background image

Rozdział dziesiąty

Jaelyn zignorowała wyjaśnienia Ariyala, obserwując nocny koszmar, który

sunął w ich kierunku. Nawet w świecie demonów zombie były… obrzydliwe.
Światło   księżyca   wyraźnie   ujawniało   ich   gnijące   ciała   i   brud,   przylegający
plamami do odzieży, która przetrwała wspinaczkę z grobów. Gorsze były ich
dziwne, nerwowe ruchy. Jak gdyby były upiornymi marionetkami, ciągniętymi
przez niewidzialne sznurki.

- Skąd one się wzięły? – wychrypiała.
Ariyal przesunął się w jej stronę z mieczem gotowym do walki.
- Skąd mam wiedzieć?
- To twoi ludzie wskrzeszają zmarłych.
Prychnął.   Cały   czas   nie   spuszczał   oka   ze   zbliżającej   się   hordy   (lub

jakkolwiek inaczej nazwałbyś tę grupę spacerujących zombie).

- Wierzę, że jest wielu, którzy twierdzą, iż twoi ludzie to hieny cmentarne,

wampirze.

Nie zawracała sobie głowy odpowiedzią na ten zarzut. Głównie dlatego, że

miał rację.

- Tearloch mógł stworzyć te… - skrzywiła się, machając ręką w stronę

zombie - …stwory, czy nie?

Pokręcił głową.
-   Sylvermyści   mogą   wzywać   te   dusze,   które   są   w   podziemiu.   Nie

wskrzeszają zmarłych.

- A jaka to różnica?
- Zombie to niedawno zmarłe ciała, które zostały ożywione przez magię

nekromanty – jego twarz wyrażała obrzydzenie, gdy zamachnął się mieczem na
najbliższego atakującego, odcinając mu głowę jednym płynnym ruchem. Ciało
nawet się nie zachwiało i kontynuowało wędrówkę, wyciągając ręce do przodu,
jakby   starając   się   uchwycić   Ariyala.   –   Są   bezmyślną   bronią,   która   została
zakazana na początku czasów.

Jaelyn postąpiła instynktownie krok w tył, strzelając ze swej strzelby w

siwą babcię, która ściskała łopatę w rękach. Stwór zatoczył się do tyłu, ale został
szybko zastąpiony przez innego, który rzucił się do przodu. Jaelyn cofnęła się w
tył, krzywiąc się, gdy te ohydy zaczęły ją okrążać.

- Więc one nie potrafią myśleć samodzielnie?

background image

- Nie – kopnął najbliższe zombie, wysyłając je w powietrzu przez pół łąki.
Ale to nic nie pomogło. Bez wahania stwór wstał i powłócząc nogami sunął

w   ich   kierunku   ze   stoicką   determinacją.   Jednego   łatwo   byłoby   pokroić   na
drobne   kawałki.   Niestety   było   ich   zbyt   wielu   i   bez   żadnych   widocznych
środków służących do zabijania, horda byłaby w stanie ostatecznie powalić i
zmiażdżyć swoje ofiary. Nawet jeśli byłyby nimi potężny Sylvermyst i wampir.

- Kieruje nimi czarownica lub czarodziej, który je ożywił.
Szybko strzeliła do dwóch demonów.
- Sergei?
- Wątpię – Ariyal mruknął przekleństwo, gdy zombie rzucił się na niego z

boku i uderzył go w skroń dużym kamieniem. Krew spływała po jednej stronie
jego twarzy, gdy odwrócił się, by odciąć draniowi głowę i kopnąć z dala od
ciała. – Mag jest wprawdzie niemoralnym wężem, ale jego czarna magia to za
mała liga. Tylko prawdziwy uczeń Mrocznego Lorda może wskrzesić zombie.

Umysł   Jaelyn   chłodno   kalkulował   różne   możliwości,   podczas   gdy   ona

sama przeładowywała broń. 

-   Rafael?   –   zapytała,   mając   już   wszystkie   informacje,   których

potrzebowała.

-   To   raczej   niemożliwe   –   Aryial   uchylił   się   przed   niezdarnym   ciosem

wycelowanym   w   jego   podbródek.   –   Ale   ostatnio   zdarzyło   się   wiele
niemożliwych rzeczy i to w ciągu kilku tygodni.

Tak, to nie żarty.
Zadrżała,   gdy   przytłoczył   ją   zjełczały   odór   zombie,   które   się   do   nich

zbliżyły. 

- Dasz radę je tu utrzymać?
Rzucił jej podejrzliwe spojrzenie.
- Dlaczego pytasz?
- Idę zapolować na czarownicę.
- Cholera, Jaelyn…
Ignorując   jego   protest,   Jaelyn   schowała   strzelbę   do   kabury   i   chwyciła

najbliższego zombie, używając go jako tarana, aby utorować sobie drogę wśród
lasu rąk, które próbowały ją zatrzymać. Po oczyszczeniu nacierającego kręgu
odrzuciła na bok wstrętnego trupa i popędziła z oszałamiającą prędkością przez
łąkę.   Dotarła   do  lasu,   wspięła   się   na  najbliższe   drzewo   i   wykorzystała   jego
rozłożyste   gałęzie,   by   po   cichu   ukryć   się   głębiej   w   ich   cieniu.   W   końcu
znieruchomiała, okrywając się cieniami i uruchamiając swoje zmysły w celu
odszukania tego, kto posługiwał się magią.

background image

Wyczuła   zwykłe   zapachy   dzikich   zwierząt,   które   przedzierały   się   przez

zarośla,   a   nawet   zbliżający   się   zapach   gargulca.   Jej   jedynym   celem   było
znalezienie   osoby   odpowiedzialnej   za   kontrolowanie   zombie,   zanim  rozerwą
Ariyala na krwawe strzępy. Co tłumaczyłoby, dlaczego omal nie wyskoczyła ze
skóry, kiedy rozległ się trzepot pajęczynowatych skrzydeł i Levet wylądował na
gałęzi obok niej.

- Co, polujemy? – wyszeptał jej wprost do ucha.
Jaelyn prawie spadła z drzewa. Czy nie byłby to szczyt jej upokorzenia?

Doskonale wyszkolona Łowczyni nie tylko pozwoliła malutkiemu demonowi
dojrzeć się w cieniach, ale też ostrzegłaby wszelkie stworzenia na tym terenie o
swojej obecności, gdyby spadła z drzewa jak pięcioletnie dziecko.

- Jasna cholera – rozproszyła cienie i spojrzała na swojego towarzysza. -

Skąd wiedziałeś, że tu jestem? 

Uśmiechnął się, widząc jej wściekłe niedowierzanie.
- Posiadam zwariowane zdolności.
- Zwariowane

1

? – przez sekundę rozszyfrowywała jego słowa. – Masz na

myśli niezwykłe zdolności?

Machnął ręką.
Oui.
- I twoje zdolności pozwalają ci widzieć mnie, nawet wtedy, gdy jestem

zamaskowana?

-  Oui.  Potrafię  przejrzeć   większość  iluzji,  kiedy  się  wysilę. Wampirów,

elfów, a nawet zaklęcia czarownic.

- Czy wszystkie gargulce mają takie umiejętności?
Coś, co wyglądało jak ból, pojawiło się na brzydkiej twarzy gargulca, by

zaraz zniknąć, ukryte pod uśmiechem.

- Niektóre są lepsze od innych.
Ukryła w pamięci tę istotną informację, by podzielić się nią z Ruahem,

koncentrując się w tej chwili na swoim towarzyszu.

- Jesteś najlepszy? – zapytała miękko.
Zrezygnowany skrzywił się ze smutkiem.
-   Kiedy   jesteś   mojego   rozmiaru   musisz   nauczyć   się   rozpoznawać

nadchodzące niebezpieczeństwo, nieważne jak dobrze zakamuflowane.

1 gra słów; Levet nazywa swoje zdolności nutty – czyli w tłumaczeniu orzechowe; stąd zdziwienie 
Jaelyn (orzechowe zdolności?);  ale to słowo ma też znaczenie zwariowane, pomylone, zbzikowane
szalone i w tym znaczeniu używa go Levet

background image

- Tak – wolno skinęła głową, poklepując jego główkę pomiędzy rogami. –

Rozumiem to.

Oboje   zesztywnieli   jednocześnie,   zwracając   uwagę   na   masywną   postać,

która pojawiła się między drzewami.

- Kundel – odetchnął Levet.
Jaelyn   skrzywiła   się   widząc   nieproszonego   intruza.   Był   to   młody

mężczyzna,   który   wyglądał   na   trzydzieści   ludzkich   lat,   z   blond   włosami,
obciętymi   na   wojskową   modłę,   z   kwadratową   twarzą,   która   mogłaby   być
przystojna, jeśli podobał się komuś styl „same mięśnie, za grosz rozumu”. W tej
chwili jego głowa pochylała się nad lustrem, które ściskał w dłoni, obojętny na
niebezpieczeństwo, czające się tuż nad nim. 

- Cholera – szepnęła.
Levet przysunął się do niej.
- Co jest?
- Szukam czarownicy, która kontroluje zombie, a nie przeklętego psa.
Gargulec wciągnął powietrze. 
- Magia pochodzi z kundla.
Syknęła w szoku. 
- Jesteś pewien?
Ma enfant, czyż nie udowodniłem swoich zdolności?
Jaelyn tak naprawdę nie wątpiła w niego. To było oczywiste, że malutki

gargulec skrywał niezgłębione możliwości. Ale… do diabła. Nie potrzebowała
takich komplikacji.

- Nigdy nie słyszałam o psie, który posługiwałby się magią – mruknęła.
- Rzadko się to zdarza – przyznał Levet. – Musi to być potężny mag lub

czarownica,   zanim   przemieni   się   i   utraci   swoje   umiejętności   w   procesie
transformacji. A ponieważ większość kundli magia przeraża, to starają się jej
unikać.   Z   pewnością   nigdy   świadomie   nie   będą   próbowali   atakować
używających   magii   –   pochylił   się,   by   przyjrzeć   się   mężczyźnie   poniżej.   –
Przypuszczam,   że   ten   konkretny   mag   szukał   kundli,   by   go   specjalnie
przekształcili.

- Dlaczego?
Levet rozłożył ręce.
- Może  przez  pragnienie  większej  siły  fizycznej  lub dłuższego  życia,  a

może przez wilkołaczą partnerkę.

Jaelyn z żalem spojrzała na broń, którą ukradła w mieście. To była świetna

strzelba, ale przeznaczona dla ludzi, a oni nie potrzebowali srebrnych kul.

background image

- Wygląda na to, że zrobimy to w staromodny sposób.
- Nie bój się – Levet wyprostował ramiona. – Władam własną potężną

magią.

- Nie – Jaelyn chwyciła gargulca za ramię, gdy ten odwrócił się w kierunku

kundla. – Myślę, że będzie lepiej, jeśli to ja zajmę się magiem.

-   Czyżbyś   wątpiła   w   moje   możliwości?   –   zapytał   Levet,   opuszczając

skrzydła w widocznym dąsie.

- Oczywiście że nie, ale byłam szkolona do zabijania w ciszy – zapewniła

go gładko. – Nie chcemy przyciągać niepotrzebnej uwagi. Miej oczy otwarte i
wypatruj jego towarzyszy.

Szare oczy rozszerzyły się.
- Towarzyszy?
- Kundle zawsze podróżują stadem.
Levet parsknął z niesmakiem. Gdy Jaelyn oceniała dokładną odległość od

kundla, dotknął delikatnie jej ramienia.

- Bądź ostrożna ma enfant.
Zesztywniała pod wpływem ciepłych słów. Cholera, dlaczego on to robi?
Z pewnością mały gargulec zdawał sobie sprawę, że demony nie powinny

się o nią niepokoić. Była Łowcą. Nieczułą bronią, którą uczono, że emocje były
niczym   więcej   niż   słabością,   mogącą   zostać   wykorzystaną   przez   innych   do
manipulowania   nią.   Wszystko   to   namieszało   jej   w   głowie   i   wytrąciło   ją   z
równowagi.

Levet uniósł grube brwi.
- Powiedziałem coś złego?
- Nie – z wysiłkiem odsunęła od siebie te bzdury. Na litość Boską. To nie

był czas na sentymenty. – Nic złego.

Zanim zdążyła zrobić z siebie idiotkę, Jaelyn skoczyła w powietrze, lądując

w całkowitej ciszy na kundlu. Pies zawył z bólu, gdy kły przecięły szyję, ledwo
mijając żyłę, a on sam upadł do tyłu. Jaelyn przeklęła, bo nie zdołała zadać
śmiertelnego ciosu, ale chociaż sprawiła, że przynajmniej upuścił lustro, które
trzymał.   Zakładała,   że  używał  go,   by   kontrolować   zombie,   co   oznaczało,   iż
przynajmniej Ariyal powinien być bezpieczny. Czego nie mogła powiedzieć o
sobie. Posiadający siłę kundla i magię czarownicy mężczyzna odrzucił ją na bok
z  zadziwiającą   łatwością.   Oboje   wstali,   okrążając   się   nawzajem  z   przezorną
ostrożnością wyszkolonych wojowników.

- Kim jesteś? – Jaelyn zażądała odpowiedzi, wiedząc, że to nie przypadek

przyniósł kundla właśnie teraz w to konkretne miejsce.

background image

Wilkołak  zmierzył ją wzrokiem z  wyraźną irytacją,  bardziej wzburzony

tym, że dał się zaskoczyć, niż zdenerwowany faktem, iż stoi twarzą w twarz z
wkurzonym wampirem. Oczywiście, istniała realna możliwość, że był na tyle
głupi, by nie rozumieć zagrożenia.

- Wiesz jak dużo czasu zajęło mi przygotowanie tego zaklęcia, ty głupia

cipo? – warknął. – Zapłacisz mi za każdą minutę.

Cipa?
Och, on chyba tak nie myślał, prawda?
Uśmiechnęła się, przejeżdżając językiem wzdłuż ostrego kła.
- Miałam zamiar zapytać, czy chcesz, bym zrobiła to w delikatny sposób.

Ale teraz masz do wyboru tylko jeden sposób.

- A jaki?
- Bolesny.
- Czyżby? Sama, bez armii?
Z uśmieszkiem sięgnął ku świecącemu kryształowi zawieszonemu na szyi i

wyszeptał magiczne słowa. Bez wątpienia wyczarowywał paskudne zaklęcie na
miarę   jego   umiejętności,   by   go   chroniło.   Na   nieszczęście   dla   niego   nigdy
wcześniej   nie   spotkał   superszybkiego   Łowcy,   więc   zanim   dokończył
intonowanie, Jaelyn rzuciła się do przodu, by wyrwać mu język z ust.

Zaszokowany kundel stanął jak zamrożony, jego oczy wpatrywały się w

krwawy kawałek ciała, który trzymała w dłoni. Następnie ze zniekształconym
krzykiem przerażenia obrócił się na pięcie i rzucił do ucieczki. Jaelyn pozwoliła
mu mieć przez kilka sekund nadzieję, że może uciec, zanim uderzyła stopą w
jego plecy, wysyłając go w powietrze aż na najbliższe drzewo. Zsunął się na
ziemię, najpierw twarz, potem ramiona i nogi, kłębiąca się kombinacja bólu i
paniki. Przykucnęła obok niego, obejmując ramionami kolana.

- Ostrzegałam cię, że to będzie bolesny sposób – zadrwiła, upuszczając

język w pobliżu jego głowy. Ostatecznie się uleczy, ale teraz jego rany musiały
być   nie   do   zniesienia.   –   Posłuchaj   bardzo   uważnie,   zadam   ci   kilka   pytań.
Będziesz kiwać głową na tak i potrząsać na nie. Wszystko jasne. Och – schyliła
się tak, by nie mógł przegapić jej śmiercionośnych kłów. – I za każde kłamstwo
będę wyrywać jedną część ciała. Zrozumiałeś?

Przywarł do zarośli, jakby chciał wtopić się w twardą ziemię. Ale jego

pospieszny skłon zapewnił ją, że był gotowy stać się miłym.

- Czy to ty byłeś odpowiedzialny za zombie?
Kundel przez chwilę się zawahał, zanim pokiwał głową. Poklepała go.
- Grzeczny chłopiec. Czy w pobliżu jest reszta twojego stada?

background image

Kolejne wahanie i kolejne kiwanie.
- Czy wszyscy są kundlami? – spytała, pewna, że wyczuwa obecność na

skraju lasu, ale nie mogła dokładnie określić czyją.

Coś,   co   niepokoiło   ją   prawie   tak   samo,   jak   używający   magii   wilkołak.

Tajemnice w świecie demonów nigdy nie były dobrymi rzeczami. Zaczął kręcić
głową, ale zanim zdołała zgłębić wiedzę o pozostałych członkach jego załogi, w
powietrzu rozległ się huk wystrzału. Z prędkością, która przeciwstawiała się
prawom   fizyki   Jaelyn   zdołała   uniknąć   pocisku,   wycelowanego   prosto   w   jej
pierś. Trafił ją jednak w ramię, powodując piekący ból, ostrzegający, że pocisk
był wykonany ze srebra.

Cholera.   Wyczuwała   zapach   znajdującego   się   w   pobliżu   kundla,   bez

wątpienia   strzelca   i   zbliżającego   się   czegoś   o   dziwnie   stłumionym   zapachu.
Przez chwilę zastanawiała się nad wzięciem rannego wilkołaka jako zakładnika.
Nie miała wątpliwości, że dzięki właściwej zachęcie i może kilku brakującym
częściom ciała, mogła zdobyć wszystkie potrzebne jej niezbędne informacje.

Niestety, nie była pewna, co czai się w ciemności. To mogła być zwykła

czarownica  z  amuletem  albo  coś,  co  ostatnio  wylazło  z  wnętrza  piekła.  A i
Aryial prawdopodobnie był ranny… cóż, nie mogła podjąć takiego ryzyka. Pora
się stąd wynosić w cholerę.

Tearloch poczuł ukłucie magii, gdy tylko wszedł do jaskini i odkrył, że

Rafael stoi nad płytką kałużą znajdującą się na środku podłogi.

- Głupcy – duch mruczał z niesmakiem. – Dlaczego oni zawsze muszą

wzywać zombie?

Tearloch   przemierzył   jaskinię,   by   przyjrzeć   się   badawczo   podejrzanym

obrazom odbitym w wodzie. Tak, czarodziej posiadał wystarczającą moc, by
przepowiadać przyszłość. Przydatny trik, ale zwyczajny duch nie byłby zdolny
go wykonać. 

- Co się dzieje, do cholery? – wychrypiał.
Rafael wskazał kościstym palcem na podłogę.
- Byliśmy śledzeni. 
Odkładając na bok zaniepokojenie mocą Rafaela, Tearloch pochylił się do

przodu, aby zbadać scenę, która rozgrywała się w wodzie jak w namokniętym
filmie.

background image

- Ariyal – mruknął, z łatwością dostrzegając księcia, a także fakt, że stał

obecnie mniej niż pięć mil od wejścia do ukrytych jaskiń.

- Tak – syknął Rafael. – Twój książę jest irytująco niezniszczalny.
Tearloch nagle pochylił się nad wodą, zdając sobie sprawę, że Ariyal nie

walczył z grupą ludzi, jak mu się w pierwszej chwili wydawało. Właściwie to
oni już teraz przestali być ludźmi. Z drżeniem odsunął się od wody, patrząc na
ducha, który obserwował walkę z szyderczym uśmiechem.

- Zombie są zakazane.
- Na pewno zdajesz sobie sprawę, że stoimy ponad nudnymi prawami tego

świata?   –   zapytał   Rafael,   a   potem   lekceważąco   machnął   ręką.   -   Mimo   to,
zgadzam   się,   że   takie   obrzydliwości   są   godne   pożałowania.   One   są   zbyt
nieprzewidywalne   i   przyciągają   właśnie   ten   rodzaj   uwagi,   którego   miałem
nadzieję uniknąć.

- To dlaczego je wezwałeś?
- To nie moja sprawka.
Tearloch zacisnął zęby. Czy to możliwe, aby duch go okłamywał?
Zaledwie kilka dni temu roześmiałby się na samą myśl o takiej możliwości.

Duch był związany z wolą wzywającego i zdany całkowicie na jego łaskę. Teraz
już nie był tego taki pewien.

- One nie wyłażą z grobów tak same z siebie – oskarżył twardym tonem.
Zadowolony   wyraz   twarzy   ducha   zmienił   się,   gdy   ten   wyczuł   irytację

Tearlocha.

- Nie, to jest dzieło twoich nowych sprzymierzeńców.
-   Sprzymierzeńców?   –   Tearloch   warknął   z   oburzeniem.   –   Jakich

sprzymierzeńców?

- Nasz pan rozumie, jak bardzo ważne dla jego przyszłości jest to dziecko -

Rafael mówił powoli, jak gdyby rozważając z troską swoje słowa. – Wezwał
swoich zwolenników, aby pomogli nam chronić dziecko.

Tearloch poczuł ucisk w gardle, a głowa zaczęła pulsować na to gładkie

wyjaśnienie. Czy to możliwe, że Mroczny Lord przemówił teraz bezpośrednio
do czarodzieja? A może to była sztuczka? Ale już sama możliwość wystarczyła,
by jego żołądek skurczył się ze strachu.

- A więc knujesz coś za moimi plecami?
Wstrząśnięty Rafael usiłował odeprzeć te bezpodstawne zarzuty. 
- Oczywiście, że nie.
- To skąd wiesz o tych wezwanych sprzymierzeńcach?

background image

- Jego lordowskiej mości łatwiej komunikować się z tymi z nas, którzy są

bezpośrednio   związani   z   podziemiem.   Zapewnił   mnie,   że   wezwał   swoich
wiernych uczniów, by zaoferowali nam wszystko, co potrzebne do osiągnięcia
sukcesu.

Tearloch zacisnął dłonie na obolałych skroniach i zaczął spacerować po

jaskini. Mgła w jego umyśle sprawiała, iż trudno mu się myślało, ale wiedział,
że   nie   lubi,   jak   nieznane   demony   wtrącają   się   w   jego   sprawy.   Uczniowie
Mrocznego   Lorda   byli   z   natury   niegodnymi   zaufania   stworzeniami,   które
zwróciły swe dusze ku złu. Zdradziliby i zniszczyli Tearlocha przy pierwszej
nadarzającej się okazji. Odwrócił się, by spojrzeć na Rafaela.

- Czy nie sądziłeś, że konieczne byłoby podzielenie się tymi informacjami

ze mną?

-  Wydawało   mi   się,   że   nie   ma   sensu   zawracać   ci   głowy   tak   drobnymi

sprawami.

Tearloch podniósł rękę, kierując ją w stronę ducha. Najwyraźniej Rafael

potrzebował przypomnienia, kto tu rządzi.

- Nie ma sensu?
-  Masz   ważniejsze   sprawy   na   głowie   –   przymilny   uśmiech   wykwitł  na

ustach czarodzieja. – To jest najlepsze rozwiązanie, że ty pozwalasz mi…

Tearloch zacisnął rękę i szarpnął ją w dół. Ten ruch pomógł mu skupić się

na niedostrzegalnym połączeniu z duchem. Jak na zawołanie Rafael upadł na
kolana, a strach, sprawiający przyjemność elfowi, pojawił się na jego szczupłej
twarzy.

- Ja decyduję, co jest najlepsze – warknął. – A może zapomniałeś, kto tutaj

dowodzi, Rafaelu?

- Nie, panie.
Skręcił dłoń i arogancki dupek przyciskał czoło do kamiennej podłogi.
- Myślę, że zapomniałeś. A to byłoby śmiertelną pomyłką.
- Ja jedynie pragnę ci służyć.
Tearloch syknął z obrzydzeniem. Bogowie, nienawidził czarodzieja. Prawie

tak   samo,   jak   nienawidził   świadomości,   że   nie   mógł   odesłać   tego   marnego
robaka   z   powrotem   do   piekła,   bez   względu   na   to,   jak   bardzo   tego   pragnął.
Dlaczego on w ogóle zaczął to szaleństwo?

- Jesteś aroganckim kutasem, który zdradzi mnie w mgnieniu oka, jeśli

byłbym na tyle głupi, by dać ci ku temu okazję - powiedział przez zaciśnięte
zęby. – Ale na szczęście nie jestem.

background image

Palce Rafaela wbijały się w kamienną podłogę, ale nie był na tyle głupi, by

przejść do otwartego buntu. Przynajmniej na razie.

- Czego chcesz ode mnie?
- Opowiedz mi o naszych nowych sprzymierzeńcach.
- Mogę ci ich pokazać.
Tearloch   po   dziecinnemu   kontynuował   wgniatanie   twarzy   Rafaela   w

podłogę. Duch fizycznie nie cierpiał, ale był upokorzony. Czy mogło być coś
gorszego dla wybujałej pychy Rafaela? W końcu rozluźnił dłoń i odsunął się.

- Dobrze. Pokaż mi.
Czarodziej   wstał,   jego   palce   drżały,   jakby   ledwo   opierały   się   pokusie

rzucenia   zaklęcia   w   kierunku   Tearlocha.   Zamiast   tego   rozsądnie   wygładził
swoją wymiętą szatę i z pozornym opanowaniem wrócił nad kałużę. Machnął
ręką, szepcząc ciche słowa. Następnie podnosząc głowę, skinął na Tearlocha, by
do niego dołączył.

- Nasi sprzymierzeńcy, jak rozkazałeś panie.
Tearloch   podszedł,   by   przyjrzeć   się   wodzie,   wcale   niepocieszony   wizją

wysokiego,   szczupłego   mężczyzny   z   krótkimi,   czarnymi   włosami
przylegającymi do jego pociągłej twarzy. Ubrany w najmodniejszy garnitur i
błyszczące   buty   z   ozdobnie   dziurkowanymi   czubkami   wyglądał,   jakby   był
bankierem. Ale Tearloch nie przegapił bladej, zbyt idealnej twarzy i tępej pustki
w czarnych oczach. Martwych oczach.

- Wampir? – syknął.
-   Nie   tylko   wampir,   ale   taki,   który   posiada   najbardziej   niezwykłe

umiejętności – poprawił Rafael, tak jakby dodatkowe zalety pijawki czyniły ją
mniej obraźliwą dla Tearlocha.

- Co to znaczy?
- On jest Pierwszym Nieśmiertelnym.
- Myślałem, że oni wszyscy byli nieśmiertelni?
- Jest kilka wampirów, które opuściły ten świat, by stworzyć własny klan –

wyjaśnił   czarodziej   cierpliwym   tonem.   –   Stworzyli   bardzo   unikalne   talenty,
które, jak sądzę, bardzo się tobie przydadzą.

- Talent do tworzenia zombie?
-   Nie,   jemu   towarzyszą   dwa   wilkołaki,   a   także   czarownica   –   wyznał

niechętnie Rafael. – Jeden z kundli używa magii.

Wampir   z   potężnymi   mocami,   dwa   kundle   (jeden   używający   magii)   i

czarownica dorzucona na dodatek? To miało wystarczającą siłę rażenia, by z
łatwością przytłoczyć garstkę jego Sylvermystów.

background image

- Niech cię cholera, to pułapka.
Rafael uniósł rękę w uspokajającym geście.
- Nie, przysięgam.
- Gdybym mógł ci zaufać.
- Oni zostali wysłani przez naszego ukochanego pana. 
- Mam na to tylko twoje słowo – Tearloch potrząsnął głową, jakby chciał

usunąć bolesną mgłę. – Mogłem posłuchać Sergeia.

Rafael ostrożnie ruszył naprzód, machając ręką, jakby rzucał zaklęcie.
- Nie ma potrzeby się denerwować.
Tearloch kołysał się, mgła szybko zmąciła mu umysł do tego stopnia, że

ledwo pamiętał, dlaczego stał w jaskini. Wtedy, z przekleństwem na ustach,
zmusił paraliżujący obłok do cofnięcia się.

- Możesz komunikować się z pijawką? – wychrypiał.
Wąskie usta Rafaela prawie zniknęły, ale skinął głową na potwierdzenie.
- Mogę.
- W takim razie ostrzeż go, że jeśli on lub jego trio odmieńców spróbuje

wejść do tych jaskiń, nie tylko pozwolę moim Sylvermystom pokroić ich na
kawałki tak małe, że ich matki nie będą w stanie ich rozpoznać, ale też odeślę
cię z powrotem do podziemia i przeklnę twoje imię tak, iż ty już nigdy nie
będziesz w stanie przekroczyć granic piekła.

Małe płomienie zatliły się w głębi oczu ducha.
- Pan nie będzie zadowolony.
-   Być   może   na   razie   powinieneś   martwić   się   o   to,   abym   to   ja   był

zadowolony – ostrzegł Tearloch, odwracając się i kierując w stronę wyjścia z
jaskini.

Bogowie. Potrzebował powietrza. Świeżego powietrza.
- Tak… na razie – wyszeptał za nim Rafael.