background image

Rozdział ósmy

Część   Ariyala   czuła   zażenowanie,   gdy   zdał   sobie   sprawę,   że   uprawiał

dziką,   namiętną   miłość   z   tą   piękną   kobietą   w   otoczeniu,   które   nie   było
odpowiednie nawet dla demona. Bez względu na to, jak desperacko pragnął
Jaelyn, powinien był zaczekać, by móc zaoferować jej chociaż iluzję komfortu.
Lecz większej jego części było obojętne wąskie, twarde łóżko i brudna izba. Czy
nawet dochodzący z daleka smród demonów, wciskający się do pokoju.

Właśnie doświadczył najbardziej szokującego, nieziemskiego orgazmu w

całym swoim długim, długim życiu. Te ostatnie emocje spowodowały, że czuł
nieco skruchy. Właściwie, to nie był pewien, co do cholery czuje, gdy przytulił
milczącego wampira do piersi, pozwalając palcom przeczesać chłodny jedwab
jej włosów.

- Opowiedz mi o swoim koszmarze – powiedział, zanim zdążył ugryźć się

w język. 

Nie zdziwił się, gdy zesztywniała, jej niechęć do mówienia o przeszłości

była niemal namacalna.

- Daj spokój, wróżko – warknęła.
- Nie.
Cofnęła się, by rzucić mu ostre spojrzenie.
- Czy chcesz rozmawiać o swoich latach z Morganą le Fey?
Zacisnął zęby. Oczywiście, że nie chciał rozmawiać o tej szalonej dziwce.

Jeśli miałby coś do powiedzenia, imię Morgany le Fey zostałoby usunięte z
historii świata. Ale  z powodów, które bez  wątpienia mogły  uczynić  z niego
krzyczącego ze strachu, chciał wiedzieć, co prześladowało ją we śnie. Nie, nie
chciał. Potrzebował.

- Co chcesz wiedzieć?
Zmarszczyła brwi, zaskoczona jego nagłą kapitulacją. Czyżby blefował?

Wtedy poczuł, jak jej mięśnie nieznacznie się rozluźniają, gdy przytuliła się do
niego, a prawdziwa ciekawość topiła lód w oczach koloru indygo.

- Byłeś jej kochankiem?
- Byłem jej niewolnikiem, a nie kochankiem.
Wolno skinęła głową. Czy rozumiała tę paraliżującą duszę różnicę,  między

tymi dwoma rzeczami? 

- Krzywdziła cię?

background image

- Czerpała przyjemność z zadawania bólu.
- Torturowała cię?
-   Na   początku   –   jego   ramiona   zacisnęły   się   wokół   niej,   gdy   wróciły

wspomnienia, z którymi tak ciężko się zmagał, by je pogrzebać. – Ostatecznie
odkryła,   że  większe   cierpienie  sprawiało  mi,  gdy  widziałem,  jak  moi  bracia
cierpieli. 

Jaelyn wyraźnie wyczuwała, że jego rany sięgają głębiej i nie dotyczą tylko

kilku blizn.

- Czy używała magii?
- Czasami - głos mu stwardniał, gdy przed oczami stanął żywy obraz pełen

krwi.   Olbrzymiej   ilości   krwi.   –   Zazwyczaj   wolała   rzeźbić   ich   nożem   –
wzdrygnął się. – Nazywała to żywą sztuką.

Pogłaskała nieśmiało ręką jego pierś, jakby oferując mu pocieszenie.
- Patrzyłeś, jak to robiła?
- Tak.
- Dziwka.
Dziwne,   ale   to   zwykłe   potępienie   było   bardziej   kojące   niż   mnóstwo

wyszukanych słów pocieszenia.

- I tu się zgadzamy – stwierdził sucho.
Przyglądała mu się przez chwilę, nie spuszczając z niego oka.
- Warto było się tak poświęcać?
Wzruszył ramionami. To było pytanie, które często zaprzątało jego umysł.

Wydawało się niemożliwe, by istniało coś, co było warte takiego bólu i straty.
Ale wtedy wspominał brutalne dni pod panowaniem Mrocznego Lorda, będące
przypomnieniem,   dlaczego   byli   gotowi   poświęcić   wszystko,   by   stać   się
wolnymi.

-   Będzie,   jeśli   zapobiegnę   powrotowi   Mrocznego   Lorda   –   powiedział,

ciągnąc   kosmyk   kruczoczarnych   włosów.  –   Dlatego   zrobię   wszystko,   co   w
mojej mocy, by pozostał uwięziony.

Zignorowała jego ostrzeżenie.
- Co zrobisz, gdy ci się powiedzie?
- Będę żył w spokoju z moim plemieniem.
- Zostaniesz ich księciem?
Wzruszył ramionami. Nigdy nie prosił się o to, by być księciem.
- Do czasu, aż wybiorą nowego przywódcę.
- Masz tron i koronę?

background image

Uniósł brwi. Czy ona się z nim droczy? Ta myśl była niespodziewanie

erotyczna. Ok, każda myśl dotycząca Jaelyn była erotyczna, przyznał cierpko,
przywierając do jej smukłego ciała z cichym jękiem zadowolenia.

- Nie, ale mogę sobie wybrać małżonkę – mruknął.
- Naprawdę? – zacisnęła usta. Ach, kobieca dezaprobata. Wrodzona cecha

gatunku. – Przypuszczam, że już z nich wszystkich jakąś wybrałeś?

Poruszył się tak, by docisnąć swoją erekcję do wewnętrznej strony jej uda.
- Jedną, ostatnio.
Zakazane   uczucie   rozbłysło   w   jej   oczach,   natychmiast   bezlitośnie

stłumione. Czyżby to była… tęsknota?

Nie, niemożliwe.
- Nie patrz tak na mnie, wróżko. Nawet jeśli ciągle nie miałabym chęci

walnąć cię w twarz, to i tak nie byłabym dobrym materiałem na żonę. 

- Jestem cierpliwy – zapewnił ją, schylając się, by szeptać jej przy ustach,

wciąż spuchniętych od pocałunków. – Jestem gotów cię szkolić. 

Wbiła palce w jego włosy, ale nie próbowała go odepchnąć. Dzięki bogom.
-   Jak   na   wróżkę,   która   twierdzi,   że   chce   żyć   w   spokoju,   grasz   w

niebezpieczną grę.

Przejechał językiem po jej dolnej wardze.
- Teraz twoja kolej, by się  podzielić.
 Zadrżała, zapach jej podniecenia wypełnił powietrze.
- Myślę, że dzielę się już bardziej, niż powinnam.
- Powiedz mi, Jaelyn.
- Co ci powiedzieć?
- Dlaczego masz koszmary.
Zaklęła, przyciskając gwałtownie dłonie do jego piersi.
- Levet.
Podniósł głowę marszcząc brwi.
- Gargulec?
- Tak.
Ariyal   mgliście   przypomniał   sobie   miniaturowego   demona,   który

podróżował z wampirem Tane’m.

Irytujący szkodnik.
- Cóż, on z pewnością mógłby wywołać u kogoś koszmary, ale nie jestem

pewien, czy ma coś wspólnego z naszą rozmową – mruknął.

- On tu idzie.
- Teraz?

background image

- Tak.
- Cholera.
Z bólem serca stoczył się z łóżka i podciągnął jeansy, które zastąpiły luźne

spodnie, jakie miał na sobie przed opuszczeniem Avalonu. Następnie wyciągnął
rękę i wymruczał szorstkie słowa zaklęcia, które sprowadziły jego łuk i strzały.
Usłyszał,  jak za  jego  plecami  Jaelyn  zakłada  swój  strój, by  podejść  bliżej  i
stanąć u jego boku.

- Co ty robisz?
-   Jego   przybycie   nie   może   być   zbiegiem   okoliczności   –   Ariyal

skoncentrował   się   na   drzwiach,   gotów   strzelać,   jak   tylko   się   otworzą.   –  To
stworzenie z całą pewnością podąża za nami.

- Nie za nami –poprawiła go Jaelyn. – On szuka twojego uroczego ducha.
- Kogo?
- Yannah. Gargulec jest w niej zadurzony.
Odwrócił się i patrzył, jak sprawnie upinała włosy w warkocz.
- To jakiś żart?
Rozwiała jego nadzieje zdecydowanym potrząśnięciem głową.
-   Nie.   Wyczuł   Yannah   ode   mnie,   kiedy   przybyłam   do   Londynu   i

zdecydował się do nas dołączyć.

- I ty mu na to pozwoliłaś? – warknął z niedowierzaniem.
- Hej, pomógł mi uratować twój tyłek, tak więc…
- I co z tego?
- Wyluzuj.

Legowisko Króla Wilkołaków w St. Louis

Santiago zadrżał, gdy mgły zostały w końcu usunięte.
Mierda.
Nie   popisał   się,   kiedy   Styx  wysłał  go   na  poszukiwanie   Cassandry.  Był

przygotowany na bitwę z demonami, Sylvermystami, a nawet, w razie potrzeby,
z magiem. Nie był przygotowany na wciągnięcie w dziwne, duszące mgły przez
wytworną   kobietę,   która   odwróciła   się   od   świata   wieki   temu.   Albo   na
znalezienie się w nieznanym pomieszczeniu wiele mil od miejsca, w którym to
się zaczęło. 

background image

Szybko rozejrzał się po otoczeniu. Brudna podłoga. Cementowe ściany,

które   zostały   obstawione   wysokimi   półkami,   z   ułożonymi   na   nich   setkami
zakurzonych   butelek.   Kolekcja   starych   drewnianych   beczek   na   środku
pomieszczenia.   A   w   odległym   końcu   szeregu   łukowatych   drzwi   Santiago
wyłapał cichy szum lodówki.

Piwniczka na wino?
- Gdzie ty, do diabła, mnie przyprowadziłaś? – mruknął zmieszany.
- Nie jestem pewna – Nefri wzruszyła ramionami, nie rozglądając się po tej

dziwnej piwnicy i nie wyglądając na zbyt zmartwioną, że ich tu przeniosła.
Nawet gdy znajomy smród wypełnił powietrze.

Santiago wyszarpnął sztylet z pochwy, ukryty za plecami.
- Psy – syknął.
- Pijawka – odciął się kpiący głos, podczas gdy jedna z półek odsunęła się,

pozwalając czystej krwi wilkołakowi i jego kundlowi wyjść z ukrytego tunelu. 

Santiago uniósł brwi na widok Salvatore i jego wiernego pomocnika Hessa.

Jak   zawsze   Król   Wilkołaków   ubrany   był   w   ręcznie   robiony   dopasowany
garnitur. Ten był z włoskiej wełny w kolorze jasnego grafitu. Do tego miał białą
koszulę i ciemnoczerwony krawat. Z ciemnymi włosami zaczesanymi do tyłu w
koński ogon i świeżo ogoloną, szczupłą twarzą wyglądał bardziej na gangstera
niż wilkołaka. Z kolei jego towarzysz wyglądał jak wynajęty bandyta ze swoim,
mierzącym sześć stóp na sześć, muskularnym ciałem i ogoloną głową.

- Och, nie tylko pies, ale sam Król Kundli – szydził, krzywiąc się, gdy

Salvatore wyszczerzył w jego kierunku swoje imponujące zęby. – Czy król nie
powinien nauczyć podwładnych porządku?

Wskazując na pistolet załadowany srebrnym kulami, wycelowany prosto w

serce Santiago, Salvatore skinął głową w kierunku Hessa, a ten natychmiast
przesunął się i stanął za Nefri. Ogromne cielsko kundla i brutalny błysk w jego
oczach sprawiały, iż szczupła kobieta wydawała się być w niebezpieczeństwie,
ale nikt w pokoju nie był na tyle głupi, by wątpić, że mogłaby zabić każdego z
nich w mgnieniu oka. Jej moc pulsowała wokół niej przerażającymi falami.

- Santiago – Salvatore przesunął się, by mieć na oku obydwoje intruzów. –

Najwyraźniej muszę zamienić słowo ze Styxem. Arogancki drań wydaje się nie
rozumieć pojęcia granica.

-

 

Styx nie miał nic wspólnego z naszym ... – Santiago zważał na słowa.

Wampiry   i   wilkołaki   były   naturalnymi   wrogami.   I   oba   gatunki   odczuwały
wzajemną   chęć   eksterminacji   przeciwnika.   Ale   od   kilku   ostatnich   miesięcy
obowiązywał ich rozejm, który zawarli Salvatore i Styx, gdy zostali zmuszeni

background image

do współpracy w celu powstrzymania większego zła. Anasso obdarłby Santiago
żywcem   ze   skóry,   gdyby   spieprzył   to   tymczasowe   porozumienie   -   …
nieoczekiwanym przybyciem.

Salvatore zmrużył oczy.
- Spodziewasz się, że uwierzę, iż udało ci się prześlizgnąć obok moich

strażników bez pomocy?

Santiago z premedytacją spojrzał na cichą Nefri.
- Nasze przybycie było, delikatnie mówiąc, niekonwencjonalne. 
Król   Wilkołaków   odwrócił   się,   by   przyjrzeć   się   ciemnowłosemu

wampirowi, gwizdaniem wyrażając podziw wobec jej delikatnej urody.

Cristo – wrócił spojrzeniem do Santiago. – Ona jest zdecydowanie poza

twoją ligą, amico. Przegrała jakiś zakład, czy trzymasz ją jako zakładniczkę?

Santiago skrzywił. Poza jego ligą? Miał czuć się obrażony? Nefri była poza

ligą   wszystkich.   Była   nie   tylko   kobietą   o   urodzie   poruszającej   serce,   z
królewskim wdziękiem, który sprawiał, że człowiek pragnął przylgnąć do niej i
całować   do   upadłego   tą   wyniosłą   doskonałość,   ale   też   okazała   się   być
inteligentna, kulturalna i wyjątkowo zaradna. I och, tak, istniała jeszcze realna
możliwość, że była najpotężniejszą istotą chodzącą po ziemi. Poza tym, nawet
jeśli był na tyle głupi, by pragnąć wykwintnej, nieosiągalnej Nefri (a z całą
pewnością nie był), ona była członkiem klanu, który myślał, iż jest lepszy od
zwykłych wampirów. 

Aroganckie snoby.
-   Ona   jest   Pierwszą   Nieśmiertelną   –   powiedział   głosem   wypranym   z

emocji.

- Naprawdę? - Salvatore zamrugał w prawdziwym szoku. - Myślałem, że to

mit. 

Santiago napotkał spojrzenie czarnych oczu Nefri, dziecinnie poirytowany

jej spokojem. Nic ją nie denerwuje?

- Niestety, są aż nadto prawdziwi.
-   Niestety?   -   Salvatore   rzucił   mu   spojrzenie   pełne   czystej   męskiej

dezaprobaty. - Jesteś ślepy?

-  On  jest  trochę  do  mnie  uprzedzony  –  wyjaśniła  Nefri  z  tajemniczym

uśmiechem na ustach. 

Salvatore podszedł do czarującej kobiety, pochylając się na tyle blisko, by

wyczuć jej egzotyczny jaśminowy zapach. 

- Interesujące -  mruknął.

background image

Santiago   nie   wiedział   nawet,   kiedy   się   poruszył   i   stanął   obok   Nefri,

obnażając ostrzegawczo kły. Do diabła z porozumieniem. Jeśli Salvatore dotknie
Nefri, będzie martwym psem.

- Odsuń się.
Złote   oczy   zapłonęły   na   chwilę,   gdy   wilkołak   wyczuł   bezpośrednie

wyzwanie. Potem cofnął się, wybuchając śmiechem.

- Czyżbyś był trochę zazdrosny, Santiago? – kpił.
Zazdrosny?   Oczywiście,   że   nie   był   zazdrosny.   Uwielbiał   kobiety.

Wszystkie kobiety. A one go uwielbiały. Ale był wyznawcą dewizy, że im więcej
tym lepiej. To było tylko…

Mierda,  nie   wiedział,   co   to   było,   ale   wiedział,   że   Salvatore   był

denerwującym gównem.

- Nie wątpię, że twoja partnerka będzie bardzo zadowolona, że spędzasz

dzień na obwąchiwaniu innej kobiety.

Salvatore uśmiechnął się jeszcze szerzej, jakby wyczuwając dziwną reakcję

Santiago. 

- Niepokoisz się moim małżeństwem? Jak miło.
Nefri   płynnie   weszła   między   dwóch   najeżonych   mężczyzn,   studząc   ich

emocje.

- Wasza Wysokość, proszę przyjąć moje przeprosiny – powiedziała. – Nie

było moim zamiarem wkroczenie na twoje terytorium.

Salvatore popatrzył na Santiago.
- Pijawka z manierami? Czy to nie oksymoron?
- Takie wielkie słowo w ustach parszywego psa – odgryzł się Santiago.
Z   zabójczą   szybkością   z   przystojnej   twarzy   Salvatore   zniknęło   uczucie

rozbawienia, ukazując prawdziwą twarz drapieżnika.

- Jak się tu dostałaś? – zapytał.
Najwyraźniej zdając sobie sprawę, że skończył się czas na zabawę, Nefri

sięgnęła palcami do medalionu na szyi i potarła go. 

- Posiadam moc podróżowania między światami.
- Jak dżin?
- Podobnie, ale moje moce pochodzą od medalionu i nie są to wrodzone

zdolności.

Salvatore zmrużył oczy, wyraźnie niezadowolony z jej wyjaśnień. 
- Niezła sztuczka – warknął. – Idealne miejsce na zasadzkę.
- Staram się nie nadużywać umiejętności – zapewniła go Nefri.

background image

- Jeśli nie nadużywałabyś umiejętności, nie byłoby cię w mojej prywatnej

piwnicy na wino, prawda?

- Nie tym tonem, Salvatore – warknął Santiago.
Nefri machnęła szczupłą ręką.
- On ma prawo do odpowiedzi. 
- Więcej niż prawo – poprawił Salvatore, jego wewnętrzna bestia budziła

się   tuż   pod   powierzchnią.   –   Udawajmy,   że   wasze   życia   zależą   od   tych
wyjaśnień.

- Jak już być może zauważyłeś, Santiago szuka proroka – odpowiedziała

Nefri, uprzedzając Santiago, który zamierzał powiedzieć Królowi Kundli, gdzie
może sobie wsadzić swoje groźby. – Ja również przybyłam w poszukiwaniu
Cassandry.

- I myślisz, że ukryłem ją w swojej piwnicy na wino?
- A ukryłeś? – zapytał Santiago. – To by z pewnością wyjaśniało…
- Panowie, proszę – Nefri łagodnie zaprotestowała.
- Panowie? – Salvatore prychnął. – On jest zimnokrwistym draniem, który

zabija dla kaprysu.

- A ty parszywym kutasem, który lubi grać doktora Frankensteina.
Moc   Nefri   zawirowała   w   powietrzu   z   wystarczającą   siłą,   by   obaj

mężczyźni zadrżeli, przeczuwając ból. 

-   Zaczynam   myśleć,   że   termin   „dzieci”,   byłby   bardziej   odpowiedni   –

powiedziała sucho.

Mężczyźni skrzywili się jednocześnie, zanim Salvatore machnął ręką.
- Kontynuuj.
- Weszliśmy do legowiska członka twojego klanu…
- Członka klanu? – wilkołak przerwał marszcząc brwi.
- Caine – wyjaśnił Santiago.
Salvatore   prychnął   z   obrzydzeniem.   Król   Wilkołaków   nadal   obwiniał

byłego kundla za bycie pionkiem władcy demonów, dążącego do zniszczenia
wilkołaków. Przemiana Caine’a w wilkołaka czystej krwi nie zgasiła pragnienia
Salvatore, by pożreć go żywcem. Dosłownie.

- Znalazłaś po nich jakiś ślad? – Salvatore zażądał odpowiedzi.
- Nie, zniknęli – wyjaśniła Nefri.
- I nie przyszło wam do głowy, by ich wyśledzić?
- Nie było żadnych wskazówek umożliwiających wyśledzenie ich.
-   Szkoda   –   odparł   Salvatore.   –   Ale   ja   wciąż   nie   usłyszałem,   co   was

sprowadziło do mojej skromnej siedziby.

background image

Nefri wzruszyła ramionami.
- Jeśli nie mogłam ich śledzić, to musiałam cofnąć się do tyłu.
- Do tyłu? Czy to jakiś rodzaj wampirzej logiki?
-   Jeśli   prześledzimy   ich   kroki,   możemy   porozmawiać   z   tymi,   którzy

widzieli ich po raz ostatni - wampirzyca bez uprzedzenia podążyła w kierunku
pobliskich   półek,   jej   piękna   twarz   była   rozkojarzona.   –   To   może   nam
powiedzieć, czy skierowali się do konkretnego miejsca przeznaczenia, czy bali
się, że będą śledzeni. Jeśli o niczym nie mówili, może się z kimś spotkali w
Chicago.

Pozornie zachwycony logiką Nefri, Salvatore skierował wzrok na Santiago.
- Inteligentna, a zarazem piękna. Jesteś w tarapatach, amico mio.
Santiago rozsądnie zignorował kpinę, nagle zdając sobie sprawę, dlaczego

Nefri przeniosła ich do tych konkretnych piwnic. Podążyła do tego miejsca za
zapachem Cassandry.

- Nie wspominałeś, że Cassandra złożyła ci wizytę – oskarżył zimno.
Salvatore skrzywił się.
- To dlatego, że nie złożyła.
- Jesteś tego pewien? – zażądał odpowiedzi Santiago, przysuwając się tak,

by mieć oko na Nefri, która przesuwała ręką po drewnianej półce.

Złote oczy zalśniły niesamowitą mocą. 
- Wszyscy, którzy nazywają mnie kłamcą, giną.
- Uspokój się – warknął. – Może odwiedziła twoją partnerkę, kiedy cię nie

było.

Salvatore spojrzał na niego, jakby postradał zmysły. 
- Harley pragnęła desperacko połączyć się z siostrą. Jeśli Cassandra by tu

wpadła, wiedziałbym o każdym szczególe tego spotkania, bez względu na to, jak
nieistotne ono by było.

- Może Cassandra poprosiła ją, by zachowała to spotkanie w tajemnicy.
- Oczywiście, nigdy nie miałeś partnerki – Salvatore mruknął. – Nie było

jej tu.

- Była – Nefri poparła swoje słowa argumentem. 
Mocno   pchnęła   półki.   Nie   wydały   ani   jednego   skrzypiącego   dźwięku.

Następnie odsunęła półki na bok, odsłaniając wycementowany pokój wielkości
garderoby. Idealna wielkość dla więziennej celi. W tej chwili była pusta, ale
trzymając medalion w dłoni, Nefri na chwilę zamknęła oczy i wymruczała ciche
słowa. Powietrze zawirowało i Santiago zastygł w szoku, czując niepowtarzalny
zapach wilkołaczki czystej krwi.

background image

- Cassandra.
- Jej zapach był maskowany przez zaklęcie - wyjaśniła Nefri.
Po raz pierwszy od ich wejścia, Hess się poruszył, przypominając Santiago,

że jest czymś więcej niż kupą mięśni.

- I zdrajca Caine – wychrypiał, jego oczy świeciły czerwonym blaskiem,

gdy się przesunął.

Salvatore rzucił swojemu zastępcy ostrzegawcze spojrzenie, zanim mijając

Nefri, wszedł do celi. Z gracją przykucnął i zaczął badać zaschniętą krew na
podłodze. 

- Czy możesz nam powiedzieć, jak dawno tu byli? – spytał Nefri.
- Dwa, może trzy tygodnie temu.
Santiago poruszył się i stanął obok wilkołaka, wciąż nie do końca pewien,

czy   parszywa   bestia   naprawdę   była   zaskoczona   obecnością   Cassandry   w
piwnicy, czy tylko udawała.

- Dlaczego oni chcieliby przemycić ją do twojego legowiska?
Salvatore wyprostował się z niezwykłą prędkością, stając twarzą w twarz z

Santiago.

- Uważaj pijawko.
Nefri   cmoknęła   i   odgoniła   ich   z   dala   od   plam   krwi,   wciąż   ściskając

medalion   w   dłoni.   Wyszeptała   ciche   słowo,   które   poruszyło   powietrzem,
odsłaniając   plątaninę   zapachów,   ukrytych   przez   iluzję.   Santiago   mruknął
przekleństwo, zerkając na plamę. 

- To krew Caine'a. Starał się chronić Cassandrę.
-  Si  – zgodził się Salvatore z roztargnieniem, odchylając głowę do tyłu i

głęboko   wdychając   powietrze.   –   Czuję   wampira   –   popatrzył   na   Santiago
podejrzliwie. – Rozpoznajesz zapach?

- Nie.
- Co masz na myśli, mówiąc „nie”?
-   On   jest…   -   Santiago   usiłował   wyjaśnić   –   nieobecny.   Wyczuwam

wampira, ale jest jakaś pustka wokół niego.

Wilkołak skrzywił się.
- Amulet?
-   Nie   –   Santiago   pokręcił   głową,   zdezorientowany   tak   jak   wilkołak.   –

Wampir się nie ukrywa, ale to jest tak, jakby on lub ona została pozbawiona
swojej tożsamości.

- Niemożliwe.
- Więc jak do cholery wyjaśnisz, co to jest?

background image

Ciemne oczy rozbłysły niebezpiecznie.
- W pierwszym odruchu powiedziałbym, że to podstęp.
Santiago przejechał palcem po krawędzi ostrza.
- To nie był tylko wampir. Był tu także kundel.
-   Dwa   kundle   –   mruknęła   Nefri,   zmartwiony   wyraz   twarzy   mącił   jej

niedawny spokój. – I czarownica.

Salvatore uniósł brwi ze zdziwienia.
- Czarownica wyjaśniałaby obecność magii, ukrywającej tutaj ich bytność.

Ale co, do diabła, oni robili z Cassandrą i Caine’m?

Jej ciemne, wspaniałe oczy musnęły surową, cementową celę.
- Zwabili ich tutaj.
Santiago stanął u jej boku, drżąc, gdy jej chłodna energia owinęła się wokół

niego, muskając jego skórę i poruszając włosy.  Santa madre,  tak dużo mocy
działało na niego jak najlepszy afrodyzjak.

- Po co?
W jej ciemnych oczach odbił się smutek.
- Zamierzali ich schwytać.
Santiago skrzywił się. 
- Zdrajcy.
Skinęła głową, potwierdzając z żalem:
- Zdrajcy.