background image

Rozdział szósty

Jaelyn   straciła   na   chwilę   przytomność,   gdy   niewidzialna   ściana   mocy

rozbiła się nad nimi z przerażającą siłą. Oszołomiona, zdołała otrząsnąć się z
ogarniającej ją ciemności. Co do diabła? Czyżby doszło do jakiegoś magicznego
tsunami? Wybuchu jądrowego? Końca świata?

Nie, to na pewno nie był koniec świata  uspokajała sama siebie. Los nie

mógłby  być tak okrutny, by  skazać  ją na bycie przygniecioną na  wieczność
przez irytującego Sylvermysta. A może mógłby?

Udając,   że   pierwotny   zapach   ziół   nie   drażni   jej   zmysłów   i,   że   twarde,

męskie ciało nie okrywa jej kuszącym ciepłem, przycisnęła ręce do jego piersi. 

- Złaź ze mnie – mruknęła i popchnęła mocno, by stoczyć go ze swojego

obolałego ciała.

Ariyal wylądował na plecach z głuchym odgłosem i Jaelyn poniewczasie

zdała   sobie   sprawę,   że   eksplozja   naprawdę   porządnie   go   znokautowała.
Przestraszona   przeklęła,   podniosła   się   na   kolana   i   szybko   przeszukała
spojrzeniem pokój, przygotowując się na kolejny atak. Atak, który na szczęście
nie nastąpił.

Rzut oka wystarczył, by odkryć, że Sylvermyst i jego zwierzaczek duch

zniknęli wraz z Sergeiem. Dzięki, cholera, Bogu. Wystarczająco nieprzyjemne
było   przebywanie   w   otoczeniu   osób   używających   magii,   bez   dodatku
dziwacznego ducha idioty, który u nikogo nie wywołałby koszmarów.

Pozwoliła swoim zmysłom przeczesać dom, upewniając się, że

 

nic nie czai

się w cieniu, nim zwróciła uwagę na mężczyznę, który wciąż niepokojąco leżał
obok   niej.   Nie   był   martwy.   Słyszała   bicie   jego   serca   i   delikatny   poświst
oddechu, ale było oczywiste, że magiczny wybuch go zranił.

-   Głupie   popisywanie   się.   Jakbym   potrzebowała,   byś   grał   He-mana   –

mruknęła poirytowana żywym wspomnieniem Ariyala doskakującego do niej i
osłaniającego ją przed potężną eksplozją.

Kiedy ostatni raz ktoś próbował ją chronić? Nigdy. Tak było zawsze. A to,

że ten mężczyzna to zrobił, powinno ją zirytować, a nie spowodować, że coś
ciepłego i ckliwego zakwitło w sekretnej części jej serca.

Rozwścieczona   swoim   dziwnym   zachowaniem   i   Sylvermystem,

powodującym to jej zwariowane szaleństwo, a także sytuacją, której nie była w

background image

stanie kontrolować, pochyliła się nad nieprzytomnym towarzyszem i przyłożyła
mu rękę do gardła, pozwalając, by stały rytm jego pulsu uspokoił dręczące ją
obawy.

- Ariyal - syknęła. - Cholera, obudź się.
Nic.
Nic wielkiego, ledwie drgnienie.
- Zobacz, co narobiłeś – jej palce przesunęły się po jego pięknej twarzy, coś

niebezpiecznie bliskie strachowi kłębiło się w jej żołądku, gdy zastanawiała się,
jak bardzo był ranny. – Powinnam zostawić twój żałosny tyłek, by tutaj zgnił.

Gdy tylko te słowa opuściły jej usta, Jaelyn wsunęła ręce pod Sylvermysta.

Nie   wiedziała,   dokąd   pójdzie,   ale   nie   mogła   zwlekać   z   opuszczeniem
kamienicy. Nie, kiedy Trzej Sługusi mogli podjąć decyzję o nagłym powrocie.
Wstała   płynnym   ruchem.  Ariyal   był   ciężki,   ale   wrodzona   siła   pozwoliła   jej
przerzucić go przez ramię, wyjść z nim  z pokoju i udać się na dół kręconymi
schodami.

Niestety, miał dobre osiem cali więcej od niej i bardziej masywne ciało,

więc   przeniesienie   go   przez   Londyn   wydawało   się   być   sprawą   więcej   niż
niezręczną.   Po   dotarciu   na   dół   Jaelyn   zatrzymała   się,   gdyż   wyczuła
charakterystyczny zapach granitu dochodzący z bramy.

Gargulec?
To nie była rzadkość w Londynie. Istniało w mieście spore Bractwo. Ale

one   zwykle   nie   spacerowały   przed   drzwiami,   prawda?   Jaelyn   pospiesznie
zamaskowała   siebie   i   Ariyala   gęstymi   cieniami,   jakie   tylko   Łowca   potrafi
tworzyć. Tak długo, jak się nie poruszała, żaden demon nie mógł wykryć jej
obecności.   Przygotowana   na   ogromnego   potwora   Jaelyn   zamarła   na   widok
maleńkiego demona, który przeszedł przez próg.

Cóż, miał on prawo po części nazywać się gargulcem, przyznała cierpko.

Nie można było z niczym innym pomylić szarych, groteskowych rysów twarzy i
karłowatych   rogów.   Czy   też   długiego   ogona,   który   był   troskliwie
wypolerowany. Ale wątpiła, czy Bractwo przyznałoby się do tej trzystopowej
wersji, z dużymi, cienkimi jak pajęczyna skrzydłami w odcieniach szkarłatu i
błękitu.

Levet.
Ostatni raz Jaelyn widziała miniaturowego gargulca w Rosji, gdzie pomógł

Tane’owi uratować ją z jaskini, gdzie Ariyal zostawił ją przywiązaną i strzeżoną
przez Yannah, a sam poszedł zniszczyć dziecko. Być może wyczuwając, że ktoś

background image

go obserwuje, gargulec zatrzymał się na środku holu. Jego ogon drgał nerwowo,
gdy spoglądał w mrok.

- Halo? – zawołał cicho, w jego głosie słychać było francuski akcent. – Ma

cherie? Gdzie jesteś, ty męczący demonie?

Jaelyn   uniosła   brwi,   gdy   zdała   sobie   sprawę,   że   to   nie   przypadek

sprowadził gargulca do tego konkretnego domu.

- Szukasz kogoś, Levet? – spytała, pozwalając rozproszyć się cieniom.
- Aaaa – demon podskoczył, odwrócił się i zaczął jej się bacznie przyglądać

szeroko otwartymi szarymi oczami. - Och! Jaelyn.

- A kogo się spodziewałeś?
Zmarszczył mały pyszczek.
- Myślałem, wyczułem…
- Wyczułeś? – podpowiadała.
- Yannah. Jej zapach ciągnie się za tobą.
Skrzywiła się, nadal zdenerwowana przez Yannah i jej potężną matkę.
- Przykro mi, nie widziałam jej od czasu, gdy pchnęła mnie przez portal i

wylądowałam twarzą w ściekach.

Levet   odchrząknął,   patrząc   dziwnie   nieswojo   i   potarł   jeden   ze   swoich

rogów.

- Ona ... hmm ... ona nie wspominała, gdzie się kierowała, prawda?
- Zgaduję, że na same dno piekła – Jaelyn mruknęła.
- Och – zmarszczył brwi. – Masz jakieś wskazówki, jak tam dotrzeć?
Jaelyn zamrugała. Czy on pytał poważnie?
- Nie, ale jestem stuprocentowo pewna, że ona będzie mnie śledzić przez

kilka najbliższych dni.

- Naprawdę?
- Naprawdę.
  Westchnął   dramatycznie   i   zaczął   chodzić   po   korytarzu,   rozważając   jej

słowa.

- Przypuszczam, że nie mam wyboru, jak poczekać wraz z tobą. Próbuję ją

znaleźć, od kiedy opuściła Rosję – jego skrzydła zatrzepotały z frustracji. – Ona
jest irytująco nieuchwytna.

- Podążałeś za nią przez ostatnie trzy tygodnie?
Oui.
- Dlaczego?
- Dlaczego? - gargulec zamrugał, najwyraźniej zaskoczony pytaniem. - Bo

ona mnie pocałowała.

background image

-   Tylko   tyle?   –   Jaelyn   doświadczyła   przelotnego   wspomnienia  Yannah,

chwytającej malutkiego gargulca i całującej go, a potem uderzającej pięścią w
twarz, aż przerzuciło go przez całą jaskinię. - Ona cię pocałowała.

- Cóż mogę powiedzieć – podniósł ręce w bezradnym geście. – Jestem

Francuzem.

Jaelyn nagle się roześmiała. Było coś dziwnie ujmującego w tym małym

gargulcu.

- Cóż, z pewnością jesteś wytrwały - powiedziała.
Szare   oczy   popatrzyły   w   kierunku   nieprzytomnego   Sylvermysta,

przerzuconego przez jej ramię.

- Mógłbym powiedzieć to samo o tobie.
Jaelyn zacisnęła usta.
- Nie miałam wyboru.
Levet poruszył grubymi brwiami.
Non?
Jaelyn zmarszczyła brwi. Czy głupie stworzenie myśli, że to ona pozbawiła

Ariyala przytomności i wlecze go, jakby była jakąś kobietą jaskiniowcem?

To wcale nie taka odrażająca myśl, wyszeptał zdradliwy głos w jej umyśle.

Być może, gdyby pobyła z nim sam na sam w swoim legowisku przez kilka dni,
pozbyłaby   się   tego   pierwotnego,   pulsującego   podniecenia,   które   wzbudzał
głęboko   w   jej   wnętrzu.   Przez   chwilę   żywy   obraz   szczupłego   ciała   Ariyala
leżącego na jej czarnej, satynowej pościeli rozpalił jej umysł. Czy jego oczy
błyszczałyby czystym brązem, gdyby powoli badała go od głowy do czubków
palców?   Albo   może   przywiązałaby   go   do   ręcznie   rzeźbionego   zagłówka   i
ujeżdżałaby go, aż oboje padliby wyczerpani zaspokojeniem. To wzbudziło ból
jej   kłów,  co   przypomniało   Jaelyn,   gdzie   się   znajduje   oraz   fakt,   że   gargulec
przyglądał jej się porozumiewawczo.

Cholera.
Co z nią, do diabła, było nie tak? Potrzeby seksualne były słabością, która

została   brutalnie   stłumiona   u   Łowców. Albo   przynajmniej   to   było   to,   w   co
zawsze   wierzyła.   Oczywiście   Ariyal   był   jedynym   mężczyzną   zdolnym   do
rozbicia jej zimnej samokontroli i rozpalenia temperamentu, którego istnienia
nawet nie podejrzewała. Pośpieszne odepchnęła na bok niepokojące myśli.

- Nie – warknęła głośniej, niż to było konieczne. - To jest praca, nic więcej.
- Hmmm… - delikatne skrzydła drgnęły, gdy Levet podszedł do niej wciąż

patrząc na nieprzytomnego Ariyala. – Czy on nie żyje?

background image

- Oczywiście, że nie. Został uderzony przez zaklęcie -   gdy wyjaśnienie

opuściło jej usta, poczuła nagły przypływ nadziei. Gargulce były magicznymi
stworzeniami, czyż nie? – Przypuszczam, że nie byłbyś w stanie go obudzić?

Levet podreptał do przodu i powąchał stopy Ariyala, które prawie ocierały

się o podłogę.

- To wkrótce minie – zapewnił ją.
- Cholera – poprawiła go sobie na ramieniu. – On waży tonę.
Levet przechylił głowę.
- Zabierasz go do Wyroczni?
-   Ostatecznie   –   odparła   niejasno,   podążając   wzrokiem   ku   otwartym

drzwiom.   Mimo   ciemności   czuła   nieuchronne   nadejście   świtu.   –   Na   razie
potrzebuję schronienia.

Gargulec zamrugał z niedowierzaniem.
- Z pewnością musiałaś wyczuć, że pod tym domem są tunele?
Gwałtownie potrząsnęła głową.
- Mag i Sylvermyst zniknęli na chwilę, więc nie mogę ryzykować i tutaj

zostać. 

- Ach – gargulec postukał pazurem po brodzie, jakby rozważał inne opcje.

– Victor ma legowisko niedaleko Londynu. 

- Victor?
- Szef klanu w Londynie - wyjaśnił Levet z uśmiechem samozadowolenia

na twarzy. - On jest moim bliskim i osobistym przyjacielem. Nie wątpię, że
będzie zadowolony, mogąc zaoferować nam schronienie, jeśli go o to poproszę.

Bliskim,   osobistym   przyjacielem?   Jaelyn   skryła   uśmiech.   Była   prawie

pewna, że Victor opowie jej inną historię, gdy go o to zapyta. Nie, żeby miała
zamiar skrzyżować swą drogę z potężnym szefem klanu.

-   Właściwie,   wolałabym   coś   bardziej…   -   ostrożnie   dobierała   słowa   –

dyskretnego.

Szczere zaniepokojenie odbiło się na jego małej, brzydkiej twarzy.
- Masz kłopoty?
Wzruszyła ramionami, spoglądając w stronę Sylvermysta udrapowanego na

jej ramieniu.

- Po prostu nie chcę odpowiadać na niepotrzebne pytania.
- Ja… rozumiem.
- Czy znasz miejsce, gdzie mogę zniknąć na kilka godzin?
Levet zawahał się, a potem westchnął z niechęcią.
- Tam przy Fleet Street powinien być krwawy dół, ale nie polecam go.

background image

Zignorowała   jego   ostrzeżenie.   To   prawda,   zwykle   krwawe   doły   były

paskudnymi, podziemnymi klubami, gdzie demony mogły kupić to, czego tylko
zapragnęły:   seks,   narkotyki   i   oczywiście   chętnych   dawców   krwi.   Ale   też
wynajmowano tam pokoje zgodnie z surową polityką: nie pytaj, nie mów.

- Brzmi świetnie – zapewniła go.
- To naprawdę nie jest odpowiednie miejsce dla tak pięknej kobiety.
- Nie jestem kobietą, jestem Łowcą.
Oczy Leveta rozszerzyły się, gdy tajemniczy uśmiech pojawił się na jego

ustach.

- Możesz nazywać siebie, jak tylko chcesz ma enfant, ale zapewniam cię,

że jesteś bardzo kobieca.

Prychnęła,   nie   chcąc   pamiętać,   że   od   spotkania   Ariyala   czuła   się   jak

kobieta po raz pierwszy od kilkudziesięciu lat. Na pewno było już wystarczająco
dużo katastrof na horyzoncie bez dodawania jeszcze jednej?

- Zaprowadzisz mnie do krwawego dołu, czy nie?
Gargulec nadal się wahał.
- Tam przebywa cały asortyment bardzo nieprzyjemnych stworzeń.
- Zaufaj mi, potrafię zadbać o siebie.
- Dobrze – skrzydła Leveta opadły, gdy odwrócił się na pięcie i prowadził

Jaelyn przed dom i na drogę do głównej bramy. Gdy dotarli na ulicę, odwrócił
się ku wschodowi. – Tędy.

Jaelyn   była   w   pełnej   gotowości,   gdy   szli   przed   świtem   przez   wciąż

drzemiące dzielnice. Najbardziej przerażające robale były zbyt inteligentne, by
zaatakować   wampira,   ale   ona   wciąż   czuła   się   zirytowana   wcześniejszym
spotkaniem i myślami o zmarłym czarodzieju pojawiającym się z powietrza. To
nie   zrobiło   dobrze   jej   nerwom.   Podobnie   jak   ukradkowe   spojrzenia   małego
gargulca drepczącego u jej boku. W końcu odwróciła głowę, napotykając jego
uważne spojrzenie.

- Mam coś na twarzy?
Levet pokręcił głową, jego twarz wyrażała ciekawość.
-   Zastanawiałem   się   tylko,   dlaczego   takie   piękne   kobiety   zostają

Łowczyniami?

Jaelyn ponownie zaczęła bacznie obserwować mijaną okolicę, przebiegając

wzrokiem   ponad   Kolumną   Nelsona,   która   wznosiła   się   ku   niebu   i   po
otaczających ją fontannach, gdy przecinali Trafalgar Square.

- To nie był mój wybór - mruknęła, przyspieszając kroku w nadziei, że jej

towarzysz zrozumie aluzję i porzuci temat.

background image

Równie dobrze mogłaby mieć nadzieję na noc z Robertem Pattinsonem lub

pokój na świecie, przyznała cierpko, podczas gdy gargulec przebierał małymi
nóżkami, by za nią nadążyć.

- Zostałaś zmuszona? – drążył.
- Po tym, jak zostałam przemieniona, odkryto, że mam wyostrzone zmysły,

wymagane u Łowcy – powiedziała głosem pozbawionym emocji. To była noc, o
której   chciała   zapomnieć.   -   Addonexus   przybył   do   mojego   legowiska   i
poinformował mnie, że stałam się ich najnowszym rekrutem.

Czuła wzrok obserwujący jej profil.
- Czyli nie miało znaczenia, czy chciałaś być rekrutem, czy nie? – zapytał

cicho.

- Wampiry nigdy nie przyjęły demokracji. Nawet gdy Styx został Anasso.
-  Racja jest po stronie silniejszego, co nie?
Wzruszyła ramionami.
- Coś w tym stylu.
- To takie typowe dla tego wyrośniętego Azteka – mruknął, gwałtownie

odwracając   się   na  ciemnej   ulicy   i  prowadząc   ją   obok  małych,   zabytkowych
kościołów, położonych pośród knajpek.

- Byłaś przetrzymywana jako więzień? 
Uniosła brwi. Jak, do diabła, gargulec zapoznał się z najpotężniejszymi

wampirami na świecie? To już inna historia.

-   Nie   byłam   więźniem   –   powiedziała   –   ale   byłam…   zachęcana   do

ukończenia mojego szkolenia.

- Wyobrażam sobie te zachęty – mruknął.
- Nie, nie jesteś w stanie.
Zapadła cisza, gdy jej słowa zawisły w powietrzu. Wtedy gargulec zwolnił

kroku, a Jaelyn odwróciła się i napotkała jego życzliwe spojrzenie.

- Ale teraz twój trening jest już zakończony? – zapytał.
-   Tak   –   wykrzywiła   usta.   –   Jestem   pełnoprawnym,   wykwalifikowanym

Łowcą z legitymacją.

- Macie legitymacje?
Nie mogła powstrzymać nagłego śmiechu.
- Jeśli bym ci to powiedziała, musiałabym cię zabić.
W odpowiedzi wygiął usta w uśmiechu.
- Nigdy nie myślałem, że kiedykolwiek spotkam tak uroczego wampira –

mruknął jej towarzysz. – Jesteś naprawdę wyjątkowa.

background image

- Mogę się zgodzić z wyjątkowa – powiedziała sucho. – Ale rzadko bywam

nazywana uroczą.

- Wątpię, masz wiele możliwości, aby odsłonić swoją łagodniejszą stronę w

twojej obecnej profesji.

Łagodniejsza?
Czy ona w ogóle ma łagodniejszą stronę?
 - Nie.
- Możesz odejść?
Zamrugała na to niespodziewane pytanie.
- Przestać być Łowcą?
Qui.
-   To   wielki   zaszczyt   i   pozycja   wśród   wampirów   –   wygłosiła   dobrze

przećwiczone   słowa.   To  była   prawda,   większość   wampirów   zazdrościła   tym
wybranym   przez   elitę  Addonexusa.   Widzieli   tylko   moc   i   ostrożny   szacunek
oferowany członkom, bez zrozumienia dla kosztów. – Dlaczego ktoś chciałby
odejść?

Zmrużył oczy.
- Myślę, że kilkuset.
Zatrzymała się, włosy na karku jej się zjeżyły od narastającego, bardzo

wyraźnego smrodu, który wypełniał powietrze.

- Czuję trolle.
Gargulec wzdrygnął się.
- Ostrzegałem cię, że to zakład dla niższej klasy.
- Tak zrobiłeś – Jaelyn pochylił się płynnym ruchem i położyła Ariyala na

twardej nawierzchni, przesuwając ręką po jego muskularnym ciele, aż znalazła
jeden z licznych sztyletów, które miał poukrywane. Chwytając rękojeść z kości
słoniowej, wyprostowała się i wskazała na gargulca.

- Zostań tu z Sylvermystem. Wrócę tak szybko, jak tylko będę mogła.
- Dokąd idziesz?
- Negocjować pokój.
Miała już się odwrócić, by wejść na schody prowadzące do piwnicy pod

cichym pubem, gdy Levet chwycił jej wolną rękę.

- Bądź ostrożna, ma enfant – błagał cicho.
Spojrzała ze zdziwieniem. Najpierw Ariyal próbował ja chronić, a teraz ten

stwór   patrzył   na   nią,   jakby   był   naprawdę   zaniepokojony.   To   było…
wnerwiające.

- Nie martw się o mnie – powiedziała szorstko.

background image

Nieznaczny  uśmiech   wykwitł  na  jego  ustach,   gdy   uniósł  ręce  w  geście

bezradności.

- Już taki jestem.
Z grymasem niezadowolenia zignorowała maleńką falę ciepła, zeskoczyła

do podnóża schodów i pchnęła ciężkie, dębowe drzwi, które zostały schowane
przed ludźmi za pomocą zaklęcia ukrycia.

Cholera.
Miała   siać   przerażenie   wśród   innych   dzięki   swoim   niezwykłym

umiejętnościom,  a  nie   zachęcać   ich  do  traktowania   jej,  jakby   była  bezradną
kobietą   potrzebującą   rozpieszczania.   Na   szczęcie   nie   miała   problemów   z
wejściem z powrotem w tryb chcę coś zabić, gdy znalazła się w dużym pokoju z
podłogą z drewnianych desek i niskim, podpartym belkami sufitem. Jej wzrok
musnął prawie puste kabiny, którymi obstawione były ściany, gdzie wylegiwała
się garstka zmęczonych ludzi, których oczy szkliły się od narkotyków, a chude
ciała były ledwo okryte. 

Skrzywiła się. Nawet z daleka widziała ślady ugryzień wampirów, które

karmiły się ich skażona krwią. Podeszła do baru od tyłu, pozwalając zmysłom
przepłynąć   przez   budynek.   Boksy   do   walki   były   poza   barem,   jak   również
kanciapy dla tych demonów, które wolały mieć trochę prywatności, by uprawiać
seks. Poniżej wyczuwała kilka zamkniętych komórek, gdzie spały: troll, dwa
ogry i co najmniej kilka kundli z licznymi obrażeniami.

Jej uwagę przykuł wyszkolony chochlik za barem. Jego długie, złote włosy

otaczały szczupłą twarz, a smukłe ciało opinał skórzany strój. Byłby przystojny,
gdyby nie ogromna przebiegłość czająca się w jego zielonych oczach i paskudne
skrzywienie wąskich ust.

Docierając do baru zesztywniała, gdy pół krwi troll wyszedł z kabiny. Jego

surowe   rysy   były   niemal   ludzkie,   ale   wystarczyło   przyjrzeć   się   bliżej,   by
zobaczyć przenikliwe oczy, które błyszczały na czerwono w świetle sufitowych
lamp oraz podwójny rząd bardzo ostrych zębów.

- Wampir – warknął stwór, podciągając swoje brudne spodnie i zbyt mocno

dopasowaną koszulkę. – Atrakcyjny.

Popatrzyła na chochlika, mimo iż czuła, że obrzydliwy kundel stanął u jej

boku.

- Potrzebuję pokoju – powiedziała.
Jak się można było spodziewać, kundel troll pochylił się na tyle blisko, że

owionął ją swoim zgniłym oddechem.

background image

-   Możesz   skorzystać   z   mojego,   śliczny   krwiopijco   -   złapał   ją   za   rękę,

pociągając w kierunku swojego krocza. - Tak długo, jak będziesz go ssać…

Jego   słowa   przerwał   przeraźliwy   pisk,   gdy   owinęła   palce   wokół

pobudzonego członka i ścisnęła tak mocno, że groziło mu zostanie eunuchem.

-   Dotknij   mnie   jeszcze   raz,   a   zrobię   filet   z   twojego   małego   kutasa   i

zaserwuję ci na śniadanie – wycedziła słodkim głosem. – Zrozumiałeś?

- Zrozumiałem – pisnął, jego okrągła twarz zaczerwieniła się, gdy tańczył

na palcach.

Przez   chwilę   rozważała,   czy   po   prostu   nie   wyrwać   draniowi   czarnego

serca.   Trolle,   nawet   odmiany   mieszańców,  posiadały   nienasycony   apetyt   na
gwałt i nie wątpiła, że rzuciłby ją na podłogę i zmusił do stosunku, gdyby nie
walczyła. Potem, z sykiem pełnym obrzydzenia, pchnęła go, ledwie zauważając
spojrzenie   pełne   nienawiści,   którym  ją   obdarzył,   biegnąc   w   kierunku   drzwi.
Chochlik posłał mu szyderczy uśmiech.

- To czas miesiąca?
Jaelyn zmrużyła oczy.
- Ty następny?
- Tutaj – mężczyzna poklepał klucz na ladzie, wskazując na wąskie drzwi

wydrążone w boazerii. – Pokoje wampirów są na dole, ostatnie drzwi po lewej.

- Ile?
- Sto funtów za pokój i kolejne sto za żywiciela – skinął głową w stronę

żałosnych ludzi. – Najlepsi z najlepszych.

Przewróciła oczami.
- Bardziej jak wyciągnięci z rynsztoka.
Chochlik wzruszył ramionami.
- Bierz albo wyjdź.
Jaelyn sięgnęła za dekolt swojego stroju i wyciągnęła plik banknotów.
- Pięćdziesiąt amerykańskich dolarów za pokój – rzuciła pieniądze na bar. –

Przyniosłam sobie własnego żywiciela.

Zielone oczy zabłyszczały z zachłanności.
- Siedemdziesiąt pięć i nie powiem żadnemu demonowi, że tutaj w piwnicy

jest kobieta.

Jaelyn   uśmiechnęła   się,   jednocześnie   przemieszczając   się   z   oślepiającą

prędkością   i  przyciskając   krawędź   sztyletu  do   jego  gardła,   zanim  ten   nawet
zdążył mrugnąć.

- Dwadzieścia pięć i nie obetnę ci głowy.
- Zgoda.

background image

Opuszczony kościół na zachód od Chicago

Zaniedbane   ruiny   na   obrzeżach   miasta   duchów   już   tylko   sugerowały

niegdysiejsze piękno wiktoriańskiego kościoła. Teraz witraże były porozbijane,
ręcznie rzeźbione ławki stały puste, a leżący nieopodal cmentarz przedstawiał
żałosny obraz poprzewracanych krypt i uporczywych chwastów. Znajdujące się
pod stertami kamieni i zapomnianych zwłok rozległe katakumby były jednak
należycie zadbane. A przynajmniej większość tuneli, jak przyznał Tearloch.

Tydzień temu dolne komory zostały niemal całkowicie zniszczone przez

serię   gwałtownych   wybuchów,   które   zawaliły   tunele   i   wypełniły   jaskinie
gruzem.   Torując   sobie   drogę   przez   nienaturalnie   gładkie   korytarze,   Tearloch
skrzywił się. Nie chodziło tylko o zło pulsujące w powietrzu, czy gęstą ciszę,
która uczyniła go nerwowym jak diabli. Nie, to uczucie, że został ponownie
uwieziony wbrew swej woli, sprawiało, że miał ciarki.

  Z   trudem   powstrzymywał   swoje   instynktowne   pragnienie,   by   nakazać

sobie opuszczenie klaustrofobicznych katakumb, zamiast tego zmuszając się do
wejścia do dużej jaskini, gdzie duch Rafaela unosił się w centrum kamiennej
podłogi.   Wzdrygnął   się,   czując   nad   sobą   lodowatą,   kłującą   moc,   gdy   mijał
barierę, którą wyczarował czarodziej, by chronić ich przed intruzami. 

Jeśli jego umysłu nie przyćmiewało szaleństwo, był przerażony rosnącą

siłą   ducha.   Zawsze   istniała   delikatna   równowaga   między   wzywającym,   a
wzywanym   i   Sylvermyści   byli   uczeni   już   od   kołyski   trzymania   duchów   na
porządnej smyczy. W przeciwnym razie pan łatwo mógł stać się niewolnikiem.
Jak zwykle czuł więcej irytacji niż gniewu, gdy Rafael dryfował ku niemu. Jego
cienkie, kościste palce pieściły wisiorek zawieszony na szyi.

- Mag? – zapytał cicho.
Tearloch   zacisnął   usta.   Zmarnował   ostatnie   dwie   godziny   przeszukując

tunele za Sergeiem Krakovem. To było bardziej niż trochę irytujące, że draniowi
udało się uciec.

- Udało mu się zamaskować swoją obecność – warknął.
- Jesteś pewien, że przeszedł przez portal za tobą? – zażądał odpowiedzi

Rafael.

Tearloch skrzywił się.

background image

- Oczywiście, że jestem pewien. Uważasz, że mogłem z czymś pomylić

dorosłego człowieka holowanego przez portal z Londynu do Chicago?

- Zatem bez wątpienia wykorzystał swoje moce do ucieczki – czarodziej

zdyskredytował   swojego   rywala   dodając   z   przekąsem.   –   On   zawsze   był
tchórzem. 

Tearloch syknął na to aroganckie stwierdzenie. Zgodził się, że Sergei był

głupcem pozbawionym kręgosłupa, ale to nie znaczyło, że nie potrzebował tego
maga. Jego wzrok powędrował w kierunku zawiniątka z koców, w którym ukrył
dziecko w kącie jaskini.

- On może i jest tchórzem, ale powiedział prawdę, kiedy twierdził, że jest

najlepiej przygotowany, by wskrzesić Mrocznego Lorda – jego wzrok przesunął
się z powrotem na ducha. – Przygotowywał się o wiele dłużej niż ty.

Rafael uniósł brodę pełnym wyniosłości gestem.
- On nie jest godny, by wykonać taką świętą ceremonię. Ostrzegałem cię od

początku, że…

- Myślę,  że  zapominasz,  kto  podejmuje  decyzje,  czarodzieju - Tearloch

przerwał znajomo brzmiący zarzut.

Rafael zaczął szeptać, że nie potrzebują Sergeia, od kiedy Tearloch zdołał

pochwycić dziecko  wraz  z magiem.  Było to rażąco  oczywiste,  że chciał się
pozbyć   magicznego   rywala,   tak   jak   chciał   zwrócić   go   przeciwko   jego
współplemieńcowi.

On cię izoluje…
Czując,   że   posunął   się   za   daleko,   duch   złożył   głęboki   ukłon   z

przeprosinami.

- Nie, panie.
- Nie nazywaj mnie tak – warknął Tearloch.
Rafael pochylił się, aż jego bezwłosa głowa otarła się o podłogę.
- Jak sobie życzysz.
Z pomrukiem Tearloch obrócił się do czarodzieja, przeczesując palcami

włosy.

- Te tunele mnie duszą – wychrypiał. – Potrzebuję świeżego powietrza.
- Nie możesz opuścić jaskiń. Nie zapominaj, że jesteś ścigany. 
Tearloch   szarpnął   się   gwałtownie   w   kierunku   czarodzieja   z   płonącym

spojrzeniem. W tej chwili był niebezpieczny, sfrustrowany i gotów obwiniać
czarodzieja za wszystkie swoje kłopoty.

background image

- Nie jestem w stanie zapomnieć. Nie, kiedy jestem pochowany żywcem,

jak jakiś cholerny skalny troll – wzdrygnął się. – Dlaczego nalegasz, byśmy tu
zostali?

- Te jaskinie były moim domem przez wieki – twarz Rafaela wyrażała…

miłość, gdy rozglądał się po gładko rzeźbionym pomieszczeniu. Oczywiście,
ostatnie miesiąc spędził w piekle. Cokolwiek z nim związane, musiało mu się
wydawać Ritzem. - Moja moc jest tutaj największa, jak również moje zdolności
do ochrony ciebie.

- Tu cuchnie krwią.
- Wiesz równie dobrze jak ja, że Mroczny Lord wymaga poświęcenia za

swe dary.

Tearloch   wzdrygnął   się   po   raz   kolejny,  dawne   wspomnienia   próbowały

przedrzeć się przez jego przesłonięty mgłą umysł.

- Tak.
-   Nie   wahaj   się,   Tearlochu   –   duch   stanął   przy   boku   Tearlocha   bez

ostrzeżenia, a oślizgłe ręce dotknęły jego ramienia. – Nie, kiedy jesteśmy tak
blisko.

Tearloch strząsnął jego rękę, czując dziwny, pulsujący ból za oczami.
- Mówisz, że jesteśmy blisko, a jednocześnie oferujesz mi jeszcze więcej

opóźnień   -   warknął,   uderzony   nagłą   potrzebą   znalezienia   sobie   miejsca   do
leżenia. Był zmęczony. Bardzo zmęczony. - Zaczynam się zastanawiać, czy to
nie   jakiś   spisek   wśród   używających   magii,   mający   na   celu   zapobieżenie
zmartwychwstaniu.

Na wychudzonej twarzy czarodzieja zapłonął gniew.
- Jeśli chcesz kogoś obwiniać, to możesz wskazać palcem na przeklęte

wilkołaki. To przez ich walkę z władcą demonów został zniszczony mój ołtarz i
zamknęło   się   przejście,   które   otworzyłem   dla   mojego   księcia   –   jego   palce
chwyciły   ciężki   wisiorek.   –   Potrzeba   czasu,   by   przywrócić   wszystko,   co
straciłem.

Tearloch   cofnął   się.   Miał   gdzieś   wilkołaki,   władcę   demonów   czy   inne,

żałosne wymówki. Mroczny Lord sięgnął poza swoje więzienie, by poruszyć
Tearlocha   palącą   potrzebą   uwolnienia   go.   Dopóki   nie   uda   mu   się   wskrzesić
swojego pana, nie zazna spokoju.

- Masz tydzień – warknął, kierując się w kierunku wyjścia z jaskini. –

Zawiedź mnie, czarodzieju, a wygnam cię z powrotem do piekła.