background image

Gjersoe Ann-Christin 

 
 

Dziedzictwo II 21 

 
 
 

Pieśń słońca

background image

Galeria postaci: 
Abelone Ladefoss 
- wdowa po Eriku Ladefossie 
Aksel Gimle - ojciec Abelone, właściciel Gimle 
Marie Gimle - najmłodsza, siedmioletnia siostra Abelone 
Jorgen Gimle - młodszy, trzyletni brat Abelone, dziedzic 
Gimle 
Isak Gimle - brat bliźniak Jorgena 
Mały Erik - dziewięciomiesięczny syn Abelone 
Blanche Bjerkely - kuzynka Abelone 
Alf Bjerkely - mąż Blanche 
Helenę Augusta - dwuletnia córka Blanche i Alfa 
Ellen Bjerregaard - siostra Abelone 
Ulrik Bjerregaard - mąż Ellen 
Bera - służąca w Gimle 
Hilmar - parobek w Gimle 
Sofie - pokojówka w Gimle 
Malinę - służąca w Gimle 
Anders - pracuje w odlewni dzwonów, brat Alfa 
Signe - gospodyni sierocińca 
Line - siostra Signe, pracuje w sierocińcu 
Greger Langaard - zarządca Ladefoss 
Pan Tunsberg - ojciec Gregera Langaarda 
Marinius - były parobek w Ladefoss, zwolniony z pracy 
Aslak Sorensen - mieszka w lesie w chatce drwala 
Thorstein i Hogne - bracia przybyli niedawno do sierocińca, 
mają pięć i siedem lat 
Państwo  Angelsten  -  małżeństwo  opiekujące  się  ubogimi i 

osieroconymi dziećmi 

Wdowa Lucie Archer - matka nowego dziedzica Rosenlowe 

Victoria - najmłodsza córka wdowy Lucie Archer   

Pan Lothe - artysta malarz 

background image


 
Abelone wpatrywała się w płonący krzyż. Stał cały w ogniu, 

potężny, tuż przy czarnym lesie. Inni również wstali i podeszli 
do okien, przez które spoglądali w ciemną, świąteczną noc. 

- Boże, mój Stwórco - usłyszała szept Blanche. 
Abelone  odwróciła  się  do  ojca,  który  bez  słowa  szedł 

pospiesznie w kierunku drzwi. - Ojcze? 

Jego twarz była zafrasowana, kiedy się do niej odwrócił. 
- Bądź ostrożny - poprosiła cicho. 

background image

Ulrik  i  Alf  wyszli  za  nim,  a  Ellen,  Blanche  i  ona  nadal 

wyglądały przez okno. 

- Widziałaś kogoś? - spytała Ellen, a jej głos drżał. 
Abelone pokręciła głową, wciąż odrętwiała na całym ciele. 
- Kto mógł zrobić coś takiego? - spytała Blanche, gdy patrzyły 

jak  Aksel  wybiega  na  podwórze  z  lampą  w  ręce.  Za  nim 
podążała reszta mężczyzn. 

- Nie wiem - odparła cicho Abelone. Nadeszła Bera i stanęła 

obok niej. - Można 

od  siebie  odpędzić  diabła,  ale  nie złych ludzi  - powiedziała 

drżącym głosem i objęła się ramionami. 

Abelone wzdrygnęła się. Bera miała rację. 
Ten  albo  ci,  którzy  to  zrobili,  musieli  być  złymi  ludźmi, 

którzy z tego lub innego powodu chcieli ich przestraszyć lub 
ostrzec. 

Ale dlaczego?. 

background image

Aksel szedł długimi krokami przez dziedziniec, trzymając w 

górze lampę, ciemności nie zdradzały jednak, by ktoś tam był. 
Nie dało się niczego dostrzec ani usłyszeć poza śniegiem, który 
skrzypiał pod butami i skwierczeniem płonącego krzyża. 

Zwolnił kroku, kiedy zaczęli się zbliżać. Deszcz iskier tańczył 

na tle ciemnego bożonarodzeniowego nieba, płomienie rzucały 
złociste  jęzory  światła  na  śnieg.  Wokół  krzyża  śnieg  prawie 
całkiem stopniał. 

Alf podszedł bliżej. - Ktoś tutaj był! 
Ulrik trzymał się na uboczu, kiedy Aksel podszedł do Alfa. 

Żar palił mu twarz. 

- Widzisz? - spytał Alf i wskazał ślady. 
Aksel  pokiwał  głową  widząc,  że  śnieg  wokół  krzyża  jest 

zdeptany. - Nie ma sensu sprawdzać, dokąd prowadzą tropy - 
stwierdził. 

background image

Alf wszedł na świeży śnieg i obszedł krzyż dookoła. - Masz 

rację, nie widać dalszych śladów. 

Było  tak,  jak  podejrzewał  Aksel.  Ten,  kto  to  zrobił,  musiał 

przyjść drogą, a później również nią wrócić. 

Podszedł  do  nich  Ulrik.  Stali  tak  i  patrzyli  jak  płomienie 

trawią krzyż. - Jak myślisz, kto mógł to zrobić? - spytał cicho. 

Aksel  nie  wiedział,  co  ma  o  tym  myśleć,  ale  miał  pewne 

podejrzenia. 

- Myślisz, że to Marinius?  - spytał Alf z zaciętym wyrazem 

twarzy. 

Aksel  pokiwał  głową  i  opowiedział  Ulrikowi  o  Mariniusie, 

parobku, który ich zdaniem skrzywdził Rimfakse w zemście za 
to, że Abelone odrzuciła jego zaloty. 

-  Ale  nikt  w  takim  razie  nie  wie,  gdzie  się  podział  ten 

Marinius? - spytał powoli Ulrik. 

Aksel pokiwał głową. - To prawda, ale zna- 

background image

leźliśmy jego nóż w stajni. Wszystko wskazuje na to, że to on 

zabił Rimfakse. 

Ulrik pokręcił głową, wyraźnie wzburzony. -Że też ktoś mógł 

zrobić coś takiego. 

Aksel  podniósł  ponownie  wzrok  na  krzyż.  Czy  mógł  być 

dziełem Mariniusa? Krzyż był wielki, musiało być trudno go 
tam  ustawić.  Czy  parobek  zdołałby  zrobić  to  samodzielnie? 
Był zarówno chudy, jak i niski. 

Nie,  nie  mógł  sobie  tego  wyobrazić.  Ale  któż  inny  mógł  w 

takim razie to uczynić? Może było to kilka osób? 

Ale dlaczego?. 
-  Wracamy  -  powiedział  ponuro.  -  Nic  tu  nie  możemy 

poradzić. 

Rzucił  ostatnie  spojrzenie  w  kierunku  krzyża.  Nie  potrafił 

uwierzyć,  że  mógł  to  zrobić  Marinius.  Przede  wszystkim 
chłopak był słabeuszem, no i dlaczego miałby wracać do wsi, 
gdzie  wszyscy  wiedzieli,  że  jest  podejrzewany  o  zabicie 
cudzego konia? 

background image

Nie, to nie miało sensu. 
Poza  tym  było  coś  innego,  co  nie  dawało  mu  spokoju,  co 

czaiło się z tyłu jego głowy od tamtego poranka, gdy znalazł w 
stajni konającego Rimfakse. Znaleźli, co prawda, w stajni nóż 
Mariniusa, ale to nie znaczyło, że to on poderżnął gardło jego 
koniowi. 

Dopiero gdy Marinius stanie przed nim i przyzna się do tego, 

co zrobił, wtedy dopiero będzie mógł uwierzyć, że to właśnie 
ten parobek dopuścił się tego straszliwego czynu. 

Kobiety i dzieci stały w holu i czekały na nich, kiedy weszli 

do  środka.  Ich  twarze  były  pełne  zaniepokojenia,  a 
błogosławiony  spokój,  jaki  ich  wszystkich  ogarniał  jeszcze 
jakiś czas temu, zniknął bez śladu. 

Zmusił  się  do  uśmiechu,  zanim  wziął  Jorgena  na  ręce.  - 

Chodź,  najemy  się  ciastek  -  powiedział  udając  wesołość.  -  I 
może niedługo rozpakujemy prezenty? 

background image

Wymienił spojrzenia z Abelone, która pogoniła resztę dzieci 

do salonu. 

Ani  ona,  ani  nikt  inny  nie  chcieli,  by  dzieci  zrozumiały,  że 

ktoś próbuje ich nastraszyć. 

Sam  nie  miał  wątpliwości,  że  ten  lub  ci,  którzy  postawili 

krzyż, chcieli dać im ostrzeżenie. 

Ostrzeżenie, że jest tu ktoś, kto nie życzy im dobrze. 

background image


 
Sierociniec imienia Helenę Augusty Blickenfeldt,   
28 grudnia 1884 roku 
 
Blanche  przypięła  zdobioną  perłami  broszkę  na  przodzie 

sukni,  zanim  obejrzała  się  w  lustrze  toaletki.  Obróciła  lekko 
głowę, żeby sprawdzić, czy fryzura wyglądała tak jak trzeba. 
Pan  Lothe,  malarz,  który  malował  jej  portret,  wyraźnie 
powiedział, że fryzura zawsze musi wyglądać tak samo. Poza 
tym musiała mieć na sobie tę samą lawendową suknię i te same 
ozdoby.  Jak  zauważyła,  pan  Lothe  był  perfekcjonistą  w 
każdym calu i nic nie mo- 

background image

gło umknąć jego bystremu spojrzeniu. Jednego dnia przyszedł 

ją  malować  i  zauważył  od  razu,  że  zapomniała  nałożyć  na 
policzki róż. 

Westchnęła  i  pospiesznie  skierowała  się  do  drzwi.  Gdyby 

wiedziała,  że  zajmie  to  tak  dużo  czasu,  dałaby sobie  spokój, 
mimo  iż  cieszyła  się  na  ujrzenie  ostatecznego  efektu  jego 
pracy. 

Zamknęła za sobą  drzwi i  już zamierzała pójść korytarzem, 

gdy usłyszała chłopców kłócących się w jednym z pokojów. 

- Zostaw go! 
Ktoś  zaśmiał  się  okrutnie.  -  Thorstein  jest  głupi,  nic  nie 

rozumie. 

- Zostaw go, powiedziałem

1

Pobiegła w stronę pokoju. 

- Thorstein jest nienormalny! 
W  chwili,  gdy  otworzyła  drzwi,  zobaczyła  Hognego, 

starszego  brata  Thorsteina,  biegnącego  w  stronę  drugiego 
chłopca. 

- Zostaw go, powiedziałem! - krzyknął Ho- 

background image

gne  do  dwóch  starszych  chłopców,  próbując  odepchnąć 

jednego z nich od swojego młodszego brata. Chłopcy śmiali się 
szyderczo,  ale  cofnęli  się,  kiedy  zauważyli  Blanche. 
Zaczerwienie-ni i zawstydzeni, stali ze schylonymi głowami i 
wpatrywali się sztywno w podłogę. 

Hogne,  który  wciąż  wyglądał  na  wściekłego,  wytarł  nos 

wpatrywał  się  wojowniczo  w  chłopca,  na  którego  się  rzucił, 
choć był od niego o kilka lat młodszy. 

Thorstein  stał  w  kącie  i  rozglądał  się  zdezorientowany 

dookoła,  jego  wargi  drżały  i  Blanche  zauważyła,  że  ma  w 
oczach łzy. 

Niczym cień mały popędził do drzwi. Blanche postanowiła go 

zostawić.  Chciała  najpierw  porozmawiać  z  pozostałymi 
chłopcami. 

- Co tu się dzieje? - spytała surowo i powiodła wzrokiem od 

Hognego do dwóch pozostałych chłopców. 

Nikt się nie odezwał, nikt nie podniósł wzroku. 
 

background image

Sądziła,  że  Hogne  musiał  się  zdenerwować,  kiedy  starsi 

chłopcy  dręczyli  jego  młodszego  brata  i  gdy  nie  chcieli 
zostawić Thorsteina w spokoju, uciekł się do użycia pięści. 

Hogne  miał  zaledwie  siedem  lat,  ale  nikt  nie  mógł 

powiedzieć, że był tchórzem. Do tego, jak zauważyła, zawsze 
opiekował się swoim młodszym bratem. Thorstein różnił się od 
reszty dzieci. Zazwyczaj trzymał się na uboczu, nie mówił też 
zbyt wiele, ale lubił przebywać ze starszym bratem. 

Postanowiła przejść od razu do rzeczy, bo nie było powodu, 

by  zrobić  cokolwiek  innego.  -Słyszałam,  że  dręczyliście 
Thorsteina - zaczęła i spojrzała surowo na chłopców. Żaden z 
nich nie  odpowiedział, a  w niej wezbrała  irytacja  i  złość. Ta 
dwójka  nie  należała  do  najłatwiejszych.  Już  wiele  razy 
przepraszali Signe i Line za swoją bezczelność, a poza tym nie 
był to pierwszy raz, kiedy zachowywali się źle wobec innych 
dzieci. 

background image

- Więc? - powiedziała głośniej. - To prawda, że dręczyliście 

Thorsteina? 

Zauważyła, że chłopcy spoglądali z uwagą na Hognego, tak 

jakby czekali na to, co on powie. 

- Hogne mnie uderzył - zaczął ostrożnie jeden z chłopców, ale 

zdradzało go niespokojne spojrzenie. 

Zmusiła się do zachowania spokoju. Ci chłopcy byli nie tylko 

głupi, ale także tchórzliwi. 

- Tak, widziałam, że się biliście, ale nie bez powodu, prawda? 

-  Blanche  spojrzała  na  Hognego,  który  patrzył  spode  łba  na 
chłopców.  Wiedziała,  że  chłopak  miał  temperament,  jego 
niebieskie oczy lśniły teraz mocno. 

- Hogne, dlaczego zaczęliście się bić? - spytała. 
Hogne  zacisnął  usta  i  spuścił  wzrok.  Minęła  chwila  zanim 

odpowiedział.  -  Nie  wiem,  pani  Bjerkely.  To  się  już  nie 
powtórzy - odparł cicho. 

Nie powinna była pytać Hognego o powód 

background image

bójki. Chciał tylko wziąć w obronę swojego brata i rozumiała, 

że  powstrzymał  się,  by  nie  donosić  na  dwóch  starszych 
chłopców. 

-  Hogne,  może  poszukasz  Thorsteina?  -  spytała  nieco 

łagodniej. 

Hogne pokiwał głową i wyszedł z pokoju. 
Blanche  spojrzała na chłopców. Co miała im powiedzieć? I 

jaka  kara  była  odpowiednia  za  to,  co  zrobili?  Jak  wszystkie 
inne dzieci w sierocińcu, również i oni mieli swoje historie i 
tylko Bóg wiedział, że nie dał im łatwego startu w życie. 

Równocześnie nie mogła tolerować, że zachowywali się źle w 

stosunku do innych dzieci. 

-  Wnoszę,  że  jesteście  na  tyle  duzi,  żeby  rozumieć,  iż  nie 

akceptujemy  takiego  zachowania  w  sierocińcu?  -  spytała 
surowo. 

Głowy chłopców pochyliły się. 
-  Słyszałam,  że  dręczyliście  Thorsteina  i  nie  życzę  sobie 

więcej czegoś podobnego. Zrozumiano? 

background image

Chłopcy pokiwali w milczeniu głowami. 
- Zrozumiano? - powtórzyła głośniej. 
- Tak - odpowiedzieli cicho. 
-  Dobrze.  Mam  też  nadzieję,  że  rozumiecie,  iż  nie  mogę 

pozwolić na to, aby ten incydent przeszedł bez echa. 

Podnieśli wzrok, a w ich oczach był strach przed tym, co ich 

miało spotkać. 

-  Nie  dostaniecie  dzisiaj  po  obiedzie  deseru  -  oświadczyła. 

Signe przygotowała jabłka w cieście, które obaj chłopcy lubili. 
Wydawało  jej  się  zresztą,  że  dzieci  z  sierocińca  lubiły 
wszystko,  co  im  podawano,  a  już  na  pewno  desery.  -  A  jeśli 
jeszcze  raz  będziecie  dręczyć  Thorsteina,  Hognego  lub 
którekolwiek z innych dzieci, nie będziecie mogli uczestniczyć 
w balu bożonarodzeniowym. 

To  ostatnie  sprawiło,  że  chłopcy  otworzyli  szeroko  oczy. 

Zaczynali  dorastać,  mieli  po  jedenaście-dwanaście  lat,  ale 
wiedziała, że cie- 

background image

szyli się na dziecięcy bal, który miał się odbyć w przedostatni 

dzień roku. 

Skierowała  się  do  drzwi.  -  Mam  nadzieję,  że  nie  będziemy 

musieli o tym ponownie rozmawiać - zakończyła stanowczo. 

Chłopcy  pokiwali  powoli  głowami.  -  Przepraszam,  pani 

Bjerkely - powiedział młodszy z nich, tym razem skruszonym 
głosem. 

Stała  przez  chwilę  w  miejscu  w  nadziei,  że  drugi  chłopiec 

powie to samo. 

- Ja też - powiedział w końcu cicho. 
Zamknęła  drzwi  za  sobą.  Ulżyło  jej,  że  chłopcy  mimo 

wszystko  przeprosili,  choć  rozczarowało  ją  to,  że  dokuczali 
Thorsteinowi.  Ale  dzieci  były  tylko  dziećmi,  tak  już  musiało 
być.  Zadaniem  jej  oraz  pracowników  sierocińca  było  po-
prowadzić je w taki sposób, żeby nauczyły się jaka jest różnica 
między dobrem a złem, choć nie zawsze było łatwo wiedzieć, 
w jaki sposób wychowywać dzieci, co należało mówić i ro- 

background image

bić, aby wszystkie dobrze się zachowywały. Poza tym dzieci 

były  takie  różne.  Niektóre  były  bardziej  wrażliwe  z  natury, 
inne były jak chłopcy, z którymi przed chwilą rozmawiała. 

Szła  dalej  korytarzem  myśląc  o  tym,  co  się  właśnie 

wydarzyło. 

Może powinni być bardziej surowi w stosunku do dzieci? Tak 

jak  małżeństwo  z  Angelsten,  gdzie  mieszkał  Thorstein.  W 
ostatnim czasie wiele myślała o tym, w jaki sposób pan i pani 
Angelsten wychowywali dzieci. Małżeństwo miało dzieci pod 
opieką przez wiele lat, może doświadczenie ich nauczyło, że 
potrzebowały twardej i stanowczej ręki, jak sami powiedzieli? 
Równocześnie nie mogłaby nigdy karać dzieci w taki sposób, 
jak robiono to w Angelsten. Przeraziło ją, gdy dowiedziała się, 
że dzieci były zamykane w ciemnej piwnicy lub musiały stać 
boso na dworze w śniegu, kiedy zrobiły coś złego. 

Nieprzyjemnie było myśleć, że Thorstein 

background image

i wiele innych dzieci, które mieszkały w Angelsten, musiały 

znosić coś takiego. 

Szła pogrążona w swoich myślach, kiedy od strony kręconych 

schodów nadbiegła Signe. 

- Blanche, widziałaś Thorsteina? 
Blanche  zmarszczyła  czoło.  -  Widziałam  go  chwilę  temu. 

Starsi chłopcy drażnili się z nim. 

Signe pokiwała energicznie głową. - Hogne o tym powiedział. 

Starał się znaleźć brata, ale bez skutku. 

-  Może  wyszedł  na  zewnątrz?  -  zasugerowała  Blanche. 

Zauważyła, że Thorstein lubił przebywać na dworze i bawić się 
w dużym ogrodzie. 

Signe pokręciła głową. - Właśnie szukaliśmy na zewnątrz, ale 

go nie znaleźliśmy. 

Blanche  zeszła  po  schodach  razem  z  Signe.  Słyszała,  że  w 

pokojach na dole niektóre z innych dzieci szukały Thorsteina, 
wołały jego imię. 

-  Musi  przecież  gdzieś  tu  być  -  westchnęła.  Widziała  go 

przecież kilka minut temu. 

background image

Podeszła do Hognego, który rozglądał się bezradnie dookoła. 

- Gdzie zazwyczaj Thorstein lubi być? - spytała. 

Hogne posłał jej mroczne spojrzenie. - Tam gdzie ja. 
Blanche pokiwała głową i pogłaskała chłopca po ramieniu. - 

Widziałam,  że  potrafisz  się  nim  ładnie  opiekować. 
Uśmiechnęła się łagodnie. -Ale kiedy się macie bawić, gdzie 
zazwyczaj przebywacie? 

Hogne wzruszył ramionami. - W różnych miejscach. Czasem 

tu, w pokojach albo na dworze. 

- Sprawdzałeś w waszym pokoju?  - zrozumiała, że zdaniem 

Hognego jest to naiwne pytanie, bo posłał jej pełne rezygnacji 
spojrzenie.  -  Być  może  tam  się  schował?  -  zasugerowała  i 
rzuciła okiem na Signe, która do nich podeszła. 

Signe pokiwała głową. - To możliwe - odparła i zwróciła się 

do Hognego. - Jak myślisz, gdzie ukryłby się Thorstein? 

background image

Chłopiec podrapał się po szyi. - Pójdę i go poszukam. 
Blanche została razem z Signe. - Nie sądzisz chyba, że mógł 

uciec? ^ spytała cicho. Wciąż miała w pamięci, jak wszyscy się 
bali, kiedy Mathias uciekł z Amalie. 

Signe  spojrzała  przed  siebie  w  zamyśleniu.  -  Nie  sądzę. 

Thorstein nie lubi być zbyt długo z dala od Hognego. 

Blanche  rozejrzała  się.  -  W  takim  razie  musiał  się  ukryć 

gdzieś tutaj. 

Przeszła przez długi korytarz na drugim piętrze. W wielkim 

domu była niezliczona ilość miejsc, w których mały chłopiec 
mógł się ukryć, jeśli tego chciał. Sama to czasem robiła, kiedy 
była mała. Jej ulubionym miejscem był jeden ze składzików na 
miotły  na  drugim  piętrze,  za  pokojami  gościnnymi,  które 
zazwyczaj były pozamykane. 

Zbliżyła się do schowka, który znajdował 

background image

się w głębi korytarza, pod schodami na poddasze. Pozostałe 

pomieszczenia były przeszukiwane przez inne kobiety, a mąż 
Signe  zszedł  do  piwnicy.  Hogne  był,  co  prawda,  absolutnie 
przekonany,  że  Thorstein  nigdy  nie  zszedłby  do  piwnicy  z 
własnej woli, bał się tam chodzić, ale chciała się upewnić, że 
szukali wszędzie. Na dole sprawdzili każdy kąt, więc chłopca 
na pewno tam nie było. 

Blanche otworzyła drzwi do schowka na oścież i spojrzała do 

środka.  Rozczarowana  stwierdziła,  że  Thorsteina  nie  było 
również tam. 

Spojrzała  w  górę  na  małe  okienko.  Jako  mała  dziewczynka 

lubiła się tam bawić, schowek na  miotły był bardziej  małym 
pokoikiem niż schowkiem i ani ojciec, ani żadna z guwernan-
tek  nie  wiedziała,  że  czasem  kryła  się  tam  wraz  ze  swymi 
lalkami. 

Zamknęła drzwi i stała nasłuchując. 
Inni wołali imię Thorsteina, ale nie było żadnej odpowiedzi. 

background image

Spojrzała  w  kierunku  schodów  na  poddasze.  Dzieciom  nie 

wolno było chodzić na poddasze, ale gdyby to ona miała pięć 
lat pomyślałaby, że to dobre miejsce, żeby się ukryć, właśnie 
dlatego, że był to teren zakazany. 

Weszła  po  schodach,  otworzyła  drzwi  i  aż  się  wzdrygnęła. 

Nigdy nie lubiła tego miejsca, a poza tym było tam wiecznie 
zimno i wietrznie. 

Podłoga skrzypiała pod jej butami. Kiedy przerabiali dom na 

sierociniec, wyrzucili mnóstwo rzeczy, które wcześniej stały w 
salonach i innych pokojach. Było wśród nich wiele ozdób, ale 
przechowywali  tam  także  stare  meble,  obrazy  i  inne 
przedmioty. 

- Thorsteinie? - zawołała i rozejrzała się po ciemnym, dużym 

pomieszczeniu. Jedyne światło pochodziło z czterech małych 
okienek dachowych. 

Wsunęła się między starą komodę a jedno 

background image

z  dużych  luster,  które  wcześniej  wisiały  w  pokojach 

gościnnych.  Może  powinna  podejść  poważnie  do  swoich 
planów  i  sprzedać  to  wszystko  pewnego  dnia?  Sprzedaż 
przyniosłaby  sierocińcowi  duży  dochód,  ale  miała  wyrzuty 
sumienia myśląc, że miałaby sprzedać coś, co należało do jej 
rodziców.  Może  któraś  z  tych  rzeczy  przyda  się  Helenę 
Auguście, kiedy dorośnie. 

Zatrzymała się nagle. Czyżby usłyszała jakiś odgłos? 
Wiedziała, że o tej porze roku na strychu bywały myszy. Po 

plecach  przeszły  jej  ciarki.  Nienawidziła  tych  małych, 
paskudnych gryzoni. 

Stała nasłuchując, aż usłyszała odgłos ponownie. To nie była 

mysz. 

To był ktoś, kto pociągał cicho nosem. 
A zatem miała rację. 
Ogarnęło ją uczucie ulgi. Bała się już, że Thorstein mógł uciec 

z  sierocińca,  choć  Signe  nie  wierzyła,  by  to  zrobił.  Nie 
mogłaby go zresztą 

background image

za  to  winić,  bo  musiało  go  boleć  dręczenie  przez  innych 

chłopców. 

-  Thorsteinie?  -  zapytała  ostrożnie,  próbując  się  domyślić, 

gdzie się ukrył. 

Nikt nie odpowiedział, ale słyszała, że wciąż pociągał nosem. 
Nie  widziała  go,  ale  wydawało  jej  się,  że  wie  gdzie  jest. 

Pociąganie nosem dochodziło spod jednego z okien przy dużej 
belce dachowej. 

Podeszła bliżej i po chwili go ujrzała. Siedział oparty plecami 

o skrzynię, z kolanami podciągniętymi pod brodę. Jego głowa 
spoczywała na kolanach tak, że nie mogła widzieć jego twarzy. 

Wsunęła  się  między  dwa  zepsute  krzesła  stojące  jedno  na 

drugim. 

-  Thorsteinie?  -  powtórzyła,  ale  chłopiec  nie  zrobił 

najmniejszego ruchu w jej stronę. 

Kiedy już była obok niego, schyliła się i położyła ostrożnie 

dłoń na jego ramieniu. - Thorsteinie? 

background image

Wzdrygnął się i zerwał się na nogi, kiedy ją zauważył. 
-  Nie  chciałam  cię  przestraszyć  -  powiedziała  Blanche, 

przyglądając się chłopcu. Jego oczy były wielkie i przerażone i 
zauważyła, że najwyraźniej płakał. Teraz cofał się, tak jakby 
chciał uciec. 

Blanche wyciągnęła dłoń. - Thorsteinie? 
Chłopiec zatrzymał się i stał wpatrując się w nią. Widziała, że 

był przestraszony. Może myślał, że na niego nakrzyczy? Albo 
że spotka go kara. 

Opuściła dłoń i uśmiechnęła się do niego. -Hogne cię szuka, 

inni też. 

Chłopiec stał wciąż i nie odpowiadał. Jego wzrok spoczął na 

niej, a w jego oczach widać było konsternację. Dlaczego taki 
był? Było w nim coś, czego nie mogła rozgryźć, zawsze taki 
spokojny i wycofany. 

Wyciągnęła ku niemu ponownie dłoń. - 

background image

Chodź, to pójdziemy na dół - próbowała go zachęcić. 
Thorstein stał nadał, widocznie zaniepokojony. 
Blanche sądziła, że rozumie, o co chodzi. Być może bał się, że 

starsi chłopcy znowu będą go dręczyć. 

Schyliła się przed nim, chwyciła jego małe rączki i ścisnęła je 

delikatnie.  -  Rozmawiałam  z  chłopcami,  którzy cię  drażnili  - 
powiedziała spokojnie. - Obiecali być od tej pory grzeczni. 

Thorstein  spojrzał  na  nią  osobliwie.  O  czym  myślał?  Jego 

twarz niczego nie zdradzała, nic poza zmieszaniem. 

Podniosła się. - Chodź, idziemy. Hogne na ciebie czeka. 
Thorstein  poszedł  za  nią,  a  kiedy  zeszli  po  schodach  z 

poddasza,  pojawili  się  Hogne  i  Signe.  Thorstein  puścił 
natychmiast  jej dłoń  i  podbiegł do  Hognego,  który  popatrzył 
surowo na brata. 

- Ukryłeś się na poddaszu? - spojrzał natych- 

background image

miast  na  Blanche,  tak  jakby  oczekiwał,  że  młodszy  brat 

powinien zostać upomniany. - Wiesz, że nam tego nie wolno, 
prawda? - szepnął ze złością i pospiesznie pociągnął brata za 
sobą korytarzem. 

Signe  i  Blanche  stały,  patrząc  za  chłopcami.  -  To  miłe,  że 

Hogne opiekuje się Thorsteinem - powiedziała cicho Signe. 

Blanche  pokiwała powoli  głową.  - Tak, ale nie pojmuję, co 

jest z tym chłopcem. Nie jest taki, jak inni. 

Signe przytaknęła i westchnęła, - Myślę, że masz rację, ja też 

tak sądzę. Może nie ma tych samych zdolności, co inne dzieci, 
mało mówi, a to, co powie, jest prawie niezrozumiałe dla ko-
gokolwiek z wyjątkiem Hognego. Poza tym nie słucha mnie, 
kiedy do niego mówię. 

Blanche  musiała  przyznać  Signe  rację.  Nie  były  jedynymi, 

które zwróciły uwagę na to, że Thorstein nie był taki jak inni. 

To dlatego inne dzieci mu dokuczały. 

background image


 
Ellen  rzuciła  ostatni  raz  wzrokiem  na

 

ustrojony  stół. 

Wszystko  było  tak,  jak  powinno,  Betsy  użyła  do  nakrycia 
pięknego serwisu, srebra były świeżo wypolerowane, zapaliła 
też  świece.  W  kuchni  wszystko  było  również  gotowe.  Ulrik 
zażyczył sobie, żeby podać gościom boeuf a la mode, potrawę, 
którą  przygotowała  zaledwie  dwa  razy, ale  która  już  zdążyła 
stać  się  ulubionym  daniem  Ulrika.  Za  pierwszym  razem 
doprawiła  polędwiczki  zbyt  dużą  ilością  pieprzu  i  dodała  za 
mało imbiru, ale dzisiaj miała nadzieję, że użyła odpowiednich 
ilości obu przypraw. W sos również włożyła wiele 

background image

wysiłku. Dodała cebuli, imbiru, grzybów, sardeli i pieprzu na 

tyle, aby wydobyć właściwy smak. Betsy przygotowała także 
puree ziemniaczane według przepisu swojej matki, wiec miała 
nadzieję, że obiad będzie udany. 

Ulrik  wszedł  z  uśmiechem  do  salonu.  Mieli  za  sobą  ciężką 

jesień, ale robiło jej się ciepło na sercu od sposobu, w jaki na 
nią patrzył. Wiedziała, jak bardzo ją kochał. Nawet w trakcie 
najcięższych  chwil  w  szpitalu  dla  obłąkanych  nie  miała 
wątpliwości,  że  działał  z  myślą  o  tym,  co  będzie  dla  niej 
najlepsze, choć zraniło ją to i rozgniewało. 

Ulrik podszedł do niej, objął ramieniem w pasie i przyciągnął 

delikatnie do siebie. 

Uważała, że święta w Gimle wyjdą im obojgu na dobre. Było 

tam inaczej niż w domu, gdzie atmosfera między nimi była tak 
napięta, od kiedy wróciła ze szpitala. Sądziła, że Ulrik mimo 
wszystko miał wyrzuty sumienia, a jej równocześnie trudno mu 
było wybaczyć. 

background image

Rzuciła  nerwowe  spojrzenie  w  kierunku  kuchni,  ale  Betsy 

była zajęta przygotowywaniem zastawy. 

-  Wszystko  gotowe,  pani  Bjerregaard?  -  spytał  cicho  Ulrik. 

Rozpoznała płomienny, pożądliwy wyraz w jego oczach. 

Nie zdążyła odpowiedzieć, gdyż przycisnął swoje usta do jej 

warg. 

Chciała  odwzajemnić  pocałunek,  ale  w  tej  samej  chwili 

spostrzegła wchodzącą do salonu Betsy. 

Odsunęła  się  pospiesznie,  ale  służąca  zdążyła  ich  już 

zauważyć. Na szczęście była na tyle taktowna, by zawrócić i 
pójść w pośpiechu z powrotem do kuchni. 

Ulrik  spojrzał  przepraszająco  na  Ellen,  ale  roześmiał  się 

cicho.  -  Wybacz  mi  niewłaściwe  zachowanie,  żono  - 
powiedział drocząc się z nią. 

Ellen poczuła, że się czerwieni, ale odwzajemniła uśmiech. - 

Nalegam, żeby się pan za- 

background image

chowywał - odparła w ten sam, przekomarzający się sposób. 
Wymienili się figlarnymi spojrzeniami, świadomi tego, że ich 

goście, państwo Wergeland, niedługo się pojawią. 

Sądziła, że oboje starają się z całych sił zapomnieć o tym, co 

się wydarzyło, a czekająca ich daleka podróż kierowała myśli 
ku czemuś innemu. Przynajmniej mieli o czym rozmawiać, nie 
tylko o szpitalu i osobliwych wydarzeniach w ich domu. 

Ulrik nigdy by tego nie przyznał, ale wiedziała, że zrozumiał, 

iż  nie  wszystko  dało  się  wyjaśnić.  Bo  to,  co  się  działo,  było 
niewytłumaczalne,  ale  po  wizycie  księdza  zapanował  u  nich 
spokój. 

Ulrik  podszedł do  okna  i  odchylił  lekko zasłonę.  -  Profesor 

Wergeland  z  żoną  nadchodzą  -  powiedział  i  odwrócił  się  do 
niej z uśmiechem. 

Ellen nabrała powietrza w płuca. Zawsze de- 

background image

nerwowała  się  przed  takimi  wizytami,  ale  ten  wieczór  miał 

być inny niż ich zwyczajne popołudniowe spotkania. 

Mieli zaplanować daleką wyprawę na Madagaskar. 
 

-  Więc  mówisz,  że  muzeum  i  uniwersytet  chcą  nam 

podarować środki na naszą podróż? - spytał Ulrik. 

Profesor  Wergeland  pokiwał  z  uśmiechem  głową  i  łyknął 

czerwonego  wina.  -  Zgadza  się.  Zarówno  dyrektor  muzeum, 
jak  i  władze  uniwersytetu  życzą  sobie,  żebyśmy 
przeprowadzili  badania  warunków  geologicznych,  botanicz-
nych i zoologicznych. 

Ulrik  wyglądał  na  zachwyconego.  -  Ależ  to  fantastycznie! 

Zakładałem, że sami będziemy musieli zapłacić za podróż. 

background image

Pan Wergeland pokręcił głową. - Część będziemy oczywiście 

zmuszeni  zapłacić  sami,  ale  jak  powiedziałem,  zarówno 
muzeum, jak i uniwersytet widzą pożytek w naszej wyprawie. 
Spojrzał na Ellen oraz na swoją młodą żonę i uśmiechnął się. - 
To już nie jest wyłącznie podróż w celu odwiedzenia naszego 
przyjaciela Rejera. Nazwałbym to raczej ekspedycją. 

Ellen  spojrzała  na  Ulrika,  który  rozpromienił  się  słuchając 

wypowiedzi  profesora.  Wiedziała,  że  Ulrik  to  kocha;  kochał 
być  w  podróży  i  kochał  przyswajanie  sobie  wiedzy  o  tym 
wszystkim,  co  prezentowała  natura,  a  z  tego,  co  wiedziała, 
Madagaskar  był  fantastycznym  miejscem  dla  przyrodników. 
Ulrik  powiedział,  że  z  pewnością  będzie  tam  mnóstwo 
gatunków  roślin,  zwierząt  i  owadów,  które  nie  występują  w 
żadnym innym miejscu na świecie. 

Ellen skinęła na Betsy, by zaczęła już zbierać talerze. Państwo 

Wergeland chwalili jedzenie, 

background image

miała więc nadzieję, że deser, legumina z czerwonego wina z 

sosem śmietanowym, nie przyniesie jej wstydu. Była ciekawa, 
czy budyń był odpowiednio sztywny, zrobiła go tak jak Bera i 
przygotowała kilka dni wcześniej, żeby zgęstniał. 

-  Inną  sprawą  jest  oczywiście  to,  jaką  wybierzemy  trasę  - 

ciągnął  profesor.  Ellen  spotkała  go  przedtem  zaledwie  jeden 
raz, na przyjęciu u znajomych Ulrika. Był obytym i sympatycz-
nym człowiekiem, który miał w zanadrzu mnóstwo anegdot z 
licznych podróży, jakie odbył po całym świecie. Ellen sądziła, 
że miło będzie podróżować wraz z nim. Z tego, co wiedziała, 
był również poliglotą. 

Rzuciła okiem na Norę Wergeland. Musiała być co najmniej o 

połowę  młodsza  od  swojego  męża.  Profesor  był  chyba  po 
pięćdziesiątce,  ale  jego  żona  mogła  mieć  nie  więcej  niż 
dwadzieścia pięć lat. Była małomówna, ale kiedy się odzywała, 
widać było, że jest elokwentna, a to, co mówi- 

background image

ła,  było  dobrze  przemyślane.  Słuchała  poza  tym  z 

zainteresowaniem  tego,  co  mieli  do  powiedzenia  inni,  jej 
spojrzenie  było  bystre  i  Ellen  sądziła,  że  musiała  być 
inteligentną  kobietą.  Według  Ulrika  pomagała  swojemu 
mężowi  w  pracy,  brała  nawet  udział  w  niektórych  jego 
ekspedycjach. Poza tym zdała egzamin końcowy i jako jedna z 
pierwszych  kobiet w kraju  zyskała  dostęp  do studiowania na 
uniwersytecie.  Ulrik  powiedział,  że  było  to  prawo,  które 
norweskie  kobiety  uzyskały  w  tym  roku,  co  jego  zdaniem 
powinno  było  się  wydarzyć  już  dawno  temu.  Musiała  mu 
przyznać  rację,  choć  była  to  dla  niej  obca  myśl.  Może  ona 
również uczyłaby się, gdyby wiedziała, że może mieć wstęp na 
uniwersytet.  Niezależnie  od  tego  czuła,  że  za  późno  było  na 
takie myśli teraz, kiedy była zamężną kobietą. A jeśli zaszłaby 
w  ciążę?  Nie,  to  było  niewyobrażalne,  żeby  kiedykolwiek 
mogła studiować, choć musiała przyznać, że wydawało się to 
być kuszące, 

background image

kiedy słuchała pani Nory. Podobnie jak w przypadku męża, 

przedmiotem jej zainteresowań była botanika. 

Zadziwiało ją, że kobieta taka jak Nora wyszła za mężczyznę 

o tyle starszego od siebie, choć Ellen rozumiała, że to wspólne 
zainteresowania  zbliżyły  ich  do  siebie.  Profesor  Werge-land 
był,  co  prawda,  przystojnym  mężczyzną,  ale  zarówno  jego 
włosy,  jak  i  broda  były  całkiem  białe.  Pani  Nora  mogła  z 
pewnością  przebierać  w  zalotnikach.  Była  wysoką, 
ciemnowłosą,  szczupłą  kobietą  o  pięknej  twarzy.  Poza  tym 
była  jedną  z  tych  szczęśliwych  kobiet  z  czarnymi,  gęstymi 
rzęsami.  Nie  potrzebowała  również  różu  na  policzkach,  a  jej 
skóra miała naturalny, zdrowy blask. Nie wydawała się też być 
w  najmniejszym  stopniu  próżna,  pomimo  swego  wyglądu  i 
pięknych  ubrań.  Wręcz  przeciwnie,  miała  w  sobie  godność  i 
spokój,  które  widywało  się  przeważnie  u  nieco  starszych 
kobiet. Pomyśla- 

background image

ła, że profesor Wergeland musiał mimo wszystko być hojny 

dla  swej  żony.  Pani  Nora  nosiła  na  sobie,  wokół  szyi  i  na 
uszach delikatną, połyskującą biżuterię. 

W zasadzie zadziwiało ją to, że taka kobieta interesowała się 

naukami przyrodniczymi. Łatwiej byłoby sobie ją wyobrazić, 
jak  zdobi  piękne  kwiatowe  kompozycje  i  planuje  wielkie 
przyjęcia. 

- Czy Rej er wybrał tę samą trasę? - spytał Ulrik. Zastanawiali 

się, czy powinni podróżować parowcem, czy też pod żaglami i 
jaką trasę powinni wybrać. 

Profesor Wergeland pokiwał głową. - Francuska flota kursuje 

z Marsylii do Australii. Statek zatrzymuje się w Port Saidzie, 
Mahe i na wyspie Reunion. Stamtąd możemy popłynąć innym 
statkiem na Madagaskar. 

Ulrik wyglądał na zamyślonego. - Tak, teraz jest łatwiej, gdy 

można pływać przez Kanał Sueski. Mój ojciec był zmuszony 
podróżować 

background image

wokół  Przylądka  Dobrej  Nadziei,  żeby  dotrzeć  do  Indii 

podczas jednej ze swoich wypraw. 

Profesor zaśmiał się.  - Tak, a teraz, gdy parowce stopniowo 

wypierają żaglowce, potrzeba również mniej czasu na podróż. 

Ulrik popijał wino. - Uważam, że twój plan brzmi rozsądnie. 

Popłyniemy  zatem  parowcem  z  Kristianii  do  Kopenhagi,  a 
stamtąd kolejnym statkiem do Londynu, gdzie przejdziemy na 
pokład parowca, który zabierze nas do Marsylii. 

Ellen siedziała i słuchała, ale aż do tej pory nie poruszono w 

rozmowie  jednej  sprawy.  -  Ile  potrwa  ta  podróż?  -  spytała  w 
chwili,  gdy  Betsy  weszła  z  deserem.  Ellen  rzuciła  okiem  na 
budyń  z  czerwonego  wina  i  z  ulgą  odnotowała,  że  był 
dokładnie tak gęsty jak powinien. Nie miała odwagi wcześniej 
wyjąć go z formy, bo wtedy mógłby się rozpuścić. 

Profesor zwlekał z odpowiedzią. - To będzie 

background image

oczywiście  zależało  od  pogody,  prędkości  parowca  i  czasu 

spędzanego w portach, ale dopłynięcie na Madagaskar zajmie 
około sześciu tygodni. 

To nie brzmiało przerażająco, ale Ellen musiała przyznać, że 

obawiała  się  morskiej  wyprawy.  Nigdy  nie  czuła  się  zbyt 
dobrze  na  morzu,  nawet  krótka  podróż  z  Norwegii  do  Danii 
kilkakrotnie przyprawiła ją o chorobę. 

- Ale  kiedy wyjedziemy?  -  spytała pani Wergeland.  -  Wiele 

trzeba przyszykować. 

Profesor spojrzał łagodnie na swoją żonę. -Masz rację, Noro. 

Myślę, że  dopiero w połowie  lata będziemy mogli ruszyć na 
Madagaskar. 

W połowie lata? Ellen była rozczarowana. Rozmawiali o tym 

z  Ulrikiem  i  wydawało  się,  że  może  będą  mogli  wyruszyć 
jeszcze w ciągu zimy. 

Pani Nora spojrzała na Ellen i uśmiechnęła się.  - Będziemy 

mieli wystarczająco czasu, żeby przygotować wyprawę. Wiele 
rzeczy jest potrzebnych, w tym ubrania, lekarstwa i inne wy- 

background image

posażenie.  Sama  ekspedycja  musi  być  poza  tym  dokładnie 

zaplanowana,  żeby  mogła  być  przeprowadzona  tak 
metodycznie, jak to tylko możliwe. 

Ellen rzuciła okiem na żonę profesora. Już zdążyła pojąć, że 

pani Nora była pewną siebie i zdecydowaną kobietą. Czy miała 
im  towarzyszyć  w  ekspedycji?  Rozumiała,  że  większa  część 
wyprawy  będzie  się  składać  z  kolekcjonowania  roślin  i 
owadów, a także obserwowania życia zwierząt na wyspie. 

-  Zadbam  o  dom  dla  nas  w  Antananarywie,  stolicy  wyspy  - 

ciągnął  profesor.  -  Mam  tam  znajomego,  który  jest 
lekarzem-misjonarzem i który już wcześniej nas tam zapraszał. 
To  miasto  jest  poza  tym  wyśmienitym  miejscem  do 
rozpoczęcia naszej ekspedycji. 

Ulrik  pokiwał  głową.  -  Rozumiem,  że  w  mieście  jest  wielu 

Norwegów? 

Profesor przytaknął. - Przebywa tam naj- 

background image

więcej norweskich misjonarzy, niektórzy z nich mieszkają od 

końca lat sześćdziesiątych i założyli tam rodziny. Spojrzał na 
Ellen i uśmiechnął się. - Pewna Norweżka utworzyła, między 
innymi, szkołę dla madagaskarskich dziewcząt. 

Ellen  poczuła  w  brzuchu  napięcie.  Nie  mogła  uwierzyć,  że 

czekała  ją  taka  przygoda.  I  te  wszystkie  miejsca,  o  których 
rozmawiali Ulrik z profesorem: Londyn, Marsylia, Port Said. 
Że też ona miała żeglować po Morzu Śródziemnym! Profesor 
powiedział poza tym, że mała wysepka Reunion była niby raj, z 
białymi plażami i bogatą roślinnością. 

Prawie nie mogła się doczekać, aż nadejdzie środek lata. 

background image


 
Abelone  rzuciła  okiem  na  Marie  i  Małego  Erika.  Pakowała 

właśnie do koszyka jedzenie i napoje, które zamierzała poda-
rować pani Holte. 

Marie  była  obowiązkową  młodą  ciotką,  która  chętnie 

przewijała i karmiła siostrzeńca. 

- Czy mam mu dać więcej kaszy? - spojrzała na nią pytająco 

Marie i pokazała pustą miseczkę. 

Mały  Erik  zmarszczył  nos,  kiedy  miseczka  została  mu 

zabrana  i  choć  był  zbyt  mały,  żeby  mówić,  nietrudno  było 
zrozumieć,  że  nie  był  zadowolony  z  zakończonego 
najwyraźniej posiłku. 

background image

Kopał nóżkami w swoje wysokie krzesło, a jego twarz była 

bliska  wykrzywienia  się  od  płaczu.  Jej  syn  miał 
niepohamowany apetyt. 

- Daj mu więcej - powiedziała Abelone. Zrobiłoby się tylko 

zamieszanie, gdyby nie dostał więcej jedzenia, a poza tym tak 
dobrze spał, kiedy był zadowolony i najedzony. 

Skończyła pakować koszyk. Była u pani Holte z koszykiem 

również przed świętami, ale martwiła się o jej zdrowie. Mimo 
że  zielarka  miała  już  swoje  lata,  była  zazwyczaj  sprawna 
fizycznie  i  umysłowo,  ale  ostatnio  skarżyła  się  na  to,  że  jest 
słaba i nic jej nie smakuje. Nawet pyszne ciastka i wino, które 
przynosiła jej Abelone, nie poprawiły jej humoru. Nie było, co 
prawda,  niezwykłe,  że  stara  Holte  narzekała,  ale  Abelone 
chciała się upewnić, że wszystko było u niej jest w porządku. 

- Marie, widziałaś Isaka i Jorgena? - spytała. Już od jakiegoś 

czasu nie widziała bliźniaków. 

background image

Siostra pokręciła głową, wsuwając kolejną łyżkę kaszy do ust 

Małego Erika. Uśmiech powrócił już na jego okrągłą buzię. - 
Bawili się w salonie jakiś czas temu, ale później zniknęli. 

Abelone  postanowiła  poszukać  ich,  zanim  pójdzie.  Sofie 

miała wolny dzień, więc to Malinę miała pilnować dzieci pod 
jej nieobecność. 

Zajrzała  do  pokoju  dziennego,  ale  chłopców  nie  było  tam 

widać  -  ani  słychać.  Było  to  osobliwe,  bo  jeśli  nawet  nie 
zawsze widziała chłopców, to przeważnie ich słyszała. Rzadko 
zachowywali się cicho, kiedy bawili się razem. Przez trzy lata 
chłopcom towarzyszyły radość i śmiech, ale sporo się również 
kłócili,  więcej  niż  ona  i  Ellen  swego  czasu,  z  tego,  co 
pamiętała.  To  znaczy,  nie  przypominała  sobie,  żeby  były 
kiedykolwiek kłótliwe, ale może z chłopcami było inaczej. 

-  Jorgen?  -  powiedziała  półgłosem  i  poszła  w  kierunku 

jadalni. Być może chłopcy zakradli się tam, żeby popatrzeć na 
ustrojony świąteczny 

background image

świerk. A może to prażone migdały w koszyczkach ich kusiły. 
Otworzyła wysokie drzwi, ale chłopców nie było w jadalni. 
Poszła z powrotem do kuchni, gdzie znalazła Malinę. Służąca 

właśnie  skończyła  sprzątać  pokoje  gościnne  na  górze  po 
świątecznej wizycie rodziny. 

- Malinę, widziałaś Isaka i Jorgena? Służąca pokręciła głową. 

- Nie od czasu porannego posiłku. 

- Sądzę, że Mały Erik się najadł - wtrąciła Marie. 
Abelone uśmiechnęła się. Syn potrzebował wciąż dużo snu, 

więc  zazwyczaj  sypiał  dwa  razy  w  ciągu  dnia.  Teraz  był 
najwyraźniej najedzony i zmęczony, bo przysypiał na swoim 
krześle. Kilka dni wcześniej wręcz w nim zasnął. 

- Wezmę go - odparła i podniosła go z krzesła, posadziła sobie 

na kolanach i wytarła kaszę 

background image

z buzi. Głowa malucha oparła się o nią ciężko, a jego drobna 

rączka leżała na jej piersi, jak zawsze, kiedy robił się senny. 

Postanowiła zaczekać ze zmianą pieluszki, aż się wyśpi. Poza 

tym nie minęło duża czasu, jod kiedy był ostatnio przewijany. 

Położyła go ostrożnie w kołysce i owinęła szczelnie kołderką. 

Natychmiast  zassał  smoczek.  Jego  oczy  wyglądały  jak  małe 
szparki,  zanim  powieki  zamknęły  się  całkiem.  Nawet  nie 
musiała bujać kołyski. 

Postanowiła  pójść  na  górę  poszukać  Isaka  i  Jorgena. 

Pomyślała,  że  nie  mogli  wyjść  na  zewnątrz,  bo  wtedy 
zauważyłaby,  że  się  ubierają,  jo  ile  nie  wpadliby  na  pomysł, 
żeby  wyjść  na  dwór  bez  okryć.  Isak  mógłby  coś  podobnego 
wymyślić, był taki impulsywny, ale Jorgen był, przy odrobinę 
szczęścia, na tyle rozsądny, by się ubrać. 

Weszła  na  drugie  piętro  i  poszła  w  stronę  małego  okienka 

pośrodku korytarza, skąd mogła 

background image

wyjrzeć na podwórze. Chłopców również tam nie było. 
Szybko  przeszukała  wszystkie  pokoje,  kiedy  schodami 

wbiegła Malinę. - Pani Abelone! 

Abelone  pospieszyła  ku  szczytowi  schodów.  -Znalazłaś 

chłopców? 

Malinę  pokiwała  głową.  -  Są  w  gabinecie.  -Dziewczyna 

zamilkła,  zanim  zaczęła  mówić  dalej.  -  Myślę,  że  musi  pani 
przyjść sama i zobaczyć, pani Abelone. 

Malinę stała w drzwiach do gabinetu i czekała na nią. Abelone 

widziała po jej twarzy, że była załamana. 

Abelone zobaczyła ich od razu. 
Stali  zawstydzeni  za  dużym  biurkiem  i  czekali  na  nią.  Ich 

twarzach  pokryte  były  czarnymi  plamami,  ubrania  też  były 
poplamione - nawet na uszach mieli atrament. Ale nie to było 
najgorsze. 

Skąd wpadli na pomysł, żeby rozmazać atrament na pięknej 

bordowej tapecie? 

background image

-  Przepraszamy,  Abelone  -  powiedział  cicho  Jorgen,  a  jego 

brat prawie płakał. 

Westchnęła  głęboko.  Co  miała  na  to  powiedzieć?  Ojciec 

będzie wściekły i nie bez powodu. 

- Co wyście zrobili? - zaczęła, choć pytanie było głupie. Było 

wyraźnie  widać,  co  zmalowali.  Użyli  atramentu  ojca  do 
mazania po ścianie. 

Ale skąd, na Boga, wzięli taki pomysł? 
Jorgen  podniósł  na  nią  wzrok.  Chłopiec  wyglądał  na 

przerażonego,  więc  musiał zrozumieć,  że zrobili coś  złego.  - 
Rysowaliśmy - wydukał cicho. 

Abelone podeszła do nich powoli. Isak wciąż nic nie mówił, 

stał z pochyloną głową i gapił się w podłogę. 

Wskazała  na  czarną  mazaninę  na  ścianie.  -Ale  nie  możecie 

przecież  malować  po  ścianach

-  jej  głos  się  podniósł  i 

wiedziała, że chłopcy rozumieją, iż jest zła. Naprawdę zła. 

Jorgen również pochylił głowę i zobaczyła, 

background image

jak jego drobne ramiona zaczęły się trząść. Płakał i wiedziała, 

że było mu naprawdę przykro, ale chłopcy musieli zrozumieć, 
że to nie może się powtórzyć. 

-  Ojciec  nie  wróci  do  domu  z  Tonsbergu  wcześniej  niż  po 

południu.  Ale  jestem  pewna,  że  zechce  z  wami  o  tym 
porozmawiać.  Nabrała  powietrza.  Czy  było  z  jej  strony 
tchórzostwem  pozwolić  braciom  czekać  na  karę,  którą  im  z 
pewnością  wymierzy  ojciec?  Karą  samą  w  sobie  było 
chodzenie w strachu przed tym, co się miało stać. Pamiętała to 
dobrze z czasów, gdy była mała. 

Zwróciła  się  do  Malinę.  -  Malinę,  pomożesz  mi  ich  umyć? 

Będzie trzeba użyć bibuły, zanim ich wyszorujemy. Spojrzała 
bezradnie na tapetę. Z tym nie da się nic zrobić. 

Zaczęły wycierać atrament z palców chłopców. Obserwowała 

ich dziecięce twarze. Jej bracia byli tacy różni. Jorgen pociągał 
nosem i pła- 

background image

kał, ale Isak nie uronił ani jednej łzy. Miał zamiast tego ten 

zadziorny wyraz twarzy, który ostatnio tak często się u niego 
pojawiał. 

Isak  był  bardziej  przekorny  niż  Jorgen,  tak  było  już  od 

maleńkości. Isak płakał i był niespokojny, a Jorgen dużo spał i 
był zadowolony. Tak też pozostało. Isak potrafił poza tym być 
dość  trudny,  choć  był  taki  mały.  Być  może  miało  się  to 
poprawić z czasem. 

-  No,  uciekajcie  -  powiedziała,  kiedy  nie  dało  się  już  nic 

więcej wytrzeć. - Możecie pójść do pokoju i zaczekać, aż woda 
w balii będzie gotowa. A po kąpieli pójdziecie prosto do łóżka i 
zaczekacie tam do powrotu ojca. 

Chłopcy, jak dwa cienie, wybiegli z gabinetu, Malinę poszła 

nagrzać  wodę,  a  ona  sama  podeszła  do  tapety.  Stała 
przyglądając się temu, co z początku uznała za mazaninę, którą 
zazwyczaj  tworzyły  małe  dzieci  rysując.  Teraz  zobaczyła 
jednak coś, czego wcześniej nie zauważyła. 

background image

W  plątaninie  kresek  dostrzegła  coś  przypominającego 

krzyżyk. Przechyliła głowę. Nagle zrozumiała. To nie krzyżyk 
namalowali chłopcy, to był krzyż. 

Chłopcy namalowali płonący krzyż. 
Stąpała po swoich własnych śladach, kiedy szła z powrotem 

ścieżką  przez  ogród,  tak  głęboki  był  śnieg.  Krzaki  w 
zarośniętym ogrodzie uginały się pod zwałami śniegu, a kiedy 
zamknęła za sobą furtkę i spojrzała ponownie na szarą chatę, 
złapała się na rozmyślaniach, czy dach utrzyma ciężar śniegu 
przez całą zimę. Musiała wspomnieć o tym ojcu, żeby posłał 
któregoś z parobków, by go odśnieżył. 

Szła ścieżką w stronę drogi, a jej myśli błądziły. Jak to było 

być wiekowym i mieszkać samemu, tak jak pani Holte? Nikt 
nie życzył sobie tak 

background image

zakończyć życie. A jeśli stara kobieta przewróciłaby się i nikt 

nie  mógłby  jej  pomóc?  A  jeśli  stawała  się  na  starość  tak 
nieporadna, że nie mogła dłużej w stanie zająć się sama sobą? 

To  o  tym  mówił  tak  wiele  pastor  Munthe.  Chciał,  by  wieś 

miała  swój  własny  dom  opieki  dla  chorych,  starszych  osób, 
które  nie  miały  bliskiej  rodziny.  Najczęściej  ci  biedni  ludzie 
byli oddawani pod opiekę obcych, przesiedlani lub mieszkali w 
przytułku, gdzie byli pozostawiani sami sobie. 

Wiedziała,  że  stara  Holte  ucieszyła  się  z  jedzenia,  które  jej 

przyniosła,  ale  pomyślała  też,  że  traktowała  ona  niemal  jako 
oczywistość, iż ktoś przychodził do niej z jedzeniem. Możliwe, 
że  dostawała  jedzenie  również  od  innych.  Zauważyła,  że  na 
zaśmieconej  ladzie  kuchennej  stała  mała  miska  ciasteczek  i 
makaroników w kształcie gwiazdek, ale zielarka nie zapropo-
nowała jej nic poza kwaśną kawą. 

Sprawiała w każdym razie wrażenie zdrowej, 

background image

jak  stwierdziła,  choć  również  tym  razem  narzekała,  że  jest 

osłabiona. Musiała, co prawda, używać łaski, ale z jej umysłem 
i  językiem  było  wszystko  w  porządku.  Była  wręcz  na  tyle 
bezpośrednia,  żeby  zapytać  Abelone,  czy  znalazła  sobie 
nowego mężczyznę. Abelone zręcznie uniknęła odpowiedzi na 
jej  pytanie,  wiedząc  dobrze  o  tym,  jak  chętnie  pani  Holte 
zarobiłaby kilka ore za powróżenie jej z fusów z kawy. 

Otrzepała ubranie ze śniegu, kiedy wydostała się na szeroki 

gościniec.  Niemało  śniegu  spadło  w  trakcie  świąt,  a  teraz 
zaczęły  się  również  mrozy,  jak  zwykle  w  tygodniu  między 
świętami  a  Nowym  Rokiem.  Na  szczęście,  jak  zauważyła, 
staruszka miała zapas drewna, więc przynajmniej nie musiała 
marznąć. 

Zbliżała  się  do  Ladefoss,  kiedy  zauważyła  potężną,  ciemną 

postać  idącą  przez  kamienny  most.  Zwolniła  kroku,  ale 
wiedziała, że o ile nie zdecyduje się złożyć wizyty pastorowi 
Mun- 

background image

the lub pani Agnes, będzie zmuszona minąć się z Aslakiem 

Sorensenem, człowiekiem, który mieszkał w chatce w lasach 
Rosenlowe. 

Ostatnio  rozmawiała  z  nim,  kiedy  przyszedł  do  Gimle  po 

Shepa,  zdawał  się  być  wdzięczny  za  to,  że  zajęła  się 
zwierzęciem i pielęgnowała jego łapę. Ale potem nie widziała 
już ani psa, ani jego właściciela. 

Bardzo  polubiła  Shepa  przez  ten  krótki  czas,  kiedy  był  w 

Gimle, myślała nawet, że może będzie mogła go zatrzymać, ale 
wtedy pojawił się Sorensen i zażądał oddania psa. 

Wypatrywała  psa,  kiedy  mężczyzna  się  zbliżał,  ale  go  nie 

widziała. Serce zamarło w jej piersi. A może w ranę wdało się 
zakażenie? Potrzask zostawił mimo wszystko głębokie rany w 
łapie. Być może Sorensen go dobił? 

Szła dalej, choć nie podobało  się jej spotkanie sam na sam. 

Było  w  nim  coś,  co  ją  przerażało  i  chyba  nie  bez  powodu, 
zgodnie z tym, co mó- 

background image

wiono we wsi i co opowiadał jej ojciec. Zrozumiała z tego, że 

Sorensen był skory do używania pięści, a poza tym był zawsze 
skwaszony i mrukliwy. Do tego został skazany w Szwecji za 
morderstwo!  Ta  myśl  sprawiła,  że  ciarki  przebiegły  jej  po 
plecach.  Nie  rozumiała,  jak  taki  człowiek  może  chodzić  na 
wolności. Na szczęście nie spotykała go często. 

Sądziła, że musiał ją zauważyć, ale zdawał się nie patrzeć w 

jej kierunku. Patrzył  ponuro przed siebie i  szedł w jej stronę 
długim krokami. 

Czy  naprawdę  zamierzał  minąć  ją,  nie  witając  się  nawet? 

Uważała,  że  mógł  przynajmniej  powiedzieć  jej  jak  się  ma 
Shep.  Z  drugiej strony  nie  pragnęła  niczego  innego  jak  tylko 
pobiec do bezpiecznego domu, do Gimle. 

Ale dlaczego nie miał ze sobą Shepa? Była tak pewna, że pies 

był na dobrej drodze do wyzdrowienia, gdy Sorensen odbierał 
go przed świętami, ale może się myliła. 

background image

-  Panie  Sorensen!  -  zaskoczyła  siebie  samą,  kiedy  głośno 

wymówiła jego nazwisko. 

Drwal już ją minął, ale teraz zatrzymał się. Przez chwilę stał 

odwrócony  do  niej  plecami,  a  ona  poczuła,  jak  strach 
przeszywa ją do szpiku kości. Rozejrzała się szybko dookoła, 
ale nie było tam nikogo innego. 

Dlaczego po prostu nie poszła przed siebie? Teraz zauważyła 

również  kilka  zajęcy  przymocowanych  do  jego  torby.  Ich 
pokrwawione białe futerka przywiodły jej na myśl wnyki, które 
wcześniej tej zimy zostały rozstawione nielegalnie w lesie jej 
ojca. Ale w ostatnim czasie ani ojciec, ani Anders nie widzieli 
żadnych sideł. 

Sorensen  odwrócił  się  do  niej.  Brzeg  kapelusza  zasłaniał 

oczy, a czarna broda ukrywała większą część twarzy. 

Zebrała  się  na  odwagę  i  zrobiła  krok  w  jego  kierunku.  - 

Niechętnie pana opóźniam, panie 

 

background image

Sorensen,  ale  chciałam  tylko  spytać,  jak  się  ma  Shep  - 

powiedziała nieskładnie. 

Sorensen  nie  odpowiedział,  zagwizdał  tylko  krótko.  Shep, 

niczym błyskawica, przebiegł w tej samej chwili przez most. 

Abelone  roześmiała  się.  Skąd  się  wziął?  Wcześniej  go  nie 

widziała. Teraz tańczył wokół jej nóg machając ogonem. 

Schyliła się. Shep przysunął się do niej natychmiast i zaczął 

lizać ją z oddaniem po twarzy. 

- Tak, jesteś taki piękny - chwaliła go Abelone i głaskała po 

miękkim  futrze.  Shep  naprawdę  był  pięknym  psem.  -  Czy  z 
twoją łapą już dobrze? - spytała i podrapała go za uchem. 

Wydawało jej się, że Shep musiał zrozumieć, co powiedziała, 

bo  podniósł  łapę,  która  zakleszczyła  się  kiedyś  w  potrzasku. 
Wciąż widziała ślady po ranach. 

Abelone podniosła wzrok na Sorensena, który pokiwał głową. 

- Dobrze się pani zajęła She- 

background image

pem, pani Ladefoss. Łapa jest jak dawniej  - powiedział bez 

śladu serdeczności lub wdzięczności w głosie. 

Podniosła się, choć chętnie by dłużej głaskała Shepa. Sądziła, 

że pies też by sobie tego życzył, bo zaczął skamleć i próbował 
na nią wskoczyć. 

- Shep - powiedział ostro Sorensen. Pies skulił się i podbiegł 

do swojego pana. 

- Cieszę  się, że Shep wyzdrowiał -  odparła, ale widziała, że 

Sorensen nie miał zamiaru dłużej z nią rozmawiać, zaczął już 
iść dalej. 

Popatrzyła ostatni raz za psem, który również wodził za nią 

ślepiami.  Brązowe  psie  oczy  były  takie  mądre  i  chętnie 
zabrałaby go ze sobą do domu, ale zwierzę nie należało do niej. 

Zaczęła  ponownie  iść  w  kierunku  mostu,  usłyszała,  jak 

Sorensen ponownie gwiżdże na psa. Odwróciła się i zobaczyła, 
że Shep, który biegł za nią, zawrócił do swojego właściciela, 

background image

gdy Sorensen zagwizdał po raz kolejny, tym razem wyraźnie 

zniecierpliwiony. 

Westchnęła i szła dalej w kierunku Gimle. Wiedziała, że nie 

było sensu życzyć sobie własnego psa. Ojciec nie lubił psów i 
to on decydował. 

Kochała  swojego  ojca,  ale  potrafił  był  diabelnie  uparty  i 

zawzięty, a poza tym nie było wątpliwości co do tego, kto miał 
ostatnie słowo, jeśli zdarzały się jakaś rozbieżności. 

No  i  co  się  wydarzy  po  południu,  kiedy  ojciec  powróci  z 

Tonsbergu? 

Bała się, że jej dwaj młodsi bracia przekonają się o tym, jak 

surowy potrafił być ich ojciec. 

Zaprowadziła ojca do gabinetu. 
- Tu - powiedziała i wskazała na czarny atrament rozmazany 

na tapecie. Nie dawało się tego zmyć. 

background image

Twarz ojca pociemniała. - I obaj chłopcy to zrobili? 
Pokiwała głową. - Myślałam, że bawią się w salonie, ale oni 

przyszli tutaj. Czuła się tak malutka pod spojrzeniem ojca, choć 
wiedziała,  że  jej  nie  obwiniał.  Nie  dało  się  w  każdej  chwili 
przewidzieć,  gdzie  są  chłopcy  i  nawet  nie  przyszło  jej  do 
głowy, że mogliby wpaść na coś podobnego. - Obawiam się, że 
tapety  nie  da  się  uratować  -  ciągnęła  cicho.  -  Ale  jeśli 
przesuniemy tu niską komodę, to zakryje ona zniszczenia. 

Ojciec  odwrócił  się  do  niej.  Jego  twarz  była  sroga,  usta 

zacisnęły się i pobielały, jak zawsze, kiedy był zły. - Pójdziesz 
po chłopców? 

Pokiwała głową, ale serce ją bolało. 
Wiedziała, co czeka jej braci. 
Musiała prawie wypchnąć chłopców za drzwi. 

background image

-  Ojciec  na  was  czeka  -  upomniała  ich.  -  Musicie  się 

pospieszyć. 

- Ja nie chcę - łkał Jorgen. 
Próbowała  nie  pamiętać, jaka czekała  na  nich kara.  - Isaku, 

teraz  już  chodź.  Przywołała  do  siebie  ciemnowłosego  brata, 
zanim ten podszedł powolnym krokiem.  - Chodź, Isaku - po-
prosiła znowu. 

Popychała chłopców przed sobą korytarzem. Jorgen pociągał 

nosem i wyraźnie bał się tego, co miało nastąpić, ale Isak był 
spokojny. 

Chłopcy szli opornie w kierunku otwartych drzwi gabinetu. 
Musiała przełknąć ślinę, gdy zauważyła dyscyplinę leżącą na 

biurku ojca. 

Ojciec podniósł się z krzesła i skinął na nią głową. - Dziękuję, 

Abelone. 

Zrozumiała, że ojciec chciał zostać z chłopcami sam, chciała 

już wyjść, ale zapłakany Jorgen trzymał się jej kurczowo. 

background image

Spojrzała  zrozpaczona  na  ojca.  Czy  on  naprawdę  musiał  to 

robić? Chłopcy byli tacy mali i była pewna, że nie zamierzali 
nigdy więcej czegoś podobnego zrobić. 

-  Chcę  porozmawiać  z  chłopcami  na  osobności,  Abelone  - 

powiedział stanowczo ojciec. 

Nie  rozumiała  jak  ojciec  może  używać  dyscypliny.  Sama 

nigdy  tego  nie  doświadczyła,  ale  słyszała  o  wielu  dzieciach, 
które  dostały  dyscypliną  po  gołych  pośladkach.  Sądziła,  że 
najczęściej byli to chłopcy. 

Musiała  się  uwolnić  z  rąk  Jorgena,  serce  jej  krwawiło,  gdy 

patrzyła  w  napuchnięte,  przerażone  oczy,  błagające  ją  o 
pomoc. 

Spojrzała  ponownie  na  ojca,  już  chciała  wstawiać  się  za 

chłopcami,  ale  jego  ostrzegawcze  i  gniewne  spojrzenie 
sprawiło, że zamilkła. 

Byłoby niewłaściwe z jej strony, gdyby stawiała się ojcu przy 

chłopcach. 

Nie mogła zrobić nic innego, jak tylko wyjść. 

background image

Cisza w kuchni była przytłaczająca. Malinę i Sofie odniosły 

elegancki serwis do jadalni, a Bera i Abelone siedziały w ciszy 
przy  kuchennym  stole.  Mały  Erik  siedział  na  jej  kolanach  i 
bawił się drewnianym konikiem. 

Obie wiedziały, co ma się wydarzyć. 
Zebrało  jej  się  na  mdłości,  gdy  usłyszała  płacz  Jorgena. 

Najpierw  pełen  strachu,  rozpaczliwy  płacz,  kiedy  zrozumiał, 
co  się  miało  wydarzyć,  a  później  pisk,  gdy  ojciec  zaczął  go 
chłostać. 

Abelone zacisnęła powieki i przytuliła mocniej Małego Erika. 
Nie mogła ojcu zabronić karania własnych synów, ale Małego 

Erika nigdy nie miał prawa tknąć, niezależnie od tego, co złego 
mógł zrobić. 

Czuła, jak łzy cisną się do oczu, byli przecież tylko małymi 

dziećmi, jej braćmi. Starała się we 

background image

wszystkim traktować ich na równi z Małym Erikiem, tak aby 

tęsknota dzieci za matką nie była zbyt wielka. 

Ale  gdyby  matka  żyła,  Jorgen  i  Isak  nigdy  nie  zostaliby 

wychłostani. 

 

background image


 
Bolała  ją  szyja  i  całe  ramiona,  choć  siedziała  w  wygodnej 

pozycji.  Pan  Lothe  zazwyczaj  pozwalał  robić  przerwy,  ale 
teraz  wydawało  jej  się,  że  siedzi  tak  już  całą  wieczność,  być 
może był wciąż poirytowany tym, że przyszła spóźniona, choć 
czekając na nią pracował ad obrazem. 

Nie  mówił  również  nic,  był  głęboko  skoncentrowany  na 

swojej pracy, ale siedzenie w takiej ciszy było męczące. Miała 
taką ochotę na filiżankę kawy! 

Usłyszała  stąpnięcia  malarza.  Zauważyła,  że  czasem 

odchodził na kilka kroków, by obejrzeć 

background image

obraz z pewnej odległości. Poza tym miał zwyczaj nalewania 

sobie wina podczas pracy. 

Kącikiem oka spostrzegła, że odszedł w jeden z rogów pokoju 

i stał tam, przyglądając się jej. Jak zwykle czuła się niepewnie 
pod  jego  spojrzeniem,  nie  podobał  się  jej  sposób,  w  jaki  ją 
obserwował, tak jakby oceniał ją od stóp do głów. 

Teraz  podszedł  do  małego  stolika,  na  którym  stały  butelka 

wina i kieliszek. Bez słowa i oczywiście nie proponując jej nic 
-  jak  rozumiała,  musiała  za  wszelką  cenę  siedzieć  bez  ruchu 
-nalał wina do kieliszka. 

Siedziała, spoglądając przed siebie, wiedząc dobrze o tym, że 

wzrok malarza spoczywa na niej, kiedy popijał z kieliszka. 

Po pewnym czasie czuła się do tego stopnia niezręcznie, że 

postanowiła na niego spojrzeć. Było tak, jak podejrzewała: stał 
przyglądając się jej, z dłonią przy brodzie. 

background image

- Pani Bjerkely, muszę prosić, żeby siedziała pani spokojnie - 

upomniał ją. 

Popatrzyła ponownie przed siebie, powracając do tej pozycji, 

w jakiej powinna siedzieć, ale poczuła, że zaczyna się jej robić 
gorąco.  Za  kogo  on  się  właściwie  uważał?  Był  co  prawda 
zdolnym  artystą,  ale  potrafił  od  czasu  do  czasu  być  dość 
surowy, wręcz niegrzeczny. 

-  Zaczynam  być  zmęczona,  panie  Lothe  -wyjaśniła  i 

odwróciła  ponownie  głowę  w  jego  stronę.  -  Czy  możemy 
zrobić małą przerwę? 

Między jego brwiami pojawiła się zmarszczka poirytowania, 

ale  po  chwili  twarz  rozluźniła  mu  się  w  uśmiechu  i  odstawił 
kieliszek z winem. 

-  Oczywiście,  pani  Bjerkely,  jakie  to  niewrażliwe  z  mojej 

strony.  Kończymy  na  dziś,  ale  wrócę  jutro.  Sam  również 
jestem  wykończony,  nie  mogę  wydobyć  z  obrazu 
odpowiedniego światła. 

Podniosła się i posłała mu uśmiech, ale stara- 
 

background image

ła się na niego zbyt długo nie patrzeć. Jego spojrzenie było 

zawsze  takie  natarczywe,  a  nie  chciała  dać  mu  powodu,  by 
sobie coś wyobrażał. 

- Niech tak będzie, panie Lothe. 
Poszła do drzwi, ale zatrzymał ją głos artysty. - Nie chce pani 

spojrzeć na obraz, pani Bjerkely? - spytał i posłał jej figlarne 
spojrzenie. 

Postanowiła sobie, że nie będzie patrzeć na obraz, dopóki nie 

zostanie  ukończony,  choć  pan  Lothe  nie  miał  nic  przeciwko 
temu, by podglądała postępy jego pracy. 

-  Niedługo  będzie  gotowy  -  dodał  pan  Lothe.  -  Ale  chętnie 

usłyszę pani zdanie. 

Postanowiła popatrzeć, a poza tym była ciekawa. 
W  napięciu  spojrzała  na  obraz.  Zauważyła,  że  wzrok  pana 

Lothe utkwiony jest w jej twarzy. 

-  Jest  przepiękny,  panie  Lothe  -  oznajmiła  w  końcu.  I  nie 

przesadzała,  obraz  był  piękny.  Teraz  w  końcu  zrozumiała, 
dlaczego artysta na- 

background image

legał, by miała na sobie niebieską suknię. Sprawiała, że jasne, 

łagodne kolory stały się spójne. 

Spojrzała  na  niego  ze  zdziwieniem.  -  Ale  uważa  pan 

naprawdę, że nie jest jeszcze skończony? 

Pan  Lothe  podszedł  do  obrazu  i  zmrużył  oczy,  kiedy 

wskazywał  pędzlem.  -  Widzi  pani  tutaj?  Coś  jest  nie  tak  ze 
światłem, nie pada tak, jakbym chciał, a poza tym nie zdołałem 
również skończyć jasnych partii pani twarzy. 

Pokręciła głową i uśmiechnęła się. - Nie mogę zrozumieć, co 

ma pan na myśli, panie Lothe. Była zachwycona widząc, jak 
porządną  robotę  wykonał,  towarzyszyło  jej  również  uczucie 
dumy. 

Pan Lothe zrobił krok w jej kierunku, stał tuż przy jej plecach. 

Prawie  jej  dotykał.  -  Kiedy  obraz  będzie  gotowy,  zrozumie 
pani, o co mi chodzi - powiedział cicho. 

Poczuła  jego  oddech  na  swojej  szyi  i  odsunęła  się,  nie 

podobało jej się mieć go tak blisko 

background image

siebie. - Ale czy to naprawdę konieczne, żebym siedziała tu 

również jutro? - spytała sceptycznie. Nie wątpiła, że pan Lothe 
mógł skończyć obraz i bez jej obecności. 

Artysta  uśmiechnął  się  do  niej,  ale  w  jego  oczach  było  coś 

mrocznego.  -  Stracę  ogląd  całości  obrazu  jeśli  pani  tu  nie 
będzie siedzieć, pani Bjerkely - wyjaśnił. 

Pokiwała głową i otworzyła drzwi, choć nie podobał jej się 

jego drobny, pełen satysfakcji uśmieszek w kąciku ust. - Niech 
tak będzie, panie Lothe - odparła. 

Poczuła jego spojrzenie na swoich plecach, kiedy wychodziła. 

Czy on musiał tak na nią patrzeć? Wiedział przecież, że była 
zamężną kobietą. 

Zaśmiała się cicho pod nosem. Zauważyła, że pan Lothe był 

przystojny  i  nie  mogło  mu  być  przesadnie  trudno  zdobyć 
kobietę, ale musiał chyba rozumieć, że dla niej coś podobnego 
było nie do pomyślenia. 

background image

Miała nadzieję, że malarz szybko upora się z obrazem. 
Blanche  weszła  do  kuchni,  w  której  toczyły  się  żywe 

rozmowy i rozbrzmiewał śmiech. Najstarsze dziewczęta miały 
umyć szklanki i wazę do ponczu, które będą potrzebne na balu 
dziecięcym, w tym czasie kilku chłopców nakrywało do stołu. 
Zobaczyła,  że  Thorstein  był  wśród  pomagających  dzieci, 
razem  z  kilkoma  chłopcami  w  jego  wieku.  Na  szczęście 
wyglądał  jakby  zapomniał  o  niedawnych  wydarzeniach, 
zresztą  wiedziała,  że  lubił  pomagać  w  kuchni.  Dzieci,  kiedy 
przybywały do sierocińca, uczyły się tego szybko. 

Posłała uśmiech Signe. Stała przy piecyku i nalewała wody do 

zbiornika  przymocowanego  z  jego  boku.  Urządzenie  to 
zakupili przed świętami i teraz, kiedy zaczęli go używać, nie 
mo- 

background image

gła pojąć, jak radzili sobie przedtem bez niego. Zbiornik miał 

z przodu mały kranik, dzięki czemu mogli korzystać z wody 
według potrzeb. W ten sposób nie potrzebowali ciągle gotować 
wody.  Dopóki  w  piecu  było  napalone,  mieli  również  ciepłą 
wodę. 

Signe wytarła dłonie i podeszła do niej. - Przygotujemy na bal 

coś poza ponczem? - spytała. 

Blanche  pokręciła  głową.  Wdowa  Archer,  matka  nowego 

właściciela  Rosenlowe  nalegała,  by  to  ona  wraz  z 
przyjaciółkami  odpowiadała  za  przygotowania,  także  za 
jedzenie.  -  Wdowa  Archer  powiedziała,  że  nie  będziemy 
musiały  myśleć  o  niczym,  poza  ponczem  -  odparła.  Poncz 
oczywiście  musiał  być  bez  spirytusu,  a  Signe  znała  dobry 
przepis  na  poncz  z  pomarańczami  i  cytrynami,  który  -  miała 
nadzieję - dzieci polubią. 

Signe  pokiwała  głową.  -  Kupiłam  wszystko,  co  potrzebne 

wcześniej. 

background image

W tej samej przerwał im chwili dźwięk upadającej na ziemię 

szklanki. 

- Och, pani Bjerkely, tak mi przykro! - jedna z dziewczynek 

prawie  się  rozpłakała,  gdy  jedna  ze  szklanek  nieszczęśliwie 
wypadła jej na podłogę. 

Blanche pokręciła głową i uśmiechnęła się. -To był wypadek, 

nie myśl o tym. 

Ale  jej  uwagę  przyciągnęło  coś  innego.  Wszystkie  dzieci 

zatrzymały  się,  kiedy  szklanka  upadła  na  podłogę,  ale 
Thorstein  nie.  Kontynuował  nakrywanie  do  stołu,  nie 
przejmując się rozbitą szklanką. 

-  Thorsteinie,  uważaj  żeby  nie  wejść  w  rozbite  szkło  - 

ostrzegła  go  Blanche.  Zaczynał  właśnie  obchodzić  stół, 
dokładnie tam, gdzie leżały kawałki szkła. 

Signe zdołała go w porę zatrzymać. 
Chłopiec zmieszany podniósł wzrok na gospodynię. - Prawie 

wszedłeś  na  rozbitą  szklankę  -  wyjaśniła  Signe  i  wskazała 
palcem. 

background image

Thorstein  spojrzał  zaskoczony  na  kawałki  szkła.  Zupełnie 

jakby dopiero teraz je zauważył. 

Blanche naszła nagle pewna myśl. 
Podeszła do Thorsteina i pochyliła się do niego. - Thorsteinie? 

-  spojrzał  jej  w  oczy  ale  nie  odpowiedział.  W  jego  wielkich, 
niebieskich oczach było zmieszanie, tak jak nieraz wcześniej. - 
Chcę, żebyś poszedł ze mną do salonu - poprosiła. 

Chłopiec  nie  odpowiedział,  ale  kiedy  skinęła  na  niego, 

poszedł za nią. 

Uśmiechnęła się do niego zachęcająco, gdy weszli do salonu. 

-  Usiądźmy  tutaj  -  powiedziała  i  wskazała  mu  kanapę. 
Thorstein podszedł do niej powoli i usadowił się na samym jej 
brzegu. Widziała, że się bał tego, co mu powie. 

- Chciałabym, żebyśmy się w coś pobawili -zaczęła. 
Thorstein podniósł na nią wzrok, jego dłonie spoczywały na 

kolanach, a plecy miał wyprosto- 

background image

wane. Został dobrze wychowany przez Angel-stenów, mimo 

że  małżeństwo  było  wyjątkowo  surowe.  Czasem  myślała,  że 
dzieci tak surowo wychowywane stawały się przez to lękliwe, 
tak jak wyglądał często Thorstein. 

-  Powiem  słowo,  a  ty  je  po  mnie  powtórzysz.  Uśmiechnęła 

się. - Chcesz? 

Chłopiec pokiwał lekko głową. 
- Pomarańcza - powiedziała głośno i wyraźnie i zauważyła, że 

Thorstein przygląda się jej ustom. 

- Pomarańcza - odpowiedział cicho. 
Pokiwała głową z uśmiechem. - Pięknie. Zaczekała, aż dzieci 

za  drzwiami  sobie  pójdą.  -Jabłko  -  ciągnęła,  wciąż 
podniesionym głosem. 

Zauważyła,  że  znowu  stało  się  to  samo.  Wzrok  Thorsteina 

spoczywał na jej ustach. 

- Jabłko - odparł, a twarz mu się rozjaśniła. Przełknęła ślinę. 

Była zmuszona to zrobić. - 

Koc - powiedziała ciszej. 

background image

Na  twarzy  Thorsteina  pojawiła  się  wątpliwość.  -  Noc?  - 

odpowiedział niepewnie. 

-  Prawie  -  odparła  i  pokiwała  głową.  -  Powiedziałam  kot. 

Skuliła się widząc, jak drobne ramiona chłopca opadły. 

Położyła  dłoń  na  jego  ramieniu.  -  A  teraz  powiem  ostatnie 

słowo.  Odczekała  chwilę,  zobaczyła  jak  skoncentrowany  był 
Thorstein. Zadbała o to, by podrapać się pod nosem, tak żeby 
chłopiec nie widział jej ust. - Thorstein. 

Zobaczyła,  jak  jego  wargi  zadrżały,  na  twarzy  pojawiła  się 

rozpacz, a oczy błyszczały. 

Pospiesznie  wzięła  go  na  kolana  i  przytuliła  do  siebie.  Nie 

sądziła,  że  Thorstein  jest  głuchy,  ale  z  pewnością  był 
niedosłyszący.  -  Czy  ktoś  ci  powiedział,  że  źle  słyszysz?  - 
spytała głośno i wyraźnie, tak żeby mógł widzieć jej usta. 

Thorstein pokręcił powoli głową. 
Blanche pogładziła go po policzku. - Myślę, że masz zły słuch 

- powtórzyła. - Nie sły- 

background image

szałeś jak szklanka upadła na podłogę, prawda? 
Thorstein  ponownie  pokręcił  głową.  A  więc  było  tak,  jak 

myślała. Thorstein musiał słyszeć coś, ale niewiele. To dlatego 
zachowywał  się  inaczej  niż  reszta  dzieci,  bo  nie  słyszał 
wszystkiego, co mówiono. 

-  Jest  mi  łatwiej,  kiedy  patrzę  na  usta  tego,  kto  mówi  - 

powiedział powoli Thorstein. 

Blanche  uśmiechnęła  się  do  niego,  ale  czuła,  jak  do  oczu 

napływają  jej  łzy.  Thorstein  rzadko  mówił  tak  wiele.  - 
Poprosimy  doktora,  żeby  cię  obejrzał  -wyjaśniła.  -  Może 
będzie mógł ci pomóc. 

Ponownie  zauważyła,  że  chłopiec  śledzi  jej  usta.  Jak  on  to 

robił? Nie mógł chyba rozumieć tylko przez obserwowanie jej 
warg? A może jednak słyszał trochę, a patrzenie na usta mu po-
magało? 

Na twarzy Thorsteina pojawił się uśmiech. -Tak myślisz? 

background image

Blanche  zmusiła  się  do  uśmiechu.  -  Mam  nadzieję  - 

powiedziała po chwili wahania. 

Thorstein zsunął się z jej kolan i pospieszył do kuchni, gdzie 

przyszedł teraz również Hogne. 

Miała  nadzieję,  że  ma  rację  i  że  doktor  może  pomóc 

Thorsteinowi. A jeśli nie będzie mógł? Jeśli nie da się zrobić 
nic, żeby lepiej słyszał? 

Co w takiej sytuacji z nim się stanie? 
Poczuła skurcze w brzuchu. A gdy zacznie naukę w szkole? 

Jak  ma  się  nauczyć  pisać  i  czytać?  Jak  miała  wyglądać  jego 
przyszłość? 

Helenę Augusta wbiegła w tym samym momencie do salonu, 

ciemne loki tańczyły wokół jej drobnej jak u laleczki twarzy. 

-  Mamo,  będziemy  jeść!  -  słowa  zabrzmiały  głośno  i 

wyraźnie, choć dopiero latem miała skończyć trzy lata. 

Blanche  wzięła  ją  na  kolana  i  przytuliła  mocno,  ale  córka 

najwyraźniej miała inne plany, bo 

background image

wyrwała się pospiesznie i pobiegła z powrotem do kuchni. 
Blanche siedziała patrząc za nią. 
A  gdyby  to  Helenę  Augusta  źle  słyszała?  Jeśli  to  życie  jej 

córki  tak  by  wyglądało,  że  to  ona  musiałaby  spędzić  swoje 
pierwsze lata życia w Angelsten, tak jak Thorstein? 

Podniosła  się.  Nie  mogła  tak  myśleć,  to  było  zbyt  bolesne. 

Było  wiele  dzieci,  które  nie  miały  rodziców  i  wiele  dzieci, 
którym nie było dobrze. 

Nie mogła uczynić więcej, niż już robiła. 
Bolało  ją  to,  że  Thorstein  źle  słyszał,  ale  nie  mogła  nic 

poradzić radości, iż nie dotyczy to Helenę Augusty. 

Czy to było złe z jej strony, że tak myślała? Czy to źle, że nie 

czuła tego samego, co czułaby matka? 

Czy  ktoś  był  w  stanie  zastąpić  tę  matkę,  którą  dziecko 

straciło? 

Sięgnęła pamięcią do swojego dzieciństwa 

background image

i  dorastania  bez  matki.  Miała,  co  prawda,  ojca,  ale  on  był 

ciągle w podróży i nie był ani specjalnie czuły, ani szczególnie 
nią zainteresowany. 

Czy ktokolwiek mógł zająć miejsce matki? 
Uważała,  że  ciotka  Louise  z  Gimle  była  najbliższą  osobą, 

która  przypominała  matkę.  Zawsze  była  miła  i  opiekuńcza  i 
zarówno  ona,  jak  i  wuj,  bez  przerwy  przyjmowali  ją  z 
otwartymi  ramionami.  Poza  tym  Blanche  miała  wiele  miłych 
guwernantek, które same nie miały dzieci. 

Poszła do kuchni, gdzie dzieci zgromadziły się wokół stołu. 

Córka  śmiała  się  z  czegoś,  co  powiedziała  jedna  z 
dziewczynek,  a  reszta  dzieci  rozmawiała  ze  sobą  żywo. 
Thorstein stał z boku przy drzwiach i patrzył na innych. Nikt z 
nim nie rozmawiał i nikt zdawał się również nie zwracać uwagi 
na to, że stał sam. Również Hogne, który rozmawiał z innymi 
chłopcami,  pomimo  opiekuńczego  zazwyczaj  stosunku  do 
brata. 

background image

Poczuła  ból  w  piersi,  kiedy  zauważyła  zranione  spojrzenie 

małego chłopca. 

Podeszła  do  niego  prędko.  }ego  twarz  rozjaśniła  się  lekko, 

gdy pomogła znaleźć mu jego miejsce. 

Thorstein  nigdy  nie  doświadczył,  jak  to  było  mieć  matkę, 

która  się  o  niego  troszczy,  tak  jak  tylko  matka  potrafi,  ale 
mogła przynajmniej zrobić wszystko, co w jej mocy, aby mimo 
wszystko  było  mu  dobrze  i  aby  czuł,  że  ktoś  się  o  niego 
troszczy i go kocha. 

Skierowała wzrok w stronę pozostałych dzieci. Niektóre były 

wesołe,  inne  zamyślone,  a  jeszcze  inne  zainteresowane 
najbardziej przygotowanym dla nich jedzeniem. 

Wspólne  było  dla  nich  to,  że  nie  mieli  rodziców,  którzy 

mogliby się nimi zająć - bo nie mogli, nie chcieli lub nie żyli. 

Nie wiedziała, co było gorsze. Uważała, że nie było większej 

zdrady  niż  to,  że  nie  kochało  się  własnego  dziecka.  Dla 
niektórych rodziców po- 

background image

siadanie dzieci było ciężarem, ale czy mogła ich obwiniać? W 

biednych  rodzinach  potomstwo  bywało  liczne  i  do 
wykarmienia było wiele osób. Może łatwiej było dzieciom bez 
matek?  Niektóre  swoich  matek  nawet  nie  pamiętały,  ale  to 
musiało być lepsze niż świadomość, że matka ich nie chciała. 

Wokół  stołu  zapanował  spokój,  dzieci  złożyły  dłonie  i 

pochyliły głowy. 

-  Ojcze  Nasz,  któryś  jest  w  niebie,  święć  się  imię  Twoje, 

przyjdź królestwo Twoje, bądź wola Twoja, jako w niebie tak i 
na  ziemi;  chleba  naszego  powszedniego  daj  nam  dzisiaj;  i 
odpuść  nam  nasze  winy,  jako  i  my  odpuszczamy  naszym  wi-
nowajcom;  i  nie  wódź  nas  na  pokuszenie,  ale  nas  zbaw  ode 
złego.  Albowiem  Twoje  jest  królestwo,  potęga  i  chwała  na 
wieki. Amen. 

Spojrzała w kierunku Thorsteina, który ładnie złożył dłonie. 

Widziała,  że  jego  usta  się  poruszają,  ale  nie  wiedziała  czy 
odmawia modlitwę. 

background image

Zamierzała zrobić dla chłopca wszystko, co mogła. Słyszała, 

że istniały specjalne szkoły dla głuchych dzieci, ale na razie nie 
potrzebowali  myśleć  o  niczym  takim.  Najważniejszym  było 
teraz spróbować pomóc Thorsteinowi, by mógł lepiej słyszeć, 
co się do niego mówiło i co się wokół niego działo. 

Popatrzyła na Helenę Augustę; jej wesoły, beztroski śmiech 

zagłuszał rozmowy innych dzieci. 

Nagle  poczuła  ogromną  wdzięczność  za  to,  o  czym  rzadko 

myślała, ale co nie było oczywistością. 

Dziękuję Panie nasz, że dałeś mi zdrowe dziecko. 

background image


 
Abelone  otuliła  porządnie  kołdrą  Jorgena  i  Isaka.  Oczy 

Jorgena były 

wciąż napuchnięte od płaczu, a na  jego twarzy pojawiła się 

czerwona wysypka, tak jak zawsze, gdy długo płakał. 

Pogłaskała go ostrożnie po policzku. - Teraz już lepiej? 
Kąciki  ust  brata  powędrowały  do  dołu  i  zobaczyła,  że  jego 

oczy ponownie połyskują. - Już nigdy nie będę zły - wydukał 
cienkim głosem. 

Pokręciła  głową  i  pogładziła  go  po  czole.  Jego  włosy  były 

wilgotne. - Wiem, że nie będziesz. 

Nie uważała, że chłopcy malowali po ścianie, 
 

background image

bo chcieli być źli. Byli nierozważni, chodź sądziła, iż musieli 

rozumieć, że robili coś złego. 

Rzuciła  okiem  na  Isaka,  który  leżał  odwrócony  plecami  do 

niej. - Isaku? - spytała cicho. On również płakał, gdy Aksel go 
chłostał, ale kiedy ojciec poprosił ją, by położyła chłopców do 
łóżka, otarł łzy i spojrzał na niego walecznie. 

Isak nie odpowiadał, więc naciągnęła po prostu kołdrę na jego 

drobne  ramiona.  -  Śpij  dobrze,  Isaku  -  powiedziała  cicho  i 
pogładziła dłonią jego ciemnowłosą głowę. 

Uśmiechnęła  się  do  Jorgena  i  pogłaskała  go  ponownie  po 

policzku.  -  Ty  też  śpij  dobrze.  Ojciec  zdecydował,  żeby 
chłopcy poszli tego dnia wcześnie do łóżka, była to część kary. 
-  Jutro  będzie  nowy  dzień  -  spróbowała  powiedzieć  po-
cieszająco. 

Jorgen powiódł za nią wzrokiem, kiedy wstała i wzięła do ręki 

lichtarzyk. 

background image

-  Nie  chcę,  żeby  ojciec  znowu  tak  zrobił  -  powiedział  i 

spojrzał na nią. 

Nie wiedziała, co ma mu odpowiedzieć. Nie mogła obiecać, 

że  ojciec  już  nigdy  chłopców  nie  ukarze,  wręcz  przeciwnie. 
Wiedziała,  że  nie  zawahałby  się  sięgnąć  ponownie  po 
dyscyplinę, gdyby nie zachowywali się jak trzeba. 

-  Wiesz,  ojciec  chce,  żebyście  się  ładnie  zachowywali  - 

odpowiedziała.  -  I  musisz  też  pamiętać,  że  ojciec  wcale  nie 
chce was karać. 

Jorgen  spojrzał  na  nią  zdziwiony.  -  Ale  dlaczego  w  takim 

razie to zrobił? 

Rozumiała, że to może być trudne do ogarnięcia przez małego 

chłopca.  -  Bo  nie  chce,  żebyście  zrobili  kiedykolwiek  coś 
podobnego -próbowała wytłumaczyć. 

Jorgen  pokręcił  głową.  -  Nigdy  więcej  nie  będę  zły  - 

powtórzył. 

Abelone uśmiechnęła się do niego. - Wiem, że nie będziesz, 

ale teraz musisz już spać. Pode- 

background image

szła do drzwi i położyła dłoń na klamce. - Dobranoc. 
Wyszła  z  pokoju  dziecięcego  i  zamknęła  za  sobą  ostrożnie 

drzwi. To był bolesny dzień dla jej braci, ale miała nadzieję, że 
to, co się wydarzyło sprawi, że następnym razem się zastano-
wią. 

Wiedziała, że ojciec nie karał ich z lekkim sercem. 
Abelone  wsunęła  się  głębiej  pod  owczą  skórę  w  saniach. 

Zrobił się późny wieczór, ale przyjęcie w Kleivan było miłe. 
Nie  mogła  uczestniczyć  w  tańcach,  ale  ojciec  uznał,  że  w 
świątecznym przyjęciu w Kleivan może wziąć udział. Każdego 
roku mieszkańcy tamtejszego gospodarstwa zapraszali swoich 
najbliższych sąsiadów na kawę i ciastka. 

background image

- Wiatr jest dzisiaj dokuczliwy - narzekał ojciec. - Poza tym 

zanosi się na więcej śniegu. 

Spojrzała  na  niego  krzywo.  Nie  wspomniał  ani  słowem  o 

ukaraniu bliźniaków, ale tego wieczoru był wyjątkowo cichy, 
choć zwykle był towarzyski. 

Była zadowolona, choć również myślała o chłopcach. Zawsze 

było miło spotykać kogoś spoza gospodarstwa, a ponieważ nie 
mogła brać udziału we wszystkich tanecznych przyjęciach we 
wsi, cieszyła się na ten wieczór. W całym roku było tak wiele 
zwykłych  dni  i  tak  wiele  pracy,  Więc  święta  były  czasem,  z 
którego zawsze się cieszyła. 

Siedziała pogrążona w myślach, kiedy Hilmar nagle ściągnął 

lejce. 

Wyjrzała  w  mrok,  ale  nie  mogła  pojąć  dlaczego  sanie  się 

zatrzymały. 

Woźnica obrócił się do nich. - Panie Gimle, wydawało mi się 

przez chwilę, że wypiłem dzisiaj 

background image

o jedną kolejkę za dużo, ale moje oczy mnie nie mylą. Wstał z 

kozła  i  wyciągnął  rękę.  Przyodzianą  w  rękawicę  dłonią 
wskazywał miejsce tuż przed saniami. - Ktoś siedzi na skraju 
drogi, ubrany jedynie  w koszulę i  cienkie  spodnie, z  tego co 
widzę. 

Abelone i ojciec poderwali się i zeskoczyli z sań. 
- Gdzie go widziałeś? - spytał ojciec i postąpił kilka kroków 

naprzód.  Trudno  było  coś  zobaczyć  w  tej  czarnej  jak  smoła 
nocy. 

Hilmar zdjął z sań jedną z pochodni i poszedł dalej drogą. - 

Tutaj siedzi! - zawołał i uniósł łuczywo. 

W  jego  świetle  ujrzeli  ukrytego  za  wielkim  świerkiem 

skulonego  mężczyznę  siedzącego  na  kamieniu,  lekko 
ubranego, tak jak powiedział Hilmar. Gdyby nie jasna koszula, 
nie  dałoby  się  go  wypatrzyć  w  ciemnościach.  Objął  się 
ramionami,  plecy  miał  zgarbione,  tak  jakby  próbował  się 
ukryć. Długa broda sięgała mu do pasa. Miał na 

background image

szczęście  buty  na  nogach,  ale  mimo  to  nietrudno  było  się 

domyślić, jak musiał być przemarznięty. 

-  Boże,  mój  Stwórco  -  powiedział  cicho  ojciec,  zanim 

doskoczył do mężczyzny. Abelone stała w miejscu. Postać na 
kamieniu siedziała tak spokojnie. 

Czy to mógł być... 
Wstrzymała  oddech,  gdy  ojciec  podchodził  do  skulonej 

postaci i położył dłoń na jej ramieniu. 

Mężczyzna nie poruszył się. Ojciec nachylił się i chwycił go 

mocniej za ramię. 

Abelone  odetchnęła,  kiedy  lekko  podniósł  głowę. 

Przynajmniej  nie  był  martwy,  bo  przez  chwilę  sądziła,  że 
pewnie zamarzł. 

Poza  tym  rozpoznawała  go  już.  To  był  stary,  niedołężny 

ojciec zarządcy z Ladefoss, pan Tunsberg. 

Nie po raz pierwszy starszy mężczyzna wy- 

background image

mknął się ze swojego domu. Wcześniej tej zimy przeraził ją 

do  nieprzytomności,  gdy  pojawił  się  w  środku  nocy  w  jej 
pokoju.  Widziała  go  również  wcześniej  w  Gimle,  a  Greger 
wielokrotnie przepraszał za jego zachowanie. 

Teraz  najwyraźniej  ojciec  Gregera  był  na  jednej  ze  swoich 

wypraw i tym razem mogło się to skończyć tak, jak się niegdyś 
obawiali. Mógł zginąć, gdyby nie Hilmar. 

Podeszła  pospiesznie  do  ojca  i  woźnicy,  którzy  razem 

dźwignęli  pana  Tunsberga  na  nogi.  Jego  pokrzywione  ciało 
wisiało pomiędzy nimi, gdy nieśli go do sań. 

Abelone  posłała  ojcu  zmartwione  spojrzenie.  Aksel  zdjął  z 

siebie gruby, futrzany płaszcz i założył go na ramiona starego 
człowieka. 

- Naciągnę na siebie skórę - powiedział ojciec, kiedy zdołali 

wsadzić pana Tunsberga do sań i otulili go futrami. 

Abelone i ojciec siedli po obu jego stronach, 

background image

dzwonki zadzwoniły, gdy woźnica strzelił ponownie biczem 

w powietrzu nad grzbietem konia. 

- Zabierzemy pana teraz do domu, panie Tunsberg - zapewnił 

ojciec.  -  Nie  może  pan  chodzić  po  tym  mrozie  bez 
odpowiedniego ubrania. 

Starszy człowiek zniknął niemal w futrze ojca i pod skórami, 

ale  Abelone  wydawało  się,  że  usłyszała,  że  mężczyzna  coś 
mówi. 

- Co pan powiedział, panie Tunsberg? - spytała i nachyliła się 

do niego. 

- Gimle - usłyszała jego cichy, drżący głos. 
Abelone nie rozumiała. - Co ma pan na myśli? Spojrzała w 

stare,  smutne  oczy  pana  Tunsberga.  Widziała,  że  jego  usta 
drżały. 

- Pan Gimle - powiedział mężczyzna jakby z trudem. 
Pokiwała głową, choć nie była pewna, co chciał powiedzieć. - 

Tak, mój ojciec nazywa się Gimle. Aksel Gimle. 

Hilmar wprowadził sanie na podwórze małe- 

background image

go  gospodarstwa,  w  którym  pan  Tunsberg  mieszkał  wraz  z 

synem.  Abelone  pomyślała,  że  pastor  Munthe  dobrze  dbał  o 
swojego  zarządcę.  Zarówno  główny  budynek,  jak  i 
przylegające  zabudowania  były  większe  niż  w  większości 
posesji dzierżawców we wsi, a ziemia była dobra do uprawy. 
Zarządca nie miał jednak, poza koniem, żadnych zwierząt. 

- W oknach jest ciemno - stwierdziła Abelone, kiedy Hilmar 

wstrzymał konia. 

-  Nie  będzie  dobrze,  jeśli  Gregera  nie  ma  w  domu,  musimy 

ogrzać  tego  człowieka  -  odparł  ojciec  i  pomógł  panu 
Tunsbergowi wysiąść z sań. 

Podeszła  żwawo  do  drzwi  i  zapukała  głośno,  ale  nikt  nie 

otworzył. Być może Greger położył się już spać i nie zauważył, 
że starzec wyszedł? 

Uchyliła drzwi i wsunęła głowę do środka. 
- Czy ktoś tu jest? - powiedziała głośno i zaczekała, ale nikt 

się nie odezwał. 

Ojciec 

Hilmar 

podtrzymywali 

pana 

Tunsberga 

podprowadzając go do drzwi, a ona była 

background image

zmuszona  znaleźć  świecę  albo  lampę,  żeby  mogli  coś 

zobaczyć w ciemnościach. 

Szła  po  omacku  przez  korytarz  ku  pomieszczeniu,  które  jej 

zdaniem  musiało  być  kuchnią.  Najpierw  musiała  odnaleźć 
zapałki. 

Weszła do małej kuchni. Było ciemno, ale mimo to dostrzegła 

stół, który stał przy oknie oraz dwa krzesła. Po lewej stronie 
była  lada  kuchenna  i  stare  palenisko.  Piec  powinien  być  w 
pobliżu, pomyślała i poszła po omacku dalej. 

Miała rację. Piec stał po drugiej stronie paleniska i dokładnie 

tak, jak miała nadzieję, na jego brzegu leżała paczka zapałek. 
Na stole dostrzegła świecę. 

Zapaliła  zapałkę  i  zaświeciła  łojówkę.  Kuchnię  wypełniło 

natychmiast złotawe, ciepłe światło. 

Ojciec podprowadził pana Tunsberga do samego stołu, przy 

którym  stary  mężczyzna  usiadł.  Widziała,  że  drżał,  pomimo 
futra, które miał na sobie. 

background image

- Napalę w piecu - powiedziała i zaczęła w pośpiechu szukać 

papieru  i  drewna.  Podobnie  jak  w  całej  kuchni,  wokół  pieca 
również był porządek, więc drewno na rozpałkę i papier leżały 
na wierzchu. 

Zauważyła, że piec wciąż był ciepły, ale w popiele nie było 

zbyt wiele żaru. Płomienie obudziły się wkrótce do życia. 

- Ma pan może ochotę na filiżankę kawy żeby się  rozgrzać, 

panie Tunsberg? - spytała Abelone. 

Staruszek  pokiwał  głową  nie  patrząc  na  nią  ani  nie 

odpowiadając. Siedział skulony na krześle i wpatrywał się w 
blat stołu. 

Abelone nastawiła dzbanek z kawą. Czy mężczyzna zgubił się 

w  ciemnościach?  I  czy  coś  się  wydarzyło,  skoro  wyszedł  na 
zewnątrz tak lekko ubrany? 

Podszedł  do  niej  ojciec,  a  Hilmar  starał  się  nakłonić  pana 

Tunsberga do mówienia. 

background image

-  Matka  również  taka  była  pod  koniec,  pamiętasz?  - 

powiedział do niej cicho. 

Abelone  pokiwała  głową.  -  Mam  nadzieję,  że  się  nie 

przeziębił. 

Ojciec  pokręcił  głową.  -  Nie  sądzę,  nie  wygląda  na 

przemarzniętego. 

Abelone  podeszła  do  pana  Tunsberga.  Jego  dłonie 

spoczywały  na  stole.  Duże,  szerokie  dłonie  z  wystającymi 
żyłami i pomarszczoną, wiotką skórą. Paznokcie były długie i 
miały żółte plamy. Było od niego czuć, ale nie brudem. Pach-
niał tak, jak pachnieli zwykle starsi ludzie, nieco intensywnie, a 
poza tym czuła od niego wyraźny zapach fajki. Ojciec również 
palił fajkę, ale nie pachniał w ten sposób. 

Abelone  położyła  ostrożnie  swoją  dłoń  na  jego  dłoni.  Była 

zimna. - Wciąż jest pan zmarznięty? 

Pan Tunsberg podniósł głowę i spojrzał na nią. W jego oczach 

była pustka, tak jakby nie ro- 

background image

zumiał, co powiedziała ani kim była. Pomyślała, że być może 

wręcz nie pojmował gdzie się znajduje, choć był to jego dom. 

Czy rozumiał, że był zdezorientowany? Nie była pewna, ale 

nietrudno było zobaczyć, że czuł się zrozpaczony. W starych 
oczach widać było smutek i bezradność. 

Mężczyzna  nie  odpowiedział,  a  ona  zadowoliła  się 

powiedzeniem, że kawa za chwilę będzie gotowa. 

-  A  jeśli  pan  Langaard  nie  wróci  dzisiaj  do  domu?  -  spytał 

Hilmar, nie ukrywając, że chętnie wróciłby do Gimle. 

Aksel pokręcił głową. - To by mnie zdziwiło. Greger dobrze 

się opiekuje swoim ojcem. Wie, że nie może być długo sam. 

Woźnica  westchnął  cicho.  -  On  w  ogóle  nie  powinien  być 

sam. Gdybym go nie zauważył, byłby martwy przed końcem 
nocy. 

Abelone spojrzała na pana Tunsberga. Zaczął 

background image

się teraz kołysać powoli w przód i w tył. Posłała Hilmarowi 

ostrzegawcze  spojrzenie.  Być  może  ojciec  Gregera  rozumiał 
więcej, niż podejrzewali. 

- O, proszę, kawa jest już gotowa - próbowała powiedzieć z 

uśmiechem w głosie, gdy mężczyźni siadali. 

Wokół stołu panowała cisza, kiedy Abelone parzyła kawę. 
- Ptaki. 
Odwróciła się w stronę mężczyzn. Pan Tunsberg do tej pory 

nie otwierał ust. 

- Ptaki - powtórzył z nieco większą siłą w głosie. 
Abelone wymieniła z ojcem spojrzenia. Wiedzieli oboje jak 

bardzo  ten  stary  człowiek  interesował  się  ptakami.  Złośliwi 
twierdzili, że był nimi niemal opętany. Nie bez powodu był we 
wsi nazywany Człowiekiem-Ptakiem. 

- Teraz jest noc - powiedziała ostrożnie, ale za- 

background image

milkła,  kiedy  pan  Tunsberg  spojrzał  na  nią.  Miał  ten  sam 

wzrok jak wtedy, gdy przestraszył ją tamtej nocy, kiedy ujrzała 
go  w  swoim  pokoju.  Coś  się  zmieniło  w  jego  twarzy. 
Zagubiony,  zdezorientowany  wyraz  zniknął,  spojrzenie  stało 
się bystre. 

-  Sowy  to  nocne  ptaki,  polują  nocą  -  powiedział  wyraźnym 

głosem  i  podniósł  się,  ale  wciąż  musiał  być  wyczerpany  po 
nocnej tułaczce, bo musiał się przytrzymać krzesła. 

-  Niech  pan  usiądzie,  panie  Tunsberg  -  poprosiła  Abelone  - 

żeby pan nie upadł. 

Mężczyzna pokręcił zdecydowanie głową. -Ptaki, muszę się 

zająć ptakami. 

Abelone  spojrzała  bezradnie  na  ojca,  który  wstał  i  położył 

dłoń na ramieniu mężczyzny. 

-  Niech  pan  usiądzie  panie  Tunsberg.  Może  się  pan  zająć 

ptakami wcześnie rano. 

Pan  Tunsberg,  który  sprawiał  wrażenie  bezbronnego, 

starszego 

człowieka, 

nagle 

zaczął 

wyglądać 

na 

zdenerwowanego. - Nie dałem dzisiaj 

background image

ptakom  jeść.  One  muszą  jeść.  Twarz  ściągnęła  mu  się,  a 

krzaczaste brwi zmarszczyły. 

Hilmar  odsunął  krzesło.  -  Panie  Tunsberg,  jeśli  mogę  tak 

powiedzieć, mówi pan bez sensu. Jest mróz... 

- Muszę nakarmić ptaki! - jego głos załamał się, najpierw ze 

złości, a później z bezsilności. 

Abelone podeszła do niego prędko. - Panie Tunsberg, jest pan 

zdenerwowany, ale jest tak, jak mówi Hilmar. Jest pan wciąż 
zdezorientowany po tak długim pobycie na zewnątrz i... 

Zaskoczyło  ją,  jak  wiele  było  w  nim  siły.  Odepchnął  ją, 

przecisnął  się  obok  i  poszedł  w  stronę  drzwi  wiodących  do 
drugiego pomieszczenia. 

-  Panie  Tunsberg!  -  Aksel  złapał  lichtarzyk  i  poszedł  za 

mężczyzną, który niemal biegł w ciemnościach. 

Abelone podążyła za ojcem, a wraz z nią Hilmar. 

background image

- A niech to! 
Ojciec  zatrzymał  się  w  drzwiach  i  uniósł  lichtarz  do  góry. 

Abelone słyszała, jak pan Tunsberg krzątał się przy czymś w 
środku. 

Kiedy podeszła do ojca, odkryła, co tak go zdumiało. 
Sama  była  bardziej  przerażona  niż  zaskoczona  widokiem 

wypchanych ptaków. W nikłym świetle wyglądały prawie jak 
żywe,  ich  lśniące  oczy  połyskiwały  w  mroku.  Wielki  ptak  z 
rozłożonymi  skrzydłami,  sądziła,  że  musiał  to  być  orzeł  lub 
sokół, był przymocowany do linki na suficie. Jakby leciał w jej 
stronę. 

- Co on robi? - spytała cicho  Abelone. Pan Tunsberg stał w 

kącie, zwrócony do nich plecami i krzątał się przy czymś. 

Ojciec zrobił krok do środka izby. - Panie Tunsberg? - spytał, 

ale nie otrzymał odpowiedzi. - Czy wszystko w porządku? 

W tym momencie Abelone odkryła, czym 

background image

się zajmował. Zdjął brązowe okrycie z ptasiej klatki. Kiedy 

tylko zniknęło, dwa ptaki zaczęły ćwierkać. 

Patrzyła  na  nie  z  otwartymi  ustami.  Nigdy  przedtem  nie 

widziała  podobnych  ptaków,  ani  nawet  takich,  które  byłyby 
podobne. Ich pióra miały intensywnie żółty kolor. 

Ojciec  i  Abelone  stali  przyglądając  się  starcowi,  który 

ostrożnie  wyciągnął  jednego  z  ptaków  z  klatki.  Abelone 
obawiała  się,  że  odleci,  ale  wyglądało  na  to,  że  był  do  tego 
przyzwyczajony.  Ułożył  się  spokojnie  w  dłoni  mężczyzny,  a 
ona  po  chwili  pojęła,  dlaczego  tak  spokojnie  leżał.  Pan 
Tunsberg trzymał w drugiej dłoni coś, co ptaszek dziobał. 

- Lubi gotowane jajka - wyjaśnił z uśmiechem. 
Abelone  rozejrzała  się  po  izbie.  Pan  Tunsberg  miał  dużą 

kolekcję  ptaków.  Zainteresowanie  ptakami  musiało  mu 
towarzyszyć przez wiele lat, nie tylko na starość. 

background image

W  tej  samej  chwili  usłyszeli,  jak  ktoś  otwiera  drzwi 

wejściowe i otrzepuje śnieg z butów, Abelone domyśliła się, że 
przyszedł Greger. 

Zarządca wyglądał na zaskoczonego, gdy ich spostrzegł, ale 

Aksel wyjaśnił pospiesznie powód wizyty. 

Greger  usiadł  na  jednym  z  krzeseł  przy  stole  kuchennym  i 

potarł swoją twarz. - Tak nie może dłużej być. 

Abelone rzuciła okiem na ojca Gregera, który stał teraz obok 

kominka  i  gładził  delikatnie  ptaka,  którego  trzymał  w  dłoni. 
Zdawał się nie przejmować tym, co się działo wokół niego. 

Greger skierował spojrzenie na Aksla. - Dziękuję wam bardzo 

za to, że go tu przywieźliście. 

Ojciec skinął głową w stronę Hilmara. - To Hilmarowi należy 

dziękować.  To  on  zauważył  pana  Tunsberga  siedzącego  na 
skraju drogi. 

Greger westchnął. - Powinienem był wiedzieć, że nie mogę go 

zostawić, ale zdawało mi 

background image

się,  że  jest  dzisiaj  na  tyle  przytomny,  iż  nie  się  nie  stanie. 

Pokręcił głową śledząc wzrokiem staruszka. - Ojciec nie może 
już być sam, ale ja nie jestem w stanie pilnować go przez cały 
czas. 

Ojciec Gregera zniknął ponownie w ciemnej izbie. 
- Czy nie ma żadnej rodziny, która mogłaby się nim zająć? - 

spytał Aksel. 

Greger pokręcił głową. - Nie mamy tu żadnej rodziny. Ojciec 

jako młody mężczyzna wyjechał z Tonsbergu do Ameryki, tam 
poznał matkę i ożenił się. 

-  Więc  cała  rodzina  mieszka  w  Ameryce?  Greger  pokiwał 

głową. - Tak, ale matka 

umarła, kiedy byłem mały, a ojciec był zajęty interesami, brał 

udział w budowie kolei, więc dorastałem przy rodzinie matki. 

Abelone  zamyśliła  się.  Zastanawiała  się  nieraz,  dlaczego 

Greger i jego ojciec mieli różne nazwiska. 

Greger spojrzał na nią, tak jakby czytał jej 

background image

w myślach. - Dorastając rzadko widywałem ojca, był zajęty 

swoimi sprawami, więc przyjąłem nazwisko po rodzinie matki. 

-  Więc  ona  również  była  Norweżką?  -  spytał  ojciec,  gdy 

Abelone nalewała kawy do filiżanek. 

Greger  kiwnął  głową.  -  Tak,  matka  była  Norweżką,  ale 

rodzina jej ojca pochodzi z Danii. 

-  Dlaczego  zdecydował  się  pan  tutaj  sprowadzić?  -  spytał 

Hilmar i napił się kawy. 

Greger zawahał się. - Ojciec bez przerwy mówił o tym, jak tu 

jest pięknie - odparł i podmuchał na kawę. 

- I pana ojciec przeprowadził się tu za panem? 
Greger pokiwał powoli głową. - Wiele się wydarzyło w ciągu 

ostatnich  lat  pobytu  ojca  w  Ameryce.  Majątek,  którego  się 
dorobił, przepadł  i jak sami  widzieliście, jego umysł również 
się zmienił. 

Aksel zaśmiał się cicho. - A więc zrobiliście 

background image

odwrotnie  niż  większość  osób,  przeprowadziliście  się  z 

powrotem do ojczyzny. 

Nieznaczny  uśmiech  pojawił  się  na  twarzy  Gregera.  -  Tak, 

można tak to ująć. Jego oczy pociemniały. - Wszyscy mówią o 
tym,  jak  wspaniale  jest  mieszkać  w  Ameryce,  ale  dla  wielu 
przybycie  tam  okazuje  się  rozczarowaniem.  Nie  jest  tak,  że 
człowiek  staje  się  bogaczem  w  chwili,  gdy  stawia  nogi  na 
amerykańskiej ziemi. 

Aksel  zmarszczył  brwi.  -  Ale  panu  Tunsbergowi  dobrze  to 

wyszło? 

Greger upił łyk kawy, zanim odpowiedział.  -Ojcu dobrze to 

wyszło, ale było z nim tak, jak z wieloma innymi: zrobił kilka 
niewłaściwie ulokowanych inwestycji i majątek przepadł. Zo-
stało mu wiele długów. 

Abelone siedziała na krawędzi krzesła. Ciekawie było słuchać 

jak ktoś, kto urodził się i dorastał w Ameryce opowiadał o tym 
wiele obie- 

background image

cującym  kraju.  Zazwyczaj  słyszeli  o  Ameryce  same  dobre 

rzeczy. 

- Ale pana rodzina - musi pan za nimi tęsknić? 
Zrozumiała w tej samej chwili, że nie powinna była o to pytać. 

Twarz  Gregera  jakby  zamknęła  się,  a  ona  pojęła,  że  pytanie 
było dla niego niewygodne. 

-  Rodzina  matki  należy  do  rygorystycznej  wspólnoty 

religijnej.  Ucieszyłem  się,  kiedy  stałem  się  na  tyle  dorosły, 
żeby  móc  zadbać  o  samego  siebie  -  powiedział  jakby  z 
przymusem. 

Wokół  stołu  panowała  przez  chwilę  cisza,  w  końcu  ojciec 

opróżnił filiżankę z kawą i wstał. 

- Musimy ruszać dalej, Abelone, zrobiło się późno. 
Greger  podniósł  się  i  wyciągnął  dłoń  do  Aksla.  -  Dziękuję 

panu raz jeszcze, panie Gimle, za to, co pan dzisiaj zrobił dla 
mojego ojca. Prze- 

background image

praszam  najmocniej  za  kłopot,  jaki  wam  sprawił  i  za 

wcześniejsze także. 

Aksel uśmiechnął się i pokręcił głową. - To przecież nie pana 

wina,  panie  Langaard.  Coś  takiego  może  się  przydarzyć 
każdemu z nas w naszych późnych latach. 

Pożegnali się z zarządcą i wyszli ponownie na mróz. 
Abelone skuliła się, gdy wsiadła z powrotem do sań. 
Hilmar miał rację. 
Ojciec Gregera zamarzłby na śmierć. 

background image


 
Blanche  i  Thorstein  siedzieli  w  milczeniu  przed  dużym 

biurkiem, a lekarz sadowił się wygodnie na swoim krześle. Był 
grubym, starszym mężczyzną, ciężko dyszał, kiedy badał uszy 
Thorsteina. 

Blanche  rzuciła  okiem  na  Thorsteina,  który  wodził  za 

doktorem  przestraszonym  wzrokiem.  Posłała  mu  pełne 
wsparcia spojrzenie, choć sama się bała tego, co powie lekarz. 
Wiedziała, że Thorstein również się tego obawiał. 

- Tak, co  można powiedzieć  - zaczął  powoli doktor  i złożył 

przed  sobą  swoje  grube  dłonie.  Od  jego  słów  Blanche  aż 
zaczęło skręcać 

background image

w  brzuchu.  Bała  się,  że  doktor  nie  ma  żadnych  dobrych 

wiadomości. 

Doktor rzucił okiem na Thorsteina, jego oczy zmrużyły się, 

tak jakby się nad czymś zastanawiał. 

- Obawiam się, że nie mogę dla ciebie nic zrobić, chłopcze - 

powiedział doktor głośno i wyraźnie, zanim ponownie zwrócił 
się do Blanche. - Nikt nie może wiedzieć czy Thorstein z cza-
sem stanie się głuchy, czy też wciąż będzie coś słyszał. Lekarz 
wyglądał  na  szczerze  strapionego.  -  Ale  on  nigdy  nie  będzie 
słyszał normalnie. 

Przygotowała się na taką odpowiedź, ale mimo to była ona jak 

uderzenie w twarz. 

- Ale czy nie ma czegoś, co moglibyśmy dla niego zrobić? - 

spojrzała  przelotnie  na  Thorsteina  i  załamał  ją  niemal  widok 
rozpaczy  na  małej,  dziecięcej  twarzyczce.  Musiał  usłyszeć  i 
zrozumieć to, co powiedział lekarz. 

Doktor zawahał się. - Kilka lat temu powstało nowe prawo, 

Nadzwyczajne Prawo Szkolne, 

background image

które mówi, że głuche dzieci również mają prawo i obowiązek 

uczęszczać do szkoły. Chodzą do specjalnych szkół, żeby móc 
się uczyć czytać i pisać, ale w kraju nie ma zbyt wielu takich 
szkół. Wiem też, że istnieje spór co do tego, w jakim stopniu 
głuche dzieci powinny się uczyć mówić czy też używać języka 
migowego,  ale  według  mnie  głusi  powinni  uczyć  się  mówić. 
Używając  języka  migowego  nigdy  nie  będą  rozumiani  przez 
resztę  społeczeństwa.  Poza  tym  niektórzy  uczą  się  czytać  z 
ruchu ust. - doktor zamilkł na chwilę. - Ważne, żeby uczył się 
tak  wiele,  jak  może,  żeby  nie  stał  się  ciężarem  dla  społe-
czeństwa.  Uśmiechnął  się  zachęcająco  do  Thorsteina.  -  Poza 
tym  masz  szczęście,  że  coś  słyszysz.  Możesz  się  nauczyć 
dobrze  czytać  i  pisać  na  wypadek,  gdybyś  miał  całkiem 
ogłuchnąć. 

Blanche miała ochotę uderzyć doktora. Jak mógł być tak mało 

wrażliwy? 

Zmusiła się do zachowania spokoju. Chłop- 

background image

cu  nie  pomogłaby  kłótnia  z  doktorem.  -  Ale  czy  jest  taka 

szkoła w Tonsbergu? 

Pokręcił głową. - Nie, niestety nie ma żadnej takiej szkoły tu 

w Tonsbergu ani w innym miejscu w okręgu, ale dzieci mogą 
mieszkać w szkole dla głuchych lub w eksternacie. 

-  Eksternacie?  -  spytała  i  spojrzała  na  Thorsteina.  Siedział  i 

śledził uważnie rozmowę. 

- Eksternat, czyli rodzaj szkoły bez internatu, oznacza to, że 

dzieci mieszkają w rodzinie zastępczej. 

Blanche  pokiwała  głową  i  westchnęła  bezgłośnie.  Czy  tak 

musiało  się  stać?  Czy  Thorstein  będzie  musiał  wyprowadzić 
się od nich, kiedy będzie szedł do szkoły? - Gdzie znajduje się 
najbliższa szkoła dla głuchych? - spytała. 

Doktor  uśmiechnął  się  i  mrugnął  do  Thorsteina.  -  Masz 

szczęście, chłopcze. Wiem o dzieciach, które nie mogą nawet 
wrócić do domu na święta, bo szkoła znajduje się daleko od ich 

background image

domu, ale jest szkoła w Kristianii gdzie, jak sądzę, będziesz 

chodził w przypadku, jeśli pogorszy się twój słuch. 

Serce  jej  zamarło  w  piersi.  Kristiania!  Z  Tonsbergu  do 

Kristianii  było  ponad  pięć  godzin  jazdy  pociągiem!  To 
oznaczało,  że  Thorstein  musiał  zamieszkać  w  szkole  dla 
głuchych lub w takim eksternacie, o jakim mówił doktor. 

Blanche wstała. - Dziękuję, doktorze - powiedziała i skinęła 

głową. 

Thorstein  złapał  za  jej  dłoń,  gdy  tylko  zapłaciła  lekarzowi, 

jego  mała  rączka  ściskała  mocno  jej  dłoń.  Drżała  cała  w 
środku,  ale  starała  się  zachować  spokój,  żeby  Thorstein  nie 
zobaczył,  jak  było  jej  przykro. W  milczeniu  wyszli  na  ulicę, 
gdzie Thorstein zatrzymał się nagle. 

-  Pani  Bjerkely?  -  spojrzał  na  nią  z  powagą.  -Muszę  się 

przeprowadzić? - spytał wprost. 

Serce ją kłuło, kiedy patrzyła w dziecięce oczy, błagające ją, 

żeby odpowiedź brzmiała nie. 

background image

Co  miała  powiedzieć?  Prawo  brzmiało  jasno.  Thorstein 

musiał  chodzić  do  szkoły,  tak  jak  inne  dzieci.  Ale  czy  jego 
słuch był tak zły, że nie mógł chodzić do zwykłej szkoły i czy 
musiał uczęszczać do szkoły dla głuchych? Zdawało jej się, że 
zna  odpowiedź  na  to  pytanie.  Widzieli  to  już  w  sierocińcu, 
Thorstein  nie  był  taki  jak  inne  dzieci,  nie  potrafił  się  z  nimi 
zwyczajnie bawić, bo trudno mu było usłyszeć, co mówią. 

Co by było, gdyby zaczął chodzić do zwykłej szkoły? 
Nachyliła  się  przed  nim  i  objęła  dłońmi  jego  twarz.  -  Nie 

wiem,  Thorsteinie,  ale  tak  czy  inaczej,  minie  jeszcze  dużo 
czasu,  zanim  będziesz  musiał  iść  do  szkoły,  prawda?  - 
próbowała uśmiechać się przekonująco, choć ból w piersi był 
niemiłosierny. - Co ty na to, pójdziemy na zakupy do sklepu? - 
mrugnęła do niego. -Może masz ochotę na rodzynki? 

background image

Thorstein  pokiwał  głową,  ale  nie  uśmiechnął  się,  na  co 

liczyła. 

Trzymając się za ręce szli ulicą w kierunku małego sklepiku 

na rogu. 

Cóż  ona  sobie  myślała?  Że  Thorstein  ucieszy  się  z 

rodzynków,  skoro  doktor  powiedział  mu  dopiero  co,  że  być 
może będzie musiał iść do szkoły w obcym, wielkim mieście i 
że z czasem może całkiem ogłuchnąć? 

Rodzynki były marnym pocieszeniem. 

Blanche  weszła  do  holu  w  Angelsten,  wpuszczona  przez 

gospodynię. 

-  Pani  Angelsten  niedługo  przyjdzie  -  zapowiedziała  tęga 

kobieta.  -  Naucza  dzieci  Pisma,  ale  za  chwilę  skończy. 
Przekażę, że pani przyszła. 

Blanche słyszała głos pani Angelsten dobie- 

background image

gający z kuchni, gdzie, jak rozumiała, trwała lekcja. 
-  Me  możesz  przerywać,  gdy  czytasz  -  upominała  surowym 

głosem. - Me możesz sobie z tym poradzić

7

Blanche  aż  skuliła  się  w  sobie.  Wiedziała,  że  państwo 

Angelsten byli surowi dla dzieci i to, co wiedziała o warunkach 
panujących  w  gospodarstwie,  przerażało  ją.  Starała  się 
przekonać  komisję  do  spraw  ubogich,  by  nie  przysyłać  tu 
więcej dzieci, ale bez skutku. 

-  Wtedy  przy...  przyszedł  do  nich  ...  Jezus  i  powiedział: 

Bądźcie pozdrowieni] Po... podeszli i ob.... objęli... 

- Gustavie! - gniewny głos pani Angelsten przerwał chłopcu. - 

Ile razy mam ci mówić, że nie możesz tak czytać! 

Blanche postąpiła dwa kroki w kierunku zamkniętych drzwi. 

Co się działo tam w środku? Chłopiec czytał Biblię, ale słowa 
były poszarpa- 

background image

ne i ciche. Wiedziała, że kiedy ktoś tak mówił, nazywało się 

to jąkaniem. 

- Musimy  na dzisiaj  kończyć, ale oczekuję jutro, że będziesz 

czytał  Pismo  bez  tego twojego  jąkania,  Gustavie.  Nie  możesz 
tak dalej czytać i mówić. 

Blanche  usłyszała  już  dosyć.  Nie  wiedziała  zbyt  wiele  o 

dziecku, które się jąkało, ale kiedy była młodsza, ojciec miał 
woźnicę, który też był taki. Z tego, co wiedziała, nie jąkał się z 
własnej woli i nie mógł nic zrobić, żeby temu zapobiec. Wręcz 
przeciwnie,  miała  wrażenie,  że  jąkanie  dokuczało  mu  i 
zrobiłby wszystko, żeby mówić tak jak inni. 

Drzwi  się  otworzyły  i  pani  Angelsten  podeszła  do  niej  z 

uśmiechem,  choć  Blanche  zwróciła  uwagę  na  to,  że  był 
wymuszony.  Na  pewno  nie  mogła  zapomnieć  ostatnich 
odwiedzin  Blanche,  gdy  sprzeciwiła  się  ich  sposobowi 
wychowywania dzieci. Kary, które stosowano, były okrutne, 

background image

ale  pan  Angelsten  wszystkiemu  zaprzeczył,  obstając  przy 

tym,  że  dzieci  potrzebują  surowego,  chrześcijańskiego 
wychowania. 

-  Przykro  mi,  że  musiała  pani  czekać,  pani  Bjerkely,  ale 

musiałam zakończyć lekcje z dziećmi - usprawiedliwiła się. 

Blanche zdecydowała, że będzie się zachowywać spokojnie i 

grzecznie.  Dlatego  uśmiechnęła  się  serdecznie  i  nie 
wspomniała o biednym, jąkającym się chłopcu. - Oczywiście, 
pani Angelsten, nie chciałam pani przeszkadzać. 

Kobieta  poprowadziła  ją  do  pokoju  dziennego.  -  Ależ  nie 

przeszkadza  pani  -  odparła  z  uśmiechem,  ale  Blanche  nie 
mogła  nie  zauważyć  jej  szorstkiego  tonu.  W  jej  spojrzeniu 
dojrzała wyniosłość. 

- Proszę usiąść. 
Blanche  siadła,  a  wkrótce  pojawiła  się  służąca  i  podała  im 

kawę i ciastka. Wymieniały suche uwagi o pogodzie, świętach i 
Nowym Roku, któ- 

background image

ry  był  przed  nimi,  aż  Blanche  postanowiła  zdradzić  powód 

swej  wizyty.  Zdziwiło  ją,  że  pani  Angelsten  do  tej  pory  nie 
zapytała  o  Thorsteina.  Chłopiec  mieszkał  tam  przecież, 
gospodarstwo było jego domem. 

-  Jest  coś,  co  chciałabym  pani  powiedzieć  o  Thorsteinie  - 

zaczęła Blanche i odstawiła filiżankę. 

Złośliwy uśmiech zawitał na usta pani Angelsten. - Ma pani 

może  trudności  z  chłopcem?  -  gryząc  ciastko  spojrzała  z 
politowaniem  na  Blanche.  -  Próbowałam  pani  o  tym 
powiedzieć,  pani  Bjerkely.  Thorstein  to  zadziorne  dziecko. 
Sądzę, że mogę powiedzieć, iż rzadko widuję dzieci tak trudne 
i niechętne dostosowaniu się do zasad. 

Blanche poczuła, jak się w niej gotuje. Jak Thorstein się czuł 

mieszkając wśród ludzi, którzy nie rozumieli, że źle słyszał? Ile 
razy był karany za coś, na co nie mógł nic poradzić? I co zro- 

background image

biło  z  nim  takie  traktowanie?  Mieszkał  przecież  w 

gospodarstwie od czasu, gdy skończył rok. 

Blanche  wyprostowała  się.  Musiała  zachowywać  się 

spokojnie.  Gdyby  pani  Angelsten  wiedziała,  jaka  była  zła, 
zapewne nie byłaby już więcej mile widziana w Angelsten - a 
musiała  tu  bywać,  jeśli  chciała  przekonać  komisję  do  spraw 
ubogich, by dzieci więcej tu nie posyłano. 

- Byłam z Thorsteinem u lekarza - kontynuowała i zauważyła, 

że przyciągnęła uwagę pani Angelsten. 

- U lekarza? Naprawdę? Jest chory? 
Blanche  pokręciła  głową.  -  Nie,  pani  Angelsten,  ale  mamy 

podejrzenie,  że  Thorstein  bardzo  źle  słyszy.  Doktor  był  w 
stanie  to  potwierdzić.  -Czekała,  jak  zareaguje.  Najpierw 
uniosła  brwi,  następnie  zacisnęła  usta,  a  jej  szpiczasta  broda 
wysunęła się do przodu. 

-  Naprawdę,  nie  może  się  pani  dać  oszukać  temu  chłopcu, 

pani Bjerkely - słowa wydobyły 

background image

się  z  wąskich  ust,  pani  Angelsten  z  nieznacznym  trzaskiem 

odstawiła  filiżankę  z  kawą.  -  Thorstein  jest  mistrzem  w 
udawaniu, że nie rozumie. 

Jakim  człowiekiem  była  ta  kobieta?  Jak  mogła  mówić  coś 

takiego?  Czy  nie  słyszała,  co  przed  chwilą  powiedziała?  - 
Obawiam  się,  że  tak  jest  naprawdę,  pani  Angelsten.  Jak 
mówiłam,  doktor  mógł  to  potwierdzić.  Blanche  zawiesiła  na 
niej  wzrok.  -  Poza  tym  jest  możliwe,  że  z  czasem  Thorstein 
całkiem utraci słuch. 

Blanche  zauważyła,  że  pani  Angelsten  na  nią  nie  patrzy. 

Czyżby miała mimo wszystko wyrzuty sumienia po tym, w jaki 
sposób  potraktowała  chłopca?  Czy  zdała  sobie  sprawę,  jaka 
była nierozważna? 

- To przykre - odparła sztywno kobieta, chwyciła miseczkę z 

ciastkami i wyciągnęła ją w kierunku Blanche. - Nie chce pani 
ciastka? 

Blanche posłała jej krótki uśmiech i poczęstowała się. Zdołała 

powiedzieć to, co leżało jej 

background image

na sercu, ale chciała też spytać o coś innego. -Może słyszała 

pani  o  balu,  który  ma  się  odbyć  w  sierocińcu  w  końcu 
świątecznego tygodnia? - spytała, starając się zachować lekki 
ton. 

Pani Angelsten rzuciła na nią spojrzenie. -Bal? 
Blanche pokiwała głową. - Tak, wdowa Archer z Rosenlowe i 

jej  córka  zorganizowały  go  dla  dzieci  -  wyjaśniła  nieco 
zaskoczona,  że  jej  rozmówczyni  nie  wiedziała  o  balu. 
Zamieścili przecież przed świętami ogłoszenie w gazecie. 

-  No  proszę  -  odparła  pani  Angelsten  i  napiła  się  kawy. 

Weszła jedna ze służących i dygnęła. Dziewczyna podeszła do 
pani  Angelsten  i  szepnęła  jej  coś  na  ucho.  Informacja 
wydawała się irytująca dla pani domu, która wyglądała na wy-
raźnie zrezygnowaną. 

-  Muszę  panią  na  chwilę  przeprosić,  pani  Bjerkely  - 

przeprosiła, podniosła się i w pośpiechu opuściła pokój. 

background image

Blanche  siedziała  i  rozglądała  się,  czekając.  Wiedziała,  że 

Angelstenowie  byli  zamożni,  ale  widziała,  że  nie  lubią  się 
obnosić ze swoim bogactwem. Dlatego dziwiło ją to, że nawet 
tutaj, w pokoju dziennym, stały kosztowne, eleganckie meble. 
Serwis stojący w przeszklonym kredensie musiał pochodzić z 
odległych  stron.  Może  to  pan  Angelsten  kupił  go  w  trakcie 
jednej ze swoich podróży. 

Jej  spojrzenie  wędrowało  dalej,  aż  zauważyła,  że  pani 

Angelsten nie zamknęła za sobą porządnie wysokich drzwi. W 
szparze w drzwiach dostrzegła drobną, piegowatą twarzyczkę 
dziewczynki, która przyglądała się jej ciekawie. 

Blanche  uśmiechnęła  się  do  dziewczynki,  która  wyglądała 

teraz  na  nieco  zawstydzoną  tym,  że  została  odkryta.  -  Hej  - 
powiedziała Blanche mając nadzieję, że mała wejdzie do po-
koju. 

Na twarzy dziewczynki zawitał nieśmiały 

background image

uśmiech, a drzwi otworzyły się lekko, tak że Blanche mogła ją 

lepiej zobaczyć. Odgadła, że dziewczynka miała ochotę wejść i 
się przywitać. 

Mała miała ciemnozieloną, prostą bawełnianą sukienkę, a na 

sukience  nosiła  biały  roboczy  fartuszek.  Miedzianoczerwone 
włosy były zebrane ciasno w dwa końskie ogonki, a drobny, 
zadarty  nosek  z  licznymi  piegami  sprawiał,  że  wyglądała 
psotnie. Jej brązowe oczy były bystre i ciekawe. 

Blanche postanowiła podejść do niej, ale w tej samej chwili 

usłyszała  suknię  pani  Angelsten  szeleszczącą  po  podłodze 
holu. 

- Frederikke! Co ty tu robisz? Nie miałaś pomagać Magdzie w 

kuchni? 

Czerwonowłosa  dziewczynka  błyskawicznie  zniknęła  z 

uchylonych drzwi. 

Pani  Angelsten  westchnęła  i  kręcąc  z  poirytowania  głową 

weszła  z  powrotem  do  pokoju.  -Nie  pojmuję  tych  dzieci. 
Dostają zadanie, pro- 

background image

ste zadanie, ale w końcu zapominają się i robią coś innego. 
Blanche uśmiechnęła się do niej. - Moja gospodyni mówi to 

samo. Różnica była taka, że Signe mówiła to z uśmiechem, a 
pani Angelsten zdawała się być co najmniej zła. - Tak to już 
jest  być  dzieckiem  -  dodała  Blanche,  zanim  postanowiła 
skierować  znów  rozmowę  ku  dziecięcemu  balowi.  -  Miałam 
nadzieję,  że  dzieci  z  Angelsten  również  przybędą  na  bal  - 
ciągnęła,  ale  zobaczyła,  jak  brwi  kobiety  się  ściągają.  - 
Oczywiście  nie  będziecie  musieli  za  nic  płacić  -  dodała 
pospiesznie.  -  My  oraz  dzieci  z  sierocińca  uważalibyśmy  za 
bardzo  miłe,  gdybyście  się  pojawili.  Wiele  dzieci  zna  się  z 
czasów, kiedy tu mieszkały. 

Trwało  chwilę,  zanim  pani  Angelsten  odpowiedziała  i 

Blanche  pojęła,  że  nie  była  szczególnie  zachwycona 
zaproszeniem. 

-  Zdaniem  moim  oraz  mojego  męża  taniec  nie  jest  dobrą 

rzeczą - odparła ostatecznie. 

background image

Blanche przyjrzała się jej. Co chciała przez to powiedzieć? - 

Nie jestem pewna, co pani ma na myśli? - spytała z wahaniem. 

Pani Angelsten wbiła w nią wzrok, nie robiąc nic, żeby ukryć 

swoją  niechęć.  -  Jest  tak,  jak  mówię,  pani  Bjerkely.  Nie 
chcemy,  żeby  dzieci  z  Angelsten  przebywały  w  miejscu,  w 
którym się tańczy - zacisnęła usta i uniosła brodę. 

Blanche  zaczęła  rozumieć,  o  co  jej  chodziło.  Słyszała  o 

wspólnotach, w których taniec był uznawany za grzech, ale nie 
sądziła,  że  spotka  się  z  takimi  poglądami  tu,  w  Tonsbergu. 
Niedługo przecież miał być już rok 1885. 

Przełknęła, starając się znaleźć dobry sposób na powiedzenie, 

że  jej  zdaniem  dzieciom  z  Angelsten  byłoby  przyjemnie 
uczestniczyć  w  balu.  Jedyne,  czego  pragnęła,  to  żeby  dzieci 
mogły się dobrze bawić. - Mogę panią zapewnić, że dzieci będą 
się bawić pod nadzorem, pani Angelsten   

background image

powiedziała. - Będą zabawy, coś dobrego do jedzenia i picia... 
Pani Angelsten pokręciła z uporem głową. - Nie ma mowy, 

pani  Bjerkely  -  odparł  głośno  i  stanowczo.  -  Czy  pani  ma 
pojęcie,  co  się  dzieje  na  takich  tanecznych  przyjęciach? 
Usiadła  na  brzegu  krzesła,  wyraźnie  wzburzona.  -  Pije  się, 
dopuszcza do nierządu, przeklina, a ludzie się biją. Wpatrywała 
się w Blanche. - Poza tym musi pani mieć świadomość, skąd 
wywodzą się te dzieci. To od tego je uratowaliśmy, a teraz pani 
zamierza  urządzać  dla  nich  bal?  -  spojrzała  na  nią  z 
dezaprobatą. - Nie, pani Bjerkely, naprawdę nie sądzę, że pani 
rozumie,  z  jakimi  słabościami  urodziły  się  te  dzieci.  Mają 
rodziców,  którzy  nie  byli  w  stanie  stosować  się  do  Słowa 
Bożego i Pisma, i pani dzieci też to w sobie mają. To dlatego 
naszym  obowiązkiem  jest  zadbać  o  to,  żeby  same  nie  miały 
pokus, by prowadzić niechrześcijańskie życie. Wstrzymała się 

background image

na  chwilę.  -  Tak,  powiem  wręcz,  że  nie  wypełnia  pani 

obowiązku, który na siebie wzięła, pani Bjerkely. 

Blanche zaniemówiła. Co ona sobie myślała? Chodziło o bal 

dziecięcy,  a  nie  o  wiejskie  przyjęcie  lub  potańcówkę  dla 
dorosłych. - Zapewniam panią, że nie musi się pani obawiać - 
odparła tak spokojnie, jak potrafiła.  - Oczywiście alkohol nie 
będzie podawany, to ma być bal dla dzieci, a nie dla dorosłych. 

Pojęła, że mówiła jak do ściany, gdyż pani Angelsten zaczęła 

energicznie kręcić głową. 

-  Nie  wątpię  w  pani  dobre  intencje,  pani  Bjerkely,  ale 

obawiam  się,  że  jest  pani  nieco  łatwowierna.  Jest  wiadomą 
sprawą, do czego mogą doprowadzić tańce. Pochyliła się w jej 
stronę. - Taniec to dzieło szatana - ciągnęła zniżonym głosem. - 
Jest  tam,  gdzie  się  tańczy  i  przyciąga  do  siebie  słabe  dusze. 
Zmrużyła oczy i złożyła dłonie. - Gdybym pozwoliła dzieciom 
wybrać 

background image

się na pani bal, byłoby moją winą, jeśli ich dusze zostałyby 

zniewolone przez siły zła. 

Co  mogła  odpowiedzieć?  Pani  Angelsten  najwyraźniej  była 

zdecydowana. 

Blanche  wstała.  -  Przykro  mi,  że  tak  to  pani  widzi  - 

powiedziała  w  końcu,  ale  nie  mogła  się  powstrzymać  od 
drobnego  przytyku.  -  Uważam,  że  dzieci  będą  się  dobrze 
bawić. 

Pani Angelsten podniosła się również i stanęła przed nią. - Z 

pewnością ma pani rację, pani Bjerkely. Ja również uważam, 
że dzieci będą się dobrze bawić. Chłodne, szare oczy kobiety 
spojrzały wprost na nią. - Podobnie jak diabeł. 

Blanche  zdusiła  westchnienie.  -  Dziękuję  za  gościnę,  pani 

Angelsten  -  powiedziała.  -  Proszę  któregoś  dnia  odwiedzić 
sierociniec, jeśli chce pani zobaczyć jak się ma Thorstein i inne 
dzieci. 

Powściągliwy  uśmiech  pojawił  się  na  twarzy  kobiety.  - 

Dziękuję, pani Bjerkely. 

Pani Angelsten z pewnością nie zamierzała 

background image

składać  jej  wizyty  i  może  to  dobrze,  gdy  się  nad  tym 

zastanowiła. Nie sądziła, by Thorstein ani inni chłopcy, którzy 
wcześniej  mieszkali  w  Angelsten,  mieli  się  ucieszyć  na  jej 
widok. 

-  Jeszcze  jedna  sprawa,  pani  Bjerkely  -  zaczęła  pani 

Angelsten, kiedy prowadziła ją do drzwi wejściowych. 

Blanche  zatrzymała  się  rozumiejąc,  że  kobieta  ma  coś  na 

sercu. 

- Muszę przyznać, że rozczarowało mnie, iż rozmawiała pani 

z komisją do spraw ubogich. 

Słowa zawisły w powietrzu. Blanche prędko się zastanowiła, 

nie miała ochoty na konflikt z Angelstenami, ale pojęła, że było 
już  za  późno.  Komisja  najwyraźniej  powiadomiła  panią  An-
gelsten o prośbie Blanche. 

Postanowiła  więc  odpowiedzieć  tym  samym  tonem,  jakim 

zwracała się do niej pani Angelsten w trakcie ich rozmowy. - 
Uważam to za swój obowiązek, by informować komisję o tym, 

background image

na jakie kary pani i pani mąż wystawiacie dzieci - powiedziała 

spokojnie.  -  Z  przerażeniem  słuchałam  o  tym,  że  zamykacie 
państwo dzieci w piwnicy, kiedy zrobią coś złego, nie mówiąc 
już o tym, że pozwalacie im stać na boso w śniegu- 

Twarz pani Angelsten zastygła. - Nie sądzę, żeby musiała się 

pani  przejmować  tym,  jak  wychowujemy  dzieci  tu  w 
Angelsten,  pani  Bjerkely  -  odparła  kąśliwie.  -  Z  tego  co  ro-
zumiem,  ma  pani  wystarczająco  dużo  na  głowie  w  swoim 
sierocińcu.  Poza  tym  mam  nadzieję,  że  rozumie  pani,  iż  nie 
pragniemy  niczego  poza  dobrem  dzieci,  które  do  nas  przy-
bywają. 

Blanche  otworzyła  drzwi,  ale  jej  uwagę  zwróciła  drobna, 

piegowata, dziewczęca twarzyczka, która patrzyła na nią przez 
szparę  w  drzwiach  kuchennych.  Była  to  czerwonowłosa, 
słodka dziewczynka, którą wcześniej widziała. Nagle 

background image

drzwi  zamknęły  się  bezgłośnie  i  dziewczynka  ponownie 

zniknęła. 

-  Do  widzenia,  pani  Angelsten  -  powiedziała  pospiesznie  i 

wyszła.  Musiała  stamtąd  pójść.  Było  tak,  jak  powiedziała 
kobieta  z  komisji  do  spraw  ubogich:  dzieci  dorastały.  Nawet 
jeśli  czas  w  Angelsten  był  dla  nich  ciężki,  nie  miało  to  być 
miejsce, w którym zostaną na zawsze. 

Ale ich dzieciństwo, jak będą je wspominać? 
Wszystkimi dziećmi, również tymi, które nie miały rodziców, 

powinni zająć się w odpowiedni sposób dorośli, którzy dadzą 
im miłość i opiekę, którzy sprawią, że ich dni będą dobre. 

Nie sądziła, by dzieci w Angelsten miały wiele dobrych dni. 

background image


 
F
rederikke  skuliła  się  na  schodach  wiodących  na  poddasze, 

by móc wyglądać przez małe, półkoliste okno. 

Pani Bjerkely szła przez podwórze w stronę swoich sań. Jakie 

szczęście  miał  Thorstein,  że  do  niej  pojechał!  Dzieci,  które 
dostawały  się  do  jej  sierocińca,  miały  szczęście.  Wyglądała 
sympatycznie. 

Poczuła, że robi jej się smutno na myśl o Thorsteinie. Był jej 

przyjacielem,  choć  nie  mówił  zbyt  wiele,  ale  zawsze  był  dla 
niej miły, tak jak i dla Gustava, jej starszego brata. 

Przycisnęła nos do zimnego okna, żeby le- 

background image

piej  widzieć,  jak  pani  Bjerkely  wsiada  do  sań.  Jej 

ciemnoniebieski  płaszcz  i  szeroki  kapelusz  były  takie 
wspaniałe,  a  ona  była  piękną  damą.  Już  wcześniej  to 
zauważyła, kiedy podglądała ją przez szparę w drzwiach. 

Pani  Angelsten  taka  nie  była.  Pomyślała,  że  ona  nigdy  nie 

była miła. Była surowa, ale najgorsze było to, że tak szybko się 
złościła. Gniewała się za najmniejsze rzeczy, tak jak wcześniej, 
gdy Gustav męczył się czytając Biblię. Gustav nigdy nie mówił 
tak, jak inne dzieci, choć jesienią skończył dziewięć lat i był o 
dwa lata starszy od niej. Mimo to słowa nie wychodziły z jego 
ust tak, jak powinny. Tak samo było, kiedy czytał, ale zauwa-
żyła,  że  było  gorzej,  gdy  się  bał.  A  bał  się  często,  pani 
Angelsten bez przerwy go upominała. Gniewała się, gdy słowa 
nie chciały się wydobywać z jego ust, a kiedy nie odpowiadał, 
pani Angelsten uważała, że jest bezczelny. Mimo że jej brat był 
najmilszym chłopcem, jakiego znała! 

background image

Był tak miły jak niegdyś ich ojciec. 
Słyszała głos pani Angelsten dobiegający z pierwszego piętra. 

A gdyby ją tutaj znalazła? Nie byłoby to dobre, na pewno, ale 
gdyby była szybka, zdążyłaby zbiec po schodach do sypialni, 
którą dzieliła z innymi dziewczynkami. 

Zeszła  ostrożnie  w  dół  schodów  i  próbowała  dobiec 

bezgłośnie do drzwi pokoju. Słyszała, że głos pani Angelsten 
zbliżał  się,  szła  w  górę  po  schodach.  Rozmawiała  głośno  z 
jedną ze służących o naczyniach, które trzeba umyć. 

Frederikke otworzyła drzwi do sypialni i pospiesznie weszła 

do  środka,  choć  wiedziała,  że  tu  też  nie  miała  prawa 
przebywać.  Sypialnia  służyła  do  spania,  jak  mawiała  surowo 
pani,  ale  uznała,  że  byłoby  gorzej,  gdyby  została  odkryta  na 
schodach,  gdy  przyglądała  się  pani  Bjerkely.  Zauważyła,  że 
pani  Angelsten  nie  lubiła  pani  Bjerkely,  choć  nie  wiedziała 
dlaczego. 

Stała nasłuchując kroków pani Angelsten, 

background image

które ucichły w drugim końcu korytarza i odetchnęła z ulgą. 

Wiedziała, że pani będzie chciała z nią porozmawiać, nieładnie 
było stać i podglądać panią Bjerkely przez uchylone drzwi. 

Podeszła  do  łóżka,  które  dzieliła  z  inna  dziewczynką.  Pod 

poduszką  ukryła  mały  instrument,  który  dostała  od  swojego 
ojca. 

Podniosła  poduszkę  i  wyjęła  spod  niej  mały  przedmiot, 

przypominający  nieco  harfę  eolską.  Ojciec  był  lutnikiem,  a 
także muzykiem i tuż przed tym, jak zachorował, zrobił go dla 
niej.  Chociaż  robił  głównie  skrzypce,  lubił  tworzyć  również 
inne instrumenty, takie jak ten. 

Podeszła do okna i podtrzymała instrument w świetle. Harfa 

była  wielkości  jej  dłoni  i  kiedy  trzymała  ją  w  powietrzu, 
drobne metalowe rurki dzwoniły o siebie nawzajem. Zaczekała 
aż zawisły spokojnie. I wtedy dmuchnęła w nie delikatnie. 

Dźwięk był taki piękny. Ojciec mawiał, że to 

background image

brzmienie  promieni  słońca  stykających  się  z  morzem,  ale 

przecież słońce nie mogło wydawać dźwięków? 

Oparła ramię na parapecie czekając, aż harfa ucichnie. 
Dmuchnęła w nią znów ostrożnie. 
Nie, słońce nie mogło wydawać dźwięków, ale gdyby mogło, 

brzmiałyby dokładnie tak, pomyślała. 

Uważała, że miło było myśleć o tym, co powiedział o harfie 

ojciec. O ojcu myślała zwłaszcza wtedy, kiedy ją wyjmowała. 
Ojciec umarł latem, tuż przed początkiem jesieni. Długo choro-
wał, ale nigdy nie pomyślała, że mógłby umrzeć. Nie do czasu, 
gdy pewnego poranka leżał w łóżku biały i zimny. 

Po  tym  wszystko  się  zmieniło.  Zostało  postanowione,  że 

Gustav i ona mają się przeprowadzić do Angelsten. Z początku 
cieszyła się, że mają gdzie zamieszkać, bo nikt inny nie mógł 

background image

się  nimi  zająć,  ale  z  czasem  zrozumiała,  że  nic  nie  będzie 

takie, jak dawniej. 

Pamiętała  dobrze  ten  dzień,  kiedy  przybyła  do  Angelsten. 

Nigdy  wcześniej  nie  widziała  takiego  wielkiego,  pięknego 
domu  i  zdawało  jej  się,  że  mieli  szczęście,  iż  znaleźli  się  w 
takim miejscu, ale prędko  pojęła, że zarówno pan, jak i  pani 
Angelsten  nie  lubili  dzieci.  Jej  ojciec  nigdy  taki  nie  był. 
Zawsze był miły. Głupie było jedynie to, że Gustav i ona byli 
często  sami,  ponieważ  ojciec  musiał  pracować,  ale  Gustav 
opiekował się nią. 

Zamarła, kiedy usłyszała głosy przed drzwiami. Jak mogła się 

tak zagapić! Wiedziała, że to denerwowało panią Angelsten. 

Pospiesznie podbiegła do łóżka i zanim drzwi się otworzyły, 

zdążyła w ostatniej chwili ukryć harfę. 

Pani Angelsten stanęła w drzwiach. - Frederikke! 

background image

Próbowała  się  skulić  najbardziej  jak  tylko  potrafiła,  ale 

wiedziała, że nie uda się jej wywinąć. 

- Czy mogę spytać, dlaczego tu jesteś? Nie zamierzasz chyba 

spać, prawda? 

Frederikke wiedziała, że nie może patrzeć na panią Angelsten, 

to by ją jeszcze bardziej rozgniewało. Zamiast tego pokręciła 
głową.  Powinna  była  odpowiedzieć,  ale  słowa  nie  chciały 
wyjść z jej ust. 

Pani Angelsten zrobiła dwa kroki do środka.  - Ty też jesteś 

bezczelna? 

Frederikke pokręciła głową. - Nie, pani Angelsten. Chciałam 

powiedzieć  nie.  Co  ona  właściwie  chciała  usłyszeć?  Nie 
wiedziała tego, łzy gromadziły jej się w oczach. 

Usłyszała,  jak  pani  Angelsten  parsknęła.  -  Oboje  są 

upośledzeni, żadne z nich nie potrafi normalnie mówić. 

Oczywiście, że potrafię! - chciała zawołać, ale 

background image

nie  śmiała.  Wtedy  pani  Angelsten  tylko  by  się  bardziej 

rozgniewała. 

-  Więc  uciekaj  stąd,  masz  pomóc  przy  zmywaniu  naczyń  - 

powiedziała surowo pani i wypchnęła ją z pokoju. 

Czuła,  że  miała  szczęście,  bo  wiedziała,  że  po  tym  z  panią 

Bjerkely  pani  Angelsten  mogła  ją  posłać  do  piwnicy,  na 
szczęście  pojawiła  się  jedna  ze  służących  i  to  dało  jej 
możliwość zniknięcia z pola widzenia kobiety. 

W  kuchni  jedna  ze  starszych  dziewcząt  zaczęła  zmywać, 

musiała się pospieszyć, żeby nadążyć z robotą. 

Przystawiła  mały  zydelek  do  ławy,  by  móc  na  nią  wejść, 

chwyciła  ścierkę,  która  wisiała  przy  piecu  i  wspięła  się  na 
stołek. 

Wzięła  właśnie  do  ręki  szklankę,  żeby  ją  wytrzeć,  kiedy  z 

dziedzińca dobiegły ją czyjeś głosy i płacz dziecka. 

Zmywająca dziewczynka spojrzała na nią ką- 

background image

tem  oka.  -  To  Gustav.  Musi  iść  do  piwnicy.  Pan  Angelsten 

kazał  mu przed chwilą  recytować  przykazania, ale nie  był  w 
stanie normalnie mówić. 

Frederikke  wyjrzała  na  podwórze,  musiała  obetrzeć  łzy, 

ponieważ  nie  widziała  wyraźnie.  Gustav  próbował  się 
wyrywać,  ale  pan  Angelsten  trzymał  go  mocno  za  ramię  i 
ciągnął za sobą w kierunku piwnicy. 

Dziewczyna szturchnęła ją w bok. - Przestań płakać, bo ciebie 

też poślą do piwnicy. Zniżyła głos. - Albo coś gorszego, wiesz 
jak niewiele potrzeba. 

Frederikke miała ochotę wyć, chciała wybiec na podwórze i 

zbić pana Angelstena, ale wiedziała, że to się na nic nie zda. 
Nie mogła pomóc Gustavowi, poza tym byłoby jeszcze gorzej 
dla niego, gdyby ona została ukarana. 

Wzięła  kolejną  szklankę  i  zaczęła  ją  wycierać.  Gustav  tak 

bardzo się bał, słyszała to w jego pła- 

background image

czu i krzykach, ale wiedziała, że za chwilę zapadnie cisza. 
Odstawiła szklankę i wzięła nową, starała się przestać płakać. 

Drżała  tak  bardzo,  że  musiała  uważać,  aby  nie  upuścić 
szklanki, bo wtedy kara czekałaby również i ją. 

Gdyby tylko pan i pani Angelsten zrozumieli, że Gustav nie 

przestanie się jąkać od zamykania go w tej okropnej piwnicy! 

background image

9  
 
A k s e l   prowadził  Solvbrose  między  ciężkimi  od  śniegu 

gałęziami.  Śnieg  był  głęboki,  nawet  tu,  gdzie  drzewa  stały 
gęsto. Nie zanosiło się na to, żeby śnieg miał przestać padać, 
płatki spadały równo i nieprzerwanie. 

Nie pamiętał, żeby kiedykolwiek było tak wiele śniegu przed 

końcem roku. Cała nadzieja w tym, że późną zimą nie będzie 
tak wielkich opadów, ale jeśli dobrze znał bogów pogody, zima 
miała być długa i mroźna. 

Jechał w kierunku jaśniejącej z dala polany. Solvbrose słuchał 

go  bez  oporów,  łatwo  się  go  prowadziło,  lecz  tęsknił  za 
Rimfakse. Nigdy 

background image

przedtem nie miał konia takiego jak on i nigdy więcej mieć 

nie będzie. 

Wciąż  było  dla  niego  niezrozumiałe,  dlaczego  Marinius 

postanowił z zimną krwią zabić jego konia. Czy ten tchórzliwy 
parobek naprawdę tak bardzo nienawidził Abelone za to, że go 
odrzuciła? I dlaczego miałby mścić się na koniu

7

 Ze złości aż 

rozbolał go brzuch. Był to uczynek tak żałosny i tchórzliwy, że 
brakowało mu na to słów. 

I gdzie się podział parobek? Nikt nie był w stanie powiedzieć 

gdzie  się  znajdował,  choć  lensmann  uważał,  że  musiał  się 
przedostać przez granicę, do Szwecji. 

Wstrzymał Solvbrose i rozglądał się z wysokości końskiego 

grzbietu. Ani Anders, ani on sam nie znaleźli w ostatnim czasie 
żadnych sideł. Może kłusownik pojął, że prowadzą obserwację 
lasu, a może było tak, jak powiedział Anders: czy wnyki mogły 
zostać rozstawione przez Mariniusa? 

background image

Popędził  ponownie  Solvbrose.  Postanowił  podjechać  do 

chaty,  w  której  mieszkał  Aslak  Sorensen.  Uważał  wciąż,  że 
opryskliwy drwal mógł być kłusownikiem, sam widział u niego 
sidła i zwierzęce skóry. Nietrudno było zrozumieć, że Sorensen 
mógł  się  skusić,  by  rozstawiać  pułapki  na  jego  ziemi,  na 
skórach można było obecnie nieźle zarobić. 

Jechał dalej przez las i aż zamarł, kiedy wielki ptak sfrunął z 

drzewa nad jego głową, słyszał mocne uderzenia jego skrzydeł. 
Lekka chmura śniegu spadła pomiędzy gałęziami i połaskotała 
go w szyję. Solvbrose na szczęście nie był strachliwy, ale jemu 
samemu mocniej zabiło serce. 

Odetchnął głęboko, zatrzymał ponownie konia i pogłaskał go 

po jasnym karku. - Dobry chłopiec, jesteś taki dzielny, że nie 
dajesz się przestraszyć. 

Było to więcej, niż mógł powiedzieć o sobie samym. Nigdy 

nie był bojaźliwy, ale po tym 

background image

wszystkim, co się ostatnio wydarzyło, stał się ostrożny. 
Głowił się i rozmyślał, ale nawet przy najlepszych chęciach 

nie  mógł  pojąć,  kto  chciał  przestraszyć  ich  wszystkich, 
stawiając płonący krzyż w samą wigilię Bożego Narodzenia. 

Jeśli ktoś chciał mu coś przekazać, dlaczego nie przyszedł do 

niego i nie powiedział tego twarzą w twarz, tak jak powinien 
zrobić mężczyzna? 

Zagryzł zęby, poczuł ponownie kłucie w brzuchu. 
Marinius  i  ten,  kto  postawił  krzyż,  mieli  ze  sobą  coś 

wspólnego: byli tchórzami. 

Prowadził  Solvbrose  dalej  przez  las,  teren  zaczął  się  teraz 

otwierać, w tej okolicy było najwięcej drzew liściastych. 

Wiedział,  że  z  biegiem  lat  wielu  ludzi  ze  wsi  zwróciło  się 

przeciwko niemu. Był człowiekiem, który mówił to, co myślał 
i wiedział o tym, że byli tacy, którzy uważali, iż potrafił być tak 

background image

samo uparty jak nierozsądny, on jednak zawsze kierował się 

tym, co uważał za słuszne, czy ludziom podobało się to czy nie. 

Poza  tym  nie  dało  się  uniknąć  wrażenia,  że  komuś  nie 

podobało się, iż dobrze mu się powodziło. Wiedział, że wielu 
cieszyło się, kiedy o  mało co nie stracił Gimle, ale pracował 
ciężko  i  postawił  gospodarstwo  z  powrotem  na  nogi  -  i  to  z 
dobrym efektem. 

Nigdy nie słyszał, by ktoś powiedział wprost, że nie zasłużył 

na  gospodarstwo  po  ojcu,  dające  mu  i  rodzinie  dobrobyt,  na 
który, by go zgromadzić i ochronić, pracowali pokoleniami, ale 
wiedział,  jak  głęboko  zakorzeniona  była  w  ludziach  ze  wsi 
zazdrość. Było tak, jak się mówi: zazdrość potrafi obrócić w 
pył nawet kamień. Właśnie przekraczał niewielki, zaśnieżony 
strumień, kiedy jego uwagę przyciągnęło coś pomiędzy nagimi 
pniami drzew niedaleko przed nim. 

background image

Zmrużył oczy i szybko przekonał się, że było tak, jak myślał. 
Pod pniem brzozy leżała skórzana, częściowo otwarta torba. 
Aksel  pozwolił  koniowi  stąpać  powoli  naprzód,  a  sam 

rozglądał się wokół. Był wciąż w swoim własnym lesie, choć 
zbliżał się do granicy dóbr Rosenlowe. 

Kto mógł ją tu zostawić? Anders pracował dzisiaj w odlewni 

dzwonów, a żaden z pozostałych parobków nie miał w lesie nic 
do  roboty.  Dopiero  z  początkiem  Nowego  Roku  miała  się 
zacząć wycinka drzew. 

Poczuł,  że  serce  zabiło  mu  mocniej,  kiedy  wjechał  powoli 

między dające osłonę drzewa. 

Nie  widział  nikogo,  nie  zauważył  też  żadnych  śladów  na 

śniegu. 

Zatrzymał  Solvbrose  obok  miejsca,  w  którym  leżała  torba. 

Obok  leżały  dwa  potrzaski,  a  śnieg  wokół  był  zdeptany. 
Rozejrzał się. 

background image

Bezgłośnie zsunął się z grzbietu konia i przywiązał Solvbrose 

do drzewa. 

Torba musiała należeć do kłusownika. 
Wezbrała  w  nim  złość,  kiedy  nachylił  się  i  przyjrzał 

potrzaskom.  Był  to  ten  sam  rodzaj  pułapek,  w  jaką  zdaniem 
Abelone  wpadł  ten  kundel.  Nie  lubił  psów,  ale  musiał 
przyznać,  że  było  mu  go  żal.  Gdyby  to  zależało  od  niego, 
zostałby dobity, ale córka odziedziczyła jego upór  - i dobroć 
Louise. 

Wsunął  dłoń  do  torby  i  wyciągnął  z  niej  czapkę  oraz  parę 

rękawic.  Ponownie  zanurzył  rękę  w  jej  wnętrzu.  Poczuł,  że 
było tam coś jeszcze. 

Poza drewnianym kubkiem wymacał jakieś papiery. 
Serce podskoczyło mu w piersi, gdy zorientował się, że to list. 
Być  może  będzie  mógł  poznać  dzięki  niemu  imię 

kłusownika? 

Miał właśnie odwrócić kopertę, kiedy spod drzewa dobiegło 

go parskanie Solvbrose. 

background image

Usłyszał pospieszne kroki i już chciał się podnieść, ale w tej 

samej  chwili  otrzymał  w  prawą  stronę  głowy  ciężki,  bolesny 
cios, od którego zadzwoniło mu w uszach. 

Co do... 
Próbował stanąć na nogi, poczuł jednak, że traci równowagę. 
Zakręciło  mu  się  w  głowie,  zamachał  rękami  w  powietrzu, 

starając się chwycić tego, kto go uderzył. 

Odwrócił  się  na  chwiejących  się  nogach,  zobaczył 

niewyraźnie,  jak  Solvbrose  wspina  się  na  tylne  nogi  i  rży 
donośnie. 

Zatoczył  się  ponownie  i  przez  mgnienie  oka  dostrzegł 

napastnika. W dłoni trzymał przypominający deskę drąg, który 
uniesiony był do ponownego ciosu. 

background image

10 
 
Blanche powiodła wzrokiem po wszystkich galowo ubranych 

dzieciach  tańczących  w  rytm  walca  wiedeńskiego,  którego 
zaczęła  właśnie  grać  orkiestra.  Jadalnia  została  na  tę  okazję 
przerobiona  na  salę  taneczną,  ale  choć  sala  była  duża,  było 
nieco  ciasno.  Nikt  nie  podejrzewał,  że  pojawi  się  tak  wiele 
dzieci! 

Poza  nimi  można  było  też  zobaczyć  wielu  odświętnie 

ubranych  dorosłych,  którzy przyszli  wraz  ze  swymi  dziećmi. 
Sądziła, że najwięcej było dziewczynek, w każdym razie nie 
wszystkie dziewczynki miały partnerów, ale zorgani- 

background image

zowali to w taki sposób, że tańczyły z innymi dziewczynkami. 

Zdawało się to nie mieć znaczenia dla dzieci, które wyglądały 
mimo wszystko na radosne. 

Blanche  spostrzegła  wdowę  Archer,  która  weszła  do  sali  i 

zmierzała w jej stronę. Bal  wymagał wielu przygotowań, ale 
nowa właścicielka Rosenlowe zdawała się być zadowolona z 
wielu absorbujących ją zajęć. Była elegancko ubrana, choć jak 
zawsze  miała  na  sobie  żałobny  strój,  ale  czarna  jedwabna 
suknia  ozdobiona  była  białymi  drobnymi  detalami,  które 
nadawały jej wygląd sukni wyjściowej. Blanche miała na sobie 
jasno  -żółtą,  obsypaną  drobnymi  fioletowymi,  jedwabnymi 
kwiatkami  suknię  z  jedwabiu,  którą  przerobiła  na  tę  okazję. 
Była to tak właściwie letnia suknia, ale panny Slettemark, które 
prowadziły  najlepszy  zakład  krawiecki  w  mieście,  zawsze 
wiedziały, jakie poprawki można wprowadzić i przerobiły ją na 
piękną suknię balową. 

background image

Blanche  uśmiechnęła  się  do  pani  Archer,  która  zdawała  się 

mieć  oko  na  wszystko.  Bystrym  spojrzeniem  śledziła  gości 
oraz służbę, by być pewną, iż wszyscy dobrze się bawią i że 
wszystko przebiega tak, jak powinno. 

- To przepiękne przyjęcie - pochwaliła Blanche. - Dzieci się 

cieszą. 

Pani  Archer  roześmiała  się  serdecznie.  -  Daje  mi  wielką 

radość  patrzenie  na  to,  jak  zachwycone  są  dzieci,  pani 
Bjerkely. Zrobiła krok w stronę Blanche i zniżyła głos. - Jeśli 
mogę tak powiedzieć, sądzę, że bal będzie bardzo dochodowy, 
choć nie mam jeszcze wglądu w to, ile pieniędzy zebrano. 

Blanche uśmiechnęła się do niej i pokiwała głową. - Sądzę, że 

ma  pani  rację,  pani  Archer.  Musi  tu  być  ponad 
siedemdziesiątka dzieci. 

Wiedziała, że pani Archer poniosła spore wydatki, ale wdowa 

nie  chciała  nawet  słyszeć  o  tym,  by  dochody  z  balu  miały 
służyć pokryciu kosztów. 

background image

-  Musi  pani  wiedzieć,  że  to  ogromnie  cieszy  moją  córkę  - 

dodała pani Archer i skinęła głową w kierunku Victorii, która 
siedziała w swoim wózku inwalidzkim w ogrodzie zimowym, 
gdzie postawili stół z ciastami, owocami, rodzynkami i figami. 
Największa uwaga skierowana była na wieżę czekoladowych 
kulek,  dzieci  były  zachwycone  mogąc  spróbować  słodkich 
kuleczek. 

Victoria zauważyła je i przywołała do siebie gestem. 
Przyglądała  się  obrazowi  Blanche,  który  pan  Lothe 

poprzedniego  dnia  uznał  za  skończony.  Blanche  sądziła,  że 
planował  pracować  nad  obrazem  jeszcze  przez  kilka  dni,  ale 
artysta  zamierzał  tuż  po  Nowym  Roku  wyjechać  do  Drezna, 
gdzie  miał  kontynuować  studia  artystyczne.  Poza  tym 
wydawało  się  jej,  że  potrzebne  mu  były  pieniądze.  Jak 
większość  artystów,  pan  Lothe  nie  był  zamożnym 
człowiekiem, tak to rozumiała, choć zwróciła uwagę na to, że 
jego ubra- 

background image

nia  były  kosztowne  i  eleganckie.  Wina,  które  pijał,  były  z 

reguły drogie. 

-  Pani  obraz  wyszedł  pięknie,  pani  Bjerkely  -  stwierdziła 

zachwycona  Victoria  i  podniosła  wzrok  na  Blanche.  -  A  jak 
pani uważa? 

Pokiwała głową i uśmiechnęła się. - Masz rację Victorio, pan 

Lothe to niezwykle zdolny malarz. 

Pani Archer stanęła obok niej i przyjrzała się obrazowi. - Pan 

Lothe  namalował  niezwykły,  wyjątkowy  portret,  pani 
Bjerkely. Może być pani dumna z tego, że panią namalował. 
Mówi  się,  że  za  kilka  lat  może  być  zaliczany  do  najbardziej 
znanych artystów w kraju. 

Pan Lothe z niechęcią pozwolił jej zawiesić obraz, choć farba 

jeszcze  nie  wyschła,  ale  Blanche  zapewniła  go,  że  nikt  nie 
dotknie obrazu. 

- Mamo! 
Blanche  odwróciła  się  do  biegnącej  w  jej  stronę  Helenę 

Augusty. Córka poszła wcześniej z Si- 

background image

gne do kuchni po napoje. Poza ponczem przygotowały także 

lemoniadę, która zdawała się smakować dzieciom. 

Blanche widziała, że coś musiało zasmucić dziewczynkę, bo 

miała łzy w oczach, a jej drobna dolna warga była wydęta. 

Schyliła się i wzięła ją na ręce. Córeczka była zachwycająca 

w  białej  jedwabnej  sukience  z  błękitnymi  haftkami.  Miała 
krótkie, bufiaste rękawki i sięgała jej ledwo za kolana. Należała 
do  Blanche,  kiedy  była  w  jej  wieku,  kupiła  też  córce  nowe 
buty, z których mała była wyjątkowo dumna. Poza tym Helenę 
Augusta  pożyczyła  od  niej  drobne  perłowe  kolczyki,  choć 
Blanche uważała, że była na nie za młoda. Ale córka lubiła się 
stroić i kiedy już pozwoliła jej przymierzyć kolczyki, nie było 
możliwości jej odmówić. 

Helenę  Augusta  objęła  jej  szyję  swoim  pulchniutkim 

ramieniem i przyłożyła swój policzek do jej twarzy. Blanche 
widziała, że z jakiegoś po- 

background image

wodu było jej smutno, ale nie wiedziała dlaczego. Być może 

była zmęczona, to był dla niej wyczerpujący dzień, długo na 
niego czekała. 

- Smutno ci, Helenę Augusto? - spytała, próbując spojrzeć na 

córkę, która skryła twarz w zagięciu jej szyi. 

Blanche  przeprosiła  i  wyszła  do  holu,  żeby  móc  spokojnie 

porozmawiać. 

Usiadła  na  krześle  przy  dużym  lustrze  i  posadziła  córkę  na 

kolanach.  Helenę  Augusta  nie  patrzyła  na  nią,  ale  Blanche 
wsunęła  palec  wskazujący  pod  brodę  i  podniosła  jej  drobną 
twarz ku sobie. 

Oczy dziewczynki były duże i lśniące. 
- Dlaczego jesteś smutna? - spytała ostrożnie Blanche. 
Dolna warga Helenę Augusty drżała, aż w końcu uniosła dłoń 

i wskazała na swoją suknię. 

- Elene Gusta pobludziła się plackiem. Blanche spojrzała na 

jej sukienkę i zrozumia- 

background image

ła, o co chodziło. - Pobrudziłaś się plackiem? Helenę Augusta 

podczas  jedzenia  umazała  palce  masłem  oraz  cynamonem  i 
najwyraźniej zapomniała się, bo wytarła je w sukienkę. 

Helenę Augusta pokiwała głową. 
Blanche  przytuliła  ją  i  próbowała  powstrzymać  uśmiech. 

Niełatwo było być małą strój nisią na balu. 

- Pójdziemy do kuchni i spróbuję to wyczyścić - powiedziała 

Blanche. Córka od razu wyglądała na bardziej zadowoloną. 

Posadziła ją na stołku, wyjęła miskę i nalała do niej ciepłej 

wody ze zbiornika przy piecu. Potarła szmatką kostkę mydła i 
zaczęła czyścić sukienkę. 

- Dzień dobry, Blanche. 
Drgnęła  na  dźwięk  swojego  imienia,  nie  usłyszała,  kiedy 

nadszedł pan Lothe. Poza tym było z jego strony niegrzeczne, 
że mówił do niej po imieniu. Nie przeszli nigdy na ty, chociaż 
ją malował, ale chciała, by tak pozostało. 

background image

-  Dzień  dobry,  panie  Lothe  -  odpowiedziała,  używając  z 

rozmysłem jego nazwiska. Co on tu w ogóle robił? Z tego, co 
wiedziała, nie miał dzieci. 

Malarz podszedł do niej, w dłoni trzymał szklankę ponczu. - 

Muszę  przyznać,  że  wdowa  Archer  zorganizowała  wspaniałe 
przyjęcie - powiedział i oparł się o kuchenną ladę. 

Blanche przytaknęła. - Ma pan rację, panie Lothe. Pani Archer 

i panienka Victoria włożyły w ten bal wiele pracy. 

Malarz popijał ze szklanki, ale zauważyła, że jego spojrzenie 

wciąż spoczywało na niej. Czego on właściwie chciał? Zawsze 
miała wrażenie, że jej się przyglądał, mierzył ją wzrokiem.  - 
Szkoda, że panienka Victoria musi już jechać. Wieczór dopiero 
się rozpoczął. 

Blanche  podniosła  gwałtownie  wzrok.  -  Źle  się  poczuła? 

Kiedy z nią rozmawiała chwilę wcześniej, zdawała się przecież 
być w dobrej formie. 

 

background image

Pan Lothe pokiwał głową. - Wie pani, ona szybko się męczy. 
Blanche  podniosła  się,  sukienka  Helenę  Augusty  była 

czyściejsza, ale na białym jedwabiu pozostała mokra plama. 

- Jaka szkoda, rozmawiałam z nią niedawno i nie wspomniała, 

że wychodzi. 

Pan  Lothe  badawczo  zmrużył  zielone  oczy.  -Panienka 

Victoria chciała opuścić bal po cichu, nie chciała zwracać na 
siebie uwagi. 

Blanche pokiwała głową. - Mogę to zrozumieć. Spojrzała na 

Helenę  Augustę,  która  pociągała  za  fałdy  sukienki.  -  Plama 
zniknie, kiedy wyschnie - wyjaśniła Blanche. 

- Czy to moja mała dziewczynka? Blanche odwróciła się do 

Alfa, który w tej 

chwili wszedł do kuchni. Wyciągnął ręce, a Helenę Augusta 

szybko do niego pobiegła. 

Blanche  roześmiała  się  widząc,  jak  szybko  dziewczynka 

wyrwała się Alfowi. Zazwyczaj 

background image

lubiła  być  w  ramionach  ojca,  ale  teraz  chciała  mu  pokazać 

swoją sukienkę, której nie zdążył jeszcze zobaczyć, bo był w 
pracy od wczesnego ranka. 

- Wyglądasz jak księżniczka - stwierdził Alf i uśmiechnął się 

z dumą. 

Blanche wskazała dłonią pana Lothe. - Alfie, przedstawiam ci 

pana Lothe. Zwróciła się do malarza.  - Panie Lothe, oto mój 
mąż, Alf Bjerkely. 

Mężczyźni  przywitali  się  i  przez  chwilę  zdawało  się  jej,  że 

atmosfera  stała  się  podejrzanie  napięta.  Alf  nie  poznał 
wcześniej  malarza,  nie  było  ku  temu  okazji,  ale  zauważyła 
podejrzliwość, która pojawiła się w jego oczach. 

Wiedziała,  że  nie  podobało  mu  się,  gdy  inni  mężczyźni 

okazywali jej zainteresowanie. 

- Malowanie pańskiej żony było przyjemnością - powiedział z 

uśmiechem pan Lothe, ale jego spojrzenie było mroczne. 

background image

Blanche rzuciła okiem na Alfa. Byli całkiem różni od siebie i 

od  razu  wiedziała,  że  pan  Lothe  był  typem  mężczyzny,  za 
jakim Alf nie przepadał. Malarz zachowywał się zbyt sztucznie 
i już teraz wiedziała, że mąż uzna go za modni-sia i próżniaka. 

- Jest pan zdolny - odpowiedział Alf, a Blanche wiedziała, że 

starał się być grzeczny. Spytała go, czy również chciałby mieć 
portret,  ale  posłał  jej  tylko  karcące  spojrzenie.  Jak  sam 
powiedział, siedzenie w bezruchu nie leżało w jego naturze, a 
już na pewno nie po to, by być malowanym. 

- Tato! - Helenę Augusta pociągnęła ojca, który pozwolił jej 

wyprowadzić się z kuchni. 

- Ma pani śliczną córkę - pokiwał głową z uznaniem malarz, 

kiedy Blanche zamierzała pójść za Alfem i Helenę Augustą, ale 
niegrzecznie  byłoby  wyjść,  gdy  pan  Lothe  wciąż  do  niej 
mówił. 

background image

Przytaknęła.  -  To  jasne,  jest  również  zdecydowaną  młodą 

damą. 

Napił  się  ponownie  ponczu.  Blanche  podejrzewała,  że  nie 

podobało  mu  się  to,  iż  nie  ma  w  nim  spirytusu,  ale  tak  już 
musiało  być.  Postanowiła  nie  podawać  alkoholu  dorosłym, 
którzy przyszli wraz z dziećmi. To był bal dla dzieci, a nie dla 
dorosłych. 

- Pani córka dostała pewnie imię po swojej babce, tej, która 

dała imię sierocińcowi? 

Czuła  się  niezręcznie,  stojąc  tak  w  pustej  kuchni  i 

rozmawiając z nim. - Zgadza się. 

Mężczyzna  mlasnął,  jakby  się  nad  czymś  zastanawiał.  - 

Helenę Augusta to piękne imię. 

Blanche zaczęła się niecierpliwić. Było łatwiej, gdy pan Lothe 

ją malował, bo nalegał, by nie rozmawiali w trakcie jego pracy, 
rozpraszało go to. 

- To miło, że tak pan uważa - odparła i spojrzała w kierunku 

salonu, gdzie, jak słyszała, 

background image

kłóciła się dwójka najmłodszych dzieci z sierocińca. 
Już chciała przeprosić i wyjść, kiedy pan Lothe zrobił krok w 

jej kierunku. - Pani córka nazwała pana Bjerkely tatą, prawda? 

Wlepiła  w  niego  wzrok,  czuła jak  czerwienieją jej  policzki. 

Cóż to miało być? Nie wiedziała, czy podoba jej się jego ton 
oraz  temat,  na  jaki  skierował  ich  rozmowę.  -  Ojciec  Helene 
Augusty umarł kilka lat temu - wyjaśniła. - Nie pamięta go. Dla 
niej ojcem jest Alf. 

Przepraszający  uśmiech  zawitał  na  twarzy  pana  Lothe.  - 

Proszę  mi  wybaczyć,  uraziłem  panią.  Zamilkł  na  chwilę.  - 
Wiem  oczywiście,  że  została  pani  wdową  kilka  lat  temu. 
Znałem  pani  poprzedniego  męża,  pana  Oskara  von 
Wittenheima. 

Nie miała ochoty rozmawiać dłużej z panem Lothe ani mówić 

o  Oskarze.  -  Jeśli  pan  pozwoli,  panie  Lothe,  muszę  się  zająć 
dziećmi. 

background image

Zamierzała odejść, ale malarz wyciągnął rękę i zatrzymał ją. 

Podszedł do niej tak blisko, że było to aż nieprzyzwoite. 

-  Żałuję,  że  nie  poznałem  pani  wcześniej,  pani  Bjerkely  - 

powiedział cicho. 

Wyrwała  mu  się.  -  Ta  rozmowa  jest  zakończona  -  odparła 

chłodno, uniosła suknie i wyszła pospiesznie do holu. 

Cieszyła się, że nie musiała mieć już więcej do czynienia z 

malarzem.  Co  on  sobie  wyobrażał,  że  zdobył  się  na 
powiedzenie czegoś takiego? Wzdrygnęła się. 

Nie  mogła  znieść  mężczyzn,  którzy  zachowywali  się  w  tak 

władczy sposób. 

Przypomniało jej to Oskara. 

- Mówię tylko, że go nie lubię. 
Blanche spojrzała z rezygnacją na Alfa, pilno- 

background image

wali  dzieci  bawiących  się  w  ogrodzie  zimowym.  W  jadalni 

wciąż trwały tańce, choć wiele dzieci czuło się już zmęczonych 
i wolały zamiast tego uczestniczyć w zabawach. 

Niedługo 

wyjedzie 

do 

Drezna 

odparła. 

-Najprawdopodobniej ani ty, ani ja więcej go nie zobaczymy. 

Alf  parsknął  cicho  i  spojrzał  na  nią  spod  brwi.  -  Nie 

wspominałaś, że jest taki młody. Myślałem, że jest starszy. 

Blanche posłała mu psotne spojrzenie. - Jesteś zazdrosny? 
Twarz Alfa pociemniała. - A mam może ku temu powód? - 

odpowiedział ostro. 

Blanche od razu pożałowała, że się z nim droczyła. Wiedziała, 

że Alf potrafi być zazdrosny bez powodu. Wsunęła dłoń pod 
jego ramię i spojrzała mu prosto w oczy.  - Nigdy nie miałeś 
żadnego powodu do zazdrości i nigdy nie będziesz go miał - 
powiedziała cicho. 

background image

Alf przyglądał jej się tak, jakby oceniał, czy mówiła prawdę. 

W końcu usta rozluźniły mu się w uśmiechu.  - Przepraszam, 
wiem,  że  nigdy  nie  zrobiłabyś  czegoś,  co  przyniosłoby  mi 
wstyd. 

Stali obserwując dzieci, wśród których był również Thorstein. 

Cieszyło ją, gdy widziała, jak dobrze się bawił tego wieczoru. 
Tańczył  oraz  najadł  się  do  syta  i  przez  ostatnią  godzinę 
uczestniczył wraz z Hognem w zabawach. 

Po  wizycie  u  lekarza  powiedziała  dzieciom  o  tym,  że 

Thorstein źle słyszy i że wszyscy muszą mu pomóc, aby łatwiej 
było mu rozumieć to, co się mówiło. 

Zachwycające  było,  jak  wyrozumiałe  potrafiły  być  dzieci, 

kiedy tylko wszystko im się wyjaśniło. Nawet chłopcy, którzy 
wcześniej drażnili Thorsteina, byli dla niego mili, Blanche nie 
sądziła,  że  tylko  ze  względu  na  groźbę,  iż  nie  będą  mogli 
uczestniczyć w balu, jeśli będą się źle zachowywali. 

background image

-  Myślę,  że  z  Thorsteinem  będzie  dobrze  -powiedział  Alf  i 

uśmiechnął się. Wiedział o wizycie u doktora i zmartwieniach 
co do przyszłości chłopca. 

- Mam nadzieję, że masz rację - odparła cicho. Nie martwiła 

się o pierwsze lata, które były przed nim, ale myślała o tym, 
jakie będzie jego życie, gdy będzie musiał pójść do szkoły dla 
głuchych w Christianii. Zdawało się to być odległe, ale musiał 
przecież pójść do szkoły, gdy skończy siedem lat. 

Rozejrzała się za Helenę Augustą. Córka nigdy się zbytnio nie 

oddalała, ale teraz nigdzie jej nie widziała.  - Alfie, widziałeś 
Helenę Augustę? 

Alf  rozejrzał  się  i  zmarszczył  czoło.  -  Widziałem  ją  chwilę 

temu. 

Poszli,  każde  w  swoją  stronę.  Alf  do  kuchni,  a  ona  sama 

skierowała się do sali tanecznej. 

Poczuła  jak  serce  zaczyna  jej  mocniej  bić,  kiedy  pojęła,  że 

córki nie ma również na sali. 

background image

Poszła prędko do ogrodu zimowego, gdzie przyszedł również 

Alf. 

- Ty też jej nie widziałeś? Alf odpowiedział przecząco. 
Blanche  zauważyła  w  tej  samej  chwili  Signe,  która 

wychodziła z ogrodu z tacą. 

Podeszła  do  niej  pospiesznie.  -  Signe,  widziałaś  Helenę 

Augustę? 

Signe  pokręciła  głową.  -  A  zniknęła?  Jej  policzki  były 

czerwone, Blanche wiedziała, że był to dla niej męczący dzień. 
Wiele było do przygotowania, mimo że zorganizowaniem balu 
zajęła się pani Archer. 

- Może poszła na górę? - zasugerowała gospodyni idąc dalej w 

stronę kuchni. - Była przed chwilą taka zmęczona. 

Blanche miała nadzieję, że tak właśnie jest, a poza tym Signe 

miała rację. Helenę Augusta była zmęczona. Zazwyczaj o tej 
porze leżała w łóżku, ale dziś był wyjątkowy dzień, dzień 

background image

balu.  -  Pójdę  na  górę  jej  poszukać  -  powiedziała  prędko  do 

Alfa i pobiegła w górę po schodach. 

Pospieszyła  w  kierunku  pokoju,  w  którym  ona  i  Helenę 

Augusta zwykły nocować, gdy spały w sierocińcu. 

Cała  rozpalona  z  niepokoju  otworzyła  drzwi:  Signe  miała 

rację.  Helenę  Augusta  leżała  w  swoim  łóżku  i  spała,  wciąż 
ubrana w sukienkę balową. Nie zadała sobie nawet trudu, by 
schować się pod kołdrą. 

Blanche  podeszła  do  łóżka.  Aż  ścisnęło  się  jej  serce,  gdy 

widziała jak śliczna jest jej mała córeczka. Ciemne, lśniące loki 
otaczały jej drobną  twarzyczkę, a  długie, czarne  rzęsy leżały 
miękko  na  okrągłych  policzkach.  Dziewczynka  oddychała 
ciężko. 

Postanowiła jej nie ruszać. Spała tak głęboko, poza tym była 

rozgrzana, choć leżała na kołdrze. 

Już miała wyjść, kiedy zauważyła na łóżku 

background image

mały bukiet kwiatów, częściowo przykryty poduszką. 
Od kogo go dostała? 
Podniosła  bukiet  i  przyjrzała  mu  się.  Drobne  fioletowe  i 

różowe kwiatki były zrobione z jedwabiu. Wiele dziewczynek 
na balu miało takie, ale Blanche uważała, że Helenę Augusta 
tylko je zgubi. Może dostała je od którejś z dziewczynek? 

Chciała położyć bukiet na szafce nocnej, gdy zauważyła, że 

coś wystaje spomiędzy kwiatów. 

Poczuła  ukłucie  niepokoju,  kiedy  wzięła  do  ręki  małą, 

zwiniętą  karteczkę.  Nagle  powrócił  obraz  kobiety,  tej,  która 
wepchnęła  ją  do  buduaru  w  trakcie  balu  maskowego  w 
Rosenlowe.  Kobiety,  która  zniszczyła  zdjęcie  jej  małej  ro-
dziny.  Kobiety,  która  zażądała  od  niej  trzech  tysięcy  koron. 
Czy ona była również tutaj, na balu? 

Drżącymi palcami rozwinęła karteczkę. 

background image

Nie rozumiała, co było na niej napisane, ale rozpoznała imię 

córki. 

Bonne nuit, ma chérie, Helenę Augusta. 
Z  sercem  w  gardle  odwróciła  kartkę.  Nad  rysunkiem 

czterolistnej koniczyny widniało jedno proste słowo. 

Przepraszam.