background image

HEATHER ALLISON

Zapach szczęścia

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

  - Poszukuję Hillary Simpson - odezwał się niski męski 

głos, z niewielkim tylko śladem obcego akcentu.

Hillary   przestała   pakować   flakony   i   odwróciła   się,   by 

złożyć   głęboki   ukłon,   jakiego   wymagał   regulamin 

Renaissance Festival.

Mężczyzna, który pojawił się w jej stoisku, nie był jednak 

zwykłym klientem. Ciemnoszare spodnie i nienagannie biała 

koszula,   której   nie   zaszkodziły   nawet   teksańskie 

październikowe   upały,   były   niezwykle   szykowne,   mimo   że 

zdjął krawat i marynarkę.

 - To ja jestem Hillary Simpson, milordzie - powiedziała. 

Ujmując   fałdy   purpurowej,   renesansowej   sukni   złożyła   mu 

głęboki ukłon.

Cisza.   Słońce,   wdzierające   się   do   pomieszczenia   przez 

brudne, pseudorenesansowe okna, sprawiało, że w pawilonie 

można   było   się   usmażyć.   Hillary   czuła,   jak   pod   ciężkim 

aksamitnym kostiumem ścieka jej po łopatkach cienka strużka 

potu.

  -  W  czym   mogę   pomóc?   -   zaczęła   i   zamilkła,   widząc 

wściekłość   w   oczach   przystojnego   nieznajomego.   Jeszcze 

background image

przed   chwilą   widziała   w   nich   uznanie.   Wtedy   jeszcze   nie 

wiedział, z kim rozmawia.

Czyżby   ktoś   poskarżył   się,   że   wcześniej   zamyka   swoje 

stoisko?  Nie było  zbyt  wielu  chętnych,  gotowych  kupić  jej 

drogie perfumy. Ile razy natomiast zerkała przez drzwi łączące 

ją   ze   stoiskiem   Melody  Anderson,   widziała   tłum   klientów 

kupujących   u   wspólniczki   naturalne   kosmetyki   i   płyny. 

Skinęła głową w kierunku stołu z grubo ciosanego drewna. 

Stały   na   nim  rządkami,   kryształowe   flakony,   wypełnione 

bursztynowym płynem.

  -   Zechciałby   pan   może,   milordzie,   zapoznać   się   z 

próbkami   moich   perfum?   Mogę   nawet   stworzyć   zapach 

specjalnie dla pana. Może taki, który przypominałby panu ten 

dzień?

  - Bez obaw, tego dnia długo nie zapomnę. Nieznajomy 

rozejrzał się po surowym wnętrzu pawilonu, po czym schylił 

głowę, by wejść do środka przez zwieńczone łukiem drzwi.

 - Nazywam się Paul St. Steven.

Nic jej to nazwisko nie mówiło. Melody prawdopodobnie 

była lepiej poinformowana, gdyż podczas festiwalu spędzała 

każdy weekend na terenie wystawy. Mężczyzna był pewnie 

background image

jednym z jego organizatorów i przyszedł zganić Hillary, że 

zbyt wcześnie zamknęła stoisko.

Wyciągnęła   do   niego   rękę   w   geście   powitania.   Ujął   ją 

natychmiast, uśmiechając się przy tym grzecznościowo.

Uśmiech ozdobił jego i tak już przystojną twarz.

 - Był męski i urodziwy.

  -   Mogę   wszystko   wyjaśnić   -   powiedziała,   pragnąc   go 

udobruchać.

 - Byłbym zobowiązany.

  - Słońce szkodzi perfumom. Z pewnością nie chciałby 

pan,   bym   w   czasie   pańskiego   festiwalu   sprzedawała   towar 

gorszej jakości?

 - Nie, nie chciałbym. - Zrobił krótką przerwę.

  - Tylko  że to nie jest mój festiwal. - Czy pani wie, kim 

jestem? - powiedział z pewnym odcieniem dumy.

 - Jednym z członków zarządu Renaissance Festival?

 - Nie.

  - Ach - westchnęła z ulgą i uśmiechnęła się. A więc nie 

przyszedł, by czynić jej wymówki.

Nie odpowiedział na jej uśmiech.

Jaki   był   wobec   tego   powód   jego   wyraźnie   narastającej 

irytacji?

background image

 - Gdzie są pozostali? - spytał.

 - Jacy pozostali?

Nie spuszczając oczu z jej twarzy, Paul zdecydowanym 

ruchem   sięgnął   do   kieszeni   marynarki   i   wyciągnął   z   niej 

złożoną kartkę. Rozłożył ją i podsunął Hillary pod nos.

 - Pozostali wytwórcy perfum.

Utkwiła wzrok w wycinku z gazety i przeczytała: „Hillary 

Simpson, właścicielka «Scentsations» w Buffalo Bayou Mall, 

Houston,   organizuje   Seminarium   Niezależnych   Wytwórców 

Perfum..."

Hillary doskonale znała dalszą treść ogłoszenia. Z trudem 

przełknęła ślinę. Zmuszona była przesunąć pierwotny termin 

seminarium.   Na   domiar   złego,   w   „Perfumers   Quarterly" 

zdążyło   się   już   ukazać   ogłoszenie   zapowiadające   jej 

seminarium. Ale to mogło tylko oznaczać, że Paul jest... Nie, 

to niemożliwe. Po tylu telefonach... Tylko nie to!

 - Czy jest pan może przedstawicielem „St. Etienne"?

 - A więc jednak oczekiwano mnie? - powiedział.

 - Co pan tu robi? - Niepokój nadał głosowi Hillary ostre 

brzmienie.   -   To   znaczy,   mam   na   myśli,   że   tutaj   przebiega 

Renaissance Festival.

background image

  - Czy tutaj odbywa się pani seminarium? - spytał Paul, 

wskazując ręką na otaczające jej stoisko tereny wystawowe.

  -   Seminarium   zostało   odwołane   już   jakiś   czas   temu   - 

powiedziała zduszonym głosem.

 - Nie mogła się pani pofatygować i zawiadomić mnie w 

porę?

Hillary   starała   się   zachować   spokój.   Dom   mody   „St. 

Etienne", choć czasy swej świetności miał już za sobą, wciąż 

liczył się w branży. Należał do tych nielicznych francuskich 

domów   mody,   które   zatrudniały   własnego   kreatora   perfum. 

Pozostała   większość   zamawiała   dla   siebie   perfumy   w 

zakładach   chemicznych   i   laboratoriach   wytwarzających 

sztuczne zapachy.

Ale   firma  „St.   Etienne"   hołdowała   tradycji.   Była   stara, 

bogata i miała najwyraźniej równie stary system łączności.

 - Próbowałam się z panem skontaktować - odparła Hillary 

z   czarującym   uśmiechem.   -   Wielokrotnie   zostawiałam 

wiadomości u różnych ludzi na dwóch kontynentach. Przez 

dwadzieścia cztery godziny na dobę wywoływany był pan na 

lotnisku im. Kennedy 'ego, co było nieco kłopotliwe, jako że 

nikt nie chciał mi podać pańskiego nazwiska. Rzekomo nikt 

nie znał trasy pańskiej podróży. Nikt nie chciał mnie połączyć 

background image

z pana sekretarką czy jakimkolwiek przełożonym. Może nie są 

zainteresowani, by otrzymywał pan przeznaczone dla siebie 

informacje?

 - No cóż, być może moi ludzie... zbyt mocno się starają, 

by nie naruszano mojego spokoju.

 - A przed kim oni tak pana strzegą?

Zamiast odpowiedzi, Paul ponownie podsunął jej pod nos 

wycinek z kwartalnika.

 - A więc jak pani to wytłumaczy?

  -   Chciałam   zarezerwować   miejsce   na   ogłoszenie   w 

wydaniu letnim. Wysłałam im więc tekst i zaliczkę. Niestety, 

przez pomyłkę „Perfumer's Quarterly" wydrukował ogłoszenie 

w wydaniu wiosennym. Nie byłam zupełnie przygotowana na 

taką   ewentualność.   Wszystko   było   jeszcze   nie   dopięte, 

rezerwacja hotelu nie potwierdzona...

  -   Hotele   rezerwuje   się   co   najmniej   z   rocznym 

wyprzedzeniem! - przerwał jej Paul.

  -   Rok   temu   nawet   mi   się   nie   śniło   o   organizowaniu 

takiego spotkania.

Wtedy   nie   przypuszczała   nawet,   w   co   się   wpakuje. 

Wydawało jej się, że poprzez zorganizowanie seminarium uda 

jej   się   zdobyć   nazwisko   w   przemyśle   perfumeryjnym.   Być 

background image

może   powiodłoby   się,   gdyby   nie   ten   przeklęty   „Perfumer's 

Quarterly" i błąd ich działu ogłoszeń.

Gdyby   wcześniej   wiedziała,   że   jeden   z   najbardziej 

prestiżowych   francuskich   domów   mody   zamierza   wysłać 

swego   przedstawiciela,   być   może   seminarium   dałoby   się 

uratować.

 - Czy pani przygotowywała wszystko sama?

 - Tylko z moją wspólniczką.

 - Tak, to wszystko tłumaczy - pokiwał głową Paul.

 - Co tłumaczy?

  - Wygląda na to, iż nie jest pani w stanie zorganizować 

jakiejkolwiek imprezy - powiedział.

Hillary   pomyślała,   jak   bardzo   przydałby   się   jej   w   tej 

chwili   słuszny   wzrost,   głębszy   głos,   proste,   ciemne   włosy. 

Zapragnęła,   by   zniknęły   wszystkie   jej   piegi   i   dołeczki   w 

policzkach.   Przydałby   się   też   inny   ubiór.   Paul   St.   Steven 

uważał ją za podfruwajkę.

  - A więc przebył pan wiele tysięcy mil tylko po to, by 

wytknąć mi mój brak kompetencji?

Teraz naprawdę się zdenerwował.

  - Przebyłem kawał drogi, by wziąć udział w spotkaniu 

niezależnych wytwórców perfum!

background image

 - Ja też nim jestem! Pogardliwie rozejrzał się wokół.

 - Czyżby?

Przeszedł na zaplecze prostokątnego pomieszczenia.

  - Czy to pani paleta zapachowa? - spytał, wskazując na 

wielopoziomowy   stojak,   zawierający   fioleczki   z   olejkami   i 

esencjami.   -   Musi   tu   być   co   najmniej   pięćdziesiąt   różnych 

zapachów - stwierdził sarkastycznie.

Dotknięta tą uwagą Hillary odpowiedziała:

 - Na ten festiwal tyle akurat potrzeba. Nie jest to zresztą 

moje normalne miejsce pracy.

 - A, tak. Zdążyłem poznać słynne „Scentsations". Hillary 

przymrużyła oczy. Była niezwykle dumna

ze swego małego, ale eleganckiego sklepu.

 - Buffalo Bayou to bardzo prestiżowa lokalizacja.

 - To pani jedyny sklep, poza tym, co tutaj widzę?

  -   Znów   w   całym   jego   zachowaniu   wyczuwało   się 

sarkazm.

  -   Nie.   -   Hillary   ponownie   zabrała   się   do   pakowania 

pozostałych   flakonów.   -   Trzy   lata   temu   podzieliłyśmy   ze 

wspólniczką „Scentsations" na dwa różne sklepy. Ona została 

w poprzednim miejscu, a ja przeniosłam się na Promenadę. Ja 

wychodzę   naprzeciw   potrzebom   wyrafinowanego   klienta,   a 

background image

ona raczej miłośnika wszystkiego, co naturalne, rozumie pan, 

bliskie naturze.

  - A co to takiego, ten  „wyrafinowany klient"?  - spytał 

Paul.

 - To również wasz klient.

 - Trzymajcie się lepiej miłośników natury - poradził.

 - Jest ich więcej i łatwiej ich zadowolić.

Hillary   zaintrygowała   natychmiast   przebijająca   w   jego 

słowach   gorycz.   Doszła   do   wniosku,   iż   był   nie   tyle 

zagniewany, co zawiedziony. Ale dlaczego? Tylko dlatego, że 

przeszło mu koło nosa seminarium?

 - Czy przemawia przez pana doświadczenie?

  -   Raczej   zdrowy   rozsądek   -   odpowiedział,   spoglądając 

przez   otwarte   drzwi   łącznikowe   na   oblężone   stoisko   jej 

wspólniczki.   Hillary   przez   chwilę   mogła   mu   się   lepiej 

przyjrzeć.

Był niezwykle atrakcyjny i bardzo opanowany. Ciekawa 

była,   czy   wie,   iż   jego   oczy   zdradzają   więcej,   niżby   tego 

chciał?

Gdyby miała dla niego wykreować zapach, musiałby być 

złożony   jak   on   sam.   Nie   korzenny,   lecz   spokojny,   ciężki   i 

piżmowy.

background image

  - To był dobry pomysł z tym seminarium - powiedział, 

odwracając się znów do niej. - Dlaczego nie wyszło?

Hillary zawahała się.

 - Mój przyjazd tutaj przysporzył mi wielu kłopotów...

  -   To   wyłącznie   pańska   wina.   Gdyby   Jaśnie   Pan 

pofatygował   się   i   przesłał   wcześniej   swoje   zgłoszenie  - 

dowiedziałby się pan, że seminarium się nie odbędzie!

  -   Jakże   mogłoby   się   odbyć,   skoro   to   pani   jest   za   to 

odpowiedzialna!

 - Nic pan o mnie nie wie!

  -   Dość,   by   wiedzieć,   że   jest   pani   kobietą   małych 

interesów i wielkich pomysłów!

  - Lepsze to niż gigant bez żadnych pomysłów! Hillary 

czuła, jak krew pulsuje jej w skroniach.

  -  To,   to   wszystko...   -   Paul   urwał   -   to   nic   nie   znaczy! 

Zwykły stół na wystawie rolniczej!

 - Moim głównym sklepem jest „Scentsations".

 - Ach, tak. „Kryształowy gabinecik".

 - Nie narzekam na brak klientów!

 - Wcale o to nie pytałem.

 - Bo i po co? Pan już wydał wyrok.

background image

  -   Nic   na   to   nie   poradzę,   ale   muszę   wam   przerwać. 

Słychać   was   w   całej   okolicy   -   powiedziała   Melody, 

wspólniczka Hillary, wchodząc do pomieszczenia.

Hillary   dostrzegła   w   sklepiku   Melody   mały   tłumek, 

ciekawskich klientów patrzących w ich stronę.

Opamiętała   się   natychmiast.   Pomyśleć,   że   wdała   się   w 

niesmaczną pyskówkę z przedstawicielem firmy „St. Etienne". 

Musiała chyba stracić rozum!

Uniosła   głowę   i   spojrzała   w   jego   pełne   skruchy   oczy. 

Wyciągnął dłoń.

 - Najmocniej przepraszam - powiedział.

 - Jestem Melody Anderson, wspólniczka Hillary

 - powiedziała Melody, podchodząc z wyciągniętą rękę do 

Paula.   -   Jest   nam   bardzo   przykro   z   powodu  całego   tego 

nieporozumienia, ale naprawdę starałyśmy się pana wcześniej 

powiadomić o odwołaniu seminarium.

  -   Przebywałem   w   Kanadzie,   na   wizytacji   jednego   z 

naszych   butików.   Przepraszam,   że   sprawiłem   paniom   tyle 

kłopotów - urwał, sam zdziwiony własnymi słowami.

Hillary   uśmiechnęła   się   w   duchu.  To   właśnie   była   cała 

Melody. Zawsze spokojna i opanowana.

background image

 - Chciałbym się dowiedzieć, co się stało. Panna Simpson 

odmówiła mi wyjaśnień.

  -   Wcale   nie.   Stwierdziłam   tylko,   że   nie   jestem 

obowiązana tłumaczyć się panu.

  -   To   ten   upał   tak   na   nią   działa   -   stwierdziła   Melody, 

popychając ich w kierunku drzwi. - A i pan jest na pewno 

zmęczony   całodzienną   podróżą.   Idźcie   się   czegoś   napić   i 

rozejrzyjcie się po wystawie.

Zanim Hillary i Paul zdążyli się zorientować, wypchnęła 

ich z pawilonu.

  - Przypomina mi moją nianię - powiedział Paul. Hillary 

uniosła głowę, by zaczerpnąć świeżego powietrza.

 - Chciałaby się pani czegoś napić?

  -   Tak,   chętnie.   Może   być   koktajl   truskawkowy.   W 

powietrzu   unosiły   się   tumany   kurzu.   Szli   wolno  między 

stoiskami   -   szałasami,   zbudowanymi   na   podobieństwo 

średniowiecznej   wsi   europejskiej,   aż   dotarli   do   Queen's 

Tavern.   W   chwili   gdy   kupowali   napój   serwowany   w 

drewnianych kubkach, zabrzmiały fanfary.

Hillary zerknęła na zegarek.

  -   Początek   turnieju.   Są   punktualni   co   do   minuty   - 

stwierdziła.

background image

 - Idziemy? - spytał Paul, nie spuszczając z niej wzroku.

 - Dokąd? - spytała speszona Hillary.

Paul   uśmiechnął   się   szeroko,   ukazując   równy   rząd 

olśniewająco   białych   zębów,   odcinających   się   wyraźnie   od 

jego opalonej twarzy.

 - Od dawna już nie brałem udziału w turnieju. W chwilę 

później zmieszali się z rozentuzjazmowanym tłumem.

Na widowni rozległy się wiwaty. Ruszyła właśnie parada 

rycerzy w zbrojach, koni i powozów, ozdobionych barwnymi 

tkaninami.

Ku zdumieniu Hillary, Paul przyłączył się do okrzyków 

wiwatujących ludzi.

Po skończonym widowisku Paul opiekuńczym gestem ujął 

ją pod ramię i prowadził tak aż do chwili, gdy podeszli pod 

wysoką   sosnę   przed   jej   pawilonem.   Hillary   opadła   na 

drewnianą ławkę i wskazała mu miejsce obok siebie.

 - Jeśli chodzi o seminarium - zaczęła, gdy tylko usiadł - 

nic z tego nie wyszło tylko dlatego, że brak mi poparcia. Nie 

znam nikogo z wielkim nazwiskiem, kto chciałby mi pomóc. 

Gdybym   wcześniej   wiedziała,   że   „St.   Etienne"   chce   wziąć 

udział... Hotele na Promenadzie przyjmują tylko warunkową 

rezerwację. Gdy tylko pojawia się ktoś bardziej znaczący lub z 

background image

wypchanym   portfelem,   trzeba   wpłacić   sporą   kaucję,   by 

zechcieli dalej trzymać pokoje. I dokładnie tak się stało. Ktoś 

inny chciał dokonać rezerwacji na ten weekend, a ja po prostu 

nie miałam dość pieniędzy.

 - A więc to tak - westchnął Paul.

Wyglądał na bardziej zawiedzionego niż ona sama.

  -   Prowadziłam   korespondencję   z   każdym,   kto   prosił   o 

dodatkowe   informacje.   Zorganizuję   swoje   seminarium. 

Niezależni domagają się tego.

 - Będąc w Montrealu, zobaczyłem po prostu ogłoszenie w 

wiosennym wydaniu „Perfumer's Quarterly".

 - Sprostowanie ukazało się w wydaniu letnim.

 - To powinno mnie nauczyć, że nie wolno mieć zaległości 

w czytaniu - próbował zażartować Paul.

Hillary   nie   mogła   zupełnie   pojąć   powodu   jego   tak 

wyraźnego   rozczarowania.   Zdaje   się,   że   chodziło   tu   o   coś 

więcej niż tylko o zmarnowany czas.

  -   Skoro   już   przebył   pan   taką   drogę,   to   chciałabym 

pokazać panu mój... „kryształowy gabinecik".

Na moment Paul przymknął oczy.

background image

 - Jeszcze raz najmocniej przepraszam - powiedział, a głos 

jego zabrzmiał szczerze. - Zwiedzenie pani perfumerii sprawi 

mi wielką przyjemność.

Jak mogłaby się oprzeć jego uśmiechowi, który wyraźnie 

prosił o wybaczenie? Bądź co bądź była przecież kobietą.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

I co ja mam na siebie włożyć ? - zastanawiała się Hillary, 

podskakując   w   rytm   muzyki   dobiegającej   z   kasety   wideo. 

Zamierzała   włożyć   coś   szykownego   i   wyrafinowanego. 

Zawsze   marzyła   o   tym,   by   wyglądać   ponętnie.   Coś   jednak 

mówiło jej, że to dobre dla brunetek i Francuzek, ale nie dla 

Hillary Simpson.

Sięgnęła   po   czarny   gabardynowy   kostium.   Nosiła   dużo 

czerni,   w   nadziei,   iż   kolor   ten   nada   jej,   właścicielce   burzy 

jasnych włosów, nieco dostojeństwa i stylu. Ponadto wybrała 

szmaragdowozieloną jedwabną bluzkę pod kolor oczu, rzuciła 

wszystko na tapczan i tanecznym krokiem weszła do łazienki.

Godzinę   później,   tylnym   wejściem   wchodziła   do 

„Scentsations", spięta na myśl o czekającym ją spotkaniu z 

Paulem St. Steven. Zazwyczaj z przyjemnością korzystała z 

frontowych drzwi, wciąż na nowo podziwiając na wystawie 

wypełnione bursztynowym płynem kryształowe flakony.

  -  Hillary,  czy  ten  człowiek  skontaktował  się  z  tobą? - 

spytała żując gumę asystentka Hillary, Natasha.

Hillary westchnęła. Osiemnastoletnia Natasha wyglądała 

uwodzicielsko   w   swej   czarnej   minisukience   z   dzianiny   i 

czarnych   pończochach.   Całość   uzupełniały   modnie, 

background image

asymetrycznie   ostrzyżone   kruczoczarne   włosy   i   pełne, 

pomalowane na krwistoczerwono usta. Zatrudniając ją, Hillary 

uważała, że uroda Natashy będzie ciekawie kontrastowała z jej 

własną.

 - A więc? - powtórzyła pytanie Natasha. - Powiedziałam 

mu, że jesteś na festynie, a on poprosił o informacje, jak tam 

dojechać.

 - Nie sądziłam, że w ogóle o to spyta.

  -   No   cóż,   zrobiłam,   co   mogłam,   by   mu   pomóc   - 

stwierdziła Natasha.

 - Wiem - przytaknęła Hillary. - Odnalazł mnie. Będzie tu 

dzisiaj, by obejrzeć sklep.

 - Nie zajmie mu to zbyt wiele czasu - mruknęła Natasha.

  -   Pozwól,   że   ja   się   tym   zajmę   -   przerwała   jej 

zniecierpliwiona   Hillary.   -   Mogłabyś   odstawić   na   miejsce 

perfumy, które wróciły z nami z festynu? Są w laboratorium.

Hillary   zajęła   się   wyładowywaniem   palety   zapachowej, 

którą miała z sobą podczas festynu.

 - Dzień dobry - odezwał się za jej plecami znajomy głos.

Hillary,   choć   niechętnie,   musiała   przyznać  w   duchu,   że 

wypoczęty wyglądał jeszcze atrakcyjniej niż wczoraj.

background image

  -   Dzień   dobry   -   odparła   -   Gotowy   do   wielkiego 

zwiedzania? - spytała.

  - Niczego bardziej nie pragnę, ale za kilka minut mam 

spotkanie z dyrektorem Pavilionu. Zna ich pani?

 - Największego konkurenta Promenady? Oczywiście.

Jego twarz rozpogodziła się.

 - Robi tam pani może zakupy?

Rozmowa   dotyczyła   najdroższej   ulicy   w   mieście,   ulicy 

projektantów   mody.   Horrendalne   ceny,   jakich   tam   żądano, 

znacznie przewyższały finansowe możliwości Hillary. Czyżby 

celowo chciał ją urazić? Raczej nie...

  -   Czasami   -   odparła,   dodając   w   duchu,   że   wprawdzie 

bywa tam, ale nic nie kupuje.

 - Pomyślałem sobie, że Pavilion byłby dobrym miejscem 

na   butik   domu   mody   „St.   Etienne".   Dyrektor   dysponował 

czasem wyłącznie dzisiaj rano. Nawet się z tego cieszę, gdyż 

dzięki temu będę mógł zjeść z panią kolację.

Mówiąc to, zbliżył się do niej odrobinę za blisko.

Hillary   mimo   woli   cofnęła   się   nieco.   Natychmiast 

uświadomiła sobie, że zachowuje się naiwnie i nietaktownie.

 - Zgoda, niech i tak będzie.

background image

  -   Wrócę   późnym   popołudniem.   Pójdziemy   wtedy   na 

barbarzyńsko wczesną kolację.

 - Świetnie. Będę czekała.

Paul   obdarzył   ją   jeszcze   jednym   olśniewającym 

uśmiechem.

 - Au revoir - rzucił na odchodnym.

  -  Ciao  -   odpowiedziała   Hillary   wesoło   i   natychmiast 

ugryzła się w język. Do końca dnia dźwięczał jej w uszach 

rozbawiony chichot Paula.

Czyżby   stroił  sobie  z   niej  żarty? A  może   traktował   tak 

wszystkie   kobiety,   podtrzymując   mit   o  code   d'amour 

Francuzów?

Code d'amour. Co się z nią, na Boga, dzieje? To, że facet 

jest   Francuzem,   nie   oznacza   od   razu,   że   jej   cnota   jest   w 

niebezpieczeństwie. Przede wszystkim zaś zamierzała być dla 

niego partnerem w interesach, a nie krótką przygodą.

Hillary zapaliła światło na zapleczu.

 - Czy mogę sobie zrobić teraz przerwę? - spytała Natasha 

z nadzieją w głosie.

 - Natasho, za pięć minut otwieramy sklep - przypomniała 

jej łagodnie Hillary.

background image

  - Tak, wiem, ale u  „Toodle Lou" jest dziś wyprzedaż. 

Moja   koleżanka,   która   u   niej   pracuje,   odłożyła   dla   mnie 

świetną   kieckę.   -   Będzie   miała   kłopoty,   kiedy   ją   na   tym 

przyłapią.   Ale   jeśli   będę   tam   w   chwili   otwarcia   sklepu, 

wszystko będzie w porządku.

Hillary zrezygnowana machnęła ręką.

  - Dobrze. Masz na to kwadrans. Myślisz, że uda ci się 

wkręcić do kolejki?

 - Pewnie! - zawołała Natasha, wybiegając. - Moja siostra 

zajęła już miejsce. Jest piąta.

Natasha   miała   siostrę   -   bliźniaczkę,   Nanette.   Hillary 

zatrudniła ją również. Nanette nie była może tak atrakcyjna i 

błyskotliwa jak jej siostra, ale nadrabiała to inteligencją.

Hillary uśmiechnęła się i wyszła z pokoju, by zabrać się 

do   pracy   przy   palecie   zapachowej.   Napełniła   ją   kilkoma 

kombinacjami   popularnych   zapachów.   Opracowywała   teraz 

perfumy z myślą o „Toodle Lou".

Ich zapach powinien być niesłychanie egzotyczny. Hillary 

zaczęła od olejku z tuberozy, należącego do najdroższych na 

świecie. Kosztował dwa tysiące dolarów za pół kilograma, ale 

dla   „Toodle   Lou"   warto   było   ponieść   koszty.   „White 

background image

Shoulders"   i   „Chloe"   zawierały   tuberozę.   A  także   jaśmin, 

który był obecny we wszystkich grands perfums.

Celem   Hillary   było   połączenie   jednego   ze   stworzonych 

przez   nią   zapachów   z   nazwiskiem   któregoś   z   wielkich 

kreatorów mody. Większość słynnych twórców mody prędzej 

czy później zaczyna lansować własne perfumy.

Hillary   liczyła   na   nawiązanie   korzystnych   kontaktów 

podczas   swojego   seminarium.   Można   by   wtedy   rozdzielić 

„Scentsations" i „Earth Scents". Ona i Melody miały każda 

inną wizję rozwoju swoich sklepów. Rozwiązanie tej spółki 

powitałyby z ulgą, ale było to możliwe dopiero wtedy, kiedy 

„Scentsations" stanie mocno na nogi.

Pieniądze   automatycznie   rozwiązałyby   ten   problem.   A 

perfumy, które stają się przebojem, oznaczają pieniądze. Być 

może wystarczyłoby nawet na zakupy w Pavilionie.

Nagle uświadomiła sobie, że los zesłał jej przedstawiciela 

„St. Etienne", z którym jest umówiona na kolację. Los nigdy 

by jej nie wybaczył, gdyby zaprzepaściła taką szansę.

Właśnie odstawiała fiolki, gdy do sklepu wbiegła Natasha.

Dziewczyna   dobrze   radziła   sobie   z   klientami,   Hillary 

mogła więc bez obaw zniknąć na zapleczu i zająć się pracą. 

Zamierzała zaprezentować Paulowi St. Steven próbki swych 

background image

dwóch najlepszych perfum, „Słoneczne Skry" i „Księżycowe 

Cienie".

Przelała pokaźne porcje swych perfum do najładniejszych 

flakonów.   Przygotowała   propozycje   cenowe   oraz   kilka 

wzorów opakowań. Rozplanowała dwie kampanie reklamowe 

i   sporządziła   ich   szacunkowe   kosztorysy.   Teraz   pozostało 

tylko czekać.

 - Przyszedł - zakomunikowała Natasha. - Całkiem niezły 

jak na faceta w jego wieku - dodała.

Paul  stał odwrócony profilem  Hillary  zauważyła ledwie 

przyprószone   siwizną   skronie;   co   jednak   miał   oznaczać 

zatroskany wyraz jego twarzy? Ujrzawszy ją, natychmiast się 

rozpogodził.

Uznała, że musi mieć jakieś trzydzieści parę lat.

  -  Świetna   lokalizacja   -   powiedział.   -   Pani   sklep   jest 

widoczny aż z trzech stron. Czy pani sama projektowała front?

Hillary   uśmiechnęła   się.   Zawsze   z   przyjemnością 

przyjmowała komplementy na temat „Scentsations".

  -   Zdobycie   lokalizacji   na   deptaku   to   była   kwestia 

szczęścia, ale to ja powiększyłam okna wystawowe.

 - Bardzo sprytnie. Dookoła panuje duży ruch, nie sposób 

nie zauważyć sklepu.

background image

 - O to mi właśnie chodziło.

Hillary złapała się na tym, że cieszy się z jego pochwał jak 

pensjonarka.

  - I jak ? Możemy się spodziewać w Houston rychłego 

otwarcia filii „St. Etienne"? - spytała.

 - Raczej nieprędko - odparł Paul. - Mieszkańcy Houston 

są młodzi i niecierpliwi.

Czego nie można powiedzieć o kreacjach ,,St. Etienne", 

pomyślała w duchu Hillary.

  -   Jesteśmy   bardziej   nastawieni   na   wielkie   krawiectwo. 

Naszymi   klientkami   są   kobiety   w   pewnym   wieku,   które 

potrafią docenić piękne, trwałe i znakomicie skrojone ubiory. - 

Uśmiechnął się. - Wy, kobiety w Houston, musicie dopiero do 

tego dojrzeć.

Nagle   wszystko   zrozumiała.   ,,St.   Etienne"   potrzebowała 

pilnie kuracji odmładzającej. Przydałaby się jej nieco młodsza 

klientela. Hillary Simpson zamierzała im w tym dopomóc.

 - Czy tym właśnie zajmuje się pan dla „St. Etienne"? Jest 

pan handlowcem?

  - Chyba tak - odpowiedział Paul z osobliwym wyrazem 

twarzy. - Zajmuję się wszystkim po trochu.

 - Z wyjątkiem produkcji perfum.

background image

 - Z wyjątkiem produkcji perfum - potwierdził.

 - Ja też, chcąc nie chcąc, zajmuję się wszystkim po trochu 

- powiedziała. - Oprócz perfum sprzedajemy również flakony i 

inne dodatki.

 - Kto jest waszym kreatorem perfum? - spytał Paul.

 - Ja.

Wyglądał na zdziwionego.

 - Byłem pewny, że korzysta pani z usług jakiegoś dużego 

laboratorium chemicznego, lub że to wasza macierzysta firma 

zaopatruje was w perfumy i mikstury.

 - To jest mój sklep. Jestem niezależna.

  - A więc raz jeszcze proszę o wybaczenie - powiedział 

Paul,   przyglądając   się   bliżej   wystawionym   w   witrynie 

buteleczkom.

  -  „Znakomite   imitacje.   Na   te   wonności   nie   wydasz 

majątku." -  Przeczytał. -  Sprytnie! -  stwierdził,  cmokając z 

uznaniem.

Paul wziął mały pasek bibułki i zamoczył ją w jednej z 

probówek. Powąchał.

  - Nieźle! - pochwalił jej imitację popularnych perfum. - 

Choć nie każdy dałby się na to nabrać.

 - Ale są bardzo podobne - powiedziała Hillary.

background image

  -   Powinienem   być   chyba   wdzięczny,   iż   nie   próbowała 

pani   skopiować   „Volitaire"   lub   „Sainte"   -   oświadczył, 

wymieniając znane od ponad pięćdziesięciu lat perfumy .,St. 

Etienne".

Chciała coś odpowiedzieć, ale urwała.

Jego uśmiech zgasł, gdy dostrzegł wyraz jej twarzy.

  -   Nie   skopiowała   ich   pani,   ponieważ   nie   było   na   nie 

popytu? - Twarz Hillary wystarczyła mu za odpowiedź.

  - Oczywiście, znam je - powiedziała. - To klasyka. Są 

ciężkie i zmysłowe.

  - Tak - potwierdził Paul cicho. - Zawierają po kilkaset 

składników.

  - Sam pan widzi,  że nie warto było nawet próbować  - 

oznajmiła Hillary. - Gdyby pan...

 - Już dobrze, Hillary - powiedział Paul, po raz pierwszy 

zwracając się do niej po imieniu.

Podobał jej się sposób, w jaki je wymawiał. Każda sylaba 

sączyła się wolno jak miód. Wyciągnął rękę i lekko dotknął 

kciukiem jej policzka.

Zorientował   się,   że   próbowała   oszczędzić   mu 

zakłopotania.

background image

  -   A   teraz   chciałbym   zobaczyć   twoje   laboratorium  - 

oświadczył.

  -   Bez   wątpienia,   gdybym   zobaczył   to   wcześniej,   nie 

miałbym   żadnych   wątpliwości,   że   powstają   tu   perfumy   - 

stwierdził na widok stojącej tam wielkiej palety zapachowej.

Była   to   półkolista,   ośmiopoziomowa   drewniana 

konstrukcja. Każdy ze stojaków zawierał ponad sto fiolek.

 - Niezła inwestycja!

 - To prezent od moich rodziców. Niezasłużony.

  - Uśmiechnęła się sama do siebie. – Korzystając z tego, 

zawsze   ich   wspominam.   Jestem   zdecydowana   spełnić 

pokładane we mnie nadzieje.

 - To dobrze. Masz poważne podejście do życia

 - powiedział Paul. - Jakżebym chciał żebyś... - urwał, lecz 

po chwili przemógł się i z nieśmiałym uśmiechem na ustach 

oświadczył:

  -  Wiesz   co?   Mam   zarezerwowany   stolik   w   restauracji 

mojego hotelu. Tu, w centrum handlowym. Pójdziemy?

 - W „Brookfield"?

  - Tak - przytaknął Paul. - Pisałaś, że tam ma się odbyć 

seminarium.

 - Taką miałam nadzieję. - Hillary skrzywiła się.

background image

 - Może jeszcze kiedyś spróbuję. Przyjrzał się jej uważnie.

 - Może powinnaś.

 - Mam taki zamiar.

Przybycie Nanette pozwoliło im opuścić sklep. Wyszli na 

rozjarzoną   blaskiem   neonów   ulicę,   częściowo   już 

udekorowaną na zbliżające się Święta Bożego Narodzenia.

  -   Miałem   nadzieję   wykorzystać   twoje   seminarium,   by 

ogłosić   konkurs.   Nagrodą   byłoby   ufundowane   przez   „St. 

Etienne"   stypendium   dla   najlepiej   zapowiadającego   się 

młodego kreatora perfum. - W głosie Paula pobrzmiewała nuta 

żalu.

Hillary gwałtownie się zatrzymała.

  -   Ależ   to   wspaniale!   To   znaczy...   byłoby   wspaniale. 

Gdybym tylko... Gdybym tylko o tym wcześniej wiedziała... 

gdybyś mi o tym powiedział...

 - Przyszło mi to do głowy, gdy ujrzałem twoje ogłoszenie 

w   „Perfumers   Quarterly".   Seminarium   wydało   mi   się 

wyśmienitą okazją do spotkania wytwórców perfum.

  - Bo to byłaby wyśmienita okazja. Paul, gdybyśmy nad 

tym popracowali...

 - My?

background image

Hillary,   pełna   nowych   nadziei,   zignorowała   jego   pełne 

powątpiewania spojrzenie i nie zrażona kontynuowała:

  -   To   będzie   najlepsze   ze   wszystkich   seminariów 

niezależnych   wytwórców   perfum,   jakie   kiedykolwiek   się 

odbyło. „St. Etienne" jest niesłychanie hojna...

  -   Bynajmniej.   -   Paul   ze   zniecierpliwieniem   pokręcił 

głową.   -   Nie   uważaj   mnie   za   filantropa.   Po   prostu   „St. 

Etienne" zyskałaby pokaźną reklamę. Nie wiem... moglibyśmy 

na przykład wyglansować jakieś perfumy zwycięzcy...

  -  Albo   zwyciężczyni...   -   wtrąciła   Hillary.   Paul   skinął 

głową.

  - ...lub zwyciężczyni. Ale i tak te rozważania są czysto 

teoretyczne. - Widać było, że jest rozczarowany.

A  więc   „St.   Etienne"   gotowa   jest   przyjąć   perfumy   od 

kogoś spoza firmy, pomyślała Hillary. Z podniecenia mocno 

ściskała w dłoniach pasek swojej torebki. Tuż przed wyjściem 

wetknęła do niej próbki własnych perfum. Teraz musiała tylko 

poczekać na sprzyjający moment, by je zaprezentować.

  - Pański stolik będzie gotowy za kilka minut - oznajmił 

im kierownik sali. - Może zechcą państwo zaczekać w barze?

Po   jednej   stronie   bufetu   siedziała   brunetka   w   sukni 

naszywanej   złotymi   cekinami,   po   drugiej   czytająca   „Wall 

background image

Street   Journal"   ciemnowłosa,   wytworna   kobieta   w   żakiecie 

musztardowego   koloru.   W   jadalni   siadała   właśnie   do   stołu 

atrakcyjna   para   o   latynoskich   rysach.   Mężczyzna   nosił 

doskonale   skrojony   brązowy   garnitur,   a   jego   towarzyszka 

złocistą, jedwabną suknię wieczorową.

Paul spojrzał na poirytowaną Hillary, po czym pochylił się 

i szepnął coś kierownikowi sali. Ten bez słowa wskazał, by 

udali się za nim.

Gdy podchodzili do swojego stolika, tuż obok zasiadała 

jakaś   para.   Suknia   kobiety,   uszyta   ze   złotej  lamy,   miała 

głęboki dekolt z tyłu i z przodu i powiewną spódnicę. Kobieta 

przerzuciła przez ramię bujne kruczoczarne włosy i utkwiła 

wzrok w twarzy towarzyszącego jej mężczyzny.

Hillary zmuszała się do konwersacji. Paul był niezwykle 

uprzejmy,   choć   widać   było   wyraźnie,   że   jest   sfrustrowany 

niepowodzeniem   butiku   „St.   Etienne"   i   odwołaniem   jej 

seminarium.

  -   Bardzo   mi   przykro,  że   „St.   Etienne"   nie   otworzy   w 

Houston   swojego   butiku.   Wydaje   mi   się   jednak,   że   wasze 

kreacje   mają   opinię...   raczej   ekskluzywnych.   Być   może, 

gdybyście się zwrócili w stronę nieco młodszej klienteli...

Oczy Paula przybrały gniewny wyraz.

background image

  - Jestem pewna,  że macie bardzo dobrego projektanta - 

zgodziła się pospiesznie Hillary. - Ale co z waszą promocją? 

Kto, jaka firma, zajmuje się waszą reklamą?

Paul   wydał   z   siebie   odgłos   przypominający   śmiech   lub 

kaszel.

  -   Moja   droga   Hillary.  „St.   Etienne"   nie   potrzebuje 

reklamy,   chyba   że   w   „Vogue"   i   temu   podobnych   pismach 

poświęconych modzie.

Nie potrzebują reklamy? Hillary chciała nim potrząsnąć.

  -   No   dobrze.  Ale,   jak   sam   powiedziałeś,   wasze   stroje 

przeznaczone   są   dla   kobiet   w   średnim   wieku...   a   ja   mam 

pewien pomysł. - Pochyliła się do przodu.

 - Macie ubrania i macie perfumy.

Paul   pokiwał   niedbale   głową,   utkwiwszy   wzrok   gdzieś 

poza plecami Hillary.

 - Spójrz na „Chanel". Znów są popularni.

  - Nie wiedziałem, że był czas, kiedy „Chanel" nie była 

modna. - odparł Paul. - Ubierasz się u „Chanel"?  - spytał z 

wyraźnym zamiarem skierowania rozmowy na inny temat.

 - Od czasu do czasu - błyskawicznie odparowała Hillary, 

uznając, że jej szminka firmy „Chanel" w torebce przecież też 

się liczy. - Ale wracając do „St. Etienne". Większość kobiet 

background image

nie może sobie pozwolić na wasze modele. Mam pomysł, jak 

to rozwiązać. Paul odłożył widelec i wygodnie się usadowił.

 - Tego właśnie się obawiałem.

Hillary,   nie   zrażona   rezygnacją   na   jego   twarzy, 

kontynuowała:

  -  „St. Etienne" mogłaby być pierwszym domem mody, 

którego perfumy wykreują nowy styl w ubiorze. Wylansujcie 

nowy, świeży i młodzieńczy zapach. Kobiety przyzwyczają się 

do nazwy „St. Etienne", po czym zechcą nosić stroje, które 

pasują do tego wyobrażenia. Zyskacie w ten sposób młodszą 

klientelę i swój butik w Pavilionie.

Paul poczerwieniał. Widocznie posunęła się za daleko.

 - Trzeba lat, by stworzyć nowe perfumy - warknął. Hillary 

uznała, że nadeszła pora, by przystąpić do rzeczy. Sięgnęła do 

torebki.

  - Mam takie perfumy.  „Słoneczne Skry" i „Księżycowe 

Cienie".

Odpowiedź była natychmiastowa:

 - Mamy własnego kreatora perfum.

 - Który od lat nie stworzył nic nowego.

Tym razem Paul zbladł i zacisnął zęby. Musiała trafić w 

czuły punkt.

background image

  -   Te   natomiast   nie   wymagają   długiego   procesu 

dojrzewania   -   kontynuowała   mimo   to.   -   Tyle,   ile   trwałoby 

przygotowanie kampanii reklamowej. To nowoczesne perfumy 

dla nowoczesnych kobiet.

Hillary aż zadygotała ze złości na widok protekcjonalnego 

uśmiechu Paula.

  -   Jakkolwiek   kusząca   byłaby   ta   myśl,   to   i   tak   z 

przykrością muszę ci odmówić...

  -   A   może   powinnam   porozmawiać   z   kimś   innym   z 

zarządu „St. Etienne"?

Paul spojrzał na nią z niedowierzaniem. W jego oczach 

dostrzegła nie tylko złość. Czyżby dotychczas nikt nigdy nie 

podawał w wątpliwość jego zdania?

Widać było po nim, jak stara się nie stracić panowania nad 

sobą.

  - Muszę przyznać, że nie brak ci tupetu - powiedział z 

wymuszonym uśmiechem. - Jesteś chyba jedyną osobą, która 

odważyła się mówić do mnie w ten sposób.

  - Może ktoś wreszcie powinien? - odparła Hillary bez 

zastanowienia. Natychmiast ugryzła się w język.

Paul zgniótł w dłoniach serwetkę i rzucił ją obok talerza, 

najwyraźniej gotów, by wstać.

background image

 - Proszę...

 - Jesteś moim gościem. Powinniśmy wyjść, zanim o tym 

zapomnę.

Hillary odetchnęła, gdyż w tej samej chwili pojawił się 

kelner z butelką francuskiego szampana na tacy. Okrywająca 

korek   złota   folia   pięknie   połyskiwała   znad 

czekoladowobrązowej zamszowej kokardy.

  -   Z   pozdrowieniami   od   brunetki   w   złotej   sukni  - 

powiedział.

Paul   wyglądał   jak   rażony   gromem.   Wbił   wzrok   w 

załączoną do szampana kremową kopertę.

 - Nie zamierzasz jej otworzyć? - spytała Hillary.

  -   Kopertę   lub   szampana   -   dodała,   gdy   Paul   nie 

zareagował.   -   Hmm   -   pociągnęła   nosem   -   kimkolwiek   jest 

twoja   znajoma,   muszę   powiedzieć,   że   używa   wspaniałych 

perfum.

Wolnym ruchem uniósł brzeg koperty. Zapach wzmógł się. 

Paul na chwilę przymknął oczy.

Hillary   zastanawiała   się,   kim   jest   kobieta   w   złocistej 

sukni. Byłą kochanką? Ze zdziwieniem zauważyła, że myśl ta 

zaniepokoiła ją. Zaciekawiona rozejrzała się wokół, szukając 

background image

tajemniczej nieznajomej. Nagle dostrzegła coś, co przykuło jej 

uwagę.

  -   To   niewiarygodne!   -   wyszeptała   zdumiona,   aż   Paul 

spojrzał na nią pytająco. - Oni wszyscy...

Za   plecami   Paula   widziała   po   kolei   panią   Złotą   Lamę, 

panią Złocisty Jedwab i jeszcze jedną - w złotym brokacie. 

Każda z kobiet w zasięgu jej wzroku była brunetką i miała na 

sobie coś złotego.

Ktoś musiał sobie zadać wiele trudu, by wyreżyserować to 

przedstawienie.   Tylko   po   co?   Nie   mogąc   opanować 

ciekawości,   Hillary   sięgnęła   po   kopertę   i   otworzyła   ją.   Na 

papierze   widniało,   napisane   brązowym   atramentem,   jedno 

słowo, „Dominique".

  -   No   cóż,   Dominique,   kimkolwiek   jesteś,   trzeba   ci 

przyznać, że masz styl!

Hillary   wyciągnęła   rękę   przez   stół   i   pocieszająco 

poklepała Paula po dłoni.

Mogła sobie na to pozwolić. Bądź co bądź to ona, a nie 

Dominique, była w jego towarzystwie.

Próbowała zwrócić na siebie uwagę kelnera.

Zaczęła   ją   ogarniać   złość.   Przynajmniej   mógłby   im 

otworzyć butelkę! Gwałtownie wstała. Z pewnością kelner nie 

background image

pozwoli   im   wyjść   bez   zapłacenia.   Wyciągnęła   z   torebki 

wizytówkę,   mrugnęła   na   Paula   i   wzięła   jeszcze   ze   stołu 

butelkę z szampanem.

Uśmiechając się promiennie do Paula, położyła mu wolną 

rękę na ramieniu.

 - Chodź, zmywamy się stąd.

Niespodziewanie   Paul   roześmiał   się.   Hillary 

zdecydowanym krokiem ruszyła w stronę kierownika sali. Tuż 

za nią dreptał kelner, próbując protestować.

Paul podszedł do baru i tuż pod nosem pani Musztardowej 

Garsonki zaopatrzył się w dwa kieliszki do szampana. Jeśli 

Dominique chce współzawodnictwa, to będzie je miała!

Hillary rzuciła wizytówkę na książkę rezerwacji.

  - Rachunek proszę przesłać Dominique, wraz z moimi 

pozdrowieniami!

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

 - Czyż tak nie jest lepiej?

Hillary i Paul siedzieli obok siebie na tarasie restauracji w 

pobliżu deptaku.

  -   Dużo   lepiej.   -   Tylko   niespokojne   ruchy   palców 

zdradzały   jego   wewnętrzne   napięcie   -   Jesteś   niezwykłą 

kobietą.

Hillary   zajęła   się   zdzieraniem   z   korka   złotej   folii,   lecz 

zmieniła zdanie i wręczyła butelkę Paulowi.

  -   Nie   masz   w   tej   dziedzinie   zbyt   wielkiego 

doświadczenia?

Paul zerknął na nią rozbawiony.

 - Otworzyłem już w życiu kilka butelek szampana. Teraz 

roześmiała się Hillary.

 - Nie to miałam na myśli. Nie przywykłeś chyba do tego, 

że   kobiety   ciebie   ścigają...   Nie   chcę   się   wtrącać,   ale 

najwyraźniej ty i Dominique...

 - Co? Ty nie chcesz się wtrącać? - Paul odchylił do tyłu 

głowę   i   roześmiał   się   głośno.   -   Hillary,   jesteś   wprost 

rozkoszna.

Nalał jej nieco szampana i spojrzał na nią uważnie.

background image

  -   Gdy   ja   i   jakaś   kobieta   rozstajemy   się,   pozostajemy 

przyjaciółmi. Związku, który nie przynosi już przyjemności, 

nie warto kontynuować.

  -   Brzmi   to   bardzo   po   europejsku.   Musisz   mieć   wielu 

przyjaciół.

 - Więcej przyjaciół niż wrogów. Ale masz rację, że jestem 

ścigany. Dominique dąży do połączenia.

  -   Pewnie,   kto   by   nie   chciał?   -   mruknęła   Hillary   w 

kieliszek.

Paul przygryzł wargę.

  -  „Dominique   Parfums"   -   powiedział   tylko.   Hillary 

szeroko otworzyła oczy. Był to znany  francuski dom mody i 

perfum,   który   stał   się   ostatnio   sławny   również  z   tej   strony 

Atlantyku.

  - Trasa moich podróży nie jest podawana do publicznej 

wiadomości   i   muszę   przyznać,   że   fakt,   iż   ktoś   mnie  ściga, 

wyprowadza mnie z równowagi. Ta kobieta jest uparta.

A więc jest jakaś kobieta, pomyślała Hillary.

  -   Czym   zajmuje   się   ona   u   „Dominique"?   Oczywiście, 

poza kupowaniem ci szampana na koszt firmy.

 - Jest wiceprezesem - i to niezwykle ambitnym.

 - Czyli pełni funkcję podobną do twojej? - spytała Hillary.

background image

Paul wzruszył ramionami i pociągnął łyk szampana.

 - Można to i tak określić.

Hillary była naprawdę poruszona. „St. Etienne" wysłała na 

jej seminarium aż wiceprezesa!

 - Robiła już kiedyś takie numery? Paul pokręcił głową.

 - Nic równie spektakularnego. Najczęściej były to krótkie 

liściki, jak na przykład rysunki łączące białą różę „St. Etienne" 

z   brązową   kokardą   „Dominique"   i   wykaz   sklepów 

sprzedających ich odzież. Kiedyś dostarczono mi do hotelu 

przerobioną suknię wieczorową „St. Etienne". Byle tylko dać 

mi   znać,   że   wiedzą,   gdzie   jestem,   bez   względu   na   to,   jak 

bardzo starałem się być dyskretny. To dlatego nie mogłaś mnie 

odnaleźć. Moi ludzie bywają nadopiekuńczy.

 - Dlaczego ona to robi, skoro ciebie to drażni?

 - Ona... stara się zaprezentować swe twórcze możliwości i 

dać do zrozumienia, jakimi zasobami finansowymi dysponuje 

„Dominique Parfums". Wygląda na to, że wynajęła aktorów i 

zamieniła   całą   restaurację   w   złocistobrązową   reklamę 

„Dominique".

 - A co to za zapach? - spytała Hillary, sięgając po kopertę 

i wąchając ją. - Tuberoza, ylang - ylang i prawdopodobnie 

jaśmin... Wspaniałe perfumy zazwyczaj zawierają jaśmin.

background image

  - Bardzo dobrze! -  pochwalił ją  Paul i,  nachylając się 

nieco, spytał: - Myślisz, że umiałabyś podrobić ten zapach?

Hillary wyszczerzyła zęby w uśmiechu.

 - Chcesz, bym zrobiła wspaniałą kopię?

  - Może po prostu chcę sprawdzić, czy jesteś naprawdę 

dobra w swoim fachu.

 - A więc proszę - westchnęła Hillary, otwierając torebkę. 

Wyjęła   z   niej   oba   flakoniki   ze   „Słonecznymi   Skrami"   i 

„Księżycowymi   Cieniami"   i   postawiła   je   na   stoliku, 

odsuwając   na   bok   przesyconą   zapachem   „Dominique" 

kremową kopertę.

Bez entuzjazmu sięgnął po „Słoneczne Skry" i otworzył 

zatyczkę buteleczki.

  - Lekkie,  świeże, czyste, leśne, prawie jak męska woda 

kolońska   -   oświadczył,   zakręcając   korek.   -   Twoja   wersja 

wyzwolonej kobiecości?

 - Nie próbowałeś jeszcze ich działania na skórze. Proszę. 

- Podała mu swoją dłoń. - Mam na sobie „Skry". Perfumy 

wchodzą w reakcję ze skórą kobiety. Na słońcu nie wywołują 

przebarwień. Nie są też zbyt intensywne.

Paul ujął jej nadgarstek i schylił głowę. Hillary poczuła 

jego oddech na swojej ręce.

background image

  -   Ach!   -   zawołał   zdumiony.   -   Eksperymentujesz   z 

feromonami? To wzmacnia naturalny zapach kobiecy, który 

staje   się   częścią   bukietu   zapachowego.   Na   każdej   kobiecie 

będzie inny. To dużo więcej niż mają do zaoferowania inne 

perfumy. Używasz ich w tradycyjnych miejscach?

  -   I   w   kilku   mniej   tradycyjnych   -   odparła   Hillary   z 

uśmiechem.

  -   Za   uchem   też?   -   Przysunął   się   bliżej.   Zakłopotana 

Hillary pochyliła się do przodu,  zginając lekko głowę. Tym 

razem jego oddech na jej karku spowodował, że przeszedł ją 

dreszcz.   Przez   krótki   moment   czuła   ciepło   jego   skóry   i 

chłodne, miękkie włosy, zanim powoli wyprostował się, nie 

spuszczając z niej oczu.

 - Urocze!

 - Dziękuję - wyszeptała.

W ciszy, która nastała, Hillary czuła, jak wali jej serce. 

Nic się przecież nie stało, a była zupełnie roztrzęsiona.

Wyciągnął rękę po „Księżycowe Cienie", ale Hillary była 

szybsza. Co będzie, jeśli Paul znów zechce się pochylić?

 - Myślę, że za dużo tu teraz różnych zapachów. „Cienie" 

są bardzo podobne, tyle że... na noc.

background image

Ostrożnie   zapakowała   swoje   próbki   i   włożyła   je   do 

torebki. Wzięła w dłoń kopertę „Dominique".

 - Spróbuję skopiować te perfumy.

  - Jestem ciekaw, co potrafisz. - Zawahał się. - Mam... 

mam więcej takich kopert. Są w moim pokoju.

  -   Mogą   się   przydać.   Chodźmy   po   nie   -   powiedziała 

Hillary, wstając. Poczuła, że zaczyna ją drażnić wyrafinowana 

ekstrawagancja   „Dominique".   Zapach,   który   wcześniej   tak 

bardzo jej się podobał, teraz przyprawiał ją o mdłości... Cała 

winda była nim przesiąknięta.

Gdy rozsunęły się drzwi, oczekiwała, że zapach zniknie, 

ale tak się nie stało. Wydawało się nawet, że stał się jeszcze 

intensywniejszy.

Paul zatrzymał się przed drzwiami swego apartamentu.

 - To dochodzi stąd - stwierdziła Hillary.

Gdy tylko Paul otworzył drzwi, ogarnął ich przejmujący 

zaduch. Hillary zrobiło się niedobrze.

 - Róże!

Ogromne   bukiety   pokrywały   każdy   wolny   kawałek 

przestrzeni.

 - Nigdy jeszcze nie widziałam czegoś podobnego. Chyba 

że w filmie. A i tam zazwyczaj otrzymywały je kobiety.

background image

  -   Biała   róża   jest   symbolem   „St.   Etienne"   -   wykrztusił 

Paul.

 - Pewnie lubisz swoją pracę?!

Paul spojrzał na nią z wyrzutem i spytał:

 - Widzisz jakąś kopertę?

Hillary   pociągnęła   za   znajomą   już   aksamitną   brązową 

wstążkę,   przypiętą   do   złotego   papieru.   Każdy   bukiet   został 

udekorowany w ten sam sposób.

 - Naprawdę jest ci potrzebna?

 - Nie - odpowiedział, przeglądając po kolei każdy bukiet.

  -   Kokarda  „Dominique"   dobrze   wygląda   z   różą   „St. 

Etienne".

  - Jak możesz mówić coś takiego? - spytał z gniewem. - 

Ona   przytłacza   róże,   tak   samo   jak   „Dominique" 

przytłamsiłaby „St. Etienne".

 - Paul - powiedziała, wskazując na łóżko.

Paul   wszedł   do   sypialni.   Na   poduszce   leżała 

ciemnokremowa   koperta   w   kształcie   róży.   Złotym 

sznureczkiem   przytwierdzono   do   niej   mały   flakonik 

wypełniony   złotym   płynem.   Ktoś   informował   brązowym 

atramentem: „Należymy do siebie - Dominique".

background image

Hillary   nie   wiedziała   już,   czy   ten   prezent   z   dedykacją 

pochodzi   od   „Dominique"   -   firmy   czy   od   jej   niesamowitej 

pani wiceprezes.

  - To już szczyt bezczelności! Czy już nikt w tym hotelu 

nie potrafi oprzeć się łapówkom? - zawołał Paul gniewnie.

 - Na to wygląda - odparła Hillary, równie zdegustowana. - 

Nie   możesz   tu   pozostać.   Znam   inny   hotel,  też   przy 

promenadzie - powiedziała, przechodząc do salonu. - Chcesz, 

żebym do nich zadzwoniła?

 - Tak, proszę. Ja w tym czasie spakuję swoje ubrania.

Chwilę później, z walizką w ręku, dołączył do niej przy 

windzie. Odprowadził Hillary do jej sklepu.

 - Zniosłaś to wszystko z zadziwiającym spokojem.

  -   Chyba   teraz   musisz   powiedzieć   mi   wreszcie   całą 

prawdę.

  -   Ach   -   westchnął   Paul.   -   Ludzie   „Dominique" 

przypominają mi ciągle o swojej propozycji, a ona mi wcale 

nie odpowiada.

Hillary   zdumiała   się,   słysząc,   iż   to   jemu   osobiście 

przedłożono propozycję fuzji. W takim razie musiał być co 

najmniej wicedyrektorem wykonawczym!

 - A co ci się w niej nie podoba?

background image

Paul z trudem wydusił z siebie uśmiech.

 - Sam fakt, że pochodzi od „Dominique".

 - A perfumy? O co chodzi z perfumami?

Na ten temat jednak Paul nie miał chęci rozmawiać.

 - Zostawmy to - odparł lekko.

  -   Mogłabym   oddać   ich   próbkę   do   analizy   za   pomocą 

chromatografii   gazowej   -   zaproponowała,   przezwyciężając 

opory. - Wtedy znałbyś przynajmniej składniki, bo dokładne 

proporcje   są,   niestety,   trudne   do   ustalenia.   Uniwersytet   w 

Houston dysponuje takim urządzeniem.

Dotarli właśnie do jej sklepu.

 - Naprawdę? - zapytał Paul z niedowierzaniem. - Ależ to 

wspaniale! Sam je tam zawiozę. Muszę jak najszybciej poznać 

wyniki. - Schwycił ją za ramiona i ucałował w oba policzki.

 - Dziękuję ci, Hillary. Do jutra.

 - Do jutra - odpowiedziała z bladym uśmiechem.

  -   Próbowałaś   sprzedać   mu   swoje   perfumy?   -   Melody 

przyglądała jej się z ogromnym zdziwieniem.

 - A dlaczego nie? Są dobre.

 - Tak, ale...

Melody przestała na chwilę ustawiać na półkach „Earth 

Scents"  nowe   słoiczki   ze  swoimi  emulsjami   nawilżającymi. 

background image

Najwyraźniej brakowało jej słów, by wyrazić to, co chciała 

powiedzieć, nie urażając Hillary.

  -   Wydaje   mi   się,   że   one   są   niezupełnie   w   stylu   „St. 

Etienne".

W   przeciwieństwie   do   perfum   „Dominique",   pomyślała 

Hillary.

  -   Ale  „St.   Etienne"   nie   potrzebuje   jeszcze   jednego 

ciężkiego,   złożonego   zapachu   -   stwierdziła   Hillary.   -  Tylko 

muszę jeszcze przekonać do tego Paula.

Raz   w   tygodniu   Melody   i   Hillary   pracowały   u   siebie 

nawzajem. Dzisiaj była kolej na Hillary w „Earth Scents".

 - No i jak ci idzie? - spytała Melody.

 - Jak krew z nosa - westchnęła Hillary.

  -   Nie   przejmuj   się   tak   bardzo.   „St.   Etienne"   to 

przedpotopowa firma.

Hillary wiedziała już o tym.

 - Ale o starej, ustalonej reputacji.

 - Na której jadą przez ostatnie dwadzieścia czy trzydzieści 

lat.

  -   W   takim   razie  „Słoneczne   Skry"   są   dokładnie   tym, 

czego   im   trzeba!   Nie   zmieniają   się   ani   nie   ulatniają   pod 

wpływem upału i słońca.

background image

 - A odstraszają też komary?

Hillary   udała,   że   nie   słyszy   sarkazmu   w   głosie 

wspólniczki.

 - Nie. Ale ich też nie przywabiają. „Skry" współpracują z 

naturalnymi   zapachami   ciała,   a   nie   przeciwko   nim.   To   ty 

zawsze   wzywasz   do   powrotu   do   natury,   musisz   więc   to 

docenić.   Czy   nie   powinnaś   zapisywać,   ile   butelek   emulsji 

masz na składzie? - zapytała, zmieniając temat.

 - Nie zawracam tym sobie głowy.

  - Skąd w takim razie wiesz, ile czego i w jakim czasie 

sprzedałaś?

Melody wzięła pusty karton z rąk Hillary.

  -   Półka   jest   teraz   pełna.   Jeśli   będę   musiała   odkurzyć 

butelki częściej niż dwa razy, to znaczy, że nie sprzedają się 

zbyt szybko.

 - Jak wobec tego obliczasz zyski? - westchnęła Hillary.

 - Jeśli po zapłaceniu rachunków zostają jakieś pieniądze, 

to   znaczy,   że   interes   przynosi   zyski.   A   więc,   co   Paul 

powiedział na temat twoich perfum?

Hillary uśmiechnęła się na wspomnienie wrażenia, jakie 

wywołała na niej bliskość Paula.

 - Że są jedyne w swoim rodzaju.

background image

  -  Coś  takiego!  Przestań  zmieniać  temat  i   powiedz  coś 

więcej o tym wspaniałym facecie.

Hillary chciała zaprotestować, ale nagle zmieniła zdanie.

  -   Chciał   przyznać   podczas   naszego   seminarium 

stypendium   dla   najbardziej   obiecującego   kreatora   perfum. 

Powinnam się zastrzelić!

 - Skąd więc to zaproszenie na kolację?

 - To przeprosiny za odwołane spotkanie. - Hillary unikała 

oczu Melody.

 - Aha..

 - Przestań bawić się w swatkę, Melody. Nie jestem w jego 

typie.   Gdybym   włożyła   na   siebie   brylanty,   i   tak   każdy 

myślałby, że są fałszywe. Ja po prostu wyglądam... pospolicie.

  -   Więc   może   to   jest   przyciąganie   się   przeciwieństw  - 

roześmiała się Melody.

 - Nie wiadomo co się zdarzy podczas obiadu! - zawołała 

Hillary i przeszła na zaplecze, podczas gdy Melody zajęła się 

klientami.   Ta   scena   była   cichym

 potwierdzeniem 

pogłębiających się rozbieżności między wspólniczkami - i ich 

klientelą.

Hillary   starała   się   zaakceptować   swobodną   atmosferę 

„Earth   Scents".   Była   to   niegdyś   główna   siedziba 

background image

„Scentsations", zlokalizowana w starszej części Houston. Dziś 

większość   domów   w   okolicy   wynajmowali   studenci. 

Liberalna,   kawiarniana   atmosfera   odpowiadała   Melody   i 

Benowi,   jej   mężowi.   Była   to   para   niewinnych,   łagodnie 

starzejących   się   dzieci   -   kwiatów.   Zasady,   jakie   wyznawali 

oboje,   były   godne   pochwały,   ale   -   zdaniem   Hillary   -   mało 

praktyczne   w   trudnych   realiach   konkurencji   w   wielkim 

mieście.

Odkąd   Hillary   otworzyła   sklep   na   Buffalo   Bayou, 

większość jej perfum wystawianych było tam, podczas gdy 

domowej   roboty   preparaty   Melody   pozostały   tutaj. 

„Scentsations"   zmieniło   się   tak   samo,   jak   zmienili   się 

partnerzy.   Dawno   temu   przestały   już   udawać,   że   jest 

„Scentsations I" i „Scentsations II". Tu po prostu było „Earth 

Scents".

„Zapachy natury". Nazwa ta dobrze pasowała do Melody. 

Hillary ukradkiem przyglądała się jej, jak obsługiwała dwóch 

studentów   w   dżinsach.   Melody   miała   na   sobie   prostą, 

meksykańską,   haftowaną   sukienkę   oraz   sandały.   Jej   długie, 

falujące   włosy   rozdzielone   były   przedziałkiem   na   środku 

głowy. Nie stosowała makijażu.

background image

Hillary zerknęła na własną jedwabną sukienkę. Mimo iż 

sukienka była skromna, czuła, że nie pasuje do tego miejsca.

 - Hillary, czy jesteś bardzo zajęta?

Wejście Bena wyrwało Hillary z głębokiego zamyślenia.

 - A o co chodzi?

  -   Przyszła   nowa   przesyłka   olejków   i   esencji 

zapachowych. Wiem, że przywiązujesz wagę do rachunków i 

takich rzeczy. Może chciałabyś rzucić okiem na faktury?

Hillary spojrzała na niego z goryczą.

  - Ty prawdopodobnie po prostu wyjąłbyś to z kartonu i 

postawił na półce. A gdyby tak ktoś cię oszukał?

 - To się rzadko zdarza.

  -   A   gdyby   ci   przysłano   marokański   olejek   różany   i 

policzono jak za bułgarski?

  -   Prawdopodobnie   byłabyś   jedyną   osobą,   która 

potrafiłaby  wyczuć  różnicę  - odpowiedział  Ben, wzruszając 

ramionami.

  -   Tylko  że   ten   drugi   jest   dwa   razy   droższy,   Ben. 

Wzdychając,   Ben   wziął   od   niej   wydruk   komputerowy,   po 

czym otworzył jeden z kartonów.

 - Wiesz, pracuję nad czymś do twojego supersklepu.

background image

  -   Wszystko,   byleby   uniknąć   inwentaryzacji,   no   nie?   - 

roześmiała się Hillary odbierając mu wydruk. - No dobrze, 

pokaż to.

Ben   włożył   jej   w   dłoń   kilka   srebrnych,   filigranowych 

kulek. Druciki ułożyły się na kształt klatki.

  - Futeraliki na wonne gałki? - spytała Hillary dotykając 

delikatnej konstrukcji.

  -   Bardzo   dobrze   -   odpowiedział   Ben.   -   Melody 

przygotowuje już kadzidła i gałki z mirry, by włożyć je do 

środka. Ciepło ciała ich użytkownika spowoduje wydzielanie 

się zapachu. Gdy tylko zdobędę więcej doświadczenia, użyję 

złota.

 - Świetnie - zapaliła się do projektu Hillary. - Ile możesz 

ich zrobić na Boże Narodzenie?

 - Cała masę, jeśli nie będę musiał zawracać sobie głowy 

inną robotą.

 - Wygrałeś. Zajmę się inwentaryzacją.

Hillary podniosła kolejny karton i oderwała z niego taśmę.

  -  Jeśli  będziesz  przyjmował  zamówienia,  nie  zapomnij 

poprosić o czek, zanim wyślesz towar.

background image

  - Oczywiście - odpowiedział Ben. - Melody i dzieciaki 

bardzo lubią przebywać tam, gdzie odbywa się festiwal. Z dala 

od dużego miasta. Wiesz, gdyby tylko było stać nas na...

  -   Tak   mi   się   wydawało,   że   cię   tu   znajdę   -   przerwała 

mężowi Melody. - Hillary, weź z sobą ten karton i chodź ze 

mną do sklepu. W ten sposób będę mogła pilnować interesu i 

posłuchać twojej opowieści. Niedługo musisz już iść.

Obie   wyszły   z   magazynu   zostawiając   Bena   samego. 

Hillary opowiedziała Melody o „Dominique Parfums".

  -   Nie   poddam   się   tak   łatwo!   Muszę   tylko   przekonać 

Paula, by kupił jedne z moich perfum. On jest moją wielką 

szansą.

 - Nie poniesiesz porażki, jeśli nie kupi twoich perfum.

 - Ale odniosę sukces, jeśli je kupi.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

Hillary cały czas zastanawiała się, jak przekonać Paula, by 

kupił jej perfumy. Było południe. Włączyła się samochodem 

do   ruchu   na  autostradzie   Zachód   -   Południe.   Dopiero   teraz 

dotarło do niej, jak błyskotliwy był pomysł Dominique, który 

zaaranżowała w restauracji. Musiała przyznać, że Dominique 

ma   talent   i   pieniądze.   Nie   mówiąc   już   o   wysokiej   klasy 

perfumach.

Ale   nie   wszystko   jeszcze   było   stracone.   Na   razie   Paul 

przebywał   w   jej   towarzystwie,   a   ona   sama   miała   kilka 

własnych   pomysłów.   Prędzej   czy   później   Paul   będzie 

zmuszony pójść z duchem czasu, jeśli chce, by „St. Etienne" 

powróciła   do  grona   wiodących  domów   mody.   Nie  doceniał 

rynku   młodzieżowego.   Powinien   zobaczyć,   jaki   się   w   nim 

kryje potencjał nabywczy.

Hillary zaparkowała samochód na swym stałym miejscu. 

Paul wciąż jeszcze winien był jej trzy czwarte kolacji.

Nagle   przyszedł   jej   do   głowy   pomysł.   „Księżycowe 

Cienie". Paul nie znał jeszcze tego zapachu. Może nadeszła 

pora, by poznał go dziś wieczorem?

Mogłaby   zademonstrować   mu   młodą   klientelę, 

powodzenie   swoich   perfum   i   przekonać   go,   że   nie   tylko 

background image

Dominique   umie   sypać   pomysłami.   Energicznie   otworzyła 

drzwi   samochodu   i   udała   się   w   kierunku   „Toodle   Lou", 

ulubionego sklepu Natashy.

Lou   zgodziła   się   współdziałać   -   ale   nie   za   darmo.   W 

zamian   za   skorzystanie   z   jej   sklepu   tego   wieczora   Lou 

zażądała   sporządzenia   specjalnie   dla   niej   perfum   „Toodle 

Lou",   które   będzie   mogła   sprzedawać  w   swoim   sklepie. 

Jedyny kłopot polegał na tym, iż Lou chciała mieć te perfumy 

natychmiast.   Hillary   zaczęła   już   wprawdzie   pracować   nad 

nimi, ale musiała przedtem wywiązać się z zamówienia dla 

Paula. A kopiowanie perfum „Dominique" z pewnością zajmie 

jej więcej czasu.

  -   Co   za   ponura   mina?   Pokłóciłaś   się   ze   swoim 

chłopakiem? - spytała ją Natasha.

  -   Nie   -   odpowiedziała   Hillary,   nie   wdając   się   w 

wyjaśnienia,   że   Paul   nie   jest   jej   chłopakiem.   -   Będę   na 

zapleczu przy palecie. Zawołaj mnie, jeśli będę potrzebna.

Postanowiła   popracować   najpierw   nad   kopią.   Mając   w 

ręku   wyniki   chromatografii   gazowej,   będzie   w   stanie   z 

grubsza   określić   skład   perfum   „Dominique".   Pomyślała 

jednak,   że   zrobi   na   nim   większe   wrażenie,   jeśli   przygotuje 

kopię, zanim Paul dostarczy jej wydruk z komputera.

background image

Hillary usiadła do swego przyrządu i otworzyła plastikową 

torebkę,   zawierającą   pachnące   liściki,   które   Dominique 

pozostawiła   u   Paula.   Wdychając   zmysłowy   zapach,   Hillary 

zastanawiała się, skąd u pani wiceprezes „Dominique" taka 

determinacja, by zwrócić na siebie uwagę Paula?

„Należymy do siebie - Dominique", przypomniała sobie 

treść listu. Nagle pojęła, że tamta kobieta zainteresowana jest 

nie tylko firmą.

Udała, że niewiele ją to obchodzi. Postanowiła ograniczyć 

ich   znajomość   do   spraw   czysto   zawodowych.   Nie   będą   jej 

więcej przenikać dreszcze na dźwięk jego głębokiego głosu, a 

serce nie będzie wariować przy każdym dotknięciu rąk Paula.

Zdecydowanym   ruchem   podniosła   do   nosa   pachnące 

koperty. Nie dysponując próbką w płynie, nie mogła jednak 

mieć   pewności   co   do   głównej   nuty   -   błyskawicznie 

ulatniającej się pierwszej impresji perfum.

Pracowała   przez   wiele   godzin.   Zużywając   niezliczoną 

ilość   pasków   bibuły   mieszała,   wąchała,   i   znów   mieszała. 

Wciąż   od   nowa   wypracowywała   kolejne   kombinacje 

zapachowe. Perfumy należały do ciężkich, orientalnych.

 - Witaj, Hillary.

background image

Na dźwięk znajomego męskiego głosu Hillary zadrżała od 

stóp do głów. Wzięła głęboki oddech.

 - Witaj, Paul - odpowiedziała uprzejmie. Paul zbliżył się 

do jej stołu.

 - Są już jakieś postępy? - Pochylił się nad nią, sięgnął po 

pasek bibuły i powąchał.

  -   Jesteś   na   dobrym   tropie.   To   powinno   ci   pomóc.   - 

Wręczył   jej   oryginalną   próbkę   perfum   i   długi   wydruk 

komputerowy, zapełniony nierównymi liniami.

Hillary   ledwie   spojrzała   na   wyniki,   koncentrując   cała 

uwagę   na   flakoniku,   który   Dominique   tak   nieopatrznie 

zostawiła. Otworzyła buteleczkę i powąchała.

  -   Wśród   głównych   składników   nie   ma   nic   specjalnie 

zaskakującego - powiedziała. - Jaśmin i róże. Wiedziałam! - 

Koniecznie   chciała   odkryć   podstawową   woń,   która 

przypominała nieco wodę kolońską.

 - Muszę coś sprawdzić - powiedziała, zdejmując fiolkę ze 

stojaka   i   mieszając   jej   zawartość   z   jedną   z   trzech 

sporządzonych wcześniej kombinacji.

 - Co to takiego? - spytał Paul.

background image

  - Dobra, stara woda kolońska. Spirytus gronowy, olejek 

bergamotowy, rozmarynowy i lawendowy. Madame du Barry 

zużywała tego na tony.

 - Tak, wiem - odparł Paul.

Hillary obrzuciła go szybkim spojrzeniem.

 - Czyżby „St. Etienne" jej go dostarczała?

  -   Aż   tacy   starzy   to   nie   jesteśmy.   Teraz   albo   nigdy, 

pomyślała Hillary.

 - Niektórzy uważają, że jesteście - mruknęła, zerkając na 

niego, by zobaczyć, jak zareaguje. Twarz  Paula nie wyrażała 

jednak nic poza lekkim rozbawieniem.

 - A więc - ciągnęła dalej Hillary, nie przestając wąchać i 

mieszać   -   wiesz   już,   jaki   jest   skład   tych   perfum.   Jeśli   ja 

potrafię   je   skopiować,   to   tym   bardziej   potrafi   to   wasz 

człowiek.  Ale   to   jest   i   pozostanie   kopią.   „St.   Etienne"   nie 

powinna kopiować. Powinna przewodzić.

  -   Dom   mody  „St.   Etienne"   wciąż   jest   w   czołówce  - 

zauważył Paul.

 - Był - zareplikowała Hillary.

Paul wstał z krzesła i zaczął nerwowo chodzić. Wreszcie 

stanął i spojrzał na nią.

 - Hillary, jesteś niespokojnym duchem.

background image

 - Spokojni ludzie daleko nie zajdą. Chcę, by „St. Etienne" 

wylansowała moje perfumy. Próbuję cię tylko przekonać, że są 

dokładnie takie, jakich potrzebujecie! A ty wolisz skopiować 

czyjś pomysł.

Hillary   wstrzymała   oddech   w   oczekiwaniu   wybuchu 

gniewu.

 - Mam swoje powody - powiedział Paul i dodał:

 - Czy masz coś przeciwko temu, jeśli powiem, że nie chcę 

ich tu teraz roztrząsać?

 - Nie.

  - Tak też myślałem - oświadczył, siadając z powrotem 

obok Hillary.

  -   Jesteś   mi   winien   kolację   -   powiedziała,   siląc   się   na 

uśmiech.

 - O tym możemy porozmawiać - roześmiał się Paul.

  -  Świetnie,   bo   tym   razem   to   ja   zrobiłam   rezerwację  - 

odparła.

Pozostawiając   Natashę   na   gospodarstwie,   Hillary 

wyciągnęła Paula na ulicę. Szła wolnym krokiem, specjalnie 

zatrzymując się przed błyszczącymi butikami.

  - Popatrz, dzień powszedni, do świąt pozostało jeszcze 

trochę czasu, a mimo to w sklepach jest tłok.

background image

 - Na to wygląda. Skręcili za róg.

  -   W   każdym   razie   w   większości   sklepów   jest   tłok  - 

sprostowała Hillary, zatrzymując się przed sklepem firmowym 

dużego   domu   mody   konkurującego   bezpośrednio   z   „St. 

Etienne". Dwie sprzedawczynie wyraźnie znudzone siedziały 

na   bogato   wyściełanych   krzesłach   w   recepcyjnej   części 

salonu.

 - Doskonale wiem, do czego zmierzasz, mały łobuziaku. 

Tyle że sprzedaż jednej rzeczy tutaj...

 - Paul wskazał głową na okno wystawowe - ...równa się 

sprzedaży kilku gdzie indziej.

Hillary odczuwała całkiem niezrozumiałe zadowolenie z 

faktu, iż nazwał ją „małym łobuziakiem". Dobrze wiedziała, 

że   w   jakimkolwiek   języku   świata   trudno   byłoby   uznać   to 

sformułowanie   za   komplement.   Wzięła   go   pod   rękę   i 

pociągnęła   kilka   sklepów   dalej,   po   czym   skręciła   w 

poprzeczną uliczkę.

  -   Jesteśmy   na   miejscu   -   powiedziała,   wskazując   na 

„Toodle Lou". - Przyjrzyjmy się ich cenom.

Przed   błyszczącymi,   mosiężnymi   drzwiami   ustawiła   się 

kolejka.

 - Czy sklep jest zamknięty? - spytał Paul.

background image

 - Jedynie tymczasowo.

  -   Mają   dziś   specjalną   ofertę   -   rzekła,   podchodząc   do 

drzwi.   Sprzedawczyni   otworzyła   im   i   wpuściła   do   środka, 

wywołując tym gniewny pomruk czekających w kolejce.

  - Rozejrzyj się może trochę, a ja przebiorę się w tym 

czasie w coś bardziej wygodnego - zaproponowała.

Wróciła po chwili, ubrana w zwiewną kreację.

 - Urocza - skomplementował ją oszołomiony nieco Paul.

Hillary   głęboko   wciągnęła   nosem   powietrze.   W 

pomieszczeniu   unosił   się   zapach   „Księżycowych   Cieni". 

Uśmiech Paula świadczył o tym, że i on to zauważył.

 - Perfumy też są urocze - pochwalił.

  - Tylko na kobiecie można poznać ich pełny aromat - 

powiedziała Hillary.

Zanim zdążyła się obejrzeć, Paul przyciągnął ją do siebie. 

Zdziwiona nieco, szybko zdała sobie sprawę z bliskości jego 

ciała.   Przechylając   głowę,   Paul   zajrzał   jej   głęboko   w   oczy. 

Następnie   muskając   policzkiem   jej   usta,   schylił   głowę   i 

chłonąc zapach perfum, delikatnie dotknął ustami jej szyi.

 - Właściwie powinienem powąchać jeszcze w tych mniej 

tradycyjnych   miejscach,   o   których   wspominałaś...   Ale 

zostawmy to może na później.

background image

Hillary czuła, jak krew pulsuje jej w skroniach.

  -   Czy   państwo   są   gotowi?   -   spytała   sprzedawczyni, 

podchodząc do nich.

Hillary,   nieco   oszołomiona,   skinęła   głową,   a   wtedy 

kobieta   rozsunęła   kotarę,   odsłaniając   frontowe   okno 

wystawowe. Było tam wszystko: palmy, piasek, złoty księżyc 

na granatowym tle i nakryty dla dwóch osób stolik.

  -   No   nie   -   roześmiał   się   Paul,   kręcąc   głową   z 

niedowierzaniem.

 - Ależ tak. I zwróć, proszę, uwagę na napis.

  -  „«Księżycowe Cienie» - fantazja zapachowa na każdą 

okazję" - odczytał napis na szybie.

Paul odwrócił się i obdarzył Hillary długim, spojrzeniem, 

zanim odsunął dla niej krzesło. Odetchnęła z ulgą i usiadła.

  -  Czy  miałeś  okazję  przyjrzeć  się  nieco  strojom,  jakie 

sprzedaje się w „Toodle Lou"? Zwłaszcza - ich cenom?

 - Tak, Hillary.

  - I widzisz ten tłum klientów czekających na otwarcie 

sklepu?

 - Trudno ich nie zauważyć.

  - No cóż - westchnęła. - Z tego miejsca będziesz  mógł 

obserwować   ruch   w   sklepie,   jak   również   wiek   klientów 

background image

„Toodle Lou". Tak się składa, że dziś odbywa się sprzedaż 

„Księżycowych Cieni".

Wskazała na stoisko tuż obok głównej kasy i dała znak 

stojącemu dyskretnie z boku kelnerowi. Natychmiast podszedł 

do nich, przynosząc tropikalne drinki.

Nagle ogarnęły ją wątpliwości, czy kolacja w sklepie to 

istotnie   taki   dobry   pomysł.   Nie   zdawała   sobie   sprawy,   jak 

blisko okna znajdą się ludzie czekający przed sklepem i jak 

bardzo będą się na nich gapić. Tymczasem Paul zachowywał 

się zupełnie swobodnie, mimo iż wszyscy im się przyglądali.

 - Czy to prawdziwe jedzenie?

Hillary,   zdumiona,   spojrzała   na   kobietę,   której   głowa 

znajdowała się na wysokości blatu ich stolika.

 - Czy pani je swoją bułkę?

Hillary   otworzyła   usta,   ale   nie   bardzo   wiedziała,   o   co 

chodzi.   Po   chwili   zrozumiała   -   siedzieli   przecież   na 

wystawie...

 - Pozwoli pani...

Paul   wziął   bułkę   ze   swojego   talerza,   by   zaoferować   ją 

popłakującemu maluchowi. Płacz dziecka natychmiast ustał.

 - Dzięki - uśmiechnęła się matka.

background image

  -   Nie   ma   za   co   -   odparł   Paul,   odpowiadając   jej 

uśmiechem.

Z   niezmąconym   spokojem   powrócił   do   jedzenia, 

najwyraźniej bardziej zadowolony niż Hillary, która straciła 

apetyt.   Gdy   kolejna   dłoń   wyciągnęła   się   po   jej   bułkę, 

pomyślała, że ma to, na co sobie zasłużyła.

 - To już chyba ostatnia? - zauważył ktoś.

 - Na to wygląda - odparła, uśmiechając się z wysiłkiem.

  - Czy będzie też degustacja ryb? - pytał dalej ten sam 

mężczyzna,   wskazując   na   stygnącą   na   jej   talerzu   czerwoną 

morską rybę.

Hillary rzuciła Paulowi rozpaczliwe spojrzenie, po czym 

przeniosła wzrok na pytającego.

 - To... to jest z plastiku - wycedziła.

 - To guma - mruknął Paul - ale dobrze przyprawiona.

Miłośnik bułki, nie zważając na Hillary, wyciągnął palec i 

pomacał rybę.

  -  A  niech   to!   Zupełnie   jak   prawdziwa.   Czego   to   dziś 

ludzie nie wymyślą! - Pokiwał głową i poszedł sobie.

 - Hillary, co też opowiadasz? Ryba jest wprawdzie nieco 

przesmażona, ale dlaczego od razu z plastiku? Nie ma powodu 

obrażać kucharza.

background image

Gdzieś tak między rybą a deserem wyprzedano ostatnie 

„Księżycowe   Cienie".   Dopiero   wtedy   Hillary   odprężyła   się 

nieco. Powstrzymała się jednak od pokazania Paulowi pustego 

stoiska.

  -   Chciałbym   dowiedzieć   się   czegoś   więcej   o   tobie, 

Hillary. Dlaczego robisz to wszystko?

Czasami sama by chciała wiedzieć.

  -   Interesuje   cię,   w   jaki   sposób   zostałam   kreatorem 

perfum?   -   spytała,   interpretując   jego   pytanie   w   najbardziej 

dogodny   dla   siebie   sposób.   -   Nauczyłam   się   tego   we 

wspólnocie.

Paul spojrzał na nią z niedowierzaniem.

 - Nie wyglądasz na fanatyczkę religijną.

 - Bo też nią nie jestem. Po prostu poznałam grupę osób, 

które postanowiły zamieszkać na wsi.

 - To do ciebie nie pasuje.

  -   To   był   typowy   młodzieńczy   bunt   -   powiedziała   - 

obliczony na zdenerwowanie moich rodziców. Tam poznałam 

Melody, moją wspólniczkę.

 - Ach, więc to tak. Zastanawiałem się już, skąd się znacie. 

Jesteście tak niepodobne do siebie.

background image

  -   Ona   produkowała   mydła   i   inne   kosmetyki,   które 

sprzedawała wspólnota. Zostałam przydzielona do niej i to ona 

wszystkiego   mnie   nauczyła.   Strasznie   mi   się   podobało 

mieszanie   różnych   emulsji   i   mydeł,   i   dobrze   sobie   z   tym 

radziłam.

 - Ale jednak opuściłaś komunę?

  -  Życie   tam   nie   było   wcale   przyjemne,   a   na   moich 

rodzicach   nie   zrobiło   to   wrażenia,   jakiego   oczekiwałam  - 

roześmiała się Hillary. - Wręcz przeciwnie, powiedzieli mi, iż 

podziwiają mnie za to, że postanowiłam żyć zgodnie z moimi 

przekonaniami. Ja tu siedzę bez prądu, bez bieżącej wody, a 

oni jeszcze mnie zachęcają do takiego życia!

 - Twoi rodzice bardzo mądrze to rozegrali - roześmiał się 

Paul. - I co było dalej?

  -   Syn   Melody   cierpiał   na   ból   ucha,   a   zioła   mu   nie 

pomagały. Chciała zaprowadzić go do lekarza, ale przywódcy 

grupy   nie   zgadzali   się   na   stosowanie   konwencjonalnych 

środków medycznych. Gdy wraz z mężem zdecydowali się nie 

posłuchać,   powiedziano   im,   że   nie   mają   po   co   wracać. 

Wyruszyli wtedy, jak wszyscy w tamtych latach, na wschód od 

Houston, a ja pojechałam z nimi.

 - A później połączyłyście siły i otworzyłyście wasz sklep?

background image

  -   Ten,   w   którym   mieści   się   teraz   „Earth   Scents"  - 

przytaknęła Hillary.

 - A gdzie wyuczyłaś się zawodu?

  - Uwielbiałam eksperymentować z zapachami, tak więc 

na moje dwudzieste pierwsze urodziny rodzina wysłała mnie 

do Francji. Uczyłam się tam w jednym z laboratoriów, a raczej 

pracowałam nad rozwinięciem swojego zmysłu węchu.

  -   Nie   miałem   pojęcia,   że   studiowałaś   we   Francji!  - 

zawołał Paul, najwyraźniej pod wrażeniem tego, co usłyszał.

 - To było tylko kilka tygodni, a nie lat, które powinnam 

była przeznaczyć na studia. Ale nauczyłam się wystarczająco 

dużo, by móc zapamiętywać odcienie zapachów.

 - Nasz kreator perfum prowadzi specjalne notatki na ten 

temat - zauważył Paul.

 - Ja również - przyznała z uśmiechem Hillary.

 - Za każdym razem, gdy poczuję nowy składnik, ogarnia 

mnie prawdziwe podniecenie.

  -   Widzę,   że   twoja   praca   wiele   dla   ciebie   znaczy  - 

powiedział Paul, przyglądając się jej uważnie.

  - Teraz twoja kolej - stwierdziła Hillary, nieco speszona 

jego spojrzeniem. - Jak na Francuza, mówisz bardzo dobrze po 

angielsku.

background image

  - We Francji powiadają, że jak na Amerykanina mówię 

bardzo dobrze po francusku. Moi rodzice rozwiedli się, gdy 

byłem jeszcze mały. Matka jest Amerykanką. Mieszkałem z 

nią i chodziłem do szkoły w Filadelfii.

 - Ale...

  -   Teraz   Francja   jest   moim   domem.   Najwyraźniej   nie 

zamierzał rozwijać tematu. 

  -   Chciałbym   porozmawiać   z   tobą   o   czymś   innym  - 

powiedział, ucinając wszelkie dalsze pytania. - Moglibyśmy 

wrócić do laboratorium?

Serce   Hillary   zabiło   mocno.   Czyżby   wreszcie   chciał 

poważnie porozmawiać z nią o interesach? Widział przecież, 

jak   dobrze   się   sprzedają   „Księżycowe   Cienie"!   Chyba 

rzeczywiście przekonała go o swych umiejętnościach.

  - Muszę się tylko  przebrać  - powiedziała,  starając  się, 

żeby nie usłyszał w jej głosie podniecenia.

W   drodze   powrotnej   do  „Scentsations"   Hillary   nie 

zadawała już Paulowi żadnych pytań. Natychmiast poszedł do 

jej   laboratorium.   Wziął   do   ręki   jedną   z   kopii   perfum 

„Dominique".

background image

  -  Wiesz,   twoje   kopie   są   całkiem   niezłe.  W  niektórych 

przypadkach nawet lepsze od oryginału. Artysta musi uważać, 

gdy kopiuje tak wiele, że nie potrafi stworzyć nic własnego.

 - Ja nie...

Paul niecierpliwie machnął ręką.

 - Nie o tym chciałem z tobą rozmawiać. „Dominique" jest 

dla nas konkurencją. Jak wiesz, minęło już kilka lat, odkąd 

„St. Etienne" wylansowała swoje ostatnie perfumy.

 - Raczej kilka dziesięcioleci - wtrąciła Hillary.

  - Te oto perfumy - kontynuował, nie zrażając się Paul - 

były osobistą własnością domu „St. Etienne"

  -   Próbują   was   ubiec,   co?   To   po   prostu   wypuśćcie   je 

pierwsi na rynek.

 - „Dominique" niedawno... weszła w posiadanie receptury 

- mówił Paul starannie dobierając słowa.

 - W jaki sposób?

 - To nie ma tu nic do rzeczy.

Ton   jego   głosu   wyraźnie   ostrzegał   przed   dalszymi 

pytaniami.

 - Przecież wasz kreator perfum i tak ma odpis receptury.

background image

 - A właśnie, że nie ma! - stwierdził gniewnie Paul. - Tylko 

„Dominique"   ma   recepturę   i   w   każdej   chwili   jest   gotowa 

wypuścić perfumy na rynek.

 - Dlaczego więc tego nie robi?

  -   Zrobi   to,   jeśli   „St.   Etienne"   nie   zgodzi   się   na   fuzję 

przedsiębiorstw.

 - A ty tego nie chcesz - stwierdziła Hillary, przyglądając 

się jego zagniewanej twarzy. - „Dominique" uważana jest za 

firmę z fantazją, nastawioną na młodego klienta. Te perfumy 

są zupełnie nie w ich stylu. W gruncie rzeczy reprezentujecie 

w modzie dwie zupełnie skrajne tendencje. Wy macie markę i 

reputację.   „Dominique"   ma   pieniądze   i   młodzieńczy 

entuzjazm. Przykro mi, ale fuzja wydaje mi się najlepszym 

wyjściem dla obu stron.

 - Nigdy! - warknął Paul i głęboko wciągnął powietrze. - 

Nigdy - powtórzył.

  -   Widzisz   więc,   że   potrzebujesz   moich   perfum.   Są 

gotowe.   „Dominique"   wylansuje   tradycyjny,   klasyczny 

zapach. Ty natomiast młodzieńczy i nowoczesny. Pobij ją jej 

własną bronią!

Twarz Paula złagodniała nieco.

 - Nie mogę.

background image

 - Po prostu nie chcesz - powiedziała rozczarowana.

  -   Hillary,   specjaliści   twierdzą,   że   w   chwili   obecnej 

wypuszczenie przez dom mody nowych perfum na rynek musi 

kosztować   około   czterdziestu   milionów   dolarów.   Suma   ta 

przekracza możliwości „St. Etienne".

Hillary   domyślała   się,   że   niełatwo   było   mu   zapewne 

przyznać się do tego. Wiedziała, że od wielu lat „St. Etienne" 

opiera   się   na   ustnej   reklamie   i   okazjonalnych   dyskretnych 

wzmiankach w magazynach mody. I tak każdy wiedział, czym 

w świecie  haute couture  jest ta firma. Dopiero teraz Hillary 

uświadomiła   sobie,   że   już   od   dawna   nie   widziała   w 

magazynach mody zdjęć kolekcji „St. Etienne".

Prawda była taka, iż firma w stu procentach należała do 

rodziny   St.   Etienne.   Nie   mając   udziałowców,   zarząd   firmy 

robił tylko to, na co miał ochotę. Jeśli nie zamierzali iść z 

duchem czasu, to nikt nie mógł ich do tego zmusić.

Paul przysiadł się bliżej i ujął jej obie dłonie.

 - Masz talent. Ale trzeba go jeszcze nieco oszlifować. Być 

może wtedy zechciałabyś wprowadzić kilka zmian do swoich 

perfum. Nadać im, powiedzmy... bardziej dojrzały zapach?

 - Masz na myśli taki jak perfumy „St. Etienne"? - Hillary 

cofnęła   dłonie.   -   Moje   perfumy   są   wynikiem   wieloletnich 

background image

eksperymentów. Zapewniam cię, że nie stworzyłam ich dziś, 

ot tak, od ręki. - Hillary starannie dobierała teraz słowa, nie 

chcąc   go   zrazić.   -   Myślisz,   że   udałoby   się   nam,   gdybyś 

zechciał zaprezentować mnie rodzinie St. Etienne?

Paul odrzucił do tyłu głowę i wybuchnął śmiechem. Długo 

nie mógł się uspokoić.

  - Och, Hillary. Gdyby twój upór i determinację można 

było sprzedawać, bylibyśmy bogaci.

Hillary zmarszczyła brwi. Ludzie niskiego wzrostu często 

spotykają się z protekcjonalnym traktowaniem. A już młode, 

zielonookie blondynki w ogóle nie są brane poważnie. W głębi 

Hillary drzemała jednak błyskotliwa i energiczna brunetka.

 - Jesteś zła - powiedział Paul, pochylając się do przodu - 

Nie złość się, proszę. Chcę, byś wyświadczyła mi przysługę. - 

Tym razem zabrzmiało to całkiem poważnie.

  -   Jaką?   -   spytała   Hillary,   jeszcze   nie   całkiem 

udobruchana.

Paul na chwilę przymknął oczy.

 - Ta kobieta od „Dominique" znużyła mnie już nieco.

 - Czy ona jest brunetką?

 - Słucham?

 - Nieważne. Mów dalej.

background image

  - Chcę skopiować te perfumy. Muszą być na tyle dobre, 

by oszukać kogoś, kto się na tym nie zna.

 - A dlaczego wasz twórca perfum nie może tego zrobić?

  -   Bo   ty   już   się   tym   zajęłaś   i   ty   dysponujesz   analizą 

chemiczną

Uśmiechnął się.

 - A poza tym myślę, że lubisz takie wyzwania.

  - Po co ci kopia, jeśli masz próbkę? Paul zawahał się 

przez chwilę.

 - Chcę zamówić w „Scentsations" perfumy; te konkretne 

perfumy. Czy musisz znać powody, dla których to czynię?

 - W porządku. Zaraz przygotuję kosztorys. Ile?

  -   Jej   twarz   była   teraz   bez   wyrazu,   a   ton   głosu   czysto 

służbowy. Sięgnęła po ołówek i przygotowała formularz.

Paul wyciągnął rękę i wyjął jej ołówek z dłoni.

 - Nie złość się na mnie.

 - Nie widzę powodu, by się na ciebie złościć.

 - No to uśmiechnij się - poprosił, szczerząc zęby. Nie była 

małą dziewczynką. Nie była naiwną, głupią Amerykanką. Nie 

uśmiechnie   się.   I   natychmiast   jej   twarz   rozjaśniła   się   w 

uśmiechu. 

background image

  - Widzisz, jestem nieco zakłopotany - powiedział. - Ta 

kobieta jest taka...

 - Męcząca i uparta - uzupełniła Hillary.

 - I powoduje, że jestem...

 - Sfrustrowany.

 - Tak bardzo, że chcę...

  - Wysłać jej cały galon tego świństwa, we wspaniałej, 

lekko cieknącej butelce?

 - Dokładnie!

Uśmiechnęli   się   do   siebie   szelmowsko   z   pełnym 

zrozumieniem.

 - Mogę to załatwić. Będzie wesoło.

 - Świetnie - powiedział Paul odsuwając krzesło.

 - Wiem, że nie mogę wymagać idealnej kopii. Postaraj się 

to jednak zrobić, powiedzmy, w tydzień, dobrze?

Hillary skinęła głową.

  -   Ja   tymczasem   złożę   wizytę   w   pozostałych 

północnoamerykańskich butikach „St. Etienne". Postaraj się o 

jakąś imponującą butelkę.

To, że zgodziłam się skopiować dla niego te perfumy, nie 

oznacza wcale, że zrezygnowałam ze sprzedania mu swoich 

własnych, pomyślała Hillary.

background image

A co będzie potem? Czy go jeszcze kiedyś zobaczy?

Paul zdążył już wstać i Hillary wiedziała, że jeśli szybko 

czegoś   nie   powie,   to   następnym   słowem,   jakie  od   niego 

usłyszy,   będzie   „do   widzenia".   A   ona   jeszcze   nie   chciała 

mówić mu „do widzenia". Potrzebowała więcej czasu, by go 

przekonać, że napływ świeżej krwi może tylko pomóc „St. 

Etienne". Wzięła ze stołu próbkę z perfumami „Dominique".

  -   One   zawierają   cybet,   wydzielinę   gruczołów   cybety, 

takiego   etiopskiego   kota.   Żeby   zwiększyć   ilość   wydzieliny, 

pobudza się gruczoły zwierzęcia, a to jest bolesne. Dlatego ja 

nie stosuję cybetu.

Wyraz   twarzy   Paula   sugerował,   że   myślami   był   już 

daleko.

 - Domyślam się, że nie nosisz również futer. Przynajmniej 

starał się dać wiarę, że w grę wchodzą jej przekonania, a nie 

fakt, iż po prostu nie stać jej na futro.

 - Nie, nie noszę. - Odparła, po czym dodała przekornie: - 

Poza tym w Houston sezon na futra trwa mniej więcej trzy dni 

w roku.

Paul   spojrzał   na   nią   i   lekko   się   uśmiechnął.   Chyba 

domyślił się  już,  że gada tyle,  by tylko  zatrzymać go  przy 

sobie.

background image

  -  Nie  będzie   ci  przeszkadzało,   jeśli   siądę  sobie  tutaj   i 

popatrzę na to, co robisz? - zapytał.

 - Siadaj, proszę.

  - Jestem pewien,  że istnieją jakieś esencje syntetyczne, 

utrwalające zapach, które mogą zastąpić cybet.

 - Oczywiście, ale uprzedzam cię, że nie będzie to całkiem 

to samo - powiedziała Hillary, zabierając się do pracy. - W 

jakich   miastach   znajdują   się   butiki   z   wyrobami   firmy   „St. 

Etienne"?

  - Poczekaj, zastanowię się. W Montrealu, Palm Beach, 

Scottsdale i Miami. Tam mamy najwięcej klientów.

Hillary   powstrzymała   się   od   komentarza.   Z   wyjątkiem 

Montrealu,   większość   mieszkańców   tych   miast   stanowili 

ludzie w wieku emerytalnym.

 - Większe sklepy mamy też w Hongkongu i Abu Dhabi.

 - Nieźle.

Paul wzruszył ramionami.

  -   Saudyjczycy   kochają   się   w   zdobnych   brokatach,   z 

których szyjemy nasze suknie wieczorowe.

Tak jak pokochaliby ciężkie perfumy, pomyślała Hillary. 

Głośno jednak powiedziała:

background image

  -   Sądziłam,   że   tamtejsze   kobiety   muszą   nosić   czarne 

worki.

  - Noszą nasze kreacje pod tradycyjną szatą - stwierdził 

sucho Paul.

 - A jak z samopoczuciem waszych projektantów?

 - Są dobrze opłacani.

Z tonu jego wypowiedzi wywnioskowała, że lepiej będzie 

zmienić temat. Podała mu pasek bibuły.

  -   To   dopiero   przymiarka,   ale   co   o   tym   sądzisz?   Paul 

powąchał.

  -   Jest   już   esencja   zapachu,   ale   brakuje   jakby   samej 

kwintesencji. Tak mi się wydaje. Masz szczególne zdolności.

 - Po prostu nieźle sobie radzę z zapachami.

 - Myślałaś kiedyś o dalszym kształceniu?

  -  Tak   -   odparła   wolno.   -   Gdybym   tylko   wiedziała,   że 

pomoże mi to w karierze.

 - Powinnaś ubiegać się o możliwość odbycia praktyki w 

jednym   z   dużych   domów   mody.   Wówczas   znalazłabyś 

wszędzie pracę.

 - Ja już mam pracę.

 - Miałem na myśli pracę kreatora perfum. Na przykład w 

jednym z dużych laboratoriów wytwarzających perfumy.

background image

 - Ale ja już jestem kretorem perfum! - Zirytowana rzuciła 

bibułki  na  stół.  -  Dlaczego  miałabym  pracować  dla kogoś? 

Znakomita   większość   twórców   perfum   pracuje   w 

laboratoriach   chemicznych.   Ale   moim   celem  w  życiu 

bynajmniej nie jest stworzenie jakiegoś kolejnego sosnowego 

zapachu. Ja kocham perfumy. Wszystko, co dotyczy perfum. 

Nie   tylko   sam   zapach.  To   jedna  wielka   wspaniała  fantazja, 

którą się tworzy i utrwala.

 - Pomyśl więc o możliwościach, jakie otworzą się przed 

tobą, gdy będziesz pracować dla kogoś z Wielkich.

 - Wiem! Dlatego też staram się uczynić wielkim ten dom, 

„Scentsations".   Któregoś   dnia,   być   może,   będę   w   stanie 

konkurować z „St. Etienne" - dodała zadziornie.

  - Tak - odparł Paul spokojnie - któregoś dnia być może 

będziesz.   Ale   na   razie   zrób   to,   o   co   cię   prosiłem:   dobrą 

imitację, zgoda? Odezwę się za kilka dni...

Wstał i przyglądał się jej przez chwilę, która wydawała się 

wiecznością.

 - Au revoir, Hillary - powiedział wreszcie, odwrócił się i 

wyszedł.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

Tęskniła   za   nim,   choć   tłumaczyła   sobie,   że   zna   go   za 

krótko, żeby za nim tęsknić. Być może tęskniła nie tyle za nim 

samym, tylko za tym, w jaki sposób pozwolił jej poczuć się 

ponętną i kobiecą.

Hillary chciała jak najszybciej skończyć pracę nad kopią 

perfum   „Dominique".   Postanowiła   zacząć   od   tańszych 

składników,   a   dopiero   później   zabrać   się   za   cenne   olejki 

eteryczne.

  -   Hillary?   -   Melody   wniosła   właśnie   duży   karton   do 

laboratorium. - Zerknij na te butelki.

  -   Co   tam   masz?   -   spytała   Hillary   i   spojrzała   na 

przyjaciółkę. Jęknęła z dezaprobatą.

Dzisiaj   przypadała   na   Melody   kolej   w   „Scentsations". 

Miała na sobie cienką czarną spódnicę i biała bluzkę z długimi 

rękawami,   co,   jak   na   nią,   było   szczytem   elegancji.   Długie 

włosy,   upięte   na   karku   w   luźny   węzeł,   rozsypywały   się 

niesfornie na ramiona. Obrazu dopełniały pantofle na płaskim 

obcasie   i   brak   jakiegokolwiek   makijażu.   Tak   samo   nie 

pasowała   do   „Scentsations",   jak   Hillary   nie   pasowała   do 

„Earth Scents".

background image

  -   To   jest   największa   butelka,   jaką   mam   -   stwierdziła 

Melody, wyciągając z kartonu kwadratowy flakon, podobny 

nieco do klasycznie pięknego opakowania „Chanel N°5".

Hillary pokręciła głową.

 - Nie, potrzebuję czegoś większego. O, czegoś takiego jak 

to! - powiedziała Hillary, wskazując na stojące blisko drzwi 

naczynie.

  -   Hillary,   ależ   w   tym   jest   woda   mineralna   z   Ozark 

Springs!

  - Potrzebuję czegoś mniej więcej tej wielkości. Melody 

przyjrzała się uważniej niebieskawemu, grubemu naczyniu.

 - Nie ma do tego porządnej zakrętki. Musiałybyśmy same 

coś wymyślić, a i tak pewnie by przeciekało.

Hillary uśmiechnęła się szelmowsko.

 - Jaka szkoda...

Melody niewiele z tego rozumiała.

 - Cóż, Natasha mogłaby to trochę podszykować. Przybrać 

na przykład koralikami i cekinami...

Hillary   jęknęła,   wyobrażając   sobie   dwudziestolitrowy 

dzban z wodą mineralną przybrany koralikami.

 - Może poeksperymentujmy najpierw z jakimś naczyniem 

kilkulitrowym - zaproponowała.

background image

  -   Sok   jabłkowy!   -   zawołała   natychmiast   Melody.   - 

Możemy kupić sok jabłkowy i wykorzystać butelkę.

  -   Nie   -   powiedziała   Hillary,   niezbyt   zachwycona   tym 

pomysłem.

  -   Jaka   szkoda,  że   jakiś   artysta   szklarz   nie   może 

wydmuchać ci tej butelki. Miałabyś wtedy dokładnie to, czego 

chcesz.

  -  A  nie   znasz   przypadkiem   kogoś   takiego?   -   spytała 

Hillary niecierpliwie.

  -   Poznałam   jednego   na   Renaissance   Festival.   Mieszka 

tam w pobliżu.

 - Melody! - zawołała Hillary. - Jesteś wspaniała!

  - Prawdę mówiąc, dzwoniłam już do niego. Powiedział, 

że   gdyby   zrobił   taką   butelkę,   jaką   chcesz,   szyjka   byłaby 

niezwykle   krucha.   Zatyczkę   należałoby   umieszczać   bardzo 

ostrożnie, inaczej pęknie.

 - Pęknie? - spytała Hillary, nie ukrywając zadowolenia.

 - Mhm. Tak więc to nie wchodzi w rachubę.

 - Wręcz przeciwnie. To świetny pomysł - odparła Hillary, 

podnosząc słuchawkę telefonu. - Jaki jest jego numer?

 - Co chcesz zrobić? - spytała Melody podejrzliwie.

background image

  -   Pamiętasz,   co   zrobiła   Józefina,   gdy   Napoleon   ją 

porzucił?

  -   Nie   mam   pojęcia   -   mruknęła   Melody,   grzebiąc   w 

wizytówkach.

  -   Skropiła   apartament   cesarski   piżmem,   a   to   jeden   z 

najbardziej   trwałych   zapachów.   Napoleon   wręcz   go 

nienawidził.

  -   Naprawdę?   -   zawołała   zaniepokojona   nie   na   żarty 

Melody.

Hillary wzięła od niej pogniecioną wizytówkę.

  -   Dzięki   cudom   współczesnej   chemii   w   tej   butelce 

znajdzie się dużo piżma.

Nie mogła się doczekać powrotu Paula.

Artysta szklarz dostarczył piękny flakon z mlecznobiałą 

zatyczką w kształcie róży. Hillary posłużyła się tym znakiem 

„St. Etienne" z premedytacją. Oczami wyobraźni widziała już 

tę   kobietę   od   „Dominique",   jak   zirytowana   wbija   korek   w 

butelkę, krusząc delikatne szkło. Biała róża pozostanie jako 

niemy,   kpiący   świadek   jej   panicznej   ucieczki   przed 

wszechogarniającym zapachem rozlanych perfum.

Ilekroć Hillary pracowała nad próbką, przypominała sobie 

pokój   hotelowy   Paula.   Ogarniała   ją   wtedy   złość.   Perfumy 

background image

„Dominique"   miały   wszelkie   szanse,   by   zdobyć   opinię 

klasycznych.   Bukiet   zapachowy   był   wprawdzie   nieco 

staroświecki,   ale   na   pewno   przypadnie   do   gustu 

dotychczasowej   klienteli   „St.   Etienne".   Tej,   której   wciąż 

podobają   się   bogato   zdobione,   niemodne   już   dziś   stroje. 

Czyżby „Dominique" próbowała pozyskać sobie miłośników 

„St. Etienne"?

Myśl ta podziałała na nią przygnębiająco. Może powinna 

spotkać się z kimś od „St. Etienne", kto nie byłby tak uparcie 

przeciwny wejściu w lata dziewięćdziesiąte.

Hillary   tak   wiele   myślała   o   Paulu,   że   nie   zdziwiła   się 

nawet, gdy któregoś dnia wreszcie zadzwonił.

 - No i jak tam z naszą wspaniałą kopią? - spytał pogodnie.

  -   Lada   chwila   zacznę   dodawać   kosztowne   olejki   - 

odpowiedziała,   trochę   rozczarowana,   że   interesują   go 

perfumy, a nie ona sama.

  -   Wygląda   na   to,   że   będziesz   miała   kilka   dni   ekstra. 

Utknąłem w śniegu.

 - Gdzie? W Palm Beach czy w Miami? Paul roześmiał się.

  - Hillary, co ty sobie o mnie myślisz? Jestem znów w 

Montrealu   i   walczę   z   niespodziewanie   wczesnym   atakiem 

zimy. Rozkłady lotów są w zupełnej rozsypce.

background image

  -   Mam   nadzieję,   że   dobrze   się   bawisz.   Ja   tymczasem 

ciężko   pracuję   przygotowując   się   do   Świąt   Bożego 

Narodzenia.

  - Nie martw się. Zabawimy się po moim powrocie do 

Houston.

Hillary   pomyślała,   że   powinna   wreszcie   położyć   temu 

kres, i to natychmiast. Z Paulem świetnie się flirtowało, tylko 

że gdy flirtował, nie myślał o jej perfumach. Dopóki jest jakaś 

nadzieja, że uda jej się sprzedać je „St. Etienne", nie ma mowy 

o żadnym flircie.

  - Nic z tego. Wiesz, my, detaliści, nie mamy czasu na 

rozrywki podczas szaleństwa zakupów.

 - To najlepszy czas na zabawę. Wybierz coś...

 - Paul...

 - Albo ja to zrobię. Cześć!

Nie wyglądało na to, by Paul chciał serio potraktować jej 

perfumy. Chyba znalazła się ponownie w punkcie wyjścia.

Nic   to!   Miała   na   razie   dość   pracy   nad   perfumami 

„Dominique".   Udała   się   na   front   sklepu,   usiadła   za   ladą 

zastanawiając   się,   czy   zdjąć   żakiet,   czy   przygasić   nieco 

światło.   Nadmiar   ciepła,   jakie   wytwarzało   oświetlenie,   był 

background image

ceną,   jaką   musiała   płacić,   by   móc   odpowiednio 

wyeksponować swe kryształowe butelki i flakony.

  -   No,   nareszcie   zdecydowała   się   wejść   do   środka   - 

powiedziała Natasha wskazując na drzwi.

Do   sklepu   wchodziła   właśnie   elegancko   ubrana, 

ciemnowłosa   kobieta.   Hillary   z   powrotem   zapięła   guziki 

żakietu.

 - Była tu już i zaglądała do środka przynajmniej trzy razy 

- szepnęła Natasha.

Hillary   postanowiła   nie   ruszać   się   zza   kontuaru. 

Wiedziała, że nie wolno narzucać się klientowi.

Zaskoczona   zauważyła   jednak,   iż   klientka   zignorowała 

wystawione   w   witrynach   perfumy   i   skierowała   swe   kroki 

bezpośrednio do niej.

  - Z pewnością to pani jest właścicielką - stwierdziła z 

olśniewającym uśmiechem.

Hillary   przytaknęła,   odsłaniając   rząd   równie 

śnieżnobiałych zębów.

 - Tak, jestem Hillary Simpson.

  - Caroline Waite - przedstawiła się kobieta, wyciągając 

dłoń. - Wiedziałam, że to musi być pani.

background image

W   ustach   każdej   innej   osoby   zabrzmiałoby   to 

pretensjonalnie. Ale widać wysokim, szczupłym, nienagannie 

ubranym brunetkom wiele rzeczy uchodzi na sucho.

 - W czym mogę pani pomóc? - spytała Hillary.

 - Wydaje mi się, że jest coś, w czym mogłybyśmy sobie 

pomóc nawzajem - stwierdziła kobieta.

Hillary   błyskawicznie   przebiegła   w   pamięci   wszystkie 

znane jej nazwiska. Caroline Waite. Nikogo takiego nie znała.

 - Co pani ma na myśli?

Caroline zmrużyła oczy.

  -   Czy   Paul   nie   wspominał   pani   o   mnie?   Nigdy   nie 

rozmawiał z nią o żadnej Caroline.

  -   Nie,   nie   wspominał   -   musiała   przyznać   z   lekko 

przepraszającym uśmiechem.

W oczach Caroline dostrzegła zaskoczenie i coś jakby na 

kształt ulgi.

  -  A  niech   to...   Być   może   nie   powinnam...   -   Caroline 

przygryzła   dolną   wargę   i   dotknęła   wymanikiurowanymi 

dłońmi   ramienia   Hillary.   -   Proszę,   niech   pani   nikomu   nie 

wspomina,   że   tutaj   byłam.   Nie   wiedziałam,   że   Paul...   ach, 

czuję   się   taka   zakłopotana.   -   Roześmiała   się   z   pewnym 

background image

wysiłkiem. - A może po prostu przyjmiemy, że wstąpiłam tu 

po perfumy?

 - Czemu nie? Skąd mam zresztą wiedzieć, czy naprawdę 

tak nie jest? - zgodziła się Hillary, nie chcąc niepotrzebnie 

zrażać nikogo do siebie.

 - Ach, dziękuję. - Caroline uśmiechnęła się promiennie.

 - Skąd pani zna Paula? - spytała Hillary, starając się, by w 

głosie jej nie zabrzmiała podejrzliwość... lub zazdrość.

 - My... my pracujemy razem. - Caroline spuściła głowę i 

przyjrzała   się   bliżej   wystawionym   pod   szkłem   kopiom 

perfum.

Ta kobieta i Paul pracowali razem? Na myśl o tym Hillary 

rozbolały zęby. Tym bardziej że Paul ani słowem o niej nie 

wspomniał.

  -   Czy   sprzedaje   pani   tylko   kopie?   -   spytała   Caroline, 

sięgając po jedną z próbek.

 - Nie, mam również kilka własnych perfum.

Po   krótkim   wahaniu   sięgnęła   pod   ladę,   wyciągając 

stamtąd dwie fiolki ze swym cennym skarbem.

  -   Oto   dwa   z   naszych   własnych   zapachów.   „Słoneczne 

Skry" i „Księżycowe Cienie". Komponujemy również zapachy 

na życzenie klienta.

background image

Tak   jak   oczekiwała,   Caroline   odłożyła   próbkę,   którą 

trzymała w dłoni, by zapoznać się z perfumami Hillary.

Caroline była ubrana niezwykle szykownie. To, co miała 

na   sobie,   świadczyło   o   wyrafinowanym   smaku.   Hillary 

mogłaby przysiąc, że nie była to żadna z kreacji „St. Etienne". 

Spódniczka odsłaniała kolana, a „St. Etienne" nigdy by sobie 

na to nie pozwoliła.

Caroline zatknęła z powrotem maleńkie koreczki.

 - Są urocze - powiedziała, chowając próbki do kieszeni.

 - Dziękuję.

Hillary   nie   mogła   oprzeć   się   myśli,   że   Carolina   jest 

dokładnie takim typem kobiety, o jakie powinna zabiegać „St. 

Etienne". Może ona zdoła przekonać Paula, by kupił perfumy 

Hillary, jeśli jej się spodobają.

  -  „Komponowanie   perfum   na   życzenie   klienta"   - 

odczytała Caroline z dyskretnie umieszczonego cennika. - Czy 

wie   pani,   że   jeszcze   nigdy   nie   miałam   perfum 

przygotowanych specjalnie dla mnie?

 - A więc trafiła pani we właściwe miejsce - uśmiechnęła 

się Hillary.

background image

Umierała z ciekawości, by dowiedzieć się, jaką pozycję 

zajmuje Caroline w „St. Etienne". Nie wiedziała tylko, jak się 

do tego zabrać.

 - Kto przygotowuje dla pani perfumy?

 - Sama to robię.

  -   Oczywiście.   Powinnam   była   się   domyślić,   że   pani 

lansuje własne perfumy. Będę zaszczycona, jeśli zechce pani 

stworzyć perfumy i dla mnie.

Hillary pomyślała, iż Caroline za wszelką cenę stara się 

ukryć   powód,   dla   którego   się   tu   znalazła.   Być   może   Paul 

wspomniał   o   niej,   a   Caroline   ma   ją  ocenić?   Może  to   jakiś 

kolejny sprawdzian? Postanowiła, że tak to potraktuje.

  -   Zobaczmy,   jak   spodobają   się   pani   te   mikstury  - 

powiedziała. Podeszła do wystawionej w witrynie okna małej 

palety zapachowej.

  -   Najpierw   zaprezentuję   pani   kilka   akordów 

zapachowych.

 - Co to takiego?

  -   To   mieszanka   kilku   poszczególnych   zapachów, 

stanowiących   podstawę   wszystkich   perfum.   Zobaczmy,   co 

pani najbardziej odpowiada - powiedziała Hillary, zanurzając 

cienką bibułkę w fiolce z zapachem cytrusowym.

background image

Caroline odrzuciła go, podobnie jak i kwiatowy. Hillary 

zastanawiała się, czy robi to szczerze.

  -   Czy   nie   mogłabym   zapoznać   się   z   poszczególnymi 

zapachami?   -   spytała   Caroline   lekko   zniecierpliwionym 

tonem.

 - Są ich dziesiątki tysięcy - odpowiedziała Hillary.

  -   Przygotowując   pani   perfumy   będę   używała 

oryginalnych   surowców   -   powiedziała,   wręczając   Caroline 

próbkę z grupy pochodzenia zwierzęcego.

 - Mhm. Pachnie seksownie - skomentowała Caroline.

Hillary podsunęła jej próbkę z chypre'em.

 - Wspaniałe - westchnęła Caroline przymykając oczy.

 - To delikatny, ciepły i słodki zapach. Podobny do „Miss 

Dior".   Proszę   teraz   spróbować   tego   -   powiedziała   Hillary 

podając następną bibułkę.

 - Znam to. Czuję drzewo sandałowe. Ale nie przepadam 

za tym.

  - To grupa zapachów orientalnych. Wywodzą się z tego 

„Youth   Dew",   „Shalimar",   „Opium",   „Tabu"  -   wyjaśniała 

nieco zaskoczona Hillary. - Dziwię się, że nie odpowiada pani 

ten zapach, skoro podobał się pani chypre.

 - Nie podoba mi się i już! - warknęła Caroline.

background image

Hillary była tak zdumiona, że musiało to się odbić na jej 

twarzy. Spokojniejszym tonem Caroline spytała:

 - Nie ma pani czegoś lżejszego?

  - Jedną z próbek, które pani zatrzymała, są „Słoneczne 

Skry". To lekkie perfumy - zauważyła Hillary mimochodem, 

wręczając   Caroline   bibułkę   z   kompozycją   z   grupy 

„zielonych".

  - Sosna - skonstatowała Caroline. - Ładne, ale nie chcę 

pachnieć jak odświeżacz powietrza.

Hillary   podała   Caroline   ostatnią   próbkę,   w   myślach 

przygotowując już dla niej nowoczesne, eklektyczne perfumy. 

Entuzjastyczna reakcja Caroline po powąchaniu aldehydowej 

kompozycji bynajmniej jej nie zaskoczyła.

  -   Podoba   mi   się   ich   ostrość   -   powiedziała   Caroline, 

aprobująco   kiwając   głową.   -  Zwracają  na  siebie  uwagę,  po 

czym jak gdyby się wycofują.

  -   Niczym  „Chanel   N°5"   -   odparła   Hillary,   oddzielając 

mieszanki, które podobały się Caroline, od pozostałych. - To 

niezwykła   kombinacja.   Widzę,   że   chce   pani   perfum,   które 

wpierw nokautują, a potem stają się łagodne.

Caroline spojrzała na Hillary, udając zaskoczenie.

background image

  -   Dokładnie   tak!   To   pasuje   do   mojej   osobowości. 

Ciekawe, czy ktoś już badał zależność między osobowością a 

upodobaniami zapachowymi?

 - Z całą pewnością - zauważyła Hillary, zastanawiając się, 

do czego Caroline naprawdę zmierza.

  -   Czy   miała   pani   zamiar   uczestniczyć   z   Paulem   w 

seminarium? - spytała.

 - Nie tym razem.

Hillary z trudem siliła się na spokój. Liczyła, że Caroline 

zdradzi coś na temat swojej i Paula pozycji w „St. Etienne". 

Zamiast tego Caroline zaproponowała:

 - Niech mi pani opowie o seminarium.

O   niczym   innym   Hillary   nie   marzyła.   Natychmiast   z 

entuzjazmem   zaczęła   informować   ją   o   swoich   planach, 

upiększając je w miarę opowiadania. Nie odstraszał jej nawet 

fakt, iż Paul okazał mierne zainteresowanie i byłby zdziwiony, 

słysząc   o   jej   pomysłach.   Byłoby   dobrze,   gdyby   Paul   wziął 

udział   w   seminarium,   ale   nawet   bez   jego   uczestnictwa   nie 

zrezygnuje  ze  swoich  projektów.  Gdyby  tylko  udało  jej  się 

zrobić wrażenie na Caroline, to może wstawiłaby się za nią u 

Paula.

background image

  -   Z   pewnością   pani   wie,   że   Paul   zainteresował   się 

seminarium - zwierzyła się, zadowolona, widząc zdziwienie 

na twarzy drugiej kobiety.

 - Ach, ten Paul - zaśmiała się perliście Caroline.

 - To na pewno jeden z jego kolejnych kaprysów.

 - Zmierzyła Hillary spojrzeniem od góry do dołu. Hillary 

bardzo się nie podobało, że ktoś nazywa ją kaprysem. 

 - Poczyniliśmy już pewne plany.

I znów ten śmiech.

 - Doprawdy?

  - Tak. - Tym razem Hillary odpowiedziała tym samym 

tonem.

 - Co za pomysł! - Caroline pokręciła głową.

 - Hillary, przysługa za przysługę. Proszę nie spodziewać 

się jakiejkolwiek pomocy finansowej ze strony „St. Etienne".

 - Dlaczego?

Caroline z uwagą studiowała swoje paznokcie.

  - Bo Paul sam na gwałt potrzebuje gotówki. Hillary nie 

potrafiła ukryć zdumienia.

  -   Ależ   on   ma   zamiar   ufundować   stypendium   dla 

perfumerzysty!   Podczas   seminarium   rozpisany   zostanie 

background image

konkurs,   którego   zwycięzca   wyjedzie   na   praktykę   do   „St. 

Etienne".

Tym razem w głosie Caroline zabrzmiało politowanie.

  - Nie wiem, co Paul pani naopowiadał, ale zapewniam 

panią,   że   poparcie   moralne   to   wszystko,   na   co   może   pani 

liczyć. Bardzo mi przykro.

Hillary ogarnęła fala  goryczy.  Dlaczego  Paul obiecywał 

coś,   czego   nie   mógł   dotrzymać?   Albo...   Straszna   myśl 

przyszła jej do głowy. A może Caroline jest przełożoną Paula?

  -  Ale   on   przyrzekł,   że,   być   może,   wylansuje   perfumy, 

które zdobędą pierwsze miejsce.

Caroline   spojrzała   na   wystawione   za   plecami   Hillary 

flakony.

  - Co za piękny chwyt reklamowy - szepnęła do siebie. 

Trudno było uwierzyć w szczerość tego zachwytu.

  -   Proszę   zauważyć,   że   powiedział   „być   może"   - 

stwierdziła   Caroline.   -   „St.   Etienne"   jest   przedsiębiorstwem 

rodzinnym. Są z tego niezwykle dumni i - jak dotąd - nikt z 

zewnątrz nie zaszedł w firmie zbyt wysoko.

 - Pani jednak również jest outsiderem, jeśli się nie mylę?

Caroline dumnie odchyliła głowę.

 - Zapewniam panią, że to się niedługo zmieni.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

  -   Okłamał   mnie!   -   wybuchnęła   Hillary   wkraczając   do 

„Earth Scents".

Melody   obrzuciła   wspólniczkę   krótkim   spojrzeniem   i 

wręczyła jej wiklinowy koszyk z koronkowymi saszetkami.

  -   Są   napełnione   marchewnikiem,   miętą,   wrzosem   i 

trybulą; wszystko na podniesienie ducha. Wygląda na to, że 

możesz   tego   potrzebować.   Pomożesz   mi   zawiązywać 

tasiemki?

Hillary westchnęła ciężko i usiadła z rezygnacją.

 - Dlaczego Paul mnie okłamał?

  -  A  zrobił   to?   -   spytała   spokojnie   Melody.   -   W   jaki 

sposób?

  -   Wygląda   na   to,   że   „St.   Etienne"   jest   praktycznie 

bankrutem.   Nie   stać   ich   nawet   na   stypendium. 

Najprawdopodobniej nie stać ich nawet na bilet powrotny do 

Francji dla Paula!

Odkurzając butelki po soku jabłkowym, Melody zdawała 

się zastanawiać nad tym, co właśnie usłyszała.

Hillary zauważyła butelki i skrzywiła się z niesmakiem. 

Zaczęła żałować swej impulsywnej wizyty w „Earth Scents". 

background image

Musiała   jednak   po   prostu   z   kimś   porozmawiać,   by   się 

rozładować.

Polubiła Paula. Spotkania z nim dawały jej nowe impulsy 

do   pracy   i   ożywiały   ją.   Wizyta   Caroline   wszystko   jednak 

zepsuła.   Uprzejmość   Paula   była   najwyraźniej   zimną 

kalkulacją.

 - Co się stało? Wystawił czek bez pokrycia?

 - Dobre pytanie. Nawet go o to nie poprosiłam - przyznała 

Hillary. - Wydawało mi się, że będzie niezręcznie prosić go o 

czek, skoro firma ma butiki w najdroższych miejscach świata.

  -   To   ty   zawsze   naskakujesz   na   mnie,   gdy   pozwalam 

niektórym moim klientom płacić później - stwierdziła Melody.

 - To zupełnie co innego.

Jak   można   było   porównywać   eleganckiego   Paula   St. 

Steven,   co   najmniej   wiceprezesa   domu   mody,   z 

przychodzącymi   do   Melody   zwykłymi,   najczęściej 

spłukanymi studentami.

 - Nic nie stoi na przeszkodzie, byś podniosła słuchawkę i 

sprawdziła, czy „St. Etienne" faktycznie ma swoje butiki w 

wymienionych przez Paula miejscach.

Melody wykrzywiła usta w półuśmiechu.

 - Co, oczywiście, już zrobiłaś.

background image

 - Zrobiłam - przyznała Hillary. - „St. Etienne" faktycznie 

miała butiki. Niezwykle zresztą ekskluzywne, co tak naprawdę 

oznacza malutkie i milutkie.

  -   To   dlaczego   jego   słowo   nagle   przestało   się   liczyć? 

Hillary zawahała się, po czym opowiedziała Melody o wizycie 

Caroline. Wiedziała, że Melody była dyskretna.

  -  Więc   ty   bardziej   wierzysz   tej   kobiecie   niż   Paulowi? 

Czym właściwie zajmuje się ona w „St. Etienne"?

Hillary westchnęła, wiążąc kolejną kokardę.

 - Nie udało mi się tego dowiedzieć.

 - Czyli tak naprawdę to nic nie wiesz?

 - Na to wygląda - odparła Hillary.

 - A jaki to pracownik odkrywa sekrety swej firmy przed 

kimś   zupełnie   obcym?   A   jeśli   Paul   naprawdę   rozważa 

możliwość kupienia twoich perfum?

 - W takim razie cieszę się, że w porę dowiedziałam się o 

jego kłopotach finansowych!

  -   Może   i   masz   rację   -   westchnęła   Melody.   –   Nie  jest 

bynajmniej tajemnicą, że „St. Etienne" ma lepszą reputację niż 

majątek   -   ciągnęła   dalej   -   ale   skoro   przedsiębiorstwo 

całkowicie należy do rodziny, powodem takiej kondycji raczej 

background image

nie są przepisy państwowe, ale sytuacja na giełdzie. Hillary 

nie wierzyła własnym uszom.

  -   Ciężko   jest   też   uzyskać   prawidłowe   dane   na   temat 

zysków,   gdyż   firmy   prywatne   nie   mają   obowiązku 

publicznego   składania   zeznań   na   temat   swych   dochodów   - 

kontynuowała Melody.

Hillary dopiero po chwili odzyskała głos.

  - Skąd ty  to wszystko wiesz? -  udało jej się  wreszcie 

wykrztusić.

Melody spojrzała na nią ze zdziwieniem.

 - Ben mi powiedział.

 - Twój mąż? Ben śledzi wydarzenia na giełdzie? Melody 

przytaknęła.

 - Korzysta w tym celu ze swego komputera.

 - Ben ma komputer?

  - Tak - potwierdziła Melody zniecierpliwiona, tak jakby 

oczekiwała, że Hillary o tym wie. - Parę dni temu zadałam mu 

kilka   pytań   na   temat   „St.   Etienne".   Powiedział,   że   nie   są 

podłączeni do komputerowego systemu danych, a poza tym 

ich siedzibą jest Francja.

Hillary wciąż jeszcze myślała o komputerze.

 - Jeśli masz komputer...

background image

 - To komputer Bena.

Hillary pominęła uwagę machnięciem dłoni.

  - Dlaczego wobec tego nie prowadzisz księgowości na 

komputerze?

 - Ponieważ ty się tym zajmujesz.

 - Dlaczego mi nie powiedziałaś, że masz komputer?

 - A czy to takie ważne? - zareagowała Melody ze złością, 

a ona rzadko kiedy traciła opanowanie.

Hillary z trudem skrywała poirytowanie.

 - Mogę nauczyć Bena, jak prowadzić księgowość sklepu - 

wyjaśniła. - Księgowanie zabiera mi wiele czasu.

Melody odpowiedziała już spokojniej:

 - To dlatego, że ty zawsze utrudniasz sobie pracę. Hillary 

przypomniała   sobie   godziny   spędzone   nad  zeznaniami 

podatkowymi.

 - Co sądzisz na temat zmiany wystawy? - spytała Melody 

całkiem pogodnie. - Zamiast grupować towar według rodzaju, 

zaczęłam   go   grupować   według   zapachu.   Chwyciło.   Ludzie 

zaczęli więcej kupować.

 - Naprawdę? Ile więcej? Melody zawahała się.

  -   Nie   wiem.   Po   prostu   więcej.   -  Wiesz,   cyfry   zawsze 

doprowadzały mnie do pasji - powiedziała przepraszająco.

background image

 - A więc nie myśl o nich - powiedziała rzeczowo Hillary. - 

To moja sprawa.

  - A jeśli wyjdzie ci interes z Paulem? Nie możemy być 

stale na twoim utrzymaniu.

 - Nigdy was nie opuszczę.

Melody odstawiła na miejsce koszyk z mydłami i wolno 

pokręciła głową.

 - Nie jesteś nam nic winna, Hillary.

 - Owszem, jestem. Tyle się od was nauczyłam. To dzięki 

wam jestem tym, kim jestem.

  - A gdyby nie ty, nigdy nie byłoby nas stać na robienie 

tego, co kochamy robić.

Hillary popatrzyła na pełną słodyczy twarz przyjaciółki i 

wspólniczki.   Przez   wszystkie   te   lata   Melody   była   dla   niej 

wielką   podporą.   Jeśli   ich   drogi   kiedyś   się   rozejdą,   jak   ci 

przemili ludzie będą w stanie sami się utrzymać?

  - Masz przecież swoje własne marzenia - kontynuowała 

Melody z zadziwiającym uporem. - A jeśli Paul może pomóc 

ci je zrealizować, to my nie chcemy ci w tym przeszkadzać.

Jak ona sama.

Hillary   westchnęła.   Melody   nie   byłaby   sobą,   gdyby   się 

zmieniła, a Hillary tak naprawdę wcale tego nie pragnęła. W 

background image

przeciwieństwie do niej, Melody była zadowolona z tego, co 

miała. Hillary natomiast żądna była zmian. Cieszyły ją nowe 

wyzwania. Chciała się rozwijać.

Niestety,   przez   te   ostatnie   dziewięć   lat,   odkąd   założyły 

interes, podatki, prąd, gaz, woda, kredyty, znacznie podrożały. 

Hillary znów westchnęła. Może powinna jednak porozmawiać 

z Benem. Byłby gotów intensywniej zająć się księgowością.

Hillary   zaparkowała   samochód,   po   czym   na   piechotę 

przeszła na deptak handlowy. Chciała wejść do „Scentsations" 

głównym   wejściem,   tak   jak   klienci.   Chciała   sprawdzić,   jak 

prezentuje się jej sklep na tle innych.

Zerknęła przez szybę do środka i zamarła.

Tuż obok małej palety zapachowej stał za ladą Paul St. 

Steven   i   prezentował   próbki   jej   perfum   dwóm   mocno 

wymalowanym   kobietom   o   srebrzystoniebieskich   włosach. 

Musiała   przyznać,   że   w   otoczeniu   delikatnych,   kobiecych 

cacuszek Paul prezentował się niezwykle męsko.

Radość, jaką odczuła na jego widok, złagodziła nieco jej 

złość. Bądź co bądź faktycznie uwierzyła w słowa zupełnie 

obcej kobiety, nie wysłuchawszy wpierw jego wersji.

background image

Paul schylił głowę szukając czegoś, po czym pojawił się z 

jej   książką   zamówień   w   ręku.   Czyżby   miał   zamiar   przyjąć 

zamówienie? Hillary pospiesznie weszła do sklepu.

 - Cześć! - powitał ją radośnie Paul. - Cieszę się, że jesteś. 

- Czy to wyobraźnia płatała jej figla, czy też słowa te kryły 

jakiś głębszy sens?

 - Szanowne panie, oto właścicielka, Hillary Simpson.

Kobiety   po   prostu   zignorowały   ją.   Z   kamienną   twarzą 

Hillary zajęła miejsce za kontuarem.

 - Zdaje się, że zdecydowała się pani już na ten flakon, a 

teraz   chce   pani   dobrać   do   niego   perfumy?   Jakiego   rodzaju 

zapach szczególnie pani odpowiada? - spytała Hillary.

 - A co pan by doradził? - zwróciła się klientka do Paula, 

chichocząc.

  -   Mam   swoje   ulubione   zapachy   -   odpowiedział   Paul. 

Pochylił   się   do   przodu   i   przyciszonym   głosem   dodał:   - 

Zapachy kojarzą mi się z kobietami, które ich używają.

Obie klientki patrzyły na niego jak urzeczone.

  - Te, na przykład - powiedział Paul, otwierając fiolkę, z 

której   natychmiast   dobył   się   intensywny   zapach   gardenii   - 

przypominają mi moją matkę.

Jedna z kobiet żartobliwie poklepała go po ręku.

background image

 - No, no, niegrzeczny z pana chłopak.

Hillary   ze   zdumieniem   stwierdziła,   że   Paul   flirtuje   z 

klientkami!

 - Proszę, oto słodki, kwiatowy zapach, który powinien się 

paniom spodobać - oznajmiła zdecydowanym tonem Hillary, 

ale klientki podążyły już za Paulem na drugi koniec kontuaru, 

gdzie wystawione były znakomite kopie równie znakomitych' 

perfum.

Choć   wiedziała,   że   to   idiotyczne,   była   wściekła,   gdy 

wkrótce potem, za namową Paula, klientki zdecydowały się na 

perfumy, które ona wcześniej proponowała. Bądź co bądź to 

jej sklep! Czyżby Paul nie rozumiał, jak ona czuje się w tej 

sytuacji?

 - Zechce pani to zanotować, panno Simpson? - powiedział 

Paul,   najwyraźniej   dobrze   się   bawiąc.   Klientki,   w 

przeciwieństwie do Hillary, też były w świetnych humorach.

  - Chciałyśmy jeszcze wypróbować tamte - powiedziała 

jedna z klientek, wskazując „Słoneczne Skry".

Hillary uśmiechnęła się w duchu. Sprawiedliwości stało 

się wreszcie zadość.

Nie   tracąc   ani   chwili,   Paul   podciągnął   do   góry   rękaw 

marynarki,   odpiął   platynową   spinkę   i   podwinął   rękaw. 

background image

Spryskał   perfumami   nadgarstek   i   ruszając   lekko   ręką 

odczekał,   by   alkohol   wyparował.   Następnie   podstawił 

klientkom dłoń do powąchania.

Zachichotały, marszcząc nosy:

 - Ach, nie. To nam się zupełnie nie podoba. Trudno, żeby 

się podobało, pomyślała Hillary.

„Słoneczne Skry" to damskie perfumy i na męskiej ręce 

nie mogą się właściwie zaprezentować.

Niedługo   potem   Paul   zręcznie   zapakował   wszystkie 

sprawunki   i   pożegnał   obie   kobiety   wesołym   „zapraszamy 

ponownie".

Ciszę, jaka zapadła, pierwsza przerwała Hillary:

  - Zapomniałeś dodać: „Życzę miłego dnia". W kącikach 

ust Paula pojawił się uśmieszek.

 - Może się mylę, ale zdaje się, że jesteś na mnie zła?

 - Jeszcze nie wiem. Gdzie jest Natasha?

 - Ktoś tam urządza wyprzedaż.

 - A ona tak po prostu wyszła?

Tego było już za wiele, nawet jeśli chodzi o Natashę.

 - Powiedziała, że po południu nie macie wielkiego ruchu. 

Obiecałem,   że   mogę   popilnować   sklepu,   jeśli   chce   zrobić 

background image

zakupy - powiedział Paul wzruszając ramionami i uśmiechnął 

się.

Hillary zmarszczyła brwi. Wszystko wskazywało na to, że 

Paul   St.   Steven   nie   traktuje   poważnie   ani   jej,   ani 

„Scentsations".

 - Wiem - zauważył Paul - złościsz się na mnie, ponieważ 

klientki   nie   potraktowały   cię   jak   na   właścicielkę   sklepu 

przystało. A co miały zrobić, zasalutować?

  - Przestań odzywać się do mnie takim protekcjonalnym 

tonem - odpowiedziała Hillary.

 - Nigdy bym sobie na to nie pozwolił.

 - Ale pozwalasz sobie na mieszanie się w sprawy mojego 

sklepu.

Tym razem w jego głosie nie było ani krzty humoru.

 - Przesadzasz, nic takiego się nie stało. Nie pierwszy raz 

występuję jako sprzedawca.

 - Nie o to chodzi. Natasha jest moim pracownikiem, a ty 

nie jesteś.

Po   jego   minie   poznała,   że   wcale   nie   chciałby   być   jej 

pracownikiem.

 - Nie zwolnisz jej chyba z tego powodu?

 - Nie twój interes.

background image

Hillary niemal usłyszała, jak zazgrzytał zębami.

 - Nie musisz karać jej tylko dlatego, że jesteś zła na mnie.

  -  A  gdybym   to   ja   weszła   do   jednego   z   butików   „St. 

Etienne" i powiedziała sprzedawcom, że mogą sobie zrobić 

przerwę, to jak byś zareagował? - spytała Hillary zimno.

Z zadowoleniem zauważyła, że się zarumienił.

  -   Nie   mam   zamiaru   zwalniać   Natashy.   Jest   świetną 

sprzedawczynią. Ludzie chętnie u niej kupują. Ale ponieważ 

jest młoda, popełnia błędy. Takie jak dzisiaj.

  - Czy skończyłaś już? - spytał Paul spokojnym tonem, 

który jednak wskazywał, że chyba nieco przeholowała.

W tej samej chwili do sklepu wpadła jak burza Natasha.

  -   Zobaczcie,   co   kupiłam   w   „Toodle   Lou"!   -   zawołała, 

prezentując im purpurowy zamszowy żakiet.

Z podziwem spoglądała na swój łup i dopiero po chwili 

zdała sobie sprawę z milczenia Hillary.

 - Och - zwróciła się do Paula. - Mówiłeś, że Hillary nie 

będzie miała nic przeciwko temu.

 - Myliłem się.

  - No cóż, ona nigdy długo się nie gniewa - powiedziała 

Natasha.

background image

 - Skoro Natasha już wróciła, mogę przedstawić ci wyniki 

swojej pracy - stwierdziła Hillary oficjalnym tonem.

Paul wyciągnął rękę i delikatnie dotknął Hillary.

 - Przepraszam, nie miałem racji - powiedział

 - Wiem, że chciałeś jak najlepiej.

 - Zgadza się.

Hillary rozchmurzyła się nieco:

  - To nie tylko twoja wina. To Natasha sprzedała ci ten 

pomysł, a sprzedawać to ona potrafi!

  -  Nie  wiem,   czy   powinienem   czuć   się  z  tego   powodu 

lepiej, czy nie - mruknął Paul.

  - Te perfumy sprawią, że od razu poczujesz się lepiej. 

Hillary miała nadzieję, że i jej samej poprawią humor. A także 

przypomną jej i Paulowi, iż łączą ich sprawy zawodowe.

  - Masz tu cztery wersje perfum  „Dominique". Tę tutaj - 

powiedziała wskazując jedną z fiolek - uważam za najlepszą, 

ale   nie   byłam   w   stanie   idealnie   ich   skopiować.   Nawet 

dysponując chromatogramem. Musisz więc sam zadecydować, 

które wybierzesz.

Hillary   wyszła   z   pokoju,   tak   by   Paul   mógł   w   spokoju 

zapoznać się z wynikami jej pracy. W gruncie rzeczy była z 

nich bardzo dumna. Tylko znawca mógłby odróżnić kopię od 

background image

oryginału.   Ludzie   kupują   kopie,   ponieważ   są   tańsze   od 

oryginałów.   Ale   tańsze   olejki   pachną   nieco   inaczej.   Tym 

razem   nie   oszczędzała   więc   na   cennych   olejkach 

zapachowych.

Perfumy te powinny otrzymać eleganckie i wyróżniające 

się opakowanie oraz flakon, który byłby dziełem samym w 

sobie. Jeśli dodać do tego koszty marketingu, reklamy i opłaty 

licencyjne, łatwo się domyślić, że klient zapłaci co najmniej 

dwieście dolarów za uncję. Prawie połowa z tego to czysty 

zysk.

Hillary   westchnęła,   marząc   w   duchu,   by   mogła   być   u 

„Dominique"   członkiem   zespołu   lansującego   te   perfumy. 

Ciekawe, czy nadali im już jakąś nazwę?

Paul stanął w drzwiach, trzymając w dłoni jedną z fiolek.

 - Nie opisałaś tych tutaj.

  - Nie ma takiej potrzeby. To te wybrałeś? - spytała. - Ja 

też   uważam,   że   te   są   najlepsze.   Nie   mają   wprawdzie   tak 

trwałego zapachu, jak bym chciała, ale poprawię to, dodając 

mocniejsze koncentraty olejków.

 - Jak ty to robisz? I to tak szybko?

  -   Jak   kopiuję   perfumy?   -   Hillary   uśmiechnęła   się   w 

sposób wskazujący na to, że nie po raz pierwszy odpowiada na 

background image

to pytanie. - To tak jak z dyrygowaniem orkiestrą. Zaczynasz 

od melodii. Nie jest obojętne, czy grasz ją na rogu, czy na 

trąbce.   Każdy   instrument   wnosi   do   melodii   swój   własny 

rezonans. Podobnie jest z perfumami. Mogę odtworzyć zapach 

na wiele sposobów. Sztuką jest znalezienie właściwego, tego, 

którym   posłużył   się   twórca   perfum.   Naturalny   czy 

syntetyczny? A może trochę jednego i drugiego?

Hillary prześlizgnęła się w wąskim przejściu obok Paula i 

wzięła do ręki oryginalne perfumy „Dominique".

  -   Tutaj   musiano   użyć   dość   starej   receptury.   Wielu   ze 

składników   rzadko   się   już   dziś   używa   lub   zastępuje   ich 

chemicznymi odpowiednikami. Tu natomiast prawie nie ma 

syntetyków.

  -   Zostały   opracowane   przed   drugą   wojną   światową. 

Hilary wyczuła napięcie w jego głosie i zmieniła temat.

 - Pozwól, że pokażę ci flakon. - Wymyśliłam go wspólnie 

z artystą szklarzem. To oryginalna butelka, choć perfumy będą 

tylko kopią.

Zauważyła,   że   uwagę   Paula   natychmiast   przykuło 

zamknięcie   w   postaci   białej   róży,   znaku   firmowego   „St. 

Etienne".

background image

  -   Przepiękna!   -   powiedział   zwracając   się   do   Hillary.   - 

Nawet my nie mamy tak pięknych flakonów. A powinniśmy.

Hillary zadrżała na samą myśl o tym.

 - Może lepiej nie. Szyjka butelki jest bardzo słaba i gdyby 

ktoś   za   mocno   wcisnął   korek,   prawdopodobnie   pęknie.   - 

Mówiąc to przyglądała się Paulowi, ciekawa, jak zareaguje. - 

Pozostałaby tylko kupa szkła i szklana róża.

Z   chwilą,   gdy   Paul   pojął   znaczenie   jej   ostrzeżenia, 

szelmowski uśmiech zagościł na jego twarzy.

 - Jesteś świetna, Hillary - powiedział z błyskiem w oku. - 

Jesteś wręcz rozkoszna. Dobrze by nam się razem pracowało.

 - Cały czas ci to mówię. Jedno twoje słowo, a „Słoneczne 

Skry"   i   „Księżycowe   Cienie"   staną   się   najnowszymi 

perfumami „St. Etienne" - powiedziała Hillary i wstrzymała 

oddech.

Paul pokręcił głową.

 - Nie, Hillary, nie twoje perfumy.

 - Czyżbyś więc oferował mi pracę? - spytała żartobliwie, 

kryjąc rozczarowanie.

Paul przyjrzał jej się bacznie.

 - A chciałabyś? Moglibyśmy zrezygnować z seminarium, 

a ty odbyłabyś praktykę w „St. Etienne".

background image

Hillary nie wiedziała, co odpowiedzieć.

  -   Ja...   ja   nie   potrafiłabym   chyba   zrezygnować   z 

„Scentsations".

 - Ale... „St. Etienne"... - zaczął Paul.

Taak, „St. Etienne" - pomyślała Hillary. Według Caroline, 

firma   znajdowała   się   na   równi   pochyłej.   Nawet   Melody 

przyznawała,   że   jest   to   całkiem   możliwe.   Powiedzmy,   że 

przyjęłaby tę pracę. Ciekawe, ile byliby w stanie jej zapłacić?

  -   Mój   sklep   zapewnia   mi   całkiem   niezłe   utrzymanie  - 

napomknęła mimochodem.

  - Sama wiesz,  że w życiu liczą się nie tylko pieniądze. 

Kryształowa reputacja jest cenniejsza od złota. - Paul zaśmiał 

się cicho z tej gry słów, nie przypuszczając, że nieświadomie 

potwierdził podejrzenia Hillary.

 - Z czegoś jednak trzeba żyć.

Paul popatrzył na nią lekko zdziwiony.

 - Przecież dojrzałaś do podjęcia nowego wyzwania. Czuję 

to. Chcesz wreszcie wyrobić sobie nazwisko.

 - Tak - zgodziła się Hillary. - Tylko czy ktokolwiek w „St. 

Etienne" wziąłby to pod uwagę? Czy też oczekiwano by ode 

mnie, że będę kopiować wasz styl?

background image

  -   Kreatorzy   perfum   z   całego   świata   ubiegają   się   o 

możliwość pracy w laboratoriach „St. Etienne" - zaprotestował 

Paul z dumą w głosie.

Hillary odstawiła zamykany białą różą flakon.

 - Czy kiedykolwiek wylansowaliście już perfumy jednego 

z   nich,   czy   wyłącznie   te,   które   opracował   wasz   nadworny 

kreator perfum?

 - „St. Etienne" stawia wysokie wymagania - obruszył się 

Paul.

  -   Tak   wysokie,  że   jak   dotychczas,   mógł   im   sprostać 

jedynie słynny Maurice St. Etienne.

Paul z trudem powstrzymywał swój gniew.

  - Być może... być może nie powinniśmy jednak razem 

pracować.   To   nie   był   najlepszy   pomysł   -   dodał   już   nieco 

łagodniejszym tonem.

Co za egotyzm! - pomyślała Hillary. On naprawdę chyba 

uważał,   że  robi  jej   ogromną  przysługę,   proponując  pracę  u 

siebie i rzucenie dobrze prosperującego interesu.

 - A ja uważam, że dobrze by nam się pracowało. Tyle że 

może nie w „St. Etienne". Dziś po południu byłeś świetnym 

sprzedawcą, a „Scentsations" będzie potrzebowało pomocy w 

okresie Świąt. Jeśli tylko chcesz, masz tę robotę.

background image

Paul uniósł gniewnie głowę.

  -  Świadomie   mnie   obraziłaś!   Wystarczyło   tylko 

powiedzieć, że nie chcesz pracować dla „St. Etienne".

 - Obraziłam cię nie bardziej niż ty mnie - podniesionym 

głosem   odpaliła   Hillary.   -   Bądź   co   bądź   jestem 

współwłaścicielką własnej firmy!

 - Podobnie jak ja!

Zabrzmiało   to   tak,   jakby   był   więcej   niż   wiceprezesem. 

Hillary ściszyła głos.

 - Co masz na myśli?

 - Moje prawdziwe nazwisko brzmi St. Etienne.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

Hillary   zaniemówiła.   Otworzyła   usta,   żeby   coś 

powiedzieć, ale zmieniła zdanie. Aż za dobrze zdawała sobie 

sprawę, że musi przypominać Paulowi rybę łapiącą powietrze. 

Paul   wzruszył   przepraszająco   ramionami,   uśmiechając   się 

łobuzersko.

 - Wiesz, większość ludzi kojarzy moje nazwisko.

  -  Ale   mówiłeś   przecież,   że   nazywasz   się   Paul   St...   - 

Hillary odzyskała głos, ale znów się zacięła.

 - St. Steven. Tak, wiem.

Westchnął,   podprowadził   Hillary   do   stołu,   przy   którym 

pracowała, i odsunął krzesło. Pomógł jej usiąść.

  -   Kiedy   byłem   chłopcem   i   mieszkałem   w   Stanach 

Zjednoczonych,   używałem   angielskiej   wersji   mojego 

nazwiska.

  - Wiem,  że Steven to po francusku Etienne. Po prostu 

myślałam,   że   gdybyś   był   członkiem   rodziny,   używałbyś 

nazwiska   Etienne.   Nic   dziwnego,   że   uważasz   mnie   za 

trzpiotkę.

Paul roześmiał się.

 - Uważam, że jesteś urocza i pełna życia.

background image

A także bezgranicznie naiwna i prowincjonalna, dodała w 

duchu Hillary.

 - Trzeba było mi powiedzieć!

  - A jak byś zareagowała, dowiedziawszy się, że jestem 

wnukiem Maurice'a St. Etienne?

Hillary   znowu   odebrało   mowę.   Nagle   jęknęła   i   ukryła 

twarz w dłoniach.

  - Moje seminarium! - wykrztusiła zduszonym głosem. - 

Mogłam   mieć   wnuka   Maurice'a   St.   Etienne  na   swoim 

seminarium, a ja je odwołałam! Nie mogę w to uwierzyć... 

Przecież seminarium mogło... - urwała.

 - Hillary?

Poczuła jego ciepłą dłoń na ramieniu.

  - Dobrze. Już w porządku. Nie widziałeś jeszcze nigdy 

kogoś, kto użalałby się nad sobą tak jak ja?

  -   W   każdym   razie   nie   z   takim   przejęciem.   Podniosła 

głowę i zobaczyła uśmiechniętą twarz Paula.

 - Obiecuję, że przyjadę na twoje seminarium.

 - Będę cię trzymać za słowo - oświadczyła Hilary.

 - Przebaczyłaś mi więc?

background image

 - Nie mam ci co wybaczać. To ja byłam głupia. - Jęknęła 

znowu.   -   Nie   mogę   uwierzyć,   że   rzeczywiście 

zaproponowałam ci pracę!

  -   Może   będzie   mi   potrzebna.   „Dominique",   pomyślała 

Hillary. Czyżby chcieli go wyrolować?

 - Chodzi o fuzję? Paul skinął głową.

  -   Widzisz...   nie   podoba   mi   się   sposób,   w   jaki 

„Dominique" prowadzi interesy. - Uśmiechnął się do siebie. - I 

raczej nie kryłem się ze swoimi poglądami.

Hillary spytała niepewnie:

 - Poczta pantoflowa niesie, że „St. Etienne" ma kłopoty. 

Czy to prawda?

 - Przesada.

 - Czyżby?

 - No, może trochę.

  -   Myślałam,   że   jesteśmy...   -   zawahała   się   na   moment, 

szukając   odpowiedniego   określenia   -   ...że   jesteśmy 

przyjaciółmi. Chcę, byś opowiedział mi o „St. Etienne".

Paul spojrzał na nią z uśmiechem.

  -   Zazwyczaj,   gdy   kobieta   pyta   mnie   o  „St.   Etienne", 

interesują ją kreacje, projekty, stosunki panujące  w barwnym 

świecie   mody.   Ty   natomiast   chcesz   wiedzieć   wszystko   na 

background image

temat zarządzania wielką korporacją, podejmowania decyzji 

handlowych. Członków mojej własnej rodziny interesuje tylko 

ich   kwartalne   uposażenie.   Nie   są   jednak   na   tyle 

zainteresowani   firma,   by   reinwestować   te   pieniądze   w 

przedsiębiorstwo.

  -   A   co   sądzi   twój   dziadek   na   temat   tego   braku 

zainteresowania firmą ze strony rodziny?

 - Nie wie o tym, i mam zamiar dopilnować, by nigdy się 

nie dowiedział.

Hillary nie podobało się, że spoglądał na nią jak na małe 

dziecko.

 - Mam dwadzieścia dziewięć lat - powiedziała nagle.

 - Dlaczego mi to mówisz?

  -   Wiem,   jestem   niska   i   młodo   wyglądam.   Natura 

poskąpiła   mi   wprawdzie   wzrostu,   ale   nie   jestem   już 

dzieckiem.

 - Przyjmij jeszcze raz moje przeprosiny - powiedział Paul 

skruszony.

Hillary rozparła się wygodnie w krześle i przyjrzała mu 

uważnie.

 - Meksykańskie jedzenie - powiedziała nagle.

 - Dużo taniego meksykańskiego jedzenia.

background image

  - Czy rozmawiamy może o kolacji? - spytał zaskoczony 

Paul.

Hillary roześmiała się i ściągnęła go ze stołka.

 - Gdy jestem w kiepskim nastroju, objadam się czekoladą 

albo meksykańskim jedzeniem. Wyglądasz na takiego, który 

woli jedzenie u Meksykanina.

  - Ale ty mówiłaś coś o tanim jedzeniu. Hillary skinęła 

głową.

 - Dużo taniego jedzenia.

 - Hillary... - urwał, jakby brakowało mu słów.

 - Ja bynajmniej jeszcze nie zbankrutowałem.

  -   No   i   dobrze.   Poczekaj,   aż   otrzymasz   rachunek   za 

perfumy. - No, chodź już. Spodoba ci się.

 - Ale nie będziemy znowu jedli w oknie wystawowym? - 

spytał, gdy znaleźli się w barze.

  - Nie. I gwarantuję ci, że nie znajdzie nas tu również 

Dominique.   Pamiętaj   tylko,   że   masz   stale   potakiwać,   a 

naładują ci pełny talerz - pouczyła Paula.

 - A jeśli nie będę chciał pełnego talerza? - Paul nie bardzo 

dowierzał dziewczynie.

  - Podczas pierwszej wizyty nie wymigasz się od tego - 

poinformowała Hillary, ustawiając się w kolejce do bufetu.

background image

  -  Chili   relleno?  -   spytał   kelner,   podczas   gdy   Hillary 

śmiejąc   się   wręczała   Paulowi   plastikową   tacę   i   owinięte 

serwetą sztućce.

 - Co takiego?

Paul   pochylił   się,   by   lepiej   przyjrzeć   się   zawartości 

patelni.

  -   To   smażona,   nadziewana   serem   papryka   -   wyjaśniła 

Hillary.

 - Relleno? - powtórzył niecierpliwie kelner.

 - Powiedz, że tak, Paul. Spójrz, jaka kolejka utworzyła się 

za nami.

Paul uśmiechnął się i skinął głową.

 - Proszę po prostu nałożyć nam wszystkiego po trochu - 

powiedziała   Hillary,   po   czym   tylko   przyglądali   się,   jak   ich 

talerze fruwają z rąk do rąk, zapełniając się pieczoną fasolą, 

ryżem,   sosem   z   homara,   czterema   rodzajami   pikantnych 

naleśników, plackami...

Paul popatrzył nieufnie na swoją tacę.

 - Czy jadłaś to już kiedyś?

  - Tak i wyszło mi to tylko na zdrowie - odpowiedziała 

pogodnie.

Paul okazał się wielkim entuzjastą meksykańskiej kuchni.

background image

 - Nawet ja nigdy dotąd nie zjadłam tu sześciu sopaipillas 

na raz - powiedziała Hillary z podziwem.

Paul   oblizał   miód   z   palców   i   zapalił   stojącą   na   stole 

lampkę w kształcie sombrera. Był to sygnał dla uśmiechniętej 

kelnerki, iż powinna ponownie napełnić plastikowy koszyczek 

gorącymi ciasteczkami. Hillary pokręciła głową i roześmiała 

się.

 - Będziesz tego jeszcze żałował.

  - Będę się o to martwił jutro - odparł Paul. nalewając 

miód   we   wgłębienie   ciastka.   -   O   czym   mam   teraz   zacząć 

śpiewać w ramach rewanżu?

 - Nie byłeś dotąd zbyt rozmowny. Paul zachichotał.

  -   Już   wcześniej   chodziło   mi   po   głowie,   by   się   tobie 

zwierzyć.   Może   to   zresztą   jeszcze   zrobię.   Nasza...   nasza 

przyjaźń rozwinęła się dość szybko. Ja... nie mam zbyt wiele 

czasu dla przyjaciół...

 - Dla przyjaciół czy przyjaciółek?

 - Wiele kobiet zaliczam do swoich przyjaciół - powiedział 

Paul, unosząc lekko brwi. - Czyżby zazdrosna? - zaśmiał się.

 - Przyjaciele nie czynią sobie takich uwag

 - Jeszcze nie zdecydowałem się, czy chcę, byś była tylko 

moim przyjacielem, czy też kimś więcej.

background image

 - Daj spokój, Paul. Mamy lata dziewięćdziesiąte. Można 

być i jednym, i drugim.

Paul   uśmiechnął   się   tylko.   Dopiero   wtedy   dotarło   do 

Hillary,   co   powiedziała.   Za   wszelką   cenę   starała   się   nie 

zarumienić.   Paul   wyciągnął   rękę   przez   stół,   ujął   jej   dłoń   i 

złożył na niej delikatny pocałunek.

Hillary wiedziała, że to tylko gra, ale w żaden sposób nie 

potrafiła przekonać o tym swego serca, które nagle zaczęło bić 

jak oszalałe. Gdyby ona i Paul stali się dla siebie więcej niż 

przyjaciółmi, co stałoby się po jego powrocie do Francji? Nie. 

Nie ma mowy. Musiałaby chyba postradać zmysły.

 - Nie nabierzesz mnie. Wiem, że zapchałeś się ciastkami.

Paul popatrzył na nią z rozgoryczeniem.

  - Wypełniają tylko miejsce po moim skurczonym  ego.  - 

Puścił   jej   rękę.   -   Powrócimy   do   tego   kiedy   indziej.  A  tak 

całkiem na serio, to uważam, że kobiety powinny przyjaźnić 

się ze swoimi kochankami, ale nie powinny być kochankami 

swoich   przyjaciół.   Oboje   powinni   też   unikać   robienia 

wspólnych interesów.

 - A więc żadnych figli, jeśli będziemy z sobą pracować? - 

spytała   żartobliwie,   zarazem   zafascynowana   i   onieśmielona 

jego wywodami na temat wzajemnych stosunków.

background image

 - Dla ciebie skłonny jestem zrobić wyjątek.

Ale Hillary wiedziała, że nic takiego nie zrobi. Miał na 

myśli tylko to, że nie będą ze sobą współpracowali.

  -   Szkoda,  że   nie   poznałem   cię   dawniej   -   oświadczył 

impulsywnie.

 - Nie byłam tym, kim jestem dzisiaj.

 - A ja byłem - powiedział zamyślony.

 - Nie jesteś aż taki stary.

 - Mam trzydzieści osiem lat. - Pokręcił głową. - Nikt poza 

mną   w   rodzinie,   z   wyjątkiem   dziadka,   nie   miał   zdolności, 

wykształcenia ani chęci do tej pracy. „St. Etienne" należy do 

rodziny   i   zawsze   zapewniała   jej   utrzymanie.   Ale   rodzina 

powoli   rozrastała   się   i   w   końcu   stała   się,   przykro   o   tym 

mówić, zachłanna. Potrafią tylko brać, nie dając nic w zamian. 

A   wydatki   wciąż   rosną.   Musimy   przeprowadzić   potężne 

zmiany w zarządzaniu.

 - Dlaczego więc tego nie robisz?

 - Ze względu na dziadka. To by go zabiło.

  - Więc  pozwoliłby umrzeć jednemu z  najsłynniejszych 

domów   mody,   nie   wyrażając   zgody   na   pójście   z   duchem 

czasu?

background image

 - On nie wie, że firma kona! - powiedział Paul z bólem w 

głosie. - I nigdy nie powinien się dowiedzieć.

Czyżby dziadek Paula nie miał naprawdę pojęcia o tym, 

co   dzieje   się   z   jego   firmą?   Hillary   nie   znała  wprawdzie 

Maurice'a St. Etienne, ale była więcej niż pewna, że na pewno 

coś podejrzewa. Paul nie pozwolił jej dokończyć.

  -   W   gruncie   rzeczy   musieliśmy   się   już   nieco 

przystosować.   W   miarę   starzenia   się   naszej   stałej   klienteli 

zaczęliśmy projektować więcej kreacji wieczorowych i mocno 

drapowanych   sukni,   by   ukryć...  -   mówiąc   to   gestykulował 

rękami, starając się wyrazić to, czego nie chciał powiedzieć 

mało pochlebnymi słowami.

Hillary nie była aż tak taktowna.

 - Masz na myśli sflaczałe mięśnie i obwisłe biusty. Paul 

jęknął i spojrzał na nią ponuro.

  -   Tak.   Zaczęliśmy   też   szyć   z   cięższych   materiałów   z 

myślą o marznących starszych ludziach. Projektujemy również 

tkaniny dla domu. Choć niechętnie się do tego przyznajemy, 

wiele  narzut   i  zasłon   wzięło   swój  początek   w  pracowniach 

„St. Etienne".

  -   A   więc   potraficie   się   jednak   przestawić.   Paul 

potwierdził.

background image

  -   Mógłbyś   wreszcie   zacząć   ubiegać   się   o   młodszą 

klientelę. Dzisiejsza młodzież sięgnie po wasze kreacje może 

za jakieś dwadzieścia lat.

 - Tak, wiem o tym - odparł Paul.

 - Mam jeszcze kilka pytań - powiedziała Hillary.

 - Pytań? Powiedziałem ci już i tak więcej niż... - urwał i 

po chwili wolno dodał - niż komukolwiek innemu.

 - To dlatego że nie nawykłeś do obcowania z bezczelnymi 

Amerykankami.

 - Hillary, jestem tylko pół - Francuzem.

 - A która to połowa?

 - Ze strony ojca.

  - Zgadza się. Mówiłeś przecież, że mieszkałeś z matką. 

Ile miałeś lat, gdy zmarł twój ojciec?

 - On wcale nie umarł.

 - To dlaczego to nie on kieruje waszą firmą? Paul spojrzał 

na nią i westchnął.

 - Subtelność nie jest, zdaje się, twoją mocną stroną?

 - To tylko strata czasu.

  - A więc dobrze. Moi rodzice pobrali się, mimo że obie 

rodziny były temu przeciwne, w bardzo młodym wieku. Po 

prostu byłem już w drodze. Nie upłynęły nawet dwa lata i 

background image

rozstali się. Gdy urodziłem się, matka miała siedemnaście, a 

ojciec   dziewiętnaście   lat.   Dziś   jest...   staroświeckim 

playboyem.   Dba   tylko   o   własne   przyjemności.   Rzadko   go 

widuję.

  - To właściwie twój dziadek jest bardziej twoim ojcem, 

prawda? - spytała Hillary otwierając drzwi samochodu.

 - Nie tak trudno było to zgadnąć - uśmiechnął się Paul. - 

Tak, moja matka wręcz zmuszała mnie, bym każde wakacje 

spędzał z ludźmi ojca, jak to nazywała. Nienawidziłem tych 

wizyt.

  -   W   rezultacie   jednak   mieszkasz   we   Francji.   Paul 

usadowił   się   na   fotelu   samochodu   tak,   że  mógł   patrzeć   na 

Hillary.

  -   Mówię   ci   to   wszystko   po   to,   byś   lepiej   rozumiała, 

dlaczego podejmuję w interesach takie, a nie inne decyzje. Nie 

chcę litości czy przejawów sympatii, tylko zrozumienia. Moje 

dzieciństwo   to   istna   fabuła   z   bardzo   kiepskiego   filmu   - 

powiedział, śmiejąc się. - Na początku przywoziła mnie do 

Francji matka. Później musiałem sam sobie dawać radę. Nigdy 

nie wiedziałem, kto i kiedy odbierze mnie z lotniska. Mojego 

ojca nigdy tam nie było. - Ponownie roześmiał się. - Jak na 

ironię, moje amerykańskie przyrodnie rodzeństwo miało mi za 

background image

złe te europejskie „wakacje". A propos, wspominałem ci już, 

że podczas jednego z moich pobytów w Europie moja matka 

wyszła ponownie za mąż?

 - Nie, nie wspominałeś.

  - Nie wróciłem wówczas nawet do tego samego miasta. 

To wtedy zacząłem używać nazwiska St. Steven.

 - Czułeś się jak ktoś, kto nie ma własnego katu.

 - Tak było, póki nie zawędrowałem do laboratorium i nie 

znalazłem   tam   mojego   dziadka.   Zbliżyliśmy   się   do   siebie. 

Opowiadał mi o czasach, gdy walczył we francuskim ruchu 

oporu. Widzisz, dziadek jest dumny z tego, co sam osiągnął. 

Przedsiębiorstwo   podczas   wojny   ledwie   nie   zbankrutowało. 

Zaopatrzenie, którego potrzebowaliśmy, nie przenikało przez 

blokady. On sam jeden postawił „St. Etienne" znów na nogi.

 - Poczekaj. Wydawało mi się, że jest kreatorem perfum.

Upłynęło kilka długich jak wieczność sekund, zanim Paul 

odpowiedział:

 - Był ranny podczas wojny. Dostał w głowę. Nie chce na 

ten temat mówić, ale przeszedł kilka operacji i od tamtej pory 

nie rozróżnia niektórych zapachów.

background image

A   więc   legendarny   kreator   perfum   „St.   Etienne"   nie 

istnieje?  Hillary  wolno  pokiwała głową,  podczas  gdy  w  jej 

głowie wrzało.

 - Słyszałam o tym. To anosmia, utrata powonienia.

 - Dziadek do niczego się nie przyznaje i nie pozwala nam 

na zatrudnienie nowego perfumerzysty - nawet w charakterze 

swojego asystenta.

  - Więc to dlatego nie słychać nic o nowych perfumach 

„St. Etienne"!

Hillary   wiedziała,   że   Paul   właśnie   powierzył   jej 

informacje,   które   byłyby   niezwykle   cenne   dla   konkurencji. 

Szczególnie dla „Dominique". Ufał jej. Czuła się zaszczycona 

i   nareszcie   dowartościowana.   Postanowiła   nie   zawieść   jego 

zaufania. Nagle coś zaczęło jej świtać w głowie.

  -   Stypendium.   Chciałeś   znaleźć   podczas   seminarium 

kogoś,   kogo   twój   dziadek   mógłby   wyszkolić   na   swego 

następcę. W ten sposób nigdy nie musiałby się przyznawać do 

swojej   niedyspozycji,   a   ty   mógłbyś   lansować   perfumy,   nie 

raniąc jego uczuć.

 - A .,St. Etienne" zyskałaby ponownie rozgłos.

  -   Ale   przecież   nowy   asystent   prędzej   czy   później 

dowiedziałby się...

background image

 - Niekoniecznie. Dziadek bardzo dobrze się z tym kryje. 

Przez całe lata udawało mu się nabierać nawet mnie.

  -   Nie   jesteś   fachowcem   w   branży   perfumeryjnej  - 

zauważyła Hillary.

 - Ale inni są. Jeśli nawet ktoś się domyślał, to nie pisnął o 

tym ani słówkiem.

  - Czy zamówienie u mnie kopii perfum „Dominique" to 

był sprawdzian?

 - Tak - odparł Paul i zamilkł.

Teraz jednak Hillary potrafiła sobie dośpiewać resztę.

  -   Miałeś   nadzieję,   że   u   „Dominique"   uwierzą,   iż   twój 

dziadek odnalazł kopię receptury?

Nie od razu zwróciła uwagę na ciszę, jaka zapanowała. 

Paul przez chwilę przyglądał się jej, po czym utkwił wzrok 

przed siebie.

Hillary wyłączyła stacyjkę.

 - Chcesz, żeby myśleli, że twój dziadek sam przygotował 

te perfumy?

 - A miałabyś coś przeciwko temu?

 - Chyba żartujesz? Żeby ktoś wziął mnie za Maurice'a St. 

Etienne? Pochlebiasz mi, ale nie liczyłabym za bardzo na to.

Paul uśmiechnął się.

background image

 - Ale „Dominique" nie miałaby i tak pewności, czy mimo 

wszystko nie dysponujemy recepturą.

 - Wiesz - powiedziała Hillary, głośno myśląc.

 - Właściwie chciałam tylko zrobić „Dominique" na złość. 

Ale jeśli flakon się rozbije, ciężko im będzie przeprowadzić 

chemiczną   analizę   perfum   i   sprawdzić,   na   ile   byłam   bliska 

prawdy.

W   padającym   ze   strony   hotelu   świetle   neonów   Hillary 

dostrzegła   biel   zębów   Paula,   odsłoniętych   w   szerokim 

uśmiechu.

 - Wiem. Wiem też, że jesteś naprawdę dobra. Mój dziadek 

mógłby sprawić, że stałabyś się wielka.

Hillary wstrzymała oddech. Była to kusząca propozycja. 

Pracować z legendarnym kreatorem perfum, choć nie był już 

dzisiaj   tym,   kim   dawniej.   Mogłaby   zamieszkać   we   Francji. 

Być blisko Paula. Z drugiej strony...

  - Nie chcę być kolejnym Maurice'em St. Etienne. Chcę 

być Hillary Simpson.

  -   Rozumiem   -   powiedział   Paul,   choć   ton   głosu   raczej 

wskazywał, że wcale tak nie jest.

background image

 - Ale jestem przekonana, że wiele osób dałoby się zabić, 

by móc pracować z twoim dziadkiem. Znajdziemy wspólnie 

osobę, o jaką ci chodzi.

Paul odwrócił się do niej.

 - Myślisz o seminarium?

  -   Tak!   Jeśli   wspólnie   się   za   to   weźmiemy,   możemy 

przygotować je w ciągu kilku miesięcy. A ty zyskasz jeszcze 

wcześniej rozgłos!

 - Jeszcze chwila, a uwierzę, że jest to możliwe...

 - Możesz zostać w Houston na trochę dłużej?

 - Mówisz poważnie!? - powiedział Paul.

 - A o co się założysz?

Paul przyjrzał się jej przez chwilę, po czym pochylił się i 

pocałował ją.

Był to zdecydowanie pocałunek eksperta. Ciepłe, miękkie 

usta Paula badały i odkrywały wargi Hillary.

Ręka Hillary  powędrowała do  jego twarzy, wyczuwając 

ciepło policzka i lekką szorstkość wieczornego zarostu.

Ktoś   włączył   światła   reflektorów   i   Paul   gwałtownie 

odsunął   się   od   niej.   Hillary,   zaskoczona,   musiała   przyznać 

sama przed sobą, że wcale nie chciała, by to  się tak szybko 

skończyło.   Każda   cząstka   jej   ciała,   rozbudzona   już   przy 

background image

pierwszym dotyku jego ust, wołała o więcej, żądała nowych 

pocałunków.

 - Jesteś zupełnie niepodobna do kobiet, które dotychczas 

znałem - szepnął Paul, zanim ponownie zawładnął jej ustami.

On   również   nie   był   podobny   do   żadnego   z   mężczyzn, 

jakich znała. Nie umywali się do niego. A Paul pragnął jej. Żył 

w   świecie   pięknych,   zmysłowych   kobiet,   ale   to   ją,   Hillary 

Simpson, trzymał w swych ramionach.

Przynajmniej na razie.

Hillary wolała nie myśleć o tym: chciała tylko przeżywać 

tę chwilę jak najdłużej.

Paul gładził jej twarz swymi dłońmi, delikatnie masował 

palcami kark, pieścił wargami jej gorące, wilgotne usta...

Hillary   drżała   z   podniecenia.   Jaka   szkoda,   że   siedzą   w 

małym   samochodzie   przed   samym   wejściem   do   hotelu.   Na 

oczach odźwiernego, boyów hotelowych i kierowców limuzyn 

przywożących gości z lotniska.

Paul uniósł głowę by przyjrzeć się jej i, wciąż głaszcząc ją 

po szyi i bawiąc się kosmykami jej włosów, spytał:

 - Coś nie tak?

Hillary wzięła głęboki oddech, zanim odpowiedziała:

background image

  -  A  co   z   twoją   teorią   na   temat   stosunków   w   pracy? 

Przyglądając jej się bacznie, Paul nie przestawał  pieścić jej 

szyi.

  -   Mówiłem   ci   już   przecież   -   dla   ciebie   gotów   jestem 

zrobić wyjątek.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

Paul   zalecał   się   do   Hillary.   Trudno   byłoby   to   inaczej 

nazwać.   Nie   miało   to   nic   wspólnego   z   tradycyjnymi 

amerykańskimi randkami, jakie znała. Paul posługiwał się całą 

gamą środków wyrazu z arsenału całkiem innego pokolenia. 

Choć była z tego zadowolona, nie bardzo wiedziała, co o tym 

myśleć. Czy naprawdę zalecał się do niej, czy tylko robił to 

dla zabawy?

Przez   cały   następny   tydzień   zajęci   byli   planowaniem 

seminarium. W przeciwieństwie do Paula, Hillary nie potrafiła 

jednak   skoncentrować   się   wyłącznie   na   pracy.   Na   przykład 

teraz   przyglądała  się   Paulowi,   jak   rozmawiał   przez   telefon, 

zamiast zająć się układaniem tekstu do broszur.

 - Jeśli otrzymamy potwierdzenie ze strony „International 

Oils and Essences" - mówił do słuchawki - dyrekcja centrum 

handlowego da nam zgodę na trzydniową wystawę.

Mrugnął   do   Hillary   i   podniósł   kciuk   do   góry. 

Odpowiedziała takim samym gestem. Paul podejmował dużo 

większe   ryzyko   niż   ona.   Był   świetnym   organizatorem,   a 

wystawa była jego pomysłem.

 - Trzy narożne stoiska? Hillary wstrzymała oddech.

background image

  -   Nie   wiem...   Zaraz   sprawdzę   w   wykazie   -   mówił 

tymczasem Paul do rozmówcy, wyciągając rękę po ostatnie 

wydanie „Cosmopolitan". Zaczął szeleścić kartkami tuż przy 

słuchawce.

Hillary zamknęła oczy. Paul blefował. Nie było żadnych 

planów   i   wykazów.   Jak   dotąd   nikt   jeszcze   nie   dokonał 

rezerwacji.

  - Wie pan, co mogę zrobić? Mogę przesunąć nieco "Far 

Eastern   Importers".   Dostaniecie   dwa   przeznaczone   dla   nich 

miejsca. Będziecie mieli razem sześć stoisk w narożniku. Ale 

musicie   się   natychmiast   decydować!   Hillary   usłyszała,   jak 

Paul strzelił palcami i otworzyła oczy. Szeroko uśmiechał się 

do słuchawki.

 - Świetnie. W takim razie czekam na posłańca. Odwiesił 

słuchawkę.

 - Potwierdzili. Hillary odetchnęła.

 - A gdyby nie potwierdzili? 

Paul   rozpostarł   ramiona,   a   Hillary   podeszła   do   niego. 

Posadził ją sobie na kolanach.

 - Wtedy zadzwoniłbym do kogoś innego.

 - Jesteś niesamowity.

background image

 - Wiem o tym - powiedział przyciągając ją do siebie, by ją 

pocałować.

Błogie   ciepło   ogarnęło   Hillary   od   stóp   do   głów.   Zbyt 

prędko Paul zsunął ją ze swych kolan.

  -   Wstawaj.   Muszę   zadzwonić   do   „Far   Eastern"   i 

powiedzieć im, że jeśli się pośpieszą, mogą dostać stoiska tuż 

obok „International Oils". Wtedy możemy pójść na lunch, by 

to uczcić.

  -   Hillary!   -   wykrzyknął   po   chwili.   -   „Far   Eastern" 

potwierdzili. Przesuńmy może nasz lunch. Chcę kuć żelazo, 

póki gorące.

 - Dobrze. Zamówię kanapki - zaproponowała Hillary, ale 

Paul był już zajęty wykręcaniem kolejnego numeru telefonu.

 - Zrobione - oświadczył po skończonej rozmowie. - Przed 

chwilą rozdysponowałem ostatnie miejsca w pobliżu fontanny. 

Dyrekcja   zgodziła   się   nawet   przesunąć   wystawę   rzemiosła 

wiejskiego na późniejszy termin, byśmy mogli odbyć nasze 

seminarium.

 - Wprost nie mogę w to uwierzyć - powiedziała Hillary z 

podziwem. - Zajęło ci to tylko jeden dzień. Ja w zeszłym roku 

wisiałam na telefonie całymi tygodniami i nic nie osiągnęłam. 

background image

Ludzie   z   Promenady   nawet   nie   pofatygowali   się,   żeby 

oddzwonić.

 - Zazdrosna?

  -   Uhm.   Chciałabym,   żeby   kiedyś   moje   nazwisko 

otwierało przede mną każde drzwi.

Uśmiech Paula przygasł nieco.

  -   Gorzej,   gdy   twoje  nazwisko   powoduje,  że  wszystkie 

drzwi zatrzaskują ci się przed nosem.

Hillary   przypomniała   sobie   jego   spotkanie   z   dyrekcją 

Pavilionu. Ciekawe, czy to miał na myśli.

  -  Ale   na   dzisiaj   wystarczy.   Odkryłem   takie   wspaniałe 

miejsce, gdzie...

Hillary ucieszyła się. W jaki sposób Paul wynajdywał te 

urocze   restauracyjki?   Skąd   miał   w   ogóle   czas,   by   je 

wynajdywać?

Codziennie pod koniec dnia, po długich godzinach pracy, 

Paul   wysyłał   ją   do   domu,   by   odpoczęła   i   przebrała   się. 

Następnie   przyjeżdżał   po   nią   swym   małym,   eleganckim 

samochodem, który wynajął na czas pobytu w Houston.

Po   kolacji,   za   każdym   razem   zapraszała   go   do   siebie. 

Zawsze odmawiał, całując ją przy tym na dobranoc tak, że 

godzinami nie mogła zasnąć.

background image

Tego wieczora Hillary postanowiła skończyć z grzecznymi 

pożegnaniami.   Jak   długo   może   trwać   ta   ciuciubabka?   Gdy 

Paul, jak zazwyczaj, odprowadził ją pod drzwi jej mieszkania, 

czuła, jak trzęsą się pod nią kolana. Drżącą ręką usiłowała 

włożyć klucz do zamka, póki Paul nie wyjął go jej z rąk i sam 

nie otworzył drzwi.

Wówczas   Hillary   złapała   go   za   rękę   i   prawie   siłą 

wciągnęła do środka.

  - Hej! - zawołał, z trudem łapiąc równowagę. - Czy to 

próba uwiedzenia?

  - Mam taką nadzieje - szepnęła Hillary, sama zdumiona 

własną śmiałością

 - A więc dobrze powiedział Paul, po czym wziął ją na ręce 

i zaniósł przez zaciemniony pokój na wąską kanapę.

Ułożył   ją   na   miękkim   pluszu,   po   czym   sam   przylgnął 

ciałem do jej ciała. Wolno przejechał palcami po jej dolnej 

wardze i brodzie.

  - Paul, proszę! - jęknęła Hillary, czując jego obecność 

każdą cząstką ciała.

Przez moment poczuła na twarzy pieszczotę jego oddechu. 

Zaraz   potem   usta   zaczęły   delikatnie   muskać   jej   policzek, 

podbródek i wgłębienie szyi.

background image

Cała drżąca, Hillary wykrztusiła:

 - Paul!

 - Uhm? - zamruczał jej do ucha.

 - Pocałuj mnie - szepnęła błagalnie. Natychmiast poczuła 

jego usta na swoich. Ulga, jaką odczuła, była jednak krótka.

Wydawało   jej   się,   że   zna   już   pocałunki   Paula.   Były   to 

wzruszające   chwile   namiętności   na   zakończenie   długich, 

pracowitych   dni.   Chwile,   w   których   radowali   się   małymi 

sukcesami   i   pocieszali   po   drobnych   porażkach.   Słodkie 

odkrywanie nowej przyjaźni i oczekiwanie, w co ta przyjaźń 

może się przerodzić.

A  jednak...   a   jednak   to   Paul   zawsze   był   tym,   który   z 

pełnym ubolewania, tkliwym uśmiechem odrywał się od niej.

Teraz   wiedziała,   dlaczego.   Ten   pocałunek   różnił   się   od 

wszystkich   poprzednich.   Ten   pocałunek   przenosił   ich 

wzajemne stosunki na zupełnie inny szczebel.

Ten pocałunek przeraził Hillary.

Zwolniła   uścisk   palców   na   jego   ramionach.   Jej   ciało 

zamarło w bezruchu.

Paul   uniósł   głowę.   Słyszała   jego   głośny   oddech   w 

ciemnym pokoju.

background image

  - Widzisz? - szepnął. - Widzisz, jak mogą potoczyć się 

sprawy między nami?

 - Ja...

  - Cicho - powiedział. - Zastanów się nad tym. Będziesz 

musiała   niedługo   podjąć   jakąś   decyzję.   Tylko   pamiętaj,   w 

naszym przypadku to będzie wszystko - albo nic.

Wszystko albo nic. Nic albo wszystko. Hillary pracowała 

nad paletą zapachową, ale te słowa zaprzątały całą jej uwagę. 

Wiedziała, co znaczy - nic. Ale czym było wszystko?

Paul   wszedł   do   sklepu   i   położył   przed   nią   na   szklanej 

ladzie piękną, czerwoną różę.

 - Dzień dobry - powiedział z uśmiechem, zanim odwrócił 

się,   by   przywitać   Melody.   Hillary   chwiejąc   się   oparła   o 

kontuar.   A   niech   go!   Nie   miała   najmniejszego   zamiaru 

zakochać   się   w   nim.   Czy   to   miał   na   myśli   mówiąc   o 

„wszystkim"?

Melody skrzyżowała nogi i obróciła się na swoim czarnym 

chromowanym stołku w kierunku Hillary. Popatrzyła uważnie 

wpierw na nią, potem na różę.

  -   Można   zjeść   dwadzieścia   jeden   posiłków   w   ciągu 

tygodnia.   Czternaście   z   nich,   z   tego,   co   wiem,   zjadłaś   z 

Paulem. Czy to coś poważnego?

background image

 - Jeśli chodzi o ścisłość, to było jeszcze kilka śniadań w 

dni, kiedy musieliśmy wcześnie zaczynać

 - powiedziała Hillary żartobliwym tonem. - Nie patrz tak 

na   mnie!   Wiele   osób,   do   których   dzwonimy   w   sprawie 

seminarium, mieszka w różnych strefach czasowych.

 - Chyba w strefach zmierzchu?

  - Przepraszam za spóźnienie! - zawołała Natasha już na 

progu,  wpadając  do  sklepu.   - Ach,  jakie   to  romantyczne!  - 

zaszczebiotała. - Dokładnie tak jak na tych starych filmach, 

które wypożycza moja mama. Najpierw jest pojedyncza róża, 

prawdopodobnie czerwona, ale to trudno określić na czarno - 

białej   taśmie,   później   całe   bukiety.   Nie   pamiętam,   co   jest 

potem, brylantowy naszyjnik czy futro z norek. - Pokręciła 

głową.   -   Zresztą,   nieważne.   Później   on   zabiera   ją   na   jakąś 

wyspę.

 - Na Galveston? - wtrąciła Hillary.

  - Co ty, niemądra? - zachichotała Natasha. - Na jedną z 

tych   zagranicznych   wysp,   gdzie   jest   ruletka,   gdzie   nosisz 

eleganckie suknie i gdzie liczysz na szczęście w grze w kości.

Hillary miała nadzieję, że Paul rozmawia właśnie przez 

telefon i nie słyszy tego wszystkiego, co wygaduje Natasha.

background image

 - Słuchaj! Prawie zapomniałam. Kiedy nadejdzie już ten 

bukiet   róż,   uważaj,   gdy   będziesz   je   wyjmowała.   Niektórzy 

faceci   chowają   tam   czasami   pierścionek   zaręczynowy,   a   z 

pewnością nie chciałabyś go zgubić?

 - Dziękuję za ostrzeżenie.

  -  Wyjdziesz   za   niego?   -   spytała   Melody,   gdy   Natasha 

zajęła się klientką, która właśnie weszła.

 - Melody!!!

Hillary odchyliła się na krześle do tyłu, by sprawdzić, czy 

Paul nadal siedzi przy biurku.

  - Na miłość boską! Pracujemy razem nad seminarium. 

Nikt nie prosił mnie o rękę.

 - To dla ciebie żadna przeszkoda.

  -   Jesteśmy   tylko   partnerami   w   interesach.   Melody 

przyjęła to wyjaśnienie z powątpiewaniem.

 - Wygląda na to, że on cię bardzo lubi - powiedziała.

  - Ja też go lubię. Wydawało mi się zresztą, że i ty go 

lubisz.

  -   Lubię   go   -   odparła   Melody.   -  A  co   się   stanie,   gdy 

zakończycie   przygotowania   do   seminarium?   Czy  wasza...   - 

urwała,   poszukując   właściwego   słowa  -   ...przyjaźń... 

przetrwa?

background image

 - Nie wiem! - jęknęła Hillary, zakrywając twarz dłońmi.

 - A chciałabyś? Hillary opuściła ręce.

 - Dlaczego zadajesz mi te wszystkie pytania?

  -   Bo   czasami   potrafisz   działać   zbyt   pochopnie. 

Angażujesz się w coś, bez względu na skutki.

Hillary pokręciła przecząco głową.

  - Ale nie tym razem. Tym razem nie robię nic innego, 

tylko rozważam konsekwencje.

Szczególnie od ostatniej nocy, dodała w duchu.

  - A jak daleko zaszły sprawy między wami?  - spytała 

Melody z niepokojem w głosie.

 - No cóż, nie... nie... - Hillary wykonała ręką nieokreślony 

gest, czując, że się czerwieni.

 - Kochasz go?

 - Nie!

Wypowiedziane   ostrym   tonem   słowo   przyciągnęło 

spojrzenia   Natashy   i   jej   klientki.   Hillary   zamknęła   oczy   i 

westchnęła.

  -   Już   za   późno,   prawda?   Już   się   w   nim   zakochałaś? 

Hillary zacisnęła dłoń w pięść.

  -   Nie   wolno   mi   się   poddać...   to   się   nie   może   udać. 

Zwalczę to.

background image

 - Dlaczego? - spytała Melody zdumiona.

  -   Dlatego...   pomyśl,   co   by   to   oznaczało.   Gdy   jest   się 

zakochanym, chce się, chce się być... razem.

 - Czy słowo „małżeństwo" jest tym, którego szukasz?

 - A więc dobrze, właśnie to miałam na myśli. Jak myślisz, 

gdzie   byśmy   mieszkali?   W   moim   małym   mieszkanku?   Z 

pewnością nie. Mieszkalibyśmy we Francji we wspaniałym, 

niewątpliwie   arystokratycznym   zamku.   Musiałabym 

poświęcić   mój   dom,   przyjaciół,  ojczyznę   i   tożsamość.   Kto 

zająłby się „Scentstations"? Może ty?

  -   Może   Natasha?   -   spytała   Melody   niepewnie.   Hillary 

pokręciła głową.

 - O czym my w ogóle rozmawiamy? Kocham ten sklep i 

nie chcę być właścicielką na odległość. Porozmawiajmy teraz 

o perfumach. Nie podobają mu się. Chociaż nie - poprawiła 

się, chcąc oddać Paulowi sprawiedliwość. - Podobają mu się, 

ale   nie   odpowiadają   stylowi   „St.   Etienne".   Mogę   stworzyć 

inne propozycje, ale one też im się nie spodobają. To ja nie 

pasuję do stylu „St. Etienne".

  -  A  czy   jakakolwiek   kobieta   poniżej   siedemdziesiątki 

może w ogóle pasować?

background image

Może,   pomyślała   Hillary.   Podstępna,   kusząca   brunetka. 

Caroline.

  -   Ja   byłabym   skazana   na   noszenie   tych   okropnych 

ciuchów,   bo   przecież   nie   wypada,   by   żona   jednego   z   St. 

Etienne'ów   nosiła   gotową   garderobę.   Nie   mówiąc   już   o 

rzeczach   od   konkurencji..   -   urwała,   widząc,   że   Melody   z 

trudem tłumi śmiech.

  -   Może   wybiegamy   nieco   zbyt   daleko   w   przyszłość   - 

powiedziała w końcu. - Może... może on nie myśli w ogóle o 

małżeństwie?

Hillary przypomniała sobie ostatnią noc. Zdecydowanym 

głosem odparła:

  - Paul nie jest mężczyzną, który chce się tylko szybko 

zabawić. Więc albo odjedzie w siną dal, albo...

  -   Zabierze   cię   z   sobą   -   uzupełniła   Melody.   Hillary 

przytaknęła.

  -   Prawie   zakończyliśmy   nasze   przygotowania   do 

seminarium. On nie pozostanie tu już długo.

 - Nie byłabym tego taka pewna - powiedziała Melody w 

zamyśleniu.   -   Mamy   tu   do   czynienia   z   podręcznikowymi 

wręcz   zalotami.  A  według   tradycyjnego   podręcznika   zaloty 

zazwyczaj kończą się tradycyjnymi oświadczynami.

background image

  - Nie dopuszczę, by tak się stało. Nie zakocham się w 

nim, przynajmniej do czasu, póki nie sprzedam moich perfum. 

Ja   również   zamierzam   wykorzystać   seminarium   do 

nawiązania nowych kontaktów.

  -   Seminarium   odbędzie   się   dopiero   na   wiosnę  - 

przypomniała Melody.

  -  Wiem   o   tym.  Ale   to   moja   wielka   szansa   na   sukces. 

Muszę spróbować.

Melody westchnęła.

 - Miłość albo kariera. To trudna decyzja.

Czy właśnie to miał na myśli Paul, zastanowiła się Hillary, 

mówiąc,   że   będzie   musiała   podjąć   decyzję?   Miłość   albo 

kariera?   Wszystko   albo   nic?   Dlaczego   nagle   zaczęło   to 

wyglądać tak, jakby on miał wszystko, a ona nic?

Następnego   dnia   rano   przyniesiono   pudło   długich, 

czerwonych róż, ozdobione wielką kokardą.

 - A nie mówiłam? - Natasha aż podskoczyła, klaszcząc w 

dłonie. - Nie zapomnij sprawdzić między łodygami!

 - Sprawy nie zaszły aż tak daleko, Natasho - oświadczyła 

Hillary,   ale   z   niezwykłą   ostrożnością   rozwiązała   kokardę   i 

uchyliła wieka pudełka.

background image

  -  „Po jednej róży za każdy dzień naszej znajomości"  - 

przeczytała na głos.

 - Jest ich dwadzieścia osiem - oznajmiła Natasha.

  -   A   teraz   należałoby   je   może   wstawić   do   wody  - 

zaproponował męski głos.

 - Paul! - zawołała Hillary z szerokim uśmiechem, starając 

się wyglądać na zachwyconą. - Obawiam się, że nie mam tu 

wazonu, który byłby ich godny.

 - Więc spróbuj wziąć ten - powiedział, stawiając na ladzie 

przezroczysty, delikatnie żłobiony wazon.

 - Myślisz absolutnie o wszystkim.

Scena  żywcem   wyjęta   z   kiepskiego   melodramatu, 

pomyślała Hillary.

  -   Zaplanowałem   na   dziś   uroczysty   obiad   -   powiedział 

Paul, zerkając na Hillary, której uśmiech zamarł na ustach. Nie 

była jeszcze gotowa do podjęcia decyzji.

  - Nie bardzo jest chyba na to czas? Myślałam raczej, że 

wyskoczymy do jakiegoś baru szybkiej obsługi? - Wzięła do 

ręki kilka róż i niemal wrzuciła je do wazonu.

Paul spojrzał na nią z wyrzutem i sam zajął się układaniem 

kwiatów. Hillary nie potrafiłaby powiedzieć, co takiego zrobił, 

ale w kilka minut wyczarował wspaniały bukiet.

background image

  -   A   dlaczego   sądzisz,   że   właśnie   tam   nie   idziemy? 

Spojrzała na niego spod oka. Paul uśmiechnął się łobuzersko.

 - No dobrze - przyznał. - Zarezerwowałem stolik w tym 

małym lokaliku, w którym podają te pyszne naleśniki. Wiesz, 

te z czekoladą, które tak bardzo lubisz.

Hillary skinęła głową. Co jak co, ale naleśniki z czekoladą 

z pewnością potrafią poprawić jej humor.

Na stole czekała na nią pojedyncza róża. Czuła, że ogarnia 

ją coraz większe zdenerwowanie. Dlaczego nie mógł to być 

taki sam roboczy lunch jak te, które dotychczas jadali razem z 

taką przyjemnością? Dlaczego Paul musiał wszystko popsuć?

Postanowiła zrezygnować z głównego dania i przejść od 

razu do naleśników.

Paul pochylił się do niej i ujął jej dłoń w swoją rękę.

  - Twoja skóra jest tak gładka jak płatki tej róży. Hillary 

poczuła   przyspieszone   bicie   serca;   tym   razem  jednak   nie   z 

radości i oczekiwania. Cała ta sytuacja była dość żenująca.

 - Czy dlatego, że jest czerwona?

Paul   popatrzył   na   nią   rozżalony.   Wyglądał   jak   kiepski 

aktor z trzeciorzędnego filmu.

Kiedy kelnerka podała naleśniki, Hillary nagle poczuła, że 

zupełnie straciła apetyt.

background image

W pewnej chwili Paul odstawił filiżankę z kawą. Sięgnął 

ręką   do   wewnętrznej   kieszeni   marynarki   i   wyjął   płaskie 

aksamitne pudełko. Położył je tuż przed Hillary.

Hillary   poczuła,   że   robi   jej   się   niedobrze.   Nieomal 

zakrztusiła się ostatnim kęsem.

 - To taki mały dowód uznania!

To   było   nie   do   zniesienia!   Wszystkie   przepowiednie 

Natashy sprawdzały się.

Hillary otarła dłonie o serwetkę i powoli sięgnęła ręką do 

czarnego   aksamitnego   pudełka.   Otworzyła   jego   wieko   i 

zamarła,   ujrzawszy   leżący   w   nim   przepysznie   połyskujący 

brylantowy naszyjnik.

„A później będziesz z nim musiała pojechać na wyspę..."

To był koszmar.

Miało być jeszcze gorzej.

Paul  ponownie  sięgnął  do  kieszeni  marynarki  i  wyjął  z 

niej dwie koperty opatrzone znakami biura podróży.

  - Jedź ze mną - powiedział wsuwając je pod pudełko z 

naszyjnikiem. - Teraz.

Hillary jęknęła.

Jedyne   słowo,   jakie   przychodziło   jej   do   głowy,   to 

„kochanka".

background image

Poczuła,   jak   ogarnia   ją   zaskoczenie,   oburzenie   i 

rozczarowanie.   Podczas,   gdy   ona   zamartwiała   się   nad 

najważniejszą,   być   może,   w   jej   życiu   decyzją,   on   myślał 

wyłącznie   o   romansie.   I   to   nawet   nie   romansie   między 

równymi   sobie   partnerami.   Chciał,   by   została   jego... 

utrzymanką!

Dobrze, że pamiętał, iż nie nosi futer.

Paul wydał z siebie jakiś odgłos.

Nie zwróciła na niego uwagi.

  - Dłużej już tego nie wytrzymam - usłyszała jego głos, 

dziwnie przytłumiony.

Dopiero teraz podniosła wzrok.

Z trudem hamował się, by nie parsknąć śmiechem.

  -   Ty   draniu!   Ty   wredny   draniu!   Podsłuchiwałeś 

wczorajszą   paplaninę   Natashy?   -   wykrzyknęła   Hillary, 

pojmując nagle wszystko.

Paul zdołał tylko pokiwać twierdząco głową i wybuchnął 

śmiechem.

Hillary odczuła jednocześnie ulgę i coś na kształt urazy.

  -   Miałbyś   dopiero   za   swoje,   gdybym   to   zatrzymała   - 

powiedziała   machając   mu   przed   nosem   brylantowym 

naszyjnikiem.

background image

 - Jeśli tylko chcesz.

 - To kopia, prawda?

 - Bynajmniej. To autentyczne kamienie. Hillary odłożyła 

naszyjnik do pudełka i zerknęła do kopert. Były puste.

 - Mam nadzieję, że dobrze się bawiłeś. Zepsułeś mi całe 

jedzenie.

 - Bardzo mi przykro z tego powodu. Ale może teraz byś 

zjadła.   Chcę   z   tobą   porozmawiać   -   powiedział   Paul   już 

poważnym   tonem.   -   Przepraszam   cię   za   banalność   mojego 

małego przedstawienia.

Hillary czuła się podle na myśl o tym, że był świadkiem 

paplaniny   Natashy.   Miała   tylko   nadzieję,   że   nie   słyszał 

również jej rozmowy z Melody.

 - Nic nie szkodzi.

  -   Ale   byłaś   taka   zdenerwowana.   Pozwól,   że   ci   coś 

wyjaśnię. Gdy mężczyzna obdarowuje kobietę czerwoną różą, 

nie może być żadnych wątpliwości co do tego, co to oznacza. 

Nie mamy wiele czasu na niedomówienia. Zresztą myślę, że 

prawidłowo mnie zrozumiałaś.

 - Czułam się jak bohaterka jakiegoś taniego romansidła - 

odpowiedziała Hillary, odkładając widelec.

background image

 - Mogłaś się chyba tego po mnie spodziewać - westchnął 

Paul.   -   Przecież   my,   Francuzi,   uważani   jesteśmy   tu,   w 

Ameryce,  za  niezwykle  szarmanckich. Miałem w  tym swój 

ukryty cel. Nie było po prostu czasu na długie starania o twoje 

względy.

 - Teraz widzę, że za bardzo na ciebie naciskałem - mówił 

dalej Paul z odcieniem znużenia w głosie.

 - Miałem jednak nadzieję... - zawahał się przez moment - 

że uda mi się, jak to powiadają, zdobyć twoją przychylność 

przed powrotem do Francji.

 - To bardzo w stylu francuskim. Paul jęknął.

  - Hillary, zrozum, nie chciałem, by to, co zrodziło się 

między nami, wypaliło się w ciągu kilku namiętnych nocy.

Hillary   oczyma   wyobraźni   ujrzała   siebie   i   Paula 

splecionych w miłosnym uścisku... Ale, oczywiście, były to 

wyłącznie wyobrażenia. Wszystko albo nic. Bardzo mądrze to 

zaplanował.

 - Pamiętaj, wolny ogień najmocniej płonie.

Miał rację. Hillary milcząc zabrała się znów do jedzenia.

 - A teraz chcę cię o coś prosić...

„Wszystko albo nic". Hillary w popłochu uniosła głowę.

 - Musisz się zdecydować....

background image

  - Nie! - prawie krzyknęła Hillary nie mogąc opanować 

paniki w głosie. - Nie spodziewałam się...

 - Ja też nie - powiedział Paul z uśmiechem.

  - Zakończyliśmy przygotowania do seminarium. Kopię 

perfum „Dominique" wysłałem już kilka dni temu i od tej pory 

nie byłem przez nich więcej niepokojony. Nadszedł czas, bym 

wracał   do   Francji.  A  więc...   co  z   nami   będzie,   Hillary?   - 

spytał, przygryzając dolną wargę. - Jedź ze mną do Francji.

Hillary   wpatrywała   się   nie   widzącym   wzrokiem   w 

nakrycie,  zaciskając dłonie  pod stołem. Przestała już  nawet 

udawać, że je swojego naleśnika.

  - Nie jestem wysoką, powabną brunetką. Paul zamrugał 

oczami.

  -   Oczywiście,   że   nie.   Jesteś   filigranową,   tryskającą 

energią blondynką.

 - Czyżby? - uśmiechając się spytała Hillary. Podobało jej 

się to stwierdzenie, a także fakt, iż natychmiast wyczuł, jak 

bardzo brakuje jej wiary w siebie.

  -   Dlaczego   chciałabyś   być   wysoką   brunetką?   Hillary 

zmarszczyła brwi i bawiąc się różą odparła:

 - Wyglądałabym źle w sukienkach „St. Etienne".

 - Jestem tego samego zdania.

background image

Oboje   uśmiechnęli   się.   Hillary   poczuła   niebezpieczny 

przypływ czułości. Paul, ze swoim europejskim wyglądem i 

amerykańskim   wychowaniem,   był   takim   intrygującym 

mężczyzną.

  - Chcę, żebyś zobaczyła, jak mieszkam. Hillary poczuła 

zamęt w głowie.

 - Teraz?

  - Za kilka dni. Przyjedź w odwiedziny. Poznasz mojego 

dziadka.

 - Może jemu spodobają się moje perfumy - powiedziała i 

zaraz pożałowała tych słów.

 - Nie sądzę. Za to ty na pewno mu się spodobasz.

  -   Bardzo   bym   chciała   go   poznać   i   udowodnić   ci,   jak 

bardzo się mylisz co do moich perfum.

Pochylił się nad stołem i mocno ścisnął jej dłonie.

 - Sam się wszystkim zajmę. Masz ważny paszport?

 - Ależ Paul, nie mogę teraz wyjechać!

 - Dlaczego nie?

Dlatego  że   jej   gorące   serce   wzięłoby   wtedy   górę  nad 

chłodnym   umysłem,   pomyślała,   ale   nie   powiedziała   tego 

głośno.

background image

  -   Dlatego...   dlatego  że   zaczyna   się   właśnie   sezon 

przedświąteczny.

 - To tylko kilka dni. Masz przecież Melody i Natashę, a 

także jej siostrę, które z powodzeniem mogą cię tu zastąpić.

Miał   w   zupełności   rację.   Gdyby   chciała,   mogłaby 

wyjechać.

 - To nie takie proste wyjechać właśnie teraz.

  - Dla mnie też nie było takie proste przebywać tutaj - 

nalegał dalej. - A mimo to wykradłem dla ciebie czas, gdyż 

wydaje mi się, że to, co czujemy do siebie, jest czymś rzadkim 

i niesłychanie cennym.

Jak   miała   mu   wytłumaczyć,   że   nie   chodzi   o   tydzień 

nieobecności   w   Houston?   Że   po   zobaczeniu   „St.   Etienne" 

będzie chciała tam pozostać? A to by oznaczało rezygnację ze 

wszystkiego, co tu osiągnęła.

  -   W   sezonie   zimowym   osiągam   sześćdziesiąt   procent 

moich rocznych dochodów...

  - Hillary, przecież chodzi tylko o kilka dni - stwierdził 

Paul z kamienną twarzą.

 - Ale Francja...

  -   Gdybyś   tylko   chciała,   przyjechałabyś.   Najwyraźniej 

jednak błędnie oceniłem głębię twoich uczuć do mnie.

background image

Hillary zdała sobie z bólem sprawę, że zabrnęła w ślepy 

zaułek.

 - Potrzebuję więcej czasu...

  -   Ile   czasu?   -   wyrzucił   z   siebie   gniewnie   Paul. 

Przyciśnięta do muru Hillary wybuchnęła:

 - Po prostu nie chcę teraz jechać z tobą do Francji. Jeśli 

pojadę, to jako Hillary Simpson, znana kreatorka perfum. Dziś 

jeszcze jestem nikim w tej branży.

Dostrzegła   nagły   przebłysk   bólu   w   jego   oczach,   zanim 

spytał z lodowatym spokojem:

  - A kiedy, twoim zdaniem, będziesz na tyle znana, by 

odwiedzić mój dom?

  -   Gdy   któreś   z   moich   perfum   można   będzie   kupić   w 

całym kraju.

Paul wziął głęboki oddech, uścisnął jej dłoń i powiedział:

 - Rozumiem wobec tego, że podjęłaś już decyzję.

Dwadzieścia osiem róż od Paula, do których należałoby 

dodać kolejne dwie, dominowało w niewielkim pomieszczeniu 

„Scentsations".

Hillary żałowała teraz, że nie potrafiła być z nim bardziej 

szczera i że nie zwierzyła mu się ze swoich obaw. Z drugiej 

strony,   choć   Paul   to   zignorował,   obroty   w   trakcie   sezonu 

background image

przedświątecznego   rekompensowały   straty   poniesione 

podczas długich miesięcy, gdy wydatki na horrendalny czynsz 

na Promenadzie znacznie przewyższały jej dochody.

Być może powinna pojechać z nim do Francji. Przecież to 

tylko krótka podróż...

Gdy   Paul   nie   pojawił   się   w   porze   lunchu,   poczuła   się 

jeszcze gorzej. Nie poprawiło jej humoru nawet meksykańskie 

jedzenie.

Nic nie było w stanie spowodować, by poczuła się lepiej.

Hillary   ożywiła   się   na   widok   wchodzącej   do   sklepu 

Caroline Waite. Czyżby przysyłał ją Paul? Czy była to wizyta 

oficjalna?  A  może   Caroline   powróciła   jedynie,   by   odebrać 

swoje   perfumy?   Z   uwagi   na   mało   serdeczne   pożegnanie 

Hillary nie zabrała się dotąd do pracy nad nimi.

  - Dzień dobry. To ja, Caroline Waite. Spotkałyśmy się 

przed   kilkoma   tygodniami   -   Caroline   wyciągnęła   rękę   na 

powitanie.

 - Tak, pamiętam panią. Pracuje pani dla Paula.

Caroline   chciała   coś   powiedzieć,   żeby   wyprowadzić 

Hillary z błędu, ale zrezygnowała.

Hillary   miała   wyrzuty   sumienia,   bo   nawet   nie   zaczęła 

przygotowywać perfum dla Caroline.

background image

  -   Cieszę   się,   że   znów   panią   widzę   -   powiedziała, 

otwierając   książkę   z   zamówieniami.   -   Mam   do   pani   kilka 

pytań  w  związku  z  pani  preferencjami  zapachowymi,  a  nie 

zostawiła mi pani ostatnim razem swojego numeru telefonu 

lub adresu.

Caroline spojrzała na nią, nic nie rozumiejąc.

 - W związku z pani perfumami.

 - Moimi perfumami?

 - Chciała pani, bym stworzyła dla niej perfumy.

 - Ach, o to chodzi.

Wyglądało na to, że Caroline znalazła wreszcie jakiś punkt 

zaczepienia. Wyjęła ze swojej torebki z krokodylowej skóry 

próbki perfum „Słoneczne Skry" i „Księżycowe Cienie".

  - Te perfumy nawet mi się podobają. Zresztą nie tylko 

mnie.   Są   nowoczesne   i   młodzieżowe.   W   sam   raz   dla 

współczesnej amerykańskiej kobiety.

Hillary   bała   się   odetchnąć.   Czyżby   Caroline   udało   się 

zmienić zdanie Paula na temat jej perfum?

  -   Uważam,   że   zwłaszcza   „Słoneczne   Skry"   byłyby 

znakomitym uzupełnieniem swobodnej, nowoczesnej kolekcji 

przeznaczonej dla młodych kobiet.

background image

  - Właśnie cały czas próbuję to wytłumaczyć Paulowi! - 

wtrąciła pospiesznie Hillary.

  - A więc podoba się pani ten pomysł? - uśmiechnęła się 

Caroline.

 - Oczywiście, że tak!

 - Więc tym bardziej spodoba się pani moja propozycja.

Hillary myślała, że zaraz zemdleje.

  -   Przejdźmy   może   do   mojego   biura,   gdzie   będziemy 

mogły w spokoju porozmawiać - zaproponowała.

 - Nie będzie mnie teraz dla nikogo, Natasho. Dla nikogo.

Paul, ty słodki uparciuchu, pomyślała z rozczuleniem. Gdy 

żadne z nich nie chciało ustąpić, przysłał Caroline. Tak było 

lepiej. Pod tym względem zgadzała się z Paulem; nie należy 

robić interesów z przyjaciółmi. Zwłaszcza, gdy są kimś więcej 

niż przyjaciółmi.

Wyobrażając   sobie   już   w   myślach   podróż   do   Francji, 

podprowadziła   Caroline   do   biurka   i   przysunęła   jej   bliżej 

krzesło.

 - Jakie ma pani propozycje dla moich perfum?

Z   uwagą   przysłuchiwała   się   wywodom   Caroline,   która 

roztaczała   przed   nią   wizję   prezentacji   perfum   na   rynku   w 

ciągu   najbliższego   roku.   Poczynając   od   indywidualnych 

background image

pokazów,   poprzez   serię   obiadów   i   przedstawień   na   cele 

dobroczynne   w   ekskluzywnych   domach   towarowych. 

Oferowane   warunki   były   wyśmienite,   wręcz   przechodzące 

wszelkie   wyobrażenia,   ale   Hillary   wolała   od   razu   wyjaśnić 

kilka wątpliwości.

  - Czy jeśli zgodzę się na to, zostanę uznana za twórcę 

tych perfum? - Nie chciała, by Maurice St. Etienne przypisał 

sobie cała zasługę.

Caroline przytaknęła.

  -   Chcę   mieć   też   wpływ   na   opakowanie   i   kampanię 

reklamową.

Caroline zgodziła się również na to.

 - Chciałabym być też konsultantką projektantów mody.

  -   A   ma   pani   jakieś   doświadczenie   w   dziedzinie 

projektowania? - spytała Caroline.

 - Jako klientka - uśmiechnęła się Hillary. - Po prostu nie 

chcę być kojarzona z niemodnymi ubiorami.

Caroline   zatrzepotała   rzęsami   i   ogarnęła   Hillary 

spojrzeniem.

Hillary   wiedziała,   że   dobrze   wygląda.   Miała   na  sobie 

elegancki czarny kostium z bluzką borówkowej barwy. W tym 

background image

kolorze było jej bardzo do twarzy. Był tylko nieco ciemniejszy 

od naturalnych rumieńców jej policzków.

  - Wykluczone, by którykolwiek z naszych projektantów 

kiedykolwiek   stworzył   coś...   -   Caroline   zawahała   się   przez 

moment - niemodnego.

Hillary   zdębiała.   Czy   Caroline   kiedykolwiek   widziała 

ubiory od „St. Etienne"?

 - Proszę mi zaufać - powiedziała Caroline z uśmiechem.

Było   coś   takiego   w   tym   uśmiechu...   Nagle   Hillary 

przypomniała sobie komentarz Caroline na temat osób spoza 

rodziny. Zapewniła wtedy, że nie potrwa to już długo.

Czyżby Caroline żywiła jakieś uczucia do Paula? Jeśli tak, 

konieczność   negocjowania   z   Hillary   musiała   napełniać   ją 

goryczą. Hillary postanowiła mieć się na baczności.

  - Chcę mieć ostatnie słowo w sprawie opakowania dla 

moich perfum i moje nazwisko na pudełku - oznajmiła, licząc 

na to, że wreszcie dowie się, jak dalece Paul gotów jest pójść 

na ustępstwa.

Oczy Caroline zwęziły się.

 - Czy nie żąda pani zbyt wiele?

 - Jeśli perfumy nie zostaną odpowiednio rozreklamowane, 

nic   z   tego   nie   wyjdzie.   „St.   Etienne"   nie   lansował   jeszcze 

background image

perfum   na   tę   skalę,   a   ja   mam   pod   tym   względem 

doświadczenie.

 - Ale chyba nie aż takie?

 - Chcę mieć wpływ na to - odpowiedziała twardo Hillary. 

- Tak jak żądam udziału w zyskach.

  -   Myśleliśmy   raczej   o   jakimś   ryczałcie   -   ripostowała 

Caroline.

 - Maurice St. Etienne ma swój udział w zyskach.

  -  Tak...   ale...   -   Caroline   pokręciła   się   niespokojnie  na 

krześle i głęboko odetchnęła. - Obawiam się, że odniosła pani 

wrażenie, iż pracuję dla „St. Etienne"...

 - Powiedziała pani przecież, że pracuje pani z Paulem! - 

przerwała jej Hillary w popłochu.

 - W chwili obecnej nie jestem związana... z „St. Etienne". 

-   Caroline   odchrząknęła.   -   Reprezentuję   inny   dom   mody. 

Bardzo mi przykro z powodu tego podstępu, ale chciałabym 

dojść z panią do porozumienia.

Caroline wstała spoglądając z góry na Hillary.

  - Chcę, by zastanowiła się pani nad tym, o czym dziś 

rozmawiałyśmy. Będziemy z sobą w kontakcie.

Sięgnęła po torebkę i wyjęła z niej kremową wizytówkę ó 

złoconych brzegach.

background image

  - Proszę pamiętać o tym, że dzięki wylansowaniu przez 

nas pani perfum będzie pani sławna - oświadczyła, wręczając 

Hillary wizytówkę.

Z   kartonika   biło   w   oczy   jedno   wykaligrafowane   na 

brązowo słowo: „Dominique".

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

  -   No   i   co   o   tym   sądzisz?   -   spytała   Hillary, 

opowiedziawszy Melody o propozycji Caroline.

 - Nie uważasz, że to zadziwiający zbieg okoliczności, iż 

„Dominique"   właśnie   teraz   zamierza   wylansować   twoje 

perfumy?

 - Po prostu są dobre!

  -   Wierzysz,  że   to   przypadek?   Właśnie   teraz,   gdy 

„Dominique" dąży do fuzji z przedsiębiorstwem Paula? A co z 

perfumami, które dla niego skopiowałaś? I dlaczego Caroline 

okłamywała cię?

 - Nie wiem. - Ale pracowałam na to przez całe lata. Po to 

przecież w ogóle chciałam zorganizować to seminarium.

Melody zastanowiła się przez chwilę.

 - Do kiedy musisz podjąć decyzję?

  -   Dziś   po   południu   powinnam   spotkać   się   z   ich 

adwokatami, by przedyskutować kontrakt.

 - Powinnaś?

Hillary przymknęła oczy i westchnęła.

 - Czuję się jak zdrajca, bo to „Dominique". Dla mnie to 

wszystko jest jak sen, ale nie mogę zapomnieć, że właśnie 

Caroline uczyniła z życia Paula jeden wielki koszmar.

background image

Melody pocieszającym gestem położyła rękę na ramieniu 

Hillary.

 - Czy on już wie o twoich zamiarach?

  - Jeszcze nie - odpowiedziała Hillary, wpatrując się w 

rozkwitłe już w pełni róże od Paula. - Nie mogłam się z nim 

skontaktować.

Ledwie skończyła mówić, gdy w drzwiach prowadzących 

do „Scentsations" pojawił się Paul.

Paul   tym   razem   nie   obdarzył   Hillary   swym   zabójczym 

uśmiechem i w ogóle wyglądał, jakby wypompowano z niego 

całą energię.

 - Miałem dziś niezwykle interesujący dzień - zaczął, ale 

coś w jego głosie ostrzegło Hillary, że nie wszystko jest w 

porządku.

  - Podobnie jak ja - wtrąciła, ale Paul nie zwrócił na to 

uwagi.

  -   Otrzymałem   wiadomość,   że   ludzie   od   „Dominique" 

chcą się ze mną spotkać. I to na dodatek w Dallas.

  - To jeszcze nie koniec  świata. Tylko czterdzieści pięć 

minut samolotem.

Paul nawet się nie uśmiechnął.

background image

 - Do tego dochodzi dojazd na lotnisko, czas przeznaczony 

na zakup biletu, przejazd taksówką do restauracji w centrum 

miasta,   a   wreszcie   dwie   godziny   oczekiwania   na   to...   - 

Mówiąc   to   sięgnął   do   kieszeni   i   wydobył   z   niej   małe 

pudełeczko zawierające mlecznobiały korek w kształcie róży. 

Ten   sam,   który   zaprojektowała   Hillary   do   flakonu   z   kopią 

perfum „Dominique". Korek tkwił nadal w obtłuczonej szyjce 

butelki.

  -  A  więc   udało   się   -   roześmiała   się   Hillary.   Paul   nie 

wyglądał na rozbawionego.

 - Później musiałem powtórzyć cała drogę w drugą stronę. 

Ktoś zadał sobie wiele trudu, by pozbyć się mnie z Houston.

Caroline!   -   pomyślała   Hillary.   To   ona   usunęła   z   drogi 

Paula,   by   móc   spokojnie   przedstawić   swoją   propozycję.  Ta 

myśl sprawiła, iż Hillary poczuła się jeszcze bardziej winna. 

Nagle zauważyła, jak Natasha bezwstydnie nadstawia ucha.

 - Pomówmy może o tym na zapleczu - zaproponowała.

 - Widzę, że wiesz coś na ten temat - stwierdził Paul.

 - Być może - odparła. Caroline Waite złożyła mi wizytę.

  -   Wiceprezes  „Dominique"?   -   Paul   nie   ukrywał 

zdumienia.   -   To   właśnie   ona   miała   się   ze   mną   spotkać   w 

Dallas!

background image

 - Nic nie wiedziałam o jej związkach z „Dominique", do 

czasu   gdy   pod   koniec   spotkania   wręczyła   mi   wizytówkę. 

Przedtem sądziłam, że pracuje dla ciebie.

Paul rzucił pudełko z białą różą na biurko Hillary.

  -   Spotykałaś   się   z   nią   wcześniej   i   nic   mi   o   tym   nie 

powiedziałaś?

 - Prosiła mnie o to.

 - I nie widziałaś w tym nic dziwnego?

 - Mówiła mi, że nie chce, byś się zdenerwował.

  - Oczywiście, że jestem zły, iż spotykasz się za moimi 

plecami z wiceprezesem „Dominique"!

  -   Ale   ja   nie   wiedziałam,   kim   ona   jest!   Kiedy 

rozmawialiśmy   o   „Dominique",   nigdy   nie   wymieniałeś 

nazwiska ich wiceprezesa. Zresztą sądziłam, że to Francuzka.

  -   To   nie   do   wiary!   -   denerwował   się   Paul.   -   W   jaki 

sposób...?  Ach,   już   wiem.   Przesłałaś   jej   swoją   wizytówkę, 

wtedy jak przerwała nam obiad. Czego od ciebie chciała?

  -   Jest   zainteresowana   moimi   perfumami.   Zarówno 

„Słonecznymi Skrami", jak i „Księżycowymi Cieniami". Po 

prostu chce je kupić! - wyrzuciła z siebie. Zabrzmiało to jak 

wyrzut pod jego adresem.

Paul zatrzymał się i odwrócił przodem do niej.

background image

 - No i co w tym złego? - zaatakowała go, choć nawet się 

nie   odezwał.   -   „Dominique"   ma   dobrą   reputację   wśród 

młodszej klienteli. To wymarzona firma dla moich perfum.

  - Chcesz powiedzieć, że zamierzają wypuścić na rynek 

twoje perfumy?

 - Chcą zrobić to w ciągu roku - poinformowała go. Paul 

osunął się na jedno z krzeseł.

 - Do czego ona zmierza? - mruczał sam do siebie.

  -   Po   prostu   chce,   by   jej   firma   szła   z   duchem   czasu, 

zamiast polegać na wsparciu ze strony zatęchłej arystokracji! 

Zwracają się do dzisiejszych, nowoczesnych kobiet.

Paul obrzucił ją szybkim spojrzeniem.

  -   Nie   bądź   naiwna.   Jesteś   jeszcze   zupełnie   nie   znana. 

Hillary poczuła się tak, jakby ją ktoś spoliczkował.

  -   To   się   zmieni.   Poczekaj,   aż   zacznę   pokazywać   się 

publicznie,   a   ludzie   ujrzą   moje   nazwisko   na   opakowaniach 

perfum.

 - Sama w to nie wierzysz. Nigdy się na to nie zgodzą.

 - Już się zgodzili - zauważyła z uśmiechem.

 - Podpisałaś z nimi umowę? - zareplikował Paul.

  - Jeszcze nie - musiała przyznać Hillary - ale jestem z 

nimi umówiona dziś po południu.

background image

  - Nie przeocz tylko tego, co będzie napisane drobnym 

maczkiem - warknął Paul.

 - Dziękuję. Będę o tym pamiętać.

Paul wciąż wpatrywał się w nią twardym wzrokiem.

 - Czy ty w ogóle masz pojęcie, w co się pakujesz?

 - To moja życiowa szansa - odparła Hillary.

  -   Pozwól,   że   coś   ci   powiem   na   temat   twoich   nowych 

pracodawców...

  - Nie waż się psuć tego wszystkiego! Jesteś po prostu 

zazdrosny!

  -   To   oportunistyczne   rekiny.   Receptura,   której   kopię 

wykonałaś, była prezentem mojego dziadka dla kobiety, którą 

kochał.   Kobiety,   która   zdradziła   go   poślubiając   Gerarda 

Dominique!

 - Więc dlaczego wcześniej nie przystąpili do produkcji?

 - Wierzysz, że Dominique pozwoliłby nosić swojej żonie 

prezent,   który   otrzymała   od   innego   mężczyzny   w   dowód 

miłości?

Hillary pokręciła przecząco głową, choć nie znała przecież 

Gerarda Dominique.

Paul wygodnie oparł się o krzesło.

background image

  - Wątpię zresztą, by Gerard w ogóle wiedział, że jego 

zmarła   w   zeszłym   roku   żona   jest   właścicielką   receptury. 

Prawdopodobnie odnaleziono ją w jej osobistych papierach.

 - Bardzo mi przykro - powiedziała automatycznie Hillary.

  -  Tak...  -  Paul  zamilkł  na  chwilę.  - Wiem,  że dziadek 

kochał babcię, ale... to nie była Chantal.

 - Chantal musiała być jego pierwszą miłością.

 - Tak - przytaknął. - Bardzo przeżył jej śmierć. Była jego 

muzą.  Całe  życie  ciężko  pracował,  by  zapewnić  sławę  „St. 

Etienne". Myślę, że chciał, by żałowała swego wyboru. Nasze 

dwa domy zawsze z sobą ostro rywalizowały. Trudno mówić o 

sympatii między obiema rodzinami.

  - Dlaczego więc „Dominique" pragnie doprowadzić do 

fuzji z „St. Etienne"?

  -   Rodzina   Dominique   nigdy   nie   była   akceptowana   we 

francuskich   wyższych   sferach.   Ich   rynek   zbytu   leży   przede 

wszystkim   za   granicą.   Na   przykład   w   tym   kraju.   Nowe 

pokolenie dyrektorów u „Dominique" to ludzie inteligentni i 

pozbawieni   skrupułów.   Przyznasz,   że   to   niebezpieczna 

kombinacja.   Proponowali   mi   kupno   receptur.   Nie   mogłem 

sobie na to pozwolić. Zaproponowali mi więc fuzję, a ja na to 

też nie mogę przystać.

background image

Hillary zaczynała powoli rozumieć.

 - Tak więc teraz chcą cię wypchnąć z rynku.

 - W każdym razie będą próbowali - odparł Paul. Spojrzał 

na Hillary.

  - Mój dziadek był jedynym człowiekiem, który dał  mi 

odczuć, że mu na mnie zależy, że mnie kocha. Mój własny 

ojciec   zapomniał   o   moim   istnieniu.   -  Twarz   jego   przybrała 

nagle twardy wyraz. - Czy wiesz, że kazał anulować swoje 

małżeństwo?   Anulował   je!   Czy   wiesz,   co   to   dla   mnie 

oznaczało?

Hillary nie wiedziała, co odpowiedzieć.

 - W nowym życiu mojej matki nie było dla mnie miejsca - 

ciągnął   dalej.   -   Za   bardzo   przypominałem   jej   czasy 

młodzieńczej nierozwagi. Dziadek był i jest dla mnie matką i 

ojcem. Teraz przyszła kolej na mnie, by się nim zaopiekować. 

Zrobię wszystko, by ochronić jego i przedsiębiorstwo, które 

stworzył.

Hillary niezwykle starannie dobierała słów.

  -   Ja   to   wszystko   rozumiem;   to,   dlaczego   chcesz   być 

absolutnie   lojalny   wobec   swego   dziadka.  Ale   „Dominique" 

może urzeczywistnić moje wielkie marzenie. - Ściszyła nieco 

background image

głos   i   niepewnie   dodała:   -   Być   może   i   nasze   marzenia... 

Mogłabym pojechać do Francji...

Po oczach Paula poznała, że użyła niewłaściwych słów. 

Czyżby jego uczucia do niej tak szybko się zmieniły?

W miejsce wahania w jej głosie pojawiła się teraz złość.

  -   Miałam   nadzieję,   że   zapomnisz   o   rywalizacji,   która 

mnie nie dotyczy, i ucieszysz się z mojego sukcesu.

Paul zacisnął dłoń w pięść i uderzył nią w kolano.

  -   Przecież   wiesz,   iż   pragnę,   byśmy   pewnego   dnia 

wspólnie   dzielili   nasze   sprawy.   Zarówno   sukcesy,   jak   i 

niepowodzenia. Całe życie.

 - A co z twoim nazwiskiem, twoim krajem, twoją firmą, 

twoim stylem, twoimi kreacjami...?

Paul złapał ją za ramiona wołając:

 - Hillary!

Zacisnęła   z   całej   siły   powieki,   by   tylko   nie   patrzeć   na 

niego.

 - Czy kiedykolwiek prosiłem cię, żebyś zrezygnowała ze 

swoich planów?

Hillary otworzyła oczy.

  - Nie. Nigdy nie prosiłeś. Ty zakładałeś, że tak będzie. 

Czy nie dlatego właśnie chcesz, bym akurat teraz pojechała z 

background image

tobą   do   Francji?   Bym   ujrzała   potężną   „St.   Etienne"   i 

zrozumiała, jak nieistotne w porównaniu z nią są moje własne 

pragnienia?

Paul gwałtownie pobladł, puszczając jej ramiona.

  -   Gratuluję,   Paul.   Rozegrałeś   to   po   mistrzowsku. 

Wystarczyło   jedynie   zamieszać   nieco   w   głowie   tej   małej 

Amerykance, aż będzie sama prosiła o możliwość współpracy 

z tobą - oznajmiła z goryczą.

  -   Wydawało   mi   się,   że   coś   dla   siebie   znaczymy   - 

powiedział Paul cicho.

Hillary zauważyła, jak starannie unika słowa „miłość".

 - Ja też tak myślałam.

 - A więc nie przyjmuj propozycji „Dominique".

 - A masz może lepszą?

  -   Nie   -   wydusił   z   siebie   cichym   głosem.   Hillary 

początkowo ogarnęło poczucie winy,

po   chwili   jednak   uznała,   że   Paul   chce   ją   wykorzystać. 

Żądał od niej, by zrezygnowała z życiowej szansy w zamian 

za mgliste obietnice wspólnego życia.

  -   Jeśli   podpiszę   umowę   z   „Dominique",   wniosę   do 

naszego   życia...   moją   własną   tożsamość.   To   dla   mnie 

niezwykle   ważne.   Płynęłyby   z   tego   również   wymierne 

background image

korzyści.   Są   niezwykle   hojni   -   powiedziała,   siląc   się   na 

uśmiech.

  - Naprawdę wierzysz w to, że „Dominique" wylansuje 

perfumy,   które   opracowała   żona   ich   największego 

konkurenta?

Co za uparty człowiek, pomyślała Hillary.

 - Żona? Czyżbym przeoczyła oświadczyny?

Paul   zmierzwił   włosy   palcami,   po   raz   pierwszy 

doprowadzony do ostateczności.

 - Nie miałem zamiaru... no cóż, tak, miałem taką nadzieję, 

za jakiś czas... gdy zobaczysz mój dom... Do diabła, Hillary, 

jestem szefem podupadającej firmy. Nie mogę spełnić twoich 

marzeń.  A  ty   chcesz,   by   „St.   Etienne"   wylansowała   twoje 

perfumy i zrealizowała twoje marzenia. Wszystko, co mogę ci 

zaoferować, to moje serce. Czy to ci nie wystarczy?

Poczuła   się   okropnie,   jak   zachłanny   oportunista, 

poświęcający   miłość   dla   kariery.   Nie,   nie   miłość.   Oboje 

unikali przecież tego słowa.

 - Paul - jęknęła, chwytając go za ramię.

Nie pocałował jej, mimo że tak bardzo tego pragnęła.

  - Zapomnij o tym wszystkim. Jedź ze mną do Francji - 

poprosił.

background image

 - Nie! - zawołała odsuwając się. Uniosła dumnie głowę. - 

Niczego nie chcesz zrozumieć!

 - To ty nie masz pojęcia o tym, czym jest „St. Etienne", 

inaczej   nie   wahałabyś   się   jechać   ze   mną.   -   Mówił   ostrym, 

podniesionym   głosem.   -   Twój   sklepik   jest   mniejszy   od 

najmniejszego butiku „St. Etienne". Zacznij wreszcie myśleć 

innymi   kategoriami,   Hillary.   Wydawało   mi   się,   że   tu,   w 

Teksasie, wszyscy tak czynią.

Im   większy   człowiek,   tym   twardszy   upadek,   pomyślała 

Hillary.   Postanowiła   uzmysłowić   mu   raz   jeszcze   korzyści 

płynące z podpisania umowy z „Dominique".

Paul niemalże eksplodował ze złości.

 - Nie ma mowy! Zabraniam ci przyjąć tę propozycję.

 - Zabraniasz? Ty mi zabraniasz? - Zdenerwowanie Hillary 

rosło z minuty na minutę.

Paul   zdążył   się   już   opanować.   Lodowatym   tonem 

spokojnie oznajmił:

 - Proszę cię, byś nie spotykała się więcej z „Dominique". 

Jeśli to zrobisz, nie widzę dla nas przyszłości.

Jednak   słowo   „zabraniam"   wciąż   jeszcze   dźwięczało   w 

uszach Hillary. Jeśli teraz ustąpi, będzie tego stale się od niej 

background image

domagał.   Będzie   chciał   ukształtować   ją   na   modłę   „St. 

Etienne". Hillary Simpson nie będzie się w ogóle liczyć.

  -   To   są   moje   sprawy,   Paul.   Nie   powinny   mieć   nic 

wspólnego z uczuciami, jakie żywimy względem siebie. Nie 

każ mi wybierać, co jest dla mnie ważniejsze. Opowiem ci o 

wszystkim. Gdy wrócę ze spotkania, będziemy mieli czas na 

przemyślenia - mówiąc to skierowała się do wyjścia.

 - Hillary, kocham cię. Kolana ugięły się pod nią. .

 - To nie fair.

 - Ale to prawda.

Stał na tyle blisko, że czuła jego ciepły oddech na szyi. 

Wystarczyło, by odwróciła się, a wpadłaby w jego ramiona.

Ale gdyby tak się stało, byłaby zgubiona.

 - Więc ciesz się moim szczęściem. Życz mi powodzenia.

Wymamrotał   coś   w   odpowiedzi,   gdy   opuszczała   go,   z 

wdziękiem   przemierzając   salę   wystawową   swojego   sklepu. 

Dopiero   na   parkingu   uświadomiła   sobie,   że   nie   życzył   jej 

powodzenia. Powiedział jej „żegnaj".

Nie   była   w   nastroju   na   spotkanie   z   Caroline   Waite. 

Ruszyła wozem z miejsca, starając wziąć się w garść.

„Zabraniam".   Paul   był   równie   staroświecki   jak   jego 

przedsiębiorstwo.

background image

Jeśli kochał ją, czy nie powinien cieszyć się wraz z nią?

Uznała, że podjęła słuszną decyzję. Jedyną możliwą. „St. 

Etienne" połknęłaby ją. Nie byłoby Hillary Simpson, a jedynie 

żona Paula.

Powtarzała to sobie przez całą drogę, póki nie znalazła się 

pod windami smukłego, szklanego wieżowca, w którym mieli 

swoje biuro adwokaci „Dominique".

Była   względnie   spokojna,   gdy   udawała   się   na 

poszukiwanie jakiegoś baru czy poczekalni, w której mogłaby 

spędzić godzinę, jaka pozostała jej do spotkania.

Paul powiedział, że ją kocha. Czy naprawdę? Nie mogła 

sobie teraz pozwolić na myślenie o tym.

Dokładnie wiedziała, co musi zrobić. Powinna dojść do 

porozumienia   z   „Dominique".   Na   początku   Paul   będzie   się 

nieco   boczył.   Szybko   jednak   przekona   się,   że   gdy   tylko 

„Dominique" wypuści na rynek jej perfumy, spełnią się nie 

tylko jej,  Hillary, marzenia,  ale  i on  będzie  mógł uratować 

firmę.

Drzwi   windy   otworzyły   się,   odsłaniając   widok   na   małą 

salkę,   w   której   przebywał   tylko   jeden   mężczyzna.   Hillary 

kupiła sobie napój orzeźwiający, wahając się, co robić dalej. 

Poza nią i tym człowiekiem nie było nikogo w pomieszczeniu.

background image

Mężczyzna zdawał się pochłonięty lekturą jakiegoś pisma. 

Nagle poznała okładkę „Perfumer's Quarterly".

Podeszła do niego uśmiechając się uprzejmie. Był jeszcze 

dość młody.

  -   Przepraszam,   czy   pan   jest   może   perfumerzystą   - 

konsultantem u „Dominique"?

  - Jestem jednym z nich - odpowiedział, wstając. Hillary 

wyciągnęła rękę.

 - Jestem Hillary Simpson.

 - Alain Brun - odparł, z lekkim, niewątpliwie francuskim 

akcentem.

 - Oboje jesteśmy przed czasem.

  -  Tak.  Opowiadano  mi  niestworzone  rzeczy  o  korkach 

ulicznych   w   Houston,   więc   postanowiłem   wyjechać 

wcześniej.

 - To wszystko przez tę przebudowę dróg.

Hillary   nie   mogła   ukryć   podenerwowania.   Alain   Brun 

musiał to zauważyć.

  -   Proszę   się   nie   martwić.   Jestem   tu   tylko   po   to,   by 

upewnić   się,   że   nie   przedstawi   nam   pani   receptury   na, 

powiedzmy, keczup czy pastę do podłóg...

Hillary poczuła, że zaschło jej w gardle.

background image

  -   Po   raz  pierwszy   sprzedaję   swoje   perfumy.  Wszystko 

stało się tak szybko. Caroline powiedziała, że w ciągu roku 

wprowadzą je na rynek. To takie podniecające. Mam pomóc w 

projektowaniu flakonu i opakowania, a później mam jechać z 

kampanią reklamową...

Alain spuścił wzrok. Gdyby nie przyglądała mu się tak 

uważnie, w ogóle nie zwróciłaby na to uwagi.

Nagle   pomyślała   o   niezręcznej   sytuacji,   w   jakiej  Alain 

musi się znajdować. On prawdopodobnie nigdy nie otrzymał 

takiej szansy, jaka stała się jej udziałem.

Co za brak delikatności z jej strony. Pospiesznie zmieniła 

temat.

  -   Czy   słyszał   pan   już   może   o   moim   seminarium? 

Informacja   o   nim   ukazała   się   w   wiosennym   wydaniu 

„Perfumer's   Quarterly".   Niestety,   musiałam   je   wówczas 

przełożyć,   ale   wygląda   na   to,   że   tej   wiosny   wreszcie   się 

odbędzie - szczebiotała bez wytchnienia. - Chciałby pan może 

wziąć w nim udział? Będzie też przedstawiciel „St. Etienne".

Hillary zreflektowała się, że mówi właśnie o największym 

rywalu „Dominique".

background image

  -   Zresztą,   kto   wie,   czy   będę   w   stanie   zająć   się 

seminarium,   jeśli   „Dominique"   będzie   mnie   akurat   wtedy 

potrzebowała... - raptownie urwała.

Alain uśmiechnął się.

  -   Na   pani   miejscu   nie   zarzucałbym   seminarium,   które 

zapowiada się interesująco.

 - Ale z chwilą, gdy ruszy produkcja moich perfum, mogę 

już nie mieć na to czasu.

 - Muszę przygotować jeden wzorcowy flakon i przekazać 

go do produkcji. Naturalnie, zrobię to tak szybko, jak tylko 

możliwe, gdyż dopiero wtedy będziemy mogli przystąpić do 

badania rynku pod kątem pani perfum.

 - Tylko jeden flakon? Ależ... zagwarantowano mi udział w 

kampanii   reklamowej...   mam   pomóc   w   projektowaniu 

opakowania...

Alain   spojrzał   na   nią   tak,   jak   robili   to   ostatnio   często 

Melody i Paul.

  -   Jest   pani   bardzo   młoda   i   bardzo   ambitna.   Ciekawe 

dlaczego wszyscy mężczyźni tak o niej mówią.

  - Widzi pani, ja... co nieco orientuję się w panujących 

zasadach i, szczerze mówiąc, wątpię, czy w tak krótkim czasie 

możliwa jest promocja, jakiej pani oczekuje.

background image

  -   Ależ   w   kontrakcie...   Mężczyzna   wzruszył   tylko 

ramionami.

Gest   ten   przypomniał   jej   od   razu   Paula.   Ciekawe,   czy 

wciąż   jeszcze  złościł   się   na   nią?  Zapragnęła   mieć   go   teraz 

przy   sobie.   Z   pewnością   natychmiast   rozgryzłby   wszystkie 

kruczki prawne.

  - Niech się pani nie martwi. Pani prawnik wszystkiego 

przecież dopilnuje.

Wolała   mu   nie   mówić,   że   w   ogóle   nie   rozmawiała   z 

żadnym prawnikiem o propozycji „Dominique".

Nagle zdała sobie sprawę, że zachowała się bardzo głupio. 

Paul próbował ją ostrzec, ale ona tak bardzo chciała zostać 

sławna i uratować „St. Etienne", że go nie słuchała. Teraz, gdy 

wróciła jej zdolność racjonalnego myślenia, sama dostrzegała 

ewidentne   sprzeczności.   Im   więcej   o   tym   myślała,   tym 

większy ogarniał ją niepokój. Jeszcze przed chwilą wszystko 

wydawało się takie proste.

  -   Chyba   już   czas,   byśmy   udali   się   na   spotkanie  - 

zaproponował   Alain,   taktownie   nie   zwracając   uwagi   na 

malujące się na twarzy Hillary rozczarowanie.

Hillary postanowiła, że nie podpisze niczego, zanim nie 

zapozna się z tym jej prawnik. Jak również Paul. To wszystko 

background image

było   zbyt   piękne,   aby   mogło   być   prawdziwe.   Szkoda,   że 

wcześniej o tym nie pomyślała.

Na górze powitała ją niezwykle pewna siebie Caroline.

  -   Oto   twój   kontrakt,   Hillary.   Jeśli   go   przejrzysz, 

zauważysz,   że   zawiera   wszystko,   co   ustaliłyśmy   wcześniej 

ustnie.

Umowa była dużo bardziej skomplikowana, niż się Hillary 

tego   spodziewała.   Prawnicy   „Dominique"   starali   się 

prawdopodobnie   ukryć   pod   dużą   liczbą   słów   korzystne   dla 

swego klienta postanowienia kontraktu.

 - A teraz może Alain mógłby rzucić okiem na recepturę?

Hillary   nerwowym   gestem   wyciągnęła   swoje   papiery. 

Nigdy dotąd nie ujawniała jeszcze swoich receptur.

Przeglądała kontrakt, podczas gdy Alain zapoznawał się z 

jej notatkami. Jego twarz była bez wyrazu; momentami tylko 

unosił nieco brwi.

Mijały minuty. Hillary odnalazła ustępy informujące ją o 

tym, że kampania reklamowa i produkcja są od siebie zupełnie 

niezależne. Gdyby nie Alain, w ogóle nie zwróciłaby na to 

uwagi, myśląc, że tak powinno być. Teraz wszystko wydawało 

jej się podejrzane.

background image

  - Widzę, że zyskałem konkurentkę - zauważył wreszcie 

Alain. - Bardzo ciekawe. Od niedawna obserwuję nawrót do 

bardziej naturalnych składników.

Komplement ten dobrze podziałał na nadszarpnięte nerwy 

Hillary.  Tak   rzadko   miała   okazję   do   rozmowy   z   kolegą  po 

fachu.

  -   W   moich   badaniach   uwzględniłam   wpływ   promieni 

słonecznych   na   perfumy.   Użyłam   olejków,   które   nie 

rozkładają   się  tak   szybko.  Alain   pokiwał   głową   i   oddał   jej 

dokumenty.

 - Z góry cieszę się na przygotowywanie tych perfum. Jest 

pani niezwykle utalentowana.

Hillary przyjęła pochwałę z prawdziwą wdzięcznością.

Nagle Hillary poczuła niewymowną tęsknotę za Paulem. 

Powinni   to   wszystko   razem   przedyskutować.   Dotyczyło   to 

przecież ich przyszłości. Powinien być razem z nią.

Wiedziała teraz, że jest w nim po uszy zakochana i to od 

dawna.   Była   głupia,   że   wcześniej   nie   zdała   sobie   z   tego 

sprawy. Nie musiała się niczego obawiać. Miłość pozwoli im 

znaleźć prawidłowe rozwiązanie. Niepotrzebne były wszystkie 

ostre   słowa,   jakie   padły   między   nimi.   Wiedziała,   że   Paul 

będzie z niej dumny.

background image

Podniesiona   na   duchu,   Hillary   z   trudem   mogła   się 

doczekać końca spotkania, by pobiec do jego hotelu. Przyzna 

mu się, że i ona go kocha, i padną sobie w ramiona. Później 

spokojnie   przedyskutują   propozycję   „Dominique"   - 

oczywiście po tym, gdy nadrobią stracony czas.

Uśmiechnęła   się   na   samą   myśl.   Zobaczyła,   że   Caroline 

odpowiada jej uśmiechem.

  -  A  więc,   Hillary.   Jeśli   jesteś   gotowa...   -   powiedziała, 

wręczając Hillary złote pióro.

 - Chcę, by wpierw zapoznał się z tym mój adwokat.

 - Świetnie - odpowiedziała z uśmiechem Caroline. - Mam 

nadzieję, że niedługo się pojawi?

  - Nie. Zaniosę jej ten kontrakt - odpowiedziała Hillary 

sięgając po torebkę.

Caroline zmarszczyła brwi.

  - Hillary, chcemy podpisać to dziś. Powinnaś wcześniej 

podjąć jakieś ustalenia. Chcemy znać twoją odpowiedź dzisiaj.

  -   Bardzo   mi   przykro.   -   Nie   miałam   pojęcia,   że   ten 

kontrakt będzie taki długi i skomplikowany.

  -   Jedyna   rzecz,   jaka   powinna   cię   interesować,   to 

wymieniona w tym miejscu suma - powiedziała Caroline.

background image

  -   Jest   jeszcze   kilka   innych   rzeczy,   które   chciałabym 

wyjaśnić - rzuciła od niechcenia Hillary.

 - Co na przykład?

Hillary   zerknęła   na  Alaina,   który   bacznie   starał   się   nie 

okazać, po czyjej stoi stronie. Hillary zdawała sobie sprawę, 

że   Caroline   wie   o   jej   powiązaniach   z   Paulem.   Nikt   nie 

powinien   więc   podejrzewać  Alaina   o   ujawnianie   sekretów 

przedsiębiorstwa.

 - Słyszałam, że planujecie wypuścić na rynek jeszcze inne 

perfumy. Nie bardzo więc rozumiem, w jaki sposób mogłaby 

się odbyć w przyszłym roku promocja moich perfum. - Hillary 

przekartkowała kilka stron kontraktu. - Jeśli chodzi o ścisłość, 

nie widzę tu ani słowa o sposobie ich prezentacji ani o moim 

udziale   w   kampanii   reklamowej,   o   czym   przecież 

rozmawiałyśmy.

 - Trudno byłoby zmieścić wszystko w kontrakcie. Hillary 

spojrzała na Caroline kątem oka.

  - A więc niech mój prawnik pokusi się o taką próbę - 

odparła, odkładając złote pióro na stół.

 - Jestem zmuszona nalegać, byś mimo to podjęła dzisiaj 

decyzję i podpisała kontrakt taki, jaki jest. Czy zdajesz sobie 

background image

sprawę,   że   możesz   wyjść   stąd   z   czekiem   na   sto   tysięcy 

dolarów?

Hillary   wiedziała,   że   to   mnóstwo   pieniędzy,   ale   mogła 

zarobić miliony, gdyby jej perfumy znalazły się na rynku.

 - Skąd ten pośpiech?

  - By nie sprzedała pani swoich perfum komu innemu - 

odezwał się Alain.

Caroline z ledwie hamowaną wściekłością odwróciła  się 

do swego konsultanta, oczami ostrzegając go, by milczał.

Było jednak za późno. Hillary w końcu zrozumiała.

  -   Chodzi   o   Paula.   Kupujecie   moje   perfumy,   bo   nie 

chcecie,   by   on   to   zrobił   -   powiedziała   wolno,   czując,   jak 

opuszcza ją cała radość.

  - Hillary - powiedziała Caroline pojednawczo. - Powód, 

dla którego kupujemy twoje perfumy, jest nieistotny. Ważne 

jest jedynie to, że chcemy je kupić.

Hillary   zrobiło   się   niedobrze.   Dla   niej   powód   był 

niezmiernie   ważny.   Wcale   nie   chcieli   jej   perfum.   Chcieli 

jedynie pokrzyżować plany Paulowi. Skąd mogli wiedzieć, że 

„St. Etienne" wcale nie zamierza produkować jej perfum?

background image

„Dominique" zresztą też nie. Caroline postrzegała Hillary 

jako   zagrożenie   dla   planowanej   fuzji   i   podjęła   kroki,   by 

pozbyć się tego zagrożenia.

Hillary ogarnęła fala ogromnego rozczarowania. Z trudem 

wstała.

  - Jeśli je wam teraz sprzedam, nigdy więcej o nich nie 

usłyszę, prawda? - spytała.

 - Niekoniecznie.

 - Cóż, w każdym razie próbowałaś.

 - Zaczekaj!

Wypowiedziane władczym tonem słowo zatrzymało ją w 

pół drogi.

 - Podwajamy ofertę, jaką złożyła ci „St. Etienne". Dwóch 

mężów?   Hillary   roześmiała   się   do   swojej  myśli,   co   tylko 

rozzłościło Caroline.

  - Powinnaś się jeszcze zastanowić - powiedziała biorąc 

ponownie   w   rękę   złote   pióro.   -   „St.   Etienne"   nie   przetrwa 

kolejnego roku.

  - Nie byłabym tego taka pewna - stwierdziła Hillary. - 

Paul ma jeszcze w zanadrzu kilka pomysłów.

  -   Nie   masz   chyba   na   myśli   swojego   skromniutkiego 

seminarium.

background image

Tak   właśnie   było,   ale   po   raz   pierwszy   w   życiu   Hillary 

postanowiła   trzymać   język   za   zębami.   Skoro   Caroline   nie 

wiedziała,   że   „St.   Etienne"   potrzebuje   nowego   kreatora 

perfum, z pewnością nie dowie się tego od niej.

Hillary   wyszła,   świadoma,   że   zyskała   nowego   wroga. 

Wsiadła do samochodu i siedziała tam bez ruchu tak długo, aż 

przestała dygotać. Jaka była głupia! Gdyby tylko posłuchała 

Paula. Gdyby tylko Paul próbował ją zrozumieć.

Pojechała   bezpośrednio   do   jego   hotelu.   Postanowiła,   że 

dołoży wszelkich starań, by dojść z Paulem do porozumienia. 

A potem pomoże mu uratować „St. Etienne" przed Caroline.

Caroline   okłamała   ją   i   obraziła.   Była   zagrożeniem   dla 

mężczyzny, którego Hillary kochała.

Pełna niepokoju wjechała windą na górę i prawie biegnąc 

ruszyła w stronę apartamentu Paula.

Drzwi   były   otwarte,   a   z   pokoju   dobiegał   odgłos 

pracującego odkurzacza. Hillary zajrzała do sypialni i jednym 

spojrzeniem ogarnęła pusty stojak na walizki i ściągniętą z 

łóżka pościel.

Paul St. Steven wyjechał.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

Paul wyjechał. Recepcjonista to potwierdził. Oczekiwała 

przejmującego uczucia bólu, ale jedyne, co naprawdę czuła, to 

pustka.

Czy naprawdę wyjechał? Jak mógł coś takiego zrobić po 

wyznaniu, że ją kocha? Na pewno wkrótce się do niej odezwie 

lub wpadnie do „Scentsations".

Hillary   zatrzymała   się   przed   głównym   wejściem   do 

„Scentsations". Zaglądając przez okno do sklepu, dostrzegła, 

że perfumy straciły coś ze swej magii. Nie wiadomo gdzie 

podział się blask rżniętego szkła, a i sam sklep, wydał jej się 

duszny i zatęchły.

Natasha przerwała na chwilę polerowanie kontuaru.

  -   Paul   zostawił   to   dla   ciebie   -   oznajmiła,   wręczając 

Hillary kopertę z umieszczoną w nagłówku nazwą hotelu.

Koperta   zawierała   czek   owinięty   pojedynczą   kartką   z 

hotelowej papeterii.

„W załączeniu czek za skopiowanie perfum. Jeśli suma 

jest za niska, obciąż mnie, proszę, różnicą. Żegnaj."

Hillary zauważyła, że Paul użył zwrotu „żegnaj", a nie „au 

revoir". „Żegnaj" było ostateczne. „Au revoir" oznaczałoby, że 

chce ją jeszcze ujrzeć. Pisząc to Paul musiał być wściekły i 

background image

urażony. Zraniła go bardzo głęboko. Oznajmił jej, że ją kocha, 

a ona mimo to udała się do „Dominique".

 - Pewnie wraca do Francji? - spytała Natasha.

 - Na to wygląda - odparła Hillary. Bo chyba tylko to mógł 

oznaczać ten list? A może Paul rozmawiał z Natashą? Hillary 

postanowiła spytać ją o to.

 - Czy... czy coś ci mówił o swoich dalszych planach?

  -   Nie,   ale   kręcił   się   tu   przez   jakiś   czas   i   trochę 

rozmawialiśmy.   Pytał   mnie,   co   chcę   dalej   robić   w   życiu. 

Melody też tu była. Przyszły właśnie jej zamówienia na mirrę 

i trociczki.

 - Rozmawiali ze sobą?

 - Nie o tobie.

 - A o czym? - zapytała Hillary niecierpliwie, zła, że musi 

ją tak ciągnąć za język.

 - Radził Melody, by nie popełniła tego samego błędu co 

on - odpowiedziała Natasha, marszcząc czoło. - Powiedział, że 

czasami trzeba się zmienić, by wszystko mogło pozostać po 

staremu. Co to może znaczyć?

Hillary wzięła głęboki oddech.

  -   To   znaczy,  że   powinien   zaczekać   na   mnie,   zamiast 

rozmawiać z tobą i Melody.

background image

 - Wiem, że to nie moja sprawa, ale musieliście się chyba 

nieźle pokłócić.

 - Wcale się nie pokłóciliśmy - odparła wolno Hillary. - Po 

prostu każde z nas miało własne zdanie na określony temat i 

nie chciało go zmienić.

Przeszła na zaplecze, do laboratorium i siadła przy biurku, 

bawiąc   się   kopertą.   Wypisana   na   czeku   suma   aż   nadto 

pokrywała wszelkie wydatki związane z przygotowaniem dla 

Paula kopii perfum.

Zakochała   się   w   mężczyźnie,   który   najwyraźniej   miał 

nieco   staroświeckie   wyobrażenie   o   kobietach.   Próbowała 

wmówić sobie, że w porę to odkryła.

Pomyślała   o   seminarium.   Ono   było   kluczem   do 

wszystkiego   i   jedyną   nicią,   jaka   wciąż   jeszcze   wiąże   ją   z 

Paulem. Może właśnie ta impreza będzie w stanie pomóc mu 

w jego rozgrywce z „Dominique"?

Hillary postanowiła napisać do niego kilka słów i odesłać 

mu nadpłaconą sumę.

Poinformuje   go   jedynie,  że,   zgodnie   z   wcześniejszymi 

ustaleniami,   zamierza   kontynuować   przygotowania   do 

seminarium. Paul może i jest dumny, ale nie jest głupi. Musi 

background image

zdawać   sobie   sprawę,   że   spotkanie   producentów   perfum 

przyniesie korzyści im obojgu.

„Postanowiłam   nie   podejmować   współpracy   z 

«Dominique», pisała. „Teraz mogę w pełni skoncentrować się 

na   seminarium.   Jestem   przekonana,   że   ty   i   ja   odniesiemy 

dzięki   niemu   ogromny   sukces.   Pozdrowienia   dla   twojego 

dziadka". Specjalnie pozostawiła na dole tylko tyle miejsca, 

by zmieścił się jedynie podpis.

Raz   jeszcze   przebiegła   wzrokiem   treść.   Była   z   siebie 

zadowolona.   List   był   ciepły   i   serdeczny,   ale   nie   powinien 

wprawić Paula w zakłopotanie, na wypadek gdyby otworzyła 

go jego sekretarka. Dowiadywał się z niego, że Hillary nie 

żywi do niego urazy.

Jedyną   odpowiedzią,   jaką   otrzymała,   był   ukryty   w 

świątecznej   poczcie   krótki   list,   równie   lakoniczny   jak   ten, 

który   sama   wysłała.   „Droga   Hillary",   pisał.   „W   sprawie 

«Dominique»   podjęłaś   szybką   decyzję.   Ja   potrzebuję   na   to 

więcej czasu. Powodzenia z twoim seminarium. Skontaktuję 

się z tobą, gdy podejmę decyzję. Pozdrowienia, Paul".

Innymi słowy: nie dzwoń do mnie, to ja odezwę się do 

ciebie.

background image

Hillary z trudem powstrzymywała łzy. Mogło się jeszcze 

okazać,   że   straciła   Paula   nie   tylko   jako   przyjaciela,   ale 

również, jako partnera w interesach.

Postanowiła, że seminarium stanie się takim sukcesem, iż 

będzie po prostu musiał na nie przyjechać.

  -   Co   ustawiasz   na   tym   oknie?   -   spytała   Melody, 

przygotowując na półce miejsce na olejki kąpielowe.

  -   Staram   się   zwabić   do   sklepu   studentów   –   odparła 

Hillary, upinając na wystawie czerwoną satynę. Wiedziała, że 

czerwona satyna wcale się Melody nie spodoba. Nie pasowała 

do   „Earth   Scents".   Bardziej   pasowała   do   Dnia   Świętego 

Walentego. Hillary miała nadzieję na zwiększenie obrotów w 

sklepie Melody. Zbyt wiele towarów zalegało na półkach.

  - Seler nie sprzedawał się ostatnio najlepiej, prawda?  - 

zapytała Hillary.

 - Skąd mam wiedzieć? - Melody zmarszczyła brwi.

  -   W   sklepie   panuje   taki   zamęt...   jest   taki   tłok.   Nie 

pozostało   nic   z   dotychczasowej   spokojnej   atmosfery.   Moi 

klienci czują się stłamszeni.

 - Nie masz aż tak wielu klientów.

 - Mam dużo klientów!

background image

  - Tylko tu zaglądają. - Melody przez cały dzień parzyła 

ziołową herbatę i wiele osób przychodziło kosztować jej, nic 

nie kupując.

  -   Dlatego   też   sprzedaż   wysyłkowa   byłaby   dla   ciebie 

wyśmienitym rozwiązaniem.

Melody zamarła.

 - Jaka sprzedaż wysyłkowa?

 - Ben i ja rozmawialiśmy kiedyś na ten temat. Zastanów 

się może nad tym. Mogłabyś mieć zarówno ten sklep, jak i 

herbatkę   i   pogaduszki   z   przyjaciółmi.   Przez   pozostały   czas 

mogłabyś wypełniać zamówienia. Co na to powiesz?

 - Myślę, że to dużo roboty.

Hillary   odwróciła   się,   tak   by   Melody   nie   widziała 

rozczarowania   na   jej   twarzy.   Wraz   ze   spadkiem   sprzedaży 

Melody   przyzwyczaiła   się   do   ciszy   i   spokoju   w   „Earth 

Scents".

  -   Oczywiście,   że   sprzedaż   wysyłkowa   wymaga   trochę 

starań, ale wasze dzieci są już wystarczająco duże, by pomóc. 

Zresztą duża część pracy została już wykonana.

 - Co masz na myśli? - spytała Melody podejrzliwie.

 - Po pierwsze, potrzebny ci będzie katalog...

background image

  - Ach, ten fotograf! A ja myślałam, że on przygotowuje 

broszurę na twoje seminarium!

 - Tym również się zajmował - przyznała Hillary.

 - Zrobiłaś to wszystko, nie mówiąc mi ani słowa? Hillary 

oczekiwała, że Melody przyjmie to z ulgą, a nie ze złością.

 - Chciałam ci zrobić niespodziankę.

 - Nie - odparła Melody z niezwykłym u niej gniewem. - 

Chciałaś przeforsować swoje pomysły, stawiając mnie przed 

faktem dokonanym.

 - Nie chcieliśmy cię denerwować.

  - Ale mnie zdenerwowaliście! Wszystko ułożyło się nie 

tak jak należy.

  -   Melody,   proszę.   Starałam   się   jedynie   znaleźć   takie 

rozwiązanie, które pozwoli zwiększyć twoje dochody. Nikt nie 

chciał sprawić ci przykrości.

 - Przestań się lepiej troszczyć o moje dochody i zajmij się 

swoim seminarium! Kiedy masz zamiar skontaktować się z 

Paulem?

Hillary   nie   była   przygotowana   na   ten   niespodziewany 

atak.   Drżącą   ręką   przejechała   po   włosach.   Przez   ostatnie 

tygodnie,   jak   zawsze   zresztą,   Melody   była   dla   niej   wielką 

ostoją.   Bez   jej   pomocy   Hillary   nie   byłaby   w   stanie   sama 

background image

przebrnąć   przez   sezon   świąteczny   i   zająć   się   ostatnimi 

przygotowaniami do seminarium. Wydawało jej się, że pomysł 

ze sprzedażą wysyłkową będzie jakąś formą podziękowania 

dla Melody. Zamiast tego, tylko zdenerwowała ją.

  - Paul powiedział, że potrzebuje czasu. Miał się ze mną 

skontaktować.

 - Od tamtej pory nie miałaś od niego żadnych wieści. Nie 

możesz   uwzględniać   go   w   swoich   planach   dotyczących 

seminarium, nie informując go o tym.

Hillary   poczuła,   że   zaczynają   ją   szczypać   oczy.   Nie 

chciała myśleć o Paulu.

 - Czy Paul przyjedzie na seminarium?

Hillary   powstrzymała   napływające   do   oczu   łzy   i 

zeskoczyła z wystawy.

 - Nic mi o tym nie wiadomo, by nie przyjeżdżał.

  - Ale ty wszystkim opowiadasz,  że on przyjeżdża! Cały 

mój magazyn załadowany jest literaturą na seminarium. Co 

zrobisz, jeśli się nie pojawi?

Przejeżdżający  tuż  obok  sklepu  Melody  wóz  dostawczy 

zagłuszył odpowiedź Hillary.

Pisk   hamujących   opon   i   dwa   krótkie   sygnały   klaksonu 

były znakiem, że samochód stanął przed sklepem.

background image

 - Ja się tym zajmę - powiedziała Hillary.

 - Co, znów coś do nas? - zawołała Melody z wyrzutem w 

głosie. - Nie ma już miejsca!

 - Masz tu i tak więcej miejsca niż ja w swoim sklepie czy 

mieszkaniu   -   stwierdziła   Hillary,   podpisując   rachunek.   - 

Możemy przesunąć twoje biurko bardziej do przodu.

  - Ale ja nie chcę mieć go z przodu! - zawołała Melody 

podążając za nią.

 - Tylko tymczasowo.

  - Czy to wszystko dla nas? A gdzie zmieszczą się moje 

zapasy?

 - Ułożymy kartony jeden na drugim - starała się pocieszyć 

przyjaciółkę   Hillary,   podczas   gdy   z   samochodu 

wyładowywano kolejne kartony. Było ich naprawdę dużo.

  - Ile to wszystko kosztowało? - spytała zza kartonowej 

góry.

Hillary zaczęła otwierać kartony.

  - Uczciwie zapracowali na swoje pieniądze. To będzie 

pierwszorzędne   seminarium.   Wszystko   na   błyszczącym 

papierze, elegancko wydrukowane...

 - Ile egzemplarzy zamówiłaś?

background image

Hillary   podniosła   głowę   znad   broszury,   którą   właśnie 

przeglądała, i westchnęła.

 - Dziesięć tysięcy. Jest zniżka...

 - Hillary! - Melody złapała się za głowę. - Ja tego dłużej 

nie wytrzymam! Czy sądzisz, że w seminarium weźmie udział 

dziesięć tysięcy osób?

  - Uspokój się i posłuchaj. To są wkładki do „Perfumer's 

Quarterly". Ludzie będą przysyłać na nich swoje zgłoszenia.

  -   A   to   co   takiego?   -   spytała   Melody,   wskazując   na 

eleganckie, błyszczące okładki.

 - To twoje katalogi. Czyż nie są wspaniałe?

 - A ile one kosztowały? - Melody wzięła jeden do ręki.

  - Dużo - przyznała Hillary nie wchodząc w szczegóły. - 

Jeśli   chcesz   prowadzić   sprzedaż   wysyłkową,   potrzebny   ci 

będzie katalog.

 - Nie wiedziałam, że prowadzimy sprzedaż wysyłkową - 

stwierdziła Melody, dotykając skroni.

Hillary policzyła do trzech, zanim odpowiedziała.

 - Ben i ja uważamy, że to ma przyszłość.

 - Na nic się nie zgadzałam!

 - Ale to dobry pomysł, prawda?

background image

  - Tak - musiała przyznać Melody - ale nie tak od razu. 

Wetknęła katalog z powrotem do kartonu.

 - Oczywiście, że nie natychmiast. Po seminarium.

 - Dlaczego się ze mną nie skonsultowałaś?

  - Dlatego  że to ja zawsze zajmuję się szczegółami. Ty 

nigdy nie miałaś na to ochoty.

 - To trochę więcej niż tylko szczegół. - Głos Melody drżał 

nieco.

  -   Tak   mi   przykro.   -   Tym   razem   to   Hillary   musiała 

pocieszać Melody. Czuła się w tej nowej roli nieco dziwnie. - 

Zapomnij   o   sprzedaży   wysyłkowej.   Widzę,   że   to   był   nie 

najlepszy pomysł.

 - Nie możesz przecież odesłać katalogów.

 - Melody, proszę. Nie zawracaj sobie tym głowy.

 - I do tego wszystkiego jeszcze to! – powiedziała Melody 

rozglądając się po zapchanym kartonami magazynie. - Masz 

obsesję  na punkcie tego  seminarium. Tak jakby  ono mogło 

rozwiązać wszystkie twoje problemy. Setki ludzi musiałoby 

wziąć w tym udział, byś mogła wyjść na swoje. A ty nawet do 

końca nie wiesz, czy ten, który ma być jego główną atrakcją, 

zamierza przyjechać.

 - Nie wiem - przyznała ze skruchą.

background image

Ciężki oddech Melody przemieniał się powoli w szloch.

 - Spójrz tylko na to! - zawołała, wymachując Hillary pod 

nosem jedną z broszur. - Nazwisko St. Etienne'a widnieje tutaj 

wszędzie,   dużo   częściej   niż   twoje,   a   on   w   ogóle   nie 

partycypuje w kosztach. A ten rachunek - wskazała ręką na 

fakturę - to tylko jeden z wielu; suma, na jaką opiewa, jest 

prawie   taka   sama   jak   stan   naszych   oszczędności.   Nic 

dziwnego, że chciałaś zwiększyć obroty w moim sklepie!

 - Melody! - wykrztusiła z rozpaczą w głosie Hillary.

  -  Jak   mogłaś  wydać  tyle   pieniędzy?  -   Melody  zaczęła 

bezgłośnie poruszać ustami.

Hillary delikatnie dotknęła jej ramienia.

 - Melody, co z tobą?

Jedyną odpowiedzią było ciche zawodzenie. Co się stało?, 

zastanawiała się Hillary. Dlaczego Melody nagle tak się tym 

denerwuje?

 - Ciiicho. Wszystko będzie dobrze. Sama za to zapłacę.

  - Melody, jestem tu - usłyszała Hillary głos Bena. Mąż 

Melody   stał   z   surową   miną   w   drzwiach   prowadzących   do 

mieszkania nad sklepem.

  - Pójdź na górę i zrób sobie herbaty. Woda właśnie się 

zagotowała.   -   Wyciągnął   rękę,   by   pomóc   żonie   wejść   na 

background image

schody.   Melody   potknęła   się   i   przywarła   do   niego   całym 

ciałem.   Ben   odwrócił   się   do   Hillary   i   znużonym   głosem 

oznajmił:

 - Musimy porozmawiać.

Stres.   Jakim   cudem   pogodna   i   spokojna   Melody   mogła 

cierpieć   pod   wpływem   stresu?   I   jakim   cudem   ona,   Hillary, 

mogła tego nie zauważyć?

Przez wszystkie lata wydawało jej się, że to ona opiekuje 

się Melody, a Melody myślała, że to ona opiekuje się Hillary. 

Było   to   niezwykłe   partnerstwo.   Hillary   nie   mogła   wprost 

uwierzyć, iż w ciągu tylko kilku dni rozpadło się coś, co ona i 

Melody budowały przez całe lata. Wraz z postanowieniem o 

rozwiązaniu   spółki   i   złożeniem   oświadczeń   podatkowych, 

formalne więzy między stronami przestały istnieć.

Melody   i   jej   rodzina   postanowili   przeprowadzić   się   w 

okolice   terenów   wystawowych   Renaissance   Festival.   Kiedy 

Ben wytłumaczył żonie, że zajęcie się sprzedażą wysyłkową 

umożliwi im przeprowadzkę, Melody zaczęła okazywać byłej 

wspólniczce   głęboką   wdzięczność.   W   przeciwieństwie   do 

Hillary,   Andersonowie   nie   mogli   się   już   doczekać 

przeprowadzki.

background image

Wszystko,   co   pozostało   Hillary   -   to   seminarium. 

Seminarium   było   jej   receptą   na   szczęście   i   na   odzyskanie 

Paula.

Siedziała   teraz   na   zapleczu,   odpieczętowując   kartony   i 

przeglądając zapakowane tam broszury. Były świetnie wydane 

i niezwykle eleganckie. Hillary miała nadzieję, że spodobają 

się   również   Paulowi.   Z   podziwem   przyglądała   się 

zestawionym   tuż   obok   siebie   nazwom   „Scentsations"   i   „St. 

Etienne". Samo to warte było wysiłku i pieniędzy.

Właśnie   podjechał   samochód   dostawczy.   Wkrótce 

wszystko zostało załadowane i wyekspediowane.

Został tylko jeden karton. Zawierał oficjalne zaproszenia 

na   seminarium.   Hillary   zamierzała   osobiście   zająć   się   ich 

wysyłką do wybranych osób.

Pierwsze miał otrzymać dom mody „St. Etienne".

Spodziewała się, że będzie na to jakiś odzew. Paul nigdy 

nie zignorowałby prośby o potwierdzenie przybycia.

Melody z zapałem pakowała swoje rzeczy do kartonów. 

Ben   i   dzieci   pojechali   już   z   całym   dobytkiem   do 

elżbietańskiego dwurodzinnego domu, który od tej pory miał 

się stać ich domem i miejscem pracy. „Earth Scents" natomiast 

miało przekształcić się w magazyn sprzedaży wysyłkowej.

background image

  -   Popatrzmy,   co   tu   jeszcze   mamy...   Wezmę   od   ciebie 

może kilka ładnych flakonów.

  -   Są   na   zapleczu   -   powiedziała   Hillary.   Podczas   gdy 

Melody wybierała flakony, Hillary

zdejmowała   podwieszone   do   sufitu   bukiety   suchych 

kwiatów. Melody  chciała wziąć je  ze  sobą, by  udekorować 

nimi stoisko na terenach wystawowych.

  - Hillary, Ben przywiózł ci z „Scentsations" całą pocztę 

dotyczącą seminarium - powiedziała Melody, pojawiając się 

po chwili z naręczem kopert. Położyła je na pustej półce, tuż 

obok drabiny.

Melody poklepała dłonią po kopertach.

 - Masz je tutaj, nie zapomnij.

 - Zaraz się tym zajmę - odpowiedziała Hillary, delikatnie 

rozwiązując sznurek, na którym wisiały suszki.

  -   Pamiętaj,   nie   zapomnij   -   powtórzyła   po   raz   kolejny 

Melody.

Hillary popatrzyła na nią z uwagą. O co jej chodziło? - 

zastanawiała   się   patrząc,   jak   Melody   wychodzi   z 

pomieszczenia. Zeszła z drabiny. Na samym wierzchu paczki z 

korespondencją   leżała   ciemnokremowa   koperta   ze   znakiem 

firmowym „St. Etienne".

background image

„Moja droga Hillary,

Mamy sobie wiele do powiedzenia, ale będziemy musieli 

z tym poczekać do następnego spotkania.

Teraz mogę tylko powiedzieć, iż w zaistniałej sytuacji nie 

będę mógł reprezentować „St. Etienne" na seminarium.

Jestem pewien, że mnie zrozumiesz.

Serdeczne pozdrowienia, Paul".

 - Tylko nie to! Nie!

 - Co się stało? - spytała Melody, pojawiwszy się jak spod 

ziemi.

Hillary nie była w stanie wykrztusić z siebie ani słowa. 

Starała się zebrać myśli.

 - Nie! - zawołała raz jeszcze.

Melody wyjęła jej list z trzęsących się rąk.

Jak mógł jej zrobić coś takiego? Jak mógł wycofać się tak 

w ostatniej chwili? Jak mógł ją tak poniżyć w oczach całego 

przemysłu   perfumeryjnego?   Ruszyła   w   stronę   telefonu,   nie 

zwracając uwagi na Melody.

Ktoś   z   drugiej   strony   odebrał   telefon   i   odezwał   się   po 

francusku.   Hillary   odpowiedziała   po   angielsku.   Nie   miała 

zamiaru odkurzać tym razem swego francuskiego.

background image

 - Z Paulem St. Steven, proszę. - Nazwisko St. Etienne nie 

przeszło jej nawet przez gardło.

Głos odpowiedział coś po francusku.

Hillary raz jeszcze powtórzyła nazwisko Paula.

  - Bardzo mi przykro, ale  monsieur  St. Etienne w chwili 

obecnej nie przyjmuje żadnych telefonów.

  -   Proszę   powiedzieć   mu,   że   dzwoni   Hillary   Simpson. 

Głos raz jeszcze wyrecytował poprzednią formułkę.

 - Proszę mu to przekazać!!

Po tym nastąpiła cisza, a w słuchawce odezwał się trzeci, 

tym razem damski głos:

  - Mówi Jeanette Poulenc, asystentka. Niestety  monsieur 

St. Etienne jest dzisiaj nieosiągalny.

 - Więc proszę go odszukać! - Hillary nawet nie starała się 

być uprzejma.

 - Jest już wieczór. O tej porze prawie wszyscy wyszli do 

domu.

Różnica czasu! Hillary poczuła się jak idiotka.

 - Czy pani jest z prasy? - spytała kobieta.

 - Nie - oznajmiła Hillary dużo spokojniej.

Po   chwili,   zachęcona   uprzejmymi   pytaniami   asystentki 

Paula, udzieliła jej wyjaśnień na temat swojego seminarium.

background image

 - Zaraz zerknę do jego kalendarza. Ze słuchawki dobiegł 

szelest papieru.

 - Bardzo mi przykro, ale monsieur St. Etienne będzie do 

tego czasu nieuchwytny.

 - Gdzie jest obecnie?

 - Poza granicami kraju.

 - Niech mi pani choć powie, czy w moim kraju? Kobieta 

westchnęła głęboko, zanim odpowiedziała.

  -   Nie   wiem,   gdzie   dokładnie   w   tej   chwili   przebywa 

monsieur St. Etienne.

  -   Czy   mogę   mu   coś   od   pani   przekazać...?   -   spytała 

jeszcze.

  -   Proszę   się   nie   fatygować,   już   wcześniej   tego 

próbowałam.   -   Nie   chcąc   nadwerężać   zbytnio   francusko   - 

amerykańskich   stosunków,   Hillary   podziękowała   asystentce 

Paula   i   odłożyła   słuchawkę.   Następnie   sięgnęła   ręką   do 

najbliższego kartonu z literaturą przeznaczoną na seminarium 

i zaczęła ją rwać na drobne kawałki.

Melody złapała ją za rękę.

 - Przestań! - krzyknęła.

  - A to dlaczego? - Hillary wyrwała rękę i zaczęła drzeć 

kolejny formularz zgłoszeniowy.

background image

  - Może coś jeszcze da się uratować. Przecież ty zawsze 

masz jakieś pomysły.

 - Tym razem nic z tego - powiedziała Hillary i rzuciła o 

ścianę potwornie drogą skórzaną teczką na dokumenty, jaką 

miał otrzymać każdy z uczestników.

Po chwili zmieniła obiekt zainteresowania i przerzuciła się 

na kolejne dokumenty. Te z kolei były z wysokogatunkowego 

papieru i z trudem dały się rwać.

 - U żadnego z moich dzieci nie widziałam jeszcze takiego 

napadu złego humoru jak u ciebie - stwierdziła Melody.

Po policzku Hillary potoczyła się samotna łza. Wiedziała, 

że za nią popłyną następne.

  -   Stanę   się   pośmiewiskiem   całego   przemysłu 

perfumeryjnego.

 - To zależy tylko od ciebie.

  - Daj spokój, Melody! Co pomyślą ludzie, gdy po raz 

drugi w ciągu roku odwołam seminarium?

  -   Nie   odwołasz  go   -   odparła  szorstko   Melody.   Hillary 

popatrzyła na nią zdumiona.

 - Przecież Paul pisze, że „w zaistniałej sytuacji"... To taki 

miły,   elastyczny   zwrot,   pod   który   można   podciągnąć 

absolutnie wszystko...

background image

 - Melody - wydusiła Hillary, uśmiechając się przez łzy - 

nie wiedziałam, że sztuka zwodzenia nie jest ci obca.

Melody zaczerwieniła się.

  - Jeszcze coś. Możesz przecież przyjmować zgłoszenia 

osób ubiegających się o stypendium „St. Etienne" i wysłać je 

do nich po zakończeniu seminarium. Możesz nawet nagrać z 

nimi wywiady na wideo - oznajmiła triumfalnie.

Hillary roześmiała się i sięgnęła do stojącego na biurku 

pudełka po chusteczkę.

  - Brzmi nieźle. Właśnie teraz, gdy jak widać dobrze cię 

podszkoliłam, odchodzisz.

 - Pomogę ci z tym seminarium. Jestem taka szczęśliwa, że 

mogę mieszkać z dala od Houston. Zawdzięczam to tobie. Po 

odwiezieniu dzieciaków do szkoły mogę ci pomagać.

 - Dziękuję, Melody. Ale przecież wiesz, że to seminarium 

było równie ważne dla Paula, jak i dla mnie. - Hillary sięgnęła 

po drugą chusteczkę. - Jak ja sobie dam radę bez niego?

 - Po prostu zrobisz to.

Następnego   dnia   nadeszła   druga   kremowa   koperta   „St. 

Etienne"   i   Hillary   raz   jeszcze   przeżywała   mękę,   ból   i 

zdenerwowanie. Tym razem otrzymała ją w „Scentsations".

Hillary wzięła głęboki oddech i otworzyła list.

background image

„Maurice   St.   Etienne   z   przyjemnością   przyjmuje 

zaproszenie..."

 - Maurice? - pytała z niedowierzaniem Melody.

  - Jest tu napisane,  że Maurice St. Etienne przyjedzie na 

seminarium - powiedziała Hillary.

Melody spojrzała jej przez ramię.

 - Maurice? Jesteś pewna?

  - Tak tu jest napisane. - Hillary po raz czwarty czytała 

tekst.

  -   Ależ   to   wspaniale!   Musimy   o   tym   wszystkich 

poinformować.   Hillary!   Natychmiast   dzwoń   do   hotelu   i 

zarezerwuj dodatkowe pokoje. Musisz to dobrze rozegrać.

 - Ja...

  - Spójrz tylko na siebie! - roześmiała się Melody. - Z 

wrażenia   przestałaś   myśleć.   -   Zaczęła   grzebać   w   stercie 

leżących na stole kopert. - Wiesz co? Powinnaś zastanowić się 

nad wydaniem przyjęcia lub czegoś w tym rodzaju na cześć 

Maurice'a.   Zyskasz   tym   samym   pretekst   do   rozesłania 

kolejnych   zaproszeń.   Tym   razem   nie   będziesz   się   musiała 

martwić, że zabraknie chętnych.

Hillary usiadła na jednym z kartonów.

 - Hej - Melody dotknęła jej ramienia. - Co z tobą?

background image

  -   Myślałam,   że   Paul   może   zmieni   jeszcze   zdanie.  A 

tymczasem przysyła swojego dziadka.

Głos   jej   zadrżał.   Dostrzegła   współczucie   w   oczach 

przyjaciółki i szybko odwróciła wzrok.

  -   Wygląda   na   to,   że   naprawdę   nie   chce   mnie   więcej 

widzieć - wykrztusiła.

 - A więc co? Zamierzasz się poddać? - W głosie Melody 

nie było cienia współczucia, raczej złość.

 - A co mam robić?

 - Zastanów się raczej, jak najlepiej wykorzystać obecność 

Maurice'a St. Etienne na swoim seminarium. A potem wsiadaj 

w  samolot  i  leć  do  Francji  wywierać  prawdziwy  nacisk  na 

Paula.

W   kilka   dni   później   Hillary   zajęta   była   wypisywaniem 

zaproszeń   na   przyjęcie   na   cześć   Maurice'a   St.   Etienne. 

Postanowiła wysłać jedno także do Paula

Na   dwa   tygodnie   przed   seminarium,   z   przerażeniem 

dostrzegła   kolejną   kremową   kopertę   opieczętowaną   złotym 

woskiem i różą. Wydobywał się z niej znajomy zapach, który 

jeszcze wzmógł się, gdy złamała pieczęć.

Zmroziło ją, gdy dotarł do niej sens zawiadomienia.

background image

„Francuskie domy mody «Dominique» i «St. Etienne» z 

przyjemnością   zawiadamiają   o   połączeniu   obu   firm. 

Wydarzenie to chcą uczcić wypuszczeniem na rynek nowych 

wspaniałych perfum, które wykreował legendarny Maurice St. 

Etienne. Po okazaniu niniejszej karty w dziale perfumeryjnym 

renomowanych domów towarowych otrzyma pan/pani próbkę 

naszych najnowszych perfum «Chantal»".

Hillary   powąchała   kopertę.   Zapach   wyzwolił   falę 

wspomnień... i łez.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

 - Miałaś rację. Wszyscy są ubrani na czarno. - Melody, z 

włosami upiętymi i schowanymi pod złotą siatką, zerknęła na 

Hillary, która miała na sobie skromną czarną sukienkę. - Skoro 

wiedziałaś   o   tym,   dlaczego   nie   kupiłaś   sobie   tej   czerwonej 

jedwabnej kiecki? Przynajmniej rzucałabyś się w oczy.

  - W ciągu najbliższego weekendu z pewnością nie będę 

uskarżać   się   na   brak   zainteresowania   -   odpowiedziała 

spokojnie Hillary, wdychając zapach perfum roztaczający się 

pośród uczestników seminarium. - Dzisiejszego wieczora w 

centrum uwagi powinien znaleźć się Maurice St. Etienne.

 - Można by pomyśleć, że jesteśmy na pogrzebie, a nie na 

przyjęciu - mruknęła Melody, rozglądając się po sali balowej 

hotelu. - Ci ludzie są tacy ponurzy.

  -   To   dystyngowana   cisza   mająca   wyrażać   ogólny 

szacunek   -   powiedziała   Hillary,   zdobywając   się   na 

półuśmiech.

 - A gdzie się podział twój dobry humor i energia? Hillary 

znów uśmiechnęła się lekko.

 - To nerwy.

 - Czy wypiłaś ziołową herbatkę, którą ci przygotowałam?

background image

  -   Starałam   się,   jak   mogłam.   Przygotowałaś   tego 

hektolitry.

Minęło   piętnaście,   potem   dwadzieścia   minut.   Hillary 

krążyła   po   zatłoczonym   pomieszczeniu.   Liczba   zgłoszeń 

przeszła jej najśmielsze oczekiwania. Nie tylko pojawiła się 

szansa,   że   „Scentsations"   wypłynie   na   szerokie  wody,   ale 

wszystko   wskazywało   na   to,   że   zacznie   zarabiać   jakieś 

pieniądze.

Nie   każda   z   obecnych   na   przyjęciu   osób   pracowała   w 

branży perfumeryjnej. Hillary zdawała sobie sprawę, że ma 

niebywałe   szczęście,   mogąc   gościć   Maurice'a   St.   Etienne, 

który   po   raz   pierwszy   miał   pokazać   się   publicznie   po 

ogłoszeniu fuzji z „Dominique". Przybyło wiele osób z prasy. 

Dyrektorzy   domów   handlowych,   wydawcy   „Vogue"   i 

„Harper's Bazaar", fotografowie...

Nie było tylko Paula.

  -   Te   harfy   w   tle   są   całkiem   przyjemne   -   powiedziała 

Melody,   pojawiając   się   ponownie   u   boku   Hillary.   -  Wiesz, 

spodziewałam   się   prezentacji   próbek   „Chantal".   Byłaby   to 

przecież dla nich wyśmienita okazja do reklamy.

background image

  -   Też   masz   pomysły   -   odparła   Hillary,   sięgając   po 

kieliszek   szampana.   -   To   zbyt   nowoczesne   i   pospolite   dla 

Wielkiego Domu Mody „St. Etienne".

Melody podziękowała za szampana.

 - Dom mody „St. Etienne" już nie istnieje.

 - To prawda.

Ile razy Hillary myślała o porażce „St. Etienne", tyle razy 

wyobrażała sobie, jak Paul musi cierpieć z tego powodu. Nic 

dziwnego, że nie chciał pokazywać się pośród uczestników 

seminarium. Czułby się tu jak ktoś, kto zawiódł zarówno ją, 

Hillary, jak i własnego dziadka.

Rozejrzała się po pomieszczeniu utrzymanym w kolorze 

złocistobrzoskwiniowym,   tak   korzystnym   dla   kobiecej   cery. 

Przygaszone   światło   padało   na   strzeliste   szyjki   butelek 

szampana, a dyskretne dźwięki harf mieszały się z subtelnym 

szmerem wielojęzycznych głosów.

Było lepiej niż marzyła.

I gorzej niż się spodziewała.

Hillary przygotowała sobie kilka wersji powitania dziadka 

Paula.   Zastanawiała   się,   czy   w   rysach   Maurice'a   dostrzeże 

podobieństwo do Paula? Czy Paul wspominał mu o niej?

background image

 - Hillary - usłyszała nagle zaniepokojony głos Melody. - 

Czekamy już przeszło czterdzieści pięć minut. Nie wiesz, czy 

Maurice dotarł już do hotelu?

Hillary przytaknęła.

  -   Ludzie   z   jego   otoczenia   poinformowali   mnie,  że 

odpoczywa. Powiedzieli też, że sami wszystkim się zajmą. - 

Nagle złapała Melody za rękę i gestem wskazała na wejście do 

sali.

W drzwiach pojawił się w tej właśnie chwili niski, starszy 

mężczyzna. Głosy natychmiast zamilkły i rozległy się gromkie 

brawa. Wszystkie pary oczu skierowane były na Maurice'a St. 

Etienne, który wykonał wpierw elegancki ukłon, a następnie 

rozłożył ręce w geście powitania.

Przyglądali   mu   się   wszyscy,   z   wyjątkiem   Hillary,   która 

wpatrywała się w mężczyznę u boku Maurice'a. Mężczyznę, 

który w tej właśnie chwili troskliwie prowadził swego dziadka 

w kierunku przyniesionego pospiesznie krzesła.

Był to Paul.

Hillary   zakręciło   się   w   głowie   i   z   trudem   dobrnęła   do 

stojącego w pobliżu stolika.

Tłum gości ruszył w stronę Maurice'a.

background image

 - Oddychaj powoli i wyprostuj się - usłyszała obok siebie 

uspokajający   głos   Melody.   -   Musisz   wziąć   się   w   garść. 

Powiem kelnerom, by zaczęli podawać hors d'oeuvres.

Przyjechał. Ale dlaczego?

Przez wszystkie te tygodnie Hillary nieustannie myślała o 

Paulu.  Wszystko   jej   go   przypominało.   Przecież   realizowała 

ich wspólne plany. To miało być ich seminarium. A później on 

się poddał i wyraził zgodę na połączenie z „Dominique".

Hillary uważnie przypatrywała się obydwu mężczyznom. 

Maurice zdawał się pławić w uznaniu, jakiego nie szczędzili 

mu   zebrani.   Nie   wyglądał   bynajmniej   na   zgorzkniałego   z 

powodu ogłoszenia fuzji, jak się tego spodziewała Hillary. W 

tej   właśnie   chwili   odrzucił   do   tyłu   głowę   i   serdecznie   się 

roześmiał,   aż   słychać   go   było   w   całej   sali.   Wyglądał   na 

szczęśliwego, albo wyśmienicie udawał, że tak jest.

A Paul? Stał zwrócony do niej profilem, tak że nie mogła 

dostrzec  wyrazu  jego twarzy. Jak  się  miewał? Wyglądał  na 

zmęczonego.

Nagle Paul odwrócił głowę i ich spojrzenia spotkały się. 

Ruszył w jej stronę.

Hillary poczuła, jak w tym najbardziej nieodpowiednim 

momencie   zasycha   jej   w   gardle.   Tak   bardzo   pragnęła 

background image

zachować   zimną   krew.   Nie   chciała,   by   dostrzegł,   że   jest 

jednym kłębkiem nerwów.

Tymczasem Paul dotarł już do niej.

  -   Hillary   -   powiedział   ciepło,   a   sylaby   tego   wyrazu 

sączyły   się   jak   miód.   Dokładnie   w   ten   sam   sposób   jak 

wówczas, gdy po raz pierwszy wymówił jej imię.

Hillary nie była przygotowana na jego powitanie.

  -   Dlaczego...?   -   wydusiła   tylko,   nie   wiedząc,   czy   nie 

zawiedzie jej własny głos.

  -   Potem   -   szepnął   Paul.   -   Chodź,   chcę,   byś   poznała 

mojego dziadka. - Ujął jej dłoń i poprowadził na środek sali.

Ręka,   która   ją   trzymała,   była   mocna,   silna   i   dająca 

poczucie   bezpieczeństwa.   Czyli   dokładnie   to,   czego   jej 

brakowało.

Nie  czuła  się na  siłach,  aby  wygłosić  mowę  powitalną. 

Bała się, że zrobi z siebie prowincjonalną niezdarę. Na pewno 

będzie się jąkać, albo seplenić, albo jeszcze coś gorszego.

Na jej widok dziadek Paula wstał, korzystając z pomocy 

wnuka. Był tylko trochę od niej wyższy.

Wyciągnął do niej obie dłonie, choć nikt jej przecież nie 

przedstawił.

background image

  -   Moja   droga   -   Maurice   uniósł   jej   dłonie   do   ust   i 

ucałował,   po   czym   obdarzył   ją   tym   samym   promiennym 

uśmiechem, który zdążyła już poznać u Paula.

Uścisk   dłoni   Maurice'a   był   silny,   a   jego   brązowe   oczy 

niezwykle żywe. Nim zdążyła cokolwiek pomyśleć, Maurice 

przyciągnął ją do siebie i serdecznie ucałował w oba policzki.

 - Mam nadzieję, że uszczęśliwisz mojego wnuka, dobrze? 

-   Raz   jeszcze   przycisnął   ją   do   siebie.   -   A   teraz   idźcie   i 

porozmawiajcie z sobą - polecił.

Hillary zrozumiała w tej samej chwili, że Paul wcale nie 

musiał   jej   przedstawiać.   Z   bijącym   sercem   unikała   jego 

wzroku.

  -   Bardzo   chciał   ciebie   poznać   -   powiedział   Paul, 

pochylając się nad nią.

 - Naprawdę? - spytała Hillary drżącym głosem.

 - Hillary, proszę, nie płacz.

Nie chciała wcale płakać, do czasu, gdy usłyszała troskę w 

jego głosie. Gwałtownie zamrugała oczami, podążając za nim 

ślepo przez tłum.

Paul   wyciągnął   z   kieszeni   białą   chusteczkę   i   podał   ją 

Hillary. Wyprowadził ją z sali i posadził na stojącej w pobliżu 

kanapie.

background image

 - Nie spodziewałam się, że przyjedziesz.

 - Nie byłem pewien, czy będziesz chciała mnie zobaczyć 

po   usłyszeniu   najnowszych   wieści   -   odpowiedział   Paul, 

siadając obok niej.

  - Owszem - odparła Hillary z przekąsem. - Otrzymałam 

zawiadomienie. Nie miałam tylko dotąd czasu zaopatrzyć się 

w reklamówkę „Chantal".

Paul jęknął.

  -   Jesteś   pewnie   okropnie   rozczarowana,   że   nie 

połączyliśmy   sił,   by   wspólnie   zwalczyć   okropną 

„Dominique".

 - Raczej zraniona. Zarówno tym, jak i dlatego, że tak po 

prostu wyniosłeś się z mojego życia.

 - Czułem się podobnie jak ty.

  - Dlatego  że nie odwołałam spotkania z „Dominique", 

kiedy   mi   tego   zabroniłeś?   -   spytała,   patrząc   mu   w   oczy.   - 

Czego się po mnie spodziewałeś?

W kącikach ust pojawił mu się uśmiech.

 - Tego, że jednak spotkasz się z „Dominique".

 - Chciałam z nimi przecież tylko porozmawiać. Nawet nie 

zaczekałeś, by dowiedzieć się, co się stało.

 - Byłem zły.

background image

 - Ja również.

 - Czy cokolwiek by się zmieniło, gdybym cię wówczas o 

to poprosił?

Hillary zastanowiła się przez chwilę, wracając myślami do 

tamtej rozmowy.

Słowa „proszę" i „zabraniam" zazwyczaj nie występują w 

tym samym zdaniu.

  - No tak - powiedział - dziadek ma rację. Powiada, że 

czasami bywam nieco arogancki.

  - Ja również użyłabym tego słowa. Paul uśmiechnął się 

pełen skruchy.

 - Gdy napisałaś, że nie podpisałaś umowy z „Dominique", 

pomyślałem sobie, że to może z mojego powodu.

  -   Tak!   Chcieli   kupić   moje   perfumy   tylko   dlatego,   że 

myśleli, iż ty jesteś nimi zainteresowany.

Paul   uniósł   palcami   jej   brodę   i   zaczekał,   aż   spojrzała 

wreszcie na niego.

 - „Dominique" chciała kupić twoje perfumy, ponieważ są 

naprawdę dobre. Wierzę w to tak samo mocno jak w ciebie i w 

to, że masz talent.

  -   Tak   długo   czekałam,   a   ty   nawet   nie   zadzwoniłeś!   - 

poskarżyła się żałośnie.

background image

Paul rozpostarł ramiona i przycisnął ją mocno do siebie.

  - Potrzebowałem czasu, Hillary. Zawiodłem się w życiu 

na tak wielu osobach. Wydawało mi się, że znalazłem w tobie 

zarazem ukochaną i partnera. Kogoś, kto będzie trwał przy 

moim boku bez względu na wszystko. Na dobre i na złe.

 - Ale taki układ musi działać w obie strony.

  -   Teraz   zdaję   sobie   z   tego   sprawę.   Gdy   wróciłem   do 

Francji, dziadek natychmiast się domyślił, że coś jest nie tak. 

Opowiedziałem   mu   o   tobie   i   naszej   sprzeczce.   Na   to   on 

odrzekł,   że   nie   mogę   narzucać   innym   swojego   zdania.   On 

właśnie tak zrobił i utracił Chantal.

 - Powiedziałeś mu o „Dominique"? Paul przytaknął.

 - A on zgodził się na fuzję.

  -   No   właśnie   -   powiedział   cicho   Paul.   -   Miałaś   rację. 

Popełniłem błąd, starając się trzymać go w nieświadomości. 

Myślał,   że   Chantal   dawno   już   wyrzuciła   recepturę   tych 

perfum. Był wręcz zachwycony, iż ktoś odnalazł te papiery i 

że raz jeszcze będzie mógł wylansować nowe perfumy. - Taka 

możliwość nigdy nie przyszła mi do głowy.

 - Wiele rzeczy nigdy nie przyszło ci do głowy - mruknęła 

Hillary. - Na przykład powiadomienie mnie, że przyjeżdżasz.

Paul pogłaskał ją po policzku.

background image

 - Przecież obiecałem ci, że przyjadę.

 - Napisałeś, że dasz mi znać, gdy podejmiesz decyzję.

  -   Na   temat  „Dominique".   Ty   potrafiłaś   się   szybko 

zdecydować. Ja, jak mówiłem, potrzebowałem więcej czasu.

  -   Ale   przecież   napisałeś...   -   Hillary   starała   się 

przypomnieć   sobie   drugi   list   od   Paula   -   ...napisałeś,   że   „w 

danych   okolicznościach"   nie   możesz   reprezentować...   - 

Urwała, gdyż nagle wszystko stało się jasne.

 - No tak, teraz rozumiem, że mogłaś mnie źle zrozumieć - 

powiedział Paul.

  -   Przez   ostatnie   kilka   miesięcy   rzadko   miałam   okazję 

czytać gazety - musiała przyznać Hillary.

  - Napisałem, że nie mogę być przedstawicielem naszej 

firmy, gdyż nie piastuję w niej już żadnej funkcji.

 - Słucham? - spytała Hillary, zdumiona tym, co usłyszała. 

- A kto jest teraz szefem? Caroline?

Paul wzruszył ramionami.

 - Jestem pewien, że zostanie członkiem zarządu. Tak jak 

mój dziadek.

  - Jak mogłeś dać się tak wymanewrować? Paul spojrzał 

na nią zaskoczony.

 - To ja złożyłem rezygnację.

background image

 - Dlaczego? - Hillary odsunęła się od niego tak, że mogła 

uważnie mu się przyjrzeć. Faktycznie, zmienił się na twarzy. 

Dostrzegła zmęczenie i... smutek.

  - Bo nie miałbym czasu dla ciebie - powiedział, całując 

lekko jej włosy.

Serce Hillary zabiło gwałtownie.

 - Dopiero w zeszłym tygodniu zakończyłem instalowanie 

komputerów  i programów  komputerowych.  -  Zaśmiał się. - 

Czy uwierzysz, że poleciałem z Montrealu do Paryża tylko po 

to,  by  towarzyszyć  dziadkowi  w podróży  do  Houston?  Nie 

spałem od nie wiem jak dawna, a w swoim biurze nie byłem 

od ponad dwóch miesięcy.

 - Paul, jesteś wykończony! Ujął jej dłoń i ucałował.

 - Nic mi nie jest.

 - Nieprawda!

Paul przymknął oczy i uśmiechnął się z niejakim trudem.

  -   To   nic   takiego.   Nic,   czego   kilka   tygodni   snu   nie 

potrafiłoby uleczyć. - Zaczerwieniony jeszcze przed chwilą, 

pobladł nagle.

Wyraźnie widać było, że źle się czuje.

  - Paul - Hillary delikatnie dotknęła jego dłoni. - Kiedy 

ostatnio coś jadłeś?

background image

 - Nie pamiętam.

Hillary z przerażeniem patrzyła na niego, gdy nagle wstał, 

by   natychmiast   osunąć   się   przed   nią   na   jedno   kolano. 

Pomyślała, że podczas gdy ona zawraca mu głowę pytaniami, 

on dosłownie pada z nóg.

 - Paul, daj spokój. Wszystko jest w porządku. Po prostu, 

gdy nie zadzwoniłeś...

 - Hillary.

  -   Myślałam   już,   że   cię   nigdy   więcej   nie   zobaczę. 

Wiedziałam, że byłam głupia, nie rzucając wszystkiego i nie 

lecąc z tobą do Francji, ale wydawało mi się że wiem, co jest 

dla mnie ważne, ale nie...

 - Hillary - powtórzył, chwytając ją za dłonie.

  -   Ułóż   spokojnie   głowę   między   kolanami   -   poleciła, 

starając się, by jej głos brzmiał beznamiętnie i spokojnie.

 - Nie ma mowy! - wykrztusił Paul, dusząc się ze śmiechu.

Hillary była bliska histerii.

 - Paul, musisz to zrobić!

  -   Nie,   bo   nie   będę   wtedy   widział,   jak   zareagujesz   na 

pytanie, czy chcesz zostać moją żoną.

 - Co?

background image

  -   Warto   było   -   stwierdził   Paul,   wpatrując   się   w   nią 

przenikliwie. - Warto było widzieć ten wyraz na twojej twarzy.

  -   To   ty   nie   jesteś   chory?   -   Dopiero   teraz   Hillary 

zauważyła,   że   ma   do   czynienia   z   oświadczynami,   a   nie 

nagłym przypadkiem choroby.

Twarz   Paula   odzyskała   już   swój   normalny   kolor. 

Sparafrazował znane powiedzenie.

 - W wykończonym ciele zdrowy duch. - Po czym dodał, 

zerkając   na   nią   spod   oka:   -   No,   może   jeszcze   trochę 

zdenerwowany.

 - Ty chcesz się ze mną ożenić?

 - Jak najbardziej. Kocham cię, maleńka.

 - Nie przypuszczałam, że jeszcze kiedykolwiek usłyszę to 

od   ciebie   -   powiedziała   Hillary,   ocierając   znów   oczy 

chusteczką.

  - No, koniec ze  łzami - oznajmił Paul siadając. Ujął jej 

twarz   w   dłonie.   -   Wiem   już,   jakie   uczucia   żywisz   wobec 

swoich perfum, ale nadal nie wiem, jakie one są wobec mnie. - 

Uważnie   przypatrywał   się   jej   twarzy,   szukając   w   niej 

odpowiedzi, po czym pochylił się nad nią.

background image

Jego pocałunek ożywił na nowo wszystkie uczucia, które 

starała się w sobie zagłuszyć ciężką pracą. Był to pocałunek 

pełen czułości i obietnic; zapowiadający lepsze czasy.

 - A więc?

Hillary   potrafiła   jedynie   niemo   wpatrywać   się   w 

mężczyznę, o którym myślała, że utraciła go już na zawsze.

 - Ależ ty drżysz - szepnął, gładząc ją po włosach.

 - Wiesz, ja też drżę.

I tak też było. Pod opuszkami palców czuła przyspieszone 

bicie jego serca.

  - Dlaczego nie powiedziałeś mi, co cię trapi? Dlaczego 

nie chciałeś podzielić się ze mną swymi problemami? - spytała 

cicho.

 - Nie przywykłem dzielić się z kimś swoimi problemami - 

odparł Paul, dotykając czołem jej czoła.

 - Ale nie zawracajmy sobie już głowy „Dominique" i ,,St. 

Etienne" - czy też jakkolwiek będą się oba przedsiębiorstwa 

nazywały.   Nie   chciałem   cię   prosić,   byś   stała   się   częścią 

tamtego życia. Chciałbym zacząć budować wszystko od nowa. 

Wraz z tobą.

 - Ja też tego pragnę. - Położyła ręce na jego dłoniach.

background image

  -   A   więc   powiedz   „tak"   -   poprosił,   uśmiechając   się 

szeroko.

 - Tak.

 - I nie zapomnij powiedzieć dziadkowi, że prosiłem cię na 

kolanach. Bardzo na to nalegał.

 - Tak bardzo cię kocham, ale wtedy nie zdawałam sobie z 

tego sprawy. Bałam się, że stracę swoją tożsamość.

  - Było to wielce prawdopodobne - przyznał Paul. - W 

zamian... to ja utraciłem swoją.

Jak mogła być tak nietaktowna? Ona nic nie straciła. Paul 

stracił wszystko.

Coś z tego, o czym myślała, musiało uzewnętrznić się na 

jej twarzy, gdyż Paul szybko dodał:

 - Nie martw się, mam dalekosiężne plany.

 - Jakie? - spytała, wstrzymując oddech.

  - Po tych wszystkich latach podtrzymywania przy  życiu 

reliktu przeszłości mam zamiar zacząć wszystko od zera. Już 

dawno zauważyłem, że młodzi projektanci bez wyrobionego 

jeszcze nazwiska nie mają nikogo, kto by im pomógł. Zawsze 

chciałem się tym zająć.

 - Masz zamiar otworzyć butik i prezentować ich modele?

background image

 - Tak, ale nie tylko to. Chciałbym zająć się promocją ich 

projektów.   Dać   im   miejsce,   gdzie   mogliby   urządzać   swoje 

pokazy mody.

Hillary złapała go za ramię.

  -   Znam   takie   miejsce.  „Earth   Scents"!   Czy   też   to,   co 

pozostało   po   „Earth   Scents"!   Melody   przeprowadziła   się 

stamtąd - później ci opowiem. W każdym razie wykorzystuje 

teraz   budynek   „Earth   Scents"   na   magazyn.   Paul,   jego 

usytuowanie   jest   idealne!   Leży   w   pobliżu   odrestaurowanej 

dzielnicy handlowej, która  przyciąga tłumy studentów i osób 

odwiedzających   muzea.   Stamtąd   do   „Earth   Scents"   jest   już 

tylko kilka kroków. Poza tym jest tam jeszcze jedno piętro!

  -   Czyli   jest   dużo   większe   niż   twój   „kryształowy 

gabinecik"?

Hillary, podekscytowana, pokiwała twierdząco głową.

  - To wymarzone miejsce na pokazy mody. Moglibyśmy 

urządzać jeden pokaz w miesiącu...

Jego śmiech przerwał ten potok słów.

  - Bardzo mi ciebie brakowało, Hillary. Ścisnęła mocno 

jego rękę.

  - Mnie również bardzo ciebie brakowało, ale poczekaj, 

mam   właśnie   pomysł...   Paul!   Nazwiemy   to   „Kryształową 

background image

Szafą"!   Zrobimy   wielkie   okna  na   wysokość   dwóch   pięter... 

mnóstwo   szkła,   tak   by   ludzie   wszystko   widzieli   na 

wystawach... a ja mogłabym komponować zapachy do każdej 

kolekcji!

  - Będę wręcz nalegał, byś tworzyła zapachy do każdej 

nowej kolekcji. Chcę, byś miała pole do popisu.

Hillary zerknęła w jego stronę.

 - Czy będziemy konkurowali bezpośrednio z „Dominique 

- St. Etienne"?

 - Jak najbardziej.

Hillary   pomyślała   o   Caroline   i   uśmiechnęła   się 

szelmowsko.

 - Nie mogę się już doczekać.

  -   Jak   myślisz,   czy   „Scentsations"   może   się   obyć   bez 

Natashy? - spytał Paul wstając i biorąc Hillary za rękę.

 - Byłaby świetna w wyszukiwaniu młodych talentów. 

  - Och, Paul, masz rację. Nie mogę się już doczekać!  - 

zawołała   Hillary,   kręcąc   się   niecierpliwie.   -   Pojedźmy   tam 

zaraz po koktajlu!

Paul pokręcił głową.

 - Nic z tego. Najpierw przynajmniej kilka godzin snu.

Skruszona Hillary przyznała, że poniosła ją fantazja.

background image

  -   Pamiętaj,   nigdy   się   nie   zmieniaj   -   powiedział,   raz 

jeszcze   biorąc   ją   w   ramiona.   Jego   pocałunek   oszołomił   ją 

bardziej niż szalona jazda na karuzeli.

 - Ty też nie - szepnęła.

  - Jestem zwolennikiem krótkiego narzeczeństwa, bardzo 

krótkiego - stwierdził Paul, zdejmując ręce Hillary ze swojej 

szyi.   -  Wracajmy   na   salę   -   powiedział,   wyciągając   do   niej 

dłoń. - Mamy im przecież coś do zakomunikowania.