background image

Rozdział jedenasty

Ariyal zatoczył się w tył z odrazą, gdy zombie zaczęły padać wokół niego

dosłownie   jak   muchy.   Nie,   żeby   miał   coś   przeciwko   ich   zatrzymaniu   się,
upadkowi i powrotowi do martwej rutyny. Stos gnijących trupów był znacznie
lepszy   niż   niszcząca   horda   gnijących   trupów.   A  co   ważniejsze,   ten   widok
upewnił   go,   że   Jaelyn   udało   się   pokonać   tego,   kto   był   odpowiedzialny   za
wezwanie tych obrzydliwości z grobów. 

Poczuł ulgę przemieszaną z gorzkim humorem. Nie wiedział, dlaczego się

martwił. Jaelyn była kobietą, która potrafiła o siebie zadbać. Do diabła, mógł się
założyć, że potężna Łowczyni była teraz w lepszej formie niż on. Opierając się o
drzewo Aryial spojrzał na swoje liczne rany, z których nadal wypływała krew.
Zombie były bezwzględne w swoim pełnym determinacji dążeniu do rozerwania
go na strzępy i musiał zebrać wszelkie swoje umiejętności, aby zredukować
szkody   do   minimum.   Na   szczęście   żaden   z   urazów   nie   zagrażał   życiu,   ale
wszystkie osłabiały jego energię. Co gorsza, bolały jak cholera.

Przeklinając   zombie   i   czarownice,   i   każdego   innego   sługę   Mrocznego

Lorda, który prawdopodobnie czaił się w cieniu, Ariyal podniósł głowę, gdy
chłodny   strumień   mocy   wypełnił   powietrze,   patrząc   jak   Jaelyn   płynęła   ku
niemu, zachwycając pięknem. Smukła, ponętna kobieta, która była tak zabójcza,
jak cudownie piękna. Jego całe ciało poddało się… czemu?

Akceptacji,   w   końcu   zdecydował.   Po   prostu   nie   było   na   to   innego

określenia. Ale akceptacji czego?

Pragnienia? Potrzeby? Przeznaczenia?
To  pytanie   pozostało   bez   odpowiedzi,   kiedy   zatrzymała   się   przed   nim,

wyciągając rękę, by dotknąć jego nagiej piersi i cofając ją gwałtownie, jakby w
obawie, że on może ją skazić.

- Bardzo jesteś ranny? – zapytała lodowatym tonem.
Skrzywił usta. Nikt nie mógł się domagać, by tą kobietą rządziły emocje.

Ale   czego   on   się   właściwie   spodziewał?   Okropnego   przerażenia,   że   został
ranny?   Czułej   opieki   i   pielęgnowania   go   podczas   powrotu   do   zdrowia?   Z
pewnością, bardziej prawdopodobne było to, że wyrosną jej skrzydła i na nich
odleci.

- Nic, co się nie uleczy.
- Jak długo?

background image

Skrzywił   się,   wyczuwając   coś   więcej   w   jej   pytaniu   niż   zwykłą

niecierpliwość.

- Dwie, może trzy godziny.
Spojrzała przez ramię.
- Nie mamy tyle czasu.
- Spieszy ci się gdzieś?
- Tutaj jesteśmy zbyt narażeni.
Zdecydowanie więcej niż niecierpliwość. Powstrzymując jęk bólu Ariyal

oderwał się od drzewa i spojrzał badawczo na pozornie pustą łąkę.

- Narażeni na co?
- Mag uciekł.
- Ten, który kontrolował zombie? – pochylił się, by podnieść miecz, który

upadł do jego stóp.

- Tak – skrzywiła się. – I jest jeszcze coś gorszego.
Było coś gorszego niż zombie? Fantastycznie.
- Słucham.
- Używający magii był kundlem.
Ariyal   nagle   przypomniał   sobie,   że   wyczuł   wcześniej   zapach   kundla.

Oczywiście,   powinien   zwrócić   na   to   większą   uwagę.  Ale   z   kolei,   czy   ktoś
kiedykolwiek słyszał o kundlu – magu? A może to był mag – kundel?

- Nie wiedziałem, że to możliwe – mruknął.
- Nie tylko możliwe, ale to prawdziwy wrzód na tyłku.
Ukrył   uśmiech   spowodowany   jej   wkurzonym   tonem.   Jaelyn   była

przyzwyczajona do bycia zwycięzcą. Bez względu na to, co lub kogo miała za
przeciwnika. Teraz była wyraźnie zirytowana, że kundel uciekł, chociaż krew na
jej rękach świadczyła, iż poważnie uszkodziła psa.

- Czy coś jeszcze? – zapytał.
- On nie jest sam.
Prychnął. Po prostu coraz lepiej.
- Tearloch?
Pokręciła głową. 
- Nie, co najmniej jeden kundel i czarownica.
W   zamyśleniu   pogłaskała   uchwyt   broni.   Ariyal   podejrzewał,   iż   ten

nieświadomy gest niósł jej pociechę. Stłumił jęk, gdy wyobraził sobie te smukłe
palce głaszczące coś bardziej interesującego.

-   Jest   też   stworzenie,   które   potrafi   maskować   swój   zapach   –   wyznała,

nieświadoma jego erotycznych fantazji.

background image

Niechętnie   odsunął   od   siebie   rozpraszające   myśli,   zachęcające   go   do

przyciśnięcia  jej do drzewa  i ugaszenia  pragnienia,  które pulsowało  tuż pod
powierzchnią,   gdy   ona   była   w   pobliżu.   Jego   życiu   zagrażało   wystarczająco
wiele   niebezpieczeństw,  bez   dodawania   do   kolekcji   seksu   z   nieobliczalnym
wampirem. Nie, żeby nie chciał…

Syknął z frustracją, tłumiąc myśl, zanim jeszcze powstała w jego głowie.
- Inny używający magii? – wychrypiał.
Wzruszyła ramionami.
- Moim zdaniem to jakiś demon, a może inny wampir.
- Łowca?
- Nie wiem – w oczach koloru indygo błysnął niepokój. – To właśnie mnie

martwi.

Ariyal odchylił głowę do tyłu, by wziąć głęboki oddech i prześledzić różne

zapachy   wypełniające   łąkę.   Rodzina   chochlików   pędziła   z   pobliskiej   jaskini
przez   pola   kukurydzy   w   ewidentnej   panice.   Grupa   demonów   polowała   na
jelenia. I gdzieś w oddali smród kundli jak również dziwny, stłumiony zapach,
który tak niepokoił Jaelyn. Wszystko to oddalało się od nich. Zostali sami na
opustoszałej łące.

Sami? Otworzył oczy w zdumieniu.
- Gdzie jest gargulec?
Spojrzała na linię drzew, marszcząc brwi.
- Nalegał, by podążyć śladem kundli, podczas gdy ja wróciłam tutaj.
Ariyal   prychnął,   nie   podzielając   żalu   swojej   towarzyszki   z   powodu

nieobecności Leveta.

- Najwyższy czas, żeby się do czegoś przydał.
- Nie lekceważ go. Ma… - przerwała, ważąc słowa i odwracając się z

lekkim uśmiechem – nadspodziewane talenty.

- Jego talent to doprowadzanie rozsądnego człowieka na skraj załamania

nerwowego.

- Nie ulega wątpliwości, że to wszystko przez testosteron – uśmiechnęła się

szerzej,   przesuwając   się   i   obejmując   jedną   ręką   jego   talię,   jednocześnie
przyciągając jego wolną rękę na swoje ramiona. – On psuje mózg.

Ariyal zesztywniał, gdy jego ciało zareagowało na jej dotyk możliwym do

przewidzenia   podnieceniem,   mimo   iż  jego   duma   gwałtownie  zbuntowała   się
przeciwko użyciu jej jako wampirzej kuli. Inną rzeczą było zaoferowanie mu
współczucia   dla   jego   obrażeń,   a   czymś   zupełnie   innym   traktowanie   go   jak

background image

jakiegoś cholernego inwalidę. Nie po tym jak Morgana le Fey czerpała taką
makabryczną radość z dręczenia go, kiedy był ranny i bezbronny.

- Tak bardzo chciałbym być w twoich ramionach dziecinko, ale nie sądzę,

że jest teraz ku temu czas i miejsce – zadrwił.

Prychnęła zniecierpliwiona.
- Musimy znaleźć schronienie, w którym będziesz mógł się uleczyć.
Uwolnił się z jej uścisku, ignorując osłabienie, które mogło się pogłębić,

gdy jego rany nadal będą krwawić.

- Nie.
- Nie?
-   Nie   pozwolę,   byś   mnie   taszczyła,   jakbym   był   jakąś   słabą   kwiatową

wróżką.

Ujęła się pod boki.
- Dlatego, że jestem kobietą, a z ciebie to wielki, twardy, męski facet?
- Dlatego, że nigdy nie będę na niczyjej łasce. Nigdy więcej.
Jego   twarde   słowa   zadźwięczały   w   powietrzu   i   na   kilka   sekund   twarz

Jaelyn   złagodniała,   gdy   go   zrozumiała.   Ta   kobieta   dokładnie   wiedziała,   co
znaczy być bezradnym i wykorzystywanym.

- Dobrze – zgodziła się bez kłótni. Co za rzadkie i wspaniałe zdarzenie. –

Więc jaki masz plan?

Plan?   Stłumił   chęć   roześmiania   się.   Było   już   trochę   za   późno   na   plan.

Potrzebowali teraz szybkiego sposobu na przywrócenie mu siły do walki.

- Potrzebuję twojej krwi – przyznał bez ogródek.
Cofnęła się w tył, jej twarz zesztywniała z szoku.
- Po co?
Uniósł brwi. Jej oburzenie wydawało się trochę obłudne biorąc pod uwagę

to, że była cholerną pijawką.

- Aby pomóc mi się uleczyć?
- To jakiś żart?
- Nie – podniósł miecz. Światło księżyca zatańczyło w srebrnym metalu. –

Mogę czerpać moc z mojego ostrza.

- Jak?
- Nasi ludzie mają wiele broni, ale prawdziwe ostrza Sylvermystów zostały

wykute jeszcze przed wygnaniem Mrocznego Lorda – powiedział powoli.

Zmrużyła oczy.
- To znaczy?

background image

- Metal był wytapiany na samym dnie piekła wraz ze srebrem i sercem

demona Lamsunga.

Popatrzyła na miecz.
- Kradnący dusze – mruknęła.
Skinął   głową.   Lamsungi   były   rzadkimi   demonami,   które   żyły   dzięki

wysysaniu życia swoich wrogów.

- Ostrze chłonie moc moich wrogów.
Odwróciła się, by spojrzeć mu w oczy. Jej twarz skrywała emocje.
- I daje ci siłę.
- Dokładnie.
Krótka,   dziwnie   napięta   cisza   zapanowała   pomiędzy   nimi,   nim   Jaelyn

ponownie postąpiła krok w tył.

- Stań tutaj – wyciągnął rękę, by chwycić ją za ramię. – Dokąd idziesz? 
- Zdobyć dla ciebie krew – skinęła głową w kierunku lasu. – Mniej niż milę

stąd jest grupa demonów.

Zauważył jej zakłopotanie.
- Mogę użyć twojej. Nie potrzebuję wiele.
Odsunęła się dalej, oblizując usta. Prawie tak, jakby była zdenerwowana.
- Nie.
- Dlaczego nie?
- Ja… - to z innej przyczyny oblizywała usta. – Nie mogę.
Nie, nie możeNie chce.
Wampirzyca   dała   jasno   do   zrozumienia,   że   nie   zniży   się   do   bycia

pokarmem   wstrętnego   Sylvermysta.   Stało   się   też   jasne,   iż   nie   zamierza   się
zniżyć   do   zaoferowania   swojej   cennej   krwi,   aby   przywrócić   mu   siły.
Wyprostował   ramiona,   pokrywając   zranioną   dumę   kpiącym   uśmiechem   i
przechodząc obok jej sztywnego ciała.

- W porządku. Na razie, dziecinko.
- Aryial, co robisz?
- Sam sobie zorganizuję cholerne polowanie, dziękuję bardzo.

 

Jaelyn przeklinała własną głupotę, gdy patrzyła, jak Aryial maszeruje dalej,

jego plecy zesztywniały z urażonej dumy, a kroki nie były tak stabilne, jakby
tego pragnął. Zepsuła wszystko. W spektakularny sposób. 

background image

Pacnęła się dłonią w czoło. Na litość Boską, wszystko, co musiała robić, to

mieć oko na jednego Sylvermysta. Praca, którą powinna wykonać nawet we
śnie.  Ale   wielokrotnie   udało   jej   się   schrzanić   to   zadanie.   Teraz   utknęła   tu,
patrząc jak odchodzi wściekły za jej słabość, ale wystarczająco inteligentny, by
wiedzieć, że na tą chwilę nie miała innego wyboru. Nie mogła mu pozwolić na
wzięcie jej krwi. Nie, kiedy nie była w stanie w pełni pojąć konsekwencji.

Tak, było bardziej niż prawdopodobne, że ostrze wchłonęłoby jej krew i nic

więcej   by   się   nie   stało,   poza   dodaniem   Aryialowi   sił   potrzebnych   mu   do
uleczenia się. Poza tym…

Zadrżała,   odwracając   się,   aby   spojrzeć   na   ciche   pola.  A co,   jeśli   krew

zareagowałaby tak, jakby wziął ją prosto z jej żył? Konsekwencje mogłyby być
tylko ciut mniejsze od kataklizmu.

- On odchodzi, wiesz o tym.
Bezcielesny   głos   przeciął   powietrze   zaledwie   kilka   sekund   po   tym,   jak

zapachniało   siarką   i   nagle   na   wprost   przed   nią   pojawiła   się  Yannah.   Jaelyn
krzyknęła, łapiąc za broń i celując w intruza. Jej palec był gotowy, aby nacisnąć
spust,  kiedy  poniewczasie rozpoznała twarz w kształcie serca  i czarne oczy,
które migotały jak hebanowe paciorki w świetle księżyca.

- Cholera – Jaelyn schowała strzelbę do kabury, patrząc na stworzenie,

które   spokojnie   gładziło   dłonią   dół   białej,   jedwabnej   szaty.   –   Jezu,
przestraszyłaś mnie.

-   Tak?   –  Yannah   zamrugała   z   przesadną   niewinnością.   –   Myślałam,   że

Łowcy są tak szkoleni, by nigdy nie dać się zaskoczyć?

-   Nie   byłabym   zaskoczona,   gdybyś   przychodziła   jak   zwykły   demon   –

Jaelyn broniła się zimno, skrywając wstyd za warstwą lodu. To nie była jej wina,
że   pozwoliła   się   tak   niebezpiecznie   zdekoncentrować,   prawda?   Jeśli   Aryial
przestałby   być   wrzodem   na   tyłku,   wtedy   mogłaby   się   skoncentrować   na
ważniejszych rzeczach. A i on nie był jedynym winnym. Yannah i jej matka
Siljar też miały w tym swój udział. – Powinnaś nosić dzwoneczek albo coś
podobnego. To niegrzecznie tak po prostu wyskakiwać przed ludźmi.

Yannah uniosła brwi.
- Cóż, nie jesteś czasem zbyt kapryśna?
- Ty też byłabyś kapryśna, jeśli byłabyś zmuszona grać opiekunkę tego… -

Jaelyn zacisnęła usta, zabrakło jej słów. 

- Tego przemiłego, zachwycającego, kompletnie znośnego…
Słowa wróciły w pośpiechu:
- Wybuchowego, upartego, egoistycznego Sylvermysta.

background image

- To w końcu mężczyzna – Yannah wzruszyła ramionami. – Oni wszyscy są

jak wrzody na tyłku.

Cóż, czyż to nie była pieprzona prawda?
- Niektórzy nawet bardziej niż inni – mruknęła.
- Przypuszczam, że tak – Yannah wyglądała tak, jakby rozważała różne

wady płci męskiej, zanim głęboko westchnęła. – Jednak szkoda.

- Czego?
- Kosztowałaś mnie tysiąc latinum

1

.

Jaelyn zmarszczyła brwi, czy ten demon pojawił się tu, by z niej kpić?
-   To  miałoby   może   sens,   gdyby   to   był   „Star   Trek”,   a   my   byłybyśmy

Frengami.

-   Założyłam  się   z   moim  sąsiadem,   a   matka   nie   pozwoliła   mi   postawić

prawdziwych   pieniędzy   –   zmarszczyła   mały   nos.   –   Poza   tym   dżiny   są
przewrażliwione na punkcie swoich skarbów.

Dżin?   Jasna   cholera.   Co   to   za   dzielnica,   w   której   mieszka   ta   kobieta?

Odsunęła   od   siebie   idiotyczne   myśli   i   zamiast   tego   skoncentrowała   się   na
podejrzeniu, że zastawiono na nią pułapkę.

- A jakie były szczegóły tego zakładu?
-   Powiedziałam,   że   do   końca   tygodnia   będziesz   miała   Sylvermysta   na

smyczy i to nauczonego porządku. Maric powiedział, iż prędzej go zabijesz, niż
dotrzesz   do   dziecka   –   wskazała   palcem   na   Jaelyn.   –   Żadne   z   nas   nie
przypuszczało, że potężny Łowca po prostu się podda. Muszę powiedzieć, iż to
ogromne rozczarowanie.

Jaelyn zmrużyła oczy. Tak. Zdecydowanie pułapka.
- Czy jest jakiś konkretny powód… twojego pojawienia się? – spytała nie

łykając przynęty.

- Czy zapomniałaś, że miałaś obowiązek informować mnie o wszystkim?
- Nie, nie zapomniałam, ale na razie nie ma o czym.
- Nie ma? – Yannah uśmiechnęła się szelmowsko po krótkiej, dramatycznej

pauzie. – W ogóle nic?

Po raz pierwszy od wieków Jaelyn poczuła ulgę, że nie może się rumienić.

Czy ta kobieta wiedziała, iż popełniła największy grzech, uprawiając seks ze
swoją ofiarą?

-   Ariyal   wciąż   szuka   dziecka   –   powiedziała   szorstko.   –   Zostaliśmy

zaatakowani   przez   zombie.   Tearloch   wezwał   ducha   czarodzieja   z   głębi

1 Fikcyjna waluta z filmu „Star Trek”. To specjalnie przygotowany, wysokociśnieniowy stop platyny i 
złota, honorowany głównie przez Kardasjan, Klingonów i Ferengi (gatunki istot z innych planet).

background image

podziemi,   szalonego   dupka   i   możliwe,   że   z   nimi   jest   jeszcze   Sergei   –   w
zamyśleniu   pogłaskała   drewnianą   kolbę   swojej   strzelby,   robiąc   również
dramatyczną pauzę. – Och i jest tutaj gargulec Levet, który podąża za mną jak
zagubiony szczeniak, bo szuka ciebie.

Stworzenie   uśmiechnęło   się   tylko   szeroko,   ukazując   ostro   zakończone

zęby. 

- Jak słodko.
Zamyślona Jaelyn machnęła ręką.
- On jest tam, jeśli chcesz skrócić jego cierpienie.
- Nie – mlasnęła językiem. – Nie teraz.
- Dobrze – Jaelyn przesunęła się z rosnącym zniecierpliwieniem. – Teraz

jesteś na bieżąco. Potrzebujesz jeszcze czegoś?

Yannah podpłynęła bliżej, jej moc zawisła namacalną siłą w powietrzu.
- Mam pytanie.
Jaelyn zadrżała.
- Jakie?
Czarne oczy badały ją z niewzruszoną ciekawością.
- Czy mam powiedzieć matce, że zdecydowałaś się zerwać umowę?
Jaelyn   wzdrygnęła   się   na   tę   niebezpieczną   propozycję.   Łowcy,   którzy

zawiedli, nie dostają drugiej szansy. A kto, do diabła, wiedział, co się dzieje z
kimś na tyle głupim, by zerwać umowę podpisaną przez Wyrocznie? 

- Oczywiście, że nie.
- A więc zamierzasz iść po Sylvermysta?
A miała jakiś wybór?
- W ostateczności – niechętnie obiecała.
- To mi się wydaje mało precyzyjne.
Słysząc   ostrzeżenie   w   jej   niskim   głosie,   Jaelyn   uniosła   ręce   w   geście

poddania.

- Idę, idę – warknęła, omijając malutkiego demona i krocząc ciężko przez

łąkę.

Zignorowała uczucie, że jest obserwowana przez Yannah i skupiła się na

mężczyźnie, który szybko stawał się zmorą jej istnienia. Nie musiała używać
sporych   umiejętności   Łowcy,   by   podążać   śladem   Ariyala.   Mogła   wyłączyć
zmysły   całkowicie,   a   i   tak   byłaby   go   w   stanie   znaleźć.   A  to,   oczywiście,
przerażało ją jak cholera.

background image

- Chryste, dlaczego ktoś mnie po prostu nie zastrzeli? – mruknęła, gdy

zwiększyła   tempo,   omijając   drzewa   i   przekraczając   strumień,   gdzie   złowiła
zapach rannego demona.

Oczywiście   Aryialowi   udało   się   zdobyć   krew   potrzebną   mu   do

przywrócenia siły. Ale zamiast wrócić do niej, szedł dalej. I to w takim tempie,
że upewniła się,  iż to nie były tylko dąsy. Naprawdę  starał się  ją zostawić.
Irytująca wróżka.

Skacząc przez płot, który wyznaczał granice pastwiska dla krów, w końcu

dostrzegła Aryiala, jak szedł przez zarośnięte podwórze wiejskiej zagrody. Przez
chwilę   przyglądała   się   białemu,   dwupiętrowemu   domowi   z   czarnymi
okiennicami i łuszczącą się farbą, zanim przeniosła wzrok na pobliski kurnik,
który przechylił się pod katem jak pijany i bardziej odległe szopy oraz pokryte
blachą stodoły, nadal pachnące sianem.

Miejsce było opuszczone przez ludzi, choć stęchły smród puszek po piwie

ostrzegał, że od czasu do czasu wykorzystywano tą osamotnioną nieruchomość
na prywatne imprezy. A w okolicy Jaelyn nie wykryła żadnych demonów. To
wydawało   się   być   dobrym   miejscem   na   konfrontację   z   wściekłym
Sylvermystem.

Pełnym   gracji   ruchem   Jaelyn   wskoczyła   na   szczyt   osłoniętego   ganku

znajdującego   się   przy   domu,   a   następnie   zsunęła   się   tuż   przed   Aryialem.
Sylvermyst   zatrzymał   się   niechętnie,   jego   niezwykle   piękna   twarz   zdradzała
powstrzymywaną furię. Był tak inny od mężczyzn wampirów, którzy dążyli do
tego, by zostać jej kochankami. Nie było zimnej kalkulacji. Powściągliwości w
słowach i czynach, która oferowała kliniczną przyjemność bez zawracania sobie
głowy zaangażowaniem emocjonalnym.

Nie. Aryial był gwałtowny i pełen temperamentu oraz tak namiętny, że

omal nie podpalił powietrza siłą swoich emocji. Był apodyktyczny, ale nie był
tyranem. A choć miał w sobie więcej niż trzeba męskiej arogancji, to czuła się
bezbronna wobec niego, kiedy dotykał ją w tych miejscach, o których nawet nie
wiedziała,   że   chce   być   tam   dotykana.   Był   dokładnie   tym,   czego   nie
potrzebowała w tym niesprzyjającym czasie. Brązowe oczy płonęły zapierającą
dech w piersiach mocą.

- Zejdź mi z drogi, wampirze.
Zignorowała nagłe ciepło, które zawirowało w powietrzu. Była stosunkowo

bezpieczna.   Przynajmniej   dopóki   nie   wezwał   tego   przeklętego,   drewnianego
łuku   i   strzał,   które   wyczarowywał   z   powietrza.   Wtedy   sprawy   mogły   się
skomplikować. 

background image

- Gdzie ty się, do cholery, wybierasz?
- Nie rozmawiam o moich planach z moimi wrogami.
- Dąsasz się, bo nie chciałam podzielić się z tobą moją krwią?
- Ty jesteś tą, która traktuje mnie jak wroga – warknął. – Więc albo zrobisz

to, po co cię tu wysłano, albo zejdź mi z drogi.

Nieprzyjaciel? Wróg?
Ach, gdyby tylko.
Rozumiała to. Ten chaos, mącący w głowie bałagan, który nie dawał jej

żyć…

- Potrzebujesz mnie – powiedziała nagle.
Prychnął, krzyżując ręce na piersi. Obraz mężczyzny w jego największym

uporze.

- I ty twierdzisz, że jestem arogancki?
Pochyliła głowę.
- Wiesz, gdzie jest dziecko?
- Dowiem się.
-   I   będziesz   walczył   ze   swoimi   współplemieńcami   oraz   duchem   na

sterydach beze mnie?

Zacisnął zęby, jego duma po raz kolejny została urażona.
- Tak.
- A co z Sergeiem?
Wzruszył ramionami.
- A co z nim?
- Dość – syknęła z irytacją. – Nie pozwolę ci wleźć prosto w pułapkę tylko

dlatego, że jesteś na mnie wkurzony.

Zmarszczył brwi z drwiną.
- A jak zamierzasz mnie zatrzymać, Łowco?
Później   Jaelyn  zastanawiała   się,   czy   była   zbyt  zestresowana   –   przeżyła

przecież,  mimo   wszystko,  kilka  szalonych  dni  i  każdy  wampir  poczułby  się
bliski załamaniu nerwowemu  – czy też była to chwilowa niepoczytalność. W tej
jednak chwili, nie myślała. Zadziałał bezwiedny, prymitywny instynkt. Ujęła
jego twarz w dłonie i pochyliła się, by pocałować go z całą mocą dzikiego
pragnienia, które nie chciało zostawić jej w spokoju.

- Właśnie tak.