła i któremu na niej zależało. Którego kiedyś kochała. 

I nadal kocha. 
Nie  potrafiła  dłużej  ukrywać,  że  jest  w  nim  znów  śmiertelnie  zakochana. 

Nie pomagało przypominanie sobie, że Jared nienawidzi jej pracy. Jej głupie 
serce nie chciało słuchać dobrych rad i ignorowało złe wspomnienia. 

Lizzie  wjechała  wynajętym  samochodem  na  parking  przed  kliniką. 

Ucieszyła  się,  widząc  ciężarówkę  Rico.  Obecność  majstra  oznaczała,  że 
drzwi są otwarte i że będzie mogła od razu przystąpić do pracy. 

Teren  wokół  domu  został  uporządkowany.  Uznała  jednak,  że  przydałoby 

85

RS

background image

 

 

się nieco więcej światła. Szkielety, namalowane farbą fluorescencyjną na jej 
czarnych  tenisówkach,  wyraźnie  lśniły.  Był  to  nieomylny  znak,  że  jest  za 
ciemno. 

Westchnęła.  Jeszcze  tylko  trzy  dni  i  ona  i  Jared  przestaną  się  widywać. 

Zabraknie pretekstu, żeby porozmawiać przez telefon lub wsiąść do samolotu, 
żeby się z nim spotkać. 

Za kilka dni na zawsze zniknie z jego życia. 
Prawdę  mówiąc,  nie  było  jej  tam  od  ponad  trzech  lat,  ale  w  głębi  serca 

nigdy się z tym nie pogodziła. 

Stała  w  pobliżu  drzwi  wyjściowych,  postanowiła  więc  z  nich  skorzystać. 

Wewnątrz paliły się światła, ale pomalowane na matowy czarny kolor ściany 
stwarzały wrażenie półmroku. 

Lizzie podążała powoli w głąb budynku, sprawdzając krok po kroku jego 

wykonanie.  Zgodnie  ze  swym  zwyczajem  przeskakiwała  przez  czujniki, 
chcąc uniknąć zbędnego hałasu. 

Posuwała się bez pośpiechu przez poszczególne sale, zwracając uwagę na 

jakość robót, proporcje, stan zaplecza. 

Otworzyła  drzwi  prowadzące  na  zaplecze  i  weszła  do  pomieszczenia 

obsługi. Wprawdzie robiło się coraz chłodniej, ale z doświadczenia wiedziała, 
że będzie tam panował ścisk i upał. 

Zrobiła  adnotację  dla  Jareda,  że  należy  zaopatrzyć  obsługę  w  niewielkie 

wiatraczki.  Nie  wiedziała  tylko,  gdzie  je  zamocować,  by  nie  przeszkadzały. 
Poszukała wzrokiem wąskich półek, które poleciła zainstalować w tym celu. 
Nie zdziwiła się nawet, gdy ich nie znalazła. Ludzie rzadko potrafili pojąć, do 
czego są potrzebne pewne rzeczy. 

Przypomniała  sobie  nagle  widzianą  na  parkingu  ciężarówkę  Rico. 

Postanowiła  poszukać  któregoś  ze  stolarzy  i  załatwić  z  nim  sprawę  od  ręki. 
Otwierała  właśnie  drzwi  na  korytarz,  gdy  usłyszała  jęki,  podobne  do  tych, 
jakie  uruchamiał  odpowiedni  czujnik.  Ruszyła  szybko  w  stronę  źródła 
dźwięku.  Nagle  przystanęła.  Wydawało  jej  się,  że  słyszy  znajomy  kobiecy 
głos. 

Lizzie  wzruszyła  ramionami  i  poszła  dalej,  machinalnie  omijając  czujnik 

86

RS

background image

 

 

na  podczerwień,  umieszczony  przy  wejściu  do  lochów.  Ten  głos,  jakże  był 
podobny do głosu... Helen! 

-  Ach...  Nie  przestawaj...  Nie  drocz  się  ze  mną.  Dłużej  już  tego  nie 

wytrzymam! 

Nie myliła się. To była Helen. Lizzie zamarła w pół kroku, słysząc głęboki 

męski śmiech. 

- Ależ tak! Tak! Naprawdę kocham cię! 
Lizzie  gwałtownie  pobladła.  W  miarę  jak  oczy  przyzwyczajały  się  do 

półmroku,  dostrzegała  więcej  szczegółów  otoczenia.  W  jednym  z  lochów 
ujrzała zarysy dwóch postaci. Jasne włosy Helen splatały się z gęstą czupryną 
mężczyzny. 

- Proszę, powiedz mi, że też mnie kochasz! - błagała Helen. 
W  odpowiedzi  słychać  było  tylko  niewyraźny  szept,  po  którym  nastąpił 

gwałtowny wybuch radości ze strony Helen. 

Lizzie  otworzyła  usta  w  niemym  krzyku.  Helen  i  Jared  wyznawali  sobie 

miłość! Ogarnęła ją rozpacz. 

Wiedziała  oczywiście,  że  Jared  i  Helen  są  zaręczeni,  ale  po  tym,  jak 

odwiedził  ją,  gdy  była  chora...  po  tym,  jak  przekonał  jej  klientów  do  jej 
pomysłu... po tylu tygodniach współpracy... myślała... miała nadzieję... 

To niemożliwe, by kochał Helen. Nie w ten sposób! 
Tymczasem obie postacie połączyły się znów w namiętnym uścisku. 
Lizzie poczuła, że robi jej się niedobrze. Zasłoniła dłonią usta, obróciła się 

na pięcie i uciekła. 

W  całym  budynku  rozległo  się  elektronicznie  sterowane  wycie  i 

zawodzenie. Kobieta wrzasnęła. Mężczyzna zaklął. 

Lizzie jęknęła. Nieopatrznie uruchomiła system czujników. 
Niepewna,  co  dalej  robić,  przystanęła.  Nagle  uświadomiła  sobie,  że 

ucieczka  nie  jest  żadnym  wyjściem  z  sytuacji.  W  ten  sposób  okazywałaby 
tylko,  jak  bardzo  to,  co  zobaczyła,  ją  poruszyło.  Jared  i  Helen  byli  przecież 
zaręczeni. Bez względu na to, jakie snuła marzenia, nie była już częścią jego 
życia. Najwyższy czas, by się z tym pogodziła. 

Poza tym i tak domyśla się, że to ona ich nakryła. 

87

RS

background image

 

 

Powinna wziąć się w garść i zaoszczędzić im zakłopotania. 
Wzięła głęboki wdech i zawróciła. 
-  Bez  obaw,  to  tylko  ja  -  zaszczebiotała.  -  Przyszłam  za  wcześnie  i 

pomyślałam  sobie,  że  sama  zacznę  inspekcję.  -  Nadstawiła  ucha, 
wychwytując  szelesty  i  niespokojne  szepty.  -  Przepraszam,  że  wam 
przeszkodziłam.  Skoro  już  tak  się  jednak  stało,  chciałabym  pokazać  coś 
Jaredowi. Chodzi o półki na wiatraczki. 

Żadne  nie  odpowiedziało.  Dopiero  po  chwili  dostrzegła  kątem  oka 

wyłaniającą się z mroku Helen. 

- Ja... - wymamrotała Helen, zerkając w stronę lochu. 
-  Daj  spokój,  Helen.  Nie  ma  o  czym  mówić  -  pospieszyła  Lizzie  z 

zapewnieniem.  Biedna  Helen  prawdopodobnie  nigdy  dotąd  czegoś  takiego 
nie doświadczyła. - Chciałabym tylko porozmawiać przez chwilę z Jaredem i 
zaraz się zmywam. 

Mówiąc  to,  Lizzie  przyjrzała  się  uważnie  wysokiej  kobiecie.  Zazwyczaj 

starannie  uczesane  jasne  włosy  Helen  spadały  teraz  luźno  na  ramiona.  Jej 
policzki  były  zaróżowione,  a  wargi  opuchnięte.  Lizzie  musiała  przyznać,  że 
Helen jeszcze nigdy tak ładnie nie wyglądała. 

- Jared, pospiesz się! - krzyknęła niecierpliwie w stronę ciemnego pokoju. 

- Mam za sobą... 

Na  widok  dobrze  umięśnionego,  niczym  nie  okrytego  męskiego  torsu, 

urwała w pół słowa. Tors ten bowiem należał do Rico. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

88

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 
Lizzie nie mogła oderwać od niego oczu. 
- Ja... ja... Pomyliłam pana z kimś innym. 
- Właśnie widzę... 
Wyraźnie  rozbawiony,  Rico  podniósł  swoją  koszulę.  Helen  skryła  się  w 

najdalszym kącie pokoju. 

Helen i Rico. Rico i Helen. 
Jared i... Jared! Co będzie z Jaredem? 
Popatrzyła  na  Helen,  której  szeroko  otwarte  oczy  wyrażały  nieme 

przerażenie. 

Nie zawracając sobie głowy zapinaniem koszuli, Rico podszedł do Helen, 

uniósł palcami jej podbródek i pocałował ją mocno w usta. 

- Do jutra - mruknął i machając niedbale Lizzie na do widzenia, wyszedł z 

pomieszczenia. 

Helen rzuciła Lizzie dzikie spojrzenie. 
- Pewnie nie możesz się już doczekać, by powiedzieć o tym Jaredowi! 
-  O  czym  miałabym  mu  mówić?  O  tym,  że  przyłapałam  cię,  jak 

obściskiwałaś  się  z  Rico?  -  Lizzie  wzruszyła  ramionami.  -  Dziękuję,  ale  nie 
skorzystam.  To  nie  w  moim  stylu.  -  Widziała  jednak,  że  Helen  jej  nie 
dowierza.  -  Nie  jesteś  jeszcze  mężatką  -  kontynuowała,  rozkoszując  się  swą 
przewagą - a Rico na swój prymitywny sposób jest atrakcyjnym mężczyzną. 
Odpręż się. Jestem dziś wspaniałomyślna. Nie masz się czego obawiać. 

Odwróciła się, by wyjść. A to ci dopiero historia. Helen, wzór wszystkich 

cnót, nie była bez skazy. Helen Doskonała. 

Helen  płakała.  Jej  ciałem  wstrząsały  raz  po  raz  spazmatyczne  szlochy, 

nasilające się z każdą chwilą. 

Nagle obróciła się i pobiegła do jednego z lochów, opadając tam z łkaniem 

na - nomen omen - ławę tortur. 

Lizzie chciała wyjść, ale było to ponad jej siły. Westchnęła tylko i zbliżyła 

się powoli do Helen. W tej chwili czuła dla niej tylko litość. 

- Elizabeth... Czuję się okropnie.  

89

RS

background image

 

 

Co ja mam teraz zrobić? - zawołała żałośnie Helen. 
Lizzie nie miała pojęcia, co jej odpowiedzieć. 
- A czego byś chciała? 
-  Chciałabym,  by  wszystko  było  tak  jak  dawniej!  -  pociągnęła  nosem 

Helen i zaczęła szukać chusteczki. 

-  Powiedziałam  ci  przecież,  że  nie  powiem  nic  Jaredowi  -  powiedziała 

Lizzie, -wręczając jej chusteczkę do nosa. - W przyszłości też nie będę o tym 
wspominać. Przecież to  tylko pocałunek... - zawiesiła  głos widząc, że Helen 
znów zaczyna płakać. - No dobrze. Kilka pocałunków. To nic takiego. 

Pochlipując, Helen pokręciła głową. 
- Kilka naprawdę wspaniałych pocałunków? Helen zachichotała przez łzy, 

ale  zaraz  zasłoniła  twarz  dłońmi.  Chodziło  chyba  o  dużo  więcej  niż  tylko 
pocałunki. 

- Ach, Helen - westchnęła Lizzie i usiadła obok niej na podłodze. 
- Nic nie mogłam na to poradzić! 
-  Przecież  dopiero  co  go  poznałaś.  Jak  długo  się  znacie?  Dwa  tygodnie? 

Dwa i pół? 

-  Dłużej  -  szepnęła  Helen,  ściskając  mocno  chusteczkę.  -  Ja... 

Obserwowałam  go  już  od  dawna.  On...on  i  jego  ekipa  budowali  u  nas 
pawilon.  Widziałam  ich  z  okna  mojego  pokoju  muzycznego  -  Helen 
przełknęła  głośno  ślinę.  -  Było  tak  gorąco.  Wszyscy  chodzili  bez  koszul...  - 
urwała, rozkładając bezradnie ramiona. 

Lizzie dobrze ją rozumiała. Miała przecież okazję poznać Rico. Był nieco 

nadmiernie umięśniony, ale Helen widocznie to nie przeszkadzało. 

-  Na  początku  próbowałam  sobie  wmawiać,  że  jestem  po  prostu  miła  - 

kontynuowała Helen.       

- Myślę, że teraz trochę przesadzasz! Helen wyglądała na przestraszoną. 
-  Miałam  na  myśli  te  wszystkie  mrożone  herbaty,  lemoniady,  wody 

mineralne... i piwo pod koniec dnia pracy. Nagle nie mogłam skoncentrować 
się  na  tym,  co  gram.  Cały  czas  myślałam  tylko  o  nim.'  Nie  mogłam  spać. 
Pewnego dnia... 

 

90

RS

background image

 

 

- Nie musisz mi tego wszystkiego opowiadać - przerwała jej Lizzie w pół 

słowa. - Wiem, co masz namyśli. 

Zaczęła wstawać. Helen złapała ją za ramię. 
- Ale ja muszę z kimś porozmawiać. 
- Dlaczego akurat ze mną? 
- Dlatego, że wciąż kochasz Jareda. 
Lizzie opadła z powrotem na ziemię. Postanowiła milczeć. 
- Mam rację? 
Wolała  nie  odpowiadać.  To  nie  ona  zadawała  się  ze  stolarzem.  Helen 

ścisnęła ją mocniej za ramię. 

-  Sama  już  nie  wiem,  co  do  niego  czuję  -  wymamrotała  wreszcie  Lizzie, 

wyrywając rękę. 

- Daj spokój, Elizabeth. Choć raz bądźmy z sobą szczere. 
Lizzie spojrzała uważnie w szare oczy Helen, ale dostrzegła w nich tylko 

niepokój i troskę. 

- Przecież to jasne, że wciąż go kochasz - Helen obstawała przy swoim. - 

Jeszcze niedawno nie wiedziałam, co to znaczy, ale teraz już wiem. 

- Żądza uderzyła ci do głowy. 
-  No  i  co  z  tego?  Mam  to  w  nosie.  A  ty  nie  udawaj,  że  nie  wiesz,  co 

przeżywam, bo sama czujesz to samo do Jareda. 

Lizzie była bliska płaczu. 
- Czasami sama miłość nie wystarczy. 
- Czasami to aż zbyt wiele - odparowała Helen. 
- To co? Rozejm? 
- Po co nam to potrzebne? Powiedziałam ci już, że nic nie powtórzę. 
- Mówię o rozejmie - uśmiechnęła się Helen sucho - gdyż nie widzę nas w 

roli najlepszych przyjaciółek. 

-  Chyba  masz  rację  -  pokiwała  wolno  głową  Lizzie.  -  W  porządku.  Pod 

warunkiem, że przestaniesz mówić na mnie Elizabeth. 

- A jak mam się do ciebie zwracać? 
- Może być Lizzie albo Liz. Elizabeth brzmi zbyt wyniośle. 
- Ale przecież Jared... 

91

RS

background image

 

 

-  To  dlatego,  że  zawsze  chciał,  bym  zachowywała  się  jak  przystało 

Elizabeth.  Ale  prawda  jest  taka,  że  ożenił  się  z  Lizzie.  -  Całkiem  niezłe 
podsumowanie  ponad  czterech  lat  zażartych  kłótni,  pomyślała  w  duchu.  - 
Ilekroć słyszę z jego ust „Elizabeth", nie mówiąc już o jego matce, czuję się 
jak karcone dziecko. 

Helen spojrzała na jej zaciśnięte pięści i spytała. 
- Wiesz co najbardziej drażni mnie w jego matce? Lizzie spojrzała na nią 

zdumiona.  Zawsze  wydawało  jej  się,  że  Helen  i  matka  Jareda  doskonale  się 
rozumieją. 

- Za każdym razem, gdy organizuje te swoje „małe spotkanka", prosi mnie, 

bym  coś  zagrała.  Nigdy  nie  odmawiam.  Wkładam  całe  serce  w  te 
wystąpienia. 

- Robisz to wspaniale. 
-  Dzięki.  Ale  jedyne,  na  co  ją  stać  po  występie,  to  poklepanie  mnie  po 

głowie  i  nieodmiennie  te  same  słowa:  „Helen,  to  było  bardzo  ładne,  moja 
droga". 

Lizzie zagryzła wargi, słysząc całkiem udaną parodię głosu pani Rutledge. 
- Jesteś jedyną osobą, która okazała szczerą reakcję. 
- Nie przypominaj mi tego... 
- Nie. Naprawdę to doceniam. Dlatego też wierzę, że wiesz, co w tej chwili 

czuję. 

Zdaniem Lizzie była to nieco pokrętna logika. 
-  Jedyne  co  rozumiem,  to  to,  że  jesteś  zaręczona  z  jednym  mężczyzną,  a 

sypiasz z drugim. 

Helen jęknęła. 
- Widzisz, będąc z Rico odczuwam emocje, jakie znajdowałam dotąd tylko 

w  muzyce.  Pamiętasz,  co  ci  powiedziałam  tamtego  dnia,  gdy  przyniosłam 
obiad? 

- Aż za dobrze. 
-  Mówiłam  wtedy  całkiem  poważnie,  że  nie  chcę  się  wiązać 

emocjonalnie... A teraz... ten... ten... 

- Romans? 

92

RS

background image

 

 

-  Proszę  cię  -  jęknęła  Helen.  -  Jakkolwiek  by  to  nazwać,  okazuje  się,  że 

miałam rację - zacisnęła pięści. 

-  Widzisz,  kiedyś  grając  potrafiłam  wznieść  się  na  same  szczyty, 

potrafiłam zobrazować sobie nuty. Teraz wszystko nagle się skończyło. Nuty 
stały  się  zwykłymi  znaczkami  na  pięciolinii.  Wiedziałam,  że  tak  będzie.  To 
dlatego chciałam się pozbyć Rico i przysłałam go wam do pomocy. 

- Ale to niewiele pomogło. 
- Tak, niewiele pomogło - powtórzyła Helen głucho. - Lizzie, powiedz mi, 

co ja mam teraz robić? 

Po raz pierwszy powiedziała do niej Lizzie. 
-  No  cóż.  Nie  możesz  ciągnąć  tego  dalej  z  Rico  i  jednocześnie  wyjść  za 

Jareda. 

- Przecież obiecywałaś, że nic nie powiesz! 
- Prawdopodobnie będę tego jeszcze żałowała. 
- Skończę z Rico! - powiedziała pewnym głosem Helen. - Naprawdę. 
- Kiedy? 
- Nie wiem. 
Helen miała tak nieszczęśliwą minę, iż Lizzie spytała cicho. 
- Jesteś pewna, że musisz? 
- Muszę! 
- Czy dlatego, że nie jest dość dobry dla ciebie? 
- Tak jak ja nie byłam wystarczająco dobra dla Jareda, chciała dodać, ale w 

porę ugryzła się w język. 

Helen pozostawiła jej pytanie bez odpowiedzi. Lizzie trąciła ją tenisówką. 
-  Czego  chcesz?  Spodziewasz  się,  że  zaprzeczę?  -  spytała  Helen  z 

przekąsem. - Myślisz, że zapomnę o dzielących nas różnicach? Pochodzimy z 
zupełnie  różnych  warstw  społecznych.  Sama  popatrz,  do  czego  to 
doprowadziło ciebie i Jareda. 

- Jedyne co  nas  dzieli  to  fakt, że Jared  postanowił być snobem,  a  ja  nie  - 

odparła  Lizzie  lodowatym  tonem.  -  Wprawdzie  moja  rodzina  nie  należy  do 
tak  zwanej  śmietanki  towarzyskiej,  ale  ja  i  Jared  mamy  takie  same 
wykształcenie. 

93

RS

background image

 

 

- Wybacz mi - powiedziała Helen, powiewając białą chusteczką. - Rozejm, 

pamiętasz? 

Lizzie postanowiła trzymać nerwy na wodzy. 
-  Myślisz  hormonami  zamiast  głową.  Dopóki  nie  zdecydujesz  się,  czego 

słuchać, nie powinnaś wychodzić za mąż. Za nikogo. 

Helen znów zaczęła szlochać. 
-  Nie  potrafię  zrezygnować  z  Rico,  ale  jak  mam  powiedzieć  o  tym 

Jaredowi? 

Lizzie miała kilka pomysłów, ale wolała się z nimi nie wychylać. 
- Powiedz mu, że zmieniłaś zdanie. Helen pokręciła gwałtownie głową. 
- Nie. To ty powiedz mu to w moim imieniu. 
- Nie ma mowy. 
- Proszę. Nie chcę go zranić. 
Zranić?  Jak  można  zranić  Jareda?  pomyślała  Lizzie.  Co  najwyżej  jego 

dumę. Jeśli miał trochę oleju w głowie, to powinien się cieszyć. 

-  Powinnaś  go  była  widzieć  po  tym,  jak  go  opuściłaś  -  ciągnęła  Helen.  - 

Dopiero po kilku miesiącach jako tako doszedł do siebie. 

- Wydawało mi się, że chciał, abym odeszła - powiedziała Lizzie cicho. - 

Myślałam, że mnie nienawidzi. 

- Był zupełnie ogłupiały. Bóg jeden raczy wiedzieć dlaczego. 
Lizzie  zadziwiająco  lekko  przełknęła  tę  zniewagę  i  uśmiechnęła  się. 

Popatrzyła na zegarek. 

-  On  będzie  tu  za  parę  minut.  Masz  świetną  okazję,  żeby  z  nim 

porozmawiać. 

- A może najpierw ty? 
- Nie. Ty pierwsza. 
Helen skinęła głową i wstała z podłogi. 
- Masz chyba rację. Ale będziesz gdzieś w pobliżu, by pozbierać kawałki? 
- Czyje? Twoje czy Rico? 
Popatrzyły  na  siebie,  po  czym  nagle  roześmiały  się.  Lizzie  przebiegła 

przez głowę myśl, że może w innych warunkach mogłyby się nawet polubić. 

Dwadzieścia minut później Lizzie wciąż jeszcze przebywała w tym samym 

94

RS

background image

 

 

miejscu, czekając niecierpliwie na Jareda. Co go tak długo zatrzymywało? A 
może Helen stchórzyła? Jeśli nie, to o czym tak długo rozmawiali? Wiedziała, 
że dłużej tego nie wytrzyma. Powoli, uważając, by nie uruchomić czujników 
dźwięku, ruszyła w stronę wyjścia. 

A  co  będzie,  jeśli  Jared  stawi  się  na  spotkanie,  nie  wspominając  nawet  o 

rozmowie z Helen? Nie mogłaby się nawet odezwać. Nie wiedziała przecież, 
czy  Helen  w  ogóle  z  nim  rozmawiała.  Pomimo  zawieszenia  broni,  nie 
zdziwiłaby się, gdyby Helen stchórzyła, pozostawiając jej całą brudną robotę. 

A jeśli rozmawiali, a Jared nic o tym nie wspomni? Oznaczałoby to, że nie 

widzi  dla  siebie  i  Lizzie  przyszłości.  Jedyne  co  mogła  wtedy  zrobić,  to 
zachowywać się jak gdyby nigdy nic i poruszać wyłącznie sprawy zawodowe. 

- Buuu - usłyszała nagle w końcu korytarza. 
- Jared! - Natychmiast zapomniała o tym, co postanowiła. - Widziałeś się z 

Helen? Rozmawiała z tobą? 

Nie  odpowiedział.  Przygaszone  światło  podkreślało  jego  kości 

policzkowe, pozostawiając oczy w cieniu. 

Nagle  ruszył  w  jej  stronę,  nie  odrywając  oczu  od  jej  twarzy.  Lizzie 

zamarła, niezdolna ruszyć się ani odezwać. 

Stanął  tuż  przed  nią,  wziął  jej  twarz  w  obie  ręce,  po  czym  z  całej  siły 

pocałował w usta. 

Był to pocałunek, którym mężczyzna brał kobietę w posiadanie. Zaborczy 

i dziki. Nie do odrzucenia. 

Był  to  pocałunek,  wymagający  natychmiastowej  odpowiedzi,  odpowiedzi 

bezwzględnie pozytywnej. 

Lizzie poczuła ciepło przenikające ją od stóp do głów. 
Jared  niespodziewanie  puścił  ją,  i  to  tak  gwałtownie,  że  byłaby  upadła, 

gdyby jej nie przytulił. 

- Jesteś wiedźmą - szepnął. 
- Słyszałam już gorsze określenia. 
- Jestem skłonny w to uwierzyć - mruknął, pochylając się znów nad nią. 
Lizzie upuściła na podłogę swój notatnik.       . 
Tym razem pocałunek Jareda był delikatny i proszący.  

95

RS

background image

 

 

Stanęła na palcach i objęła go mocno za szyję. 
Bardzo,  bardzo  powoli  Jared  zwolnił  uścisk  i  wsunął  rękę  w  jej  włosy. 

Drugą zjechał w dół jej pleców i przytulił mocno całym ciałem. 

Idealnie do siebie pasowali,  jakby  się  nigdy nie rozstawali. Jared  był  taki 

sam, a jednak inny. 

Zdawała  sobie  sprawę,  że  trzy  lata  rozstania  zmieniły  ją.  Teraz 

doświadczała, iż zmiany dosięgły również jego. 

Ona  uwierzyła  wreszcie  we  własne  siły,  on  natomiast  stał  się  bardziej 

łagodny i skłonny akceptować ją. Inaczej by jej przecież tak nie całował? 

Zauważył  chyba  wreszcie,  że  Helen  do  niego  nie  pasuje?  A  może  z  jego 

strony było to tylko pożądanie? 

Walcząc  z  ogarniającymi  ją  wątpliwościami,  Lizzie  zwolniła  nieco  siłę 

swych  pocałunków.  Jared  natychmiast  wyczuł  to  i  przechylił  głowę, 
zaglądając jej w oczy. 

-  Pragnąłem  cię,  odkąd  pojawiłaś  się  znów  w  moim  życiu  -  powiedział  z 

takim  przekonaniem,  iż  natychmiast  pożałowała  swoich  myśli.  -  Wiem,  że  i 
ty czułaś to samo, prawda? 

- Niemal od samego początku - przyznała. - Ale... 
- Ale co? 
- Ale była jeszcze Helen. 
- Ach, Helen - mruknął Jared, zaciskając usta. 
- Powiedz mi, czy ona z tobą rozmawiała? Jesteście jeszcze zaręczeni? 
- Nie. 
- No, powiedz coś wreszcie. Jared puścił ją z wyraźną niechęcią. 
- Chodź, siądźmy. Mam wrażenie, że czeka nas długa rozmowa. 
- Mam nadzieję - powiedziała Lizzie, siadając obok niego na podłodze - że 

powiesz  mi  wreszcie,  w  jaki  sposób  Helen  przekabaciła  cię,  byś  się  z  nią 
zaręczył. 

-  Wiedziałem,  że  poruszysz  ten  temat.  Słuchaj,  nie  moglibyśmy  przestać 

mówić i wrócić do całowania? 

Lizzie cofnęła się o pół centymetra. 
- Jeśli masz na myśli całowanie mnie, to nic z tego. 

96

RS

background image

 

 

-  Wiedziałem,  że  tak  powiesz  -  popatrzył  na  nią  ze  skwaszoną  miną.  - 

Helen złożyła mi propozycję nie do odrzucenia. 

- A co? Złożyła siebie samą w ofierze? 
-  Nie.  Zaoferowała  mi  wejście  do  świata  sztuki.  Mnóstwo  kontaktów  i 

potencjalnych zamówień. 

-  Chcesz  mi  powiedzieć,  że  zamierzałeś  ją  poślubić,  by  wspierała  twoją 

karierę zawodową? No nie! - Nagle przyszło jej coś do głowy. - Chwileczkę. 
Przecież twoi rodzice mają rozległe znajomości w tych kręgach. Wystarczyło 
poprosić ich o pomoc. 

-  To  prawda  -  przyznał  Jared.  -  Ale  Helen  uważała,  że  ma  lepsze. 

Udawałem, że w to wierzę. 

- Ale dlaczego? 
- By nie zawracała sobie głowy pytaniami, dlaczego zgadzam się na ślub z 

kobietą, której nie kocham i o której wiem, że mnie nie kocha. 

- Wobec tego po co w ogóle się żenić? 
- Widzisz - odparł Jared po dłuższej chwili. - Helen ma dość niecodzienne 

wyobrażenie o miłości. 

- Tak, wiem. Zdążyła mi już wyłożyć swoje credo 
- Lizzie zaśmiała się szelmowsko. - Dopiero Rico zburzył jej teorię? 
- Elizabeth! 
- Spokojnie, Jared. Rozluźnij się trochę. 
- Słuchaj, dopiero co zostałem porzucony. 
- Czy to znaczy, że ona i Rico...? - Lizzie zawiesiła głos i puściła oko. 
- Będą się otwarcie spotykać. Tak, masz rację. 
- Jej matka dostanie zawału. 
- Elizabeth - westchnął Jared. 
- Ciesz się, że udało ci się z tego wykręcić. 
- To nie tak - powiedział surowo Jared. - Kocham Helen... tak, jak kocha 

się  dobrego  przyjaciela  -  dodał  szybko,  widząc  jak  Lizzie  marszczy  brwi.  - 
Znamy  się  od  bardzo  dawna  i  wydaje  mi  się,  że  moglibyśmy  wieść  razem 
przyjemne życie. 

- Jakie to nudne! Jak mogłeś dać się na to złapać?  

97

RS

background image

 

 

Z jego twarzy zniknął uśmiech. 
-  Nie  myślałem,  że  się  jeszcze  kiedyś  zakocham  -  oznajmił  delikatnie, 

gładząc jej piegi na nosie. 

-  Byłaś  największą  pasją  mego  życia.  Wiesz,  co  Helen  mi  kiedyś 

powiedziała? Uważała, że zaczynam żałować naszych zaręczyn, wobec czego 
podświadomie wziąłem się za projektowanie tego domu Strachów, aby mieć 
pretekst, żeby się z tobą zobaczyć. 

- Ta nasza Helen to naprawdę mądra dziewczyna 
- mruknęła Lizzie i dodała już głośniej: - No i jak? 
Miała rację?   
- Być może. Widzisz, ja naprawdę chciałem ją poślubić. 
- Tak, wiem. Nigdy nie potrafiłeś się przyznać do błędu. 
Jared nic na to nie odpowiedział. 
-  Powiedz  mi,  jak  się  czuje  ktoś,  kogo  ukochana  przedkłada  kupę  mięśni 

nad rozum? 

- Nie bądź wulgarna. 
Lizzie mocno zacisnęła  zęby. Mimo iż wewnętrzny głos podpowiadał jej, 

by nie reagowała, nie zdołała się opanować. 

-  Zapomniałeś,  widać,  że  ja  jestem  wulgarna.  Powiem  więcej  -  wstała  i 

otrzepała  spodnie  z  kurzu  -  lubię  być  wulgarna.  To  dużo  lepsze  niż 
zachowywanie się, jakbym miała nakrochmalone majtki! 

Jared  głośno  się  roześmiał.  Nigdy  dotąd  nie  śmiał  się  na  tym  etapie 

sprzeczki, tylko wrzeszczał. Lizzie, choć miała zamiar wyjść, spytała: 

- Co w tym takiego śmiesznego? 
- Ty. Twoje nastroje zmieniają się szybciej niż... niż sam nie wiem co. A 

jeszcze  kilka  sekund  temu  rozmawialiśmy  poważnie,  jak  dorośli  ludzie.  - 
Wstał, nie przestając się śmiać. 

Lizzie  doskonale  pojęła  aluzję,  że  zachowuje  się  jak  dziecko.  Nie  miała 

zamiaru tego wysłuchiwać. 

- Przynajmniej tym razem nie uciekasz. To już postęp - dodał Jared. 

 

Stanęła w pół kroku udając, że się czemuś przygląda. 
- Ostatnim razem, kiedy uciekłaś, postanowiłaś nie wracać i nie wróciłaś.  

98

RS

background image

 

 

- Wyczuła pytanie w jego głosie. 
- Wyobraź sobie, że wróciłam. Ale zastałam Helen. 
- Przestańmy wreszcie mówić o Helen - jęknął Jared. 
- Dlaczego, skoro była odpowiedzialna za tak wiele naszych problemów? 
- To niedorzeczne - parsknął Jared. 
-  Daj  spokój.  Sama  się  do  tego  przyznała.  Ona i twoja  matka nie  omijały 

żadnej okazji, by mi udowodnić, że nie nadaję się na twoją żonę. 

- Nie obarczaj mojej matki winą za własną nieudolność. 
Dlaczego choć raz nie próbował jej zrozumieć? 
- Zmieniałam się, zmieniałam. Tak bardzo, że nie było już co zmieniać. Aż 

nagle spostrzegłam, że przestaję być sobą. I wtedy uświadomiłam sobie, że ty 
wcale nie chcesz mnie, a sobowtóra Helen! 

- Elizabeth... 
- Przestań nazywać mnie Elizabeth!!! - krzyknęła, zasłaniając dłońmi uszy. 

-  Nie  jestem  i  nie  chcę  być  Elizabeth!  —  zacisnęła  mocno  powieki  i  po 
omacku ruszyła w stronę drzwi. 

Jared, zdumiony, złapał ją za rękę. 
- Puść mnie! 
- Nie. Nie tym razem. 
Zamilkł i czekał tak długo, aż otworzyła oczy. 
- Tę rozmowę powinniśmy chyba przeprowadzić wiele lat temu? 
Lizzie przytaknęła milcząco, a Jared wziął ją w ramiona. 
- Teraz cię słucham. 
Ku swemu zdziwieniu Lizzie wylała z siebie całe morze żalów i pretensji, 

które  gromadziły  się  w  niej  przez  te  wszystkie  lata.  Dawno  zapomniane 
zdarzenia,  o  których  nawet  nie  przypuszczała,  że  je  jeszcze  pamięta. 
Porozumiewawcze  spojrzenia  wymieniane  przez  Helen  i  jego  matkę. 
Imprezy, na które zapraszano Helen, a Lizzie nie. 

Gdy zamilkła wreszcie, Jared nadal trzymał ją w ramionach. 
-  Jak  szkoda,  że  nic  o  tym  nie  wiedziałem  -  powiedział  wreszcie.  -  A 

przecież powinienem był zauważyć. 

- Próbowałam ci powiedzieć - mruknęła Lizzie, pociągając nosem. 

99

RS

background image

 

 

- Powiedzieć czy wykrzyczeć? 
Lizzie  pochyliła  głowę.  Miał  rację,  zrzucając  na  nią  część 

odpowiedzialności  za  niepowodzenie  ich  małżeństwa.  Choć  była  to  tylko 
mała część... No dobrze, może nawet połowa winy. 

- Wiem, czasami potrafię być dość impulsywna - przyznała ze skruchą. 

 

Jared uniósł jej brodę, aż spojrzała mu prosto w oczy. 
-  O  tak.  Choć  czasami  było  to  nawet  przyjemne  -  szepnął,  całując  ją 

wpierw delikatnie, a potem coraz mocniej w usta. 

- No tak - uśmiechnęła się Lizzie szeroko. - W tej dziedzinie nie mieliśmy 

nigdy problemów. 

Nagle stancja na palcach i zarzuciła mu ręce na szyję. 
Jared stracił równowagę i uderzył plecami o ścianę. 
- Hej! - roześmiał się, przyciągając ją mocniej do siebie. 
-  Jesteśmy  tu  zupełnie  sami  -  oznajmiła  Lizzie  zmysłowym  głosem. 

Przytuliła się do niego całym ciałem i przyparła do ściany tak, że nie mógł się 
ruszyć. 

-  Kiedyś  często  mnie  tak  prowokowałaś  -  szepnął  Jared,  tuląc  ją  w 

ramionach.  -  Ale  też  nigdy  nie  myślałaś,  że  przyjmę  twoje  wyzwanie.  Mam 
rację? 

Lizzie poruszyła się niespokojnie, ale Jared przyciągnął ją jeszcze mocniej. 

Roześmiała  się  nerwowo.  Owszem,  składała  mu  czasami  najdziwniejsze 
propozycje,  ale  on  nigdy  nie  traktował  ich  poważnie.  Wyglądało  na  to,  że 
nastąpią zmiany. Przymknęła oczy. Mogło to być... 

Okropne. Przed oczami stanęli jej Helen i Rico. Co za okropna zbieżność 

zdarzeń. Ten dom będzie się jej już zawsze z nimi kojarzył. 

- Jared, powinniśmy... 
- Co się stało? Boisz się? 
Lizzie głęboko zaczerpnęła powietrza. 
- Nie jestem w odpowiednim nastroju - uśmiechnęła się słabo. - Odkryłeś 

moje  oszustwo.  -  Jared  odsunął  ją  nieco  od  siebie,  ale  jej  nie  puszczał.  - 
Musimy  przeprowadzić  wreszcie  inspekcję  -  jąkała  się  Lizzie.  -  Jest  już 
późno. Szczerze mówiąc, wątpię, czy zdążę na ostatni samolot do Houston. 

100

RS

background image

 

 

- Gadasz od rzeczy. 
Lizzie delikatnie uwolniła się z jego objęć. 
- Masz rację, ale to gadanie ma ręce i nogi - przeszła niepewnie na drugą 

stronę holu i wyciągnęła notes. 

- Elizabeth... - Jared dogonił ją i przycisnął mocno do ściany. Z obu stron 

jego  umięśnione  ręce  blokowały  jej  drogę  ucieczki.  -  Pomyśl  tylko,  ile  się 
przez te wszystkie lata nacierpiałem. 

Pozostawiła jego słowa bez odpowiedzi. Schyliła się i uciekła. 
Dogonił ją niemal natychmiast i ponownie przycisnął do ściany, po czym 

dokładnie wycałował. Tak dokładnie, że aż ziemia zadrżała. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

101

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 
Ziemia nie powinna była jednak drżeć, bez względu na to, jak mocno Jared 

całował. 

Poruszyła  się  również  ściana,  wprawdzie  tylko  o  kilka  milimetrów,  ale 

wystarczyło, by Lizzie to zauważyła. Zmartwiała z przerażenia. 

-  Co  się  stało?  -  spytał  Jared  unosząc  głowę.  Lizzie  popatrzyła  na  niego 

niewidzącym  wzrokiem,  koncentrując  myśli  na  ścianie.  Coś  tu  było  nie  tak. 
Gwałtownie odsunęła się od Jareda. Drganie powtórzyło się.    

-  Wybacz,  wydawało  mi  się,  że  oboje  dobrze  się  bawimy  -  powiedział 

Jared, robiąc krok do tyłu. 

- Ja... najwyraźniej błędnie zinterpretowałem twoje zachowanie... 
- Nie - Lizzie złapała go za ramię. - Miałeś rację. -Przepraszającym gestem 

położyła palce na jego ustach, po czym kopnęła z całej siły w ścianę. Ściana 
zatrzęsła się. 

- Możesz mi powiedzieć, co robisz? 
- Sprawdzam coś. 
Tym  razem  Lizzie  natarła  na  ścianę  ramieniem,  a  w  chwilę  później 

skoczyła na nią z rozbiegu. 

- Elizabeth! 
- Ta ściana się rusza - wprost nie mogła w to uwierzyć. 
- No i co z tego? 
- Moje ściany nie mają prawa się ruszać, chyba że sama im na to pozwolę. 
- Po to właśnie przeprowadzamy inspekcję. Zanotuj, że trzeba to poprawić 

- zaproponował spokojnie Jared. 

- Ściągniemy stolarzy i każemy im to wzmocnić. 
Lizzie  zignorowała  jego  słowa  wypowiedziane  pobłażliwym  tonem  i  raz 

jeszcze ze wszystkich sił kopnęła ścianę. 

- Przecież zaraz to wszystko rozwalisz! - zdenerwował się wreszcie Jared.  
- No właśnie. 
Zaczęła  sprawdzać  wszystkie  szpary  i  spojenia.  W  narożniku  odkryła  w 

podłodze dziurę wielkości dłoni. Poczuła, jak robi jej się niedobrze.  

102

RS

background image

 

 

Ciężko oddychając, pokazała mu ją palcem. 
- Widzisz to? 
- Tak, to dziura, którą właśnie zrobiłaś. 
- Takie coś nie miało prawa się zdarzyć. 
- W takim razie gratuluję. Widzę, że przydały się lekcje aerobicu. 
Lizzie  nie  zadała  sobie  nawet  trudu,  żeby  odpowiedzieć.  Odwróciła  się  i 

ruszyła  w  dół  korytarza,  przystając  co  chwila  i  nacierając  ramieniem  bądź 
biodrem  na  ścianę.  Wkrótce  bolało  ją  całe  ciało.  Nagle  opadła  na  podłogę  i 
skryła twarz w kolanach. Nie przypuszczała, że może być aż tak źle. 

- Co stwierdziłaś? - spytał Jared, pochylając się nad nią. 
-  Trzeba  będzie  przebudować  cały  ten  korytarz.  Prawdopodobnie  była  to 

tylko część prawdy. Nie wiedziała jeszcze, jak wygląda reszta domu. 

-  W  porządku  -  oświadczył  Jared  uspokajającym  tonem.  -  Wiem,  że  to 

kłopot, ale jeszcze nie katastrofa. 

Katastrofa.  To  słowo  najpełniej  oddawało  istotę  sprawy.  Lizzie  nieomal 

uśmiechnęła się, choć daleko jej było do śmiechu. Najważniejsze, że Jared się 
starał.  Jeszcze  kilka  lat  temu  oskarżyłby  ją  o  krytykanctwo  i  dramatyczne 
zagrywki.  Zakrawało  to  niemal  na  ironię,  ale  tym  razem  był  istotny  powód, 
by rozdzierać szaty. 

- Na razie sprawdziłam tylko ten korytarz... 
-  Chcesz  przez  to  powiedzieć,  że  zamierzasz  się  wyżywać  również  na 

reszcie mojego domu? - cierpliwość Jareda była wyraźnie na wyczerpaniu. 

Lizzie  podeszła  do  dziury.  Wskazała  palcem  ostre  kanty  obluzowanego 

gwoździa. 

- To nie są gwoździe, które poleciłam zamówić. 
- To standardowe gwoździe budowlane. 
- Ja takich nie używam! 
- Oczywiście. Byłoby to zbyt tanie i proste. 
- Jared, przecież ną pierwszy rzut oka widać, że te gwoździe do niczego się 

nie  nadają!  -  naskoczyła  na  niego  Lizzie.  -  W  tym  miejscu  muszą  być  dużo 
mocniejsze. Muszą sprostać setkom ludzkich ramion, walących w tę ścianę. 

- Przecież nikt nie będzie w nią walił tak jak ty! 

103

RS

background image

 

 

-  Żebyś  się  nie  zdziwił!  -  odparowała.  Była  kompletnie  wykończona. 

Sfrustrowana  i  przerażona.  Bała  się  wprost  pomyśleć,  co  zastanie  w  dalszej 
części  domu.  I  co  to  będzie  oznaczać  dla  Jareda.  -  Zawsze  zamawiam 
gwoździe zakończone haczykiem, by nie można było ich wyciągnąć. 

Jared zacisnął mocno usta. 
- Tym razem musiałaś o tym zapomnieć. 
- To niemożliwe - odparła Lizzie. Założyła ręce do tyłu i ponownie zaczęła 

sprawdzać  łączenia  i  sposób  montażu.  -  Popatrz  tu  -  zawołała  po  chwili, 
uderzając nogą w jeden z narożników. - Nie wierzę własnym oczom. Przecież 
te dwie ściany tylko opierają się o siebie. 

-  Musimy  je  wzmocnić  -  powiedział  cicho  Jared,  przeciągając  dłonią  po 

gładkiej powierzchni. , 

Lizzie odwróciła głowę. Przymknęła oczy, próbując opanować narastającą 

panikę. 

Otworzyła oczy i natychmiast dostrzegła nowy szczegół. 
-  To  drewno  jest  różne.  Spójrz  -  pokazała  palcem.  -  Ta  część  jest  dużo 

grubsza. 

- Prawdopodobnie jest to pozostałość oryginalnego domu. 
-  Przecież  zamówiłam  nowe  drewno  na  cały  dom!  Jared  westchnął  i 

skrzyżował ręce na piersi. 

-  Przyznaję,  to  moja  wina.  Zachowałem  kilka  ścian,  żeby  zaoszczędzić 

czasu. A poza tym - dodał szybko, widząc jak Lizzie blednie - w tej części nie 
straszymy  nikogo,  więc  ściana  nie  będzie  poddawana  jakimś  szczególnym 
obciążeniom. 

- Ale ściany nie powinny się tak po prostu o siebie opierać! 
- Nie, oczywiście, że nie. 
Lizzie była bliska wybuchu. Podobnie zresztą jak Jared. 
- Czy ta część nie była dodatkowo przeprojektowywana? - spytał. 
-  Owszem  -  musiała  przyznać  Lizzie.  Natychmiast  przypomniała  sobie 

nieprzespane  noce,  kiedy  zmęczona  ślęczała  nad  rysunkami.  Edward 
oferował  wtedy,  że  dokończy  za  nią  pracę.  -  Było  za  wąsko  jak  na  wózki 
inwalidzkie. 

104

RS

background image

 

 

-  A  czy  ta  cieńsza  część  będzie  mogła  zostać,  jeśli  ją  prawidłowo 

wzmocnimy? 

- Nie jest to sektor, w którym straszymy, myślę  więc, że to się da zrobić. 

Na wszelki wypadek trzeba będzie postawić tu kogoś z obsługi z latarką. 

Uśmiechnęli się do siebie leciutko, zadowoleni, że jedną rzecz udało im się 

załatwić. 

-  Czy...  czy  pozostawiłeś  jeszcze  gdzieś  stare  ściany?  -  spytała  ostrożnie, 

modląc  się,  by  odpowiedź  była  negatywna.  Jared  zacisnął  mocniej  usta  i 
odparł: 

- Całkiem możliwe. 
- Pamiętasz może gdzie? 
- Musiałbym porównać mój stary projekt z kolejnymi wersjami twojego. 
Lizzie  nie  była  pewna,  czy  nie  jest  to  z  jego  strony  próba  wytknięcia  jej 

częstych zmian. Jeśli tak, to zawsze miała na swoje usprawiedliwienie, że nie 
od razu poinformował ją o wszystkim, o czym musiała wiedzieć. Postanowiła 
nie wnikać głębiej w ten temat. 

-  Przywiozłam  komplet  rysunków  -  odparła,  rzucając  mu  kluczyki  do 

swego samochodu. 

-  Zaraz  wracam  -  powiedział  Jared,  łapiąc  je  w  locie.  Uśmiechnął  się 

krzywo. - Domyślam się, że przez ten czas zniszczysz jeszcze kilka ścian? 

- Byłoby mi łatwiej, gdybym miała łom. 
-  Postaram  się  coś  znaleźć  -  mruknął  i  wyszedł.  Lizzie  nie  mogła  jednak 

tak  długo  czekać.  Gdy  tylko  Jared  zniknął  jej  z  oczu,  ruszyła  w  głąb  domu. 
Już  samo  pukanie  wystarczało,  by  zorientować  się,  w  którym  miejscu  użyto 
cienkich desek. Chciała tupać ze złości. Miała chęć dopaść winnego. Zupełnie 
nie miała pojęcia, kiedy uda im się to wszystko naprawić. 

Zastanawiała  się,  na  ile  cienkie  deski  stanowiły  zagrożenie  dla 

bezpieczeństwa zwiedzających. Być może nikt z miejskiej kontroli bhp się do 
nich  nie  przyczepi.  Postanowiła  zaplanować  częstsze  przerwy  na  przeglądy 
techniczne. Będzie przez to mniej zwiedzających, ale za to bezpieczniej. 

Bezpieczeństwo  bowiem  było  najważniejsze.  Zwiedzający  tylko  wtedy 

dobrze się bawili, gdy wiedzieli, że nic im nie grozi. 

105

RS

background image

 

 

Niechcący  uruchomiła  jakieś  jęki.  Zirytowało  ją  to  bardziej  niż 

kiedykolwiek.  Pobiegła  szybko  na  drugi  koniec  budynku  i  wyłączyła 
centralny wyłącznik prądu. Tam też zastał ją Jared. 

- Nareszcie! - roześmiał się. - Nie mogłem już tego wytrzymać! 
Rozłożył się na podłodze, zrzucając obok siebie kartonowe tuby z planami 

budynku. Miał też odbitki, przeznaczone dla stolarzy. 

Lizzie znalazła gdzieś latarkę i skierowała snop światła na rysunki. 
Przez następne piętnaście minut pochłonięci byli porównywaniem ich, ale 

wciąż nie mogli dojść, które z nich są najbardziej aktualne. 

- To chyba te dwa - powiedziała po raz kolejny Lizzie. 
- Tak - mruknął Jared. - Tyle, że... - pociągnął palcem po planie korytarza. 

- Tak, tutaj go zmieniłem. 

- Kiedy? 
- Chyba w zeszłym tygodniu - Jared wzruszył ramionami. 
- I nic mi o tym nie powiedziałeś? 
- Miałem zamiar. 
Lizzie nie wierzyła własnym uszom. 
-  Zmieniłeś  moje  rysunki  bez  mojej  wiedzy?  Czy  pracując  z  innym 

architektem też byś tak postąpił? 

- Prawdopodobnie nie - przyznał Jared ze skruchą. 
- Nie masz do mnie zaufania. 
- Nie sądziłem, że te zmiany będą takie istotne. 
- Tymczasem omyliłeś się? 
Miała chęć rzucić w niego czymś ciężkim. Zamiast tego spojrzała w plany 

Rico. 

- Przynajmniej on wiedział o zmianach - powiedziała szorstko i wskazała 

palcem  odpowiednie  miejsce.  -  To  tłumaczy  sprawę  gwoździ.  Tutaj. 
Zmieniając specyfikację, nie uwzględniłeś gwoździ z haczykami. 

- No cóż, mój błąd. 
Lizzie  nie  mogła  wprost  uwierzyć,  że  Jared  przyznał  się  do  błędu. 

Odetchnęła, że tym razem to nie ona nawaliła. 

 

106

RS

background image

 

 

-  Rico  powinien  był  się  w  tym  połapać,  nawet  jeśli  nigdy  wcześniej  nie 

budował takiego domu. 

- Najwyraźniej miał inne sprawy na głowie - zauważył Jared sucho. 
Tak jak my wszyscy, pomyślała w duchu Lizzie. 
- Również w tej części budynku nie użyto właściwych gwoździ - wskazała 

palcem inny korytarz. 

Jared porównał jej plany ze swoimi, a potem z planami Rico. 
- Popatrz. 
Tym  razem  gwoździe  wyszczególnione  były  na  jego  planach,  natomiast 

brakowało  ich  na  jej  najnowszych  rysunkach.  Zdumiona  dostrzegła  w  rogu 
kartki inicjały Edwarda. 

- Jak mógł być taki  głupi? - mruknęła pod nosem. Jak mógł zapomnieć o 

zamówieniu  właściwych  gwoździ?  Natychmiast  sama  udzieliła  sobie 
odpowiedzi  na  to  pytanie.  Wszystkiemu  winien  był  nadmierny  pośpiech. 
Edward mógł zresztą zakładać, że Jared ma już właściwe gwoździe. 

- Nie miała zamiaru go  za to winić, ale i nie myślała puścić tego płazem. 

Jedyną  winną była ona  sama.  Nie  wolno  jej  było  przyjmować tego  zlecenia. 
Jared przerwał jej rozmyślania. 

- Zobacz, na planie Rico są wyszczególnione gwoździe. 
- Która to już z kolei wersja? Zajęli się poszukiwaniem daty. 
-  Trudno  powiedzieć  -  mruknął  Jared,  kartkując  poszczególne  strony.  - 

Zdaje się, że Rico posługiwał się różnymi kompletami planów. 

-  Jak  by  nie  było  -  powiedziała  Lizzie  -  powinieneś  zamówić  gwoździe 

jeszcze przed rozpoczęciem budowy. 

- Tak zrobiłem, ale się skończyły. 
- Jak mogły się skończyć? Przecież zamówiłam... 
- Myślałem, że zamówiłaś ich za dużo. 
- Chcesz przez to powiedzieć, że zmniejszyłeś moje zamówienie? - spytała 

Lizzie zdumiona. 

- Niestety, właśnie tak się stało. Przypominam sobie, że wysłałem kogoś z 

ochotników, żeby dokupił gwoździ. 

Lizzie nie wiedziała, co na to odpowiedzieć. 

107

RS

background image

 

 

Przez następnych kilka godzin Jared i Lizzie porównywali plany, rozwalali 

ściany i szukali innych usterek. 

Kiedy wreszcie nad Dallas nastał świt, Lizzie oświadczyła: 
- W takim stanie jak teraz, dom nie nadaje się do otwarcia. 
-  Miała  wszystkiego  dosyć.  Padała  ze  zmęczenia.  Opuściła  budynek  i 

wciągnęła w płuca rześkie, poranne powietrze. Jared podążył za nią. 

-  Ten  dom  musi  być  gotowy  na  czas  -  oznajmił.  Miał  podkrążone  oczy  i 

dwudniowy zarost na twarzy. 

- Ciekawe jak. 
Od  ponad  godziny  o  niczym  innym  nie  rozmawiali.  Jared  nie  zamierzał 

jednak się tak łatwo poddać. 

- To ty jesteś za to odpowiedzialna. Co masz zamiar z tym fantem zrobić? 
- Chwileczkę! Przecież to nie tylko moja wina! - zaoponowała Lizzie. 
- Twoja i twojego ukochanego asystenta! 
- Odczep się od Edwarda! To ja ponoszę odpowiedzialność za jego błędy. 

Ale nie za twoje! 

- Nie musisz. Sam potrafię za nie odpowiadać. 
- Nareszcie! - Lizzie roześmiała się triumfująco. 
- Czyli wreszcie przyznajesz, że i ty je popełniasz! 
Jared rozdziawił usta, ale powstrzymał się od odpowiedzi. 
- Spójrz tylko na nas. Kłócimy się jak małe dzieci, zamiast szukać jakiegoś 

rozwiązania - mruknął po chwili. 

- W porządku. Moja rada jest taka.  Zamknij tylną część domu i korzystaj 

tylko z przedniej. Wytnij dodatkowe wyjście. 

- Nie ma mowy. 
- No cóż, chciałeś rady, to ją masz. 
- Zwiedzanie połowy domu to tyle co nic! - wybuchnął Jared ze złością. - 

Musielibyśmy  obniżyć  cenę  biletów,  co  nie  pokryłoby  nawet  wydatków. 
Równie  dobrze  nasi  sponsorzy  mogliby  przekazać  swe  pieniądze  na  konto 
kliniki. 

- Bardzo mi przykro, ale w tej chwili to jedyna rzecz, jaka mi przychodzi 

do  głowy. Możemy  jeszcze  przebudować  całą  tylną część domu.  Problem  w 

108

RS

background image

 

 

tym,  że  mamy  na  to  tylko  dwa  dni,  trzy,  jeśli  wliczymy  w  to  świąteczne 
przedpołudnie. 

- Przecież wiesz, że trzy dni to za mało! Musisz wymyślić coś innego. 
-  Nie,  Jared.  To  ty  musisz  coś  wymyślić.  Mam  dosyć  tego  wszystkiego! 

Ostrzegałam  cię,  że  nie  mamy  czasu  na  popełnianie  błędów.  Teraz  zaś 
odrzucasz jedyne możliwe rozwiązanie - niecierpliwie zamachała ręką. 

- Nie mogę ci już w niczym pomóc. Czeka mnie jeszcze kilka końcowych 

inspekcji w całym stanie. 

- Twój, asystent, Edward, może się tym zająć. 
- Edward już się tym zajmuje. 
- No to niech weźmie jeszcze więcej! Nie może tego być aż tak wiele! 
-  Muszę  cię  rozczarować.  Jest  ich  bardzo  wiele  -  odparowała  Lizzie, 

prostując  plecy.  -  Ale  wcale  mnie  nie  dziwi,  iż  nie  zauważasz,  że  mam 
jeszcze  inne  obowiązki.  Od  chwili,  gdy-poprosiłeś  mnie  o  pomoc,  byłam 
przecież  na  każde  twoje  zawołanie.  Tak  często  przylatywałam  do  Dallas,  że 
stewardesy nie musiały już nawet pytać, czego się napiję. 

Obróciła się na pięcie i ruszyła w stronę samochodu. 
-  Nawet  nie  wyobrażasz  sobie,  ile  czasu  poświęciłam  na  ten  projekt, 

zresztą kosztem pozostałych zamówień. 

-  Mam  nadzieję,  że  nie  były  równie  niedbałe  jak  ten  tutaj!!  -  wrzasnął 

Jared za nią. 

Lizzie stanęła w pół kroku i odwróciła się. 
- Jak możesz nawet mówić coś takiego? 
-  A  czego  się  spodziewałaś?  Jest  problem,  a  ty?  Ty  po  prostu  uciekasz. 

Zresztą, czyż nie tak zawsze postępowałaś? 

-  Wyciąganie  na  światło  dzienne  naszych  dawnych  nieporozumień  nie 

pomoże ci skończyć domu. 

-  Nie. Ale sądzę,  że  nasze  „dawne  nieporozumienia", jak  to  określiłaś,  są 

odpowiedzialne za naszą obecną sytuację. 

- Chętnie posłucham. 
- Znam cię dobrze - kontynuował. - Pomimo całej ekscentryczności jesteś 

naprawdę dobrym architektem.  

109

RS

background image

 

 

Stałaś się wręcz ekspertem w swojej dziedzinie. 
-  Bardzo  ci  dziękuję  -  odparła  Lizzie  z  przekąsem.  Wiedziała,  że  był  to 

niezamierzony komplement. 

-  Stąd  muszę  założyć,  że  wszystkie  te  kaprysy  i  poprawki,  niekompletne 

plany i w pośpiechu wprowadzane zmiany miały wyłącznie na celu publiczne 
upokorzenie mnie. 

Jared musiał naprawdę gonić w piętkę, skoro stać go było na takie słowa. 
Lizzie zrobiła kilka kroków i stanęła mu tuż przed nosem. 
- Wiesz co? Jesteś zwykłym gnojkiem! Jared gwałtownie zamrugał. 
Przez chwilę jeszcze patrzyła mu z bliska w oczy, po czym tak szybko, jak 

mogła,  ruszyła  w  stronę  parkingu.  Pomyślała,  że  może  uda  jej  się  jeszcze 
złapać pierwszy poranny samolot, 

- Poczekaj chwilę - usłyszała za sobą głos Jareda. 
- Spieszę się. 
- Tylko jedno pytanie, potem możesz jechać. Lizzie przystanęła, dając mu 

do zrozumienia, że słucha. 

- Chcę wiedzieć, czy od samego początku planowałaś niepowodzenie tego 

przedsięwzięcia? 

Lizzie  czuła,  jak  jej  marzenia  o  wspólnej  przyszłości  z  Jaredem 

rozwiewają  się.  Nawet  tuż  po  rozwodzie  był  jej  wciąż  bardzo  bliski.  To 
pytanie jednak sugerowało, iż uważał ją za zdolną do zemsty.  Zemsty, która 
dotknęłaby  nie  tylko  jego,  ale  również  klinikę  i  leczących  się  w  niej  ludzi. 
Wierzył, że gotowa była poświęcić swój honor i reputację tylko po to, by go 
zranić. 

A przecież jeszcze tak niedawno obsypywał ją czułymi słówkami i mówił, 

jak  bardzo  jej  pragnie.  Teraz  wiedziała  już,  że  chodziło  mu  wyłącznie  o 
fizyczną  stronę  kontaktów,  która  dawała  im  tak  wiele  satysfakcji  w 
małżeństwie. 

Tyle  że  wówczas  to  nie  wystarczyło  i  teraz  tym  bardziej  nie  wystarczy. 

Przez trzy długie lata próbowała zdobyć, jego uznanie i szacunek. Jak widać, 
bezskutecznie. 

- O co ci chodzi? - spytała. 

110

RS

background image

 

 

-  Pytałem,  czy  świadomie  zbojkotowałaś  projekt  i  budowę  tego  domu, 

żeby mnie upokorzyć? 

- Upokorzyć? - powtórzyła Lizzie głucho. 
- Tak. Ponieważ byłaś zazdrosna o Helen. 
-  Jared,  czy  świadomie  zbojkotowałeś  zaprojektowany  przeze  mnie  dom 

strachów, żeby mnie publicznie upokorzyć? 

- Co takiego? 
Lizzie starała się wczuć w jego sposób myślenia. 
-  Widzisz,  już  od  dawna  zastanawiam  się,  co  skłoniło  cię  do  zajęcia  się 

czymś  tak  wulgarnym  jak  dom  strachów.  Czyżbyś  wreszcie  nagle  dostrzegł 
doniosłość  tego,  co  robię?  Nie  -  sama  odpowiedziała  na  swoje  pytanie. 
Chodziła  tam  i  z  powrotem,  rozmawiając  jakby  sama  z  sobą.  -  Potem 
dowiedziałam  się,  że  postanowiłeś  korzystać  z  pomocy  ochotników. 
Odmawiałeś podstawowych informacji odnośnie projektu. Bez mojej wiedzy 
dokonałeś  zmian  w  moich  planach.  Ignorowałeś  moje  wykazy  zakupów  - 
spojrzała  na  niego,  by  zobaczyć,  czy  jej  słucha.  Słuchał.  -Na  własną  rękę 
zmniejszyłeś ilość zamówionych przeze mnie materiałów. Nawet nie przyszło 
ci  do  głowy,  żeby  zawierzyć  mojemu  doświadczeniu.  Zaufać,  że...  w  co 
trudno ci uwierzyć... znam się na tym lepiej od ciebie - ponownie zerknęła na 
Jareda, 

który 

wyglądał 

teraz 

bardziej 

na 

zawstydzonego 

niż 

zdenerwowanego. -  Ponadto  zapominasz, że  jeśli nie  ukończymy  tego  domu 
w terminie, to ucierpi na tym przede wszystkim moja reputacja! - zakończyła 
swój wywód Lizzie. 

Jared przymknął oczy i długo ich nie otwierał. 
-  Wybacz  mi.  To  wszystko  chyba  wina  zmęczenia.  Położył  dłoń  na  jej 

karku  i  powoli  zaczął  rozmasowywać  jej  napięte  mięśnie.  Lizzie  nie 
odpowiedziała. Usiłowała zignorować przyjemne ciepło jego ręki. 

- Co jest? - spytał. 
- Czekam, byś przyznał się jeszcze do głupoty. 
- Chwileczkę! - odparł Jared, opuszczając rękę. - Sama też popełniłaś kilka 

błędów. 

-  Tak,  to  prawda.  Moim  największym  błędem  było  podjęcie  się  tego 

111

RS

background image

 

 

zadania. Wiedziałam, że nie było na to dość czasu. 

- To dlaczego zgodziłaś się? 
Lizzie postanowiła mu powiedzieć. Nie było już powodu, by to ukrywać. 
-  Chciałam  zrobić  na  tobie  wrażenie.  Chciałam,  byś  wiedział,  że  potrafię 

prowadzić własną, dobrze prosperującą firmę, choć ty zawsze w to wątpiłeś. 

Jared wyciągnął do niej dłoń, ale ona udała, że tego nie dostrzega. 
-  Nie  miałem  pojęcia,  że  "moje  zdanie  w  ogóle  jeszcze  się  liczy  - 

powiedział cicho. 

Lizzie  wiedziała,  że  jeśli  teraz  szybko  nie  odejdzie,  Jared  domyśli  się, 

dlaczego liczyła się z jego zdaniem. 

Słońce  nad  dachami  Dallas  świeciło  coraz  mocniej  i  skutecznie 

rozpraszało nocne upiory. 

Nadszedł czas, żeby pozbyła się swego własnego upiora. 
-  Owszem.  To  między  innymi  dzięki  tobie  podjęłam  się  stworzenia 

własnego  przedsiębiorstwa.  Teraz  jednak  muszę  wracać  i  zadbać  o  swoje 
interesy. 

Wyciągnęła  do  niego  dłoń  w  geście  pożegnania.  Pozostawiała  za  sobą 

tylko gruzy... 

- Nie zamierzasz chyba wyjechać! - zawołał Jared, łapiąc ją za rękę. 
- Mam jeszcze inne obowiązki. 
- A co z twoimi obowiązkami tutaj? - obrócił ją tak, że musiała patrzeć na 

nie wykończony budynek. 

-  Przykro  mi.  Nie  otworzysz  go  w  Halloween,  ale  masz  przecież 

podstawowy  szkielet  i  możesz  teraz  spokojnie  wziąć  się  za  poprawki.  W 
przyszłym  roku  otwórzcie  dom  już  w  październiku,  a  zbierzecie  tyle 
pieniędzy, że starczy na pokrycie wszelkich strat - zmusiła się do uśmiechu. - 
Skontaktuj  się  ze  mną  na  wiosnę.  Do  tego  czasu  uporam  się  z  inną  robotą  i 
będę w stanie poświęcić ci sto procent uwagi. 

- Ty nie żartujesz, prawda? - powiedział Jared. 
- Naprawdę masz zamiar wyjechać. 
- Jest jeszcze Hotel Grozy, pamiętasz? 
-  Pewnie.  Twój  wielki  projekt.  Ten,  który  ma  ci  przynieść  sławę  i 

112

RS

background image

 

 

pieniądze. Uczyni twoje nazwisko powszechnie znanym. 

Postanowiła zignorować sarkazm w jego głosie. 
- Mam spotkanie o dziesiątej trzydzieści - podstawiła mu zegarek pod nos. 

- Już jestem spóźniona. 

- Świetnie! - krzyknął Jared, odsuwając jej rękę. 
- Idź sobie. Nie potrzebuję cię - odwrócił się, by odejść. - Nawet jeśli będę 

musiał przebudować pół domu, zrobię to. I powiadam ci, dom strachów przy 
Hanes Memoriał będzie gotowy na czas, tyle że nie dzięki tobie. 

Po trzech krokach zatrzymał się i spytał: 
-  Powiedz  mi  jedno:  gdybym  był  zwykłym  klientem,  a  nie  twoim  byłym 

mężem, to też byś odeszła? 

Lizzie poczuła wzbierające łzy. Odwróciła się szybko w stronę samochodu 

i otworzyła drzwi. 

- A gdybym nie była twoją byłą żoną, czy też żądałbyś ode mnie, że rzucę 

wszystko i poświęcę się czemuś, co z góry skazane jest na niepowodzenie? 

- Chyba trochę przesadzasz? 
-  Wiesz  co?  Myślę,  że  nie  dość  jasno  wyłożyłam  ci  swoje  racje. 

Podpisałam  kontrakty  na  wykonanie  kilku  określonych  prac.  Jeśli  się  z  tego 
nie wywiążę, nikt nigdy mnie więcej nie zatrudni. Prawda natomiast jest taka 
-  dodała  łkając  -  że  zaniedbuję  największe  zamówienie,  jakie  kiedykolwiek 
miałam.  I  to  dla  ciebie,  Jared!  -  wyrzuciwszy  to  z  siebie,  Lizzie  wsiadła  do 
samochodu.  -  Powiedz  mi,  tylko  szczerze.  Zaryzykowałbyś  swoją  firmę 
architektoniczną dla czegoś takiego? - spytała, wskazując na dom strachów. 

-  Oczywiście,  że  nie  -  warknął  Jared,  przyglądając  się  budynkowi  z 

pogardą. 

- A tego przecież ode mnie wymagasz. 
- Ponieważ ty się tym zajmujesz! 
Lizzie  uśmiechnęła  się  krzywo.  Jared  nigdy  nie  patrzył  dalej  niż  czubek 

własnego nosa. 

Potwierdził  to  zresztą  natychmiast.  Podszedł  do  samochodu  i  oparł  się 

rękami o otwarte okno. Patrząc jej prosto w oczy powiedział: 

 

113

RS

background image

 

 

-  Oboje  powiedzieliśmy  dzisiaj  rzeczy,  których  wcale  nie  chcieliśmy 

powiedzieć. 

Lizzie przebiegła szybko w myślach niedawną wymianę zdań. 
-  Nie  wiem  o  czym  mówisz.  Powiedziałam  dokładnie  to,  co  chciałam 

powiedzieć. 

- Przecież chcesz, żeby ten dom był gotowy na czas? 
Lizzie  ostrożnie  przytaknęła.  -  Twoje  pozostałe  budynki  mają  już  zgody 

lokalnych inspekcji budowlanych? - Tak, ale... 

- A więc zostaną otwarte, nawet jeśli nie pojawisz się tam osobiście? 
-  Może  tak,  a  może  nie.  Nie  będę  ich  zaniedbywać,  by  się  o  tym 

przekonać. 

-  Nie  martw  się  -  powiedział  Jared,  otwierając  drzwi  samochodu.  -  Nie 

pozwolę ci umrzeć z głodu, jeśli stracisz przez to klientów. 

- Mogę stracić wszystko. 
- Nic nie szkodzi. Możesz wtedy dla mnie pracować. 
Pracować dla niego? Nie z nim? 
- Przecież ty nie zajmujesz się projektowaniem domów strachów. 
- I dzięki Bogu! 
- Ale ja to lubię - obstawała przy swoim Lizzie. 
- Elizabeth - powiedział Jared, uśmiechając się do niej. - Przedstawiłaś już 

nadzwyczaj  jasno  swoje  racje.  Wiem  też,  że  jesteś  w  stanie  sama  o  siebie 
zadbać.  Szczerze  mówiąc,  nie  bardzo  w  to  wierzyłem,  choć  pamiętam,  że 
twoje  zlecenia  były  głównym  źródłem  naszego  utrzymania,  zanim  się 
rozstaliśmy.  Nie  sądzę  jednak,  aby  ten  kaprys  miał  na  dłuższą  metę  szansę 
powodzenia. Proponuję ci honorowe wycofanie się z interesu. 

Tylko że Lizzie nie miała na to najmniejszej chęci. 
- A co, jeśli się mylisz i ten... kaprys... przetrwa? 
- Przecież wyrosłaś już z tego. Musisz się rozwijać. 
- A może ja się wcale nie chcę rozwijać? 
- Moja firma nie będzie  projektować domów strachów - oznajmił, mocno 

już  zniecierpliwiony.  -  Również  od  ciebie  oczekuję,  że  przestaniesz  się  tym 
zajmować. 

114

RS

background image

 

 

W kilku zdaniach zredukował jej firmę i z trudem zdobytą pozycję do nic 

nie znaczącej fanaberii. 

- Po co więc zabierałeś się do tego? - spytała, wskazując na wolno stojący 

budynek. 

-  To  tylko  chwilowe  zaćmienie  umysłu,  spowodowane  chęcią 

odwdzięczenia się za wyleczenie. A teraz wysiadaj wreszcie! 

- Nie! - Lizzie wykorzystała jego zdziwienie i zamknęła drzwi samochodu. 

-  Moja  praca  jest  dla  mnie  równie  ważna,  jak  twoja  dla  ciebie.  To  samo 
dotyczy moich projektów. 

Jared  milcząc  odsunął  się  od  samochodu.  Nie  była  nawet  pewna,  czyją 

słyszał. 

- Wiem, że pomimo moich zaleceń, będziesz próbował skończyć ten dom 

na Halloween. 

- Jestem pewien, że mi się uda. - Stanowczość w jego głosie kazała jej w 

to niemal uwierzyć. 

- Powodzenia - powiedziała. 
-  Do  widzenia  -  poprawił  ją,  po  czym  dodał:  -  Jeśli  zmienisz  zdanie, 

zadzwoń. 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

115

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 
Lizzie  obserwowała  Jareda,  póki  nie  wszedł  do  budynku.  Wiedziała,  że 

świadomie  użył  słów,  jakimi  ona  kiedyś  go  pożegnała.  Walnęła  pięścią  w 
kierownicę i aż syknęła z bólu. 

Najgorsze  było  to,  że  go  wciąż  kochała.  Była  wściekła  na  siebie,  że 

odczuwa coś na kształt winy. Nie mogła jednak za nim pobiec. Miała jeszcze 
inne zobowiązania. I firmę, o którą musiała zadbać. 

On zaś oczekiwał ód niej, by to wszystko rzuciła! 
Wiedziała, że będzie się teraz zaharowywał na śmierć, byle tylko zdążyć. 

Zawsze dotrzymywał raz danego słowa. Skoro obiecał klinice dom strachów, 
to  z  pewnością  dopilnuje,  by  go  dostała.  Nawet  jeśli  uważał  tę  pracę  za 
niegodną swego talentu. 
 Lizzie  niczego  bardziej  nie  pragnęła,  jak  jego  uznania  dla  swych  osiągnięć 
zawodowych.  Przez  niego  zaniedbała  nawet  własną  firmę.  Co  gorsza, 
pozwoliła  sobie  na  marzenie,  że  wspólna  przyszłość  z  Jeredem  jest  jeszcze 
możliwa. 

Tymczasem  nie zdobyła  ani  jego  szacunku, ani miłości. A  jeśli nie  wróci 

szybko do Houston, może stracić również pozostałych klientów. 

Szlochając bezgłośnie, żałowała teraz, że kiedykolwiek do niej zadzwonił. 

Zastanawiała się, jak długo tym razem będzie trwało, zanim znów uda jej się 
o nim zapomnieć. 

Próbowała  przekonać  go  do  domów  strachów,  a  on  usiłował  narzucić  jej 

swój punkt widzenia. W ten sposób koło się zamykało. 

Dlaczego nie mógł jej kochać taką, jaka była? Przecież ona do niczego go 

nie zmuszała. No, może czasami. 

A  może  również  próbowała  zmienić  jego,  tak  samo,  jak  on  próbował 

zmienić ją? 

Podczas godzinnego lotu do domu przypominała sobie powoli różne swoje 

działania,  którymi  wyprowadzała  go  z  równowagi.  Jak  wtedy,  gdy  zamiast 
kupić mu kilka białych koszul, o które prosił, kupiła inne, z indonezyjskiego 
batiku, ponieważ uważała, że białe są nudne. 

116

RS

background image

 

 

Jared był wielkim miłośnikiem antyków, Lizzie natomiast chętnie otaczała 

się  prymitywną  sztuką  afrykańską.  Jared  projektował  budynki  o  prostych, 
czystych  liniach,  Lizzie  proponowała  mu,  by  przyozdobił  je  gargulcami. 
Niecierpliwie  wierciła  się  na  fotelu,  odczuwając  w  równym  stopniu  ból, 
skruchę  i  zwątpienie.  Przez  kilka  cudownych  chwil  łudziła  się,  że  wszystko 
jakoś  się  ułoży.  Ale  nawet  gdyby  Jared  tego  jeszcze  chciał,  w  co  szczerze 
wątpiła, ona nie widziała się już ponownie w roli Elizabeth. 

Jak tylko samolot wylądował, zadzwoniła do Carleen. 
- Gdzie jesteś? - usłyszała jej zdenerwowany głos. Lizzie przymknęła oczy 

i oparła się o ścianę. 

-  Jestem na  lotnisku.  Zadzwoń  do  ludzi  z  Hotelu Grozy  i  powiedz im, że 

się trochę spóźnię. Muszę tylko wziąć prysznic i przebrać się. 

- Nic z tego. 
-  Carleen,  przez  całą  noc  nie  zmrużyłam  oka.  Dom  Jareda  to  istna 

katastrofa. Nie wyobrażasz sobie, jak wyglądam. 

-  Telewizyjny  program  „Hello  Houston"  wysyła  do  miasteczka  duchów 

swoją  ekipę.  Dzwonili  już,  by  spytać,  czy  nie  mogłabyś  przyjechać  nieco 
wcześniej, niż było planowane. 

-  Przecież  mieli  kręcić  w  Halloween  -  jęknęła  Lizzie.  Wtedy  po  raz 

pierwszy usłyszała, jak Carleen traci nerwy. 

-  Powiedziałabym  ci  o  zmianach  w  programie,  gdybyś  raczyła  się 

odezwać! 

Miała oczywiście rację. Kąpiel będzie musiała poczekać. 
- Możesz ich jeszcze trochę przetrzymać? 
- A jak myślisz, co robię od ósmej rano? 
-  Powiedz  im,  że  już  ruszam  z  lotniska  -  powiedziała  Lizzie  i  odwiesiła 

słuchawkę. Pospieszyła w stronę łazienki. Tam opryskała ręce i twarz zimną 
wodą i dopiero wtedy spojrzała w lustro. Zamarła z przerażenia. W tym stanie 
z  pewnością  nie  nadawała  się  do  wystąpienia  w  telewizji,  w  jednym  z 
najbardziej  popularnych  przedpołudniowych  programów.  Jęknęła  w  duchu, 
po czym wyszła z łazienki i udała się szybko w stronę jaskrawo oświetlonych 
lotniskowych sklepów. 

117

RS

background image

 

 

-  Hello  Houston!  Wita  państwa  Maria  Alvarez  z  Hotelu  Grozy  w 

miasteczku  duchów,  nowej  atrakcji  turystycznej  na  przedmieściach 
Richmond.  Jest  tu  ze  mną  Elizabeth  Wilcox,  projektantka  tej  zatrważającej 
struktury. 

Z  przyklejonym  do  ust  uśmiechem  Maria  podstawiła  Lizzie  mikrofon  do 

ust. 

-  Elizabeth,  powiedz  nam,  jak  rozpoczęła  się  twoja  przygoda  z  domami 

strachów? 

Lizzie  odpowiedziała  ze  sztucznym  ożywieniem  na  to  i  na  kilka  innych 

rutynowych  pytań,  po  czym  zabrała  Marię  i  towarzyszące  jej  osoby  na 
zwiedzanie  Hotelu  Grozy.  Cały  czas  myślała  jednak  o  budynku  Jareda. 
Pokazując  dziennikarce  czarną  gąbkę,  mającą  chronić  zwiedzających  przed 
bolesnymi  stłuczeniami,  przypomniała  sobie,  że  Jared  też  powinien  ją 
zainstalować. Ciekawe, czy o tym pamiętał. 

- A co z dziećmi? Czy obowiązuje jakiś limit wieku? 
-  Tak -  odparła  Lizzie,  wdzięczna  Marii  za  to pytanie.  -  Jesteśmy  zdania, 

że dzieci do jedenastego roku życia nie powinny tu przychodzić. 

- Dlaczego? 
-  Bo  za  bardzo  się  boją  zamiast  się  dobrze  bawić.  Mimo  to  nie  brak 

rodziców,  którzy  upierają  się,  żeby  zabrać  z  sobą  małe  dziecko.  Pięcio-, 
sześcioletnie dziecko nie potrafi jeszcze oddzielić rzeczywistości od fantazji. 

Na twarzy reporterki pojawił się wyraz profesjonalnego zatroskania. 
-  Ale  miasteczko  duchów  wybudowano  z  myślą  o  rodzinach.  Czy 

przygotowano coś dla młodszych pociech? 

Lizzie uśmiechnęła się. Maria starannie odrobiła lekcje. 
-  W  tym  celu  przygotowaliśmy  Dziecięcą  Zagrodę  -  odparła,  prowadząc 

ekipę telewizyjną do pomieszczenia na parterze. - Dzieci mogą się tutaj bawić 
pod  opieką  wyszkolonego  personelu,  podczas  gdy  ich  rodzice  i  rodzeństwo 
zwiedzają  hotel.  Będą  tu  miały  labirynt,  krzywe  lustra,  filmy  rysunkowe  i 
mnóstwo innych atrakcji. 

Kamera wszystko  sfilmowała,  a  Maria  dodała na  zakończenie  kilka  słów, 

zapraszając widzów na otwarcie miasteczka duchów w święto Halloween. 

118

RS

background image

 

 

Gdy tylko ekipa odjechała, Lizzie opadła bez sił na pobliskie krzesło. Tam 

też zastał ją pan Gelfin, zarządca miasteczka duchów. 

- Maria Alvarez była bardzo zadowolona - oznajmił. - Obiecała, że pokaże 

nas w Halloween, w porannym wydaniu swego programu. 

- A co z samym otwarciem? 
- Nic z tego - pokręcił głową. - Nie mają już na to czasu. Może uda nam 

się przyciągnąć uwagę którejś z lokalnych stacji. 

Lizzie podniosła się z trudem i wskazała ręką na lustra. 
-  Te  lustra  trzeba  nieco  obniżyć.  Ustawiono  je  z  myślą  o  dzieciach,  a  ja 

siedząc tutaj nie widziałam nawet swoich stóp. 

- Do diabła z tymi lustrami. 
- Co się stało? 
Gelfin nerwowo przejechał dłonią po łysinie. 
-  Najpierw  hurtownia  przysłała  nam  same  identyczne,  a  następnie 

zreflektowali  się  i  przysłali  po  dwa  tego  samego  rodzaju.  Będę  je  musiał: 
oddać. 

Pochłonięta  własnymi  myślami  Lizzie  pokiwała  tylko  głową.  Tego  dnia 

czekało  ją  jeszcze  kilka  inspekcji,  a  ona  marzyła  tylko  o  tym,  by  wziąć 
prysznic. Ponadto powinna skontaktować się z Edwardem. Przydałoby się też 
coś zjeść... 

-  Pytałem  panią,  jak  nisko  mamy  powiesić  te  lustra  -  zazwyczaj 

dobroduszny pan Gelfin zaczynał tracić cierpliwość. 

-  Przepraszam  pana  -  Lizzie  usiadła  na  niskim  krzesełku  i  wyciągnęła 

miarkę  z  torebki.  -  Zobaczmy...  dziecko  jest  mniej  więcej  tego  wzrostu  - 
siedząc przesunęła się krzesełkiem do następnego lustra. - Przydałyby mu się 
kółka - zauważyła żartobliwie, ale pan Gelfin nawet się nie uśmiechnął. 

- Musimy opuścić lustra aż do ziemi... 
Lizzie popatrzyła na siebie, potem na krzesełko. Kółka! 
- To jest to! - zawołała, zrywając się na równe nogi. 
- Co takiego? - spytał pan Gelfin zdumiony. 
- Dziecięca Zagroda! - krzyknęła, rzucając mu się na szyję. 
- Ależ pani Wilcox! 

119

RS

background image

 

 

- Nie rozumie pan? 
- Nic a nic. 
- Jared potrzebuje Dziecięcej Zagrody! Tylna część jego domu w sam raz 

się do tego nadaje! 

- Kto to taki ten Jared? 

 

-  Nie  mam  teraz  czasu  na  wyjaśnienia.  Powiedział  pan,  że  ma  pan 

zapasowy komplet luster? 

- Tak, ale... 
- Odkupię je od pana. 
- No tak, ale... - Gelfin zamrugał niepewnie. 
- Przecież i tak zamierzał pan je odesłać. 
- No cóż, tak... chyba nic się nie stanie... 
-  Ach,  dziękuję!  -  zawołała  Lizzie,  całując  zaskoczonego  mężczyznę  w 

policzek. 

-  Carleen!  -  krzyknęła  Lizzie,  wpadając  jak  burza  do  biura.  -  Wstawaj, 

idziesz  na  zakupy!  -  mówiąc  to,  rzuciła  sekretarce  pustą  okładkę  biletu 
lotniczego. - Tu jest lista. 

Carleen popatrzyła z niesmakiem na nieczytelne gryzmoły. 
-  Pisałam  to  w  samochodzie,  czekając  na  zmianę  świateł  -  wyjaśniła 

Lizzie. 

-  Zestaw  do  malowania  twarzy,  dziesięć  plastikowych  dyń,  kilkanaście 

tuzinów balonów, wstążki, pojemnik z helem? - odczytywała Crleen z kartki, 
co  chwila  zerkając  na  Lizzie.  -  Robaki  fosforyzujące,  dziesięć  pęków 
okolicznościowych  świateł,  kilka  czaszek...  inne  śmieszne  ruszające  się 
zabawki? 

- No, wiesz, na nagrody. Pająki, muchy i temu podobne. Jak na dziecięce 

przyjęcie z okazji Halloween. 

- Nietoperze? 
- Mogą być. Gdzie jest Edward? 
-  Jeśli  ma  trochę  oleju  w  głowie,  to  się  schował  -  Carleen  zajrzała  do 

kalendarza. - Powinien być teraz w Austin, a potem jedzie do Lubbock. 

- Wydawało mi się, że Lubbock mamy już z głowy. 

120

RS

background image

 

 

- Jakiś urzędnik miał jeszcze kilka pytań, 
- Co to, czyżby Edward nie słyszał nigdy o telefonie? 
- Nie było ciebie, a musieliśmy podjąć jakąś decyzję... 
-  Już  dobrze  -  przerwała  jej  Lizzie.  -  Powiedz  Edwardowi,  gdy  się 

odezwie, że ma po drodze wstąpić do Tulsy w Oklahomie. 

- A ty gdzie się wybierasz? 
-  Do  Dallas  -  odkrzyknęła  Lizzie,"  zmierzając  w  stronę  wewnętrznych 

schodów. 

- Tylko nie to - jęknęła Carleen. 
-  Nie  martw  się.  Najpierw  załatwię  wszystkie  sprawy  na  miejscu.  Resztą 

może się zająć Edward. 

- No, nie wiem. I tak zleciłaś mu aż za dużo. 
- Powiedz mu, że nadmiar snu szkodzi na zdrowie. 
- Lizzie wciąż miała w pamięci zaniedbania jakich Edward dopuścił się w 

projekcie  Jareda.  -  Nie  dalej  jak  wczoraj  słyszałam  o  pewnej  wycieńczonej 
kobiecie-architekcie,  która  udusiła  swego  asystenta po  tym,  jak  zarwała  całą 
noc, poprawiając jego błędy. 

- Ojej. Było aż tak źle? 
- Gorzej niż źle. Kto wie, czy dojdzie do otwarcia. 
- Niemożliwe! 
- Mam jednak pewien pomysł - oznajmiła Lizzie. 
-  Postaraj  się  zdobyć  co  się  da  z  tej  listy.  Tymczasem  ja  obejrzę  sobie 

nasze domy tu, w Houston, a potem wrócę do Dallas. 

- A co z Hotelem Grozy? 
-  Ponieważ  telewizja  ma  już  to,  czego  chciała,  nic  się  nie stanie, jeśli  nie 

będę na otwarciu... 

- Ależ Lizzie! Przecież marzyłaś o tym... 
-  Wierz  mi,  wszystko  jest  w  porządku  -  powiedziała  ziewając.  Jedyną 

rzeczą, jaka mogła uratować ją przed zaśnięciem, był prysznic. 

- Mam zostać i dopilnować, byś nie zasnęła? 
- Nie - odparła  Lizzie zdecydowanie. -  Założę się, że Jared też nie śpi. A 

jeśli on potrafi nie spać, to i ja mogę.  

121

RS

background image

 

 

- Jared, obudź się! 
W pustym domu strachów rozległ się tym razem ludzki jęk. - Czy to ładnie 

tak spać w trumnie? - spytała Lizzie ze śmiechem, świecąc mu latarką prosto 
w oczy. 

- Wstawaj, masz zaiste makabryczne poczucie humoru. 
-  Miejsce  jest  jak  najbardziej  odpowiednie  -  stęknął  Jared.  -  Czuję  się 

okropnie - wbił w nią pełne wyrzutu spojrzenie. - A może to już niebo? 

- Jared, gdzie są stolarze? 
-  Odesłałem  wszystkich  do  domu  -  odparł,  spoglądając  na  zegarek.  - 

Elizabeth, co ty tutaj robisz? Jest już prawie północ. 

- Nie dostałeś mojej wiadomości? 
- Że mam zostawić środek i zaczynać od końca? Owszem. 
- A więc? 
-  Zamknij  wieko,  jak  będziesz  wychodziła.  -  Jared,  wyłaź  wreszcie  z  tej 

trumny! Znalazłam 

rozwiązanie dla naszych problemów - oznajmiła uroczyście Lizzie. 
- Majaczysz. Musisz się trochę przespać. 
-  Widzę,  że  poddałeś  się,  prawda?  -  stwierdziła  bardziej  niż  spytała, 

opierając się o trumnę. 

- Ty też, nie bądź więc taka mądralińska. 
- Odeszłam, bo nie chciałeś pójść na kompromis. A teraz się poddałeś. 
-  Sądzę,  że  dotarła  do  mnie  wreszcie  cała  absurdalność  tego 

przedsięwzięcia - odparł Jared, zeskakując na podłogę. - Kto by pomyślał, że 
ja, Jared Rutledge, będę się zaharowywał przy twoim domu strachów. 

-  Moim?  -  spytała  Lizzie  zdumiona.  -  Przede  wszystkim  to  był  twój 

pomysł. 

- Ale potem zrobił się z tego twój projekt. Dopiero wtedy zobaczyłem, jak 

wspaniały może być taki dom. Reklamowaliśmy go wszem i wobec jako dom 
firmy  Wilcox.  Jeśli  otworzymy  tylko  połowę,  ludzie  będą  rozczarowani.  W 
tym układzie lepiej będzie, jeśli pozostanie zamknięty. 

Słysząc te słowa, Lizzie poczuła szybkie bicie swego zmęczonego serca. 
- Chcesz powiedzieć, że robiłeś to wszystko dla mnie? 

122

RS

background image

 

 

- No wiesz... sam też byłem z niego całkiem dumny - odparł, przeciągając 

się. 

- Dumny z domu strachów? 
-  Owszem  -  Jared  uśmiechnął  się  szeroko.  -  Chciałem  cię  pobić  twoją 

własną bronią. Skończyć 4om, podczas gdy ty twierdziłaś, że to niemożliwe. 

-  Chciałeś  mi  udowodnić,  że  jesteś  mądrzejszy?  -  mruknęła  Lizzie,  dając 

mu kuksańca w bok. 

-  Chyba  masz  rację.  Ale  co  ty  tutaj  robisz?  Myślałem,  że  musisz 

przeprowadzać jakieś inspekcje? 

- To już załatwione. Zadziwiające, jak wiele rzeczy można zdziałać, kiedy 

nie marnujesz czasu na sen. 

Zanim  Jared  zdążył  odpowiedzieć,  usłyszała  odgłosy  zbliżającego  się 

samochodu. Ktoś zatrąbił dwa razy. 

- Już są! - zawołała Lizzie i pobiegła do drzwi. 
-  Kto  przyjechał?  Co  się  tutaj  dzieje?  Ciężarówka  z  frachtem  lotniczym 

zatrzymała się przed frontem budynku. 

- Elizabeth, coś ty znowu wymyśliła? 
Lizzie jęknęła w duchu. Powiedział znów „Elizabeth". 
- Pomóż kierowcy rozładować samochód, a ja podpiszę listę przewozową - 

mruknęła. 

Jared nie zadawał więcej pytań, tylko zaczął wnosić kartony do budynku i 

ustawiać je przy głównym wejściu. 

- Chodź, sprawdzimy, co jest w środku - zaproponowała Lizzie, gdy tylko 

ciężarówka odjechała. 

Posłał  jej  wymowne  spojrzenie,  po  czym  rozciął  scyzorykiem  taśmę 

samoprzylepną i zerknął do jednego z pudeł. 

- Czy ja dobrze widzę? To jakieś owady? - wyjął jednego i pokazał Lizzie. 
- To chrząszcz. Powinno ich być kilka tuzinów. Tymczasem Jared rozcinał 

już następne pudełko. 

 A to co takiego? Na co nam to wszystko? - wskazał palcem galaretowatą 

masę. 

Lizzie poświeciła latarką, po czym zgasiła ją.  

123

RS

background image

 

 

Galareta jarzyła się zielonym światłem. 
- To robaczki świętojańskie. Czyż nie są cudne? 
- Brak mi słów - odparł Jared i wskazał resztę kartonów. - A teraz wyjaśnij 

mi, o co tutaj chodzi. 

Co też Lizzie uczyniła. 
- Czyli cała środkowa część zostałaby odcięta? - spytał po chwili. 
- Tak. Musimy tylko wyciąć nowe wyjście. 
- Nie sądzisz, że ludzie będą się czuli oszukani? - upewniał się, otwierając 

pozostałe pudła. 

-  Przecież  każdy  znajdzie  tu  coś  dla  siebie.  Dlaczego  mieliby  się  czuć 

oszukani? 

W oczach Jareda dostrzegła błysk nadziei. 
- Czy ten dom będzie na tyle dobry, że nie zawahasz się udzielić mu swego 

nazwiska? 

- Oczywiście - pospieszyła Lizzie z zapewnieniem. 
-  Ten  dom  będzie  się  różnił  od  twoich  pozostałych  domów  -  zauważył 

ostrożnie. 

Lizzie była uszczęśliwiona. Najchętniej natychmiast przywiozłaby stolarzy 

i  zagoniła  ich  do  pracy.  Dotąd  często  miała  Jaredowi  za  złe,  że  studził  jej 
twórcze  zapędy.  Po  raz  pierwszy  w  życiu  gotowa  była  przyznać,  że  on 
rozważa wszystkie możliwości, zwracając szczególną uwagę na te, o których 
ona nawet nie pomyślała. 

Zbyt  często działała pod wpływem impulsu. Tym razem jednak wszystko 

dokładnie przemyślała. 

- Tak, wiem, że będzie  inny.  Ale  nie  zapominaj,  że  ma  służyć  ludziom  o 

ograniczonych  możliwościach  ruchowych,  co  już  samo  w  sobie  odbiega  od 
normy.  Publiczność  będzie  oczekiwała  zmian.  W  Hotelu  Grozy  jest  miejsce 
wydzielone  tylko  dla  dzieci.  Chcę  przeprowadzić  eksperyment  na  nieco 
mniejszą skalę. A to miejsce świetnie się do tego nadaje - zamilkła, dając mu 
czas na zastanowienie. 

-  Brzmi  zachęcająco  -  oznajmił  wreszcie  Jared,  wsuwając  dłonie  w  tylne 

kieszenie spodni.  

124

RS

background image

 

 

- Nawet kupiłaś już wszystkie akcesoria - dodał, wskazując kartony. 
Przez dłuższą chwilę przyglądali się sobie milcząco. 
- Déj? vu - mruknął cicho Jared. 
- Zaczynamy wszystko od początku - wyszczerzyła zęby Lizzie. 
- Halloween jest pojutrze. 
Lizzie zerknęła na zegarek. Było po północy. 
- Jutro. 
- Musiałem chyba stracić rozum! - powiedział Jared wzdychając. 
- Nie byłoby to po raz pierwszy. Jared spojrzał na nią surowo. 
- A więc jak? - spytała Lizzie, puszczając do niego oko. 
- Elizabeth - roześmiał się. - Wezwij stolarzy! 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

125

RS

background image

 

 

ROZDZIAŁ JEDENASTY 

 
- Co takiego? Obiecałaś  stolarzom poczwórnie płatne nadgodziny? Nigdy 

o  czymś  takim  nie  słyszałem!  -  Jared  popatrzył  na  Lizzie,  jakby  nagle 
zwariowała. 

- A jak miałam ich tu ściągnąć w środku nocy? 
- Jest już ranek - mruknął. 
Lizzie pochyliła się i pocałowała go w czubek nosa. 
- Jesteś taki słodki, gdy się złościsz. 
-  Poczekaj,  aż  skończę  malować  tę  dynię  na  jego  policzku  -  powiedziała 

Helen,  zanurzając  pędzel  w  pomarańczowej  farbie.  -  Jared,  przestań  się 
ruszać.  Muszę  nabrać  wprawy  przed  jutrzejszym  dniem.  I  przestań  mrużyć 
oczy. Dynia się marszczy. 

- Jeszcze chwila, a wjedziesz mi pędzlem do oka! 
- To nie moja wina - zaprotestowała Helen. - Twoja broda mi przeszkadza. 
Lizzie zerknęła jej przez ramię. 
- Masz prawdziwy talent do malowania twarzy. - Prawda? - Helen cofnęła 

się o krok i spojrzała 

z  podziwem  na  swoje  dzieło.  Następnie  zerknęła  na  Lizzie  i  ujęła  ją  pod 

brodę. - Poczekaj chwilę - zawołała, wycierając pędzel w szmatkę i sięgając 
po  inny  kolor.  -  Może  spróbuję  teraz  z  wąsami,  i  Kilkoma  ruchami  pędzla 
wymalowała Lizzie czarne wąsy pod nosem. Jared osłupiał. 

-  Myślałem,  że  wy  obie  się  nienawidzicie?  Lizzie  i  Helen  popatrzyły  na 

siebie rozbawione. 

- Ależ skąd - powiedziały niemal jednocześnie. 
-  Ludzie  się  zmieniają  -  stwierdziła  Lizzie,  ale  w  głębi  serca  musiała 

przyznać, że te wzajemne uprzejmości nieco ją już męczyły. 

- Wracając jednak do tematu - odezwał się znowu Jared. - W jaki sposób 

usprawiedliwimy te ogromne wydatki? 

Lizzie 

usiadła 

wygodnie 

fotelu 

naprzeciwko 

stanowiska 

charakteryzatora. 

-  Wypłacimy  im  tę  stawkę  tylko  wówczas,  jeśli  skończą  do  południa 

126

RS

background image

 

 

wzmacnianie  ścian  w  części  przeznaczonej  dla  dzieci.  Za  pozostałe  prace 
zapłacimy im tylko podwójnie. 

- Co za oszczędność! 
- Zobaczycie, że Rico to zrobi! - zapewniła Helen. - No, dynia jest gotowa. 

Chyba już wiem, jak to się robi. 

- Jest krzywa - mruknął Jared, przeglądając się w lustrze. 
- Trzeba było się nie ruszać! 
-  Jest  śliczna  -  wtrąciła  szybko  Lizzie,  rozbawiona  rolą  rozjemcy.  - 

Będziesz mogła zostać dłużej? 

- Pewnie - odpowiedziała Helen, zbierając swoje przybory. 
Lizzie  z  trudem  dźwignęła  się  z  miejsca.  Powinna  przestać  siadać. 

Wstawanie było coraz bardziej męczące. 

-  Idę  zadzwonić  do  mojej  sekretarki,  a  potem  muszę  odwiedzić  jeszcze 

dwa domy tu, w okolicy. Jeśli nie wystąpiły jakieś nieprzewidziane problemy, 
postaram się szybko wrócić. 

Jared zastąpił jej drogę. 
- Kiedy po raz ostatni spałaś? - spytał podejrzliwie. 
-  Ach...  -  Lizzie  zmierzwiła  włosy  i  rozwarła  szeroko  oczy.  -  Spałam  w 

samolocie. 

- Najwyżej dwie godziny  w ciągu dwóch dni - zauważył z niesmakiem. - 

Zawiozę cię. Jeszcze zaśniesz za kierownicą. 

-  Dam  sobie  radę  -  odparła,  choć  wiedziała,  że  Jared  ma  rację. 

Prawdopodobnie zasnęłaby na pierwszych światłach. 

Jared wziął ją pod ramię i pociągnął w stronę swego samochodu. 
-  Mogę  jechać  sama.  Jesteś  tu  teraz  potrzebny.    -  Ty  mnie  bardziej 

potrzebujesz. 

Uwielbiała,  kiedy  przejmował  inicjatywę.  Będąc  jednak  kobietą 

niezależną, nie mogła sobie na to pozwolić. 

- A kiedy ty ostatnio spałeś? 
- Spałem więcej od ciebie. 
- Jeśli liczyć drzemkę w trumnie. 
- Dokąd mam jechać? - uciął dalszą dyskusję. 

127

RS

background image

 

 

- Najpierw do Arlington, a potem Piano - poddała się wreszcie Lizzie. 
Otworzył  szeroko  drzwi  swego  dużego  samochodu,  a  ona  opadła  na 

miękki, wygodny fotel. 

- Czy mówiłem ci już, jaka jesteś cudowna? Szkoda, że to tylko sen.  Ale 

za  to  jaki  przyjemny...  Jared  całował  jej  powieki  i  zagłębienie  karku.  Lizzie 
otworzyła oczy. To nie był sen. - Jared? 

- Jak się czujesz? 
- Jakbym wpadła pod ciężarówkę - jęknęła. 
- To dobrze. Czyli już nie śpisz. 
- Całowałeś mnie, czy mi się śniło? 
- Masz coś przeciwko temu? 
- Chyba nie. 
Jared  ponownie  pochylił  się  nad  nią.  Lizzie  przymknęła  oczy  i  zarzuciła 

mu ręce na szyję. Przez najbliższe kilka minut istniał dla niej tylko Jared. 

Nagle przestał ją całować. Lizzie jęknęła cicho protestując. 
- Cieszę się, że wróciłaś - szepnął, odsuwając delikatnie zmierzwione loki 

z  jej  czoła.  -  Byłem  wściekły,  gdy  odeszłaś.  Najpierw  na  ciebie,  ponieważ 
śmiałaś to zrobić, później, gdy się nieco uspokoiłem, na samego siebie, bo... - 
wykonał w powietrzu niezdecydowany gest ręką. 

- Mówisz o tym, co było wczoraj, czy trzy lata temu? 
-  Chyba  o  jednym  i  o  drugim  -  westchnął,  opierając  głowę  o  jej  ramię.  - 

Gdy  tylko  to  wszystko  się  skończy...  no  i  gdy  oboje  nieco  się  prześpimy, 
będziemy musieli porozmawiać. 

- O nas? 
- Tak. Nie chcę cię znowu stracić. 
Lizzie  przytuliła  się  do  niego  uszczęśliwiona.  Jared  zaśmiał  się  cicho  i 

oswobodził się z jej objęć. 

- Musimy iść. 
-  Dokąd?  -  spytała  Lizzie  zaskoczona,  po  czym  nagle  wszystko  sobie 

przypomniała. 

Podskoczyła  jak  oparzona,  rozglądając  się  wokół  błędnym  wzrokiem. 

Siedzieli  w  samochodzie  Jareda  na  parkingu  przed  Hanes  Memoriał 

128

RS

background image

 

 

Rehabilitation Clinic. Spojrzała na zegarek i znów podskoczyła jak oparzona. 

- Jared, dlaczego mnie nie obudziłeś. Mówiłam ci... 
- Ciiicho... - odparł, kładąc jej palec na usta. 
- Wszystko już załatwione. 
- Nic nie rozumiem... Chyba mnie nie okłamujesz? 
- Zasnęłaś, zanim jeszcze zdążyłem uruchomić silnik - roześmiał się Jared. 

- Pojechałem do  Arlington, a kiedy nie mogłem cię dobudzić, postanowiłem 
sam  przeprowadzić  inspekcję.  Wszystko  było  w  jak  najlepszym  porządku  i 
wszyscy zadowoleni. Życzyłem im powodzenia i pojechałem do Piano. Tam 
wprawdzie  wyciągnąłem  cię  z  samochodu,  ale  kiedy  zaczęłaś  gadać  od 
rzeczy,  zdecydowałem  zostawić  cię  w  spokoju  i  znów  sam  wszystko 
załatwiłem. Potem wróciliśmy tutaj. 

- Dzięki - mruknęła Lizzie, powoli dochodząc do siebie. 
- Rico i jego drużyna zasłużyli na dobrą premię. 
- Świetnie. Czyli co jeszcze zostało? 
Wysiedli  z  samochodu.  Zmierzchało.  Jared,  krzywiąc  się,  rozmasowywał 

chorą nogę. 

- Niewiele. Trzeba skończyć zakładanie instalacji elektrycznej, zakładanie 

poduszek na ostre kanty, udekorować miejsce zabaw dla dzieci, dodać więcej 
oświetlenia,  załpżyć  czarne  zasłony,  by  zapobiec  przenikaniu  światła  do 
wewnątrz.  

- Hej, bardzo dobrze. Czyj to był pomysł? 
- MÓJ. 
-  Kiedy  znalazłeś  na  to  czas?  Słuchaj,  właściwie  jak  długo  spałam  w 

samochodzie? 

- Wróciliśmy mniej więcej przed godziną. 
- Jeszcze raz dziękuję, że pozwoliłeś mi pospać. A co zmalowaniem? 
-  Pozostało jeszcze  kilka  miejsc,  które  należałoby  poprawić. Helen zajęła 

się  tym.  Rico  i  jego  ludzie  pojechali  przespać  się,  podczas  gdy  będzie  tu 
elektryk.-  A  co  z  odbiorem  instalacji  elektrycznej  przez  inspektora 
miejskiego? 

 

129

RS

background image

 

 

- Jutro rano - jęknął Jared. - Nie masz pojęcia, ilu osobom będę teraz coś 

winien. 

Powłócząc nogą ruszył w stronę domu. Był wykończony. 
- Jared, prześpij się trochę - poprosiła Lizzie. 
-  Nie  mogę  -  odparł,  kręcąc  głową.  Wskazał  wjeżdżający  na  parking 

samochód. - To pewnie elektryk. 

 Jednak  szczupły  młody  mężczyzna,  który  wysiadł  z  samochodu,  nie  był 

elektrykiem. - Edward! - zawołała  Lizzie na widok swego asystenta. - Co ty 
tu robisz? 

- Carleen powiadomiła mnie, że jestem odpowiedzialny za wszystkie twoje 

kłopoty. 

- Nie martw się. Miałem w tym swój udział - wtrącił Jared. 
Edward wyraźnie odetchnął. Był blady i wymizerowany. 
- Tym niemniej przyjechałem, żeby zaoferować pomoc. 
-  Wyglądasz  okropnie  -  powiedziała  Lizzie. Edward  popatrzył  wpierw na 

nią, a potem na Jareda. 

-  W  takim  razie  jestem  w  dobrym  towarzystwie.  Obecność  Edwarda 

sprawiła,  że  Jared  mógł  pospać  do  północy.  Lizzie  udało  się  również 
przekonać  Helen,  aby  pojechała  do  domu  odpocząć.  Następnego  dnia,  po 
oficjalnym otwarciu domu, czekało ją malowanie twarzy gości. 

Tuż  po  wschodzie  słońca  Lizzie  pojechała  do  domu,  w  którym  kiedyś 

mieszkała, by wziąć prysznic i przer brać się. 

Była ogromnie ciekawa, co tam teraz zastanie. 
Otworzywszy  drzwi  ostrożnie  weszła  do  środka.  Z  rozrzewnieniem 

przyglądała  się  znajomym  sprzętom.  Nie  zauważyła  większych  zmian.  Było 
tak, jak gdyby nigdy nie wyjeżdżała. Lub nigdy tu nie mieszkała. 

Przybyło  kilka  nowych  antyków.  Tam,  gdzie  kiedyś  stała  jej  deska 

kreślarska,  królowała  teraz  serwantka.  Jej  ukochana  maska  zuluskiego 
wojownika, która wisiała niegdyś w jadalni, została zastąpiona lustrem. 

Zamiast jej ręcznie tkanych chodników na podłodze leżał wspaniały perski 

dywan. 

Jeden  z  foteli  otrzymał  nowe  obicie.  O  ile  pamiętała,  poprzednie  było  w 

130

RS

background image

 

 

wesołe  geometryczne  wzory,  które  jednak  do  niczego  nie  pasowały.  Teraz 
gładka,  niebieskawa  skóra  fotela  podkreślała  bogaty,  zdecydowanie  męski 
charakter pokoju. 

Lizzie  przeszła  do  urządzonej  z  dużym  smakiem  sypialni  gospodarza. 

Nowe zasłony. Nowa narzuta na łóżku. Otworzyła szafę, w której wisiał cały 
rząd śnieżnobiałych koszul. Przesunęła je na jedną stronę. Gdzieś na szarym 
końcu  dostrzegła  koszulki  z  batiku,  świeże  i  szeleszczące,  jak  w  dniu,  w 
którym je kupiła. Nigdy ich nie nosił. 

Pomyślała  ze  smutkiem,  że  nie  udało  jej  się  wycisnąć  na  tym  domu 

własnego piętna. Ten dom był tylko i wyłącznie domem Jareda. 

Na  samą  myśl  o  tym,  że  miałaby  tu  znów  zamieszkać,  ścierpła  jej  skóra. 

Wiedziała,  że  Jared  zaproponuje  jej  ponowne  zejście  się.  Nie  miała  nic 
przeciwko temu, aż do chwili, gdy przestąpiła próg jego domu. 

Wiedziała  teraz,  że  to  niemożliwe.  Nie  wyobrażała  sobie  przeprowadzki 

do Dallas. Wiedziała bowiem ponad wszelką wątpliwość, że to ona musiałaby 
się przenieść. 

A zresztą co z firmą? Edward bez problemu znalazłby inną pracę, ale co z 

jej  kochaną,  nieocenioną  Carleen?  Cała  jej  rodzina  mieszkała  w  Houston.  Z 
pewnością nie zechciałaby ich opuścić. 

Lizzie sama zresztą nie była taka pewna, czy chce zrezygnować ze swoich 

domów  strachów.  Jared  dał  jej  przecież  wyraźnie  do  zrozumienia,  że  nie 
chce, aby go z nimi łączono. 

Weszła  do  łazienki  i  odkręciła  kurek  prysznica.  Znaleźli  się  w  impasie, 

borykając się z tymi samymi problemami, które trzy lata temu spowodowały 
rozpad  ich  małżeństwa.  Chwilę  później  jej  łzy  zmieszały  się  z  kroplami 
ciepłej wody. 

- Pospieszcie się! - zawołała Helen. - Ludzie zaczynają się już zbierać. Są 

wśród nich inwalidzi na wózkach. 

- Dużo ich jest? - spytała Lizzie. 
- Dużo, choć jeszcze jest widno. 
-  No  dobra,  wszyscy  na  stanowiskach?  -  spytał  Jared,  rozglądając  się 

wokół. 

131

RS

background image

 

 

- Tak jest! - wrzasnął szkielet. - Jesteśmy gotowi. 
-  W  porządku  odetchnął  Jared  i  zwrócił  się  do  Lizzie:  -  Pójdziemy 

sprawdzić, czy wszystko gotowe? 

Zacisnęła kciuki i podążyła za nim do wejścia. 
Ledwie  tylko  zamknęły  się  za  nimi  drzwi,  ogarnęła  ich  nieprzenikniona 

ciemność. Nagle z kąta wyskoczyła biała zjawa i popędziła ich w głąb domu. 

- Dokładnie tak, jak trzeba - mruknęła Lizzie pod nosem. 
Przemierzali kolejne pomieszczenia. 
- Niby znam tu każdy centymetr, a jednak czuję się niepewnie - powiedział 

Jared i zaraz potknął się i niemal przewrócił o skrzynkę z narzędziami. 

- Zabierz ją. Nie powinna tu stać - powiedziała Lizzie. 
Dalej  wszystko  przebiegało  już  bez  zakłóceń.  Obsługa  efektów 

specjalnych  pracowała  jak  należy,  a  potwory  ryczały  tam,  gdzie  powinny. 
Zaraz  po  wyjściu  z  budynku  dali  Danny'emu  znak,  aby  wpuścił  pierwszą 
grupę zwiedzających. 

W  tylnej  części  domu  Helen  pracowicie  malowała  dynie,  koty,  duchy  i 

pająki na pucołowatych policzkach dzieci, a Rico napełniał balony helem. 

Lizzie  i  Jared  ruszyli  wolno  w  stronę  pobliskiego  drzewa.  Wcześniej 

ustawili tutaj krzesła, by widząc wszystko, móc chwilę odpocząć. 

Lizzie  była  wprawdzie  za  większym  odseparowaniem  wyjścia  i  części 

przeznaczonej dla dzieci, ale i tak mogli mówić o szczęściu, że udało im się 
zdążyć  na  czas.  Na  widok  sznura  samochodów,  oczekujących  na  wjazd  na 
parking, odprężyła się. 

-  Chyba  udało  się  -  westchnął  Jared  i  opadł  na  krzesło.  Lizzie  poszła  w 

jego ślady. - Zawsze tak spędzasz święta Halloween? - spytał. 

- Skądże znowu. Zazwyczaj jeżdżę podglądać konkurencję. 
- Konkurencję? Wydawało mi się, że jesteś monopolistką w tej dziedzinie? 
- Ależ skąd! - odparła, zerkając na niego spod półprzymkniętych powiek. 

W  szybko  zapadających  ciemnościach  nie  widziała jednak jego  twarzy.  -  Są 
jeszcze inni, równie frywolni jak ja. 

-  Widzę,  że  nie  pozwolisz  mi  zapomnieć,  że  to  kiedyś  powiedziałem  - 

stwierdził Jared, obejmując ją. 

132

RS

background image

 

 

Lizzie pomyślała, że nadszedł czas, by porozmawiać. 
- Uważam, że w tym właśnie tkwi źródło wszystkich naszych problemów - 

szepnęła. 

-  A  gdybym  ci  powiedział,  że  dotarło  do  mnie  wreszcie,  ile  ta  praca  dla 

ciebie znaczy? 

- Tak? 
- I że nigdy nie będę od ciebie wymagać, abyś ją rzuciła. 
- Naprawdę? - bała się, że za chwilę się rozpłacze. 
-  Mówię  przecież.  -  Pocałował  ją  lekko.  -  Jeśli chcesz projektować  domy 

strachów, to je projektuj. 

Łzy zwyciężyły. Nareszcie zaczynał ją rozumieć. 
- A poza sezonem możesz projektować coś bardziej tradycyjnego.   
Brzmiało to rozsądnie. No, może poza tą ostatnią kwestią. 
-  Poza  sezonem  też  nie  mam  zbyt  wiele  czasu  -  zauważyła,  pociągając 

nosem. 

Może  zrozumie  aluzję,  a  wraz  z  nią  fakt,  że  poza  domami  strachów  inne 

budynki jej nie interesują. Niczego jednak nie zrozumiał. 

-  Elizabeth  -  szepnął,  biorąc  ją  w  ramiona.  -  Czy  chcesz...  czy  wyjdziesz 

znów za mnie za mąż? 

„Elizabeth"! Nic się nie zmieniło. 
-  Nie  mogę  -  zaszlochała.  -  Po  prostu  nie  mogę.  Wykorzystując 

zaskoczenie,  zerwała  się  na  równe  nogi  i  pobiegła  co  sił  do  swojego 
samochodu. 

Dogonił ją, zanim zdążyła go otworzyć i wyrwał jej kluczyki. 
- Oddaj mi je! 
- Nie, zanim nie dowiem się, dlaczego uciekasz. 
- Dlatego, że nic z tego nie wyjdzie. Wtedy nie udało się i teraz też. Zbyt 

mocno różnimy się od siebie. Będziemy się tylko ranić. 

- Kocham cię, Lizzie. I zawsze będę cię kochał.   
- Co powiedziałeś? 
Nie mogła uwierzyć własnym uszom. Może sobie to tylko wyobraziła? 
- Powiedziałem, że cię kocham - Jared uśmiechnął się krzywo.  

133

RS

background image

 

 

- Nie wiedziałaś? 
- Jak mnie przed chwilą nazwałeś? 
- Lizzie. Tak mi się wyrwało - odparł zdziwiony. 
-  Powiedziałeś  do  mnie  Lizzie  -  wyszeptała.  -  Naprawdę  powiedziałeś 

Lizzie! 

- Przecież wszyscy tak cię nazywają. 
- Ale nie ty. 
- Elizabeth to piękne imię. Choć myślę, że Lizzie lepiej do ciebie pasuje. 
- Tak jak ty jesteś Jared, a nie Jerry. 
Dojrzała w jego oczach błysk zrozumienia. 
- To tu między innymi tkwił błąd, prawda? Lizzie, której ściśnięte  gardło 

nie pozwalało odpowiedzieć, skinęła tylko głową. 

-  Wyjaśnijmy  więc  sobie  teraz  wszystko,  raz  i  na  zawsze  -  powiedział 

Jared i zaczął odliczać na palcach. 

- Po pierwsze, kocham cię - odczekał chwilę, póki Lizzie nie zorientowała 

się, że czeka na jej reakcję. 

- Ja ciebie też kocham. 
- Naprawdę? 
- Przecież mówię. 
- Lubię ład, porządek i szyte na miarę ubrania. I nie życzę sobie gargulców 

na  moich  budynkach.  Jestem  jednak  gotów  wypróbowywać  nowe  rzeczy... 
choć nie codziennie. Ponadto zastrzegam sobie prawo, by niektóre z nich mi 
się nie podobały - odetchnął głęboko. 

- A teraz powiedz, czy mnie wciąż jeszcze kochasz? 
- Tak - odparła potulnie Lizzie. 
-  W  porządku.  Po  drugie,  nie  mam  zamiaru  łączyć  naszych  firm 

architektonicznych.  Mogę  z  tobą  mieszkać  albo  pracować.  Ale  nie  jedno  i 
drugie. Zgoda? 

- Zgoda. Ale wobec tego gdzie będziemy mieszkać? 
-  Zaraz  do  tego  dojdę.  -  Przespacerował  się  wzdłuż samochodu, po  czym 

odwrócił się i spojrzał jej prosto w oczy. - Wygląda na to, że masz mnóstwo 
pracy w Dallas, a ja z kolei mam kilka zamówień z Houston. Kiedy więc będę 

134

RS

background image

 

 

w  Houston,  będę  mieszkał  z  tobą.  Kiedy  ty  będziesz  w  Dallas,  będziesz 
mieszkać ze mną. 

-  Jared,  jakie  to  niekonwencjonalne  -  zaśmiała  się  Lizzie  cicho.  -  Ale 

podoba mi się. 

- Tak też myślałem - mruknął Jared pod nosem. 
- Skąd cito przyszło do głowy? 
-  Nie  przełknąłbym  śniadania,  zmuszony  do  wpatrywania  się  w  twojego 

zuluskiego wojownika. 

Lizzie, szczęśliwa, rzuciła się w jego ramiona. 
- Powieszę go nad kominkiem. 
-  Tak  już  lepiej  -  odparł  Jared  i  pocałował  ją  mocno  w  usta.  -  Powiedz 

wreszcie, wyjdziesz za mnie? 

- Ale co na to powie twoja matka? 
- Zarówno moja matka, jak i matka Helen będą przynajmniej miary o czym 

rozmawiać.  Na  przykład  o  szaleństwach  swoich  dzieci.  Będą  nie  do 
zniesienia, dopóki nie pojawią się wnuki. 

- Wnuki? - spytała Lizzie drżącym głosem. 
- Tylko jeśli za mnie wyjdziesz. 
- Tak! - Wiedziała, że tym razem im się uda. Przytulili się do siebie, a w 

sercu Lizzie zagościło wreszcie szczęście i spokój. Zbyt prędko Jared odsunął 
ją od siebie i spojrzał na zegarek. 

- Chodź - zawołał i otworzył drzwi samochodu. 
- Dokąd? 
- Jeśli się pośpieszymy, możemy być w Houston o dziewiątej. W sam raz, 

by zdążyć na uroczyste otwarcie twojego Hotelu Grozy. 

-  Jesteś  pewien?  Mogę  tam  pojechać  sama.  Lizzie,  oszołomiona  jego 

pomysłem, wsiadła do samochodu. 

-  Nic  z  tego.  Jeśli  mamy  być  dojeżdżającym  małżeństwem,  możemy 

równie dobrze dziś zacząć. 

- A co zrobimy, gdy pojawią się dzieci? - spytała cichutko. 
Jared posłał jej szelmowski uśmiech. 
- Będziemy się o to martwić, gdy te małe chochliki wreszcie się pojawią. 

135

RS

background image

 

 

W  odpowiedzi  Lizzie  Wilcox  wrzasnęła  z  całych  sił.  Tym  razem  ze 

szczęścia. 

136

RS


Document Outline